PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO PJ)WISŁA I ŻUŁAW • NR 1 (52) • 2023 Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2023 roku” Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One rnaum KuKui dz h Bibliotek ‘CzywlA|B 6Z»40a ^7.14^ PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2 (52) 2023 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Paweł Zbierski, Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski, Krystian Zdziennicki Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Rzeźby Michała Majewskiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku Ewa Krefft-Bladoszewska Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - Sklep Tabularium Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Pięćdziesiąta druga „Prowincja”..............................................5 Poezja Krzysztof Czyżewski - Biblioteka Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny”. Cz. 2.6 Andrzej Zubkowicz...........................................................14 Beata Langowska.............................................................19 Proza Łukasz Walendziak - Wioska na skraju szaleństwa, cz. 2.................23 Sylwia Kubik - Mennonitka i hrabia..........................................29 „Jak zostać ulubioną pisarką Polek”. Z Sylwią Kubik rozmawia Agnieszka Świercz-Karaś..........................33 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy............................................38 Radosław Wiśniewski - Listy do Tymoetusza. 10...............................45 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Hildegarda z Bingen. Kobieta wyprzedzająca epokę........57 Ryszard Rząd - Historie nie tylko malborskie (11)...........................64 Piotr Zawada - Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego....................67 Jean Rapp - Wznowienie walk.................................................76 Radosław Kubuś — O pewnym unikalnym gdańskim towarzystwie i resocjalizacji przestępców na Żuławach w pierwszej połowie XIX wieku....................80 Jan Chłosta - Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży”.............87 Wędrówki po prowincji Wiesław Olszewski - Rodzinne strony - Podlasie..............................96 Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści. Historie z Mielenz/Miłoradza.........105 „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...” Z Marcinem Owsińskim rozmawia Andrzej Kasperek. Część II................118 Tomasz Agejczyk - Żydzi malborscy - wystawa...............................127 Piotr Podlewski - Kogo pochowano w katedrze w Kwidzynie, cz. II...........129 Prowincje bliskie i dalekie Marek Suchar - Cztery kwartały jak cztery strony świata, czyli opowieść o jerozolimskim Starym Mieście.........................133 Andrzej Kasperek - Pocztówka z Amsterdamu.................................146 Wspomnienia Marta Psuja - Marta - dalsze losy dziewczynki z Dąbrowy...................154 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana......................................161 Galeria Prowincji Michał Majewski - Nasze Anioły..........................................174 Okiem fotosnajpera Piotr Opacia - Perkoz rdzawoszyi........................................179 Czego ci matka nie powie... Paulina Hoppe-Gołębiewska - Wakacyjny tryb przetrwania..................184 Recenzje Katarzyna Gentkowska-Kubuś - Nowy Dwór Gdański w cieniu swastyki..........186 Andrzej Lubiński - Dla miłośników przeszłości.............................190 Andrzej Lubiński - Ze Sztumskiego Pola na Warmię..........................193 Noty o autorach...........................................................196 PIĘĆDZIESIĄTA DRUGA „PROWINCJA” Lato tego roku ma być wyjątkowo upalne, ale mamy nadzieję, że znajdą Państwo odrobinę cienia i chwilę czasu na lekturę kolejnego numeru naszego kwartalnika. Jesteśmy przekonani, że nie będzie to czas stracony. Miłośnikom poetyckiej frazy proponujemy drugą część prezentacji poezji ukraińskiej przygotowanej przez Krzysztofa Czyżewskiego, między innymi Oksany Zabużko czy Serhija Zadana. Poza tym nowe wiersze znanych już naszym Czytelnikom — Beaty Langowskiej i Andrzeja Zubkowicza. Polecamy dalszy ciąg wyjątkowej prozy Łukasza Walendziaka z jego nepalskich szlaków. Po raz pierwszy na naszych łamach gości Sylwia Kubik, która opowie o swoich planach pisarskich i zaprezentuje fragment najnowszej książki Mennonitka i hrabia. Andrzej C. Leszczyński o wyższości przekleństw nad wulgaryzmami w przestrzeni publicznej, o patriarchacie, feminiźmie i nie tylko. Radosław Wiśniewski z kolei wraca do swych ważnych rozmów z synem Tymoteuszem, z wojną w tle. W historycznej części Grażyna Nawrolska przypomina wyjątkową postać Hildegardy z Bingen, kobiety wyprzedzającej swoją epokę. Ryszard Rząd kontynuuje swój malborski cykl, a czasy napoleońskie przybliżają w swoich tekstach i tłumaczeniach Piotr Zawada i Piotr Napiwodzki. Radosław Kubuś o resocjalizacji przestępców na Żuławach w pierwszej połowie XIX wieku, a Jan Chłosta o oryginalnym tygodniku „Życie Młodzieży”. Wiesław Olszewski wraca w rodzinne strony, na Podlasie, a Alicja Łukawska w kolejnych żuławskich opowieściach tym razem odwiedza pasjonatów lokalnych historii w „Starej Wozowni” w Miłoradzu. Polecamy drugą część rozmowy Andrzeja Kasperka z Marcinem Owsińskim na kanwie jego książki Lagrowi ludzie Śledztwo i pierwszy proces stutthofiki (1945-1946). Opowieść o przemianie. Piotr Podlewski penetruje nagrobki w katedrze w Kwidzynie, a Tomasz Agejczyk zaprasza na wystawę poświęconą Żydom malborskim. Andrzej Kasperek przesyła artystyczną pocztówkę z Amsterdamu, a Marek Suchar oprowadza nas po wielokulturowym Stary Mieście w Jerozolimie. Specjalnie dla Państwa fragment wspomnień Pani Marty Psuji, która opisuje swoje i swojej rodziny powojenne losy na ziemiach odzyskanych, w Sztumie. To już drugi tom wspomnień Pani Marty, gratulujemy. Wacław Bielecki zabiera nas na muzyczne wędrówki na południe Polski przez Warszawę do Krakowa i Katowic oraz bliższe wypady na koncerty do Sopotu, Kwidzyna, Gdańska i Elbląga. W artystycznej Galerii Prowincji Michał Majewski, w rozmowie z Zosią Sumczyńską, opowiada o drewnianych aniołach, które powstają w ich wspólnej galerii w Starogardzie Gdańskim. Michał rzeźbi, Zosia maluje i anielskie cuda ruszają w świat. Paulina Hoppe-Gołębiewska w macierzyńskim felietonie, tym razem o wakacyjnym trybie przetrwania. No i na finał Piotr Opacian swoim wprawnym okiem, z powodzeniem, tropi perkozy rdzawoszyje. Jednym słowem poezja, proza, filozofia, historia, reportaż, muzyka, sztuka, fotografia na dwustu stronach naszego kwartalnika. Jest w czym wybierać. Polecamy uwadze i życzymy przyjemnej lektury. Udanych i radosnych wakacji. Leszek Sarnowski Redaktor Naczelny Kwartalnika „Prowincja” Krzysztof Czyżewski Poezja BIBLIOTEKA POEZJI UKRAIŃSKIEJ „W OBLICZU WOJNY” CZ. 2 HAŁYNA HULIJEWA Poetycka lira Hałyny Hulijewej, urodzonej w Monasterzyskach, od dzieciństwa nastrojona miłośnie i z ufnością do świata, szybko musiała zmienić swój ton. Ledwie ukończyła dwadzieścia lat, a do Donbasu przyszła wojna. Iwano-Frankiwsk, gdzie mieszka, pozornie tylko był odległy od linii frontu - walczył na nim jej ojciec, uczestniczący w bitwie pod Marijnką w 2015 roku, jednej z najważniejszych w tamtej fazie rosyjskiej agresji. Wojna zadomowiła się już w jej debiutanckim tomie „Z nerwu”, wydanym w 2019 roku dzięki zdobyciu głównych nagród w konkursach na najlepsze wiersze młodej poezji ukraińskiej. Rozpacz, niepokój i łzy z jej utworów sprzed kilku lat stopniowo ustępują miejsca walecznej złości i ustom zaciśniętym w zwarciu z przeciwnikiem, do którego nie dociera ludzka mowa. „Spoglądasz w toń wody - kostniejesz, bo zawsze widzisz / wroga.” Wiersze z tomu „Kość w gardle” wyszły spod ręki poetki gniewu, w obronie najbliższych gotowej wyrzec się łaski Boga, z którym nieustannie jest w boju/rozmowie. Romantyzm emocjonalnego rozdarcia przechodzi tu w brzmienia ciężkie, heavy metalowe. „Róże psalmów” zaczynają błądzić „na ustach sczerniałych”. Narasta krzyk. Ochrypłe stają się słowa, wersy... Uchwyciła chropawy ton tych wierszy ich tłumaczka, a zarazem niesfornym duchem spokrewniona z nimi poetka Joanna Lewandowska. Nie ma w tej poezji zbyt wielu imion wojny, militariów, nazw bohaterskich miast i ofiar (chyba, że gdzieś w tle, jak te „na spodzie szaty Bogurodzicy czołgi wyszyte”). Nie są one aż tak niezbędne, gdyż wojna przybiera tu postać wzbierającej na nowo fali biblijnego potopu, podchodzącej nam - także tym pozornie oddalonym od linii frontu - do gardła. Córeczka Nie chroń mnie, Boże. Jestem dla siebie - losem. Trzewia morza rozcięto: reszki, krzyże. Księżyc - jak chleb, sczerstwiały po Ostatniej Wieczerzy. Poezja 7 Milcząc, tulę do koszuli, jak brokatową różę, głowę — światło i loki. Przedrzeć się przez tę noc, drżącą i głęboką, we dwoje - czy nie lżej? Stanę się łodzią lub rybą - i doniosę... Uderza w gardło modlitwa, jak kamień - o dzban. Wyje na brzegu wataha w owczych skórach. Nie strzeż mnie, Boże. Jestem dla siebie - smutkiem. Pochwycą - i serce z korzeniem, jak drzewo, wyrwą. Będzie trwać jesień, jak sól - na ostrzu noża. Ptak pomiędzy żebrami zbuduje katedrę lub Raj... W morzu, gdzie wszystkich nagradza się za wiarę / za zwierzę, Nie chroń mnie, Boże. Chroń ją. OKSANA ZABUŻKO Oksana Zabużko - poetka, po raz pierwszy w języku polskim. Tom „Wiersze ciemnych lat” w przekładzie Bohdana Zadury wyprzedza też ukraińskie wydanie tych wierszy. Urodziła się poetką, z poezji wyrasta jej proza i nigdy nie porzuciła tworzenia poezji. Także tutaj, w Krasnogrudzie, gdy pisała kolejne rozdziały „Najdalszej podróży” - opowieści o toczonej przez Ukrainę walce z imperialną Rosją - na marginesach zapisywała nowe wiersze. Żywioł metafizycznej muzyczności mowy bardzo wcześnie złączył się u Oksany z odwagą wypowiadania zakazanego słowa. Siła poetyckiej inkantacji idzie u niej w parze z zerwaniem z twarzy maski Ketmana. W „Autobiografii”, która weszła do zbioru opowiadań „Siostro, siostro”, wyznaje: „...już jako pięciolatka wiedziałam dobrze, że poza domem z „obcymi» nie należy rozmawiać, albo trzeba mówić co innego, niż się myśli. Tym intensywniejsze stało się moje życie wewnętrzne - wiersze zaczęłam pisać w „niepiśmiennym» jeszcze wieku pięciu lat (może dlatego do tej pory poezję odbieram „dźwiękowo», na słuch, nie wzrokowo, lecz bardziej jak muzykę, intonacyjnie, i nawet dłuższy poemat zapisuję dopiero wtedy, gdy jest już w całości „nagrany» na magnetofon pamięci)”. Towarzyszył temu stan „kiedy to upajasz się odwagą wypowiedzenia zakazanego słowa”. Zmieniają się konteksty „zakazanych słów” w życiu Oksany: sowiecki, gdy na cenzurowanym były ukraińskość, wolność i prawda historyczna; post-sowiecki, gdy wciąż dokarmiany przez Kreml homo sovieticus korumpował niepodległość, kneblując pamięć o zbrodniach albo prawdę o patriarchalnej mentalności; wreszcie współczesnego Zachodu, który długo gumką z napisem „pokój i prosperity” wymazywał słowa prawdy o faszyzującej się Rosji i jej nowych imperialnych zapędach. Ileż to razy na salonach Zachodu słyszałem: „Zabużko went too far”, w reakcji na jej słowa o nowym Hitlerze albo nadciągającej wojnie światowej. A było to już dobrych parę lat temu. Slawiści wymownie chrząkali, politycy się oburzali, a intelektualiści podważali wiarygodność „pisarki ze Wschodu”, zbyt emocjonalnie 8 Krzysztof Czyżewski zaangażowanej. Dochodziła jeszcze do tego stereotypowa łatka „nacjonalistki”, chętnie podrzucana przez służalców imperium, zaprawionych w dyskredytowaniu emancypacji kolonizowanych narodów. W odpowiedzi mówiła, że nie boi się mówić im prawdy, coraz bardziej świadoma statusu „szalonej” pośród obojętnych i ulegle przewidywalnych. Przynależy do „czarnobylskiego pokolenia”, o którym w „Planecie Piołun” pisała, że do literatury przeszło przez „pęknięcie [betonowego] sarkofagu - wprost w przestrzeń wolnego języka, z pełnymi płucami skażonego powietrza i głębokim, euforycznym... westchnieniem chłopca z prologu „„Zwierciadła* Tarkowskiego: „Ja - mogę - mówić!»”. Podobnie, jak ciotka z jej rodzimego Łucka, wyczuwająca pod ziemią wodę i nieomylnie wskazująca miejsca do kopania studni, wiersze Oksany wskazują nadchodzące zagrożenia. Tom otwiera „Dyptyk roku 2008”: „...I znów koszą mnie bezsenne noce / jak plac, po którym przechodzi armia, / i znów wchodzę do czołgu, / opukuję pancerz, przygotowuję kółka, / podkręcam słowa petycji i apeli, żeby żadne się nie zacięło: / No pasaran...”„Ka-sandryczna” była także jej poezja z okresu poprzedzającego czarnobylską katastrofę: „Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że wiersze spełniają się, że prawdziwą poezję zawsze pisze się o przyszłości... metafizyczny strach przed własnym słowem - strach, z którym do dzisiaj nie nauczyłam się dawać sobie rady.. Z tytułowego cyklu „Wiersze ciemnych lat”: * * * Powiesz słowo - i: Bramy otwierają się w powietrzu, Zapachy się kruszą jak chleb dla gołębi, I epoki zmieniają się jak dekoracje w trzecim akcie! Póki go nie wypowiesz, póki nie wypuścisz - Będzie gniotło twe piersi, Będzie we śnie dusiło za gardło, a miliony duszonych Nawet nie zdołają zapytać głośno: „Ty po co dusisz, na dobre czy na złe?” Powiedz. Wymów. Przemów. Nie bój się, nie będzie gorzej. .. .1, jak mała dziewczynka, Trzymając się boku łóżka - Nie po to, żeby mamie i tacie zrobić przyjemność, A dla czystej radości dźwięku - Napełniasz nim (tym słowem) swoje płuca, Zamykasz oczy (jak to robią słowiki) - Po chwili wahania otwierasz je I mówisz: WOJNA. Biblioteka Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny” Cz. 2 9 DARIJA SUZDAŁOWA Darija Suzdałowa bardzo wcześnie doświadczyła wojny. Urodziła się w Siewierodo-niecku, dorastała w Enerhodarze w obwodzie zaporoskim, studiowała w Dnieprze. Byłem świadkiem, jak słowa, wciąż zalegające w spiżarniach rosyjskiej mowy, z gniewną determinacją przenosiła do pomieszczeń nowo budowanego domu języka ukraińskiego. Wcześniej mogła jeszcze być pisarką dwujęzyczną, ale gdy pojawiła się z początkiem wojny w Krasno-grudzie, ta opcja już nie wchodziła w grę. Pierwsze przetłumaczone przeze mnie wersy jej poezji, a może w ogóle pierwsze, które napisała po 24 lutego, brzmiały: „Przybyliśmy tutaj już pograniczni, / dopiero co rozpęknięci na to, co przed i po”. To rozpęknięcie nie jest tylko czasowe, przebiega także w poetyckim logos Daszy - rzeczywistość stała się zbyt nieznośna, by ją zamieszkiwać godząc się na niepodważalność siły ciążenia i innych rządzących nią praw. Dlatego o azyl poetka-uchodczyni już u początku swej twórczości zwróciła się do królestwa surrealizmu, reprezentowanego przez Rolanda Topora i Maxa Ernsta, a może także Karela Teigego i innych czeskich nadrealistów. W Ukrainie zdarzało się jej publikować pod pseudonimem Kareł Grubasek, a tom jej prozy poetyckiej nosi tytuł „Mówi Grubasek”. To rozpęknięcie, tak mocno odczuwalne w tomie „My - pograniczni”, to także tęsknota za kamieniem granicznym, który rozdziela, jakże zrozumiała u Ukraińców, którzy poznali cenę „bezgraniczności” imperium. Nowy język, który ma się zrodzić z pogranicznego rozpęknięcia, ma respektować granicę, niczym w „Prawach” Platona: „Niech nikt nie ruszy kamienia, który oddziela jego posiadłość od posiadłości sąsiada...” Nowy język, pozostawiający ślady w wierszach Suzdałowej, musi także zmierzyć się z wojną. Ona uderza w tych, którzy byli niewystarczająco źli - w miękkie podbrzusze dobrych intencji i słów nieskażonych gniewem. Teraz okazuje się, że wojna żywi się nimi, zna je na pamięć, pozbawia mocy przeciwstawienia się jej. Dlatego poetka nie wpuszcza do swoich wierszy wojny, a przynajmniej nie za tani grosz. Wojna pojawia się w nich podskórnie, a tak naprawdę to poezja przenika pod skórę wojny, do bebechów jej maszynerii, której wszyscy jesteśmy częściami zamiennymi. Zegarmistrz zostaje upokorzony przez rozpęknięcie, w którym zatrzymuje się jego oblicze i powstaje szczelina, w której „ptak od cienia się odciął”. Wojna powoduje - jak w jednym z wierszy tego tomu - że ludzie cierpią na bifurkację mowy. Jeśli, za poetką, uznamy to za objaw choroby, to nie powinniśmy uciekać przed jej zdiagnozowaniem, a tym bardziej próbować ją w „miękkich słowach” przemilczeć. Chorobę trzeba przechorować, „prawdę mówiąc...”. *** Źli jesteśmy, Boże, i pomóż byśmy jeszcze bardziej złymi się stali, bo nasze usiłowania okazały się niewystarczające, a to, co mówiliśmy, mówiliśmy kiepsko; teraz, gdy zaległo milczenie, większe od nas i bardziej cierpliwe, prosimy Cię tylko o złość, by wymówić pierwsze słowo 10 Krzysztof Czyżewski IRYNA SZUWAŁOWA Iryna Szuwałowa jest poetką o dużym dorobku; jej tom „kamińsadlis” uhonorowano tytułem poetyckiej książki roku, współredagowała pierwszą w Ukrainie antologię światowej literatury qeer, dużo tłumaczy, wykłada poezję na uniwersytetach w Kijowie i Nankinie. Mogłyby więc zaskakiwać jej słowa o tym, że jako poetka, „nie może niczego”. Trzykrotnie, niby zaklęcie, powtarza te słowa na początku wiersza „pisać o wojnie”. Sygnalizują one jedną z najważniejszych osi dramatu biegnących przez jej poezję. Tom, w przekładzie Anety Kamińskiej, nosi tytuł „niewyrażalne”. Jaki jest sens mówienia, a tym bardziej czernienia papieru słowami, kiedy wszystko wokoło krzyczy, jest zagłuszane rykiem syren? W obliczu wojny „każdy poeta / to absolwent szkoły bezsilności / który nie odrobił żadnej lekcji”. I właśnie z bezsilności, z odwagi stanięcia z nią twarzą w twarz - a po prawdzie, słowem w słowo - bierze się siła tej poezji. Przede wszystkim staje się faktem rozpad mowy, która za sprawą wojny „sięga swojej granicy... / jest pusta jak budynek / z którego wszystkich wyprowadzono i rozstrzelano”. W konsekwencji mowa, by nie zesztywnieć w martwocie, zstępuje do pustki, wpycha brudny palec w ranę, próbując dać świadectwo, bo mimo wszystko „świadczy o wodzie rozbita karafka”. Wiersze Iryny Szuwałowej nie rodzą się z milczenia, raczej towarzyszą nam przed pogrążeniem się w milczeniu, są ostatkiem słów przed ciszą. Tych, w których krzyczy wojna, poezja przygotowuje do milczenia, gdyż to nie krzyk przeprowadzi ich przez morze rozpaczy, lecz łódź napełniająca się milczeniem, osiadająca na dnie, po którym „przejdziemy... jak po lądzie / na drugi brzeg wojny”. Bliskość śmierci - i to jest jedna z najbardziej dotkliwych ran zadawanych przez wojnę - wprowadza podział na tych, którzy jej bezpośrednio doświadczają, i na tych, którzy są od niej z dala, choćby ich również na różne sposoby dosięgała: „po załamaniu się przez śmierć / język staje się sam do siebie niepodobny / i proszę - / obie już nie rozmawiamy / tym samym”. Rodzi się wtedy pytanie o prawo do pisania przez tych, których „nie zabijają” („czy mam prawo / do bezsenności / kiedy tu / nie słychać syren”). Wiersze Szuwałowej nie szukają łatwych odpowiedzi na to pytanie, przy żadnej nie stawiają kropki. Wszakże faktem poetyckim staje się świadomość, że wszystko, co wojna niszczy, zabija, staje się nasze - to, o czym nie wiedzieliśmy, budynki należące do innych, osoby, których nie znaliśmy: „nie znam tej kobiety / znam tę kobietę”. 1. niewyrażalne o o o tu tu ono leży to niewyrażalne ciężkie jak martwe ciało bliskiej osoby Biblioteka Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny” Cz. 2 11 długie jak noc kiedy mają bombardować bierz niewyrażalne pod mokre od krwi pachy ciągnij je zostawiaj ślady niech rano będzie je widać z daleka. SERHIJ ŻADAN Z „Dziennika wojennego”: „Zapamiętać te postaci wśród ulic, inkrustowane zmęczeniem i miłością. Zapamiętać tę zdolność ptaków do jednoczenia się w jesiennym powietrzu. Tę umiejętność przyjęcia czyjeś troski i ciepła, skrywanego pod soroczkami, tę radość z rozpoznania bliźniego po lekkim zwróceniu się twarzy”. Serhij Zadań pisze do nas każdego dnia wojny. Jest jednym z wielu niestrudzonych wolontariuszy działających na zapleczach frontu, bez których zwycięstwo w tej wojnie byłoby o wiele mniej realne - zbiera fundusze, dzieli się nagrodami otrzymywanymi w świecie, dowozi sprzęt, żywność i lekarstwa, rozmawia z żołnierzami, organizuje koncerty, sam śpiewa i czyta wiersze. Jego fejsbukowe posty, w formie krótkich raportów z tego, co udaje się zrobić, mają innych ton niż większość reportaży i doniesień medialnych z Charkowa i innych regionów Ukrainy - choć przenika je bliskość śmierci, realność zniszczeń i cierpienia, rozsiewają spokój, opanowanie i pewność zwycięstwa w słusznej sprawie. Pisze je człowiek, dla którego każde przebudzenie się o świcie nowego dnia jest zwycięstwem nad nocą i domaga się od nas zebrania sił, koncentracji dobrej energii i nowego przypływu nadziej, bo przed nami jest bardzo wiele konkretnych rzeczy do zrobienia tego dnia, bez żadnego ale... Równolegle z praktyką wolontariusza, Serhij walczy również na idee, pracuje nad wiarygodną opowieścią o walce Ukraińców, świadomy, że broń przeciwko nim skierowana to nie tylko czołgi i rakiety, to także słowa zacierające granicę między dobrem a złem - pisze więc wiersze, pieśni, fragmenty esejów, listy do świata... „Krzycz ptaku” to sążnisty, prawie dwustustronicowy tom, na który składają się dziennik wojenny, wiersze i pieśni. Całość wybrała, przełożyła i posłowiem opatrzyła Aleksandra Zińczuk. 12 Krzysztof Czyżewski Gdzieś pod Mariupolem A dowodziłeś pułkami, i zajmowałeś miasta, a latem 14-ego miałeś lat 35. Ilu z was ocalało? Dwudziestu ze stu. Ci, co ocaleli, zwykle mają słaby sen. Trzy lata temu zmieniałeś świat. Poprawiałeś w nim błędy jak w dyktandzie szkolnym. Świat nie może składać się tylko z porażek i wad, nie może składać się tylko z przegranych. Można go czegoś nauczyć, jak psa, trzeba nastawić jak bark zwichnięty. Trzy lata temu czułeś jak goreją niebiosa, jak rzeka płynie środkiem czarnej nocy. Trzy lata temu formowały się pułki, lato właśnie się rodziło i żyło, a lustro forsowanej przez was rzeki stawało w płomieniach słońca jak ptasie skrzydło. Trzy lata temu śmierć za tobą obrała ślad gorycz na języku wzbierała jak w łodydze soki. Każdego ranka śnisz świat - przez ciebie naprawiany, tobie znajomy. Świat nie może składać się tylko z narzekań. Świata nie powinny wypełniać lęki. Pośród nocy płynie rzeka, płynie rzeka. Lecą ptaki środkiem nocy, lecą ptaki. Wsparcie Ukrainy w tej okrutnej wojnie to bieg na długi dystans. Zwłaszcza teraz, w czas coraz ostrzejszej zimy, gdy wielu Ukraińcom brakuje światła i ciepła, nie możemy zaniechać pomocy. Program rezydencyjny Pogranicze/Ukraina trwa nieprzerwanie, a obecnie robimy wszystko, by go poszerzyć - https://www.facebook.com/krzysztof.czyzewski.54/ posts/10159938830782855 Wciąż potrzebujemy Państwa zaangażowania. Jest po temu nowa okazja: ruszają do drukarni tomiki z drugiej serii Biblioteki Poezji Ukraińskiej „W obliczu wojny”: Olha Brahina (tł. Julia Fiedorczuk i Natalia Trochym), Alja Hulijewa (tł. Joanna Lewandowska), Ija Kiwa (tł. Aneta Kamińska), Ołeh Kocarew (tł. Aneta Kamińska), Wasyl Machno (tł. Bohdan Zadura), Hanna Osadko (tł. Agnieszka Wolny-Hamkało i Krzysztof Czyżewski), Darija Poezja 13 Suzdałowa (tł. Krzysztof Czyżewski), Iryna Szuwałowa (tł. Aneta Kamińska), Oksana Za-bużko (tł. Bohdan Zadura) i Serhij Zadań (tł. Aleksandra Zińczuk). Zamówienia na książki można składać i wpłacać darowizny. Pierwsza seria rozeszła się wspaniale, pozostały już tylko pojedyncze komplety. Dziękujemy ogromnie za hojne często darowizny. Wszystkie dziesięć tomików (nie będą sprzedawane pojedynczo) można nabyć wpłacając przelew z dopiskiem „Darowizna na wsparcie twórców z Ukrainy” w wysokos'ci 50 zł lub więcej na konto Fundacji Pogranicze: konto PL: PL92 1240 5891 1111 0010 4401 1913 konto EUR: PL26124058911978001052340366 konto USD: PL53124058911787001042509362 BIC/SWIFT: PKOPPLPW Płatność Pay-Pal: https://www.pogranicze.sejny.pl/en/payment/ PS. Nie zapominajcie Państwo podawać adresów, na które mamy kierować przesyłkę. Jeśli to nie będzie możliwe przy przelewie, to można przez FB. 73 4 * MET WhW WCM W*"* SKAMM Wtń torów 61®** Mm ‘ g ‘ 4 » Ł . » . WM n€rr* / M ł/SA W® W ‘‘Mf Q|' jRYllA JMKAhMl f/iFiilUŻMHE 14 Poezja Andrzej Zubkowicz TUTAJ jesteś właśnie tutaj bo może pradziadkowie piekli tutaj chleb a może wywiał dziadków z tamtej ziemi głód poszukiwanie talerza pełnego lub powędrowali za domem gdy wojna zdmuchnęła oswojoną codzienność przesunięto granice zmieniono nazwy na drogowskazach decydując za nich a może on ona z miłości do niej do niego dotarli do tego punktu na mapie i byli to twoi rodzice a mogło być też tak że to ty ruszyłeś bo szkoła bo miasto bo praca szukając miejsca gdzie dzień uśmiecha się ładniej przynajmniej tak się wtedy wydawało więc jesteś tutaj z wyboru przypadku konieczności zasiedzenia a może zdarzyło się zupełnie inaczej Poezja 15 i miejsce wybrało ciebie którejś nocy długiej szepcząc chodź i pobiegłeś i zostałeś KTO węgorzewska ulica już nam nie powie kto mieszkał przed wojną pod numerem czwartym w kamienicy sędziwej żadnej nie ma tamtych zegarów z wahadłem w te i we wte odmierzających godziny leniwe gdy pora na Kuchen und Kaffee po niedzielnym ©biedzie a i porcelana mogąca pamiętać rozmowy przy stole potłuczona dawno w ucieczce gdy zima mróz siarczysty i instynkt przetrwania zajęczy więc wiele tu ciszy przykrytej zgiełkiem asfaltu pozostał stuk butów życia biegnącego w sprawy ziemskie i nie z tego świata na kocich łbach przed kościołem Piotra i Pawła brzmiący jak wczoraj 16 Poezja BYŁ SOBIE RYNEK gdy wtorek to na rynek a na rynku było wszystko konie wyprzężone z wozów z workami obroku za pracę końską prosięta kury gęsi rozgadane twaróg zawinięty w białą szmatkę pierwsza klasa mleko z futerkiem śmietankowym miód cieknący po palcach jajka większe niż te spod lady z pieczątką na skorupce był zapach kożuchów słomy zwierzęcego potu i dymu z papierosów dla ogrzania poranka był tłok gwar przybijanie rąk rozmowy o plonach cenach zawsze zbyt niskich dla rolników zaplątanych w dostawy obowiązkowe za półdarmo były rozszerzone oczy dziecka na dziwną mowę spod Wilna z rzeszowskiego gdzieniegdzie niemiecką potem przywędrowały młotki gwoździe latarki kłódki czapki spodnie kasety pirackie na łóżkach polowych i wersalki z samochodów ciężarowych od ręki na rynku było wszystko nawet to czego nie było Poezja 17 6.03.2022 R. dziewięciolatki zaspane ubrane jak w każdym europejskim kraju w kolorowe kurtki czapki zsuwające się na oczy z plecakami na drobiazgi trzymają się za ręce po dwudziestoczterogodzinnej podróży rozglądają się niepewnie po peronie dojechały czemu tylko opiekunki płaczą ja płaczę my płaczemy przecież przyjechały do Lwowa a tam tyle do obejrzenia gotycki Portal Kamienicy Mieszkowskich renesansowe Kamienice Czarna i Królewska Pałac Bandinelli Kaplica Boimów i znajdzie się jakieś miejsce do spania dla każdej z dwustu sierot które ewakuowano ze wschodu Ukrainy za dużo nieprzewidywalności wyobraźni naszej przestraszonej przeczuć jak to się może jeszcze skończyć za dużo lęku dziecięcego więc płaczemy z bezsilności zaciskając dłonie w pięści do bólu 18 Poezja UBYŁO przy mojej drodze codziennej wycięli drzewa może dla jezdni którą odnowią może by chodnik był i dla rowerów a może po prostu czas lip przeminął znikają drzewa pamiętające ciebie w szkolnym mundurku i młodość twoich rodziców wycięli drzewa przybyło ciszy ubyło świata SPYTAŁBYM JESZCZE powiedz mi jak pachnie tam łąka swoim zapatrzeniem dotykam jedynie linii horyzontu nawet myślą sięgnąć dalej nie potrafię więc powiedz mi jak pachnie tam łąka bo przecież musi być tam i łąka bez niej żadne niebo nie byłoby niebem spytałbym jeszcze o widok z okha ale to byłoby już wścibstwo Poezja 19 Beata Langowska PRZEDWIOŚNIE doktor Żywago zmęczony Lara go fascynuje i koi nie można znaleźć miejsca wojna ciągle trwa a ty łakniesz wiosennego ciepła jak kania dżdżu światła może też moich ust i mchu po którym gołą stopą chłoniesz świat szliśmy - splecione ręce lśniły jak złoto w tym bezpospiechu zatrzymał się czas obejmujesz drzewo i słyszysz jak bije serce TAKI CZAS przychodzi taki moment kiedy oprócz duszy boli ciało i nie ma wtedy żadnej ucieczki stąpasz uważnie ból każę się zachwycić zwykłym porankiem nawet jeśli pada docenić smak kawy wypitej na siedząco co wcale nie jest takie oczywiste kiedy się kładziesz gruby ciężki koc pozwala ci zasnąć musi być ciasno jak w brzuchu matki ciemno Poezja wreszcie ciepło krzyczysz po nocy rodzisz się znowu BEZ SŁÓW gdy przyjdziesz twoja twarz w pucharze moich dłoni na podium jakbyś wygrał bieg miękko palcem dotknę skroni - przybyło jasnych promieni we włosach wargami musnę czoło i usta zbadam puls mówić nie trzeba taka drobna schowana w tobie jak na sygnale ratuję cały świat AKWARELOWY RANEK jak nie no to nie poranek taki rześki stawia na równe nogi czerwone pelargonie skulone od chłodu tymotka perli się bogato kropelkami rosy jeszcze tylko dziś popatrzę otworzę okna zwycięsko zapachem otulę słońce zatrzymam we włosach utonę w zachwycie w ptasich ćwierkach ukoję niech nikt nie ratuje ale gdyby tak to ach Poezja 21 Z TEJ SAMEJ BAJKI są tacy pamiętam jeszcze dotykają serca umiejętnie słyszą każdy szmer na wyciągnięcie ręki szemranie krwi czują tętno zwłaszcza kiedy pochylają twarz odgarniają włosy jak to jest możliwe zapadają w duszę mają miękkie dłonie to chyba dlatego IMPRESJONISTYCZNE RZECZ UJMUJĄC kolejny poranek nabrzmiały gorący rychło patrzeć jak wybuchnie ogromnym deszczem odsłania ostatnie powaby lata kolory lekko przydymione chusty pajęczyn mozolnie tkane jak życie a zaorana ziemia pachnie tęsknotą... miłość ze wzajemnością krucha ulotna jak ten poranek daje siłę że możesz góry przenosić nie różni się jednak wiele od tej bez nie gwarantuje szczęścia na zawsze 22 Poezja STAN UPOJENIA jeżeli wino to tylko czerwone cierpkie i mocne rubinowo się mieni w kieliszku który jak dziewczyna ma krągłe biodra długie nogi prowadzą do nieba ciepło nareszcie ile trzeba wypić wina żeby stan ten trwał wiosna w płaszczu sama chodzi w talii przewiązana paskiem tęsknoty kiedy dotkniesz oszaleją wszystkie bzy fioletem Łukasz Walendziak Proza WIOSKA NA SKRAJU SZALEŃSTWA CZ. 2 JANKES Ten niewiele ode mnie młodszy dżentelmen pojawił się w okolicy na długo przede mną. Wydzierżawił od jednej z rodzin kawałek ziemi na rogu wioski i zorganizował coś na wzór małego ogrodu botanicznego. Niewielka chatka, toaleta, namiot dla gości i miejsce na ognisko uzupełniają krajobraz. Rosły tam rozmaite rośliny, niektóre sprowadzone z Tajlandii. Rzadkie gatunki. Właściciel przebywał tutaj kilka dni w miesiącu, kilka tygodni w roku. Rezolutny przedsiębiorca - dobroczyńca z USA, miał w fazie realizacji kilka projektów w Nepalu, jeden w Indiach, coś tam na Hawajach. Tak się przynajmniej przedstawiał. Na początku traktowaliśmy się z wyraźnym dystansem. - Jakiś pajac biega po wiosce z kamerką i pozdrawia telewidzów. - Jakiś wariat z tatuażem na twarzy biega po wiosce i przeklina na czym świat stoi w lokalnym dialekcie. Po prostu. Inny klimat. Ogródek Jankesa i kawiarenkę Aliny przedzielał jedynie prowizoryczny parking na motory i rowery. Zdarzało się, że młoda i jej mąż pracowali dla swojego sąsiada. Stawiali nowy płot dla przykładu. Studenciak z Kalifornii biedakiem się zapewne nie urodził. W Nepalu przebywał na stale. Załatwił sobie biznes-wizę. Zapłacił po prostu komu trzeba. Aktywista. Bojownik o prawa kobiet. Kolekcjoner funduszy. Na pewnym etapie przekonałem się do chłopaka. Kupował ode mnie palenie i grzyby. Planowaliśmy współpracę. Warunki były jasne: ja jestem offline, offroad, a jankes okay, online. Jak będzie budżet, to ja mam grupę dzieciaków w wieku od czterech do sześciu lat, koedukacyjna. Xushmita, Osmin Lama i przyjaciele. Zajęcia miałem prowadzić osobiście. Program zakładał: - Gry i zabawy ruchowe. - Elementy treningu gier zespołowych. - Podstawy komunikacji niewerbalnej - Redukcja hałasu podczas zajęć. -Wytworzenie świadomości „jesteśmy drużyną” poprzez cotygodniowe wycieczki integracyjne. 