PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 1 (55) • 2024 Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2024 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1(55) 2024 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki — sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace plastyczne Zbigniewa Chrostka Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81—574 Gdynia Wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta piąta „Prowincja”.............................................5 Poezja Barbara Mielnik-Panow......................................................6 Michał Kaczmarek............................................................8 Bogumiła Salmonowicz.......................................................13 Proza Łukasz Walendziak — Śródmieście...........................................15 Hanna Walentynowicz-Tkaczyk - Buszująca w zbożu............................23 Pożegnanie Pawła Huellego Krzysztof Czyżewski - Przysięgaliśmy na prawdę............................28 Andrzej Kasperek - Zegnaj Pawle!...........................................33 Krzysztof Czyżewski - Paweł Huelle - wiersz pożegnalny.....................39 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................41 Radosław Wiśniewski - Dzienniki Zafroncia (2)..............................47 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Drogi w Cesarstwie Rzymskim...........................52 Ryszard Rząd - O niemieckiej szkole w polskim Tczewie......................60 Janusz Ryszkowski - Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik..............................................................72 Michał Piotrowski - Pałac w Stążkach.......................................82 Alicja Łukawska - Jak żydowski matematyk zdobywał Marienburg...............86 Piotr Podlewski - Moje wędrówki po Dolnym Powiślu..........................92 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści....................................103 Arkadiusz Wełniak - „Mój świat” w służbie Prus i cesarza.................116 Agnieszka Kowalska - Malborskie Przedzamcze po remoncie..................127 Agnieszka Świercz-Karaś - Szkoła pod Starym Dębem.........................134 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (21)........................141 Marek Suchar - Wydaje się, jakby to było wczoraj, czyli kawiarniana historia Jerozolimy............................................................146 Andrzej Kasperek - Pocztówka z Madery.....................................154 Piotr Opacian - Różne przypadki kajakarza morskiego......................165 Wspomnienia Wiesław Olszewski — Żuławski Nikifor - rzecz o Andrzeju Doleckim.........171 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana.......................................179 Leszek Sarnowski — Możdżerowe dialogi....................................192 Galeria Prowincji Piotr Napiwodzki - Patronka Dzierzgonia w Dzierzgoniu....................195 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołebiewska - Bestseller...................................199 Recenzje Andrzej Kasperek - Kilka uwag o książce Leszka Sarnowskiego „Franciszek Baumgart — osaczony bohater”..............................202 Andrzej Lubiński - Pasje myśliwskie Sierakowskich.........................205 Andrzej Kasperek - Michała A. Majewskiego opowieść o Dziadku.............207 Noty o autorach..........................................................212 PIĘĆDZIESIĄTA PIĄTA „PROWINCJA” Takiego „tłumu” na okładce Mariusza Stawarskiego do tej pory nie widzieliśmy. Artysta wpisał się jednak w nasze oczekiwania. Wszak to już numer pięćdziesiąty piąty i kolejna okazja do świętowania. To, można domniemywać, nasi Czytelnicy, których siła zmierza na kolejną promocję naszego kwartalnika, by wspólnie się radować i biesiadować. Dziękujemy Państwu, że jesteście z nami i zapraszamy do lektury. Poetycko dość bogato, bo nieczytana od dawna Bogumiła Salmonowicz i dwoje debiutantów na naszych łamach: Barbara Mielnik-Panow i Michał Kaczmarek. Proza to dalszy ciąg nepalskich peregrynacji Łukasza Walendziaka i, po plastycznym debiucie na naszych łamach, tym razem prozatorski fragment Hanny Wałentynowicz-Tkaczyk. Osobny dział naszego kwartalnika poświęciliśmy zmarłemu w ubiegłym roku Pawłowi Huelle, wybitnemu pisarzowi, Gdańszczaninowi i przyjacielowi naszego pisma. Jego sylwetkę w pożegnalnych tekstach kreślą dla Państwa Krzysztof Czyżewski i Andrzej Kasperek. Radek Wiśniewski dzieli się kolejnymi refleksjami w związku z toczącą się wojną w Ukrainie, a Andrzej C. Leszczyński zaczyna od komizmu, a kończy na samotności, żegnając odchodzących przyjaciół słowami z motta „Było, więc minęło... bo taka jest reguła tej przegranej gry” (Wisława Szymborska), ale jednak z nadzieją, że „to, czego człowiek dokonał w życiu, ma charakter nieodwołalny” (Joseph Ratzinger). Grażyna Nawrolska wiedzie nas po drogach i bezdrożach Cesarstwa Rzymskiego, Ryszard Rząd odwiedza niemiecką szkołę w przedwojennym Tczewie, a Janusz Ryszkowski zaprasza na spacer po przedwojennych sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach, zapowiadając, że to jeszcze nie koniec. Trzymamy za słowo. Michał Piotrowski przypomina historię pałacu w Stążkach, który wciąż niestety czeka na współczesnego właściciela. Piotr Podlewski tym razem o umocnieniach wojennych na Powiślu, a Alicja Łukawska o żydowskim żołnierzu zdobywającym Marienburg. Na wędrówkę po naszych powiślańsko-żuławskich plenerach zaprasza Agnieszka Swiercz-Karaś, ponownie do Szkoły pod Starym Dębem. Agnieszka Kowalska prezentuje malborskie Podzamcze po remoncie, z nowymi funkcjami. Alicja Łukawska kontynuuje opowieść o wyjątkowej nauczycielce z Żuław, Arkadiusz Wełniak przypomina postać nauczyciela i literata sztumskiego Wilhelma Eicka, a Wiesław Olszewski kreśli wspomnienia o żuławskim Nikiforze — Andrzeju Daleckim.. Ruszamy też w świat, ten bliższy i nieco dalszy. Krzysztof Czyżewski śle notatki ze swego sejneńskiego pogranicza, Marek Suchar jak zwykle z Jerozolimy, a Andrzej Kasperek tym razem pozdrawia z Madery. W muzycznym dziale tym razem klasycznie-jazzowo, w wykonaniu Wacława Bieleckiego i Leszka Sarnowskiego. W Galerii Prowincji swój cykl poświęcony Sw. Katarzynie kontynuuje Piotr Napiwodzki, tym razem w dzierzgońskiej wersji, promując twórczość Zbigniewa Chrostka. I na finał Paulina Hoppe-Gołę-biewska, może bardziej ku przestrodze niż optymistycznie, ale jak zwykle szczerze. Czytajcie, czytajcie, bo jak wynika z ubiegłorocznych badań Biblioteki Narodowej, jest nas coraz więcej. O 9% wzrosła liczba naszych rodaków, którzy w minionym roku przeczytali choć jedną książkę. Dominują kryminały, czyli Mróz, King, Coben, ale w pierwszej dwudziestce jest też Sienkiewicz, Mickiewicz, Reymont i Tokarczuk. Dziękujemy za to, co do tej pory, i prosimy o ciąg dalszy. Bądźcie z nami — czytajcie, piszcie i dzielcie się dobrym słowem. Leszek Sarnowski Redaktor Naczelny Kwartalnika „Prowincja” Poezja Barbara Mielnik-Panów ŚWIT dworzec gwizd lokomotywy biegnę by zdążyć mgła zimno drżę z gorąca ciebie nie ma SIWE KOBIETY pamiętają młodość pełną urody pamiętają miłość pierwszy śmiech dziecka pierwsze słowa modlitwy jak pięknie było tęsknić kochać czas nie oszczędził im łez dziś już nie płaczą kamień rzucony w wodę zatoczył kręgi Poezja 7 OBIETNICE hipnotyzowałeś słowami kłamstwa dawałeś w prezencie wierzyłam że zima może być latem gorycz słodyczą fałsz prawdą przysięgałam na całe życie głupia NADZIEJA nie dogonię szczęścia bo kroki się mylą i drogi a tak niedawno fruwałam razem z ptakami plączą się dzisiaj słowa z myślami myśli ze słowami wciąż wierzę że zobaczę jak wiosną rozkwita bielą sad 8 Poezja Michał Kaczmarek KAWALERKA nie miała w życiu łatwo zbudowana w latach osiemdziesiątych trzaskanie drzwiami płacz dziecka odwracała wzrok od wersalki którą mdli na widok plamy moczu co działo się w łazience nie chciały wiedzieć meble kuchenne ani przedpokojowe wystraszone odgłosami wymiotów wasze relacje ociepliły się kiedy zostałeś sam żona i syn odeszli piłeś rzadziej mniej drastycznie czyściłeś włosy z pająków ozdabiałeś do dzisiaj wspomina szachownicę z pionkami przyklejoną do ściany nowa właścicielka irytuje wyrywa zęby obdziera ze skóry kawalerka tęskni za wieczornym słuchowiskiem w radiu nieudolną publicystyką pisaną koniecznie piórem wiecznym na kartkach rozdzieranych drugiego dnia Poezja OSTATNIE SPOTKANIE przyjechaliśmy po matkę by nas odwiedziła ojciec miał zostać złe samopoczucie siedzieliśmy w samochodzie przywitał się pomachał wnukowi rzucił wesoło ja bym pojechał matka nie chciała po latach pijaństwa kiedy się uspokoił wołała go mieć pod kontrolą w określonym miejscu jak lampkę która na środek biurka rzuca coraz słabsze światło przed telewizorem zadowolony z kilku dni samotności w połowie niewidoczny wysepka w deszczu która grozi wypadkiem 9 DATA KTÓREJ NIE PAMIĘTAM podmiot liryczny w tym wierszu po kilku wierszach o śmierci ojca pisze o narodzinach a narodziny miał szczęśliwe ominęła go wojna na osi czasu na tyle daleko od wkroczenia wojsk że chwalił Rosjan lata dziewięćdziesiąte niespełniona obietnica dobrobytu przekleństwa w kierunku prowadzącego główne wydanie Wiadomości 10 Michał Kaczmarek napaści na Ukrainę nie doczekał bombardowanie Belgradu słyszał od czasu do czasu zmiana pracy z łaziennego na magazyniera zakup żaluzji rozbudowa osiedlowego parkingu nie miał w czyim imieniu ani o co walczyć wybrał kulturę wysoką zakrapianą alkoholem pamiętaj synu Nalepa był kurwa najlepszy ze wszystkich obiecałem że dam ci w mordę podmiot liryczny nigdy nie dostał w mordę dlatego umie wybaczyć wersalka krótka rozmowa tego brakuje najbardziej DOMEK NUMER 37 poddawany torturom kiedy czujemy się skrzywdzeni nie jadę na wakacje zapytaj mamę dlaczego próbujesz się bronić jedyne narzędzie jakie masz miłość ja kocham tatę dlaczego tata nie jedzie roztrzęsiony i zapłakany ja chcę tata jechał Poezja im bardziej cierpisz tym lepiej dla nas on płacze przez ciebie cios ty się nad nim znęcasz nie ja syn wtulony ojciec patrzy na ścianę myśli krzywda jak najwięcej krzywdy abym zapomniał gdy załatwiałem się w majtki matka czyli teraz babcia straszyła że jeśli jeszcze raz to wysmaruje mi twarz odchodami nie chciałem jeść mięsa bo tłuste mieliła zębami wkładała do buzi kawałki bez chrząstek jezioro plaża uśmiech zabawa foremkami pięciolatek obmywa na brzegu świeże rany 11 STRYCH tam chodzą aniołowie Stróże wyrzucamy kłótniami krzyk płacz kubek o ścianę marsz schodami na górę na drewnianych belkach jeden obok drugiego coraz słabsi przez szpary w klapie dźwięk rozbijanych przedmiotów ucieczka dziecka 12 Poezja siwieją wysychają upadają bez słowa zostają po nich kłębki rozrzedzonej waty kokony pająków które raz w roku zamiatamy za domem czyścimy szufelki z oblepiających resztek MAŁY dojrzały na tyle by odczuwać ale niewystarczająco dojrzały by przyjmować ciosy wymierzane przy alkoholu który potęguje urazy wobec żony czyli twojej matki a także wobec ciebie gdy mówisz niewykształconym logopedycznie językiem tata cicho tata cicho przykład perfidii czterolatek który nie ma umiejętności stosowania cynizmu w celach obronnych ty patrz na siebie twój ojciec złotówki nie dał bezruch kapie ślina żałosny obraz niemocy celowo zmiażdżony ślimak wyrywane owadom odnóża dają nadzieję że usprawni metody odparcia agresji i stanie się jednym z nas Poezja 13 Bogumiła Salmonowicz (ZA)RANNE MYŚLI Drżą we mnie dźwięki wybuchających bomb. To nie nad tobą, podpowiada rozum wyrwany ze snu. Nie z twojego nieba leci śmierć. Jeszcze nie. Pod powiekami wciąż niebiesko-żółte nadzieje. Budzę się na dobre mimo spętania lękiem z braku światełka pokoju. Błądzę po rannych wiadomościach od sąsiadów. Realnieje groźba powtórki z historii, perspektywa czarnego grzyba zamiast błękitu i słońca. Jak dobrze, że do tegorocznych przebiśniegów nie przebił się strach. Zakwitły. Z ekranów spływają na przemian dwie najważniejsze twarze schyłku zimy. Jedna z nich nie ma pojęcia, że aby stać się wielkim człowiekiem trzeba być człowiekiem. ALARMY dła Anety Kamińskiej i Andrieja Sosnowa Nie da się już inaczej patrzeć na świat, jak oczami wojny, oddychamy nią. Do niedawna łóżko na poddaszu gwarantowało bliskość nieba. Teraz przygniata świadomością, że w linii prostej liczy głupie 14 Poezja pięćdziesiąt kilometrów od śmierci. Młodzi sąsiedzi coraz częściej leczą noce decybelami. Być może basy hałasują po to, by umilkły wybuchy informacji o obrońcach ziemi sąsiadów. Wkładanie stoperów w uszy na ogół pomaga, z wyjątkiem ryku alarmów. Jeden z nich ostrzega, że poznany przed wojną Andriej spod Charkowa może nie ocalić serca ukochanej. Także gitary, dzięki której śle wołania do wrażliwych tego świata. WĄTPLIWOŚCI A może prawdą jest, że walczą w tobie dwa wilki, jak w indiańskiej przypowieści. Jeden — pełen strachu, nie wierzy w siebie. Drugi - nigdy nie wątpi, kocha, ma nadzieję. Warto pamiętać, że wygrywa ten, którego nakarmisz. DOWÓD Mirce Szychowiak Jest w świecie jakaś niepojęta siła, która każę przeżyć, jeśli nawet wydaje się to nierealne. Ta siła sprawia, że tam, gdzie spłonął las, wyrastają dzikie kwiaty. Łukasz Walendziak Proza ŚRÓDMIEŚCIE ABE Uciekłem, udało się. W samolocie odmówiłem sobie whisky. Wydawało mi się, że jakoś to będzie, coś się wymyśli. Wylądowałem i nadzieja się ulotniła. To były moje urodziny. Marne perspektywy. Co teraz? Pójdę do pubu, poznam jakiś przypadkowych podróżnych? „Cześć, jestem Łukasz, pochodzę z Polski i właśnie się skończyłem...”?? . „Beznadzieja... Dlaczego tak zawsze musi być? Od bandy do bandy. Dlaczego nie mogę złapać elementarnego balansu, który pozwoliłby mi normalnie żyć” - pomyślałem. Poprzednim razem byłem w Azji kilkanaście miesięcy, ale wtedy była to wyprawa w poszukiwaniu, a nie wygnanie bez możliwości powrotu. Teraz sytuacja jest jasna, wprawdzie nie wiadomo, co dalej, ale nie ma do czego wracać. „Co ma być, to będzie” — pomyślałem. „Jeżeli najgorsze, to zawsze lepiej na końcu świata niż w rodzinnej okolicy” - ta konkluzja poprawiła mi nieco humor. Thamel to centrum turystyczno-rozrywkowe Katmandu. Większość barów i restauracji zamykanych jest przed północą, ale w okolicy funkcjonuje też kilkanaście klubów otwartych do rana i budki z niezdrowym żarciem czynne całą dobę. Terytorium mniej więcej czterech kilometrów kwadratowych. Oświetlone i przystrojone w kolorowych barwach, zalane tłumem turystów i nepalskich imprezowiczów. To jedyna dzielnica, gdzie życie po zmroku nie zamiera. Krajobraz uzupełniają: uliczni handlarze - papierosy, napoje, orzeszki. Kierowcy rikszy, którzy próbują sprzedać turystom co nieco haszyszu, jakieś prochy albo młodszą siostrę. Dzieciaki ulicy, zajęte żebraniem, drobnymi kradzieżami i wąchaniem kleju. Niby nędza, ale na twarzach tych ludzi też potrafi zagościć uśmiech. Trafiłem tu dwa miesiące po potężnym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Nepal w 2015 roku. W wyniku tego kataklizmu śmierć poniosło ponad osiem tysięcy osób. Znacznie więcej zostało rannych, straciło dach nad głową lub część dobytku. Do bezdomnych z centrum los jednak w pewnym sensie się uśmiechnął. Nowe budownictwo nie ucierpiało przez wstrząsy. Impreza trwała w najlepsze. Dalej można więc było żebrać, handlować, kraść lub sprzedawać się. Natomiast starsze konstrukcje z drewna i cegły zamieniły się w ruiny okupowane teraz przez najniższą warstwę społeczną. Miejscówek do urządzenia kolejnej meliny przybyło. Warunki do życia tych ludzi nieznacznie, ale jednak, się poprawiły. To była pora deszczowa i każda rudera to lepsze rozwiązanie niż nocleg bezpośrednio na ulicy, pod gołym niebem. Nie minął nawet tydzień, a sam miałem okazję się o tym przekonać. Nie minął nawet rok, a sam stałem się elementem tego krajobrazu. Gdyby to zależało od tych biedaków, to pewnie już teraz gdzieś tam stałby mój pomnik... 16 Łukasz Walendziak Bagaż i paszport zostawiłem w pierwszym lepszym hotelu. Następnie ruszyłem przywitać się z okolicą. W kieszeni miałem kilkaset dolarów, które śmiało wystarczyłyby na miesiąc spokojnej aklimatyzacji. Roztrwoniłem to w kilka dni, ale nie świętowałem sam. W ten sposób załatwiłem sobie pewnego rodzaju ubezpieczenie społeczne. Przez następne tygodnie nie brakowało chętnych, aby się zrewanżować. Na początku mogłem sprawiać wrażenie oszalałego aczkolwiek zamożnego ekscentryka, który w przypływie entuzjazmu sypnął groszem dookoła, gdy jednak okazało się, że to były moje ostatnie pieniądze, szybko zostałem uznany za swojego. Rozpocząłem naukę języka nepalskiego, na przystawkę poszły, rzecz jasna, przekleństwa. Pierwszym obcokrajowcem, z którym się zaprzyjaźniłem, był Japończyk Abe. Siedziałem sobie na rogu delikatnie oszołomiony po porannej dawce alkoholu. Nieznajomy zapytał się czy palę haszysz. Pomyślałem sobie, że będzie chciał, żebym coś mu załatwił. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że zupełnie niepozornie wyglądający dżentelmen z kraju kwitnącej wiśni ma w pokoju kilogram towaru najwyższej jakości. Abe wyglądał jak typowy japoński turysta. Fryzura, ubranie a nawet sposób w jaki prowadził konwersację lub się poruszał sugerowałyby, że to pracownik jakiejś korporacji na wakacjach a nie handlarz „materiałem łatwopalnym”. Nie tylko kopcił jak lokomotywa. Miał również obszerną wiedzę i ogromne doświadczenie w zakresie produkcji haszyszu. Bardzo szybko obdarzył mnie zaufaniem i wyjawił swój sekret. Facet jechał na głęboką prowincję, gdzie miejscowi czekali już z dużą ilością marihuany. Takie rośliny rosnące „na dziko” mają dużo nasion i niską zawartość THC, ale z dziesięciu kilogramów tej samosiejki można uzyskać kilogram naprawdę wysokiej jakości przetworów. Gdy proces ekstrakcji dobiegał końca, miejscowi mogli liczyć na połowę wyrobów, a drugą zabierał ze sobą ekspert i kierownik produkcji. Po natychmiastowej degustacji Abe zaproponował, abym wziął od niego 50 gram i spróbował to sprzedać. Zapłacić miałem później. Nie zastanawiałem się nawet przez chwilę. Zaopatrzony wróciłem na ulicę do swoich towarzyszy niedoli. Podzieliłem towar na pięć porcji po 10 gram. Jedną zostawiłem na własny użytek, a cztery wręczyłem znajomym kierowcom rikszy. Dwóch przepadło bez śladu na dłuższy czas, ale kolejnych dwóch już następnego dnia przyniosło kasę i dopytywało, czy jest możliwość, aby pozyskać tego więcej. Pieniędzy wystarczyło, aby się rozliczyć i zakupić kolejne 50 gram, ale na dłuższą metę niewiele to zmieniło. Dalej żyłem w trybie „byle do jutra”... Pięć lat wcześniej byłem w Indiach. Pierwszy raz na azjatyckiej ziemi. Przyleciałem na trzy miesiące, miałem dokładnie wytyczony plan pobytu, którego się trzymałem, wszystko było pod kontrolą. Pierwsze dwa dni spędziłem w Bombaju, pod opieką rodziny pana Santosa. Ten sympatyczny jegomość pracował w Ashramie, do którego miałem udać się na najbliższe dwa miesiące, a jego dom gościł już wcześniej pielgrzymów z Polski. Skorzystałem z okazji, aby zwiedzić miasto w jego towarzystwie. Sama obecność pana Santosa rozwiązała problem natrętnych naciągaczy, a jego wiedza historyczna i poczucie humoru wzbudziły moje uznanie. Był to mężczyzna o kilka lat ode mnie starszy, niewysoki, pulchny, rezolutny i wiecznie uśmiechnięty. Krótkie czarne kręcone włosy, mocny zarost. Klasyczny „Kowalski” w wersji hinduskiej. Jego rodzina okazała mi swoją gościnność i sympatię, a ja miałem Śródmieście 17 dla nich przygotowany zestaw upominków: jakąś elektronikę, koszulki i inne gadżety z polską nutką w tle... Ruszyliśmy. Zabytki, muzeum, park, promenada, miejska plaża oblegana przez młodzież na długo po zmroku. To miasto jest mozaiką pełną kontrastów. Centrum handlowe, szklane sufity, ruchome schody. Kino, knajpy, butiki. Marki uznane na całym świecie mają tu swoich ambasadorów. Po sąsiedzku natomiast leży sobie niewielki slums. Prowizoryczne kwatery sklecone z kawałków blachy, drewna i plastiku. Zaraza wisi w powietrzu, tam nawet muchy mają się na baczności. Osada rozpaczy na brzegu rzeki, która służy ludziom tu koczującym za pralkę, prysznic i kanalizację jednocześnie. Luksus i ubóstwo jak czarne i białe pola na szachownicy. Wszystko i nic obok siebie. Metropolia w sosie słodko-kwaśnym. Podróż z Bombaju do Szirdi trwała osiem godzin, chociaż jest to dystans raptem dwustu kilometrów. Autokar nowoczesny, miejsca biletowane, kultura. Na drodze natomiast kompletny bałagan i całkowita improwizacja. Kierowcy za pomocą klaksonów, jakby korzystali z alfabetu morsa. Trasa mocno zatłoczona. Motory, skutery, ciężarówki, minibusy, samochody terenowe, taksówki i święte krowy. Wyruszyłem wieczorem, na miejsce dotarłem nad ranem. Byłem jedynym obcokrajowcem na pokładzie, a co za tym idzie wzbudzałem pewne zainteresowanie. Większość gawiedzi była jednak pochłonięta bez reszty oglądaniem filmów produkcji Bollywood. Żywiołowe reakcje, śmiech lub łzy wzruszenia. Ostatnie dwanaście kilometrów pokonałem lokalnym minibusem. Upał dawał się już mocno we znaki. Na poboczu handlarze przekrzykują się nawzajem. Arbuz, melon, ogórek, zimna woda. Te artykuły sprzedają się najlepiej. W tej części województwa Maharastra ponad 90% społeczeństwa odżywia się wedle diety ściśle wegetariańskiej. Bez mięsa, ryb i jaj. Przy sobie miałem paczkę kabanosów zakupioną jeszcze w Polsce, której nie wypadało mi przemycać na teren świątyni. Przypomniałem sobie o tym fakcie w ostatniej chwili, postanowiłem więc rzucić takiego łakocia bezpańskim psom. Te jednak, widać wychowane na herbatnikach, mleku i warzywach wzgardziły konsumpcją padliny. Na obszernym terenie Ashramu znajdowało się wiele budynków. Dom starszyzny, dom pielgrzyma, w którym się zatrzymałem, dwie szkoły, szpital, świątynie mniejsze i większe, które służą wspólnym śpiewom lub medytacji w kompletnej ciszy. Na osobną uwagę zasługuje kuchnia połowa i ogromnych rozmiarów namiot, który służy za miejsce wspólnych posiłków. Dwa razy dziennie ponad tysiąc osób, głównie biedota z okolicy, może liczyć na bezpłatne pożywienie. Pielgrzymi z zagranicy zwykli jadać w oddzielonej stołówce. Panowały tam znacznie bardziej komfortowe warunki, a jedzenie było zdecydowanie mniej pikantne. Mnie jednak tłum nie przeszkadzał, a wariant „na ostro” mi odpowiadał, szybko przeniosłem się więc na jadalnie główną, czym dosyć przypadkowo zyskałem sobie uznanie w oczach gospodarzy i pozostałych uczestników biesiady. Po przybyciu na miejsce został mi przydzielony pokój. Miałem chwilę, żeby się odświeżyć i ogarnąć po podróży. Następnie udałem się na darszan - swego rodzaju błogosławieństwo, jakiego udzielał duchowy lider, miejscowy guru, Dżanglidas Maharadż. W namiocie 18 Łukasz Walendziak przygotowanym na tę okazję zgromadziło się kilkanaście osób. Pielgrzymi z zagranicy oraz możni i ważni z okolicy. W powietrzu unosiła się aura mistycyzmu. Zająłem miejsce w ostatnim rzędzie i zgodnie z przekazanymi mi wskazówkami, rozpocząłem medytację. Siad „po turecku”, plecy wyprostowane, kontrola oddechu, zatrzymanie procesów myślowych, które prowadzić ma do oczyszczenia umysłu. Po chwili zatraciłem poczucie czasu, zapomniałem, gdzie się znajduje. Ocknąłem się przed obliczem guru, oddając mu pokłon. Nie dałem po sobie poznać, że oto właśnie stało się coś, co kompletnie mnie zaskoczyło, ale zrozumiałem, że mam do czynienia z doprawdy niezwykłym człowiekiem. Sam Janglidas Maharaj ważył niewiele ponad czterdzieści kilo, nosił brodę i bardzo długie włosy. Ubrany był w białą, lekką szatę, chodził na boso. Wyglądał jakby liczył sobie blisko sto lat, ale najstarsi ludzie w okolicy twierdzą, że odkąd byli dziećmi, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Jego nauka była bardzo prosta: „Mniej gadaj, jedz i śpij. Więcej medytuj.” W odróżnieniu od wielu innych autorytetów w kwestii rozwoju duchowego w Indiach był on żywym przykładem, a nie zawodowym trenerem, gwiazdą telewizji czy też utalentowanym sztukmistrzem. Byłem w Ashramie już prawie miesiąc. Właśnie zaczynał się doroczny dziesięciodniowy post o samej wodzie. Już wcześniej postanowiłem, że ja również podejmę wyzwanie. Najpierw przez dwa tygodnie były przygotowania. Rano i wieczorem herbata na mleku i ciasteczko. Na obiad kilka łyżek ryżu i polewka z soczewicy. Miało to na celu oczyszczenie organizmu i skurczenie się żołądka. W czasie samego postu dziennie piłem nawet dziesięć litrów wody. Po pierwszych dwóch dniach moje ciało i umysł przestawiły się na zasilanie w trybie awaryjnym i nawet nie odczuwałem głodu. Przedostatniej nocy zaczęły mi się śnić gołąbki, żeberka i inne przysmaki. Końcówka była ciężka. Wydawało mi się, że ostatni raz jadłem coś w poprzednim wcieleniu. Wyczuwałem zapachy potraw, chociaż nikt w pobliżu nic nie gotował. Abe także zaliczył swój epizod w Indiach. Też miał swojego Guru, ale niechętnie dzielił się informacjami na ten temat. Uważał to za swój sekret. Ja również nadaną mi mantrę zachowałem dla siebie i intonowałem w głębi duszy w trudnych momentach, których po drodze nie brakowało. Nie jestem przesądny i brzydzę się zabobonem, ale na własnym przykładzie przekonałem się, że wiara czyni cuda. DIDI Słowo „Didi” w dosłownym tłumaczeniu z języka nepalskiego oznaczałoby „starsza siostra”. W praktyce ma jednak więcej zastosowań. „Szanowna pani”, „Ciocia”, „Kobieta w starszym wieku”, w każdym z tych przypadków można by się zwrócić „Didi” i wszystko by się zgadzało. Często bywa jednak tak, że w danym środowisku wystarczy powiedzieć „Didi” i wszyscy wiedzą o kim mowa. W naszym towarzystwie ulicznych nieszczęśników, wykolejeńców i kombinatorów, też mieliśmy swoją siostrę numer jeden. Kobieta ta pochodziła z niewielkiej wsi w województwie Sindupalczok, kilkadziesiąt kilometrów na północny--wschód od stolicy. Jej skośne oczy i rysy twarzy sugerowały pochodzenie mongolskie. Śródmieście 19 W jednym z ciemnych zakątków, na samym obrzeżu centrum, prowadziła ona swój niewielki lokal. Jadłodajnię i wodopój. Woda ze studni była darmowa, szklanka samogonu kosztowała jakieś 50 groszy. W godzinach od 10 do 14 i od 18 do 20 dostępny był też ciepły posiłek. Ryż z warzywami lub mięsem kosztował odpowiednio 2 i 3 złote. Łatwo wyliczyć, że 5 złotych dziennie to wszystko, co potrzebne do szczęścia przeciętnemu bezdomnemu z okolicy. Dodam tylko, że jest to kwota, którą swobodnie można wyżebrać, wypracować lub wykombinować w inny sposób. Specjalność zakładu stanowiło dero — swoista mamałyga z wody i mąki kukurydzianej. Można to było sobie zażyczyć zamiast ryżu. Muszę przyznać, że w wersji z gulaszem z bawoła było to rozwiązanie zarówno smaczne, jak i sycące. Lokal cieszył się popularnością pośród najniższej warstwy społecznej. Zazwyczaj panował tu spory tłok. Dwa duże stoły, kilkanaście improwizowanych taboretów, stary kredens i komoda, która służyła za ladę, stanowiły umeblowanie i wystrój wnętrza. Jadalnia była obudowana cegłą z trzech stron i przykryta blachą. Na zapleczu znajdował się jeszcze drugi pokój, który służył za niewielką sypialnię właścicielce, jej pomagierom lub krewnym ze wsi, którzy co jakiś czas odwiedzali stolicę. Didi bywała surowa, potrafiła nie tylko pogrozić palcem kłopotliwym gościom, ale nawet w razie potrzeby zdzielić kogoś miotłą przez głowę. Przede wszystkim była jednak pełna miłości względem najuboższych. Codziennie kilka osób dostało michę na kredyt, ktoś dostał zniżkę, bo zabrakło mu 50 groszy. Ktoś inny natomiast pozmywał naczynia i w zamian mógł liczyć na ciepły posiłek, a być może nawet nocleg na stole w jadalni. Minęło dobrych kilka tygodni od mojej pierwszej imprezy integracyjnej. Część z przypadkowych znajomości zdążyła już przerodzić się w relacje przyjacielskie. Wiadomo przecież, kogo poznaje się w biedzie. Wspólna niedola sprawia, że taka więź powstaje szybciej. W ciągu dnia za towarzystwo służył mi osobliwy duet lokalnych weteranów: Poudel i Czandre. Poudel był wysoki i szczupły. Jego krótkie, siwiejące już delikatnie włosy powoli ustępowały miejsca łysinie, którą skrzętnie chował pod czapką z daszkiem. Miał wyjątkowo jasną, jak na tubylca, karnację. Jego dwie życiowe pasje to alkohol i śpiew. Pił jak zawodowiec, śpiewał jak amator. Mężczyzna liczył sobie niewiele ponad 50 lat, z czego 17 przesiedział w więzieniu za zabójstwo kochanka swojej żony. Czandre był znacznie młodszy, miał mniej więcej 30 lat. Był niziutki i pulchny, zupełne przeciwieństwo starszego kolegi. Kręcone, czarne włosy, zazwyczaj kilkudniowy zarost i uśmiech od ucha do ucha to jego cechy charakterystyczne. Panowie od wczesnych godzin porannych przemierzali ulice śródmieścia w poszukiwaniu klientów. Co prawda ruch mniejszy niż wieczorem, ale też mniejsza konkurencja. W tym biznesie obowiązuje zasada, którą wyznają zawodowi domokrążcy: „W każdej talii są cztery asy, trzeba tylko sprawdzić wszystkie karty”. „Coś do palenia?” , „Dobre ziółko?” , „Ma-ma-ma, marihuana??”. Chłopaki rzucali tego typu hasła włócząc się po okolicy. Nawet jeżeli kilkanaście czy kilkadziesiąt osób zupełnie ich olało, to w końcu trafił się ktoś, kto za parę dolarów nabył odrobinę haszyszu czy trawki, a co za tym idzie, postawił dobre śniadanie i butelkę bimbru. Drugi klient - kolacja, trzeci i jest już na nocleg w hotelu, w okolicach dworca autobusowego. Jakieś dwa kilometry na północ od centrum miasta. 20 Łukasz Walendziak Od czasu do czasu przyplątał się Radżendra. Ten jakiś czas temu postradał zmysły w niejasnych okolicznościach. Chodził po okolicy bosy, brudny i poszarpany. Miał fryzurę w stylu afro i bujny, a zarazem zaniedbany zarost. Gdy tylko miałem możliwość, postawiłem mu obiad, szklankę samogonu i dałem parę groszy na dalszą drogę. Bywało, że spędzaliśmy ze sobą nieco więcej czasu w kompletnej ciszy. Przesiadując gdzieś na rogu, bez celu i zamiaru. Radżendra mamrotał i bełkotał coś pod nosem w jedynie sobie znanym języku. Któregoś wieczora wprawił mnie w niemałe zdumienie, przemawiając bardzo wyraźnie poprawnym językiem angielskim. „Kwiaty wszędzie dookoła, takie piękne. Bóg je stworzył” - po czym uśmiechnął się niewinnie i ruszył w swoją stronę. Thamel swoje prawdziwe oblicze pokazuje po zmroku. Na rejon wychodzą dziewczyny handlujące swoim ciałem, miejscowi imprezowicze i rzesze turystów szukających rozmaitych rozrywek. Moja „nocna zmiana bluesa” to kilku kolegów z różnych stron kraju, którzy przybyli do stolicy wiele lat temu w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Co ukradną, to sprzedadzą. Co potrzeba, to załatwią. Co prawda skończyli na ulicy, zakażeni wirusem HIV, uzależnieni od alkoholu i narkotyków, ale większość z nich wyglądała na zadowolonych z życia, przynajmniej pod wpływem wyżej wymienionych substancji. Wielu kumpli z tego okresu odeszło na tamten świat w przeciągu kilku lat. Nieco później, pracując z młodzieżą na „wesołym wzgórzu”, mogłem się przekonać, jak wielką rolę u osób seropozytywnych odgrywa profilaktyka, dbanie o stan zdrowia na bieżąco i regularne przyjmowanie medykamentów. RON „Obdarty Borsuk z komfortu i złudzeń” - wymamrotałem sam do siebie chwilę po przebudzeniu. Sprawdziłem co mam w kieszeniach. Jakieś niedopałki papierosów, zapalniczka, odrobina haszyszu i... ani grosza. „Będzie jakoś, czwarta nad ranem” — pomyślałem. Nocna impreza dopiero co się zakończyła. Po okolicy krążą jeszcze ostatnie niedobitki. Rozstawiają się pierwsze stanowiska z czajem i preclami. Miotły idą w ruch. Co noc na ulicach w centrum miasta lądują tony śmieci. Bezpańskie psy mają tu swój szwedzki stół. Często walczą ze sobą o co ciekawszy łup. Bywają też agresywne w stosunku do człowieka. Trzeba uważać. Zza rogu dobiegły mnie odgłosy awantury. Piskliwy głosik jakiejś podpitej damulki, nieco bardziej donośne tony kilku młodych mężczyzn. Język nepalski, kilka popularnych wulgaryzmów w kółko. Za chwilę w odpowiedzi pojedynczy głos starszego faceta posyłający w kierunku reszty zgromadzenia wyszukane pogróżki. Język angielski, silny brytyjski akcent. Postanowiłem osobiście sprawdzić, o co chodzi. To natomiast nie spodobało się lokalnej młodzieży. Panowie przy pomocy koleżanki zamierzali naciągnąć czy też okraść starego wygę z Londynu, ten zorientował się, że coś tu nie gra i stawiał czynny opór. Niewysoki, chudziutki, całkiem siwy i zupełnie dziarski emeryt z ogromnym nosem prowadził „walkę z cieniem”, wygrażając przy tym: „Co Wy żeście chcieli!? Starego misia na sztuczny miód zrobić?”. „Taki C@#J!! Wy P%A&Y blade”, „Po moim trupie!” „Po kolei albo wszyscy na raz, wszystko jedno!” „No dawaj, no!!” itd. Z drugiej strony: „trzech muszkieterów”, gdyby dodać ich wiek, to i tak wyszłoby mniej niż liczył sobie ten „pirat z wysp brytyjskich”. Trio Śródmieście 21 młodych i gniewnych z wyglądu młodzieniaszków nie radzi sobie z żywym trupem, który ledwo trzyma się na nogach. Komedia o wschodzie słońca. Nauczono mnie szacunku względem osób starszych. Postanowiłem przerwać ten kabaret w sposób gwałtowny i brutalny. Złapałem za ramię jednego z młodzieńców dla niepoznaki rzucając spokojne „eskjuzmi”. Ten odwrócił się w moją stronę, kompletnie nie spodziewając się nadciągającej katastrofy. Bez żadnej gry wstępnej, za to z pełną mocą. Czołem w nos. Trzask, pisk, krew. Dziewczę pognało w siną dal, poszkodowany wił się z bólu, a dwaj jego towarzysze dosłownie trzęśli się ze strachu, zastanawiając zapewne, który z nich będzie następny. Ron, bo tak miał na imię weteran z Londynu, zaczął natomiast rechotać w nie-bogłosy. „A Ty!? To kto!?” - zwrócił się do mnie zanosząc się szaleńczym śmiechem. „Niezłe miałeś wejście smoka” — dodał. „Europa wschodnia, ruska mafia, polska wódka. Zasłużyłem chyba na drinka?” - odparłem z nadzieją w głosie. „O, niewątpliwie!” odparł Ron. „To będzie krwawa, blada Merry”. „Polański! (Tak, od tej pory tak się do mnie zwracał). „Jesteś zwierzakiem!!” - zakończył mój świeżo upieczony kompan, z szerokim uśmiechem na ustach. Ron był żonaty czterokrotnie, wszystko to złe kobiety były, jak twierdził. W końcu spotkał miłość swojego życia. Byli sobie przeznaczeni. Zakochani bez opamiętania stanowili jedność. W to wszystko wmieszał się nowotwór. Odeszła tak nagle, jak się pojawiła. Nie minęło 12 miesięcy od kiedy się poznali. Nie doczekali pierwszej rocznicy. Oczywiście, on będzie nosił ją w sercu do końca życia, ale wygląda na to, że chciałby, aby to było jak najkrócej. Napisał dla niej wiersz. Recytował go wielokrotnie. Niekiedy mocno się przy tym wzruszał. „Gdybym mógł Ci pokazać poranek, nad tysiącem wzgórz, pocałowałbym Cię i wręczył siedem złotych narcyzów” Ten facet kłamał na potęgę. Z wyroków, które rzekomo odsiedział, można by mu ułożyć podwójne dożywocie. Do tego jakimś cudem udało mu się przepracować tyle lat, żeby zasłużyć na godną emeryturę. Był bokserem, kaskaderem, żołnierzem, bandziorem, marynarzem. Co butelka, to inna śpiewka. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że dziadzia był pijakiem i rozpustnikiem. Mimo wszelkich swoich niedoskonałości, był na swój sposób uroczy. Taki „słodki drań”. Przybył do Nepalu, bo stąd będzie mu bliżej do nieba. Samobójstwo dżentelmenom nie przystoi. No chyba, że zachlać się na śmierć. To trochę jak wypadek przy pracy. Po prostu: „jeden most za daleko”. * Dobiegał drugi miesiąc mojego pobytu w Aszramie. Czułem się duchowo i fizycznie oczyszczony. Zarówno post, jak i medytacja, wyraźnie mi posłużyły. Nocami często urządzałem sobie długie spacery po tutejszych ogrodach, w myślach odmawiając litanię, która została mi nadana. W ciągu dnia natomiast upał, monotonia i natarczywość ciekawskich pielgrzymów powoli dawały mi się we znaki. „Skąd jesteś?”, „Jak masz na imię”, „Jak się masz”, i tak bez końca... 22 Łukasz Walendziak Zaciekawiła mnie opowieść o mieszkającym kilkadziesiąt kilometrów na południe od Aszramu pustelniku. Nosił on przydomek „niemy ojciec” i jak lokalna legenda głosi, nie odezwał się do nikogo nawet słowem od blisko dekady. Wiadomo było o nim jeszcze tylko tyle, że kiedyś służył w armii. W sekretariacie odebrałem wskazówki dotyczące podróży. 30 km autobusem, dalej kawałek furgonetką jako autostopowicz i na koniec niewiele ponad kwadrans intensywnym marszem pod górę. Na miejscu pokój gospodarza, kuchnia i niewielka izba dla podróżnych, obecnie całkiem pusta. Kawałek ogrodu. Drzewa mango, bananowce, papaja. Spędziłem tam kilka dni. Porozumiewaliśmy się na migi. Pomagałem w ogrodzie, w przygotowaniu posiłków i w pracach porządkowych. Ostatniego dnia mistrz przemówił. Kilka zdań, krótka piłka, doskonały angielski. Podziękował za odwiedziny i pomoc. Stwierdził, że mam duży potencjał, ale muszę mieć się na baczności. Wymienił trzy zagrożenia: alkohol, kłamstwo i kobiety. Ciekawe czy wyczytał coś w moich oczach? Czy może to jakiś standardowy zestaw? A tak w ogóle, ten człowiek podobno milczał przez ostatnią dekadę. A teraz takie „słowo na niedzielę”... Buszująca w zbożu 23 Hanna Walentynowicz-Tkaczyk BUSZUJĄCA W ZBOŻU „Człowiek ptak” - książka z biblioteki ojca Andrzeja U. zmieniła moje życie. Gdyby nie ona, nie wpadłabym na pomysł zapisania się na kurs spadochronowy we Wrzeszczu. Z początkiem wiosny 1960 roku znalazłam się na lotnisku. Kurs liczył kilkanaście osób. Byli to młodzi chłopcy i dwie dwudziestoletnie dziewczyny, dwie Hanie - studentki trzeciego roku Politechniki Gdańskiej, wydziału Budownictwa Lądowego. Jedną z nich byłam ja. Teorię przelecieliśmy szybko. Podyktowano nam jak wygląda spadochron, z czego się składa, ile zawiera linek, ile metrów kwadratowych liczy sobie czasza, jak wygląda uprząż, z czego składa się skoczek (to było na rozluźnienie), jak powinien być ubrany, jakie badania lekarskie powinien przejść, jak należy wykonać skok, na czym polega skok na linkę desantową a na czym samodzielny — ot, takie tam dyrdymałki. Uważaliśmy, że najważniejsza jest praktyka i niecierpliwie na nią czekaliśmy. Ćwiczenia praktyczne podzielono na trzy etapy. Pierwszy obejmował trening naziemny. Polegał on na skokach z urządzenia przypominającego sporej wysokości trzy schody. Najwyższy stopień miał półtora metra i skok z niego powodował zetknięcie z ziemią podobnie twarde, jak przy prawdziwym skoku z samolotu. Instruktor uczył nas lądowania na całe, złączone stopy. W tym celu wsuwał między kostki kartkę papieru i wrzeszczał „skok!”. Jeśli ktoś zgubił kartkę, poddawany był przez instruktora torturze stukania kostką o kostkę. Kto raz to przeżył, już nigdy nie zapomniał, że należy lądować na złączonych stopach. Krótko mówiąc, na kursie z wielkim powodzeniem stosowano teorię odruchów radzieckiego uczonego Pawłowa. Każdego, kto brał się za lądowanie, na samą myśl o nim zaczynały boleć kostki. Zwierał więc mocno stopy i lądował z większym albo mniejszym powodzeniem, ale za to prawidłowo. Ćwiczenie zaliczano, kiedy po pokonaniu kolejnych stopni, ten najwyższy „obskakało” się dwadzieścia razy. Następnie odbył się trening w wiszącej uprzęży. Pokazano, w jaki sposób po otwarciu czaszy spadochronu należy się poprawić, aby uzyskać pozycję siedzącą i jednocześnie nie „zgasić” czaszy, czyli nie narazić się na niebezpieczeństwo jej wywinięcia i sflaczenia. Poza tą najważniejszą rzeczą, znacznie eleganciej jest lądować na siedząco niż zwisać w uprzęży, jak, nie przymierzając, wór z kartoflami. W końcu przeszliśmy do budynku spadochroniarni. Był to bardzo długi barak, który musiał zmieścić niezwykle długi stół, a ten z naddatkiem - rozłożoną czaszę, długie linki, uprząż, pilocika (mały spadochronik na sprężynkach, który wywleka czaszę) i pokrowiec, na którym to całe gospodarstwo odpowiednio i starannie złożone musiało się zmieścić. Każdy 24 Hanna Walentynowicz-Tkaczyk skoczek musiał sam sobie składać spadochron główny i zapasowy, bo od tego zależało jego życie. Przykładaliśmy się więc do tego ćwiczenia nadzwyczaj starannie. Linki - specjalnym stalowym szydłem przeciągaliśmy esowatym ruchem przez pętle przyszyte do wnętrza pokrowca, potem składało się czaszę i zapinało cztery klapy pokrowca na specjalne zawleczki, które otwierały się za pociągnięciem czerwonego uchwytu po lewej stronie szelki uprzęży. Na koniec pod klapę pokrowca wsuwaliśmy ściśniętego pilocika uprzednio doczepionego do czaszy. Po wielu ćwiczeniach doszliśmy do niezłej wprawy. Każde złożenie spadaka było dokładnie skontrolowane przez instruktora. Nie było mowy o jakiś niedoróbkach. Instruktor nie przebierał w słowach i to wcale nie były żarty. Tak skończył się pierwszy etap szkolenia i treningu naziemnego. Następny etap odbywał się na wieży spadochronowej w Sopocie-Wyścigach. Pojechaliśmy tam całą grupą z instruktorem Ireneuszem Zapaśnikiem. Chyba każdy z kursantów miał duszę na ramieniu, choć wieża nie należała do bardzo wysokich. Miała „zaledwie” 25 metrów. Taką mniej więcej wysokość miał mój czteropiętrowy blok, w którym obecnie mieszkam. A jednak to zupełnie wystarczy, aby mieć pełne portki strachu... Wieża była konstrukcji kratowej z niewielką ogrodzoną platformą na samej górze. Nie było windy. Na wieżę dostawaliśmy się na skrzydłach strachu po metalowych schodkach. Na długim wsporniku wisiała stale otwarta czasza. Linki skupione w dwóch wiązkach doczepiano do uprzęży przyciągniętej na platformę. Drżący delikwent zapinał się i skakał w czeluść z fragmentami balustradki w dłoniach. Na platformie mieściło się pięć osób. Czekałam na swoją kolejkę, obserwując mrożącą krew w żyłach scenę. Oto, kiedy instruktor otworzył furtkę w przepaść, nasz kolega z kursu zaparł się nogami i stwierdził, że nie skoczy. Instruktor na to: — Skoczysz! - Nie! — Skoczysz!! — Nie!!! - Tak!!! — Nieeee!!!! Tomek z całych sił złapał się balustrady, natomiast instruktor zaczął na niego mocno napierać całym ciałem i coraz głośniej krzyczał: — Skoczysz śmierdzielu do jasnej cholery!!! Przerażenie w oczach kolegi było straszne. Przepychanka skończyła się zdecydowanym kopnięciem w tyłek przyszłego skoczka, który wbrew swojej woli wyleciał z platformy jak z katapulty i w końcu bezpiecznie zawisł na linkach. Jakieś hydrauliczne urządzenie powoli opuszczało na dół całe to ustrojstwo, a na dole rżała z uciechy reszta kursu. Kiedy półprzytomny Tomek wylądował na złączonych stopach, kursanci urządzili mu stosowne hip, hip, hurra i tyle go oglądaliśmy. Poszedł i przepadł. Już więcej na kurs nie wrócił. Teraz była moja kolej...! Nie mogłam sobie pozwolić na podobną historię. Byłam zbyt ambitna. Pamiętam, że wymownie spojrzałam na instruktora i powiedziałam dumnie: - Tylko bez kopania - po czym zamknęłam oczy i frrrrr uleciałam w przestrzeń kosmiczną. Potem jeszcze dziewięć takich frunięć i zostałam zakwalifikowana do trzeciego etapu szkolenia - skoków z samolotu! Skończyły się spokojne noce. Wyobraźnia pracowała całą parą. Adrenalina waliła do głowy aż się dymiło. Zastanawiałam się, czy nie zrezygnować, póki jeszcze nie najadłam się Buszująca w zbożu 25 wstydu, a zaraz potem wyobrażałam sobie, jak wychodzę na skrzydło, ustawiam się pod kątem 450 do kadłuba samolotu i na skinienie pilota.... nie, nie, wszystko się we mnie załamywało, byłam bliska rezygnacji, a potem od początku wychodziłam na to cholerne skrzydło... ustawiałam się ja trzeba i... Koszmar. Rano budziłam się rozbita, niewyspana, a następnej nocy na nowo wychodziłam na skrzydło i ustawiałam się jak trzeba... Badania lekarskie wykazały, że wszystko mam w porządku za wyjątkiem przegrody nosowej, która okazała się skrzywiona. Lekarz nie zauważył innego jeszcze skrzywienia, bo czyż nie jest pewnego rodzaju skrzywieniem zapisanie się na spadochroniarski kurs? Gdyby je wykrył, byłyby nici z zaplanowanej przygody. Przeraziłam się, gdy lekarz zawiesił głos przed następnym pytaniem, bo ono mogło mnie przygwoździć. Zapytał, czy szkolę się na szybowniczkę, czy na skoczka. Kiedy dowiedział się, że zamierzam skakać, tylko machnął ręką i powiedział, że mogę sobie z tą krzywą przegrodą skakać. Mogłam iść na start. Dzień był piękny. Grupka szaleńców zebrała się w pobliżu białej płachty rozpostartej na trawie lotniska. Tak zaznaczono miejsce lądowania samolotu. Lekarz lotniskowy mierzył nam tętno. Miałam 110. Inni mniej więcej tyle samo. Wszyscy się zgrywali, że niby się nie boją, że co tam, że pewnie łatwiej jak z wieży, ale pod skórą... lepiej nie mówić. Inaczej skąd byłoby to szaleńcze tętno? No i stało się! Wdrapałam się po skrzydle do otwartej gondoli kukuruźnika CSS-13 zwanego tu papajem - w pilotce na głowie, specjalnych spadochroniarskich butach (za dużych) i oczywiście z głównym spadakiem na plecach i zapasowym z przodu. Na wierzchu zapasowego miałam wysokościomierz i zegar, żeby było wiadomo o której godzinie zakończę żywot... Usadowiłam się w tylnej kabinie i zaczęliśmy kołować na start. Po chwili byliśmy w powietrzu. Popatrzyłam w dół i aby nie myśleć o tym, co nie trzeba, szukałam charakterystycznych punktów, by znaleźć mój dom. Odnalazłam browar, staw przy torach kolejowych we Wrzeszczu i dalej już prosto ulicą Wajdeloty dotarłam wzrokiem do domu pod ósemką. Nagle zaczęłam zupełnie szaleńczo się śmiać. To była nerwowa reakcja wywołana myślą, że moja rodzina nie ma pojęcia o tym, co zaraz uczynię. Zanosiłam się od śmiechu, a pilot niespokojnie spoglądał w lusterko i dawał jakieś znaki, z których zorientowałam się, że pyta czy będę skakać. Najpewniej pomyślał, że ze strachu oszalałam. Nie był daleko od prawdy... Kiwnęłam potakująco głową. Amen. Nie było odwrotu! Wywindowaliśmy się na pułap 700 m. To było dwadzieścia osiem wież spadochronowych ustawionych jedna drugiej. Pilot zmniejszył obroty silnika, zrobiło się trochę ciszej i kiedy lecieliśmy już lotem szybowym, w końcu dał mi znak, podnosząc do góry kciuk. Wytarabaniłam się na skrzydło, kurczowo trzymając się zastrzałów, ustawiłam jak trzeba i usłyszałam przez pilotkę: SKOK! W tym momencie szukam odpowiednich słów, by opisać, co wtedy czułam i nie potrafię ich znaleźć. To był akt nieprawdopodobnego szaleństwa. Zanim linka desantowa wykonała za mnie wyszarpnięcie uchwytu i otwarcie czaszy, leciałam w czeluść zupełnie bezwładnie. Chyba na chwilę zapomniałam o własnym istnieniu. 26 Hanna Walentynowicz-Tkaczyk Z tego przedziwnego stanu obudził mnie wystrzał wypełniającej się powietrzem czaszy i silne szarpnięcie. Pilotka opadła na oczy, zegary umieszczone na zapasowym wyrżnęły mnie w podbródek, bo poza butami uprząż też miałam zbyt dużą i oczywiście wisiałam w niej jak worek z kartoflami... Bezwiednie powtórzyłam zdanie, którego instruktor nadużywał na kursie w stosunku do kursantów — studentów politechniki: „tu nie politechnika, tu trzeba myśleć”. Istotnie, tu nie była politechnika i należało włączyć myślenie. Myślałam mniej więcej tak: Wiszę... Głupio wyglądam... Jak mnie na dole zobaczą w takim stanie spalę się ze wstydu... Najpierw pilotka, bo nic nie widzę... Boże, jak pięknie! Nie ma czasu... potem popatrzę. Poprawię się na szelkach. Jak to było? Prawą ręką chwytam za prawą szelkę, pod lewy półdupek podtykam kciuk lewej dłoni i zsuwam taśmę uprzęży niżej wzdłuż uda, a potem tak samo druga ręka. Prościzna. No to do roboty... Praktyka okazała się trudniejsza niż myślałam. Kiedy pociągnęłam prawą szelkę czasza niebezpiecznie się zagięła. Puściłam i po raz wtóry spróbowałam pociągnąć nieco lżej. Znów to samo. Co tu ukrywać — stchórzyłam, rezygnując z pięknego wyglądu przy lądowaniu. Teraz już mogłam się spokojnie rozejrzeć wokół. Było cudownie. Niebiańsko. Byłam aniołem unoszącym się nad moim miastem i obejmującym je wzrokiem całe, aż po zamglony horyzont... Nade mną, jak wielki biały kwiat rozkwitnięty na błękicie nieba, rozpościerała się czasza mojego spadochronu. Zaczęłam śpiewać. To nie wystarczyło, by obwieścić światu moją radość. Zaczęłam krzyczeć! Łzy radości kapały mi z oczu na ziemię, a tam gdzie padły, zdawały się wyrastać kwiaty. Oczywiście tak sobie wyobrażałam. Mapa ziemi zaczęła się przybliżać. Romantyczne doznania trzeba było odłożyć na następne skoki. Już wiedziałam na pewno, że będą... Znosiło mnie w kierunku Polanek. Zauważyłam, że kursanci ze startu biegną w tym kierunku. A to dranie! Nikomu nie popuszczą „laszowania”. Laszowanie to rytuał chrztu skoczka spadochronowego. Po pierwszym skoku należy odebrać solidnego klapsa od każdego z kursantów. Wylądowałam na złączonych stopach... Teraz byłam „buszująca w zbożu”. Trzeba było zgasić czaszę, zebrać pięćdziesiąt ileś tam linek zaplątanych w źdźbłach zboża, zapakować to wszystko do torby i... się wypiąć! Wykonałam normę skoków kwalifikujących do skoków z opóźnieniem, ale do tych niestety nie doszło, o czym później. Dlatego właśnie, że samej nie było mi dane skakać z opóźnieniem, pragnę opowiedzieć przygodę kolegi z kursu. Nazywał się Wróbel. Jak powszechnie wiadomo wszystkie wróble świetnie skaczą. Nasz też. Szybko nas prześcignął w technice skoków i jako pierwszy z kursu został wytypowany do skoków z opóźnieniem. Instruktorzy zauważyli w nim świetny materiał na rasowego skoczka i jemu częściej podstawiano samolot do skoków, z czego skwapliwie korzystał. Spoglądaliśmy na Wróbla ze szczyptą zazdrości, gdy bez cienia lęku na twarzy lekko odrywał się od kadłuba samolotu i rozpostarty jak rozgwiazda szybował na powietrznej poduszce z zamkniętym spadochronem. Przełykając nerwowo ślinę, liczyliśmy wtedy sekundy do otwarcia jego spadochronu. Zaskakiwał nas i wprawiał w zachwyt, gdy skwapliwie odliczany czas ze skoku na skok stawał się coraz dłuższy. Bawił się powietrzem, sterował Buszująca w zbożu 27 jak chciał swoim ciałem, wykonywał coraz śmielsze ewolucje. Obserwując go z samolotu AN-2 („Antka”), łapaliśmy oddech dopiero wtedy, gdy dobiegał nas huk czaszy. Przy jego genialnych skokach nasze wypadały niezbyt atrakcyjnie... Nic też dziwnego, że instruktor zakwalifikował właśnie Wróbla do grupy starszych, wytrawnych skoczków, która swoimi skokami do wody w pobliżu sopockiego molo miała uświetnić uroczyste obchody Dni Morza. Wróblowi zaczął wyrastać pawi ogon. Nic więc dziwnego, że chodził dumny jak paw. Nie mieliśmy mu tego za złe. Wyróżnienie było bardzo słuszne. Nadszedł dzień pokazów. Pojechaliśmy aeroklubowym autokarem do Sopotu i udaliśmy się na molo, by obserwować pokazowe skoki do morza. Wszystko szło dobrze, dopóki nie skoczył Wróbel... Przecież musiał popisać się jak najdłuższym opóźnieniem. Inaczej nie byłby sobą. Ujrzeliśmy czarny punkcik, który oderwał się od „Antka” i bez końca pozostawał punkcikiem. Wstrzymaliśmy oddech i odliczaliśmy sekundy: „sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy...” Z sekundy na sekundę napięcie rosło. Kiedy już myśleliśmy, że coś się zacięło i pewnie nasz kolega szarpie się ze spadochronem zapasowym, nagle tuż nad Grand Hotelem czasza wystrzeliła! Wiatr znosił go na południe i stwierdziliśmy ze zgrozą, że jedynym miejscem, jakie pozostało do wylądowania, nie są wcale wody Zatoki Gdańskiej lecz budynek Grand Hotelu! Za chwilę usłyszeliśmy brzęk tłuczonego szkła, pomruk tłumu i zaległa martwa cisza... Wróbel przez okno wpadł do Grand Hotelu i wylądował w pokoju, który zajmowały dwie Szwedki. Zważywszy, że działo się to wszystko w głębokiej komunie, celność lądowania, jak się okazało, też miał świetną... Pomyślałam wtedy, że gdybym to ja zamiast Wróbla skakała z opóźnieniem, niechybnie wpadłabym przez okno Grand Hotelu, ale do pokoju zamieszkałego przez Ruskich. Nie mogłam do tego dopuścić...wołałam buszować w zbożu... Pożegnanie Pawła Huellego Krzysztof Czyżewski PRZYSIĘGALIŚMY NA PRAWDĘ DOBRE SŁOWO POŻEGNANIA PAWŁA HUELLEGO1 W jednym z listów Paweł Huelle przesłał mi wiersz, który napisał na odejście ojca. Nosi on tytuł „Grudzień” i chyba nigdy wcześniej nie był publikowany. Grudzień się skrada tuż za listopadem. Szronem otula drzew szkielety. Tylko umarli znają całą prawdę. Tylko w ogrodach ich sekrety Jak echo szeptów się powtarza. Stoję przed ojcem. Twarz Naprzeciw twarzy. Na ścieżce Gdzie opadłe liście w kryształ Podmuch zimowy dotknięciem zamraża. Dłoń obok dłoni, ale jedna martwa I nie wiem przecież skąd tutaj przybyła. Bez łzy. Łączy nas milczenie I ta jedna jedyna osobliwa chwila. I znowu jest grudzień. I znowu stoimy „Twarz / Naprzeciwko twarzy”. Milczymy, świadomi, że „Tylko umarli znają całą prawdę”. Milczymy zatrzymani na progu pustki, nagłej nieobecności bliskiej osoby. Gdy znika człowiek, znika cień rzucany przez jego postać, odsłaniając — jak to możliwe? — światło. Po zniknięciu Weisera Dawidka pozostał „jaśniejący punkt po drugiej stronie”. W obliczu śmierci jak po kole wracamy do dzieciństwa, w które wtajemniczała nas debiutancka powieść Pawła. Stając się świadkami jego odejścia, czujemy się na nowo — jak on wtedy, gdy starał się dochować wierności przyjaźni z Dawidem - powołani do „przysięgania na prawdę”. Jaką prawdę odkrył Paweł, gotów na nią przysiąc w obliczu przyjaciół, i dzieciństwa, i Innego? 1 Eulogia wygłoszona 7 grudnia 2023 roku w kościele św. Jana w Gdańsku, podczas liturgii żałobnej koncelebrowanej przez księży katolickiego Krzysztofa Niedałtowskiego i luterańskiego Marcina Hintza. PRZYSIĘGALIŚMY NA PRAWDĘ 29 Właśnie dlatego pisarz, że zmierzający do milczenia, słowem uwalniający ciszę. Właśnie dlatego chrześcijanin, że brat żyda, i muzułmanina, i niewierzącego. Właśnie dlatego Polak, że gościnny dla Litwina, i Ukraińca, i Syryjczyka. Właśnie dlatego mężczyzna, że feminista, i równy innym orientacjom seksualnym. Właśnie dlatego budowniczy mostów, że linę przerzuconą nad przepaścią czyni coraz cieńszą, aż do uwolnienia jej od materii, jak próbował to uczynić ojciec z opowiadania „Most”. Właśnie dlatego człowiek, że kocha zwierzęta, i drzewa, i rzekę. Właśnie dlatego tożsamy z sobą, że przekraczający siebie. Właśnie dlatego Bóg, że go nie ma. Skąd Paweł to wszystko wiedział? Urodził się i wychował w Dolinie Zerwanych Mostów, na ruinach martwej linii kolejowej. Łączność została zerwana, wspólnota całości, jak mozaika, rozbita na drobne kawałki. Dlatego jego Gdańsk był Jerozolimą, miastem zburzonej świątyni. I dlatego by żyć, trzeba było odbudowywać mosty, odrodzić tkankę duchową miasta dzielonego wspólnie. Tak właśnie: dzielimy (się) by współistnieć. Jak żyć w Dolinie Zerwanych Mostów? Elka, Paweł, Piotr, Szymon i Dawid przysięgali na prawdę. Pamiętacie? Ta prawda to wyobraźnia - ich, wtedy dzieci. Wy-obraźnia, coś jak wyjście z obrazu: znanego nam i posiadanego przez nas samo-wyobrażenia. Wyjść dalej, poza siebie, ujrzeć nowe, nieoswojone i niewidzialne. Wyobraźnia była ich małym królestwem w Dolinie Zerwanych Mostów. Kuszeni zdradą - tego od nich oczekiwali dorośli, podszeptując racjonalne eksplikacje - przysięgali na prawdę. I nawet gdy udawało się ją od nich wydobyć jakimś podstępem, na przykład spowiedzią, nie mogli jej zdradzić, gdyż nie dawano im wiary, wyśmiewano ich „zmyślenia”. W pozostawaniu w prawdzie umacniało ich zniknięcie Dawida. A potem, w późniejszych książkach Pawła, miejsce Dawida coraz częściej zajmowały postaci kobiece, jak chociażby tytułowa Ryfka z opowiadania o niemej córce rabina, która najzwyczajniej zniknęła pod gestapowskim szkiełkiem i okiem; albo zmarłej Bernatki z opowiadania „Talita”, której pośmiertny żywot rządził się prawami kaszubskiej pustej nocy. I teraz jesteśmy tutaj razem, tego grudniowego ranka, ledwie wyszedłszy z pustej nocy. Czy będziemy mieli odwagę przysiąc na prawdę, którą Paweł pozostawił nam w książkach, jedynym swoim testamencie? Wychodząc mu na spotkanie, stajemy w obrocie koła. Prowadzi nas pamięcią do domu swoich rodziców w gdańskiej dzielnicy Strzyża: wyszedł z niego w świat i powrócił do niego w ostatnim okresie życia, i to w nim znaleziono go martwego. Również w tym sensie jego życie obracało się po kole. A pusta noc była jednym z najgłębszych doświadczeń jego dzieciństwa. Pusta noc, czyli czasoprzestrzeń transgresji, później zgłębianej w pracowni Marii Janion. Chcesz zbudować most - mówił - usuń się, wycofaj, bądź mniejszy, zrób miejsce. Most jest jak czysta izba w domu, niezamieszkana. Jeszcze mniej ciebie, twojej racji, twojej władzy, jeszcze mniej twojego posiadania — a zbliżysz się do tajemnicy. 30 Krzysztof Czyżewski Sacrum? Wtajemniczenie (zwłaszcza gdy ciągnie się za nim sława) wyniosło cię w górę, postawiło na wzgórku, ponad głowami innych? Musisz więc zejść na dół. Sacrum to jest to właśnie. Lubił zapamiętywać pierwsze zdania ważnych dla niego powieści, a do najbardziej ulubionych należało to z „Tajemniczej wyspy” Juliusza Verne’a: „Wznosimy się? Nie, przeciwnie. Schodzimy w dół”. Zróbcie puste miejsce. Nie zagracajcie czystej izby swoimi racjami i mniemaniami, nie aspirujcie do jej posiadania, choćbyście gotowi byli zapłacić za nią każdą ceną, a może szczególnie wtedy. Miasto, które zawłaszcza wspólne, które walczy o swoje wzgórza świątynne gwałcąc prawo do istnienia innych, staje się miastem śmierci, wyobcowania. Właśnie dlatego Gdańsk Pawła Huellego, że z niezawłaszczonym skarbem tajemnicy. I teraz my tutaj zgromadzeni pod gwieździstym sklepieniem janowej świątyni, my: Anna, Juliusz, Krzysztof, Aleksandra, Miłosława, Andrzej, Małgorzata, Bogdan, Basil... tak wiele imion tu obecnych ciśnie się na usta; my, którzy przyszliśmy tutaj dla Pawła, w przestrzeń mostu, gdzie przewodnikiem jest piękna Danea, bogini sumienia, a więc gdzie nie przystoi już pytać o pieczęcie w paszporcie i urobek przekonań w kieszeniach... Czy gotowi jesteśmy przysiąc na prawdę? A mówiąc inaczej: czy starczy nam odwagi by dochować Pawłowi wierności w przyjaźni? Jak go znam, słysząc ten nieco podniosły ton mojej mowy, starałby się go rozładować anegdotą. Na przykład tą zaskarbioną od starożytnych Greków, o pewnym bardzo gadatliwym golibrodzie, który na pytanie: Jak ostrzyc? usłyszał: Milcząc! Bez lez. Łączy nas milczenie. I ta jedna jedyna osobliwa chwila. kkk HUELLE - MOST Most Weisera... Planując książkę opowieści o mostach, poprosiłem Pawła by napisał swoją. Skąd mogłem wiedzieć, że przy tej okazji powstanie najbardziej zmysłowy, chyba najpiękniejszy w polskiej literaturze portret śniegu. „Pomyśl - mówił - o śnieżynkach jako czystej materii mostu. Gdy ten pył z nieba osiada na ziemi, zaczynamy tracić grunt pod nogami. I tego właśnie nam trzeba, by przejść na drugą stronę”. „Śnieg miał różne zapachy. Pierwszy, listopadowy, gdy wielkimi płatkami opadał w ciszy na zeschniętą ściółkę lasu i konary buków, miał coś z niewinnej świeżości. Był jak kryształowe powietrze przywiane z gór nad morze. Grudniowy niósł zapowiedź świąt i zawierał w sobie inne, domowe zapachy: ciast, cynamonu, gałki muszkatołowej, ryb pływających w szafliku, suszonych grzybów, jedliny, świec. Styczniowy mieszał ze sobą włóczkowy zapach czapek, rękawic, smaru do nart i słońca na stokach Niedźwiednika, gdzie szusowaliśmy z ojcem, wzniecając srebrne obłoki lśniącego pyłu. Zwłaszcza w niedzielne poranki, kiedy dźwięk dzwonów polatywał nad wzgórzami i odbijał się wielokrotnie w dolinach. PRZYSIĘGALIŚMY NA PRAWDĘ 31 Najgorszy był śnieg lutowy. Pachniał ciężarem głuchych, beznadziejnych nocy, podczas których w moje sny wkradał się rosyjski car gnający przez zamieć zakutych w żelazo zesłańców. Przebudzony przez Marię, Kaszubkę, przełykałem w półmroku kuchni znienawidzoną owsiankę i ruszałem do szkoły, tonąc mozolnie w zaspach i szarości wstającego dnia. Ale śnieg marcowy pachniał już zupełnie inaczej. Nawet przed roztopami czuć było pod jego skorupą rozbudzone strumienie, a na powierzchni ów lekki, tylko przez doświadczone zmysły poznawany zapach jeszcze nie istniejących dla wzroku, ale już zawiązanych pączków liści.” Początek opowiadania „Most” Pawła Huellego. Most Weisera, fot. archiwum 32 Krzysztof Czyżewski DEBELJAK I HUELLE Debeljak i Huelle w Barcelonie, fot. archiwum Aleś odszedł wcześniej. Można by książkę napisać o pokrewieństwie ich losów, choroby, pisarstwa. Cały rozdział księgi Europy Środkowej zapisany między Lubianą a Gdańskiem, już zamknięty. A wtedy w Barcelonie idziemy na spotkanie Cafe Europa. Aleś był ze mną od początku, od Sarajewa. Paweł dołączył w Amsterdamie. „Nie ruszajcie się!” Wołam do nich, widząc już tę fotografię. Rozumieją się w pół słowa. Od pierwszego spotkania znali się od zawsze. A teraz na komendę muzyki dobiegającej gdzieś z antykwariatu pełnego habsburskich rupieci zamierają w pozytywkę. I obracają się po osi pamięci. Żegnaj Pawle! 