CENA 5,00 zł (w tym 5% VAT) Nr 12 (526) grudzień 2018 ffi Z^(rV^i l \lJxt: MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY {OK ZAŁOŻENIA 1963 ROK FRANCISZKA KRĘCKIEGO www.miesiecznikpomerania.pl 977023890490612 Gwazda betlejamska sia na niebie skrzy, Wjidzijó Kociywie, wjidzim: ja i ty. Jezus sia łurodził wew ta śwanta noc, Halal ludziom -pokój i nadziej i moc. Hubert Pobłocki ■"M W NUMERZE: 3 Niepodległość to nie podległość Sławomir Lewandowski 4 Pożegnanie śp. Bernarda Hinza. Stanął zegar Benowy Edmund Szczesiak 6 Ôddzakôwanié sa z Bernata Hinza Eugeniusz Prëczköwsczi W GDYNI / W GDINIE 7 Szukające kaszëbiznë Dark Majkôwsczi 9 Gdynia to też stocznia Sławomir Lewandowski 10 Młodszo córka Zrzeszeniégö w Gdini Aleksandra Dzacelskô-Jasnoch 13 Ösada nad Bôżim Wika Pioter Léssnawa 15 Między Gdynią a Warszawą, czyli jak oswajano wilka żelaznego. Część 2: Prezydent u Kaszubów Marcin Herrmann 19 Miałam szczęście Z Joanną Gil-Ślebodą, animatorką kultury w Dretyniu, rozmawia Stanisław Jankę 22 Kalendarze czasów i kultur. Wybrane zbiory muzealnej kolekcji z Wejherowa (część 1) Piotr Schmandt 26 W służbie nadziei. Wspomnienie o księdzu kanoniku Juliuszu Prądzyńskim Kazimierz Janiszewski 28 Gawędy o ludziach i książkach. Niemcy w okupowanym Paryżu Stanisław Salmonowicz 30 Pierszé lata dzejaniô wejrowsczégô partu Kaszëbsczégö Zrzeszenió wedle aktów kómunysticzny bezpieczi (dzél 11 i slédny) Słôwk Förmella 32 Bliżej morza. Gwiazdka na Pomorzu, czyli jak polski lud nadmorski przeżywa czas świąteczny Sławomir Lewandowski 34 Gdańsk mniej znany. O Polonii na Poczcie Polskiej Marta Szagżdowicz NAJÔ UCZBA. Edukacyjny dodôwk nr 10(122) 35 Zaczęło się od gliny Z Edmundem Zielińskim, kociewskim rzeźbiarzem i malarzem, rozmawia Stanisław Jankę 38 #bądźPomo Ewelina Stefańskó 39 Tournee Rumunia 2018 Ewa Nowicka 40 Cassubia Incognita Novum Łukôsz Zołtköwsczi 42 Sopran, kóntratenór i ôrganë. Psalmë na płice Tomôsz Fópka 44 Wójnowi Kaszëbi. Kaszëbi niech są sobą u se doma! Z Małgorzatą Szadach (z d. Ôkrój) gôdôł Eugeniusz Prëczköwsczi 46 Nordowé pôwiôstczi. Rëbacczi jiwer Mateusz Bullmann 48 Z Kociewia. O polskim niebie przed Gwiazdką Maria Pająkowska-Kensik 49 Gadki Rozaliji. A łuż richt ło łowcach!!!; Musim durcham zorgować! Zyta Wejer 50 Zrozumieć Mazury. Pożegnanie z Mazurami Waldemar Mierzwa 52 Z południa. W przededniu niepodległości Kazimierz Ostrowski 53 Z pôłnia. Na sztót przed samóstójnotą Kazmiérz Ôstrowsczi, tłóm. Ana Gleszczińskó 54 Praktyczne lekcje historii na Krajnie Joanna Gil-Śleboda 56 Könstitucjô Rzeczëpôspôliti Pölsczi Sławomir Lewandowski 57 Lektury 59 Klëlca 67 Sëchim paka uszłé. Szpôsë noworoczny nocë Tómk Fópka 68 Z butna. Naju rodné jazëczi Rómk Drzéżdżónk Numer wydano dzięki dotacji Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Zrealizowano ze środków Województwa Pomorskiego. Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, oraz ze środków Miasta Gdańska. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji WOJEWÓDZTWO Ministerstwo POMORSKIE Kultury i Dziedzictwa Narodowego^ GDAŃSK miasto wolność" 1S18 2818 ,, | ^28222 Od Redaktora m 11 11 PRENUMERATA PoMćrtuuas z, dostawą do domw! Koszt prenumeraty rocznej krajowej z bezpłatną dostawą do domu: 55 zł. W przypadku prenumeraty zagranicznej: 150 zł. Podane ceny są cenami brutto i uwzględniają 5% VAT. Aby zamówić roczną prenumeratę, należy: • dokonać wpłaty na konto: PKO BP S.A. 28 1020181100000302 0129 35 13, ZG ZKP, ul. Straganiarska 20-23, 80-837 Gdańsk, podając imię i nazwisko (lub nazwę jednostki zamawiającej) oraz dokładny adres • zamówić w Biurze ZG ZKP, teł. 58 301 90 16, 58 301 27 31, e-mail: red.pomerania@wp.pl Prenumerata realizowana przez RUCH S.A: zamówienia na prenumeratę (...) można składać bezpośrednio na stronie www.prenumerata.ruch.com.pl. Ewentualne pytania prosimy kierować na adres e-mail: prenumerata@ruch.com.pl lub kontaktując się z Infolinią Prenumeraty pod numerem: 22 693 70 00 - czynna w dni robocze w godzinach 7-17. Koszt połączenia wg taryfy operatora. W grudniowym numerze wiele miejsca poświęcamy Gdyni, a to za sprawą warsztatów dla piszących po kaszubsku, które kilka tygodni temu odbyły się w tym mieście. Gdyńskimi przewodnikami młodych adeptów sztuki reportażu oraz członków redakcji „Pomeranii" byli Jerzy Miotke, Andrzej Busler, Franciszek Gurski i Izabela Denc. Dzięki ich zaangażowaniu i gościnności mogły powstać relacje napisane przez uczestników warsztatów, relacje, które być może ukażą czytelnikom „Pomeranii" Gdynię, jakiej jeszcze nie mieli okazji poznać. W listopadzie opublikowaliśmy pierwszą część artykułu Marcina Herrmanna pt. „Między Gdynią a Warszawą, czyli jak oswajano wilka żelaznego", w którym autor pisał m.in. o wycieczce kilkudziesięcioosobowej grupy „młodzieży kaszubskiej po kraju' i jej spotkaniu w stolicy z najważniejszymi osobami w polskim państwie. Część II, którą publikujemy w grudniowej „Pomeranii", przypomina z kolei pierwszą wizytę prezydenta Ignacego Mościckiego na Pomorzu, na Kaszubach — w Gdyni, Jastarni i Pucku. Zachęcam również do przeczytania zapisu rozmowy z Joanną Gil-Slebodą, animatorką kultury w Dretyniu na zachodnich Kaszubach, z którą rozmawiał Stanisław Jankę. W listopadzie dotarły do nas dwie niezwykłe smutne wiadomości, i to jednocześnie — straciliśmy dwie zasłużone dła Kaszub osoby: Bernarda Hinza i Tomasza Szymańskiego. W grudniowej „Pomeranii" wspominamy pierwszego z nich. Sławomir Lewandowski POMERANIA MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY ADRES REDAKCJI 80-837 Gdańsk ul. Straganiarska 20-23 tel. 58 301 90 16, 58 301 27 31 e-mail: red.pomerania@wp.pl REDAKTOR NACZELNY Sławomir Lewandowski ZESPÓŁ REDAKCYJNY Bogumiła Cirocka Dariusz Majkowski Krystyna Sulicka Aleksandra Dzięcielska-Jasnoch (Najô liczba) Ka Leszczyńska (redaktorka techniczna) KOLEGIUM REDAKCYJNE Piotr Dziekanowski (przewodniczący kolegium) Andrzej Busler Roman Drzeżdżon Aleksander Gosk Ewa Górska Stanisław Jankę Wiktor Pepliński Danuta Pioch Edmund Szczesiak Bogdan Wiśniewski TŁUMACZENIA NA JĘZYK KASZUBSKI Anna Gliszczyńska Dariusz Majkowski ZDJĘCIE NA OKŁADCE Zimowa panorama Gdyni Fot. Andrzej J. Gojke / KFP WYDAWCA Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego 80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 20-23 DRUK Bemardinum, ul. bpa Dominika 11, 83-130 Pelplin Nakład 1200 egz. Redakcja zastrzega sobie prawo skracania i redagowania artykułów oraz zmiany tytułów. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść ogłoszeń i reklam. D TO NIE PODLEGŁOŚĆ Za nami obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Rocznica wydarzeń z 1918 roku powinna nas łączyć we wspólnym świętowaniu i przypominaniu o wielkich Polakach i Polkach, których wspólny wysiłek doprowadził do powrotu Rzeczpospolitej na mapy świata. To także doskonały czas, aby przywołać te postacie, dzięki którym Polska odzyskała częściowo zabraną wolność po II wojnie światowej, bo przecież bez ich walki III Rzeczpospolita zapewne by się nie odrodziła, przynajmniej nie tak szybko i niekoniecznie bez rozlewu krwi. Mam mieszane uczucia, czy wykorzystaliśmy ten szczególny jubileusz tak, jak należałoby przeżyć ten czas. Dla mnie niechcianą wizytówką oficjalnych państwowych obchodów pozostaną faszyści z Polski i z Europy, którzy przeszli w marszu niepodległościowym tuż za plecami najważniejszych osób w państwie, a co smutniejsze, niemal ramię w ramię z żołnierzami Wojska Polskiego, co można było zobaczyć na materiałach zdjęciowych polskich i zagranicznych fotoreporterów. Nie przemawiało do mnie morze czerwonych rac, które bardziej kojarzą mi się z uliczną „zadymą" niż z radosnym świętowaniem, o którym za chwilę wspomnę. Nie podobało mi się tego dnia (choć nie tylko wówczas), że podczas państwowych uroczystości zlekceważono byłego premiera, a obecnie Przewodniczącego Rady Europejskiej, podobnie jak trudne do zaakceptowania było pominięcie udziału w obaleniu komunizmu historycznego przywódcy NSZZ „Solidarność", laureata nagrody Nobla, wreszcie prezydenta RP. Kilka miesięcy temu jeden z popularnych w latach 80. i 90. niemieckich zespołów muzycznych przypomniał utwór pt. „Beethoven". Ponowna publikacja piosenki z pierwszej połowy lat 90. jest reakcją artystów na to, co dzisiaj dzieje się w Europie. Tytuł nawiązuje do wydarzeń w Austrii z roku 1938, ale tekst utworu mówi też o odradzaniu się i jednoczeniu ruchów faszystowskich w Europie po 1990 roku i braku odpowiedniej reakcji na ten „marsz" ze strony rządzących. „Buty" wracają do miasta, kiedy ignorancja i strach zamykają usta i zatykają uszy! (tłum. SL) - brzmią wersy piosenki. „Buty" to popularne wojskowe trepy, kroczące w paradzie, wkraczające do zdobytego miasta. Niestety, 11 listopada 2018 roku „buty" wkroczyły także do Warszawy, której mieszkańcy przez faszystów doświadczyli tylu traumatycznych wydarzeń podczas II wojny światowej. Zastanawiam się, czy to skutek ignorancji czy też strachu decydentów? To jednak nie jedyny problem dostrzegany dzisiaj od Bałtyku po Tatry. Najbardziej widoczny jest podział na „naszych" i „waszych". Niestety z politycznych salonów ten zwyczaj przeniósł się już do domów, w których polityka bywa powodem wielu spięć. Dzieli się nas także ze względu na miejsce zamieszkania lub pochodzenia. W ostatnich latach w wypowiedziach pewnych ludzi żyjących z polityki, którym w sukurs idą tytuły w wybranych gazetach, portalach internetowych i w mediach społecznościowych, co pewien czas pojawia się stwierdzenie, że w Gdańsku, na Kaszubach, na Pomorzu mieszka „ukryta opcja niemiecka" (cokolwiek to znaczy...). Słysząc i czytając po raz kolejny o „dziadku z Wehrmachtu", odnoszę wrażenie, że dla niektórych nawet 100 lat to za mało, aby nadrobić braki w wiedzy historycznej, która pozwoliłaby poznać losy swoich rodaków z Pomorza czy ze Śląska. Zdaję sobie przy tym sprawę, że część tych czy innych wypowiedzi wynika wyłącznie z politycznych interesów! lak więc należało świętować 100-lecie odzyskania niepodległości? Byli tacy, którzy jeszcze 10 listopada nie potrafili odpowiedzieć na to pytanie. Ale pośród niemal 40 milionów Polaków w Polsce i na świecie zdecydowana większość wiedziała dużo wcześniej, jak będzie wyglądał ich Dzień Niepodległości. Wiele osób wywiesiło biało-czerwoną flagę za oknem. Część gdańszczan, do których również się zaliczam, uczestniczyła w rodzinnej, radosnej paradzie idącej ulicami miasta. Nie było tam miejsca na race i flagi z zakazanymi symbolami. Wszystkich połączyły biało-czerwone barwy i, co najważniejsze, każdy czuł się tam bezpiecznie. I choć nadal wiele nas dzieli, to na przykładzie gdańskiej parady można śmiało powiedzieć, że wiele nas Polaków łączy. Szkoda, że z okazji jubileuszu nie powstał w Polsce obiekt, który stałby się symbolem na kolejne lata, na przykład taki, jaki zafundowali sobie na 100-lecie Finowie, czyli Helsińska Biblioteka Centralna. W Gdańsku takim lokalnym symbolem będzie zapewne otwarty w przeddzień 11 listopada most nad Martwą Wisłą, konstrukcja o największej rozpiętości przęseł zwodzonych w Polsce. Most „100-lecia Odzyskania Niepodległości Polski" (taką nazwą otrzymał) połączył Wyspę Sobieszewską ze stałym lądem. Bardzo to symboliczne. SŁAWOMIR LEWANDOWSKI STANĄŁ ZEGAR BENOWY W piątek 16 listopada br. zmarł Bernard Hinz, wielce zasłużony regionalista, działacz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, prezes Klubu Turystycznego ZKP Wanożnik. kurzenM Bernard Hinz (drugi z prawej) podczas spotkania przy ognisku na XXVII Kaszubskim Spływie Kajakowym „Śladami Remusa" w 2012 r. Zawsze gdy opuszcza nas ktoś bliski, z kręgu rodziny, przyjaciół, czujemy ból i żal. Są jednak osoby, z których odejściem szczególnie trudno nam się pogodzić. To te niezwykle aktywne, żywotne, tryskające energią, pomysłami, pobudzające i. porywające innych do wspólnego działania. A taki był Ben. Nawet wówczas, gdy przed ponad rokiem okazało się, że zaatakowała Go podstępna i nie-oszczędzająca cierpień choroba. Dzielnie się z nią zmagał, żyjąc nadzieją, a my wraz z Nim, że uda się ją pokonać. Niestety, 16 listopada stanął Jego zegar, jak ten w powieści Aleksandra Majkowskiego o Remusie, w której znajdujemy także i tę prawdę: Komu namienioné, tegô nie minie. Komu gôdzëna wëbiła, na tegô czas! Gdybym miał scharakteryzować Bena jednym słowem, najbardziej odpowiednie byłoby określenie: społecznik. Bezinteresowna działalność na rzecz innych to był Jego żywioł. Od wczesnej młodości udzielał się społecznie. Należał do wielu organizacji, w żadnej jednak nie był figurantem. Jeśli w coś się angażował, to z pełnym poświęceniem. A działał w Związku Harcerstwa Polskiego, w Polskim Czerwonym Krzyżu, w Ochotniczej Straży Pożarnej, Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym, a zwłaszcza w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim. Kaszuby i kaszubszczyzna były niewątpliwie Jego wielką, jeśli nie największą, pasją. Urodzony w 1943 roku w Gdańsku, wywodził się po kądzieli ze starego rodu kaszubskiego Szroederów (stąd pseudonim Szredrów Ben), mającego korzenie we wsi Rąb w gminie Przodkowo. Język kaszubski był obecny na co dzień w tej matczynej rodzinie, a w rozbudzeniu w Nim umiłowania rodzinnej ziemi duży udział miał dziadek -muzykant, który wpoił mu miłość do Kaszub i do muzyki tego regionu. Szkołę podstawową skończył w 1957 roku w Kartuzach. Potem była Zawodowa Szkoła Kolejowa w Gdańsku, a zaraz po niej praca w charakterze nauczyciela zawodu w Szkole Przyzakładowej ZNTK w Gdańsku, połączona z własną dalszą nauką w zaocznym Technikum Kolejowym w Bydgoszczy. Już wówczas zaczęło się to, co było charakterystyczne dla całego Jego życiorysu: łączenie pracy zawodowej z działalnością społeczną. Będąc wl960 roku jednym z najmłodszych instruktorów ZHP w Chorągwi Gdańskiej, zaczął organizować dla harcerzy obozy stałe i wędrowne oraz rajdy po Kaszubach, a przestał się tym zajmować dopiero po 30 latach. W 1969 roku zamieszkał w Wejherowie. I znowu, pracując tam w różnych instytucjach, rozwijał zarazem swoje pasje społecznikowskie. W Wejherowie wstąpił w 1971 roku do Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Jako członek Zarządu Oddziału (od 1980 roku), następnie wiceprezes (w latach 4 POMERANIA/ GRUDZIEŃ2G POŻEGNANIE ŚP. BERNARDA HINZA 1984-1990) i wreszcie prezes (1995-1998), zapisał się trwale na kartach wejherowskiego partu, i to nie tylko ze względu na pełnione funkcje, ale wielość inicjatyw i nader ożywioną działalność. Założył przy oddziale kluby tematyczne (w tym hafciarski), poszerzył działalność lektorów promujących w szkołach wejherowskich język kaszubski (sam także podejmując się tej roli), organizował imprezy i spotkania w pozyskanym w Wejherowie Domu Kaszubskim, zainaugurował coroczne obchody Dnia Jakuba (Wejhera, założyciela miasta) i rocznicy powrotu Kaszub do Polski, a także zainicjował msze święte z elementami liturgii w języku kaszubskim - w kościołach i na Kalwarii Wejherowskiej, wyposażając uczestników w kaszub-skojęzyczny, sporządzony przez siebie „Mały modlitewnik". W 1989 roku zainicjował i z Zygmuntem Orłem oraz Ludwikiem Bachem współorganizował Jednotę Partów Nordowych, służącą zacieśnieniu współpracy oddziałów ZKP powiatów puckiego i wejherowskiego. W ramach tego porozumienia koordynował ponadłokalne przedsięwzięcia na północnych Kaszubach, które planowano na organizowanych przez Niego corocznych sejmikach działaczy Jednoty Nordowej. Współdziałał w zakładaniu na Nordzie nowych oddziałów ZKP, których na początku było dziewięć, a po trzech latach już dwadzieścia. Zainicjował wymianę doświadczeń z Organizacją Regionalną Fryzów w Holandii, obsługując zarazem - jako przewodnik - ich grupy podczas pobytu na Kaszubach, organizując im zwiedzanie regionu i spotkania z działaczami kaszubskimi, przygotował ponadto wyjazd działaczy z Nor-dy do Fryzji. Zapoczątko„Głównej Komisji Rewizyjnej Zrzeszenia i czterokrotnie na jej przewodniczącego. Kompetentnemu wypełnianiu tej roli sprzyjało Jego wykształcenie: ukończony zaocznie Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Działając w PTTK i zdobywszy tam uprawnienia organizatora turystyki, pilota wycieczek i przewodnika turystycznego po Kaszubach, promował dziedzictwo kulturowe tej krainy poprzez turystykę krajoznawczą. Taki też charakter przybrała Jego działalność w Klubie Turystycznym Wanoż-nik, który współtworzył w 1990 roku i któremu przewodził w latach 1995-2001, a następnie od 2010 roku aż do ostatnich dni życia. Wielkim powodzeniem cieszyły się organizowane przez Niego tematyczne rajdy kolarskie, a zwłaszcza cykliczny „Stegną Czôrlinsczégö". Krzewił kulturę regionu na Kaszubskich Spływach Kajakowych „Śladami Remusa", sztandarowej imprezie Wanożnika, miał tam swoje wieczory okraszane humorem, a gawędziarzem był przednim. Organizował rajdy tematyczne, w tym „Pomorania Motorajd" dla klubowej sekcji motocyklowej, najmłodszej w Wanożniku. Propagował kaszubszczyznę w Radiu Gdańsk, prezentując w języku kaszubskim, jako Szredrów Ben, cykl audycji „Zwëczi Kaszëbsczé", a tematykę tę podejmował później również na łamach pisma „Norda" i w „Pomeranii", w której ponadto zamieszczał artykuły w języku kaszubskim o agroturystyce, udzielając zainteresowanym tą działalnością praktycznych wskazówek. Po zakończeniu pracy w Starostwie Powiatowym w Wejherowie i przejściu na emeryturę, co nastąpiło w 2008 roku, zamieszkał w Zaworach, w pobliżu Kartuz, w zbudowanym wielkim trudem i w dużej mierze własnymi siłami domu, usytuowanym w przepięknym miejscu: w bliskości legendarnej Góry Tamowej, z widokiem na Chmielno i cztery jeziora. Gości, a przewijało się ich przez ten dom wielu (m.in. z Wanożnika i z harcerskiego Kręgu Seniorów Korzenie - w tych środowiskach był pod koniec życia najbardziej aktywny), sadzał przy oknie, żeby mogli napawać się tym pejzażem, który on miał na co dzień. Do tego domu zaprosił nas - członków Zarządu i Komisji Rewizyjnej Wanożnika - w niedzielę 4 listopada, abyśmy przedyskutowali przygotowane głównie przez Niego materiały na planowane na 24 listopada zebranie sprawozdawcze Klubu, na które też się wybierał. Miała być tylko kawa, był obiad przyrządzony przez żonę Sabinę, która - trzeba to podkreślić - z wielkim oddaniem opiekowała się Nim podczas całego okresu choroby. W trakcie tej wizyty zdawało się nam początkowo, że był w nie najgorszej kondycji, ale w miarę upływu czasu stawało się widoczne, że wielką siłą woli stara się wypaść w naszych oczach mniej chory, niż był naprawdę. Żegnaliśmy się z Nim, dodając otuchy, ale z obawą w sercu, że to spotkanie może być ostatnim. Nie minęły dwa tygodnie, gdy nadeszła ta smutna wiadomość: nie żyje. Jego śmierć to wielka strata dla całej społeczności zrzeszonej. Wkład śp. Bena w działalność Zrzeszenia i w propagowanie kaszubszczyzny w różnych środowiskach jest nie do przecenienia. EDMUND SZCZESIAK Podczas otwarcia XXVII remusowego sptywu w Sulęczynie GÔDNIK 2018 / POMERANIA 5 ODDZAKOWANIE SA ZE SP. BERNATA HINZA t •f 05.06.1943 r. /■ 16.11.2018 r. 1 _JWBL Drogô Rodzyno, tczëwôrtny ksaża, lubôtny żałobnicë! Umarłi Bernard - zwóny przez drëchów Ben - od dzesąt-ków lat béł baro aktiwnym dzejarza Kaszëbskó-Pómórsczé-gö Zrzeszeniégö. Jego doswiôdczenié i roböcosc przëniosłë nôwicy brzadu, czej wespółtwôrził Rada Partów Nordo-wëch, chtërna przeniosła i dali przënôszô wiele dobrégö dlô organizacji i całi rësznotë kaszëbsczi. Przez szesc lat przédniköwôł wejrowsczému partowi KPZ. W tim czasu téż i pózni dërch sa udzeliwôł w strukturach Radë Naczelny Zrzeszeniégö i Główny Komisji Rewizyjny. Czej zamieszkôł w Zôwörach kole Chmielna - chóc sëłë ju ubiwałë - równak baro mocno zaangażowół sa we wzmócniwanié tą razą Radë Partów Westrzédnëch, chtërna przez czile lat ofiarno prowadzył, chóc coróz czascy muszół sa biótkówac ze słabnącym zdrowim, a czasa z lëdzczim niezrozmienim. Tak sa stało, że półtora roku temu, téż w Kartuzach, jakno nowému przédniköwi Radë Westrzédnëch Partów przeszło mie dzakówac Tobie za Twoje lata dzejaniégö w ti strukturze. Cesza sa, że - dzaka Bogu - më zdążëlë Tobie pódzakówac za żëcégô, a dzys za Twôje żëcé i robota dzakujemë prawie Panu Bogu. Chóc zdôł jes przédnictwö radë, to dzejanié bëło dali. Dokładnie w tëch dniach rok temu më raza ódsłoniwelë tófla pamiacë pierszégó pówöjnowégó starostę kartësczégö w Chmielnie, Karola Kreffta. Przë ti sprawie baro wóżnó bëła Twoja pomóc. Dzakujemë za twój wióldżi wkłód dló naszi organizacji, za zakłôdanié partów na nordze Kaszëb, za pómóganié jim, za prowadzenie Radë Nordowëch i Westrzédnëch Kaszëb, za aktiwnosc w rozmajitëch komisjach. Dzakujemë za Twóje felietónë ö kaszëbsczich zwëkach, w radiowim magazynie „Na botach i w borach", w pismionie „Norda", w „Pomeranii". Szkoda, że nie udało sa jich wëdac w ksążce, ale to je tero zadanie dló żëjącëch. Bóg zapłać Tobie za promowanie piakna naszi kaszëbsczi zemi na pölu turisticzi, ösoblëwie na Spłëwach Czółenkama Szlachama Remusa. Czażkó bë bëło zrechöwac tëch lëdzy, co za Twóją sprawą pököchelë Kaszëbë przez te wanodżi na wódze i na lądze. Twoja żëcowô wanoga sa skuńcza, skuńcza sa wanoga na ti zemi, a zaczała sa wanoga, chtërny nicht z nas do kuńca nie znaje. Ale tak jak tu na zemi, möżemë sa dali wspierać mödlëtwą i mëslą, i dali wanożëc po Kaszëbach i dbać ó nie dló redoscë lëdzy i na chwała Bożą i Kaszëbsczi Matinczi. Niech ta nowo wanoga z Bóżą pomocą zaprowadzy Ce na niebiesczé wiżawë. Spij w ubëtku na ukóchóny Twóji Kaszëbsczi Zemi. Mowa, jaką na pogrzebie wëgłosył Eugeniusz Prëczkôwsczi. 6 POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 SZUKAJĄCE KASZËBIZNË Ob jeseń (20 i 21 rujana) czilenôsce uczastników pötkaniów dlô piszącëch pö kaszëbsku pöjachało do Gdinie. Przędnym najim céla bëło należenie kaszëbsczich szlachów w miesce, w jaczim wedle badérowaniów dr. Jana Mördawsczégö mieszko nôwicy Kaszëbów (wicy jak 76 tës.). Fracyszk Gursczi öpöwiôdô ö kaszëbsczim Wiôldżim Kacku Najima prowadnikama w ti rézë bëlë Andrzéj Busler, chtëren je przédnika gdińsczego partu Kaszëbskô-Pômörsczégô Zrzeszeniô, i Jerzi Miotke, prezes Kaszëbsczégö Förum Kulturë (ö KFK, gdze zaczałë sa latosé, jesenné potkania, jidze przeczëtac ju w tim numrze „Pomeranie" w teksce autorstwa Aleksandrë Dzacelsczi-Jasnoch). Na pöczątk më pöja-chelë na Öksëwié, gdze nôwicy czasu jesmë spadzëlë na smatôrzu köl köscoła sw. Michała Archanioła, na jaczim są pöchöwóné wôżné pöstacje kaszëbskö--pömörsczi rësznotë, m.jin. biôtkujący sa ö zrzeszenie Kaszëb z Polską Tóna Ôbram i Bernat Chrzanowsczi, co „pörësził wiater öd mörza", i je dzysô patrona medalu za dzejania dlô dobra Pömörzô wracziwónégö lëdzóm z butna. Kaszëbsczé Öksëwié to równak nié blós historiô. Nôlepszim dokaza są wcyg tu żëjący i robiący rëbôcë, jaczi colemało są prawie Kaszëbama i czëją pöspólnota z drëchama pö warku z Wiôldżi Wsë, Kösôköwa, Jastarnie itd. Z nima téż udało sa pötkac i përzna pôkôr-bic. Wicy ö wanodze pö tim dzélu Gdinie pisze Pioter Léssnawa w artiklu „Ösada nad Bôżim Wika". Z Öksëwiô chutkö jesmë przejachelë do stocznie Crist, pô jaczi prowadzył naju Jerzi Miotke, chtëren Bôtë na Ôksëwim PömnikTónë Ôbrama to jeden z nôwôżniészich merków kaszëbsköscë Gdinie POMERANIA 7 ZGDINIE Potkania dlô piszącëch pö kaszëbsku östałë udët--köwioné przez Minysterstwö Bënowëch Sprôw i Administracje. Jich örganizatorama bëlë: miesacz-nik„Pomerania"i Bióro Zarządu Kaszëbskô-Pômôr-sczégö Zrzeszeniô. wiele lat robił we wiôldżi wnen-czas gdińsczi ökratownie i bël-no znaje jiwrë zrzeszone z prôcą w taczim môlu. Ö drobnotach pisze - téż w tim numrze - przędny redaktor Sławomir Lewan-dowsczi. Roböcą sobota 20 rujana jesmë skuńczele wëjôzda do Wiôldżégö Kacka, dzélu Gdinie, gdze kaszëbizna zdôwô sa nôbar-żi żëwô. Ö dzejaniach tamecznego koła gdińsczegó partu KPZ öpöwiôdelë nama jegö przéd-nicë (uszłi i dzysdniowó): Fra-cyszk Gursczi i Izabela Denc. Do témów i udbów, jaczé urodzëłë sa ôbczas ti wizytë, wrócymë ju w nowim roku. Po bëlny wieczerze w resto-racji z piakną kaszëbską pozwą Anker béł jesz czas na krótczé pödrechöwanié i umączony jesmë pöszlë do höstelu, gdze niejedny - w tim autór tego tekstu - dorazu usnalë i spelë „za sétmë remusów". W niedzela 21 rujana jesmë zaczalë dzén öd pötka-niô z Małgorzatą Bądköwską, jakô je artistką-pla-sticzką, znajôrką kaszëbsczégö wësziwu i miéwcką Kaszëbskö-Pömörsczi Ksagarnie Czëc. Öpôwiôdała ö swöjich udbach na kaszëbsczi etnodesign, kôrbiła ö jiwrach zrzeszonëch m.jin. z nieprawnym kôpiowanim modłów usadzonëch przez artistów, i ö pöpularnoce (abö niepöpularnoce) rozmajitëch szkôłów wësziwu. Pö zakuńczenim zeńdzenió jesmë jesz diskutowelë ô jiwrach ze słowizną, jaczé mają kaszëbsczi gazétnicë, co chcą pisac ö gospodarce, np. ö ökratowniach, a téż ô obrazu Gdinie w kaszëbsczi lëte-raturze. Slédnym pónkta warköwniów bëła wanoga z Kaszëbsczégö Forum Kulturë do Strzódmiescô (piechti nad sztrąda mörza), a pózni pö sarnim centrum Gdinie. Wszadze, wespół z Andrzeja Buslera, jesmë szukelë kaszëb-sczich szlachów. Ni mögło öb-czas ti rézë zafelowac óbzéraniô Kaszëbsczégö Placu i stojącego na nim wiôldżégö pomnika Tónë Ôbrama, ale dokazów na kaszëb-skôsc tegö miasta je wiele wicy. Ö tim równak nie dô sa napisać w ti krótczi relacje. Bóg zapłać wszëtczim, co pömöglë nama w organizacje tëch pötkaniów, ösoblëwie gdińsczemu partowi Kaszëbskô--Pömörsczégö Zrzeszeniô. DARK MAJKÖWSCZI Öbczas wanodżi pö stocznie Crist 8 POMERANIA GDYNIA TO TEŻ STOCZNIA Z GDYNI Podczas gdyńskich warsztatów odwiedziliśmy też stocznię„Crist", po której oprowadził nas Jerzy Miotke, zawodowo związany ze Stocznią Gdynia, na której terenie działa obecnie„Crist". Choć firma na rynku funkcjonuje od 1990 roku, to największy rozwój zanotowała w ostatnich kilku latach, co paradoksalnie wiąże się z upadkiem i sprzedażą Stoczni Gdynia SA. „Crist" nie jest jednak spadkobiercą gdyńskiej stoczni, tylko działa na części jej terenu. Zakup w 2009 roku obiektów produkcyjnych (hale, suchy dok i suwnica produkcyjna) przyczynił się do realizacji zleceń dla polskich i zagranicznych armatorów. Jak powiedział Jerzy Miotke, sprzedaż majątku Stoczni Gdynia SA musiano mądrze i praktycznie zaplanować, choćby dzieląc działki w taki sposób, aby nowy podmiot mógł kontynuować na zakupionym terenie działalność produkcyjną lub remontową (stoczniową). Przykład Stoczni „Crist" pokazuje, że cel został osiągnięty. Pierwsza stocznia na terenie Gdyni działała od 3 listopada 1922 roku do roku 1926. Dyrektorem Towarzystwa z Ograniczoną Poręką pod nazwą Stocznia w Gdyni został inż. Rajmund Stodolski. W ciągu czterech lat istnienia spółki wyremontowano 50 kutrów rybackich i kilka statków handlowych. Kolejnym etapem w historii stoczni było powołanie 31 grudnia 1927 roku Stoczni Gdyńskiej jako spółki akcyjnej. Podstawowym zakresem działania nowego podmiotu były remonty statków oraz okrętów Marynarki Wojennej, a było to możliwe także dzięki temu, że na wyposażeniu stoczni był dźwig pływający o udźwigu 50 ton oraz pływający dok 0 nośności 2500 ton. Pierwszą samodzielnie zaprojektowaną 1 zbudowaną w Stoczni Gdyńskiej jednostką była motorówka sanitarna Samarytanka (długość 15 m, szerokość 3,8 m, zanurzenie 1,5 m). Została wykonana dla Urzędu Morskiego w Gdyni, a jej uroczyste wodowanie odbyło się 17 września 1931 roku. Samarytanka stoi do dziś na honorowym miejscu na terenie stoczni. Pod koniec lat 30. XX wieku stocznia rozwinęła działalność, dzierżawiąc nowe tereny w miejscu dotąd niezagospo-darowanym, wznosząc nowe hale oraz pochylnię, na której 28 sierpnia 1938 roku uroczyście położono stępkę pod pierwszy budowany w Polsce statek pełnomorski - parowy drobnicowiec Olza o nośności 1250 ton, długości 68 m i szerokości 10 m. Podczas II wojny światowej stocznia nastawiona była na remonty jednostek wojennych, w późniejszym okresie budowała także sekcje okrętów podwodnych, przez co kilkakrotnie była celem alianckich nalotów. Po jednym z dywanowych nalotów, który miał miejsce 18 grudnia 1944 roku, stocznia w zasadzie przestała działać. Powojenny okres działalności stoczni, a szczególnie koniec lat 50. i lata 60., to czas koniunktury i rozbudowy zakładu, na co wpływ miało rosnące zapotrzebowanie na duże statki. W latach 1959-1963 powstał nowoczesny ośrodek budowy kadłubów i pierwszy suchy dok. Jego eksploatacja rozpoczęła się budową pierwszego 10-tysięcznika. 2 października 1963 roku nastąpiło zwodowanie drobnicowca Francesco Nullo, o nośności 11 600 ton z przeznaczeniem dla Polskich Linii Oceanicznych. Wraz z budową coraz większych jednostek następował rozwój nowych technologii, zmieniała się skala trudności ich budowy. Od prostych drobnicowców, masowców i trawlerów rybackich po statki wielozadaniowe. Od statków biorących kilkaset ton ładunku - po stutysięczniki. Po okresie transformacji ustrojowej roku 1989 gdyńska stocznia zajmowała 100 hektarów przy kanale portowym Portu Gdynia i mogła się pochwalić budową 620 statków o łącznej nośności 10 milionów ton. W 1991 powstała Stocznia Gdynia SA, jako jednoosobowa spółka skarbu państwa. Nie uchroniło to zakładu przed upadkiem, na który złożyło się wiele czynników. W dodatku Komisja Europejska wydała w 2008 roku decyzję o zwrocie nielegalnie otrzymanej pomocy publicznej dla Stoczni Gdynia SA, co ostatecznie doprowadziło do sprzedaży majątku stoczni. Tereny należące do byłej już Stoczni Gdynia SA znalazły nowych właścicieli. Wśród nich są m.in. wspomniana Stocznia „Crist" i Stocznia Remontowa „Nauta". Gdynia to także stocznia, a właściwie stocznie, ponieważ jeden duży państwowy zakład zastąpiły dzisiaj mniejsze stocznie. Patrząc na pełny budowanych statków suchy dok w stoczni „Crist" i statki stojące przy nabrzeżach stoczni „Nauta", można odnieść wrażenie, że nic się tutaj nie zmieniło. Gdynia nadal buduje i remontuje statki! SŁAWOMIR LEWANDOWSKI I Samarytanka, pierwsza samodzielnie zaprojektowana i zbudowana w Stoczni Gdyńskiej jednostka, zwodowana 17 września 1931 roku. GÖDNIK 2018 / POMERANIA / 9 NÔMŁODSZÔ CÓRKA ZRZESZENIÉGÔ WGDINI Jesz je młodô i wiele do zrobieniô je przed nią. Chöc je dopierze dwa lata stôrô, uczëlë ju ö ni gwësno wszëtcë dzejôrze w Gdini a na Kaszëbach. Pöwsta dzaka gdińsczemu partowi Kaszëbskö-Pömörsczégö Zrzeszeniô. Je téż nadzwëköwö snôżô - wszëtkö w ni przëbôcziwô ö môłi tatczëznie. A gôdka je ö Kaszëbsczim Förum Kulturë - jak gôdô Andrzéj Busler: „córce Zrzeszeniégô". W tim placu Jerzi Miotke gôdôł bëtnikóm warköwniów ö leżnoscach pöstawieniô Pomnika Öfiarów Gödnika ~80 przë al. Józefa Piłsudsczégö Czej jô uzdrza KFK w sobota reno na warköwniach dlô piszącëch pö kaszëbsku (20 rujana), jô bëła często zadzëwionô. Trzëgard, krótkô centrum Gdini, jedna z głównëch szasëjów - jida chodnika i widza kaszëbską fana. Wchodzą bënë i môjim öczóm ukôzywô sa wiôldżi a piakny ksagözbiór. Na scanie örzéł, chtëren dôwno temu béł dzéla grobu Antona Ôbrama, co jesmë sa dowiedzelë na öksëwsczim smatôrzu kol grobu Ôbrama. Na binie cëdow-ny wëstôwk etnodesignu Małgorzatę Bądköwsczi, a na naju (uczastników warköwniów) żdają statczi z Łubiane z kawą a kucha. Cëż to je Kaszëbsczé Förum Kulturę? Wedle införma-cjów z internetowi i facebooköwi starnë to köntinuacjô dzejaniów Östrzódka Kaszëbskö-Pömörsczi Kulturę, a téż nowi plac pötkaniów na kôrce Gdini. Öbczas kôrbiónczi z Andrzeja Buslera (spiritus movens negö môla) dowiadë-jemë sa, że KFK to nie blós biblioteka - mómë tu uczbë kaszëbsczégö jazëka (prowadzy Dark Majköwsczi), zajmë Uniwersytetu Trzecégö Wieku, promocje ksążków, pöetic- czé wieczorë, wëstôwczi... W roku ödbiwô sa tu nawetka kol sto rozmajitëch wëdarzeniów. Nie je letkö nalezc drëdżi tak baro brzadny w kaszëbsczé dzejania plac. Zaczało sa tak pö prôwdze ju w 2003 roku. Tedë pöwstôł tu nadczidłi przed sztërka Östrzódk Kaszëbskö-Pömörsczi Kulturę. To bél taczi twór, w chtërnym udzél bralëprakticz-no trzë podmiotę: Miasto Gdiniô, Biblioteka i gdińsczi part Zrzeszeniégô - dolmaczi nama Andrzej Busler, nota bene przédnik gdińsczego partu. Głównym podmiotą, chtëren prowadzył Östrzódk, bëła Gardowô Publiczno Biblioteka. To sa zmieniło w 2016 roku, czej jesmëpöwôłelë Fundacja jak-no Kaszëbskö-Pômörsczé Zrzeszenie Part w Gdini i terô më jesmë gôspôdarzama całégó pömieszczeniô. Möżna śmiało rzec, że skra Örmuzda nalazła sa w dobrim placu a czasu. Przédnika KFK je Jerzi Miotke (në, prôwdzëwô Ör-muzdowô Skra, bö „Pomerania" mć> jemu przëznóné taczé wëapartnienié, i nawetka wërzink, jaczi dostôł w gromiczniku latoségö roku z ti leżnoscë, stoji na jedny pölëcë w KFK). }egó prawą raką je Andrzej Busler, nôleżnik 10 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 POTKANIA DLÔ PISZĄCËCH PÖ KASZËBSKU zarządu. Na pôtkanim z Jerzim Miotke mógł uczëc, skąd-ka wzała sa udba na KFK: Andrzéj [Busler] béł ôb piac lat prôcownika, a ôb wiele lat jegô spôlëznowi robôtë - lidera najégô Östrzódka Kaszëbskô-Pômôrsczi Kulturë w Gdini. Jednégô razu, na przédnictwie partu [KPZ] doszlë do dbë, że wôrt bë bëło nadacjinszi status taczi placówce i przédnic-twô pôdjało uchwôlënk ö ustanowienim KFK z określonym zakresa kompetencji a öbrzészków. Bëło to zjiscenié jednégö z wôżnëch postulatów najich öjców-załóżców, chtërny usa-dzëlë Kaszëbsczé Zrzeszenie Part w Gdinie w 1956 roku. To prawie ôni ju tedë mëslelë ö pôwôłanim taczi institucje - czasë równak nie bëłë żëczné. Założëcelsczim organa je Kaszëbskô-Pômórsczé Zrzeszenie, a mëjesmë agendę, chtër-na bë mia z całégópaczétu zrzeszeniowego dzejaniô wëbrac, pödpilotowac, firmować a inspirować stricte kulturalne dze-jania - ôd nôuczi jazëka przez krzewienie kulturę, powrót do korzeni, do naszich starków i prastarków, przez promocja terôczasny kulturę i wszëtczégö, co nótje przenieść w nowe pokolenia Kaszëbów. Kaszëbsczé Förum Kulturę nie je „sómnym ostrowa" w Trzëgardze - chatno i czasto wespółrobi z wszelejaczi-ma institucjama a örganizacjama. Na gwës zaangażowóny i zainteresowóny są zrzeszeńce z partu i gdińsczich kółów. KFK całi czas wespółrobi z Urzada Miasta Gdini i ze szkól-nyma-regionalistama z gdińsczich szkółów. I nié leno tëli - bëła abó wcyg je wespółrobóta z taczima mediama, jak: Radio Kaszëbë, Radio Gdańsk, TTM, TVP3, „Dziennik Bałtycki", „Gdyński Kurier" i „Pomerania", a téż z uczbów-niama i szkółama: z Gduńsczim Uniwersyteta, Akademią Wöjnowi Marinarczi, Węższą Szkołą Biznesu i Administracji i z Muzyczną Szkołą w Gdini. A to jesz nie je wszëtkö. Czëja, że i Andrzej Busler, i Jerzi Miotke móglë bë rechöwac i rechöwac dali. Pö prôwdze, je czim sa pöchwalëc i mögą zainspirować jinszich do tak aktiwnégö dzejaniô. Wszëtkö, co dzeje sa w KFK, je apartné nié blós na regionalną skala i wôrt pödczorchnieniô, a dëtków czë lëdzy ni ma tak po prôwdze wiele. Z dotacji je tu blós dwa i pół etatu. Są jesz umöwë zleceniô i umówë ö dzeło. Przédnictwö robi społeczno. I to wszëtkô - gôdô nama Andrzej Busler. W całim roku jesmë w sztadze zorganizować wiacy niżle sto wëdarzeniów i z pöwódzenim fónksnérëjemë. Nôwiacy dëtków KFK dostôwô z budżetu Miasta Gdini. Jesmë jedną z wielu pôzarządowëch örganizacjów, jaczé są z budżetu miasta finansowóné - pödczorchiwô Jerzy Miotke. Sygnie to, bë zatrudnić kąsk lëdzy, zachacëc autorów do ódwie-dzeniô (jima téż nôleżi sa gratifikacjô) a zareklamować i zorganizować „eventë", chtërne przëcygają Kaszëbów z rozmajitëch, nié leno gdińsczich, strón. A chto przëchôdô do KFK? Leno Kaszëbi? Ökazywô sa, że KFK mô nazwa „Forum" dlôte, bë sparłaczëc z tim môla gdińsczich Kaszëbów, le téż regionalistów, chtërny są nama żëczny, a czasto Kaszëbama nie są - dodówó Andrzej Busler. - Tej to bë miał bëc plac pôtkaniów dló gdińsczich, kaszëbsczich, köcewsczich, pómôrsczich regionalistów. Równak wôrt pamiatac, że nie je to mól blós dló dzejarzów. Przejeżdżają lëdze z całëch Kaszëb a Pömörzégô. Nôwiacy pôjôwiô sa tu gdinian, kol 90% ödwiedzającëch. Może tu pötkac dzecë szëkającé za legendarna, szkolne, co „robią" W KFK. Andrzej Busler köl wëstôwku etnodesignu swöji białczi Małgorzatę Bądkówsczi w regionalizmie, seniorów, co mają wëkładë z historie regionu, lëdzy, chtërny pöjôwiają sa na rozmajitëch pötka-niach... Czasto sztudérzë i gazétnicë körzëstają z ksa-gózbioru w KFK. Co wiacy, dzaka zgromadzonym ksążkóm powstało czile licencjacczich i magistersczich dokózów. Ni może sa dzëwöwac, kó jidze tu nalezc nawetka... Słownik gwar kaszubskich na tle kultury ludowej ksadza Zëchtë. Cekawó je historio „trafienió" słowórza ksadza Zëchtë do KFK. Jak ópówiódó Andrzej Busler, felëje blós jednego tomu. Czej jô béł tuwó jesz prôcownika, tej białczi z jinszich filii [chódzy ö filie Gardowi Biblioteczi w Gdini, jedna z nich je zarôzka kol KFK] wiedzałë, że je taczi szólińc, kaszëbskö-pömórsczi bibliofil - gôdô o se i śmieje sa mój rozmównik. - Jednego dnia ödbiéróm telefon z filie na szasëji Warszawsczi: „Dobri dzćń, wasto Andrzeju. Tu jedna białka przeniosła taczi kaszëbsczi słowôrz". Jô gôdôm: „Słowôrz? A wiele mô tomów?". „Në, z szesc". Tej pitóm: „Zëchta?", a ôna ôdpöwiôdô: „Jo, Zëchta. Öna w darënku przeniosła". Jô béł w dwadzesce minut na Warszawsczi. Zdrza, Zëchta wpiaknym stanie, niezniszczóny, je tuwô do dzysô". Z tegó, co jó widza w tamecznym ksagózbiorze, może tu nalezc wiele wiacy ksążków wôrtnëch, cekawëch i rzôdkó pótikónëch w wiesczich czë miesczich bibliotekach. Je jich kol piać tësąców, a tikają sa gdińsczi, kaszëbsczi a pómórsczi tema-ticzi. Niechtërne ksążczi są darënkama öd priwatnëch ösób, a niechtërne ód bibliotek. Wiôldżi dzél je udostóny dzaka grantom z Urzadu Miasta Gdiniô. To bëłë lata, w chtërnëch nie bëło taczich platfôrmów kaszëbskö-pömórsczich ksagar-niów - wspöminô Busler. - Nót bëło sadnąc do auta ijezdzëc pô całëch Kaszëbach, öd nordëjażpô pôłnié. I z nëch môłëch wëdowiznów, chtërne wëdają czasama czile sztëk bez czile lat, udostac ne ksążczi a kupować. Nie ukriwóm, më kupiwalë téż z trzëgardczich antikwariatów. Czej jô bë napisa, że wôrt przëjachac, bó je bókadny ksagózbiór, tej jô bë napisa na gwës za mało. KFK to je prosto wóżny mól na kulturalny korce Gdini. Mól, chtëren ' » ift kaszubski, szkoła pucka GÖDNIK2018 / POMERANIA /11 POTKANIA DLÔ PISZĄCËCH RÖ KASZËBSKU A. Busler öpöwiôdô ö kaszëbsczim Öksëwim Öd lewi: A. Busler i J. Miotke wedle möjégö pózdrzatku, mô wiôldżé zwënédżi w budze-nim a öżëwienim kaszëbiznë w wiôlgömiesczim ökölim. To téż plac, w chtërnym pö prôwdze je „Fôrum" - potkania czëpromocje wiedno zmieniwają sa w diskusyjnéforum, jak pödczorchiwô Dark Majkówsczi. KFK to môl pótka-niów w prôwdzëwim negö słowa znaczenim. Nóczascy przëchôdô köl sztërdzescë - piacdzesąt sztëk lëdzy, cza-sama je jich köl sédmëdzesąt, a tej wszëtczé stółczi są zajaté. Göscama ze swôjim programa bëlë téż szköłownicë Kaszëbsczégö Öglowösztôłcącégö Liceum zez Brus - za-prezentowelë „Kaszëbsczé Wieselé", „Kaszëbsczi Zôdëszny Dzén' czë pökôzketnodizajnersczi módë. Łońsczćgó roku ödbëłë sa tu powiatowe eliminacje do könkursu „Méster Bëlnégó Czëtaniô", są ju planowóné pöstapny rôz. W KFK béł téż jeden z pónktów Kaszëbsczégö Rajdu. Je tuwö bina, tej nierôz wëstapôwało karno pieśni i tuńca „Gdynia" -apartno cekawé bëłë potkania pöd titla „Spiéwë ó Gdini" i baro wiele lëdzy wzało w nich udzél. Kdjesmë w Gdini, ni ma sa co dzëwôwac - gôdô Andrzej Busler. I dodôwô: Jô sa zastanôwióm, czegô më jesmë jesz tu nie robilë [śmiech]. I co jesz je przed nama. Przed KFK na gwës jesz je ful robötë. Dlôcze? Bö tim płaca zajimają sa lëdze, co chcą robie dlô kaszëbiznë i rr^ją ja w sercu. Zapitóny ö piane na przińdnota, Jerzi Miotke ód-pöwiôdô, że wcyg badze to nóuka kaszëbsczégö jazëka, we-spółroböta ze szköłama i institucjama, dozéranié pamiacë ö lëdzach wôrtnëch achtnieniô czë inspirowanie młodëch do utwórstwa. Stolaté samôstójnotë to dlô wiakszégô dzélu Pôl-sczi rok 1918- dodôwô Jerzi Miotke. - Më badzemë de facto dopierze w 1920 roku fejrowac. Jak sa słëchô przédniköwi, pödczorchiwô głabóczima słowama: Tak tej badzemë sa wiedno ôdnaszac do pamiacë i uwôżaniégö do lëdzy, chtërny ta Gdinia i tdpólskôsc tu twôrzëlë, a wcyg uchôwiwelë swoja apartnota i niezależność. Jak sa słëchô Kaszëbóm, jesmë uparti i baro zakorzeniony w swójich tradicjach i nie dómë so negó tak letko odebrać. Ajeżlëjidze ô piane na nôblëższi czas, to ju 26 stëcznika w Dramaticznym Teatrze w Gdinie badze premiera „Żëcô Remusa". Wespół z Kaszëbskô-Pômôr-sczim Zrzeszenim jesmë woźnym partnera tegö wëdarzeniô. Badzemë robie wszëtkô, żebë ten szpetôczel öbezdrzało jak nôwicy mieszkańców Gdinie i całëch Kaszëb. Czë KFK brëkuje reklamë? Jo, ni möże ô ni zabôczëc. Widzec je ja na przëmiar na facebooköwim profilu i öglowö w internece. Më nie pôwstelë z niczego w 2016 roku, bo ód 2003 roku dzejôł Östrzódk Kaszëbskö-Pómórsczi Kulturę -zwrôcô uwôga Andrzej Busler. Tej lata robötë Östrzódka bëłë ju dobrą marką, le nót sa wcyg reklamować. Tuwó naszą mocą je to, że je taczi gdińsczi part KPZ - dodôwô. - Jak rozgłosnimë to, co robirnë, co mómë w planach, óbczas pótka-niów kółówgdińsczegó partu, tej wiedno gwësnô lëczba lëdzy przińdze na zeńdzenić w KFK. Ajeszpôjôwiają sa nadczidczi w gazetach a radiu. Tej chto chce nalezc wiadło o KFK i jegö dzejanim, nen nie mdze miôł z tim niżódnégö jiwru. Kaszëbë są tam, gdze są Kaszëbi. I na gwës Gdiniô je kaszëbskô. KFK je bëlnym przikłada ji kaszëbstwa. Co wôżné, ceszi sa zaufanim Prezydenta Gdini i wëszëznów Miasta, a téż uwôżanim regionalistów i ödwiedzającëch. Kó, fejn lëdze i fejn rzecze robią, jakbë parafrazować słowa Andrzeja Buslera. Tedë chto jesz nie béł w KFK? Jeżlë ni mósz tam bëté, tej sadój w auto a bana i sóm sprôwdzë, że jó nick nie cëgania! Wiôldżé „Bóg zapłać" nóleżi sa wastóm Jerzemu Miotke i Andrzejowi Buslerowi za przekôzanié mie wiadłów ö Kaszëbsczim Forum Kulturę, jaczich nie jidze nalezc w internece czë w ksążkach, bo ne informacje póchódają prosto z serca. Z serca, jaczé mają dló KFK i lëdzy gó ódwiedza-jącëch. Jesz róz Bóg zapłać! ALEKSANDRA DZACELSKÔ-JASNOCH Wszëtczé cytatë z kôrbiónków óstałë przetłómaczoné bez Aleksandra Dzacelską-Jasnoch. Tekst je brzada pôtkaniów dlô piszącëch pô kaszëbsku, jaczé ödbëłë sa 20 i 21 rujana w Gdinie. Bëłë ône udëtköwioné przez Minysterstwö Bënowëch Sprôw i Administracje 12 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 OSADA NAD BÔŻIM WIKA Latoś w internetowim wedanim gazétë „Dziennik Bałtycki" pojawił sa articzel ö Öksëwim, w jaczégö titlu stojało, że wanoga pö tim dzélu Gdinie to tak pö prôwdze réza do serca Wôjnowi Möriniznë. Gwës jo. Dlô naji równak - uczastników rujanowëch warköwniów dlô piszącëch pö kaszëbsku - je to przede wszëtczim réza do serca gdińsczi kaszëbiznë. Czej me bë sa przenioslë w czasu - do zôczątków uszłégó stolata, tej za tim plota, jaczi je wkół smatôrza i kôscoła sw. Michała Archanioła, me bë nie nalezlë wojska ani téż Wôjnowi Marinarczi, a téż drzewa w tim placu bëłë wiele niższé. Më bë uzdrzelë baro snôżi ôbrôzk - flach, jaczi mieszkańcowie Öksëwiô mielë nazwóny Bôżi Wik. Czemu prawie tak?Hélskô Kôsa - hélsczi półôstrów -je nôtërnym falochrona dlô Gdinie i dzaka temu wödë wkół gardu są baro spôkójné. Dlôte öksëwsczi Kaszëbiju dzesąt-czi lat temu nazwelë te wödëBôżim Wika. A dzejanié tegö nôtërnégô falochronu je bëlno widzec ôbczas wikszégô wiatru. W gdińsczim pórce, nawetka czej mocni wieje, to wëladowiwanié wiôldżich ökratów jidze dali, a we Gduń-sku, jaczi je krodzy ôtemkłégö morza, trzeba przerwać wëladënk z pózdrzatku na bezpiek lëdzy. A Böżi Wik dzysôjesz uzdrzimë napöcztowëch kortach z zôczątku XX wieku - czedë na Öksëwim jesz nie belo wojska - od taczi historie zaczął naja wanoga Andris Busler, przédnik gdińsczćgó partu Kaszëbskö-Pömörsczégö Zrzeszeniô a téż znajôrz kaszëbsczich dzejów tegö miasta. Jak möżemë sa doznać z kortów historie, w latach, czej Gdiniô bëła jesz môłą gburską wsą, a wiôldżi gard z porta jesz nawetka na papiorze nie pöwstôwôł, to prawie Öksëwié bëło ju wiôlgą wsą z köscoła i bókadną kulturą. Tak pö prôwdze Öksëwié öd praczasów bëło woźnym kulturowim i kulturoutwórczim óstrzódka. Znajemë doch pöjacé „öksëwskô kultura", jaczé öbjimô cząd epöczi żelaza ód II wieku przed Christusa do I wieku pó Christusu. To prawie na Öksëwim bëłë nala-złé statczi z tego czasu, ceramika i żelazne nôrzadła. Në, ale chcemë wrócëc do dzysdniowöscë. Szlachów Kaszëbów nalézemë na Öksëwim jesz do dzysô baro wiele, a nôwicy mdze jich gwësno na smatôrzu kóle nôstarszégó w Gdinie kóscoła - pw. sw. Michała Archanioła, jaczi pöchödzy z XII stolatégö. Na grobach nie felëje czësto kaszëbsczich nôzwësków, taczich jak chócle Skwiercz abö Kur. A ókróm tegö, co je baro wôżné dlô naji spölëznë, na tim smatórzu są póchówóny taczi lëdze zasłużony dlô kaszëbsczi historie i kulturę, jak ks. Antón Muchówsczi, Bernat Chrzanow-sczi czë Tóna Ôbram. Ösoblëwie ten slédny béł i je doka-za kaszëbsköscë tegô placu. Dlô gdińsczich Kaszëbów bëła to baro wôżnô pôstacjô i - môżemë rzeknąc - ôrt symbolu - gôdô Andris Busler, naji prowadnik. Tóna Ôbram mieszkôł w Gdinie blós 3 lata - na kiińcu swöjégó żëcégö. Ale przez nen czas baro móckó wrósł w gdińskę pamiac i historia. I chôc pöchôdôl spód Pucka, ze Zdradę, to jego żëczbą bëło, żebë gö póchówelë prawie na Öksëwim. Ôbram béł Kaszëbą, ale muszimë téż pödsztrichnąc, że béł dzejôrza propólsczim i pówrót Pôlsczi nad Bôłt miôł za swöje nôwôżniészé zadanié. GÖDNIK 201S / POMERANIA /13 WGDINIE o O -O GróbTónëÔbrama Zaöstałoscë ökratu wplotłé w architektura Smatôrza Wöjnowi Marinarczi na Öksëwim Póstapną pöstacją, jaczi grób nalézemë na ôksëwsczim smatôrzu, je Bernat Chrzanowsczi - nié Kaszëba, leno człowiek z Wiôlgôpölsczi, chtëren pököchôł ten plac i krôjmalënk. Béł ön wiôldżim lubötnika najégö regionu, a w zas prësczégô zabôru biôtkôwôł sa ô pôlskôsc Kaszëb i promöwôł naje stronë i jich mieszkańców w Poznaniu, Warszawie, Krakowie... Wespółrobił téż z młodokaszëba-ma i prowadzył rézë pö Kaszëbach. Wëdôł prowadnik Na kaszubskim brzegu. Co wôrt pôdsztrichnąc, na jego grobie je widzec symbol odwrócony kötwë - znanka ze sztapla Swiatopôłka Wiôldżégö. Slédny plac na öksëwsczim smatôrzu, na jaczi prowa-dzy naju Andris Busler, to grób ks. Antona Muchówsczé-gö - wielelatnégó proboszcza parafie sw. Michała Archanioła. To pósobny nié Kaszëba, bo Kócewiôk. Béł uczastnika stëcznikôwégö pöwstaniô z 1863 roku i östôł zesłóny na Sybir, skądka udało mu sa uceknąc. Czile lat nazôd ks. Antón Muchöwsczi óstôł patrona młodzëzno-wégö karna ögniôrzów, jaczé dzejô kóle Pódjimiznë Gardowi Komunikacje w Gdinie. *** Czekawą sprawą je jazëk, jaczim gôdelë czedës Kaszëbi w tim placu i jaczim jesz do dzysô gôdają niejedny przedstôwcowie starszego pököleniô. A kôrbią po bëlac-ku - tak jak sa gôdô na nordze Kaszëb. Wgdińsczim parce Kaszëbskö-Pômôrsczégô Zrzeszeniô je na przëmiar wasta Sztefón Muza, chtëren dërch a wcyggôdô snôżo pô bëlacku - gôdô Andris Busler. A czejpöjedzemë w zôpad-ny abô pôłniowi dzél Gdinie - chöcle do Wiôldżégô Kac-ka, to iiczëjemëju lesacką kaszëbizna. A to wszëtkó dlôte, że Öksëwié bëłą ösóbną parafią, a kulturowo i jazëköwó lëdzóm, co tam mieszkelë, bëło krodzy do Pucka abö Kósôköwa. A ju Wiôldżi Kack słëchôł do parafie Chwaszczëno, dlôte jazëk mieszkańców ti wsë béł barżi szlachöwny do tegö, jaczégö sa użiwô we wejrowsczim abö kartësczim pówiace. A na kuńc kaszëbsczi rézë pó Öksëwim jedzemë jesz do flachu, jaczi sa zwie Rëbackô Ösada. Pö prôwdze je to plac, w jaczim öb dłudżé lata robilë rëbôcë z ókölégó i do dzysô je jich jesz pôra. W 2015 roku wëszëznë Gdinie skuńczełe w tim placu budacja bulwaru, a latoś bëła uno-wionô rëbackô hôwinga. Ostôł zbudowóny falochron a téż elektriczné urządzenia do wëcyganiô bôtów na sztrąd. Równak samëch rëbôków za wielu ju na Öksëwim ni ma - jistno jak bôtów, jaczich ostało blós szesc. PIOTER LÉSSNAWA Tekst je brzada pötkaniów dlô piszącëch pó kaszëb-sku, jaczé ódbëłë sa 20-21 rujana 2018 roku w Gdinie. Östałë öne udëtkówioné przez Minysterstwó Bënowëch Sprôw i Administracje. 