Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2020 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos kwest Conrada tomnŁego PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 4 (42) 2020 Redakcja Leszek Sarnowski — redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Str. III okładki - zdjęcia rodzinne Dominika Żyłowskiego z czasów pandemii, str IV zdjęcia Dominika Żyłowskiego - Stan zapalny. Właściwie wszystko kręci się teraz wokół medycyny i polityki. Zdjęcie powstało w reakcji na pomysł przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych. Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Czterdziesta druga „Prowincja”................................................5 Poezja Janusz Ryszkowski..........................................................6 Andrzej Wojciechowski......................................................8 Adam Bolesław Wierzbicki..................................................11 Proza Paweł Huelle - Tarda......................................................13 Andrzej Kasperek - Pawle, mówię ci: wstań!................................15 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................21 Piotr Napiwodzki - Mennonici i ich kłopotliwe dziedzictwo.................29 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Bursztyn, złoto Bałtyku...............................34 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (2)..........................44 Piotr Podlewski - Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8)........52 Wiesław Olszewski - Śmiertelne stracie wywiadów pod Opaleniem.............64 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Fotel Sienkiewicza....................................72 Wspomnienia Barbara Kozdroń - Anny Kopisto długa droga do domu (2).......................81 Franciszek Baumgart - Na myśliwskim szlaku..................................105 Andrzej Lubiński - Janusz Namenanik (1952-2020).............................116 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów (13)...........................118 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (10)...................................130 Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoteusza (3)...............................138 Galeria Prowincji Dominik Żyłowski - Maskarada................................................147 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana w czasie zarazy (3)......................150 Magiczna prowincja Dorota i Jarosław Kowalscy - Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach czyli historia trasy kolejowej Gołdap-Żytkiejmy.......................166 Recenzje Janusz Ryszkowski - Pozy prozy..............................................178 Andrzej Lubiński - Jak polscy dyplomaci pomagali w ratowaniu Żydów..........181 Krystian Zdziennicki - Publikacje kwidzyńskie i prabuckie...................183 Noty o autorach............................................................197 CZTERDZIESTA DRUGA „PROWINCJA” Tort na naszej okładce, autorstwa Mariusza Stawarskiego, nie jest oczywiście przypadkowy, bo nadal świętujemy dziesięciolecie istnienia naszego kwartalnika i zapraszamy Czytelników do współ-świętowania. Dziś możemy to robić czytając kwartalnik, a celebrację odłożymy na lepsze czasy. W dziale poetyckim nieco redakcyjnej autopromocji. Właśnie bowiem w grudniu tego roku mija 45 lat od poetyckiego debiutu Janusza Ryszkowskiego. Zadebiutował wówczas w ogólnopolskim Miesięczniku Literackim Młodych „Nowy Wyraz”, a wydarzeniu temu patronował znany już wówczas poeta pochodzący z Kwidzyna, Krzysztof Karasek. Ponadto swoje wiersze prezentują Andrzej Wojciechowski z Olsztyna i Adam Wierzbicki z Dłużka w województwie lubuskim. Andrzej C. Leszczyński tym razem o ciszy, milczeniu, ale i o hałasie. Wszystko to dziś ważne i na czasie. A Piotr Napiwodzki wraca do źródeł naszych redakcyjnych fascynacji mennonickim dziedzictwem, czyli do twórcy tego religijnego odłamu Menno Simonsa. W części prozatorskiej wyjątkowy gość, Paweł Huelle, z krótkim opowiadaniem „Tarda”. Jego obecność wynika przede wszystkim z faktu, że właśnie po dłuższej przerwie opublikował nowy tom opowiadań pod tytułem „Talita”. Pisze o tym szerzej w bardzo osobistej recenzji Andrzej Kasperek. Piotr Podlewski od dłuższego czasu z drobnych informacji zebranych w archiwach, starych gazetach, a przede wszystkim w terenie, zaglądając w miejsca, których inni nie dostrzegają, zbiera kawałki lokalnej historii i układa w interesującą całość. W przyszłym roku będzie z tych opowieści kolejny, ciekawy tom Biblioteki Prowincji. Grażyna Nawrołska archeologicznie o bursztynie, Ryszard Rząd przybliża okołomalborskie historyjki, a Wiesław Olszewski przypomina wydarzenie sprzed 90 lat znad granicy polsko-niemieckiej w Opaleniu, o którym przed laty pisał także Melchior Wańkowicz. Bogata część wspomnieniowa: dalszy ciąg dramatycznych przeżyć Anny Kopisto, myśliwskie wspominki Franciszka Baumgarta, odnalezione przez Zbigniewa Zwolenkiewicza i dobre słowo Andrzeja Lubińskiego o zmarłym niedawno Januszu Namenaniku współpracującym przez wiele lat z „Prowincją”, fizyku z wykształcenia, a historyku z pasji. W Galerii Prowincji tym razem Dominik Żyłowski, fotografik z Elbląga, ze swoimi pandemicz-nymi refleksjami. Jedno z jego zdjęć trafiło na światową wystawę: ttICPConcerned Global Images for Global Crisis w Nowym Jorku. W końcu z różnych stron Polski i świata, jak zwykle w formie -Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski i Radek Wiśniewski. Czasy pandemii nie są najlepsze dla artystów. Życie twórcze przeniosło się do internetu, ale nasz redakcyjny meloman, Wacław Bielecki, bez przerwy znajduje kolejne dowody na istnienie życia artystycznego. W „Magicznej prowincji” Dorota i Jarosław Kowalscy, debiutujący w „Prowincji”, autorzy ciekawego błoga „Szalone walizki”, przenoszą nas w świat mazurskich ostępów, gdzie kiedyś słychać było sapanie ciężkich lokomotyw, po których jedynym śladem obecności są zarośnięte torowiska i unikatowe wiadukty przywodzące na myśl rzymskie akwedukty. Życząc miłej lektury, apelujemy o dystans, dezynfekcję i noszenie maseczek. Zachowajmy zdrowie, by za czas jakiś móc się w komplecie spotkać. Redakcja „Prowincji" Poezja Janusz Ryszkowski PANIE MÓJ Przecież byłem na każde skinienie Przestrzegałem postów i nakazów Żarliwie Cię wychwalałem I nie nosiłem wysoko głowy Przecież byłem... MIAŁEM INNYCH BOGÓW Dziś Paweł pięknie przemawiał w naszej synagodze ale przecież to nie wystarczy na długo kąkol zwątpienia zakwitnie pojutrze jeden cud nie wystarczy potrzebne morze rozstępujące się na każde żądanie WSPOMNIENIE 1992 To „Ryszkowski, baczność” Biegło dusznym korytarzem I chwyciło mnie za gardło W sali telewizyjnej (akurat nadawano reportaż z nalotów na Bagdad) Tyle lat, tyle lat minęło W oczekiwaniu na „Spocznij, Ryszkowski” Poezja 7 XXX Poeci nie muszą być koniecznie biedni (taka Elizabeth Bishop) albo mocno zaburzeni (Hólderlin) Jednak wszyscy przed snem powinni składać ubranie w kostkę i rzucać nią tak długo aż wypadnie szóstka siedem razy pod rząd XXX piętnastego dnia kwarantanny otworzyłem balkon i wypuściłem gołębia przysiadł na barierce i znieruchomiał wtedy dopiero zrozumiałem SEN Z 27 GRUDNIA Dostrzegłem dziwny dowód na jego istnienie: Wisiał przybity Wśród dwóch innych Karteczek Z pilnymi sprawami do załatwienia Na korkowej tablicy wiejskiej plebanii 8 Poezja Andrzej Wojciechowski MODLITWA V Nie prowadź mnie tam gdzie się umiera pozwól lśnić w zmierzchu nie pamiętać słów zaczekać aż przyjdą w tajemnicy przeczytaj wyrok na gwiazdę lęku niech spadnie z twarzy uwolni żal zakopany w gardle na samotność starą otuloną szczelnie bezdomną ziemią wielu wysp nie prowadź a pozwól na wers niewierzący że słyszysz * * * Ja ojczyzna nie wygojona zrobiona ze starych butów puchnę pamięcią z kamieni za pomniki na ulicach i placach zasikanych nie dam swojego życia nie skończę kałużą krwi za szarfę przy wieńcu ubrany w historię łażę boją się mnie spotkać na ulicach w Europie biało czerwonego chłopaka Poezja 9 przerażonego nostalgią Jonkowo, lipiec 2020 r. ★ * Zegar mnie kołysze jak siwa matka do snu o lęku opowiada że będzie tańczyć w głowie zamiast łez wypełni oczy w sercu się zamknie jak dziecko na klucz do czasu aż minie zabierze na spacer będzie karmić jak psa którego nigdy nie uśpi Jonkowo, październik 2020 r. Pamięci brata 1992/1993 Dotykałeś ziemi bez nieba z morfiną marzeń odszedłeś w drzwi otwartego morza w lustrze śniegu twarz z dobrą śmiercią na szyi wiatru zwiesza się na Nowy Rok z klamki pętlą Jonkowo, lipiec 2020 r. 10 Poezja W NOCY W nocy budzę się wypełniony lodem zamiast krwią psychiatra mówi że to lęk Ja mówię że to śmierć przyszła powiedzieć wersem że to już Jonkowo, lipiec 2020 r. * * * W innym wierszu przebiegam przez tory między stacjami na których śmierć czyha na śpiących na ławkach jak w otwartych trumnach leżą przykryci dniem wczorajszym gazetą pędzą od życia w podziemnych pociągach snu bez przystanku w lęk obudzony dla czasu Jonkowo, październik 2020 r. Poezja 11 Adam Bolesław Wierzbicki KOLEJKI POLSKIE OGONEK PO WSPOMNIENIA Ogonek do kwiaciarni ósmego marca wspomina czasy, gdy w sklepach nic nie było, a mimo to było wesoło. Tęskni za minioną epoką, goździkami w szarym papierze i nylonowymi rajstopami ściąganymi żonom powracającym z fabryki po drugiej zmianie. Radosnym gwarem rozbrykanych dzieci na placu zabaw pomiędzy nowo wybudowanymi blokami z wielkiej płyty. Wzdycha przecierając dłońmi posiwiałe w czasie społecznych przemian skronie wspominając szarą, toporną a jakże szczęśliwą młodość. OGONEK OCHŁAPY Kolejka podczas wydawania posiłków na miejskiej wigilii cieszy się, że może zapełnić swoje trzewia na krzywy ryj. Jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza życzenia podpitego proboszcza i miejscowych notabli, którzy w ten sposób starają się kupić głosy w przyszłorocznych wyborach samorządowych. Udają przy tym, że bratają się z ludem. Pakuje pospiesznie do reklamówek z biedronki uszka, pierogi i krokiety. Wlewa do słoików czerwony barszcz i kompot z dodatkiem suszeni i tylko brakuje tu najbardziej potrzebujących. Tych, którzy wstydzą się przyznać do swojej nędzy i samotności. 12 Poezja OGONEK PO ZAPOMNIENIE Kolejka do sklepu z wyszynkiem oferującym tanie alkohole próbuje zapomnieć o żonie, którą, ciągle boli głowa, dzieciach, które zapomniały i przypominają sobie wówczas, gdy potrzebują pieniędzy oraz szefie w pracy, który zrobił dziecko sekretarce/ huczy o tym całe miasto) i codziennie szuka dziury w całym. Zapomina o wszystkim zazwyczaj w okolicach dziesiątego piwa lub piątej setki. Następnego dnia jednak, pamięć znowu powraca. Niestety. Wieczorem znowu trzeba będzie zrobić powtórkę. OGONEK PO NOBILITACJE Kolejka do przejścia granicznego gdzieś na wschodniej rubieży uczy się cwaniactwa, zaradności i kombinowania. Szybko przelicza dolary na hrywny, hrywny na złote, złote na euro, euro na dolary. Wtapia się w długie sznurki mrówek i wielbłądów. Uszczęśliwia zblatowanych celników i wopków paszportową wkładką (każdego można kupić i tylko wszystko zależy od ceny). Myśli nad udoskonaleniem schowków, skrytek i metod przemytu, bo zdaje sobie sprawę, że tylko w ten sposób może zarobić swój wymarzony pierwszy w życiu milion , który w przyszłości zapewni córkom majętny posag synom zaś da ułatwiające karierę życiową nazwisko. Proza Paweł Huelle TARDA1 Ilekroć jadę samochodem z Gdańska do Warszawy albo do Olsztyna, mijam drogowskaz z nazwą miejscowości Tarda. To jest ciut w bok od Miłomłyna. Nigdy do Tardy nie zajechałem, choć jej nazwa zawsze miała dla mnie jakieś magiczne znaczenie. Może z dawnego pruskiego języka to dziwne słowo? Tak często myślę, przejeżdżając obok drogowskazu. Pamięć podsuwa jednak zupełnie inny obraz z dzieciństwa. Jechaliśmy z moim ojcem nocnym PKS-em. Świeciły gwiazdy, grały świerszcze, było ciepło, pełnia lata. Nagle autobus został zatrzymany, za nim inne samochody. Można było wysiąść, mężczyźni palili papierosy. Na skrzyżowaniu ujrzałem sowieckiego żołnierza w furażerce i z chorągiewką w dłoni. To on zatrzymał ruch. Przepuszczał kolumnę wojskowych ciężarówek. Na ciężkich lorach były chyba armaty, czy wyrzutnie rakietowe. Mnóstwo. Jeden samochód za drugim. Nagle, z nieznanych powodów ten wąż transportowy się zatrzymał. Z ciężarówki zeskoczyli - na moment przerwy - młodzi rosyjscy żołnierze. Najwyraźniej wiedzieli, że to potrwa chwilę dłużej. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem sowiecki mundur i usłyszałem rosyjskie słowa. Śpiewny, nierealny, a jednak zrozumiały język pod księżycem. Kiwnęli na mnie przyjaźnie dłonią. Podszedłem. Dwa słowa powtarzały się w tym, co mówili. „Konfiety” i „rjebjonok”. No tak, poczęstowali mnie cukierkiem i pytali jeszcze o coś, czego nie rozumiałem. Nie pamiętam. Może, jak daleko jest do Tardy? Pamiętam za to doskonale zapach machorki, spirytusu (albo wody kolońskiej na spirytusie) i broni: to znaczy smaru albo oliwy, jaką pachniały ich karabiny. Pamiętam też wysokie buty oficera, który, bardzo przyjaźnie, jak gdyby chcąc mnie powitać, czy uhonorować - podał mi dłoń. Mój ojciec musiał widzieć tę scenę, ale nie podszedł do nas. Na pewno nie ze strachu. Potem, kiedy wojskowa kolumna już przejechała i ruszył nasz autobus, ojciec zapytał mnie - to ty rozumiesz po rosyjsku? Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Wydawało mi się, że w przepastnych, ciemnych lasach, które właśnie mijaliśmy, stacjonują te wszystkie rosyjskie wojska. Rakiety i straszne armaty. Od tamtego czasu minęło już prawie pięćdziesiąt lat i zawsze, gdy mijam drogowskaz z napisem Tarda, pamiętam dźwięk rosyjskich słów, smak landrynki, zapach broni i wody kolońskiej. I słyszę słowa tęsknej piosenki, którą śpiewali Rosjanie, już z odjeżdżającej ciężarówki -„Zawtra uchodim w morje”. Nigdy nie słyszałem większej tęsknoty, wyrażonej przez śpiew mężczyzn. Zawsze będę to kojarzył z dziwną nazwą miejscowości Tarda, której nigdy nie odwiedziłem. Nowe, niepublikowane opowiadanie Pawła Huelle, które autor udostępnił kwartalnikowi „Prowincja”, za co serdecznie dziękujemy 14 Tarda Andrzej Kasperek 15 Andrzej Kasperek PAWLE, MÓWIĘ CI: WSTAŃ! Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Mk, 5,41 Z Pawłem Huelle poznałem się na seminarium prof. Marii Janion. Była to końcówka epoki Gierka. Studiował na polonistyce, był rok wyżej ode mnie, ale to nie stanowiło problemu, bo chodziliśmy na wspólne wykłady i spotykaliśmy się na rozległych korytarzach Humany, czyli Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Gdańskiego. Budynek wydziału był architektonicznym i budowlanym bublem, choć ponoć był to projekt nawiązujący do architektury śródziemnomorskiej, bo wielkie i szerokie okna wpuszczały dużo światła, światła wiedzy. Ale także dostawało się przez nie mnóstwo zimna. Nie zapominajmy, że owa pora roku potrafiła wówczas nieźle sponiewierać mieszkańców nadwiślańskiego kraju. Nie jest przypadkiem, że ta z przełomu 1978/1979 roku została nazwana zimą stulecia. Kilkumetrowe zaspy i minus 20 stopni Celsjusza, to nie żarty. W holu i na korytarzach stały szerokie drewniane ławy, na których studenci siedzieli i leżeli, stąd zwyczajowo mówiono na nie sofy. Tak, tam odbywały się nasze sympozjony. Rozłożeni na dechach w pozycji półleżącej ćmiliśmy tanie papierosy, choć w chwilach finansowego wzmożenia, na przykład po odebraniu stypendium, stać nas było nawet na paczkę cameli... Przegadane wówczas godziny były bezcenne, i intelektualnie, bo to były rozmowy istotne na tematy literackie, filmowe, muzyczne, i światopoglądowo, bo ciągle knuliśmy przeciw komunie. Tam zadzierzgały się przyjaźnie, kiełkowały pomysły niezależnego związku studenckiego, czyli późniejszego NZS-u, rodziły miłości i rozpadały związki... Śmiem wątpić, czy dzisiaj owe drewniane sofy spełniają podobną rolę. Paweł skończył studia w terminie, ale nasza znajomość, którą po pewnym czasie mogliśmy nazwać przyjaźnią, przetrwała i trwa do dziś. Pewnego razu „były student” wręczył mi maszynopis, dwieście albo trzysta stron gęstego druku. Powieść nie była zbyt udana, była reakcją na stan wojenny, to był falstart i dobrze się stało, że autor odłożył ją ad acta. Pamiętam, jak w czasie mojej służby wojskowej czytałem podsunięty przez kolegę podchorążego numer „Dziennika Bałtyckiego”, w którym opublikowano fragment „Weisera Dawidka”. To była już zupełnie inna jakość. Rzeczywiście tom wydany w 1987 roku był jak rakieta i wyniósł Huellego bardzo wysoko, powszechnie uważa się tę powieść za debiut dekady; była ona wielokrotnie nagradzana, wiele razy tłumaczona i została sfilmowana. Patrzę na to liche wydanie. Pożółkły papier, ściśnięty druk, bo to oszczędność, wytarta okładka. Ale w środku jest dedykacja autora dla „Kasperków płci obojga”. „Weiser” stoi na półce obok 16 Pawle, mówię ci: wstań! dziesięciu innych książek Pawła. Raz pojawia się powieść, raz zbiór opowiadań, jest też zbiór poezji i dwa bibliofilskie wydania: poemat „Wędrowiec” i tomik poezji „Obłoki jasne nad tobą” - drukowane w Paryżu i w Krakowie. Wszystkie książki z pięknymi dedykacjami, ale najcenniejsze są dwa numery czasopism: „nieregularny kwartalnik literacki” PULS (nr 41) wydawany w Londynie i „Zeszyty Literackie” (nr 138) z wierszem *** [Ziemia płaska jak stół] i dedykacją dla mnie. W swym archiwum przechowuję kilka tuzinów listów i kartek sprzed lat, bo teraz zastąpiły je maile... W jednym znalazłem wiersz mi ofiarowany (dotąd niedrukowany) pt. „Perfectamente borracho” (kto chętny niech przetłumaczy sobie tytuł), w innym była dodatkowa koperta a niej filnfMark der Deuchtschen Demokratische Republik i dopisek, że owe 5 marek pozwoli mi powrócić pamięcią do DDR. I do mojego debiutu „Back in the DDR...”1. Paweł Huelle bardzo lubił moje opowieści i od zawsze powtarzał: „Zapisz to! Spisz wreszcie te historie!”. Opędzałem się przed nim jak przed uprzykrzoną muchą. Aż wreszcie przestał zachęcać, namawiać, perswadować. Pewnie uznał, że już starczy, że sprawa jest beznadziejna. Czytanie i opowiadanie - tak, ale pisanie — nie! Skąd się to u mnie brało? Czy ze strachu opisanego przez Mickiewicza: „Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”. To jak dopiero kłamie pismo?! Zmianę w moim myśleniu o własnym pisaniu przyniosła lektura opowiadania „Stół”. Autor w 1989 roku przysłał mi egzemplarz „Pulsu”2 i czytając ten wspaniały tekst rozpoznawałem znane mi rekwizyty, miejsca i osoby. Stolarz Kasper ma wiele z mojego ojca, a poza tym jest rzeka Tuga, mennonici... Opowiadanie powstało po wizytach Pawła na Żuławach, po wieczorach spędzonych na wspólnych biesiadach i opowieściach. I ono otworzyło mi oczy, bo niby wiedziałem, że tak się to robi, ale wtedy wreszcie dotarło do mnie, że tak można. Po prostu trzeba rzeczywistość widzialną przenieść 1 Jest też tam dopisek: „dramatycznie”. Paweł od lat jest dramaturgiem Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni i namawia mnie, żebym przeniósł historię mojego spotkania z Putinem na scenę jego teatru. 2 A w dedykacji na tomie „Opowiadania na czas przeprowadzki”, gdzie „Stół” przedrukowano, napisał: „Andrzejowi, bez którego nie byłoby Stołu...” Andrzej Kasperek 17 do książki. Proste? Paweł był akuszerem a metoda majeutyczna w tym przypadku okazała się skuteczna. Ale dość już o mnie, rozgadałem się, bo nie było dotychczas okazji do takich wspominków. A przecież zabrałem się do pisania, bo uznałem, że muszę spisać swe uwagi po lekturze nowego tomu opowiadań Pawła pt. „Talita”. Tytułowe opowiadanie przeczytałem rok temu i z niecierpliwością czekałem na nowy zbiór. „Opowiadania na czas przeprowadzki” (1991 r.), „Pierwsza miłość i inne opowiadania” (1996 r.), „Opowieści chłodnego morza” (2008 r.) - co kilka lat tom opowiadań i powieść, naprzemiennie. Od wydania „Śpiewaj ogrody” minęło sześć lat i na okładce „Tality” wydawca słusznie napisał, że to: „powrót mistrza”. Zastanowiłem się nad tym, jak rzadko dziś używa się określenia „mistrz”, ostało się ono chyba tylko w sporcie. No i może w rzemiośle. Postanowiłem sięgnąć do źródeł i zajrzałem do 2. tomu „Słownika języka polskiego” Samuela Bogumiła Lindego. Tam przeczytałem taką definicję słowa: „doskonałością roboty celujący”. Nic dodać, nic ująć! „Uwielbiam pisać opowiadania. Nie cierpię pisać powieści” - powiedział Paweł w jednym z wywiadów. Jest zakochany w prozie rosyjskiej, uwielbia jej mistrzów krótkiej formy: Czechowa, Bunina, Babla. To od nich uczył się trudnej sztuki krótkich opowieści, gdzie nie ma miejsca na żadne oszukaństwa i sztuczki narracyjne. „Bo przecież opowiadanie to skrócony oddech, którego intensywność skupia się na obserwacji wybranego kawałka rzeczywistości. Obserwacji pogłębionej i skondensowanej na tyle, by czytelnika uderzyć siłą zarysowanego obrazu. Nie ma tu lania wody tak często przemycanego w powieściach. Jest chwila kilku stron, która ma wpłynąć na nasze dotychczasowe postrzeganie świata”. Te słowa napisał Daniel Odija w eseju „Sztuka krótkiego oddechu” - znakomicie oddają one istotę tej formy literackiej. „Talita” to rzeczywiście powrót mistrza, to nie chwyt reklamowy. Przeczytałem kilka recenzji i nie znalazłem żadnej negatywnej. Nawet Dawid Nowacki, który zawsze w „Gazecie Wyborczej” krytykował utwory gdańskiego pisarza jakby miał alergię na jego pisanie, istny refluks — co nowa książka, to odruch wymiotny, tym razem chwali. „20 solidnych opowiadań” - tak zaczyna recenzję a kończy: „Kiedyś staroświeckość jego prozy mnie drażniła, dzisiaj mnie wzrusza. Serio!”. A to ci dopiero! Inna sprawa, że większość recenzji jest bardzo pobieżna, to raczej notki. Słabo się dziś ma sztuka recenzencka. A przecież nowy tom gdańskiego pisarza zasługuje na więcej. Ostatnie lata były dla Pawła bardzo trudne z rozmaitych powodów, nie chcę pisać o szczegółach, ale kiedy czytałem owe opowiadania pomyślałem, że to jego zmartwychwstanie, to on powrócił do życia, to on usłyszał aramejskie słowa: Talitha, kum! i wstał, ożył, a może odrodził się. Czytałem wolno, smakując te opowieści... Przypominało to jedzenie czekolady w dzieciństwie, kiedy była ona luksusem i aby delektować się jej smakiem trzeba było odłamać tylko kosteczkę i wolno ją posysać. Miało to starczyć na długo, bo na nową tabliczkę trzeba było długo czekać. Na ten tom czekaliśmy sześć lat, długo, ale warto było okazać cierpliwość. Niektóre utwory wydają się jak wyjęte z początków twórczości - to świat dziecka żyjącego w mikrokosmosie Wrzeszcza, nad rzeczką Strzyżą, świat bohaterów „Weisera” i „Opowiadań na czas przeprowadzki”. To może irytować i wywoływać odruch znudzenia: „Ale to już było! Znam tego narratora, znowu ten chłopak, te tematy żydowskie już przerabiał”. I tak, i nie. Huelle się nie powtarza, on po prostu kontynuuje opowieść rozpoczę- 18 Pawle, mówię ci: wstań! tą w połowie lat 80. ubiegłego wieku. Zapamiętana z wakacyjnego wyjazdu na Kaszuby „pusta noc” była tak mocnym przeżyciem, że pozostała w głowie do dziś. Nota bene ten motyw pojawił się wcześniej w powieści „Śpiewaj ogrody”. Mickiewicz też całe życie pisał o Dziadach i jakoś nikt z tego powodu (poza uczniami) nie robi mu wyrzutów. Owa pusta noc to czuwanie przy trumnie zmarłego, zanikający obyczaj pogrzebowy. Przeżytek, bo nikt już nieboszczyka w domu nie chce, tym ma się zająć odpowiednio opłacony zakład pogrzebowy. Stare zwyczaje, które pomagały naszym przodkom oswoić śmierć i umieranie dziś są już passe. Narrator wyraźnie o tym mówi, ile wysiłku kosztowało samo wydostanie ze szpitala i przywiezienie do domu zwłok dwunastoletniej Bernatki, która utonęła próbując ratować psa porwanego przez rwący potok. Tego dziś już się nie robi. W domu się nie rodzimy i nie umieramy, od tego są szpitale. Rodzinę i bliskich odepchnięto od tych fundamentalnych wydarzeń z życia człowieka. Albo rodzina się usunęła? Dokąd zmierzamy? Czy nasze dzieci wnuki będą jeszcze siadały do Wigilii? A może jak w serialu „Ślepnąc od świateł” ostanie się on tylko w groteskowej wersji, jak pokazane tam Wigilie gangsterów czy hipsterów? Wspólnota zbiera się koło trumny zmarłej, przewodnik chóru intonuje pieśni i modlitwy, które mają przeprowadzić zmarłą dziewczynkę na tamten świat. Odczytujemy archaiczne strofy o „duszy [co] z ciała uleciała”, ale zebrani wokół trumny mają świadomość, że niektóre z tych śpiewów nie przystają do martwej dziewczynki. Ciotka zmarłej - Maryjka nie może się pogodzić, ż tym, że jej siostrzenica miałaby trafić do czyśćca. „I jaki czyściec? Czym siostrzenica zdążyła nagrzeszyć, żeby skazać się na oczyszczające męki? Czy ten strach idący przez stulecia był dzisiaj tak samo silny? Dla kogo?”. Jeszcze większy opór budzi w niej wizja piekła: „Tak by to miało wyglądać? Nadchodzą posłańcy czeluści i prowadzą dziewczynkę tam, gdzie kotły ze smołą, rożna, paleniska, haki do szarpania członków, pętle do rwania włosów, szpile wbijane pod paznokcie, wycie i płacz skazanych. Ale wcześniej odarcie do naga. Taką powiodą dziewczynkę: sparaliżowaną strachem. Nikt nie powie na czym polega jej wina. Sukienka pójdzie w ogień albo zostanie na łące, zapakowana przez czeladników do jednej z walizek. Dziecko ujrzy stare rajfurki, pomarszczone ciała mężczyzn, lśniące twarze występnych młodzieńców”. To jeden z najbardziej przejmujących obrazów tego małego arcydzieła, bo za takie opowiadanie tytułowe uważam. Przemija postać świata, wszystko się zmienia. Umierają stare tradycje. Ta wizja losów zmarłego dziecka w zaświatach wywołuje u Maryjki opór, który przemienia się w bunt przeciw kościołowi, który tu na wsi reprezentuje wszechwładny proboszcz, bliski znajomy prałata Jankowskiego. Kiedy rok temu skończyłem lekturę tego opowiadania napisałem do autora: „Dla mnie twoje opowiadanie jest znakomitym tekstem o końcu rodziny, społeczności, wspólnoty, religii... Poza jakimiś usterkami interpunkcyjnymi nic bym nie poprawił, poza jednym - na s. 24 jest nazwisko: Henryk Jankowski. Zostawiłbym tylko: «ksiądz prałatw. Przywoływanie tego nazwiska w twoim arcydzielnym opowiadaniu (chyba najlepsze obok Stołu, ale w tu mogę być nieobiektywny) jest zupełnie niepotrzebne... Szczególnie w kontekście niedopowiedzeń, zamgleń i niejasności, w które spowity jest twój utwór. Inna sprawa, że Ty masz całkowite prawo pisać o łże-prałacie wszystko, tylko po co ci to? Po nazwisku, to za duży honor dla tego łajdaka. Przypomina mi się postać pewnego Andrzej Kasperek 19 doży. W Sali Wielkiej Rady Pałacu Dożów znajdują się wizerunki pierwszych 75 dożów weneckich. Pośród nich jedno miejsce jest inne: widać jedynie ciemną draperię, a na niej łacińskie słowa: «Hic est loeus Marini Faletri decapitati pro criminibus* (Oto miejsce Marino Faliera, ściętego za przestępstwa). Tak należy postępować z szubrawcami. Zmilczmy lepiej...”. Ale dzisiaj muszę przyznać, że to autor miał rację. To nie jest z jego strony żadna schadenfreude. Nie musi się odgrywać na zmarłym. To jest conradowskie wymierzanie sprawiedliwość widzialnemu światu. Dziś jesteśmy mądrzejsi, bo opisano dość dobrze plugawe poczynania prałata ze św. Brygidy. Wielu już zapomniało, że nie tak dawno temu, kiedy ów duchowny miał wielkie wpływy i poważanie, to na jego dworze pojawiali się znani politycy i generałowie, a zespół „Mazowsze” śpiewał specjalnie dla niego na gali w Operze Bałtyckiej. To wtedy Paweł Huelle miał cywilną odwagę, aby w odpowiedzi na jawny antysemityzm kapelana „Solidarności” napisać, że: „Przemawia [on] jak gauleiter, gensek, nie jak kapłan”. I zaczęła się trwająca przeszło pięć lat mordęga sądowa - najpierw sąd nakazał pisarzowi przeprosić księdza, potem sąd apelacyjny uznał, że przepraszać nie musi. Dopiero po kilku latach sprawę rozstrzygnął wyrok Sądu Najwyższego, który podtrzymał drugi wyrok i ogłosił, że pisarz nie musi go przepraszać za naruszenie dóbr osobistych. Ale trzeba pamiętać, jak wyglądały owe rozprawy. Zwolennicy prałata3 gromadzili się przed sądami i w salach rozpraw - lżyli, pluli, szarpali za ubranie Pawła Huellego. Dziś odwaga staniała i wielu krytykuje Jankowskiego, wtedy Paweł był sam i często osamotniony. Pamiętajmy o tym. Flaszeczka z lichą wódką i podobizną prałata jest tu figurą czy metaforą polskiego Kościoła, który zadufany i próżny zapomniał o ewangelii a za to pamięta dobrze o profitach płynących z sojuszu ołtarza i tronu. Jaki będzie ostateczny rachunek? Czytając te opowiadania podziwiałem precyzję ich konstrukcji, wyszukany język, mnogość odniesień intertekstualnych. Tu nic nie pojawia się przypadkiem, nawet gdy pijany doktor Czapiewski, który wdarł się na obrzęd i zbezcześcił go, wyzywa swego oponenta, to dobór słów nie jest przypadkowy: „Nie wiadomo z jakich powodów wplatał do swoich zdań, które teraz stawały się coraz krótsze, łacińskie, a może i greckie terminy, brzmiące jak rozpoznania chorób, wśród których powtórzył kilkukrotnie i z naciskiem słowo - po-litropos. Być może ono, pojęte przez Bieszka jako szczególnie wyzywające przekleństwo, spowodowało przerwanie monologu doktora”. Kaszub nie zna pewnie greki i nie wie, że ów epitet znaczy: „mąż wielce obrotny”. Mowa o Odyseuszu. I nie bez przyczyny, bo Paweł od kilku lat uczy się greki a „Odyseja” znaleziona dawno temu, gdy był dzieckiem, w bibliotece dziadków w rodowej siedzibie w Mościskach, stała się jego drzwiami do literatury. Wspominał, że: „Ta książka w tłumaczeniu Jana Parandowskiego była jedną z pierwszych przeczytanych przeze mnie lektur”. Niektórzy zarzucają jego pisarstwu, że świeci odbitym światłem, że jest wtórne, nieoryginalne. Oczywiście takie zarzuty są (najdelikatniej mówiąc) niemądre. Żyjemy w czasach dyktatury disco-polo i byle dureń krzyczy: Brawo ja! Wybitny krytyk Jan Kott pisał: „W Czasie przeprowadzki Huellego są zawsze dwa dna i dlatego jego realizm nazywano magicznym’. Może jednak można by go nazwać metafizycznym’. Opowieści Huellego są 3 Pasują tu słowa Juliana Tuwima z wiersza „Do prostego człowieka”: „stado dzikich bab”. 20 Pawle, mówię ci: wstań! głębiej zanurzone w tradycji od chyba niemal całej naszej współczesnej prozy”. Tak jest od samego początku i Huelle nigdy się tego nie wypierał. Lista odwołań w jego prozie jest imponująca: Grass („Weiser Dawidek”), Hrabal („Mercedes-Benz”), Czechow („Kąpielisko Ostrów”), Gombrowicz („Kolibra lot ostatni”), Mann („Castorp”)... Długo można by wymieniać. Paweł należy do ludzi nie tylko znakomicie wykształconych i oczytanych, jest też niesłychanie pracowity. I mógłby z duma powtórzyć za Juliuszem Słowackim: „Ze płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany, /Lecz świetnościami moich dawnych przodków świetny”. Albo za Jackiem Kaczmarskim: „Wszyscyśmy z płócien Rembrandta [...] Wszyscyśmy z drwin Sokratesa [...] Wszyscyśmy z myśli Descartes’a”. Ale żeby to zrozumieć, trzeba trochę poczytać i pogłówkować, a wtedy odkryjemy, że opowiadanie „Koncert” to kunsztowna gra z twórczością Iwaszkiewicza, Rotha, Schnizdera czy Musila. Że „Talita” to nie tylko cytat z Biblii, ale też odesłanie do wiersza Czesława Miłosza pt. „Z nią (1985)”, gdzie przeczytamy, że wezwanie Talitha, kum!: „To dla mnie. Żebym z martwych wstawał”. Imię żydowskiej dziewczynki Ryfka odsyła nas do wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Istnym majstersztykiem tej metody jest opowiadanie pt. „Krawiec”. Napisane jest po schulzowsku, z odniesieniami do brata Brunona, czyli Izydora Schulza oraz narzeczonej artysty, czyli Józefiny Szelińskiej, która po wojnie osiedliła się w Gdańsku; nie zabrakło tu także nawiązania do „Dziewczyny” Bolesława Leśmiana. To dlatego te utwory trzeba smakować, odkrywać po kawałeczku, delektować się nimi. Wtedy docenimy opowiadania klasztorne a nawet pozornie prościutką historyjkę o cadyku. Tak, nie brak tu metafizyki i melancholii. Ale przecież znajdziemy historie ucieszne, jak ta o diabelskim fallusie, czyli krzepkim dębczaku, który wyrósł nagle w sadzie klasztoru w Oliwie. Zakończę wezwaniem św. Augustyna: WEŹ, CZYTAJ! Bo warto czytać utwory Pawła Huelle. ZAWSZE! Post scriptum: Jeśli ktoś uważa, że przesadzam z lukrem, to donoszę, że okładka mi się nie podoba. W wywiadzie radiowym Paweł jej broni, ale domyślam się, że to wydawca nalegał. Ponoć kot czy pies na okładce znacznie podnosi sprzedaż. Ale nie oceniajmy książki po okładce. Paweł Huelle „ Talita”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2020 Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY CISZA, MILCZENIE Dobrze jest odróżniać obydwa te wyrażenia. Nie w każdym języku jest to możliwe. Greckie sige (oiyf|), łacińskie silentium, włoskie silenzio, angielskie i francuskie silence to wyrażenia obejmujące obydwa te, milczenie i ciszę, pojęcia. Język polski znajduje różne, wskazane wyżej określenia. Podobnie język rosyjski: tiszina (raniHHa), mołczanije (MOJinaHHe), także niemiecki: Stille, Schweigen. Jestem wciąż pod wrażeniem znakomitego wydawnictwa warszawskiej Akademii Muzycznej pt. „Semantyka milczenia” (red. Kwiryna Handke, 1.1, 1999, t. II, 2002), z którego czerpię niektóre z poniższych rozróżnień. Pojęcie ciszy jest szersze zakresowo od pojęcia milczenia: każde milczenie jest ciszą, jednak nie każda cisza jest milczeniem. Cisza jest stanem przedmiotowym (fizycznym), obiektywnym czy też okazjonalnym. John Cage: cisza to „dźwięki niezamierzone”. Edward Balcerzan, w wierszu pt. „Wyrwane z kontekstu”: „Cisza udaje milczenie, a przecież/ wielojęzyczna jest i wielomówna”. Oto co pisze Mateusz Skrzyński w miniaturce zatytułowanej „Głośne dźwięki w cichym pokoju”: „Jakoś tak w pierwszej klasie liceum zaczęło mi dzwonić w uszach. Dokładnie, nie był to dzwonek, a jakby pisk i szum nałożone na siebie. Słyszałem ten dźwięk, tylko gdy wokół było w miarę cicho. Poszedłem z tym do ojca. Akurat kładł się, by podrzemać, mimo to mnie wysłuchał. - To normalne - powiedział. - gdy zamiera dźwięk, wtedy cisza mówi. Cóż, to miało sens, tylko ja czułem, że wcześniej cisza była ciszą. [...] Wciąż dzwoni mi w uszach. Gdy nocą nic wokół nie wydaje dźwięku, pisk i szum wracają. Być może naprawdę cisza mówi do mnie, ale do dziś nie wiem, co chce mi powiedzieć”. Krzysztof Marciniak, muzykolog i ekolog akustyczny, swój artykuł pt. „Instrukcja obsługi ciszy nocnej” („Znak” 9/2019) rozpoczyna taką wyliczanką: „Cisza w bibliotece, cisza poprzedzająca brawa, cisza na leżakowanie w przedszkolu, cisza w trakcie egzaminu maturalnego, minuta ciszy na stadionie, cisza w nocnym autobusie międzymiastowym, cisza w rezerwacie przyrody. Cisza, czyli właściwie co?”. Można odnieść wrażenie, że wszystkie wskazane tu sytuacje nie są ciszą w ścisłym, przedmiotowym sensie tego słowa. W jakimś stopniu cisza możliwa jest dzięki milczeniu osób, które mogłyby ją przecież zakłócić. Owszem, leżakujące w przedszkolu dzieci milczą, bo tak kazała im pani, zaś tysiące kibiców na stadionie powstrzymuje się z ważnego powodu przez minutę od okrzyków z własnej woli - w każdym jednak wypadku jest to cisza wynikająca z niewydawania możliwego głosu. Milczenie mieści się w sferze psychologicznej, ma charakter podmiotowy, intencjonalny, wynika z woli człowieka. Przeciwieństwem ciszy jest dźwięk, przeciwieństwem milczenia - mowa. Milczenie to powstrzymanie się od mówienia, gdy jest ono możliwe. Oto kilka utrzymanych w tym duchu przytoczeń. Amerykański pisarz Jonathan Carroll („Poza 22 Okruchy ciszą”): „To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia”. Malarz Hugon Lasecki, professor emeritus gdańskiej ASP, tytułuje swój tomik (ładny mi tomik, 224 strony!) wierszy1: „Wiem o czym milczy”. Marek Tuliusz Cyceron w „Mowie przeciw Katylinie”: „Cum tacet clamant” (milcząc wołają). Karlheinz Stockhausen, kompozytor („Texte III”): „Jeżeli milczę, mówię ci wszystko. Jeżeli mówię, przemilczam najwięcej”. I jeszcze Max Richter, niemiecko-brytyjski pianista i kompozytor (m.in. muzyki do „Walca z Baszirem” Ariego Folmana, 2008): „Cisza jest fundamentalna. Kocham ją. Ma w sobie coś z czystego, nieza-malowanego płótna czekającego na wypełnienie. [...] Muzyka z ciszy powstaje, w ciszę się obraca. Tak samo, jak my, ludzie”. Zamknięcie obu pojęć, ciszy i milczenia, w jednym słowie widoczne jest we francuskim tytule pracy Alaina Corbina: „Histoire du silence de la Renaissance a nos jours”. Zważywszy na jej zawartość, polska tłumaczka Karolina Kot-Simon nadała tytułowi bardziej adekwatne brzmienie: „Historia ciszy i milczenia. Od renesansu do naszych dni” (Wydawnictwo Aletheia 2019). Autor, francuski historyk związany ze słynną szkołą Annales, w niewielkiej objętościowo książeczce znajduje milczenie oraz ciszę w przyrodzie i w intymnych miejscach odosobnienia. Pisze o języku milczenia i jego rygorach. O milczeniu miłosnym i nienawistnym. O milczeniu, jakim przemawiają obrazy Edwarda Hoppera czy Caspara Friedricha (dodałbym dawnych mistrzów holenderskich - Jacoba Ochtervelta, np. „Kobieta czytająca książkę” czy Rembrandta - „Żydowska narzeczona”, „Powrót syna marnotrawnego”). Także o milczeniu Boga - tragicznym, budzącym gniew związany z ogromem nieszczęść i cierpień, sprowadzającym „noc wiary”2. Daje dwie rady: wpatruj się w obrazy dawnych mistrzów, a w sobie wznieś klasztor. DZIATWA Pamiętam, mimo upływu kilkudziesięciu lat. Pierwszy dzień świąt wielkanocnych, który zmuszony byłem spędzić w akademiku (nocą siedziałem już w pustym przedziale pociągu). Przeraźliwa pustka, raniący uszy bezgłos, martwota budynku, w którym nigdy, nawet w nocy, nie zanikały, bywało że nieznośne, oznaki życia3. Znajoma nauczycielka opowiadała mi o podobnych wrażeniach związanych z wakacyjnymi dyżurami w szkole. Odczuwała przejmujący brak czegoś, co wcześniej, zwłaszcza na przerwach, doprowadzało ją nieraz do złości. „Szkoło moja kochana, byłaś mi jak zdrowie./ Jak będę żyć bez ciebie,/ dopiero się dowiem. [...] Kiedy szkolnego dzwonka usłyszę wołanie/ a rozkrzyczana dziatwa na apelu stanie...” - tak żegnała się ze Szkołą Podstawową w Rącznej przechodząca na emeryturę wieloletnia jej dyrektorka, pani Maria Kapusta. Zwrot „rozkrzyczana dziatwa” pojawia się często jako wyraz nieposkromionego, zachły-śniętego sobą życia, świadectwo radości czystej, wolnej od skaz i ograniczeń ludzi doro- 1 Kilka z nich drukowała „Prowincja”. 2 Marta Piwińska („Bóg utracony i Bóg odnaleziony. Buntownicy i wyznawcy”): „Istnienia Boga po jego wielkim milczeniu nie można było dowieść harmonią przyrody, prawem historii, ładem świata”. Co znaczy, że Bóg jest albo okrutny, albo go nie ma. Św. Jan od Krzyża pisał, że właśnie milczenie Boga daje człowiekowi wolność wyboru miedzy wiarą i niewiarą. 3 Powyższy stan dobrze wyraża angielszczyzna, gdzie stillness odnosi się do bezruchu, ciszy, a przymiotnik still to nieruchomy, cichy, spokojny, martwy. Andrzej C. Leszczyński 23 słych. Może dlatego, z zazdrości i poczucia utraty tamtego stanu (Raju?), dorośli nie zawsze potrafią ją zaakceptować? Melchior Wańkowicz, gdy przeszkadzały mu podczas pracy odgłosy rozkrzyczanej dzieciarni, zwykł powtarzać, że król Herod to był mądry król. Antoni Słonimski ujął rzecz bardziej uniwersalnie mówiąc, że dzieci są zakałą ludzkości4. I pomyśleć, że zanim stało się zdolne do krzyku, przez pierwszy rok dziecko było istotą bezmowną, niemą, czyli niemowlęciem. Dawni uczniowie Brunona Schulza z drohobyckiego gimnazjum zapamiętali - pisze o tym Katarzyna Warska („Konteksty” nr 1-2, 2019) - jego wybuchy gniewu, gdy na lekcjach z prac ręcznych za głośno korzystali z narzędzi. Upominał ich wtedy, obniżał stopnie, potrafił też uderzyć winowajcę dziennikiem. O ciszy wspomina Schulz w wielu miejscach. W liście do Romany Halpern (15 XI 1936) pisze, że nie widzi związku twórczości z cierpieniem. „Ja potrzebuję dobrej ciszy, trochę tajnej, pożywnej radości, kontemplatywnego łakomstwa na ciszę, na pogodę”. W „Sierpniu” kreśli wywołujący dreszcz obraz głupiej Maryśki, gdy leżała „blada jak opłatek i cicha jak rękawiczka, z której wysunięto dłoń. I jakby korzystając z jej snu, gadała cisza. Żółta, jaskrawa, zła cisza..W „Sklepach cynamonowych” wspomina szkolny gabinet profesora Arendta od rysunków: „Lubiliśmy nieraz podsłuchiwać pod drzwiami - ciszy, pełnej westchnień i szeptów tego kruszejącego pajęczynach rumowiska...”. W jakimś momencie znalazł się w nigdy wcześniej nie widzianej części gmachu: „Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej ciszy. [...] Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń, które oddawały sobie zwierciadła [...]. Było tak cicho wokoło, że nabrałem odwagi”. W „Sanatorium pod klepsydrą” kilkakrotnie idzie „omackiem po cichym igliwiu”. I jeszcze króciutkie, trzystronicowe opowiadanie „Samotność”: „Siedzę i słucham ciszy. Pokój jest po prostu wybielony wapnem”. Leszek Janasik, dyrektor Społecznego LO w Milanówku, z pobytu w jednej z fińskich szkół zapamiętał, że klasę można przemeblowywać szybko i bez hałasu: podłoga jest akustyczna, stoliki lekkie. Nie ma tradycyjnych dzwonków. Uczniowie biegają po szkole w skarpetkach. Wszystko to w zgodzie z oczekiwaniami tamtejszych nauczycieli - dla większości z nich (70%) najważniejsza jest akustyka. Dyrektor jednej z krakowskich podstawówek wyciszył szkołę przy pomocy specjalnych mat i paneli, od których dźwięki się nie odbijają. Efekt był taki, że korytarz, gdzie hałas podczas przerw sięgał 90 db (powyżej 40 db jest zagrożeniem dla zdrowia) - stał się oazą ciszy. W wyciszonych klasach nauczyciele nie musieli już podnosić głosu, co w dłuższym okresie prowadzi do przewlekłych chorób zawodowych, między innymi nerwicy. FIZYKA, METAFIZYKA O cierpieniach zadawanym przez hałas pisał przed laty Antoni Słonimski, uznając wynalazek radia za początek dźwiękowego imperializmu. , Agresor atakuje nas przy jedzeniu, spaniu, pracy i odpoczynku. Zwłaszcza latem w miejscowościach wypoczynkowych nieprzyjaciel nie daje nam chwili wytchnienia”. Na mękę słuchania muzyki skarżył się tak- 4 Kilka miesięcy temu przeczytałem w Internecie o pijanym mieszkańcu Berdiańska na wschodniej Ukrainie, który strzelał z pistoletu do dzieci hałasujących na placu zabaw. Jak tłumaczył po wytrzeźwieniu, nie mógł znieść ich jazgotu (Haxa6cTBa). 24 Okruchy że kompozytor Witold Lutosławski. Torturowani jesteśmy „wszędzie tam, gdzie pokutuje jeszcze zwyczaj instalowania głośników w miejscach publicznych. Niewielu »pionierów« tej dziwnej idei zdaje sobie sprawę z oczywistego faktu, że słuch jest zupełnie »bezbronnym« zmysłem ludzkim. W obronie przed niepożądanymi bodźcami nie można niestety »za-mknąć« uszu, tak jak zamyka się oczy, nie można nie słyszeć, tak jak nie dotykać”. A dziś? Gordon Hempton, amerykański badacz globalnego zanieczyszczenia hałasem („pornofonią”), wskazuje, że jeszcze w niedalekiej przeszłości można było skryć się przed natłokiem dźwięków, opuścić hałaśliwe miasto, znaleźć spokojną okolicę. Dziś to niemożliwe - nawet w parkach narodowych słychać samoloty (start - 120 decybeli). Najwięcej hałasu (ok. 70 decybeli) emitują pojazdy drogowe. Emily Thompson („The Soundscape of Modernity”) pisze o związku hałasu ze statusem społecznym. Najbardziej dokuczliwe projekty (fabryki, lotniska) lokalizowane są w dzielnicach biedoty, nie mającej wpływu na politykę inwestycyjną. Normy UE mówią o nieprzekraczalnej granicy na terenie zabudowanym 60 dB w dzień i 50 dB w nocy. Dla porównania: szept to 30 dB, szum lasu - 10 dB. Według danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) hałas jest przyczyną ok. 10 tys. przedwczesnych zgonów Europejczyków i niespełna miliona przypadków nadciśnienia tętniczego. Owszem, można uciec od dźwięków zewnętrznych zamieniając je na te, które dochodzą z walkmanów; nie wiadomo, co gorsze. Chyba byłbym dobrym pacjentem dla audiologa zajmującego się awersją na niektóre doznania foniczne (SSSS - Selective Sound Sensitivity Syndrom). Młot pneumatyczny na ulicy, wiertarka u sąsiada zza ściany, pisk hamującego pociągu - wiadomo, nie tylko ja podnoszę ręce do uszu. Pojawiają się jednak nowe źródła katuszy: wizg opon na mokrym asfalcie, wycie suszarki do rąk w publicznej toalecie, dudniące krzyki dzieci w tunelu, sygnały karetek i radiowozów. Margaret i Pavel Yastreboff, audiolodzy leczący szumy uszne, ukuli nawet stosowna nazwę mówiącą o nienawiści do dźwięku: mizofonia (gr. ptooę - nienawiść; (pwyf) - dźwięk). Podczas zajęć, jakie prowadziłem w gdyńskim Studium Baduszkowej, wiele ćwiczeń wiązało się ze „słuchaniem ciszy”. Ważna była etiuda, jeśli pamiętam nazywała się „Cisza jest krucha”. Adeptów leżących na podłodze baletówki z zawiązanymi oczami prosiłem o dłuższe wsłuchanie się w to, co ich teraz otacza. I o wyobrażenie sobie dźwięku, który mógłby, może powinien, musi, ten stan przerwać. Chodziłem między leżącymi i dotykałem niektórych z nich, co było znakiem do uzewnętrznienia czegoś, co zakłóci bezgłośną rzeczywistość sali, wydobędzie z tej rzeczywistości. Reakcje były przeróżne, od przeraźliwego krzyku, czasami szlochu, do ledwie słyszalnego westchnienia, wyszeptanych słów, sylab. Aktorów Teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego przed spektaklem obowiązywała godzina ciszy. Czytam w „Teatrze” fragmenty przemówienia znakomitego hiszpańskiego dramatopisarza Juana Mayorgi, wygłoszonego w Hiszpańskiej Akademii Królewskiej w dniu, w którym został jej członkiem (19 maja 2019). Wykład zatytułowany „Cisza” kieruje przede wszystkim do tych znaczeń, jakie można odczytać w sztuce teatru: „Gdy na scenie panuje cisza, widz pragnie lub boi się, że głos aktora ją przełamie”. I dalej: „Gdy w końcu aktor zacznie mówić, wcześniej niż fraza obdarzona znaczeniami pojawi się ludzki głos, który uważny widz powita jako cud”. Nie chodzi tu więc o zwyczajne przestanki towarzyszące podawaniu tekstu, o pauzy które „rzeźbią frazę”. Chodzi raczej o sens bytowy, Andrzej C. Leszczyński 25 o dotknięcie rzeczywistości właśnie otwierającej się. Nie może dziwić, że ostatnim słowem, z którego Mayorga chciałby zrezygnować, jest to właśnie to - cisza. Jerzy Grotowski, obecny na wszystkich spektaklach swego „Księcia Niezłomnego” (a było ich prawie sześćset), po kilku tylko usłyszał brawa. Dominowała cisza, czasami rozlegały się krzyki, zdarzał się głośny płacz. Emil Cioran („Zeszyty”): „[...] prawdziwy kontakt między dwojgiem ludzi, między ludźmi w ogóle, nawiązuje się tylko drogą niemej obecności, pozornej nie-komunikacji, którą jest każda prawdziwa komunia; poprzez tajemną bezcelową wymianę, podobna do wewnętrznej modlitwy”. Cisza-milczenie pozwala odsunąć zmysły, rozum i słowa - by zrobić miejsce dla bezpośredniego zjednoczenia z tym, co zazwyczaj nieobecne. Platon w „Faj-drosie” mówi że słuchanie czegokolwiek w milczeniu-ciszy powoduje, że przekaz uzyskuje wymiar świętości. Sekstus Empiryk w „Zarysach pirrońskich” pisze o afazji (dcpaoia) nie jako chorobie, lecz postawie mędrca rezygnującego z phasis (epamę) - łatwego wypowiadania się. Wschodnie praktyki religijne opierały się na stanie określanym jako hezychia (ijau^ia). Oznaczał on spokój, wyciszenie, wytchnienie (od czegoś), wewnętrzne skupienie. Pojęcie to dało początek nurtowi mistycznemu, hezychazmowi, który zyskał szerokie uznanie w XIII i XIV wieku. Wyznawca hezychii to anachoreta (anachoreo [dvax(opśco] - oddalam się, odchodzę w górę), oczyszczony z namiętności mnich-pustelnik. Poprzez ascezę i koncentrację umysłu na doświadczeniu wewnętrznym zdolny do modlitwy serca, w której znaczący udział ma ciało (oddychanie)5. Pochwałę milczenia (sacrum silentium) można dostrzec w chrześcijaństwie, gdzie ważna jest sentencja mówiąca, że milczeniem karmią się wszystkie cnoty (taciturnitas virtutes plurimas nutrit). Znamienne są słowa Mistrza Eckharta: siedzieć, milczeć i słuchać co Bóg mówi we mnie. Jest to wstęp do modlitwy czystej (oratio pura), wolnej od kościelnych i religijnych pouczeń („Każdy, kto mówi o Bogu - kłamie. Nie chcesz kłamać o Bogu -zamilcz”6)- Nieufność wobec gwarnego świata widoczna jest zwłaszcza w protestantyzmie. Podobnie - w buddyzmie, gdzie wzorem jest siaksjamuni, milczący mędrzec z rodu Siakjów (mouna - ślub milczenia). Budda (Siddharta Gothama) po porzuceniu pałacu był mounim przez 9 lat. Nie mówił, lecz uśmiechał się. Sokrates za znaczące uważał, że natura dała nam dwoje oczu, dwoje uszu, ale tylko jeden język, po to, abyśmy więcej patrzyli i słuchali, niż mówili. A jeszcze poeci, artyści, wspomnę o kilku. Adam Mickiewicz: „Głośniej niźli w rozmowach Bóg przemawia w ciszy,/1 kto w sercu ucichnie, zaraz go usłyszy” („Cichość”); „Zaiste, miłe Bogu jest aniołów pienie,/ Ale daleko milsze człowieka milczenie” („Milczenie”); „W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,/ Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedzmy, nikt nie woła!” („Stepy akermańskie”). Wisława Szymborska: „[...] Uczę milczenia/ We wszystkich językach./ Metoda wpatrywania się/ W gwieździste niebo,/ W żuchwy sinantropusa,/ W skok pasikonika,/ W paznokcie noworodka,/ W plankton,/ W płatek śniegu” („Drobne 5 Wpływy hezychazmu widoczne są we wschodnich teologiach (Mikołaj Kabasilas), monastycyzmie (św. Sergiusz z Radone-ża), śpiewie cerkiewnym, ikonografii (Andriej Rublow). 