33 Andrzej Kasperek ŻEGNAJ PAWLE! Pawle! Żegnaj Mordeczko! Tak się do siebie zwracaliśmy - ja do niego, on do mnie... Chyba zapożyczyliśmy to z „Salta”, gdzie Cybulski ciągle powtarza to słowo. A może z pewnej audycji satyrycznej z dawnej Trójki? Poznaliśmy się w 1977. Byłem na I roku filologii polskiej na UG, on rok wyżej. Spotkaliśmy się na słynnych colloquiach gdańskich prof. Marii Janion. Była naszą mistrzynią i promotorką. Paweł od początku imponował nam oczytaniem i erudycją, znajomością muzyki klasycznej oraz bogatym repertuarem pieśni patriotycznych i legionowych, a także nieprzyzwoitych czastuszek i przyśpiewek. Rankiem po pewnej nocnej imprezie u znajomych, gdzie prześpiewaliśmy całą noc (repertuar od „Pieśni konfederatów barskich”, przez „Bracia! Rocznica!” po żurawiejki typu „Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!”) czekaliśmy na burę od sąsiadów, bo to była ciepła noc czerwcowa i okna otwarte na oścież. Ale starsi państwo z dołu nie byli wcale oburzeni, oni byli wręcz zachwyceni — z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem wyznali: „My cała noc nie spali, my prosto płakali”. Paweł chyba by nie chciał, żebyśmy tu płakali. Był zawsze pełen życia, tryskał humorem. Dusza towarzystwa, wodzirej i zapiewajło. Znakomity opowiadacz dowcipów i anegdot, mistrz ciętej riposty. Niczym hrabalowski pabitel był „czcicielem słońca w restauracyjnych ogródkach, smakoszem księżyca przeglądającego się w wilgotnym bruku [...] [który] lu-dycznością i zabawą zmieniał łzawą dolinę w śmiech”. Cytuję tu „Vademecum pabitelskiego ucznia”, niezwykły tekst Hrabala, który był dla nas mistrzem słowa i życia. A dla Pawła stał się inspiracją dla napisania książki „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala”. Był to jego wielki sukces, książka stała się bestsellerem. Kilka innych także. Paweł wcale nie ukrywał, że czerpie od wielkich twórców, którzy byli wcześniej. Mógłby powtórzyć za Jackiem Kaczmarskim: „Wszyscyśmy z płócien / Rembrandta [...] Wszyscyśmy z drwin / Sokratesa [...] Wszyscyśmy z myśli / Descartes’a”. Mówił otwarcie, że czerpał z Grassa, z Manna, z Czechowa... Bo przecież tylu wspaniałych twórców było przed nim i to naturalne, że ich dzieła były jego pokarmem i jego utwory świeciły światłem odbitym, co przecież w niczym nie umniejsza jego twórczości, która była „świetnościami dawnych przodków świetna”, jak to ujął Słowacki. Przecież to była rozmowa z przeszłością, z wielką literaturą światową: „Uważam się za rzemieślnika, prowadzącego z tymi pisarzami twórczy dialog. Gdybym twierdził, że historia literatury polskiej czy środkowoeuropejskiej zaczęła się od mojego debiutu, mógłby mnie pan zaliczyć do tego rodzaju ligi kabotynów. Nie wstydzę się powiedzieć, że moją naturalną potrzebą jest rozmowa z ważnymi dla mnie autorami” — mówił w wywiadzie dla „Polityki”. Takiego chcemy go zapamiętać — króla życia, czasem nieco rubasznego, otoczonego orszakiem niczym Dionizos. Ale był też Paweł inny, dla którego alkohol i wesoła gromada 34 Andrzej Kasperek była tylko zasłoną, sprytnie utkaną kurtyną, za którą się umiejętnie skrywał. Bo jak pisał w ofiarowanym mi przed laty wierszu (niedrukowanym) pod znamiennym tytułem „Per-fectamente borracho” (czyli „kompletnie zalany”, to cytat z kultowej dla nas książki „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego): „Trzeba nam było sił prawie nieludzkich / Żeby wytrzymać przed nadejściem świtu, / Kiedy śmierć traci władzę..Życie bywało dlań ciężkie, wręcz nieznośnie ciężkie. Mina komedianta, opinia świetnego kompana i strumienie alkoholu pozwalały mu skrywać ból, pozwalały zapomnieć o szarej rzeczywistości PRL-u, o mękach transformacji lat 90. A może były próbą oswojenia przekazanego mu w genach strachu jego matki. Melancholia, depresje, wahania i ucieczki były przytłaczającym spadkiem po wielkiej wojnie... Myśląc o mym zmarłym przyjacielu przypominam sobie wiersz Herberta „Tren Fortynbra-sa”, gdzie jest takie zdanie: „musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia”. Nie byłeś do życia... Przeglądam teraz teczkę z listami od Pawła i czytam: „glątwa moja obecna, niemoc, degrengolada [...] mogę teraz bluznąć na moje życie potwornie i zapytać, jak ja to wytrzymałem [...] nawet jazda tramwajem staje się męką nie do zniesienia [...] ta niemożność sprostania życiu w jego bezczelnych wymaganiach”. Te kilka wyimków z listu z sierpnia 1989 roku pokazują, że rzadko „życie bywało dla niego znośne”, że jego ucieczka w alkohol była próbą oswojenia ciężaru egzystencji. W tym liście nazywa to jeszcze „tańcem z wódeczką”. Bo tak się zaczyna, na początku wydaje się nam, że to my prowadzimy w tym tańcu, ale później już wiadomo, kto nadaje ton. Sukcesy literackie, nagród bestsellery i coraz większe pieniądze dawały satysfakcję, przysparzały kompanów i „przyjaciół”, ale nie pozwalały zasypać przepaści, która w nim rozwierała się coraz bardziej. Żadne kuracje odwykowe nie przynosiły rezultatu, bo gniotła go rozpalona kula, o której cholernie trafnie napisał Czesław Miłosz w wierszu „Alkoholik wstępuje w bramę niebios”: „[...] tak zwana wolna wola nic nie poradzi wbrew przeznaczeniu. Pod twoim ubawionym spojrzeniem cierpiałem jak liszka żywcem wbita na kolec tarniny. Otwierała się przede mną straszność tego świata. Czyż mogłem nie uciekać od niej w urojenie? w trunek, po którym ustaje szczękanie zębami, topnieje gniotąca pierś rozpalona kula i można myśleć, że jeszcze będę żyć jak inni? Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei Paweł należał do tych, którym niestety żaden odwyk, żadna kuracja, żadna terapia nie mogły pomóc... Miał tego świadomość, bo w przejmującym wierszu „Wielkanoc” napisał: „Złe duchy podawały mi ogień w czarnym szkle. [...] Najpierw krtań, potem wnętrzności Zamieniały się w lawę. I płonąłem Dzień Pierwszy I Drugi i Trzeci Na popiół W kosmicznej zamieci. Ale nie zmartwychwstałem”. Żegnaj Pawle! 35 W Drewnicy, fot. Adam Kamiński Powracając do Herberta powiem, że była w nim w nim „odrobina koniecznej odwagi [...] / Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku tak smaku”. Paweł nie bał się działać w Studenckim Komitecie Samoobrony, rozwoził rowerem strajkową pocztę w Sierpniu ’80, drukował bibułę, był wśród twórców Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Patrzę na listę założycieli i widzę, że spośród 22 osób tam wymienionych czwórki już nie ma... Kiedy w 2012 roku wraz z dziewczynami i chłopakami z NZS-u został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski w Pałacu Prezydenckim, opowiadał, z właściwą sobie swadą, że podczas drukowania wydawnictw bezdebitowych usiadł na matrycy i wracał do domu z odbitą na swych białych spodniach stroną wydawanego poza cenzurą pisma. Nigdy nie dało się jej wyprać. .. Pamiętam te portki, za ich sprawą nazywaliśmy go Piekarz. A potem nie wahał się zadrzeć z pewnym ważnym prałatem, bo nie zgadzał się z głoszonymi przez niego poglądami. Napisał prosto z mostu, co o nim myśli, że „przemawia jak gauleiter, gen-sek, nie jak kapłan, a za dobra materialne mógłby się wyrzec polskości”. Nikt nie miał wtedy tyle śmiałości, co on. Jako artysta potrafił dostrzec wcześniej pewne rzeczy. Oj, wycierpiał się mocno na ciągnącym się latami procesie. Dużo kosztowała go odwaga i „potęga smaku”. Opowiadał mi, jak w sądowych korytarzach czekały na niego „obrończynie prałata”, istne „stado dzikich bab”, które nie tylko go lżyły, ale opluwały i życzyły mu śmierci w mękach. Za to prałat, cały w smokingach i orderach, organizował gale, które uświetniały występy zespołu Mazowsze. Tak było. Nie chwalił się, że wielu osobom pomógł, także finansowo. Jakiś czas temu z własnej inicjatywy ufundował całkiem przyzwoite stypendium dla jednego z moich uczniów, zastrzegając jednocześnie, by nie ujawniać, że to on jest darczyńcą. I wiem, że to nie był jedyny taki przypadek. Kiedy wysłałem mu pokwitowanie, zadzwonił i spytał: „Czyś ty zgłupiał? Po co mi to? Ile lat my się znamy?”. Był wierny w przyjaźni. Jak tylko była okazja, to do niego wpadałem. Ostatni raz odwiedziłem go miesiąc temu. Był już taki słaby, że musiał polegiwać. Zycie z niego uchodziło. Widać było, że jest z nim źle, ale jeszcze opowiadał anegdoty, z których słynął. Streszczał mi rozdziały planowanej od lat powieści o Baal Szem Towie. Mówił o pisanej nowej sztuce dla ukochanego Teatru Miejskiego w Gdyni, z Dulskimi w rolach głównych. Poprosiłem go o autograf na odbitce fotografii kota Heraklitka, którą mi kiedyś podarował. Kapitalne zdjęcie, jakby to sam Caravaggio stał za obiektywem aparatu. Trzęsącą się ręką wpisał dedykację: „od Heraklita i Pawła. 2O.X.2O23”. Umówiliśmy się na piątek 17 listopada, mieliśmy robić zdjęcia do filmu o Żuławach w sztuce. Ale już nie otworzył drzwi, ani nie odebrał telefonu... A może miał rację Norwid, gdy pisał: „Gdy życia koniec szepce do początku: Nie stargam Cię ja — nie! - Ja... u-wydatnię!...”. I teraz widzimy jasno, jak wiele utraciliśmy, i kogo straciliśmy. 36 Andrzej Kasperek Dedykacja na stronie tytułowej „ Opowiadań na czas przeprowadzki ” Autora znakomitych powieści, arcydzielnych opowiadań, znakomitych sztuk teatralnych. A jednocześnie był to pisarz niedoceniony przez krytykę, pomijano go przy nominacjach do ważnych nagród literackich, czasem z jadowitą złośliwością kpiono z jego choroby alkoholowej. Za to był uwielbianym przez czytelników. Pamiętam, jak wybraliśmy się na kajaki na Kaszuby. W wypożyczalni kajaków nad Jeziorem Wdzydze rozpoznała go dziewczyna z obsługi, jak się okazało jego wielka fanka, prawie płakała, że akurat nie ma przy sobie żadnego egzemplarza jego książek. Paweł podpisał się na jej przedramieniu a ja kpiłem, że nie skorzystał z okazji, żeby niczym gwiazdor rocka złożyć autograf na jej kształtnym biuście. Może dlatego później w jego sztuce „Żółta łódź podwodna” wystawianej pod pokładem żaglowca Dar Pomorza występują Molly i Polly, tzw. groupies, fanki zespo- łu The Beatles. Dopłynęliśmy do wyspy Ostrów Wielki, zrobiliśmy piknik i Paweł opowiadał mi o swej pracy nad scenariuszem serialu o Mickiewiczu. Jak zawsze był świetnie przygotowany i oczytany, jak przystało na wychowanka prof. Marii Janion. Dyskutowaliśmy o życiu wieszcza, o jego biografiach. Opowiadał mi o swych projektach. Jak szkoda, że ten pomysł nie został zrealizowany, że odrzucono jego scenariusz filmu o profesorze Władysławie Bartoszewskim, że nie dokończył powieści o barokowym Rzymie... Paweł w Oliwie, fot. Adam Golec, dwutygodnik.pl Żegnaj Pawle! 37 Zakończę jeszcze jednym odwołaniem do C. K. Norwida, bo myślę, że jego opinia o Chopinie (po lekkim przekształceniu) doskonale opisuje znaczenie Pawła dla polskiej (i nie tylko) kultury: „Rodem Gdańszczanin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”. Ewa Pobłocka na mszy pożegnalnej w Kościele św. Jana w Gdańsku, którą poprowadził ks. Krzysztof Niedałtowski, przyjaciel zmarłego, zagrała utwory, które Paweł szczególnie lubił. Między innymi była tam pieśń Schuberta „Die Nebensonnen” z cyklu „Winterreise” i „Lament Dydony” z opery Henry’ego Purcella „Dydona i Eneasz”. Ja, szczerze mówiąc, słyszałem tylko piękną muzykę, więcej nie byłem wtedy w stanie rozpoznać. Dopiero później, mój przyjaciel, Jacek Kozłowski, powiedział mi, jakie to były utwory. Znamienne, że zaliczają się do tych najsmutniejszych w dziejach muzyki. „Podróż zimowa” Franza Schuberta powstała w ostatnich latach życia kompozytora, kiedy zmagał się z chorobą. To opowieść o „zwiedzionej miłości, odrzuceniu, samotności, melancholii, strachu przed śmiercią i rozpaczy”. W przedostatniej pieśni cyklu „Fałszywe słońca” pobrzmiewa żałobny śpiew i poddanie się losowi. Utwór kończą słowa: „Im Dunkeln wird mir wohler sein”. („Będzie mi lepiej w ciemności”.) Podobnie jest u Purcella - Dydona śpiewa: „Remember me, but ah! forget my fate”. Stanisław Barańczaka tłumaczy to: „Pamiętaj mnie!/Lecz nie mój ciemny kres”. Pawle kochany, pewnie teraz przechadzasz się w towarzystwie swych psów i kotów, które tak kochałeś, a które odpłacały ci z naddatkiem. Może wreszcie znalazłeś ukojenie i spokój. Odpoczywaj w pokoju. Nasze seminarium — styczeń 1980 —to o tym zdjęciu mówiła Maria Janion, że przypomina grupę z powstania styczniowego, wielu z nas już wkrótce podjęło pracę w biurze Solidarności we Wrzeszczu i wytrwało przez cały okres stanu wojennego aż do wolności. [A. M. Mydlarska] Od góry: Andrzej Zarębski, Paweł Huelle, Ryszard, Hanna Kordalska, Janusz Ossowski, Szymon Karolewski, Andrzej Kotliński, Kwiryna Zięba, w dolnym rzędzie od lewej: NN, Anna Maria Mydlarska, prof. Małgorzata Czermińska, prof. Maria Janion, Gabriela Dmitruk, Agnieszka Kempa, Wojciech Książek, fot. Ryszard Budzyński, styczeń 1980 38 Andrzej Kasperek P. Hue Ile, J. Kiszkis, A. Kasperek. Promocja mojej książki w NCK, marzec 2019 r. Spotkanie w Gdyni, 2011 r, fot. Adam Kamiński Msza w św. Janie, fot. Grzegorz Mehring, www.gdansk.pl Paweł Huelle - wiersz pożegnalny 39 Krzysztof Czyżewski PAWEŁ HUELLE -WIERSZ POŻEGNALNY1 UMRZEĆ CHCIAŁEŚ na wiatr trzepoczący w ramionach na modlitwę rozprutą w puch gwiazd na słowa zapylające dzikie łąki na nagonasienny miłorząb japoński umrzeć chciałes' na ciszę spadającej perseidy na perłę wytoczoną z muszli Gdańska na tajemnicę Dawidka i Księgę godzin na pamięć starszą od narodzin umrzeć chciałes na życie pod atakiem serca na przyjaźń mistrza dobrego imienia na ścieżkę co biegnie gensekom pod włos na coraz to bardziej zwężający się most spadałeś na łeb na szyję do dna na ostatnią chwilę na górę gorzkiej miłości na dywan latających opowieści wznosi cię książka Ten wiersz powstawał w pulsie ostatnich rozmów z Pawłem. Każda wydawała się być ostatnią. Na kolejną umawialiśmy się za zakrętem Baal Szem Towa, Grecji, Wilna, jądra ciemności... Byle to jeszcze nie była ostatnia prosta. Aż do dzisiaj. 40 Krzysztof Czyżewski Esej Andrzej C. Leszczyński ™ OKRUCHY Było, minęło. Było, więc minęło. yZ nieodwracalnej zawsze kolejności, Bo taka jest reguła tej przegranej gry. Wisława Szymborska [...] to, czego człowiek dokonał w życiu, ma charakter nieodwołalny. Joseph Ratzinger BOHDAN Był współtwórcą i wieloletnim dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii UG, gdy w nim pracowałem. Ja z kolei, co stanowiło przedmiot miłych przekomarzań, byłem kierownikiem Zakładu Etyki i Estetyki (później: Etyki i Aksjologii), którego on był pracownikiem. Przekomarzania polegały na wzajemnym wypominaniu sobie nieobecności na zebraniach Zakładu i Instytutu. Po Lublinie to właśnie Gdańsk był dla Dziemidoka okresem najpełniejszej samorealizacji. W opublikowanych w tamtym czasie studenckich wypowiedziach wspominany jest jako dydaktyk i myśliciel, który pozostał w pamięci swych słuchaczy. We wstępie do książki zatytułowanej „O komizmie. Od Arystotelesa do dzisiaj” pisze Dziemidok, że filozofowie podejmujący tematykę komizmu „w oczach wielu zasłużyli sobie na opinię ludzi pozbawionych poczucia humoru”. Dodaje, że jemu też - gdy powraca do problematyki, od której zaczynał swe badania pół wieku temu - o wiele mniej jest do śmiechu, niż wtedy, co może świadczyć o osiągnięciu stosownych kompetencji w tej mierze („Jeśli prawdą jest, że teoretyk komizmu jest ponurym osobnikiem pozbawionym poczucia humoru, to obecnie spełniam ten warunek Jedna z recenzji książki zaty- tułowana jest: „O humorze bez poczucia humoru”. Jeśli jej autorka nawiązywała do przytoczonego wyżej zdania, nie dostrzegła zawartej w nim przewrotności; jeśli zaś wyraziła swoje własne stanowisko, pokazała, że utożsamia humor z radością, ze śmiechem perlistym i dźwięcznym. A bywa przecież inny - melancholijny, podbarwiony goryczą, wyrażający się w półuśmiechu, autoironiczny, mądry. Ot, choćby taki, jaki właściwy jest Andrzejowi 42 Andrzej C. Leszczyński Poniedzielskiemu, skłaniający raczej do refleksji niż do zrywania boków. To humor wielkich komików kina niemego, Charlie Chaplina czy Bustera Keatona, którzy pokonywali śmiechem klęskę, starość. Humor Jokera z Batmana (niezapomniany Jack Nicholson), który wypowiada pamiętną kwestię: „Śmieję się tylko na pozór. Moja radość jest powierzchowna. W głębi duszy płaczę”. Z czystej rozpaczy pisał swe humoreski Robert Walser. Zatem: bez radości może tak, ale nie bez poczucia humoru! Śmiech oczyszcza. Uwalnia od tego, co ciężkie. Od patosu, także od nienawiści. To ten rodzaj komizmu, który, jak sądzę, nie jest osobiście bliski Dziemidokowi, jego wrażliwości i humorystycznej wyobraźni. Wystarczy poznać go nieco bliżej, wsłuchać się w to, co i jak mówi, wpatrzeć się w towarzyszący słowom tekst mimiczny, uśmiech, podniesienie brwi, by zobaczyć człowieka coraz bardziej świadomego kruchości, nietrwałości rzeczy, ludzi i siebie. Kogoś, kto wypełniony jest chyba nie chwilowym tylko poczuciem bezradności wobec tego, co przychodzi. Na przykład choroby swojej lub najbliższej osoby. Podczas wykładu („O światopoglądowym i aksjologicznym znaczeniu poczucia humoru”), wygłoszonego w listopadzie 2005 roku w Sali Mieszczańskiej Ratusza Starego Gdańska podczas konferencji na temat śmiechu, „[...] doprowadził do tego, że zebrani i pękali ze śmiechu i mieli łzy w oczach. [...] Pokazał śmiech szyderczy i serdeczny. Chichotał, drwił i ironizował, posuwał się do absurdu, by się w końcu nieśmiało uśmiechnąć”. Piszący te słowa organizatorzy konferencji zapomnieli wspomnieć, że nie tylko audytorium miało łzy w oczach, że spływały także po policzkach prelegenta, który wcale nie pękał ze śmiechu. Można odnieść wrażenie, że Bohdan Dziemidok jest coraz głębiej zanurzony w sobie, w swoim życiu; i że nie ma w tym śladu narcyzmu. Rzeczywistość staje się dlań treścią przeżywaną, estetyczną w podstawowym sensie tego słowa (aisthetikos - odczuwający). Czerpie z siebie, coraz bardziej świadomy tego, że to, co dzieje się hic et nunc, dzisiaj, w ułamku chwili, nie jest codzienne ani powtarzalne. Ze zatem konkretność doświadczenia jest czymś więcej niż cząstką całości, że sama jest całością, która wciąż się wymyka, pozostaje nieuchwytna poznawczo i egzystencjalnie. W poezji doświadczała w ten sposób konkretu Wisława Szymborska („kluski ze skwarkami”), w filozofii Jolanta Brach-Czajna („ścierka do podłogi”), w teatrze Tadeusz Kantor („krzesło”). Bardzo podobne, przekonywałem się o tym wielokrotnie podczas rozmów na przeróżne tematy, jest doświadczanie momental-ności istnienia Bohdana Dziemidoka. Wspomniał kiedyś o żalu, że w swej twórczości tak mało mówił od siebie, zajmując się poglądami i teoriami innych myślicieli. Dopiero od niedawna, od kilku, może kilkunastu lat, próbuje to nadrobić, ujawniając, czasami w najmniej oczekiwanych momentach, detale biograficzne, przekonania, oceny. Podczas odbierania najwyższego gdańskiego wyróżnienia naukowego, dorocznej nagrody im. Jana Heweliusza (2004 r.), przywoływał takie właśnie konkrety, mówią o starości, chorobach, o żonie -i o dżudo, które w młodości trenował zdobywając liczące się stopnie („pasy”). To właśnie różni go od przywołanej przed chwilą Wisławy Szymborskiej. Jej konkretność bytowa obejmuje wszystko, tylko nie ją samą. Jak ujął to Tadeusz Nyczek: nie pozwalała sobie i innym na „mazgajenie się”. Sprawy osobiste nie mogły być przedmiotem nawet przyjacielskiej rozmowy, ponieważ groziłoby to patosem, którego nie cierpiała. Tymczasem Bohdan Dziemidok, owszem, mówi chętnie o sobie. Wzrusza się sobą. Boli siebie. Nie jest to jednak „mazgajenie się”, wyjście z formy. Przed „mazgajeniem się”, przed patosem, chroni go ironia - czasami przybierająca postać Sokratejską („udawanie”, dpowda), częściej Okruchy 43 będąca wyrażeniem mającym przynajmniej podwójny sens, gdy żaden z nich nie jest odczuwany jako podstawowy. Tak rozumiana oznacza — poprzez swoją niedosłowność - skromność, niepewność będącą przeciwieństwem szyderstwa. Mówi się, że właściwy wymiar rzeczy ujawnia się dopiero wtedy, gdy jej zabraknie. Prawdziwość tego stwierdzenia odczułem najpierw po przeprowadzce Bohdana i Hani do Warszawy (wykładał w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej). Po jakimś czasie wrócił do swojego lubelskiego matecznika, do Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Zaprosił mnie na kilka dni do swego nowego mieszkania, oprowadzał po lubelskich zakamarkach. Po raz drugi pojąłem, kim był, gdy dowiedziałem się w sierpniu 2022 roku, że umarł. MICHAŁ Michał Woroniecki urodził się - zaznaczał: podobnie jak Leszek Kołakowski - w Radomiu. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskiem, większość życia spędził w Gdańsku. Poznaliśmy się, nie pamiętam już w jakich okolicznościach, czterdzieści kilka lat temu. Było to czymś naturalnym i w pewien sposób nieuchronnym, zważywszy na wykonywany przez nas zawód wykładowców filozofii, Michała w gdańskiej Akademii Medycznej (przemianowanej później na Gdański Uniwersytet Medyczny), mój na Uniwersytecie Gdańskim. W Zakładzie Filozofii AMG, gdzie dorabiałem do marnej uniwersyteckiej pensji, spotykaliśmy się dość często. Szczególne znaczenie u schyłku lat siedemdziesiątych i w latach osiemdziesiątych miało święto pierwszomajowe, gdy szliśmy radośnie w pochodzie, wiedząc, że na wysokości czołgu straszącego przy alei Zwycięstwa (mówiono, że wystrzeli, gdy opuści Akademię dziewica) znikniemy w podziemnym tunelu prowadzącym do Akademii, by w gronie kilku, czasami kilkunastu osób nie zawsze cenzuralnymi toastami dopełnić ten dzień. Pracowaliśmy wspólnie także w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, szczególnie ceniąc sobie zajęcia na kierunku edukacji artystycznej, który Michał zaprojektował i zorganizował. Czasami mówiliśmy o Michale „książę” albo „kniaź”. Bo i rzeczywiście, Woronieccy stanowili polski ród książęcy pochodzenia ruskiego (gente ruthenus, natione polonus), herbu Korybut. Nazwę tę umieścił Michał w swoim adresie mailowym (korybut4@o2.pl). Czasami żartował, że gałąź rodu, z której się wywodzi, podupadła (określał to mocniej), jednak traktował swe pochodzenie nadzwyczaj poważnie. Z obowiązku, jak mówił, ale widać było, że z wyraźnym upodobaniem, grzebał w starych papierach badając i zapisując genealogię rodu. Mówił, że jest to najważniejsze zadanie, jakie chciałby zrealizować. Czy udało mu się, nie wiem. Z arystokratyzmem wiązały się czasami żartobliwe, czasami poważne dysputy dotyczące jego istoty. Pogląd Michała można ująć jako arystokratyzm nazwiska i krwi: arystokratę płodzi inny arystokrata. Mówił o kimś, że jest „z naszych”, o kimś innym, że „nie nasz”. Zdarzało się, że fizjonomiczną cechę tzw. dobrego pochodzenia upatrywał w wysuniętym, oznaczającym stanowczość i upór, podbródku. Przy tym wszystkim był niezwykle towarzyski i niekonfliktowy. Z pewną wyrozumiałością słuchał moich racji odwołujących się do Grecji, gdzie arystokratą mógł być potomek niewolnika, nie musiał nim być ktoś „dobrze 44 Andrzej C. Leszczyński urodzony”. Zapraszano na uczty - sympozja, najlepszych - odnoszących sukcesy nuworyszów, odmawiano wstępu podupadłym arystokratom. Liczyły się walory intelektualne, a bardziej jeszcze poetyckie. Powyższy „dobór naturalny” kształtował kulturę żywą, otwartą na nowe impulsy. Wspominam o tym wszystkim dlatego, że szczególne, niewyrażane bezpośrednio poczucie wyższości dotyczyło całej doświadczanej rzeczywistości. Zwłaszcza w ostatnich latach mawiał, że to nie jest jego świat. Kiedy pojawiał się na politycznych manifestacjach, robił to z powodów bardziej towarzyskich niż ideowych. Nade wszystko cenił formę, cóż z tego, że czasami pustą. Dystans do nieswojego świata zaznaczał przy pomocy ironii, dowcipu, sardonicznego uśmiechu, poszukiwania abstraktów i stanów uniwersalnych. Bywało, że pomagała w tym małpka żołądkowej czystej. Konkretystów (reistów), uznających istnienie wyłącznie rzeczy jednostkowych, określał mianem konkretynów. W sierpniu 1997 roku przysłał mi z „Balatonu na Morawach” manifest zatytułowany „Obrona pupomów-ców” („Obserwuje się pożałowania godną dyskryminację pupomówców w stosunku do brzucho mówców...”). Mam przed sobą cztery książki Henryka Elzenberga opracowane naukowo przez Michała. Opracowanie to polegało m.in. na dodaniu indeksów osobowego i rzeczowego, uzupełnieniu niektórych przypisów i tłumaczeń; przede wszystkim na odczytaniu pokaźnych partii ineditów oraz późniejszych dopisków i uwag autora. Trzy książki („Z filozofii kultury”, „Kłopot z istnieniem” oraz „Z historii filozofii” wydał krakowski Znak; czwartą - przełożoną i opatrzoną przez Elzenberga wstępem „Monadologię” Leibniza - toruński Uniwersytet Mikołaja Kopernika). Nie mam najmniejszych wątpliwości, że edytorska praca Michała wpłynęła na jakość tych, stanowiących trwałą wartość kultury, dzieł. Dziwić może, że nie ukazała się drukiem jego rozprawa doktorska poświęcona aksjologii Elzenberga. Dedykacje na ofiarowanych mi książkach mówią o przyjaźni, która, jak to bywa, z czasem ograniczała się do coraz rzadszych i przypadkowych spotkań, rozmów telefonicznych i wymiany mailowych dowcipów. W ostatnich latach po operacji stawu biodrowego Michał wspomagał się laską. Widząc go na ulicy pytałem co słychać, wiedząc, że uzyskam tę samą, niezmienną od lat odpowiedź - że elementarne zagadki bytu pozostają nierozwiązane. Zadzwoniłem do Michała, nieświadomy powagi jego stanu, trzy tygodnie przed jego śmiercią. Mówił niewyraźnie, z trudnością, o przerzutach nowotworowych, o wylewie, i że zadzwoni za kilka dni. Ale już nie zadzwonił. PAWEŁ Mam to przed oczami. Początek września, wczesne popołudnie. Na przystanku tramwajowym naprzeciwko dworca usiadłem na ławce czekając na dziesiątkę lub dwunastkę. Koło mnie, po lewej stronie, pochylony siedział ktoś, kto sprawiał wrażenie bezdomnego. Przekrzywiony na bok kapelusz, obszerna, niezbyt czysta kurtka, obok ławki spora torba. Nadjeżdżała dwunastka, gdy usłyszałem: cześć Andrzej. Obok, już wyprostowany, siedział Paweł. Patrzył znanym mi dobrze, lekko zwężonym spojrzeniem z podniesionymi brwiami. Na opuchniętej i miejscami przekrwionej twarzy nie było śladu uśmiechu. Cześć Paweł, powiedziałem. Po chwili milczenia zaczęliśmy rozmawiać - że dawno, chyba dwa lata, nie Okruchy 45 widzieliśmy się, że nie mógł być na pogrzebie Michała. Spytałem, czy chce, żebym przesłał zdjęcie płyty nagrobnej Kniazia. Odpowiedział, że tak. Jeszcze kilka, może kilkanaście zdań, których nie pamiętam. Skąd się tu znalazł, czemu siedzi na tym przystanku, tłukło mi się po głowie, tramwaje jadą stąd w przeciwnym kierunku, do Śródmieścia albo na Siedlce. Tak jakby ktoś przyprowadził go w to przypadkowe miejsce, może z pociągu, pozbawionego przytomności. Nie śmiałem o to pytać. Kiedy zaproponowałem, że odprowadzę go do postoju taksówek, zgodził się natychmiast. Mieszkam teraz na Chrzanowskiego, powiedział, tamto na Obrońców Westerplatte zostawiłem Idzie. W mojej lewej ręce torba, prawą trzymam Pawła pod pachą. Schodzimy ostrożnie po schodach do tunelu. Paweł mówi, że chce, byśmy podeszli do windy naprzeciwko dawnego empiku, jednak jest nieczynna. Powoli wydostajemy się na plac przy restauracji hotelu Scandic, dawniejszego Monopolu. Paweł wolną ręką trzyma się poręczy. Może chcąc pokazać, że panuje nad sytuacją, pyta kierowcy stojącego obok najbliższej taksówki, za ile zawiezie go na Chrzanowskiego. Za drogo, mówi usłyszawszy odpowiedź. Podchodzimy do kolejnego kierowcy, ale i tam słyszy o podobnej cenie. Wracamy do poprzedniej taksówki. Kierowca chowa torbę do bagażnika. Pytam Pawła, czy ma pieniądze, odpowiada, że ma. Pomagam mu usiąść na tylnym siedzeniu. Dziękuje mi, mówi, że zadzwoni, dłuższą chwilę patrzymy na siebie. Zamykam drzwi auta. Nie odezwał się przez niespełna trzy miesiące, jakie dzieliły nasze spotkanie od jego śmierci. Nie wspomniałem o tym spotkaniu nikomu. Nie wiem, czy był wtedy pijany. Może wychodził z zamroczenia, wynurzał się, przedzierał do rzeczywistości, której wcale nie pragnął. Może nie reagował już na alkohol. O tym, że pije, że był na mało skutecznym odwyku, słyszałem od wielu znajomych, niekiedy wyraźnie usatysfakcjonowanych. Znam opinie tzw. specjalistów, którzy, świadomie czy nie, idą tropem Arystotelesa odróżniającego przyczynę celową (to ou £VEKa) i przyczynę sprawczą (to ó0ev f] Kivr]cnc;). Mówią, że najpierw pije się po coś, a po jakimś czasie wyłącznie dlatego, że już się musi pić (zmiany biochemiczne organizmu, głównie mózgu). Cel znajduje się przed pijącym (może to być, zdaniem Antoniego Kępińskiego, poprawienie samopoczucie, lepsze porozumiewanie się z ludźmi, przezwyciężenie poczucie niemocy, pragnienie utraty kontaktu z rzeczywistością). Przyczyna sprawcza za nim: to ona w jakimś momencie staje się pierwotna. Nie odnosiło się to, jak myślę — choć nie wykluczam, że myślę życzeniowo, że chcę tak to widzieć — do Pawła. Gdy pił, robił to z konieczności celowej. Pił po coś, co ma dzięki temu nastąpić. Tą koniecznością było coś innego niż biochemiczne uzależnienie. Coś, z powodu czego z premedytacją pił malarz i teolog prawosławny Jerzy Nowosielski. W rozmowie z Krystyną Czerni mówił o tym przyjaciel Nowosielskiego, Ryszard Przybylski: „Dlaczego? Jedno jest pewne: Chciał stracić przytomność, zatłuc własną świadomość. To była moim zdaniem główna przyczyna. Sama wódka nie jest tutaj istotna, ona jest tylko narzędziem stłumienia czy ściemnienia własnej świadomości. [...] Woli nicość od tego, co wokół”. Zdaje mi się, że Paweł też chciał zatłuc swoją świadomość. Przede wszystkim po to, by nie doznawać samotności, której nie ujawniało i nie mogło zastąpić powszechne uznanie. Może zresztą ono, to uznanie, czyniło jego samotność dotkliwszą. Samotności poświęcony był numer sprzed dwóch lat redagowanej przez Pawła „Blizy”. Zaproszony, pisałem tam o różnicy między samotnością, która jest wyborem wolności, i osamotnieniem, czyli skazaniem, niezaspokojoną potrzebą kontaktu. Nie mogę uwolnić 46 Andrzej C. Leszczyński się od myśli, że początkiem udręki Pawła była samotność, nie taka jednak, która jest łatwym wyborem. Źródła jego samotności tkwiły w nim samym, w szczególnej inności, z której nie potrafił, pewnie też nie chciał, się wyzwolić, gdyż oznaczałoby to wyparcie się własnej tożsamości. Mówił: „W moich żyłach płynie krew austriacka, szwedzka, węgierska, żydowska, ukraińska i polska. I jestem Polakiem”. Owszem, mówił też, że dobrze mu, jako Polakowi, w takiej obudowie. Chyba jednak z poczucia odrębności brała się jego metafizyka, jego niepowtarzalny kunszt pisarski. Nieustanne i daremne mierzenie się z tym, co niepojęte, choć obecne na wyciągnięcie ręki. Piszę te słowa niedługo po pogrzebie Pawła. Chmurny grudzień, Srebrzysko spowite mroźną wilgocią. Mnóstwo żałobników. Pani prezydent miasta, Pan marszałek regionu, ponad stumetrowy kondukt. Przemowy, wspomnienia jakim był współpracownikiem, kolegą, przyjacielem, sąsiadem. Zdjęcia, zdjęcia, sam zrobiłem kilka. Piękna, jasna strona życia Pawła, na nic innego nie może być miejsca podczas cmentarnego pożegnaniu. Już po powrocie przypomniały mi się słowa śląskiego pisarza i malarza, Henryka Wańka: „Pewien niemiecki historyk sztuki wyjaśnił mi, dlaczego w malarstwie holenderskim obłoki i te niebieskie nieba są tak doskonałe - lepsze niż na fotografii. Ponieważ oni malowali nieba na czarnym podkładzie. To mnie zdumiało: prawdziwość jasności opiera się na fundamencie ciemności”. To nieprawda, co zapisał Hans Fallada w tytule swojej książki, że każdy umiera w samotności („Jeder stirbt fur sich allein”). Widziałem śmierć kogoś, kto odchodził uśmiechając się do trzymającej go za rękę bliskiej mu osoby. Gdy dowiedziałem się o śmierci Pawła, pomyślałem, że była jednak właśnie taka jak u Fallady, samotna. Ostatecznie wyzwalająca. Może pozwoliła mu, jak Jezusowi z jego wiersza, odnaleźć radosny chasydzki krok: Jezus tańczy jak chasyd Chociaż go zabili A potem zmartwychwstał Jezus z dziurami w stopach Tańczy jak rabbuni z Drohobycza Albo z Monasterzysk Wirujący lotnik Przyszłości Szczep winny z gałęzi Jessego Joszua ben Jozef Tancerz Nieśmiertelności Dzienniki Zafroncia (2) 47 Radosław Wiśniewski DZIENNIKI ZAFRONCIA (2) 18 marca 2022 roku. List do możliwego przyjaciela z Rosji, który zechciał mnie pouczyć o historii mojego kraju i dostał bana. „My już nie mamy braci, mamy jedną siostrę — Polskę” (Anonimowa uchodźczym z Ukrainy, zanotowane przez Janusz Radwański) Zagadka. Jak przyjąć dwa miliony uciekinierów z Ukrainy i —Jak swoich!” (Dowcip ze strejy zajrontowej, Polska, 2022) Drogi nie-przyjacielu, który próbujesz mnie w internecie pouczać o historii mojego kraju i szepczesz ciągle „Wołyń, Wołyń”, chciałem ci coś powiedzieć. Otóż nie wiem, kto ciebie uczył historii i w jakim duchu, ale samo to, że próbujesz -niewiele o mnie wiedząc - pouczać mnie, mówi o tym, co ci się wydaje, że wiesz. Przyjmij zatem na początek, że owszem bardzo dobrze wiem, co to jest i był Wołyń. I powiem ci, co zrobimy z pamięcią Wołynia, żebyś nie musiał się martwić dłużej. Najpierw Ukraina wybije rosyjskiej armii wszystkie zęby, a my w tym czasie zajmierny się tymi, którzy nie walczą i przyjechali do nas chronić się przed wyzwoleniem przez twoją armię. Piszę „twoją”, bo mimo trzech tygodni wojny, stosów trupów, poparcie w waszym kraju dla tej wojny wynosi 71% i ciągle idzie w górę. A że chciałeś mnie pouczać, to zakładam, że należysz do tych 71%. Czyli to twoja armia zrzuca bomby na Teatr w Mariupolu, twoja armia bombarduje szpital położniczy twoja armia strzela do ludzi w kolejce po chleb w Czernikowie. To twoja armia napada bez wypowiedzenia wojny. To twoja armia dostaje wpierdol i kiedy okazuje się, że nie umie walczyć honorowo, zaczyna zrzucać bomby na osiedla mieszkaniowe, 48 Radosław Wiśniewski strzelać do konwojów humanitarnych i karetek. Ta krew na twoje sumienie. W twoim imieniu. Zatem kiedy twoja armia dostanie wpierdol, a stosów trupów nie da się już ukryć, pewnie wasi dworzanie jakoś pozbędą się cara, bo w demokrację, chociażby kozacką, to wam nigdy nie szło. I jak dworzanie zmienią cara, to jakoś rakiem się wycofacie. Bo u was to normalnej zmiany władzy nie było chyba nigdy. Zawsze jakieś przewroty pałacowe. Albo zamachy. Albo smuty. Pozwól, że zaproponuję wam wynalezienie jakiejś innej procedury, w ramach której każdy Rosjanin i Rosjanka — bogata i biedna, homo i hetero, stary i młody, będzie mógł mieć równy wpływ na zmianę władzy. Tylko, hej, nie wynajdujcie demokracji, bo już ją wynaleziono. My z tym mamy oczywiście kłopoty, jak każde społeczeństwo, ale o rządzącym przez 22 lata agencie służb specjalnych jako jedynowładcy ani u nas, ani w Ukrainie nikt nie słyszał. Swoją drogą to lepszego dowcipu nie mogliście wymyślić — ludowe republiki zakładane przez satrapię, która przez 500 lat istnienia miała może łącznie rok demokracji. I tak od Naddniestrza poprzez Ługańsk, Donieck po Osetię i Abchazję. Jedno trzeba wam przyznać — umiecie grać w cynizm i drwinę. To tak samo z waszą obroną. Wiecznie się bronicie. A jesteście największym terytorialnie krajem na ziemi. Wszystkie podboje jako wynik słusznej obrony. Największe terytorialnie na ziemi państwo z dochodem narodowym wielkości Hiszpanii. Z oligarchami, którzy są najbogatszymi ludźmi na ziemi i mają największe prywatne jachty. Nie wiem, jak to się robi, żeby mieć taki dochód narodowy i tylu najbogatszych ludzi na ziemi, których władzę wspiera tylu najbiedniejszych ludzi. Być największym terytorialnie krajem na ziemi i nie umieć wyprodukować samochodu osobowego, który chciałby kupić bez przymusu Szwed czy Koreańczyk. Ani laptopa. Ale takiego, żeby był tak samo dobry, jak ten z Tajwanu. Może mi o tym kiedyś odpowiedz. Ale tymczasem wróćmy do tematu. Jak już twoja armia zbierze wpierdol, a w zasadzie zbiera go codziennie, i jak się wycofa i odda Donbas i Krym — to się spotkamy. Nie Ty i ja, tylko my i Ukraińcy, Ukrainki. Dzienniki Zafroncia (2) 49 Bez was. Bez waszych rakiet spadających o drugiej w nocy na dzielnice mieszkalne. Bez waszych botokoswych carów. Bez waszych bomb kasetowych. Bez waszych bomb fosforowych. Bez waszego grożenia bombą atomową Bez waszego pouczania. Będziemy znowu w rodzinie wolnych narodów, wolnych ludzi. Polacy, Litwini Łotysze, Estończycy, Ukraińcy, Gruzini, Mołdawianie, Tatarzy Krymscy. Może ktoś jeszcze. Bo wolni ludzie chętnie przyjmują do siebie innych wolnych ludzi. Tak to jest. Gruzini nas tego nauczyli. A jak już będziemy razem bezpieczni i wolni, to usiądziemy przy wspólnym stole i będziemy rozmawiać. Będziemy razem czytać wiersze, śpiewać piosenki i palić ogniska. Jak w czytance z rosyjskiego, klasa szósta o obozie młodzieżowym „Artiek”, nota bene na Krymie, którą każdy musiał klepać w dzieciństwie. A wiecieram my sideli u kastra i pieli pieśni. Ale to będzie bez was i bez ciebie. Będziemy też płakać. Bo są rachunki krzywd i obca dłoń ich nie przekreśli, jak pisał nasz poeta, nota bene komunista, Broniewski. Zapytasz, co to ma wspólnego z Wołyniem? To, że wolni ludzie załatwiają takie sprawy jak pojednanie, wybaczenie — rozmową, wspólnym byciem, zrozumieniem i wzajemną nauką w której się mówi: - Oto jestem ja, który nie jestem lepszy od Ciebie, i wyciągam do Ciebie dłoń, który nie jesteś gorszy ode mnie. Od tego wszystko się zaczyna. Można wtedy opłakać, obgadać przeszłość. I obiecać sobie, żeby już nigdy, nikt nie posłał nas w okopy przeciwko sobie. Albo żeby chociaż trudniej mu to poszło. Bo jak masz znajomego Ukraińca, zaprzyjaźnioną Litwinkę, Łotysza, z którym zagrasz jam-session, Czecha, z którym się upijesz do nieprzytomności na Babiej Górze - to nie uwierzysz, że jest jakiś powód, dla którego trzeba zdobywać zbrojnie Lwów, Wilno, Pragę czy Rygę. 50 Radosław Wiśniewski Bo po co? Przecież zawsze mogę tam pojechać, mam tam przyjaciół i znajomych, dobrych ludzi. Mogę pójść pod Ostrą Bramę, odwiedzić dom Bułhakowa, napić się piwa na Nuslach. Na co mi podbój, skoro mam tam przyjaciół? Wiem, możesz mieć kłopot ze zrozumieniem świata, w którym nikt nikogo nie musi podbijać. Jak już kiedyś zrozumiesz — to opowiedz o tym swoim braciom i siostrom. Bo są tacy, tylko twoja policja powsadzała ich do twojego pierdla. Ciągle jest ich na tyle mało, że mieszczą się w twoim rosyjskim pierdlu. Chociaż więcej niż w 1968 roku, kiedy bratnie armie pod przewodem ZSRR najechały na Czechosłowację. Wtedy było to łącznie osiem osób na Placu Czerwonym. Jak będzie was więcej, to dajcie znać. Zrobimy wam miejsce przy stole. Pogadamy wtedy o Workucie, Katyniu, Kołymie, Rzezi Pragi, Starobielsku, Ostaszkowie, Powstaniu Warszawskim, Zgwałconych Niemkach, Zgwałconych Polkach, Zgwałconych Ukrainkach, o Hołodmorze, o Powstaniach Chłopskich w guberni tambowskiej, o Sołowkach i wielu innych sprawach. Będzie noc. Zora z Alachaciche naleje nam wina. To bardzo dobre wino. Piliśmy kiedyś przy jednym stole Polacy, Gruzini i ktoś jeszcze. Do jedzenia był tylko ser. Ale czuliśmy się bogaci, bo wolni ludzie zawsze są bogaci, nawet jak nic nie mają. Po wojnie będzie dużo czasu na rozmowę. I płacz. Nie bój się. Opowiemy ci wszyscy, co o was wiemy i myślimy. Szczerze. Może będziesz miał Ty i inni Rosjanie i Rosjanki dość odwagi, by to przyjąć i unieść, Tymczasem bywaj. 19 MARCA. KARETKA DLA KUMPLA. GRANICA Sanitarka już we właściwych rękach. Jadąc przez noc mówiłem dużo zaklęć. Dotykałem dachu, siedzenia. Śpiewałem, żeby nie zasnąć. Modliłem się do samochodu. Żeby nikt w nim nie stracił życia. Żeby wiedział, zanim będzie wiedział kierowca, gdzie padnie pocisk. Jedziesz do Irpienia koniku. Po drodze dwa konwoje. Jeden z Niemiec. Drugi Czerwonego krzyża z Włoch. Komora celna pełna walających się brudnych kocy, porzuconych części ubrania. Kawa. Herbata. Duży napis po polsku i ukraińsku. Tu jesteście bezpieczni. Zimno jak cholera. Czekając na papiery, co chwila włączałem silnik. Dzienniki Zafroncia (2) 51 Żadnych gestów, wzniosłych rozmów. Uważaj na kluczyki, jest tylko jeden komplet. Tutaj ubezpieczenie ważne kilka dni. Uśmiech i zdziwienie. Ubezpieczenie? Serio? Dzięki wam. Nie, to wam dzięki! Dopierdolcie putlerowi. Jasne. Bywaj. Piechotą nie można opuścić przejścia. Siedzę w autobusie. Obiecał wysadzić zaraz za przejściem. Tam czeka Darek. 20 MARCA KARETKA DLA KUMPLA. EPILOG. Dwa słowa uzupełnienia do naszej małej przygody z sanitarką. Po pierwsze mamy już potwierdzenie, że neptunu floópoBOJibHtiu MOÓinbHnił tunuTaub iM. Mukouji nwporoBa ma sprzęt na bazie. Imponujące tempo logistyczne. O piątej rano w sobotę na przejściu, a dzisiaj już w pracy. Wio, koniku. Po drugie - padły jakieś słowa o bohaterstwie i czuję się w obowiązku zaprotestować z całą mocą. Prawo do używania takich słów należy zarezerwować dla ludzi, którym za ich działanie coś grozi - cios w zęby, trafienie kulą, utrata pracy, 15 lat ruskiego pierdla za naruszanie opowieści o niezwyciężonej armii kacapskiej. Wprawdzie nie uzgadniałem tego z Darkiem, ale myślę, że obaj się zgodzimy, że po naszej stronie było trochę niezbędnego wysiłku. Nic więcej. Każdy z Was trochę tego wysiłku okazuje, a - nie przestanę tego powtarzać - każdy gest godzien szacunku i uznania jest ważny. Po trzecie - sam nic bym nie zrobił. Darek Piszewski samochód ufundował, jego narzeczona go umyła, a ja robiłem za szofera i to tylko w jedną stronę, bo w drugą Darek zapytał tylko, czy boję się szybkości, a ja powiedziałem, że nie, ale za Rzeszowem zapadłem w ciemność. Budziłem się co jakiś czas i pytałem: - Darek, zmienić cię? Ale Darek mówił, że spoko, mam spać. No to byłem grzeczny i spałem. Obudziłem się pół godziny przed Wrocławiem. Tak to było. Niech zapiszą to zafrontowe dzienniki. Na tropach historii Grażyna Nawrolska DROGI W CESARSTWIE RZYMSKIM WSTĘP W encyklopedycznym ujęciu mianem drogi określamy wydzielony pas w przestrzeni miejskiej lub poza nią, składający się z jezdni, pobocza i chodnika dla pieszych, służący do przemieszczania się ludzi i transportu towarów. Od najdawniejszych czasów, podczas wędrówek różnorodnych plemion i grup ludzkich po rozległych terenach Europy, Afryki Północnej i Azji, wybierano miejsca najbardziej dostępne do przemieszczania się. Z biegiem czasu stawały się one szlakami komunikacyjnymi, a później wyraźnie wytyczanymi drogami. Wybierano zawsze miejsca, które sprawiały jak najmniejsze utrudnienia w wędrówkach — przełęcze górskie, brody w rzekach, bardziej dostępne tereny dla zaopatrywania się w żywność i wodę, względnie najkrótsze odcinki między osadami czy miastami. Z biegiem czasu przybierały one formę stałych traktów komunikacyjnych. W przypadku terenów podmokłych umacniano je drewnianymi elementami (dranice, belki), względnie kamieniami w celu poprawienia ich stabilności. STAROŻYTNOŚĆ W Egipcie faraonów główną trasą komunikacyjną był Nil. Pierwsze drogi lądowe - będące szlakami do przewożenia budulca do budowy piramid, świątyń i pałaców - łączyły rzekę z miejscami wznoszonych obiektów. Ułatwiały one również transport żywności, wyrobów rzemieślniczych, ale także sił wojskowych. W starożytnym Babilonie istnienie udokumentowanej drogi tzw. Świętej Drogi, odnotowane zostało w Kronice z czasów panowania króla Sanheriba około 710 r. p.n.e. W królestwie perskim Dariusza funkcjonowała Droga Królewska o długości około 2500 km, łącząca m.in. miasta Suzę z Sardes. W Chinach za panowania Cesarza Tsiń Szy-Huang-ti w latach 221-210 r. p.n.e., kroniki odnotowały budowę Muru Chińskiego, który na całej swojej długości miał 2450 km. Mur oprócz funkcji militarnej (typowo obronnej), pełnił także rolę głównej arterii komunikacyjnej Państwa Środka. DROGI W CESARSTWIE RZYMSKIM 53 CESARSTWO RZYMSKIE Spadkobiercami i kontynuatorami rozbudowy istniejących wcześniej sieci dróg w starożytności byli Rzymianie, którzy budowali i rozbudowywali drogi obejmujące przestrzenie w obrębie Cesarstwa Rzymskiego, począwszy od IV w. p.n.e. do V w. n.e. Były one potrzebne przede wszystkim do celów wojskowych, gdyż prowadzone liczne wojny związane z podbijaniem nowych odległych terenów w Europie, Północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, jak i utrzymaniem władzy na rozległych obszarach, wymagały szybkiego przemieszczania się legionów rzymskich. Dobre drogi ułatwiały również lepsze funkcjonowanie poczty -państwowej (cursus publicus) i prywatnej. Miały niezaprzeczalny wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej i szerokiej wymiany handlowej. Pierwsze drogi w obrębie Cesarstwa Rzymskiego, wzorowane na budowanych przez Etrusków, zaczęły powstawać w IV w. p.n.e. Nie stanowiły jeszcze właściwych traktów i przebiegały w najbardziej dostępnych miejscach, a ich powierzchnie stanowiły poziomy ubitej ziemi. Najstarsze były usytuowane między miastami w prowincjach Lacjum i Etruria, prowadząc m.in. do Ostii {Via Ostiensis) i Avdei (Via Ardeatind). Osobą odpowiedzialną za wydawanie decyzji na budowę szlaków drogowych i remonty już istniejących dróg był cesarz rzymski. Drogi wytyczane przez inżynierów, geodetów i mierniczych były prowadzone przede wszystkim w linii prostej, aby maksymalnie skrócić odległości między miastami i osadami. Spotykane na trasie budowy naturalne przeszkody pokonywano za pomocą tuneli, przekopów, wiaduktów, mostów czy nasypów. Na płaskim lub w miarę płaskim terenie nachylenie drogi mogło wynosić od 10% do 12%; natomiast w górach spadek ten miał do 20%. Pracami bezpośrednio w terenie kierowali kuratorzy, którzy byli odpowiedzialni przed konsulami zarządzającymi prowincjami. Później opiekę nad traktatami handlowymi sprawowali urzędnicy - curatores viae. Natomiast w stolicy — Rzymie — i jej najbliższej okolicy, nadzór nad wszystkimi robotami dotyczącymi budowy i remontów dróg pełnił cenzor — urzędnik miejski. SPOSOBY BUDOWY DRÓG - TYPY TRAKTÓW KOMUNIKACYJNYCH Na wstępie należy zaznaczyć, że w Cesarstwie Rzymskim nie istniał jeden schemat wytyczania i budowania szlaków komunikacyjnych. Priorytetem w tych działaniach było przede wszystkim zabezpieczenie miejsc przed destrukcyjnym działaniem wody i dostosowaniem do miejscowych warunków terenowych. Przed rozpoczęciem budowy drogi wyznaczano jej szerokość kopiąc dwa równoległe rowy, wybierając ziemię między nimi do poziomu osiągnięcia skalnego podłoża. Pierwszą wykonaną dolną warstwę o grubości od 20 cm do 50 cm określano nazwą statumen. Stanowiły ją od jednej do dwóch warstewek piasku, na których kładziono płaskie kamienie i całość zalewano zaprawą cementową lub zamuloną gliną względnie popiołem wulkanicznym - pucolana. Krawędzie drogi obramowywano krawężnikami o ciężarach od 10 k do 50 kg, co wzmacniało ich brzegi. Kolejna warstwa, zwana ruderatio, o grubości od 54 Grażyna Nawrolska Ryc. 1. Fragment drogi Via Traiana (wg https://pi. wikipedia.org/wiki/Drogi rzymskie) 20 cm do 30 cm, składała się z kruszonego piaskowca, drobno potłuczonej cegły lub tłucznia kamiennego. Wszystko zalewano zaprawą ceglano-wapienną i ubijano drewnianymi narzędziami (dzisiaj określamy to mianem zagęszczania). Następnym etapem było układanie podbudowy, której pierwsza warstwa - nuceleus - składała się z cementu zmieszanego z piaskiem, glinką i żużlem; a drugą - summum dorsum — stanowił żwirek lub płaskie kamienne płytki. Całość stanowiła warstwa nieprzepuszczająca wody o półmetrowej grubości. Na tak starannie przygotowane wszystkie warstwy drogi układano kamienne płyty o grubości 5 cm, stanowiące powierzchnię użytkową. Całkowita grubość rzymskiej drogi wahała się od 1 m do 1,50 m. Nie zawsze jednak wszystkie po- ziomy traktów miały taką samą grubość, co było uwarunkowane miejscem w którym przebiegały (Ryc. 1). Wybitny rzymski jurysta i pisarz G.D.A. Ulpianus dzielił rzymskie drogi na trzy główne rodzaje w zależności z jakich materiałów je wybudowano. Były to więc: Via terrena — to najprostsza zwykła droga o wyrównanej nawierzchni ziemnej. Via glareata - to ziemna droga pokryta drobnym żwirem - lekko utwardzona. Via munita — to droga o najlepszym podłożu wykonana z kamieni, płytek kamiennych lub bloków z wulkanicznej lawy. Oprócz podziału rzymskich dróg na trzy główne typy, funkcjonowały liczne o mniejszym znaczeniu, jednak bardzo potrzebne dla sprawnego funkcjonowania gospodarki, jak również i życia codziennego mieszkańców Cesarstwa. actus — boczna droga, używana przede wszystkim do pędzenia bydła clivus — wąska uliczka sytuowana na zboczach semita — krótka uliczka o lokalnym znaczeniu, sytuowana w miastach angiportus — zaułek lub wąska uliczka pomiędzy domami W zależności od podziałów na poszczególne typy, a przede wszystkim od ich przeznaczenia, rzymskie drogi miały zróżnicowane szerokości. - najszersze najczęściej nie przekraczały 5 m; chociaż niekiedy szerokość wynosiła 15 m. Stanowiły one główną sieć połączeń w obrębie całego Cesarstwa. - drogi o znaczeniu lokalnym - do 1,20 m szerokości - drogi dla pieszych i konnych miały 60 cm szerokości - ścieżki tylko 30 cm Tak więc widzimy, że konstrukcje rzymskich głównych dróg składały się z trzech podstawowych warstw: podbudowy, warstwy nośnej i użytkowej; w swoich założeniach były bardzo zbliżone do dróg współczesnych. Grubości poszczególnych warstw i stosowany w nich materiał mogły różnic się między sobą. Jednak podstawowa zasada rzymskich traktów: dostosowanie do terenowych warunków miejscowych oraz zabezpieczenie przed szkodliwym działaniem wody, była bezwarunkowo przestrzegana. Jezdnia była zawsze nieco wypukła, aby woda mogła swobodnie spływać na pobocze. Na najważniejszych i głównych traktach komunikacyjnych, po obu stronach pasa „jezdni”, znajdowały się chodniki dla pieszych. Oprócz tego, co 3,00-3,50 m, w krawężnikach był umieszczony wyższy blok, umożliwiający ludziom wsiadać na konia lub załadowywać towary na wozy. KAMIENIE MILOWE Przy drogach były ustawiane tzw. kamienie milowe - miliarium — które informując o odległościach do konkretnych miejsc, były w ówczesnym czasie swoistymi tablicami informacyjnymi. Były to dzisiejsze tablice drogowe. Rozmieszczano je co jedną milę, czyli co 1478,5 m, powszechnie obowiązującą miarę w Cesarstwie. Co pięć mil był stawiany tzw. kamień kurierski - lapides tabulari — który był bardzo pomocny w orientacji podczas szybkiego pokonywania odległości, np. przez kurierów pocztowych (Ryc. 2). Najstarsze kamienie milowe pojawiły się przy Via Appia w 225 r. p.n.e., najstarszej i najsłynniejszej rzymskiej drogi. Jednak regularne ich umieszczenie wzdłuż traktów komunika- cyjnych nastąpiło dopiero po 124 r. p.n.e. (Ryc Kamień milowy, wbity w ziemię na głębokość około 60 cm, był okrągłą kolumną o wysokości 1,50 m i średnicy 50 cm usytuowaną na prostokątnym fundamencie. Cała konstrukcja ważyła prawie dwie tony. Kolumna wykonała była z marmuru, granitu lub lokalnego kamienia, a później także z betonu. Na niej umieszczano numer mili, a na wysokości wzroku odległość do miasta. W innych miejscach na kolumnie podawano informacje m.in. na temat dokonywanych napraw lub odnowienia napisów. Na bocznych wąskich drogach czy w zaułkach miast kamienie milowe nie były stawiane. Najsłynniejszym i najbardziej znany kamieniem milowym był złoty militarium aureum, którego cała kolumna była pokryta blaszanymi pozłacanymi płytkami. Umieszczony został na Forum Romanum przy świątyni Saturna w 20 r. p.n.e. przez cesarza Augusta Oktawiana. W miejscu tym zbiegały się słynne drogi: Via Appia, Via Aurelia, Via Ostiensia, Via Sa-laria, Via Flamina, łączące stolicę Cesarstwa Ryc. 2. Replika rzymskiego kamienia milowego (wg https:/lp.wikipedia.orglwikilkamie% c 5% 84) 56 Grażyna Nawrolska Ryc. 3. Pierwszy kamień milowy znajdujący się przy drodze Via Appia Antica (wg https://www.sladyrzym.pl/2020/06). z prowincjami Imperium. Układ dróg na Półwyspie Apenińskim przyczynił się z pewnością do powstania powiedzenia: „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”. RZYMSKIE DROGI Na terenie Rzymskiego Imperium obejmującego ogromny obszar Europy, Północnej Afryki, Bliskiego Wschodu, przebiegały dziesiątki tysięcy kilometrów dróg różnego typu. Do końca II w. n.e (w ciągu pięciu stuleci) rzymscy inżynierowie wybudowali 72 tysiące km dróg bitych; a w sto lat później „zinwentaryzowane” przez cesarza Dioklecjana trakty komunikacyjne wykazały Ryc. 4. Cesarstwo Rzymskie w czasach cesarza Hadriana — 125 r. n.e. —główne drogi, grubszą inią zaznaczono główną sieć rzymskich dróg (wghttps://pl.wikipedia.org/wiki/Drogi rzymskie) DROGI W CESARSTWIE RZYMSKIM 57 istnienie 78 tysięcy km. Wybudowanie tak rozległej i doskonałej sieci drogowej wymagało dużych nakładów czasowych, finansowych i ludzkich. Dlatego najbardziej ich solidne konstrukcje były budowane przede wszystkim na najważniejszych traktach o znaczeniu strategicznym, handlowym i o dużym natężeniu ruchu (Ryc. 5). Przez trudno dostępne górzyste tereny (a tych w Cesarstwie nie brakowało) - Alpy, Pireneje, rejon Bałkanów, góry Atlasu — budowano drogi koleinowe, aby transport kołowy mógł odbywać się nawet przy znacz- Ryc. 5. Główne drogi rzymskie na terenie współczesnych Włoch (wg https://pi. wi-kipedia. org/wiki/Drogi rzymskie). nych różnicach wysokości. W tak ciężkich warunkach terenowych arcydziełami rzymskiej inżynierii były wiadukty i łukowate mosty budowane nad rzekami i urwiskami. Jednym z najwspanialszych takich rzymskich obiektów był Most Augusta, usytuowany nad rzeką Nara w miejscowości Nami w Umbrii o długości 160 m i wysokości 30 m wzniesiony w 27 r. p.n.e., którego niewielkie fragmenty zachowały się do dzisiaj. Piękne rzymskie mosty przetrwały także w Hiszpanii, m.in. w Martorell, Meridzie, Toledo, Salamance, również w Izraelu, Francji (Ryc. 6). Ryc. 6. Rzymski most nad rzeką Ouveze w Prowansji, fot. P. Bourseiller. 58 Grażyna Nawrolska Ryc. 7. Most rzymski w Aledntara z 104 r. n.e. (wg httpa:/lorg.pl/poradniklartykullrzymianie). Najlepiej zachowanym na świecie rzymskim mostem w niezmienionej formie od jego wzniesienia jest obiekt w Alcantara. Sześcioprzęsłowy most zbudowany w 104 r. n.e. z bloków kamiennych bez użycia zaprawy ma 194 m długości i 60 m wysokości. Jego twórcą był architekt Gajusz Juliusz Lacer, który był bardzo przywiązany do swojego wspaniałego dzieła, iż kazał pochować się w jego pobliżu, a na najwyższym poziomie mostu polecił umieścić napis: PONTEM PERPTUI MANSARUM I SAECULA MUNDI FECIT DI-VINA NOBILIS ARTE LACER, co oznaczało: „Most przeznaczony do wiecznego trwania przez wielki świat, zbudował Lacer, znany ze swej boskiej sztuki.” I most trwa.