24 Łukasz Walendziak „Za jakiś czas ktoś ze starych znajomych mnie odwiedzi, poprowadzi dodatkowe warsztaty. Warto spróbować” - pomyślałem na glos. „Tak, tak! Sport to będzie strzał w dziesiątkę, żyła złota” - podłapał Jankes. „Niech będzie i żyła, chociaż ja bym wołał złote zęby. Tak czy inaczej utknąłem tutaj, chętnie podejmę wyzwanie. Czekam na konkrety: ile mamy do dyspozycji? Kiedy możemy zaczynać?” Jankes zapewnił, że stroje, wyposażenie, akcesoria i tak dalej będą już niebawem. W natłoku obowiązków, planów i pomysłów cala inicjatywa zeszła na dalszy plan. „Wszystko w swoim czasie, teraz idzie pora deszczowa, odrobina cywilizacji mi nie zaszkodzi, Katmandu też ma swój urok” - pomyślałem; taka wewnętrzna racjonalizacja zdała egzamin. Byłem pewien, że ciąg dalszy nastąpi. Nie nastąpił... Teraz pokrótce przedstawię skromne grono wspólników i podopiecznych dobrodzieja z USA. Jego prawa ręka to starszy facet o pseudonimie Hattiman. Kanalia jakich mało. Gdy Jankes rusza w podróż, ten zaczyna wieszać na nim ostatnie psy. Rozsiewa rozmaite plotki. Gdy tylko jego szef powróci, ten pada mu do stop, całuje rączki i zapewnia, że jest do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jego paskudna morda sieje postrach wśród najmłodszych. Zgred bywa dla nich bardzo nieprzyjemny. Kilka razy doszło między nami do ostrej wymiany zdań. Na koniec zawsze ten sam scenariusz: - on przeprasza, - on nie rozumie, - on jest niewinny. Następnego dnia łazi po ludziach i wygaduje na mój temat różne bzdury. Nikt nie traktuje go jednak poważnie. Za wyjątkiem Jankesa. Hattiman to specjalista od stawiania konstrukcji z bambusa. Poza tym jest ochroniarzem, tłumaczem i nadwornym kucharzem aktywisty z Kalifornii. Sangita i Pooja to dwie nastolatki z wioski. Obie balansują na granicy pomiędzy randkami sponsorowanymi a regularną prostytucją. Cieszą się zarówno opinią, jak i popularnością. Jankes zapragnął dla nich lepszej przyszłości, zainwestował pieniądze od darczyńców w edukację. Sangita rozpoczęła kurs języka koreańskiego w prywatnej szkole. Pooja postanowiła dokończyć liceum w trybie zaocznym. Dodatkowo dziewczyny dostały po dwieście dolarów „na zachętę”. Gdy tylko na horyzoncie pojawiła się nowa perspektywa, obie panie dały sobie spokój ze szkołą. Kanxa to mąż Aliny, po jej śmierci został kierowcą i pierwszym pomagierem jankesa. „Ech, siostra mogłaś trafić lepiej.” „Żebyś, wiedział... ” Parkash to młodszy brat Sangity. Wyjątkowo irytujący piętnastolatek. Popija i popala z Jankesem. Pomaga od czasu do czasu, przeszkadza cały czas. Pratima to młodsza siostra Sangity, ma dwanaście lat i jest doprawdy nawiedzona. Pomaga w ogrodzie, chodzi po zakupy, sprząta. Kale to wioskowa sierota. Chłopak ma trzynaście lat i trudny charakter, ale potrafi ciężko pracować. Wioska na skraju szaleństwa cz. 2 25 Hattiman pozostał na swoim posterunku, reszta zamieszkała ostatnio w rezydencji na przedmieściach Katmandu. Jakiś czas temu uzgodniliśmy, że postawimy młodej coś na wzór kapliczki. Akcja nosiła nazwę „Ogród Aliny”. Towarzystwo bawiło jednak w Katmandu, ja pracowałem i mieszkałem u Wujka. O moim tatuażu mówiło już wtedy pól wioski, a Jankes i jego ekipa nie zasadzili nawet pamiątkowego kwiatka. Moje zniecierpliwienie rosło z tygodnia na tydzień. Któregoś dnia przeprowadziłem szybkie śledztwo. Odpalam tę platformę w stylu „wezmi-zafimduj”, jest profil Jankesa. ” Budujemy szkołę w Chitwan, na skraju dżungli”. Fotki Osmina, Xushmity i reszty ekipy. Bieda odpowiednio wyeksponowana. Do tego teksty o tym, że to kraina analfabetów i że Ameryka musi okazać serce. Na marginesie dodam, że chociaż wioska faktycznie leży na skraju lasu, to w promieniu 10 km naliczyłem osiem szkół podstawowych. Te najlepsze kosztują, rodzice dzieciaków z wioski nie mają na czesne, więc ich pociechy chodzą do szkoły publicznej. Na konto wpłynęło ponad siedem tysięcy dolarów z różnych stron świata. W międzyczasie powstał szałas dla dzieciaków do odrabiania lekcji w okresie zimowym. Sangita, Pooja i Jankes kręcili tym całym zamieszaniem. Impreza trwała jakieś pięć tygodni, a jej całkowity koszt nie przekroczył bariery tysiąca dolarów. Dwieście USD to materiały i konstrukcja, sto dolarów tygodniowo na herbatę, cukier, ciastka, banany, czy co tam jeszcze oferowano. Kilkunastu szkrabów korzystało z tego miejsca przez ponad miesiąc. Sangita i Pooja pomagały dzieciakom odrabiać lekcje, serwowały herbatę i poczęstunek. Wyglądało to na dobry początek. Kolekcjoner biegał dookoła, kompletował dokumentacje, zdjęcia, ujęcia i tak dalej. Na tym koniec, nadeszła wiosna, a szałas został rozmontowany. Towarzystwo dowodzące wróciło do swojej rezydencji. Koszt wynajęcia tej posiadłości to pięćset dolarów miesięcznie, kolejne dwieście pięćdziesiąt dolarów miesięcznie za wynajęcie samochodu, którym porusza się ta wesoła gromadka. Dodać jeszcze koszt utrzymania całej ferajny. Stało się dla mnie jasne, że Amerykanin się trochę zagalopował. Zgromadził środki, by „umożliwić dzieciom edukacje”, a tymczasem wydaje pieniądze według własnego widzimisię na zachcianki swoje oraz swoich milusińskich. Nieładnie. Lecę dalej i nie wierzę własnym oczom. „Ratujemy życie naszej Babci w Chitwan” Zona Hattimana umiera. Operacja potrzebna natychmiast. Natychmiast!! Na fotografiach bezradny Jankes i załamane małżeństwo. W ciągu jednej doby udało się zgromadzić wymagany tysiąc dolarów. Kiedy? Miesiąc temu! To już jest przesada, przecież widuję tę kobietę codziennie, nie wygląda wcale na umierającą. Dla pewności zapytałem ją o zdrowie, szpital i tak dalej. „Operacja nie była potrzebna. Mąż kupił lekarstwa i środki przeciwbólowe. Teraz jest już lepiej.” „Widzę, że kupił też lodówkę.” „Tak, tak niedawno. Lodówkę i rower kupił” „No to pięknie. Do widzenia.” 26 Łukasz Walendziak Wróciłem przed komputer, znalazłem zakładkę „zgłoś nadużycie”, a tu niespodzianka. Okazało się, że Nepal nie zalicza się do koalicji państw, które mogą zgłosić jakikolwiek sprzeciw. „Ogród Aliny” na deser. Niewiele ponad trzysta dolarów na koncie. Pół roku minęło od śmierci dziewczyny. Na stronie informacja „projekt został wstrzymany, gdyż zakładany pułap tysiąca dolarów nie został osiągnięty”. Jeden z moich znajomych wpłacił na ten ostatni cel sześćdziesiąt dolarów. Zadzwoniłem do Jankesa i poinformowałem grzecznie, ale stanowczo, że chciałbym wycofać te wpłatę, skoro „projekt został wstrzymany”. Schemat tego oszustwa jest prosty, ale skuteczny. Darczyńcy nie wiedzą, co ile kosztuje. Zdjęcia wskazują na to, że coś tam się dzieje. Z drugiej strony wieśniaki nie mają pojęcia, ile kasy ląduje w kieszeni Jankesa. Na ten moment byłem chyba jedyną osobą, która wie, co tu jest grane. Poinformowałem o wykrytych nieprawidłowościach kolegę z Londynu. Jankes oddal te sześć dych. Ja przebywałem na wiosce, pracowałem wtedy dla małego Rama. Hattiman i jego żona przejęli ogród i kawiarenkę. Kanxa i jankes startowali z restauracja w Katmandu. Karuzela. Postanowiłem nie szukać sobie wrogów i zająć się własnymi problemami. „Luka, tatuaż! Mogę zobaczyć?” zapytała znajoma, żona kolegi z pracy. Zaraz zbiegło się jeszcze kilka osób. „Taka sama” powtarza jedno przez drugie. ,Alina Didi!” krzyknął kilkuletni chłopczyk. „Dziękuje, pozdrawiam”. Jakieś trzy miesiące później Nepal obiegła wiadomość, że aktywista z USA został aresztowany. Oto co zaszło: Impreza w rezydencji trwała w najlepsze. Parkash poprosił szefa o kilka dolarów na kolejną butelkę alkoholu. Szef odmówił. Doszło do kłótni. W końcu chłopak ukradł telefon, uciekł i zamienił elektronikę na procenty. Alchemik. Pijany młodzieniec zaczepiał ludzi na ulicy, został aresztowany. Noc spędził na komisariacie. Rano oświadczył, ze „został pobity przez białego wujka w takim dużym domu”. Patrol policji udał się pod wskazany adres. Na miejscu Pratima i Kale sprzątają w kuchni. Na piętrze Jankes i Pooja oglądają film. Na stole marihuana, viagra, prezerwatywy. Wszyscy zostali zatrzymani. Młodzież została przesłuchana i odesłana do domu po kilku dniach. Główny bohater pozostaje w areszcie od dwóch miesięcy. Zarzuty są absurdalne: posiadanie suszu roślinnego i szarpanina z piętnastolatkiem. Dziewiętnastoletnia Pooja uprawiała seks ze swoim kolegą ze Stanów w jego rezydencji. No i co z tego? Dla niej to i tak swojego rodzaju awans. Niedawno puszczała się po krzakach, szopach i melinach. Tutejszy wymiar sprawiedliwości wyczuł biznes i zaciera ręce na konkretną łapówkę. Prawnik negocjuje porozumienie, też nie za darmo. Mama i koledzy Jankesa zbierają pieniądze, żeby wydobyć przyjaciela z niewoli. Mają już ponad dziesięć tysięcy dolarów. Dalej nikt się nie orientuje, jakie lody kręcił ten gagatek u mnie na wiosce. Paradoks. „Młoda, żebyś tu była, to bym Ci to wszystko wytłumaczył”. „Stary, teraz to ja to widzę jak na dłoni”. Wioska na skraju szaleństwa cz. 2 27 NANDU Nandu to mój pierwszy i ostatni przewodnik po okolicy. Swoją robotę wykonał na medal. Skierował mnie tu i tam, żebym sobie pozwiedzał. Przedstawił radzie starszych w pobliskiej świątyni Devghat. Zaopatrzył w co trzeba, udzielił cennych wskazówek. Sympatyczny jegomość, niespotykany, powiedziałbym. Jego żona jest bardzo skryta w sobie. Ciężko mi o niej cokolwiek napisać poza tym, że dobrze gotuje i potrafi obsługiwać maszynę do szycia. Dwójka małych dzieci, synek i córeczka, są na swój sposób wyjątkowe. Nie szukają zwady z innymi dziećmi, nie rozrabiają. Potrafią w spokoju bawić się klockami lub układać puzzle. W zestawieniu z dzieciakami z wioski to rodzeństwo z innej bajki. Nandu swoje życie zadedykował badaniom, kolekcji oraz konsumpcji tak zwanych „magicznych muchomorów”. W pobliskiej dżungli występuje ich kilka gatunków. Te uznawane za najbardziej szlachetne rosną na bazie guano słonia. Któregoś razu Nandu podczas swojej wyprawy do lasu natknął się na patrol armii. Mundurowi, świadomi czego szuka mój przyjaciel, oddali go w ręce policji. Funkcjonariusze przetransportowali zatrzymanego na komisariat. Komendant po zapoznaniu się ze szczegółami zajścia, zaczął ciskać gromy na swoich podopiecznych. „Co wy kurwa odpierdalacie? Druida jakiegoś żeście mi tu przyprowadzili. Biega po lesie, grzyby zbiera. Wielkie mi halo. Wystarczy raz na niego spojrzeć i już wiadomo, że krzywdy nikomu nie zrobił. Kradzieży żadnej nie zgłoszono? Burdele wszystkie pozamykali? Nikt już nawet nie zakłóca porządku publicznego? Nudzi Wam się!!?” Komendant miał charakter. Posterunkowi przeprosili za nieporozumienie. Od tamtej pory Nandu może w spokoju kontynuować swoje praktyki. Noc przy ognisku w gronie osób, które rozumieją się bez słów, to urocze doświadczenie. Można pozbyć się negatywnych emocji, wszelkiej złości i frustracji. Ogień dodaje też siły w walce z ludzkimi słabościami: strachem, chciwością, uzależnieniem. Moja przygoda z alkoholem zaczęła się bardzo wcześnie. Problemy z tym związane trwały bardzo długo. Od jakiegoś czasu nie piję, bardzo dobrze mi tak. Magia. Oczywiście osoby, które uznają wyłącznie pastylki na poprawę samopoczucia oraz diagnozę profesjonalnego psychologa, myślą, że jestem szaleńcem. Pozostaje mi tylko życzyć im, aby odnalazły szczęście w swoim normalnym świecie. Psylocybina pomogła mi ostatecznie uporać się z alkoholizmem, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Oczywiście komuś innemu mogłaby zaszkodzić. Ja przyjąłem takie dawki, że połowa by zwariowała, a część popełniła samobójstwo. Zaryzykuje jednak tezę, ze psylocybina w niewielkich dawkach może rozwiązać rozmaite problemy. Nie jest to żaden złoty środek, ale kuracja w odpowiednich okolicznościach przyrody i takie przypadłości jak depresja, bulimia czy klaustrofobia mogą ulotnić się raz na zawsze. Medycyna naturalna to ostatnimi czasy obiekt moich badań i dociekań. Babcia zawsze powtarzała, że czosnek, syrop z cebuli czy gorące mleko z masłem i miodem, to najlepsze lekarstwa na przeziębienie, grypę i temu podobne. Jako młody chłopak praktykowałem też kąpiele w przeręblu zimową porą. Zahartowałem się jak trzeba. W szpitalu czy „u lekarza” nie byłem od wielu lat. Od pewnego czasu dokucza mi wątroba. Za każdym razem odpowiednia 28 Łukasz Walendziak dieta plus odpoczynek i po kilku dniach wracam do formy. Tyle lat się dewastowałem, nic dziwnego, że coś tam się odzywa. Ostatnio jednak znajomy medyk z Izraela zwrócił mi uwagę, że wątroba, na którą pomstuję, jest po prawej stronie, a obolałe miejsce to okolice trzustki. „Trzustka jego mać!” Nie jestem onkologiem, ale zdaję sobie sprawę, że nowotwór trzustki jest nieoperacyjny. Symptomy pojawiają się bardzo późno. W praktyce oznacza to wyrok - kilka miesięcy życia. Na wszelki wypadek zrobiłem rachunek sumienia: 1. Co złego to nie ja. Swoje odpokutowałem, a w ostatnim czasie zdążyłem pomóc wielu ludziom. Chwalić się tym jednak nie przystoi. 2. Przez ostatnie trzy lata przeżyłem więcej niż główny bohater ulubionego serialu moich rówieśników przez ostatnie trzy sezony. „Gra w karty” czy co oni tam teraz oglądają, nie jestem na bieżąco. Było, minęło, ale przynajmniej było. Śmiech, łzy, miłość, złość, komedia, dramat, wzloty, upadki. Cytując Edith Piaf „Niczego nie żałuję”. 3. Jeżeli badania potwierdzą, że sytuacja jest beznadziejna, to z dżungli będzie mi bliżej do nieba. Będę pływać nocą w rzece pełnej krokodyli aż, któregoś razu, posłużę im za kolacje. Kolejnych kilka dni spędziłem w Devghat. Medytacja, post, regeneracja. Następnie odwiedziłem Nandu i podzieliłem się z nim swoimi obawami oraz pomysłami. Był wściekły, pierwszy raz go takiego widziałem. Nie chciał słuchać o żadnym raku ani krokodylach. Wieczorem zasiedliśmy przy ognisku, cisza i spokój. Tym razem to ja rozpocząłem pogawędkę z młodszą siostrą. „Wiesz, że ja śmierci się nie boję, poza tym cieszę się na spotkanie z Tobą”. „Wierzę, ale musisz uzbroić się w cierpliwość, przyjdzie i na Ciebie pora, póki co nic Ci nie jest. Intuicja.” „Nawet jeżeli jest, nie poddam się bez walki. Zniszczę to chamstwo przy pomocy hasz oleju. Wiara w zwycięstwo receptą na sukces.” „Ty i te twoje pomysły, kocham Cię!” „Brakuje mi Ciebie, ten świat pełen jest ludzi pazernych i samolubnych, nudnych i bezmyślnych” „Spotkamy się znowu, w swoim czasie, tam gdzie nasze miejsce. Zaufaj mi! Byłeś moim starszym bratem, teraz ja jestem twoim aniołem stróżem” W powietrzu woń marihuany, Nandu przekazał mi znak pokoju... Z rana udałem się do stolicy. Kilka dni później odebrałem wyniki badan. Białe krwinki w normie, żółtaczki nie stwierdzono, nowotwór wykluczony. Będę żył. W międzyczasie spotkałem starych znajomych. Jeden z nich podarował mi hamak. Taki składany, jak śpiwór. Będzie dla Nandu. Przy następnej okazji zatrzymałem się na jedną noc u mojego szamana. Jego niewielkie gospodarstwo leży na skraju miejscowości Sauraha, 10 km od wioski. To taka oaza turystyczna. Hotele, restauracje, muzeum, bilard, karaoke. Wszystko czego potrzebują Amerykanie lub Chińczycy, aby spędzić w okolicach parku narodowego Chitwan kilka dni. Ja natomiast najlepiej czuje się tam, gdzie nikt nie mówi po angielsku. Gdzie dzika natura wymyka się spod kontroli. Gdzie życie wygląda jak sto lat temu. Na wiosce... Mennonitka i hrabia 29 Sylwia Kubik MENNONITKA I HRABIA1 Wygłoszone przez pana Esau kazanie wciąż dźwięczało Gretchen w uszach. Bardzo ceniła go jako człowieka, ale i jako mówcę, który w prostych słowach potrafił wyłożyć wszystko to, co ważne i wyznaczające kierunek w codziennym działaniu. - Gretchen - zwróciła się do niej matka. - Ojciec z Jacobem idą na zebranie, więc odwiedzimy panią Wiebe. - Dobrze, matko. Ruszyły w kierunku domu znajomych, który mieścił się niedaleko kościoła. Gretchen widziała mężczyzn zmierzających do gospodarstwa państwa Lotze mieszkających tuż obok rodziny Wiebe. Tam właśnie miało odbyć się spotkanie. Doskonale pamiętała, że planowano dzisiaj ustalić składkę na dom dla ubogich i chorych. Ojciec zawsze hojnie wspierał wszystkie wspólnotowe inicjatywy, a i ona z matką dokładały starań, żeby dary przekazywane w naturze były jak najlepszej jakości. Dom wybudowano w zeszłym roku po powodzi, która uczyniła wiele szkód we wsi. Gospodarstwo Dycków, usadowione na dość wysokim trepie, uniknęło zalania. Część uszkodzonych budynków innych bauerów, dzięki współdziałaniu sąsiadów, szybko doprowadzono do porządku. Zatopionych upraw nie dało się odzyskać, ale i tu z pomocą ruszyła wspólnota. Podzielili się tym, co mieli, spłatę odkładając na czas pożniwny. Było jednak także kilka rodzin, złożonych z osób starych i schorowanych, które wskutek różnych wydarzeń losowych nie miały potomstwa mogącego się nimi zaopiekować, więc ich domy już od lat podupadały. Powódź tylko przyspieszyła agonię tych budynków. Ich odnowienie nie miało sensu, więc podjęto decyzję, że wybudują dla nich jeden wspólny dom na placu wydzielonym przy kościele. Hospicja i domy dla starych i chorych funkcjonowały też w sąsiednich wspólnotach, gdyż mennonici nigdy nikogo ze swoich współwyznawców nie zostawiali bez opieki. Solidarność i odpowiedzialność za współtowarzyszy była jedną z cech wyróżniających mennonitów spośród innych społeczności, ale kilkoro starszych mieszkańców, którzy przed powodzią żyli samodzielnie w skromnych gospodarstwach, miało opory przed korzystaniem z jałmużny. Ustalono więc, że ci, którzy będą się czuli na siłach, pomogą wiosną i latem w polu, inni zaś zajmą się wyplataniem koszy, przędzeniem wełny oraz pomniejszymi pracami ręcznymi na rzecz wspólnoty. Annchen Dyck, matka Gretchen, oraz pani Wiebe przodowały w pracach związanych z organizacją domu dla ubogich. Miały już dorosłe dzieci, uznały więc, że ich obowiązkiem Fragment powieści Sylwii Kubik - Mennonitka i hrabia, Warszawa 2023, Wydawnictwo Skarpa Warszawska. 30 Sylwia Kubik jest służenie swoją pracą oraz wolnym czasem. W działania te zaangażowały córki, które choć zdatne już do ożenku, wciąż czekały na odpowiednich kandydatów. Zarówno Gretchen, jak i Leonore Wiebe pochodziły z zamożnych domów. Piękne i pracowite, przyjaźniły się od najmłodszych lat. Ich starsze rodzeństwo, poza bratem Gretchen - Jacobem, założyło już swoje rodziny, osiedlając się w bliskiej okolicy. Dziewczyny często się spotykały przy okazji różnych zebrań, uroczystości czy też zwykłych sąsiedzkich odwiedzin. W miesiącach mniej intensywnej pracy jeździły do nich, żeby pomagać przy ich licznym potomstwie, którego każdego roku przybywało. Leonore podczas ostatnich odwiedzin u siostry miała okazję spędzić trochę czasu w towarzystwie Isaaka Friesena. Był młodym wdowcem, który został z trójką małoletnich chłopców. Zamierzał się starać o rękę Leonore. Gretchen nie miała jeszcze okazji z nią o tym porozmawiać i liczyła, że dzisiaj znajdą chwilę na swobodną rozmowę. Nie omyliła się. Gdy tylko weszły do Wiebów, zostały ugoszczone kawą i ciastem. Matki, po wymienieniu grzeczności i omówieniu kazania pana Esau, skupiły się na bieżących sprawach związanych z domem dla ubogich. Szczegółowo rozprawiały o potrzebnym zaopatrzeniu oraz konieczności obstalowania nowych butów dla pani Wienss, najstarszej podopiecznej, która mimo wieku i choroby prawie codziennie chodziła nad rzekę zrywać trzcinę, z której wyplatała maty. Odżegnywały ją wielokrotnie od tych wypraw, ale był to łubiany przez nią rytuał i nie chciała z niego rezygnować. - Mamo - zapytała grzecznie Leonore, gdy kobiety przerwały na chwilę rozmowę - możemy iść do mojego pokoju? Pani Wiebe spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem. Tak się wciągnęła w rozmowę, że zapomniała o ich obecności. - Tak, idźcie. Jeszcze nam tu chwilę zejdzie, a i zebranie pewnie szybciej niż za godzinę się nie skończy. Dziewczęta z ulgą opuściły wielką izbę i przeszły do pokoju Leonore, który był mniejszy, ale dzięki temu bardziej przytulny. Skłaniający do sekretnych rozmów i wymiany tajemnic. -Jak ci się podobała wizyta u siostry? - zapytała Gretchen, zajmując miejsce przy małym stoliku. - Doszła już do siebie po porodzie? -Tak, czuje się dobrze, a moja mała siostrzenica jest urocza. Skradła nasze serca. - Wszystkie małe dzieci są słodkie. Najbardziej lubię niemowlaki. - Ja też! Im starsze, tym więcej mówią i ciągle o coś pytają. To bywa męczące. - Właśnie - przytaknęła Gretchen i spojrzała na przyjaciółkę uważnie. - Dzieci Isaaka są jeszcze małe. Miałaś okazję poznać je bliżej? Na policzkach Leonore pojawił się rumieniec, który próbowała zamaskować, poprawiając śnieżnobiały czepek skrywający jej pszeniczne włosy. -Tak, dość często odwiedzali moją siostrę, a i my raz byliśmy u nich z wizytą - odparła, zajmując miejsce na wprost przyjaciółki. - Najstarszy chłopiec ma pięć lat, ale nie jest męczący. Głównie milczy i słucha, rzadko zadaje pytania. Młodszy ma trzy latka, a najmłodszy dwa i z nim właśnie jest najwięcej problemu. Bardzo ruchliwy, w miejscu nie usiedzi i ma mnóstwo pytań. Wszystko go ciekawi. - Polubiłaś ich? Mennonitka i hrabia 31 - Sama nie wiem - odparła Leonore, szarpiąc lekko wiązanie czepka. - To miłe dzieci i zasługują na najlepszą opiekę. - Naturalnie. Te młodsze niewiele pamiętają, ale starszy chłopiec pewnie tęskni. - On akurat jest bardzo spokojny. Często się zamys'la i tak smutno patrzy, że aż żal chwyta za serce. Jego bracia zaś są bardzo rozbrykani. Zupełnie inni niż dzieci mojej siostry. - Isaak pewnie trochę ich rozpieścił, chcąc wynagrodzić stratę matki. - Myślę, że to raczej jego matka, która mu pomaga i się nimi zajmuje. To starsza kobieta i pozwala im na zbyt wiele. Chyba brak jej sił do pilnowania, wychowywania i dyscyplinowania tej gromadki. A Isaak ma tyle pracy w gospodarstwie, że rzadko ich widzi. - To zrozumiałe. Dużo ziemi, bydła, więc nawet zimą jest co robić - przytaknęła ze zrozumieniem Gretchen. - Rozmawiał już z twoim ojcem? - Tak. Ojciec mnie do niego przekonuje, bo to dobra partia. Ma ładny dom i duże gospodarstwo. Jest pracowity i o wszystko dba. Nie ma długów ani żadnych nałogów. Wspiera działania wspólnoty i właściwie nic mu nie można zarzucić. - To wiem, mieszka przecież niedaleko nas. Pytałam jednak, co ty o nim sądzisz? Leonore wstała z wyściełanego poduszkami drewnianego krzesła i podeszła do sekreta-rzyka. Chwyciła leżącą na nim Biblię i zaczęła ją machinalnie kartkować.Wreszcie zamknęła księgę z trzaskiem, odłożyła i ponownie usiadła na krześle. - Och, Gretchen! Zupełnie nie wiem, co mam myśleć. - Leonore, przecież nie musisz go poślubiać. Twój ojciec nie będzie cię zmuszał do ożenku z kimś, kto jest ci niemiły. - To nie tak - zaprzeczyła żywo. - To dobry człowiek, podpora naszej społeczności. I ja go szanuję. A nawet lubię. - Ale? - Boję się, że nie podołam obowiązkom matki trójki dzieci. Wiesz, tak od razu. Zupełnie inaczej, gdy dzieci wychowuje się od początku, a inaczej, gdy musisz wejść na czyjeś miejsce. Nie wiem, czy mnie zaakceptują jako swoją matkę. I nie wiem, czy ja je pokocham... - Będziesz dla nich dobra. Wiem to. Znam cię. Zrobisz wszystko, żeby wychować ich na porządnych ludzi. — Czy to wystarczy? Dzieci powinno się nie tylko dobrze traktować i wychowywać, ale i kochać. Biblia przecież mówi, że miłość jest najważniejsza. - Nie umiem ci doradzić. - Nikt nie umie - odparła smutnym głosem. - Ojciec mówi, że to dobry człowiek i zasługuje na oddaną mu żonę. Matka z kolei uważa, że dzieci są jeszcze małe i się do siebie przyzwyczaimy. Podkreśla też, że obowiązkiem wspólnoty jest zadbać o te sieroty. Nie mogą się wychowywać bez kobiecej ręki. - Przecież babka się nimi zajmuje. — Tak, ale ona chce wrócić do swojego domu, więc naciska na syna, żeby znalazł żonę. Boję się, że zanim ja się zdecyduję, on się rozmyśli, ale boję się również tego, że nie podołam zadaniu. Będę złą matką i żoną, a Isaak będzie żałował, że mnie poślubił. 