KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNI DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 3 (57) • 2024 Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2024 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(57) 2024 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace plastyczne Mileny Wiśniewskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta siódma „Prowincja”............................................5 Poezja Alfred Kohn....................................................................6 Proza Janusz Ryszkowski - Głodne kawałki.........................................13 Sylwia Kubik — Odyseja żuławska............................................17 Krzysztof Marcinkowski — Bursztynowe powidoki..............................24 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy..............................................28 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Dawne ratusze..........................................34 Ryszard Rząd — O etnografie z Wilczych Błot................................43 Arkadiusz Wełniak — Przed tutejszym urzędnikiem stanu cywilnego stawił się dzisiaj... Organizacja i działalność Pruskiego Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie w 150 rocznicę jego powołania.......................................................52 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska — Żuławskie opowieści.......................................57 Wiesław Olszewski — Wojna o depresję w cieniu wież triangulacyjnych........70 Bartosz Marguardt — Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf..............77 Wspomnienia Andrzej Kasperek - Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu....................89 Yael Barzilai - Kamienie pamięci dla Nanny Krombach.......................100 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (23)............................106 Marek Suchar — Ulica Proroków................................................113 Piotr Opacian — Szetlandzkie rozmaitości.....................................123 Arkadiusz Wełniak — Wyspa Bogów. Islandia okiem Kociewiaka...................130 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana......................................148 Galeria Prowincji Marzę o stworzeniu w Przezmarku domu pracy twórczej - z Mileną Wiśniewską rozmawia Agnieszka Swiercz-Karaś......................................161 Piotr Napiwodzki - Patronka Dzierzgonia i jej wizerunki - podsumowanie........164 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska — Magia wieczornego czytania: odkrywanie świata książek z dziećmi.....................................................168 Recenzje Alicja Łukawska - Nowy Staw we wspomnieniach.................................171 Beata Langowska - Głodne kawałki..............................................173 Noty o autorach..............................................................175 PIĘĆDZIESIĄTA SIÓDMA „PROWINCJA” Mariusz Stawarski gustownym czajniczkiem zdaje się zapraszać nas na jesienną herbatkę, a my do tej herbatki przygotowaliśmy specjalne treści kolejnego numeru naszego kwartalnika. Z kolejną dawką poezji wraca do nas Alfred Kohn, a Sylwia Kubik dzieli się z nami fragmentami kolejnej książki, tym razem z wojennego i powojennego Miłoradza (Mielenz). Ponadto opowiadanie Janusza Ryszkowskiego i debiutującego na naszych łamach Krzysztofa Marcinkowskiego. Andrzej C. Leszczyński o idei uniwersytetu, ciekawości i profesorach, między innymi o Marii Osowskiej. Grażyna Nawrolska przypomina dawne ratusze na Żuławach i Powiślu, z nostalgią, bo wiele z nich już nie istnieje. Ryszard Rząd przedstawia sylwetkę Aleksandra Treichela, etnografa z Wilczych Błot. Arkadiusz Wełniak zagląda do Pruskiego Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie, w 150 rocznicę jego powołania. Alicja Łukawska zbiera kolejne opowieści żuławskie, tym razem swoją bohaterkę, Halinę Ziemińską, odnajduje w Zwierz-nie i kreśli jej syberyjskie losy. Bartosz Marguardt kontynuuje swoją opowieść o rodzinnej wsi Cieszymowo, w gminie Mikołajki Pomorskie, a Wiesław Olszewski próbuje rozstrzygnąć, gdzie na Żuaławach znajduje się największa depresja. Andrzej Kasperek przywołuje sylwetkę Alexa Dancyga z Izraela, dzięki któremu zgłębiał, wspólnie z innymi polskimi nauczycielami, historię stosunków polsko-żydowskich i umiejętność nauczania o Holokauście. Dancyg był przyjacielem wielu Polaków i miłośnikiem polskiej literatury. W ubiegłym roku został uwięziony przez Harnaś i zamordowany. Z kolei pamięć innej Żydówki, Nanny Krombach, która przed wojną mieszkała z rodziną w Sztumie, przywołuje jej prawnuczka Yael Brziłai. Nanny została zamordowana w Treblince, a jej pamięć została uczczona w Berlinie tzw. kamieniem pamięci. W nieco bardziej odległe prowincje wiodą nas kolejni autorzy. Marek Suchar do Jerozolimy, Piotr Opacian na Szetlandy, Arkadiusz Wełniak na Islandię, a Krzysztof Czyżewski w różne geograficzne i literackie strony. Agnieszka Swiercz-Karaś prezentuje twórczość plastyczną Mileny Wiśniewskiej (także na III i IV stronie okładki), która na realizację projektu ilustracji do sztumskich legend uzyskała stypendium sztumskiego starostwa. Piotr Napiwodzki podsumowuje swoją opowieść o wizerunkach świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, patronki Dzierzgonia. Wacław Bielecki niestrudzenie wędruje dla nas w poszukiwaniu doskonałych dźwięków, między innymi do Warszawy, Fromborka, Elbląga, Waplewa, Gdańska, a także bliskich Stążek, a Paulina Hoppe-Gołębiewska zachęca do czytania dzieci i z dziećmi. Jesień z naszymi tekstami z pewnością nie będzie nudna. Zapraszamy do lektury. Leszek Sarnowski Redaktor Naczelny Kwartalnika „Prowincja” Poezja Alfred Kohn MAKÓW i cóż mi jeszcze ofiarujesz miasto oprócz zimna betonu którym zapełniasz swoją przestrzeń spod betonowych płyt nie wyrosną róże sadzone kiedyś przez „Filipinki nie usłyszę śmiechu dzieci bawiących się w piaskownicy i rycerzy walczących na drewniane szable w Rynku i cóż mi jeszcze ofiarujesz miasto oprócz zmowy milczenia nie odwracam się plecami od ciebie chociaż ty odwróciłeś się ode mnie wędruję wspomnieniami do miejsc dzieciństwa gdy na dzwonnicy kościelnej zegar odmierzał czas Filipinki — tak nazywano kobiety, które opiekowały się zielenią miejską. Poezja 7 katechetka Genowefa tarmosiła mnie za uszy gdy zapominałem Ojcze Nasz a ksiądz Gościniak egzaminował z wiary przed I Komunią Pan Bóg był wtedy na wyciągnięcie ręki prowadził mnie swoimi ścieżkami ale zbłądziłem gdy umierał ojciec dzisiaj stąpam po betonowym Rynku rozmyślam o tych co byli a co już po tamtej stronie... wierszami powracam do źródła czy ocalę w sobie te niezdarne słowa XXX wiem że każdego dnia coraz trudniej ale chciałbym jeszcze — choć na chwilę — nie oglądając się za siebie odkurzyć skrzydła fantazji poczuć wiatr młodości i wzbić się do lotu w przestrzeń chmurną i durną w poszukiwaniu straconego czasu 8 Poezja ocal mnie Panie od losu Ikara XXX kiedyś7 wszyscy spotkamy się w tym miejscu bogaci i biedni mądrzy i głupcy dobrzy i źli piękni i brzydcy szczęśliwi i nieszczęśliwi wierzący i niewierzący spełnieni i rozczarowani... przysiadłem na ławce przy grobie matki i ojca cisza tylko od czasu do czasu wiatr pozwala ostatnim liściom spaść z drzewa ileż w tym poezji i filozofii żyć prawdziwie w stosunku do samego siebie to tyle i aż tyle by ktoś nas spamiętał Maków Mazowiecki, 30 września 2023 Poezja 9 XXX już nigdy nie będzie tak jak dawniej nic nie gasiło pragnienia bardziej niż spieniony różowy napój spijany z lepkiej szklanki saturatora obsługiwanego przez panią G. nic nie przynosiło ulgi od upału bardziej niż kąpiele na Sadochach i Turbinie nic nie przynosiło dreszczu emocji bardziej niż kradzież jabłek z sadu państwa K. podglądanie zakochanych par na Grzance i pogoń psa „Czarka" pana K. za nami - łobuziakami w parku za mostem nic nie smakowało bardziej niż chleb umoczony w wodzie posypany cukrem chodząc ulicami wspomnień oglądam się za siebie jak mały zagubiony chłopiec 10 Poezja XXX B.B. jeśli wierzysz w miłość obejmij mnie nią mocno tak mocno bym poczuł drgnienie zdrętwiałego serca XXX moje dzieciństwo to zapach chleba z piekarni Dobrzyńskich to smak mleka od krów pani Łojek i lodów od Krukowskiej to wyścigi na kapsle zabawy w „Rudego - 102” podwórkowy palant i mecze w piłkę kopaną moje dzieciństwo to zabawy w chowanego na strychu najlepszą kryjówką były trumny robione przez mojego chrzestnego - Jana Wolskiego moje dzieciństwo to sąsiedzkie rozmowy na schodkach przed domem jak echo powracały wspomnienia o wojnie których wtedy nie rozumiałem jak przez mgłę widzę na podwórku Poezja dziada ze starzyzną donośnie wołającego „szm-aaaty skupuję, szm-aaatyr a innym razem chłop o wysuszonej twarzy zaciągający się „Sportem” ostrzył noże i nożyczki dźwięk młotka walącego w blachę na wózku z kołowrotkiem kamienia szlifierskiego - mam do dzisiaj w uszach po domach chodzili domokrążcy sprzedający kiczowate obrazy Świętej Rodziny przyjmujący zamówienia na monidła w środę nawet za cenę wagarów chodziłem na jarmark gdzie można było kupić mydło i powiodło posłuchać pocztówkowych szlagierów Szczepanika i Laskowskiego odtwarzanych na Bambino matka kupowała mięso w Taniej Jatce pani Ciak z którego robiła najlepszy na świeci smalec z cebulą w drodze do domu zaglądałem do kuźni Orłowskiego podkute konie rżały ze szczęścia a ich właściciele opijali jarmarczne interesy na Rynku przy fontannie cyganki za „co łaska” wróżyły przyszłość z kart nie jeden ciekawski Poezja wrócił do domu goły i wesoły moje dzieciństwo to ciepło dłoni Matki które chroniło mnie przed złem patrzę na córkę wpatrzoną w nowego smartfona jak w obrazek surfującą w sieci i nawet nie próbuję jej przekonać że dzieciństwo miało kiedyś lepszy posmak XXX wiosną pierwszego bociana zobaczyłem w locie ten rok będzie dla mnie podniebnolotny — pomyślałem lubię pozytywne przesądy Janusz Ryszkowski Proza GŁODNE KAWAŁKI1 Kupiłem płytę. Zachrypniętego Armstronga. Na okładce Louis jak spod igły. Włączam gramofon. I gdyby nie sfatygowana igła, pewnie nie przypomniałbym sobie paru spraw z przeszłości. Na przykład? Największego muzyka jazzowego, jakiego znałem osobiście. Tak, tak. Dzierżysław Roger-Rygielski był moim bardzo dobrym znajomym. Właściwie wzorem innych powinienem napisać: „przyjacielem”. Ale chce być maksymalnie szczery. Nigdy go nie lubiłem, a jakoś zmuszony byłem tolerować. Robił mi głupie kawały. I skłócił z dziewczyną. Pożyczał pieniądze. I z musu od zwraca. Oddawał mocz obok pisuaru. Rozpowiadał w akademiku, że to moje malarskie dzieło. Kochał do nieprzyzwoitości Armstronga i wszystkie dziewczyny, które akurat nie miały okresu. Kiedyś po coś do niego poszedłem, do legendarnego już wtedy pokoju 1306. Na podłodze walały się płyty. On szwendał się nagi po pokoju, szukając czegoś. — Nie wiesz, gdzie to może być? — spytał. Nie załapałem, o co chodzi. — No, gramofon — wydarł się potwornie. - Szukam gramofonu, ty tytule powieści Dostojewskiego. W tej chwili wszedł jego współlokator Marek, niosący samograja. Zanim wysunęły się dwie dziewczyny. Na widok nagiego chłopaka zachichotały. - Z czego rżycie, klaczki? Każdy może zapomnieć, że pożyczył gramofon — wciągał spodnie na gołe ciało. Odezwała się złota trąbka Luisa. — Skoro nie wyszedłeś, to zostań - Roger zwrócił się do mnie. - Bez krępacji - ciągnął z szelmowską miną. — Pieprzyć będziemy się po przesłuchaniu płyty kolejnej płyty. Zdążysz wyjść po angielsku. Nigdy nie wiedziałem, kpi czy o drogę pyta? Popijaliśmy mocną herbatę, zagryzając ciepłymi bułkami wprost z piekarni po sąsiedzku, z nocnej zmiany. Nigdy nie zdradzili, jak to robią, że nie mając grosza przy duszy niemal codziennie je stamtąd przynosili. Przyglądałem się dziewczynom. Jedna była laską Marka. Roger z niego pokpiwał, że jest żywym przykładem na to, że piękne kobiety są dla facetów bez wyobraźni. Dziewczyna nie grzeszyła urodą, to fakt, ale może dla Marka, nie miało to znaczenia. Dostrzegał w niej coś, czego inni nie widzieli. Śpiewał Armstrong. Zastanawiałem się, czy druga dziewczyna wyląduje w silnych ramionach Rogera. Teraz podrygiwała rytmicznie, miała lekko przymknięte oczy. Wcześniej jej nie widziałem, musiała być z miasta. Wyciera wszystkie łóżka w okolicy, pomyślałem. Gdy igła w gramofonie z trzaskiem wróciła na dawne miejsce, wstałem i rzuciłem „No to cześć”. Dziewczyna nie została, wyszła ze mną. Roger był wyraźnie tym zawiedziony. Fragment nowego zbioru opowiadań Janusza Ryszkowskiego Głodne kawałki. 14 Janusz Ryszkowski Że poszukiwał kamienia filozoficznego, to jeszcze nic o nim nie mówi. Znakomicie grał na gitarze, cudownie szarpał nerwy. A ta sprawa z Lilką - Musiałem ją zerżnąć - publicznie się przechwalał — bo ma najśmieszniejsze nazwisko, jakie w życiu spotkałem. Jak je wymówię, nawet teraz, czuję taką niesamowitą chuć. He, he, zna się dzieła Stanisława Przybyszewskiego, nie, głąby kapustne? Kiedy jedna z jego licznych partnerek zaszła w ciążę, pożyczył u znajomych pieniądze i wysłał dziewczynę prywatnie do ginekologa, szczegółowo wyjaśniając jak tam trafić, z dwoma biletami na autobus miejski. Lilka przestała się z nim spotykać, ale nadal wspierała finansowo. Kaprys jedynaczki, najlepszej studentki na roku, trudno było sobie racjonalnie wytłumaczyć. Roger miał proste wyjaśnienie: ślepy instynkt, kobieta jest zwierzęciem, im ją gorzej traktujesz, tym bardziej się do ciebie przywiązuje, ofiara nie może żyć bez swojego oprawcy. Właśnie leciał ten standard „Royal garden blues”. Roger spoglądał na mnie szelmowsko. - Ty, stary - cedził niedbale przez zęby - jesteś przebrzydłym konformistą. Chodzisz regularnie na obiadki, przytakujesz, że smaczne, dobre, choć masz po nich wzdęcia. Wstydzisz się pierdnąć... - Przesadzasz — próbowałem obrony. — Mam ci to dokładniej wyłożyć? No, może na pocieszenie powiem ci, że jestem od ciebie większym sukinsynem, ale to naprawdę marna pociecha. Roger zdał maturę wieczorowo. Miał świetne pochodzenie (klasa robotnicza), dzięki temu dostał dodatkowe punkty przy przyjęciu na studia. Wyleciał jednak szybko, potem wojsko (biegiem marsz), praca w domu kultury jako muzyk. Koledzy z zespołu, który działał w uczelni, namówili go, by przedłużył sobie młodość i wrócił na studia. Szybko stał się gwiazdą studenckiej estrady. Być w jego kręgu coś towarzysko znaczyło. Zupełnie nie wiem, jak tam trafiłem. - Kobiety nigdy nie potrafiły zrozumieć mnie do końca — ciągnął którego wieczoru swój fragment monologu na scenie. — No chyba, że za koniec uznać penisa. Dziewczyny chichotały, niektóre wstydliwie. Żenada. Jak wtedy, gdy wpadł do mojego pokoju, lewitując od alkoholu. Mamrotał coś pod nosem. Podszedł do stolika i wziął do ręki leżące akurat tam zdjęcie, na którym byłem z Alicją. Podarł je, śmiejąc się szaleńczo. Ala miała potem do mnie pretensje, że nie obiłem mu mordy. Przyszedł następnego dnia. „Stary, chyba wczoraj przesadziłem. Nie wiem dokładnie co, bo nie tylko u ciebie..To było nie w jego stylu. — Ok, nie ma sprawy - zbagatelizowałem. - Zapraszam ciebie z Alicją na premierę kabaretu. Wejściówki będą na was czekać. Przyjdźcie koniecznie — dodał normalnym tonem. Poszedłem jednak sam. Cały program mógł się podobać. Trochę kalamburów — ob-szczymurów, aluzji do obecnej sytuacji politycznej, parodiowanie celebrytów. I melodyjne piosenki, do których muzykę napisał Roger z niegłupimi tekstami. — Może ty napiszesz nam parę jajecznych tekstów - zapytał, nawiązując z tego, że w uczelnianej gazetce zamieściłem reportażyk o praktykach studenckich w zakładach drobiarskich. — Umiesz robić jaja. W stołówce Roger pojawiał się punktualnie o trzynastej. Bez kolejki zabierał w okienka talerz zupy. Połykał ją łapczywie z kawałkami chleba. Właściwy posiłek pałaszował przed Głodne kawałki 15 zamknięciem stołówki. Kucharki dawały mu drugie danie, mimo że nie miał wykupionego abonamentu. Miał na nie magnetyczny wpływ. — Kurwa — zagadnął mnie kiedyś przy mielonym. — Czytałeś „Dzienniki” Gombrowicza? Prawda, ty znasz tylko sygnał wiadomości rządowej telewizji. — Tym jesteś karmiony. Wpadnij do mnie, to ci kawałki poczytam. Kiepski druk, a ty już słabo widzisz. Czy można go było traktować na poważnie? Alicja z zatroskaniem przeglądała szafę. — Cholera, chyba nic się nie nada — mówiła jakoś tak. - Ty oczywiście nic nie wiesz. Roger się żeni. Jak to z kim. Nie ze mną i nie z tobą przecież. Z Elką. To była sensacja. No nie w tym, że jakaś dziewczyna z nim zaciążyła. Roger małżonkiem, no nie. — Nic dla niej z tego nie pasuje — przejęła się. — Wreszcie może trafił na swoją? Kto tam wie? Elka musi urodzić, za późno... Alicja była jedną z kilku psiapsiółek, które organizowały ciuchy dla przyszłej pary młodej. — Może twoja marynarka by pasowała? Jednak nie, Roger musi jakoś wyglądać, reprezentacyjnie. Oczywiście, byłem na tym ślubie. Podejrzewałem, że to będzie kolejna farsa, którą Roger zainscenizował. Podobnie tłum gapiów, którzy zapełnili dużą sale Urzędu Stanu Cywilnego. Wszystko jednak odbyło się z należytą powagą. Ktoś pokazał starszą kobietę, że to niby jego mama. Co chwila sięgała po chusteczkę. W sobotnie popołudnie powlokłem się samotnie (Alicja wtedy już została wymazana z mojego życia, to osobny temat) do klubu Piekiełko. Dopadły mnie pytania z tych najważniejszych, przywoływałem na pomoc Lacana, Levinasa, Lakatosa, albo innych facetów na literę L., wyłączając Lenina. Może przez to mało nie połamałem nóg na krętych i słabo oświetlonych schodkach do Piekiełka. Rozejrzałem się, żadnych znajomych. Z przeciwległego kąta, tego dla artystów, kiwnął do mnie Roger. Cóż było robić, zaryzykowałem. - Słyszałem o tobie bardzo brzydkie rzeczy - rzucił na powitanie. - Siadaj, pogadamy. Lubię ludzi na poziomie, ostatecznie możesz być i ty. Tym razem bez Alicji? To niespodzianka. Zawsze zastanawiałem się, jak ktoś taki jak ty mógł poderwać taką babkę z klasą... Chyba jednak przejrzała na oczy. Nie miałem ochoty tego dalej słuchać. Wstałem, ale Roger chwycił za rękę. — Słyszałem o tobie naprawdę straszne rzeczy — bezczelnie się uśmiechał. - Siadaj — mocno pociągnął. — Postawię co piwo. Przyniósł dwie butelki Grunwaldzkiego. - Podobno już napisałeś magisterkę? Przytaknąłem. — I po co tak się spieszyć w ten syf...? Nie chciałem wyjaśniać Rogerowi, że mój promotor obiecał mi staż. Musiałem tylko szybko obronić pracę. Nie miałem jakoś nastroju do dalszych rozmów. Roger chwycił gitarę. Zagrał kilka kawałków. - Wiesz, co się w życiu liczy najbardziej? - spytał zaczepnie. -Pizza i zimne piwo. Gdybyś pisał doktorat o wartościach młodego pokolenia, możesz to zacytować. Znowu Armstrong. Koncert z 1951 roku. Urodziłem się kilka lat później. Jestem dzieckiem października. Raczej bękartem. Ale to wina okoliczności. Tak. Przede wszystkim. Zostawmy to jednak. 16 Janusz Ryszkowski Armstronga słuchaliśmy z Alicją u Rogera. Znowu byliśmy razem. Jeśli się powtarzam, to przepraszam. „I got ideas” — dolatywało z głośników gramofonu. Miałem już prawie wszystko poukładane. Pokoik w hotelu asystenckim, małżeństwo, pisanie doktoratu. Popijaliśmy grzańca. Dusza rwała się do nieba. Potem doszło do kłótni z Alicją. Robiło się późno, ona nalegała, aby jeszcze zostać. Posłuchać nowej Ewy Demarczyk. - Rób sobie, co chcesz — powiedziałem. I poszedłem. Po drodze wyobrażałem sobie, że wyprawiają Bóg wie co. Roger nie przestał mnie prześladować. Starszy asystent mojego profesora odwiedził mnie w akademiku. Pisaliśmy razem komunikat z badań. Zbliżała się jakaś sesja naukowa, miałem się pokazać. — Będę szczery - Leszek, ten starszy asystent był wyraźnie zakłopotany. - Jest taki układ. Stary może zostać dziekanem. Wtedy wzrosną twoje, nasze akcje. - Ale co ja mam do tego? Nie mianuję dziekanów. Roześmiał się. Strategia była prosta — na zebraniu z udziałem władz politycznych, u których obecny dziekan miał krechę, miałem w odpowiednim momencie dyskusji umiejętnie zwrócić uwagę, że na postawy studentów duży wpływ wywierają osobowości naukowców. Rzucisz przykłady z waszego seminarium. Wszyscy ciężko harują, w terminie bronią prace. A u dziekana przeważają osobniki w rodzaju Rogera. - Nie podoba mi się ta zagrywka - powiedziałem szczerze. Zgasił mnie szybko. — Jeśli chcesz całe życie podawać tylko piłki, to bardzo proszę. A tej rozmowy nie było, pamiętaj. Wszystkiego się wyprę. Złota trąbka Luisa pobrzmiewa. Dostaliśmy z żoną bilety od teścia na jakieś estradowe występy. Nawet nie chciałem iść. Ale Krystyna nalegała. - Rzadko wychodzimy... Feria kosmicznych świateł. Nagle wśród artystów dostrzegłem Rogera. Wykonywał te swoje głodne kawałki najlepiej na świecie. Był błaznem z klasą. Ja jestem błaznem z zarzuconym doktoratem. Uczę w liceum odróżniać Platona od Plotyna, a to wszystko od platyny. Jakoś nie odważyłem się pójść za kulisy, po latach przywitać się z moim, no właśnie, kim... Teraz jednak po kilku drinkach, gdy kończy się płyta Armstronga, mam chęć pobiec pod dawny akademik i czekać aż z któregoś okna wybuchnie Rogerowy śmiech. Przyłączę się i ten duet przejdzie może do historii muzyki. - Wycisz to — prosi żona. Nie mogę. Odyseja żuławska 17 Sylwia Kubik ODYSEJA ŻUŁAWSKA T. 1 UCIECZKA Z MIELENZ (FRAGMENTY) Na żuławskiej wsi życie toczy się leniwie, wyznaczane mijającymi porami roku. Dwa kościoły, wygrywające dzwonami naprzemienny rytm, nawołują wiernych na nabożeństwa, majestatyczne wierzby szumią kojąco, a przetykana promieniami słońca mgła snuje się leniwie nad Noga-tem i uprawianymi w pocie czoła żyznymi połami. Niespodziewanie jednak tę sielską scenerię owiewa wiatr zmian. Kawalkada wojskowych samochodów i liczne wybuchy rozlegające się wokół Danzig zwiastują, że po raz kolejny nadnogackich ziem nie ominą dziejowe zawirowania. Wkrótce codzienność pozornie wraca do normalnego biegu, jednak nie tego znanego, lecz naznaczonego obecnością jeńców wojennych, którzy zastępują w gospodarstwach młodych chłopców powołanych na front. Gdy z kościelnej ambony padają słowa: „Szykujcie się do ucieczki!”, mieszkańcy wpadają w popłoch. Nie rozumieją, dlaczego mają zostawić swoje domy i ziemie, wszystko, co kochali i własnymi rękami wypracowałi. W mroźną styczniową noc wsiadają na wozy, biorąc tyłko to, co koń zdoła unieść, i uciekają, zostawiając za sobą całe dotychczasowe życie. Rozpoczyna się podróż w nieznane, naznaczona bółem, cierpieniem i niepewnością, ałe i nadzieją odyseja żuławska... W cieniu dawnej wozowni pod stuletnią rozłożystą wierzbą na bujanym fotelu siedzi postawny mężczyzna o kędzierzawych siwych włosach, które, choć miejscami się przerzedziły, wciąż są bujne i dodające uroku. Wszystko spowija zapach kwitnącego rzepaku, który niczym żółte morze okala całą wioskę. Słychać brzęczenie pszczół, szum liści oraz pracujące w polu traktory. Nowoczesne sprzęty przecinają żyzną żuławską ziemię śladami kół, które niepostrzeżenie podchodzą wodą. Pachnie... Horst zaciąga się głęboko ciepłym powietrzem. Oprócz nagrzanego słońcem rzepaku czuje też bez rosnący nieopodal wozowni. Powoli przekwita, lecz wciąż wydziela zapach przywołujący wspomnienia. Zerka na drogę, wzdłuż której rosną wierzby rosochate. Porusza się nerwowo na fotelu. Zerwałby się i pobiegł co sił w nogach. Środkiem, jak dawniej, bo zbaczać nie można było. Kto chociaż trochę zmienił kurs i wszedł na pobocze, nie wracał już do domu. I on by nie wrócił. Jemu jednak ktoś przyszedł na ratunek. Mała dziewczynka przywołująca go swym radosnym śmiechem. Dzięki niej uniknął zbłądzenia wśród bezkresnych 18 Sylwia Kubik podmokłych pól, na które próbował go zapędzić czarny pan na swym ognistym białym ogierze. Do dzisiaj na samą myśl o tym dniu ciało pokrywa gęsia skórka, a zęby zaciskają się niczym imadło. Kurczowo chwyta poręcz fotela i odpycha się mocno stopą, wywołując kołysanie. I skrzypienie przywołujące te lepsze wspomnienia, przenoszące go do czasów, gdy we wsi rozbrzmiewał śmiech, a mowa niemiecka była czymś zwyczajnym. Uśmiecha się. Znowu biegnie co sił w nogach. Wysoka, mocna trawa plącze się między stopami, ale on wie, jak je wykręcać, żeby nie upaść. Dołącza do niego Longin. Dalej biegną razem. Coraz szybciej i szybciej. Zwalniają dopiero koło kolejki wąskotorowej. Chwytają wagonik i popychają go mocno. Z pałacu wybiega pan Bielefeld ze swoją nieodłączną śmieszną trąbką przy uchu. Coś krzyczy, ale oni nie słuchają. Popychają raz jeszcze wagonik i uciekają w stronę pól. Mijają pana Hoppego, nauczyciela, który zmierza po- spiesznie w stronę wsi. Jest czymś wzburzony. Widać to po nerwowych ruchach i tym, że ignoruje ich psotę. Zaciskają usta, żeby stłumić śmiech, i biegną w dal, chłonąc aromat rzepaku, który dawniej pachniał dokładnie tak samo, jak dzisiaj. To było ich ostatnie beztroskie i szczęśliwe lato. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedzieli... GISELA Ależ się cieszę! Rodzice się zgodzili, żebym poszła do gimnazjum w Marienburgu. To całkiem blisko nas, ale to już Niemcy, a w sumie Prusy. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę swoją nową szkołę. I poznam koleżanki! Ciekawe, skąd będą? Mama obiecała, że kierowca zabierze nas na zakupy. Dostanę pieniądze na nowe buty i zeszyty. I zobaczę Rynek Starego Miasta. Podobno jest piękny. Byłam tam dawno temu, ale nic już nie pamiętam. Wszystko jest takie ekscytujące, że nie mogę spać po nocach! Trochę też się boję, bo może się okazać, że wcale nie jestem taka mądra, jak mówi nauczyciel. Ale będę się starała i dużo uczyła. Nie mogę zawieść rodziców. I siebie! Mielenz, wiosna 1939 roku Rzepak bujnie kwitł, rozsiewając słodki zapach po całej wsi. Żółty pyłek oblepiał wszystko złotawą powłoką. Gisela nie zwracała na to uwagi do czasu, gdy matka wręczyła jej wiaderko z wodą, nakazując umyć porządnie wszystkie okna w sklepie i gospodzie. Zazwyczaj był Odyseja żuławska 19 to obowiązek jej starszej siostry, Hannah, lecz wiosną i latem mieli tak wielki ruch, że każda para rąk była na wagę złota. Mamo, przecież ja nie umiem dobrze myć okien. Zawsze zostawiam smugi. - Gisela próbowała się wymigać od niechcianego obowiązku. — Może zrobię coś innego? Coś innego też zrobisz. Później - odparła matka tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Nie jesteś już małym dzieckiem. Idziesz do gimnazjum, więc i z oknami sobie poradzisz. Jeśli będą smugi, to tak długo będziesz je czyściła, aż znikną. Dziewczynka spojrzała na szczupłą, wysoką kobietę w beżowej sukience i z włosami nieodmiennie upiętymi w mały kok upleciony tuż nad karkiem. Wyglądała na surową i stanowczą. Taka też była, lecz Gisela wiedziała, że pod tą wywołującą dystans powłoką kryje się kochająca kobieta, która poprzez dyscyplinę i surowe przestrzeganie zasad okazywała swoją miłość. Chciała dopytać matkę, jak naj- lepiej myć ramy, ale tak się na nią zapatrzyła, że ta zdążyła pójść na zaplecze, żeby zająć się zatowarowaniem sklepu. Zabrała się więc do pracy, bo po południu otwierali karczmę i musiała się spieszyć. Delikatne dłonie już po kilkunastu minutach nabawiły się pęcherzy od wyciskania szorstkiej ścierki i polerowania szyb. Momentami tarła tak mocno, że farba odpryskiwała z drewnianej ramy. Na szczęście były to niewielkie ubytki i matka nie zauważyła. Gdy skończyła, była cała spocona i zmęczona. Dłonie piekły, a plecy bolały od ciągłego napinania mięśni. Była jednak szczęśliwa. Wykonała zadanie. Radość trwała krótko, bo matka zaraz zagnała ją do kolejnych prac. Gisela cały dzień spędziła na zapleczu, gdzie myła półki, ustawiała towary, a na koniec musiała poukładać zapasy w spiżarce, żeby zrobić miejsce na nowe prze- twory, które matka z siostrą robiły w każdej wolnej chwili. Dopiero późnym wieczorem miała czas dla siebie i mogła się zająć przygotowaniami do pierwszego dnia w szkole. Po kilka razy przeglądała wszystkie spódnice i bluzki, sprawdzała podkolanówki oraz przybory do pisania. Książki obłożyła w ładny złotawy papier, żeby się nie zniszczyły. Każdą stronę równiutko przycięła i dokładnie podkleiła. Każda też była na okładce podpisana. Imię i nazwisko starannie wykaligrafowane. Tego nauczyła ją dawno temu babcia. Nie lubiła ćwiczyć, gdyż babcia Agata była niezwykle wymagająca i trudno ją było zadowolić. Teraz jednak się cieszyła, że nabyła umiejętność pięknego pisania. Babcia zmarła, ale zawsze gdy trzymała w ręku pióro, wspominała ją ciepło, wypierając z pamięci reprymendy i ostre słowa. Gdy wszystko przejrzała, spakowała do teczki i usiadła na łóżku, podziwiając zawieszkę, którą uplotła z kolorowych nici i przyczepiła do agrafki. Nie wiedziała, co ją czeka w nowej szkole, gdyż jej starsza siostra słabo się uczyła i rodzice nie wysłali jej do gimnazjum. Podobnie było z braćmi, którzy ani myśleli o dalszej edukacji. Woleli iść do pracy, żeby mieć swoje pieniądze i nie być zależnym od matki i ojca. To jej przypadł zaszczyt bycia pierwszą w rodzinie, która zdobędzie wykształcenie ponadpodstawowe. Czuła ciężar odpowiedzialności, ale i dumę oraz ekscytację. Zamierzała się wykazać i sprawić, że rodzice nie będą żałowali wydanych na jej naukę pieniędzy. Z tą myślą, mocno zmęczona, zasnęła praktycznie od razu, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Po sobotnich obowiązkach i przygotowaniach nastąpiła niedziela, którą spędziła na zabawach z koleżankami. Tylko jedna z nich, Alice, miała wraz z nią rozpocząć naukę 20 Sylwia Kubik w gimnazjum żeńskim o tajemniczo dla dziewczynek brzmiącej nazwie Luisenschule1. Spędziły wiele czasu, zastanawiając się, jak ich nowa szkoła będzie wyglądała i czy znajdą tam dużo koleżanek. Rodziców zaprzątały natomiast inne sprawy. Sytuacja polityczna po 1920 roku sprawiła, że Mielenz2 znalazł się w obszarze Freie Stadt Danzig3, Marienburg zaś w wyniku plebiscytu włączono do Niemiec. Można było do niego dojechać autobusem lub kolejką wąskotorową, lecz rozkład jazdy nie pasował do planu lekcji. Postanowiono więc wraz z rodzicami dzieci z ościennych wsi złożyć się i wynająć autobus z kierowcą posiadającym paszport umożliwiający przekroczenie granicy na Nogacie oraz dokumenty uprawniające go do przewożenia uczniów do szkoły. Pierwszy wyjazd był niezwykle ekscytującym wydarzeniem, więc matka zaprowadziła Giseię na przystanek, gdzie wraz z grupką uczniów oraz towarzyszących im rodziców wspólnie czekali na autobus. Tylko nie zgub pieniędzy — pouczała ją matka. — Trzymaj schowane w kieszonce i wyjmij dopiero, gdy będziesz przy ladzie. Wiem, mamo — odparła dziewczynka, klepiąc połę mundurka. - Są dobrze ukryte. Nie zgubię ich. I weź tylko to, co masz na liście. Żadnych zbędnych zakupów. Buty i zeszyty. Dobrze. I pamiętaj, żeby buty od razu założyć i trochę je przybrudzić, a w każdym zeszycie zapisać chociaż linijkę, bo inaczej celnicy zabiorą ci rzeczy. Gisela pokiwała intensywnie głową i z zadowoleniem zauważyła, że podjechał po nie mały autobus. Przytuliła się szybko do matki i wbiegła do pojazdu, żeby zająć miejsce przy oknie. Chciała podziwiać widoki i wszystko dokładnie zapamiętać. Obiecała młodszemu bratu, Wolfowi, że mu opowie, jak wygląda Marienburg i czy mocno się różni od ich wsi. Alice usiadła obok niej. Gisela zaraz pożałowała, że to zrobiła, bo przez cały czas ją zagadywała, uniemożliwiając skupienie się na tym, co mijali po drodze. Zamilkła dopiero w Kal-thof*. Ulokowano tam polski urząd celny. Kierowca już wcześniej ich przestrzegł, że mają siedzieć cicho i się nie odzywać. Zastosowali się do jego zaleceń, więc kontrola przebiegła szybko i bez zakłóceń. Gdy wjechali na most, Gisela bała się patrzeć w dół, gdyż miała nieodparte wrażenie, że droga się zarwie i spadną prosto w roziskrzoną promieniami porannego słońca toń rzeki. Przemogła jednak strach i spojrzała na zamek, otulony złotymi refleksami. Wyglądał naprawdę imponująco. Wieżyczki rozbudzały wyobraźnię, a wysoki mur rozpalał ciekawość. Szybko jednak pojechali dalej i minęli kolejny urząd celny, tym razem niemiecki, usytuowany po drugiej stronie rzeki. Tam jednak nikt ich nie kontrolował. Jak myślisz, w tym zamku mieszkają księżniczki? — zapytała przejętym głosem Alice. Nie bądź dziecinna. Księżniczki nie istnieją — odparła wyniośle Gisela, pomijając fakt, że zaledwie kilka dni temu zadała identyczne pytanie starszej siostrze, która wyśmiała jej naiwność. — Poza tym tu nigdy żadna nie mieszkała. To zamek rycerzy. 