(Ryc. 7). Istotnym elementem rzymskiej sieci drogowej były także tunele, które pozwalały skracać długie objazdy w terenach górskich. Do najważniejszych z nich należały: Cumaea o długości 1000 m, Cripta Neapolitano miał 705 m długości, a Grotta di Seiano - 700 m. Na licznych skrzyżowaniach dróg umieszczano kapliczki poświęcone larom - lares compi-tales — czyli bóstwom i opiekunom dróg i ich rozstajów. Wzdłuż traktów komunikacyjnych budowano również liczne stacje pocztowe i zajazdy - mansiones — w których zatrzymywali się kurierzy, oficjalni przedstawiciele władzy i zwykli podróżni. Rozwijający się w czasach Cesarstwa bardzo modny ruch turystyczny powodował, że liczne rzesze rzymian korzystały z zajazdów podróżując głównie do kurortów nadmorskich. W szczytowym okresie Rzymskiego Imperium, w obrębie 113 prowincji, łączna sieć różnego rodzaju dróg wynosiła 400 tysięcy km, z czego 85 tysięcy km było brukowanych. Możemy wśród nich wyróżnić 29 najważniejszych - dzisiaj moglibyśmy je określić mianem autostrad - i 372 tzw. Wielkich Dróg; a wszystkie posiadały stabilne podłoże odporne na zmieniające się warunki klimatyczne. Drogi rzymskie będące arteriami Cesarstwa Rzymskiego połączyły prowincje i miasta o bardzo zróżnicowanej społeczności, które zamieszkiwały ogromne obszary (Ryc. 8). Właśnie Rzymianie jako pierwsi w ówczesnym europejskim świecie rozwiązywali problemy DROGI W CESARSTWIE RZYMSKIM 59 Ryc. 8. Drogi rzymskie w Hiszpanii i Portugalii, grubszą linią zaznaczono główne drogi (wg https:Hpl. wikipedia. org/wiki/) związane z transportem i komunikacją na tak dużą skalę. Pokrycie całego państwa gęstą siecią drogową pozwalało na szybkie i skuteczne przemieszczanie się wojsk w różnych prowincjach, w których musiano się przecież liczyć z rozruchami, a tym samym z szybkim wprowadzeniem do nich legionów. Leżące przy traktach komunikacyjnych miasta i osiedla miały większe szanse rozwoju gospodarczego, a tym samym bogacenie się mieszkańców. Do dzisiaj możemy podziwiać zachowane w różnych miejscach fragmenty dawnych rzymskich dróg. Najstarszą i najsłynniejszą była Via Appia zwana Królową Dróg. (Ryc. 9). Wybudowana w latach 312-225 p.n.e. połą- czyła Wieczne Miasto z dzisiejszym Brindisi (Brundisium). Pozwoliło to Rzymianom na szybkie transporty żywności z Kampanii i jednocześnie umożliwiło dalsze dogodne połączenia z Grecją, Bliskim Wschodem i północną Afryką. Do dzisiaj zachował się niewielki odcinek Via Appia zaczynający się pod Koloseum i biegnący do Ciampino. Tę wspaniałą sieć drogową Rzymian możemy podziwiać do dziś (oczywiście we fragmentach) podróżując po terenach dawnego Cesarstwa Rzymskiego. Ryc. 9. Fragment drogi Via Appia, najstarszej rzymskiej drogi, fot. C. Ciabock 60 Ryszard Rząd Ryszard Rząd O NIEMIECKIEJ SZKOLE W POLSKIM TCZEWIE Po zakończeniu I wojny światowej i powrocie Tczewa do odrodzonej Polski 30 stycznia 1920 r., nastąpiły istotne zmiany w jego strukturze ludnościowej. Większość Niemców, nie widząc swojej przyszłości w polskim Tczewie, zdecydowała się na wyjazd do Rzeszy lub Wolnego Miasta Gdańska. Gdy w roku 1921 przeprowadzono pierwszy powszechny spis ludności, stanowili oni jeszcze dość liczną grupę licząca 25,9% mieszkańców. Dziesięć lat później było ich już tylko 9,4% i taki stan utrzymywał się do chwili wybuchu II wojny. W marcu 1920 r. ukazało się rozporządzenie Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej, będące bezpośrednią konsekwencją podpisanego przez Polskę tzw. małego traktatu wersalskiego. Przyznawało ono ludności niemieckiej w II Rzeczypospolitej uprawnienia do nauki w ojczystym języku i tworzenia odrębnych szkół i klas w gminach, w których w promieniu 3 km było przynajmniej 40 dzieci niemieckich. Zgodnie z nim w 1921 r. w Tczewie, w budynku dawnego ewangelickiego szpitala św. Jerzego przy ul. Wodnej, powstała niemiecka prywatna, koedukacyjna szkoła średnia. Prowadzona przez Niemieckie Towarzystwo Szkolne w Polsce („Deutscher Schulverein in Polen”), była jedną z dwunastu tego Szpital św. Jerzego, ok. 1914 r. O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 61 Eichendorffichule — kamień węgielny Szpital św. Jerzego, ok. 1914 r. 62 Ryszard Rząd typu na Pomorzu. Składała się z 3-letniego gimnazjum niższego i 5-letniego - wyższego. W pierwszym roku działalności, gdy jej dyrektorem był dr Friedrich Schutz, uczęszczało do niej ok. 300 dzieci podzielonych na dziewięć klas. Sześć lat później, za dyrekcji dr Karla Saagera (1888-?) było ich już tylko 182, a w 1930 r., wskutek dalszej emigracji, liczba dzieci zmniejszyła się do 69. Zaznaczyć jednak należy, że tczewscy Niemcy zarzucali miejscowym władzom przymusową „polonizację”. Zdarzały się bowiem przypadki, że niemieccy robotnicy zatrudnieni w tczewskim węźle kolejowym byli oficjalnie uważani za Polaków. Automatycznie uniemożliwiało to ich dzieciom naukę w miejscowej szkole niemieckiej. Zmuszeni byli zatem posyłać je do szkół w Wolnym Mieście Gdańsku. Stosunek polskich władz państwowych do szkolnictwa mniejszości niemieckiej na terenach byłego zaboru pruskiego był podyktowany naturalną obawą o jej odrodzenie na tym terenie i potencjalnymi kłopotami, jakie mogły z tego wyniknąć. Prawnie uregulowany był postanowieniami wymienionego wyżej małego traktatu wersalskiego. Strona polska traktowała je jednak jako narzucone i z czasem zaczęła wycofywać się z podpisanych ustaleń. W roku 1934 wypowiedziała go oficjalnie, wykorzystując fakt, że rok wcześniej zrobiły to Niemcy. Warto tu przytoczyć fragment uchwały Komitetu do Spraw Narodowościowych przy Prezesie Rady Ministrów podjętej na posiedzeniu w dniu 9 lipca 1936 r. Jej ostatni punkt głosił: „Tendencja ogólna w stosunku do szkół dla mniejszości niemieckiej powinna iść w tym kierunku, aby przez powolną, lecz konsekwentną taktykę przy ustalaniu sieci szkolnej, organizacji szkół i obsadzaniu celowym stanowisk nauczycielskich zmierzać Rzut parteru, 1935 r. O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 63 „Eichendorffichule”, elewacja przednia, 1940 r. stopniowo do ograniczania języka niemieckiego jako wykładowego na rzecz języka polskiego tak, aby ostatecznie język niemiecki był uwzględniany tylko jako przedmiot nauki”. Wynikająca z powyższych wytycznych postawa polskich władz oświatowych z jednej strony i nieustające zapotrzebowanie mniejszości niemieckiej na własną szkołę średnią w Tczewie z drugiej, doprowadziły w konsekwencji do otwartego kryzysu. W czerwcu 1931 r. Kuratorium Pomorskie wymusiło bowiem na „Schulverein” zamknięcie szkoły w tym mieście. Powodów było kilka. Pierwszym — zły stan techniczny dawnego szpitala św. Jerzego przy ul. Wodnej, w którym mieszkały ponadto także osoby prywatne. Drugim — fakt mianowania nowego dyrektora szkoły, którym po odejściu Karla Saagera został przybyły z Poznania dr Alfred Lattermann (1894-1945). Był on znany ze swoich antypolskich przekonań (czego potwierdzeniem był jego późniejszy akces do NSDAP i SS). Mimo iż zdał w Poznaniu odpowiednie egzaminy wymagane do uznania jego kompetencji w Polsce, Kuratorium Pomorskie nie dopuściło go do pracy w Tczewie. Zarzucono też szkole, że z dwunastu pracujących tam nauczycieli, tylko trzech (w tym dyrektor i pastor) ma uprawnienia do nauczania w szkołach średnich. Pośrednim powodem mogły być także podjęte w marcu 1930 r. starania „Schulverein” o zakup działki na terenie dzielnicy Czy-żykowo w celu budowy na niej nowego, obszernego budynku szkolnego. Doraźny remont obiektu na Wodnej nie zmienił opinii Kuratorium, a wręcz zmotywował do wydania zgody na umieszczenie w nim 1 września 1931 r. polskiej Szkoły Handlowej prowadzonej przez Towarzystwo Kupców Samodzielnych w Tczewie. Iskrą, która doprowadziła do wybuchu, była jednak decyzja o przekwalifikowaniu 31 uczniów gimnazjum niższego noszących polsko brzmiące nazwiska, będących katolikami lub pochodzących z małżeństw mieszanych (ojciec Polak, matka Niemka). Przeniesiono ich do jednej z tczewskich szkół powszechnych, gdzie utworzono dwie dodatkowe, polskie klasy. Jak wyjaśniano, tylko sześcioro z tych dzieci było zarejestrowanych jako „niemieckie” 64 Ryszard Rząd „Eichendorffschule”, elewacja tylna, 1940 r. w momencie rozpoczęcia nauki, a ponadto czworo, zgodnie z życzeniami rodziców, było nauczanych w języku polskim. Nie spodziewano się więc żadnych problemów, uznając, że wystarczy „lekki nacisk” na polskich ojców, by ci przekonali swoje niemieckie żony. Te jednak 4 wrzes'nia zabrały dzieci ze szkoły, żądając nauki w języku niemieckim. Nagłośniony niemal natychmiast przez niemiecką prasę „strajk dzieci tczewskich” zakończył się po dzie- Mównica w holu szkoły, 1935 r. sięciu dniach. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poleciło Pomorskiemu Kuratorium rozesłanie zainteresowanym rodzicom deklaracji, w których sami określić mieli, gdzie ich dzieci mają się uczyć. Zdaje się, że w większości wypełnili je ojcowie, bo 18 dzieci pozostało jednak w klasach polskich. Pozostałe wróciły na ul. Wodną, gdzie obok szkoły kupieckiej, tymczasowo ponownie uruchomiono okrojoną szkołę niemiecką. W drugiej połowie 1933 r. zarząd „Schulve-rein” uzyskał wreszcie pozwolenie na budowę szkoły przy nowo wytyczonej ul. Parkowej. Nie gimnazjum jednak, a 7-klasowej szkoły powszechnej. W myśl przepisów bowiem gimnazjum niemieckie można było utworzyć w miejscowości, w której zarejestrowano by 200 chętnych uczniów. W Tczewie tylu ich nie było, choć Niemcy zwracali uwagę, że przepis ten dotyczył wyłącznie szkół państwowych, a nie prywatnych. We wrześniu tegoż roku przystąpiono do prac budowlanych. O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 65 Prowadziła je tczewska firma Ernsta Schulza, kierownikiem budowy był inż. Karol Wodtke, instalacje wodno-kanalizacyjne i gazowe wykonał zakład Jerzego Morgenrotha. Projekt zlecono rejencyjnemu radcy budowlanemu Albertowi Krugerowi (1878—1933) z Urzędu Budowlanego w Wolnym Mieście Gdańsku. Był on jednym ze znanych architektów gdańskich doby modernizmu. Twórcą m.in. gimnazjum żeńskiego w Gdańsku-Zaspie („Helene-Lange-Schule”, 1928-29), szkoły ludowej („Pestalozzi Volksschule”, 1929) i Oddziału Wewnętrznego Szpitala Miejskiego w Gdańsku-Wrzeszczu (1929-31), sanatoriów w Stegnie (1929), Zaskoczynie (1929-30) i Or-linkach (1930), szkoły ewangelickiej w Gdańsku--Oliwie (1930). Z deski kreślarskiej Krugera zeszły też projekty szkół dla mniejszości niemieckich w Polsce: „Goethe-Schule” w Grudziądzu (1930-32) i podobnych stylowo do tczewskiej: szkoły ludowej w Chodzieży (ok. 1933) i „Albrecht-Durer- Fragment drzwi wejściowych, 1935 r. -Schule” w Bydgoszczy (1939-41). Ostatnie realizacje były kontynuowane przez następców Krugera, który zmarł w 1933 r. W Tczewie jego obowiązki przejął inż. Heinz Luttmann, architekt miejski z Torunia. Jego podpis widnieje na projektach ogrodzenia i instalacji gazo-wo-wodnych oraz protokole ostatecznego odbioru ukończonego budynku. Jak informował krakowski „Ilustrowany Kuryer Codzienny” z września 1933 r., przy okazji prac ziemnych „znaleziono na niewielkiej głębokości skorupy naczyń, kawałki bursztynu oraz kości jakichś nieznanych zwierząt. Prawdopodobnie są to pozostałości osady słowiańskiej z okresu średniowiecza, ze znalezionych skorup udało się częściowo poskładać naczynia z charakterystyczną ornamentyką dla tego okresu”. Inna z gazet, katowickie „7 groszy”, donosiła o „szczątkach grobu przedhistorycznego, który zawierał 8 urn z kośćmi spalonemi”. Niestety brak jest informacji o dalszych losach Gobelin z panoramą Torunia, 1935 r 66 Ryszard Rząd tych znalezisk. Komisyjnego odbioru gmachu w stanie surowym dokonano 6 marca, zaś w „stanie użytkowym” 18 sierpnia 1934 r. Mimo iż budynek był gotowy na przyjęcie uczniów już 1 września, jego oficjalne otwarcie przesunięto na rok następny. Kuratorium Pomorskie stwierdziło bowiem, że szkolny schron przeciwgazowy nie posiada odpowiednich urządzeń wentylacyjnych. Jego przebudowa i zakup wentylatorów w Warszawie kosztowały łącznie dodatkowe 46 tys. złotych. Zalecono też rozbiórkę części murowanego ogrodzenia przy bramie wjazdowej od strony ul. Czyży-kowskiej i zastąpienie go ażurowym płotem po to, by mieszkańcy miasta mogli widzieć co dzieje się na terenie kompleksu. Tczewska szkoła otrzymała imię Josepha von Eichendorffa (1788-1845), wybitnego niemieckiego poety epoki romantyzmu, przez pewien czas związanego z Gdańskiem i Pomorzem. Budynek o wymiarach 74 x 17 m był zdecydowanie zbyt okazały jak na potrzeby oświatowe tczewskich Niemców. Wydaje się, że faktycznym powodem jego budowy były raczej względy propagandowe. Wzniesiono obiekt z cegły, o zwartej, dwukondygnacyjnej bryle z obszernym, użytkowym poddaszem, nakryty wysokim, czterospadowym, ceramicznym dachem. Surowe, pozbawione dekoracji elewacje podzielono regularnie roz- Zasłona w gryfy pomorskie, 1935 r. Płaskorzeźba przy jednej z klas, 2024 r. Tabliczka znamionowa zegara, 2024 r. mieszczonymi, dużymi, prostokątnymi, wielokwaterowymi oknami, a w połaciach dachu umieszczono facjaty. Na osi fasady usytuowano główne wejście w formie wgłębnego portyku wspartego na dwu filarach. Na jednym z nich wyryty został zagadkowy motyw krzyża z rozszczepioną podstawą. Jak pisano w protokole odbioru prac „budynek pod względem estetycznym i architektonicznym nie robi ujemnego wrażenia”, w związku z czym, wbrew ogólnym wytycznym Ministerstwa Oświecenia Publicznego, odstąpiono od otynkowania O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 67 Ogród szkolny, ok. 1940 r. jego elewacji. Zaakceptowano też, nieprzewidziane projektem wiaty na rowery przy mu-rach wydzielających frontowy dziedziniec. Zwieńczenie budynku stanowiła wieżyczka zegarowa - drewniana, sześcioboczna, z wysoką iglicą i gwiazdą z pozłacanej miedzi. Na narożnikach zamocowano sześć pionowych listew zakończonych kulami, a na frontowej i tylnej ścianie dwie ażurowe tarcze z rzymskimi cyframi. Kule, cyfry i wskazówki były również złocone. Zegar pochodził ze znanej w Niemczech, założonej w 1836 r. fabryki Johanna Friedricha Weule z Bockenem w górach Harz. Jej wyroby do dziś odmierzają czas na wieżach kilkudziesięciu budynków kościelnych i świeckich, nie tylko w Niemczech (m.in. w Borkum, Celle, Goslarze, Hanowerze, Naumburgu, Quedlinburgu, Wernigero-de) i w Polsce (m.in. w Bydgoszczy, Legnicy, Pasłęku, Szczecinku, Wolsztynie i w pobliskim Zblewie), ale też we Francji, na Łotwie, a nawet w Argentynie, Brazylii, Meksyku i Chinach. W centralnej części parteru znajdował się obszerny hall wsparty na czterech filarach i do-świetlony pięcioma wielkimi oknami w elewacji tylnej, pełniący jednocześnie funkcję auli. Wyprowadzony z niego poprzeczny korytarz dzielił parter na dwie części. We frontowej umieszczono m.in. stróżówkę i mieszkanie woźnego, gabinet lekarski, klasę dla dzieci wymagających specjalnej troski, szatnię, ubikacje, czytelnię i bibliotekę. W części tylnej, obok wspomnianego hallu flankowanego dwoma klatkami schodowymi, znajdowała się szkoleniowa kuchnia i pracownia krawiecka. Do elewacji tylnej parteru przylegało połączone z nim skrzydło o długości 54 m, mieszczące salę gimnastyczną (21 x 12 m), przebieralnie i prysznice dla chłopców i dziewcząt, dyżurkę nauczycielską i w przyziemiu kotłownię z bojlerami firmy Hoffmeister. Piętro budynku głównego, podzielone korytarzem analogicznym jak na parterze, mieściło od frontu siedem klas dla 171 uczniów, toalety i pomieszczenie na pomoce naukowe. Przy klasach umieszczono niewielkie, płaskorzeźbione wizerunki zwierząt. W części tylnej znajdował się gabinet dyrektora, kancelaria, pokój nauczycielski 68 Ryszard Rząd z przyległą doń biblioteką naukową, sala rysunków i czytelnia. Strych zaadaptowano na internat dla uczniów zamiejscowych i pokoje mieszkalne dla części kadry nauczycielskiej. Większość podwórka szkolnego zajmowały boiska: do piłki nożnej - 46 x 33 m i siatkówki - 23 x 10 m. Podkreślić należy, że w prace wyposażenio-wo-dekoratorskie za- Otto Korthals z gronem nauczycielskim, 1935 r. angażowani byli znani gdańscy artyści. Fritz August Pfuhle (1878-1969), twórca m.in. witraży w kościele ewangelickim w Gdańsku-Oliwie (ob. pw. Matki Bożej Królowej Korony Polskiej), wykonał polichromie głównych drzwi wejściowych przedstawiające okręty pod żaglami stylizowane na normańskie i korowody postaci grających na rogach. Wykształcony w Berlinie na wzorach tamtejszej secesji, w 1910 r. trafił do Gdańska gdzie objął stanowisko profesora malarstwa na Politechnice. Zmienił też wówczas styl swoich prac ulegając nowym tendencjom napływającym ze Skandynawii, czego wyrazem były również wspomniane wyżej polichromie. Pfuhle był wychowawcą licznego grona równie cenionych malarzy, spośród których jeden, młody, lecz znakomicie zapowiadający się sopocki pejzażysta Fritz Heidingsfeld (1907—1972) był autorem polichromii mównicy ustawionej w hallu przy schodach na piętro (1935). Zgodnie z życzeniem Towarzystwa Szkolnego umieścił na niej cytat z powstałego równo 100 lat wcześniej poematu „Czarodziejska różdżka” („Wunschelrute”) patrona szkoły Josepha von EichendorfFa: „Schlaft ein Lied in allen Dingen, Die da traumen fort und fort, Und die Wek hebt an zu singen, Triffst du nur das Zauberwort” „W rzeczach wszystkich pieśń uśpiona, Sni o śpiewie w ciszy snów, Świat czarowną pieśń wykona, Gdy go zbudzisz magią słów” (tłum. ks. Jerzy Szymik) O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 69 Otto Kort hals z gronem nauczycielskim, 1935 r. Oprócz wykonanego ozdobną czcionką tekstu dekorację mównicy stanowiły stylizowane kwiaty i szybujące jaskółki. Malarz, grafik i rzeźbiarz Willi Liitcke (1905-1982) z Gdańska zaprojektował makaty z widokami dwu nadwiślańskich miast, Grudziądza i Torunia, wykonane techniką patchworku w 1935 r. w prezencie przez dzieci z „Goethe-Schule” w Grudziądzu. Było to jedno z nielicznych, oficjalnych i publicznych zamówień Lutckego. Za swoją prawdziwą pasję - sztukę abstrakcyjną - był bowiem szykanowany przez narodowych socjalistów. Wspomniane makaty oraz ręcznie tkana, lniana zasłona haftowana wełną w pomorskie, czarno-brązowe gryfy, zawieszone były w hallu. Integralną częścią całego kompleksu był ogród otoczony, podobnie jak sąsiadujące z nim budynki, wysokim, ceglanym murem z wejściami od strony szkoły i ul. Parkowej. Fotografie z lat 40-tych i 60-tych XX w., dwa archiwalne projekty i obecny stan zachowania pozwalają na częściowe odtworzenie jego pierwotnego układu. Regularną i uporządkowaną przestrzeń tworzyły przede wszystkim prostokątne, trawiaste kwatery z niewielkimi rabatami o niskich nasadzeniach z bylin i kwiatów pielęgnowanych zapewne przez uczniów, którzy korzystać mogli z niewielkiej szklarni przylegającej do północno-wschodniego odcinka muru. Część kwater ograniczały grabowe żywopłoty pełniące podstawową rolę w kompozycji całego założenia. W jego centrum znajdował się niewielki, prostokątny zbiornik wodny. W narożniku południowo-wschodnim utworzone zostało ciekawe wnętrze złożone z kolistej niecki otoczonej niskim murkiem i dębami czerwonymi stanowiącymi dziś główną dominantę całego układu. Posadzono również inne drzewa, przede wszystkim w pobliżu granic ogrodu. Do naszych czasów przetrwały klony zwyczajne, klony jawory, jesiony, kasztanowce, dąb szypuł-kowy i lipa drobnolistna. Wspomnieć warto o jednym z wymienionych wyżej planów, który 70 Ryszard Rząd Zespół Szkół Technicznych w Tczewie, 2025 r. chociaż niezrealizowany, wyróżniał się ciekawą, wykonaną w kolorze koncepcją. Zgodnie z nim główną oś założenia zamykały trzy półkoliste rabaty różane ułożone koncentrycznie dookoła bliżej nieokreślonej dekoracji plastycznej (rzeźby?) Nasadzenia z róż okalały również prostokątne kwatery, na które podzielono całe wnętrze. Kolejny plastyczny detal przewidziano w narożu południowo-wschodnim otaczając go letnimi kwiatami zakomponowanymi na rzucie kwadratu. Wzdłuż murów planowano posadzić krzewy i pojedyncze grupy drzew. Zezwolenie na rozpoczęcie działalności szkoły władze „Deutscher Schulverein” uzyskały w połowie 1935 r., a uroczyste otwarcie okazałej, nowocześnie wyposażonej „Eichendorf-fschule” nastąpiło 22 września tegoż roku. Warto przytoczyć słowa jej ówczesnego kierownika Otto Korthalsa (1897—1978) wypowiedziane przy otwarciu placówki a skierowane do uczniów: „Oddaj państwu to, co należy do państwa, oddaj ludziom to, co należy do narodu, a poza tym nie zapomnij oddać Bogu tego, co należy do Boga”. Korthals, już po opuszczeniu Polski, został autorem publikacji na temat dziejów Tczewa i okolic („Chronik des Kreises Dirschau”, Bonn 1969) oraz artykułów na tematy regionalne w periodyku „Westpreulśen Jahrbuch”. Nie należy zapominać, że niemiecka szkoła w Tczewie dała pośrednio impuls do otwarcia w listopadzie 1937 r. prywatnego Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie, drugim co do wielkości skupisku Polaków w Niemczech. A był to obiekt o jeszcze wyższej klasie niż tczewski -jeden z najnowocześniejszych w Prusach Wschodnich. Posiadał bowiem aulę wyposażoną w scenę i sprzęt kinowy, nowoczesną salę gimnastyczną z natryskami, boisko, basen i radiowęzeł. Pozwolenia na wysokie standardy obu szkół tłumaczyć można faktem, że obie strony miały cichą nadzieję na „przechwycenie” ich na swoją własność w bliżej nieokreślonej przyszłości. W 1939 r., w obliczu spodziewanej wojny, w ceglanym ogrodzeniu szkoły wykuto zachowane do dziś otwory, które w myśl zarządzeń władz wojskowych miały pozwolić na wietrzenie terenu w przypadku ataku gazowego. Wedle niektórych relacji, po zajęciu miasta przez O niemieckiej szkole w polskim Tczewie 71 Wehrmacht, na terenie „Eichendorf-fschule” szkolono przyszłych marynarzy „Kriegsmarine”, salę gimnastyczną z czasem zaadaptowano na potrzeby szpitala wojskowego, na boisku zaś składowano remontowany w tczewskiej fabryce „Ar-kona” sprzęt przeciwlotniczy (działka, reflektory i aparaturę nasłuchową). Działania wojenne w 1945 r. budynki szkolne przetrwały w nienaruszonym stanie. Trzy lata później, we wrześniu 1948 r. umieszczono w nich 11-letnią Szkołę Ogólnokształcącą Stopnia Podstawowego i Licealnego. W 1955 r. placówka przyjęła nazwę „Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Tczewie”, a od 1958 r. nosiła imię Marii Skłodowskiej-Curie. W 1966 r. liceum przeniesiono do budynku przy ul. Szkoły Morskiej 1, a na jego miejsce trafiło Technikum Mechaniczne. W 1974 r. wspomniany wyżej ogród szkolny, zwany już wówczas „małym parkiem”, pozbawiono murowanego Zegar, 2024 r. ogrodzenia. Cegły, dzięki „zapobiegliwości” odpowiednich osób, trafiły na budowę zajazdu „Gniewko” nad Jeziorem Rakowieckim. 5 grudnia 1999 r. na miejscu zasypanego zbiornika wodnego odsłonięto pomnik ofiar terroru stalinowskiego wykonany według projektu tczewskiego plastyka Stefana Kukowskiego. W chwili obecnej w dawnym szpitalu św. Jerzego mieści się Zespół Szkół Katolickich, zaś gospodarzem gmachu przy ul. Parkowej 1 jest utworzony w styczniu 2004 r. Zespół Szkół Technicznych im. kmdra Antoniego Garnuszewskiego. Jednym z nauczanych tam języków jest oczywiście język niemiecki. PS. Autor wyraża podziękowanie Panu Czesławowi Roczyńskiemu, Dyrektorowi Zespołu Szkół Technicznych w Tczewie, za udostępnienie obiektu i możność zapoznania się z kronikami szkolnymi. 72 Janusz Ryszkowski Janusz Ryszkowski PO SZTUMSKICH KARCZMACH, HOTELACH I KAWIARNIACH KRÓTKI PRZEWODNIK (CZĘŚĆ I) „W Polsce (...) i w Prusiech nie dają podróżnym łóżek w gospodach. Trzeba wozić swoje lub leżeć na ziemi..— skarżył się Karol Ogier, sekretarz posła francuskiego, uczestniczący w rokowaniach pokojowych między Polskami a Szwedami, zakończonymi traktatem podpisanym w Sztumskiej Wsi (12 września 1635). W gospodach wiejskich i miasteczkach podróżny mógł liczyć tylko na nocleg we wspólnej izbie, na snopku słomy, czasem też na derkę, raczej taką „drugiej świeżości”. Ale, utyskiwał francuski dyplomata, i o ów snopek czy sieczkę też było trudno, więc prawie przez cały czas posłowania w Prusach Królewskich musiał nocować na gołej ziemi. W Sztumskiej Wsi spędził noc w zawalonym spichlerzu. Karol Ogier nie był wyjątkiem wśród cudzoziemców, którzy narzekali na karczmy i zajazdy w Polsce. „Podróżny nie ma co marzyć o gościnnym pokoju, o łóżku, nie może nawet liczyć, że zaspokoi głód. Zajazd w mieście czy na wsi tym tylko różni się od zwykłego domu, że składa się z jednej wielkiej izby z kominem i ma wielką stajnię dla koni podróżnych. (...) Dlatego też Polak nie podróżuje bez służącego, który by potrafił urządzić jakąś strawę z przywiezionej z sobą zapasów żywności.” - relacjonował półtora wieku później lekarz Jan Jakub Kausch, przemierzający Małopolskę. Co w takim razie mógł zaoferować Sztum, małe miasto, założone dość późno, bo w 1416 roku? Pierwsza informacja o zajeździe pochodzi z 1534 roku, co ustalił Wojciech Szramowski, autor wnikliwej monografii miasta do 1772 roku. Usytuowany był w narożniku rynku, przy uliczce prowadzącej do zamku. Najpewniej ten sam zajazd został opisany w dokumencie z 1625 roku, kiedy kupował go Jacob Gottardowski. Był to budynek co najmniej dwupiętrowy. Na parterze znajdowały się pomieszczenia na wyszynk napitków, wyżej zaś miejsca noclegowe. W tamtym okresie życie w miasteczku wyraźnie ożywiało się, kiedy to obywał się partyku-larz, czyli sejmik wojewódzki. W 1526 roku król Zygmunt Stary wprowadził w Prusach Królewskich sejmiki generalne w Malborku i Grudziądzu. Miały one być poprzedzane zjazdami wojewódzkimi, na których wybierano posłów właśnie na sejmik generalny. Dla niewielkiego województwa malborskiego takim miejsce obrano Sztum. Obradowano w kościele św. Anny, z braku innego nadającego się do tego miejsca. W 1603 roku część szlachty postulowała, aby przenieść zjazdy do prawie trzykrotnie liczebniejszego Dzierzgonia, gdzie znajdowała się Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik 73 siedziba sądu grodzkiego i wojewody malborskiego. Ostatecznie jednak do tego nie doszło i ranga Sztumu jako miasta sejmikowego przetrwała. Gdy na jednodniowe obrady zjeżdżało nawet kilkudziesięciu szlachciców, czy wystarczał wtedy jeden zajazd w mieście, które do pierwszego rozbioru Polski liczyło 50 domów i niecałe 600 mieszkańców? Pewnie tak. Nie wszyscy przyjezdni musieli z niego korzystać, zatrzymując się u mieszkającej w pobliskich wioskach familii i znajomych. Od początku XVIII wieku stała karczma, przylegająca tyłem do cmentarza kościoła św. Anny. Może to się wydać dziwne, patrząc z dzisiejszej perspektywy, ale nie był to już teren miasta, ale Podzamcza (Vorschloss), które należało do starostwa. Karczma ta stała się zarzewiem sporu między miastem i starostwem, gdy okazało się, że budynek zajmował także część gruntów miejskich. Chodziło o to, że opłaty z prowadzonego wyszynku nie trafiały do kasy miasta. Doszło do procesów sądowych i, jak podaje W. Szramowski, zapadł wyrok nakazujący rozebranie przybytku. Nie popełnimy wielkiego błędu przyjmując, że w osiemnastym stuleciu działały w mieście maksymalnie dwie karczmy jednocześnie. Chciałoby się zajrzeć do ich wnętrz, przytoczyć jakieś opowieści. Przecież tam toczyło się życie sztumian w całej jego złożoności: wesela, stypy, bijatyki, przepuszczone fortuny, a może i kobiety powłóczne... POWSTAŃCY BEZ KREDYTU W latach dwudziestych XIX wieku miejska mapa gastronomiczno-hotelarska była wcale bogata, zważywszy na tak mały ośrodek miejski. Tworzyły ją cztery zajazdy, w tym dwa o lepszym statusie i dwa dla woźniców oraz dwanaście wyszynków. To wszystko było także do dyspozycji polskich oficerów i żołnierzy, którzy znaleźli się w Sztumie i okolicach po upadku Powstania Listopadowego. To niezwykle ciekawy moment lokalnych dziejów, mało przy tym przebadany i spopularyzowany. W październiku 1831 roku przez trzy dni przeciągały przez miasto trzy kolumny z liczącej około 20 tysięcy żołnierzy armii polskiej, która przekroczyła granicę rosyjsko-pruską w Brodnicy. W Sztumie rozlokowano na trzy tygodnie oddział złożony z wyższych oficerów, oddzielonych od swoich macierzystych jednostek: 5 pułkowników, 6 podpułkowników, 5 majorów i tyluż kapitanów. Poza tym 29 poruczników i podporuczników oraz 9 urzędników ministerstwa wojny. Dowództwo nad nimi prawował pułkownik Franciszek Kozanowski, który w piśmie (z ok. 20 października) do burmistrza Sztumu Carla Ludwiga Puffaldta przestrzegał, aby sztumianie nie udzielali żołnierzom kredytu na zakwaterowanie, wyżywienie, czy furaż dla koni. Oczywiście dotyczyło to także regulowania na bieżąco rachunków w karczmach. Po opuszczeniu Sztumu przez wspomniany już elitarny oddział, pojawili się kolejni żołnierze, tym razem z 1 Dywizji Piechoty z dowódcą podpułkownikiem Franciszkiem Bobińskim. Było to ponad 3 tysiące osób, większość z nich została rozlokowana w miejscowościach na terenie całego powiatu. Co tu kryć, miejscowe gospody miał swoje dobre dni. Internowani żołnierze otrzymywali od władz pruskich żołd, mieli więc pieniądze na zakwaterowanie i - nazwijmy to tak - 74 Janusz Ryszkowski drobną rozrywkę. Oderwani od rodzin, na obcej dla nich ziemi, stawali przed trudną decyzją, jak pokierować swoim dalszym losem. Władze pruskie przedstawiły internowanym alternatywę: dalsza emigracja, albo powrót w ojczyste strony w zaborze rosyjskim. Mimo to co najmniej kilkunastu żołnierzy pozostało już na stałe w Ziemi Sztumskiej, żeniąc się z miejscowymi pannami. Kilkutygodniowy pobyt powstańców dał jakiś impuls dla rozwoju sztumskiego hotelarstwa i gastronomii? Nie można tego zupełnie wykluczyć. W 1840 roku ludność miasta powiększyła się dwukrotnie w porównaniu z 1772 rokiem i przekroczyła 1100 mieszkańców. Odczuwalne stały się efekty przeniesienia stolicy powiatu z Dzierzgonia do Sztumu, co ostatecznie nastąpiło w 1823 roku. Na pewno miało to też wpływ na to, że w kolejnych latach działała resursa obywatelska (Burgerressourse), miejsce spotkań towarzyskich miejscowych elit kupieckich i urzędniczych. Była też winiarnia i nie jest wykluczone, że w tym samym miejscu. Jakim? Tego się już raczej nie dowiemy, możemy się domyślać, że gdzieś na Rynku. W 1849 roku funkcjonował jeden zajazd dla „klas średnich” i jeszcze trzy inne. Ten o lepszym standardzie był własnością Beniamina Mullera, członka zarządu miejscowej gminy żydowskiej. W jego lokalu organizowano ważne uroczystości miejskie, ale też przeprowadzano czynności urzędowe, np. licytacje. Dodajmy też, że w całym powiecie było wówczas 61 wyszynków, z czego w Sztumie trzynaście. Księga adresowa z 1866 roku wymienia z kolei pięć zajazdów: Blinskiego, Goeppingera, Heya, Krziwozinskiego i Mullera, nie precyzując ich klasy. Miasto w tym czasie miało około dwóch tysięcy mieszkańców. ZAJAZD NAWROCKIEGO Przenieśmy się w czasie o kolejne pół wieku, by spojrzeć na Sztum oczyma młodego przybysza z nieodległej wsi Mirany. „Przystanąłem na wzgórku koło Czernina i patrzyłem na miasto, w którym niegdyś odbywały się sejmiki województwa malborskiego. Wśród zielonych drzew migotały w słońcu czerwone dachy i ściany domów miejskich. Górował kościół rdzawo-czerwony z wieżą. Przymilnie tuliło się miasto do znacznego, uśmiechającego się i igrającego słońcem jeziora. Zwiedziwszy miasto i porobiwszy drobne zakupy, zaszedłem do zajazdu Nawrockiego na piwo”. To fragment wspomnień ks. Władysława Łęgi z okresu, gdy uczęszczał do gimnazjum w Rogoźnie Wielkopolskim. Mógł to być rok 1909, był wtedy 20-letnim młodzieńcem, więc wizyta w zajeździe nie powinna specjalnie dziwić. Poza tym należał mu się odpoczynek. Do rodzinnych Miran (obecnie noszących nazwę Mirowic) miał przecież jeszcze spory kawałek, a poruszał się piechotą. A zaszedł naprawdę daleko, stając się także ważną postacią polskiego ruchu narodowego, że wspomnimy tylko jego udział w akcji plebiscytowej na Powiślu w 1920 roku, kiedy wspierał polskie środowiska przed zbliżającym się głosowaniem, decydującym o przynależności państwowej tych ziem. Z posługą duszpasterską łączył studia nad archeologią, historią i kulturą ludową Pomorza (doktorat w 1930 roku na Uniwersytecie w Poznaniu), a także z działalnością pisarską (m.in. „Legendy Pomorza”). Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik 75 Po lewej zajazd Paula Nawrockiego. W głębi widoczny po prawej hotel Bieckiego. Pocztówka ze zbiorów Bogdana Popielarza Młody Władysław Łęga, popijający chłodne piwo w lokalu Nawrockiego na Przedzamczu, które jeszcze do 1908 roku było osobną gminą, a potem została włączona w obręb miasta, mógł wybrać jeszcze gospodę Friedricha Ruttkowskiego. Znajdowała się mniej więcej naprzeciwko skrętu drogi prowadzącej na Kwidzyn. Ruttkowski stał się jej właścicielem w 1903 roku, odkupując ją od Reimera. Rok później gazetowa kronika wydarzeń potocznych doniosła o wypadku, jaki zdarzył się przy gospodzie. Jeden ze sztumskich fabrykantów podjechał powozem i zostawił go pod opieką ucznia. Ten, aby mieć wolne ręce, założył lejce na szyję. W pewnym momencie koń silnie szarpnął, a chłopak uderzył głową w mur. Uderzenie było tak silne, że zabrano go do szpitala. Gospoda działała w następnych latach, wymieniana jest w książce adresowej z 1913 roku. Ale wróćmy do zajazdu Nawrockiego. Lokal cieszył się dobrą renomą. Zatrzymywali się w nim chętnie przyjeżdżający do miasta zaprzęgami konnymi od strony Kwidzyna, Kałwy i Starego Targu. Zajazd (określany także jako hotel) oferował posiłki i noclegi. O właścicielu Paulu Nawrockim, który prowadził także skład opału i handel artykułami kolonialnymi i żelaznymi w kompleksie zabudowań przyrośniętych do muru zamku, wiemy niewiele. W 1916 roku wybuchł tam pożar, na szczęście nie rozprzestrzenił się dalej. W 1921 roku interes po nim przejął Thaddeus Werner. Ogłaszał się wówczas w polskiej „Gazecie Olsztyńskiej”, polecając nasiona po korzystnych cenach. Ciekawe, że jeszcze kilka lat później, gdy np. polskie Towarzystwo Ziemianek, albo św. Kingi organizowało swoje spotkanie, anonsowano w prasie, że odbędzie się w „dawnym lokalu Nawrockiego”, co świadczyło o tym, jak mocno to tkwiło to w świadomości mieszkańców. Od 1928 roku kolejnym i zarazem ostatnim właścicielem zajazdu był Johann Szypniewski, przez ostatnie lata kolejnej wojny Johann Siipner. Nie on jeden w Sztumie i okolicy zmienił wtedy polskobrzmiące nazwisko. Staniszewski stał się Stenzlem, Murarski - Teschendorfem, Mowiński - Monathem, Krzasprzik - Karstnerem, Szybkowski - Schubnerem, a Tucholski -Tucherem. Często za taką decyzją kryły się naciski i realne groźby niemieckich władz. Czy tak było także w tym przypadku? Szypniewski udostępniał lokal na zebrania oddziału Związku Polaków w Niemczech, z całą pewnością miejscowi działacze nie spotykaliby się w miejscu, gdzie nie byliby mile widziani. W lutym 1945 roku z okazałej kamienicy zostały już tylko ruiny. Podzieliła los sztumskiej starówki spalonej przez sowieckich żołnierzy. 76 Janusz Ryszkowski HOTEL BIECKIEGO Kilkadziesiąt metrów za Nawrockim/Szypniewskim, na rogu Kwidzyńskiej (obecnie Jagiełły) i Młyńskiej znajdował się hotel Bieckiego, nazywany też Biecka lub Bieszka. Wiąże się z nim bardzo ciekawa historia. Okazałą kamienicę, w której znajdował się także sklep, nabył ok. 1911 roku od Marii Bie-schke kupiec Franciszek Belau, który przybył do Sztumu ze Skarszew z niedawno poślubioną żoną Agnieszką. Po roku doczekali się syna Jana. Ich śladem wkrótce podążyli najbliżsi ze strony małżonki — brat Emil Przybilski z żoną oraz siostra Wanda z mężem Piotrem Krebsem. W czasie pierwszej wojny Belau został powołany do niemieckiego wojska i trafił na front zachodni. We Francji znalazł się w szeregach polskiej „Błękitnej Armii” generała Józefa Hallera, formułowanej z ochotników, także Polaków wziętych do niewoli. Jako oficer brał udział w zajmowaniu Tczewa przez Hallerczyków w styczniu 1920 roku. Belau zaangażował się w sprawy plebiscytu. Wiadomo, że w 1920 roku w jego domu znajdował się punkt porad prawnych dla polskich robotników oraz (od 1 lutego) biuro War- Hotel Bieckiego (po prawej) na widokówce z ok. 1914 roku. Ze zbiorów Kulturzentrum Ostpreussen/Ellingen mińskiego Komitetu Plebiscytowego, którego prezesem był Kazimierz Donimirski z Małych Ramz. Po przegranym przez stronę polska plebiscycie w lipcu 1920 roku Belauowie nie mogli pozostać w Sztumie. Franciszkowi groził proces o niemiecką zdradę stanu, służył przecież w polskiej armii. Sprzedali nieruchomość miejscowemu kupcowi Janowi Pakalskiemu i osiedli Biały budynek w głębi to hotel Bieckiego. Ze zbiorów Stuhmer Museum/ Bremervóede w polskim Tczewie. Działalności w ruchu polskim Niemcy mu nie zapomnieli, gdy ponownie znaleźli się w Tczewie. W październiku 1939 roku został rozstrzelany w lasach szpęgawskich. Jego syn Jan był wybitną postacią wywiadu Armii Krajowej na Pomorzu. Zdekonspi-rowany, podzielił los ojca w 1944 roku. A dalsze losy hotelu potoczyły się tak. Jan Pakalski Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik 77 odsprzedał go Maxowi Schulzowi, który od listopada 1923 roku prowadził ten interes aż do 22 stycznia 1945 roku. Działał z rozmachem - powstała restauracja Biirgerhalle, polecająca „mieszczańską kuchnię”, nie mniejszym powodzeniem cieszyła się kręgielnia. Wszystko zostało zniszczone na przełomie stycznia i lutego 1945 roku. DOM NIEMIECKI W 1919 roku ogień strawił hotel Dom Niemiecki (Deutsches Hause), który znajdował się przy obecnej ulicy Galla Anonima, róg Jagiełły. Nie został odbudowany, a parcela posłużyła do postawienia pomnika żołnierzy niemieckich poległych podczas I wojny światowej. Odsłonię- to go uroczyście 16 czerwca 1929 roku. Wtedy też rozbił się na Rynku samolot z wielokrotnym rekordzistą świata w lotach szybowcowych Ferdynandem Schulzem i pomocnikiem Brunonem Kaiserem. Podczas uroczystości mieli zrzucić wieniec przelatując nad pomnikiem. Obaj zginęli. Ale wróćmy do głównego wątku. Dom Niemiecki na- Hotel Dom Niemiecki, ok. 1910 r Pocztówka ze zbiorów Bogdana Popielarza zywano także Friedricha, od nazwiska właściciela. Budy- nek nie należał do okazałych, a z racji swojego usytuowania (blisko zamku) mógł należeć do obiektów z ciekawą przeszłością. Może właśnie tam spotykali się członkowie resursy obywatelskiej (Burgerressourse), która istniała od lat trzydziestych XIX wieku? Konkretów dotyczących Domu Niemieckiego (to dość popularna nazwa) da się wyszperać niewiele. Z 1883 roku pochodzi wiadomość z toruńskiej gazety „Przyjaciel”, że niejaki Eme-rich z Malborka sprzedał go Graumannowi ze Świętego Wojciecha. Potem zapewne stał się własnością kupca Adalberta Friedricha. Jego nazwisko pojawia się wśród osób stojących na czele władz gminy Podzamcze, potem zasiadał także w zarządzie miasta Sztum. Dom Niemiecki stał się elementem ważnego zdarzenia w życiu sztumskich ewangelików. Od października 1899 roku gmina wyznaniowa funkcjonowała bez stałego pastora. Po rezygnacji Hermanna Balzera dojeżdżał do Sztumu kaznodzieja z Biskupca Pomorskiego. W styczniu 1900 r., po ogłoszonym konkursie, wybrano jako pastora Paula Schlechta. Urodzony w Poznaniu, był kaznodzieją w Bledzewie (Bladiau) w powiecie Święta Siekierka (He-iligenbeil - obecnie rosyjskie Mamonowo, kilka kilometrów od granicy z Polską). W marcu zatwierdziły go władze rejencji kwidzyńskiej, a uroczyste wprowadzenie do kościoła na Rynku nastąpiło 1 kwietnia. „Odbyło się to w obecności pana superintendanta Bóhmera z Kwidzyna [przedstawiciela władz rejencji kwidzyńskiej] oraz licznego kleru, miejscowej rady kościelnej 78 Janusz Ryszkowski Rzeźba Matki Plączącej dłuta prof. Stanislausa Cauera z Królewca stanęła w sąsiedztwie dawnego Domu Niemieckiego. W tłe pomnika hotel Królewski Dwór. Zbiory Stuhmer Museum/ Bremervorde i mieszkańców. Kościół został z tej okazji uroczyście przystrojony” — relacjonowała niemiecka gazeta. Z tej okazji po południu wydano uroczysty obiad w hotelu Dom Niemiecki. Skoro tak ważna uroczystość miała swój finał właśnie tam, o czymś to jednak świadczyło. Kilka lat później przewodnik po Prusach Zachodnich polecał go podróżnym, obok hotelu Królewski Dwór (Kóniglicher Hof), stojącego niemal po sąsiedzku. Zresztą oba obiekty połączyła osoba tego samego właściciela. Był nim Alfred Dreyer, który najpierw przyjął prowadzenie hotelu od Friedricha, a potem nabył Królewski Dwór od (prawdopodobnie) Maxa Weisa. KRÓLEWSKI DWÓR Wybudowany został najprawdopodobniej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku. Ładnie komponował się w ciąg kamieniczek leżących przy ulicy, odchodzącej od Rynku w stronę Kwidzyna. Dlatego trakt długo nosił nazwę tego miasta, zanim nie otrzymał po roku 1933 jako patrona Adolfa Hitlera (dziś to ulica Jagiełły). W 1892 roku „Gazeta Toruńska” poinformowała o zmianie właściciela hotelu. Od Grasni-ka nabył go Grunnenberg z Olsztyna — „nasz rodak”, jak akcentowała dobitnie polska gazeta. Królewski Dwór dysponował siedmioma pokojami hotelowymi z dziewięcioma łóżkami. Poza tym miał dużą salę ze sceną, gdzie urządzano koncerty, przedstawienia i zabawy. Chętnie korzystały z tej możliwości środowiska miejscowych Polaków. Halina Donimirska-Szyrmero-wa, urodzona w 1918 roku w Czerninie, która jako dziewczynka uczestniczyła w występach artystycznych, wspominała, że właściciel hotelu „życzliwie odnosił się do polskich klientów i starał się im dogodzić. Nie uniknął przykrości z tego powodu po dojściu Hitlera do władzy”. W sali hotelu już od 1892 roku organizowano różne polskie imprezy, m.in. „gwiazdki” dla biednych dzieci. Była to inicjatywa Polsko-Katolickiego Koła Śpiewu, którego założycielem i główną postacią był młody lekarz Feliks Morawski. Trzy lata wcześniej zdał państwowy egzamin lekarski w Wiirzburgu i do śmierci (1929) praktykował w Sztumie. Wiele lat później, bo w 1922 roku zorganizowano w Królewskim Dworze „gwiazdkę” dla dzieci z polskiej ochronki (przedszkola), która to została otwarta 1 września 1919 roku. Inicjatywa jego założenia wyszła od Towarzystwa Kobiet św. Kingi, a personalnie - hrabiny Heleny Sierakowskiej z Waplewa, która wsparła ją finansowo. Przedszkole było bezpłatne, utrzymywało się ze składek miejscowych Polaków. W zarządzie ochronki były znane w okolicy Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik 79 Królewski Dwór, najlepszy hotel w mieście (ok. 1913). Zbiory Stuhmer Museum/ Bremervóede panie: Wanda Donimirska z Czernina, Aurelia Morawska, małżonka znanego lekarza, Barbara Muchowska, żona kupca i działacza narodowego i Antonina Michalska (z domu Kikut), małżonka działacza polskiego Banku Ludowego w Sztumie. Nie wiemy, niestety, gdzie znajdowała się siedziba tego polskiego przedszkola, które w 1920 roku odwiedził pisarz Stefan Żeromski podczas swojego pobytu na Powiślu, wspierając przygotowania miejscowych Polaków do mającego się odbyć plebiscytu. Niewiele też pozostało namacalnych śladów działalności sztumskiej ochronki. Prowadziła ją w 1920 roku Tekla Bendigowa, a do pomocy miała Michalinę Ciepielowską, prywatną nauczycielkę pracującą u hrabiostwa Sierakowskich w Waplewie. W listopadzie 1920 roku została nocą aresztowana w Sztumie pod zarzutem... szpiegostwa na rzecz polską. Była to oczywista szykana za działalność oświatową. W latach 1922-1927 przedszkolanką była Maria Foksówna (Fox). Rok szkolny 1928/29 był ostatnim w działalności ochronki w Sztumie. Do placówki uczęszczało wówczas 16 dzieci. 6 marca 1935 roku sala Królewskiego Dworu gościła ponad 250 gości, w większości Polaków w całej okolicy, którzy przybyli na spotkanie z poetką Kazimierzą Iłłakowiczówną. O tym wydarzeniu szczegółowo pisał w „Prowincji” dr Jan Chłosta, więc tylko krótko. Iłła przyjechała na Warmię z Warszawy. Był to czas, gdy stosunki niemiecko-polskie poprawiły się po deklaracji o nieagresji z stycznia 1934 roku. Wizytę docenionej poetki nagrodą państwową w 1934 roku, ale też i zarazem urzędnika w Ministerstwie Spraw Zagranicznych (od 1918 roku) i osobistego sekretarza marszałka Józefa Piłsudskiego, starannie przygotowały konsulaty polskie w Olsztynie i Kwidzynie. Można śmiało napisać, że Iłłakowiczówna przybywała do Prus Wschodnich nie tylko w roli literatki, a najlepiej o tym świadczy fakt, że w uroczystym śniadaniu w konsulacie polskim uczestniczył prezydent rejen-cji kwidzyńskiej Carl Budding. Po spotkaniu literackim w hotelu poetka została zaproszona na kolację przygotowaną w Domu Polskim (dziś budynek w ruinie) przy obecnej ulicy Jagiełły, gdzie znajdowała się siedziba Banku Ludowego i polskich organizacji, w tym oddziału Związku Polaków 80 Janusz Ryszkowski w Niemczech. Rolę gospodarza pełnił Kazimierz Donimirski z Małych Ramz, prezes Banku Ludowego, a panie z Towarzystwa Ziemianek podarowały poetce obrus z haftami Kaszub i Powiśla. Potem Iłłakowiczówna udała się do Kwidzyna, gdzie była gościem konsulatu polskiego. Na scenie w Królewskim Dworze wystawiono kilka polskich sztuk teatralnych. Wymieńmy dwie. Na „Damy i huzary” Aleksandra Fredry zaprosiło Towarzystwo Kobiet św. Kingi 20 lutego 1927 roku, a 6 stycznia 1936 roku studenci z Królewca (Ośrodek Związku Akademików Polaków w Niemczech) przygotował Polski Wieczór Ludowy z dwuaktową komedyjką „Jak kowalicha diabła wykiwała”. Najbardziej wytworny hotel w mieście spłonął w styczniu 1945 roku. Zniszczeniu uległy też sąsiednie domy. To spowodowało, że dawna droga od Rynku (placu Wolności) w stronę Kwidzyna została przebudowana. Przebiega dziś łagodnym lukiem, a nie, jak dawniej, tworząc kąt prosty... Przez kolejne trzydzieści powojennych lat na miejscu dawnego hotelu był zieleniec. Potem powstał blok mieszkalny. Od kilku lat pamiątkowa tabliczka na budynku przypomina o pobycie Kazimiery Iłłakowiczówny w Królewskim Dworze. Zadbał o to miejski samorząd. HOTEL WROCŁAWSKI Na pocztówkach z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku ukazujących wschodnią pierzeję Rynku dobrze prezentuje się narożny, dwupiętrowy budynek z napisem Hotel de Breslau (hotel Wrocławski). Na nieco późniejszej karcie pocztowej szyld ten znika, by pojawić się już jako Breslauer Hof (Wrocławski Dwór). Hotelu nie wymienia przewodnik turystyczny z 1905 roku, ani też kolejne z lat następnych. Niczego nie mówi o działalności w tym obiekcie książka adresowa z 1913 roku. Za Hotel de Breslau (po lewej) — początek XX wieku. Pocztówka ze zbiorów Bogdana Popielarza to wzmiankuje go kolejna - powiatu sztumskiego z 1929 roku. Ciekawym za to tropem może być nazwisko uwidocznione na frontonie budynku i brzmiące nader swojsko — Witold Lewandowski. Widać to na pocztówce Rynku przedstawiającej koncert kapeli 152 Pułku Królewsko--Pruskiego Pułku Piechoty Zakonu Niemieckiego z Malborka. Pochodzi z jesieni 1913 roku, albo z pierwszej połowy 1914 roku. Witold Lewandowski, ten którego nazwisko widnieje na frontonie budynku, był synem rolnika z Mikołajek Pomorskich. Urodził się w 1886 roku, uczęszczał do Collegium Po sztumskich karczmach, hotelach i kawiarniach krótki przewodnik 81 Marianum w Pelplinie, sławnej kuźni inteligencji polskiej Pomorza. W 1919 roku „Gazeta Gdańska” zamieściła ciekawą wiadomość: „Podstolin. Dnia 24 czerwca odbył się w tutejszym kościele ślub p. Anastazji Górskiej z p. Witoldem Lewandowskim, kupcem ze Sztumu. Piękne wrażenia sprawiła obficie przystrojona świątynia, ale najuroczystsza była chwila, gdy przed podniesieniem orkiestra zagrała hymn narodowy: „Boże coś Polskę”. Nie wątpimy, że ten nowo założony dom stanie się prawdziwą ostoją szczerze polskich zasad i przekonań. Rokuje o tym najlepiej fakt, że panna młoda nie tylko od samej rewolucji listopadowej brała udział w naszych Towarzystwach. Należała ona jako jedna z pierwszych do kółka oświatowego dla panien założonego przed ośmiu laty. Przez ten czas, niezrażona żadnym przeszkodami, uczęszczała regułarnie na zebrania. Wprzeddzień śłubu Niemcy pokój podpisałi, otwiera nam się nareszcie droga powrotu na łono matki-Ojczyzny. Pod dobrą więc wróżbą zaczynają nowożeńcy wspólne pożycie, dodajmy do niej nasze staropolskie: Szczęść Boże!” Nie spełniły się, niestety, owe życzenia. Powiśle nie zostało wówczas przyłączone do Polski, a małżeństwo trwało nieco ponad cztery lata. We wrześniu 1923 roku zmarł Witold Lewandowski, o czym informował nekrolog w „Gazecie Olsztyńskiej”, pod którym widnieją podpisane żona i córeczka. Pogrzeb odbył się w Sztumie. Z książki adresowej powiatu z 1929 roku dowiadujemy się, że Anastazja Lewandowska nadal mieszkała w domu przy Rynku (Mark 42), a jego właścicielem był kupiec Paul Wittenberg. Nie mamy informacji, czy w dalszych latach budynek pełnił funkcje hotelowe. Strawił go pożar w 1945 roku, tak jak większość zabudowań Rynku. Hotel Breslauer Hof należący do Witolda Lewandowskiego. Pocztówka ze zbiorów Bogdana Popielarza 82 Michał Piotrowski Michał Piotrowski PAŁAC W STĄŻKACH Pałac w Stążkach widać już z daleka - jego charakterystyczna biała wieża góruje nad całą okolicą. Obiekt miał szczęście: przetrwał nie tylko wojnę i PRL, ale również prywatyzację PGR-ów w la- tach 90. ubiegłego wieku. Nie spłonął, nie zmienił się w pustostan straszący wybitymi oknami i dziurami w dachu. Ale miał też pecha, bo do dziś stoi pusty, nie zmienił się w hotel, SPA, czy centrum konferencyjne. Gmina Mikołajki Pomorskie zaopiekowała się nim, sfinansowała remont w 2012 roku i szuka kupca. Cena to 2,2 min zł. Skąd w Stążkach pałac? Cofnijmy się na chwilę o osiemset lat. W tym okresie na wzgórzu położonym nieopodal południowego krańca jeziora Balewskiego wznosił się pruski gród. Wał ziemny i drewniana palisada otaczały niewielki dziedziniec, na którym zbudowano chaty i budynki gospodarcze. Opis chrystianizacji Prusów, jednego z ostatnich pogańskich ludów w Europie Środkowej, to temat na osobną opowies'ć. Dla Pałac w Stążkach 83 nas ważne jest, że w ramach organizowanej przez krzyżaków kolonizacji Pomezanii, przybył wówczas na te tereny rycerz Dietrich Stange z Miśni. Rycerz zajął pruski gród i przebudował go w latach 1275-1277 na zamek o nazwie Stangenberg, z którego zarządzał okolicznymi ziemiami nadanymi mu przez kapitułę pomezańską w Kwidzynie. To stąd nazwa miejscowości, która w formie Stangenberg przetrwała do czasów współczesnych, a po II wojnie zmieniona została na Stążki. Zamek Dietricha miał prawdopodobnie konstrukcję drewnianą i szybko stał się budowlą przestarzałą. Ostatecznie na początku XV wieku opuszczoną warownię strawił pożar. Opuszczoną, bo wcześniej potomkowie Dietricha opuścili zamkowe wzgórze i po drugiej stronie wąwozu — czyli w miejscu, gdzie dziś stoi pałac - zbudowali dwór. Archiwum Państwowe w Olsztynie Archiwum Państwowe w Olsztynie Istniał on do czasu potopu szwedzkiego, gdy został zniszczony — pozostały po nim jedynie piwnice o sklepieniach krzyżowych i beczkowych, do których wejść można z istniejącego pałacu. Kolejnymi właścicielami Stążek byli Bażyńscy, następnie Kostkowie, a po nich (od 1518 roku) ród Schach, którego członkowie przyjęli najpierw nazwisko Schach von Stangenberg, a następnie - Schach von Wittenau. Później — w 1787 roku - Georg Albrecht Graf von Rittberg (1758-1812) poślubił Annę Elisabeth Schach von Wittenau (1760-1793) i majątek przeszedł na własność von Rittbergów. Pałac, wybudowany na fundamentach dawnej siedziby rodu Stange, został przebudowany do obecnego wyglądu w 1866 roku. Von Rittbergowie byli właścicielami Stążek do 1945 roku, choć czasowo majątkiem dysponowali inni zarządcy. 84 Michał Piotrowski WKŁADKA DO KARTY EWIDENCYJNEJ ZABYTKÓW ARCHITEKTURY I BUDOWNICTWA ZAŁĄCZNIK NR 3. Zawartość wkładki (nazwa obiektu lub materiału uzupełniającego) opia + plany *- foto Niewiele natomiast zachowało się z drugiej zabytkowej budowli w Stążkach - barokowego dworu położonego na wschodnim stoku wzgórza zamkowego. Wybudował go w 1676 roku Albrecht Schach von Wittenau. Dwór spłonął w 1945 roku. Po drugiej wojnie światowej majątek w Stążkach zamieniono w PGR, pałac był wykorzystywany jako biura, świetlica zakładowa i mieszkania dla pracowników. Po likwidacji PGR-ów zaczął niszczeć, ale został wyremontowany przez gminę. Od tego czasu trwa poszukiwanie ewentualnego kupca. Nie jest to wcale łatwe, bo o ile na część gospodarczą majątku znaleźli się chętni, to mało kto chce dziś brać na barki zabytkowy obiekt, który podlega wielu obostrzeniom konserwatorskim. Ale to wcale nie wyremontowany i zabezpieczony pałac skrywa dziś największą tajemnicę. Na wzgórzu za pałacem, tam, gdzie znajdowało się dawne grodzisko, Rittbergowie stworzyli park, który zamierzali rozbudowywać. W Archiwum Państwowym w Olsztynie Pałac w Stążkach zachowały się bardzo dokładne plany tej rozbudowy z 1867 i 1868 roku. Park utrzymany wcześniej w stylu angielskim zyskać miał część ewidentnie nawiązującą do stylu francuskiego z regularną i symetryczną kompozycją. Dziś nic nie wskazuje, na ile plany te udało się zrealizować. W miejscu ewentualnej „części francuskiej” znajdują się pola uprawne. zaro- 85 '“« • x-' t «kxk^ * * ••fek . * Natomiast pozostała część wzgórza sła dziką roślinnością. Nic dziwnego, że mało kto tu zagląda - ścieżki wiodące w głąb zarośli są wąskie, prawdopodobnie wydeptane przez zwierzęta. Niegdyś ta dzika gęstwina zachwycała urokliwymi alejkami. Dziś — raczej odstrasza wizją pokrzyw, kleszczy i komarów. Tymczasem na samym końcu parku ulokowano rodzinny grobowiec Ritt- _ y V bergów. Obmywanego nurtem leniwej rzeczki niewielkiego cypla, gdzie snem wiecznym śpią zmarli, do dziś strzegą olbrzymie dęby. Znajduje się tu 12 grobowców - obecnie większość z nich jest rozbita i splądrowana. W otwartych mogiłach nadal widać ludzkie kości i fragmenty obić trumiennych. Jeśli były tu jakieś skarby, jakieś kosztowności — dawno zniknęły. Podobnie jak nagrobne tablice czy krzyże. Dziś wśród bujnej zieleni dostrzec można tylko ciemne jamy rozbitych grobowców. I jedynie stare dęby rosnące obok mogił swoimi rozłożystymi konarami starają się osłonić przed deszczem i śniegiem szczątki tych, którzy je w tym miejscu zasadzili. 86 Alicja Łukawska Alicja Łukawska JAK ŻYDOWSKI MATEMATYK ZDOBYWAŁ MARIENBURG Jest kilka relacji uczestników walk o zamek w Malborku zimą 1945 roku. Jednak są to wyłącznie opowieści niemieckich obrońców tej twierdzy. Trudno się dowiedzieć, jak to wyglądało z drugiej strony, czyli w oczach szturmujących Malbork żołnierzy Armii Czerwonej. Pewne światło na tę sprawę rzucają umieszczone w sieci wojskowe sprawozdania i raporty, ale to jeszcze za mało, by poczuć, jak to wszystko wyglądało od strony zwykłego sołdata. Lukę tę może uzupełnić zamieszczona w sieci książka „Byt wojny” („Codzienność wojny”), autorstwa Wiktora Abramowicza Zalgallera (1920-2020), światowej klasy radzieckiego matematyka żydowskiego pochodzenia, który w styczniu i lutym 1945 roku walczył z Niemcami o Malbork zwany wtedy jeszcze Marienburgiem. Wiktor Zalgaller pochodził z kupiecko-inteligenckiej żydowskiej rodziny z dawnych polskich Kresów wschodnich, gdzieś spod Mińska. Jego rodzicami byli inżynier mechanik Abram Leontiewicz Zalgaller i adwokat Tatiana Markowna Szabad-Zalgaller, spokrewniona z Cemachem Joselewiczem Szabadem, wybitnym polskim lekarzem żydowskiego pochodzenia, członkiem loży masońskiej w Wilnie i senatorem II RP w latach 1928-1930. Po rewolucji październikowej część rodu Szabadów osiadła w Polsce, a część w ZSRR. STUDENT NA FRONCIE Wiktor urodził się w Parfino w guberni nowogrodzkiej. W 1922 roku jego rodzice przenieśli się do Leningradu. Wiktor od dziecka wykazywał ogromne zdolności do nauk ścisłych. W latach 1937-1940 studiował matematykę na Uniwersytecie Leningradzkim, a w latach 1940-1941 został przymusowo studentem paramilitarnego Instytutu Lotnictwa. Był synem „wroga narodu”. W 1931 roku po jego ojca przyszło NKWD. Abram Zalgaller, który pracował jako inżynier w leningradzkiej fabryce na polskiej koncesji, został nagle oskarżony o szerzenie „propolskiej progagandy”. Skazano go na podstawie słynnego artykułu 58. Spędził 16 lat za kołem podbiegunowym jako więzień polityczny i zesłaniec. Nie pomogło mu nawet to, że od młodości był szczerym komunistą, a w czasie wojny domowej walczył na froncie z „białymi” Rosjanami. Kiedy III Rzesza napadła na Związek Radziecki, Wiktor zgłosił się na ochotnika do wojska. Już w połowie lipca 1941 roku, bez odpowiedniego przeszkolenia wojskowego, jego 16. Pułk Artylerii został wysłany na linię frontu na południowy zachód od Leningradu, by pomóc w obronie miasta przed Niemcami. Była tam istna jatka. Pułk został zdziesiątkowany, ale Zalgaller wyżył, do tego zdobył trochę doświadczenia jeśli chodzi o artylerię. Jak żydowski matematyk zdobywał Marienburg 87 Zamek w Malborku po działaniach wojennych. Wikipedia, Marienburg Zerstorung 1945 We wrześniu tamtego roku pułk zreformowano, a Zalgallera przydzielono do plutonu łączności dowódcy artylerii, który podlegał sztabowi 85. Dywizji Strzeleckiej. Był tam odpowiedzialny za łączność telefoniczną. Jego pluton poniósł wielkie straty w ludziach. W 1942 roku zginął na froncie jego starszy o dwa lata brat Leonid, który przed wojną studiował architekturę. W styczniu 1944 roku Wiktor został ranny. Po wyjściu ze szpitala, wiosną 1944 roku, trafił do innej dywizji Frontu Leningradzkiego, gdzie służył jako dowódca ruchomej stacji telefonicznej. Walczył w Estonii, później został przerzucony wraz z wojskiem do Prus Wschodnich. Zimą 1945 roku był w Iławie, Malborku i Gdańsku. Za walki o Gdańsk odznaczono go Orderem Czerwonej Gwiazdy (prócz tego otrzymał medal „Za odwagę”, trzy medale „Za zasługi bojowe”, medal „Za obronę Leningradu” i inne). Swój szlak bojowym zakończył na niemieckiej wyspie Rugia na Bałtyku. Po zakończeniu działań wojennych jeszcze przez pewien czas pozostawał w armii, pracując w łączności. Jesienią 1945 roku został zwolniony z wojska. Wrócił do domu w Leningradzie i podjął przerwane studia. Jego naukowymi mentorami na uczelni byli słynni radzieccy matematycy: laureat Nagrody Nobla Leonid Kantorowicz (twórca programowania liniowego) i Aleksandr Aleksandrów. Po studiach Wiktor pracował jako nauczyciel matematyki, m. in. w pierwszej matematyczno-fizycznej szkole w Leningradzie. W latach 1948—1999 był profesorem Wydziału Matematyczno-Mechanicznego Uniwersytetu Leningradzkiego/Petersburskiego. Po przejściu na emeryturę wyemigrował do Izraela, gdzie osiadł w Rechowot. Zmarł w Lehawim w 2020 roku w wieku prawie stu lat. Swoje wspomnienia wojenne odtworzył w latach 60., posiłkując się zdarzeniami, które w czasie wojny opisał w listach do matki Tatiany, która została w oblężonym Leningradzie. - Listy są opatrzone pieczęcią wojskowej cenzury. Czasami cenzor wycinał lub odważnie zamazywał atramentem osobną frazę — o głodzie w Leningradzie lub wszach w okopach. Była też cenzura wewnętrzna: staraliśmy się z bratem nie denerwować mamy. W 1972 roku przekazując wnukowi zbiór zachowanych listów, dodałem podane tu wspomnienia. Nic w nich nie jest zmyślone. (...) Tak widziałem życie na wojnie - napisał Wiktor we wstępie 88 Alicja Łukawska do swojej książki, w której nie ukrywał swych żydowskich korzeni (pisał też o tym, że nie zna jidysz). RADZIECKI ŻOŁNIERZ W MARIENBERGU Zalgaller brał udział w walkach w Prusach Wschodnich i Zachodnich. Oto co pisze o zdobyciu Iławy: „Wzięliśmy Deutsch Eylau. Miasto z tak wspaniałą nazwą okazało się niewielkie. Są dzielnice niezniszczone. Nie ma ludzi. Wchodzę do dużego sklepu. Na górze jest mieszkanie właściciela. Z oparcia łóżka wziąłem wiszący tam garnitur (wtedy pozwolono nam wysyłać paczki). W tym garniturze kończyłem potem uniwersytet. Wiktor Zalgaller jako student, Wikipedia, 1947-B.A.3ama7inep- . , , . , . cmydetim 1od oknem zatrzymał się samochód z dziewczętami kierującymi ruchem. Otworzyłem szafę, zgarnąłem sukienki i rzuciłem im do samochodu. Jedną sukienkę posłałem do domu dla Mai, a białe futro oddałem (telefonistce) Aleftynie. Ona przez 25 lat przyjeżdżała w nim do Leningradu.”. Po Iławie był Malbork. Czytamy: „Trwają walki o Marienburg. Punkt obserwacyjny znajduje się w domu, naprzeciwko którego jest ulica idąca w stronę przeciwnika. Obserwuje się przez dziurę w ścianie szafy, która jest odwrócona tyłem do ulicy. Pół kilometra dalej widać, jak niemieccy żołnierze przebiegają ulicę. Generał Radygin przyszedł popatrzeć. Był z nim snajper, porucznik Koczegarow. - A stąd dasz radę trafić? - pyta generał. - Rozkazujcie! - odpowiada snajper. - Dawaj! Generał patrzy w stereotubę (przyrząd optyczny złożony z dwóch peryskopów), a snajper strzela prosto z okna. Wystrzał, i faszysta zabity. Wychodzą zadowoleni. Ale nie o to przecież chodzi, by strzelać z okna! Strzał zostaje wykryty przez wroga. Mina wlatuje przez okno i obserwator zostaje ranny. Przewidując, że tak właśnie będzie, tuż po strzale przekroczyłem drut (telefoniczny) i odszedłem 40 metrów dalej. W Moskwie był salut z okazji zdobycia Marienburga, a my nie wzięliśmy tej twierdzy. Dlatego anulowano nam wszystkie medale i odznaczenia, w tym mój Order Sławy. Generał Radygin został ranny i odesłany do rezerwy. Jak żydowski matematyk zdobywał Marienburg 89 Walczyliśmy w Marienburgu prawie dwa tygodnie. I odeszliśmy, zostawiając pułk. Poszliśmy 80 kilometrów na południe. I znowu na północ, drugim brzegiem Wisły. Potem upadło tylko miasto.”. LUKSUSOWY SZPITAL JENIECKI Zalgaller potem jeszcze raz wraca w swej opowieści do Marienburga, by opisać wrażenie, jakie wywarł na nim szpital wojskowy dla jeńców stalagu XXB, który znajdował się przy obecnej ulicy Mickiewicza w Malborku (koło rynku, dzisiaj w tym miejscu jest sztuczne lodowisko). Stalag za miastem był już opustoszały. Nikt tam nie został, bo 22 stycznia 1945 roku Niemcy popędzili jeńców wojennych w morderczy marsz śmierci na zachód. Tylko w szpitalu zostali chorzy pacjenci różnych narodowości, paru oficerów, lekarzy i sanitariuszy. Oto, co napisał o tym szpitalu jenieckim: „W Marienburgu wyzwoliliśmy obóz-szpital angielskich, francuskich i duńskich jeńców wojennych. To było coś w rodzaju luksusowego hotelu. Jeńcy mieli swoje posterunki, starsi oficerowie nosili kordziki, dostawali listy z domu i paczki Czerwonego Krzyża. Widocznie waga przesyłek była ograniczona, bo konserwy były w cieniutkich puszeczkach z aluminium. Jedną taką puszeczkę sobie wziąłem, by mi służyła do golenia. Woziłem ją po wojnie na wycieczki turystyczne. A potem podarowałem szkolnemu muzeum w Barnaule.”. Przybyłego z biednego ZSRR radzieckiego żołnierza oszołomiło „bogactwo”, jakie zobaczył w wojskowej lecznicy dla jeńców wojennych wspomaganych paczkami z Czerwonego Krzyża. Warto zestawić relację Zelgallera z tym, co pisali o tych paczkach jeńcy stalagu XXB. Były tam między innymi produkty spożywcze w puszkach (kawa, herbata, ciastka, śledzie i kakao). Poza tym, jeńcy otrzymywali książki (głównie kryminały, powieści przygodowe i romanse), gramofony, płyty gramofonowe z modną muzyką taneczną, odzież (piżamy, bieliznę, majtki, skarpetki, kalesony, nowe wojskowe kurtki, koszule), przybory do szycia, ręczniki, buty, kapcie, okulary, papierosy, czekoladę, ciastka w czekoladzie, mydło, pastę i szczotki do zębów. Świadectwo na ten temat zostawił m. in. brytyjski żołnierz Jack Collins, który przebywał jako jeniec wojenny w Stalagu XXB. Jego notatki pisane z dnia na dzień można znaleźć na stronie BBC WWWPeoples War. Wyzwolony przez Rosjan szpital dla jeńców w Malborku i warunki tam panujące opisał w książce „Barbed Wire Doctor: One Doctors War” (wyd. 1996) przebywający tam lekarz brytyjski, doktor Anthony Crook, który dostał się do niewoli pod Dunkierką w 1941 roku. Zimą 1945 roku nie poszedł na zachód ze wszystkimi, ale pozostał ze swoimi pacjentami, czekając na wyzwolenie przez Armię Czerwoną. Po odejściu Niemców zgromadzeni tam jeńcy rzeczywiście wystawiali już swoje własne posterunki, tak jak pisze Zalgaller. Niemieccy strażnicy, którzy mieli ich pilnować, uciekli wcześniej przed nadchodzącymi Rosjanami, ratując własną skórę. Tak to wyglądało w relacji doktora Crooka: „Mieliśmy harmonogram dyżurów oficerów, którzy byli na służbie po dwie godziny w nocy. O pierwszej nad ranem przyszedł Charles i powiedział, że na górze jest niemiecki patrol, więc poprosiliśmy jego dowódcę, oficera, na dół do piwnicy. 