32 Sylwia Kubik - Leonore, na pewno będziesz doskonałą żoną i matką. Każdy popełnia błędy, więc i tobie może jakieś się przytrafią, ale cóż to znaczy? Nic. Normalna, ludzka sprawa, więc może warto posłuchać rodziców i dać mu szansę? - Może - odparła machinalnie, wygładzając suknię. - Rodzice dali mi czas do namysłu, więc ciągle się nad tym zastanawiam. I gdy wydaje mi się, że już podjęłam decyzję, to przychodzi nowa myśl do głowy, która tak mi mąci i od nowa zaczynam rozważać. Gretchen rozumiała rozterki przyjaciółki. Nie chciałaby znaleźć się na jej miejscu. Zajmowanie miejsca kobiety, która była łubiana i stanowiła wzór wszelkich cnót, zawsze jest trudne. Tym trudniejsze, gdy zostało po niej trzech niedorostków, którym trzeba stworzyć nową rodzinę, nie burząc przy tym wizerunku matki utrwalonego w sercach i pamięci. Tak, zdecydowanie nie jest łatwo być drugą matką, a jeszcze trudniej być drugą żoną. Widziała jednak, że Leonore jest zainteresowana Isaakiem bardziej, niż przyznaje. Nie umiała jej doradzić, więc postanowiła ograniczyć się do okazania wsparcia. - Leonore. Cokolwiek zdecydujesz, wiedz, że jestem i zawsze możesz na mnie liczyć. - Dziękuję, Gretchen. Dobrze mieć świadomość, że otaczają mnie życzliwi ludzie, chcący mego dobra - odparła wzruszona. - Wiesz? Gdybym się zgodziła, to stałabym się prawie twoją sąsiadką zza miedzy. - Dopóki ja za mąż nie pójdę - przypomniała jej Gretchen. - O czymś nie wiem? Planujesz coś? - Nie, jest mi dobrze tak jak jest, ale matka coraz częściej wspomina, że czas na ożenek. Ojciec na razie nie podejmuje tematu, lecz wiesz, moje siostry w tym wieku miały już swoje rodziny, więc niebawem pewnie i dla mnie męża będą szukali. - W okolicy nie ma zbyt wielu kawalerów w odpowiednim wieku i z odpowiednią ilością ziemi. - Kilku jest, ale za żadnego bym nie chciała iść. - Gretchen! Mam nadzieję, że obie wyjdziemy dobrze i szczęśliwie za mąż. - Oby. Czas jednak na mnie. Słyszę nasze matki, więc pewnie będą nas zaraz wołać. Nie myliła się. Gdy wyszły z pokoju, kobiety stały w sieni i kończyły ustalać ostatnie sprawy. Matka Gretchen zapinała obszerne futro, więc i ona sięgnęła po swoje. Pożegnały się i odprowadzone przez gospodynię, wyszły przed dom. Ojciec podjechał pod podcień, a niedawno malowane przez Katta wzory na saniach zalśniły w promieniach słońca. Wyglądały zachwycająco. Gretchen wraz z matką umościły się w pojeździć wyłożonym kożuchami. Brat usiadł obok ojca, który cmoknął na konia, przecinając powietrze batem. Blessfuchs ruszył żwawo i po chwili płozy gładko sunęły w stronę domu. „Jak zostać ulubioną pisarką Polek” 33 „JAK ZOSTAĆ ULUBIONĄ PISARKĄ POLEK” Z SYLWIĄ KUBIK ROZMAWIA AGNIESZKA ŚWIERCZ-KARAŚ To była wiosna, tak jak teraz. Cztery lata temu kiedy kończył się rok szkolny, pewna nauczycielka postanowiła spełnić swoje marzenie. Wysłała opowiadanie na konkurs literacki. Wzięła udział w warsztatach wydawnictwa Znak, a do druku trafiło jej pierwsze opowiadanie. Dziś Sylwia Kubik, bo o niej mowa, jest już jedną z najbardziej rozpoznawalnych pisarek na Powiślu. Wszystko zaczęło się od miłości, bo czemuż nie miało by się zacząć od uczuć, skoro to właśnie na nich skupia się w swojej twórczości pani Sylwia. #książkowelove w którym ukazało się pierwsze opowiadanie przyszłej „pisarki z Powiśla” było iskrą, która rozpaliła płomień. Dziś autorka ma na swoim koncie 13 wydanych powieści i jedną bajkę. Zdradzimy też, że pisarka ma obecnie w szafie jeszcze trzy książki, które czekają na wydanie. *** Agnieszka Swiercz-Karaś: Konkurs od którego zaczęła się pani przygoda z pisarstwem nosił tytuł „Jak zostać ulubioną pisarką Polek”. Czy wysyłając swoje opowiadanie „Spełnione marzenie” myślała pani, że tytuł zarówno konkursu jak i Pani pracy może okazać się znamienny? Sylwia Kubik: Wówczas tak tego nie widziałam. Znalazłam ogłoszenie o konkursie, w którym główną nagrodą były warsztaty literackie z jedną z moich ulubionych pisarek Magdaleną Kordel. Bardzo chciałam ją poznać i dlatego zdecydowałam się na udział w zabawie. Zostałam doceniona, ale nawet jadąc już na same warsztaty nie miałam żadnego planu. Na miejscu poznałam jednak fantastyczne dziewczyny. Dostałam też jedną, bardzo cenną radę od Magdaleny Kordel - „Usiądź i pisz. Jak zaczniesz, to już pójdzie, ale dopóki nie zaczniesz, to nie będziesz wiedziała, czy umiesz pisać”. Po warsztatach padła propozycja, abyśmy pisały co jakiś czas, w formie ćwiczeń jakieś opowiadania. Ja jednak nie mam czasu na takie rzeczy. Stwierdziłam, że usiądę i napiszę powieść. Jeżeli się uda to ją wydam, jeśli nie to nie będę już się tym dalej zajmowała. To wystarczyło? Usiadła Pani i po prostu napisała powieść? Ile trwał proces powstawania książki? - Moja pierwsza książka „Pod naszym niebem” powstała w 36 dni. Pisałam przede wszystkim wieczorami i po pracy. Problem pojawił się jednak z wydawcą. Mimo, że książkę wysłałam do około 70 wydawnictw przez kilka miesięcy czekałam na odpowiedź. Najpierw dostałam oferty, że jak zapłacę za druk, to moja książka zostanie wydana. Uważałam jednak, że to oni powinni mi płacić za moją pracę. Ja wiem, że niektórzy marzą o tym aby zobaczyć swoje nazwisko na okładce. Ja nie miałam takiego marzenia, więc nie miałam parcia 34 Sylwia Kubik aby tę książkę koniecznie wydać. Byłam wytrwała i w końcu znalazł się tradycyjny wydawca, który mi zapłacił za napisanie książki. Wydałam ją i tak się zaczęło. Czy proces wydawania książki zawsze jest taki długi? - Przy pierwszej książce popełniłam błąd. Nie sprawdziłam do jakich wydawnictw wysyłam swój tekst. Powinnam najpierw sprawdzić ich profil. Wydawnictwa mają swoją wizję i swój cel wydawniczy i tematyczny. Należy więc dostosować temat powieści do tego co oni wydają. Za pierwszym razem wpisałam w wyszukiwarkę słowo „wydawnictwo” i tak słałam jak leci, po kolei. Nie znałam się na tym, działałam trochę intuicyjnie, najważniejsze jednak, że w końcu się udało. Później było już łatwiej. Jak wydałam pierwszą serię stałam się rozpoznawalna. Kiedy zaczęłam pracę nad drugą serią, „Cyklem Żuław- skim”, zachowywałam się już rozsądniej. Sprawdziłam jakie wydawnictwa mają możliwości marketingowe, jaką mają dystrybucje i promocję. Kolejne powieści wydawałam już w innych wydawnictwach, ponieważ jak mi coś nie odpowiada to już z tym nie walczę, zostawiam to i idę tam gdzie mi odpowiada. Zabieram swoje zabawki i idę. W związku z tym obecnie wydaję w kilku wydawnictwach i już nie jest tak, że ja wysyłam. To wydawnictwa się mnie pytają czy mam jakieś powieści, czy chciałabym coś wydać. Miałam już nawet taką sytuację, że na jedną książkę miałam 3 chętne redakcje. Moja sytuacja na rynku znacznie się zmieniła. Pierwsze wydawnictwo było małe, niszowe, sama musiałam się zajmować się promocją. Drugie wydawnictwo przestrzeliło target, reklama poszła tam, gdzie nie powinna pójść i znowu musiałam promować się sama. Tak mi to już weszło w krew, że cały czas teraz sama się tym zajmuję. Wiem że polegać mogę tylko na sobie. Uważa pani, że łatwo jest zacząć wydawać książki? - Przez cztery lata od mojej premiery rynek wydawniczy bardzo się zmienił. Teraz jest też łatwiej wydać książkę niż wtedy. Jest bardzo dużo wydawnictw, takich które dopiero zaczynają i szukają nowych osób. Często są one zakładane przez topowych pisarzy, którzy z macierzystych wydawnictw zabierają innych artystów. Tworzą się miejsca, luki do zapełnienia. Wydać jest łatwiej, ale to nie oznacza jeszcze, że książka się sprzeda. Wszystko co pani mówi zdaje się być bardzo czasochłonne. Jak pani godzi pracę, dom i pisanie? - Piszę w każdej chwili, nawet w nocy. Teraz przemeblowuje swoje życie, aby móc się zająć tylko pisaniem. Rezygnuję w tym roku z pracy w szkole, więc tych książek będzie jeszcze więcej. Nie szkoda pani porzucać nauczania? - Mam 38 lat 4 miesiące i 9 dni (*stan na dzień przeprowadzania rozmowy). W szkole osiągnęłam wszystko co chciałam. Jestem nauczycielem dyplomowanym z 20 letnim „Jak zostać ulubioną pisarką Polek” 35 stażem pracy, stwierdziłam, że już z swoje zrobiłam. Zawodowo czuję się spełniona. Nie chce już pracować na etacie. Nie zamierzam stać w miejscu. Nie chcę klepać jeszcze 22 lat do emerytury przy biurku. To nie współgra z moim charakterem, z moją osobowością. Rozumiem, że nie boi się pani zmian? - Nie boję się zmian, wręcz przeciwnie ja się lubię uczyć, zapisuję się na różne szkolenia i kursy. Należę do ludzi, którzy „lubią wiedzieć”. Przez koleżanki po piórze określana bywam jako Pani Burza. Jeśli się w coś angażuje, to robię to całym sercem. Na przykład ostatnio zrobiłam kurs rolni- czy. Jestem mieszkanką małej miejscowości, wieś jest mi bliska i często pojawia się w mojej twórczości. Postanowiłam więc zgłębić temat bardziej, w różnych aspektach. Nie trzymam się jednej ścieżki. Jestem filologiem polskim, skończyłam bibliotekoznawstwo, oligofrenopedagogikę, zarządzanie oświatą i projektami społecznymi. To mi pozwala później tworzyć powieści z różnym przekrojem bohaterów. Nie skupiam się na jednym typie postaci, dzięki temu że pogłębiam wiedzę z różnych dziedzin. Bohaterowie pani książek mają różnych status społeczny, różne zawody, różne charaktery. Czy pisząc wzoruje się pani na prawdziwych osobach? Generalnie nie korzystam z żywych wzorców. Nie odwzorowują postaci jeden do jednego. Jednak niektóre cechy, zachowania, scenki rodzajowe zaobserwowane w realnym życiu pojawiają się później w mojej twórczości. Bliscy, rodzina też nie pojawiają się w pani twórczości? Staram się, aby tak nie było, ale jest wyjątek w serii powiślańskiej. Wszystkie postacie z tego cyklu są fikcyjne oprócz rodziny Karoliny. Rodzina Karoliny to jest moja rodzina. Anielka i Gabrielka to moje córki, jest tam mój mąż. Odwzorowałam tam moją rodzinę z tego względu, że chciałam poruszyć problem wcześniactwa. Jestem matką skrajnego wcześniaka. Moja Gabriela urodziła się w 26 tygodniu ciąży, ważąc ledwie 800 gram. Nie dawano jej szans na przeżycie, a przeżyła i całkiem dobrze sobie radzi. Jest na innym etapie rozwojowym niż rówieśnicy, ale uczy się w szkole powszechnej, jeździ na turnusy rehabilitacyjne, jest pod kontrolą lekarzy. Najważniejsze, że jest z nami! W cyklu powiślańskim chciałam pokazać właśnie to życie wcześniaków, to, że mają prawo do życia, mają ogromną wolę walki i jeżeli damy im szansę i pomożemy to one mają szansę dorosnąć i rozwijać się. Stąd ten watek autobiograficzny. To jedyny wątek autobiograficzny, który wplotła pani w fabułę swoich książek? „Pod obcym niebem” to historia moich dziadków. To było konstruowane na podstawie wspomnień z innymi członkami rodziny, z ich dziećmi. Chciałam poruszyć aspekt, że wojna to nie tylko bohaterowie którzy walczą w powstaniach czy na froncie, ale to też ludzie cisi, codzienni bohaterowie, którzy każdego dnia walczą z głodem, strachem, biedą i innymi zagrożeniami. Takim właśnie bohaterom dnia codziennego chciałam dedykować tę książkę i to ich heroizm chciałam opisać. 36 Sylwia Kubik W moim debiucie, czyli serii powiślańskiej chciałam trochę także odczarować wieś. Pokazać, że stereotypy, które były aktualne 30 lat temu, nie mają już racji bytu. Zycie poza miastem wygląda dziś zupełnie inaczej. Opisując życie mieszkańców Brzozówki od środka, nie z punktu widzenia osoby która przyjeżdża na wieś z zewnątrz i zaczyna wprowadzać swoje rządy, tylko rdzennych mieszkańców którzy tworzą tę codzienność. Chciałam pokazać prawdziwe życie. Gdzie jeszcze znajduje pani inspiracje do swoich powieści? Prywatnie lubię czytać książki historyczne. Najbardziej interesują mnie pozycje związane z Powiślem i Żuławami, ale też takie nawiązujące do czasów II Wojny Światowej. To co mnie interesuje w danym momencie ma później odbicie w tym co aktualnie piszę. To jest tak: czytam o przeszłości, znajduję interesujący wątek wyciągam ten element historii i on jest dla mnie bazą, czyli tłem do powieści. Dopiero później powstaje cała reszta. Mam tło, realia, przestrzeń i dopiero wtedy pojawiają się osoby, które pasują do tego uniwersum. W ciągu ostatnich lat stała się pani bardziej rozpoznawalna. Czy ma to wpływ na pani życie, pojawili się tak zwani „hejterzy”? Czasem na portalach oceniających książki ktoś mi wstawi jedynkę bez komentarza, albo napisze „co za nudy” i jest okej bo ja nie uznaję tego za hejt. Mylna może być okładka, mylny może być tytuł. Tak jak np. z moim drugim cyklem który promowanym jako romans, a to nie jest romans tylko powieść obyczajowa. Miłośniczki romansów które sięgnęły po tą lekturę mogły czuć się zawiedzione. Jednak hejtów, w obecnym tego słowa znaczeniu nie przeżywam. Co prawda jest jedna pani, która na portalu społecznościowym potrafi komentować „no już chyba dość tego samouwielbienia” i podobne zwroty. Nie przejmuję się tym jednak, ponieważ jest to osoba, która zdaje się komentować negatywnie praktycznie wszystko co widzi. To taki nasz lokalny troll. Poza tym nie spotkałam się z żadnym hejtem. Praca pisarza polega na autopromocji, trzeba przytaczać recenzje. Taka jest specyfika strony autorskiej musimy pokazywać gdzie byliśmy, co robiliśmy, i nie wstydzę się pokazywać kulis życia pisarki. To może na koniec zdradzi nam pani nad czym obecnie pracuje? Wspominałam już o warsztatach sprzed czterech lat, kiedy to zaczęła się moja przygoda z pisarstwem. Poznałam tam wiele wspaniałych kobiet. Jedna z nich założyła właśnie swoje wydawnictwo. Razem tworzymy obecnie cykl „Mgnienia dobra”, czyli retro bajki. Ja zajmuję się tekstem, a ilustracjami zajmuje się również pani poznana na znamiennych warsztatach w Warszawie. Pierwszą pozycją z nowego cyklu jest ,Antoś”. To taki nasz pomysł na bajki w starym stylu, bez nowoczesnych bodźców, współczesności. Chciałam dać dzisiejszym dzieciom trochę dawnej sielskości, żeby od razu wiedziały co jest dobre, a co złe. To pani pierwsza książka dla dzieci. Łatwo było zmienić sposób pisania? „Jak zostać ulubioną pisarką Polek” 37 Jak ktoś ma dzieci i jest na bieżąco to jest mu łatwiej. Z własnych obserwacji wiem, ze nasze dzieci obecnie od maleńkości spędzają czas przy monitorach, ale one się tak nie rodzą. My sami ich bodźcujemy, włączając telewizor, bajki, dając tablet. Ja w moich retro bajkach chciałam aby dzieci skupiły się na emocjach i przekazie, a nie na kolorowych obrazkach i nowoczesnych postaciach. Ma pani jakieś nowe pomysły na kolejne powieści? (ze śmiechem) Mam ich bardzo dużo. Jako samorządowiec o samorządzie też kiedyś napiszę, ale to jak już skończę przygodę z Radą Powiatu. Będzie to powieść sensacyjna. Dziękuję za rozmowę * „Miłość pod naszym niebem” Sylwii Kubik została uznana za Książkę Roku 2020 w kategorii: proza polska. Za aktywne promowanie regionu pisarka otrzymała tytuł Osobowość Roku 2019 w kategorii Kultura, Osobowość Roku 2020 w kategorii Kultura, Ambasador-ka Kultury Pomorza 2022 w kategorii literatura. Jest stypendystką Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w kategorii kultura. Sylwia Kubik pisze przede wszystkim powieści obyczajowe i romantyczne dla kobiet, ale nie tylko. Tłem dla jej powieści są piękne krajobrazy Powiśla i Żuław, gdzie najczęściej osadzona jest akcja książek. Tworzy powieści osadzone w wiejskich klimatach, słowem pokazując otaczającą ją rzeczywistość. Kocha las, kwiaty, gotowanie i historię. Do tej pory Sylwia Kubik wydała: Antoś, Mennonitka i hrabia, Żuławska tajemnica. Mi-riam Cykl: Żuławskie żywioły (tom 3), Pod obcym niebem, Zimowe Żuławy. Beata Cykl: Żuławskie żywioły (tom 2), Miłość musi być!, Żuławska miłość. Dobrosława, Cykl: Żuławskie żywioły (tom 1), W cieniu wierzb Cykl żuławski (tom 3), Tajemnica z przeszłości Cykl żuławski (tom 2), Krok do miłości Cykl żuławski (tom 1), Nasze niebo Seria powiślańska (tom 3), Miłość pod naszym niebem Seria powiślańska (tom 2), Pod naszym niebem Seria powiślańska (tom 1). Andrzej C. Leszczyński Esej OKRUCHY PRZEKLEŃSTWA Pamiętam tamte wywody na temat przekleństw wypisywanych i wykrzykiwanych przez protestujące kobiety. Nie spotkałem w nich zasadniczego odróżnienia, że są to właśnie przekleństwa, nie wulgaryzmy. Wulgaryzm to coś prostackiego, a przekleństwo ma w sobie metafizyczną głębię. Pamiętam scenę z książki „Inny kraj” Jamesa Baldwina, gdy czarnoskóry perkusista Rufiis popełnia samobójstwo skacząc z mostu i zwraca się do Boga wyzwiskami bliskimi rozpaczliwej modlitwie: idę do ciebie, ty stary... Minęło kilkadziesiąt lat od tej lektury, nie mam książki pod ręką, ale chyba niczego nie przeinaczam. „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz” - zaklinała swego kochanka Barbara Kraftówna w Kabarecie Starszych Panów. Napisałem w tej sprawie kilka słów do znanej dziennikarki Katarzyny Włodkowskiej (podziękowała). „Dzień dobry, piszę po przeczytaniu w »Dużym Formacie« Pani reportażu o cenzurze w gdańskiej Akademii Muzycznej. Jest tam mowa o wulgaryzmach w utworze Natalii, nie ma słowa o przekleństwach. Dobrze byłoby odróżnić te wyrażenia. Wulgaryzm to słowo pospolite (vulgaris), używane powszechnie i beznamiętnie zamiast przecinka. Przekleństwo jest klątwą, słowem niezwyczajnym bliskim modlitwie i magii. Aleksander Bruckner w »Słowniku etymologicznym języka polskiego« czasownik 'kląć' wiąże z wcześniejszym 'kłoń' (cytuję: „Słowianin, przysięgając, kłonił się do ziemi, dotykał jej ręką«). Przekleństwo jest sposobem na wyrażenie bólu, cierpienia bądź bezsilności. Kiedy uderzę się młotkiem w palec, potrzebna będzie „kurwa”; tym też słowem żegnali się z życiem piloci w ostatnich sekundach lotu nad Smoleńskiem. Natalia z Pani reportażu, podobnie jak Barbara Kurdej-Szatan z sąsiedniego tekstu, operowała przekleństwami, nie wulgaryzmami. Moim zdaniem dobrze to świadczy o obu paniach”. Jakiś czas później przeczytałem esej wrocławskiego filozofa prof. Leszka Koczanowicza pt. „Co zapowiada język rewolucji?”, w którym o dosadnym „Wypierdalać!” z kobiecych manifestacji pisze jako o reakcji jak najbardziej adekwatnej na wcześniejsze ataki i poniżenia. Hasło to, zauważa, jest także oznaką kresu możliwości politycznego dialogu1. Marszałek Tomasz Grodzki zdaje się nie słyszeć wyrażanego w ten sposób gniewu, gdy mówi, że „w swojej istocie nie ma znaczenia, czy ktoś powie: „Wypierdalać«, czy dyplomatycznie: 1 Strajk Kobiet z 2020 roku zdaniem Agnieszki Graff („Coś w Polsce pękło, coś się wylało. Jak młodzi zerwali Wielki Kompromis z Kościołem”) pozostanie świadectwem pierwszego w Polsce przekreślenia paktu między elitami a Kościołem. Okruchy 39 »Prosimy uprzejmie, ale bardzo stanowczo, aby się Państwo szybciutko oddalili«, gdyż de facto chodzi o to samo”. Trzeba być głuchym, by nie dostrzegać różnicy. KOBIETY, KOBIETONY Tak właśnie odbierałem - początkowo, bo z czasem coraz więcej było wykrzykiwanych gromadnie i z uśmiechem wulgaryzmów - przekleństwa protestujących kobiet i bardziej jeszcze młodszych o pokolenie dziewcząt, jako wyrzucenie z siebie gniewu, niezgody na to, co robi PiS w komitywie z kościelną instytucją. Powiedziały głośno to, co było językowym tabu. Żeby tylko, błąka mi się po głowie, nie wpadły w pułapkę płciowego samouwielbienia. Żeby zamiast walczyć o podmiotowość i równe z mężczyznami prawa nie zaczęły z mężczyznami walczyć2. Bywa, że z tymi, których uznały za dziadersów, już walczą. Kiedy czytam dookoła, że rewolucja jest kobietą, odwaga jest kobietą, stocznia jest kobietą, wolność jest kobietą - od razu myślę o niektórych spośród nich. O trzech Beatach - Kępie, Szydło, Mazurek. A jeszcze Krystyna Pawłowicz, Jadwiga Emilewicz, Julia Przyłębska. Nie mogę pominąć Kai Godek, której wypowiedzi na temat in vitro wywołują we mnie - byłym członku prezydenckiego Zespołu wsparcia prokreacji dla mieszkańców Gdańska - zniesma-czenie i ból brzucha. Nie mogę pominąć mojej sąsiadki życzącej protestującym, żeby je ktoś w końcu dobrze wyruchał. A Giorgia Meloni - faszyzm też jest kobietą? A Marina Le Pen? To też kobiety, czy już może tylko wynaturzone „kobietony” (Witkacy)? Zatem normaty-wizm - kobieta to wyłącznie „właściwa kobieta”, podobnie jak Polak to „prawdziwy Polak”? Jacek Zalewski: „Korczak mówił, że nie ma dzieci, są po prostu mali ludzie; pociągnijmy to dalej i dodajmy: nie ma kobiet i mężczyzn, są po prostu ludzie różniący się płcią”. Wcześniej pociągnął to Witold Gombrowicz („Dziennik”): „Widzę naokoło mnóstwo ludzi w spódnicach, z długimi włosami, o cienkim głosie, a mimo to używam słowa »człowiek« jak gdyby ono nie było rozłamane na mężczyznę i kobietę, a także w innych słowach nie dostrzegam rozdwojenia, które wprowadza w nie płeć”. Kilka stron dalej: „Dziś kobieta jest bardziej kobietą, niż być powinna: jest naładowana kobiecością, która jest silniejsza od niej [... ]”. Ta rewolucja to jednak tylko - tylko? - ważne poruszenie umysłów kobiet, także mężczyzn; w żadnym niestety stopniu umysłów rządzących. Może i lepiej, bo paskudna logika prawdziwych rewolucji każę najpierw walczyć z przeciwnikiem, potem pożera własne dzieci. Żeby uniknąć tego pożerania, wyszukuje coraz to nowych wrogów, ale w końcu ich zabraknie. Tak czy owak śmiech ogarnia, gdy czyta się dziś to, co Niccolo Machiavelli pisał w „Księciu” o koniecznym powiązaniu sztuki walki i sprawowania władzy („uzbrojony nie pozostaje w żadnym stosunku do nieuzbrojonego”) z płcią. Uzbrojony (sprawujący władzę) reprezentuje to co „męskie”, a nieuzbrojony (poddany) - to co „żeńskie”. Nieuzbrojony mężczyzna przestaje być sobą, staje się istotą zniewieściałą (wł. effeminato, od łac. effeminatus - znie-wieściały, niemęski, pozbawiony siły, energii). Było to pięć wieków temu, ale i obecnie można spotkać podobne wypowiedzi. Na przykład doktora Pawła Skrzydlewskiego, doradcy 2 Pisze o tym w .Akcencie” (2023, 1) Jacek Zalewski: „[... ] łatwo sobie wyobrazić, że oto stosunek sił ulega odwróceniu i teraz druga płeć uzyskuje przewagę, po czym mści się na tej pierwszej za dekady, wieki ucisku”. 40 Andrzej C. Leszczyński nieszczęsnego troglodyty sprawującego urząd ministra nauki i edukacji: „Dziś obserwujemy w kulturze bardzo niebezpieczne zjawisko moralne, także religijne, pewnego zepsucia duchowego kobiety polegającego na rozbudzeniu w kobiecie pychy, która się przejawia próżnością, zainteresowaniem wyłącznie sobą, egotyzmem, zwalczaniem obiektywnego porządku na rzecz widzenia siebie. Jeśli takie postawy się upowszechnią, to jednocześnie zabija się rodzinę, zamyka się na płodność”. Konieczne w edukacji, dodaje, jest „ugruntowanie cnót niewieścich”. Poza wszystkim: większość rewolucji robili jednak mężczyźni. Wymyślili też Mariannę prowadzącą Francuzów do walki o Republikę. No i żeby stan wkurwienia nie okazał się językowo trwały, żeby przekleństwa nie stały się marnymi wulgaryzmami, jeszcze powszechniejszą schamiałą praktyką językową. PUNKTY WIDZENIA Dorota Czajkowska-Majewska - profesor (ta forma widnieje na okładce) neurobiolo-gii - w książce pt. „Człowiek globalny” osobny rozdział poświęciła władzy kobiet. Trzeba przyznać, że nie gmatwa po profesorsku swego wywodu. Patriarchalizm wyznaczają kamienie milowe „wojen, rewolucji, ludobójstw, statystyka milionów eksterminowanych lub przymusowo wysiedlonych narodów, hektolitry przelanej krwi, niezliczona ilość zrównanych z ziemią miast i wsi”. By uniknąć jednostronności, docenia cywilizacyjny wkład indywidualnych mężczyzn. Generalnie jednak „rządy męskie sprawowane przez ostatnie 3 tysiąclecia należy uznać za bardzo złe. Były one naznaczone egoizmem, okrucieństwem, wyzyskiem, niszczycielstwem, bezmyślnością, fałszywą ambicją i poczuciem honoru, które skłaniały do posyłania na bezsensowną śmierć lub narażania na cierpienia milionów ludzi”. Rzecz tłumaczy się naukowo: mężczyźni pozbawieni są cech widocznych u kobiet. Są one „bardziej rozważne i opanowane od mężczyzn. Dzięki czemu częściej podejmują słuszne decyzje. Są też bardziej prospołeczne, opiekuńcze i sprawiedliwe. Po części wynika to z płciowych różnic w budowie i funkcjonowaniu mózgu, środowiska hormonalnego, jak i z wpływów kulturowych. Kobiety mają bardziej aktywne czołowe płaty kory mózgowej, które uczestniczą w intelektualnym przetwarzaniu i kontrolowaniu emocji...”3. Cóż, w równie nieskomplikowany sposób interpretuje mit biblijny Fryderyk Nietzsche. Grzech pierworodny w jego ujęciu to owoc winy, jaką jest ciekawość, kłamliwe zwodzenie, podatność na pokusy, pożądliwość, czyli dyspozycje czysto kobiece4. Podobnie Hezjod. W „Teogonii” oraz „Pracach i dniach” (to najdawniejsze wersje tego mitu) opisuje skutki buntu Prometeusza przeciwko bogom. Ostatnie słowo należało do Zeusa, który zesłał ludziom (Epimeteuszowi) Pandorę (imię to znaczy: „wszystkie dary”), piękne utrapienie, matkę wszystkich kobiet: „od niej to się wywodzi niegodziwy ród i plemię kobiet,/ Które 3 Tę, trzeba przyznać, łagodną postać mizoandrii znacznie wzmocniła Olga Tokarczuk w swej powieści „Empuzjon. Horror przyrodoleczniczy”. 4 Tak to streszcza Elżbieta Łapczyńska w „Znaku” (810): „Głupia baba zeżarła jabłko, chociaż było mówione, żeby nie zrywać”. Okruchy 41 na nieszczęście mieszkają ze śmiertelnymi” („Teogonia”, 592). Przed kobiecą plagą nie ma ratunku, gdyż nikt nie chce się przed nią bronić. Każdy cieszy się „tuląc w ramionach własną zgubę”5. Kartezjusz ze względów metodologicznych szukał pojęć prostych, jasnych i wyraźnych (clair et distinct); tak też pisał swe „Medytacje” chcąc, by były zrozumiałe nawet dla kobiet. Niespełna trzy wieki temu Jan Jakub Rousseau pisał („Lisy o widowiskach”) o kobietach, które „na ogół nie mają prawdziwego geniuszu”, które nigdy nie rozpalą „niebiańskiego ognia, który rozgrzewa i rozpala duszę”, które wreszcie są niezdolne „do osiągnięcia właściwego dla obywatela poziomu moralnego”. To wszystko sprawia, że kobiety w małżeństwie winny być podporządkowane swym mężom. JAKA PŁEĆ, TAKA OPINIA? Znajoma rzeźbiarka wyraża swój pesymizm poznawczy związany z nieuchronną płciową determinacją poglądów dotyczących płci. Rzeczywiście, Ona (np. Dorota Czajkowska-Ma-jewska) pisze, że kobiety przewyższają mężczyzn. On (np. Hezjod bądź Nietzsche), że są źródłem nieszczęść. Trzeba by, dla zachowania bezstronności, przekroczyć ów dualizm. Ale jak? Może zresztą jest to pozorny problem, bo są przecież niezliczone przykłady przeczące tezie, jaką zadręcza się artystka. Już w XII wieku mistyczka i kompozytorka, Hildegarda z Bingen, uznawała kobiety za vas viri (naczynie mężczyzn). Czytam w „Znaku”, że księżna Bathurst w 1926 roku uznała Oxford za zepsuty przez kobiety („Mam tam syna i musi on uczestniczyć w trzech wykładach kobiet wykładowców”). Wypowiedzi J.K. Rowling na temat gender i kobiecego potencjału6 są radykalnym zaprzeczeniem tych, jakie wygłasza np. Magdalena Środa. Ciasnotę poglądów tej ostatniej pokazała - to kolejny dowód przeczący poglądowi znajomej - Kataryna (Katarzyna Sadło). W „Plusie-Minusie” przytacza Środę, której zdaniem źródłem marności polskiej polityki („narcystyczna, nieskuteczna i niemoralna”) jest patriarchalizm. Kataryna zwraca więc uwagę, że społeczna, także polityczna, rola kobiet niebywale wzrosła. „Kobiet w polityce — w tym na najważniejszych stanowiskach - jest już wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, jak naiwne jest przekonanie, że polityka w wykonaniu kobiet byłby dużo lepsza. Nie byłaby”. I dopowiada: „Postrzeganie świata wyłącznie przez pryzmat płci - choć wygodne, bo wszystko pozwala sprowadzić do prostego podziału - ma zasadniczą wadę: utrudnia dostrzeganie podziałów dużo ważniejszych - na mądrych i głupich, dobrych i złych, uczciwych i złodziei, swoich i obcych”. Gdy 5 „Pandora (HayStOpa) - w micie hezjodowym uważana jest za pierwszą kobietę. Stworzyli ją z rozkazu Zeusa Hefajstos i Atena przy współudziale wszystkich bogów. Każdy z bogów wyposażył ją w jakąś cechę: otrzymała urodę, wdzięk, zręczność, wymowę itd. Ale Hermes tchnął w jej serce fałsz i kłamstwo. Hefajstos uformował Pandorę na podobieństwo bogiń nieśmiertelnych, a z woli Zeusa miała stać się karą dla rodzaju ludzkiego, któremu Prometeusz dał skradziony ogień. Pandora to dar, jaki bogowie ofiarowali wspólnie ludziom na ich nieszczęście” (Pierre Grimal, „Słownik mitologii greckiej i rzymskiej”, Ossolineum 1990). 6 Oto przykład: „Jeżeli płeć [biologiczna - acl] nie jest prawdziwa, to nie istnieje coś takiego jak pociąg do osób tej samej płci. Jeżeli płeć nie jest prawdziwa, to wymazujemy całą społeczność kobiet. Znam i kocham transosoby, ale usunięcie konceptu płci likwiduje prawo tych osób do rozmawiania o swoim życiu. Mówienie prawdy nie jest hejtem”. Pisałem jakiś czas temu w „Twórczości” („Miłość spłaszczona”), że feministki, dostrzegające i akceptujące wszelką różnorodność, na tą jedną, jaką jest odmienność biologicznej (i kulturowej także) płci, nie zwracają uwagi. 42 Andrzej C. Leszczyński zbliżoną opinię wyraziła w „Newsweeku” Justyna Pochanke, odpowiedziały jej wspólnie Magdalena Środa i Henryka Bochniarz w sposób nieodległy od argumentacji Katarzyny Czajkowskiej-Majewskiej: „Droga pani Pochanke! Jeśli weźmiemy 50 przypadkowych kobiet i 50 przypadkowych mężczyzn, to statystycznie wiadomo, że pierwsza grupa to osoby lepiej wykształcone, nastawione na współpracę, zdrowsze i dłużej żyjące, a druga to osoby gorzej wykształcone, nastawione na realizację własnych ambicji, krócej żyjące”. Nie wiem też, co sądzić o znajomej, która mówi, że nie ma nic przeciwko byciu obiektem seksualnym. Innym przykładem neutralności płciowej może być postawa „złej feministki”, jak ją określiły dobre feministki, Kathariny. Gdy w Szwajcarii w referendum nieznaczną większością głosów przegłosowano zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, poparła wynik („Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę, tłumaczone w historii słabością fizyczną i psychiczną kobiet, to argument z gruntu mizoginiczny”). Czy w związku z krótszym o dobrych kilka lat życiem mężczyzn zgodziłaby się na obniżenie im wieku emerytalnego, by mogli cieszyć się podobną do kobiet długością emeryckiego błogostanu - nie słyszałem7. Amerykańska feministka (sic!) Sara Ruddick (Maternal Thinking: Towardd a Politics of Peace”, 1980) za kluczową wartość, jaką winny urzeczywistniać kobiety, uznaje macierzyństwo, z którego można wywieść zanikające w dobie militaryzmu cnoty łączące się z fizycznym i psychicznym wspieraniem innych ludzi. Zachwycony sobą polityk bredzi o dawaniu w szyję; ale poważną diagnozę na temat alkoholizmu kobiet daje Kinga Dębska w filmie pt. „Zabawa, zabawa”, gdzie „wysokofunkcjonujące” (HFA, High Functioning Alcoholics) bohaterki, pani doktor, pani prokurator i młoda pracownica jakiejś korporacji, gdy tylko uwolnią się od towarzystwa, piją w samotności do upadłego. Nie zapominam o Magdalenie Czyż z „Wyborczej”, która znajduje podobieństwo między Janem Pospieszalskim i Moniką Strzępką. Pospieszalski przytacza badania wskazujące na media społecznościowe i kontakty koleżeńskie jako źródła płciowej dysforii. Za to Strzępka jako dyrektorka teatru wystosowała do męskiej części zespołu aktorskiego takie oto pismo: „Serdecznie zapraszam chętne osoby aktorskie socjalizowane do roli mężczyzn do udziału w warsztatach poprzedzających pracę nad spektaklem.