6 Abraham J. Heschel: „Bóg ma początek tam, gdzie kończą się słowa”. 26 Okruchy ogłoszenia”). Stanisław Soyka śpiewa, że cisza potrzebna jest jak chleb i woda: „Powtarzamy od nowa jak bardzo,/ Jak bardzo potrzebna nam dzisiaj cisza, cisza/ Cisza ratunkowa”. A wcześniej Jonasz Kofta w pięknym „Songu o ciszy” przypominał, że „Gdy się milczy, milczy, milczy,/ to apetyt rośnie wilczy/ na poezję, co być może drzemie w nas”. I jeszcze Kora: „Poczekaj trochę, poczekaj w ciszy,/ Bo w ciszy nawet kamień rośnie,/ Bo w ciszy rośnie tajemnica,/ Sekrety schodzą się z ulicy”. CICHA NOC Alain Corbin w krótkim, ledwie dwustronicowym interludium pomieszczonym w swej książeczce, zatytułowanym „Józef i Nazaret lub absolut ciszy”, łączy ciszę (milczenie) z tajemnicą poczęcia i narodzin Chrystusa. Zwraca uwagę, że Józef w żadnej z czterech Ewangelii nie wypowiada ani słowa. Wspólnie z Marią, „świadomi posiadania niezwykłego skarbu, doświadczali go w ciszy i ukryciu”. Podobne przekonanie wyraża Emil Cioran: „...milczenie zbliża nas do Boga. Albowiem wtedy właśnie, gdy wszystko w nas milknie, jesteśmy w stanie Go dostrzec - Jego, to znaczy kogoś lub coś, co nie wytrzymuje analizy, lecz mimo wszystko zapełnia nasze milczenie”. Wielu metafizyków zwraca uwagę na przedwieczną ciszę poprzedzającą akt Stworzenia. Pomiędzy Wielkim Piątkiem i Niedzielą Zmartwychwstania jest Wielka Sobota, czas milczącego bólu, którego nie sposób wyrazić słowami, także liturgicznymi. Noc Bożego Narodzenia. Cicha noc - jak ponad dwieście lat temu w austriackim Salzburgu zapisał ksiądz Joseph Mohr, nieślubny syn szwaczki. Taka noc i dzisiaj zdolna jest zatrzymać upływający czas, przywrócić i uobecnić to, co stało się dwa tysiące lat temu. Trzeba być tylko z dala od zgiełku, od „szalonego tłumu” (tak brzmi oryginalny tytuł znanej powieści Thomasa Hardy ego: „Far from the Madden Crowd”), by odnaleźć się WTEDY, TAM. Bywa, że udaje się zachować taką samotność pośród innych ludzi. Dwa lata temu, 14 stycznia 2019 roku, blisko dwadzieścia tysięcy mieszkańców Gdańska uczestniczyło w marszu upamiętniającym zamordowanego dopiero co prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Kiedy znaleźliśmy się na Długim Targu, z głośników popłynęła piosenka „Sound Of Silence” śpiewana przez Davida Draimana z punk-rockowego Disturbed. Pamiętam ciszę i łzy na twarzach wielu ludzi, do których docierały słowa mówiące o tysiącach, których zobaczył w nagim świetle, którzy rozmawiali nie mówiąc, słyszeli nie słuchając; i o tym, że nikt nie ośmielił się zakłócić dźwięku ciszy. D/b^ote^a PROWINCJA Alicja Łukawska. Kalina lubawska CÓRKA ORGANISTY Wspomnienia mieszkanki Pomorza Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl 28 Mennonici i ich kłopotliwe dziedzictwo Menno Simmons, rys. Agnieszka Rutka-Napiwodzka Piotr Napiwodzki 29 Piotr Napiwodzki MENNONICI I ICH KŁOPOTLIWE DZIEDZICTWO Na Pomorzu o mennonitach pisze się sporo. Kiedy przybyli, gdzie zamieszkali, jakie typy architektury przywieźli, jakie hydrotechniczne przedsięwzięcia im zawdzięczamy, w końcu zaś: jakie cmentarze po sobie pozostawili. Wiemy, że często trafiali na tereny Żuław i Powiśla uciekając przed prześladowaniami, ale w sumie rzadko zadajemy sobie pytanie, kto i dlaczego ich prześladował. Prześladować i skazywać na wygnanie spokojnych, pracowitych, świetnie zorganizowanych rolników, których talenty z pewnością przydałyby się w każdym kraju? Czyż to nie absurdalne? Stosunkowo rzadko myślimy także o tym, kim mennonici byli jako grupa religijna (a to w końcu jest decydującym elementem ich tożsamości) i skąd się wywodzili. Szkoda, bo to bardzo ciekawa historia. Pierwsza i często jedyna informacja, którą otrzymujemy o pochodzeniu mennonitów, to stwierdzenie, że wywodzą się od anabaptystów. Jest to już jakiś trop, ale wymaga poważnego rozwinięcia. Anabaptyści to dosłownie nowoochrzczeńcy, a więc ci, którzy dopuszczają możliwość ponownego przyjęcie chrztu. W praktyce oznaczało to przyjmowanie chrztu wyłącznie przez dorosłe, świadome osoby. Wykluczenie chrztu niemowląt odróżniało anabaptystów tak od katolików, jak i od „klasycznych” protestantów wywodzących się od Lutra i Kalwina. Nie tylko jednak ta sprawa świadczyła o radykalizmie anabaptystów. Cofając się do XVI wieku odnajdziemy w Europie wiele grup, które odwołując się do założeń teologicznych śmiało dążyły do zmian natury społeczno-politycznej. Przede wszystkim więc mamy do czynienia z odkrywaniem na nowo idei Królestwa Niebieskiego, a więc zapowiadanego w Nowym Testamencie boskiego panowania, które - według wielu interpretacji - ma się urzeczywistnić w doczesności. Gorączkowo oczekiwano przyjścia Chrystusa, entuzjastycznie słuchano o mającej nadejść erze Nowego Nieba i Nowej Ziemi. Oznaczało to także oczekiwanie nowej sprawiedliwości i nowego porządku, który według biblijnych zapowiedzi miał trwać tysiąc lat - stąd też podjęto na nowo, znaną już w epoce Ojców Kościoła, ideę millenaryzmu, Tysiącletniego Królestwa. Na marginesie zauważmy, że millenaryzm i związane z nim społeczne perturbacje można podciągnąć pod zjawisko bardziej ogólne, występujące we wszystkich czasach i kulturach, opisywane jako „kultowa reakcja na kryzys”, reakcja przynosząca nadzieję w czasach beznadziei, a której przyczyna to frustracja, szok kulturowy, prześladowania, ucisk, bieda, pozbawienie praw. Wszystko to prowadzi do fenomenów religijno-społecznych, często o przebiegu gwałtownym1. Przyjmując wizję millenaryzmu jako jednej z form ogólniejsze- Por. Matthias Laubscher, Krise und Evolution. Eine Eulturwissenschafiliche Theorie zum Begriff„Krisenkult“, w: Peter Eicher 30 Mennonici i ich kłopotliwe dziedzictwo go, właściwym wszystkim kulturom, zjawiska społeczno-religijnych niepokojów, można postawić tezę, że właśnie millenaryzm był formą chrześcijańskiego radzenia sobie z kryzysem - nie tyle kryzys wywoływał, co raczej mógł przyczyniać się do jego w miarę „ewangelicznego” pokonania („ewangeliczny” oznacza w tym wypadku nie bezkonfliktowy lub bezkrwawy, ale pozostający w strefie oddziaływania religii chrześcijańskiej). Prześladowany i zepchnięty na margines stracił swoją terapeutyczną moc, a wobec gwałtownych przemian nowożytnej Europy stał się czynnikiem niszczącym o ogromnej sile rażenia uwidocznionej w kolejnych rewolucjach. Wracając do korzeni anabaptystów, a więc pośrednio i mennonitów, to w interesującej nas tu epoce jednym z najbardziej znanych proroków nowego porządku był Thomas Muntzer, wielki przeciwnik Lutra. Co prawda sam Luter był w swoim myśleniu mocno nakierowany na apokalipsę2, ale zajął zdecydowanie potępiającą pozycję wobec skrajnych poglądów jMiintzera3. Specyficzne warunki społeczne panujące w Niemczech (przeludnienie, bezrobocie) przyczyniły się do tego, że apokaliptyczne przepowiadanie Miintzera przyniosło owoce w postaci zbrojnych wystąpień nazywanych Wojną Chłopską (1525). Muntzer torturowany i stracony stał się symbolem chętnie eksploatowanym przez zwolenników interpretowania historii w kategoriach walki klas4. O wiele jednak bardziej niż pierwowzorem marksisty był Muntzer prorokiem owładniętym przez eschatologiczne fantazje. Dochodzimy w tym miejscu do ruchu anabaptystów, który podjął idee Miintzera w kolejnym etapie millenarystycznych dążeń5. Anabaptyści byli często prześladowani na fali represji, które nastały po Wojnie Chłopskiej w Niemczech. Żądając powtórnego chrztu wyraźnie odcinali się tak od katolików, jak i protestantów pochodzących od Lutra, którzy od początku związani byli z ośrodkami władzy świeckiej i bogatymi warstwami społeczeństwa. Anabaptyści czekali na nadejście tysiącletniego królestwa, które miało pojawić się w konkretnym czasie (czemuż by nie rok 1533, czyli 1500 lat od śmierci Jezusa?) i w konkretnym miejscu. Oto jeden z najbardziej znanych kaznodziejów, Melchior Hoffmann, początkowo uczeń Marcina Lutra, czekał nadejścia Królestwa Bożego w Strasburgu, gdzie zresztą został aresztowany właśnie w symbolicznym roku 1533 (sam oddał się do dyspozycji władz wierząc w konieczność ofiarowania swojego życia) i gdzie zmarł w więzieniu spędziwszy w nim 10 lat6. U podstaw ruchu anabaptystycznego jest pragnienie wspólnego posiadania dóbr, co może być odczytane jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny XVI wieku. Dotychczasowe struktury nie radziły sobie z wyzwaniami nowego czasu7. Nie tylko warunki ekonomiczne wpływały na fakt, że to właśnie wśród zubożałych rzemieślników w sposób szczególny rozpowszechniały się idee życia na modłę apostołów - to był przecież sposób (wyd.), Gottesvorstellung und Gesellschaftsentwicklung, Miinchen 1979, s. 131-147. 2 Por. H.-U. Hoftnann, Luther und die Johannes-Apokalypse, Tiibingen 1982, rozdział: „Luther und Muntzer. Schriftauslegung und Gewaltproblem", s. 647-655. 3 Por. Ulrich H. J. Kortner, Weltangst und Weltende. Eine theologische Interpretation der Apokalyptik, Gottingen 1988, s. 27. 4 Por. Helmar Junghans, Der Wandel des Miintzerbildes in der DDR von 1951/52 bis 1989, w: Thomas Muntzer. Ein streitbarer Theologe zwischen Mystik und Reoolution, Karlsruhe 1993, s. 55-89. 5 Por. Diarmaid MacCulloch, The Reformation, London 2005, rozdział: Strassburg: New Romę or New Jerusalem?, s. 179-189. Por. Jean Sćguy, Conflit et utopie, ou reformer TEglise. Parcours weberien en douze essais, Paris 1999, s. 339-360; Norman Cohn, The Pursuit of the Millennium. Revolutionary andMystical Anarchist of the Middle Ages, London 1970, s. 252-280. 6 Por. Klaus Deppermann, Melchior Hoffman. Soziale Unruhen und apokaliptische Visionen, Gottingen 1979. 7 Por. Jean Seguy, Conflit et utopie, ou reformer TEglise.... , Paris 1999, s. 355-357. Piotr Napiwodzki 31 życia samego Chrystusa na ziemi. „Praca rzemieślnika staje się czymś w rodzaju ideału najodpowiedniejszego dla chrześcijanina sposobu życia. [...] Przy czym niejednokrotnie można stwierdzić, że na kształtowanie się takiego stanowiska wpłynął ewangeliczny obraz Chrystusa - cieśli”8. Potencjał rewolucyjny tkwiący w biedocie wsi i miast, wspomagany dosłowną interpretacją Pisma, sprawiał, że łatwo było o proroków wzniecających wydarzenia o gwałtownym przebiegu. Odmiana anabaptyzmu propagowana przez Hoffmanna była formułą pacyfistyczną. Pacyfizm jako zasada został jednak szybko odrzucony przez uczniów Hoffmanna i ruch anabaptystyczny stał się zarzewiem wielu krwawych wystąpień9. Prawdopodobnie najbardziej spektakularnym wydarzeniem było przejęcie władzy w Munster przez Jana Bockelsona (znanego też jako Jean Beukels, Jan z Leyden), który po wygnaniu z miasta katolików i luteran ogłosił miasto Nowym Jeruzalem. Co ciekawe, Munster było wcześniej miastem bardzo tolerancyjnym wobec anabaptystów, stąd ruch ten mógł odnieść tam tak spektakularny sukces (zaznaczmy już, że tylko początkowo). Zewsząd napływali do miast anabaptyści prześladowani w innych miejscach. Kto nie chciał przyjąć powtórnego chrztu, musiał opuścić miasto. Najpierw przywódcą tej religijnej rebelii był charyzmatyczny piekarz z Amsterdamu, Jan Mathijs, który jednak w misjonarskim zapale opuścił miasto i został ścięty przez żołnierzy oblegających Munster. Lata 1534-1535 to już rządy Jana Bockelsona, który z czasem mianował się „Królem Sprawiedliwości”, „Zarządcą Nowego Syjonu”, „Trzecim Dawidem”, „Królem Nowej Świątyni”. Bockelson manipulacją, podstępem i w końcu terrorem wprowadzał prze- 8 Erie Voegelin, Lud Boży, Kraków 1994, s. 39. ’ Por. C. Krahn, Dutch Anabaptism; Origin, Spread Life and Thought (1450-1600), Leiden 1968. 32 Mennonici i ich kłopotliwe dziedzictwo dziwne i kontrowersyjne porządki bardzo w istocie totalitarnego „Królestwa Bożego”. Wierzono, że rozpoczęła się era nowej chrześcijańskiej doskonałości, a doskonałość moralną zaczęto nie tylko szerzyć słowem i przykładem, ale po prostu wymuszać. I tak ideę wspólnej własności posunięto do orzekania kary śmierci za samo zamknięcie na klucz drzwi własnego domostwa, a promowane wielożeństwo (poligamia dla mężczyzn była obowiązkowa) oznaczało w praktyce, że sam Bockelson miał, podobno, 16 żon z najbardziej liczących się rodów miasta. Małżeństwa zawierano nawet z małymi dziewczynkami, na placach płonęły księgi i wszelkie dokumenty z archiwum miasta (w obliczu bliskiego końca tego świata nie potrzeba przecież odniesień do przeszłości, a nawet nie wolno oglądać się za siebie), zabroniono prywatnego warzenia piwa i wypieku chleba, decydując się na centralną produkcję i dystrybucję, wszyscy mieszkańcy musieli nosić jednolitą, skromną odzież. Skończyło się to katastrofą miasta, zagłodzeniem mieszkańców nie tylko przez zcentralizowane, niewydolne zarządzanie, ale i przez oblegające wojsko (uwaga, było to wojsko koalicyjne, katolicko-protestanckie, chociaż zebrane przez katolickiego biskupa), zdradą w szeregach samych anabaptystów i w końcu rzezią mieszkańców. Jana Bockelsona i dwóch innych przywódców (Bernharda Krechtlinga i Bernharda Knipper-dollinga) stracono po wielu miesiącach tortur10. Ich poćwiartowane ciała wystawiono na widok publiczny w trzech żelaznych klatkach, które (zrekonstruowane po zniszczeniu miasta w 1944) do dzisiaj można „podziwiać” jako „klatki kaźni” zawieszone na kościele św. Lamberta. Widzimy więc w jakim kontekście rodził się ruch mennonicki i jak postrzegano anabaptystów: jako niebezpiecznych szaleńców, wichrzycieli, niszczycieli znanej kultury i cywilizacji. Rewolty chłopskie, zamieszki w miastach, chaos i zagubienie - oto wynik rozprzestrzeniania się nowych idei związanych z millenaryzmem. Był to więc problem dotyczący nie tylko wiary czy Kościoła, ale całego społecznego porządku, całej znanej cywilizacji. Antycywilizacyjne rysy ruchów millenarystycznych na pewno nie przysparzały im sympatii: wołanie o duchową odnowę zbiega się zwykle z żądaniem zniesienia istniejącej struktury własności i często zniszczenia kultury literackiej i artystycznej. Wrogość wobec wartości cywilizacyjnych powoduje odpowiedź w postaci wrogości wszelkich instytucji, które w tej sytuacji czują się zagrożone w swoim trwaniu i wpływie11. Nic dziwnego, że poważne autorytety i odpowiedzialni teologowie musieli być bardzo krytyczni wobec nowych ruchów. Wszyscy, którzy pragnęli porządku, spokoju, stabilizacji, musieli z konieczności walczyć z niespokojnym anabaptyzmem jako częścią millenarystycznych ruchów XVI wieku. Praktyczny i być może najpoważniejszy powód, aby odrzucić anabaptyzm, jest więc bardzo prosty: ludzie po prostu chcą żyć w spokoju. Są oczywiście także argumenty ściśle teologiczne, być może jednak wtórne, bo formułowane przez elity, którym na zachowaniu status quo najbardziej zależało. W tej sytuacji pojawia się na scenie dziejów Menno Simmons (1496-1561). Był on katolickim proboszczem w Zachodniej Fryzji, którym głęboko wstrząsnął los tłumów wiernych podróżujących do Munster jako do Nowej Jerozolimy. Za swoją misję uznał posługiwa- 10 Por. Diarmaid MacCulloch, The Reformation, London 2005, Rozdział: „4 New King David? Munster and its Afiermath”, s. 204-212. 11 Por. Erie Yoegelin, Lud Boży, Kraków 1994, 25. Piotr Napiwodzki 33 nie garstce straumatyzowanych anabaptystów, którym udało się powrócić z miasta. Przejął część nauk Melchiora Hoffmana, część poglądów radykalnych, anabaptystycznych ruchów szwajcarskich, a przede wszystkim postanowił uratować ruch anabaptystyczny stanowczo odrzucając wszelką przemoc. Radykalny pacyfizm stanie się znakiem charakterystycznym mennonitów, a także wywodzących się z nich jeszcze radykalniejszych grup, na przykład amiszów. Paradoksalnie ten radykalny pacyfizm mennonitów stał się przyczyną kolejnych prześladowań w okresie późniejszym, gdy na przykład w silnie zmilitaryzowanym państwie pruskim odrzucali oni obowiązek służby wojskowej. To już jednak inna historia mocno odbiegająca od tematu źródeł mennonickich wspólnot. Charakterystyczne, że sami mennonici niechętnie odnoszą się do swoich anabaptystycznych korzeni i nigdy nie odwołują się wprost na przykład do nauk melchiorytów, czyli uczniów i duchowych spadkobierców Melchiora Hoffmana12. Ważna jest też zmiana w strukturze społecznej u kontynuatorów idei pierwszych anabaptystów. Mennonici nie kierują już swojego nauczania do mieszkańców miast, ich wspólnoty składają się zasadniczo z ludności wiejskiej. Być może uznano to za bezpieczniejsze rozwiązanie, gdyż odcięto w ten sposób wspólnoty mennonickie od intelektualnych prądów szybko rozwijającego się mieszczaństwa i w ten sposób dodatkowo zabezpieczono ich surowy tradycjonalizm i konserwatyzm. Gdy dzisiaj więc myślimy o mennonitach przybywających na tereny Prus i Polski w XVI i w XVII wieku, należy mieć w pamięci ich burzliwą (pre)historię. Z pewnością przynajmniej pierwsze pokolenia mennonitów musiały mieć świadomość rewolucyjnego potencjału drzemiącego w ich wspólnotach. Osiedlanie się mennonitów w miejscach niedostępnych, które często trzeba było dopiero wydzierać wodzie, było z jednej strony podyktowane faktem, że posiadali wywiezioną z Fryzji czy z Flandrii wiedzę i umiejętność gospodarowania na podmokłych terenach, a z drugiej strony było niewątpliwie zabezpieczaniem się przed ewentualnymi prześladowaniami, gdyż zdawali sobie sprawę z prowokującego (i potencjalnie niebezpiecznego dla innych) charakteru ich sposobu przeżywania wiary chrześcijańskiej. 12 Por. Diarmaid MacCulloch, The Reformation, London 2005, s. 210. Na tropach historii Grażyna Nawrolska BURSZTYN ZŁOTO BAŁTYKU BURSZTYN W PRADZIEJACH Bursztyn, nazywany również jantarem lub sukcynitem, jest najbardziej poznaną żywicą kopalną. Dotychczas panowało przekonanie, że jest to skamieniała kopalna żywica drzew iglastych z rodziny sosnowatych, której wiek badacze oceniają na około 40-50 milionów lat. Chociaż niektórzy geolodzy przypuszczają, że do powstania bursztynu mogły przyczynić się inne drzewa iglaste, np. cedr, modrzew czy araukaria, jak również wilgotne lasy dolin rzecznych. Znajdowane w bursztynie inkluzje zwierzęce dostarczają nam informacji o klimacie i środowisku, w jakim funkcjonowały stawonogi, owady, pajęczaki i wije zastygłe w tym surowcu przed milionami lat. Do żywic kopalnych, oprócz najbardziej znanego nam bursztynu bałtyckiego, możemy zaliczyć m.in. rumenit występujący w Karpatach rumuńskich; symetyt, którego złoża znajdują się na Sycylii; bermit eksploatowany w północnej Birmie czy stosunkowo niedawno odkryte złoża tego surowca na Borneo, w Kolumbii i Dominikanie. Różnorodne walory bursztynu spowodowały, że już kilkadziesiąt tysięcy lat temu zainteresowali się nim mieszkańcy nadbałtyckich terenów. Najstarsze znaleziska wyrobów z surowca bursztynowego pochodzą z okresu zwanego środkowym schyłkowym paleolitem - około 10 000 tysięcy lat temu. Były nimi niewielkie przedmioty w postaci ozdób o zoo-morficznych kształtach. Środkowa epoka kamienia określana mezolitem, to czas pomiędzy siódmym a czwartym tysiącleciem p.n.e. Miniaturowe amulety antropomorficzne, m.in. niedźwiadki, jelenie, koniki, zawieszki w kształcie płytek czy figurki kobiece, świadczą o zdolnościach i poczuciu piękna ich twórców w tak odległych czasach. W okresie neolitu, młodszej epoce kamienia, pomiędzy 4500/4000 a 2300/1800 p.n.e. podejmowano pierwsze próby odkrywkowego wydobycia bursztynu. Miało to miejsce prawie na całym Niżu Europejskim, a zwłaszcza na pobrzeżu Bałtyku i Morza Północnego. Występująca tu koncentracja skupisk osadniczych przyczyniła się także do rozwoju działalności handlowej, a bursztyn, zarówno w postaci surowca jak i gotowych wyrobów, stał się przedmiotem szerokiej wymiany handlowej pomiędzy społecznościami kultur neolitycznych. Zdecydowanie zwiększył się zasób wytwarzanych przedmiotów. Z tego okresu pochodzą różnorodne bursztynowe ozdoby, np. figurki, wisiorki, amulety, naszyjniki z paciorków rurkowatych, kulistych, beczułkowatych, jak również liczne pozostałości półproduktów, odpadów czy form uszkodzonych. Podczas badań archeologicznych odkryto także liczne skarby bursztynowe, 35 Grażyna Nawrolska Zoomorficzne amulety bursztynowe z Polski: a - Słupsk; b - Gdańsk; c - Połczyn-Zdrój tj. woreczki skórzane, które zawierały gotowe wyroby i bryłki surowca. W rejonie Niedź-wiedziówki w gminie Stegna, archeolodzy odsłonili relikty około tysiąca pracowni bursz-tynniczych. To właśnie bogate odkrycia archeologiczne na Żuławach wskazują, że w tym rejonie istniał największy na świecie ośrodek neolitycznego bursztynnictwa. Wytwarzane na ogromną skalę przedmioty zaspokajały potrzeby lokalne, a także były przeznaczone na wymianę handlową. Wyroby z bałtyckiego bursztynu, czyli sukcynitu, były „eksportowane” Wisłą na ziemie środkowej i południowej Polski i dalej do Europy. W zamian na tereny nadbałtyckie docierały, m.in. nieobecne na tych obszarach wyroby brązowe i miedziane, surowce kamienne i krzemienne. Oprócz zagłębia Żuławskiego ośrodki bursztynnictwa znajdowały się także na półwyspie Jutlandzkim, w Szlezwiku Holsztynie, w mniejszej skali na Wyspach Brytyjskich, w rejonie dolnego Renu, na terenie Czech, Francji. W epoce brązu 2300/1800 - 1300/800 p.n.e. kontynuowano zarówno wytwórczość bursztynniczą, jak i szeroką wymianę handlową produkowanych z tego surowca przedmiotów. Bardzo ważną rolę w tej dziedzinie zaczynają odgrywać strefy: nadłabska i nadodrzań-ska, z których wiodą liczne szlaki handlowe na południe i wschód Europy. Odkrywane przez archeologów bogato wyposażone groby kultur epoki brązu, w których znajdowane są wspaniałe wyroby brązowe - ozdoby, narzędzia, broń - i coraz liczniejsze przedmioty z bursztynu, świadczą o wzroście zamożności dawnych mieszkańców. Oprócz dominujących paciorków tworzących znakomite kolie, wisiorków o zróżnicowanych kształtach 36 Bursztyn, złoto Bałtyku Bursztynowa statuetka asyryjskiego króla Ashurnasirpala (wg Fraquet 1987) Grażyna Nawrolska 37 (krążki, toporki), spotyka się okazy wyjątkowe i niepowtarzalne. Należą do nich m.in. filiżanka wykonana z jednej bryłki bursztynu, dysk bursztynowy oprawiony w złotą ramkę czy wielosznurowe naszyjniki. Handel zarówno surowcem bursztynowym jak i jego wyrobami obejmował praktycznie całą Europę, a liczne szlaki lądowe i wodne prowadziły nawet do Azji Mniejszej i północnej Afryki. Można przypuszczać, że trudne i odległe wyprawy po bursztyn podejmowali nawet Asyryjczycy - karawany kupców łowiły szafranowy bursztyn. Wyjątkowym przykładem mogą być dwie statuetki o wysokościach 20 cm i 28 cm wykonane z bursztynu bałtyckiego, tj. sukcynitu, przedstawiające króla Ashurnasirpala. Zostało to potwierdzone metodą spektroskopii absorpcyjnej w podczerwieni. Na przełomie IX i VIII wieku p.n.e. w środkowej i północnej Europie, a na południu wcześniej, zaczęła się nowa epoka - epoka żelaza. Rozwój gospodarki i handlu oraz szerokie kontakty międzykulturowe znalazły swoje odzwierciedlenie we zmożonym zainteresowaniu bursztynem. Większość tego surowca pochodziła z rejonu wybrzeży Morza Północnego, a szlaki handlowe, którymi bursztyn transportowano wiodły do Grecji, Włoch, Hiszpanii. Także w kulturze etruskiej odgrywał on znaczącą rolę, przede wszystkim jako surowiec do wyrobu biżuterii; służył również jako kadzidło podczas ceremonii pogrzebowych. Surowiec bursztynowy wykorzystywano do wyrobu zarówno przedmiotów luksusowych, jak i tych codziennych. Piękne naszyjniki, inkrustowane bursztynem brązowe fibule, małe dzieła plastyki figuralnej: statuetki, wisiorki o ludzkich kształtach, figurki zwierzęce, to przykłady wyrobów często odnajdywane przez archeologów na cmentarzyskach lub w osadach. Najbardziej czytelna w źródłach archeologicznych i historycznych wymiana handlowa związana z eksportem bursztynu miała miejsce pomiędzy Republiką Rzymską - później Cesarstwem Rzymskim - a plemionami zamieszkującymi obszary południowego Bałtyku i Morza Północnego. Obejmowała ona okres między I wiekiem p.n.e. a II wiekiem n.e. Do Rzymu płynęły ogromne ilości surowca bursztynowego; a za czasów Nerona zorganizowano nawet specjalną wyprawę tylko po ten cenny i łubiany surowiec. Oprócz bogatej gamy różnorodnych wyrobów w postaci, m.in. biżuterii, naczyń toaletowych, lusterek, rękojeści uchwytów do różnorodnych przedmiotów, bursztyn był także wykorzystywany do celów leczniczych. Na przykład, Pliniusz Starszy w Historii Naturalnej opisywał zwyczaj noszenia przez kobiety wyrobów bursztynowych mających zapobiegać bólom gardła. Lekarze greccy zalecali chorym zażywanie pigułek ze sproszkowanego bursztynu z różnymi napojami, co miało być lekiem o wysokiej skuteczności terapeutycznej, m.in. na problemy urologiczne względnie palpitacje serca. Główny szlak handlowy łączący Imperium Rzymskie z Pomorzem prowadził z terenów dzisiejszych Włoch przez Słowenię, Węgry, Dunaj, Dolną Wisłę i Kujawy do Pucka i Wejherowa; a najważniejszym punktem na tej trasie było Carnuntum. Podczas prowadzonych prac archeologicznych znaleziono znaczną liczbę importowanych z Włoch towarów wymienianych na sukcynit. Na obecnych ziemiach Polski, w okolicach Chełmna, Malborka, Pruszcza Gdańskiego i terenów Wysoczyzny Elbląskiej znaleziono znaczne ilości przedmiotów bursztynowych, z których część mogła być przeznaczona na eksport. Tak zwany okres wędrówek ludów (370 - 500 r. n.e.), charakteryzował się, m.in. upadkiem wielu dawnych kultur, spowodowanym wojnami i przemieszczeniami się licznych 38 Bursztyn, złoto Bałtyku plemion z terenów azjatyckich i północnej Europy, nie przyczynił się jednak do zaniku dalekosiężnego handlu - także bursztynem - a może jedynie zmniejszyło się jego natężenie. W strefie nadwiślańskiej istniały bowiem w tym czasie skupiska osadnicze w okolicach: Kwidzyna, Malborka, Pruszcza Gdańskiego i nad Zatoką Gdańską, które aktywnie uczestniczyły w dalekosiężnym handlu z południem. Dowodem tego są liczne odnalezione przez archeologów skarby bursztynowe. We wczesnym średniowieczu główną rolę w handlu bursztynem odgrywały plemiona zamieszkujące pobrzeże Bałtyku i okolice obecnego Elbląga i Olsztyna, do których należeli, m.in. Widiwariowie i Estowie, a powstające w VI - VIII wieku osady i grody obronne stanowiły zaczątek tworzących się wspólnot plemiennych. Zaczęły powstawać emporia handlowe i wczesne ośrodki miejskie, będące podstawą dla przyszłych miast. Spowodowało Zamek w Lochstadt — siedziba mistrza bursztynowego. Rekonstrukcja C. Steinbrechta Grażyna Nawrolska 39 to ożywienie gospodarcze, w którym ważną rolę odegrała cała strefa Morza Bałtyckiego, na czoło której wysunęły się os'rodki wczesnomiejskie, takie jak Hedeby, Birka, Wolin, Stara Ładoga, Truso, Grobin, Kołobrzeg-Budzistowo. Do intensywnie rozwijających się w nich różnorodnych rzemiosłach należało także bursztynnictwo. Podtrzymując dawne tradycje, ale również wprowadzając innowacje, dalej produkowano paciorki o zróżnicowanych kształtach tworzących kolie bursztynowe, różnorodne figurki, wisiorki antropomorficzne, pionki i kości do gier, o czym świadczą odkrywane podczas badań archeologicznych liczne artefakty bursztynowe. Spośród ośrodków rzemieślnicze - handlowych na pobrzeżu Bałtyku najważniejszym był Wolin, zarówno jako centrum pozyskiwania bursztynu, jak i produkowanych wyrobów. Do znaczących ośrodków należały także Gdańsk i Kołobrzeg. BURSZTYN W PAŃSTWIE KRZYŻACKIM Wraz z pojawieniem się krzyżaków na obszarze ziem pruskich i w rejonie Dolnej Wisły, zmieniła się sytuacja geopolityczna na tych terenach. Lokacje nowych miast w obrębie powstającego państwa zakonu krzyżackiego (Elbląg, Malbork, Kwidzyn) i rozwój istniejących już ośrodków (Gdańsk) spowodowały intensywny rozwój gospodarczy nadbałtyckiego rejonu. Istotnym czynnikiem była także szeroka wymiana handlowa prowadzona w ramach aktywnie działającego Związku Miast Hanzeatyckich. W rozwijającej się gospodarce państwa zakonnego bursztyn zaczął odgrywać znaczącą rolę. Podobnie jak wcześniej, w okresie władzy książęcej, był objęty regale. Przywilej pozyskiwania tego surowca miał także klasztor cysterski w Oliwie. Na mocy umowy zawartej w 1342 r. pomiędzy krzyżakami a cystersami dokonano podziału wybrzeża na dwie strefy wpływów. Jednak krzyżacy wprowadzili do dwustronnej umowy nakaz odsprzedaży im surowca bursztynowego, zapewniając sobie tym samym monopol na jego wyłączne posiadanie. Bursztyn obok zboża i drewna, stał się, więc jednym z głównych towarów będących przedmiotem handlu, zwłaszcza w okresie największej potęgi zakonu pod koniec czternastego stulecia i na początku piętnastego. Ale już w drugiej połowie XIII w. Nadawane zakonowi przywileje papieskie (1257 r., 1362 r.) zezwalały na prowadzenie działalności handlowej i produkcję rzemieślniczą wyrobów bursztynowych. System pozyskiwania surowca, handel nim i prowadzona działalność wytwórcza były objęte ustalonymi zasadami. Kontrolę nad wydobywaniem i kupowaniem bursztynu sprawował specjalny urzędnik zwany mistrzem bursztynowym (Bernsteinmeister), który przebywał w zamku Lochstadt, usytuowanym w południowo-zachodniej części Półwyspu Sambijskiego. Odgrywał on istotną rolę we władzach zakonu, będąc także członkiem konwentu królewieckiego. Urzędnik ten miał do pomocy licznych jeźdźców, którzy patrolowali plaże i pilnowali przed obecnością nielegalnych zbieraczy i poławiaczy bursztynu. Wartościowy surowiec składowano w magazynach znajdujących się w zamkach, m.in. w: Lochstadt, Bełdze, Szkarpawie, Gdańsku. Cały handel bursztynem nadzorował wielki szafarz królewiecki rezydujący na zamku w Królewcu. Jednak w obrębie Państwa Zakonnego pozyskiwany surowiec należał do różnych komturstw i na tym tle dochodziło do sporów, które musiał rozstrzygać ten urzędnik. 40 Bursztyn, złoto Bałtyku Poławiacze bursztynu (wg P. Abraham 1711) Bursztyn pozyskiwany był przede wszystkim po wielkich sztormach, kiedy morskie wodorosty zawierające ułamki i bryłki surowca były wyrzucane na brzeg. Wyławiano również wodorosty z wody specjalnymi siatkami. Ta forma połowu bursztynu była określona jako das Schópfen i das Lesen. Zabiegi związane z jego wydobywaniem mogły mieć miejsce pod nadzorem knechtów krzyżackich, aby uniemożliwić zabór bursztynu. Za nielegalne jego posiadanie groziła nawet kara śmierci przez powieszenie. Za zbieranie bursztynu osoby były stosunkowo dobrze wynagradzane, co miało zmniejszyć chęci na przywłaszczanie sobie Grażyna Nawrolska 41 tego surowca. Jest faktem oczywistym, że pozyskiwany w postaci zróżnicowanych bryłek surowiec był różnej jakości i barwy. Po podziale na poszczególne grupy pod względem wielkości i kolorytu był ważony, pakowany do worków umieszczanych w beczkach i przygotowany do „eksportu”. Bursztyn wywożono przede wszystkim do Lubeki i Brugii, które były centrami obróbki bursztynu w średniowieczu. Działały tam wyspecjalizowane cechy bursztyniarskie, w których tamtejsi rzemieślnicy wyrabiali przede wszystkim różańce. Pierwszy cech bursz-tynników w Brugii odnotowany został w źródłach pisanych w 1302 r. W sto lat później cech zrzeszał siedemdziesięciu mistrzów i około trzystu uczniów i czeladników. Duże ilości bursztynu zakon sprzedawał do Wenecji, Norymbergi, Kolonii, Frankfurtu nad Menem, na dwory europejskich władców, a także za pośrednictwem Lwowa na Bliski Wschód. Krzyżacy w miastach swojego państwa nie pozwalali na działalność cechu bursztynni-ków. Jedynie na zamkach mogli być zatrudniani rzemieślnicy, którzy wykonywali wyroby na konkretne potrzeby zakonu. Dlatego ze źródeł pisanych znamy nieliczne imiona i nazwiska mistrzów bursztynników, m.in. Johana i Hilgera z Królewca czy Paula Slogelta z Gdańska. Tutaj również rozwijała się wytwórczość przedmiotów z bursztynu, skupiona przede wszystkim na ulicy Kramarskiej. Jednak produkcja wyrobów bursztynowych odbywała się wyłącznie na konkretne zamówienia władz zakonnych. Dopiero po zakończeniu wojny 13-letniej i podpisaniu pokoju w Toruniu w 1466 r., główne miasta regionu — Gdańsk, Poławiacze bursztynu (wgPJ. Hartmann 1677) 42 Bursztyn, złoto Bałtyku Wytwórca różańców Grażyna Nawrolska 43 Elbląg, Toruń - znalazły się w granicach Królestwa Polskiego. Dostęp do wybrzeża morskiego, a tym samym do surowca bursztynowego spowodował, że starania bursztynników kierowane do Rad Miast o wyrażenie zgody na zakładanie cechów odniosły sukces, a powstające organizacje cechowe otrzymywały statuty określane jako Seelgerethe. Ustanowione przez władze miast zasady statutowe regulowały formy wzajemnej współpracy, zarówno między mistrzami cechowymi, jak i wewnątrz każdej pracowni bursztyniarskiej. Znaczący rozwój tego rzemiosła spowodował, że np. w Gdańsku w 1526 r. istniało 46 pracowni cechowych, a bursztynnicy znaleźli się na czele listy wszystkich rzemiosł. Można przypuszczać, że działały również nielegalne pracownie wytwórców przedmiotów bursztynowych niezrzeszone w cechach, w których często produkowano wyroby o wysokim standardzie. W średniowieczu najpopularniejszym wyrobem z bursztynu był różaniec. Od jego nazwy - patemoster - powstało nawet określenie rzemieślników produkujących te wyroby: paternostermacher lub paternosterdreher, co oznaczało wytwórcę lub tokarza różańców. Różańce oprócz swojej codziennej podstawowej funkcji - modlitewnej - były często przeznaczone na prezenty dla wyjątkowo ważnych osób. Otrzymywali je w formie prezentów władcy, dyplomaci, osoby stanu duchownego i wielcy mistrzowie zakonów. Bursztyn był także surowcem do wyrobu przedmiotów o charakterze religijnym, będących elementem wyposażenia kaplic w kościołach, na zamkach i w miastach, m.in. w Gdańsku, Malborku, Kamieniu Pomorskim, także w Hamburgu i Liineburgu. Były to najczęściej figurki Madonny z Dzieciątkiem. Ale surowcem tym ozdabiano również monstrancje, okładki książek, szaty liturgiczne, stroje osób duchownych. Okres średniowiecza to nie tylko produkowanie z bursztynu w warsztatach rzemieślniczych różańców czy elementów wyposażenia kaplic w kościołach i na zamkach. To wytwórczość przedmiotów prostych i codziennych, bardziej wyszukanych i luksusowych. Dużą popularnością cieszyła się biżuteria bursztynowa, wśród której dominowały naszyjniki tworzone z paciorków o zróżnicowanych kształtach, wisiorki i pierścienie. Nieobce ludziom średniowiecza były gry planszowe: warcaby, tryktrak, szachy oraz gra w kości, do których wytwarzano z jantaru pionki i sześcienne kostki. Pojawiły się bursztynowe oprawki noży i ramki, a od XVI w. szkatułki, puzderka, małe relikwiarze i ołtarzyki. KILKA SŁÓW KOŃCOWYCH Bursztyn to z pewnością niezwykle magiczny kamień, często różnie określany. Na przykład, w starożytnej Grecji zwany electrum, w Germanii - glaesum, na Sycylii - sacrium, a w Italii - sucinum. Definiowano go jantarem, sukcynitem, Złotem Bałtyku. Zróżnicowana barwa tego surowca - od białej, poprzez różne odcienie kolorów: żółtego, pomarańczowego i brązowego, aż do czarnej, ukazuje jego niespotykane piękno. Z bryłek surowca bursztynowego, w których zaklęte są rośliny i „zwierzątka” sprzed milionów lat, wytwarzano przez tysiąclecia wspaniałe wyroby - magiczne, użytkowe i dekoracyjne, które cieszyły oczy i ukazywały piękno i niezwykłość Złota Bałtyku. I tak jest do dnia dzisiejszego. 44 Historie nie tylko malborskie (2) Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (2) „BANDERIA PRUTENORUM”, CZYLI O KRZYŻACKICH CHORĄGWIACH NA ZAMKU W MALBORKU W trakcie bitew z Krzyżakami pod Grunwaldem i Koronowem (1410) oraz Dąbkami (1431) Polacy i Litwini zdobyli m.in. kilkadziesiąt zakonnych chorągwi. Większość z nich (56 sztuk) trafiła jako wota do kaplicy św. Stanisława w katedrze na Wawelu, a część do katedry w Wilnie, gdzie spłonęła w 1530 r. W 1447 r. na koronację króla Kazimierza Jagiellończyka do Krakowa przybyło m.in. poselstwo krzyżackie. Okazję tę natychmiast wykorzystał kanonik i dziejopisarz Jan Długosz (1415-1480). Żywo zainteresowany chorągwiami (jedną z nich zdobył przecież pod Grunwaldem jego ojciec, Jan z Niedzielska), odbył z posłami zakonnymi długą rozmowę na ich temat, następnie sporządził szczegółowe notatki, a u krakowskiego malarza Stanisława Durinka (zm. 1492) zamówił kolorowe podobizny. Efektem ich obopólnej pracy stała się „Banderia Prutenorum”, 48-stronicowy rękopis zawierający ilustracje i opisy 56 krzyżackich chorągwi - pierwsza polska dokumentacja historyczna. Długosz tworząc ją podkreślał, że utrwala te wizerunki z przekonaniem, iż jego dzieło posłuży kiedyś do sporządzenia kopii, gdy oryginały z biegiem lat spłowieją lub ulegną zniszczeniu. Wartości jego pracy dodaje fakt, że unikalny dziś manuskrypt jest pierwszym i jedynym wykonanym w średniowieczu niemal kompletnym zestawieniem sztandarów całej armii. Czas pokazał, że rzeczywiście stało się tak, jak przewidywał krakowski dziejopis. Już w końcu XV w. przepadły trzy pierwsze chorągwie. W 2 poł. XVI w. Bartosz Paprocki pisał o 50, „które aż po ten czas widzimy”, a Marcin Bielski dodawał, że tak są pokryte kurzem, iż niewiele spod niego widać. Wymienia je też przewodnik po kościołach krakowskich z 1603 r. Chorągwie znajdowały się w katedrze do roku 1797, po czym zostały wywiezione przez Austriaków do Wiednia i ślad po nich zaginął. Szczęśliwie natomiast i zgodnie z intencją autora ocalał rękopis „Banderii” przechowywany najpierw w skarbcu katedry, a później w archiwum krakowskiej kapituły katedralnej. W roku 1900, przy okazji zbiórki na odnowę Wawelu, posłużył on do wykonania 50 kopii chorągwi. Nie wiemy jakie były ich dalsze losy. Prawdopodobnie zaginęły w trakcie I wojny światowej, bowiem w latach 1937-39, z inicjatywy prof. Adolfa Szyszko-Bohusza (1883-1948), dyrektora Kierownictwa Odnowienia Zamku na Wawelu, sporządzono kolejne w liczbie 32 sztuk, które zawieszono w Sali Pod Orłem. Ryszard Rząd 45 Nadmienić należy, że wykonywano także drukowane kopie manuskryptu Jana Długosza. Pierwsze powstały już w XVI i XVIII w. w Królewcu. Kolejne dwie, polskie, w wieku XIX. Osiemdziesiąt lat temu, 19 maja 1940 r., generalny gubernator Hans Frank przekazał rękopis Długosza i 18 sztandarów z Wawelu do Malborka. Powitano je najpierw w miejskim Ratuszu, a następnie w uroczystej paradzie przeniesiono do Wielkiego Refektarza na Zamku Średnim. Nie zachował się ich spis, a identyfikacja możliwa jest jedynie na podstawie archiwalnych fotografii. Na ich podstawie udało się rozpoznać większość. Na zamek trafiły m.in. chorągwie: 1. większa wielkiego mistrza, 2. mniejsza wielkiego mistrza, 3. zakonu krzyżackiego, 4. księcia oleśnickiego Konrada VII Białego, 5. miasta Chełmna, 6. biskupa pomezańskiego, 7. komturii i miasta Bałgi, 8. komturii i miasta Kowalewa, 9. miasta Królewca, 10. komturii i miasta Tucholi, 11. zamku i komturii Nieszawy, 12. zamku Bratian i Nowego Miasta, 13. komturii i miasta Pokarmin, 14. komturii gdańskiej, 15. miasta Świętej Siekierki, 16. miasta Brunszwiku. Niemal wszystkie z wyżej wymienionych zostały zdobyte pod Grunwaldem (w tym chorągiew komturii i miasta Pokarmin przez ojca Jana Długosza), jedynie miasta Świętej Siekierki w bitwie pod Koronowem. Malowanie chorągwi Widok chorągwi w Sali Pod Orłem na Wawelu 46 Historie nie tylko malborskie (2) Przemarsz z chorągwiami przez Stare Miasto w Malborku w 1940 r Uroczystościom towarzyszyła wydana w Gdańsku broszura, w której zawarto teksty wystąpień gubernatora Hansa Franka, namiestnika Rzeszy Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie Alberta Forstera i niewielki szkic kierownika Zarządu Odbudowy Zamku w Malborku dra Bernharda Schmida. Przemówienia Franka i Forstera transmitowano przez radio na całe Niemcy, zaś malborska poczta wydała z tej okazji okolicznościowy stempel. Po II wojnie światowej rękopis „Banderii' znalazł się w jednym z londyńskich antykwariatów. Natychmiast zakupiła go polska ambasada i przekazała do Warszawy, gdzie trafił do Archiwum Głównego Akt Dawnych. W październiku 1963 r. przekazany został Uniwersytetowi Jagiellońskiemu, a miesiąc później jego Bibliotece, gdzie spoczywa do dziś. Chorągwie zaginęły w tracie wojny lub bezpośrednio po niej. (Publikacja za zgodą http://straty.zamek.malbork.pl) SŁODKA FABRYKA W dniu 13 kwietnia 1880 r. kilku przedsiębiorców z Malborka i okolic utworzyło „Spółkę Akcyjną — Cukrownia Malborska". Stawiała ona sobie za cel wykorzystanie sprzyjających warunków do uprawy buraków cukrowych na Żuławach. Niebawem elbląska firma „Ferdi-nand Schichau" przystąpiła do budowy niewielkiego zakładu, który uroczyście otwarto pół- Ryszard Rząd 47 Cukrownia w panoramie miasta Malborka - dawniej i dziś 48 Historie nie tylko malborskie (2) tora roku później. Pierwszą kampanię zamknął on przerobem 200 ton surowca dziennie. Mimo przejściowych kłopotów w pierwszych latach swojego istnienia, malborska firma w 1898 r. wykupiła podupadającą cukrownię w Kwidzynie i stała się drugą pod względem przerobu w Prusach Zachodnich. Pierwsze miejsce zajmowała Chełmża, będąca największym zakładem w ówczesnej Europie. Ograniczenie powierzchni powiatu malborskiego w wyniku I wojny światowej (jego żuławska część trafiła do Wolnego Miasta Gdańska) mocno zmniejszyło krąg dostawców buraków. Wskutek zmian granic skończyły się także dostawy wapna, koniecznego do oczyszczania płynnej melasy, z polskiego Inowrocławia. Ponieważ transporty ze Szwecji i Estonii były nieregularne, surowiec ten sprowadzano barkami z Nadrenii. W latach 20. nastąpiły kolejne modernizacje i rozbudowy. W 1926 r. cukrownia przerobiła ok. 52 000 ton buraków, produkując z niego 7 200 ton cukru. Obliczano wówczas, że zaspokoiłoby to roczne potrzeby 35 miast wielkości Malborka. Zaznaczyć jednak należy, że zakład produkował wówczas jedynie cukier surowy, czyli żółty, nie wybielany na wirówkach. W 1928 r. powstał koncern „Cukrownie Zjednoczone Sp. z o. o.” {„Vereinigten Zuckerfabriken GmbH’) zrzeszający zakłady w Malborku, Nowym Stawie, Pruszczu, So-bowidzu i Starym Polu (dołączony po kilku latach). Zatrudniano wówczas 250 stałych i około 800 sezonowych robotników. W 1936 r. malborska cukrownia stała się własnością berlińskiej spółki „Zuckeroertriebsgesellschaft der Baltischen Rubenzuckerfabriken GmbH”, która wybudowała nowoczesną, funkcjonującą do dziś suszarnię wysłodków i uruchomiła produkcję znanego nam dziś cukru białego. Dynamiczny rozwój doprowadził do tego, że w sezonie 1939/40 w Malborku - drugiej co do wielkości cukrowni Prus Wschodnich - przetworzono rekordową, jak na jej możliwości, ilość 175 000 ton buraków. W czasie ostatniej kampanii (1943/44) przerobiono ich 154 350 ton. W czerwca 1945 r. Rosjanie oddali za beczkę bimbru już zdemontowane i zapakowane do wywiezienia w głąb Związku Radzieckiego urządzenia. Produkcję wznowiono pod koniec roku 1946. Ciekawostką jest fakt, że zakład od początków swego istnienia ciągle korzysta z wody płynącej Kanałem Młynówki, wykonanym przez Krzyżaków w pocz. XIV w. O KABLU POŁOŻONYM NA DNIE MORZA Przed 1945 r. Prusy Wschodnie miały bezpośrednią łączność telefoniczną z resztą Niemiec. Zapewniał ją tzw. „Seekabel Ostpreussen", składający się z trzech osobnych połączeń kablowych. Pierwsze położył w 1920 r. statek „RandulfHansen”. Prowadziło z Łeby, wzdłuż polskiego wybrzeża morskiego, dnem Zatoki Gdańskiej do Tękit na Sambii. Miało długość 169,6 km i składało się z 6 podwójnych przewodów telefonicznych (trzy wiązki zawierające po cztery skręcone żyły) i 3 telegraficznych. Kabel miał średnicę 52 mm, 1 mb ważył 11 kg. Drugie, identyczne połączenie z roku 1922 o długości 172,2 km prowadziło z Łeby do Pilawy. Położono je ze statku „Nordeney”, tak jak i trzecie z 1929 r., o długości 188 km, zawierające w jednym kablu firmy „Felten & Guilleaume” 44 pary żył telefonicznych i jedną wiązkę radiofoniczną. Ponieważ, tak jak w poprzednich, w jego zewnętrznej warstwie użyto ołowiu, ważył on łącznie 2 150 ton. Stacja teletransmisyjna w Łebie była zintegrowana Ryszard Rząd 49 z centralą w Berlinie i połączona z nią kablem podziemnym. Z Tękit i Pilawy do Królewca biegły przewody napowietrzne. Przepustowość kabli nie była imponująca i pozwalała na prowadzenie jedynie kilku rozmów jednocześnie. Układanie kabla w Tfkitach Mapa przebiegu kabla na dnie Zatoki Gdańskiej Pierwsza rozmowa. Przy telefonie w Królewcu minister poczty Johannes Giesberts (1865-1938) dzwoniący do prezydenta Rzeszy Friedricha Eberta z meldunkiem: Herr Ebert? Kónnen Sie mich hóren? Ich rufę aus Kónigsberg an! (Pan Ebert? Słyszy mnie Pan? Dzwonię z Królewca!) 