1 Gimnazjum żeńskie im. Królowej Luizy w ówczesnym Marienburgu (Malborku). 2 Miłoradz. 3 Wolne Miasto Gdańsk. Odyseja żuławska 21 Jak byli rycerze, to i powinna być księżniczka, którą mogli bronić - upierała się Alice. -Po co inaczej byliby w tym zamku? Na to pytanie Gisela nie potrafiła odpowiedzieć. Na szczęście tuż za mostem skręcili w boczną uliczkę, prowadzącą do gimnazjum. Nie spodziewała się, że to jest tak blisko. Co prawda mieszkali tuż przy granicy, ale rodzice nie zabierali ich ze sobą, gdy jechali robić większe zakupy. Ich rodzina była licz- na, a poza tym uważali, że sprawniej pójdzie bez balastu w postaci dzieci, rozdziawiających buzie przy witrynach sklepowych. Fakt, byli na uprzywilejowanej pozycji, gdyż ich sklep oraz gospoda generowały wysokie zyski i dzięki temu żyli na godnym poziomie, a co za tym idzie, mogli kupić dzieciom wszystko, co potrzebne. Uważali jednak, że pieniądz, ciężko zarobiony, należy szanować i nie można go wydawać na głupstwa, a o takie zbędne drobiazgi zazwyczaj prosiły młodsze pociechy. Kierowca zatrzymał się przed samym wejściem. Gdy wysiedli, musieli mocno zadzierać głowy, żeby zobaczyć szczyt budynku. Ale to jest wielkie - westchnęła Alice. — Prawie jak ten zamek przy moście. Aż tak to nie — odparła Gisela. — Ale ten budynek jest zdecydowanie dużo większy niż cokolwiek w naszej wsi. Chyba nawet wyższy od naszego kościoła. O tak - przytaknęła gorliwie Alice. — Dużo wyższy. I ma ogromne okna. Gisela skrzywiła się na tę wzmiankę. Miała jeszcze świeżo w pamięci przykre sobotnie obowiązki, więc współczuła osobie, która musiała myć łukowate, ogromne, mające liczne szybki szprosowe okna. Wnętrze było dość przytłaczające. Wysokie pomieszczenie odbijało echem każdą rozmowę. Ceglane ściany wydawały się wyjątkowo chłodne i nieprzystępne. Gisela poczuła się mała i bardzo zagubiona. Chwyciła Alice za rękę i mocno ją ścisnęła. Spojrzały na siebie ze zrozumieniem i przysunęły się bliżej siebie. Nowe, nieznane miejsce trochę je przerażało, a mnogość głosów, śmiechów i chichotów dezorientowała. Gwar na korytarzu coraz bardziej je przytłaczał. Na szczęście wyszła do nich ubrana w granatową spódnicę i wysoko zapiętą białą koszulę nauczycielka, a wtedy wszystkie głosy umilkły. Sprawnie podzieliła ich na grupy, wyczytując nazwiska i wskazując numery sal, do których mieli się udać. Gisela niewiele zapamiętała z tego, co im mówiono, gdyż zbyt zajęta była próbą zapanowania nad szalejącymi w jej sercu emocjami. Wszystko wydawało się bardzo duże. Ławki były wysokie, krzesła też. Nie należała do najniższych, ale miała problem, żeby stopami dotknąć podłogi. Majtała nimi do czasu, gdy spoczął na niej surowy wzrok nauczycielki, Mathilde Schade. Zawstydzona zarumieniła się mocno i trwała w bezruchu do końca spotkania. Nie drgnęła, nawet gdy nauczycielka przesadziła znacznie niższą Alice do pierwszej ławki, a obok niej kazała usiąść obcej dziewczynce. Gisela nie ośmieliła się na nią spojrzeć. Zbyt się bała kolejnej niemej nagany. Ulgę poczuła dopiero, gdy wsiedli do autobusu i pojechali na rynek. Kierowca widział ich ekscytację nowym miejscem, więc pozwolił im przez kwadrans pochodzić i popatrzeć na kunsztowne budynki. Giseli najbardziej podobały się te z podcieniami. Nigdy wcześniej takich nie widziała. Albo nie pamiętała. Wpatrywała się w nie teraz z szeroko otwartymi 22 Sylwia Kubik ustami, zastanawiając się, jak to możliwe, że balkony nie spadają. Czym są przymocowane do budynku? I jak zrobiono te luki, skoro cegłówki są prostokątne, a nie okrągłe? Chciałabym mieszkać w takim wielkim domu - szepnęła Alice, patrząc na rząd okazałych budynków. Przecież to nie domy, tylko kamienice. W nich jest wiele mieszkań. Siostra mi opowiadała, że ma koleżankę, która mieszka w takiej kamienicy, i tam pomieszczenia są bardzo wysokie. Chyba takie jak w naszej klasie. Myślisz, że to możliwe? Na pewno. Zobacz, jakie tu są wielkie okna. — Gisela wskazała ręką pobliski budynek. — W normalnym mieszkaniu by się nie zmieściły. Są prawie tak wielkie, jak cała ściana w naszej karczmie. I większe niż u mnie — przyznała lekko zawstydzona Alice, gdyż nie pochodziła z zamożnego domu, a rodzice z trudem odłożyli pieniądze na to, żeby mogła iść do gimnazjum. -Ale nie chciałabym w takim mieszkać. Tam na pewno jest bardzo zimno. Myślę, że mają też wielkie piece i jest ciepło - dodała po namyśle Gisela, którą również frapowało, jak się żyje w takich wysokich pomieszczeniach. Czas iść na zakupy. — Stanowczy, donośny głos kierowcy sprawił, że cała gromadka szybko zebrała się przed wejściem do księgarni, w której mieli się zaopatrzyć w zeszyty i bruliony. Gisela poklepała się po piersi, sprawdzając, czy pieniądze są na miejscu. Odetchnęła z ulgą, wyczuwając lekkie zgrubienie. Wyjęła też z kieszeni listę zakupów. Gdy rozglądała się po sklepie, bardzo się ucieszyła, że ją ma, gdyż było tam tyle cudownych rzeczy, iż najchętniej kupiłaby wszystko. Czegóż tam nie było! Notesy, zeszyty, bruliony, pamiętniki, albumy, arkusze papierów w różnych rozmiarach, bibuły, pióra i farby... Wszystko pięknie i przejrzyście wyeksponowane. Zachęcające do kupienia. Mimo iż praktycznie wychowała się w sklepie, nigdy nie widziała takiego bogactwa materiałów piśmiennych. Oczy biegały jej od półki do półki i nie mogła się zdecydować, na czym się skupić. Podeszła więc do kasy i podała sprzedawcy lekko zmiętoloną kartkę, którą w ostatnich chwilach mocno ściskała w dłoni. Pierwsze zakupy? — zapytał, uśmiechając się wyrozumiale. Tak. Nie martw się, zaraz znajdziemy dla ciebie wszystko, co masz na liście. Poszło bardzo sprawnie, więc szybko wyszła z księgarni i za zgodą kierowcy poszła do magazynu mody damskiej po drugiej stronie ulicy. Tam wybór również był ogromny. Wzrok przyciągały ładnie wyeksponowane eleganckie damskie skórzane pantofle. Ona jednak musiała kupić buty w fasonie wymaganym w szkole. Była na nie nawet wyznaczona osobna półka. Ta najniższa na regale. Znajdowały się tam niezliczone pary niemal identycznych ciemnych półbutów. Przymierzyła kilka, wybierając, zgodnie z zaleceniem matki, te numer większe i uiściwszy opłatę, wybiegła na dwór, gdzie mogła bezkarnie nimi szurać po brukowanej uliczce. Wkrótce dołączyły do niej inne dzieci i ganiali beztrosko, przydeptując noski. Nie za mocno, żeby ich nie zniszczyć, ale na tyle solidnie, żeby zostawić odciski. Gdy kierowca uznał, że wystarczy, gromadnie zasiedli w autobusie i przez kilka minut pieczołowicie zapisywali pierwsze strony w zeszytach, żeby w razie czego bez problemów przejść kontrolę Odyseja żuławska 23 celną. Wszak nie można było niczego przywozić z zagranicy, ale gdy rzeczy nosiły ślady użytkowania, żaden celnik nie mógł udowodnić, że to nowy nabytek. Gisela cieszyła się z tego wymogu. Dało jej to okazję do uzupełnienia notatek, których nie zapisała na lekcji, zbyt zawstydzona spojrzeniem nauczycielki, które na siebie ściągnęła. Gdy wszystkie zeszyty zostały poznaczone pospiesznie wpisanymi zdaniami, ruszyli w drogę powrotną, wypełniając autobus gwarem pełnych emocji relacji z pierwszego dnia pobytu w szkole. SY LWIA KUBIK 24 Krzysztof Marcinkowski Krzysztof Marcinkowski BURSZTYNOWE POWIDOKI Srebrzysty blask gęstniejącej piany morskiej był niesamowity. Hipnotyzował wyobraźnię. Przyciągał i pobudzał do rozmyślań o magicznej sile prastarych opowieści. Wylewająca się z wysokich wierzchołków fal woda układała się w mozaikę firan, odgradzających głębię morskiej toni od napowietrznej szarugi. Fale wydawały się na miarę drapaczy chmur. Morze okazywało swoją potęgę i niezaprzeczalne piękno. Panowało na całym obszarze zatoki, nie dając nikomu nawet cienia szansy na bezpieczne nurkowanie w wirujących lokach wody. Bardziej spodziewać by się w nich można już było mitologicznych trytonów niż windsurfingowych śmiałków, dziarsko wślizgujących się w mroczne tunele akwatycznego żywiołu. Wycie sztormu, które zagłuszało świst wiatru, utwierdzać mogło w przekonaniu, że jego przenikliwe dźwięki pochodzą z boskich muszel trytonów i zdradzają ich zamiary -chęć postraszenia płochliwych nereid zgrzytliwą muzyką. Co prawda, nie sprzyjała temu pogoda, ponieważ trytony dokuczają nereidom w okolicznościach sprzyjających bardziej rekreacyjnemu wędkowaniu czy połowom ryb w sieci, gdy morze jeszcze nie wariuje. Tymczasem powierzchnia szerokiej plaży zaczęła stopniowo się kurczyć i zanosiło się na to, że woda podpłynie wkrótce do piaszczystych wydm. Choć wiało od morza niemiłosiernie, powietrze nie kłuło jednak przeszywającym zimnem. Chcąc ogarnąć wzrokiem pieniste bałwany morskie, wystarczyło tylko opuścić plażę. W bezpiecznej odległości od brzegu zatoki, na promenadzie ciągnącej się ponad wydmami, wciąż można było podziwiać majestat morskiej topieli. „Szykuje się niezłe żniwo dla poławiaczy bursztynu” - pomyślał po chwili. Harce morskie sprawiły, iż nabrał chęci popływania rybackim kutrem. Ale mógł jedynie tylko o tym pomarzyć. Gdy wpełzł na promenadę, rzucił okiem na rozkołysaną zatokę, przypomniał mu się obraz japońskiego artysty. Wyobraził sobie, iż jest jednym z uczestników podróży morskiej, którzy pokonują przestrzeń długimi łódkami podczas piekielnego sztormu. Dookolna przestrzeń wywołuje przerażenie, fale wzbierają i bezlitośnie atakują śmiałków, cudem utrzymujących się jeszcze na wodzie i krok po kroku przesuwających się do przodu. Żaden rybak nie został jeszcze pochłonięty przez rozhukane morze. Wszyscy, przykucnięci i bardzo wychyleni, wpatrują się w morską głębinę, jak gdyby czekało tam na nich zbawienie. Są ledwie zauważalni. Nadchodząca z lewej strony ogromna fala zwiastuje niewyobrażalną potęgę, tak jakby to była fala tsunami. Choć łodzie wciąż utrzymują się na powierzchni wody, można odnieść wrażenie, że lada moment śmiałkowie zostaną na dobre wchłonięci przez paszczę morską w ciemnoniebieskie głębiny. Rybacy są chyba tego świadomi, a ich wygląd najwyraźniej sugeruje, że są już częścią żywiołu natury. Znikome, Bursztynowe powidoki 25 małe, trupio białe główki jednają się z pianą morską, a ich granatowe tułowia z modrym kolorem wody. Pamięć odezwała się innym jeszcze obrazem, przypominając mu niemniej widowiskową sytuację żeglugi podczas sztormu. Tym razem nie namalowaną, lecz opisaną. W pysznym sonecie. Woda triumfalnie wdziera się na pokład łodzi, większość podróżników zamiera w przerażeniu, niektórzy są przekonani, że to ostatnie chwile ich życia. Co począć? Modlić się czy wygrażać opatrzności? Niektórzy się modlą, inni żegnają się z bliskimi i ze światem. Nikt nie wymachuje pięściami. Przykuwa uwagę jeden podróżnik, który siedząc w odosobnieniu, w ogóle nie reaguje na to, co dzieje się wokół niego. Inaczej być nie może, samotnik pusty w środku jak wydmuszka. Jego życie, pozbawione sensu, uniemożliwia mu bycie czułym na bodźce płynące ze świata zewnętrznego. Zazdrości tylko tym, którzy czują. Gdyby można go chociaż porównać do bryłki bursztynu, ale jest, niestety, w środku wynędzniały i pusty jak bęben. Idąc wzdłuż wybrzeża i patrząc na rozbrykane fale morskie, przypomniał sobie, że trzymał kiedyś w rękach dwie okazałe bryły bursztynu wielkości dłoni dorosłego człowieka, w kolorze złotawo-żółtym. Był wtenczas jeszcze młodym chłopakiem. Bardzo młodym. Oglądał je wtedy z uwagą i przejęciem. Może nawet i z namaszczeniem. Nigdy wcześniej nie miał przed sobą takich okazów. Sycił się ich widokiem do woli. Zawdzięczał to swemu koledze z dzieciństwa, którego ojciec robił w bursztynie. Któregoś dnia, w tajemnicy przed ojcem, kolega pozwolił mu wejść do warsztatu w willowej piwniczce, gdzie leżały na pułkach skarby jantaru wyłowione z Bałtyku. Przygotowane do specjalistycznej obróbki. Ich urok tkwił w bogatej gamie kolorów. Było na co popatrzeć. Przykuwały uwagę te o barwie rubinowej czerwieni, krwawnikowe, ale nie tylko. Na półkach czekały także bryłki czarne jak węgiel, stanowiące specyficzną i rzadką odmianę bałtyckiej biżuterii. Mało atrakcyjne dla oka, ale cenione przez znawców i producentów bursztynowych ozdób. Dostatek tej bajecznej komnaty określały nade wszystko bryłki w kolorze złotawo-żółtym. Były wspaniałe. Patrzył na nie z uwielbieniem. Przypominały słoneczno-złotawe półkola otaczające na ikonach głowy świętych. Barwa tych niezwykłych minerałów, przywodząca również na myśl przechowywane w pamięci wyobrażenia miasta zbudowanego z drogocennych kruszców, do którego wstęp mają jednak tylko wybrani, pozwalała snuć roztańczonej wyobraźni marzenia, że pochodzą one ze świata bytów doskonałych. Przyjemnie było pomyśleć, że oto trzyma w rękach namacalne odpryski świata idealnego. Pieścił je w dłoniach. Oczy świeciły mu jak żarówki. W tamtej chwili trudno było mu zrozumieć, że bezcenne dlań okruchy wkrótce utracą swą naturalną formę, tylko po to, by stać się tworzywem do produkcji ozdób, które przyniosą jednej stronie zysk, a drugiej - satysfakcję estetyczną z faktu ich posiadania. Dzisiejsza noc zapowiadała obfite połowy. Pewnie woda wyrzuci na brzeg najwięcej rubinowych bryłek. Tak przynajmniej mu się wydawało, bo przecież słyszał od tubylców, że szczodrość Bałtyku manifestuje się w tym regionie przede wszystkim dzięki temu, że woda wyrzuca na brzeg plaży duże ilości bursztynu ciemnoczerwonego. Przekonywał go o tym nie raz, nie dwa pewien rybak portowy, który na czas sztormu porzucał swe tradycyjne zajęcie, wcielając się w namiętnego poławiacza bursztynu. Mieszkał blisko morza. Po sztormie, ubrany w długie kalosze, wyposażony w obowiązkowy kasiorek, śmiało wchodził do 26 Krzysztof Marcinkowski wody na wysokość pasa i wyławiał z niej świecące kamyki jantaru. Był odważny i zdeterminowany. Szczęście mu zwykle sprzyjało. Łowił bursztyn, bo czerpał z tego jakiś zarobek. Opłacało się. W skupie u bursztynnika dostawał za większe kawałki całkiem ładną kasę. Połów dorsza, sandacza, łososia, będący dla niego i jego rodziny stałym źródłem dochodu, nie budził w nim jednak takiej ekscytacji, ponieważ był zwykłą pracą, która po prostu go nużyła. Ponadto, no właśnie, cóż więcej można powiedzieć o zapachu ryb? Po udanym połowie cuchnął na kilometr. Nie miał wyjścia, musiał cuchnąć. Dzięki temu na biedę nie narzekał. Ale przygodne wyławianie z morza skamieniałej żywicy to przecież niezwykły dar losu. Świecący bursztyn, trzymany w mokrych dłoniach, był dla niego czymś na tyle pięknym, że czuł się w tej euforycznej dla siebie chwili niczym artysta, który dopracował w szczegółach ukończone dzieło. Chyba dlatego ów rybak budził w nim spore zaciekawienie, jeśli nie sympatię nawet. Jak to możliwe, że w monotonnym i mało ciekawym życiu nadmorskiej osady można zdobyć się na wyczyn, który w zupełności uszczęśliwia? Borykał się z myślą o śmierci. Szedł, naturalnie, pod jej prąd, ale życia nie znosił. Nowoczesność, tykanie czasu, zmiany w tempie suprakalejdoskopowym... To wszystko budziło niesmak, jeśli nie odrazę. Może z wyjątkiem pytań o czas, które stwarzały sposobność do snucia rozważań o jego względności. Wszystko przecież ma swój czas. Cywilizacja. Natura. Człowiek. Rybak zajmujący się czyszczeniem sieci. Kolejny supermarket. Przypominał sobie, że w latach osiemdziesiątych w podobnym tempie budowano kościoły. W tempie zawrotnym. Teraz przypominały mu one bardziej huty niźli świątynie. Wydawało mu się, że subiektywne odczuwanie upływu czasu pozwala w minimalnym choćby stopniu opanować lęk przed nieznanym. Przed chaotycznym ruchem naoczności. Chwilowym ratunkiem wydawała się myśl, że przestrzeń i czas to złudzenie. Ze są jak koszmarny sen, z którego można się jednak wybudzić. Może bardziej znośne byłoby życie w półmroku, kiedy mózg nie jest jeszcze osaczony przez bodźce dobiegające ze świata zewnętrznego? W półmroku nie doświadcza się przecież tylu wrażeń, ilu za dnia. Dla mózgu to sytuacja znacznie bardziej komfortowa. Zbawienna wręcz. Być wolnym od nadmiaru wrażeń, bez przykrej konieczności przetwarzania całej masy niepotrzebnych informacji, z których utkany jest świat. Tkwił w całkowitej rozsypce. Jego wiara skurczyła się rozmiaru ziarnka maku. Wyparowała jak para ze starej ciuchci. Mrok w głowie gęstniał niewybaczalnie. Przyszłość jest przecież trudna do przewidzenia. Szlak, malujący się na jej horyzoncie, podąża w ślepym kierunku. Czas teraźniejszy mieści się w nanosekundach i nie zostawia po sobie żadnych śladów. Magia tymczasowości. Wehikuł, niesiony przez żywioł, choć płynie z prądem, mknie ku nieuniknionej zagubię. Udręka wydawała się nie do zniesienia. Była dla niego jak beczka bez dna. Pomyślał, że ratunkiem okazać by się mogła ucieczka w szaleństwo. Kontrolowane szaleństwo. Przecisnąć się przez szczeliny czasu niczym kot przedostający się do ogrodu przez wąską wnękę drewnianego ogrodzenia; reanimować przeszłość. Odnaleźć przestrzeń (albo niech będzie przystań), która nie poddaje się rachubie czasu. Gdzie jej szukać, jeśli nie pod swoją kopułą? Pamięć wciąż jest jeszcze w mózgownicy pojemna i przechowuje sporo wspomnień. Gdyby je tak przywrócić do życia i spleść z czasem teraźniejszym. Stworzyć temporalny warkocz. Zatopić głowę w przeszłości i zobaczyć raz jeszcze wydarzenia, które działy się in statu nascendi. Przydałoby się naczynie znane pod nazwą myślodsiewni. Wywlec z siebie Bursztynowe powidoki 27 jak srebrne nitki myśli nasiąknięte duchem czasu przeszłego. Niech sfruną niczym babie lato do misy wypełnionej po brzegi wodą, osiadając na niej i tworząc krąg. Następnie zatopić wzrok w wodzie i zobaczyć przeszłość. I w tej właśnie chwili przypomniał mu się dobry i kojący sen o starym buku, rosnącym w ogrodzie jego rodziców. Jego wiek został oszacowany przez dendrologa na ok. 300 lat. Wpisany w poczet pomników przyrody. We śnie objawił mu się cały jego majestat. Przyciągał oczy intensywnym kolorem żywej, głębokiej i zachwycającej czerwieni. Sączyło się z niej życie. Liście igrały w przyjaznych podmuchach wiatru. Niektóre listki odrywały się od gałęzi i zamieniały w jakieś ptaszyny, które radośnie fruwały wokół jego korony. Potem następowała jeszcze jedna, dziwna metamorfoza: ptaki zamieniały się w bryłki żółtego i zarazem przezroczystego bursztynu, który jak grad zaczął spadać na ziemię. W bursztynach tkwiły znieruchomiałe owady. Owinięte w pysznie wyglądającej żywicy, insekty te przedstawiały idealny bezruch materii, jej zatrzymanie. Miało się wrażenie, że w tym zjawisku zapisana jest wieczność. I chyba bursztyn z owadami w środku jest właśnie najcenniejszy, cenniejszy nawet od bursztynu czarnego. W każdym razie sen mu przypomniał, że do tej odmiany odczuwa największy sentyment. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY IDEA UNIWERSYTETU Pojęcie idei odnosi się do „bytu w formie” (Jose Ortega y Gasset). „Istotą całej rzeczywistości — pisze hiszpański myśliciel — jest to, że może ona przeżywać owe dwa stany, czyli: stan pełni i doskonałości oraz stan ruiny”. Idea uniwersytetu to właśnie „uniwersytet w formie”, właściwa jego postać. Idea ta może być widoczna w wielu różnych miejscach — w liceum, zakładzie pracy, rodzinie; może urzeczywistniać się w relacjach społecznych i w praktyce politycznej. Może też być, co daje się coraz częściej zauważyć, nieobecna lub martwa („zrujnowana”) w placówkach mających w nazwie słowo „uniwersytet”. Uniwersytet to przede wszystkim powszechność („universitas”) tego, co różne. To miejsce napięć między odmiennymi stanowiskami teoretycznymi i metodologicznymi, między epokami uobecnianymi w kulturze, między wiedzą i wartościami, między nauką i nauczaniem, między studentami i profesorami. Uniwersytet w formie pokazuje, że nie ma niczego w rzeczywistości, co zdolne byłoby do utrzymania formy. Mówi, że niemożliwa jest całość. Cokolwiek jest, pozostaje — jako cząstka — w relacji do czegokolwiek innego. Idea uniwersytecka wypełniona jest dialogicznością, która wiąże to, co fragmentaryczne, chwilowe, „trochę” (a nie: „całkiem”) jakieś. Fragment — pisze Walter Hilsbecher — „uczy nas zrozumienia płynnej struktury naszego świata, przejmuje nas czarem tymczasowości”. Studiowanie, w przeciwieństwie do nauczania, zawsze łączyło się z dorosłością i samodzielnością; „studeo” to m.in. dążyć do czegoś, łaknąć czegoś, poszukiwać. Na uniwersytecie w formie nie naucza się (w sensie przekazywania wiedzy), lecz skłania do myślenia. Nie teoria (doktryna) jest ważna, lecz samo badanie. Jak mówił Wilhelm von Humboldt, uniwersytet zwraca się ku nauce, „która nie jest jeszcze całkiem odkryta” („Wissenschaft, die noch nicht ganz gefunden ist”). Jerzy Szacki, wspominając początki swoich dociekań, mówi: „Zawsze robiłem to, co mnie ciekawiło. Może zawdzięczam to usposobieniu, może to zbieg okoliczności. Miałem szczęście, bo trafiłem na ludzi mądrych, którzy niczego nie narzucali”. Język uniwersytecki unika kategorycznego brzmienia; od ścisłości wieńczonej kropką woli formy otwarte i wolne, w których żywa jest myśl. Pień uniwersyteckiej wiedzy był zawsze potężny dlatego, że wyrastał z wielu korzeni. Władysław Stróżowski („O idei uniwersytetu”) tak o tym mówi: „Wiedząc o tym, musimy z góry liczyć się z wielością dróg dochodzenia do niej. Ich konieczność potwierdza także praktyka. Toteż postulat metodologicznego pluralizmu musi być traktowany jako naczelna idea regulatywna każdej instytucji poświęconej zdobywaniu naukowej prawdy. Istnieje konieczność wstępowania na różne drogi i wypróbowywania różnorodnych metod badawczych. Wymaga to z kolei bezwzględnej wolności ich stosowania, wolności podejmowania Okruchy 29 jednych i odrzucania innych, wolności w osiąganiu sukcesu, ale i wolności w narażaniu się na błąd i porażkę”. CIEKAWOŚĆ Zdaniem Karla Jaspersa źródłem rozwoju wiedzy nie mogą być zewnętrzne wobec niej cele stawiane przez instytucje; musi nim być sama ciekawość badacza. Należy prowadzić właśnie badania podstawowe, rozwijać nauki czyste, tylko wtedy powstanie wiedza, którą będzie można wykorzystać praktycznie. Kiedy z góry wyznacza się nauce cele i kierunki rozwoju, będzie przypominać dziecko wzrastające z jarzmem na plecach. Może właśnie dlatego - dodałbym dziś — nieszczęsna „doba reformy gospodarczej” trwa wciąż mimo upływu trzydziestu lat i nic nie wskazuje na jej zmierzch. Niestety, rządzą dziś pragmatyści zamieniający kulturę w cywilizację, a uniwersytet w szkołę zawodową. To jedna z tych paskudnych rzeczy, które wzmacnia przynależność do UE. Proszę, oto kierunki, jakie można dziś studiować na Uniwersytecie Gdańskim: Biznes chemiczny, Sztuka kreatywnego pisania, Bezpieczeństwo jądrowe i ochrona radiologiczna, Bezpieczeństwo narodowe, Akwa-kultura - biznes i technologia. Sięgam do notatek z drukowanego niespełna pół wieku temu w warszawskiej „Kulturze” cyklu publikacji na temat chorób nowotworowych, które zbierają coraz większe żniwo mimo powoływania nowych, mających je zwalczyć, placówek. Podejrzewam, że dzisiaj byłyby traktowane jak czyste dziwactwo. Oto dwaj młodzi amerykańscy profesorowie wypowiadają myśl brzmiącą zrazu horrendalnie: jeśli chcemy zlikwidować raka, winniśmy zapomnieć, że on istnieje. Trzeba — tłumaczyli tak, jak robił to Jaspers - rozwijać podstawowe badania z biologii, biochemii, genetyki. Dzięki nim powstanie wiedza, którą dopiero można będzie skutecznie wykorzystywać. Coś podobnego mówił wcześniej o walce z rakiem James D. Watson, współodkrywca (wraz z Francisem Crickiem i Mauricem Wilkin-sem) struktury DNA. Zamiast leczyć za wszelką cenę pacjentów — trzeba zrozumieć, czym jest rak, prowadzić podstawowe badania w biochemii. Pogląd ten był zresztą powodem wyrzucenia go z utworzonego przez Richarda Nixona federalnego komitetu walki z rakiem. Leon Ledermann (fizyk, noblista): „Politycy chcą, by nauka skupiała się na pilnych potrzebach. Ale większość wynalazków, które wpłynęły na jakość życia, pochodzi z abstrakcyjnych badań napędzanych ciekawością”. Znany oksfordczyk David Teutsch podstawową skazę dzisiejszej nauki widzi w stawianiu pragmatycznego pytania „jak?” i szukaniu recept pozwalających przewidywać skutki założonych działań. Potrzebne jest pytanie „dlaczego?”, prowadzące do wyjaśniania, a nie przewidywania. To zresztą szerszy problem i może nie pozbawione sensu byłoby wrócenie do Arystotelesa, który (poza materialną i formalną) odróżniał przyczynę celową i sprawczą. Sprawcza („dlaczego?”) cofa w przeszłość i szuka wyjaśnień, czyli wiedzy. Celowa („po co?”) wybiega w przyszłość określając, wynaturzone czasami, zawsze konkretne oczekiwania. Trudno nie zauważyć, że utrwaliło się nastawienie utylitarne, w którym wszystko musi być „po coś”. 