[... Zdaniem Magdaleny Czyż ani Strzępka, ani osoby niebinarne „nie powinni zwykłym kobietom i mężczyznom narzucać tego typu samookreśleń. [... ] Byłam, jestem i umrę jako kobieta i cholernie mnie to cieszy”. A jeszcze Katarzyna Nosow-ska przyznająca, że męczą ją feminatywy, przy pomocy których kobiety próbują się dowartościować. Z drugiej strony znany i znakomity aktor Marcin Czarnik mówi o mężczyznach, że są jak osły z klapkami na oczach i że od kobiet nauczył się słuchania i rozmowy (ciekawe, czy potrafiłby bezbłędnie wymówić wszystkie cztery leżąca obok siebie spółgłoski w wyrazie „adiunktka”?). Żeby dowiedzieć się, co sądzi o mężczyznach Brunon Schulz, wystarczy przeglądnąć jego „Xięge bałwochwalczą”. A propos Rowling: Michał R. Wiśniewski przytacza w „Znaku” (nr 809) wypowiedź Marcina Mellera: „Byłem wstrząśnięty szczuciem na J.K. Rowling. Korzystając z prawa do wolności wypowiedzi, w spokojny sposób dawała wyraz swym poglądom. Stroną agresywną i pałkarską byli jej krytycy”. I komentuje: „Z historii pisarki miliarderki, która zgłupiała od siedzenia w internecie i dała się wciągnąć w powielanie najgorszych transfobicznych 7 W 2021 roku średnia długość życia mężczyzn w Polsce to 7 1,8 lat, kobiet - 79,9. Okruchy 43 memów [... ] robi się ofiarę internetowa) nagonki, a walczących o prawo do życia i godności mniejszości - agresorów”. Przechodzi do porządku nad nienawistnymi obelgami i pogróżkami, jakich była adresatką, co zdaje się uzasadniać tym, że jest miliarderką. Cóż, jak podczas każdej rewolucyjnej dyktatury, tylko słuszne poglądy można głosić. Wolę nie myśleć, co spotkałoby dziś zmarłą w 1954 roku Colette za takie na przykład zdanie: „Kobieta, która uważa się za inteligentną, żąda tych samych praw, jakie mają mężczyźni. Kobieta inteligentna rezygnuje z nich”. Kilkadziesiąt lat temu Antoni Kępiński zanotował, że trudniej być kobiecie kobietą niż mężczyźnie mężczyzną. Zdaje się, że dzisiaj wygląda to inaczej. Zbigniew Nęcki, psycholog, pisze o powiększającej się przepaści między płciami („Kobiety rozwijają się i awansują, mężczyźni albo stoją w miejscu, albo nawet cofają się nie nadążając za coraz bardziej odbiegającymi od nich kobietami”). Jan Hartman zauważa, co brzmi trochę jak skarga, że o wiele trudniej, niż kobietą, jest być mężczyzną. „[... ] ma on już do dyspozycji bardzo niewiele atrybutów swej tożsamości i niewiele narzędzi, aby ją w sposób bezpieczny i budzący aprobatę demonstrować. Ba, manifestowanie silnej tożsamości męskiej (w odróżnieniu od kobiecej) wywołuje podejrzenia o skłonności »maczystowskie«”. I nieco dalej: „Odrębność płci w zasadniczy sposób straciła na znaczeniu. Jednakże kobietom jest dziś o tyle łatwiej, że manifestowanie przez nie - strojem, makijażem i sposobem bycia - silnej kobiecej tożsamości nie naraża je na żadne przykrości ani podejrzenia o „matriarchalizm«. Uważa się bowiem, że walka o równość płci nadal jeszcze trwa, wobec czego kobietom wolno więcej”. O skutkach takiej dysproporcji mówi Dominika Kluźniak, aktorka grająca Zosię w „Ułanach” Jarosława Marka Rymkiewicza. Jej zdaniem kobiety muszą dziś walczyć o mężczyzn i nie mogą ich znaleźć; jest to sytuacja, którą same wywołały chcąc przejąć niedostępne dotąd funkcje społeczne. „Chcąc mieć większy wpływ na życie, a wręcz myśląc o dominacji, przeinaczyłyśmy dawny porządek”. Zapewne musiało dojść do tego, problem dotyczy skali: „To zrozumiałe, że po wielu pokoleniach Zoś, które żyły i rodziły w służbie ojczyzny -wyemancypowały się. Jest czas, gdy wahadło odchyla się, a potem wraca do normy. Teraz żyjemy w czasach największego odchylenia”. Cytowany tu Jacek Zalewski zwraca uwagę na szczególny paradoks: wieki supremacji mężczyzny uczyniły go, niesprawiedliwym lecz trwałym, punktem odniesienia. „Punktem na tyle silnym, że nawet kobieta feministka często traktuje go jako absolut, mówiąc inaczej — pragnie zostać mężczyzną. Rzeczywiście, homoseksualna bohaterka filmu Todda Fiel-da pt. „Tar” chce, by zwracano się do niej, dyrygentki, per „maestro”, nie „maestra”. Mówi też, że jest ojcem swej córki. Patriarchalizm bez mężczyzn? PODMIOT, PRZEDMIOT Nina Menkes w oskarżycielskim wobec Hollywood filmie pt. „Brainwashed: Sex-Came-ra-Power” bierze pod lupę proste zdanie: „Mężczyzna patrzy na kobietę”. Mężczyzna jest podmiotem a kobieta przedmiotem jego uwagi. Zapewne taka jest (musi być?) reguła hollywoodzkich filmów robionych, tak się złożyło, przez mężczyzn. Oni - europejscy Żydzi, 44 Andrzej C. Leszczyński m.in. Samuel Goldwyn z Warszawy i Louis B. Mayer z Mińska Mazowieckiego - stworzyli Fabrykę Snów i określili filmowy kanon mający zaspokajać oczekiwania odbiorców i przynosić zyski. Przypuszczam, że gdyby znaleźli się w społeczności matriarchalnej, kręciliby filmy diametralnie odmienne; w ostateczności decydujące znaczenie ma płeć widzów, nie producentów. Nie bez znaczenia jest kamera, która zapośrednicza wspomnianą relację i czyni ją tym bardziej jednostronną. Aktorka (tyczy to także aktora) nie może odwrócić tej relacji, nie może odwzajemnić spojrzenia widząc jedynie chłodne oko obiektywu. Nie inaczej ma się rzecz w przypadku stojącej za kamerą kobiety, reżyserki, zwłaszcza wtedy, gdy uprzedmiotawia swą kamerą kogoś o wyjątkowym wyglądzie, np. Alaina Delona. Tu także blisko do prania mózgu (brainwashed), o którym mówi Menkes. Weźmy relację „czystą”, pozbawioną filmowych czy jakichkolwiek innych kontekstów. Mężczyzna patrzy na kobietę, która patrzy na niego. Każde z nich jest zarazem podmiotem jak i przedmiotem i nie ma znaczenia, kogo z nich wymieni się na pierwszym miejscu. Witold Gombrowicz powiedziałby, że nie z uprzedmiotowieniem mamy do czynienia, ale z teatrem. Spojrzenie jest przyprawianiem gęby. Kto patrzy (widz), ten wywołuje nieauten-tyczność, grę czyli aktorstwo oparte na Ja fasadowym. Podobną kreację opisuje Wisława Szymborska w wierszu „Przy winie”: „Spojrzał, dodał mi urody, a ja wzięłam ją jak swoją. Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę. Pozwoliłam się wymyślić na podobieństwa odbicia w jego oczach. Tańczę, tańczę w zatrzęsieniu nagłych skrzydeł Skoro jawna obserwacja czyni sama siebie nietrafną, pozostaje niejawność. Rzeczywisty obraz drugiego człowieka można uzyskać podglądając go. To jednak pociąga za sobą naruszenie jego prywatności, pozbawienie tego, co własne, intymne. Ukryte spojrzenie, dokonywane np. przy pomocy Pegasusa, oznacza kontrolowanie, czyli władzę. Listy do Tymoetusza (10) 45 Radosław Wiśniewski LISTY DO TYMOETUSZA (10) 1. SEN WOJENNY Jak to się stało, że w tym śnie znaleźliśmy się tylko we dwóch w Gruzji, nie mam pojęcia, sen tego nie wyjaśniał. Może coś się wydarzyło wcześniej, ale przecież to, co się pamięta ze snu, to są strzępy tego, co naprawdę się we snach dzieje. I nikt nie wie dlaczego te akurat fragmenty się zachowuje, dlaczego łączy z nimi jakieś przeczucie, znaczenia. A prawdopodobnie sny nie mają dokładnie żadnego znaczenia. To mniej lub bardziej przypadkowe erupcje obrazów z magazynów naszej pamięci uruchamiane w ramach procesów odżywiania mózgu, może przy okazji zestalania śladów pamięciowych. Dawno temu się o tym uczyłem, mało pamiętam. Zatem byliśmy we dwóch w marszrutce jadącej do Batumi. Chociaż dziwne, bo jechaliśmy skrajem piaszczystej plaży, a plaże Batumi są kamieniste. I jechaliśmy wyraźnie na północ tą plażą, bo morze mieliśmy po lewej, a nie po prawej, a przecież jadąc skrajem morza do Batumi, mielibyśmy je po prawej stronie. Chyba że jechalibyśmy z Turcji, ale wtedy nie jechalibyśmy gruzińską marszrutką. Miałem świadomość, że Małgosia i Wiktoria zostały gdzieś w Lagodekhi, bezpieczne. Nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że Lagodekhi było bezpieczne, skoro to zaraz nad granicą z Azerbejdżanem z jednej strony i niedaleko granicy, przez góry, z Federacją. I dlaczego pomyślałem o bezpieczeństwie? A dlatego, że zaraz prosto z tego morza w tumanie pyłu wodnego widzę wyjeżdżają. Desant! Wyglądają trochę jak smokersi z „Waterworld”, na skuterach w uniformach wojskowych, poobwieszani sprzętem, z oczami zasłoniętymi odblaskowymi okularami taktycznymi. Marszrutka pędzi plażą, a oni na tych skuterach z wody i wpadają z rozpędem na piach, gdzie już nie mogą jechać, ale wiadomo przecież, że jeden czy dwa skutery dobrze wymierzą z rozpędu i zablokują nas, zatrzymają i co wtedy? No wiadomo, gdzieś gwiżdże kula, gdzieś słychać uderzenie pocisku w blachę marszrutki, wszyscy się kulą, chociaż to na nic, bo w marszrutce jest jak zawsze tłok, jeden drugiemu siedzi na głowie, a facet pędzi jeszcze szybciej w stronę Batumi (chociaż jedzie na północ a morze ma po lewej). Myślę, co za bezsens, przecież ci kolesie z giwerami na skuterach to odprysk większego działania, to część desantu na Batumi, część napaści na Gruzję. Po co ten gość gna do tego 46 Radosław Wiśniewski Batumi. Chyba tylko dlatego, że plaża nie daje możliwości ucieczki w prawo, bo wydmy, więc jedyne, co mu zostaje, to gaz do dechy i liczyć na to, że żaden skuter nie da rady przeciąć nam drogi, że nigdzie plaża nie będzie tak wąska. Więc pędzi coraz szybciej. W centrum miasta szybko każę wszystkim wysiadać. Jeżeli tam widać było ruskich na plażach, to zaraz będą tutaj. Nawet jeżeli jeszcze ich nie ma, to zaraz będą. Uciekać, kryć się, zakopać pod ziemię, wiadomo, co oni robią z takimi jak my. Pytam się kolesia, mówię, ej co ja mam zrobić z dzieckiem, obaj mamy polskie paszporty, nie wiadomo, czy to nie gorsze niż w ogóle nie mieć papierów, zwiozłeś mnie do centrum miasta, a ja tu nikogo nie znam, żona daleko w Kachetii. A on mówi - idź do granic miasta i za rogatkami łap stopa, może wam się uda, ale pamiętaj - unikaj ulic, podwórek, idź budynkami, korytarzami, piwnicami. Zobaczą, zadadzą dwa pytania i ubiją. No to ruszamy, dziwne domy, blokowiska tak się nam układają, że rzeczywiście idziemy kilometrami przez jakieś korytarze i nie wychodzimy na zewnątrz. Co wyjrzę przez okno, to miga mi hełm i trójkolorowa flaga na rękawie munduru. Trzymam Ciebie, synku, mocno za rękę, nic nie mówimy. W jakimś momencie zaczynam widzieć postaci, które podążają za nami. Przypominają trochę ludzi, a trochę upiory, nie są żołnierzami federacji. Idą za nami, krok w krok, patrzą wielkimi, podkrążonymi oczyma, szczerzą pożółkłe zęby. Ludzie, ale jacyś spotworniali. Są coraz bliżej, mimo że my prawie biegniemy a oni pełzną, rzekłbyś. Już wyciągają swoje dziwnie, nienaturalnie długie ręce, a ja myślę gorączkowo, że nie mam ani noża, ani siekiery, by te ręce, wysunięte także po ciebie, jedną po drugiej odrąbać. I tak w przypływie złości, ale też chcąc ciebie chronić, synku, nagle odwracam się do tego tłumu dziwnych postaci, wyszczerzam swoje zęby i zaczynam warczeć, ale głośno, warkot na granicy ryku. Tamci zatrzymują się nagle jak wryci i jedna z postaci mówi: - Dobra, zostawcie go, to Ukrainiec. Tak jakby bycie Ukraińcem powodowało, że jest się ryzykownym łupem dla kogokolwiek. I jakby świadczyło o tym moje irracjonalne, a przez to zaskakujące zachowanie. Ma nóż, nie ma noża, widać, że będzie walczył, jak trzeba będzie gołymi rękami utłucze, własnymi zębami zagryzie. Nie podda się. Jak Ukrainiec. Więcej nic nie zapamiętałem. Opowiedziałem ci ten sen i bardzo ci się podobało zwłaszcza ostatnie zdanie. Poza tym, że odpytałeś mnie, czy te potwory miały ręce, ile miały palców, czy miały paznokcie, jak duże miały oczy, czy to były bardziej potwory czy stwory i byłeś bardzo zawiedziony tym, że były w gruncie rzeczy tak bardzo podobne do ludzi. Listy do Tymoetusza (10) 47 Kazałeś sobie jedną postać nawet narysować, bo jakoś nie mogłeś przeboleć, że jest tak mało potworna. No i jeszcze zacząłeś na mój widok wołać w miejscach publicznych: - Dobra, zostawcie go, to Ukrainiec! Zajęło mi trochę czasu, zanim ci wyjaśniłem, że bez kontekstu to zdanie może zabrzmieć bardzo dziwnie, także, a może szczególnie, w uszach Ukrainki lub Ukraińca. Bez wcześniejszej historii - tłumaczyłem ci - może to zabrzmieć dobrze, a może zabrzmieć źle, każdy bowiem dołoży sobie sam swoją historię tego zdania. Źli ludzie wymyślą złą historię, dobrzy dobrą, a nikt tak do końca nie wie, kto jest kim. Bo jak wyjaśnić pani w przedszkolu dlaczego to pięciolatek, który niebawem stanie się sześciolatkiem, wita swojego tatę z szelmowskim uśmiechem i okrzykiem: - Dobra, zostawcie go, to Ukrainiec! (mina pani bezcenna, jak się domyślacie) 2. CHŁOPACKA SPRAWA Dzisiaj dzień należy do Ciebie synku. Mija 6 lat i 35 minut od chwili kiedy Ciebie zobaczyłem. Świat ze swoimi wojnami ludzi i owadów, jak powiada poeta, stał się nagle mały niczym pestka rzucona w ogrom kosmosu, a ja stałem jednym palcem na tej pestce, ale głowy obaj mieliśmy w gwiazdach, daleko od ziemi. Tak, świat się stał nagle taki mały, a TY -chociaż maleńki, byłeś ogromny, wielki jak ten kosmos. Pisałem o tym Darkowi Eckertowi, a on jako ojciec, który kilka razy przeżył ten moment - potwierdził, tak, tak to jest. A w roli taty nie ma żadnej naturalności, wbrew temu co się mówi. Musiałem się tego uczyć przy Twojej siostrze i na nowo musiałem się uczyć tego przy Tobie. I wcale nie wiem czy jestem dobrym ojcem. A to jest zadanie. Być ojcem. Patrzę wokół z pewnym niepokojem, bo ja, moi koledzy, kumple, przyjaciele, jak to się mówi, mamy złożone relacje z naszymi tatusiami. Rzadko który z nas może powiedzieć po prostu, to jest mój stary i kocham go, jest moim bohaterem. Mówię do Ciebie szorstkim, chłopackim narzeczem per „gościu”, „kolesiu”, „łapserda-ku”, „ej, facet”. Nie wiem, czy dosyć jasne jest dla Ciebie, że pod tym kryje się cały koncert czułości, której trochę nie umiemy jako faceci sobie wyrażać, żeby nie zrobiło się dziwnie. Ale owszem, chadzamy czasem za rękę i to są dobre momenty. A czasem biegniesz przede mną, bo od kiedy nauczyłeś się biegać, jest to jedna z twoich ulubionych czynności, czego kompletnie nie rozumiem. Ale przecież nie muszę. Zapytałem kiedyś Jacka, kiedy zobaczyłem jego zdjęcia z dorosłym już synem, jak ocalił tę relację. Bo widać było na zdjęciu, że są sobie bliscy. Siedzą na progu jakiejś chaty w Beskidzie i zwyczajnie jest im dobrze razem. Powiedział mi, że nie ma żadnej wielkiej mądrości do dania, że jego zdaniem to fizyczny kontakt. I od tego czasu staram się bardziej świadomie, żebyś czuł ten kontakt, że jestem obok. Ale to oczywiście gry i zabawy 48 Radosław Wiśniewski chłopackie - szturchanie się, udawanie, że się trochę siłujemy, zapasy, porwania, ściskania, się przeciskania. Buziacki pomału odchodzą w niepamięć, ale w końcu buziacki to tylko jedna z form ekspresji. A jest czas zasiewu i czas zbiorów, jak mawia dobra księga. Pamiętam też jak spotkałem - zaraz po Twoich urodzinach - Leszka Lela w Herbie, pił piwo, ja już chyba nie pijałem piwa, pozdrowiliśmy się, zapytał co u mnie, powiedziałem syna mamy, a on uśmiechnął się po swojemu, poprawił machinalnie położenie szklanki z piwem na podkładce, podniósł głowę i powiedział: -1 widzisz, teraz już nie będziesz liczył czasu swoim czasem, ale jego czasem, jego latami. Wydaje mi się, że z Lelem się nie widzieliśmy od tych kilku lat, nie wiem co u niego, co z nim, ale Lelo miał talent pojawiania się raz na kilka lat po to, żeby wypowiedzieć celne zdanie i zniknąć. I to było jedno z tych zdań, gościu. Tak jest. Minęło sześć lat, godzina i cztery minuty. Piszę ten post długo, bo piszę go slalomem między porannymi klientami w hurtowni. Masz teraz też taki etap, że źle znosisz śmieszność taty. Mamie nie wolno z taty żartować i bywa, że bardzo się o to złościsz. Witam to z jednej strony z zakłopotaniem, a z drugiej tak w głębi serca to mi miło, że bronisz męskiej godności. Po prawdzie ona nie jest zagrożona, ale to znak naszej więzi, znak, że chciałbyś być trochę taki jak tata. Może jednak nie idź tą drogą do końca. Popełniaj sobie swoje błędy, nie popełniaj moich. Wiem też już, kolesiu, kiedy zakończę ten cykl tekstów, listów do Ciebie. Bo on zmierza ku nieuniknionemu finałowi. Widzę ten horyzont. Ale póki jeszcze to nie nastąpiło, niech trwa. Dzisiaj patrzyłem, jak przytulasz przed wyjściem do przedszkola kotka, sprawdzasz, co u naszych mrówek (no bo oprócz tych w ogrodzie mamy swoją domową kolonię dzięki Cioci Agnieszce). Mama mówiła na głos, żeby nie zapomnieć samej chyba, że trzeba powiedzieć w przedszkolu, żeby nie śpiewali ci sto lat, bo ty tego nie znosisz od dziecka. A ja przypomniałem sobie jak omawialiśmy szczegóły przyjęcia urodzinowego i powiedziałeś, że nie chcesz mieć tylko takiego długiego stołu, jak ten cały putin, bo on nawet nie wie, kto go odwiedza, że wołałbyś krótszy, żeby było wiadomo, z kim się jest. Cytuje z pamięci, mogę być niedokładny. Ale pieprzyć putina, dzisiaj Ty masz pierwszeństwo przed całym światem. Już w drzwiach powiedziałeś - słyszałem - że najpiękniejszy prezent dał Ci kot Hamindziu--mindziu, bo dał się pogłaskać i dodałeś już na progu: - I jeszcze wy, wy jesteście moimi najlepszymi prezentami! - Nawzajem synku - pomyślałem ale znowu nie powiedziałem na głos. Widzisz, tak to jest z nami facetami, gościu, łapserdaku, kolesiu. Minęło 6 lat, godzina i 12 minut. Listy do Tymoetusza (10) 49 3. JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA PÓKI UKRAINA WALCZY „ There 's so many different worlds So many different suns And we havejust one world But we live in different ones” („Brothers in arms”, Dire Straits) Mieliśmy już wychodzić, mama czekała w korytarzyku, ale właśnie poleciały pierwsze takty „Brothers in Arms”, więc powiedziałem, że była Twoja piosenka, to teraz niech będzie moja. Zapytałeś, co to za piosenka, więc powiedziałem, jaki ma tytuł, a Ty zapytałeś co on oznacza. - Braterstwo broni - powiedziałem - to jest coś takiego, co się wydarza, kiedy ludzie przejdą razem przez jakieś wielkie niebezpieczeństwo i — pomimo tego, że nie są braćmi -stają się sobie bardzo bliscy. - Na przykład jakie? - Ale co jakie? - No, niebezpieczeństwa... - Na przykład walka w czasie wojny, popatrz na tym teledysku masz takie sylwetki żołnierzy, pewnie o coś walczą, czasem giną, są ranni, a jeżeli są ranni, to ktoś ich może wyciąga z niebezpiecznego miejsca samemu narażając życie i to jest właśnie braterstwo broni, że jeden drugiego nie opuszcza, nawet gdy gwiżdżą kule nad głową. - A dlaczego gwiżdżą? — Bo lecą bardzo szybko, tak szybko, że mała kulka może przebić hełm i zabić na miejscu, ale żołnierze mówią, że jeżeli słyszysz kulę, to ona ciebie nie trafi, tej, która trafia, podobno nigdy się nie słyszy. - A dlaczego? - Bo leci szybciej od dźwięku, jak ją słyszysz, to znaczy, że już cię minęła, jak piorun, najpierw widzisz błysk, a potem słyszysz grzmot. — A czemu teraz są krzyże na morzu — zapytałeś i rzeczywiście na ekranie pojawiły się animowane krzyże jakby falujące na polach, które przypominały falowaniem morze. - No bo żołnierze walczą czasem i na morzu i powietrzu i, jak ci mówiłem, nie wszyscy przeżywają, niektórzy giną i kiedy giną na morzu to nie zawsze wiadomo gdzie jest ich grób, gdzie trzeba by było im postawić krzyż, tak jak na przykład nasi marynarze z ORP „Orzeł”. Kojarzysz, mam taką czapkę... -Tak i koszulkę, i torbę... - I kubek... bo pomagam zbierać pieniądze na poszukiwania naszych chłopaków. - A co z nimi się stało? Z tymi marynarzami? - Opowiem ci, ale jak wsiądziesz do samochodu, bo mama już czeka i zaraz będziemy jechali do Chorzowa, okej? 50 Radosław Wiśniewski - Okej - powiedziałeś i zacząłeś zakładać buty, bo w międzyczasie zdążyłem wyłączyć telewizor, tuner, wzmacniacz i przekierować Ciebie w stronę przedpokoju. W samochodzie mama wyjęła książkę, ale nie zdążyła zacząć czytać, bo byłeś czujny i zapytałeś ledwo ruszyliśmy spod domu, czy w końcu opowiem ci o „Orle”. Także mama nie poczytała za wiele, bo opowiedziałem ci wszystko, od początku, a to trwało. Zacząłem od tego, że tak jak teraz ludzie robią rożne zbiórki pieniędzy dla walczącej Ukrainy przez Internet, tak przed drugą wojną światową w Polsce była zbiórka, ale bez internetu, na okręt podwodny. I mimo tego, że Polska była biednym, zacofanym niestety krajem, udało się zebrać kosmiczne pieniądze i zapłacić za budowę w Holandii bardzo nowoczesnego okrętu podwodnego. I kiedy przyszło do wyboru nazwy okrętu, to było jasne, że ponieważ na jego budowę prywatne, często niewielkie, z trudem zarobione pieniądze, wyłożyli zwykli obywatele Polski, to on musi się nazywać jakoś specjalnie. A bieda była taka, że dzieci nie chodziły do szkoły na przykład dlatego, że ich rodziców nie było stać na zakup zeszytów, piórnika, teczki, czy butów, żeby dziecko zimą nie szło boso do szkoły. Także te zbiórki to był inny wysiłek niż teraz, nie do porównania. I nazwano okręt „Orzeł”, bo godłem Polski jest przecież orzeł, a to był okręt wszystkich obywateli Polski. To ludzie go w jakimś sensie zbudowali, żeby ich bronił. I potem dalsze dzieje, poprzez dowódcę, który, kiedy wybuchła wojna, udawał, że jest chory, a chyba się bał i nie umiał się do tego przyznać, i internowanie, czyli aresztowanie okrętu i jego rozbrojenie w Tallinie. Tutaj poszło łatwiej, bo byliśmy rok temu w Tallinie, coś ci się kotwiczyło, nomen-omen. Musiałem oczywiście upraszczać, tak, żebyś zrozumiał, ale w jakimś momencie, kiedy dochodziłem do tego heroicznego momentu, kiedy marynarze podjęli próbę ucieczki okrętem i siekierami odcięli cumy i przewody, wywołując nota bene przepięcie w porcie, zapytałeś: - Ale on nie zahaczył dziobem albo skrzydłami? - Ale o co synku? - No, o ten port - Ale kto synu? - No... ten orzeł.. Zrozumiałem, że Tobie się wydawało, że okręt musiał nie tylko się nazywać „Orzeł”, ale mieć kształt orła. Wyjaśniłem ci szybko, że nie, że okręt wyglądał jak łódź podwodna, tylko nazywał się jak się nazywał, a to, że mam na koszulce, kubku, worku, bluzie, czapce grafikę łbem ptaka to tylko taki symbol wypraw, które mają na celu znalezienie ORP „Orzeł”. Takie logo, połączenie głowy orła i loga firmy Santi, która pomaga prowadzić cały projekt Santi Odnaleźć Orła. Potem była opowieść o latarniach morskich, o tworzeniu mapy z pamięci rybaków, których kilku było w załodze „Orła”, o trudnej ucieczce przez cieśniny duńskie, które są tak Listy do Tymoetusza (10) 51 wąskie i płytkie, że okręt nie mógł się tam zanurzyć i musiał przekradać się nocą. Potem opowiedziałem ci, że wreszcie dopłynęli do Anglii, która była wówczas sprzymierzeńcem Polski, że Anglicy pomogli na nowo uzbroić okręt i że znowu wyszedł w morze i walczył, aż pewnego dnia wypłynął i już nigdy nikt o nim nic nie słyszał. - A są jakieś' teorie? - zapytała Mama, która była już pogodzona z tym, że sobie nie poczyta póki my gadamy. - Wiele, ale żadna nie wskazuje jednoznacznie miejsca, gdzie może być wrak okrętu. Była mowa o omyłkowym zatopieniu przez samych Brytyjczyków, o wejściu na minę niemiecką albo brytyjską. Albo też mogło dojść do wypadku, ówczesne okręty podwodne bywały awaryjne, a nie trzeba było wiele, żeby okręt się zanurzył i więcej nie wynurzył. - A ja wiem, gdzie on jest - powiedziałeś i zaraz dodałeś, żeby ograniczyć niewygodne pytania - wiem, ale nie powiem. - Warto by było gdybyś się podzielił ta wiedzą - powiedziałem poważnie - to bardzo ważne, myślę, że gdyby udało się komuś znaleźć wrak ORP „Orzeł”, to byłoby duże wydarzenie, na pewno w Polsce, ale chyba nie tylko. - To jak będę duży i zostanę odkrywca, to znajdę „Orzeła” - uciąłeś rozmowę i zamyśliłeś się patrząc w okno. To trwało jakąś chwilę. A potem zapytałeś znowu, wracając nieoczekiwanie do początku naszej rozmowy, jeszcze w domu, inspirowanej teledyskiem do „Brothers in arms”. - Tato, a u nas też będzie wojna? - Mam nadzieję, że nie. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić, jak byłoby to straszne. — A dlaczego? - A wyobraź sobie, że widzisz dom Pani Lillianny jak nagle wybucha i już go nie ma i my musimy uciekać i nie ma mowy o tym, żebyś zabrał ze sobą wszystkie zabawki, mógłbyś zabrać może jedną, może dwie. I na przykład trafia w dach jakaś bomba, nawet niewielka i zaczyna nam się palić dach, wszystkie książki, które zbieram całe życie, wszystko. Ale jednak myślę, że tak nie będzie. - A dlaczego? - Dlatego, że jedynym krajem, jaki w tej chwili chce wojny, jest Rosja, a ona ugrzęzła w Ukrainie i dopóki oni, Ukraińcy, walczą, to my jesteśmy bezpieczni. Tak to jest. - A oni będą długo walczyć? - Wydaje mi się synku, że już nie przegrają, są uparci i będą walczyć do zwycięstwa. Nie boją się, są wytrwali i wielu ludzi i państw im pomaga, my przecież też i nawet jak się uśmiechniesz do koleżanki w przedszkolu, która jest z Ukrainy i uciekła razem z mamą, to tak jakbyś im pomagał walczyć. - Taaaak? - zapytałeś z niedowierzaniem. - Tak - odpowiedziałem. - także póki oni walczą, to my żyjemy. - Ale wielu z nich zginie? - Niestety tak. Ale będziemy ich pamiętać i wspominać. I będziemy się starać być dla siebie nawzajem dobrzy jak to się wszystko skończy. - powiedziałem i także zamilkłem. 52 Radosław Wiśniewski Masowe groby pod Izjum, sala tortur w Bałakliji - zostały za granicą milczenia. Mnie się to w głowie nie mieści, a co dopiero Tobie. 4. SIMO, SOŁEDAR - A o czym mówicie - zapytałeś pakując pampucha w kałużę ulubionego jogurtu na talerzu. - O książce, którą właśnie przeczytałem. - odpowiedziałem ogólnie, mając nadzieję, że nie rozwiniemy tematu. - A o czym była? - Opowiadała o życiu pewnego Fina, który walczył za swój kraj, za Finlandię. - Bo ja wczoraj - powiedziałeś patrząc w jogurt - sobie oglądałem tą twoją książkę i tam był taki pan z bardzo krzywą buzią. No cóż, trzeba było uważać, jak mawiał Kwinto, pomyślałem, ale co zrobić. Nie wolno człowiekowi lat sześć wciskać ścierny, zresztą ten młody człowiek przywykł, że u taty nie ma ścierny, jak tata mówi, że będzie bolało, to tak będzie, a jak nie, to nie. - Tak - podjąłem temat - ten człowiek nazywał się Simo Hayha i był snajperem, no i walczył bardzo dzielnie i skutecznie, ale jak to na wojnie, raz ty kogoś, potem ktoś ciebie, no i został trafiony w twarz. — A czym? - No taką kulą, która połamała mu wszystkie kości z jednej strony i nawet koledzy myśleli, że Simo nie żyje, tak strasznie wyglądał, ale zawieźli go saniami do punktu opatrunkowego i okazało się, że żyje i uratowali go, ale buzię miał już krzywą do końca życia, znajomi z trudem rozumieli co mówi, trzeba było się kilka razy zapytać. - A długo potem żył? - No właśnie prawie sto lat, ale już nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci, żył sobie w lesie tak jak wcześniej, hodował pieski, polował. - To on nie był żołnierzem wcześniej? - A wiesz synku, to nie jest takie proste, czy był, czy nie był. No nie był całe życie, ale w Finlandii w tamtym czasie było mało ludzi, dużo lasów i to było dla nich normalne, że mają broń, że muszą czasem zapolować, żeby mieć mięso, skóry i Finowie dużo polowali, umieli poruszać się po lesie, często bez mapy, o nawigacji w komórce nikt nie słyszał, bo i telefonów nie było, a do tego Finlandia była biedna. Na chwilę umilkłeś, popatrzyłeś w przestrzeń jak zawsze, kiedy układasz sobie w głowie nowe dane o świecie. Masz świetną pamięć, kojarzysz fakty, już to wiemy. Kiedyś na przykład bąknąłem coś o Napoleonie, że to był taki wielki wojownik, niezwykła postać. Zdaje się, że zapytałeś mnie rano, o czym oglądaliśmy film wieczorem, kiedy ty zasypiałeś przy otwartych drzwiach, bo coś słyszałeś. I musiałem ci powiedzieć, że to był film o życiu Napoleona Bonaparte. I przypomniałem sobie nawet wtedy, że kiedy raz w życiu byłem Listy do Tymoetusza (10) 53 w Paryżu, to nie Luwr z obrazami, nie Wieża Eiffla czy Katedra Notre Damę zrobiła na mnie największe wrażenie, nie po to tam przyjechałem, ale po to, żeby zobaczyć sarkofag Napoleona. No i potem, po jakichś trzech tygodniach od tej opowieści o Napoleonie - śpiewałem pod nosem piosenkę o szarej piechocie, czekając aż mama się wyszykuje i wyjdzie z nami na spacer, a ty zapytałeś o tę piechotę i czemu jest szara i dlaczego taka smutna ta piosenka i opowiadałem ci o tamtych legionach, o tym, jak tych legionistów wielcy tego świata oszukiwali, i że już Napoleon miał więcej klasy, chociaż też nie był świętym Mikołajem tylko strategiem i też umiał okłamywać, wystawiać do wiatru, no ale raz okłamał, drugim razem jednak coś dał tej znękanej Polsce i Polakom. - Pamiętam - powiedziałeś, kiedy już dreptaliśmy Brzozową w stronę Wrocławskiej - to był ten dowódca, co potrafił powiedzieć „za mną” zamiast „naprzód” do swoich żołnierzy i oni go za to szanowali. - Tak, to ten sam. - powiedziałem po przerwie na zapowietrzenie się - był cesarzem, ale jak było bardzo źle, to potrafił wziąć karabin jak zwykły żołnierz, stanąć na czele i pójść z nimi w dym. I my niby wiemy, z kim mamy w Twojej osobie do czynienia, ale to są te momenty, kiedy jednak na chwilę następuje rodzicielska dezorientacja. Mnie różnicę między tym, kto rzuca w ognistej łaźni komendę „za mną”, a tym kto drze się „naprzód”, tłumaczył chłopak z misji, bynajmniej nie katolickiej, w pociągu, kiedy miałem ze trzydzieści lat i dopiero załapałem, że to jednak jest różnica w charyzmacie oficerskim. A Ty załapałeś już, teraz. Zatem zeszło nam wtedy na odwagę, na to, że nikt tak do końca nie wie, czy jest tchórzem, dopóki się nie sprawdzi, bo nie da się wymyślić swojej reakcji na zapas. Jakiś tchórz na co dzień, w godzinie próby okazuje się bohaterem, osiłek robi w gacie, bywa różnie i nikt nie wie dlaczego tak, a nie inaczej. Psychologia niewiele ma do powiedzenia na temat mechanizmów heroizmu. Tego wielkiego i tego małego. Także teraz patrzyłeś ponad talerzem z pampuchem i jogurtem, mijały sekundy, nawet nie minuty, a ja orientowałem się, gdzie jesteśmy z ta rozmową, co mamy w tle. W tle Ukraina traciła pozycje w Sołedarze, oblazły go mrowia, tamci z lewej, prawej, setkami, mówią tysiącami, aż się kojarzył, po raz nie wiem który, Mickiewicz. „Przeciw nim sterczy biała, wąska, niczym w stali kuta, Jak głaz, bodzący morze, Sołedaru reduta. Sześć tylko miała harmat. Wciąż dymią i świecą; I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą, Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy, Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy. Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza, Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza; 54 Radosław Wiśniewski Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci I ogromna łysina śród kolumny świeci. ” Mało wiadomości pewnych, sprzeczne komunikaty, a my tutaj rozmawiamy o Simo, o Finlandii. Ale wszystko gra, mnie się tamta Finlandia tak rymuje z Ukrainą, nic nie poradzę. No i w końcu przerwałeś milczenie, jasny chłopczyku, bo chyba mama zwróciła ci uwagę, że jeść jednak trzeba. - A kto ich napadł, no wiesz, wtedy kiedy ten pan poszedł na wojnę? - Rosja, synku, tylko inaczej się nazywała wtedy, ale to była Rosja. Spojrzałeś na mnie na chwilę i w twoich oczach zobaczyłem jakiś rodzaj zdziwienia, smutku, że to znowu ta rosja. - Ale jak ta Finlandia była taka biedna, to po co oni ją napadli? - Wiesz, zła nie da się wytłumaczyć tak do końca, że ono dzieje się po coś, że jest za tym jakiś sens. No rosjanie uważali, że Finlandia jest ich, że im się należy, że chcą nad nią panować, nie po to żeby coś mieć, ale czuć władzę... -... ale dziwne - uśmiechnąłeś się zjadając ostatni kęs pampucha - po co im biedna Finlandia... To tak jak teraz z Ukrainą? - Tak - odpowiedziałem - trochę tak jak teraz z Ukrainą, też Rosja ich napadła i też nie ma w tym wielkiego sensu ani rozumu, a ludzie giną, strzelają do siebie, dzieci tracą tatusiów. Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć, że zdarza się, że same są obiektem gwałtów, porwań, tortur jak Buczy, Izjum, Chersoniu, że stają się celem dla kierowanych pocisków „Kalibr” jak w Winnicy. Są granice otwartości, nawet w naszych rozmowach. Tego ci jednak tym razem nie opowiem. - A Simo strzelał do nich? -Tak, Simo strzelał, dużo strzelał i dobrze strzelał... - A dlaczego? On ich nienawidził? - No właśnie często mówił, że wcale nie nienawidził. Walczył. Strzelał, bo uważał, że nie ma innego wyjścia. Nie wybierał sobie życia na wojnie, ale skoro przyszedł wróg zabrać mu jego kraj, jego miejsce do życia, to wziął karabin i poszedł zabijać. Bo on był snajperem, czyli strzelał, ale nie tak o w ogólnym kierunku, tylko tak, żeby zawsze trafić. I najczęściej zabić. Dlatego żołnierze nie lubią snajperów, chociaż lubią mieć ich ochronę, jak idą na patrol, lubią wiedzieć, że tam pilnuje terenu ktoś, kto będzie ich osłaniał i nie zadrży mu palec na spuście. Także tak, Simo dużo strzelał. -1 trafiał? - Prawie zawsze. Ktoś policzył, że oddał wiesz ile? Pięćset czterdzieści dwa celne strzały w trzy miesiące. Więcej niż jakikolwiek snajper, kiedykolwiek. A myślał tylko o tym, żeby wykonać zadanie, wesprzeć kolegów, tu i teraz, dzień po dniu, przez 98 dni. A wiesz co robił, żeby go nikt nie widział w śniegu? Listy do Tymoetusza (10) 55 -Nie... - Jak leżał w tym śniegu i czekał na okazję do strzału, to jeszcze trzymał w buzi śnieg, żeby mu chłodził język, żeby nie zdradziła go para wodna przy oddechu, był w tym, co robił, bardzo dobry. - A oni wygrali, wiesz, ci Fińczycy? - Przetrwali. Musieli oddać kawałek swojego kraju, ale nie wpadli pod rosyjskie panowanie. Simo nic o tym nie wiedział, bo leżał w szpitalu, nieprzytomny po tej ranie. -Tatooo - wiedziałem, że po tej inkantacji nastąpi jakieś trudne pytanie. — No... mów... — A jak będzie wojna, to co wtedy? - Mówiłem ci synku, że tak długo, jak Ukraina walczy - wojny prawie na sto procent nie będzie. Ale trzeba zawsze pamiętać, że to właśnie dzięki Ukrainie i jej walce. — Ale jakby była wojna to cooo? - To powiem ci co. Po pierwsze, bym poprosił Mamę, żeby zabrała Ciebie i Niunię do mojego przyjaciela do Berlina. On ma tam duży dom, jesteśmy dogadani na wszelki wypadek, on o tym wie. I byście byli tam właśnie, myślę, że raczej bezpieczni. - A ty? - A ja bym został. - Ale żeby być jak Simo? - Nie, nie ma szans, jestem starszy od Simo, nie umiem tak strzelać, jak Simo i w ogóle myślę, że nikt by mnie w wojsku z moim zdrowiem nie potrzebował, ale jak jest wojna, to z ludzi wychodzą różne rzeczy, pamiętasz jak rozmawialiśmy o tym, że... - Że co innego mówić, że się nie boję węży, a co innego, jak się ma żmiję na bucie! -wystrzeliłeś zadowolony, że skojarzyłeś, zanim tata skończył zdanie. - No właśnie, ludzie na przykład okradają sąsiadów, jak nie widzą nikogo w domu, więc dobrze jest jak ktoś zostaje pilnować naszego miejsca na ziemi. To bardziej o to by chodziło. - A byś się bał? - To jak z tą żmiją na bucie, teraz ci powiem, że taki jest plan, a jakby przyszło co do czego, to przecież nie wiem jakbym się zachowywał. Nikt nigdy nie wie, dopóki się nie sprawdzi. Bo to się po to też żyje, nie? Żeby sobie czasem sprawdzić kim się jest? - No - powiedziałeś. Talerz był pusty. Za oknem robiło się coraz ciemniej. Dwa tysiące kilometrów za naszymi plecami mieszały się powietrzu komunikaty, harcza-ły mikrofony krótkofalówek, huk, dym. Sołedar upadł, Sołedar nadal walczy. „ Gdzież ręczna broń? — Ach, dzisiaj pracowała więcej, Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej! Zgadłem, dlaczego milczy, — bo nieraz widziałem Garstkę naszych wałczącą z Moskali nawałem. 56 Radosław Wiśniewski Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij; Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi; A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność; Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność, Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci, Żołnierz, jako młyn palny, nabija — grzmi — kręci Broń od oka do nogi, od nogi na oko: Aż ręka w ładownicy długo i głęboko Szukała, nie znalazła — i żołnierz pobladnął, Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął; I uczuł, że go pali strzelba rozogniona; Upuścił ją i upadł; nim dobiją, skona!... Takem myślił, — a w szaniec nieprzyjaciół kupa Już lazła, jak robactwo na świeżego trupa. Losy się ważą. Jeszcze myśmy nie umarli, póki oni żyją. Na tropach historii Grażyna Nawrolska HILDEGARDA Z BINGEN. KOBIETA WYPRZEDZAJĄCA EPOKĘ Średniowiecze często kojarzy się nam z epoką ponurą, tajemniczą, niekiedy wręcz zacofaną. Odkrywając i poznając coraz bardziej zagadnienia wieków średnich, ukazuje się nam zróżnicowany ówczesny świat: barwny i ciemny, ponury i radosny, okrutny i delikatny — czas pełen kontrastów. To również epoka wybitnych postaci, które odcisnęły swoje piętno na bieg historii. Jedną z takich osób, odznaczających się cechami ponadczasowymi, była Hildegarda z Bingen, zaliczana do największych mistyczek średniowiecza, dyplomatka, kompozytorka, badaczka natury człowieka, zajmująca się również medycyną naturalną. Z ŻYCIA HILDEGARDY Urodziła się w 1098 roku w Bermersheim w Alzacji i była dziesiątym dzieckiem Hilde-berta von Bermersheim i jego żony Medithildy. Już przy narodzinach rodzice postanowili, że swoje życie spędzi w klasztorze. Być może było to związane z ówczesnym obyczajem, o którym pisze sekretarz Wibert von Gembloux: Kiedy rodzicom podarowane zostało dziesiąte dziecko, przeznaczyli je wspólną decyzją i po długich rozważaniach jako dobrowolną ofiarę dla Boga, na równi z tradycją dziesięciny, która nałożona prawem nakazywała oddawać Bogu dziesiątą część swojego majątku. To dziecko miało mu służyć przez wszystkie dni swojego życia w jasności i sprawiedliwości. Hildegarda już jako kilkuletnie dziecko wykazywała różnorodne zainteresowania. Miewała także wizje, podczas których komunikowała się z Bogiem. Te fakty ujawniła dopiero będąc przeoryszą klasztoru. W wieku ośmiu lat rodzice zdecydowali się na oddanie dziecka na naukę do swojej krewnej przeoryszy konwentu benedyktynek Judyty von Sponhe-im w Disibodenbergu, żyjącej w pustelni przy klasztorze. Miało to miejsce 1 listopada 1106 roku. Właśnie tutaj Hildegarda została wychowana w cnocie pokory i posłuszeństwa, pobierając różnorodne nauki, m.in. ucząc się psalmów Dawida, a nabyta wiedza bardzo jej się przydała przy komponowaniu własnych utworów. Dalszą część swojego wykształcenia zawdzięczała mnichowi Volmarowi, który był spowiednikiem pustelniczek, a później został jej osobistym sekretarzem. W przeciwieństwie do zakonników Hildegarda nie została systematycznie wtajemniczana w powszechny średniowieczny kanon wiedzy siedmiu sztuk wyzwolonych, do których należały: gramatyka, retoryka, dialektyka, arytmetyka, geometria, muzyka i astronomia. Tym samym traktowana była jako osoba „nieuczona”. Jednak dzięki swojemu niezwykłemu talentowi i inteligencji przyswoiła sobie obszerną wiedzę, 58 Prawdopodobny wizerunek Hildegardy którą cały czas uzupełniała własnymi obserwacjami. Będąc już młodą dziewczyną, niezależnie od wcześniej podjętej przez rodziców decyzji, zdecydowała się na życie w klasztorze i została benedyktynką. Nie znamy dokładnej daty złożenia przez nią ślubów zakonnych, prawdopodobnie miało to miejsce pomiędzy rokiem 1112alll5. Przez całe życie pozostała w swoich działaniach wierna głównej zasadzie wybranego zakonu Ora et labora (Módl się i pracuj). W swoich dziełach zawsze podkreślała znaczenie połączenia medytacji i działania, czyli „wewnętrznego” i „zewnętrznego” życia. W roku 1136 zmarła Jutta von Spanheim, która przez ponad trzydzieści lat kierowała pustelnią i klasztorem w Disibodenbergu. Na Jej następczynię zaproponowano Hildegardę, która początkowo nie chciała przyjąć tak odpowiedzialnej funkcji, jednak później zgodziła się i została przełożoną klasztoru. Hildegarda już wcześniej miewała liczne wizje, które zaczęła spisywać, a pomagał jej w tym sekretarz - spowiednik Volmar i zakonnica Richardis. W ciągu trzech lat powstało wybitne dzieło Scioias (Poznaj ścieżki Pana), które znalazło duże uznanie papieża Eugeniusza III. Hildegarda została zaproszona na synod w Trewirze, który odbywał się w latach 1147-1148, a obecni na nim przedstawiciele kościoła zapoznali się z jej wizjami okazując duże zainteresowanie. Uczestnikiem synodu był m.in. Bernard z Clairvaux, opat klasztoru cystersów w Clairvaux - doktor kościoła, filozof, wpływowy teolog dwunastego stulecia, twórca spekulatywnej mistyki oblubieńczej. Z jego poparciem sława Hildegardy wzrastała i do jej klasztoru zgłaszało się coraz więcej kandydatek, a niewielki obiekt nie miał możliwości rozbudowy. Zdecydowano więc założyć i wybudować nowy klasztor w Rubertsbergu w pobliżu Bingen. Dzięki wydatnej pomocy finansowej margrabiny Richardis (matki zakonnicy pomagającej przy spisywaniu Scioias), arcybiskupa Arnolda z Moguncji oraz licznych darów od bogatych rodzin szlacheckich, obiekt nie borykał się z problemami finansowymi, a pierwsze mniszki mogły wprowadzić się do nowo wzniesionego klasztoru na wzgórzu św. Ruperta w pobliżu Bingen w 1150 roku. Nowe, bogate i dobrze rozwijające się opactwo Hildegardy budziło zawiść opata Kuno, który domagał się powrotu mnicha - sekretarza Volmera do Disibodenbergu i udziału w środkach finansowych klasztoru. Jednak pod wpływem mowy wygłoszonej przez Hildegardę do mnicha opat Kuno zrezygnował z roszczeń, a m.in. spowodowały to słowa: —Jaśniejące światło mówi: masz czuwać jak ojciec nad naszym proboszczem i nad dobrem mistycznego ogrodu moich córek. Ale dobra, które przyniosły ze sobą do klasztoru, nie należą Hildegarda z Bingen. Kobieta wyprzedzająca epokę 59 ani do ciebie ani do twoich braci, Jeżeli niektórzy z was niegodnie proponują, aby pozbawić nas naszej części dziedzictwa, jaśniejące światło mówi, że postępujecie jak rozbójnicy i złodzieje. — Jeśli chcecie nam zabrać nawet naszego proboszcza i duszpasterza (Volmera) to jesteście podobni do synów Beliala i nie posiadacie ani krzty honoru. Ale wtedy Sąd Boży was zniszczy. Hildegarda przebywała Klasztor Hildegardy w Bingen w klasztorze w Rupertsbergu w latach 1151-1158, a czas wypełniała jej działalność religijna, jak również naukowa. Spisywała swoje rozważania z zakresu teologii, filozofii, historii naturalnej. Tworzyła dzieła dotyczące medycyny, przypominając o tym, jak ważne jest współdziałanie duszy i ciała, a jeśli brakuje między nimi równowagi, człowiek nie może być zdrowy. Pisała dzieła przyrodnicze i wykorzystując swoją wiedzę dotyczącą różnorodnych roślin, m.in. warzyw i owoców, stała się pionierką nauki o dobrym odżywaniu i pielęgnowaniu urody, być może tworząc podstawy kosmetologii. Sytuacja finansowa klasztoru była stabilna, jednak toczące się cały czas w ówczesnej Europie starcia zbrojne, jak również regularne działania wojenne, stworzyły z pewnością zagrożenie dla bezpieczeństwa opactwa, zwłaszcza bardzo zasobnego. Hildegarda postanowiła „poszukać” możnego świeckiego protektora i znalazła go — dzięki swoim szerokim kontaktom - w osobie cesarza Fryderyka I Barba-rossy. Dzięki jej przedsiębiorczości i ciągłym staraniom zarówno cesarz (od 1163 roku) jak i jego następcy zapewniali klasztorowi „ochronę”. Dopiero w 1631 roku, podczas wojny trzydziestoletniej, zakonnice opuściły klasztor uciekając do Kolonii przed wojskami szwedzkimi. Mając duże poparcie u możnych ówczesnego świata Hildegarda postanowiła wybudować bliźniaczy klasztor w Eibingen, usytuowany naprzeciwko Rubertsbergu po drugiej stronie Renu. Już w 1165 roku rozpoczął on Hildegarda z Bingen — miniatura 60 Grażyna Nawrolska Fragment założenia klasztornego w płd. Niemczech. działalność, a przeorysza „podróżowała” statkiem pomiędzy dwoma klasztorami. Było to z pewnością niezwykłe przedsięwzięcie i ogromna odwaga zważywszy, że miała wtedy prawie siedemdziesiąt lat. W latach 1160-1170 odbyła cztery długie podróże, odwiedzając m.in. Trewir, Bamberg, Moguncję, Hirsau, Zweifalten, Wiirzburg i Maulbronn (klasztor cysterski, jedyny w Europie zespół architektury monastycznej zachowa- ny w formie prawie nie zmienionej od czasów średniowiecza do dzisiaj). Podróże związane z odwiedzinami klasztorów były okazją do Jej licznych wystąpień, podczas których w sposób niezwykle obrazowy i sugestywny wyjaśniała swoje zasady i przekazywane prawdy: Ja, biedne stworzenie, któremu brakuje zdrowia, siły i wykształcenia, usłyszałam w tajemniczym świetle prawdziwego oblicza następujące słowa skierowane do duchownych z Trewiru: Doktorzy i magistrowie nie chcąjuż dąć w trąbę sprawiedliwości, dlatego znika w nichjutrzen- Zbiornik wody o trzech misach w pawilonie wodnym. Opactwo benedyktynek w Eibingen ka dobrych dzieł. W swoich wystąpieniach nie oszczędzała także duchownych i władz kościelnych: Południowy wiatr cnoty, zwykle tak ciepły, w tych mężach wydaje się być skostniały jak w czasie zimy, ponieważ brakuje im dobrych natchnionych Duchem Świętym dzieł. Są zasuszeni, bo brakuje im żywej zieleni. Wieczorem zorza miłosierdzia zmieniła się w zgrzebny wór. W roku 1173 zmarł mnich Volmar, jej wierny i zaufany sekretarz, spowiednik i kronikarz życia. Będąc już osobą bardzo dojrzałą, w 1178 roku podjęła niesamowitą decyzję. Młody szlachcic, który zmarł podczas podróży, zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany na cmentarzu klasztornym w Rupertsber-gu. Ponieważ okazało się, że był osobą eksko-munikowaną, kanonik z katedry w Moguncji nakazał zwłoki ekshumować i pochować na terenie rakami. W przeciwnym razie całemu klasztorowi groził interdykt, a tym samym wszystkim członkom klasztoru ekskomunika. Hildegarda z Bingen. Kobieta wyprzedzająca epokę 61 Hildegarda nie wyraziła zgody i faktycznie cały klasztor został obłożony interdyktem. Po wielu trudnych rozmowach i poparciu biskupa Moguncji Christiana von Buch, interdykt został zniesiony, a zwłoki młodego człowieka pozostały w spokoju na klasztornym cmentarzu w Rupertsbergu. Hildegarda zmarła 17 września 1179 roku w założonym przez siebie klasztorze w Rupertsbergu. Na początku XIII wieku rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny, jednak dokumenty przesłane z Moguncji do Rzymu „podobno” okazały się niewystarczające do jego przeprowadzenia, co wynikało z konfliktu pomiędzy Hildegardą a tamtejszą kurią. W roku 1237 proces został wstrzymany i dopiero w XIV wieku Hildegarda została umieszczona w Martyrologium Rzymskim. W 1971 roku znalazła się w kalendarzu liturgianym. HILDEGARDA - WIZJONERKA Hildegarda - Sybilla znad Renu - to jedna z wielkich postaci życia duchownego i społecznego XII wieku. Wszechstronnie wykształcona - początkowo była anachoretką - to wizjonerka i mistyczka, która dzięki ogromnej wiedzy przeistoczyła się w osobę o znaczeniu europejskim. Będąc przeoryszą klasztoru wyznała, że już w wieku kilku lat miewała wizje, które pozwalały Jej komunikować się z Bogiem. W wieku 42 lat zaczęła ujawniać te fakty, a powodem dotychczasowego milczenia była obawa przed reakcją inkwizycji. Osiągnąwszy najwyższe stanowisko w kościele dostępne kobiecie i mając rozległe wpływy w najwyż- szych instytucjach kościelnych (biskupstwa, dwór papieża) mogła bez obaw spisywać swoje wizje. W swoich dziełach, m.in. Liber Scioere Domini, (1151 r.), Liber Vitae Meritorum (1163 r.), Liber Divinorum Operum (1174 r.), poruszała wiele filozoficznych i teologicznych problemów, często posługując się językiem symbolicznym, jednocześnie podkreślając, że wizje o których pisze pochodzą od Boga. Dużym bodźcem do podjęcia pracy nad opracowaniem ich, było poparcie i zachęta udzielana jej przez Bernarda z Clairvaux, opata benedyktynów, osoby bardzo wpływowej w ówczesnym czasie. Głównym elementem chrześcijańskiej wizji świata Hildegardy był Bóg przedstawiany jako żyjący ogień, istniejący ponad wszystkim stwórca, który umieszczając w tym człowieka obdarzył go wielką mocą. Mimo, że człowiek Chrześcijańska wizja świata Hildegardy. Bóg w którym umieszczono człowieka. 62 Grażyna Nawrolska sprzeciwił się i odwrócił od Boga, on zesłał na świat swojego Syna mającego przywrócić człowieka do zbawienia. W rozważaniach Hildegardy człowiek zajmował w świecie szczególną pozycję, jednocześnie określano go małym kosmosem. Klasycznym wyrażeniem antropologii wg Hildegardy było powiedzenie: „człowieku ty jesteś cały w każdym stworzeniu”, co miało wg tradycji odnosić się do słów Chrystusa: „Głoście Ewangelię każdemu stworzeniu”. W wyobrażeniu mistyczki człowiek stał z rozwartymi ramionami pośrodku wszechświata, który został przedstawiony w formie koła spoczywającego w rękach Trójcy. Człowiek miał być także sercem natury, jednak jego zmysły i duchowość pochodziły od stwórczej siły Boga. Wizja świata opisywanego przez Hildegardę, teologa wizjonerstwa, stosunkowo szybko odeszła w niepamięć, dzieląc losy innych zapomnianych dzieł dwunastego stulecia. HILDEGARDA - KOMPOZYTORKA Hildegarda była uznaną kompozytorką, której twórczość zachowała się w zapisach nutowych do naszych czasów. Uważała, że muzyka jest wspomnieniem raju, gdzie aniołowie śpiewali psalmy na cześć Stwórcy. Wobec tego śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, ponieważ był równie ważny jak modlitwa, a tym samym przybliżał człowieka do zbawienia. Hildegarda wierzyła, że jej natchnienie twórcze pochodzi od Boga, a stworzone przez siebie dzieła muzyczne są w rzeczywistości boskim przekazem. Znała zasady zapisu nutowego, modyfikując ówczesną formę muzyki. Skomponowała wiele dzieł muzycznych, m.in. moralitety, pieśni religijne. Do najważniejszych dzieł muzycznych należą Symphonia armoniae celestium reoelationum (Symfonia harmonii niebiańskiego objawienia) i Ordo vir-tutum (Zastęp cnót). Ten pierwszy to zespół siedemdziesięciu siedmiu utworów, których głównym tematem jest ciągła walka o duszę człowieka pomiędzy szesnastoma cnotami muzyki dawnej. Utwory skomponowane przez Hildegardę były bardzo emocjonalne, w porównaniu do typowych kompozycji tego okresu głównie śpiewów. Od połowy dwudziestego wieku utwory skomponowane przez Hildegardę zyskują dużą popularność i wykonywane są w kościołach, salach koncertowych, jak również wydawane na płytach w dużych nakładach przez renomowane firmy, m.in. Harmonia mundi i Naxos. HILDEGARDA - „LEKARKA MEDYCYNY NATURALNEJ” W czasach Hildegardy uległa zapomnieniu i zupełnie straciła znaczenie antyczna wiedza medyczna, a medycyna arabska bardzo powoli docierała do Europy wschodniej i środkowej. Dlatego Hildegarda w swoich działaniach „lekarskich” musiała oprzeć się przede wszystkim na medycynie ludowej oraz własnych obserwacjach i doświadczeniach. Najważniejsze założenia Hildegardy dotyczące medycyny naturalnej, najobszerniej zostały przedstawione w Liber subtilitatum naturarum creaturarum. Jej holistyczne podejście do medycyny ukazywało człowieka jako jedność duszy i ciała, opierając się na czterech Hildegarda z Bingen. Kobieta wyprzedzająca epokę 63 głównych obszarach: boskim, kosmicznym, cielesnym i duchowym. Pomiędzy nimi mu-siała istnieć równowaga, gdyż jej brak powodował różnorodne choroby. Hildegarda w pewnym sensie wyprzedziła rozpoznanie nowoczesnej psychosomatyki. Bo leczenie nie może odnosić się wyłącznie do ciała, jeśli nie ma wewnętrznego przekonania do pokonania choroby. Bo choroby to nie tylko skutek nieodpowiedniego trybu życia, wypadku czy infekcji (epidemie, zarazy), lecz również wyzwanie dla człowieka, aby przemyślał swoje życie w kontekście relacji z Bogiem. W swoim wielkim dziele o leczeniu Causae et curae (O przyczynach, symptomach i możliwościach leczenia chorób) zawarła stwierdzenia, które mogą być aktualne do dziś. Z kolei w pracy zatytułowanej Physica, liczącej 500 rozdziałów, Hildegarda opisała właściwości lecznicze setek roślin, zwierząt i minerałów, podając także różnorodne z ich wykorzystaniem przepisy. Wiele opracowanych przez nią recept można z powodzeniem stosować do dzisiaj. Jednak odnosi się to przede wszystkim do roślin: ziół, kwiatów, warzyw, dziko rosnących roślin. Hildegarda, będąc zakonnicą, w swoich tekstach nie sprzeciwiała się potrzebie piękna. Wręcz przeciwnie - podawała liczne przepisy dotyczące wytwarzania „upiększających” kosmetyków wytwarzanych z kwiatów, warzyw i roślin dziko rosnących. Jest faktem powszechnie znanym, że w każdym założeniu klasztornym funkcjonował tzw. ogródek zielny. Miała go również Hildegarda w swoich klasztorach, a wiedzę o ich zakładaniu, sposobach uprawy roślin i kwiatów, przekazywała innym. NA ZAKOŃCZENIE Hildegarda z Bingen była z pewnością nieprzeciętną i zadziwiającą kobietą swojej epoki. Misjonarka, wizjonerka, dyplomatka, będąca poważnym autorytetem dla cesarzy i książąt, doradczyni papieży i biskupów, swoją krytyką duchowieństwa wzbudzała ich niepokój. Zakładała klasztory, wspomagała biednych i chorych. Była osobą wykształconą, autorką wielu traktatów i ksiąg, a Jej interpretacja świata i wysoka w nim pozycja człowieka stanowiła ważny element w ówczesnej dwunastowiecznej przestrzeni. Pozostawiła po sobie ogromną spuściznę w postaci ksiąg, pism teologicznych, poematów duchowych, do których również komponowała muzykę i jako pierwsza i jedyna kompozytorka średniowiecza podpisywała je swoim imieniem. Była autorką dzieł związanych z medycyną naturalną, opisując w nich świat fauny i flory. Hildegarda z Bingen to jedna z wielu postaci życia duchownego i społecznego dwunastego stulecia. Nie lekceważmy tego, co niebiańskie, nie pogardzajmy tym, co ziemskie (Hildegarda z Bingen) 64 Ryszard Rząd Ryszard Rząd HISTORIE NIE TYLKO MALBORSKIE (11) O PIERWSZYM KONCERCIE MUZYCZNYM W WIELKIM REFEKTARZU Przyzwyczailiśmy się do tego, że zamek malborski jest miejscem koncertów i różnych wydarzeń artystycznych. Zapominamy, że zainicjowano je już dawno, bo 187 lat temu. W początkach lat 30-tych XIX w. Wielki Refektarz na Zamku Średnim był wnętrzem odbudowanym (oczywiście w myśl ówczesnych zasad konserwacji zabytków). Odwiedzającym go turystom imponował wielkością i zadziwiającą akustyką. Na walory te zwrócił też uwagę Christian Urban (1778-1833?), elbląski nauczyciel i prezes tamtejszego Stowarzyszenia Miłośników Muzyki. Jako że w Elblągu i okolicznych miastach działało już wiele amatorskich stowarzyszeń śpiewaczych, postanowił on zorganizować w zamku malborskim ich festiwal w dniu 2 czerwca 1833 r. Pierwsi muzycy i chórzyści pojawili się w mieście już dwa dni wcześniej. Powitano ich w kasynie, gdzie m.in. otrzymali jedwabne kokardy z napisem „Musikfest in Marienburg am 2tem Juny 1833”. Następnego dnia na 17 holsztyńskich wozach przewieziono ich do zamku na próby generalne. W dniu koncertu orkiestrę ustawiono przy południowej ścianie sali. W jej skład weszło: 40 skrzypiec, 12 altówek, 8 wiolonczeli, 6 kontrabasów, 2 kontrafagoty, 6 fletów, 4 oboje, 6 klarnetów, 6 fagotów, 4 rogi, 4 trąbki, 3 puzony, kotły. Chór tworzyło 26 sopranów, Wielki Refektarz na akwareli Johanna Karla Schulza z 1846 r. 25 altów, 30 tenorów i tyleż basów. W sumie 213 osób (!) z różnych miast regionu: Królewca, Gdańska, Elbląga, Kłajpedy, Torunia, Kwidzyna, Braniewa, Pieniężna i Wystruci. Oświetlenie zapewniały 24 świeczniki na-ścienne i wielki żyrandol nad orkiestrą, dzięki któremu nie trzeba było ustawiać świec przy pulpitach muzyków. Dyrygent stał tuż za jednym z filarów, był więc prawie nie- widoczny dla słuchaczy. Historie nie tylko malborskie (11) 65 O godz. 11.00 wykonano oratorium „Stworzenie świata” Josepha Haydna, zaś o 21.00 symfonię nr 3 Es-dur op. 55 „Eroica” Ludwiga van Beethovena. Po niej kolejno: adagio i poloneza austriackie--go kompozytora Josefa May-sedera, jedną z wczesnych arii Beethovena „Ah Perfi-do”, wariację na wiolonczelę Adolfa Meinharda, kantatę „Meeresstille und gliickliche Fahrt” Beethovena, wariację Plakat informujący o Festiwalu Muzycznym w Malborku w 1833 r. na klarnet czeskiego kompo- zytora Josepha Beera, hymn „Gottheit, iiber Alle machti^P Wolfganga Amadeusza Mozarta, koncert na puzon basowy Carla Meyera, „Uwerturę Jubileuszową” E-dur op. 59 Carla Marii Webera. Całość zakończono o godz. 1 -ej w nocy! Po wieczornym koncercie w Kuchni obok Refektarza na muzyków czekało wino i poczęstunek. Była to też okazja do rozmowy z gospodarzem zamku, nadprezydentem Prus Wschodnich Theodorem von Schónem (1773-1856). Festiwal spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności, która zachwyciła się wspaniałą akustyką Refektarza oraz ogólną atmosferą spotęgowaną nastrojowym oświetleniem sali. Krytycy muzyczni byli bardziej sceptyczni i zauważali pewne uchybienia. Trudno się jednak temu wszak dziwić - wykonawcami wspomnianych dzieł byli niemal wyłącznie amatorzy. Dwa tysiące biletów na oba koncerty rozeszły się błyskawicznie i sala wypełniona była do ostatniego miejsca. Mimo iż zapewniono 800 miejsc siedzących na 32 ławach drewnianych i 200 na murowanej, obiegającej salę dookoła, ok. 200 słuchaczy stało. Nic dziwnego, że impreza przyniosła korzyść także pod względem finansowym. Wydatki nań sięgnęły tysiąca talarów (z kasy miejskiej), zaś dochód był dwukrotnie większy. Umożliwiło to Urbanowi założenie w swoim mieście elementarnej szkoły muzycznej. Wspominając Christiana Urbana, warto pamiętać, że w jego aktywności na polu muzyki były także polskie akcenty. Jesienią 1831 r. zorganizował on w Elblągu koncert dla internowanych powstańców listopadowych. Niewykluczone, że wśród słuchaczy był wódz naczelny gen. Maciej Rybiński (1784-1874) i dowódca artylerii gen. Józef Bem (1794-1850). 2 czerwca 1933 r., w setną rocznicę pierwszego w Prusach festiwalu muzycznego (miał on miejsce w Malborku!) w Wielkim Refektarzu odbył się koncert „Oratorienverein”. Tak jak wówczas, i tym razem wykonano „Stworzenie świata” Josepha Haydna. 66 Ryszard Rząd O POCZĄTKACH PRACY KONRADA STEINBRECHTA W ZAMKU MALBORSKIM 3 lipca bieżącego roku minęła setna rocznica śmierci konserwatora zamku malborskiego Konrada Steinbrechta. Niniejszym szkicem przypominamy początki jego kariery na zamku. W 1880 r. rejencyjny mistrz budowlany był młodym, 31-letnim dobrze zapowiadającym się badaczem architektury dawnego państwa zakonnego. Ukończył studia na wydziale architektury Akademii Budowlanej w Berlinie, odbył praktykę na wykopaliskach w greckiej Olimpii pod okiem sławnych niemieckich archeologów Ernsta Curtiusa i Friedricha Adlera. Jednym z jego kolegów szkolnych był jego rówieśnik Johannes Matz (1849-1913). On to w sierpniu 1880 r., jako świeżo upieczony rejencyjny mistrz budowlany, objął tymczasowo kierownictwo odbudowy zamku w Malborku. Zdołał na tyle przebadać średniowieczną budowlę, że wykonał m.in. projekt rekonstrukcji krużganka północnego Zamku Wysokiego. Jego fachowe projekty i kosztorysy stały się dla ministra wyznań religijnych podstawą zgłoszenia prac do budżetu państwowego. 29 kwietnia 1882 r. restaurację zamku Ostatnie zdjęcie Konrada Steinbrechta (w kapeluszu) na „placu budowy” — odbudowie zespołu Bramy Nowej w bolwerku Plauena, 1918 r powierzono jednak nie Marżowi lecz... Steinbrechtowi. Dlaczego? Otóż w 1881 r., jako pracownik ministerstwa wyznań religijnych, opublikował on znakomitą pracę o architekturze średniowiecznego Torunia („Thorn im Mittelalter”}. Dziełem tym zaistniał w kręgu badaczy architektury gotyckiej i zwrócił na siebie uwagę wspomnianego ministra GoBlera. Pracami budowlano-konserwatorski-mi na zamku kierował nie- Pamiątka po Johannesie Matzu - krużganek północny Zamku Wysokiego przerwanie do końca czerwca 1922 r., czym na trwale zapisał się w jego dziejach. Kto dziś pamięta Johanna Matza? Niewielu. Nie znamy nawet jego podobizny. Jedynym świadkiem jego trudu jest odbudowany zgodnie z jego projektem (przez Steinbrechta...) krużganek północny Zamku Wysokiego. Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego 67 Piotr Zawada WOJENNE PRZYPADKI ANTONIEGO BIAŁKOWSKIEGO NA PODSTAWIE JEGO WSPOMNIEŃ Z WALK NA ŻUŁAWACH WIŚLANYCH PODCZAS OBLĘŻENIA GDAŃSKA W 1807 ROKU Antoni Białkowski urodził się 13 czerwca 1788 r. w Poznaniu, w średnio zamożnej rodzinie mieszczańskiej. Przyszłość swoją wiązał z wojskiem i gdy skończył 18 lat o mało nie wstąpił do wojska pruskiego. Na szczęście po wkroczeniu do Poznania generała Jana Henryka Dąbrowskiego, w dniu 15 listopada 1806 roku, zaciągnął się jako szeregowiec do nowo powstającego 4 pułku piechoty Legii Poznańskiej (po zmianie numeracji zarządzonej przez księcia Józefa Poniatowskiego w 1807 r., 12 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego). Pułk Białkowskiego formował się w Kościanie w Poznańskim. W 1807 r. walczył pod Tczewem, Gdańskiem i Frydlandem. Po zakończeniu kampanii pułk stacjonował w Rawiczu, a 8 września 1808 r. wkroczył do Torunia. W kampanii 1809 r. pułk dzielnie walczył pod Grochowem, pod Górą, następnie pod Zamościem, Sandomierzem i Jedlińskiem, niedaleko którego pod Jankowicami Białkowski został ciężko ranny w głowę i dostał się do austriackiej niewoli. Za kampanię 1809 r. został odznaczony złotym krzyżem Virtuti Militari. Po wkroczeniu wojsk polskich do Krakowa 15 lipca 1809 r. 12 pułk piechoty aż do maja 1811 r. stanowił jego załogę, po czym wymaszerował do Warszawy a następnie do Modlina; stacjonował pod Nowym Dworem Mazowieckim, pracując przy fortyfikacjach Modlina. Na zimę pułk powrócił do Warszawy. W kampanii 1812 r. walczył pod Krasnem, Smoleńskiem, Borodino, Czirikowem, Woronowem i nad Berezyną. Podczas kampanii 1813 r. Białkowski przebył następujący szlak bojowy: Lobau, Drezno, Borna, Wachau, Lipsk (słynna Bitwa Narodów). W 1814 r. nasz bohater był żołnierzem gwardii honorowej, która eskortowała do kraju zwłoki księcia Józefa Poniatowskiego poległego w bitwie pod Lipskiem. Stan służby naszego bohatera w epoce napoleońskiej był następujący: 1806 r. -kapral, a następnie sierżant, 1807 r. - podporucznik, 1808 r. - porucznik i w 1810 r. - kapitan. Pułkiem 12 Piechoty Księstwa Warszawskiego kolejno dowodzili: płk. Stanisław Po-niński (fundator pułku, do marca 1808 r.), płk. Ignacy Zieliński (do czerwca 1808 r.), płk. Jan Weyssenhoff (do maja 1812 r.) i płk. Maciej Wierzbiński (do grudnia 1815 r.). Szkoda tylko, że pomimo swoich niewątpliwych zasług wojennych, Antoni Białkowski nie otrzymał Legii Honorowej, tak bardzo upragnionej przez żołnierzy, a do której był wielokrotnie przedstawiany. Po powrocie do kraju Białkowski wstąpił do armii Królestwa Polskiego, w której od 2 lutego 1815 r. jako kapitan służył w 3 pułku piechoty liniowej. Od 3 kwietnia 1819 r. jest majorem, a 24 maja 1829 r. zostaje podpułkownikiem. W 1830 r. otrzymuje znak honorowy za 20 lat nieskazitelnej służby. Wziął udział w Powstaniu Listopadowym, podczas którego dowodził 18 pułkiem piechoty liniowej. Otrzymał dyplom „dobrze zasłużonego ojczyźnie”, a 19 sierpnia 1831 r. został awansowany na stopień pułkownika. Zmarł 30 stycznia 1852 r. w Droblinie koło Leśnej. Do pisania pamiętnika-wspomnień namówił 68 Piotr Zawada Pułk piechoty nad Berezyną, Jan V. Chełmiński Antoniego Białkowskiego jego szwagier Władysław Wójcicki, również uczestnik powstania listopadowego, który był wydawcą, pamiętnikarzem, pisarzem, archiwistą i bibliotekarzem Senatu. Pamiętnik pod jego okiem powstawał do ostatnich dni życia Antoniego Białkowskiego. Współcześnie jego wydanie z 2003 roku pt. „Wspomnienia starego żołnierza”, Antoni Białkowski, można kupić za niewielkie pieniądze na giełdach internetowych, a który miłośnikom epoki napoleońskiej szczególnie polecam. Rozkazami Napoleona z 4 stycznia 1807 r. powołano nowy X Korpus Wielkiej Armii, który miał operować na Pomorzu Zachodnim, a jego zadaniem miało być zdobycie twierdzy Kołobrzeg i Grudziądz, a przede wszystkim twierdzy gdańskiej. Dowódcą wielonarodowego korpusu po wziętym do niewoli przez Prusaków generale Victorze został francuski marszałek Francois-Joseph Lefebvre. W skład korpusu wchodziły wojska polskie, badeńskie, saskie i francuskie, gdzie Polacy tworzyli dywizję składającą się ze świeżo sformowanych, jeszcze słabo wyszkolonych i wyekwipowanych batalionów, polskich pułków legii poznańskiej i kaliskiej, które od listopada 1806 r. formował w Wielkopolsce generał Jan Henryk Dąbrowski. Celem marszu Polaków była Bydgoszcz, a następnie Swiecie. 9 lutego 1807 r. Napoleon powierzył X Korpusowi ochronę szlaków komunikacyjnych między Toruniem a Ostródą, a 17 lutego marszałek Lefebvre otrzymał rozkaz marszu na Gdańsk. Generał Dąbrowski z wojskami polskimi posuwał się lewym brzegiem Wisły, a marszałek Lefebvre z resztą wojsk - prawym. 22 lutego wojska generała Dąbrowskiego zajęły pozycje w miejscowościach od Subkowy do Gręblina, gotowe do szturmu Tczewa, który został wyznaczony na 23 lutego. Tczew był dogodnie położony nad Wisłą i był otoczony murem stanowiąc dobry punkt obronny. Był też ważnym węzłem komunikacyjnym, w którym krzyżowało się wiele dróg, a także miejscem przeprawy przez Wisłę na Żuławy, bardzo ważnym dla Wielkiej Armii. Po kilkugodzinnych walkach, 23 lutego Tczew został szturmem zdobyty przez wojska polskie i badeńskie, co umożliwiło Polakom i Francuzom podejście do Gdańska i rozpoczęcie oblężenia twierdzy. Jak wspomina Antoni Białkowski, po ośmiu dniach od zdobycia Tczewa, po przeprawie przez Wisłę, wojska polskie ruszyły w kierunku Gdańska. Na Żuławach pułk 4 piechoty połączył się z dywizją francuską generała Schramma i stanął we wsi Fiirstenwerder (Żuławki), miejscu ważnym ze względu na swoje położenie na wzniesieniu i przeprawę przez Wisłę. Żołnierze polscy razem z francuskimi przez pewien czas razem strzegli okolicy wystawiając wspólne warty i posterunki. Razem kwaterowali w okolicy, gdzie z braku zaopatrzenia posilali się Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego 69 nawet pieczonymi kotami, których mięso Francuzi uważali za wyśmienite. Po odejściu Francuzów, Polacy zajęli ich pozycje stacjonując tu przez kilka tygodni aż do Wielkanocy. W Wielką Środę zapowiedziano żołnierzom, żeby wcześniej położyli się spać, aby o północy byli gotowi do wymarszu. O północy żołnierze zebrali się pod wałem przy Wiśle. Jak stwierdził Białkowski, Żuławy są doliną, środkiem której przepływa Wisła mając po obu swoich stronach wały, których wiosną podczas roztopów pilnują miejscowi mieszkańcy, aby woda ich nie przerwała powodując podtopienia terenu, który zamieszkiwała. Żołnierzom kazano iść wzdłuż wałów w górę Wisły Elbląskiej (obecnie Szkarpawa), gdzie po przejściu mili (mila pruska równa 7532,48 m., używana też na ziemiach polskich pod zaborem pruskim) dotarli do wioski Routhebude (nie istniejąca współcześnie miejscowość, w której stała karczma o tej samej nazwie, przy Kanale Wiślano-Zalewowym, pomiędzy miejscowością Dworek a Kieżmarkiem). Tam podczas krótkiego postoju dla pokrzepienia rozdano żołnierzom po szklance wódki i gdy przyszedł czas, załadowano wszystkich na statki rzeczne. Na jednym statku zmieściła się kompania Francuzów, a na drugim kompania Polaków (w pełnym składzie to około 140 żołnierzy, ale w czasie działań wojennych kompanie miały znacznie mniejsze stany osobowe). Płynąc bliżej lewego brzegu Wisły w całkowitej ciszy, dokładnie o świcie, dopłynęli do wsi Szónbaum (Drewnica). Gdy dopływali do brzegu, dostrzegły ich posterunki pruskie. Kiedy próbowali przybić do brzegu, zza wału wyskoczyła warta pruska i zaczęła do nich strzelać. Na nieszczęście było zbyt płytko i statki nie mogły przybić do brzegu, a Prusaków coraz więcej przybywało, rażąc pociskami żołnierzy uwięzionych na statkach, powodując wśród nich coraz większe straty. Padł rozkaz, aby skakać przez burty do wody. Żołnierze z karabinami i ładownicami nad głową musieli brodzić w wodzie około 50 metrów, aby dojść do brzegu. W tym czasie prawdopodobnie zostaliby wystrzelani przez Prusaków, ale na szczęście z pomocą przyszedł im celny ogień francuskiej baterii dział z drugiego brzegu Wisły spod Żuławek, który spowodował wycofanie się Prusaków. W tym czasie Polacy opanowali brzeg i wspięli się na wał, z którego zaczęli strzelać do wroga. Dzięki wsparciu artylerii Polacy wyparli z Drewnicy Prusaków zdobywając 6 dział i bio-rąc do niewoli 700 jeńców. Reszta ratowała się ucieczką. Następnie po przejściu pół mili w kierunku Gdańska w pojedynczym zabudowaniu natknęli się na dwie kompanie pruskie. Zabudowanie było otoczone murem, zza którego wróg się bronił. Kiedy dowódca batalionu francuskiego wysłał do nich parlamentariusza, to nie chcieli go wpuścić i zaczęli do niego strzelać. Dowódca francuski zorientował się, że wśród Prusaków nie ma żadnego oficera, a dowodzi nimi jakiś gruby podoficer. Rozkazał więc celnie strzelającym żołnierzom powchodzić na dachy przyległych domów i owego podoficera wziąć na cel. Jak tylko został zabity, cała bitwa się skończyła. Pozostali Prusacy poddali się. Do niewoli poszło 400 żołnierzy, w zabudowaniach znaleziono duże zapasy żywności. Około godziny trzeciej po południu żołnierze ujrzeli wreszcie wieże Gdańska. Jeszcze przed przebyciem kolejnej odnogi Wisły spostrzegli zbliżający spory oddział pruski wysłany na wsparcie swoich kolegów uciekających przed Polakami i Francuzami. Doszło do wymiany ognia karabinowego, w której Prusacy zaczęli mieć przewagę, ale na szczęście przybyła francuska artyleria zakończyła potyczkę i zmusiła Prusaków do opuszczenia wsi Herbody (wieś Stogi pod Gdańskiem, współcześnie dzielnica Gdańska). Prusacy przez most wycofali się do Gdańska. Po zajęciu wsi Polacy i Francuzi rozpoczęli kopać okopy i sypać szańce. Na drugi dzień, 70 Piotr Zawada w Wielki Piątek, Prusacy ponownie zaatakowali, ale dzięki przygotowanym umocnieniom po dłuższej utarczce zostali odparci. W Wielką Sobotę we wsi Stogi zmienili Polaków Francuzi z Gardę de Paris (paryski pułk piechoty sformowany z paryskiej Gwardii Narodowej). Polaków wysłano nad morze na wysokości twierdzy Wisłoujście, gdzie na piaszczystym wzgórzu sypali stanowiska pod armaty. Tak spędzili Wielkanoc otrzymawszy jako święconkę po pięć ziemniaków, które z braku naczyń musieli upiec w ognisku. Żołnierze, którzy pierwszy raz byli nad morzem, chorowali na chorobę morską mając wymioty, zawroty głowy, febrę i gorączkę. Dzień i noc pracowali przy budowie fortyfikacji, a praca ta była wielce niewdzięczną, ponieważ ziemia była piaszczysta i gdy tylko zawiał wiatr, umocnienia rozsypywały się. Dopiero gdy saperzy francuscy dostarczyli faszyny i koszy faszynowych (wiklinowych), usypane umocnienia stały się zwarte i stałe. Prusacy słysząc w nocy odgłosy pracy przy umocnieniach często strzelali na oślep, ale nie wiedzieli, gdzie dokładnie znajduje się nieprzyjaciel. W tym celu wystrzeliwali w różnych kierunkach tak zwane leichtkugel. Były to kule obciągnięte materiałem, nasączone w palnej substancji, najczęściej w siarce. Kiedy jedne kule gasły, wtedy wystrzelano kolejne, aby w ich świetle można było dojrzeć wroga, a wtedy strzelano granatami. Kiedy Polacy skończyli budować stanowiska dla artylerii, za którymi mogli wreszcie się schować przed zimnem i wiatrem, niespodziewanie przybyli saperzy, którzy zajęli ich stanowiska, a Polaków z powrotem wysłano do wsi Stogi, gdzie znowu musieli sypać szańce. Podczas pracy byli ostrzeliwani przez Prusaków z armat umieszczonych na statkach pływających po Wiśle. Gdy Gdańsk został całkowicie oblężony przez wojska napoleońskie i odcięty od pomocy z zewnątrz, spodziewano się prób przedarcia się posiłków do twierdzy, ponieważ na morzu stało na kotwicy kilka okrętów wojennych wroga. W tym celu kompanię bohatera naszych wspomnień, porucznika Białkowskiego, ponownie odkomenderowano do wsi Żuławki w celu ochrony magazynów. Białkowski na zmianę ze swym kolegą oficerem codziennie jechali do Malborka, skąd na sześćdziesięciu czterokonnych furach przewozili żywność, którą następnie ładowano na statki, a te wiozły je dla wojska pod Gdańsk, co trwało dwa tygodnie. Następnie Białkowskiego wysłano na ważną ekspedycję. Licząc od wsi Żuławki w promieniu trzech mil nad Wisłą miał zarekwirować wszystkie statki, galary, a nawet zwykłe łódki i odprowadzić je do wsi Żuławki, a te, których nie mógł zabrać, miał zniszczyć. Chodziło o to, że spodziewano się próby przebicia do Gdańska od strony Mierzei Wiślanej znacznych posiłków wroga. W tym celu wróg mógłby użyć statków do budowy przeprawy przez Wisłę. Zaopatrzony w odpowiednie rozkazy i pisma do miejscowych wójtów, aby w razie potrzeby udzielili mu pomocy pod groźbą kary śmierci, Białkowski wraz z 35 żołnierzami ruszył wykonać tak ważne zadanie po drodze rekwirując wszystkie statki. Po przejściu ponad mili zobaczyli płynący po Wiśle statek, który jednak nie reagował na ich wołanie, aby przybił do nich do brzegu. Dopiero po oddaniu kilku strzałów statek zawrócił i zacumował obok nich. Kiedy właściciel statku dowiedział się, że jego statek ma być zarekwirowany i odstawiony do Żuławek, zaczął rozpaczać i powiedział, że jeżeli Białkowski potrzebuje statków, to niedaleko stąd, koło wsi Tiegenort (współcześnie Tujsk, około 9 km od Nowego Dworu Gdańskiego) jest ich parę-set. Kiedy doszli do wsi, to na kanale zastali przynajmniej dwieście statków. Niektóre stały zamarznięte, inne wyciągnięte na lód w celu naprawy, a kilkanaście nowych stało w warsztatach. Od miejscowego człowieka dowiedział się, gdzie mieszka wójt i kazał go sobie Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego 71 przyprowadzić, a następnie zakomunikował mu, że według rozkazu musi zarekwirować wszystkie statki, na co wójt odpowiedział, że trzeba posłać po oberschulzea (nad-wójta) i miejscowych ludzi do pomocy, aby tego dokonać. Białkowski posłał po nadwójta podoficera furmanką. W tym czasie nadszedł miejscowy pastor o nazwisku Klousel, którego Białkowski znał z wcześniejszego pobytu w tym rejonie, a który zaprosił go do swojego mieszkania, jednocześnie obiecując pomoc w sprowadzeniu nadwójta, w wyliczeniu ile ludzi, koni i lewarów będzie potrzeba do przeciągnięcia przez wały i groble statków. Ostatecznie to przybyły do Tujska nadwójt obliczył, że będzie potrzeba przynajmniej 200 koni z zaprzęgiem, 500 ludzi z siekierami do zrąbania lodu na kanale na długości dwóch wiorst (około 2 km.) oraz 200 ludzi z różnymi narzędziami, takimi jak lewary, wałki, liny itp. Zapewnił, że wszystko jest przygotowane, aby wszyscy ze wszystkim stawili się rankiem następnego dnia, co też Białkowski wprowadził w życie wysyłając posłańców z rozkazami do pobliskich wsi. Wszyscy wymienieni powyżej miejscowi pruscy notable próbowali różnymi sposobami odwieść polskiego dowódcę od zabrania statków. Pastor Klousel gościł go w swoim domu, gdzie poczęstował go obiadem, a wieczorem kolacją, po której zaproponował mu nocleg, na który początkowo przystał nasz bohater. Po kolacji pastor chcąc umilić spotkanie zaczął grać na pantalionie(rodzaj fortepianu) i śpiewać różne pieśni, wśród których była taka o przyszłości i przeznaczeniu człowieka, że nie wiadomo, kiedy śmierć cię spotka, po czym opowiedział, że jego wielki przyjaciel, oficer pruski, na godzinę przed szturmem Tczewa, tę właśnie piosenkę sobie nucił i poległ podczas ataku. Tego już Białkowskiemu było zbyt wiele. Mając złe myśli, bojąc się nocować u pastora, stwierdził, że musi wracać do swojego oddziału tłumacząc się obowiązkami. Pastor pożegnał się z nim mówiąc, że prawdopodobnie już się nie zobaczą. Po powrocie do swoich żołnierzy kwaterujących w austerii Białkowski poruszony przepowiednią pastora, która być może miała go tylko zastraszyć, zwiększył liczbę posterunków i podwoił straże. Postanowił zachować ostrożność i przez całą noc czuwał biedak i do rana nie zmrużył oka, ale przeżył. Rano ponownie spotkał się z pastorem, który zaprosił go na kawę, a później na śniadanie, którego Białkowski odmówił. W tym czasie ze wszystkich stron nadchodziły grupy ludzi z końmi i narzędziami, którzy ponaglani przez żołnierzy zaczęli rąbać lód na kanale. Po pół godzinie pojawił się znowu pastor zapraszając Białkowskiego do oberży, aby się czegoś napili, ale Polak odmówił twierdząc, że nie pije i udał się doglądać postępów w kruszeniu lodu na kanale. Niedługo potem znowu przybył pastor i zaprosił go do apteki na śniadanie, po którym na deser były słodycze, za którymi Białkowski przepadał. Prusacy musieli się o tym dowiedzieć od jego żołnierzy. Białkowski spostrzegł, że śniadanie było specjalnie przeciągane i domyślił się, że Prusacy mają w tym jakiś interes. W związku z tym postanowił przyspieszyć akcję spuszczania statków na Wisłę. Gdy wyszedł z apteki zauważył, że robota stoi, a żołnierze udają, że ponaglają ludzi do pracy. Na ten widok Białkowski oznajmił pastorowi, że skoro nie chcą pracować, to on spali wszystkie statki i będzie po sprawie. Na dowód tego podpalił jeden uszkodzony statek. Na ten widok wszyscy w przyśpieszonym tempie zabrali się do pracy krusząc lód i spychając kolejne statki do rzeki. Ale pastor nie odpuszczał i stwierdził, że można się dogadać i zaproponował Białkowskiemu, aby lepsze statki zatopić w kanale, a te gorsze niby spalić, na co on się kategorycznie nie zgodził. Wreszcie namówili go, aby przyszedł do austerii, gdzie zobaczył mnóstwo pieniędzy na stole i jak sam stwierdził było to około 72 Piotr Zawada 20 000 gdańskich złotych tj. 48 000 ówczesnych złotych. Prusacy powiedzieli, że te pieniądze są dla niego, że jego żołnierze już je wzięli. Białkowski z oburzeniem odrzucił propozycję łapówki i nie zmienił swojego zdania. Nie mogąc dogadać się z Białkowskim, Prusacy posłali po jego dowódcę kapitana, z którym szybko się dogadali. Kapitan stwierdził, że nie ma zbyt wielkiego niebezpieczeństwa ze strony wroga i nie potrzeba zabierać zbyt wielu statków. Białkowskiemu rozkazał, aby ze swoimi żołnierzami na pokładzie 11 zwodowanych statków popłynął do wsi Żuławki. Po przybyciu z rana do wsi, do której po kilku godzinach wrócił też kapitan, padł rozkaz jak najszybszego wymarszu pod Gdańsk, w stronę którego koło Żuławek przeprawiało się dużo wojsk francuskich przybyłych z Malborka. Kompania Białkowskiego zajęła redutę na wyspie Holm (Ostrowie) stojąc całą noc pod bronią. W tym czasie zbiegł żołnierz pełniący funkcję ordynansa u znajomego nam kapitana, zabierając ze sobą jego rzeczy i pieniądze. Po nieudanych próbach przyjścia z pomocą Gdańskowi przez wojska rosyjskie, pruskie, a nawet angielskie, twierdza została odcięta od dostaw zaopatrzenia. Po powrocie na Żuławy kompania Białkowskiego została rozmieszczona w chacie koło jednej ze wsi. 21 maja 1807 r. marszałek Lefebvre posłał swojego adiutanta pułkownika Lacostea do dowódcy Twierdzy Gdańskiej generała Kalkreutha z propozycją poddania się. Kalkreuth mając mało prochu oświadczył, że jak do 27 maja nie otrzyma zaopatrzenia, to wtedy podda twierdzę. Jeden z oficerów mazowieckiego pospolitego ruszenia nazwiskiem Suski dawał Białkowskiemu dobre rady, jak mógłby sobie dorobić na wojnie. Otóż do oblężonego Gdańska jeździli miejscowi mieszkańcy Żuław, aby po wysokich cenach sprzedać załodze żywność, której jej brakowało. Suski doradził Białkowskiemu, aby ten, gdy zauważy, że któryś z miejscowych wybiera się do Gdańska na handel, to żeby mu nie przeszkadzał, ale gdy będzie wracał, to żeby go zatrzymał, co na pewno mu się opłaci, na dowód czego pokazał pełną sakiewkę. Podczas apelu we wsi zakomunikowano wojsku, że w związku z prawdopodobnymi próbami przedarcia się kurierów z Gdańska do Memla (Kłajpeda) po pomoc oblężonym, każdy, kto takiego kuriera przechwyci, otrzyma krzyż Legii Honorowej albo 300 dukatów nagrody. W tym celu zorganizowano codzienne wodne patrole i na pierwszy taki patrol jeszcze tego samego dnia wyznaczono Białkowskiego. Do dyspozycji miał łódkę z miejscowymi wioślarzami i dwóch żołnierzy, z którymi w maksymalnej ciszy popłynął w stronę Gdańska. Cała okolica zalana była wodą, domy były do połowy zalane, tylko drzewa i kanały wskazywały drogę. Po pół godzinie dopłynęli pod fortyfikacje twierdzy, ale musieli ukrywać się w zaroślach, aby pruscy wartownicy trzymający straż na wałach ich nie usłyszeli i nie spostrzegli. Następnie podpłynęli do wolno stojącego domu, w okolicach którego się ukryli i skąd mogli obserwować, czy z Gdańska albo do Gdańska ktoś płynie. Tak doczekali świtu i, aby nie zostać zauważonymi, wrócili do swoich, a po wyjściu z łodzi będąc zziębniętymi przysiedli się do ogniska razem z innymi żołnierzami. Wtem jeden z wartowników stojących na grobli krzyknął trzy razy: Kto idzie?! A po nim zaczęli krzyczeć inni i zaczęli strzelać. Białkowski szybko zerwał się na nogi i pobiegł w stronę wartowników na grobli; zobaczył, że tym samym kanałem, którym on wcześniej płynął, z dużą prędkością pędzi łódź z kilkoma osobami na pokładzie i zamiast uciekać przed strzałami płynie w ich kierunku. Manewrując koło grobli skierowała się w stronę przerwy w grobli, aby wydostać się z pułapki i przedostać się na drugą stronę. Wtedy nagle łódź w coś uderzyła i przewróciła się. Okazało się, że uderzyła w kładkę leżącą w wodzie, Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego 73 której nie było widać, a po której na co dzień przechodzili żołnierze. Z łodzi wyskoczyła jedna osoba ubrana w granatowy płaszcz i safianową czapkę, która przebiegła groblą, a następnie zniknęła w zaroślach. Białkowski natychmiast rzucił się za nią w pościg. Chciał szybko przebiec przez ową kładkę, ale poślizgnął się i wpadł do wody. Brodząc po pas w wodzie wreszcie dopadł zarośli, w których schwycił jakiegoś człowieka, a mając szablę w dłoni uderzył go rękojeścią w plecy, aż ten upadł na ziemię. Kiedy chciał go spłazować (uderzyć płaską częścią głowni szabli) za to, że ten nie chciał się zatrzymać na wołanie Halt! Stać! i uciekał w zarośla, ów człowiek odezwał się po niemiecku: „Daruj! Jestem oficerem”. Białkowski wstrzymał się z wymierzeniem ciosu i kazał wstać oficerowi. W tym momencie nadbiegł podoficer Szembowski mówiąc, że to musi być oficer, ponieważ w łodzi znalazł kapelusz oficerski. Spostrzegłszy to oficer potwierdził, że to jego kapelusz, po czym odpiął swoją szpadę i wręczył ją Białkowskiemu na znak, że się poddaje. Białkowski zaprowadził jeńca do kapitana, który zaczął go przesłuchiwać. Spytał go, co on tu robi. Na co Prusak odpowiedział, że jedzie na urlop do rodziny i że może pokazać polecenie urlopu. Kapitan polecił, aby Białkowski odstawił jeńca do sztabu, gdzie dokładniej go przesłuchają. Po odstawieniu Prusaka pod eskortą do szefostwa batalionu oświadczył jego dowódcy podpułkownikowi Chlebowskiemu, że złapał oficera pruskiego, na co dowódca krzyknął: „O szczęśliwy człowieku!” Następnie dowódca spytał jeńca o nazwisko i stopień wojskowy, na co jeniec odpowiedział mu po francusku, że jedzie na urlop i na potwierdzenie tego wyciągnął z pugilaresu (portfela) pismo z poleceniem urlopu. Dowódca odpowiedział mu, że to kłamstwo, ponieważ podczas wojny, a zwłaszcza podczas oblężenia, nikt nie wyjeżdża na urlop, a jeżeli miałoby się to faktycznie zdarzyć, to powinno być to załatwione przez parlamenta-riusza, a on sam siłą chciał się przedrzeć przez polskie posterunki. Kazał mu po dobroci oddać dokumenty, jakie wiózł ze sobą, bo w innym razie każę go zrewidować. Pruski oficer zaręczył, że nie ma żadnych dokumentów oprócz tych dotyczących urlopu. Dowódca oświadczył, że skoro jeniec dobrowolnie nie chce pokazać dokumentów, to go zrewiduje. Na prośbę Prusaka rozkazał wyjść zwykłym żołnierzom i tylko w obecności oficerów, w tym Białkowskiego, rozpoczął rewizję. Najpierw dokładnie przejrzano jego cywilny płaszcz, a następnie wojskowy surdut (płaszcz wojskowy), po zdjęciu którego ukazał się granatowy mundur z czerwonym kołnierzem i mankietami. Po lewej stronie munduru oficer pruski miał przypięty order Orła Czarnego (nadawany do 1918 r.), a na szyi miał order „Pour le Merite” (najwyższe odznaczenie pruskie nadawane do 1918 r.). Gdy podpułkownik Chlebowski dostrzegł tak wysokie odznaczenia u pruskiego oficera, wtedy z największą uprzejmością zapytał go o jego stopień. Prusak odpowiedział, że jest majorem w pułku generała Kalkreutha, dowódcy załogi gdańskiej twierdzy, i zaczął dalej się rozbierać, aż został tylko w koszuli. Wtedy dowódca polski zaproponował mu nocleg, po czym Prusak poskarżył się na Białkowskiego, że ten prowadził jego, oficera, pod bronią żołnierzy, że tak nie przystoi. Chlebowski przeprosił go za to i powiedział, że są młodym wojskiem, i że się jeszcze uczą. Po pójściu Prusaka na spoczynek, dowódca polecił swojemu adiutantowi, aby ten dokładnie zrewidował rzeczy jeńca i jeżeli będzie miał jakieś wątpliwości, rozpruł kołnierze, mankiety i podszewki. Następnie dowódca kazał się zaprowadzić Białkowskiemu do miejsca, gdzie złapał jeńca, aby sprawdzić, czy nie wyrzucił on gdzieś tam swoich dokumentów. Kiedy doszli do posterunku, zobaczyli związanych trzech cywilnych osobników, którzy 74 Piotr Zawada płynęli łodzią z pruskim majorem. Pod groźbą rozstrzelania podpułkownik Chlebowski kazał im ujawnić miejsce, gdzie major wyrzucił swoje dokumenty, ale oni tego nie wiedzieli. Podczas wcześniejszej rewizji wartownicy znaleźli w ich kieszeniach wojskowe guziki. Jak sami przyznali, byli żołnierzami, mieszkańcami pobliskich wsi, których wzięto na przewodników dla majora, gdyż dobrze znali te okolice. Major kazał płynąć im przez przerwę w grobli, o której wcześniej wiedział, a którą przygotowali dla niego miejscowi mieszkańcy chcący pomóc w jego misji. Jednak nie zdążyli go ostrzec, że w przerwie w wale leży pod wodą drewniana kładka, przez którą przechodzili polscy żołnierze, a przez którą łódź się wywróciła. Nie mogli jej też usunąć, ponieważ była po czujnym okiem wartowników pełniących służbę na wałach. Na drugi dzień przed śniadaniem, na które zaproszono oficera pruskiego i wszystkich polskich oficerów, a wśród nich Białkowskiego, pułkownik poprosił, aby pruski oficer rozpoznał oficera, który go wczoraj aresztował, co po wielu próbach mu się nie udało. Kiedy podpułkownik Chlebowski wskazał mu Białkowskiego, ten stwierdził, że go nie poznał, gdyż mu się wydawało, że był znacznie wyższy niż w rzeczywistości. Po śniadaniu jeniec dał wartownikom po dwa dukaty, a podoficerowi dziesięć i fajkę piankową oprawioną w srebro. Białkowskiemu kazano oddać szpadę jeńcowi, którego kapitan Rakowski odprowadził do sztabu głównego marszałka Lefebvre’a. Po powrocie Rakowski powiedział, że gdy Francuzi wzięli majora w obroty, ten szybko się przyznał, że był wysłany z misją do Kłajpedy do króla Prus. Miał oświadczyć królowi, że po wielu nieudanych próbach przyjścia Gdańskowi z odsieczą generał Kalkreuth będzie w stanie utrzymać się jeszcze przez tydzień. Przyczynami tego były kończąca się amunicja, brak lazaretów dla rannych i chorych, pieniędzy na żołd, a także drewna na opał. Plan majora był taki, że miał się przedrzeć przez przerwę w wale koło polskich posterunków, a następnie miał dostać się do Wisły, po przepłynięciu której miał przygotowane bezpieczne przejście, przez które miał 12 pułk piechoty — grupa rekonstrukcji historycznej na rynku w Tczewie. W7 oficerskim mundurze autor niniejszego tekstu, fot. P. Gruszczyńska. Wojenne przypadki Antoniego Białkowskiego 75 przedostać się do Kłajpedy. Rzeczywiście przy sobie nie miał żadnych dokumentów, ponieważ wszystkie informacje, które miał przekazać królowi, miał w głowie. I tak oto Białkowskiego ominęła zasłużona nagroda. Marszałek Lefebvre nie omieszkał wykorzystać zdobytych informacji i poprzez parlamentariusza kazał pozdrowić generała Kalkreutha od majora, a na dowód jego pojmania przesłał jego rozkaz urlopu. Ze względu na brak możliwości przyjścia Gdańskowi z pomocą oraz kończące się zaopatrzenie, po radzie wojennej generał Kalkreuth postanowił poddać twierdzę gdańską, co stało się 27 maja 1807 r. Kapitulacja odbyła się na honorowych warunkach. Garnizon wyszedł z twierdzy pod bronią, ze sztandarami i potowymi działami, i mógł bez przeszkód dołączyć do swojej armii pod warunkiem, że jego żołnierze przez rok nie będą walczyli przeciwko Francji i jej sprzymierzeńcom. Jeńcy mieli pozostać w Gdańsku, chociaż wielu z nich przewieziono wcześniej statkami do Rewia. Generał Kalkreuth przechodząc koło szeregów polskich żołnierzy oświadczył, że jako nieprzyjaciel jest pod wrażeniem ich dzielnej postawy podczas oblężenia. Po wyjściu garnizonu z Gdańska, Francuzi zajęli miasto i umocnienia, a Białkowski ze swoimi żołnierzami wrócił na Żuławy na kwatery. Żołnierze Polscy dostali przepustki i udali się na zwiedzanie Gdańska, który był mocno zniszczony. Bruk powyrywany z ulic, spalone i okopcone domy. Każdy żołnierz za zdobycie Gdańska otrzymał 12 franków. Po kilku dniach Polacy dostali rozkaz wymarszu przez Szotlam (Szkoty) traktem do Tczewa w górę Wisły do Kwidzyna. BIBLIOGRAFIA Białkowski A., Wspomnienia starego żołnierza, Gdynia 2003, Bielecki R., Encyklopedia wojen napoleońskich, Warszawa 2001, Nieuważny A., Wielka wojna w małym mieście. Boje o Tczew w lutym 1807roku, Pelplin 2009, Paczuski A., Gdańsk napoleoński, oblężenia 1807, 1813. Katalog wystawy, Gdańsk 2000, Staszewski J., Wojsko Polskie na Pomorzu w roku 1807, Gdańsk 1958, Zawada P., Victor za Bluchera. O marszałkach epoki napoleońskiej związanych z polskimi ziemiami, Gdańsk 2020. 