50 Historie nie tylko malborskie (2) 120 LAT KOŚCIOŁA CHRZEŚCIJAN BAPTYSTÓW W MALBORKU Pierwszy zbór baptystyczny powstał około 1612 r. w Londynie. Założyli go angielscy emigranci powracający z wygnania do Holandii, gdzie zetknęli się z powstałym wiek wcześniej ruchem anabaptystycznym. Za jego przykładem uważali m.in., że każdy człowiek winien podjąć osobistą, przemyślaną decyzję naśladowania Chrystusa, po której dopiero może nastąpić świadome przyjęcie chrztu wiary. Przywracanie tej, wywodzącej się z czasów apostolskich praktyki, narażało ich na kpiny (przezwisko baptyści, czyli „chrzciciele”, od gr. baptidzo - zanurzać, chrzcić) i prześladowania. Spowodowały one, że niebawem większość z nich wyemigrowała do Ameryki Północnej. Na początku XVII w. założyli tam kolonię Rhode Island, w której już w 1652 r. zniesiono niewolnictwo. Tutaj też, w 1777 r., zorganizowano pierwszą paradę w okazji Dnia Niepodległości USA (4 lipca). Pamiętać bowiem należy, że baptyści poważnie przyczynili się do usamodzielnienia tamtejszych kolonii i powstania Stanów Zjednoczonych. W Malborku pierwsi baptyści pojawili się w 1858 r. Byli to, podobnie jak w pobliskim Tczewie, pracownicy z głębi Niemiec zatrudnieni przy budowie mostu kolejowego. Opiekę nad nimi sprawowali najpierw pastorzy z Elbląga, później z Tczewa. Ponieważ nowe wyznanie pozyskiwało coraz więcej zwolenników, niebawem utworzono tu placówkę tczewskiego zboru. Samodzielny zbór baptystów w Malborku oficjalnie zarejestrowano 25 marca 1900 r. Liczył wówczas 58 członków. Początkowo nabożeństwa odbywały się w domu przy Zie-gelgasse (obecnie ul. Armii Krajowej). W latach 1900-09 ochrzczono 90 osób, zaś liczba wiernych sięgnęła 110 osób. W 1910 r. Rudolf Ruttkowski, jeden z wyznawców a zarazem mistrz budowlany, wzniósł nową, obszerną kaplicę na działce przy ówczesnej Birkgasse 105 (obecnie ul. Jagiellońska), ofiarowanej przez starszego zboru Gustava Jungasa z Moczarów. Na początku lat 20-tych XX w. utworzono placówkę w Prabutach, gdzie powstała także osobna kaplica. Efektem zimowej ewangelizacji na przełomie lat 1929/30 był wielkanocny chrzest 21 osób. Wprowadzona wówczas nowatorska, kolejowa misja objazdowa przyczyniła się do powstania nowych placówek w Dzierzgoniu i Buczyńcu. Ponieważ zbór liczył już 379 członków, rozbudowano kaplicę. Jak w większości tego typu zgromadzeń, prowadzony był chór, szkółka niedzielna i praca wśród młodzieży. Istniała też Rada Starszych. Jej Chór zborowy w 1915 r. oraz członkowie zboru Ryszard Rząd 51 rola nie ograniczała się tylko do funkcji pomocniczych. Gdy wiosną 1939 r. powołano do wojska pastora będącego jednocześnie oficerem w stanie spoczynku, jego obowiązki przejął jeden ze starszych zboru. Pod koniec wojny wspólnota liczyła 405 wiernych. W 1945 r. kaplica przeszła w ręce Polskiego Kościoła Chrześcijan Baptystów i do dziś jest siedzibą zboru. W latach 1946-49 mieściło się przy niej baptystyczne seminarium teologiczne. W maju 1994 r. obiekt wpisano do rejestru zabytków woj. pomorskiego. Kaplica w 2010 r 52 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ (8) NOWY TARG - HISTORIA ODCZYTANA Z FOTOGRAFII Najbardziej fascynującym etapem podczas pisania kolejnych artykułów jest zbieranie informacji i ich weryfikacja w terenie. Warsztat historyka, etnologa to nie wszystko, ponieważ w każdym przypadku trzeba wcielić się także w detektywa lub dziennikarza. Zazwyczaj inspiracją prowadzącą do zbadania historii nowego miejsca jest oznaczenie na mapie topograficznej, wzmianka w przedwojennej literaturze, znaleziony dokument, rycina lub stara fotografia. Niezwykle ważna jest także rozmowa z człowiekiem. Następnie krok po kroku wyłania się historia, której napisanie wymaga już bazowania na źródłach historycznych, które zaczynają spływać do autora wraz z poszukiwaniami faktów. Punktem wyjścia do napisania dzisiejszego tekstu jest oznaczenie na mapie topograficznej w okolicy Nowego Targu przedstawiające wiatrak (Mastichblatt 1895, 1910, 1930). Analiza terenu za pomocą LIDAR-u pokazała wyraźne zarysowanie na wzgórzu podstawy wiatraka oraz ślady budynków gospodarczych, których lokalizacji zgodna jest z mapą topograficzną. Jednak prawdziwym rarytasem okazało się zdjęcie znalezione w zbiorach Elbląskiej Biblio- Piotr Podlewski 53 Nowy Targ. Fragment koła młyńskiego. Fot. P.P. teki Cyfrowej w udostępnionym do pobrania „Heimatkalender des Kreises Stuhm, 3. Jg. 1933 ”. Na zdjęciu wykonanym, jak się później okazało, 30 sierpnia 1932 roku widać wiatrak oraz znane z map budynki. Stojący przed nimi dorośli i dzieci bacznie przyglądają się czemuś, co dzieje się za plecami fotografa. W prawym dolnym rogu zdjęcia widać dwóch żołnierzy niemieckich obsługujących karabin maszynowy MG08 (Maschinengewehr). Zanim opowiemy, jaką sytuację przedstawia zdjęcie, skupmy się na wiatraku, który dziś już niestety nie istnieje. Na zdjęciu widać, że była to konstrukcja typu Bovenkruier, czyli wiatrak czapowy zwany u nas „holendrem”. Jego górna czapa, czyli głowica ze skrzydłami obracała się do wiatru wraz całym wewnętrznym mechanizmem i przekładniami. Mechanizm obrotowy budowano w takich wiatrakach z najtwardszego drewna, czyli dębu lub grabu. Wiatrak w Nowym Targu był drewniany z sześciokątną obudową. Lidar pokazał zarysowaną podstawę młyna, więc warto było pojechać, żeby zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości. Wzgórze porasta dziś las, jednak bardzo szybko trafiliśmy na dawną drogą wyrytą wręcz w pagórku prowadzącą dawniej w kierunku zabudowań i dalej aż pod wiatrak. Po widocznym na zdjęciu domu mieszkalnym pozostał dziś porośnięty roślinnością podłużny kopiec z fragmentami walających się cegieł. Na zdjęciu dom prezentuje się jako niewielki parterowy budynek ze strychem z dwuspadowym dachem ozdobiony uroczym gankiem. Okna zdobiły malowane okiennice. Niewiele więcej można znaleźć w miejscu budynku gospodarczego - pojedyncze kamienie i niewielki nasyp. Przyglądając się fotografii można zauważyć przylegającą do niego sławojkę, czyli wychodek. Miejsce zostało pochłonięte przez las. Trudno wyobrazić sobie, że kiedyś żyli tutaj ludzie zajmujący się obsługą wiatrowego młyna. Dalsza część drogi zaprowadziła nas na szczyt pagórka. W miejscu wiatraka leżą dziś fragmenty kilku kamieni. Słabo czytelny jest też zarys podstawy. Dość wysoka ściółka leśna 54 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) przykrywa to, co wskazał Lidar. Jednak przypadkiem ściągając butem ściółkę z jednego kamienia okazało się, że jest on fragmentem większej części, która okazała się być połową kamienia młyńskiego z widocznymi karbami ułatwiającymi mielenie i odprowadzanie zmielonego ziarna. Leżące wokół kamienie okazały się być jego drugą, roztrzaskaną częścią. Rewelacja. Wróćmy teraz do zdjęcia. Jego opis, jak i artykuł napisany czcionką gotycką, informuje, że zdjęcie przedstawia nauczyciela o nazwisku Górtz, który przyprowadził swoich uczniów na wzgórze pod wiatrakiem, aby oglądać manewry wojsk niemieckiej Reichswehry, które odbyły się w dniach 29-30 sierpnia 1932 roku. Nauczyciel w marynarce i pod krawatem przysłania ręką oczy, patrząc w dal na operujące na polach wojska. Obok niego w stroju roboczym stoi zapewne młynarz z powagą śledzący rozwój sytuacji pod swoim domem. Dzieci natomiast otaczają żołnierzy. Widać, że największe zainteresowania budzi karabin maszynowy MG08. Cała ta sytuacja musi być dla nich dużą atrakcją i okazją do urwania się z zajęć w szkolnej sali. Wyżej, pod wiatrakiem, zgromadzili się pozostali widzowie, skąd mieli bardzo dobry widok na okolicę. Fotografię wykonał Walter Hellwig ze Sztumu. Przy wiatraku znajdował się sztab podpułkownika Georga Stumme, dowódcy jednej z armii manewrowych (podczas II wojny w randze generała zginął w trakcie działań pod El Alamein w Afryce). W manewrach brały udział: 3. (Preufi.) Infanterie-Regiment z Iławy, 1. (Preufi.) Reiter-Regiment z Insterburga, 1. (Preufi.) Artillerie-Regiment, stacjonujący w Królewcu i Olsztynie oraz 3. Kompania 1 Pionier Abt (saperzy). Wojsko zakwaterowano w Sztumie. W czasie ćwiczeń żołnierzy podzielono na dwie grupy: niebieskich i czerwonych, które to grupy operowały na polach wokół Krastud, Koło-zębia, Nowego Targu, Balewa, Krasnej Łąki, Postolina, Miniąt, Watkowic, Ramz i Sadłuk. Manewrami dowodził weteran z czasów I wojny pułkownik Giinther von Niebelschiitz, który zginął w stycznia 1945 r. zastrzelony przez Rosjan w swoim pałacu w Schildeck w Prusach Wschodnich. Wszystko obserwował generał piechoty i ministrem Reichswehry Werner von Blomberg, który w styczniu 1938 roku, w wieku 60 lat został usunięty z armii. Pretekstem był ślub z 26-letnią urzędniczką Evą Gruhn (świadkami byli Adolf Hitler i Hermann Góring). Gruhn była notowana za prostytucję i pornografię. Wybuchła afera. Powiadomiony o niej Hitler nakazał usunąć generała z armii i pozbawić go wszystkich tytułów wojskowych. Manewry zostały bardzo szczegółowo opisane w „Heimatkalender des Kreises Stuhm, 3.Jg. 1933”. Wiatrak po wojnie przestał pełnić swoją rolę. Niekonserwowana drewniana konstrukcja popadła w ruinę lub została rozebrana. W latach 60. stały jeszcze ruiny budynków stopniowo rozbierane na cegły. Warto wspomnieć, że pod koniec XIX wieku obok stał drugi wiatrak nieistniejący już na pewno w 1910 roku. Przy drodze polnej prowadzącej w kierunku wzgórza stoi do dziś drewniany krzyż mogący mieć prawie 120 lat. Na mapie z 1910 roku jest on zaznaczony jako punkt topograficzny, a jego odręczny rysunek można znaleźć w wydanej w 1933 roku książce ks. Władysława Łęgi pt. „Ziemia Malborska”. Piotr Podlewski 55 ŚLEDZIÓWKA - DWÓR Z CERKIEWNYMI KOPUŁAMI Historia Śledziówki Wielkiej (niem. Gross Heringshóft) jest dziś praktycznie nieznana. W nowszych publikacjach trudno doszukać się jakiejkolwiek wzmianki. Są tylko pojedyncze zdjęcia w internecie udostępniane przez przypadkowych turystów. Śledziówka Wielka znajduje się ok. 17 km. od Sztumu. Składa się w sumie z dworu i dwóch budynków folwarcznych, ale to, co ją wyróżnia od innych założeń tego typu, to sam dwór z imponującymi kopułami w stylu cerkiewnym. Do dawnego majątku dojeżdżamy starą, brukowaną drogą, pamiętającą jeszcze dawnych właścicieli. Ceglany dwór jest w dobrym stanie. Budynek jest zadbany, a mieszkańcy własnym sumptem dbają o jego stan techniczny przywiązując wagę do historii miejsca. Dziękujemy za miłe przyjęcie i oprowadzenie. Znalezienie informacji o historii obiektu nie było proste. Posługując się niemiecką nazwą majątku „Heringshóft” trafiłem w sieci na stronę rodu Rittmeyer zawierającą bardzo szczegółowe archiwum i wyśmienicie opracowaną wielopokoleniową genealogię. Imponujące opracowanie stało się ciekawą bazą źródłową. Dwór w Śledziówce był własnością Richarda Rittmeyer (ur. 14 sierpnia 1886 r.). Budynek powstał prawdopodobnie w czasach zarządzania przez Rittmeyera opisywanym majątkiem. Richard nabył posiadłość GroB Heringshóft po tym, jak wcześniej przekazał gospodarstwo w Meislatein (Myślęcin) swojemu bratu Otto. Razem z żoną Edith Rittmeyer (z domu Heise) doczekali się czterech synów, którzy dorastali w posiadłości wraz z synem 56 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) Śledziówka. Rodzina Rittmeyer. fot. archiwum rodowe żony z poprzedniego małżeństwa Ernstem Wernerem. Richard i Edith pobrali się 23 września 1919 roku w Marienau (Marynowy). Rodzinę Rittmeyer możemy oglądać w galerii zdjęć. Na fotografiach widać Richarda z żoną i trzema synami (czwartego syna nie było wtedy na świecie lub był w wieku niemowlęcym). Zamieszczone na stronie bogate drzewo genealogiczne rodu Rittmeyer pozwoliło ustalić, że dwaj identycznie ubrani na zdjęciach chłopcy to bliźniacy Dieter i Klaus, urodzeni 19 grudnia 1921 r. Kolejne dziecko to prawdopodobnie Horst Eberhard, starszy o rok brat (ur. 13 sierpnia 1920). Rarytasem jest zdjęcie przedstawiające rodzinę pozującą w samochodzie zaparkowanym przed dworem. Za kierownicą widzimy pana domu w stylowym kapeluszu, za nim siedzą trzej synowie. Za nimi uśmiecha się w kierunku obiektywu żona Edith i niezidentyfikowana kobieta. Samochód to czterobiegowy model Presto typu D 9/30 PS. Auta tego typu produkowano w Chemnitz w Saksonii w latach 1921-1925. Miały 30 KM i paliły 11 litrów na 100 km. Prędkość ich dochodziła do 70 km/godz. Analizując zdjęcie warto zwrócić uwagę na przylegającą z prawej strony do dworu wieżyczkę zwieńczoną kopułą. Po lewej stronie, przed wejściem, umieszczono białą tabliczkę informującą przyjezdnych, że majątek to szlacheckie dobra rycerskie Grofi Heringshóft. Sesję zdjęciową wykonano w okolicy 1924 roku. Na pozostałych fotografiach możemy podziwiać architekturę budynku, stylowe wnętrza i plany z układem pomieszczeń. Widać, że był to dobrze prosperujący i zadbany majątek. W wieżyczkach na piętrze umieszczono pokój dla gości oraz izbę. Dolna kondygnacja Piotr Podlewski 57 wież została wkomponowana w metraż owalnego salonu, który sąsiadował z pokojem pana domu i jadalnią. Nad salonem na piętrze umieszczono taras. Na parterze znajdowały się dodatkowo sypialnia, łazienka, biuro, garderoba i tzw. ogród zimowy. Od zewnątrz przylegała od strony jadalni spiżarnia. Piętro służyło głównie rodzinie. Rozlokowano tam pokoje dziecięce i pomieszczenia prywatne. Na furtce prowadzącej do głównego wejścia dumnie witały gości inicjały właściciela „RR”. Charakterystyczną cechą zabudowy jest szczytowe ustawienie budynku do drogi. Najbardziej ozdobna część frontu to tzw. „szwajcer dach”, czyli wzorowany na budowlach alpejskich, umieszczany pod dwuspadowym dachem na drewnianych krokwiach, ozdobny okap. Wpływy greckie prezentowały pilastry w stylu korynckim zdobiące elewację oraz stojąca na postumencie w kwiecistym ogrodzie rzeźba. Największą zagadką są jednak wieżyczki z cerkiewnymi kopułami. Jest to prawdziwy unikat biorąc pod uwagę architekturę dawnych Prus Wschodnich. Dziś już raczej nie ustalimy, co było inspiracją dla projektanta dworu i dlaczego zastosowano tego typu rozwiązanie. Rodzina Rittmeyer była wyznania luterańskiego, więc tym bardziej ciekawią prawosławne wpływy w architekturze dworu. Richard Rittmeyer zmarł 6 października 1929 roku w wieku zaledwie 43 lat w Śle-dziówce. Został pochowany na cmentarzu przykościelnym w pobliskiej Łozie. Zachowało się zdjęcie pomnika nagrobnego, który w założeniu miał pełnić funkcję grobu rodzinnego. Tak się jednak nie stało. Wdowa, Edith Rittmeyer wyszła później za mąż za Ernsta Martina Schiilke, który przejął zarządzanie w dobrach Heringshóft. Zmarła 12 czerwca 1972 r. w Bernkastel-Kues. Jej syn Klaus, jeden z bliźniaków, został zastrzelony 23 stycznia 1945 r. Dieter zmarł 29 listopada 1997 r. w Marburgu. Najdłużej z braci żył najstarszy Horst, który zmarł dopiero w 2007 roku w Koblentz. On i najmłodszy z braci Wolfgang (t 1988 r.) przedłużyli ród, a ich potomkowie żyją po dziś dzień na terenie Niemiec. Na koniec kilka słów o herbie Rittmeyer, który jest wpisany do księgi herbowej Niemiec. Protoplasta rodu Rittmeyer otrzymał od swego władcy herb w uznaniu faktu, że dostarczył on władcy trzy tuziny koni na wojnę. Trzej jeźdźcy ze szpicrutą i dwa konie symbolizują wkład przodka w wojnę i lojalność wobec władzy. W Prusach Wschodnich pierwszy przedstawiciel rodu, Johann Heinrich Rittmeyer, pojawił się w 1775 roku w Pasłęku. Przeniesiono go tutaj w stopniu podoficera w ramach obowiązków wojskowych. Został zarejestrowany w wojskowej księdze kościelnej z okazji chrztu syna jako żołnierz 52 Pułku Piechoty. Był pra-pra dziadkiem Richarda Rittmeyera z Gross Heringshóft. WIEŻA BISMARCKA WE WSI JASNA Jasna to niewielka wieś w powiecie sztumskim szczycąca się pięknym, średniowiecznym kościołem. Warto wybrać się w jej okolice ze względu na krajobraz, który można podziwiać z okolicznych wzgórz. Jedno z nich stało się punktem kolejnej wyprawy mającej na celu zlokalizowanie resztek fundamentu po stającej na nim wieży poświęconej pamięci „żelaznego kanclerza” Otto von Bismarcka (1815-1898). Bismarck był pierwszym kanclerzem zjednoczonego Cesarstwa Niemieckiego. Jako motor napędowy zjednoczenia dążył do stworzenia jednego, silnego państwa niemieckiego 58 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) pod hegemonią Prus. W wyniku wojny austriacko-pruskiej (1866) doszło do utworzenia Związku Północnoniemieckiego, którego Bismarck został kanclerzem. Zwycięska wojna z Francją doprowadziła do ostatecznego zjednoczenia Niemiec w 1871 r. Powstałe Cesarstwo Niemieckie było monarchią konstytucyjną i państwem federalnym złożonym z państw związkowych wchodzących w skład Rzeszy będących monarchiami i wolnymi miastami. Na cześć kanclerza w cesarstwie oraz w miejscach poza Europą, tam gdzie funkcjonowały społeczności niemieckie, zaczęto wznosić wieże, na których kilkakrotnie w ciągu roku rozpalano ogień ku czci Bismarcka. Uroczystości takie przypadały na rocznice urodzin i śmierci patrona oraz w inne święta, np. przesilenie letnie. Pierwsze konstrukcje sławiące Ottona von Bismarcka i wyrażające niemiecką dumę narodową wybudowano jeszcze za jego życia. Ostatnią wieżę, którą oddano do użytku w roku 1926 r., postawiono w Polanowie. Ogólnie liczy się, że istniało ponad 240 wież poświęconych kanclerzowi. Ustalenie lokalizacji wieży w Jasnej nie było zbyt trudnym zadaniem. Lokalni mieszkańcy doskonale znają jej dawne położenie, a dzięki LIDAR-owi, który wychwycił kwadratowy zarys fundamentu, nie trzeba było błądzić po sąsiednich wzniesieniach. Wejście na wzgórze okazało się całkiem przyjemne dzięki rosnącym wokół jabłonkom z soczystymi owocami. Sam fundament wieży (ok. 10 x lOm) ze względu na porastającą go roślinność jest już słabo czytelny w terenie. Budowa wieży w Jasnej była inicjatywą dziedzica Alberta Torniera ze Złotowa. W tym celu powołano w 1904 roku „Stowarzyszenie - Wieża Bismarcka - Buk Hartwicha”, które- Piotr Podlewski 59 Fragment fundamentu pozostały po wieży Bismarcka w Jasnej, fot. archiwum autora 60 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) go ideą było postawienia wieży z misą ogniową na jej szczycie. Stowarzyszenie wybrało na miejsce budowy 68-metrowe wzgórze zwane obecnie Lisią Górą (niem. Waldberg - Leśna Góra). 30 listopada 1910 roku zorganizowano wieczorek dla wsparcia budowy. Celem było uroczyste otwarcie wieży w setną rocznicę urodzin Bismarcka, czyli w dniu 1 kwietnia 1915 r. Koszt inwestycji zamknął się ostatecznie w kwocie 30 000 Marek. 20 000 Marek zebrano w formie darowizny a do reszty kwoty dorzuciły się powiaty malborski i sztumski. Zarząd związku wybrał projekt o nazwie „Siegfried” architekta Ernsta Ranga z Rangs-dorf nawiązujący do budownictwa krzyżackiego. Dnia 3 sierpnia 1913 roku uroczyście położono kamień węgielny i przystąpiono do budowy. Wysoką na 29 metrów wieżę zbudowano z wykorzystaniem czerwonej, palonej cegły. Wykonawstwo powierzono mistrzowi ciesielskiemu i budowlanemu E. Goldmannowi ze Zwierzeńskiego Pola. Wielkie otwarcie nastąpiło 1 kwietnia 1915 roku. Na szczycie wieży umieszczono misę ogniową o średnicy 3 metrów, a przy drzwiach gości witał medalion z wizerunkiem Bismarcka ufundowany przez dr Schmidta ze Sztumu, wykonany przez rzeźbiarza Klatta z Gdańska. W dolnej sali, w ścianie, wmurowano metalową skrzynkę, z dokumentami z czasów budowy oraz monety od 1 feniga do złotej dwudziestomarkówki. Wieża Bismarcka z Jasnej pełniła swoją funkcję do końca II wojny światowej. Z jej szczytu widać było miasta Elbląg, Malbork i Dzierzgoń, a w dobrą pogodę również Zalew Wiślany. Po 1945 r., kiedy dawne Prusy Wschodnie stały się częścią Polski, Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie poleciło rozbiórkę wieży. W kwietniu 1951 roku, w dniu detonacji ładunków, ludność z okolicznych domów, w których zostawiono otwarte okna udała się na szosę, aby w bezpiecznej odległości oglądać niecodzienny spektakl. Punktualnie o godzinie 12 żołnierze Ludowego Wojska Polskiego odpalili ładunki. Rozległa się eksplozja po której w miejscu wieży zostało tylko rumowisko cegieł i kamieni. Na zakończenie warto dodać, że na sąsiednim wzgórzu zwanym Lisią Górą stał dawniej potężny buk, zwany „bukiem Hartwicha”. Zaznaczony jest on na mapach topograficznych sprzed 1939 roku. W 1813 roku Fridrich Martwieli, pastor w Jasnej, żegnał na Lisiej Górze swoich dwóch synów wyruszających na wojnę z Napoleonem. Od tego czasu tradycją stało się, że panny żegnały tam swoich chłopców odchodzących do wojska. W roku 1873 rodzina pastora ufundowała tablicę umieszczoną na wzgórzu. Znajdował się tam także głaz ze swastyką i napisem Hitler Eiche (dąb Hitlera) oraz z datą: 20. 4. 1933. Dziś po buku, dębie, tablicy i głazie nie ma już śladu. Poszczególne części Wieży Bismarcka (oryginalne metalowe okna i oryginalna cegła) oraz model budynku znajdują się obecnie w Muzeum Historii Lokalnej Stuhm w Bremervórde. Piotr Podlewski 61 BENOWO - OBÓZ KAWALERII KOZACKIEJ Z CZASÓW NAPOLEOŃSKICH Nazwy własne miejsc to także ważne wskazówki dla historyków i poszukiwaczy tematów związanych z dawnymi wydarzeniami. Wiele nazw, np. wzgórz, traktów, czy punktów orientacyjnych powiązana jest z konkretnymi wydarzeniami, które wryły się w pamięć lokalnych mieszkańców. W kwartalniku wydanym w 1928 roku pod redakcją Arthura Semrau („Mit-teilungen des Coppernicus -Yereins fur Wissenschaft und Kunst zu Thorn“. H. 36) znaleźć Aleksander Czernyszow, fot. Internet 62 Niekomercyjny przewodnik po ziemi sztumskiej (8) można wiele opisów miejsc na naszym terenie powiązanych z czasami krzyżackimi, wojnami szwedzkimi, czy epoką napoleońską. Wiele z tych określeń już nie funkcjonuje. Pamięć o nich odeszła po 1945 roku wraz z ewakuacją dawnych mieszkańców uciekających przed frontem oraz późniejszymi przesiedleniami. Na północ od wsi Benowo, niedaleko leśniczówki, wznosi się wzgórze zwane dawniej Moskalową Górą. W kwartalniku z 1928 roku opis miejsca informuje nas, że był tam obóz wojsk rosyjskich. Zainteresowani tym tematem postanowiliśmy zweryfikować tę informację. Biorąc pod uwagę fakt, że większość miejsc historycznie związanych z wojnami szwedzkimi, czy wojskami Napoleona ma swoje podłoże historyczne, tutaj także możemy ostrożnie zaufać przesłankom lokalnej społeczności. Wojska rosyjskie, które mogły tu stacjonować niewątpliwie były częścią armii carskiej ścigającej resztki Wielkiej Armii Napoleona Bonaparte po klęsce poniesionej przez genialnego wodza podczas inwazji na Rosję w 1812 roku. Dolne Powiśle znajdowało się w tym czasie na terytorium państwa pruskiego, które zostało pokonane przez Napoleona kilka lat prędzej. Oddziały francuskie i sprzymierzeńcy okupowali zajęte miasta i twierdze. Po klęsce w Rosji zaczął się odwrót Francuzów, m.in. przez Prusy. W ślad za nimi wkraczała armia rosyjska zajmując po kolei Królewiec, Braniewo, Elbląg i każde miasto na swoim szlaku. W celu wyprzedzenia przeciwnika przed przekroczeniem Wisły i aby prowadzić rajdy na głębokie tyły wroga został utworzony pod dowództwem generała Aleksandra Czernyszowa duży oddział z najlepszych kozackich pułków w sile ok. 2000 ludzi (11 pułków kozackich i 1 baszkirski) i baterii konnej liczącej 4 działa. Grupa ta podążyła do Pieniężna, a następnie oddziały kozackie wyzwoliły pruskie miasta Kwidzyn, Malbork i Tczew. 13 (lub 12) stycznia 1813 r. doszło do bitwy pod Kwidzynem. Kozakami rosyjskimi dowodził wspomniany gen. Czernyszow oraz Matwiej Iwanowicz Płatów - generał kawalerii armii Imperium Rosyjskiego i ataman dońskich wojsk kozackich. Obecny był również gen. por. Dmitry Dmitrievich Shepelev. Resztkami Wielkiej Armii Napoleona dowodzili gen. Jean Rapp, gen. i baron Cesarstwa Charles Grandjean i gen. dywizji Gilbert Bachelu. Nad całością czuwał pasierb Napoleona i jednocześnie wicehrabia gen. Eugene de Beauharnais. W tym starciu zwyciężyła kawaleria kozacka Aleksandra Czernyszowa, zwolennika białej broni oraz walki wręcz, który po bitwie otrzymał od cara order Świętego Jerzego. Żołnierz rosyjski Michaił Woroncow wspomina tamte dni w swoim pamiętniku: [13 stycznia] Przybyłem do Marienwerde [Kwidzyna] i zdaje się, że Czerniszew nie atakował swoimi kozakami w próżnię. Wicekról [Eugeniusz], Victor [Perrin] i jakichś 20 generałów oraz kilkaset oficerów byliby tu schwytani do niewoli. [14 stycznia] WMarienwerde. Piechota odpoczywa, kozacy są rozmieszczeni w Mrowyślu w pobliżu Wisły. [Fiodor] Barabanszikow przekroczył Wisłę w kierunku Stargardu. Piotr Podlewski 63 Mowa tu zapewne o przeprawie przez most pontonowy, który zbudowali Francuzi. Został on zdobyty przez wojska rosyjskie. Dodatkowo niedobitki wojsk napoleońskich, wracające spod Moskwy, przyniosły ze sobą epidemię tyfusu plamistego, w wyniku której życie straciła 1/10 ludności Kwidzyna. 15 stycznia Kozacy zajęli Malbork. Całe Prusy aż po dolną Wisłę znalazły się w rękach Rosjan, uzyskali oni też pełną swobodę działań w kierunku na Płock i Warszawę. Francuskie próby udaremnienia rosyjskiego pochodu były daremne. Generał Czernyszow jeszcze w 1813 jako pierwszy zajął Berlin, a niedługo później Kozacy poili już swoje konie w Sekwanie. Do dziś w Kwidzynie znajduje się wojenny cmentarz prawosławny przy ul. Południowej z 1813 roku. Pochowano na nim żołnierzy gen. Czernyszowa, który piął się w kolejnych latach po szczeblach kariery wojskowej uzyskując tytuł książęcy. Na cmentarzu znajduje się symboliczny głaz oraz krzyż prawosławny. Moskalowa Góra ze względu na strome zbocza i rozległy płaskowyż jest idealnym miejscem na założenie obozu wojskowego. Na sąsiednich wzniesieniach znajdują się szańce szwedzkie z XVII wieku, usypane w tym miejscu ze względu na strategiczne położenie. Wojska rozlokowane na wzgórzach mogły w pełni kontrolować Wisłę, rejonu Białej Góry oraz całej doliny nadwiślańskiej z widocznością aż po Gniew i Kwidzyn. W pracy „Toponimia Powiśla Gdańskiego” (1980) prof. Huberta Górnowicza jest kolejna wzmianka o obozie wojsk rosyjskich ścigających armię Napoleona, który miał znajdować się na wzgórzu „Russenberg” (11,6 m.) w południowej części wsi Barcice. Jest to kolejny dowód pochodzący z przekazów na obecność wojsk carskich w naszym regionie. 64 Śmiertelne stracie wywiadów pod Opaleniem Wiesław Olszewski ŚMIERTELNE STRACIE WYWIADÓW POD OPALENIEM 2 czerwca 1930 roku w godzinach popołudniowych ulicami Tczewa, od kaplicy Szpitala św. Wincentego na cmentarz katolicki przy ulicy 30-go Stycznia, przeszedł uroczysty kondukt pogrzebowy. Na czele pochodu kroczyła orkiestra 2 pułku szwoleżerów ze Starogardu, za którą postępowały: oddziały wojskowe, wszystkie stowarzyszenia i związki społeczne w Tczewie oraz młodzież wszystkich szkół miejskich. Kondukt żałobny prowadził proboszcz parafii staromiejskiej ks. Aleksander Kupczyński. Za zwłokami podążała rodzina zmarłego, wicewojewoda Seydlitz, główny dowódca straży granicznej pułk. Jur-Gorzechowski, delegacja D.O.K. w Toruniu, członkowie Rady Miejskiej i magistratu miasta Tczewa, liczne grono oficerów straży granicznej. Przed trumną niesiono 30 wieńców. Chowano podkomisarza Stanisława Liśkiewicza, oficera straży granicznej, który padł od kul pruskich w czasie zajścia pod Opaleniem. Pogrzeb ten zamienił się we wspaniałą manifestację, będącą zarazem hołdem dla ofiary napaści pruskiej. W uroczystości wzięło udział około 5 tysięcy osób, obrzęd złożenia trumny ze zwłokami do grobu odbywał się wśród głuchej ciszy. Taka informacja ukazała się na szpaltach „Kuriera Zachodniego” z 4 czerwca 1930 roku i wielu pism w całej Polsce. O samym incydencie na granicy pod Opaleniem obszernie pisała zarówno prasa polska, niemiecka, jak i państw ościennych. Strony zaangażowane w zajście zaciekle obwiniały się nawzajem nakręcając spiralę oskarżeń, niechęci a wręcz nienawiści. Komentarze zagraniczne różnie przedstawiały incydent, nierzadko kierując się również emocjami zabarwionymi politycznie. Wydarzenie pod Opaleniem, emocjonalnie, w wielce patriotycznym duchu, opisał Melchior Wańkowicz, w swej reportażowej opowieści „Na tropach Smętka”. Porównał je do porwania z Warszawy przez agentów elektora brandenburskiego Fryderyka Wilhelma pułkownika Krystiana Kalksteina, oficera w służbie Rzeczpospolitej, rzecznika zespolenia z nią Prus Książęcych, ściętego następnie w Kłajpedzie 8 listopada 1672 r. Ten pisarz upowszechnił wtedy w piśmiennictwie polskim, ukute przez niemiecką propagandę, określenie „krwawiąca granica”.1 Przebieg granicy polsko-niemieckiej wytyczony na podstawie postanowień traktatu wersalskiego wydawał się nie do przyjęcia dla każdej ze stron. Dla Niemców oddanie Śląska, Wielkopolski i Pomorza było ohydną pomyłką wersalską. Dla Polaków ta sama decyzja była Melchior Wańkowicz, Na tropach Smętka, Czytelnik, Warszawa 1959. Wiesław Olszewski 65 brakiem szczodrości, a nawet przejawem zdrady ze strony mocarstw zwycięskich. Wiele ziem uważanych za historycznie polskie pozostało bowiem pod panowaniem niemieckim. Tak więc dzień podpisania traktatu w Wersalu był dla wielu początkiem przygotowań do nowej wojny. Jako pierwsze do działań stanęły służby wywiadowcze, rozpoczęła się sekretna wojna na tzw. cichym froncie, której celem było zdobycie jak najbardziej precyzyjnych informacji o potencjale militarnym przeciwnika i jego zamierzeniach. Kolejnym działaniem była, rozpętana na niespotykaną wcześniej skalę, wojna propagandowa. Bardzo szybko przestała funkcjonować maksyma: „wywiad jest służbą dżentelmenów”, zaczęto stosować wszelkie, nawet najobrzydliwsze chwyty. Takie zajścia miały miejsce na całej granicy polsko-niemieckiej oraz polsko-gdańskiej, również na jej powiślańskim odcinku. Do incydentu szczególnie głośnego, jak też brzemiennego w skutki dla dalszych relacji na pograniczu polsko-niemieckim, doszło późnym wieczorem 24 maja 1930 roku pod Opaleniem. Samo miejsce było szczególne dla stosunków między państwami - most, który wcześniej w tym miejscu spinał brzegi Wisły. Most drogowo-kolejowy w Opaleniu został zbudowany przez Niemców w latach 1905— 1909, w ciągu trasy strategicznej linii kolejowej, która miała wspierać logistycznie istniejące już połączenie Berlin - Królewiec i służyć przede wszystkim do szybkiego przerzutu wojsk i materiału wojennego na wschód. Do I wojny światowej most służył głównie ruchowi lokalnemu. Po wybuchu wojny linia zyskała znaczenie strategiczne i rozpoczęła się jej rozbudowa. W 1920 most przecięła granica państwowa. Początkowo podzieliła most na pół, środkiem koryta Wisły. Jednak ostatecznie, 12 sierpnia 1920, Rada Ambasadorów przekaza- Barak odprawy paszportowej w Neuhdfen.fot wikipedia z Bundesarchiv, Bi Id 102-09887 CC-BY-SA 3.0 66 Śmiertelne stracie wywiadów pod Opaleniem ła most wraz z fundamentami filarów i przyczółków w całości Polsce. Umowa o ruchu tranzytowym, zawarta między Polską a Niemcami w kwietniu 1921, nie przewidywała prowadzenia tu kolejowego ruchu tranzytowego. Dlatego most służył tylko lokalnym pieszym, wozom konnym i rzadkim samochodom. Olbrzymi most, ponad kilometr długi, okazał się niepotrzebny, był natomiast ogromnym obciążeniem, jego utrzymanie kosztowało niemal trzy miliony złotych rocznie. Z militarnego punktu widzenia stanowił realne zagrożenie, idealnie nadawał się do błyskawicznego uderzeni na polski korytarz. Uwzględniając powyższe aspekty, w latach 1928-29 został zdemontowany, a jego metalowych przęseł użyto do budowy mostów drogowych w Toruniu i Koninie.2 Prasa niemiecka uderzyła na alarm, w Królewcu i Berlinie zawrzało. Protestujący powoływali się na zapisy umowy z 1925 roku o małym ruchu granicznym, dla wszystkich było jednak jasne, że w konflikcie o wielki most nie chodzi o mały ruch graniczny. Z polskiego wówczas punktu widzenia decyzja była w pełni zasadna. Obszernie komentowane przez prasę zdarzenie pod Opaleniem miało faktycznie miejsce po drugiej stronie Wisły w Grabówku, a wtedy niemieckim Klein Grabau. W wyniku niemieckiej prowokacji został zatrzymany przez policję kryminalną komisarz polskiej Straży Granicznej Adam Biedrzyński. Towarzyszący mu podkomisarz Stanisław Liśkiewicz w zajściu odniósł rany, w wyniku których zmarł w kwidzyńskim szpitalu. Wydarzenie to okazało się jedną z największych wpadek polskiego wywiadu. Osobą, która odegrała kluczową rolę w tym szpiegowskim i później dyplomatycznym incydencie, był Bruno Fude, niemiecki rolnik mieszkający po polskiej stronie granicy w okolicach Świecia.3 Wcześniej pracował w niemieckiej policji śledczej w Malborku. Nie posiadał polskiego obywatelstwa, którego bez szczególnych powodów mu odmawiano, a jako obcokrajowcowi urząd starosty odmawiał karty upoważniającej do przekraczania granicy. Tę niekomfortową sytuację Niemca spróbował wykorzystać jeden z podwładnych komisarza Biedrzyńskiego, funkcjonariusz Straży Granicznej, proponując mu współpracę z polskim wywiadem. Doszło do porozumienia, a informacja o nim szybko trafiła na biurko przełożonego. Potrzeba spektakularnego sukcesu, drogi do awansu i szansy na wydostanie się z prowincjonalnego Czerska, zmobilizowała komisarza Biedrzyckiego do działania błyskawicznego. Fude bardzo szybko dostał możliwość przekroczenia granicy. 30 listopada 1929 roku po raz pierwszy przekroczył granicę w Nebrowie Wielkim i od razu kroki swe skierował do... swego starego znajomego, Johanna Stullicha, okręgowego sekretarza kryminalnego policji w Kwidzynie. Rozpoczęła się misterna gra operacyjna niemieckich funkcjonariuszy z polskim wywiadem. Celem ich było poznanie tematów interesujących stronę polską oraz wciągnięcie polskich oficerów w pułapkę. Nie bez znaczenia też było nadanie rozgłosu propagandowego o szpiegowskiej działalności polskiej Straży Granicznej. Polski wywiad i kontrwywiad wojskowy formowały się po zakończeniu I wojny światowej. Ich zadaniem była ochrona polskiej armii oraz przemysłu zbrojeniowego. Dopiero co odrodzone państwo, znajdujące się między dwiema potęgami, musiało prowadzić in- 2 https://pl.wikipedia.org/wiki/Most_w_Opaleniu 3 Marian Zacharski, Krwawiąca granica kulisy wywiadu IIRP, Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2014. Wiesław Olszewski 67 tensywne działania wywiadowcze w kraju i za granicą. W pełni służby te rozpoczęły swą działalność w połowie października 1918 roku jako struktury Sztabu Generalnego. Długo jednak podstawowym mocno odczuwanym problemem pozostawał brak doświadczonych kadr. Na pełną sprawność, tak jak i w służbach innych państw, trzeba było poczekać. Polski wywiad i kontrwywiad w znacznym stopniu wzorowany był na francuskim, wykorzystano też doświadczenia wywiadu austriacko-węgierskiego, chociaż ceniono go niżej niż niemiecki czy rosyjski. Konkurencja z wywiadem niemieckim na Pomorzu była szczególnie trudna. Gdy Oddział II Ministerstwa Spraw Wojskowych dopiero rozpoczynał elementarną edukację swych kadr, przeciwnik miał za sobą twardą, długoletnią, wzorową szkołę. Do polskich struktur kierowano głównie oficerów liniowych, którzy w mozole, popełniając wiele błędów, poznawali reguły funkcjonowania tajnych służb. Przy tych uwarunkowaniach konfrontacja ze szkolonymi od dziesięcioleci służbami niemieckimi często kończyła się klęską. Korpus oficerski składał się z czterech grup żołnierzy: walczących w trzech armiach zaborczych i z żołnierzy Legionów. Najwyżej oceniano oficerów legionowych, najbardziej świadomych narodowo, najmniej ceniono oficerów pochodzących z armii rosyjskiej4. Władzom państwa polskiego zależało na zaangażowaniu do tych służb ludzi ideowych5. To te kryteria w ogromnym stopniu zdecydowały o zatrudnieniu w pracy wywiadu Straży Granicznej oficerów - legionistów: Adama Biedrzyńskiego i Stanisława Liśkiewicza. O ile po stronie niemieckiej podjęto profesjonalną procedurę, działania strony polskiej charakteryzowała niefrasobliwość, czasami wręcz naiwność. Motorem przedsięwzięcia pod Opaleniem był komisarz Adam Biedrzyński. Po okresie pracy w polskim konsulacie w tętniącym życiem Szczecinie, obecną służbę w prowincjonalnym Czersku traktował jak niemal zesłanie. Potrzebował spektakularnego sukcesu, aby to zmienić. W procedurę zaangażował swego podwładnego, podkomisarza Stanisława Liśkiewicza, kierującego komisariatem SG w Rakowcu koło Gniewa. W styczniu 1930 roku pozyskanemu agentowi Fude przekazano listę tematów interesujących wywiad polski. Sporządzona była w języku niemieckim z niewyobrażalną wręcz ilością błędów gramatycznych i odkrywała niemal cały zakres zainteresowania polskich służb. Mając nadzieję na przyspieszenie toku wydarzeń, komisarz Biedrzyński doprowadził do spotkania z Brunonem Fudem. Przy okazji przekazał mu kilka kolejnych tematów do realizacji. Gra operacyjna, w której tylko pionkiem był ekspolicjant niemiecki, rozwijała się. Pojawiły się pierwsze sugestie spotkania Stullicha z polskimi oficerami, po niemieckiej stronie granicy, w Kwidzynie lub Pastwie. Na tym etapie propozycja ta została stanowczo odrzucona przez stronę polską, ale pośpiech w działaniu był mocno widoczny. Niemcy mieli już bardzo dokładnie rozpracowaną osobę komisarza Adama Biedrzyńskiego i środowisko jego podwładnych. Polscy rozmówcy jako miejsce spotkania proponowali Korzenie-wo. Ta wersja okazała się z kolei nie do przyjęcia dla niemieckiego funkcjonariusza. Przez wiele miesięcy rozgrywał się swoisty transgraniczny ping-pong z wykorzystaniem polsko--niemieckiego rolnika Bruna Fude. Wielokrotnie, za zgodą polskich władz, przechodził on 4 Wojciech Skóra, Sekretna Wojna III Z dziejów kontrwywiadu IIRP, Zysk S-ka Wydawnictwo, Poznań 2015. 5 https://pl.wikipedia.org/wiki/Oddzial_II_Sztabu_Generalnego_Wojska_Polskiego 68 Śmiertelne stracie wywiadów pod Opaleniem granicę. Ponieważ obie strony były żywotnie zainteresowane „transakcją”, doszło w końcu do uzgodnień. Przekazanie zgromadzonych materiałów miało nastąpić w sobotę 24 maja 1930 roku o godzinie 21.00 w budynku niemieckiej kontroli paszportowej w Neuhófen, obecnym Nowym Dworze koło Kwidzyna. Rozpoczęły się intensywne przygotowania. Na granicę miał udać się osobiście komisarz Biedrzyński wraz z wyznaczonym przez siebie podwładnym, podkomisarzem Liśkiewiczem. Ten ostatni już w godzinach wczesnopopołudniowych wysłał za Wisłę, w pobliże granicy, dwóch podoficerów SG dla obserwacji terenu. Oficerowie spotkali się wieczorem w Ra-kowcu i ubezpieczani przez trzech uzbrojonych żołnierzy, udali się do Opalenia, by łódką przeprawić się do Korzeniewa. Mostu już nie było. Biedrzyński był w cywilnym ubraniu, Liśkiewicz na mundur narzucił cywilny płaszcz, na głowę włożył kapelusz. Uzbrojeni byli w czeskie pistolety kalibru 9 mm, Liśkiewicz dodatkowo do kieszeni włożył granat. Nie posiadali przepustek uprawniających do przekraczania granicy, ani tym bardziej upoważnień władz niemieckich do noszenia broni na terenie Rzeszy. W tym czasie Niemcy też nie próżnowali, prowadzili staranne przygotowania do zbliżającej się operacji. Przez okno baraku kontroli paszportowej, od strony wschodniej, niewidocznej dla polskich obserwatorów, wślizgnęło się czterech funkcjonariuszy policji kryminalnej. Trzech kolejnych na zewnątrz prowadziło stałą, dyskretną obserwację. Celem oczywistym było aresztowanie polskich oficerów. O umówionej godzinie pojawił się też w pobliżu granicy główny rozgrywający strony niemieckiej, kryminalny sekretarz okręgowy z Kwidzyna, Johann Stullich. To on miał przekazać oficerom przedmiotowe materiały. Po nacechowanym ostrożnością i nieufnością przywitaniu z polskimi komisarzami, idąc przodem, poprowadził ich do umówionego budynku. Jak zapewnił, czekały tam przygotowane „materiały”. Gwarantował też Polakom, tonem wielce uspokajającym, pełne bezpieczeństwo. Po wejściu do pomieszczeń odprawy rozpoczęła się nerwowa rozmowa. „Materiałów” było niewiele i znikomej wartości dla polskiego wywiadu. Komisarz Biedrzyński szybko zrozumiał, że znaleźli się w pułapce, chciał jak najszybciej zakończyć spotkanie. Próba opuszczenia pokoju okazała się sygnałem dla niemieckich funkcjonariuszy. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i usłyszeli donośny krzyk: „Policja kryminalna! Ręce do góry!”. Chwilę po okrzyku padł pierwszy strzał, prawdopodobnie z broni Biedrzyńskiego, po nim nastąpiły kolejne. Bieg wydarzeń całkowicie wymknął się spod kontroli. Zaalarmowani wystrzałami żołnierze SG po polskiej stronie również otworzyli ogień. W wyniku zajścia ciężko ranny został podkomisarz Liśkiewicz oraz jeden z Niemców. W obliczu beznadziejnej sytuacji Polacy, po kolejnym wezwaniu, poddali się. Przez okno we wschodniej ścianie baraku wyprowadzono skutego Biedrzyńskiego oraz wyciągnięto rannego w kręgosłup Liśkiewicza. Rannych, najpierw Niemca Sendera, później polskiego podkomisarza, przewieziono do szpitala w Kwidzynie. Mimo przeprowadzonej operacji Stanisław Liśkiewicz zmarł 26 maja 1930 roku. Komisarz Adam Biedrzyński trafił do kwidzyńskiego aresztu, poddany został wstępnemu przesłuchaniu. Bronił się, nie miał jeszcze świadomości, jak bardzo pogrążały go dokumenty znalezione przy rannym towarzyszu wyprawy. Asystent kryminalny Rettkowski nie wierzył własnym oczom widząc to, co znaleziono przy podkomisarzu z Rakowca. Oprócz Wiesław Olszewski 69 przedmiotów czysto osobistych było tam niemal kompletne biuro oficera wywiadu: tajne dokumenty dotyczące działalności szpiegowskiej obu oficerów, list od Biedrzyńskiego dotyczący przedmiotowej sprawy, tajne raporty SG, klucze do szyfrów i inne tajne pisma. Był to niewyobrażalny prezent dla służb niemieckich, prawdziwa gratka. Dopiero gdy sprawa stała się głośna, szefostwo polskich służb wydało, 6 czerwca 1930 roku, a więc po wielu latach funkcjonowania, zarządzenie zabraniające oficerom posiadania przy sobie tego typu materiałów. Biedrzyńskiego przewieziono do Elbląga, a następnie do aresztu w Królewcu, gdzie kontynuowano śledztwo. W Berlinie ruszyły działania dyplomatyczne. W poniedziałek 26 maja poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny Rzeczypospolitej złożył stanowczy protest w niemieckim Urzędzie Spraw Zagranicznych. Zaproponował też powołanie specjalnej komisji mieszanej. Następnego dnia Niemcy protest stanowczo odrzucili, ale wyrazili zgodę na powołanie komisji, która niebawem przystąpiła do pracy. 27 maja 1930 roku o godzinie trzeciej nad ranem funkcjonariusze polskiej policji aresztowali Bruna Fudego jako agenta niemieckiego wywiadu. Trafił do aresztu w Toruniu. 30 maja 1930 roku, w godzinach popołudniowych, na przejściu granicznym, gdzie miało miejsce tragiczne zajście, starosta kwidzyński przekazał stronie polskiej trumnę z ciałem podkomisarza Stanisława Liśkiewicza. Od pierwszej chwili na terytorium polskim aż do Tczewa konduktowi towarzyszyła eskorta honorowa. Jednocześnie z prowadzonymi śledztwami i pracami komisji mieszanej rozgorzała wojna prasowa, pełna wzajemnych oskarżeń i oszczerstw. Jej propagandowy charakter nie pozostał bez wpływu na postawę społeczności po obu stronach „krwawiącej granicy”, prowokowało 70 Śmiertelne stracie wywiadów pod Opaleniem to kolejne incydenty, w tym i z ofiarami śmiertelnymi. Komisja mieszana badająca zajście również nie osiągnęła porozumienia, sporządzono dwa odrębne sprawozdania. Sytuacja zaczęła zmierzać w niebezpiecznym kierunku, niekorzystnym dla obu państw, skala stawała się niewspółmierna do zaistniałego incydentu. Zrozumiały to gremia rządowe, i w Berlinie, i w Warszawie. Pojawiły się w sferach dyplomatycznych pierwsze sugestie o wymianie Adama Biedrzyńskiego na Brunona Fudego. W tym czasie prace swe prowadziły organy śledcze oraz organy wymiaru sprawiedliwości. 24 października 1930 roku przed obliczem Sądu Okręgowego w Grudziądzu stanął Bruno Fude. Wyrok opiewał na jedenaście lat ciężkich robót i kary dodatkowe. Trzy miesiące później, przed Trybunałem Rzeszy w Lipsku, rozpoczął się proces polskiego oficera. W tym celu, drogą morską, został przewieziony z aresztu w Prusach. Niemcy nie ryzykowali transportu pociągiem tranzytowym przez Pomorze obawiając się próby odbicia więźnia. 12 stycznia 1931 roku zapadł wyrok dziesięciu lat więzienia bez możliwości jakiejkolwiek apelacji. Przebieg procesu sądowego był bardzo wnikliwie obserwowany przez przedstawicieli polskiego konsulatu w Lipsku. Interesowała ich zwłaszcza postawa komisarza, od której władze w Polsce uzależniały podjęcie kroków dyplomatycznych, których celem byłaby wymiana. Komisarz Biedrzyński zdawał sobie z tego sprawę doskonale, przyjął taktykę propaństwową, odmawiał odpowiedzi na pytania mogące narazić na szwank interesy państwa. Postawa ta skłoniła władze w Warszawie do podjęcia rozmów z Niemcami o warunkach wymiany. Berlin odrzucił możliwość wymiany na Bruna Fudego, zwykłego naganiacza, uznając za niekorzystną. Rozpoczęły się żmudne, przeciągające się w czasie targi na linii Warszawa -Berlin. W tym czasie polski komisarz w więzieniu Lockau w Brandenburgi, w warunkach jak na więzienne nie najgorszych, oczekiwał na dalszy rozwój wypadków. Wojna wywiadów zapoczątkowana zajściem pod Opaleniem, twarda postawa Niemców w sprawie wymiany komisarza Biedrzyńskiego, zainicjowały swoistą nerwowość wśród pograniczników obu stron. Niemcy mieli świadomość, że zemstę na nich zapowiedział kapitan Jan Żychoń, szef polskiego wywiadu na Pomorzu, człowiek im znany i bezsprzecznie groźny. Za Biedrzyńskiego oczekiwano „kandydata większego kalibru” niż Bruno Fude lub dodatkowego skazanego. Strona polska musiała więc takiego znaleźć. Wybór padł na najprawdopodobniej nie spodziewającego się czegokolwiek Johanna Augusta Koppenatscha, asystenta kryminalnego policji w Gardei, wówczas niemieckim miasteczku Garnsee. W plebiscycie narodowościowym w Prusach Wschodnich w 1920 98% głosujących w Gardei opowiedziało się za pozostaniem w Niemczech. Z przyczyn komunikacyjnych Polsce przyznano oddaloną od miasta o 2 km stację kolejową na linii Kwidzyn-Grudziądz. W okresie międzywojennym ulokowano tu placówkę Straży Celnej.6 Na stacji Gardeja, wówczas granicznej, odbywały się odprawy pociągów jadących z Rzeszy przez Polskę do Prus Wschodnich i Wolnego Miasta Gdańska. Zgodnie z zawartym porozumieniem, po polskiej stronie odprawy dokonywali również funkcjonariusze niemieccy. Jednym z nich był August Koppenatsch. 6 https://pl.wikipedia.org/wiki/Gardeja Wiesław Olszewski 71 W czwartek, 10 września 1931 roku, około godziny szóstej rano, Koppenatsch wjechał na swym służbowym rowerze na teren stacji Gardeja. Tego dnia miał dyżur przy odprawie paszportowej. Gdy znalazł się naprzeciwko budynku polskiej policji, nie spodziewając się niczego, został zaatakowany przez trzech osobników w cywilnych ubraniach. Napadniętemu Niemcowi zarzucili na głowę jego własny długi płaszcz, a jeden z atakujących włożył mu rękę do spodni a następnie do majtek. Jako doświadczony policjant szybko zrozumiał, że napastnik chce mu w okolice intymne coś podrzucić. Nie mylił się. Bardzo szybko zorientował się, że to nie napad bandycki, lecz zorganizowana akcja polskich służb. Po wstępnym przeszukaniu w pomieszczeniu policji, funkcjonariusza, w obstawie napastników, przewieziono samochodem do budynku Sądu Okręgowego w Grudziądzu. W trakcie prowadzonych czynności dokonano, w obecności protokolanta, przeszukania osobistego, w trakcie którego w bieliźnie zatrzymanego znaleziono tajemniczą kartkę. Był tam tekst w języku niemieckim, pisany na maszynie, dotyczący polskich spraw z zakresu wojskowości. Po znalezieniu kartki przeszukanie zakończono. Schwytanemu przedstawiono zarzut szpiegostwa i po kolejnych godzinach przesłuchań przewieziono do aresztu śledczego. Wieść o zatrzymaniu funkcjonariusza bardzo szybko dotarła do Berlina a następnie konsula Niemiec w Toruniu. Rozpoczęły się intensywne kontakty na rozmaitych szczeblach, w tym najwyższych przedstawicielstw obu państw. Bardzo szybko Niemcy nabrali pewności, że jedynym celem służb polskich było zdobycie lepszego „towaru” na wymianę za Biedrzyńskiego, finał prowadzonego śledztwa był dla nich oczywisty. I rzeczywiście, 19 kwietnia 1932 roku sąd ogłosił wyrok, Koppenatsch został skazany na karę ośmiu lat ciężkiego więzienia. Procedury odwoławcze, z rozmaitych powodów, ciągnęły się do końca roku. Z początkiem roku 1933 został przeniesiony z aresztu śledczego do ciężkiego więzienia w Grudziądzu. Długość jego pobytu w tym miejscu od tego momentu zależała już tylko od chęci działania dyplomatów Polski i Rzeszy Niemieckiej. Niestety, nieaktualny był już cel główny jego aresztowania - wymiana na komisarza Biedrzyńskiego. Ta nastąpiła wcześniej. „Dziennik Poznański” z piątku 20 maja 1932 roku na pierwszej stronie informował: Nasz korespondent zbąszyński donosi: W środę o godz. 17.29 na dworcu w Zbąszyniu nastąpiło wydanie władzom polskim przez władze niemieckie komisarza Straży Granicznej, Biedrzyńskiego, który swego czasu, wciągnięty był prowokacyjnie przez agentów niemieckich na teren Rzeszy pod Opaleniem i tam otoczony został ujęty i skazany przez sądy niemieckie na 10 lat więzienia. Wymiana nastąpiła na podstawie specjalnych układów, mocą których władze polskie wydały za komisarza Biedrzyńskiego dwóch groźnych szpiegów niemieckich, a to niejakiego Preiisa, odsiadującego karę 6 lat ciężkiego więzienia w więzieniu karno-śledczym w Poznaniu oraz niejakiego Fudego, odsiadującego 10-letnią karę więzienia w Wronkach... . Uwolnienia z grudziądzkiego więzienia doczekał też policjant z Gardei, August Koppenatsch. Powiadomiono go o wyjeździć 11 kwietna 1933 roku o godzinie 16. Wymiany dokonano następnego dnia, jak zwykle w takich wypadkach, na granicznej stacji kolejowej w Zbąszyniu. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski FOTEL SIENKIEWICZA1 Fragmenty opowieści biograficznej o Antonim Donimirskim (zob. „Prowincja” 2020, nr 2 i 3). Janusz Ryszkowski 73 Jesienią 1883 roku Antoni Donimirski gotów był do tego, by pokierować warszawskim dziennikiem „Słowo”. A to znaczyło, że zamierzał zasiąść w fotelu zajmowanym przez Henryka Sienkiewicza. Można się uśmiechnąć, bo brzmi to dziś, co tu kryć, dość niewiarygodnie. Ale wówczas? Czy siły były aż tak nierówne? Sienkiewicz miał ponad dziesięcioletnie doświadczenie dziennikarskie, pisał cięte felietony, dobre nowele, interesujące relacje z dalekich podróży (Ameryka). W 1880 roku ukazały się nakładem Gebethnera i Wolfa cztery tomy jego „Pism”, co świadczyło o pewnej już zdobywanej popularności. W macierzystym „Słowie” dopiero zaczęła się ukazywać w odcinkach powieść „Ogniem i mieczem”, która zapoczątkuje jego wielką karierę. A jego rówieśnik Donimirski? Współpracował z prasą już od czasów studenckich. Zalety jego pióra nie tak może oczywiste, ale za to doświadczenie w prowadzeniu gazety niemałe. Znał nie tylko kuchnię redakcyjną „Gazety Toruńskiej”, ale jako ekonomista wiedział, jak trzeba zarządzać finansami. Bo gazety - nad czym ubolewali już w tamtym czasie publicyści - traktowane są tak, jak każdy inny towar. Muszą przynosić zysk właścicielom. „Słowo”, które ukazywało się do początku 1882 roku, było deficytowe i potrzebowało działań naprawczych. Sienkiewicz nie miał na to dość czasu, szukając ratunku dla chorej na gruźlicę żony Marii. Podróżował z nią po uzdrowiskach i pisał kolejne fragmenty „Ogniem i mieczem”. W cieniu osobistej tragedii dojrzewał jako pisarz historyczny. Maria była jego muzą, pierwszym czytelnikiem i doradcą. Donimirski miał sprecyzowany plan uzdrowienia finansów gazety. Do przyjaciela Mści-sława Godlewskiego, związanego ze „Słowem”, tak pisał z Wiednia 25 listopada 1883 roku: „(...) bez ofiar materialnych firma podnieść się nie będzie mogła. Ale sądzę, że ofiary te zmniejszyć będzie można przez pracę. Sam jestem przygotowany na to, aby w pierwszym roku pracować z 15 godzin dziennie, bo jedynym celem moim będzie podniesienie pisma. Dalej myślę sobie zapewnić w tym względzie też pracę innych osób, o ile możności najtaniej. Dotyczy to w pierwszej linii składu redakcji, w drugiej linii współpracowników i korespondentów zamiejscowych. Nie myślę się odwoływać do niczyjej przyjaźni lub poświęcenia, lecz po prostu do interesu. Mam np. już wybornych korespondentów we Wiedniu, Lwowie, Poznaniu, a znajdę jeszcze i gdzie indziej. Na pierwszy rok mi obiecają pomoc za bardzo tanie pieniądze, w widokach, że przy rozwoju pisma i im się lepiej płacić będzie.” Postuluje cięcie wydatków: „w żadnym kierunku się nie bawić w zbytki”. Nie składa obietnic, że jego uzdrowieńcza polityka przyniesie od razu efekty. W pierwszym roku zakłada znaczny deficyt, „bo przecież dzisiejszy abonament [prenumerata] nie starczy na druk i papier. (...) Mam nadzieję, że w drugim roku zdołalibyśmy go zredukować do minimum, że się to pismo podniesie do tego mam pełne zaufanie.” W liście do przyjaciela Donimirski pisze wprost o tym, dlaczego gazeta nie odniosła od początku sukcesu. „I „Słowo” byłoby się z pewnością w pierwszych latach lepiej postawiło, gdyby nie miało reputacji, że jest organem arystokracji, która niestety u nas - w przynajmniej Wa-r[szawie] - jest niepopularną. Z tego wyrażenia mojego nie sądź, iżby moim zamiarem było przeciwko niej występować. Przeciwko nikomu tendencyjnie występować nie my- 74 Fotel Sienkiewicza ślę z wyjątkiem partii destrukcyjnej - „Prawdy” [tygodnik redagowany przez Aleksandra Świętochowskiego o tendencji liberalno-demokratycznej] i „Przeglądu [Tygodniowego]”. Te zwalczać będę całą siłą.” GAZETA NA WŁASNOŚĆ Plan Donimirskiego zakładał nie tylko objęcie kierownictwa pisma, ale także przejęcie go od dotychczasowych właścicieli. I to za darmo, bo gazeta, która jest deficytowa, nie przedstawia żadnej wartości. „(...) o ile w przyszłości „Słowo” coś na czysto przynosić może, stanie się to tylko przy znacznym nowym nakładzie kapitału i pracy. Dla właścicieli pozostałaby tylko satysfakcja moralna, że pismo przez nich założone nie upadnie, lecz służyć będzie dalej celowi, dla którego je założono. Nie wiem, na ile to uważane będzie za dostateczne, ale ja - jak każdy łatwo osądzić może - innych warunków postawić nie mogę. Gdyby natomiast dzisiejsi właściciele chcieli zatrzymać pismo na własność, byłbym gotów przyjąć je sposobem administracji poręczającej. Wtedy jednak nie mógłbym prowadzić pisma bez dopłaty z strony, ale żądałbym dopłaty tylko na rok pierwszy i to w pewnej wysokości nie przekraczającej pewno 1/10 części tego, co w pierwszych latach na pismo wydali. Następnie przez resztę lat nie żądałbym żadnej subwencji, a nareszcie płaciłby jakąś rentę. Gdyby ta kombinacja miała uzyskać preferans, trzeba by cyfry szczegółowe później umówić.” Jak widać, Donimirski jest bardzo konkretny, stawia też twarde warunki. Nie chce być redaktorem „Słowa” za wszelką cenę. Komunikuje też przyjacielowi, że redakcję mógłby objąć po 19 kwietnia 1884 roku, bo obowiązuje go kontrakt z jednym z wiedeńskich, „niepolitycznych” pism. Chodziło zapewne o „Die Communication”, centralny organ kolei żelaznych. „Sądzę też, że do tego czasu dzisiejsi właściciele [są] związani z składem redakcji i innymi różnymi zobowiązaniami pisma, trudno przecież wypowiadać redaktorom z terminem miesięcznym - toż to nie służący.” Miło to przeczytać, znając i dzisiejsze stosunki na rynku medialnym, więc powtórzmy -redaktorzy i dziennikarze to nie służący. I dalej: „Kładę przycisk na zupełnie wolną rękę w razie przejęcia „Słowa” na własność, przy przyjęciu go w „administrację poręczającą” dodałbym jeszcze warunek, iż kontrakt będzie na dłuższą ilość lat i że po tym przeciągu lat w pewnej części stanę się właścicielem pisma.” Ostatecznie do zmiany kierownictwa „Słowa” w tym czasie nie doszło. Mogło zaważyć to, że choć Sienkiewicz długie okresy kierował pismem zaocznie (zastępował go m.in. ks. Zygmunt Chełmicki, który pamiętał Donimirskiego z czasów nauki w gimnazjum w Chełmnie), to drukowana w odcinkach „Trylogia” rekompensowała tę nieobecność. Bohaterowie tych opowieści podbijali nakład pisma i zdobywali nowych prenumeratorów. Sienkiewicz pełnił funkcję naczelnego redaktora do listopada 1887 roku, kiedy zastąpił go Mścisław Godlewski (od numeru 261 z 22 listopada). Jego sytuacja materialna zdecy- Janusz Ryszkowski 75 Henryk Sienkiewicz, naczelny redaktor .Słowa” w latach 1882-1885, fot. Stanisław Bizański 76 Fotel Sienkiewicza dowanie się wówczas mocno poprawiła i nie musiał już zajmować się redagowaniem. Przez następne dwa lata Litwos prowadził jeszcze w gazecie dział literacki. Nadal potem tu publikował, a że „Słowo” nie zawsze płaciło mu na czas, więc pisał do Antoniego Donimirskiego, który dołączył do redakcji już pod rządami Godlewskiego, uprzedzając kolegów, że „nic więcej mojego nie będziecie drukować ani przedrukowywać” (list z 1892). COPOTY W DESZCZU Późnym latem 1888 roku Antoni Donimirski podążył za Sienkiewiczem nad Morze Bałtyckie. Pisarz odpoczywał w Sopocie z teściową Wandą Szetkiewiczową i dziećmi - sześcioletnim Henrykiem Józefem i rok młodszą Jadwigą (Dzinią). Pogoda na początku września nie sprzyjała letnikom, padał deszcz, wielu kuracjuszy zdecydowało się na wyjazd. „Urzędnicy kolejowi byli zarzuceni pracą, aby bagaże gości wyekspediować” - donosił „Danzinger Courier”. O to, żeby pisarz z rodziną czuł się dobrze, dbał Jan Donimirski z Buchwałdu, młodszy o rok brat Antoniego. Zabrał do Sopotu jedyną córkę Marię, nazywaną Maniutą, by dzieci Sienkiewicza miały towarzystwo. „Z Heniem i Dzinią godzinami bawiłam się nad morzem, budując fortece z piasku, o lat kilka zaledwie od nich starsza - wspominała po latach. „Najmilszym, niewygasłym dla mnie wspomnieniem pozostaną wycieczki z „panem Sienkiewiczem”. Brał nas na ręce i pokazywał cuda parku oliwskiego, a kiedy po długich spacerach stanęliśmy w sklepionych korytarzach klasztornych, stanął przy stole z kamienną płytą, mówiąc „patrzcie moje małe - to jest stół, na którym podpisywał pokój ze Szwedami król Jan Kazimierz - a teraz zaprowadzę Was do stołu, na którym spożyjecie podwieczorek”. Radość z tej obietnicy była wielka. Po drodze pozwolił nam nosić nadzwyczajną laskę, cienką, elastyczną, ale taką ciężką, że trudno ją było rączkom dziecinnym utrzymać, cała była kuta ze stali o połysku ciemnoniebieskim. Jedyną taką laskę w życiu widziałam. Wołałyśmy ją oddać i trzymać każda za jedną rękę Sienkiewicza; w podskokach zbiegłyśmy z góry ku morzu!” Mimo deszczowej pogody humory naszym letnikom dopisywały. Antoni Donimirski o dwa dni przesunął powrót do Warszawy „(...) tak się rozbawiliśmy w Copotach” - tłumaczył to w liście z 14 września 1888 do Mścisława Godlewskiego. Rzeczywiście, musiał być dość zajęty towarzysko i rodzinnie, skoro nie napisał korespondencji znad Bałtyku, którą pierwotnie zaplanował. Tłumaczył dalej „Kochanemu Mścisławowi”, że miał też „przeszkody” i musiał „pisać tu artykuł dla „Gazety Toruńskiej”. Nie była to zasłona dymna, co sprawdziłem. Korespondencja o „zwrocie w stosunkach ekonomiczno-finansowych” (sygnowana: Poznań 7 września) ukazała się w „Toruniance” w numerze z 9 września. Jakie zobowiązania musiał w ten sposób Donimirski wypełniać, trudno powiedzieć. Musiały być ważne, skoro zaniedbał w ten sposób macierzyste „Słowo”. Ale nie było to tak zupełnie do końca. W tym towarzysko-rodzinnym wczasowaniu Antoni delikatnie urabiał Sienkiewicza. Chodziło oczywiście o jego nowe rzeczy, które mogłoby drukować „Słowo”. „Sienkiewicz mi mówił, że kończy nowelę dla Kuriera Codz. [iennego]. Po napisaniu krótkiej powiastki historycznej dla K.[uriera] Warsz. [awskiego] (na kilka felietonów [odcinków]), której plan Janusz Ryszkowski Tl już zupełnie ma w głowie, zabierze się do powieści dla nas i myśli ją w Paryżu znacznie posunąć naprzód. Sądzi, że do Nowego Roku ukończy tom jeden najmniej, ale nie życzy sobie, abyśmy w „Słowie” już zapowiadali druk na kwartał bieżący, pisząc bowiem nowy rodzaj powieści nie jest siebie tak pewnym, aby pisać z felietonu na felieton i całą rzecz najpierw wykończyć pragnie, zanim się druk rozpocznie.” Tą (nie)zapowiadaną powieścią okazało się „Bez dogmatu”, która początkowo nosiła tytuł „W pętach” i pod takim pod koniec 1889 roku była drukowana w odcinkach niemal jednocześnie w „Słowie”, krakowskim „Czasie” i „Dzienniku Poznańskim”. Sienkiewicz, który po sukcesie „Trylogii” zdecydował się na krok ryzykowny. Postanowił dla odmiany napisać rzecz współczesną, powieść psychologiczno-socjologiczną utrzymaną w formie dziennika (pisarz używał określenia „pamiętnik”). Prowadzi go Leon Płoszowski, młody arystokrata, tkwiący w „pół-życiu” bez celu, dotknięty atrofią uczuć i woli, słowem deka-dent. Jego niespełniony związek z piękną Laurą kończy się dla obojga tragicznie. Badacze twórczości Sienkiewicza są raczej zgodni, że Płoszowski to port parole autora. O OŻENKU NIC NIE WSPOMNIAŁ... Gdy rodził się pomysł powieści, autor „Ogniem i mieczem” był po dość traumatycznych przejściach uczuciowych. Wiosną tegoż roku oświadczył się w Guzowie kuzynce - 24-let-niej Marii Babskiej, od dłuższego czasu po uszy zakochanej w pisarzu. Wkrótce jednak Sienkiewicz zaczyna się wahać, zaręczyny zrywa, tłumacząc zdiagnozowaną „anemią mózgową”. Rozstają się, ale w przyjaźni. Kiedy odpoczywał w Sopocie, w „Kurierze Warszawskim” z 4 września ukazała się notatka „Sienkiewicz”. Oprócz informacji, że pisarz pracuje nad powieścią współczesną dla „Słowa” „Homo novus”, przygotowuje nowelę dla nowego pisma „Sport”, znalazł się taki passus: „Przy okazji chcemy popełnić niedyskrecję, która jednak będzie nam przebaczoną ze względu, że nie zapisujemy pogłoski, ale fakt dokonany... Autor „Potopu”, przed dwoma laty owdowiały, wstępuje wkrótce w powtórne związki małżeńskie z panną B., córką obywatelstwa z płockiego. Narzeczona celuje wysokimi zaletami serca i umysłu.” W rzeczywistości Sienkiewicz był wdowcem od prawie trzech lat, a zaręczyny były od kilku dobrych tygodni nieaktualne (zostaną małżeństwem, ale dopiero za 15 lat!). Mścisław Godlewski, który znał Sienkiewicza od czasów studiów w Warszawie, byli udziałowcami czasopisma „Niwa”, pytał listownie Donimirskiego, jak przyjaciel na te rewelacje zareagował. „O swoim ożenku nic nie wspominał, a ja oczywiście ani myślałem nawet o wprowadzeniu rozmowy na ten temat - odpisał. „W „Kurierze Warsz.” może czytał notatkę, o której piszesz, bo pani Szet[kiewiczowa] miała „Kuriera”. (...) Obserwowałem go potem, ale nie zauważałem zmiany w jego humorze.” Może Antoni Donimirski nie przyglądał się zbyt wnikliwie, bo jeszcze tego samego dnia, gdy pisał do Godlewskiego, w krakowskim „Czasie” ukazał się taki list Sienkiewicza. 78 Fotel Sienkiewicza „Wpiątkowym nrze Czasu znalazłem (...) poczerpnięte z Kuriera warsz. i powtórzone za nim wiadomości, dotyczące mojej osoby (...). W odpowiedzi, racz Szanowny Redaktorze pomieścić następujące maleńkie sprostowanie: I) nie wstępuję z nikim w związki małżeńskie; II) nie zacząłem pracy nad obszerną powieścią współczesną dla Słowa; III) tytuł tej powieści, którą dopiero zamierzam pisać, nie będzie Homo noous; IV) nie przygotowywani żadnej noweli dla warszawskiego Sportu'. Jednym z żelaznych punktów nadmorskiego pobytu, który dla swoich gości przygotowywali Janostwo Donimirscy, była wyprawa statkiem na Hel. W tradycji rodzinnej pozostała opowieść o tym, jak to pamiątką po tej wycieczce z Sienkiewiczem pozostał jego przepis na wyborną kawę. Pisarz - przywołajmy późniejsze świadectwo Marii Chełkowskiej - użalał się na brak kawy w całych Niemczech - a mianowicie w „badach” nadmorskich. „Zobaczycie -na Heli dadzą nam kawę z rybich oczu” - mówił - patrząc na rozwieszone setki fląder i innych ryb morskich. Mojej matce dawał przepisy i rady dobierania gatunków ziaren i przyrządzania ulubionej czarnej kawy, której, pisząc noc całą, musiał mieć zawsze pełne filiżanki. Wszystkie te rady matka moja wiernie zapamiętała, toteż takiej dobrej kawy jak u niej, nie było nigdzie. Mawiała zawsze, że to pamiątka po Sienkiewiczu. A tamtego lata Dominirski pisał do Godlewskiego: „Donoszę Ci tedy tylko, że Sienkiewicz opuścił w poniedziałek Copoty, udając się do Paryża, gdzie jeszcze kilka tygodni zabawić myśli, aby pisać. W Copotach serdecznie go żegnali znajomi wieńcami i bukietami. Niemki nawet mu ofiarowały wieniec. Równocześnie z nim wyjechała pani Szetkiewiczowa z dziećmi, tylko w stronę przeciwną, bo do Lwowa.” POMIĘTA KARTKA Dziesięcioletnia Maniuta wyrosła na postawną, ognistą brunetkę i okaże się kobietą niezwykłą. Została żoną Józefa Chełkowskiego, właściciela Śmiełowa w Wielkopolsce. Urodziła mu szesnaścioro dzieci, ale nie zamknie się w kręgu spraw domowych. Na horyzoncie jej życia pojawiają się bliscy znajomi jej stryja Antoniego - nie tylko Sienkiewicz, ale także Paderewski i w chwili dla Wielkopolski dziejowej. Napiszemy o tym jeszcze, teraz jednak o związkach z autorem „Potopu”. 16 września 1899 roku Henryk Sienkiewicz uczestniczył w odsłonięciu pomnika Juliusza Słowackiego w Miłosławiu w Wielkopolsce. Był to pierwszy monument wystawiony autorowi „Króla-ducha” na ziemiach polskich, a uroczystości odbywały się dokładnie w 50 rocznicę śmierci poety. Fundatorem popiersia Słowackiego dłuta Władysława Marcinkowskiego był Józef Kościelski, poeta, dramaturg, właściciel pałacu w Miłosławiu. Na obchody rocznicowe zaprosił wiele znaczących osobistości, także z zaboru rosyjskiego, w tym Sienkiewicza. Razem z nim przyjechali z Warszawy redaktorzy Antoni Donimirski i Mścisław Godlewski. Zaproszenie Kościelskiego otrzymali także Chełkowscy z nieodległego Śmiełowa. W „Słowie” ukazało się potem sprawozdanie, a także mowa Sienkiewicza, spisana z tak pomiętej kartki, że trudno było ją odczytać. To pisarz, czekając na wstąpienie, a Adam Grzymała-Siedlecki tego świadkiem, musiał walczyć z nerwami, bo nie lubił publicznych wystąpień. Janusz Ryszkowski 79 Posłuchajmy tego pięknego tekstu, przypominając sobie, że Sienkiewicz i poetą był: „Można by mniemać, że Bóg tworząc Polaków, rzekł im: Oto na domiar wszystkiego oddaję wam spiż dźwięczny, a niespożyty, taki z jakiego ludy żyjące przed wami stawiały posągi swym bohaterom: daję wam złoto błyszczące i giętkie, a wy z tego tworzywa uczyńcie mowę waszą. I została tam owa niespożyta jak spiż, święta i droga jak złoto, jedna z najwspanialszych na świecie, tak wspaniała, piękna i dźwięczna, że chyba tylko język dawnych Hellenów może się z nią równać. Powstali również z biegiem wieków liczni mistrzowie słowa, którzy ze spiżu uczynili nam harfy, a ze złota nawiązali na nią struny. A wówczas poczęła śpiewać ta polska harfa i wyśpiewywać dawne życie. Czasem huczała jak grzmot w górach, czasem unosiła się nad równinami w skowronkowych tonach dźwięczała nad polami, błogosławiąca i błogosławiona, czysta jak łza Boża, jak modlitwa, słodka jak miłość. Aż przyszedł wreszcie do tej naszej harfy największy z mistrzów - Mickiewicz i położywszy na niej natchnione dłonie, wydostał z jej strun takie jeszcze dźwięki, których nie domyślano się przed nim. Pieśń jego kończyła się aż gdzieś na Niebios progu, tak doskonała, tak prawie nieziemska, że wówczas nawet, gdy przestawał grać: „wszystkim się zdawało, że wielki mistrz gra jeszcze, a to echo grało... Echo serc polskich... (...) Więc zdawać się mogło, że po nim i obok niego nikt nie zdoła już nic dodać tej mowie, że dosięgła już szczytu i ozdoby, a doskonałości nikt już nie potrafi jej przysporzyć. A jednak znalazł się poeta, który to uczynił - i to jest ten, którego rysy widzicie, wykute dłonią mistrza w marmurze. (...) On nabrał pełnymi garściami pereł, szafirów, purpury, tęczowych blasków, olśniewających diamentów i obsypał nimi tę nasza harfę tak hojnie, tak bez miary, że stanęła przed nim i przed nami w niebywałym blasku, przepychu i majestacie - niby Harfa-Królowa, przed którą gną się kolana ludu i schylają czoła ludu, jak ongi przed harfą Dawida. I oto jego zasługa, jego chwała, jego wielkość.” Słowa Sienkiewicza, choć płynęły ze ściśniętego gardła, działały na Maniutę (może jednak powinniśmy napisać Marię Chełkowską) wprost hipnotyzujące. Rozpaliły, odurzyły... Napłynęły obrazy ze Śmiełowa, który teraz stał się jej domem. Oto pokój w pałacu na piętrze, dawna „szkoła”, oddany Mickiewiczowi, który dla zmylenia pruskich żandarmów, odgrywał rolę guwernera dzieci Gorzeńskich, w tym czasie właścicieli majątku. Chciał przedrzeć się przez granicę, by dołączyć do powstańców listopadowych... Park, po którym pogrążony w rozpaczy poeta (doszły ich wieści o upadku powstania) przechadzał się z piękną panią Konstancją (potem niektórzy chcieli w niej zobaczyć Telimenę z „Pana Tadeusza”...) . Przypływ ciemnych chmur burzowych, a oni spieszą aleją do pałacu, i ten nagły poryw wiatru, który wyrywa z ziemi młody dąb przy ich drodze. Mickiewicz pochylający się z troską nad zranionym drzewkiem: „Oto nasz obraz, ale tak w wielkim jak i małym nie traćmy nadziei. Ratujmy, co się da i jak się da...”. I wyrósł piękny dąb w śmiełowskim parku. Dąb Mickiewicza, jak mówiono... Czy wtedy już kiełkowała myśl, by w śmiełowskim parku wystawić pomnik Mickiewiczowi? Stanie się tak z inicjatywy Chełkowskich w stulecie pobytu poety (1931), już 80 Fotel Sienkiewicza w wolnej Polsce. Figura Mickiewicza stanie także w tym mniej więcej czasie w ogrodzie dworku jej krewnych Kazimierzostwa Donimirskich w Małych Ramzach koło Sztumu, w państwie niemieckim. Sienkiewicz skończył, a ona wracała do przytomności i obowiązków. Pora przecież zaopiekować się pisarzem i stryjem Antonim, których porywają do Śmiełowa... Pomnik Mickiewicza w Małych Ramzach. Pocztówka z lat 30. ubiegłego wieku Wspomnienia Barbara Kozdroń ANNY KOPISTO długa droga do domu WSPOMNIENIA (2) Anna Kopisto, Włochy 1944 rok, fot. archiwum rodzinne 82 Anny Kopisto długa droga do domu (2) UZBEKISTAN Tutaj rozdzielono ich z państwem Zientarów i już nigdy więcej Anna ich nie spotkała. Rodzinę Anny przetransportowano do kołchozu, w którym uprawiano bawełnę. Powiedziano im, że mają obowiązek pracować i nie oddalać się bez zezwolenia wydanego przez włas'ciwą władzę. Trzeba dodać, że Rosjanie namawiali Polaków, aby przyjmowali obywatelstwo radzieckie, a w zamian za to oferowali prezenty, np. krowę. Niewielu na to się decydowało, gdyż większos'ć wiedziała, że przyjęcie obywatelstwa wiąże się z pozbawieniem jakichkolwiek szans bycia Polakiem i powrotu do kraju. Niestety, warunki, jakie zastali w kołchozie, nie były lepsze od Sochoj Łoch. Bo choć klimat był bardziej znośny, to panowała niewyobrażalna bieda, a wokół był step i pustynia, wiały wiatry, nie było drzew... Anna z rodziną zamieszkała w lepiance-czworaku, w którym były izba z sienią, a w niej kocioł, w którym paliło się krowim łajnem. Łajno po zebraniu z pola rzucano na ściany zewnętrzne lepianki, gdzie się suszyło, a po wysuszeniu nadawało się do palenia. W tamtych stronach nie było drzew, więc najlepszym paliwem było albo łajno, albo suche krzaki bawełny. W lepiankach nie było niczego, żadnych mebli, ludzie spali na klepisku. Praca Polaków polegała na ręcznym zbieraniu bawełny. Anna zbierała ją z synkiem na plecach, obok niej Alicja bawiła się na ziemi. W niedługim czasie od przyjazdu w ich lepiance pojawili się NKWD-ziści i kazali rodzinie Anny zbierać się do dalszej drogi. Oczywiście znów nie powiedziano dokąd jadą i po co. Pozostali Polacy nie jechali z nimi. Wozem zaprzężonym w konie zawieziono ich na przystanek kolejowy i kazano czekać. Spędzili na nim kilka dni, śpiąc na ziemi. Prawdopodobnie władze same nie wiedziały, gdzie skierować Polaków. Barbara Kozdroń 83 W tym czasie, kiedy zaczęto organizować wojsko polskie w ZSRR, dowództwo polskie zabiegało u władz radzieckich o polepszenie warunków wywiezionych na Syberię obywateli polskich, więc być może z tych powodów przemieszczano ich wciąż w nowe miejsca, choć nie można wykluczyć, że było to tylko pozorowanie działań zmierzających do polepszenia życia, a nawet celowe dręczenie. Gdyż podróży, w którą ich zabrano, nie można określić innym słowem, jak tylko udręką. Zapakowano ich do pociągu towarowego, w którym spędzili około dwa miesiące. Znów spali pokotem na ziemi i korzystali z „toalety” pod pociągiem. Znów głodowali. Pociąg jechał w nieznanym kierunku, zatrzymywał się, zawracał, odczepiano część wagonów, zmieniał kierunek. Widzieli nazwy stacji kolejowych - Ałma Ata, Samarkanda, a więc nadal byli w Uzbekistanie. Mijały tygodnie, a sytuacja stawała się coraz trudniejsza, nie mieli co jeść. Pewnego dnia, już po upływie miesiąca, Anna podczas postoju na jakiejś stacji zobaczyła kobiety z mlekiem. Zdeterminowana wyskoczyła z wagonu i podeszła do nich. Nie znały rosyjskiego, miały skośne oczy. Anna odpięła z uszu złote kolczyki i na migi poprosiła kobiety o wymianę. Dogadały się i kobiety dały jej za nie bochenek chleba i garnek mleka. W tym czasie jednak, kiedy dokonywała transakcji, pociąg z jej rodziną odjechał. Została sama na stacji ze swoimi sprawunkami. Ogromny strach niemal ją sparaliżował, po chwili jednak zaczęła krzyczeć, płakać, wołać pomocy. Wówczas podszedł do niej Rosjanin, kolejarz, zawiadowca stacji, spytał co się stało. Kiedy opowiedziała, zaczął ją uspakajać, mówiąc, że „za godzinę będzie jechał następny pociąg (prawdopodobnie jechały cale konwoje z przesiedleńcami), dam mu sygnał, żeby zwolnił”. Anna struchlała, została na stacji, modląc się, żeby odnaleźć swoje dzieci, nie wiedziała, gdzie jest i co ma ze sobą zrobić. Jednak w Rosji wszystko jest możliwe, to wielki kraj, bezlitosny, ale ludzie jakoś w nim żyją... Po pewnym czasie nadjechał następny pociąg towarowy, a kiedy zwolnił na stacji, być może za sprawą zawiadowcy, ten krzyknął do Anny, żeby wskoczyła do wagonu. Wrzuciła jedzenie do pociągu i udało jej się wskoczyć. Jechała modląc się, aby oba pociągi zatrzymały się na tej samej stacji. I faktycznie, na następnym postoju odnalazła „właściwy” pociąg. RODZINNY DRAMAT Znów jechali. Na stacji przy jakimś mieście Anna wyszła z wagonu. Kiedy po chwili powróciła, zobaczyła dwóch żołnierzy radzieckich niosących w rękach niewielkie zawiniątko. Nogi ugięły się pod nią, stała jak skamieniała, gdy zobaczyła, że było to ciało jej synka, który już nie żył. Żołnierze byli bardzo rygorystyczni - ich „opieka” nad ludźmi przejawiła się w ustalaniu, czy w wagonach ktoś nie zmarł i wynoszeniu zwłok, żeby nie szerzyły się choroby. Zabierali ciała, nie pozwalając pasażerom z rodzin zmarłych wysiąść, żeby je pochować, chowali je sami, nie wiadomo jak i gdzie. Annie zakazano dotknąć synka. Pobiegła do pociągu, gdzie mąż powiedział, że córeczka zachorowała. Dowiedzieli się od kolejarzy, że w mieście jest szpital, pozwolono im udać się po pomoc. Opuścili pociąg z dzieckiem, zabierając swój bagaż i zaczęli szukać szpitala. Jacyś ludzie wskazali im drogę do szpitala, do którego pobiegła Anna z córeczką na rękach, mąż udał się szukać kwatery do mieszkania. Dziecko przyjęto do szpitala, położono do łóżka, bezpłatnie podano leki. W dużej sali 84 Anny Kopisto długa droga do domu (2) Palestyna 1942 - Anna, z prawej, przekazuje służbę koleżance, fot. archiwum rodzinne Barbara Kozdroń 85 szpitalnej było bardzo zimno, gdyż w blaszanym piecu opalano jedynie słomą. Anna cały czas siedziała przy córce, ogrzewała ją swoim ciałem, a w nocy przykrywała... materacem. Zaaplikowane lekarstwa nie dawały rezultatu. Lekarze mówili, że w okolicy panuje epidemia odry, a dziecko jest wycieńczone. Po czterech dniach mała Alicja umarła. Anna plącząc wybiegła ze szpitala, w mieście spotkała męża niosącego ubranko dla córki. Razem powrócili do szpitala, ubrali Alicję w czystą sukieneczkę do trumny, lecz potem personel zabrał im dziecko. Mąż Anny milczał, w ogóle nie odzywał się do niej. Było to 19 grudnia 1941 roku. Nie pozwolono im zostać w tym mieście i od razu skierowano ich do następnego kołchozu. Musieli ponownie organizować sobie życie, bo znów powiedziano, że jest to ich ostateczne miejsce osiedlenia, na zawsze. Ale jednak tym razem oczekiwali, że coś może się wydarzyć i odmienić ich los. Mieli nadzieję, przecież niedaleko formowało się wojsko polskie. Zamieszkali w lepiance, skierowano ich do pracy w polu. Pracowali, bo musieli zarobić na jedzenie, głodowali, wokół panowała ogromna bieda. Jednak niebawem, bo już w lutym 1942 roku, mąż Anny dostał powołanie do wojska polskiego, w ramach jednego z pierwszych poborów zesłańców do armii polskiej. Pożegnanie małżonków nie było miłe, gdyż na prośbę Anny, żeby pamiętał o niej i ściągnął ją do siebie, albo w innym sposób jej pomógł, pan Zygmunt odrzekł, że odtąd musi sama się o siebie troszczyć. Anna zrozumiała, że drogi jej i jej męża rozeszły się. GŁÓD I KAWIOR Anna zamieszkała w lepiance z poznanymi w kołchozie Polkami. Razem kopały ziemię pod zasiewy. Kopanie odbywało się za pomocy motyki tzw. „ketmen”, więc dużo ziemi nie dało się skopać, ale i wynagrodzenie za tę pracę było jeszcze mniejsze. Za cały dzień pracy przysługiwała jedna „lepiożka”, czyli placek grubości 1 cm, którą wydawał magazynier. W kołchozie był sklep, można było zakupić w nim niektóre produkty za ruble, ale na kartki. Bez kartek był tylko... kawior. Annie dokuczał głód, więc tak się nim objadała, że później nie mogła nawet patrzeć na niego. Ludność miejscowa była bardzo uboga, żyła w prymitywnych warunkach, niemal codziennie Anna widziała jakiś pogrzeb, często chowano dzieci. Kiedyś wraz z koleżankami była na pogrzebie jednego dziecka uzbeckiego i nagle zdała sobie sprawę, że zazdrości jego matce tego, że będzie ona mieć grób blisko siebie, na miejscu, podczas gdy Anna nie wiedziała nawet, gdzie są groby jej dzieci. Zaczęła płakać i płakała tak długo, że po powrocie na kwaterę straciła przytomność. Mieszkające z nią koleżanki nie mogły jej docucić, a rano kiedy nadal nie reagowała na ich wołania, doszły do wniosku, że Anna nie żyje. Bały się do niej podejść i bardzo się zdziwiły, gdy w końcu doszła do siebie. Mimo, że Uzbekistan był republiką radziecką, zdecydowana większość jego mieszkańców, Uzbeków, nie znała języka rosyjskiego. Rosyjskiego nie znał nawet przewodniczący kołchozu, w którym pracowała Anna, co z jednej strony utrudniało Polakom porozumienie, z drugiej, jak się niebawem okazało, miało pozytywne skutki, przynajmniej dla Anny. Najpierw pomogło jej przy zdobyciu żywności. 86 Anny Kopisto długa droga do domu (2) Ona i jej koleżanki były wciąż strasznie głodne, więc zaczęły zastanawiać się, jak zorganizować więcej jedzenia. Uzbecy byli patriarchalnym społeczeństwem plemiennym, do którego nie trafiły jeszcze „przeobrażenia społeczne” rewolucji radzieckiej, dopuszczalne było wielożeństwo, wyznawano islam. Dziewczęta kręciły się koło magazyniera wydającego „lepiożki” i zauważyły, że zerka on z zainteresowaniem na Annę. W jakiś sposób udało im się na migi i półsłówkami porozumieć z nim i zaproponować Annę na jego żonę (choć już kilka miał)? Ale żony nie brało się za darmo, trzeba było za nią zapłacić. Dziewczyny, za zgodą Anny, uzgodniły z magazynierem, że zapłatą będzie wydawanie im codziennie kilku lepiożek, dwóch cebul i szklanki oleju. Dzięki temu przez kilka tygodni dziewczęta nie głodowały. W końcu Uzbek stwierdził, że wywiązał się z umowy, gdyż zapłacił już dość, więc Anna powinna udać się do jego domu jako żona. Przyszedł i zaczął dobijać się do drzwi ich lepianki. Dziewczęta przestraszyły się, że może będzie mógł wyegzekwować „umowę”. Anna poszła po pomoc do księgowego kołchozu. Był to wykształcony Uzbek, ożeniony z rosyjską lekarką, który znał rosyjski, więc mogła się z nim dogadać i prosić o wyplątanie z kłopotliwej sytuacji. Księgowy nie odmówił pomocy i wytłumaczył magazynierowi, że zaszło nieporozumienie z powodu nieznajomości języka, ale przede wszystkim Anna nie może zostać jego żoną, gdyż jest innego wyznania, a jej wiara zakazuje małżeństwo z wyznawcą islamu. Taka argumentacja przekonała magazyniera - religia była sprawą poważną i należało uszanować jej zasady. Na szczęście magazynier nie obraził się na dziewczęta, zaprosił nawet Annę na ślub swojego brata. WOJSKO Z PTAKAMI NA CZAPKACH Anna, która w miarę dobrze mówiła po rosyjsku, zaprzyjaźniła się z lekarką, Rosjanką, żoną księgowego, spotykała się z nią, a nawet „handlowała” resztkami swojego dobytku -sprzedała jej sukienkę, podarowała korale. Pewnego razu, kiedy była u niej, jej mąż, księgowy, po powrocie z Karasu powiedział, że widział w nim jakieś dziwne wojsko: „Mieli piękne pasy i jakieś ptaki na czapkach”. Anna była przekonana, że to wojsko polskie i postanowiła z koleżanką czegoś się dowiedzieć i pojechać do Karasu. Okazało się jednak, że mimo, że są „wolnymi ludźmi” nie mogą bez zezwolenia opuścić kołchozu. Znów pomógł jej księgowy i jego żona. Anna nadal miała przepustkę z Syberii po odbiór z poczty paczki, którą z Polski przysłała jej siostra. Księgowy przerobił datę na przepustce, a Anna poszła do przewodniczącego kołchozu i powiedziała, że otrzymała wezwanie z „rejkomu” (komitetu miejskiego) z Karasu, aby tam się stawić. Księgowy przetłumaczył przewodniczącemu przepustkę i potwierdził, że jest to wezwanie do komitetu. Dzięki temu przewodniczący zezwolił na wyjazd Anny i jej koleżanek do Karasu. Dał im wózek zaprzężony w osiołka, tzw. „arbę”, którym dziewczęta udały się do miasta, oczywiście żadna z nich nie miała zamiaru wracać z powrotem do kołchozu. Ich nadzieje ziściły się, bo już na dworcu spotkali polskich żołnierzy, którzy oczekiwali na zjeżdżających się z różnych stron ZSRR Polaków, żeby skierować ich do miejsc tymczasowego zgrupowania. Anna rozpłakała się na widok żołnierzy w polskich mundurach, którzy powiedzieli, że nadal przyjmowani są ochotnicy do powstającej w ZSRR armii polskiej. Barbara Kozdroń 87 Na dworcu z pociągu wysiadło kilkoro Polaków, dziewcząt i chłopaków, i całej grupie przyjezdnych wskazano, jak dojść do tymczasowego obozu, gdzie stały namioty. Nakarmiono ich i zapewniono miejsce do spania, w końcu w miarę normalnie dziewczęta wyspały się. Po krótkim odpoczynku w asyście żołnierzy polskich udali się na stację kolejową, aby stamtąd dojechać do miejsca przyjmowania ochotników. Ale tutaj obowiązywały surowe przepisy „kultury radzieckiej”. Do wagonów osobowych kandydatom na żołnierzy można było wejść jedynie po skorzystaniu z tzw. woszobojki, czyli pomieszczenia do odwszawia-nia, czyli łaźni dla ludzi i gorącego pieca do odkażania ubrań. Widząc niechęć Polaków do korzystania z „woszobojki”, kolejarze rosyjscy dziwili się, że „Polacy nie znają kultury podróżowania, a niby tacy kulturalni”. Annie i koleżankom nie w smak była wspólna kąpiel w obecności niesympatycznych nadzorczyń, tym bardziej, że nie miały wszy, wymigały się od pójścia do tego cudu higieny dzięki chłopakom, którzy poszli, poddali się koniecznym zabiegom i załatwili także dziewczętom zaświadczenia o pobycie w „woszobojce”. Na stacji czekały tłumy Polaków, a kiedy nadjechał pociąg wszyscy rzucili się do wagonów, do których można było wejść po okazaniu zaświadczenia z „woszobojki”, ale i tak panował ścisk, że trudno się było do niego dostać. Annę pewien chłopak wciągnął do środka wagonu przez okno. Pociąg dojechał do stacji Margełan. JAK ZOSTAĆ ŻOŁNIERZEM? Margełan, to miasto w południowo-wschodniej części kotliny fergańskiej w Uzbekistanie. W IV kwartale 1941 roku w formowała się w nim 9 dywizja piechoty, jedna z sześciu wielkich jednostek armii polskiej w ZSRR. Kiedy Anna przybyła do Margełanu, udała się wraz z innymi Polakami do miejsca, gdzie odbywała się rekrutacja do polskiego woj- Drajwerki, Anna Kopisto z lewej, fot. archiwum rodzinne 88 Anny Kopisto długa droga do domu (2) ska. Przed jakimś budynkiem, z wyglądu pałacem, zebrały się tłumy ludzi. O przyjęciu do wojska decydowała polska komisja wojskowa (przewodniczył jej polski lekarz przybyły z Londynu), wydająca zaświadczenia o zdolności do służby wojskowej. Anna czekała wiele godzin, a kiedy stanęła przed komisją, po zbadaniu odrzucono ją ze względu na zły stan zdrowia. Wyszła załamana, w hallu dowiedziała się, że wiele osób nie zostało przyjętych z powodów zdrowotnych. Niektórzy, tak jak ona, także stali tam nadal, przygnębieni i nie wiedzący, co dalej ze sobą robić. W pewnym momencie z jednej sal wyszedł ksiądz i poprosił Annę, aby przyniosła mu wody. Anna pobiegła z menażką do stawu przed pałacem, nabrała wody, a kiedy zapukała do drzwi, ksiądz wciągnął ją do sali. Okazało się, że potrzebował wody do ochrzczenia dziecka obecnej tam Rosjanki. Ksiądz poprosił Annę, żeby została matką chrzestną tego dziecka, a na chrzestnego poprosił lekarza z komisji, który ponoć mieszkał z tym księdzem, a więc nie wypadało mu odmówić. Wszystko to było robione w tajemnicy, gdyż Rosjanie zabraniali praktykowania kultu religijnego. Po ceremonii chrztu był krótki poczęstunek - coś pysznego: jajecznica z mlekiem i mąką. Rosjanka z wdzięczności podarowała rodzicom chrzestnym na pamiątkę wyszywane ręcznie chusteczki, a Anna oddała jej wszystkie rzeczy, jakie pozostały po jej dzieciach - piękne ubranka, kołderki, które otrzymała w prezencie od Pichetów jeszcze w Polsce. Ksiądz natomiast obdarował Annę mydłem, co było dla niej prezentem na wagę złota. Kiedy rozstawali się, ksiądz powiedział, że rodzice chrzestni po tych chusteczkach będą mogli się w przyszłości odnaleźć. Wówczas Anna powiedziała, że nie jest to możliwe, bo ona nie została przyjęta do wojska. I pokrótce przedstawiła swoją historię o tym, jak wyrwała się z odległych kołchozów po to, aby przynajmniej być bliżej polskiego wojska. To wojsko było szansą na wyrwanie się z syberyjskiej głuszy, z beznadziei kołchozu na stepie, z daleka od swoich, skazania na łaskę nienawistnej władzy radzieckiej. Barbara Kozdroń 89 Po wysłuchaniu ksiądz ostro zwrócił się do lekarza: „Czy pan chce, żeby ci ludzie, którzy tyle wycierpieli, pozostali tutaj i umarli z głodu, tylko dlatego że są schorowani i wygłodzeni?!”. Zaczął go przekonywać, żeby nie był zbytnim służbistą, bo przyjęcie do wojska dla wielu Polaków jest po prostu ratunkiem. Wywiązała się rozmowa, obecni nalegali na lekarza, który pod ich wpływem postanowił ponowić badanie odrzuconych kandydatów do wojska. Lekarz prawdopodobnie wykonywał rozkaz, aby do wojska przyjmować jedynie osoby rzeczywiście nadające się na żołnierzy, gdyż ilość ich miała być ograniczona, ponieważ Rosjanie zgodzili się na utworzenie armii liczącej 30 tysięcy żołnierzy i oficerów. Jednak w związku z tym, że z całej Rosji zaczęło zjeżdżać się coraz więcej Polaków z całymi rodzinami, dowództwo polskie stanęło przed dylematem, co zrobić z taką wielką rzeszą ludzi, z których niewielu nadawało się na żołnierzy. Były wśród nich kobiety i dzieci, większość była wycieńczona i obdarta. Lekarz zgodził się na ponowne stawienie się Anny i kilku innych osób na komisję wojskową. Po chrzcinach Anna zaopatrzona w mydło udała się do tymczasowego obozu, gdzie spotkała dużo dziewcząt przybyłych z Syberii. Dano im jeść i położono spać w namiotach. Następnego dnia Anna ponownie udała się do pałacu i stanęła przed komisją. Tym razem ona i inni otrzymali pozytywne świadectwo zdrowia umożliwiające wstąpienie do służby wojskowej. Pod koniec 1941 roku, z inicjatywy generała Andersa, powstała Pomocnicza Służba Kobiet - PSK, licząca 7000 ochotniczek, nazywanych „pestkami”, włączona w skład Armii Polskiej w ZSRR, a od 1944 roku przeniesiona do 2 Korpusu we Włoszech. Anna początkowo myślała tylko o „zaczepieniu się” przy wojsku, przy Polakach, gdyż sądziła, że „żołnierki” nie są specjalnie porządnymi kobietami. Jednak koleżanki zdecydowały za nią i zapisały ją na listę ochotników, a ona zrozumiała, że wojsko jest jej szansą na przeżycie. Kiedy przyjechał autobus, który miał zawieźć rekrutów na miejsce właściwego zgrupowania, koleżanki wepchnęły ją do niego. Po jednym dniu w obozie wojskowym spodobało jej się życie żołnierskie. Nadchodził czas „pestki”. Podczas formowania wojsk polskich w ZSRR kilkakrotnie zmieniały się miejsca obozowisk. Początkowo jako miejsce formowania wojsk władze radzieckie wskazały miejscowości w centralnej Rosji, nad Wołgą, w Buzułuku, Tatiszczewie i Tochoje. Przewidywano utworzenie dwóch dywizji piechoty i jednej zapasowej oraz sztabu, w liczbie 30 tysięcy żołnierzy i oficerów. W grudniu 1941 roku na szczeblu rządowym, podczas wizyty premiera rządu polskiego w Moskwie, zapadła decyzja o rozbudowie armii i przeniesieniu jej do środkowoazjatyckich republik radzieckich z uwagi na dogodniejsze warunki klimatyczne i łatwiejsze wyekwipowanie wojsk przez aliantów. Od stycznia do lutego 1942 roku jednostki polskie rozmieszczano w Uzbekistanie, Kazachstanie i Kirgizji. Warunki zakwaterowania były trudne, namioty były stare, przeciekały, brakowało łóżek, ogrzewania, szerzyły się choroby. Jedzenie składało się z chleba na śniadanie i kolację oraz zupy na obiad. Obozy kontrolowali Rosjanie, ale dowódcami byli Polacy. Jedzenie było rosyjskie i było go mało, zdarzyła się nawet zupa z robakami, głodowali. 90 Anny Kopisto długa droga do domu (2) Jednak ochotnicy, jak ich nazywano, rozpoczęli szkolenie wojskowe. Anna również zaczęła przeobrażać się w żołnierza. Niestety, nie trwało to długo, gdyż z powodu niedożywienia rozchorowała się na owrzodzenie jelit. Została umieszczona w namiocie, w którym urządzono izbę chorych, jednak jej stan był na tyle poważny, że wymagał leczenia szpitalnego. Ale szpital był radziecki, a jej plutonowa, Makłowicz, powiedziała, że kiedy wyzdrowieje i opuści szpital, Rosjanie mogą nie pozwolić jej powrócić do wojska. Poradziła Annie, żeby powiedziała lekarzowi, że czuje się dobrze, a ona pomoże jej wykurować się na miejscu. Anna zrobiła tak, pozostała w izbie chorych, ale pomyślała, że skoro nie będzie się leczyć, to koniec z nią. Właściwie przygotowała się na śmierć. Ale jednak wyleczyła się i to o dziwo... zjełcza-łym masłem! Koleżanka dostała paczkę, w której znajdowało się takie masło. Anna, głodna, zajadała się nim i dolegliwości minęły. Wyzdrowiała! Leżąca obok niej jedna z dziewcząt miała mniej szczęścia - zmarła z porażenia słonecznego. Po wyzdrowieniu Anna mogła brać udział w zajęciach wojskowych, do których należała musztra, obsługa karabinów, nauka strzelania na strzelnicy. Podzielono je na kompanie i plutony. Była w wojsku polskim! U ANDERSA Szkolenie wojskowe trwało kilka miesięcy i zakończyło się uroczystą przysięgą wojskową, na której obecni był generał Anders i biskup Gawlina. W marcu 1942 roku armia polska liczyła 66 750 ludzi. W grudniu 1941 roku wojskom radzieckim udało się odeprzeć niemiecki atak na Moskwę i sytuacja militarna ZSRR poprawiła się, a Stalin usztywnił stanowisko wobec strony polskiej w kwestii formowania wojsk polskich. W lutym 1942 roku władze radzieckie zaczęły domagać się od dowództwa polskiego wysłania na front radziecko-niemiecki 5. Wileńskiej Dywizji Piechoty, która nie była przygotowana jeszcze do działań bojowych. Stalin nie chciał także zgodzić się na podwyższenie stanów liczebnych wojska polskiego ani na ewakuację poza ZSRR nadwyżek ochotników do jednostek wojska polskiego na Bliskim Wschodzie i Wielkiej Brytanii. Od marca 1942 roku trwały ustalenia między rządami angielskim i radzieckim o ewakuacji wojsk polskich z ZSRR. Rosjanie godzili się na opuszczenie ZSRR przez 33 tysięcy żołnierzy i 11 tysięcy cywili. Ostatecznie w maju 1942 roku rokowania zakończyły się układem między tymi rządami o przeniesieniu całej Armii Polskiej do Iranu. W sumie od sierpnia do września 1942 roku ZSRR opuściło 41 tysięcy wojskowych i 74 tysięcy cywili. Ewakuacja ochotniczek PSK odbywała się w asyście tajniaków rosyjskich, którzy zabrali dziewczęta z obozu w Guzarze i jechali z nimi koleją aż nad Morze Kaspijskie. Pilnowali, żeby dotarły na miejsce przekazania, choć żadnej z nich nie przyszłoby do głowy oddalenie się z pociągu z powrotem w jakiekolwiek miejsce w Rosji. Ale być może dzięki konwojentom szybciej się przemieszczały i były „zaopiekowane”. Na stacjach, gdzie zatrzymywał się ich pociąg, udawali się do restauracji na obiad, na kolację dostawały kanapki, a na dłuższych postojach mogły się wykąpać. Były to luksusy, o jakich do niedawna nie mogły marzyć. A jednak przeżycia ostatnich miesięcy, trudy podróży i wcześniejsza choroba w obozie, nie pozostały bez wpływu na zdrowie Anny. Barbara Kozdroń 91 Kiedy w końcu ich pociąg dotarł do Morza Kaspijskiego i trzeba było iść piechotą 6 kilometrów do portu, Anna opadła zupełnie z sił. Była tak wyczerpana, że słaniała się na nogach, prowadziło ją dwóch żołnierzy, a właściwie prawie ciągnęli, trzymając ją pod pachy. W porcie załadowano ich na statek towarowy (radziecki), na pokładzie którego pokotem, stłoczeni, leżeli ludzie - żołnierze i cywile. Po wejściu na statek Anna straciła przytomność i obudziła się dopiero po pięciu dniach, gdy statek dobijał już do brzegów Persji (dzisiejszego Iranu). Usłyszała wrzawę, potem zobaczyła, że leży na pokładzie niemal na jakimś żołnierzu. Zmieszana zaczęła go przepraszać, ale on odpowiedział tylko: „Ej, nic nie szkodzi, nic nie czułem”. Być może też spał wyczerpany podróżą. Anna nic z tej podróży nie pamięta. W Pahlawi, które było okupowane przez wojska radzieckie i angielskie, przejęli je żołnierze angielscy. Rosjanie byli razem z nimi do końca, a kiedy się rozstawali, kazali im oddać ruble do koszyka. Dziewczęta nie zamierzały ich słuchać, tam już nie mogli im rozkazywać, nawet gdyby któraś z nich takie ruble miała, wołałaby je wyrzucić. PESTKA, CZYLI DRAJWERKA DO ZADAŃ SPECJALNYCH Pobyt Polaków w Iranie był czasem przeznaczonym na reorganizację żołnierzy i ich rekonwalescencję. Nareszcie dostawali pod dostatkiem jedzenia, ale początkowo nie można było z niego dowolnie korzystać. Anglicy słusznie wprowadzili dla Polaków 6-tygodniową dietę ryżową, aby mogli przystosować do nowych warunków swoje zagłodzone, schorowane żołądki. Po tym czasie Polacy, w tym Anna i jej koleżanki, nareszcie mogły się porządnie najeść. Przede wszystkim dostawały obfite posiłki trzy razy dziennie. Dostawały także żołd, a więc mogły kupować sobie różne smakołyki. W pobliżu baz wojskowych znajdowało się wiele 92 Anny Kopisto długa droga do domu (2) sklepików, restauracji i kawiarni, w których sprzedawano pyszne rzeczy, były jajka, owoce. Dziewczęta objadały się. Po trzech tygodniach dziewczęta wyjechały z Persji do Iraku. W Iraku zgrupowano je w 8-osobowych namiotach, w których były drewniane prycze do spania. Ogólnie nie było źle i przede wszystkim inaczej, egzotycznie. Wykonywały zajęcia wojskowe, pełniły służbę, ale w każdym wolnym czasie napawały się kąpielami w morzu - po śniadaniu, po obiedzie, no i nareszcie miały pod dostatkiem żywności. Były wśród swoich i podlegały polskiemu dowództwu. Do obowiązków ich należała, np. ochrona szybów naftowych w Mosulu. W Iraku nastąpił podział oddziałów kobiecych na kompanie sanitarną, łączność i transport. Każda z ochotniczek mogła zdecydować sama, do której z nich ma być przydzielona. Anna zdecydowała się na kompanię transportową, słusznie rozumując, że na pewno będzie to ciekawsza służba. Podczas jazdy coś się dzieje, można dużo zobaczyć. Utworzone dwie kompanie transportowe - 116 i 117, które potem przemianowano na 316 i 317. Specjalnie były takie wysokie numery, jakby tych kompanii było tak dużo. Po jakimś czasie wszystkie kobiety przetransportowano do Palestyny, do miejscowości Rehowoth, koło Tel Avivu. Na początku pobytu miało miejsce miłe zdarzenie. Kiedy żołnierze angielscy dowiedzieli się, że przybyły kobiety z Rosji, przyjechali do ich obozu samochodem wypełnionym pomarańczami, które wysypali pod drzwi ich baraku. Pomarańczy była taka góra, że kompletnie zatarasowały drzwi. Jedna z koleżanek wyszła więc przez okno i odrzuciła część z nich, 1942 - Anna za kierownicą „Forda"generała Andersa Barbara Kozdroń 93 aby pozostałe mogły się wydostać ze środka. Rozpoczęła się uczta! Dziewczęta rzuciły się na ten rarytas, który nawet przed wojną rzadko widywały. Objadały się, a w końcu miały siłę tylko na wysysanie soku. W Rehowoth ochotniczki z kompanii transportowej rozpoczęły naukę, która nie była łatwa. Szkoliły się na samochodach ciężarowych marki Citroen. Wykłady prowadzili oficerowie, a jazdę między innymi kapitan Rędziejowski, który nie był zbyt zadowolony z pracy „z babami”. Każda z kobiet musiała poznać budowę silnika, umieć rozebrać i złożyć go, zamontować koło, poznać dokładnie podwozie. Każda z nich musiała przed pozostałymi kursantkami wykonać przy samochodzie wszystkie czynności, których się uczyły. Sprawdzenie wiadomości było więc gruntowne, jawne i komisyjne. Nie było taryfy ulgowej. Nauka trwała około pół roku, a potem po wykonaniu wszystkich zadań otrzymały angielskie prawo jazdy. Oczywiście pobyt w obozie to nie tylko nauka i służba. Dowództwo dbało o to, w jaki sposób spędzają wolny czas, na przykład organizowano im zwiedzanie Palestyny. Były w Jerozolimie, zwiedziły kibuce, którymi się zachwyciły. W Jerozolimie wojsko polskie ufundowało 2 stacje na drodze krzyżowej. Droga do Jerozolimy była ciężka, pustynna, kręta, wąska, właściwie przeznaczona dla transportu na osłach. Czasem nie udawało się pokonać zakrętu za pierwszym razem, trzeba było wycofać i ponownie „brać” zakręt. Była taka droga, którą nazywano „Siedem sióstr”, bardzo niebezpieczne i ostre zakręty. Anna pokonywała tę drogę także jako kierowca przewożąc żołnierzy na zwiedzanie Jerozolimy. Co za odmiana i egzotyka, po powrocie z „nieludzkiej ziemi”! Po zakończeniu szkolenia kompanię Anny przemianowano na 317 i podzielono na cztery plutony, z których czwarty - Anny - był plutonem do zadań specjalnych. Dyspozytorką kompanii była przyjaciółka Anny, Michalina Zajączkowska, lat 33. Niektóre dziewczęta mimo skończonego kursu nie zasiadły za kierownicą, wykonywały służbę na placu, jak np. Wacia Kondyjowska. Jednak większość dziewcząt została kierowcami. Zaczęła się prawdziwa służba, przewożenie ludzi i sprzętu. Wyposażono je w broń - pistolety Thompson, małe, lekkie, 200 strzałów na 1 minutę, bardzo drogie. Kompanię ochotniczek kilkakrotnie odwiedził dowódca II Korpusu generał Władysław Anders. Sytuacja była niezwykła, że głównodowodzący armią przychodził porozmawiać z żołnierzami jak równy z równym. Dziewczęta były zachwycone tymi spotkaniami, gdyż generał był człowiekiem bardzo bezpośrednim, otwartym i życzliwym. Pytał o wszystko „mówcie, jak wam tu jest?, czy jesteście zadowolone z samochodów?, jak żyjecie?”, a jednocześnie opowiadał o sobie, między innymi o swoim pobycie w więzieniu na Łubiance w Moskwie. Nienawidził Rosjan, jako wojskowy nie mógł pogodzić się z aneksją ziem polskich przez ZSRR, a potem z ich postępowaniem wobec Polaków. Żołnierze kochali generała, cieszył się wielkim szacunkiem. Kompania wykonywała zadania specjalne, którymi były np. wyjazdy do Egiptu. Tam, do portu w Kairze, przypływały okręty ze Stanów Zjednoczonych z zaopatrzeniem dla wojska alianckiego. Za pierwszym razem do Egiptu pojechały razem na pace jednej z ciężarówek. Stamtąd każda z nich wróciła nowym samochodem. Początkowo przyprowadziły samochody Dogde i Willis dla oficerów. W obozie były trzy marki samochodów - Chevrolet, Citroen i Fordy. Początkowo dziewczęta korzystały z Citroenów, ale nie były z nich zadowolone, 94 Anny Kopisto długa droga do domu (2) prosiły o zmianę. Wyrażono zgodę i pojechały po ciężarowe Fordy, przeznaczone dla nich, którymi wróciły do swojej jednostki. Kompania miała 120 wozów. Trasa do Kairu nie była łatwa, gdyż wiodła przez pustynię i często przez zupełne pustkowie, a przy upałach, jakie panowały na zewnątrz, w kabinie samochodu było bardzo gorąco, gdyż oczywiście nie było klimatyzacji. Dziewczęta rozbierały się więc do bielizny, a na ręce zakładały długie, skórzane rękawice, gdyż kierownice bardzo nagrzewały się. Ale droga była piękna, asfaltowa, prosta. Wzdłuż niej co kilka kilometrów stali Arabowie, a co kilkanaście znajdowała się budka patrolowa żołnierzy angielskich, w której były napoje i ciepłe jedzenie. Było to naprawdę świetne rozwiązanie, bo mogły zatrzymać się, odpocząć i zjeść, a przy tym dawało to duże poczucie bezpieczeństwa. Tym bardziej, że czasem konwój jechał dzień i noc, gdyż zdarzały się wyjazdy z Palestyny do Egiptu, stamtąd do Iraku, a wracały do Palestyny. Była sytuacja, że w drodze spotkała ich burza piaskowa - dziewczęta weszły pod samochód i uniknęły śmierci. Zresztą zdarzało się, że przy długich trasach trzeba było podróż przerwać i przespać się, wówczas nocleg był pod samochodem. Najczęściej w samochodzie były po dwie dziewczęta, ale akurat Annie przypadało jeździć samej. Ubranie, bieliznę, a nawet środki higieniczne (dobrej jakości) ochotniczki otrzymywały z wyposażenia angielskiego, do którego dodano im wspaniałe kapelusze korkowe. Były lekkie i doskonale osłaniały kark przed palącym słońcem. Tak więc jazda, choć była ciężką służbą, była jednocześnie przygodą, poznawaniem krajów i życia, o których nic wcześniej nie wiedziała. Czasem podczas jazdy widziała fatamorgany, czasem ubogie wioski, ale przeważał krajobraz pustynny. Anna była dumna, że wykonuje takie zadania. W Palestynie odnalazł Annę kuzyn jej męża, major Henryk Picheta, ze swoją żoną. Było to starsze od niej małżeństwo, które miało dorosłego syna, też w wojsku. Także i ci Picheto- Barbara Kozdroń 95 wie bardzo polubili Annę i wiedząc, jak dramatyczne spotkały ją przeżycia, starali się umilić jej czas poza służbą, rozweselić ją i odciągnąć od przygnębiających wspomnień. Zapraszali ją do siebie, dokarmiali. Dzięki nim spędziła jeden z najwspanialszych w życiu urlopów. Otóż major wystarał się o dwa tygodnie urlopu i całą rodziną pojechali do Kairu. Kair w owym czasie był ruchliwym, kosmopolitycznym miastem, pełnym restauracji, kawiarni, teatrów, w którym tłumy cudzoziemców mieszały się z żołnierzami różnych narodowości. Anna wraz z całym towarzystwem zwiedzała muzeum wykopalisk egipskich, muzeum figur woskowych, meczety. Na jednym z wieczorów udali się do teatru Badija, do którego wstęp mieli tylko oficerowie z towarzystwem. W programie był nawet występ tancerek wykonujących taniec brzucha. Po teatrze wszyscy udali się na wykwitną kolację w kasynie, która kosztowała znaczną sumę pieniędzy, taką, jakiej Anna nigdy nie widziała. Na koniec wycieczki udało się im wybrać do Gizy, aby zwiedzić piramidy i grobowce faraonów. To było fascynujące przeżycie. Po powrocie do bazy Anna nadal jeździła w konwojach kobiecych, także do Egiptu, gdzie były magazyny angielskie. Ochotniczki woziły różnego rodzaju materiały - ubrania wojskowe, sprzęt medyczny, żywność. Ciekawostką były mrożonki i puszki mięsne, z owocami, które miały stemple australijskie lub amerykańskie (USA), a nawet datę produkcji - 1912, 1913, pochodziły z rezerw wojskowych tych państw. Gdzie były magazyny angielskie nie wiedziano, to była tajemnica wojskowa. Ochotniczki przyjeżdżały samochodami w określone miejsce, a żołnierze angielscy podjeżdżali swoimi samochodami, z których przeładowywali towary na ich ciężarówki. Podczas takiego załadunku Anna poprosiła jednego z Anglików o wydanie beretów i rękawic dla niej i koleżanek. Oczywiście otrzymała je, ale Anglicy okazali swoisty humor, bo do wydanych rzeczy załączyli także... męskie kalesony! Z PALESTYNY DO WŁOCH, CZYLI CORAZ BLIŻEJ DO DOMU W 1944 roku bazy z Palestyny zostały przetransportowane do Egiptu, gdzie założono obozy przejściowe. Wojsko czekało na skierowanie na front do Europy. Początkowo mówiło się o Grecji, jednak w końcu alianci wylądowali na Sycylii. Od tej chwili oczekiwano na transport do Włoch. Ochotniczki wypłynęły na wielkim okręcie na północ i przybiły do portu w Taranto we Włoszech. Początkowo założono obóz w San Domingo, w czerwcu przeniosły się do Or-tony, a potem przesuwały się na północ za frontem. Ochotniczki z IV plutonu specjalnego kompanii nr 317 znów zasiadły za kierownicami swoich ciężarówek. Znów jechały w konwojach przewożąc sprzęt i inne zaopatrzenie z portów do jednostek wojskowych. Nie były to łatwe trasy, często jechały przez góry, serpentynami, zdarzały się też wypadki. Anna pamięta, że jeden wóz z koleżanką przewożącą cukier zaginął, nie odnaleziono ani dziewczyny, ani wozu, więc albo miała wypadek, albo została zamordowana. Kiedyś jechały wolno wśród zabudowań, każda przewoziła inne pakunki, gdy nagle zobaczyła, jak na skrzynię ciężarówki jadącej przed nią wskoczyło kilku chłopaków, którzy zaczęli wyrzucać z niej na ziemię, po prostu kraść, pakunki (były tam chyba tylko skarpetki, czy coś w tym rodzaju). Anna zawołała do zbliżającej się do niej samochodem koleżanki, żeby nie zwal- 96 niała tylko jechała szybko. Bała się, że mogą zostać zaatakowane, mogli to być przestępcy. Na szczęście udało się im przejechać bez przeszkód. Zdarzyło się, że jadąc przez górskie serpentyny, jeden z jadących z nimi w konwoju mężczyzn prowadzący ciężarówkę nie wytrzymał nerwowo i wybiegł z samochodu. Była to nieprzyjemna sytuacja, gdyż samochód po prostu utkwił nad przepaścią. Wówczas jedna z dziewcząt zasiadła za kierownicą jego samochodu, a on jechał na skrzyni. Ten fakt świadczy o tym, że wyjazdy „pestek” po Egipcie, Iraku i Palestynie zahartowały je fizycznie i psychicznie. Czasami były i wesołe chwile, szczególnie, gdy miały kursy z zaopatrzeniem do kasyna wojskowego usytuowanego w jakimś kurorcie, której nazwy dziś Anna nie pamięta. Sam dojazd do tej miejscowości był dość niebezpieczny, gdyż zdarzały się dość spore oblodzenia jezdni. Żołnierze angielscy ciesząc się z przyjazdu dziewcząt zapraszali je do kasyna, gdzie odbywała się zabawa przy dźwiękach gry na... grzebieniach, częstowali, oprowadzali po kurorcie. Musiały zostać na noc, ale później trzeba było ostro tłumaczyć się przed komendantką, dlaczego tak długo trwała podróż powrotna. Wciąż twierdziły, że to z powodu lodu, ale komendantka nie dowierzała im. Kiedy w końcu wybrała się z nimi dla sprawdzenia ich alibi, zrozumiała, że nie mogą odrzucać tak miłego zaproszenia i odtąd zaczęła regularnie z nimi wyjeżdżać do tej miejscowości. Pewnego razu, kiedy Anna wracała z koleżanką z miejsca, do którego dostarczyły zaopatrzenie, zabłądziły, nie mogły znaleźć drogi powrotnej, więc rozważały nocleg w samochodzie. Kiedy zatrzymały się w jakiejś nieznanej miejscowości, spotkały żołnierza armii amerykańskiej. W związku z tym, że potrafiły już porozumieć się językiem angielskim, zapytały go o drogę do miejscowości, w której stacjonowały. Żołnierz stwierdził, że już za późno, aby tam jechały, bo zbliżał się wieczór i zaproponował, aby udały się za jego samochodem do amerykańskiej bazy. Tak się stało i po niedługim czasie znalazły się w miejscu zupełnie innym niż ich obóz. Amerykańska baza była oświetlona, a kuchnia, mimo późnej pory, wydawała ciepłą kolację. Dziewczęta były tym bardzo zdziwione - w ich obozie były skromne warunki, a posiłki wydawano tylko w określonych godzinach. U Amerykanów, jak im wyjaśniono, kuchnia czekała na żołnierzy wracających z zadań niezależnie od pory powrotu. Kiedy zjadły, znów czekała je niespodzianka: ich nowy znajomy Amerykanin, zaproponował, aby zwiedziły z nim pobliską miejscowość Bari, gdzie pochowana jest królowa polska. Były zaskoczone, że wiedział o królowej Bonie. Pojechały z nim do Witek Znamierowski - na zdjęciu jego dedykacja „Dla najwspanialszego Junka - Fulik" (było to przezwisko Witka), fot.archiwum rodzinne 97 Bari i zwiedziły pałac, w którym mieszkała i umarła królowa Bona. Niewiele było widać, bo zapadł już wieczór, ale cała wyprawa była taka miła z powodu uprzejmości Amerykanina, luksusowych warunków oraz nieoczekiwanego spotkania z historią Polski. Noc spędziły w bazie, a rano po sutym śniadaniu wyruszyły do „siebie”. Oczywiście takie sytuacje były rzadkością. Najczęściej podróż nie wyglądała wesoło. Tak było, kiedy jeździły z dostawami dla walczących pod Monte Cassino. Na wzgórzu Monte Cassino wznosił się zabytkowy klasztor z IV wieku, w którym stacjonowali żołnierze niemieccy i którego bronili do upadłego. Przejście przez to wzgórze było jedyną drogą prowadzącą z południa Włoch do Rzymu. Od 17 stycznia 1944 roku wzgórze zdobywali żołnierze amerykańscy, brytyjscy, hinduscy i nowozelandzcy. Do końca marca 1944 roku w walkach zginęło 54 000 żołnierzy alianckich. Dziewczęta z kompanii również tam woziły dostawy na swoich ciężarówkach, z tym, że rozładunek następował w wiosce Acquavondata, u podnóża gór, z drugiej strony miasteczka Cassino. Dalej, na poszczególne odcinki do walczących, ładunki dostarczali już mężczyźni Willisami lub na mułach. Nie było innej możliwości zaopatrywania stanowisk wojsk alianckich - całe wzgórze naszpikowane było bunkrami niemieckimi, w których siedzieli snajperzy, część dróżek była zaminowana. Dowódca natarcia generał Freyberg, za wiedzą i zgodą naczelnego dowódcy wojsk alianckich generała Alexandra, zadecydował o bombardowaniu klasztoru sądząc, że ułatwi to jego zdobycie. Klasztor został kompletnie zniszczony, ale powstałe zwały gruzów tylko ułatwiły Niemcom obronę, gdyż stanowiły doskonałe miejsce zasadzek i kryjówek dla ich snajperów. 