14 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 MIĘDZY GDYNIĄ A WARSZAWĄ CZYLI JAK OSWAJANO WILKA ŻELAZNEGO CZĘŚĆ 2: PREZYDENT U KASZUBÓW Chociaż pobyt na Rybakach był ledwie krótkim epizodem podczas kilkudniowej wizyty prezydenta Ignacego Mościckiego na Pomorzu, to dla mieszkańców helskiej kosy był czymś wyjątkowym. Przez dziesięciolecia pod panowaniem pruskim ten zakątek cesarstwa odwiedzany był sporadycznie, jedynie przez niższych rangą przedstawicieli administracji terenowej. Teraz Jastarnię wizytował najwyższy dostojnik w państwie. Nadmienić należy, że nie była to pierwsza wizyta głowy państwa w tych stronach. Pierwszym prezydentem, który odwiedził półwysep, był Stanisław Wojciechowski, który zjawił się w Helu latem 1925 roku. Prezydent RP Ignacy Mościcki (w długim płaszczu i kapeluszu) w otoczeniu załogi statku „Gdynia" i przedstawicieli władz, którzy przybyli na uroczystość pożegnania prezydenta. Widoczni m.in.: dowódca zamkowej kolumny samochodowej mjr Stefan Czarnecki (3. z lewej), komisarz Rządu w Gdyni Stefan Sokół i wnuk prezydenta Mościckiego Józef Zwisłocki (siedzi na pierwszym planie, w środku, z psem). Gdynia, lipiec 1933 i 100 LAT NIEPODLEGŁEJ Do odwiedzenia dzielnicy północnej przez prezydenta Ignacego Mościckiego przyczynił się... Henryk Sienkiewicz. Odsłonięcie pierwszego w Polsce pomnika noblisty miało miejsce 31 lipca 1927 roku w Bydgoszczy (wtedy województwo poznańskie) i było oficjalnym powodem przyjazdu głowy państwa w te strony. Prezydencki orszak przekroczył granice województwa pomorskiego wieczorem 31 lipca 1927 roku w Cierpicach, gdzie Ignacego Mościckiego przywitała delegacja władz z wojewodą generałem Kazimierzem Młodziankowskim na czele. W czasie objazdu Pomorza prezydent odwiedził Toruń i okoliczne miejscowości (Łysomice, Papowo Toruńskie), następnie przez Chełmżę, Dźwierzno i Mniszek udał się do Grudziądza, gdzie przyjął defiladę. Wizytował też Nowe, Gniew, Pelplin, Starogard i Skarszewy. Na trasie przejazdu prezydencka kolumna była wielokrotnie zatrzymywana w przydrożnych wioskach, gdzie dostojnika oczekiwała miejscowa ludność. W spisywanych po latach wspomnieniach Mościcki podkreślał serdeczność, z jaką był witany w kaszubskich wsiach, i patriotyzm ich mieszkańców. Wystąpienia ludności animowali na ogół przedstawiciele duchowieństwa i lokalnego samorządu, a w niektórych powiatach wydano na tę okoliczność specjalne instrukcje. Na przykład w powiecie wejherowskim starostwo w odezwie zaapelowało do mieszkańców o gremialny udział w zgromadzeniach, a wójtów, sołtysów i przełożonych obszarów dworskich zobowiązano do udekorowania budynków barwami narodowymi, wystawienia bram triumfalnych i organizacji komitetów powitalnych, które miały oczekiwać przybycia głowy państwa przy wjeździe do miejscowości, w otoczeniu miejscowej ludności, dzieci szkolnych i przedstawicieli lokalnych organizacji. W takich miejscach zatrzymywano prezydencki orszak, na ogół rozwieszając w poprzek szosy szarfę. Najważniejszą destynacją Ignacego Mościckiego podczas objazdu Pomorza była Gdynia, do której prezydent przybył 3 sierpnia. Dla miasta, które prawa miejskie uzyskało raptem półtora roku wcześniej, wizyta głowy państwa była swego rodzaju oficjalnym namaszczeniem na polskie okno na świat. Była też potwierdzeniem dużej wagi Pomorza dla władz centralnych i manifestacją determinacji w dążeniach do budowy potęgi morskiej kraju. Na wizytację miasta i okolicy przewidziano dwa dni. Prezydencka kolumna wjechała na teren powiatu morskiego o 19.30. Na granicy szacownych gości powitał starosta generał Mariusz Zaruski i dowódca floty komandor Józef Unrug. Po kwadransie orszak dotarł do bramy triumfalnej wystawionej na rogatkach miasta. „Morze - przyszłość Polski" głosił napis wieńczący konstrukcję. Głowę państwa przy dźwiękach hymnu narodowego odegranego przez orkiestrę Marynarki Wojennej przywitał wiwatujący tłum. Honory prezydentowi oddała kompania reprezentacyjna. Po przyjęciu meldunku dowódcy i przeglądzie kompanii prezydent Mościcki wraz z małżonką ruszyli w kierunku bramy, gdzie oczekiwał ich komitet powitalny. Prezydenta witali między innymi minister Eugeniusz Kwiatkowski, burmistrz August Krause, generałowa Izabela Zaruska, przedstawiciele gdańskiej Polonii oraz dwie dziewczynki, mieszkanki Gdyni i Gdańska. Krause przywitał gości chlebem i solą i wręczył prezydentowi klucze do miasta. Do roli gospodarza burmistrza predestynował nie tylko pełniony urząd, ale też pochodzenie. Głowę państwa powitał słowami: „Jako burmistrz miasta Gdynia, a zarazem rodowity Kaszuba, witam Cię, Dostojny Gościu, na progu naszego miasta przyszłości". Po przemówieniu Krausego w imieniu licznie zgromadzonych gdańszczan narodowości polskiej głos zabrał Józef Czyżewski i reprezentujący środowisko studenckie Andrzej Flatau, który wręczył dostojnikowi pamiątkowy model hanze-atyckiej kogi. Prezydentowa otrzymała bukiet kwiatów i wysłuchała deklamacji dziewczynek. Następnie para prezydencka, mijając szpaler rozentuzjazmowanych mieszkańców miasta, przejechała otwartą limuzyną ulicą 10 Lutego w stronę nabrzeża. Gdynia przywitała prezydenta godnie, tak odświętny nastrój panował po raz pierwszy w krótkiej historii miasta. Ulice i okna domów przyozdobione były biało-czerwonymi flagami i zielenią, była marszowa muzyka, wiązanki kwiatów i wiwatujące tłumy. Prezydent stanął na przystani pasażerskiej koło 20.30. Nie przebrzmiały jeszcze wiwaty podchwycone przez zgromadzony tłum po mowach powitalnych kapitana portu handlowego Władysława Zaleskiego i dyrektora „Żeglugi Polskiej" Juliana Rummla, gdy wieczorne sierpniowe powietrze rozdarła salwa honorowa oddana przez okręty wojenne stojące na redzie gdyńskiego portu. Niski pomruk armatniego salutu niósł się po wodach zatoki w kierunku kaszubskich wsi i Wolnego Miasta. Przystań na całej długości udekorowana była biało--czerwonymi flagami, proporcami „Żeglugi Polskiej", festonami kwiatów i girlandami elektrycznych lampek. Przy nabrzeżu cumował pachnący świeżą farbą, bo oddany do użytku kilka dni wcześniej, a poświęcony dzień przed przyjazdem prezydenta wycieczkowiec „Gdynia", na którego pokładzie na czas pobytu w mieście zamieszkał Ignacy Mościcki. Gdy prezydent minął salutujących marynarzy pełniących wartę przed trapem i znalazł się na pokładzie jednostki, na maszt wciągnięto banderę głowy państwa. Po raz pierwszy proporzec prezydenta Rzeczpospolitej zawisł na maszcie polskiego statku w polskim porcie. To 16 / POMERANIA / GRUDZIE?) 2018 100 LAT NIEPODLEGŁEJ była wyjątkowa noc. Jednostki stojące na redzie portu, wszystkie w gali banderowej, zgodnie z ceremoniałem morskim po zachodzie słońca rozbłysły sznurami białych świateł, a niebo nad miastem do późna w nocy rozświetlały eksplozje fajerwerków. Czwartkowy poranek upłynął prezydentowi na zwiedzaniu z pokładu „Gdyni" budującego się portu. „Tempo rozbudowy zrobiło na mnie duże wrażenie" - zanotuje po latach we wspomnieniach. Następnie okręt z głową państwa w asyście ORP „Kujawiak" udał się w krótki rejs po morzu. Po powrocie z przejażdżki prezydent przesiadł się do oczekujących na nabrzeżu samochodów i wraz z otoczeniem udał się na wizytację miasta. Podczas objazdu Gdyni odwiedził Kamienną Górę oraz miejscowy kościół parafialny, gdzie zatrzymał się na krótką modlitwę. W samo południe Ignacy Mościcki przyjął na pokładzie „Gdyni" urzędującego na co dzień w Gdańsku Wysokiego Komisarza Ligi Narodów Joosta Adriaana van Hamela, który w trakcie swojej kadencji dał się poznać jako orędownik normalizacji stosunków między Polską a Wolnym Miastem (czym zraził do siebie stronę niemiecką). Na godzinę 13 zaplanowano w salach gdyńskiego „Cassina" oficjalne śniadanie wydane przez magistrat. W śniadaniu uczestniczyli przedstawiciele władz i duchowieństwa: biskup chełmiński Stanisław Okoniewski, minister Eugeniusz Kwiatkowski, Komisarz Generalny Rzeczpospolitej Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku Henryk Strasburger, wojewoda pomorski generał Kazimierz Młodziankowski, starosta krajowy pomorski Józef Wybicki, starosta morski Mariusz Zaruski, dowódca floty komandor Józef Unrug, szef Sztabu Dowództwa Floty komandor Karol Ko-rytowski oraz przedstawiciele ratusza z burmistrzem Augustem Krausem na czele. Krause w imieniu miasta i mieszkańców wybrzeża powitał prezydenta, dziękując za wizytę, której w swej mowie nadał rangę symbolicznego przypieczętowania związku ziemi pomorskiej z Rzeczpospolitą. Przywołując słowa Derdowskiego: Ni ma Kaszëb bez Polonii a bez Kaszëb Pôlsczi, złożył w imieniu ludu dzielnicy północnej hołd głowie państwa i wyraził przekonanie, że tak jak los Pomorza jest trwale związany z Polską, tak pomyślność Rzeczpospolitej zależy od wysiłku mieszkańców kresów północnych. Przemówienie zakończył inwokacją: „Wznoszę toast na cześć Dostojnego Drogiego nam Gościa, który łączność naszą z Macierzą utrwali i ramieniem mocnem od burz wszelkich ochroni. Pan Prezydent Rzeczpospolitej niech żyje!". Ze zdobnych biało-czerwonymi kotylionami piersi wyrwał się trzykrotny okrzyk: „Niech żyje!" Po spotkaniu Ignacy Mościcki udał się na pokładzie „Gdyni" w rejs po Bałtyku. Statek wrócił do macierzystego portu dopiero późną nocą. W piątek 5 sierpnia 1927 roku prezydent miał napięty harmonogram. Po godzinie 9 przybył do portu wojennego. Po zwiedzaniu portu i koszar marynarki połączonym z przeglądem floty na pokładzie kanonierki ORP „Komendant Piłsudski" o godzinie 10 udał się w asyście torpedowca ORP „Kujawiak" do Jastarni. Jednostka przybiła do nowo otwartej przystani „Żeglugi Polskiej" około godziny 11. Na nabrzeżu prezydent został przyjęty przez tłumnie zgromadzonych rybaków i letników przybyłych z całej mierzei. W imieniu lokalnej społeczności najważniejszą osobę w państwie witał między innymi sołtys Jastarni Dawid Pieper, który musiał zrobić na Mościckim nie lada wrażenie. Ubrany w czarny frak, z błyszczącym odznaczeniem na piersi, w śnieżnobiałej koszuli ze stójką, pod muchą i w meloniku, Dawid prezentował się niecodziennie jak na rybackie standardy. Dodatkowo znacząco przewyższał wzrostem prezydenta, który przecież sam wyróżniał się ponadprzeciętną posturą. Trudno obecnie zrekonstruować dokładny przebieg pierwszej wizyty głowy państwa w Jastarni. Na pewno nie była ona długa. Prezydent spędził na półwyspie nie więcej niż dwie godziny. Co robił w tym czasie? Nie jest tajemnicą, że zbyt wielu atrakcji we wsi wówczas nie było. Mógł odwiedzić w zasadzie tylko stary rybacki kościół położony pośrodku wsi, naprzeciw którego stała chata Dawida Długiego. Z przystani droga prezydenta wiodła zapewne obecną ulicą Portową, a następnie do centrum wioski obecną Stefańskiego lub Sychty. Na trasie przemarszu prezydenta rybacy wystawili bramy triumfalne. I choć przy tego rodzaju okazjach unikali podobno nawiązań do swojego oryginalnego dla przybyszów z głębi kraju rzemiosła, tym razem podkreślili ryt lokalny i dali wyraz fantazji. Na solidnych słupach przyozdobionych igliwiem i kwieciem usadowili wysoko łódź rybacką, w której usiadło trzech z nich. Założyliby pewnie stroje ludowe, ale takowych nie znali, dlatego wdziali to, w czym pracowali - brezentowe zydwestki i olejowane eltychy. Mieli ze sobą również biało-czer-woną flagę, prawdopodobnie tę przywiezioną przed kilkoma miesiącami z podróży po kraju. Prócz braw i wiwatów zgromadzonych, przemarszowi prezydenta towarzyszyła zapewne jastarnicka orkiestra. O godzinie 14 prezydent był już z powrotem w Gdyni. W towarzystwie dowództwa floty zjadł późne śniadanie na pokładzie okrętu sztabowego ORP „Admirał Sierpi-nek", by po krótkim odpoczynku, który prezydentowa wykorzystała na odwiedzenie gdyńskiej ochronki, udać się o 16.00 samochodem do Pucka. Na przyozdobionym zielenią i sztandarami rynku Mościckiego witała oprócz włodarzy miasta, przedstawicieli duchowieństwa i mieszkańców, kompania honorowa stacjonującego POMERANIA 17 100 LAT NIEPODLEGŁEJ w mieście dywizjonu lotniczego. Następnie prezydent wizytował obozy przysposobienia wojskowego w Halle-rowie i udał się do Jastrzębiej Góry, gdzie podwieczorkiem podjął go wojewoda Kazimierz Młodzianowski. Tego dnia prezydencka limuzyna odwiedziła również Wejherowo, gdzie mimo późnej pory (do miasta dotarła o 22.00), prezydent został ugoszczony obiadem przez starostę Bolesława Lipskiego. W sobotę 6 sierpnia 1927 roku o godzinie 9 rano Ignacy Mościcki zszedł z pokładu „Gdyni". Przy dźwiękach hymnu narodowego prezydencka kolumna opuściła miasto. W drodze powrotnej Mościcki odwiedził jeszcze Kartuzy, Kościerzynę, Chojnice, Tucholę, Gródek i Laskowice. W Laskowicach wsiadł do pociągu, by przez Grudziądz i Mławę wrócić do Warszawy. „Część powrotnej drogi odbyłem samochodem, ale już innymi okolicami - dla nawiązania większego kontaktu z ludnością" - zapisze w pamiętniku. Wizyta Ignacego Mościckiego na Pomorzu nie miała oczywiście tylko wymiaru kurtuazyjnego. Przede wszystkim był to jasny komunikat skierowany zarówno do mieszkańców północnej dzielnicy, jak również tych, którzy dążyli do jej destabilizacji. Po przyjeździe do Torunia w pierwszej przemowie na ziemi pomorskiej Mościcki zadeklarował, że nigdy nie będzie ona przedmiotem międzynarodowych spekulacji, a Rzeczpospolita jest zdeterminowana, by utrzymać ją za wszelką cenę: „Wy Pomorzanie macie tutaj jeszcze jeden obowiązek szczególny: musicie czuwać, aby nikt w Waszych szeregach nie dawał wiary tak często i umyślnie rozsiewanym wieściom, jakoby ziemia pomorska mogła stać się kiedykolwiek obiektem przetargu w polityce światowej. Na straży zawartych układów stoi cała Polska dość silna, aby odeprzeć każdy zamach na jej odwieczne prawa". Wypowiedź głowy państwa tonowała napięcia w regionie, a jednocześnie była kontrą dla upowszechnianych wśród partnerów zachodnich tez niemieckiej dyplomacji, zgodnie z którymi scenariusz rewizji granicy polsko--niemieckiej był realny i rozważany przez obie strony. Niemiecka opinia publiczna odbierała deklaracje głowy państwa jako „pobrzękiwanie szabelką", a wizytę Mościckiego interpretowano jako antyniemiecką. Szczególnie bolesne dla niemieckiej propagandy było spotkanie Mościckiego z Wysokim Komisarzem Ligi Narodów, które dawało podstawy sądzić, że wizyta prezydenta na Pomorzu odbije się echem w kręgach międzynarodowej dyplomacji. Chodziło również o stabilizację nastrojów społecznych, odbudowanie autorytetu stolicy w regionie i jego większe związanie z innymi częściami kraju. Sympatyzujące z endecją Pomorze podczas niedawnego przewrotu majowego opowiedziało się jednoznacznie za konstytu- cyjnymi organami władzy. Na deklaracjach się zresztą nie skończyło, a na Warszawę w celu stłumienia rebelii Józefa Piłsudskiego pomaszerowały z Pomorza zbrojne hufce. Prezydent w swoich przemówieniach kierowanych do mieszkańców dzielnicy północnej podkreślał szacunek i wdzięczność, jakie należą im się za utrzymanie polskości pod pruskim panowaniem. Nie skupiał się jednak tylko na przeszłych zasługach. Podkreślając wyjątkowość współczesnych czasów i rysując wielką szansę, przed jaką stanęła Rzeczpospolita, wskazywał, że warunkiem niezbędnym, aby okoliczności te wykorzystać, jest jedność w społeczeństwie, wspólna mobilizacja i zaufanie dla rządu. W projekcie budowania silnego i dostatniego państwa przewidział dla Pomorzan ważną rolę: „Podnosząc więc kielich na pomyślność mieszkającego tu ludu kaszubskiego, który przetrwał i zachował dla narodu polskiego polskie morze, poruczam mu przy poparciu całego narodu z Rządem Rzeczpospolitej na czele straż i pieczę nad wszechstronną rozbudową wybrzeża morskiego i wykorzystaniem bogactw polskiego morza" - powiedział podczas uroczystego śniadania w gdyńskim „Cassinie". Szczegółowo relacjonowany w ówczesnej prasie pobyt prezydenta na Pomorzu wpisywał się w szeroko zakrojoną akcję propagandową mającą przybliżyć Polaków do Bałtyku. Chodziło o zaszczepienie w społeczeństwie idei morskiej i trwałe związanie wybrzeża z resztą kraju - nie tylko za pomocą traktatowych zapisów, ale też więzów wspólnej tożsamości, wspólnych dążeń i wspólnych czynów Pomorzu, a w szczególności Gdyni, należało też nadać odpowiednią rangę uzasadniającą gigantyczne wydatki na inwestycje w regionie. Miasto przyszłości leżące na „najważniejszym odcinku terenu Rzeczpospolitej" -jak w jednym z wystąpień określił kresy północne Mościcki - miało być gwarancją bezpieczeństwa, niezależności, dobrobytu i wysokiej pozycji Polski w świecie. Tymczasem w kaszubskich wioskach mierzei mimo sezonu letniego rybacy szykowali się już do jesiennych i zimowych połowów W długie wieczory, by nacieszyć oczy, będą sięgać do szuflad dębowych stołów na toczonych nogach, przykrytych haftowanymi w chabry serwetami, gdzie spoczęły (może są tam do dziś?) święte obrazki przywiezione z Częstochowy, pamiątkowe kartki nadane z Poznania czy Warszawy i okolicznościowe zdjęcia z prezydentem. Wspomnienia przywołają słowa pieśni napisanej przez ich rodaka, Pomorzanina z Bę-domina pod Kościerzyną, która przez dziesięciolecia rzadko tu słyszana, w ostatnich latach towarzyszyła wszystkim ważnym dla nich chwilom: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy...". MARCIN HERRMANN 18 POMERANIA )1 Joanna Gil-Śleboda, fot. z jej archiwum MIAŁAM SZCZĘŚCIE Z JOANNĄGIL-ŚLEBODĄ, ANIMATORKĄKULTURY W DRETYNIU NA ZACHODNICH KASZUBACH, ROZMAWIA STANISŁAW JANKĘ W 1987 roku otrzymała pani „Skrę Ormuzdową", honorowe wyróżnienie miesięcznika „Pomerania". W informacji o tym napisaliśmy: „Joanna Gil-Ślebo-da z Pyszna, opiekunka zespołu teatralnego Beleco wZapceniu na Gochach; dzięki jej pracy reżyserskiej wyrastającej z zamiłowania do teatru, repertuar działającego od sześciu lat zespołu stanowi przede wszystkim twórczość Anny Łajming, żywo odbierana przez miejscowe i okoliczne społeczeństwo". Proszę coś więcej powiedzieć o tym zamiłowaniu do teatru. Skąd się ono wzięło? Urodziłam się w Gdyni. Mieszkałyśmy z mamą w Gdyni na Kamiennej Górze, niedaleko ówczesnej siedziby Teatru Muzycznego przy ul. Bema, gdzie dziś mieści się Teatr Miejski. Często chodziłyśmy na przedstawienia i koncerty. W Szkole Podstawowej nr 18 w pierwszej klasie zwyciężyłam w klasowym konkursie na rolę smoka wawelskiego w przedstawieniu, ponieważ najgłośniej zaryczałam, mimo że byłam dość drobną dziewczynką. To był mój debiut sceniczny. Nasza wspaniała pani dyrektor Maria Wochowska, nauczycielka historii, pisała scenariusze przedstawień o historii Gdyni i Kaszub. Brałam w nich udział. W I Liceum Ogólnokształcącym w Gdyni-Orłowie zapisałam się do Koła Przyjaciół Teatru Telewizji prowadzonego przez ukochaną polonistkę prof. Danutę Boczkową. Przyjaźnimy się do dzisiaj. W mojej klasie licealnej od początku cho- dziliśmy do teatru i sami realizowaliśmy przedstawienia, reżyserowane przez kolegę Wojtka Ciechorskiego, który zachęcał nas do czytania ambitnej literatury: m. in. Cor-tazara, pisarzy skandynawskich, literatury amerykańskiej. Kiedy zdałam na studia leśne w Akademii Rolniczej w Poznaniu, natychmiast założyłam teatr studencki, w którym próbowaliśmy wystawić wciąż moim zdaniem aktualną sztukę o wyborach „Na pełnym morzu" Mrożka. Niezbyt dobrze się to dla mnie skończyło, ponieważ oblałam egzamin z chemii i musiałam po roku przerwy powtarzać wszystko od nowa. Na studiach poznałam Jerzego, który studiował rok wyżej, był prymusem. Gdy wróciłam na uczelnię po roku, postanowiliśmy się pobrać. Na trzecim roku studiów urodziłam syna, a za rok córkę. Kończyłam dzienne studia leśne w indywidualnym trybie, obroniłam na piątkę pracę magisterską i oboje rozpoczęliśmy pracę w Nadleśnictwie Bytów, a następnie w Nadleśnictwie Osusznica. Tam założyłam teatr amatorski we wsi Zapceń, w gminie Lipnica, do której trafiliśmy z mężem do pracy jako leśnicy. Tam urodził się nasz drugi syn. Wtedy jako publicysta „Pomeranii" pojechałem do Zapcenia, by wręczyć pani tę „Skrę Ormuzdową". Było to podczas wystawienia sztuki Anny Łajming „Gdzie jest Balbina?". Proszę przypomnieć, jakie inne jeszcze sztuki Łajming wystawialiście GÖDNIK2018 / POMERANIA /19 I NASZE ROZMOWY Tom opowiadań Od dziś do jutra Anny Łajming dostałam od mamy w prezencie. Od razu zachwycił mnie język i sposób opowiadania o świecie, do którego właśnie trafiliśmy, ponieważ pani Anna urodziła się w niedalekim Przymuszewie, moi sąsiedzi mówili tąodmianąjęzyka kaszubskiego, którą ona pisała - Gochy i Krebanie mówią podobnie, akcje opowiadań działy się często w sąsiednich miejscowościach. Namówiłam sąsiadów do wystawienia „Czterolistnej koniczyny". Premiera odbyła się 21 lutego 1981 roku. W stanie wojennym musieliśmy przerwać działalność. W 1984 r. wystawiliśmy sztukę „Gdzie jest Balbina", a potem kolejno: w 1986 „Spotkanie na Półmac-ku" - tekst otrzymany w prezencie od autorki, jeszcze raz „Czterolistną koniczynę" w 1987, „Szczesce" w 1988 i „Dwie kobiety" w 1989 r. Graliśmy też sztuki innych autorów: Gałczyńskiego, Iredyńskiego, Lachowicza. Z „Balbiną" pojechaliśmy na Sejmik Teatrów Wiejskich do Świdwina i z tym wyjazdem łączy się powstanie nazwy naszego teatru. W formularzu zgłoszeniowym trzeba było podać nazwę zespołu. Jedna z aktorek - Ewa Rudnik - wyrzekła wtedy pamiętne dla nas słowa: a tam taczé bëleco badzemë nazywać. Tak powstała nazwa teatru BELECO, którą wyszyliśmy na zielonej kurtynie, z którą odtąd podróżowaliśmy. Anna Łajming była naszą ulubioną autorką. Jej utwory graliśmy najchętniej. Wiem, że znała pani Annę Łajming, bywała pani u niej w Słupsku. Jaki był klimat tych spotkań, o czym panie najczęściej rozmawiały? Poznałyśmy się podczas realizacji „Balbiny", ponieważ potrzebowałam jakichś dodatkowych informacji. Profesor Józef Borzyszkowski podpowiedział mi, abym się skontaktowała z mieszkającą w Słupsku autorką. Od pierwszego spotkania chyba się polubiłyśmy, bo odtąd jeśli tylko byłam w Słupsku, to odwiedzałam panią Annę - najpierw w mieszkaniu przy ul. Piotra Skargi, a potem na Przemysłowej, u córki Wiery. W skromnym mieszkaniu przy Piotra Skargi w piecu zawsze stał czajnik z gorącą wodą na herbatę dla gościa. Rozmowy były serdeczne i o wszystkim: o dawnych czasach, o literaturze kaszubskiej, o dzieciach, o rodzinie, o polityce. Pani Anna interesowała się życiem kulturalnym w Polsce, mimo że niezbyt często wychodziła z domu, jednak na bieżąco była zorientowana w sprawach Polski, Europy i świata oraz Kaszub i Kaszubów. Nie tylko spotykała się pani z pisarką, ale także panie korespondowały ze sobą. W którym okresie to było? O czym Anna Łajming pisała do pani? Tak, oprócz spotkań i zawsze ciekawych rozmów prowadziłyśmy też korespondencję. Podczas pracy nad kolejnym przedstawieniem otrzymywałam krótkie uwagi dotyczące inscenizacji. Wymieniałyśmy kartki świąteczne i imieninowe. Do dziś przechowuję listy i kartki od pani Anny jak skarb. Przed Bożym Narodzeniem w 1988 roku na kartce z życzeniami napisała między innymi: „Bardzo szybko lecą kartki z kalendarza i znów mamy Święta Gwiazdkowe... A ja tak jakoś żyję od dziś do jutra. Dawno nie była Pani u mnie. Ale rozumiem. Ten ciągły pośpiech, służba i domowe obowiązki, to jedna gonitwa. Cieszyłam się bardzo, gdy wystawiła Pani mojąsztukę »Szczęście« -zadała sobie Pani wiele trudu, a ja nawet Pani ani aktorom nie podziękowałam. Czynię to teraz z najserdeczniejszym uściskiem dla Pani...". Jest pani rodowitą gdynianką, ale porzuciła pani miasto dla lasu... Wczesne dzieciństwo spędziłam w Wejherowie, w domu dziadków Marty i Franciszka Pisałów, ponieważ moja mama wyjechała na rok do Korei. Pracowała jako tłumacz w międzynarodowej komisji rozjemczej po wojnie ame-rykańsko-koreańskiej. Po jej powrocie zamieszkałyśmy w Gdyni. Najstarszy brat mojej mamy, wujek Joachim, budował leśniczówki i często zabierał swoje dzieci i mnie z nimi do lasu. Stąd wzięło się moje zamiłowanie do lasu i przyrody. Na wszystkich etapach nauki miałam szczęście do wspaniałych nauczycieli. Poza tym od czwartego roku życia, odkąd na gdyńskich neonach nauczyłam się czytać, książki są moją największą pasją. Tak się złożyło, że zawodowo związałam się z lasem, a amatorsko zajmowałam się pisaniem i teatrem. Po dziesięciu latach pracy w Lasach Państwowych, w nadleśnictwach Bytów i Osusznica, dostałam propozycję pracy w gminnym Ośrodku Kultury w Studzienicach, gdzie bywałam na występach z moim teatrem BELECO. Przez dwa lata zarządzałam czterema domami kultury i sześcioma świetlicami wiejskimi. Tam poznałam pana Stanisława Szroedera, z którym prowadziłam wieczory kaszubskie, oraz księdza Antoniego Peplińskiego i pana Aleksego Peplińskiego, autora „Kaszëbsczich jasełek". Przyjechali na premierę sztuki, którą zrealizowałam z dziećmi ze Studzienic, i ksiądz Antoni dał niezapomniany występ, podczas którego bawił całą widownię barwnymi opowieściami, anegdotami i frantówkami. Po zmianie ustroju nowy wójt uznał, że w związku z zerową działalnością dom kultury jest mało potrzebny. Obraziłam się na to określenie, ponieważ z tej zerowej działalności przez dwa lata mam kronikę zapełnioną do ostatniej strony, odeszłam 20 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 NASZE ROZMOWY więc z pracy. W tym czasie zmarła moja mama, miałam kłopoty osobiste. Po roku bezrobocia otrzymałam kolejną nietypową propozycję. W Bytowie powstała pierwsza prywatna gazeta lokalna, założył ją pan Leszek Szymczak, i ja zostałam jej redaktorem naczelnym. W „Gazecie By-towskiej" spędziłam kolejne dwa lata i bardzo miło tę pracę wspominam. Publikowaliśmy tam m.in. bajki pani Anny Łajming, bardzo nam kibicowała. Podczas pracy w gazecie poznałam wielu ciekawych ludzi i mogłam realizować swoje dziennikarskie próby. Drugi raz odwiedziłem panią i jej męża w leśniczówce Pyszno. Pokazywała mi pani stary cmentarz niemieckich leśników. Byłem pod wrażeniem tego niezwykłego miejsce... Tak, od 1984 mieszkaliśmy z rodziną w Pysznie koło Bytowa. Dawna siedziba nadleśnictwa i jej otoczenie były jak z bajki. Duży piętrowy dom z czerwonej cegły, z zielonymi okiennicami, nad malowniczym jeziorem z małą wyspą, otoczony niewielkim parkiem, z rezerwatem przyrody za płotem. Jeszcze pracując jako leśniczy leśnictwa Bukowa Góra, w rezerwacie o tej samej nazwie, znalazłam na szczycie wzgórza niewielki cmentarz z grobami, które zakrywała gruba warstwa bukowych liści i porastały je młode buki. Wiele żeliwnych krzyży z niemieckimi napisami było przewróconych, ale na kamieniach napisy można było odczytać. Znalazłam znane mi ze studiów nazwisko SMALIAN, ponieważ uczyliśmy się wzoru Smaliana na obliczanie miąższości drewna. Postanowiłam poszukać informacji, ale w polskiej literaturze nie znalazłam niczego 0 autorze wzoru. Postanowiłam poprosić sąsiadów i moich współpracowników o pomoc w uprzątnięciu cmentarza. To był czas, kiedy otworzyły się granice i zaczęli do Polski 1 na Pomorze przyjeżdżać dawni mieszkańcy tych ziem. Jako pierwszy trafił do nas leśnik Klaus Borchardt. Pamiętał z dzieciństwa siedzibę nadleśnictwa, gdzie bywał z ojcem leśniczym. Zamieścił w niemieckiej prasie leśnej artykuł z prośbą o pomoc polskiej leśniczce w odnalezieniu śladów Smaliana. Przywiózł mi dobrą farbę, dzięki której mogłam odnowić napisy na krzyżach i kamieniach. Przyjaźniliśmy się przez wiele lat do jego śmierci, z nim, jego żoną Irmgard i synem. Potem trafił do Pyszna prawnuk Friedricha Adolpha Olberga - Eberhard - i od niego otrzymałam bezcenne zdjęcia i dokumenty na temat cmentarza. Okazało się, że pochowany w Pysznie Otto Heinrich Smalian jest synem uczonego Heinricha Ludwiga Smaliana, autora wzoru, którego uczą się leśnicy. A Ol-berg był najwyższym rangą urzędnikiem lasów królew- skich w rejencji koszalińskiej. Na cmentarzu na Bukowej Górze, po samobójczej śmierci Smaliana, zaczęto chować leśników, ich żony, matki i dzieci. Powstał tu więc jedyny cmentarz leśników. Udało mi się przed wyjazdem stamtąd doprowadzić do objęcia cmentarza ochroną prawną i ogrodzenia go za zgodą Dyrekcji Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinku. Spotykamy się w Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie na otwarciu wystawy poświęconej Annie Łajming. Właśnie dostałem od pani zaproszenie na IV Wiejskie Konfrontacje w Dretyniu. Co to za coroczne wydarzenia? Po kilku przeprowadzkach trafiliśmy w 2000 roku do Dre-tynia, gdzie wróciłam do zawodu, nasze dzieci się usamodzielniły, odeszłam na wcześniejszą emeryturę, kupiliśmy dom i założyłam Stowarzyszenie Rozwoju Ziemi Dretyń-skiej. Wspólnie z RadąSołeckąi przy wsparciu finansowym leśników organizujemy Wiejskie Konfrontacje Artystyczne, na które zapraszamy znajomych artystów działających na wsi. W tym roku odbyły się po raz czwarty. W ciągu dwóch dni wystąpiło 120 wykonawców, odbyły się dwa koncerty, dwa spektakle teatralne, warsztaty rękodzieła i pokaz filmu „Elementarz, czyli jak przed laty dziateczki na Pomorzu uczono". Film jest ekranizacją spektaklu, w którym wystąpiły dzieci z Dretynia i z Miasteczka Krajeńskiego. W Miasteczku urodziła się moja mama i moja synowa. Spektakl według mojego scenariusza opartego w dużej części na XIX-wiecznych elementarzach pomorskich wydawanych dla dzieci uczących się w szkołach tylko po niemiecku, wyreżyserowałam z moją przyjaciółką, Ewą Stachowską, która jest dyrektorem Domu Kultury w Miasteczku. Premiera odbyła się w Muzeum Szkoły Polskiej w Płotowie, a realizacja filmu przez Telewizję Pilska - w Muzeum Kultury Ludowej w Osieku nad Notecią, również w autentycznych wnętrzach starej szkoły. Zrealizowałyśmy razem kilka spektakli, podróżujemy razem, mamy wspólną wnuczkę i właśnie czekamy na wnuka. Córka Ewy, Małgosia, grała nauczycielkę w naszym spektaklu i w filmie, a mój syn Maciek zagrał w filmie kaszubskiego ojca. Reżyserujemy więc w teatrze i w życiu. Teraz ograniczyłam swoją działalność do prowadzenia zajęć z grupą seniorów w naszej wsi, organizacji konfrontacji oraz hodowli róż. Mam w swoim ogrodzie ok. 180 odmian. W Dretyniu trafili do mnie urodzeni tu przed wojną Niemcy. Znów otrzymałam ciekawe dokumenty i fotografie, nawiązałam nowe przyjaźnie. Namówiłam sąsiadów do uporządkowania ewangelickiego cmentarza. Znowu odnawiam napisy na grobach... GÖDNIK2018 / POMERANIA / 21 KALENDARZE CZASOWI KULTUR WYBRANE ZBIORY MUZEALNEJ KOLEKCJI Z WEJHEROWA Ilekroć rok zbliża się ku końcowi, tylekroć coraz częściej myślami przenosimy się w przyszłość, ku nowym 365 dniom, które nazywamy z początku Nowym Rokiem, a później już tylko rokiem tym, obecnym, bieżącym, etc. Kiedy liczba dni pozostałych do końca roku kurczy się coraz szybciej (teoria o względności czasu wydaje się tu, subiektywnie, jak najbardziej na miejscu), zaczynamy poszukiwać kalendarzy, stojących później na biurku, wiszących na ścianie, przechowywanych w teczkach i torebkach. Wybór doprawdy jest szeroki. Kupujemy i dostajemy w prezencie znacznie więcej kalendarzy, niż potrzebujemy. Istnienie kalendarzy, które często zawierają wiele pożytecznych informacji i porad z najrozmaitszych dziedzin, przyjmujemy jako oczywiste i dobrze nam w ich towarzystwie. Wytwory graficzne odzwierciedlające kalendarz gregoriański są z nami od tak dawna, jak sam ten kalendarz - od końca XVI stulecia. Przez większą część istnienia cywilizacji europejskiej posługiwano się jednak innymi kalendarzami. Kiedy ostatnio zastanawialiśmy się nad tym, jak drzewiej bywało? Jak bywało (i bywa!) w innych kulturach? Słowo „kalendarz" wywodzi się z języka greckiego i dosłownie oznacza „zwołuję". Wyraz przejęli od Greków, jak wiele innych pojęć i materialnych składników kultury, Rzymianie. Na początku miesiąca najwyższy kapłan rzymski zwoływał lud stolicy imperium i uroczyście obwieszczał, ile dni będzie trwał dany miesiąc oraz jakie dni świąteczne będą w tym miesiącu przypadały. Nazwę „calendarium" w starożytnym Rzymie miała księga, w której zapisywano miejskie przychody i wydatki, jak również zmiany faz księżyca i w ogóle kolejne dni. W kalendarzu rzymskim pierwszy dzień każdego miesiąca określano mianem „Kalendae". Z kolei w kalendarzu księżycowym, znanym wszystkim starożytnym ludom, „kalendae" to pierwszy dzień po nowiu. Ciekawostką jest fakt, że w języku łacińskim litera „k" występowała tylko w tym jednym wyrazie. SPOSOBY MIERZENIA CZASU W swojej długiej historii ludzkość posługiwała się wieloma rodzajami kalendarzy, często bardzo się od siebie różniącymi. Kalendarze księżycowe (lunarne) wykrystalizowały się na podstawie obserwacji wielokrotności faz księżyca. Należały do nich: starogrecki, rzymski, babiloński, żydowski i muzułmański. Kalendarze księżycowo-słoneczne do obserwacji faz księżyca dodawały aspekt pozornego ruchu Słońca na niebie, na tle Zodiaku. Wśród nich wyróżniamy: egipski, indyjskie, tamilski, bengalski, dżinijski i wiele narodowych kalendarzy buddyjskich, a także chiński, koreański i japoński, wietnamski, mongolski, tybetański. Kalendarze słoneczne - opierano się w nich wyłącznie na obserwacjach pozornego ruchu Słońca. Znane były rozmaitym ludom i cywilizacjom, niejednokrotnie odległym od siebie duchowo i geograficznie. Do solarnych kalendarzy zaliczyć należy: aztecki, Majów, irański, juliański, gregoriański, francuski kalendarz republikański (obowiązujący podczas ludobójczej rewolucji francuskiej) i szwedzki (na początku XVIII wieku; kalendarz juliański przesunięto tam 0 jeden dzień). Ciekawostką jest, że dwa ostatnie kalendarze funkcjonowały jedynie przez dwanaście lat. Nie wszystkie z wymienionych kalendarzy wpłynęły w sposób znaczący na historię świata. W większości były to kalendarze lokalne, ograniczone do jednej nacji czy grupy etnicznej. Często łączyły się z wyznawanym systemem religijnym i panteonem bóstw czczonych przez daną społeczność. A jednak z uwagi na ekspansję polityczną i terytorialną niektórych narodów czy ras, albo też ze względu na znaczenie owych grup dla kultury światowej, o kilku systemach podziału czasu, właśnie tych na początku lokalnych, wypada wiedzieć trochę więcej. Zwłaszcza że pojęcia 1 daty, nazwy świąt itd. obce nam, Europejczykom, są nadal żywe dla wielu ludzi na Ziemi. Starożytność i czasy późniejsze znały wiele kalendarzy, każdy lud właściwie po swojemu dzielił czas. Babilończycy z początku uwzględniali w obliczeniach jedynie księżyc, potem również Słońce. Zastosowali 7-dniowy tydzień, ale dzień miał tylko 12 godzin (każda miała długość dwóch „naszych"). Z kolei sama godzina podzielona była na 60 minut. I uwaga: w Babilonie rok miał 12 miesięcy, każdy miesiąc po 30 dni. Opóźnienia w stosunku do roku słonecznego regulowane były w taki oto sposób: co 19 lat do roku dodawano trzynasty miesiąc. Egipcjanie zastosowali ciekawą kombinację kalendarza lunarno-solarnego z agrarnym, gdzie czas liczono według wylewów Nilu. Kalendarz ten dzielił się na 3 pory po 4 miesiące każda, ale również na 12 miesięcy. I tutaj każdy miesiąc liczył 30 dni, a więc rok - dni 360. Miesiące egipskie nie miały nazw własnych, ale numerację związaną z jedną z trzech pór roku, np. „drugi miesiąc pory achet". Grecy nie mogli się porozumieć co do ujednolicenia kalendarza, i każde z państw--miast liczyło czas po swojemu. Inne były nazwy podzielo- 22 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 HISTORIA nego czasu, kiedy indziej zaczynał się rok. Nazwy miesięcy na ogół pochodziły od nazw świąt lub imion bogów, np. hekatombaion czy poseiedon. Wspólną cechą greckich kalendarzy było to, że miesiące dzielono na pełne - po 30 dni, i niepełne - po 29, przy czym występowały przemiennie. Miesiąc dzielił się na 3 dekady. Rok zaczynał się od przesilenia letniego, co na ogół było niezgodne z datami nowiu księżyca. Od IV wieku po Chrystusie Grecy zaczęli liczyć lata według igrzysk olimpijskich, kilka też innych świąt obchodzili w cyklu czteroletnim, np. święto Pytii. Hebrajczycy słusznie szczycą się posiadaniem jednego z najstarszych kalendarzy świata, w dodatku nadal żywego. Rok żydowski, współcześnie obliczany w sposób solarno--lunarny, może mieć 354,355 lub 356 dni, natomiast w roku przestępnym występuje tych dni 383, 384 lub 385. Są to lata odpowiednio: ułomne, zwykłe i pełne. W kalendarzu tym rachuba czasu zaczyna się od stworzenia świata, które, wiemy to dzięki żydowskim mędrcom, nastąpiło 7 października 3761 r. po Chrystusie. Rok zaczyna się wiosną, pierwszego dnia miesiąca nisan. Miesięcy jest 12, co dwa lub trzy lata dodawany jest trzynasty miesiąc - to jedno ze świadectw pewnej wspólnoty kalendarzowej ludów starożytnych. W dodatku nazwy miesięcy wywodzą się z tradycji babilońskiej. Warto dodać, że kalendarz hebrajski był od początku nakierowany na oddawanie czci Bogu poprzez obchody świąt związanych z historią narodu wybranego (Pascha, Chanuka, Purim), z historią przymierza z Bogiem. Muzułmanie ekspansywnie, poprzez podboje, utorowali swojemu religijnemu kalendarzowi drogę ku wielu krajom i wielkim częściom całych kontynentów. Islam posługuje się kalendarzem 12-miesięcznym, gdzie miesiące mają 29 lub 30 dni. Do czasów Mahometa Arabowie nie liczyli czasu od jakiejś konkretnej daty, ale rok nazywali od jakiegoś charakterystycznego zdarzenia lub bytu, np. sam prorok narodził się w Roku Słonia. Mahomet, reformator każdej dziedziny życia, „obciął" kalendarzowi cykliczny trzynasty miesiąc, przechodząc tym samym z systemu solarno-lunar-nego wyłącznie na lunarny, księżycowy. Miesiące zachowały jednak dotychczasowe, przedmuzułmańskie nazwy. Najbardziej znanymi są miesiąc pielgrzymki (Zu al-hidż-dża) i Ramadan, miesiąc postu. Kalif Omar w VII wieku po Chrystusie ustanowił początek nowej ery, liczonej od słynnej ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny (hidżra). Miało to miejsce w lipcu lub wrześniu 622 r. Długość islamskiego miesiąca nie jest ustalona, ponieważ zależy ona od tego, kiedy ujrzy się księżyc po nowiu. Zważywszy na warunki astronomiczne w różnych częściach ziemskiego globu, sprawa się komplikuje - w obrębie świata muzułmańskiego funkcjonują więc nieco odmienne kalendarze, np. w Arabii Saudyjskiej używa się wzoru, aby ustalić początek miesiąca. Majowie posiadali bardzo skomplikowany kalendarz. Funkcjonował ok. tysiąca lat, między III wiekiem a końcem XV, aż do najazdu Hiszpanów. Opierał się na sprzężeniu dwóch cykli: rytualnego, liczącego 260 dni, i słonecznego, liczącego dni 365, podzielonego na 18 okresów. Drugim sposobem liczenia czasu była tzw. Długa Rachuba, polegająca na podaniu liczby dni, jakie upłynęły od pewnej znaczącej daty początkowej. Oficjalna data zawierała dane z kalendarza rytualnego i solarnego, np. 5 akbal 0 pop. Buddyści liczą początek obecnej ery od czasu śmierci Siddharthy Gautamy, czyli Buddy. Mędrzec opuścił swoje dotychczasowe wcielenie ok. 480 r. przed Chrystusem według ustaleń naukowych, natomiast według tradycji -w roku 544 przed Chrystusem. Poza tym uczniowie Buddy na całym świecie stosują podział na lata, miesiące, dni, godziny i minuty według kalendarza gregoriańskiego. Kalendarz juliański. Jaka jest tradycja, która poprzedziła współczesny nam kalendarz gregoriański? Stara i godna uznania, tak jak wiele rozwiązań zastosowanych w starożytnym Rzymie. Kalendarz juliański, należący do kalendarzy słonecznych, opracowano na życzenie Gajusza Juliusza Cezara. Sztuki owej dokonał egipski astronom So-sygenes, a system wprowadzony został w życie w roku 45 przed Chrystusem. Egipcjanin oparł się na obliczeniach Aleksandryjczyka Aristarchusa z Samos, z roku 239 przed Chrystusem. Kalendarz posiadał 12 miesięcy i 365 dni. Co cztery lata dodawano doń jeden dzień, tak jak obecnie. Powodem reformy było rozregulowanie dotychczasowego kalendarza, gdzie np. grudzień wypadał we wrześniu; w dodatku pewnej zmianie uległa długość miesięcy. Rzymski rok zaczynał się w marcu, tak więc ostatnim miesiącem roku poprzedniego był luty. Oto nazwy miesięcy: Januarius (31) - poświęcony Janusowi Februarius (28) - przeznaczony na odbywające się przed początkiem nowego roku februa, czyli obrzędy oczyszczające NOWY ROK Martius (31) - poświęcony Marsowi Aprilis (30) - poświęcony Wenus Maius (31) - poświęcony wszystkim bogom Junius (30) - poświęcony Junonie Julius (31) - na cześć Juliusza Cezara, który urodził się w tym miesiącu Augustus (31) - na cześć cesarza Oktawiana Augusta September (30) - „siódmy" October (31) - „ósmy" November (30) - „dziewiąty" December (31) - „dziesiąty". W IV w. po Chr., pod wpływem religii orientalnych, zaczęto stosować podział miesiąca na tygodnie, te zaś na 7 dni: Lunae (dzień księżyca) - poniedziałek, Martis (dzień Marsa) - wtorek, Mercurii (dzień Merkurego) - środa, Iovis (dzień Jowisza) - czwartek, Veneris (dzień Wenus) -piątek, Saturni (dzień Saturna)- sobota, Solis (dzień Słońca) - niedziela. Kalendarz juliański opóźniał się o jeden dzień co 128 lat w stosunku do astronomicznego, tak więc do końca GÖDNIK2018 / POMERANIA 123 \ HISTORIA wieku XVI „zawieruszyło się" w nim 10 dni. W Polsce, Włoszech, Hiszpanii i Portugalii obowiązywał do 1582, w Rosji do 1918, w Grecji aż do roku 1923. Jeszcze dziś kościoły wschodnie do celów liturgicznych posługują się kalendarzem juliańskim, choć w krajach, gdzie obrządki wschodnie tradycyjnie uważa się za państwowe lub niemal państwowe, oficjalnie obowiązuje, rzecz jasna, zreformowana w świecie katolickim wersja, zwana kalendarzem gregoriańskim. Kalendarz gregoriański używany jest powszechnie. Mierzą nim czas wielcy tego świata: politycy, właściciele koncernów, bankowcy, ale i każdy z nas. Sposób podziału czasu, wprowadzony stosunkowo niedawno, bo w XVI wieku, jest dla współczesnego człowieka taką oczywistością, że nie zaprząta on sobie głowy jego początkami i regułami. Znamy przecież wszyscy praktyczną stronę funkcjonowania kalendarza. A jednak...? Kalendarz gregoriański należy do słonecznych, co w historii podziału czasu wcale nie było powszechne. Wprowadzono go bullą Inter gravissimas Grzegorza XIII w 1582 r. Realizatorem technicznym reformy był Luigi Lilio, profesor medycyny na uniwersytecie w Perugii, kalabryjczyk. Jest to w zasadzie kalendarz juliański, w którym zreformowano naliczanie lat przestępnych, aby zniwelować wspomniane już zawieruszenie się jednego dnia w przeciągu każdych 128 lat. Ominięto również dziesięć dat dziennych, od 4 do 15 października 1582 r. Kalendarz gregoriański jest nieporównanie dokładniejszy od starożytnego poprzednika, ponieważ jeden cały dzień gubi się w nim dopiero po 3322 latach. Niewykluczone, że za niecałe 3322 lata od reformy Grzegorza kolejny papież dojdzie do wniosku, że brakujących godzin jest zbyt dużo... Czy cały świat zgodzi się na kolejną reformę? I raczej nie papieże będą wtedy decydować o jej wprowadzeniu. Za czasów świątobliwego Grzegorza XIII nie wszyscy uznali za stosowne posłuchać biskupa Rzymu. Kraje protestanckie i prawosławne nie spieszyły się z przyjęciem reformy, np. Wielka Brytania uczyniła tak dopiero w 1752 r. Ostatnim krajem, który wprowadził kalendarz gregoriański, była Turcja (1927), która pod wodzą Atatiirka zdecydowała się, kosztem islamskiej tradycji, na wiele zachodnich rozwiązań. KALENDARZE BROSZUROWE I KSIĄŻKOWE Z EPOK NIE TAK ODLEGŁYCH Wydawano ich naprawdę wiele. Jeszcze całkiem niedawno, bo czym jest lat osiemdziesiąt lub sto kilkadziesiąt wobec historii mierzenia czasu jako takiego, prawie każda szanująca się gazeta, wiele środowisk wyznaniowych, zawodowych, hobbystycznych miało ambicję, aby pod koniec roku wydać kalendarz dla tych, którzy utożsamiają się z dążeniami, linią programową, wartościami przez ową gazetę czy środowisko propagowanymi. Zysk był obopólny: inicjatorzy cementowali wokół siebie grono czytelników przyswajających sobie wartości zawarte w treści kalendarza, natomiast czytelnicy mieli, za niewielką cenę lub nawet w prezencie, ciekawy zbiór informacji, ciekawostek, porad, a także treści literackich i zwyczajowo kącik humoru. W Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Po-morskiej w Wejherowie znajduje się wiele cennych kalendarzy z lat dawnych. Ich zakres geograficzny, tematyczny i ideowy jest niezwykle szeroki. Z konieczności zajmiemy się jedynie drobnym fragmentem muzealnej kolekcji, w miarę reprezentatywnym i przekrojowym. Warto pamiętać, że teren Pomorza, tak jak całej dzisiejszej Polski, był obszarem rywalizacji rozmaitych państw i kultur. Z uwagi na specyfikę pomorską musimy odnotować szczególną pozycję kultury niemieckiej i jej języka. Przez stulecia niemczyzna była mową urzędową wielu miast pomorskich, posługiwała się nią ludność zwartych obszarów geograficznych, poza tym od 1772 r. Pomorze znajdowało się pod władzą państwa pruskiego, później niemieckiego cesarstwa, i język naszych dzisiejszych zachodnich sąsiadów, siłą rzeczy, dominował na płaszczyźnie oficjalnej, wreszcie zaś niemal całkowicie ją zmonopolizował. Ten stan rzeczy miał swe odbicie w całej sferze kulturowej, a więc i w obrębie literatury. Kalendarze, podobnie jak druki zwarte i prasa, były jej częścią. Kalendarze niemieckie. Dlaczego najpierw zajmiemy się nimi? Ponieważ stanowiły czynnik życia oficjalnego, popieranego przez pruskie państwo i jego późniejszą, cesarską emanację. Kalendarze polskie były, z kolei, odpowiedzią narodu powstającego z upadku, krzepnącego i nabierającego energii, która doprowadzi do rozwoju inicjatyw gospodarczych, pracy konspiracyjnej i, na końcu, do odzyskania niepodległości. • Interesującym przykładem pruskiego kalendarza państwowego jest Alter und Neuer Haus- und Geschichts--Kalender auf das Jahr 1854, wydany w Berlinie. W podtytule zaznaczono, że przeznaczony jest dla Królestwa Prus. Po słowie wstępnym od wydawcy prezentowane są ciekawostki dotyczące wschodu i zachodu Słońca, znaków zodiaku, a nawet krótkie przypomnienie podstawowych wiadomości z zakresu funkcjonowania Układu Słonecznego. Sam kalendarz prezentuje się atrakcyjnie pod względem graficznym, ponieważ druk jest dwu-kolorowy, czarno-czerwony, co imituje dawne księgi z pierwszych wieków druku. Swoistym smaczkiem są również odręczne notatki właściciela kalendarza, który starannym pismem, ćwiczonym w szkole, notuje rozmaite potrzebne rzeczy - daty, zdarzenia, plany itd. Drugą część kalendarza stanowi zbiór tekstów rozmaitej treści. Jest tu próbka prozy, lista europejskich domów panujących, spis pruskich urzędów pocztowych, zbiór ciekawostek dotyczących rozmaitych kalendarzy. Czyli - dla każdego coś miłego, a wszystko potrzebne, aby być świadomym pruskim obywatelem. 