76 Jean Rapp Jean Rapp WZNOWIENIE WALK Jean Rapp (1771-1821), adiutant Napoleona w latach 1800—1814, generał (od 1803). Wykazywał się wielką odwagą, wielokrotnie był ranny. Przynajmniej dwa razy ratował życie Napoleona: powstrzymując zamachowca w 1809 w pałacu Schdnbrunn i zatrzymując szarżę kozaków podczas odwrotu z Moskwy w 1812. Był gubernatorem Torunia (1807) i Wolnego Miasta Gdańska (1807—1813). Pamiętniki Rappa zostały wydane po jego śmierci, w Paryżu, w 1823 rokux. Przedstawiony poniżej tekst to tłumaczenie pierwszej części 42 rozdziału. Po wyprawie na Rosję resztki Wielkiej Armii Napoleona pod koniec 1812 znalazły się między innymi w Gdańsku. Tu dowództwo nad wyczerpanymi żołnierzami objął generał Jean Rapp. W 41 rozdziale, który ukazał się w ostatnim zeszłorocznym numerze „Prowincji ’2, General opisał trudny moment zawieszenia broni, który Rosjanie wykorzystali dla wzmocnienia swoich sił. Z nadzieją czekał na podjęcie walk, aby ponownie móc się wykazać jako dowódca. TłjyZWZANL XLII Wróg był bardzo pewny siebie; walczył, knuł intrygi, pochlebiał sobie nadzieją zdobycia bronionego przez nas miasta szturmem i obrócenia go w popiół. Jednak dzięki czujności i nieustraszoności moich żołnierzy wszystkie jego próby zawiodły. Nasze mury obronne powstrzymały pociski zapalające; ataki zostały odparte, a dywersanci odkryci. Kilku z tych nieszczęśników przedostało się już do naszych magazynów i przygotowywało się do ich podpalenia. Może powinienem upublicznić sprawą dla przykładu, ale bałem się, że ten przykład może być niebezpieczny: obawiałem się poddawać takie zbrodnicze pomysły tym, którzy ich dotychczas nie mieli, i nie chciałem wywoływać niepokoju wśród żołnierzy. Przyjąłem za dobrą monetę ich zapewnienia, że usiłowali jedynie wykraść zapasy, i oddaliłem ich; wydałem jednak tak surowe instrukcje przeciwko kradzieży, że na dystans trzymałem wszelkie zagrożenia. Po trzech dniach ciężkich i męczących walk oblegającym udało się. w końcu zdobyć las Orunia. Wypędzono ich niemal natychmiast, ale pojawili się ponownie z nowymi siłami 1 Tłumaczenie na podstawie pierwszego wydania udostępnionego na stronie www.gallica.bnf.fr: Memoires Du General Rapp: Aide-De-Camp de Napoleon, Ecrits Par Lui-Meme, Et Pub. Par Sa Familie, Paris 1823. 2 „Prowincja”, nr 4 (50), 2022, s. 57-61. Wznowienie walk 77 i zaatakowali. Dyżurny batalion powtórnie Bierze broń i rusza z odsieczą. Major Legros atakuje las; na wieś' maszerują dwie kompanie grenadierów; dochodzi do spotkania z wrogiem, żołnierze atakują szturmem, pędzą, przewracają się: walka staje się straszna. Kapitan Capgran chwyta za włosy pruskiego oficera, a gdy obala go na ziemię, sam jest bliski śmierci, bo inny żołnierz już dotyka go swoim bagnetem. Porucznik Sabatier odparowuje cios, naciera na kozaka i przebija go szablą; ale w chwili, gdy ratuje swojego dowódcę, otrzymuje ranę w gardło, która zmusza go do opuszczenia pola bitwy. W lesie, we wsi, wszędzie Rosjanie zostają pokonani: kapitan Duchez osobiście zabija czterech; komendant Charton, porucznicy Devrine i Blanchard, koszą ich jak zboże; tłum dzielnych żołnierzy wpada w ich środek i potęguje zamieszanie. Francou, którego męstwo wkrótce potem stanie się tak sławne, Martin, Couture, Rochette, Schiltz, Lepont, Bennot, Soude, Paris, Belochio, wszyscy podoficerowie lekkich oddziałów, karabinier Richida, dobosz Breignier rzucają się w środek ich kolumn. Wróg jest wydany na pastwę bagnetów naszych żołnierzy. Nowe oddziały wroga wchodzą na miejsce pokonanych i zajmują pozycje w lesie; nasi bohaterscy żołnierze prowadzeni przez porucznika Joly Delatour pędzą naprzód, atakują i pokonują ich. Wróg jednak nie traci odwagi, ponownie zwiera szeregi i próbuje po raz trzeci - jednak znowu pokonany, raz jeszcze rozbity w pyl, ostatecznie zaprzestaje ataków. Od rana następnego dnia nieprzyjaciel rzuca się na Strzyżę i Studzienkę, szykuje się do zajęcia Wrzeszcza. Nasze wysunięte posterunki opierają się na dwóch ufortyfikowanych punktach po prawej i po lewej stronie wsi. Rosjanie podchodzą i przygotowują się do ataku. Polacy jednak strzelają tak dobrze i tak precyzyjnie, że zmuszają ich do odwrotu. Rosjanie powracają z większą siłą, zalewają okoliczne wąwozy [Jesch Kenthal?], zagrażają Studzience, wychodzą na Strzyże; cała moja linia jest pod ostrzałem. Te manewry nie pozostawiają wątpliwości co do ich intencji; było jasne, że mają poważne zamiary przejęcia Wrzeszcza. Postanowiłem ich uprzedzić i wyruszyć im na spotkanie. Ustawiłem moje wojska w następujący sposób: lewe skrzydło w wiosce, centrum w wąwozach Cygańskiej Górki, a prawe rozciągało się aż do Oruni. Dwadzieścia cztery działa, dowodzone przez generała Lepina, są umieszczone pośrodku między dwoma skrzydłami. Natychmiast rozpoczynają ostrzał. Reduty wroga, jego obóz w Pieckach - wszystko jest przeorane naszymi kulami, niszczymy dwa działa. Polacy, Bawarczycy, Westfalczycy i 250 koni pod dowództwem generała Farine'a ruszają w tym samym czasie. Dzielny Szembeck od razu starł się z Rosjanami i wypchnął ich z Diabełkowa [Duvelkau, tutaj: Diwelkau]. Gdy tylko nasi żołnierze widzą tę ich porażkę, dodaje im to otuchy i pędzą na reduty w Pieckach. Sprzymierzone wojska wroga, odepchnięte od zamierzonych celów, na próżno usiłują się bronić; młody Centurione na czele husarii rusza na nich pokonując wszystkie przeszkody, ale pada przeszyty wieloma kulami. Na widok tego znamienitego oficera zabitego w tak młodym wieku, pragnienie zemsty rozpala odwagę naszych ludzi, piechoty i kawalerii - wszyscy, mieszając się ze sobą, rzucają się na reduty. Trębacz Bernardin, strzelec Olire, sierżant Boucher wpadają w sam środek Rosjan. Porucznik Tirion, powitany strzałem oddanym w jego kierunku, rusza prosto na dowodzącego oficera i bierze go w niewolę. Odtąd to już nie jest walka, ale rzeź i masakra; wszyscy giną od bagnetu, albo zachowanie swojego życia zawdzięczają już tylko łasce zwycięzców. 78 Jean Rapp Podczas gdy w naszych żołnierzach płonął ogień odwagi, pojawiła się cała chmura kozaków grożąc, że ich pochłonie i rozniesie na kawałki. Jednak generał Cavaignac przybywa tak szybko z rezerwą kawalerii, wojska szarżują z taką gorliwością, dowódca-adiutant de Erens, szefowie szwadronów Bel i Zeluski, kapitanowie Gibert, Fayaux, Vallier, Pateski i Bagatho, wykazują tak wiele inteligencji i umiejętności, że wróg jest całkowicie rozgromiony i rozprasza się w najstraszniejszym zmieszaniu własnych szyków. Kanonada staje się coraz gorętsza. Rosjanie nadal zajmowali Górę Jana i teren przed Pieckami. Przypuścili wściekły atak na Wrzeszcz. Wystawiłem przeciwko nim batalion Nadwiślański, wspierany przez Neapolitańczyków pod dowództwem generała Detreesa, mającego pod swoimi rozkazami generała Pepe, sławnego od czasu wydarzeń w jego własnym kraju [Neapolu]. Atak rozpoczął dzielny Szembeck; przeprowadzono go z wielką dyscypliną i impetem. Rosjanie zaatakowani bagnetami, zadziwieni tak niszczycielską szarżą, salwowali się ucieczką. Polacy z jeszcze większym męstwem rzucają się za nimi w pościg. Dobosz Hhade chwyta jednego z Rosjan za ładownicę, wyciąga z szeregu i rozbraja. Kapitan Fatezinski niepomny na to, że jest ranny, wpada do zajmowanego przez Rosjan domu, zabija ich dowódzcę i bierze trzydziestu jeńców. Neapolitańczycy atakują z takim samym impetem; pędzą w pogoni za uciekinierami, spychają ich i strzelają. Generał Pepe, pułkownik Lebon, komendanci Ba-lathier i Sourdet, kapitanowie Chivandier i Cianculli dowodzą i dodają odwagi, nie tylko rozkazami, ale i przykładem. Po przeciwnej stronie góry konflikt był nie mniej zaciekły i krwawy. Na wyznaczony sygnał pułkownik Kamiński ruszył na Rosjan, wyparł ich i pogonił przed sobą, pościg był zaciekły. Przybyły posiłki - nasi wrogowie starają się powstrzymać burzę, ale Polacy nacierają z impetem. Roseizensky, Drabizelwski, Doks, Zaremba, Zygnowicz, a za nimi ludzie oddani swoim dowódcom, rzucają się na nich i rozrywają na strzępy. Opanowaliśmy Górę Jana. Pogoda była okropna. Wróg był już daleko. Dałem sygnał do odwrotu, który dokonał się w najdoskonalszym porządku. O szóstej wszystko się uspokoiło. Jednak Rosjanie nie dają na siebie długo czekać i pojawiają się ponownie. Atakują jednocześnie Belweder i Studzienki; prowadzą bardzo mocny ostrzał, ale nie są w stanie uzyskać najmniejszej przewagi. Pułkownik Kamiński i komendant Szembeck wykazują się odwagą i umiejętnościami, które wywołują popłoch. Rosjanie wycofują się, ale jednocześnie dwa bataliony, wspierane przez liczną kawalerię, maszerują na wieś Strzyże. Kamiński rusza, aby ją bronić. Rosjanie natychmiast przechodzą do szturmu, wspinają się na górę, ciągle naciskają. Wszystkie ich próby kończą się niepowodzeniem w obliczu doskonałego rozmieszczania batalionu majora Deskura i męstwa dowódców: Johmana i Robieskiego. To nie była jedyna próba ataku. Wtargnęli już do naszych wysuniętych posterunków od Siedlec do Oruni. Major Schneider, zaatakowany od frontu i z flanki, tylko dzięki wielkiej odwadze utrzymał to przedmieście. Zauważył liczną kolumnę, która nierozważnie wkroczyła na szeroką ulicę: zaatakował ją gradem pocisków i zniszczył. Generał Husson przybył z posiłkami. Poprowadziliśmy kontratak. W jednej chwili las i wieś zostają zajęte, a Rosjanie pogrążeni w strasznym chaosie. Dowódca batalionu Boulanger rozbroił ośmiu z nich; sierżant, który został zraniony kulą, dzielny Vestel, pojmał trzech; podoficer Cornu odbił jednego z naszych ludzi i kazał złożyć broń jego eskorcie. Wznowienie walk 79 Znów byłem panem Góry Jana i Wrzeszcza, ale ten sukces nie mógł być trwały. Oczywistym było, że Rosjanie, ciągle powracający do szturmu ze świeżymi oddziałami, muszą w końcu odnieść sukces. Co więcej, te dwa stanowiska były tak bardzo oddalone, że nie mogły mi wiele zaszkodzić ani na wiele się przydać. W konsekwencji wydałem rozkaz ich ewakuacji w sytuacji, gdyby wojska sprzymierzonych pojawiły się w przytłaczającej sile. Jednak nagle ich odwaga ustąpiła miejsca wahaniu. Nie odważali się zająć prawie opuszczonej wioski. W końcu jednak zdecydowali się ją zdobyć i podjęli większe działania, aby opanować stanowiska, których postanowiłem nie bronić. Wrogie wojsko przystępuje do działania, wspiera ich flota. Cała moja linia obrony zostaje zaatakowana: osiemdziesiąt kanonierek strzela razem i zalewa ogniem Nowy Port. Młynisko, Nowe Szkoty, Orunia i Suchanino padły ofiarą płomieni. Wojska wroga rozlały się jak potok na równinie; niszczą lub podpalają wszystko, co staje im na drodze; osobiście znalazłem się pośród tego strasznego zamieszania. Ale odwaga Rosjan już ich opuściła. Zostali odparci przez garstkę dzielnych ludzi pod dowództwem majora Poyecka i pozostawili redutę Kabrun zasłaną trupami. Wydałem rozkaz ścigania ich: porywczy Gibert rzucił się naprzód ze swoimi szaserami. Przyłączył się do niego kapitan Maisonneuve. Zaatakowali, a bezładny tłum wrogów został odparty i odepchnięty na Młynisko. Ta grupa Rosjan, do której dołączyły wojska okupujące wieś, przyjęła niszczycielskie salwy kapitana Ostrowskiego, ale nie została rozbita. Prawie natychmiast jednak ruszył na nich kapitan Marnier, jeden z najdzielniejszych oficerów armii francuskiej. Uciekli, rozproszyli i szukali schronienia wśród ruin budynków, które sami podpalili. Nie mniej gorąca walka rozgorzała we Wrzeszczu. Nasze posterunki, zaatakowane przez 12 000 Rosjan, walczyły w samym środku ogromnych kolumn wroga. Sierżant Szhatkow-ski potrzebował całej swej odwagi, aby wycofać się otoczony przez kozaków. Zajmował się budowaniem umocnień przed wioską, z trzynastoma ludźmi, i został tam otoczony przez nieregularne oddziały; natychmiast zebrał swoich ludzi, z jednej strony się bronił, z drugiej atakował, nieustannie przy tym maszerując. W końcu wydostał się z okrążenia nie tracąc ani jednego człowieka. (cdn.) tłum. Piotr Napiwodzki 80 Radosław Kubuś Radosław Kubuś O PEWNYM UNIKALNYM GDAŃSKIM TOWARZYSTWIE I RESOCJALIZACJI PRZESTĘPCÓW NA ŻUŁAWACH W PIERWSZEJ POŁOWIE XIX WIEKU Stulecie XIX zwykło się określać mianem „wieku pary i żelaza” czy też „pięknego wieku”. Natomiast znacznie rzadziej pojawia się w odniesieniu do tej epoki sformułowanie „wiek towarzystw”, choć już ówcześni zdawali sobie sprawę z tego, że żyją „w szczęśliwym wieku towarzystw”, jak swego czasu stwierdził to niemiecki lekarz, poczmistrz, a zarazem muzyk - Ludwig Samuel Dietrich Mutzenbecher (1766—1838)1. Tematyka stowarzyszeń działających na terenie miast takich jak Gdańsk, Elbląg czy Toruń w zasadzie nie doczekała się dotychczas szerszych studiów. Poza pracą przywołanej już Joanny Szkolnickiej, która skrupulatnie zebrała i opisała towarzystwa kulturalno-naukowe działające w Elblągu w XIX i w I połowie XX wieku2, czy pracą Magdaleny Niedzielskiej, która w szerokim spektrum zaprezentowała towarzystwa działające na terenie Prus Zachodnich w XIX wieku3, nie ma wielu prac podejmujących tę tematykę. Szczególnie w przypadku Gdańska, gdzie w XIX wieku z pewnością funkcjonowały dziesiątki różnej maści towarzystw, nie dysponujemy na gruncie polskiej historiografii wieloma pracami im poświęconymi. Do wyjątków należą jedynie towarzystwa naukowe, takie jak Towarzystwo Literackie czy Towarzystwo Przyrodnicze w Gdańsku, które ukonstytuowały się jeszcze w I połowie XVIII wieku. W ostatnim czasie problematyką towarzystw działających w Gdańsku w XIX wieku zajął się Maciej Bakun. Poza przyczynkiem dotyczącym działalności Towarzystwa Przyrodniczego w XIX-wiecznym Gdańsku opisał również sprawy związane z działalnością policji i straży pożarnej w tym mieście4. Bakun jest również autorem innego opracowania, w którym przedstawił działalność - unikalnego na skalę całych Prus - Towarzystwa Bezpieczeństwa {Sicherheits-Yerein}5. Opublikowany niedawno (2022) tekst tego autora należy uznać za niezwykle interesujący i cenny, jednakże wymaga on gruntownego uzupełnienia. Bakun przeoczył bowiem dokumenty o fundamentalnym znaczeniu dla dziejów 1 J. Szkolnicka, Elbląskie towarzystwa kulturalne i naukowe w latach 1772—1945, Elbląg 2018, s. 27. 2 Ibidem. 3 M. Niedzielska, Niemieckie towarzystwa naukowe w Prusach Zachodnich w latach 1815-1920, Toruń 1993. 4 M. Bakun, Działalność Towarzystwa Przyrodniczego w Gdańsku w XIX i pierwszej połowie XX w. Wybrane zagadnienia, t. 81, 2021, s. 27-51; Idem, Zarys dziejów organizacji strażackich w XIX-wiecznym Gdańsku, „Rocznik Gdański”, t. 71/72, 2011/2012, s. 59-70; Idem, Policja w dziewiętnastowiecznym Gdańsku i wędrowne formy społecznej samoorganizacji mieszkańców na rzecz dyscypliny w mieście, [w:] Miasto jako wspólny pokój. Gdańskie „modi co-vivendi”, (red.) M. Mendel, Gdańsk 2015, s. 191-210. 5 M. Bakun, Działalność Towarzystwa Bezpieczeństwa (Sicherheits-Verein) w Gdańsku w 1. pot. XIX w., [w:] Między pro-wincjonalizmem a nowoczesnością. Przeobrażenia Gdańska na tle procesów modernizacyjnych wschodnich prowincji Prus w XIX wieku, (red.) J. Dargacz, T. Krzemiński, Gdańsk 2022, s. 432—446. O pewnym unikalnym gdańskim towarzystwie i resocjalizacji przestępców na Żuławach... 81 tego stowarzyszenia, które pozwalają na jego wnikliwie opracowanie. Chodzi mianowicie o dwie jednostki archiwalne przechowywane w Archiwum Państwowym w Gdańsku w zespole „Bibliotheka Archivi”6. Znajdują się tam chronologicznie ułożone dokumenty i wycinki prasowe rejestrujące dzieje stowarzyszenia od momentu jego ukonstytuowania się w październiku 1827 roku, aż do przełomu września i października 1848 roku, kiedy towarzystwo zostało rozwiązane. Z pewnością należałoby zatem uzupełnić artykuł Macieja Bakuna o te właśnie źródła, co też w przyszłości mam zamiar uczynić. W tym miejscu pragnę jedynie zwrócić uwagę na jeden aspekt działalności Towarzystwa Bezpieczeństwa, a mianowicie na to, co dziś określa się mianem resocjalizacji i prewencji. W szczególności chodzi o wysyłanie potencjalnie kryminogennego elementu społecznego zamieszkującego Gdańsk na służbę u żuławskich gospodarzy. Zanim jednak tego dokonam, warto choćby pokrótce przedstawić okoliczności powstania i zakres działalności Towarzystwa Bezpieczeństwa7. Otóż powstało ono z inicjatywy Wilhelma Ferdinanda Zerneckego (1790—1859) i było odpowiedzią na szerzącą się w Gdańsku przestępczość wywołaną okupacją miasta przez wojska napoleońskie i dwoma jego oblężeniami. Pisał o tym sam założyciel stowarzyszenia w dodatku do jednej z najbardziej poczytnych gdańskich gazet z tego czasu, tj. „Danziger Dampfboot”. W artykule zatytułowanym Ueber das Diebswesen in Danzig Zernecke wspominał: „Jest smutną prawdą, że jeżeli chodzi o obyczaje, najniższe grupy społeczne w Gdańsku poczyniły znaczący krok w tył. Korzenie tego zła leżą już w okresie francuskiego panowania”8. Dalej wskazywał, że „powszechnie występujące łagodne obchodzenie się ze sprawcami zła tylko wzmaga ich odwagę, w czym niepoślednią rolę odgrywa także tania i łatwo dostępna gorzałka”9. Profesja łatwo przechodziła z rodziców na dzieci. Jak kontynuuje Zernecke: „Ledwie dziecko przestępcy chodzi i mówi, a już rodzice wykorzystują je do wykonywania drobnych przestępczych usług, tak że po upływie dziesięciu lat dzieci takie stają się w pełni wyuczonymi złodziejami. Zamiast chodzić do szkoły, czy szukać szlachetnego zatrudnienia, młodociane bandy ciągną ku rabunkom. W biały dzień na ulicach, rynkach i innych publicznych miejscach nikt nie może być pewnym, że jego dobytek nie zostanie skradziony”10. W lokalnej prasie z I połowy XIX wieku pojawiało się mnóstwo anonsów o rozbojach, oszustwach, morderstwach oraz odnajdywanych w różnych częściach miasta zwłokach. Najbardziej powszechną plagą były kradzieże. Wspomniana już gazeta „Danziger Dampfboot” nieco ironicznie wyodrębniała niemal dwadzieścia typów złodziei, na przykład: złodzieje kopacze (Mineur-Diebe), złodzieje dniówkowi (Tegediebe), złodzieje koni (Pferdediebe), kieszonkowcy (Taschendiebe), złodzieje mienia kościelnego (Kirchendiebe), czy też domowi włamywacze (Hausdiebe)n. W jednym z pism skierowanych do prezydenta gdańskiej policji Dagoberta von Vegesacka zarząd towarzystwa mówił wręcz o tym, że już 6 Archiwum Państwowe w Gdańsku [dalej: APG], 300,R/Bb,39a (Manual-Acten des Stadtraths und Kammerers Zernecke. Betreffend den von 1827 bis 1848 bestandenen Scherheits Verein zu Dantzig Band I)-, APG, 300,R/Bb,39b (Manual-Acten des Stadtraths und Kammerers Zernecke. Betreffend den von 1827 bis 1848 bestandenen Scherheits Verein zu Dantzig Band II). 7 Pomijam to dokładną charakterystykę towarzystwa, która w dużej mierze została już omówiona przez Macieja Bakuna. -Idem, Działalność Towarzystwa Bezpieczeństwa (Sicherheits-Verein)..., 432—446. 8 „Schaluppe zum Dampfboot”, Nr. 53, z 2 maja 1840 r., s. 423—425. 9 Ibidem. 10 Ibidem. 11 „Danziger Dampfboot”, Nr. 37, z 8 maja 1833 r., s. 213-214. 82 Radosław Kubuś sam układ urbanistyczny miasta sprzyja szerzeniu się tam przestępczości. Motywowano to tym, że Gdańsk jest zbudowany na modłę starożytną, tj. posiada wąskie i ciasne uliczki oraz długie parcele mieszczańskie. Sprawiało to, że w mieście istniało wiele potencjalnych kryjówek mogących służyć za schronienie różnej maści złodziejom i paserom12. Z rosnącą skalą przestępczości oraz ogólnymi niepokojami w mieście kompletnie nie radziła sobie miejscowa policja. W Gdańsku na jednego policjanta przypadało średnio 3300 osób. W dodatku funkcjonariuszami często były osoby nienadające się do aktywnej służby. Poza ściganiem przestępców policjanci obciążeni byli również czynnościami o charakterze administracyjno-policyjnym. Warto również zaznaczyć, że pełnili służbę tylko w ciągu dnia, w nocy zaś porządku na ulicach miasta pilnowali strażnicy nocni. Ponieważ była to służba najemna, często wykonywała swe zadania w sposób nienależyty. W związku z tym podstawowym zadaniem Towarzystwa Bezpieczeństwa w momencie jego powstania był nadzór nad strażą nocną. Dokładnie cele te precyzował pierwszy statut stowarzyszenia z 18 października 1827, gdzie czytamy: „celem towarzystwa jest wspieranie publicznego bezpieczeństwa nocą. Cel ten będzie usiłował zostać osiągniętym poprzez nadzór nad strażą nocną (Nachtwach-Personals), a co za tym idzie silne piętnowanie każdego odkrytego niedopełnienia obowiązków lub zaniedbania ze strony wachmistrzów, rotmistrzów lub też strażników”13. Pozornie dość wąski zakres kompetencji towarzystwa ulegał z czasem stopniowemu poszerzaniu, co dobrze oddają rokroczne sprawozdania z jego działalności. W roku 1833 pisano: „Towarzystwo Bezpieczeństwa dokonało znacznie więcej, niż było zobligowane wykonać w momencie swego powstania. Przez sześć lat nie tylko nadzorowało placówki straży nocnej, ale również z powodzeniem podejmowało obławy na złodziei oraz, gdy tylko była taka potrzeba, walczyło z wszechobecnym złem”14. Owo doraźne działanie polegało na przykład na tym, że gdy w 1829 roku Gdańsk oraz obszar Żuław dotknęła potężna powódź, członkowie stowarzyszenia działali dzień i noc na wodzie oraz lądzie, aby trzymać w ryzach motłoch chcący wykorzystać tę tragiczną sytuację, która sprzyjała podejmowaniu włamań czy kradzieży. Rok później, kiedy na ulicy Kowalskiej doszło do katastrowy budowlanej, w wyniku której zawaliły się dwie kamienice, członkowie towarzystwa przez tydzień, zarówno za dnia, jak i w nocy, strzegli ruin, aby byli mieszkańcy kamienic mogli zabrać stamtąd swój dobytek, o ile nie został on roztrzaskany przez walące się mury budynków. Również w kolejnym roku, kiedy w mieście szalała epidemia cholery, towarzystwo służyło potrzebującym pomocą łagodząc wszechobecną nędzę i pocieszając cierpiących. Pomimo tego, że początek lat 30-tych XIX w. stanowił dla Gdańska istną kumulację nieszczęść, towarzystwo rozwijało się w tym czasie znakomicie. Liczba członków systematycznie rosła, jak również poszerzał się zakres kompetencji stowarzyszenia. Już na początku lat 30-tych XIX wieku towarzystwu powierzono nadzór nad specjalną kategorią przestępców, których zwano Obsewaten. Owych „obserwatów” można określić mianem recydywistów. Zamieszczony na łamach gazety „Danziger Dampfboot” artykuł poświęcony tej kategorii przestępców, definiuje ich jako ludzi, którzy już raz popełnili przestępstwo kradzieży 12 APG, 300,R/Bb,39a, s. 75. 13 Ibidem, s. 22. 14 Ibidem, s. 76. O pewnym unikalnym gdańskim towarzystwie i resocjalizacji przestępców na Żuławach...83 i z tego względu pozostają pod nadzorem policyjnym. Obserwaci dzielili się na 3 klasy, przy czym najgroźniejsi byli ci, którzy przynależeli do klasy 1. Mieli oni zakaz wychodzenia po zmroku ze swoich domów pod groźbą ponownego aresztowania. Członkowie towarzystwa mieli sprawdzać, czy stosują się oni do zaleceń policji kontrolując miejsca, w których mieli przebywać po zmroku objęci nadzorem kryminaliści. Poza obserwatami członkowie stowarzyszenia mieli także pilnować wyznaczonych im 72 młodocianych przestępców, którzy na placach targowych, ulicach oraz między bramami miejskimi popełniali drobne przestępstwa. W roku 1835 w oficynie drukarskiej Louisa Botzona ukazała się specjalna instrukcja, w której cele towarzystwa zostały rozszerzone. Poza wspieraniem publicznego bezpieczeństwa w nocy, miało także za zadanie nadzór nad strażą nocną, tj. wachmistrzami, rotmistrzami oraz strażnikami. Ponadto było zobligowane mieć rozeznanie w zakresie miejsca pobytu oraz prowadzenia się osób mu powierzonych, które pozostawały pod nadzorem policji. W tym samym roku, w którym ukazała się rzeczona instrukcja, w strukturach towarzystwa doszło do poważnego kryzysu, w wyniku którego z funkcji pierwszego przewodniczącego zrezygnował Wilhelm Ferdinand Zernecke. Jego miejsce, ze względu na zaistniałą wówczas groźbę rozwiązania stowarzyszenia, zmuszony był zająć wspomniany już Luis Bot-zon15. Botzon piastował ten urząd przez kolejnych pięć lat, kiedy to ponownie stanowisko pierwszego przewodniczącego zajął Zernecke. U progu lat 40-tych XIX wieku w Prusach pojawiły się nowe towarzystwa, których zadaniem była pomoc byłym przestępcom. W Gdańsku zadania takie włączono w zakres kompetencji Towarzystwa Bezpieczeństwa, które wspierało byłych skazańców, przede wszystkim poprzez zapewnienie im miejsc pracy. Każdy z obserwatów miał wówczas przypisanych trzech członków towarzystwa, którzy po policyjnym zatwierdzeniu otaczali go rodzajem moralnej opieki (moralischer Vormundschafi). Część obserwatów znalazło zatrudnienie u lokalnych gdańskich przedsiębiorców, na przykład Augusta Behrenda czy Johanna Wilhelma Klawittera. Ponadto pracowali przy wyrębie lasu w Jaśkowej Dolinie, przy skuwaniu lodu z ulic i rynków, przy cięciu faszyny, oczyszczaniu fos i kanałów oraz wielu innych pracach porządkowych. Jeżeli zarobki któregoś z obserwatów przewyższały jego potrzeby, były one przejmowane i przechowywane przez „moralnych opiekunów”, którzy w czasie trudnego z reguły okresu zimowego zaopatrywali z tej kwoty obserwatów w ciepłe ubrania oraz pomagali im w przypadku jakiejkolwiek zaistniałej potrzeby. Co więcej, część przestępców pracowało również przy zamiataniu ulic. Każdy obywatel, który posiadał bądź dzierżawił nieruchomość w mieście, był zobowiązany codziennie zamiatać ulicę przed swoim domem pod groźbą kary finansowej. Ci, którzy posiadali liczną służbę, mogli jej zlecić to niewdzięczne zadanie, pozostali z kolei mogli za miesięczną opłatą wynoszącą 4 srebrne grosze scedować ten obowiązek na obserwatów. Zamiatanie ulic powierzano z reguły niegroźnym obserwatom, którymi byli z reguły awanturnicy dopuszczający się - często pod wpływem alkoholu - jakichś nocnych wybryków16. Warto również wspomnieć, że w 1841 roku pojawiła się w Gdańsku próba powołania biura pośrednictwa pracy (Arbeits-Meldungs-Bureau), które miało być przeznaczone nie 15 Ibidem, s. 246-248. 16 APG, 300,R/Bb,39b, s. 102-109. 84 Radosław Kubuś tylko dla obserwatów, ale także wszystkich pozostałych mieszkańców miasta szukających pracy. Działało w ten sposób, że osoby chcące otrzymać pracę musiały zgłosić się każdego dnia przed południem pomiędzy godziną 11 a 12 do ratusza. Tak samo pracodawcy mieli się meldować do nadzorcy ratuszowego osobiście lub pisemnie najpóźniej go godziny 16 z informacją, ile potrzebują osób do pracy, na którą godzinę mają się stawić zainteresowani, ile wynosi dniówka oraz o jaki rodzaj pracy chodzi, tj. o pracę ciężką czy lekką. Jeśli żądani robotnicy nie byli dostępni, nadzorca ratusza miał o tym niezwłocznie poinformować zamawiającego. Pracodawca miał z kolei informować nadzorcę ratusza o wszelkich uchybieniach ze strony wynajętego pracownika, takich jak niewykonywanie powierzonych zadań, dobrowolne porzucenie pracy, długotrwałe niestawianie się do pracy, czy też niewłaściwe zachowanie w miejscu pracy17. Daje się zatem zauważyć, że zakres działalności towarzystwa był niezwykle szeroki. Najważniejszym zadaniem, które od lat 40. XIX wieku stawiało sobie towarzystwo, było to, aby opuszczający zakłady karne ludzie nie wracali z powrotem do dawnego przestępczego życia. W tym celu należało nie tylko stworzyć ludziom odpowiednie możliwości pracy, ale również, a może nawet przede wszystkim, odizolować ich od kryminogennego środowiska, z którego się wywodzili i w którym obracali się na co dzień. Z tego też względu recydywistów wyrażających skruchę i chcących się poprawić kwaterowano w domach uczciwych obywateli, którym mieli służyć w zamian za wikt i opierunek. Innym z kolei stwarzano możliwość odbycia podróży morskiej i osiedlenia się za granicą. Jeszcze innych wysyłano na podgdańskie Żuławy, gdzie mieli służyć u tamtejszych gospodarzy. Pierwsze informacje osiedlaniu na Żuławach elementu kryminogennego znajdujemy w sprawozdaniu z działalności stowarzyszenia za rok 1841. Wskazuje się tam na to, że osadzanie byłych skazańców okazujących chęć poprawy i skruchę u uczciwych obywateli w mieście i na Żuławach (platten Lande) wpływa na poprawę ich moralności18. Natomiast w sprawozdaniu za rok 1842 czytamy, że z inicjatywy towarzystwa na Żuławy Gdańskie, gdzie niekiedy miało brakować ludzi zdolnych do pracy, oddano dziesięciu ludzi na służbę, z czego czterech z nich miało się - zapewne pod jej wpływem - zmienić. W kolejnym sprawozdaniu z roku 1843 czytamy z kolei o tym, że towarzystwo troszcząc się o wyrwanie spod władzy starszych kryminalistów osób młodych, osadziło w tym roku 24 młodzieńców na Żuławach jako pasterzy i parobków. Niemalże połowa z nich wielokrotnie uciekała, później wracała, a następnie częściowo znowu uciekała. Pozostali jednak prowadzili się w sposób całkiem przyzwoity. Kilku z nich cieszyło się pełnym uznaniem ze strony chlebodawców. Doprowadziło to do tego, że zapotrzebowanie żuławskich chłopów na tego typu ludzi wzrosło do tego stopnia, że nie można było mu sprostać19. W kolejnym raporcie z października 1844 roku czytamy, że oddanie na służbę zdemoralizowanej młodzieży w możliwie dużym oddaleniu od Gdańska, jest wielce pożyteczne, ponieważ pozwoliło na odcięcie jej od zgubnych wpływów oraz ochroniło przed pokusą czynienia zła. W sumie z 28 chłopców i młodzieńców rozlokowanych w różnych wsiach na Żuławach Gdańskich, 17 Ibidem, s. 86. 18 Ibidem, s. 103-108. 