11 maja do szturmu wzgórza przystąpili Polacy - 12 pułk ułanów podolskich z 2 Korpusu generała Andersa. Na jednym z odcinków wzgórza, na punkcie obserwacyjnym, przebywał porucznik Józef Kopisto, żołnierz września 1939 roku. Swój posterunek na wzgórzu opuścił dopiero po kilku dniach, po zdobyciu klasztoru, co nastąpiło 18 maja 1944 roku, właściwie został wyniesiony na noszach, gdyż odnowiła się kontuzja nóg z ran wrześniowych. Niebawem drogi Anny i Józefa miały się zetknąć. Wielka radość zapanowała po zdobyciu Monte Cassino, choć zwycięstwo było okupione wielki stratami. W walkach na Monte Cassino i Piedemonte zginęło około tysiąca żołnierzy polskich, trzy tysiące zostało rannych. Również po stronie niemieckiej były wielkie straty -w sumie w całej kampanii od stycznia zginęło 20 000 żołnierzy. Po zdobyciu szczytu Polacy zawiesili na nim polską chorągiew, dopiero po kilku godzinach na wyraźne polecenie generała Andersa zawieszono na nim także flagę brytyjską. Wśród gruzów klasztoru Niemców nie było (zostało kilkunastu rannych), wycofali się na północ, gdzie ponownie rozgorzały zażarte walki. Droga na Rzym była wolna, ale wojna wciąż trwała. JÓZEF KOPISTO Droga Józefa Kopisto, żołnierza 1939 roku, z Polski na Monte Cassino nie była typową drogą polskiego żołnierza po przegranej kampanii wrześniowej. Te drogi były różne, ale dużo walczących, o ile nie dostało się do niewoli niemieckiej - oflagu (dla oficerów), stalagu (dla podoficerów), jeśli nie zostało uwięzionych, a potem zamordowanych strza- 98 Anny Kopisto długa droga do domu (2) łem w tył głowy przez Rosjan w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Katyniu, bądź po demobilizacji nie powróciło do domów. Różnymi sposobami przedostawali się na Węgry i Rumunię, a stamtąd na Zachód - do Francji, by walczyć przeciwko Niemcom, a potem być żołnierzami I-go Korpusu Sił Zbrojnych na Zachodzie. Józef Kopisto był żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, który tworzyli żołnierze wywodzący się z Polaków uwięzionych przez Rosjan na terenie ZSRR, który po opuszczeniu ZSRR nazwany został Armią Polską na Wschodzie, a następnie 2 Korpusem Polskim. Józef Kopisto urodził się w Storożowie koło Korca, w województwie wołyńskim, w rodzinie ziemiańskiej. Przed wojną ukończył szkołę podchorążych w Toruniu, a we wrześniu 1939 roku w stopniu porucznika walczył w Armii Łódź w 28 Pułku Artylerii Lekkiej (28 PAL). 5 września podczas walk z Niemcami w pobliżu Częstochowy, nieopodal rzeki Widawka, został ranny, otrzymał 8 kul w nogi. Żołnierze załadowali go na wóz konny i skierowali się do szpitala do Łodzi, jednak kiedy tam dojechali okazało się, że szpital został ewakuowany. W tej sytuacji wozy konne skierowały się do Warszawy, ale tam również, wobec nasilonych bombardowań Niemców i walk obronnych, szpitale wojskowe zostały ewakuowane. Ranni, w tym Józef, zostali przeniesieni do pociągów sanitarnych, które skierowano na wschód, gdzie nie toczyły się jeszcze działania wojskowe. Sanitarka dotarła do miasta Kowel, ale w tym czasie wkroczyli tam Rosjanie, więc szpital wojskowy został przez nich zajęty. Józef mimo ran wcześniej usunął ze swojego munduru naszywki oficerskie. Wiedział, jaki jest stosunek Rosjan do polskich oficerów. Sytuacja Anna - Włochy 1944, pozuje z lornetką, przez którą ogląda pałac w Pallagianello, fot. archiwum rodzinne Barbara Kozdroń 99 w szpitalu była dramatyczna - brakowało jedzenia i leków, z tych ostatnich głównie serwowano... rycynę. Na szczęście do szpitala jako wolontariusze zgłosili się polscy studenci, przynosili jedzenie, opiekowali się Józefem i uprzedzili go, aby nie ujawnił Rosjanom ani stopnia woskowego, ani poprawy stanu zdrowia. Rosjanie kilkakrotnie wypytywali go, jaki ma stopień wojskowy i nie bardzo mu wierzyli, gdy zgodnie z instrukcją studentów, odpowiadał że jest podoficerem - twierdzili, że „ma zbyt inteligentną twarz”. Zachodziła obawa, że władze ustalą prawdę o jego randze, co mogło mieć dla niego zgubne konsekwencje. Kiedy więc po kilku dniach pobytu mógł samodzielnie stanąć na nogi, zawiadomił o tym swoich polskich opiekunów, a oni zorganizowali jego ucieczkę. Przyszli we trójkę - dwóch chłopaków i dziewczyna, i przynieśli dokumenty na nazwisko Bronisław Woźniak. Jeden z nich pozostał przy łóżku Józefa, który wyszedł ze szpitala jako odwiedzający z pozostałymi. (Ciekawe co się stało z tamtym chłopakiem? Czy uwięziono go? Tego nie wiemy). Po ucieczce ze szpitala Józef udał się do swojego kuzyna, który w Kowlu prowadził aptekę. Nie zgłosił nigdzie swojej obecności obawiając się aresztowania przez Rosjan, leczył się i dochodził do zdrowia. Nie wychodził z domu, ale koło apteki kręciły się podejrzane typki, więc obawiał się, że może zostać zadenuncjowany. Po rekonwalescencji wyjechał do Lwowa i zamieszkał u innego kuzyna, który mieszkał z rodziną we własnej kamienicy. Zorganizowano mu nowe dokumenty (Polaka który zmarł w szpitalu psychiatrycznym), na nazwisko Tadeusz Dymny, z zawodu zduna i rozpoczął nowe życie - jako zdun. We Lwowie spotkał swoją matkę Annę z Orzęckich Kopisto, do niedawna mieszkającą w dworku z dziewięcioma pokojami i posiadającą służbę. Matka pracowała fizycznie u ogrodnika, pieliła grządki, w ten sposób zarabiając na swoje utrzymanie. Józefowi znów pomogli Polacy. Okazało się, że rozpoznali go z przedwojennych przyjazdów do Lwowa kierowcy taksówek. „Panie poruczniku, niech się pan nie martwi, nie wydamy pana”. Oni właśnie powiedzieli mu, że Rosjanie poszukują fachowców, gdyż w Besarabii budują lotnisko, namówili go, żeby się zgłosił do pracy i przyrzekli zawieźć go tam i pomagać. Tak się stało, porucznik Kopisto, były ziemianin, obecnie zdun i inżynier, zaczął pracować dla swoich wrogów i mógł swobodnie poruszać się po ZSRR. Między innymi był w pobliżu zupełnie nieznanego wówczas miasteczka - Kozielsk. Dowiedział się, że był tam obóz polskich jeńców wojskowych, o których słuch zaginął, pojechał więc tam chcąc się czegoś dowiedzieć. I wtedy zupełnie przypadkowo znalazł charakterystyczny sygnet należący do jego kuzyna, podporucznika Tadeusza Orzęckiego. Już wówczas miał złe przeczucia, ale dopiero kilkadziesiąt lat później rodzina Józefa znalazła nazwisko Tadeusza na liście katyńskiej. Podzielił los 30 tysięcy żołnierzy bestialsko zastrzelonych przez Rosjan. Kiedy w sierpniu 1941 roku rząd sowiecki ogłosił amnestię dla Polaków oraz ujawnił, że będzie organizowane wojsko polskie w ZSRR, Józef wraz kierowcami taksówek (którzy musieli natychmiast zdać swoje auta) udali się w kierunku prawdopodobnego miejsca organizacji wojska. Ich piesza wędrówka w głąb Rosji trwała pięć tygodni. Kiedy rozleciały się im buty, szli boso, owijając nogi szmatami. Nie mieli pieniędzy, głodowali, czasami miejscowi ludzie wspomagali ich jedzeniem. Niestety, butów nikt im nie sprezentował, nie prosili o nie, wokół widzieli straszną biedę. Udało im się dotrzeć do Tatiszczewa, który obok Buzułuka i Tochoje, miał być miejscem formowania wojsk polskich. Józef zgłosił się do szpitala, gdyż był w fatalnym stanie fizycznym - wyczerpany, z odmrożonymi stopami, 100 Anny Kopisto długa droga do domu (2) z odnowionymi ranami nóg, mógł w końcu oficjalnie ujawnić, że jest polskim oficerem. Po amputacji części jednego palca u nóg i krótkim leczeniu, odnaleźli go żołnierze polscy, którzy dowiedzieli się, że w szpitalu przebywa oficer wojska polskiego. W ten sposób Józef został ponownie przyjęty do wojska - Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, gdzie przywrócono mu stopień porucznika i skierowano do IV pułku artylerii. Józef jednym z pierwszych transportów wojskowych został ewakuowany z Rosji do Iranu, a jego dalsza droga była taka jak 2-go Korpusu pod dowództwem generała Władysława Andersa - przez Palestynę, Egipt, do Włoch, pod Monte Cassino, Loretto i Ankonę. JÓZEF I ANNA Anna, dla koleżanek Hanka, i Józef, dla rodziny i przyjaciół Junek, poznali się przypadkowo w czerwcu 1944 roku, kiedy Junek wyszedł ze szpitala, gdzie trafił po zdobyciu Monte Cassino. Historia niemal każdej znajomości, z której rodzi się miłość, jest romantyczna, niezależnie od czasu i miejsca, gdzie spotyka się dwoje przeznaczonych dla siebie ludzi. Pewnego dnia Anna pojechała z koleżanką w odwiedziny do jej kolegi, który wyszedł ze szpitala. Koleżanka rozmawiała ze znajomym, a Anna siedziała samotnie przy wejściu, kiedy do namiotu wszedł - wówczas już kapitan - Junek. Wydał jej się stary, więc nie zwróciła na niego uwagi (faktycznie był od niej starszy o 17 lat). Junek zwrócił się do obecnego w namiocie porucznika: „Panie poruczniku, jak wy gości przyjmujecie? Dlaczego nie ma poczęstunku? Gdzie są owoce, słodycze?”. W związku z tym, że nikt nie miał nic do jedzenia, Junek zaprosił całe towarzystwo do kasyna. W kasynie był poczęstunek i towarzystwo Anna — Włochy 1944, wystrojona w nowym futrze, prezentem od Junka, fot. archiwum rodzinne Kapitan Józef Kopisto - Florencja 1946, na zdjęciu dedykacja „Haneczce. Mojej Najukochańszej — Junek", fot. archiwum rodzinne Barbara Kozdroń 101 miło spędziło czas, jednak Anna nie zwracała uwagi na kapitana. Potem dziewczęta zostały odwiezione przez pewnego porucznika do swojej jednostki. Jakież było zdziwienie Anny, kiedy na drugi dzień przyjechał do niej znajomy i przekazał wiadomość, że kapitan Junek jest bardzo chory i prosi ją, żeby przyjechała go odwiedzić. Anna była zdumiona — „Jak to wczoraj było wszystko w porządku, był zdrowy, a dziś jest taki chory, że nie może chodzić? A w ogóle dlaczego ja? przecież prawie go nie znam”. Jednak kolega nalegał, zgodziła się więc i samochodem pojechali do obozu Junka. Kapitan leżał w swoim namiocie przykryty kocem pod brodę, ale na widok Anny wyskoczył z łóżka kompletnie ubrany w mundur. Widząc to Anna zdenerwowana zaczęła go sztorcować: „Jak można takie żarty robić? Co pan sobie wyobraża ?”. „Ależ, proszę pani, jest wojna, czy pani by chciała, żebym ja się rozchorował?” - odpowiedział Junek i zaczął żartować, zagadywać, opowiadać, że jest po leczeniu, ale może nadal chorować, jeśli ona będzie go odwiedzała. Anna zaczęła się śmiać i postanowiła pozostać na spotkaniu. Dowiedziała się, że Junek następnego dnia wyjeżdża do swojej jednostki, więc uważała, że nic się nie stanie, jeśli spędzą razem ten wieczór, nie wiązała z nim żadnych planów. I znów zdziwienie. Następnego dnia kolega przynosi jej list od Junka, a w liście, no cóż, po prostu oświadczyny oraz pierścionek, a właściwie sygnet z wygrawerowanymi literami „HJ”. Anna zdenerwowała się tą natarczywością, nie wiedziała jednak, gdzie może odesłać list, więc postanowiła poczekać na następne spotkanie i wyjaśnić sprawę. Jednak kapitan, mimo że nieobecny, nie zasypywał gruszek w popiele. Po jakimś czasie pojawił się u Anny pewien porucznik i wręczył jej pieniądze, był to żołd Junka, duża suma, ok. 30 funtów (Anna jako szeregowiec dostawała może ze 2 funty). Anna odmówiła przyjęcia pieniędzy, lecz porucznik stwierdził, że nie ruszy się stąd, dopóki ona nie odbierze i nie pokwituje tej sumy, gdyż „dostał rozkaz dostarczyć je dla niej i musi ten rozkaz wykonać”. Cóż było robić? Anna wzięła pieniądze, ale postanowiła sprawę zakończyć przy najbliższej okazji. Koleżanka namawiała Annę, żeby zainteresowała się kapitanem, mówiąc, że „on ma majątek na Wołyniu, jest bogaty, będziesz panią!”. Anna śmiała się z tego, nie liczyła ani na majątek (zajęty przez Rosjan), ani na bogactwo, bo nie był nim żołd, na którym żaden z żołnierzy się nie dorobił, a który każdy mógł w dowolnej chwili wraz z życiem stracić. Przez długi czas nie widziała się z kapitanem, choć czasem przysyłał listy. Tak minęło pół roku. Anna wykonywała swoje obowiązki. Kiedy w sierpniu 1944 roku w Warszawie wybuchło powstanie, kompania Anny dowoziła materiały do bazy lotniczej, skąd startowały samoloty przewożące zrzuty dla powstańców. Wyczuwało się tam wagę takich lotów i napięcie związane z niebezpieczeństwem. Panowało przygnębienie i żałoba, gdy nie wszyscy piloci wracali z powrotem. Pod koniec 1944 roku Anna wybierała się na zabawę do kasyna z Witkiem Znamierowskim, który jej się podobał. Zamiast niego w jej namiocie niespodziewanie pojawił się... kapitan Junek. Niezrażony dość zimnym przywitaniem powiedział, że będzie towarzyszył jej na zabawę i pomoże poszukać Witka. W kasynie faktycznie spotkali Witka, z którym Anna przetańczyła cały wieczór i któremu na złość Junkowi okazywała sympatię i zainteresowanie, po prostu flirtowała zawzięcie. Junek nie wydawał się obrażony i nie narzucał się. Po zabawie obaj panowie odwieźli ją i koleżankę do obozu. 102 Anny Kopisto długa droga do domu (2) Mimo tego, że umówiła się z Witkiem na spotkanie w dniu następnym, nie zjawił się on ani tego, ani żadnego innego dnia. Pojawił się za to Junek, a Anna obraziła się na Witka. Wiele lat później dowiedziała się, że po powrocie z kasyna obaj panowie rozmawiali całą noc, a Junek wymógł na Witku przyrzeczenie, że nigdy więcej nie spotka się z Anną. Ten słowa dotrzymał. No i co w takiej sytuacji może zrobić dziewczyna? Junek był dobry, czuły, opiekuńczy, a przy tym inteligentny, wesoły i dowcipny. I kochał ją szczerze. Anna musiała go pokochać. Nie miała innego wyjścia. Teraz nie była już sama. Miała Junka i jego miłość, ale wojna jeszcze trwała, więc dużo rzeczy mogło się zmienić. Przyszłość była zupełnie niewiadoma. Pomimo zdobycia w czerwcu 1944 roku przez wojska amerykańskie Rzymu, toczyły się zacięte walki na północ od stolicy. Wojska 2 Korpusu, wśród nich kapitan Junek, walczyły od lipca 1944 roku na wschodnim wybrzeżu Włoch, pod Ortoną, Pesarą, Ferum, a następnie na zachodzie pod Loretto, Anconą. Pluton Anny cały czas wykonywał swoje zadania przewożąc potrzebne ładunki z baz zaopatrzenia do miejsc wskazanych przez dowództwo. Spotkania z Junkiem były bardzo rzadkie, gdyż nie korzystał już z rekonwalescencji po leczeniu i brał udział w działaniach wojennych. Wobec zdecydowanego oporu Niemców zimą 1944-1945 roku działania ofensywne we Włoszech zostały wstrzymane, a alianci skierowali ofensywę na północno-zachodnią Francję. Dopiero w kwietniu 1945 roku wznowiono walki na północy Włoch. 21 kwietnia została zdobyta Bolonia, a 8 maja 1945 roku nastąpił koniec wojny. Tego dnia Anna nie zapomni. Kiedy ogłoszono, że Niemcy podpisali kapitulację, zapanowała wielka radość. Śpiewano, tańczono, a żołnierze rozpoczęli kanonadę z karabinów, wystrzeliwując w niebo kolorowe race. Jednak oni byli daleko od Polski i nic nie wskazywało na to, żeby mieli tam szybko wrócić. Polska była wyzwolona spod okupacji niemieckiej, ale stacjonowało w niej wojsko radzieckie, a polskie władze komunistyczne proklamowały powstanie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Granice Polski na skutek układu w Jałcie (styczeń 1945 roku) zawartego pomiędzy rządami Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego uległy zmianie - granica wschodnia przebiegała na Bugu i Narwi, wszystkie przedwojenne województwa wschodnie przypadły ZSRR. Kostopol, Litwa, Sto-rożów nie należały do Polski. Byli tacy, w tym część dowództwa polskiego 2 Korpusu, a także niektórzy Anglicy, którzy liczyli, że po zakończeniu wojny z Niemcami dojdzie do wojny z ZSRR i Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie powrócą do kraju jako zwycięzcy. Były to jednak nierealne mrzonki, bez jakiegokolwiek uzasadnienia w rzeczywistym układzie sił politycznych i militarnych. Po zakończeniu działań wojennych wojsko II Korpusu wraz z wojskami aliantów pozostało we Włoszech jako wojska okupacyjne, zaś część żołnierzy podjęła naukę. Jeszcze bowiem zimą 1944-1945 roku dowództwo wojsk polskich, a szczególnie generał Anders, zadecydowało, że żołnierze powinni się uczyć, żeby zdobyć wykształcenie i kwalifikacje potrzebne do pracy w wolnej Polsce. W związku z tym, że żołnierze nie mieli ze sobą świadectw dokumentujących ukończenie szkół, warunkiem przyjęcia do gimnazjum lub liceum było złożenie przez nich egzaminu wstępnego. W tym celu zorganizowano najpierw kursy przygotowawcze, które prowadzili oficerowie posiadający wiedzę z określonych przedmiotów. Barbara Kozdroń 103 Później zorganizowano szkołę dla żołnierzy, a w Porto San Giorgio powstało Liceum i Gimnazjum Pomocniczej Służby Kobiet. Anna, wraz z innymi ochotniczkami z PSK oraz dziewczętami uwolnionymi z obozów koncentracyjnych, wśród których były uczestniczki powstania warszawskiego, w ilości 300 osób, po pomyślnym zdaniu egzaminów wstępnych, rozpoczęła naukę w szkole. Porto San Giorgio to miasto-kurort nad Adriatykiem, a szkoła mieściła się w pięknym pałacu, w którym były sale lekcyjne i internat, okalał ją piękny park. Istnienie szkoły było ewenementem i świadczyło o mądrości dowództwa polskiego wojska, które patrzyło w przyszłość i chciało wychować kadry inteligenckie tak pomniejszone podczas wojny. Niezależnie od tego, czy wojsko miało powrócić do Polski jako armia Zachodu, czy też być zdemobilizowane, nauka dawała żołnierzom możliwość zdobycia wykształcenia potrzebnego do dalszego życia w cywilu. Nic dziwnego, że kilkakrotnie do szkoły przyjeżdżały wizytacje z dowództwem, oczywiście generał Anders, ale także dowództwo wojsk alianckich, np. generał Lee. Anna zakończyła naukę zdaniem matury. Poznała tam i zaprzyjaźniła z wieloma dziewczętami, z którymi utrzymywała serdeczny kontakt do końca ich życia, jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie. W 1946 roku dowództwo brytyjskie zdecydowało o ewakuacji jednostek 2 Korpusu do Wielkiej Brytanii. Na mocy porozumienia rządu brytyjskiego i rządu RP na uchodźstwie zadecydowano, że żołnierze 2 Korpusu opuszczą Włochy i zostaną rozmieszczeni w różnych miejscach Anglii. Po przyjeździe do Anglii, w Londynie, Annę czekała niemiła formalność - przeprowadzenie rozwodu z panem Zygmuntem. Okazało się bowiem, że on także jako żołnierz 2 Korpusu przebywał w Anglii. Anna nie spotkała się z nim, rozmowy prowadził Junek, który użył wobec niego argumentów (finansowych) nie do odrzucenia, tak że ten wyraził zgodę na rozwód. Natychmiast po rozwodzie Anna i Junek pobrali się. Wyjechali do Szkocji, bo tam skierowano artylerię, a kapitan Junek został kierownikiem domu dla rodzin polskich żołnierzy. Dom ten mieścił się w ładnym pałacu, który zajmowały małżeństwa żołnierzy. Wszyscy otrzymywali żołd (wysokość zależała od stopnia wojskowego) i korzystali ze stołówki w kasynie, w którym podawano trzy posiłki dziennie. W tym czasie rząd polski powołał do życia Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia (PKPR), który miał skierować żołnierzy polskich po demobilizacji, do nowych miejsc zamieszkania. Trzeba było zdecydować o przyszłym losie ponad 200 tysięcy ludzi. Wiadomo było, że wojsko 2 Korpusu nie wróci do Polski jako jednostka wojskowa. Armia polska została rozwiązana, a dotychczasowi żołnierze mogli powrócić do kraju tylko jako cywile. Mogli też pozostać w Wielkiej Brytanii i pracować na swoje utrzymanie lub wyjechać do któregoś z państwa alianckich - Kanady lub Australii. Do czasu zorganizowania PKPR-u i rozliczenia żołnierzy, Anna i Junek, tak jak i inni wojskowi z domu polskiego w Szkocji, nie mieli żadnego zajęcia, czekali aż zapadną decyzje co do ich dalszych losów. Niektórzy z nich pasjami grali w karty, nawet na pieniądze. Anna z mężem zajmowała jeden pokój, a wolny czas wykorzystywała na haftowanie obrusu, prowadziła też ożywioną korespondencję poszukując przez Czerwony Krzyż rodziny i znajomych. Wiedząc, że w Kostopolu nie ma już Polski, wysłała kilka listów do brata matki, 104 Anny Kopisto długa droga do domu (2) wujka Kazimierza z Lubartowa. Przez dłuższy czas nie otrzymywała na nie odpowiedzi, bo Kazimierza nie było w tym mieście. Aż w końcu dostała list od kuzynki z Krakowa. Okazało się, że znajomy kuzynki pracujący na poczcie w Lubartowie wysłał do niej nieodebrane listy Anny adresowane do Kazimierza. Z listu kuzynki Anna dowiedziała się o śmierci swojej matki. Była to dla niej wielka tragedia, płakała długo, utrata matki była utratą rodziny. Junek pocieszał ją: „Przecież masz teraz mnie, nie jesteś sama”. Ale nie miała matki, a jej domu nie było. Właściwie nie miała do kogo wracać. W międzyczasie poprzez kuzynkę dowiedziała się o miejscu pobytu swojej siostry Heleny. Nawiązały korespondencję, nawet wysyłała jej jakieś paczki do Polski. Mimo to zaczęli rozważać wyjazd za granicę do Australii. Wszystko zmieniło się, kiedy do Junka dotarła korespondencja z Polski. Odnalazła go matka i siostra Marychna. Obie przeżyły wojnę, pisały, żeby wrócił, bo matka choruje i chce przed śmiercią zobaczyć się z synem — jedynakiem. Na osobne opowiadanie zasługuje historia zdobywania wiadomości o rodzinie rozproszonej w czasie wojny, ustalanie adresów i wysyłanie listów przez Czerwony Krzyż. To jest niezwykłe, że ludzie mogli się odnaleźć mimo wojny, zmiany granic, migracji wielu tysięcy łudzi. Ale było tak, że ktoś kto spotkał znajomego w wojsku - we Włoszech lub w Anglii, pisząc do rodziny, wspominał o tym spotkaniu, a adresat podawał tę wiadomość dalej, itd., aż dotarła do jego rodziny. Tym sposobem o miejscu pobytu Junka dowiedziała się jego siostra przebywająca w Lublinie u znajomej, do której napisał brat, znajomy Junka. Po otrzymaniu listu od matki ich plany o emigracji legły w gruzach, choć nie było im łatwo zmienić decyzję. Wiadomo było, że w Polsce żołnierze przyjeżdżający z Zachodu, szczególnie oficerowie, nie będą mile widziani przez komunistyczne władze. Jednak państwo Kopisto postanowili powrócić do kraju, co nastąpiło 8 grudnia 1947 roku. Był to kres ich wędrówki - długiej drogi ze wschodu na zachód, od Azji, przez Afrykę, do Europy Zachodniej, a potem do ojczyzny. Tu jednak powitano ich jako „wrogów ludu”. Ale to już temat na inną opowieść. Franciszek Baumgart 105 Franciszek Baumgart NA MYŚLIWSKIM SZLAKU Franciszka Baumgarta nigdy nie poznałem osobiście. Jednak mam wrażenie, że wiem o nim, jako o myśliwym, bardzo dużo. Gdy w 1987 roku składałem podanie o przyjęcie do Kola Łowieckiego nr 1 „Darz Bór” w Sztumie zadeklarowałem, że spróbuję odtworzyć historię koła i prowadzić jego kronikę. Zabrałem się sumiennie do zbierania materiałów. Cennym źródłem o historii Koła i łowiectwa w Sztumie były rozmowy ze starszymi kolegami. W wielu wspomnieniach przewijała się postać Franciszka Baumgarta — Franka, bo tak o nim w Kole „Darz Bór” mówiono. Po zakończeniu działań wojennych na teren powiatu sztumskiego zaczęła napływać ludność z różnych regonów Polski. W pierwszej kolejności przybywali mieszkańcy z Kaszub i Kociewia oraz północnych terenów Mazowsza. To wynikało z faktu, że były to przed wojną tereny przygraniczne i często Polacy przyjeżdżali tutaj do pracy. Następnie spora grupa nowych mieszkańców przybyła z Polski centralnej i wschodniej, repatrianci z Wileńszczyzny i Białorusi. W1947 w ramach akcji „ Wisła” trafiła duża grupa mieszkańców Polski południowo-wschodniej. Około 40% mieszkańców powiatu stanowili autochtoni. Odbudowa łowiectwa po II wojnie światowej na Ziemiach Odzyskanych miała bardzo specyficzny przebieg. Wpierwszych miesiącach polowali stacjonujący tu żołnierze Wojska Polskiego i Armii Czerwonej, milicja, służba bezpieczeństwa oraz administracja leśna. Nie miało to w żadnym wypadku charakteru zorganizowanego, było to bardziej związane z faktem posiadania broni i uprzywiliowanej pozycji w ówczesnym społeczeństwie. Zdarzały się też przypadki polowania przez przybyłych osadników, którzy przywieźli ze sobą broń myśliwską lub znajdowali ją w zasiedlanych obejściach. W Sztumie pierwsze koło łowieckie powstało w 1947roku. Wśród założycieli nie było Franka. Jako przedwojenny oficer, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego uważany był za „element niepewny” i w żadnym wypadku nie mógł otrzymać pozwolenia na posiadanie broni myśliwskiej. Jednak jego pasja łowiecka, chęć uczestniczenia w życiu myśliwskim spowodowały, że brał udział w polowaniach zbiorowych jako naganiacz. Z czasem dał się poznać jako świetny znawca łowiectwa, posługiwał się piękną gwarą myśliwską, co w tamtych czasach nie było powszechne wśród lokalnych notabli partyjnych, wojskowych, milicyjnych czy ubeckich. Na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku I sekretarzem komitetu powiatowego PZPR w Sztumie był Jerzy Iwanow. Franek się z nim zaprzyjaźnił, jeździli na wspólne polowania, na których Frankowi broń użyczał Iwanow, bądź inny ważny lokalny dygnitarz. Był dla nich nauczycielem prawidłowego łowiectwa. Franek w Sztumie cieszył się bardzo dobrą opinią społecznika, działał w klubie sportowym i Lidze Obrony Kraju. Iwanow osobiście wstawił się u komendanta wojewódzkiego MO w Gdańsku w sprawie wydania Frankowi pozwolenia na 106 Na myśliwskim szlaku broń. W1954 roku został przyjęty do Polskiego Związku Łowieckiego. Przez wiele lat zasiadał w zarządzie Koła Łowieckiego „Darz Bór”. Franek był świetnym strzelcem, wielokrotnie zostawał królem polowania. Szczególnie sprawiały mu przyjemność polowania na zające. U/ swoich zapiskach poświęcił im najwięcej miejsca. Wspomnienia myśliwskie Franek zaczął pisać, prawdopodobnie, w połowie 1964 roku. Zakończył wpisem w 1972 roku. Kilku kolegów, którzy polowali z Frankiem, wspominało, że spisał swoje wspomnienia łowieckie. Nikt nie wiedział, co się z zapiskami stało, komu je przekazał. W2002 roku odwiedził mnie były myśliwy naszego koła i przekazał kilka skoroszytów z dokumentami z lat 1962-1985. Znalazłem wśród nich rękopis myśliwskich wspomnień Franciszka Baumgarta. Obszerne fragmenty wspomnień Franciszka Baumgarta przedstawiam Czytelnikom „Prowincji”. Zbigniew Zwolenkiewicz WSPOMNIENIA FRANCISZKA BAUMGARTA KRONIKA KOŁA ŁOWIECKIEGO „DARZ BÓR” W SZTUMIE Bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych kilku byłych przedwojennych myśliwych, których los rzucił do Sztumu, w czasie wolnym od pracy - trudnej w owym czasie - przystąpiło do zorganizowania Koła Łowieckiego, dając mu nazwę „Darz Bór”. Byli to koledzy: Głuszko Włodzimierz, Szramka Adam, Pliszka, dr Mockus, Pokusa Wacław, Zwoliński Teodor, Świątkowski Leon, Jackiewicz Piotr, Szramka Grzegorz, Pelowski Alojzy, Kozłowski Stanisław, Domański Ignacy, Pastuszak. Polowano wówczas - były to lata 1946, 1947, 1948, 1949, 1950 - różnie: obok polowań zbiorowych w kotły na zające strzelano indywidualnie i grupowo na: zające, dziki, lisy i wszelką zwierzynę płową. O hodowli w tym czasie jeszcze nie myślano... synonimem myślistwa wówczas było strzelanie. Strzelał każdy z czego tylko mógł - broń była raczej zła i co tu dużo mówić, często nie-nadająca się w ogóle do strzelania. Osobny rozdział stanowiły naboje... proch zdobywano z rozbrojonych „pancerfaustów”, przybitki i zatyczki wycinano specjalnymi „wycinakami”, spłonki były też przeróżne... Często wmontowywano w „czółko” wkładkę, po to, aby posiadaną spłonkę można było tam umocować. Ukoronowaniem tego był śrut. Fabrykacja tego ostatniego przypominała wieki co najmniej starożytne. Odwiedzając w tym czasie kolegów myśliwych widziało się wówczas takie obrazki: siedzi taki nemrod przy stole i z zapałem godnym lepszej sprawy „katulał” w butelce jakieś koraliki metalu... Miał to być przyszły śrut. Kaliber wychodził różny, zależnie od cierpliwości i siły jednostki. O kalibrze w obecnym pojęciu mowy być nie mogło. To nie przesada, to tylko dowód na to, jak bardzo ludzie ci byli opanowani tym bakcylem. To byli prawdziwi myśliwi. Franciszek Baumgart 107 Na polowanie nie jechało się jeszcze samochodami, tych nie było, od czegóż były nogi? Oj!, lepszych wówczas Polska miała piechurów niż dzisiaj. Jako ówczesny „naganiacz” - niejednokrotnie maszerowałem z myśliwymi do Starego Targu, Straszewa, dźwigając po kilka zajęcy. Aż łezka się w oku kręci, gdy wspomina się tamte rozkłady: 120 - 150 zajęcy, plus 4-5 lisów i często jakiś mniejszy czy większy dziczek. Niestety, tak jak powiedziałem na wstępie, polowano różnie i to spowodowało, że przy braku opieki nad zwierzostanem, tak pogłowie jak i rozkłady spadały. Długie były potem wysiłki myśliwych aby te „grzechy” naprawić. Nic tak nie mści się na człowieku jak przyroda, gdy w nią za bardzo się wdziera. Dopiero po długich latach hodowli i opieki zwrot ku lepszemu zaczął się zarysowywać w roku 1960. Głównym tego powodem to podział na teren A i B. To było szczęśliwe pociągnięcie. Że wywody moje są słuszne, pozwalam sobie przedstawić wyniki polowań — skrzętnie odnotowywane w prywatnej kronice. Polowano w „Darzborze” ciągle w ponad 20 flint. W sezonie 1957/58 strzelono 204 zające, a w sezonie 1963/64 pozyskano 588 szaraków. Z członków-założycieli ubyło już sporo kolegów, czy to śmierć wyrwała ich z naszych szeregów, czy zdrowie zmusiło ich do wycofania się z czynnego myślistwa. W ogóle „darz-borowców” zmarło do dzisiaj [rok 1964] kilku, są to koledzy: Jackiewicz Piotr, Mania Edmund, Czerniak Adam. Kto będzie następnym? A z powodu wieku i złego stanu zdrowia odeszli: Szramka Adam, Zawadzki Kazimierz, Pliszka Jan. Były też wypadki odejścia od nas z powodu niewłaściwego zachowania niektórych kolegów, ale nazwisk ich nie wymienię -nie widzę potrzeby i ograniczę się do tej suchej wzmianki. Postolin 1966 r. Po polowaniu. Siedzą od lewej: Jerzy Pronin, Tadeusz Dunajski, Władysław Leman, Witaliusz Parafianowicz, Franciszek Baumgart. Stoją od lewej: Alfred Turzyński, Zygmunt M(karski, Edward Mania, Jan Grzywacz, Zbigniew Kłopotowski, Kazimierz Chyliński, Zygmunt Włodarczak, Anatol Pronin, Maciej Składziński, fot. archiwum Koła Darz Bór w Sztumie 108 Na myśliwskim szlaku Jaka wielka szkoda, że od zarania istnienia „Darzboru”, ktoś ze starszych kolegów nie pokusił się o kronikarskie ujmowanie zaszłości w Kole. Byłoby to ciekawe przecież, bo życie tego wzorowego Koła - za takie ono było ciągle uznawane - było bardzo ciekawe i barwne, a pojedynczy członkowie przedstawiali „figury” wdzięczne do opisywania z punktu myśliwskiego. Było wówczas dużo więcej humoru i kawałów niż dzisiaj. Aczkolwiek są to nie bardzo odległe jeszcze okresy, ale do odtworzenia już niemożliwe. Aby jednak uratować strzępy chociażby tego, co było, zdecydowałem się na powyższe słowa. Nie jestem pisarzem, brak mi do tego dodatkowo danych z życia Koła, nie każdy indagowany przeze mnie chciał się historią Koła podzielić tłumacząc się ...zapomnieniem. Tyle wspomnień a teraz zacznę przedstawiać bardziej bliskie nam sprawy. Kołem kierowały na przestrzeni ostatnich 10 lat Zarządy, mający za prezesów kolegów: Pelowskiego Alojzego, Domańskiego Floriana, Baumgarta Franciszka i Lemana Władysława. Łowczymi Koła byli: Pokusa, Domański Ignacy, Baumgart Franciszek, Parafianowicz Witaliusz. Sekretarzami byli: Mania Edmund, Baumgart Franciszek. Skarbnikami: Domański Florian i ostatni, nieśmiertelny skarbnik kol. Dunajski Tadeusz. Ostatni Zarząd wybrany w maju 1964 roku to: kol. Leman Władysław - prezes, kol. Parafianowicz Witaliusz - łowczy, kol. Głuszko Włodzimierz - sekretarz, kol. Dunajski Tadeusz - skarbnik. Komisja rewizyjna: kol. Pronin Jerzy - przewodniczący, kol. Cyngott Marian - członek, kol. Mękarski Zygmunt - członek. W czasie zebrania Koła, przed sezonem zajęczym 25 X 1964 r. jednogłośnie w miejsce chorego kol. Głuszko Włodka, na sekretarza powołano kol. Baumgarta Franciszka. Na dzień 1 XI 1964 r. Koło składało się z 28 członków: Baumgart Franciszek, Borkowski Stanisław, Chyliński Kazimierz, Chmiel Antoni, Cyngott Marian, Czajka Jan, Dąmbrow-ski Aleksander, Domański Florian, Domański Ignacy, Doryk Aleksander, Dunajski Tadeusz, Głuszko Włodzimierz (zmarł 16 XII 1964 r.), Grzywacz Jan, Kłopotowski Zbigniew, Leman Władysław, Lubowiedzki Leszek, Majewski Klemens, Mękarski Zygmunt, Mendat Antoni, Parafianowicz Witaliusz, Pronin Anatol, Pronin Jerzy, Składziński Maciej, Stawski Kazimierz, Turzyński Alfred, Tyliński Apolinary, Zakrzeński Andrzej, Zawadzki Kazimierz (wystąpił 17 XI 1964 r.). Koło posiada 5 członków odznaczonych medalami łowieckimi. Złotym Medal Zasługi Łowieckiej - Głuszko Wł., Srebrnym - Turzyński Alfred, a Brązowym - Baumgart Franciszek, Domański Florian i Parafianowicz Witaliusz. SEZON ZAJĘCZY ROZPOCZĘLIŚMY W DNIU 8 XI 1964 R. Opolowano rejon Dzierzgonia. Udział wzięło 22 członków plus 3 gości ekipy telewizyjno-radiowej. Padło 58 zajęcy. Królem polowania zostali: Domański Ignac 5 i Lubowiedzki 5. Bez zajączka zeszli z pola koledzy: Dunajski, Doryk i Zakrzeński. Na tym samym terenie w roku 1962 padło tylko 35 zajęcy. Polowanie odbyło się w bardzo dobrej atmosferze, ku zdziwieniu gości. Kar nie było. Koledzy przestrzegali prawideł polowania i ułatwiali pracę łowczego. W związku z przyjazdem gości przygotowano bigos, niestety ten piękny zwyczaj Franciszek Baumgart 109 został zbyt pochopnie zaniechany przez członków. A szkoda! Po tym polowaniu wycofał się z koła kol. Zawadzki Kazimierz (zdrowie). POLOWANIE W DNIU 15 XI 1964 R. Teren Trzciano - Straszewo. Odstrzelono 110 zajęcy, jest to liczba nie notowana u nas od kilku lat. W tym samym terenie w roku 1962 odstrzelono 41 zajęcy. Różnica widoczna. W polowaniu udział brali jako goście - Konsul NRD i prokurator prokuratury okręgowej Nowak Kazimierz. Ten pierwszy odstrzelił 3 zające. Pogoda cudowna. Nastrój dostosowany do pogody i stanu zwierzyny. Królem został: Kłopotowski 13 zajęcy, dalej: Baumgart, Le-man, Lubowiedzki po 10, kol. Składziński - 1 lisa. Bez zająca nie było nikogo. Na uwagę zasługuje jeszcze jedno, że tylko 4 zające zaliczono do II klasy - nieeksportowej. POLOWANIE W DNIU 22 XI 1964 R. Opolowano nowootrzymany teren po Marynarce Wojennej (przy szosie Straszewo -Trzciano). Sam teren cudowny, idealny do hodowli zajęcy, cóż z tego, skoro nadmiernie wyeksploatowany przez poprzednich dzierżawców. Odstrzelono tylko 47 zajęcy, a zgodnie z warunkami terenowymi paść winno co najmniej 100 sztuk. Terenem tym musimy zaopiekować się specjalnie starannie, jest tego godny. Smutny to był widok! Królem został kol. Parafianowicz 6, dalej - Baumgart i Mendat po 5. Pogoda nie najgorsza, ale 4 ostatnie dni padało bez przerwy. Bez zajączka zeszedł z pola Dunajski. Ukarano kol. Grzywacza za zbyt daleki strzał karą 50 zł. POLOWANIE W DNIU 29 XI 1964 R. Opolowano teren w granicach: Tywęzy - lewa strona las Balewo (włącznie) - Linki -Adamaszkowe - nie dochodząc do Starej Wsi i stąd do Tywęz. Odstrzelono 66 zajęcy plus 2 lisy (Domański Ignacy i Chmiel). W tym samym terenie w r. 1962 padło 44 zajęcy, czyli wzrost o 50% rozkładu. Królem polowania został kol. Lubowiedzki Leszek - 8 zajęcy, najmniej - Czajka 1 i Chyliński 1. Gośćmi byli kol. Ratajczak Zygmunt, Wiewiórski i Dąbrowski (w miejsce kol. Mękarskiego). Pogoda, lekki przymrozek, co decydująco wpłynęło na ilość pudeł, bo zając szedł szybciej po twardszej ziem, stąd dużo strzałów na tył i pudeł. Nastrój bardzo dobry. Polowanie prowadził Domański Ignacy. POLOWANIE W DNIU 6 XII 1964 R. Opolowano część obwodu 49 leżący między Ramzami — Czerninem i Górkami. Padło 75 zajęcy. Królem polowania został gość Koła kol. Ratajczak Zygmunt z 7 zającami, tyle samo miał kol. Zakrzeński A., dalej po 6 zanotowano: Tylińskiemu, Turzyńskiemu, Du-najskiemu i Składzińskiemu. Dotychczasowym „rekinom” Lubowiedzkiemu, Kłopotowskiemu, Domańskiemu Ignacowi i Baumgartowi, tj. tym, którzy mają już ponad 20 sztuk 110 Na myśliwskim szlaku „Hubert” odmówił swych względów - zadowolić musieli się rozkładem od 1 do 3 sztuk. Spotkano 2 lisy, niestety, tym razem one były górą i wyprowadziły nas w pole. Zwłaszcza lis salwujący się przed kol. Zakrzeńskim ucieczką przepustem pod drogą, to był „Meister-stiick” ze strony lisa, a kolega Zakrzeński nie bardzo miał pewną minę. Pogoda w ciągu dnia cudowna, lekki przymrozek, ziemia lekko przyprószona śnieżkiem. Były jednak powody liczniejszych niż dotychczas pudeł. Celował w tym kol. Doryk, któremu zabrakło amunicji i... zająca. Poza tym, bez zająca byli: Dąmbrowski i Grzywacz. Atmosfera na polowaniu wręcz przykładowa, tak że kol. Ratajczak wieczorem tego dnia złożył podanie o przyjęcie do naszego Koła jako macierzystego. Brak było jedynie „pochopnie” zlikwidowanego bigosu, a szkoda. Minęliśmy półmetek, a oto przodownicy: Lubowiedzki 28, Kłopotowski 25, Baumgart 23. Zatem mogę być „wróżbitą”. POLOWANIE W DNIU 13 XII 1964 R. Opolowano rejon Pierzchowic przy przepięknej pogodzie, aczkolwiek bez śniegu i mrozu. Odstrzelono 46 zajęcy, przy 37 z przed dwu lat. Królem został Domański Florian mając na rozkładzie 6 zajęcy. Zdarzeniem godnym zanotowania są 2 lisy strzelone przez kolegów Domańskiego Ignaca i Pronina, juniora. Stan zajęcy w tym terenie odbiegł nieco in minus w stosunku do dotychczas opolowywanych a winno być odwrotnie. 16 XII. 1964 R. W dniu dzisiejszym odszedł od nas na zawsze kol. Głuszko Włodzimierz. Tak szybkiego końca nikt nie spodziewał się. Nieubłagana choroba zniszczyła organizm tego zdawało się niespożytego człowieka. Pogrzeb odbył się w dniu 19 XII 1964 r. przy udziale licznego społeczeństwa sztumskiego no i prawie całej braci myśliwskiej. Wracając 10 dni przed śmiercią z Kliniki Akademii Medycznej w Gdańsku, wyrażał nadzieję popolowania na zające, przynajmniej z „bryczki”. Stało się inaczej. Sam Władek też nie spodziewał się tak szybkiego końca, przecież był pełen dobrych nadziei. Ograniczę się tu do tej drobnej wzmianki, gdyż później poświęcę Władziowi więcej miejsca. POLOWANIE W DNIU 20 XII 1964 R. Opolowano resztę terenu Pierzchowice. Przed pierwszym pędzeniem oddano salwę honorową dla uczczenia Włodka Głuszki. Zgodnie z życzeniem kolegów wyciągnięto kartkę stanowiskową również dla Włodka. Cały dzień stanowisko to było nieobsadzane i zające idące na nie mijały linię bez strzałów. Odstrzelono 93 zające, przy nienajlepszym strzelaniu (wynik pogody - przymrozek). Koledzy nie z miejsca zorientowali się jak należy wyprzedzać. A mogło być grubo ponad 100. Stan zajęcy bardzo dobry. Królem został kol. Leman z 8 zającami. Tyle samo odstrzelili jeszcze koledzy Kłopotowski, Turzyński i Tyliński. Na wzmiankę zasługuje jeszcze, że po raz pierwszy kol. Cyngott z 7 zającami wyprzedził Franka (5 zajęcy). Polowanie bardzo przyjemne, bez scysji. Ukarani zostali jedynie za opuszczenie stanowisk koledzy Czajka 100 zł i Ratajczak 50 zł. Franciszek Baumgart 111 POLOWANIE W DNIU 24 XII 1964 R. Polowanie wigilijne na terenie Sztumu. Padło 55 zajęcy. Przed dwoma laty padło w tym samym terenie 19. Królem został kol. Kłopotowski - 7 zajęcy. Pogoda bezśnieżna i bez mrozu. Atmosfera nieco nerwowa, trudno dociec co było tego powodem. 