90 Alicja Łukawska Kim jesteście? Co, do diabła, robicie tutaj? Powiedzieliśmy mu. Macie jakichś Rosjan w waszych okopach? Oczywiście, nie. (Mimo, że mieliśmy Joe’go, rannego rosyjskiego oficera przebranego w brytyjski mundur.) Mogę rzucić okiem? - powiedział wchodząc. Może filiżankę herbaty? Oczywiście, miał ochotę na filiżankę herbaty. (...) Dwie godziny później mieliśmy innych gości. Tym razem był to patrol rosyjski. Nasz zaprzyjaźniony rosyjski pacjent Joe wstał z łóżka i tłumaczył rozmowę. Kim jesteście i co tutaj robicie? A potem: Są jacyś Niemcy w waszych okopach? Może filiżankę herbaty? Jasne, że miał ochotę na filiżankę herbatki i kiedy wychodził, powiedzieliśmy mu, żeby przekazał przełożonym naszą pozycję.. Dalej Crook napisał także uczciwie o tym, co przemilczał Zelgaller, m. in. jak Rosjanie po wyzwoleniu zabierali wyzwolonym Anglikom zegarki, gwałcili niemieckie lub polskie kobiety w piwnicach pobliskich domów, dla zabawy strzelali do wszystkiego w mieście, co się błyszczało, kalecząc metalowe klamki i dzwonki do drzwi, a także chlali bez miary. Pochłaniali takie ilości alkoholu, że już pierwszego dnia po wyzwoleniu został wypity cały dostępny zapas spirytusu i wina w knajpach i sklepach w całym Marienburgu. Drugiego dnia sołdaci przynieśli do doktora Crooka różne butelki wody kolońskiej i perfum, które zabrali ze sklepów, pytając, czy zawierają alkohol i czy to się nadaje do picia. Na trzeci dzień ruszyli do aptek, gdzie znaleźli butelki różnych lekarstw i syropów na kaszel. Kiedy się dowiedzieli, że te płyny kompletnie nie zawierają alkoholu, od razu rzucali je na ziemię, tłukąc szklane pojemniki. Brytyjczycy próbowali rozmawiać z Rosjanami, by powściągnąć ich szaleńcze zachowanie, przynajmniej jeśli chodzi o cnotę tych nielicznych kobiet, które wówczas znajdowały się w Marienburgu. Niestety, nic to nie dawało. Jedyną odpowiedzią było wzruszenie ramion z komentarzem: „no i co z tego?” lub „nie byłeś pod Stalingradem”. Zalgaller jednak w swojej relacji w ogóle nie pisał o takich wstydliwych dla Armii Czerwonej sprawach jak gwałty, pijaństwo czy szaber prowadzony przez radzieckich sołdatów. Zresztą, może te wszystkie patologiczne zjawiska wydawały mu się normalne dla czasu wojny i niegodne wspomnienia w tej relacji o wojennej codzienności jaką obserwował? Napisał jednak o tym, co dosłownie przeorało jego emocje i co zapamiętał na zawsze. To apokaliptyczny widok obozu śmierci dla żydowskich kobiet, który Rosjanie wyzwolili gdzieś pod Gdańskiem (nie podaje nazwy tego obozu). W swej książce zestawił go z widokiem luksusów, w jakie opływali jeńcy Stalagu XXB na Wielbarku. Jego zdaniem, uwięzieni żołnierze z Zachodu byli przez Niemców goszczeni w ekskluzywnej placówce na poziomie radzieckiego hotelu dla cudzoziemców (Inturistu), a więc najwyższej klasy. Zdenerwowała go ta niesprawiedliwość. Jak żydowski matematyk zdobywał Marienburg 91 „Później porównałem ten obóz (Stalag XB) z okropnym obozem zagłady dla kobiet między Pruszczem a Orunią. Tam, na prawo od szosy, za lasem, znajdował się duży, ogrodzony teren. Zdeptany, goły plac apelowy. W głębi - baraki. Na dwupiętrowych narach leżą przemieszani żywi i martwi. Robią pod siebie. Okropny zapach. Z dolnych łóżek pełzną do naszych nóg, by nam podziękować. A ty - cofasz się. Robi ci się niedobrze. Nie wiadomo, w jakim są wieku. Te szkielety starych kobiet być może mają 18 lat. To są Żydówki z Europy. W rogu placu znajduje się jama. Wiodą do niej deski. Po nich za nogi wlekli do jamy trupy. Poszliśmy dalej, zostawiając tam sanitariuszy, aby dali jeszcze żyjącym kobietom zastrzyki glukozy (na wzmocnienie) i przenieśli Wiktor Zalgaller jako emeryt, Wikipedia, Victor Abramovich Zalgaller 2006 09 14 je do domów w pobliskiej wiosce, gdzie mieszkają „dobrzy”, „nieświadomi” niemieccy cywile.”. Z obrazem umierających żydowskich kobiet pod powiekami 24-letni student matematyki z Leningradu ruszył walczyć z Niemcami o Danzig. Alicja Łukawska Wykorzystałam tu fragmenty książek Wiktora Załgałłera i Anthonego Crooka w moim tłumaczeniu. 92 Piotr Podlewski Piotr Podlewski MOJE WĘDRÓWKI PO DOLNYM POWIŚLU UMOCNIENIA Z CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ W jesiene popołudnie roku 2023 postanowiłem udać się w miejsce związane z II wojną światową, a dokładnie z jej ostatnimi etapami, czyłi operacją pomorską, zwaną również operacją wschodniopomorską. Była to ofensywna Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego (1 i 2 Front Białoruski) na froncie wschodnim II wojny światowej prowadzona w celu rozbicia wojsk niemieckich na Pomorzu. Plan ofensywy miał na celu pokonanie i zepchnięcie na północ wojsk niemieckich, które realnie zagrażały głównym siłom rosyjskim idącym na Berlin. Operacja trwała w miesiącach luty i marzec 1945 r. Moim miejscem docelowym była miejscowość Węgry, która naszpikowana jest historią sięgającą wstecz m.in. aż do czasów rzymskich. Jednak to, co mnie interesowało tym razem, to umocnienia na linii skarpy Nogatu z czasów operacji pomorskiej. Jadąc od strony Parpar należy odbić w lewo i kierować się drogą ku wejściu do rezerwatu „Parów Węgry”. Po prawej stronie mijamy grodzisko średniowieczne zwane „Dębową Górą”, a po lewej na samym skraju wąwozu prowadzącego do rezerwatu należy skręcić w prawo i iść niepozorną ścieżkę, która idealnie poprowadzi nas do linii umocnień. Fortyfikacje, które bardzo dobrze są widoczne na Lidarze, w terenie o tej porze roku są słabo czytelne. Polecam wybrać się w to miejsce wczesną wiosną. Co możemy obejrzeć? Na krawędzi imponującej skarpy ciągnie się linia transzei wykopanych przez Sowietów w 1945 roku, a właściwie ich zarys. Służyły one piechocie i wojskom pancernym. W tym czasie sztab wojsk pancernych urzędował w majątku koło Kępiny, a sztab piechoty we dworze w Goraju. Transzeje to wykopy w postaci rowu, służące do przemieszczania się żołnierzy. Ochraniały przed ogniem wroga. Prowadzono z nich także ostrzał pozycji nieprzyjaciela. W przypadku Węgier były to umocnienia tymczasowe, służące przez krótki czas, więc nie były one starannie zabezpieczone i wzmocnione, przez co po latach ich linia się zatarła. Zachowały się natomiast w dość dobrym stanie ziemianki, które służyły żołnierzom za schrony oraz zaplecze gospodarczo-magazynowe. Ziemianki na Węgrach to prymitywne schronienia wykopane w ziemi, rodzaj okopu. Podczas działań wojennych pokryte były na pewno gałęziami i zabezpieczone nieprzemakalnym materiałem, takim jak płaszcze wojskowe itp. Idąc wzdłuż skarpy na odcinku około 300 metrów możemy znaleźć ponad 10 takich obiektów. Umocnienia istniały także w rejonie wsi Parpary i Uśnice, jednak dziś są zupełnie nieczytelne w terenie. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu 93 Jak wyglądały działania wojenne? Trzeci rozdział operacji pomorskiej zaczął się 6 marca 1945 roku. Głównym założeniem było wyparcie Niemców z terenu Żuław Wiślanych, których południowa część została zajęta 10-12 marca przez 2 Armię Uderzeniową. Dzień później wojska niemieckie zostały wyparte na Mierzeję Helską i w kierunku Trójmiasta. Najdłużej, do 17 marca, broniła się twierdza Malbork. Z rejonu Węgier prowadzony był zatem w tym czasie ostrzał Nogatu i broniących się za rzeką oddziałów niemieckich. Niemcy broniący się w północnej części Żuław, na Mierzei Wiślanej i Półwyspie Helskim, byli już tylko blokowani przez Rosjan. Dnia 9 maja nastąpiła ich kapitulacja. Widok transzei i ziemianek na krawędzi skarpy Nogatu (Lidar) KORYTEM DAWNEJ RZEKI Od pewnego czasu chciałem przejść się korytem wyschniętej rzeczki, która ciągnęła się meandrując od jeziora Dąbrówka w kierunku lotniska w Królewie Malborskim. Na miejscu okazało się, że nie jest to takie proste. Najpierw jednak trochę historii. Koryto o długości około 4 kilometrów (w linii prostej) pierwotnie nie wypływało z jeziora Dąbrówka ponieważ jest od niego starsze i pochodzi z czasów topnienia lodowca. Samo jezioro ma metrykę średniowieczną i powstało jako sztuczne rozlewisko, element wielkiej inwestycji wodnej zakonu krzyżackiego, który, chcąc nawodnić fosy budowanego zamku w Malborku, ciągnął specjalnie wykopanym kanałem wody z jezior Balewo i Dzierzgoń. Żeby przekierować wody w kierunku Malborka, zbudowano do dziś funkcjonujące tamy ziemne, które zablokowały naturalne koryto opisywanej rzeki, zapobiegając tym samym 94 Piotr Podlewski odpłynięciu wód na północny-wschód i skierowały je sztucznym kanałem (Młynówka, Jurand) w stronę Malborka. Pierwotnie rzeczka musiała gromadzić wody spływające z pól, bagien lub nieistniejących dziś oczek wodnych. Oglądając te miejsca na Lidarze (zdjęcia) doskonale widać ujście rzeczki, która wpadała w wody Zalewu Wiślanego. We wczesnym średniowieczu zalew sięgał aż po skarpy widoczne na linii miejscowości Malewo — Łoza — Szropy — Kościelec -Żuławka Sztumska. Teren obecnego lotniska w Królewie Malborskim był więc pod wodą. Zostawiłem auto w pobliżu tam ziemnych i pieszo ruszyłem korytem rzeczki. Po przejściu ponad 100 metrów okazało się, że w jego zakolu posadzono kukurydzę, co uniemożliwiło dalszy marsz. Wspiąłem się więc na wzgórze morenowe i dalszą drogę przeszedłem ścieżką biegnącą równolegle do koryta. Na jego dnie rolnicy posiali zboże, więc nie chcia-łem robić za intruza. Piękna okolica, piękne widoki i meandrująca w dole dawna rzeka. Na koniec udałem się do wsi Malewo leżącej przy pierwotnym ujściu rzeczki do Zalewu. Przy zjeździe z drogi nr 515 stoi wiekowy krzyż widoczny na mapach z początku XX wieku. Piękna zabudowa wsi znajduje się na wzniesieniu, którego skarpy opadają w kierunku płaskiego terenu dawniej zalanego wodami zatoki Bałtyku. Na początku miejscowości stał wiatrak - koźlak. Zachowały się po nim kamienie młyńskie. Od mieszkańca wsi dowiedziałem się, że po drugiej stronie koryta znajdował się majątek z okazałym dworem. To dawne dobra Liebenthal zniszczone prawdopodobnie w 1945 r. Dziś jest to teren wojskowy. Przed samą wsią w poprzek koryta biegnie nasyp kolejowy z wiaduktem, pozostałość po linii kolejowej Małdyty - Malbork. Przed nasypem ciek wodny zamieniał się przed wiekami w niewielkie rozlewisko wpadające do wód Zalewu Wiślanego. Koryto dawnej rzeki, fot. P. Podlewski Moje wędrówki po Dolnym Powiślu 95 Biała Góra to także miejscowość nasiąknięta historią. Jest to też wieś często odwiedzana przez turystów, głównie za sprawą zespołu śluz na rzekach Nogat i Liwa. Wjeżdżając we wsi na groblę prowadzącą nad rzeki, po lewej stronie drogi mijamy stojący przy samej drodze opuszczony budynek. Jest to część kompleksu dawnego ośrodka wypoczynkowego, który od wielu lat stoi zamknięty i niszczeje. Budynek jest jednak starszy od reszty zabudowań. Kilka tygodni temu trafiłem na zdjęcie z czasów międzywojennych, na którym widać stojących przed nim ludzi. Niektórzy są elegancko ubrani, widać też dwie kobiety w fartuchach i samochód, o który opiera się mężczyzna w garniturze. Dom w tym czasie pełnił funkcję zajazdu. Na jego ścianach widać napisy informujące przyjezdnych o usługach. Mamy więc hotel, kawiarnię, sklep mięsny i ogródek piwny. Część napisów jest zasłonięta przez roślinność, ale można domyśleć się, że reklamowały one inne usługi. Uwagę zwraca architektura budynku. Na elewacji frontowej widzimy dwa pilastry, czyli filary wystające przed lico muru, schodkowe szczyty i okna na zachodniej ścianie ustawione pod kątem w kierunku drogi. Na zwieńczeniu ściany frontowej umieszczono znak firmowy w postaci dwóch liter, powtórzony na ścianie zachodniej. Pod nim znajduje się duży napis GRODDECK, czyli nazwa zajazdu pochodząca od nazwiska. Idąc tym tropem, udało mi się znaleźć trochę informacji. Litery na znaku firmowym to prawdopodobnie E i G. W Białej Górze w tamtym czasie mieszkała rodzina Groddeck. Przedstawicielami jej byli Ernst Willibald Paul Johannes Groddeck, urodzony 24.6.1889 w Hochstublau, czyli w dzisiejszym Zblewie. Był on kupcem z Mątowskiej Szpicy znajdującej się koło Białej Góry. Jego brat, urodzony 8.7.1894 r. w Szropach, Benno Adolf Groddeck, był także kupcem mieszkającym w Białej Górze. Mieli oni siostrę Irene Groddeck, która także urodziła się Zajazd w Białej Górze, fot. archiwum 96 Piotr Podlewski w Szropach 11.4.1898 r. Zmarła natomiast 31.8.1981 w Koloni. Byli oni dziećmi Emila Georga Leopolda Groddeck z dzisiejszej wsi Łoza. Ich matka Hulda zmarła w Białej Górze w 1941 roku. Wygląda na to, że zajazd mógł być rodzinnym interesem familii Groddeck, a inicjały E i G mogły pochodzić od Ernsta lub Emila Groddeck. Miejsce służyło też jako ośrodek wypoczynkowy dla żołnierzy Wehrmachtu. Żołnierze przechodzili w nim rekonwalescencje. SOSNA NAPOLEONA Na mapie z 1905 roku Topographische Kartę 1:25 000 (MeEtischblatt) zaznaczono punktowy znak topograficzny o nazwie Napoleons Kiefer (sosna Napoleona). Jest to wzgórze rozciągające się po prawej stronie drogi nr 515 (jadąc ze Starego Targu) tuż przed Nową Wsią Malborską. Przylega ono do terenu zajętego przez wojsko. Miejsc związanych z Napoleonem Bonaparte jest mnóstwo. Przemarsz wielkiej armii przez regiony Europy, bitwy, potyczki, umacnianie miast i przepraw na długie lata wryły się w pamięć lokalnej społeczności. Legenda cesarza Francuzów jeszcze za jego życia była tak wielka, że każde miejsce, przez które przejeżdżał lub w którym zatrzymywał się na postój, było pokazywane kolejnym pokoleniom, a historie obrastały w podkoloryzowane opowieści, które dziadkowie opowiadali wnuczętom. Nie doszukałem się niestety żadnego opisu wskazującego na to, że Napoleon rzeczywiście wspiął się na wzgórze i stał pod sosną oglądając okolicę. Ale nie można też tego wykluczyć. Pobyt cesarza w Prusach jest dobrze udokumentowany. Znamy miejsca jego pobytu z dokładnością co do dnia. Pod koniec stycznia 1807 roku wojska francuskie kierując się z Warszawy przez Pułtusk i Przasnysz weszły na tereny pruskie w okolicy miasta Wielbark (tego na Mazurach). Po rozegraniu kilku bitew Napoleon od 22 lutego do 31 marca 1807 roku miał swoją kwaterę na zamku w Ostródzie. 1 kwietnia przeniósł się do Kamieńca Suskiego („w końcu pałac” - tak miał powiedzieć), skąd rządził swoim imperium do 6 czerwca 1807 roku. Podczas pobytu w Kamieńcu, oprócz intensywnego romansu z Marią Walewską, odbywał podróże nadzorujące budowę umocnień w Gdańsku, Elblągu, Malborku, Brodnicy i Kwidzynie. W Malborku był w tym czasie dwa razy, czyli 25-26 kwietnia i 2 czerwca. 16 lipca 1807 cesarz wyjechał z terytorium dzisiejszej Polski i przez Budziszyn i Drezno udał się do Francji. Patrząc na najszybszą trasę Kamieniec — Malbork, Napoleon rzeczywiście ze swoimi ludźmi mógł przejeżdżać w pobliżu wzgórza porośniętego sosnami. 7 czerwca 1812 roku ponownie pojawił się w Malborku, ale tym razem jechał z Torunia przez Kwidzyn i Sztum w kierunku Gdańska. W niedzielny październikowy poranek wybrałem się w opisywane miejsce chwytając resztki słonecznej pogody. Wejście na wzgórze nie zajmuje zbyt dużo czasu, wystarczy trzymać się polnej miedzy. Ze szczytu rozciąga się wspaniały widok na Powiśle i Żuławy. Mieszkamy w naprawdę pięknym miejscu. Moje wędrówki po Dolnym Powiślu 97 Sosna Napoleona?, fot. P. Podlewski Idealny punkt obserwacyjny i miejsce postojowe dla żołnierzy zapoznających się z nowym terytorium. Jest też tam sosna stara i powyginana, duże drzewo widoczne z odległości kilku kilometrów. Czy jest to sosna z czasów napoleońskich? Tutaj musieliby wypowiedzieć się znawcy tematu, dendrolodzy itp. Czy był tam Napoleon jadący ze swoją gwardią do Malborka? A czemu nie? Wystarczy włączyć trochę wyobraźni i zaufać zapomnianej legendzie. Mamy do tego prawo i możemy śmiało opowiadać, że jest takie miejsce na Powiślu związane z legendą Napoleona Bonaparte. Cesarz tam stał i obserwował okolicę. Na koniec dodam, że obok sosny znajduje się fortyfikacja z przełomu XIX/XX wieku, element twierdzy Malbork (Festung Marienburg). Jest to bateria nr 6 - bateria stała dla dział 120 i 150 mm. W zeszłym roku nakręciliśmy o tych umocnieniach odcinek, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło: „Twierdza Malbork, Festung Marienburg”. GOSPODA KOŁO CZERWONEGO DWORU W naszej wędrówce po północnym Powiślu pozostańmy jeszcze przy drodze nr 515. Kierując się od skrzyżowania Dąbrówka Malborska/Łoza w kierunku Malborka, po przejechaniu około 1,5 kilometra, mijamy stojący po prawej stronie ceglany budynek z oranżerią. Na mapach niemieckich z początku XX wieku podpisany jest on jako „Whs” (Wirt-shaus), co oznacza gospodę. Nie znam szczegółowej historii tego miejsca. Udało mi się znaleźć jedno zdjęcie pochodzące z 1916 roku z opisem: „Gruss aus Rothof b. Marienburg. Ul-Irichs Gasthaus” (Pozdrowienia z Czerwonego Dworu koło Malborka. Gospoda Ullricha). 98 Piotr Podlewski Widać na nim kilka interesujących szczegółów. Na pierwszym planie znajdują się dwa powozy zaprzężone w konie z furmanami pozującymi do fotografii. Jeden stoi na powozie, drugi pomiędzy nimi. Za powozem bliżej wejścia do budynku widać trzeci powóz i kolejne osoby stające na schodach. Przed nimi, oparta o wóz, stoi kobieta w sukni. Możliwe, że oglądamy właścicieli gospody i przypadkowych gości lub pracowników zajazdu. Nad wejściem głównym umieszczono herb, o którym za moment napiszę więcej. Na lewo od gospody widzimy stajnię. Oba budynki powstały prawdopodobnie na przełomie XIX i XX wieku. Z początku byłem przekonany, że stajnia już nie istnieje, że rozebrano ją podczas poszerzania drogi, jednak zainteresował mnie niewielki otynkowany budynek stojący obecnie na jej miejscu. Porównując stare zdjęcie i niewielki budynek okazało się, że jest to fragment stajni, a dokładnie jej otynkowana połowa. Widać to doskonale po zachowanym układzie drzwi i okien. Stojące z tyłu przebudowane budynki gospodarcze też pamiętają tamte czasy, Nie zachował się tylko ogród oznaczony na mapie. Wracając do wspomnianego herbu. Na tarczy nad wejściem widać mocno już zniszczonego czarnego orła. Pozostał właściwie już tylko jego zarys. Jednak można wychwycić jeden element, który wiele wyjaśnia i pozwala dokładniej opisać herb. Ten element to widniejąca w lewych szponach orła kula cesarska z krzyżem (Globus cruciger), symbol władzy panowania nad światem w połączeniu z wiarą. Jest to herb Królestwa Prus obowiązujący w latach 1701-1918. Czarny orzeł w herbie wywodzi się od orła Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Po roku 1229 wielki mistrz krzyżacki Hermann von Salza otrzymał od cesarza prawo do umieszczenia czarnego orła cesarskiego w środkowej tarczy krzyża wielkiego mistrza. Z herbu wielkiego mistrza stał się on później godłem państwa krzyżackiego. W 1525 roku, w wyniku reformacji, państwo krzyżackie zostało przekształcone w świeckie Prusy Książęce, zachowując czarnego orła jako swój symbol. W 1701 roku, kiedy to Prusy Książęce zostały podniesione do rangi królestwa, orzeł otrzymał koronę królewską, berło i wspomnianą kulę. Na jego piersi widniały złote inicjały pierwszego króla pruskiego, Fryderyka I: „FR” od Fredericus Rex. Po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku powstało Cesarstwo Niemieckie. Król Prus był jednocześnie cesarzem niemieckim, a herb państwa pruskiego stał się oficjalnym herbem cesarstwa. Wraz z końcem I wojny światowej zakończyła się monarchia pruska, a wraz z nią zmienił się także wizerunek orła. W czasach Republiki Weimarskiej orzeł stracił koronę, berło i kulę. Dotyczyło to też herbu prowincji Prusy Wschodnie, który jednak nie zmienił się w swojej formie poza utratą atrybutów monarchicznych. Co ciekawe, czarny orzeł nadal jest zachowany w herbie powiatu malborskiego. Nawiązuje on jednak do tradycji heraldycznej regionu, czyli czarnego orła, symbolu Prus Królewskich. To, że herb zachował się do naszych czasów, jest ewenementem. W czasach Polski Ludowej takie symbole były usuwane. Ten przetrwał zapewne dzięki temu, że gospoda stała się domem mieszkalnym usytuowanym z dala od miasta, więc nie rzucał się za bardzo w oczy. Na mapie Schroettera z lat 1796—1802 jest zaznaczona w tym miejscu karczma (Onil-ke - Krug), więc historia miejsca sięga wcześniejszych czasów. Dodam, że obok znajdował Moje wędrówki po Dolnym Powiślu 99 Budynek gospody koło Czerwonego Dworu, fot. P. Podlewski się most, a za nim kolejna karczma. Pod mostem płynęła rzeczka, której koryto opisywałem w artykule z 24 wrzes'nia. To tutaj zatrzymywali się na popas podróżni zmierzający w różnych sprawach do największego miasta regionu - Malborka. CZARNE BAGNO Nie jest łatwo dojechać tam autem osobowym. Od strony Michorowa prowadzi do Czarnego Bagna polna droga, podobnie jak od strony Ramz Małych, czyli kierunku który wybrałem. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zrozumiałem, że mogę ugrzęznąć, ale uparłem się. Seat dał radę. W dawnych czasach o Czarnym Bagnie krążyły mroczne historie. Kultura ludowa miała to do siebie, że pomimo silnego zakorzenienia wiary i obrzędów chrześcijańskich, drugą sferą były wierzenia w duchy, zjawy czy diabły, często personifikowane. O Czarnym Bagnie przeczytałem w książce etnografa ks. Władysława Łęgi „Ziemia Mal-borska. Kultura ludowa”, która ukazała się w 1933 roku. Zanim napiszę kilka opowieści związanych z tym miejscem, najpierw kilka słów o bagnach. Bagna według dawnych wierzeń ludowych, ze względu na swą specyfikę pustych i nieprzydatnych chłopom grzęzawisk, były siedliskiem zła, gdzie czart zwodził swoje ofiary. Zabłąkanemu głównie nocą wędrowcowi groziła na nich śmierć lub nieprzyjemne i niebezpieczne przygody. Były to miejsca podejrzane, utożsamiane często ze śmiercią i zaświatami. To niejako sfera graniczna pomiędzy światem ludzi i sił pozaziemskich. Co takiego księdzu Łędze opowiadali miejscowi o Czarnym Bagnie? 100 Piotr Podlewski Autor nad Czarnym Bagnem, fot. P. Podlewski Pewna kobieta twierdziła, że słyszała na bagnie taki szmer, „jakby kosami siekło”. Gdy doszła do granicy, „psoty usteli”. Szewc spotkał tam czarnego jak smoła szpuka (duch, zjawa, nieboszczyk wracający na miejsce swojego ziemskiego pobytu) i zapytał go: „Kto tam?”, lecz dostał taką „odmalówkę”, że upadł na ziemię. „Odma-lówka”! To słowo pamiętam z dzieciństwa. Dziadek tak nazywał strzelenie kogoś w łeb. Kolejnemu konie zatrzymały się przed Czarnym Bagnem i nie chciały ruszyć z miejsca, ponieważ diabeł wszedł na wóz. Nic nie można było zrobić, a konie aż rzęziły próbując ruszyć. Wtedy woźnica odwrócił się, zrobił znak krzyża, coś zaszumiało, zarechotało i konie poszły dalej. Takich opowieści można znaleźć setki na terenie całej Polski i nie tylko. Tego typu miejsca zawsze pobudzały wyobraźnię i potęgowały strach, szczególnie podczas nocnych wędrówek. Czarne Bagno to spore rozlewisko o długości około 200 metrów i szerokie na 50 m. Ma swój specyficzny klimat. Nie dziwię się, że krążyły o nim demoniczne opowieści. Jeżeli macie chęć tam się wybrać, to polecam minąć Ramzy Małe i skręcić w prawo na bagno tuż przed wsią Sadłuki. Ta droga jest zdecydowanie lepsza i nierozjeżdżona przez traktory. WIATRAKI BUDZISZ - ŻUŁAWKA SZTUMSKA Ziemia Sztumska wiatrakami niegdyś stała. Było ich około 30 rozrzuconych po wsiach i gospodarstwach. W moim rodzinnym Sztumie i w pobliżu miasta stały łącznie cztery wiatraki. Pierwszy na wzgórzu, gdzie dziś stoi osiedle Parkowe (do niedawna przy parkingu stały okrągłe żarna ułożone jedno na drugim), drugi w miejscu osiedla Na Wzgórzu, trzeci za działkami w kierunku Koślinki, czwarty na wylocie z miasta w kierunku Sztumskiej Wsi. Korzystając z dobrej pogody, wybrałem się do wsi Budzisz, w której nadal stoi pozostałość młyna wiatrowego, jednego z nielicznych już reliktów tamtych czasów. Najbardziej popularną pozostałością wiatraka na naszym terenie jest ruina w Ankama-tach. Każdy jadący w kierunku Dzierzgonia widział ją wielokrotnie. Młyn w Budziszu jest Moje wędrówki po Dolnym Powiślu budowlą analogiczną. Stoi samotnie w polu. Zostawiłem samochód na wjeź-dzie na pole i pieszo przeszedłem kilkadziesiąt metrów, oglądając z każdej strony tę imponującą budowlę. Jest to konstrukcja typu Boven-kruier, czyli wiatrak czapowy zwany u nas „Holendrem”. Pierwszy tego typu wiatrak skonstruował w północnej Holandii w XVII wieku Jan Andriasz Leeghwater. W Polsce popularne były w zachodniej jej części, no i u nas, w Prusach, „przywiezione” przez holenderskich osadników. Trzykondygnacyjny młyn wiatrowy zbudowano z cegły. Jest nietynkowany na planie koła na ceglanym fundamencie. Pozostała bryła wiatraka w formie ściętego stożka bez nakrycia. W środku rosną chaszcze. Widać jedynie resztki belkowania i podział na kondygnacje. Bardzo klimatyczne miejsce. Wiatrak działał jeszcze w 1954 roku. Młynarzem był pan Sobieszczański. Dawniej, co widać na zdjęciu z lat 30-tych XX wieku, górna czapa, czyli głowica ze skrzydłami, obracała się do wiatru wraz całym wewnętrznym mechanizmem Wiatrak w Budziszu — zdjęcie z lat 30-tych XX wieku, fot. marienburg.pl Relikty wiatraka w Żuławce Sztumskiej, fot. P. Podlewski i przekładniami. Mechanizm obrotowy budowano z najtwardszego drewna, czyli dębu lub grabu. W odróżnieniu od drewnianych koźlaków i paltraków, które można było obracać w całości, wiatraki holenderskie posiadały nieruchomy korpus. Nadawały się doskonale do wszystkich przemysłowych zastosowań. Prawdziwe wyzwanie jednak było dopiero przede mną. Ruszyłem w kierunku Żuławki Sztumskiej w celu odnalezienia miejsca, w którym stał kolejny murowany wiatrak. We wsi stały cztery wiatraki. Dwa murowane i dwa drewniane. Lidar pokazał, że pozostał ślad w postaci zagłębienia tylko po jednym z nich. 102 Piotr Podlewski Naprzeciwko kościoła parafialnego trochę „na dziko” wszedłem na teren opuszczonego gospodarstwa. Nie było zakazu, brama była otwarta, a ciekawość na tyle silna, że przedarłem się przez zarośnięty gęstymi, kolczastymi krzakami plac, żeby utknąć w gęstwinie małych drzewek. Trochę to trwało zanim namierzyłem miejsce po wiatraku w postaci zagłębienia (piwnica?) z kolistym fundamentem, z elementami kamiennymi i mnóstwem porozrzucanych cegieł. Na mapie topograficznej z czasów międzywojennych ten wiatrak oznaczono jako murowany, więc można założyć, że stał tu dawniej także „Holender”. Wiatrak był idealnie położony, tuż nad krawędzią wysoczyzny. Kilkanaście metrów dalej, za dość stromą skarpą, zaczynają się już płaskie Żuławy. Według opowieści mieszkanki Żuławki wiatrak miał zostać zniszczony pociskiem wystrzelonym w rosyjskiego czołgu w styczniu 1945 roku. Wiatraki przegrały z postępem i technologią. Te drewniane zostały rozebrane i nie ma u nas po nich śladu. Murowane zachowały się dwa (Ankamaty, Budzisz), a także ślady w paru miejscach, gdzie stały inne „Holendry”. Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE OPOWIEŚCI Z ŻYCIA WIEJSKIEJ NAUCZYCIELKI CZĘŚĆ 2. ZWIERZNO, KĘPNIEWO Emerytowana nauczycielka Anna Muzyczuk, pedagog z zamiłowania, geograf z wykształcenia, przepracowała 41 lat w tej samej wiejskiej szkole. Pochodzi z Lubelszczyzny W 1948 roku wraz z rodziną przeprowadziła się na Powiśle. W 1958 roku jako absolwentka liceum pedagogicznego w Kwidzynie podjęła pracę w Zwierznie na Żuławach i została tam na zawsze. Oto druga część opowieści o jej długim, pracowitym życiu. „SIŁACZKA” NA ŻUŁAWACH W 1958 roku, po skończeniu liceum pedagogicznego w Kwidzynie, dostałam skierowanie do pracy w Elblągu. Wsiadłam w Ryjewie w pociąg i pojechałam. W Elblągu znalazłam inspektorat oświaty przy ulicy Wojska Polskiego. Oddałam tam skierowanie ze szkoły, które dostałam razem z opinią w zaklejonej kopercie. Okazało się, że wystawiono mi dobrą opinię. Urzędniczka w inspektoracie pokazała mi mapę powiatu elbląskiego. Miałam sobie wybrać, gdzie bym chciała pracować. A ja popatrzyłam. - Fiszewo! - pomyślałam. A tam pracował mój kolega Paweł z technikum mechanizacji rolnictwa w Kwidzynie. Przystojny taki... Podobał mi się. Podkochiwałam się w nim. Dojeżdżał do Kwidzyna z Malborka. Z Fiszewa pisał do mnie listy. - W Zwierznie jest wolne miejsce - powiedziała urzędniczka. Na mapie, którą mi pokazała, zobaczyłam, że Zwierzno jest blisko Fiszewa. -To niedaleko. Może tam go spotkam? - zastanawiałam się. I trzeba trafu, że akurat tego dnia w inspektoracie oświaty w Elblągu zjawił się Gerard Znaniecki, ówczesny kierownik szkoły w Zwierznie. Przeczytał moją opinię ze szkoły. Spodobała mu się. - Dobrze, zaraz pojedziemy tam razem. Wszystko pani pokażę — powiedział. Poszliśmy od razu na dworzec autobusowy i pojechaliśmy do Zwierzna PKS-em. Wysiedliśmy z autobusu. Kawałek szliśmy pieszo z przystanku do szkoły. Po drodze przyglądałam 104 Alicja Łukawska Pięć nauczycielek. Od lewej: Janina Śrutkowska, Krystyna Lubarska (Burek), Teodora Śmietanko (Płachta), Zofia Koncińska (Kusio), Anna Wójcicka (Muzyczuk). Zwierzno, rok 1958. Archiwum A. Muzyczuk się wsi. Zielono. Dużo drzew. Rowy i przejazdy wyczyszczone. Zabudowania wsi zwarte. Duża, gminna wieś, typowo rolnicza. W tym czasie mieszkali tu sami rolnicy. Hodowali dużo zwierząt: świnie, krowy, konie i drób. Chciałam przekazać w tym miejscu garść informacji pochodzących z kroniki naszej szkoły prowadzonej od 1945 roku. Za Niemców ta miejscowość nazywała się Thiersdorf, a zaraz po wojnie Duninowo. Ta nazwa wzięła się stąd, że pierwszy radziecki komendant wsi nazywał się Dunin lub Duninów. Większość mieszkańców przybyła tu latem 1945 roku, zaraz po zakończeniu działań wojennych. Wioska była położona nieco wyżej, więc nie została zalana. Ale wokół wszędzie jeszcze stała woda, bo wycofujący się Niemcy zalali Żuławy. Na miejscu osadnicy zastali mało zniszczone zabudowania poniemieckie, a także wiele narzędzi rolniczych. Nie było żywego inwentarza oraz większych maszyn rolniczych, które zostały wywiezione na wschód przez wojska sowieckie. Przede wszystkim nie było koni i ciągników do pracy w polu. Ten brak siły pociągowej ujemnie odbił się na pierwszej akcji żniwnej. Wielka ilość zboża zmarnowała się wtedy na polach, bo nie udało się jej zebrać. Jesienią 1945 roku polscy osadnicy rozpoczęli zasiewy zbóż, jednak ciężko to szło, bowiem nie było jeszcze koni. Nie przysłano im także obiecanych traktorów. W tym pierwszym, powojennym okresie, Duninowo było miejscowością gminną. Gmina ta obejmowała 11 sołectw. W tamtym czasie wielkim problemem polskich osadników były napady. Napastnikami byli przeważnie umundurowani żołnierze Armii Czerwonej, którzy atakowali Polaków zarówno w domach, jak i na drogach w okolicy. Osadnicy nie znali dnia ani godziny takiego napadu. Powodowało to ogólne zniechęcenie i uniemożliwiało normalne zagospodarowanie się na nowym miejscu. Przez to wszyscy czarno patrzyli w przyszłość. Nie mieli dokąd wyjechać. Dla wielu z nich droga powrotna była zamknięta, bo ich mała ojczyzna została za granicami powojennej Polski. Publiczna Szkoła Powszechna w Duninowie rozpoczęła pracę 4 września 1945 roku w budynku dawnej szkoły niemieckiej. Zapisano do niej 25 dzieci, które podjęły naukę w klasach I-IV. Pierwszym nauczycielem i kierownikiem został Kazimierz Kędzior pochodzący z województwa krakowskiego. Od grudnia 1945 roku pracowały tu dwie nauczycielki, repatriantki ze wschodu: Nadzieja Nowakowa (nauczycielka wykwalifikowana) i Danuta Sosnowska (nauczycielka niewykwalifikowana). Budynek szkolny był mało zniszczony, ale całkowicie pozbawiony ławek i innych mebli. Na rozpoczęcie pierwszego roku szkolnego Żuławskie opowieści 105 Anna Muzyczuk ze swoimi uczniami. Zwierzno, lata 60. Archiwum A. Muzyczuk pozwożono więc sprzęty z okolicznych wiejskich szkół, które na razie jeszcze pozostawały zamknięte. Na samym początku nie było podręczników i zeszytów. Jak wspominają uczniowie, którzy w tamtych latach uczęszczali do tej szkoły, z powodu braku papieru dzieci robiły notatki z lekcji na czystych etykietach służących do opakowania cygaretek z niemieckiej fabryczki w pobliskim Rozgarcie. Praca ówczesnych pedagogów była niezwykle trudna, ponieważ uczniowie przez pięć okupacyjnych lat nie uczyli się w polskiej szkole, a teraz musieli szybko nadrobić stracone lata. Trafiły tu dzieci i młodzież w różnym wieku. Dla osób opóźnionych w nauce z powodu wojny został utworzony osobny komplet. Szkoła nie miała wówczas nawet dzwonka. Na lekcje i przerwy wzywano gongiem. Była straszna bieda. Ludzie głodowali. W tym czasie miesięczne pobory nauczyciela wynosiły 1500 złotych, a ceny podstawowych produktów spożywczych były wówczas następujące: kilogram słoniny kosztował 350 złotych, kilogram cukru 160 złotych, a kilogram chleba 15 złotych. W kolejnym roku szkolnym 1946/1947 w szkole było 115 uczniów i troje nauczycieli. Kierownikiem był Alfons Reichel. Pracowały tu także dwie wspomniane wyżej nauczycielki. Było wtedy sześć klas i jeden ciąg dla uczniów opóźnionych w nauce. Prócz tego działały tutaj: uniwersytet niedzielny, chór ludowy „Halka”, świetlica, zespół teatralny, Ochotnicza Straż Pożarna oraz Przysposobienie Wojskowe dla mężczyzn i kobiet. We wrześniu 1946 roku otwarto przedszkole, do którego zapisano 20 dzieci. Jego kierowniczką została Zofia Perlikowska. Pierwsze lata warunki bytowania w Duninowie i okolicy były bardzo trudne. Najbliższa okolica była wciąż jeszcze zalana. Brakowało prądu elektrycznego. W ciągu pół roku trzy razy zmieniano wójta. Panował niedostatek i bieda. Mimo to ludzie tu nadal przyjeżdżali 106 Alicja Łukawska Zdjęcie ślubne Anny i Zygmunta Muzyczuków. Archiwum A. Muzyczuk Anna i Zygmunt Muzyczukowie z córkami Basią i Kasią. Archiwum A. Muzyczuk i osiedlali się. Liczba mieszkańców nieco się powiększyła. W tym czasie prawie wszystkie dzieci z tej szkoły poczyniły zabiegi o pozyskanie rodziców chrzestnych z Ameryki za pośrednictwem wysyłanych kwestionariuszy. Zajmował się tym specjalny komitet, który działał w Warszawie przy Ministerstwie Oświaty. Pod koniec listopada 1946 roku ze szkoły ubyło 13 uczniów (7 uczniów z klasy V i 6 uczniów z klasy VI) z domu dziecka w Karolewie (później zmieniono nazwę tej wsi), który przeniesiono do Elbląga. Pod koniec stycznia 1947 roku zaczęła działać sieć elektryczna. Wiosną 1947 roku ludność niemiecka z tej okolicy została wysiedlona do obozów, a stamtąd wywieziona do Niemiec. Na koniec roku szkolnego 1946/1947 w szkole było 106 dzieci. W 1947 roku otwarto szkołę w Rozgarcie. W roku szkolnym 1947/1948 naukę w tutejszej szkole rozpoczęło 152 uczniów, a na koniec tego roku ich liczba zwiększyła się do 186. W tym czasie przebudowano wnętrze budynku szkolnego. Na parterze z mieszkań dla nauczycieli utworzono pomieszczenia do nauki, zaś kierownik i nauczycielki zamieszkali na górze. W szkole odbywały się lekcje religii, które prowadził nowy polski proboszcz, ksiądz Teofil Chrobak. Była już biblioteka, która liczyła 300 tomów. Szkoła borykała się z kłopotami finansowymi, podobnie jak cała gmina. Wpływ na to miały częste zmiany wójtów i sekretarzy gminy. 1 stycznia 1948 roku zmieniono nazwę Duninowa na Zwierzno, zaś 1 września tamtego roku otwarto szkoły w Markusach (kierowniczka Nadzieja Nowakowa) i w Wiśnio-wicach (kierownik Aleksander Wulnikowski). W 1949 roku zakupiono dla szkoły radio marki „Aga” oraz zainstalowano w klasach głośniki. Na początku marca 1949 roku w wyniku zmian granic powiatów szkoły z terenu gmin Gronowo, Zwierzno i Zurawiec przeszły pod administrację Inspektoratu Szkolnego w Elblągu. 1 września 1949 roku nowym Żuławskie opowieści 107 kierownikiem szkoły został Gerard Znaniecki, który pełnił tę funkcję do roku 1973. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy w czerwcu 1958 roku pan Znaniecki wprowadził mnie do pokoju nauczycielskiego w Zwierznie. Było tam kilka kobiet, a przy kaloryferach stał ogromny facet, blondyn, czerwony na twarzy. Bardzo się go wystraszyłam. — Krowę jej jeszcze pokaż! Ha! Ha! Ha! — powiedział do kierownika i głośno się roześmiał. A to był Jan Rak, nauczyciel mate- Członkinie Klubu Seniora w Zwierznie robią pączki, fot. A. Łukawska matyki. Mówił o krowie, bo, jak to na wsi, kierownik szkoły miał przydzielony kawałek uprawnej ziemi i hodował sobie krowę. Potem kierownik zaprosił mnie do góry i zapoznał z żoną. Miał bardzo ładnie urządzone mieszkanie. Na suficie w ramach podziękowania malarz namalował mu wieniec z aniołkami. Zona kierownika zrobiła herbatę, poczęstowała mnie świeżo upieczoną babką z kakao. Później pojechałam autobusem PKS do Gronowa, a stamtąd pociągiem do Ryjewa. W 1958 roku rok szkolny w Zwierznie miał się rozpocząć 3 września, a ja wybrałam się tam już 1 września. Jechałam z wielkim bagażem, a nawet z pościelą. Dotarłam wieczorem pociągiem do Gronowa. Wysiadłam na stacji, skąd miałam dalej jechać autobusem do Zwierzna. Ale akurat tego dnia autobus nie jechał. Dobrze, że dworzec był otwarty, więc z tym moim bagażem spędziłam tam całą noc. Razem ze mną w poczekalni siedziało jeszcze jakieś małżeństwo. Spałam na ławce, oni też spali. Rano obudziłam się, wstałam, wzięłam bagaże w rękę i ruszyłam siedem kilometrów piechotą do Zwierzna. Na miejscu okazało się, że jest poważny problem. Nie mam gdzie mieszkać. Nie ma dla mnie mieszkania w szkole! — Załatwiłem dla pani pokój w przedszkolu — mówi kierownik. - To jest blisko. Wtedy przedszkole mieściło się w budynku przy skrzyżowaniu, koło przystanku autobusowego. Przedszkolanka przyjęła mnie bardzo miło. Okazało się, że pokój jest duży, ale w podwójnych oknach brakuje wewnętrznych części. Są tylko zewnętrzne. Zmartwiłam się. Takie rozwiązanie jest dobre na lato, ale co będzie zimą? Poza tym jednej połówki okna w ogóle brakowało. Dowiedziałam się, że okna mi nie zrobią, bo kierownik szkoły gniewa się ze stolarzem. Piec jest, ale tylko taki mały. Ogólnie były tam trudne warunki do mieszkania. Dostałam z przedszkola jeden leżak, siennik wypchaliśmy słomą i spałam prawie tak samo jak na koloniach w dzieciństwie. Z tego pokoju można było jeszcze przejść do dwóch komórek na strychu, a drzwi do tych komórek nie domykały się i wiało stamtąd chłodem. Był to salon wyłącznie na lato, a nie na zimę. Tak właśnie rozpoczęłam moją pracę zawodową. W szkole dostałam drugą klasę, dość liczną. W tej mojej klasie uczyłam wszystkich przedmiotów, a prócz tego uczyłam jeszcze prac ręcznych w starszych klasach. W całej szkole było wtedy 250 dzieci. Pracowało z nimi sześcioro nauczycieli (pięć kobiet i jeden mężczyzna) oraz kierownik. Mieliśmy 108 Alicja Łukawska duże obciążenia godzinowe. W mojej drugiej klasie pracowałam 28 godzin tygodniowo. To były godziny obowiązkowe. W tamtym czasie i tak zmniejszono nam ilość godzin, bo wcześniej nauczyciel musiał przepracować obowiązkowo 30 godzin w tygodniu, a jak przyszłam do Zwierzna to już było tylko 28 godzin obowiązkowych. Ale były jeszcze godziny nadliczbo- Szkoła Podstawowa w Zwierznie, fot. A. Łukawska we i różnego rodzaju prace Społeczne. Każdy nauczyciel pracował w szkole od 8.00 do 15.00. Ale za to dzieci wiejskie były wówczas bardzo grzeczne. Zupełnie inaczej były wychowywane niż obecnie. Jakby ktoś wtedy poskarżył się w domu na nauczyciela, to dostałby od rodziców po łbie. Ale jak rodzicom zależało, to dzieci chodziły do szkoły, mimo trudnych, wiejskich warunków i okresowych prac polowych. W swojej karierze pedagogicznej uczyłam prawie wszystkich przedmiotów za wyjątkiem fizyki i matematyki. Byłam przygotowana do wszystkiego. Później skończyłam jeszcze geografię w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. W szkole w Zwierznie przepracowałam cztery miesiące: od września do grudnia 1958 roku. Zaprzyjaźniłam się z koleżankami. Fajnie było. Pamiątką z tamtego okresu jest wspólne zdjęcie nas, pięciu nauczycielek ze Zwierzna, zrobione jesienią 1958 roku. Stoimy tam na schodach przy wejściu do starej szkoły. - Ta chuda tutaj to ja. Dwie dziewczyny, Zosia i Todzia, były z Kieleckiego. To Krysia Burek ze Skrzynek koło Ciechanowa. A to Srutkowska, ona teraz jest w Dusseldorfie. Prócz tego pracował z nami jeden mężczyzna, Jan Rak, którego z początku się bałam, ale który potem okazał się dobrym kumplem. Uczył przedmiotów ścisłych. Był bardzo dobrym matematykiem. Uczniowie wspominają go bardzo dobrze. No i oczywiście kierownik szkoły także prowadził lekcje. Pracy było wiele, ale przy tym było bardzo wesoło. Byliśmy wszyscy młodzi, pełni zapału, umieliśmy się cieszyć wszystkim. Zaraz na początku, po rozpoczęciu roku szkolnego, były dożynki gminne zorganizowane z wielką pompą. A po dożynkach była zabawa taneczna. Na tej zabawie zobaczyłam znajome męskie twarze. Uśmiechali się do mnie. - Przecież ja znam tych chłopaków - pomyślałam. Między innymi był tam Gerard, autochton z Jałowca na Powiślu. Znałam go od 1948 roku. Moja mama szyła mu spodnie. I właśnie on poznał tutaj miejscową dziewczynę, ożenił się z nią i tu zamieszkał. Uczyłam później jego dzieci. Większość mieszkańców Zwierzna pochodziła ze wschodu, zza Buga, przeważnie z Wołynia. Zamieszkała też tu jedna rodzina zesłańców spod Brześcia. Na początku wojny władza radziecka wywiozła ich na daleką Północ, potem pod Smoleńsk i stamtąd trafili tutaj. W sąsiednich wsiach, takich jak Markusy i Kępniewo, mieszkali z kolei Ukraińcy przesiedleni z Lubelskiego w ramach Akcji „Wisła”. W przeciwieństwie do Powiśla, na Żuławach było niewielu autochtonów. Między innymi był mały Piotr Liedtke, który chodził do naszej Żuławskie opowieści 109 szkoły, i rodzina Boguszów z Kępniewa. Dobrze się czułam między tymi ludźmi. Ja ich wszystkich kochałam. Mam taki charakter, że mnie wszędzie jest dobrze. Łatwo się adaptuję. Szybko przyzwyczajam się do nowej sytuacji. Nie przerażała mnie nawet duża odległość Zwierzna od miasta. Wtedy wszę- Dawna niemiecka szkoła w Zwierznie. Obecnie budynek mieszkalny, fot. A. Łukawska dzie chodziło się pieszo. W grudniu 1958 roku przeniesiono mnie ze Zwierzna do Kępniewa. Pewnego dnia do pokoju nauczycielskiego wszedł kierownik szkoły. - Dziewczyny, któraś z was musi iść do Kępniewa na zastępstwo — powiedział. - Tam nie ma teraz kto uczyć, bo żona kierownika urodziła dziecko i idzie na urlop macierzyński. Ale moje koleżanki nie chciały do Kępniewa. One tu już kilka lat pracowały, przyzwyczaiły się. Najlepiej niech nowa tam pójdzie. A nowa to byłam ja! — To może Ankę tam wysłać? — mówią. Cóż było robić? Nie miałam wyboru. Na początku stycznia 1959 roku pojechałam do Kępniewa z całym moim majdanem. Tam była szkoła pięcioklasowa. Pracował w niej kierownik Wojciech Kaczmarzyk z żoną Genią, którą trzeba było zastąpić w czasie urlopu macierzyńskiego. Miałam tam podjąć pracę, ale znowu nie było dla mnie mieszkania. W szkole były dwie izby lekcyjne. Kierownik z żoną zajmowali ładne mieszkanie na górze. A ja miałam spać kątem w kancelarii szkolnej. - Tu pani łóżko wstawię. Jak się napali w piecu, to będzie pani miała ciepło - mówi do mnie kierownik. No i wstawił do kancelarii drewniane łóżko dla mnie. To już lepiej niż leżak w przedszkolu! Ja w tej kancelarii spałam, jadłam, gotowałam, myłam się i tak dalej. Zagospodarowałam się tam jakoś. Ale był jeszcze jeden problem. - Boi się pani myszy? — spytał kierownik. - Chyba się boję! Na pewno się boję myszy! — odpowiedziałam. - A o co chodzi? Ale on mi wtedy nie wyjaśnił. Dopiero w nocy przekonałam się, o co mu chodziło. Myszy dobrały się wtedy do jedzenia, które kupiłam sobie w miejscowym sklepie rolno--spożywczym i położyłam do szafy. Miałam tam chleb i inne produkty. Gryzonie od razu to wyczuły. Zaraz zaczęły buszować po pokoju i skakać wysoko na półkę! Jak to zobaczyłam, to ja też hyc! Wskoczyłam na biurko. - Ratunku! - zaczynam się głośno drzeć. Ale nikt mnie nie słyszy. Nikt nie biegnie na pomoc. Tam nikogo prócz mnie nie było. Postałam chwilę na biurku, ochłonęłam, potem zlazłam na podłogę. Wtedy myszy przestraszyły się i uciekły. Jakoś przespałam tę pierwszą noc. 110 Alicja Łukawska Rano wchodzę do klasy. Dzieci takie wystraszone. Nie odzywają się wcale do mnie. Siedzą grzecznie cichutkie jak myszki pod miotłą. Potem dowiedziałam się, że moja poprzedniczka, pani Genia, wprowadziła taką surową dyscyplinę, że one bały się odezwać. Rodzice mi o tym powiedzieli. Ale potem dzieci zaczęły ze mną rozmawiać. W tej szkole były klasy łączone. Ja musiałam tam uczyć, a nie byłam do tego przygotowana w liceum. Ale one były przyzwyczajone do takiej nauki. Jak jedne miały pracę cichą, to drugie głośną. Tylko w pierwszej klasie było inaczej. Bardzo dużo tam pracowałam. Miałam wiele godzin lekcyjnych. Większość zajęć ciągnęłam sama. - Kochane dzieci, przynieście mi kota - mówię do nich po jakimś czasie, bo miałam problem z tymi myszami. One już tak mi dokuczały, w nocy wszędzie właziły, nawet w łóżku mi piszczały... Co ja się położę, to one „phi”, „phi”! Trudno było tak żyć. - W końcu zjedzą mnie jak króla Popiela z baśni — myślałam sobie. - Może kot by na nie polował? Następnego dnia przychodzi do mnie pan Krupa, którego dzieci chodziły do naszej szkoły. — Przyniosłem pani kotka — mówi. A to był żart. On przyniósł mi własnoręcznie zrobioną pułapkę na myszy i nauczył mnie, jak ją obsługiwać. Gryzonie łapały się w tę pułapkę. Ja je potem wyciągałam. Jak były jeszcze żywe, to je dobijałam butami. A miałam wtedy takie modne obuwie na kauczuku, z grubą podeszwą. Albo czasem, jak za bardzo harcowały po pokoju, to rzucałam w nie tymi butami. Zabite gryzonie układałam potem w rządku na podłodze. Już o czwartej rano do szkoły przychodziła pani woźna, aby napalić w piecu. To była starsza kobieta. Miała daleko do pracy. Mieszkała aż w Kępniewie PGR. Chodziła zawsze z kijem dla obrony przed psami biegającymi samopas po wsi. - A kto to tyle myszy tu naukładał? — pytała zwykle, kiedy sprzątała rankiem w kancelarii. Oprócz myszy był tam kłopot z jedzeniem. W szkole nie było kuchni, więc nie mogłam przygotowywać sobie normalnych posiłków. Miałam tylko małą kuchenkę elektryczną z jedną płytką. Mogłam sobie na niej ugotować tylko zupę z proszku, taką z paczki. Te proszkowe zupy tak długo jadłam, że aż mi zbrzydły. Na tej samej kuchence grzałam też sobie wodę do mycia. Myłam się w blaszanej misce. Pranie woziłam co tydzień do Ryjewa i prałam u mamy. Raz w tygodniu u mamy zjadałam też normalny obiad. Ale jak przyszła ostra zima, śniegiem zawiało i autobusy nie jeździły, to nie mogłam jechać do Ryjewa. Smutne było to, że w ogóle ludzi nie oglądałam. Tyko praca z dziećmi i te myszy. Żadnego towarzystwa nie było. Nie miałam nawet z kim porozmawiać. Żyłam jak ta nauczycielka „Siłaczka” z opowiadania Stefana Żeromskiego! Oprócz pracy w szkole, prowadziłam jeszcze bibliotekę. Właściwie to był tylko punkt biblioteczny. Źle czułam się w Kępniewie. Byłam przepracowana, słaba, niedożywiona, bardzo szczupła, wręcz chuda. Chyba anemii dostałam, bo żyłam przecież tylko na zupkach w proszku. Kiedyś przywieźli do naszego wiejskiego sklepu cytryny. Zaszalałam! Kupiłam sobie cały kilogram i zjadłam od razu, bez cukru, bez niczego. Chyba potrzebowałam witamin? W tych trudnych warunkach pracowałam trzy zimowe miesiące: styczeń, luty i marzec 1959 roku. Urlop macierzyński wynosił wtedy dwanaście tygodni, więc policzyłam sobie, Żuławskie opowieści 111 że żona kierownika może już wrócić do pracy. Rodzice moich uczniów w Kępniewie mówili, że mnie nie puszczą, tak im się spodobałam. Ale ja po dwunastu tygodniach spakowałam się i uciekłam do Zwierzna. Była wiosna 1959 roku. Złożyłam wtedy podanie, że mają mnie przenieść ze Zwierzna do Rakowca w powiecie kwidzyńskim, bo tam pracowały moje koleżanki z liceum. Przeniesienie załatwiało się wtedy przez kierownika szkoły. Złożyłam do niego podanie z zaświadczeniem, że moja mama choruje i chcę mieszkać bliżej niej. Pan Znaniecki popatrzył na mapę. Okazało się, że Rakowiec jest tak samo odległy od Ryjewa jak Zwierzno. - Nie, nie przeniesiemy pani! - odpowiedział. I wcale nie wysłał tego podania do inspektoratu oświaty w Elblągu. - W takim razie, jak będziecie mnie chcieli kiedyś stąd wyrzucać, to ja nigdzie nie pójdę - tak mu powiedziałam. I zostałam tu do dzisiaj. NA ZAWSZE W ZWIERZNIE Potem było już lepiej. Dostałam pokój na strychu w szkole w Zwierznie. Akurat zwolniło się mieszkanie, bo jedna koleżanka się wyprowadziła. Mieszkałam tam z Krystyną Lubarską (Burek). Tam były dwa pokoje na górze. Krystyna miała piękny, duży salon, a ja mniejszy pokój. Bardzo dobrze żyło się nam po sąsiedzku. Tutaj miałam w końcu jakieś towarzystwo. Miałam z kim porozmawiać. Jednak były też pewne problemy. W tym mieszkaniu nie było kuchni. Dalej trzeba było gotować sobie proszkowe zupki na jednopalnikowej kuchence elektrycznej. Poza tym nie miałyśmy tam centralnego ogrzewania. Wcześniej były tam kaloryfery, ale kierownik szkoły kazał je usunąć, bo u niego było zimno. Tylko rury u nas zostały, a grzejniki zostały powycinane. Paliłyśmy sobie z Krystyną w małych kaflowych piecykach z wielką rurą, którą co jakiś czas trzeba było rozbierać i czyścić, aby była drożna. Ubikacja była na dworze. W nocy sikało się do wiaderka. Łazienki nie było. Myłyśmy się w miskach. Ale mimo wszystko było mi tu dobrze, wręcz cudownie. Ważne, że miałam tu koleżanki. Później sytuacja się zmieniła, bo Todzia Śmietanko wyszła za mąż za Płachtę i wyjechała z nim do Radomia. Krystyna Lubarska wyszła za tutejszego magazyniera Burka. Inna koleżanka poślubiła pilota - oblatywacza samolotów i wyjechała z nim do Warszawy, a jeszcze inna wyjechała do Niemiec. Ale potem przyszły nowe koleżanki. Zawsze było jakieś towarzystwo. Tu mieszkało się zupełnie inaczej niż w Kępniewie, bo Zwierzno to jest jednak większa wieś. Tam była tylko szkoła i jeden sklep. A tu, oprócz szkoły, było też przedszkole, posterunek milicji, poczta, trzy sklepy (spożywczy, tekstylny i żelazny), kiosk „Ruchu”, CPN (stacja benzynowa), dróżnik i ośrodek zdrowia. Ważnym miejscem był Dom Ludowy, gdzie mieściły się biblioteka, harcówka, sala widowiskowa, trzy sale lekcyjne i półstałe kino. Było też boisko sportowe, remiza strażacka, stolarnia, punkt skupu mleka i zboża oraz filia spółdzielni kółek rolniczych. We wsi było trzech kowali: Korytkowski, Niemiec i Sądek. Hodowano wtedy na wsiach bardzo dużo koni. W każdym gospodarstwie był przynajmniej jeden koń, więc kowale byli potrzebni. We wsi był Dom Ludowy: duży, źle ogrzany, poniemiecki budynek. Było tam zimno, a po zabawach śmierdziało alkoholem i papierosami tak, że nie 112 Alicja Łukawska Tablica wiejskiego kina w Zwierznie, fot. B. Turzyńska szło wytrzymać. Odbywały się tam zabawy wiejskie, a także zabawy noworoczne dla dzieci, w których uczestniczyli też rodzice. Była tam piękna, wielka sala widowiskowa oraz trzy sale lekcyjne. W późniejszych latach dom ludowy został przebudowany na szkołę, a w starej szkole zrobiono mieszkania dla nauczycieli. Od 1960 roku oprócz pracy w szkole pomagałam starszej młodzieży przygotowywać występy teatralne. Działał tutaj amatorski wiejski teatr. Często przychodzili po mnie chłopcy, zwykle po trzech... - Pani nam pomoże w teatrze - prosili. Chyba mnie chłopcy lubili. Z dziewczyn to żadna nigdy nie przyszła poprosić o pomoc. A ja pomagałam im w tym teatrze, jak umiałam. Byłam też suflerem w czasie przedstawień. Wystawiano tu m. in, takie sztuki jak „Zagłoba swatem” Henryka Sienkiewicza i „Zemsta” Aleksandra Fredry. Reżyserowała Todzia Śmietanko, która uczyła języka polskiego. Zapamiętałam niektórych aktorów: Józefa Kopij (Stachurska), Irena Herman (Kulesza), Leokadia Sawicka, Teresa Ślusarz, Barbara Damian, Tadeusz Sulima, Zygmunt Muzyczuk, Eugeniusz Zaguła, Waldemar Stachurski, Bronisław Ulkowski, Tadeusz Jadczak i inni, ale, niestety, niektóre nazwiska umknęły z pamięci. Występowaliśmy tu na miejscu w Zwierz-nie. Raz wyjechaliśmy z występami do Kadyn, gdzie nasze dziewczyny Józefa Kopij i Irena Herman zachwyciły słuchaczy pięknymi głosami. Młodzież szkolna chętnie występowała na scenie, śpiewała i tańczyła, zwłaszcza krakowiaka i kujawiaka. Do tańca przygrywali na zmianę Heniek Kopij i Tadek Sulima. Członkowie tego zespołu organizowali też zabawy w Domu Ludowym. Palili tam w piecu, bo - jak wspomniałam - bardzo zimno tam było, nikt tego nie ogrzewał. Czasami przychodzili po mnie, bawiliśmy się w fanty, śpiewaliśmy. Poza zajęciami w podstawówce, uczyłam geografii i biologii w szkole wieczorowej dla dorosłych, którzy chcieli uzupełnić wykształcenie i ukończyć siódmą klasę. Więc wieczory miałam też zajęte. Nie miałam czasu na nic. Człowiek nieraz padał. A kiedy się do lekcji przygotować? A jeszcze na samym początku, przez pierwsze trzy lata, musiałam obowiązkowo pisać konspekty lekcji. Tutaj, w Zwierznie, spotkałam mojego męża Zygmunta Muzyczuka. To było moje przeznaczenie! Na samym początku, jak przyjechałam do Zwierzna, poznałam trochę młodzieży ze Związku Młodzieży Wiejskiej. Działał tam taki Józio Ciężkowski, którego nazywali „Helikopter”. - Co to za chłopak jedzie na motorze? — pytam go. - A to Muzyczuk — mówi „Helikopter”. Żuławskie opowieści 113 Spodobało mi się to nazwisko. Popatrzyłam na niego, ale nie zdążyliśmy się już poznać, bo on zaraz poszedł do wojska. Służba wojskowa trwała wtedy dwa lata. Po pewnym czasie widzę, że jakiś chłopak zaczął pracować w gminie. A ja w sali naprzeciwko prowadziłam lekcje. To było w tym samym budynku, gdzie obecnie siedzimy. - Kto to jest? - pytam. - A to Zygmunt Muzyczuk. On już wrócił z wojska - słyszę. - Jest w gminie urzędnikiem. Na początku byłam tylko zaciekawiona tym młodym mężczyzną. Zaprzyjaźniliśmy się. Dobrze nam się rozmawiało. Przychodził po mnie. W ogóle, jak już wspominałam, cała granda chłopaków z tego teatru amatorskiego po mnie przychodziła. On też był aktorem w tym zespole. Jak się bliżej poznaliśmy z Zygmuntem, to się dopiero romans rozwinął! Nie wiedziałam jednak o tym, że on miał wcześniej narzeczoną. To wyszło na jaw przypadkiem. To była Halinka Niemiec, jedyna córka kowala, najbogatsza dziewczyna we wsi. Mieli ładny, duży dom, gospodarstwo, krowy hodowali. Dobra partia była. I też zza Buga, tak jak Muzyczuk. Uczyła się w liceum pedagogicznym w Tczewie. Przyszła do nas do szkoły na praktykę, a ja zaprosiłam ją do siebie na lekcję. - Pani Halinko, przyjdzie pani do mnie, mam taką cudowną klasę - mówię. Po lekcji poszłyśmy razem w interesach do urzędu gminy. W gminie coś tam załatwiałam. Rozmawiałam służbowo z tym moim przyszłym mężem, a wtedy jej chłopakiem. Ale ja nie wiedziałam przecież wtedy, że to jej chłopak! Załatwiłyśmy swoje sprawy, wracamy do szkoły. A ona się do mnie nie odzywa. Ja nie wiem, o co chodzi. Potem się okazało, że ona się na mnie obraziła dlatego, że ja rozmawiałam z jej chłopakiem. Rodzina Zygmunta pochodziła z Cumania na Wołyniu (1). To była spora miejscowość. Wokół rosły lasy należące do księcia Janusza Radziwiłła z Ołyki. W czasie wojny banderowcy prześladowali tam Polaków. Ludzie żyli w strachu. Aby uniknąć napadu, nocami uciekali do lasu albo w zboże. Latem 1945 roku babcia męża Rozalia Luber i jej córka Maria z małym Zygmuntem przyjechały ze stacji kolejowej Kadyszcze na Wołyniu do Malborka, a potem trafiły na Żuławy. Teściowa później wyszła drugi raz za mąż, urodziła kolejne dzieci. Prowadziła z mężem gospodarstwo obok cmentarza w Zwierznie. Matka męża powiedziała mi kiedyś, że ona chciała Halinkę na synową, bo ona też zza Buga, czyli swojaczka. Nawzajem by się nie przezywali. - Dobrze, że się z tobą ożenił. Bo ty też go nie przezywasz — stwierdziła po pewnym czasie. Nasz ślub cywilny odbył się 21 sierpnia 1963 roku w Zwierznie w tym budynku, gdzie teraz siedzimy, a kościelny 25 sierpnia 1963 roku w kościele parafialnym p.w. Świętej Rodziny w Ryjewie. Po ślubie mąż wprowadził się do mnie. Przywiózł ze sobą cały wóz książek. Miałam już wtedy mieszkanie służbowe w ceglanym budynku koło kościoła. Dostałam je jeszcze przed ślubem. Z początku miałam je dzielić z jeszcze jednym nauczycielem, jednak on szybko się stąd wyprowadził i dzięki temu zyskałam dwa pokoje: jeden na dole i jeden u góry, a także kuchnię. Mieszkam tam do tej pory. Po ślubie urodziło się nam czworo dzieci, trzy dziewczynki i jeden chłopiec. Najstarsza Basia przyszła na świat w październiku 1964 roku. 114 Alicja Łukawska Jak wspomniałam, mąż był urzędnikiem w gminie. Ale nie był partyjny i w ogóle nie chciał zapisać się do PZPR. Najpierw straszyli go, by się zapisał, bo jak nie, to go zwolnią. - To ja się zapiszę, jak mnie zwolnią. A na razie nie - powiedział. Mnie też namawiali. Moje koleżanki w szkole wszystkie się pozapisywały. — Może byś się zapisała? — mówią mi w pracy. - A ile płacą? — pytam. - Czy chociaż za to kupię rajstopy dla dziecka? - Nie, to trzeba jeszcze płacić składki. Więc się nie zapisałam. Za to byłam we wsi takim łącznikiem między szkołą a kościołem. Bo jak trzeba było w imieniu szkoły coś załatwić z naszym proboszczem, księdzem Janem Mioduszewskim, to zawsze mnie wysyłali. Dzięki temu mnie nie ruszali. Później, jak wszyscy masowo zapisywali się do Solidarności, to ja też się nie zapisałam. Należałam do Związku Nauczycielstwa Polskiego i to mi wystarczało. Z moim mężem jednak było inaczej. Partyjniacy nie zwolnili go z pracy, ale przesunęli go z urzędu gminy na kierownika kina „Piast”. To było kino półstałe, objazdowe. Do pomocy dostał kinooperatora Eugeniusza i furmana. Taką trzyosobową ekipą jeździli przez cały rok po wsiach wozem konnym. Seanse były organizowane w wiejskich świetlicach. Mąż sprzedawał bilety i wpuszczał ludzi do środka. Genek obsługiwał maszynę do wyświetlania filmów, a furman ich woził. Pewnego razu wszyscy tak się popili, że nie mogli kierować wozem, ale koń sam ich przywiózł do Zwierzna. Trafił na pastwisko. To kino działało od 1961 roku do początku lat 70. Potem mąż przeniósł się do pracy fizycznej w gospodarstwie melioracyjnym „Drużno”. Poszedł kopać rowy i tam dopiero zarabiał dobre pieniądze. A ja cały czas pracowałam w szkole. Prócz tego prowadziłam dom, wychowywałam dzieci, uprawiałam ogród, czyli działkę nauczycielską o powierzchni 25 arów. Razem z mężem hodowaliśmy przy domu parę świnek, kury, kaczki i króliki. Świnie karmiliśmy ziemniakami i pokrzywami. Mięsko było bardzo dobre. Prócz tego jeszcze szyłam na maszynie i robiłam na drutach. Nie lubiłam robótek ręcznych, ale w sklepach nie było wtedy nic do ubrania, więc wszystko musiałam umieć zrobić, by ubrać siebie i rodzinę. W 1984 roku mój mąż nagle zmarł na serce. Byliśmy wtedy 21 lat po ślubie. Jaki ja szok wtedy przeżyłam! Zostałam sama z czwórką dzieci. Najstarsza Basia już zaczęła pracować w bibliotece w Markusach i zarabiała na siebie. Jeszcze miałam dwoje dzieci w szkole średniej: Kasię w zawodówce gastronomicznej w Elblągu, a Piotrka w technikum mechanizacji rolnictwa w Kwidzynie. Najmłodsza Zosia miała zaledwie pięć lat. Ona teraz mieszka w Olsztynie, co dwa tygodnie do mnie przyjeżdża, a codziennie dzwoni. Najdłużej byłyśmy z nią razem. W szkole pracowałam 41 lat. Ile ja krzyży zasługi, nagród i dyplomów dostałam! To jest mój Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. To jest odznaka honorowa Polskiego Czerwonego Krzyża. To jest odznaka „Przyjaciel Dziecka” nadana przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Te dwa dyplomy są podpisane przez ministra oświaty i wychowania Jerzego Kuberskiego, ten jest z Ligi Ochrony Przyrody, ten jest z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska za działalność na rzecz ekologii. Właściwie do tej pory jeszcze pracuję. Od 25 lat jestem członkiem gminnej Komisji do Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. W tej komisji pełniłam już różne funkcje. Najpierw byłam członkiem, potem sekretarzem, potem znowu członkiem, pełnomocnikiem, Żuławskie opowieści 115 potem przewodniczącą. W 2015 roku zrezygnowałam z przewodniczenia. Teraz jestem sekretarzem. Piszę protokoły, prowadzę dokumentację komisji, wysyłam zaproszenia do ludzi na rozmowę motywacyjną do leczenia. Jestem także przewodniczącą Klubu Seniora w Zwierznie. W każdą środę zbieramy się z emerytami tutaj na pięterku w bibliotece. Jest tu wielu moich uczniów. Co robimy? Mamy tutaj dobrze wyposażoną kuchnię, więc często pieczemy ciasta. Naszą specjalnością są pączki, które robimy w dużych ilościach na różne gminne i powiatowe uroczystości jak dożynki, odpust parafialny czy Dzień Dziecka. Jak trzeba, to stawiamy się grupowo do pracy nawet o czwartej rano. „Nasze pączki, wszyscy wiecie, znają w gminie i powiecie. Krąg smakoszy ciągle rośnie, a nam w pracy wciąż radośnie” — tak opisała je wierszem jedna z naszych seniorek. Poza tym, pieczemy rogaliki drożdżowe, szyjemy kapcie, robimy kwiatki do palm wielkanocnych, układamy kłosy do wieńców dożynkowych, jeździmy na wycieczki i na basen do Elbląga. Jesteśmy zżyci ale też otwarci na osoby spoza naszej wsi. W naszej gminie przy bibliotekach działają aż trzy Kluby Seniora: w Markusach, Zwierznie i Zurawcu. Prócz tego, nadal sama prowadzę swój dom i ogród. Chodzę przy pomocy kuli. W wolnych chwilach spisuję swoje wspomnienia. Jak człowiek lubi to, co robi, to zawsze jest szczęśliwy. A ja zawsze miałam co robić. PRZYPISY: Cumań (dawniej powiat Łuck) — pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1557 roku. Od tamtej pory aż do 1939 roku była własnością rodu Radziwiłłów jako jeden z głównych ośrodków ordynacji ołyckiej. W 1941 roku Niemcy zabili w Cuma-niu od 300 do 500 mieszkańców, w tym Ukraińców, Żydów i Polaków. W 1942 roku ukraińscy policjanci w służbie III Rzeszy niemieckiej dokonali tam egzekucji 13 Polaków. W tym czasie w „lasach radziwiłłowskich” wokół tej miejscowości działała UPA. W marcu 1943 roku w położonych niedaleko Pendykach (powiat Kostopol) Ukraińcy zamordowali 150 Polaków, a ocalała ludność z tej wsi uciekła do Cumania. Działała też tam radziecka partyzantka pod wodzą Sidora Kowpaka, pseudonim „Dziad”. Stacja kolejowa Cumań (na linii kolejowej Zdołbunów-Kowel) znajdowała się w miejscowości Kadyszcze, skąd właśnie przyjechali na Żuławy tamtejsi mieszkańcy. 