24 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 HISTORIA • Minęła pewna epoka. W życiu Niemiec nastała nowa, dumna i pomyślna. Rok 1905. Cesarstwo było bogate i spokojne, a w Gdańsku, w redakcji gazety „Danziger Neueste Nachrichten", przygotowywano do wydania Danziger Jahrbuch und Hauskalender fur 1906. Kalendarz z zewnątrz posiada skromną szatę graficzną, ale dla tych, którzy lubili czytać, musiał być atrakcyjny, ponieważ jego objętość jak na druki tego typu prezentowała się imponująco: 507 stron! Czegóż tam nie było... Wiersz niejakiego Oscara Schumma na rok 1906. Przysłowia ludowe poświęcone datom, miesiącom i porom roku. Historia Niemiec. Nazwy urzędów i najważniejsze budynki Rzeszy. Herby landów i dane liczbowe im poświęcone. Miary i wagi. Obszerny tekst o cesarskiej marynarce wojennej. Opowiadania obyczajowe. Artykuł o kaktusach. Moda damska, tekst ciekawie ilustrowany. Dla zainteresowanych - budowa najnowszych maszyn rolniczych. Ci, którzy bardziej tęsknią do Boga, mają okazję przeczytać budujący tekst o pastorze z powołania. Jest i sport: wizerunki słynnych niemieckich atletów. Młodzież pragnąca zapoznać się ze specyfiką niemieckich kolonii na Pacyfiku również znajdzie coś dla siebie. Wszyscy spragnieni ciekawostek ze świata mają do dyspozycji bogaty materiał fotograficzny, prezentujący miejsca egzotyczne i nieco bliższe. Czytelnika, którego nie zadowolił przywołany powyżej zakres tematyczny, zachęcić wypada do lektury, ponieważ w kalendarzu znajdzie informacje ze znacznie jeszcze większej liczby dziedzin. • Ważnym czynnikiem kształtującym ducha pruskiego było wyznanie ewangelickie. Król, potem cesarz, byli luteranami, wspierali budowę kościołów i na różne sposoby pomagali ewangelikom, zwłaszcza na ziemiach, na których stanowili oni mniejszość. We wschodnich Niemczech wyznanie luterańskie wśród Niemców przeważało. Kwitły parafie ewangelickie, działały szkoły, szpitale, rozmaite stowarzyszenia czerpiące z tradycji Marcina Lutra i jego uczniów. Jednym z takich towarzystw było Ewangelic-ko-Kościelne Towarzystwo Pomocy (Ewangelisch-Kir-chliche Hulfsverein) z Poczdamu, które wydało na rok 1911 swój kalendarz, czyli Kolender des Evangelisch-Kir-chlichen Hiilfsvereins. Czyniło to zresztą systematycznie, skoro wspomniany kalendarz oznaczony jest jako dwunasty. Wydrukowany jest piękną (choć nie wszyscy muszą być tego zdania) czcionką gotycką. Oprócz standardowego kalendarza z datami i imionami nie brak oczywiście domów panujących w Europie i charakterystyki landów. Pojawiają się i w nim budujące opowiadania oraz artykuły popularnonaukowe (np. o technologii powstawania papieru). Autorzy nie zapomnieli, rzecz jasna, o dzieciach, przygotowując dla małych Gret i Johannków pożyteczne łamigłówki. Zapewne twórcy omawianych kalendarzy posługiwali się określonym szablonem. Jednak każde z takich dziełek wydawanych na koniec roku posiadało coś specyficznego, własnego, jednostkowego. Luteranie z poczdamskiego towarzystwa w kalendarzu na rok 1911 zamieścili sympatyczny ilustrowany artykulik poświęcony kościołowi św. Katarzyny w Gdańsku oraz duży tekst 0 Kaszubach, regionie i ludziach, z pewnością i dziś cenny dla zainteresowanych. W ogóle jest to rocznik bardzo pomorski, ponieważ są w nim także artykuły poświęcone Janowi Heweliuszowi i twierdzy w Wisłoujściu. • Od wydania poczdamskiego kalendarza minęło zaledwie ćwierć wieku, a na terenie, któremu ewangelickie towarzystwo poświęciło tyle uwagi, zmieniło się wszystko. Wyniszczająca wojna światowa przyniosła Polsce odzyskanie niepodległości, tymczasem grodowi, w którym wydano kolejny z omawianych kalendarzy, Der Danziger Kolender fur das Jahr 1936, statut wolnego miasta pod kuratelą częściowo polską, częściowo Ligi Narodów. Danziger Kolender jest chyba najbardziej znanym kalendarzem ukazującym się na terenie dawnego Gdańska. Wydawcą był zasłużony A.W. Kaffemann, bez którego trudno wyobrazić sobie lokalny ruch wydawniczy nie tylko w pierwszej połowie XX wieku. W roku 1936, na który przewidziano kalendarz, w Wolnym Mieście Gdańsku płacono guldenami, posiadano odrębną konstytucję 1 własne znaczki pocztowe. Niemniej w tym czasie hitle-ryzacja miasta stawała się coraz bardziej widoczna. W samym kalendarzu trudno jednak zauważyć wspomniane tendencje. Daty, miesiące, imiona, wschody i zachody Słońca oraz księżyca okraszone widoczkami Gdańska... Warto je obejrzeć, ponieważ miasto po drugiej wojnie światowej i odbudowie ze zniszczeń dokonanych przez wojska sowieckie jest nie do poznania. Kalendarz w większości nakierowany jest na wielowątkową opowieść o miejscowych ciekawostkach, obficie czerpie z historii (teksty o pobycie w mieście słynnego sycylijskiego alchemika i awanturnika Alessandra di Cagliostra, o rzezi gdańskich mieszczan dokonanej pod Grunwaldem przez wojska polskie, o pokoju oliwskim w 1660 r. i wiele innych). Żeby jednak czytelnik nie utopił się w gdańskim sosie, zaprezentowano mu opowiastkę o obecności uwodziciela wszech czasów, don Juana, na pewnym balu maskowym. Mrożąca krew w żyłach jest historyjka autorstwa Otto Kombacha, poświęcona walkom plemion indiańskich. Żarty, dowcipy... One przydawały się nawet gdańszczaninowi z powagą i skupieniem czekającemu na powrót rodzinnego miasta w granice Rzeszy. A propos owego powrotu, autorzy zamieszczają, ot na wszelki wypadek, rysunki i opisy stopni wojskowych Wehrmachtu. Nie sposób wymienić wszystkich artykułów, opowiadań, wzmianek, ciekawostek. Każdy wielbiciel starych wydawnictw i jednocześnie gotyckiej czcionki wyniesie z lektury Danziger Kolender na rok 1936 coś dla siebie. PIOTR SCHMANDT W drugiej części artykułu, która ukaże się w kolejnym numerze „Pomeranii", autor pisze o kalendarzach dwujęzycznych, niemiecko-polskich i polskojęzycznych wydawanych w międzywojniu. GÔDNIK2018 / POMERANIA / 25 W SŁUŻBIE NADZIEI WSPOMNIENIE O KSIĘDZU KANONIKU JULIUSZU PRĄDZYŃSKIM We wrześniu br. minęła 200. rocznica urodzin ks. Juliusza Prą-dzyńskiego. Należał on do aktywnych działaczy ruchu narodowego na Kaszubach i Kociewiu w drugiej połowie XIX stulecia. Jego trwałym osiągnięciem było założenie polskiej szkoły dla dziewcząt w Kościerzynie. Ten zakład oświatowy władze pruskie rychło uznały za „wylęgarnię polonizmu". Ksiądz Juliusz Prądzyński FILOMATA CHOJNICKI Juliusz urodził się 20 września 1818 r. wObjezierzu k. Chojnic w rodzinie ziemiańskiej Rafała Prądzyńskiego i Anny z Lewald Jezierskich. W czasach zaboru pruskiego ta niewielka miejscowość nosiła nazwę Butzendorf. W pobliżu znajdował się obszar zamieszkany od średniowiecza przez niemieckich katolików - Kosznajderia. Juliusz Prądzyński został ochrzczony w Ostrowitem, wsi przez wieki uważanej za stolicę Kosznajdrów. Jego ojciec posiadał Skarpę i Zalesie w powiecie złotowskim (obecnie w powiecie sępoleńskim) i był radcą Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Matka była córką Karola Lewald Jezierskiego, znanego na Kaszubach właściciela kilku majątków w powiecie kościerskim (m.in. Będomina) oraz Marianny Trembeckiej. Dziećmi Rafała i Anny Prądzyńskich byli także Lucjan i Klementyna (po mężu Łaszewska), którzy przyczynili się do założenia przez Juliusza pierwszej na Pomorzu polskiej szkoły średniej dla dziewcząt. Po odbyciu krótkiej edukacji domowej Juliusz Prądzyński podjął naukę w Królewskim Katolickim Gimnazjum w Chojnicach. Należał tam prawdopodobnie do organizacji filomackiej „Polonia" (1835-1838). Członkiem tego tajnego stowarzyszenia był również o rok starszy gimnazjalista Florian Ceynowa. Chojnicki „związek bratni" wzorowany był organizacyjnie na „Polonii" wrocławskiej, będącej rówieśnicą założonego w 1817 r. wileńskiego Towarzystwa Filoma-tycznego (z Tomaszem Zanem i Adamem Mickiewiczem). KAPŁAN I PEDAGOG Po ukończeniu szkoły średniej i złożeniu egzaminu dojrzałości w 1838 r. Juliusz Prądzyński został immatrykulowany na Uniwersytecie w Munster. Rozpoczął tam studia z zakresu teologii katolickiej. Edukację akademicką kontynuował we Fryburgu Bryzgowijskim (Freiburg im Breisgau). Warto przypomnieć Czytelnikom, że w XIX wieku normą było studiowanie w kilku kolejnych ośrodkach. Takie postępo- 26 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 wanie zazwyczaj miało pozytywny wpływ na rozwój intelektualny młodych ludzi i kształtowanie u nich otwartej na świat osobowości. Jesienią 1842 r. Prądzyński przeniósł się do kolejnej uczelni - Seminarium Duchownego w Pelplinie, gdzie odbył kurs praktyczny przygotowujący do stanu kapłańskiego. Święcenia kapłańskie otrzymał 14 kwietnia 1844 r. Nadal utrzymywał stałe kontakty z uczelnią i duchownymi w Munster. Wydarzenia związane z półwieczem święceń biskupa Droste-Vischeringa przedstawił w broszurze Jubileusz pięćdziesięcioletni biskupi w Monasterze uroczyście odbyty (wydanej w 1845 r.). W obchodach tych uczestniczył jako delegat pelplińskiej kurii biskupiej (wspólnie z ordynariuszem diecezji Anastazym Sedlagiem). Posługę wikariuszowską sprawował w Kaplicy Królewskiej w Gdańsku, a później w Oliwie. Na początku stycznia 1846 r. uzyskał w Munster licencjat teologii na podstawie dysertacji De nexu ąui intercedit inter doctńnam depeccato originali et redemptionis dogma. W tym samym roku (1846) odbył pielgrzymkę do Rzymu; był na audiencji u Ojca św. Grzegorza XVI. Po powrocie do diecezji został administratorem w Kamieniu Krajeńskim, a od sierpnia 1848 do marca 1854 r. uczył religii katolickiej w szkole, której był absolwentem - w Królewskim Katolickim Gimnazjum w Chojnicach. Doprowadził do wprowadzenia języka polskiego we wszystkich uczonych przez siebie klasach. Przyczynił się również do założenia w 1849 r. biblioteki dla polskich uczniów. Odezwę w tej sprawie ogłosił w poczytnym wśród Polaków czasopiśmie „Szkoła Narodowa" wydawanym w Chełmnie. W lipcu 1849 r. podpisał petycję duchowieństwa dekanatu chełmińskiego do ministerstwa oświaty w Berlinie w sprawie szerszego uwzględnienia języka polskiego w szkolnictwie pruskim. Dał się poznać jako żarliwy obrońca polskiej mowy i kultury. Aktywnie uczestniczył w prosynodzie diecezjalnym w Pelplinie (1849), na którym bronił praw języka polskiego w szkole i w Kościele. W tych patriotycznych dzia- HISTORIA łaniach wspierał go prefekt gimnazjum w Chełmnie ks. Antoni Knast. Obaj gimnazjalni nauczyciele religii darzyli się sympatią i szacunkiem, wiele także uczynili dla podtrzymania polskości w środowisku uczniów i ich rodziców. Ks. Prądzyński popierał narodowe dążenia Ligi Polskiej, działającej w latach 1848-1850. Sprzyjał też poczynaniom założonego w Chełmnie w 1848 r. Towarzystwa Pomocy Naukowej, pozyskując nowych członków i zbierając składki z obwodu chojnickiego. Zasilił ponadto szeregi komitetu TPN utworzonego w celu materialnego wspierania aspirantów nauczycielstwa elementarnego. W 1854 r. został proboszczem w Nowem, gdzie przejął obowiązki dziekana i inspektora szkół ludowych. Władze diecezjalne doceniły jego dotychczasową posługę: w 1855 r. biskup ordynariusz Anastazy Sedlag mianował go kanonikiem gremialnym Kapituły Katedralnej Chełmińskiej i radcą konsysto-rza. Urząd radcy duchownego sprawował aż do roku 1882. Po śmierci biskupa Sedlaga w 1856 r. ks. kanonik Prądzyński został zarządcą majątku biskupiego. Znalazł się także w szacownym gronie kandydatów na nowego biskupa diecezji chełmińskiej. Dawny filomata chojnicki został ponadto kaznodzieją katedralnym (1858-1868) i dziekanem kapituły (1870). ZAŁOŻYCIEL SZKOŁY Wspólnie z siostrą Klementyną Łaszewską (1822-1895) w 1861 r. był fundatorem Zakładu Najświętszej Marii Panny Anielskiej w Kościerzynie. Zakład ten był pierwszą i jedyną w tym czasie na Pomorzu polską szkołą średnią dla dziewcząt. Przy szkole istniał pensjonat (internat). Do najważniejszych zadań kościerskiej placówki, działającej dzięki fundacji ks. kanonika i jego siostry oraz wsparciu społeczeństwa, należało przede wszystkim kształcenie dziewcząt na poziomie średnim i przygotowanie zdolniejszych uczennic do egzaminu nauczycielskiego. W zakładzie funkcjonowały również: szkoła elementarna, ochronka i sierociniec. Placówkę początkowo prowadziły siostry urszulanki, później, do czasu represji związanych z kulturkampfem, szarytki (siostry miłosierdzia). Realizacją procesu kształcenia zajmowali się nauczyciele świeccy i osoby duchowne. Szkoła okazała się trwałym dziełem rodzeństwa Prądzyńskich, przetrwała, mimo licznych przeciwności i szykan ze strony władz pruskich, okres zaboru. W II Rzeczypospolitej działała jako 8-letnie gimnazjum żeńskie, w latach 1931-1939 ponownie prowadzone przez urszulanki. Zniszczony w rezultacie działań wojennych budynek szkolny i klasztor w 1946 r. objęły siostry niepokalanki. Obecnie w zespole zabudowań Zakładu NMP Anielskiej ma swoją siedzibę m.in. kościerska Szkoła Podstawowa nr 1. Ks. Prądzyński z ramienia władz kościelnych aż do śmierci sprawował funkcję kuratora. Szkoła ta była mu szczególnie bliska - systematycznie zabiegał o jej rozwój i przeznaczał na jej utrzymanie znaczne kwoty. Władze pruskie wrogo zapatrywały się na działalność zakładu, który nazywały „ostoją polskości i jednym z najważniejszych rozsadników uczuć antyniemieckich". Widok Zakładu NMP Anielskiej w Kościerzynie ok. 1928 r. OBROŃCA POLSKOŚCI Wychowanek Gimnazjum Chojnickiego należał także do pomysłodawców założenia czasopisma „Pielgrzym" w 1869 r. Zebranie inicjatorów tego periodyku odbyło się w mieszkaniu kanonika. Redakcja i współpracownicy pelplińskiego „Pielgrzyma" bronili na jego łamach praw ludności polskiej na Pomorzu. Juliusz Prądzyński zawsze bowiem stał na straży polskości; należał do kilku stowarzyszeń religijnych pielęgnujących trwałe wartości katolickie i wspierających polski ruch narodowy (również na Mazurach, np. Stowarzyszenie św. Bonifacego i św. Wojciecha). Słynął również z ofiarności na cele religijne i społeczne, m.in. udzielał finansowego wsparcia Collegium Marianum w Pelplinie. Jako przedstawiciel kapituły katedralnej brał udział w toruńskich uroczystościach Jubileuszu Kopernikańskiego w 1873 r. Taka niezłomna postawa musiała zwrócić uwagę zaborców. Pruski minister kultury Gustav von Gossler podczas wystąpienia parlamentarnego w 1886 r. określił Prądzyńskiego mianem „męża skrajnych narodowo-polskich, antyniemieckich dążności". DOKTOR PRĄDZYŃSKI Z okazji półwiecza kapłaństwa (1894) otrzymał godność protonotariusza apostolskiego, a władze Kościerzyny wyróżniły go honorowym obywatelstwem miasta w uznaniu zasług na niwie oświatowej. Pięknym zwieńczeniem obchodów 50-lecia święceń kapłańskich było nadanie ks. Prądzyńskiemu doktoratu honorowego przez Uniwersytet w Munster. Ksiądz Juliusz Prądzyński, niestrudzony obrońca polskości w latach zaboru pruskiego, zmarł w Pelplinie 11 grudnia 1894 r. Pochowany został w pelplińskiej katedrze. Jego siostra Klementyna spoczywa natomiast na cmentarzu w Kościerzynie. Postawa tego pomorskiego rodzeństwa mogła być drogowskazem dla kolejnych pokoleń Polaków i dawała nadzieję na lepsze życie w odrodzonej Rzeczypospolitej. KAZIMIERZ JARUSZEWSKI GÖDNIK 2018 / POMERANIA / 27 Niemcy w okupowanym Paryżu STANISŁAW SALMONOWICZ Żyjemy w dziwnym kraju, w którym coraz częściej pojawiają się jakby przybysze z innej planety - istoty, które nic złego o Hitlerze nie słyszały, urządzają mu nawet urodziny, a Luftwaffe oraz Wehrmacht, plus wspaniałe dywizje pancerne Waffen SS, są obiektem ich podziwu i pilnych studiów. Jeżeli tak jest z poglądami „bojowników wojen, które jeszcze nie wybuchły", to trudno się dziwić, że w innych krajach europejskich, w których okupanci działali czasem w aksamitnych rękawiczkach, nikt już nie stara się pamiętać o zbrodniach na wschodzie Europy, a nawet o Holocauście. Kiedyś przeczytałem wydane, także po polsku, dzienniki-eseje wybitnego niemieckiego pisarza Ernsta Jiingera (1895-1998) pt. Promieniści, które głównie wiążą się z jego paroletnim pobytem w okupowanym przez Niemców Paryżu. Jiinger był niemieckim, a właściwie pruskim konserwatystą, w swoim czasie gloryfikował wojnę lat 1914-1918. W Paryżu był jako oficer rezerwy w służbie wojskowego wymiaru sprawiedliwości, ale swój pobyt w tym mieście wykorzystywał głównie do oddawania się swoim intelektualnym zamiłowaniom - miłości do kultury francuskiej... Ten członek niemieckiej elity kulturalnej oczywiście po cichu był daleki od Hitlera. Napisałbym z pewnym uproszczeniem tak: niemiecki Wehrmacht w 1940 r. bez trudu podbił całą Francję. Francuzi nie chcieli się bić... za Gdańsk! Jeżeli jednak zostawimy na boku bezlitosne ataki Luftwaffe, to Niemcy nie stosowali we Francji polityki masowych zbrodni. Zbrodnie na Żydach były blisko dwa lata później. Kiedy 14 czerwca Niemcy wkraczają do Paryża, to zawierają z marszałkiem Francji Philippem Pétain układ kolaboracyjny. Tylko część Francji z Paryżem przechodzi pod administrację okupanta. Reszta terytorium francuskiego pozostaje pod rządami kolaboranckiego reżimu „Vichy" (nazwa od siedziby tego rządu poza Paryżem, w znanej miejscowości uzdrowiskowej). Niemieckie warunki dla Francji, choć twarde (zwłaszcza gospodarczo), są w sumie dość łagodne, a spora część Francuzów w pełni aprobuje współpracę ze zwycięską III Rzeszą niemiecką i to przynajmniej do 1942 r., a Pétain i jego zwolennicy (prawica katolicka i francuscy faszyści) pozostają wierni Hitlerowi aż do niesławnego końca III Rzeszy. Natomiast Niemcy, nawet tak stuprocentowi hitlerowcy, jak mistrz niemieckiej propagandy minister Goebbels, pozostają w jakiejś mierze niewolnikami ukrywanego (ale istotnego praktycznie) poczucia niższości wobec kultury francuskiej! Po pierwszej wojnie światowej Francja z każdego punktu widzenia była jej głównym zwycięzcą, pyszniła się kulturą wysoką i rozrywką: powieść i film, sport i piosenka, malarstwo i moda, perfumy i samochody. Kolarski wyścig Tour de France, wielkie wyścigi samochodowe, głośne na cały świat filmy. Niemcy to wiedzieli, Niemcy to pamiętali i w jakiejś mierze, wchodząc do Paryża zbrojnie - jako zwycięzcy - zachowywali się „grzecznie". Nikt na razie Francuzów nie rozstrzeliwał, nawet prześladowania Żydów miały (w porównaniu z tym, co działo się w Polsce) charakter powolnej ewolucji. Francuzom w rezultacie ochoty do współpracy nie będzie brakowało. Pamiętajmy, że do końca 1941 r. wpływy generała de Gaul-le'a z Londynu na terytorium francuskim były minimalne. Nawet tradycyjne ugrupowania francuskiej prawicy nacjonalistycznej generalnie popierały kolaborację z Niemcami. Podobnie uczyniła znaczna część opinii publicznej francuskiej na czele z episkopatem katolickim. Okazało się, że większość Francuzów godziła w miarę spokojne „życie codzienne" z antydemokratyczną, antyrepublikań-ską polityką rządu Vichy, a administracja francuska, policja, wszystkie niemal organy państwa będą z reguły realizować działania zgodne z życzeniami okupanta, ale i z pragnieniem stałym prawicy francuskiej budowania państwa autorytarnego, tradycyjnego, mocno katolickiego i wrogiego tradycjom parlamentarnej laickiej republiki, tolerancyjnej i otwartej na świat. 28 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 GAWĘDY O LUDZIACH I KSIĄŻKACH Polityka okupanta, zgodnie z jego głównym interesem w trakcie wojny, faworyzowała szczególnie wielki przemysł francuski i rolnictwo: za gorliwe usługi w tym względzie, istotne dla polityki wojennej III Rzeszy, władze niemieckie szczodrze wynagradzały. Nie dotyczyło to oczywiście własności żydowskiej, która przy współpracy władz francuskich była przejmowana pośrednio czy bezpośrednio przez czynniki niemieckie. Najciekawiej jednak wyglądała współpraca świata kultury francuskiej z władzami niemieckimi. Oczywiście były tu, jeżeli można się tak wyrazić, pewne nieuniknione straty: artyści, intelektualiści czy pisarze bądź nazbyt związani z demokratycznymi, lewicowymi koncepcjami, bądź ci, którzy byli pochodzenia żydowskiego, siłą rzeczy w tym flircie z III Rzeszą udziału nie brali. Uciekali z Francji bądź chowali się na głębokiej prowincji, unikając rozgłosu. Ogólnie jednak francuska nauka, kultura, oświata rozwijały się bez większych przeszkód, przynajmniej do końca 1943 r. Francuscy uczniowie, nawet jeszcze w 1944 r., zdawali spokojnie swoje oficjalne legalne matury, działały różne wyższe szkoły, wydawano liczne książki. Istniała oczywiście cenzura niemiecka i cenzura francuskich władz kolaboracyjnych, ale jeżeli jakiś autor nie głosił haseł wyraźnie wrogich III Rzeszy czy rządom marszałka Pétaine'a, to mógł kręcić spokojnie nowe filmy, pracować w różnych czasopismach, wydawać książki. Niejaki Jean--Paul Sartre, późniejszy główny lewicowy intelektualista, bliski komunistom, wydał legalnie swoją główną książkę filozoficzną w 1943 r. i nikt tego nie zakwestionował. Komuniści francuscy walkę z reżimem Vichy i z Niemcami rozpoczęli na serio dopiero po otrzymaniu odpowiednich instrukcji z Moskwy, w zasadzie rozwinęli tzw. ruch oporu dopiero na przełomie 1941 i 1942 r. Jeżeli obserwujemy kontakty kulturalne niemiecko-francuskie od jesieni 1940 r., to trzeba stwierdzić, że przynajmniej do jesieni 1943 r. były one niezwykle intensywne i przyjacielskie: kierownicze koła niemieckie w Paryżu (i sam minister propagandy Goebbels w Berlinie) nie tylko popierały tłumaczenia na język niemiecki utworów pisarzy francuskich i rozpowszechnianie nowych filmów francuskich w III Rzeszy, ale także organizowały zarówno wyjazdy pisarzy francuskich do Niemiec, jak i takież wyjazdy niemieckie do Paryża, ponadto szczególnie popierały wystawy kulturalne (dzieł sztuki) francuskie w Niemczech. Na pytanie, kto ze znakomitości ówczesnych świata kultury francuskiej uchylał się od takich form współpracy, odpowiedź jest dość trudna, niemal wszyscy bowiem członkowie słynnej Akademii Francuskiej kolaborowali bardzo aktywnie. Kilku tylko członków, pochodzenia żydowskiego bądź lewicowców, którzy opuścili Francję, nie brało udziału w tym spektaklu. To stwierdzenie dotyczy niemal na równi ludzi teatru, filmu, piosenki, świata muzyki. Wśród czołowych kolaboracjonistów (ideologów tej ekipy) wymienić można cenionych już przed wojną pisarzy, jak Pierre Drieu de la Rochelle czy Louis-Ferdinand Céline, a obok nich głośnych także w II RP autorów, takich jak: Henri de Mon-therlant, Paul Morand, Jean Anouilh. Nie ukrywam, że od lat interesowałem się tą Francją kolaboracyjną, porównując z sytuacjami polskimi. W tak zwanym wielkim świecie ignorancja polskich spraw doby 1939-1945 jest wręcz porażająca, dotyczy także kwestii nieraz „palącej", czyli oskarżeń o współpracę z Niemcami. W Polsce politycznej kolaboracji nie było, w istocie były tylko formy „przyziemne" tego, co nazywam kolaboracją oddolną, głównie marginesu społecznego, nieraz środowisk przestępczych, głównie żerujących na nieszczęściach ludności żydowskiej. Takie sytuacje i tacy ludzie w tego typu warunkach historycznych znajdują się nieuniknienie w każdym kraju. Natomiast we Francji, podobnie jak w Holandii, w Czechach czy w Danii - III Rzesza korzystała w szerokiej mierze ze współpracy istniejących instytucji publicznych tych krajów. Tak zwane europejskie ruchy oporu - wedle polskiej miary - stanowiły zazwyczaj dopiero pod koniec okupacji i wojny pewien niewielki margines sytuacji ogólnej. Dla Niemca w służbie III Rzeszy, zwłaszcza po przykrych doświadczeniach służby na wschodzie Europy, wyjazd do Paryża, Brukseli czy Amsterdamu był niemal szczytem marzeń. Ogólnie, przynajmniej do końca 1942 r., Niemcy w Paryżu czuli się zupełnie bezpieczni, odwiedzali masowo francuskie kawiarnie, teatry, kina, podziwiali zabytki. Nie było żadnej istotnej bariery dla kontaktów z tubylcami. Nie rabowano masowo francuskich dzieł sztuki, nie niszczono francuskich bibliotek, nie zamykano teatrów czy filharmonii... Przeciętny Francuz w Paryżu od 1941 r. -etapami - odczuwał jedynie dotkliwe narastające trudności żywnościowe. Tych jednak nie odczuwali cenieni przez Niemców kolaboranci. Nikt też Francuzom nie zabraniał wakacji, podróży po kraju, uczęszczania do teatrów, filharmonii czy na wystawy. W kinach, poza niemiecką propagandą, pokazywano głównie normalny francuski repertuar. Prawdą jest, że sporo młodych Francuzów, dobrowolnie czy pod pewnym przymusem, wyjechało na roboty do Niemiec. Warto jednak zauważyć, że Francuz, pracując w III Rzeszy, miał różne przywileje bytowe, których Polacy, stale zagrożeni represjami, w III Rzeszy nie posiadali. Skonkludujmy: Francuz, który władzy się nie narażał, nie zmieniał radykalnie swojego sposobu życia, narzekał na brak dobrych wiktuałów, nieraz jego piwniczka uległa wyczerpaniu w toku wojny. Kultury narodowej francuskiej okupant nie ścigał, nie represjonował, nie zakazywał. Pewna ilość krwawych wydarzeń, głównie roku 1944, nie zmienia tego całościowego obrazu, jakże różnego od polskich losów w tej dobie... GÔDNIK2018 / POMERANIA / 29 Pierszé lata dzejaniô wejrowsczégö partu Kaszëbsczégô Zrzeszeniô WEDLE AKTÓW KÖMUNYSTICZNY BEZPIECZI Póczątk dzejaniô Kaszëbsczé-gö Zrzeszeniô i jegô partów (w tim téż wejrowsczégö) to nie blós stara ô rozwij organizacji ë biôtka z rozmajitima jiwrama, co przëchôdałë z butna. To téż czas spiérków bënë samégô zrzeszeniô. Prôwdac pöd kuńc 1956 r. kaszëb-sczi dzejarze baro bëlno wëzwëskelë leżnosc i nimö różniców w pöz-drzatkach delë rada stwörzëc swój a organizacja, równak krótko pö ji pówstanim zôs pökôzałë sa różnice w pözdrzatkach na sprawë kaszëb-sczé i öglowöpölsczé. Przédnika KZ béł tej Aleksander Arendt, ale wiakszi cësk na zarząd zrzeszeniégö chcelë miec zrzeszińce, a ösoblëwie Jón Rómpsczi. Przestójnika jegö béł przédnik wejrowsczégo partu Jón Trepczik i karno jinszich dzejarzów. Wemienic może midzë nima téż Karola Kreffta, chtëren tej-sej przëjeż-dżiwół do Wejrowa a to, co gôdôł, wedle wëszëznów namerkóné bëło separatizma. W łżëkwiace 1958 r. miôł sa ódbëc II Zjôzd Delegatów KZ. Nie je tej na gwës przëtrôfka, że prawie w tim miesącu pówsta we Gduńsku Informacjo tikającô sa roz-wiju i sztôłtowaniégô sa kaszëbsczé-gô separatizmu1. Je to baro cekawi dokument, w jaczim zamkłô je dba i wiedza, jaką esbecë a dzaka nima jinszi przedstôwcowie kómunysticz-nëch wëszëznów mielë na téma tegó, co dzejało sa tedë w zrzeszenim. Ösoblëwie wiele je tam wiadłów ó dzejanim zrzeszińców. Są tam midzë jinszima wëjimczi z referatu, chtëren 1 strëmiannika 1958 r. wëgłosył na Walnym Zeńdzenim Miesczégö Koła KZ w Wejrowie Klémas Derc. Tekst nen wedle dbë fónkcjonariuszów SB muszôł bëc dosc tëlé wôżny, bö wedle nich zamkłima prawie tam zéwiszczama zrzeszińce chcelë sa czerowac ob czas zjazdu KZ i we-lacji nowégö Przédnégó Zarządu. Chcemë le tej zazdrzec do tegó, jak zamkłosc wëgłoszonégö przez Derca tekstu przedstówió esbecczi dokument. Wezdrzi to tak: Do ti kulturë (kaszëbsczi) przë-nôlégô nasz jazëk, najô lëteratura, naje zwëczi i sposób göspôdarzeniô i na ögle ôrt żëcégô. Żebë móc rozwijać kultura i robie ja corôz lepszą, musz je przede wszëtczim uczëc sa. Wiémë, że czej wprowôdzony östôł szkółowi ôbrzészk, Kaszëbi uczëlë sa w niemiecczi môwie, w midzëwôj-nowim cządze po polsku, przez piać lat okupacje znowu po niemiecku, a terô zôs pó polsku. Je to dlô kaszëb-sczégô dzecka wiôlgą ucemiagą. W tim przëtrôfku muszimë tim bar-żi zmierzać do tegô, bë istniôł môcny ich związk z domôcą kulturę, to je kaszëbską. [Musz je] postawie na pasowny ni-wiznie nasze pismiono „Kaszëbë", terô nie zjiscywô öno swôjégö zadaniô... Naszim céla powinno bëc, żebë më mielë dwa pismiona: jedną gazéta, co wëchôdô trzë razë w tidzéniu (jistno jak „Zrzesz Kaszëbskô") redagówóną w jazëku pölsczim ë kaszëbsczim, pódôwającą wszëtczé wiadła, najaczé żdże czetińc, i jeden cządnik - terôz- ka miesacznik blós w kaszëbsczim jazëku. [...] Kaszëbsczé Zrzeszenie badze dążëło [do tegô], bë miec swój stałi program i swôje radiowé audicje w molowi gduńsczi rozgłośni. Mielë jesmë swój stałi radiowi program, muszimë go miec téż dzysô. A zmierzać muszimë do tego, żebë më Kaszë-bi mielë gwôsną radiostacja óbsłë-giwónę leno przez Kaszëbów. Nasz kulturalny program powinien bëc ambitny i zamëszlony na wiôldżé sprawë, a do jego zjisceniégô më powinni dażëc dërcha i bez ustónku, bo ti, co nick nie chcą, nick nie dostóną i nick nie zbudëją... Muszimë so uswiądnic, że dozéra-nié naji domôcy kulturę je naszim nôwôżniészim jiwra, zchtërnym musz je dac so rada. Zanikwienié ji bëło przëczëną najégô upôdku, pödda-niô sa cëzy kulturze i pôpadniacégô w dëchôwé niewolnictwo. Zagwësni-wóm waju, że mómë wiele drëchów westrzód mądrëch lëdzy we Warszawie i w całi Polsce, a przede wszëtczim westrzód Szlązôków. Mómë téż wiele drëchów i nalézemë wspiarcé naszi robotę westrzód bratnëch słowiańsczich nôrodów w Czechach i Sowiecczim Związku a téż w krajach Zóchódu, trzeba le ödecknąc i wząc sa do robôtë. W referace napisóné bëło téż ó rzeczë, ö jaczi wspömnióné bëło ju w ti rédze artiklów, to je o tim, bë Kaszëbi w przińdnoce möglë zając w naszi óbćńdze pierszć stanowisz-cza, a nié slédné jak donëchczôs. Słu-żëc temu mia stara ó bëlné zagóspó- 1 Wszëtczé wëzwëskóné w artiklu cytatë wzaté z pölsköjazëköwëch zdrzódłowëch tekstów skaszëbił autór. 30 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 KASZËBIW PRL-U /ZACHË ZE STÔRISZAFË darzenie kaszëbsczi zemi i zwëski-wanié przez ji mieszkańców nowi wiédzë ë kwaiifikacjów. Na kuńcu tekstu bëło zawołanie Kaszëbów i Kaszëbsczégö Zrzeszeniô do biôt-czi z procëmnotama ö lepszą prziń-dnota. Zamkłosc Dercowégö referatu musza bëc uznónô za rzecz wôżną a dosc niebezpieczną dlô wëszëz-nów, skörno fónkcjonariuszowie SB cytowelë w swöjim dokumen-ce dosc wiôldżé jegö dzéle. Pölitika zrzeszińców nie widza sa równak nié blós kómunysticznym przédnikóm Lëdowi Pölsczi, ale zastrzédżi miôł do nich téż Arendt i jegö wespółro-bötnicë. Pö walnym zeńdzenim wej-rowsczégô partu z 23 strëmiannika 1958 r., chtërnégö uczastnika béł znóny separatista Karól Krefft, przéd-nik KZ miôł pöwiedzec człowiekowi, chtërnému wiera dowiérzôł, a jaczi wespółdzejôł z SB jakno „Leszek", że sytuacjo prôwdac bëła beznôdzej-nô, z drëdżi równak stronë Arendt nie jiscył sa tim za baro. Rzekł, że mô ju dosc sztridowaniô sa z I Sekreterą Wöjewódzczégó Komitetu PZRP we Gduńsku Józefa Machną i z Prezydium Wójewódzczi Nórod-ny Radzëznë ö kaszëbsczé sprawë. Béł ón dbë, że czejbë zrzeszenim czerowelë wejrowsczi separatiscë, tej .58 'i.") do6» roswoju i kształtowania al<3 a®jaratyssra kasaubakiago. i. nymsam _ Srobla» aaparatysaw fcaaenbakloso yosstał W latach ^ adędsywojaratycls; Harsasyal prsedstawicielajsii sagar&tyaau kas tubo ki o go 34 Ustalaj ący do dald Altkaaadar Labuda - aaacsjr-oial, dwsaasny publdoyata, oras Jan trapcssy* - tsaucsjolsl i konpossytor. W/w w lataab 1950-53 powołali io Aycla Zrz as sani o SagionaJne 3SMj»bdw, jtWra otawiało sobie sa ««1 "idoowa odrodsool* Kaa»ut> * dsiadainio tycie eospodarosego, społeczno go i kulturalnego* /§ 5 statutu HZS/» Orgaaisacja ta aa skutek ałabogo podarcia aa *trony Bpoł«csadst*a fcasesbsisiéśo nie aiaŁa więksaaso wpływu aisno, 4o jej org&aisatoMy kradli silny akcsn* dsiolaioowości i uôywall 4«s»eogio«ay6h /obrona ga«8ab» fc i ^ubXioy»tat yalika S!ar3zał-kosaki sekratara dr. makowskiego, Bruno SobesaJ - historyk, Ignacy Sehattenberg - dsiałac* społecany, radcy miasta Gdyni, ksi Easialert Błesak - prof» Saainariua Sucho? wnego w Polplinla, Stef aa Bissöc - nauczyciel glanasjoa 1 fcs, Franciszek Crueaa - literat. tr dalssej csęic! niniejoaej inforaacjl bęa&iô wynikało, te wialń a w/w bierao obeonia aktywny ud siat w 4»iaial-nodol "Zraessaaia Kaszubskiego", dopiérku partiowé ë administracjo-wé wëszëznë doznałëbë sa, jak wiele muszôł sa narobić nad trzimanim ördnągu w organizacji... *** Öglowô sytuacjo w KZ pod kuńc piacdzesątëch lat bëła pô prôwdze dragô. Dzejarze bëlë pödzelony. Sztridowelë sa, a timczasa kómuny-scë dzaka swojemu aparatowi bez-pieku bëlno wiedzelë, chto z czim trzimie a kögö nie lëdô, ë tak dali. Wejrowsczi part, chöc przënôlégôł do nôbarżi rësznëch w cali organizacji, przez to, chto nim czerowôł, ób- taksowiwóny béł jakno separatisticz-ny. Równak sprawa bënowi spiérczi midzë kaszëbsczima dzejarzama je ju témą za szeroką i na gwës zasłëgiwô na to, bë opisać ja w apartnym do-kazu. Jistno wëzdrzi sprawa biôtczi kómunysticznëch wëszëznów Pölsczi z separatizma i niemiecczim rewi-zjonizma, z jaczim Kaszëbi téż tej-sej bëlë kojarzony. Prôwdac tikô sa téż óna wejrowsczégö strzodowiszcza (przede wszëtczim Trepczika), ale je problema szerszim. Béł ón ju ópi-sywóny, ale na gwës musz je dali ta sprawa rzetelno ópisëwac. Kiińczące na réga mójich tekstów, musz je scwierdzëc, że z jedny starnë na zycher ni ma w nich wszëtczégó, cobë szło napisać o wejrowsczim parce i jego dzejnoce w pierszim cządze pó pówstanim KZ. Z drëdżi równak starnë udało sa przedstawić niechtërne sprawë, jaczima żëlë w tim czasu nôleżnicë organizacje i ti, co jich krëjamno dozérelë, to je fónkcjonariuszowie SB i jich krëjam-ny wespółrobótnicë. Może to bëc zô-czątk pózniészich badérowaniów ny cekawi témë. SŁÔWK FÖRMELLA* * Autór je starszim archiwistą w archiwalnym dzélu gduhsczégö partu Insti-tutu Nôrodny Pamiacë. Latoś Muzeum Kaszëbskó-Pómórsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wejrowie fejrëje 50 lat dzejaniô. Z ti leżnoscë wôrt je zaprezentować ekspönatë numer 1 z Dzélów wejrowsczi institucje. Ną razą mdze cos z Dzélu Rakôpisów a Stôrodrëków -zesziwczi z zapiskama kaszëbsczich słowów, wëdónëch w 60. a 70. latach XX stolata w wielatomówim dokazu pt. Atlas językowy kaszubszczyzny i dialektów sąsiednich. Słówka a téż jinszé wiadła, np. ó badérowónëch molach, zbiérełë prôcownicë Zakładu Słowianoznôwstwa Pôlsczi Akademie Nôuków pod czerënka prof. Zdzysława Stiebera. W zbiorach wejrowsczégô muzeum je nëch zesziwków 1854 (!), co pökazëje, jaką stolemną robota zrobiłë uczałi. rd GÖDNIK2018 / POMERANIA / 31 GWIAZDKA NA POMORZU, CZYLI JAK POLSKI LUD NADMORSKI PRZEŻYWA CZAS ŚWIĄTECZNY W wydawanym w latach 30. XX wieku przez Ligę Morską i Kolonialną piśmie „Polska na Morzu", w jego numerze 1 z 1936 roku, znalazłem artykuł, którego autor ukrywający się pod inicjałami St.P. pisze o zwyczajach adwentowych na Pomorzu. (Warto dodać, że od lipca 2018 roku ukazuje się współczesna wersja tego tytułu prasowego). Nie można St.P. odmówić znajomości tematu. Być może związany był z Pomorzem, co tłumaczyłoby posiadaną przez niego wiedzę (choć może w niektórych przypadkach jest ona niepełna). Niemniej dziwić nas dzisiaj może wynikające z artykułu przeświadczenie autora, że Pomorze i „Kaszubszczyzna" wciąż były wówczas dla wielu mieszkańców centralnej Polski tajemniczą krainą zamieszkiwaną przez nie mniej tajemniczą ludność. St.P., pisząc o mieszkańcach Pomorza, używa zwrotu „polski lud nadmorski", co nie dla wszystkich obywateli II Rzeczpospolitej było oczywiste. _PISMO LIGI MORSKIEJ i KOLONJALNEJ Nr. I WARSZAWA, STYCZEŃ 1936 | ROK 8 "...............................1 6 — Gwiazdka na Pomorzu POLSKA na MORZU W okresie naszej niewoli zapomnieliśmy niemal najzupełniej o jednej z dzielnic, któ-xa dziś tak ważną rolę spełnia w zbiorowem życiu narodu. Dzielnicą tą jest Pomorze, o którego polskości nie pamiętał nawet .Wincenty Pol, pisząc o pięknie naszej ojczyzny, a właśnie owo Pomorze, którego ludność uporczywie trwała pod zaborem pruskim przy wierze i mowie ojców — dało nam po odzyskaniu niepodległości dostęp do morza, a więc wyjście na bezkres oceanów, a poprzez nie—sąsiedztwo ze wszyst-IjJmi krajami świata. Jakie stąd czerpiemy korzyści, wie o tern każdy, komu nie obce tą sprawy morskie. Gdynia, którą zbudowaliśmy ogromnym fcblorowym wysiłkiem, jest już na ustach całego świata, a w Polsce wiedzą o niej bodaj i dzieci — wszystkie, bez wyjątku. Ale jej niesłychanie szybki rozrost przesłonił ten wąski stosunkowo pas ziemi, jaki z całego obszaru Rzeczypospolitej prowadzi nad brzeg Bałtyku. Dziś dopiero, gdy się nam już oczy oswoiły z zasłużonym blaskiem chwały naszego portu — dziś dopiero dostrzegamy i poznajemy bliżej nadmorską naszą brać, ową Kaszubszczyznę, gdzie na wysuniętym w morze, niby kosa, półwyspie Helskim, siedzą rybacy, gdzie lud z pod Pucka, Oksywia i Swarzewa zwany jest Belo-kami, bo nie wymawiając „ł", mówi „bel", a nie „był"; gdzie ludność Jasów w pow. kartuskim zwie się Lesokami, a borów ko-ścierskich — Łyczakami lu-b Korczakami, jak skolci przezwana jest drobna szlachta w południowo-zachodniej części pow- kartuskiego i zachodniej kościerskiego. Ale choć różne są nazwy poszczególnych grup kaszubskich, choć i mowa, t. zw. „god-ka" bywa często odmienna, nieraz w obrębie parafji, posiadająca swe odrębności — łączy całą Kaszubszczyznę wspólne wszystkim przywiązanie do polskości jak i dawnych zwyczajów obrzędowych, nieróżnią-cych się zresztą lub różniących się jedynie zlekka od zwyczajów ogólno-polskich. Z początkiem więc adwentu, jak w całej Polsce śród ludu, rozpoczyna się post, nie-tylko nakazywany przez kościół, ale i tak ściśle przestrzegany przez ludność pow. helskiego, że rybacy jadają w tym okresie tylko ziemniaki i zupę postną, ograniczając się przytem w środy, piątki i soboty do ja- dania tylko raz na dzień. By post ten obchodzić tem ściślej, niektórzy spośród rybaków helskich nie zażywają ulubionej tabaki lub nie palą fajek, a zamożniejsi, któ-rychby stać było, przez cały adwent nie biorą do ust mięsa, ucząc dzieci, by w czasie postu nie jadały słodyczy. Okres adwentowy nic wzbrania jednak pewnych obrzędów tradycyjnych, które mają charakter wesołej ludowej zabawy. Chodzą więc w adwencie — i na Pomorzu również, jak w całej Polsce — chłopcy z szopką albo też poprzebierani za zwierzęta, jak niedźwiedź, koń, koza lub bocian; przebranie to zarówno na Kaszub-szczyźnie jak i na Kociewiu, pomiędzy Starogardem a Świeciem, zwie sie „gwizdami", a przebrani, wśród których główną rolę gra „niedźwiedź" obwiązany cały grochowinami, chodzą od chaty do chaty, czyli, jak się tam mówi, od checzy do checzy, śpiewając pieśni i zbierając datki. Choinka w wieczór wigilijny na Kaszubach nie jest tak rozpowszechniona jak w reszcie Polski; zaczyna się tam ona dopiero zrzadka w zamożniejszych domach pojawiać; zresztą i u nas jest ona przecież przybyszem stosunkowo niedawnym, przyszła bowiem z Niemiec, po rozbiorach. Znana jest natomiast powszechnie kolenda,obyczaj najważniejszy w okresie świąt Bożego Narodzenia, gdy ksiądz z organistą i dwoma chłopcami chodzi od chaty do chaty, niosąc z sobą błogosławieństwo, święcąc domy i sprawdzając, czy dzieci umieją pacierz. Po świętach rozpoczynają się, jak wszędzie w Polsce, zapusty, z któremi wiąże się szereg starych ludowych obrzędów. Najbardziej charakterystycznym spośród nich jest t. zw. „zapustny koń", podobny z przebrania i wesołości do krakowskiego „lajkonika'. W zapusty można, a nawet trzeba weselić się i tańczyć, inaczej bowiem „len nie rośnie", jak powiada stare kaszubskie wierzenie. , Tych parę słów o zwyczajach ludowych nad naszym Bałtykiem przekonywa nas. jak nie różni się w niczem prawie polski lud nadmorski od ludu naszego z rozległych równin nad Wartą i nad Wisłą — aż hen, po łańcuch Karpat. Wspólna mowa i wspólny obyczaj wiąże nas w nierozerwalną całość. St. P. W'okresie naszej niewoli zapomnieliśmy niemal najzupełniej o jednej z dzielnic, która dziś tak ważną rolę spełnia w zbiorowym życiu narodu. Dzielnicę tą jest Pomorze, o którego polskości nie pamiętał nawet Wincenty Pol, pisząc o pięknie naszej ojczyzny, a właśnie owo Pomorze, którego ludność uporczywie trwała pod zaborem pruskim przy wierze i mowie ojców - dało nam po odzyskaniu nie- 32 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 podległości dostęp do morza, a więc wyjście na bezkres oceanów, a poprzez nie - sąsiedztwo ze wszystkimi krajami świata. Jakie stąd czerpiemy korzyści, wie o tem* każdy, komu nie obce są sprawy morskie. Gdynia, którą zbudowaliśmy ogromnym zbiorowym wysiłkiem, jest już na ustach całego świata, a w Polsce wiedzą o niej bodaj i dzieci - wszystkie, bez wyjątku. Ale jej niesły- BLIŻEJ MORZA chanie szybki rozrost przesłonił ten wąski stosunkowo pas ziemi, jaki z całego obszaru Rzeczpospolitej prowadzi nad brzeg Bałtyku. Dziś dopiero, gdy się nam już oczy oswoiły z zasłużonym blaskiem chwały naszego portu - dziś dopiero dostrzegamy i poznajemy bliżej nadmorską naszą brać, ową Kaszubszczyznę, gdzie na wysuniętym w morze, niby kosa, półwyspie Helskim, siedzą rybacy; gdzie lud z pod Pucka, Oksywia i Swarzewa zwany jest Belokami, bo nie wymawiając „ł", mówi „bel", a nie „był"; gdzie ludność lasów wpow. kartuskim zwie się Lesokami, a borów kościerskich - Łyczakami lub Korczakami, jak skolei przezwana jest drobna szlachta w południowo-zachodniej części pow. kartuskiego i zachodniej kościerskiego. Ale choć różne są nazwy poszczególnych grup kaszubskich, choć i mowa, t.zw. „godka" bywa często odmienna, nieraz w obrębie parafii, posiadająca swe odrębności - łączy całą Kaszubszczyznę wspólne wszystkim przywiązanie do polskości jak i dawnych zwyczajów obrzędowych, nieróżniących się zresztą lub różniących się jedynie zlekka od zwyczajów ogól-no-polskich. Z początkiem więc adwentu, jak w całej Polsce śród ludu, rozpoczyna się post, nie tylko nakazywany przez kościół, ale i tak ściśle przestrzegany przez ludność pow. helskiego, że rybacy jadają w tym okresie tylko ziemniaki i zupę postną, ograniczając się przytem w środy, piątki i soboty dojadania tylko raz na dzień. By post ten obchodzić tem ściślej, niektórzy spośród rybaków helskich nie zażywają ulubionej tabaki lub nie palą fajek, a zamożniejsi, którychby stać było, przez cały adwent nie biorą do ust mięsa, ucząc dzieci, by w czasie postu nie jadały słodyczy. Okres adwentowy nie wzbrania jednak pewnych obrzędów tradycyjnych, które mają charakter wesołej ludowej za- bawy. Chodzą więc w adwencie - i na Pomorzu również, jak w całej Polsce - chłopcy z szopką albo też poprzebierani za zwierzęta, jak niedźwiedź, koń, koza lub bocian; przebranie to zarówno na Kaszubszczyźnie jak i Kociewiu, pomiędzy Starogardem a Świeciem, zwie się „gwizdami", a przebrani, wśród których główną rolę gra „niedźwiedź" obwiązany cały grochowinami, chodzą od chaty do chaty, czyli jak się tam mówi, od checzy do checzy, śpiewając pieśni i zbierając datki. Choinka w wieczór wigilijny na Kaszubach nie jest tak rozpowszechniona jak w reszcie Polski; zaczyna się tam ona dopiero zrzadka w zamożniejszych domach pojawiać; zresztą i u nas jest ona przecież przybyszem stosunkowo niedawnym, przyszła bowiem z Niemiec, po rozbiorach. Znana jest natomiast powszechnie kolenda, obyczaj najważniejszy w okresie świąt Bożego Narodzenia, gdy ksiądz z organistą i dwoma chłopcami chodzi od chaty do chaty, niosąc z sobą błogosławieństwo, święcąc domy i sprawdzając, czy dzieci umieją pacierz. Po świętach rozpoczynają się, jak wszędzie w Polsce, zapusty, z któremi wiąże się szereg starych ludowych obrzędów. Najbardziej charakterystycznym spośród nich jest t.zw. „zapustny koń", podobny z przebrania i wesołości do krakowskiego „lajkonika". W zapusty można, a nawet trzeba weselić się i tańczyć, inaczej bowiem „len nie rośnie", jak powiada stare kaszubskie wierzenie. Tych parę słów o zwyczajach ludowych nad naszym Bałtykiem przekonywa nas, jak nie różni się w niczem prawie polski lud nadmorski od ludu naszego z rozległych równin nad Wartą i nad Wisłą - aż hen, po łańcuch Karpat. Wspólna mowa i wspólny obyczaj wiąże nas w nierozerwalną całość. * Tekst został zacytowany w oryginalnej pisowni OPR. SŁAWOMIR LEWANDOWSKI PONIŻSZE ZADANIA ZOSTAŁY ZREALIZOWANE W 2018 ROKU DZIĘKI DOTACJI MINISTRA SPRAW WEWNĘTRZNYCH I ADMINISTRACJI: 1. Warsztaty regionalne -„Remusowa Kara 2018" 2. Wydanie kaszubskojęzycznej ściennej mapy historyczno-kul-turowej województwa pomorskiego 3. Letnia szkoła języka kaszubskiego, kultury i historii Kaszub 4.„Słówka jidą w główka" 5.Wydanie„Vademecum kaszubskiego-tom 5 Kultura Kaszubska" 6. Akademia Bajki Kaszubskiej 7. Działalność bieżąca Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w 2018 roku 8. Skarbnica Kaszubska - kaszubski portal edukacyjny 9. Klęka 10. Wydanie „Księgi Liczb" w języku kaszubskim 11. Organizacja konferencji metodyczno-dydaktycznych dla nauczycieli języka kaszubskiego w 2018 roku 12. Działalność Rady Języka Kaszubskiego w 2018 roku 13. Kaszëbë Musie Festiwal -V Festiwal Piosenki Kaszubskiej 14. Wydanie polsko-kaszubskiego słownika nazw fizjograficznych 15. Wydanie książki dla dzieci wraz z audiobookiem pod tytułem „Ukłódk dló dzótk" Jana Trepczyka 16. Wydanie publikacji„Kaszëbskô EncyklopediôTematicznô" tom II - Biologio 17. Wydanie publikacji „Teczka materiałów do nauczania języka kaszubskiego" 18. Język kaszubski w „Pomeranii" - wydawanie czasopisma ze stronami kaszubskojęzycznymi oraz dodatków kaszubskoję-zycznych „Najó Uczba" i „Stegna" 19. Spotkania piszących po kaszubsku 20. Spotkania teatralne„ZdrzadnióTespisa" 21. Wydanie fiszek do nauki języka kaszubskiego wraz z lektorskim nagraniem wymowy GÖDNIK2018 / POMERANIA / 33 GDAŃSK MNIEJ ZNANY O POLONII NA POCZCIE POLSKIEJ Grudniowy spacer kończący jubileuszowy rok odzyskania niepodległości zaprowadzi nas na plac Obrońców Poczty Polskiej. Pisałam już o tym miejscu we wrześniu 2013 roku, jednak tym razem wejdziemy do budynku, gdzie mieści się Muzeum Poczty Polskiej. Dowiemy się tutaj nie tylko o początku wojny, ale i o Polakach żyjących w Gdańsku przed jej wybuchem. ŚLADYZBRODNI Na początku tego roku w Muzeum Poczty Polskiej pojawiła się nowa ekspozycja, która jest zapowiedzią kolejnych zmian szykowanych na 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Muzeum poddało konserwacji i digitalizacji przedmioty wydobyte z masowego grobu Pocztowców odkrytego w 1991 roku na gdańskiej Zaspie. To tam 5 października 1939 roku 38 obrońców Poczty Polskiej zostało zamordowanych na mocy wyroku sądu polowego za rzekomą partyzantkę. Na ekspozycji zobaczyć możemy m.in. guzik z polskim orzełkiem ze śladem przestrzału, obrączkę pocztowca Franciszka Klinkosza z inicjałami jego żony P.V. Praksedy z domu Vogel, okulary czy sakiewkę z kluczami. Przejmującej całości dopełniają pozostałości butów pocztowców. Wszystko to na tle zdjęcia będącego kadrem filmu Stanisława Różewicza pt. „Wolne miasto" kręconego w 1958 roku. Fotografia pokazuje moment rozstrzelania. skiego bówki: „głosić polskość wśród tak przeważającej ilości Niemców, jaka była wtedy w Gdańsku, nie było tak łatwe". AKTYWIŚCI Aby zrozumieć, kim byli i jak żyli Polacy w Wolnym Mieście Gdańsku (w okresie międzywojennym), przechodzimy do sali Polonii Gdańskiej - ekspozycja opowiada o jej codziennym życiu. Młodzi Polacy dzięki działalności organizacji zwanej Macierzą Szkolną uczyli się w polskich szkołach. Zobaczyć możemy ich szkolne świadectwa, legitymacje czy czapki. Miłośnicy sportu należeli do klubu sportowego Gedania, który w 1928 roku skupiał 550 osób. Na wystawie znajduje się oryginalna biało-czerwona klubowa koszulka piłkarska. Prezentowany jest także talerz z Hotelu Continental (mieścił się naprzeciw Dworca Głównego), ponieważ to tam początkowo odbywały się spotkania zarządu Gedanii. W Muzeum Poczty Polskiej dowiemy się też o działalności społeczno-politycznej Gminy Polskiej i Związku Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Ze zdjęć patrzą na nas uśmiechnięte twarze. Jednak warto pamiętać, że Polacy stanowili w WMG około 10% społeczności. Jak pisał Brunon Zwarra we Wspomnieniach gdań- KU PAMIĘCI! Pamięć o Pocztowcach jest pielęgnowana już od pierwszych lat powojennych. Od lipca 1945 roku plac, przy którym znajdowała się Poczta Polska, nosi nazwę Obrońców Poczty Polskiej. Pierwsze uroczystości odbyły się tu w 1946 roku. Gdańszczanie zgromadzili się przed ocalałą fasadą, a kwiaty układali w pustych ramach okiennych. Zniszczenia z września 1939 roku zostały naprawione w czasie wojny. Od 1941 roku mieścił się tu urząd pracy. Obiekt ponownie ucierpiał w 1945 roku, a odbudowano go w latach 1948-1951. Pierwsze tablice zawisły po obu stronach wejścia w 1957 roku. W latach sześćdziesiątych w budynku zorganizowano wystawę poświęconą obronie Poczty Polskiej. Muzeum otwarto dopiero w 1979 roku jako oddział Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu. W tym też roku odsłonięto monumentalny pomnik oraz nowe tablice oskrzydlające wejście. Niestety tekst zawierał błędy, co zgłaszały między innymi rodziny ofiar. Stąd Muzeum Gdańska, któremu podlega od 2003 roku Muzeum Poczty Polskiej, zdecydowało o wykonaniu nowych, kamiennych tablic. Projekt wpisał się w obchody 100-lecia odzyskania niepodległości i właśnie 11 listopada tego roku zostały one odsłonięte. MARTA SZAGŻDOWICZ 34 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 Warotëna Heter n' srtmgczm smirłi (3 gédzënë iiczböwé: 2 w ôzkótowi jizbie i 1 w kuchni) Chcela, gwiżdże, mtodzowégéfuicha? Céle uczbë Uczeń: • wié, chto to są gwiżdże, i rozmieje jich wëmienic, • pötrafi przeczëtac pö kaszëbsku wëjimczi tekstów i na jich spödlim zrobić zadania, • rozmieje ödpöwiedzec pö kaszëbsku na pëtania spartaczone z tradicją gwiżdżów na Kaszëbach, • poznaje tekstë ö gwiżdżach, • rozmieje odegrać rola gwiżdżą przed klasą, • poznaje młodzowi kuch i sposób jegö przërëchtowaniô, • uczi sa zachówiwac w kuchni wedle przepisów BHP. Metodë robötë pödającô, problemowo, aktiwizëjącô Förmë robötë indiwidualnô, w karnie i z całą klasą pöd dozéra szkolnego Materiałë didakticzné kôrtë robötë, przërëchtowóné kôrtczi ze słowama wiérz-të, wiôldżé kôrtë papioru, kôrtë z przepisama, produktë do götowaniô (z przepisów), tôfla Bibliografio • Górna Zyta, Smaki Kaszub, Gdańsk 2014, s. 14. • Pryczkowska Elżbieta, Redosnô Gwiôzdka, w: Elżbieta Pryczkowska, Teresa Wejer, Dorota Forme-la, W krôjnie Grifa. Téatrowé scenarniczi, Gdańsk 2012, s. 195-201. • Stachurski Jerzy, Jidą gwiôzdczi, w: Mësla dzecka. Antologio kaszëbsczich wiérztów dlô dzôtków i młodzëznë, Banino 2001, s. 187. CYG UCZBË WSTAPNY DZÉL [Łôwczi w szkôłowi jizbie stoją ustawione w 7 kwadratów dlô 7 karnów]. 