f Darczyńcy Kwartalnika Prowincja WOJEWÓDZTWO POMORSKIE Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2025 roku” FOBOS ONE Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos One KOPOCZYŃSKI adwokaci i radcowie prawni PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO -KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(61) 2025 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Piotr Napiwodzki Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy Krzysztof Czyżewski, Arkadiusz Wełniak, Andrzej Lubiński, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Adam Langowski Projekt okładki Mariusz Stawarski Str. III i IV Prace fotograficzne Małgorzaty Konarskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku Grzegorz Szczepaniak Druk Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82—400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury oraz Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca, w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Zakład fotograficzny Foto Mono II w Sztumie, Plac Wolności 19 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy: Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www. prowincj a.com. pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Piętnastolecie „Prowincji”...................................................5 Poezja Czesław Mirosław Szczepaniak.................................................6 Andrzej Grzyb................................................................6 Ewelina Dysko................................................................6 Krzysztof Czyżewski..........................................................7 Anna Bołt....................................................................9 Krzysztof Kuczkowski........................................................10 Janusz Ryszkowski...........................................................10 Marek Stokowski.............................................................11 Anna Czekanowicz............................................................11 Tadeusz Dąbrowski...........................................................12 Radosław Wiśniewski.........................................................12 Adam Ochwanowski............................................................13 Beata Langowska.............................................................14 Alfred Kohn.................................................................14 Krystyna Lars...............................................................15 Proza Krzysztof Bochus - Hipnoza..................................................16 Marek Suchar - Było nas czterech............................................20 Łukasz Walendziak — „Palarnia towarzyska”...................................33 Andrzej Kasperek — Huelle opowiada o Mickiewiczu. Historia nieznana.........38 Paweł Huelle - Scenariusz serialu o Adamie Mickiewiczu......................44 Esej Piotr Napiwodzki - Homo idiota..............................................53 Wędrówki po prowincji Wiesław Niedziałkowski - Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II - polisensoryczne krajobrazy i topografie..........57 Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści.......................................68 Sylwia Kubik - Z Wilna przez Syberię na Powiśle.............................82 Paweł Rogalski - Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą ............................................................85 Maciej Kraiński - Preliminaria propedeutyki powozologii polskiej............94 Leszek Sarnowski - O melioracji, wałach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu — czyli Żuławy w kryzysie.....................................97 Na tropach historii Ryszard Rząd — O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie....................106 Marcin Owsiński — Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1..........................123 Alicja Łukawska — Matejko, Sienkiewicz, Żeromski i cesarz Wilhelm II, czyli o gościach na zamku w Malborku...................................134 Daniel Borcuch - Na styku światów ............................................139 Arkadiusz Wełniak — Pojechał Pawlik zdobywać Paryż............................149 Krzysztof Tomaszewski — Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902-1915.. 157 Wspomnienia Adam Langowski — Waplewo Antoniego Gałeckiego.................................168 Antoni Gałecki (1943—2025) — Wspomnienia......................................171 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski — Notatki słów i obrazów (27).............................180 Janusz Ryszkowski — Nasi księża literaci na Maderze...........................191 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana ...........................................199 Arkadiusz Wełniak - Na moje ucho (4) .........................................214 Dorota Paprocka — Z potrzeby serca............................................224 Galeria Prowincji Agnieszka Świercz-Karaś — Polowanie na piękno i wilki.........................230 Felietonowo Paulina Jagnicka — Z perspektywy balkonu: O codzienności, która zasługuje na zachwyt.............................................237 Recenzje Andrzej Lubiński — Z regionalnej półki........................................239 Noty o autorach................................................................241 Piętnastolecie „Prowincji” 5 PIĘTNASTOLECIE „PROWINCJI” Tym razem, zamiast tradycyjnego wstępniaka, kilka słów o naszej piętnastoletniej historii. Pisząc najkrócej — było miło, twórczo i optymistycznie. Może nie aż tak uroczyście jak na okładce Mariusza Stawarskiego, bo to dopiero ten numer kwartalnika, wydany dokładnie w piętnastą rocznicę pojawienia się pierwszego numeru, upoważnia nas do wypicia szampana. Jesienią 2010 roku, pisaliśmy w pierwszym numerze: „Prowincja, nie zaściankowa i peryferyjna, ale ciekawa i atrakcyjna, czasem nostalgiczna i zdystansowana, ale też kameralna i bardziej przyjazna, to miejsce, które uznaliśmy za «swoje», to nasza «mała ojczyzna». Chcemy pokazać jej prawdziwą, ciekawą twarz.” I skoro dziś jesteśmy w tym miejscu, świętując nasz jubileusz, to znaczy, że się udało i że taki właśnie jest nasz kwartalnik. Świadczą o tym przede wszystkim nasi Czytelnicy, którzy są z nami od pierwszego numeru. Redakcja rozpoczęła swoją historię od debaty na temat tożsamości lokalnej i regionalnej, co ważne szczególnie na dawnych ziemiach odzyskanych, gdzie każdy przyniósł ze sobą kawałek swojego świata, z różnych stron przedwojennej Polski. Ta debata toczy się w każdym numerze pisma. Wydaliśmy 61 numerów kwartalnika, a licząc każdy numer po 200 stron, daje to łącznie 12 200 stron, a jeśli dodamy, że każdy numer drukowany był w nakładzie 400 egzemplarzy, to łącznie będzie 4 880 000 stron, które poszły w świat. To wszystko dzięki autorom, których łącznie w ciągu tych lat było prawie sześciuset i ciągle ich przybywa. Dominują oczywiście ci z Dolnego Powiśla i Żuław lub ci, którzy o naszym regionie piszą. Udostępniamy też nasze łamy autorom z innych „prowincji”, poetom, pisarzom, dziennikarzom, historykom, wrażliwym i otwartym na swoje małe i wielkie światy. Ważnym przedsięwzięciem naszego kwartalnika jest również Biblioteka Prowincji, czyli książki autorów związanych z naszym pismem. Do tej pory wydaliśmy publikacje Andrzeja Kasperka, Janusza Ryszkowskiego, Heinricha Dycka, Jerzego Kosacza, Leszka Sarnowskiego, Wacława Bieleckiego, Alicji Łukawskiej, Piotra Napiwodzkiego, Piotra Podlewskiego, Beaty Langowskiej, Andrzeja C. Leszczyńskiego, Adam Langowskiego. Nasz kwartalnik istnieje także dzięki darczyńcom. To coroczne granty z programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim”, finansowanego z budżetu Województwa Pomorskiego. Trzykrotnie otrzymaliśmy również wsparcie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od początku wspiera nas prezes spółki Fobos One, Jacek Szarycki, przyjaciel Prowincji, pasjonat lokalnej historii. Do grona naszych sponsorów dołączyli także mecenas Andrzej Zwara z sopockiej Kancelarii Zwara, Głuchowski, Siemiątkowski, i Partnerzy oraz mecenas Tomasz Kopoczyriski z Gdyni. Za wsparcie dziękujemy również samorządom — Miastu i Gminie Nowy Dwór Gdański, Starostwu Nowodworskiemu, Malborskiemu i Kwidzyńskiemu. Dzięki autorom, czytelnikom i sponsorom, udało nam się stworzyć wyjątkowe miejsce na pomorskiej mapie kulturalnej. Jesteśmy jednym z niewielu kwartalników w Polsce, wydawanych poza metropoliami. Mam nadzieję, że udało nam się udowodnić, że Prowincja, pisana z małej czy wielkiej litery, brzmi dumnie, bo jest ciekawa, atrakcyjna, twórcza, otwarta, przyjazna i jest miejscem, w którym jesteśmy razem, ponad podziałami. Mam nadzieję, że będzie to trwało jak najdłużej. Leszek Sarnowski redaktor naczelny Kwartalnika Prowincja Poezja Czesław Mirosław Szczepaniak WIERSZYKI Wiersze to pisał Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i inni, Mam 60+ lat, czasami wystukuję Wierszyki, małe, duże i średnie. Andrzej Grzyb 5. Byłem na krańcu świata. Na wielu krańcach. Teraz idę wzdłuż lasu brzegiem strumienia. Na włosach moich osiadają nici babiego lata. Między rudowłosą brzozą z krwawiącym klonem staję I czekam, aż z zatrzcinowych mokradeł Wyjdzie okazałorogi, siwogrzywy jeleń. Z mgły wyjdzie jak zjawa, By w mgle przepaść. Kiedyś ktoś przy tym strumieniu znajdzie Jego i moje kości. Ewelina Dysko * * * Czasem, gdy budzą się demony, rodzi się we mnie nieodparta chęć wytarzać się jak pies w poezji złej, mrocznej, przesiąkniętej krwią i zgniłym mięsem. Poezji pełnej tanich win, nabrzmiałych żył, do bólu szczerej. Poezji, która od rana pijana w sztok zalicza dno i z głupawym uśmiechem na gębie woła — patrz! jakie to życie jest kurewsko piękne! Poezja 7 Krzysztof Czyżewski ŁZA KLAUNA nie do zniesienia w pustą noc człowieka pomroki upadku wznosi bezsennych pod most Skakuna ku obronie Buczy toczy się po twarzy zakrwawionej Ziemi z grymasem Irpienia maczajcie w niej stalówki piór Ziemianie ten atrament wciąż jeszcze pisze prawdę słowo zestrzelone z ciałem Charkowa oddajcie swe racje sercem rozumnemu buntowi Kijowa stańcie na wysokości spojrzenia w twarz klauna co mężom stanu się nie kłania on tut im pod prąd przez most Zaporoża i w oczach mu stoją ciężarna na noszach mer z Hostomela całunem łzy owija światło zmarłych i zmarszczką Dniepru spływa w serce narodu idzie ku wam greckim brzegiem Odessy idzie po wasze sny do samego Rzymu niesie zdradzony Krym niesie łzę dziecka inną niż Iwana w imię której wszystko wolno więc ruskie rozstrzelali przedszkole w Starobielsku nie odda biletu schylony nad każdym w gruzach Chersonia 8 Poezja idzie dalej niż sięga władza bestii z piekła otwartego nieba ku wam idzie rozbombionym mostem Europy ze łzą everymana krzyk moralitetu niesie z Mariupola on z Aleppo Sarajewa Warszawy on z Guerniki Groźnego i Masady niesie dom starców zabitych w Kremiennej boicie się klauna zawiązani w krawat przymknięci okiem Chin fałszywą wagą rozdzielacie piękno od dobra przez prawdę osieroceni gubicie ślad meridiana z Czerniowiec mówicie że klauna zostawił za sobą Żyd z Krzywego Rogu lecz ta łza powracającej tragedii któż odważyłby się ją zetrzeć z twarzy skutej niemym krzykiem Babiego Jaru idzie ku wam inny bez czytania z kartki opowie o Rosji zróbcie mu miejsce niech wejdzie wam w serce ten co ciemne jasno widzi i klęczy przy martwych z kolejki po chleb w Czernichowie przemienia ziemię łza klauna peremoha idzie z Ukrainy Noty: Most Skakuna-. most na Mierzei Arbackiej, wysadzony w powietrze w pierwszym dniu wojny; powstrzymało to armię rosyjską napierającą z Krymu na miasto Melitopol; tego Poezja 9 bohaterskiego czynu, za który zapłacił życiem, dokonał saper 35. Brygady Piechoty Morskiej Witalij Skakun. Tut — rozbombiony — peremoha: trzy oryginalne słowa ukraińskie: Tut — nawiązuje do wypowiedzi prezydenta Wołodymyra Żeleńskiego, nagranej przez niego na komórkę na samym początku wojny, gdy Amerykanie proponowali mu pomoc w ucieczce z kraju: Ja tut! — jestem tutaj, w Kijowie, z żołnierzami, z narodem, i pozostanę tu do końca. Rozbombiony — zbombardowany most, z otwartego nieba, którego Europa i świat nie chce pomóc Ukrainie zamknąć dla rosyjskich samolotów. Peremoha - zwycięstwo; szczególne słowo, inne niż wieńczące bój łacińskie victoria\ bliższe polskiemu przezwyciężeniu, podkreślające długą drogę przemiany; koniec wojny to jeszcze nie zwycięstwo. Ciężarna na noszach: kobieta wynoszona na noszach ze zbombardowanego szpitala położniczego w Mariupolu; oboje z dzieckiem nie przeżyli. Mer z Hostomela: zastrzelony przez Rosjan mer podkijowskiego Hostomela, Jurij Prilipka. Łza...inna niż Iwana...nie odda biletu: Iwan (Karamazow) w imię jednej łzy niewinnie cierpiącego dziecka kontestuje porządek świata stworzony przez Boga, oddaje bilet do raju, zostaje nihilistą, gotowym deptać życie innych ludzi i ustanawiać władzę absolutną. Ślad meridiana z Czerniowiec. aluzja do słów urodzonego w Czerniowcach Paula Celana: Znajduję to, co łączy i jest jak wiersz prowadzący do spotkania... znajduję.Meridian. Żyd z Krzywego Rogu: prezydent Żeleński urodził się w rodzinie żydowskiej w Krzywym Rogu. Anna Bołt GDZIE Gdzie ja jestem Na wieży Z wyłupanymi Oknami W parku, w którym Ścięte drzewa Leżą pokotem jak dzieci Bawiące się w chowanego Nie Jestem na czwartym piętrze I schodzę w dół - soplem Rynny — na ostrą łąkę Jestem gdzie jestem Nigdzie 10 Poezja Krzysztof Kuczkowski NARCISSUS POETICUS Na ganku chłopiec w sandałach z niedbale opuszczonymi kolanówkami, przy ścieżce wbitej aż po szopę w piaszczyste ciało ogrodu zielone włócznie narcyzów, dziadek Franek cierpliwie wykrawa robaki ze spadów klapsów i koszteli, przy studni bukszpan wiecznie zielony, dalej klatki po królikach, mieszkają w nich sterty butów, wołają jeść, ale jeszcze można w nich spryskiwać drzewa albo bielić wapnem pnie śliw i jabłoni, z tego miejsca nie widać szosy z rzeźnikiem herbu „końska mucha”, ani altany po przeciwległej stronie ogrodu, nie słychać też hałaśliwego Murzyna, psa sąsiadów, bańka ciszy przepływa pomiędzy wysokopiennymi krzakami agrestu i rozłożystymi koszami porzeczek białych i czerwonych, omija rozpięte na żerdziach pomidory i odbija się od pomarańczowych dyni, teraz są jeszcze wielkości dziecięcej piąstki, jesienią kiedy zaczną być podobne do piłek lekarskich i jak one ciężkie, opuszczą grządki jako ostatnie, wtedy też w różnych częściach Janusz Ryszkowski BENISŁAWSKA Odwiedziła mnie niespodziewanie Benisławska, poetka. Przyniosła w darze pośmiertną książkę wydaną staraniem wnuków. Długo w milczeniu, które jakoś nie krępowało, popijaliśmy herbatę w filiżankach kupionych tanio w Ikei. Zwróciła uwagę, że mam fatalną wodę, psującą wszystko. Ale u niej, w Kurlandii, było zresztą podobnie, Choć czerpali ją specjalnie dla gości z innego źródła. Pożegnała się nagle, nawet nie chciała, Poezja 11 Abym ją odprowadził na dworzec, Choć drogi nie znała. To prawie wszystko. Do tej pory nie przeczytałem ani jednego jej wiersza. Wolę, aby nadal pozostawały dla mnie, jak ona, tajemnicą. Marek Stokowski WIECZÓR NAD STARYM TARGIEM Bezwietrzny i bezchmurny wieczór Nad Starym Targiem, w październiku. Słychać przesypane zboże, Oddech psa, Z krowich łańcuchów spływa spokój. Za ciemnym wzgórzem jedzie wolno Daleki niewidzialny pociąg. Dymy zastygły nieruchomo, stoją. Pod żółtym klonem milczy kamień. W pęknięciu chmur Ukryte czuwa Boga oko. Zaśnij bez trwogi, Nie jesteśmy sami. Anna Czekanowicz I NIC Dla Pawła śnił mi się jak gdyby nic to nic mówił to jest nic otacza mnie nic i powinienem czuć nic i nic mi nie jest nie robię nic ale za nic nie oddałbym 12 Poezja nic z tego co było przed nic (2020) Tadeusz Dąbrowski WIERSZ BEZ TAJEMNICY Być sobie na Żuławach operatorem śluzy na mało istotnym odcinku kanału, pośrodku płaskiego krajobrazu. Codzienne Jeździć rowerem do betonowej budki, mniejszej niż kiosk ruchu. Obserwować przez kwadratowe okienko wschody i zachody słońca. Nie mieć pojęcia o sztuce, wiedzieć, gdzie się czają szczupaki, a gdzie węgorze. W pewien mglisty poranek, popijając herbatę ze spirytusem, usłyszeć w radiu, które odbiera tylko jedną stację, ze na świecie żyje ponad dziesięć milionów gatunków roślin i zwierząt, i nie dać temu wiary, albo że są takie kraje, gdzie ludzie umierają z głodu, i zamyślić się nad tym, i zapomnieć spuścić śluzę. I zalać kilka pobliskich łąk. I nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Radosław Wiśniewski M.I.A. Nagi mężczyzna w oknie hotelu Piast (Karol Maliszewski w nieistniejącym już wierszu o tym samym tytule) Nie ma tamtego wiersza i nie ma Hotelu „Piast”, przy ulicy Piastowskiej. Hotel zamieniono na dom spokojnej starości w mieście, w którym burmistrz bez litości wyrżnął poniemieckie drzewa odbierając im prawo do godnej jesieni. Poezja A trzeba wiedzieć, że apetyt na rżnięcie rośnie w miarę rżnięcia. Nagi mężczyzna w oknie Hotelu „Piast” tyle zostało z wiersza, którego nie czytałem. Karol mówił, że pisał w jakimś ciemnym uniesieniu, że go wyśle, bo to taki ślad po poecie. I po mieście którym obecnie rządzi burmistrz o nazwisku Wrębiak. Co wiele wyjaśnia jeżeli chodzi los drzew. Został jeden wers, jak kikut pozostawiony w skrajni drogi wojewódzkiej na znak, że zaszła drobna zmiana. Chciałbym go jeszcze raz przeczytać. Tak jakby coś żyło we mnie z tamtej nocy, kiedy nagi mężczyzna stanął w oknie Hotelu „Piast”. Pewnie palił papierosa, bo wtedy w wierszach wszyscy palili. Ale równie dobrze mógł palić papiery wygrzebane przez ostatni rocznik prowadzony do wojska. Być może nawet były tam jakieś wiersze. Na przykład o tym, że nagi mężczyzna stoi w oknie Hotelu „Piast”. W pokoju za nim czuć było potem, może tam spała naga kobieta, albo nagi mężczyzna. W restauracji dwa piętra niżej przygrywał do Koheleta człowiek - orkiestra na wielkim klawiszu z napisem ,,Korg” od czoła. Mam ten wiersz na końcu języka, jak obce słowo, które oznacza coś znajomego. Przede mną ściana bez okien. Stoję oparty o nią czołem i czuję się nagi. Adam Ochwanowski XI 13 grudnia, wieczór ciepły Ja piszę wiersz a Paweł płacze Bo wszystko miało być inaczej A stan wojenny jest przewlekły Paweł się pyta, czy wyjdziemy Z honorem z codziennego chlewa: Gdy wolność coraz cieniej śpiewa I czy zgubiony ślad znajdziemy Gdy dzieci przestawiają klocki Zdążą doczekać dobranocki 13 14 Poezja Beata Langowska DESZCZ W SŁONECZNY DZIEŃ kto nie widział z bliska jak gaśnie człowiek chory na raka jakie może mieć zimne dłonie i oczy przytomne a jeszcze wczoraj chciał wsiadać na motor taki szczupły jak wtedy gdy miał 20 lat i grał Have you ever seen the rain Creedense Clearwater Revival a teraz leży i mówi: moja mała córeczka... i papieros wypada mu z dłoni pamięta jeszcze że nauczyciel fizyki w liceum tak śmiesznie zaciągał... kto tego nie widział niech lepiej nigdy nie zobaczy przede mną dalsza podróż do wymarzonej Itaki Alfred Kohn * * * jeszcze czasami śnią mi się śmietankowe lody gumy do żucia Donald i oranżada kupowane u państwa Krukowskich ich kiosk stał niedaleko mojego domu Poezja 15 już tylko w moich snach żyją przelotnie państwo K. niezapomniany smak lodów gumy do żucia oranżady i tamten kiosk i mój dom tylko w snach czasami Krystyna Lars ELEGIA WIECZORNA NA POCHWAŁĘ CZARNOMORZA Pieśń VII Śmierć cyrylicą pisze nam na skórze Bylinę jasną jak pieśń o Igorze Ogniami sypiąc na pościel zebraną Pod oknem, w którym siedzi osiwiały starzec I na różańcu piosenkę wydzwania Na pokuszenie wnukom i niedzieli W której rozsiedli się święci anieli I na spódnice spalonych mołodyc sieją okruchy próchna niepodległe Cóż nam pomoże krucha gałąź Pisma Na której siedzą miasta i kościoły Gdy dzieci nasze uchodzą za morze By się w popioły nierozważnie zmienić I na bębenkach stukać przepowiednie Których słuchać nie pragną wysokie jałowce Gdy ogień wchodzi w ciemną bramę lasu I nie chce widzieć ptaków i jeleni Wciągając zieleń w nasze gorzkie sprawy By śmierć zajrzała sosnom do korzeni Krzysztof Bochus Proza HIPNOZA1 Bohnsack2, niedziela, 6 grudnia 1807 Johannes Lesser z niepokojem spojrzał na sklepienie kościółka. Wicher na zewnątrz się wzmagał. Poczerniałe ze starości deski trzeszczały niebezpiecznie, jakby chciały ostrzec zebranych, że nie są w stanie dalej stawiać oporu atakom sztormu znad morza. Lesser zauważył, że jego niepokój udziela się także pozostałym wiernym, zgromadzonym w ciasnej nawie świątyni. Ich rybackie kapoty parowały i spływały wilgocią, tworząc oleiste kałuże u stóp. Ludzie się wiercili, przestępowali z nogi na nogę, mruczeli coś pod nosem, a ich spojrzenia krzyżowały się, pełne niepokoju i napięcia. Pastor Mackę zdawał się jednak nie słyszeć żywiołu, którego odgłosy dobiegały z dworu. - Pozbądźcie się trwogi! Nie wyrzekajcie się prawdziwej wiary i nie ulegajcie omamom tego uzurpatora z ukradzioną koroną na głowie. — Jego wysoki głos brzmiał donośnie, odbijał się od ścian i chlastał niczym bicz boży. - Napoleon z pyłu powstał i w proch się obróci! To nienażarta, nienasycona bestia, która nigdy nie przestanie, nie zaspokoi swego apetytu władzy, bogactw i nowych zdobyczy. Narodził się oto współczesny Antychryst, uosobienie wszystkiego, co złe, niemoralne i brudne! Uzurpator obala święte trony, prawdziwą wiarę zastępując religią motłochu, brutalną siłą zaprowadza nowy porządek, oparty na bluźnier-stwie, grzechu i zgorszeniu! Ten szatan doprowadzi do upadku siebie i wiarołomnej Francji, wspomnicie moje słowa! — Krzyk duchownego przecinał powietrze jak pejcz z rogowej skóry. - W ewangelii świętego Mateusza czytamy: „Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela’’3. Naszym królem jest Chrystus, ziemskim władcą Fryderyk Wilhelm III, a ojczyzną Prusy. Gdańsk jest i pozostanie wierny, nigdy nie zegnie karku przed okrutnym okupantem! Lesser pokiwał głową w zadumie. Co prawda, to prawda. To były mocne słowa. Jednak wierni z Bohnsack dobrze wiedzieli, że ich pastor boi się tylko Boga. A francuskich żabojadów uważa za zarazę, gorszą niż czarna dżuma. Chodził w podartych butach i pocerowanej marynarce, nie miał eleganckich manier, a jednak w świątyni nie było nikogo, kto zwątpiłby w jego prawość i patriotyzm. 1 Fragment książki Krzysztofa Bochusa — Hipnoza (2025). To rasowy kryminał noir w kostiumie z epoki: tajemnicze morderstwa i gra wielkich mocarstw, szpiedzy, przemytnicy i upadłe kobiety. W de mroczna panorama Gdańska AD 1807. 2 Obecnie Sobieszewo. 