116 Arkadiusz Wełniak Arkadiusz Wełniak „MÓJ ŚWIAT” W SŁUŻBIE PRUS I CESARZA WILHELM EICK (1850-1927), SZTUMSKI NAUCZYCIEL I ZAPOMNIANY LITERAT W piśmie datowanym na 10 lutego 1927 roku mieszkanka Sztumu Wilhelmina Eick zwracała się bezpośrednio do Prezydenta Rejencji Kwidzyńskiej oraz tamtejszego Wydziału Szkół w następujących słowach: W dniu dzisiejszym o godzinie 5.30 rano po ciężkiej chorobie zmarł mój mąż Wilhelm Eick, dyrektor szkoły w stanie spoczynku. Jego długa choroba wyczerpała nasz budżet domowy, a wszelkie posiadane oszczędności pochłonęła już wcześniej inflacja. Zwracam się o pomoc przy pokryciu kosztów pogrzebu i ustanowienie dla mnie jako wdowy stałej renty po mężu, emerytowanym nauczyciełu i długoletnim dyrektorze Szkoły Powszechnej w Sztumie, który w zawodzie przepracował ponad 52 łata. Mimo że pochodził z Pomorza Środkowego, większość swojego życia spędził w Sztumie, gdzie przeszedł po kolei wszystkie szczeble pracy pedagoga, pracując w zawodzie do późnej starości. Wilhelm Eick spełniał się także jako dydaktyk, pisarz, prozaik, krytyk literacki i teatralny oraz redaktor i wydawca. Publikował sporo, aczkolwiek w historii niemieckojęzycznej literatury pozostał postacią niemal anonimową, kojarzoną przede wszystkim z aforyzmami, epigramami i wierszami o wymowie zdecydowanie patriotycznej. Zasięg jego tekstów był ograniczony do wąskiego kręgu odbiorców miłośników poezji i czytelników konserwatywnej prasy. Spora część tej twórczości to mniej lub bardziej wyrafinowana gloryfikacja pruskiego monarchizmu i niezbyt wysublimowana hagiografia cesarza Wilhelma II Hohenzollerna. Krzyżując idealistyczny Weltanschauung z wykładnią marksistowskiego determinizmu ekonomicznego można by napisać, że Wilhelm Eick był wzorcowym wytworem inteligencji urzędniczej epoki wilhelmińskiej, ukształtowanym przez pruski konserwatyzm, biurokrację, lojalizm i nacjonalizm. Ten stary świat i ideały, którym sztumski nauczyciel hołdował otwarcie w swojej postawie zawodowej i literackiej, runął nagle w 1918 roku wraz ze zmianami ustrojowymi w Rzeszy i przymusową emigracją ostatniego cesarza. Wilhelm Friedrich Eick urodził się dnia 29 maja 1850 roku we wsi Kusowo koło Szczecinka jako najmłodszy syn dzierżawcy i właściciela gospodarstwa Karola Wilhelma Eicka i Joanny Fryderyki Felsner. Rodzinna miejscowość położona w otoczeniu lasów i podmokłych, bagnistych terenów przez kilka wieków stanowiła jeden z majątków ziemskich szlacheckiego rodu pomorskiego von Glasenapp. Do dzisiaj przypominają o tym wielkie, kamienne głazy ułożone rzędem przy drodze przecinającej wieś, dla których zachowała się potoczna „Mój świat” w służbie Prus i cesarza 117 ©t&Ptnt unb @ Jttaufte 3«n«mc, Stanb bU Ber- unb ba 9 u 11 t t. ZanfR«ai< b«* Ainbcb. 2^ Mb etMbt ba Mmi, (aitMfebmMbMla: rt «*« “‘Mi* btr Z«uft, (mit tMifabe* »«6 Babim et«>c B<»crt mngtiL te T— z Zprdd! ŃN'Z A c pz //<**/ Z/a.~ ■ 0 rfr a.' s •» A •' ai// p 0 4 *• ; fź/K ZiA ^r, ZA fZ/rte eZZrr rut. ■ Ze Aa •' Ot-sT/r Cg. *r eZ/yf inrg.Z///) -»r i z/. aśy er'—/ tHA^^ ff Aa.' 7 sr es i Z4r Zł Ź ' ł zy.A~.' f, rź.p.tA Ar-/ /tretA. ź/i/4 ZZ ' »z 1 ZZe-yl’ ZZ>»Z' Zrtsafrr'4£/».4rZ* ,‘ ryp źZtZe 1 id ' ZZ- Ar- Zf c A-eiZ -Z C *7 ?r Fź - Zr • i eźsrSZ Zs/A'derA Ł ZaZ A A y. fos Ca ety* ..Z'*//. s!G.'..Z «.\a. Akt chrztu Wilhelma Eicka z kościoła ewangelickiego w Grzmiącej (Gramenz) k. Szczecinka, Źródło AP Koszalin nazwa Trzonowce hrabiego Glasenappa. Rozwój i szybsze zaludnienie dóbr kusowskich przypadły dopiero na przełom lat 60. i 70. XIX wieku, kiedy przeszły one w ręce rodziny von Kleist. W tym czasie ufundowano we wsi kościół ewangelicki, utworzono dwuwydziałową szkołę oraz poprowadzono drogę bitą do sąsiedniego Iwina, przez który miała przebiegać linia kolejowa Szczecinek-Białogard. Rodzinne gospodarstwo Eicków objął zgodnie z tradycją dziedziczenia najstarszy syn Fryderyk, więc dla młodszych braci alternatywą były kariera urzędnicza lub wojskowa. Wilhelm Eick po ukończeniu Gimnazjum w Szczecinku {Kónigliches Furstin-Hedwig--Gymnasium) oraz Prowincjonalnego Kolegium Szkolnego z praktykami w Średniej Szkole Ewangelickiej w Gdańskiej, zdał egzaminy I stopnia przed komisją w Malborku w czerwcu 1870 roku. Dzięki zachowanej teczce osobowej wiadomo, że zdobywał doświadczenie zawodowe pracując kolejno jako nauczyciel w szkołach wiejskich w Jeromierzu koło Człuchowa (1870—1872) iw Bartach koło Morąga (1872—1874). Po zaliczeniu w 1875 roku w Debrznie obowiązkowych egzaminów II stopnia młody Eick otrzymał stopień nauczyciela mianowanego, obejmując etat w trzyoddziałowej szkole w Łyskowie koło Tucholi. Mieszkając przez prawie sześć lat w dawnym majątku rodu Łyskowskich, znalazł się w kręgu bliskich znajomych Paula Caspariego - ówczesnego właściciela folwarku, przedsiębiorcy i posła sejmiku powiatowego. Udzielał prywatnych lekcji jego dzieciom, a z czasem zaczął uczestniczyć w życiu kulturalnym i towarzyskim miejscowych rodzin ziemiańskich, prowadząc m.in. pogadanki dydaktyczne, odczyty o poezji oraz publikując swoje pierwsze teksty literackie. W 1878 nakładem wydawnictwa oświatowego Bleyl&Kammerer ukazał się podręcznik dla szkół powszechnych Zarys dziejów historii Niemiec i Prus, ze szczególnym 118 Arkadiusz Wełniak uwzględnieniem władców i bohaterów, którego był współautorem. W tym czasie Wilhelm Eick był już w związku małżeńskim z Karoliną Wilhelminą z domu Raddatz, a w Łyskowie na świat przyszła trójka jego dzieci: Friedrich, Klara i Emil. Przypuszczalnie dzięki pośrednictwu Caspariego w roku szkolnym 1879/1880 otrzymał angaż nauczyciela języka niemieckiego i historii w Szkole Średniej dla Dziewcząt w mieście Muncheberg koło Berlina. Był to niewątpliwie awans, nie tylko zawodowy i finansowy, ale także duży prestiż dla młodego, słabo opłacanego nauczyciela wiejskiej szkoły ludowej ze stosunkowo krótkim stażem. Roczny kontrakt w Brandenburgii zaowocował nowymi znajomościami i kontaktami Eicka w kręgach wydawców i miejscowych literatów. Oferta kulturalna Ber- Paul Wolf paci.rb . uychoucanek Eicka. Nauczyciel Frankfllrtu nad Odrą, wystawiane tam w Gdańsku i wattenscheid J J sztuki teatralne, wizyty w bibliotekach i muzeach, udział w wieczorkach poetyckich z pewnością miały duży wpływ na ambicje twórcze Wilhelma Eicka. Rozwinął je jednak w pełni dopiero jako mieszkaniec Sztumu. Nieznany jest nagły powód zakończenia z nim współpracy przez dyrekcje Szkoły w Muncheberg. Przypuszczalnie zdecydować mogły wysokie oczekiwania i wymagania władz tej elitarnej placówki co do poziomu kształcenia, którym być może trzydziestoletni nauczyciel z Pomorza nie był w stanie sprostać. Możliwe też, że pośrednio wpływ miały problemy zdrowotne Eicka zmagającego się już w tamtym okresie z astmą i dolegliwościami żołądkowymi. W październiku 1880 roku przeniósł się on z rodziną do Sztumu, obejmując zwolniony etat wychowawcy i nauczyciela przedmiotów humanistycznych w klasach starszych tutejszej szkoły miejskiej, która mieściła się w „czerwonym” budynku przy obecnej ulicy Mickiewicza (obecnie siedziba Wydział Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego w Kwidzynie). Wraz ze wzrostem nakładów państwa na finansowanie szkolnictwa powszechnego w okresie rządów Bismarcka i Bulowa rósł prestiż zawodu nauczyciela oraz proporcjonalnie jego zarobki. Mimo że różnice w poziomie kształcenia w mieście i na wsi nieco się zmniejszyły, status nauczyciela w wiejskiej szkole ludowej, szczególnie we wschodnich prowincjach Prus, był nadal dużo niższy niż w ośrodkach miejskich. Na ten okres przypadają też zmiany związane z ograniczaniem wpływów i nadzoru kościoła nad szkolnictwem i co za tym idzie upowszechnieniem szkół symultanicznych (wielowyznaniowych). Przekładało się to na poszerzenie podstawy programowej nauczania o nowe przedmioty, które uzupełniły dotychczasowy kanon religia-czytanie-pisanie-rachowanie. Wilhelm Eick po 15 latach pracy w zawodzie otrzymał nominację na dyrektora szkoły oraz III grupę uposażenia, która wraz z dochodami z prowadzenia lekcji w prywatnych domach lokowała go w grupie podatkowej na poziomie urzędnika państwowego niższego „Mój świat” w służbie Prus i cesarza 119 szczebla. Gwarantowane i opłacane (w wysokości 60 proc.) przez miasto mieszkanie służbowe w sąsiedztwie szkoły, a także korepetycje w zamożnych domach, pozwalały na utrzymanie rodziny i w miarę spokojne życie. Pod koniec lat 90. XIX wieku do Sztumu przeprowadzili się z Kusowa także wiekowi rodzice nauczyciela, którzy pozostawali pod jego opieką aż do swojej śmierci. W świetle dokumentacji hospitacji szkolnych z maja 1886 roku Eick prowadził lekcje języka niemieckiego, historii, geografii i wiedzy o świecie, a także zamiennie rysunku w klasach (oddziałach) III—VII w wymiarze łącznym 42 godzin tygodniowo. Dodatkowo przypisano mu wychowawstwo dwóch klas oraz prace biurowe i administracyjne. W 1891 roku Wilhelm Eick z tytułem Hauptlehrer, zaczął pełnić funkcję zastępcy dyrektora sztumskiej szkoły, w której szybko wzrastał stan liczebny uczniów. W 1887 roku w sztumskiej szkole uczyło się w niej ogółem 373 uczniów, w tym 254 wyznania katolickiego, 107 ewangelickiego i 6 mojżeszowego. Należy podkreślić, że wraz z wprowadzeniem dość restrykcyjnie egzekwowanego obowiązku szkolnego, w Prusach rosła frekwencja, wymuszająca na władzach rozbudowę sieci szkół powszechnych. Wśród kadry pedagogicznej obok dyrekcji odnotowano Budynek szkoły powszechnej wzniesiony w 1866roku ( obecnie Wydział Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego w Kwidzynie). Źródło Bildarchw Ostpreussen Zaświadczenie Lekarskie wystawione przez doktora Feliksa Morawskiego w związku z absencją Wilhelma Eicka w 1891 roku. Źródło AP Koszalin m.in. nauczyciela przyrody i matematyki Merholza oraz śpiewu i sztuki Zyndę i Zokolow- skiego. Lekcje religii dla dzieci wyznania luterańskiego prowadził Fedke, a dla katolików Skonietzka. Co charakterystyczne w protokole wizytacji z dnia 5 kwietnia 1887 roku Inspektor Gardener, delegowany przez dyrektora Wydziału Szkolnego Rejencji Kwidzyńskiej, ocenił: Nauczyciel dyplomowany Wilhelm Eick prowadzi swoje zajęcia w sposób zaangażowany i bardzo skrupulatnie, aczkolwiek w zbyt poważnym i oficjalnym tonie, biorąc pod uwagę wiek uczniów. Można uznać po obserwacji, że taki tryb nauczania nie zawsze i nie u każdego przynosi dobre rezultaty. Rok później lekcję wiedzy o świecie prowadzoną w klasie VI przez Eicka pozytywnie ocenił inny z inspektorów szkolnych, a wśród obserwatorów byli m.in. pastor Hermann Otto Balzer i przedstawiciel starosty Baumgart. Na marginesie 120 Arkadiusz Wełniak Ulica Dworcowa (Bahnhofitrasse) w Sztumie. Ok. 1910 roku. Ze zbiorów Brunona Mischke odnotowano, że u 12 dzieci Muttersprache był język polski, aczkolwiek wszystkie posługują się językiem niemieckim w stopniu odpowiednim. Na uwagę zasługuję fakt, że klasa liczyła aż 39 dzieci, w tym 21 dziewcząt, z czego ponad połowa była wyznania rzymskokatolickiego. W starannie gromadzonych aktach osobowych Wilhelma Eicka zwraca uwagę duża liczba zwolnień lekarskich ciągnących się nierzadko przez kilka tygodni, płatnych i bezpłatnych urlopów okolicznościowych czy rehabilitacyjnych. Wśród wyjazdów służbowych znajdujemy Berlin, Drezno, Erfurt, wielokrotnie Gdańsk, Kwidzyn, Grudziądz czy Elbląg. W tym ostatnim brał najczęściej udział w spotkaniach i odprawach Stowarzyszenia Nauczycieli (Lehrervere- in), którego aktywnym członkiem pozostawał aż do swojej emerytury. Na przestrzeni ostatniej dekady XIX wieku udawał się też kilkukrotnie dla podratowania zdrowia do kurortu w Bad Siilze pod Greifswaldem i do Połczyna-Zdroju. Obok postępującej astmy i chorób płuc był leczony na zwyrodnienie stawów, a potem także nerwicę. Mimo problemów zdrowotnych wykazywał się dużym zaangażowaniem twórczym, jakkolwiek by nie oceniać jej wartości z dzisiejszej perspektywy. Można ją podzielić na opra- cowania przeznaczone jako pomoce dydaktyczne dla nauczycieli szkół, recenzje i omówie- Theater in Stuhm. Dienstag*, den 1. Juni 1886, Senefii .£wrrn Kurt v. Brudów lilii) A. Hns<|uiu "W Weny Smn crftcn Wale: Jien! — Wran san — imDnnkeln kiissL in 3 »■ ®. •. n(,i< Qtri Araar ___ Sorter: !Mne EtrensctuliL! Zapowiedź spektalu teatralnego w Sztumie w 1886 roku z jednoaktówką w reżyserii W. Eicka. Zróło AP Koszalin nia, krótkie formy literackie oraz wiersze. W tej pierwszej grupie można wymienić kilkukrotnie wznawiany podręcznik, która miała odpowiednio kształtować i wzmacniać patriotyczną postawę wśród uczniów średnich szkół handlowych i przemysłowych (Lehr- und Lesebuch zur Pflege nationaler Bildung in gewerblichen Fortbildungsschulen, Hoffmann Verlag Berlin 1887). Wcześniej ukazał się poradnik dla nauczycieli szkół powszechnych, poświęcony odpowiedniej prezentacji wybranych zagadnień z historii Niemiec, ze szczególnym uwzględnieniem państwowości brandenbursko-pruskiej (Erzdhlungen aus der deutschen und bran-denburgisch-preussischen Geschichte in zu-sammenhangender Darstellung. Ein Hilfi-buch f. den vaterltregi(ter begtaubigl 10 Ster Stanbesbeamte. SFor Lent uiuerjeidjneteit Stanbesbeamten erfdjien tjeute, ber ‘łlerfbniidjkett nad) trannt, loubnbajt in luoljnhatt in gebortn ju ®er W 91.4R. 126 Arkadiusz Wełniak WYKORZYSTANE MATERIAŁY (WYBÓR): Źródła archiwalne - Archiwum Państwowe w Koszalinie, Rejencja Koszalińska. Wydział Kościołów i Szkół. Akta personalne nauczyciela Wilhelma Eicka, sygn. 5183 - Archiwum Państwowe w Gdańsku, Akta Miasta Sztumu. Deputacja Szkolna, sygn. 524 - Geheimes Staatsarchiv Pr. Kulturbesitz Berlin, Pr. Ministerium (Schulabteilung), I. HA Rep. 151, ICNr. 7677 - Landesarchiv Berlin, Standesamt Stuhm (1880-1928) Opracowania - J. Borzyszkowski, M. Stażewski, Sztum 1806—1945, Wydawnictwo Bernardinum, Miasto i Gmina Sztum, 2014 - Lexikon der deutschen Dichter und Prosaiten vom Beginn des 19. Jh bis zur Gegenwart, bearb. E Brummer, Band 2, Leipzig 1913 - Der Kreis Stuhm: ein westpreussisches Heimatbuch, hrsg. G. Lickfett, Celle 1975 - Łukasiewicz D., Zycie codzienne w Królestwie Prus w latach 1701—1933, Warszawa 2020 - Nipperdey T, Czy społeczeństwo wilhelmińskie było społeczeństwem poddanych, [w:] Rozważania o niemieckiej historii, Warszawa 1999 - Wahl H., Die Religion des deutschen Nationalismus. Eine mentałitatsgeschichtliche Studie zur Literatur des Kaiserreichs, Heidelberg 2002 Bazy danych: myheritage, ancestry, archion, vffow.de Malborskie Przedzamcze po remoncie 127 Agnieszka Kowalska MALBORSKIE PRZEDZAMCZE PO REMONCIE W przeciwieństwie do reprezentacyjnych budowli Zamku Wysokiego i Zamku Średniego malborskie Przedzamcze północne w okresie powojennym w znacznym stopniu pozostawało niezagospodarowane. Powstałe w 1961 r. Muzeum Zamkowe w Malborku od początku swojego istnienia planowało wykorzystanie tych terenów wraz z istniejącą zabudową dla celów zaplecza gospodarczo-socjalnego, czyli niemalże w nawiązaniu do historycznych funkcji przedzamczy1. Jednakże do chwili obecnej tylko część budowli i terenów Przedzamcza została zagospodarowana i jest wykorzystywana w związku z działalnością Muzeum. W 2017 r. zlecono przygotowanie projektu zagospodarowania Przedzamcza północnego wraz z remontem oraz adaptacją do nowych funkcji kilkunastu budynków i budowli zlokalizowanych na ok. 10-hektarowym terenie rozciągającym się naprzeciwko bramy głównej do Zamku Średniego. Szacowane koszty całości prac zdecydowanie przekroczyły możliwości jednorazowego uzyskania dofinansowania na prace. Dlatego też po ogłoszeniu naboru wniosków do Programu Kultura w ramach trzeciej edycji tzw. funduszy norweskich (Mechanizm Finansowy Europejskiego Obszaru Gospodarczego) zdecydowano się wybrać do realizacji obiekty, które ze względu na swój stan zachowania najpilniej wymagały podjęcia prac konserwatorskich i budowlanych. Spośród szeregu budynków, zlokalizowanych na terenie Przedzamcza, dotychczas niezagospodarowanych przez Muzeum, dwa z nich do niedawna były szczególnie zagrożone całkowitym zniszczeniem. W tzw. zachodnim ciągu gospodarczym pozostawały ruiny dwóch obiektów, zburzonych częściowo w 1945 r. i przez dekady ulegających dalszej degradacji. Do 2019 r. z dawnych zabudowań pozostały fragmenty ścian obwodowych z zarysami otworów okiennych i drzwiowych oraz część gotyckiego sklepienia krzyżowo-żebrowego piwnicy zlokalizowanej w północnej części ciągu. Ciąg gospodarczy powstał wkrótce po wzniesieniu zachodniej linii murów obronnych północnego Przedzamcza, ok. połowy XIV w., kiedy ze względu na rozbudowę rezydencjonalnej części zamku po przeniesieniu do Malborka w 1309 r. siedziby wielkich mistrzów, konieczne stało się zagospodarowanie na potrzeby funkcji gospodarczych nowych terenów na północ od zamku. Teren dotychczas pełniący tę funkcję stopniowo zabudowano obiektami o funkcjach Od początku swojego istnienia Muzeum Zamkowe w Malborku wszelkie prace związane z adaptacją kolejnych przestrzeni do funkcji muzealnych projektowało w oparciu o dokumentację historyczno-konserwatorską. Pierwsze całościowe opracowanie, wyznaczające możliwości zagospodarowania i potrzeby konserwatorskie zespołu zamkowego stanowiło efekt pracy zespołu powołanego w 1959 r. przez Ministra Kultury i Sztuki pod kierownictwem prof. Bohdana Gurequina. Założenia wówczas wypracowane, stały się podstawą późniejszych dokumentacji projektowych, a wiele z ogólnych wytycznych zawartych w tym opracowaniu jest aktualnych do chwili obecnej. M.in. wskazuje ono na potrzebę zagospodarowania Przedzamczy dla celów pomocniczych działalności muzealnej, przy czym w większym stopniu niż obecnie jest to zrealizowane planowano wykorzystać historyczne budynki na bazę noclegową i gastronomiczną dla pracowników i gości Muzeum. B. Guerquin, Podstawowe założenia projektowe odbudowy i adaptacji zamku w Malborku, 1961, Archiwum Muzeum Zamkowego w Malborku, s. 10—15 128 Agnieszka Kowalska Pozostałości po dawnym Przedzamczu w Malborku, fot. E. Białkowska rezydencjonalnych. Jednocześnie obszar na północ od rezydencji rozpoczęto otaczać mu-rem obronnym i wypełniać funkcjami. Wiadomo, że zabudowania od strony Nogatu miały różnorakie przeznaczenie. Źródła wymieniały wśród nich browar, słodownię, stajnie koni i wołów, a w okresie nowożytnym - po przejściu Malborka pod panowanie królów polskich i zmianie statusu dawnej siedziby wielkich mistrzów i stolicy państwa zakonnego na tymczasową rezydencję królewską - również mieszkania urzędników. Po I rozbiorze Polski w 1772 r. i przejściu zamku w ręce króla Prus cały ciąg gospodarczy adaptowano na potrzeby pruskiej administracji, przebudowując elewacje i przekształcając wnętrza, organizując je na nowo. Od 1817 r. zamek malborski stał się przedmiotem systematycznie prowadzonych prac restauratorskich, zmierzających do przywrócenia mu formy architektonicznej z okresu jego świetności w średniowieczu. Prace te obejmowały jednak kolejne człony dawnego domu konwentu — Zamku Wysokiego oraz rezydencji Wielkich Mistrzów na Zamku Średnim, omijając Przedzamcze niemalże do początków XX w. Ciąg gospodarczy w polu zainteresowań pruskich konserwatorów znalazł się stosunkowo późno: w 1901 r. rozpoczęto prace przy kościele św. Wawrzyńca, zlokalizowanym w południowej części zabudowy. Dopiero w latach 1937-1939 podjęto się restauracji kolejnego z budynków ciągu - dawnej infirmerii knechtów. Kolejne budynki, które stanowią główny temat niniejszego artykułu, nie doczekały się już prac przed wybuchem II wojny światowej. Działania wojenne spowodowały szereg zniszczeń w malborskim zespole zamkowym, w tym straty w najcenniejszej architektonicznie części kompleksu - sercu zamku - zespole kościoła Najświętszej Marii Panny na Zamku Wysokim oraz zburzenie dominanty widokowej — wieży. Częściowe zniszczenia dotknęły dawny zespół rezydencjonalny zlokalizowany na Malborskie Przedzamcze po remoncie 129 Zamku Średnim2. W skali całości strat uszkodzenia dawnych budynków gospodarczych nie stanowiły zagrożenia dla wartości zabytkowych zespołu. Niestety, z upływem kolejnych dekad ich stan ulegał systematycznemu pogarszaniu się. Dopiero w 1970 r. podjęto kompleksowe prace konserwatorsko-remonto-we w kościele św. Wawrzyńca, którego dach i północny szczyt zostały uszkodzone w 1945 r. i od tamtego Pozostałości po dawnym Przedzamczu w Malborku, fot. E. Białkowska czasu budynek pozostawał nieużytkowany. W latach osiemdziesiątych rozpoczęto realizację odbudowy dawnej infirme-rii wraz z adaptacją na hotel. Prace wymagały zabezpieczenia konstrukcji murów budynku zlokalizowanego na północ od infirmerii, które zostało wykonane w postaci wylanej w poziomie fundamentów i posadzki piwnicy płyty żelbetowej. Przed jego wykonaniem w latach 1981-1985 prowadzono badania archeologiczne w obrębie jednego z budynków. W latach 1991-1992 i 2005 pracami wykopaliskowymi objęto ostatni od północy budynek w ciągu gospodarczym. W tym czasie konieczne było wykonanie przynajmniej tymczasowych zabezpieczeń reliktów: podstemplowano ściany i podparto nadproża zachowanych pomimo zniszczeń otworów okiennych i drzwiowych. Zgodnie ze wspomnianymi już założeniami dotyczącymi sposobu zagospodarowania poszczególnych części zespołu zamkowego, przyjętymi przez Muzeum w 1961 r., najciekawszy architektonicznie zespół Zamku Średniego i Wysokiego powinien prawie w całości zostać udostępniony odbiorcom, a przestrzenie historycznych tudzież stanowiących konserwatorską aranżację, historyzujących wnętrz należałoby przeznaczyć przede wszystkim na cele wystawiennicze. Współczesne muzeum realizuje szereg zadań, w tym zadań związanych z gromadzeniem, dokumentowaniem, naukowym opracowaniem i utrzymywaniem we właściwym stanie zbiorów muzealnych. Zadania te wymagają coraz większych przestrzeni, w tym przestrzeni wyposażonych w infrastrukturę techniczną i specjalistyczne sprzęty, których nie sposób byłoby zainstalować we wnętrzach zachowujących elementy historycznego wystroju. Możliwości takiego urządzenia zaplecza dla podstawowej działalności Muzeum dostrzeżono w dawnym ciągu gospodarczym właśnie. Dokumentacja projektowa dla adaptacji ruin dawnych budynków gospodarczych, powstała w 2018 r. zawierała kolejne na przestrzeni kilku dekad rozwiązania dla wykorzystania obiektów do funkcji muzealnych. Zakładała ona 2 M. Mierzwiński, Zamek Malborski w latach 1945—1960, Studia Zamkowe, t. I, 2004, s. 13—15. 130 Agnieszka Kowalska odtworzenie historycznych brył z zachowaniem oryginalnych elementów: fragmentów ścian obwodowych z pozostałościami otworów okiennych i drzwiowych, ścian szczytowych oraz zachowanych sklepień piwnicy gotyckiej północnej części zabudowy i piwnicy nowożytnej - w części południowej. Stan techniczny reliktów wymagał stężenia wszystkich nowych elementów niezależną konstrukcją, umożliwiającą wprowadzenie nowych funkcji. W budynku południowym w poziomie fundamentów i piwnic jeszcze w latach osiemdziesiątych XX w. wykonano płytę żelbetową. Na etapie przygotowania kolejnego projektu konstruktorzy postanowili wykorzystać ten element dla oparcia konstrukcji stężającej, co pozwoliło uniknąć wiążącego się z prawdopodobną ingerencją i wstrząsami dla obiektu wykuwania płyty. W przypadku tych dwóch budynków brakowało przekazów archiwalnych, obrazujących przedwojenny wystrój wnętrz. Przestrzenie wewnątrz zaprojektowano zatem w nowym układzie i we współczesnych technologiach, z poszanowaniem poziomów i rytmu otworów w elewacjach. Pozwoliło to zaplanować przestrzeń w sposób optymalny i funkcjonalny. Wewnątrz budynków uzyskano 3 kondygnacje użytkowe oraz poddasze techniczne - łącznie ok. 2.500 m 2. Tak duża jak na dotychczasowe warunki Muzeum powierzchnia umożliwiła zaplanowanie w tym miejscu 4 specjalistycznych pracowni muzealnych: pracowni konserwatorskich, pracowni digitalizacji, biblioteki oraz Centrum badań nad dziedzictwem pokrzyżackim. Ostatecznie przy Centrum wygospodarowano jeszcze przestrzeń na Archiwum Zakładowe oraz Dział Dokumentacji Naukowej, stanowiące z czasem swego rodzaju bazę wiedzy dla pracowników Centrum. Szansą na realizację projektu stał się ogłoszony w 2019 roku nabór wniosków do Programu Kultura, w ramach Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (czyli tzw. III edycji funduszy norweskich). W oparciu o dokumentację projektową, wykonaną dla dwóch budynków ciągu gospodarczego Muzeum Zamkowe w Malborku przygotowało projekt „Przebudowa zabytkowych budynków gospodarczych na Przedzamczu zamku w Malborku wraz z ich dostosowaniem do funkcji kulturalno-edukacyjnych”. Projekt, zakładający oprócz samej konserwacji reliktów oraz odbudowy brył historycznych obiektów szereg działań o charakterze edukacyjno-kulturalnym, szkolenia dla kadry Muzeum oraz działania w partnerstwie, przeszedł pozytywną ocenę formalną i merytoryczną. W styczniu 2021 r., po podpisaniu umowy z Operatorem Programu - Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego - możliwa stała się jego realizacja. Prace konserwatorsko-budowlane rozpoczęto w październiku 2021 r., po wyłonieniu w drodze przetargu nieograniczonego generalnego wykonawcy - firmy BUDKON Sp. z o.o. z Gdańska. Do końca kwietnia tego roku prace mają być zakończone. Podstawowymi problemami, definiowanymi przed rozpoczęciem inwestycji było silne zawilgocenie i zasolenie zachowanych reliktów ścian i sklepień piwnicznych oraz stabilizacja konstrukcji. Jednak w miarę postępu prac pojawiały się nowe wyzwania, wynikające z ograniczonego dostępu projektanta do zachowanej struktury, a co za tym idzie braku uwzględnienia w dokumentacji wszystkich historycznych elementów. Zaprojektowany żelbetowy szkielet w postaci systemu oczepów i słupów spinających fragmenty ścian obwodowych umożliwił uniknąć inwazyjnych działań, takich jak skuwanie żelbetowej wylewki w obrębie reliktów i wykonywania palowania. Jednakże ze względu na nieregularny przebieg historycznych ścian, posiadających zróżnicowaną grubość i różnorodne poziomy odsadzek od wewnątrz system ten kilkukrotnie wymagał modyfikacji, aby ograniczyć ingerencję w zabytkowe mury. Malborskie Przedzamcze po remoncie 131 Pomimo wcześniejszych badań archeologicznych i architektonicznych, w północnej części zabudowań natrafiono na wcześniej nierozpoznane relikty historycznej architektury. Jedną z pierwszych niespodzianek było odkrycie funkcji niewielkiego pomieszczenia zlokalizowanego w południowo-wschodnim narożniku gotyckiej piwnicy, znajdującej się w najdalej na północ wysuniętym budynku ciągu gospodarczego. Ze względu na częściowe zarwanie sklepienia krzyżowo-żebrowego w okresie powojennym piwnica do czasu wykonania podparcia gurtów i wysklepek w zasadzie pozostawała niedostępna. W dokumentacji projektowej zakładano zachowanie ścian, których grubość wskazywała na historyczny charakter, jednak przewidywano funkcje magazynowo-gospodarcze dla niewielkiego pomieszczenia. W trakcie prac, bezpośrednio nad wydzieloną w piwnicy przestrzenią, odsłonięto relikty kanałów grzewczych oraz otwór, łączący je z niższym poziomem. Okazało się że, wtórnie wmurowana struktura stanowiła również strukturę gotycką — piec ogrzewania podposadzkowego, nieco późniejszy od sklepienia krzyżowo-żebrowego, jak wskazują ślady na sklepieniu. Odkrycie miało istotny wpływ na poznanie początków historii tego obiektu. Analizowane wcześniej źródła pisane ogólnie lokalizowały szereg funkcji gospodarczych w ciągu zabudowy w zachodniej granicy północnego Przedzamcza, jednakże dla budynków, przy których rozpoczęto prace nie były one sprecyzowane. Piec typu „hypocaustum” zlokalizowany w gotyckiej piwnicy rozwiał wątpliwości co do pierwotnej funkcji obiektu. Wiadomo było wcześniej, że w zabudowie znajdował się browar, a przy browarze w średniowieczu musiała zostać zlokalizowana słodownia. Wśród nielicznych zachowanych w Europie średniowiecznych browarów znane są przykłady słodow-ni, ogrzewanych systemem podposadzkowym, i jak się okazało - jeden z nich zlokalizowany jest właśnie w Malborku. Byłby to jednocześnie pierwszy tego typu przykład z terenu Polski. Północna część zabudowań była częściowo niepodpiwniczona. Dokumentacja archeologiczna z lat osiemdziesiątych pozwalała przypuszczać, że część ta została objęta badaniami wykopaliskowymi, a udokumentowane struktury murowane, które w ich trakcie zostały odsłonięte przewidziano do zachowania. Jednocześnie projektanci zakładali wprowadzenie w gruncie systemu żelbetowych żeber i oczepów, który pozwoliłby na usztywnienie konstrukcji i jej połączenie z częścią podpiwniczoną. Po odsłonięciu wierzchnich warstw w północnej części zabudowy założenia projektowe okazały się niewykonalne w świetle wielkości odsłoniętych struktur murowanych: częściowo zachowanych dolnych partii fundamentów wielkiego pieca z okapem (zachowały się pojedyncze bloki kamienne, wyższe partie podbudowy pod okap zostały rozebrane prawdopodobnie jeszcze w trakcie badań archeologicznych) oraz fundamentów innych urządzeń grzewczych - pieców związanych zarówno z funkcjonowaniem od średniowiecza browaru, jak i powstałej w tym miejscu w XVIII wieku gorzelni. Podczas gdy archeolodzy dokumentowali odsłaniane relikty, projektanci rozpoczęli pracę nad zmianami w zaprojektowanej konstrukcji oraz układzie przestrzennymi piwnicy. Konstrukcja spinająca podpiwniczoną i niepodpiwniczoną część zabudowy musiała zostać nadwieszona nad wszystkimi reliktami, odsłoniętymi w północnej części budynku. Ponadto ustalono, aby zachować i wyeksponować wszystkie elementy odsłonięte w obrębie gotyckiej piwnicy: piec oraz kanały grzewcze w przyziemiu. Zwłaszcza ostatni fragment wymagał przeprojektowania układu funkcjonalnego wnętrza budynku w poziomie parteru i pierwszego piętra, włącznie z przesunięciem klatki schodowej tak, aby nie wchodziła w kolizję z reliktami. W założeniach projektowych przyjęto pozostawienie nieotynkowanych ceglanych elewacji oraz pokrycie tynkiem i pomalowanie całości wnętrz. Przesłonięcie lica ceglanego we 132 Agnieszka Kowalska Niech się mury pną do góry..., fot. E. Białkowska wnętrzach ma swoje uwarunkowanie historyczne: pierwotnie wewnątrz budynków znajdowały się różnego rodzaju wyprawy, których szczątkowe relikty zachowały się do czasów współczesnych. Jednocześnie adaptacja obiektów do nowych funkcji wymagała wykonania docie-plenia ścian zewnętrznych (od wewnątrz), a wprowadzona konstrukcja wsporcza ze względów estetycznych również powinna była zostać pokryta tynkiem. Jednakże w toku prowadzonych prac wytypowano przestrzenie, w których lico ceglane bez szkody dla funkcji użytkowych obiektu mogło pozostać w ekspozycji. Pomimo obaw co do dalszego zachowania ścian wewnątrz gotyckiej piwnicy, zdecydowano się nie przesłaniać tynkiem renowacyjnym lic ścian tarczowych. W związku z tym konieczna stała się pełna konserwacja lic, z uzupełnianiem większych ubytków. W ekspozycji częściowo pozostało północne lico ściany szczytowej pomiędzy dawną infirmerią knechtów a budynkami objętymi inwestycją. W przestrzeni przylegającej do niego klatki schodowej uczytelniono gotycki szczyt, na tle którego widać jedynie szkielet nowej konstrukcji stężającej. Historyczny wątek ceglany ścian dzielących budynki wyeksponowano w pojedynczych pomieszczeniach, których funkcja pozwala zrezygnować z łatwych w utrzymaniu czystości gładkich powierzchni. W trakcie prowadzenia prac wykonywano powtórne badania zawilgocenia i zasolenia murów. Zaobserwowano, że nadmurowanie i zadaszenie historycznych fragmentów ścian spowodowało obniżenie poziomu wilgotności, pomimo tego, że sam proces budowlany musiał wiązać się z wprowadzaniem w zabytkową strukturę wody. Historyczne ściany obwodowe budynków gospodarczych zachowały się reliktowo, nie sięgając gzymsu podokapowego przyziemia. Dzięki licznym przedwojennym fotografiom oraz badaniom architektonicznym odtworzenie pierwotnej bryły tych obiektów nie było problematyczne. Zniszczone fragmenty ścian wymurowano z cegły wymiarem nawiązującej do cegły gotyckiej, pomimo że zachowane relikty nosiły ślady również późniejszych wtórnych przebudów. Elewacje tworzą w ten sposób pewnego rodzaju mozaikę ceramiki z różnych okresów, Malborskie Przedzamcze po remoncie 133 Przedzamcze w nowej wersji, fot. E. Białkowska z czytelnymi kolejnymi nawarstwieniami. W dokumentacji historycznej widać, że przed II wojną światową budynki były pokryte tynkami lub pobiałami. Jednakże zachowane na obiekcie ślady dawnych wypraw były szczątkowe, a dokumentacja w tym zakresie niedokładna, zatem nie zdecydowano się na ich rekonstrukcję. Stolarkę okienną stanowią nowe okna zespolone. Jednakże na etapie prowadzenia prac modyfikowano założenia projektowe w tym zakresie, na bieżąco ustalając kształt otworów i głębokość osadzenia. Początkowo zaplanowane okna z nadprożem w formie luku zostały zmienione po tym, kiedy w pojedynczych zachowanych otworach okiennych natrafiono na relikty łuków odciążających wymurowanych z cegły w nadprożu. Pomimo destrukcji zabytkowych murów w części otworów zachowały się węgarki, za którymi osadzone były historyczne stolarki. Na tej podstawie wyznaczono sposób osadzenia nowych stolarek w licu. Najbardziej interesujący fragment elewacji stanowi eksponowany od strony zachodniej, nad kanałem Młynówki, XIV-wieczny mur obronny Przedzamcza północnego, na którym bezpośrednio wznoszono budynki ciągu gospodarczego. Dzięki konserwacji oraz uzupełnieniu pojedynczych ubytków w licu, w tym momencie doskonale czytelny jest wątek muru oraz umieszczone w nim pierwotnie wąskie otwory strzelnicze. Mur obronny ciągnie się zresztą na całej długości ciągu gospodarczego, od kościoła Świętego Wawrzyńca do ostatniego budynku od północy, dalej niknąć w gruncie. Dzięki zrealizowanej inwestycji Muzeum Zamkowe w Malborku zyskało przestrzenie do pracy konserwatorsko-badawczej, a jednocześnie w przestrzeniach malborskiego zespołu zamkowego udostępniono i wyeksponowano kolejne elementy historycznej architektury, dotychczas słabo rozpoznane. 134 Agnieszka Świercz-Karaś Agnieszka Świercz-Karaś SZKOŁA POD STARYM DĘBEM LEKCJA 2: BUDYNEK SZKOŁY W roku 2021 do Szkoły pod Starym Dębem wprowadzają się państwo Kaczorowscy. Niszczejący budynek jest dwukondygnacyjny i wykonany w większości z cegły oraz z drewna. Rozpoczyna się wielkie sprzątanie i walka o uratowanie pozostawionych w obejściu artefaktów. Szkoła pod Starym Dębem w Stążkach MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA Podczas lekcji pierwszej poznaliśmy obecnych i byłych mieszkańców Szkoły Pod Starym Dębem. Tym razem spróbujemy się skupić na budynku. Na domu, który potrafił w sobie rozkochać od pierwszego wejrzenia mimo tego, że, jak by się mogło wydawać, lata świetności ma już za sobą. — Kiedyś prowadziliśmy zupełnie inne życie. Konsumpcjonizm był wszędzie wokół nas. Prowadziliśmy duże gospodarstwo agroturystyczne w Kołodziejach. Nasze najlepsze lata, Szkoła pod Starym Dębem 135 Szkoła pod Starym Dębem to skarbnica wiedzy dla miłośników historii Szkoła pod Starym Dębem to także siedziba rekonstruktorów historycznych kiedy mieliśmy 25—30 lat, spędziliśmy na sprzątaniu po ludziach. Doszliśmy już do takiego etapu, że stwierdziliśmy: koniec, wciskamy hamulec - opowiada Kamil Kaczorowski. Właśnie wtedy podczas wycieczki krajoznawczej rodzina Kaczorowskich trafiła do Stążek. — Nigdy tą drogą wcześniej nie jechaliśmy. Urzekły nas tereny, jezioro, a kiedy zaczął się bruk, to ja byłem już wniebowzięty. Stanęliśmy tutaj niedaleko pod jesionem, którego dziś już nie ma, spojrzałem i stwierdziłem: Tak, w takim domu mógłbym mieszkać - wspomina pan Kaczorowski. Posesja szkoły była wówczas zarośnięta do wysokości człowieka. Wszędzie walały się śmieci. Podwórko wyglądało bardziej jak wysypisko, niż miejsce do zamieszkania. Między turystami a obiektem powstała jednak niewidzialna więź. Dwa dni po wspomnianej wycieczce pani Agnieszka, mama pani Dominiki Kaczorowskiej, przyniosła informacje o budynku. Rozpoczęły się roczne starania o możliwość kupna domu. Budynek miał 9 właścicieli zamieszkujących w kilku krajach (pisaliśmy o tym szerzej w poprzednim numerze Prowincji - nr 54). Sprawa nie była ani łatwa, ani tania, ale państwo Kaczorowscy byli bardzo zdeterminowani. Część materiałów ciągle czeka na posegregowanie 136 Agnieszka Świercz-Karaś CENA MIŁOŚCI Wszystkie formalności udało się w końcu dopełnić. Cena domu z działką wyniosła 50 tys. zł. Była to jednak kropla w morzu potrzeb. Obecnie rachunek inwestycji sięgnął już ponad 700 tys. zł. - Praktycznie codziennie coś tu inwestujemy - tłumaczą państwo Kaczorowscy. Budynek Szkoły pod Stary Dębem pochodzi z około 1900 r., ale podpiwniczenie ma starsze. Właściciele mają podejrzenie, że na tym miejscu wcześniej, jeszcze przed szkołą, był inny budynek. Materiały użyte do budowy i forma piwnicy wskazują przynajmniej na początek XIX wieku. Pierwotnie remontem miały się zajmować firmy zewnętrzne. Ostatecznie jednak większość prac wykonali nowi właściciele z pomocą rodziców i sąsiada. Z podwórka wywieziono tony śmieci, które się nazbierały przez 15 lat nieużywania obiektu (był tu i azbest, i gruz, i stare sprzęty AGD). Żeby posprzątać to miejsce, trzeba było działać metodycznie jak historyk, krok po kroku. — Chcieliśmy zachować jak najwięcej dawnego uroku tego miejsca. Jednak kiedy zaczęliśmy używać narzędzi elektrycznych, wszystko zaczęło się rozpadać. Dużo pracy musieliśmy robić ręcznie. Tak na przykład, nie chcąc zniszczyć oryginalnych cegieł, 650 m2 tynku kuliśmy ręcznie - opowiada pan Kamil. Chcąc pokazać skalę prac napiszemy, że samo zdjęcie poszycia to było około 7 tys. dachówek. Dbając o to, aby się nie zniszczyły, każdą z nich trzeba było osobno zdjąć, umyć odpowiednimi środkami, spiesząc się, aby nie przytrafił się w tym czasie deszcz. - W którymś momencie przeszła największa burza tamtego lata. Nic nie byliśmy w stanie zrobić, na piętrze stały kałuże, myślałam, że będę płakać. Ale to właśnie w takich momentach trzeba się zawziąć i iść do przodu - tłumaczy pani Dominika Kaczorowska, podkreślając, że były to miesiące codziennej ciężkiej pracy. Najpierw na 8 godzin do pracy, a popołudniami dalej i dalej. Małżonkowie wspominają, że nie raz brakowało już im siły, ale starali się nawzajem siebie motywować: jeszcze trochę, jeszcze trochę. - Przyznaję się, ja miałem dwa takie momenty, że byłem już u kresu sił i powiedziałem, że to już koniec. Dominika ma jednak taki charakter, że nie pozwoliła nam się poddać i wszystko się w końcu ułożyło - wspomina pan Kaczorowski. SZKOŁA ŻYCIA Na czas przedłużającego się remontu małżonkowie na 18 miesięcy zamieszkali w kontenerze. Jak sami podkreślają, była to prawdziwa szkoła życia. Zwłaszcza, że w tym czasie pani Dominika była w ciąży, a w obiekcie był tylko jeden wspólny pokój. W momencie zakupu obiektu w Szkole pod Starym Dębem nie było wody, prądu i kanalizacji. Przebicie się z rurami i kablami przez stare, grube mury i kamienny fundament było nie lada wyzwaniem. Ostatecznie przy sieci kanalizacyjnej przyjechać musiał ekspert z 85 centymetrowym wiertłem diamentowym. Potrzebne też było czyszczenie posadzki w domu ok. 75 cm w dół. Niestety, nie wszystko poszło po myśli małżonków. Tynki i drewniane podłogi, które chcieli zachować, zniszczone były przez zwierzęta poprzedniej właścicielki domu i wymagały wymiany. Głównym sprawcą nieprzyjemnego zapaszku był stary cap zamieszkujący aktualny salon. Szkoła pod Starym Dębem 137 Wysprzątanie jednego pomieszczenie potrafiło zająć rodzinie 2 tygodnie. Państwo Kaczorowscy jak archeolodzy dbali o każdy, nawet najmniejszy detal. Udało im się uratować między innymi oryginalne okna. - Szyb oczywiście nie było, wszystko pozatykane było dyktami. Wyczyszczenie takiego jednego okna potrafiło zająć tydzień. Na niektórych było od 7 do 10 warstw farby i każdą z nich trzeba było delikatnie zeszlifować. Co prawda budowlańcy nam mówili, że takie stare okna nie trzymają ciepła, ale my stwierdziliśmy, że nie ma to dla nas aż takiego znaczenia, skoro są tak piękne i mają swój niepowtarzalny charakter -wspomina właścicielka budynku. Pasjonatom udało się też uratować kanapę, którą mieszkańcy przynieśli po wojnie, aby nauczyciel miał gdzie siedzieć. Sofa pierwotnie stanowiła wyposażenie pałacu w Stążkach. Aby móc z niej obecnie w pełni korzystać, trzeba było zdjąć materiał do stelażu i sprężyn, i nałożyć nową gąbkę. Na swoją kolej czeka też druga kanapa. Renowacja jest możliwa, ponieważ meble nie zostały całkowicie zniszczone. - Przez lata mieszkał tu kocur, który dbał, aby nie zadomowiły się tu gryzonie, i to na pewno uratowało część sprzętów -tłumaczą właściciele szkoły. Nie wszystko udało się jednak uratować. Jedną z takich rzeczy są między innymi drzwi wejściowe do budynku., które ktoś próbował podpalić. Te zamontowane obecnie są jednak dokładnie takie, jak oryginalne. Małżonkowie Kaczorowscy znaleźli bowiem stolarza, który zgodził się odtworzyć je idealnie. Zniszczone też zostały całkowicie piece kaflowe znajdujące się w budynku Dominika Kaczorowska w ciągle rozrastającej się izbie pamięcu Eksponaty, które obejrzeć można w Szkole pod Starym Dębem szkoły. Jak się okazało, pojawiła się kiedyś plotka, że była właścicielka schowała w piecach złoto. Jak można się domyślać, piece zostały rozbite, a w ich wnętrzu nic nie znaleziono. 138 Agnieszka Świercz-Karaś Obecnie zamieszkały jest parter budynku. Właściciele nie chcą się spieszyć z zagospodarowywaniem obiektu, dopóki piętro osycha. Jak podkreślają, ważniejsze jest, aby wszystkie remonty zostały zrobione poprawnie, a nie tylko szybko. SALE LEKCYJNE - SALE MUZEALNE Obecny budynek został spalony podczas działań wojennych. Z przekazów ustnych wiemy, że w styczniu 1945 roku stacjonowały w nim wojska radzieckie. W wyniku walk spalone zostało całe piętro i dach. Szkoła w Stążkach zaraz po wojnie przeniesiona została do miejscowego pałacu, później naprzeciwko do gospody. Odbudowy podjęła się pierwsza nauczycielka wraz z mężem i braćmi. Remont zaczęto w 1951 roku i trwał kilka kolejnych lat. Niestety nie wiadomo, jak wyglądała góra budynku przed wojną, możemy jedynie snuć domysły o pięknej elewacji na podstawie znajdowanych na podwórku elementów sztukaterii. Sadząc drzewa i krzewy właściciele znajdują kawałki zielonych, szkliwionych kafli piecowych i elementy ceramicznych dachówek pochodzących z Malborka. Pierwotnie budynek był na parterze podzielony na dwie sale lekcyjne, a na piętrze znajdowało się mieszkanie nauczycielki. Obecnie na parterze znajduje się mieszkanie państwa Kaczorowskich i stworzona przez nich „Sala pamięci”. Znajdują się tam prawdziwe skarby dla regionalistów Kamil Kaczorowski na odrestaurowanej kanapie i historyków. Wśród ocalonych artefaktów są wszystkie dzienniki szkolne od 1945. Zebrane są niezliczone usprawiedliwienia i zwolnienia lekarskie, jakie wówczas przynosili do szkoły uczniowie. Państwo Kaczorowscy są też członkami grupy historycznej OSTPREUSSEN, która działa na terenach dawnych Prus Wschodnich. W swojej izbie historycznej mają też eksponaty nawiązujące do tej działalności. - To, co tutaj widać, to tylko 1/3 naszych skarbów. Mamy 140 metrową stodołę i dosłownie w każdym jej zakamarku leżą różne artefakty. Nie uwierzy pani, ale w tej stodole udało mi się dokopać nawet do żłobu dla koni, który ma na sobie pieczątkę fabryki z Bunzlau. Jesteśmy Szkoła pod Starym Dębem 139 z żoną wielkimi fanami ceramiki z Bolesławca, więc tym bardziej to odkrycie nas ucieszyło - opowiada pan Kamil. Ilość nagromadzonych eksponatów sprawiła, że małżonkowie jeszcze nie zdecydowali, czy ich powstające muzeum będzie izbą pamięci Powiśla, szkoły w Stążkach, czy też będą tu się pojawiały wystawy czasowe. Jak sami mówią, aby tchnąć życie w okolicę, założyli stowarzyszenie (KRS 0001073739). Jego celem jest promocja historii regionu Powiśla, a także podnoszenie wśród społeczności lokalnej, ogólnopolskiej i międzynarodowej wiedzy o przeszłości, promowanie wśród społeczeństwa postaw patriotycznych oraz ochrony oraz promocji środowiska naturalnego, krajobrazu i zasobów historyczno--kulturowych. — Nasze stowarzyszenie stawia na rozwój turystyki oraz popularyzację i rozwój wyrobów regionalnych oraz zachowanie dziedzictwa kulturowego i historycznego - stwierdzają pomysłodawcy. Podkreślają też, że starają się nawiązać współpracę ze szkołami. Są chętni, aby odwiedzać placówki z pogadankami W mini muzeum w Szkole można dotknąć eksponatów Właściciele Szkoły pod Starym Dębem z wielką pasją potrafią opowiadać o zgromadzonych skarbavch 140 Agnieszka Świercz-Karaś i rekonstrukcjami historycznymi. Tłumaczą, że obchody takich świąt jak 11 listopada mogą być atrakcyjniejsze i dużo łatwiej przyswajalne dla dzieci i młodzieży. PENSJONAT CZY MIEJSCE DLA DZIECI Jednym z pomysłów państwa Kaczorowskich jest stworzenie w szkole pensjonatu. Nie miałby to być jednak zwykły obiekt hotelarski. Nawet myśląc o wynajmowaniu pokoi, małżonkowie chcieliby opowiadać o historii. Każdy z pokoi miałby bowiem nawiązywać albo do innej epoki historycznej, albo do nacji, które żyły tutaj na przestrzeni wieków. W szkole przetrwały prawie stuletnie dzienniki lekcyjne Dużo z materiałów potrzebnych do takiej dekoracji wnętrz już mają, pojawił się jednak inny aspekt - dzieci. Dominika i Kamil Kaczorowscy są rodzicami dwulatka, a od roku również rodziną zastępczą. Dobro dzieci (nie tylko swoich) leży im na sercu i jest jednym z ich życiowych priorytetów. Pojawienie się potomstwa w ich życiu sprawiło, że zaczęli się zastanawiać, czy może to jednak nie opieka nad dziećmi jest ich powołaniem. — Każdemu będę polecał i tłumaczył, że jeśli tylko ma wolny pokój, powinien się zastanowić nad byciem rodziną zastępczą. Te dzieci czekają i są naprawdę fajne. Warto czasem pomóc, to naprawdę nic nie kosztuje — zachęca pan Kamil. Osoby, które chciałyby zwiedzić salę pamięci w Szkole Pod Starym Dębem w Stążkach, skorzystać z lekcji historii, dowiedzieć się więcej o działaniach rekonstruktorów z OSTPREUSSEN, mogą to zrobić umawiając się z państwem Kaczorowskim. Tel.: 781 384 398; mail: kaczorow-skikml@gamil. com; FB: @szkolapodstarymdebem Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (21) MOSTAR 13 grudnia 2023 rok Dotarłem wczoraj do Mostaru. Przywiozłem ze sobą mały traktat filozoficzny o niewidzialnym moście. Piszę go od czasu rozpętania się wojny w byłej Jugosławii. Wtedy po raz pierwszy przeszedłem po chybotliwej kładce na drugi brzeg Neretwy. Zawieszono ją na stalowych linach w miejscu zbudowanej przez neimara Hajrudina starej ćupriji, jednej z najpiękniejszych budowli wzniesionych przez człowieka nad przepaścią. Opowiedziałem o traktacie w Klubie Książki im. Ivo Andricia. Dopiero tutaj dowiedziałem się, że otrzymawszy Nagrodę Nobla, Andrić w całości przekazał ją na zakup książek do bibliotek w Bośni i Hercegowinie. 9 listopada minęła 30 rocznica zburzenia Starego Mostu. O tym i o innych dramatach zburzonych mostów, a także o sztuce ich budowania, rozmawialiśmy z Łukaszem Galuskiem. Gospodarzami spotkania byli Mostarianie: Husein Orućević — prowadzenie, Mostar 142 Krzysztof Czyżewski i Tanja Miljetić-Orućević — tłumaczenie. Bliscy sercu Mostarcy, od których niejednego się nauczyłem. Radio Abraśević namówiło mnie na długą opowieść o filozofii mostu. Blisko mi do ducha ośrodka Abraśević, z którego wyrosło to znakomite regionalne radio. U korzeni mają tradycje lewicowe przedwojennej Jugosławii, splecione z kulturą młodzieżową rocka, punka i heavy metalu. Od zawsze szli pod prąd skrajnemu nacjonalizmowi i ksenofobii. Poznałem ich jeszcze w trakcie trwającej w Bośni i Hercegowinie wojny. Swoim programem obejmowali oba brzegi Neretwy, co wymagało odwagi w głęboko podzielonym mieście. Zbliżyliśmy się jeszcze bardziej, gdy Tanja i Huso zostali uczestnikami Szkoły Pogranicza, gdy z Teatrem Lalek z siedzibą w byłej synagodze, wtedy pod dyrekcją Ranki, tworzyliśmy program „Księga Mostu”, gdy w teatrze prowadzonym przez Tanję pokazywaliśmy „Kroniki sejneńskiej”, gdy przyjechaliśmy tu na sesję naszej Wędrownej Akademii „Nowa Agora”. W radiu Abraśević odbyliśmy pamiętną debatę o paryskiej „Kulturze” z udziałem Bohdana Osadczuka, Jerzego Pomianowskiego i Juozasa Tumelisa. A teraz Huso został Konsulem Honorowym RP, a do tego, jako dyrektor ośrodka, ma plany budowy nowego budynku dla rozwijających się pracowni i programów młodzieżowych. Tanja konsekwentnie tworzy swój teatr zaangażowany, reżyserując także w Polsce, Chorwacji i Europie Zachodniej. A Ranka dalej prowadzi swoją Kniźarę Mutevelić pomiędzy Ponte Musala a Starym Mostem. BELGRAD-BORKA 19 grudnia 2023 rok Na koniec podróży przez Bałkany - Belgrad. Choć wybory w Serbii nie napawają optymizmem, odradza się sieć współpracy kulturalnej. Potrzebujemy nowej Europy Środkowej. Potrzebuje tego Ukraina, potrzebuje Europa. Nikt za nas nie stawi oporu „russkiemu mirowi”, nikt za nas nie stworzy kultury solidarności dla przekraczania zaścianka i wyrastania Notatki słów i obrazów (21) 143 Belgrad-Kateryna Kalytko, Yladimir Arsenijević, Krzysztof Czyżewski, Joanna Lis na duchową dojrzałość. Kto powiedział, że będzie łatwo? Przekroczyć nam trzeba defetyzm maruderów. Prężący muskuły autorytaryzm politycznych słabeuszy to nie jest nasza dif-ferentia specyfica, lecz trend objawiający się też w innych miejscach Europy i świata. Kto powiedział, że Bałkany to nie Europa Środkowa? Od zawsze przeciwstawiałem się temu wykluczeniu, które — jak każda stygmatyzacja — przynosi więcej złego niż dobrego. O tym między innymi rozmawialiśmy na Międzynarodowym Forum Kultury „Po raz pierwszy: Serbia-Ukraina-Polska”. Wielki szacunek dla dopiero co utworzonego Polskiego Instytutu w Belgradzie i jego partnerów, w tym Centrum Dekontaminacji Kultury i Centrum Literatury Współczesnej „Krokodyl”. Jedną ze wspaniałych inicjatyw Instytutu Polskiego jest ustanowienie - wspólnie z Centrum Dekontaminacji Kultury - nagrody im. Borki Pavicević dla twórców kultury, którzy w czasach silnych podziałów i tchórzliwych konformizmów potrafią zdobyć się na gest odwagi i solidarności. Nagroda po raz pierwszy zostanie przyznana w przyszłym roku, w piątą rocznicę jej śmierci. Mówiłem w Belgradzie o tym, jak ważna dla mnie była przyjaźń z Borką. Pokochałem ją od pierwszego spotkania. Trwała jeszcze wojna, a wtedy rozmowy i zawiązywane między ludźmi relacje mają nieporównywalną z innym czasem intensywność. Przywitała mnie jakbyśmy znali się od dawna, a w jej przepalonym papierosami i turecką kawą głosie była serdeczność starszej siostry. Na ścianie, przy której usiedliśmy, wypisany był wiersz antyfaszystowskiego pastora Martina Niemóllera „Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem, / nie byłem komunistą. / Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem, / nie byłem Żydem. / Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby 144 Krzysztof Czyżewski zaprotestować.