1. Szkolny abó szkolno wito sa z uczniama i dzeli jich na sédmë karnów. Dló uczniów je taczé zadanie: cobë do-wiedzec sa, ó czim mdze uczba, kóżdé karno muszi z do-stóny wersowi rozsëpónczi wiérztë stwörzëc pasowną wersja jedny ze sédmë sztrofków (2- abó 3-wersowi). Na wióldżich kôrtkach je nót zapisać słowa w wersach tak, cobë twörzëłë sztrofka wiérztë. Pótemu köżdé karno muszi dac swoja kórtka szkolnemu, cobë na kuńc ułożëc wszëtczé sztrofczi dokazu w bëlny rédze. I karno (3 wersë) do wsë gwiôzdczi Jidą Öd wsë witają psë. je Pierszi zmiarzłé II karno (3 wersë) za nima dzecë strôszków môłé Gönią Bô taczich Öne widzóné ni mają w świece. III karno (2 wersë) i janioła może co do nieba Köżden uzdrzec purtka wôłô. I smierc lëdzy IV karno (2 wersë) möże z talerza. ji chwôcëc Za rodżi koza kuchë I dac V karno (2 wersë) mróz dlô gwiôzdczi srodżi nie béł Żebë nodżi. swoje Rozgrzewają tuńca VI karno (2 wersë) do wsë Jidą Biegają psë. za nima na kuńcu gwiôzdczi ód wsë VII karno (2 wersë) biegómë Më téż spiéwómë. za nima Köladë w grëpie Malënk köl titla: Joana Közlarskô NAJÔ UCZBA, NUMER 10 (122), D0DÔWK D0„PÔMERANII" KLASA IV SPÖDLECZNY SZKÔŁË 2. Szkólny na tôflë wiészô przërëchtowóné przez karna sztrofczi w taczi rédze: Jidą gwiôzdczi Öd wsë do wsë Pierszi witają je zmiarzłé psë. Gönią za nima môłé dzecë Bö taczich strôszków Öne ni mają widzóné w świece. Köżden möże uzdrzec purtka i janioła I smierc co do nieba lëdzy wöłô. Za rodżi möże chwôcëc kôza I dac ji kuchë z talerza. Żebë mróz nie béł dlô gwiôzdczi srodżi Rozgrzewają tuńca swöje nodżi. Jidą gwiôzdczi öd wsë do wsë Biegają za nima na kuńcu psë. Më téż za nima biegómë Köladë w grëpie spiéwómë. 3. Szkólny pitô uczniów, ö czim je wiérzta i z jaczim zwëka jima sa parłaczi? Co öni wiedzą ö zwëku chödzeniô pô wsë gwiżdżów / gwiôzdków? A möże znają jaczés pöstacëje ökróm wëmienionëch we wiérzce? Na kuńc gôdô uczniom, że ułożëlë z rozsëpónczi dokôz Jerzégö Stachursczégö pt. „Jidą gwiôzdczi". 4. Uczniowie zapisëją w zesziwkach pödóną przez szkolnego téma uczbë: Chceta, gwiżdże, młodzowégö kucha? ROZWIJNY DZÉL Robôta w kamach 5. Köżdé karno dostôwô ód szkolnego swój tekst. Zadanie do zrobienió je jistné dló wszëtczich: 1. Na spódlim swöjégö tekstu wezgadnijta, jakô póstacjó z gwiżdżów je w nim przedstawiono. 2. Późni zróbta ji malënk na wióldżi kórtce. 3. Jedna ósoba z wajégö kama ódegró rola wajégó gwiżdżą przed całą klasą. Karno I Terô drëszë dôjta pöku! Më przëjachelë do waji jaż z Żukôwa. Jak kôże nasza zwëcz, chôdzymë dzys z chëczë w chëcz, pôfiglowac, pôrojbrowac i miło kôladowac. A to są môji wspaniałi drëszë co zaśpiewają ku waji ucesze. Karno II Jó tu przeszła dzys do waju wëbôsc wszëtką biéda, żebë wa sa żódnym cywilizacyjnym chëróm nie da. Jô bëła w Miemcach, Indiach, Chinach i Bóg wié dze I rzeka warna prôwda, że tu na Kaszëbach nôlepi mie je'. Karno III Jô tu przeszła lëdzy brac, ale dzys musza warna póku dac! Ha ha ha. Jak badzeta rozmajité użiwczi bra i cygaretë pôlëła, tej rzeka warna głośno: Wnetka umrzeta! Karno IV Kle, kle, kle, dze tu dló mie plac jaczi je? Jô jem ôstôł tuwô z warna, żebë dzôtczi bëłë doma. Tej chcą warna dzecë dac, ale nicht jich nie chce brac! Kle, kle, kle - chto dzeckó chce? Karno V Dosc tëch sztridów Babô, dżadze, bô wóm zarô dodóm szadzę Muszita sa stądka rëmac Bô to sa nie dô strzëmac. Jô kôminë wëczëszcza i pieniążczi skasëja. Rôz, dwa, trzë kômin czësti je. Karno VI Jem dzysô zrobiałi, Namaczony, nachôdzałi. Ukôchôjta Gwiôzdora z całi môcë, Môje piakné dzecë! Przeżegnôj sa baro piakno. Dostóniesz bómka. Przeżegnôj sa! Nie rozmiejesz?! Tej kôrbacza dostóniesz! Karno VII Co tu sa dzeje! Co tu sa dzeje! Całé piekło trëchleje! Ta pieśnią do słëchaniô dló purtka nie je! Ha, ha ha! Të do piekła pójle sa*. [Dló szkólnégó: I karno - szandara, II karno - köza, III karno - smierc, IV kamo - bócón, V karno - kóminiórz, VI karno - gwiózdka, VII karno - purtkj. Zabawa „Kim jô jem?" 6. Szkólny wëbiéró z kôżdégö karna jedna ósoba, chtërna tero mdze gwiżdżą (to ni möże bëc ten sóm uczeń, jaczi béł gwiżdżą w slédnym cwiczënku), reszta nóleżników karna badze gazétnikama. Wëbrónô ósoba sôdô na stołku na westrzódku szkółowi jizbë. Na głowa chtos z ji karna nakłódó ji óbwiązka z nódpisa, kim öna je, ale tak, żebë ona nie widzała nódpisu. Zadanim gazétników je powiedzenie trzech wskózówków do póstacji gwiżdżą, późni gwiżdż muszi zadawać taczé pëtania, cobë gazétnicë möglë ödpöwiedzec blós „jo" abö „nié". I gwiżdż - köminiôrz Pôdpôwiedzë: • muszisz sprôwdzëc, czë w chëczë je czësto, • dzéwczata ucékają przed twoją kötlëną/szadzą, • nie nosysz na remieniu taszë, le cos jinszégô. II gwiżdż - smierc Pódpôwiedzë: • czas dló ce nie je wôżny, • nôczascy przëchödôsz za chutkó, • nicht nie chce cebie uzdrzec. III gwiżdż - koza Pôdpöwiedzë: • rozmiejesz wëpôwiedzëc blós dwie głosczi (spółzwak i samózwak), • nie jész miasa, • mósz rodżi. NAJÔ UCZBA, NUMER 10 (122), D0DÔWK DO „POMERANII" KLASA IV SPÖDLEC2NY SZKÔŁË IV gwiżdż - szandara Pôdpöwiedzë: • pilëjesz porządku, • nôlepi wiész, jak rozdzelëc sztridowników, • chödzysz wiedno wëprostowóny. V gwiżdż - böcón Pôdpôwiedzë: • lubisz mieszkać na wiżawach, • môsz dłudżé nodżi, • darënczi öd ce są malinczé i brëkują całodniowi öpieczi. VI gwiżdż - purtk Pôdpôwiedzë: • lëdze mają ce strach, • wiedno mącysz lëdzóm w głowie, • nie lëdôsz dobrëch uczinków. VII gwiżdż - gwiôzdka Pôdpôwiedzë: • nié blós dzecë na ce żdają, • ödpitiwôsz z pôcerza, • môsz wiele farwnëch blewiązków. Przikłôd: Uczeń-gwiżdż sedzący na stółku dostôł nôdpis: BÖCÓN. Pö ôdczëtaniô pödpöwiedzów przez „gazétników" dali nie wié, kim je. Möże tedë, na przëmiar, zadać taczé pętania (pitô tak długö, jaż wëzgódnie): Móm jô rodżi? [nie] Jem jô biôłi? [jo] Móm ôgón? [jo] Lubią jô latać? [jo]. Szkolny öpöwiôdô uczniom ö tim, że przódë lat gwi-dżóm za köladowanié dôwało sa bómczi, örzechë abö bëlnégö kucha. Baro czasto w kaszëbsczich checzach béł piekłi młodzowi kuch, jaczi béł do szmakaniô wnetka bez całi rok. Są rozmajité przepisë na młodzowégö kucha, ale nôczascy ti, co gö robią, gôdają, że je zrobiony podług re-ceptë dostóny öd mëmë abö starczi. Dlôte köżdi kuch na młodzach pô prôwdze szmakô jinaczi. 8. Szkolny nôpiérwi zapoznaje uczniów z przepisama BHP, czedë pötikają sa w kuchniowi zale, cobë wespół ze starszima upiec kucha dlô gwiżdżów. 9. Szkolny rozdôwô kôżdému kôrta z przepisa na młodzowégö kucha. Kôrta z przepisa Młodzowi kuch (podług przepisu Zytë Górny) Produktë Casto: 1 kg mączi tortowi, % tasczi öléju, 50 g masła, 6 jajów (ucartëch z cëkra), Vi litra mléka, /4 tasczi cëkru, 100 g rozyn-ków, 1 cëczer waniliowi, szczëpta solë. Rozczin: 100 g mło-dzy, 2 łëżczi mączi, 1 łëżka cëkru, Vi litra mléka. Kruszónka: /4łëżeczczi proszku do pieczeniô, 50 g masła, 1 cëczer wani-linowi, /4 tasczi cëkru, % tasczi mączi. Przërëchtowanié Mlékö letko pödgrzôc, dodać młodze, cëczer i mąka. Wëmie-szac kulą. Odstawie do wërosceniô (przëkrëc płôchtką). Pötemu dodac całé jaja, cëczer i cëczer wanilinowi. Ubic, dodac do rozczënu i pótemu dodawać pösobicą: mąka, öléj, sól i rozynczi (rëchli namoczone). Casto bëlno wërobic, jaż pôwstóną w nim pachôrze. Odstawie w cepłi plac do wëro-sceniô. Casto wëłożëc na blacha, pösëpac kruszónką i wstawić do cepłégö piécka (180° C) na 1 gôdzëna. Malënk: publicdomainvectors.org KUŃCOWI DZÉL 10. Wszëtcë szmakają młodzowégó kucha. Późni kôrbią ze szkolnym i starszima, czë bë chcelë bëc gwiżdżama (ja-czima i dlôcze) i dostać taczégó bëlnégö kucha. * W zadanim 5 wëjimczi scenarnika Elżbiétë Prëczkówsczi Redosnô Gwiôzdka (w: Elżbieta Pryczkowska, Teresa We-jer, Dorota Formela, W krôjnie Grifa. Téatrowé scenorniczi, Gdańsk 2012, s. 195-201) użëto w jinszi kölejnoscë, jak je w öriginale - za zgodą Elżbiétë Prëczköwsczi. Gwiżdże w Słëpsku. Odjimk: Tomôsz Keler KLASËIV-VISPÖDLECZNY SZKÔŁË -flna ęiëézcz'uuhô Za ôztërk ęödë... Wla&ë 1M-M1 Apôdleczny ôzkótë (2 gjbdzënë iiczböwé) Céle uczbë Szköłownik: • przëbôcziwô so słowa sparłączoné z Gödama, • rozmieje öpôwiedzec, jak wëzdrzi rëchtowanié sa do Gödów, • czëtô i tłomaczi na pölsczi jazëk pôdóny tekst, • rozmieje odpowiadać na pëtania szkólnégö i drëchów, • rozmieje redagować pętania na spödlim tekstu. Metodë i förmë robötë • kôrbiónka z klasą • czwiczenia w słëchanim • czwiczenia w czëtanim • robota z teksta • tłomaczenié tekstu Didakticzné pomoce • pudło zrobione na mödło gödowégö darënku (z ló-zym dekla, cobë sa z pudła dało wëjimac to, co w nim je) - we westrzódku möże nalezc rzeczë, jaczé parłą-czą sa z Gödama: np. kugla, lińcuch, danową gałązka, kuwerta z adresa do Gwiôzdora, sano, szlig • kôrta robötë • wëjimk öpöwiôdaniégö Mariolka i Gwiôzdór • farwné szléfë Bibliografio Drzeżdżónk R., Mariolka i Gwiôzdór (wëjimczi), Najô Uczba, nr 10(32), gödnik 2009, s. I-II. Komorowska H., Metodyka nauczania języków obcych (rozdział „Nauczanie słownictwa"), Warszawa 2005. CYG UCZBË WSTAPNY DZEL 1. Szkolno abô szkolny witô sa z uczniama i kôrbi z nima. Co të robił(a) wczora? Jakô dzysô je pogoda? Jaczégô më dzysô mómë? Szkólnô zapisywô data na tôflë, a szköłownicë w zesziwkach. Szkólnô dali kôrbi z uczniama, a öni ödpöwiôdają na pëtania. Jak w rzimskökatolëcczim Kôscele nazywô sa nen czas, jaczi prawie terô dérëje? [Adweńt] Jak nazéwô sa nôbôżehstwô, na jaczé katolëcë chodzą terô, dzeń w dzeń, reno do kôscoła? [roratë] Za sztót są wôżné świata. Jak ône sa zwią pô kaszëbsku? [Gödëj Na pamiątka czego są obchodzone? [narodzeniô Pana Jezësa] Z czim sa warna parłączą Gôdë? [z daną, darënkama w wilia Gôdów, Gwiôzdora...] 2. Szkolno zapisywô na tôflë słowô GÖDË, bë raza z uczniama stwôrzëc asocjogram - spartaczenia z Gödama. Szkolno wskôzywô na darënk, jaczi stoji na westrzódku klasë abó na stole i pitô ö jegö kaszëbską nazwa. Wëbróny uczeń abö wëbrónô uczenka pödchôdô do pudła / darënku i wëcygô z niegö jedną rzecz. Szköłownicë pödôwają ji kaszëbską nazwa. Szkólnô zapisywô wszëtkö na tôflë. GODE ROZWIJNY DZEL 3. Szkólnô rozdôwô kôrtë robötë i dzeli uczniów na dwa karna. Na kortach robötë je lësta czasników a rzeczeniów parłączącëch sa z Gódama, a zadanim szkółowników je pokazać gestama a mimiką (jak w grze kalamburë) jedną wëbróną czinnosc z lëstë. Szkolny wëznacziwô czasowi limit. Czej jedno karno pökazywô, tej drëdżé muszi odgadnąć - za köżdé bëlné ödgadniacé je jeden pónkt. Wëbróną czinnosc möże pökazëwac wicy niżlë jeden uczeń, można to zrobić nawetka grëpöwö. Dobiwô karno, jaczé mô wiacy pónktów. IV NAJÔ UCZBA, NUMER 10 (122), D0DÔWK DO „POMERANII" KLASËIV-VISPÖDLECZNY SZKÖŁË Ödjimk: Damian Chrul Kôrta robötë * żdac na pierszą gwiôzdka * jic do kôscoła na pasterka * selac gôdowé żëczbë * jic za kupisza * pôtëkac sa z rodzëną przë wilijnym stole * spiewac kôladë * strojic danka * pôlëc swiéczka * szëkôwac wilijné jestku * chôdzëc z gwiôzdkama * pakôwac darënczi * sprzątać całą chëcz * ustawie szopka pôd danką *jesc brzadową zupa 4. Szkolno rôczi szköłowników do dalszi prôcë. Wëbiérzta terô czinnoscë, chtërne pasëją do tegö, jak wëz-drzą Gödë w wajich dodo mach. Ôpôwiédzta ô tim. M ôżeta wëzwëskac taczé np. pöczątczi zdaniów: 0 mie doma jô/ môja mëma/ mój tatk... Przed Côdama... Ôb czas Gôdów... Szkolno zapisëje na tôflë to, co je wedle ni brëköwné do gôdczi ö Godach. Uczniowie öpöwiôdają ö Godach u se doma. 5. Szkolno kôrbi z uczniama: Jô mëszla, że wszëtcë baro sa ceszą na Gôdë, a ôsoblëwie môłé dzecë. Jak mëslita, na co abö na kögö öne tak baro żdają? Chto przënôszô dzecóm darënczi? Jak to wëzdrzi u waju doma? Czedë przëchôdô Gwiôzdór? Jak ôn wëzdrzi? Skqdka Gwiôzdór wié, co mô kômu przëniesc? Szkôłownicë ödpöwiôdają na pëtania. 6. Szkólnô öpöwiôdô ucznióm ö jednym dzéwczątku: Môłô Mariolka téż baro żdala na Gwiôzdora. Zrëchtowała nawetka lëst do niegô - malowóny, bô jesz nie rozmiała pisać. Martwiła sa leno, czë Gwiôzdór nen lëst na czas dostôł. W nocë przed wilią długo ni môgła usnąć... Pôsłëchôjta, co sa przëdarzëło Mariolce prawie tedë. Uczniowie słëchają, a szkolno czëtô tekst (z bôczenim na zmiana tonu, mimika a gestë). [...] Mariolka usnała. Nagle chtos ja zbudzył. - Mariolkô, Mariolkó, wstani, ce proszą. Muszisz mie pômoc - uczëła miłi głos. - Chto to? Chtëż to gôdô? - dzéwczątkô zapôlëło môłą łapka. Kôle łóżka stojôł puklati, brodati, w kôżëch óblokłi chłop, chtëren redostno sa do ni usmiéchôł. - Te jes... Të jes... Gwiózdór? - zdrżała na gosca. NAJÔ UCZBA, NUMER 10 (122), D0DÔWK 00 „POMERANII" KLASËIV-VISPÖDLECZNY SZKÖŁË - Jo, jô jem. Dzakuja tobie, że të mie sa nie urzasła. - Gwiôz-dór zrobił smutną mina: - Jinszé dzecë baro mie sa böją... -Jô niczego ni móm strach! Tatkgôdô, że jem nôôdwôżniészim dzéwczątka na świece - pôchwôlëła sa Mariolka. - To dobrze, dobrze. Jô widza, że bëlno jem trafił. Muszisz mie pômôc w wôżny sprawie. - W jaczi, Gwiôzdórku? - Jô cë ju gôdôł, że dzecë sa mie boją, le nie wiém czemu. Môże të mie pomożesz? Proszą! Mariolka wezdrzała na Gwiôzdora, na jegô pószadzoną broda, uczapóną muca, wëgniotłi a dzurawi kôżëch, stôré a ugwôlóné kurpë i ju wiedza, co zrobić. - Pój sa ze mną - chwacëła chłopa za raka. - Muszimë pôszëkac dlô ce jinszé ruchna. Zeszlë w dół do paradnicë, dze stoją ruchnowó szafa. - Wejle, wez ôbleczë kôżëch môjégô tatka. Ôn go ju prawie wcale nie nosy, ale je jak nowi. Zdrzë! I muca téż tuwó je! Na twôja wërzucymë a włożisz na... a kurpiszcza jô cë zaró halóm z dómu. Po sztócëku Gwiôzdór wëzdrzôł ju wiele, wiele lepi. - Terôzka muszimë co zrobić z twoją brodą - dzéwczątkö pócygnało gösca w drëgą jizba, dze stoją frizérka. - Sadnij na stołku, zarózka z ną twoją pószadzoną brodą zrobią pôrządk - chwacëła grzebień i zaczała czosac. Czosa, czosa, ale w kuńcu ją uczosa tak, że wëzdrzała pëszno, jak ne anielsczé włosë, co sa je na dance ukłôdô. Gwiôzdór przezdrzôł sa w szpéglu, pôsmukôł sa zadowolony po brodze, rzekł le: - Dzakuja! Jesz sa spötkómë - i zdżinął... a Mariolka sa ôbudzëła. [...] 7. Szkolno sprôwdzô zrozmienié całownotë tekstu: Kôgô spotkała Mariolka? [Gwiózdora] Gdze ôni sa spötkalë? [w ji jizbie] Jak wëzdrzôł Gwiôzdór, jaczi do ni przeszedł? [miôł pószadzoną broda, uczapóną muca, wëgniotłi a dzurawi köżëch, stôré a ugwôlóné kurpë] Ô co Gwiôzdór pôprosył Mariolka? [ö pömöc, bö nie wie-dzôł, dlôcze dzecë sa gö böją] Co zrobiła Mariolka? [dała mu czësté ruchna swojego tatka i uczosała broda] Za co Gwiôzdór pôdzakôwôł Mariolce? [za pömöc w udostanim nowëch ruchnów i uczosanim brodë, dzaka temu dzecë sa nie mdą jegö böjałë] Co Gwiôzdór przëôbiecôł dzéwczątku? [że jesz sa potkają] 8. Szköłownicë dostôwają przeczëtóny przez szkolną tekst, a żebë wëzdrzało barżi „gödowö", tekstë są złożone w rolka a öbwiązóné farwnyma szlefama. Chatny uczniowie głośno czëtają tekst (szkolno dzeli wëjimczi midzë uczniów) i tłomaczą je na pölsczi jazëk. Szkolno pöprôwiô fele w wëmöwie. 9. Uczniowie dzelą sa na 3-ösoböwé karna i czëtają tekst z pôdzéla na role - jedna ôsoba je Mariolką, drëgô Gwiózdora, a trzecó - narratora. Tekstë mają bëc czëtóné przënômni półgłosa abó na całi głos. Karna nie brëkują sedzec przë tim w łôwkach. Mögą próbować zagrać swoje role z użëcym gestów. Karna robią czwiczenié rów-noczasno. KUŃCOWI DZÉL 10. Szköłownicë mają zapisać w zesziwkach trzë pętania do tekstu. Późni nawzójno zadówają pëtania drëszce abó drëchöwi z łówczi. Na kurie szkolno prosy jedna pôra ó prezentacja swóji robötë przed całą klasą. Malënczi: Joana Kôzlarskô Hann Makurôt-Snuzëk ę-iwmmw Ha&zëtoczé Apótzwaczi W lëteracczim kaszëbsczim jazëku möże wëapartnic nôslédné spółzwaczi: p, b, f, w, m,p, b, f, w, m, t, d, s, z, c, dz, n, sz, ż, cz, dż, I, r, rz, ń,j, ł, k, g, k, g, ch, ch. Nad niejednyma wëmienionyma wëżi zwakama östôł nadpisóny sztriszk, co öznôczô, że są öne mitczé. W ka-szëbsczim jazëku mitczima spółzwakama są: cz, dż, sz, ż, ń, a téż spółzwaczi p, b, f, w, m, k, g, ch, pö jaczich wëstą-piwô /. Ösoblëwö nót ]e dac merk na spółzwaczi cz, dż, sz, ż, jaczé nót je wëmawiac w kaszëbsczim jazëku mitkö. Nimô że są öne zapisywóné tak samö jak w pôlaszëznie, nie są öne wëmôwióné juwerno jak w pölsczim jazëku. Öd spółzwaku ż rozapartnic trzeba zwak zapisywóny jakno rz, jaczi miôłbë bëc w kaszëbiznie wëmôwióny cwiardo. Tim, co jinaczi kaszëbsczi jazëk öd pölaszëznë, je téż nie-wëstapiwanié mitczich spółzwaków ć, dź, ś, ź, chtërne w kaszëbiznie przeszłe w c, dz, s, z. Je to zmiana tipiczno kaszëbskô, temu je öna nazywónô kaszëbienim. Nót je téż dac bôczënk, że pö wëmienionëch tuwö zwakach c, dz, s,zw kaszëbsczim jazëku ni môże bëc zapisónô lëtra /. Zapisywanie zamiast i lëtrë y mô bëc wskôzą dlô brëköw-ników kaszëbiznë, cobë wiedno cwiardo wëmawiac spółzwaczi c, dz, s, z; trzeba tuwö nadczidnąc, że zwak zapisóny lëtrą y miôłbë bëc wëmôwióny jakno /'. Kaszë-bienié zaszło m.jin. w nôslédnëch słowach: sëwi, dzëk, cëchôsc, zëmno. Jinąjazëköwąznanką, jakô rozapartniwô kaszëbsczi jazëk öd pôlaszëznë, je przeńdzenie mitczich spółzwaków k, § w spółzwaczi cz, dż, np. w słowach: cz//, cëczer, ksążczi, drodżi, dżinąc, drëdżi. W kaszëbiznie móżemë téż pötkac spółzwakówé wëmia në /< - cz, g: dż w rozmajitëch formach tëch samëch słowów abó w słowach pökrewnëch, np.: letkô - letczi, strëga - strëdżi. Trzeba téż pödsztrëchnąc, że mitczé zwaczi k, g tak pô prôwdze wëstąpiwają leno w tëch słowach, jaczé przëszłë do kaszëbiznë z cëzëch jazëków, np. kilométer, kino, gimnazjum, słowów tëch je równak baro mało. Czwiczenié 1 Wëmów/ słowa: a) czarzëc, szerszi, wczas, szkólny, dżibkösc, chutczi, rzeknąc, dżinąc, szczirz, żelazło, cząd, żdac, szandara, dżiblówka, wësoczi, b) zyb, syr, cygnąc, dzyrsczi, zybötac, lózy, syn, cyrk, zycher, dzysdnia, cytróna, sygnąc, dzyw, sytuacjo, zymk, Czwiczenié 2 Usadzë wielnq lëczba ôd pödónëch siowów: kötka - .......................... réga -............................ wanoga -......................... nóżka - ......................... pöwiôstka -...................... rózga - .......................... starëszka - ......................... białka -........................... mëga -........................... dróżka - ......................... Wëmówi wszëtczé słowa. Jaką ôsoblëwôsc możesz zaobserwować w wëpisónëch słowach w pöjedinczny i wielny lëczbie? Czwiczenié 3 Nacechuj bezzmiłköwą ödpôwiésc. I. W kaszëbsczim jazëku spółzwaczi cz, dż, sz, ż: a) nót je wëmawiac cwiardo b) nót je wëmawiac mitkó c) nót je wëmawiac tak, jak w pólsczim jazëku II. W jaczim z wëmienionëch słowów nie wëstąpiwô mitczi spółzwak? a) sztudéra b) rzéka c) dzeń III. W kaszëbsczim jazëku pö spółzwakach c, dz, s, z: a) ni może zapisać lëtrë y b) ni może zapisać lëtrë ë c) ni może zapisać lëtrë i IV. W formach ucemiaga i ucemiadżi mómë: a) wëmiana zwaków g: dż b) wëmiana zwaków g: d c) wëmiana zwaków g: dżi V. W słowie kino: a) mitczi spółzwak k nie przeszedł w cz, bo je to domôcé kasze bsczé słowo b) mitczi spółzwak k nie przeszedł w cz, bó je to słowö cëzégö pöchôdaniô c) spółzwak cz przeszedł w k Ödpöwiescë Czwiczenié 2 kötka - kötczi réga - rédżi wanoga - wanodżi nóżka - nóżczi pöwiôstka - pówiôstczi rózga - rózdżi starëszka - starëszczi białka - białczi mëga - mëdżi dróżka - dróżczi W wëpisónëch słowach möże zaobserwować wëmiana spółzwaków. Spółzwak k wëmieniwô sa na cz, za to spółzwak g wëmieniwô sa na dż. Czwiczenié 3 I b), II b), III c), IVa), V b). FARWË KSADZA ZËCHTË Na biôłim dniu za dnia Biôłé górë wydmy lak ,^o. ^ smeg. lak Płó^0 V* -^k mlélcô * Robie z biôłégö czôrné przesadzać Miec czôrné na biôłim mieć dowód ËfiSffl cnléb Do biôłégö dnia do rana iic na biôłi bal iść spać bioło b@1E6Q Biołi bal łóżko <• ': ■■ < f; ?<: %; " Autorka: Marta Maszota Gfl3Bo®sp0&? mleko X' Bernard Sychta „Słownik gwar kaszubskich" 1967 (tom I, s. 99) Redakcjo: Aleksandra Dzacelskô-Jasnoch / Projekt: Maciej Stanke / Skłôd: Damian Chrul / Wespółroböta: Hana Makurôt-Snuzëk Z EDMUNDEM ZIELIŃSKIM, KOCIEWSKIM RZEŹBIARZEM I MALARZEM, ROZMAWIA STANISŁAW JANKĘ. Tworzy pan już 57 lat, to szmat czasu... Tak, swoją działalność mam udokumentowaną od wiosny 1961 roku, jednak jej początków należy szukać w drugiej klasie szkoły podstawowej w Białachowie, wsi kociewskiej w gminie Zblewo. Gdyby doliczyć ten okres, to mija mi już 69 lat w sztuce. Urodziłem się właśnie w Białachowie, pod lasem, na wybudowaniu, 3 czerwca 1940 roku. Było to wolno stojące gospodarstwo. Mieszkaliśmy wtedy w domu mojej babci Pau-liny Redzimskiej z Kosiedowskich, matki mojej mamy Zofii. Dziadek Franciszek Redzimski zmarł 24 maja 1935 roku w wieku 74 lat. Od tamtej pory z babcią gospodarzył wujek Antoni, brat mojej mamy. To było cudowne miejsce - ta zrębowa chata. I taki tam był spokój. Tam rządziła przyroda ze swoimi prawami. Gdy wieczorem była rosa na trawie, było wiadomo, że będzie pogoda. Czerwone niebo wieczorem na zachodzie zwiastowało wiatr na drugi dzień. Śpiew ptaszków i ich loty też wiele mówiły o czekających nas zjawiskach atmosferycznych. Tam, w Białachowie, nasz dziecięcy świat był ograniczony do horyzontu i tyle. Wyjazd do innej wsi, zwłaszcza do Zblewa, był czymś nowym. A jak to było, gdy poszedł pan do szkoły w Białachowie? To był rok 1947. Trochę się tego obawiałem. Nowe środowisko, koledzy, koleżanki, nauczyciel, to raczej napawało mnie obawą niż ciekawością. Do szkoły po raz pierwszy zaprowadziła mnie mama - to był poniedziałek 2 września. Moim nauczycielem od pierwszej do trzeciej klasy był Stefan Giełdon. W czwartej klasie uczyła mnie pani Sikora (nie pamiętam jej imienia), no a następne klasy kończyłem w Zblewie. Nasz „Pan" w Biała- chowie był człowiekiem młodym, wysokim, energicznym i bardzo przyjaznym dla uczniów. Uczył nas prac ręcznych, prowadził z nami ciekawe doświadczenia podczas lekcji, często wychodziliśmy na wycieczki do okolicznych lasów, organizował różne przedstawienia, w których występowaliśmy, i w końcu, chyba pod koniec roku szkolnego 1948/49, gdy byłem w drugiej klasie, zorganizował z naszym udziałem teatrzyk kukiełkowy, był jednocześnie reżyserem przedstawienia. To właśnie tam po raz pierwszy zetknąłem się ze sztuką. Przychodziliśmy rano do szkoły, a na naszych ławkach leżały grudy gliny. Pan Giełdon polecił nam ulepić główki kukiełek. Pierwsza praca dobrze mi wyszła, więc dostałem następne zadanie. Potem otrzymaliśmy poszczególne role, budowaliśmy scenę. Jaką nazwę miała ta sztuka - zapomniałem... Jakie były początki tej udokumentowanej, jak pan powiedział, pańskiej twórczości rzeźbiarskiej? To było wiosną 1961 roku. Przyjaźniłem się z kolegą szkolnym Ryszardem Czapiewskim ze Zblewa. Jego rodzice budowali dom na byłych „księżych włókach", jak nazywaliśmy ziemie odebrane przez komunistów parafii zblewskiej. Z rowów fundamentowych Rysiu z ojcem wyrzucali świetną glinę. Tę glinę natychmiast skojarzyłem z teatrzykiem w Małachowskiej szkole. Wziąłem do ręki grudę i ulepiłem ludzką główkę, jak wtedy w szkole. A pan Czapiewski, widząc to, powiedział: „Wej to je czisti nasz Wazonik" (Popatrz, to jest nasz Wazonik jak żywy). Naszego księdza proboszcza Alojzego Licznerskiego nazywaliśmy Wazonikiem, ponieważ ze względu na schorzenia reumatyczne kiwał się na boki podczas odprawiania mszy świętej. GÖDNIK2018 POMERANIA / 35 NASZE ROZMOWY Po ocenie mej pracy przez pana Czapiewskiego postanowiłem popracować w tej glinie. Zwiozłem do domu kilka wiader tej kopaliny, i się zaczęło. I co lub kogo pan rzeźbił? Najpierw zacząłem rzeźbić popiersia znanych ludzi. Wydaje mi się, że pierwszą figurą było popiersie Lenina, bo jego charakterystyczna twarz ułatwiała mi oddanie podobieństwa. Później był Mickiewicz, Kościuszko, była moja kuzynka Jadzia Kaiser... i wiele innych drobiazgów z picassowskimi formami włącznie. Spoza domowników pierwszym recenzentem mych prac był nasz organista Izydor Borzyszkowski. Kiedy zobaczył schnące rzeźby, patrząc na Kościuszkę, powiedział: „Edziuś, to ty zrobiłeś?". Bardzo mi się to spodobało i było zachętą do dalszej pracy. No dobrze, będziesz „tworzył" - i co dalej? Napisałem do ówczesnego Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku, że coś tu robię w glinie. Owszem, odpisali, że zjawią się u mnie. Coś to długo trwało w moim mniemaniu i zniecierpliwiony napisałem do Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie. To poskutkowało, bo zjawili się u mnie dość szybko. A przyjechali: pani Stefania Liszkowska-Skurowa -etnograf, pan Wojciech Błaszkowski - etnograf, i pan Antoni Mironowski - artysta plastyk z Sopotu. Weszli na werandę, gdzie gromadziłem moją glinę i... ich miny świadczyły o tym, że moje prace nie wzbudziły ich zaciekawienia. Pomyślałem: bracie, to wszystko pewnie jest do kitu. Rzeczywiście tak było. Pan Mironowski powiedział: „Artystą to pan nie jest, ale może być. Pozwoli pan, że pozbędziemy się najpierw tego pana". Wziął do rąk popiersie Lenina i upuścił go na betonową posadzkę. Lenin rozprysł się w drobny mak. Posunięcie było radykalne, co sprawiło, że glinę zarzuciłem. Wśród tych „dzieł" leżał sobie mały drewniany ptaszek, którego w międzyczasie w drewnie wyskrobałem. Pani Liszkowska, widząc go. powiedziała: „Panie Edmundzie, a może pan spróbuje rzeźbić w drewnie? Bo zdolności manualne pan ma". Glina była plastyczna, łatwa w obróbce, a drewno? Obiecałem jednak, że coś zrobię. Po miesiącu otrzymałem z Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej zaproszenie do wzięcia udziału w wystawie Tradycyjnego Sprzętu i Sztuki Ludowej Kociewia w Staro- 36 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 gardzie w salach Powiatowego Domu Kultury na ulicy Sobieskiego. Otwarcie wystawy nastąpiło chyba w maju. W tamtym czasie takie imprezy zaszczycali swą obecnością gospodarze województwa i powiatu. Dokonano uroczystego otwarcia wystawy. Jaką ja miałem wtedy tremę, aż trudno opisać. Moje rzeźbione figurki do szopki bożonarodzeniowej, scena z Drogi Krzyżowej, pastuszek i coś tam jeszcze - to były prawdziwe mizeroty w zestawieniu z pracami takich rzeźbiarzy, jak Alojzy Stawowy z Bietowa, Stanisław Rekowski z Więckowych i Janek Giełdon z Czarnej Wody. Jednak cieszyłem się, że znalazłem się w tak zacnym gronie. I to był mój debiut. Później ta wystawa objechała miasta powiatowe naszego województwa. A potem... Już od początku mej działalności interesowała się mną Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Cepelia". Zawiozłem kilka moich rzeźb i, o dziwo, zostały zakupione przez spółdzielnię cepeliowską, której agenda mieściła się w Gdyni. Ale była radość - moje prace przyniosły mi pierwsze dochody z twórczej działalności. Ta współpraca z Cepelią trwała ponad czterdzieści lat. To była bardzo dobra instytucja dająca możliwość zarobku tysiącom rękodzielników w Polsce. Z chwilą przemian ustrojowych w naszym kraju Cepelia została zlikwidowana w dotychczasowym kształcie. Cała rzesza ludzi straciła pracę i możliwość zarobkowania. Różnie o Cepelii mówiono, ja natomiast złego słowa o niej powiedzieć nie mogę. Przy niej istniał Fundusz Rozwoju Twórczości Ludowej, dysponujący środkami na stypendia, nagrody, zapomogi i subsydia. Organizowane były liczne konkursy, wystawy krajowe i zagraniczne, bardzo dużo dzieł twórców ludowych eksportowano za ocean. To wszystko się skończyło. Do dziś jest pan znany jako aktywny działacz Stowarzyszenia Twórców Ludowych... Do stowarzyszenia, z główną siedzibą w Lublinie, zostałem przyjęty w 1972 roku. Moja legitymacja ma numer 262. Dziś nasza organizacja skupia ponad dwa tysiące członków i liczebność ta utrzymuje się od wielu lat na tym samym poziomie. Organizacyjnie podzieleni jesteśmy na oddziały. Oddział Gdański STL powstał w 1978 roku z inicjatywy Krystyny Szałaśnej i mojej. Pani Krystyna zastąpiła panią Stefanię Liszkowską na stanowisku opiekuna twórców ludowych na naszym terenie i cieszyliśmy się z jej obecności do 2005 roku, do czasu przejścia przez nią na zasłużoną emeryturę. To jest wspaniała etnografka. Miałem szczęście współpracować z panią Krystyną. Zjeździliśmy wspólnie wzdłuż i wszerz nasze Pomorze, odwiedzając artystów ludowych. To byłby temat na całą książkę. Maluje pan także na szkle... Tym również interesowałem się od dawna, bo już w 1959 roku zostałem zaproszony przez Wojewódzki Dom Twórczości Ludowej w Gdańsku na warsztaty z malarstwa na szkle do Wejherowa. Dlaczego nie pojechałem? Pamięć nie odnotowała. Pewnie i dobrze, wtedy bowiem malowano na szkle bez wzorowania się na tradycyjnym malarstwie na szkle, jakie na Pomorzu było uprawiane w XIX wieku. Nikt o tym nie wiedział lub nie chciano o tym wiedzieć z czysto ideologicznego punk- NASZE ROZMOWY tu widzenia. Bo jak udałoby się pogodzić fakt walki z Kościołem z organizowaniem warsztatów na podstawie zachowanych zabytków o treści sakralnej, a tylko o takiej tematyce malunki na szkle istniały na Pomorzu? W 1988 roku pani Krystyna Szałaśna i dr Aleksander Błachowski z Muzeum Etnograficznego w Toruniu zorganizowali warsztaty z malarstwa na szkle. Przygotowując je, opierali się na jedenastu zachowanych XIX-wiecznych obrazach na szkle - trzy są przechowywane w Muzeum Etnograficznym w Toruniu, a osiem w Muzeum Kaszubskim w Kartuzach. I na tej podstawie poprowadzono wówczas zajęcia z malarstwa na szkle, których byłem uczestnikiem. Od tamtej pory maluje na szkle i nie tylko maluję, bo również udzielam lekcji z tej dziedziny na różnego rodzaju warsztatach z młodzieżą szkolną, z nauczycielami i uzdolnionymi mieszkańcami wsi. Jaki moment w swojej twórczości uważa pan za szczególnie ważny? Moim największym osiągnięciem i najważniejszym dla mnie wydarzeniem był mój udział w budowie ołtarza papieskiego w Sopocie. Spotkać tak wielkiego człowieka, jakim był pan Marian Kołodziej, można tylko raz w życiu. Ten świętej już pamięci człowiek zapadł głęboko w moje serce. W znaczącym stopniu wpłynął na moją rzeźbę i spojrzenie na sztukę z właściwej strony. Ołtarz, do którego z inspiracji pana Kołodzieja pomorscy rzeźbiarze wykonali figury i kapliczki, zapisał się na stałe w naszym krajobrazie. Wiele z tych kapliczek i figur zdobi nasze świątynie, stoją na rozstajach dróg, zdobią przydomowe kapliczki. Na podstawie moich zbiorów napisałem książkę opisującą kulisy budowy tego dzieła pt. Ołtarz papieski dłutem stworzony. To moja druga książka, bo pierwsza nazywa się Na ścieżkach wspomnień... i mówi 0 moim życiu, życiu rodziny, zwyczajach, obrzędach, życiu dawnej wsi. Obie pozycję wydałem własnym kosztem. Zwracałem się o pomoc finansową do wielu instytucji. W 2010 wydałem Na ścieżkach wspomnień II... i zbieram materiał do trzeciego tomu mych wspomnień. Wydał pan również książkę o malarzu kaszubskim Leonie Bieszkem, a potem o losach rodu Stachowiaków, na podstawie wspomnień pana przyjaciela Jana Stachowiaka rodem ze Zblewa, który teraz mieszka w Niemczech... A w ogóle to chciał pan mieć własne muzeum przedmiotów kultury materialnej dawnej wsi, które pan przez lata gromadził. Życie zadecydowało jednak inaczej. Cały swój wielki zbiór przekazałem muzeom w Oliwie i Starogardzie. Uważam, że tam będzie najlepsze miejsce dla tego rodzaju muzealiów. Gwoli ścisłości muszę dodać, że trochę z rodzinnych pamiątek pozostało w moim domu. Między innymi jest stary patefon 1 tłuczek do ziemniaków z kuchni babci Antoniny, liczący pewnie ze sto lat. To tym tłuczkiem, przez domowników nazywanym trampkiem, były gniecio- ne „szturane" kartofle do maślanki. Babcia mawiała: „Weźkaj jano trampek i uszturaj te bulwi, ja upsieka szpyrków"... Zbliża się Boże Narodzenie. Jak pan zapamiętał wigilie z dzieciństwa? Mgliście pamiętam wigilie czasu okupacji niemieckiej, najbiedniejsze z biednych. Ani moi dziadkowie, ani rodzice nie podpisali niemieckiej listy narodowościowej. Dlatego, jako Polacy, byliśmy pozbawieni kartek żywnościowych. Nasi rodzice musieli jakoś sobie radzić, by utrzymać czwórkę dzieci i siebie. Przeżyliśmy dzięki wsparciu rodziców mojego ojca Bernarda, dziadków Antoniny i Franciszka Zielińskich. Zresztą w tamtych czasach, jak był chleb i kartofle, to już można było żyć. Kawałek mięsa bywał od czasu do czasu w niedzielę. Chleb moczony w wodzie i posypany cukrem to był rarytas. A polany olejem rzepakowym? Pychota. Kiedy skończyła się wojna, ojciec powiadał: No teraz wreszcie nie będzie brakowało mięsa, kiełbasy czy masła. Minęły dwa lata, ojciec mówił: Tyle lat po wojnie, a w sklepach pusto. Dla nas dzieci wigilia i święta Bożego Narodzenia były czasem radości. W naszych małych główkach rodziło się zdziwienie, że nie było słychać języka niemieckiego, mogliśmy mówić i śpiewać po polsku bez obawy o konsekwencje. Jednak wigilie niewiele odbiegały od tych z czasu okupacji - były nadal biedne. Najważniejszą potrawą był śledź w wodzie z octem i cebulą. Bywały kartofle w obierkach, zupa z suszonych owoców, chlebek z margaryną albo suchy, ale była choinka z dziadkowego lasu rozświetlona świeczkami i nasze przepiękne kolędy. Była pasterka w zblew-skim kościele. Jak lud zaśpiewał „Bóg się rodzi", organy ledwo było słychać, a organista Izydor Borzyszkowski potrafił z nich wydobyć najwyższe dźwięki. Dopiero po powrocie z kościoła dostaliśmy po kawałku kucha, który mama piekła najlepiej. Pod choinką stały talerze, a w nich drobne prezenty - cukierki, jabłuszka, książeczki czy kredki, którymi cieszyliśmy się niezmiernie. Pokoleniu naszych dzieci i wnucząt trudno sobie wyobrazić egzystencję na tamtym poziomie. A tak było... Fotografie z archiwum Edmunda Zielińskiego Edmund Zieliński został uhonorowany licznymi nagrodami i odznaczeniami. Jest Honorowym Obywatelem Gminy Zblewo. Z okazji 750-lecia Tczewa otrzymał „Pierścień Mechtyldy"; przyznała mu go Rada Programowa Kociewskiego Kantoru Edytorskiego jako wyróżnienie redakcyjne „Kociewskiego Magazynu Regionalnego" w kategorii: edukacja regionalna. Ponadto jest laureatem Medalu Oskara Kolberga, Teodory i Izydora Gulgowskich, brązowego i srebrnego Medalu Bene Merenti, Skry Ormuzdowej, odznaki - Zasłużony dla Kultury Narodowej, Zasłużony Działacz Kultury, srebrnego i złotego Krzyża Zasługi i Medalu Gloria Artis. Przez 25 lat pełnił funkcję prezesa Oddziału Gdańskiego STL, a od 4 lat jest honorowym prezesem tej organizacji. GÖDNIK 2018 / POMERANIA / 37 ZŻËCÔ KS„PÖMÖRANIÔ" #bądźPomo WANODŻI MÔŁÉ A WIÔLDŻÉ Akademicczi rok ju sztót dérëje. Karno Sztudérów „Pômöraniô" wrócëło do Trzëgardu, żebë znôwu wiele robie, öżëwiac nowé udbë a zmierzëc sa z jiwrama. Równak latos wró-cëlësmë do Gduńska, żebë zarô z niego wëlecec! „Wanodżi sztôłeę" - rzecze znóné powiedzenie. A wëdôwô sa, że nie łże. Më, pomorańce, möżemë to baro prakticzno dokazac. Nié blós wiedzbą brëköwną öbczas wanodżi, np. jak baro sprawno dzałô Google Maps czë że nawetka we westrzódku Bratisła-wë lepi miec ze sobą pieńdze, niżlë mëslëc zapłacëc kartą płatniczą. Śmiało möżemë téż pözwac sa pós-łańcama, a dokładno Minority Mes-sengers! Midzë 8 a 14 rujana wzałësmë udzél w Youth Leader Seminar (YLS) w Bra-tisławie. Jesenné seminarium Youth of European Nationalities (YEN) ôr-ganizowa Młodzëzna Karpacczich Miemców na Słowacji (Karpaten-deutsche Jugend in der Slowakei). Na swöji skórze poczëlësmë, jak swójskö môże sa czëc u najich pôłniowëch są-sadów i że Kaszëbi chutkö ödnalézą sa jazëköwö. YLS nie bëło dlô pómórańców pierszim w tim roku seminarium YEN-u. Rujanowé warköwnie bëłë brzada latoségö szköleniô z projektu „Minority Messengers". Ale co to pô prôwdze je? Samą pózwa „pósłańce mniészosców" jidze rozmieć rozmaji-ce, co téż przëbliżiwô nama cele projektu. Möże bëc posłańca swój i mnić-szoscë - na przëmiar organizować wizyta w szkole, dodomu kulturę, powiadające, rozprawiające a uczące ô swöj i grëpie (na przikłôd jazëköwi czë etniczny) i jinszich. Uczące, równak mómë bôczënk, żebë nie robie tegö tradicyjno - tuwö wchôdô pózaförmalnô edukacjo! Nie żdajemë Jaczé Karno Sztudérów „Pömóraniô" mô öbmëslënczi na przindné dzejanié? Co, dze a czë öglowö cos robią? Co młodi mają do gôdaniô? na förmułczi, ani jich nie pödôwómë. Chcemë pôspólno nalezc ödpöwiedzë w kreatiwny sposób. Stądka najô bët-nosc ób zymk i pózné lato w szkołach w Köscérznie, Chönicach a Brusach. Jaczé mómë pierszé umëslënczi? Projekt je brëkôwny. W systemie edukacje baro felëje infórmacjów ó mić-szoscowëch grëpach a czasu jima na-mienionégö. Mało wiémë nawetka ó tëch nama nôblëższich. A téż më -jakno Minority Messengers, „Pómó-raniô", młodi - muszimë zrobić jak nówiacy, żebë zachacëc młodzëzna (a nié leno) do aktiwnégö udzélu w spölëznowim żëcym. Möże bëc téż posłańca jinszi mnié-szoscë. Wiele Minority Messengers odwiedzało mniészoscë z jinëch regionów i krajów. Nawiôdëna można téż przeprowadzëc, órganizëjącë zćń-dzenié z grëpą z tegó samégö strzodo-wiszcza. Jidze ö wëmiana doswiôd-czëniów, pöspólné diskusje i... informacje. Projekt zakłôdô zebranie wôrt-nëch i bieżącëch dónëch ö jak nôwiak-szi iloscë mniészosców w Europie. Prawie pó to, żebësmë möglë wiedzec o se wiacy i rozmieć przë tim pómóc jinszim w dradżich sprawach, chtër-nëch nie felëje. ACOWPÖLSCE? Czedë ju bëlësmë nazôd na Pömô-rzim, muszëlësmë zacząc robie wedle kaladôrza terminów Zarząd sóm sa nie wëbierze, a projektë - nie zórga-nizëją. 25 rujana wëbralësmë skłôd naszégó wëkónywnégó cała: Éwelina Stefańskó (przédniczka ju na östatną kadencja), Éwa Nowickô (wiceprzéd-niczka z óbówiązkama sekretôrza), Weronika Damps (skarbniczka), Mateusz Łącczi (göspödôrz Chëczë) i Weronika Ökôniewskô (góspódëni Chëczë). Jesz rôz w miono całégö karna dzakuja za robota i trud kuńczą-cym robota na swójich stanowisz-czach w zarządzę: Pii Ślogar (3,5 kadencje skarbniczczi) i Wiktorii Kózë-kówsczi (sekretôrz). Równak to nie znaczi, że óne ódchôdają ód naju. Co wiacy naje karno (mómë nódzeja, że na amen) ód 15 smutana je wiakszé za sprawą rekrutacyjnego pótkanió. Wiele sztudérów weznie do serca hasło #bądźPomo i óstónie na dłëżi? Wnetka sa dowiémë! Pomorańce nie zabôczëlë ó swójich stałëch óbrzészkach. Gala wra-czenió Medalów Stolema bądze ju 10 gódnika o szósti pó półnim w Miesz-czańsczi Zalë Stórogardowi Radnicë we Gduńsku (ul. Kórzennó 33/35). Latos óstalë wëprzédniony prof. Mario Pająkówskó-Kensik i Władisłów Czarnowsczi. Przed nama całi rok dzejanió, sta-łëch wedarzeń, ale i nowëch wëzwa-niów. Nié ó wszëtczim móżemë jesz gadać, ale mómë cos swićżćgó raza z najima nowima partnerama. Tero blós bëc na bieżąco z infórmacjama ód naju. Jak wiedno można bëc w łą-czbie z nama bez spólëznowé media (Facebook: klubstudencki.pomorania; Instagram: ks_pomorania), internetową starna (www.pomorania.com) abó mejlowi adres (pomorania.sekre-tariat@gmail.com). Bądzta z nama -„Pómóranió" nie spi! EWELINA STEFAŃSKÓ 38 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 TOURNEE RUMUNIA 2018 Tysiące kilometrów, setki niezapomnianych widoków, dwadzieścia głosów, cztery kraje, cztery koncerty i jeden dyrygent - tak w skrócie można by opisać tegoroczne tournee Chóru Kameralnego Discantus z Gowidlina pod dyrekcją Sławomira Bronka. Tournee rozpoczęliśmy w sobotę 13 października w kościele gimnazjalnym w Chojnicach. Naszym pierwszym koncertem zainaugurowaliśmy chojnickie Dni Kultury Kaszubsko-Pomorskiej. Zaprezentowaliśmy utwory religijne, świeckie, regionalne... autorstwa polskich i zagranicznych kompozytorów, m.in. były to: „Ubi Caritas" Josepha Gentryego Ste-phensa, „Kołysanka" Jana Maklakie-wicza i „Trzë Diôbłë" na melodię pochodzącą ze Strzelna. Po koncercie w świetnych humorach i przy akompaniamencie naszych muzyków pojechaliśmy dalej na południe kraju. Piąta nad ranem. Za oknami ciemno, ale to nam nie przeszkadza, bo dotarliśmy w polskie Tatry! Chwila oddechu i wychodzimy pospacerować. Popołudnie minęło nam pod znakiem prób, by dopracować, do perfekcji, każdy z przygotowanych utworów. Tego wieczoru zaśpiewaliśmy w parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Zakopanem. Poniedziałek oznaczał dla nas początek zagranicznej przygody. Wyruszyliśmy w kierunku Debreczyna na Węgrzech. Na miejscu z otwartymi ramionami przywitał nas ojciec Jacek, kapelan polskiego pochodzenia, na którego zaproszenie mogliśmy zaprezentować się w tym miejscu. Kon- cert w Debreczynie szczególnie zostanie w naszej pamięci. Parafianom bardzo podobał się nasz występ, dlatego z uśmiechem zaśpiewaliśmy dla nich kilka utworów na bis. W dodatku zostaliśmy zaproszeni na bankiet, na którym mieszkańcy miasta częstowali nas lokalnymi smakołykami. Po kolacji, przy akompaniamencie naszych muzyków i ojca Jacka grającego na akordeonie, śpiewaliśmy znane kaszubskie i polskie utwory, m.in. „Kaszëbsczé jęzora" i „Głęboka studzienka". Po biesiadzie rozeszliśmy się po różnych częściach miasta, gdyż nocowaliśmy u rodzin, które zechciały nas ugościć i pokazać nam swoje ulubione części Debreczyna. Kolejne cztery dni spędziliśmy, zwiedzając rumuńską Transylwanię (Siedmiogród). Pierwszym miejscem, które zobaczyliśmy, była kopalnia soli w Turdzie, jedna z najstarszych w Europie. W trakcie podróży po tym regionie mogliśmy podziwiać jego najpiękniejsze miasta i najbardziej rozpoznawalne zabytki. Widzieliśmy m.in. zabytkową starówkę z czasów saskich w Sighisoarze, zamek Bran -przez wielu uznawany za dawną siedzibę hrabiego Drakuli, synagogę i Most Kłamców w Sibiu oraz katedrę św. Michała w Alba Iulia. Nie zabrakło również zdobywania górskich Koncert w Debreczynie szczytów. Wspięliśmy się na najwyższy szczyt gór Postavaru - Varful Po-stavarul (1799 m n.p.m.), z którego rozciągał się zapierający dech w piersi widok na rumuńskie góry i położone u ich podnóża miejscowości. Ostatni koncert w ramach tournee odbył się na Słowacji. Nasze głosy zabrzmiały przed największym gotyckim ołtarzem w Europie, czyli w bazylice św. Jakuba w Lewoczy. Pragniemy podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że tegoroczne tournee mogło mieć miejsce. A szczególnie: Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji, Gminie Sierakowice, Powiatowi Kartuskiemu, a także Wójtowi Gminy Sierakowice i Zarządowi Powiatu Kartuskiego. EWA NOWICKA \ Rumuński szczyt Varful Postavarul zdobyty GÖDNIK 2018 / POMERANIA / 39 CMSUBIA INCO©NIIA MOYU Donëchczôs uczastnicë bëtowsczégö Festiwalu Cassubia Cantat kôrzëstelë z jedny platczi ze stôrima kaszëbsczima piesniama, terôzka doszła pöstapnô z jesz rëchli zebrónyma westrzód lëdzy dokazama. Wôrt przëbóczëc, że wszëtkö zaczało sa kol 2001 r., czej Jaromir Szroeder z Zôpadnokaszëbsczégö Muzeum w Bëtowie udbôł so wëdostac stôré kaszëbsczé piesnie, jaczé zapajiczoné leżałë na pôlëcach Institutu Kuńsztu Pölsczi Akademie Nôuk. A je tam colemało dwa tësące rozmajitëch nagraniów. Bëtowsczé muzeum wëzwëskało le 300 z nich. Do tegö nié wszëtczé, leno dzélëk trafił na piata Cassubia Incognita. Öd 2010 r. na Festiwalu Cassubia Cantat uczastnicë grają dokaże z ni, ale w nowi, swój i aranżacje. Te rokroczno wëdôwóné są na pófestiwalowi place. Minało ju ôsmë lat. Bez nen czas równak dosc tëli sygelë pö dokazë, chtërne ju czile razy bëłë spiéwóné na festiwalu. Tej czasa słechińcowi mëkcëło sa w głowie, że chëba mô ju cos taczégö czëté. Cassubia Cantat brëköwała swiéżégö lëftu, dëcha. Je wiedzec, że jidze ö dôwné piesnie. Le do jaczich „nowëch" sygnąc? Odpowiedz je prostô, a dlô bëtowsczégö krézu ösoblëwie - tec do Kamieńsczego. Łucjón Kamieńsczi (pôl. Łucjan Kamieński) béł póznańsczim profesora, chtëren zajimôł sa badérowa-nim muzycznego folkloru. W latach 30. zbiérôł nagrania m.jin. z Kaszub. Wikszi dzél jegö robötë, jidze ô zbiorę, zadżinął óbczas wöjnë. W 1936 r. wëdôł równak Pieśni ludu pomorskiego. Dlô bëtowsczëgó krézu baro wôżné, a dlô Gôchów jesz barżi, bö dosc tëli piesniów je ze Szla-checczégó Brzézna w lepińsczim krézu, tj. na Góchach. Terôzka wszëtczé nalazłë sa na place Cassubia Incognita Novum, przërëchtowóny bez muzeum w Bëtowie. Udba, żebë sygnąc do Kamieńsczego ju ôd dôwna bëla krótko kol mie. Jem chcôł utcëcpamiac ô nim, jegô wiôldżi robôce dlô Kaszëbów, a téż przëbôczëc ne piesnie i do nich przënacëc - gôdô Jaromir Szroeder. Zebranim do grëpë rozmajitëch dokazów zajął sa Tomósz Drążkówsczi (pól. Drążkowski) z Łączégó. Pówôżné, szpörtowné, a czasa... baro szkalëjącé, jak np. w ny pt. „Nienabożne panny", gdze dzeusë ze Szlachec-czégô Brzézna pöszłë do kóscoła, ale tam: „Nie patrzałi w ksążki/ ani na pacórki,/ jedna drëgi mówi:/ »Pójdzem do karczmarki«". Cekawé je to, że spiéwôł to miestny chłop. Czej jem ôbôcził dokazë z Gôchów, jem wiedzôł, że ne prosto muszę sa na place nalezc. Öd nëchjem téż zaczął swôja robota. Równak jem pod baro wiôldżim wrażenim całégô zbiérku - öpówiôdô Drążkówsczi. Rëchtowanié pieśni nie bëło taczé prosté. Łucjón