30 Andrzej C. Leszczyński PROFESOR Nie tak znowu dawno, w międzywojniu, zapisywano się na polskie uniwersytety w ten sposób, że dopisywano swoje nazwisko pod nazwiskiem profesora. Na poszczególnych kierunkach było kilka katedr, a kierujący nimi profesorowie po swojemu daną dyscyplinę pojmowali i wykładali. Profesor był przede wszystkim człowiekiem kulturalnym. Oznaczało to najpierw, że umiał słuchać, a kiedy mówił lub pisał, posługiwał się dobrą polszczyzną. Poczytywał sobie za obowiązek równie ważny, jak prowadzenie własnych badań, chodzić na wystawy, przedstawienia teatralne i koncerty. Wielu przedstawicieli nauk ścisłych znało na pamięć twórczość największych poetów, często w oryginalnych językach; niektórzy sami pisali wiersze. Byłem świadkiem, jak prof. Janusz Sokołowski — chemik, rektor Uniwersytetu Gdańskiego - wygłaszał z pamięci kolejną księgę Pana Tadeusza. Edgar Morin („Metoda”) zauważa, że nie ma już nauki rozumianej jako akt bezinteresownej przygody umysłu. Została podporządkowana interesom ekonomicznym i politycznym, stała się narzędziem technicznych, ideologicznych i wyznaniowych manipulacji. Towarzyszy temu zjawisko na pozór przeciwstawne: amok tzw. naukowego obiektywizmu (zwracał nań uwagę Edmund Husserl w odczycie poświęconym kryzysowi nauki europejskiej). Nieszczęście nauki polega na tym, pisze Morin, że została pozbawiona pięknego subiektywizmu (ten został zarezerwowany dla poezji, ewentualnie - filozofii). „Na szczęście naukowcy nie są wyłącznie naukowcami. Wiodą życie podwójne bądź potrójne. Są także osobami prywatnymi, obywatelami, posiadają różne przekonania religijne, mistyczne”. W potocznym języku słowo „profesor” (także: „majster”) wyraża uznanie dla kogoś, kto w swojej dziedzinie przewyższa innych biegłością i rozumnością; może to być malarz, aktor, rzemieślnik czy piłkarz. Jest „profesorem”, czyli profesjonałem, fachowcem. Fachowość nie redukuje się w tym wypadku do sprawności warsztatowej, lecz obejmuje też reguły etosu danego zawodu i respektowanie związanych z nim wartości - szacunek dla klientów, powaga pracy, dotrzymywanie zobowiązań itp. Właściwe użycie tego pojęcia wiąże się z działalnością naukową: profesor to pracownik wyższej uczelni bądź instytutu badawczego. Tadeusz Kotarbiński odróżniał w tej mierze aspekt etykietalny i ontologiczny: widział na uniwersytetach ludzi posiadających profesorski tytuł i takich, którzy profesorami są; bywa że jedno z drugim się rozmija. Zauważał też, że w filozofii profesorskie honory zyskuje się przetrawiając myśli ludzi zazwyczaj wolnych od jakichkolwiek tytułów (walczył z etykietal-ną gębą jak mógł Witold Gombrowicz: „Krzyknąłem, że nie jestem ani pisarz, ani członek czegokolwiek, ani metafizyk, czy eseista, że jestem ja, wolny, swobodny, żyjący... Ach, tak, odrzekli, jesteś więc egzystencjalistą”). Do tych dwóch aspektów trzeba dziś dodać trzeci, etatystyczny: profesor to także uczelniane stanowisko, którego znaczenie często przewyższa tytuł naukowy i po swojemu określa społeczny status pracownika. Profesorska etykieta częściej okazuje się efektem dążenia do bezpiecznej stabilizacji niż do myślowego skandalu, przełomu mogącego przynieść nagrodę Nobla. Jak mówił Henry David Thoreau, dziś nie ma już filozofów, są jedynie profesorowie od filozofii. Andrzej Dobosz (niezapomniany Filozof z „Rejsu” Marka Piwowskiego) nie przebiera w słowach, mówi o „półinteligentach z tytułami naukowymi”. Sądzi — może zbyt łatwo - że wywodzą się z marca 1968 roku. Nominowano wtedy ponad siedmiuset tzw. marcowych docentów, Okruchy 31 „którzy następnie nawzajem się habilitowali i awansowali, praktykując to dziś jeszcze”. Tytuł i stanowisko związane są z rolą, która czasami przytłacza, zmienia. Pamiętam to wciąż, choć minęło wiele lat. Z kolegą, który został właśnie docentem, idziemy do przystanku w Oliwie, nadjeżdża tramwaj. - Chodź - mówię - podbiegnijmy. - Nie - odparł z godnością - docent idzie powoli. Profesor w sensie ontologicznym, to nauczyciel i znawca („professor”); ktoś, kto niezależnie od tytułu i stanowiska potrafi sprostać takim profesorskim powinnościom, jak otwartość i jawność („professe”) sądów, które są głoszone („profiteri”) zgodnie z przekonaniami. Uosobieniem powyższych cech niezmiennie pozostaje dla mnie mój uniwersytecki promotor, profesor Kazimierz Sośnicki. MARIA OSSOWSKA Ze jest damą — widać było na pierwszy rzut oka. Mówili o tym jej współpracownicy i studenci Niepodobna było myśleć o jakimkolwiek skróceniu dystansu. Chłodna rzeczowość wypowiadanych zdań. Niechęć do konformistów („ludzi bez kantów”). Duchowy arysto-kratyzm, dostojeństwo widoczne w sposobie chodzenia, siadania, oszczędnej gestykulacji. Stoicyzm, z jakim przyjmowała życiowe nieszczęścia. Na miejscu wydaje się używana w każdym jej tekście forma „my” (pluralis maiestatis). Leszek Kołakowski w pośmiertnym wspomnieniu pisze o odrazie, jaką Ossowska żywiła wobec wulgarności. „Powiadając, że była autorytetem moralnym, tyle mam na myśli, że ludzie się jej wstydzili, robiąc świństwa, że pamiętali o niej, gdy trzeba było coś uczynić lub czegoś zaniechać w sytuacjach moralnie obligujących”. Po raz kolejny przerzucam kartki wydanej w 2002 roku książki zatytułowanej „Intymny portret uczonych. Korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich” (wyd. Sic!). Zredagowała ją Elżbieta Neyman, mieszkająca w Paryżu dawna studentka Ossowskiej. Poznałem ją u Zbyszka Szczypińskiego, gdy przyjechała do Gdańska. Okazało się, że w Paryżu mieszka tuż obok mojego stałego miejsca noclegowego, na Rue du Chevalier de la Barre, pod Mont-martre z monumentalną bazyliką Sacre-Coeur. Maria, wtedy jeszcze Niedźwiecka, wcześnie poczuła się zadomowiona w przestrzeni wyznaczonej przez ratio, to znaczy takiej, w której rzeczą naturalną jest obrachunek, obliczanie, rozważanie czegoś. W okresie narzeczeńskim pisze do Stanisława (1923 r.): „Najbardziej lękam się dla Ciebie mojego egoizmu naukowego. [...] Czuję w sobie od tej strony jakieś zupełnie nieobliczalne potencje i zupełnie przerażającą potęgę”. Stanisław dostrzega w tak otwarcie sformułowanej przestrodze coś niepokojącego. Nie chce być kimś, kogo Maria wydobędzie dla siebie z zewnętrznego świata (używa zwrotu „quelque chose d'asqu-is”, mówiącego o czymś nabytym). Pisze: „Gdy mówiłem wczoraj o zdobyciu Ciebie, my-ślałem o zdobyciu podwójnym: nie tylko o Twoim uczuciu do mnie, lecz o zdobyciu ciebie alla vita nuova” (do nowego życia). W styczniu 1924 roku (pobrali się kilka miesięcy później) Maria uprzedza, jak widzi owo wspólne życie: „Wczoraj wieczorem, gdy położyłam się spać, przyszedł Czarny Duch w jednej z postaci, którą bardzo często przywdziewa. Wyobrażałem sobie, że oto już od dawna jesteśmy razem i że mam z Tobą dziecko. Przeżywałam 32 Andrzej C. Leszczyński tysiące uczuć z niebywałą intensywnością. Postanowienie, że się nie dam, »wytworzyło we mnie pozycję obronną*. Żyłam, szpiegując samą siebie nieustannie, czy aby nie pozwalam owładnąć się zanadto fali miłości ze szkodą dla swojej pracy. Nie pozwalałam sobie za długo patrzeć w drogą twarzyczkę, bo bałam się, że ulegnę. Nieustannie przerzucałam się z jednego stanowiska na drugie. To zwyciężało dziecko, a wtedy zadręczałam się zaniedbywana pracą, to zwyciężała praca, a wtedy uginałam się pod ciężarem ogromnej, popełnianej nieustannie winy wyrodnego macierzyństwa. Konflikt tym okropniejszy, że miłość dla dziecka wydaje mi się czymś zupełnie irracjonalnym. W żadnej ze swych postaci ideologia macierzyństwa nie przedstawia dla mnie nic, co by mnie nęcić mogło rozumowo. Nie potrzebuję dziecka, by memu życiu nadać sens”. Maria Ossowska nie zawsze ulegała „egoizmowi naukowemu”. Zabierała głos także w sprawach aktualnych, istotnych społecznie. W 1966 roku wyraziła swój pogląd w dyskusji na temat kary śmierci. Przytaczała pogląd Alberta Camusa mówiącego, że akceptując karanie śmiercią zachowujemy się jak ludzie nieskazitelni eliminujący spośród siebie parszywą owcę; przecież jednak tolerując warunki sprzyjające przestępstwom sami stajemy się za nie odpowiedzialni. Każdy człowiek ma prawo do życia. Znaczy to, że zasada ta nie dopuszcza gradacji: „[...] albo można, albo nie można zabijać człowieka w imieniu prawa. Rozwiązania pośrednie w tym wypadku nie istnieją”. W 1970 roku zaopiekowała się, dobrze ponad siedemdziesięcioletnia, pozostawionym bez naukowej opieki Włodzimierzem Pawluczukiem. Doktorant Zygmunta Baumana, po wydaleniu promotora z uniwersytetu nie miał widoków na sfinalizowanie swej pracy. „Spotkałem Elżbietę Neyman. Zapytała: »Co tu robisz?«. Powiedziałem, że byłem na uniwersytecie, ale wygonili mnie z tym moim dziełem. Elżbieta powiedziała: »Daj to, zaniosę do Pani Marii, zobaczymy*. Po tygodniu, czy po dwóch Pani Maria zaprosiła mnie do siebie. Bujała się w bujaku, powiedziała: »przeczytałem Pana pracę, mam wrażenie, że to coś poważnego*. A potem jeszcze mówiła, nadal bujając się i śmiejąc się serdecznie [...]. Po miesiącu, czy dwóch, dokładnie nie pamiętam, ale było to bardzo szybko, obroniłem tę pracę. [...] Przyjeżdżałem na seminarium Pani Marii. Elżbieta powiedziała mi wczoraj, że raz, kiedy opowiadałem o mistyce pól i lasów Białowieży, Pani Maria się popłakała”. W 1972 roku w dyskusji, jaką zorganizowała redakcja „Etyki” na temat moralności i polityki, przytacza nie bez ironii, jak można sądzić, poradę, której w 1748 roku udzielił chcącemu poświęcić się polityce synowi lord Philip Stanhope Chesterfield: „Kto chce być politykiem, ten musi opanować sztukę podobania się”. Wskazuje na kilka trwałych punktów odróżniających moralność i politykę. Kończy swą wypowiedź zdaniem: „Gandhi i Nehru pragnęli oczyścić politykę. Jak się zdaje, bez powodzenia”. Kilkanaście lat wcześniej w Biblioteczce „Po prostu” opublikowała głośny w tamtym czasie szkic zatytułowany „O pewnych przemianach etyki walki”, gdzie wskazała na zanik tradycyjnych, towarzyszących nie tylko politycznym konfrontacjom, reguł (motywacja współczująca, szacunek dla przeciwnika, szacunek dla siebie, motywacja zabawowa, lęk przed odwzajemnieniem). Dwa lata później w tygodniku „Literatura” ukazała się ostatnia jej wypowiedź publiczna (umrze trzy miesiące później). W rozmowie z Jerzym Mikkem, pytana o zadania uczonego, przytacza fragment jednej ze swoich wcześniejszych publikacji: „Potrzebni są nam ludzie o mocnym kręgosłupie, który nie chwieje się wraz z każdą zmiana wiatru. Decyduje o nim Okruchy 33 posiadanie hierarchii wartości, do której jest się przywiązanym i z której nie zamierza się rezygnować. Uparta obrona tych wartości stanowi o postawie, którą nazywamy godnością. Potrzebni są nam ludzie wrażliwi na krzywdę i niezasłużone przywileje, ludzie, którzy śpieszą innym z pomocą mi nie odwracają się od przyjaciół, gdy im się nie powiedzie. Walczą, gdy zachodzi po temu potrzeba, przestrzegając reguł gry, nie rzucają się we trzech na jednego i nie kopią pokonanych. Potrzebni są nam ludzie uczciwi wobec siebie i wobec innych ludzi, którym się ufa. Brak zaufania bowiem w obcowaniu z ludźmi czyni społeczeństwo chorym”. Narzuca się myśl, szczególnie wyostrzona przez dzisiejsze praktyki i zjawiska, że słowa Ossowskiej nie tylko do grupy uczonych winny się odnosić. Może bardziej jeszcze do sędziów i prokuratorów, także do pedagogów i twórców kultury; do każdego, kto chciałby się określać mianem obywatela. Na tropach historii Grażyna Nawrolska DAWNE RATUSZE TYTUŁEM WSTĘPU Ratusz będący siedzibą władz miasta, jest jednym z wielu budynków publicznych. W przeszłości, ale również i dzisiaj, jest dowodem tożsamości wyróżniającym miasto od innych ośrodków, dając świadectwo samorządności jego obywateli. Ratusz pojawił się w okresie średniowiecza na terenach Europy w miejscach, gdzie powstawały gminy i wspólnoty miejskie, których członkowie zdobywali coraz większe uprawnienia do sprawowania władzy. W bogatych i ludnych miastach — głównie we Włoszech i Niderlandach — „ratusz” prowadził politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Na terenie Polski takie możliwości miały kiedyś Gdańsk i Kraków. W Polsce pierwsze rady miejskie powstawały w trzynastym stuleciu. W miastach i wsiach lokowanych na prawie lubeckim lub magdeburskim istniały pewne różnice w samodzielności i uprawnieniach władz samorządowych. Funkcjonowały bowiem oddzielnie rady miejskie lub ławy. Z czasem jednak przekształciły się w jednolity organ, złożony z obu szczebli, dla sprawowania władzy w mieście. Czasami ich kompetencje były rozdzielane — rada stanowiła zarząd miasta, a ława była sądem pierwszej instancji. Dotyczyło to jednak tylko dużych miast. W mniejszych, a była ich zdecydowanie większa liczba, oba te gremia decyzje podejmowały wspólnie. Wszystkie zebrania związane z zarządzaniem w mieście początkowo odbywały się w domu „zasadźcy”, który był organizatorem życia gospodarczego w nowo lokowanym ośrodku i z urzędu przewodniczył ławie miejskiej. W uzyskanym akcie lokacyjnym były zawarte prawa i obowiązki osadników, m.in. zasady określające „immunitet sądowy”. Bardzo szybko nowa gmina posiadająca własny skarb (niezależność finansową) podejmowała decyzję o budowie siedziby przeznaczonej specjalnie dla swych władz. Wybór miejsca na jej budowę nigdy nie był przypadkowy, zwłaszcza jeśli miasto było lokowane na tzw. surowym korzeniu, czyli na terenie niezabudowanym wcześniej. Przy rozległej otwartej i dostępnej przestrzeni — na której sytuowano przyszły ośrodek miejski — wybierano zawsze centralny punkt na zlokalizowanie centrum nowego miasta i budowę przyszłego ratusza. Z reguły był on wznoszony na środku centralnego placu — pełniącego funkcję targu, rynku — który bardzo szybko zaczął pełnić zróżnicowane i ważne funkcje w życiu publicznym miasta. W jego obrębie miały miejsce oficjalne uroczystości publiczne, m.in. powitania dostojnych gości, ogłaszanie werdyktów sądowych i wilkierzy, jak również i egzekucje. Ratusz był jednak przede wszystkim ośrodkiem władzy miejskiego społeczeństwa. Znajdowała się w nim kancelaria, w której uwierzytelniano transakcje handlowe, składano testamenty czy podziały majątkowe, płacono podatki. W znajdującym się tutaj archiwum miejskim gromadzono różnorodne dokumenty, przechowywano akt lokacyjny DAWNE RATUSZE 35 miasta i miejską pieczęć. Wydawane przez radę miasta wilkierze — ogłaszane w ratuszu — jak i różnorodne rachunki z prowadzonej działalności handlowej, spisywane przez kam-larzy (skarbników), deponowano w siedzibie miejskiej władzy. Do ratusza doprowadzano oskarżonych o przestępstwa, gdzie byli przesłuchiwaniu — w izbie tortur znajdującej się w piwnicach ratusza — a następnie skazywani. Przed ratuszem znajdował się często pręgierz, gdzie wymierzano kary za lżejsze przewinienia. Wokół każdego ratusza znajdowało się szereg obiektów, które były ściśle związane z funkcjonowaniem miasta. Tworzyły one swoisty tzw. kompleks ratuszowy. Należała do nich jedna z wag miejskich, służąca do ważenia tzw. towarów lekkich. Często na ścianie budynku bywał zawieszony wzorzec miary długości. Do dzisiaj można zobaczyć na ścianie ratusza w Chełmnie tzw. „pręt chełmiński” - jedną z podstawowych miar w średniowieczu. Wokół ratusza mieściły się bogate kramy, warsztaty rzemieślnicze i tzw. budy (niewielkie obiekty mieszkalno-warsztatowe). W dużych miastach do ratuszy dostawiano budynki sukiennic, przeznaczone do prowadzenia działalności handlowej. Ich pozostałościami są obecnie Sukiennice w Krakowie, czy obiekty w Poznaniu i Wrocławiu. Piwnice ratuszowe były również miejscem towarzyskich wesołych spotkań i określano je często piwnicami winnymi, głównie ze względu na podawane tutaj trunki — wino i piwo. Dekoracyjnym elementem ratusza była wieża zegarowa z umieszczonym na niej zegarem, który ukazywał właściwą godzinę, odmierzając rytm życia mieszczan. Pełniła ona jednocześnie rolę punktu obserwacyjnego miejskiej straży. W wielu miastach zachowały się dawne ratusze, z których większość była przebudowywana na przestrzeni wieków. Niektóre jednak w wyniku różnych zbiegów okoliczności — wojny, pożary — zupełnie zniknęły z krajobrazu miasta, a o ich przeszłości dowiadujemy się tylko ze źródeł pisanych i ikonograficznych, chociaż często zachowały się one w niewystarczającym zakresie. Kluczową rolę w rekonstrukcji założeń dawnych nieistniejących zespołów ratuszowych odgrywają badania archeologiczne. Na podstawie wyników możemy odtwarzać poszczególne fazy ich rozwoju przestrzennego i określać chronologię względną. Tak było w przypadku ratusza na Starym Mieście w Elblągu. RATUSZ STAREGO MIASTA W ELBLĄGU Elbląski ratusz staromiejski do chwili podjęcia w 1993 roku badań archeologicznych stanowił dużą zagadkę dla badaczy. Nieliczne wzmianki źródłowe, np. z roku 1332 o postawieniu wieży i zawieszeniu na niej dzwonu, czy wzmiankowany w 1340 roku dom handlowy, tzw. sukiennice, niewiele nam mówią o tym obiekcie. Źródła wspominają o tzw. nowym ratuszu, w którym m.in. mieściły się siedziba sądu, skarbiec, izba kam-larii. W piwnicach ratuszowych miały znajdować się składy wina i prowadzony miał być wyszynk importowanych trunków. Obok budynku ratusza znajdować się miał dom miejskiego pisarza i dwa budynki jatek rzeźniczych, a wewnątrz całego kompleksu dziedziniec ratuszowy. 56 Grażyna Nawrolska Znikoma ilość dostępnych źródeł historycznych uniemożliwiała praktycznie odtworzenie całego założenia przestrzenno-funkcjonalne-go. Bowiem tylko jeden rysunek J. H. Amelunga z 1756 roku, a więc sprzed pożaru ratusza w roku 1777, nie mógł być podstawą do rekonstrukcji bryły obiektu (Ryc. 1). Dopiero podjęte w 1993 roku szerokopłaszczyznowe badania ar-cheologiczno-architektoniczne pozwoliły na zrekonstruowanie zasięgu i podziału funkcjonalnego oraz ustalenie chronologii całego zespołu ratuszowego (Ryc. 2). Najstarszą formą ratusza była kamienna wieża o wymiarach 13 m x 14,80 m i grubości ścian 2,60 m, zbudowana jeszcze przed pożarem miasta w 1287/1288 roku. Na przełomie XIII i XIV wieku, od strony południowej, dostawiono do niej budynek sukiennic, który łącznie z nią miał 36 m długości i dwa wejścia. Prowadzono w nim handel suknem, a piwnice dzierżawił miejscowy winiarz. W XIV wieku rozbudowano obiekt poprzez dostawienie od strony wschodniej dużego budynku o powierzchni 250 m2 i wysokości piwnic 4,50 m. Trudno określić jego funkcję, gdyż obiekt ten jest zupełnie nieznany z żadnych źródeł. Można jednak przypuszczać po znalezionej w jego obrębie dużej liczbie fragmentów dzbanów kamionkowych, że wnętrza mogły pełnić funkcje piwnic winnych (podobnie jak w Toruniu). Do sukiennic dostawiono 7. Rysunek J. H. Amelunga z 1756 r. Ryc. 2. Ratusz w Elblągu dom pisarza, a za nim wybudowano dwa budynki jatek rzeźniczych. Ostatnim etapem rozbudowy zespołu ratuszowego, który miał miejsce na początku szesnastego stulecia, DAWNE RATUSZE 37 była budowla postawiona w miejscu kamiennej wieży. Właśnie jej front jest widoczny na jedynym wspomnianym już źródle ikonograficznym z roku 1756. Do zespołu ratuszowego należało wewnętrzne podwórko, w obrębie którego znajdowała się duża murowana latryna. Cały kompleks ratuszowy zajmował znaczną powierzchnię liczącą 1440 m2 i był najważniejszym świeckim obiektem w przestrzeni dawnego Elbląga. Warto jeszcze dodać, że podczas prac wykopaliskowych znaleziono cenne egzemplarze ceglanego i kamiennego detalu architektonicznego, datowanego na czternaste i piętnaste stulecie, zdobiącego elewacje i wnętrza ratusza. Podkreślał on znaczenie i ważność obiektu oraz rolę, jaką odgrywał w miejskiej przestrzeni. RATUSZ W PRABUTACH Prabuty to obecnie niewielka miejscowość o ciekawej a zarazem burzliwej przeszłości, jak każde miasto leżące w szeroko pojętym obszarze Powiśla. To dawna „stolica” diecezji pomezańskiej, będąca niegdyś także siedzibą biskupa. Zachowany akt lokacyjny ośrodka jest datowany na rok 1330, chociaż, jak sądzą niektórzy badacze, pierwszy dokument dotyczący założenia Prabut mógł być wystawiony pod koniec trzynastego stulecia. W mieście o regularnym układzie urbanistycznym centralną część zajmował rynek -plac targowy, w obrębie którego znalazły swoje miejsce obiekty administracyjno- handlowe, przede wszystkim centralnie usytuowany ratusz, będący ośrodkiem władzy i życia miejskiego. Ryc. 4. Ratusz w Prabutach 38 Grażyna Nawrolska Obiekt niestety nie zachował się do naszych czasów, bowiem już w połowie XIX wieku był mocno zniszczony, a w projektowanej odbudowie przeszkodził duży pożar miasta w 1868 roku, podczas którego pozostałości ratusza spłonęły doszczętnie. Nie znamy więc najstarszej formy jego postaci. Jedynie nieliczne źródła pisane i ikonograficzne przedstawiają nam ratusz jako dwupiętrowy budynek o długości stu stóp i szerokości trzydziestu stóp, ze stojącą obok wieżą zegarową z krużgankiem i dwoma zegarami. Wokół budynku znajdowały się kramy rzemieślnicze i mały browar (Ryc. 3). W dolnych kondygnacjach ratusza urządzono archiwum, pomieszczenia magazynowe i areszt. Na górnych piętrach znajdowała się obszerna ratuszowa sala narad oraz sądowa, pomieszczenia przeznaczone dla wojska, miejska kasa, izby kamlarzy (miejskich skarbników). Tutaj odbywały się sprawy sądowe, wydawano rozporządzenia, płacono podatki i różnego rodzaju opłaty. W ratuszu koncentrowała się władza administracyjna i działania handlowe miasta. Tutaj „rozgrywało się” życie publiczne Prabut. Żałować należy, że nie zachowały się pozostałości prabuckiego ratusza i jedynie na poziomie dzisiejszego rynku zaznaczono hipotetyczny zarys dawnej budowli, którego autorem jest dr Antoni Pawłowski. RATUSZ W KWIDZYNIE Pierwsza lokacja Kwidzyna na prawie chełmińskim dokonana przez Krzyżaków miała miej- sce w roku 1233 lub 1235, w miejscu starszego grodu (osady?) pruskiego, a powtórna w 1336 roku. Ośrodek był stolicą biskupstwa pomezańskiego i siedzibą kapituły. Średniowieczne miasto miało kształt nieregularnego pięcioboku otoczonego murowa- nymi umocnieniami, w obrębie których znajdował się zamek kapitulny i katedra, miejskie parcele oraz usytuowany centralnie kwadratowy rynek. W jego centrum wybudowano ratusz — jedyną do końca średniowiecza świecką budowlą miasta. Wzniesiony prawdopodobnie przed rokiem 1336 w stylu gotyckim, dopiero na początku siedemnastego stulecia, w latach 1608—1609, został częściowo przebudowany. Nadano mu wówczas formy renesansowe (Ryc. 4). W roku 1879 prawie całą budowlę zniszczył pożar. Na fundamentach najstarszego średniowiecznego ratusza wzniesiono trzypiętrowy budynek w tak modnym w ówczesnych czasach stylu neogotyckim (Ryc. 5). Rok 1945 przyniósł całkowite zniszczenie budowli, z której zachowały się jedynie fragmenty wieży i mury fundamentowe, które po odsłonięciu w 1973 roku zostały zinwentaryzowane, a następnie zasypane. Ryc. 5- Ratusz w Kwidzynie DAWNE RATUSZE 39 Ratusz w Kwidzynie zbudowany na planie prostokąta o wymiarach 13,3 m x 21,9 m, pierwotnie nazywany domem kupieckim, podobnie jak w każdym innym mieście, był obiektem spełniającym różnorodne funkcje. Początkowo większość powierzchni zajmowały pomieszczenia służące handlowi, a siedziba władz miejskich była umieszczona w zdecydowanie mniejszej partii budynku. Później systematycznie następowała zmiana niektórych funkcji w obiekcie i ratusz stał się instytucją wielofunkcyjną. W piwnicach znajdowały się pomieszczenia magazynowe różnorodnych towarów, wzorcowa waga miejska, ławy rzeźnicze. Był prowadzony wyszynk wina i piwa. Umieszczono tutaj izbę tortur i tzw. kozę, niewielką celę więzienną do przetrzymywania aresztantów. Pierwsze piętro zajmowały: sala posiedzeń Rady Miasta i sala obrad Gminy, jak również archiwum. Druga kondygnacja należała do Sądu Miejskiego i jego archiwum. Po przebudowie ratusza w latach 1878-1880 niektóre funkcje uległy zmianie. Chcąc podkreślić rangę Kwidzyna jako stolicy regencji kwidzyńskiej, ulokowano w ratuszu m.in. Kasy: Oszczędnościową i Miejską, Urząd Meldunkowy, różne sale obrad i gabinety przedstawicieli władzy miejskiej. Zniknęła natomiast wcześniejsza typowa dla tych obiektów funkcja handlowa, jaką ratusz pełnił przez stulecia. Od strony południowo-wschodniej do ratusza dostawiono wieżę z umieszczonym na niej zegarem i sygnaturką, która pełniła także funkcję punktu obserwacyjnego. Ratusz — podobnie jak w innych miastach otaczały kramy i budy, w których znajdowały się warsztaty rzemieślnicze i była prowadzona sprzedaż wyrobów. W Kwidzynie, podobnie jak w Prabutach, ratusz zniknął z krajobrazu miasta w roku 1945. RATUSZ W MALBORKU Historia Malborka kojarzy się przede wszystkim z jego rolą stolicy Państwa Zakonnego do roku 1457, a później siedzibą starosty królewskiego w czasach Rzeczypospolitej. Dominującym obiektem był i jest średniowieczny zamek — obronna warownia, nie mająca sobie równej w Europie. W położonym obok zespołu zamkowego mieście były — chociaż nie zawsze zachowały się — inne obiekty wyjątkowe, funkcjonujące już od XIV wieku, np. ratusz czy szkoła łacińska. Najstarsza forma ratusza przed połową XIV wieku nie jest znana. Być może był to budynek o konstrukcji szkieletowej. Obiekt ceglany w stylu gotyckim zbudowany w latach 1365—1380 prawdopodobnie powstał w miejscu wcześniejszego domu kupieckiego. Po zniszczeniach, jakich doznał podczas wojny trzynastoletniej w latach 1457—1460 i po podpisaniu pokoju w Toruniu w 1466 roku, został odbudowany i przeznaczony na siedzibę starosty królewskiego. Znacznych uszkodzeń doznał ratusz podczas pożaru miasta, który miał miejsce 26 lipca 1899 roku (Ryc. 6). Jednak już w roku 1901 wg planów Conrada Steinbrechta i działań Bernharda Schmida został odbudowany w stylu „gotyckim”. W wyniku działań wojennych w 1945 roku budynek ratuszowy ponownie został mocno uszkodzony. Mimo to kolejna odbudowa przywróciła mu dawny blask. 40 Grażyna Nawrolska Ryc. 6. Ratusz w Malborku Malborski ratusz zbudowany z cegły na planie prostokąta jest obecnie budynkiem podpiwniczonym i dwukondygnacyjnym (Ryc. 7). Posiada dwuspadowy dach, a na wieżyczce umieszczono uratowane z pożaru krzyż, kulę i chorągiewkę, na której zachowała się data 1686 rok. Jak w każdym ratuszu, na wieży znajdował się dzwon, a najstarszy znany ze źródeł pisanych został odlany w 1407 roku. W dolnej kondygnacji funkcjonowały podcienia, stosunkowo rzadko występujące w ratuszach północnych miast. Ściany wypełniają ostrołukowe okna, a na szczytowej powyżej ich linii umieszczono strefowo blendy, w które później wprowadzono niewielkie otwory okienne. Szczyty są dekorowane blankami, a w narożnikach umieszczono nadwieszone wieżyczki. Piwnice ratuszowe pełniły funkcje magazynowe, prowadzony był wyszynk wina i piwa, a od XIX wieku funkcjonowała restauracja „Ratskełler”. Na wyższych Ryc. 7- Ratusz w Malborku, stan obecny DAWNE RATUSZE 41 poziomach znajdowały się sale rady i ławy, archiwum, pomieszczenia sądu i jego archiwum, potem policja. Obecnie w odbudowanym ratuszu mieści się Miejski Dom Kultury „Ratusz”. RATUSZ W SZTUMIE Najstarszym elementem zespołu określanego mianem Sztum był zamek krzyżacki, o którym wspominają dokumenty źródłowe z końca XIII i pierwszej połowy XIV wieku. Po jego zachodniej stronie funkcjonowała niewielka osada targowa. 23 września 1416 roku wielki mistrz zakonu krzyżackiego, Michał Kuchmeister von Sternberg, wystawił przywi- Ryc. 8. Sztum. Plan miasta z 1810 roku (wg Sztum 1806—1945). lej lokacyjny, sankcjonujący przekształcenie jej w ośrodek miejski — Sztum. Zostały w nim określone prawa i obowiązki mieszkańców. Wiązało się to także z wytyczeniem granic ośrodka, podziałem na ulice i bloki zabudowy mieszczańskiej, wybudowaniem ratusza i kościoła parafialnego miasta. Na planie miasta z roku 1810 widzimy Sztum (zamek, miasto, przedmieścia) usytuowany między dwoma jeziorami. Miasto podzielone na nieregularne kwartały zabudowy z centralnie położonym rynkiem z ratuszem (Ryc. 8). W narożniku północno-wschod- nim znajduje się kościół parafialny pw. św. Anny. Z lustracji przeprowa- dzonej w 1804 roku dowiadujemy się, że w mieście było 105 budynków mieszkalnych, 2 kościoły i 39 budynków gospodarczych. Ale już w roku 1818 źródła informują, że liczba budynków uległa zmniejszeniu i nie ma również budynku średniowiecznego ratusza. Może to wskazywać na klęskę, która dotknęła miasto (pożar?). W miejscu dawnego ratusza w 1816 roku rozpoczyna się budowa świątyni fundowanej przez króla Fryderyka Wilhelma III, która została ukończona dwa lata później i przekazana luteranom (Ryc. 9). Podczas prowadzonych na przełomie XX i XXI stulecia prac remontowych i konserwatorskich w obrębie i na zewnątrz świątyni odsłonięto fundamenty średniowiecznego ratusza. Nie miałam jednak możliwości zapoznania się z dokumentacją związaną z prowadzonymi pracami. 42 Grażyna Nawrolska Ryc. 9. Sztum. Kościół ewangelicki zbudowany w latach 1816—1818 w miejscu średniowiecznego ratusza (wg Sztum 1806-1945). ZAKOŃCZENIE Ratusz, będąc najokazalszym świeckim budynkiem każdego miasta, stanowił - co jest faktem oczywistym - dumę jego mieszkańców. Wznoszony był na miarę ich ambicji, gustów i możliwości materialnych. Może to być dla nas również pewną informacją o zdolnościach finansowych gminy czy miasta. Ratusze były budowane w centrum miasta — na rynku — względnie na najbardziej reprezentacyjnej pierzei przyrynkowej. Początkowo były budynkami wznoszonymi w konstrukcji szkieletowej. Wraz z bogaceniem się mieszczaństwa przebudowywano je w obiekty murowane (kamienno-ceglane). Rozwój handlu i rzemiosła, wzrost liczby mieszkańców miast, powodowały rozrastanie się ośrodków miejskich, a tym samym rozbudowywanie ratuszy o kolejne segmenty i tworzenie w ten sposób kompleksów ratuszowych. Zmieniające się w budownictwie style przeobrażały sylwety ratuszy. Czasy renesansu, baroku, klasycyzmu przyniosły nowe formy dekorowania obiektów, m.in. poprzez fryzy układane z cegieł, zdobienie szczytów blendami, attyki, wieżyczki. Motywy te były także inspiracją dla bogatych mieszczan, którzy przebudowując swoje kamienice czerpali z nich wzory. O etnografie z Wilczych Błot 43 Ryszard Rząd O ETNOGRAFIE Z WILCZYCH BŁOT Jedną z naukowych dziedzin, jakie rozwijały się w 2 poł. XIX w., była etnografia. Zainteresowanie kulturą ludową stawało się popularne także na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. I to zarówno wśród badaczy polskich, jak i niemieckich. Wśród nich był Aleksander Treichel, gromadzący materiały na temat zwyczajów i życia codziennego Kaszubów. Johann August Alexander Treichel urodził się 28 sierpnia 1837 r., jak sam później pisał — w „dzień Goethego”, w posiadłości wuja Johanna Hannemanna w Starych Polaszkach w powiecie kościerskim. Mieszkali tam wówczas jego rodzice: Karl Heinrich i Friederike Eleonorę Hannemann. Narodziny dwóch sióstr oraz przedwczesna śmierć ojca w wieku 27 lat również miały miejsce w Starych Polaszkach. Wychowaniem i edu- ]ohann August Alexander Treichel kacją Aleksandra zajęła się matka. Zatrudniła prywatnego nauczyciela, który później, w 1850 r., został jego ojczymem. Być może wówczas nowa rodzina przeprowadziła się do pobliskich Wilczych Błot (Hochpaleschken\ majątku, który Fryderyka otrzymała w posagu. W trakcie nauki w gimnazjum w Szczecinku Aleksander wyróżniał się wśród rówieśników — założył szkolną korporację o nazwie Towarzystwo Okruchów Myślowych („Verein der Gedankenspane”). To w nim poznał swoją przyszłą żonę, Emmę Toepfer (1834-ok. 1919). Po zdaniu matury studiował prawo i ekonomię w Berlinie - bez wielkiego zapału, chociaż napisał doktorat, którego jednak celowo nie obronił, rezygnując z kariery prawnika. Uczęszczał wówczas także na zajęcia z historii, etnografii oraz nauk przyrodniczych, a zwłaszcza botaniki, która stała się jego największą pasją. Poświęcił się jej niemal całkowicie, rozszerzając krąg swoich zainteresowań także o geografię rozmieszczenia roślin. Angażował się w działalność berlińskiego Towarzystwa Botanicznego Prowincji Brandenburgia, gdzie był sekretarzem i bibliotekarzem. Publikował liczne monografie, artykuły i sprawozdania w wydawanym przez nie periodyku. W 1874 r. w uznaniu zasług biolog ze stołecznego Ogrodu Botanicznego, dr Georg Karl Wilhelm Vatke, uhonorował go, nazywając jego imieniem (Trelehelia longebracteata) jeden z gatunków kwiatów rosnących na Przylądku Dobrej Nadziei. 