“ Zapisała mi w notesie wiele kartek nazwiskami i adresami ludzi i organizacji, z którymi powinienem się spotkać. Nie było pośród nich żadnych osób znanych z mediów czy międzynarodowych festiwali. „Chcesz zrozumieć i pomóc? Wyjedz z Belgra-du“ - mówiła i rozrysowała mi mapę podróży od Suboticy i Nowego Sadu w Wojwodinie po Novi Pazar i Mitrovicę na pograniczu serbsko-kosowskim. Mieliśmy się spotkać w Amsterdamie, na uroczystości wręczania nagrody księżniczki Małgorzaty, którą sama wcześniej otrzymała. Nie mogła przyjechać, ale napisała wtedy do mnie list, ostatni, z tych, które raz jeden w życiu się dostaje. Wspominała w nim naszego wspólnego przyjaciela Dragana Kla-icia, który walczył o Europę jako projekt kulturowy. Zegnała się ze mną słowami Bertołda Brechta, mistrza jej teatru, o tym, że ten tylko pozostaje sobą, kto ma odwagę się zmieniać. Nie znosiła powtarzania się, nic bardziej nie było jej obce jak stanie w miejscu. A teraz, gdy jej serce stanęło, trzeba będzie pójść dalej, samemu dotrzymać jej kroku, by za sobą samym nie zostać w tyle... KRYWCOW 7 stycznia 2024 roku Zginął Maksym Krywcow. Poeta i żołnierz. Miał 33 lata. Nie wiem, co było pierwsze, poezja czy wojna, ale od 2014 roku, gdy zgłosił się na ochotnika do Narodowej Gwardii Ukrainy, pisał niestrudzenie. Wojna stała się porą roku. Pisał coraz ostrzej, coraz mniej poetycko („spróbuj oszukać / nic nie wyjdzie”). Sny chowały mu się w okopach. Zstępował po kolejnych kręgach piekła („Patrzę w lustro / a tam: / nic”). Pisał nowe fragmenty ukraińskiej Iliady. Tylko bogowie greccy zamienili się twarzami z tymi spod Równego, gdzie się urodził, i których zabrał ze sobą na front. Wyruszyłem autostopem, wziąłem wszystkie swoje rzeczy, całe swoje życie, wszystkie swoje sny i miłość, zapominając o czymś, o sobie. Właśnie skończyłem redagować tom jego wierszy w przekładzie Anety Kamińskiej „Talk--show «Wojna»”. Zdążymy jeszcze z Anetą dołączyć ostatni wiersz Maksyma Krywcowa... Moja głowa toczy się od zarośli do zarośli jak przetoczypole lub piłka moje ręce oderwane wyrosną fiołkami na wiosnę moje nogi Notatki słów i obrazów (21) 145 rozwłóczą psy oraz koty moja krew pofarbuje świat na nowy czerwony Pantone ludzka krew moje kości wciągnie ziemia i utworzą szkielet mój przestrzelony automat zardzewieje biedaczek moje rzeczy na zmianę i sprzęt przekażą nowym rekrutom żeby już szybciej była wiosna żeby wreszcie zakwitnąć fiołkami 146 Marek Suchar Marek Suchar WYDAJE SIĘ, JAKBY TO BYŁO WCZORAJ, CZYLI KAWIARNIANA HISTORIA JEROZOLIMY Wejście do restauracji jest ozdobione tajemniczym, przyciągającym uwagę muralem Dla odwiedzających Jerozolimę najważniejsze jest oczywiście Stare Miasto, czyli otoczony mitrami, lekko spłaszczony czworokąt o powierzchni około jednego kilometra kwadratowego. Nic dziwnego, bo choć jest ono dziś właściwie już tylko jedną z wielu dzielnic współczesnej Jerozolimy, to na pewno jest dzielnicą absolutnie wyjątkową. To ono przyciąga do Izraela tłumy pielgrzymów z całego świata. Tutaj bowiem znajduje się miejsce najświętsze dla chrześcijan wszystkich denominacji, czyli Bazylika Grobu Bożego, i tu, na Wzgórzu Świątynnym, na którym kiedyś znajdowała się Świątynia Jerozolimska, dziś wznoszą się tak ważne dla muzułmanów budowle - Meczet Al Aksa i Kopuła Skały. I także tutaj jest słynna Ściana Płaczu, najważniejsze miejsce dla wyznawców judaizmu i symbol tożsamości narodowej Żydów z całego świata. Wydaje się, że specyficzny urok jerozolimskiego Starego Miasta bierze się nie tylko z jego niesamowitej historii, ale także z faktu, że wchodząc na nie przez jedną z jego siedmiu bram, można odnieść wrażenie, że wkracza się jakby w osobny (bo oddzielony murami od otaczającej go rzeczywistości) świat, pełen egzotycznych widoków, dźwięków, zapachów. Świat fascynujący, o niesamowitej sile przyciągania. Pewnie dlatego tak wielu z tych, którzy tam raz trafili, stara się tam powracać. Warto mieć jednak na uwadze, że pod względem powierzchni Stare Miasto to zaledwie ułamek dzisiejszej Jerozolimy. Dokładnie mówiąc - niecały procent! A w dodatku to część Jerozolimy bardzo „nietypowa”, niepodobna Wydaje się, jakby to było wczoraj, czyli kawiarniana historia Jerozolimy 147 Bywalcy lokalu — to oni w największym stopniu decydują o jego atmosferze do innych jej dzielnic (obojętne - żydowskich czy arabskich). Choć zapewniam, że i wobec tych innych dzielnic Jerozolimy równie łatwo będzie nam odmieniać wciąż przez przypadki określenia takie jak niezwykły, fascynujący, urokliwy. Takie są przecież z pewnością na przykład wąskie uliczki Mea Shearim, dzielnicy, w której można przyjrzeć się z bliska życiu ultraortodoksyjnej żydowskiej społeczności, spotkać potomków chasydów i zobaczyć sceny jak z dziewiętnastowiecznego wschodnioeuropejskiego sztetla. Albo Wschodnia Jerozolima, gdzie z kolei można poczuć atmosferę bliskowschodniego miasta i podglądać codzienne życie arabskich mieszkańców tej dzielnicy. Albo plac Syjonu, gdzie wieczorami warto posłuchać występujących tam ulicznych muzyków, by przekonać się, jak bardzo dzisiejsza Jerozolima jest miastem młodym, pełnym życia, energii, kreatywności. Bo niezwykłość Jerozolimy polega na tym, że spotyka się tu Europą z Azją, zamierzchła przeszłość ze współczesnością, że jej mieszkańcy stanowią rzadko spotykaną mieszaninę etniczną, religijną i polityczną. Ale także na tym, że jest ona bardzo stara i bardzo młoda jednocześnie, i że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość spotykają się ze sobą na każdym kroku w stopniu chyba nigdzie indziej niewystępującym. Oczywiście nie samymi emocjami i fascynacjami człowiek żyje. Dlatego tym, którzy po jerozolimskich spacerach, do których w tym tekście namawiam, poczują się zmęczeni i spragnieni, a może nawet porządnie zgłodnieją, z całego serca polecam niezwykły lokal w samym centrum miasta. Lokal legendę, w którym można nie tylko dobrze zjeść, ale także odetchnąć wyjątkową atmosferą. To klubokawiarnia i restauracja jednocześnie, o niezbyt łatwej do wymówienia nazwie „Tmol Shilshom”. Jest to połączenie bookarni (czyli kawiarni połączonej z czytelnią, w której można czytane w niej książki zakupić) z restauracją, czy też może raczej odwrotnie, bo przede wszystkim jest to jednak restauracja, a niektóre serwowane tam dania są tak dobre, że nawet opisuje się je w przewodnikach kulinarnych. „Tmol Shilshom”, bo tak się nazywa ten lokal, mieści się na piętrze niedużego piętrowego XIX-wiecznego budynku z beżowego jerozolimskiego kamienia. Składa się z dwóch sal, 148 Marek Suchar których ściany obstawione są półkami z książkami, i sporego tarasu. Znajduje się w samym centrum jerozolimskiego Nowego Miasta, przy wąskiej uliczce odchodzącej od Placu Syjonu, w jednym z zabytkowych starych domków należących do osiedla Nachalat Shiva, trzeciej dzielnicy założonej w drugiej połowie XIX wieku poza murami jerozolimskiego Starego Miasta. Przy okazji warto wspomnieć, że położona na peryferiach otomańskiego państwa, zapomniana i zaniedbana przez wieki Jerozolima, zaczynała w XIX wieku przyciągać uwagę zachodnich pielgrzymów, pierwszych we współczesnym tego słowa znaczeniu turystów, a także stała się celem rosnącej powoli żydowskiej imigracji — zarówno z Europy, zwłaszcza Wschodniej, jak i z krajów Bliskiego Wschodu, takich jak Jemen czy Irak. Otoczone murami miasto stawało się w związku z tym coraz bardziej zatłoczone, a przy tym panowały w nim fatalne warunki higieniczne, bo nie było wodociągów ani kanalizacji, szerzyły się choroby. Mark Twain, który odwiedził wtedy Jerozolimę pisał z odrazą, że jest to „wioska nędzarzy, żałośnie ponura i pozbawiona życia”. Wystarczy wspomnieć, że w drugiej połowie XIX wieku mieszkało w Jerozolimie już około trzydzieści tysięcy mieszkańców, czyli mniej więcej trzy razy tyle, ile dziś liczy sobie Sztum, ale musieli się oni pomieścić na prawie pięciokrotnie mniejszej powierzchni. Spowodowane między innymi przeludnieniem okropne warunki sanitarne spowodowały w końcu wybuch groźnej epidemii, co ostatecznie skłoniło żydowskich filantropów do sfinansowania budowy osiedli mieszkalnych poza murami Starego Miasta. Zdecydowano się na to mimo obaw ówczesnych jerozolimczyków przed napadami grasujących w okolicy band. Jako anegdotę z tamtych czasów przytacza się fakt, że mieszkańcy Mishkenot Shaana-nim, pierwszego osiedla założonego poza murami przez brytyjskiego arystokratę i filantropa o żydowskim pochodzeniu sir Mosesa Montefiore, przebywali w nim z początku tylko za dnia - na noc wracali do miasta z obawy o własne bezpieczeństwo. Proces rozwoju przestrzennego miasta był jednak nieunikniony, więc z czasem, stopniowo, wzdłuż drogi do Yafffy, dzisiejszej głównej ulicy jerozolimskiego śródmieścia, powstawały kolejne osiedla. W ich nazwach powtarzają się często określenia nachalat (w liczbie mnogiej: nachlaot) co oznacza po hebrajsku „osiedle (siedlisko) albo zagrodę”. Nazwa ta wiązała się z ich specyficzną architekturą. Budowano je bowiem w ten sposób, że składały się one z kilku budynków mieszkalnych i gospodarczych połączonych ze sobą i zbudowanych wokół wspólnego dziedzińca. Drzwi i okna tych budynków wychodziły tylko na wspólny, wewnętrzny dziedziniec. Z zewnątrz do takiej zagrody można było się dostać tylko przez jedną, umocnioną i zamykaną na noc bramę, prowadzącą na wspólne wewnętrzne podwórze. Miało to ułatwiać obronę przed wspomnianymi wcześniej napadami. Taką architekturę mają istniejące do dziś budynki z XIX wieku, które zobaczyć dziś można w jerozolimskich enklawach zamieszkanych przez społeczności ultraortodoksyjne, takich jak Mea Shearim czy Nachlaot. Nachalat Shiva, w którym przy ulicy Salomona znajduje się restauracja „Tmol Shilshom”, było trzecim osiedlem zbudowanym w drugiej połowie XIX wieku poza murami Starego Miasta. Przeznaczone ono było początkowo dla siedmiu śmiałków, którzy odważyli się na zamieszkanie poza granicami miasta (stąd nazwa, która po hebrajsku oznacza „Zagroda Siedmiu”). Po łatach świetności, kiedy dookoła powstawały kolejne, coraz bardziej okazałe nowoczesne budynki, osiedle stopniowo podupadało, ale zaliczone do najważniejszych jerozolimskich zabytków architektury, po przejściu gentryfikacji w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, stało się modnym miejscem rozrywki, siedzibą licznych restauracji, kafejek, Wydaje się, jakby to było wczoraj, czyli kawiarniana historia Jerozolimy 149 klubów i artystycznych butików, jednym z centrów jerozolimskiego nocnego życia. W roku 1994 pisarz Dawid Ehrlich i jego wspólnik Dan Goldberg założyli tam swoją kawiarnię, która szybko stała się ważnym punktem na kulturalnej mapie miasta. Po pierwsze dlatego, że wpisywała się w specyficzną „kawiarnianą” jerozolimską tradycję. Trzeba bowiem pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku ton żydowskiej społeczności Jerozolimy nadawali europejscy inteligenci przybyli z takich krajów jak Niemcy, Austria i Polska, którzy przywieźli ze sobą do Erec Israel swoje obyczaje i przyzwyczajenia, a do nich należały między innymi spotkania czy dyskusje przy kawie. Jak grzyby po deszczu powstawały więc wtedy w Jerozolimie kawiarnie, w których ci nowi jerozolimczycy znów mogli się poczuć trochę jak w Wiedniu, Warszawie czy Berlinie, czyli jak w miastach, z których tu przyjechali. Tamte jerozolimskie lokale niestety w większości nie przetrwały do dziś. Nie ma już kawiarni Rehavia w urokliwej ogrodowej dzielnicy o tej samej nazwie, w której w sobotnie przedpołudnia odbywały się poranki muzyki kameralnej, ani kawiarni Atara na ulicy Ben Yehuda, w której spotykali się z przyjaciółmi rodzice Amosa Oza. Na jej miejscu jest dziś koszerny McDonalds. Na miejscu słynnej wśród Polaków przebywających w Jerozolimie w latach II Wojny Światowej Cafe Europa jest dziś salon optyczny. Podobnie jest z pierwszą z jerozolimskich kawiarni Cafe Vienna, która mieściła się w działającym dziś jako hostel Jerusalem przy ulicy Yafo hotelu, który przez kilka lat nosił nawet nazwę „Warszawski”. Dziś jej miejsce również zajmuje jakiś sklep. Otwarcie nowej kawiarni nawiązującej do tamtych, środkowo-wschodnioeuropejskich, inteligenckich tradycji, było w Jerozolimie lat 90-tych XX wieku sporym wydarzeniem. Lokal zyskał też sobie od samego początku uwagę i przychylność literackiego środowiska Jerozolimy. Ba, można by nawet stwierdzić, że była to nie tylko przychylność, ale wręcz coś w rodzaju patronatu. Dość powiedzieć, że już na jego otwarciu swoje wiersze czytał największy współczesny poeta języka hebrajskiego Yehuda Amichay, a w ciągu dwudziestu lat jego istnienia występowali tu ze swoimi wieczorami autorskimi praktycznie wszyscy najważniejsi izraelscy pisarze i poeci, począwszy od Amosa Oza i zmarłego niedawno Meira Shaleva, przez autorkę wyrafinowanych intelektualnie kryminałów Batię Gur, aż po znanego i bardzo popularnego w Polsce Etgara Kereta. W „Tmol Shilshom” wciąż odbywają się cyklicznie wieczory autorskie z udziałem różnych wybitnych (stopniowo coraz młodszych!) współczesnych izraelskich poetów i pisarzy. Oprócz spotkań z pisarzami odbywają się tam także wieczory muzyczne, a ostatnio jedna ze ścian została przemalowana na biało i stała się rodzajem małej i ciekawej galerii. Jako pierwsza pojawiła się w niej ekspozycja archiwalnych fotografii, przypominająca (a jakże) historię jerozolimskiego życia kawiarnianego w pierwszej połowie XX wieku. Do restauracji wchodzi się, jak powiedziałem wcześniej, z podwórka, po schodkach, obok których znajduje się na ścianie ciekawy i tajemniczy mural. Ukazana na nim dziewczyna o różowo-niebieskiej twarzy trzyma w jednej ręce miniaturkę jednorożca, a w drugiej wielbłąda. Wypytywany o to personel restauracji, rekrutujący się głownie ze studentów, twierdzi, że malunek przedstawia znaną izraelską lewicową poetkę Adi Keissar. Na pytanie, dlaczego to akurat właśnie jej podobizna została umieszczona w tak eksponowanym miejscu, nie umiano mi jednak dać zdecydowanej odpowiedzi. Lokal, jak już wcześniej wspomniałem, składa się z werandy i dwóch połączonych kuchnią sal. Wystrój wnętrza przypominać może trochę niektóre kawiarnie na krakowskim Kazimierzu. Wzdłuż ścian znajdują się tu wszędzie regały z książkami, a pośrodku ustawione są proste brązowe stoły bez obrusów. Krzesła też są proste i w różnym stylu. W jednej z sal 150 Marek Suchar Można napić się kawy przy stoliku, przy którym przez lata co dzień siadywał Yehuda Amichay pod oknem, po prawej od wejścia, stoi okrągły stolik z dwoma wygodnymi głębokimi fotelami. To stolik-legenda, jako że był on ulubionym stałym miejscem nieżyjącego już wybitnego izraelskiego poety Yehudy Amihaya, który od uroczystego otwarcia lokalu w 1994 roku aż do końca życia był jego stałym bywalcem. Restauracja jest koszerna. Informuje o tym oprawiony w ramki certyfikat umieszczony w widocznym miejscu przy wejściu. Kiedyś najbardziej znanym daniem serwowanym w niej była szakszuka, uznawana niekiedy obok falafeli i humusu za nieomal izraelską potrawę narodową. Tymczasem wszystkie te trzy potrawy są po prostu „tutejsze”, a więc, gdyby już koniecznie chciało się przypisywać potrawom narodowość, to należałoby je raczej uznać za arabskie niż żydowskie. Można powiedzieć, że Izraelczycy przejęli je po prostu i zachwycili się nimi, uznając ostatecznie za swoje, bowiem tradycyjna żydowska wschodnioeuropejska kuchnia raczej nie sprawdza się w śródziemnomorskim klimacie. Od kilku lat menu restauracji wzbogacane jest o rozmaite nowe potrawy, między innymi z kuchni włoskiej. Nieodmiennie jednak króluje w nim najlepiej oceniane w przewodnikach kulinarnych danie o nazwie „Złota rybka”, pochodzącej od specjalnego śmietanowo-musztar-dowego sosu, w którym podawany jest tu łosoś. Danie to jest polecane przez TripAdvisor jako specjalna atrakcja kulinarna tej restauracji. Klientela lokalu jest w pewnym stopniu uzależniona od pory dnia. Rano, na serwowane tu lekkie śniadania, wpadają bardzo rozmaici ludzie. O tej porze pojawiają się tu studenci i mający jakieś sprawy do załatwienia na mieście przedstawiciele wolnych zawodów. Po południu często spotkać można pary, które umawiają się tu na randki. A wieczorami dominują już stali bywalcy, ci, z myślą o których lokal ten w swoim czasie powstał i dla których wciąż jest tak ważny. Zasadniczo, z uwagi na charakter i wystrój, spodziewać by się można, że bywają tu głównie ludzie młodzi. Tymczasem, zwłaszcza wieczorami, jest trochę inaczej. Kiedy wpadłem tam kiedyś wieczorem, spora część gości to były osoby w wieku całkiem dojrzałym. Obok mnie siedziała para trzydziestoparolatków rozmawiających po angielsku nad otwartym laptopem. On w myśliwskim kapelusiku na głowie, ona w berecie ozdobionym filcową różą. Przy następnym stoliku troje rozmawiających ze sobą po rosyjsku młodych ludzi, jeden w beżowym kapeluszu z szerokim rondem, drugi w dzierganej kipie, a towarzysząca im dziewczyna w długiej prawie do kostek spódnicy. Dalej para zakochanych dziobiących wspólny Wydaje się, jakby to było wczoraj, czyli kawiarniana historia Jerozolimy 151 deser z jednego talerza, a jeszcze za nimi troje skromnie ubranych starszych państwa gestykulujących znad szklanek (!) z kawą w trakcie ożywionej rozmowy. Przy innych stolikach po kilkoro najwyraźniej dobrych znajomych w średnim wieku. Wszyscy zatopieni w ożywionych rozmowach. Po prostu -jerozolimska inteligencja. Kiedy mówimy o charakterze lokalu, właśnie to słowo, w znaczeniu jakie nadał mu kiedyś Józef Cha-łasiński, najlepiej go oddaje. Restauracja jest inteligencka z nazwy, nie tyle poprzez swój „książkowy wystrój”, ale raczej poprzez bywającą w niej klientelę, a także dlatego, że jest czymś w rodzaju prywatnej instytucji kulturalnej. W upalne dni najprzyjemniej jest na pełnym zieleni tarasie Nie rozstrzygnęliśmy jednak jeszcze kwestii dość ważnej, a mianowicie tajemniczo brzmiącej nazwy restauracji. Bo co właściwie znaczy „Tmol Shilshom”? Nie jest to bynajmniej, jak mogłoby się wydawać, imię i nazwisko właściciela. To po prostu tytuł jednej z powieści Jo-sefa Szmula Agnona, wielkiego izraelskiego pisarza, laureata literackiej nagrody Nobla. Josef Agnon tworzył literaturę w nowożytnym języku hebrajskim. Był pierwszym wielkim powie-ściopisarzem tworzącym w tym języku. Tytuł tej powieści Agnona tłumaczy się różnie - czasem jako „przedwczoraj”, czasem jako „dawno temu”, ale słyszałem, że ktoś tłumaczył go też jako „zaledwie wczoraj”. Całkiem dosłownie słowa te znaczą „wczoraj, przedwczoraj” i być może po polsku można by ich znaczenie oddać lepiej jakimś archaicznym terminem, na przykład „pozawczoraj”, albo stanowiącym dość luźne tłumaczenie wyrażeniem „jakby to było wczoraj”. W każdym razie nazwa lokalu jest na pewno jakimś nawiązaniem do przeszłości, do przemijania, a przy tym przeciętnemu Izraelczykowi kojarzy się najbardziej po prostu chyba właśnie z tytułem powieści Agnona. Czy można w związku z tym powiedzieć, że właściciele wybrali dla swojego lokalu nazwę będącą czymś w rodzaju hasła rozpoznawczego, oznaczającego, że to lokal dla „oczytanych”? Coś w tym jest. Swoją drogą może się wydawać trochę dziwne, że tak trudno odpowiedzieć na pytanie, co te dwa słowa w nazwie restauracji dokładnie znaczą. Ci, którzy mówią po hebrajsku, powinni je przecież zrozumieć i nie mieć z tym jakichkolwiek trudności. A jednak nie jest takie proste. Szmul Agnon był co prawda wielkim pisarzem nowożytnego języka hebrajskiego, ale to nie był jego ojczysty język. Urodzony w Buczaczu na Ukrainie, w ówczesnej Austrii, Agnon mówił najpierw w jidysz i po niemiecku. Hebrajski znał, ale początkowo tylko jako język modlitwy i Biblii. Na język swojej twórczości literackiej z początku wybrał najpierw jidysz i dopiero po imigracji i osiedleniu się w Jerozolimie zaczął pisać po hebrajsku. A trzeba pamiętać, że 152 Marek Suchar były to czasy, kiedy współczesny język hebrajski dopiero powstawał jako żywy język i mówiono nim na co dzień dopiero od dwudziestu, trzydziestu lat. Dlatego też język utworów Agnona ma jeszcze bardzo silne związki z hebrajszczyzną biblijną i może nie być łatwy dla współczesnych izraelskich czytelników. Na czym mogą polegać trudności? Obrazowo można to wyjaśnić na takim oto przykładzie. Otóż wyobraźmy sobie, że przy pomocy staropolszczy-zny, powiedzmy językiem używanym przez Reja czy Kochanowskiego, ewentualnie księdza Wujka, mielibyśmy opisać coś, co się dzieje współcześnie. I bynajmniej nie chodzi o to, że u Reja nie było takich słów jak samochód czy telefon, ale że było dużo takich, jak zasię, przecz, wżdy i zawdy; człowiek u niego był poćciwy, a dziewki albo białogłowy gładkie. Wyobraźmy sobie, że Reymont miałby napisać takim językiem na przykład „Ziemię obiecaną”, a Maria Dąbrowska „Noce i dnie”. Też mielibyśmy wtedy prawdopodobnie spore kłopoty z czytaniem i rozumieniem tych powieści. Przy okazji warto zauważyć, że odrodzenie języka hebrajskiego, nie tylko jako języka potocznego, ale także jako języka literackiego, technicznego, naukowego ludzi żyjących współcześnie w Izraelu, to jeden z prawdziwych cywilizacyjnych cudów naszych czasów. Bo przecież język ten wyszedł z powszechnego użycia już na dwa wieki przed początkiem naszej ery, a więc przed ponad dwoma tysiącami lat. Nie wszyscy wiedzą, że większość Żydów za czasów Jezusa już wcale nie mówiła po hebrajsku, ale po aramejsku albo po grecku. Hebrajski był używany głównie w czynnościach religijnych i prości ludzie już wtedy nie zawsze mogli go zrozumieć. Większość Żydów już na początku naszej ery nie tylko nie mówiła tym językiem na co dzień, ale nawet w ogóle go nie rozumiała. Już około II wieku przed naszą erą, by nierozumiejący hebrajskiego wierni mogli świadomie uczestniczyć w synagogalnych nabożeństwach, Żydzi aleksandryjscy przetłumaczyli hebrajską Biblię na język grecki, a Żydzi babilońscy sporządzali targumy, czyli specjalne streszczenia i parafrazy tekstów biblijnych w języku aramejskim. Po ponad dwudziestu wiekach język hebrajski się odrodził. Stał się na nowo żywym językiem. Tylko, że nie jest on już oczywiście tym samym hebrajskim, w którym napisana została Tora. Odrodzenie języka hebrajskiego było jednym z założeń żydowskiego Oświecenia pod koniec XVIII wieku. Jego wskrzeszenie było także jednym z celów ruchu syjonistycznego. Za twórcę nowożytnego języka hebrajskiego uważany jest Eliezer Ben Yehuda. Aby język hebrajski na nowo ożył, trzeba było wprowadzić do niego wiele nowych słów. Nie tylko takich, które odnosiły się do najnowszych wynalazków typu telefon, radio, rower czy samolot, ale także nazw wielu innych przedmiotów, które za czasów biblijnych jeszcze nie istniały, jak na przykład „zeszyt”, „gazeta”, „okulary”, „pastylka”, „widelec ”. Trzeba też było wymyślić nazwy gatunków zwierząt i roślin, nawet tych, które występują w Izraelu, ale po prostu nie zostały wspomniane w Biblii i w związku z tym ich hebrajskiej nazwy już nie znano. Do czasów Ben Yehudy istniały bowiem tylko takie słowa hebrajskie, które znalazły się w Biblii. Dopiero on wzbogacił ten język o rozmaite neologizmy, które prokurował na bazie biblijnego hebrajskiego, a częściowo poprzez zapożyczenia z języków pokrewnych (np. z aramejskiego lub arabskiego). Pierwszym człowiekiem w nowożytnych czasach, dla którego nowohebrajski był językiem ojczystym, był pierworodny syn Ben Jehudy- Ben Zioń. Od urodzenia oboje rodzice rozmawiali przy nim i z nim wyłącznie po hebrajsku. Ben Zioń, który w dojrzałym wieku został pisarzem, opowiadał, że w czasach jego dzieciństwa, jeśli do jego rodziców wieczorem przychodzili goście, którzy nie mówili po hebrajsku, wysyłano go wcześniej do łóżka, żeby nie Wydaje się, jakby to było wczoraj, czyli kawiarniana historia Jerozolimy 153 miał kontaktu z żadnym innym językiem poza hebrajskim. Ben Yehuda doczekał się tego, że krótko przed śmiercią w 1922 roku, Brytyjczycy sprawujący mandat nad Palestyną przyznali w niej hebrajskiemu status języka oficjalnego. Dziś formalnie rzecz biorąc hebrajski jest jednym z dwóch urzędowych języków w Izraelu. Faktycznie jest też głównym językiem państwowym. Mówi nim dzisiaj na świecie, według różnych szacunków, od 8 do 10 milionów ludzi. W świetle tego wszystkiego przestaje się więc chyba wydawać dziwne, że z czytaniem utworów Szmula Agnona, który tworzył w czasach, kiedy nowożytna hebrajszczyzna w jakimś sensie „nie była jeszcze całkiem gotowa”, dzisiejsi izraelscy czytelnicy mogą mieć niejakie problemy. Czuję się w tym miejscu w obowiązku wspomnieć, że o ile sami Izraelczycy mogą mieć ze zrozumieniem Agnona pewne trudności, to takich problemów na pewno nie miał Piotr Paziński, który z powodzeniem przełożył dotychczas na polski dwie książki Agnona. No ale to chyba nic dziwnego, bo Piotr Paziński, wieloletni redaktor pisma młodej polskiej inteligencji żydowskiej, przede wszystkim sam jest świetnym pisarzem i eseistą, a w swoich poszukiwaniach literackich zajmował się innymi, co najmniej równie trudnymi autorami co Szmul Agnon, bo wystarczy wspomnieć, że na przykład jego doktorat z literatury dotyczył, ni mniej ni więcej, tylko „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Te literackie skojarzenia w kontekście „Tmol Shilshom” nie są niczym dziwnym. Jest ich zresztą znacznie więcej. O tym, że „Tmol Shilshom” to ulubiony lokal różnych izraelskich pisarzy i poetów, już wspominaliśmy. I o tym, że najbardziej znany był jako miejsce stałego „urzędowania” mieszkającego w pobliżu Yehudy Amichaya, także. Nazwisko Amichaya może nie być znane polskim czytelnikom w stopniu, na jaki zasługuje. A szkoda, bo jest on uważany za najwybitniejszego izraelskiego poetę współczesnego. Mówi się o nim, że jest najczęściej tłumaczonym poetą hebrajskim od czasów króla Dawida! Przy tej okazji warto jeszcze wspomnieć o przyjaźni, jaka łączyła z Amichayem Zbigniewa Herberta, który w czasie swojego pobytu w roku 1991 w Jerozolimie napisał nawet znany wiersz „Do Yehudy Amichaya”, zaczynający się od słów: „Bo ty jesteś król, a ja tylko książę bez ziemi, z ludem który mi ufa błądzę po nocy bezsenny”. Herbert był w Jerozolimie na początku lat dziewięćdziesiątych, mieszkał niedaleko w Mishkenot Shaananim, wspominanym tu już przez nas pierwszym osiedlu zbudowanym poza murami jerozolimskiego Starego Miasta, przekształconym obecnie w kolonię dla artystów-stypendystów. Skądinąd wiadomo, że wielokrotnie spotykał się w czasie swojego pobytu w Jerozolimie z Yehudą Amichayem właśnie w „Tmol Shilshom” i że siadywali wtedy razem przy jego ulubionym stoliku pod oknem. W marcu 2020 roku, na samym początku pandemii Covid-19, zmarł David Ehrlich, współzałożyciel i współwłaściciel „Tmol Shilshom”. To głównie jego ideą było stworzenie lokalu, który kontynuowałby wieloletnią tradycję jerozolimskich kawiarni w stylu europejskim, będących nie tyle lokalami gastronomicznymi, ale czymś znacznie więcej, bo połączeniem salonu literackiego z klubem towarzyskim, miejscem ważnych zdarzeń i spotkań. Znamy tę tradycję dobrze i my w Polsce. Niestety, w dzisiejszym życiu, które toczy się na przyspieszonych obrotach, w świecie, w którym spotkania online często zastępują prawdziwe spotkania na żywo, coraz mniej zostaje miejsca dla takich lokali. Powoli znikają. Dlatego proszę, jeśli losy was kiedyś skierują do Jerozolimy, skorzystajcie okazji, żeby odwiedzić może jedno z ostatnich takich miejsc. Andrzej Kasperek POCZTÓWKA Z MADERY Dla Jadzi i Jacka — niezawodnych towarzyszy podróży Pocztówka z Madery 155 1. Latem 2023 roku, porządkując stare papiery, znalazłem mapę świata z czasów mojej podstawówki. Towarzyszyła mi przez lata przyszpilona do ściany w moim kąciku do nauki, za kaflowym piecem, przy szafce na książki i biurku, które zrobił dla mnie mój tata. Teraz ze wzruszeniem rozłożyłem mapę wydaną w latach 70. ubiegłego wieku. Na marginesach widać ślady po gwoździkach, ale najważniejsze są na niej linie, starannie wyrysowane od linijki; prowadzą one z Polski do miejsc na świecie, które Andrzejek, naoglądawszy się w telewizji „Klubu sześciu kontynentów” oraz filmów podróżniczych Toniego Halika i Stanisława Szwarc-Bro-nikowskiego, chciał odwiedzić. To zamiłowanie do wędrówek „palcem po mapie” (takie były wówczas najłatwiejsze) wzięło się z telewizyjnych programów, ale też z lektury książek podróżniczych (muszę tu koniecznie wspomnieć serię książek autorstwa Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego). Było także inne źródło tej fascynacji. Wspominając zmarłego rok temu brata przypomniałem sobie, że Zygmunt jako uczeń Technikum Ekonomicznego w Tczewie pojechał na wycieczkę szkolną w Sudety. Największą atrakcją było to, że przekroczyli granicę i pół dnia spędzili w CSRS (było kiedyś takie państwo, zwane Czechosłowacją). Całymi miesiącami studiowałem później czarno-białe zdjęcia z tej wycieczki. Niby wszystko podobne, ale tak różne, bo to była zagranica! I chyba moje zainteresowanie podróżami wtedy się narodziło. Podróże po Polsce były dostępne, ale zagraniczne, szczególnie, gdy przekraczało się żelazną kurtynę, były dla nielicznych. Marzenia o nich często nigdy się nie ziszczały. Przed 1989 rokiem byłem w NRD, CSRS, Rumunii i na Węgrzech. Dopiero, kiedy naczytawszy się o angielskim pomyśle Grand Tour, czyli Wielkiej Podróży, „w jaką wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, w celu dokształcenia się, zdobycia wiedzy o świecie i kulturze, poszerzenia swych horyzontów myślowych a także wyrobienia u siebie gustu artystycznego i nabrania dobrych manier”, zwiedziłem pół Europy (a może więcej - policzyłem, że byłem w 30 krajach europejskich i Izraelu). Chciałem, żeby moi uczniowie nie byli gorsi od angielskich lordów i mieli szansę zobaczenia cudów kultury i natury Włoch, Francji, Grecji, Anglii, Hiszpanii, Niemiec, Szwajcarii, Włoch, Belgii, Holandii i Norwegii... Zorganizowałem kilkanaście takich wypraw, nie licząc tych bliższych — do Drezna, Pragi czy Lwowa. Po latach dowiaduję się, jak to było dla nich ważne, jak ich rozwijało i kształciło. Może kiedyś o tym napiszę. Przygotowując się do przejścia na emeryturę, pomyślałem, aby wrócić do dawnego pomysłu i wreszcie zacząć zwiedzać świat. Zrobiłem listę państw, miast, wysp, regionów, które chciał-bym odwiedzić. I kiedy porównałem ją z celami podróży z odnalezionej mapy ze zdziwieniem stwierdziłem, że po pół wieku 90% kierunków się pokrywa! Aż się wzruszyłem... Mam jednak świadomość, że pewne kierunki już stały się dla mnie zbyt trudne, że nie wejdę na Mont Blanc, nie będę się pchał na Kilimandżaro, nie chcę kusić losu. Rok temu opisywałem wycieczkę do Amsterdamu, do którego wybrałem się (po raz trzeci), żeby zobaczyć wielką wystawę malarstwa Vermeera. Później była wyprawa w rumuńskie Karpaty, trochę sentymentalna, bo była powrotem w góry, które zdobywałem w 1975 roku, i Budapeszt, w którym byłem przez jeden dzień w drodze powrotnej. W lutym 2024 roku przyszła pora na Maderę. Małą kropkę na mapie, przystanek gdzieś pomiędzy Europą a Ameryką. Świadomie piszę „kropka”, bo Ilha da Madeira ma powierzchnię liczącą zaledwie 741 km2. Dla 156 Andrzej Kasperek porównania Powiat Sztumski liczy 731 km2, raptem 10 kilometrów kwadratowych mniej. Jednak, kiedy sprawdzimy liczbę ludności, to wypada to zupełnie inaczej - na Maderze mieszka przeszło ćwierć miliona łudzi, a w Sztumskim przeszło 40 tysięcy. 2. Kiedy przed wyjazdem szukałem informacji o wyspie, najczęściej trafiałem na dwa epitety: „kraina wiecznej wiosny” i „rajska wyspa”. Banalne, ale, jak się okazuje, prawdziwe. Zacznij-my od klimatu. W zasadzie można tu przyjechać w każdej porze roku, choć w miesiącach jesiennych należy spodziewać się częstszych opadów. Średnia roczna temperatura oscyluje koło 20° C. Trzeba przy tym pamiętać, że północ wyspy jest nieco chłodniejsza niż południowa część. W lutym miało być 18-19 stopni, a było 23-24. Czyli temperatura pięknego polskiego lata, czego chcieć więcej? Nic dziwnego, że wielu turystów „ucieka” tu zimą choć na tydzień z Europy, żeby cieszyć się słońcem i zielenią. Dlatego zimę 1930/31 roku spędził tu Józef Piłsudski. Dlatego tak chętnie przypływali tu bogaci Anglicy, m.in. Winston Churchill. Dziś na tę niewielką wyspę przybywa rocznie przeszło dwa miliony turystów. To wzrost o 17 procent w porównaniu z 2022 rokiem. Okazuje się, że Polacy wręcz oszaleli na punkcie „Hawajów Europy” i w 2023 roku przyleciało ich tu 115 tysięcy; więcej o 1/3 niż w 2022 roku. Więcej było tylko Niemców, Brytyjczyków i Francuzów. Być może w tym roku ta liczba jeszcze wzrośnie, bo język ojczysty słychać nader często, czasem miałem wrażenie, że dominował. Kiedy wysiadaliśmy z samolotu na lotnisku, spotkaliśmy, czekającego na lot powrotny, nowodworskiego starostę Jacka Grossa z żoną Haliną, a kilka dni później w schronisku na końcu Ponta de Sao Lourenęo - Tomka i Jankę, znajomych nauczycieli. I wcale się nie umawialiśmy! „Mały raj” to drugie częste określenie Madery. Tak, ale pamiętajmy, że Pan Bóg wygnał człowieka z Edenu. Uznał, że jego obecność „szpecąc przystojność przestworza” jest zbędna. Wyspa była bezludna aż do początków XV wieku, choć zapuszczali się tu ponoć w starożytności Fenicjanie, a rzymski historyk Plutarch w swoich „Żywotach równoległych” pisał: „Wyspy w liczbie dwóch oddalone są od siebie wąską cieśniną, leżą 10 tysięcy furlongów od Afryki. Zwą je Wyspami Błogosławionych”. W roku 1418 sztorm zagnał Portugalczyków pod wodzą Joao Gonęalvesa Zarco (dziś jego pomnik stoi w centrum stolicy) na niezamieszkałą wyspę, którą ochrzcili: Porto Santo, czyli Święty Port. Powrócili rok później i zaczęli kolonizację sąsiedniej większej wyspy, nazwanej Ilha Madeira, co oznacza Wyspy Drewna (lub Zalesione). Początki osadnictwa zaczęły się od wypalania i karczowania lasów wawrzynowych, dzięki czemu można było budować osady i zakładać uprawy. Tam, gdzie dziś jest stolica, stutysięczny Funchal, rosły pola fenkułu, czyli kopru włoskiego, po portugalsku: fimcho, stąd nazwa miejscowości. Portugalczycy docenili strategiczne położenie archipelagu i zaczęli intensywnie go zagospodarowywać. Zakładali pola i poletka na tarasach wyciętych na zboczach gór i wzgórz, zbudowali (rękami mauretańskich niewolników) lewady, czyli kanały, którymi z bogatej w wilgoć północy woda spływa na południe. Sadzili winorośl, trzcinę cukrową, siali zboże. Wyspa stała się ważnym miejscem dla żeglarzy. Krzysztof Kolumb zamieszkał tam na Porto Santo i poślubił córkę tamtejszego władcy. Ponoć to właśnie tu zrodził się pomysł podróży do Indii. W porcie w Funchal stoi replika jego statku. „Santa Maria” to słynna karaka, jego flagowy Pocztówka z Madery 157 statek w wyprawie do Indii Zachodnich. Gdy patrzy się na ten dwudziestojednometrowy stateczek, pojawiają się myśli o odwadze lub bezbrzeżnym zuchwalstwie tych żeglarzy, którzy na drewnianych łupinach ruszali w nieznane. Z ciekawostek historycznych warto też wspomnieć o polskim królu Władysławie III Warneńczyku, który według legendy nie zginął w przegranej bitwie z Turkami, a ukrywał się, trafił do Portugalii a stamtąd na Maderę, gdzie mieszkał 20 lat i był znany jako Henrique Alemao (Henryk Niemiec). Został rozpoznany przez polskich franciszkanów. Zdecydował się na powrót, ale żaglowiec, którym płynął, roztrzaskała skała spadająca z potężnego, przeszło półkilometrowego, klifu Cabo Girao. Romantyczna historia, której nikt nigdy już nie potwierdzi... Wspomniałem o nazywaniu Madery rajem, ale to odczucia turystów. Bogaci Europejczycy, którzy uwielbiali spędzać tam zimę (cesarzowa Sisi przebywała tam cały rok), mieli do swej dyspozycji luksusowe wille i eleganckie hotele. Wiele z nich mieściło się na wzgórzu Monte, z którego rozpościera się wspaniały widok na Funchal i Atlantyk. Nie było wtedy kolejki linowej i bogaci kuracjusze zjeżdżali do miasta na drewnianych saniach, które dziś są jedną z miejscowych atrakcji. Zachwyca różnorodność krajobrazu - góry, potoki, lasy, egzotyczna roślinność i kolorowe tarasy na zboczach albo u stóp klifów. Mieszkańcy wyspy wykorzystali chyba każdy cal ziemi nadającej się pod uprawę. Pamiętam, że jako uczeń podstawówki nie mogłem oderwać oczu od fotografii takichż tarasowych plantacji ryżu czy herbaty w Azji. Na zdjęciach w kolorowej wkładce do podręcznika geografii wyglądały zjawiskowo. Ale kiedy zastanowimy się nad ilością ciężkiej pracy, żeby te tarasy założyć i utrzymać, wtedy dociera do nas, jak katorżnicza to była praca, a jak często znikome jej efekty. Trzcina cukrowa, winorośl, bananowce, warzywa i zboże — to pięknie wygląda z daleka, ale ile się trzeba było naharować?! John Dos Passos Cultural Center to dom kultury znajdujący się w miasteczku Ponta do Sol1. Oglądałem tam wystawę poświęconą emigracji z Madery. Na starym zdjęciu widać licho odzianego chłopa, który opiera się o dwa worki kartofli — to cały jego plon z tych spłachetków ziemi, gdzieś tam uczepionych wysokich skał lub wydartych wybrzeżu na zboczu klifu. Dziś w niektórych miejscach, dzięki wsparciu Unii Europejskiej, zbudowano kolejki (teleferico), dzięki którym rolnicy do swoich poletek mogą się dostać nie tylko od strony morza lub bez schodzenia po stromym urwisku. Są one udostępniane także turystom za niewielką opłatą (3 €), ale trzeba pilnować godzin, w których jeżdżą. Niestety nie zjechałem Teleferico das Achadas da Cruz prawie pół kilometra stromo w dół nad ocean, spóźniłem się o kwadrans, a schodzić godzinę i tyleż wracać nie uśmiechało mi się. Na wspomnianej wystawie oglądałem zdjęcia biedaków, obdartusów z martwymi twarzami, ludzi wiecznie głodnych i stale zmęczonych pracą nad siły. Fotografie pokazują wielkie kolejki emigrantów do statku, który ma ich zawieźć do Curaęao. Ta karaibska wysepka przeżywała wówczas czas prosperity za sprawą odkrytych tam bogatych złóż ropy naftowej i potrzebowała wielu pracowników. Czytam opisy: „Prawda jest jednak taka, że Madera [moich przodków] nie była rajem. To była półkula oddalona od Edenu. Większość Maderyjczyków była nieszczęśliwa i próbowała wyemigrować”. Oblicza się, że na świecie pół miliona ludzi ma maderskie 1 Amerykański pisarz John Dos Passos, kiedyś bardzo popularny, dziś zapomniany, odwiedził kraj swych przodków kilka razy. W domu jego dziadka urządzono piękny dom kultury. Sądząc po rozmiarach rezydencji rodzina była zamożna. Pisarz wspominał: „Kiedy miałem osiem lat [ojciec] zabrał mnie na kilka tygodni do Funchal. Tak więc, kiedy przyjechałem tutaj [do Ponta do Sol] kilka dni temu, rozpoznałem fioletowe skały, błękitne morze, nurków i małe jaszczurki biegające po ogrodach hotelu Reid. Pamiętam życzliwą gościnność przyjaciół i krewnych z Madery”. [„Eco do Funchal”, 24 lipca 1960]. 158 Andrzej Kasperek W lesie wawrzynowym korzenie, z czego na wyspie mieszka ćwierć miliona. Pozostali żyją w Brazylii, Wenezueli, Gujanie, USA, RPA, na Hawajach. Wszędzie zabierali z sobą religię, zwyczaje i tradycje. Brazylijski karnawał ma swe korzenie w fiestach, które na wyspie kończą karnawał2, a słynne mozaikowe chodniki na plaży Copacabana w Rio de Janeiro mają swój wzór w takich samych w Funchal. Nawet pączki {malasadas) przygotowywane na Tłusty Czwartek stąd pochodzą. Emigranci dzięki swej pracowitości i gospodarności często odnosili na wychodźstwie sukcesy. „Boom” emigracyjny nastąpił w latach 60. i 70. XX wieku. Był to często jedyny sposób, aby walczyć z biedą, która pogłębiała się z biegiem czasu na skutek izolacji kraju i ogromnych kosztów wojen kolonialnych. Wielu młodych mężczyzn opuściło kraj nielegalnie, aby uniknąć poboru do wojska, nie chcieli walczyć w koloniach. Madera należała wówczas do najbiedniejszych regionów Europy - jej PKB na mieszkańca w 1974 r. stanowił zaledwie 40% średniego PKB Portugalii3, która „była jednym z najbardziej zacofanych i biednych krajów na Starym Kontynencie. Liczba zgonów niemowląt była najwyższa w Europie. W 1960 roku dochód na jednego mieszkańca wynosił zaledwie 160 dolarów, a ponad 30% społeczeństwa stanowili analfabeci”. Pięknem się nie najesz, dlatego wielu starych emigrantów całkowicie zerwało więzi z Portugalią. Trudno tęsknić za nieszczęściem, biedą i poczuciem beznadziei. Dla wielu z nich Portugalia jest wciąż tylko bolesnym wspomnieniem. Dziś jednak to się zmienia i można nawet mówić o reemigracji - w czasach wenezuelskiego kryzysu społeczno-gospodarczego powróciło do kraju dziadków przeszło 6 tysięcy osób. 2 Warto pamiętać planując wycieczkę na Maderę, żeby sprawdzić, kiedy kończy się karnawał. W Portugalii obcho- dzi się go szczególnie hucznie. Wtedy można podziwiać Carnaval da Madeira. 3 Dziś sytuacja jest zupełnie inna. PKB na mieszkańca wyspy był w pewnych okresach o 29% wyższy od średniej Portugalii w pierwszej dekadzie XXI wieku i wynosił około 80% w UE (2003) i 72% w UE (2015). Pocztówka z Madery 159 Ponta do Pargo Madera przeżyła wiele trudnych i niespokojnych chwil w czasach dyktatury Salazara. Przy wejściu na szlak Levada do Moinho stoi obelisk upamiętniający śmiertelne ofiary starć pomiędzy policją a biednymi chłopami walczącymi o dostęp do wody z lewady, czyli kanału nawadniającego. Jednak dla wielu mężczyzn służba wojskowa była jedyną szansą na wyrwanie się z dziedzicznej biedy i beznadziei. Żołd wysyłali rodzinie a wojsko dawało im możliwość zdobycia zawodu. W niedzielę przed kościołem w Ponta do Sol spotkaliśmy weteranów udających się na mszę z sztandarem, na którym wypisano: ,Angola. Moęambique. Cabinda”. Taka była ich młodość. Portugalia, tak jak Polska i wiele krajów naszej części Europy skorzystała na wstąpieniu do Wspólnoty Europejskiej. Widać to po świetnych drogach (nb. łatwiej je zbudować na skalistym podłożu i gdy nie trzeba ich naprawiać po zimie), nowoczesnym lotnisku, aby je zmodernizować i przedłużyć o 200 metrów pas startowy trzeba było wybudować 180 kolumn o wysokości 70 metrów każda. Miejscowy port lotniczy nazwano: Aeroporto da Madeira Cristiano Ronaldo na cześć pochodzącego stąd piłkarza. Ma on też swój pomnik i swoje muzeum. Co kto lubi... Poza rolnictwem (a szczególnie produkcją słynnej madery, która daje aż 40% dochodów wyspy!) zaczęto rozwijać turystykę. To niesamowite, jak rozwój podróży i chęć poznawania świata zmienił współczesne realia geopolityczne i makrogospodarcze. Wiele osób narzeka na niekontrolowany rozwój ruchu turystycznego, ale należy pamiętać, że dla wielu biednych regionów świata jest to jedyna szansa rozwoju. Tereny górzyste czy nadmorskie zawsze były rezerwatami biedy. Czy w Alpach lub Tatrach, czy nad Bałtykiem czy na Sycylii, mieszkańcy klepali biedę. Zmieniło się to dopiero wiek temu wraz z rozwojem turystyki. Dziś na Maderę przylatuje przeszło milion osób rocznie (plus kilkaset tysięcy przypływających na statkach wycieczkowych). Dzięki temu tysiące mieszkańców mają pracę i zarobek. Jednocześnie (prawie) udało się 160 Andrzej Kasperek nie zamienić wyspy w wielkie osiedle gigantycznych hoteli, czego nie uniknięto w południowej Francji i Hiszpanii. Owszem, w stolicy „bije po oczach” kilka gigantów a la Gołębiewski, ale w mniejszych miejscowościach buduje się hotele dostosowane do miejscowej zabudowy, doskonale wkomponowane w otoczenie i krajobraz. 3. Wspomniałem już, że na atlantycką wyspę można wybrać się w zasadzie przez cały rok. Latem będzie tu cieplej i więcej kwiatów będzie kwitło (np. moje ukochane hortensje), za to zimą robimy sobie przerwę od mrozów lub szarości i deszczu, jak to się coraz częściej ostatnio zdarza. Cena za taką wyprawę nie jest wygórowana, można ją porównać do wyjazdu do Zakopanego lub Sopotu. Madera kusi klimatem, wspaniałą przyrodą, niezwykłym urozmaiceniem krajobrazu, smaczną kuchnią... Nie ma tu w zasadzie brzydkich widoków, brak graffiti, nie ma śmieci, ludzie są uprzejmi i uśmiechają się. Przestępczość jest minimalna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: miłośnicy wędrówek - mnóstwo świetnie oznakowanych i utrzymanych tras, bardziej leniwi - spokojne miejsca spacerowe, kochający piękne pejzaże - niezliczone mirado-uros, czyli punkty widokowe. Rozczarowani mogą być tylko miłośnicy plażowania - jesteśmy na wyspie, która jest szczytem wielkiego wulkanu tarczowego wznoszącego się na wysokość 6 km z dna Atlantyku. Stąd strome klify (najwyższy - Cabo Girao wznosi się na 589 metrów nad poziom morza) i kamieniste lub czarne plaże. Mało atrakcyjne. Aby pochodzić po białym piasku trzeba pojechać do Calhety na sztuczną plażę z piaskiem przywiezionym z Maroka lub popłynąć (2 godziny promem) na sąsiednią wyspę Porto Santo, która szczyci się dziewięciokilometrową plażą ze złotym piaskiem. Ilość doznań jest tak duża, że przez pierwsze dwa dni po prostu nie mogłem uwierzyć, że tu jestem. Patrzyłem na kiście bananów wiszące za płotem, na ogromne monstery rosnące przy drodze, kępy strelicji i kalli (zantedeschid), na kolorowe kwiaty, których nazw nie znałem, zielone palmy za oknem hotelu, na błękitne niebo i połyskujący srebrny ocean... I było (mówiąc Leśmianem): „aż oczom straszno od wesela!”. Marszałek Piłsudski, który ze względów zdrowotnych przybył tu prawie sto lat temu, nieprzyzwyczajony do takich widoków, pisał w jednym z listów do córek: „A na ocean patrzeć już nie mogę i kiedy siedzę w ogrodzie, to siedzę już plecami do oceanu, żeby nie lazł mi do oczu”. Tak, możemy poczuć się przebodźcowani, tyle doznań, tyle emocji, tyle zmysłów jest jednocześnie zaangażowanych... A może to tylko na mnie tak wyspa podziałała? Najłatwiejszym sposobem dotarcia tutaj jest wykupienie w jednym z biur podróży zestawu: przelot, hotel ze śniadaniami i transfer do miejsca zakwaterowania. Możemy wybierać z katalogu, w którym jest kilkanaście propozycji: od tanich do drogich, od stolicy do małych miejscowości. Nikt nam nie narzuca, co chcemy w czasie turnusu robić, możemy na Maderze spędzić tydzień lub dwa. Możemy być aktywni lub leżeć nad basenem, to my decydujemy. Oczywiście nie polecam odpoczynku biernego, nie po to spędziliśmy pięć i pół godziny w samolocie. A jest co zwiedzać, tydzień to minimum, aby zobaczyć największe atrakcje. Jest mnóstwo internetowych przewodników i stron z poradami, grup na Facebooku. Polecam stronę: https://www. gancarczyk.com/madera-atrakcje-mapa-plan-zwiedzania-wycieczki-najpiekniejsze-miejsca. Pocztówka z Madery 161 Ja wyruszyłem z żoną i przyjaciółmi. To wielka radość, kiedy znajomości z czasów studenckich okazują się trwałe i chcemy razem podróżować. Z Jadzią i Jackiem, znamy się prawie pół wieku, w zeszłym roku zwiedzaliśmy Holandię a teraz eksplorowaliśmy Maderę. Wybraliśmy leżący nad oceanem hotel w miasteczku Ponta do Sol, to ponoć najsłoneczniejsze miejsce na wyspie. To był bardzo dobry wybór, z dala od dużego (przeszło sto tysięcy mieszkańców) Fun-chal. Miejsce urocze, spokojne, klimatyczne. Hotel był bez zarzutu, ale gdybym dziś wybierał, to zdecydowałbym się na inny - leżący obok na wysokiej skale, z obłędnym widokiem na ocean, do którego dojeżdżało się windą. Może kiedyś... Najlepiej na miejscu wypożyczyć samochód, ale można także skorzystać z biur turystycznych oferujących różne wyprawy lub z usług transportu publicznego. Trzeba jednak pamiętać, że tu jeździ się inaczej niż po polskich nizinach. Naprawdę trzeba wykazać się jako kierowca. Strome i wąskie ulice, serpentyny, drogi usytuowane na stromych zboczach nad Atlantykiem — to wymaga refleksu, a czasem zimnej krwi. Na szczęście Jacek jest świetnym kierowcą i udowodnił, że takie drogi nie są mu straszne. Poza tym jest z wykształcenia geografem i jest obdarzony szóstym zmysłem, który pozwala mu bardzo szybko zorientować się w każdym terenie; jakby na swoim twardym dysku miał zapisane wszystkie mapy świata. Zwiedzanie najlepiej zaczynać od spacerów po lewadach, wspominanych już tu kanałach, przy których są wygodne ścieżki. Ale nieraz jest wysoko i lepiej przed wyruszeniem na trasę poczytać, jak przebiega - bywa, że droga prowadzi bardzo wysoko, niekiedy brak poręczy a betonowa ścieżka jest wąska, czasem to raptem 30^10 centymetrów. Widoki są wspaniałe, wspinamy się w głąb doliny. Możemy podziwiać poletka na tarasach, rozmaite drzewa, od eukaliptusów i wielkich araukarii, po sosny z długimi igłami i skrzypy, które przypominają spore Widok z Pico do Arieiro 162 Andrzej Kasperek Ibisy w Ogrodzie Monte Pałace krzaki a nie znane nam drobne roślinki, po drzewa liściaste, które akurat odpoczywają, bo to przecież zima. Znane nam z kwiaciarni rośliny rosną jak zielsko przy trasie. Można dostrzec ptaki, których u nas nie ma - zniczka maderskie-go, góropatwę, ziębę maderską. Większość powierzchni Madery jest naturalnym rezerwatem ekologicznym. Zdecydowanie warto odwiedzić lasy wawrzynowe (Lau-rissdva), które znajdują się na pła- skowyżu usytuowanym w środku wyspy. Zajmują one około 20% powierzchni wyspy; około 20 milionów lat temu porastały całą Europę, dziś przetrwały, wyłącznie na Maderze, Azorach, Wyspach Kanaryjskich i Wyspach Zielonego Przylądka. Rezerwat przyrody Fanal jest niezwykły, znajduje się na liście UNESCO jako Światowe Dziedzictwo Przyrody. Niektóre z rosnących tu drzew liczą przeszło 800 lat. Kiedyś porastały całą wyspę. Są obrośnięte mchem i paprociami, konary mają poskręcane. Ponoć najpiękniej wyglądają spowite mgłą. Na opary nie trafiliśmy, ale i tak wyglądały magicznie, jakby czas się tu zatrzymał. Obok pasły się leniwie krowy i cielaczki. Aura była cudowna, aż nie chciało się stamtąd wychodzić. Z Fanal niedaleko do Porto Moniz, słynnego z kamiennych basenów wulkanicznych. Było mnóstwo turystów, zbyt przypominało mi to Krynicę Morską. Zjeżdżając na południe zatrzymaliśmy się na wysuniętym najbardziej na zachód przylądku, gdzie znajduje się latarnia morska Ponta do Pargo. Nie jest zbyt imponująca, ale usytuowanie na wysokim klifie sprawia, że jej światło jest dostrzegane z odległości ponad 26 mil morskich. Przybyliśmy tu akurat, gdy zachodziło słońce. Od razu przypomniał mi się „Hymn o zachodzie słońca” Juliusza Słowackiego: Smutno mi, Boże! Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą; Przede mną gasisz w lazurowej wodzie Gwiazdę ognistą... Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze, Smutno mi, Boże! Tak, w tym miejscu ten fragment pasował idealnie i dokładnie opisywał to, co obserwowaliśmy. Portugalia zasiedlając Maderę przesunęła się jeszcze bardziej na Zachód, jeszcze bardziej w stronę Atlantyku. Czasem zastanawiam się, czy słynne saudade, czyli samotność, ten rodzaj smutku, nostalgii i melancholii, który cechuje mieszkańców zachodniego krańca Europy nie bierze się z tego zapatrzenia w dal i pytania: czy jest tam coś za horyzontem? Smutek pieśni fado, melancholia i tęsknota zawarta w melodii oraz wzruszających tekstach łapią za serce. A wieczorem zajechaliśmy do polecanej przez przewodnik z wydawnictwa Lonely Planet restauracji rybnej w Calhecie. Wiele odwiedzanych przez nas restauracji jest wspaniale położonych nad oceanem, przez panoramiczne okna można podziwiać port, plaże, rozbryzgujące Pocztówka z Madery 163 się fale. Ale na kolację zachodzi się po 18 lub później, co sprawia, że szybko zapada zmierzch i widok znika. Wybór ryb jest duży, często leżą w oszklonej witrynie lub kelner przynosi je do wyboru na półmisku. Możemy mieć kłopot i nie znać miejscowych ryb, poza doradą, tuńczykiem, dorszem i turbotem. Pewniakiem jest popularne danie espada com banana, czyli pałasz z bananem. Głębinowa ryba o białym smacznym mięsie podawana ze smażonym bananem. Smakuje świetnie. Miejscowe banany są małe, ale wyśmienite, dużo lepsze od tych sprowadzanych z Ameryki Południowej. Może decyduje o tym bardzo krótka droga z pola na talerz? W Polsce niekiedy można dostać banany z Wysp Kanaryjskich, są bardzo podobne w smaku. Polecam. Niestety wybrałem dorsza, którego podano skąpanego w oliwie i przywalonego mnóstwem cebuli. Nie smakował mi, dlatego następnym razem wybrałem stek wołowy, co okazało się błędem, bo taki można bez problemu zjeść w kraju, a lucjana, na którego zdecydowali się moi współtowarzysze, w Polsce nie dostanę. Lucjan okazał się rybą przepyszną. Ceny są przyzwoite a biorąc pod uwagę, że w polskim barze rybnym trzeba zapłacić za smażoną rybę w granicach 180—200 zł za kilogram, to tam wcale nie jest dużo drożej. Najpopularniejsze są ryby i mięsa z rusztu; paleniska, na których płonie żywy ogień są tak usytuowane, że możemy je obserwować. Do tego wino, ale nie jestem znawcą win portugalskich, więc tego tematu nie poruszam. Po całym dniu poświęconym zwiedzaniu mamy pewność, że zjemy dobrą kolację, więc lepiej nie zamawiajmy jej w restauracji hotelowej. Polecam: Restaurante Sol Poente w Ponte do Sol, Vila do Peixe w Camara de Lobos, Abrigo do Pastor w Camacha oraz Restau-rant & Grill Muralha Terrace w Ribeira Brava. Polskie przewodniki zwykle temat gastronomiczny pomijają. Wszystkie były na trasie naszych podróży. Nie piszę tu przewodnika po atlantyckiej cudownej wyspie. Dzielę się przeżyciami i spostrzeżeniami. Dlatego nie będę już opisywał wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy. Na zakończenie wymienię kilka miejsc. Absolutne maderskie must-have to przejście z Pico do Arieiro do Pico Ruivo (dobra kondycja wymagana), Curral Das Freiras, czyli Dolina Zakonnic (z braku czasu zadowoli nas cudowny widok nań z Eira do Serrado) oraz spacer na Przylądek św. Wawrzyńca, warto zaryzykować wrócić łodzią motorową (gwarantowane przemoczenie — lepiej zabrać sztormiak, za to jakie emocje!), koniecznie spacer po Funchal a przy okazji bica, czyli espresso, z kawałkiem bolo de mel, czyli ciasta z melasą zamiast miodu lub wizyta w Loja do Cha i spróbowanie zielonej herbaty z plantacji na Azorach (sic!). Obowiązkowe jest odwiedzenie jednego ze wspaniałych ogrodów na Monte: Jardim Botanico (Ogród Botaniczny) lub (i) Ogrodu Monte Pałace. Byliśmy w tym drugim, wrażenia cudowne, ale dwóch nie dalibyśmy rady zwiedzić, wrażliwość i percepcja są ograniczone, tak samo liczba zachwytów na dzień. Jeśli dopisze nam pogoda i kondycja oraz siły zdążymy to zrobić w ciągu tygodniowego pobytu. Atutem jest „niewielki rozmiar” wyspy, choć jej ukształtowanie sprawia, że możemy wpaść w „pułapkę małych odległości”, bo na przykład dwa punkty widokowe dzieli raptem kilka kilometrów marszu, ale to góry i samochodem musimy przejechać 50—60 km, żeby dotrzeć z jednego do drugiego. To tylko kilka uwag. Moja lista celów jest bardzo długa i nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze wrócić na tę piękną wyspę. Patrząc na ścierę wiszącą za oknem (piszę to pod koniec lutego 2024 roku) chciałbym, tak jak w bajkach, wypowiedzieć zaklęcie i przenieść się tam natychmiast. ysboft ROŻNE PRZYPADKI KAJAKARZA MORSKIEGO Piotr Opacian 166 Piotr Opacian SZKOCJA I CO TERAZ? To był słoneczny, ciepły poranek, dopiero drugi na tej wyprawie. Wiatr z zachodu musiał przebyć całą szerokość wyspy Muli, żeby dotrzeć nad moją zatoczkę, co zapewne sprawiło, że stał się lekką, przyjemną bryzą. W Sound of Muli, wąskim długim przejściu pomiędzy wyspą a Szkocją „lądową”, na powierzchni wody widać było tylko trochę zmarszczek, no może było do 2B. Leniwy początek dnia miał być takim również na wodzie do momentu wypłynięcia na otwarte akweny - tam Atlantyk zaskakuje nawet w taki dzień. Start zsynchronizowałem z budującym się prądem w przesmyku, który miał, niczym Red Buli, dodać mi skrzydeł w drodze na północ. Bez pospiechu, powoli kończył się dopiero przeciwny prąd w przesmyku, zwijałem obóz i jadłem śniadanie. Założyłem fartuch, kamizelkę asekuracyjną i włączyłem mój spot aktywując funkcję śledzenia. Mój stary wysłużony druh, dający mi od wielu lat odrobinę nadziei, że jeśli coś by mi się stało, jeśli potrzebowałbym pomocy, wezwałby służby ratownicze na pomoc, zamrugał do mnie lampkami potwierdzając swoją gotowość. Jego aktywność od razu manifestuje się na mapie online, więc i Iwona wie, że za chwilę ruszam i ma od tego momentu moją bieżącą pozycję uaktualnianą co 10 minut. Telefon zadzwonił dosłownie w chwili, gdy wsiadałem do kajaka. Spojrzałem na numer i widząc kierunkowy z niechęcią odebrałem. Co u licha! Europejskie Centrum Koordynacyjne FindMeSpot w Belgii reagujące na i koordynujące wezwania pomocy. Wezwałem pomoc? Nie, to niemożliwe. Dzień i miejsce jak na niedzielną, rodzinną wycieczkę. Co tu by niby mogło się wydarzyć? Spojrzałem na moje urządzenie i rzeczywiście migało światełko sygnalizujące aktywowanie funkcji wzywania pomocy - czerwone z napisem 911. Nie, nie potrzebuję pomocy, musiałem przez pomyłkę wcisnąć ten przycisk, poinformowałem koordynatora, choć nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. To zautomatyzowana poprzez setki, może nawet tysiące powtórzeń czynność. Podniosłem mój spot i wcisnąłem przycisk deaktywujący funkcję SOS. Nic się nie stało. Nerwowo ponowiłem czynność kilkukrotnie, za każdym razem z większą siłą, ale urządzenie z uporem nadal wzywało pomocy. Co robić? Szybko odkręciłem pokrywę i wyjąłem baterie - jedyny sposób, by natychmiast zakończyć funkcję 911. Usiadłem na skale i zacząłem się zastanawiać co dalej, ale bardzo szybko telefon zadzwonił ponownie. Numer Iwony. Roztrzęsionym głosem, w który wyraźnie można było wyczuć zarówno zdziwienie, jak i ulgę, zapytała, co się stało. Dzwonili już do niej zarówno ze szkockiego SARu jak i Belgijskiego Centrum Koordynacyjnego. Takie są procedury. Rejestrując się w systemie, trzeba podać dwa numery pierwszego, szybkiego kontaktu, pod którymi weryfikuje się zasadność wezwania przed rozpoczęciem akcji ratunkowej. Iwona potem opowiadała, że nie mogła się uspokoić do końca dnia. Słuchawkę trzymała z taką siłą, że złapał ją silny kurcz, który ustąpił dopiero następnego dnia. Co się stało? Zapewne było to efektem nadmiaru wody morskiej, którą mój spot przyjmował przez ostatnie osiem lat. Ta generacja urządzenia była toporna jak czołg, ale odporna na uderzenia i w pełni wodoodporna. Niestety, do czasu. Przez pokład kajaka przewala się RÓŻNE PRZYPADKI KAJAKARZA MORSKIEGO 167 Stary spot po lewej i jego bezpośredni następca po prawej w trudnych warunkach mnóstwo wody, praktycznie spot pływa w niej. Musiało w końcu dojść do zwarcia uruchamiającego funkcję 911. Przy każdej próbie ponownego włożenia baterii sytuacja się powtarzała. Całkiem przypadkowo, przetestowałem wiarygodność i szybkość reagowania systemu - chyba nieźle to wypadło. Niestety, praktycznie całą wyprawę musiałem odbyć bez tego zabezpieczenia - mój spot dokonał żywota na szkockim wybrzeżu. BOTNICKA: TRAFIĘ CZY NIE TRAFIĘ? Morze było mocno rozchwiane po ostatnich wiatrach i trafiło właśnie na Ostra Kvarken -cieśninę w środkowej części Zatoki Botnickiej oddzielającą Finlandię od Szwecji. Skok przez otwarty akwen około 24 km przy tym stanie morza jest już wyzwaniem, ale do zrobienia. Prognozy na najbliższe dni nie były zadawalające, więc tkwienie w tym samym miejscu dzień, dwa nic by i tak nie dało. Postanowiłem więc popłynąć. Wyznaczyłem sobie trasę na gps’ie i dla bezpieczeństwa wyznaczyłem również precyzyjny azymut na najbliższy cypel wyspy po drugiej stronie cieśniny. Właśnie to jest istotne, że nie płynąłem bezpośrednio na szwedzkie wybrzeże, ale dość niewielką wysepkę będącą południowym krańcem archipelagu, w tym miejscu odległego od wybrzeża Szwecji o następne 18 km. Archipelag pozwalał na podzielenie około 40 km skoku na dwa etapy, pierw Ostra (wschodnia) Kvarken, a następnie Vestra (zachodnia) Kvar-ken. Wiatr i silna fala szły z północy na południe co powodowało zagrożenie zdryfowania 168 Piotr Opacian kajaka i „ nietrafienie” w wyspę. Dryf kajaka podczas rejsu z bocznym wiatrem i falą powoduje, że wcześniej wyznaczony kurs (azymut) wymaga z czasem korekty. Kajakarz nie ma narzędzi, bo go aktualizować w czasie rzeczywistym, ponieważ nie jest w stanie obliczyć ile zniosły go wiatr i fala. Jeśli więc nie widzi celu, a przy złej pogodzie i znacznej odległości to naturalny stan rzeczy, najlepszym rozwiązaniem jest poleganie na gps’ie. Niestety elektronika, nawet jeśli jest oznaczona jako wodoodporna, na kajaku po jakimś czasie zawodzi z przyczyn już tu opisanych. Teraz to wiem, kiedyś nie. Po około trzech godzinach wiosłowania, czyli po pokonaniu około 2/3 dystansu, mój gps odmówił współpracy. Widoczność była kiepska, tak do jednego kilometra. Wiatr i fale przybierały na sile. Perspektywy niezbyt ciekawe. Jeśli nie „trafię” w wyspę, która nie była zbyt duża, przede mną zamiast odpoczynku, ciepłej strawy i obozu następne 18 km, których mogę nie wytrzymać przy tym stanie morza i kumulacji mojego zmęczenia. To były bardzo długie dwie godziny. Korygowałem kurs „na oko”, co sprawiało, że płynąłem ostrzej pod wiatr i fale, a w konsekwencji czego moja szybkość spadała. Byłem bardzo zmęczony i trochę zrezygnowany kiedy wśród chmur na horyzoncie, trochę bardziej na południe niż to powinno być -przesadziłem z korektą, pojawił się ląd. Tak, to była moja wyspa. Kamień spadł mi z serca. NIEPRZESPANA NOC W KWIDZYNIE Tylko nie moja, a Iwony; ja spałem bardzo dobrze jak to bywa po całym dniu dobrego zmęczenia na świeżym powietrzu. Umowa między nami jest taka. Kiedy dopływam do miejsca gdzie zakładam obóz, daję znać za pomocą połączenia findmespot, które wykorzystuje łącza satelitarne. Okazuje się jednak, że każdemu może się zdarzyć zapomnieć. Co jednak za problem. Na mapie widać, że kajak dopłynął do lądu bądź wyspy, więc wszystko musi być ok. Zycie przynosi nam jednak różne niespodzianki i dopiero wiele lat pływania sprawia, że w tym mechanizmie jest coraz mniej usterek. W dobrym humorze dopłynąłem następnego dnia do innej wyspy i rozbiłem obóz. Telefon. Znaczy zrobił się zasięg. Iwona! Zdenerwowana i załamana pyta co się dzieje? Ja??? I wtedy następuje wyrzucenie z siebie wszystkiego co nagromadziło się przez nieprzespaną noc i dziwne zachowanie sygnału w dniu następnym. FindMeSpot wykorzystuje do nanoszenia pozycji i śladu mapę google. Mapie oczywiście daleko do dokładności i to na tyle, że niektóre małe wysepki nie są w ogóle zaznaczone. Sprawa się wyjaśniła. Na podstawie odczytu śledzenia przestałem płynąć wieczorem na środku akwenu pomiędzy dwoma większymi wyspami. Odległość była dość spora - dobre kilka kilometrów w każdą stronę. Całą noc spot nadawał sygnał ze środka akwenu nie zmieniają pozycji. Kajakarz zasłabł? Stracił przytomność? Wypadł z kajaka, a ten ze spotem kręcąc się w miejscu kreślił na wodzie małe koła? RÓŻNE PRZYPADKI KAJAKARZA MORSKIEGO 169 MOKRE LĄDOWANIE NA CHILIJSKIEJ PLAŻY Z otwartego Pacyfiku szła spora fala załamująca się na wypłycającym, piaszczystym dnie. Przed południem wyszedłem z cienia wyspy Grandę de Chiloe i od razu poczułem całą potęgę Pacyfiku. Tworzył się niezły breaker i lądowanie na nieosłoniętym miejscu będzie niezłą jazdą niczym na rollercoasterze. Szedłem w sporej odległości od linii brzegowej a i tak nadchodzące wały wody wyrzucały mnie w górę o jakieś 3-4 metry, co przyznam lubię, ale lądowanie to już inna bajka. Od plaży szedł grzmot łamiącej się fali, aż cierpła skóra i przyznam, że niechętnie spoglądałem w tamtą stronę. Dzień zbliżał się ku końcowi i gdzieś wylądować trzeba. Na horyzoncie daleko w ocean wychodził sporych rozmiarów cypel, za którym na podstawie mapy można było liczyć na spokojniejsze, to znaczy trochę osłonięte miejsce do lądowania. Chociaż byłem już zmęczony, zmieniłem kurs na kraniec cypla. Im bliżej było do niego tym trudniej mi się płynęło. Tu nie chodziło o prąd pływowy, to miałem sprawdzone. Jedyne racjonalne wytłumaczenie było następujące. Cypel rozcinał masy wodne napierające z dużą energią na wybrzeże z zachodu i te „ześlizgiwały” się po lądowej przeszkodzie, czyli wzdłuż linii brzegowej cypla i gnały w moją stronę, tworząc silny prąd. Walcząc wytrwale, wkładając we wiosłowanie maksymalną dostępną moc, zbliżyłem się do zbawiennego punktu na jakieś 200-300 metrów i to było wszystko. Walczyłem tam kilkanaście minut. Niestety gps przez ten czas nie notował żadnej zmiany mojej pozycji. Nie da rady, muszę lądować przed cyplem. Se a Dimension jeszcze ze starym spotem 170 Piotr Opacian Zawróciłem i pognało mnie w stronę plaży, ale wyczuwałem również silną składową równoległą do wybrzeża - efekt tego prądu budującego się na lądowej przeszkodzie. Z duszą na ramieniu, zbliżając się do plaży, wypatrywałem miejsca, w którym fałe łamią się z mniejszą siłą. W przyrodzie nie ma idealnej homogeniczności. Na każdym wybrzeżu łamiące się fale na pewnym odcinku mają więcej energii, na innym mniej. Takie miejsca wykorzystuje się również przy wychodzeniu w morze. Podjąłem wreszcie decyzję. Mocno ścisnąłem dłonie na drążku i zacząłem wchodzić w strefę łamiących się fal. Uderzyła mnie z tyłu pierwsza łamiąca się fala - nie ma odwrotu, teraz wymagana jest siła i precyzja. Fale przychodziły z regularnością szwajcarskiego zegarka i pomimo naturalnej tendencji kajaka do ustawiania się w takiej sytuacji bokiem do fali, udawało mi się utrzymywać go na właściwym kursie, może nie idealnie prostopadle do linii brzegowej, ale to odchylenie było na pewno wyraźnie mniejsze niż 40-30 stopni. Przy każdym uderzeniu następnej fali musiałem te tendencje kajaka kontrować wkładając maksimum siły zarówno w wiosło jak i ster. Już myślałem, że wszystko będzie okay, gdy nagle pod naporem wody, pomimo właściwego „włożenia” się w kontrę, usłyszałem trzask i kajak gwałtownie ustawił się bokiem do fali, która w ułamku sekundy go wywróciła. Próba eskimoski nie zakończyła się sukcesem - coś było nie tak. Coś ciągnęło, jakby jakaś dryfkotwa. Musiałem się wypiąć z kajaka i pamiętać, by pod żadnym pozorem nie stracić z nim kontaktu i nie zgubić wiosła. Poczekałem pod wodą chwilkę, żeby się zorientować, z której strony nadchodzą fale. Wynurzenie głowy przy burcie kajaka od strony plaży byłoby samobójstwem. Następna fala uderzy w całą powierzchnię pięciu metrów kajaka i pchnie go z dużą siłą w twarz kajakarza — skutków nie muszę chyba opisywać. Jestem już na powierzchni. Kilka uderzeń i kajak z dużą prędkością przemierza za każdym razem pewnie kilkanaście metrów, a mi w czasie szarpnięcia prawie wyrywa ramiona z barków. I teraz najgorszy moment. Niby już blisko do brzegu. Nawet przez moment złapałem grunt, ale prąd wsteczny zabierający z powrotem pchaną na brzeg wodę nie pozwala mi się zbliżyć do lądu. Idzie jedna fala. Przyjmuję pozycję poziomą, żeby jak najdalej mnie zabrała i kiedy czuję prąd wsteczny sprawdzam czy mam grunt, żeby spróbować choć trochę wyhamować niepożądany kierunek ruchu. Coś tam stale uderza na rufie, widzę luźne stalowe linki; dochodzi do mnie, że uderzenie fali, która mnie przewróciła, wyrwało ster z kajaka mimo tego, że to Prijonowski polietylen. Myślę, że dość długo to trwało zanim wyciągnąłem kajak ze strefy przyboju, ale w sytuacjach tego rodzaju czas biegnie inaczej. Uderzenie wyrwało całe jarzmo steru pozostawiając na szczęście tylko małe dziury w rufie. Nawet jeśli woda dostanie się do wewnątrz, to jest to mała ilość. Ten nazwijmy go „przedział jarzma steru” oddzielony jest od luku bagażowego wodoszczelną grodzią. Dziury prowizorycznie zalepiłem — udało się to zrobić dość dobrze, ale pozostałą część wyprawy odbyłem bez steru. To było chyba ostatecznym, decydującym powodem mojej decyzji w kwestii wyboru sprzętu. Obecnie pływam bez steru, tylko ze skegiem. Dlaczego? Powodów jest więcej niż ten opisany powyżej i nadaje się to na osobny artykuł. Wspomnienia Wiesław Olszewski ŻUŁAWSKI NIKIFOR - RZECZ O ANDRZEJU DOLECKIM Od 1960 roku trudnię się zawodowo pamiętnikarstwem, i jest to mój drugi zawód, po rolnictwie. Przedtem też pisałem, ale jako wiejski honorowy korespondent, choć i teraz nim jestem. Żeby nie być gołosłownym i, jak to się mówi, żeby czek miał pokrycie, zacytuję fragment pewnego dziennikarza publicysty, co o mnie napisał. Nie lubię, jak mnie najeżdżają służbowymi wozami i oglądają jak raroga, że udał mi się jeden lub dwa pamiętniki to nie dowodzi niczemu, żeby robić wywiad, fotografować, pisać, bo gotowym uwierzyć, że to prawda i w głowie mi się może przewrócić z wielkości. A oto jeden cytat: „Chłopska izba, dwa napuchłe pierzynami łóżka, szafa, stół. Kładzie się spać wcześnie, wstaje o drugiej, kiedy jeszcze reszta domowników śpi w najlepsze. Rozkłada papiery w kręgu starej nocnej lampki. Otwiera wielki zeszyt i niepewną już ręką starszego człowieka pisze. Drżące pióro kreśli literę po literze. Pisze jak najwytrawniejsi - bez skreśleń i poprawek, bez nawracania do wątków poprzednio rzuconych na papier.