3 Mt 10,5-6. Hipnoza 17 Od kiedy Francuzi zajęli pod koniec maja Gdańsk4, dla miasta nastały ciężkie czasy. Początkowo niektórzy witali zdobywców nawet dość życzliwie, zwłaszcza Polacy i bogaci kupcy, którym doskwierały pruskie podatki, ale im dalej w las, tym więcej drzew. Nieustanne kontrybucje, żołnierskie rozboje i rosnąca bieda radykalnie zmieniły nastroje w mieście. Sroga zima tylko dorzuciła drew do tego stosu niechęci i nienawiści. Do wielu domów na wybrzeżu zajrzał głód, żołądki zaczęły przywierać ludziom do grzbietów. Ileż można jeść kiszoną kapustę, zabunkrowaną w beczkach za lepszych czasów? Nie licząc Polaczków, miasto było teraz otwarcie wrogie Francuzom. A ich gmina w Bohnsack była tego oporu prawdziwą twierdzą. Dalsze słowa kazania przerwał hałas w drzwiach. Na progu świątyni pojawił się mężczyzna w długiej kapocie, ociekającej wodą. Lesser rozpoznał w nim młodego Mullera, który wraz z ojcem, rybakiem i kaszornikiem5, mieszkał na skraju wsi. Chłopak podszedł pospiesznie do pastora i zaczął mu coś szeptać do ucha. Ten słuchał go wyraźnie poruszony. - Drodzy moi! - wykrzyknął wreszcie. - Morze ruszyło! Morze ruszyło! Wieje z północy i północnego wschodu! Po czym obrócił się na pięcie i zniknął w bocznym pomieszczeniu od strony zakrystii, gdzie, jak wszyscy wiedzieli, trzymał swój rynsztunek kaszornika. Na te słowa tłumek natychmiast ruszył ku wyjściu z kościółka: pochrząkując, przepychając się z lekka, niczym wielka dżdżownica sunąca ku plaży na zewnątrz. Lesser wypadł na dwór jako jeden z pierwszych. Nawet z tej odległości słyszał, jak wzburzone fale gwałtownie uderzają o brzeg. Szykował się dobry połów. Kierunek wiatru był odpowiedni. Najlepiej rokowały właśnie wiatry z północy. Musiał się tylko pospieszyć - chętnych było wielu, widział, jak ludzie, przyspieszając kroku, roztapiają się w ciemności. Wiało coraz mocnej. Lesser spojrzał w stronę morza. Żywioł ukryty był w ciemności. Tylko wysokie grzywy fal atakujących brzeg zdradzały jego obecność i utajoną moc. W powietrzu unosił się zapach soli i zgniłych wodorostów. Zapowiadała się dobra noc. 2. Po kilku minutach był już w swojej chacie. Po śmierci ojca dom podupadł. Drewniane ściany z liszajami po białawej soli zdawały się zapadać w piasek i wtapiać w pobliską wydmę. Powinien podreperować chałupę i powstrzymać dzieło zniszczenia, ale jak na razie miał inne zmartwienia: co zrobić, by przeżyć do następnej niedzieli. Gdyby nie połowy bursztynu, już dawno pomarłby pewnie z głodu i poszedł do piachu. Gdy mu się poszczęściło, zanosił jantar do francuskiego Żyda, który pojawił się w Gdańsku wraz z wojskami Napoleona. W obskurnym kantorze przy Heilige Geistgasse6, w miejscu po rozebranej niedawno Bramie Dzwonnej, skupował on surowiec od tutejszych biedaków i czynił to oczywiście po paskarskich cenach. Dobre jednak było i to. Tych parę groszy 4 Francuzi triumfalnie wkroczyli do miasta 27 maja 1807 r., na czele z marszałkiem Francois-Joseph Lefebvrem, dowódcą wojsk oblegających Gdańsk od marca. 5 Poławiacz bursztynu. 6 Obecnie ulica Świętego Ducha. 18 Krzysztof Bochus pozwalało Lesserowi utrzymać się na powierzchni. Czasami, gdy los mu sprzyjał, wraz z bursztynem udawało się wyłowić parę łososi, które wyślizgiwały się z sieci, poszarpanych przez kile i kotwice angielskich fregat, nieustannie patrolujących brzegi zdobytego przez Francuzów miasta. Wtedy mógł sobie nawet pozwolić na kieliszek machandla w jednej z portowych tanich tawern na pobrzeżu, w których śmierdziało rybą i kocimi szczynami. Lesser wszedł do komórki za kuchnią. Miał tu na półce przygotowaną odzież i sprzęt, bez którego nie mógł się obyć żaden kaszornik. Tych samych rzeczy używali jego ojciec i dziad. Sposób poławiania bursztynu nie zmienił się bowiem od wieków. Wciągnął na nogi wełniane rajtuzy i ze złością skonstatował, że myszy lub mole wyżarły w nich dziury wielkości guldena. - Już ja się wam dobiorę do dupy, wy france cholerne — mruknął ze złością pod nosem. Następnie wciągnął gumowe spodnie i wzuł wysokie buty, mające chronić przed lodowatą wodą. Podobnie jak gruby sweter z dobrej angielskiej wełny, który założył pod rybacką kapotę. Wziął do ręki kaszorka - siatkę na kiju - i potrząsnął nim, jakby chciał dodać sobie animuszu. Był gotów. Do morza prowadziła wąska ścieżka, wydeptana przez pokolenia Lesserów: blada wstążka wijąca się zakosami poprzez ciemne zarośla, potrzaskane muszle i wodorosty. Gdy doszedł na plażę, zatrzymał się na chwilę. Spieszył się, a jednak na plaży dostrzegł już innych. Widział w oddali wędrujące ogniki pochodni i światełka lamp - znak, że pozostali kaszor-nicy są już na miejscu. Zmełł w ustach bezsilne przekleństwo i wszedł do wody. Mimo butów i gumowych spodni niemal natychmiast poczuł nieubłagany dotyk zimna, które będzie odmrażał mu golenie i po mniej więcej dwudziestu minutach zmusi go do powrotu na brzeg. I tak miał szczęście. Bywało, że lodowaty deszcz lub śnieg napędzane wichurą w ogóle uniemożliwiały wejście do wody i połów. Wtedy trzeba było schronić się za wydmę i wyczekiwać świtu. W tym świecie liczył się bowiem czas: kto pierwszy - ten lepszy. I to bez taryfy ulgowej. Najpierw postanowił sprawdzić, co unosi się na falach. Łapał te znaleziska do siatki i wynosił na piach, zostawiając sobie na później przeszukiwanie morskich osadów. Potem metodycznie zaczął przeszukiwać dno kilka metrów od brzegu. Dobrze wiedział, że bursztyn zalega najczęściej właśnie tam, pod stertą morskich „śmieci”: patyków, osadów, martwych roślin. A na najlepsze połowy można było liczyć właśnie zimą, kiedy to ciężka od soli woda „gęstniała”, pozwalając, by lekki bursztyn swobodnie wypływał na powierzchnię. To dlatego ten mrożący krew w żyłach wiatr i przenikające zimno były przekleństwem i dobrodziejstwem zarazem. Obracał kilka razy, ale po godzinie takich połowów postanowił powrócić na brzeg. Przyświecając sobie lampą, zaczął przeszukiwać stertę wyłowionych śmieci. Patyki, kora, wodorosty, muszle, kamienny szlam... Po kwadransie westchnął zniechęcony. Nie tego się spodziewał. Znalazł ledwie kilka kamyków, tylko jeden wielkości kciuka. Szlag! Jak pech to pech. Odwrócił się zniechęcony i podniósł wyżej latarnię. Widział teraz małą zatoczkę wyżłobioną w plaży przez wody Bałtyku. Podszedł bliżej. Dopiero w tym momencie zauważył leżące tu kawały zmrożonego lodu. Wyglądały jak odłamki porąbanej siekierą kry lodowej, ich obłe krawędzie ledwie odróżniały się od pociemniałego piasku. Hipnoza 19 Wyciągnął zza pazuchy nóż i podszedł bliżej. Jednym uderzeniem rozłupał pierwszą bryłę lodu na pół. Była pusta. Lepiej poszło mu z drugim kawałkiem. We wnętrzu odnalazł dwa bursztyny, nadal jednak była to drobnica. I wtedy potknął się o największą z brył. Spojrzał na nią i poczuł, jak serce gwałtownie szarpnęło mu się w piersi. W środku coś było: dużego, okrągłego i bardzo obiecującego. Przez lodową przesłonę przebijała żółtawa barwa znaleziska. Miał wrażenie, że widzi też dwa wżery na górze i jeden poziomy na dole. Bursztynowy olbrzym, sukcynit z inkluzją, może jakimś owadem, zastygłym w żywicy przed czterdziestoma milionami lat? Gdyby tak było, to nawet od tego francuskiego parcha dostałby godziwą cenę, pozwalającą nie tylko przeżyć zimę, ale także dobrze zabawić się w tawernie Jacoba, gdzie podawali najlepsze tłuste śledzie w mieście i najgorętsze kokoty na deser. Kiedy ostatni raz miał kobietę? Wieki temu... Niecierpliwie roztłukiwał bryłę nożem do oprawiania ryb. Mosiężna rączka miała swój ciężar, a jednak lód stawiał opór, jakby nie chciał oddać w obce ręce swej tajemnej zawartości. Wreszcie pod kolejnym uderzeniem lodowa powłoka pękła, odsłaniając połyskującą woskowym kolorem bryłę znajdującą się w środku. Johannes Lesser poświecił lampą i zastygł w przerażeniu. To, co widział przed sobą, nie było bursztynowym olbrzymem. Miał przed sobą ludzki czerep z kawałkiem pomarszczonej jak pergamin szyi. Widać jeszcze było równe cięcie, którym ktoś dekapitował ciało. Oczy nieboszczyka były otwarte - dwa martwe opale wpatrywały się oskarżycielsko w mężczyznę. W ustach trupa świecił jakiś okrągły przedmiot. W świetle lampy zalśnił wojskowy order na trójkolorowej zawieszce. Johannes Lesser krzyknął, cofnął się gwałtownie i upadł plecami na piasek. To jednak nie była dobra noc. Od morza nadciągnął nasycony wilgocią tuman, który ciemnym woalem opadł na plażę, pożerając francuską głowę, Johannesa Lessera i cały jego lęk. 20 Marek Suchar Marek Suchar BYŁO NAS CZTERECH ZAMOR: Było nas czterech. Przez całą podstawówkę razem - aż do wyjazdu Lewego w ósmej klasie, po Marcu 68 roku. Malina, Zbynio, Lewy i ja. Malina, kapitan szkolnej drużyny piłkarskiej, obiekt westchnień koleżanek z równoległych klas, który na czas wyjazdu z nami do Jerozolimy, oderwał się od swoich szalenie ważnych poselskich obowiązków; Zbynio, inżynier z dystansem przyglądający się wszystkiemu i tylko od czasu do czasu zaskakujący nas swoimi przenikliwymi, ironicznymi uwagami; ja, czyli Zamor, w klasie ceniony głównie z powodu buntowniczego charakteru i wynikającej z niego skłonności do stawiania się nauczycielom, a dziś poświęcający swój czas średnio skutecznym próbom zainteresowania podstawami socjologii studentów jednego z prowincjonalnych uniwersytetów; no i ten czwarty, czyli Lewy, który teraz w Izraelu jest podobno znanym i cenionym profesorem anestezjologii. Dziś po latach znów się spotykamy, żeby wziąć udział w imprezie urodzinowej Lewego, na którą zaprosił nas do siebie do Jerozolimy. Miejsce: hala odlotów na Okęciu w Warszawie MALINA: No, w końcu się zdecydowaliście. Lewy tyle razy nas już przecież do siebie zapraszał. Zawsze się dziwiłem, że zwłaszcza ty, Zamor, dotychczas się z nim nie spotkałeś, przecież z nas trzech ty byłeś z nim właściwie najbliżej. ZAMOR: Może właśnie dlatego. Jakoś nie miałem odwagi. MALINA: O rany, jak ty zawsze komplikujesz najprostsze sprawy! Nic się nie zmieniłeś. ZAMOR: Wolę to, niż wszystko upraszczać i sprowadzać do banału, tak jak ty. ZBYNIO: Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy, a wy już się zaczynacie kłócić. Powiedzcie lepiej jak to właściwie było z tym wyjazdem Lewickich. Naprawdę musieli wtedy wyjeżdżać? Ja właściwie nawet nie bardzo zdawałem sobie sprawy z tego, że oni są Żydami. ZAMOR: Ja miałem zawsze jakąś tego świadomość, chociaż na co dzień się oczywiście o tym nie myślało. To przecież nie miało dla nas żadnego znaczenia. ZBYNIO: No właśnie. I dlatego ta ich decyzja wyjazdu tak nas wtedy zaskoczyła. MALINA: Po Marcu przecież większość Żydów z Polski wyjechała. Może nie było to zjawisko masowe, bo aż tak wielu ich już przecież wtedy nie było, ale za to bardzo widoczne, a w każdym razie bardzo... odczuwalne. Mówiło się o tym. Pamiętacie? Jedni żegnali się uroczyście, a inni po prostu znikali - po cichu, nagle, z dnia na dzień. A dlaczego? To znana sprawa. Myślę, że Lewiccy wyjechali z tych samych powodów, co inni. ZBYNIO: To znaczy? MALINA: Nagonki rozpętanej wtedy przez gomułkowską władzę. Pytasz, jakbyś nie wiedział. Było nas czterech 21 ZAMOR: Myślę, że mogło chodzić nie tylko o tę nagonkę. MALINA: A niby o co? ZAMOR: Myślę, że mogli po prostu mieć już dość. Czego? To ty teraz pytasz, jakbyś się wczoraj urodził. Antysemityzmu, kolego, a-n-t-y-s-e-m-i-t-y-z-m-u, który nie pojawił się w Polsce w roku 1968 i nie był wynalazkiem Gomułki czy Moczara. A wcześniej co? Nie było getta ławkowego i numerus clausus przed wojną? Nie było hasła „Nie kupuj u Żyda”? Nie było za okupacji szmalcowników, Jedwabnego, Radziłowa, a po wojnie pogromów w Krakowie, Kielcach? MALINA: Przecież to jest udowodnione, że cała ta „antysyjonistyczna” heca w Marcu była inspirowana odgórnie i wyreżyserowana przez władze! Nie mieszaj do tego Jedwabnego ani Kielc, bardzo cię proszę. To zwykła demagogia. ZAMOR: Oglądałem kroniki filmowe z 68’ roku. Tam są obrazki z wieców, które wtedy organizowano. Radzę wam, obejrzyjcie je sobie, przyjrzyjcie się twarzom tych ludzi, posłuchajcie co krzyczeli. Ile w tym było autentycznej, spontanicznej niechęci, żeby nie powiedzieć mocniej. Z tym, że tam oczywiście słowo Żyd przeważnie nie padało. Masz rację. Krzyczano „Syjoniści do Syjonu”. To hasło akurat rzeczywiście wymyśliła gomuł-kowska propaganda. ZBYNIO: Zamor ma rację. Ta niechęć była w wielu ludziach cały czas, ale taka przyczajona. A wtedy powyłaziła na powierzchnię. Bo władza pozwoliła. Ba, wręcz zachęcała. MALINA: Może i tak. Nie chce mi się teraz z wami o to spierać. W każdym razie myśmy wtedy o tych rzeczach nie mieli pojęcia. ZAMOR: Zgadza się. O wielu rzeczach nie mieliśmy pojęcia. Byliśmy w końcu jeszcze prawie dziećmi. Ja dopiero później z rozmów, z lektury wspomnień marcowych emigrantów, dowiedziałem się o naciskach, szykanach, poczuciu zaszczucia i osaczenia, jakich doświadczali w wyniku zorganizowanej przez władze nagonki, ale także na skutek wypełzającego na światło dzienne interesownego bądź bezinteresownego antysemickiego drań-stwa. O poczuciu odrzucenia przez kraj, który wybrali jako ojczyznę i szoku przeżytym w zetknięciu z bezdusznością, a czasem wręcz z wrogością ze strony sąsiadów i kolegów z pracy. O skojarzeniach z czasami, gdy na ulicach czuli się jak zwierzyna łowna, zdani na łaskę pozbawionych ludzkich uczuć i skrupułów szmalcowników, i o tym, że - słusznie czy nie — niektórym wracały wtedy koszmary wywołane wspomnieniami pogromów. Tego wszystkiego wówczas nie wiedzieliśmy. Nie jestem zresztą pewien, czy bylibyśmy w stanie to wtedy zrozumieć. MALINA: Tyle, że Zbyniowi chodziło konkretnie o Lewickich. A oni przecież nie wyjechali z powodu pogromów czy getta ławkowego. Przecież to był rok 68’, ponad dwadzieścia lat po wojnie. Przecież im się dobrze żyło, mieli fajną pracę, jakieś perspektywy. ZAMOR: Dużo my tam wiemy. ZBYNIO: Próbuję sobie przypomnieć, co wtedy myśleliśmy. Na przykład - czy im wtedy współczuliśmy? ZAMOR: Tym wyjeżdżającym? O ile dobrze pamiętam - myśmy im po prostu strasznie zazdrościli! W końcu kto wtedy nie marzył o tym, żeby wydostać się z tej peerelowskiego szarości, biedy i beznadziei. Oni wyjeżdżali do Wolnego Świata, o którym my mogliśmy 22 Marek Suchar tylko pomarzyć albo poczytać w książkach. Tak to mniej więcej wyglądało wtedy z naszej perspektywy. MALINA: No właśnie. Z tym, że z tym wyjazdem Lewickich było rzeczywiście trochę dziwnie, bo oni, inaczej niż większość tych, którzy po Marcu emigrowali, zdecydowali się wyjechać akurat do Izraela. Niby też za żelazną kurtynę, ale nie na Zachód, tylko do jakiegoś egzotycznego kraju na Bliskim Wschodzie. Inni wybierali Szwecję, Danię, Austrię albo Stany. A oni Izrael. Na Zachód proszę bardzo — to każdy rozumiał, ale do Izraela? Do Azji!? ZBYNIO: Masz rację. Wyemigrować do Azji, to było wtedy jakby polecieć w kosmos. Nie mieliśmy pojęcia, jak tam jest, nie wiedzieliśmy niczego o tym kraju, nie wiedzieliśmy nawet, w jakim języku się tam mówi. Zapytałem kiedyś Lewego, czy zna jidysz, żeby się tam móc porozumieć na miejscu, ale z jakiegoś powodu strasznie go tym wkurzyłem. ZAMOR: A przy tym wszystkim mieliśmy poczucie jakiejś powagi chwili. Wyjazdy z Polski wtedy były przecież wyjazdami na zawsze. Bez możliwości powrotu, odwiedzin, spotkań. Może wielu rzeczy wtedy nie wiedzieliśmy, ale co do tego mieliśmy akurat wszyscy absolutną jasność. MALINA: Potem się wyjaśniło, że pojechali do Izraela, bo pan Lewicki dostał tam pracę na uniwersytecie. On wyjechał pierwszy, a Lewy z matką dopiero po paru miesiącach, chyba jako jedni z ostatnich. I wyjeżdżali inaczej niż inni marcowi emigranci. Jakoś tak z fasonem. Nie pociągiem, tylko samolotem. ZAMOR: Pamiętam jak zwolniliśmy się z lekcji, żeby odprowadzić ich na lotnisko. Pamiętam, że była paskudna pogoda, szaro, smutno, ponuro i pusto. Zaledwie kilkoro pasażerów, a my byliśmy jedynymi żegnającymi ich osobami. To było wtedy malutkie lotnisko, z budynku dworca lotniczego do samolotu szło się piechotą. Pamiętacie jak staliśmy za ogrodzeniem z siatki i machaliśmy im na pożegnanie? ZBYNIO: To wszystko prawda, tylko że nie odpowiedzieliście mi w końcu, czy oni naprawdę musieli wtedy wyjeżdżać? A może po prostu chcieli? ZAMOR: Musieli, chcieli... a może jedno i drugie jednocześnie? W każdym razie powody musiały być dostatecznie mocne. A jakie? Czy to ma po tylu latach jakieś znaczenie? MALINA: Widocznie dla Zbynia ma. Ale jeżeli to dla ciebie Zbyniu takie ważne, to chyba najprościej będzie spytać o to samego Lewego. ZAMOR: Naprawdę chcecie z nim rozmawiać na takie tematy? ZBYNIO: A żebyś wiedział. Zresztą ja mam do niego więcej pytań. MALINA: A o co chciałbyś go spytać? ZBYNIO: Bo ja cały czas się zastanawiam czy on się w tym Izraelu zmienił. Wszyscy się jakoś zmieniliśmy, w końcu to tyle lat. Ale ja się zastanawiam jak bardzo on stał się „tamtejszy”, na przykład czy jada koszernie, czy zaczął chodzić w jarmułce, czy lepiej mu się teraz czyta książki po polsku, czy po hebrajsku, czy myśli to samo co my o konflikcie izraelsko-palestyńskim? Tyle tych pytań, a wszystkie być może sprowadzają się do jednego: czy stał się inny przez to, że zamieszkał akurat w Izraelu. W kraju żydowskim, bądź co bądź. Przecież on nawet nazywa się teraz inaczej. Co prawda on zawsze był Żydem, tam we Wrocławiu też, tyle tylko, że my wtedy o tym nie myśleliśmy. Ale czy on też wtedy Było nas czterech 23 o tym nie myślał? A może były sprawy, którymi się z nami nie dzielił, jakieś tajemnice, do których nas nie dopuszczał? Może w domu, nie przy nas, Lewiccy mieli jakieś swoje własne, zakryte przed nami, żydowskie życie? MALINA: Przestań! Skąd ci takie rzeczy przychodzą do głowy? ZAMOR: No przychodzą, nic na to nie poradzę. Po prostu przychodzą. llllillllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllillllllllllllllllllllllllilllllllllllllllll Mieszkanie Lewego w jerozolimskiej dzielnicy Rehavia. ZAMOR: Pięknie mieszkasz, Lewy! A już najbardziej niesamowity jest ten twój taras z drzewkami pomarańczowymi i widokiem na okoliczne ogrody. Cała ta twoja dzielnica zresztą jest przyjemna i taka elegancka. Tyle tu zieleni. Mieszkasz tu sam? LEWY: Dzielnica jest rzeczywiście fajna. A mieszkam... jakby to powiedzieć... częściowo sam. Pięć lat temu się rozwiodłem i nie ożeniłem powtórnie, ale mam teraz... a girlfriend. MALINA: Partnerkę! LEWY: O właśnie, partnerkę. Przepraszam was, czasami braknie mi jakiegoś polskiego słowa, ale to minie, szybko się przestawię, potrzebuję dosłownie kilku godzin. ZBYNIO: E tam. Nie przejmuj się. Skąd niby miałbyś wiedzieć, że teraz się mówi „partnerka”. Za twoich polskich czasów mówiło się pewnie „sympatia” albo „narzeczona”. ZAMOR: Super, ale pozwolicie, ze zmienię temat. Najwyższy czas żebyś opowiedział nam o sobie. LEWY: No dobra. Rzeczywiście wam się to należy. Więc zacznę od początku, od przyjazdu tutaj. Z nami było trochę inaczej niż z innymi, którzy przyjechali tu wtedy z Polski. Oni zwykle nie mieli tu łatwo. Teraz Izrael to nowoczesny, bogaty kraj, ale kiedy myśmy tu przyjechali, było jeszcze bardzo skromnie i dość biednie. Pod pewnymi względami może nawet biedniej niż w Polsce. MALINA: Niemożliwe! LEWY: A jednak. A już naprawdę ciężko było tym, którzy musieli tu zaczynać wszystko od nowa. Myśmy byli w trochę innej sytuacji. Ojciec zaczął pracować na uniwersytecie i zarabiać, wynajął przed naszym przyjazdem mieszkanie, nawet zdążył je już trochę urządzić. Było większe i ładniejsze niż to, w którym mieszkaliśmy w Polsce. Mieliśmy więc tutaj, można powiedzieć, miękki start. Ale tak całkiem łatwo to też nie było. ZAMOR: Dlaczego? LEWY: Bo przyjechaliśmy do obcego kraju, o którym niczego wcześniej właściwie nie wiedzieliśmy. Nie znaliśmy języka. Nawet z odczytaniem jakichkolwiek napisów na ulicy był kłopot. Ojciec chciał, żebyśmy poznali ten swój nowy kraj. Co dwa, trzy tygodnie jeździliśmy w różne miejsca. Na początek zaprowadził nas pod Ścianę Płaczu. To było zaraz w pierwszą czy drugą sobotę po przyjeździe. A tak na marginesie, wiecie że tutaj się nie mówi Ściana Płaczu, tylko „Kotel” czyli „Zachodnia Ściana”. ZBYNIO: Jak będziesz tak mówił w Polsce, to nikt nie będzie wiedział o co ci chodzi. 