2 zające poszły na Koło, wynik scysji między kolegami. Polowanie zakończono zgodnie z uprzednią decyzją o 13.30. Tak, że zrobiliśmy miłą niespodziankę naszym żonom. Przed rozejściem się złożyliśmy sobie wzajemnie życzenia dobrych Świąt i dla całych naszych rodzin. Przeszliśmy 5 km tradycyjnej „stopki”. POLOWANIE W DNIU 27 XII 1964 R. Opolowano teren Czernina, padło 53 zające (przed dwoma laty 49). Królem został Baumgart - 5 zajęcy. Polowano po raz pierwszy na białej stopie i przy lekkim mrozie, co odbiło się na wynikach strzelania. Nie wszyscy koledzy radzili sobie z nowymi warunkami strzału, stąd i pudła zdarzające się kolegom, którzy nie lubili do tej pory pudłować, np. Lubowiedzki, Pronin junior. Jak przystało na świąteczne polowanie, zakończono je już o 14.10. POLOWANIE W DNIU 3 I 1965 R. Opolowano rejon: Linki - Cieszymowo - Cieszynek. Padły 74 zające. Królem został kol. Parafianowicz - 9 zajęcy. Pogoda piękna, lekki przymrozek. Na tym polowaniu widać było 112 Na myśliwskim szlaku już trochę zdenerwowania, niektórzy koledzy za bardzo „chętnie” pragnęli dużych rozkładów. Doprowadziło to do bardzo niemiłej scysji między kolegą Czajką i Domańskim Florianem, zakończonej wymianą bardzo nieprzyjemnych słów. No cóż, bywa i tak. Jako gości mieliśmy wśród nas panią Ewę z siostrą. Były maskotkami, starsza Marianka (Marianna) urzekła kol. Baumgarta. Zanotować należy jeszcze, że Koło bardzo skrupulatnie wypełniło obowiązek odstawienia zajęcy do CPM „Las”. Ten ostatni jednak pozostawia zające na punkcie skupu po 7 a nawet 9 dni, nie troszcząc się o warunki składowania. POLOWANIE W DNIU 10 I 1965 R. Ostatnie w sezonie polowanie zajęcze odbyło się rejonie Sztumska Wieś - Mątki - Puł-kowice. Padły 64 zające, królem został kol. Mendat — 7. Bez zająca zeszli z pola koledzy Czajka i Składziński A. Polowano przy pięknej śnieżnej pogodzie, przy bardzo dobrym stanie zajęcy. Rozkład byłby większy, gdyby koledzy lepiej strzelali. Ale tak już jest, jak się chce za dobrze strzelać. A to charakteryzuje ostatnie polowanie. Ogółem w sezonie padło 746 zajęcy z tego na „Las” zdano 478 sztuki (64%). Polowanie to zakończono już o godz. 14.00. Po czym wszyscy udali się do „Sztumianki”, gdzie czekały nas już nakryte stoły z gorącymi daniami i tradycyjnym „kielichem”. Spędziliśmy tam kilka godzin w bardzo miłym nastroju. Krótko omówił polowania kolega prezes Leman a szczegóły podał kol. łowczy Parafianowicz. Piękną niespodziankę sprawiła nam pani Ewa, przygotowując dla króla piękny medalion (złoty) z 3 omyków, dla I wicekróla - medalion srebrny (2 omyki), dla II wicekróla medalion brązowy (1 omyk). Wręczenia w imieniu fundatorki dokonał kol. Baumgart. Był to bardzo miły, a tym milszy, że niespodziewany moment. W „Darzborze” weszło to już w zwyczaj, że po poszczególnych polowaniach nie odwiedzamy „Sztumianki”, lecz udajemy się wprost do domów. Za to po ostatnim polowaniu „odbijamy sobie” raz za wszystkie stracone okazje. Zwyczaj ze wszech miar godny naśladowania a przy tym żony nasze są z tego niezmiernie zadowolone. Okres od 10 stycznia do 10 lutego 1964 r. poświęcono odstrzałowi saren. Wydawało się, że przy tak pięknych stanach kóz w naszych obwodach 48 i 49 plan wynoszący 20 sztuk, zostanie bez trudu wykonany. Rzeczywistość pokazała co innego. Kozy bardzo ostrożne i czujne, nie zawsze chciały dać się podejść czy pójść na ukrytego myśliwego. Odstrzelono 12 sztuk. Dokonali tego koledzy: Baumgart, Domański Florian, Domański Ignac, Kłopotowski, Dunajski, Pronin J. Pronin A. i Chyliński. W ramach odłowu zajęcy otrzymaliśmy fundusze na strażnika łowieckiego na pełnym etacie. Strażnikiem jest kol. Domański Ignacy. Praca kolegi w łowisku jest bez precedensu, wydaje się, że lepszego wyboru nie można było zrobić. Zwierzyna nasza przy takim strażniku na pewno nie będzie głodowała, wystarczy przejechać teren. Wszędzie widzi się, jak nie paśnik, to wiązki paszy rozlokowane w miejscach bytowania zwierzyny. Tak, władze centralne kładąc taki nacisk na „strażników”, mają rację. Nigdy dotychczasowy sposób dokarmiania nie może się równać z tym, jaki wykonuje strażnik. Na podkreślenie zasługuje też stanowisko dyrektorów PGR-ów, niespodziewanie chętnie ułatwiają pracę strażnikowi udostępniając im (odpłatnie) środki komunikacji i paszę (siano, kończynę, poślad). A już Franciszek Baumgart 113 Ob. Łukaszewicz z Postolina, który sam brał udział w rozkładaniu karmy, taszcząc wiązki siana i kończyny jest chyba wystarczającym momentem, aby w przyszłym sezonie zajęczym bezwzględnie pamiętać o wszystkich dyrektorach PGR. Takie podejs'cie do spraw dokarmiania jest gwarantem dalszego rozwoju naszej zwierzyny łownej. Przyrzekłem kolegom, że w miarę przypływu natchnienia będę przedstawiał galerię sylwetek naszego Koła, sylwetek „karkołomnych”. Na czoło wychodzi zdecydowanie kol. Aleksander Dombrowski - nestor naszego Koła. Tak, takich „zażartych” myśliwych jest już mało, naturalnie w grę wchodzi wiek. Mimo urodzenia w roku 1888, zatem minęło 78 lat okazuję tyle hartu i siły, że może być przykładem dla grubo młodszych od siebie. To co teraz napiszę jest jak najbardziej prawdziwe i potwierdzi to co powiedziałem powyżej. Kol. Dąmbrowski mimo tak zaawansowanego wieku, dojeżdża na miejsce zbiórki z oddalonego o 10 km Gronajna, a dojeżdża nie samochodem a rowerem. Czyli musi grubo wcześniej wstać od nas, potem cały dzień polować bez jakichkolwiek ulg, gdyż i w pędzenia chodzi tyle razy, ile razy nakazuje to wyciągnięta rano karta stanowiskowa. Polowania kończy prawie z reguły z bardzo mizernym rozkładem, i to jeszcze jeden, a może najistotniejszy przyczynek charakteryzujący tego wielkiego myśliwego. A potem, gdy wszyscy koledzy już znajdują się w domach, kol Dąmbrowski jeszcze 10 km pedałuje. Dobrze jeszcze jak jest dobra pogoda, gorzej, gdy aura taka, że psa trudno wypędzić z domu. Tak, ale kol. Dąm-browskiego nic nie jest w stanie zatrzymać w domu. 114 Na myśliwskim szlaku Polujemy dobrych kilka lat razem, ale nikt nie słyszał kol. Dąmbrowskiego sprzeczającego się o zwierzynę. W tym miejscu ciśnie się pod pióro: młodzieży, korzystaj z tego wzoru, jak długo dobry los pozostawia między nami tego wspaniałego człowieka i myśliwego, i czerp szlachetne wzory prawdziwie pojętego myślistwa. A Władek Głuszko - czy nie zasługuje by go tu umieścić? Jak najbardziej! To był też, niestety pisać muszę w czasie przeszłym, gdyż odszedł od nas żelazny nemrod. Pogromca kilkuset dzików na przestrzeni swojego pracowitego i pełnego inicjatywy życia. Niestety, ostatnio mimo dopiero 55 lat, siły zaczęły go opuszczać, nikt nie przewidział jednak, że powód tego jest aż tak straszny i dlatego na polowaniach zbiorowych był... czerwoną latarnią. Ale chodził na polowania prawie do końca swego życia. Mniej więcej w połowie lipca 1964 r. poszedł do szpitala. Ale nadszedł dzień 10 sierpnia 1964 r., początek sezonu kaczkowego. I co robi Włodek? Ucieka ze szpitala aby popolować z kolegami, mimo że kaczki nigdy nie były jego „ulubioną zwierzyną”. Ba, do pewnego czasu gardził nimi, a kolegów przepadających za strzelaniem do kaczek nazywał z lekką ironią - kaczkarzami. Kol. Głuszko wycisnął nie małe piętno na łowiectwie pow. sztumskiego. Był to bezsprzecznie najbardziej doświadczony myśliwy, nie tylko naszego Koła. Trochę fantasta, ale człowiek o fantastycznej pamięci. Przecudny i niepowtarzalny gawędziarz. Jaka szkoda, że nie zdecydował się na napisanie myśliwskiego pamiętnika, byłby na pewno przepiękny. Poza tym Włodek był niezrównanym bajarzem, umiał mówić kawały bez przerwy, nawet całą noc. Włodek wiecznie coś majsterkował, kuł, lutował, rozbierał, psuł i od nowa. A iskrę Bożą do tego majsterkowania miał. Kto z kolegów nie umiał czegoś zrobić, jazda do Włodka. Ten zawsze pomógł i to bezinteresownie. Do Włodzia mamy jedną pretensję, że nie szanował swego zdrowia. Palił 80 papierosów dziennie i trochę za dużo wierzył w lecznicze właściwości ognistej wody. Słowa te kreśliłem na brudno jeszcze za życia Włodka. Oto co wtedy pisałem: „Słowa te piszę w czasie, gdy Włodek jest jeszcze wśród nas, ale nieodwracalna choroba, ta najstraszniejsza z obecnych chorób drąży bezlitośnie jego organizm. Przykro nam, że niestety nie możemy mu pomóc. Pamięć o tym koledze i przyjacielu zachowamy nie na długo, a na ZAWSZE”. Tak pisałem o Włodku na krótko przed jego śmiercią. Nastąpiło to 16 XII 1964 r. Żegnaliśmy go wszyscy, tak jak wszyscy żyliśmy z nim 20 lat. Długo po jego odejściu nie mogliśmy zapomnieć jego charakterystycznego sposobu chodzenia ulicami Sztumu. On był częścią naszego miasta, na nim zakończył się pewien okres naszej sztumskiej historii. Kolejną „ofiarą” tej rubryki, jest nie dużo młodszy od kol. Dąmbrowskiego, kol Czajka Jan. To też jeden z przedstawicieli tak zwanej „żelaznej gwardii myśliwych”. Kol. Czajka ma dużo cech wspólnych z Włodkiem, chociaż charakterem różnili się diametralnie. Włodek był wybuchowy, a kol. Czajka robił wszystko ze zazdrości godnym spokojem. Nawet w strzelaniu był wolny, dzięki czemu nie jeden szarak czy kaczka uchodziły z życiem. Czajka nigdy tym się nie przejmował, jak prawdziwy myśliwy nie wstydził się swych pudeł. Poza polowaniem z flintą zajmował się tępieniem piżmowców, na tym polu był nie do pokonania. Co mnie zawsze zadziwiało u kol. Czajki, to szalona pamięć sięgająca nawet czasów przedwojennych, kiedy to był wachmistrzem 7 pułku ułanów w Mińsku Mazowieckim. Franciszek Baumgart 115 Kol. Czajka jest chodzącą kroniką swego, i nie tylko swego, pułku. Miałem o tym sposobność przekonać się w czasie mego pobytu w 1965 roku w Londynie, gdzie spotkałem byłych kolegów pułkowych kol. Czajki. Nie wolno mi pominąć i pięknej karty bojowej kol. Czajki. W młodym wieku musiał to być „lepszy kozak”, świadczą o tym odznaczenia bojowe z Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych na czele. Tych odznaczeń za darmo nikomu nie dają. „Sic transit gloria mundi” („Tak przemija chwała świata” - słowa pieśni kościelnej). Dzisiaj nieliczni tylko przyjaciele kol. Czajki - a do tych mam przyjemność należeć - wiedzą o tym co tu piszę, a szkoda. Takich ludzi społeczeństwo powinno szanować bez względu na to kim są obecnie. Czy zajmują wysokie stanowiska w hierarchii państwowej, czy też zostali zwykłymi członkami społeczeństwa. Czajka nigdy nie mówił samorzutnie o swych „tamtych” sukcesach, trzeba go chytrze do tego sprowokować. Jeśli chodzi o życie myśliwskie, to należy jeszcze wspomnieć o towarzyszu łowów kol. Czajki - „Nawabie”. Był to pies ślepy na jedno oko, ale najwierniejszy towarzysz i dlatego wspominam go tu, gdyż dopiero kol. Czajka plus Nawab stanowią pewną całość z punktu myśliwskiego. Nawab zginął tragicznie, a wydaję mi się, że to nie zostało bez wpływu na kol. Czajkę. Zasadniczo na tym można zakończyć tę rubrykę, gdyż pozostali koledzy jeszcze do historii naszej nie weszli. Zatem poczekajmy jeszcze kilka lat. 116 Janusz Namenanik (1952-2020) Andrzej Lubiński JANUSZ NAMENANIK (1952-2020) 12 listopada 2020 roku dotarła do Sztumu smutna wiadomość o śmierci Janusza Namenani-ka. Poznaliśmy się w roku 1967, gdy rozpoczęła się nasza nauka w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie. On mieszkał w Dzierzgoniu, ja w Postolinie. Do liceum dojeżdżaliśmy autobusami i to powodowało, że obok nauki w szkole spędzaliśmy wspólnie czas oczekując na odjazdy PKS-ów do naszych miejscowości. Janusz od początku nauki wykazywał spore zainteresowanie fizyką. Był jedynym w naszej klasie potrafiącym rozwiązywać zadania, które otrzymywaliśmy jako pracę domową. Tuż przed lekcją fizyki odpisywaliśmy do naszych zeszytów jego rozwiązania. Przez prawie trzy lata miał problemy z historią, ale się skończyły, gdy jako jedyny potrafił odpowiedzieć na zadane pytanie przez panią profesor Emilię Lachowicz dotyczące Bismarcka. Janusz Namenanik, fot. archiwum A. Lubińskiego Po maturze dostał się na upragnioną fizykę na Uniwersytecie Gdańskim. Po roku zrezygnował mówiąc, że inaczej sobie wyobrażał studiowanie tego kierunku, wykończyła go matematyka. Po odbyciu służby wojskowej w Bydgoszczy i Borzenkowie podjął pracę w Sztumie. Pracował w kilku instytucjach: RUCH-u, Ośrodku Sportu i Turystyki, Komitecie Gminnym PZPR. W międzyczasie podjął naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku. Od roku 1982 pracował w szkołach dzierzgoń-skich ucząc fizyki oraz wiedzy o społeczeństwie. Pisywał artykuły do pisma metodycznego „Fizyka w Szkole” uzyskując pierwsze miejsce w konkursie na opracowanie dydaktyczne „Domowe zadania doświadczalne z fizyki”. Po przejściu na emeryturę zajął się zbieraniem materiałów dotyczących przeszłości Dzierzgonia, w którym się urodził. Dzielił się swoją wiedzą na łamach „Dzierzgońskie-go Informatora Samorządowego” oraz naszej „Prowincji”. Mozolnie studiował literaturę przedmiotu, korzystał z zasobów archiwalnych, szukał również wiadomości w Internecie. Udało mu się ustalić sporo nieznanych faktów lub interpretował je inaczej niż inni badacze. Ze znawstwem opisywał, kto mieszkał przy określonych ulicach i domach, gdzie mieściły się różne instytucje użyteczności publicznej. Wprowadził do obiegu sporo nowych Andrzej Lubiński 117 wiadomości dotyczących miasta w XIX i pierwszej połowie XX wieku. Czasem wchodził w XVII wiek, pisząc np. o klasztorze franciszkańskim i jego tajemnicach. Efektem jego badań było wydanie w roku 2013 dwutomowej publikacji „Dzierzgoń - szkice z dziejów miasta” (2013 i 2017), którym również patronował nasz kwartalnik. W międzyczasie ukazał się album „Dzierzgoń podróż sentymentalna”. W ostatnich latach pracował nad przeszłością miasta w latach 1945-1956, o czym informował mnie, gdy się spotykaliśmy w jego dzierzgońskim domu łub u mnie w Sztumie. Czekałem na każdą wiadomość dotyczącą pisarskich postępów. Niespodziewana śmierć przerwała pracę nad tym „dziełem życia”, jak to stwierdził w naszej ostatniej rozmowie telefonicznej latem tego roku. Spoczywaj w spokoju Przyjacielu Januszu. Sztumscy licealiści na wycieczce w Zamościu, od lewej Lucjan Grenda, Andrzej Lubiński, Janusz Namenanik, Jot. archiuwm A. Lubińskiego Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW <’3) KALAMUJIC. TRZY KOBIETY 15 lipca 2020 roku Kiedyś w Sarajewie, gdy trwała wojna i zaraz po niej, świat opowiadali mi poeta Izet Sarajlić, redaktor Ćedo Kisić i profesor Zdravko Grebo. Żaden z nich już nie żyje. Podobnie jak Isak Samokovlija, którego niezapomniane opowiadania z książki „Kadisz, modlitwa za zmarłych” udzielały mi gościny w intymnych zakamarkach dawnego życia Baszczarsziji, Grbavicy czy Bentbaszy. Słuchałem też opowieści pisarzy, którzy wyjechali z Sarajewa, ale dalej na świat patrzyli z jego perspektywy: Dźevada Karahazana w Uhrturm w Grazu, Josipa Ostiego w Lu-blanie, Miljenko Jergovicia w Zagrzebiu, Nino Żalicy w Amsterdamie... Dzisiaj jest inaczej. Opowieść o świecie dająca się słyszeć z Sarajewa ma głos kobiety. Pewnie, ten głos istniał również wcześniej, a i obecnie nie ma monopolu, a jednak w ten czas nowych wojen kulturowych i starych win nie ma przypadku w tym, że to kobiety znalazły się na pierwszej linii frontu. Nie ma już pośród żywych Mariny Trumić, poetki i tłumaczki, która po powrocie do Sara- Krzysztof Czyżewski 119 jewa z Warszawy potrafiła dać odpór malkontenctwu, depresji i mizoginii, tak powszechnych u mężczyzn na powojennych zgliszczach. Gdybyśmy dzisiaj siedli w kafejce gdzieś w pobliżu hotelu Europa (już słyszę to jej narzekanie, że coraz mniej jest takich, gdzie można palić), kogo zaprosiłaby do rozmowy? Z pewnością Feridę Duraković. Prowadziły ze sobą poetycki dialog, rozpoczęty przez Marinę słowami: „Inni to ci, którzy stopniowo nas doprowadzają do nas samych”. Ferida, młodsza od niej o pokolenie, jest tutaj od zawsze. Kogo jeszcze? Myślę, że Jasmilę Żbanić i Lejlę Kalamujić, o których od niej po raz pierwszy usłyszałem. Trzy kobiety, wybrane spośród wielu innych z Sarajewa, których opowieści o świecie warto dzisiaj słuchać. Poezja Feridy, tłumaczona w Europie i Ameryce, stała się ważnym głosem świadka swojego czasu. „Grbavicę” Jasmili uznano za najlepszy film europejski 2006 roku. Opowiadania Lejlii nominowane zostały do Europejskiej Nagrody Literackiej. W tomie wierszy z czasu wojny „Mojemu listonoszowi z wyrazami miłości”, Marina zamieściła napisaną prozą miniaturę pt. „Trzy kobiety”, w której jedna z nich, pochodząca z byłej Jugosławii, usiłuje wytłumaczyć pozostałym co to znaczy utracić wszystko, włączając w to ojczyznę, tożsamość, nadzieję. Rozmowa o tym toczy się dalej w okolicach hotelu Europa, nie poprzestając na utracie, chociaż „w sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy...” Wiersz „Ta jedna sztuka” Elizabeth Bishop wszystkim im dobrze jest znany, na pewno Lejla zna go na pamięć, ale może nie tylko ona. Wszystkie trzy wiedzą niemało o śmierci, którą można przekroczyć i żyć. Pozostały w Sarajewie, na przekór wszystkiemu; bywa, że nosi je po świecie, zawsze jednak powracają. Trwają. W ich cierpliwej wytrwałości nie o moralną wyższość chodzi, nie o osądzanie tych, którzy wyjechali, nie o odbieranie komukolwiek wolności w wyborze miejsca do zamieszkania, ale o coś zupełnie innego, co przypomina poddanie się rytmowi długiego biegu, który - nie tchórząc przed ciemnością krzywdy i cierpienia - coś buduje, strumień uwalnia. Ich wierność nie jest trwaniem przy sobie i swoich, jest przekraczaniem siebie i swoich. Sarajewo, z śmiercią którego się nie pogodziły, i o które walczą jest miastem przyszłości, utopią, której pamięć, zarazem tragiczna i miłosna, dodaje tylko odwagi. Marina, usadziwszy mnie przy stoliku z trzema kobietami, cichutko znika, jak to zawsze miała w zwyczaju. Powiedzmy, że Ferida z Jasmilą chcą o czymś pogadać ze sobą na osobności, a może po prostu zwrócić moją uwagą na najmłodszą z nich, nieśmiałą, której cichy głos dość niespodziewanie poruszył serca ludzi we wszystkich księstwach poezji na Bałkanach. Przysiadam się więc bliżej do Lejlii, tym bardziej, że mam dla niej książkę „Nazywajcie mnie Esteban”, pięknie przetłumaczoną na polski przez Magdę Petryńską. Jak ona opowiada! Szczęśliwe miasto, które ma taką pisarkę. DAUGELIS 19 lipca 2020 roku Odszedł Osvaldas Daugelis. Zerwało się szlachetne włókno związujące Litwę z Polską. Całe życie oddał Ćiurlionisowi i muzeum mu poświęconemu w Kownie. Po ukończeniu Litewskiego Instytutu Sztuki podjął pracę w muzeum, został kierownikiem wydziału ma- 120 Notatki słów i obrazów (13) larstwa, potem zastępcą dyrektora, wreszcie dyrektorem, którym przestał być w ubiegłym roku, i wkrótce potem zmarł. Krótkie i jak wierność proste curriculum vitae historyka sztuki. Choć kryje się za nim bogate i pracowite życie, zwięzła lakoniczność biogramu oddaje ważny rys jego osobowości: skromność i wyciszenie połączone z rzetelnością i wyrafinowanym smakiem. Poznałem Oswaldasa jak tylko został dyrektorem muzeum w 1992 roku. Jego osobowość, sposób bycia, styl mowy i ubioru ostrym kontrastem odcinały go od sowieckiej patyny, wszechobecnej w jego otoczeniu. Było w nim coś z arystokraty, coś co w samej postawie i w melodii języka, zwłaszcza gdy zaczynał mówić po polsku, przywodziło mi na myśl profesora Wiktora Zina. Urzekał niewymuszoną erudycją, znajomością języków i uwagą, którą obdarzał innych. Miał rzadki dar łączenia postawy światowca z litewską dumą i niezawisłością, co zapewniało mu pancerz ochronny, niezbędny zwłaszcza w kontaktach z paternalistycznie nastawionymi Polakami. Istnieją znawcy, konserwatorzy, kuratorzy albo propagatorzy wybitnych twórców i ich dzieł. W przypadku Oswaldasa było to coś więcej. Uosabiał wymarzonego przez swojego mistrza odbiorcą dzieła artystycznego, który sam staje się artystą. Lubił powracać do tego epizodu w życiu Ćiurlionisa, kiedy podczas studiów muzycznych w Lipsku był słuchaczem wykładów Wilhelma Wundta. Ugruntował wówczas w sobie przekonanie, że dzieło powstaje w dialogu z odbiorcą i pozostaje żywe tylko wtedy, gdy zostanie przez niego wewnętrznie przyjęte, a tym samym niejako współtworzone. Czyż nie to właśnie pragnęła wyrazić Simone Weil, pisząc w liście do brata Andre: „Nie można podziwiać dzieła sztuki, nie uważając się w pewien sposób za jego twórcę i w pewnym sensie nie stając się nim”? Odszedł Oswaldas Daugelis, muzealnik i artysta Ćiurlionisa. Krzysztof Czyżewski 121 SZARUŚ 27 lipca 2020 roku Nie wrócił Szaruś. O człowieku mówi się odszedł, o kocie - nie wrócił. Stara pamięć wciąż ostrzega go przed przynoszeniem śmierci do gniazda. Podobnie, jak wciąż mu nakazuje nie okazywać słabości związanej z chorobą, by nie zostać wyrzuconym z gniazda. Ścieżka prowadzi najpierw z domu do kompostownika, a dalej, wydeptana w wysokiej trawie albo śniegu przez zwierzęta, głównie lisy, borsuki i sarny, mija krusznię i biegnie do lasu. Chodził nią Szaruś i powracał przez jedenaście lat. Czasem przepadał na kilka dni, ale nigdy ostatnio, gdy zachorował. Zeszłej jesieni nie przybrał na ciele, jak zwykł to czynić przed zimą (nazywaliśmy go wtedy wielkokotem). Za to w jedzeniu stał się nienasycony. Perełka, coś przeczuwając i nic się nie skarżąc, oddawała mu swoje porcje i wyruszała na łowy. Lekarze zdiagnozowali u niego raka wątroby. Dawali mu czas najwyżej do wiosny, ale on walczył, dzielnie przyjmował zastrzyki, kroplówki... i budził naszą nadzieję, że nie wszystko stracone. Już tyle dni ścieżka z lasu pozostaje pusta. Gdy nam zdarzało się długo nie wracać do domu, Szaruś obrażał się i manifestacyjnie siadał do nas tyłem. Potrafił tak robić przez cały dzień, albo dłużej, nie dając się niczym obłaskawić, w odróżnieniu od Perełki i Rumiego, którzy, po pierwszych fochach, bez zbytnich ceregieli łasili się na przysmak albo przytulankę. Zamieszkali z nami, jak tylko zbudowaliśmy dom. Szaruś i jego siostra Perełka. Ledwie przejrzeli na oczy, przez sąsiadów zostali nam podarowani „na nowy dom”. Był już pies Rumi, też dopiero co narodzony, który - gdy tylko radość w nim wzbierała - wirował w kółko jak derwisz. Z początku wydał się im groźnym olbrzymem, więc przez kilka dni 122 Notatki słów i obrazów (13) prawie nie wychodziły spod kredensu. Wsuwaliśmy im tam miseczki z mlekiem, aż do chwili, gdy Rumi nauczył się brać je do pyska i wynosić na świat do wspólnej zabawy. Groza prysła, pojawił się ktoś bliski, zajmując miejsce matki, i tak już pozostało. Kiedyś zdarzyło się, że Rumi spadł z zawieszonej na blisko czterech metrach belki, łamiąc sobie żebra. Szaruś z Perełką poddali go intensywnej kuracji, nie tylko przykładając ciepło swoich ciał do jego ran, ale cmoktając jego obolałe kości, jakby stawiały mu bańki. Po kilku dniach był zdrów jak ryba. Incydent wydarzył się z winy Rumiego, który naruszył ustalony przez zwierzęta kosmiczny porządek naszego domu. Opiera się on na zasadzie, że góra należy do kotów, a dół do psa. Dzięki temu mogła kwitnąć w najlepsze „przestępczość zbiorowa” - cokolwiek zostało przez nas nieuważnie pozostawione na stole, piecu lub kuchence z patelnią czy garnkiem, padało ofiarą kotów, a zwłaszcza czujnego Szarusia, który był niedościgniony w szybkości i sprycie podczas takich akcji; Rumi pełnił służbę na czatach, natomiast łupami dzielono się solidarnie, to znaczy koty zrzucały mu na podłogę co bardziej smakowite kąski. Tamtego dnia Rumi zakłócił ten porządek. Zazdroszcząc kotom ich ulubionego miejsca przesiadywania na najwyższym pułapie domu i, wykorzystując antresolę biblioteki, przedostał się na belkę, jednak pozbawiony kociej zręczności runął w dół. Żeby chociaż potrafił spadać tak, jak one. Potrafił natomiast szybciej biegać i nie raz musiałem kończyć ich zabawy ściągając Szarusia z drzewa. Potrafili też uczyć się od siebie wzajem - Rumi kociego siadania „na Sfinksa”, koty chodzenia z ludźmi na spacery... Uczyliśmy się od nich i my. Od Szarusia - nierezygnowania do samego końca. Była to jego życiowa strategia, którą praktykował głównie w kuchni: pouczany przez wszystkich, że już dostał swoje, że nie ma co liczyć nawet na najmniejszy kąsek, odpędzany, wynoszony na dwór - powracał drugimi drzwiami, zgrywał niewiniątko, łasił się, zamieniał w słup, wytrwale czekał... i zawsze się doczekał. Znał nas na wylot. Wiedział, że obrażaniem się ani dumą niewiele wskóra, więc nauczył się brać nas na długi dystans. Lubił chodzić z nami na spacery. Podczas tych nocnych ocierał się o nogi, jak w kuchni, gdy dopominał się jedzenia, tylko miałczał dużo mniej natarczywie, jakby bał się spłoszyć ciszę, w którą wchodziliśmy razem jak w rzekę. A po powrocie kładł się na łóżku, najpierw w naszych nogach, a potem, gdy zasypialiśmy, wtulał się w miejsca, z których wiało zimno jakiejś ludzkiej choroby. W ostatnich tygodniach mocno i długo się przytulał. Nie było to dla niego typowe. Od małego pozostawał duszą nieoswojoną, chodzącą swoimi ścieżkami, nie znoszącą spoufalania się, zwłaszcza ze strony nieznanych osób, więc niejeden z naszych gości draśnięty został jego pazurem. A my, mogący wieczorami go głaskać, doświadczaliśmy uczucia, któremu najlepszy wyraz dał Wiktor Hugo: „Bóg stworzył kota, aby dać człowiekowi przyjemność głaskania tygrysa”. Już któryś dzień chodzę śladami naszych wędrówek. I ani po nim śladu. Widocznie poszedł dalej. Nosił w sobie tajemnicę. Wydawało się nam, że jeszcze miesiąc, rok obcowania, a ją poznamy. Jakbyśmy czekali na chwilę, w której odsłoni się jego wiedza o nas, ludziach mieszkających razem z nim pod jednym dachem. Nie wrócił. A my dalej wiemy o sobie tyle tylko, ile mówi nam ludzkie zwierciadło. Ciągle na coś czekamy przy opustoszałej ścieżce biegnącej z lasu. Powoli dociera do nas, że jednak przez lata wspólnego życia z Szarusiem Krzysztof Czyżewski 123 pogłębiliśmy świadomość tego, kim sami jesteśmy. I czym jest wspólny dom z istotami, które człowiek daremnie usiłuje oswoić. PRACOWNIA 28 lipca 2020 roku 124 Notatki słów i obrazów (13) „Kto jeszcze pamięta Wojciecha Woźniaka?” Pytanie retoryczne, które usłyszałem niedawno w rozmowie, mające podeprzeć tezę o zaprzepaszczonym dorobku decentralizacji kultury lat dziewięćdziesiątych. W Kadzidle pamiętają. Otrzymałem właśnie tom 33 Biblioteczki Kurpiowskiej, w tytule przywołujący redagowane przez Wojtka i wydawane w Ostrołęce pismo literackie „Pracownia”. Wieś i siedziba gminy Kadzidło słynie nie tylko z pielęgnowania tradycji kurpiowskich, a zwłaszcza obrzędu weselnego z plackiem łagodniakiem i piwem kozicowym; także z biblioteki, której zbiorów niejedno miasto mogłoby mu pozazdrościć, ciągle wzbogacanej darowiznami od wybitnych pisarzy i wydawców. Nosi ona imię Wojciecha Woźniaka. „Pracownia” - u boku białostockich „Kartek”, rzeszowskiej „Frazy”, lubelskich „Kresów”, szczecińskich „Pograniczy”, poznańskiego „Czasu Kultury”, śląskiego „FA-artu” czy łódzkiego „Tygla Kultury” - pomagała rozpędzić się nowemu życiu literackiemu po 89 roku. Była odważna w poszukiwaniach dziewiczych terytoriów ekspresji, a jej stały dział „Wolny Rynek Poetów” słynął z dobrego słuchu na oryginalny głos poetycki. Wiele ciekawych osobowości pisarskich, niemal anonimowych w największych miastach kraju, zdobywało swoje literackie imię w ostrołęckiej pracowni Wojtka. Rewolucja samorządowa, w którą od początku się angażował jako radny, była dla niego przede wszystkim rewolucją kulturalną, opartą na symbiozie etosowych społeczników i „galerników wyobraźni”. Pisał: „Prowincjonalna pycha wobec ludzi, realizujących swoje ambicje intelektualne mimo pozostawania w kręgu lokalnym, powoduje, że możliwości kreacyjne społeczności „miejscowych” pozostają mimo różnych podniet formalnych w stanie uśpienia. Żeby mogło być inaczej, pierwszym warunkiem musi być umiejętność doceniania w wymiarze społecznym rzeczy powstających „tutaj”, czyli - powstanie partnerstwa intelektualnego. I w kręgu lokalnym mogą powstawać dzieła dużej miary”. Był jednym z tych, którzy wiedzieli co robić, żeby mogło być inaczej. Jego dzieło przerwał tragiczny wypadek samochodowy w 2003 roku, w którym zginął wraz z żoną Zofią. Z każdym rokiem boleśniej daje się odczuć jego nieobecność. Dariusz Łukaszewski, poeta w służbie wójta Kadzidła, samorządowy wizjoner, od lat pozostaje niestrudzony w podejmowaniu działań na rzecz zachowania ciągłości linii ostrołęckiej „Pracowni”. Jakby czuł na sobie oddech nadchodzącego czasu próby: „wnukowie wojny / dopadła nas groza / przesunięta tylko”. Pisze krótkie, nawiązujące do tradycji haiku wiersze. I nie ustaje w budowaniu międzyludzkiej tkanki współpracy. Wydawcę dla książki znalazł w księstwie cieszyńskim - „Pracownia na Pastwiskach”; ceramikę i fotografię w ostrołęckich pracowniach kreatywności Michaliny Deptuły i Roberta Kozery. Tropy innych pracowni w Stawisku, Praniu, Drohobyczu czy Wilnie, dokąd często ze swoimi pobratymcami podróżuje, łączy z pracowniami z pogranicza kurpiowsko-podlaskiego w Chudku, Czarni i Łysych, gdzie się tworzy wycinanki, artystycznie haftuje i koronkuje, śpiewa, czyta, filozofuje... a nade wszystko rzetelnie pracuje. Może to nie ta czy inna ideologia jest najgroźniejszą chorobą naszego czasu, lecz lenistwo duchowe, w którym pogrążają ludzi na równi polityczny populizm i nałogowa konsumpcja. Twórzmy pracownie, a nasza noc - jak w wierszu Dariusza Łukaszewskiego - „nabierze odwagi”. Krzysztof Czyżewski 125 POWRÓT SZARKA 31 lipca 2020 roku Szaruś jest ciągle z nami. Późnym wieczorem, ni stąd ni z owąd pojawił się na kanapie na werandzie. Oddech go dławił, głośno charczał, nozdrza miał zapchane. Nie widział na prawe oko, całkiem zaślepione. Przyniósł zapach śmierci. Perełka, jak zawsze płoszka, trzymała się z dala. Rumi też przez wiele godzin nie chciał zbliżyć się do niego. Pomyśleliśmy, że przyszedł się pożegnać. Ważył tyle, co piórko. Nie chciał nic jeść. Wnoszony do domu, chwiejnym krokiem wracał na dwór. Przewracał się, próbując wskoczyć na kanapę. Mieliśmy jeszcze zastrzyk ze sterydami, który przyniósł mu trochę ulgi. Układał się „na Sfinksa”, wciskał głowę najpierw w kąt mojego ciała, potem kanapy. Przez tydzień nic nie jadł. Głodówka nie odebrała mu życia, może oczyściła. Nazajutrz przyszła Danusia i opowiadała, że pamięta jak starzy ludzie na wsi mówili, że chore koty idą na łąki i do lasu, by same znaleźć lecznicze dla siebie rośliny. Zaczął jeść, dużo pije. Jeszcze tamtej nocy zawieźliśmy go do przychodni dla zwierząt na pierwsze zabiegi. Mamy wspaniałych weterynarzy w Suwałkach, pełniących nocne dyżury. Oko ma już prawie zdrowe. Kuleje na łapkę, w której ma zawinięty wenflon. Powrócił z podróży, w której przekroczył ledwie przeczuwaną przez nas granicę. Inaczej jest w świecie. Nie obserwuje nas jak wcześniej, jego instynkt nie planuje żadnych 126 Notatki słów i obrazów (13) kolejnych akcji zdobywczych. Stracił zainteresowanie dla kuchni, zabawy, włóczęgi. Dzień spędza na siedzącej medytacji. Zobaczywszy go na łóżku, Rumi warczeniem próbował przepłoszyć starego przyjaciela, po czym jakby się zawstydził, ze zwieszoną głową wyszedł z pokoju, by po chwili wrócić i ułożyć się blisko Szarusia, jak dawniej bywało. A on nawet nie drgnął, jakby to cały świat układał się wokół niego, oswajając się z jego nową obecnością. Czeka. Cały stał się czekaniem. I my, i nasz dom, wszystko wokół zwraca się ku temu, co nieuchronnie ma nastąpić. Przez tyle już lat płynęliśmy razem pod prąd, a teraz któreś z nas poddaje się nurtowi rzeki, w spokoju, bez zbędnych ruchów, cicho płynie... Czyż życie nie jest tylko odwracaniem uwagi od śmierci? HENRYK WUJEC 15 sierpnia 2020 roku Henryk Wujec... „Na pierwszy rzut oka wiedziałeś, że to człowiek prawy, że to, co mówi, to prawda..Słowa, które wypowiedział o księdzu Ziei, nie chcą rozstać się z nim samym. Nawet odchodząc, pozostawił nam nadzieję. Wypełniała go cicha radość z dobra przenoszonego dalej. Ziarno wujcowe obumrze i wyda nowe owoce w polskiej ziemi. Wspominając go, jakże różni i skłóceni, znowu jesteśmy choć trochę lepsi, znowu choć chwilę razem. Mam noc na tę rozmowę. Właśnie spadła gwiazda. Dopiero co ucichł ostatni krzyk żurawi. Prosto trzyma się płomień świecy, zapalonej w naiwnej wierze, że nasza pamięć ogrzewa duszę zmarłego. I on trzymał się prosto, wsłuchany w krzyk słabych i bitych. „Mamy obowiązek niesienia pomocy prześladowanym, niezależnie z której są strony.” Tak brzmiała pierwsza życiowa zasada, którą podzielił się z nami podczas „Rozmów sejneńskich”. Krzysztof Czyżewski 127 Po raz ostatni razem z Ludką zawitali do nas ubiegłej jesieni. Nazajutrz czekało ich spotkanie z naszą młodzieżą w szkole i wykład inaugurujący rok Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Zgromadzilis'my się w Białej Synagodze wieczorem. Zamiast tradycyjnych oklasków, na ich powitanie wszyscy wstali. Zasada druga: zacznij od siebie, cokolwiek postulujesz innym do zrobienia. Jego ulubiona anegdota o księdzu Ziei: list do wiernych w sprawie walki z alkoholizmem, o napisanie którego poprosił go prymas Wyszyński, zaczął od tego, że „my, biskupi polscy, deklarujemy, że z dniem dzisiejszym przestajemy pić alkohol... i zachęcamy proboszczów, by poszli w nasze ślady...” List nie przeszedł. „Ale przecież ty, Henryku - ciągnąłem rozmowę - pochodzący ze wsi pod Biłgorajem, byłeś niepijący.” Henryk: „I to właśnie był problem.” Ludka: „Nie, to nie był problem”. Czyż tym, co buduje więź na życie z drugim człowiekiem, nie jest ten moment, gdy idąc pod prąd obyczaju lub władzy, wykpiwani lub gnębieni przez innych, słyszymy u boku „dla mnie to nie jest problem”? Problemem nie było też, że ona z żydowskich proletariuszy, a on z katolickich chłopów. „On czytał mi na głos fragmenty Ewangelii, ja jemu miłosne liryki Majakowskiego”. Zasada podążania pod prąd nie wyczerpuje pocieszenia ze strony najbliższych, potrzeba jeszcze siły uderzenia się we własne piersi, i to w chwili, gdy tradycja i wszyscy wokół nakazują pochylenie się nad własnym cierpieniem i ofiarą swoich. Henryk ponownie przywołuje księdza Zieję i jego słynne kazania z lat 70, w których nie tylko otwarcie mówił o zbrodni dokonanej przez Sowietów w Katyniu, ale także przypominał wiernym o krzywdzie, jakiej doświadczyli Ukraińcy, Białorusini i inne mniejszości w przedwojennej Polsce. Coś o tym wiedział, będąc proboszczem w Łohiczynie na Polesiu oraz kapelanem w Pińsku i Mołodowie. Kiedy na uniwersytetach zaczęto wprowadzać „numerus clausus”, on myślał o posłudze pośród żydowskiej biedoty, zapisał się na warszawską judaistykę i w sutannie siadał w jednej ławce z żydowskimi studentami. Potem, tuż po wojnie, była parafia w Słupsku i Niemcy, którzy jeszcze tam pozostali. To do tej opowieści sięga Henryk, by przywołać zasadę, której dochowanie wierności było dla niego równie trudne jak dla tamtejszych polskich katolików, których paraliżował opór przed dzieleniem wspólnego kościoła z katolikami niemieckimi: nigdy nie odpowiadaj nienawiścią na nienawiść. To kazanie z sierpnia 1945 mógł cytować z pamięci: „W serca nasze jeszcze nie weszła ta religia miłości i dlatego niech się nikt nie dziwi, że będziemy się tu wspólnie zbierać, aby się nauczyć wzajemnej miłości, żeby w sercach naszych prawem miłość była. Po to ten kościół tu stoi, po to są kazania, żebyśmy się nauczyli miłować wzajemnie”. Politycy odnosili się do Henryka Wujca podobnie jak prymas Wyszyński do księdza Jana Ziei, który bardzo go szanował, ale nigdy nie powierzył mu parafii w Warszawie. Henryk: „Gdy przed wojną Zieja został proboszczem, ogłosił, że nie będzie zbierał pieniędzy na tacę (jego poprzednik stawał z tacą w drzwiach i kto nie dał, mógł nie wejść do kościoła); wcześniej był w zakonie kapucynów, do którego biedni przychodzili na zupę, ale przy zmywaniu kotłów spostrzegł, że dużo trudniej zmywa się ten od zupy dla zakonników, bo zatłuszczony; więc dopytywał o zgodność życia z Ewangelią i długo w zakonie nie zabawił; z Zieją był kłopot... ” 128 Notatki słów i obrazów (13) A z Wujcem? Mieliby z nim kłopot przywódcy partyjni w dzisiejszym Sejmie, „ponad podziałami” dogadujący się w sprawie przyznania sobie podwyżek i milionowych dotacji dla partii politycznych, pozostających w rażącym kontraście z pogarszającą się kondycją materialną obywateli. Nic nie było bardziej obcego jego rozumieniu solidarności, niż dbanie o własną kieszeń i obrona partykularnych interesów. Poszerzanie kręgów solidarności. O tym najwięcej rozmawialiśmy, zastanawiając się co robić. Mniej o nowych zagrożeniach dla wolności. Nie ma solidarności bez ograniczenia mojej wolności. Ryzykownie to brzmi. Czy jednak istnieje dzisiaj inna droga ku wolności niż ta, która troszczy się o poszerzenie wolności nie własnej, a drugiego? Tym bardziej, że w dobie katastrofy ekologicznej i pandemii, każde istnienie na Ziemi staje się naszym najbliższym sąsiadem. Tyle naszej wolności, ile mają jej ci, z którymi współistniejemy. Dlatego w świecie, który właśnie nadchodzi, nic nie zdziałamy bez wujcowej solidarności. Podczas rozmowy w synagodze zwierzył się jak sam ciągle pracuje nad poszerzaniem jej kręgów, jak musiał się zmierzyć z balastem chłopskiego stosunku do gejów, jak stawał się solidarny z walczącymi o swoje prawa osobami LGBT. „Wujcowa” solidarność była codzienną, równościową, ewangeliczną w skrusze, wyrzeczeniu się i miłości bliźniego. „Jak długo wszystko odbywa się w sposób normalny, tak długo samo przyzwyczajenie nie pozwala nam dostrzec w rzeczach wielkości. Taką już mamy naturę, że na rzeczy codzienne nie zwracamy wcale uwagi, choć zasługują na podziw...” Wypisuję te słowa z dziełka Seneki „O zjawiskach natury”, do którego zaglądam tej nocy, pamiętając, że jest w nim rozdział o spadających gwiazdach. „Nikt nie patrzy na słońce, aż dopiero w czasie zaćmienia... O ileż jednak bardziej zadziwiające są zwyczajne skutki działań słońca! Ono, jeżeli tak można powiedzieć, stawia na swym szlaku tyle kroków, ile tworzy nam dni... To samo sprawdza się w odniesieniu do komet. Jeżeli zjawi się na niebie taki rzadki ogień w swej niezwykłej postaci...” Tyle nam Henryk pozostawił małych kroków, w których powinniśmy nauczyć się dostrzegać wielkość, tyle światła, które ciepłem do nas dochodzi. Jacek Kuroń w Wielki Piątek 1984 roku, gdy zamiast na przesłuchanie zapakowali go do samochodu, w którym był już Henryk Wujec: „Wywieźli nas z szarego więzienia i zobaczyliśmy przez zakratowane okno świeżą, młodziutką zieleń. Jakie to wytchnienie dla oczu”. Uznał, że spotkanie Wujca, człowieka wierzącego, to znak. „Jak to się robi? - zaczął go wypytywać. - Powiedz mi jak wierzysz. Jak wierzysz w życie po życiu? Ja nie potrafię.” Nie wiem, co Henryk mu odpowiedział. Wiem tylko, że potrafił wierzyć w życie po życiu poszerzając kręgi solidarności. ODESZŁA MARIA JANION 23 sierpnia 2020 roku „...nie ma bynajmniej śmierci z kosą, która może czyhać niespodziewanie na nic nie przeczuwającego przechodnia, nie ma śmierci - bezwzględnej niszczycielki, potrącającej, tratującej, kopiącej, zdzierającej całą strojność świata. (...) To my sami nieustannie i dobrowolnie ścinamy łąkę swojego życia. My sami, tylko z tego powodu, że żyjemy, odkładamy Krzysztof Czyżewski 129 za sobą sienny stos naszych minionych dni. (...) To właściwie my sami - żyjąc - tworzymy ów sen o utracie życia.” Żyjąc, tracimy życie. A umierając? Pani Profesor, co się dzieje gdy umieramy? Czyż nie stajemy się pokarmem pamięci dla bliskich, wiernych, dalej poszukujących? A jeśli tak, to może umierając tracimy śmierć? Pani Profesor... 130 Dziennik kataloński (10) Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI («•) KSIĘGA, WODA I KAMIEŃ - CZYLI KATALOG WARTOŚCI PRYMARNYCH Bywa, że od dzieciństwa atakuje naszą wyobraźnię jakieś jedno konkretne słowo, sformułowanie, pojedyncze zdanie. I że to słowo do nas wraca już w dojrzałym życiu albo dopiero na starość. Takim pojedynczym słowem, brzmiącym nie po dzisiejszemu, słowem starodawnym, stało się dla mnie sformułowanie „wartości prymarne”. Zarówno ojciec jak i matka najpierw przy Grodzkiej na Starym Mieście a potem na Kamiennej Grobli w Gdańsku na Dolnym Mieście przywoływali to sformułowanie przez uchylone drzwi swego pokoiku. Bardzo lubili nawiązywać do wartości prymarnych w najróżniejszych kontekstach i sytuacjach: rano i wieczorem, w domu i na spacerze, w swoich dopiero na starość cichnących sprzeczkach, a nawet w awanturach między sobą toczonych wokół historii znajomych im ludzi. Wartości prymarne stawały się bowiem kluczem do rozumienia o co tak naprawdę chodzi, okazywały się dotykać samej istoty rzeczy. A o co tutaj tak naprawdę chodzi zacząłem rozumieć dopiero w Katalonii ogromnie żałując, że ojciec nie dożył momentu by także tutaj, między Morzem Śródziemnym a Pirenejami zanurzyć swoją łopatkę archeologiczną. Jeszcze do niedawna próbowałem coraz łapczywiej nasłuchiwać wieści, tak by próbować uchwycić zmienność, chybotliwość i zaskakującą nieprzewidywalność dalszych wydarzeń. Wydarzenia w całej Hiszpanii, a szczególnie w Katalonii, ale także wszędzie indziej: w Ameryce, w Hong Kongu, doniesienia agencyjne ze wszystkich kontynentów, utwierdzały mnie w przekonaniu, że zmienność i chaotyczność są najbardziej charakterystyczną cechą cywilizacji współczesnej, wraz z wynikającym z tego głodem, korupcją, terroryzmem, wykluczeniem, antysemityzmem, homo i hetorofobią, upadkiem autorytetów, realatywizmem, szumem informacyjnym, mową nienawiści. Temu wszystkiemu - także w coraz bardziej odległej mi Polsce - towarzyszy praktycznie podważanie tego wszystkiego co do tej pory stanowiło wartości prymarne. W takim szumie informacyjnym, w takiej impotencji myśli i czynu, człowiek staje się niezwykle plastycznym materiałem dla dyktatorów prowadzących swe wojny hybrydowe z ludźmi i narodami. W takich granicznych sytuacjach jedynie wartości prymarne pozwalają odbić się od coraz bardziej grząskiego gruntu pod nogami. Człowiek odruchowo szuka stabilności. Paweł Zbierski 131 KRAJ Z WODY I KAMIENIA - PASTERZE I INNI 29 czerwca, La Forge del Mite, cały dzień i kawałek nocy Pasterze ze swymi kozami, fot. archiwum rodzinne 132 Dziennik kataloński (10) Są oboje najmłodsi wśród artystów życia. Kiedy pozują z kozami do rodzinnej fotografii, trudno uznać raj za byt transcendentny albo mitologiczny. Bo oni właśnie tutaj mają przecież swój raj, jako przestrzeń w stu procentach realną, namacalną, dotykalną. * W łecie, tak jak teraz, przeważa cisza, przeplatana może pohukiwaniem sowy i z nieustannym akompaniamentem świerszczy. Od czasu do czasu, zwłaszcza od strony La Forge del Mite, dochodzi zimą wycie wilków. I towarzyszy im wtedy akompaniament całej armii północno- katalońskich psów. Od Saint Laurent to nie jest daleko - mniej więcej tyle, co jedna trzecia drogi ze Sztumu do Malborka. Fakt, że do pasterzy - jak nazywani są Anto-ine i Pascal - jedzie się (albo po prostu się idzie!) po najlepsze sery świata - te twarde i te całkiem świeże. I oczywiście po zakupach jest rozmowa do białego rana przy jedynej rzeczy ściągniętej przez pasterzy ze sklepu: katalońskim winie. Mają dwie, cudownie uzdolnione muzycznie i malarsko córki. Córki pasterzy. Napisałem, że należą do naszych artystów życia, bo wszystko, co robią dzisiaj w Katalonii jest próbą radykalnej reinterpretacji wszystkich poprzednich wyborów. Zdjęcia, do których całą rodziną dumnie pozują ujawniają demonstracyjnie ich wolność, wyzwolenie do życia w wybranej katalońskiej przestrzeni. Hodują wielkie stado kóz i żyją w swoim domu z kamienia bez konieczności łamania własnych kręgosłupów, bez żadnego kompromisu ze sponiewieraną cywilizacją. Piją wodę wypływającą z pobliskiej skały, żywią się przez okrągły rok tym, co daje im las. Przy tych swoich kozach urobią się po pachy, ale też nikt nie ma takiego widoku na Świętą Górę Katalonii. Jedzą więc kozie sery z leśnym miodem, dom jest ocieplany trzciną, a drewna do ogrzania domu starczy im do końca życia. Właściwie gotówka do niczego im niepotrzebna, chyba, że do zakupu katalońskiego wina. * On nie jest już robotem do zabijania wroga podczas operacji w Afganistanie. Ona nie musi już znosić niekończącego się mobingu na Martynice, jako wyjątkowo piękna i subtelna miejscowa kobieta. * Każdej wczesnej jesieni Pascal i Antoine zabierają dziewczynki na swoją łódkę i żeglują, żeglują, żeglują wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. 1 lipca, Tapis (Hiszpania) Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu przekraczamy granicę z Hiszpanią. Po powrocie do Saint Laurent zatrzymujemy się na kawę w Tapis. Ja nie pojmuję, jak po hiszpańskiej - czyli już w Katalonii Południowej - ta sama kawa może być o niebo lepsza? I jak z praktycznie tej samej wołowiny można zrobić bardziej aromatyczny stek, do którego wystarczy dorzucić trochę warzyw, by mieć ucztę lepszą niż w Saint Laurent i może nie tak wykwintną, ale także smaczniejszą niż w Paryżu. Paweł Zbierski 133 W bagażniku samochodu układam różnokolorowe kawałki skał przywiezionych z Mar-cades. Można tam jechać mając po prawej ręce, w dole ogromny wąwóz z gigantycznym jeziorem, a potem zrobić pętlę, by nawrócić do Marcades. Marcades to miejsce z baśni. Wszystkie domy są tu kamienne, głazy, zarówno te gigantyczne, jak i te mniejsze dosłownie rozsadzają tu ściółkę leśną. W katalońskim, gorącym świetle słonecznym te wybijające się z wnętrza ziemi głazy tworzą wraz z konarami połamanych drzew i korzeniami osobliwe wielkogabarytowe ekspozycje, swoiste rzeźby przestrzenne. Przy pewnej kombinacji światła i cienia wygląda to czasem jak jeden wielki horror. Przy odpowiedniej skali i proporcji - rzecz jasna - przypomina to może trochę rezerwat w Odrach na Południowych Kaszubach. Oczywiste jest, że te głazy muszą być tak samo stare jak prapoczątek Katalonii... I że właśnie w owych głazach zapisane są owe „wartości prymarne”, coś co za sprawą wody i kamienia konstytuuje katalońskość od wieków, najpierw w postaci jedynie budulca, a potem także w postaci schronisk pasterskich i sakralnych budowli romańskich, które tutaj w Katalonii widać na każdym kroku. I przypominam sobie w takich chwilach entuzjazm ojca, który któregoś dnia po powrocie wykopalisk w Gdańsku wykrzykiwał ze szczęścia jak małe dziecko: „Jest, jest romańszczyzna!” * 3 lip ca, Ceret Ostatnia wizyta w „Bricolage” przed zamknięciem kolejnego etapu modernizacji Galerii. Trzeba dokupić jeszcze jedno wiadro farby, tak by zakończyć wielkie malowanie krętej klatki schodowej oraz sieni i korytarza. A wszystko to na czterech kondygnacjach kamienicy, liczącej w sumie prawie pół tysiąca metrów kwadratowych. 4 lipca, Saint Laurent Poranny spacer „do osiłków”, a potem nieoczekiwana zmiana trasy, żółtym szlakiem pod górę, tak by dotrzeć po godzinie do Drogi Fontann. Co kilkaset metrów ze skał tryska krystalicznie czysta woda. Każde źródło jest obudowane kamieniami i zwieńczone klasycy-styczną rzeźbą zatopioną w pirenejskim lesie. Taki melanż natury i kultury. Kiedy przymykam oczy wydaje mi się, że wspinam się na Kalwarię Wielewską. * W południe przemiła wizyta. Goście przyjeżdżają do Saint Laurent bezpośrednio z Na-rbonny swoim ogromnym caravanem we trójkę - Artur Jabłoński, Ania - niezwykle rezolutna szefowa Radia „Kaszebe”, oraz ich dorastający inteligentny, bystry syn, który robi wrażenie chodzącego dynamitu. W ogrodzie jest piękny dzień: wszystko kwitnie, wybucha zapachami, a linię horyzontu zamyka tym razem jaskrawo zielony masyw Pirenejów. Pi-jemy wszyscy - poza Arturem kierowcą! - rosę. Bo w końcu mój sen się spełnia: Kaszubi przybywają do Katalonii! Długo, długo rozmawiamy... 134 Dziennik kataloński (10) ZRZESZENIE KASZUBSKO-KATALOŃSKIE 1 sierpnia, Saint Laurent 7. pewnym opóźnieniem, ale nieomal równocześnie, w moje ręce trafiły dwie znakomite książki : kaszubska i katalońska. Własną - kaszubską, wraz z osobistą dedykacją, przysłał wprost do naszej Galerii jej autor Artur Jabłoński, który niedawno wraz z rodziną gościł w Saint Laurent. Kładę wiersze kaszubskie na białym kamiennym stole obok wierszy kata-lońskich i sprawia mi to wielką frajdę. „Revjine” to książka piękna, także w wymiarze edytorskim, chętnie się ją bierze do ręki, chętnie też z pewnością zabiera się ją w długą podróż, mimo, że wymiar edytorski ma filigranowy. Ale rytm tych wierszy jest jak fala morska - raz przybijająca, raz odbijająca od brzegu. Powracająca. Bardzo to oryginalne. Publikacja katalońska to z kolei obszerny wybór poezji Salvadora Espriu Skóra byka i inne wiersze z przekładami Filipa Łobodzińskiego. Siłą rzeczy porównuję obie. Czytając „Revjine” - wiersze Artura - dochodzę do wniosku, że mam do czynienia nie tylko z energicznym przywódcą kaszubskich separatystów, ale także z cholernie uzdolnionym, błyskotliwym pisarzem, jakże mocno niedocenionym we własnym środowisku! Wiem, że Artur pisze i drukuje także dobrą prozę, ale o wiersze go nie posądzałem! Po raz kolejny, będąc pod silnym wrażeniem niezwykłego obrazowania, a także jakże sugestywnej śmiałości w opisie stanów erotycznych dochodzę do wniosku, że coś powinien jednak zrobić Artur, by przetłumaczyć swe wiersze na inne języki - tak by zawarte tam uniwersum mogło dotrzeć także do nie-Kaszubów. Tak Paweł Zbierski 135 Tom kaszubskiej poezji Artura Jabłońskiego - w tle flaga Katalonii 136 Dziennik kataloński (10) jak Salvador Espriu docierał poprzez translacje do odbiorców w różnych krajach. Bo dlaczego Artur Jabłoński nie miał by się okazać jednym z największych kaszubskich twórców XXI wieku, tak jak Espiriu stał się jednym z największych katalońskich twórców XX wieku? Espiriu został uznany za obrońcę i odnowiciela współczesnego literackiego języka ka-talońskiego, a nawet wskazywany był wielokrotnie jako kandydat do Nobla. A ja życzę Kaszubom z całego serca kolejnego nobilsty, bo jednego już przecież mają - Grassa. W każdym razie przygotowany przez Łobodzińskiego poemat Skóra byka niektórzy porównują do Raportu z oblężonego miasta Zbigniewa Herberta... Według krytyków, z zwłaszcza Anny Sawickiej, autorki posłowia do tej książki, utwór Espriu „stał się światłem nadziei wśród czarnej nocy frankizmu i nie może dziwić, że został odczytany jako manifest wewnętrznej niezależności skrępowanego dyktaturą społeczeństwa, tym bardziej że autor odwołuje się w tym poemacie do historycznych korzeni katalońskiej tożsamości”. Sawicka zwraca także uwagę na bogactwo odniesień Espriu: „Inspiracje biblijne można odnaleźć w całej jego twórczości, natomiast w kilku utworach istotną rolę odgrywają motywy żydowskie, istotne w tytułowym poemacie Skóra byka. Po raz pierwszy pisarz zasugerował mityczną identyfikację narodu katalońskiego z Izraelem w farsie kukiełkowej La primera historia d’Ester (1948), opowiadając o losach małego, ujarzmionego narodu, z którego wywodzi się tytułowa bohaterka”. * Jakie z kolei jeszcze rodzaju odniesienia kulturowe odnajdziemy u Jabłońskiego? - czas pokaże. IDAN PEREZ WRACA DO IZRAELA 15 września, Saint Laurent Tego dnia po raz pierwszy brzmi w moich uszach nazwisko Idan Perez. Tomasz Zbierski, mój rodzony brat pisze do mnie obszerny list, w którym czytam między innymi: „Po raz pierwszy izraelski naukowiec został wyróżniony za promowanie obecności i kultury Katalonii w świecie. Dyrektor Biblioteki Narodowej Izraela Idan Perez otrzymał nagrodę Josep Maria Batista i Roca-Enrice Garriga Trullos Memoriał Prize za rok 2020, za publikację „Si-dur Catalunya”, pierwszego kompletnego odtworzenia modlitewnika używanego przez Żydów Katalonii, Walencji i Majorki przed wypędzeniem Żydów z Hiszpanii w 1492 roku!!!” Aż trzy wykrzykniki, którymi Tomasz wieńczy to doniesienie świadczą, że mamy oto wielką sensację w światowej humanistyce. Bo biorąc pod uwagę losy Żydów na Półwyspie Iberyjskim przed rokiem 1492, ale też losy późniejsze - aż do holocaustu - jest w tym odkryciu coś niebywale krzepiącego. Bo, po pierwsze, odkrycia dokonuje człowiek, który sam spędził dzieciństwo i młodość w stolicy Katalonii, a do Izraela wyemigrował stosunkowo niedawno. Był przekonany przez długie lata, że ryt religijny w Hiszpanii był rytem Żydów sefardyjskich a tu okazuje się, że byli także Żydzi katalońscy, posiadający bardzo wyraźne poczucie odrębności. Po drugie, modlitewnik jest zbadany przez Pereza niesłychanie czasochłonną metodą, w której porównuje on dokumenty i źródła z różnych krajów i z różnych Paweł Zbierski 137 kręgów kulturowych. Po trzecie, za sprawą tego odkrycia jest możliwy do odtworzenia bardzo drobiazgowo przebieg modlitwy żydowskiej odbywanej - co stwierdza Perez z całą pewnością - nie tylko w synagodze, ale także w różnych innych sytuacjach życiowych. 