(...) Uważa się za pisarza zawodowego, ponieważ faktycznie żyje z pisania, nigdy jednak nie słyszał o związku literatów, nie dba o wydania książek, potrzebuje tylko obcowania ze słowem pisanym i parę groszy na utrzymanie. Jest swoistym Nikiforem literackim.” 1 Andrzej Dolecki, fot. archwum rodziny. Andrzej Dolecki - autor wspomnień, pamiętników, opowiadań, korespondent dzienników i czasopism. W okresie międzywojennym działacz Związku Młodzieży Wiejskiej, związku zawodowego pracowników leśnych. Podoficer rezerwy, żołnierz kampanii wrześniowej. Podczas okupacji uczestnik ruchu oporu. Wielokrotnie odznaczony. Jeden z pierwszych osadników żuławskich, aktywny członek organizacji kombatanckich i społecznozawodowych. Mieszkał i prowadził gospodarstwo rolne w Starocinie koło Nowego Dworu Gdańskiego. Urodził się 8 listopada 1908 roku we wsi Dębszczyzna w powiecie lubelskim. Ojciec i matka analfabeci, ja też chodziłem jedną zimę do szkoły, ale pisać, rachować, ładnie pisałem i drukowane biegle czytałem. Douczałem się od moich rówieśników, którzy miełi lepsze warunki... . W 1922 roku ojciec sprzedał niewielkie gospodarstwo i zakupił 7 hektarów, też nienajlepszej ziemi, z parcelacji majątku na pograniczu Podlasia i Polesia. Zamieszkaliśmy na Polesiu pow. Brześć/Bugiem, gm. Wysokie Litewskie, kolonia(polska) Augustynka, stacja kolejowa Nurzec, ale to już był powiat Bielsk 1 Andrzej Dolecki, maszynopis w archiwum rodziny. 172 Wiesław Olszewski ZWIĄZEK BOJOWNIKÓW O WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ LEGITYMACJA NR 0418170 .......... . Nazwisko rrn&nc, ej f Imiona . ~ Data i miejsdPlirodzenia ' podpis posiadacza legitymacji jest KOMBATANTEM uprawnionym do świadczeń określonych ustawą z 26 maja 1982 r. Zoniu y^wdfayjiiiio ZBoWO data wystawienia^7 Z7 Dłk rez. triffr Marian Bąk Legitymacja ZBOWID, archiwum rodzinne Podlaski. (...) Jechaliśmy pociągiem ja z matką, ze starszym bratem Jankiem i młodszymi Bolkiem, Antkiem i Frankiem, pierwszy raz. Rzeczy cały wóz, koń, jedna krowa szły piechotą dwa tygodnie, prowadził wujek, co znał drogę, ze stryjecznym bratem Tomkiem, który miał nam pobudować dom i inne zabudowania. Czternastoletni wówczas Andrzej podjął pracę pomocnika ogrodnika w pobliskim majątku Klateczka dziedziców Kunickich. Jasik za- raz poszedł do roboty do tartaku, mnie ojciec wyrobił posadę za ogrodniczuka we dworze za 30 zł miesięcznie z utrzymaniem. Miał możliwość obserwować życie dworskie, właścicieli, rządców i fornali. Gospodarstwo prowadzone było bardzo tradycyjnie, latem zwłaszcza wymagało znacznej ilości ludzi do pracy. Rok rocznie sprowadzane były na cały sezon roboczy tak zwane „sezonówki”, „bandoski”zwane też „cabankami”, dziewczęta białoruskie z zapadłych podbiałowieskich derewni, 20sztuk, dorodne krasawice, ładniejsza jedna od drugiej... . Dostrzegał powszechną biedę i nędzę, której nawet on w swym jakże skromnym życiu nie znał. Jedna czworaczna chata z głinianąpolepą służyła za kuchnię i sypialnię nieraz kilkanaście osób, pełno robactwa. Szczególnym momentem w życiu majątku było przybycie dziewczyn bandosek. Jak się zwaliło rozśpiewane towarzystwo — chyba i podczas snu śpiewały, jak jedna wszystkie boso, z długimi warkoczami, ani jednej szmatki kramnej żadna nie miała, wszystko samodziały Na dworcu kolejowym w Nurcu Stacji przed wojną, fot. Kurier Podlaski Żuławski Nikifor — rzecz o Andrzeju Doleckim 173 W kasynie oficerskim w Pińsku, fot. archiwum rodziny swojej roboty, lniane lub wełniane, na kolorowo i pstrokato, pomieszczenie miały jedno w oficynach pod ręką rządcy i w pobliżu pałacu na dole, stały tam dwupiętrowe nary z prostych niehe-blowanych desek, żadnego stołu czy stołka albo jakiegoś naczynia, otwarta latryna w krzakach, cembrowana szeroka studnia z żurawiem, jedna na cały dwór ze śmierdzącą wodą i ogromna drewniana krypa, gdzie się wszystko poiło, czerpało wodę, myło się i uzupełniło toaletę, tam też odbywało się pranie i przepierki, w ogóle świat był tu inny i na każdym kroku dla mnie ciekawy. Silne wrażenie robiło na mnie ich cudne na głosy śpiewanie, byłem po prostu urzeczony i oszołomiony, za ten śpiew oddałbym wszystko. Przy studni dworskiej toczyło się też wieczorami całe życie towarzyskie folwarku. Czasem szczególnym były wakacje, przyjeżdżał syn dziedziców z kilkoma paniczami studentami i panienka Marta z dwiema koleżankami. Bywało i starsze towarzystwo, wśród nich generał Sawicki z ordynansem Wackiem. To jego sąsiedni majątek rozparcelowano na osadnictwo polskie, głównie wojskowe. Zaludniało się wtedy w pałacu i w parku. Nocami młodzieńcy robili myśliwskie wypady w bezkresne lasy tej okolicy. Jedna z takich wycieczek sprawiła, że został złajany i wyrzucony ze służby, za domniemaną winę ojca. Powiedzieli, że spotkali ojca w nocy jak pasł konika w dworskiej koniczynie, nie dość, że został przyłapany na gorącym uczynku — to nie dał sobie zająć konia do dworu i poturbował paniczów. Na szczęście otrzymał zaległe wynagrodzenie, a jak się okazało, była to pokaźna suma. Cóż, pańska łaska na pstrym koniu jedzie, jak głosiło mądre przysłowie — stwierdził. Dzięki doświadczeniu nabytemu we dworze, wiedzy zdobytej przez intensywne samokształcenie — każdą wolną chwilę spędzał z książką, co przy dworze zawsze miał ich pod ręką — udało mu się dostać posadę w pobliskim tartaku. Olbrzymi tartak szedł na pełnych obrotach i masa narodu tam pracowało, głównie Białorusów wyznania prawosławnego, jedynie mechanicy i majstry ściągnięci byli z centralnej Polski. W każdym bądź razie zarobek w tartaku kształtował się w stosunku do dworu o całe niebo lepiej. 174 Wiesław Olszewski Urząd gminy wiejskiej w Wysokiem Litewskim 1933, fot. Archiwum Akt Nowych Ciężka niewątpliwie praca w tartaku, ale zapewne i chęć przeżycia przygody, pchnęły grupę młodych ludzi do zmiany zajęcia. Jakoś skoro wiosny zjawił się jakiś agent czy przedsiębiorca angażując robotników polskiego pochodzenia do cegielni w Białowieży. Oferowano wysokie zarobki. Cegła produkowana była dla Komitetu Budowy Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Białowieży. Przedsiębiorca okazał się oszustem. Gdy miało nastąpić rozliczenie, zniknął wraz z pieniędzmi. Zostali oszukani, bez środków do życia, a nawet bez pieniędzy na powrót do domu. Pojawiła się nowa nadzieja. Nie było jednak tak jeszcze tragicznie nawet dla tych doszczętnie spłukanych golców, co nie wiedzieli, co zrobią ze sobą jutro, nie dość, że nie okryli sobie grzbietu i nie mieli co w usta włożyć ani za co do domu wrócić, to jeszcze były jesienne słoty i zimno. Odkryła się bowiem nowa Kanada, prawdziwe Eldorado. Angielska firma „Centura”. Na mocy układu zpołskim rządem rozpoczynała eksploatację drewna z Puszczy Białowieskiej. Agenci na gwałt werbowali brygady robotników do zwałki lasu w dziewiczej i całkiem dzikiej puszczy. Zaangażowali się, oprócz nich pracowali miejscowi Poleszucy, od których wiele się nauczyli. Miał 21 lat, dostał kartę powołania do wojska, cieszył się, postrzegał to jako zaszczyt. Z przygotowanym zgodnie z radami starszych wiarusów kuferkiem ruszył koleją, z licznymi przesiadkami, do Pińska, do 84 pułku piechoty imienia Strzelców Syberyjskich. Licząc od Brześcia wojewódzkiej siedziby nie było tam oprócz jednotorowej kolei żelaznej żadnego bitego traktu. Piaski, błota, karłowaty las, bezdroża, kurne chaty cechowały charakterystyczny połeski krajobraz. Przy rejestracji skłamał podając, że skończył siedem klas szkoły powszechnej, zapytali się tylko — gdzie skończyłem, powiedziałem, że w Bychawie, ktoś tam przekręcił i napisali w „Bychowie”, co za różnica, grunt, że się udało i jakoś tam będzie. Miało to znaczący wpływ na dalszą służbę. Brać rekrucką ubrałi i obuli w stare podarte lub połatane łachmany, że rodzona matka nie poznałaby swego syna, same cudaczne małpy, wszystko się rozłaziło, pościel i buty też. Do kościoła garnizonowego ubierali rekrutów od stóp do głów w nowe umundurowanie, które następnie trzeba było zdać. Po przeszkoleniu został awansowany na kaprala. Dwa Żuławski Nikifor — rzecz o Andrzeju Doleckim 175 razy wysyłany byłem do Powiatowej Komendy Uzupełnień PKU za pisarza kancelaryjnego. Odpadałem, ponieważ robiłem ortograficzne błędy, szkoda im było, bo miałem ładny, wyraźny charakter pisma. Nie wiedział z czyjej poręki, ale dostał funkcję podoficera rachunkowego w kasynie oficerskim. Było to wielkie wyróżnienie, lepiej i w niebie nie będzie — zazdrościli inni. Obserwował życie kadry oficerskiej, żon oficerów, liczne romanse, miłostki i zdrady, przekręty i afery, powszechne pijaństwo. Początkowo byłem oszołomiony i przewrażliwiony, nie wyobrażałem sobie, że w takich sferach wódka i nocne życie mają swoje prawo. Po zabawie na drugi dzień kasyno było nieczynne, wszystkie sale i pomieszczenia były zabrudzone do nie-możliwych granic, hol i ustępy gorzej jak w chlewie. Kontakty z kadrą miały wpływ na dalszą służbę, a nawet życie po jej zakończeniu. Por. Zajączkowski zaproponował mi, żebym wziął udział w trzymiesięcznym kursie dokształcającym dla podoficerów zawodowych i nadterminowych, wchodziła bowiem w życie ustawa o posiadaniu minimum 7 oddż. a wielu podoficerów z czasu wojny było półanalfabetami. Por. Zajączkowski miał też na uwadze, żebym w przyszłości został przynajmniej gminnym komendantem Przysposobienia Wojskowego i zarazem działaczem młodzieżowym na swoim terenie. Nadszedł upragniony dzień przejścia do cywila, dla wielu nie była to tylko sama radość. Ostatni dzień w mieście był dla wielu żołnierzy tragiczny, bowiem mieli kłopoty i zobowiązania do dziewczyn, przeważnie służących, którym obiecywali ożenek ewentualnie mieli ich zabrać ze sobą, a w tym dniu chcieli się wykręcić sianem. Jedne były z dzieciakami na rękach, inne w zaawansowanej ciąży. Polowały na swoich narzeczonych w pojedynkę lub grupowo. Była niedziela, kiedy znów znalazłem się w rodzinnej wsi i wśród domowników. Ożeniłem się pod fatalną cyfrą 13 maja 1939 roku. 1 września rano na stację Nurzec odprowadziła mnie wraz z innymi rezerwistami płacząca żona Stasia w siódmym miesiącu ciąży. Była już wojna. Jako podoficer jechałem wygałantowany w czarnym garniturze, w lakierkach i bardzo mi się śpieszyło, żeby przypadkiem wojna nie skończyła się bez mego udziału. Dużo sobie obiecywałem po „wygranej”, inaczej być nie mogło: jakaś posada, może osadnictwo wojskowe albo stała praca. Komunikacja funkcjonowała już bardzo źle, z ogromnymi problemami, ostrzeliwanym przez samoloty pociągiem, dotarł do Brześcia, do 33 pułku piechoty, do którego miał przydział. W mieście panował nieopisany bałagan, usuwano skutki nalotu lotniczego, podobnie było w koszarach. Nie przyjmowali, bo nie wiedzieli, co z nami zrobić, nie było umundurowania ani broni, wszystko zbombardowane w jednym dniu, zasadniczy pułk był na froncie. Jakoś się zabrali do nas, ale chętnie zwalniali do domu, tylko że większość chciała się bić... Powoli chaos opanowano, zaczęła sprawnie działać obrona przeciwlotnicza, formowano drużyny, plutony i kompanie. Dostałem przydział do sztabu drużyny d-cy pułku jako szef kompanii.... W trzecim dniu wojny jako tako sformowany pułk rezerwowy opuścił koszary, rozpoczęli marsz w kierunku Białej Podlaskiej. Maszerowali nocami, w dzień kryli się przed lotnictwem we wsiach lub lasach. Terespol, Małaszewicze, pierwsze naoczne widoki zniszczeń wojennych przez lotnictwo niemieckie... . Kampanię wrześniową zakończył wraz z upadkiem twierdzy Brześć. Opisując przebieg działań wojennych bazował zapewne nie tylko na własnych przeżyciach, wplótł relacje innych, wprowadził też ewidentnie elementy fikcji literackiej. 176 Wiesław Olszewski Nie bez przeszkód wrócił do domu. Żona leżała chora po wypadku i poronieniu. Wiozła z dziadkiem furkę drzewa, siedziała na wierzchu, zaatakował ich samolot dopóty, aż się fura wywróciła, ledwie ją teść dziadek wydostał z gałęzi. Z wojny wracali też inni, w tym bracia Andrzeja. Panował zastój, pozamykane sklepy, pieniądze straciły wartość, ... kto wrócił z wojny, siedział cicho ukryty, bo jeszcze nic nie było wiadome, Białorusy podnosili głowy, że będzie Rosja i z nami Polakami zrobią porządek, inni mówili, że będziemy pod Niemcami, gdzie byłoby lepiej — nie wiadomo, w każdym bądź razie było bezkrólewie. Pracy póki co też nie było, by żyć handlował żywnością i tytoniem kupowanym od okolicznych rolników. Zatrudnił się też jako nocny stróż sadów w pobliskim majątku, gdzie przed laty pracował jako pomocnik ogrodnika. Sad dzierżawił Żyd z Warszawy, miejscowi chłopi nocami wywozili z niego całe furmanki owoców. W ostatnią noc września zajechał do majątku oddział polskiego wojska, był tam generał, najprawdopodobniej Franciszek Kleberg. Służył wojsku jako przewodnik po leśnych bezdrożach. Przez inny oddział został jednak oskarżony o dezercję z wojska i sabotaż, cudem tylko uniknął egzekucji. Opisując obszernie te zdarzenia daje autor również upust swej literackiej wyobraźni, przejawia się w tym miejscu zapewne też zasada: „Na dodatek, świadek nie kierując się złą wolą, może twierdzić coś innego, niż miało miejsce w rzeczywistości. ”2 Wkroczyła Armia Czerwona. Na drugi dzień po odejściu polskiego wojska powstała władza radziecka z granicą po Bug od nas w prostej linii 12 km., u nas władzę przejęli Białorusi, też koloniści... Nowa władza zamknęła szkołę, książki i pomoce naukowe urzędowo spalili. Wspólnie z nauczycielką udało się uratować część biblioteki. Rozpoczęły się represje i transporty na wschód. Przed Bożym Narodzeniem była pierwsza wywózka Polaków, mienia tyle, ile była przytomność zabrać w przeciągu pół godziny na podstawione sanie, resztę zostało na pastwę losu, blady strach padł na polskie rodziny (...). Nieprzerwanie nieznajoma ludność polska i żydowska inteligencja uciekali za Bug, pieszo całymi rodzinami z małymi dziećmi. Przeprowadzali ich przewodnicy, najczęściej ograbiali i pozostawiali swemu losowi. Granica dobrze była już strzeżona a pogranicznik! Uzbeki strzelali nieomylnie i byli nieprzekupni. Wraz z braćmi podjął pracę dla wojska, przy wycince sosen masztowych. Był to dla nich niezły czas, całkiem dobrze zarobili i pieniądze mogli wydać w nieźle wtedy zaopatrzonych „magazynach” — sklepach dla funkcjonariuszy radzieckich. W dość niejasnych okolicznościach w kwietniu 1940 roku, wraz z żoną, znaleźli się w Generalnym Gubernatorstwie. Prawdopodobnie legalnie, z tytułu wymiany ludności, która zawieruszyła się podczas zawieruchy wojennej. Taka komisja istniała w Brześciu n/Bugiem. Zamieszkali w Warszawie kątem u rodziny, podjął pracę w tartaku na Powązkach, produkującym dla armii niemieckiej, dawało to „ mocne papiery”. Przyjęty zostałem do ruchu oporu Armii Krajowej — napisał we wspomnieniach. W tym czasie przyszedł na świat syn Rysiek. Po niezbyt wygodnym zamieszkiwaniu u krewnych przenieśli się na róg Dzielnej i Okopowej, do drewnianego domu z facjatkami zwanego „Kurzą Stopką”, gdzie kwaterowało czternaście rodzin: doliniarze, nożownik!, pijana granda, wychowankowie Karcelaka i ciemnych zaułków warszawskiej ulicy. (...) Podczas przeprowadzki kilka dni ulice zapchane były wózkami z gratami i z tobołkami, zamykali Żydów w getcie. Dom stał przy murze getta, 2 Wiesław Godzić, Okrakiem na barykadzie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016. Żuławski Nikifor - rzecz o Andrzeju Doleckim 177 sąsiadował z jedną z bram prowadzących do niego. Stała, tam już „wacha” dwóch żandarmów, dwóch granatowych i dwóch „juden”, tylko ci byli bez broni. To sąsiedztwo zmuszało ich do oglądania codziennie okropnos'ci, jakie się tam działy. Opisał je obszernie, jak i życie w okupowanej stolicy, w swoich wspomnieniach. Sytuację ich zmienił wybuch wojny niemiecko-radzieckiej. Postanowili wrócić do domu. Granica na Bugu była jeszcze przez Niemców strzeżona, przez rzekę trzeba było przeprawić się potajemnie. Zaangażował się ponownie w działalność podziemną, według swych przekazów, pod pseudonimem „Brzoza” dowodził około czterdziestoosobowym oddziałem AK. Przedstawia liczne zda- rzenia z tego wynikające, wiele z opisów . . . . . . r. .. Z żoną Sanisławą i synem Ryszardem w okupowanej Warszawie, zawiera najpewniej i elementy fikcji fot archwum rodziny literackiej. Wróciłem do domu w grudniu 1944 roku, o kulach, chory, oberwany, zawszony jak dziad, obraz nędzy i rozpaczy. Nie wiedziała żona, co ze mną zrobić i gdzie mnie schować, byłem poszukiwany i ścigany przez Milicję i UB, cały mój oddział był w lesie, niby z powrotem partyzantka, a w rzeczywistości pospolita banda, poza tym dominowało NSZ i AK, sztab dopominał się o mnie, żebym z powrotem objął dowództwo nad swoim dawnym oddziałem^.. J; obowiązywała mnie przysięga i grożono wyrokiem... Tak więc problemy. Na dodatek zaangażował się w parcelację majątku, w którym pracował w młodości. To skutkowało wyrokiem władzy podziemnej, trzeba było uciekać. Zostawili synka Rysia i przybraną córkę Krysię u rodziców i ruszyli „na Zachód”. Na trasie Koszalin-Szczecin mężczyźni z pociągu powiedzieli im, że jest taka kraina zatopiona wodą, gdzie nie ma Boga i ludzi, ale żyć można, gdyż są tam jeszcze Niemcy. Ludzie, to w sam raz dla was — powiedzieli, kiedy już wiedzieli, o co tym młodym ludziom chodziło. Żaden tam nie był, słyszeli z drugiej czy trzeciej ręki, ale adres mieli i radzili jechać. Miały to być Żuławy z powiatowym miastem Tigenhof, po polsku Nowy Dwór Gdański. Wysiedli przy pierwszym zatrzymaniu się pociągu, z powrotem przez Gdańsk dotarli do Tczewa. Rano przed wschodem słońca znaleźliśmy się na stacji w Tczewie. Nigdzie nie widać było żywej duszy. (.. J Trzeba się było przeprawić promem przez Wisłę. Miasto jak umarłe, nie było ludzi, nie miał nam kto wskazać drogi. Jakiś stary tłumaczył nam, ałe nic z tego nie zrozumieliśmy. Raczej domyślaliśmy się, tak dziwnie mówiL — wspomina. Za rzeką widniały czerwone dachy domów, wierze kościelne, kominy fabryk. Widać było tory kolejowe i osadzone drzewami drogi. Tak jawiła 3 Stanisława i Andrzej Doleccy, Wspomnienia Żuławskie, Wydawnictwo Pojezierze, Olsztyn 1989. 178 Wiesław Olszewski się im pierwsza miejscowość na Żuławach - Lisewo. Z trudem, wojskową ciężarówką, dotarli w lipcu 1945 roku do ówczesnego Tigenhof. Nie od razu, próba przez Lubieszewo i Orłowo nie powiodła się, woda na drodze była zbyt głęboka. Trzeba było wrócić do Nowego Stawu i spróbować przez Marynowy. Tędy się udało. Zamieszkali jako jedni z pierwszych polskich mieszkańców miasteczka, z różnym powodzeniem parali się handlem. Po dwóch latach, gdy woda nieco opadła, zajęli gospodarstwo w dzisiejszym Starocinie koło Nowego Dworu Gdańskiego. Po pioniersku zagospodarowywali tę ziemię nierzadko mając przy sobie karabin, bywał nieraz potrzebny. Gospodarowali do swego wieku emerytalnego, potem ich dzieci, a teraz już wnukowie. Mieli też w sobie wielką potrzebę społecznictwa, Stanisława na długie lata została przewodniczącą miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich podejmując wiele ważnych dla społeczności inicjatyw. Andrzej wykazywał aktywność w wielu organizacjach: ZBOWiD, ORMO, Kółkach Rolniczych, spółdzielczości wiejskiej, związkach plantatorów rośli i hodowców bydła. W pewnym wieku pojawiła się u niego pasja, która przyćmiła wszystkie inne - pisanie. Zaczął jako społeczny korespondent czasopism, później autor pamiętników i wspomnień drukowanych w różnych pismach. Gdy odmówiła posłuszeństwa kontuzjowana w wojnę prawa dłoń, kupił maszynę do pisania. Jak wspominał, niewiele tylko młodszą od niego, często musiał podróżować z nią do Gdańska, do naprawy. Treść wypełniały głównie wspomnienia własnego życia, ale także ubogacał je o fikcję literacką czy wydarzenia zasłyszane. Dostosowując tematykę do oczekiwań wydawców (również tych ideologicznych), pisał we własnym imieniu, ale również jako żona, córka, syn, zięć czy wnuczka. Reagował na aktualne wydarzenia, na przemiany zachodzące w Polsce, często z nutą goryczy. Bliska zawsze była mu tematyka wsi i rolnictwa, o którego rozwój zabiegał tak pisaniem, jak i swoją postawą rolnika-społecznika. Zmarł Andrzej Dolecki — żuławski literacki Nikifor — 7 listopada 1984 roku. Spoczął na nowodworskim cmentarzu komunalnym. Wacław Bielecki Muzyka ZAPISKI MELOMANA Nie zawsze zdarza mi się taki tydzień, jak pod koniec ubiegłego roku, kiedy to w ciągu siedmiu dni byłem aż na sześciu koncertach w trzech odległych miastach: Warszawie, Bydgoszczy i Gdańsku... ARMELLINI Z LISZTEM I ORKIESTRA ZE SŁOWENII Z PANUFNIKIEM poniedziałek, 20 listopada 2023 r. Kołysanką Panufnika dyryguje Thomas Sanderling, fot. W Bielecki W Filharmonii Narodowej w Warszawie odbył się koncert Orkiestry Symfonicznej Radia i Telewizji Słoweńskiej z Lubiany w ramach V Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Europy Środkowo-Wschodniej „Eufonie”. Dyrygował sprawnie, bez nadmiaru gestów, sędziwy, 81-letni Niemiec Thomas Sanderling, urodzony w... Nowosybirsku. W młodości studiował w Leningradzie i Berlinie Wschodnim, ale szybko i szczęśliwie został asystentem Herberta von Karajana, a później Leonarda Bernsteina i zrobił dużą karierę dyrygencką. Koncert zaczął się od ciekawego, współczesnego utworu symfonicznego z 2021 r. pt. Shadows of Stillnes (Cienie w bezruchu) Niny Śenk, kompozytorki słoweńskiej. Mnie ta przyjemna w brzmieniu muzyka skojarzyła się ze spokojnymi, ciągle nawracającymi falami morskimi. Potem usłyszeliśmy I Koncert fortepianowy Es-dur Ferenca Liszta zagrany przez Włoszkę Leonorę Armellini, laureatkę V nagrody na ostatnim Konkursie Chopinowskim. Moim zdaniem, zagrała ona ten znany utwór nie w stylu Liszta, ale „po chopinowsku”. Na 180 Wacław Bielecki bis wykonała Grandę Valse Brillante Es-dur op. 18 Chopina, pospiesznie i dos'ć niedbale przykładając się do artykulacji. Po przerwie królował Andrzej Panufnik. Najpierw usłyszeliśmy jego słynną Kołysankę zagraną, ot, tak, zwyczajnie, jak śpiewa się ją dzieciom, czyli inaczej niż kiedyś, gdy słyszałem tę miniaturę symfoniczną w Teatrze Muzycznym w Gdyni pod batutą Jerzego Maksymiuka. Orkiestra z Lubiany zagrała utwór w zmniejszonym składzie zapisanym tak, jak w partyturze, czyli na 29 smyczków oraz dwie harfy. Kompozytor wykorzystuje w Kołysance melodię ludową Przyjechał do niej oplecioną kunsztownymi ćwierćtonami. Potem była Sin-fonia rustica, czyli Symfonia wiejska, nazwa taka, bo kompozytor wykorzystuje w niej kurpiowskie pieśni ludowe. Zgodnie z założeniem twórcy opiera się ona na zasadzie symetrii i dlatego muzycy zostali podzieleni na dwie orkiestry smyczkowe siedzące po obu rękach dyrygenta, a w głębi sceny - 8 instrumentów dętych. W pierwszej części symfonii cytowana jest melodia zaczynająca się od słów: Matulu moja, śliczną córkę masz, / oj, nie wydawaj za byle jakiego, Ijej urody żal. T. „Autobiografii” Andrzeja Panufnika wiemy, że w 1950 r. Sin-fonia rustica została uznana za „kompozycję formalistyczną”, „obcą epoce socjalistycznej”, chociaż dwa lata wcześniej przyznano jej pierwszą nagrodę na konkursie kompozytorskim. Na koncercie była obecna żona Andrzeja Panufnika - Camilla i jego syn Jeremy z żoną, który odebrał Złoty Medal „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis” przyznany przez Ministra Kultury. Podziękował za to w kilku słowach, a wyszedł na estradę Filharmonii Narodowej w kolorowej koszuli i jeansach, co nie wszystkim spodobało się. BAJADERA - KLASYCZNY BALET Z CARSKIEGO PETERSBURGA wtorek, 21 listopada 2023 r. Baletnice podczas Tańca cieni w spektaklu Bajadera, fot. W. Bielecki Wieczorem w Teatrze Wielkim przepełnionym widzami z całej Polski oglądałem klasyczny balet Bajadera w choreografii Natalii Makatowej według słynnego Mariusa Petipy z 1877 r., Francuza, nadwornego tancerza i choreografa carów w Petersburgu, twórcy ponad 70 baletów oraz choreografii do 35 przedstawień operowych, m.in. Giselle, Don Kichot, Coppelia, Śpiąca królewna, Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie (trzy ostatnie z muzyką Piotra Czajkowskiego). Miejsce na widowni zakupione przez Internet miałem bardzo liche, bo w loży na II balkonie, niemal pod sufitem, innych miejsc już nie było. Niewiele było widać. Na szczęście Zapiski melomana 181 udało mi się przesiąść na najbardziej wysunięty do przodu fotel nad sceną oraz - co okazało się bardzo ciekawe - nad kanałem orkiestrowym. Wprawdzie nie widziałem, co się dzieje po prawej stronie sceny, ale za to mogłem dokładnie obserwować muzyków i pracę dyrygenta. Był nim młodo wyglądający, ale już sześćdziesięcioletni Ukrainiec Alexei Bakłan, bardzo angażujący się w swoją rolę, energicznie dyrygujący, często podskakujący na podium i dziękujący brawami i stukaniem batutą o pulpit instrumentalistom za liczne sola oraz tancerzom za ich popisy. Tytułową rolę hinduskiej tancerki bajadery Nikiji tańczyła Chinara Alizade, księcia So-lara — Vladimir Yaroshenko, Gamzattię, córkę radży — Evelina Godunova, Wielkiego Bramina - Wojciech Ślęzak, Złotego Bożka - Royota Kitaj. W najsłynniejszej scenie II aktu, zwanej „sceną cieni”, wystąpiły 24 tancerki ubrane w takie same, białe i krótkie sukieneczki. Jest to przepiękna scena zbiorowa, zachwycają zgraniem ruchów i wdziękiem. Oczywiście, jak to jest w klasycznym balecie rosyjskim, nie zabrakło licznych popisów solistycznych oraz tanecznych duetów, tercetów, itp. Muzykę do baletu skomponował Ludwig Minkus, Austriak długo pracujący w Rosji, autor muzyki do 30 przedstawień, głównie Mariusa Petipy. Jego muzyka nie jest tak znana, jak muzyka baletowa Piotra Czajkowskiego, która często wykonywana jest samodzielnie poza sceną. W Bajaderze jest parę przepięknych fragmentów, wspomina już powolna „scena cieni”, czy urocze sola instrumentalne - skrzypiec (wykonywała je koncertmistrzyni Sylwia Konopka-Brych), harfy, wiolonczeli, klarnetu. Wśród licznych tańców dominują walce. Nie często zdarza mi się być na przedstawieniach baletowych, a w Teatrze Wielkim aktualnie wystawia się kilka klasycznych przedstawień, których jeszcze nie oglądałem: Giselle, Don Kichot, Dracula, Bolero, Pinokio. CAROLIN WIDMANN - SOLOWY RECITAL SKRZYPACZKI Z LIPSKA środa, 22 listopada 2023 r. Gra Carolin Widmann, fot. Internet 182 Wacław Bielecki W sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina na Okólniku odbył się recital solowy niemieckiej skrzypaczki Carolin Widmann w ramach czwartej edycji warszawskiego festiwalu monachijskiej wytwórni płytowej ECM. Przy nielicznej publiczności zagrała ona pięć utworów ze swojej ostatniej płyty LAurore wydanej rok temu. Carolin Widmann urodzona w 1976 roku w Monachium jest obecnie profesorem szkoły muzycznej w Lipsku. Jej działalność obejmuje recitale solowe, kameralistykę oraz koncerty z kompozycjami napisanymi specjalnie dla niej. Dzisiejszy recital zaczęła od średniowiecznej Antyfony Hildegardy z Bingen wchodząc na scenę przy całkowicie zaciemnionej estradzie. Potem usłyszeliśmy dłuższe utwory: Fantazję concer-tante Georgea Enescu, Trzy miniatury Georgea Benjamina i Sonatę skrzypcową nr 5 Eugene Ysaye’a. Wszystkie te utwory artystka grała z nut i dopiero na zakończenie wykonała z pamięci Partitę d-moll]. S. Bacha kończąca się przesławną Ciacconą. W zestawieniu z poprzednimi, XIX--wiecznymi utworami, bachowska Ciaccona wydała mi się bardzo nowoczesna. Trzeba przyznać, że z coraz większym uznaniem słuchałem recitalu Caroline Widmann, albowiem grała ona niezwykle precyzyjnie, bez trudu pokonując wszelkie techniczne trudności: szybkie pasaże, pizzicata prawej i lewej ręki, flażolety, dwudźwięki i łamane akordy. Jej ruchy smyczkiem były niesamowicie dokładne i bezbłędne. Nie zauważyłem nawet najmniejszego zawahania czy pomyłki. Trzeba też dodać, że w słuchaniu takiej solowej muzyki pomagała bardzo świetna akustyka sali. Niestety, były też przeszkody, np. w postaci siedzącego przede mną pana, który przez długi czas przeglądał wiadomości w telefonie komórkowym, świecąc przy tym ekranem i utrudniając skupienie się na muzyce. Dziwię się, że tacy „melomani” pojawiają się na widowni renomowanej Szkoły Muzycznej. ANNE-SOPHIE MUTTER W KONCERCIE SKRZYPCOWYM PENDERECKIEGO czwartek, 23 listopada 2023 r. Anne-Sophie Mutter ze swoim Stradivariusem, fot. Internet Elżbieta Penderecka po odebraniu fińskiego orderu Białej Róży, fot. W Bielecki Ostatniego z zaplanowanych warszawskich koncertów wysłuchałem ponownie w Filharmonii Narodowej. Był to nadzwyczajny koncert w ramach kolejnego festiwalu im. Krzysztofa Pendereckiego. Program był podporządkowany 90. rocznicy urodzin mistrza, a na sali Zapiski melomana 183 była obecna jego żona Elżbieta, która niedawno otrzymała order Białej Róży od prezydenta Finlandii. Tym razem siedziałem w pierwszym rzędzie foteli tuż pod estradą, co przełożyło się na specyficzne słyszenie muzyki: jest się w niej jakby zanurzony, nie widzi się większości muzyków, chociaż można było dobrze obserwować dyrygenta - Andrzeja Boreykę i solistkę. Koncert zaczął się od, moim zdaniem, niezbyt fortunnie wybranego utworu Witolda Lutosławskiego — Muzyki żałobnej na orkiestrę smyczkowa. Piszę, że „niefortunnie dobranej”, bo przecież obchodziliśmy 90. rocznicę urodzin K. Pendereckiego i wypadałoby wybrać z tej okazji pogodniejszy utwór. Potem, przed i po przerwie, zabrzmiały dwa utwory mistrza z Lusławic - Passacaglia oraz Koncert skrzypcowy Metamorfozy. Jako solista wystąpiła światowej sławy skrzypaczka niemiecka, Anne-Sophie Mutter. Jej talent wykonawczy do muzyki współczesnej odkrył najpierw Witold Lutosławski, ale nie zdążył napisać dla niej koncertu, co uczynił w 1995 roku Krzysztof Penderecki. Skrzypaczka przygotowywała się do prawykonania tego czterdziestominutowego dzieła w specyficznych warunkach, mianowicie podczas śmiertelnej choroby swojego męża. W całym utworze dominują uczucia smutku, melancholii i jakichś bardzo dramatycznych przeżyć. Jest to zgodne z tym, co zauważył o sobie sam kompozytor: - Coraz bardziej uświadamiam sobie, że mam usposobienie apokaliptyczne... Koncert wypadł wspaniale zarówno od strony solistki, jak i orkiestry spełniającej w nim bardzo ważną rolę, ale czasami zagłuszającej skrzypaczkę. Wyraźniej można było jej słuchać i podziwiać wspaniałą wirtuozerię w dość długiej solowej kadencji. Wykonanie zostało przyjęte długotrwałą owacją na stojąco. Jednak publiczność nie doczekała się bisu. Anne-Sophie Mutter, ubrana w złotą suknię, kilka razy wychodziła ze swoim Stradivariusem do ukłonów razem z dyrygentem, ale na tym się skończyło. Szkoda. Odniosłem wrażenie, że sześćdziesięcioletnia skrzypaczka zachowywała się nieco wyniośle. NOWOWIEJSKI NA JAZZOWO W BYDGOSKIEJ HALI POMP sobota, 25 listopada 2023 r. Kwartet pianisty Krzysztofa Herdzina, na saksofonie gra Maciej Sikała, fot. W. Bielecki 184 Wacław Bielecki Do Bydgoszczy pojechałem specjalnie na inauguracyjny koncert odbywający się w ramach Festiwalu Jazz Water Meeting. Impreza odbyła się w ciekawej wizualnie i dobrej akustycznie Hali Pomp tamtejszego Muzeum Wodociągów i Kanalizacji. Podczas wieczoru usłyszeliśmy jazzowe opracowania pieśni Feliksa Nowowiejskiego w aranżacji Krzysztofa Herdzina (fortepian) i jego kwartetu: Maciej Sikała (saksofon tenorowy i sopranowy), Grzegorz Nadolny (kontrabas) i Piotr Biskupski (perkusja). Pieśni te zostały nagrane sześć lat temu na płytę z okazji Roku Nowowiejskiego, który jest patronem bydgoskiej Akademii Muzycznej. W Hali Pomp kwartet Herdzina zagrał te pieśni trochę w nieco innej kolejności i z drobnymi zmianami w ich składzie w porównaniu z nagraniami na płycie. Usłyszeliśmy zatem 10 wybranych pieśni z Warmii i Mazur Nowowiejskiego, które kompozytor opracował na głos z fortepianem, a Krzysztof Herdzin — jak czytamy w internetowej zapowiedzi — poszedł o krok dalej reharmonizując w jazzowym idiomie tematy, pozostawiając sporo miejsca na improwizacje, zmieniając rytmikę i nastroje. Były to następujące utwory: Którędy Jasiu, Piosnka o wianeczku, Wpolu ogródeczek, Zilk na zogónie, A przed wroty (solo fortepianowe K Herdzina), Mnioł jeden ojciec trzy córy, Meszek w lesie, Kołysanka — Uśnij, że mi uśnij, Dziewczyno moja, Oberek (zaczęty na %, a zagrany potem w swingowym rytmie czterodzielnym). Parę tych pieśni, np. Meszek w lesie, znane mi było z koncertów w bazylice konkatedral-nej św. Jakuba Apostoła w Olsztynie (śpiewała je sopranistka Ewa Alchimowicz-Wójcik) i kościele św. Anny w Sztumie (Katarzyna Hołysz, sopran). Jednakże opracowania jazzowe pieśni i improwizacje na ich temat to zupełnie inna i nowa jakość. Słuchałem ich z dużą przyjemnością i w relaksacyjnym nastroju, bo w wykonaniu kwartetu Herdzina zabrzmiały znakomicie. Podobnie odebrała je bydgoska publiczność, która wyklaskała bis. Wykonał go na fortepianie solo Krzysztof Herdzin, a wybrał słynnego Menueta Ignacego Paderewskiego, oczywiście w wersji — jak to sam określił — „przekomponowanej i zdekonstruowanej”. MIKOŁAJ SIKAŁA - ZWYCIĘZCA KONKURSU PIANISTYCZNEGO W GDAŃSKU niedziela, 26 listopada 2023 r. Koncert laureatów V Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w gdańskiej Akademii Muzycznej zaczął się od licznych i długich przemówień zajmujących całą pierwszą godzinę wieczoru. W konkursie wzięło udział 23 pianistów z 9 krajów: Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii, Ukrainy, Polski (11 osób z Europy) oraz Chin, Japonii, Korei Południowej (11 osób z Azji), jeden pianista przyjechał z Kanady. Przeważali mężczyźni, których było 15. Konkurs był trzyetapowy. Do drugiego etapu jury pod kierownictwem włoskiego pianisty Mi-chela Dalberto zakwalifikowało 12 pianistów, a do finału tylko trzech. Zwyciężył Polak z Gdańska - Mikołaj Sikała. Jest on absolwentem i pracownikiem Akademii Muzycznej w Gdańsku. Tutaj też na Wydziale Jazzu pracuje jego ojciec Maciej Sikała, saksofonista, którego dzień wcześniej słuchałem na koncercie jazzowym w Hali Pomp w Bydgoszczy. Co za dziwny przypadek: tam ojciec, tutaj syn. W koncercie laureatów wystąpiło czterech pianistów: Japończyk Kyoshiro Hirama, zdobywca nagrody specjalnej za najlepsze wykonanie utworu polskiego kompozytora; Zapiski melomana 185 Pianista Mikołaj Sikała — zwycięzca międzynarodowego konkursu, fot. W. Bielecki Chińczyk Borun Li, zdobywca III nagrody (12 tys. z) oraz nagród specjalnych za najlepsze wykonanie utworów Chopina tudzież nagrody w postaci koncertu w ramach Gdańskiego Festiwalu Muzycznego; Mateusz Dubiel wywodzący się z Bieska-Białej - II nagroda (20 tys. zł), najmłodszy wśród laureatów. Mikołaj Sikała, zdobywca pierwszego miejsca, jako jedyny wystąpił z Orkiestrą Symfoniczną gdańskiej Akademii Muzycznej pod dyrekcją Michała Krężlewskiego. Wysłuchaliśmy jego wspaniałego wykonania Koncertu fortepianowego d-moll Mozarta, zagranego z lekkością i wdziękiem oraz uśmiechem na twarzy, a na bis porywającej interpretacji miniatury Ravela Abolardo delgracioso. W gdańskiej Akademii Muzycznej zapanowała wielka radość. To znaczący sukces tej uczelni, bo po raz pierwszy w historii konkursu na najwyższym stopniu podium stanął Polak, i to z Gdańska, i to wychowanek tej szkoły. Dokładniej obserwowałem konkurs kilkanaście lat temu, kiedy się zaczynał w 2008 roku. Wtedy jego zwycięzcą został Rosjanin Evgeny Starodubtsev, później w 2010 r. wygrała go Arta Arnicane z Łotwy, w 2013 r. Kanji Kazuta z Japonii, w 2016 r. Igor Andreev z Rosji, no i w tym roku Mikołaj Sikała z Polski. DAWNA MUZYKA W DWORZE ARTUSA czwartek, 14 grudnia 2023 r. W gdańskim Dworze Artusa odbył się koncert w ramach największego w Polsce festiwalu muzyki dawnej Actus Humanus. Dzisiaj mogłem tam posłuchać sześciu symfonii najsłynniejszego z synów Bacha — Carla Philippa Emanuela, zwanego Bachem berlińskim lub hamburskim. Jak wiadomo, Carl Philipp Emanuel spędził 28 lat na dworze króla pruskiego Fryderyka II w Berlinie, który był miłośnikiem muzyki, albowiem nieźle grał na flecie i sam komponował utwory na ten instrument. Ten niemiecki władca cenił sobie tylko muzykę włoską, a na co dzień posługiwał się językiem francuskim, zaś o języku niemieckim w śpiewie mówił, że - wołałby słuchać rżenia swoich koni. Król utrzymywał orkiestrę i otaczał 186 Wacław Bielecki Arte Dei Suonatori w Dworze Artusa w Gdańsku, fot. Internet się muzykami z których najważniejszym był flecista i kompozytor Johann Quantz. Tenże na wyłączny użytek króla napisał ponad trzysta koncertów na flet oraz niezliczone utwory solo za co był sowicie opłacany. Natomiast Carl Philipp Emanuel Bach pełnił na dworze funkcję klawe-synisty - akompaniatora z wynagrodzeniem kilkakrotnie mniejszym niż Qunatz. Nic dziwnego, że nie był zadowolony ze swojej pozycji i po paru latach zaczął się ubiegać o zwolnienie ze służby królewskiej, jednak dopiero po śmierci swojego ojca chrzestnego, słynnego kompozytora i organisty Georga Philippa Telemanna udało mu się wyrwać do Hamburga. Miał wtedy 54 lata i ich resztę spędził w Hamburgu, gdzie został pochowany. Przed kilkunastoma laty miałem możliwość obejrzenia jego grobu w krypcie tamtejszego kościoła protestanckiego św. Michała. Symfonie Carla Philippa Emanuela Bacha zostały wykonane w Dworze Artusa przez kameralną orkiestrę Arte Dei Suonatori kierowaną przez świetnego klawesynistę Marcina Swiąt-kiewicza. W skład tego zespołu, obchodzącego w tym roku trzydziestą rocznicę działalności, wchodzi trzynastu instrumentalistów: pojedyncza obsada smyczków (skrzypce I, skrzypce II, altówka, wiolonczela, kontrabas), podwójne instrumenty dęte (flety, oboje, rogi) i pojedynczy Fagot oraz klawesyn. W czasie koncertu usłyszeliśmy cztery Sinfonie Carla Philippa Emanuela Bacha zapisane w katalogu Alfreda Wotquenne’a pod numerem 183 Wq oraz dwie Sinfonie berlińskie nr 174 i 181. Są to krótkie utwory, trwające około 10-14 minut i składające się z trzech części: szybka — wolna — szybka. Nigdy przedtem nie słyszałem tych kompozycji na żywo. Okazało się, że to przepiękna muzyka przypominająca skrzyżowanie dzieł instrumentalnych Vival-diego z Mozartem, czyli muzycznego baroku z klasycyzmem. Symfonie wykonane zostały z wielkim polotem i wdziękiem przez orkiestrę kierowaną przez Marcina Swiątkiewicza od klawesynu. W odbiorze muzyki przeszkadzały mi trochę warunki akustyczne sali Dworu Artusa, która chociaż jest wspaniała pod względem wizualnym (gwiaździste sklepienie podparte czteroma filarami oraz liczne obrazy i rzeźby), to jednak odznacza się dość dużym pogłosem, rozmywającym dźwięki. Koncert zakończył się długotrwałą owacją publiczności na stojąco oraz nieodzownym bisem. Zapiski melomana 187 ODNALEZIONY LUTOSŁAWSKI sobota, 20 stycznia 2024 r. Rafał Jędrzejewski (flet) i Anna Sikorzak-Olek (harfa), fot. U7 Bielecki Nic innego nie przychodziło mi do głowy, jak określenie tego muzycznego spotkania jako: koncert domowy z makowcem, albowiem atmosfera na nim była rzeczywiście domowa. Słuchaliśmy muzyki, głównie na harfę w auli Akademii Muzycznej w Gdańsku w tzw. budynku czerwonym na drugim piętrze. Jest to sala kameralna, niestety, słabo wyciszona z wyraźnie dochodzącymi dźwiękami z zewnątrz oraz z hałaśliwie zamykającymi się drzwiami. Publiczności było niewiele, tak jak na koncertach domowych, ale przyjaźnie nastawionej do występujących muzyków i nieszczędzącej im braw. Domową atmosferę tworzyła główna koordynatorka koncertu - harfistka dr Anna Sikorzak-Olek, która zapowiadała występujących, sama grała a na koniec zaprosiła wszystkich słuchaczy i wykonawców do hallu na smaczny makowiec. Na program koncertu złożyło się siedem utworów, trzy na harfę solo zagrane przez Nelly Couderq, studentkę V roku: dwie miniatury z sonat skrzypcowych J. S. Bacha w opracowaniu M. Grandjany’ego, Impromptu Alberta Roussela oraz solowy utwór na flet Jacquessa Iberta wykonany przez Rafała Jędrzejewskiego. Były też zespoły kameralne. Najpierw duet, gitara Marcin Kozioł i harfa Anna Sikorzak-Olek, wykonał 5 greckich melodii popularnych Maurice’a Ravela w opracowaniu na taki właśnie nietypowy zespół — dwa instrumenty szarpane. Było to wykonanie bardzo subtelne i ładne. Następnie studenckie trio: flet, altówka i harfa - przedstawiło Trio Sonatę Claude’a Debussy’ego. Wszystkie te utwory poprzedzały to, na co wszyscy czekali z wielką ciekawością i po godzinie koncertowania doczekali się. Tym utworem była muzyka Witolda Lutosławskiego na flet z harfą do słuchowiska radiowego „Odys na Itace” z 1953 roku. Podczas koncertu mieliśmy do czynienia z koncertowym prawykonaniem całości tej muzyki. Jak do tego doszło? Tak o tym odkryciu opowiadała dr Anna Sikorzak-Olek. Ponad 70 lat temu w Teatrze Polskiego Radia odbyła się premiera słuchowiska „Odys na Itace”. Adaptacji eposu Homera dokonała Irena Parandowska, a tłumaczenia Jan 188 Wacław Bielecki Parandowski. W nagraniu udział wzięli wspaniali ówcześni aktorzy: Aleksander Bardini, Halina Mikołajska, Andrzej Szczepkowski, Wiesław Michnikowski. Muzykę do spektaklu na flet i harfę skomponował Witold Lutosławski, a wykonali ją wtedy na flecie Tadeusz Woźniak i na harfie Regina Rużkowa — harfistka Teatru Wielkiego w Warszawie. Znamy trzy fragmenty tej partytury, albowiem ukazały się w „Szkole gry na flecie” Eugeniusza Towarnickiego w latach 60. Dwa początkowe - „Magia”, „Odys na Itace”, i końcowe „Pre-sto” - weszły do ścisłego repertuaru duetów fletu i harfy na całym świecie. W przepastnej szafie z nutami znajdującej się w Teatrze Polskiego Radia czekały latami na odkrycie jeszcze trzy pozostałe fragmenty muzyki Witolda Lutosławskiego z tego spektaklu. W ubiegłym roku zostały odnalezione przez Annę Sikorzak-Olek przy pomocy kompozytora Piotra Mossa i dzisiaj wykonane po raz pierwszy w formie koncertowej. Muzyka Lutosławskiego do słuchowiska „Odys na Itace” jest niedługa, trwa około 10 minut i składa się z kilku spokojnych fragmentów poprzedzonych szybkim wstępem i końcowym presto. To muzyka sceniczna, ilustrująca wydarzenie teatralne, bynajmniej nie awangardowa, napisana w trybie dur-moll. Słuchałem jej z dużą przyjemnością. Wykonawcami byli profesorowie z Akademii Muzycznej w Gdańsku, flecista dr Rafał Jędrzejewski i harfistka dr Anna Sikorzak-Ołek. Tak się złożyło, że akurat dzisiaj w Warszawie zaczął się Festiwal „Łańcuch XXI” zorganizowany w 30 rocznicę śmierci Witolda Lutosławskiego. KIEDY WIOLONCZELA SPOTYKA GITARĘ sobota, 27 stycznia 2024 r. Gitarzysta klasyczny Hubert Bielecki, fot. W. Bielecki Na kolejny koncert muzyki kameralnej ponownie pojechałem do Akademii Muzycznej w Gdańsku. Tym razem odbył się on w małej sali kameralnej S2, w tzw. budynku żółtym i miał wielce obiecujący tytuł: Kiedy wiolonczela spotyka gitarę. Na wiolonczeli zagrał Gu-anchen Dong, Chińczyk, absolwent gdańskiej uczelni obecnie kontynuujący w Gdańsku studia podyplomowe, zaś jego partnerem muzycznym był gitarzysta klasyczny Hubert Bielecki, student III roku pochodzący z Koszalina, studiujący w klasie Roberta Horny. Na wszelki wypadek informuję, że z tym młodym gitarzystą, oprócz zbieżności nazwisk, nie łączą mnie żadne więzy rodzinne. W wykonaniu polsko-chińskiego duetu usłyszeliśmy kilka utworów na rzadko spotykany skład. Były to utwory kompozytorów z kręgu muzyki hiszpańskiej. Na początku muzycy zagrali nastrojowe Cafe 1930 Astora Piazzolli, następnie hity z suit hiszpańskich Izaaca Albeniza: Granadę, Tango i Malagenię. Potem były popisy solowe. Hubert Bielecki wykonał trzyczęściową Sonatę Giocosa Joaquina Rodrigo (tego od słynnego Concierto de Aranjuez), a Guanchen Dong liryczną miniaturę chińskiego kompozytora Dong Qinga Romantyzm Zapiski melomana 189 zimy, w której wiolonczeliście na fortepianie towarzyszyła Chenyu Li. Wieczorne spotkanie zakończyło Intermezzo e Danza Finale (Interludium i taniec finałowy) z Suity na wiolonczelę solo Gaspara Cassadó. Ten kameralny, godzinny koncert był miły i interesujący, bo nieczęsto można usłyszeć gitarę w duecie z wiolonczelą. Na moje ucho w kilku utworach tanecznych nieco zabrakło młodym artystom hiszpańskiego, tanecznego pulsu. A czego mogli domyślić się słuchacze z zapowiadanego na stronie internetowej tytułu koncertu: Kiedy wiolonczela spotyka gitarę! -Ano tego, że po krótkim spotkaniu instrumenty rozstają się. Wydaje mi się, że program powinien jednak zakończyć się jakimś utworem zagranym wspólnie przez wiolonczelę i gitarę. ORKIESTRA DĘTA NOWY STAW - ŻUŁAWY sobota, 24 lutego 2024 r. Dyryguje Andrzej Pałka, na puzonie wentylowym gra Marek Kubicki, fot. W Bielecki W słynnym „Ołówku”, czyli Nowostawskim Centrum Kultury znajdującym się w byłym kościele ewangelickim na środku rynku, odbył się wieczorny koncert Orkiestry Dętej Nowy Staw - Żuławy. Orkiestry dęte w tym miasteczku działają od czasów powojennych z kilkoma przerwami. Już w 1945 r. grał tutaj 12-osobowy zespół prowadzony przez Jana Paronia, który przed wojną był dyrygentem w 50. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych im. Francesco Nullo w Kowlu (obecnie na Ukrainie). Te historie znam dość dobrze, bo w Nowym Stawie spędziłem lata dziecięce i młodzieńcze, a mój ojciec - Wacław Bielecki senior, był także dyrygentem orkiestry dętej przy Cukrowni. Tak się złożyło, że szlify muzyczne odbierał w orkiestrze wojskowej II Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie. Ponieważ byli to strzelcy konni, mój Tata musiał nie tylko władać lancą, ale i grać na trąbie siedząc na grzbiecie wierzchowca. W rodzinnym archiwum mamy zdjęcie Taty grającego na dużej trąbie — barytonie, jadącego przez Hrubieszów razem z orkiestrą na koniach białej maści. Po wielu zmianach do wznowienia działalności orkiestry doszło czternaście lat temu za sprawą burmistrza Jerzego Szałacha. Wtedy zaczął grać zespół prowadzony przez Edwarda 190 Wacław Bielecki Żuralskiego, a następnie przez Andrzeja Pałkę, obecnego dyrygenta. Jest on trębaczem, absolwentem Szkoły Muzycznej w Malborku, grał w Orkiestrze Marynarki Wojennej w Gdyni. Znany jest w świecie polskich hejnalistów, albowiem skomponował i gra hejnały miasta Malborka i Nowego Stawu. Na relacjonowanym koncercie orkiestra wystąpiła w dość dużym, 30-osobowym składzie. Oprócz mieszkańców Nowego Stawu tego wieczora grali w zespole zaprzyjaźnieni z nią muzycy z orkiestr wojskowych, zespołów jazzowych oraz akademii muzycznej. Wspomnieć tutaj trzeba, że pierwsze nowostawskie orkiestry były typowymi zespołami marszowymi grającymi podczas pochodów na 1 Maja, procesji w Boże Ciało lub towarzyszącymi konduktom pogrzebowym. Muzycy grali też w mniejszych składach na zabawach ludowych, weselach i dancingach. Obecna orkiestra jest zupełnie inna. Na jej repertuar składają się wielkie, stare przeboje, często taneczne. Zespół chyba najlepiej wypada, gdy próbuje naśladować słynną amerykańską orkiestrę Glenna Millera. Na koncercie usłyszeliśmy dwudziestkę szlagierów. Między innymi, były to: Besame mucho (Całuj mnie mocno) — znana piosenka meksykańska (1940), Quando. Quando, ąuando (Powiedz mi, kiedy będziesz mój) z repertuaru Engelberta Humperdincka (1962), Hello, Doiły z musicalu o tym tytule i filmu z 1969 r., gdzie śpiewają Louis Armstrong i Barbra Streisand, Sway (Kołysz się) z polskim tekstem Prosił pocałuj tylko raz (1953) wykonywana przez Deana Martina, Polka bawarska, którą zagrał Marek Kubicki na ładnie brzmiącym wentylowym alcie. Usłyszeliśmy też słynny temat Georgia Raya Charles’a (1930) i melodię piosenki Gigolo (1929) oraz utwory z repertuaru orkiestry Gllena Millera, motyw przewodni z serialu o agencie Jamesie Bondzie, słynne przeboje: Speedy Gonzales (1961) oraz Ob-La-Di, Ob-La-Da ze-społu The Beatles (1968). Na koniec wieczoru muzycy wykonali Marsza Radetzkiego (1848) zwyczajowo grywanego na zakończenia koncertów noworocznych w Wiedniu. Oczywiście, nie mogło obyć się bez bisu, na który orkiestra powtórzyła Ob-La-Di, Ob-La-Da Beatlesów. Najczęściej występującym solistą był Marek Kubicki, który wystąpił dwukrotnie jako instrumentalista, grając na alcie i puzonie wentylowym oraz śpiewając jedyną podczas koncertu piosenkę z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego - Lubię wracać, tam gdzie byłem już (przed 1980). Ale niewątpliwie największą gwiazdą koncertu okazał się kapelmistrz Andrzej Pałka, prowadzący orkiestrę nadzwyczaj dynamicznie i z poczuciem dużego humoru, przebierający się w różne rekwizyty oraz nieszczędzący dobrych słów dla licznych instrumentalistów, wykonujących partie solowe w utworach, wszystkich członków orkiestry tudzież publiczności. Muszę powiedzieć, że z wielką przyjemnością słuchałem koncertu, albowiem większość tych utworów znana mi jest z lat młodości, a na koncercie zostały wykonane w ciekawych aranżacjach na orkiestrę dętą. Koncert spodobał się bardzo publiczności (około 300 osób), głównie w wieku dojrzałym. Muzycy otrzymali huczne brawa i owację na stojąco. Po zakończeniu występu orkiestrze podziękował wyraźnie poruszony jej sztuką dźwięków burmistrz, mówiąc, że była to przepiękna i niezapomniana uczta muzyczna. - To jest nasza orkiestra. W okolicy nie ma takich. Jesteśmy z niej dumni. Tworzą ją pasjonaci, przypisani do Nowego Stawu, i orkiestra jest na zawsze przypisana do Nowego Stawu. Zapiski melomana 191 NIE TYLKO BEL CANTO środa, 28.02.2024 r. Wykładowcy i studenci Akademii Muzycznej w Gdańsku zaprosili melomanów na dwa koncerty związane z 232 rocznicą urodzin Gioacchina Rossiniego. Jak wiadomo, ten wspaniały twórca aż 39 oper, a szczególnie „Cyrulika sewilskiego” i „Wilhelma Telia”, urodził się 29 lutego w 1792 roku, a więc w dzień, który wypada w kalendarzu raz na cztery lata. Miałem okazję wysłuchania koncertu w przeddzień urodzin kompozytora w przepięknej Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku (drugi odbył się następnego dnia w Operze Bałtyckiej). W tytule spotkania z muzyką Rossinie- t z nil tualtomi wykonuje Piotr Pożakowski, akompaniuje Elżbieta go użyto intencjonalnie słów „nie tylko bel Pasierowska, fot. w. Bielecki canto”, dla podkreślenia, że chociaż koja- rzony jest z muzyką operową, to napisał także sporo utworów instrumentalnych. I takie utwory, czasem na dość nietypowe składy instrumentów, przeważały w Sali Mieszczańskiej. Podział między wykonawcami był prosty: muzykę operową — 4 arie z „Włoszki w Algierze”, „Semi-ramidy” i „Wilhelma Telia” zaśpiewały studentki Wydziału Wokalnego, mezzosoprany — Dorota Grzegorzewska, Jagoda Staruch, Zuzanna Topolska-Patejko oraz Michalina Gogola -sopran. Wszystkim uważnie akompaniowała na fortepianie Aleksandra Mozgiel-Medyńska. Natomiast muzykę instrumentalną Rossiniego zaprezentowali wykładowcy grający na różnych instrumentach — solo lub w małych zespołach. Wieczór zaczął się od utworu na róg i fortepian w wykonaniu waltornisty Piotra Pożakowskiego z towarzyszeniem Elżbiety Pasierowskiej. Grający na rogu profesor, który bardzo fachowo prowadził cały koncert, jest muzykiem orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku oraz wykładowcą klasy waltorni w Akademii Sztuki w Szczecinie. Od 2019 r. posiada tytuł doktora habilitowanego sztuk muzycznych, a jego zainteresowania naukowe związane są, m.in. z życiem i twórczością Gioacchino Rossiniego, szczególnie utworami fortepianowymi tego kompozytora. Kolejny utwór, tym razem na skrzypce i harfę, wykonali Wojciech Szlachcikowski (skrzypce) i Anna Sikorzak-Olek. Interesujący okazał się nietypowy duet wiolonczeli i kontrabasu (Błażej Goliński i Jędrzej Kacprzyk). Były też trzy miniatury na instrumenty solowe - harfę lub fortepian. Jednak najciekawszy, moim zdaniem, utwór usłyszeliśmy na koniec. Był to Temat z wariacjami na kwartet instrumentów dętych: flet (Rafał Jędrzejewski), klarnet (Dawid Głowacki), róg (Piotr Pożakowski), fagot (Mirosław Pachowicz). Ileż piękna i radości jest w tej muzyce stworzonej przez dwudziestoletniego kompozytora, przypominającej późniejsze uwertury do jego oper. Warto dla niej było pojechać z Powiśla do Trójmiasta, omijając traktorową blokadę rolników na drodze pod Nowym Dworem Gdańskim. 192 Leszek Sarnowski Leszek Sarnowski MOŻDŻEROWE DIALOGI Leszek Możdżer, fot. L. Sarnowski Tak się złożyło, że w ciągu minionego półrocza uczestniczyłem w dwóch ważnych koncertach pianisty Leszka Możdżera. Oba w gdańskiej filharmonii i oba wybitne. Pierwszy, z izraelskim mistrzem perkusjonaliów Zoharem Fresco, drugi z najwybitniejszym polskim skrzypkiem jazzowym Adamem Bałdychem. FORTEPIAN I BĘBNY Zohar Fresco to częs'ć możdżerowego Dream Teamu czyli zespołu marzeń: Leszek Możdżer - Lars Da-nielson - Zohar Fresco. Trzy wrażliwości i trzy kultury: Polska, Szwecja, Izrael. Spotkali się w 2004 roku i wspólnie nagrali wybitny album „The Time”. Kolejny album „Between Us And The Light”, podwójnie platynowy, nagrali już rok później. No i grają do dziś, choć dla mnie zdecydowanie zbyt rzadko. W ubiegłym roku zagrali po kilku latach przerwy w Gdyni i zapowiedzieli kolejny album. Czekam z niecierpliwością, bo fortepian, kontrabas i perkusjonalia w tym zestawie brzmią jak marzenie - subtelnie, delikatnie, czasem fantazyjnie, ale też melodyjnie, z fantastycznym zaśpiewem Zohara. Na koncercie Możdżer -Fresco na Ołowiance siedzieliśmy z żoną w pierwszym rzędzie i to było coś zupełnie wyjątkowego. I nie chodzi o dobry widok, a dostęp do emocji płynących ze sceny i wibracji, które opanowywały całe ciało słuchacza, jakby było się częścią tej muzycznej rozmowy dwóch wybitnych muzyków. W jednym z wywiadów Fre- Możdżer i Fresco na koncercie w Gdańsku, fot. L. Sarnowski CO powiedział: Muzyka jest diet Możdżerowe dialogi 193 mnie wszystkim. Wszystko w życiu jest muzyką. Wszystkiemu, co robię w życiu, towarzyszy muzyka. Jeśli otworzysz słowo „muzyka”, znajdziesz w nim greckie słowo „muza”. Muza jest energią, którą otrzymujesz. Od muzy pochodzi muzyka. Od muzy pochodzi słowo „mood” (ang. nastrój, humor). Nastrój i muzyka, to jest to samo słowo. Tak właśnie jest, że masz nastrój i dła-tego coś robisz. Idziesz popływać, potańczyć, to jest nastrój. Wszystko w życiu jest nastrojem. Wszystko w życiu jest muzyką. Chodzi o to, żeby wiedzieć, jak tworzyć nastrój, jak czerpać z tego nastroju i jak w estetyczny sposób porządkować to, co wypływa z nastroju. Na gdańskim koncercie Zohar Fresco nie mógł być w dobrym nastroju, bo przyjechał do Polski wprost z wojny, która toczy się w Izraelu. Muzyczny dialog z Możdżerem nie dość, że zachwycił publiczność, to widać było, że pomógł także Zoharowi. Naukowcy twierdzą, że dźwięki bębna mają zastosowanie w terapii wielu schorzeń, między innymi redukują stres, przynoszą głębokie odprężenie, poprawiają samopoczucie. Zohar to potwierdza, mówiąc -„kiedy złe się czuję, kiedy jestem naprawdę chory i w takim stanie wychodzę na scenę, to, gdy kończę koncert - jestem zdrów”. Leszek Możdżer, wybitny polski pianista, Zohar Fresco, izraelski perkusista tureckiego pochodzenia. Mieszanka dźwięków i wibracji europejsko-bliskowschodnich, z pozytywnym przesłaniem przyjaźni. Wybitni wirtuozi swoich instrumentów. Poruszający, wzruszający i radosny muzyczny dialog na scenie. FORTEPIAN I SKRZYPCE Leszka Możdżera na łamach naszego kwartalnika (a także w Sztumie) już gościliśmy i mam nadzieję, że nie muszę Go specjalnie przedstawiać. Kilka słów zatem o kolejnym muzyku, z którym pianista ostatnio wystąpił w duecie. To Adam Bałdych, jeden z najwybitniejszych polskich skrzypków jazzowych, choć takie określenie nie do końca Go definiuje, bo sam o sobie tak mówi: „Gram muzykę, która stara się zacierać granicę między jazzem a muzyką klasyczną. To przestrzeń, w której widzę ogromny potencjał dla obu tych gatunków”. Bałdych swoją muzykę prezentował na najważniejszych festiwalach jazzowych, w prestiżowych salach koncertowych, m.in. w: Polsce, Niemczech, Korei Południowej, Chinach, Japonii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Austrii, Islandii, Portugalii, Holandii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Włoszech, Hiszpanii i Indonezji. Koncertuje i nagrywa z wybitnymi artystami, takimi jak: Yaron Herman, Joachim Kuhn, Agata Zubel, Leszek Możdżer i Adam Bałdych, czyli Passacaglia w Gdańsku, fot. L. Sarnowski 194 Leszek Sarnowski Cezary Duchnowski, Helge Lien, Aaron Parks, Lars Danielsson, Nils Landgren, liro Rantala, Marius Neset, Jacob Karlzon czy Billy Cobham. Najciekawsze płyty, moim zdaniem, to „Imaginary Room”, „Legend”, „Sacrum Profanum” i w tym roku najnowsza „Passacaglia”, z Leszkiem Możdżerem, którą wspólnie zaprezentowali w wypełnionej po brzegi filharmonii w Gdańsku. Muzycy spotkali się na festiwalu Enter Enea w 2022 roku i proszę bardzo jest płyta.Wybitna płyta, tak jak wybitny był gdański koncert. „Passacaglia jest elektryzującym albumem — pisze recenzent Jazz Forum, w którym niczym nieskrępowany muzyczny dialog uwodzi już od pierwszych nut. Eksplorując współczesny język sonorystyczny, wypełniony bardzo osobistymi środkami wyrazu, artyści umiejętnie stworzyli szlachetny mariaż dźwiękowy, bardzo komunikatywny w swoim charakterze, ale zaskakujący brzmieniem poprzez użycie unikalnej kombinacji instrumentów: niezwykle rzadkich skrzypiec renesansowych, dwóch fortepianów (w stroju 442 Hz i 432 Hz) oraz preparowanego pianina”. A jak dodaje Marta Kula na obwolucie płyty: „Istotą albumu jest dialog między artystami”. Pan Cogito powiedział kiedyś: „Estetyka może być pomocna w życiu, nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”. Kontekst nieco inny, ale taka myśl zaświtała w mojej głowie w trakcie koncertu w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Passacaglia czyli Leszek Możdżer i Adam Bałdych. Jeden wirtuoz to wzruszenie. A dwóch wirtuozów? To szczyt szczęścia i wzruszenia. Może poruszenie? Z pewnością Dobra Energia. Pozytywne Wibracje. Śniadanie, a właściwie zważywszy na porę, Kolacja Mistrzów. Dzięki Panowie. Rozmawiajcie tak dalej dźwiękami, wrażliwością, wyobraźnią. A my zanurzamy się w czystym pięknie. Chce się żyć. Zohar Fresco, fot. L. Sarnowski Galeria Prowincji Piotr Napiwodzki PATRONKA DZIERZGONIA W DZIERZGONIU Gdy przed ponad 10 laty pojawiła się w Dzierzgoniu idea zastąpienia dotychczasowej figury świętej Katarzyny Aleksandryjskiej nowym jej pomnikiem, w naturalny sposób na realizatora pomysłu wybrano Zbigniewa Chrostka. Artysta mieszkał wówczas w Dzierzgoniu, był relatywnie znany, a na pewno uznany. Nauczał w liceum plastycznym w Gronowie Górnym koło Elbląga, a jego prace malarskie znajdowały się już na ścianach Banku Spółdzielczego w Dzierzgoniu. Zbigniew Chrostek urodził się w Katowicach w roku 1958. Ukończył Liceum Plastyczne im. Antoniego Kenara z Zakopanem na kierunku Rzeźby oraz Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku również na kierunku Rzeźby. Zanim jednak przyjrzymy się bliżej jego dzierzgońskiej Katarzynie Aleksandryjskiej, proponuję zwrócić uwagę na malowane przez niego obrazy, a być może dostarczą nam one ważnych kluczy interpretacyjnych także dla lepszego zrozumienia interesującej nas tu rzeźby. Jednym z powtarzających się motywów w wielu obrazach Chrostka są elementy architektury ujęte często w formie bardzo syntetycznej, umownej, jako płaszczyzny tworzące ramy kompozycyjne. „Pejzaże architektoniczne” (taki jest tytuł jednego z cyklów obrazów) przechodzące w „Pustkę” (inny cykl obrazów) sprawiają, że niepokojące doświadczenie obcowania z wielkimi przestrzeniami zamienia się w obrazy o wymiarze metafizycznym, które kwestionują nasze zwykłe postrzeganie świata i naszą ważność, z zarazem niejako zarażają rodzajem melancholii, zadumy, pewnej bezradności wobec precyzyjnie ukształtowanych i skomponowanych przestrzeni. Właśnie: przestrzeń - oto pojęcie, które może pojawić się przy pierwszym spotkaniu z obrazami Chrostka. Jest w nich dużo miejsca dla obserwatora, aby on sam mógł je zapełnić i w ten sposób „zadomowić się” w obrazach. Tak też - z uwzględnieniem przestrzennego kontekstu — należy zawsze spojrzeć na rzeźbę. Dotyczy to w jakimś stopniu każdego dzieła sztuki (zwykle przywołuje się tutaj przypadek porównania ikony w cerkwi i ikony w muzeum), ale zwłaszcza rzeźba bez pierwotnego architektonicznego, przestrzennego kontekstu traci dużą część swojej siły oddziaływania, a często nawet staje się niezrozumiała. W przypadku dzierzgońskiej Świętej Katarzyny sam jej Twórca zwraca uwagę, że kieruje ona swoje spojrzenie na budynek dzierzgońskiego magistratu — wówczas jej koło i miecz, na którym się lekko opiera, zyskują dodatkowe znaczenie: nie są to tylko zwyczajowe atrybuty Świętej, ale również przedmioty będący zawoalowaną groźbą i sugerujące ewentualną karę. W każdym razie umiejscowienie rzeźby pomiędzy budynkami, chociaż w pewnej odległości od nich, pozwala z jednej strony na dystans, a z drugiej na stopienie się z miejskim krajobrazem wyznaczanym przez płaszczyzny ścian okolicznych budynków, przez okna i drzwi pobliskich domów, przez grę światła i cienia w różnych momentach dnia i w różnych porach roku. Święta Katarzyna nie jest samotna - jest w mieście, dzieli z nim jego czas i ma w nim do wykonania pewne zadanie. 