24 Marek Suchar LEWY: Może masz rację. Nieważne. W każdym razie poszliśmy tam. I jak się okazało, dla mnie akurat to jednak była prawdziwa ściana płaczu, bo kiedy się tam znalazłem i zobaczyłem tych wszystkich rozmodlonych ortodoksów w chałatach, a takich ludzi ja przecież wcześniej nigdy w swoim życiu nie spotkałem i nawet nie wiedziałem, że istnieją, to poczułem się tak strasznie obco, tak strasznie nie u siebie, że naprawdę chciało mi się płakać. Wszystko było takie dziwne, nie-moje i czułem, że nie mam z tym kompletnie nic wspólnego. „Co ja tu robię? — pytałem sam siebie. - Przecież ja powinienem w tym czasie kopać piłkę z chłopakami na podwórku albo oglądać w telewizji Stawkę większą niż życie czy Kabaret Starszych Panów”. I wtedy po raz pierwszy do mnie dotarło, co się właściwie wydarzyło. Przecież między Kabaretem Starszych Panów a tymi chasydami w chałatach kiwającymi się pod Ścianą Płaczu były jakieś lata świetlne mentalnej odległości. Wcześniej byłem za bardzo przejęty samym wyjazdem, żeby o takich rzeczach myśleć. A poza tym traktowałem wszystko raczej jako przygodę. I dopiero wtedy, przy tym Kotelu, dotarło do mnie po raz pierwszy, co się właściwie stało. Może to głupie, że myślałem wtedy o kapitanie Klossie, o takim wydawałoby się głupim detalu. Ale tak było zawsze, kiedy tęskniłem za Polską. Tęskniłem za konkretami — konkretnymi osobami, miejscami, za zapachem lasu, za smakiem czereśni. I przede wszystkim często miałem poczucie, że gdzieś tam w Polsce toczy się cały czas prawdziwe życie i że dzieje się tam coś ważnego, ale beze mnie. Ze mnie w ten sposób coś bardzo ważnego i wspaniałego w życiu omija. ZBYNIO: A co było później? LEWY: Poszedłem na taki specjalny, bardzo intensywny kurs hebrajskiego, opracowany z myślą o takich nowych Izraelczykach jak my wtedy. Ale to była tylko, można powiedzieć, przygrywka, bo w miarę normalne życie zaczęło się dopiero wtedy, gdy poszedłem do szkoły. A język sprawiał mi problemy jeszcze dość długo. Oczywiście umiałem się nim posługiwać w codziennych sytuacjach i w szkole, ale książki zacząłem czytać po hebrajsku dopiero po jakichś sześciu, czy siedmiu latach pobytu tutaj. Wcześniej czytałem wszystko tylko w polskich przekładach. ZBYNIO: To po jakiemu teraz myślisz - po polsku czy po hebrajsku? LEWY: Teraz, kiedy z wami rozmawiam, myślę po polsku... A na co dzień? Oczywiście po hebrajsku. Przecież ja też i żyję tu po hebrajsku, pracuję po hebrajsku, jem po hebrajsku, głosuję na hebrajskie partie w wyborach do parlamentu, słucham hebrajskich piosenek w radiu. Jestem obywatelem tego kraju. Z wszelkimi tego konsekwencjami. I powiem wam coś jeszcze. Zaraz po przyjeździe tutaj zmieniliśmy nazwisko. To nie jest drobiazg, jak by się mogło wydawać. To jest dobrze pomyślane. Zmieniasz nazwisko i stajesz się przez to w jakimś sensie nową osobą. Zostawiasz przeszłość za sobą. Stajesz się nowym człowiekiem, Izraelczykiem. Zaczynasz być „stąd”. Łatwiej wtedy zaadaptować się do życia w nowym kraju, w nowych warunkach. W nowym klimacie! Ja nazywam się teraz, jak pewnie wiecie, Levy. ZBYNIO: Kazali wam zmienić nazwisko? LEWY: Nikt nam niczego nie kazał. To my sami. I to zresztą nie jest właściwie nowe nazwisko, tylko podobno prawdziwe nazwisko moich przodków, które chyba przez któregoś z pradziadków zostało spolszczone na Lewicki. Możecie nie wiedzieć, ale tutaj to jest Było nas czterech 25 całkiem niezłe nazwisko, bo oznacza, że pochodzimy w prostej linii od lewitów, czyli rodu kapłańskiego służącego w Świątyni Jerozolimskiej. A wiadomo, że lewitą mógł zostać tylko ktoś, kto był potomkiem Lewiego, syna biblijnego Jakuba, który to Jakub był z kolei jak wiadomo synem Izaaka a wnukiem Abrahama. Nie sądzę, żeby ktoś w Polsce mógł się pochwalić drzewem genealogicznym sięgającym drugiego tysiąclecia przed naszą erą. A u nas, Żydów, jak widzicie, to prawie normalka. ZAMOR: Pierwszy raz użyłeś przy nas takiego sformułowania: „u nas, Żydów”. LEWY: No widzisz. ZBYNIO: Kiedyś nigdy byś czegoś podobnego nie powiedział. LEWY: Pewnie że nie! MALINA: No dobra, a co było potem? Po szkole. LEWY: A po szkole, jak wszyscy tutaj, poszedłem do wojska. MALINA: Byłeś w wojsku!!! LEWY: A co ty myślałeś? Jasne, że byłem. Jak wszyscy tutaj. W Izraelu nawet kobiety idą do wojska. Tu jest prawdziwe równouprawnienie. Ha, ha, ha. ZBYNIO: A jaki masz stopień? LEWY: Po hebrajsku to się nazywa alluf, a po polsku to będzie chyba pułkownik. MALINA: Ale numer, jesteś pułkownikiem! Czyli właściwie mógłbyś nam wszystkim wydawać rozkazy, bo jesteś najstarszy stopniem! ZAMOR: Z wyjątkiem mnie. Mnie nie mógłby rozkazywać, bo ja nie mam żadnego stopnia i w związku z tym nikt mi nie może rozkazywać. LEWY: Jak to nie masz żadnego stopnia? ZAMOR: Nigdy nie byłem w wojsku. LEWY: Nie chciałeś czy nie mogłeś? A może jesteś pacyfistą?! To by mi do ciebie nawet pasowało. ZAMOR: A co, nie lubisz pacyfistów? LEWY: Nie o to chodzi. Po prostu widzę, że będę musiał nad tobą popracować. Jak ci trochę opowiem o naszej tutaj sytuacji, to zobaczymy, czy nie zmienisz zdania. ZBYNIO: I nigdy od wyjazdu nie byłeś w Polsce? Nie ciągnęło cię? LEWY: Zbyniu drogi. Oczywiście, że mnie ciągnęło. Ciągnęło jak cholera. Ale bardzo szybko zrozumiałem, że nie ma dla mnie powrotu. Że moje życie jest tutaj. I że jak będę siedział i cały czas tylko tęsknił, to moje życie tutaj już zawsze będzie takie smętne. A jeżeli ono ma mieć sens, to muszę się pozbierać i skupić na tym, co dookoła mnie. Potraktować to jak własne. Przestać myśleć o Polsce. Bo powrotu dla mnie już tak czy owak nie było. Ani też drogi w żadną inną stronę. Dość szybko zrozumiałem, że tak jest, a jakiś czas potem zrozumiałem też, dlaczego tak jest. ZBYNIO: Powiesz nam? LEWY: Jasne! To nie jest takie znów skomplikowane. Powodów jest kilka. Pierwszy taki, że Polska nas nie chciała. MALINA: Jak to „Polska was nie chciała”. Czy ty czułeś z coś takiego naszej strony? LEWY: No coś ty! 26 Marek Suchar MALINA: No to nie mów tak. Myśmy ciebie chcieli, a myśmy w końcu przecież też byli Polską. Nie czułeś tego tak? Za co myśmy, choćby my trzej, trafili u ciebie do takiego wspólnego mianownika? LEWY: Oczywiście, że to poczucie odrzucenia nie wiązało się z wami, ale chociaż trudno to wytłumaczyć, ono się jednak jakoś uogólniało. To przecież nie były nasze urojenia. Ojca w końcu naprawdę wywalili z pracy na uniwersytecie, a matka cały czas się też tego spodziewała. Znajomych rodziców pozbawiali stanowisk, wyrzucali z pracy, ich dzieci usuwali ze studiów. A wy? Wy i wasze rodziny i jeszcze kilkanaście innych zaprzyjaźnionych osób, byliście dla nas jak tych dziesięcioro sprawiedliwych w Sodomie. Wy byliście dla nas ważni. Nawet nie wiecie jak. Ale chociaż to się bardzo liczyło, nie równoważyło tego, co spotykało nas ze strony innych. Pamiętacie, że byliście jedynymi, którzy żegnali nas na lotnisku? ZAMOR: To jeden powód. Mówiłeś, że było ich więcej. LEWY: Drugi jest taki, że nikt inny właściwie też nas nie chciał. I to się, nawiasem mówiąc, do dzisiaj nie zmieniło. Wy teraz jesteście obywatelami Europy, możecie pojechać praktycznie do każdego kraju w Europie i tam się osiedlić. I w zasadzie wszędzie będziecie mile widziani. Ale dokądkolwiek ja pojadę, zawsze i wszędzie w końcu znajdzie się ktoś, komu to się nie będzie podobało i wytknie mi to, że jestem Żydem. Prędzej czy później. Ja mam teraz polski paszport, załatwiłem sobie w zeszłym roku. Izraelski oczywiście też mam. Ale ja mogę mieć sto paszportów, a gdziekolwiek się znajdę, to zawsze będę przede wszystkim Żydem. I to jest ten trzeci powód, najważniejszy. I w końcu, chociaż to nie było tak od razu, zrozumiałem, że w związku z tym jedynym dla mnie miejscem do życia jest Izrael. Nie dlatego, że uważam ten kraj za idealny. Wiele rzeczy mi się tu nie podoba. Bardzo wiele. Z wieloma rzeczami się nie zgadzam. Długo by o tym mówić. Ale co z tego? A wam się w Polsce wszystko podoba? Podobanie się to nie jest motyw do wybierania ojczyzny. ZBYNIO: Ojczyzny? LEWY: Żebyś wiedział. Bo zrozumiałem z czasem, że należę do tego kraju, a z ludźmi w nim mieszkającymi łączy mnie wspólnota losu. Zrozumiałem, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie nie będę musiał się obawiać, że mnie spotka coś złego wyłącznie z tego powodu, że jestem Żydem. A tak było przecież z Żydami przez całe ostatnie dwa tysiące lat. Byliśmy pogardzani, prześladowani, przeganiani z miejsca na miejsce. Nigdy nie mogliśmy być pewni tego, co nas czeka. Dziesiątki pokoleń życia w strachu i niepewności. I potem jeszcze Holokaust. Szkoda gadać. Wiecie , że z mojej rodziny z obu stron zginęło w nim sto dwadzieścia osób? (milczy) Więc ta wolność od strachu i wynikające z niej poczucie godności i własnej wartości to są rzeczy, za które wielu z nas tutaj w Izraelu jest gotowych oddać życie. I warto to brać pod uwagę, jeśli chce się zrozumieć cokolwiek z tego, co się tutaj u nas dzieje. Było nas czterech 27 lllllllllllllllllillllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllillllllllllilllllllilllllllllllllllllllilllillilllllllllll Salonik dla gości w pensjonacie, w którym Malina, Zbynio i Zamorpodejmują kawą i winem Lewego po powrocie ze wspólnego spaceru po ultraortodoksyjnej dzielnicy Mea Shearim. ZBYNIO: No to jak to z tobą w końcu jest? Jesteś religijny? Mam na myśli, czy jesteś religijny jako Żyd? Rozumiesz o co mi chodzi? LEWY: Religijny, niereligijny. To nie są dobre określenia, bo w przypadku Żydów nie o re-ligię przede wszystkim tu chodzi. A zresztą może i masz rację? Może trochę chodzi o religię? MALINA: Chyba coś kręcisz. Powiedz po prostu - tak czy nie. LEWY: Nie kręcę, tylko to nie jest takie proste. Zacznę od tego, że znalazłszy się tutaj, w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, co to właściwie znaczy, że jestem Żydem. Co to znaczy w ogóle i co to znaczy dla mnie osobiście. No i w ten sposób musiałem skonfrontować się z faktem, że bycie Żydem ma również swój wymiar religijny. Różnie to może być u różnych ludzi, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale jak się chce rzecz rozważyć uczciwie, to od tego religijnego aspektu nie można abstrahować. I dlatego w pewnym momencie zainteresowałem się judaizmem. Wcześniej właściwie nic o nim nie wiedziałem. Z tym, że to nie było żadne „nawrócenie”, żaden odruch serca czy potrzeba duchowa. To u mnie płynęło z rozumu, było czysto intelektualne. A że te wszystkie sprawy związane z religią są zawsze takie skomplikowane, więc uporanie się z tym tematem zajęło mi w sumie sporo czasu. ZAMOR: Skomplikowane! U was wszystko jest zawsze skomplikowane. To jest chyba najczęstsze słowo jakie tutaj od wszystkich słyszę. O cokolwiek się zapyta - wszystko jest skomplikowane. LEWY: Sam widzisz. ZBYNIO: No dobra, ale co z tym judaizmem? LEWY: Zacząć chyba muszę od tego, że moi rodzice pochodzili ze świeckich, niereligijnych, kompletnie zasymilowanych domów. I jak wiecie tak też mnie wychowali. Jak się urodziłem, to podobno zastanawiali się nawet, czy nie ułatwić mi życia i mnie nie ochrzcić. To by w Polsce tyle rzeczy upraszczało. Wielu naszych znajomych chrzciło swoje dzieci, a niektórzy ukrywali nawet przed nimi ich żydowskie pochodzenie. Chodziło o to, żeby im ułatwić życie, żeby zdjąć z nich ten żydowski garb. No, po prostu - oni chcieli swoim dzieciom oszczędzić pewnych swoich własnych trudnych doświadczeń. I uważali, że skoro zdecydowali się pozostać w Polsce, być Polakami, to należy raz na zawsze skończyć ten „żydowski temat” i o nim więcej nie mówić. I już. Niektórym chodziło też o to, żeby ich dzieci były przez to bardziej bezpieczne. Bezpieczeństwo było ważną rzeczą. Nawet jeśli się o nim nie mówiło, to jednak prawie zawsze jakoś się o tym myślało. Przecież to było zaledwie kilkanaście lat po wojnie, którą oni wszyscy przeżyli właściwie tylko cudem. Potem zresztą najczęściej okazywało się, że to wszystko nie jest takie proste. Żydowskie tematy wracały. Czasami przypominały o sobie nawet w dość bolesny sposób. Ja sam w Polsce nie miałem z tym żadnego problemu. Już wam mówiłem. Niby wiedziałem, że jestem Żydem, ale nie nadawałem temu faktowi specjalnego znaczenia. Nie było we mnie nigdy takiej dychotomii Żyd - Polak. Że trzeba być albo tym, albo tym. Ani czegoś takiego, że czułem się Polakiem, chociaż jest Żydem. W tych sprawach nie było we mnie nigdy żadnych „chociaż” ani żadnych „ale”. MALINA: No, ale co z tym judaizmem? 28 Marek Suchar LEWY: Spokojnie. Właśnie dochodzę do tego. Więc wychowałem się bez jakiegokolwiek kontaktu z judaizmem. Moi rodzice, jak już powiedziałem, byli niereligijni, więc to było oczywiste. Zresztą oni w ogóle dosyć długo łudzili się, że udało im się wyjść poza te podziały: Żydzi czy nie-Żydzi. Sami uznali się w pewnym momencie po prostu za Polaków, a identyfikowali się raczej w zupełnie innych kategoriach. Jako czytelnicy „Przekroju”, fani Kabaretu Starszych Panów, wielbiciele Beatlesów. A w jakimś sensie też jako zwolennicy ustroju, który wtedy w Polsce zapanował. W sensie ich własnego wyboru i decyzji na pewno nie identyfikowali się jako Żydzi. Dziś bym być może powiedział, że „bardzo się starali nie identyfikować”. Aż przyszedł Marzec. I okazało się, że te ich osobiste wybory i decyzje nie miały wielkiego znaczenia. To był dla nich szok, po którym dochodzili do siebie tu w Izraelu przez długie lata. ZAMOR: No dobra, ale wciąż popadasz w dygresje, a miałeś nam powiedzieć, jak to się stało, że się zająłeś judaizmem? LEWY: To może nawet nie było tak, że ja się nim zająłem, ale raczej tak, że to judaizm zajął się mną. Z tym, że to trafiło na jakąś gotowość z mojej strony, otwartość, zaciekawienie. Bo w końcu -sami rozumiecie — jeżeli już miałem być Żydem, dobrze było chociaż wiedzieć, na czym to polega. MALINA: No i? LEWY: Widzisz, z judaizmem jest pewien kłopot, bo judaizm jest zróżnicowany. Wy też macie przecież w chrześcijaństwie różne kościoły, wyznania czy obrządki, różne sekty, które pod względem teologicznym czasami bardzo, ale to bardzo się od siebie różnią. I podobnie jest w judaizmie. Z tym tylko, że poszczególne odłamy judaizmu dzielą nie tyle różnice teologiczne, ale przede wszystkim różnice dotyczące stylu życia, tradycji, zwyczajów, bo w judaizmie często funkcjonują one równolegle i na równi z praktykami religijnymi. Stąd zresztą powstaje wiele nieporozumień, bo za religię brane są często właśnie te obyczaje, tradycje, a nawet czasem po prostu przesądy przywiezione kiedyś z Litwy, Podola czy Wołynia, które choć religią jako taką nie są, to jednak są z nią często mocno kojarzone. Więc można powiedzieć, że być religijnym żydem to może oznaczać bardzo różne rzeczy, a wspólna dla wszystkich religijnych Żydów jest właściwie tylko wiara w istnienie jedynego Boga i szacunek do Prawa zapisanego w Torze, które mówi Żydom, jak mają żyć i postępować. ZBYNIO: Czyli że judaizm to głównie te zakazy i nakazy? LEWY: Oczywiście, że nie. W judaizmie, jak w każdej religii, najważniejszy jest Pan Bóg. Ale przykazania są bardzo ważne, bo one podpowiadają ludziom, jak żyć z nim w zgodzie. I chociaż o judaizmie mówi się, że jest religią księgi, to na słowach się w nim wcale nie kończy. Słowom nadaje się wymiar praktyczny. I owszem, ma to postać nakazów i zakazów, chociaż ja bym powiedział raczej - reguł albo wskazówek - ale podporządkowywanie się im może mieć głęboki sens. ZAMOR: Takie życie według religijnego regulaminu? Jaki to może mieć sens? Nie żartuj! LEWY: Po pierwsze, jako sposób okazywania pokory wobec majestatu Stworzyciela. Możecie powiedzieć, że to takie „niewspółczesne” i patetyczne określenia. Kto dzisiaj takich używa? A tymczasem chodzi po prostu o uznanie, że we wszechświecie istnieje coś lub ktoś potężniejszy od człowieka, nadający sens ludzkiemu istnieniu. To nie jest mała rzecz, bo to oznacza wiarę w to, że wszystko ma sens. Nasze życie, czyli to, co się z nami dzieje też. MALINA: No Lewy, zaczynasz mówić jak rabin! Było nas czterech 29 LEWY: Mówiłem wam już przecież, że jestem w prostej linii potomkiem żydowskich patriarchów. Ha ha ha. Ale mówiąc serio, ma to również sens dlatego, że podporządkowanie codziennych czynności regułom religijnym uświęca je, przez co zyskują na ważności. Rozumiesz? Wszystko, każdy moment, każdy szczegół, staje się przez to ważny. Można nawet powiedzieć - „święty”. Życie w ten sposób nie tylko nabiera sensu, ale też... jakby to powiedzieć. .. szlachetności, godności, znaczenia. To też duża rzecz. Metafizyka codzienności, rozumiesz? Przeświadczenie, że nasze życie w każdym szczególe jest elementem jakiegoś jednego wielkiego, kosmicznego, albo właśnie — Bożego — porządku. ZAMOR: Bożego porządku! Nieźle Lewy, całkiem nieźle! LEWY: Żebyś wiedział. A po trzecie wreszcie, skrupulatne przestrzeganie przykazań religijnych czy zaleceń etycznych, może dawać ludziom poczucie spełnienia, życia w harmonii i zgodzie ze sobą. Może też być fundamentem bardzo silnych więzi i poczucia przynależności dzielonych z tymi, którzy podobnie do nas myślą, czują i postępują. ZAMOR: A jak to jest z tobą? LEWY: Z początku urzekła mnie ta konieczność podporządkowania każdego aspektu życia codziennego ścisłym regułom, nadająca wszystkim tym zwykłym życiowym czynnościom metafizyczny sens, sprawiająca że pobożny Żyd od rana do wieczora nie przestaje myśleć o Panu Bogu. Tyle tylko że dość szybko zdałem sobie sprawę, że moje serce w tej kwestii po-zostaje chłodne. I dlatego sam nie umiałbym tak żyć. Bo mimo, że jestem Żydem, to w sensie religijnym byłbym kimś w rodzaju konwertyty. Bo jeśli się w judaizmie nie wychowasz, to bardzo trudno jest uczynić jego logikę głównym wątkiem, taką regułą nadrzędną swojego życia. To właśnie dlatego ortodoksi z takim dystansem traktują konwersje na judaizm. ZAMOR: No proszę. LEWY: Więc ostatecznie, w odróżnieniu od wielu moich znajomych tutaj, mam wielki szacunek do judaizmu i żydowskiej religijności, nawet w tej najbardziej ortodoksyjnej wersji, ale jednocześnie mam też poczucie, czy też świadomość dystansu, który mnie od judaizmu dzieli. I chociaż czasem myślę nawet o tych ortodoksach z zazdrością, to tego by nie starczyło na dokonanie prawdziwej rewolucji w moim życiu. lllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllillllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllillllllllliillllllllllll Taras w mieszkaniu Lewego, w którym trwa jego urodzinowa impreza. ZAMOR: Zbyniu, ty tutaj tak sam? Izolujesz się. Akurat dawali tort, jak szybko pójdziesz, to może jeszcze zdołasz się na kawałek załapać. ZBYNIO: Zostanę tutaj. Korzystam z okazji, żeby jeszcze trochę pooddychać jerozolimskim powietrzem (Uśmiecha się). Jutro przecież już wyjeżdżamy. MALINA (wchodzi na taras): O, tu jesteście! Już się zastanawiałem gdzieście zniknęli. ZAMOR: No i co Zbyniu? Udało ci się odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania, które cię tak męczyły jak tu jechaliśmy? ZBYNIO: I tak, i nie, bo wiesz... One wszystkie jakby straciły na znaczeniu. No bo przedtem wyobrażałem sobie różne rzeczy na temat Lewego, ale jak go tu zobaczyłem, w jego mieszkaniu, z rodziną, z przyjaciółmi, tamto wszystko, co sobie wcześniej kombinowałem, okazało 30 Marek Suchar się jakieś takie nieważne. Te różnice: Żyd, nie-Żyd, te wszystkie sprawy... one okazały się nie tylko mało istotne, ale... jakby to powiedzieć... one się okazały jakby... nie-na-temat! ZAMOR: Ciekawe. ZBYNIO: Wiesz, trochę dzisiaj wypiłem. I może też dlatego wszystko wydaje mi się nagle prostsze. Jakby samo się w pewnym momencie powyjaśniało. A może jeszcze inaczej? Może dotarło do mnie, że tu od początku nie było niczego do wyjaśniania? Same zwykłe sprawy. Żadnych specjalnych tajemnic. Normalne życie. Tu w Jerozolimie, tam w Polsce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. W gruncie rzeczy wszędzie chodzi o to samo. A te wszystkie pytania, które mnie niby tak męczyły, nagle zupełnie tracą na znaczeniu, jeżeli przyglądasz się czyjemuś życiu z bliska. Nie wiem, czy mi się to wszystko poukładało tak na dobre. Mam w każdym razie nadzieję, że tak. MALINA: Ale ciągle nie rozumiem, co cię właściwie przedtem tak męczyło? ZBYNIO: Bo widzisz, nie mogło mi się jakoś pomieścić w głowie, że Lewy, nasz Lewy, miałby nagle zostać Izraelczykiem, zacząć mówić po hebrajsku, chodzić w jarmułce i robić te wszystkie różne dziwne żydowskie rzeczy. Bo przecież myśmy byli trochę jak rodzeństwo. Przecież on był przez to tak jakby trochę mną, a więc w sumie byłoby tak, jakbym to ja sam nagle stał się Żydem. A to stanie się Żydem urastało w mojej głowie do jakiejś takiej zasadniczej zmiany, ty byś pewnie powiedział „metafizycznej”. Jakiegoś takiego „przejścia na drugą stronę”. Jakby bycie Żydem było czymś zupełnie innym niż bycie nie-Żydem. Nie patrz tak na mnie! Niby nie myślałem o tym w taki sposób, ale jednak przecież chyba jakoś tak to czułem. MALINA: Skąd może się brać to poczucie, że się aż tak różnimy? Że są jakieś „dwie strony”. Może to efekt tych stuleci, kiedy żyliśmy tak blisko obok siebie, a jednocześnie w takich równoległych, nie mieszających się ze sobą światach? ZAMOR: I z dystansu, i z poczucia obcości, i z wzajemnej niechęci. ZBYNIO: Może. A może to te dwa tysiące lat wmawiania sobie, że Żydzi zabili nam Pana Jezusa? ZAMOR: Nie żartuj sobie! ZBYNIO: Właściwie nie żartuję. Religia i kościół musiały w tym odegrać jednak bardzo ważną rolę. MALINA: Może i tak, nie będę się teraz o to z tobą kłócił. Ale to wszystkiego i tak nie tłumaczy. Zwłaszcza teraz, kiedy Kościół tak bardzo zmienił swój stosunek w tych sprawach. ZBYNIO: Jesteś tego pewny? MALINA: Nie jestem. ZAMOR: No widzisz. Zresztą - jeżeli skutki są duże, szukaj zawsze więcej niż jednej przyczyny. ZBYNIO: Masz oczywiście rację. Tylko, że może my tu za dużo kombinujemy? No bo wiecie, jeżeli przyjąć, że wszyscy jesteśmy Bożymi dziećmi, a Pan Bóg naprawdę wybrał sobie ich, a nie nas, no to nie ma się co dziwić, że im przez dwa tysiące lat nie możemy tego darować. ZAMOR: Zbyniu, litości! Nie obracajmy teraz wszystkiego w żart. To są zbyt ważne sprawy. Sam się nad tym sporo zastanawiałem. MALINA: I co? Doszedłeś może do jakichś wniosków? ZAMOR: Przyszło mi do głowy, że może to wszystko da się wyjaśnić bez specjalnego filozofowania, bez jakichś myślowych kombinacji, po prostu - przy pomocy socjologii, czy psychologii społecznej. Przecież wiadomo jak to działa - niechęć do obcych, uprzedzenia Było nas czterech 31 religijne podsycane przez bez mała dwa tysiąclecia, dość długa historia ekonomicznej rywalizacji. I jeszcze ten brak wiedzy o sobie nawzajem, powodujący wyobrażanie sobie różnych dziwnych rzeczy nawzajem na swój temat. I wynikające stąd emocje. Przecież sam powiedziałeś przed chwilą, że kiedy tu przyjechałeś, wszystko co sobie wcześniej na te tematy myślałeś okazało się — jak to bardzo ładnie ująłeś — „nie na temat”! ZBYNIO: Że niby tamto wszystko wcześniej u mnie, to było z powodu braku wiedzy? MALINA: I braku osobistych doświadczeń. To jest właśnie takie socjologiczno--psychologiczne wytłumaczenie. ZBYNIO: Czyli, że to takie proste? Żadna metafizyka? Wszystko naukowo da się wyjaśnić? Tylko, że w przypadku tego, co się zdarzało Żydom w historii, są do wytłumaczenia jeszcze i takie rzeczy, że to proste naukowe tłumaczenie raczej nie wystarczy. MALINA: Chodzi ci o Holocaust? ZBYNIO:. Głównie o Holocaust, ale też o to, co było wcześniej. O te prześladowania, o których mówił Lewy, które trwały z krótkimi przerwami właściwie przez całe ostatnie dwa tysiące lat. MALINA: Zbyniu. Przez całą historię ludzie się zabijali i prześladowali nawzajem na potęgę z różnych powodów. Również religijnych. Żydzi nie są chyba w tym kontekście jakimś specjalnym historycznym wyjątkiem. ZBYNIO: Oczywiście że są. Wojny religijne i prześladowania to jedno, ale takie rzeczy jak pogromy, a już na pewno Holocaust, to w ogóle nie są rzeczy do historycznego „wytłumaczenia”. Bo to są jakieś takie ingerencje szatana w historię. Jego chwilowe zwycięstwa nad ludzką naturą. Ich się nie da wyjaśnić do końca, ani nawet nie powinno się chyba próbować. Bo próbując coś takiego wyjaśnić, zaczynasz to traktować jak coś, co w jakimś sensie miało prawo się zdarzyć, bo wynikało z jakkolwiek pojętej, ale jednak jakiejś logiki zdarzeń. A przecież coś takiego jak Holocaust po prostu nie miało prawa się zdarzyć. Nie miało prawa! Rozumiesz? MALINA: Bo? ZBYNIO : Bo jest niezgodne z tym, co Lewy nazwał „bożym planem stworzenia”. Ja to zrozumiałem właściwie dopiero wczoraj, kiedy opowiadał o swoich przygodach z judaizmem. ZAMOR: Widzisz! I znowu okazuje się jak bardzo przydała nam się taka zmieniona, jerozolimska perspektywa w patrzeniu na wiele spraw. ZBYNIO: Owszem. I żebyś wiedział - czasem to jest aż zaskakująco zmieniona perspektywa. Ale to chyba dlatego, że sama Jerozolima jest taka zaskakująca. I dlatego przyjeżdżając tu trzeba się nastawić na to, że wiele rzeczy będzie tu trzeba przemyśleć sobie na nowo. Ja w każdym razie musiałem. Wchodzi LEWY: Tutaj jesteście! Zastanawiałem się gdzie zniknęliście. MALINA: Wyszliśmy tu na ten twój piękny taras i tak sobie o różnych rzeczach rozmawiamy. Teraz akurat o Jerozolimie. ZAMOR: Zbynio powiedział przed chwilą, że tu w Jerozolimie zmieniła mu się perspektywa w patrzeniu na różne sprawy. Ja też zobaczyłem tu różne rzeczy, których wcześniej nie widziałem, albo których ważności nie doceniałem należycie, albo o których nie wiedziałem. Albo wiedziałem, ale zapomniałem, że są ważne. Albo wiedziałem, że są ważne, ale z jakichś powodów decydowałem się nad nimi nie zastanawiać. LEWY: Bo Jerozolima jest jak kropla wody pod mikroskopem. Wszystko tu można znaleźć. Przeszłość i przyszłość, świętość i prozę życia. A raz na jakiś czas zdarzają się tu ponoć nawet cuda. To 32 Marek Suchar wszystko prawda. Ale problem w tym, że tu jest nie tylko pięknie. Czasami też bywa strasznie. I wierzcie mi, że żyjąc tu można się czasem poczuć, jakby się grało w piłkę na zaminowanym boisku. ZAMOR: Pewnie masz rację z tym zaminowanym boiskiem, ale do mnie o wiele bardziej przemawia to porównanie do kropli wody pod mikroskopem. ZBYNIO: Do mnie chyba też. MALINA: No to jest nas trzech. LEWY: No dobra, niech wam będzie. Czterech. „Palarnia towarzyska” 33 Łukasz Walendziak „PALARNIA TOWARZYSKA” BIRENDRA Rana na twarzy goiła się przez nieco ponad dwa tygodnie. Większość moich znajomych pukała się w czoło lub kręciła głową z niedowierzaniem, widząc efekty, jakie chwilowe zaćmienie umysłu pozostawiło na moim obliczu. Niektórzy, na przykład Brat Dżon, starali się szukać pozytywów: „Przynajmniej masz pewność, że to wzór jedyny w swoim rodzaju, drugiego takiego nie znajdziesz w całej galaktyce”. Tatuaż przybrał formę bliżej nieokreślonego kształtu, ale infekcja nie spowodowała żadnych problemów ze wzrokiem. „Dobre i tyle” - pomyślałem. Podczas trzech miesięcy pracy w „Kawiarni artystycznej” poznałem wielu nowych ludzi. Jednym z nich był Birendra, który właśnie otwierał niewielki lokal na „Ulicy świrów”. Miejsce to posłużyło mi za schronienie w pierwszych dniach po całej awanturze. Gdy już doszedłem do siebie, zarówno fizycznie jak i psychicznie, przez kilka tygodni z radością, satysfakcją i zaangażowaniem starałem się prowadzić nasz mikro-interes. „Dżoczen”, bo tak właściwie nazywa się „Ulica świrów”, to miejsce owiane legendą. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych był to w zasadzie jeden wielki stragan z marihuaną i haszyszem. Przybywali tu hipisi z całego świata, podobno zawitali tu nawet Jimi Hendrix i Bob Marley. Deptak długości około 200 metrów przylega do głównego rynku na starym mieście. Pałace, świątynie i inne zabytkowe budowle z XVI wieku stoją tu do dnia dzisiejszego. Niektóre mocno ucierpiały na skutek potężnego trzęsienia ziemi w 2015 roku i poddawane są renowacji. W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła się powolna przemiana. „Dziury zabite dechami”, które służyły za nocleg rozmaitym wędrowcom i poszukiwaczom przygód, powoli ustępowały miejsca kolejnym restauracjom i kawiarniom o przyzwoitym standardzie. Baza turystyczna przeniosła się do dzielnicy Thamel. Oczywiście po starówce i okolicach dalej kręciły się wycieczki z przewodnikiem. Prawdziwych „świrów” było tu już jednak naprawdę niewielu. Byłem jednym z ostatnich. Birendra był chudy jak patyk. Miał tybetańskie rysy twarzy, długie dready i cienkie, zwisające wąsy. Był małomówny i rzadko kiedy okazywał emocje. Współpracę proponował mi już jakiś czas temu, a biorąc pod uwagę, że dopiero co z hukiem wyleciałem z poprzedniej roboty, tym razem podjąłem się wyzwania bez chwili namysłu. Nasz lokal był ostatnim wspomnieniem dawnych czasów w tej okolicy. Budynek czteropiętrowy. Na parterze kantor wymiany walut i toaleta. Piętra pierwsze, drugie i trzecie były nieużywane. Stare drewniane schody, niski strop i wnętrza rozpaczliwie domagające się remontu. Na poddaszu mieściło się nasze niewielkie królestwo. Zaplecze kuchenne i pomieszczenie o wielkości kilkunastu metrów 34 Łukasz Walendziak kwadratowych, które w dzień służyło nam za salon, a w nocy za sypialnię. Na środku dwa niskie stoły, a dookoła poduszki, na których zazwyczaj siadało się „po turecku”. Serwowaliśmy wyłącznie czarną herbatę. Cukier, cytryna oraz imbir w ramach urozmaicenia. Nie mieliśmy żadnego szyldu ani nawet nazwy. Miejsce to jednak od pierwszych dni cieszyło się dużą popularnością wśród okolicznej młodzieży. Po pierwsze, można było tu spokojnie zapalić. Po drugie, Birendra zaopatrywał nas w haszysz najwyższej jakości. Dystrybucja pozwalała nam opłacić rachunki, zakupić produkty spożywcze i kolejne elementy dekoracji wnętrza. Było skromnie, ale stabilnie. Szef, goście i ja - wszyscy byliśmy zadowoleni. ROMAN Romana poznałem w 2015 roku. Trafiliśmy na siebie w Katmandu, zanim jeszcze skończyłem na ulicy. Zabawił tu wtedy raptem kilka dni, a następnie ruszył w dalszą podróż. Bangladesz, Indie, Malediwy. Trudnił się drobnym przemytem, miał w Azji liczne kontakty. Mijał już czwarty rok od kiedy opuścił rodzinne strony. Wtedy wydawało mi się, że to cała wieczność. Kilka miesięcy później spotkaliśmy się ponownie. Dochodziła godzina 5 rano. Zataczałem się po ulicach Thamelu ze świeżo skradzionym telefonem, który miałem zamiar wymienić na dzbanek „czegoś mocniejszego” jak tylko otworzą pierwszą bimbrownię. Roman wraz ze swoją dziewczyną z Turcji dopiero co przyjechał nocnym autobusem z New Delhi. Zostawili bagaże w pierwszym lepszym hotelu i wybrali się na krótki spacer, aby rozprostować kości. - „Borsuk!? Ty wciąż tu jesteś?”- rozpoczął Roman z szerokim uśmiechem na ustach. — „Jestem, prawdę mówiąc, nigdzie się nie wybieram.”- odpowiedziałem niezbyt wyraźnie. — „Widzę, że zaczynasz z samego rana.” - podsumował. - „Otóż to” - przytaknąłem. Widać było gołym okiem, że muszę czym prędzej uzupełnić braki alkoholu w organizmie. Roman nie był zainteresowany zakupem telefonu, ale wręczył mi 500 rupii, wtedy równowartość 5 dolarów, na dobry początek dnia. Zapisałem numer kontaktowy, podziękowałem i ruszyłem w swoją stronę. Przez kolejne kilka tygodni widywaliśmy się regularnie. Roman przeniósł się na „ulicę świrów”. Wielokrotnie udzielał mi drobnego wsparcia, radził jak przetrwać, zapoznał z lokalnym towarzystwem. Zacząłem się zastanawiać, co będzie dalej? Od dłuższego czasu kręciłem się w kółko, szukając tylko kolejnej porcji znieczulenia. Przykład mojego przyjaciela pokazywał, że można żyć na wariackich papierach, ale jednak z godnością. Wiele lat później role się odwróciły. Ja po wielu wzlotach i upadkach wróciłem do Polski. Stałem się szczęśliwym posiadaczem paszportu, ponownie mogłem swobodnie podróżować po świecie. Roman utknął w Katmandu na dobre. Birendra udał się w delegację, miał odwiedzić rodzinną miejscowość Gorkha, gdzie zaopatrywał się w towar. Po kilku dniach zadzwonił i powiedział, że pojedzie jeszcze do Pokhary, ponieważ jego stary znajomy właśnie otwierał tam nowy hotel. Sytuacja była pod kontrolą. Ryżu mieliśmy zapas. Warzywa codziennie kupowałem na pobliskim targowisku. Obowiązków w porównaniu do tego, co było w „Kawiarni artystycznej”, miałem naprawdę niewiele. Dbałem o porządek i obsługiwałem gości. Te same twarze, które pojawiały się regularnie, „Palarnia towarzyska” 35 wypić herbatę i zapalić skręta. W zdecydowanej większości lokalni mieszkańcy, ale było i kilku weteranów zza granicy, jak na przykład Brat Dżon. Okoliczne wąskie uliczki i alejki układały się w prawdziwy labirynt. Od wczesnych godzin porannych kwitł tu handel. Mydło i powidło. Odzież, obuwie, owoce, słodycze, malowidła i inne rękodzieła. Nie miałem, co prawda, gotowych planów na przyszłość, ale też nie musiałem się martwić o jutro. Dopiero co straciłem grunt pod nogami, a już odzyskałem równowagę. Pytanie brzmiało: „Na jak długo?” Napisałem pierwszy list do rodziny, w skrócie: „Żyję, radzę sobie, zobaczymy, co będzie dalej.” - „Elegancko się tu urządziłeś, Borsuk” — powiedział Brat Dżon. - „Faktycznie, nie jest źle” - przyznałem mu rację. — „Co powiesz na krótki spacer?” Spędzaliśmy razem dużo czasu. Niekończące się dyskusje na rozmaite tematy, partia szachów, herbata, joint. Mój kompan utrzymywał się z robienia tatuaży. Był też zapalonym fotografem. W planach miał organizację swojej wystawy, prowadził już nawet jakieś rozmowy w tej sprawie, ale wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że w Nepalu od słowa do czynu bywa bardzo daleko. Czas leciał powoli, pojawiła się przestrzeń na lekturę, wspomnienia i marzenia. Powrót do kraju wciąż wydawał się wizją nie tyle odległą, co wręcz abstrakcyjną. Kiełkowała natomiast nadzieja, że jakoś poukładam sobie życie tu, na miejscu. Minął ponad rok od naszego ostatniego spotkania, gdy Roman znów pojawił się na „ulicy świrów”, tym razem podróżował sam. Jak zwykle miał przy sobie różne wynalazki. Część miałem okazję przetestować, część pomogłem mu rozprowadzić. Udało nam się razem wyskoczyć na imprezę w plenerze, organizowaną przez naszych wspólnych znajomych w powiecie Nuwakot, kilkadziesiąt kilometrów od Katmandu. Dwa tygodnie później wyruszył na Sri Lankę. Towarzysząc mu w drodze na lotnisko zastanawiałem się, czy ja sam kiedykolwiek jeszcze wsiądę do samolotu? Birendra pojawił się na chwilę, uzupełnił zapasy, opróżnił kasę, upewnił, że wszystko gra, i znów wyruszył poza miasto. Nasi goście traktowali mnie z sympatią i szacunkiem. Niektórzy przynosili różne praktyczne prezenty. Na przykład wyciskarkę do owoców. W naszej ofercie pojawił się sok pomarańczowy. Wczesnym rankiem robiłem zakupy. Śniadanie jadłem na zewnątrz, zazwyczaj smażone na głębokim oleju produkty z mąki. Lokalne warianty precli i obwarzanek. Do tego kawa z mlekiem. W ciągu dnia gotowałem ryż z warzywami, tak aby starczyło zarówno na obiad jak i kolację. Stabilizacja i spokój. Ciekaw byłem tylko, na jak długo? CUKIEREK W Nepalu co chwilę odbywają się jakieś święta. Holi - festiwal kolorów, Shivarattri - noc Shivy lub Diwali - święto światła, to te najbardziej znane. Poza tym cała masa pomniejszych uroczystości. Niektóre obchodzi się w konkretnych regionach, inne są uznawane tylko przez wybrane kasty. Sam nowy rok mamy tu „w czterech smakach”. Zachodni, nepalski, newarski i chiński. W okolicach „Ulicy świrów” i placu zamkowego szczególnie hucznie obchodzona jest Indra Jatra. W mitologii hinduskiej Indra występuje jako król bogów, odpowiednik greckiego Zeusa. Gdy jego matka potrzebowała pewnego kwiatu do odprawienia rytuału religijnego, Indra zstąpił na ziemię w jego poszukiwaniu. Tak 56 Łukasz Walendziak przynajmniej głosi legenda. Obchody trwają osiem dni i są niezwykle barwne oraz hałaśliwe. Tancerze w maskach odgrywają sceny wojny bóstw i demonów. Budowane są rydwany z drewna i ogromny totem, a jeden z posągów zamienia się w fontannę, z której leci bimber. Cukierek urodził się w Radżastanie, na północy Indii. Jako małe dziecko przyjechał do Katmandu z rodziną. Zamieszkali w okolicach starego miasta. Był jednym z naszych stałych bywalców. Zawsze uśmiechnięty i zazwyczaj życzliwy, bywał jednak przemądrzały i irytujący. W czasie ceremonii, wyposażony w niewielki bęben, tłukł w niego z takim zapałem, że jego ręka zaczęła krwawić. — „Widzisz Borsuk? Co to znaczy poświęcenie?” - „Faktycznie się nie oszczędzasz...” - „Jak już się za coś biorę, to na serio. Ostatnio kupiłem sobie mikser, zobaczysz, Borsuk, za kilka lat będę najlepszym DJ em w tym kraju.” — „ Życzę powodzenia, niech Ci nikt zapału nie studzi.” Jego marzenie stało się powodem do drwin wśród niektórych naszych wspólnych znajomych. „On to się nadaje co najwyżej do gry na cymbałkach” albo „Mikser możesz kupić, ale talentu już nie” - kpili. Kilka lat później Cukierek grał na większości festiwali w Nepalu, był rezydentem w jednym z klubów, a za występ kasował naprawdę przyzwoite sumy. A więc jednak „niemożliwe nie istnieje”. Życie w okolicach starego miasta przypadło mi do gustu. Miejscowi zaczęli mnie traktować jak swojego. Robiłem postępy w nauce języka nepalskiego. Miałem zajęcie i towarzystwo. Wiedziałem, że to rozwiązanie tymczasowe, ale pośpiech to zły doradca. Postanowiłem więc dać sobie trochę czasu, zanim podejmę jakieś decyzje dotyczące swojej przyszłości. Birendra odwiedzał mnie co jakiś czas i ruszał w kolejną podróż. W pamięci miałem pierwsze miesiące w Katmandu, kiedy to spałem na ulicy, kradłem a dzień rozpoczynałem dzbankiem bimbru. W porównaniu z tamtym okresem niewątpliwie zrobiłem krok w dobrym kierunku, ale brak ważnej wizy na pobyt dalej ograniczał moje możliwości rozwoju. „Żyć i umrzeć w Nepalu” mawiał Brat Dżon. Powoli oswajałem się z myślą, że w moim przypadku tak właśnie się to zakończy. Któregoś dnia Cukierek odwiedził mnie z dwiema koleżankami. Obie były bardzo ładne. Jedna z nich była wyraźnie zdegustowana moim tatuażem na twarzy, druga wręcz odwrotnie. Jej uśmiech i spojrzenie wyraźnie dawały do zrozumienia, że to coś więcej niż ciekawość. W prezencie dostałem owoc awokado. Obiecałem, że jak znów będę na wiosce, to jego pestkę zasadzę w jakimś sekretnym miejscu. Pomyślałem sobie: „Może czeka mnie coś lepszego, niż ciągła walka o przetrwanie”. Cukierek tylko podgrzewał atmosferę: „Ona się ostatnio pokłóciła z chłopakiem” albo: „Bez przerwy mnie o Ciebie wypytuje”. Kilka dni później pojawiła się u mnie sama, była zapłakana. Wyrzuciła z siebie jedno zdanie: „Borsuk, ja i mój facet będziemy mieli dziecko”. Następnie przytuliła się, po czym wybiegła na zewnątrz. Więcej się nie widzieliśmy. LIMBU Kiedy ten młodzieniec rodem ze Szkocji pojawił się w „Palarni towarzyskiej”, nic nie zwiastowało zbliżającej się katastrofy. Był wykształcony, wysportowany i wygadany. Zanim trafił do Nepalu zjeździł Indie wzdłuż i wszerz. Można było porozmawiać o świecie, historii lub „Palarnia towarzyska” 37 filozofii. Miła odmiana. Lokalni mieszkańcy zazwyczaj gadali tylko o pogodzie, samopoczuciu i o tym, co na obiad. — „Borsuk, próbowałeś kiedyś LSD?” — zapytał znienacka. — „No pewnie, wielokrotnie”. Limbu pokazał mi swój naszyjnik, na którym nosił malutką fiolkę, można się domyślić, co było jej zawartością. Tym razem, to ja pierwszy zadałem pytanie. — „Próbowałeś kiedyś aplikować pod powiekę?” — „Zwariowałeś?” Mój kompan zapewniał, że substancja pochodzi z pewnego źródła. Zakropiłem lewe oko. Szkot kręcił głową z niedowierzaniem i śmiał się do rozpuku. - „I co, nie boli?” — zapytał. — „Boli, ale tylko chwilę” - odpowiedziałem, trzymając oko zakryte dłonią. — „Oddawaj to” Chłopak natychmiast poszedł w moje ślady. Chwilę później jego krzyki zamieniły się w niekontrolowany rechot, który wydawał się trwać w nieskończoność. — „Co cię tak ubawiło?” — „Próbowałeś kiedyś zakropić obie gałki oczne?” — „Tu mnie masz” Powtórzyliśmy zabieg a następnie wyruszyliśmy na wycieczkę w kosmos. Doznania były intensywne, ale obyło się bez żadnych ekscesów. Następnego ranka Limbu znów pojawił się w „Palarni Towarzyskiej”. Po wspólnym śniadaniu poprosił o sok z pomarańczy. Przygotowałem dwie szklanki, a mój gość zaproponował, aby do każdej dodać po pięć kropel specyfiku. Trzeba było wybić mu ten pomysł z głowy. Nie zrobiłem tego. Ja wylądowałem bezpiecznie. On odleciał kompletnie. Cukierek pojawił się u mnie wczesnym rankiem, niezwykle podekscytowany. Mówił bardzo szybko, bez większego ładu i składu. Gdyby wycisnąć tę paplaninę jak pomarańczę, treść byłaby mniej więcej taka: „Ten twój koleżka narobi sobie problemów”. Jak się okazało, Limbu biegał po ulicy całkiem nagi. Gdy ktoś próbował zwrócić mu uwagę, machał przyrodzeniem i wrzeszczał: „Zapoznaj się z moim przyjacielem”. Udało mi się nakłonić go, aby schował się w „Palarni towarzyskiej”. Dałem mu ubranie i jedzenie, a także komplet farbek, którymi zaczął malować po ścianie. Liczyłem na to, że za chwilę ochłonie i wróci do zdrowych zmysłów. Niestety psychoza tylko przybierała na sile. Każde moje wyjście na zakupy, to jego kolejna ucieczka i następne kłopoty. Birendra dzwonił i prosił, aby się go pozbyć. Nie zgodziłem się. W konsekwencji, kilka dni później, sam musiałem ewakuować się z „ulicy świrów”. Miałem już dość miasta. Wyruszyłem na południe. „Żyć i umrzeć w Nepalu” lubił mawiać Brat Dżon. Minęło kilka tygodni, zdążyłem się już na nowo urządzić na wiosce, i wtedy doszły mnie tragiczne wieści. Mój przyjaciel wdał się w jakąś sprzeczkę z właścicielem hotelu, w którym mieszkał. Na miejsce przybyła policja, a Brat Dżon wylądował w areszcie. Tam jego kondycja psychiczna gwałtownie się pogorszyła, został przeniesiony na oddział psychiatryczny w BIR Hospital, niedaleko Ratna Park. Wykorzystał nieuwagę pilnujących go strażników i wyskoczył przez okno z 6 piętra. Samobójstwo - tak przynajmniej stanowi wersja oficjalna. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, facet dopiął swego i nie dał się deportować. Będzie mi go brakowało... 38 Andrzej Kasperek Andrzej Kasperek HUELLE OPOWIADA O MICKIEWICZU. HISTORIA NIEZNANA Paweł Huelle jest znany przede wszystkim jako prozaik. Ale ja poznałem go na studiach polonistycznych jako poetę. Poetów było wtedy sporo na gdańskiej Humanie, czyli Wydziale Humanistycznym UG. Spacerowali z „Pieśniami Maldorora” de Lautreamonta lub „Utworami zebranymi” Wojaczka (nie do kupienia za żadne pieniądze) pod pachą. Ba, byli tacy, którzy zadawali szyku obnosząc się z tomikami bibuły, czyli wydawnictwami bezdebitowymi, lub książkami z charakterystycznymi szarymi okładkami z biblioteki paryskiej „Kultury”. To były tajne znaki dla wtajemniczonych. Studenci przechadzali się po szerokich korytarzach tego (wtedy) nowego i nowoczesnego, bardzo (za bardzo) przeszklonego budynku. Zimą wielkie okna okazywały się przekleństwem, były nieszczelne a marne kaloryfery nie potrafiły ogrzać wielkiego holu i jego przyległości. Ale i tak do dobrego tonu należało zająć niedbałą pozycję siedzącą lub półleżącą na drewnianych ławach, zwanych sofami. Zastygaliśmy w niewymuszonych pozach, powoli paląc papierosy i delektując się lichą kawą w grubych fajansowych kubkach ze studenckiego bufetu (zwanego „Chlewikiem”). Może wydawało się nam, że jesteśmy prawie Grekami lub Rzymianami, którzy uczestniczą w sympozjonie... Pewnie każdy z nas miał się za „uczestnika godów, / Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska”. Tam toczyło się prawdziwe studenckie życie — wymiana opowieści i informacji prak- tycznych, recenzje książek i filmów, knucie przeciwko znienawidzonej komunie, anegdoty z życia kolegów i koleżanek, pijackie opowieści i pożyczanie pieniędzy... Paweł czarował koleżanki swymi wierszami. My woleliśmy czarną prozę Hłaski, albo podawanego ukradkiem z rąk do rąk Herlinga-Grudzińskiego. Dopiero na początku stanu wojennego Huelle objawił się jako prozaik. Kiedyś pożyczył mi blok zadrukowanych kartek. Na stronie tytułowej nie było autora, ale za to tytuł był: „Ze snu lęku”. To była Paweł Huelle z Andrzejem Kasperskiem i jego synem Jankiem, fot. archiwum jego pierwsza (niepublikowana) powieść. Powstała w latach 1981-1982. Nie spodobała mi się. Innym chyba też nie bardzo, bo Paweł długo szukał podziemnego wydawcy, ale potem, kiedy go znalazł, zniechęcił się i porzucił zamiar edycji. Wymagałaby szeregu zmian i poprawek. Ode-chciało mu się, choć zrezygnować z debiutanckiej książki, to nie byle co. Musiało go to zaboleć. Huelle opowiada o Mickiewiczu. Historia nieznana 39 Ale może dobrze się stało, że zaniechał tego pomysłu. Dzięki temu to opublikowany w 1987 roku „Weiser Dawidek” stał się jego olśniewającym debiutem książkowym. Choć oficjalnie była nim recenzja „Próba epiki” opublikowana w wówczas najważniejszym miesięczniku literackim „Twórczość” (1983, nr 7). Sam autor w wywiadzie dla emigracyjnego pisma „Puls” (1991, nr 50) dał takie streszczenie swego utworu: „była to historia dwóch ludzi: z jednej strony młodego rozgorączkowanego solidarnościowca, a z drugiej dojrzałego, statecznego generała KGB, którego wysłano do Polski, by nadzorował wykonanie roboty przez polskich komunistów. Te dwa wątki, prowadzone niejako równolegle, dążyły do kulminacji, w której ci dwaj ludzie oczywiście się spotykają. Ten młody był niezadowolony z postawy polskiego społeczeństwa, uważał je za gnuśne, apatyczne, z przetrąconym już kręgosłupem, i chciał mu coś zaproponować — chciał zostać terrorystą, efektownie, brawurowo zabijać okupanta, czyli Ruskich i [z] komunistami walczyć otwarcie, należy ich likwidować fizycznie, strzelać do nich...”. Widać tu wyraźne nawiązanie do „Kordiana” Juliusza Słowackiego. A szczególnie do scen z krypty w katedrze św. Jana, w której odbyło się konspiracyjne spotkanie spiskowców, którzy planowali zamach na cara. Stary Prezes odwodzi ich od tego, mówi, że akt byłby sprzeczny z polskością, ponieważ w historii naszego narodu nigdy nie było królobójstwa. Zamach na cara byłby również wyrazem pogwałcenia kodeksu rycerskiego i honoru żołnierskiego. A poza tym zabicie cara nic nie da, bo pojawi się nowy, jeszcze gorszy, jego następca. Romantyzm był dla nas, wychowanków profesor Marii Janion, świętością. Pisaliśmy z tej epoki prace magisterskie. Ja także. Była zatytułowana: „Motywy samobójcze w twórczości młodego Adama Mickiewicza. Esej”. Mistrzyni oceniła ją na bardzo dobry plus. I to w czasach, gdy „bdb” był najwyższą oceną. Chwalę się, ale do dziś jestem z tego dumny. Paweł gustował wtedy przede wszystkim w twórczości Juliusza Słowackiego, czego widomym znakiem jest imię Juliusz nadane pierworodnemu synowi. Pamiętam, jak w grudniu 1979 roku pielgrzymowaliśmy do Warszawy, gdzie w Instytucie Badań Literackich odbywało się sympozjum „Słowacki mistyczny: propozycje i dyskusje”. Trochę zazdrościliśmy naszemu starszemu koledze, śp. Tomkowi Bedyńskiemu, że odczytał w szacownym gronie profesorów swój referat. Tak, Maria Janion stwarzała takie szanse swym studentom... Ja jednak do dzisiaj pozostałem wierny Mickiewiczowi. Kilka lat temu spytałem Pawła, czy nadal trwa w swym uwielbieniu dla autora „Balladyny”. Zafrasował się nieco i dał wymijającą odpowiedź. Paweł był bardzo wszechstronny i poza doskonałą prozą pozostawił wiele wierszy, czasem doskonałych. Problem jest taki, że są rozproszone. Za jego życia ukazały się tylko cieniutki tomik „Wiersze” (1994), arkusz poetycki dwumiesięcznika „Topos” pt. „Kraj bez winnic” (2013) oraz dwa bibliofilskie tomiki wydane w Paryżu: „Wędrowiec” (2016) i „Obłoki jasne nad tobą” (2018). A ile jest rozsianych po czasopismach, w listach i mailach do przyjaciół (sam takie posiadam), w maszynopisach? To nie tak, że Huelle nie cenił poezji, on potrafił bardzo twardo stąpać po ziemi i wiedział, że z wierszy chleba nie ma. Traktował je bardziej jako prezenty, szczodrze obdarowując nimi bliskich sobie ludzi, albo jako sposób wyrażenia siebie, czasem bardzo głęboko sięgał do swego wnętrza i pozostawiał ślady swych przemyśleń, olśnień, ale także zranień... Krzysztof Czyżewski z sejneńskiej Fundacji 40 Andrzej Kasperek Pogranicze, przyjaciel Pawła, chciałby jego lirykę zebrać i wydać. Z całego serca życzę mu powodzenia w tej trudnej robocie! Za to z dramatów i scenariuszy już można było się utrzymać. Zaczynał od słuchowisk („Chagall”, 1988) i monodramów („Pod dębami”, 1992). Ale chyba prawdziwy początek jego dramaturgicznej przygody to „Kto mówi o czekaniu?” (1994). Wtedy nastąpiło bardzo fortunne spotkanie z reżyserem Krzysztofem Babickim, którego znaliśmy z gdańskiej polonistyki, twórcą studenckiego teatru „Jedynka”, który później skończył reżyserię na krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i zrobił karierę. Musiała być chemia pomiędzy obu artystami, bo pracowali razem aż do śmierci Pawła. Jeszcze w grudniu 2022 roku Krzysztof przeprowadził z Jubilatem rozmowę na Jubileuszu 65. Urodzin, który fetowano w Nadbałtyckim Centrum Kultury. To prawie 30 lat współpracy i kilka sztuk Huellego wystawionych najpierw w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy, w którym przez wiele lat dyrektorował i reżyserował, a od 2011 roku w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. To były albo oryginalne sztuki („Kąpielisko Ostrów”, „Sarmacja”, „Kolibra lot ostatni”, „Kursk”) albo adaptacje. Od „Kota i myszy” wg Guntera Grassa, przez „Znaczy kapitan” wg Karola O. Borchardta