3 października, Saint Laurent Przez wiele ostatnich dni starałem się drążyć odkrycie, dochodząc do rozmaitych fascynujących ustaleń, a nawet nawiązując bezpośredni kontakt z Idanem Perezem. Zdobyłem kilka fotografii odkrywcy, a także niezwykłą ikonografię modlitewnika. Zasypałem też Pe-reza całą serią pytań, na które niestety nie zdążył jeszcze odpowiedzieć. Bo akurat, gdy zaczął się proces zamykania tego numeru „Prowincji” wypadło trwające w Izraelu aż do 9 października Święto Sukkot, znane w Polsce jako Święto Namiotów, albo Szałasów. Religijni Żydzi w tym czasie dnie spędzają poza domem na pamiątkę 40 letniej peregrynacji po pustyni, po wyjściu z Egiptu. A Perez wyraźnie deklaruje, że jest religijnym Żydem, w dodatku bardzo szczęśliwym, gdyż z „jego” modlitewnika znów modlą się dzisiaj Żydzi w barcelońskiej synagodze. Wiele mi w tej sprawie wyjaśnił dzisiaj Przemek Wiszniewski na swojej prywatnej tablicy FB: Sensem tego święta jest uwolnienie się od spraw i dóbr doczesnych, na ten czas, by wniknąć w głąb siebie. Być nagim niejako, bez majątku, bez tego, co nas otacza stanąć wobec Absolutu. Bez komórek, laptopów i telewizji... Dr Idan Perez w Jezorolimie - ze swoim modlitewnikiem, z archiwum Idana Pereza 138 Listy do Tymoteusza (3) Radosław Wiśniewski Listy do TYMOTEUSZA (3) 1. CHYBA O NADZIEI „...Dreaming ofmercy Street Wear your inside out Dreaming ofmercy In your daddys arms again Dreaming of mercy Street ‘Swear they moved that sign Dreaming ofmercy In your daddys arms... ” (Peter Gabriel, „Mercy Strret”) - Jesce som wirusy tato? - pytasz czasem, kiedy Ciebie usypiam, a ja wtedy mówię, że tak, że jeszcze długo będą i że teraz mamy przedszkole trochę w domu, poza tym, że Tata musi chodzić do pracy. Nic takiego się nie dzieje przecież, poza tym, że ludzie umierają tysiącami na całym świecie i o tym wiemy. Sto lat temu byśmy wiedzieli mniej, ale też te wirusy by rozprzestrzeniały się może wolniej, ale też byśmy mieli o nich mniej wiedzy i mniej skutecznych pomysłów na leczenie. Także są wirusy synku, a ty się łapiesz za główkę jakby to było nie do pomyślenia, że jakiś wirus może tak nam nawywijać, że przedszkole zamknęli. A kiedy zaczyflasz równo oddychać, wiem, że zaczynasz zsuwać się pomału w bezpieczny, głęboki sen, którego nic nie przerwie, bo przecież od czasu jak wywróciłeś się na basenie i wślizgnąłeś się pod wodę, wiesz, że „tata cuwa, a ja barn!”. Wyrwałem ciebie spod wody wtedy za rączkę szybciej niż z przerażenia zdążyłeś otworzyć usta. Nie zdążyłeś się nawet napić łyka chlorowanej wody, tylko zacząłeś płakać z przerażenia. Ale tata czuwał. A ty barn. Mam poczucie, że wyjdziemy z tej zarazy, że wywalimy z roboty tych polityków, o których nawet nie chcę tutaj wspominać, bo żaden z nich jest godny stać obok ciebie w tej notatce, jasny chłopczyku. Jakoś to przetrwamy. Ale boję się, kiedy tak patrzę na twoją głowę, jakby odmalowaną z obrazów Wyspiańskiego, że to dopiero początek ostrego wirażu, w jakim się znaleźliśmy wszyscy, że dopiero nabieramy pędu a już czuć, że niektórych dławi ten pęd. Radosław Wiśniewski 139 I nie wiem zupełnie, czy dobrze robię, ale wyobrażam sobie, że świat może się paskudnie zmienić i czasy, w których pytałeś taty zasypiając: „Cy jesce som wirusy”, będziesz wspominał jako sen szczęśliwości tak odległej, że nie wiadomo, czy w ogóle istniała. Staram się, żebyś tego zaczerpnął jak najwięcej, żebyś się tym światłem, jasnością, siłą, ciepłem nakarmił, ile się da. Nie wiadomo, co nas czeka, co ciebie czeka. Wymyśliłem sobie, że to będzie twoja tarcza, opoka w życiu, wspomnienie taty, który był dla ciebie, na którego mogłeś się zwalić w zabawie, na którym mogłeś sobie usiąść, wleźć na głowę, wskoczyć na plecy jak małpa mała na małpę dużą. Dużo kontaktu, dotyku, szturchania, przepychania się, kuksańców, mącenia włosów na głowie. Wyobraziłem sobie, że to będzie to światło elfów, które miał na czarną godzinę Frodo, że to będzie ta tarcza, którą się zasłonisz, to będzie ten ogień, który z synem niósł mężczyzna w „Drodze” Cromacka Mcarthyego. Tak tata mówił w tej książce do syna, żeby dało się wytrzymać drogę przez świat, w którym ludzie się zwyczajnie zjadali. Bo nie było nic innego do jedzenia. Boże, ten świat z „Drogi” i nasz dziwnie się zbliżyły do siebie. Może trzeba dzieci teraz chować jak na wojnę. Jak te żydowskie matki ocalone z Holocaustu, które uczyły dwulatki same trafiać do żłobka, o których opowiadał mi wujek Marcin. Uczyć zaciętości, uczyć chłodu, zdolności biologicznego przetrwania, liczenia na siebie, ćwiczyć dzieci w sztukach walki, posłać dzieci na kurs strzelania, mieć broń w domu, a przynajmniej siekierę za drzwiami? Ale przypomina mi się też film „Misja” o takiej osadzie chrześcijan nad wodospadami Igauzu, których zdjęcie wisi nad kanapą, przy której układamy klocki lego. Byliśmy tam z twoją siostrą, żeby się dowiedzieć, że nigdy nie było misji nad wodospadami. Ale to nie jest tak do końca ważne, ważne jest co innego. W jednej z ostatnich scen spotyka się dwóch jezuitów, jednego - Gabriela - gra Jeremy Irons a drugiego - Rodrigo - Robert De Niro. I ten drugi zakłada pas i przypina do boku rapier. Ma zamiar w obronie misji, domu ludzi, którzy mu zaufali, walczyć z bronią w ręku. Ten drugi chce z nimi być jako ksiądz do końca, ale nie chce wziąć do ręki broni. Sympatia widza jest, to naturalne po stronie Rodrigo granego przez De Niro. To odruch. Jak ktoś chce nas zaatakować, to trzeba się bronić. I ten pierwszy w ostatnim momencie mówi coś takiego do Rodriga, granego prze de Niro: że może ty masz rację, ale jeżeli tak i świat taki jest, to nie mam siły żyć w takim świecie. Kiedyś pisząc list do Ciebie pisałem, jak bardzo potrzebuję nadziei. Ale chyba zaczynam rozumieć, że daremnie wypatruję jej z zewnątrz. Bez sensu czekam, aż ktoś mi ją przyniesie. Jakiś polityk, urzędnik, funkcjonariusz kościoła czy zboru czy sanghi. Nie ma szans. Tak synku myślę - chociaż nie wiem nic na pewno - że życie w świecie pozbawionym nadziei, świecie, w którym przeżycie ma zależeć od tego, kto wygra wyścigi w nieczułości, okrucieństwie, tępej sile, musi być nieznośne. Trzeba nieść płomień. Niesiemy ten płomień. Możesz tego jeszcze nie wiedzieć i nie rozumieć, ale niesiemy go razem. Chociaż ty po prostu śpisz i oddychasz głęboko, a ja czuwam jeszcze chwilę, zanim wyjdę z pokoju. Niesiemy płomień. Innej nadziei nie będzie. 140 Listy do Tymoteusza (3) 2. DALEJ O NADZIEI Jesce som wirusy synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to „cy wsyscy umarom” i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Tobie koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego, co się mówi, wymyśla na jego temat. A ja nie chcę ci opowiadać pierdoł o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik nie-z-tego-świata stał się figurką, jak słonik na szczęście. Opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy. Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach, kiedy Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: „Co poszło nie tak?”. No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na tę ostatnią przy niskich stanach rzeki, kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc. Rozmawialiśmy o Bogu. Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręka drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny. A na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem - puzzle z jednego pudełka żeśmy układali: - Stary a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota? - Nooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to... - No, wiesz mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi. - Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli... Radosław Wiśniewski 141 - Pamiętasz co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy... - Co jedzą same kiełbasy... - Taaak, kiełbasy - tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę. - Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś? - Funkcja, nie istota! - Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca. - Ty jesteś Posłańcem... - Nie, Ty! - Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni gnój, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się a anioła uczył, okazuje się być ostatnim gnojem, bo nie podjął roli, ale rola musi być wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy. - Acha, a Duch wieje kędy chce... Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie, dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Mieliśmy obaj wrażenie, że wiedział o czym rozmawialiśmy, że słyszał. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym co robił zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku. Kiedy go minęliśmy i był już daleko obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy. Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i cy wsyscy umarnom. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach - zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz. Zadziwiająco. 3. NIEWYJAŚNIALNE Ksiądz Tischner podobno kiedyś powiedział, że każda koncepcja filozoficzna, której nie da się przełożyć na język sześciolatka, jest z gruntu podejrzana ontologicznie. Niestety, im dłużej jesteśmy razem, tym coraz częściej myślę nad sprawami, których nie umiem teraz i nie wiem, czy kiedykolwiek, będę umiał ci wytłumaczyć. A pomimo tego, że są to sprawy, które nie przekładają się niemal w ogóle na język i świat trzylatka, zatem powinny być podejrzane ontologicznie według Tischnera - są, dzieją się naprawdę. 142 Listy do Tymoteusza (3) Weźmy takie drzewa. Nie transmitują sygnału wi-fi ani gsm, a tylko produkują tlen, którym wszyscy oddychamy, bogaci, biedni, hetero, homo, trans, queer, prawicowcy, lewicowcy, wierzący i niewierzący. A jednak - u nas co chwila się czyta, że tu się wyrżnie, tam się przytnie, utnie, wykosi. I to widać. Widać i to bardzo, zatem kosi się, rżnie i tnie więcej niż kiedyś. Akurat teraz, kiedy trzeba by każde drzewo chronić, bo świat zaczyna się smażyć. Można powiedzieć, że pół biedy, kiedy to detalicznie rżną drzewa władze gminy Piździdoły Górne, chociaż od kilku lat boli mnie każde drzewo, każdy kawałek dzikiej łąki. Gorzej, kiedy płonie Syberia z jej zasobami metanu w glebie, kiedy płonie Amazonia, takie miejsce, gdzie żyją na przykład pająki, te twoje ulubione - ptasniki i talantule, te same, które kupiliśmy ci z mamą i powiesiliśmy na drzwiach twojego pokoiku, żeby ci się dobrze spało. Bo przecież powiedziałeś: - Ja kocham pająki! Zatem płonie Amazonia, płoną lasy w Kongo, Syberia, w miastach i poza nimi wyrzyna się stare, dające tlen, cień drzewa, bo liście się sypią, panie, a kto to będzie sprzątał. Kopie się kolejne kopalnie odkrywkowe, mimo że gołym okiem widać już, że wysychają od nich jeziora, znikają strumienie i rzeki. Wybija się zwierzynę, produkuje śmieci z plastiku, który się nie rozkłada i nikt nie wie co z nim zrobić. Nie umiem ci wyjaśnić synku, jak to jest, że kiedy byłem chłopcem, takim małym jak Ty - wszystkie butelki były szklane i wymienne w licznych punktach skupu w każdej najmniejszej miejscowości, w każdym sklepie. A jak się kupiło wujkowi piwo, zapomniawszy z domu butelki na wymianę, to ciocia się złościła, że marnotrawstwo. I słomki w kawiarniach były... ze słomy. Łatwo się je rozgryzało, rozchodziły się po włóknach, ale tak, były słomki ze słomy. I aluminiowe sztućce w barach i bufetowe narzekały, że ludzie kradną. I rzeczy się naprawiało, zamiast kupować nowe. Serio. Bo to się bardziej opłacało niż kupować nowe. Po dziesięcioleciach rozwoju okazało się, że kiedy ludzkość chce do tamtych czasów wrócić, to jest wrzask, że to ograniczanie wolności, mimo że świat. Za twojego życia synku istnieje szansa, że masa śmieci w oceanach przeważy nas masą ryb. Fakt, że mam małe szanse tego dożyć wcale mnie nie uspakaja, bo przecież ten świat zostawiam Tobie. Nie umiałbym wyjaśnić też tego, że siedem najbogatszych państwa świata oferuje rządowi Brazylii 20 milionów dolarów na walkę z pożarami, co samo w sobie jest śmieszne, bo najdroższy na świecie jacht, który jest kaprysem jednego z bogaczy, kosztował go 1,5 miliarda dolarów. Czyli za jeden jacht można by zrobić 75 razy więcej. Chociaż oczywiście, ani milion ani dwadzieścia milionów to nie jest mało pieniędzy. A jednak to śmieszna kwota. Ale podobnie nie umiałbym Tobie wyjaśnić, że rząd Brazylii w której dym z pożarów zasnuł wielomilionowe Sao Paulo, zapewne skracając wielu mieszkańcom życie - odmawia przyjęcia tej żenującej oferty pomocy. Bo ma się palić. Pastwiska będą. Zatem oddalam moment, kiedy będę się tobie musiał tłumaczyć i robię to, co mogę Synku - staram się. Ale mimo że przy każdej okazji wyłączam zbędne urządzenia elektryczne w domu, staram się mniej jeździć samochodem, przerzuciłem się pół roku temu na kolej, zasadziłem kilka sporych roślin, zakręcam kurek z wodą kiedy myję zęby i rozważam, gdzie ustawić beczkę na deszczówkę, żeby ogródka, tych roślin, co to je zasadziłem, nie podlewać wodą z wodociągów - mimo tego wszystkiego wiem, że to psu na budę. Z powodu tego Radosław Wiśniewski 143 jachtu za półtora miliarda. To znaczy nie chodzi o ten jacht, tylko chodzi o to, że ja mam poczucie winy, mimo że to 1 proc, ludzkości trzyma w łapach ponad połowę zasobów ziemi i tego poczucia winy nie ma. A jacht jest symbolem tego 1 proc, ludzkości. Najgorsze jest to, że ten 1 proc, może się od nas w razie katastrofy odciąć pod klimatyzowanymi kopułami, pewnie dlatego tak mocno mają nas i wszystko wokół poza sobą - w dupie. I kiedy myślę o przyszłości, także Twojej - to wołałbym nie tyle widzieć Ciebie w tym 1 proc, pod kopułą, co widzieć świat bez zon, kopuł, wydzielonych stref, gett i tak dalej. Świat, w którym by się chciało żyć. A moja najbardziej tajna broń przeciwko światu to Ty, moja nieśmiertelna, żywa torpeda. Staram się, żebyś to pociągnął dalej. Dla dzika, którego tak wielbiłeś rok temu, dla pająków, które już pokochałeś, dla anakondy, foczki, lekinka i wielolybka. Pewnie trochę nie muszę, bo Ty, mimo trzech lat na karku, a może dzięki nim, masz swój rozum i go używasz. Kiedy idziemy na kolację na kempingu i widzisz jak ludzie wypuszczają lampiony w morze to mówisz nagle sam z siebie: - Pscies to som śmieci, plawda? Bo to spada do wody i taka focka albo lekinek może siem zaplontać i co wtedy? Albo to sie pali i może sie zapalić... las! A kiedy ktoś widzi muchę, pajączka, mrówkę to też mówisz: - Uważaj, ostrożnie, ona ma tez marne, tatę i niunie i oni za niom teskniom! Plawda? Plawda! - dopowiadasz wymyśloną przez siebie figurą autoretoryczną. Nic dziwnego, jesteś przecież od roku „synkiem, malutkim lefkiem” i wiesz, że jako przyszły król lew musisz rozumieć istotę harmonii świata, który cię otacza. Powiedziałbym, że pękam z dumy, gdyby nie strach i wstyd jaki czuję, gdy myślę o tych wszystkich rzeczach, których ani teraz, ani za dwa, ani za trzy czy dziesięć lat nie będę umiał ci wyjaśnić. Bo sam ich nie rozumiem. Mam jednak ciągle nadzieję. Ty też czasem tak skaczesz, że wydaje się że runiesz jak długi a jednak z wrodzoną sobie zwinnością wyrównujesz lot i jednak lądujesz na obu nogach. I może ludzkość też tak potrafi. Mimo wszystko. Mimo, że niewyjaśnialne dzieje się naprawdę. [Nadzieja jest zielona, albo życzenia dla Tymoteusza] „ Gdy matka mnie rodziła, ponury był świt Wziąłem więc szuflę poszedłem pod szyb Nadzorca mi powiedział — nie zbawi cię Pan Załaduj co dzień po szesnaście ton!” (Szesnaście Ton, Szanta Górnicza) 144 Listy do Tymoteusza (3) A teraz życzenia. Bo pomyślałem, że chciałbym Ci złożyć życzenia Synku, które przeczytasz za kilka lat, ale z okazji tych urodzin, której jednak są jakąś cezurą. Kończy się Twój czas nieporadności, niezborności, gulgania i głużenia. Coraz częściej odpychasz moje ręce mówisz „ja, ja, ja, ja sam!”, nawet jeżeli nie za bardzo Ci wychodzi. A ja nie mam prawa i nawet nie próbuję zanadto nachalnie Ciebie poprawiać. Trzy lata to poważny wiek. Wiek zdań złożonych, rozróżnienia co jest historią a co bajką i wiedzy o tym, że nie można zaczynać bajki od zdania „Ta historia zaczyna się...”, bo wtedy nawet będąc śpiący głośno protestujesz, że nie, że miała być bajka a nie historia. To imponujące i jak zwrócił uwagę wujek Artur - wielu dorosłych ma ten horyzont umiejętności nadal daleko przed sobą. To będą dziwne życzenia, bo pomieszane z historią. A ona jest taka, że urodziłem się w roku 1974 i największym koszmarem mojego dzieciństwa i dorastania był lęk przed zagładą atomową. Wizja zagłady, która mogła przyjść dlatego, że ktoś za szybko nacisnął guzik - ach ten magiczny guzik wyobrażałem sobie na sto sposobów - to był mój nocny koszmar. Moje dzieciństwo to była Warszawa a potem Brzeg, tak czy inaczej miasta na priorytetowej liście celów pershingów i cruise’ów wycelowanych przez NATO w Układ Warszawski, o czym utwierdzała mnie propaganda w telewizji, radio i „Żołnierz Polski”. Kiedy miałem osiem lat w Stanach nakręcono film „The Day After” opowiadający o nuklearnej zagładzie miasta w USA, a z kolei miesięcznik „Morze” drukował w odcinkach powieść „Ostatni Brzeg”, albo jej sequel, w której załoga żaglowego katamarana błąkała się po Pacyfiku próbując uniknąć promieniotwórczych opadów i znaleźć jakąś bezpieczną przystań. To był realny strach, koszmar i pewność, że ta zagłada jest bardzo prawdopodobna, że wskazówki zegara są nie za pięć ale za minutę dwunasta i zaraz nastąpi wielkie bum. W szkole uczono nas, jak padać w razie wybuchu, że nogami w stronę eksplozji, że nakryć się czymś białym i temu podobne bzdury. Myśmy przerabiali to na ponury żart, że w razie eksplozji atomowej należy się położyć na ziemi, nakryć prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza. A jednak mimo to - żyję ja i żyje mój kolega z podstawówki, z którym zaczęliśmy nawet kopać schron w zboczu szkolnej górki i z którym zbieraliśmy złotka z czekolad, żeby nimi wyłożyć wnętrze schronu, bo podobno odbijają promieniowanie przenikliwe. Żyję i świat istnieje. W zasadzie już zapomniałem o tamtym koszmarze. Nadzieja była silniejsza. Tak o tym myślę. Jak o nadziei. Bo równolegle - może przypadkowo łączę fakty - w momentach największego napięcia między dwoma blokami zawsze znajdował się ktoś, kto gotowy był zaryzykować dla nadziei. Jak ten radziecki oficer Stanisław Pietrow, który w czasie swojego dyżuru 26 września 1983 roku powinien był, zgodnie z procedurą, wszcząć atak odwetowy ZSRR na Stany Zjednoczone po wykrytym starcie międzykontynentalnego pocisku balistycznego z USA. Jednego. A potem czterech kolejnych. Nie zrobił tego. Uznał, że to błąd systemu. Nikt tego nie docenił, a Pietrow zamiast Nagrody Nobla dostał naganę, wydalenie ze służby. Dopiero po 20 latach świat dowiedział się o Pietrowie i oddał mu honor. Bo to była niesubordynacja, która ocaliła świat. Mniej więcej kilka lat po słynnym dyżurze Stanisława Piętrowa okazało się, że mamy wszyscy umrzeć z powodu dziury ozonowej. Mieliśmy wszyscy umierać na raka w strasznych męczarniach. Dziura pojawiała się okresowo nad Antarktydą i miała się też pojawiać Radosław Wiśniewski 145 też nad Ameryką Południową. Gazy, które produkowała ludzkość, a które uszkadzały warstwę ozonową nad naszymi głowami były wszędzie - w lodówkach, chłodniach, zamrażarkach, urządzeniach do klimatyzacji, dezodorantach i lakierach do włosów. Był też taki film o dziwnych facetach machających mieczami i o tym, że jak wszyscy się wybiją, to ten ostatni dostanie jakąś metafizyczną nagrodę. Film miał tytuł „Nieśmiertelny”. No i z se-quela wynikało, że ten zwycięzca wykorzystał swoją supermoc do zbudowania zastępczej tarczy ozonowej nad umierającą ziemią. A jednak, minęło trochę czasu i stan ozonu, nie bez wysiłku wielu ludzi dobrej woli i mających nadzieję - stan ozonu nad Antarktydą się stabilizuje od jakiegoś czasu. Nie znam się na tym jakoś szczególnie, ale jakby popatrzeć na wykresy i przyjąć średnią z ostatnich 15 lat, to nawet chyba trochę się podnosi. Może nie jakoś bardzo, ale coś dziwnie mało się o tym ostatnio mówi. I raczej jest dosyć pewne, że chociaż nie jest wesoło - to zagłada, ta zagłada jednak nie nastąpiła. Myślę, że to kwestia wysiłku w imię nadziei. A możesz być pewien, Synku, że wiele nad tym myślałem. I teraz kiedy patrzę jak biegniesz w pola, chociaż mógłbyś przecież iść, bo potrafisz iść, kiedy zrywasz kłosy, obserwujesz ptaszki, kiedy siadamy w trawie na skraju miedzy, patrzymy w niebo, zawracamy, bo komary - myślę o Tobie i nadziei. Wiem, straszą nas tą próżnią nad głową, wyliczane są kolejne minuty, godziny do zagłady. To jest poważna sprawa, nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Świat będzie zielony, albo znikniemy. Tak pewnie będzie, jeżeli czegoś nie zrobię ja, Ty, nie zmusimy tak zwanych rządów, by zrobiły to dla nas i za nas. Ale nadzieja, jest potężną siłą, która nadaje wysiłkom kierunek, pomaga wytrwać w ciężkiej pracy mimo wszystko, pozwala widzieć światło w najciemniejszej nocy. Myślę tak o Tobie, jakbyś był już bardzo daleko, gdzieś uchodzący w życie, w żyto - chociaż jesteś tutaj obok. Ale już taki ja-ja-ja-ja-ja-sam. Bądź dobrym człowiekiem, Synku, dobrym Ziemianinem. Miej nadzieję. Galeria Prowincji ^RADA miech karnawałowy jest czymś więcej niż śmiechem parodii; jest nie bardziej komiczny niż tragiczny; łącząc jedno z drugim jest, rzec można, poważny Julia Kristeva „Słowo, dialog i powieść 148 Maskarada Maskarada, to nieodłączny element karnawału. Świata na opak. Świata, w którym wszystko staje się swoim przeciwieństwem. To, co znaczące wydaje się głupie, a to co zwykle błahe zyskuje śmiertelnie poważny wymiar. Karnawał to bowiem tylko z pozoru czas zabawy. Jego społeczny i kulturowy sens jest znacznie głębszy: pozwala od czasu do czasu zmienić perspektywę. Za sprawą śmiechu i ironii przywraca wszystkiemu, poprzez chwilowe zachwianie zwykłym porządkiem rzeczy, właściwą rangę w hierarchii wartości i priorytetów. Pandemia COVID19, nie będąc bynajmniej niczym zabawnym, ma w sobie coś z karnawału. Świat stoi na głowie, co zmusza do refleksji. Wezwanie, aby „zachować dystans” zyskuje - nie przestając być praktyczną wskazówką z zakresu profilaktyki zdrowia - także metaforyczne znaczenie. No i te maski... Nie wiadomo jeszcze, jak to wszystko się skończy, ale maski pozostaną z pewnością symbolem tego surrealistycznego czasu. Wspólnie z żoną, Katarzyną oraz córkami: Hanią i Zosią, próbowałem udokumentować okres tzw. lockdownu, między marcem a majem 2020 w taki sposób, na jaki w moim odczuciu zasługuje. Pierwsze z prezentowanej tu serii zdjęć trafiło na światową wystawę: #ICPConcer-ned Global Images for Global Crisis w Nowym Jorku, zorganizowaną przez International Center of Photography. Lekcje fatalizmu: gra się takimi kartami, jakie się ma. Dominik Żyłowski 149 Szycie maseczek ochronnych. Na początku pandemii są trudno dostępne, więc szyje się je w domu, zarówno na własne potrzeby, jak i w odpowiedzi na prośby potrzebujących. Muzyka Wacław Bielecki Zapiski melomana w czasie zarazy (3) Po ponad pół roku od początku pandemii zaobserwowałem, że jesienią tu i ówdzie życie muzyczne jakby wracało do normy. Okazało się jednak, że nie jest to takie oczywiste. Na przykład, najsłynniejsza scena operowa świata Metropolitan Opera w Nowym Jorku ogłosiła decyzję o odwołaniu całego sezonu 2020/2021. Dlaczego? Wyjaśnił to dyrektor MET: Ze względu na setki wykonawców, którzy muszą ćwiczyć i występować w niewielkich odległościach, a także z uwagi na rozmiar widowni (3800 miejsc), ustaliliśmy, że wznowienie pracy nie będzie bezpieczne dopóki nie uzyskamy szczepionki, społeczeństwo nie nabierze zbiorowej odporności, a noszenie masek i dystans społeczny przestaną być wymagane. Koronawirusa przechorowała światowej sławy sopranistka rosyjska Anna Netrebko, która z zapaleniem płuc znalazła się w szpitalu. Moskiewskie media informowały, że Netrebko wykonywała jedną z głównych ról w „Don Carlosie” Verdiego w Teatrze Bolszoj w Moskwie. Od tego spektaklu 6 września zaczął się nowy sezon tej sceny. 8 września odbył się następny spektakl, jednak planowany na 10 września został odwołany, gdy okazało się, że zakażony jest inny solista. Pandemia koronawirusa sprawiła, że Teatr Bolszoj nie działał od 16 marca do 6 września. Koszty odwołania spektakli i zwrotu biletów (na widowni może zasiąść 1740 osób) oceniono na ponad 1 mld rubli (13 min dolarów). Netrebko wróciła po wyleczeniu na scenę pod koniec października i zaśpiewała recital w La Scala w Mediolanie. Nie najlepiej dzieje się w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Na początku października miałem apetyt na transmisję on-line z koncertu inaugurującego sezon, gdy w dniu koncertu wyczytałem na stronie internetowej komunikat, że w związku z przypadkiem zachorowania na COVID-19 jednego z muzyków dyrekcja FN podjęła decyzję o przełożeniu koncertów inauguracyjnych na koniec października. Koncert ten udało mi się wysłuchać w tym drugim terminie. Gorzej jest w Operze Bałtyckiej w Gdańsku, z której donoszą, że wystawienie opery „Fidelio” Beethovena przełożono najpierw na koniec października, a następnie na koniec listopada. Na całe szczęście koncerty w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku wykonywane są raczej zgodnie z planem. Jak na to wszystko musi zareagować meloman z prowincji? Trudno, trzeba zastosować się do rady: „Zostań w domu”, i słuchać muzyki z internetu i radia, bo w naszej telewizji klasyki prawie nie ma. Natomiast transmisji streamingowych jest bardzo dużo, więc po- Wacław Bielecki 151 dobnie jak niektóre panie, oglądające codzienne swoje ulubione seriale w telewizji, tak ja słucham codziennie transmisji na żywo jednego czy dwóch koncertów. O wszystkich nie da się napisać, więc utrwaliłem tylko niektóre, znacznie mniej niż połowę. 55 FESTIWAL WRATISLAVIA CANTANS piątek, 11 września 2020 r. Tegoroczny Festiwal Wratislavia Cantans okrojono do zaledwie trzech dni i tylko pięciu koncertów. Pierwszy poświęcony był w całości muzyce zmarłego w marcu Krzysztofa Pendereckiego. Poinformował o tym melomanów dyrektor generalny festiwalu, dyrygent Andrzej Kosendiak. Motto obecnego festiwalu „Światła dla świata” - wyjaśniał mówca -wzięliśmy z hymnu św. Ambrożego, w którym mówi o męczennikach, że są dla ludzi światłami wskazującymi drogę. Myślę, że jest wiele osób, którzy takimi są, a jedną z nich był Krzysztof Penderecki. Program festiwalu ułożony jest tak, by podzielić się z Państwem nadzieją, że świat będzie lepszy. Koncert zaczął się od trzech jego utworów chóralnych: uduchowionego Agnus Dei z „Polskiego Requiem” śpiewanego po łacinie. Po nim usłyszeliśmy majestatyczną Pieśń Cherubinów w języku starocerkiewnosłowiańskim oraz kontemplacyjny hymn O gloriosa Virginum. Chórzyści Narodowego Forum Muzyki byli rozstawieni dość rzadko na scenie, a dyrygował nimi Maciej Tworek, maestro namaszczony przez K. Pendereckiego do prowadzenia jego utworów. Potem były utwory instrumentalne. Najpierw Sinfonietta per archi, w której na początku są piękne sola altówki, wiolonczeli i skrzypiec dialogujące z resztą orkiestry. Kompozytor nawiązał w tym utworze do idei koncertu barokowego, ale muzyka jest współczesna. Może się podobać ze względu na te solówki instrumentów i zmienne tempa. Najdłuższym utworem było Concerto doppioper violino, viola e orchestra. W partiach solowych wystąpiła Roksana Kwaśnikowska na skrzypcach i Artur Rozmysłowicz na altówce. Concerto zaczyna się od bardzo wysokich dźwięków, flażoletów, wykonanych na altówce. Kompozytor nie szczędzi najrozmaitszych trudności technicznych, zarówno skrzypcom, jak i altówce, a fragmenty liryczne przeplatają się z dramatycznymi. Cały koncert zakończył się utworem spinającym go jakby klamrą, albowiem ponownie zostało wykonane Agnus Dei z „Polskiego Requiem”, tym razem w wersji na orkiestrę smyczkową w opracowaniu Borisa Pergamenschikowa. Gdybym miał wybierać, to z obu wersji - chóralnej i instrumentalnej, zdecydowanie wolę tę pierwszą, chóralną z błagalnym, łacińskim, tekstem „Baranku Boży”. Jestem przekonany, że słowo w połączeniu z muzyką ma większą moc odziaływania na słuchacza. Spodobał mi się dyrygent Maciej Tworek, mocno skupiony, a gdzie trzeba bardzo energiczny, prowadzący chór bez batuty wyrazistymi gestami rąk. Po raz pierwszy widziałem go w akcji rok temu w Filharmonii Narodowej w Warszawie podczas dyrygowania „Polskim Requiem” Pendereckiego na festiwalu „Chopin i jego Europa”. 152 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) sobota, 12 września 2020 r. W drugim dniu Festiwalu słuchałem recitalu rosyjskiej sopranistki Julii Leżniewej, jednej ze światowych gwiazd sztuki wokalnej, gdy idzie o wykonawstwo muzyki barokowej. Akompaniowała jej włoska orkiestra kameralna „II Giardino Armonico” grająca na kilkunastu instrumentach historycznych pod batutą Giovanniego Antoniniego, który cały czas śpiewał po cichu razem z solistką, a nawet podczas wykonywania utworów instrumentalnych. Dźwięk wygenerowany przez włoskich muzyków był niesamowity, niezwykle stopli-wy, wyrównany, widać że artyści są ze sobą fantastycznie zgrani. Julia Leżniewa śpiewała kolejno arie z barokowych oper: Griselda, Bajazet, Herkules w Termodoncie Vivaldiego, Silla Garuna i Triumf czasu i rozczarowania oraz Allesandro Handla. Śpiewaczka zachwyciła wrocławskich melomanów swoim pięknym głosem i świetną techniką, niezbędną do wykonywania wymyślnych, barokowych ozdobników. Śpiewała lekko, bez wysiłku pokonując wszelkie trudności techniczne. Jej głos brzmiał mi lepiej w górze, niż w dole skali. Kolejne arie spotkały się z coraz większym entuzjazmem słuchaczy wyrażającym się w głośnych oklaskach, okrzykach oraz owacjami na stojąco. Nic dziwnego, że na koniec usłyszeliśmy aż trzy bisy. niedziela, 13 września 2020 r. Andrzej Kosendiak, dyrygent i dyrektor Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu, fot. Internet Ostatni koncert z podtytułem „Światła dla świata” wykonała „Wrocław Baroque Ensemble” pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka. Poświęcony został muzyce zupełnie nieznanego mi polskiego kompozytora - Jacka (Hiacynta) Różyckiego, szlachcica herbu Doliwa, twórcy działającego w drugiej połowie XVII wieku. Koncert odbył się w kolegiacie Świętego Krzyża i św. Bartłomieja na Ostrowie Tumskim w samym sercu Wrocławia. Wacław Bielecki 153 Różycki jako dziecko trafił do Kapeli Królów Polskich, był śpiewakiem. Po potopie szwedzkim ok. 1660 r. przejął kierownictwo nad kapelą i sprawował ją bardzo długo, bo do śmierci około 1703 r. Był kapelmistrzem za panowania aż 4 monarchów: Jana Kazimierza, Mikołaja Korybuta Wiśniowieckiego, Jana III Sobieskiego i Augusta II Mocnego. Nie był twórcą rozpoznawalnym w skali europejskiej, chociaż znanym w całej Rzeczpospolitej, mimo że nie wydawał swojej muzyki drukiem. Do naszych czasów dotrwała tylko część jego dorobku kompozytorskiego typowego dla muzyki kościelnej lat 70. XVII w., zaledwie 25 utworów. „Wrocław Baroque Ensemble” to zespól składający się ze śpiewaków i muzyków. Zauważyłem tam dziesięciu śpiewaków wykonujących muzykę solo lub w innych, większych składach, w tym 2 soprany chłopięce (dyszkanty), 2 soprany, 2 tenory, 2 kontratenory, 2 basy. W skład orkiestry wchodziło: 3 skrzypiec, altówka, wiola da gamba (poprzedniczka wiolonczeli), violone (podobna do kontrabasu), teorba (arcylutnia), 2 puzony suwakowe, kornet, dulcian (przypominający fagot), pozytyw (przenośne organy). Wszystko to sprawiło, że zespół ten brzmiał zupełnie inaczej, niż grający wczoraj włoski zespół „II Giardino Armonico”. Najciekawszym utworem wykonywanym tego wieczoru wydała mi się Ave sanctissima Maria na sopran, skrzypce solo i basso continuo oraz powtarzający się trzykrotnie Hymn do św. Ambrożego - Aeterna Christi munera, wykonywany przez różne obsady śpiewacze i instrumentalne. Występ wrocławian został przyjęty wielkimi i długimi brawami, po czym publiczność w określonym przez organizatorów porządku, najpierw seniorzy, potem reszta, powoli opuściła świątynię. XXXIX MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL MUZYKI CERKIEWNEJ „HAJNÓWKA 2020” czwartek, 17 września 2020 r. Nareszcie udało mi się posłuchać transmisji z Festiwalu Muzyki Cerkiewnej w Hajnówce. Był koncert inaugurujący z podtytułem „Festiwal śpiewającej duszy”, odbywający się w sali - tu nie ma pomyłki - Opery i Filharmonii w Białymstoku. Był to koncert chóru a capella, czyli śpiewającego bez akompaniamentu, dedykowany kompozytorowi Romualdowi Twardowskiemu w roku Jubileuszu 90-lecia. Wiekowy profesor pełnił funkcję przewodniczącego jury. Śpiewał Polski Chór Kameralny z Gdańska - Schola Cantorum Gedanensis, 24 zawodowych chórzystów, pod dyrekcją Jana Łukaszewskiego. Chórzyści wykonali kilkanaście pieśni cerkiewnych skomponowanych przez Romualda Twardowskiego. Zapowiadał ich dyrektor festiwalu Mikołaj Buszko, który stwierdził, że na festiwal mający się odbyć w maju zgłosiło się 30 chórów z 14 krajów. Niestety, dojechało tylko 6 zespołów chóralnych. Po wykonaniu pieśni zaśpiewano prof. Twardowskiemu „Dwieście lat niech żyje nam.” 154 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) piątek, 18 września 2020 r. Zaczęły się przesłuchania konkursowe dla chórów parafialnych i kameralnych chórów świeckich. Dzisiaj wystąpiły tylko 4 zespoły. Najładniej śpiewał zaledwie 7-osobowy Chór Cerkwi Uspieńskiej z Warszawy. Można było się zachwycać wykonaniem pieśni Triswia-toje Michaela Azowskiego. Pięknie też śpiewał znany mi 23-osobowy chór mieszany „Bel Canto” z Olsztyna pod dyrekcją znakomitego Jana Połowianiuka. Olsztyniacy prześlicznie wykonali Dostojno jest’ Dmitrija Bortniańskiego oraz Alliłuja Romualda Twardowskiego. sobota, 19 września 2020 r. Drugi dzień przesłuchań wypadł gorzej pod względem frekwencji. Z powodu pandemii zamiast pięciu wystąpiły tylko dwa chóry, bo nie dojechali Grecy i dwa chóry z Łotwy. Zamiast greckiego chóru przyjechała tylko sama dyrygentka Nektaria Karantzi, jak się okazało, znakomita śpiewaczka i odtwórczyni repertuaru cerkiewnego i bizantyjskiego, która sama wystąpiła przed publicznością, oczywiście poza konkursem. Na całe szczęście mogłem posłuchać wspaniałego, bułgarskiego chóru „Św. loan Ku-kuzeł - Angiełogłasniat” z Sofii. To kameralny chór męski prowadzony przez Kristiana Popowa. Czternastu chórzystów w sile wieku przepięknie śpiewało pieśni cerkiewne. Było to zachwycające, wręcz idealne wykonanie pieśni, np. Chwalitie Gospoda s niebies loana Kukuzeła lub Błazen muz Grigorija Lubimowa. Opisywany festiwal pokazał, jak trudno jest przeprowadzić cykl koncertów w czasie pandemii, albowiem dezorganizujący je wirus nie śpi, tylko czyni wielkie spustoszenie uniemożliwiające występy artystów. Ile czasu to jeszcze potrwa? O wynikach konkursu nie informuję, bo przy tak niskiej frekwencji nie mają one większego znaczenia. EWA POBŁOCKA I „DAS WOHLTEMPERIERTE KLAVIER” W BYDGOSZCZY środa, 23 września 2020 r. Ewa Pobłocka, laureatka 10. Konkursu Chopinowskiego, pianistka z Gdańska i nauczycielka fortepianu w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy zagrała w tamtejszej filharmonii recital w ramach Bydgoskiego Festiwal Muzycznego w Koronie. W programie były tylko preludia i fugi z I tomu Dos Wohltemperierte Klaoier Bacha, w sumie 48 utworów. Ich wykonanie trwało około 2 godzin z krótką przerwą dla pianistki (publiczność pozostała na swoich miejscach na sali). Koncert ten miał się odbyć w marcu, ale z powodu pandemii został przełożony na wrzesień. Artystka zadedykowała swój występ niedawno zmarłemu dyrygentowi Janowi Krentzowi, o czym na początku powiadomiła publiczność. Preludia i fugi z 1722 r. z Dos Wolhtempeńertes Klavier, czyli „na dobrze temperowany klawesyn”, to jedyny utwór wielkiego kantora z Lipska, który nie został po jego śmierci zapomniany. Jak wiadomo z historii muzyki, aż przez sto lat cała twórczość Bacha nie była Wacław Bielecki 155 Ewa Pobłocka, pianistka, fot. Internet wykonywana. Albert Schweitzer, znakomity znawca twórczości Bacha napisał, że wszelkie komentarze na temat Dos Wolhtemperiertes Klaoier „pozostają czczymi frazesami”. Wiadomo wszakże, że były one wielką inspiracją dla innych kompozytorów: Beethovena, Liszta, Chopina. Pianistka zagrała cały koncert z nut, przewracając kolejne kartki ułożone na fortepianie. Widać było, że nuty były często używane. Starała się urozmaicać tempa, ale były to tempa raczej niezbyt spieszne w wolniejszych utworach cyklu i bardzo żywe w innych. Urozmaicona też była dynamika. Artystka wyraźnie zaznaczała początki tematów w fugach. Szczególnie pięknie, oprócz pierwszego, najbardziej znanego Preludium C-dur, zabrzmiały żywiołowe Preludia nr 2 c-moll i nr 5 D-dur i in. Zresztą cały cykl jest bardzo zmienny w nastrojach, od radosnych po melancholijne, uduchowione, jakby nierealne. Było czego słuchać. Trochę byłem, zawiedziony tym, że pianistka grała z nut, bo inni muzycy wykonują Dos Wolhtemperiertes Klavier z pamięci, jak choćby niemłody już brytyjski pianista węgierskiego pochodzenia Andras Schiff. Wydaje mi się jednak, że gra z nut ma też pewne zalety, bo pianista nie musi skupiać się na zapamiętywaniu i dlatego jego wykonanie może być pewniejsze. DOMÓWKA Z MUZYKĄ GITAROWĄ W KRAKOWIE sobota, 26 września 2020 r. Gitarzysta klasyczny Michał Nagy, doktor habilitowany, kierownik Katedry Gitary i Harfy z Akademii Muzycznej w Krakowie dał w internecie półgodzinny koncert. Była to tzw. Domówka, transmitowana na YT z Programu II Polskiego Radia. Muzyk wykonał utwory pięciu kompozytorów: 1) Fernando Bustamante - Misionera, brawurowo zagrana melodia portugalska; 2) Witolda Lutosławskiego - Melodie ludowe (m.in. „Ach, mój Jasień- 156 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) ko pszeniczkę sieje”, „Hej, od Krakowa jadę”, „Nie chcę cię, znać”, „Hejże dzieci, hejże ha, róbcie wszystko to co ja”); 3) Pawła Szymańskiego - Fughetta-, 4) Erika Satiego - Gnosienne; 5) Fernanda Sora - Wariacje na temat „Czarodziejskiego fletu’ Mozarta. Ostatni utwór był jedynym mi znanym w tym recitalu, ale najdłuższym. Części wolne grane były w wolniejszych tempach niż w nagraniach, które dotychczas słyszałem, ale może to i dobrze, bo lepiej można było wsłuchać się w te przepiękne melodie. Program zaproponowany przez wykonawcę był bardzo zróżnicowany, „kolorowy”, jak to sam określił: i klasyka gitarowa, i utwory współczesnych kompozytorów. Michał Nagy to świetny gitarzysta, którego, wstyd się przyznać, jakoś nie dane mi było wcześniej spotkać na muzycznej drodze. Takie oto korzyści przynosi słuchanie Dwójkowej „Domówki”. SIEDEM ŚMIERCI MARII CALLAS W MONACHIUM poniedziałek, 28 września 2020 r. Bawarska Opera Państwowa w Monachium zaczęła sezon artystyczny od wystawienia, także w on-line, spektaklu pt. Siedem śmierci Marii Callas w reżyserii Mariny Abramović, serbskiej artystki intermedialnej, jak to się ją określa. Tytuł przedstawienia pochodzi od siedmiu arii z wybranych oper w których Maria Callas śpiewała i umierała na scenie. Wszyscy zgadzają się, że ta sopranistka uznawana jest za najpiękniejszy głos XX wieku. Arie w przedstawieniu pochodzą z Traviaty, Toski, Otella, Madame Butterfly, Carmen, Łucji z Lammermoor, Normy, a wykonywane były przez siedem śpiewaczek ubranych w podobne stroje, przypominające ubiór zakonnic. Wszystkie arie są poprzedzane muzyką skomponowaną przez Marko Nikodijevića. Muzyka połączona jest z licznymi wstawkami filmowymi, na których w roli Callas widzimy Marinę Abramović. Pod koniec spektaklu odgrywa ona scenę przedstawiającą prawdziwą śmierć Marii Callas w Paryżu w 1977 roku. Jak wiadomo, primadonna assoluta zmarła z powodu niewydolności krążenia. Znaleziono ją leżącą na podłodze łazienki z ramionami wyciągniętymi do przodu. Na całe szczęście w spektaklu nie jest pokazany sam moment śmierci, tylko wejście do łazienki. Maria Callas zostawiła list, w którym kazała rozsypać swoje prochy nad Morzem Egejskim. Moim zdaniem, wstawki filmowe pokazujące na olbrzymim ekranie Marinę Abramović zbytnio zdominowały przedstawienie i pewnie nie wytrwałbym w jego oglądaniu, gdyby nie dyrygent. Był nim Yoel Gamzou, którego na żywo widziałem na początku marca w Filharmonii Szczecińskiej (zob. moją relację w nr 2 „Prowincji” z tego roku). W kanale operowym zachowywał się zupełnie inaczej, niż na estradzie szczecińskiej filharmonii. Podobały mi się jego wyraziste i sugestywne gesty, dostosowane do dramatycznych treści śpiewanych arii. Co prawda, na koniec podczas oklasków pospiesznie wbiegł na scenę i chwyciwszy śpiewaczki za ręce zbyt gwałtownie ciągnął je do ukłonów, ale niech tam... Wacław Bielecki 157 BARENBOIM NA SETNYM FESTIWALU MOZARTOWSKI W SALZBURGU wtorek, 6 października 2020 r. W tym roku po raz setny odbył się Festiwal w Salzburgu. W mieście narodzin Mozarta byłem w roku 2006, kiedy świętowano tam 250 rocznicę urodzin genialnego muzyka. Pamiętam tłumy turystów z całego świata na placu Katedralnym i pod domem narodzin Mozarta oraz uliczny koncert muzyków z Rosji grających na... bałałajkach uwerturę do Cyrulika sewilskiego Rossiniego. Z powodu koronawirusa tegoroczny program został okrojony, ale i tak przez cały sierpień można było tam posłuchać sporo muzyki, bo około 50 różnych koncertów i opery. Festiwal zainaugurowała opera Elektra Richarda Straussa w reżyserii naszego Krzysztofa Warlikowskiego. Jak zwykle w Salzburgu wystąpił argentyńsko-izraelski dyrygent Daniel Barenboim prowadząc „The West-Eastern Divan Orchestra”, którą założył w 1999 roku. Siedziba orkiestry znajduje się w hiszpańskiej Sewilli. Do zespołu zostali zaproszeni młodzi muzycy z Bliskiego Wschodu, a więc z krajów będących ze sobą w różnych konfliktach. Projekt z orkiestrą powstał, bo zdaniem Barenboima na Bliskim Wschodzie możliwy jest pokój między narodami, kulturami i religiami. - Nie próbuję nawrócić arabskich członków orkiestry na izraelski punkt widzenia i nie próbuję przekonywać Izraelczyków do arabskiego punktu widzenia - przekonuje muzyk - ale chcę stworzyć platformę, na której obie strony mogą się nie zgadzać i nie sięgać po noże. Daniel Barenboim w czasie festiwalu wystąpił w podwójnej roli: dyrygował swoją orkiestrą wykonując utwory symfoniczne Wagnera, Schónberga i Bouleza, a oprócz tego dał recital fortepianowy z Sonatą fortepianową As-dur op. 110 oraz z Wariacjami na temat walca Diabellego Beethovena. Półtoragodzinny program wykonał błyskotliwie i wszystko z pamięci, co z podziwem oglądałem na ekranie laptopa. W Salzburgu gościli też inni dyrygenci, np. słynny wenezuelski Gustavo Dudamel prowadzący I koncert fortepianowy Liszta z rosyjskim pianistą Jewgienijem Kisinem i Ognistego ptaka Strawińskiego. Wśród pianistów nie zabrakło przesławnej Argentynki Marty Arge-rich, która w czasie wieczoru muzyki kameralnej wraz z francuskim skrzypkiem Renaudem Capuęonem grała utwory Schumanna, Prokofiewa oraz Beethovena. Z tej krótkiej relacji wynika, że Austriacy w Salzburgu dali mocny odpór koronawirusowi. 24 WIELKANOCNY FESTIWAL LUDWIGA VAN BEETHOVENA W WARSZAWIE sobota, 10 października 2020 r. Znak do otwarcia koncertu inaugurującego Festiwal w Filharmonii Narodowej, przełożonego z powodu pandemii z kwietnia na październik, dała Elżbieta Penderecka. Na początku wysłuchaliśmy Chaconny z Polskiego Requiem Krzysztofa Pendereckiego. Bardzo 158 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) Andrzej Boreyko, dyrygent Filharmonii Narodowej w Warszawie, fot. Internet lubię ten elegijny, bardzo śpiewny i niedługi utwór. Potem nastąpiło polskie prawykonanie Adagia molto e maestoso z III części Kwartetu smyczkowego op. 59 Beethovena w opracowaniu na orkiestrę kameralną dokonane przez australijskiego kompozytora i dyrygenta Deana Bretta. Zostało ono świetnie zinstrumentowane w takim stylu, jakby zespół grał symfonię Beethovena. Podziwiałem kunszt transkrybującego, jego niesamowitą wręcz zdolność do uchwycenia charakterystycznych cech beethovenowskiego stylu. Podobnie było z ISymfonią Brahmsa. Kompozytor ten dość długo zwlekał się z pisaniem symfonii i w końcu stworzył je tylko cztery. Pierwsza wyraźnie nawiązuje do Beethovena. Z łatwością można wyróżnić w niej typowe dla klasyka wiedeńskiego frazy melodyczne znane z jego symfonii czy koncertu skrzypcowego, lub charakterystyczne uderzenia kotłów. Jeszcze wyraźniej słyszy się to w finale, gdzie melodia nawiązuje do „Ody do radości” z IX Symfonii Beethovena (melodia ta stała się hymnem Unii Europejskiej). Po premierze I Symfonii jesienią 1876 roku krytycy wykryli natychmiast „duchowe pokrewieństwo Brahmsa z Beethovenem” i dlatego nazwali pierworodne dzieło Brahmsa „X Symfonią”. Maestro Andrzej Boreyko, od roku dyrektor artystyczny Filharmonii Narodowej, oba utwory poprowadził niespiesznie, dyrygując je, to samymi rękoma, to z batutą. Podobały mi się jego plastyczne gesty i olimpijski spokój, z jakim to robił. Muzycy orkiestry zostali usadzeni na estradzie w dalszej odległości od siebie. Grali bez masek z wyjątkiem jednego skrzypka. Koncert spodobał się publiczności, także rzadko rozsadzonej w sali i w maskach, bo końcowe oklaski trwały prawie 5 minut. Wacław Bielecki 159 wtorek, 13 października 2020 r. Z Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej transmitowany był koncert pod nazwą „Romantyczny duet”. W programie były utwory napisane przez polskich kompozytorów: Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, Józefa Nowakowskiego, Henryka i Józefa Wieniawskich oraz Fryderyka Chopina. Duety grali: skrzypek Piotr Pławner, pianista Łukasz Krupiński i wiolonczelistka Karolina Jaroszewska. Z utworów tych najbardziej spodobał mi się Grand Duo Polonaise na skrzypce i fortepian braci Wieniawskich. Po uroczystym wstępie muzycy najpierw dosłownie cytują, a następnie wykonują wariacje na temat trzech melodii. Zaczynają od Kozaka Stanisława Moniuszki - Tam na górze jawor stoi. Wariacje grane są na zmianę to przez skrzypce, to przez fortepian. Jest to miejsce na popis skrzypka i pianisty. Dopiero po tym grany jest zapowiadany w tytule Polonez, poddany wirtuozowskim wariacjom po temacie, z flażoletami i akordami skrzypiec oraz oktawami fortepianu. Ostatnim zaprezentowanym utworem była Sonata g-moll na fortepian i wiolonczelę Fryderyka Chopina. Jako solistka wystąpiła młoda wiolonczelistka Karolina Jaroszewska. Grała bardzo pięknie, ale za nic nie mogłem skupić się na muzyce. Dlaczego? Bo wiolonczelistka grała w masywnej, jasnobeżowej masce z czarnymi otworami filtrów szczelnie zakrywającej usta i nos, a nie w takiej zwykłej „zakrywajce”. Wyglądało to wręcz kosmicznie, tym bardziej że artystka bardzo przeżywała muzykę i nie siedziała spokojnie. Grała wszystko z pamięci. Nie mogłem przyzwyczaić się do tego widoku, nigdy bowiem w życiu nie widziałem solisty grającego w kosmicznej masce. Widać, że do takiego widoku, z zakrytą twarzą przyjdzie się przyzwyczaić. sobota, 17 października 2020 r. Dzisiejszy koncert można by opatrzyć słowami pewnej pieśni zaczynającej się od słów: „To idzie młodość”, bowiem wykonawcami byli: 25-letni pianista Andrzej Wierciński, 28-letni dyrygent Dawid Runtz oraz najmłodsza polska orkiestra Sinfonia Iuventus działająca od 12 lat. Koncert zaczął się od prześlicznej Arii z Trzech utworów w dawnym stylu Krzysztofa Pendereckiego. Potem Koncert fortepianowy e-moll Chopina wykonał Andrzej Wierciński. Ten młody pianista, studiował w Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie prof. Wojciecha Świtały. W 2015 r. dostał się do półfinału XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, a w ubiegłym roku został zwycięzcą Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego we francuskim Saint-Priest. Wierciński koncert Chopina zagrał świetnie. Z jego rozmowy z redaktorem Polskiego Radia dowiedzieliśmy się, że pianista nie odpuszcza i chce ponownie wystartować w przełożonym na przyszyły rok Konkursie Chopinowskim. - Nie uważam, że w 2015 roku byłem na tyle dojrzały, by występować na estradzie Filharmonii Narodowej. To nie była jeszcze ta muzyka, która nadawała się, żeby pokazać ją całemu światu i nie czułem się w stu procentach pewny tego, co chciałem przekazać za pomocą dźwięków. 