44 Ryszard Rząd Dwór w Wilczych Błotach W styczniu 1867 r. ożenił się ze wspomnianą wyżej Emmą Toepfer, z którą miał dwoje dzieci, Franza i Annę. Dziewięć lat później w ich życiu zaszła radykalna zmiana. Na prośbę matki, która z racji wieku (67 lat) nie mogła dalej sama zajmować się rodzinnym majątkiem, Aleksander wrócił z rodziną z Berlina do Wilczych Błot. Uczynił to bardzo niechętnie. Jak wspominała po latach córka Anna: „Zdecydował się na ten krok z wewnętrznymi oporami, po długich wahaniach i rozmyślaniach - szczególnie że nie miał kwalifikacji w zakresie uprawy ziemi, a razem z Berlinem tracił swoje intelektualne otoczenie. Mimo tego jako urodzony i wychowany na wsi posiadał zrozumienie dla natury i już niedługo miał odnaleźć tu swoje naukowe pasje”. W 1885 r. Wilcze Błota obejmowały obszar ok. 750 ha i były jedną z większych posiadłości ziemskich w powiecie kościerskim. Znajdowała się w nich „parowa fabryka mączki, hodowla źrebców i świń na tucz”. Alek- sander troszczył się o powierzony mu majątek z pomocą zarządcy i kilku techników. Około 1887 r. folwark gruntownie przekształcono. Przed starym dworem z 1 ćw. XIX w. pojawiły się okazałe, murowane zabudowania gospodarcze okalające rozległy dziedziniec. Na tyłach urządzono ogród z różanymi klombami i żywopłotami oraz warzywami i drzewami owocowymi, a za nimi park ze stawem i zagajnikiem. W przyległej osadzie robotników folwarcznych liczącej 7 domów i 88 mieszkańców (71 katolików i 17 ewangelików) wzniesiono murowaną kuźnię i rządcówkę. Według niektórych źródeł w marcu 1888 r. w folwarku Anna z małym Aleksandrem i Franz z Elzą w towarzystwie dzieci z folwarku wybuchł pożar. Spłonąć miała część zabudowań, stado około tysiąca owiec i koni oraz położona w pobliżu remiza strażacka. Mimo zaangażowania we wspomniane wyżej prace Treicheł nie zaprzestał swoich badań. Poszerzył przy tym znacząco krąg swoich zainteresowań o etnografię, antropologię i etnologię. Już ok. 1880 r. wstąpił do Gdańskiego Towarzystwa Przyrodniczego, biorąc regularnie O etnografie z Wilczych Błot 45 udział w jego dorocznych spotkaniach w różnych miastach Prus Zachodnich. Aktywnie udzielał się zwłaszcza w jego Sekcji Antropologicznej. W lutym 1881 r. wystąpił tam ze swoim pierwszym odczytem na temat grobu skrzynkowego kultury pomorskiej odnalezionego w Radoszowie koło Pucka. Jak wspominała Anna: „Kiedy jednak nie mu-siał zajmować się rolnictwem, oddawał się zajęciom, które pochłaniały go całkowicie. W wielu dziedzinach jak etnografia, biologia i prehistoria, związanych z badaniem i opisem powiatu kościer-skiego, a nawet całej prowincji Prus Zachodnich nie miał sobie równych. Jeździliśmy do położonych na uboczu wiosek, gdzie gromadziliśmy stare kobiety przy słodkiej nalewie i cukierkach. Prosiliśmy je, by śpiewały i opowiadały, przez co udało się uratować wiele dóbr kultury ludowej” (cytaty za: wykład dr Hanny Nogossek z Niemieckiego Muzeum Historycznego w Berlinie na wernisażu wystawy „Polacy, Niemcy i Kaszubi. Zycie codzienne, obyczaje i kultura ludowa w Prusach Zachodnich około 1900 roku”, Wdzydze Kiszewskie 2010 r.). Opisywał sposób życia miejscowej ludności, jej zwyczaje, szczególnie te związane ze ślubem i z weselem, gry i zabawy. Kaszubi przez długie lata wspominali „Pana z Paleschken”, jak drabiniastym wozem lub innym środkiem lokomocji przyjeżdżał, aby z nimi rozmawiać. Niektórzy uważali go za aptekarza zbierającego zioła i owady. Podkreślano jego dobry charakter, niezwykłą uprzejmość i otwartość na rozmówców. Był przy tym personą wielce oryginalną. Pracując do późna żartował, że w ten sposób oszczędza na stróżach nocnych. Jako Anna z synem i mężem Bernhardem Aleksander z synową Martą i wnuczką notoryczny śpioch rzadko bywał na rodzinnych obiadach. Był wybuchowy i czuł się, jak mawiał, niczym „mały król w swoim państwie”. Potrafił wykazać się dobrodusznością i gestem przy jednocześnie bardzo oszczędnym trybie życia. Przyjaciele śmiali się, że do swojej pracy wykorzystuje każdy niezapisany skrawek papieru. Nie rozstawał się ze swoim starym znoszonym ubraniem, ale bez namysłu kupował drogie książki i rzadkie znaczki pocztowe. Obok cennej biblioteki i herbarium zgromadził wielkie kolekcje motyli, znaczków i kart pocztowych. Pasjonował się także ezoteryką i kabałą, czego dowodzą jego publikacje na temat tzw. kwadratu magicznego „Sator-Rotas”. Niewykluczone, że był członkiem jednej z gdańskich lóż wolnomularskich. 46 Ryszard Rząd Aleksander (w beczce) z rodziną i służbą na schodach dworu Jak pisała o nim w pośmiertnym wspomnieniu królewiecka Konigsberger Har-tungsche Zeitung (1901): „W świecie naukowym uznawany był za swoisty fenomen, oryginała, który samodzielnie wybierał sobie tematy badawcze i sam je opracowywał. Treichel nie wychodził od uczonych studiów, ale w kontaktach z ludem widział źródło Aleksander i Anna przy grze w karty swojego poznania. Stosował rozliczne metody w celu uzyskiwania materiału potrzebnego mu do badań, włączając w to szerokie kręgi osób. Nie krępowały go samotne wyprawy, podczas których rozmawiał z robotnikami i czeladni- kami na wszelkie interesujące go tematy, korzystając z dialektu i specyficznego żargonu tych ludzi. Stąd też chętnie jeździł pociągiem czwartą klasą po to, aby zaprzyjaźnić się z prostymi ludźmi i w ten sposób wysłuchać wszystkich ciekawostek i poznawać odpowiedzi na frapujące go pytania etnograficzne. Poza tym był w pisemnym kontakcie z wie- loma uczonymi, często też angażował prasę do prowadzenia sondaży, promowania swojej działalności i kierowania apeli, by zgłaszać eksponaty do jego kolekcji. Rozumiał pojęcie folkloru w najszerszym tego słowa znaczeniu i zwracał uwagę na pozornie nieistotne szczegóły. Interesował się wszystkim i miał wspaniały talent zbieracza”. Efektem jego prac były m.in. wydane w 1895 r. dwutomowe „Volkslieder und Volks-reime aus Westpreussen” („Pieśni i rymowanki ludowe z Prus Zachodnich”). Opublikował też blisko 300 artykułów, m.in. w: Zeitschrifi des historischen Vereins fur den Regierungsbezirk Marienwerder, Altpreussische Monatsschrifi i Verhandlungen der Berliner Gesellschafifur Anthropologie, Ethnologie und Urgeschichte. W 1996 r. Muzeum Kaszubskie w Kartuzach wydało część zebranych przez niego opowieści ludowych Die Kaschubischen Heimatsagen des Alexander Treichel. O etnografie z Wilczych Błot 47 Jak pisali organizatorzy wspomnianej wyżej wystawy, „na temat Kaszubów dominował wtedy pogląd, że pochodzą od dawnej ludności słowiańskiej na południowym wybrzeżu Bałtyku i że stopniowo giną. Kaszubska kultura ludowa, obca i niezrozumiała zarówno dla Niemców, jak i Polaków spoza Pomorza, stawała się nawet dla samych Kaszubów swego rodzaju balastem, czymś niegodnym zainteresowania, wręcz wstydliwym. Zwłaszcza wobec pełnej germanizacji bądź polonizacji tzw. warstw wyższych. Dopiero ruch młodokaszubski z początków XX wieku zmienił sytuację. Działalność uczonych polskich i niemieckich — w tym z pewnością Aleksandra Treichela - przyspieszyły ten proces”. W dokumentowaniu zwyczajów i obrzędów kaszubskich Aleksander i Anna z dworskimi praczkami od najmłodszych lat poma- Zaproszenie na wesele gała mu córka Anna (1874— 1971). Już kiedy miała 24 lata jej biografia znalazła się w „Słowniku niemieckich kobiet pióra” {Lexikon deutscher Frauen der Feder). Czytamy tam m.in., że: „dorastała jako dziecko nieco samotne, ale w złotej wolności. O jej edukację duchową dbała guwernantka. Jej pierwsze opowiadania ukazały się w 1894 r. w berlińskiej Volkszeitung\ Danziger Zeitung. Dzięki ojcu, który zawsze pozwalał jej brać udział w swojej pracy naukowej i podróżach, poznała dużą część świata i środowisko naukowców berlińskich. Często brała też udział w konferencjach przyrodniczych i antropologicznych, a na jednej z nich, we Frankfurcie nad Menem, poznała swojego przyszłego męża dr Bernharda Hagena, radcę wielkiego księcia Badenii, za którego wyszła w roku 1897. Wraz z ojcem wydała Pieśni i rymowanki ludowe z Prus Zachodnich, a poza tym pisuje do wielu magazynów i gazet codziennych”. Wspomniany ożenek sprowadził do Wilczych Błot kolejną niezwykłą osobę, z pojawieniem której rozpoczął się nowy okres w naukowych dziejach posiadłości. Bernhard Hagen urodził się 23 listopada 1853 r. w Germersheim w Nadrenii-Palatynacie. Od dziecka zafascynowany był przyrodą — jak opowiadano — od chwili, gdy otrzymał 48 Ryszard Rząd Sianokosy w prezencie zasuszonego motyla. Po ukończeniu studiów medycznych w Monachium w 1879 r. wyjechał na Sumatrę, aby pracować jako lekarz na plantacji. Poprowadził także dwie wyprawy badawcze w głąb tej wyspy. W 1887 r. powierzono mu kierownictwo służb medycznych na jej wschodnim wybrzeżu. Wskutek czerwonki Pławienie owiec i malarii musiał na pewien czas wrócić do Europy. W latach 1893—95 pracował jeszcze na wybrzeżu Nowej Gwinei, ale nawrót choroby zmusił go ponownie do porzucenia Antypodów. Po powrocie do Niemiec trafił do wspomnianego wyżej Frankfurtu nad Menem i poznał Annę Treichel. 9 września 1897 r. w zborze w Nowych Polaszkach pastor Alfred Schmidt udzielił im ślubu. Anna wyjechała za mężem do Frankfurtu, gdzie w lip-cu 1898 r. przyszedł na świat ich syn, którego na cześć dziadka ochrzczono imieniem Aleksander. Ich gościnny dom w willowej dzielnicy Wiesenau był miejscem spotkań dla wielu naukowców i badaczy. W 1899 r. Bernhard opublikował monografię „Wśród Papuasów ”, w której podsumował wyniki swoich badań na Sumatrze i Nowej Gwinei. Rok później założył Frankfurckie Towarzystwo Antropologiczne, które w 1904 r., dzięki poparciu władz miejskich przekształcił w Muzeum Etnograficzne. Kierował nim i systematycznie poszerzał zbiory o eksponaty ze swojej prywatnej kolekcji i z nowych wyjazdów badawczych. Prowadził wykłady z entomologii we frankfurckim Instytucie Senckenberga i z etnologii na Uniwersytetach w Heidelbergu i Halle, publikował kolejne prace. Anna fascynowała się kulturą Wikingów i skandynawskimi mitami, czego dowodem jest jedno z jej ówczesnych opowiadań „Hugin i Munin” (1901), traktujące o parze kruków towarzyszących nordyckiemu bogu Odynowi. Wśród jej biżuterii znajdował się widoczny na kilku zdjęciach charakterystyczny naszyjnik składający się z młota Tora zdobionego głową kruka i plecionki w kształcie trzech krzyży. O etnografie z Wilczych Błot 49 Przyjeżdżając do Wilczych Błot małżonkowie zabierali ze sobą aparat fotograficzny i wespół z Aleksandrem dokumentowali życie folwarku i okolic. Warto poświęcić chwilę tym fotografiom, z których kilkanaście prezentujemy poniżej. Cudem ocalały w obu światowych wojnach i dziś przechowywane są w Instytucie Herdera w Marburgu. „Inscenizacja kadrów zdradza oko osoby wyszkolonej w komponowaniu zdjęć, ustawianiu różnych planów i efektów świetlnych. Mimo, iż rzeczywistość na zdjęciach Tre-ichela często była inscenizowana przed oczami przesuwa się nam wyraziście cała panorama życia i pracy na w prowincji pruskiej pod koniec XIX wieku. Dla Treichela nie było rzeczy niegodnych utrwalenia; pokazuje nam krajobraz kaszubski, budynki m.in. siedzibę wójta Krónke w Rudzie, ewangelicką szkołę w Starym Bukowcu, dwór w Orłem, zamek w Kiszewie. Niemało jest zdjęć, na których występuje sam Alexander Treichel — z rodziną, sąsiadami, w ogrodzie, przed domem, na pikniku. Najliczniejsze i z pewnością najciekawsza grupę stanowią fotografie z życia wsi i folwarku. Widzimy kuźnie w Wilczych Błotach, inne budynki folwarczne z ludźmi i inwentarzem, wiejskie ulice, prace przy sianokosach, żniwach, młóckę Gaszenie wapna na folwarku Podkuwanie koni przy dworskiej kuźni Kołodzieje z Wilczych Błot 50 Ryszard Rząd zboża, kopanie i suszenie torfu, sortowanie kartofli, kąpiel i strzyżenie owiec ... Kolekcja jest bezcennym świadectwem nieistniejącego już świata i architektury, kultury regionalnej oraz pejzaży, zmieniających się w oczach na skutek industrializacji i urbanizacji” (cytat z katalogu w/w wystawy). Niestety nadszedł tragiczny dla rodziny rok 1901. 30 marca zmarł mały Aleksander, a 4 sierpnia, wskutek nowotworu krtani, odszedł także jego dziadek. Pochowano go obok grobu ojca na ewangelickim cmentarzu w Nowych Polaszkach. Jako właściciel ziemski był bowiem patronem tamtejszego kościoła. Na grobie Anna kazała wykuć pełne smutku słowa: Tu spoczywa w cichym, wiecznym spokoju po długiej i ciężkiej chorobie, którą zniósł z dzielną cierpliwością, posiadacz dóbr rycerskich Alexander Treichel ur. 28 sierpnia 1837 r. zm. 4 sierpnia 1901 r. Jaskółki lecą w dal, ale też wracają, tylko człowiek, gdy odchodzi, nie powraca, także ten odszedł bezpowrotnie, na smutek wiernego serca, które kocha go jak nikt, odszedł — i pozostało puste miejsce po nim -zapomnieć, zapomnieć, to tak trudno uczynić. Wilcze Błota opustoszały. Żadne z dzieci nie zdecydowało się tu zamieszkać - Franz z żoną Martą i córeczką Elzą pozostał w Berlinie doglądając swoich interesów handlowych, Anna we Frankfurcie, gdzie trafiła też biblioteka i zbiory jej ojca. Nie znamy dalszych losów żony Aleksandra, Emmy. Według niektórych źródeł zmarła w roku 1914. W 1902 r. folwark sprzedano Komisji Osadniczej, a cztery lata później rozparcelowano między niemieckich kolonistów. Jeszcze przed rokiem 1920 większość z nich odsprzedała swoje działki Polakom i Kaszubom. Dwór przekształcono w niemiecką szkołę podstawową, wydzielając z jego części mieszkanie dla nauczyciela. Funkcjonowała ona do roku 1920, po czym została przekształcona w szkołę polską działającą do roku 1993. W 2003 jej pomieszczenia, z częścią dawnego ogrodu i parku, zostały wydzierżawione osobom prywatnym z przeznaczeniem na szkołę rzemiosł artystycznych. Po śmierci ojca Anna dalej z oddaniem służyła mężowi radą i pomocą. Pracowała w Muzeum i towarzyszyła mu we wszystkich jego wyjazdach naukowych, m.in. w podjętej w 1905 r. wyprawie na Sumatrę i Jawę. Jej efektem był wydany w 1906 r. atlas typów głów i twarzy ludów Azji Wschodniej i Melanezji, zawierający obszerne pomiary antropometryczne i ponad pięćdziesiąt stron ze zdjęciami w nowatorskich ujęciach („Kopf- und Gesichtstypen ostasiatischer und melanesischer Vólker”). W roku 1909 Bernhard został prezesem Frankfurckiego Towarzystwa Geograficznego, a w 1914 profesorem honorowym antropologii na tamtejszym Uniwersytecie. Zmarł wskutek powikłań pogrypowych 3 maja 1919 r. Miasto uczciło go honorowym grobem, którym do dziś opiekuje się powołane przez niego Muzeum. O etnografie z Wilczych Błot 51 Anna starała się podtrzymywać naukowe tradycje rodziny. Pracowała w deputacji ds. nauki, sztuki i szkolnictwa ludowego podległej ministerstwu oświecenia publicznego oraz w Instytucie Holenderskim uniwersytetu frankfurckiego. Była członkinią zarządu Towarzystwa Antropologicznego i jako pierwsza kobieta honorową członkinią miejscowego Towarzystwa Geograficznego. Wspierała i udzielała się także w wielu stowarzyszeniach charytatywnych, m.in.: Akademischen Auslandstelle zajmującym się pomocą dla niemieckich studentów uczących się za granicą, była współzałożycielką i przewodniczącą oddziału Stowarzyszenia Kobiet Czerwonego Krzyża dla Niemców za Morzem (tj. w dawnych koloniach). Zmarła w wieku 97 lat, 5 listopada 1971 r. Spuściznę naukową jej i męża przechowuje dziś Archiwum Miejskie we Frankfurcie. W Wilczych Błotach niemymi świadkami opisanych wyżej wydarzeń są dziś: przydrożna kuźnia, zespół dawnych zabudowań folwarcznych, dwór i pozostałości przyległego doń parku. Bardziej dociekliwi odnaleźć też mogą w Nowych Polaszkach na dawnym cmentarzu ewangelickim grób Aleksandra Treichela, po latach powojennego zapomnienia, zidentyfikowany i odtworzony staraniem proboszcza tamtejszej parafii katolickiej. Odtworzony grób Aleksandra Treichela w na cmentarzu ewangelickim w Nowych Polaszkach 52 Arkadiusz Wełniak Arkadiusz Wełniak PRZED TUTEJSZYM URZĘDNIKIEM STANU CYWILNEGO STAWIŁ SIĘ DZISIAJ..1 ORGANIZACJA I DZIAŁALNOŚĆ PRUSKIEGO URZĘDU STANU CYWILNEGO W SZTUMIE W 150 ROCZNICĘ JEGO POWOŁANIA W dniu 5 października 1874 roku ówczesny burmistrz Sztumu Schneider odnotował w księgach stanu cywilnego zgon trzyletniego syna Fryderyka Konopackiego, robotnika ze sztumskiego Abbau. Wpis ten rozpoczął działalność Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie (Standesamt Stuhm), który to przez następne siedemdziesiąt lat administracji pruskiej i niemieckiej był podstawą rejestracji ludności. Przypadająca właśnie 150-rocznica powołania urzędów stanu cywilnego w Prusach jest dobrą okazją do przypomnienia kontekstu historycznego, organizacji oraz znaczenia tej instytucji. Zwycięstwo w wojnie z Francją i proklamowanie w styczniu 1871 roku Cesarstwa Niemiec kończyło kilkuletni proces jednoczenia państw niemieckich pod przywództwem Prus. Jednym z priorytetów polityki wewnętrznej kanclerza Otto von Bismarck stała się tzw. walka o kulturę (Kulturkampf), szczególnie widoczna w Poznańskiem i na znacznym obszarze Prus Zachodnich z przewagą ludności narodowości polskiej oraz silną pozycją kościoła katolickiego. Wprowadzony obowiązek cywilnej rejestracji ludności bazujący na rozwiązaniach z czasów napoleońskich zakończył kilkuwiekowy okres monopolu kościoła w tym zakresie. Metryki chrztów, ślubów i zgonów (pogrzebów) prowadzone w parafiach katolickich czy ewangelickich straciły tym samym dotychczasową rangę na rzecz aktów stanu cywilnego. W styczniu oraz marcu 1874 roku Reichstag przegłosował ustawę o małżeństwie cywilnym i obowiązku prowadzenia ksiąg urodzeń, małżeństw i zgonów. W ciągu następnych kilku miesięcy opublikowano szereg przepisów wykonawczych określających tryb, zasady i formy rejestracji. W kwietniu 1874 roku dokonano nowego podziału terytorialnego, określając siedziby i granice zatwierdzonych obwodów urzędowych (Amtsbezirke). Powiat sztumski został podzielony na 28 takich obwodów, w tym dwa w gminach miejskich (Stadtgeme-inde): Sztum i Dzierzgoń. Były one równoznaczne z obwodem stanu cywilnego (Stande-samtsbezirk). USC w Sztumie obejmował terytorialnie miasto, Sztumskie Pole i osady Wydry (Ostrów-Lewark) i Kępina (Antonienhof). Obowiązek rejestracji i prowadzenia ksiąg scedowano na burmistrzów, wójtów i ustanowionych naczelników w jednostkach najniższego szczebla (Amtsvorsteher). Z obwodem stanu cywilnego w Sztumie sąsiadował obwód wiejski Sztum-Przedzamcze (Vorschloss Stuhm), obejmujący poza terenem Przedzam-cza także Sztumską Wieś, Zajezierze, Lipkę oraz Ostrów Brzezi. Faktyczna siedziba USC Sztum Przedzamcze znajdowała się do połowy lat 90. dziewiętnastego wieku w Zajezierzu, a długoletnim naczelnikiem urzędu był Henryk Donimirski. Mieszkańcy Barlewiczek, „ Vor dem unterzeichneten Standesbeamten erschien heute “ (niem.). Regułka rozpoczynająca zapis każdego aktu stanu cywilnego w okresie prusko-niemieckim. Organizacja i działalność Pruskiego Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie w 150 rocznicę jego powołania 53 Ramz Wielkich, Górek, Szpitalnej Wsi podlegali z kolei pod urząd Barlewicach. Pierwszym kierownikiem Pruskiego Królewskiego Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie był burmistrz Johann Friedrich Emil Schneider, który zresztą w 1879 roku, przed majestatem swego następcy na urzędzie Otto Hugona Doffenga, zawarł swój własny ślub cywilny. W okresie 1881-1904 sztumskim USC Obwoluta księgi urodzeń Sztumu z 1874 roku. Landesarchw Berlin kierował długoletni burmistrz Luis Hagen. Wobec rozrostu biurokracji i kolejnych zadań odgórnie nakładanych na lokalne władze w 1906 roku w strukturze sztumskiego Magistratu powołano osobne stanowisko urzędnika stanu cywilnego. Początki działalności urzędów stanu cywilnego w Prusach Zachodnich nie były łatwe z wielu przyczyn. Niektórym urzędnikom, szczególnie w obwodach wiejskich, trudności sprawiało prawidłowe przypisania właściwości terytorialnej czy zapis polskojęzycznych nazwisk. Z kolei miejscowa ludność przyzwyczajona do rejestracji kościelnej i nie do końca świadoma zmian zaniedbywała lub pomijała początkowo obowiązek zgłaszania narodzin i zgonów w USC. Dopiero wprowadzone kary administracyjne oraz scedowanie zadań kontrolnych na wójtów, właścicieli ziemskich i żandarmów zacząło przynosić efekty. Akt urodzenia wypisywany na ujednoliconym formularzu na podstawie osobistego zgłoszenia zawierał dane dotyczące rodziców dziecka, ich wyznanie oraz miejsca zamieszkania. Wśród zgłaszających fakt narodzin był najczęściej ojciec dziecka oraz akuszerki przyjmujące poród. Na przełomie lat 70./80. XIX wieku w Sztumie porody domowe przyjmowały Elisabeth Willem z d. Reinhold oraz Teresa Zakrzewska. Pierwszy akt urodzenia w Sztumie zarejestrowano dopiero 10 dni po powołaniu urzędu, kiedy pocztylion Joseph Krause oświadczył, że jego żona Katarzyna z domu Drebs urodziła w dniu 7 października o godzinie 2 w nocy córkę, której nadano imiona Joanna Katarzyna. Pierwsze dziecko wyznania ewangelickiego, syna dzierżawcy cegielni, wpisano do księgi 2 listopada, a 20 grudnia 1874 roku w Sztumie urodziła się córka farbiarza Żyda Moryca Bruma. W pierwszej dekadzie działalności sztumskiego USC liczba rejestrowanych urodzeń mieściła się w średnim przedziale 80—100 rocznie. Dopiero na początku ubiegłego stulecia, wraz ze wzrostem liczby mieszkańców, zaczęła ona rosnąć, by w momencie demograficznego boomu w okresie III Rzeszy przekroczyć 150 wpisów rocznie. W księgach zgonów USC w Sztumie z lat 1874—1877 dominują zgony noworodków i małych dzieci. Bardzo wysoka śmiertelność w tej grupie wiekowej zmniejszała się sukcesywnie wraz z rozwojem powszechnej opieki szpitalnej i poprawą warunków bytowych 54 Arkadiusz Wełniak (Sterbcfall ©tetlft<|Mb Ldstrm. ^or- wib ■JamilientwiiieH Alezsnder Szypniewski TtłKgion kath. Orf berOeburt HfrnrtltiW • bejirt. •'BinibeeftaaO Stuhmsdorf, Stuhm. Pr. ©atum bet ©ebtttt 12. 1. 94. CebenefwHung (Stanb, (Se-metbe) Landwirt. Stuhmsdorf. unb namiliennainen ber (^egattin 3o^l ber Stinber OJermert bo^ ber ^etrcffenbc lebig ift ledig. TJcr- unb ^ramifiennamen, Stanb eber ©ewerbe unb TBoŁncrs bet (Sitem Peter S., Landwirt, Stuhmsdorf. Srujipetitcil (.Wompa^nu, t, (jĄtabron ufh’.) Res. Jnf. Regt. 59, 9..Komp. ju ben ‘perfmtal' nctiAtn Am 5j 11. 16 vorm. 1 Uhr infolge Verwundung und KranTcheft im Res.Laz. Hohensalza verstor« ben. Kdnigl. Preuss. Reserve- Jnfanterie-Regiments Not 59.) ©ie 9?icbtłsteit Dorfk&tnber 2lbf$rift beglaubigt 1. Februar Der ^rewfjif^e <3Rinifter be* Snnern. i higienicznych. Pierwszy odnotowany w Sztumie zgon osoby dorosłej dotyczył osiemdziesięcioletniej wdowy Anny Zaborowskiej, katoliczki z Abbau Stuhm. Co ciekawe, zgłaszającemu ten fakt synowi nieznane było miejsce urodzenia matki. W następnych latach zarejestrowano także zgony wskutek nieszczęśliwych wypadków, m.in. zatonięcia dwójki nastolatków w jeziorze Białym czy ofiarę pożaru. Nieliczne są natomiast przypadki samobójstw czy morderstw, które były każdorazowo zgłaszane i opisywane protokolarnie przez miejscowy zarząd policji. W czerwcu 1929 roku w rejestrach sztumskich wpisano akt zgonu Ferdynanda Schulza, lotnika i instruktora lotnictwa, który pilotując samolot „Marienburg rozbił się na sztumskim rynku. Na przełomie stuleci liczba aktów zejścia zmalała, by eksplodować w okresie pierwszej wojny światowej. Przykładowo w 1915 roku w księdze zgonów zarejestrowano aż 145 wpisów, z których ponad połowa Meldunek o śmierci Aleksandra Szypniewskiego w Szpitalu Wojsko- dotyczyła poległych Żołnierzy. Młodzi wym w Inowrocławiu w dniu 5.11.1915 roku. AP Gdańsk, Akta mieszkańcy Sztumu — niezależnie od miasta Sztum, sygn. 838 .. . . . . pozycji społecznej, wyznania i narodowości ginęli na wszystkich frontach wojny i umierali w lazaretach w imię militarystycznych i imperialistycznych ambicji ostatniego niemieckiego cesarza. Księgi małżeństw pozostają szczególnie cennym materiałem źródłowym nie tylko dla genealogów odtwarzających żmudnie dzieje własnych przodków, ale także dla historyków, socjologów i etnografów badających stosunki społeczne, narodowościowe, wyznaniowe i tendencje migracyjne małych społeczności. Pierwszy akt ślubu cywilnego w Sztumie zarejestrowano 19 listopada 1874 roku, a przed urzędnikiem Schneiderem stanęli: kontroler Franz Johann Pelzer, katolik pochodzący z Dureń w Nadrenii, oraz Anna Maria Hausschulz, mieszkanka Sztumu wyznania ewangelickiego. Świadkami byli Karol Kannen-berg, kupiec ze Sztumu, oraz lekarz i radca miejski dr Joseph Hesse. Małżeństwa cywilne zgodnie z pruską ustawą ze stycznia 1874 roku zawierane były w miejscu zamieszkania panny młodej. Analiza i zestawienie danych co do statusu społecznego, adresu zamieszkania mężczyzn zawierających związki małżeńskie w Sztumie potwierdza dobitnie tendencje wyjazdowe wielu młodożeńców ze Sztumu. Decydowały o tym względy ekonomiczne Organizacja i działalność Pruskiego Urzędu Stanu Cywilnego w Sztumie w 150 rocznicę jego powołania 55 i dotyczyły przede wszystkim niezamożnej części mieszkańców. Wielu z narzeczonych, mimo że urodzonych na Powiślu, w momencie rejestracji ślubu mieszkało na terenie Westfalii, w Brandenburgii, Elblągu czy w większych miastach Prus Wschodnich. Notowane wzmianki i przypiski na aktach małżeństw pokazują rosnącą z czasem skalę rozwodów cywilnych, a w okresie hitlerowskim także skalę urzędowych zmian polskich nazwisk na niemieckie. Reforma urzędów stanu cywilnego w czasach Republiki Weimarskiej (1920-1933) spowodowała odstąpienie od notowana konfesji rejestrowanych osób oraz uproszczenie samego rejestru. Z kolei pod koniec lat trzydziestych zmieniony został dotychczasowy formularz aktów, a w miejsce dotychczasowych rejestrów ślubów wprowadzono tzw. księgi rodzin (Familienbuch). Miały one odpowiadać założeniom rasistowskich i nazistowskich regulacji, a jednocześnie ułatwiać inwigilację i nadzór nad społeczeń- ... ant 19 -ROA--—~—---------t...........:..r-~—....................— roo^n^aft in / geboren ju ' alt, ani bc4 $al»rc« taufenb neunbunbert »erftorKn fet. gcn^migt unb -----------------: Der Standesbcamte. 