19 Ibidem, s. 160-165. O pewnym unikalnym gdańskim towarzystwie i resocjalizacji przestępców na Żuławach. ■■85 gdzie mieli służyć przede wszystkim jako pasterze, po roku na służbie nadal pozostawało 22 chłopców, co należy poczytywać jako znaczący sukces ze strony towarzystwa20. W kolejnym roku bilans nie prezentował się już tak korzystnie. Otóż aż jedna trzecia nowo zakwaterowanych młodzieńców dopus'ciła się czynów karalnych. Władze towarzystwa apelowały jednak do członków, żeby się nie załamywali, bowiem w ogólnym rozrachunku liczba ludzi upadłych, którzy dzięki działalności towarzystwa ponownie wrócili na właściwą drogę, nie jest bez znaczenia21. W raporcie z 1846 roku powrócono jeszcze do kwestii Żuław. Tym razem władze stowarzyszenia nie podawały żadnych konkretów, a jedynie wskazywały, że pomimo doznanych rozczarowań, wskazane jest kontynuowanie działań mających na celu osadzanie na Żuławach, w oddaleniu od Gdańska, zdemoralizowanej młodzieży22. W sprawozdaniu z roku 1847 wskazywano, że z ogólnej liczby około 50 młodych ludzi wysłanych na służbę na Gdańskie Żuławy, ponad połowa została zresocjalizowana. Była to znacząca liczba, zważywszy na fakt, że jak twierdził zarząd towarzystwa: „Złodzieje i ich pomocnicy tworzą rozległy, częściowo niewidoczny łańcuch. Każde wyrwane z niego ogniwo tworzy lukę, a każda luka stanowi dla społeczeństwa rzecz pozytywną. Z tego też względu, Szanowni Panowie, niech jednym z naszych ważnych zadań pozostanie zapewnienie zakwaterowania na Żuławach młodzieży wymagającej nadzoru i dyscypliny i stworzenie trwałej kontroli nad każdą taką jednostką”23. W kolejnym roku, z niewyjaśnionych do końca przyczyn, doszło do rozwiązania towarzystwa. Nastąpiło to na przełomie września i października 1848 roku. W piśmie z 30 września 1848 r., którego adresatem był prezydent gdańskiej policji Friedrich von Clausewitz, pierwszy prezes towarzystwa Zernecke pisał: „Towarzystwo Bezpieczeństwa w samym mieście zostało dziś rozwiązane, podczas gdy członkom zewnętrznych przedmieść pozostawiamy decyzję co do tego czy chcą kontynuować swoją działalność jako towarzystwo, czy też nie”24. Wydaje się, że na rozwiązanie towarzystwa wpłynęły niepokoje związane z Wiosną Ludów w Gdańsku i udział w nich Towarzystwa Bezpieczeństwa, które aktywnie wsparło ludność protestującą przed domem dr. Hintza. W każdym razie, jeszcze na początku lat 50-tych XIX wieku, sprawa towarzystwa powracała na łamach lokalnej prasy. Wpływ na to miał prawdopodobnie fakt, że policja nie radziła sobie z utrzymującą się na wysokim poziomie przestępczością. Między innymi w numerze 80 gazety „Preufiische Zeitung. Organ fur Politik, Wissenschaft, Kunst, Landwirthschaft, Handel und Gewerbe” z 21 maja 1851 roku ukazał się krótki komunikat. Podano w nim informację o tym, że 17 maja w Gdańsku, kiedy podczas prac technicznych spuszczono wodę z pewnego odcinka Ra-duni, na dnie kanału odkryto zwłoki pięciu mężczyzn, uznawanych dotychczas za osoby zaginione. Ci ludzie zaginęli w okolicznościach, które sugerowały, że mogło chodzić o samobójstwo, tymczasem odkryte na dnie Raduni zwłoki były zakneblowane, co jednoznacznie wskazywało na zabójstwo. Redakcja gazety pisała: „Jesteśmy wstrząśnięci tym wydarzeniem, jednak nie dziwi nas to, bowiem przy tak dużej liczbie obserwatów, którzy przynależą do naszego miasta, siły naszej policji są w najwyższym stopniu niewystarczające. Tak więc 20 Ibidem, s. 174—176. 21 Ibidem, s. 184—186. 22 Ibidem, s. 196-198. 23 Ibidem, s. 212. 24 Ibidem, s. 225. 86 Radosław Kubuś nadal zdarza się, że spokojny obywatel w różnych częściach miasta jest nocą napadany przez owych obserwatów, czasem także raniony, a czasem wrzucany do Motławy nie mogąc liczyć na rychłą pomoc ze strony policji”25. Niewątpliwie założenie Towarzystwa Bezpieczeństwa było unikalnym przedsięwzięciem. Wynikało z realnych potrzeb mieszkańców miasta, którzy nie mogli biernie patrzeć na szerzącą się przestępczość. Wobec niedoborów kadrowych i indolencji w działaniu, policja nie spełniała pokładanych w niej nadziei. Wobec tego mieszkańcy postanowili wziąć sprawy we własne ręce. Początkowo stawiane towarzystwu cele były mocno ograniczone, jednak z czasem jego działalność znacznie się poszerzyła, obejmując nie tylko nadzór nad elementem przestępczym w mieście, ale także jego resocjalizację. Jednym z jej elementów było odseparowanie zdemoralizowanej młodzieży od światka przestępczego działającego w mieście. W tym celu pewną grupę młodzieży etapami wysyłano na służbę do miejscowości położonych na podgdańskich Żuławach. Duża część z nich skorzystała z udzielonej pomocy, jednak część młodych ludzi powróciła do dawnego życia odrzucając daną im przez towarzystwo szansę. Pomimo ponoszonych niekiedy porażek, towarzystwo nie ustawało w działaniach na rzecz poprawy moralnej młodych ludzi. Działania towarzystwa w tym zakresie ustały wraz z jego rozwiązaniem, które miało miejsce na przełomie września i października 1848 roku. Nawet jednak po rozwiązaniu pamięć o działalności towarzystwa pozostawała żywą w umysłach obywateli Gdańska, o czym świadczyły anonse na łamach lokalnej prasy, publikowane jeszcze na początku lat 50-tych XIX wieku. 25 Ibidem, s. 235 i nn. Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży” 87 Jan Chłosta POWIŚLE I WARMIA W DWUTYGODNIKU „ŻYCIE MŁODZIEŻY” Pośród wydawanych w latach międzywojnia w Olsztynie czasopismach polskich zawartością artykułów o treściach regionalnych wyróżniało się „Życie Młodzieży”. Dwutygodnik, będący najpierw dodatkiem do „Gazety Olsztyńskiej” zaczął się ukazywać od 12 października 1924 roku. Był organem powstałego przed stu laty 3 listopada 1923 roku Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, którego „celem było organizowanie młodzieży do wspólnej pracy dla wyrobienia jej na uświadomionych, dobrych i samodzielnych członków mniejszości polskiej w Niemczech”1. W dalszej części zapowiedzi o zadaniach towarzystwa podkreślono, że „pierwszym zakresem działalności zorganizowanej młodzieży będą organizowane zebrania, na których młodzież będzie uczyła się solidnej pracy, jaką zakreślały ustawy i zdobywanie dużego zmysłu organizacyjnego. Poza tym młodzież prowadzić będzie dwa działy pracy, a mianowicie: oświatowy i kulturalny”2. Czasopismo nadawało młodym Warmiakom, mieszkańcom Powiśla oraz nieco mniej Mazurom, ważne impulsy w rozwinięciu pracy narodowej. W pierwszym numerze w odezwie od redakcji napisano: że „w gronie kierownictwa od dawna rozważano projekt wydawania pisma dla młodzieży polskiej. Projekt ten znalazł zrozumienie w wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej”, które zgodziło się pismo i to bezpłatnie drukować oraz dodawać, jako dwutygodniowy dodatek, do pisma podstawowego. Żąda w zamian za ten chlubny czyn przede wszystkim ważnej pracy w kierunku powiększenie liczby czytelników samej „Gazety Olsztyńskiej”. W pierwszym numerze wyraźnie podkreślono „sprawę obrony wiary świętej po ojcach odziedziczonej przed zapędami wrogów. Wspólna komunia św. członków Towarzystwa Młodzieży, to bardzo skuteczny środek do osiągnięcia tego celu, środek przypisany przecież także przez ustawy nasze. Świat szuka dziś gorączkowo Boga żywego. Młodzież nurza się w zepsuciu i lekkomyślności - ale w głębi serca tęskni do lepszego życia - Pokażmy jej drogę do odnowienia życia religijnego - przykładem nawracajmy do Boga. Niechaj każde Towarzystwo Młodzieży raz na kwartał wspólnie przystąpi do stołu Pańskiego. Niechaj co pewien czas zamówi mszę św. w intencji swego rozwoju, a wreszcie będziecie z tego czynu 1 Związek Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich. Cel Związku i metody pracy, w: „Gazeta Olsztyńska”, 1923, nr 278 z 11 XII. 2 Tamże, 88 Jan Chłosta zbierali obfity plon. ] Uczcie się z tego, co jest najważniejsze w nauce Chrystusowej: miłości czynnej miedzy sobą, braterstwa i koleżeńskości”. 1 Na początku „Zycie Młodzieży”, wydawane w formacie 24x31 cm, miało tylko cztery kolumny. Układ treści został podzielony na dwie kolumny i było wydawane w nakładzie od 1500 do 1200 egzemplarzy, tak jak pismo podstawowe. Od początku 1925 roku powiększono objętość do 10 kolumn. Z początkiem 1927 roku stało się samodzielnym pismem i można było je zaprenumerować za 60 fenigów kwartalnie. Nakład nigdy jednak nie przekraczał 1000 egzemplarzy. Dwutygodnik od pierwszego numeru do oficjalnego zamknięcia pisma, co stało się z końcem 1929 roku3, redagował wywodzący się z Poznania Antoni Szajek (1900-1976). Do Olsztyna przyjechał na początku maja 1920 roku, jako wykwalifikowany drukarz z ramienia kierownictwa drużyny harcerskiej im. Stefana Czarnieckiego z zamiarem zorganizowania w okresie przedplebiscytowym drużyny harcerskiej. Zamieszkał u Pieniężnych i pracował w ich wydawnictwie. Pozostał jednak w Olsztynie do końca marca 1939 roku. Zachował polskie obywatelstwo. Z tego powodu władze niemieckie kilka razy próbowały go usunąć z Prus Wschodnich. Pracując w drukarni „Gazety Olsztyńskiej” Szajek nawiązał kontakty z młodzieżą polską we wsiach pod Olsztynem już w 1921 r. wspierał młodzież w organizowaniu kół i w Olsztynie utworzył Chór im. Feliksa Nowowiejskiego. To z jego inicjatywy młodzi działacze z Olsztyna doprowadzili do zwołania 3 listopada 1923 roku zebrania konstytucyjnego Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, na którym zatwierdzono statut i kierunki pracy nowej organizacji, podporządkowanej Związkowi Polaków w Niemczech. Na tym zabraniu wybrano Zarząd i Komitet Wykonawczy. Prezesem wybrano Jana Schreibera z Mikołajek Pomorskich, a sekretarzem generalnym -Pawła Sowę. Poza nimi w skład komitetu weszli: Antoni Szajek, Juliusz Malewski, Anna Brasówna, Gustaw Leyding i Maria Zientarówna. Już u narodzin tej organizacji kilku działaczy z kierownictwa Związku Towarzystw zostało wciągniętych do współpracy z polskim wywiadem wojskowym, a konkretnie Oddziałem II wywiadu, który powołał na podstawie instrukcji z 1923 roku grupę pod kryptonimem „F”, przygotowywaną do podjęcia akcji dywersyjnej w razie konfliktu zbrojnego z Niemcami. Trudno dzisiaj określić ilu z członków tego Związku Towarzystw Młodzieży świadomie zostało włączonych w te działania. Na pewno wśród nich byli: Paweł Sowa i Jan Schreiber. Stąd po roku, na pewno z tej przyczyny złożyli oni rezygnację członkostwa z kierownictwa tej organizacji. Ich rezygnacje przyjęto na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego 24 września 1924 roku i funkcję prezesa 3 Oficjalnie istniejące cztery pisma młodzieżowe w Niemczech, a mianowicie: miesięcznik ilustrowany, organ Związku Stowarzyszeń Młodzieży Polsko-Katolickiej na Śląsku Opolskim „Zdrój”, dodatek do „Narodu”, pt. „Nasza Młodzież” poświęcony sprawom polskiej młodzieży westfalsko-nadreńskiej wydawany w czwartym tygodniu miesiąca Herne, dodatek bezpłatny do „Katolika Codziennego”, wychodzącego dwa razy w miesiącu w Bytomiu pt. „Młodzież” oraz „Życie Młodzieży” w Olsztynie zostały zlikwidowane z końcem 1929 roku. W ich miejsce rozpoczęto wydawanie jednego pisma dla młodzieży polskiej w Niemczech pod nazwą. „Młody Polak w Niemczech”. W przypadku „Życia Młodzieży” zdołano jeszcze wydrukować sześć numerów tego pisma w 1930 roku. Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży”89 powierzono właśnie w roli plenipotenta Rady Wykonawczej, a członkami tej Rady byli: Jan Lenga ze Starego Targu na Powiślu, Gustaw Leyding z Hozembarku (teraz Labuszewo) na Mazurach, Antoni Szajek, Juliusz Malewski i Maria Zientarówna z Olsztyna. Odtąd A. Szajkowi przyszło nie tylko kierować przez cały rok do wyboru nowego prezesa Związku, nie tylko pracami redakcyjnymi w „Życiu Młodzieży”, lecz równocześnie całym Związkiem Towarzystw w Prusach Wschodnich oraz oddzielnie jeszcze sekretariatem na południowej Warmii. Po usunięciu Kazimierza Jaroszyka z funkcji redaktora „Gazety Olsztyńskiej”, zajmował się jeszcze redakcją „Mazurskiego Przyjaciela Ludu” i od 1928 roku „Mazurem”. Jako redaktor „Życia” Szajek dziękował specjalnie redakcji „Płomyka” za dostarczone klisze, które pozwoliły fotografiami wzbogacić drukowano w dwutygodniku artykuły. Dokonał też kilkunastu przedruków tekstów, uprzednio zamieszczonych w „Płomyku”. 3 Na zawartość zachowanych numerów „Życia Młodzieży”, pragnę spojrzeć pod kątem przydatności pisma w pracy organizacyjnej z młodzieżą na Powiślu, Warmii, Mazurach, zarówno jeśli chodzi o zachęty w organizowaniu kół i spotkań młodych o charakterze kulturalnym, poszerzające zakresy ich zainteresowań, opisy dokonań polskiej kultury, nauki, w tym także historii Polski, a więc wszystko to, co zbliżało młodych ludzi do polskości, w tym również ważne były krótkie sprawozdania i relacje z zebrań oraz spotkań w ramach kół Towarzystw we wsiach, odbytych prób chórów, amatorskich zespołów teatralnych, wieczornic często z udziałem prelegentów z Olsztyna. Co roku odbywały się Zjazdy delegatów z tych kół w Olsztynie bądź w Sztumie. Autorem artykułów, poświęconych kształtowaniu postaw młodych ludzi w towarzystwach, był Antoni Szajek. Większość z nich drukowano anonimowo. Na początku dłuższy tekst, będący referatem Franciszka Chełkowskiego (1899-1939) wygłoszony podczas II Zjazdu Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich 25 kwietnia 1925 roku. Między innymi Chełkowski mówił na temat nauczania religii w języku niemieckim: „Prawdy religijne, usłyszane w obcej mowie wnikają do serca, zatem musi się ciągle obniżać poziom moralny, którego podstawowym czynnikiem jest religia. Widzimy w niektórych okolicach objawy opustoszenia Kościołów i zdziczenia moralnego wśród młodzieży. Główna winę w tym przypisać należy wyłącznie niemieckiej nauce w szkole i niemieckim nabożeństwom”4. W dalszej części zwrócił się do młodych delegatów z Mazur z apelem, aby nie ulegała bezmyślnie niemieckiej propagandzie i oddawali głosy w wyborach do parlamentu na podsuwanych kandydatów na posłów. W gazetach i w literaturze niemieckiej wciąż przedstawia się Mazurów jako najmniej oświeconych, którzy podczas wyborów nie wiedzą na kogo głosować i dotąd wybierali tych, co najwięcej obiecywali i nigdy nie dotrzymywali słowa. Trzeba to zmienić. 4 E Chełkowski, Ideologia i praca Towarzystw Młodzieży. Referat wygłoszony na II Zjeżdzie Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich 25IV1925 r w Olsztynie przez... w: Ż.M. 1925, nr 10 z 24 V. 90 Jan Chłosta Antoni Szajek często przypominał o upowszechnianiu czytelnictwa gazet polskich, w tym także „Życia Młodzieży”. Zachęcał do uczestnictwa w rozpisanych konkursach na opisanie wydarzeń z życia młodzieży w terenie: „Napiszcie co wiecie o stosunkach między waszymi braćmi, jak żyją? Jak się bawią, czym się zajmują, co ich weseli, a co ich smuci? Tematy bierzemy z powszechnego życia [... ] Opiszcie ciekawsze zebrania”. Sam starał się wyjaśniać czym jest germanizacja w szkole i w Kościele? Stwierdzał, że „germanizacja w szkołach jest naigrywaniem się z najprostszych zasad wychowawczych, jak nauczyciel posługuje się obcym językiem i wzbrania używania w nauce języka ojczystego swym wychowankom. Tylko nauczyciele w Prusach tak czynią. [..] Germanizacja ludu polskiego w świątyniach jest objawieniem najboleśniejszym. Jest ona bowiem jawnym pogwałceniem prawa boskiego, grzechem jawnym przeciwko Duchowi św., wszak język polski jest tak samo darem Ducha świętego, jak każdy inny język w świecie. Kto zaś dary Ducha św. psuje i niszczy, ten popełnia świadomie grzech przeciwko Duchowi św., a czytamy w Piśmie św., że te grzechy nie będą opuszczone, ani w tym, ani w przyszłym życiu”5. Wzywał młodych: „Nie jest dobrze, jeśli tylko starzy ludzie trzymają się swojej gadki macierzystej, czytają polskie książki i cej-tunki [gazety], chodzą na polskie nabożeństwa. Tę drogą spuściznę po ojcach przelać powinniśmy także na młodzież naszą. Każdy młodziak i każda dziewczyna pamiętać o tym powinny, że nie ma na świecie narodu, który by pogardzał mowa macierzystą i wstydził się tej mowy”6. Następnie wskazywał jak opracować programy pracy kół towarzystw: „Do programu pracy trzeb włożyć: 1. Przede wszystkim regularnie posiedzenia zarządu i zebrania ogólne, bez nich żadne towarzystwo istnieć nie może; 2. Zaplanować spotkania oświatowe, muzyczne, śpiewacze i rozrywkowe; 3. Wspólne praktyki religijne, pielgrzymki, msze i wspólne komunie św. w intencji towarzystwa; 4. Urządzenie specjalnych spotkań: popisy m. in. recytacji, obchody rocznicowe, wieczornice, przedstawienia; 5. Współpraca z okręgiem (wymiana książek bibliotecznych), zjazdy, kursy”. Szajek zachęcał też młodzież do pracy nad sobą: „Myśmy się nieraz wyrażali w „Życiu Młodzieży”, że najważniejszym zadaniem ruchu naszego musi być wyrobienie i wykształcenie spośród młodych rzesz jak najwięcej i jak najlepszych przywódców społeczeństwa polskiego w Niemczech”. Wymagał od młodych, aby „starali się o to, żeby wiara w polskość, poczucie polskości, miłość dla ideałów naszych zakorzeniła się w sercach Waszych, czyli młodych”. Zwracał uwagę na śpiew kościelny, „celem podstawowym i najwyższym śpiewu kościelnego jest uwielbienie Boga! Dla nas śpiew jest hasłem, pobudką by śpiewać w ojczystym języku polskim, który jest wiernym, prawdziwym odblaskiem duszy”. Dłuższy tekst bezpośrednio skierowany do młodych napisał także Edward Turowski. Zawarł w nim następujące zdania: „Wszak wszyscy wynieśliśmy z naszego domu nasz język macierzysty - starajmy się go pielęgnować przez czytanie i pisanie polskiego. Ten czas, który by nam miał spełznąć na niczym, obróćmy na częste zgromadzenia, aby wspólnie z bratnią młodzieżą oświecać się czy to wykładami rozumniejszych, czy to pogawędkami i odczytami o naszej ziemi i narodzie, o dziejach i sztuce narodowej. Znaleźć powinniśmy czas na uczestniczenie w zebraniach i lekcjach śpiewu Towarzystwa Młodzieży i w nich z całą energią winniśmy przyjaźnie i cierpliwie, bez względu na kolce i głogi pracować dla narodu. Drugim obowiązkiem to praca dla społeczeństw. [... ] Nieśmy kaganiec oświaty tym, którzy jeszcze tej światłości nie dostąpili, nie śmiejąc się broń Boże z ich ułomności”. 5 Czym jest podstępne i przymusowe niemczenie młodzieży polskiej w Prusach? W: Ż.M, 1928 nr 5 z 1 III, 6 [A. Szajek], do młodzieży mazurskiej, zamże, 1926, nr 6 z 14 III, Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży” 91 4 W „Życiu Młodzieży” zamieszczono wiele artykułów mogących wzbogacić wiedzę młodych ludzi o Polsce, jej kulturze i historii, także miejscach oraz wybitnych Polakach. W cyklu tekstów pod wspólnych tytułem A czy znasz ty, bracie młody, twoje ziemie i wody: prezentowano więc wybrzeże polskie, Kaszuby, Karkonosze, Tatry i dolina Prądnika, Krzemieniec, Sandomierz, Poznania. Opisy Warszawy, Gniezna, Częstochowy, Zakopanego znalazły się w relacjach z wycieczek, w których brali udział młodzi ludzie z Warmii i Powiśla. Drukowano też krótkie biografie wybitnych Polaków, między innymi Henryka Sienkiewicza, Marii Curie-Skłodowskiej, Tadeusza Kościuszko, Jana Kasprowicza, Jana Matejki, Fryderyka Chopina, Mikołaja Kopernika. Przypomniano ważne wydarzenia z dziejów Polski jak: uchwalenie Konstytucji 3 Maja i związane z tym obchody, wybuch powstania styczniowego, zaprezentowano polskie piśmiennictwo. Szczególną inicjatywą było ogłoszenie w dwutygodniku konkursu na znajomość historii Polski. Czytelnikom zadano dziesięć pytań, a mianowicie: 1. Wymień książąt panujących i królów Polski? 2. Dlaczego każdy Polak z wdzięcznością imię Tadeusza Kościuszki wspominać powinien? 3. Powiedz co wiesz o Adamie Mickiewiczu i wymień jego najważniejsze dzieła literackie? 4. Kiedy wygasł ród Jagiellonów, a kiedy Piastów? 5. Przez co wsławił się król Jan III Sobieski? 6. Dlaczego nazwano Polskę przedmurzem chrześcijaństwa? 7. Wymień dwie wielkie zasługi królowej Jadwigi? 8. Co wiesz o bitwie pod Grunwaldem? 9. Wymień sławnych uczonych polskich? 10. Czy Ci się podobają dzieje Polski? Wymagania Redakcji jeśli chodzi o odpowiedzi tym razem mogły dotyczyć młodzież z ukończoną średnią szkołą. Takich absolwentów nie było znów na tych ziemiach wielu. Stąd w dwutygodniku zamieszczono tylko jedną wypowiedź. A może redagujący przez druk tekstu „Laszki z Powiśla” potraktowali wyłącznie jako formę upowszechnienia przeszłości Polski. Szczególna była w tym zakresie wypowiedź na dziesiąte pytanie nieznanej „Laszki z Powiśla”: „Historia Polski, która przechodziła różne koleje, podoba mi się, gdyż to są dzieje narodu, którego językiem się posługuję, czuje i myślę, tak samo jak Polka, a tym bardziej jestem przywiązana do dziejów Polski i wszystkiego co tchnie polskością, że jestem na obczyźnie, gdzie nie ma się swobody i trzeba znosić przykrości dla swej narodowości”. W dwutygodniku drukowano wiersze: Adama Mickiewicza, Juliusz Słowackiego,, Stanisława Wyspiańskiego, Ignacego Krasickiego, Marii Konopnickiej, Lucjana Rydla, Kornela Makuszyńskiego, Adama Asnyka, zresztą wers z wiersza tego poety: Trzeba naprzód iść... i świecić stanowił część podtytułu dwutygodnika. Mniej za to drukowano utworów prozatorskich. 5 W „Życiu Młodzieży” wiele miejsca poświęcono tematyce regionalnej. Przez to powiększono i do tego znacznie krąg współpracowników. W zachowanych numerach dwutygodnika napotkałem aż osiem dłuższych tekstów Emilii Sukertowej-Biedrawiny. Wszystkie dotyczyły etnografii Mazur. Pani Emilia pisała o Święcie Zmarłych, zwyczajach przed św. Janem, obyczajach na Mazurach związanych ze Zwiastowaniem Najświętszej Marii Panny, 92 Jan Chłosta legendach mazurskich, przepowiedniach w przysłowiach mazurskich, żniwach na Mazurach. Pisząc o Mazurach opierała się na własnych badaniach i korzystała z opracowań niemieckich etnografów m. in. Maxa Toeppena, Carla Gustawa Hintza. W zachowanych numerach dwutygodnika zostało wydrukowanych aż 39 wierszy Michała Kajki. Było to zasługą Antoniego Szajka, który otaczał szczególną estymą mazurskiego poetę z Ogródka. To właśnie redaktor „Życia Młodzieży” przekazał poecie niemieckie wiersze Wojciecha Kętrzyńskiego. Zostały one wydrukowane jeszcze w 1939 roku w „Mazurze”. Spośród utworów Kajki zamieszczono w dwutygodniku najbardziej znany wiersz poety Tęskność za ojczystą mową: O, ojczysta nasza mowo, Coś kwitnęła nam przed laty, Zakwitnijże nam na nowo, Jako kwitną w lesie kwiaty. Zalśnij nama jako zorze, Przywróćże nam skarb nasz isty, Aby w domu i we zborze Istniał język nasz ojczysty. Choćby germanizmu wały, Na kształt śniegowej zawiei, Naszą mowę zalać chciały, Jednak nie traćmy nadziei. Jeszcze nie zgasło zarzewie Naszej kochanej mowy, Rozwinie się jak liść na drzewie Liście w piękny czas wiosnowy. Tylko gorliwie, w pokorze, Macierzyńska mową wszędzie Czcijmy Zbawcę w każdej porze, On pomocą nam będzie. Miła naszych ojców mowo, Coś w spuściźnie nam została, Rozwińże się nam na nowo, Byś się nam ozdobą stała. Ojców mowo, co pieściła Matka mnie kołysce tobą, Słyń na nowo, byś świeciła Nam światłością i ozdobą7. Kajka był także gościem na IV Zjeździe delegatów Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, który obradował w Olsztynie 26 kwietnia 1927 roku. Napisał z tej okazji specjalny wiersz, także drukowany w dwutygodniku. Poza tym z Mazur drukowali swoje wiersze Bogumił Skowronek z Połomna i Fryderyk Mączka ze Szczytna. O Skowronku napisano, 7 M. Kajka, Tęsknośćza ojczystą mową, tamże, 1926, nr 13 z 20 VI. Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży” 93 że „był ojcem hakatysty i renegata dr Fryca Skowronka. Bogumił Skowronek przed pierwszą wojną wiele pisał korespondencje do „Mazura” i przysyłał także udane wiersze. Musiał jednak ukrywać to przed swoimi bratankami: pastorem Maksem Skowronkiem, pisarzami Ryszardem i Frycem, którzy pałali nienawiścią do wszystkiego co polskie”. Dwa razy w 1926 roku w czasopiśmie podejmowano tematykę Grunwaldu. Pierwszy raz w artykule Bitwa pod Grunwaldem i Tannenbergiem. Przypomniano przy tym pieśń Bogurodzica, którą rycerze polscy zaśpiewali przed bitwą oraz fragment obrazu Jana Matejki, a drugi w artykule Na pobojowisku grunwaldzkim, w którym wspomniano o tym, że w 1901 roku przetransportowano na pole bitwy duży głaz, znajdujący się w lesie między Łodwigowem i Grunwaldem. Na nim po bitwie, według podania, miał siedzieć król Jagiełło, a teraz został poświęcony Wielkiemu Mistrzowi. Na głazie wyryto napis: „W bitwie o niemieckie istnienie i prawo znalazł tu swoją bohaterską śmierć wielki mistrz Ulrich von Jungingen”. W „Życiu Młodzieży” eksponowano na tle głazu redaktora „Gazety Olsztyńskiej” Seweryna Pieniężnego-juniora z żoną Wandą, konsula z Olsztyna dr. Filipa Zawady i żonę sekretarza polskiego konsulatu Władysława Pieniężnego, Pelagię. Nadto Emilia Sukertowa wydrukowała Legendę o Rybnie, pochodzący ze Śląska Marian Kantor-Mirski Legendę z okolic Okartowa i Baśń o Leleskim jeziorze. W „Życiu Młodzieży” drukowano też kilka opowiastek jak poniższa zatytułowana Zawsze oni: NfJ pewnej szkole niemieckiej pastor podczas lekcji religii pyta dzieci: - Powiedzcie mi, kto to nadał bieg rzekom, kto zielenią okrył lasy. Kto wszystko na świeci tak pięknie urządził? Nieśmiało zgłasza się mały Fryc: - Hohenzollernowie, panie pastorze. - Ale skądże znowu! To zrobiła jedna istota, najwyższa. - Ja wiem - przerywa inny uczeń - Cesarz Wilhelm! - Źle - mówi pastor. Kto lepiej wie? - Ja wiem, to była królowa Luiza, pan nauczyciel mówił nam wczoraj to ona była prawdziwym aniołem. - Ależ przecież nawet ona nie mogła niczego stworzyć! Przecież on sam został stworzony. Zgłasza się wreszcie jeszcze jeden uczeń: - To Pan Bóg wszystko stworzył, panie pastorze! — No przecie. Przynajmniej jeden odpowiedział rozsądnie. A powiedz mi jeszcze, mój chłopcze, dlaczego to Pan Bóg stworzył niebo i ziemię, dlaczego na ziemi stworzył morza i lądy, kraje piękne i ludzi? - Żeby Hohenzollernowie mieli gdzie panować, panie pastorze. 6 Najbardziej w dwutygodniku eksponowana była Warmia. Stało się to dzięki pozyskaniu do współpracy Augustyna Steffena (1901-1992), wywodzącego się z dzisiejszego Uniesze-wa językoznawcy, folklorysty i działacza warmińskiego. Najpierw Steffen ukończył kurs 94 Jan Chłosta bankowości w Poznaniu, potem odbył praktykę w bankach Sztumu, Poznania i Lubawy, był krótko kierownikiem Banku Ludowego w Olsztynie, w październiku 1922 roku przejął to stanowisko Juliusz Malewski, a Steffen jako eksternista zdał maturę w Wolsztynie, podjął studia z zakresu filologii klasycznej na Uniwersytecie Poznańskim, które ukończył w 1932 roku, następnie studiował filologie polską i etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ukończone w 1939 roku doktoratem. Zbierał folklor literacki Warmiaków (pieśni, legendy i gawędy ludowe. Ogłaszał je w „Gazecie Olsztyńskiej”, „Ziemi Wschodnio--Pruskiej” i właśnie w „Życiu Młodzieży”. Swoje teksty podpisywał jako Warnijak. Przed 1939 rokiem wydał trzy tomy pieśni ludowych z Warmii, które zbierał z pomocą nauczycieli polskich szkół na południowej Warmii oraz działaczy Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich. Antoni Szajek szerzej omówił wydane jeszcze w 1923 roku kolejną edycję Kiermasów na Warmii ks. Walentego Barczewskiego z Brąswałdu. Określił je, może nieco z przesadą: jako „Epopeją Warmii - owa piękna książka poczęta ze szlachetnej miłości do polszczyzny, napisana z odwagą w ludowej gwarze, jest utworem, który zamknął w sobie życie Warmii ostatniej doby. Bystry obserwator ocalił od zapomnienia szereg pięknych zwyczajów warmińskich, przekazał nam czystą gwarę warmińską wyszlachetnioną piórem biegłym i zdał potomnym pamięć zdarzeń, przysłów, zjawisk życia i kultury polsko-warmińskiej. Z dorobku poświęconego Warmii książka Kiermasy na Warmii wysuwa się na czoło: jest naukowo ujęta, a zarazem dostępna dla wszystkich: jest prosta i tchnieniem poezji wypieszczona, skrzy się dowcipem i szczęśliwością, jest wreszcie unikatem, białym krukiem w literaturze polskiej”. Nie można tez pominąć wierszy poetów z Warmii. Maria Zientarówna wydrukowała obszerną Łosierę do Świantolipki z 1885 roku oraz Kolędę warmijską na pierwszej kolumnie pisma. Również Bernard Żbik zamieścił w dwutygodniku wiersz Moim rodakom na gwiazdkę. Szczególne miejsce zajmował wiersz Michał Lengowskiego Dola ludu warmińskiego nie drukowany po 1945 roku. Oto trzy ostatnie zwrotki z tego dwudziestozwrotko-wego utworu: Kto ojczystą mowę I wiarę zatraci, Wypiera się ojców A zdradza swych braci. Te krzyże przy drodze Ojcowie stawiali, Bym ojczystą mową Boga pozdrawiali. Byśmy wiarę, mowę Dorośli jak mali, Jak świętą spuściznę Po ojcach chowali. Powiśle i Warmia w dwutygodniku „Życie Młodzieży”95 X Żywot „Życia Młodzieży” był stosunkowo krótki. Wydawanie dwutygodnika zawieszano z końcem 1929 roku. Zgromadzony materiał pozwolił jeszcze na druk sześciu numerów w 1930 roku. Mimo znaczącego dorobku „Życia”, co starałem zaprezentować, także skupienia wokół pisma dużej liczby współpracowników, po prostu zlikwidowano w ramach podjętej centralizacji działań, dokonanej przez kierownictwo Związku Polaków w Niemczech. W miejsce zlikwidowanych oddzielnych dwóch pism dla młodzieży „Zdroju” w Opolu i właśnie „Życia Młodzieży” w Olsztynie powstał „Młody Polak w Niemczech”, który był jednak oderwany od gleby miejscowej i od żywego ludzkiego środowiska, jak to było w Olsztynie. | „TRZEBA NAPRZÓDJtSC. . I ŚWIECIĆ!" Dwutygodnik Młodzieży Polskiej w Niemcz OIMłAN ZWIĄZKU TOWARZySTW MIOOIIEZY W PRUWU RZYCIE MŁODZIEŻY Religia. co nas łączy z Bogiem, sercu naszemu wsrod burz któremi ze wszech stron świat «an u-dtóna, jędyuą jest kotwicą, nic pozwalającą unieść ro na skały i zniszczeniu. Cały życie nkra.< ciężarem nam stę być zdaje.