Kamieńsczi w muzyce béł akurôtny. Zapisôł w drobnotach wszëtczé nawetka falszëwé nótë - wëjasniwô. To téż je widzec w wiadle ód redakcje zbiérku z 1936 r. Czëtómë w nim, że redakcjo: „ma poważne zastrzeżenia co do ścisłości pod względem fonetycznym ogłaszanych przez prof. Kamieńskiego tekstów pieśni pomorskich; [...] nie dało się to niestety przeprowadzić [zôsné odtworzenie - przëp. Ł.Z.] wskutek zupełnego zgrania wałków fonograficznych". Tak czasto je ódsłëchiwôł, że po nim ju nicht tego zrobić ni mógł -kąsk szpôrtowno gódó muzyk z Łączégó i cygnie dali: Dze-lił téż wierteltónë. Dzys normalno spiéwómë półtonama. K. 40 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 Muzyk je w sztadze wëchwëcëc wierteltónë, a Kamieńsczi pödzelił je jesz na 100 czascy. Jak zaśpiewać cos, co je tak pödrobno zapisóné? Wëjasniwô Tomôsz Drążköwsczi: Letkô nie bëlo i kąsk jem miôł z tim jiwrów. Jem dbë, że skórno wszëtkôje tak dokładno zapisóné, dzysjistno muszi to oddać. Tej przeszło mie nauczëc sa falszëwô śpiewać - gôdô, a tej wspöminô jeden z taczich przëtrôfków. Je jedna takô lëdowô pieśń, gdze nen, co ja wëkônôł, w pier-szi sztrofie niemiłoserno falszowôł. Kamieńsczi dokładno wszëtkô zapisôł, a tej na kiińc dodôł, że melodio je wiera jak w sztrofie drëdżi. Tej ju piesniôrz sa rozspiéwôł i szło mu lepi - żartoblëwô öpöwiôdô Drążkôwsczi. Repertuar festiwalu Cassubia Cantat zwëskôł wiacyjak dwadzesce nowëch usôdzków. Nagróné muzyk z Łączégö mô równak wszëtczé. Jinaczi sa nie dało. Leno tak można dozdrzec jich wôrtnota i z całégô zbiérkii „Pieśni ludu pomorskiego" wëbrac te nôbarżipasowné - wëjasniwô muzyk i dolmaczi dali: Wcygjem miôł swiąda, że ne dokaże mdą wëkönywóné na festiwalu. Tej jem pominął ne religijne, ju znóné i wersje instrumentalne. Z doswiôdczeniô wiém, że nôchatni wëbiéróné są rozmajité frantówczi i öbrzadowé pieśni i tej na nie przede wszëtczim jem miôł bôczenié. Niechtërne z nich wëkönywóné bëłe przez białczi. Tej w przërëchtôwaniu pomogła slëbnô Tomka, Éwa. Robota przë place przeniosła wzątk całi familie do grëpë. Prosté słowa i melodio zrobiłë swôje. Terôzka môje dzecë chodzą pô chëczë i je śpiewają. To téż pôkazëje, że nawetka dzys te jesz przedwôjnowé dokaże są atrakcyjne i potrafią zainteresować - gôdô Drążkôwsczi. Platë nie udało sa wëdac przed festiwala Cassubia Cantat. Jesmë mielë z nią zdebło jiwrów. Dëtczi z projektu nama przëznelë, le bez dłudżi czas më ni môglë podpisać umówë - gôdô Szroeder. Uczastnicë stratny nie bëlë, bö i tak spiéwelë piesnie zebróné przez Łucjana Kamień-sczégö. Nagrania Tomasza jesmë wrzucëlë na interneto- Tomôsz Drążköwsczi wą starna bëtowsczégó muzeum. Tam wszëtcë mogą jich pösłëchac. Jeżlëjidze opłatka Cassubia Incognita Novum, to ukôże sa pôd kiińc lëstopadnika. Do pósłëchaniô mdze 26 dokazôw. Na zôczątk gödnika planëjemë na z festiwa-lowim granim - zapôwiôdô Jaromir Szroeder. I na kuńc docësnął: Nie chcemë sa zamëkac leno wkół piesniów z IS PAN. Sygómëpô jinszé. Terôzkaje to Lucjón Kamieńsczi, a to nagwës nie je wszëtkö. Ju móm w głowie czile udbów, gdze bëjesz mógł sygnąc. Le na to przińdze czas... ŁUKÔSZ ZOŁTKÔWSCZI Ödjimczi z latoségö festiwalu Cassubia Cantat MUZYKA « i GÖDNIK 2018 / POMERANIA / 41 m _ ___ __m S0PRAIN, KOINIIRAIEINIOR I ÔR©ANi. PSAIMË NIA PŁICE W gódniku 2017 roku w gduńsczi bazylice pw. sw. Brigidë bëło nagróné trzënôsce psalmów, jaczé prosto z hebrajsczégö na kaszëbsczi przełożił ô. prof. Adóm Riszôrd Sykôra. Muzyka napiselë: Ana Rocławskô-Mu-sałczik a Adóm Diésner. Zaspiéwelë: Marzena Michałowskô (sopran) a Sławomir Bronk (kóntratenór). Na organach grôł Macéj Zakrzewsczi. Pôra niedzelów temu weszła, starą stowôrë DISCANTUS z Göwidlëna, wëdónô przez „Ars Sonora" (Jakub Garbôcz - nagranie) a Wëdôwizna Kaszëbskö-Pómörsczégö Zrzeszeniô - płata z tima nagranioma pt. W céni Bôżëch skrzidłów. Są na ni psalmë: 63 - Bada Ce sławił całim mójim żëcym, 8 - Stwórca i stworzenie, 23 - Jahwe mójim pasturza, 27 - Jahwe wida i zbawienim, 42 - Teskniączka za Boga, 57 - W céni Bôżëch skrzidłów, 90 - Nauczę nas rechówac dnie nasze, 91 - Pod starą Nôwëższégô, 102 - Môdlëtwa ucemiażonégô, 110 - Mesjôsz - król i kapłan, 117 - Chwalta Pana, wszëtczé nôrodë, 118 — Dzaka skłôdôjta Panu, boje dobri! Plata ta jem postawił na nôwëższi naszi muzyczny pölëcë kol albumu Kaszuby w pieśni artystycznej (2014) z przesnôżim dokôza Witosławë Franköwsczi, Psalma 128, w tłómaczenim Szëmona Krofeya z 1586 r. Zrobił jem tak dlôte, że równo temu, co je bënë, i temu, co buten platë (ksążeczka z tekstoma pö kaszëbsku, polsku a anielsku, dobrze zaprojektowónô öbkłôdka przez Damiana Chrula) - słëchô sa pöchwôlenié. Czëjemë téż na nagranim narracja Michała Bronka (Psalm 63) w gówidlińsczim zorce kaszëbiznë, z ódnoso-wienim „a" i „ą", do czegö przënacëła nas ju pôchôdzącô téż z Göwidlëna Danuta Stenka - óbczas wejrowsczich czëtaniów Verba Sacra (tam téż, w 2012 r., dolmaczënczi psalmów ó. Sykórë miałë swoja premiera). Dwóje spiéwôków, jakuż różnëch głosama a dofulo-wiwującëch sa na nagraniach jich farwóma - dówó swim kuńszta skópicą redotë ze słëchaniô muzyczi. Są i duetë (np. Psalm 110), solowé wëkönania (np. Psalm 23, Psalm 90), a cappella i z towarzenim órganowim. Organista ze swiądą wëdobiwô wielné móżlëwóscë farwówé a głosnoscë swégó instrumentu i umiejatno towarzi śpiewającym. Kóntratenór, wëższi ód tenora chłopsczi głos, wprowadzëła do kaszëbsczi muzyczi Witosława Fran-kówskó, nółżnó tego zortu głosu na prowadzonëch przez sebie zajacach z barokowi muzyczi w gduńsczi Muzyczny Akademie. W śpiewie kóntratenorowim Bronka je czëc jego bökadné doswiôdczenié z kóscel-ną muzyką, téż tą ze starszich stolatów (gregóriańsczi chórół). Pasownó ti muzyce malinko wibracjo jego głosu bëlno jidze w porze z piaknym, lirycznym soprana póznańsczi spiéwôczczi, jako swobodno użiwó tego „instrumentu" we wszëtczich registrach a dina-micznëch pózmianach. Muszi wspómnąc, że oboje spiéwôków pilëją kaszëbsczi wëmöwë w spiéwanim, chócô zdôrzają sa drobné zmiłczi jak np. lękać zamiast lakac w Psalmie 27 i podobno ulękniesz w mól ulak-niesz w Psalmie 91. Równak nôpiakni spiéwôcë brzëmią na krążku bez towarzenió instrumentu. Szlagra ti płitë je Psalm 27 Anë Rocławsczi-Musałczik. Je to méstersczi duet, dze głosë bëlno dialogują. Żimczé disonansowé brzemienia łagodno rozrzesziwają sa. Czëjemë muzyczno zapisóné pómiónë. Nie felô nawetka recytatiwu na 42 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 muzyka ^ 0 www.kaszubskaksiazka.pl spödlim mörmöranda. Brzëmienié z jinégö swiata -całô płita mögłabë bëc na nen ôrt! Wôrt je przëtoczëc tuwö całi snôżi tekst tegö dokôzku: Jahwe je môjim wida i zbawienim, kôgô móm sa lakac? Jahwe je umóc-nienim möjégö zécô. Kôgô móm sa bôjec? Ö jedno le proszą, Jahwe, jeanégô le szukóm: żebëjô mógł mieszkać w dodomu Jahwe we wszëtczé dnie môjégô żëcô. Jahwe, dostrzeże mój głos, czej wółóm. Zmiłuj sa nade mną i wësłëchôj mie. Ö Tobie mówi moje serce: „Szukôj-ta móji skarni!" Jahwe, jo szukóm Twóji skarni. Chöcbë mie ópuscëlë (w ksążeczce je fela: „óspucëlë") ójc mój i matka, to Jahwe mie przëgarnie. Wëczekiwôj Jahwe! Badze ódwôżny! Umocni swoje serce! Wëczekiwôj Jahwe! Osobno widzy mie sa Psalm 42 wëkönóny przez sopran z órganoma, jaczi pókôzywô bökadné möż-lëwöscë artistów w dynamice ôd baro cëchuchno do baro głośno z dramaticznym pëtanim Dzeje twój Bóg? i wółanim Ô Boże! Öböje usôdców muzyczi rozmieją swiądlëwie sygac do tradicje gregóriańsczegó chorału (np. Psalm 113), ale téż öböniwac Słowo muzyką na grańce atonalno-scë, z mocno rozbudowóną harmonią. Rocławskó--Musałczik i Diésner, chöcô są młodima utwórcama -mają ju bógati muzyczny doróbk. Öbëdwöje dobëtno wzalë udzél pôra razy m.jin. w rëchtowónym öd piac lat przez wejrowsczé muzeum Konkursu na pasyjny dokôz pö kaszëbsku na chur, dze tekstë prawie bédëje ô. Sykóra. Tam-sam akcent muzyczny wëkrapiwô kaszëbsczi akcent słowa, np. szukôjta w mól szukojta, równak ôglowö autorze muzyczi wëkôzywają sa dbałoscą ô dopasowanie akcentów. Płitë bédëja słëchac sómno w domówi, niedzelny cëszë. Z tekstoma przed öczama, jaczé przodzy słëcha-nió pósobnëch psalmów je nót przeczëtac w skupie-nim. Nólepi puszczac płita na dobrim statku - ód-twórziwóczu. Wigódno sedzącë, może przë dobrim napitku. We wióldżi jizbie, cobë to dało stolëmny pómión. Ta piata trzeba przeżëc samému. TOMÔSZFÓPKA ■ICËSKELË W BASZKA W Łubianie 13 rujana ódbéł sa ju ósmi Turniér Kaszëbsczi Baszczi „O Niedźwiedzią Łapę" i Turniér ó Czelëch Wójta Gminë Kóscérzna. Dzaka góscynnoscë samórządowëch wëszëznów i direkcje szkółë kór-townicë móglë sa pôtkac w Zespole Sztôłceniô w Łubianie. Öbówiązywałë regle tradicjowi baszczi z asa serce jakno nôwëższim trumfa. Dobiwcama w kategorie chłopów óstelë: 1. Stanisłów Ceplin, 2. Zbi-górz Dalecczi, 3. Hubert Okrój, 4. Kadzmiérz Błaszkówsczi. Westrzód białków nôdgrodzoné óstałë: Éwa Jendernal, Teréza Grudzień i Halina Kwidzyńskó, a nólepszima karnama bëłë: Bronczki, FC Serakójce i EWA + trzech. Pieńdze na organizacja Turnieru óstałë udostóné przez Wdzydzką Ini-cjatiwa Rozwiju Turisticzi i Kaszëb-skó-Pömórsczé Zrzeszenie part w Łubianie z grantowégó projektu Powiatowego Starostwa w Kóscérznie i Gminë Kóscérzna. NASPÖDLIM TEKSTU PIOTRA KWIDZYŃSCZEGÓ • DZIAŁO SIĘ W GRUDNIU • DZIAŁO SIĘ W GRUDNIU • DZIAŁO SIĘ W GRUDNIU • DZIAŁO SIĘ 1X111968 - w Poznaniu zmarł Feliks Rogaczewski, nauczyciel, działacz społeczny, obrońca Słowińców, autor pamiętnika Wśród Słowińców. Urodził się 30 sierpnia 1898 w Klonówce. 8X111998 - w Grabowcu koło Szemuda powstał pierwszy w powojennej Polsce monaster.Tam w ciszy i samotności pustelni żyją Mniszki od Betlejem, od Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy i od św. Brunona. • 9 XI11978 - powstał Oddział Gdański Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Pierwszym prezesem został Edmund Zieliński. Do stowarzyszenia przystąpiło 28 twórców z Kaszub i Pomorza. • 18X111898 -w Barwiku urodził się Jan Strom-ski, działacz kaszubski w Chojnicach, redaktor audycji regionalnych, popularyzator literatury kaszubskiej, folkloru i obyczajów ludowych, utalentowany recytator poezji i prozy kaszubskiej. Zmarł 14 listopada 1967 i pochowany został na cmentarzu parafialnym w Chojnicach. 26X111978 - w Sopocie zmarł prof. Kazimierz łomniewski, geograf, historyk, oceanograf, założyciel Instytutu Oceanografii na Uniwersytecie Gdańskim. Do wybuchu II wojny światowej był nauczycielem historii w gimnazjum wejherowskim, gdzie uczył m.in. przyszłego prof. Gerarda Labudę. Urodził się 22 stycznia 1907 w Radomyślu Wielkim, a pochowany został na cmentarzu komunalnym w Sopocie. Źródło: F. Sikora, Kalendarium kaszubsko-pomorskie \ GÖDNIK2018 / POMERANIA / 43 KASZEBI NIECH SĄ SOBĄ U SE DOMA! We Gduńsku przë szaséje Lecha Bądköwsczégö mieszko Małgorzata Szadach z dodomu Ökrój. Póchó-dzy z Miszewa. Je nôstarszą żëjącą białką pochodzącą z ti wsë. Mô 101 lat (ur. 18.09.1917 r.). Dobrze pamiatô swöjégö szkolnego - od 2004 roku patrona szkôłë spödleczny w Miszewie Jana Trepczika -chtërnégö baro ród i wspaniale wspominó. Czile razy biwała w miszewsczi szkole na uroczëznach sparłaczonëch z patrona. Östatno na 110. roczëznie urodzenió Trepczika, chtërna zbiegła sa prawie z setną roczëzną żëcégó Małgorzatę. Bëło to w restoracji Mulk, dze jubilatka jesz przemówią, wspominające swöjégó szkolnego. Przed rodną chëczą mëmczi w Miszewie. Pierszô z lewi Małgorzata Szadach Wasze młodé żëcé związóné bëło z Miszewa. Co wë pamiatôce z nô-młodszich lat? Przede wszëtczim ta mółą kaszëbską wies. Jô sa urodzą na gburstwie. Do dzys ono jistnieje. Ale wnet pudze tam metropolitalno sztrasa i tej chto wie, co tam sa stónie. Wiera wszëtkö z mo-jich młodëch lat zadżinie. Nas bëło doma jednôsce sztëk dzecy. Mój nó-starszi brat zdżinął na pierszi światowi wojnie. To béł Ambrożi. Ön béł öd mie ösmënôsce lat starszi. Jak on szedł na wojna, tej jô bela malinko w kolib-ce. Ön sa ze mną żegnôł i gôdôł: „So-sterkó, badz z Böga. Jak jô przińda drëdżi rôz, tej të ju badzesz wiakszó". Mëma mie to późni góda. Ale on nie przeszedł. Mëma gö wiedno móckó öpłakiwa. Öna dërch gôda: „Co sa stało z naszim Abrożim?" Më sa nigdë nie dowiedzelë, dze i jak ón zdżinął. A jak wë pamiatôce szkolnego Jana Trepczika? Ön przeszedł do Miszewa w 1927 roku. JÔ ju tej ód dwuch lat chódza do szköłë. W ni bëło tedë piać klasów. To béł baro dobri szkolny. Jó pamiatóm, jak ón nas ucził śpiewać pó kaszëbsku: Pod borem brzózka stojała, tam jó swe gąsczi pôsała. Pôsajô pôsa, minałë lata, pod. borem dalek, dalek ód świata. Dali jó ju móm zabôczoné, jak to szło. Raza z Trepczika béł szkolny Piotr Marzec. Ön szedł pótemu dzes do Warszawę. Jó pamiatóm w szkole, jak róz jachoł jeden wóżny człowiek. Jedny gôdelë, że to béł sóm Piłsudsczi, ale to wiera béł wojewoda pómórsczi Władisłów Raczkewicz. Më gó witelë. Wiersze bëłë gódóné. Ale to je ju tak dówno, że wiele rzeczi mie je ju ucekłé z pamiacë. Kö wë w Miszewie za długo nie bëlë, bö jak wëbuchła wöjna, tej wë ju mieszkelë dze j indze. Jo, jó sa żenią na zymku 1939 roku. Mój chłop Paweł Szadach béł z Bar-niéwcza. To je sąsednó wies, blëżi Banina. I tam jó szła mieszkać. Tam béł 44 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 wiôldżi majątk, köl 650 hektarów, a do tegö gorzelnio. Mój chłop robił tam za dwórznika. Dzysô më bë rzeklë, że to béł zarządca. Ön pilowôł lëdzy przë robôce. Gôdôł jima, co oni mają robie. To bëła wôżnô ösoba. Ko negó pana białką ju ód przeszło dzesac lat bëła sostra möjégö chłopa. Lëdze jesz dzys wspominają, że ten Bélka (Ernest Boelcke), procëmku na przikłôd do Hej nów z Papowa, to béł dobri chłop. Je to prôwda? Jo, to béł baro dobri chłop. Ön béł jak më wszëtcë. Rozmiół po kaszëbsku gadać. I ón wzął ta moja szwadżerka - chłopa sostra. Ona mia miono Anna. Tak cos sa nie zdórzało. Mój i tescowie nie chcelë na to sa zgódzëc. Ani czëc ó tim nie chcelë. Öni mëslelë, że ona wiedno badze póniewierónó, a do te ón béł ewangelëcczi wiarë. Ön le przëchôdôł, prosył jich ö ta córka. A óni dërch swöje: nié i nié. Ale oni bëlë tak w se zaköchóny, że to nie dało radë. Oni sa i tak óżenilë bez zgôdë brutczi starszich. Jego starszi ju nie żëlë, bo ón béł ju taczi podstarzali. Ale ón bel kawaler. Öni wzalë kóscelny katolëcczi slub. Ön przeszedł na ka-tolëcką wiara. Mielë dwóje dzecy, knópa i dzéwcza, Hansa i Elżbieta, roczniczi 1928 i 1930. Jich potomkowie żëją do dzys w Miemcach. Co sa dzejało, czej wëbuchła wojna? Jó pamiatóm bracy Krefftów z Dąbrowę, jak jich Miemcë na początku wojnę zabilë. Jich dwaji półbraca, téż Kref-fce z Banina, ti zdżinalë na fronce rusczim. A u nas sa nick taczégó lëché-gó nie dzejało. Më nigdze nie ucékelë, bo tam béł doch majątk Boelczi. Miemcë nick nie robilë nama. Le chłopów óni wzalë z majątku. Dzél z nich przeszło wnet nazód. Mój chłop Paweł i jegó brat August - mój szwadżer, ti bëlë wëwiozłi na robötë do Miemców. Öni téż tam za długo nie bëlë, bó nen mój szwadżer Ernest Boelcke sa za nima miół. Në i óni przeszłe wnet nazód robie do niego. Do nas przëchôda téż moja sostra Sztefania. Ona wiele pómóga nama. Jedny lëdze ze wsë téż sa u nas chrónilë. Ale jak Ruscë wlezie, tej to ju nie bëlo taczégö bezpieku? WÖJNOWI KASZËBI Në nié, dzéwczata sa muszałë chówac. Jó mia môłé dzecë. Przez to na szcze-scé mie sa nick lëchégó nie stało. Ale w Barniéwczu bëła Ökrojów Wanda z Miszewa. Öna bëła përzna z nama krewnó i robiła z nama na majątku. Ja Ruscë dorwelë i ona ód nich umarła. Ona jesz pora dni żëła. Lëdze gôdelë, że ona bëła chóró, ale ko ona mia ód nich dostóny nen tifus wiera. Mia kol trzëdzescë lat. Wiele dzéwczatów bëło skrziwdzonëch. Na szczescé wiakszosc przeżëła. Öne nigdë ö tim nie chcałë gadać. Czasa nawetka jich rodzyce ó tim nie wiedzelë. Nówicy ucékało jich w ökölé Miszewka. Jedne sa przeze-blôkałë za taczé starëszczi, żebë jich Ruscë nie tikelë. Wójna sa skuńcza. Przëszlë kómuny-scë i wzalë wnet cali majątk. Co sa stało z Ernesta Bélką? Wszëtkö mu wzalë. Ön óstół bez niczego. Muszół sa poniewierać. Ni mógł nawetka mieszkać na terenie swöjégó majątku. Mieszkół jaczis czas w Öso-wie, a późni w Chwaszczënie. Öni ni mielë za co żëc. Më jima pömógelë. A na ostatku kol 1960 roku óni wëja-chelë do Miemców w trójka. Jich syn Hans wëjachôł w 1972 roku. Ön mieszkół w Oliwie do te czasu. Nen Ernest sa tam ni mógł przënacëc i wnet umarł po roku czë pó dwuch. Mu bëło okropno tęskno za Kaszëba-ma. To béł baro szlachetny człowiek. Ta moja szwadżerka żëła wiele dłëżi. Mia przeszło 80 lat. Na stôré lata ona w tëch Miemcach le pó kaszëbsku góda. Më trzimelë ze sobą łączba, ale ona nigdë tu nie przëjacha. Ji córka tu bëła czile razy, Hans téż. Ön tu wiele razy biwół. Jegó białka bëła ód Czo-sków z Chwaszczëna. Öni pó kaszëb-sku gôdelë. Teró óni są ju téż póumarłi, a wnëce ju nie rozmieją pó naszemu. Łączba je ju często urwónó. Më j esz j aczis czas mieszkelë w Bar-niéwczu i robilë w pówstałim pegeerze. Ale to długo nie bawiło. Przed wojną mój chłop béł dwórznika, a późni to sa często zmieniło. Ön całé żëcé uprówiół trekrë. Tej më w 1947 roku szlë do Gduńska. Tuwó mieszkelë krewny möjégó chłopa. Öni delë znac, że tu są wólné place. I tak jó tu mieszkom do dzysó dnia. Chłop mój umarł w 1976 roku. Małgorzata Szadach Jak wë pó latach zdrzice na to, co dzys sa dzeje w naszich kaszëbsczich sprawach? Jó sa baro cesza, że teró może wiacy czëc dobrego ö Kaszëbach. Przódë më bëlë czësto zgardzony. Kó tu ni mógł nick gadać w miesce. Miemc zabij ół naszich blisczich, Rusk nas sponiewierał, a późni më bëlë przez kómu-nystów traktowóny jak Miemcë, chóc Kaszëbi tëli krziwdë ód nich dostelë. Ösoblëwie mie ceszi, że w mójim Mi-szewie delë szkole miono Jana Trepczi-ka. To béł mój szkolny. Ön béł baro dobri. W tëch czasach, jak jem ju baro stóró, czile razy jó bëła na fejrach z tim związónëch. Teró ta szkoła sa roz-budowiwó. Pewno jó ju tam nigdë nie zajada, ale potomny niech badą wie-dzelë, że to béł dobri szkolny, chtëren dbół o kaszëbizna. Nama nie bëło dóné zjiscëwac jegó testamentu, ale më przekôzelë pamiac ö tëch tam czasach i ó nim. Teró młodi niech w wólnym kraju zrobią wszëtkô, żebë kaszëbizna żëła, a Kaszëbi bëlë sobą u se doma, tak jak bëło to czedës. ZE 101-LATNĄMAŁGÖRZATĄSZADACH ZE GDUŃSKA GÔDÔL EUGENIUSZ PRËCZKÔWSCZI GÖDNIK2018 / POMERANIA / 45 RËBACCZI JIWER Wëstrzód wszeljaczich żôglówków, turisticznëch czë wadkarsczich bôtów w hôwindze we Wiôldżi Wsy stoją rëbacczé kutrë. Möże nie jejich tam tak wiele jak przódë, ale jesz dërch są. Tak te wikszé, jak ë ma-linczé - nimö wszeljaczich kłopotów, jaczé mają rëbôcë. Ösoblëwie ti mniészi. Biwô równak, że jiwer, jak wszadze, zdarzi sa w gwôsnym gniôzdze. Jeden rëbôk bél szëpra, miôl na miono Jan. Trzimôl môli kuter, taczi köle sztërnôsce métrów dludżi, wnetka bôt. Fiszowôl na nim zgódno raza ze swö-jim bracyną Fraca ë szwagra Bôlesa. Lowilë przë taczim sprzace abö bańtczi, abö pómuchle, czasa przëlowil sajaczis bôltowi losos czë jedna abö dwie makrele. Sprzedôwelë to do môlowi karczmę, chtërna prowadzyl drëch, do pen-sjonatë, co miała j ich krewnosc, përzna prosto z kutra lëdzóm na pôlnié. Jeżlë ulowilë cos wicy, to ju biwa drago ze zbëcym, bö wikszé krómë czë restora-cje czasto wölalë kupiac od zagrańco-wëch hurtowniów, chtërne towôr mialë görszi, ale spiéwelë wiele mniészé prizë. Tak czë jinak jima do żëcégö syga. Jan nie bél człowieka, co sa jakös ösoblëwie martwi swôjimë sprawamë, le jednégö dnia zdarzëlo sa cos, co zdjalo mii z glowë jeden kłopot, co tam sedzôl. Jego syn Karól przëszed do niego ë zjakösali rzeknąn: - Tatku, je takô sprawa... - Jo? Co të tak dzywno zaczinôsz? Môsz të co zmajdrowôné? - usmiôl sa chłop ë dopöwiedzôl - jak të nie uwôżôl, jak të robisz, to terô rób, jak uwôżôsz. - Ale tatku, dôjce pöku, nick z nëch sprôw. Jô sa blós chcôl spëtac, czë bë tatk mie do se do robötë nie wząn? Tej Janowi sa jaż smiészno na dëszi sta. Na tak co ön ju dôwno żdôl: - Synku, doch zycher, że jo. Të doch wiész, że jô bë ród to ju dôwno zrobił. Në, ale të sa chcôl wësok uczëc. Më ju mómë z wujekama swöje lata, nama sa pömöc przëdô. Nick nie miéj strachu, jô cebie wszëtczégö naucza. - Jo tatku, bö robötë porządny nijak ni möga dostać, tej ju wöla z wamë fi-szowac. Öd czedë jô móm zaczic? - Zarô witro! - zarëknąn wiesolo ôjc ë dopöwiedzôl: - Blós sa bëlno wëspi, bö ô trzecy më wstôwômë, a ö czwiôrti ju plëniemë. Tak téż sa stalo. Pö krótëchnym rëchtowanim szëper Jan, rëbôcë Bóles ë Frac, a jesz uczeń Karól rëszëlë na Wiôldżé Morze. Jan wiedno lubił nen sztócëk, czej zapôlôl mötór swöjégö kutra, jak nôprzód buchlo czôrnym dima, a tej zaczina sa ritmiczné përle-tanié. Lubił gadać, że to je dló niegó jak muzyka. Kóżdi zresztą z nëch trzech doswiôdczonëch w robóce na mórzim lëdzy miôl swöje zwëczi. Frac lubił sprawdzëc jesz rôz ë drëdżi, czë wszëst-kö je na swöjim môlu, a Böles, jakno że bél baro szpörtowny, wiedno sód na jaczi kasce abö na bórce ë przërzek jaczi szpórt. Je wiedzec, że tak bëlo pó drodze na pierszą tonia, bô tej zaczina sa dlô wszëtczich roböta. Swöjégó pier-szégó dnia môlu dlô se z początku ni miôl jesz nalazli blós Karól, chtëren sód sa w przodku köle szpecą kutra. W sami hôwindze kuter szed spokojno jak pó stole, le dali walë zaczalë nim zybac. Nić za mocno, na walach pökôzôl sa słabi prësk, na mórzim mogło bëc kole sztërzech bófórta. Wiater tak strzédno dmuchól. Dló rëbôka to nick, przë taczim wiodrze ón może spokojno chödzëc pó kutrze ë robie swoje. Dló Karola zrobiło sa równak kąsk straszno. Przë tim pierszim zazy-banim ón bél, jakno sa rzekło, na przodku, a tam to je jesz kąsk barżi czëc. Pó sztócëku zrobił sa bladi ë trzëmiąc sa czegó blós móg, dragó przëszed do ojca ë wujeków, chtërny wszëtczi bëlë kóle czerówczi. Tam sód sa jak Bóles na kasce, a nick nie gôdôl. Jego wuja swójim zwëka cygnąn dali pówióstka, chtërny zaczątku bëniel nié czul: - Wa wiéta, lëdze sa lubią përzna wësmiôc. Stach mie rzek, że óni tam we wsë na to troje gódają „trójca do sadze-nió bulew". Ön mie jich pókózól, jak jidą do kóscola. Tero tak. Troje star-szich lëdzy depce za régą, jeden za drëdżim. Pierszó białka stówió szrëtë, ë stopë mó tak pôlcamë do bëna skra-coné. Ta, jak Stach gódól, robi ta re-dlëna pód bulwë. ' Chłopi sa głośno usmielë, a Bóles ópówiódôl dali: - Drëdżi, chłop, jidze taczi zhóknio-ny na prawą strona, ë przë kóżdim szrëce raka mu sa zybie. Nen, gódają, bulwë w zemia rzucó. Zós dól sa czëc smiéch rëbôków. - Ten na kuncu mó taczi chód, że stopë stówió pôlcamë do buten. Ön bulwë w zemi zagarinó. Trójca do sa-dzeniégó bulew, tak jich zwią. Chłopi zasmielë sa jesz róz. Karól përzna téż, le blós tak na pól gabë. Cos mu za mocno pó żołądku mórlowa. Jego tatk wëzdrzól z rudlowi kómörë ë rzek: - Uuuu, cos të, sënie, marno wëzdrzisz. - Ni miéj strachu, niżi wödë të nie wëpadniesz - usmiôl sa Bóles. - Dzys më mdzemë cygnąc netë nastawione na bańtka - gódól dali do sëna Jan - wprzód dali na morzu, na taczim glabszim môlu, gdze më wnet wiedno fiszëjemë. Tej pudzemë blëżi pód sztrąd, gdze grunt je wëższi. - Tam nie mdze za wiele - wtrącyl Frac. - Uzdrzimë, to bëlo na próba - dol-maczil Jan - bańtka do sztrądë téż jidze. Të, Karól, dzysó mósz sa przëze-rac. Mdzesz téż pômôgôl przë wëbié-ranim rëbë z cézë. Za jaczis czas bëlë ju na pierszim molu. Jan zmiészil chutkósc ë póma- 46 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 NORDOWÉ PÖWIÔSTCZI lëczku zbliżôl sa do bóji. Frac chwacyl ja bąsóka, wcygnąn na kuter. Pôwróz öd jadra zalożëlë raza z Bölesa do wë-cygôrczi, a ta włączono zaczala mrë-czec. Na zaczątku jadra nie bëlo nick widzec, le ju pö sztóce pökôzelë sa w nim pierszé rëbë. Chłopi stanalë przë bórce ë wëbiérelë je, rzucając do sôdzów. Karól nie potrafił w zybającym sa kutrze drist stanąć na swój im stanowiszczu. Wölną miôl blós jedna raka, bö drëgą muszôl sa trzëmac. Przë tim usmarowôl sa blësa smara öd wëcygôrczi. - Dôj sa pökii! - wadzyl na niegô Frac. - Lepi sadni przë kastach, ë mdzesz je mieniôl, czej jedna sa zafulëje. Chłopi co sztócëk pödcygelë jadro, ë cëskalë wëplątôné bańtczi w kasta. - Öne są jesz wszëtczé żëwé - rzek Karól. - Jo, bańtka mô dludżé żëcé, górzi pömuchel - tlomaczil mu Böles -w drodze na drëdżi plac më part z nëch mdzemë czëszczëlë. Uzdrzimë, jak ce pudze. To muszą bëc trzë ruchë. Czej skunczëlë na ti toni, mötór zôs zagrôl wiesolo ë rëszëlë nazôd pód sztrąd, do tegö drëdżégö jadra. Pö drodze Frac z Bólesa chcelë na-uczëc Karola czëszczëc rëbë, le to mu dragö szło. Bëlo widzec, że nie robił tegö nawetka doma. Kunc kunców za-jachôl sa kuzdra w pôlc. Tej wstôl ë dodreptôl do czerówczi. - Tatku - gôdôl ë munia miôl taką, jakbë miôl rëczec - to równak nie je dlô mie. Möżece mie wpuscëc do se? Jô wicy nie mda plëwôl. Öjc sa tak przëzdrzôl na sëna. Nen marno wëzdrzôl. Bél mökri, unuzlôny smara, özabötôny öd rib. - Wiész co, synku - gôdôl czësto spökójno - jak të bë mie to rzek pôra lat temu, to jô bë möże cë jesz dôl pöku. Tlomaczil ë za jaczis czas jesz rôz spróböwôl wzyc ze sobą. Wszëtczégö doch muszi sa nauczëc. - Ale... - Karól próböwôl sa wtrącëc, le tatk mu nie pözwölil. - Sztël mie badzë! Nôprzód të chcôl jic do ti nôlepszi strzédny szkólë w Pucku. Ledwó të ja skunczil. Te sztu-dia, zarządzëwanié, téż mie czerënk, jakbë malo bëlo chatnëch do dirigöwa-niégó lëdzamë. Jô nick nie gôdôl. Sztu-dia skunczoné, tedë dërch za robotą. Ta GÔDNIK2018/ POMERANIA 47 - Na dole je podpis, Wesman -skunczil czëtac Jan. Wszëtczi zrobilë wiôldżé óczë. Szëper schöwôl lëst w budla. - Taczi stôri? Chto wié, czë prôw-dzëwi? - spitôl Böles. - W Pucku wöjnowé ökratë bë mielë budować... - rzek Frac. - Chto wie - drapôl sa w głowa Jan. - Öjcku... - Cëż zôs? - Jô wiém, co jô mda robił. - Në? - Jô wstąpią do naszi wójnowi ma-rinarczi! - rzek z buchą Karól. Wujekówie wëzdrzelë na beńla, ledwo trzëmiąc smiéch za lëpamë, a tatk rzek blós krótëchno: - Të glupéra! A budla z lësta ju w tim sztóce frënala dalek za bórta ë wpadła w woda Wiôldżégö Mórza ë ju tam ósta. MATEUSZ BULLMANN nić, ta lëchô, ta blós na sztó- 8 cëk. Tero jó sa uceszil, że të § po rozëm przëszed. Kunc. | Mdzesz rëbôka, wszëtczégó g sa nauczisz. A jak nić? Tej « garni mie z chëczë a radzë so sóm, jak chcesz. Blós lepi jak donëchczas. Karól wiedzôl, że tu ni ma co sa sztridowac. Spus-cyl głowa ë sód nazód na swoja kasta. Timczasa óni bëlë ju na tim drëdżim molu, gdze do wëcygnieniô bëla cćza. Tak jak za pierszim raza Frac z Bólesa flot sa sprawilë ë na kuter trafilë ju pierszć bańtczi. Tu, tak jak sa spó-dzćwól Frack, nie bëlo jich tak wiele jak w glabszi toni. Karól, musz je przëznac, że përzna wicy pómôgôl, równak ni móg so pöradzëc wcyg z tim zybanim. Nawetka zaczalo mu sa robie lëchö. Na kuncu jadra trafiła sa jima budla. Bóles chcól ja wërzëcëc, ale wzćró do bëna, a tam widzy jaczis ce-del. Budla wëzdrza na storą, zamkla bëla tropą. - Nëże, Janie, nama sa jaczis skórb trafił - zasmiól sa rëbôk. - Co tam je? Dawój to tu - ód-powiedzól mu Jan. Wszëtczi sztërzej zlezlë sa kole Janowi kömórë. Nen ótemk budla. Bćł w ni jaczis papiór, co wëzdrzôł za lësta. Jak na nym filmie - pómëslôl. Lëst bél pisóny po niemiecku, le Jan prawie znól nen jazëk. Czëtól glosno, dorazu tlomaczil na kaszëbsczi, a stojalo tam tak cos: 25 czerwińca Roku Pańsczegó 1625 )ô, Magnus Wesman, kapitóna Arczi Noégô, ôkratë królewsczégô Jegô Möscë króla Sigismunda. Cëskaja w môrze nen lëst na pamiątka pierszégö wëplëniacégö nawë na Bôlt. Pinka môja ôsta spuszczono na woda tego roku w Pucku. Zpôzdrowienim dlô negô, kômu udô sa czedës nen lëst odnaleźć. Z KOCIEWIA O POLSKIM NIEBIE PRZED GWIAZDKĄ Myślę, że wielu Czytelników „Pomeranii" czuje, podobnie jak ja, że są osaczeni rozszerzającą się rzeczywistością. Światy równoległe, wirtualne, coraz więcej jutronautów. I co mają zrobić ci, którzy chcą smakować życie, przeżywać dogłębnie, mówić: chwilo trwaj... W szufladach pamięci gromadzą, gromadzą. Podczas ostatniego zebrania Rady Naczelnej Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego nie mogłam uporządkować myśli, rozjaśnić refleksji - ilu już przeminęło, a wydawało się, że będą jeszcze długo, pięknie i wytrwale służyć regio- _ nalnym wartościom. Tu mogłabym urządzić swoiste wypominki w listopadowym nastroju zaduszkowym... Lista bliskich mi, ważnych postaci poszerza się. Nawet wyobrażenie nieba nie kończy tęsknoty za oswo- - jonym światem. Refleksjom i wspomnieniom sprzyjało miejsce spotkania - gmach dawnego Gimnazjum Polskiego w Gdańsku im. Macierzy Szkolnej. Słyszałam wcześniej, że jest tu kolejny skarb - odnowiony fresk „Niebo polskie". Wzrok sam kierował się ku górze. Nagle uniesienie przerwał smutny sms - nie żyje Bernard Hinz, a właśnie o Nim myślałam, wspominając Jego rzeczowe, bardzo uporządkowane relacje podczas dawnych zebrań. Przewodził wielokrotnie Komisji Rewizyjnej, działał w Klubie Turystycznym Wanożnik. Świetny, odpowiedzialny organizator. Swoją dobrą kaszubszczyzną niósł Kaszuby poza Pomorze. Pamiętne były jego spotkania z Borowiakami (Jania Góra) czy Kociewiakami w Grucznie. Planował uświetnić Walne Plachandry w Piasecznie, ale choroba przeszkodziła. Stylem bycia i wypowiedzi zyskiwał sympatię dla Kaszubów i Kaszub. Czytał moje felietony „Z Kociewia" i zachęcał do używania gwary. Kilka razy z grupą sympatyków - regionalistów uczestniczyłam w śpiewaniu kolęd w gościnnym domu na wzgórzu, z którego widać cztery kaszubskie jeziora. „Czy są kolędy ko-ciewskie?" - pytał. Nasz bydgoski oddziałZKP też miał niezapomniany wieczór w Sabenówce. Tyle jeszcze mieliśmy planów... Zawsze szkoda, gdy odchodzą ludzie niosący światło. Trzeba samemu płonąć, by zapalić innych do sensownych działań. Właśnie o takiej osobie chciałam pisać, nim przyszła wieść o przejściu śp. Bena (tak wszyscy o nim mówili) w polskie, tj. zarazem kaszubskie niebo. W drugiej części felietonu (a miało być na początku) muszę wspomnieć o wydarzeniu na południu Pomorza. W przedadwentowym czasie w lokalnych mediach często powtarzano zdanie Jo, Kociewie je w Jeżewie - będące hasłem Regionalnego Festiwa- Zawsze szkoda, gdy odchodzą ludzie niosący światło. Trzeba samemu płonąć, by zapalić innych do sensownych działań. lu Rękodzieła i Folkloru. Ten festiwal z rozmachem został zorganizowany przez Magdę Potulską, która ukończyła kulturoznawstwo, znalazła sprzymierzeńców i rozsiewa niegasnące iskry. Muszę dodać, że z „przyczyn obiektywnych" tylko tyle chwalby teraz. Przed Gwiazdką warto przypomnieć sobie o Gwiazdorze, żeby on nie zoboczyf o nas. Mam dla niego dwie dobre wiadomości. Jeżeli jest patriotą, to powinien się ucieszyć. Pierwsza: w Tczewie podczas uroczystego koncertu z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę Niepodległości wzorowo zaśpiewano pieśń Idzie dziewczo drogó sopranem po kociewsku. Powierzono mi czuwanie nad stroną fonetyczną tekstu spod Pałubinka. A druga srodze ważna wieść, to życzenie TV dla Niepodległej, aby „cieszyła się ze swojego języka i jego dialektów"! W XXI wieku usłyszeć takie życzenie, to duży podarek. Dlo Gwiazdora trza tyż urychtować podarki, tak myślą. I - poważniejąc - o pustym miejscu przy stole pamiętać. Wcześniej na polskim niebie szukać nadziei. „W błękit odszedł" -jak usłyszałam w kartuskiej kolegiacie - kolejny kaszubski Stołem, też Kociewiakom życzliwy. MARIA PAJĄKOWSKA-KENSIK 48 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 GADKI RÓZALIJI A ŁUŻ RICHT ŁO ŁOWCACH!!! ZYTAWEJER Na początku łón daje taki wyc: Kędyś gadali, że chto ma łowce, tan ma, co chce! A tera niejedne powjadują, że chto ma łowce, tan je baran! Tedi ja se łuwerłóm, że napjisza ło różnych powjedzónkach. Szeptała trawka: hop sa sa, hop sa sa, do boru, do łasa! Siedź cicho, bo ci łucho łurwia! Co sia śmniejesz łod łucha do łucha!? Ludzie ludziska zez daleka ji zez bliska, łu naszi Anki robjó dziś wjanki! Anka wianek straciła, bo...!-!! Nó jó, nosiył wjilk razy kilka, ponieśli ji wjilka! A powjedujó, że na bezribju to ji rak riba! Ratunku, łogań sia pali! Psie głosi nie jidó wew niebjosi! Łoko za łoko, ząb za ząb! Dzisiaj je łuciecha, prawje na pół mniecha! Halaj drewka, ha-laj, a jak niy, to zgalaj! Lejciał jyż, a ja tyż, do boru po drewka. Tak czi siak, windzie szidło zez worka! }ak wół riczi, to obora mnilczi! Dziewczina jak lelija, hołubce wiwjija! A łu naszi Hanki leniwe poranki! Rozsiadła sia jak rósada! Tańcoweli jigła zez mnitkó! Ja żarn je ti dbi, ji Wóm żicza, cobiśta móndrze postam-poweli! Tera ja sia zez Wami rozstaja, ale wnetki sia znów-ki łodezwja! Bańdzta dobri miśli! A wej zabaczyłóm Wóm widolmaczyć, jak mówjo Kaszubi, kedi sia gada: „Jak wół riczi, to łobora mnilczi!". Nó to je tak, mówma... że sómi na łuczelni ji wikładowca gada, MUSIM DURCHAM ZORGOWAĆ! ZYTAWEJER Ja durcham zorguja, najwjac łyki, bo czasam wew aptyce zabraknie. Ji tedi co? Łyków ja móm tyle nazorgowane, że jak kopna wew kałandarz, to moje gzubi mogó aptyka ło-tworzyć. Ale niy ano łyki! Kodrów to człowjek ma pełne szafi, ale eszcze zamanówszi jidzim do lómpeksa ji kupómi jakeś jinsze, bardzi zez modó, różne cuda niewjida. A tera majó bić te 3 dni ciamnościów, to musim mniyć nazorgowane wodi do pjicia! Bez wodi to nie da żicia, na niy! Żer-cia to akurat bez 3 dni bi nie musiało bić, to bi mnielim łod razu pokuta, ale woda to je mus! Bez wodi nima żicia! A ja móm eszcze taka woda, co bi jó do wichódka moglim lać, bo wszitke łustrojstwa niy bandó funksnyrpować! Łokna mają bić zaciamnióne, to łuż tyż móm na posziku fejne sztuki materiji, ji gożdzie tyż na posziku! Bo to chodzi ło to, żebi nie dało wjidać, co sia za łoknam dzieje! Ale póno na niebje ma bić krzyż, ji wew tych mniejscach, chdzie Christus Pan mniał rani, ma dać wid, a jak łokna nó robji wikład, a studenti majó sobje wjele do opowiedza-nia ji nie słuchajó, co tan mój sin, wikładowca znaczi, chce jim do makówków wtłoczyć! Tedi łón dó nich rzecze: „Jak wół riczi, to obora mnilczi!". Tera łuż wjyta re- el! Ale eszcze dodóm: Zapnij rozporek, bo dzisiaj nie je wtorek! Pudzim zez ti radi na jinszó! Chodzisz tu dziś po kolandzie wew swoji długi rewarandzie. A ja dodawałóm: ji ksianżulku nasz kochani, pobłogosław nasze ściani! Ziarko do ziarka ji zbjerze sia mniarka! Nó wej jó zebrała sia ta mniarka! Czas skończyć! Tedi jó!!! A wej, znówki mnie sia przibaczyło to ji owo! Nie czas żałować róż, gdy płóną łasi! Na świantygo dygdi, co go nima nigdi! Tego kwiatu je pół światu! Jak trwoga, to do Boga! Hej siup wew tan głupsi dziub! Nasz zajączek wew polu spał, aż tu zez hukam wipat strzał! Oj, zajączku zez tobą źle, do pogrzebu szikuj się! Łu diabełka pełne szełka! Dobrze gada, wew gora dziada! Toć to je jano pjóta woda po kisielu. Hola, hola - Boża wola. Nasza koza bleczi, bo ją boló pleci! Hulaj duszo - piekła nima! Róbma rząd ji jidzma stąd! Chodzisz jak tan kóń wew rozwerku. Sómsiad na sómsiada same plewi gada! Brukuj rozum, Rozalija, bo na Cia weznó kija! Jó móm strach!!! Tedi nareszcie kóńcza! Bańdzta zdrowe! Rózalija bandó zaciógniante łachami, to mi tych Christusowych ranów nie obaczim! Póno nie mómi sia martwjyć po próż-nici, jano krancić paciorki ji czekać na wola boska! Ale ja jedni rzeczi nie rozumna. Toć ta rzecz mniała sia widarzyć wew siyrpniu, wjera 15-nastygo. Czekałóm, a tu nic. Może Matuchna Najśłantsza ubłagała swojygo Sina, ji łón eszcze łodłożył na potamu. To Łón planuje. Tera ja łuż niy banda słuchać, co gadają, bo co sia ma widarzyć, to sia zó wi, zó widarzi. Niechtórne, co wew Boga nie wjerzó, mówjó, że spadnie na nas zez kosmosa jakiś wjelgachni kamniań ji zrobji ziamni krziwda! Ale bez Boga to nóm ani jedan włos zez głowi nie spadnie! Tedi jano kranćma paciorki ji niech tan na wisokim niebje nas łobdarzy Łaskó Pańsko, a niy kamnianiami na niy! Bańdzma dobri miśli! Rózalija Oba teksty po kociewsku, w pisowni autorki. GÖDNIK2018 / POMERANIA / 49 Waldemar Mierzwa Fot. Michał Karpowicz Mieszkańcem Mazur jestem od 1983 r. Kiedy tu osiadałem, niewiele wiedziałem o tej krainie. Jak wielu Polakom kojarzyła mi się z jeziorami i lasami, czyli rybami i grzybami, którym za młodu gotów byłem poświęcić każdą chwilę. Nim na Mazurach zamieszkaliśmy z żoną na stałe, byłem tu ledwie kilka razy. Raz z ojcem na wycieczce z jego zakładu, kilka zaś razy na dzikim biwaku u koleżanki ze studiów. Podobało mi się, ale to raczej przypadek sprawił, że przyszło mi na Mazurach (wówczas w Stębarku) zamieszkać. Może zresztą to nie był przypadek? Może było mi to dane? Miałem szczęście, że moim najbliższym sąsiadem był Mazur. Nawet 35 lat temu nie zdarzało się to już często. Mazurów już wtedy nie było zbyt wielu, ostatnia większa fala ich wyjazdów do Niemiec miała miejsce w połowie lat 70., po umowie między I sekretarzem KC PZPR Edwardem Gierkiem a kanc- lerzem Helmutem Schmidtem. Mówiono później, że sprzedaliśmy Niemcom Mazurów za potrzebne polskiemu rządowi marki, że wprawdzie my mamy Mazury, ale to oni mają Mazurów. Moim sąsiadem w Stębarku był Walenty Baukrowicz, urodzony w 1918 r. w pobliskiej Browinie, mistrz stolarski, świetny fachowiec, który wykształcił kilkudziesięciu dobrych rzemieślników. W czasie wojny służył w naziemnym personelu Luftwaffe, miał szczęście nie tylko przeżyć, ale i trafić do amerykańskiej, a nie rosyjskiej niewoli. Nie mógł żyć bez Mazur, więc jak tylko pojawiła się możliwość, powrócił. Wiele razy proponowano mu „zgodę na wyjazd" na Zachód, o którą nigdy nie prosił. Widać byli chętni na jego nowoczesny na owe czasy dom i dobrze wyposażony zakład stolarski. Jeździł do rodziny w Niemczech dość często, jednak zostawał tam nie dłużej niż 2-3 tygodnie. Wielu dawnych mieszkańców Prus Wschodnich odwiedzało go w czasie swoich przyjazdów do Polski. Niektórzy znali od kogoś tylko jego adres, wiele lat po wojnie jechali do niego z nadzieją, że może coś słyszał o ich zaginionych bliskich. Majster, bo tak na niego zawsze mówiłem, chyba mnie polubił. Może też dlatego, że chciał mieć syna, a miał tylko córkę, i to daleko od Mazur. Od jesieni do wiosny, kiedy Muzeum, którym kierowałem, zamknięte było dla turystów, spędzałem w jego warsztacie sporo czasu. Nauczyłem się trochę stolarki, kilka mebli u niego zrobionych przetrwało do dzisiaj, nie wiedzieć czemu niewiele osób wierzy, że wyszły spod mojej ręki. Majster był także moim pierwszym nauczycielem Mazur. Uczyłem się ich, nawet tego nie zauważając. Szanowałem go za pracowitość. Wymagał dużo od siebie, ale i od innych, gonił za bylejakość. Codziennie o 7 zaczynał pracę w warsztacie, o 10 pił kawę, zjadając do niej obowiązkowego kucha, w południe siadał do obiadu z żoną-Niemką, z dobrej mieszczańskiej rodziny z Torunia, której przyczyn obecności na Mazurach nikt nie mógł zrozumieć, by po krótkim odpoczynku wrócić do ciężkiej pracy aż do wieczora. Dzień w dzień, z wolną jedynie niedzielą. Przerwy w pracy robił rzadko, tylko wtedy, gdy sprawa była ważna, tajniki sztuki stolarskiej tłumaczył tylko raz, kto nie pojął, musiał potem długo prosić o ich powtórne wyłożenie. Czasami, kiedy zostawaliśmy sami, opowiadał o swoim życiu, rodzinie, wojnie, dawnych zwyczajach i współczesnych Niemczech. Opierał się wtedy o stolarską ławę (w warsztacie nigdy nie siadał), mówił ciekawie, nie dawał sobie stawiać zbyt wielu pytań, kończył, kiedy miał ochotę, i wracał do roboty. Mówił po polsku bardzo dobrze, z akcentem niemieckim, liczył tylko po niemiecku, półgłosem, kreślił cyfry ołówkiem stolarskim na kawałku deski, sumę podawał po polsku. Czasami dostępowałem zaszczytu bycia jego kierowcą (prawo jazdy miałem, auta jeszcze nie), jeździliśmy „do miasta", wioząc Majstrową do fryzjera, 50 / POMERANIA GRUDZIEŃ 2018 ZROZUMIEĆ MAZURY albo do pastora Henryka Hukisza w Gierzwałdzie, a raz w roku, w lecie, po chućkogój do jego rodzinnej Browi-ny. Ode mnie dowiedział się, że pod tą mazurską nazwą kryje się żywokost lekarski. Uważał chućkogój za środek na wiele schorzeń. Niezbędnym warunkiem skuteczności tego ludowego specyfiku był samogon, do którego produkcji dopuścił mnie Majster dopiero po kilku latach znajomości. Kiedy poznawałem mojego sąsiada, mówił mi, że zalany bimbrem chućkogój świetnie goi wszelkie rany i oparzenia, w miarę upływu lat znajomości coraz skuteczniej mnie przekonywał, że równie dobrze, jeśli nawet nie lepiej, działa doustnie. Często to właśnie przy kieliszeczku jakiegoś mazurskiego eliksiru Majster opowiadał o topniku z jeziora Łubian, który mu brata do wody wciągnął, o duchu sąsiada, co jeszcze kilka dni po pogrzebie rodzinnego domu opuścić nie chciał, o Żydzie, który co środę z Królewca do Browiny śledzie dostarczał, o swoim czeladnikowaniu w Olsztynku (niem. Hohenstein), o chrupkiej skórce tradycyjnej tu wigilijnej gęsi. Kilka razy usłyszałem, rozbawiającą go zawsze, opowieść o Polakach, co z „centralki" na Mazury kamienie targali, „jak jakiś wielki majątek", bo myśleli, że ich tu nie ma, i nie będą czym mieli w beczce przygnieść kapusty, i jak na widok rodzącej kamienie mazurskiej ziemi ten zbędny ciężar wściekle o ziemię ciskali. Nie wiem, ilu jeszcze osobom o tym wszystkim mówił. Nie sądzę, aby było ich wiele. Życie nauczyło go ostrożności, zresztą jak każdy Mazur nie widział powodu, by uzewnętrzniać swe emocje, nie lubił nawet, gdy robiono mu zdjęcia. Spędziliśmy razem sporo czasu, a nie mam z nim żadnej fotografii. Nad tym Łubianem, do którego przed wojną topnik brata Majstrowi do wody wciągnął, poznałem Huberta Góralskiego, syna Franciszka - legendarnego bajarza, od którego rozpoczynali swą mazurską przygodę chyba wszyscy polscy etnografowie. Pan Hubert lubił siadywać wieczorem przed rodzinnym domem, na skarpie z widokiem na je- zioro, i chętnie dzielił się tym, co usłyszał od ojca, lub czego sam już był świadkiem. To od niego dowiedziałem się o tajemnicach grunwaldzkiej bitwy i bijącego u naszych stóp źródła, o polskich robotnikach przymusowych, którzy siadali w ich domu do posiłków przy jednym stole z gospodarzami, co wzbudzało wściekłość żandarma, ale także o „mazurskich" sposobach leczenia chorób, np. wrzodów żołądka (kilogram smażonych niesprawionych małych okoni zapity ćwiartką spirytusu). Opowiadanie sprawiało mu przyjemność, żarty, jak choćby ten o środku na wrzody, „sprzedawał" w sposób tak poważny, że kilku młodych etnografów upowszechniało potem największe wymyślone przez niego i ojca bzdury jako swoje wielkie „mazurskie" odkrycia. Lubiłem go słuchać. Byłem z dużego miasta, a on pięknie mówił o lesie i zwierzętach, wodzie i rybach, chmurach i deszczu. Był częścią Mazur, których ja, do tego dopiero od niedawna, byłem jedynie mieszkańcem. Od lat nie ma już wśród żywych „moich" pierwszych Mazurów. Nie doceniałem wtedy tych rozmów, były dla mnie sposobem na ciekawe spędzenie czasu, szukałem w nich raczej anegdoty niż prawdy. Nie naciskałem w sprawach poważnych, wycofywałem się, gdy czułem, że nie chcą o czymś mówić. Żałuję, że nie zdążyłem np. zapytać Majstra, co nim kierowało, że w czerwcowe wybory 1989 r., prawie 50 lat po wojnie, wywiesił przed swoim domem wielką niemiecką flagę. Jeszcze tej samej nocy „nieznani sprawcy" wybili mu wszystkie szyby w oknach na piętrze, gdzie była jego sypialnia. Wielu pytań w wielu ważnych sprawach pewnie im wtedy nie postawiłem, musiałem więc po latach stawiać je innym. Do Mazur dojrzewałem długo. W 2003 r. założyłem Oficynę Wydawniczą „Retman" i wydałem pierwszą książkę w jej najważniejszej serii -„Mojej Bibliotece Mazurskiej". Piórem wschodniopruskiego historyka przedstawiała ona sześćsetletnie dzieje Dąbrówna (niem. Gilgenburg), małego mazurskiego miasteczka, w którym znowu trochę przez przypadek, przyszło mi po ośmiu latach spędzonych w Stębarku zamieszkać. Może zresztą to nie był przypadek? Może było mi to dane? Nim doszło do wydania przeze mnie tej książki (dotąd ukazało się w tej serii 31 tomów), prawie wszystko już o Mazurach przeczytałem, przejrzałem tysiące ilustracji, dokumentów i map. Uczyniłem w tej kwestii na pewno dużo, ale nadal, nawet dzisiaj, gotów jestem powtórzyć to, co napisałem w książce Miasteczko (2011): „Wtedy jeszcze myślałem, że sprawa jest prosta. Dzisiaj wiem, że im więcej się przyglądam tutejszej przeszłości, tym mniej widzę. Im więcej czytam, tym mniej rozumiem. Lata dociekań, dziesiątki tomów, setki rozmów, a ja jak ten ślepiec. A jeszcze nie tak dawno sądziłem, że wiem wszystko. No, prawie wszystko". Dalej więc szukam. Prawdy o Mazurach, ziemi i jej ludzie, próbuje dochodzić dziś już niewielu, pozostali zdają się zadowalać urokiem tutejszych jezior. Spełnia się wizja Erwina Kruka z wiersza „Kraina" (Nieobecność, 2015): „Jest jeszcze kraina / w której żyli Mazurzy. / Widziałem, jak odchodzili. / Nie byli z siebie dumni. // A teraz już nic nie ma. / Widzę: są Mazury - cud natury. /1 jest niema kraina, / Pełna hałaśliwych ludzi". Jestem wdzięczny redaktorom naczelnym „Pomeranii", Dariuszowi Majkowskiemu i Sławomirowi Lewandowskiemu, że przez 4,5 roku udostępniali mi łamy pisma, bym mógł opowiadać o Mazurach Kaszubom. Szczególne słowa podziękowania należą się Bogumile Cirockiej, redaktorce tych szkiców. Ten tekst kończy mój autorski cykl „Zrozumieć Mazury". Wszystkie, które w nim opublikowałem, wejdą w skład książki pod tym samym tytułem. Ukaże się ona na początku przyszłego roku. Opowiadałem Wam o mojej małej ojczyźnie najlepiej, jak potrafię. Nadal czynić będę wszystko, by zrozumieć ją jeszcze lepiej. Może kiedyś Wam o tym tu jeszcze napiszę. WALDEMAR MIERZWA POMERANIA 51 Z POŁUDNIA W PRZEDEDNIU NIEPODLEGŁOŚCI Zasługę odzyskania niepodległości słusznie przypisuje się wielkim historycznym postaciom, choć nie ma zgody, kto ma w tym dziele największy udział - Piłsudski, Dmowski, Paderewski czy inni herosi. Ale nie byłoby Polski niepodległej, gdyby nie uczestniczyły w jej powstawaniu i odradzaniu tysiące działaczy na różnych poziomach, począwszy od najmniejszych gmin. Winniśmy tych ludzi przywracać zbiorowej pamięci. W Chojnicach na przedwiośniu niepodległości w lokalnej historii chlubnie zapisała się Władysława Wolszlegierówna. Pochodziła ze znanej rodziny, która na początku XIX wieku ugruntowała swą pozycję w kręgach pomorskiego ziemiaństwa i wydała kilku wybitnych działaczy polskich. Urodziła się w 1893 r. w majątku Cołdanki, parę kilometrów na południe od Chojnic, w rodzinie Adama i Heleny z Pruszaków. Uczyła dzieci wiejskie czytania i pisania po polsku, śpiewała z nimi piosenki, opowiadała im o ojczystej historii. Założyła w Cołdankach biblioteczkę Towarzystwa Czytelni Ludowych, kolportowała w okolicy „Pielgrzyma" i „Gazetę Grudziądzką". Oparcie znajdowała w starszym bracie Adamie, silnie zaangażowanym w ruchu patriotycznym. Oboje wzmogli aktywność w końcowym okresie wojny światowej, z nadzieją na powstanie wolnej Polski. Musiała mieć autorytet ta 25-letnia panna ze dworu, skoro w listopadzie 1918 r. wybrano ją członkinią tajnego Komitetu Obywatelskiego w Chojnicach, a 2 grudnia delegatką na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu, gdzie brała udział w pracach komisji oświaty i szkolnictwa. 11 grudnia powstała w Chojnicach Powiatowa Rada Ludowa na czele z ks. Józefem Szydzikiem (proboszczem wielewskiej parafii i budowniczym tamtejszej kalwarii) i Wolszlegierów-ną jako jego I zastępcą. Rada skupiła całą działalność narodową w powiecie. Kilka dni później Władysława była jedną z głównych organizatorek charytatywnej imprezy pod nazwą Wielki Bazar Polski. 