2)te UbereinftinimHt .........19 Der Standesbeamtc. stwem. Urzędnicy zostali zobligowani , c, , , „. , „ J ° Akt zgonu Ferdynanda Schulza z lyzy roku. Księga zgonow Sztumu. do Sprawdzania i wpisywania dokład- Zasób Landesarchw Berlin niejszych danych o przodkach z ujęciem ich pochodzenia. Akty stanu cywilnego miejscowych Żydów odpowiednio opieczętowano wedle klauzuli ustaw norymberskich, określając, że chłopcy i mężczyźni wyznania mojżeszowego otrzymują odtąd imię Israel, a dziewczynki i kobiety - Sara. Księgi stanu cywilnego od początku istnienia tej instytucji w Prusach były prowadzone w dwóch seriach, to jest księgi głównej (Hauptregister) oraz duplikatu, czyli księgi bocznej (Nebenregister). Ta drugą po zamknięciu roku kalendarzowego przekazywano do archiwum miejscowego Sądu Obwodowego. Pod koniec 1944 roku, podczas wojennej ewakuacji, księgi sztumskie w całości zostały wywiezione w głąb Niemiec i znalazły się potem w zasobach Standesamt I w Berlinie. Obecnie większość z ksiąg (aczkolwiek jedynie z serii Nebenregister), jest dostępna w berlińskim Archiwum Krajowym (Landesarchiv zu Berlin). W przeciwieństwie do rejestrów z obwodu miejskiego Sztum, księgi stanu cywilnego z sąsiednich obwodów w Przedzmaczu, Barlewicach, Koniecwałdzie, Watkowicach, Kołozębie i Białej Górze przetrwały wojenną pożogę i można je już w większości znaleźć w archiwum państwowym. Niemal w całości zniszczeniu uległy natomiast przedwojenne akta zbiorcze 56 Arkadiusz Wełniak do ksiąg. Należały do nich m.in. akta zapowiedzi ślubnych (Aufgebote) oraz „zbiorówki” urodzeń i zgonów. Instytucja urzędu stanu cywilnego wprowadzona w Prusach 1 października 1874 roku była praktycznym potwierdzeniem rozdziału kościoła od państwa. Znaczenie ksiąg stanu cywilnego dla genealogii nie dyskwalifikuje oczywiście wartości ksiąg metrykalnych zawierających dane, których z kolei trudno szukać w rejestrach stanu cywilnego. Można tu wskazać np. informacje dotyczące rodziców chrzestnych, miejsca pogrzebu czy stanu rodzinnego osoby zmarłej. Niekompletne metrykalia parafii rzymskokatolickiej w Sztumie sprzed 1945 roku są przechowywane obecnie w zasobie Archiwum Diecezjalnego w Elblągu. Księgi kościoła ewangelickiego w Sztumie można znaleźć natomiast w Centralnym Archiwum Ewangelickim w Berlinie Dahlem. Omawiając znaczenie, funkcje i rolę pruskich Stande-samtów należy podkreślić jeszcze ich charakterystyczny związek z działalnością rejestracyjną późniejszych polskich urzędów stanu cywilnego. W 1920 roku na byłych terenach zaboru pruskiego utrzymano rejestrację cywilną wedle dotychczasowych zasad, a formularze w języku polskim były odwzorowaniem 1:1 pruskiego szablonu. Po drugiej stronie Wisły: w Gniewie, Swieciu, Chojnicach, Żninie, Barcinie, podpoznańskich zamożnych wsiach czy śląskim Radzionkowie owa polska administracja korzystała z „odziedziczonej” formy rejestracji ludności. Na pozostałych obszarach wskrzeszonej II Rzeczypospolitej, gdzie nieznana była instytucja stanu cywilnego, pozostawiono dotychczasowy tryb oparty na strukturze parafialnej. Dopiero w 1945 roku powołano w całej Polsce sieć urzędów stanu cywilnego. [Arkadiusz Wełniak, sierpień 2024] Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE OPOWIEŚCI SYBIRACZKA ZE ZWIERZNA Halina Ziemińska przyjechała na Żuławy w 1946 roku ze Związku Radzieckiego. Mieszka w centrum Zwierzna prawie naprzeciwko kościoła. Zajmuje połowę dużego, murowanego domu z cegły, do którego wiedzie brukowany podjazd. Strzeże go stary, rozłożysty kasztanowiec. Tamtędy właśnie wjeżdża się na zadbane podwórze obsadzone kwiatami. Na schodach wita przybyszy mały, rudy kotek. Jest sielsko i spokojnie. Kiedy wiosną 2024 r. po raz pierwszy tam pojechałam, by rozmawiać z panią Haliną o jej życiu, uderzyło mnie pewne jej podobieństwo do mojej zmarłej mamy Haliny Łukawskiej. To samo imię, podobny wiek, wygląd, a także symetria wojennych losów życiowych oraz trauma wojenna osoby wyrwanej w dzieciństwie z własnego środowiska i deportowanej w nieznane. Moja mama została skrzywdzona przez Niemców, Halina Ziemińska przez sowietów. Takie przeżycia zostają z człowiekiem na zawsze. Nie sposób ich wyrzucić z pamięci, bo stale wracają. Można tylko o nich opowiedzieć. SPOD BRZEŚCIA POD ARCHANGIELSK Nasza rodzina wywodzi się z Podlasia. Mój ojciec Wincenty Pałdyna pochodził ze Stoka Lackiego koło Siedlec. Jego ojciec, a mój dziadek, był szlachcicem. Nazywał się Jan Borowski. Brał udział w powstaniu styczniowym, a potem musiał uciekać i ukrywać się przed Rosjanami. Wtedy właśnie zmienił nazwisko na Pałdyna. Jednak niewiele to pomogło, bo Moskale i tak go dorwali i powiesili. Tatuś jako młody chłopak walczył z bolszewikami w wojnie polsko-radzieckiej w 1920 roku, za co otrzymał od państwa polskiego 10 hektarów ziemi jako wojskowy osadnik. To nadanie było w wiosce Suszki pod Wierzchowicami, położonej po lewej stronie Bugu, kilka kilometrów od Brześcia. Moja matka Stanisława pochodziła z arystokratycznego rodu Wyszomirskich. Jej ojciec, a mój dziadek, był hrabią. Jej rodzina mieszkała we wsi Skórzec w powiecie siedleckim. Moi rodzice pobrali się na początku lat 20. XX w. Mamusia wniosła w posagu 10 hektarów ziemi. Przed wojną urodziło im się czworo dzieci: Zdzisław, Daniela, Zbigniew i ja, Halina. W okresie międzywojennym za pieniądze przypadające mu w spadku po rodzicach 58 Alicja Łukawska tatuś dokupił jeszcze 15 hektarów ziemi oraz wybudował dom w Wierzchowicach przeznaczony na działalność usługową. Miały tam być rzeźnia i apteka. Nasza rodzina żyła dość dostatnio, jak na tamte czasy. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne w Suszkach, liczyli też w przyszłości na dochód finansowy z domu w mieście. Jednak wszystkie ich nadzieje zniszczyła II wojna światowa. We wrześniu 1939 r. do wsi od Stanisława i Wincenty Pałdynowie. Zdjęcie zrobione w ZSRR tuż przed wschodu wkroczyły wojska radziec- wyjazdem do Polski. Archiwum Haliny Ziemińskiej i • „ i __• i n „ j j kie, zajmując caiy teren az do Bugu, który stał się rzeką graniczną pomiędzy III Rzeszą a ZSRR. Po prawej stronie Bugu zapanowały sowieckie porządki. Zaczęła się likwidacja bardziej zamożnych i znaczących obywateli, a także aresztowania i wywózki pozostałych. Naszą rodzinę wywieźli 2 lutego 1940 roku. Pewien złośliwy parobek z sąsiedztwa doniósł nowej radzieckiej władzy, że jesteśmy kułakami. Byłam wtedy dzieckiem, miałam kilka lat, ale pamiętam to wszystko jak dziś. Mam to wciąż przed oczami! Enkawudziści przyszli do nas bez zapowiedzi, w środku nocy. Wyrwali nas ze snu. Tatusia i najstarszego brata Zdzisława postawili pod murem, pod karabinem. Wycelowali w nich broń i tak trzymali. Uwolnili ich dopiero, jak już mieliśmy wyjeżdżać. Mieliśmy bardzo mało czasu na zabranie czegokolwiek z domu. Mamusia szybko pakowała pierzyny, poduszki, ciepłą odzież i jakieś jedzenie. Brała m. in. suszoną fasolę, którą sypała w bańki. Jak byliśmy już gotowi, to dopiero wtedy puścili ojca i brata. Powieźli nas kilka kilometrów saniami na dworzec kolejowy w Brześciu. Nie wiem, ile tam czasu byliśmy, zanim podstawili dla nas wagony. Na tym dworcu czuć było dym, bo gdzieś tam palił się węgiel. Nawet teraz, jak czuję ten smród, ten zapach palonego węgla, to przypomina mi się dworzec w Brześciu. Około miesiąc jechaliśmy na północ pociągiem w bydlęcych wagonach. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Podróż była bardzo ciężka. Warunki były prymitywne i trudne. Załatwialiśmy się do dziury w podłodze wagonu. Pamiętam, jak mama mnie tam zaprowadzała. Spaliśmy w wagonie na narach. Dręczyły nas zimno, mróz, głód i choroby. Ludzie umierali po drodze. W tym wagonie zmarła córka jednej pani, która z nami jechała. Z naszej wsi wywieźli wtedy także m. in. rodziny Króli, Kawów i Krasuckich oraz dziedzica z Wierzchowic. W końcu dotarliśmy na miejsce. Po wyjściu z pociągu powieziono nas dalej w nieznane. Najpierw jechaliśmy samochodami ciężarowymi, a potem na saniach. Ostatecznie 1 marca 1940 roku znaleźliśmy się w przysiółku Warda, gmina Ust-pinega, Rejon Chołmogorski, Obwód Archangielski nad rzeką Dwiną Północną. To było około 100 kilometrów od Archangiel-ska. Z początku ulokowano nas w jakimś pałacu w puszczy. Mieszkaliśmy w jednym pokoju Żuławskie opowieści 59 z innymi rodzinami. W pobliskiej Ust-pinedze mieszkała siostra mojego ojca z rodziną, tam było sześcioro dzieci. Oni też zostali wywiezieni. Ojciec był wtedy niepełnosprawny. Na początku II wojny stracił słuch, bo tuż koło niego wybuchła bomba. Z powodu głuchoty nie nadawał się do ciężkich prac fizycznych. Rozumiał jednak, co ludzie mówią do niego, bo umiał czytać z ust. Został zatrudniony jako elektryk przy elektryfikacji tej okolicy. Pracował także jako stróż. Natomiast mamę skierowano do ciężkiej pracy fizycznej przy wyrębie tajgi. Ta praca była przymusowa, zgodnie ze sta- Od lewej: Ireneusz Prokopowicz, Daniela Prokopowicz, Zbigniew Paldyna, Stanisława Paldyna, Wincenty Paldyna, Halina Paldyna. Z przodu: Renata Paldyna i Czesław Paldyna. Zwierzno, lata 50. XX w. Archiwum Haliny Ziemińskiej linowskim hasłem „kto nie pracuje, ten nie je”. Władza radziecka budowała wtedy drogę w lesie z Chołmogorów do Archangielska. Droga była wykładana wielkimi balami drewna. Była to wyniszczająca praca fizyczna, w zasadzie możliwa do wykonania jedynie dla silnych mężczyzn. A musiały ją też wykonywać kobiety. Warunki życia na dalekiej Północy były mordercze. Przede wszystkim był tam niezwykły mróz, z którym nigdy wcześniej się nie zetknęliśmy. Było tam tak zimno, że jak się splunęło, to ślina zamarzała w powietrzu, nim doleciała do ziemi. Strasznie głodowaliśmy. Była tam stołówka, w której raz dziennie wydawano nam cienką zupkę i trochę chleba. Racja wynosiła 20 dekagramów chleba dla dzieci i 40-50 dekagramów dla dorosłych na cały dzień. Jak ktoś był samotny, to jadł tę zupę na miejscu, a jak ktoś miał rodzinę, to zabierał ją w naczyniach na wynos. Ale to było za mało, aby przeżyć. Wszyscy Polacy byli słabi i niedożywieni. Bardzo chorowali. Śmiertelność była ogromna, nieraz codziennie umierały 2—3 osoby. Starsze dzieci, których nie obejmował jeszcze obowiązek pracy, chodziły po lesie i zbierały wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia, głównie był to szczaw i klukwy (żurawina). Zbierały też witki brzozowe, które sprzedawały miejscowym Rosjankom na paszę dla kóz. Po pewnym czasie przeniesiono nas z pałacu do obozu dla zesłańców, gdzie mieszkaliśmy w drewnianych barakach. Pomieszczenia ogrzewały żelazne piece, w których wprawdzie palono, jednak mimo to było strasznie zimno. Na miejscu nie było żadnej szkoły, więc nie mogliśmy się uczyć. Tylko raz, na Nowy Rok, w obozie urządzono nam jakieś święto. Zorganizowano wtedy spotkanie dla wszystkich dzieci. Dostaliśmy w prezencie od batiuszki Stalina cukierki w kształcie małych poduszeczek. Jeśli chodzi o ubrania, to na początku każdy nosił to, co przywiózł ze sobą. Dopiero później, jak Niemcy napadli na ZSRR, pojawiła się pomoc amerykańska. Stany Zjednoczone w ramach umowy przysyłały do Związku Radzieckiego m. in. żywność i ubrania. Czasem udało się nam z tego skorzystać. Jednak te lepsze amerykańskie ubrania mama wynosiła 60 Alicja Łukawska zaraz do kołchozów i wymieniała z Rosjankami na jedzenie. Przynosiła od nich mleko i ziemniaki. Kiedy zaczęło się formowanie polskiego wojska w Związku Radzieckim, to wszyscy młodzi polscy zesłańcy chcieli zostać żołnierzami i bić Niemców. Mój brat Zdzisław też wstąpił do polskiego wojska. Nie zdążył do Polskich Sił Zbrojnych, czyli armii generała Andersa, ale zaciągnął się do „kościuszkowców” ”, to jest 1. Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, która w maju 1943 roku została sformowana w Sielcach nad Oką. Miał wtedy zaledwie 17 lat. Po krótkim przeszkoleniu wojskowym skierowano go na front. Został śmiertelnie ranny w Bitwie pod Lenino (12—13. 10.1943 r.). Do dzisiaj spoczywa w zbiorowej mogile w rosyjskiej ziemi. SPOD ARCHANGIELSKA POD SMOLEŃSK Na dalekiej Północy ZSRR byliśmy cztery lata. W 1944 roku wywieziono nas pociągiem na południe. Wysadzono nas na Ukrainie niedaleko Smoleńska. Tamta stacja kolejowa nazywała się Putin. Jak nas tam wieźli, to widzieliśmy jak tamtejszych Ukraińców wywozili pociągami na daleką Północ, tam skąd myśmy przyjechali. Pod Smoleńskiem osiedlono nas niedaleko Katynia, w pałacu w kołchozie Boryń. Tam był „sacharnyj zawód”, czyli cukrownia. Pałac ten musiał kiedyś należeć do jakiegoś bardzo zamożnego właściciela. Były tam ogromne pokoje. W takiej jednej wielkiej sali ulokowano siedemnaście polskich rodzin i jeszcze zostało sporo wolnego miejsca. Mieszkaliśmy tam przez pewien czas. Później przeniesiono nas w inne miejsce, które nazywało się „Bolnyj Chutor”. Tam był szpital. Mieszkaliśmy tam przez jakiś czas, a potem znowu przeniesiono nas do tego pałacu koło cukrowni. Moja mamusia pracowała tam w kołchozie przy uprawie warzyw, brat Zbyszek zarabiał jako woźnica dowożący wozem konnym wodę na pole, siostra Daniela zatrudniła się jako opiekunka do dziecka u miejscowej lekarki, a potem u enkawudzisty. Tatuś pracował jako zdun. Stawiał ludziom piece w domach. A poza tym dodatkowo dorabiał sobie jako wróżbita. Przepowiadał przyszłość ludziom ze zwykłych kart do gry, nie z tarota. Nauczył się tego w młodości od pewnej dziewczyny, z którą spotykał się jeszcze przed ślubem z mamusią. W kołchozie kładł karty ukraińskim sąsiadom, a oni przynosili mu za to żywność: śmietanę, mleko, masło, mąkę, chleb i ziemniaki. Dzięki temu zajęciu cała rodzina miała więcej do jedzenia. Wróżby ojca zwykle się sprawdzały. Był taki przypadek, że jedna pani chciała przekonać się, czy on mówi prawdę. Przyszła i poprosiła o położenie kart. Tatuś miał powiedzieć, jaka będzie przyszłość jej matki. A tu karty mówią mu, że ta mama nie żyje. Tatuś powiada, że tak karty pokazują: „O, tu jest krzyż, żołędzie i inne symbole.”. Widać z tego, że ona umarła. Ta klientka potem przyznała się, że chciała go tylko sprawdzić, czy nie zmyśla. Był też przypadek odwrotny. Pewna Ukrainka dostała „powiastkę” z wojska, że jej mąż zginął na froncie. Przyszła do ojca po radę. Tatuś kładzie karty i mówi, że ten żołnierz żyje. - Ale mi napisali, że on nie żyje - mówi ona. - A ja ci kobieto powiadam, że on żyje! - upiera się tatuś. Żuławskie opowieści 61 1 co wyszło potem? Za tydzień żona dostaje od niego list! Mąż przeżył! Jak tam byliśmy, to tatuś pytał swoich kart, czy wrócimy do Polski. I to też się sprawdziło! Z POWROTEM W POLSCE W Związku Radzieckim byliśmy do wiosny 1946 roku. W kwietniu tamtego roku udało się nam wyjechać pociągiem do Polski. Było nas pięć rodzin w jednym wagonie. Znowu nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy. Zawieźli nas aż pod Gryfin na Pomorzu Zachodnim. Tam nam się nie spodobało. Nie chcieliśmy tam zostać. Mój tatuś i ci inni państwo, którzy z nami byli, załatwili z kolejarzami, że nas stamtąd zabiorą gdzie indziej. W tamtym czasie siostra mojej mamy Jadwiga Bieńko mieszkała w Pszczółkach, a druga siostra Maria Der-kiewicz w Malborku. Chcieliśmy jechać w tamte strony. Tym samym pociągiem pojechaliśmy więc do Tczewa. Po drodze w Pile była jakaś strzelanina. Kładliśmy się wtedy w wagonie na podłodze, by uniknąć strzału. Zatrzymaliśmy się w Zajączkowie pod Tczewem. Stamtąd mój starszy brat i siostra poszli pieszo do cioci do Pszczółek. Potem przyjechał wujek wozem konnym i zabrał nas do siebie. Tamte cztery polskie rodziny, które z nami jechały z Ukrainy, zostały w Zajączkowie. Nie wiem, jakie były ich dalsze losy. A my z Pszczółek ruszyliśmy do Malborka. Wisłę przepłynęliśmy promem. W Malborku mój wujek Aleksander Derkiewicz pracował w starostwie jako geodeta. On był Białorusinem, bardzo wykształconym człowiekiem. Był duchownym prawosławnym. Najpierw skończył „szkołę dla popów”, a potem jeszcze uczył się geodezji. Znał język niemiecki, więc umiał odczytać poniemieckie mapy. Zajmował się w urzędzie zmianą dawnych nazw niemieckich na polskie w całym powiecie malborskim. Potem te nazwy były jeszcze ponownie zmieniane. Na przykład, u nas z początku było Duninowo, które przerobili na Zwierzno. Później zmieniono też układ administracyjny, to jest przenieśli nas z powiatu malborskiego do elbląskiego. Wujek przeniósł się wtedy do pracy z Malborka do Elbląga, też do starostwa, gdzie również pracował w geodezji. To właśnie on nami pokierował. Wyszukał nam niezajęte jeszcze duże gospodarstwo w Zwierznie, tuż przy samym kościele. Wcześniej zaproponował nam gospodarstwo w Krzyżanowie koło Starego Pola, ale tatuś stwierdził, że ono będzie dla nas za wielkie. A to w Zwierznie mu pasowało. To miała być rekompensata za nasze utracone gospodarstwo w Suszkach za Bugiem. Prócz tego, za dom w Wierzchowicach dostaliśmy przydział na dom w Malborku na Nowej Wsi. W Zwierznie był jednak ten kłopot, że dom mieszkalny należący do tego gospodarstwa był spalony. Zostały jednak porządne, murowane budynki gospodarcze i czworaki dla służby należące do tego gospodarstwa. Te czworaki stoją do dzisiaj, o, tam dalej, przy skrzyżowaniu. Tam właśnie po przyjeździe na Żuławy zatrzymała się nasza rodzina. Ja wtedy nie pojechałam z nimi, bo przez jakiś czas byłam u cioci w Pszczółkach. Dopiero potem dołączyłam do rodziców i rodzeństwa. 61 Alicja Łukawska NASZ DOM NA ŻUŁAWACH Jak przyjechałam po raz pierwszy do Zwierzna, miałam 12 lat. Przyjechałam wtedy sama pociągiem do Gronowa, wysiadłam, patrzę, a tu tyle wody! Zmartwiłam się. Jak ja się dostanę do tego Zwierzna? Miałam szczęście, bo na stacji spotkałam dwóch sąsiadów moich rodziców ze Zwierzna. To byli panowie Wincenty Kopij i Kazimierz Błaszczyk, Wołyniacy. Oni akurat przyjechali do Gronowa bryczką. Pytają mnie, do kogo przyjechałam. — Do Pałdyny — mówię. - A to wsiadaj z nami, zawieziemy cię — powiedzieli. Znali mojego tatusia, mówili na niego „Rusek”. Zabrali mnie ze sobą, dzięki czemu uniknęłam 7-kilometrowego marszu w wodzie po kostki do mojego nowego domu. Wszystko wokół było jeszcze zalane, nawet droga. Sąsiedzi wysadzili mnie z bryczki tutaj, koło tego kasztana przy spalonym domu. — To jest gospodarstwo twoich rodziców - powiedzieli i odjechali. A ja nie wiedziałam, co mam dalej robić. Pokręciłam się tu i tam, popatrzyłam. Mojej rodziny tu nie ma. Wszędzie pusto. Nie ma nawet kogo zapytać, gdzie są moi krewni. - Boże, co teraz będzie? — myślę sobie. Widzę, że z domu naprzeciwko wychodzi jakiś radziecki żołnierz. A to sąsiadka Hanna Niemiec chodziła po swoim obejściu w żołnierskim szynelu... Stoję koło tego kasztana i patrzę na drogę. Nagle słyszę, że ktoś idzie i gwiżdże sobie jakąś melodię. Poznałam głos mojego brata Zbyszka. Najpierw go usłyszałam, a potem Halina Ziemińska. Zwierzno, lata 50. XX w. Archiwum Biblioteki Publicznej Gminy Markusy dopiero zobaczyłam. On akurat wracał od kolegów we wsi. Przywitaliśmy się i zabrał mnie do rodziców, do tych czworaków. Przyjechałam tu w maju 1946 roku i zostałam do tej pory. Ten kasztan tak bardzo urósł przez ten czas, kiedy tu przyszłam. Na początku, kiedy tu przyjechałam, to on był młody i tak cienki, że nawet nie mogłam się za nim schować. Ten dom należał kiedyś do jednego z najbogatszych Niemców w tej wsi. On miał dużo ziemi i zatrudniał robotników, dla których wybudował czworaki w pobliżu. Nazywał się Max Knorr. Jego inicjały „MK” i data 1912 są widoczne u góry, na szczycie „świniarnika”, który zachował się do tej pory. Jest tu obok i należy do moich sąsiadów. Tam u góry obok inicjałów „MK” umieszczono rzeźbę głowy świni. Członkowie rodziny Knorrów przyjeżdżali tu po wojnie z Niemiec. Najpierw był jego syn, potem wnuczek, a później to już cała wycieczka tych Niemców do mnie przyjechała. Siedzę Żuławskie opowieści 63 sobie kiedyś spokojnie przed domem, a tu mi przewodnik ich prowadzi. Oni zdjęcia robią, rozglądają się, kręcą się po moim podwórzu jak u siebie. Syn Knorra odgrażał się, że będzie się starał o zwrot domu i gospodarstwa. — A czy mnie zwrócą nasz rodzinny dom, który został pod Brześciem na Białorusi, po tamtej stronie Bugu? - tak mu na to odpowiedziałam. Siostra była tam niedawno i widziała, że dom, który wybudował nasz tatuś, jeszcze stoi w Wierzcho-wicach. Obecnie jest w nim kino. W czasie II wojny w gospodarstwie Knorra byli niewolnicy, to jest Stanisława Pałdyna i mężczyźni prowadzący skup zboża. Zwierzno, lata 50. XX w. Archiwum Biblioteki Publicznej Gminy Markusy robotnicy przymusowi, Polacy i Rosjanie. Mieszkali u góry nad oborą. Jedna z tych polskich robotnic przymusowych została po wojnie w naszej wsi. Nazywała się Piotrowska. W czasie wojny była zakwaterowana w tym domu u góry. Pewnego dnia umówiła się na spotkanie z innymi Polakami, którzy pracowali u Niemców w pobliżu, w dużym gospodarstwie w polu. Takie spotkania towarzyskie robotników przymusowych były wtedy zabronione, więc musiała wymknąć się po kryjomu. Wielkie żuławskie wesele Geni Kopij. Druhna Halina Pałdyna stoi trzecia z lewej w pierwszym rzędzie, obok panny młodej. Zwierzno, lata 50. XX w. Archiwum Haliny Ziemińskiej 64 Halina Ziemińska Alicja Łukawska Szykowała się do wyjścia. Prasowała sobie sukienkę elektrycznym żelazkiem. Spieszyła się i zapomniała wyciągnąć wtyczkę żelazka z gniazdka. Wybiegła po kryjomu szybko z domu, ale po pewnym czasie odwróciła się. Patrzy, a tu z okna dym bucha. Pali się! Pędem pobiegła z powrotem i wyłączyła to żelazko z kontaktu. Bała się, że jak Niemcy odkryją, co zrobiła, to mogą ją skazać na śmierć. Ale odłączenie prądu nic nie dało, bo wszystko wokół już się paliło. Płomienie buchały wysoko. I tak ten dom poszedł z dymem. Pani Piotrowska opowiedziała to mojej mamusi jak tu zamieszkaliśmy. Jest taka wersja, że zimą 1945 roku Max Knorr został tutaj do końca. Jego rodzina uciekła wtedy na zachód, ale on nie chciał. Rosjanie złapali go i utopili go w zbiorniku z gnojówką, tam, za oborą. I chyba jego duch został tutaj do tej pory... W tej oborze działy się dziwne rzeczy, które trudno wyjaśnić w sposób racjonalny. Jak tu zamieszkaliśmy, to mój tatuś dostał dwa konie z UNRRY. Jeden koń był nasz, a drugi był mojej babci, matki mojej mamusi. Ona na stałe mieszkała u cioci w Malborku, ale tu, w Zwierznie, miała zapisane pięć hektarów ziemi i koń należał się jej jako osadniczce. W tamtych czasach na Żuławy przyjeżdżali szabrownicy, głównie z warszawskiego, którzy kradli co popadnie. Koni wtedy wszędzie brakowało, były bardzo cenne. Trzeba było ich strzec dniem i nocą. Tatuś więc spał w oborze razem z nimi. Jak wspomniałam, nasza rodzina mieszkała wtedy nieco dalej, w czworakach należących do tego gospodarstwa, bo ten dom jeszcze nie był wtedy odbudowany po spaleniu. Tatuś był tu sam z tymi końmi. Jednej nocy miał wrażenie, że ktoś tu przyszedł. Usłyszał, że ktoś chodzi po oborze. Drzwi stukały, ktoś w coś walił. Myślał, że to przyszli złodzieje. Złapał za widły, by ich pogonić, rozejrzał się wokół, ale nie było nikogo. Po latach mój wnuk Paweł przeżył coś podobnego, jak spał tam nad oborą, na górze. - Babciu, wyraźnie słyszałem tutaj czyjeś kroki. Miałem wrażenie, że ktoś tam chodzi. Ale nikogo nie widziałem - opowiadał mi potem. Kiedy indziej mój syn Andrzej śrutował zboże w oborze. Poszłam po niego, by go zawołać na kolację. I on mi wtedy mówi: „Cały czas mam wrażenie, że ktoś tu Żuławskie opowieści 65 jeszcze jest, że cały czas ktoś za mną chodzi.” A nie był strachliwy z natury. To było wkrótce po śmierci mojego męża, więc może to jego duch tu przyszedł? Kiedy indziej ktoś inny pracował u góry, potem chciał wyjść, a drzwi same się zamknęły i nie mógł ich otworzyć. Znam to tylko z opowieści, bo mnie osobiście nic takiego nigdy nie spotkało, choć przecież chodziłam tam wieczorem, krów pilnowałam. I to tylko w oborze się objawiało. W domu nigdy... Z początku to wcale mi się nie podobało na tych Żuławach. W tamtych stronach w Rosji, które poznałam, to były same lasy. A tutaj nie było lasu, tylko woda. Tu był całkiem inny pejzaż. Ale gdzie mieliśmy iść, skoro tamto nasze gospodarstwo za Bugiem straciliśmy? Nie mieliśmy dokąd iść. Musieliśmy tu zostać. Jak wspomniałam, za nasz dom w Wierzchowicach dostaliśmy po wojnie dom w Malborku na Nowej Wsi, a za gospodarstwo w Suszkach gospodarstwo w Zwierznie. Tak nam się należało według prawa. Ale z drugiej strony, nie można było wtedy mieć dwóch posiadłości, to jest domu w mieście i gospodarstwa na wsi. Po jakiś czasie trzeba było zdecydować się na jedną. Ojciec był rolnikiem, więc wybrał gospodarstwo na wsi. Dom w Malborku nam zabrali. Z początku w Zwierznie ojciec miał sporo ziemi, bo aż 46 hektarów. To miała być rekompensata za nasze gospodarstwo w Suszkach. Ale potem tatuś zrzekł się części tej ziemi, bo to było za wiele. Zresztą, kazali mu dopłacić za część tych hektarów. Wtedy tę właśnie część oddał państwu. Potem miał tylko 15 hektarów. Po paru latach władze tutejszego kołchozu wyremontowały ten nasz spalony dom, więc tam się przenieśliśmy. Z początku zajęliśmy cały, ale potem połowę nam zabrano i oddano sąsiadom, którzy przybyli z Wołynia. I tak żyjemy tu wspólnie tyle lat. Jak na początku lat 50. tworzono w Zwierznie kołchoz, czyli spółdzielnię produkcyjną, to chciano nam zabrać całe to nasze gospodarstwo i wszystkie zwierzęta, które hodowaliśmy. Jednak ojciec się nie zgodził, bo by musiał wszystko oddać do wspólnoty. A on od 1948 roku miał dwa konie i dwie krowy. Konie i jedna krowa były z UNRRY, a drugą krowę ojciec dostał od sąsiada ze wsi w Siedleckim. Tuż przed wojną sprzedał mu 10 hektarów ziemi po rodzicach, ale nie zdążył wziąć od niego pieniędzy. Pojechał tam po wojnie do swoich braci, którzy tam mieszkali. — Pieniędzy ci nie dam, bo nie mam, ale mogę dać ci krowę — zaproponował ten sąsiad. Ojciec się zgodził i wrócił do Zwierzna z tą krową. Szkoda byłoby to wszystko, co mieliśmy, te nasze zwierzęta i ziemię, ten cały nasz ciężko wypracowany dorobek, oddawać teraz do kołchozu. W tamtym czasie spółdzielnie produkcyjne były zakładane przymusowo, a ludzie na zebraniach wiejskich byli namawiani do wstępowania. Mój ojciec jednak się postawił. Cały czas prowadził gospodarstwo indywidualnie. Ale były wobec niego straszne naciski z góry, sankcje i złośliwości. Uprzykrzali mu życie jak mogli. Musiał np. płacić większe podatki rolne. Gmina nie dawała mu żadnych ulg w podatkach. Jak urzędnik z gminy zażądał podwózki, to ojciec musiał dawać konia i wóz jako podwodę. Nasyłali na niego urzędowe kontrole, że jakoby za późno żniwa zaczynał. W naszej gminie działał agitator partyjny, który potem został posłem do Sejmu. On sobie naszego ojca upatrzył i szczególnie prześladował. Czepiał się go stale na zebraniach. 