aż do „Jądra ciemności” wg Josepha Conrada. Wartością dodaną było pozyskanie przez gdyński teatr możliwości grania na „Darze Pomorza”. Naprawdę, wystawiane na tej nietypowej scenie dramaty, nawet niezbyt udane, jak „Żółta łódź podwodna”, wiele zyskiwały. Na zawsze zapamiętam, jak mitologiczne Parki rozsnuwają pod pokładem historycznego żaglowca czerwone nitki w adaptacji Conrada. Szkoda, że P. Huelle jako dramaturg pozostaje niedoceniony. Może nie wszystkie sztuki mu się udały, ale kilka ma wielki potencjał i chciałbym obejrzeć w teatrze na nowo „Kąpielisko Ostrów” czy „Sarmację”. Zamawiano u niego chętnie scenariusze; kilka doczekało się realizacji filmowej: „O dwóch takich, co nic nie ukradli” w reżyserii Łukasza Wylężałka (1999) i „Wróżby kumaka” (wg Grassa) w reżyserii Roberta Glińskiego (2005). Ale znaczące, że sam nie napisał scenariusza do adaptacji swej powieści „Weiser Dawidek” (2001). Szkoda, może powstałby lepszy obraz, bo niestety film się nie udał. Reżyser miał za dużo pomysłów, poczynając od przeniesienia akcji z Gdańska na Dolny Śląsk i przeprowadzenia połowy dialogów w obcym języku... Czasem zamawiano scenariusz, ale nie dochodziło do realizacji. W mailu z 11 marca 2018 roku Paweł przysłał mi nowelę filmową pt. „Warto być przyzwoitym”, opowieść o Władysławie Bartoszewskim. List okrasił dowcipnym sformułowaniem: „Pozdrawiam w pierwszą uwolnioną na chwałę Pana niedzielę”. Po kilku miesiącach zadzwonił i powiedział, że film jednak nie powstanie. Skwitował to krótko: „Ważne, że zapłacili. I to przyzwoicie”. To bardzo ciekawy tekst i szkoda, że nie przeniesiono go na ekran. Ale liczba zaniedbań kinematografii polskiej jest tu wyjątkowo długa. Pieniądze na głupawą komedię romantyczną zawsze się znajdą, ale już na dobre kino historyczne niekoniecznie. Warto sięgnąć po książkę-wywiad z Juliuszem Machulskim zatytułowaną „3174 filmy mojego życia”, w której reżyser rozmawia z Krzysztofem Vargą. Mówi tam ile kosztowało go powstanie filmu „Szwadron” o powstaniu styczniowym (niesłusznie niedocenionego) i niezrealizowanych scenariuszach filmów o Janie Nowaku-Jeziorańskim i powstaniu warszawskim. Oczywiście można powiedzieć, że to nic nowego. Polecam gorąco książkę Stanisława Janickiego „Marzenia filmowe Andrzeja Wajdy” o jego niezrealizowanych projektach, która Huelle opowiada o Mickiewiczu. Historia nieznana 41 udowadnia, że „marzenia są ciekawsze od jakiegokolwiek filmu”. Ładnie to brzmi, ale tak się tylko mówi... Wiele lat temu spotkaliśmy się z Pawłem i pojechaliśmy na jego ukochane Kaszuby. Dziwna jest pamięć; zupełnie nie potrafię przypomnieć sobie roku, ale za to pamiętam każdy szczegół naszej wycieczki. Wysiedliśmy nad jeziorem Wdzydze, poszliśmy do wypożyczalni kajaków, dziewczyna spisująca nazwisko klienta nagle podekscytowana podniosła głowę i powiedziała, że zna jego książki. Huelle natychmiast wciągnął brzuch i posłał jej czarujący uśmiech. Popłynęliśmy na Ostrów Wielki. Nie było fali, letników też nie za dużo, ogarnęła nas błogość, znana wszystkim kajakarzom. Paweł spytał, czy zapamiętuję zapachy ze swych snów. Szczerze wyznałem, że rzadko w ogóle pamiętam sny... Odpowiedział, że często śni mu się woda i budzi się z jej zapachem, wonią tataraków, trzcin i glonów, lekko trącącą mułem. Na wyspie byliśmy sami, za nami stał wielki drewniany krzyż, słonko świeciło, siedzieliśmy na nagrzanej ziemi i piknikowaliśmy. To był piękny dzień, niespieszny i leniwy, kiedy się gada i milczy, bo czasem nasze spotkania wypełnione były także milczeniem, ale nie żadnym ciężkim i trudnym, tylko takim „zwykłym”, bo nie trzeba ciągle mleć językiem. Bo jak słusznie zauważyła Panna Młoda w „Weselu”: „Po cóz by [...] godoł, / jakby mi nie mioł nic powiedzieć, / po cóż by sobie gębę psuł?”. Paweł, jak wspomniałem, kochał Kaszebe, ich historię, legendy, język i ludzi. Opowiadał jakieś klechdy z czasów potopu szwedzkiego. A w pewnym momencie zmienił temat i zaczął mi streszczać nowelę filmową, którą napisał. To miał być serial o Mickiewiczu. Aż jęknąłem: Wreszcie! Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego w wielkim kraju, w którym tak ponoć dba się o tradycję, nie powstał nawet porządny film dokumentalny o wieszczu Adamie. Są dwie znakomite adaptacje: „Lawa” wg „Dziadów” w reżyserii Tadeusza Konwickiego i „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy. Powstała świetna animacja (reż. Kamil Polak) i nic więcej. Owszem ostatnio pojawił się film „Niepewność. Zakochany Mickiewicz” (reż. Waldemar Szarek) a nawet dwa filmy z nazwiskiem wieszcza w tytule: „Piep*zyć Mickiewicza” - część I i II. Przyznam szczerze, że żadnego z nich nie widziałem. Ten pierwszy może jeszcze obejrzę, ale nie wiem, czy chcę poznawać „historię niekonwencjonalnego polonisty, który dostaje najgorszą klasę w szkole” i próbuje sobie z nią poradzić. Nazwiska wieszcza użyto tu w sposób czysto komercyjny, tak samo jak w nazwie wódki. Polscy gorzel-nicy uwielbiają „uszlachetnić” swe wyroby przez podczepienie się pod nazwiska wielkich Polaków: Chopin, Ogiński, Sobieski... A dodanie mocnego słowa (dla celów poprawności wykropkowanego) pokazuje, jacy jesteśmy cool, no po prostu zaj... Okazało się, że filmy są tak popularne, że powstaje część trzecia. Huelle znakomicie opowiadał; tak, potrafił to robić wspaniale. Był jak ten flecista, szczu-rołap z Hameln, który potrafił zaczarować gryzonie swą grą. On także czarował, powoli snuł swą opowieść. Każdy, kto go kiedyś słyszał, potwierdzi, że kozer był z niego znakomity. Albo może należałoby nazwać go: pabitel, użyć terminu ukutego przez Bohumila Hrabala, pisarza dlań bardzo ważnego. Oznacza on osobę, która potrafi wciągająco opowiadać. Snuje swobodnie opowieść, pełną zawijasów, poetycką, zaskakującą, czasem wręcz fantastyczną albo surrealistyczną. To narrator, który „zanurza się w żywym strumieniu mowy, tworząc świat, w którym postać literacka i twórca zlewają się w jedno”. Żywioł mowy został przez mego przyjaciela okiełznany, władał nim świetnie... 42 Andrzej Kasperek Andrzej Kasperek i Paweł Huelle w Drewnicy, 2013 rok, fot. Marek Opitz Zaczynało się od sceny, gdy mały Adaś w Zaosiu siedzi w kuchni dworku i przytula się do nóg służącej łuskającej fasolę, dziewki kuchenne opowiadają niestworzone dziwy -o zatopionym w jeziorze mieście, o skrzywdzonej i wykorzystanej przez pana dziewczynie, o mściwej topielicy... A po chwili jest przebitka i widzimy malca, który zasnął wtulony w fałdy spódnicy, a w jego śnie pojawiają się sceny znane z „Ballad i romansów”. Wiem tylko o tych dwóch scenariuszach, które nie doczekały się realizacji. Może było ich więcej. Gdy dziś czytam nowelę filmową, która miała być kan- wą pierwszego odcinka serialu, to nie potrafię pozbyć się żalu, że nigdy nie powstał. No cóż - zapowiadała się rzeczywiście wielka produkcja, dziesiątki aktorów, kostiumy. Do tego wiele lokalizacji, w większości zagranicznych: Litwa, Białoruś, Rosja, Ukraina, Niemcy, Włochy, Francja, Szwajcaria, Turcja. Co zrobić? Każdy, kto w liceum uczył się życiorysu Mickiewicza, musiał wiedzieć, że podróżował on bardzo dużo po Europie. Co w czasach romantyzmu było normą a nie dziwactwem. Ogromna szkoda, bo dziś, nawet gdyby ktoś wyłożył pieniądze na taki serial, to niestety pewne lokacje są już niemożliwe do wykorzystania - Nowogródek, Petersburg, Moskwa i Krym odpadają! Czasy się zmieniają w sposób niekontrolowany i okropny. Znamy pierwszy odcinek i draft (czyli szkic, wersja robocza, projekt) pozostałych. Mają one nazwy miesięcy i opowiadają życie poety w sposób chronologiczny — od narodzin aż do śmierci. Autor nie ponumerował szkiców odcinków, dlatego nie wiem, czy „Lipiec — powrót do młodości”, czyli historia romansu Adama i Maryli, miał być odcinkiem drugim (trzymając się chronologii), czy może siódmym (wedle kolejności miesięcy w kalendarzu) jako retrospekcja? Paweł Huelle bardzo solidnie traktował przygotowania do pisania. Lektura książek, artykułów, oglądanie filmów, ślęczenie w bibliotekach - zachowywał się jak pilny student. A to po prostu etos pracy, wpojony nam przez rodziców: „Rób tak, żeby nikt po tobie nie poprawiał!”. Przy takim ogromnym zbiorze książek o Mickiewiczu roboty było huk. Z rozmów z nim wiem, że najbardziej cenił dwie biografie: „Opowieść o Mickiewiczu" Ksawerego Pruszyńskiego (z lat 50.) i „Zamęt” Piotra Załuskiego (2011). Ale lektura pierwszej części pt. „Rok 1798. Zima, grudzień” pokazuje, że to nie była wiedza szybko nabyta. Autor znakomicie czuje epokę staropolską. Bo choć to koniec XVIII stulecia i czasy oświecenia, to na Nowogródczyźnie był jeszcze czas z epoki saskiej. Paweł kochał literaturę staropolską. To, co dla wielu, z racji coraz słabszej znajomości kontekstu historycznego i języka, jest Huelle opowiada o Mickiewiczu. Historia nieznana 43 już nieczytelne i nudne, dla niego było wspaniałe, wręcz fascynujące. Pamiętam stojące na półkach jego biblioteki liczne tomy z serii Biblioteka Pisarzy Staropolskich. Częste powroty do Trylogii H. Sienkiewicza. A przede wszystkim znakomity owoc tego zauroczenia - sztukę „Sarmacja”. Miałem szczęście oglądać lubelskie przedstawienie wystawione gościnnie na scenie Teatru „Wybrzeże”. Znakomity spektakl okraszony piosenkami Jacka Kaczmarskiego, który nie jest tylko przypomnieniem pewnej epoki z dziejów Rzeczypospolitej, ale pokazuje nader trafnie, że korzenie dzisiejszej Polski tkwią tam, w XVII wieku. W pańsz-czyźnie, stosunku do edukacji i Kościoła, tromtadracji i ksenofobii, bezmyślności i krótkowzroczności, lekceważeniu prawa i przekonaniu, że jakoś to będzie. Zamiast podpierać się współczesnymi przykładami pozwolę sobie zacytować fragmenty piosenki Kaczmarskiego pt. „Dobre rady Pana Ojca”. Niestety, ciągle aktualne są te słowa: „Słuchaj młody ojca grzecznie A żyć będziesz pożytecznie. Stamtąd czekaj szczęśliwości, Gdzie twych przodków leżą kości. Nie wyjeżdżaj w obce kraje, Bo tam szpetne obyczaje. Nalej ojcu, gardło spłucz Ucz się na Polaka, ucz. One Niemce i Francuzy [...] Niechrześcijańską miłość głoszą [...] Cudzoziemskich ksiąg nie czytaj, Czego nie wiesz - księdza pytaj. Ucz się siodła, szabli, dzbana, A poznają w tobie pana. Z targowiska nie bierz złota — To żydowska jest robota”. To wprowadzenie jest świetnym pomysłem. Autor pokazuje środowisko, z którego wywodził się Mickiewicz, sytuację w jego „kraju lat dziecinnych”. Prezentuje przy tym znakomite przygotowanie, znajomość szczegółów, które budują tkankę opowieści, kilkoma kreskami potrafi nakreślić portrety rodziców i krewnych, oddać koloryt lokalny. W mikro scenie pokazuje rzeczywisty wymiar poddaństwa, gdy szlachcic mówi do swego poddanego, że go sprzedał. On żartuje, ale chłop umiera z przerażenia. Ach! Gdyby za to wziął się zdolny reżyser, który niczym Wajda przy kręceniu „Pana Tadeusza” potrafiłby powiedzieć do aktorów: „Zagrajcie mi to pięknie!”. Gdyby producent nie żałował pieniędzy... Gdyby zrobiono dobry casting... Jaki to mógłby być piękny serial. Dobrze choć, że tych kilka kartek możemy przeczytać. Miłej lektury! 44 Paweł Huelle Paweł Huelle SCENARIUSZ SERIALU O ADAMIE MICKIEWICZU1 ODCINEK I: ROK 1798. ZIMA, GRUDZIEŃ. 1. Przed narodzinami Mołodecka! Jakaż to wesoła, żywa, można nawet powiedzieć - fertyczna kobieta. Znają ją w całym Nowogródzkim Powiecie. Odbiera porody - w wielu rodzinach - pańskich, drobnoszlacheckich, czasem chłopskich, a nawet — żydowskich. Bo Mołodecka jest doprawdy specjalistką położną, akuszerką - najlepszą w całym okręgu. Mocna, zdecydowana, ale i wesoła kobieta — nie ma co mówić. W bardzo skromnym dworku państwa Mickiewiczów, w Zaosiu2 trwa dyskusja. Czy wezwać już Mołodecką, czy dopiero - „kiedy przyjdą bóle”. Nadchodzą święta Bożego Narodzenia, w kuchni ruch — krząta się służąca Gajewska i dziewczyna do wszystkiego, Maryna, którymi dyryguje - sama mak ucierając — pani Barbara Mickiewiczowa - w ostatnich dniach przed rozwiązaniem. Pani domu jest zmęczona, zresztą w tym drobnoszlacheckim i bardzo skromnym domu niewiele się różni strojem od Gajewskiej. Pan Mikołaj Mickiewicz — zdenerwowany — mówi, żeby wezwać Mołodecką wcześniej, niech pomieszka u nich parę dni, a jak przyjdzie termin — w sam raz będzie pod ręką. Bo śniegi już wielkie. Podobno pod Nowogródkiem wilki rozszarpały konie i woźnicę pana Obuchowicza. Pani Barbara Mickiewiczowa jest innego zdania. Po co Mołodecka ma tu mieszkać aż kilka dni? Trzeba przecież ją będzie gdzieś ulokować i żywić. A każdy grosz się liczy. Nie wypominając mężowi, panu Mikołajowi — znów przegrał proces. Kiedy ostatni raz wygrał? Ta - niezłośliwa, acz rzeczowa uwaga pani Barbary - wyprowadza z dobrego nastroju pana Mikołaja. Zwłaszcza, że słyszały ją służące. Pan domu wychodzi do czeladnej i trzaska drzwiami. Mówi do siebie — „ To może Dawidkową wezwać ? Dopieroż taniej będzie!3 Pan Mikołaj wzywa służącego, zwanego w domu Ulissesem. — „Mój Ulisiu, sanie zaprzęgaj, po Mołodecką ruszysz”. 1 Scenariusz serialu o Mickiewiczu Paweł Huelle pisał dla spółki producenckiej MWM Media i miał być zaproponowany do emisji w TVP, ale w listopadzie 2023 roku Paweł Huelle zmarł i nie zdążył dokończyć swojego dzieła. Nasz kwartalnik otrzymał zgodę producentów i Rodziny na publikację tego unikatowego scenariusza. 2 W ten sposób — mimo nierozstrzygniętego sporu historyków — gdzie urodził się Adam Mickiewicz w Zaosiu czy Nowogródku — w naszej, filmowej wersji wybieramy Zaosie. 3 Według tradycji - pozostałe dzieci państwa Mickiewiczów odbierała Dawidkowa, położna Żydówka. Scenariusz serialu o Adamie Mickiewiczu 45 „A to już przyszło?” — pyta sługa. Pan Mikołaj jeszcze bardziej zdenerwowany: nawet Ulisses jest jakby po stronie żony. Ale sługa zabiera się do drogi. Biednieńkie te sanie, jeden chudy konik. Na odjezdnem, przed dworkiem pan Mickiewicz wręcza Ulissesowi samopał. Jest to - dość karykaturalnych rozmiarów - wielki pistolet, chyba z czasów wojen szwedzkich4. Widać, że archaiczny. — „Nabity?” — pyta Ulisses. Pan Mikołaj wraca szybko do domu, do alkierza, po rożek z prochem i kule. Ale Ulisses nie czeka na to. Zacina konia i odjeżdża z nienabitym samopałem. Pan Mikołaj z rożkiem prochu i woreczkiem kul wraca do sieni. Widać tam kilka bardzo skromnych trofeów myśliwskich. Kilka czaszek kozłów, wypchany głuszec. Czas polowań dawno już się w tym domu skończył, pajęczyny i kurz. 2. Narodziny. Miejsce jak wyżej. Jest dokładnie 24 grudnia, wigilia Bożego Narodzenia. Zamieszanie: ledwie jedne sanki z Ulissesem i Mołodecką zajechały przed dworek, już w zadymce jadą następne. Nieoczekiwanie - w drodze z Nowogródka — okulał koń ciągnący sanie pana Śnitki, powożone przez nierozgarniętego Wincuka. Już mieli niedaleko do swego folwarczku — mil ledwie parę, ale — vis major — kobyła dalej nie pociągnie ani pół wiorsty. Trzeba konia do stajni, Śnitkę na wieczerzę, Wincuka do czeladnej. Oczywiście jest dodatkowy talerz i nakrycie dla gościa - zgodnie z tradycją - ale kto tak naprawdę spodziewałby się nieznajomego w taki czas ? W sypialni państwa Mickiewiczów Mołodecką odbiera poród. Maryna biega z gorącą wodą i ręcznikami. Gajewska asystuje Mołodeckiej. Pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej zawieszonym na kilimie, płonie lampka i zapalone - dopiero co - świece. W kołysce - obudził się dwuletni Franciszek, pierwsze dziecko państwa Barbary i Mikołaja Mickiewiczów. Maryna zabiera plączącego w niebogłosy chłopca do kuchni, gdzie siada przy piecu i kołysze dziecko do snu. Śpiewa mu białoruską kołysankę. W izbie jadalnej5 Pan Mikołaj Mickiewicz, ze swoim stryjem Adamem, kłócą się o Kościuszkę. Ten Adam, brat dziadka Poety - Jakuba — jest typowym, drobnoszlacheckim pieniaczem, awanturnikiem, rębajłą6. Przybył do Zaosia na wilię, w gościnę. Stryj Mikołaja, pan Adam, wyrzuca bratankowi, że niepotrzebnie wziął udział w „awanturze o konstytucję”, czyli Insurekcji bo była „bez nadziei jakowejś na wiktorię.” Podkreśla, że „z Moskalem nikt nie wygra, za dużo ma wojsk i harmat”. Gdyby Mikołaj „bardziej swoich spraw patrzał, zamiast rekwizycje po domach robić w imieniu tego Naczelnika — to by dziś procesa wygrywał.” Sporo szlachty majętnej i bogatej tylko gęby z Insurekcją trzymało. No i jak pan Mikołaj koni i furażu żądał — dawała. Kto im to zwrócił ? Nikt. Przecież nie Kościuszko - teraz w carskiej niewoli. I nie król, ten nieszczęsny Ciołek, co zanim dziesięć miesięcy temu zmarł , abdykację 4 Ten sam samopał zabierze Adam w drogę, udając się w pierwszą podróż swojego życia — na studia do Wilna w roku 1815. 5 W tak ubogim dworku jak w Zaosiu — nie ma salonu. Rekonstrukcja tego domu Mickiewiczów — dokonana w latach 90. przez władze białoruskie, z udziałem strony polskiej — ukazuje niezwykłą siermiężność tego gospodarstwa, które tylko z nazwy było —„folwarkiem”. 6 Zginie w karczemnej bójce w roku 1802. 7 Stanisław August Poniatowski zmarł w Petersburgu 12 lutego 1798 roku. 46 Paweł Huelle i zrzeczenie się praw koronnych wszelkich podpisał. A szlachta, posesjonaci, panowie - pamięć mają dobrą. I nie zapomną Mikołajowi tych rekwizycji — na przegraną sprawę. Pan Mikołaj jest wzburzony. Jak stryj Adam może tak mówić? To już lepiej - jakby się w czasie Insurekcji — bił po stronie Moskala, niż takie teraz judaszowe — po klęsce, po Finis Poloniae - banialuki wygadywał. Stryj Adam dotknięty do żywego. Zapala fajkę. Jakże to - nie wolno mu swego zdania wypowiedzieć? Będąc w gościnie? Przecie nie był z Moskalem nigdy w żadnej zmowie. Ale od samego początku wojny o konstytucję - widział w niej czyn poroniony. Powtarza, że wiele szlachty tylko dlatego do Kościuszki przystało - bo nie było innej możliwości. I co to za pomysł był, aby chłopów od pańszczyzny uwalniać, jakąś wolność obiecywać? Przeciw panom buntować? Wolność jest dla szlachty, nie chłopów, czy Żydów. Gdyby Mikołaj bardziej był rozsądny -teraz by u jakiegoś wielkiego pana na dzierżawie siedział, a nie skromnym kauzyperdą był. Pan Mikołaj nie może i nie chce słuchać o wielkich panach. Też zapala fajkę. Oni to -w pierwszej kolejności Rzeczpospolitą zgubili. Sprzedali za złote ruble, za tytuły, za intraty. Oni to sejmy rwali, oni to konfederację przeciw konstytucji majowej podnieśli, wojska carowej wezwali: Braniccy, Rzewuscy, Kossakowscy, Potoccy. Szlachta, naród teraz za to płacą, a ci wielcy panowie - balują przy orderach w Petersburgu. Adwersarzy próbuje godzić pan Snitko, syn dawnego cześnika parnawskiego, ale nieskoro mu wtrącać się - w taki święty czas - w rodzinny spór. Zaledwie próbuje im przerwać, jak na sejmiku - „panowie, panowie bracia...” Rodzinny, bo pan Mikołaj wyrzuca teraz swojemu stryjowi Adamowi, że on - choć rekwizycji nie robił dla Naczelnika, choć żadnym czynem się w Insurekcji nie wsławił - też biedę klepie. I żadnej dzierżawy, ani skromnego urzędu na stare lata nie otrzymał. Dlaczego? Boć burdy robi, w bijatyki się wdaje, a co gorsza — o czym powszechnie w powiecie nowogródzkim wiadomo — kartami się bawi i na procent pożycza, co żydowską jest rzeczą, nie szlachecką przecież. Stryj pana Mikołaja - Adam - zwłaszcza na ten ostatni zarzut - jak widać po jego reakcji nie bezpodstawny — aż się gotuje. Gdyby miał szablę — trzasnąłby nią przez stół w łeb bratanka. Wyzywa pana Mikołaja od Jakobinów. Przez takich jak on Rzeczpospolita upadła, przez francuskie mody. Jak dawniej wszystko starożytnym sposobem w Polsce szło — były wiktorie, była sława. Ze złości stryj Adam gniecie w palcach kieliszek z niedopitą nalewką. Zmieszana z kroplami krwi - plami obrus. Dodaje, że pieniądze pożycza nie on - Adam, ale brat jego, Bazyli8. Właściciel tego tu — ogromnego pałacu i dóbr wszelakich. Owszem, on — Adam wdzięczny jest swojemu bratu Bazyiemu, że udziela długotrwałej gościny swemu bratankowi Mikołajowi. I jeszcze bardziej wdzięczny jest swojemu bratu Bazyiemu, że Bazyli wyjechał na święta stąd do Nowogródka, bo tylko dzięki temu on. Adam, mógł tu na czas świąt do Zaosia zjechać do bratankostwa Mikołajostwa. „Wiesz, jak się ostatnio nienawidzimy” - kończy rodzinną tyradę stryj Adam — „wiesz dlaczego”. 