27 grudnia w Poznaniu wybuchło powstanie wielkopolskie, które zelektryzowało polską społeczność na Pomorzu. W Czersku w święto Trzech Króli 1919 r. doszło do zbrojnego starcia ludności z Grenzschutzem, po tych zajściach (nazywanych powstaniem czerskim) władze zaostrzyły represje wobec Polaków. 7 stycznia Adam Wolsz-legier, działacz tajnej Organizacji Wojskowej Pomorza, został aresztowany, następnie uwięziony w berlińskim Moabicie i oskarżony o zdradę stanu. Ostatecznie wybronił go z opresji Stefan Łaszewski z Grudziądza, wybitny adwokat, obrońca Polaków w procesach politycznych, a w 1920 r. pierwszy polski wojewoda pomorski. Władysława została łączniczką ruchu powstańczego na Pomorzu z Komendą Główną powstania. Z narażeniem życia przekraczała wielokrotnie linię frontu i dostarczała do Poznania informacje o sytuacji na Pomorzu. W okręgu chojnickim werbowała ochotników i sama przeprowadzała ich na teren powstańczy na linii Więcbork - Wysoka. Na początku 1919 r. Polacy wymogli na proboszczu chojnickiej fary prawo do śpiewu ojczystego podczas nabożeństw, zrodziła się więc myśl założenia chóru polskiego. Pozyskiwano deklaracje, aż raz zdarzyło się (wspominał po latach Julian Rydzkowski), że na sali, gdzie Wolszlegierówna udzielała lekcji języka polskiego, od razu pozyskano ok. 20 podpisów i niemal tylu śpiewaków. 9 marca powstało pierwsze polskie stowarzyszenie kulturalne w Chojnicach - Towarzystwo Śpiewu „Lutnia", w którym Wolszlegierówna pełniła funkcję wiceprezesa. Należała do wąskiego grona osób, które uaktywniły społeczność polską w Chojnicach i przygotowały ją do organizacji życia w wolnej Polsce. Wzorem działania mógł być dla niej stryj, ks. Antoni Wolszlegier, człowiek ogromnych zasług dla obrony polskości w całej prowincji, w latach przełomu wiceprezes Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu, w 1920 r. został pierwszym marszałkiem województwa pomorskiego. Władysława w 1920 r. wyszła za mąż za rtm. Aleksandra Obertyńskiego, oficera 21 Pułku Ułanów. Podążyła za nim najpierw na Wileńszczyznę, później osiedliła się w Warszawie. Podczas okupacji działała w ruchu oporu, m.in. organizowała i przekazywała leki i żywność do getta. Po klęsce powstania znalazła się w obozie w Pruszkowie. W powojennej Warszawie nie zaniechała działalności społecznej do późnych lat życia. Utrzymywała także kontakty ze znajomymi z czasów aktywnej młodości w Chojnicach. Zmarła 20 listopada 1986 r., została pochowana na Powązkach. Wśród wielu posiadanych odznaczeń wysoko ceniła Medal Niepodległości i Wielkopolski Krzyż Powstańczy. Dwa lata po jej śmierci, 24 listopada 1988, komandor Olgierd Obertyński na spotkaniu zorganizowanym przez ZKP w Chojnicach wspominał swoją matkę. Ponadto przekazał pamiątki do chojnickiego muzeum, m.in. mundur porucznika powstania wielkopolskiego. KAZIMIERZ OSTROWSKI (...) nie byłoby Polski niepodległej, gdyby nie uczestniczyły w jej powstawaniu i odradzaniu tysiące działaczy na różnych poziomach (...). W Chojnicach na przedwiośniu niepodległości w lokalnej historii chlubnie zapisała się Władysława Wolszlegierówna. 52 POMERANIA Z PÔŁNIA Zasłëga ödzwëskaniô samóstójnotë słëchô sa przëpi-sowac wiôldżim historicznym pöstacjóm. Równak ni ma zgödë, chto bë miôł w tim nôwiakszi udzél - Pił-sudsczi, Dmöwsczi, Paderewsczi czë jinszi bohaterowie. Kö pewno bë wölny Pölsczi nie bëło, czejbë nié wielëna dzejarzi na rozmajitëch niwiznach - öd nëch nómnié-szich gminów zaczinającë - jaczi uczastniczëlë w ji pöwstôwanim i ödradzanim sa. Do naju nôleżi przëwró-cëwac nëch lëdzy zbiorowi pamiacë. W Chönicach na przedzymku samóstójnotë w môlowi historie tczewôrt-no zapisała sa Władisława Wôlszlegerówna. Pöchödzëła öna ze znóny rodzënë, jakó na zôczątku XIX stolata umocniła swöje stanowiszcze w dwörzczi spölëznie na Pomorzu i wëdała pôra nadzwëköwëch pól-sczich dzejarzów. Urodzëła sa w 1893 roku na dworze Cołdanczi, póra kilometrów na pôłnié öd Chônic, w rodzenie Adama i Lénë z Pruszaków. Uczëła wiesczé dzecë czëtaniô i pisaniô pó polsku, śpiewała z nima piosenczi, öpöwiôdała jima ö historie tatczëznë. Założëła w Col-dankach biblioteczka Towarzëstwa Lëdowëch Czëtel-niów, rozprowôdzała w ökölim „Pielgrzima" i „Grë-dządzką Gazeta". Wspiarcé najdowala w starszim bracynie Adamie, jaczi béł môcno zaangażowóny w pa-trioticzny rësznoce. Öböje zwikszëlë dzejanié pod kuńc wójnë, z nódzeją na powstanie wölny Pólsczi. Widzec muszała miec uwôżanié na 25-latnó panna ze dworu, jeżlë w lëstopadniku 1912 r. ósta wëbrónôjakno nôleżnica krëjamnégó Öbiwatelsczégö Komitetu w Chö-nicach, a 2 gödnika jakno delegatka na Dzélnicowi Sejm w Pöznanim, gdze brała udzél w pracach komisje pöuczënë i szköłowiznë. 11 gódnika powstała w Chóni-cach Powiatowo Lëdowô Radzëzna z ks. Józefa Szëdzëka jakno przédnika (proboszcza wielewsczi parafie i budownika henëtny kalwarie) i Wólszlegerówną jakno jegö I zastapówniczką. Radzëzna zdostała całą nórodo-wą rësznota w krézu. Póra dni późni Władisława bëła jedną z nópierszich organizatorek charitatywny rozegra-cje nazwóny Wiôldżé Targowisko Pólsczi. 27 gódnika w Póznanim wëbuchło wiôlgópólsczé pówstanié, jaczé zelektrizowało polską spólëzna na Pómórzim. W Czersku w swiato Trzech Królów 1919 r. doszło do zbrojny biótczi z Grenzschutza. Pó nëch zdarzeniach (nazwónëch czersczim pówstanim) wëszëznë zaöstrzëłë represje procëm Pölôchóm. 7 stëcznika Adóm Wólszleger, dzejôrz krëjamny Wójskówi Organizacje Pómórzó, östôł aresztowóny, późni osadzony w prizë w berlińsczim Möabice i oskarżony ó zdrada kraju. Kuńc kuńców wëbrónił gó z biédë Sztefón Łaszewsczi z Grë-dządza, nadzwëkówi adwokat, obrońca Pólóchów w pöliticznëch przësprawach, a w 1920 roku pierszi pól-sczi pómórsczi wojewoda. Władisława ostała łączniczką midzë powstańczą rësznotą na Pómórzim a Przędną Kómańdą pówstanió. Z narażenim żëcégó wiele razy przekróczała linia frontu i dostarcziwa do Poznania informacje o sytuacje na Pómórzim. W chónicczi óbeńdze werbowała ochotników i sama przeprowódzała jich na pówstańczi teren na linie Wiacbórk - Wësokô. Na zóczątku 1919 r. Pölôszë wëmuszëlë na proboszczu chónicczi farë prawo do öjczëstégö spiéwu óbczas nóbóżeństwów. Tak pówsta udba założenió pólsczégó churu. Zwëskiwóné bëłë deklaracje, jaż róz zdarzëło sa (wspóminó pó latach Julión Rëdzkówsczi), że na zalë, gdze Wólszlegerówną iiczëła pólsczégó jazëka, na róz udostónëch ostało kól 20 podpisów i bez mała tëli spiéwôków. 9 strëmiannika powstała pierszó polsko kulturalno stowóra w Chónicach - Towarzëstwô Spiéwu „Lutnio", w jaczim Wólszlegerówną bëła wiceprzédnicz-ką. Öna nóleżała do môłégó karna lëdzy, chtërny uak-tiwnilë polską spólëzna w Chónicach i przërëchtowelë ja do organizacje żëcégö w wólny Polsce. Modła dzejanió mógł bëc dló ni wuja ks. Antón Wólszleger, człowiek stolemnëch zasłëgów dló óbrónë pölskóscë w całi prowincje, w latach przełomu wiceprzédnik Przédny Lëdo-wi Radzëznë w Póznanim, w 1920 r. óstół pierszim mar-szółka pómórsczégó województwa. Władisława w 1920 r. ożeniła sa z rtm. Aleksandra Óbertińsczim, öficérą 21 Półku Ulanów. Podążała za nim nóprzód na Wileńszczezna, późni ósedlëła sa we Warszawie. Öbczas okupacje dzejała w rësznoce óprzéczczi, m.jin. organizowała i przekózywała medika-meńta i jedzenie do getta. Pó upódku pówstanió nalazła sa w lagrze w Pruszkowie. W pówójnowi Warszawie nie zanikwiła spólëznowégó dzejanió jaż do póznëch lat żëcégó. Utrzëmiwała téż kóntaktë z drëchama z czasów aktiwny młodoscë w Chónicach. Umarła 20 lëstopadni-ka 1986 roku, ósta póchówónó na Powązkach. Westrzód wielënë przëznónëch ji ódznaczeniów wësok ceniła Medal Samöstójnotë i Wiólgópólsczi Krziż Pówstańczi. Dwa lata pó ji smiercë, 24 lëstopadnika 1988, komandem Ölgerd Obertińsczi na zeńdzeniu órganizowónym bez ZKP w Chónicach wspóminół swoja matka. Ökróm tego przekôzôł pamiątczi do chönicczégó muzeum, m.jin. mundur porucznika wiôlgópólsczégó pówstanió. KADZMIÉRZ ÔSTROWSCZI, TŁÓMACZELAANAGLESZCZIŃSKÓ GÖDNIK2018 / POMERANIA / 53 PRAKTYCZNE LEKCJE HISTORII NA KRAJNIE W Gminnym Domu Kultury w Miasteczku Krajeńskim setna rocznica odzyskania niepodległości Polski obchodzona jest na wiele sposobów. W niedzielne popołudnie 7 października 2018 r. odbyło się pierwsze z cyklu „Spotkań niezapomnianych na Krajnie", które będą nawiązywać do tradycji tematycznych „Biesiad Krajeńskich" zainicjowanych przed laty przez dyrektor GDK Ewę Stachowską. Po 20. edycji postanowiono zmienić formułę. Pierwsze spotkanie na pewno na długo pozostanie w pamięci uczestników, którzy wypełnili salę domu kultury do ostatniego miejsca. Fenomenem Miasteczka i zasługą odchodzącej w tym miesiącu na emeryturę Ewy Stachowskiej jest to, że na imprezy przychodzą tu całe wielopokoleniowe rodziny i zaproszeni goście. Spotkanie rozpoczęło się hymnem narodowym, hymnem Krajny i „Bogurodzicą" w wykonaniu Chóru Męskiego z Wyrzyska, pod dyrekcją Piotra Jańczaka. Zebranych przywitała wójt Miasteczka Małgorzata Włodarczyk słowami: Nasz udział w wyjątkowej uroczystości ze względu na 100. rocznicę odzyskania niepodległości i 100. rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego -jedynego zwycięskiego zrywu narodowego - jest potwierdzeniem wielkiego szacunku i wdzięczności wobec Polaków, którzy w walce poświęcili to, co najcenniejsze dla każdego człowieka, oddali swoje życie z miłości do kraju i wiary w zwycięstwo. Dzięki tej ofierze złożonej przez nich mamy własne terytorium, godło, flagę, hymn, własne instytucje, urzędy, szkoły, w których posługujemy się językiem polskim, a także inne wartości narodowe związane z naszą państwowością. Wolność nie została nam dana raz na zawsze, naszym obowiązkiem, przez pamięć i szacunek do naszych przodków jest pielęgnowanie jej i dbanie o nią, uczenie młodych pokoleń niezakłamanej historii i przywiązania do tradycji. Dzisiejszy udział w uroczystości to także praktyczna lekcja historii, którą wspólnie tworzymy. Gawędę o niełatwej drodze do niepodległości na ziemi pilskiej wygłosił były kierownik pilskiej delegatury Wojewódzkiego Biura Ochrony Zabytków w Poznaniu, wspaniały regionalista Roman Chwaliszewski. Ma on niezwykły dar przekazywania wiedzy w taki sposób, że odbiorcy słuchają w ogromnym skupieniu. Na tle historii powszechnej ówczesnej Europy przypomniał on fakty i ludzi związanych z Wielkopolską, Krajną i ziemią złotowską. Dwie sztandarowe postaci tego okresu to ksiądz Patron Bolesław Domański z Zakrzewa, dbający o rozwój duchowy, gospodarczy i kulturalny na ziemiach, gdzie Polacy poddani byli represjom w warunkach zaboru pruskiego, oraz słynny Michał Drzymała. Po latach tułaczki swojej rodziny i zamieszkiwania w cyrkowym wozie, po odzyskaniu niepodległości otrzymał gospodarstwo w pobliskim Grabównie, a po śmierci został pochowany jako bohater narodowy w Miasteczku Krajeńskim. Po niezmiernie ciekawej prelekcji żegnano Romana Chwaliszewskiego kwiatami i burzliwymi oklaskami. Następnie odbył się wzruszający koncert pieśni patriotycznych w wykonaniu Chóru Męskiego z Wyrzyska. Aranżacji wielu utworów dokonał dyrygent Piotr Jańczak, dzięki któremu chór brzmi niezwykle delikatnie, zarówno soliści jak i cały zespół charakteryzują się ogromną kulturą muzyczną, zdobywając liczne nagrody w kraju i za granicą. Występ chóru zakończył się odśpiewaną przez wszystkich zebranych „Rotą". Na bis llm . ^ usłyszeliśmy słynne „Hallelujah" Leonarda Cohena. Wśród zaproszonych gości byli m.in. przewodniczący Komisji Kultury Sejmiku Wielkopolskiego Henryk Szopiński oraz Barbara Matysek-Szo-pińska, dyrektor zaprzyjaźnionego z Miasteczkiem Krajeńskim Domu Polskiego w Zakrzewie. Wręczyli oni Ewie Stachowskiej kwiaty i upominek w podziękowaniu za wieloletnią współpracę obu placówek kulturalnych. Po koncercie raczono się krajeńskimi przysmakami i odbywały się długie Polaków rozmowy. Był to naprawdę niezapomniany wieczór. Gminny Dom Kultury w Miasteczku jest współrealizatorem projektu „Skąd nasz ród - od Mieszka do powstańców wielkopolskich" finansowanego przez Fundusz Inicjatyw Obywatelskich. W ramach tego projektu 50-osobowa grupa młodszych dzieci pojechała do Parku Flistorycznego w Woli Jabłońskiej (w gm. Rakoniewice). Tam pod okiem animatora i założyciela parku Alberta Kiszkurno zwiedzały halę tronową Mieszka I, w chacie garncarza lepiły garnki z gliny, w domostwie rycerza strzelały z łuku i rzucały toporkiem, zwiedzały chatkę Piasta i Rzepichy oraz uczyły się grać na starosłowiańskich instrumentach. Wszyscy po wycieczce zadeklarowali chęć powrotu w to niezwykłe miejsce. Grupa młodzieży i dorosłych wzięła udział w wycieczce do Mieszkowa, miejsca urodzenia pierwszego dowódcy Powstania Wielkopolskiego gen. Stanisława Taczaka. Kilkoro z uczestników wycieczki uczestniczyło po niej w realizacji filmu - w formie 54 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 WIEŚCI Z KRAJNY sondy ulicznej sprawdzali wiedzę mieszkańców Miasteczka o Powstaniu Wielkopolskim oraz przeprowadzili kilka wywiadów z potomkami powstańców z terenu swojej gminy. Wykonali też serię plakatów o tematyce niepodległościowej, które znalazły się na wystawie w Gminnym Domu Kultury. Podsumowaniem projektu było wzruszające spotkanie w formie harcerskiego kominka przy świecach, podczas którego młodzi ludzie mogli wysłuchać relacji potomków powstańców wielkopolskich o ich przodkach biorących udział zbrojny w walkach o niepodległość i przyłączenie Wielkopolski do Polski. Na końcu wspólnie śpiewano patriotyczne pieśni. Kolejną imprezą zorganizowaną w GDK w Miasteczku Krajeńskim był wieczór autorski Wiesławy Szczygieł, która przetłumaczyła z niemieckiego na polski niezwykły dziennik urodzonej i wychowanej w Pile tancerki, pisarki i działaczki społecznej Elfride Kuhr, która przybrała po wojnie pseudonim artystyczny Jo Mihaly. Książka znów się tam spotkamy - wojenny dziennik dziewczynki 1914-1918 to niezwykła opowieść 12-letniej mieszkanki Piły, która w czasie I wojny światowej prowadziła dziennik, zapisując w nim oprócz faktów historycznych codzienne wrażenia dziecka, które z powodu wojny i różnych dramatycznych przeżyć musiało wydorośleć, nie tracąc nic ze swojej wyobraźni i niezwykłej wrażliwości. Elfriede Kuhr, nazywana przez domowników Piete (bo takie imię przybrała), cały okres I wojny światowej spędziła z babcią i bratem w Pile, z rzadka widując się z matką prowadzącą Mistrzowską Szkołę Wokalistyki Scenicznej w Berlinie. Dziadek Piete, Eduard Golz był budowniczym Piły, gdzie do dziś stoją jego budowle. Jej ilustrowany starymi fotografiami dziennik tłumaczka Wiesława Szczygieł wzbogaciła niezwykle dokładny- mi przypisami, dzięki którym czytelnik zdobywa wiedzę nie tylko o wyglądzie miasta, poznaje niektórych mieszkańców, ale także śledzi przebieg działań wojennych w Europie. Piete przez cały okres wojny pomagała babci prowadzącej na dworcu w Pile punkt Czerwonego Krzyża, do którego codziennie trafiały setki żołnierzy jadących na front, a potem dziesiątki rannych żołnierzy oraz jeńcy wojenni z różnych krajów. Piete przygotowywała napoje i posiłki oraz rozdzielała skromne podarunki. Obserwując wojnę z bliska, stała się pacyfistką i niezwykłą artystką. Wiesława Szczygieł na spotkaniu w Miasteczku zachęciła większość obecnych do przeczytania tej niezwykłej książki, wydanej przez Muzeum Stanisława Staszica w Pile. Obchody jubileuszu 100-lecia niepodległości w Miasteczku Krajeńskim trwały do 11 listopada. JOANNA GIL-ŚLEBODA z dopiskiem na remont dachu na kościele. Parafia Rzymskokatolicka Świętego Wojciecha w Gdańsku zwraca się o pomoc w sfinansowaniu remontu dachu zabytkowego kościoła parafialnego. Koszt wszystkich prac to 400 000 zł. Dotacja z Miasta Gdańska wynosi 48,69 proc. Brak dotacji z Funduszu Kościelnego oraz z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oznacza, że pozostałą część kosztów Parafia musi pozyskać we własnym zakresie. Stąd apel proboszcza \ ks. Krzysztofa Ziobro o wsparcie w zbiórce funduszy na wspomniany cel. Pieniądze można wpłacać na konto bankowe w Banku Spółdzielczym w Sztumie, nr rachunku: 90 8309 0000 0085 0034 2000 0010 ■öixn pöi.SCZV • • V KONSTITUCJO RZECZEPOSPOLITI Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została przełożona na język kaszubski. A stało się to za sprawą Stowarzyszenia „Otwarte Kaszuby", które podjęło się tego niełatwego zadania. Jak można przeczytać na stronie internetowej Stowarzyszenia: l/l/ roku obchodów 100-lecia niepodległości, projekt tłumaczenia Konstytucji RP na język kaszubski nawiązuje do dewizy Kaszubów „Nie ma Kaszub bez Polonii - a bez Kaszub Polski" i jest wyrazem zarówno troski o rozwój kultury kaszubskiej, jak i patriotyzmu narodowego. - Możliwość rozwoju naszej kultury oraz swoboda pielęgnowania języka kaszubskiego zawarta jest w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Powinniśmy znać te zapisy i dbać o nie, jak i o inne dotyczące nas Polaków. Wydanie Konstytucji RP w języku kaszubskim to również hołd złożony naszym przodkom, którzy przez setki lat zachowywali język i kulturę kaszubską dla przyszłych pokoleń, co nie było takie proste - wyjaśnia Danuta Rek, członkini Stowarzyszenia. Przekładu Konstytucji RP na język kaszubski podjęła się Danuta Pioch, znana i ceniona tłumaczka, autorka podręczników do tego języka. W pierwszej kolejności przełożona została Preambuła Konstytucji RP, której publiczne odczytania odbyły się już kilka miesięcy temu w wybranych miastach na Kaszubach, m.in. w Kartuzach, Stężycy i Borzestowie. - Tłumaczenie nie było łatwym zadaniem, ponieważ wiele wyrazów zawartych w naszej Konstytucji nie istnieje w potocznej mowie. Stąd tylko wybitny tłumacz mógł się podjąć tego zadania. Cieszymy się, że udało się to profesjonalnie przetłumaczyć i wydać, za co jesteśmy wdzięczni pani Danucie Pioch. Dziękuję również Edmundowi Wittbrodtowi, prezesowi Zrzeszenia Kaszubsko--Pomorskiego, za napisanie słowa wstępnego do kaszubskiej wersji Konstytucji - dodaje Danuta Rek. KÔNSTITUCJÔ RZECZËPÔSPÔLITI PÔLSCZI została wydana w 1000 egzemplarzy, dzięki współfinansowaniu z Powiatu Kartuskiego. Wydawnictwo oprócz wersji kaszubskiej zawiera również oryginalny polski tekst. Większość egzemplarzy została rozdana w Kartuzach podczas uroczystości niepodległościowych. Planowany jest dodruk tego szczególnego dla Kaszubów wydawnictwa. SŁAWOMIR LEWANDOWSKI 56 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 LEKTURY Opowiadać po W tradycji kaszubskiej bardzo dobrze znani są gôdkarze, mężczyźni lub kobiety obdarzeni talentem humorystycznego, moralistycznego lub po prostu anegdotycznego przedstawiania faktów Opisują w swoich oracjach życie codzienne, czasami rodzinne albo polityczne, wywołują sprawy powszechnie zrozumiałe dla ludzi dojrzałych i doświadczonych. Trzeba pamiętać, że kierują oni swoje wypowiedzi do słuchacza dorosłego, którego raczy się niekiedy humorem niewybrednym i twardym, przed którym zwykle chroni się młodych, a zwłaszcza dziecięcych odbiorców... Co zatem zrobić z tymi najmniejszymi ze słuchaczy czy widzów, którzy też chcą słuchać opowiastek i anegdot? Czy przedstawiać im tradycyjne bajki i przywoływać poznane już wcześniej w domu, przedszkolu lub pierwszych klasach szkoły baśni i legendy? Czy rzeczywiście wystarczy dla kilkulatka atakowanego przez media telewizyjne i internetowe opowiastka wynikająca z rezerwuaru znanych motywów kaszubskich? Może należy szukać innych dróg przyciągnięcia uwagi najbardziej wymagającego uczestnika kultury, jakim jest dziecko? Za ogólnie udaną próbę skupienia uwagi odbiorcy-dziecka na sprawach identyfikacyjnych można uznać dwie broszurki Anny Gliszczyńskiej, ilustrowane przez Aleksandrę Gliszczyńską, które najprawdopodobniej zapowiadają większą serię wydawniczą: Bycio herbu Kasztan oraz druga część zatytułowana Na zamku w Bytowie / Bëtk bytowsku na zómku w Bëtowie. Opowiastka dotyczy Bycia, istoty, która trochę przypomina skrzata (kasz. krosnia) i trochę sympatycznego żołnierzyka, który objawił się na bytowskich Kaszubach, przybywając z... przyszłości. Bardzo daleka to przyszłość, bo epoka, w której potrafi się budować wehikuły czasu. Nie do końca znany jest powód pojawienia się Bycia we współczesnym Bytowie. Może to chęć zaopiekowania się pokrzy-żackim zamkiem, może pragnienie zadbania o całe miasto... Nie to jest jednak ważne, a sam fakt zjawienia się fantastycznej istoty, dzięki której wartko toczy się narracja. A przyznać trzeba, że toczy się owa opowieść według specyficznej logiki, lekko dydaktycznie i trochę magicznie, nieco krajoznawczo i odrobinę ludycznie. To nie do końca gôdka, ale też nie ludowa powiastka. Nie można też nazwać owej historyjki baśnią, gdyż brak całego typowego dla tego gatunku otoczenia światopoglądowego. Nie jest to również jedynie bajka, ponieważ nie dla dydaktyki i moralizatorstwa utwór powstał... Mamy zatem genologicz-ną hybrydę, utwór złożony z różnych stylistyk i o różnych sferach działania, wśród których nie literatura piękna jest najsilniejszą z tendencji... Narracja pierwszej części historyjki Gliszczyńskiej rozpoczyna się od opisów jesiennej przyrody. To właśnie pośród spadających w czasie wielkiej burzy kasztanów zjawi się Bycio - rycerz z przyszłości, niewiele większy od wiewiórki, z którą się zapoznaje, przybywając do współczesnego Bytowa z tajemniczym zadaniem do wykonania. Nie wiadomo, na czym ma polegać zadanie Bycia, lecz nie jest to najważniejsze dla historyjki, w której bardziej się akcentuje postać zapobiegawczej i obrotnej wiewiórki aniżeli logiczne uzasadnienie obecności dziwnego stworu - maskotki czy też duszka opiekuńczego. Druga część Bycia herbu Kasztan zaspokaja już ciekawość czytelnika-słuchacza. Kasztanowy rycerzyk miał odnaleźć kamienie służące do budowy zamku krzyżackiego, ale tak specyficznie to robił, że przybył z powrotem do Bytowa dopiero 600 lat po ukończeniu budowy. Obecnie, w 2017 i 2018 roku, nie musi już być strażnikiem zamku, ponieważ taką funkcję wypełnia bardzo współcześnie wyglądający duch, z którym Bycio zna się doskonale. Duch, a raczej żeńska odmiana ducha (w modnym stroju i charakterystycznych okularach) oprowadza rycerzyka i wiewiórkę po dziedzińcu i komnatach zakonnego siedliska. Po zapoznaniu się z najważniejszymi miejscami by-towskiego zamku, pożegnani przez ducha i Matkę Naturę, Bycio i wiewiórka Ania wsiadają do nowoczesnego pojazdu, który unosi ich nad miasto. Kasztanowy rycerz, a tym samym mały czytelnik książeczki, może się dowiedzieć o istnieniu kościoła św. Jerzego (dziś cerkiew św. Jurija), kościoła św. Katarzyny oraz imponującego mostu nad Borują. Przelot nad Bytowem kończy się wraz z ostatnią kartką opowiastki, lecz widać, że pojawi się jej ciąg dalszy, gdyż rycerzyk i wiewiórka wy- GÖDN1K 2018 / POMERANIA / 57 LEKTURY/ KRONIKA GDAŃSKIEGO ODDZIAŁU ZKP ^ /jąiMilLMJ 0 0 www.kaszubskaksiazka.pl raźnie zgłodnieli i prawdopodobnie będą szukać odpowiedniego miejsca na odpoczynek i posiłek. Wspomniałem już, że snuta przez Annę Gliszczyńską historyjka 0 kasztanowym rycerzyku została bogato zilustrowana przez Aleksandrę Gliszczyńską. Warto podkreślić 1 docenić udział ilustratorki w powstawaniu książeczek o Byciu. Niby jest to rzecz oczywista, że pozycja książkowa dla dziecięcego odbiorcy powinna być zaopatrzona w obrazowe interpretacje wydarzeń, lecz jednocześnie nie jeden raz widać, jak poetyka tekstu i ilustracji prowadzą w różne strony. Na szczęście w dwóch bytowskich broszurkach związek tekstu z obrazem jest bardzo silny i koherentny. Ilustratorka połączyła dobrze oddaną dziecięcą perspektywę przedstawiania świata z nieco komiksowym wyczuciem koloru i ekspozycji postaci. Jej rola nie sprowadziła się zresztą do wykonania ilustracji, zajęła się bowiem także projektem okładki i składem dwujęzycznych książeczek. Cieszy w tym momencie, że narracja literacka i pomysły graficzne znalazły swą udaną realizację wydawniczą. Oficyna Zrzeszenia Kaszubsko-Po-morskiego nie oszczędzała na dobrej jakości papierze, na wysokiej jakości ilustracjach, a nawet na matowym druku wybiórczym, który stawia broszurki w rzędzie takich książek, które nie tylko się z radością czyta, ale i z wielką przyjemnością ogląda. Ostatnią kwestią, którą również trzeba ocenić i docenić jest dołączenie do każdego egzemplarza broszurki płyty ze słuchowiskiem powstałym na podstawie tekstu Anny Gliszczyńskiej. Pojawiające się tutaj głosy Heleny i Cyryla Drążkowskich oraz Zuzanny i Anny Gliszczyńskich są dobrze dobrane do charakterów postaci, a ich kaszubszczyzna brzmi naturalnie, choć można sobie życzyć, aby owej naturalności było jeszcze więcej w interpretacjach głosowych lektorów. Można w tym zakresie dążyć nie tyle do odczytywania tekstu, co do jego interpretowania. W udany sposób połączona została również warstwa tekstowa słuchowiska z tłem dźwiękowym, z którego dobywają się odgłosy natury albo krótkie motywy muzyczne wykonywane przez pojedyncze instrumenty. Realizator nagrań - Jaromir Szroeder - nie dopuścił do nadmiaru dźwiękowej ilustracji, choć można było chwilami oczekiwać, aby pomiędzy kilkoma akapitami opowiastki na dłużej zabrzmiały tematy muzyczne podejmowane przez klarnet, skrzypce, flet czy wibrafon. Po dwóch bytowskich broszurkach wydanych w ciągu ostatnich lat, można się chyba spodziewać w 2019 roku trzeciej części opowiastki o Byciu herbu Kasztan, który być może odwiedzi miejscowe restauracje, może gburskie zagrody albo pracownie ceramiczne, ple-cionkarskie lub hafciarskie... Oby nie trzeba było na to długo czekać... Dzieci rosną... DANIEL KALINOWSKI Anna Gliszczyńska, Bycio herbu Kasztan, ilustracje Aleksandra Gliszczyńska, Bytów 2017 oraz tejże, Na zamku iv Bytowie / Bëtk na zómku w Bëtowie, ilustracje Aleksandra Gliszczyńska, Bytów 2018. fcycio herbu ^ Kaszta* 17 czerwca - w Żukowie odbyło się posiedzenie Rady Oddziałów Środkowych ZKP. Na spotkaniu tym podsumowano dotychczasową działalność Rady. Przejawiała się ona m.in. w pomocy przy organizacji odpustu w sanktuarium maryjnym w Sianowie czy też przy nadawaniu imion znanych Kaszubów ulicom 1 obiektom w różnych miejscowościach. W zebraniu tym wzięło udział 35 członków zarządów oddziałów ZKP. Oddział gdański reprezentował Jerzy Nacel. 2 września - w ogrodzie Oddziału Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku (w Gdańsku-Oliwie) miała miejsce uroczystość jubileuszu 40-lecia Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. W ramach tej imprezy odbył się m.in. kiermasz rękodzieła pomorskich twórców ludowych. W wydarzeniu tym uczestniczył prezes ZKP Oddział w Gdańsku Grzegorz Jaszewski, który złożył okolicznościowe życzenia ludowym artystom. 16 października - w Toruniu uroczyście odsłonięto i poświęcono Pomnik Ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939. Monument ten przypomina o polskich cywilach, którzy zostali zgładzeni przez Niemców jesienią 1939 r. W ramach tego wydarzenia odbyło się zebranie Rady Naczelnej Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego oraz była celebrowana uroczysta Msza św. w katedrze św. Janów. W tym ważnym wydarzeniu uczestniczył, z oddziało- wym sztandarem, prezes gdańskiego oddziału ZKP Grzegorz Jaszewski. 7 października - już po raz piętnasty gdańscy Kaszubi zebrali się w klukowskiej Szkole Podstawowej nr 82, aby upamiętnić pomordowanych w czasie II wojny światowej mieszkańców Klukowa, Matami, Firogi, Bysewa i Kokoszek. W budynku szkoły została odprawiona uroczysta Msza św. w intencji ofiar. Następnie złożono kwiaty i znicze przy pomniku poświęconym zamordowanym mieszkańcom Klukowa i okolic. Dalsza część obchodów miała miejsce w salce katechetycznej parafii w Matami. ADRIAN WATKOWSKI m CZERSK. „ZESZYTY" JU PIĄTI RÔZ Dzaka starom rëszno dzejający Stowôrë Lubötników Czersczi Zemi (pol. Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Czerskiej) w rujanie ukôzôł sa piąti numer pôżëteczny molowi wëdôwiznë: „Zeszyty Czerskie". Prezentacjo periodiku, raza z czekawim artisticznym programa, ödbëła sa w Centrum Turisticzny Informacje. Potkanie, z udzéla autorów, prowadzëlë Bogumiła Milewskô i Andrzej Sabiniarz. „Zeszyty" óstałë wëdóné we wiôldżim, jak na wëdôwiznë taczégö ôrtu, nakładze 700 egzemplarów i mają wnet 300 strón. Pöprzédné edicje cządnika bëłë wiele mni öbjimné. Czwiôrti numer pismiona ukôzôł sa dwa lata temu. A w nônowszich „Zeszytach Czerskich" przeczëtómë m.jin. ö Pawle Trëbullu (pól. Trybullu) - pierszim burméstrze Czerska, ks. Antonie Pastwie - znajôrzu kanonicznego prawa, ó grodzczim sądzę (istniejącym w latach 1910-1950) i ó jëbleuszach gardowëch örga-nizacjów. KADZMIÉRZ JARUSZEWSCZI Ödiimk z archiwum autora BETOWO. O NOGLU I JEGO UTWORSTWIE Na bëtowsczim zómku w sedzbie Zôpadnokaszëb-sczégö Muzeum ödbëła sa XVII Kaszëbóznajôr-skô Konferencjo. Latosô téma to: „Snôżota prostotę i Alojz Nôdżel". 15 lëstopadnika ji uczast-nicë móglë pósłëchac czile referatów namienionëch temu wiôldżému kaszëb-sczému pisarzowi i pöece. Prof. Adela Kuik-Kalinow-skô ôpôwiedzała ó nawzôj-nëch ódnieseniach bóhatérë konferencje i Ferdinanda A. Majköwskô gôdała ô dokazaćh Neureitra na spödlim jich dlô dzecy A. Nôgla. korespondencje. Przeczëtała Ödj. D. Kalinowsczi téż kaszëbskójazëkówi tekst Édmunda Kamińsczegó, bël-négö drëcha lëterata póchôdającégó z Czelna. Pôkôzôł ón wiele nieznónëch wëdarzeniów z żëcégö Nôgla. Późni Aleksandra Majkówskô kôrbiła ö ópöwiôdaniach i wiérztach dlô dzecy, jaczich w uróbku pisarza bëło baro wiele. Przedstawiła öna nôwôżniészé znanczi tego utwór-stwa z ósoblëwim bôczënka na bókadnosc zamkłi w ni kaszëbsczi mitologie. Pótemu dr Elżbieta Bugajnó zaprezentowała biblijne mótiwë, jaczé pöjôwiają sa köl Nôgla, chtëren je jednym z dolmaczérów Swiatëch Pismionów (jich dzélëków) na kaszëbsczi jazëk. Na zakuńczenić prof. Daniél Kalinowsczi rzekł ó jesz niepublikówóny autobiografie „Möje żëcé", jakô dôwô nowi wid na wiele prówdów z żëcô czeleńsczćgó utwórcë. Örganizatorama konferencje bëlë: Zôpadnokaszëb-sczé Muzeum w Bëtowie, Zakłôd Antropologie i Kaszëb-skó-Pómórsczich Badérowaniów Pömórsczi Akademie w Słëpsku, Kaszëbsczi Institut we Gduńsku. RED. ■ GDUŃSK. ZÉNDZENIÉ Z DOBIWCĄ NÔDGRODË HEWELIUSZA 23 lëstopadnika w Stóromiesczi Rad-nicë bëło potkanie z prof. Cezarim Obracht-Prondzyńsczim, przédnika Kaszëbsczégó Institutu we Gduńsku, chtëren óstôł Dobiwcą Nóukówi Nód-grodë Miasta Gduńska m. Jana Heweliusza za 2017 rok w kategorie huma-nisticznëch i spólëznowëch nôuków za bëlné zwënédżi w badérowaniach Kaszëb i Pómórzô. Nôwôżniészim pónkta zeńdzenió béł wëkład prof. C. Öbracht-Pron-dzyńsczegó na téma: „Publiczna rola nauk społecznych: autonomia - zaangażowanie - użyteczność. Kilka refleksji osobistych". Zeńdzenie zorganizowało Nadbół-towé Centrum Kulturę i Gduńsczć Nôuköwé Towarzëstwó. Nôdgroda m. Jana Heweliusza je zwónô Pómórsczim Nobla. Przëz-nówó sa ja ód 1987 roku przedstów-cóm gduńsczegó nôukówégó ókrażô. Winszëjemë ji dobëcô prof. Öbracht--Prondzyńsczemu, chtëren je bëlnym uczałim i kaszëbsczim dzejórza zasłużonym téż dlô najégó pismiona, jaczé-gó béł przędnym redaktora w latach 1995-2000. RED. GÖDNIK 2018 POMERANIA 59 klëka C\Z7£MSMMIM ^ 0 www.kaszubskaksiazka.pl BWEJROWÔ. ZÉNDZENIÉ Z SÉWÔRZA BÖŻÉGÔ SŁOWA PÔ KASZËBSKU Ödj. ze zbiérów MKPPiM we Wejrowie Ksążka ks. Mariana Miotka Recepcja kaszubskich przekładów Biblii bëła promöwónô w Muzeum Kaszëbskó--Pömörsczi Pismieniznë i Muzyczi. Z ti leżnoscë 5 lëstopadnika do sedzbë ti institucje przëjachelë Kaszëbi z roz-majitëch strón, nôwicy ze Serakójc i Gniewina, gdze autór publikacje je dzysdnia proboszcza. Nie zafelowa-ło téż ksażi, chtërny - jistno jak ks. Miotk - mają stara ö bëtnosc kaszë-biznë w Köscele. Pö przëwitanim göscy przez direk-tora Muzeum Tomasza Fópka wëstą-pił chur Discantus z Göwidlëna, jaczi je prowadzony przez dr. Sławomira Bronka. Zaspiéwelë przédno religijne spiéwë, co wprowadzëło uczastników w téma zćńdzenió. Późni redaktor ksążczi Dark Majkówsczi kôrbił z ks. Mariana Miotka ö jego dokazu, jaczi je doktorską prôcą gniewińsczegó proboszcza znónégö z ödprôwianiô mszów z kaszëbską liturgią Słowa na całëch Kaszëbach. Autór öpówiôdôł m.jin. ó historii chrzescejaństwa na Pömörzim i ö rozmajitëch przełożën-kach Biblie na kaszëbsczi - nôprzód tëch nôstarszich, rëchtowónëch przez ewanielicczich pastorów ód XVI w., a pótemu w ókrażim katolëcczégö Kóscoła, zaczinającë ód dzélëków tłómaczonëch przez Alojza Nógla, Eugeniusza Gołąbka, ks. Fracëszka Grëcza jaż po dolmaczënk z óriginal-nëch jazëków zrobiony przez ó. prof. Adama Riszarda Sykóra. Nówicy pi-taniów tikało sa ódbiéru tëch prze-łożënków. Ks. Miotk gódół o tim, jak bëłë (i wcyg są) one wëzwëskiwóné óbczas mszów z kaszëbską liturgią Słowa, kórbił ó zainteresowanim westrzód uczałëch na całim świece, nawléczeniach do tłómaczeniów Swiatëch Pismionów w kaszëbsczi lëteraturze, w muzycznëch i malar-sczich dokazach. Ökróm tegó autór Recepcji kaszubskich przekładów Biblii ópówiedzôł ó wielnëch przëmiarach bëtnoscë Bóżégó Słowa pó kaszëbsku w radiu, gazetach, internece i telewizje, gdze prawie ks. Marión Miotk i prowadzono przez niego Twoja Telewizja Religijna mô wiôldżi udzél w rozköscérzanim Swiatëch Pismionów w rodny mowie. Pó kórbiónce ö ksążce wëstąpił Pioter Schmandt, kurator wëstôwku, jaczi towarził promocje. Rzekł ón, że na szesc planszach zatitlowónëch „Kaszëbsczi séwôrze Bóżégó Słowa" ostała w skrócënku pókôzónô historio hómiliów pó kaszëbsku. Zaczinó sa ona ód ewanielicczich pastorów, przedstówió kawie ks. Walatégó Dą-browsczégó, chtëren głosył kaszëb-skójazëkôwé kózania na przełómanim XIX i XX w., a téż w midzë woj nowi Polsce, prezentëje historia pierszich mszów z kaszëbską liturgią Słowa pó II światowi wójnie, a ösoblëwie dzeja-nia w ti sprawie ks. Mariana Miotka. Na kuńc promocje jesz róz wëstąpił chur Discantus, tim raza z repertuara barżi kózëch śpiewów. Ksążka Recepcja kaszubskich przekładów Biblii ostała wëdónô przez MKPPiM we Wejrowie pod patronata i z dëtköwim wspiarcym Wejrowsczé-gó Powiatu i Gminë Gniewino. RED. Promócjowé potkanie namienioné ti publikacje bëło 27 lëstopadnika w se-dzbie Muzeum Kaszëbskó-Pómórsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wejrowie. Towarził mu leżnoscowi wëstôwk, jaczi prezentowół modła wësziwu gduńsczi szkółë zrobione przez Wësziwny Klub „Tulpa" z Wejrowa. Póstapnó promocjo badze 7 gódnika w Nadbółtowim Centrum Kulturę we Gduńsku (Stóro-mieskó Radnica). Wëdanié publikacje z módła-ma wësziwu gduńsczi szkółë ostało udëtkówioné ze strzodków Miny-stra Kulturę i Nôrodny Spódkówiznë póchödzącëch z Funduszu Promocje Kulturę. Projekt béł realizowóny dzaka dofinancowaniu Öglowégó Zarządu Kaszëbskó-Pómôrsczégö Zrzeszenió, MKPPiM we Wejrowie i z gwôsnëch strzodków KPZ Part w Chwaszczënie. RED. 60 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 m CHWASZCZËNO. WEJROWÖ. WESZŁA TEKA HAFTU SZKOŁY GDAŃSKIEJ Chwaszczińsczi part Kaszëbskó-Pó-mórsczégó Zrzeszenió w wespółrobó-ce z Muzeum Kaszëbskó-Pómórsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wejrowie mó wëdóné publikacja z módłama kaszëbsczégöwësziwu „gduńsczi szko- łę'. W nowim módłowniku są céchun-czi i projektë Annë Kónkel (1923--2008), bëlny kaszëbsczi wësziwór-czi, jaczé pochodzą ze zbiérów wej-rowsczégö Muzeum. Prawie wëdónô Teka haftu szkoły gdańskiej óbjimó 12 autorsczich kómpózycjów regio-nalistczi w trzech ódcéniach módri farwë. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego* Zrzeszenie Kaszubsko- pomoi skie Oddział w Chwaszczynie KLĘKA ■ SŁËPSK. CZËTANIÉ KASZËB ZE STANISŁAWA JANKĄ W Ricersczi Zalë Zómku Pómór-sczich Ksążatów örganizowóné sa zćńdzenia z cyklu „Czëtanié Kaszëb". 9 lëstopadnika gósca béł pôeta, pro-zajik i tłómôcz Stanisłôw Janka. Potkanie zaczało sa öd zaprezentowanie) przez möderatorka wëdarze-niô prof. Adela Kuik-Kalinowską jego lëteracczégö uróbku. Pózni gösc prze-czëtôł czilenôsce swöjich wiérztów, jaczé stałë sa spödlim do ôbgôdczi. Pitania tikałë sa przédno kaszëbsczé-gö jazëka jakno strzodka artisticzny komunikacje. Stanisłôw Janka dol-macził, że swiądno rozsądzył, żebë wiérztë pisac leno pô kaszëbsku, chöc parłaczi sa to z miészą wielëną czetińców. Wiele uczastników zćńdzenió znało lëterata pôchôdającégö z Lëpusza przede wszëtczim jakno tłómacza Pana Tadeusza Adama Mickewicza i bëlë czekawi, jak wëzdrzała robota wkół tego dokazu. „Czëtanié Kaszëb" to nowi cykel autorsczich zćńdzeniów, jaczé mają bëc leżnoscą do pötkaniô z żëwą kulturą Kaszëb. Pierszim gósca ti nowi lëteracczi pödjimiznë béł Róman Drzéżdżón (w séwniku), a w rujanie bëlë zarôczony Aleksandra i Dariusz Majkôwscë. Örganizatorama „Czëtaniô Kaszëb" są: Kaszëbskö-Pômôrsczé Zrzeszenie Ödj.dm Part w Słëpsku, Zakłôd Antropologie Kulturë i Kaszëbskö-Pömörsczich Badérowaniów Pômôrsczi Akademie w Słëpsku, Muzeum Westrzéd-négö Pömôrzô w Słëpsku i Muzeum Kaszëbskö-Pömôrsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wejrowie. RED. m GDUŃSK. ŻUKÔWSCZIWËSZIWK NA STOŁECZNY UCZBÔWNIE W Przędnym Budinku Gduńsczi Pölitechniczi 17 rujana ödbéł sa wernisaż wëstôwku namienionégö kaszëbsczému wësziwöwi żukôwsczi szköłë. Céla tegô wëdarzeniô bëło roz-köscérzanié tradicji i kaszëbsczégö rakôdzejaniô, a téż promôcjô szköłë wësziwu, jakô je na pölsczi lësce niematerialny kulturowi spôdköwiznë, a warają prawie starania ö wpisanie ji téż na światową lësta niematerialny kulturowi spôdköwiznë UNESCO. Żuköwsczi wësziwk, jaczégö przi-kładë bëłë prezentowóné w rujanie w Gduńsczi Politechnice, je wiedno sétmëfarwny, nôwicy je môdrégô. Farwë nie są östré, zdobione möti-wama różë. Organizatorama wëstôwku bëłë: Kaszëbsczé Muzeum w Kartuzach i Fundacjo Pszczolarsczégö Skansenu w Żukowie. NA SPÖDLIM WIADŁA NA STARNIE GDUŃSCZI PÔLITECHNICZI: HTTPS://PG.EDU.PL mielë przedstôwcowie gdińsczćgó partu Kaszëbskö-Pömórsczégö Zrze-szeniô, w jaczégö régach są nôleżnicë kółów: Cysowô, Norda, Wiôldżi Kack i Strzódmiescé, fundacje gdińsczćgó partu - Kaszëbsczégó Fórum Kulturę, Karna Spiéwë i Tuńca „Gdynia" a téż churu „Dzwon Kaszubski". We wiele placach w miesce tego dnia bëło widzec kaszëbsczé fanë, a gdińsczi Kaszëbi przeszłe przez miasto ze stanicama i w regionalnëch ruchnach. Uroczëzna skuńczeła sa pod pomnika Mórsczi Pólsczi. W miono Zarządu KPZ w Gdinie i KFK kwiatë w tim môlu złożëlë przédnicë: Andrzej Busler i Jerzi Miotke a téż nô-leżnik Zarządu Sławomir Pókriefke. RED. 1 m GDINIO. PARADA SAMÔSTÓJNOTË 2018 Ödj. J. Miotke 11 lëstopadnika 2018 r. w setną roczëzna udostaniô nazód samóstój-notë przez pölsczé państwo szasëja-ma Gdinie przeszła farwnó parada. Westrzód ji uczastników wóżny mól Takwëzdrzała 11 lëstopadnika kamieńca familie Schroedrów köl sz. Stôrowiesczi. Ödj. A. Busler GÖDNIK2018 / POMERANIA / 61 KLËKA ^ a www.kaszubskaksiazka.pl m BÔRZESTOWÔ. PRZEDSTÔWK IZÉNDZENIÉ Z WERÓNKĄ Lëstopadniköwé zéhdzenié Remuso-wégö Kragu zaczało sa öd przedstôwku „Polska niepodległa. Rok 1918", jaczi zaprezentowelë aktorze ze Stowôrë Krąg Arasmusa z Kôłpina. Pózni, pö tradicyj-nym złożenim kwiatów pod pomnika patrona roku Fracëszka Kracczégö, östałë pódrechöwóné dzejania nôleżników Kragu. Bëłë téż powinszowania i kwiatë dlô Marie Dradrach, jakô dobëła trzecy môl öbczas Kaszëbsczégö Diktanda w kategorie dozdrzeniałëch, i dlô zrzeszony z börzestowsczim karna Kapelë Bas za 25 lat promöwaniô kaszëbiznë. Pösobnym pónkta programu bëło zeńdzenie z Aleksandrą i Darka Majkówsczi-ma, chtërny zachacywelë do czëtaniô dze-cóm pö kaszëbsku. Prezentowelë wëjimczi filmów: „Kultura na Kaszëbach", „Roda na Kaszëbach" i „Kuńszt na Kaszëbach", jaczich przędną bohaterką je Werónka, znónó z serii kaszëbskójazëköwëch ksą-żeczków dlô dzecy. Wëjimczi z tëch ksąż-ków czëtałë Grétka i Asza Majköwsczé, a jich starszi prezentowelë rozmajité za-chë zrzeszone z Werónką-. załóżczi, pup-czi, módré mëszczi, magnesë z klabater-nikama, krôsniatama i mörzëcama. RED. Ödj. z arch. Remusowégö Kragu WB WROCŁAW. NÔDGRODA ZA ATLAS DZIEJÓW POMORZA I JEGO MIESZKAŃCÓW- KASZUBÓW Gdańsk 18-19 września 2018 r. B)RUJK<®>Wm!E Honorowy Patronat GŁÓWNEGO GEODETY KRAJU Öbczas 41. Öglowôpölsczi Kartograficzny Konferencje we Gduńsku östôł rozrzeszo-ny konkurs „Mapa Roku 2017". Nôleżnicë Stowôrë Pölsczich Kartografów (örig. nazwa Stowarzyszenie Kartografów Polskich) rozsądzëlë ö przëznanim drëdżégó placu dokazowi Atlas dziejów Pomorza i jego mieszkańców - Kaszubów w kate- gorie „Jinszé kartë i atlasë (drëkówóné)". Ökróm tegö Atlas dobéł w welowanim wszëtczich uczastników konferencje i do-stôł Nôdgroda Publiczi w ti sami kategorie. Autora nôdgrodzony publikacje je dr Jan Mórdawsczi, a wëdôwcą Kaszëbskö--Pómórsczé Zrzeszenie. Kartë obrobił CartoTeam z Wrocławia. KPZ ostało przez organizatorów uczestnioné leżnoscową sztaturką ufundowóną przez Przédnégö Geodeta Kraju. Wôrt przëbôczëc, że Atlas dziejów Pomorza i jego mieszkańców - Kaszubów dobéł ju rëchli wëprzédnienié óbczas la-toségö konkursu wëdôwiznów kaszëbsczi lëteraturë öbczas XIX Kóscersczich Tôr-gów Kaszëbsczi i Pómörsczi Ksążczi „Co-sterina 2018". Atlas dr. lana Mördawscżégö je do kupieniô m.jin. na http://kaszubskaksiaz-ka.pl/667-atlas-dziejow-pomorza-i-jego--mieszkacow-kaszubow.html. RED. m REDA. FOLK FORUM I ROZRZESZENIÉ „CASSUBIA VISUALES" Östôł rozrzeszony IV Midzë-nórodny Konkurs Kaszëb-sczich Wizualnëch Kuń-sztów „Cassubia Visuales". Latoś organizatorze dostelë 81 usôdzków, jaczé wë-słało 47 uczastników. Z tego bókadnégö zbiéru óbsadzë-cele, jaczima bëlë latoś: Benita Ropela-Grzenkówicz (Muzeum Kaszëbskó-Pó-mörsczi Pismieniznë i Mu-zyczi we Wejrowie), Karól Fórmela (Kaszëbskô Filharmonio we Wej rowie) i Pau-lëna Piotrowskó (Miesczi Dodóm Kulturę w Rédze), wëbrelë dobiwców. Hewö rezultatë jich rozsądzënku: I mól - Agata Stachówiók (pól. Stachowiak) z Poznania, II mól - Sylwio Lonka z Krakowa, III mól - Ka-rolëna Pökrzëwickô (pól. Pokrzywicka) z Gdinie, wëprzédnienia: Anna Stróżek (pól. Stróżyk) z Wrocławia, Violetta Prëba-Hadasz Pfishovó (pól. Pryba-Ha-daś Pfishova) z Wrocławia i Aleksiej Cecocho z Nado-liców Wióldżich. Uroczësté zakuńczenie konkursu bëło 26 rujana w rédzczi „Fabrice Kulturę'. Przed ógłoszenim rezultatów organizatorze przë-rëchtowelë Folk Forum, na-mienioné dwum témóm: kulturalne strategie (góspó-dórzama tego dzélu bëlë: Agnészka Kaim i Bartło-mień Lës) i kaszëbsczi wë-sziw (dzél prowadzony przez B. Grzenkówicz-Ropela). Na zakuńczenie wëstąpi-ła Anna Damroka Fópka ze swójim tatka Tomasza i za-prezentowelë hip-hopówé usódzczi po kaszëbsku. RED. NA SPÖDLIM TEKSTU MICHAŁA KACZMARKA NA STARNIE MIASTO.REDA.PL 62 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 m GDUŃSK. Ô PATRONIE ROKU, WELACJACH I ETNOFILOLOGIE 17 lëstopadnika w aulë dôwny szköłë, co sa zwa Gimnazjum Polskiej Macierzy Szkolnej we Gduńsku, miała swoje zćńdzenić Przédnô Radzëzna Kaszëbskö-Pömôrsczégö Zrzesze-niô. Potkanie zaczało sa öd minutę cëszë i wspömnieniô dwuch zasłu-żonëch nôleżników KPZ - Bernata Hinza i Tomasza Szemańsczegó. Późni Danuta Rek ze stowarë „Ötemkłé Kaszëbë" öpöwiedzała ö dzejaniach zrzeszonëch z tłómacze-nim i wëdanim pölsczi könstitucje pö kaszëbsku. Dolmaczérką bëła Danuta Pioch, a nôleżnicë Radzëznë do-stelë dëbeltjazëkówé, pölskö-kaszëb-sczé, egzemplarë nôwôżniészégö ustawu w pölsczim państwie. Pótemu böhatérą zeńdzenió béł patron latoségö roku w KPZ Fracëszk Kracczi. Prezentacja na jegö téma przedstawiła dr Elżbieta Grot, czerow-niczka sopöcczégó öddzélu Muzeum Stutthof, a pö ni wiceprzédnik KPZ Łukôsz Grzadzëcczi öpöwiedzôł ö wëstôwku Franciszek Leon Kręćki - zapomniany bohater kaszubskiej drogi do Niepodległości, jaczégö je wespół-autora (raza z Radosława Kamiń-sczim). Wëstôwk to 12 roll-upów, na jaczich je pökôzóny Kracczi i zrzeszanie Pömörzô z Polską. Wedle planów autorów mô ón trafie do rozmajitëch môlów w całim regionie, dlôte wszëtcë chatny do pókôzaniô gö kol se mogą sa zgłosziwac w biórze KPZ (mail: biuro@kaszubi.pl; tel. 58 301 27 31). Przédnô Radzëzna przëjimnała téż uchwôlënk ó patronie 2020 roku. Zgödzëła sa z bédënka Öglowégö Zarządu i za dwa lata badzemë swia-towac rok „100-lecô zdënku Pölsczi z mörza i wróceniô nazôd Pömórzô do Pólsczi". Jedną z témów óbradów bëłë wela-cje w Kaszëbskö-Pömörsczim Zrze-szenim w przińdnym roku. Ostało uchwôloné, że Zjózd Delegatów KPZ ódbadze sa w cządze ód 23 lëstopad-nika do 8 gódnika 2019 r. W jinym uchwôlënku nôleżnicë Radzëznë zdecydowelë, że dëtczi dostóné ód lëdzy, jaczé dadzą 1% podatku na Zrzeszenie w 2019 roku, badą namienioné na pódjimiznë KLËKA Przemôwiô przédnik KPZ prof É. Wittbrodt. Ödj. kaszubi.pl rozwijające kulturowe spósobnoscë, wëóbraznia i regionalną juwernota dzecy z Kaszëb i Pómórzó. Dzejania te badą zjiscywóné w óbrëmienim kampanie „Kaszubskie Bajania". Nóbarżi gorąco diskusjó tikała sa jiwrów z kaszëbską etnofilologią na Gduńsczim Uniwersytece. Bëtnicë zeńdzenió wësłowilë nieubëtk ö przińdnota negó czerënku, ósoblëwie na skutk tego, że dzekón Filologówégö Wëdzélu nie zgłosył kaszëbsczi etno-filologie do naboru na przińdny rok. Przédnik Zrzeszenió Edmund Wittbrodt zagwësnił, że badą warac jesz óbgódczi mające za cél przekonanie wëszëznów GU do bédënków KPZ. NA SPÖDLIM WIADŁA NA STARNIE KASZUBI.PL m PRZEDKÖWÔ. WIÔLDŻÉ WIDZAWISZCZE NA 100 LAT SAMÔSTÓJNOTË Mszą S wiatą w kóscele pw. sw. Andrzeja w Przedkówie zaczałë sa 11 lësto-padnika uroczëznë z leżnoscë 100-lecó udostanió nazód samöstójnotë przez Polska. Pó Eiicharistie bëłë złożone kwiatë pod pomnika zabitëch za ój-czëzna, a późni uczastnicë uroczëznë przeszłe do widzawiszczowó-spórtowi halë. Tuwó wnet 200 wëkönywôczów wzało udzél w szpetóklu „100-lecie Odzyskania Niepodległości". Zagrelë w nim dzecë z Samorządowego Przed- szkóló w Przedkówie i Przedszkóló „Happy Children" w ti wsë a téż uczniowie ze szkółów gminë Przedkówó: ze Spódleczny Szkółë z Szarłatë, ze Sp. Szk. z Wilanowa, ze Sp. Szk. z Pómieczëna, ze Sp. Szk. z Przedkówa, ze Sp. Szk. z Czeczewa i z Zespołu Wëżigimnazjalnëch Szkółów w Przedkówie. Ökróm nich w szpetóklu wzała udzél Przedkówskó Datô Örkestra, Chur „Polifonia", Karno „Przodkowia-nie", solistczi: Teréza Skrzëpköwskó, Eliza Szczëgeł i Muzyczny Teater Hals. Autora scenarnika widzawiszcza i jego reżisérą béł Jerzi Stachursczi. m GDUŃSK. DWÓJE N0WËCH STOLEMÓW Klub Sztudérów „Pomorania", jaczé-gó nóleżnicë tworzą Kapituła Medalu Stolema, mó wëbróné latosëch dobiw-ców ti wórtny nódgrodë. W 2018 roku óstóną nią wëprzédniony: załóżca karna Krëbanë i póczatnik midzënórod- nëch festiwalów folkloru Władisłów Czarnowsczi, a téż znajórka Kocewió, bëlnó uczałó i wespółrobótniczka „Pomeranie" prof. Mario Pająkówskó--Kensik. Winszëjemë dobiwcóm Medalów i w miono sztudérów z klubu „Pomorania" rôczimë najich Czetiń-ców na uroczëzna jich wracziwanió, jako ódbadze sa 10 gódnika ó szósti wieczór w Mieszczańsczi Zalë Stóro-miesczi Radnicë we Gduńsku (szas. Korzenna 33/35). Medale Stolema są przëznôwóné ód 1967 roku. Dostówają je lëdze, karna, institucje, zrzesze i organizacje, jaczé na ösoblëwi órt mają cësk na zwieliwa-nié urobku kulturë Kaszëb i Pómórzó abó na ji rozkóscérzanié. RED. GÖDNIK2018 / POMERANIA / 63 Ödj. Béjata Krauza Wëstapóm młodëch artistów towa-rził fotograficzny wëstówk „Życie na przestrzeni 100 lat w naszych rodzinach" NA SPÖDL1M TEKSTU WK KLËKA m SŁËPSK. ZÉNDZENIÉ NAÔBGÔDÓNÉ TÉMË: KASZËBSCZÉ STEGNË DO NIEPÔDLEGŁOSCË 16 lëstopadnika wieczór w sedzbie słëpsczégö partu Kaszëbskó-Pómór-sczégö Zrzeszeniégö (KPZ) zeszło sa 23 drëchów ti organizacji, żebë so pögadac ö tim, jak to 100 lat temu na Kaszëbach bëło. Nôpiérwi Ana Skötnickô wërzekła namëszlenié, czemu to Kaszëbi chcelë bëc przë Polsce, a nié przë Prësach. Ödpöwiedzë bëtnicë szukalë w pismie-niznie. Przeczëtelë pôra wëjimków ze wspominków i öpöwiesców - z roz-majitëch czasów zaborów i rozmaitëch môlów. Te sztëczczi pismionów pöka-zywałë, że prësczi urzadnicë lëchó sa óbchódzëlë z Pôlôkama i Kaszëbama. Pótemu czëtelë wiérztë: Aleksandra Majkówsczégó, Fracëszka Sadzëcczé-gô, ks. Léöna Heyczi - nôrodowëch budzarzów. Gôdelë téj ö tim, że pól-sczé gazétë z kaszëbsczima dodatkama bëłë roznoszone pö checzach, a „bu- m GDUŃSK. BËLNY BRZÔD PIACLATNËCH BADÉROWANIÓW Karno etnologów, socjologów, zna-jôrzów kulturë, muzeówników i sztu-dérów badérowało „dôwné" i „nowé" zemie Wschôdnégó Pómórzô. Brzada 5 lat terenowëch badérowaniów (w latach 2013-2017), 1259 wëdowiedzów w 18 powiatach i 549 môlëznach, je trzëtomówô publikacjo, jaczi dërże-nia je jednôsce témów, m.jin. tradicjô, zbiérnô pamiac, muzyka, öpówied-nie, zwëczi, rzemiasło, religie. Ksążka Niematerialne dziedzictwo kulturowe Pomorza Wschodniego pod redakcją Annë Kwasniewsczi bëła promówónô 30 lëstopadnika w Ôddzélu Etnogra- dzëcele" dobëlë dosc tëli lëdztwa do sprawë sprzecywianiô sa prësczim rządóm. Co jesz pchało Kaszëbów do Pólsczi? Wspómnielë ö Otto von Bismarcku i jego kulturkampfie, co óbrócył sa procëm, bó ód te czasu za swójich uwôżóny bëlë Pólôcë-katolëcë, a lëteranie to bëlë cëzy, niedrëchówie. W drëdżi czascë zeńdzeniegó dr Antón Szréder, przédnik słëpsczégó partu KPZ, öbgôdôł wojskowe dzeja-nié Kaszëbów, chtërny w pówstanim wiôlgópólsczim biôtköwalë jakno półk kaszëbsczi w diwizji strzelców pömôr-sczich, a pózni - ód rujana 1919 r. -ufórmówóny béł 66. Kaszëbsczi Półk Strzelców Pómórsczich, dostôł pózni jimia marszałka Józefa Piłsudsczé-gó. Ten półk wsłôwiôł sa we wojnie pölskó-bölszewicczi. Drëch Szréder ópöwiôdôł ó wiele cekawëch zdarzeniach z dzejaniégö negó półku i ó tim, że do dzysô w kóscołach na Kresach są tôblëce z nôzwëskama żôłniérzi kaszëbsczégö półku. fie Nôrodnégó Muzeum we Gduńsku. Góscama bëlë autorzë wspômnióny publikacje, jakô ópisywô zrobione pier-szirôzwhistorie etnograficzne badérowania na całi óbeń-dze Wschódnégó Pömó-rzô, óbjimający „dôwné" zemie (Kaszëbë, Kócewié, Tëchólsczé Bórë) i „nowé", pöstmi-gracjowé (Zëlawë, Pówislé, labórskô, człëchówskô i słëpskô zemia). W pierszim i drëdżim dzélu na ópisënkówi ôrt i z pomocą tôflów je w ksążce pókôzóné wëstapówanié, stojizna i zgrôwë wëbrónëch zjawisz- Czej zaczała sa diskusëjô, téj bët-nicë przëbôcziwelë wspöminczi, a prof. Zygmunt Szultka dopöwiôdôł, że w köżdim czasu i w kóżdim môlu nie bëło równo i że wiele bëłobë do gôdaniô ö tëch wszëtczich sprawach. Spiérka bëła ó to, czej chto miôł ro-zeznôwk w swój i swiądze nórodowi. Na zakuńczenie zćńdzenia ód-spiéwelë më himn kaszëbsczi autorstwa Hieronima Derdowsczégô i Feliksa Nowówiejsczégö, a pótemu - przë kuchach - jesz jiné kaszëbsczé spiéwczi. ANASKÔTNICKÔ czów niematerialny kulturowi spôdkówiznë w szes-nôscepówiatachpómórsczé-gó województwa i dwuch kujawskó-pómórsczégó. Trzecy dzél je problemową monografią, w jaczi w ósme rozdzélach ostała zrobiono analiza tëch zjawiszczów. Autorama publikacje są: Éwa Gilewskô, Dawid Góncôrz (pól. Gońciarz), Alicjo Janiók (pól. Janiak), Sonia Klein-Wrońskó, Katarzëna Kuliköwskô, Anna Kwasniewskó, Andrzej Stachowiak, Krësztof Zamóscyń-sczi. RED. MB KARTUZË. KONKURS DLÔ DZEC-NËCH FÔLKL0R0WËCH KARNÓW W Centrum Kulturë „Kaszëbsczi Dwór" w Kartuzach 23 rujana ódbéł sa Prze-zérk Kaszëbsczégó Utwórstwa Dzecy i Młodzëznë. W konkursu wzało udzél sétmë fólklorowëch karnów: Dzec-né Kaszëbsczé Karno Spiéwë i Tuńca „Krósniata" z Kartuz, Dzecné Kaszëb-sczé Karno Spiéwë i Tuńca „Tuchliń-skie Skrzaty" z Tëchlëna, Regionalne Karno Spiéwë i Tuńca „Małe Kaszuby" z Przedkówa, Dzecné Kaszëbsczé Kar- no Spiéwë i Tuńca „Słunuszka" z Kartuz, karno „Skôrbë Złoti Góre' z Górny Brodnice, karno „Spiéwné kwiótczi" ze Stajszewa i karno „Wesołe Ludki" z Kółpina. Wedle öbsadzëcelów (Mirosława Kazana - lëdowô utwórczka, Aleksandra Macybórskô-Pëtka - direk-torka Centrum Kulturę w Kartuzach i Barbara Kąkól - direktorka Kaszëb-' sczégó Muzeum w Kartuzach) na nôd-grodë nóbarżi miałë zasłużone: Dzecné Kaszëbsczé Karno Spiéwë i Tuńca „Tu-chlińskie Skrzaty" z Zespołu Szkółów w Tëchlënie (I mól), Dzecné Kaszëb-sczé Karno Spiéwë i Tuńca „Słunuszka" ze Sp. Szk. nr 2 w Kartuzach (II mól), Dzecné Kaszëbsczé Karno Spiéwë i Tuńca „Krósniata" ze Sp. Szk. nr 1 w Kartuzach (III mól). Wëprzédnienié dostałë „Skórbe Złoti Górë" z Górny Brodnice. Organizatora Przezérku bëła Stowôra Drëchów Spódleczny Szkółë Nr 2 w Kartuzach „COPERNICUS" (órig. nazwa: Stowarzyszenie Przyjaciół Szkoły Podstawowej Nr 2 w Kartuzach „COPERNICUS"). RED. Ödj. W. Machura 64 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 m DARMÔWÉ SZCZEPIÓNCZI PROCËM PNEUMÓKÔKÓM DLÔ PACJENTÓW Z PÖMÖRSCZICH POWIATÓW Mieszkańce 11 krézów, chtërny mają wicy j ak 65 lat, mögą sa darmôk szczepiąc w wëbrónëch molach na Pomorzu. Tikô to sa przede wszëtczim lëdzy, co mają chöroscë dólnëch dechôwëch drogów. Ze wstrzików mögą körzëstac do kuńca roku. Programa są óbjimniati lëdze, co mają przez 65 lat i nie bëlë szczepiony procëm pneumökôkóm, są zameldowó-ny w pömörsczim województwie (jidze ô krézë, jaczé weszłë do programu, to je: bëtowsczi, człëchöwsczi, kartësczi, kôscersczi, kwidzyńsczi, malbôrsczi, tczewsczi, wejrowsczi a téż Gdiniô, Słëpsk i Sopöt) i są w karnie réska. Jeżlë zgłosy sa za mało taczich pacjentów, tej szczépianim mdą óbjimniati lëdze z ji-nyma długöwarającyma chöroscama, jak m.jin. chöroscë serca abö nowotworowe. Pacjent, chtëren zgłosy sa na szczépia-nié, badze muszôł pokazać zeswiôdcze-nié öd doktora, jaczé pöcwierdzy, że je ön w karnie réska. Lësta môlów, gdze jidze sa ju zaszczepic, przistapnô je na internetowi starnie: www.rops.pomor-skie.eu. II REWITALIZACJO ZËLAWSCZI DOJAZDOWI BANË Baro dobré wiadło dlô lubötników wąskösztrëköwi banë na Zëlawach. Samorząd pömörsczégó województwa wëdô 850 tës. zł z uniowëch strzódków Regionalnego Öperacjowégó Programu Pömörsczégó Województwa na lata 2014-2020 na dokumentacja, co je brëkôwnô do przërëchtowaniô projektu zrzeszonego z rewitalizacją zabëtköwi Zëlawsczi Dojazdowi Banë. Dogôdënk w ti sprawie pödpiselë marszôłk pömörsczégö województwa Mieczësłôw Struk i przedstôwcowie Pömörsczégö Towarzëstwa Lubötni-ków Żelaznëch Kölejów (pôl. Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych). W óbrëmienim pôdpisónégö do-gôdënku pówstónie m.jin. pödrobnô inwentarizacjô banowi lëni na dzélach Prawi Sztrąd Wisłë - Stegna - Sztutowo, a téż Stegna - Nowi Gduńsczi Dwór i Nowi Gduńsczi Dwór Smatôrz - Nowi Gduńsczi Dwór. Obrobione östónié téż studium wëkónalnoscë z danim bôczeniô na óbjim i koszt robotów, co stónie sa spódlim do pódjimniacô financowëch i rzeczo-wëch decyzjów w óbjimie planowóny rewitalizacje i modernizacje wąskósz-trëkówi banë. Rewitalizacjo może bëc szansą na zwikszenié przewözënkówëch möż-lëwötów (ôsoblëwie ôb lato) a téż atrakcyjnotë publicznego transportu na Wislónym Midzëmörzu i Zëlawach. Tak wëszëznë województwa, powiatu, jak i Towarzëstwö Lubótników Żela-znëch Kolej ów mają téż nôdzeja, że zrewitalizowónô köléj w przińdnoce stónie sa alternatiwą dlô autołowi rësz-notë, jako strzódk zbiérny komunikacje drëszny nôtërze. Projekt badze zjiscywóny do kuńca 2020 roku. Ödj. S. Lewandowsczi WB AKTIWIZACJÔ I PÔMÔC DLÔ LËDZY ZAGROŻONËCH BIEDĄ W GMINIE KARTUZË To kontinuacjó projektu „Szukam... Znajduję... Pracuję...", jaczi béł zjiscywóny ód 2015 roku przez Gminowi Östrzódk Spólëznowi Pómócë w Kartuzach wespół z Socjalną Spółdzelnią Pasja. Sczerowó- ny je do 80 klijentów spölëznowi pömöcë zagrożonëch biédą i spölëznowim wëłą-czenim. Céla projektu je zwikszenié móżlëwötë udostaniô przez nich robótë przez wprowôdzanié programu wsze-lejaczégó wspiarcô, np. je zaplanowóné usadzenie Klubów Spölëznowi Integracje. Uczastnicë dostóną téż wspiarcé óbczas psychólogówëch warkówniów. Badą brac udzél w kursach i warköwëch praktikach. Témizna mdze wëbierónô pó indiwidualnëch óbgôdkach z uczast-nikama, chtërny brëkują specjalisticzné-gö przërëchtowaniô do warku i zgódno z pötrzébnotama rënku robótë. W pro-jekce badą téż strzódczi na zapłacenie kosztów przedszkółowi ópieczi dlô dzecy w czasu udzélu w zajacach. POMERANIA 65 SAMÖRZĄDOWÔ KLËKA m NOWÔ WËBRÓNY MARSZÔŁK Öbczas II sesji sejmiku pömörsczégö województwa, chtërna bëła 26 lëstopadnika, radny wëbrelë marszôłka województwa. Gospodarza najégö regionu pó welacje pósobny rôz óstôł Mieczësłôw Struk, chtëren trzimie ta fónkcja ód gromicznika 2010 roku, czedë przejimnął rządë pó Janie Közłowsczim. Rëchli, ód 2005 roku, béł wicemarszôłka. Öbczas ti sami sesji sejmiku nowó wëb-róny marszôłk przedstawił bédënk nôleżników zarządu województwa, jaczi w welacje östelë wëbróny przez rad-nëch. Wicemarszôłkama badą w ti kadencje: Wiesłôw Bëczkówsczi i Riszôrd Swilsczi, a do zarządu weszlë jesz Józef Sarnowsczi i Agnészka Kapała-Sokalskô. Öbczas I sesji sejmiku radny ze swöjégö karna wëbrelë téż prezydium sejmiku. Przédnika póstapny róz óstół Jón Kleinszmidt z Bëtowa. PRZËR. SŁAWOMIR LEWANDOWSCZI, TŁÓM. DM Fot. Pomorskie.eu //Nxr\3fi& W KOSTKOWIE W GMINIE GNIEWINO Z LEŻNOSCË UDOSTANIÔ PRZEZ POLSKA SAMÖSTÓJNOTË ÔSTÔŁ POSTAWIONY, Z INICJATIWË MIESZKAŃCÓW, KAM Z PAMIĄTKOWĄTÔFLĄNAMIENIONĄ PREZYDENTOWI LECHOWI WAŁASE. NÔDPIS NA TÔFLË JETACZI (W TŁÓMACZENIM Z PÔLSCZÉGÔ): „BÓG, HÔNOR, ÔJCZËZNA. W100. ROCZËZNA UDOSTANIÔ NAZÔD SAMÔSTÓJNOTË PREZYDENTOWI LECHOWI WAŁASE NA WDÔR JEGO ZNACZENIÔ W ÖDZWËSKANIM NIEPÔDLEŻNOTË PRZEZ POLSKA I JINSZÉ KRAJE EUROPË A TÉŻ DOPROWADZENIM DO WËCOPANIÔ WÔJSKÓW DÔWNÉGÔ JACZÉ KUŃC KUNCÓW ÔPUSCËŁË POLSKA 17 SÉWNIKA1993 R. Z UWÔŻANIM KASZËBI". ÔDJ. S. LEWANDOWSCZI SËCHIM PAKA USZŁE SZPÔSË NOWOROCZNY NOCË Są trzë leżnoscë w roku do robieniô szpósów, fifów a kepköwaniô i szpörtowaniô - bez sztrôfë. Nowi Rok, 1 łżëkwiata (prima aprilis), a niejedny, co są zazdrzóny w anglosaską móda - robią jesz lëstopad-niköwé trick or prick, wëbôczta - ortreat, co sa wëkłôdô: abó cos dôta, abó mdze psoto! Tak sa öd małoscë uczi terrorizmu. A je wiedzec: za młodu psotë - na starosc kłopötë. To sa zresztą wpisywô w rzeklan: môłé dzecé - mółi kłopot, wiôldżé - wiôldżi kłopot albo lepi: z mał-ga wińdzesz - z wialga wińdzesz. Czësto kaszëbsczi w tim karnie je leno noworoczny zwëk. Prawie wnetka przińdze Nowi Rok. To, co w codzeń je buten szëku -tedë prawie pasëje. Je hewö piesniô z muzyką Jerzégö Stachursczégö, pt. „Buten szëku", dze je trójno pód-pöwiôdóné, co może spso-cëc: göło pö wsy chödzëc, popie wina siedzą, kusz-nąc cotka w piata, gwiôzdora fest użgrzéc w nos, rządowi pokazać slôdk, sa spóźnić, spac w kuźni, scëganic, miec za nick, mësz w zupie, czej surpiesz, plwac w góra, miec dzura, wëswiniec, w komin nalôc wödë, krzëknąc: Jes të brzëdôl, ögród örac w kötë, kól spöwiedzë gadać szpórt, celną krowa wząc na bórg, noża brwie ögölëc, tintą tôflôk öblôc, usnąć na kózanim, do klapsztulë wtożëc skło, zamiast w szituz — jic pod płot abó w zylcu nalezc gnôt. Chcemë przeanalizérowac, co z nëch pödpöwiedzów pasëje do Nowégö Roku. göło pö wsy chödzëc - kól nas w tim cządze roku? Leno ti, co są mórsama a są nółżny mrozów, bë möglë. Do te nié wszëtcë mógą tak goło po wsë paradować. Ewentualno młodëchné białëczczi 18+ tak do 60-,në 65-, pód warënka, że mają świeżą ondulacja... Chłopi goło zrobilëbë gwës na kaszëbsczi wsë stolëmną pógórcha a do te mielëbë ódmiarzłé człónczi, w tim te brëkówné... popie wina siedzą - ko to sa dô często letko zrobić. I nie je nót do te Nowego Roku... kusznąc cotka w piata - to ju wëmôgô môłi ekwili-bristiczi. Tako cotka móże sa letko urzasnąc i jesz zabë komu niedowinnému wëbic a do te są dzél cekawszé môle do kuszkanió... gwiôzdora fest użgrzéc w nos - je baro wskôzóné. W całoscë, czej sa ókóże, że dół jiny darënk jak ten, co béł zamówiony - chócó może bëc z tim tôczel, bó naszi gwiózdorowie mają na gabie larwa... rzgdowi pokazać slôdk - wiedno chwalebne. Na starosc móże skutkować jaczim kómbatancczim kwita a dwadzesce złotima dodówku do emeriturë... sa spóźnić - spóźnić sa na Nowi Rok? Buten szëku! spac w kuźni - czemu nié? Gwësno je tam cepło, ódżin cepła chópie a jesz co sa przëzarobi, czej chto jaką mëra do pódkucó przëprowadzy... Le dze są te konie...? scëganic - to zanôlégô. Je to abó w belny sprawie? Czë rzeknienié pół-prôwdë to je téż łżélstwö? Wicy pëtaniów jak ódpówiesców... - miec za nick - prówda. Lepi późno sa o tim doznać jak wcale... - mësz w zupie - mnióm! A je ona przënômni tłëstô? - czej surpiesz - śmiało! Précz z póprawnoscą! - plwac w góra - mökré. Kö je wiedzec, że to cygnie nazót do zemi... - miec dzura - samo żëcé. Lepi, czej w buksach, a nié w budżece... - wëswiniec - dozwolone, czej sebie. Bôczënk, czej trafi-ta na jaczégö muslina... - w kömin nalôc wödë - niebezpieczne. Móże tam sedzec jaczi hóllywoodczi swiati M i klosz, co zaóstół... - krzëkngc: Jes të brzëdôl! - niepóliticzné. Lepi zawrzeszczeć: ale jes të piakny jinaczi! - ögród örac w kötë - ? Chiba w Rusëji... - köl spówiedzë gadać szpórt - bédowóné. Wôżné, cobë sa ksażëskó uśmiało... - celng krowa wzgc na bórg - to zależi. Czë krowa mó unijny atest bëlnégó bika...? - noża brwie ögölëc - ale śmiało! Le noża szkoda... - tintą tôflôk óblôc - żimkô sprawa. Je móżno, ga z tego wińdze jaczi pëszny, kaszëbsczi wzór... - usnąć na kôzanim - dobré dló zdrowió. Leno musz je ódecknąc przed kolektą... - do klapsztulë włożëc skło - ópasujta! Skarbówka mó waju na oku... -zamiast w szituz -jic pód płot - czasa tak przińdze. Czej to je leno krajowô paczka do wësłaniô - juleju! -górzi, czej zagranicznó... - w zylcu nalezc gnót - znaczi, że chtos chce waju upitoszëc. Ale że prawie w Nowi Rok...? Nówikszi szpós zrobią nama we Warszawie, czej ten nowi, 2019 przëwitómë z lózniészim mieszka. Usmie-jemë sa tej? TÓMKFÓPKA gwiôzdora fest użgrzéc w nos - je baro wskôzóné. W caloscë, czej sa ôkôże, że dół jiny darënk jak ten, co béł zamówiony - chöcô może bëc z tim tôczel, bó naszi gwiózdorowie mają na gabie larwa... GÖ0NIK2018 / POMERANIA 67 Z BUTNA NAJU RODNE JAZECZI W pöniedzôłk brifka przëwitôł sa ze mną słowama „goeie moarn", we wtórk rzekł „dobré rano", we strzoda „dobro jutro" w czwiôrtk „salve", w piątk „go-edemorgen", w sobota „godmorgen", dopierze w nie-dzela ódezwółsa dó mia pöd kóscoła najim swójsczim „póchwólony". Długo jem nie wiedzôł, cëż zôs je z najim brifką lóz. Kureszce jem sa doznół, że nen chłop wząn sa za nóuka cëzëch jazëków. Z zôczątku jô jemu próböwôł dolmaczëc, że w jegö latach musk je za cwiardi do przëjimaniô nowëch - słówków a gramatików. Młodi to je jinszô gôdka. Ti mają głowë jesz mitczé a jak gąbka rozmajité wia-dła rôd przëjimają. Le nen drëszk so nie dół nick rzec, le dërcha w ksążkach se- dzôł a nëch jazëków sa - ucził. Słowiańsczich, romańsczich a germańsczich. Hewó klarowół mie tak: - Słëchôj, jô wiém, że znające nają möwa, möżemë öbjachac wszëtczé kraje, leno ód tego gódanió to le race fëst bolą. Jó bez przëtrôfk sa nëch wszëtczich jazëków nie uczą. Móm je z namësła a wedle nôuköwégö klucza wëbróné. A nym klucza je prawie naju rodnô gôdka, w chtërny nalézesz drobnotë z roz-majitëch jazëków. Tej, drëch mój lubötny, zdradzył mie lësta jazëków, jaczich sa uczi: - anielsczi - ko wstid a sromóta, żebë w XXI stola-tim negó midzënórodnégó jazëka nie znac, - niemiecczi - në, përzna je słowów z naju gódczi w niemieczim a trocha słowów niemiecczich w naju gódce, króm tego wstid a sromóta nie znac jazëka, wjaczim przódë lat gôdelë naju pëlcköwsczi przodkowie, - plattdeutsch -tec to czasto béł jazëk codniowi gôdczi najich germańsczich sąsódów, jaczi czedës kol naju mieszkelë, nie je to wstid a sromóta, żebë o jejich mowie nie pamiatac? - duńsczi - naju buksë a jejich bukser nie je to jistne? to je wstid a sromóta, żebë nie znac póchódanió całi grëpë najich słowów, - szwédzczi - nie wiedzec, że Pëlcköwiôków mëga grëze a Szwedów myggo, në to je po prówdze wstid a sromóta! - norwesczi - wstid a sromóta krziwazëc norwe-sczé jazëczi, żlë sa duńsczi a szwédzczi znaje, - niderlandzczi - muszi miec szacënk dló nider-landzczich kolonistów, co nama Karwieńscze Błota - ösëszëlë... ko wstid a sro- że znające nają mowa, môżemë ôbjachac Słëchôj, jô wiém, mota, żebë ó nëch zabëc, jistno jak ö Frizach, - frizyjsczi - chto frizyj- ,, sczi jazëk znaje, nen sa wszëtcze kraje, leno ...... ' a rechli anielsczego nauczi, öd tegô gôdaniô a anielsczégó w XXI stolatim to le race iëstbölą. nie znac to doch je wstid - a sromóta! - słowacczi - fejno brzëmi, słëchô do naju słowiań-sczi jazëkówi familie, a pó prôwdze to je wstid a sromóta ze Słowaka pó anielsku gadać! -czesczi - jistno jak ze słowacczim, do te jó jem na Krtećku a Rumcajsu wëchöwóny, a to je wstid a sromóta, żebë o bohaterach z dzecnëch lat za-bëwac, - rusczi -jazëk ze szköłowëch lat, wstid a sromóta, że më sa jego nie chcelë uczëc, temu jó \-\a3ap, stôré uczbówniczi do rusczégó móm z przatra scygnioné, - łacëzna - żebë Iżi bëło uczëc sa nëch wszëtczich jazëków, króm tegó nie je to wstid a sromóta nie rozmieć: Nulla est medicina sine lingua Lotina abö In vino veritos ? Cëż bëło robie? Ötemkł jem jedną budla, pótemu drëgą, tej trzecą... Ko z taczim widzałim poliglotą, jaczim je naju brifka, bez wina jó bë nie béł w sztadze sa dogadać... Tëli Warna rzeka, że nad rena më ju pó chińsku gôdelë, ko ë w chińsczim dó sa nalezc drobnotë z naju rodny mówë... RÓMK DRZÉŻDŻÓNK 71 pomerania.kaszuby 68 / POMERANIA / GRUDZIEŃ 2018 Kazimierz lckiewicz lAttYl HISTORII WOIENNCI 66 KASZUBSKIEGO PUŁKU PIECHOTY IMIENIA MAS SZALKA M3ZETA MUUMkl£GO M«3K.. Intimné Monologi mônolodżi intymne Cezary Obracht- Prondzyński EEiLH RUCH KASZUBSKO-POMORSKI KASZËBSKÔ-POMORSKO RESZNOTA Steru 9Xsn*ficj» OTRZYMASZ Zaprenumeruj „Pomeranię" na 2019 rok w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim DYLEMATY EDUKACYJNE CEZARY OBRACHT-PRONDZYŃSKI Kaszubi Kanadzie . .^7 ; JK, IAK KASZUBI BILI BOLSZEWIKOW Dawno, dawno temu UMiAiaxi> móm za chłopa! Z cebie je ju czësti pögón. Nie wiész të, że to dzys je post? Strëch: Öni mają doch ju zniosłé wszëtczé pöstë. Baba: Jes të, chłopie, bez rozëmu? Za czim të słëchôsz? Wezże rôz rëszë głową, a nié le żołądka. Co to są terô za czasë? Ledwie Wszëtczich Swiatëch minałö, a ju w tëch Żantach danczi są wëstrojoné. A z tegö adweńtu nick më ni mielë. U naszich sąsôdów wszëtczé drzewa tima lampama obwieszone. Ju le ju z tą amerikańską módą... Strëch: Në dobrze białko, môsz prôwda. Mie nôbarżi nerwuje to bezstresowé wëchöwanié. Kö të dzecëska robią z tima starszima, co chcą. Terô to nawet bëlno pö polsku ani po kaszëbsku gadać nie rozmieją. To je leno okej okej, jes-jes, sory i kól. Baba: Në chłopie, jô widza, że pö tim pucowanim w Makdonaldze të zaczinôsz dosc mądrze gadać. Möże jô téż sa tam zaczna żëwic... Strëch: Ale nié białko. Chcemë le östac przë tim naszim zdrów jedzenim. Ni ma to jak te twöje smaczne pôłenka. Białko, a co të tam môsz w tim kösziku? Baba: To je brzôd dlô najich miłëch gospodarzowi Proszą, öbôczta jaczé smaczne jabka! Stôwiają przed sobą kôsz z jabka ma. Muzykańce, zagrôj nama cos wiesołégö! A waji miłi gospodarze zaprôszómë do tuńca. Wszëtczé pöstacje rôczą familia do tuńca. Graje akórdión. Na kuńc wszëtcë sa kłóniają i schôdają z binë śpiewające wilijné żëczbë. Jô köchóm cebie tak jak se Temu baro żëcza ce Bë dobroć lëdzkô cë wiedno sprzija Bë w trudach pomoc ce nie mija. Ref. Jô pragna baro żebë ce Nigdë w żëcym nie szło zle Niech Böżé Dzeckö wniese mir Do rwónëch serc przez wiatrów wir. Jô żëcza tobie bëlno wcyg, Bë smutk wiedno mijôł w mig Niech żale wszedné sa mienią w redosc Dzén kóżdi niese łask bókadosc. Ref. Jô pragna... Jô chcą bë wid rozprôszôł smrok W môlu dze twój stawisz krok, Bës wëbrôł z wszëtczich dróg twójich Ta, co przekrôczô próg nôdzeji. Ref. Jô pragna... KUŃC ś * I Aleksandra i Dark Majköwscë Narodzył sa Zbôwca Naöżeny Marie Józef béł zajiscony. Dowie-dzôł sa, że jegö przińdnó białka spödzéwała sa dzecka. Kö to nie bëło jegö dzeckö! Wie-dzôł, że lëdze badą klaprowac. Udbôł so tej zerwać zrakawinë z Marią. Ob noc miôł równak sen. Ukózół mu sa Böżi aniół i pöwiedzôł: -Józefie, nie rób tego! Bóg wëbrôł Maria, żebë urodzëła Jego Sëna! Dôsz mu miono Jezës. Ön zbawi swój lud ód jego grzechów. Po óbudzenim sa Józef ju ni miół strachu. Nie czerowół sa ju za niżódnyma pludrama. Ożenił sa z Marią, tak jak to bëło zaplano-wóné. Krótko pótemu rzimsczi césôrz, August, roz-kózół, żebë zrobić spisënk lëdztwa. Chcôł wiedzec, jak wiele Żëdów żëje w kraju, w jaczim rządzy, i czë wszëtcë płacą pódatczi. Kóżdi tej muszôł rëgnąc do swöjégö rodnégó miasta abó wsë, żebë sa zapisać. Familio Józefa pöchödzëła z rózdżi króla Dawida, chtëren urodzył sa w Betlejem. Do tego prawie placu muszółjic Józef. Z Nazaretu, gdze terô mieszkół, do Betlejem bëło dalek, wicy jak sto kilometrów. Józefa i Maria żdała baro maczącó i dragô réza. Corôz krodzy bëło téż do dnia, czedë miało sa urodzëc dzeckó. Wzalë ze sobą leno nôbarżi brëköwné zachë, jestku, deczi na zëmné noce, obleczenia dló dzecka, jaczé Maria sama uszëła. Zabrelë ze sobą osła, żebë niósł jima te rzeczë. Tej-sej sôdała na nim Maria, czedë bëła umączono. Jak ju doszlë do Betlejem, słuńce schowało sa za widnik. Maria bëła ju baro słabo. Józef bóczno na nia zdrzôł. Béł ji chłopa i czuł sa za nia ódpówiedzalny. Ni mógł pózwólëc, żebë stała sa ji krziwda. Jak widzôł, że zrobiła sa bladô, zarô zapitôł: - Mario, je to ju czas rodzeniô? -Jo! - odrzekła krótko. Józef pobiegł chutkó do nôblëższi göspödë. Czej nalôzłji gospodarza, prosył: - Dôjce nama jakąś jizba! Moja białka je nie-sama, za chwila urodzy, a noc je krótko. Göspödôrz pókracył głową i nisczim, zdecy-dowónym głosa rzekł: -Wëbôczce! Ni móm niżódny lózy jizbë. Do Betlejem przëjéżdżô tëli lëdzy, że ju kóżdi nórt móm zajati. Spróbujta może schronic sa w stani... Je tam cepło i móżeta ökrëc sa sana. Pö prôwdze w stani béł dlô nich mól. Schöwelë sa tam przed zëmną nocą. Czej przeszedł czas, Maria urodzëła sëna. Oblokła go i pöłożëła do spiku w kumku. Noc bëła cemnó i cëchô. Niedalek, na grzëpach wkół miasta pasturze pilowelë swójich karnów. Tej-sej czëlë bleczenié ówców, a niejedny z nich próböwelë usnąć. Wtim pojawił sa przed nima baro jasny sztrép widu. Swiécył tak móckó, że muszelë zakrëc öczë. Czej je ótemklë, uzdrzelë, że stoji przed nima aniół. Chłopi dostelë strach. Je to jakô ukôzka? - mëslelë. Ale aniół rzekł do nich: - Nie bójita sa! Hewó głoszą warna wiólgą redota! Ti nocë urodzył sa Zbówca, óbiecóny przez Boga. Wstanita i biéjta. Nalézëta môłé dzeckó, co leżi w kumku! Po tëch słowach pojawiło sa wiacy aniołów, jaczé wółałë na teza Boga: - Chwała na wiżawach Bogu, a na zemi mir lëdzóm dobri wölë! Pasturze nalezlë stanią, a w ni Maria, Józefa i dzecątkó w kumku. Doznelë sa, że aniół gódół prówda. Baro sa uredowelë widzące öbiecónégó Zbawicela i chwôlëlë Boga! A czedë wrôcelë do swójich zwierzatów, ópówiôdelë wszëtczim pótikónym lëdzóm ó tim, co rzeklë aniołowie i ó mółim dzecku w kumku. Madrzcë ze Wschodu Do Jeruzalemu przëjachelë madrzcë z Pörénku. Znelë oni wiele krëjamnotów i rozmielë czëtac z gwiózdów. Pitelë sa lëdzy: - Gdze je nowo narodzony żëdowsczi król? Më widzelë na niebie jego gwiózda! - Jesmë przëjachelë jaż ze Wschodu, żebë gó utczëc. Wnetka całé miasto gódało o madrzcach i jich dzywnëch pitaniach. Ö krëjamnym żë-dowsczim królu bëła téż gódka na dworze rządzącego wnenczas króla Heroda. - Urodzëło sa dzeckó, co mô óstac króla? Co to mó óznaczac? Kó to jó jem tu jedurnym króla! Sami Rzimianowie mie zacwierdzëlë na tim stanowiszczu - górził sa Heród. Nie chcół miec w kraju niżódnégö człowieka, o jaczim gódó sa, że je panownika. Zapitół żëdowsczich kapłanów i znajórzów Swiatëch Pismionów, co mówią o tim prorocë Boga. - Mesjósz i Zbôwca mó urodzëc sa w Betlejem - ödpówiedzelë. Heród, czedë sa tegö dowiedzół, natëchsto-pach zawółół madrzców i sczerowół jich do Betlejemu: - Biéjta tam i pitójta ó dzeckó, a jak je ju nalézeta, pówiédzta mie ó tim, żebë jó téż mógł sa mu ukłonie. Madrzcë pójachelë tej do Betlejemu. Pro-wadzëła jich gwiózda, jaką widzelë ju na Wschodzę. Szła przed nima, jaż zatrzimała sa nad płaca, gdze urodzëło sa Bóżé Dzeckó. Baro sa uredowelë. Weszlë dodóm i uzdrzelë Jezësa raza z Jego mëmką Marią. Upedlë na twórz i delë mu pokłon. Późni ótemklë swoje tasze, w jaczich mielë skarbë przëszëkówóné dló mółégó króla. Bëłë to dzywné, bógaté 7 darënczi: złoto, pëszno wöniającé kadzëdło i mirra - bëlno pôchnącô żëwica. Pö pötkanim z môłim króla i jegö starszima madrzcë ödpöcziwelë. Czej spelë, Bóg dół jima ostrzega, żebë nie wrócëlë do Heroda. Kôzôł jima rëgnąc dodóm jiną drogą. Józef téż miôł sen, w jaczim ukôzôł sa mu aniół: - Wstani, wez Maria i dzeckö. Ucekôjta na-tëchstopach do Egiptu. Tuwó żdaje na waju wiôldżi niebezpiek. Król Heród chce zabic Jezësa! Östanita w Egipce tak długo, jaż pöwiém cë, że jesta bezpieczny. Józef zrobił tak, jak kôzôł mu aniół. Öbudzył zarô Maria. Chutkó sa spakówelë i rëgnalë w póstapną długą réza. A Heród, czej doznôł sa, że madrzcë do niego ju nie wrócą, baro sa rozgórził. Bestialsczi król miôł strach ó swoje rządë. Ni mógł óprzestac mëslec o Bóżim Dzecku. - Ten knôpik czedës urosce i weznie mie kóruna - gôdôł do swójich generałów. - To dzeckó je zagrôżbą, muszimë gó zabic. - Ale jak mómë to zrobić, skórno nie wiémë, jaczé z nowo urodzonëch dzecy je tim Mesjasza? - pitelë żôłnérze. -Zabijeta wszëtczich knôpów, chtërny mają mni jak dwa lata - rozkôzôł rozgörzony Heród. Żôłnérze rëgnalë tej do Betlejemu i zrobilë to, co kôzôłjima lëchi król. Czedë Heród umarł, Józefowi zôs ukôzôł sa aniół. Rzekł, że może z familią wracac w ubëtku dodóm, do miasta Nazaret. Knôp w Swiatnicë Pamiatôta, jak Izraelicë bëlë czedës pójmańczikama w Egipce? Pón Bóg wëswôł tedë Móżesza, żebë z jego pomocą uwolnić jich z niewölë. Na wdôr tego wëdarzenia Żëdzë obchodzą do dzysô swiato Paschę, to je Przeńdzenió. Dzakują Bogu za to, że jich uretół. Ten dzeń béł wôżny téż dlô Marie i Józefa. Rok w rok, na zymku szlë do Swiatnicë w Jeruzalemie na Swiato Paschë. Czedë Jezës miôł dwanôsce lat, poszedł tam raza ze starszima. Béł to dlô knôpa wióldżi dzeń. Jidącë wespół z urzmą pielgrzimów baro chcôł na-lezc sa w Dodomie Ojca. Świąteczne dnie chutkó minałë. Maria i Józef a téż jich krewny i sąsôdzë wrôcelë do Nazaretu. - A gdze je Jezës? - zapitała Maria, zdrzącë za knôpa westrzód lëdzy. - Mést jidze z półbratama. Nie jiscë sa, ko znaje droga. Na gwës wëtrafi dodóm -odrzekł spokojno Józef. Ale Jezës nie wrócył dodóm. Starszi knópa zaczalë sa o niego bójec. Drëdżégó dnia wrócëlë do Jeruzalemu, żebë gó szukać. Jezës nalózł sa dopierze ob wieczór w Swiatnicë. Wszëtcë kapłani, chtërny bëlë tej w Swiatnicë, bëlë zadzëwöwóny, że knôp tak wiele wié ö Bögu i jegö prawach. - Dlôcze Të nama to zrobił? Twój öjc i jô z bóla serca jesmë szukelë za Tobą - zapitała Maria. - Czemu wa mie szuka? Kö wiéta, że jô bë miôł bëc tuwó, w dodomie mojego Ojca? -odrzekł knóp. Odpowiedz Jezësa zadzëwöwała Maria i Józefa. Zabëlë o tim, że jich syn nie béł zwëkłim knópa. Rómk Drzéżdżónk Bezgôdköwi dobiwca. Kaszëbskô Nôdgroda Lëterackô Ö tim, że móm bëc nôleżnika kapitułë Kaszëbsczi Nôdgrodë Lëteracczi dowie-dzôł jem sa jadąc z wiwczasów. Z taczim bédënka zazwönił w zélniku Tomôsz Fópka, direktór Wejrowsczégö Muzeum Kaszëbskó-Pömörsczi Pismieniznë i Muzyczi. To prawie ón, czej dowiedzôł sa, że marszôłk Pömörsczégö Województwa rëchtëje Pomorską Nôdgroda Lëteracką „Wiatr od morza", rësził niebö a zemia, bë ë kaszëbs-czi utwórcowie téż bëlë achtniony a światu, chöcbë le nemu pómórsczému, pökôzóny. Chcemë doch rzec prôwda - kaszëbskô lëte-ratura znónô leje w najim kaszëbsczim strzo-dowisczu, a w pömörsczich artisticznëch karnach traktowónô je jakno regionalnô cze-kawinka, pewno czekawô, apartnô, równak czë cos wôrtnô?... Tak tej raza z Bogumiłą Cërocką a prof. Daniela Kalinowsczim mielë më czestnosc wëbraniô pierszégö laureata Kaszëbsczi Nôd-grodë Lëteracczi, do jaczi nominowónëch bëło 7 kańdidatów, dwie białczi: Kristina Lew-na i Magdalena Böbköwskô i piac chłopów: Adóm Hébel, Artur Jablońsczi, öjc Adóm Syköra, Sławomir Förmella ë Stanisłôw Janke. Mëszla, że znajôrze naju rodny pismieniznë, tak jak i më, bë ni mielë wikszégö kłopötu, köguż achtnąc. Më bë rôd nôdgrodzëlë wszëtczich. Nié le za to, że są (za tak co, to le pöliticë nôdgrodë bierzą), nié le za to, że jima sa jesz chce, le za to, co dlô kaszëbsczi kulturë zrobilë, robią a robie mést mdą. Nôd-groda słëchô chöcbë Böbköwsczi a Sykörze za bëlné dolmaczënczi, Heblowi za dokôzë na bina, Fórmellë za öriginalné Wunderwaffe, Lewnie a Jablońsczemu za apartną proza. Równak regla bëła prosto - dobëc möże le jedna/jeden ze zgłoszonëch. Jo, musz sa przëznac, wiele më nie de-batowelë - autór Łiskawicë, Psów, bëlny pöéta, gazétnik, méster dlô wiele młodëch utwórców, béł dlô naji trójczi nym pier-szim z pierszich... Chöc... Möże równak nié, möże chto jinszi, möże debiutant, möże jakô białka, może równak dolmaczéra swiatëch ksagów... Hmm... Kö świat sa nie kuńczi, kó chcemë póżdac, dôjma jinszima czas... Chutkö roznëkelë më wątplëwóscë a 18 ru-jana 2018 roku öbczas uroczëstoscë w dôw-nym kóscele pw. sw. Jana zdrzelë më buszno, jak naju méster Stanisłôw Janka ódbiérô Kaszëbską Nôdgroda Lëteracką. Co dali? Në... Sygnie żëczëc najim wëdôwi-znóm, muzeom, bibliotekom a jinstitucjóm kulturë, żebë w przińdnym roku nëch nomi-nacjów jesz wicy jak latos zgłosziwelë. Je to wëjimk ze wstapu do ksążczi: Stanisłôw Janka, Kaszëbskô dwigô sa w spiéwie. Wiérztë wëbróné wëdóny przez MKPPiM we Wejrowie Dark Majkowsczi Pôetickô droga „Stacha od Janków z Lëpusza" Stanisłôw Janka znónyje Kaszëbóm z rozma-jitëch lëteracczich dzejaniów. Je m.jin. autora kaszëbsköjazëköwégö romana Łiskawica, pölsköjazëköwëch pöwiesców: Żółty kamień, Lelek, Piękniewo, Droga do Korony, wëdôł pôra tomików z wiérztama, napisôł czileset reportażów, lëteracczé biografie Hieronima Derdowsczégö i ks. Léöna Heyczi, dokaże dlô dzecy, binowé pökôzczi... Do te muszimë dodać tłómaczenia na kaszëbsczi jazëk wsze-lejaczich usódzków, a westrzód nich wiera nôbarżi znóné, jaczé dało mu achtnienié w Polsce i na świece - Pón Tadeusz Adama Mickewicza. To baro rozmajité ôrtë pisanió, ale wszët-czé parłaczi wszadzebëtno kaszëbizna, chtërna je u Janczi „firmówim merka" jegö utwórstwa. Miłota do kaszëbsczégójazëka, kulturë i tradicje nalézemë wnet w köżdim jegö dokazu. Tej-sej je öna zapisónô prosto, bez niżódnëch metaförów i östôwianiô placu na interpretacje, czasa czetińcowie czëtają ja midzë wiérztama, ale mało napisôł Janka tekstów, gdze ti miłotë ni ma do częsta. Nawetka öbczas robötë w pömörsczim flastrowóńcu - jak sóm nazwół „Wieczór Wybrzeża", gdze robił w latach 1994-1995, miôł stara zajimac sa przédno sprawama sparłaczonyma z jego lubótną tatczëzną. Nóbarżi równak kuńsztowno wësłowił swoje rozlubienié w kaszëbiznie we wiérztach, ja-czé zaczął publikować ód 1977 r. Łoni minało tej ód ti póeticczi (i óglowó lëteracczi) pier-szëznë równo 40 lat. Z ti leżnoscë Muzeum Kaszëbskó-Pómórsczi Pismieniznë i Muzyczi wëdôwô prawie ksążka, jakô prezentëje wëbróné przez samégö autora usódzczi. Ji titel to Kaszëbskô dwigô sa w śpiewie. Wiérztë wëbróné. Tikają sa te dokazë témów uniwersalnëch i wôżnëch dló kóżdégó czetiń-ca. Prżed jich lekturą rôczimë do póznanió póeticczi drodżi Stanisława Janczi, chtërna prowadzëła go przez 61 lat żëcô i sztërë de-kadë piesniodzejanió. Wszëtkó zaczało sa 20 strëmiannika 1956 roku w Köscérznie, gdze sa urodzył, a tak pó prôwdze w Lëpuszu, gdze mieszkół ód pier-szich dni żëcô. Prawie w ti wsë nalézemë téż pierszé jegó lëteracczé pódskacënczi i lëdzy, jaczim miôł namienioné niejedne swoje wiérztë. Strzód nich bëlë starszi -Marianna i Édmund, chtërny zagwësnilë mu dobré (a bënômni dosc dobré) materialne warënczi i wiele miłotë. Jich óbróz w lirikach Janczi je wëfulowóny cepła i tesk-niączką za tim, co raza przeżëlë w rodny chëczi. Nie je przëtrófka, że to mëmce mó dedikówóny pierszi dokóz w swójim debiu-tancczim tomiku Ju nie jem mötélnikem, a dzeń smiercë ojca (10 rujana 1995 r.) wcyg pamiató w drobnotach i zwie go przędnym mótiwa pówstaniô óstatnégó póeticczégó zbiérku Szescdzesątka. Wôżnó dló rozwiju lëteracczi stegnë Janczi bëła lëpuskó szköła, a ósoblëwie ji czerow-niczka Jadwiga Chrzanowó, co rozlubiła gó w Panu Tadeuszu Adama Mickewicza. Jesz wikszi cësk, móże nawetka nówikszi, miała równak bibloteka. „Przëchôdôł jem w ten mól baro regularno, bö przez wiele lat czëtôł jem dzeń w dzeń nômni jedna ksążka" -wspöminô pö latach i dodôwô: (...) nié szkoła miała cësk na formowanie möjégö charakteru i budzenie zadzëwöwaniô sa świata i żëcym, ale môlowô bibloteka; öd wczasnëch lat dzectwa jô béł prawie pöżerôcza ksążków. To prawie tamö, jô pöwiém symboliczno, rozpöczała sa möja droga öd regionalëznë do uniwersalëznë i wrócenie sa do kaszëbiznë.1 Młodi Stach czëtôł m.jin. dokazë Anë Łaj-ming i Słownik gwar kaszubskich na tle kultury ludowej ks. Bernata Sëchtë, co budzëło w nim miłota do kaszëbiznë. Öbczas lat spadzonëch w Lëpuszu Janka przeczëtôł téż Żëcé i przigödë Remusa Aleksandra Majköwsczégö i przeszedł pierszé pöeticczé szkolenia pöd dozéra köscérsczégö pöetë Stanisława Göstköwsczégö. Bez wątpieniô ta wies, ji snôżô roda, bëlny lëdze östawilë wiôldżi sztapel na lëteracczi drodze jesz młodégö knôpa. Oficjalny pöeticczi debiut Stanisława Jan-czi béł möżlëwi dzaka miesaczniköwi „Pomerania". W jednym z numrów tegö pismiona, w 1977 r., ukôzało sa sétmë kaszëbsköjazëköwëch wiérztów Stanisława Janczi2: Naszô radosc, Nie puszczajme w niepamianc, Niezełganô mowa, Obrôzk, Odpoczink, Pustô noc, Remusów miech3. Dwa östatné autor wëbrôł téż do tegö jëbleuszowégö zbiérku. W tëch debiutanc-czich wiérztach je przédno wëchwôlënk snôżi kaszëbsczi - a przédno lëpusczi - zemi. Czëtinc uzdrzi w ti pöezje ubëtną wöda, ptôcha, co wisy na niebie, słuńce zdrzącé na wszëtkö jasnym öka, chudé piôsczi STANISŁAW JANKE KOL KUNCA WIEKU kara hcmusa 1 Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesątka, Bolszewo 2016, s. 49-91. 2 S. Jankę, Odpoczink, „Pomerania" 6/1977, s. 2. J „Pomerania" 6/1977, s. 2. Title w öriginalnym pisënku. i pöchiloné chëcze. Przédné mötiwë tëch dokazów to zadzëwöwanié snôżotą rodë i ji mira, chac bëcô bezustôwnym dzéla tegö spökójnégö, kaszëbsczégö swiata: Leżec cëchö i zdrzec na trôwka zeloną jak rosce jak szëmi kölébie sa letkö Je téż w nëch wiérztach stara c kaszëbizna i zdôwô sa, że leno öna je örądzą do jiwrów i zajisceniô dlô człowieka zagłabionégö w kontemplacje nôtërë. Öbëdwum tim mötiwóm: snôżoce rodë i biôtce ö kaszëbsczi jazëk, zwëczi i kultura Janka östôł wiérny öd swöji pierszëznë jaż do slédnëch pöeticczich dokazów. Pöjôwiają sa czasa jiné témë, zmie-niwają sa strzodczi wësłôwianiô, metaförë, ale te dwa w miészim abö wikszim stapniu warają öd 1977 do 2017 r. Szesc lat pö lëteracczi pierszëznie pöeta wëdôł swój tomik z wiérztama. 33 dokazë zebróné raza dostałë titel Ju nie jem motélni-kem. Póchödzy ón z usôdzku namienionégö STANISŁAW JANKĘ JU NIE JEM MOTÉLNIKEM matce, chtëren kuńczi sa słowama i Të jesz sę baro dzëwujesz jakże to przeszło żejôju nie jem motélnikem4 Ta ksążka je lëteracczim óddzakówanim z dzecnyma latama, z Lëpusza (Janka prze-cygnął pö zaczacym robötë w „Pomeranie" nôprzód do Gduńska, a późni do Wejrowa), ze starszima. Chöc wiérztë pöwstôwałë w göracym dlô Pölsczi czasu przełómaniô sétmëdzesątëch i ösmëdzesątëch lat, ni ma w nich pöliticzi. Je za to chócle miłota do prawie urodzony córczi Sławinë i białczi Halinę: W cëchą noc w cemną mujkô mie cepłé remia białczi a główka córëchnë ubibónô w biôłi pierznie spiku5 Stanisłôw Pestka napisôł ó tim tomiku, że jego autor zbudowół sobie w nim „lëpuską Arkadia"6, a sóm Janka dodôwô, 4 S. Jankę, *** (Terô czë dôwôsz mie...). W: S. Jankę, Ju nie jem motélnikem, Gdańsk 1983, s. 5. 5 S. Jankę, *** (W cechą noc). W: S. Jankę, Ju nie jem motélnikem..., s. 40. 6 Por. S. Pestka, Lipuska Arkadia i magiczny świat „Marnoty", „Pomerania" 10/1984, s. 29-31. że bënowô cenzura nie dozwölëła mu pisać ö pöliticznëch sprawach. Chcôł w usadzony przez sebie póeticczi krójnie pókózac przemogą jasnëch farwów i „biôłé plachce niedowinnotë, nimö szarégö i pôłnégö bólu i ucemiagów świata, jaczi béł wkół" 1. Wórt dodać, że wiérztë, co sa nalazłë w Ju nie jem mötélnikem, wëbrôł pózniészi drëch i méster pöetë - Bölesłôw Fac. Na pösobny tomik z wiérztama dlô doz-drzeniałëch czëtinców bëło musz żdac jaż do 1990 r. W tim czasu Janka publikówôł w „Pomeranie", pisôł na rozmajité pöeticczé könkursë, wëdôł wiérztë dlô dzôtk8 wëdóné w „niemöżlëwim" dzysô nakładze 20 tës. egzemplarów. Jegö wiérztë bëłë tłómaczoné na rozmajité jazëczi: pierszi rôz w czerwiń-cu 1987 r. wiérzta Trzimanié sa ukôzała sa wturińsczim lëterackó-artisticznym pismio-nie „Musicalbrandé". Na piemoncczi prze-łożił ja Jerzi Wieluńsczi pód titla Ë/ duré. W tim sarnim roku Odżin w nocë wëszedł pó islandzku w tidzeniku „Dagskrain" jakó Vió sprekeldinn9. Dokaże do pösobnégö tomiku pöeta miół zebróné ju w 1986 r. Wespół z kaszëbskö-pólsczim słowôrzka dostała je Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. Na bédënkjich ópublikówanió ódpówiedzała - negatiw-no - dopierze pó trzech latach. Wedle wëszëznów LSW bëła to póezjó za cażkó dló pólsczégó czëtinca10. W 1990 roku powstała równak kaszëbskô oficyna „Kara Remusa" usadzono przez Wójcecha Czedrowsczégó i to prawie w ni ukózół sa dzél wiérztów (21) przëszëkówónëch dló LSW. Titel tomiku Kol kuńco wieku to udba wëdôwcë. Colemało są 7 Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesątka... 8 Por. S. Jankę, Żużónka jak mrzonka / Kołysanka z marzeń, Gdańsk 1984. 9 Por. S. Jankę, l/id sprekeldinn , „Dagskrain" nr 922, s. 8. Ta sama wiérzta ostała téż przetłómaczonô na itaisczi: S. Jankę, Unfuoco di notte, „La Nosa Varsej" 3/1988, s. 2. 10 Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesątka... w nim liriczi namienioné kaszëbiznie, jakô je widzónô nié le jakno jazëk komunikacje, ale wnetka jak obiekt kultu i wiôlgô wôrt-nota, jaką mają uchówac m.jin. czetińcowie ksążczi. Jednym z nôczekawszich dokazów je tu Aniół płakôt, gdze kaszëbsczé słowa są przërównóné do muszków zamkłëch w jantarze, a zadanim czëtającëch ta wiérzta je uretanié jich i nauczenie wësoczégö lôta-niô. Pödobné apele nalézemë téż w jinëch wiérztach, jak chöcle w Dostać mowę w spodkowiznie, gdze czëtiricë są wezwóny do piastowaniô ogrodu, w jaczim roscą słowa rodny möwë. Midzë jinszima dzaka swöjim pöeticczim dobëcóm w 1991 r. Stanisłôw Janka dostôł Medal Stolema. Witający laureatów tamto-czasny wiceprzédnik Kaszëbskö-Pömörsczégö Zrzeszeniô i przędny redaktor „Pomeranie" Stanisłôw Pestka nazwôł lëpusczégö pöeta méstra artisticznégö słowa i przërównôł gö do nôwikszich kaszëbsczich lëteratów, w tim do Jana Drzéżdżona. W 1994 r. ukôzôł sa pósobny tomik Janczi Do biôtégo rena11. Ju pierszô wiérzta (Witôj-taż drëszë) je zôpöwiescą témë, jakô mdze w nim nôwôżniészô. Je w ni wspömink doktora Floriana Cenôwë, słowa Hieronima Derdowsczégö, Trud, Strach i Niewôrto z romana Aleksandra Majköwsczégö Żëcé i przigödë Remusa... To nawlekanie do nôwôżniészich pöstacjów kaszëbsczi rësz-notë i lëteraturë nalézemë téż w jinëch doka-zach, jak chöcle w Zrobić cos dlô kaszëbiznë, chtëren je namieniony Janowi Trepcziköwi. Nômöcni równak patrioticzną nóta czëjemë we wiérzce Swójszczëzna. Czile znónëch mötiwów z Biblie pödczorchiwô w tim do-kazu, że ödéhdzenié öd kaszëbiznë, öd tegö, co domôcé, je zdradą na mödło zdradë Judasza, chtëren pö slédny wieczerze wëszedł wëdac Jezësa, i grzécha jistnym jak zapiarcé 11 S. Janke, Do biôtégo rena, Gduńsk-Wejrowo 1994. Pösłów do zebrónëch tu wiérztów napisôł J. Bôrzëszköwsczi. sa Méstra przez sw. Piotra. I öszmakôj grużla zemi Namikłą krwią I möklëzną swójińców Pomału jakbë të jôdł Östatną wieczerza Tej rzekni słowa Z Ewanielii starków Ni ma nick görszégö Jak zaprzeć sa swöjszczëznë I nie żdżë gödzënë Czej kurón trzë razë zapieje Nié blós kaszëbizna je równak témą wiérztów w tim zbiérku. Mómë tu téż teskniączka do Böga czë bënowé cerpienié12. Jak napisôł w recenzji Do biôłégo rena Jón Zbrzëca: Odwieczne ludzkie pytania, zaduma nad śmiercią, cierpieniem, które doskwiera „nawet bogom na wëżawach", samotnością człowieka we wszechświecie, wtargnęły w obręb poetyckich rewirów Stanisława Jankego. A także zdziwienie własnym zaistnieniem. Na Kaszubach, a nie gdzie indziej13. Przikłada tegö rozmiszlaniô ö smiercë je chöcie titlowô wiérzta zaczinającô sa öd słów: „Zemia nawkół słuńca / A jô köl smiercë sa krąca". Dosc ösoblëwi béł pöstapny póeticczi tomik Stanisława Janczi Piesniodzejanié14. Östôł ön pödzelony na dwa partë. Drëdżi z nich to ze-stôwk tłómaczeniów pölsczich, ukrajińsczich, niemiecczich i japóńsczich dokazów. Wôrt dac bôczenié chöcle na jinwökacja z Pana Tadeusza, bo to béł pöczątk „robötë wkół przełożënku całi pöémë Adama Mickewicza 12 Por. D. Kalinowski, Kaszëbskô Stegna Stanisława Jan-kego. W: Sześć dekad po kaszubsku... 13 J. Zbrzyca, Ars poetica Stanisława Jankego, „Pomerania" 7-8/1995, s. 44-45. 14 S. Janke, Piesniodzejanié, Gdańsk 2003. na kaszëbsczi jazëk"15. W pierszim dzélu Piesniodzejaniô Janka jesz rôz dôł dokôz, że kaszëbizna je dlô niegö wiôlgą wôrtnotą, swójnym sacrum. Niejedne wiérztë są prośbą do Boga, żebë zbawił naji jazëk i kultura öd „nikwë céniô" (Do Ducha Swiatégô), żebë „zwón kaszëbsczi brzëmiôł" (Zôrno Słowa). Öglowö wiele je w tim tomiku ödnieseniów do wiarë, katolëcczich öbrzadów jak Böżé Cało, wezwaniów do Bóżi Matczi. Nie felëje téż rozmëszlaniów ö smiercë, krótköscë żëcô (np. We dwuch widach, Żôlné zwönë). Pierszi dzél zbiérku kuńczi sa równak baro öptimistno i redotno. Swiatsa krący to prôwdzëwô afirmacjô żëcô, zôbawë i smiéchu. Weselmë sa że raza jesmë Czerwöné wino pijmë Z redoscë za race sa wezmë Gabë ful smiéchu miéjmë Dokôz ten stół sa szlagra muzycznego karna Fucus. W 2007 roku Janka wëdôł tomik poezji z leżnoscë trzëdzesti roczëznë lëteracczégö utwórstwa. Pö mie świata nie mdze16 je prze-mikłi kömudą. Mëslë ö smiercë są tu jesz czastszé jak w pöprzédnëch zbiérkach. Wedle pöetë widzec w tëch wiérztach pöczątczi depresje, jakô w całoscë objawiła sa u niegö w 2010 roku17. Wôrt równak dac bôczenié, że nie felëje w zbiérku prób szëkaniô szcze-scô i redotë jistnieniô. Tej chcemë le jesz róz Złapać bëlny dech Wezdrzenim smuknąc Chrzept obróżka zemi 15 Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesąt-ka... 16 S. Jankę, Pö mie świata nie mdze, Wejrowö 2007. 17 Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesąt- ka... Niepójatim szczescym jistnienió Chöcbë le prawie to A dëcht nick wiacy (Midzë nieba a ze mig) Gwësną óptimizna jidze téż ödczëtac w titlowi wiérzce. Pô mie świata nie mdze to nié leno pósobny dokôz ö smiercë, ale téż swójné zadzëwöwanié, że żëcé köżdégö człowieka je apartné, nié do pöwtórzeniô: „W möje stopë tak samö / Ju dëcht nikt nie weńdze". W przërównanim do rëchlészich zbiérków përzna mni je tu starë ö kaszëbizna, ale w czile wiérztach wësłowiony je strach ó ji przedërchanié westrzód lëdztwa, bö (...) ód czasów diagnozę doktora Cénôwë kaszëbizna lepi sa trzimó Na papiorze niżle na swiéżim Pówietrzim westrzódka lëdztwa (Czë bądze taczi chtos) Slédny donądka pöeticczi zbiérk Janczi ukózół sa w 2016 r.18 Lëpuskó-wejrowsczi utwórca miół wnenczas szescdzesąt lat. Nôwicy wiérztów to liriczné wspóminczi z młodëch lat i stôwióné słowama pómniczi swóji familie i wôżnym dlô niegö lëdzóm. Ösoblëwi plac w tim zbiérku mó öjc pöetë. Dokôz ó jegó ödchödzenim sóm Janka pözwôł „kluczową wiérztą z tegö tomiku" i przędnym mótiwa jegó pöwstaniô. Sze-scdzesątka je leżnoscą, żebë syn-usódzca mógł sa zmierzëc ze smiercą ójca w 1995 r.19 Szescdzesątka je równak téż pöeticczim żëcopisa Janczi. Przëbôczoné są póczątczi „Stachówégó pisaniô", co tej-sej dzëwówało jegó rodzëzna, krëjamnotë robótë gazétnika i lëterata i wiele drobnotów ö nim sarnim, wespół z informacją, że mó krew „nul ér ha 18 S. Jankę, Szescdzesątka. Wiérztë. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesątka, Bolszewo 2016, s. 5-48. 19 Zdrzë: Droga z rodnégö gniôzda. Ze Stanisława Janką gôdô Macéj Tamkun. W: S. Jankę, M. Tamkun, Szescdzesątka... < z o UJ h* \s\ imm plus", czasto môłczi i sa zamiszlô, a pö matce mô podatność do depresje [Jô jem dwa razë pustkowi). Utwórca ni mô strachu ödkrëc swöje krëjamnotë, pisać ö religijnëch i ju-wernotowëch wątplëwötach, strachu przed smiercą, ö zmianach w żëcym, ö swöjim pózdrzatku na Köscół i powstanie świata. To dokazë doswiôdczonégö póetë, chtëren ni muszi ju nick tacëc, bö nalôzł „Archi-medesowé öpiarcé"', dzaka jaczému möże pörëszëc świat: Stachu öd Janków Janka z Lëpusza To je moje na wiedno chöc jô sa zminiwóm Co sztërk utacką że jaż nié do pöznaniô Jô öd tego nie ucekna chöcbë jô dostôł Nôwëższi örderë Rzeczëpöspöliti Pölsczi Ta slédnô wiérzta w nym tomiku zdôwô sa bëc bëlnym klucza do zrozmieniô wnet wszëtczich dokazów zapisónëch w tim zbiérku20. 20 Wicy na téma tegö tomiku w: D. Kalinowski, Tylko trzydzieści dwa wiersze... na sześćdziesiąt lat życia, „Pomerania" 7-8/2016, str. 71-73. Wôrtnotą ksążczi Kaszëbskô dwigô sa w śpiewie, jaką wëdôwô wejrowsczé muzeum, są téż wiérztë nigdze donëchczôs niepubliköwóné, abö pözebróné z rozma-jitëch pismionów, do jaczich dzysô dragö je dotrzeć. Na wszëtczé wôrt dac so czas, przemëszlec, tej-sej möże nalezc w nich to, co sa nie widzy, ale przede wszëtczim jic za zamkłima w nich mëslama, próbować ódpówiedzec na pętania tak czasto stôwióné przez Stanisława Janka ob sztërdzescë lat jegö pöeticczi stegnë: ö stojizna kaszëbi-znë, ó wôrtnota tego, co człowiek dostôwô i pöznôwô za dzecnëch lat, ö cél żëcô, jegó kuńc i to, co po naju óstónie. 