196 Piotr Napiwodzki Sam Artysta nie wskazuje bezpośrednich źródeł inspiracji co do samej formy przedstawienia świętej Katarzyny. Przed pracą nad rzeźbą miał okazję zwiedzać muzea londyńskie, gdzie jego uwagę przykuły zwłaszcza rzeźby antyczne. Faktycznie - Katarzyna z Dzierzgonia jest bardzo klasyczna w swoim kształcie. Lekko zarysowany kontrapost i delikatne szaty bardziej niż o gotyckich madonnach każą raczej myśleć o greckich korach (KÓpr|, czyli „dziewczyna”, w sztuce: najstarszy typ greckiego posągu kobiecego wyobrażający stojącą dziewczynę w długich szatach - najbardziej znane są w formie tzw. kariatyd zastępujących kolumny w ganku Erechtejonu na Akropolu w Atenach) albo renesansowych nimfach (motyw wędrującej przez stulecia antycznej nimfy w sztuce renesansu odnajdywał Aby Warburg w swoich analizach dzieł Botticellego, Mantegni, Diirera czy Ghirlandaia). W przypadku sztuki figuratywnej zawsze w tle pojawia się pytanie o pierwowzór przedstawionej postaci, o to, kto pozował do danego obrazu czy rzeźby. I w tym przypadku mamy do czynienia z niebezpośrednim (i być może nieoczywistym) nawiązaniem do starożytności. Jeden z najsłynniejszych malarzy starożytności, Zeuxis z Heraklei, gdy w Crotonie zlecono mu wykonanie obrazu pięknej Heleny, spośród wielu mieszkanek miasta wybrał aż pięć dziewic jako modelki - uznał, że nikt nie jest ostatecznym wcieleniem doskonałego piękna i dopiero po złożeniu w całość piękna paru kobiet można osiągnąć zamierzony efekt. Niech ta starożytna legenda będzie nieco żartobliwym komentarzem do postępowania Zbigniewa Chrostka przy tworzeniu postaci Katarzyny Aleksandryjskiej. Również jej postać jest bowiem „złożeniem” w całość wielu modelek: od jednej pochodzi sama poza i szata, od innej głowa, rysy twarzy i okolice szyi, inna modelka „ofiarowała” swoje stopy, a jeszcze inna - tak bardzo przykuwające uwagę dłonie. Wydaje się, że osiągnięty efekt jest w pełni zadowalający - zasadniczo o Katarzynie Aleksandryjskiej z Dzierzgonia mówi się, że jest piękna. Czy jednak jest dostatecznie „pobożna”? Czy nie jest zbyt „pogańska”? Cudzysłów jest w obydwu przypadkach użyty dla podkreślania faktu, z jak delikatną i niejednoznaczną materią mamy tu do czynienia. Czy przed pomnikiem świętej Katarzyny płoną modlitewne świece? Napis na cokole głosi: „Święta Katarzyno, chroń mieszkańców Ziemi Dzierzgońskiej”. Czy rzeźba w zamierzeniu Artysty i fundatorów (a więc Miasta) miała być „przedmiotem kultu”? Niekoniecznie, a w każdym razie nie tylko, chociaż uroczystość odsłonięcia rzeźby miała oczywiście oprawę religijną (odsłonięcie pomnika odbyło się 21 grudnia 2014). Koło, które znajduje się obok Katarzyny, jest dosyć duże, ale nie jest wielkim kołem używanym do tortur. To może bardziej niewielkie koło znane z przedstawień bogini Fortuny (odpowiedniczki greckiej Tyche) - tak zwane rota fortunae (koło fortuny), symbol kapryśności losu. Charakterystyczne, że Fortunie oddawano cześć w wielu miastach rzymskiego imperium jako opiekunce — jej głowę często wieńczy corona muralis (korona z miejskich murów). W przypadku Świętej Katarzyny korona to nawiązanie do legendy, według której była „córką królewską” albo (i) nawiązanie do korony męczeństwa, na którą zasłużyła swoją chwalebną śmiercią. Boginię Fortunę przedstawiano na rewersach rzymskich monet często z rogiem obfitości, ze sterem - jako sterującą życiem człowieka (ster nie ma tu kształtu koła, a nawet na niewielkich monetach można go pomylić z mieczem), lub właśnie z kołem u boku czy też w rękach. Za element jednoznacznie identyfikujący świętą Katarzynę można uznać miecz, na którym lekko opiera ręce — nie jest to miecz starożytny, ale półtoraręczny miecz średniowieczny. Taki miecz nadaje się do skutecznej dekapitacji jedynie w rękach bardzo wprawionego użytkownika. Patronka Dzierzgonia w Dzierzgoniu 197 W końcu jednak nie chodzi o dosłowność, a o wymiar symboliczny i religijny. Warto w tym kontekście zauważyć, że dzierz-gońska święta Katarzyna nie ma tak oczywistego i powszechnego atrybutu świętości jakim jest aureola. Nic dziwnego - trudno oddać światło w takim materiale, jakim jest brąz czy inny metal, a wszelkie ewentualne pomysły — na przykład sugerujące aureolę „druciki” lub rozpostarte za głową „talerze” czy „wachlarze” są raczej czymś pasującym bardziej do tzw. „sztuki odpustowej” niż do współczesnego dzieła sztuki. Subtelny element duchowy pojawia się za to w niekoniecznie oczywistym elemencie rzeźby. Chodzi mianowicie o rozwiany skraj szaty przerzuconej przez lewą rękę Katarzyny. Szata jest tu jakby zbyt rozwiana. Całość rzeźby trwa we właściwej dla klasycznych rzeźb spokojnej harmonii, włosy Katarzyny nie zdradzają, że działa na nie jakikolwiek podmuch wiatru. Tymczasem ten fragment szaty, tuż nad kołem, powiewa w sposób bardzo widoczny. Niezależnie od tego, na ile zabieg ten był zamierzony, warto zwrócić uwagę na znaczenie nagłego podmuchu wiatru w tradycji judeochrześcijańskiej — to zawsze nawiązanie do 1 Księgi Królewskiej, w której Bóg przychodzi do Eliasza w „łagodnym powiewie” (1 Księga Królewska 19, 12). Hebrajskie słowo ruah oznacza „wiatr”, „oddech”, „tchnienie”, a także „duch” - duch Bożej inspiracji, natchnienie. Niespodziewany i punktowy powiew jest często podkreśleniem szczególnego działania Boga. Taki motyw występuje na przykład w późnośredniowiecznym malarstwie - często w przedstawionych scenach biblijnych nic nie targa szatami, listowiem, nie burzy wody ani fryzur namalowanych postaci, a zarazem jakiś jeden element jest w ruchu pod wpływem niespodziewanego podmuchu - to malarski sposób na ukazanie działania Bożego Ducha1. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak samo interpretować rozwiane w jednym miejscu szaty Katarzyny Aleksandryjskiej. Aż tak mocne rozwianie nie jest co prawda efektem w pełni zamierzonym przez Autora - jak sam przyznaje, to rezultat cięcia montażowego podczas procesu odlewania rzeźby. Tak dochodzimy do kwestii technicznych. Proces powstawania rzeźby składa się z wielu etapów — najważniejsze z nich to: stworzenie projektu w skali 1:5 w celu przedstawienia go do konsultacji społecznych, wykonanie rzeźby z gliny na wcześniej wzniesionym rusztowaniu (to proces długotrwały i pracochłonny - w tym przypadku trwał 3 miesiące; wymagał on także odpowiednio dużej pracowni - rzeźba ma wysokość 235 cm), wykonanie negatywu z gipsu, odlanie z niego pozytywu gipsowego, który jeszcze podlega obróbce; to jest docelowy model odlewniczy, którym z kolei zajmują się już fachowcy w gisernii - czyli w specjalistycznym warsztacie odlewniczym. Odlanie posągu świętej Katarzyny zlecono pracowni rzeźbiarsko--odlewniczej w Szymanowie koło Śremu. Taka wyspecjalizowana pracownia mogła zapewnić Więcej na ten temat: Leo Steinberg, Seksualność Chrystusa. Zapomniany temat sztuki renesansowej, tłum. M. Salwa, Kraków 2013, s. 329-337. 198 Piotr Napiwodzki wierność szczegółów i odpowiednią jakość użytego materiału - w tym przypadku brązu. Wy-daje się, że pracownia odlewnicza dobrze wywiązała się ze swojego zadania. Powróćmy jednak jeszcze do szaty, która jest elementem intrygującym także w innym znaczeniu — a mianowicie, paradoksalnie, w swojej funkcji odsłaniania. Postać Katarzyny Aleksandryjskiej jest ubrana w bardzo delikatną szatę, która w niektórych miejscach wydaje się mokra, a przez to jakby przezroczysta. To sprawia, że rzeźba ma bardzo zmysłowy charakter — wyrzeźbiona tkanina delikatnie opiera się na piersiach, wyraźnie zarysowuje się pod nią pępek, opina lekko wysunięte lewe udo. Co o takiej delikatnej szacie mówiły starożytne autorytety? Zwróćmy się najpierw do Klemensa (tak, nieprzypadkowo do Klemensa Aleksandryjskiego, który żył w latach około 150—212, a więc trochę ponad 100 lat wcześniej niż Katarzyna Aleksandryjska): „Taka delikatna szata nie okrywa, gdyż nie zasłania nagiej sylwetki. Przylgnąwszy do ciała, jakby była wilgotna, ukazuje wręcz wszystkie szczegóły anatomiczne kobiety, których patrzący na nią normalnie nie dostrzega”2. Niejeden ze starożytnych moralistów krytykuje nie tyle nagość, co oszustwo tkanin udających, że coś zakrywają. Trymalchion u Petroniusza mówi na przykład: „Czyż przystoi mężatkę w wietrzne stroić tkaniny, by jawnie naga w mgiełce żądz przedmiotem się stała?”3. Tymczasem sztuka późnego Quattrocento (czyli wieku XV) z upodobaniem stosuje motyw ubierania po to właśnie, aby niejako rozebrać. W XVI wieku z kolei wymienić można przykłady obrazów takich malarzy jak chociażby Lorenzo Costa, Lucas Granach, Lucas van Leyden. Tego typu zabieg nie jest uważany za coś zdrożnego -wprost przeciwnie - w naturalny sposób pomaga dostrzec i wydobyć piękno przedstawianej postaci i realność ludzkiego ciała (co dotyczyło nawet postaci Chrystusa - dla podkreślania prawdy wcielenia). Całkowita nagość nie byłaby aż tak intrygująca — nic tak nie intryguje jak to, co zakryte (najlepiej zakryte lekko). Nie chodzi jednak tylko o „cieszenie oka”, ale o pokazywanie jako formę objawienia - w tym znaczeniu to przejaw kultury o wyraźnie religijnych korzeniach. Cała teologia wcielenia musi uwzględniać aspekt ludzkiego ciała i musi się nim „ucieszyć”, jeśli chce uniknąć ześlizgnięcia się w manichejską pogardę dla ciała. W renesansie dzielono ludzkie ciało na trzy części: głowę, korpus od szyi do pępka i nogi od pęka do stóp (tak chociażby Pico dela Mirandola w Heptaplusie czyli Rozprawie o siedmiu dniach stworzenia). Stopy są przy tym szczególnie ważne - pozostają na ziemi jako widoczny znak przekonania, że ziemska wędrówka danej postaci była faktem historycznym (na przykład sam Chrystus zawsze powinien mieć nagie stopy). Widzimy, jak dzierzgońska rzeźba doskonale spełnia te wymagania ukazując przy tym cały rzeźbiarski kunszt Zbigniewa Chrostka — tworzenie w brązie niejako przezroczystej tkaniny jest z pewnością jednym z trudniejszych rzeźbiarskich wyzwań. Mamy więc w rzeźbie Zbigniewa Chrostka kompletne dzieło sztuki, które robi duże wrażenie na obserwatorze-odbiorcy i to niezależnie od indywidualnej wrażliwości na doznania estetyczne czy intelektualnego przygotowana do odczytywania kodów ikonograficznych. Ewidentnie ta konkretna rzeźba wpisała się na stałe w historię Dzierzgonia, a jej 10 lat istnienia to z pewnością dopiero początek dłuższego jej „patronowania” miastu i jego mieszkańcom. 2 Klemens Aleksandryjski, Wychowawca, II, 10, tłum. M. Szarmach, Toruń 2012, s. 149 3 Petroniusz, Satyryki, 55, tłum. M. Brożek, Wrocław 1968, s. 63. Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska BESTSELLER „Bój się, ale i tak zrób to. Ważna jest akcja.” Nie musisz czekać, aby być pewnym siebie. Po prostu zrób to, a w końcu pojawi się pewność siebie. - Carrie Fisher Bywają dni, kiedy przychodzę zmęczona po pracy do cichego domu, w którym wita mnie kot, rośliny i puste podłogi. Wiem, obraz niezbyt optymistyczny, ale co zrobić, gdy na własne życzenie w sposób ostateczny rozsypałam popioły małżeństwa? Oczywiście, to nie jest tak, że w mieszkaniu mam kartonowe pudła i śpię na podłodze, spokojnie. Dramatów nie ma, są przemyślenia, które warto spisać, by zawalczyć z mitem, że rozwód to największe nieszczęście, jakie może spotkać kobietę i jej rodzinę. Rozstanie rodziców to zawsze ciężka sytuacja dla wszystkich, jednak w mojej opinii najcięższa dla dzieci. Dorośli muszą zmierzyć się z konsekwencjami, które prowadzą ich do zrobienia ogromnego kroku wstecz, jednak w przypadku świadomej, przemyślanej i mądrze zaplanowanej decyzji w perspektywie czasu wyjdzie im to na dobre. A dzieci? Dzisiejszy dostęp do informacji rysuje nam przed oczami okropne wizje rozwodów, w których dwoje dorosłych ludzi skacze sobie do oczu ziejąc nienawiścią i starając się skrzywdzić drugą stronę wszystkim, co przyjdzie do głowy. Między innymi dzięki temu w naszym społeczeństwie rozwód postrzegany jest jako proces bardzo negatywny. Przesycony złością, żalem, walką i... ostracyzmem. Łatwiejsze i „bardziej przyzwoite” w mentalności społecznej jest trwanie w nieudanym związku ze względu na dzieci, niż krzywdzenie ich rozstaniem i mieszaniem w głowach. Niszczeniem dziecięcej relacji z ojcem lub matką, wzajemnym obrażaniem, utrudnianiem i komplikowaniem. Wojną między dwójką rodziców, w której ofiarami są niewinne dzieci naznaczone ROZWODEM na całe życie. Wydaje mi się, że wiele par ulega temu strachowi, w którym prym wiedzie właśnie wizja skrzywdzonych dzieci i wydanych tysięcy złotych na bezsensowną walkę w sądzie. W którym rozwód staje się ogólno rodzinnym konfliktem, niszczącym relacje i przyprawiającym o siwe włosy ciotki, babcie i dziadków. „Przecież cię nie bije. Po co się rozwodzić?”, „A co z dziećmi?!”, „Wydawało mi się, że jesteście taką fajną rodzinką!”, „Jak ty sobie sama poradzisz?”, „Tak mi przykro!”. To tylko kilka zdań, które pada, gdy na pytanie, co słychać, odpowiadamy: rozwodzę się. Ale czy to zawsze jest powód do smutku? Przecież bycie nieszczęśliwym i samotnym w małżeństwie to powód dobry jak każdy inny, by się rozwieść. Udawanie, ukrywanie i oszukiwanie otoczenia i siebie może mieć okropne skutki, choćby w postaci zwykłej, narastającej niechęci do małżonka, czasem depresji, ale mało tego, może sprawić, że nieświadomie zmuszamy dzieci do samotnego dźwigania tajemnicy nieszczęśliwej rodziny. Wyobrażasz sobie? Jeśli dorosłego rozpadający się związek przyprawia o zaburzenia depresyjne, jak ma sobie z tym radzić dziecko? A przecież wystarczy ostudzić emocje, pogodzić się z decyzją i chwycić byka 200 Paulina Hoppe-Gołębiewska za rogi. Bykiem oczywiście jest dobro dzieci: ich komfort, zdrowie psychiczne i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli w tej trudnej sytuacji dwoje dorosłych weźmie to za priorytet, to jestem przekonana, że powoli wszyscy odzyskają spokój i poczucie bezpieczeństwa. Warto pamiętać, że są instytucje, które pomagają w sposób mądry rozwiązać konflikty, a także rozwiązać małżeństwa. Gdy powiedziałam koleżance, że skorzystaliśmy z pomocy mediatora przy ustaleniach dotyczących opieki nad dziećmi, była zaskoczona, ponieważ żyła w przekonaniu, że mediacje są po to, by ratować małżeństwo. Mogą, ale nie muszą, bo mediacje to taka ugodowa forma znalezienia kompromisu w sytuacji konfliktowej. Jeśli czujesz, że jest co ratować, ratuj. Jeśli nie ma co zbierać, rozwiedź się z godnością i spokojem. W obu procesach będzie towarzyszyć osoba profesjonalnie przygotowana do zarządzania trudnymi sytuacjami, co często pomaga uniknąć wielu komplikacji i nieprzyjemnych zdarzeń. Mediator również ma wiedzę na temat tego, jakie ustalenia będzie chciał zrobić sąd, by chronić małoletnich w tej nowej i ciężkiej sytuacji. Podchodząc zdroworozsądkowe do całej sprawy, skorzystanie z pomocy mediatora to najlepsza decyzja, jaką można podjąć. Jednak bywa i inne stanowisko na temat rozpadających się związków, równie nieprawdziwe i bzdurne, wygłaszane pochopnie słowami osób postronnych, które rzucają lekko: „to kopnij ją/jego w du...”. Kiedyś uśmiechałam się z lekkim pobłażaniem, słysząc takie słowa. Czułam, że to cale nie jest tak łatwo, jak się wydaje. Dziś, kiedy sama doświadczam tak ciężkiego procesu, wiem, że to nigdy nie jest lekka decyzja, w której wystarczy się spakować i nie oglądając się za siebie iść do przodu. Tak się nie da. Ale da się rozsądnie, metodycznie i spokojnie, jeśli dba się o to, co najcenniejsze, i jest to ostatnia rzecz, jaką wspólnie chce się zrobić: chronić dzieci. Dorośli zawsze ciężkie sprawy ukrywają przed dziećmi, chroniąc je przed zawiłościami świata dużych ludzi. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. W naszym mniemaniu dziecko ma być dzieckiem, ze szczęśliwymi dniami, w których problemem jest to, że odmówiono mu cukierka lub bajki w telewizji, a nie to, że nie starcza kasy na rachunki, a on i ona różnią się w wielu codziennych sprawach. Z dnia na dzień, coraz bardziej. W tym zafiksowaniu na ochronę małoletnich trudno uwierzyć, że dzieci widzą i czują więcej, niż byśmy chcieli. Mając już niemal nastolatka w domu, codziennie daję się zaskoczyć spostrzeżeniami, ciętym dowcipem czy nagłym wybuchem emocji. Staram się być czujna i uważna, bo teraz jak nigdy doceniam i skupiam swoją uwagę właśnie na tym, co widzą moi synowie. A mając za sobą najcięższy etap rozwodu — wyprowadzkę, która miała miejsce już ponad dwa miesiące temu, widzę, że warto było wziąć to na barki właśnie dla dzieci. Gęsta atmosfera niepewności i napięcia rozpłynęła się i przestaje dokuczać każdemu z nas. Wraca swoboda i lekkość, choć jeszcze uczymy się życia na dwa domy. Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, czego bym chciała, żeby uczyły się w szkole moje dzieci, w pierwszej chwili odpowiedziałabym: życia, odwagi i empatii. I choć tego pierwszego nie da się ot tak nauczyć, bo samo w sobie jest drogą pełną lekcji; odwaga i empatia to klucz, który pozwoli im zadbać o innych, nie rezygnując z siebie. Empatii nigdy mi nie brakowało, czasem wydaje mi się, że zawsze miałam jej w nadmiarze. Odwagi uczę się teraz, stawiając pierwsze kroki na drodze zupełnie nowego życia, w którym nie wszystko jest takie jak kiedyś. Bestseller 201 Bywają dni, kiedy wracam do domu zmęczona po pracy, a czekają na mnie dwa hałaśliwe gnomy zamiast spokojnego kota i roślin. Nawet wtedy, mimo zmęczenia, staram się pokazać dzieciom, że z największego bałaganu da się wydobyć coś wartościowego. Nawet najbardziej dramatyczne scenariusze mogą być lekcją o sile, poświęceniu i umiejętności szukania sensu w chaosie. Bo przecież o to w życiu chodzi — żeby dzieci widziały, że nawet w największym bajzlu można znaleźć drogę do przodu. Wiele osób wie, że życie nie zawsze jest bajką. Wiralowe stwierdzenie krąży w przestrzeni społecznej, w zasadzie do końca nie wiadomo, w jakim celu. Od jakiegoś czasu jednak wierzę, że zawsze można sprawić, żeby życie było czymś w rodzaju bestsellerowej powieści - z nieprzewidywalnym zakończeniem, które zostawi czytelnika z ogromną dawką refleksji. Leszek Sarnowski FRANCISZEK BAUMGART OSACZONY BOHATER Można zamawiać na prowincja@onet.pl Andrzej Kasperek Recenzje KILKA UWAG O KSIĄŻCE LESZKA SARNOWSKIEGO „FRANCISZEK BAUMGART -OSACZONY BOHATER” Przed 14 laty Leszka Sarnowskiego wyrzucono z TVP. Telewizja publiczna pozbyła się pracownika, który poświęcił jej przeszło 12 lat swego życia. Pamiętam, jak bardzo to przeżywał. Trudno się dziwić, ale pewnie dziś Leszek uznaje to wydarzenie za korzystne dla siebie. A tak mógł zająć się czymś innym i z dzisiejszej perspektywy widać, że o wiele ważniejszym. I wcale nie myślę tu o tym, że został starostą sztumskim. Bo oczywiście praca w samorządzie lokalnym to jego żywioł i pasja, a powierzone mu tej zaszczytnej funkcji jest dowodem na docenienie jego starań i wysiłków dla ziemi sztumskiej, której mieszkańcem jest od prawie 40 lat. Dla mnie największym jego osiągnięciem jest wymyślenie „Prowincji”, kwartalnika, który stworzył i redaguje od 2010 roku a ja mam zaszczyt z nim współpracować. Niedawno wydał 54 numer. A byli tacy, którzy przy narodzinach pisma już przepowiadali jego rychły zgon. Na szczęście mylili się i nasz periodyk wciąż się ukazuje. Od 15 lat buduje on środowisko lokalnych autorów, historyków, społeczników — ludzi, dla których prowincja to stan umysłu a nie miejsce zesłania... Inną jego ważną inicjatywą jest Biblioteka Prowincji, w której ukazało się już wiele książek. Aż w pewnym momencie redaktor uznał, że czas już najwyższy, aby samemu zabrać się za pisanie. Wziął się do roboty i powstały trzy tomy. Miałem przyjemność redagować te publikacje. To książki historyczne. Leszek Sarnowski wyszedł ze szkoły jednego z najlepszych Leszek Sarnowski FRANCISZEK BAUMGART OSACZONY BOHATER polskich historyków, prof. Romana Wapiń-skiego - promotora jego pracy magisterskiej obronionej na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Leszek ma dobry warsztat, umie szukać, badać źródła, szperać w archiwach. Ale nie są to dzieła stricte historyczne, bo dostajemy książki, w których dominuje osobisty ton autora. W swej pierwszej książce pt. „Sztumska droga do wolności” (2017 rok) opowiada o heroicznych czasach Sierpnia i Grudnia, o „Solidarności”, o stanie wojennym. Powstała opowieść o drodze do wolności - od żołnierzy wyklętych walczących tu zaraz po wojnie do Komitetu Obywatelskiego z lat 90. Książka pozwalająca lepiej zrozumieć, co Recenzje 203 się w Polsce po wojnie działo, pokazująca to na przykładzie Polski powiatowej, kraju małych ojczyzn, w mikroskali. Taki lokalny wymiar ma też druga publikacja „Ocalona pamięć” (2020 rok). — opowiada w niej dzieje żydowskich mieszkańców Sztumu i okolic. W ten sposób ocala pamięć o wymordowanych powiślańskich Żydach. Siedem lat temu napisałem o przyjętej przez niego metodzie pisania tak: Mamy tu bowiem do czynienia z mikrohistorią, czyli opracowaną Promocja książki w sztumskiej bibliotece, fot. SCK przez francuskiego historyka Emmanuela Le Roya Laduriego techniką „zadawania wielkich pytań w małych miejscach”. Tradycyjna historiografia interesowała dotychczas tylko wielkimi procesami historycznymi i wybitnymi jednostkami, teraz przyszedł czas, żeby pokazać lokalnych bohaterów. Autor książki „Montail-lou. Wioska heretyków ” udowodnił, że historia średniowiecznych wieśniaków może być interesująca a jej opis stać się bestsellerem. Historyczny opis niewielkich przestrzeni terytorialnych i czasowych okazał się bardzo ciekawy. Dotychczas te zagadnienia były najczęściej pomijane przez historyków. Z podobnym zainteresowaniem spotkała się także inna książka wykorzystująca te metodę — „Ser i robaki: wizja świata pewnego młynarza z XVI wieku” Carlo Ginzburga. Autorzy wspomnianych dzieł wykorzystywali protokoły inkwizycji do swych badań i budowania wizji przeszłości zwykłych ludzi — wieśniaków, młynarza... W najnowszej książce Sarnowskiego źródłem stały się akta bezpieki. Zamiast opisu małej społeczności lokalnej, jak to z powodzeniem robił w swych wcześniejszych książkach, skoncentrował się tym razem na losach jednej postaci. Wybrał Franciszka Baumgar-ta, byłego właściciela domu przy ulicy Królowej Jadwigi w Sztumie, w którym od 20 lat mieszkają państwo Sarnowscy. Okazało się, że to zapomniany bohater. Walczył w kampanii wrześniowej i trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał kolejno w trzech obozach jenieckich, z których próbował uciekać aż wreszcie udało mu się skutecznie zbiec. Następnie działał w konspiracji i jako kurier jeździł do Niemiec. Walczył w powstaniu warszawskim, a po jego klęsce udało mu się po raz kolejny uciec. Po zakończeniu wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem w Sztumie. I tu odnalazł go aparat bezpieczeństwa „ludowej” Polski. Sarnowski napisał w przedmowie: „Przez ponad dwadzieścia lat żył w dwóch równoległych rzeczywistościach. Żył podwójnym życiem — tym rodzinnym, społecznym, z jednej strony i tym konspiracyjne-ubeckim, z drugiej”. Dlatego książka nosi podtytuł: „Osaczony bohater”. Jest to bowiem postać, która mogłaby trafić do regionalnego (pomorskiego) muzeum stron ojczystych lub stać się patronem szkół i ulic, a zamiast tego stała się ofiarą rozpracowywania przez Urząd Bezpieczeństwa a później Służbę Bezpieczeństwa. Był śledzony, podsłuchiwany, nękany przez wiele lat. Systematycznie łamany i osaczany. Niestety, z tej konfrontacji wyszedł bardzo poturbowany. Nie jest to biografia człowieka niezłomnego. To życiorys rozdwojony, pęknięty. Pierwsza połowa książki, 204 Recenzje Czytelnicy w oczekiwaniu na lekturę, fot. SCK opisująca jego losy jeńca, uciekiniera z oflagu i powstańca warszawskiego to historia jak z sensacyjnego filmu. Kochamy takie opowieści o nieustraszonych, bitnych i prawych patriotach, którzy walczą o ojczyznę. Tyle, że życie potrafi być podłe a rzeczywistość skrzeczy i Baumgart daje się osaczyć perfidnym ubekom. I nie jest już kryształowy. Broń Boże, nie chcę go tu oceniać, bo jak celnie napisała Wisława Szymborska: „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Leszek po raz kolejny udatnie i z sukcesem korzysta z reguł mikrohistorii - zastosował skalę małą, lokalną, prowincjonalną. Opis przypadku, los pojedynczego człowieka, służy do pokazania codziennego życia ludzi, których losy odzwierciedlają zawiłości epoki. Autor chciał napisać historię swego domu w Sztumie (dla szerszego obrazu autor przedstawia też niemieckich właścicieli domu) a wyszła przejmująca opowieść o szaleństwie XX wieku, o nazizmie i komunizmie. Franciszek Baumgart, skromny bohater wojenny, zamieszkał po wojnie w tym poniemieckim domu i stał się ofiarą komunistycznego terroru. Dlaczego?! Powstała dobrze napisana wstrząsająca historia osaczenia i zaszczucia uczciwego, dobrego człowieka. Kogoś, kto po prostu chciał żyć, chciał mieć spokój, chciał zajmować się rodziną, pielęgnować ogródek, polować i spotykać się z przyjaciółmi. Człowiek, który po wojnie mógłby zrobić karierę w wojsku lub administracji - zostać dowódcą lub wojewodą teraz, aby zarobić na życie z pokorą znosi pracę kierownika punktu skupu trzody chlewnej, choć była znacznie poniżej jego wykształcenia i zdolności. Starał się nie wyróżniać, wtopić w tło... Ale to było za mało dla tej maszynki do mielenia ludzi, jaką czasem była ówczesna Polska. To prawdziwy obraz czasów PRL-u, bez znieczulenia i retuszu. Opis bezmyślnego systemu, który wydaje ogromne kwoty na aparat bezpieczeństwa, który osacza niewinnych ludzi i niszczy ich. Marnotrawi się środki, marnuje się ludzi... I po co? Chciałoby się zakończyć słowami Zbigniewa Herberta: „To wcale nie wymagało wielkiego charakteru mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku Tak smaku który każę wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała głowa”. Niestety, czasem (a może najczęściej) życie bardzo rozmija się z literaturą. To najlepsza książka Leszka Sarnowskiego. Mówiąc językiem komentatorów sportowych: „Panie Redaktorze, jest progres. Tak trzymać!”. Recenzje 205 Andrzej Lubiński PASJE MYŚLIWSKIE SIERAKOWSKICH Adam Langowski, Sierakowscy z Waplewa. Historie myśliwskie, Sztum 2023, Biblioteka Kwartalnika Prowincja, tom XIV. Adam Langowski przez kilka lat przygotowywał się do napisania książki o pasjach myśliwskich hrabiów Sierakowskich z Waplewa. Skrupulatnie przeszukiwał zasoby czasopism poświęconych tej problematyce znajdujące się w Internecie, korespondował z osobami powiązanymi rodzinnie z byłymi właścicielami pałacu waplewskiego, archiwami, bibliotekami, muzeami oraz studiował dostępną literaturę. Efektem tego jest prezentowana publikacja, której fragmenty ukazywały się na łamach „Prowincji”. Praca składa się z przedmowy, wstępu, sześciu rozdziałów, zakończenia, bibliografii. Na początku autor w kilku zdaniach przedstawia Adama Sierakowskiego jako naukowca i podróżnika oraz jego wejście w krąg rodzin Potockich i Branickich. Podczas spotkań rodzinnych uczestniczył także w organizowanych z tej okazji polowaniach. Dodać należy, że był wytrawnym myśliwym. W związku z tym był zapraszany nie tylko do Krzeszowic, ale również do dóbr Branickich na Ukrainie, Grodzieńszczyźnie, do Radziwiłłów w Nieświeżu. Zaszczytem dla myśliwego było zaproszenie na polowania do Po-turzycy, organizowane przez Włodzimierza Dzieduszyckiego, gdzie honorowymi uczestnikami byli m.in. malarz Julian Fałat i pisarz Henryk Sienkiewicz. Opisy barwnych polowań były prezentowane przez Jana Sztolcma-na, redaktora naczelnego „Łowca Polskiego”, wydawanego we Lwowie. Łamy pisma zasilał korespondencjami także Adam Sierakowski. Swoje trofea prezentował na wystawach myśliwskich w Warszawie i Wiedniu. O polowaniach, w jakich uczestniczył, pisał w listach do żony Marii. Ukazały się one w postaci dwutomowej pozycji książkowej [„Listy z podróży. Podróż na Krym, Kaukaz i do Tunisu”, Warszawa 1913, oraz „Listy z podróży. Podróż do Tunisu, Włoch i Sycylii”, Warszawa 1914]. Drugi rozdział poświęcony jest Adamowi Lwowi Sołtanowi, stryjowi Adama Sierakowskiego. Hrabia Sołtan zasłynął z tego, że uporządkował księgozbiór waplewski, pisywał korespondencje do gazet wielkopolskich 206 Recenzje i pomorskich, informował czytelników o wydarzeniach kulturalnych na ziemi malborskiej, kogo goszczono w pałacu waplewskim. Jemu przypadało w udziale jako pierwszemu witanie znakomitych gości na stacji kolejowej w Mle-czewie. Adam Lew Sołtan był zapalonym myśliwym. Jego fascynujące opowieści myśliwskie publikowano w „Łowcu” w dziale „Kronika”. Zamieścił w tym piśmie statystykę polowania w lasach waplewskich w roku 1884. Trzeci rozdział omawia polowania w Azji i Afryce, w których uczestniczyli synowie Adama i Marii Sierakowskich - Stanisław i Jan. Bracia, ucząc się w gimnazjum chełmińskim, należeli do tajnej organizacji „Towarzystwo Filomatów”. Po jej wykryciu zostali osądzeni w procesie toruńskim w roku 1901. Jan otrzymał naganę, zaś Stanisław, jako skarbnik, karę tygodnia więzienia. Młodzieńcy zostali wyrzuceni z gimnazjum, a maturę zdawali za granicą, w Krakowie. W 1906 roku udali się do Indii i na Cejlon. Braciom towarzyszył Oswald Potocki z Piątkowa z małżonką Marią. Pełnił on funkcję opiekunów młodych Sierakowskich. Adam Sierakowski zaopatrzył synów w listy polecające do osób, które mogły udzielić pomocy w podróży do Indii. Wśród nich był sędzia z miasta Kanpur Jasper Nichols, który odwiedził Waplewo w roku 1890. Wyprawa do Azji trwała dwa miesiące, o czym informował ojciec w „Łowcy” w kwietniu i Oswald Potocki we wrześniu 1906 roku. Opisywane zostały polowania na krokodyle - aligatory i gawiale nad rzeką Jamuną w okolicach Agry. Jan zrelacjonował dramatyczną walkę z krokodylem, którą stoczyli wespół z bratem. Dysponowali aparatem fotograficznym, upolowanego aligatora uwiecznił Stanisław. Kolejnym etapem podróży był Cejlon, gdzie upolowali tygrysa bengalskiego. Pod koniec podróży szczęście uśmiechnęło się do Oswalda Potockiego, bowiem ustrzelił aligatora. To trofeum było prezentowane w roku 1909 na wystawie w Poznaniu. Stanisław odbył podróż do Afryki w roku 1908. Droga wiodła z Egiptu przez Sudan, druga podróż przez Kenię do Abisynii. Czwarty rozdział przedstawia polowania w okolicach Montresor we Francji. Od połowy XIX wieku zamek i dobra leżące w okolicy należały do rodziny Branickich. Jako zapaleni myśliwi organizowali polowania cieszące się wielką renomą. Posiadali własną służbę łowiecką, nagankę, sforę i stajnię. Specjalizowali się w konnych polowaniach na dziki oraz jelenie. Za polowania odpowiadał specjalny łowczy, Louis Chauveau. Uczestnikiem polowań w Montresor był Jan Sztolcman, redaktor „Łowca Polskiego”. Z jego korespondencji wynika, że uczestnikami polowań byli w roku 1907 Stanisław i Jan Sierakowscy. Jan sprawował również nadzór nad majątkiem Montresor liczącym prawie 10 tys. hektarów ziemi. Zmarł w tej miejscowości 9 kwietnia 1920 i pochowany został w dziewiętnastowiecznej kaplicy. Piąty rozdział opisuje mało znany fakt polowania w lesie niedaleko Tulić z udziałem Władysława Branickiego z Wilanowa. Miało ono miejsce 12 lipca 1913 roku. Młody Władysław przyjechał do Waplewa, aby odpocząć po intensywnej nauce. Podczas polowania i po oddaniu strzału do rogacza doznał zawału serca i zmarł. W miejscu tragicznego wydarzenia postawiono kamienny krzyż. Wśród mieszkańców Tulić przekazywane były różne wersje tego zdarzenia - od honorowego pojedynku myśliwych, po atak rozjuszonego jelenia. Ostatni rozdział przedstawia rolę, jaką odgrywał Stanisław Sierakowski w ruchu polskim oraz opisuje jego pasję myśliwską. W roku 1919 w lasach waplewskich polował przedstawiciel rządu polskiego w Gdańsku, Mieczysław Jałowiecki pochodzący z Litwy. Dzięki niemu rząd polski wszedł w posiadanie po zakończeniu I wojny półwyspu Westerplatte. Mimo że był doskonałym myśliwym nie mógł poszczycić się sukcesem, będąc gościem Stanisława Sierakowskiego. Nie dysponował wówczas własną bronią, a zakupiona Recenzje 207 w Gdańsku dubeltówka okazała się niedopasowana do jego sylwetki. Po przymusowym opuszczeniu Waplewa Sierakowscy zamieszkali w Osieku. Szybko nawiązali kontakty z ziemiaństwem ziemi dobrzyńskiej, a Stanisław otrzymywał zaproszenia na polowania. Na międzynarodowej wystawie łowieckiej w Berlinie w 1937 roku prezentował trofea pozyskane z lasów waplewskich. Autor ze znawstwem prezentuje pasje myśliwskie trzech pokoleń hrabiów Sierakowskich, przybliżając czytelnikowi przygody z ich udziałem. Prezentowane w książce zdjęcia uzupełniają treść wykładu autora. Pochodzą one ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku, Kielcach, Warszawie, Archiwum Potockich z Krzeszowic, archiwum Adama Rybińskiego. Na dwóch zdjęciach ze zbiorowych polowań znajduje się pisarz Henryk Sienkiewicz. Z kolei mieszkaniec Starego Targu, Tomasz Witka, udostępnił nieznaną fotografię pięciu leśniczych, których zatrudniali Sierakowscy. Polecam tę interesującą książkę wszystkim czytelnikom, nie tylko miłośnikom polowań. Andrzej Kasperek MICHAŁA A. MAJEWSKIEGO OPOWIEŚĆ O DZIADKU Sprawdziłem w swojej poczcie i okazało się, że od dziesięciu lat z okładem prowadzę z Michałem korespondencję mailową. W roku 2012 napisał do mnie z prośbą o ocenę jego opowiadań inspirowanych morskimi podróżami. Tak się zaczęła nasza znajomość, coraz bardziej zażyła. Opowiadania były ciekawe i ukazały się w „Prowincji”. Ich autor zaczął bywać na promocjach naszego kwartalnika, choć nie jest ani z Żuław, ani z Powiśla - pochodzi z Kociewia. Ale przecież wszyscy mamy jakąś naszą prowincję, naszą małą ojczyznę. Michał przez lata pływał na statkach jako mechanik okrętowy, ale z powodów zdrowotnych musiał zejść na ląd i poszukać innego zatrudnienia. Został rzeźbiarzem i od lat po świecie latają anioły, które wyszły spod jego dłuta. Zajmuje się także stolarką, reperuje stare meble, a i snycerstwo mu nie obce. A do 208 Recenzje tego robi świetne zdjęcia (często na sztumskich promocjach je pstryka), zna się na wszelkich maszynach i komputerach... Dusza człowiek, choć zbyt skromny. Na promocje przyjeżdża specjalnie ze Starogardu Gdańskiego ze swą przemiłą żoną Zosią, utalentowaną malarką. Także specjalistką od aniołów. Jednego z nich -„kocio-anioła” na ilustracji z tomu wierszy Stanisława Sierki, czyli przepiękną anielicę jak z obrazów prerafaelitów, trzymającą w objęciach kotka, zobaczyła moja żona i zakochała się. Na szczęście uprosiłem autorkę, żeby namalowała replikę i odtąd obraz jest ozdobą naszej kolekcji. Zosia i Misiu, piękna para artystów... I jakby tego jeszcze było mało — Majewski pisze, przede wszystkim opowiadania. Właśnie ukazała się jego czwarta książka pt. „Dziadek”. Zaczynał w 2015 r. od „Jadzi” - wzruszającej opowieści o swej matce; miałem przyjemność pisać o niej na tych łamach („Prowincja” nr 23/2016). Tom „Zanckula” był powrotem do czasów dzieciństwa. Nostalgicznym opowiadaniom towarzyszyły w nim równie melancholijne fotografie. „Najdłuższy rejs” to zbiór jego (przede wszystkim) marynarskich opowieści, od których Michał zaczynał swą przygodę z literaturą. Kończy go utwór pt. „Dziadek”. Już sam początek jest intrygujący: „Znalazłem swego dziadka. Siedzi w nodze zabytkowego stolika i obserwuje mnie przez maleńki otwór, który wydrążył kołatek domowy”. Okazało się, że było to zakończenie tomu a jednocześnie nieoczekiwana uwertura i rok później autor zaprezentował nam swe nowe dzieło. Moim zdaniem najlepsze w jego dorobku. „Dziadek” składa się z dwóch części -pierwsza „Pani Zofia” jest opowieścią „o dystyngowanej damie, jej postępującej chorobie, relacji z córką”, czyli to historia matki Zosi, ukochanej Michała. Jednak większość tomu zajmuje tytułowy utwór. Na okładce jest rzeźba starca w trzech odsłonach. Wygląda jak głowa wawelska, ale z tekstu dowiadujemy się, że to głowa laski, powstała w czasach, kiedy przedmioty codziennego użytku miały być nie tylko praktyczne ale i piękne. Początkowo czujemy się skonfundowani, bo skąd taki początek? Jak to dziadek siedzi w nodze sekretarzyka? W naszych (pozornie) racjonalnych czasach takie rozpoczęcie historii zbija nas z tropu. Ale przecież sto lat temu, gdy Adam Mickiewicz pisał IV część „Dziadów” nikogo nie dziwiło, że jej bohater Pustelnik (późniejszy Gustaw) mówi do dzieci w trakcie swej wizyty u Księdza: „chodź tu, malcze, pod kantorek, / Nachyl się i przyłóż uszko; / Tu biedna duszka prosi o troje paciorek. / Aha, słyszysz, jak kołata? [...] Mały robaczek, kołatek, / A niegdyś wielki lichwiarz! [...] A tuś mi, panie sknero! znałem się z tym dziadem, [...] Był moim bliskim sąsiadem”. Pokutującemu duchowi można pomóc poprzez modlitwę, ale czy na nią zasłużył? Oczywiście dziadek zamknięty w nodze mebla może wydawać się dziwnym konceptem, ale według mnie to świetny chwyt literacki (nawet bez odwołań do „Dziadów”), bo pozwala pisarzowi na snucie narracji, bo może on naprawiając ów stary Recenzje 209 mebel rozmawiać ze swym dziadkiem, którego nie znał a który tyle chce swemu wnukowi opowiedzieć. Przodek autora zmarł wiele lat wcześniej, zamordowany w niemieckim obozie koncentracyjnym w 1941 roku, nigdy się nie poznali; zna go tylko ze starych zdjęć i opowieści rodzinnych. Okazuje się jednak, że wystarczy zajrzeć w odpowiednią dziurkę wydrążoną przez kołatka w starym drewnie i ujrzymy wychudzoną postać w pasiaku, która nieustannie coś pisze, jak się później okaże, są to listy do rodziny słane z obozu koncentracyjnego w Flossenbiirgu. Gdybyśmy trzymali się paraleli z „Dziadami”, można by zadać pytanie, czy dziadek także jest pokutnikiem i co ma być dlań wybawieniem? Jednak nie będę drążył tego wątku, żeby nie psuć czytelnikowi radości lektury. Nie przypadkowo użyłem tego sformułowania. Ta książka jest dowodem na to, jak pisarstwo Majewskiego dojrzało a czytanie jego książki jest źródłem dużej satysfakcji czytelniczej. Już sam pomysł z dziadkiem uwięzionym w nodze sekreta-rzyka jest świetny. Ow mebel pomalowany „ordynarną niebieską farbą” jest rupieciem a jednocześnie jedną z nielicznych pamiątek po przodku, którą należałoby poddać renowacji, ale brak na to ochoty, bo po co to właściwie czynić, kiedy ten antenat jest tylko mglistym wspomnieniem. Jakąś reminiscencją ze wspomnień ojca Jana Przy-bysława Majewskiego, psychiatry z Kocbo-rowa i poety, który został osierocony, gdy był nastolatkiem. Czy ojciec Michała miał okazję dobrze poznać swego ojca? Teraz książkowy wnuk może porozmawiać ze swym nieznanym mu osobiście przodkiem. I jest to zadziwiająca konwersacja. Dziadek, ciągle przy blacie swego mebelka, pisze listy z obozu, krótkie relacje (bo tylko na takie pozwalała obozowa cenzura) dotyczące spraw bytowych: nieustanne zapewnienia o dobrym zdrowiu, troska o żonę i dzieci, podziękowania za otrzymane drobne sumy pieniędzy, które pozwalały polepszyć egzystencję w kacecie. Te listy są autentyczne, stają się zakończeniami poszczególnych rozdziałów, czyli kolejnych rozmów toczonych w warsztacie, w którym trwa naprawa starego mebla. Są także przerywnikiem narracji dziadkowej. Przyznam, że czytałem zadziwiony: językiem, zbiorem faktów z historii Polski i rodziny, jego losami. Pomyślałem: a skąd autor to wszystko wie? Skąd taka mowa sprzed wieku? Kunsztowna i archaiczna zarazem. Okazało się, że Michał dostał od ciotki papiery po dziadku i wykorzystał fragmenty jego rękopisu, a w zasadzie brudnopisu wspomnień, który był napisany na jakiś konkurs. No właśnie, przed wojną ogłaszano liczne konkursy na wspomnienia i dowcipkowano nawet, że cała Polska pisze pamiętniki. Pisali chłopi, lekarze, nauczyciele, robotnicy a nawet bezrobotni. Być może był też konkurs na pamiętniki urzędników. Bo taki zawód wykonywał bohater tej książki. I zdziwiłby się ten, kto by pomyślał, że to będą straszne nudy. Jan Stanisław Majewski opisuje swoje życie. Okropnie trudne warunki życia na wsi 210 Recenzje lubelskiej na początku XX wieku, swą pracę nastoletniego nauczyciela; miał raptem 16 lat i cztery klasy szkoły, a stał się nauczycielem i po latach mówił z dumą, że jego „uczniowie, a później gospodarze, zajmujący różne stanowiska w samorządach, a wreszcie ci, których przygotowałem do szkoły średniej i z których żaden na egzaminie wstępnym nie oblał, którzy zostali księżmi, nauczycielami, sekretarzami gmin itp.”. Ale porzuca pracę belferską, bo za wszelką cenę chce bronić ojczyzny. Trzy lata spędza wojsku, ale nie na polach walki, tylko w magazynach, gdzie liczy kalesony. Jakże to dalekie od jego marzeń o walce na froncie. Jego przełożeni uznali jednak, że uczciwy magazynier jest równie ważny jak bohaterski żołnierz. A później proza życia. Powrót do domu i praca urzędnicza w miejscowym starostwie. Zaczynał od najniższych stanowisk i nigdy nie dochrapał się zbytnich awansów ani porządnej pensji. To zupełnie inne spojrzenie na Dwudziestolecie Międzywojenne, które tak chętnie idealizujemy. Narrator uświadamia swemu rozmówcy, jaka była prawda, bezwzględnie rozprawia się z mitem epoki, nie kryjąc i nie tając żadnych bolesnych faktów. Pisze o nędzy, o wyzysku, o blichtrze władzy i niesprawiedliwości społecznej. Oj, nie jest to ładny obrazek. Ta „Wyprawa w Dwudziestolecie” (celowo używam tu tytułu książki Czesława Miłosza) niektórym nie przypadnie do gustu... I to jest największy walor tej książki, jej autorowi udało się pokazać prawdę o ówczesnym życiu. Bez retuszu i pudru. Ta ciągła walka, żeby dociągnąć do pierwszego, żeby nie popaść w biedę, bo to nie uchodzi urzędnikowi „z awansu”. Ciekawym zabiegiem literackim jest także połączenie prac przy odnowieniu starego mebla z „rozmową” z dziadkiem. Poznajemy niuanse roboty konserwatora, jej filozofię, np. odrzucenie pokusy, żeby „po prostu zrobić ten element od nowa [...] [bo] w takiej opcji biurko stałoby się nieautentyczne”. W zamyśle autora praca przy renowacji jest komplementarna z opowieścią przodka. Świetnie wyszło to równoległe pokazywanie odzyskiwania urody starego sekretarzyka i odzyskiwanie pamięci o dziadku. Michał pięknie pisze o stolarstwie - zachwyca się blaskiem bijącym od wypolerowanej powierzchni dłut, z przejęciem opisuje nadzwyczajne cięcie przy użyciu japońskiej piły, szlifowanie drewnianych nóg, doklejki, uzupełnienia - wszystko to, co sprawia, że stary przedmiot odzyskuje dawne piękno i znów zachwyca. Doskonale go rozumiem, jestem synem stolarza i zapach świeżych sosnowych wiórów na zawsze pozostanie dla mnie jednym z najpiękniejszych na świecie; zapamiętałem ojca z wyrazem skupienia podczas heblowania, cięcia czy wiercenia... W dużym pokoju wisiał obraz przedstawiający św. Rodzinę, na którym mały Jezusek z podziwem patrzył na św. Józefa przy pracy — pochylony nad warsztatem stolarskim heblował deskę. Nie było to wielkie dzieło, ale motyw jest stary. Kocham „Ołtarz Merode” Roberta Campina, którego prawe skrzydło ukazuje św. Józefa, patrona stolarzy, przy pracy. Co ciekawe, w Łukowie, z którym bohater tej opowieści był związany, wciąż pamiętają o Janie Stanisławie Majewskim jako o społeczniku, krzewicielu kultury, historyku i regionaliście. A także żarliwym patriocie. Doceniono jego monografię „Łuków. Miasto powiatowe w województwie lubelskim” - kilka lat temu wydano jej reprint. Nawet nadano jego imię ulicy. Michał Majewski przywraca pamięć o swym dziadku, ale też poniekąd odzyskuje dla potomnych jego opis życia urzędniczego, to prawdziwy „Urzędnika powiatowego w przedwojennej Polsce żywot własny”. Najczęściej nie myślimy o tym fachu dobrze, kojarzy się nam z biurokratyczną mitręgą, z mnóstwem niepotrzebnych papierów. Ten tekst uświadamia nam, że bez właściwie funkcjonujących urzędów nic nie będzie dobrze działać. Ta książka uzupełnia naszą wiedzę o 20-leciu, Recenzje 211 pokazuje jego blaski i cienie. Z przykrością czytamy jego refleksje: „Posiadałem jak najlepsze uznanie dla swych starań i pracy ze wszystkich stron i od każdego, i nie mogłem własnym dzieciom, będąc na dość pewnym i bardzo ważnym z punktu widzenia obronności państwa stanowisku, zapewnić chleba do syta. [...] mowy moje i artkuły, które [one] znały i przechowywały, a które tchnęły niezmiernym entuzjazmem dla niepodległej Polski, przepojone gorącym uczuciem i wielkim patriotyzmem, które przekonywały o konieczności takich właśnie, a nie innych posunięć, starały się wytłumaczyć niesprawiedliwość społeczną, łagodzić rozgoryczenie krzywdzonych, były właściwie kłamstwem z mej strony, okłamywaniem innych i siebie samego, gwałceniem swych spojrzeń na te sprawy, zakrywaniem oczu na złą rzeczywistość.. Na zakończenie kilka uwag krytycznych. Po pierwsze - należało dać notę informującą o pochodzeniu źródła inspiracji i dodać kilka słów o Janie Stanisławie Majewskim (1899-1941). Postać to niebanalna i zasługuje na to. Dzięki takim ludziom Polska zmartwychwstała w 1918 roku. Po drugie - Michał Aleksander Majewski jest autorem, redaktorem i korektorem swej książki. Drogi Michale, to tak nie działa. Publikujesz swe książki w systemie seljpublishing. Serwis internetowy Ridero reklamuje się, że to „inteligentny system wydawniczy dla niezależnych autorów”. Zalecałbym więcej uważności, bo przepuszcza on ewidentne błędy składu, np. pozostawia na końcu łamu samotny wiersz akapitowy (pierwszy wiersz akapitu); „szewc” — tak potocznie zwie się ten błąd typograficzny. Trochę tu błędów ortograficznychh (na szczęście 2. kategorii) i interpunkcyjnych, trochę redakcyjnych, np. „ugotowana woda” (s. 31), „ofi-cjalności” zamiast „oficjaliści” (s. 64), podwójne tłumaczenie, czym jest „szynel” i „raniec”. To drobiazgi, ale psują całość. A wszak wnuk deklaruje na stronie 123, że „podobnie jak ja, Dziadek ma hopla na punkcie tak zwanej dokładności, czyli niezależnie od dziedziny, solidnie wykonanej pracy”. Szanujmy więc swoich dziadów, żywych i tych, którzy już odeszli! Michał Aleksander Majewski, „Dziadek”, [bm] 2023. 212 Wacław Bielecki - od 1947 roku mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Są-siedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Paulina Hoppe-Gołębiewska — ur. w 1986 roku w Malborku, mieszkanka Sztumu od 2007 roku. Związana z fundacją Damy Radę, asystentka do spraw marketingu w Malborskiej firmie So Chic. W 2013 roku założyła blog pod nazwą Radość i Partyzantka. W 2021 przemianowała go na paulapisze.pl, gdzie w dalszym ciągu z dystansem pisze o codziennych sprawach. Michał Kaczmarek — ur. w 1986 w Głogowie. Z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego, w praktyce pracownik biurowy. Publikował w pismach i na portalach, m. in.: ,Afront”, „artPAPIER", „e-eleWator”, „eleWator”, „Migotania”, „Odra”, „Projektor”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Śląsk”, „Tlen Literacki", „Versopolis” (wj. angielskim, tłumaczenie własne), „Wytrych”. Laureat konkursów poetyckich, np. , Autoportret Jesienny” organizowany przez Krotoszyński Ośrodek Kultury. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 roku, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Agnieszka Kowalska - absolwentka archeologii i podyplomowych studiów w zakresie zabyt-koznawstwa i konserwatorstwa architektury na UMK w Toruniu. W latach 2005-2008 uczestniczyła w ratowniczych badaniach archeologicznych na terenie Gdańska. Od 2008 r. zatrudniona w Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków w Gdańsku. W latach 2016-2019 pełniła funkcję Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Od 2020 r. jest zastępcą dyrektora ds. naukowo-konserwatorskich w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autorka artykułów poświęconych znaleziskom nowożytnych fajek glinianych z terenu Gdańska oraz problemom konserwacji zabytków architektury na terenie województwa pomorskiego. Andrzej C. Leszczyński — urodził się w Chodzieży. Eseista, wykładowca akademicki, okazjonalnie nauczyciel licealny. Studiował pedagogikę i filozofię. Autor czterech książek i ponad 200 rozpraw i szkiców z zakresu filozofii człowieka, etyki, antropologii teatru. Promotor ponad stu prac magisterskich i licencjackich. Prowadził teatralne warsztaty komunikacji i ekspresji w kraju i za granicą. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 roku w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Noty o autorach 213 Alicja Łukawska - ur. w 1959 roku, absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki Duchy Kresów Wschodnich wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza. Barbara Mielnik-Panow — urodziła się w Grudziądzu, mieszka w Gdańsku. Absolwentka pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracowała jako nauczycielka. Autorka tomiku wierszy Metamorfozy (Gdańsk 2023). Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 roku w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006—2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Ostatnio w Bibliotece Prowincji wydał Małe obrazki, proste scenki. Powiślańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Grażyna Nawrolska — ukończyła archeologię na UAM w Poznaniu oraz dwuletnie Studium Podyplomowe Ochrony Zabytków na Uniwersytecie Warszawskim, a stopień doktora uzyskała na Uniwersytecie we Wrocławiu. Pracowała w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku, Pracowniach Konserwacji Zabytków Oddziały w Zamościu i Gdańsku oraz w Muzeum Archeologiczno-— Historycznym w Elblągu. Od 1980 roku związana z Elblągiem. Wspólnie z mężem Tadeuszem rozpoczynała prace archeologiczno-architektoniczne na Starym Mieście, a po jego śmierci kierowała i prowadziła dalsze badania. Jest autorką kilkudziesięciu publikacji naukowych w kraju i zagranicą, uczestniczką licznych konferencji, organizatorką wystaw i redaktorką książek, a także popularyzatorką przeszłości Elbląga. Działa w Polskim Towarzystwie Historycznym, Stowarzyszeniu Naukowym Archeologów Polskich i Stowarzyszeniu Miłośników Truso. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 roku. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Michał Piotrowski - poeta, dziennikarz, urzędnik samorządowy. Obecnie jest rzecznikiem prasowym Marszałka Województwa Pomorskiego. Wolny czas spędza odkrywając i dokumentując zapomniane, opuszczone i niedostępne miejsca na Pomorzu: ruiny dworów i pałaców, opuszczone fabryki, kościoły i obiekty wojskowe. Jest pomysłodawcą i współautorem trzech przewodników po takich właśnie miejscach w naszym województwie. Piotr Podlewski — absolwent historii na UW-M w Olsztynie i etnologii na UMK w Toruniu. Współzałożyciel kanału historycznego na platformie YouTube Penetracje wokół Sztumu i autor książki pod tym samym tytułem (2021) oraz Żywoty zmarłych (2013). Nauczyciel historii i muzyk. Mieszka w Sztumie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 roku w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięćpokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd - ur. w 1958 roku, historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Bogumiła Salmonowicz — elblążanka z bieszczadzkimi korzeniami; pedagożka, terapeutka, coach, wykładowczyni w Akademii Nauk Stosowanych w Elblągu. Prowadzi Pracownię Doradztwa Personalnego, Edukacji i Terapii, specjalizującą się w kształceniu i podnoszeniu kompetencji społecznych, a także rozwiązywaniu sytuacji trudnych, kryzysowych. Prezeska Stowarzyszenia ,Alternatywni”, organizatora cyklicznie odbywającego się w Elblągu Festiwalu Literatury „Wielorzecze”. W ramach Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego od wielu lat prowadzi otwarte warsztaty literackie. Dotychczas wydała cztery książki poetyckie: BoSa (2014), Abrazje (2016); Femoglobina (2017) i Między nami czerwienieją chwile (2021), z których trzy zdobyły tytuł Elbląskiej Książki Roku. Aktualnie w przygotowaniu wydawniczym znajduje się jej kolejny tom wierszy pod tytułem Pejzaż z tatuażem. 214 Noty o autorach Leszek Sarnowski - ur. w 1959 roku w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017), Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018) oraz Franciszek Baumgart. Osaczony bohater (2024). Mariusz Stawarski — ur. w 1961 roku. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Suchar — z wykształcenia psycholog oraz absolwent studiów z zakresu judaistyki i archeologii biblijnej, nauczyciel akademicki na sopockim Wydziale Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Autor czterech książek i licznych artykułów poświęconych historii i teraźniejszości Jerozolimy. Ostatnio ukazała się drukiem jego powieść Kwadrat jerozolimski. Agnieszka Świercz-Karaś — absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Od początku kariery zawodowej związana z samorządem i lokalnymi mediami. Wieloletnia redaktor naczelna „Nowin Gniewskich”, współpracowała m.in. z TVP i Wydawnictwem Pomorskim. Obecnie zatrudniona w Starostwie Powiatowym w Sztumie i zaangażowana w tworzenie nowego wydawnictwa „Dzień Dobry Powiat Sztumski”. Łukasz Walendziak — ur. w 1983 roku w Gdańsku. Pisze o sobie: „W 2015 roku stałem na skraju przepaści. Limit głupot, błędów i porażek już wyczerpałem. Za mną były spalone mosty a dookoła zgliszcza. W akcie desperacji zdecydowałem się na ucieczkę przed samym sobą. Bilet w jedną stronę do Nepalu. Z perspektywy dnia dzisiejszego, śmiało mogę jednak stwierdzić, że cały ten trud nie poszedł na marne. Były to korepetycje w zakresie odpowiedzialności, samodzielności, radości życia czy poczucia własnej wartości”. Hanna Walentynowicz-Tkaczyk - ur. w 1939 r. w Warszawie. Od 1945 roku do chwili obecnej mieszka w Gdańsku. Jest absolwentką matematyki Uniwersytetu Gdańskiego. Przez 30 lat do emerytury pracowała jako nauczyciel matematyki szkoły średniej w Gdańsku-Oliwie. Pasjonatka sztuki. Uprawiała tkactwo artystyczne. Obecnie zajmuje się malarstwem. Jest członkiem Stowarzyszenia Plastyków im Mariana Mokwy w Gdańsku. Trzykrotnie zdobyła najwyższe nagrody prezydenta m.Gdańska, biorąc udział w corocznych przeglądach twórczości członków Stowarzyszenia. Miała 5 wystaw indywidualnych. Jest również autorką prac literackich. Publikuje w dwumiesięczniku gdańskim „30dni” Arkadiusz Wełniak — ur. w 1973 roku, historyk archiwista, genealog. W latach 1999—2011 kustosz i kierownik Oddziału w Archiwum Państwowym. Od 2011 roku pracujący w branży usług archiwistycznych, dokumentacyjnych i genealogicznych, w międzynarodowej firmie GEN Gesel-Ischaft w Berlinie. Aktywny członek Towarzystwa Genealogicznego Prus Wschodnich i Zachodnich. Publikował m.in. na łamach „Rocznika Elbląskiego”, „Przeglądu Zachodniego”, „Archeionu”, „Archiwisty Polskiego” oraz periodyków genealogicznych w Niemczech. Zainteresowania naukowe koncentrują się wokół problematyki polsko-niemieckiego pogranicza w XIX i XX wieku. Praca doktorska dotycząca kwestii migracyjnych, demograficznych i społecznych Elbląga w latach 1945— 1950, obroniona na Uniwersytecie Gdańskim. Miłośnik muzyki, twórczości Guntera Grassa i literatury współczesnej. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 roku. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. dziedzictwo, 2020,100 x 150 cm Portal, 2023, 60 x 50 cm PRACE PLASTYCZNE ZBIGNIEWA CHROSTKA ■Hi dut ofTime, 2024, 60 x 80 cm Pustka, 2016, 60 x 40 cm 'ustka, 2016, 40 x 60 cm CĄtyf t/f «