8 Drugi stryjeczny dziadek Poety. Jeszcze większy zabijaka niż stryjeczny dziadek Adam. Formalnie Zaosie należało do niego, a Barbara i Mikołaj przemieszkiwali w jego dworku. Zdaje się — dłuższymi okresami, podczas okresów adwokackiej posuchy pana Mikołaja. Bazyli zginie rok później — w 1799 roku - ciężko pobity przez niejakiego Jacka Saplicę. Scenariusz serialu o Adamie Mickiewiczu 47 Pan Mikołaj też gorączka. Ale furda tam sprawy rodzinne. Mówią o Rzeczypospolitej. Co takiego? Jakobini? Od Wiednia - a było to — Boże zmiłuj się nad nami tak dawno -Rzeczpospolita żadnej już przewagi, żadnej wielkiej wiktorii - nie zaznała. Brak wojska regularnego, brak stróżów i wykonawców praw, brak zgody Rzeczpospolitą stoczyły — niczym czerw. A cóż — pokazuje pan Mikołaj no poły swojego odświętnego kontusza — czy tak Jakobiny się noszą? Czy tak? Pan Śnitko przytakuje na te słowa pana Mikołaja. Tym bardziej zły stryj Adam. Nie ma stronnika. W czasie tej kłótni, coraz głośniejszej - jej strzępy dochodzą do izby sypialnej - odbywa się poród. Pani Barbara patrzy wprost na obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, Gajewska zwilża czoło swojej pani, Mołodecka odbiera nareszcie dziecko. Chłopiec! Trzeba odciąć pępowinę, Mołodecka pokazuje Gajewskiej, żeby jej coś podała, cokolwiek na czym może dokonać cięcia. Po drugiej stronie łoża małżonków, na nocnej szafce, tam gdzie zazwyczaj śpi pan Mikołaj -leży opasła, oprawna w półskórek książka. Wyraźny jej tytuł - „Proces sądowy”. Książka upada z rąk Gajewskiej, Mołodecka podnosi tom i na nim odcina pępowinę. Coś do siebie mamrocze. - „Co mówisz?” — pyta ją z lekka zaniepokojona pani Barbara. - Że będzie pierwszym w palestrze” - odpowiada głośno Mołodecka. Po czym dodaje cichutko — „nie tak jak ojciec”. Tylko Gajewska to usłyszała. W izbie jadalnej poruszenie: Mołodecka podaje zawiniętego w pieluszki chłopca ojcu, panu Mikołajowi. Ten unosi go z lekka - jak gdyby starożytnym, rzymskim obyczajem. Stryjeczny dziadek chłopca, stryj pana Mikołaja — Adam — jest zachwycony. Nie dość że chłopiec - to jeszcze — co głośno anonsuje - przyniósł sobie jego, Adama, stryjecznego dziada - imię. Vivat! Do izby jadalnej wchodzi Maryna z maleńkim, dwuletnim Franciszkiem, zawiniętym z becik - niech pozna się z młodszym bratem. Gratulacje dla pana Mikołaja - od stryja Adama -nagle udobruchanego, od Śnitki, od wchodzących tu na chwilę - Mołodeckiej, Gajewskiej, a także Ulissesa i lekko już wtrąbionego Wincuka, który - hukaj - zdążył się już napić i tylko z tego powodu - nieproszony — wkroczył do izby, całując rękę „jaśniepana Mickiewicza”. Śnitko — oburzony i zawstydzony zachowaniem swego sługi każę mu iść precz, ale Pan Mikołaj - oddawszy syna w ręce Mołodeckiej, każę wszystkim zostać jeszcze na chwilę. Bierze ze stołu opłatek. Idzie do izby sypialnej małżonków — klęka przy łóżku, całuje dłoń pani Barbary, czule, z wdzięcznością i wzruszeniem. Dzieli się z żoną opłatkiem. Pan Mikołaj wraca do izby jadalnej, każdemu — wedle starszeństwa — podaje opłatek. Najpierw stryjowi, potem panu Śnitce, następnie Mołodeckiej, Gajewskiej, na końcu - Marynie. Przy tym mały Franciszek - rozbudzony — nagle zaczyna płakać. Kwili też maleńki Adam. To prawdziwie niemowlęcy duet braci Mickiewiczów — Franciszka i — jeszcze in spe — Adama. Mołodecka zarządza odwrót z dziećmi. Niezdrowe tu zresztą, okropne powietrze - tyle panowie nakopcili okropnym tytuniem. Izba mała, nie jak w wielkim dworze, czy pałacu — przygania Mołodecka fajczarzom. Ale może sobie na to pozwolić. Jest dzisiaj w łasce i wdzięczności państwa. I mówi to z uśmiechem - więc jak się gniewać na Mołodecką? Stryj Adam chce być użyteczny - uchylić okienko, by wywietrzyć dym. Ale dworkowe okno -w tej niemalże wiejskiej, tyle że nieco obszerniejszej niż chłopska - chałupie - jest zamknięte 48 Paweł Huelle na specjalny haczyk, uszczelnione na mrozy mchem. Stryj Adam rezygnuje więc z misji, ale dostrzega na niebie dziwne zjawisko - kometę. Zdziwiony woła pana Mikołaja i Śnitkę. Śnitko twierdzi, że to właśnie pierwsza gwiazda — czas wieczerzać. Jednak prędko zauważa - wraz ze stryjem Adamem i panem Mikołajem - że inne gwiazdy już też rozbłysły, a to, na co zwrócił uwagę — to chyba jednak kometa? No ale co miałaby zapowiadać? Nową wojnę? Nic o tym na świecie nie słychać. Pan Mikołaj, gdy zasiadają do stołu - Maryna wnosi wazę z barszczem - twierdzi stanowczo, że w żadnym z kalendarzy gospodarskich nie czytał o komecie. Może więc to tylko przywidzenie, od mrozu, albo astronomowie nie umieli przewidzieć zjawiska. W każdym razie coś wielkiego wkrótce się wydarzy. Albo już wydarzyło. Tu, w nowogródzkim powiecie, na Litwę, nowiny dochodzą znacznie później, niż do Korony. Pan Śnitko jakby czekał takiego właśnie hasła. Trochę nieśmiało — choć przecież jest u swojaków - wyciąga zza słuckiego pasa broszurę. Jest to jednostronnie drukowana ulotka, z pięknym orłem Legionów Polskich w nagłówku. Czyta, dobywszy binokli i przysunąwszy do siebie lichtarz: „Trzeciego maja roku pańskiego 1798 - to jest jeszcze nasz rok - wtrąca i czyta dalej -Jenerał Jan Henryk Dąbrowski wkroczył do Rzymu i z Pierwszą Legią jenerała Karola Kniaziewicza zajął Rzymską Republikę. Ze starożytnego Kapitolu przemawiał Dąbrowski do zgromadzonego wojska: Stanęliście na szczycie, na którym błyszczy sława tylu wieków. Pomnijcie, w jakim dniu tu stoicie. Niech miłość kraju z godłem sławy utkwi na zawsze w sercach waszych”9. Pan Mikołaj jest wzruszony. Przesuwa lichtarz do siebie, pożycza od Śnitki binokle — swoje gdzieś zapodział — i wziąwszy ulotkę w dłonie, czyta powoli, szeptem powtarzając niektóre słowa — Dąbrowski — Kapitolu, godłem sławy. Stryj Adam jest nie mniej poruszony, choć chce to ukryć. Pyta Śnitkę, skąd dostał takiej gazety. Śnitko się uśmiecha — wielu jest wędrowców przekraczających Niemien. Stryj Adam kryje w dłoniach twarz. Teraz widać dopiero na jego łysiejącej czaszce - dwie głębokie blizny po cięciach białą bronią. Nie odkrywając twarzy mówi - jakby do siebie, stłumionym głosem — „Ja też z Moskalem wojowałem. Biłem się jak szlachcic. Biłem dzielnie.” Po chwili dodaje — już głośno, z odkrytą twarzą, patrząc na pana Mikołaja - „I cóż stąd? Cóż stąd nam przyszło?” Pan Mikołaj kiwa tylko głową. Spojrzeniem pyta Śnitkę, czy ma mu oddać druk. Śnitko pokazuje dłonią, aby go sobie zatrzymał. W domyśle — przekazał dalej. Talerze już opróżnione, świece mocno nadpalone. Maryna zbiera ze stołu. Teraz, gdy goście i gospodarz kładą się spać - widzimy jak niewielki jest dworek w Zaosiu. Pan Śnitko i stryj Adam ułożą się w izbie jadalnej. Gdy Maryna wyniesie już ostatki ze stołu, Ulisses przyczłapie z poduszkami, kapami i kołdrami, ścieląc każdemu z gości na oddzielnej ławie. Jest przy tym trochę rumoru, przesuwania ław, stołu. W izbie czeladnej zasypiają wreszcie Gajewska i Maryna. W kuchni — rozłoży sobie spanie przy piecu - Ulisses. W sieni - pod baranicą - chrapać będzie Wincuk. Pan Mikołaj — już bez kontusza — w samym tylko żupanie — obchodzi dom ze świecą. Zagląda do małżeńskiej sypialni. Mołodecka- nierozebrana do snu - drzemie w fotelu obok 9 Tekst dokumentalny. Scenariusz serialu o Adamie Mickiewiczu 49 łóżka, gdzie z maleńkim Adamem śpi spokojnie pani Barbara. W kołysce — Franciszek. Przy fotelu Mołodeckiej nieopróżnione do końca talerze - tu spożywały z panią Barbarą wigilijną kolację. Pan Mikołaj podchodzi cicho do Mołodeckiej, przygląda się jej twarzy. Jest niebrzydką kobietą. Gospodarz ma ze sobą mieszek. Kładzie go na stoliczku obok Mołodeckiej. Odstawia świecę i sprawdza — jakby dla pewności — zawartość mieszka. Jest to pięć złotych monet. Dwie z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego, trzy — z podobizną carycy Katarzyny Wielkiej. Waha się, bo najwidoczniej doszedł do wniosku, że cztery złote monety- wystarczą. Jedną chce więc zabrać ze sobą, ale nie może zdecydować, którą - rosyjską, czy polską. Wreszcie wkłada jednak wszystkich pięć krążków do mieszka i zostawia go na stoliku. Obchodzi małżeńskie łoże, przygląda się Adamowi i żonie. Teraz łowi uważne spojrzenie Mołodeckiej: oczywiste, że nie spała. Najpewniej dostrzegła jego manipulacje z monetami. Pan Mikołaj, speszony, pozdrawia Mołodecką skinieniem głowy i wychodzi. Pan Mikołaj w alkierzu. Normalnie tu nie sypia, na ławie jest już posłane, ale Ulisses -niezguła — zapomniał poduszki. Nie będzie już jej szukał. Mówi krótki pacierz. Alkierz nie przylega do żadnego z domowych pieców, jest tu zimno, podczas modlitwy mgiełka pary ulatuje z ust pana Mikołaja. Wsuwa się wreszcie pod baranicę. Zdmuchuje świecę. Przez okno — pomiędzy gwiazdkami śniegu na szybie — pan Mikołaj dostrzega kometę. A przynajmniej tak mu się wydaje, że dostrzega. Bo kiedy zamyka oczy i ponownie je otwiera — nie widzi komety. Powtarza ten eksperyment: kometa znów jest na niebie. Pan Mikołaj zasypia. Retrospekcja pana Mikołaja Sen pana Mikołaja przenosi nas pod wileński ratusz. Jest kwiecień 1794 roku, cztery lata wstecz od narodzin Adama. Insurekcja Kościuszki. Pod ratuszem postawiona szubienica, straże w mundurach narodowych, piechota regularna polska. Dobosze walą w bębny. Hetman Szymon Kossakowski — jest prowadzony na egzekucję. Przerażony: nie wierzył, że Trybunał jednak go skażę. Prowadzony jest na śmierć w żółtym szlafroku, jak gdyby wyciągnięto go wprost z sypialni, a nie wyprowadzono z Arsenału, gdzie był uwięziony. Przez łoskot werbli słychać okrzyki z tłumu: „Precz z Targowicą !” „Precz z hetmanem’ „Na powróz zdrajców!„Na sznur agentów Katarzyny ”. Szczególnie lud wileński — w pierwszych szeregach gapiów — pośród których widać także trochę drobnej szlachty — szczególnie więc przekupki, rzemieślnicy, mularze, służący — pokrzykują najgłośniej. Zbliżenie na postać pana Mikołaja ujawnia go w szlacheckim mundurze województwa wileńskiego, z przypiętą kokardą narodową, w trzecim, czwartym rzędzie. Nie jest rozentuzjazmowany. Przygląda się egzekucji chłodnym okiem. Kiedy trup hetmana zakołysze się na powrozie, a tłum zacznie jeszcze głośniej wiwatować - pan Mikołaj opuszcza plac, przepychając się między ludźmi. Ci nie mają zamiaru szybko się rozejść. Pan Mikołaj w uliczce za ratuszem jest oczekiwany przez dwóch — ze szlachecka ubranych jeźdźców. Trzeci wierzchowiec jest dla pana Mikołaja Mickiewicza. Mijają rogatki Wilna. Jeźdźcy są pod dużym, zasobnym dworem. Zsiedli z koni. Scena jest niema, choć widzimy najpierw rozmowę, potem kłótnię. Ekonom zachodzi drogę przedstawicielom Rządu Narodowego. Zerka tylko na dokument podany mu przez pana Mikołaja, drze go w strzępy, krzyczy, gestykuluje. Z ganku przygląda się temu dziedzic z dwoma uzbrojonymi 50 Paweł Huelle w strzelby służącymi. Dziedzic jest w stroju polskim, służący — niczym angielscy dżokeje. Pan Mikołaj - ponad głową ekonoma woła coś do dziedzica. Ten — jakby w geście rezygnacji, po zaprzeczeniu głową, macha wreszcie do ekonoma i pokazuje mu wyraźnie palcami liczbę - dwa. Tylko dwa. Pan Mikołaj z towarzyszami wyjeżdżają z dworskiej starej alei. Prowadzą za sobą dwa konie. Jeden z nich to źrebak. Całej scenie, z nieodległych czworaków, przypatrują się w zupełnym milczeniu chłopi. 3. Poranek po narodzinach Pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Po śniadaniu. Do sań przed dworkiem w Zaosiu wsiadają Mołodecka, pan Śnitko. Powozić będzie Ulisses. Koń należy do Mickiewiczów, są to też ich sanie. Żegnają ich pan Mikołaj i stryj Adam. Do pana Śnitki - który już usadowił się pod futrem obok Mołodeckiej - przypada zaspany Wincuk. Błaga Śnitkę, żeby go nie zostawiał w obcym domu. — A ja Cię właśnie sprzedałem panu Mikołajowi — oświadcza najpoważniej Śnitko. Wincuk całuje dłoń swojego pana, naprawdę jest przerażony. Ulisses strzela z bata, sanie ruszają. Wincuk biegnie kilka metrów za zaprzęgiem, wywraca się w śnieg, jest nieodziany na mróz. Pan Mikołaj ma już dość tych żartów, przywołuje Wincuka: jak koń pana Śnitki wydo-brzeje, Wincuk zaprzęgnie go do ich sań i wróci do domu. Tu będzie pomagał w oborze i drewutni. - „A jak zdechnie nasz koń?” - pyta Wincuk. - „To pójdziesz piechotą” - stryj Adam jest rozbawiony tą sytuacją. Pan Mikołaj jest w izbie sypialnej. Trzyma panią Barbarę za dłoń. Żona pyta męża, jak długo zostanie u nich stryj Adam. Pan Mikołaj informuje, że do Trzech Króli. Zaraz potem jak wyjedzie stryj Adam, wróci stryj Bazyli. Chrzestnych umówiono już dużo wcześniej. Nienajgorzej to będzie — rozgaduje się pan Mikołaj: chrztu udzieli ksiądz kanonik inflancki Antoni Postlett. Tylko jeszcze nie ustalono drugiego imienia Adasia. Nie do końca, nie defintywnie ustalono. Jak to nie ustaliliśmy -przypomina pani Barbara - tak jak jego chrzestny - Bernard. Bernard Obuchowicz, sędzia ziemski mozyrski. Sama palestra — bo chrzestną będzie pani Aniela z Wierzejskich Uzłow-ska, sędzina graniczna nowogródzka. Mądrze i praktycznie - pochwala swój własny przecież wybór pan Mikołaj. Skoro własnych gruntów po ojcach nie masz - palestra to grunt. A może Adam wyżej ode mnie, komornika, zajdzie? Pani Barbara wzdycha tylko: dałby Bóg. Przecież Mikołaj żadnej sprawy od roku nie wygrał. No, niech się już nie sroży. Prawda jest taka i już. Ale może zacznie wygrywać. Coś się stało nadzwyczajnego. Zapowiedź cudu chyba...I pani Barbara zaczyna opowiadać: Rano, po karmieniu, wstała na chwilę z łóżka. I co znalazła na stoliczku, na samym środku serwety? Tę złotą monetę. Skąd tu ona? Przecież Mikołaj, nie podrzucił jej chyba? A może stryj Adam? Pan Mikołaj obraca w palcach monetę podaną mu przez żonę. To polski dukat Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pan Mikołaj wybucha śmiechem: o co Barbara podejrzewa Scenariusz serialu o Adamie Mickiewiczu 51 stryja Adama? On nie z tych, którzy rozdają. Moneta zostanie przechowana dla małego Adasia - aż szkoły skończy. Pan Mikołaj kładzie lśniący krążek na dłoni noworodka. A raczej usiłuje położyć - moneta jest za duża w stosunku do maleńkiej rączki. Wygląda to jednak tak, jakby Adaś nie chciał złota. Czego wiec będzie pragnął? - „Miłości” - śmieje się pani Barbara. — „Władzy” — oponuje pan Mikołaj. - „Nie — na to pani Barbara - władza to złoto, a on nie chce złota.” - „ Władza to nie tylko złoto” - zamyśla się pan Mikołaj. - „ Cóż jeszcze?” - pyta żona. - „Szacunek ludzi. Posłuch. Ale nie kupiony, czy wymuszony. Posłuch, posłuch - zastanawia się pan Mikołaj — z miłości.” - „No więc ja miałam rację” - tryumfuje pani Barbara. 4. Wyjazd do Nowogródka Luty, przed 12-tego miesiąca 179910 roku w Zaosiu. Na skromnej alejce dojazdowej mijają się sanie. Wyjeżdżającymi powozi Ulisses, w siedzisku stryj Adam. Przyjeżdżającymi powozi podobny do Cygana — ni to Turek, ni Tatar, smagły Igor. Wiezie swego pana - Bazylego Mickiewicza, drugiego ze stryjecznych dziadków Poety, obecnego właściciela Zaosia. Sanie zatrzymują się obok siebie - burta w burtę. Słychać tylko chrapanie koni i skwir wron. Bazyli spogląda na Adama. Adam na Bazylego. Odjeżdżają każdy w swoją stronę. W izbie jadalnej — powitanie stryja Bazylego. Pani Barbara z Adasiem na ręku. Czułości stryjecznego dziadka wobec wnuka nie udawane. Jakiż to szlachcic, jakiż rycerz z niego wyrośnie. Wiwat Mickiewiczowie! Górą Litwa! Ale ta radość szybko ustępuje zachmurzeniu Bazylego. Czegóż się dowiaduje ? Pomijając to, że - jak spostrzegł - jego braciszek Adam - który miał wyjechać stąd na Trzech Króli -do zdechu ich zdarł, siedział znacznie dłużej. Jak on śmie? No , ale, cóż mu komunikują Piotr z Barbarą? Że chcą już wyjeżdżać? To znaczy, że Adam im bliższy niż on, Bazyli. Bo z Adamem spędzili wilię i tyle czasu. A jak Bazyli przyjeżdża, Mikołajostwo hyc - umykają jak szaraki przed obławą. Pan Mikołaj usiłuje coś wyjaśnić. Że palestra, że chrzest Adama, że muszą jechać do Nowogródka. Że wrócą na lato. Stryj Bazyli jest furiat. I nie chce słuchać wyjaśnień. Chrzest - chrztem - oczywiście. Ale powinni za niedzielę wrócić. Tu nie jest zajazd! Czy im nie smakuje chleb tutejszy, skromny, ale z serca? Pani Barbara popłakuje. Każę Gajewskiej przyspieszyć pakowanie. Pan Mikołaj w kuchni -żeby nie wchodzić w oczy stryjowi Bazylemu — podsumowuje rachunki domu. Maryna — jak się teraz okazuje - służąca kuchenna tutejsza - ryczy, bo chce za panią Barbarą do Nowogródka. Stryj Bazyli robi obchód po oborze, świronku, stodole. Nic nie mówi, ale oczami strzela - gospodarz z niego żaden, lecz widać,że irytują go zastane porządki. I ze napiłby się z kompanią, a przynajmniej z bratankiem. A tu - wizja samotnego bytowania z głupią 10 Data chrztu Poety w Nowogródku. 52 Paweł Huelle dziewuchą i służącym. Wiosną nająć trzeba będzie wolnego parobka jednego, ale z nim się też Bazyli nie napije. Wreszcie wymamrocze - kopiąc klatkę z kurami — a paszli won, duraki!! Wzywa Igora, każę sobie przynieść do świronka okowity. Pije. Spogląda przez okienko na swój dworek. Widzi migające postaci bratanka, pani Barbary. Jeszcze bardziej zły. Pije. Dzień później - dwoje sań - jedne z Ulissesem, Panią Barbarą, Adasiem i Gajewską, drugie z Igorem, panem Mikołajem i drobnymi sprzętami — odjeżdżają w białą, niemal bezkresną pustkę sprzed dworku w Zaosiu. Biel śnieżycy przechodzi w biel obłoków. Olśniewających, letnich, nad Górą i ruinami zamku Mendoga. Jest lato 1807 roku. Adaś ma dziewięć lat. Jego starszy brat Franek — jedenaście. Jeszcze nie chodzą do szkoły, to ich ostatnie wakacje przed pierwszą klasą. Ale już buszują swobodnie po najbliższej, domowej okolicy. Dworek państwa Barbary i Mikołaja Mickiewiczów -stoi tuż u podnóża Góry Mendoga. Bracia biegną jak szaleni w dół, po stoku. Krzyczą jeden przez drugiego - hurra - uaaa! Aaaaa!! Ściga ich pies — chyba okoliczny kundel. Bracia wpadają na podwórzec domowego obejścia. Całkowite rozpędzenie stada kur. Bracia wpadają do drewutni i zamykają drzwi. Pies nie goni za kurami. Warczy i ujada przed drzwiami drewutni. Franek pyta — „coś ty mu powiedział, że tak się na nas uwziął?” Adaś — „Nic mu nie powiedziałem. Tylko zrobiłem minę. O, taką...” Koniec odcinka pierwszego Piotr Napiwodzki Esej HOMO IDIOTA Janowi Andrzejowi Kłoczowskiemu — in memoriam Na początku kwietnia profesor Marian Szarmach podarował mi książkę „Pochwała głupoty” Erazma z Rotterdamu. Klasyczna lektura, którą, po wstępnym przejrzeniu i przypomnieniu sobie niektórych wątków, postanowiłem umieścić wśród książek na półce podręcznej biblioteczki. To oczywiście wymaga zawsze dokonania pewnych przesunięć w księgozbiorze, czego zasadniczo robić nie lubię, więc trochę z tym zwlekałem, ale w końcu się udało. Co więcej, w tym konkretnym przypadku ruch wśród książek doprowadził do odnalezienia trzech spiętych razem kartek, które wypadły z któregoś tomu. Nie pamiętam, abym wcześniej je czytał. Nie mam pojęcia, jak się u mnie znalazły. Okazało się, że to tekst konferencji czy może wykładu jednego z moich nauczycieli — dominikanina Jana Andrzeja Kłoczowskiego, tekst zatytułowany „Homo idiota”. Powstał on na początku Wielkiego Postu i miał być wygłoszony 6 lutego 2008 (takie adnotacje widnieją na pierwszej stronie). Tak więc tego wieczoru, w piątek 11 kwietnia 2025 (ta data jest ważna, będzie jeszcze miała znaczenia w dalszej części opowieści), usiadłem w fotelu i przeczytałem z wielkim zainteresowaniem refleksje słynnego „Kłocza”, których punktem wyjścia była właśnie „Pochwała głupoty” Erazma. Uwaga wstępna brzmi jak następuje: „Istnieją dwa typu ludzkie, które można byłoby opisać jako homo idiota, gdyż termin ów jest bardzo dwuznaczny. W języku łacińskim oznacza on człowieka niewtajemniczonego, niewykształconego, inaczej: prostaka przeciwnego znawcy. Z drugiej strony idiota znaczy tyle, co inny, różny, odmienny. Na początku zajmiemy się więc idiotą jako głupcem, a następnie opowiem o idiocie jako szaleńcu”. Po krótkim wprowadzeniu dotyczącym dzieła Erazma z Rotterdamu, ze szczególnym podkreśleniem faktu, że właśnie Erazm zwrócił uwagę na bardzo charakterystyczną cechę głupca, jaką jest zadowolenie z siebie, Jan Andrzej Kłoczowski zabiera swoich słuchaczy w nieco inne rejony: „Głupiec ma wiele postaci i wiele twarzy. Przyznam, że dla mnie bardzo ważne było zapoznanie się z życiem i myślą wybitnego protestanckiego teologa niemieckiego z okresu II wojny światowej - Dietricha Bonhoeffera. Bonhoeffer był teologiem mocno zaangażowanym w ruch antyhitlerowski w Niemczech. Dla naszego tematu ważne są jego zapiski, 54 Piotr Napiwodzki w których mówił o głupocie jako fakcie społecznym. «Sophie Schóll — ostatnie dni» opowiada o organizacji studenckiej «Biała Róża», bardzo niewielkiej, ale niezmiernie ważnej dla antyhitlerowskiego ruchu oporu w Niemczech. W lutym 1943 roku studenci, którzy na uniwersytecie w Monachium rozdawali ulotki, zostali zatrzymani, poddani śledztwu, a następnie ścięci po pokazowym procesie. Charakterystyczne było to, ze prawie wszystkie ulotki zostały przez odbiorców dostarczone do gestapo. Bonhoeffer zastanawiał się nad tym, co stanowiło źródło oportunizmu społeczeństwa niemieckiego wobec nazistów. Według jego teorii była to głupota. Mamy tu więc do czynienia z inną definicją głupoty niż w wydaniu Erazma z Rotterdamu. Chodzi tu nie tyle o stan umysłu, co o stan etyczny. Głupota ma swoje źródło nie tyle w umyśle, co - używając terminu biblijnego czy ko-ranicznego — w sercu; oczywiście rozumianym jako sumienie. Bonhoeffer nie bez racji twierdził, że głupota jest bardziej niebezpieczna niż przewrotność, bowiem mając do czynienia z człowiekiem przewrotnym, potrafisz pojąć logikę jego myślenia i możesz go podejść. Natomiast bezradni jesteśmy wobec głupoty — szczególnie wobec swojej własnej. Do głupca nie przemawiają żadne argumenty. Przeczy faktom, które są dla niego niewygodne. Cecha wyróżniająca głupca to stan absolutnego zadowolenia. Czy głupotę można utożsamić z niewiedzą? Sądzę, że zdecydowanie nie. Zarówno głupota, jak jej przeciwieństwo, czyli mądrość - a tym samym homo sapiens i homo idiota - nie rodzą się i nie przebywają tylko w głowie, lecz dotyczą całego człowieka. Głupota nie jest więc problemem psychologicznym, tylko duchowym. Nie są to chore emocje czy stan upośledzenia intelektualnego. Można być bardzo inteligentnym głupcem”. Jan Andrzej Kłoczowski stwierdza, że głupiec zawsze opowiada się za czarno-białą wizją świata, a jego cechą wyróżniającą jest przekonanie, że wszystko jest proste i oczywiste. Dokładnie to wykorzystują specjaliści od reklam i politycznej propagandy. Prosty klucz interpretacyjny to podstawa funkcjonowania głupca, który bardzo nie lubi komplikacji, ale przez to jest łatwy do manipulacji. Co ważne: według Kłoczowskiego wyróżniającą cechą głupca jest brak poczucia humoru. Źródłami głupoty w człowieku jest strach i bezczelność. Strach wiąże się z próbą uniknięcia jakiegokolwiek ryzyka (w każdym wymiarze, zewnętrznym: społecznym i wewnętrznym: intelektualnym), a bezczelność to cecha głupca w tłumie, gdzie staje się szczególnie niebezpieczna i gdzie dopełnia ją agresja, bezwzględność, okrucieństwo. Z głupoty nie da się wyjść przez pouczenie, ale jedynie przez bardzo zasadniczą przemianę, którą w tradycjach religijnych i niektórych tradycjach filozoficznych nazywa się „nawróceniem” - to zmiana całego sposobu życia, sposobu myślenia, wartościowania i rozumienia. Grecki termin metanoia zawiera w sobie rdzeń nous, a więc „umysł”, „rozum” - nawróceń dotyczy więc przemiany myślenia, odmiany biegu myśli. W dalszej części Kłoczowski powołuje się na jeszcze inny filozoficzny autorytet, a mianowicie na Blaise’a Pascala, który głosił, że mądrość ma dwa krańce, które się ze sobą stykają. Jeden kraniec to niewiedza naturalna, niewiedza ludzi prostych, a drugi to niewiedza wielkich umysłów odkrywających, że nic nie wiedzą. Jedni są na początku, a drudzy u szczytu. Według Pascala najgorsi są ci, którzy są pomiędzy tymi krańcami: już coś wiedzą i udają mędrców. Kłoczowski nawiązuje do tej myśli: Homo idiota 55 „To bardzo ostra diagnoza i chyba zmuszająca do zastanowienia się, kim jest homo idiota. Z tego wynika, że właściwie wszyscy sytuujemy się pośrodku, bo utraciliśmy już naszą pierwotną, prostą niewiedzę, a daleko nam jeszcze do świadomości starego Einsteina, który patrząc z uśmiechem na młodszych kolegów, zwykł mawiać: co ta fizyka może powiedzieć o świecie... My jesteśmy raczej na poziomie uczniów, którzy buntują się: a po co mi ta fizyka, po co mam się jej w ogóle uczyć? Oczywiście odnoszę tę uwagę także do siebie. Wedle Pascala idiotami nie są tylko ludzie naprawdę prości i naprawdę genialni; lecz ci pośrodku — to ćwierć — albo półinteligenci. Dramat kultury naszych czasów stanowi to, że wszyscy tacy jesteśmy”. W tekście Kłoczowskiego następuje teraz przejście do omawiania drugiej postaci homo idiota — czyli postaci idioty jako szaleńca. To postać świętego szaleńca, który jest inny, odmienny, żyje na marginesie, ale przez to staje się kimś bliskim samego Boga i jest tak właśnie postrzegany... Niestety, tekst Kłoczowskiego, który jest w moim posiadaniu, kończy się w tym miejscu. Mam tylko trzy strony, a idiota jako szaleniec, a więc postać zasadniczo pozytywna i ważna dla ludzkich społeczności, jest najwyraźniej omawiana na stronach kolejnych. Sam temat nie jest nowy, bo postać szaleńca należy do każdej tradycji religijnej czy kulturowej, to postać łącząca świat ludzi z tym, co nadnaturalne, co boskie. Nie wiem, co Jan Andrzej Kłoczowski powiedział o tym 6 lutego 2008, ale wiem jeszcze, że powołał się na książkę Cezarego Wodzińskiego noszącą tytuł „Święty idiota”1. Nie mógł nie przywołać Ewangelii św. Marka relacjonującej sam początek nauczania Jezusa słowami: „Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów»” (Mk 3,20-21). Oto więc sam Jezus uchodził za szaleńca, tak był postrzegany przez wielu i tak też mogą być postrzegani ci, którzy za nim podążają. Figurami szaleńców są często święci — chociażby św. Franciszek. W każdym razie Kłoczowski z pewnością sięgnął do tradycji wschodnich, na pewno odwołał się mistyki różnych religii. Nie mógł również nie wspomnieć, że rodzajem szaleńca jest szaman, czasami także kapłan (jeśli jest nieco „szalony” i „niezastygły” w hierarchiczności kapłaństwa i o ile nie stał się jedynie strażnikiem czy wprost nawet „właścicielem” sacrum). Za szaleńca uchodził często artysta, a zwłaszcza aktor czy błazen. Kto wie, czy Kłoczowski nie przypomniał o książce Johana Huizingi „Homo ludens”, w której autor bada źródła kultury i odnajduje je w szeroko rozumianej grze i zabawie. Czytamy u Huizingi: „Egzystencja zabawy potwierdza nieustannie, i to w sensie najwyższym, ponadlogiczny charakter naszej sytuacji w kosmosie. [...] Komizm jest blisko związany z głupotą. Lecz zabawa głupia nie jest”2. Być może Kłoczowski wspomniał także o słynnym eseju Leszka Kołakowskiego pod tytułem „Kapłan i błazen”, gdzie pod koniec znajdujemy znamienne słowa: „Opowiadamy się za filozofią błazna [...] Jest to opcja za wizją świata, która daje perspektywę uciążliwego uzgadniania w naszych działaniach wśród ludzi żywiołów najtrudniejszych do połączenia: dobroci bez pobłażliwości uniwersalnej, 1 Cezary Wodziński, Św. Idiota. Projekt antropologii apofatycznej, Gdańsk 2000. 