14 Eugeniusz Prëczkowsczi Spiéwë Bë sa dzało muz. Jerzi Łisk Jô sa cesza dzysô rësza na cwiczënczi wespół. Lubia spiewac, pödskaköwac - bëlny badze zespół. Chto bë prawie w taczi sprawie chcôł téż sebie widzec tej Le smiało, bë sa dzało -stawać z nama w rédze! Jô jem chatnó, w tuńcu skratnô, baro tak cos lëdóm. Badze z wdzaka, z piaknym zwaka - uwidzy sa lëdzóm. Ref. Tej niech lecy pieśń do dzecy pö tatczëznie całi, brzód urodny w mowie rodny niech wëdô wspaniałi. Dodóm muz. Werónka Prëczköwskô Z jigrów wola karasela, zjeżdżać z górë przitczi, różnëch zortów wiele szportów, w autkach jazdë chutczé. Lubia rézë chóc do blizë, dosc dalek ód chëczi, chatno jada na parada, a göscynné znëczi. Ref. Le jim dłëżi réza bieżi -łakótów wnet sygnie, tej jô czëja i rozmieja, że mie dodóm cygnie. Buten, w kromie, w cëzym dómi wkracac midzë lëdzy. Na zabawie, w różny sprawie wszadze fejn sa sedzy. < z u LU h- Ödjimczi muz. T Körthals Cëż za kôrtë tak pożółkłe? - dzëwują sa knôp, dzéwczata. Na nich Lëdze dôwno zmôłkłi. - Czë to naszi są ksążata?! Möżejaczi znóny wöjôrz na ódjimku uwieczniony, abo rodny bëlny dzejôrz za doróbk tak wësławiony. Ref. A to krewny, naszi, miLëchny prastarcë i blisczi jich, tak jak më wieseLëchny. - Östôł tu jich piakny śmiech. Jaczé mëslë öni mielë? Ko jesz dłudżé żëcé żdało. Gwësno zrobiLë tak wiele, jak le jima tej sa dało. A nôbarżi - chto më jesmë -wiémë zdrzącë w te ödjimczi. Temu dërch jim dzaka niesmë przez mödlëtwa i wspöminczi. Ref. Kö to krewny, naszi, miLëchn prastarcë i blisczi jich, tak jak më wieselëchny. - Östôł tu jich piakny śmiech. Pujk muz. K. Körthals Pujk do mie w darënku przeszedł - drobny on, ajaczi welech. Raza z nim do chëczi weszedł uceszny dzecy pörëch. ... Pujka, puj, puj! Ref. Köżdi baro lubi köcé wërgle, skratë i chrapanie, w wąsach jego prima czëcé, kąsk nawet kralów drapanie. Szkoda le, że z te köcątka bëlny urosce köt wnetka, chutczi tej go badze wsządka mógł poza checzą spotkać. ... Pujka, puj, puj! Zawczas dobrze tej je wiedzec, bë wząc kota do pöcészczi, że sa muszi nôprzód zgödzëc - pö pierszé to są öbrzészczi! ... Pujka, puj, puj! Szorëm muz. T. Fópko To wiodro smutné znaczi sle czë to deszczowe jidą dnie? Czë möże słunkö tracy hëc, a psotny wiater rosce w möc? Tej muszi mësLëc, radë szëkac, kö nicht doch nie chce w mökrirm nëkac. A téż dozerac gąbka, öczë czej z nieba corôz möcni piecze. Ref. Szëk natejiwrëje prostëchny nôLeżi w raczka chwôcëc szorëm, farwny i möcny, a letëchny -ön wstrzimô görąc, a chöc sztorëm. Blós czasa to sa zdôwô le że wszëtkö wiodra wina je, że w nim kömuda zdrzódło mô i w nasze żëcé dërch sa pchô. Ta sprawa trzeba öpak stawiać: - ko od se cepłojinszim dawać! Bo nôwôżniészé wiodro w żëcym je w naszich sercach, w naszim bëcym. Ref. Szëk natejiwrëje prostëchny nôleżi w raczka chwôcëc szorëm, farwny i möcny, a letëchny -ön wstrzimô görąc, a chöc sztorëm. < Z u LU h- Zófka Möże dzes sa szrum ödbiwô, żebë mógł sa kąsk rozerwać? Mie cos z bëna wzéwô pöza chëcze wërwac. Fejn bë bëło jic na bale abó na wöjarsczé boje. Le że jakoś wcale nick sa tu nie dzeje. Ref. Në bö chtëżbë dlô uceszbë robił tak jak mie sa widzy?! - Nëże hamuj! Sóm zaplanuj z udbą wińc do lëdzy! Szkoda czasu na czekanie -blós öd jinszich żadac. Darmé to je wëzéranié i mëszlenié marné. Zamiast so na zófce Leżeć i jazgölëc, że świat w biédze, dwignąc sa i öżëc - pierszi stanąć w rédze! Ref. Në bö chtëżbë dlô uceszbë robił tak jak mie sa widzy?! - Nëże hamuj! Sóm zaplanuj z udbą wińc do lëdzy! Róman Drzéżdżón Jes mie dala snik.. żëcô Stegna zapëzgLonô wsebną mëslą öczarzonô gwôsną dôką zdrok zakrëti zataconé w bezpiek bëcé odeszło czej szczestné widë roznëkalë smroczné zwidë samötnégö żëcô spiku sómlubnégö bëcô sniku jes mie dala snik farwniészi jes mie dala snik mądrzészi jes mie dala snik jasniészi jes mie dala snik pëszniészi jes mie dala snik... möji köchóny biolce na 10. roczëzna zdënku 8 lëstopadnika 2018 roku 18 Jerzi Łisk Wiérztë Serdeczno Cebie witómë Serdeczno Cebie witómë Sënie Swiati Matinczi Co żużkôsz na sanuszku Jezësku naj malinczi. Serdeczno Cebie witómë Zagöscë w najich sercach Chcemë Ce köchac wiedno Tczëc wiérno w swöjich checzach. Serdeczno Cebie witómë Nóm öbiécóny w raju Kłóniómë Cë sa kórno Badzë dërch w mëslach naju. •k-k-k Ju sa zaczął nowi rok Stëcznik w öczë nóm zazérô Zôs ö rok jem starszi dzys Nowëch farw żëcé nabiérô W mroźny stëcznik W mroźny miesąc Pierszi rôz jô wcygnął lëftë Mëmka möja wspomina Czej sedzelë më köl Kreftë Że tej smiotë bëłë wiôLdżé Mróz za uszë cygnął lëdzy Zëma trzima za nosë Takô le w wspominku sedzy ~k~kic Nad naszima dargama pö chtërnëch stąpómë słuńce wiôLdżé nieznóny manną pökriwô cwëk bëcégö a të nie zauwôżôsz nijak że Le spósoba jedinym wëgrac można czas zemsczégö wanożeniégö Miłota prôwdzëwô doch jistnieje po prôwdze chöc corôz cażi pöstrzégô ja człowiek nëkając nieöbmësLnie bez jakże krótëchné doczasné żëcé ■k-k-k czej ce sztorëm pönëknął w stronë nieznóné ö sta ni stojące ë pömësLë jak nalezc Stegna chtërną dóńdzesz do dwiérzi w chtërne śmiało mdzesz mógł zaklepac bez strachu że nie óstóniesz wpuszczony do bëna -k-k-k Ni möga cë nijak uLżëc w niesenim krziża chtërenju niejeden człowiek niesc muszôł Dzesątczi mësLów szëmią w głowie jak pömóc jak sprawie bë redosc zazdrza w öczë smutné bë uśmiech rozjaśnił zacësnioné Lëpë Ni möga cë nijak ulżëc aLe je chtos chto mô taką móc Sygnie bios pöprosëc Gó Bo On wszëtkô może ■k~k~k Z uśmiecha natwôrzë Nacéchöwóny decha smiercë Zagatóny w gastwie bezjiscënë Wëchwôlając udôwóną mądrość Wëkracziwającą sa z rakowa głëpötë Jidzesz na chajsta Rozbijając łamiszczowati Zbónk Żëcô Chöcbë mie öczë wëdłëbelë Chöcbë mie Ôczë wëdłëbeLë Ë tak mda widzôł Wicy öd tëch Co le wzérają W tamta strona Gdze głëpötë lëdzczi Séti brzëch Stegna Wieczorny zwón Stegno Po chtërny Starköwie naszi W korkach stąpelë Niosąc wiara Na szchaniach żëcô Trzimôj sa cwiardo W zwönie Ë mowie Co niese chwała O tim co bëło A bëc jesz może Co wiedno badze Naszą nôdzeją Ö tim co bëło A bëc jesz może Choć prosto w öczë Lëché wiatrë wieją Nëkóm we wid Ze skarnią rozżôloną Nëkóm we wid Jak mora Co ödżin widząc Lecy tam Dze bóL Dze zguba Dze smierc Nëkóm wiedno Ë wierzą, wiém Że nie mdze kuńc Czej popiół óstónie le Na grëpce ti Téż może wzeńc jesz kwiat Wieczorny zwón Ju skuńcził swoja pieśń Wieczorny zwón Rozgłosył ju ta wiesc Że żdajesz wcyg Spragnionô möjich słów Że żdajesz wcyg Na uśmiech mój. Wieczorny zwón Ju skuńcził swoja pieśń Wieczorny zwón Rozgłosył ju ta wiesc Że żdajesz wcyg Bë redosc dawać mie Że żdajesz wcyg Bë zabrać ce. Zabierza ce w daleczi snóżi świat Zabierza ce dze miodno spiéwô ptôch Dze morza szum ukłódó pëszną pieśń Dze wiater drëch otuli nas. Zabierza ce w daLeczi snóżi świat Zabierza ce dze miodno spiéwô ptóch Dze słuńca wid wësëszi twoje łzë Dze szczescó skra płomienia wëbuchnie. Kristina Léwna Péda Wszëtczim bialkóm no Kaszëbach! - Kömudno! - rzekła Stazja i szla dali. Ledze nie obżerają sa za se, czej buten je taczi lëft - pómësla, ale żëcé bëlo jinszé: cemné, czôrné i miało wiele dzurów. Köżdi sobie cos tam tlómaczil, a öna żëla z dnia na dzeń i ni mia sëlë, żebë cos z tim robie. Köżdi mô swój zacht! Jeden wiôldżi, drëdżi môli. Wszëtkö cos znaczëlo, ale nié öna, bö co öna nibë mia znaczëc? Czim öna bëla: chtos? Ale chto? Kö öna dobrze wiedza, ale żëcé léze jinyma steg-nama jakbë człowiek chcól, a chcólbë, żebë to szlo prosto a równo. Co to mô bëc? Takö udraka! Kaleczenie słów! A wszëtkö doch je prosté! Jasné! Kaszëbsczé i wóni chleba i chrósta. Co za wiôlgô krëjamnota? Pludro-wanié ö drëdżich na ulżenie dnia. A dzeń: dludżi i nipöcy, wiek sa w nieskuńczonosc. Jakbë go chtos prosyl, a ten sa doi nabrać. Köżdô gödzëna sa sëna jak nudle do zupë. Wszëtkö miało swój czas! Dlugö! Przë piécku sedzenié - dlugö! - Wszëtcë më tak mielë! - gôda Elwartka, ale dobrze wiedza, że Stazje żëcé to nie bëlo żëcé, le udraka, abó i co wicy. To rozdrapiwa-nié jurzącëch sa renów. Ledwo sa cos zagóji a ju drëdżé je rozriwóné. Jak na kole: wcyg nie wiész, co ce spótkó. Stazja urodzëla sa jakbë ze storą twarzą, bó dërch tak samo wëzdrza: splotlé wlosë, órindżi z bursztinu i usmiéch, jakbë nic nie-zdrôdzający, taczi pól-smiéch abó smutne przëtaknienié, jak kól pupë, chtërna dërch wëróżo zadowolenie. Stôri Pipka przëjąl zrakawinë i wëdôl Stazja za Macka, chtëren doch miól gburstwó i baro dobrze sa zapówiódól. Pipka trzézwiôl pó zrakawinach dwa dni, ale bé! ze se baro ród, bó w „dobré race" dówól córka. Z czasa na dobroć wëszla wszëtczim bóka, bó Mack pókózôl swöja richtich nótëra. W nórce chëczë stoją péda, woli ógón - na białka i dzecë, cobë gó kóżdi slëchôl, a bróń Boże, czejbë bëlo jinaczi! Péda - to bél znak rzą-dzenió, wiólgó móc i tëli. Stazja, a jinaczi Móló Mi, bó tak oni na nia we wsë wólalë, zakocha sa w swójim Maćku, chtëren bél wësoczi i försz, nosyl skórzaną, czórną kurtka i jezdzyl na motorze Jawa. Ko wszëtczé bialczi sa za nim öbzéralë. Taczi zaradny a robócy, co to mó nowé budinczi wëstawioné z pustaka, chóc na terô pókrëté to bëlo papą, to późni sa na to co wrzucy. Chléwë ful chöwë; mlécznech krowów, celat i bulów... Majątk, że blós pózózdroscëc. Móló Mi czëla sa baro achtnionô. Wióldżé wieselé, kwiatë i riz na szczescé mlodim... Wszëtkó tak jak trzeba. Blós późni, czej ona mëla kanë ód mléka i ji Mack dërch gôdôl, że bë miała je barżi szorować, że to nie je tak jak trzeba, że wszëtkó muszi bëc wëblakrowóné a nié, że to mó jaczi ósód, że późni nie wiész, czemu oni cë ne dëtczi ód tego biorą... Czedë on w nia rzucól kaną, ona zacza krzëczec. Przedzar ji skóra na kostce i krew sa la. Ona rzekła, że wszëtkö zrobiła dobrze, ale on jakbë nie wierzil i rzu-cyl kaną jesz rôz ó gank. Wëlalo sa mlékó, a óna szla w chëczë. Czëla sa nijak, tak jakbë ja chtos budzyl z jaczégós snienió, ale óna - uchwóconó nokcama szczescó nie chcą wëpuscëc, bö wierzą w milota. Ta milota, ö chtërny tëli czëla, że murë przënôszô, że wszëtkö móże i na kuńcu, że nawetka smierc pökönëje. - Stazja, czë të jes glupó, czë móże ze mną je cos nié tak? - spita sa ji muter, ale ta spuscëla öczë i rzekła, że mdze mia dzeckó. Terô ju nie mdze tak, jak rëchli... Ön mdze dbôl... Kö to doch je człowiek! - doda Môlô Mi, ale sama nie wierzëla, że on sa zmieni. Jedno, drëdżé, trzecé dzeckö niczego nie zmieniło, blós pojawiła sa péda, chtërna stoją sztolc w nórce i nibë tak na köta... Kötów Mack nienawidzyl, gôdôl, że mają mëszë lapac, a nié po stole lazëc. Darmözjadë! - wrzeszczôl. Temu téż Stazja wiedno opasowa, żebë on blós na żódnégö köta nie trafił, bö zarô gö chwôcyl i rzucôl na dak. Zwierza jaczëlo i skomlało. Bójalo sa wësokóscë. Miało podkulone ógón i szukało drodzi na dól. Stazja bra drąg i pödstôwia gó kotu, chtëren schôdôl ostrożno i pómale. - Nie rëczëta! - rzekła do swójich dzecy, chtërnym żôl bëlo zwierzątka. - Kötë są mądre i wiele mögą strzëmac - dopöwiôda. Wieczorë téż nie przënoszalë ji żódnégö wëtchnieniô. Zanim przeszła ód dojeniô krów i posprząta w kuchni, a późni jesz w ła-zence, tej ju ni mia sëlë, żebë zmówić pôcérz. Czasa ji sa snilo, że ja dërch gónią i wrzeszczą: Stazja! Jesz tego ni mósz zrobione?! Stazja! A z tim czedë chcesz sa zmierzëc?! Po taczi nocë budzëla sa zmóklô i midëch. Ale kurë pialë i budzëlë białka. Ta zôs zwlekła sa z łóżka. Wszëtkó zaczinalo sa ód początku. Terô bëlë żniwa. Mack miôl wicy robötë i nerwów. Dërch wrzeszczól, że wszëtkó jidze za pómale, że wszëtcë są zgnili i nieuklëczny... Stazja schóda mu z óczów, ale ón i tak ja wiedno namierzil i sa na nia wëdzar, że to przez nia jima tak pómale jidze, że ona za mało robi, że je dërch prosnó... - Të do mie gôdôsz, jak do zwierza! - ona sa ödwôżëla mu ódpówiedzec i tim sarnim pöczëla péda na swóji skórze. Mack ömiészôl ji prosto przez gaba. I rzek, że ni mô wicy mu pësköwac, że jegö to nie öbchödzy, co öna mô mu do pówiedzenió, öna mô robie i nick wicy! On tu na wszëtczich nie mdze sa urobiól, ön téż le blós je człowieka i nie öbchödzy gö, w jaczim ona je stónie, ni mô sa cążą zasłaniać. Öd terô mô so zapamiatac, że péda nie je blós na köta! Stazja óbezdrza sa w szpéglu; wölô skóra przedzarla ji lësëna, köl öka bél módri, spuchli plachc, chtëren nabrzmiéwôl i zachôdôl na brwią. Pölożëla na to racznik umoczony w zëmny wodze, ale to jakbë wcale nie ujmowało bólu. W sobota Mack sa ögöliI i często óblek. Chwócyl swoja skórzaną kurtka. - Gdze të sa wëbiérôsz? - spita sa go Stazja, ale ten ji ödpësköwôl, że ni mó sa interesować. - Autół më bë móglë kupie, tej jô bë so mögla z tobą wëjachac - ona napómkla, a ten ji, że dżerë chodzą piechti, że ni ma jesz tak dobrze, abë chtos swinsczé stworzenia wózyl. - Të nie jes żódnô królewó! - on dodôl i ódjachól. Kol drëdżi mótór wjachól na podwórze. Mack wlôz w łazenka. Zaczął smrodzëc, a późni szed so legnąć. Reno Stazja zôs muszala pó nim sprzątać, jakbë on sa nigdë nie nauczil robie tegó sóm. Nôprzód óstawil wszëtczé mókré lumpë, a terô ösmrodzony cali szituz. Sóm baro lubił czësto. Wiedno pöwtôrzôl, że to swiôdczi ó człowieku, czë w checzach je pösprzątóné, czë nié. Kól jednôsti göspödôrz sa wëgramólil z wërów i rzek, że je niedzela i do kóscola trza nëkac. - Jô dzysó nie jida I - rzekła Stazja - bo je za ceplo i jô sa nie czëja dobrze. - Në, nie zmuszôj mie, żebë jô cë jesz muszól do kóscola prosëc! - wrzas Mack. - Kö të doch ni môsz nick jinszégó do robótë! Chto mdze późni dból o twoje zbawienie? Co të rzeczesz Bógu: że cë sa nie chcalo?! - Ale jô ni móga sa pókazac z taką modrą gabą! - oznajmiła Móló Mi. - Możesz, możesz! Staniesz so w krëchce, nicht nie zauważi, a nie zmuszôj mie, żebë jó cë jesz muszól poprawie. Stazja zapakówa jedno dzeckó do wózyka, a dwóje starszich szlo stroną niegó. Droga kóscelnô wëdówa ji sa pieczelno dlugó i maczącô. Nodżi sa purgalë w piósku, a kola utikalë co sztócëk w tim mitczim pióskówim pulwrze. Kól kóscola doszed ja glos mótóra, to bél Mack, chtëren téż na msza przëjachôl. Móló Mi stana so w krëchce i ópiarla pukla ó zëmną scana. Chłód cegłów przechódól na ji zmokłe cało. Bluzka klejila sa róz do ni, róz do scanë i to sprówialo ji përzna uldżi. Przed kunca mszë, Stazja wza dzecë i weszła z kóscola tak, żebë sa nie mijać z żódnyma lëdzama, żebë sa ji blós nicht nie pitol, co ji sa stało w gaba. Spuscëla głowa i prze-karowa przez wies, późni, jak ju sa dosta na „swoja droga" mogła łeb podnieść. Dzecë nie rozmialë tegó, że nie dostalë nick miodnego do pico pó kóscele, bó to doch bëlo nôwôżniészé w tim wszëtczim, że wiedno w niedzela Stazja kupią jima pó wióldżi budlë oranżadę. - A dzysó më nie jidzemë do krómu! - la-mentowalë. - Na drëgą niedzela jó warna kupią pó dwie budle picô, ale terô më sa muszimë përzna póspieszëc, bó doma je ful robötë. Przë stole Stazja dozdrza, że ji Mack mó pögrëzlé całą szëja i spita sa gó, gdze on wczora bél i chto mu ne miłosne znaczi zrobił? - Në chëba nié të! - ódrzek ji frech i dali jod zupa z kurë. - Co za knur! - pömëslala Stazja, a serce ji zabolało. - Co jesz ona bë mögla robie? Ko wszëtkö doch krący sa blós wkól Macka i jego gospodarstwa, ona doch sa nie liczi, ale żebë on sa jinszą baba nasztramówól? Ko to doch je ju za wiele. Stazja wsta ód stołu i szla so sadnąc pod klón w cénią. - Të môsz dobrze - rzek złoslëwie chłop. - Cë sa nawetka nie chce pö pôlniu posprzątać! Taczé zgnilé babskó, blós bë sedzalo a ödpöcziwalo. Jô so wząn niegödzëjôsza! Môlô Mi nick na to nie rzekła. Nie chcalo ji sa z głëpca gadac. Wëszla z chëczów i szla so sadnąc pöd stôri klón. öpiarla glowa ö bóma i zamkla öczë. Slëcha brzaczeniô öwadów i kôrkaniô kurów. Wiater letkö zawiéwôl ce-plim, letnym lëfta. W brzëchu pörëszëlo sa dzeckó, a óna pósmuka je swöjima zrobiali-ma rakama. - Żebë të blós wiedzól, mój mulku, jak tu je - rzekła pö cëchu do se - żebë të le blós wiedzôl - doda. - Żebë të blós nie bél dzéwczëca... knôpi mają Iżi. Pózni znëka so mucha z nogów, chtërna upiarce ja maczëla. Pósmukna swöje ji-kra i wëczëla nowégö żëlaka. Terô wiedza, czemu ja tak szpérë swadzëlë a pieklë. Jesz jeden żëlôk wëwalony na wiéchrz, nabrzmiali i módri wil sa swöbódno midzë wlosama, chtërne chcą so zgölëc, ale Mack schówôl przed nią swoja maszinka do göleniô. Z negö rozmëszlaniô wërwôl ja krzik dzecy, chtërne wölalë mëma na retënk, bö kót.., bö mia ju przëczadzëc i öbezdrzec, co sa z jich kötką stalo. Stazja ni mögla w to uwierzëc: Mack öklôdôl kótka pédą. Pufka sa ju nie rësza, le östatnyma sëłama kladla lepk na podłoga, a ten jesz to zwierza bil. - Nie mdze mie tu lazyl po stole i z talérzów zlizywôl! Jô nie jem żóden pies i pó kotach nie mda jod! - Dój póku! Östawi! - wrzeszczą Stazja, ale ten nie zwrôcôl na nia uwódżi. - To je twoja wina, bo miast sprzątnąć pó pólniu, to të so szla pód bóma sadnąc! Zgnilé, szczërzaté babsko! A jo tu! Jó so dóm rada! Jô wama wszëtczim ne rozëmë wëproszcza! Môlô Mi chwôcëla kóta, ale Mack ji go wërwôl i czadzyl z nim prosto w gnój: - Tam je jego plac! - dodól i ódpólil mótór. Dzecë zdrzalë na leżącego na gnoju kóta i baro krzëczalë. Chcalë pó niego lezc, ale wkól bëlo ful krewi i Stazja zakóza jima tam wlóżac. Późnym pópólnia wczwórda sa stóró Pipkówó, boji bialczi na różańcu gôdalë, że Stazja mia często módrą gaba. - Ala weter, dzeckó - rzekła stóró - co ón cë zrobił? - To nic, to ju sa rozchódó! Dobrze, że ón mie óka nie wëtluk, tej to bë dopierze bëlo -odpowiedzą Móló Mi i wza storą do kuchnie na kawa. - Jó nie przeszła na kawa, jó blós bëla ce-kawó, czë ne babë nie zmiszlają, bo të wiész, to ju terô caló wies gódó, że ón ce miól pobite. Za czim të dzysó do negó kóscola lazła? - spita sa stóró. - Bó ón mie kózól! Dzecë przëstąpilë do Pipkowi, ale ta pösznëkrowa pó taszach i rzekła, że jima nick nie przeniosła, że nie bëla w żódnym kromie i nick doma ni mia. Dzecë ja zaprowadzëlë do kóta, żebë óna chóc përzna póradzëla, bó doch ni móże bëc tak, że jich Mimka na gnoju leżi. Öne bëja zaköpalë i pózni pamiatalë, gdze je zagrzebónó, a tak na nym gnoju..., chto mdze pózni wiedzól, gdze i w ogóle. - Co to muszi bëc za sërélc, żebë cos taczégö zrobić! - rzekła stóró, ale pó zwierza na gnój so nie da. - Pó Mimce chodzą muchë, wez cos z nima zrób! - prosëlë dzecë, ale stóró chwôcëla je za race i zaprowadzëla bënë. Pomogła jesz Stazji wëdojic knadżi i zebra sa pód dodóm. - Jó ce odprowadza - zabédowa Móló Mi, ale stóró dzakówa i góda, że nie trzeba, że ta sa mó jic lepi legnąć a ódpócząc. - Jó ce odprowadza tam, do przéczny drodżi, to nie je dalek - oznajmiła i poda stóri tak pó cëchu satka, żebë dzecë nie zmerkalë a pózni nie rzeklë Maćkowi. - Nic mie nie dawój! - rzekła stóró. - Ön cë za to werżnie, a to nie je tego wórt! - Wez, a nie jiwruj sa terô, bó dzecë mu rzeką, że të z taszą lazła dodóm - odpowiedzą pó cëchu Stazja i przëlożëla wskazëjący póle na lëpë. W taszi bél wek zylcu i dwadzesce jajów. Sta-zja wiedza, że Pipköwö mô dobré serce, ale nigdë nie trzimalë sa ji dëtczi, ni mia raczi do göspödarzeniô. Wëda wszëtkö w pôra dniów, jakbë miesąc miôl dwie niedzele i zôs żda za emeriturama. Pod kurie drodżi bialczi sa rozeszlë. Stôrô rzekła: „Z Boga!", ale po tim, co dzysô widza, to ju sama nie wiedza, czë jesz mô jaczi cwëk to ji „Z Böga". Szla drawö dodóm, a w głowie uklóda so to, co swojemu chłopu pöwié: czë mô mu rzec prôwda, czë nié? Móże gö lepi nie mdze denerwöwa? Móże mu ö tim rzecze, ale tak jakös pól prowdë abö përzna, a to udô, że wszëtczégö nie czëla, abö zepchnie na swój słabi wid. Ko sama nie wiedza, ale cos rzec muszi. - Żebë blós nen ji sa nie zdenerwöwôl a jaczégös zawału nie dostôl abó co - mëslala. Timczasa Stazja sadła so na miedza. Öbzéra zachodzące slunuszkö i przëzéra sa mödrôkóm, chtërne östalë na lëdzënie. W lepie mia szum. Wrôcalë do ni słowa wëpöwiedzóné przez chłopa; nieuklëcznô, czidlô, nieporadno, zgnile, szmura, niedoczegus... Słowa krążëlë pó głowie w jednym wióldżim wirze i nie chcalë nijak öpuscëc lepa. Białka chwôcëla sa za uszë, jakbë nym szëka chcą je zahamować, ale nijak to sa ji nie udówalo. - Czë ona naprówda takô je? - pita sa sama se pö cëchu i ju sama nie wiedza, co bëlo prówdą, a co nié. Czej doszła do chëczów, urzasla sa baro, bo nie bëlo dzecy. Wola je glosno, ale nicht nie ödpöwiôdôl. Wola jesz barżi i obeszła cale gospodarstwo. Dzecë stojalë kól gnoju i öbmiszlalë, jak scygnąc swöjégö kota. - To bëla baro dobro kotka - rzekła Stazja - takô łownô a czëstô. Szkoda. Naprówda szkoda! Dzecë przëcësnalë sa do mëmë, a ta pósmuka je pó głowach. Mack nie przëjachôl dodóm na noc. Dopierze reno zacząn sa wëdzerac na podwórzu. Zós tłuk knadżi i rzucôl wabórkama, jakbë jinaczi to sa nie dalo. Ob wieczór zós przëcësna do nich Pipkówó, ale tim raza Stazja nie bédowa ji kawë, bo wiedza, że Mack nie lubi, czej ona sedzy z móką. - Jakbë tego të ni mogła chlap-nąc tak, prosto, jednym szluka i lezc dali! - wiedno ji pöwtôrzôl - co za ölér z jedną taską kawë! Sedzy a sa delektëje! Blós czas marnëje i nick wicy! Stóró wza Mólą Mi na strona i pöwtôrzô, co we wsë lëdze gódają: że ten ji zajéżdżô do gdowë pó Michu, że ón sa tam richtich jak-bë wprowadzyl, że jezdzy z Michówą na nym swójim motorze, jakbë bél kawalera i.... - Nie gadój mie ju tego! - oznajmiła Stazja - mie naprówda tëch nowósców ju sygnie! Ale wieczór Stazja oznajmiła Maćkowi, że ón sa lëchö férëje i że ona je w stanie wszëtkö strzëmac, ale nié cëzy babë. Ten dostól szalu. Wrzeszczôl, że to wszëtkó przez na storą czarownica, chtërna tu dzysó bëla, biedną i falszëwą Pipkową. - Jó jem białka stworzono do kóchanió! -rzekła mu Móló Mi i widza, jak ón öbzérô sa za pédą. -Të szukósz?! - rzekła rwónym glosa, ale ten nie spódzéwôl sa, że cos ni móże stojec na swójim placu. - Biją słabi! - rzekła i zamkla dwiérze. Późni czëla, że ón wëjachôl mótóra. Öna krzë-cza. Milota żëcô! Wióldżé co? Upokorzenie i cażór. Robota i piekło. Wszëtkó w jednym kocie. Ale żól ji bëlo, że ón wëjachól. W głowie rojilë sa mëslë, chtërnëch ni mogła uspókójic. Widza jegó i ja. Dwóje szczestlëwëch lë-dzy. Usmiónëch i zadowólonëch z żëcô, jak na ta wiadomość. Bezradność z cerpienia pórodowim milëlë ji w lepie. Przëjacha dodóm i wëja dwalatną Agnieszka z wózyczka, żebë zrobiła plac swóji sostrze. - Nic nie jes wórt! - rzek Mack - nawetka knôpa të nie jes w sztadze urodzëc! Karolëna Serköwskô Martina „Glejóczi to karno guczów westrzódköwi sy-stemë nerwów pöchödzącé z mödrzéniowëch kömórków"-jô wëczëta w internece na drë-dżi dzeń. Le jak to? Dlôcze? Prawie Öna? Jô nie chca w to wierzëc. Równak to bëła prôw-da. Nie wiém czemu, le taczé dosta zadanie - zmierzëc sa z tim wszëtczim. Jô nie lubią Ji öd pierszégö wezdrzeniô. Może to stereötipë wlazłë mie tak möckö w pódswiąda, że miała jem dorazu swój pózdrzatk na to, co późni okazywało sa czësto jinszé. Dopierze z czasa jô sa nauczëła jich wëzbëwac. Gwësno te czerwöné włosë, tedë jesz dosc krótczé, tak do szëji, zdôwałë mie sa falszëwé. Jô widzała, że Ona je uwôżnô, dało sa to wëczëtac z Ji öczów. - Nie je to czasa chöroblëwô uwôżnota? I czë ten miłi usmiéwk nie je przeniewiérny? - chödzëłë mie pó głowie pętania. Po prôwdze nie wiém czemu, bo tego dnia jô pöznôwa wiele wiacy lëdzy. Dlôcze to Öna rzucëła mie sa w öczë? Dërcha nad tim mëszla. To béł rok ful zmianów. Nowô szkoła, nowo klasa, nowô wëchöwawczëni. Nowé öbrzészczi. Nowi etap w edukacji. A téż w żëcym. Ni ma sa co dzëwic, liceum to czas, w jaczim kuńczime bëc dzecama, stôwómë sa corôz barżi ödpöwiedzalną młodzëzną. Na ógle tak je. Tedë pöznôwómë téż nowëch drëchów i pierszé miłoscë. A mie trafiła sa klasa, w jaczi niewiele bëło knôpów. - Në jo, humaniscë..." - jô so pömësla. - Ce-kawô jem, czë më sa tuwó nie pözjôdómë, same dzewusë... Biwało rozmajice. Kuńc kuńców nie bëło równak tak lëchö. Kóżdi nalózł plac dlô se i zjiscywôł sa pó swojemu - jeden we wnetk nick nierobienim, jiny w szukanim sebie, a jesz jinszi w zwëskiwanim z bökadoscë nóuczi, jak leno sa dało. Do tegó trzecégö karna nôleża prawie Öna. Moje mëslë w pierszim dniu nóuczi, zarô pó zaczacym szkółowégó roku, bëłë zgubné. Ji usmiéch béł żëczlëwi. Chutkó pókózała swoja chac do dzejanió, do órganizowaniô, do wëmësliwaniô, do pómóganió... Bëła cëchô i skromno, le ódwôżnô. Öbëczajno i serdeczno, le maklewno włącziwała sa w żëcé naszi klasë, a téż szkółë. Wiedno brała udzél w wôżniészich uroczëstoscach. Nie wdórzóm so, żebë czedës odmówiła pómócë, nawetka drëchówi, co „nie zdążił" odrobić domowego zadaniô na czas. Më sa nie trzimałë wcyg raza, jak czasama je z drëszkama „na smierc i żëcé". Przënôm-ni nié w tim czasu. To jesz miało przińc. Më sa baro pölubiłë. Czë to przë organizacji jaczégös przedstôwku, czë przë szköłowëch rozegracjach, czë óbczas czekaniô na uczbë. Miała jem czëcé, że më sa dobrze rozmie-jemë. Że mómë pódobné wezdrzenié na swiat, chóc, pódług mie, më sa baro ji-naczëłë. Czasa je tak, że chtos pöchôdô z „jinszégó świata" jak të, le czej z nim kôr-bisz, cos taczégó wisy w lëfce, że możesz z nim gadać ó wszëtczim. Ö wszëtczim më nie gôdałë, le jô wiedza, że to bë sa dało. Trzë lata chutkó zminałë. Jak jó bëła dzéwczëca, starszi lëdze mie gôdelë, że czej chtos kuńczi spódleczną szkoła i za-czinô póstapną, tej to jidze coróz chudzy, a przënômni tak sa nama zdówô. I pó prów-dze, sama jó nie wiedza, jak to sa stało, że przed nama bëła ju matura i, jak to sa mą- drze pöwiôdô, „egzamin dozdrzeniałoscë". Dlô Ni nie bëło przibiorów, z jaczima bë so nie dała radë. Ze mną to co jinszégö. Nôbarżi jô mia strach historii. A matizernoga! Jak te datë mie nie chcałë jic do głowë! Jô je do ni pcha i pcha, a one, chöc długö wchôdałë, baro chutkö wëpôdałë. A terô zrozmiec, ö co szło w tëch wszëtczich rozjimnotach, pödzélach, chto jaką wzął zemia i chto komu pödlégôł! Cażkó mie z tim bëło. Le miała jem szczescé. Öna obieca mie pömöc. - Badzemë pötikac sa regularno, co tidzeń, wiedno w piątk pö uczbach - rzekła mie, czej jô sa jadłobiła, że ti maturę nie zdóm. - Jô bada przëchôda pöd twój dodóm i wkół lasu badzemë miałë szpacéra. Nasze musczi sa dotlenią. Chödzącë, bada tobie wszëtkö z ti historii wëkładac. Mómë jesz czile miesacy. Udô sa. Dlô mie to téż badze powtórzenie. Tak téż sa stało. Je wiedzec, że ókróm historii, më miałë jesz jinszé cekawé tematë. Tëch wanogów bëło dosc tëlé, më mögłë sa lepi póznac, dowiedzec sa kąsk wiacy ö sobie. Mie sa zrobiło cepło na sercu, czej jem zmerka, że möga ji wierzëc. A jak Ona mie wszëtkö wëwidnia! Historio zaczinała bëc dlô mie cekawą öpöwiescą ö dôwnëch czasach, a nié leno zbiéra datów. To béł piakny czas. Matura z historii jô zda. I jô ja nawetka polubią. Bo jak sa do czegoś abö kögös przënacymë, to zaczinómë to cos abó tegö kógös lubić. Taczi dokôzënk je w móji ulubiony ksążce. Öna téż ja lubią. I baro lubią czëtac. Wiele czëta. Wiele wiedza. Bëła baro mądrô, chöc nigdë sa nie mądrzëła. Nasza znajemnota nie skuńczeła sa na wëżigimnazjalny szkole, jak w wiakszoscë przëtrôfków. Terô öna sa dopierze zacza rozwijać. To bëło pöspólné chodzenie na zôbawë. Fotograficzne sesje. Kulanie sa w jesennëch lëstach. Wëjazdë za gard. Szukanie nowégö czitla. Płëwanié w basenie. Gotowanie. Szma-kanié restauracjowégö jestku. Picé wina. Ötmikanié gö bez ótmikacza. Dobieranie pasownégö öbleczënku i malënku. Gôdczi do późna. Smiéchë i usmiéchë. Szpörtë. Öpówiôdanié ö óstatnëch zdarzeniach, krëjamnotach, nôdzejach, snieniach. Doradzanie w stojiznach bez windzeniô. Szukanie wińdzenió. Pöcészanié. Wësłëchiwanié. Nieöbtaksowiwanié. Odwiedzanie. Skłôdanié żëczbów. Dôwanié darënków. Pisanié dedi-kacjów w ksążkach. W jedny z nich Öna mie napisa: Nasze żëcé je jak ucékajgcô bana... Wiedno gdzes ji pöspiéwno... I wiedno gdzes sa spózniwô... Czasama przejéżdżiwô przez stacyjczi, te nôpiakniészé... Nie widzy môłëch rzecz i... Chtërne sprôwiają, że nasze żëcé je taczé piakné Czasa na wiôldżich stacjach przez rutë ôbzérómë tłok... Lëdzy, co przëchôdają i ödchôdają... Łizë z rozestaniów... i usmiéchë przë przińdzenim nazôd... Na rozmajitëch stacjach splôtiwajg sa nasze iejinë żëcô Nierôz möckö plqczq sa, bë jistniec w jedno-ce... I ju do kuńca östac raza... A czasama nadchôdô rozdarga... Snôżé banë naszich gónów i snieniów... Naszi wiarë i nôdzeji... Sprawi, żebës wiedno miała przesuwnice swöjégö kawla... Bës dzaka swôjim gónom miała w se cepło I wseczëca... i nigdë nie czëła, że stojisz sóm-no na jaczis stacyjce... bö wiedno nałéze sa chtos, Chto z Tobą pöczekô... I tak minało nama wicy jak dzesac lat. Më znałë sa na tëlé dobrze, że ju pö wezdrze-nim jedna wiedza, co mësla drëgô. Słowa nie bëłë brëköwné. Dlôte tegö dnia Öna zarô widza co je lóz. - Le spokojno, nie zdrzë tak na mie, jô jesz nie umiéróm! - rzekła dorazu po tim, jak opowiedzą ö ti chöroscë. - Z tim można dobëc! Przëriomni na jaczis czas pöcésza Ö co tuwö jidze? - przeszła mie mësla. - To Ona pöcesziwô mie, miast żebë jô pöcésza Ja? Doch to Öna je chörô, nié jô! Le pö prôwdze riie bëła jem w sztadze Ji pöceszëc. Nawetka nick pöwiedzec. Spadło to na mie jak wiôldżi stolemny kam. Taczi, co nie je do udwigniacô. Le Öna ju sa z tim dali mie pogodzą. Badze biôtköwac. Chce dobëc. Nie pöddô sa. Móm sa uspökójic... Ji słowa ödbijałë sa öd möji muskówi kórë i twörzëłë pögłos nié do ucëszeniô. „Glejôczi to karno guczów westrzódköwi systemë nerwów pochodzące z mödrzénio-wëch kömórków"-jô wëczëta w jinterne-ce na drëdżi dzén. Le jak to? Dlôcze? Prawie Öna? Jô nie chca w to wierzëc. Równak to bëła prôwda. Nie wiém czemu, le taczé dosta zadanie - zmierzëc sa z tim wszët-czim. Tak zaczął sa nowi rozdzél w Ji żëcym. möje körzëstanié z Ji bëtnoscë. Z uśmiechu. Z möżnotë braniégö udzélu w Ji żëcym. Öbzéranié ti cażczi biôtczi. Zdzëwöwanié Ji sëłą. Mądroscą. Zgodą. Pokorą. Wcyg chcała wiedzec, co u mie. Nie dôwa pć> sobie poznać, że nót je szëköwac sa do ödéndzeniô. Öna czëła, że ta bana nie mdze za długo stojała na banowiszczu, chóc tak sposobno sa na nim raza czekô. Żëcé sprôwiô nama niespödzajnotë. Na niechtërne zdarzenia czekómë. Rechujemë lata, miesące, dnie, gödzënë, minutë do jich zjisceniô. A tedë zdôrzô sa, że nie przëchôda-ją. Pitómë: dlôcze? Doch më robilë wszëtkö jak sa słëchô. Ödpöwiedzë téż ni ma. I muszimë to östawic abö samému sobie dac przëczëna. Są téż taczé sprawë, jaczich mómë strach. Nie czekómë na nie, a wiémë, że öne w köżdim sztócëku mögą przińc. Nie chcemë w nie wierzëc. Le öne przëchôdają. Möżemë sa nie zgadzać, to nick nie dô. I ni ma co szukać nowëch ödpöwiedzów. Stoją nad Twöją kulą. Wid ju zgasł. A jesz pamiatóm ten uśmiech. Plachcowatą skarń. Swiécącé öczë. Czerwöné loczi. I dobré serce. Zdrzącë na Twój ódjimk ze slëbu, na jaczim wëzdrzisz jak Zelony Janiół Żëcô, wierzą, że badze tak, jak Të mie żëcza lata temu na Gödë: Żebë bëło cepło, nié zëmno. Żebë chtos nie zgasył widu. Żebë pömaklac niepömaklónëch sztótów i żebë widzec przińdnota i uszłota [...]. Ana Skötnickô Ö kaszëbiznie jesz rôz (östatny rôz) Aleksander Majköwsczi chwôlił Remusa za to, że: „Gôdôł ön [...] rzetelnie pö kaszëbsku», a to co óstawił napisóné: „pi-sóné bëło czësto pö kaszëbsku, a nié, jak to naszi lëdze zwëczajnie piszą, pół z polska, pół z kaszëbska - co je smiéchówiska, jak köżdô niedowarzonô rzecz». Taczi z polska pó kaszëbsku pisanie Florión Cenowa pözywôł: „czidanié". Dzysészi kaszëbsczi utwórcë co-lemało wszëtcë nôpierwi gôdelë pö pólsku, a tej jaż pö kaszëbsku, bez to sygają za pólsczima słowama, czej jima kaszëbsczich felëje. Jô so móm za ujma, że tu bada téż kąsk „czida»". O to prawie jidze, żebë bez to „czidanié" do kaszëbiznë nie wprowódzac pólsczi öchëbë. Pewno że ustów ó pólsczim jazëku płacy i w kaszëbsczim! Czejbë mój Procëmnik Adóm Hébel bezzmiłkówó pó polsku pisół: „jakiekolwiek by one były" (a nie: „nie były"), tej bë pó kaszëbsku nie na pisół: „jaczé one bë nie bëłë", bo jó rozmieja, że prawie chcół rzec: „jaczé bë one bëłë", a nié: „nie bëłë". I ti wszëtcë, co tak gódają i piszą pó kaszëbsku, a tej jesz: badze nabór...; wezna sa za pisanie; trzecó edicjô festiwalu; w óparcu o; póczi co... przenioslë ne öchëbë z pólsczégó jazëka do kaszëbsczégö. Nie bada tu ju przëpömina ti gódczi ó slosórzu, co tej zaczinó robota, czej dobrze rozmieje dzejac swój i ma stat-kama. Pó slosórzu, szewcu, chirurgu pewno sa wszëtcë spódzéwają, że swójima nórzadzama rozmieją dobrze méstrowac. Czemu ti, co piszą i gódają zawodowo, dët-czi za to pobierają, mëszlą, że nie brëkują jazëka, swóji zawodowi zachë, dobrze znac? Są tak zgniłi czë tak buszny, że nie zazérają do normatiwnëch słowarzów? W zesôdzaniu zdaniów nierôz bë wëstar-czëło, żebë przestawić szëk słowów, żebë to sa ułożëło w kaszëbską melodia. A terózku ó ny całi ówrzeszczony ska-tologii, co to ja tak lëdają dzysészi utwórcë. Pewno sa zapatrzëlë i zasłëchelë w gómbrowiczowsczégó parobka i są pewny, że górować muszi szmaka proleta-riacëznë, bó to je ta prówda, a kunszt wëso-czi nóleżi sa spichac na zberk, bó to nie je prówda. Nóbarżi artisticzné słowa to są dló nich wszelejaczé koprolalia (wëbóczta mnie Czetińcowie to „czidanié"). A czej jó ju do te doszła, tej le krótko rzeczą, że jó sa pewno móm uczoné z jinëch ksążków, bó w mójich je napisóné, że karna zwaköwé -TorT > TarT - prawie w kaszëbiznie są póswiódczony do dzysdnia, chöcbë w pozwach: karw (bik, buła), Karwińscze Błota, Karwice, Gardno, Starogard i jesz pôra. Kurwë ni ma. I jó bë nie chcą ji widzec ani czëc nigdze. Chto baro je ji spragłi, niech sobie jidze w jaką szaru-znią, pösłëchô, naceszi sa, le niech tak nie gódó w óglowim óbmiescu. Lëché je to, że ti, co ustów ó pólsczim jazëku uchwóliwelë, sami ny lëterë prawa nie uwóżają. Lëché je to, że bez sromötë gódó tak profesor, ksądz, poseł i pósłónka, a jesz dama-pisórka. Czasa jaczégös trenera abó Owsiaka pócygną do sądu, ale ó premierze rzeczą, że to bëło „po męsku". I niech mie Wasta Adóm Hébel nie przekónywó, że w kaszëbiznie to sa muszi nalezc, czej pó pólsku tak „wszëtcë" gódają. Chwała Bogu, wszëtcë nié! Jednégö (!) szewca jô znaja, co nigdë nie klnie. Klniacô pö kaszëbsku jô téż nie lëdóm, ale czejbë to nie bëło no straszne słowö „diôbéł", le jaczis ekwiwalent, nôlepi jaczis „letczi" a wëmëslny, mögłobë mnie sa widzec! Mie je szkoda, że wkół je czëc wiele wëznôwô-czi permisywizmu, a „królewiónczi" są na świece - w Pölsce, i nijak nié w krisztatowi kulë. Dokôzelë tegö badérowie (www.rjp.pl): 86,3% badónëch rzekło, że nôbarżi zawôdza-ją jima plugawe, sprosné słowa. Pewno, że je Iżi żgnąc spieklonym słowa, niżle to samö pöwiedzec równowôrtnotą, „ögródkama", nadpömknienim. Ale prawie pö tim je poznać ARTISTA. Jô sa tegö spödzéwóm, żebë artisticzny kuńszt chwôlił inteligencczi etos, dobré wëchöwanié, szëköwné maniérë, piaknosc i redota, finezyjny jazëk, kaszëbsczi jazëk, a nié plugastwo i „czidanié"! Jak to je skansen, tej jô chcą w nim bëc! Chto jesz? Karolëna Weber Wiérztë Sztrąd Rozsköscérzoné parmienie słuńca Podające na öbarchniałą od zeLeni woda MaLëją déle płënącé w głabinë Ukłôdającë samotny labirińt na dnie Arastnëch fawnëch roscënów Rozkłôdają sa, czernieją, dżiną Jich ni ma A sztrąd blós chlëchô. Wiater Kracëszk rozwiéwô ji kLatë Wchôdô bënë. Czëje Co widzy bez krwawé pöwieczi Zamkłé na wiedno. Spôdô Rwiącyma strużkama Pö ji młodim ceLe Gnije. Robią to, co köchóm... Z Idą Czajiną z leżnoscë roczëznë Ji urodzënów, co fejrowónô bëła 9 lëstopadnika 2018 roku w Muzeum Kaszëbskö-Pömörsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wej-rowie, gôdô Róman Drzéżdżón. Dosta jes na urodzënë dwa „malënowé" darënczi: Wejrowsczé Muzeum wëda-ło Twój zbiérk dolmaczënków poezje Bolesława Lesmióna W malënowim chróscewim i wëbróné baladë*, a malëno-wi tort... Lubisz malënë? Kö niechtërnym öne möckö kojarzą sa z Kaszëbama. Tort béł widzałi i smaczny, jem bëła möckö pörëszonô i czëła sa uczestnionô taczim torta. Malënë lubią jesc i za dzecka wiele robią köl malën. Jem sa węchowa w Szla-checczi Kamińce, dze bëłë plantacje malën, leno më gôdelë „malënë" téż na jinszi czerwony brzôd, na jaczi na nordze gôdają pötrôwnicë. Dlô mie pötrôwnice roscą „pó trôwie" a malënë „w krzach". A ne lesmiónowé malënë? Długö jes robia köl dolmaczeniô jegö dokazów? Nôprzód mia jem skaszëbioné baladë. To nie bëło tak, że jem przësadła do zapla-nowóny robötë skaszëbieniégö wiérztów. Jem czëtała Lesmióna, jakbë frisztëk jadła abö malënowi tort, abö lëft wcyga. I tedë naszła udba - brëkuja to napisać pö kaszëbsku. Pierszô bëła balada Ôblek. To bëło baro dôwno, jô jesz sztudéro-wa. Pózni Smiercë, Alcabón. Te trzë bëłë öpubliköwóné w tomiczku z wiérztama Kropla krëwi. Dërgnienié. Pózni całow-ny cykel W malënowim chróscewim i na kuńcu Mak i Smôluszk. Möże rzec, że öd pierszi skaszëbiony baladë do dzysészégö wëdaniô ksążköwégö mögło warac köl 20 lat. W timczasu, midzë régama, pöwstôł téż skaszëbiony Szekspir i wëdóné pösobné to-miczczi wiérztów. Skaszëbienié Lesmióna bëło barżi dlô mie jak dlô lëdzy. Mie sa widza wiérzta, to jô brëkówa, cobë ja skaszëbic. Dopiérku pózni dochôdałë mëslë, że może to je tëli wôrt, bë pökôzac je lëdzóm. Szekspir, Lesmión... jaczé dokazë a jaczich autorów jes bë chca przedolmaczëc na kaszëbsczi? Jesz je w roböce Norwida Piestrzeńc wiôldżi wastny. Nie wiém, czë jô to dórn rada zrëch-towac. Jô bë sa jesz ród wza za skaszëbienié snóżi poezje Jana Twardowsczégö. Le chto to wié, czë je mie to namienioné? Jaczich kaszëbsczich autorów lubisz czëtac? Jô lubią wszëtkö czëtac: Kristinë Muzë Marnota, na chtërny sa wësztôłcëła moja pöetnô wrazlëwóta i mój artisticzny szpédżelk. Kö jesz usôdztwö Jana Zbrzëcë. Krótko przed smiercą móm jemu rzekłé: „Wedle möjégö ukóchanió poezje - w lëteraturze pólsczi je Norwid a w kaszëbsczi - Zbrzëca". We Gduńsku, na Jegó autorsczim pótkanim, recy-towa jem Jegó wiérztë i móm tej dostóné wiól-dżi skôrb: ósoblëwą, apartną dedikacja w Jegó ksążce. Lubią téż Stanisława Janczi poezja i proza, zawöłónégö pisórza i pöetë, a téż wiôldżégö Jana Drzéżdżona. Jô krziwdza tëch, chtërnëch nie wëmieniwóm, leno to pö prôwdze bë bëła długô lëtaniô... Môsz co swöjégö „w szëflôdze"? Dzysôdnia ni móm w szëflôdze, le w köm-putrze lopk z pözwą „twórczosc", dze je czile wiérztów w gromadzę, co żdają na swój czas. Widzec je, że całim cała a całą dëszą prze-żiwôsz recytacja poezje. Czarzisz widzów słowa a rëcha. Rozmiejesz przëcygnąc jejich bôczënk. Jakuż do te sa rëchtëjesz? Möże czile póradów dlô młodëch artistów. Pierszô zacha: recytëja to, co mie sa widzy, co köchóm. Czëtóm usôdzk dzesątczi razy, cobë dobrze zrozmiôc, przemiknąc czëcama w czëca usadzone w teksce, nacéchöwac köżdą wichlëna na pësku i w kóżdim łisk-niacym óczów - to je tako robota i kuńszt. Dérëje dichtich czasu i brëkuje zacht möcnégö bicô serca. Na roczëzna jes przëjacha ze swójima szkölôkama z Liniewa, jaczi zaprezeńtowele goscóm czile kaszëbsczich tuńców. Widzy Cë sa robota w szkóle? Baro mie sa widzy. Dragö bëło wietrzny młin möji nôtërë wcësnąc w szköłowé prawidła i długo ni mogła jem nalezc placu dlô se. Jem ti udbë, że w Liniewie i Głodowie je nen plac. Na pógrańczim Kaszëb i Köcewiô. Nie je letko bëc szkolną kaszëbsczégö jazëka, ale jinszim szkolnym téż nie je letko. Nijak nie mdze tak, że zarô wszëtcë mdą köchelë ta kaszëb-ską kultura. Drëdżé tëli je, co ni może na nia zgarac. Dëcht jak dze jindze. Równaktu mie namienienié szmërgnało. Tu je mój chlébk i mój kawel. Robią to, co kóchóm, dzejóm dló kaszëbsczi kulturę. Ucza pisać, czëtac, gadać, recytowac, tuńcowac, wëszëwac. Robią tëli, co móga, cobë achtnąc wiele sa dô hewötné młodé serca i dësze do ukóchanió kaszëbiznë. * W malënowim chróscewim, wëd. Muzeum Kaszëbskö-Pömörsczi Pismieniznë i Muzyczi we Wejrowie, Wejrowö 2018. Wëdanié zbiérku wspiarła Gmina Kartuzë ë Kartësczi Pöwiôt 33 Bożena Ugöwskô Pömión i płom -- Wandë Czedrowsczi liriczny rozrechunk z żëcym Dokądka prowadzysz Drogö żëcégö? Na zóczątku Widnô, szerokô, ubëtnô. Le köłoważa Cygną sa Bez całé żëcé Z początku snódczé, Nawetka jich nie widzysz. Czasa jich ni ma. Köła krącą sa letkö, Zôs pózni Wpôdają pö ós, Rżną dragą droga.. (...) (Droga/Wanoga/Wanożenié) Słowa ti wiérztë są swójnym wizra, ale téż rôczbą do bënowégö swiata Wandë Czedrowsczi, swiata zamkłégö w ji pierszim zbiérku lirików Ze zymku na jesén. Z nie-dowiérnoscą muszi przëjąc, że nen zbiérk pöeticczich umëslënków ukazywô sa tak pózno, kö w mëslach wiele lëdzy ju öd lat Wastnô Wanda jawiła sa nié leno jakno cha-rizmaticznô szkólnô jazëka pölsczégö czë kaszëbsczégö. Z ji liriką uwôżny czetińc mógł sa spotkać w antologiach, uczbównikach, na łamach kaszëbsköjazëczny prasë, bö spöradiczno, jakbë mërgnienié öka do przindnégö ödbiércë, wëpuscywa pöjedinczé dokazë na dniowi wid. Pierszô pöetickô publikacjo Jich troje... Wiersze wybrane, w jaczi poetka ödwôża sa ujawnić, bëła wëdónô wespół z Dorotą Ulenberg i Jana Szutenberga wierteł wieku temu. Drëgô, ju samödzelnô - Dzéwczątkô i róża, dzesac lat pózni, w tak skromnym nakładze, że drago ja szëkac na pölëcach biblioteków. Terô, szërok ötmikającë wrota, wprowôdzô do swiata swöjich krëjamnotów. Ten świat, budowóny z butnowëch obrazów i bënowëch przeżëców, je przede wszët-czim zdroja mócë i widu. Liricznó osoba je urzekło naókólną pësznotą roaë, w ni szukô cëszë, utulënku, stąd wëchôdô do żëcô, do nowego dnia. Nie starô sa przë tim o filologiczne frazë ani óbzdobné strzódczi wëpówiedze, leno w prostëch słowach, w ódrëchu óczarzenió, w krótëchnëch, jakbë w pospiechu zapisywónëch epitetach chce przekazać nadbiegającą mësla, może bojące sa, że za nią nie nadążi... Przedstôwióny w dokazach świat tak pó prówdze za wiôldżi nie je. Ale czej wmiknąc w prawie nóbóżną nóta, z jaką wëspiéwiwô miłota do Kaszëb, a w waższim zókrażim do stażëcczich strón, ulëdónëch, uswójonëch, w jaczich może sa zatacëc w sztót kömudë i rozesmiôc sa w jas-noce słunecznëch parmieni, zrozmiałim sa stówo, że to je ji świat, całi świat: Farwné piôsczi Zeloné lasë Wësoczé górë Wiôldżé gardë Zataconé wse Redëniô i Bôłt Stażëca i Gduńsk Widzymë ósóbno A czëjemë jedno Kaszëbë -Najô Tatczëzna (Totczëzno) Na swöje ökölé zdrzi z białgłowską wrazlëwötą. Je to przédnô farwa, nią odmalowuje swöja malinką, ta nôblëższą, przëchëczową i wkół płota rozcygającą sa domôcëzna. Je pörëszonô i skrëszonô nieszczescama spötikającyma zwierzata, tak gbursczé, jak i dzëczé, płacze nad ödchôdającyma psama, kóniama, ówcama, zajcama... Wiele wëmieniwô pö mionie, wskazywającë na swöje z nima zdrëszenié. I gwësno stądka to kuńcowe wezwanie „żdôjta na mie", z eschatologiczną gwësno-tą, przełamiwającą początkowi dramatizm, spötkaniô na „niebiańscze pażacë". Króm zemi, nôtërë i wszëtczégö, co möże objąć oka, ten świat ótemkł przed liriczną ösobą stegnë krëjamnotów swégö dëcha, za-mkłé w kaszëbsczi öbrzadowöscë, zwëkach, kulturze i lëteraturze. I gwësno nié le z racji warköwëch zanôleżnotów chatno wchôdô na te szlechë nacéchöwóné przez uznónëch dzejarzów i utwórców, równak nié za nima stôwiô kroczi - towarzësza ji wanożeniô je Remus. Jô czëja, Że „chtos-cos" Do ucha mie szepcze: „Wôrto, wôrto, wôrto - ödrzëcë - nié, - nié, - nié!" Chtëż to je? Öbzéróm sa I Widza Miast Trudu - Florión Cenôwa Sie mie „Skôrb kaszëbskö-słowinsczi möwë"! Miast Strachu - stoji Aleksander Majkówsczi A „Żëcé i przigödë Remusa" Wieże mie na karze Ten nôwiakszi Z kaszëbsczich wanożników - Remus! (...) [Noju chléb) Chtëż dejade, jak nié bohater epopeje A. Majköwsczégö möże bëc prowadnika, skörno w nim zamkłô je uszłota i przińdno-ta, dramat i nôdzeja, przeżëca i wseczëca pöspólné wszëtczim lëdzóm i profe-tizm bösczégö webrańca, chtëren, chöc sóm umiérô, östôwiô swöja misja, misja ödnôszającą sa prawie do zemi i möwë lëdu ti zemi tima, co nie böją sa urzasnëch ukôzków, a na dzejowé pitanié ödpöwiôdają „chca". Biografowie Wastnë Wandë gwësno jesz nie doliczëlë sa, wiele razy w żëcym ju ta krótką odpowiedz dała, ale znający ji dze-jania wiedzą, że mdą to lëczbë nieöbjimné. Wanda Czedrowskô pödsztrëchiwô, że ji „chca" bierze sa nié leno z patrioticznégö umiłowaniô kaszëbsczi Tatczëznë. Wiara je drëdżim filara möcë, a nadto zawierzeniô swöji codniowöscë i wszëtczégö, co w ni sa zawiérô. Ösoblëwą teza, włôscëwą dlô lë-dowi nôböżnotë Kaszëbów, na jaczich lata lateczné parmienieją sanktuaria Swôrzewa i Swiónowa, pöetka öddôwô Matce Bösczi. Je to relacjô baro bliskô, szlachöwnô do blisköscë môłégö dzecka trzimiącégö sa möcno raczi matczi, a nierôz rzucającego sa ji w remiona, bë wëpłakac swöje zajiscenia. Leno w taczi blisköscë möże bezpöstrzédno, dowiérno i z tklëwötą wöłac „Matinkö". A że Öna „dosygła i żłóbka, i Krziża", tej jak nicht mdze mögła rozmiôc ta, dlô chtërny krziż biwô za cażczi. Chöc je to ödniesenié człowieka do matczi Böga, ni ma w ni distansu, jaczi wëczuwô sa w ödniesenim do Zbôwcë - öpiartô je na szczerim dialogu i nawzôjnym wsłëchiwanim sa w se. Dzél dokazów pókazëje, że żëcé mô różné skarnie, a szczescé, redosc, öczarzenié świata to leno chwile w mörzu codniowëch dragótów. Są öne swójną spöwiedzą biał-czi, ö czim swiôdczi nié leno prowadzenie narracji czë förmë czasnikówé, ale przede wszëtczim sposób öbrazowaniô i sfera emocjonalno. Swójima emöcjama i wseczëcama dzeli sa ösoba dozdrzeniałó, bö chöc głabök doswiódczonó, nierôz złómónô, to ödsłóniwô swöje bóle i zajisce-nia bez młodzëznowégö buńtu, rozzybótanió i niegwësnotë, nierôz nawet z żôrotną próbą tłómaczeniô czë rozmieniô. Podmiot liriczny ódkriwający nie dôwającą szczescô i ubëtku relacja z „të" nie wërzékô sa miłotë, nie przekresliwô uszłotë ani przińdnote, bó wiele razy óstatnym akcenta refleksji, górzczi, nierôz z wëpisónym w szczeroscë słowów cerpienim, je nódzeja. Wszedł jes Na Stegna möjégö żëcô niespödzajno Stegna Zamieniła sa w darga - szeroką, widną Chóc tam - sam rëklënowatą Le szlë më raza z nódzeją. Z czasa rëklënów i kółoważów bëło wicy Jaż skrącył jes w zapadnia Czasa dosygósz dna. Wczora widza jem ce na Stegnie Z drëcha - psa Szedł jes sómno Przëgniotłi bënowim jiwra I chóroscą Dowslôdë jes sa nie öbezdrzôł Le szedł Z tobą - pies A ze mną nódzeja Może néżczi nódzeje... (Nojo Stegna) Je to nódzeja ösobë swiądny swóji wór-toscë, rozmiejący trzézwó zdrzec na świat bez niszczenió sebie, bez samóóskardżi czë rozlicziwanió krziwdë, ale téż bez zbëtecznégó cësku terapeuticznégó czë didakticznégó póucziwanió. Terapią je tu pökôzanié prówdë ó se, do nagóscë ódzarti - nawet prostota słów nie óbwitëch zbëteczną metafóriką mó służëc refleksji, nie zmącony piaknosłowim, tłómaczeniama, niedopówiedzeniama, a stówióné gasto re-toriczné pitania óczekiwają nié ódpówiedze (chóc są zachacbą do mëslnégó dialogu), ale wmiknienió w świat jiwru i kömudë, jaczi kóżdi nosy w swöjim bënë. W całoscë je ten zbiér refleksją nad człowieka, sferą jegó fizycznëch i dëchówëch przeżëców, jak téż świata mu nóblëższim, chtërnému dozwôlô sa sztółtowac i w jaczim chce sa zakorzenić, a czasa utacëc. Autorka nie szukó awangardowëch mótiwów i tematów, nie usmiéwô sa w strona kritików lëte-racczich, pisze serca dló ódbiércë o podobny wrazlëwóce nie öczekiwającégö intelektu-alnëch unieseniów leno liricznégö zadamie-nió. Na tomik s kłód aj ą sa dokazë wëbróné, mdącé pómióna obrazów, refleksjów i wseczëców lat minionëch. Równak znający Wanda Czedrowską mogą bëc gwësny, że bënowi płom, bezustówno parmieniejący tak z póstacje, jak i dzejanió, zwiastëje póstapné ödsłonë rozmajitoczerënkówëch wanogów mëslów, óczów i serca stażëcczi póetczi. Wanda Lew-Czedrowskô Zymköwô muzyka łasa Chöc zëmny wiater wieje z nordë Chöc sköwrónk w mödrosc nieba jesz nie lecy Muzyka Lasa czëc je wköło Muzyka lasa strzeże cëchöta. Szemarzą milijónë chöjnowëch jigłów Jedne drëdżima szemarzenié pödôwają Całi Las - ten na wëżawach i w dolënach -Cëchö spiéwie redosną, zymköwą pieśń. Z dolënë czëc godowi spiéw truLôczów Za głosa jich jidze naj zdrok Zatrzimô sa na zaköchóny pôrze ptôchów Stojimë zaczarzony Z öczama przebitima w łąkową szarosc. Nitka słuncowégö parmiénia przecął Jastrzib wësok w blónach szëbujący Jegö „czi-bic" czëc je wkół nad pażacą Gdze sycëna i strzëna öd łoni żdaje zymku. Zasłëchóny w zymköwą muzyka lasa Słëchómë muzyczi najégö bëna Köżdé słowö je zbëteczné Słëchómë cëchötë I zymköwi muzyczi lasa. To sygnie.