66 Alicja Łukawska — Człowieku, daj mu spokój! Wiesz, że on był wywieziony na daleką Północ i wrócił stamtąd. Daj mu żyć. On tu nie przyjechał z centralnej Polski, ale z Archangielska. I po co mu dokuczasz? - apelował do niego Władysław Podkościelny, który kiedyś był zarządcą w dobrach księcia Janusza Radziwiłła na Wołyniu. I dopiero to poskutkowało. Agitator odczepił się od ojca. Potem tę spółdzielnię produkcyjną rozwiązano i z powrotem były w Zwierznie gospodarstwa indywidualne. Jak tu zamieszkałam, to we wrześniu 1946 r. poszłam do szkoły, która tu działała już od roku. Nie umiałam wtedy jeszcze czytać i pisać, bo nie miałam okazji wcześniej się uczyć. Przez jakiś czas chodziłam tylko do przedszkola, jak byliśmy w tym kołchozie na Ukrainie. W Zwierznie zaczęłam się uczyć w takiej klasie, którą nazywano „ciąg”. Chodziły do niej osoby w różnym wieku, które nie mogły wcześniej uczyć się z powodu wojny. Mieliśmy zrobić trzy lata nauki w ciągu jednego roku szkolnego. Naszą nauczycielką była Nadzieja Nowakowa, repatriantka spod Grodna. Ale ten „ciąg” to nie był dobry pomysł. Do mojej klasy chodzili uczniowie w różnym wieku, od kilku do kilkunastu lat. Prawie wszyscy byli tam przerośnięci. Młodzi ludzie traktowali pobyt w szkole jak spotkanie towarzyskie, taką odskocznię od ciężkiej pracy w gospodarstwie. Niewiele można było się nauczyć w takich warunkach. Dopiero w następnym roku szkolnym było lepiej, bo ci starsi zaczęli się uczyć osobno. A ja trafiłam do normalnej klasy, w której były dzieci w jednym wieku. Moim nauczycielem był Alfons Rajchel. Nasza wieś była wtedy centrum gminy. Prócz szkoły i Domu Ludowego był też na miejscu kościół katolicki. Z początku były tu dwa sklepy: spożywczy i żelazny, w którym kupowało się wyroby przemysłowe. Oczywiście, po większe zakupy jeździło się do miasta, przeważnie do Malborka, gdzie było dużo sklepów. Była też na miejscu piekarnia, która działała na tej zasadzie, że dawało się piekarzowi własną mąkę, a on piekł tyle chłeba, ile kto zamawiał. Z tego pierwszego okresu w Duninowie, czyli w Zwierznie, zapamiętałam m. in. wielkie wesele mojej koleżanki Geni, córki Wincentego Kopija. Byłam wtedy jej druhną, a tych druhen było aż dwanaście. Rodzice Geni mieli duży, stary dom i tam była duża sala, gdzie wszyscy goście się pomieścili. Pamiętam też wielką plagę myszy, jaka tu była pod koniec lat 40, a także pierwsze uroczyste dożynki w naszej gminie. To był chyba rok 1948. Z okolicznych wsi przyjechali wtedy ludzie wozami konnymi i ciągnikami. W Zwierznie był zorganizowany pochód, potem była uroczystość na schodach w Domu Ludowym, a później zabawa taneczna. Mój ojciec też brał udział w tej uroczystości. A ja byłam ciekawa, co się dzieje i poleciałam tam z domu boso, bo butów nie miałam. Taki podlotek byłam wtedy. — O Jezu, a ta dziewczynka boso! Co to za dziewczynka? — mówi jakiś pan. - A to moja córka - powiedział tatuś i pogroził mi palcem. Wtedy szybko pobiegłam z powrotem do domu. Ważnym wydarzeniem było też dla nas otwarcie siedziby straży pożarnej w Zwierznie w 1957 roku. To była wielka uroczystość. Naszą nową remizę poświęcił ksiądz proboszcz Teofil Chrobak, wtedy jeszcze władze pozwalały na to. Moi rodzice stawiali na edukację dzieci. Nas wszystkich wysłali do szkół w mieście. Sąsiedzi nawet gadali, że Pałdyna to swoje potomstwo wykształcił, a ich dzieci pracują Żuławskie opowieści 67 u niego w polu. Bo wtedy był taki zwyczaj, że w sezonie rolniczym, jak były pilne roboty w polu, to ludzie chodzili jeden do drugiego i pomagali sobie, zwłaszcza tym, którzy już byli sami, bo dzieci poszły uczyć się do miasta, przeważnie do Elbląga. U nas wszyscy się uczyli w miastach, moje starsze rodzeństwo Daniela i Zbigniew, jak również młodszy brat Czesław i najmłodsza siostra Renata. Ja uczyłam się w szkołach średnich w Gdańsku i w Sopocie. Potem pracowałam jako opiekunka w żłobku w Stalewie, a później jako kierowniczka żłobka w Ząbrowie. W latach 50. tworzono na wsi żłobki, by matki mogły wyjść z domów i pracować w kołchozach, które wtedy właśnie zakładano. W takim wiejskim żłobku było przeciętnie od 15-20 dzieci. Później zatrudniłam się w sklepie spożywczym. Wyszłam za mąż za Zbigniewa Ziemińskiego, który skończył szkołę leśników. Urodziło się nam pięcioro dzieci. Po ślubie mieliśmy wyjechać daleko stąd, bo proponowano mu pracę w innym rejonie Polski. Ale moja mama zaczęła wtedy płakać, że oni tu sami zostaną, bo wszystkie inne dzieci już z domu wyfrunęły do miasta. Tylko ja byłam na miejscu. Więc nie wyjechaliśmy z mężem, zostaliśmy tutaj z moimi rodzicami na gospodarstwie. Byliśmy z nimi do końca. Po śmierci rodziców prowadziliśmy gospodarstwo o powierzchni 20 hektarów, hodowaliśmy krowy, świnie i inne zwierzęta, chociaż ja właściwie nigdy nie planowałam pracować w rolnictwie. Przez ten czas jak tu mieszkam, to widzę, że wszystko na wsi się zmieniło. Ale najbardziej zmienili się ludzie. Kiedyś nie było takich wygód jak dzisiaj, tych wszystkich łazienek, telewizorów, telefonów, ale ludzie byli bardziej otwarci, bardziej przyjaźnie do siebie nastawieni. Spotykali się często, rozmawiali, bawili się i bardzo sobie pomagali. Czuli się tutaj tak bezpiecznie, że w ogóle nie zamykali domów, nawet na noc. Jak mieszkaliśmy w tych czworakach, to idąc w pole tylko podpieraliśmy nasze drzwi kołkiem, aby było widać, że nikogo nie ma w domu. A teraz jest zupełnie inaczej. Każdy siedzi osobno, zamknięty w swoim domu. Ale ja to do dzisiaj rzadko zamykam drzwi domu, tak już jestem przyzwyczajona. TROCHĘ HISTORII... W czasach II RP Suszki, czyli rodzinna wioska pani Haliny, znajdowały się w województwie poleskim, w powiecie brzeskim. Na przełomie XIX i XX w. Suszki należały do hrabiny Marii Pusłowskiej. Rodzina Pusłowskich zbudowała tam dom mieszkalny, młyn, spichlerz i inne budynki gospodarcze. W latach 30. pałac Pusłowskich został rozebrany, a w jego miejscu wybudowano szkołę. W okresie międzywojennym ziemia należąca do tego rodu została rozparcelowana pomiędzy polskich osadników wojskowych. Pierwsza wielka akcja deportacyjna mieszkańców tamtych terenów odbyła się 10 lutego 1940 roku. Jednak rodzinę pani Haliny wywieziono już kilka dni wcześniej. Według współczesnych danych rosyjskich deportacji podlegało około 140 tysięcy osób, natomiast według danych polskich było to od 200 do 250 tysięcy osób. Polacy stanowili około 70 procent wywożonych, reszta to Białorusini i Rusini. Deportowano głównie ziemian, osadników wojskowych (weteranów wojny polsko-radzieckiej 1920 roku), duchownych, urzędników państwowych, służbę leśną i kolejarzy. Wywożono całe rodziny, wraz z dziećmi 68 Alicja Łukawska i starcami, nie robiąc żadnych wyjątków. Ci ludzie mieli zasiedlać bezludne, północne rejony ZSRR, m. in. w Republice Korni, Republice Jakuckiej, Republice Baszkirskiej, Kraju Ałtajskim i Kraju Krasnojarskim. Położone na lewym brzegu Dwiny Północnej Chołmogory, w których okolice trafiła rodzina Pałdynów, to bardzo stara miejscowość. Na przestrzeni wieków w tamtej okolicy mieszkały kolejno: plemiona ugrofińskie, Skandynawowie i Słowianie. Legenda mówi, że Chołmogory to dawny mityczny Holmgard, stolica Biarmii (Biarmlandu), zasobnej krainy na dalekiej Północy, o której jest mowa w skandynawskich sagach. Około tysiąc lat temu znajdowała się tam faktoria handlowa i odbywały się targi. Z północy docierali tam Wikingowie, z południa kupcy rosyjscy z Niżniego No- Odznaczenie Krzyż Zesłańców Sybiru Haliny Ziemiń- wogrodu, a nawet kupcy arabscy z Azji Mniejszej. skiej, fot. A. Łukawska W XVII wieku w Chołmogorach zbudowano naj- większą prawosławną świątynię na Rosyjskiej Północy. To istniejący do dzisiaj potężny Sobór Przemienienia Pańskiego oraz towarzyszący mu zespół budynków klasztornych, dawna siedziba lokalnego biskupa. Później to biskupstwo przeniesiono do Archangielska. W XVIII w., w czasie polsko-rosyjskiej wojny północnej, zapędzili się tam Polacy z oddziałów lisowczyków. Od XVIII w. było to tradycyjne miejsce zsyłek. Najsłynniejszym zesłańcem w Chołmogorach była małoletni car Rosji Iwan IV, którego uwięziono tam wraz z rodzicami: regentką Anną Leopoldowną i ojcem Antonim Ulrykiem z Brunszwiku. Po rozbiorach Polski zaczęli trafiać tam polscy zesłańcy. Wielkie fale Polaków na daleką północ Rosji spłynęły po powstaniach listopadowym i styczniowym. Po rewolucji październikowej w Chołmogorach urządzono łagier i miejsce kaźni dla Białych Rosjan (m. in. żołnierzy wojny domowej, marynarzy z Kronsztadtu i osób cywilnych). Bolszewicy rozstrzelali tam około 10 tysięcy osób. Obiekty sakralne zostały zamknięte w 1922 roku, a duchownych wypędzono. Pomieszczenia po nich zostały potem przeznaczone na miejsce pobytu polskich zesłańców z terenów wcielonych do ZSRR w ramach rozkułaczania wsi. W 1940 roku przywieziono tam tysiące polskich „specprzesiedleńców” z tzw. zachodniej Ukrainy i Białorusi, których zmuszono do pracy w państwowych przedsiębiorstwach leśnych. Sytuacja zesłanych Polaków nieco zmieniła się po napaści III Rzeszy na Związek Radziecki. We wrześniu 1941 roku ogłoszono dla nich amnestię. Potem zaczęło się formowanie polskiego wojska w ZSRR. Część Polaków chcących zostać żołnierzami, dotarła do Polskich Sił Zbrojnych, czyli armii generała Andersa, a ci, którym się to nie udało, wstępowali do „kościuszkowców", czyli 1. Polskiej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, która w maju 1943 roku została sformowana w Sielcach nad Oką. Żołnierzem tej właśnie dywizji Żuławskie opowieści 69 został Zdzisław Pałdyna, najstarszy brat pani Haliny, który został arty-lerzystą. Jego dane znalazłam w internetowym spisie żołnierzy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak Rosjanie nazywają II wojnę światową. W maju 1943 roku Rada Komisarzy Ludowych ZSRR wydała postanowienie o przeniesieniu byłych polskich obywateli w południowe rejony ZSRR. Część z nich wysłano na Ukrainę, do przedsiębiorstw zajmujących się produkcją cukrowniczą, prowadzonych przez państwową firmę „Gławsachar”. Wśród nich była też rodzina Pałdynów. Halina Ziemińska należy do elbląskiego oddziału Związku Sybiraków. Z początku nie chcieli jej tam przyjąć, bo nie miała potrzebnych dokumentów. Dopomógł jej Janusz Kita-jewski, który działał w tej organizacji kombatantów. Znali się od dawna, bo byli razem wywiezieni na daleką Północ i przez pewien czas nawet mieszkali w jednym baraku pod Ar-changielskiem. Kitajewskiemu udało się dotrzeć do armii Andersa, wraz Legitymacja Krzyża Zesłańców Sybiru Haliny Ziemińskiej, nr 36-2006-185, fot. A. Łukawska ZAŚWIADCZENIE Nr 646975 SJEZUNSKA......... Nazwisko MALINA HELENA Imiona EG..1933r. SUSZKI Data i miejsca u/odzenta URZĄD DO SPRAW KOMBA7AN7OW I OSÓB REPRESJONOWANYCH Niniejsze zaświadczenie uorawrua ulg i świadczeń określonych w uKaw z (Inia 24 stycznia 199, r o kombatantach oraz niektórych osobach bedacycS ofiarami represji wojennych i okresu co wojennego (Dz.U. nr 17. poz 75 niejszymt zmianami). Uprawnia do przejazdów PKP i pks w/g 50% zniżki podpis poandacid zaświadczenia Oau Legitymacja Krzyża Zesłańców Sybiru Haliny Ziemińskiej, nr 36-2006-185, fot. A. Łukawska ł nią opuścił ZSRR i przedostał się na Zachód, a potem walczył z Niemcami jako pilot wojskowy w Anglii. Po wojnie wrócił do Polski. Dzięki temu, że znał panią Halinę jako dziecko, mógł być świadkiem w sprawie przyjęcia jej do grona kombatantów. W wypełnieniu papierów pomogli również inni znajomi z wywózki. 23 listopada 2006 r. Halina Ziemińska została odznaczona Krzyżem Zesłańców Sybiru, który w imieniu Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego wręczył jej wojewoda warmińsko-mazurski. Odznaczenie to przedstawiające srebrny krzyż z dwoma skrzyżowanymi mieczami i polskim orłem z trzech stron otoczony łańcuchem zostało ustanowione w 2003 r. jako wyraz pamięci o polskich obywatelach deportowanych na Syberię i daleką Północ ZSRR. 70 Wiesław Olszewski Wiesław Olszewski WOJNA O DEPRESJĘ W CIENIU WIEŻ TRIANGULACYJNYCH Na stronie zuławytv.pl 27 lipca 2023 roku ukazała się informacja: Nowy, najniższy, naturalny punkt terenu w Polsce nie jest już tylko abstrakcyjnymi współrzędnymi. We wsi Marzęcino na Żuławach Wiśłanych, w najniższym punkcie w Polsce, właśnie posadowiono betonową kolumnę zwieńczoną ozdobnym, stalowym dyskiem — reperem, czyli geodezyjnym znakiem pomiaru wy- że Autor na tle wieży wskazującej najniższy punkt, fot. Danuta Sadowska Skura sokości — a ponad nim ustawiono symboliczną wieżę triangulacyjną jako znak orientacyjny, pomagający odszukać ten punkt w terenie1. Był to symboliczny akord wieńczący starania dwóch żuławskich pasjonatów, członków Klubu Turystycznego PTTK Szuwarek w Nowym Dworze Gdańskim - panowie Jacek Gross, geodeta, starosta nowodworski oraz Edmund Łabieniec, nauczyciel historii z Marzęcina, wówczas radny powiatu nowodworskiego, w pobliżu tej miejscowości odkryli największą depresję w Polsce. Dokonali tego odkrycia w marcu 2013 roku, detronizując w ten sposób dotychczasowego lidera - Raczki Elbląskie. Odnotowała to wiekopomne odkrycie również nasza PROWINCJA tekstem jego współsprawcy Jacka Grossa2. Droga od dokonania pomiaru do powszechnego uznania odkrycia była jednak daleka. Od razu jednak po odkryciu pojawiły się związane z tym emocje. Nowo-dworzanie dyskredytowali prawo Raczek Elbląskich do chlubienia się nobilitującym tytułem. Punkt w Raczkach miał mieć 1 https://zulawytv.pl/! 1002/marzecino-trwa-znakowanie-najnizszego-punktu-w-polsce. 2 Prowincja, Kwartalnik Społeczno Kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław, nr2(24) 2016, s.69—71. WOJNA O DEPRESJĘ W CIENIU WIEŻ TRIANGULACYJNYCH 71 wysokość 1,8 metra poniżej poziomu morza; gdyż była to lokalna legenda, powtarzana od lat 50-tych XX wieku, na której poparcie nie było żadnych dowodów — nie wiadomo kto, kiedy i jak, a nawet gdzie dokładnie zmierzył ów punkt, bo ustawiony w centrum Raczek słup (54°0724,3^ N, 19°2231,74”E) był czysto symboliczną atrakcją turystycznej. — pojawiło się na stronie internetowej Żuławy TV. Nie jest jednak tak, że wszystkim „nie wiadomo kto, kiedy i jak, a nawet gdzie...”, jak pisze niepodpisany autor. Są osoby, które tę wiedzę mają. Obniżenie terenu o rzędnej 1,8 p.p.m. figuruje w danych Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii odkąd tereny te weszły w jurysdykcję tegoż urzędu. Na starych mapach, od zgłębiania których swe poszukiwania rozpoczęli odkrywcy z Marzęci-na, są pokazane także warstwice w okolicach Raczek Elbląskich, w tym ta o rzędnej -1,8. Chodzi tu zapewne o mapy, które dostępne są na stronie internetowej: Archiwalne Mapy Pomorza Gdańskiego4. Jak w jednym z wywiadów wyjaśnił Mundek Łabieniec (zdrobnienie imienia wynika z faktu, że od wielu lat jesteśmy zaprzyjaźnieni), korzystali Resztki wieży triangulacyjnej w Dębinie k. Nowego Stawu, Z mapy Z 1935 roku, na której są też okolice fot- Danuta Sadowska Skura Elbląga. Tyle tylko, że Raczki Elbląskie po- kazane są tam jako ląd, a obecna Dolina Marzęcińska — jako akwen wodny, część Zalewu Wiślanego. Pierwsza niejasność jest więc wyjaśniona. Znana jest też geneza oznakowania depresji. Zainicjował ją regionalista pomorski, miłośnik Żuław i Kociewia, muzealnik, autor wielu prac z zakresu turystyki i historii Pomorza, Roman Klim, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, był w tym bardzo zdeterminowany. W stosownym piśmie do władz ówczesnej Gminy Elbląg nieopatrznie użył słowa „pomnik” i szybko otrzymał odpowiedź: Obywatelu, pomnik to można postawić bohaterom, a nie depresji5. W ten sposób wówczas sprawa upadła. Powrócono do tematu ponad dwadzieścia lat później za sprawą liderów Oddziału Ziemi Elbląskiej PTTK - prezesa oddziału Witolda Ławrynowicza i Henryka Myślińskiego - prezesa działającego przy tym oddziale Klubu Turystów Pieszych „Delta”. Zainteresowali tematem wtedy już „samorządne” władze 3 https://zulawytv.pl/11002/marzecino-trwa-znakowanie-najnizszego-punktu-w-polsce. 4 http://www.mapy.eksploracja.pl/news.php. 5 Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 19 lipca 2002 r. 72 Wiesław Olszewski Znak najniższego punktu, w Polsce jeszcze na polu w Raczkach Elbląskich, fot Wikipedia Gminy Elbląg, które temat podchwyciły. Do współpracy zaproszono elbląskich geodetów i ci punkt znaleźli w 2002 roku. Wypadł na polu gospodarstwa ogrodniczego państwa Guratowskich, którzy do przedsięwzięcia się włączyli. Stali się depozytariuszami ozdobnej pieczęci, którą wędrowcy potwierdzali „zdobycie” najniższego punktu w Polsce, a na tej podstawie Oddział Ziemi Elbląskiej PTTK wystawiał stosowny (też ozdobny) certyfikat. I tak kolejna wątpliwos'ć została wyjaśniona. Od kilku lat słup znajduje się faktycznie w centrum miejscowości, miejscu symbolicznym, dokąd został przeniesiony z kilku powodów. Po pierwsze, znacząco spadło zainteresowanie nim (I). Nie była to atrakcja, która rzucała na kolana — pisał Michał, autor błoga Zasmakuj w Polsce6. Po drugie, zmieniło się nastawienie właścicieli pola: słup, jego ogrodzone otoczenie oraz dojazd do niego zajmowały znaczny teren, który był z gospodarstwa wyłączony. Gmina obiecywała gospodarzom stosowną rekompensatę, ale przestała się z zobowiązania wywiązywać. W tych okolicznościach zapadła decyzja o przeniesieniu oznaczenia do centrum wsi na teren gminny, miejsce faktycznie symboliczne. I to jest kolejne wyjaśnienie. Pierwsza próba detronizacji Raczek Elbląskich pojawiła się wcześniej, niespodziewany atak nastąpił z sąsiedniej Gminy Gronowo Elbląskie, a dokładnie z leżącego w tej gminie Wikrowa. 19 września 2000 roku na portalu elbląg. naszemiasto.pl ukazała się rewelacja: Największa depresja w Polsce jest w Wikrowie7. I dalej uzasadnienie; Geodeci stwierdzili, że największa depresja -2,10 metra poniżej poziomu morza - jest w Wikrowie. Tezę tę od razu podważył ówczesny wójt Gminy Elbląg Grzegorz Nowaczyk. Podkreślił, że opisane miejsce to sztuczny dół powstały po pozyskiwaniu, jeszcze przed wojną, torfu. Pojednawczo dodał wszak: Jeżeli jednak badania geodezyjne potwierdzą większą depresję w Wikrowie, to przyjdzie mi tylko pogratulować. Spór jednak trwał dwa lata, wójt Gronowa Elbląskiego zlecił dodatkową ekspertyzę. Badania potwierdziły jednak wątpliwości włodarza Gminy Elbląg, odkrycie nie zostało urzędowo uznane. Prawdopodobnie jednak związane z odkryciem medialne zamieszanie skłoniło Edmunda Łabieńca do jeszcze wnikliwszego przeanalizowania archiwalnych map okolic Marzęci-na. Zachęcił do współpracy Jacka Grossa. Po dokładnej analizie map i dokumentów rozpoczęli wędrówki, już ze sprzętem pomiarowym, po polderze marzęcińskim. Działali z pasją i profesjonalnie. Trochę się po tych polach nachodziliśmy — przyznaje Edmund Łabieniec. Przypuszczenia, że najniższe punkty depresyjne znajdują się w okolicach Marzęcina, pojawiały się już wcześniej. Dlaczego nie odnaleziono ich wtedy, kiedy ustalano głębokość w Raczkach pod s https://dziennikbaltycki.pl/tag/raczki-elblaskie. https://elblag.naszemiasto.pl/najwieksza-depresja-w-polsce-jest-w-wikrowie/ar/cl-5229271. WOJNA O DEPRESJĘ W CIENIU WIEŻ TRIANGULACYJNYCH 73 Elblągiem? Kiedy to robiono, część Żuław znajdowała się pod wodą. IV 1945 roku uciekające przed sowietami wojska hitlerowskie wysadziły wały przeciwpowodziowe na Żuławach. Region zniszczyła katastrofalna powódź. Żuławy osuszono dopiero w 1949 roku. Nikt nie wracał do ustałania najniższych punktów Połski - wspomina dalej8. Wynikiem żmudnych poszukiwań były punkty położone 1,9 m, 2,02 m a nawet 2,07 m poniżej poziomu morza. W marcu 2013 roku byli pewni - są punkty w Polsce położone głębiej niż mówią oficjalne pomiary. Droga jednak do potwierdzenia wyników pomiarów i uznania ich za oficjalne była długa i żmudna, chociaż pierwsza dobra wiadomość przyszła już w następnym roku. Główny Urząd Geodezji i Kartografii sprawdził wysokości nowych punktów położonych poniżej poziomu morza — mówi Kazimierz Bujakowski, główny geodeta kraju. — Analizowałiśmy dane na podstawie modelu terenu pozyskane metodą lotniczego pomiaru laserowego. Dokonaliśmy też bezpośrednich pomiarów terenowych w miejscach wskazanych przez Jacka Grossa i Edmunda Łabieńca. Pomiary te potwierdziły występowanie nowych punktów poniżej poziomu morza na obszarze Żuław — pisał w listopadzie 2014 roku w „Dzienniku Bałtyckim” Tomasz Chu-dzyński9. Dokładniejszy pomiar satelitarny wykazał nawet, że punkt leży na rzędnej -2.2m. W tym momencie sukces stał się już wyrazisty. Jednak droga do zmiany zapisów w dokumentach np. w roczniku statystycznym czy podręcznikach geografii była nadal długa. Uznanie nowej lokalizacji wiąże się z koniecznością potwierdzenia przez ekspertów, czy punkty te są rzeczywiście depresją geograficzną. GUGiK zwrócił się do Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk o określenie kryteriów, jakie musi spełniać obszar, który można w Polsce nazwać depresją geograficzną — tłumaczył Kazimierz Bujakowski. Nie wszystko na tym etapie było już przesądzone. Nie wiemy, jak do tego podejdą urzędnicy - zastanawiał się jeszcze w 2013 roku Edmund Łabieniec10. W początku października 2022 roku, na pierwszym piętrze gmachu Starostwa Powiatowego w Nowym Dworze Gdańskim, rozległo się głośne i radosne „Yes! Yes! Yes!”. To była reakcja starosty Jacka Grossa na notatkę w nowo wydrukowanym numerze Małego Rocznika Statystycznego Polski: Najniższy punkt Polski, o rzędnej -2,2 znajduje się w okolicach Marzęcina. Po ponad 9 latach naszych starań, Główny Urząd Statystyczny zamieścił informację, że najniższy punkt w Połsce znajduje się w Marzęcinie. Rocznik statystyczny 2022 zawarł informację o uznaniu najniższego punktu o rzędnej 2.2p.p.m. Bardzo dziękuję Edmundowi Łabieniec za inicjatywę i pomysł, dzięki któremu udało się zrobić coś odkrywczego dla naszego powiatu. Yes! Yes! Yes! - napisał starosta na swoim profilu społecznościowym. Jest to depresja naturalna, nie antropogeniczna — podkreśliła Alicja Kulka, pełniąca obowiązki Głównego Geodety Kraju, i dodała: Najniższy punkt zlokalizowano na podstawie or-tofotomapy (mapy fotograficznej) oraz danych ze skaningu laserowego opracowanych na zlecenie Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii w 2019 r. W podręczniku do geografii dla klas VII (wydawnictwo Nowa Era) na rok szkolny 2023/24 w stosownym rozdziale wpisano jako najniższy punkt Polski ten znajdujący się 8 https://trojmiasto.wyborcza.p1/trojmiasto/7,164874,27061418,w-poszukiwaniu-depresji-wojenka-o-najnizszy-punkt-polski.html. 9 https://dziennikbaltycki.pl/zulawy-najnizszy-punkt-w-polsce-jest-w-gm-nowy-dwor-gdanski/ar/3643966. 10 https://dziennikbaltycki.pl/nowy-rekord-depresji-w-polsce-na-zulawach-sa-miejsca-polozone-dwa-metry-ponizej-poziomu-morza/ar/785917. 74 Wiesław Olszewski WłASNOSC PAŃSTWOWA OSTRZEŻENIE WCHODZENIE NAWIEZEiNISZCZENIEIEI ZABRONIONE IEST POD KARASADOWA (ART. 16ii? DEKRETU Z 0N.13.VI.19S6) GUGiK w okolicach wsi Marzęcino, o głębokości minus 2,2 m. Odkrycie stało się więc faktem! Z faktami, jak mówi porzekadło, nie dyskutuje się, ale... Jeśli ktoś nie jest jednak nadmiernie obciążony lokalnym patriotyzmem, a tym bardziej nacjonalizmem czy szowinizmem, który ograniczony wprawdzie przestrzennie, ale bywa niemniej groźny i okrutny niż ten ogólnonarodowy czy państwowy (by choćby przywołać niechlubne strefy wolne od LGBT), może zachować pewne wątpliwości. Zwłaszcza co do jednego, wymienionego na początku tego tekstu, z parametrów opisujących ów najniższy punkt. Chodzi o słowo „naturalny”. Naturalny — właściwy naturze; zgodny z prawami natury; utworzony, powstały, odbywający się bez udziału człowieka; niesztuczny, prawdziwy - definiuje słownik języka polskiego". Czy te kryteria spełnia punkt w Marzęcinie? Od początku odkrywcy z Żuław liczyli się z tym, że ich odkrycie może być podważone. Za najniższy punkt będzie uznane tyłko całkowicie naturalne zagłębienie, powstałe bez ingerencji człowieka — podkreślał już w 2013 roku Jacek Gross. Miejsca, w których odkryłiśmy najniższe punkty, jeszcze w XIX wieku stanowiły dno Zalewu Wiślanego, co potwierdzają dawne mapy — zauważa w tym samym wywiadzie Edmund Łabieniec. - Położone są w miejscach dawnych torów wodnych, wytyczonych dła statków... Nie wiemy, jak do tego podejdą urzędnicy'2. Do 1942 roku dzisiejszy polder Marzęcino stanowił część Zalewu Wiślanego tzw. Zakątek Stobiecki (niem. Stobbendofer Winkel), punkt znajduje się w bliskości, biegnącego przez wodną nieckę, toru wodnego (niem. Holz Rinne), dziś zwanego Kanał Drzewny. Był to fragment sztucznie utworzonej w połowie XIX wieku drogi wodnej łączącej Wisłę i Gdańsk z Zalewem Wiślanym. Tor sztucznie pogłębiony i systematycznie „bagrowany”, co nie pozostawało bez wpływu na poziom dna, również w jego pobliżu. „Naturalność” więc tego miejsca budzi zrozumiałe wątpliwości. Nasuwa się też w tym miejscu kolejne pytanie: gdzie byłby najniższy punkt, gdyby zrealizowano któryś z kilku planów osuszenia niemal całego Zalewu Wiślanego. Ten z lat trzydziestych XX wieku był bardzo realistyczny. Średnia głębokość tego akwenu wynosi 2,6 metra, są więc miejsca i znacznie głębiej położone. Jak tu jednak padło: ostatecznie zdecydowali urzędnicy! Czy tak powinno być - można dywagować. Nie można też nie brać pod uwagę stwierdzenia Tadeusza Kozonia, elbląskiego geodety, odkrywcy obniżenia w Wikrowie: Żuławy są ruchome, ziemia się gdzieś wypiętrza, a gdzieś siada73. Żuławy to faktycznie geologicznie bardzo „młodziutki” twór i ruchy „górotwórcze” cały czas tu zachodzą. 11 Mały Słownik Języka Polskiego, PWN, Warszawa 1997. 12 https://dziennikbaltycki.pl/nowy-rekord-depresji-w-polsce-na-zulawach-sa-miejsca-polozone-dwa-metry-ponizej-poziomu-morza/ar/785917. 13 https://elblag.naszemiasto.pl/najwieksza-depresja-w-polsce-jest-w-wikrowie/ar/cl-5229271. WOJNA O DEPRESJĘ W CIENIU WIEŻ TRIANGULACYJNYCH 75 Pokonani w wojnie o depresję swą porażkę przyjęli z demonstrowanym spokojem. W naszej ocenie w Raczkach Elbląskich znajduje się najniżej położony punkt w Polsce, co oznacza, że nie mamy obaw w zakresie dotyczącym promocji gminy — mówiła jeszcze w trakcie toczącego się procesu Krystyna Murawska, sekretarz gminy Elbląg. - Tezy stawiane przez ludzi, o których w ostatnim czasie pisały media lokałne i ogółnopołskie, nie wpłyną zapewne negatywnie na ocenę walorów krajobrazowych miejscowości Raczki Elbląskie i nie zmniejszą jej atrakcyjności14. Czas pokaże, czy i jak Marzęcino oraz powiat nowodworski wykorzysta ten promocyjny aspekt swojego położenia — podkreślał w ubiegłym roku, po korekcie w Małym Roczniku Statystycznym elbląski portal informacyjny, portel.pl. To atrakcja — od początku mieli świadomość Gross i Łabieniec. — Niedaleko od odkrytych przez nas punktów, w miejscowości Osłonka, jest przystań żeglarska. Uważamy, że turyści tam zawijający chcieliby sprawdzić, jak wygląda miejsce położone ponad dwa metry poniżej poziomu morza. Oczywiście konieczne byłoby stosowne oznaczenie najgłębszej w Polsce depresji, wyremontowanie drogi czy stosowne adnotacje w przewodnikach turystycznych. Mógłby powstać nawet specjalny szlak turystyczny, a w miejscu najniższego punktu Polski powinno być specjalne oznakowanie, np. slupem, obeliskiem. Tym bardziej, że do punktu znacznie trudniej dotrzeć niż do tego w Raczkach Elbląskich, zwłaszcza samochodem. Spory odcinek trzeba pokonać bardzo zniszczoną, „popegeerowską” drogą z płyt Yumb. W lipcu 2023 roku, z bardzo dużą pomocą lokalnej społeczności, w najniżej położonym punkcie Polski pojawił się ozdobny reper - geodezyjny znak wysokościowy, oraz stanęła symboliczna, drewniana wieża triangulacyjna./?/ pierwszy szczebel wyznacza poziom morza. Dzięki temu można sobie wyobrazić skalę zatopienia, gdyby nagle to miejsce znalazło się pod wodą. A wyznaczająca poziom morza belka sięga znacznie wyżej od nawet wysokiego wzrostem dorosłego mężczyzny - donosił „Dziennik Bałtycki”15. Miejmy przy tym przekonanie, że tekst ten nikogo nie wpędził w dodatkową depresję, tym bardziej, że rozważania powyższe to tylko jakby na marginesie, temat główny to wszak, znikające z krajobrazu, wieże triangulacyjne. Do oznaczenia w terenie opisywanego punktu zastosowano dwa elementy geodezyjnej osnowy wysokościowej: reper i wieżę triangulacyjną. Reper to według słownika „punkt o znanej wysokości nad poziomem morza, oznaczony w terenie za pomocą np. słupa betonowego, stanowiący podstawę pomiarów niwelacyjnych16. Słowo pochodzi z języka francuskiego. Dzielą się repery na podziemne, naziemne, naścienne, często kotwiczone w mu-rach kościołów lub innych stabilnych budowli, nie podlegającym wstrząsom, jak np. filary mostów czy wiaduktów17. Są cały czas w użytku, internet proponuje całą ich gamę do sprzedaży. Drugim zastosowanym urządzeniem osnowy geodezyjnej18 jest wieża triangulacyjna. Najczęściej drewniana, stawiana nad punktami sieci triangulacyjnej. Składa się z dwóch oddzielnych konstrukcji: pomostu dla obserwatora i stanowiska dla instrumentu pomiarowego. Dzięki podniesieniu miejsca obserwacji oraz znaku, na który celuje się instrument, 14 https://dziennikbaltycki.pl/najwyzsze-miejsce-w-osobistej-hierarchii-choc-najnizsze-w-polsce/ar/cl-18021673. 15 https://dziennikbaltycki.pl/najwyzsze-miejsce-w-osobistej-hierarchii-choc-najnizsze-w-polsce/ar/cl—18021673. 16 Mały Słownik Języka Polskiego, PWN, Warszawa 1997. 17 Henryk Leśniok, Wykłady z geodezji I, tom I, PWN Warszawa 1970. 18 Jerzy Ząbek, Z. Adamczewski, S. Kwiatkowski, Ćwiczenia z geodezji I, część I, PWN Warszawa 1977. 76 Wiesław Olszewski wysoko ponad poziom terenu, umożliwia wykonanie pomiaru punktów położonych w znacznej odległości, nawet dziesiątek kilometrów. Na jej szczycie znajduje się, umieszczona centrycznie nad punktem ziemnym, świeca — żerdź z krzyżakiem, znak służący jako cel przy pomiarze kątów, niżej — pomost dla obserwatora. Druga, zewnętrzna, niższa konstrukcja podtrzymuje słup, na którym podczas pomiarów ustawiany jest instrument geodezyjny (również centrycznie nad punktem ziemnym). Rozdzielenie konstrukcji podtrzymującej pomost obserwatora od konstrukcji podtrzymującej instrument eliminuje przenoszenie drgań (spowodowanych przez ludzi chodzących po pomoście) na instrument. Do lat 80. ubiegłego wieku wieże triangulacyjne były nieodłącznym elementem krajobrazu. Zwykle usytuowane na wzniesieniach, lecz i stojące pośród pól. Te wyniosłe konstrukcje z krzyżem na szczycie zawsze wzbudzały zainteresowanie i ciekawość. Dla wielu przeznaczenie ich było tajemnicą. Autorytetu dodawała im umieszczona w widocznym miejscu czerwona tabliczka z godłem państwowym i napisem: „Ostrzeżenie, własność państwowa, wchodzenie na wieżę i niszczenie jej zabronione jest pod karą sądową.” Od lat międzywojennych do końca swego żywota były jednak obiektem westchnień, wręcz pożądania turystów plecakowych. To na nich opierała się cywilna kartografia ubiegłego wieku a nawet kartografia wojskowa. Te na szczytach gór pełniły, i nie rzadko pełnią nadal, rolę wież widokowych. Najwyższe wieże sięgały do 50 metrów, co umożliwiało obserwowanie i dokonywanie pomiarów do 50 kilometrów. W latach 60. i 70. ubiegłego wieku dodano konstrukcje zwane pseudo-wieżami w postaci trójnogów, najpierw drewnianych, potem częściej żelbetowych. Trwałość drewnianych wież triangulacyjnych obliczona była na 20 lat, a przy właściwej konserwacji na lat 40. W pierwszej połowie lat 90. rozpoczęto tworzenie sieci z wykorzystaniem technik satelitarnych, wieże triangulacyjne stały się niepotrzebne. Już wcześniej zaprzestano ich odtwarzania. Część była likwidowana przez zły stan techniczny, a niektóre same sczezły w zapomnieniu poddając się wichrom, a często i wandalom. Niektóre spłonęły w trakcie wypalania traw czy słomy. Bardzo rzadko można jeszcze gdzieś trafić na kilka spróchniałych okrąglaków czy przewrócony betonowy słup, jedyne po nich pozostałości. Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 77 Bartosz Marguardt ODKRYWAMY TAJEMNICE ZESPOŁU DWORSKO-PARKOWEGO Z FOLWARKIEM I WSIĄ W CIESZYMOWIE. CZĘŚĆ 1: GROSS TESCHENDORF Obecna forma zespołu dworsko-parkowego, jak i folwarku z wsią w Gross Techendorf (Cieszymowo tzw. „Dolne” - tak obecnie nazywają tą część miejscowości mieszkańcy), została ukształtowana za czasów Alfreda Komorowskiego, będącego właścicielem tych ziem na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Komorowski w 1880 roku posiadał 461 hektarów ziemi. Specjalizował się w hodowli bydła holenderskiego oraz produkcji mleka. Oprócz gospodarstwa posiadał również swoją własną cegielnię. Osiągał roczny dochód w wysokości 4709 marek. Zespół dworsko-parkowy z folwarkiem i wsią usytuowany jest po zachodniej części nasypu kolejowego przy drodze Balewo-Cieszymowo-Matule. Okoliczny teren jest łagodnie pofałdowany i znajdują się na nim liczne rowy melioracyjne, przeplatające tutejsze pola uprawne. Dawny majątek ziemski składa się z trzech wyraźnych elementów, a w jego skład wchodzą: • dwór z terenem zielonym i stawem usytuowany po stronie północnej drogi, • obszar folwarku z współczesnymi uzupełnieniami po stronie zachodniej i południowo-zachodniej drogi, • mały obszar zabudowań mieszkalnych przylegających bezpośrednio do drogi, przy dawnym nasypie kolejowym biegnącym po stronie wschodniej. Układ przestrzenny zespołu do dziś zachował się w formie z przełomu XIX/XX wieku. Był poszerzany po 1945 roku w kierunku zachodnim oraz południowym o kolejne zabudowania gospodarcze. Całkowita powierzchnia użytkowa zespołu to około 8,7 ha, w tym: dwór i folwark 2,5 ha, folwark 2,2 ha, wieś 0,8 ha. Niniejszy tekst jest opisem najważniejszych obiektów zespołu dworsko-parkowego oraz folwarku ze wsią dawnego Gross Techendorf, dokonanym na podstawie zielonych1 Karta zielona - Karta ewidencyjna zabytków architektury i budownictwa. Koncepcja powstała w 1958 roku. Zielone karty były wykonywane do końca lat 60. XX w. Zawiera podstawowe dane o obiekcie ze zdjęciem i rzutem zabytku. Rzut zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie tzw. „Dolnym” wykonany przez Jacka Gzowskiego wg stanu na sierpień 1989 roku. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. 78 Bartosz Marguardt i białych kart2 zabytków, architektury i budownictwa znajdujących się w archiwach Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Jest również opisem zmian, jakie zaszły w tych obiektach w ostatnim dwudziestoleciu. Jest to tym samym uzupełnienie zdobytej już wiedzy o cieszymowskim pałacu, kaplicy oraz cmentarzu, ale również jest to znaczące wzbogacenie zasobu wiedzy o pozostałych, dotychczas nieopisywanych na lamach Prowincji i strony Facebook Cieszymowo budynkach, które znajdują się we wsi. DWÓR Z TERENEM ZIELONYM I STAWEM Rys historyczny pałacu przedstawiono w Prowincji nr 2 (44), 2021 w artykule pt. „Cieszymowo - budowanie tożsamości”. Poniższe stanowi uzupełnienie wiedzy o tym obiekcie poprzez poszerzenie jej o nowe informacje oraz o niepublikowane zdjęcia. Zdjęcie z lewej strony: pałac odfrontu, zdjęcie z prawej strony: zaplecze pałacu z widocznymi ubytkami w elewacji. Wrzesień 1959 roku. Fot. H. Molickal]. Wiencek. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Pałac pierwotnie posiadał kształt wydłużonego prostokąta obejmującego główną część obecnego budynku, bez skrzydeł bocznych. Rozbudowa nastąpiła pod koniec XIX wieku. Wtedy bryła przybrała formę litery „C” z głównym korpusem od południa i dwoma skrzydłami od północy ze znaczącym wyróżnieniem korpusu, tzn. jego dach jest wyżej posadowiony niż skrzydła. Cieszymowski pałac posadowiony jest na kamieńno-ceglanej podmurówce i jest podpiwniczony — posiada pięć piwnic z kolebkowymi, ceglanymi sklepieniami. Jego całkowita powierzchnia to 2350 m2 a kubatura to 7590 m3. Według tzw. karty zielonej sporządzonej we wrześniu 1959 roku, zaktualizowanej następnie w 1964 roku, stan obiektu określano jako dobry z widocznymi ubytkami w elewacji. Widoczne były cegły murowane na zaprawie wapiennej. Grubość ścian zewnętrznych to dwie cegły, z kolei tych wewnętrznych to od pół do półtora cegły. Ściany poddasza z kolei określano jako drewniane. Stropy oraz więźba dachowa są drewniane, przy czym podsufitka była tynkowana na podłożu trzcinowym. Dach był wyłożony dachówką holenderską i przechodził wielokrotne remonty: w 1988 roku oraz 2 Karta biała — Karta ewidencyjna zabytków architektury i budownictwa. Została opracowana 1975 roku pod kierunkiem prof. Wojciecha Kalinowskiego. Oprócz danych uwzględnionych na karcie zielonej zawiera obszerniejsze informacje i dokumentację fotograficzną. Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 79 kompleksowy — wraz z wymianą dachowej stolarki-okiennej w 2017 roku. Źródła wskazują, że pałac był również remontowany w 1967 roku, ale nie określono zakresu tych prac. Pałac jest dwukondygnacyjny z dwoma kondygnacjami poddasza. Na piętro prowadzą drewniane schody o konstrukcji policzkowej. Z kolei schody do piwnic są ceglane. Posadzki w cieszymowskim pałacu są bardzo różnorodne. W piwnicach są ceglane lub betonowe. W przyziemiu - wyłożone czerwono-czarnym lastriko3. Podłogi na piętrach są drewniane, deskowane na wpust. Do 1989 roku wnętrze zostało znacznie przebudowane, a prace były prowadzone również w latach kolejnych. Zachowana została część stolarki wewnętrznej. Z kolei wyposażenie obiektu w całości jest współczesne. Główne wejście do obiektu znajduje się od południa poprzez tzw. podcień na filarach z tarasem na piętrze. Zdjęcie z lewej strony: zaplecze pałacu (odpółnocy) w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne Najstarsze założenia ogrodowe powstały najprawdopodobniej około XVII wieku - przy pierwszej zabudowej pałacowej. Znajdowały się przypuszczalnie na miejscu południowo-wschodniego skrzydła i miały kształt prostego ogrodu. W okresie przebudowy pałacu za czasów Alfreda Komorowskiego dokonano wokół dworu wraz z parkiem na wschód od obiektu. Z kolei od jego frontu usytuowany został półkolisty podjazd wokół stawu. Bieżąca zmiana w aranżacji zespołu zieleni i terenu przed dworem następowała też w okresie powojennym, w szczególności Rzut dworu/pałacu wykonany przez Jacka Gzowskiego wg. stanu na sierpień 1989 roku. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa 3 Lastriko — materiał budowlany, rodzaj betonowego podłoża utworzony przez mieszaninę wody, cementu, grysu oraz barwnika stosowany do wylewania posadzek. 80 Bartosz Marguardt latach: 1974—1978 (i późniejszych) oraz w trzeciej dekadzie XXI wieku (wzmocnienie brzegów stawu, nowe nasadzenia drzew wzdłuż drogi dojazdowej, nowe ogrodzenie i bramy). W dworskim parku znajduje się blisko 30 gatunków drzew i krzewów. Do najstarszych drzew należą liczące około 250 lat okazy dębu szypułkowego, znajdujące się w północno--wschodniej granicy parku. Park był otoczony ceglanym murem. Jego fragment w bardzo złym stanie zachował się tylko kilkadziesiąt metrów na północ od pałacu. Zdjęcie z lewej strony: fragment muru otaczającego park w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2023 roku. Fot. Archiwum prywatne. 7 kolei na wzniesieniu na południowy-wschód od pałacu zachowało się pod nasypem ziemnym dawne ujęcie wodne, które dostarczało wodę do pałacu, a być może także do znajdujących się w parku urządzeń wodnych, np. fontanny czy kaskady, po których nie pozostały żadne ślady. Obiekt dawnego ujęcia wodnego przeszedł remont na początku 2023 roku. W jego wnętrzu znajduję się kilkumetrowe wgłębienie. Po 1945 roku nasyp używany był przez mieszkańców do przechowywania płodów rolnych (głównie ziemniaki) i do zjeżdżania zimą z górki na sankach. Ujęcie wodne, obecnie nazywane w okolicy „ziemianką”, zostało zbudowane z cegły gotyckiej, co może świadczyć o tym, że w Cieszymowie w średniowieczu mógł znajdować się zameczek leśny lub kościół. Obecność kościoła w Cieszymowie, uposażonego w cztery włóki ziemi potwierdza księga „Acta Visitationis...” z przełomu lat 1786-1787, która obecnie znajduje się w Archiwum Diecezjalnym w Pelplinie. W wyżej wspominanej księdze 21 sierpnia 1787 roku napisano: „Tudzież dawnieyszemi czasami był filialny kościół w Teszendorfie Zdjęcie z lewej strony: dawne ujęcie wody, tzw. „ziemianka” w 1989 rok. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 81 w Dobrach JMP-W Schakowa oraz y 4 włoki Plebańskie, o które już na początku tego wieku s.p. JMX Michał Burchard zaniósł do Trybunału Piotrowskiego według znajdujących się in Archivo ecclesiae Dokumentów wydał Pozwy, jako, też od tego Trubynału Komissye były na-kazne, lecz staranność tego JX-Dza Burthera dla jaszej Panów Szaków bez skuteczna była”4. STARY SPICHLERZ - KUŹNIA. OBECNIE KAPLICA Rys historyczny dawnego spichlerza/kuźni, a obecnie nieczynnej kaplicy przedstawiono obok dziejów pałacu w Prowincji nr 2 (44), 2021 w artykule pt. „Cieszymowo - budowanie tożsamości”. Poniższe stanowi uzupełnienie wiadomości o tym obiekcie o nowe informacje, ciekawostki i niepublikowane zdjęcia. Położony po południowej stronie obecnej drogi powiatowej obiekt nie jest podpiwniczony, a posadowiony jest na kamienno-cegłastej podmurówce. Ściany zbudowane są w konstrukcji szkieletowej wypełnione ceramiczną cegłą, a na wierzchu są tynkowane. Elewacja budynku była remontowana po 1945 roku co najmniej dwukrotnie: w 1971 oraz w 1989 roku. Strop jest drewniany, belkowy, wsparty na ośmiu słupach i dwóch podstawowych podciągach. Poszczególne słupy ścian zespojone są dodatkowymi wymianami z płaszczyzną stropu. Więźba dachowa jest drewniana, w formie namiotowej o konstrukcji krokwiowo-słupowej. Pierwotnie pokrycie dachu było ze strzechy słomianej ułożonej na deskach. Pomimo tego, że obiekt posiada piętro, nie prowadzą na nie schody. Na obu kondygnacjach podłogi są drewniane i deskowane na wpust. Okna i drzwi również są drewniane, przy czym te drugie są nabite żelaznymi ćwiekami. Posiadają tzw. zawiasy pasmowe. Obiekt oparty jest na rzucie ośmiokąta. Dach budynku zwieńcza iglica z kulą z blachy i chorągiewką z datowaniem (1797 rok). W dachu od południa znajduje się okno w opływowym kształcie. Ściany budynku są w konstrukcji szkieletowej o powtarzalnym układzie. Układ składa się z trzech sekcji rozdzielonych słupami: dwie boczne z ukośnymi zastrzałami, oraz środkowa z otworami okiennymi. Krokwie dachu z ozdobnie podjętymi dachu Zdjęcie z lewej strony: stary spichlerz od północy, zdjęcie z prawej strony: budynek od południa z widocznym starym wozem przy wejściu. Wrzesień 1959 roku. Fot. H. Malicka!J. Wiencek, Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa 4 Ks. J. Wiśniewski, Pomezańskie parafie de lure jako filie Diecezji Elbląskiej de facto [w]: Studia Elbląskie TOM XVII, Ks. K. Kokoszka (red.), Wyższe Seminarium Duchowe Diecezji Elbląskiej, 2016, s. 36. 82 Bartosz Marguardt Charakterystyczne drzwi i wnętrze starego spichlerzaJohecnie kaplicy z ławkami w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa wystają poza mury. Powierzchnia użytkowa budynku wynosi 185 m2, a jego kubatura to 675 m3. W II połowie lat 80. XX wieku pełnił funkcję świetlicy. Według stanu z tzw. karty zielonej na wrzesień 1959 roku obiekt był w złym stanie technicznym i nie był właściwie użytkowany. Podobnie określano stan budynku w 1964 roku. Dopiero w latach 70. XX wieku przeszedł tzw. remont rekonstrukcyjno-konserwujący. SPICHLERZ. STARY MAGAZYN ZBOŻOWY Spichlerz został wybudowany w latach 1910-1920 na rzucie prostokąta jako budynek dwukondygnacyjny i w całości drewniany. Nie jest podpiwniczony. Położony jest w głównej osi całości zespołu folwarniczego, bezpośrednio przy drodze, od południa. Po wybudowaniu, jak i po okresie wojennym pełnił funkcje magazynowe. Według stanu zabudowań na dzień 1 stycznia 1945 roku przechowywano tam maszyny i nawozy. Od lat 60., aż do późnych lat 90. XX wieku — również po likwidacji Państwowych Gospodarstw Rolnych, przechowywano i suszono tam zboże. Było to możliwe, gdyż w 1. połowie lat 60. XX wieku w obiekcie zainstalowano maszyny do segregacji i podsuszania zboża. Również w latach 60. budynek został obtynkowany, a w 1976 roku wymieniono dach. Omawiany spichlerz tudzież magazyn zbożowy posiadał ponadto dwie dobudówki. Pierwsza z nich to ta na wschodniej ścianie budynku (od strony starego spichlerza - obecnie kaplicy), a druga to ta na południowej ścianie spichlerza, która pełniła rolę dodatkowej powierzchni do przechowywania zboża oraz sprzętu rolniczego i nawozów. Obie powstały w latach 60. XX wieku, przy czym ta druga została zburzona na przełomie XX i XXI wieku. Według stanu na 1989 rok powierzchnia użytkowa budynku to 970 m2, a kubatura to 2690 m3. Obecnie wykorzystywany jako przechowalnia desek i tzw. „rupieci”. Obiekt posadowiony jest na kamiennej podwórowce. Ściany wymurowane są z cegły ceramicznej na zaprawie wapiennej. Ściany zewnętrzne grube są na 1,5—2 cegły, przy czym ściany wewnętrzne na 0,5-1 cegły. Strop jest drewniany, obelkowany z dodatkowymi stężeniami po przekątnych wspartych na dwóch liniach słupów z prostymi, a u górze ozdobnymi głowicami. Wieźba Rzut spichlerza (magazynu zbożowego) wykonany przez Jacka Gzowskiego w październiku 1989 roku. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 83 dachowa również jest drewniana, o konstrukcji płatwiowo-kleszczowej ze ścianką koleń kową wypełnioną cegłą. Dach jest dwuspadowy, pokryty eternitem. Posadzki w przyziemiu są betonowe. Na kolejne piętra prowadzą drewniane schody wybudowane w konstrukcji policzkowej. Na piętrach podłogi są już drewniane. Według stanu na rok 1989 okna były metalowe z drobnymi podziałami, a w poddzaszu drewniane. Obecnie (według stanu na 2024 rok) część okien, w szczególności na ścianie północnej, jest zamurowana (pozostają tylko okna w najwyższej kondygnacji budynku). Na ścianie wschodniej Zdjęcie z lewej strony: spichlerz (magazyn zbożowy) w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne i zachodniej zachowały się okna według pierwotnego rozkładu. Na ścianie zachodniej zachowały się również drewniane, deskowane drzwi z pasowymi zawiasami. W tej części znajdują się dwa wejścia do budynku, który podzielony jest na dwie części - większą (ze schodami na kolejne piętra) oraz mniejszą, do której oprócz drzwi zewnętrznych prowadzą drzwi znajdujące się w środku obiektu. Elewacja dawnego spichlerza i magazynu zbożowego w 2/3 jest tynkowana. 1/3 elewacji stanowi natomisat deskowane od zewnątrz poddasze. Deski ułożone są w poziomie z listwami na stykach. Wnętrze magazynu zbożowego w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Stary magazyn w centrum Cieszy-mowa do dziś kryje w środku wiele ciekawostek. Jedną z nich są tablice czy też napisy na drewnie z czasów PGR. „Udźwig max 250 kg/m2”, „Naprawianie bezpieczników drutem -Surowo wzbronione”, czy też „Załatw sprawę i żegnaj!”Jedną z ciekawszych Tabela wietrzenia ziarna przetrwała do dziś. Zdjęcie z 2023 roku. Fot. Andrzej Gajkowski 84 Bartosz Marguardt tablic jest „Tabela wietrzenia ziarna”, które było składowane w tamtym okresie na wszystkich poziomach magazynu. Wietrzenie ziarna np. pszenicy było istotnym elementem zarządzania zbożem, gdyż powodowało usunięcie nagromadzonego w przestrzeniach między-ziarnowych wilgotnego powietrza oraz usunięcie wilgoci w powierzchni ziaren. CHLEWNIA Chlewnia o powierzchni użytkowej około 670 m2 i kubaturze blisko 1750 m5 znajduje się w północno-zachodnim narożniku dawnego dziecińca folwarcznego. Położona jest około 40 metrów na zachód od spichlerza nr 3. Jej północna elewacja przylega do współczesnej drogi powiatowej. Chlewnia została wybudowana w latach 20. XX wieku. W swojej niezmienionej formie przetrwała od roku 1945 roku aż do dziś. W międzyczasie co najmniej dwukrotnie przechodziła remont, tj. w latach 1973—1974, kiedy to wyremontowano dach oraz w 1988 roku w którym podjęto się odnowienia elewacji. Na chwilę obecną (rok 2024) chlewnia jest nieużytkowana. Chlewnia wybudowana jest na rzucie prostokąta, a posadowiona jest na ceglano-ka-miennej podmurówce. Nie jest podpiwniczona. Ściany są wykonane z cegły ceramicznej na bardzo słabej zaprawie wapiennej. Strop jest drewniany, belkowany wsparty na dwóch ciągach słupów. Więźba dachowa to konstrukcja drewniana i płatowo-kleszczowa ze ścianką kolankową deskowaną od zewnątrz na nakładkę. Dwuspadowy dach jest pokryty eternitem. Posadzki w przyziemiu są betonowe, a podłogi na poddaszu ułożone są z desek. Okna są metalowe. Elewacja chlewni to malowana czerwoną farbą cegła z białymi spoinami. Z kolei poddasze jest odeskowane w poziomie z pionowymi deskami na złączach. Budynek posiada otwory do usuwania obornika, a także otwory wyjściowe dla trzody, która była tam utrzymywana do końca lat 80. XX wieku. Według stanu na 1989 rok trzoda była utrzymywana w metalowych kojcach zbudowanych w trzech pasmach na ścianach zewnętrznych oraz na środku budynku. Wydzielone było małe pomieszczenie na parownik. Do chlewni doprowadzona była instalacja elektryczna, wodociągowa — zasilana z sieci wiejskiej oraz kanalizacyjna: stworzone były kanały gnojowe w ciągach kojców, z odprowadzeniem do betonowego gnojownika znajdującego się przy wschodniej elewacji budynku. Zdjęcie z lewej strony: chlewnia w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne Odkrywamy tajemnice zespołu Jworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 85 MAGAZYN Omawiany obiekt to budynek oparty na rzucie prostokąta, wybudowany na przełomie XIX i XX wieku. W niezmienionej formie przetrwał do dziś (2024 rok). Położony jest na głównej osi całego zespołu dworsko-parkowego, przy dziedzińcu folwarcznym, pomiędzy spichlerzem (obecnie kaplicą), a murowaną stodołą. Jest usytuowany na niewielkim spadku terenu, stąd też od północy położony jest w przyziemieniu, a od południa w części podziemnej. Budynek w 1945 roku był po prostu magazynem, w tym magazynem na węgiel. Po 1945 roku w okresie funkcjonowania PGR było podobnie. Przyjął funkcję magazynu ogólnego, a w jego piwnicy tak jak według stanu z 1945 roku przechowywano węgiel. Budynek ten to łącznie około 310 m2 powierzchni użytkowej, a jego kubatura to 870 m5. W 1974 roku wyremontowano dach budynku (położono eternit), a w 1985 roku wyremontowano elewację. Magazyn obecnie (tzn. w 2024 roku) jest niewykorzystywany, a stan obiektu można określić jako zły. Magazyn posadowiony jest na kamienno-ceglanej podmurówce i jest podpiwniczony. Ściany w części podziemnej są wymurowane z cegły i kamienia, mają grubość około 50 cm. Z kolei przyziemie jest konstrukcji szkieletowej, gdzie wypełnienie jest wymurowane z cegły ceramicznej na zaprawie wapiennej. Ściany są otynkowane. Strop jest obelkowany, drewniany, z kolei więźba dachowa jest wybudowana na zasadzie płatwiowo-kleszczowej, z dwoma stolcami oraz ścianką kolankową. Ma ukośne zastrzały spełniające rolę dociążenia całej konstrukcji. Posadzki w podziemiu są ceglano-betonowe, na parterze (magazyn jest dwukondygnacyjny) są z kolei drewniane i deskowane na wpust. Prowadzą tam ceglano--betonowe schody (od północy). W południowej części budynku dostęp do drugiej kondygnacji dostępny jest z ziemi. Po wschodniej i zachodniej stronie magazynu znajdują się po cztery otwory zsypów do podziemia. Zdjęcie z lewej strony: magazyn w październiku 1989 roku, a tuż za nim stodoła Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne 86 Bartosz Marguardt STODOŁA Budynek stodoły pochodzi z 2. połowy XIX wieku. Położony jest po południowej stronie dziedzińca folwarku. Tworzy od tej strony pierzeję, czyli frontową ścianę zabudowy całego zespołu dworsko-pałacowego. Po 1945 roku do dziś obiekt użytkowany jest zgodnie z przeznaczeniem - przechowywane jest tam siano i snopki. Obiekt przeszedł remont w latach 60. i 70. XX wieku, w trakcie którego wymieniono dach (montaż eternitu) i wymurowano górne szczyty budynku. Na przełomie XX i XXI wieku wschodni szczyt budynku wymurowano od podstaw, a całą stodołę skrócono o kilka metrów (jej wschodni fragment nie był z cegły, a z pionowych desek). Z kolei w latach 2020—2024 wyremontowano więźbę dachową i pokrycie dachu, zamontowano nowe drewniane półokrągłe drzwi, a także wymurowano od podstaw wschodni szczyt budynku. Stodoła co do zasady jest murowana z cegły licowanej, a budynek oparty jest o układ przęseł wydzielonych przez tzw. lizeny, czyli płaski i pionowy występ w murze zewnętrznym. Między lizenami są szerokie blendy (ślepe wnęki spełniające rolę ozdobne). OBORA Obora położona jest poza terenem właściwego folwarku, niespełna 70 m na zachód od głównej drogi dojazdowej do pałacu. Obiekt powstał na początku lat 20. XX wieku. Do dziś po licznych przebudowach użytkowany jest zgodnie z przecznaczniem. Obora wybudowana jest na rzucie prostokąta i murowana z cegły ceramicznej na zaprawie wapiennej. W latach 70. XX wieku wyremontowano dach i zastosowano eternit. Do momentu przebudoway w latach 20. XXI wieku obiekt posiadał poddasze, gdzie do końca lat 80. XX wieku składowana była słoma. Strop był drewniany, obelkowany, wsparty na dwóch liniach słupów. Więźba dachowa była drewniana o konstrukcji płatwiowo-kleszczowej ze ścianką kolankową. W latach 2022-2023 obiekt przeszedł gruntowną modernizację i został dostosowany do aktualnych potrzeb miejscowego gospodarstwa rolnego, które ukierunkowane jest na produkcję mleczną. Obiekt przyjął funkcję cielętnika. Wymieniono dach i całą wieźbę Zdjęcie z lewej strony: stodoła w 1989 roku. Fot. Jolanta Gzowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa, Zdjęcie z prawej stronu: analogiczne miejsce w 2024 roku. Fot. Archiwum prywatne Odkrywamy tajemnice zespołu dworsko-parkowego z folwarkiem i wsią w Cieszymowie. Część 1: Gross Teschendorf 87 dachową na stalową bez drewnianych podpór w jego wnętrzu, dzięki czemu przestrzeń użytkowa się zwiększyła. Posadzka została ponownie wylana betonem. Na południowej elewacji wybudowano zadaszenie z wyjściem dla cieląt i stołem paszowym. Z kolei na północnej elewacji wybuduowano nowe wejście do cielętnika. Jednocześnie zamurowano wejścia na zachodnim szczycie znajdującym się na wysokości drogi powiatowej, od której poprowadzono na południowej ścianie obiektu drogę dojazdową dla paszowozu. Po remoncie obiekt stał się jednokondygnacyjny. CMENTARZ Rys historyczny cieszymowskiego cmentarza położonego wśród pól przy drodze Cieszymo-wo-Stążki przedstawiono w Prowincji nr 2 (44), 2021 w artykule pt. „Cieszymowo - budowanie tożsamości”. Nie stanowi on części zespołu dworsko-pałacowego, jednakże należał do Gross Teschendorf. Dotychczasowy zasób wiedzy należy poszerzyć o informację, że cmentarz jest założony na rzucie kwadratu z aleją lipową na osi północ-południe, które wyznaczają dwie symetryczne kwatery. Pierwotny drzewostan z nielicznymi wyjątkami zachował się do dziś i uwidocznił się po karczowaniu gałęzi, które przeprowadzono w 2020 roku. Według stanu na listopad 1988 roku (wówczas sporządzono tzw. „Kartę Ewidencyjną Cmentarza” na potrzeby ewidencji zabytków województwa elbląskiego) najstarszym zachowanym wówczas był nagrobek z 1921 roku (nie zachował się do dziś). Już w 1988 roku stan zachowania nagrobków określano jako zły — do dziś nie przetrwało ich zbyt wiele. Wnioskami z ww. opracowania były również zalecenia związane z „oczyszczeniem z samosiewów i chwastów”, co zostało zrobione dopiero 32 lata później i również opisane w Prowincji nr 2 (44), 2021. Zdjęcie z lewej strony: cmentarz w Cieszymowie w 1988 roku od zachodniej strony - widok od drogi z kierunku Stążki-Cieszymowo. Fot. Danuta Rekowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa. Zdjęcie z prawej strony: to samo miejsce w kwietniu 2023 roku — ujęcie z drona. Fot. Krzysztof Gajkowski 88 Bartosz Marguardt CIESZYMOWO W 1977 ROKU Rzut drzewostanu w Cieszymowie wg stanu z listopada 1988 roku. Bez większych zmian do dnia dzisiejszego. Opracowanie: Danuta Rekowska. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Widok pałacu przez staw na elewacją frontową. 1977 rok. Fot. A. Malinowski. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa 1977 rok. Widoczny efekt remontu z 1971 roku. W głębi pałac. Fot. A. Malinowski. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Zaplecze pałacu wraz z nieistniejącymi już ogródkami i budynkami gospodarczymi. 1977 rok. Fot. A. Malinowski. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Wybudowana w około 1977ścieżka piesza poprzez park. Nie zachowana do dziś w takiej formie. Fot. A. Malinowski. Źródło: Narodowy Instytut Dziedzictwa Wspomnienia Andrzej Kasperek MENSCH. WSPOMNIENIE O ALEXIE DANCYGU Słowo mensch pochodzi z jidysz, powoli zamierającego języka Żydów europejskich. Trafiło tam z języka średnio-wysoko-niemieckiego używanego w średniowieczu. W dzisiejszej niemczyźnie der Mensch znaczy po prostu człowiek. Żydzi także używają go w tym podstawowym znaczeniu, ale bywa, że nadają mu inne, bardziej nacechowane znaczenie. Według amerykańskiego leksykografa jidysz Leo Rostena mensch to „ktoś, kogo należy podziwiać i naśladować, ktoś o szlachetnym charakterze. Kluczem do bycia prawdziwym menschem jest nic innego jak charakter, prawość, godność, poczucie tego, co słuszne, odpowiedzialne, przyzwoite”. Termin jest używany jako wysoki komplement, sugerujący rzadkość i wartość cech danej osoby. Z jidysz wyraz trafił do amerykańskiego języka angielskiego, gdzie oznacza szczególnie dobrą osobę o cechach, których można oczekiwać od przyjaciela lub zaufanego współpracownika. Posiłkuję się w tym miejscu informacjami z Wikipedii. „Porządny facet”, „prawdziwy mensch” — tak czasem mówią ludzie o człowieku dobrym i odpowiedzialnym. Dla mnie takim człowiekiem był Alex Dancyg. Niewiele jest wyższych żydowskich komplementów, które można komuś powiedzieć, niż nazwanie go mensch. Szkoda tylko, że mówię to o nim dopiero we wspomnieniu pośmiertnym... W dniach 11-23 września 2011 roku w Jerozolimie uczestniczyłem w seminarium dla polskich nauczycieli. Poświęcone było nauczaniu o Holokauście. Organizował je Instytut Yad Vashem i Ośrodek Rozwoju Edukacji z Warszawy. Pisałem o nim w „Notatkach izraelskich” („Prowincja” nr 6/2011). Poznaliśmy wtedy naszych mentorów — Orit Margaliot i Alexa Dancyga. Mogę powiedzieć, że się z Alexem polubiliśmy. Może dlatego, że on całe życie był zafascynowany polską literaturą. Kiedy podarowałem mu swe opowiadania „Back in the DDR...” od razu spojrzał na mnie inaczej. Szybko je przeczytał i chyba mu się spodobały, bo później, ilekroć mnie przedstawiał, mówił o mnie z dumą: a nonelist. A kiedy mu powiedziałem, że przyjaźnię się z Pawłem Huellem, to był zachwycony, bo twórczość autora „Weisera Davidka” uwielbiał... Mówił: „Od razu czytałem bardzo dużo i do dzisiaj to jest ulubione moje zajęcie. Znaczy bez przesady, są jeszcze inne fajne rzeczy, ale naprawdę czytanie po polsku do dzisiaj jest największą frajdą. Siedzę na bieżąco literaturę polską, tę nowoczesną też. Nie zawsze wszystko rozumiem, co Masłowska tam napisze, ale ma w sobie coś. Lubię bardzo Huelle — opowiadania, i Mercedes-Benz, i Weisera Dawidka. Myślę, że Huelle ma po prostu fantastyczne poczucie humoru, a to jest strasznie ważne w literaturze. I ta atmosfera... . 1 Aby bardziej przybliżyć sylwetkę Axela Dancyga zdecydowałem się wykorzystać jego wypowiedzi z książki ,Alex Dancyg. Historie z Bramy” wydanego w 2014 r. przez lubelski ośrodek „Brama Grodzka — Teatr NN”. To drugi tom z cyklu „Opowieści z Bramy”. Publikacja powstała na podstawie zapisu rozmów zarejestrowanych w ramach Programu Historia Mówiona. Zob.: https://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/doccontent?id=49067. Cytaty z tej publikacji oznaczam kursywą. 90 Andrzej Kasperek Pobyt w Izraelu był dla mnie bardzo ważny. W czasie pożegnalnej kolacji wygłosiłem kilka słów. Dziękowałem Orit i Alexowi. Powiedziałem, że jest jak róża jerychońska — roślina, która przypomina kłębek zardzewiałego kolczastego drutu pędzony przez wiatr po pustyni. Wygląda jak wyschnięty martwy badyl a wystarczy kilka kropli deszczu i rozkwita. Alex też może ukłuć, drażni i irytuje, i jest w tym świetny. Nasz gospodarz uśmiechnął się pod wąsem i zapytał: „Czy ty sugerujesz, że mam trypra?”. Zgłupiałem kompletnie. Moje Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu 91 odwołanie do róży Jerycha, czyli rośliny z rodziny zmartwychwstanek, miało podkreślić, jak bardzo doceniam umiejętność Izraelczyków do przetrwania w najtrudniejszych warunkach. Okazało się jednak, że w wojsku izraelskim żołnierze tak nazywali pewną chorobę weneryczną. On uwielbiał takie twisty. Kiedy w czasie spotkania (sześć lat później) mówiliśmy o twórczości Amosa Oza, oczywiście nie omieszkał mi opowiedzieć, jak to w „Opowieści o miłości i mroku” pewne słowo hebrajskie znaczyło dla nowoprzybyłych do Palestyny zupełnie coś innego niż dla mieszkających tu dłużej Żydów. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że chodziło o bardzo popularną czynność życiową... Biblijny język różnił się coraz bardziej od współczesnego hebrajskiego. Bardzo chichotał opowiadając o tym. Kiedy się śmiał, to miał błyszczące, śmiejące się oczy. Wyjechał z Polski jako kilkuletni chłopak w 1957 roku. Nikt go nie spytał, czy chce jechać do Izraela, nikt mu wcześniej nie mówił, że jest Żydem. Jego rodzice przeżyli wojnę na Kresach Wschodnich II RP. Jego ojciec Marcin (Mordechaj) w 1944 roku dołączył do polskich oddziałów, które wraz z Armią Czerwoną wkraczały na tereny Polski. Był prawnikiem wykształconym na UW i został stalinowskim sędzią wojskowym. Po wojnie był wysoko postawionym oficerem oraz członkiem partii. Alex wychowywał się w Polsce przez 9 lat bez świadomości swojego żydowskiego pochodzenia. To zresztą była sytuacja typowa dla ocalonych z Holokaustu — rodzice nie chcieli, żeby ich dzieci były Żydami. „Ja przeżyłem szczęśliwe dzieciństwo w Polsce. Ja byłem Polakiem całkowitym. Co to znaczy Żyd, nie miałem zielonego pojęcia. Ja nawet pamiętam, jak pokłóciłem się z jakimś chłopakiem i biegałem za nim po podwórku i krzyczałem: Ty parchaty Żydzie!, bo słyszałem, że tak się przeklina. I mój ojciec wziął mnie na bok i powiedział, żebym akurat tego przekleństwa nie używał. Pierwsze lata w Izraelu były bardzo ciężkie. Rodzice chyba nie do końca byli przekonani o słuszności swej decyzji o Aliji. Tak Żydzi określają „powrót do ojczyzny swoich ojców”. Siostra przeżywała rozłączenie jej z ukochanym. A mały Alex trafił do krewnego, który był w kibucu. Tam miał się nauczyć hebrajskiego, ale naprawdę Izraelczykiem został dzięki Haszomer Hacair, czyli rodzajowi żydowskiego harcerstwa. Zawsze mówił o swoich kolegach, których tam poznał, tylko najlepiej, a był bardzo krytyczny. Opowiadał, że w czasie wycieczek po Izraelu, w których uczestniczył wraz z członkami swej organizacji, zrodziły się w nim bardzo silne więzi: „ To miało straszną siłę, siłę kolektywu. Jak się siedzi w klasie w ławce, to nic się nie zdarza, prawda! Wtedy czułem, że staję się w pełni Izraelczykiem, nawet jeśli cały czas miałem polskie myśli”. Później często mówił o sobie, że jest w 100 procentach Polakiem i 100 procentach Izraelczykiem. Ktoś powiedział, że to z matematycznego punktu widzenia niemożliwe. Co z tego? Tak jak rodzic może kochać wiele swych dzieci, tak samo on mógł obdzielać swą miłością oba te kraje. Wspominał, że jako chłopiec był na meczu piłki nożnej Polska-Izrael; „Siedzę na tym dużym stadionie, nagle Izrael wbija gola! 1:0 dla Izraela. I cały stadion wstaje! A ja niby się podnoszę, ale nie bardzo. Na końcu wyszło 1:1. Byłem bardzo zadowołony. Dla mnie najlepszą rzeczą byt remis”. Służył w wojsku jako spadochroniarz. W czasie wojny Jom Kippur (w październiku 1973 roku wojska Egiptu i Syrii zaatakowały Izrael w dniu żydowskiego święta) pod ostrzałem słuchał tranzystorowego radyjka i krzyczał „hura!”, kiedy dowiedział się, że Polacy zremisowali z Anglikami w meczu na Wembley. A jego koledzy 92 Andrzej Kasperek Alex w klasie myśleli, że usłyszał komunikat o końcu wojny. Sport, a futbol przede wszystkim, był dla niego zawsze bardzo ważny. Po ukończeniu liceum pojechał do kibucu Nir Oz, czyli Bohaterska skiba, na pustyni Negew, koło Strefy Gazy. Pracował tam jako spec od nawadniania, co w tym klimacie jest ogromnie istotne. To dzięki deszczowniom Izraelczycy zamienili piachy i pustynie swego kraju w żyzny ogród. Był dumny ze swojej i kolegów roboty: „Mój kibuc ma tysiąc pięćset hektarów, to dużo. To jest duża, nowoczesna farma. Produkujemy tysiące ton ziemniaków, rzodkiewek, marchewki, orzeszków ziemnych, zboża. Oprócz tego mamy bardzo dużo trzody, cieląt. Powiększamy teraz hodowlę kurcząt. Mamy też nowy sad, ogromny sad granatów”. Kibuc to spółdzielcze gospodarstwo rolne, w którym ziemia i środki produkcji są własnością wspólną. Ale nie należy ich mylić z kołchozami, bo przynależność do wspólnoty jest dobrowolna a jego mieszkańcy, choć nie mają własnego majątku, to posiadają równe prawa i obowiązki; decyzje dotyczące strategii gospodarczej i podziału dochodów podejmuje walne zebranie. Kibuce odegrały ogromną rolę przy tworzeniu państwa Izrael i nadal są znaczącą częścią gospodarki narodowej. Opowiadał: „W kibucu, który jest w jakimś wymiarze wspólnotą, łączy nas poczucie misji, pomocy. To daje wielką siłę. To nie są stosunki pracy czy współnoty jak w banku. Jaką można stworzyć współnotę urzędników w banku, który w ogóle nie jest ich? I cała sprawa jest w tym, jak się z tym czujesz. Jeżeli w czyimś życiu najważniejsza jestforsa, nie może być w kibucu. Jeżeli najważniejsza jest kariera albo pogląd, że życie to arena, gdzie panuje wolna amerykanka — też nie. Kiedyś w kibucu wszyscy o wszystkim decydowali wspólnie. To było ideałistyczne, ale tak było. [...] Kolektyw to jest dla mnie słowo klucz. Nie, Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu 93 Alex z synami nie lubię ludzi, wolę być sam. Siedzieć, pić kawę i czytać książki. Ale robienie czegoś samemu nie jest ciekawe. [...] Potrzebuję pracować z ludźmi”. Nazwa „Bohaterska skiba” może wydawać się pretensjonalna, ale pamiętajmy, że często rakiety wystrzeliwane przez Harnaś spadały na pola osadników. Alex, jadąc traktorem na pola, zakładał na plecy karabin. A w domach kibucników były schrony... Taka jest izraelska rzeczywistość: „Jak jest wojna, musimy walczyć. Ja wiem, bytem na pięciu czy sześciu wojnach. Na wojnie Jom Kippur zrozumiałem, że albo będę szybko strzelał i biegał, albo mnie zabiją. Po prostu, [...j Jestem nauczycielem w szkole i nagle rano mam włożyć mundur i skakać z jakiegoś samolotu, cholera. To jakieś bzdury. Całe szczęście, już od kilku dobrych lat nie chodzę do wojska. Ale idą moje dzieci. Tak że to, czy u nas jest pokój, czy nie — to naprawdę istotna sprawa”. Po kilku latach pracy jako rolnik poczuł, że jednak to za mało, że chciałby się kształcić. Przez kilka lat godził pracę w kibucu ze studiami historycznymi. Jako temat magisterium wybrał polskie harcerstwo na Haszomer Hacair. Nikt przed nim o tym nie pisał. Według niego „w izraelskich książkach historia tej organizacji została wypaczona. Oni po prostu tego nie rozumieją, a to jest organizacja matka wszystkich innych żydowskich młodzieżowych organizacji”. Nie bardzo doceniono jego naukowe ustalenia. Po skończeniu uniwersytetu kibuc uznał, że powinien pracować jako nauczyciel w miejscowej szkole. W 1990 roku zaproponowano mu prowadzenie kursów dla przewodników opiekujących się wyjeżdżającymi do Polski grupami młodzieży izraelskiej. Dwie instytucje — Yad Vashem i ministerstwo edukacji postanowiły otworzyć specyficzny kurs dla przewodników jeżdżących do Polski. Zapadła decyzja, że będą wykwalifikowani przewodnicy, którzy nauczą się, 94 Andrzej Kasperek jak mówić o trudnych sprawach. To bardzo ważne, żeby Polska nie kojarzyła się młodym Żydom tylko z wielkim cmentarzem. Alex i jego współpracowniczka Orit pracowali nad zmianą utrwalonych stereotypów u Polaków, ale przede wszystkim tych zakorzenionych wśród Izraelczyków. Dancyg był uczulony nie tylko na antysemityzm, ale także na antypo-lonizm, częsty wśród Żydów. Mówił: „Ja mam się borykać z antypolonizmem, a wy z antysemityzmem. Część polskich Żydów w Izraelu i na świecie jest antypolska, a część ma żal. Według mnie to nie jest to samo, bo można mieć usprawiedliwione żale. A antypolonizm to uogólnienie. Wrzucenie wszystkich Polaków do jednego worka jako takich i owakich. Antypolonizm jest jak odbicie antysemityzmu, to generalizacja, uogólnienie. I wtedy oczywiście jest dużo ignorancji, fałszu i tak dalej. A żal o to, co się stało przez ostatnie sto lat... mamy prawo do takiego żalu”. Alex bardzo zaangażował się kursy przewodnickie, w których uczono nie tylko o Zagładzie, ale także o tysiącu lat współistnienia Żydów i Polaków nad Wisłą. Przez kilkadziesiąt lat wyszkolił kilkuset przewodników. Zajmuje się też organizacją przyjazdów polskich nauczycieli na wizyty studyjne do Yad Vashem. Robi wielką rzecz, po prostu nie do przecenienia. To w znacznym stopniu dzięki niemu i Orit kilkanaście tysięcy młodych Żydów, którzy od lat przyjeżdżają do Polski, wynosi inny jej obraz — widzą coś więcej niż getta i obozy koncentracyjne. Pisarz Amos Oz powiedział w wywiadzie: „Polska wywołuje mieszane uczucia u Żydów izraelskich. I nadal będzie wywoływać takie uczucia. Myślę, że jeszcze przez wiele lat to się nie zmieni. Żydzi i Polacy żyli w małżeństwie przez setki lat. To było długie, ale nieszczęśliwe małżeństwo. Czasem było ono pełne przemocy. I to polsko-żydowskie małżeństwo zakończyło się tragicznie. Zakończyło się ogromną zbrodnią Niemców przeciwko Żydom i Polakom. Obowiązkiem naszym i kolejnych generacji jest współpraca, próba wzajemnego • • ”2 poznania się . Przez dziesięciolecia jego praca dzieliła się na kibuc, gdzie był robotnikiem rolnym, i resztę, czyli uczenie przewodników oprowadzających Żydów po Polsce, edukowanie nauczycieli, księży i samorządowców w jerozolimskiej szkole. Mówił: „A raz na jakiś czas mam w notesie polskie seminarium i bye, bye. Jadę do Yad Vashem, przemawiam, gadam, prowadzę prelekcje. Napełniam się tą intelektualną niby robotą i znowu wracam na pole. I ta kombinacja jest po prostu genialna. Życzę wszystkim takiej kombinacji. Ile będę miał siły, będę właśnie tak pracował. Ciężko, ale wiecie, co jest najważniejsze w życiu? Żeby było ciekawe, urozmaicone, nie? Praca jest ciężka, naprawdę. Ja nie lubię pracy, jestem leniem, ale pracuję ciężko. I mam satysfakcję, bo to duża satysfakcja, jak udoje ci się nawadniać tysiące hektarów i wszystko dobrze rośnie. Bo u nas bez wody nic nie urośnie. A ja daję wodę. Jestem najbardziej wolnym człowiekiem na świecie. Robię, co mi się chce. Tylko że robię rzeczy, z których inni są zadowoleni. To ja decyduję, co robię, ale robię, co potrzeba. [...] Ale z drugiej strony robię coś ważnego. W jakiś dziwny sposób znalazłem się w miejscu, w którym powinienem. Chciałem być i w Polsce, i w Izraelu. Głupio mówić, ale chyba w Polsce mam więcej przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać o tym, co łubię. W kibucu część łudzi w ogóle nie wie, co ja robię”. Po seminarium w Jerozolimie widzieliśmy się jeszcze trzy razy. W 2012 roku przyjechał do Polski, żeby wypytać, jak korzystamy z naszego szkolenia w Międzynarodowej 2 Cyt. za: Amos Oz „W Izraelu każdy jest prorokiem” [w:] „Polityka”, 19 października 2010 Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu 95 Szkole Nauczania o Holokauście. Po oficjalnej części poszedł z byłymi kursantami na piwo. Słuchaliśmy go z wielką radością. Był gadułą, świetnie opowiadał dowcipy. Prawdziwy mistrz ciętej riposty i złośliwych komentarzy... Należało to „kupić w pakiecie” - taki był. Nigdy nie rozgryzłem, czy jego polszczyzna, która brzmiała, jakby mówił przedwojenny handlarz z Nalewek, z charakterystycznym słówkiem „nu”, była manierą, czy po prostu tak mówił, bo został oderwany od żywego języka polskiego jako dziecko. W marcu 2017 r. przyjechał z nieodłączną Orit do Nowego Dworu. W moim liceum przeprowadził dyskusję. Chciał się dowiedzieć, co moi uczniowie wiedzą o Holokauście, co myślą o tolerancji. To były trudne rozmowy. Zaprosiłem go do Muralpoświęcony Dancygowi, fot. D. Paczkowski mojego mieszkania, poczęstowałem nalewką agrestową. Bardzo mu przypadła do gustu. Smakował ją powoli i wspominał wujka Lolka, który też robił nalewki i uczył go pić. Ale cały czas przeglądał półki mojej biblioteki i zatrzymał się na bloku książek Stanisława Brzozowskiego. Odczytywał tytuły i spytał mnie: „Wiesz, że jego »Płomienie« były książką pokolenia, ukochaną lekturą młodzieży palestyńskiej. Przede wszystkim tej z mojego Ha-szomer Hacair”. Dla niego związki polsko-żydowskie były ciągle żywe. Podarował mi wtedy płytę z muzyką swoich synów Bena i Matiego. Spytałem, jaki jest tytuł. „Przecież masz napisane: rwy”. I uśmiechał się szelmowsko. Na okładce wszystkie napisy były po hebrajsku. Trochę czasu mi zabrało, zanim przetłumaczyłem, że brzmi on: „Duch drzewa”. Następnego dnia w Muzeum Stutthof odbyła się konferencja „Dobre praktyki w nauczaniu trudnej historii. Spotkanie edukatorów z Polski i Izraela”. Z całego kraju przyjechało wiele osób, które pobierały naukę w Jerozolimie. Zobaczyłem wtedy, ilu ma przyjaciół, a wręcz fanów. Jeden z przybyszy był bardzo przejęty i prosił go o rozmowę na osobności. Później podszedłem do Alexa i spytałem, czemu był on tak podekscytowany? Alex uśmiechnął się smutno i powiedział, że jego znajomy pytał go o radę w sprawach osobistych, 96 Andrzej Kasperek Zdewastowany kibuc, fot. Chaim Goldberg chodziło o rozwód. Bardzo się zdziwiłem i nieco złośliwie stwierdziłem, że chyba pomylił go z rabinem. Rozłożył bezradnie ręce i powiedział tylko: „No widzisz? W kibucu dwa lata byłem sekretarzem. Sekretarz kibucu to jest radny, ksiądz, psycholog i nie wiem, kto jeszcze.. Nasze ostatnie spotkanie było dokładnie dwa lata temu. Poszliśmy do nowodworskiej restauracji na kawę. Dwoje moich uczniów było tam kelnerami. Oczywiście od razu bezceremonialnie zaczął ich wypytywać, jakim jestem nauczycielem. Taki był, czasem wręcz obcesowy. Ze smutkiem opowiadał, że zdrowie mu się posypało, miał poważny zawał serca, wstawiono mu bajpasy, rozwiódł się z żoną... A wyjazdy do miejsc pamięci coraz bardziej go męczą... Przyjechał ze Sztutowa, gdzie spędzał urlop nad Bałtykiem. Popatrzyłem na jego spaloną słońcem i pomarszczoną twarz, zmierzwioną brodę, wymięty T-shirt i powiedziałem: „Toś sobie miejsce na urlop wybrał!”. Uśmiechnął się smutno, ale widziałem, że wcale nie ma już ochoty na ciętą, złośliwą ripostę. „Jestem coraz bardziej zmęczony” - tylko tyle powiedział. Na pożegnanie obiecał mi, że przetłumaczy moje opowiadanie pt. „Spopie-lałe włosy Sulamitki”. Bardzo mnie tym wzruszył. Potem kupiłem jagodzianki i siedzieliśmy na ławce patrząc na wodę leniwej Tugi; pospacerowaliśmy trochę po moim miasteczku a potem odjechał nad morze i to było nasze ostatnie spotkanie. Nawet nie wiem, czy zabrał się za przekład. 7 października 2023 r. dopiero przed snem zajrzałem do wiadomości i dowiedziałem się, co się stało. Pierwszą moją myślą było, czy wtedy był w swoim kibucu, tak często przecież z niego wyjeżdżał. Natychmiast napisałem do niego: „Alex. Dopiero wieczorem Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu 97 dowiedziałem się o ataku Hamasu. Horror. Czy u ciebie wszystko OK? Trzymaj się bracie!”. Nie było odpowiedzi, za to wnet nadeszła informacja, że jest wśród porwanych. Skala i okrucieństwo terrorystów były nieporównywalne do innych ataków — zginęło 1139 Izraelczyków i obcokrajowców. Świat obiegły filmiki nakręcone przez napastników pokazujące zabijanie, znęcanie się nad ofiarami, zakrwawione zwłoki leżące w kurzu... Zrobiono to specjalnie. Chodziło o wykopanie tak głębokiej przepaści między obu narodami, która będzie już nie do zasypania. I to się udało. Potem nastąpił odwet armii izraelskiej i od dziesięciu miesięcy trwa okrutna wojna, w której wszyscy są przegranymi, bo tu nie może być zwycięzców. Laureatka literackiej nagrody Nobla Herta Muller napisała: „Harnaś stawia na permanentną wojnę z Izraelem. Byłaby to najlepsza gwarancja jego dalszego istnienia. Harnaś ma również nadzieję na izolację Izraela na arenie międzynarodowej, za wszelką cenę. Mam wrażenie, że strategią Hamasu i jego zwolenników jest uczynienie wszystkiego, co izraelskie, a zatem wszystkiego, co żydowskie, nie do zniesienia dla świata. Harnaś chce utrzymać antysemityzm jako stały globalny nastrój. Dlatego też chce również reinterpretować Shoah. Prześladowania nazistowskie i ucieczka [Żydów] do Palestyny również mają zostać zakwestionowane. A w ostateczności — prawo Izraela do istnienia”3. Zastanawiam, dlaczego nikt nie ostrzegł przed planowanym atakiem. Dlaczego Mosad nic nie wiedział? Dlaczego pomoc wojska przyszła dopiero po kilku godzinach? Przecież odległość między Beer Szewa (największe miasto na pustyni Negev) i Nir Oz wynosi ledwie 50 km! Może ktoś kiedyś to wyjaśni... Od razu ruszyła akcja na rzecz uwolnienia Alexa Dancyga, który był także polskim obywatelem. Jego przyjaciółka Orit regularnie publikowała wpisy na Facebooku przypominające o uprowadzonym przyjacielu. Jego synowie pukali do wszystkich drzwi, byli nawet u papieża Franciszka i prezydenta Dudy. W marcu 2024 r. przyznano mu Nagrodę Specjalną Orła Jana Karskiego w uznaniu dla niego, symbolu człowieka pokoju, dialogu i przyjaźni. Pojawiło się wiele artykułów w gazetach i na portalach internetowych, audycji w stacjach telewizyjnych i radiowych. Na FB powstała strona „Pomóż sprowadzić Alexa do domu #StandwithAlex”, która regularnie publikowała informacje o stanie działań mających doprowadzić do jego uwolnienia. W Polsce namalowano nawet graffiti jemu poświęcone. Rodzina wciąż starała się o uwolnienie ojca i dziadka. Jedna ze zwolnionych zakładniczek opowiedziała, że Alex żyje, ale został pobity. Podobno więziony w labiryntach podziemnych korytarzy pod Gazą organizował wykłady dla porwanych. Taki był. Ponoć nadzieja umiera ostania i wszyscy do końca wierzyli, że może starszych zakładników Harnaś jednak zwolni. Ale nic takiego nie nastąpiło. Mati Dancyg napisał w liście: „Walczyłeś zaciekle w wojnach izraelskich. Całe swoje dorosłe życie, ponad 50 lat, mieszkałeś na osiedlu przygranicznym. Państwo chciało, żebyś o nie walczył — i walczyłeś. Państwo chciało, żebyś zamieszkał na granicy i mimo niebezpieczeństwa tam pozostałeś. Przez całe życie nauczałeś tysiące uczniów, wykazując się wielkim talentem i wyjątkową mądrością. Wszystko to dałeś państwu, a ono cię porzuciło. Obowiązkiem państwa, pierwszym i najważniejszym, jest sprowadzenie cię do domu. Tęsknię za tobą. Brakuje mi naszych fascynujących rozmów. 3 Zob.: „An OPEN LETTER from Herta Muller", cyt. za: https://truthofthemiddleeast.com/herta-muller. 98 Andrzej Kasperek Brakuje mi Twojego pełnego miłości spojrzenia, kiedy odwiedzam Cię z dziewczynkami. Drogi i kochany Ojcze, wróć do domu!”4. 22. lipca br. Izraelskie Siły Zbrojne poinformowały o śmierci porwanego zakładnika Alexa Dancyga. Jego pogrzeb odbył się w niedzielę 25. sierpnia w kibucu Nir Oz, w którym spędził prawie całe życie i gdzie mieszkały do niedawna jego dzieci i wnuki. Kilkoro z nich cudem uniknęło śmierci w czasie ataku 7. października. Kibuc jest zrujnowany i nie wiadomo, czy wróci do niego życie. Rodziny porwanych i wielu Izraelczyków ma żal do rządu, że nie zrobił wystarczająco dużo, żeby uwolnić zakładników. Izrael powstał jako państwo, które miało być schronieniem dla ocalonych z Shoah. Miało być gwarancją, że Zagłada już nigdy się nie powtórzy. Dzieci ocalonych wierzyły, że można zbudować inny świat. Bardziej sprawiedliwy. Alex opowiadał, jak kibucnicy z „Bohaterskiej skiby” pomagali palestyńskim sąsiadom, załatwiali im leki, wozili do lekarza... Może naiwnie łudzili się, że współistnienie jest możliwe. Dziś to wszystko legło w gruzach. Zostały ruiny, trupy i zgliszcza. Opowiadał: „Ale jedna rzecz jest ważna — wszyscy Żydzi, którzy przeżyli, mają traumę strachu. To jest jedno z takich przeżyć, których się nigdy nie zapomina. Przez cały czas żyjesz w wielkim napięciu i strachu. Każdy błąd to sprawa śmierci i życia”. Niestety, te słowa nie odnoszą się tylko do historii i dziś są znów aktualne. We współczesnym Izraelu było i jest bardzo podobnie: „jesteśmy właściwie jakąś jednostką bojową, bo siedzimy dwa kilometry od granicy, jak jestem w Polsce, to też dostaję esemesa, którego do wszystkich ludzi wysyła ktoś, kto się zajmuje wojskiem. I czytam: „ Wszyscy mają zostać blisko schronu, bo chyba będzie bombardowanie od strony Strejy Gazy”. Wiedział, że kiedy usłyszy Cewa Adom, czyli kod alertu, ma siedem sekund, żeby wejść do opancerzonego pokoju. Jego była żona i wnuczka dzięki temu ocalały. Dlaczego nie zszedł do schronu? Może po prostu nie zdążył? Patrzę na stare zdjęcie mojego kolegi, na którym gra w piłkarzyki ze swymi małymi synkami. Kiedy je zrobiono? Może 30, może 40 lat temu. Słoneczne popołudnie, chwila przerwy po pracy na polu, radość z bycia z rodziną. A na innym widzę kompletnie zdewastowane domy w kibucu: wypalone i osmolone ściany, wybite okna, poskręcane metalowe pręty. I nie mogę przestać myśleć, że Alex, który tyle zrobił dla pojednania polsko-izraelskiego, który przestudiował tyle książek i dokumentów poświęconych Holokaustowi, tyle naczytał się o męczeństwie ukrywających się Żydów, umierał tak, jak jego współbracia w czasie II wojny światowej, w jakimś cuchnącym ciemnym tunelu, pozbawiony leków, bez bliskich, pewnie brudny i głodny. Nikt nie zasługuje na taką śmierć! Zbigniew Herbert w wierszu „Przesłanie Pana Cogito” napisał: „powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku”. Tak, jakby poeta o Nim pisał. Nie mogę się pogodzić ze śmiercią Aleksa. Mądrego i dobrego człowieka. Odszedł mensch. Będzie Go bardzo brakowało! 4 Mati Dancyg „List syna porwanego przez Hamas Alexa Dancyga: Ojcze, wróć do domu” [w:] „Polityka”, 17 października 2023. Mensch. Wspomnienie o Alexie Dancygu 99 Na żydowskich nagrobkach można przeczytać słowa z 1 Księgi Samuela 25, 29: „Niech będzie dusza jego związana w węzełku życia”. Wyrażają one życzenie życia wiecznego dla pochowanego. I choć mój zmarły kolega nie był wierzący, to mam nadzieję, że gdzieś tam znajdzie po śmierci ukojenie. Orit Margaliot na pogrzebie powiedziała: „Jak pożegnać się z kimś, kto zaczynał jako mój nauczyciel, stał się kolegą a potem przede wszystkim bratnią duszą? Nie wiem. Więc nie mogąc się tak naprawdę pożegnać, powiem tylko - nie byłabym sobą, gdyby nie to, ile się od ciebie nauczyłam, bez wspólnej pracy przez lata, a przede wszystkim bez naszej przyjaźni. Tęsknię za tobą i będę za tobą tęsknić, i będę nadal z tobą rozmawiać i zgadywać, co odpowiesz... ”. Orit zakończyła swoje pożegnanie wierszem Zbigniewa Herberta pt. „Pan Cogito szuka rady”. Chciałbym zacytować tylko fragment: Tyle książek słowników opasłe encyklopedie ale nie ma kto poradzić [...] zgubiono mnie moja dusza odmawia pociechy wiedzy wędruje tedy nocą po drogach ojców [...] — szukam cię rab i — za którym firmamentem ukryłeś mądre ucho - boli mnie serce rabi — mam kłopoty może by mi poradził rabi Nachman ale jak mam go znaleźć wśród tylu popiołów”5. 5 Cytaty z wierszy Zbigniewa Herberta za: tegoż, „Pan Cogito”, Warszawa 1974. 100 Yael Barzilai Yael Barzilai KAMIENIE PAMIĘCI DLA NANNY KROMBACH Nanny Krombach (z domu Hirschberg) była żoną Juliusa Krombacha. Pobrali się w 1895 roku w Kwidzynie. Mieszkali jednak w Sztumie, gdzie Julius zajmował się handlem węglem i materiałami budowlanymi. Cieszył się poważaniem mieszkańców, gdyż przez wiele lat wybierano go do Rady Miejskiej. Angażował się także w działalność miejscowej gminy żydowskiej. W Sztumie przyszło na świat ich troje dzieci - Hedwig (1896), Kathe (1899) i Hans (1906). Kdthe była żoną Waltera Bachracha, a Hedwig wyszła za mąż za Abrahama Ginsburg. Hedwig urodziła córkę Ruth (1922) i syna Heinza (1926). W1926zmarłjej mąż, a w 1931 roku zmarła Hedwig i dzieci zostały sierotami. Wówczas to Nanny i Julius Krombach adoptowali swoje wnuki i przenieśli się ze Sztumu do Kwidzyna. Po śmierci męża w 1935 roku, Nanny z wnukami przeprowadziła się do Berlina. Jej córka Kathe pracowała jako lekarka w sierocińcu w centrum Berlina. W roku 1933 najpierw Kathe, a potem jej brat Hans, wyjechali do Palestyny. Nanny odwiedziła ich w Palestynie, jednak mimo ostrzeżeń i nalegań swych dzieci wróciła do Niemiec, by dalej opiekować się swymi wnukami Ruth i Heinzem. Ruth i Heinz opuścili Niemcy Julius i Nanny Krombach przed swoim domem w Sztumie, fot. archiwum rodzinne Kamienie pamięci dla Nanny Krombach 101 Pamiętnik Hedwig Ginsburg, córki Nanny Krombach, fot. archiwum rodzinne hierwohnte NANNY KROMBACH GEB.HIRSCHBERG JO. 1887 JOEPORTIERT 19.8.1942 * THERESIENSTAOT 1942 TREBLINKA Kamień pamięci dla Nanny Krombach w Berlinie, fot. internet w marcu 1939 roku z transportem młodzieży Ałija do Palestyny. Nanny planowała wyjazd, ałe nie zdążyła. Jej ostatni znak życia dotarł w czerwcu 1942 roku do jej syna Hansa w Palestynie. 19 sierpnia 1942 została deportowana do obozu koncentracyjnego Theresienstadt (Terezin). 26 września 1942 została zamordowana w obozie zagłady w Treblince. Poniższy tekst napisała Yael Barzilai, prawnuczka Nanny Krombach, która kilka lat temu odwiedziła Sztum, szukając śladów swojej rodziny. Nanny, razem z innymi zamordowanymi Żydami, upamiętniono w Berlinie „kamieniem pamięci' i mam nadzieję, że nadszedł czas, by również w Sztumie ta pamięć przetrwała. Leszek Sarnowski W listach, które przez lata leżały na dnie szuflady, można znaleźć wiele informacji. Czytając między wierszami ocenzurowane listy i krótkie telegramy, dowiadujemy się, jak żyło się w wielkim mieście, poznajemy piękne chwile, nadzieje i plany, starania, upadki, błędne decyzje i rozpacz. Kilka miesięcy temu otrzymałam wiadomość mailową z Berlina. Nie rozpoznałam nadawcy. Była to kobieta, która poinformowała mnie, że ona i jej sąsiedzi, w ramach projektu „Stolpersteine” (kamienie pamięci, dosłownie: kamienie, o które się potykamy), podjęli inicjatywę zainstalowania tego rodzaju pomnika w swojej okolicy, w berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf, ku pamięci Żydów, którzy mieszkali w sąsiedztwie podczas II wojny światowej aż do momentu, w którym zmuszono ich do wsiadania do pociągów „bez powrotu”. Stolperstein to mosiężna płytka wielkości cegły, na której wypisane jest imię i nazwisko danej osoby, data urodzenia, data transportu i miejsce, do którego był skierowany. Płyta ta jest wmurowana w chodnik przed miejscem ostatniego zamieszkania tej osoby (nie licząc przebywania w obozie koncentracyjnym). Projekt „kamieni pamięci, o które można się potknąć” obejmuje całe Niemcy i dzięki niemu pojawiły się tysiące małych pomników w miejscach, przez które codziennie się przechodzi (w opozycji do tradycyjnych, monumentalnych pomników). 102 Yael Barzilai Na początku sporządzono listę 82 deportowanych i zamordowanych osób, które żyły w sąsiedztwie, i rozpoczęto poszukiwania wszelkich informacji na temat życia tych ludzi. Poszukiwano również ich krewnych. Kobieta z Berlina (która odnalazł mnie za pośrednictwem jednej ze stron internetowych poświęconej genealogii) zwróciła się z pytaniem, czy rzeczywiście jestem krewną Nanny Krombach i oznajmiła, że chętnie podzieli się ze mną zdobytymi do tej pory informacjami o Nanny; zapytała również, czy mam jakieś własne informacje, może zdjęcia. Nanny iJuliusKrombach, Nie wiedziała, że to będzie jej szczęśliwy dzień. Do tych po- fot. archiwum rodzinne szukiwań zwerbowałam „wspólnika”, własnego ojca, i utworzy- liśmy „biuro dochodzeniowe w sprawie Nanny Krombach”. Dla nas badanie czyjegoś życia jest bardziej interesujące niż upamiętnianie śmierci. Mój tata zaczął wyciągać albumy, listy i dokumenty, o których istnieniu sam nawet nie wiedział. Piętrzące się materiały przytłoczyły go do tego stopnia, że nie wiedział, od czego zacząć ich opracowywanie. Wezwano mnie, aby go uspokoić i pomóc w zainicjowaniu całego procesu. Mamy szczęście, że po dziesięcioleciach wojen i przymusowej emigracji posiadamy tak wiele dokumentów. Ich wielość przytłoczyła mojego ojca. Codziennie przesyłał nowy szczegół, kolejne tłumaczenie, dodatkowe „fantastyczne zdjęcie” (musiałam tu użyć słowa „fantastyczny”, bo mój tata szczególnie je lubi). Co do mnie, zagłębiam się w internetowe bazy danych, a następnie analizuję moje odkrycia razem z tatą. Ośmielam się nawet spierać się z nim, co do historycznych założeń, co oczywiście go denerwuje, bo w końcu jest historykiem. Karin, kobieta z Berlina, ma dostęp do archiwów rządowych i przesyłała nam szczegóły, o których nie mieliśmy pojęcia. W zamian ja wysyłam jej zdjęcia i fragmenty informacji, na co ona odpowiada: „Wspaniale, czuję się już tak, jakbym znała Nanny!”. Zaproponowała pomoc w tłumaczeniu dziesiątek listów. Mój tata jednak nie zamierza niczego odpuścić. Z jednej strony stresuje go niesamowita ilość dokumentów, z drugiej twierdzi, że poradzi sobie z tym sam, że sam zrobi wszystko, co tylko będzie mógł. Nanny i Julius Krombach, fot. archiwum rodzinne Nie pierwszy raz przeglądam pudła z rodzinnymi listami i fotografiami. Bardzo dobrze znam już piękną pruską miejscowość (Sztum - przyp. tłum.) i szczęśliwe tam lata Nanny. Znam miasteczko położone między dwoma jeziorami, duży dom, konie i powóz. Mogę wyobrazić sobie książki w wielkiej bibliotece i muzykę graną przez Nanny. Być może lepiej byłoby umieścić Stolperstein w tym właśnie miejscu, a nie w Berlinie, dokąd wyemigrowała, gdy sytuacja zaczęła się pogarszać. Mieliśmy mniej informacji o czasie spędzonym przez nią w Berlinie, po śmierci jej męża Juliusa. Po tym, jak zmarła jej najstarsza córka, pozostawiając po sobie dwie sieroty. Po tym, jak zdała sobie sprawę, że nie jest tak bardzo Niemką, jak jej się to wcześniej wydawało. Kamienie pamięci dla Nanny Krombach 103 W listach, które przez lata leżały na dnie szuflady, można znaleźć wiele informacji. Czytając między wierszami ocenzurowane listy i krótkie telegramy, dowiadujemy się, jak żyło się w wielkim mieście, poznajemy piękne chwile, nadzieje i plany, starania, upadki, błędne decyzje i rozpacz. Odkryliśmy, że po tym, jak wnuk Nanny (mój ojciec) urodził się w Palestynie z i . t 1 \ lulius Krombach ze swymi dziećmi, fot. archiwum rodzinne (przed powstaniem Izraela), Nanny odwiedziła Palestynę dwa razy (prawdopodobnie w 1937 i 1938 roku). Jej córka, Kathe (moja babcia), błagała ją, aby nie wracała do Niemiec. Miała jednak dwójkę wnucząt, sierot (dzieci jej córki He-dwig — przyp.tłum.), ciągle przebywających w Niemczech, i nie było nikogo, kto mógłby się nimi zaopiekować. Musiała wracać do Berlina rządzonego przez nazistów. Mój tata i ja, przyglądając się bliżej szczegółom, przeanalizowaliśmy uważnie każdy strzępek informacji. Oto, na przykład, jest list, który dotarł cztery tygodnie po tym, jak sieroty wypłynęły do Palestyny, w maju 1939 roku: „Trudno uwierzyć, że pojutrze miną cztery tygodnie od twojego wyjazdu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że tak szybko dałaś znać. Babcia (Nanny) z radością zagłębia się w Twój list, więc proszę, abyś pisała do niej tak często, jak tylko możesz. Mam nadzieję, że transport mebli jednak się uda. Musiałem odbyć nieprzyjemną rozmowę w tej sprawie z jednym z celników. Walczyłem z nim jak lew, ale na razie bezskutecznie... Zobaczymy, czy Twój opiekun, dr Felis, zdoła zorganizować transport. Jeśli nie, babcia Nanny będzie musiała spróbować zabrać część Twoich rzeczy (do Palestyny). Kupiliśmy Ci nową maszynę do szycia, ale musimy postarać się o pozwolenie, aby sfinalizować sprawę. Trzymajcie kciuki, aby przynajmniej to się powiodło.” Można powiedzieć: „Ot, taki zwykły list”. Ale czyż nie widać tego wszystkiego, co dzieje się między wierszami? Pół roku po Nocy Kryształowej (Kristallnacht), parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej, Georg (autor listu) i Nanny biegają tam i z powrotem między nazistowskimi urzędnikami, Juliws Kroimh^ielhi