2 Johan Huizinga, Homo ludens, tłum. M. Kurecka, W. Wirpsza, Warszawa 1985, s. 15 i 18. 56 Piotr Napiwodzki 24 listopada 2007 r: Chrzanowski, Kłoczowski, Napiwodzki, fot. archiwum autora odwagi bez fanatyzmu, inteligencji bez zniechęcenia i nadziei bez zaślepień. Wszystkie inne owoce myślenia filozoficznego są mało ważne”3. Nie wiem, jaki był dalszy ciąg konferencji Kłocza, ale być może tym lepiej — sam dostałem szansę ją uzupełnić i choć troszkę spróbować odtworzyć jego sposób myślenia. Pod wpływem znalezionego tekstu naszły mnie pewne wspomnienia. Gdy byliśmy kiedyś na meczu Cracovii, której kibicem był Jan Andrzej Kłoczowski, padło pytanie: „Jak wiadomo, Cracovii tradycyjnie kibicują intelektualiści, biedacy i Żydzi — w której kategorii sam siebie widzi Kłocz?” On sam bez chwili wahania odpowiedział, jak to on, precyzyjnie i błyskotliwie: „Oczywiście we wszystkich trzech”. Kolejnego dnia, przed południem, a była to sobota 12 kwietnia, odebrałem telefon z wiadomością, że Kłocz nie żyje. Przyznam, że było coś niezwykłego w tym, że jeszcze wieczorem nieoczekiwanie mogłem w jakimś sensie przeprowadzić z nim tę rozmowę o głupocie i szaleństwie, absolutnie nie mając pojęcia, że za parę godzin w Krakowie rozpocznie on zupełnie inny etap poznawania tych tajemnic, w które przez całe życie wprowadzał swoich uczniów. 3 Leszek Kołakowski, Kapłan i błazen. Rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia, w: tenże, Chrześcijaństwo, Kraków 2022, s. 649. Wędrówki po prowincji Wiesław Niedziałkowski GEOPOETYKA POWIŚLA W TEKSTACH AUTOBIOGRAFICZNYCH MIĘDZYWOJNIA CZĘŚĆ II - POLISENSORYCZNE KRAJOBRAZY I TOPOGRAFIE POLISENSORYCZNE KRAJOBRAZY I TOPOGRAFIE Literackie krajobrazy zmysłowe możemy eksplorować za pomocą naszych poszczególnych zmysłów, tj. poprzez wzrok, słuch, węch, smak oraz dotyk. Ten uproszczony schemat aktywizacji pojedynczych i odseparowanych od siebie zmysłów nie da się wyekstrahować z badanego tekstu, ponieważ zjawiska sensualne występują ze sobą w różnych powiązaniach i w różnym stopniu wzajemnych interferencji; konieczne tu będzie uwzględnienie „zjawiska polisensoryczności i synestezji”1. Dominantą w tego typu sensualnych topografiach tekstów autobiograficznych jest sfera wizualna. PERCEPCJA WIZUALNA Wizualne postrzeganie przestrzeni — w skali mikro odnoszącej się do bezpośredniego otoczenia autobiografa, w skali makro - do pejzażu, krajobrazu i terytorium tożsamego z małą ojczyzną, należy z oczywistych względów do dominującego typu wśród literackich topografii sensualnych. Odnosi się ono nie tylko do samego aktu spojrzenia w różnorodnych modalnościach i perspektywach. Nie należy pomijać faktu, „iż oko patrzącego na krajobraz jest również okiem usytuowanym geograficznie, że konwencje i kody widzenia mają charakter lokalny, uwarunkowany nie tylko kulturowo, ale też czynnikami przyrodniczymi”2, jak podkreśla Elżbieta Rybicka. W ramach wizualizacji przestrzeni i powłoki terytorialnej osobny segment stanowią mapy i atlasy, wszak baza poznawcza geografii rozumianej jako nauka o przestrzeni uwarunkowana jest wizualnie3. Te narzędzia pełnią funkcję ikonograficzną w ramach przestrzeni geopoetycz-nej. Poruszając się na osi czasu w okresie międzywojnia, należy docenić kunszt kartografów, którzy tworzyli ówczesne mapy. Co prawda postępy w dziedzinie precyzyjnego pomiaru i możliwości edytorskich w publikacji tych narzędzi były wówczas już mocno zaawansowane, to jednak ręka mistrza musiała ostatecznie nanieść na pierwotną mapę nieregularne linie odzwierciedlające obrysy rzek, jezior czy lasów wraz z ich wypełnieniem paletą kolorystyczną. 1 E. Rybicka, Geopoetyka. Przestrzeń i miejsce we współczesnych teoriach i praktykach literackich, Kraków 2014, s. 249. 2 Ibidem, s. 260. 3 Por. ibidem, s. 257. 58 Wiesław Niedziałkowski Niepowtarzalna wizualna aura emanująca z tych wytworów ludzkiego rękodzieła jest szczególnie odczuwalna podczas ich oglądania w trzecim dziesięcioleciu XXI w. Wizualna percepcja - jak wspomniano powyżej - stanowi podstawową jednostkę w polisę nso tycznym spektrum i będzie ona eksplorowana w powiązaniu z innymi rodzajami ludzkiego sensorium poza dwoma wyjątkami. Pierwszy z nich odnosi się do mistrza polskiego słowa, Stefana Żeromskiego, który przybył na Powiśle w maju 1920 r. jako oficjalny przedstawiciel Rządu Polskiego podczas akcji propagandowej poprzedzającej plebiscyt w Prusach Wschodnich w lipcu roku 19204. Pisarz przedstawia pejzaż Powiśla i Kwidzyna (niem. Marienwerder) poprzez kuriozalną z współczesnej perspektywy wizualizację średniowiecznego kompleksu katedralno-zamkowego: Gdyby ktoś nie znał dziejów komturstwa w Marienwerder, nie wiedział wcale, w jakim celu wzniesione zostały te strome budowle z niezliczonej ilości cegieł, kształt narożnej wieży, kwadratowego stołpu i łukowaty, daleko wysunięty, wsparty na wysokich słupach Dansker, to ta dziwna forteca, odpychająca swym ponurym kształtem, wyjawiłaby mu sama dokładną powieść o pobożnych ujarzmicielach. Kolosalne murowane nogi zamczyska, wychodzące z kompleksu murów kościoła, twierdza czyhająca na ślepych i nagich murach, na olbrzymich zrudziałych i zzieleniałych skarpach, cały ten murowany rynsztunek zbója zdaje się przyklękać do skoku na daleką, płaską ziemię Powiśla, czyhać do wypadu i niepowstrzymanego marszu poprzez rzeczki i lasy, pola i łęgi dla przekroczenia wbród Wisły, którą widać w oddali, wijącą się w kępach drzew olbrzymich5. Ten cytat ze zbioru reportaży wspomnieniowych pod tytułem „Inter Arma” (rozdział „Iława — Kwidzyn - Malborg”) jest skondensowanym monochromatycznym portretem okazałego kompleksu średniowiecznej sztuki architektonicznej w Kwidzynie, składającego się z katedry, zamku i dwóch gdanisk. Passus ten zawiera wyjątkowo sugestywnie dobraną gamę złowrogiej szarości. Obiekty architektury średniowiecznej ukazane są nie tylko jako „dziwne”, ale wręcz odpychające „swym ponurym kształtem”. Zamek kapituły pomezańskiej jest u Żeromskiego „zamczyskiem”, którego mury są „ślepe i nagie”, a olbrzymie skarpy u podnóża zamku są „zrudziałe i zzielenia-łe”. Aspekt propagandowy tego tekstu - zgodnie z duchem czasu naznaczonego konfliktem i antagonizmem polsko-niemieckim - jest swym ostrzem wymierzony w ekspansywnego ducha Zakonu Krzyżackiego i jego spadkobierców. Ekspresja i sugestywność zawarta w wizualnej warstwie tego opisu musi budzić wrażenie, w szczególności na osobach, które naocznie poznały ten zabytkowy kompleks, stanowiący przykład imponującej architektury gotyckiej, osadzonej w niepowtarzalny sposób w krajobrazie pradoliny Wisły. Porównanie tego mistrzowskiego i wyrafinowanego stylistycznie opisu literackiego z budowlą, która w rzeczywistości zachwyca swym wkomponowaniem w krajobraz, prowadzi do nieuniknionego dysonansu poznawczego. Drugim przykładem wizualnej sensoryki krajobrazu będzie mikro-manifest geopoetyczny zawarty w memuarach Haliny Donimirskiej-Szyrmerowej. Autorka opisuje widok, który rozpościerał się z ogrodu i parku otaczającego jej dom rodzinny w Czerninie (niem. Hohendorf): 4 Por. J. Liguz, Wizyta Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza i Władysława Kozickiego na Powiślu w 1920 r., [w:] Z dziejów Powiśla, red. K. Zdziennicki Sztum 2014, passim. 5 S. Żeromski, Inter Arma, Warszawa-Kraków 1920, s. 20. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II - polisensoryczne krajobrazy i topografie 59 Lubiłam samotnie wymykać się tam przez luki w żywopłocie otaczającym park, szczególnie na wiosnę. Roztaczał się stamtąd piękny widok. W dali widać było Sztum, tonący w zieleni, z której wyłaniały się mury pozostałe po krzyżackim zamku, a niżej - wieża kościoła katolickiego, położonego nad Jeziorem Zajezierskim. Od miasta ciągnęły się dwie wstęgi starych drzew wyznaczających dwie szosy: „naszą” do Sztumu i szosę ze Sztumu do Posto-lina. Gdy tak chłonęłam ten widok, wdychając zapach ziemi i odradzającej się roślinności, ogarniał mnie zawsze szczególny poetycki nastrój, przemożne poczucie bliskości z otaczającą mnie przyrodą, gorące przywiązanie do tego zakątka naszej Ziemi6. Ten zapis wizualnego doświadczenia zawiera w sobie uniwersalistyczne akcenty „koncepcji glokalności“7, z którymi utożsamiał się Kenneth Wbite, ponieważ autorka odnosi się co prawda do bliskiej, lokalnej perspektywy otoczenia domu i widoków pobliskiego miasta powiatowego, pobrzmiewają jednak w tym opisie nuty poszerzonego pola widzenia i poczucie łączności z całym unwersum, gdzie sfera globalna i mikrokosmos konkretnych miejsc przenikają się nawzajem. Na ile ta poszerzona perspektywa wynikała z interferencji czasu opisywanego z czasem zapisu wspomnień, pozostanie w sferze autobiograficznego sacrum autorki. PERCEPCJA AKUSTYCZNA Wizualne percepcje będą występować przy badaniu kolejnych typów sensualnych krajobrazów. Poszerzając doznania wizualne o akustyczne krajobrazy, przywołać można wspomnienia lat dziecięcych Otto Kammela, nauczyciela ze Sztumu, który słowem maluje następującą akwarelę: Wcześnie wiedzieliśmy, gdzie na niebie jest północ, a gdzie południe. Jezioro poznawaliśmy o każdej porze dnia i roku. Błyszczące niczym lustro z metalicznym odbiciem słonecznych promieni, ale i wielkie, groźne, z koroną spienionych fal. Radowało nas obserwowanie słońca, odbijającego się w delikatnych falach, zataczających złote kręgi, latem przyglądaliśmy się niezliczonym rojom komarów, krążących tuż nad lustrem wody, jaskółkom przecinającym z wielką prędkością powietrze, rybom wyskakującym na ułamek sekundy na powierzchnię. Zimą wielkim przeżyciem dla nas było wsłuchiwanie się w odgłosy trzaskania i pękania lodu8. W powyższym fragmencie dostrzec można przykład synestezji (zjawisko przenikania się wrażeń odbieranych różnymi zmysłami). Fragment ukazujący dzieci spędzające szczęśliwe chwile nad lokalnym jeziorem ewokuje w nas nie tylko doznania wzrokowe, ale równocześnie wrażenia, za które odpowiedzialne są inne sensory naszego aparatu zmysłowego. I tak: opis lustra wody odbijającego promienie słoneczne wywołać może doznanie ciepła. Z kolei obraz jaskółek „przecinających z wielką prędkością powietrze” i ryb „wyskakujących na ułamek sekundy na powierzchnię” wody generować może wrażenia dźwiękowe, tak jak i ostatnie zdanie — zawierające wyrażenia onomato-peiczne - odgłosy „trzaskania i pękania lodu” - otwiera przed nami świat fonosfery. 6 H. Donimirska-Szyrmerowa, Był taki świat..., Poznań 2023, s. 112—113. 7 M. Czermińska, Miejsca autobiograficzne. Propozycja w ramach geopoetyki, „Teksty Drugie”, nr 5, 2011, s. 185. 8 O. Kammel, Z moich dziecięcych lat, tłum. J. Zimińska, [w:] Sztum 1806-1945, red. J. Ryszkowski, Sztum 2014, s. 265. 60 Wiesław Niedziałkowski Kolejny po Żeromskim zawodowy literat, Melchior Wańkowicz, w swoich reportażach zawarł następujące wspomnienie z pobytu na Powiślu latem 1935 roku: Do kościoła w Postolinie [...] jedziemy powozem. Droga polna wije się między wzgórzami. Kraj wesoły i zgoła swój. Tu i ówdzie domy murowane kryte słomą. Przechodnie witają po polsku: „Pochwalony”... W Postolinie odpust. Tłum ubrany z niemiecka mówi po niemiecku, przy straganach wydzierają się niemieccy przekupnie, na straganach sprzedają maszynowe zabawki, a wśród smakołyków banany i słodycze w fabrycznym opakowaniu. Nic tu nie odnajduję ze swego dzieciństwa - ani tych pierników olbrzymich jak kawał deski, ani nawet marnego glinianego kogutka, któremu można było piskać w ogon9. Ten przybysz z ówczesnej stolicy Polski i duchowy przedstawiciel wschodnich kresów ujął we wspomnieniu z Prus Wschodnich mile dla jego uszu polskie, chrześcijańskie powitanie - bo i kraj „wesoły i zgoła swój”. Ta sielska dla Wańkowicza atmo/fonosfera zostaje zderzona podczas odpustu ze światem obcym, gdzie „przy straganach wydzierają się niemieccy przekupnie”, a wśród zabawek na straganach, mimo ich waloru nowoczesności, brak jest zapamiętanego z dzieciństwa autora kogucika, któremu można było w ogon „piskać”. Owo onomatopeiczne „piskać” generuje silne wibracje w audytywnej percepcji czytelnika. Tekst ten unaocznia siłę oddziaływania elementów audytywnych dla wywołania wskazanych emocji u odbiorcy. Kolejne przykłady korelacji fonosfery i lokalnych kodów kulturowych znajdujemy we wspomnieniach cytowanej już Haliny Donimirskiej-Szyrmerowej. Autorka opisuje rytuały w jej domu rodzinnym po wieczerzy wigilijnej: Tego wieczoru pojawiali się w naszym domu przebierańcy, zwani tu „gwizdami”. Byli to nasi młodzi pracownicy. Występowali w maskach i w tradycyjnych, powtarzających się co roku strojach. Do obowiązkowych postaci należał „jeździec” w stylu krakowskiego lajkonika, który demonstrował harce i trzaskał głośno z bata, co mnie bardzo denerwowało10. oraz w wigilię Nowego Roku: Po południu, gdy już się ściemniło, ustawiali się przed naszym domem fornale i chłopcy zatrudnieni przy koniach. Na dany znak zaczynali trzaskać rytmicznie z batów. Był to potężny hałas, ale ponieważ rozlegał się na otwartej przestrzeni, nie robił na mnie takiego wrażenia, jak trzask bata „jeźdźca” w czasie wizyty gwizdów. [...] Po kilku minutach jeden z pracowników podchodził do ojca, składał mu noworoczne życzenia i otrzymywał pieniądze dla całej gromady. Na podziękowanie wykonywali jeszcze jedną, podobną do grzmotu, serię11. Powyższe egzemplifikacje percepcji dźwiękowej utrwalone w pamięci autorki pokazują rozróżnienie między „polem dźwiękowym” a „krajobrazem dźwiękowym”. W przypadku „postaci w stylu lajkonika” mamy do czynienia - używając terminologii Paula 9 M. Wańkowicz, Na tropach Smętka, Łódź 2023, s. 323; edycja na podstawie pierwszego, niecenzurowanego wyd. z r. 1936. 10 H. Donimirska-Szyrmerowa, op. cit., s. 52. 11 Ibidem. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II - polisensoryczne krajobrazy i topografie 61 Rodawy' a — z polem dźwiękowym, czyli przestrzenią akustyczną generowaną przez jedno źródło dźwięku, które autorce tak negatywnie zapadło w pamięć. Natomiast przy nakładaniu się wielu pól dźwiękowych pochodzących z różnych źródeł powstaje krajobraz dźwiękowy12, który wygenerowali „fornale i chłopcy” trzaskający popisowo rytmicznie z batów. W memuarach tejże autorki znajdziemy symptomatyczny przykład utrwalenia percepcji akustycznej. Autorka z dumą wspomina, że jej ojciec, który interesował się nowymi wynalazkami, nabył w połowie lat dwudziestych - na fali upowszechniania się radia - sporych rozmiarów aparat z szeregiem dużych i małych pokręteł wraz z masywnym akumulatorem oraz oddzielnym głośnikiem: Na co dzień radio było nastawione na Warszawę. W południe ojciec włączał aparat i w całym domu rozlegał się hejnał z wierzy mariackiej, po czym następowały wiadomości. Jestem bardzo przywiązana do hejnału. Gdy przebywam w moim warszawskim mieszkaniu, nastawiam radio o dwunastej w południe, a głos trąbki przenosi mnie w świat lat dziecinnych13. Zapis akustyczny z czasu dzieciństwa trwał w pamięci autorki do lat 1992—2000, kiedy spisywane były analizowane wspomnienia14. Dźwięki hejnału z wierzy Mariackiej to przykład — zdaniem Rybickiej - „dźwięków rozpoznawczych”15, które stanowią o swoistości danej lokalizacji oraz umożliwiają jej identyfikację16. Zamykając rozważania o sonotopografii Powiśla, wrócić należy ponownie do wspomnień z lat dziecinnych Otto Kammela, który, opisując zapamiętaną ze swojego dzieciństwa modernizację i rozbudowę miasta Sztum, maluje swym piórem urokliwy rozśpiewany pejzaż dźwiękowy: Jeszcze jedno szczególnie piękne mam wspomnienie z tamtych czasów — śpiewano wtedy dużo i chętnie! Malarze śpiewali przy pracy i echo niosło ich śpiew w pustych jeszcze pomieszczeniach. W mleczarni jodłowali pracujący tam szwajcarscy serowarzy, zwykłą rzeczą były śpiewy parobków przy orce. W letnie dni młode dziewczyny siedzące przed domami na ławkach często wykonywały piękne, sentymentalne piosenki17. „Pejzaż dźwiękowy” to pojęcie szersze niż zdefiniowane powyżej „pole dźwiękowe” i „krajobraz dźwiękowy”. Rozśpiewani „Malarze”, „szwajcarscy serowarzy”, „parobkowie przy orce” i „młode dziewczyny” tworzą różnorodne środowisko dźwiękowe, które otacza słuchający podmiot18. 12 Por. P. Rodaway, Sensuous Geography, London and New York 1994, s. 84-85. 13 H. Donimirska-Szyrmerowa, op. cit., s. 40. 14 Por. ibidem, s. 14. 15 E. Rybicka, op. cit., s. 249. 16 Por. ibidem, s. 249. 17 O. Kammel, op. cit., s. 274—275. 18 Por. P. Rodaway, Sensuous Geography, London and New York 1994, s. 86. 62 Wiesław Niedziałkowski PERCEPCJA OLFAKTORYCZNA19 Przyjmuje się, że zapach, obok dotyku, należy do zmysłów intymnych, bliskich sferze cielesnej i znajdujących się w jego zasięgu20. Przy eksploracji tekstów autobiograficznych pod kątem zawartości krajobrazów olfaktorycznych spotkać można wyraźnie zarysowaną antynomię percepcji polegającą na tym, że brak jest tu doznań neutralnych, pośrednich w diapazonie wrażeń między pozytywnymi, wyjątkowo miłymi naszemu zmysłowi węchu — a tymi, które wywołują naszą niechęć i odrazę. Przytaczane poniżej fragmenty tekstów ułożone zostały z premedytacją wg skali odzwierciedlającej ów diapazon doznań. Poniżej wspomnienie Siegfrieda Erasmusa, którego ojciec prowadził w Sztumie cukiernię. Tekst dotyczy wytwarzania marcepanu w okresie poprzedzającym Boże Narodzenie oczami insidera. Marcepan jest w niemieckiej kulturze i tradycji kulinarnej o wiele bardziej zakorzeniony niż w tradycji polskiej. Za stolicę europejskiego marcepanu uchodzi Lubeka21, natomiast poniższy tekst traktuje o Konigsberger Marzipan, czyli o jego wariancie z Królewca: Jak każdego roku z początkiem grudnia zaczynał rozchodzić się z piekarni po całym domu słodkawy zapach podpalanego cukru i prażonych migdałów. To był sygnał dla nas, dzieci: Produkcja marcepanu znów się rozpoczęła, a my spieszyliśmy się, aby podpatrywać, jak ojciec ze swoimi czeladnikami i uczniami formują słodkie wspaniałości w artystyczne kształty. Ten aromat trzymał nas w niewoli aż do Bożego Narodzenia, którego intensywność była jeszcze okresowo potęgowana przez świeżo wypiekane pierniki22. Krakowska literaturoznawczyni stawia tezę, iż w porównaniu do krajobrazów dźwiękowych i wizualnych „percepcja olfaktoryczna ma gruntownie odmienny charakter. [...N]ie zakłada [...] dystansu pomiędzy percypującym podmiotem a przestrzenią jak w przypadku percepcji wzrokowej”23. Zgodność z tą tezą odnaleźć można zarówno w przypadku dzieci podpatrujących z bliskiej perspektywy wytwarzanie marcepanu — ich obiektu pragnień w otoczeniu intensywnych, prowokujących aromatów, jak i w poniższym ikonicznym dla badanach tu tekstów opisie sianokosów i przydomowego ogrodu w Falknowie (między Suszem a Iławą, niem. Grofi-Falkenau) autorstwa Udo Ritgena: Jak zawsze pod koniec czerwca zwożono zbiory po sianokosach; podłogi nad oborami i stajniami były wypełnione po brzegi; wspaniały aromat unosił się z pootwieranych włazów, aby wiatr mógł siano jeszcze bardziej wysuszyć. [...] W ogrodzie przydomowym dojrzewają jagody na niezliczonych krzewach porzeczek, agrestu i malin, a w lesie wśród słonecznych zagajników, gdzie buszują małe jaszczurki, unosi się zapach poziomek i borówek [...]24. 19 Przymiotnik od „olfaktometria [...] badanie czułości narządu węchu [...]”, [w:] Wielki Słownik wyrazów obcych, red. M. Bańko, Warszawa 2008, s. 898. 20 Por. P. Rodaway, op. cit., s. 26. 21 Por. T. Hinrichsen, Marzipan. Das Brot der Engel, Husum 2012; monografia napisana przez historyka sztuki o historii i geografii wytwarzania ‘marcepanu’, wśród miast poza Lubeką i Królewcem na s. 66 opisany jest również Gdańsk. 22 S. Erasmus, Konigsberger Marzipan — aus Stuhm, [w:] „Stuhmer-Heimatbrief”, nr 27, 1984, s. 5.; to oraz pozostałe tłumaczenia tekstu - o ile nie podano inaczej — w wykonaniu autora artykułu. 23 E. Rybicka, op. cit., s. 262. 24 U. Ritgen, Grofi-Falkenau. Das Weihnachtszimmer und andere Erinnerungen an Ostpreufien, Miinchen 1999, s. 10—11. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II — polisensoryczne krajobrazy i topografie 63 Należy tu zwrócić uwagę na interaktywność opisanych tu relacji między autorem a otaczającą go przestrzenią, polegającą z jednej strony na inhalacji zapachów i woni podsuszanego siana czy też aromatów owoców jagodowych, a z drugiej strony na wydzielaniu, emitowaniu tych zapachów przez środowisko geograficzne. Trudno oprzeć się chęci pełnego utożsamienia się z bohaterami obu tych wspomnień oraz pokusie zniwelowania wszelkiego dystansu dzielącego nas od opisywanych realiów. Interesujący opis małomiasteczkowego krajobrazu zapachowego pozostawił Erich Hin-ze, którego ojciec jako handlowiec w branży piwowarskiej uzyskał lepsze stanowisko pracy w powiatowym wówczas mieście Susz (niem. Rosenberg). Zmiana ta wiązała się jednak z opuszczeniem Elbląga, co matka autora uważała za cywilizacyjną degradację, a wymownie odzwierciedla następujący cytat: Mimo wszystko moja matka szybko przyzwyczaiła się do tego spokojnego małomiasteczkowego życia i ostatecznie do zapachów, które przenikały do domu. Dochodziły one ze sklepu i znajdującej się za nim gospody, a także ze stajni z podjazdem po drugiej stronie podwórza, gdzie wyprzęgano i odstawiano wozy i konie chłopów, którzy przyjeżdżali na targ do miasta. Napływały one również ze znajdującego się tam składu, z którego opary kiszonej kapusty i śledzi, octu, ropy naftowej, owsa i końskiego nawozu nadawały domowi w formie „miłej” mieszanki swoisty i niepowtarzalny „odeur”25. Powyższy cytat pokazuje, że zmysł zapachu w odniesieniu do możliwości jego opisu jest upośledzony w stosunku do percepcji obrazowych czy dźwiękowych, które posiadają wyjątkowo bogaty wachlarz określeń i atrybutów. To zjawisko braku słownictwa dla opisu doznań węchowych i nieujęzykowienia nazw zapachów określane jest przez badaczy przedmiotu jako „problem czubka nosa”26. Autor dla zachowania sugestywnego opisu musi posiłkować się - ze względu na brak odpowiedniego aparatu leksykalnego - określeniami pośrednimi w poszukiwaniu ekwiwalentnych rozwiązań. Nie ma adekwatnego określenia dla zapachu emitowanego przez „opary kiszonej kapusty i śledzi” lub „octu, ropy naftowej, owsa i końskiego nawozu”. Autor wspominając swoją matkę w „nieprzyjemnym” kontekście stosuje ostatecznie elegancki eufemizm w postaci francuskiego słowa „odeur”. Paul Rodaway zwraca uwagę na to, że co prawda określenie „zapach” jest terminem neutralnym, jednak w praktyce ma silnie negatywne konotacje27. W powyższym cytacie „zapachy” oznaczają coś wręcz odwrotnego; podobnie w życiu codziennym słysząc, że coś „pachnie”, będzie najczęściej znaczyć tyle, co „ma nieprzyjemny zapach”. Ostatnią egzemplifikacją osmotopografii Powiśla okresu międzywojnia jest fragment wspomnień Gerharda Lehmbrucha, opisującego swoje lata chłopięce w Ryjewie (niem. Rehhof), gdzie jego ojciec był pastorem i proboszczem gminy ewangelickiej. Gerhard Lehmbruch został po wojnie uznanym politologiem i profesorem szeregu uniwersytetów. Wnioskując z roku urodzenia autora (1928 r.) i tytułu jego wspomnień [„Wspomnienia ,czterdziestopięciolatka’”] tekst powstawał od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy 25 E. Hinz, Wie schdn war's doch ... in Rosenberg. Kindheit undJugendim OrdenslandPreu^en, Bad Godesbergb. d., s. 10. 