160 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) Na zakończenie usłyszeliśmy romantyczną Symfonia c-moll Felixa Mendelssohna-Bar-tholdyego. W czasie wykonywania utworu można się było dokładnie przyjrzeć pracy młodego dyrygenta Dawida Runtza, pochodzącego z Wejherowa. Jest on ostatnim uczeniem maestra Antoniego Wita na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Później dokształcał się w zakresie dyrygentury u sławnych mistrzów: Riccarda Mutiego we włoskiej Rawennie i Daniela Gattiego w Amsterdamie. Od 2017 r. w wieku 25 lat został pierwszym dyrygentem Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie. W jednym z wywiadów tak opowiadał o technice dyrygowania: Gesty dyrygenta muszą odpowiadać muzyce, musimy też pamiętać, by służyły i pomagały orkiestrze w precyzyjnej grze. Im trudniejsze i bardziej skomplikowane fragmenty, tym bardziej upraszczam swój ruch, żeby muzyk miał pełną jasność. We wszystkich utworach tego wieczoru grała Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus im. Jerzego Semkowa powstała w 2008 r. Zespół jest instytucją państwową, której głównym celem jest stworzenie młodym muzykom szansy na debiut orkiestrowy i przygotowanie ich do pracy w podobnych zespołach zawodowych. W skład orkiestry wchodzą najzdolniejsi absolwenci i studenci akademii muzycznych, którzy nie ukończyli 30 lat, więc następuje stała rotacja muzyków ze względu na wiek. Nabór nowych członków odbywa się na zasadzie przesłuchań, starsi odchodzą, a w ich miejsce przychodzą młodsi. Miło było słuchać dzisiejszego koncertu, bo jak się osiągnęło wiek starości, to z coraz większą przyjemnością ogląda się występy ludzi młodych. Można pozachwycać się nie tylko ich muzycznymi talentami, ale i urodą. wtorek, 20 października 2020 r. Na Festiwalu mogłem posłuchać transmisji opery komicznej Faniska Luigi Cherubi-niego w wykonaniu solistów oraz Orkiestry Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Łukasza Borowicza. Ta zapomniana opera została wystawiona w wersji koncertowej z uwagi na polską tematykę. Jej akcja rozgrywa się bowiem w Polsce na zamku magnata Zamoskiego (!) starosty sandomierskiego. Więzi on w lochach Faniskę, żonę starosty rawskiego Ra-sińskiego. Wszystko kończy się dobrze, albowiem Fanisce udaje się zbiec do męża. Jak wyjaśnia prof. Daniel Golianek w swojej rozprawie dotyczącej tematyki polskiej w dziełach kompozytorów zagranicznych, tego rodzaju opery należą do grupy określanej jako „Ret-tungsoper”, czyli „oper ratunkowych”, albowiem ktoś w nich kogoś ratuje (Rettung znaczy po niemiecku - ratunek). Główną rolę Faniski pięknie zaśpiewała sopranistka Natalia Rubiś, a towarzyszyli jej m.in. bas Robert Gierlach jako Zamoski oraz tenor Krystian Krzeszowiak śpiewający partię Rasińskiego. Chociaż podczas premiery Faniski w 1810 r. w Wiedniu wykonywano ją w języku niemieckim, to teraz w Warszawie usłyszeliśmy wersję włoską. Niestety, realizatorzy nie pokusili się o wyświetlanie tłumaczenia, co mocno utrudniało odbiór. Prawdę powiedziawszy, muzyka Cherubiniego nie porwała mnie, a przecież wywarła ongiś duży wpływ na Haydna i Beethovena, u którego można te wpływy odkryć w operze Fidelio. Spodobała się też publiczności w sali Filharmonii Narodowej. Wacław Bielecki 161 czwartek, 22 października 2020 r. Mimo wielu perypetii dzisiaj zakończył się 24 Wielkanocny Festiwal im. Ludwiga van Beethovena. Koncert finałowy zaczął się od Adagietta na obój i orkiestrę smyczkową z opery „Raj utracony” Krzysztofa Pendereckiego. Następnie Andrzej Wierciński zagrał z młodzieńczą pewnością i polotem III Koncert fortepianowy Beethovena. Wszystkie koncerty tego kompozytora odznaczają się wielką śpiewnością i częstymi dialogami między solistą a orkiestrą. Pianista pokazał wirtuozerię, ale nie taką dla samego popisu. Dźwięk fortepianu był perlisty, po prostu śliczny Publiczność zgotowała artyście kilkuminutową owację, po której usłyszeliśmy spokojny utwór na bis. Ostatnim utworem była VII Symfonia Beethovena nazwana przez Wagnera „apoteozą tańca” z powodu drugiej części - słynnego Allegretta, w którym pierwszy temat z charakterystyczną melodią składającą się z pięciu dźwięków, powtarzany jest w wielu wariacjach i w różnych kombinacjach instrumentów. Sinfonia Varsovia wykonała to dzieło z wielką pasją. Jak się dowiedzieliśmy była to ulubiona symfonia Krzysztofa Pendereckiego. Orkiestra z pomniejszoną obsadą smyczków grała znakomicie. Festiwal zakończył się gorącymi oklaskami dla orkiestry i kwiatami dla dyrygenta oraz obecnej na sali Elżbiety Pendereckiej, głównej organizatorki tej imprezy. II FESTIWAL ROMANTYCZNYCH KOMPOZYCJI W WARSZAWIE czwartek, 15 października 2020 r. Hubert Rutkowski, pianista, fot. Internet 162 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) Pianista Hubert Rutkowski, absolwent Akademii Muzycznej im. E Chopina w Warszawie, zagrał na tym festiwalu recital pn. Muzyka uczniów Chopina. Pracuje on obecnie w Hochschule fiir Musik und Theater w Hamburgu, gdzie jest kierownikiem Katedry Fortepianu. Ten znakomity muzyk dokonał pierwszego w historii nagrania dzieł fortepianowych Juliana Fontany, przyjaciela Chopina oraz pierwszego w Polsce nagrania płytowego utworów Teodora Leszetyckiego, sławnego nauczyciela gry na fortepianie w Wiedniu. Hubert Rutkowski założył w Warszawie w 2007 r. Towarzystwo Muzyczne im. Teodora Leszetyckiego i jest jego prezesem. W 2010 r. nagrał płytę z muzyką uczniów Chopina. Właśnie utwory z tej płyty były prezentowane na recitalu. Cały koncert wykonał z pamięci, a grał niezwykle pewnie i swobodnie. Uwielbiam takich pianistów, co to siadają do fortepianu i grają tak, jakby dźwięki wylatywały im spod palców leciutko, jak z rękawa. Aby tak grać trzeba mieć kapitalną pamięć muzyczną i olśniewającą technikę. Z godzinnego recitalu w Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej zapamiętam najpewniej: roztańczonego Walca Des-dur Thomasa Tellefsena; nastrojowego Nokturna As-dur Adolfa Gutmanna; żywiołowe, utrzymane w zmiennych i kontrastowych tempach Impromptu b-moll Carla Filtscha oraz cudnego Poloneza g-moll Karola Mikulego, ostatniego ucznia Chopina, który przez długi czas działał we Lwowie. No i jeszcze zagraną na zakończenie Fantazję na tematy hiszpańskie i amerykańskie opatrzoną tytułem „Hawana”, skomponowaną przez Juliana Fontanę. Dotychczas Fontana kojarzył mi się jako bliski przyjaciel Chopina i kopista jego dzieł oraz ten, który nie wykonał ostatniej woli Chopina, aby zniszczyć niektóre jego kompozycje. Tymczasem okazało się, iż jest on kompozytorem zdolnym do stworzenia niezwykle efektownego utworu w którym pobrzmiewają rytmy tanga i hiszpańskich melodii, miniatury wymagającej od wykonawcy niesamowitej wirtuozerii. Rozochocona publiczność domagała się bisu. Do tego nie trzeba było pianisty długo namawiać. Wykonał na bis aż cztery utwory, a wśród nich powtórzył Noktuma Gutmanna, ale tym razem na współczesnym fortepianie Bliithnera z Lipska, na którym grał od połowy recitalu. Wcześniej wykonywał repertuar na fortepianie londyńskiej firmy John Broadwo-od & Son. Można więc było porównać brzmienia obu instrumentów. Moim zdaniem, lepszy dźwięk dochodził z Bliithnera. W KRAKOWIE ZAGRAŁA „VIOLA ORGANISTA” niedziela, 18 października 2020 r. Na Festiwalu Pianistycznym w Krakowie grał na bardzo dziwnym instrumencie - „violi organista”, czyli fortepianie smyczkowym (!) Sławomir Zubrzycki. Instrument ten zbudował w 2013 r. na podstawie szkiców Leonarda da Vinci. Na zewnątrz viola organista wygląda jak fortepian z normalną biało-czarną klawiaturą. Cała tajemnica instrumentu tkwi w środku. Zamiast mechanizmu z młoteczkami znajdują się tam liczne koła, które obracając się pocierają struny i w ten sposób wydobywają dźwięk, tak jak na instrumentach smyczkowych. Wacław Bielecki 163 Na program wieczoru złożyło się kilkanaście krótkich utworów z okresu Średniowiecza i Renesansu, a więc znanych raczej specjalistom i niezbyt często granych. Wśród kompozycji były utwory napisane przez: Josquina des Prez, Andrea Gabrielego oraz Polaków: Jana z Lublina - Taniec Hajducki, Jeszcze Marcinie oraz Wojciecha Długoraja - Vilanella. Muzyka wykonywana na violi organista brzmi tak, jakby instrumenty smyczkowe grały pojedyńczo lub kilka w niewielkim zespole. Dźwięk jest niezbyt głośny i mało urozmaicony pod względem zróżnicowania siły, ale miły dla ucha. Co dziwne, prawie nie słychać skrzypienia „smyczka”, a raczej obracającego się koła pocierającego struny. Na dłuższą metę słuchanie jest dość nużące, bo ta muzyka wydaje się monotonna i przez cały czas jest tak samo średnio głośna. Odebrałem ją jako muzykę wyciszającą o charakterze relaksacyjnym. KONCERT KAMERALNY Z NOSPR W KATOWICACH piątek, 23 października 2020 r. W programie były tylko dwa utwory czeskich kompozytorów: Koncert na trio fortepianowe i orkiestrę smyczkową Bohuslava Martinu oraz Serenada E-dur na orkiestrę smyczkową Antonina Dvofaka. Na wielkiej estradzie w sali NOSPR zasiedli młodzi wykonawcy: Tymoteusz Bies - fortepian, Natalia Kurzac-Kotula - wiolonczela, Piotr Tarcholik - skrzypce oraz Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. Dyrygował sprowadzony w nagłym zastępstwie młody Francuz Lionel Bringuier. Utwory Bohuslava Martinu są bardzo rzadko wykonywane w Polsce, albowiem ten czeski kompozytor nie jest postacią znaną. Nazywany bywa „chłopcem z wieży”, ponieważ w dziecięcych latach mieszkał z rodzicami w mieszkaniu znajdującym się na wieży kościelnej w małym miasteczku Policka w Pardubickim Kraju (po naszemu - województwie). A mieszkał tam dlatego, bo jego ojciec z zawodu szewc, czuwał jako strażak nad wieżą. Musiał pilnować, żeby nie wybuchł pożar, oprócz tego nastawiał zegar i dzwonił na Anioł Pański. Obecnie w Polićce znajduje się muzeum poświęcone kompozytorowi oraz jego grób przeniesiony ze Szwajcarii po 40 latach od śmierci. Twórczość Bohuslava Martinu zaliczana jest do nurtu muzyki neoklasycznej i w takiej konwencji skomponowany jest zaprezentowany w NOSPR koncert składający się z czterech części. Z wyjątkiem spokojniejszego Andante, pozostałe części są dynamiczne, ruchliwe i radosne, a nawet żywiołowe, jak Scherzo. Nie ma typowych melodii, więc trudno jest zapamiętać tę muzykę i odróżnić od wielu innych utworów tego typu. Wszystko to niby trzyma się systemu dur-moll, ale harmonia jest zdominowana przez dysonansowe akordy. Spośród trojga solistów dominująca partię gra fortepian. Za jego klawiaturą zasiadł świetny pianista Tymoteusz Bies, zwycięzca pierwszej edycji Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w 2018 r. W tym roku został zakwalifikowany do Konkursu Chopinowskiego i jak dobrze pójdzie, to usłyszymy go w roku przyszłym, na który to konkurs został przeniesiony. O Serenadzie E-dur na orkiestrę smyczkową Antonina Dvofaka nie ma co pisać, bo to zbyt znane arcydzieło muzyki kameralnej. Winylową płytę czeskiej wytworni Supraphon 164 Zapiski melomana w czasie zarazy (3) z tym utworem przechowuję w swoich zbiorach chyba od pół wieku. W przeciwieństwie do słuchanego poprzednio utworu Martinu, Serenada jest łatwo rozpoznawalna od pierwszych dźwięków, a piękno zawartych w niej melodii jest nie do opisania. Koncert został przyjęty gorącymi oklaskami. Transmisja internetowa stała na wysokim poziomie pod względem jakości dźwięku i obrazu. Od razu po koncercie zaproszono Tymoteusza Biesa na pustą estradę. Z przeprowadzonej rozmowy dowiedzieliśmy się, m.in., że był kształcony na solistę i dotychczas nie miał dużych możliwości grania w zespołach kameralnych. O swoim dzisiejszym występie powiedział, że bardzo dobrze go ocenia, jest zadowolony i szczęśliwy. „CZARNY MOZART” I GDAŃSKI FORTEPIAN WISZNIEWSKICH sobota, 24 października 2020 r. Z audycji uśmiechniętego i dowcipnego pianisty Waldemara Malickiego nadanej na falach Programu II Polskiego radia pt. Upiór w eterze, dowiedziałem się sporo o zapomnianym kompozytorze francuskim zwanym „czarnym Mozartem”. Był to Joseph Bologne -Chaevalier de Saint-Georges, Mulat, urodzony na Gwadelupie, znakomity skrzypek, kompozytor i mistrz fechtunku, niepokonany szermierz. W swoim czasie był bardzo popularny, a jego kompozycje np. Koncert skrzypcowy są nieomal tak piękne, jak dzieła Mozarta. Inny Mulat, George Brigdetower urodził się w Białej Podlaskiej na dworze księcia Hieronima Radziwiłła. Był świetnym skrzypkiem, który tak zainteresował Beethovena, że ten dedykował mu Sonatę A-dur na skrzypce z fortepianem. Sonata ta obecnie nazywana jest Kreuzterowską, od nazwiska sławnego skrzypka, któremu ostatecznie Beethoven ją zadedykował po tym, jak Brigdetower obraził znane mu panie. Rudolf Kreutzer nigdy nie zagrał tej sonaty. Niewdzięcznik. Po południu słuchałem ze strony internetowej miasta Gdańska transmisji z koncertu w Dworze Artusa, którego celem była prezentacja wyremontowanego fortepianu gdańskiej firmy Wiszniewskich. Instrument ten ma 190 lat. Zagrał na nim dziekan Wydziału Instrumentalnego Akademii Muzycznej w Gdańsku Maciej Gański. Już pierwsze nuty wydobyte z instrumentu okazały się dla mego ucha mniej dźwięczne, od razu było słychać, że nie jest to instrument współczesny. Dźwięk jest mniej nośny, „krótszy”, taki bardziej perkusyjny, ale swoiście ładny. Wydaje mi się, że jest to słabszy instrument w porównaniu do współczesnych mu fortepianów francuskich Pleyela czy Erarda lub niemieckiego Bechsteina. SPÓŹNIONA INAUGURACJA W FILHARMONII NARODOWEJ piątek, 30 października 2020 r. Dopiero w końcu października odbył się w Filharmonii Narodowej koncert inaugurujący sezon artystyczny 2020/2021. Został on przeniesiony z początku października z po- Wacław Bielecki 165 wodu choroby Covid-19 jednego z muzyków. Orkiestra zagrała kolejno cztery utwory bez przerwy dla publiczności. Na początku było polskie prawykonanie utworu Beethovena Rondo i Capriccio „Die Wut iiber den verlorenen Groschen” („Wściekłość z powodu zgubionego grosza”) w opracowaniu na orkiestrę. Ten młodzieńczy i radosny utwór Beethovena został zagrany lekko i z wdziękiem. Głównym punktem programu był III Koncert na fortepian, orkiestrę smyczkową i kotły Miłosza Magina, polskiego kompozytora i pianisty, który na V Konkursie Chopinowskim w Warszawie w 1955 r. otrzymał wyróżnienie. Magin na stałe aż do śmierci mieszkał we Francji. Jego dzieło zostało wykonane przez francuskiego pianistę Lucasa Debargue. Koncert Magina jest bardzo przyjemny w słuchaniu, bo przypomina romantyczne koncerty fortepianowe. Jest efektownie zbudowany na zasadzie kontrastu, gdy idzie o tempo i siłę dźwięku. Kotłów tu aż tak wiele nie słychać, a najwięcej - w II wolnej części Adagio, ale to nie kotły tam grają bardzo cichutko, tylko tołumbas, czyli wielki bęben. W obu szybkich częściach fortepian prowadzi dialog z orkiestrą, raz jest to dialog gwałtowny, grany z ogniem, a po chwili spokojny. Młody pianista Lucas Debargue okazał się wspaniałym wykonawcą tej trudnej do zagrania muzyki. Świetnie współgrała z nim orkiestra pod batutą Andrzeja Boreyki. Po zakończeniu odezwały się huczne oklaski i okrzyki: brawo!, co skłoniło artystę do zagrania bisu. Wykonał atrakcyjną w słuchaniu Sonatinę Miłosza Magina. Oda do słów Friedricha Schillera z muzyką Johannesa Brahmsa pt. Ndnie została wykonana przez orkiestrę i Chór Filharmonii Narodowej umieszczony na balkonie sali. Zaśpiewano ją po niemiecku. Utwór zaczyna się od słów: Nawet piękne musi umrzeć! Nawiązuje zatem do pieśni towarzyszącym procesjom pogrzebowym w starożytnym Rzymie. Jak podają znawcy poezji, przedmiotem lamentu w tekście Schillera „nie jest śmierć konkretnej osoby, ale abstrakcja samego Z Publiczność przyjęła utwór długimi, ciepłymi oklaskami, wywołując do ukłonów również kierownika Chóru FN Bartosza Michałowskiego. Ostatnim utworem była słynna VIII Symfonia h-moll Franza Schuberta, zwana „niedokończoną”. Do dzisiaj między muzykologami trwają spory, dlaczego nie została dokończona, ale zostawmy ten wątek. Andrzej Boreyko zadyrygował dziełem rękoma, bez batuty. Na koniec wytwornym skłonem głowy podziękował orkiestrze. Było to bardzo ujmujące. Długie oklaski sprawiły, że usłyszeliśmy bis, krótki utwór o takim samym tytule jak u Brahmsa: Ndnie - z muzyką rosyjskiego kompozytora Anatola Liadowa, ale napisany tylko na orkiestrę. Andrzej Boreyko zadedykował go zmarłemu niedawno polskiemu dyrygentowi i kompozytorowi Janowi Krentzowi oraz - o czym mówił z wielkim wzruszeniem - Aleksandrowi Wiedernikowi, swojemu przyjacielowi, głównemu dyrygentowi teatru Michajłowskiego w Petersburgu, który w wieku lat 57 zmarł ubiegłej nocy na koronawirusa. Dorota i Jarosław Kowalscy SZLAK POŁAMANYCH SEMAFORÓW NA MAZURACH CZYLI HISTORIA TRASY KOLEJOWEJ GOŁDAP-ŻYTKIEJMY 'Żeby pokochać to miejsce wystarczy uświadomić sobie, że można je utracić”. Magiczna prowincja 168 Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach czyli historia trasy kolejowej Gołdap-Żytkiejmy Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach to trasa, która powoli odchodzi w zapomnienie. Bo o ile bywalcy Mazur Garbatych znają wybrane jej elementy to często nie zdają sobie sprawy, że razem tworzą one jedną z najbardziej malowniczych, dawnych tras kolejowych w Polsce. W średniowieczu północno-wschodnia część Wielkich Jezior nazywana była “płonącym pograniczem”. Tereny te należały do bałtyjskiego ludu Jaćwingów uważanego czasem za plemię pruskie. Niedostępne ziemie w pełni zagospodarowali Niemcy na przełomie XIX i XX wieku. Trasa, o której chcemy opowiedzieć powstała w latach 1907 - 1927. Połączyła wieś Botkuny leżącą tuż za Gołdapią z Żytkiejmami a dalej Gusiewiem na północy, leżącym obecnie po rosyjskiej stronie. W Gołdapi kolej wówczas już była, a nową linię podłączono do już istniejącej z Oleckiem. Była to część strategicznej dla Prus Wschodnich magistrali kolejowej z Chojnic, która dochodziła aż na obecną Litwę do Kalwarii i Olity. Linia kolejowa z Botkun do Żytkiejm biegła na skraju przepięknej, ukochanej przez Cesarza Wilhelma II - Puszczy Rominckiej, szczególnie wielki krąg robiąc za Stańczykami, przez Pobłędzie, a dalej do Żytkiejm. Miała długość 35 kilometrów. Podróż z Gołdapi do Żytkiejm trwała godzinę i 6 minut. Od 1933 ruch ograniczono ponieważ wielki łowczy III Rzeszy - Hermann Goering uznał Puszczę Romincką za teren zastrzeżony dla poufnych spotkań dygnitarzy niemieckich. Trasa wiodła niezwykle malowniczym terenem. Kolej przecinała mocno urozmaicony i pofałdowany teren Mazur Garbatych z licznymi jarami, wąwozami, dolinami rzek Jarki, Błędzianki i Bludzi. Dlatego na tej trasie zbudowano solidne mosty i wiadukty, które chociaż kolei dawno już nie ma, nadal są niemymi świadkami historii tych ziem. Każdy z nich ma ponad sto lat i nadal zachwycają pięknem i rozmachem architektonicznym. Przechodząca przez te tereny w 1944 roku - Armia Czerwona rozebrała i wywiozła wszystko co dało się wywieźć. Pozostały wiadukty, mosty i pamięć. STACYJKA I MOSTY W BOTKUNACH Na trasie tej zachowało się zaledwie kilka stacyjek. Tak jak ta w Botkunach, na początku trasy. Głównie dzięki temu, że po wojnie gdy linię kolejową zamknięto, stała się domem mieszkalnym dla miejscowych. Przy budynku zostały jeszcze tory, na których rosną obecnie dorodne maliny oraz znalazł miejsce, zadbany ogródek warzywny. Stąd już wiedzie prosta, szutrowa droga do mostów kolejowych w Botkunach. Znajdują się one ponad dwa kilometry dalej od dawnej stacji. Gdy pierwszy raz ujrzeliśmy ukryte w lesie 15 metrowe mosty nad rzeką Jarką, oczyma wyobraźni poczuliśmy klimat Hogwartu. I musimy to jasno powiedzieć. Mosty w Botkunach to nasze absolutne odkrycie roku 2020, hit, który polecamy każdemu niezależnie od pory roku. Mamy nawet wrażenie, że im gorsza pogoda tym mosty wydają się ładniejsze. Szczególnie w deszczu, po deszczu i we mgle w Botkunach dzieje się magia. Mosty są własnością PKP, które wyłączyło je z użytkowania, z uwagi na brak barierek ochronnych. Jednak z trasy i mostów wciąż korzystają rowerzyści. Podobnie jak pozostałe, Dorota i Jarosław Kowalscy 169 170 Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach czyli historia trasy kolejowej Gołdap-Żytkiejmy mosty w Botkunach najprawdopodobniej zostały zaprojektowane przez włoskich architektów i dlatego stylem przypominają akwedukty. MOSTY I WIADUKT W KIEPOJCIACH Wieś Kiepojcie to bodaj najbardziej atrakcyjne pod względem liczby i wielkości obiektów miejsce na trasie. Większość z bywalców zna wiadukt, który łatwo można odnaleźć i jest do niego prosty dojazd. Natomiast wystarczy odjechać kilkaset metrów dalej od głównej trasy, skręcić w lewo za drewnianym posągiem Jezusa Frasobliwego, by dotrzeć do naprawdę niezwykłych mostów w Kiepojciach, które przenosiły ruch nad doliną rzeczki Bludzi. MOST W KIEPOJCIACH - “MAŁE STAŃCZYK!” Jako żywo przypominają one te ze Stańczyk. Dwa wysokie na 15 m i długie na 50 m, trzyprzęsłowe mosty. Jeden, na którym były ułożone tory został wykonany z żelazobetonu i cegły. Drugi zapasowy już tylko z żelazobetonu. Idea podwójnej konstrukcji była prawdopodobnie wzorowana na obiektach budowanych na zachodzie Niemiec, w Austrii, Francji i Szwajcarii. W przypadku zniszczenia jednego mostu dawała szansę na szybkie ułożenie na istniejącym nasypie drugiego toru. Nas absolutnie zachwyciły mosty i ich położenie bo praktycznie nie ma tu ludzi. Mało kto odnajduje to miejsce, chociaż Google Maps dobrze radzą sobie z poprowadzeniem trasy. Swój ogrom najlepiej prezentują gdy stoi się u podstawy, nad brzegiem rzeki Bludzi. Da się też wejść na górę chociaż zalecamy ostrożność bo podobnie jak w Botkunach barierek brak. A i tak najlepsze są widoki z lotu ptaka, sorry — drona :). Mosty w Kiepojciach to nasze, mazurskie odkrycie roku 2020 - nr 2, które śmiało może rywalizować ze słynnymi Stańczykami. MOSTY W STAŃCZYKACH Pod każdym względem naj... Największy w Polsce, nieczynny most kolejowy, którego długość to ponad 180 metrów a wysokość 36 metrów na poziomem terenu. Został wpisany do rejestru zabytków. Żelbetowa konstrukcja, składająca się z pięciu przęseł o równej, 15 metrowej długości, przerzuciła ruch kolejowy nad głęboką i rozległą doliną rzeki Błędzian-ki. Pierwszy z mostów, północny, powstał w latach 1912-14. Drugi, południowy, w latach 1923-26. Podobnie jak w Kiepojciach tor położono tylko na moście północnym. Pierwszy pociąg przejechał po nim 1 października 1927 roku. Dziennie jeździły trzy składy. W późniejszym okresie, w weekendy i święta uruchomiono czwarty pociąg, który w okolice rzeki Błędzianki dowoził turystów, grzybiarzy i wędkarzy. GOLUBIE - WIEŚ, KTÓREJ NIE MA I WIADUKT W MACIEJOWIĘTACH Jadąc trasą rowerową, cztery kilometry dalej, trafiamy na wieś Maciejowięta. Z boku, w dole, ukryta w wąwozie skrywa się dawna trasa kolejowa i wiadukt, które powoli przej- Dorota i Jarosław Kowalscy 171 172 Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach czyli historia trasy kolejowej Gołdap-Żytkiejmy muje przyroda. A dalej jest a właściwie była, mazurska wieś Golubie, doszczętnie zniszczona jako pierwsza niemiecka wieś na drodze 3 Frontu Białoruskiego Armii Czerwonej, pod koniec II wojny światowej. Część ludności udało się schronić w lasach, i wróciła ale w latach 70-ych została zmuszona do emigracji, pod naciskiem władz ZSRR, którym zależało na wymazaniu pamięci o pogromie. Przed wojną, wieś miała duże znaczenie. Był tu dworzec kolejowy, z którego jeden tor biegł do Żytkiejm a drugi nad jezioro Hańcza do słynnej Błaskowizny. Był też posterunek celny i żandarmeria. Obecnie pozostały pola i porastające drzewami fundamenty dawnych zabudowań. STACYJKA I WIADUKT W POBŁĘDZIU Jadąc dalej w stronę Żytkiejm trafiliśmy na przepiękny, dobrze zachowany budynek stacyjki w Pobłędziu. Tutaj również budynek stał się na szczęście domem mieszkalnym. I chyba prezentuje się najlepiej ze wszystkich stacyjek na Szlaku Połamanych Semaforów. Po dawnej linii kolejowej nie ma śladu, jest za to piękna szutrowa droga, idealna dla rowerów. Obok znajduje się jezioro Pobłędzie, którego wody zaliczane są do pierwszej klasy czystości. A jeszcze dalej wiadukt przecinający lokalną drogę do Deguć. STACJA W ŻYTKIEJMACH Końcowa stacja naszego Szlaku Połamanych Semaforów znajdowała się w Żytkiejmach. Zachowały się budynki stacyjne, które podobnie jak w Botkunach, Dubeninkach, Błąka-łach i Pobłędziu są zamieszkane. W tym wielki budynek z podniszczonym ale wciąż widocznym napisem „Schittkehmen”. Sam budynek dworca w Żytkiejmach został zniszczony. Dawniej w Żytkiejmach była lokomotywownia, obrotnica, wieża ciśnień. Nocowały dwa parowozy, które codziennie rano ruszały w drogę w przeciwnych kierunkach, do Bot-kun i Gumbina, obecnego Gusiewa w Rosji. Pozostał nasyp kolejowy biegnący w stronę Stańczyk i wąwóz, którym linia biegła w stronę obecnej Rosji. I tu kończy się Szlak Połamanych Semaforów. Trasa z niezwykłą historią, pięknymi widokami i najczystszym powietrzem. Jeśli szukasz miejsca z dala od ludzi ale za to blisko natury i zwierząt to ten szlak może być właśnie idealnym dla Ciebie wyborem. Dawne torowisko Szlaku Połamanych Semaforów wyznacza skraj Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. W wielu miejscach biegnie po nim lub tuż obok północny szlak trasy rowerowej Green Velo. A dokładnie jedna z jej najbardziej malowniczych tras nazywana nieprzypadkowo - Szlakiem Romnickich Jeleni. Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekśce autorstwa Doroty i Jarosława Kowalskich. Więcej informacji, zdjęć i film na naszej stronie: https://www.szalonewalizki.pl/szlak--polamanych-semaforow-na-mazurach/ Dorota i Jarosław Kowalscy 173 174 Szlak Połamanych Semaforów na Mazurach czyli historia trasy kolejowej Gołdap-Zytkiejmy Dorota i Jarosław Kowalscy 175 Janusz Ryszkowski Recenzje POZY PROZY Czesław Mirosław Szczepaniak, Alfabet wąskotorowy, Tarczyn 2020; „ Trzeci alfabet. Wspomnienia z okolic Kwitnącej Jabłoni”, Tarczyn 2020. Czesław Mirosław Szczepaniak to pisarz niezwykły, z gruntu niezależny i nader osobny. Zwróćmy tylko uwagę na taki fakt: tylko od 1997 roku wydał własnym sumptem dwadzieścia kilka książek-alfabetów (np. ... pestkowy, malinowy, o ciuchci, warszawski, pisany z Ochotą). Kiedyś publikowanie poza oficyną najczęściej było gestem rozpaczy odrzuconego autora, który za wszelką cenę chciał zaistnieć jako człowiek pióra. W przypadku Szczepaniaka jest inaczej, on po prostu oddaje czytelnikowi pod każdym względem własne książki. „Kiedy coś robisz na swoich warunkach, obce jest frycowe -gapowego nie płacisz, żeby się wkupić. Nie musisz skrewić.” Dwa ostatnie alfabety sygnuje Tarczyński Ośrodek Kultury, bo dotyczą tematycznie tamtej małej ojczyzny. „Wąskim torem się rozpisuję, jak pod kolorowym szlaczkiem w zeszycie do języka polskiego, w pierwszej drugiej i trzeciej klasie szkoły podstawowej. Wybrałem formę dłuższego przypisu, niech fruwa po marginesie” - czytamy we wprowadzeniu do „Alfabetu wąskotorowego”. Forma alfabetu służy mu za bardzo pojemną formę, która porządkuje narrację. Co np. kryje się pod hasłem „Kiedy”? „Kiedy mój ojciec słyszał nadjeżdżający pociąg wąskotorowy to wyskakiwał z domu jak strażak. Pędził na podwórze, żeby go przyjąć, jak dyżurny ruchu. (...) Tata patrzył i komento- Czesiow Mirottaw Szczepaniak Czesław M. Szczepaniak Recenzje 179 wał, mówił o numerze lokomotywy i wagonów. Siostra się śmiała, a mama dodawała, że jest chory, gdy nieprzyjmiepociągu." Szczepaniak jest uroczym gawędziarzem, jego ironia nie jest ostra. Nie rani, bardziej wzrusza i porusza. Tworzy przy tym swoistą literaturę sylwiczną. Jak kiedyś wpisywano do szlacheckich ksiąg domowych codzienne wydarzenia, ale też anegdoty, sentencje, nawet całe utwory literackie, tak i Szczepaniak podąża po swojemu tym torem. Niby wąskim, a szerokim jak życie. „Trzeci alfabet. Wspomnienia z okolic Kwitnącej Jabłoni”, czyli gdzieś między Tarczynem a Grójcem, to zbiór epitafiów, pożegnań, wspomnień o tych, co byli tam i odeszli. Krawca, piosenkarza, nastoletnią ofiarę wypadku, dyrektora szkoły, służącą bez nazwiska.... Wielu Szczepaniak poznał w miarę dobrze, innych słabo. „Nie opowiadam faktów; to jest narracja do tego, co widziałem lub słyszałem.” Malując ich sylwetki, zawsze próbuje znaleźć dla każdej z nich indywidualny, wyróżniający odcień. Niektóre wspomnienia mają dwa, trzy a nawet i siedem wariantów. Autor nie zdecydował się, by je ze sobą połączyć. Jak krawiec pokazujący fastrygi, by uświadomić, ile trzeba się jeszcze nabiedzić... Gdyby tak każda prowincja miała swojego krawca słów w drobnej choć części na miarę Szczepaniaka... Lech M. Jakób, Pod żaglem. Fotoopowia-dania, Sorus, Poznań 2020. Jeśli ktoś liczy, że „Pod żaglem” zawiera opowieści przepełnione egzotyką, wielką przygodą, walką z żywiołami, pewnie się zawiedzie. Ale po kolei. Kilka lat po wydaniu fotoopowiadari „Po kiju”, poświęconych jednej z pasji autora - wędkarstwu, przyszła pora na kolejną - żeglarstwo i to śródlądowe. Lech M. Jakób nazwa je „włóczęgą szuwarową”, bo chodzi o pływanie rekreacyjne, niewymagające większych umiejętności, a przy tym coraz bardziej dostępne, bo jacht można sobie bez trudu wyczarterować i nie jest to rujnujący wydatek. Opowieści autora są ograniczone do jednego jeziora, największego co prawda, ale tylko na Pojezierzu Drawskim. Dlaczego skupia się tylko na nim? Ma do niego duży sentyment - przed laty przywieźli go nad jezioro Drawskie rodzice, potem już bywał tu jako dorosły przynajmniej co roku, zabierając na jacht swoje dzieci lub zapraszając znajomych. Czy to mogło stanowić dobry materiał na książkę? Raczej dość średni, jak dziś mawia młodzież, więc to zarazem wyzwanie dla pisarza, by upichcić coś ponad przeciętność (a i w jego jachtowym menu autora nie ma posiłków z konserw, a zupki w proszku są rzadkością). Lech M. Jakób 180 Recenzje potrafi zaciekawić, gdzie trzeba ociera się o pastisz znanych skądinąd motywów (np. spotkanie nimfą wodną), etc. Opowiadając o swojej jachtingowej pasji, dyskretnie próbuje nią zarazić. Gdzieś w tle są praktyczne porady, co np. co zabrać na tygodniowy rejs, bo „co zapomnimy czkawką na wodzie się odezwie”. Jest i słowniczek żeglarski. Opowieści są bogato ilustrowane fotografiami (stąd ich nazwa - fotoopowieści), wykonywanymi większości amatorskim aparatem, co nadaje całości klimat domowego albumu, gdzie daleko ważniejsze bywa dokumentowanie chwili niż artystyczny efekt. A przy okazji autor udostępnia nam swoją książeczkę żeglarską z 1969 roku, gdy był nastolatkiem. Wynika z niej, że nie nosił wtedy imiona Lech... W miniaturze „Dama Kameliowa” bohaterka pani Sylwia nie pamiętała treści romansu Dumasa, czytanego przed wielu laty, jedynie pozostało jakieś wspomnienie, że kończy się tragicznie. Wypożycza więc książkę z biblioteki i a po jej lekturze relacjonuje bibliotekarzowi: „Okazuje się proszę pana (...), że moja skleroza jest większa niż sadziłam. Nic nie zapamiętałam z „Damy Kameliowej”. Nawet jej zakończenia, zresztą bardzo dobrego”. Czytając Pełczyńskiego trzeba być po trosze panią Sylwią. Porzucić schematyczne myślenie, lekturowe nawyki, dać wciągnąć się w swobodną grę skojarzeń, choć nie dowolną. Pogodzić się, że w strategii pisarskiej Pełczyńskiego brak pointy może być właśnie Grzegorz Pełczyński, Kryminały i romanse, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2019. Grzegorz Pełczyński (socjolog, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego) celuje w krótkich i wręcz miniaturowych formach prozatorskich, nawet jego zbiór szkiców naukowych zdradzał ten pisarski genotyp, bo nosił tytuł „Mniejsze mniejszości”. Styl ma także oszczędny, zdania powyżej 15 wyrazów są rzadkością. Tomik „Kryminały i romanse” liczy sobie raptem 30 stron i zawiera aż 5 „kryminałów” z dodatkiem nadzwyczajnym (opowiadanie grozy) oraz tyleż „romansów” z dodatkiem science fiction. Używam cudzysłowów, bo wszystko tu jest dość umowne i płynne. Pisarz niby trzyma się gatunkowych reguł, czytelnik tymi tropami podąża, ale na końcu drogi czeka go rozczarowanie lub/i dezorientacja. Oczekiwał chyba czegoś innego, zgodnie z lekturowymi przyzwyczajeniami. Grzegorz Pełczyński KRYMINAŁY i ROMANSE Recenzje 181 Andrzej Lubiński JAK POLSCY DYPLOMACI POMAGALI W RATOWANIU ŻYDÓW Danuta Drywa, Poselstwo RP w Bernie. Przemilczana historia, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Państwowe Muzeum Auschwitz- Birkenau, Warszawa-Oświęcim 2020. Doktor Danuta Drywa z Muzeum Stut-thof w Sztutowie zajmuje się problematyką Holokaustu od roku 1983. W tym roku ukazała się jej kolejna publikacja - „Poselstwo RP w Bernie. Przemilczana historia”, wydana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Przedmowę napisał dr Piotr M. A. Cywiński z Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Po raz pierwszy autorka prezentowała ten temat podczas międzynarodowej sesji naukowej „Okupowana Europa. Podobieństwa i różnice” organizowanej przez IPN w roku 2013. Rok później wygłoszone referaty zostały wydane jako materiały pokon-ferencyjne pod redakcją Waldemara Grabowskiego. Warto też podkreślić, że gdyby nie zabiegi Jakuba Kumocha, ambasadora w Szwajcarii i Turcji, temat ten byłby znany tylko niewielkiemu kręgowi badaczy zajmujących się problematyką II wojny światowej. Autorka wykorzystała źródła znajdujące się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Archiwum Muzeum Stutthof, archiwa w Zurichu i Bernie oraz obszerną literaturę przedmiotu. Publikacja składa się z przedmowy, wstępu i czterech rozdziałów oraz zakończenia. Rząd szwajcarski jako jeden z nielicznych pozwolił na działalność polskiej placówki dyplomatycznej przez cały okres II wojny. W 1938 roku w trudnej sytuacji znaleźli polscy Żydzi, gdy zostali pozbawieni obywatelstwa polskiego, a mieszkali od wielu lat na zachodzie Europy. W samej Szwajcarii mieszkało ich ok 4 tysięcy. Musieli występować o nowe dokumenty, ponieważ stare utraciły ważność. Znaleziono tu pewne rozwiązanie, należało wystąpić z prośbą o tzw. „tolerancję” i wpłacić wysoką kaucję. Pierwsze próby wydawania paszportów przez poselstwo polskim obywatelom, którzy mogli wjechać do Szwajcarii z okupowanego kraju pojawiły się w już po 1 września 1939. Placówka niosła pomoc 182 Recenzje polskim uchodźcom i informowała świat o zbrodniach popełnianych w okupowanej Polsce na Polakach i Żydach. Z poselstwem utrzymywał kontakty Związek Gmin Żydowskich w Szwajcarii, w ramach którego działało Stowarzyszenie Wschodnich Żydów, które pomagało Żydom z Polski. Sytuacja poselstwa w Bernie zmieniła się, gdy od czerwca 1940 roku cała Europa objęta została terrorem niemieckim. Szwajcaria i Szwecja nie uznawały niemieckiej tezy o nieistnieniu państwa polskiego. Po Tytusie Komarnickim funkcję posła RP w Bernie w randze charge d’afFaires pełnił Aleksander Ładoś. Do najbliższych współpracowników należeli: Stanisław Nahlik, Stanisław Appenzeller, Stanisław J. Rynie-wicz, Konstanty Rokicki, dr Juliusz Kuhl. Z rządem polskim na emigracji kontaktowano się za pomocą radiostacji. Przez poselstwo szła pomoc dla ludności polskiej i żydowskiej w okupowanym kraju w postaci finansowej, żywności, lekarstw. Gdy zostały zamknięte polskie placówki dyplomatyczne, działalność poselstwa w Bernie obejmowała również inne kraje, gdzie znaleźli się Polacy i Żydzi. Pomocą objęto uchodźców na Węgrzech, w Rumunii, Jugosławii, Japonii, Chinach. W tych dwóch ostatnich krajach ważną role w ratowaniu Żydów odgrywali Polacy. Polska placówka współpracowała z żydowskimi organizacjami JOINT i HICEM. Opieką objęci zostali też uciekinierzy żydowscy z Francji po opanowaniu terytorium Vichy przez Wehrmacht. Pod koniec 1944 liczba podająca się za polskich Żydów dochodziła do 6 tys. Środki finansowe, jakie łożyło na uciekinierów poselstwo wynosiły 90 proc, całego budżetu. Problem przybywających uchodźców stawał się dla rządu szwajcarskiego coraz bar- dziej gorący. W ratowanie Żydów włączyły się kraje południowoamerykańskie. Z pomocy tej korzystali nie tylko obywatele polscy żydowskiego pochodzenia, ale również innych krajów. W uzyskiwaniu paszportów do tych krajów mocno był zaangażowany dr Adolf Silberschein, przedstawiciel Żydowskiego Klubu Parlamentarnego w Polsce, który po przybyciu do Szwajcarii w sierpniu 1939 nie wrócił już do Polski. Od konsulatów Peru, Haiti, Hondurasu uzyskiwał zaświadczenia i kupował paszporty. Otrzymał w sumie 383 paszporty, jeden kosztował 600 franków. Środki uzyskiwał od organizacji żydowskich w Palestynie, USA, osób prywatnych. Tańsze były zaświadczenia wydane przez konsula Salwadoru. Pozyskanie południowoamerykańskich paszportów stało się szczególnie ważne w maju 1943 roku po powstaniu w getcie warszawskim. Do lip-ca 1944 roku poselstwo polskie w Bernie wystawiło 4 tys. paszportów do krajów południowoamerykańskich, z tego 3 tys. wystawił sam konsulat Salwadoru. Często w paszporcie dopisywane były dwie osoby, co daje liczbę 8 tysięcy. W akcje ratowania Żydów włączone były również placówki dyplomatyczne innych państw w Europie. Obok polskich Żydów paszporty otrzymywali Żydzi z Holandii, Belgii, Niemiec i innych państw europejskich. Poselstwo polskie w Bernie współpracowało z organizacjami żydowskimi w USA, które to informowały świat o Holokauście jaki dokonywał się na ziemiach polskich. Polski konsulat w Nowym Yorku przesłał do ambasady polskiej w Waszyngtonie -z pominięciem cenzury amerykańskiej - za pośrednictwem dr Izaaka Lewina depeszę Icchaka Sternbucha o likwidacji getta warszawskiego. Jej treść poznali również Recenzje 183 przedstawiciele organizacji ortodoksyjnych Żydów w Ameryce. Odpowiedzią były organizowanie przez nich konferencji o dokonywanej zagładzie Żydów Europie. Istniała również ścisła współpraca poselstwa w Bernie z Watykanem, który był informowany o sytuacji w okupowanej Polsce. Działalność polskich dyplomatów Aleksandra Ładosia, Tadeusza Romera, Henryka Sławika i ich współpracowników zasługuje na spopularyzowanie w szerokich kręgach społeczeństwa polskiego. Los tych polskich bohaterów po drugiej wojnie często był nie do pozazdroszczenia. Aleksander Ładoś do kraju wrócił mocno schorowany w roku 1960, Konstanty Rokicki zmarł w ubóstwie i zapomnieniu w Lucernie w roku 1958. Juliusz Kuhl znalazł się w Kanadzie i rozwijał swój biznes, na emeryturze przeprowadził się na Florydę, Stefan Ryniewicz działał w środowisku polonijnym w Argentynie. Adolf Silberschein zatrzymany za działalność paszportową przez policję szwajcarską został wypuszczony po interwencjach polskich dyplomatów i zmarł w Genewie, Cha-im Eiss zmarł na zawał serca w 1943 roku. Zniknęła kolejna „biała plama” dotycząca wkładu polskich dyplomatów, za co wyrazy uznania należą się autorce tej cennej publikacji. Krystian Zdziennicki PUBLIKACJE KWIDZYŃSKIE I PRABUCKIE Na niwie wydawniczej wśród organizacji pozarządowych powiatu kwidzyńskiego prym wiodą mieszczące się w stolicy powiatu stowarzyszenia: Towarzystwo Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej, które znane jest przede wszystkim dzięki serii wydawniczej pn. „Zeszyty kwidzyńskie” oraz szeregu innych publikacji (najczęściej zbiorowych). A także Kwidzyńskie Towarzystwo Kulturalne wydawca bezpłatnego kwartalnika pn. „Schody kawowe”. Jednakże w ostatnim czasie również Prabuty wzbogaciły się o kilka pu- blikacji prezentujących dzieje miasta. Jest to zasługa Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Prabuty - Riesenburg, które od 2011 roku wydaje czasopismo „Kronikarskim Piórem. Prabuty - Riesenburg”, a w ostatnim czasie również pozycje książkowe. Henryk Michalik, Antoni Barganowski, Kultura materialna ziemi kwidzyńskiej. Kapliczki 3-4, seria: „Perełki ziemi kwidzyńskiej”, Kwidzyn 2018-2019. Na łamach „Prowincji” informowałem o dwóch pierwszych zeszytach pn. Kultu- 184 Recenzje ra materialna ziemi kwidzyńskiej. Kapliczki w ramach nowej serii wydawniczej „Perełki ziemi kwidzyńskiej”1. Zostały one wydane w 2016 i 2018 roku, jednakże w celu dokończenia inwentaryzacji kapliczek z terenu powiatu kwidzyńskiego historycy: Henryk Michalik i Antoni Barganowski jeszcze w 2018 oraz w 2019 roku wydali trzeci i czwarty zeszyt publikacji w formie broszur zawierających opis poszczególnych obiektów małej architektury sakralnej, która niezwykle trwale wpisała się w krajobraz Powiśla. Większość prezentowanych obiektów powstało po 1945 roku, a część z nich już nawet w XXI wieku. Jednakże również powojenne kapliczki stanowią element kultury materialnej mieszkańców regionu oraz świadczą o ich religijności. W powojenny czas. Prabuty na zdjęciach z lat 1945-1989, pod red. P. Pilewskiego, Wf Wiśniewskiego, Prabuty 2017. Z kolei pod koniec 2017 roku dzięki dofinansowaniu Miasta i Gminy Prabuty wydano album pt. W powojenny czas. Prabuty na zdjęciach z lat 1945-1989. Publikacja jak określili wydawcy stanowiła „pierwszą próbę uchwycenia dynamiki zmieniającego się miasta i jego mieszkańców”. Ciekawe uzupełnienie części albumowej stanowią kalendarium Prabut w latach 1945-1990 opracowane przez Piotra Pilewskiego. W książce opublikowano również wspomnienia Tadeusza Kucharskiego, niegdyś przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Prabutach, zebrane przez Marka Szulca, a także artykuł poświęcony miejscowemu kinu „Mazowsze” napisany przez Antoniego Tadeusza Klejnowskiego. Wydanie zawiera jednak przede wszystkim unikatowe zdjęcia oraz zdigitalizowane pamiątki udostępnione z prywatnych kolekcji 1 K. Zdziennicki, Kapliczki perełkami ziemi kwidzyńskiej. „Prowincja”, 2019, nr 1 (35), s. 220-221. Henryk Michalik Antoni Barganowski KULTURA MATERIALNA ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KAPLICZKI 3 Z SERII: PEREŁKI ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ TOW ARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KWIDZYN 2018 Henryk Michalik Antoni Barganowski KULTURA MATERIALNA ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KAPLICZKI 4 Z SERII: PEREŁKI ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ TOW ARZYSTWO MlłZIŚNIKÓW ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KWIDZYN 2019 Recenzje 185 Prabucian, osób związanych z miastem oraz miejscowych instytucji. Materiały zostały podzielone na poszczególne działy i dzięki temu w sposób ciekawy ukazują to powi-ślańskie miasto w okresie tzw. Polski Ludowej. Ponadto na uwagę zasługuje fakt, iż miasto w swoich zasobach posiada kolekcję byłego mieszkańca Riesenburga - Wernera Zebrowskiego, gdyż właśnie jego fotografie stanowią znaczną część albumu. Szymon Słowiński, Prabuty Powiśle 1945-1956. Historia powojenna miasta Prabuty i regionu, Wejherowo 2019. Z kolei w 2019 i 2020 roku dzięki realizacji projektów z dofinansowaniem ze środków Unii Europejskiej prabuckie stowarzyszenie wydało kolejne dwie publikacje. Pierwsza z nich stanowi prezentację tematyki z zakresu historii regionalnej w latach 1945-1956. Książka pt. Prabuty Powiśle 1945-1956. Historia powojenna miasta Prabuty i regionu. Autorem części historycznej jest Szymon Słowiński. Niestety słabym punktem pracy jest prezentacja historii Powiśla, a także powierzchowne wykorzystanie dotychczasowej literatury przedmiotu poświęconej historii regionu oraz czasom stalinizmu w Polsce. Niemniej jednak na uznanie zasługuje fakt skorzystania z materiałów archiwalnych poświęconych Prabutom i okolicom, które mieszczą się w Archiwum Państwowym w Gdańsku oraz Olsztynie oraz Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Ponadto wyjątkowe i cenne uzupełnienie stanowią wspomnienia mieszkańców miasta i regionu wraz z kilkudziesięcioma fotografiami z omawianego przedziału czasowego. I to właśnie dwadzieścia cztery relacje okazały się najobszerniejszą częścią książki. Publikacja z całą pewnością powinna być uwzględniana w dalszych badaniach nad dziejami Powiśla w latach 1945-1956. 1945-1956 1 PRABUTY POWIŚLE HISTORIA POWOJENNA MIASTA PRABUTY I REGIONU 186 Recenzje Powiśle Prabuty - Riesenburg, Wejherowo 2020. 7 kolei w ostatnich miesiącach wyszła drukiem niezwykle cenna publikacja ze względu na tłumaczenie monografii Prabut wydanej w 1928 roku, pt. Geschichte der Stadt Riesenburg, autorstwa Karla Josefa Kaufmanna. To właśnie ta prawie niedostępna współcześnie publikacja prezentuje bardzo szczegółowo dzieje Riesenburga od pradziejów do XX stulecia. Tłumaczenia niemieckiego dzieła historycznego, notabene pisanego czcionką gotycką, podjęła się Katarzyna Reks, którą wspierał syn Bernard. Należy zauważyć, że książka ze względu na popularyzatorski charakter nie stanowi dosłownego tłumaczenia, gdyż część przypisów rzeczowych została włączona do tekstu głównego, a przypisy bibliograficzne zostały pominięte. Ponadto współczesne wydanie historii miasta Prabuty zostało wzbogacone o widokówki ze zbiorów Piotra Pilewskiego. W publikacji zamieszczono również esej autorstwa Szymona Słowińskiego prezentujący dzieje Powiśla, a także jego zabytki i walory turystyczne. Działalność wydawnicza organizacji pozarządowych w Kwidzynie i Prabutach w ostatnim czasie obfitowała w ciekawe pozycje, których celem było przybliżenie historii regionu. Podsumowując należy podkreślić, że dzięki działalności historyków regionalistów oraz pasjonatów dziejów skupionych w NGO budowana jest tożsamość regionalna mieszkańców. Tego typu aktywność zasługuje na wyrazy uznania. Z całą pewnością omówione wyżej książki powinny znaleźć się w biblioteczkach miłośników historii Powiśla oraz w zbiorach regionalnych poszczególnych książnic powiatu kwidzyńskiego. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transre-gional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Andrzej Kasperek - ur. 1958, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań pt. Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Dorota i Jarosław Kowalscy - autorzy błoga Szalone Walizki o samotnych podróżach po 40 roku życia, o nurkowaniu, pięknych zakątkach świata, wskazówkach podróżniczych i smakach różnych krajów. Odwiedzili 55 krajów na pięciu kontynentach. Przygotowują poradniki, relacje z podróży, piszą też o nurkowaniu, kuchni świata. Podróżują jak mówią o sobie, od zawsze a błoga prowadzą od 4 lat. Dorota zajmuje się planowaniem i logistyką oraz wsparciem prac na Instagramie. Jarek, były dziennikarz, fotografuje, filmuje i przygotowuje relacje. Trzykrotnie wyróżniani w Rankingu Najbardziej Wpływowych Bloge-rów w Polsce. Finaliści pierwszych Turystycznych Blogerów organizowanych przez Polską Organizację Turystyczną, w którym zostali wyróżnieni za jakość merytoryczną i filmową. W 2019 roku ich błoga odwiedziło prawie milion osób. Barbara Kozdroń - notariusz, działaczka „Solidarności” i Duszpasterstwa Ludzi Pracy w Kwidzynie w 1980 roku i czasie stanu wojennego w Kwidzynie. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. 188 Noty o autorach Andrzej Lubiński - ur. 1952 r. w Gniewie. Absolwent historii w UMK w Toruniu. Prezes Towarzystwa Miłośników Sztumu. Publikacje w „Komunikatach Warmińsko-Mazurskich” „Studiach Elbląskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Prowincji”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autor książki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydoje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010), Małe obrazki, proste scenki. Powiślański szlak Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (2020). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Piotr Podlewski - absolwent historii w UMK w Toruniu. Nauczyciel historii, pasjonat dziejów ziemi sztumskiej i Powiśla. Publikuje w „Dzienniku Bałtyckim” i „Prowincji”, muzyk. Mieszka w Sztumie Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Ryszard Rząd - ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017) oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2017). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Noty o autorach 189 Adam Bolesław Wierzbicki - ur. 1972. Poeta, prozaik, dziennikarz; autor dwóch arkuszy poetyckich oraz pięciu zbiorków wierszy. Nagradzany i wyróżniany w niemal dwustu ogólnopolskich konkursach literackich. Współpracuje z lubuską prasą lokalną i regionalną. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Andrzej Wojciechowski - ur. 1956 w Olsztynie. Absolwent Wydziału Pedagogiki i Wychowania Artystycznego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie i Szkoły Psychoterapii Humanistycznej INTRA w Warszawie. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał pięć książek poetyckich: Klakier (1979), Dziennik zajęć (1985), Zśapis z cienia (Dortmund 1991), A jeśli zgodzisz się być moją ojczyzną (2002), Wiersze dla psa (2017). Prowadzi Prywatną Praktykę Psychoterapii w Olsztynie. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Po-n ray . Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent historii oraz prawa na UG. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga: www.zie-miasztumska.blogspot.com Dominik Żyłowski — ur. 1975. Filozof z wykształcenia. Od ponad 20 lat zajmuje się fotografią. Uczestnik kilkunastu wystaw zbiorowych w Polsce i zagranicą - m.in. Salonów Elbląskich w Galerii El. Współtwórca koncepcji i zarazem uczestnik cyklu wystaw pn. “Galeria Regionalna” organizowanych w Bibliotece Elbląskiej, gdzie na co dzień pracuje. Prowadzi fotoblog “Tak na oko”. Już w sprzedaży wysyłkowej najnowszy tom PROWINCJA Zamawiać można na prowincja@onet.pl Znajdź nas na O www.facebook.com/Prowincja.Sztum