26 Por. P. Rodaway, op. cit., s. 65; J. D. Porteous, Landscapes of the Mind. Worlds ofSense andMetaphor,Toronto 1990, s. 26. 27 Por. P. Rodaway, op. cit., s. 62. 64 Wiesław Niedziałkowski w Europie Zachodniej dyskurs dotyczący życia zgodnego z naturą posiadał już utrwalony status. Dlatego też ten osobliwy cytat jest interesujący nie tylko ze względu na korelacje z polami badawczych, którymi interesuje się współczesna geopoetyka, ale również z uwagi na jego protoekologiczny charakter. Gerhard Lehmbruch wspomina: Sanitariaty były nadal dość staroświeckie i dziś można by zapewne stwierdzić, że dziwnie kontrastowały z imponującą architekturą. Wodę czerpano ze studni na dziedzińcu za pomocą pompy ręcznej. W budynku stajni znajdowały się dwie proste ubikacje z drewnianymi siedziskami nad dołem ustępowym. Latem i zimą, w dzień i w nocy, można się było do nich dostać wyłącznie przez podwórze. Był ku temu oczywiście dobry powód: ponieważ dół ustępowy był opróżniany tylko dwa lub najwyżej trzy razy w roku, uciążliwy zapach miał być utrzymywany jak najdalej od domu. Ale w mroźne zimy pojawiały się osobliwe problemy, o których nie wypadało rozmawiać z osobami postronnymi, ale które sprawiały nam, dzieciom, wielką przyjemność. Ponieważ wszystko bardzo szybko zamarzało, tworzyły się z tych fekaliów formacje, które mój obeznany w geologii ojciec nazywał „stalagmitami”, przez analogię do wapiennych nacieków w jaskini stalaktytowej. Jeśli mróz utrzymywał się na tyle długo, że rosły zbyt wysoko, trzeba je było przewracać szpadlem. Te zabawne zjawiska naturalne dobiegły końca, gdy -jeszcze we wczesnych latach II Wojny Światowej - plebania została wreszcie wyposażona we własne, od dawna obiecane zasilanie w bieżącą wodę, obsługiwane przez pompę elektryczną28. Jest to jeden z szeregu przykładów zawartych w tekstach autobiograficznych, iż kontakt z naturą na ówczesnym Powiślu - mimo braku refleksji ekologicznej - nie miał charakteru antagoni-stycznego: natura była żywicielką ludności tej krainy, co wymuszało zgodne z nią współistnienie i nabożny stosunek do tej ziemi, a antagonizm polsko-niemiecki wzmacniał jeszcze paradoksalnie natężenie tego przywiązania. Probostwo w Ryjewie było jednocześnie małym gospodarstwem rolnym: z ogrodem, sadem, uprawą zimniaków, a opisane powyżej fekalia były następnie wykorzystywane jako naturalny nawóz w tymże gospodarstwie rolnym tworząc swoisty recykling w układzie zamkniętym. Podobnie jak w poprzednio cytowanym przypadku autor wspomnień chowa się za eufemizmami, stosując stylistykę języka geologii zapożyczoną od własnego ojca. Powyższy fragment tekstu pasuje co prawda do założonej tu koncepcji eskalacji doznań olfaktorycznych, począwszy od aromatów aż po naturalistyczne zapachy wywołujące u czytelnika reakcje wstrętu. Nie jest to jednak passus reprezentatywny dla całości wspomnień Lehmbrucha, który przedstawia okres swojego dzieciństwa na Powiślu w latach trzydziestych XX w. na tle trudnych relacji niemiecko-niemieckich oraz polsko-niemieckich. Ta nietypowa w kontekście całości reminiscencja pokazuje siłę percepcji zapachowych utrwalonych w pamięci człowieka, nawet tych tematycznie wstydliwych i zasługujących na wymazanie. Mechanizmy pamięci autobiograficznej poruszają się jednak po swoich własnych torach w myśl zasady: „Wspomnienie jest jak pies, który kładzie się, gdzie zechce”29. 28 G. Lehmbruch, Erinnerugen eines „Funfundvierzigers“. Eine Jugend unter dem Hakenkreuz vor dem Hintergrund einer mdrkisch-ostpreufiischen Familiengeschichte, Hamburg 2022, s. 300. 29 D. Draaisma, Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy. O pamięci autobiograficznej, Warszawa 2006, s. 5. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II - polisensoryczne krajobrazy i topografie 65 PERCEPCJA SMAKOWA Zmysł węchu i smaku oraz ich percepcje rozpatrywane są tu osobno, jednak oba te obszary przenikają się wzajemnie — w szczególności w kontekście przyjemności towarzyszącej spożywaniu jedzenia - i często ich „rozróżnienie jest trudne, jeśli nie niemożliwe”30. Do tych wzajemnych interferencji na styku percepcji smakowo-zapachowych nawiązują poniżej cytowane teksty. Autorką obu poniższych wspomnień jest Elly-Lotte Muller, mieszkanka wsi Gronajny (niem. Grunhagen) pod Malborkiem, gdzie ojciec autorki był nauczycielem w miejscowej szkole. Wspólnotę sąsiedzką zamkniętą w lokalnym mikroświecie kreśli w następujących słowach: Sąsiedzi byli zwykle oddaleni od siebie po parę kilometrów. Odświętnie nakryty stół już tam czekał. Pyszne ciasta i pachnąca kawa zapraszały do poczęstunku po przybyciu gości. [...] Czas mijał o wiele za szybko przy opowieściach, muzyce, śpiewie i grach. [...] Po obfitej kolacji, podczas której cieszyły się żwawym wzięciem domowa wędzona szynka, wędzona kiełbasa, jajecznica z boczkiem i pyszny węgorz w galarecie (z tamtejszego jeziora Dąbrówka) wraz z domowym chlebem i herbatą z rumem, nadchodził czas, aby udać się do domu31. Tekst został opublikowany w Niemczech w roku 1977. Zapewne już wówczas dla niemieckich czytelników był pokryty sentymentalną patyną czasu, bo eksponowana w tekście „domowa wędzona szynka” czy „węgorz w galarecie” pochodzący z miejscowego jeziora nie należał już do podstawowego katalogu potraw dla mieszkańca Hamburga czy Dusseldorfu; natomiast w trzecim dziesięcioleciu XXI w. opis ten tchnie już duchem kulinarnej anty-kwaryczności i nabiera charakteru niemalże surrealnego w czasach, w których dominuje masowa i anonimowa konsumpcja, a sąsiedzkie więzi uległy silnej atrofii oraz atomizacji. Na wyparcie naturalnej ludzkiej sensualności przez rosnące tendencje do homogenizacji smaków zwraca uwagę badacz polisensorycznych krajobrazów, John Douglas Porteous, który jako signum temporis w tym względzie podaje pojawienie się na kulinarnej scenie produkowanego na masową skalę fabrycznego chleba32. Kolejne wspomnienie kulinarne ilustruje zdolność wywoływania wspomnień z czasu szczęśliwego dzieciństwa za pośrednictwem doznań smakowo-zapachowych, co przypomina ikoniczną scenę z dzieła Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu” (1913, poi. 1937). W tym przypadku rolę ciastka o nazwie magdalenka pełnią gofry na śmietanie nadziewane dżemem motelowym: Drugim nauczycielem w szkole w Gościszewie był wówczas pan Manthey. [...] Kiedy powiedziano: „W niedzielę idziemy do Mantheya”, to wśród dzieci radość była podwójna. Pani Mantey umiała robić szczególnie pyszne gofry na śmietanie, na które byliśmy szczególnie łapczywi; no i świetnie zdawała sobie z tego sprawę, że zrezygnowalibyśmy ze wszystkich innych rodzajów ciast na rzecz tych gofrów. Nasz apetyt nie miał granic! Nie pomagały 30 P. Rodaway, op. cit., s. 62. 31 E.-L. Muller, Wieś zu Hau.se war, [w:] „Stuhmer-Heimatbrief*, nr 13, 1977, s. 5. 32 J. D. Porteous, op. cit., s. 36. 66 Wiesław Niedziałkowski żadne napomnienia ze strony mamy i taty, abyśmy przestali jeść za czterech. Na szczęście środek był zawsze podwójnie wypełniony dżemem motelowym, tak że wyobrażaliśmy sobie, że nasze obżarstwo nie będzie tak zauważalne33. Dla przypomnienia, zapach i smak herbaty oraz magdalenki, którymi poczęstowała Prousta jego matka, wywołało u niego pozytywne asocjacje, które z kolei przeniosły go do arkadii dzieciństwa, kiedy u swojej ciotki kosztował magdalenki z sokiem lipowym34. W rozpatrywanym tu przypadku autorka przejęła po swojej matce odręcznie spisaną książką kucharską z przepisem na gofry a la Mantey35. Smak i zapach wykonanych przez autorkę gofrów wywoływał u niej w pierwszej fazie reminiscencje, które — jak w przypadku Prousta - wiodły ją do kolejnej fazy, opisanej powyżej krainy beztroskiego czasu dzieciństwa. Emblematycznym elementem w badanych tu tekstach autobiograficznych są opisy kulinarne świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Pierwszy opis dotyczy świąt wielkanocnych: Przed świętami wiele przyjemności dostarczały nam już same przygotowania. Jako najstarsza, miałam najwięcej obowiązków, związanych głównie z wyrobem mazurków. Kroiłam bakalie, obierałam orzechy, mieszałam ciasto. Pilnowałam, aby wszystkie dzieci sprawiedliwie korzystały z przywileju wyskrobywania resztek ciasta lub masy z rondli i misek Miały one dla nas o wiele lepszy smak niż gotowe ciasto. Nie mogliśmy być pozbawieni na Wielkanoc wizyty „zajączka“, który obdarzał nas co roku słodyczami. [...] Najczęściej znajdowaliśmy je [koszyczki] w ogrodzie, ukryte gdzieś pod krzaczkami. Wypełniały je czekoladowe zajączki, marcepanowe kurczęta, różnokolorowe jajeczka36. Kontynuując wątek, Donimirska-Szyrmerowa wprowadza nolens volens wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą: Wielkanoc stanowiła dla nas uroczyste i radosne święto, ale o wiele więcej wagi przywiązywaliśmy do świąt Bożego Narodzenia, zwanych potocznie w naszej okolicy Gwiazdką. [...] Bliżej świąt rozpoczynały się prace w kuchni. Gosposia piekła wielkie blachy aromatycznego piernika. My wykrawałyśmy blaszanymi foremkami drobne pierniczki o różnych kształtach. [...] Z potraw tradycyjnych pamiętam zupę grzybową, karpia w szarym sosie z migdałami i rodzynkami, kapustę z grzybami, na deser mak z bakaliami37. Obrazy przedstawione przez autorkę, jej osobiste zaangażowanie w świąteczne przygotowania, świadczą o wyjątkowej roli, jakie pełniły szeroko pojęte kulinaria dla spotkań w kręgu rodziny i przyjaciół. Nie do przecenienia jest tu aspekt społeczny, ponieważ pokarm, potrawy i ich wspólne spożywanie uświęcały poczucie bliskości i wspólnotowe więzy. Zdaniem Marty Turskiej, gdańskiej językoznawczy ni specjalizującej się w kulinarystyce, ,,[p]rzygotowanie 33 E.-L. Muller, op.cit., s. 5. 34 Por. D. Draaisma, op. cit., s. 40-42. 35 Por. E.-L. Muller, op. cit., s. 5. 36 H. Donimirska-Szyrmerowa, op. cit., s. 48^49. 37 Ibidem, s. 50—51. Geopoetyka Powiśla w tekstach autobiograficznych międzywojnia. Część II — polisensoryczne krajobrazy i topografie 67 jedzenia i jego spożywanie wpisują się w optykę długiego trwania (longue duree) i stanowią rodzaj kodu kulturowego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie [...]”38. Należy zauważyć, że powyższe opisy krajobrazów smakowych mimo swego kulinarnego powabu nie rażą specjalnym bogactwem ani wykwintnością. Pozostawiają jednak u autorów tych wspomnień oraz ich odbiorów nie dające się zatrzeć ślady krajobrazów smakowych stanowiących o genius loci opisywanych tu miejsc. * * * Opisanie polisensorycznych krajobrazów i topografii Powiśla oznacza wydobycie na światło dzienne szeregu tekstów autobiograficznych w języku polskim i niemieckim, którym groziło zapomnienie pod grubą warstwą bibliotecznego kurzu. Autor planuje udostępnienie niniejszego tekstu czytelnikowi niemieckiemu. Autorzy prezentowanych tu tekstów autobiograficznych często żyli w tym samym czasie w oddaleniu niewielu kilometrów od siebie, nie poznali się jednak z względu na dzielące ich wówczas kulturowe granice oraz pogranicza. Nadal jednak ich potomkowie mają szansę zapoznania się z tym wspólnym dziedzictwem. 38 M. Turska, Kuchnia Pana Grassa. O głodzie, jedzeniu, gotowaniu i Gdańsku, [w]: Wędrówki z Gunterem Grassem. Literacka kartografia Miasta. Przewodnik, red. M. Borzyszkowska—Szewczyk, M. Turska, Gdańsk b. d., s. 166. 68 Alicja Łukawska Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE PODRÓŻ SENTYMENTALNA DO MARKUS I znowu tutaj jestem. Ostatni raz byłam tu na wakacjach latem 1969 roku. A teraz, przeszło pół wieku później, znowu siedzę w tym samym domu, w tej samej kuchni, w tym samym miejscu, tuż przy oknie. Tylko stół i miejsce do siedzenia są inne. Zmienił się również widok za oknem. Obecnie jest tam taras i zadbany trawnik, a kiedyś było to błotniste po- dwórze, na którym kłębiło się mnóstwo zwierząt. Markusy, fot. A. Łukawska Patrzę przez okno, rozglądam się po kuchni, po pokojach i widzę wszystko podwójnie. Widzę to, co jest teraz, ale spoglądam też w przeszłość. Bez tego się nie obejdzie! Żeby zrozumieć takie budowle, trzeba zagłębić się w historię. Ten dom w Markusach jest bardzo stary. Ma prawie 300 lat. Pochodzi z 1728 roku. Stoi sobie wśród pól, niedaleko od szosy Markusy-Zwierzno. Widać go z daleka, bo został postawiony na terpie, czyli sztucznie utworzonym małym pagórku. W ten sposób osadnicy przybyli dawno temu na te tereny z Niderlandów oraz Fryzji budowali na podmokłym, bagnistym gruncie. Chodziło o to, by uchronić zagrodę przed za- laniem wodą w czasie powodzi. Określenie „terp” pochodzi ze zbliżonego do niemieckiego języka zachodniofryzyjskiego. Kiedyś oznaczało to samo, co „dorf”, czyli „wioska”, Jednak na Żuławach „terp” to po prostu wiejskie siedlisko. Kiedy byłam tu ostatnio, czyli 56 lat temu, było tu gospodarstwo rolne. Obejście było bardzo rozległe. Składało się z długiego, drewnianego domu połączonego z oborą i stodołą. Stodoła była postawiona pod kątem prostym w stosunku do domu, tworząc razem z nim i z oborą wielką literę „L”. Wszystko było przykryte dwuspadowym dachem z trzciny. Teraz została tylko część mieszkalna. Budynki gospodarcze zniknęły. W ich miejscu jest teraz ogród warzywny. Dach także jest inny. Żuławskie opowieści 69 DURKOWIE Z MARKUS Dawniej w tym domu była obszerna sień. Miała okna i drzwi wychodzące na zewnątrz na dwie strony świata i wewnętrzne przejście do obory. W części tej sieni wujostwo Genia i Stefan Burkowie mieli wielką kuchnię z piecem opalanym drewnem i węglem. Podczas posiłków gromadziła się tu cała rodzina. Była tak liczna, że nie wszyscy jej członkowie mogli jeść na raz. Przy długim stole stały wprawdzie dwie drewniane ławy, ale nie dla wszystkich starczało tam miejsca do siedzenia. A co dopiero jak byli goście! Dlatego Burkowie jedli posiłki na dwie zmiany. Jeśli na obiad była zupa i ziemniaki ze skwarkami, to każdy dostawał swój osobny talerz do zupy, ale utłuczone ziemniaki polane tłuszczem ciotka stawiała na środku stołu w wielkiej misce. Wszyscy sięgali po nie własnymi łyżkami, przeważnie kłócąc się o skwarki. Podobnie jedzono wszystkie inne potrawy, które dawało się jeść z jednej miski. Chodziło o to, by nadaremnie nie brudzić talerzy. Nie było ich bowiem zbyt wiele, a i woda na Żuławach była wówczas na wagę złota. Na miejscu w gospodarstwie była woda, nazwijmy ją, „techniczna”, niedobra i rdzawa, pełna Genowefa i Stefan Burkowie z synami Wiesławem, Andrzejem i Tadeuszem. I Komunia Św. Andrzeja w parafii pw. Św. Michała Archanioła w Zwierz-nie. Archiwum rodziny Burków żelaza. Pojono nią zwierzęta oraz używano do mycia i prania. Wodę do picia dla ludzi i do gotowania wożono w konwiach po mleku z mleczarni w Zdrojach (obecnie Zwierzeńskie Pole). W tej kuchni toczyło się życie rodziny Burków. Tutaj wszyscy zbierali się przy stole przy różnych okazjach. Tutaj ciotka Genia gotowała jedzenie dla ludzi i kotły z ziemniakami dla świnek, tutaj piekła chleb i stawiała wielkie gary wody, aby zrobić pranie w balii na tarze albo urządzić w sobotę wieczorem wielkie mycie przed niedzielną mszą świętą. Grzało się wtedy ogromne gary tej „gorszej” wody i w ustalonej wcześniej kolejności wszyscy myli w miskach włosy i całe ciało. Stały tu wtedy liczne ocynkowane wiadra z czystą i brudną wodą. Te wiadra musiały zastąpić ludziom wodociąg i kanalizację. Brudną wodę latem wylewało się przeważnie na podwórze. Trzeba było tylko otworzyć drzwi na zewnątrz i dobrze chlapnąć w dal. Zimą, kiedy woda na dworze mogłaby zamarznąć i utworzyć niebezpieczne lodowisko koło drzwi, wiadra z brudną wodą wylewano do rynsztoka w oborze. Prócz kuchni, Burkowie zajmowali wielką izbę, która była przedzielona na dwa pokoje. Były to rozległe pomieszczenia o dużej powierzchni, ale i tak z trudem wszyscy Burkowie mieścili się tutaj. W tym domu mieszkało ich bowiem aż ośmioro, a w pewnym momencie nawet dziewięcioro. Latem, kiedy ciotka zapraszała nas z wizytą, było w domu dziesięć osób. W tym czasie chłopcy spali w stodole na sianie. My z mamą nocowałyśmy w tylnym pokoju, w wielkim podwójnym łożu, a obok nas leżały dziewczynki. Wszędzie po bokach stały jeszcze jakieś inne łóżka, na których ktoś spał. 70 Alicja Łukawska Jakie w tym domu było wtedy życie! Jaki ruch i gwar! W latach 1947—1957 Genia Burkowa urodziło ośmioro dzieci. Miała też jakieś poronienia, ale nie wiem dokładnie ile. Pierwszy syn Wiesiek urodził się w 1947 roku, kolejny Andrzej w 1949 roku. Następni byli Jadzia, Andzia, Józio, Tadeusz, Boguś i Krysia. Józio zmarł w 1954 roku zaraz po urodzeniu. Latem 1959 roku, w wieku zaledwie trzech lat, zmarł Boguś. Podobno był zdrowym, pogodnym dzieckiem, ale nieoczekiwanie zabiła go szczepionka przeciwko chorobie Heinego Medina. To był czas, kiedy eksperymentalnie wprowadzano tę szczepionkę do Polski. Była w postaci słodkawego płynu do picia. Po podaniu szczepionki w ośrodku zdrowia Boguś nagle zwiotczał. Dostał paraliżu. Stracił przytomność. Wezwano pogotowie ratunkowe. Karetka zawiozła go ze wsi do szpitala w Elblągu, a potem do kliniki w Gdańsku. Nie było już jednak dla niego ratunku. Lekarze rozkładali ręce. Dziecko umarło. Bogusia widziałam tylko na zdjęciu, jak ubrany na biało leży w otwartej trumience otoczony rodziną. Potomstwo wujostwa, które miałam okazję osobiście poznać, to: Wiesiek, Andrzej, Jadzia, Andzia, Tadeusz i Krysia. Każdy dzień w domu Burków zaczynał się tak, że Stefan, kończąc rano śniadanie, pytał: - Matka, co będziem dzisiaj robić? — i ciężko przy tym wzdychał, czekając na szczegółowe dyspozycje żony co do pracy w gospodarstwie. Wzdychał nie dlatego, że był leniwy, tylko dlatego, że było mu ciężko. Nie był zdrowy. Z roku na rok robił się coraz grubszy. Stale bolała go głowa. Dręczyła go jakaś choroba przemiany materii. Jaka? Nie wiadomo. Wtedy ludzie ze wsi nie chodzili po lekarzach, bo nie byli ubezpieczeni. Jak bardzo zachorowali, to kładli się i czekali na śmierć. A póki jeszcze mogli się ruszać, to pracowali i nie myśleli o chorobach. Genia też nie była zdrowa. Była niska, chuda i kulała na jedną nogę. Stale bolało ją biodro i kręgosłup. Ale to była kobieta z charakterem! Rządziła domem i gospodarstwem niczym domowy generał. Tak ją zresztą po cichu nazywano. Miała na głowie męża, gromadkę dzieci, dom, ogród, stado mlecznych krów, kilka wieprzków, trudną do zliczenia masę drobiu (kury, kaczki i gęsi), a także około 10 hektarów ziemi do obrobienia. Z czasem tych hektarów było jeszcze więcej, bo ziemię dokupowało się po kawałku. Na wsi pracowało się sezonowo. I wszystko musiało być zrobione na czas: krowy wydojone, świnie nakarmione, gnój wyrzucony, dzieci najedzone, umyte, ubrane i wysłane do szkoły, odzież wyprana, mieszkanie sprzątnięte, ogród wyplewiony, obiad ugotowany i wydany, a prace połowę wykonane według prastarego rolniczego kalendarza zgodnego z porami roku. Trzeba było codziennie (latem dwa razy dziennie) odwieźć wozem konnym mleko do mleczarni w Zdrojach i przywieźć stamtąd w bańkach wodę do picia dla ludzi i serwatkę dla świń, a także masło, ser żółty i twaróg; w każdą sobotę zarządzić wielkie sprzątanie domu, raz na jakiś czas pojechać autobusem PKS do miasta po różne rzeczy, których nie można było kupić w wiejskim sklepiku przemysłowym w Zwierznie. To wszystko koordynowała Genia. Stefan miał na głowie swoje dwa konie, wóz, maszyny i narzędzia rolnicze, no i oczywiście, wykonywanie szczegółowych poleceń Geni co do uprawy roli. To ona decydowała, co i gdzie zasiać lub zaorać, jaki stosować płodozmian, kiedy rozrzucić nawóz, kiedy wiosną wypuścić krowy na pastwisko, a jesienią przypędzić je z powrotem, kiedy kosić trawę na siano, plewić buraki, rozpocząć żniwa, wykopki ziemniaków i buraków, zawieźć zboże do Żuławskie opowieści 71 młyna, zarżnąć świnię przed Bożym Narodzeniem, zaprowadzić krowę do byka (a może przyprowadzić byka do krowy?) czy pokryć maciorę i tak dalej. Współczesny człowiek nie zdaje sobie sprawy, że jeszcze pół wieku temu na wsi był ogrom prac rolniczych i ogrodniczych, do których trzeba było mieć wiedzę, doświadczenie, wytrwałość i wiele siły fizycznej. Wtedy wszyscy tak pracowali. Musieli dać radę, bo inaczej by nie przeżyli. Latem wstawali o świcie i zabierali się do roboty. Pracowali do późnego wieczora. Czas na odpoczynek był tylko zimą, ale i wtedy było co robić. Nadal trzeba było przecież zadbać o krowy, świnie i drób, posprzątać w chlewie i oborze, naprawić zepsute narzędzia i końską uprząż, a także uprząść owczą wełnę na kołowrotku, zrobić na drutach czapki, szaliki, rękawiczki i skarpety dla dzieciaków oraz uszyć im nowe ubrania albo połatać stare. Wtedy odzież była cenna. Normalne było to, że młodsze rodzeństwo nosiło rzeczy po starszych. A jakie było święto, kiedy ktoś młodszy dostał nową koszulę, spodnie czy sukienkę... Z początku Genia wszystko w gospodarstwie robiła sama z pomocą Stefana, potem zaczęła włączać do pracy kolejnych potomków. Biegała od rana po domu i obejściu i krzyczała: ty zrób to, ty zrób tamto! Ale dzieciaki często uchylały się od roboty. Czasami Genia kazała coś zrobić starszym, ale oni sprytnie przekazywali polecenie młodszym. Jawnie nikt nie buntował się przeciwko domowej władzy, bo mamusia była wybuchowa i miała ciężką rękę. Nie biła swoich dzieci jakoś sadystycznie, nie pastwiła się nad nimi, ale, biegnąc od jednej roboty do drugiej, walnęła czasem któregoś dzieciaka po głowie ręką lub szmatą. Dobrze, jeśli była to sucha ścierka do naczyń, ale jak ktoś dostał po twarzy mokrym zmywakiem do mycia Szkoła Podstawowa w Zwierznie. Zdjęcie klasowe. Jadwiga Burek siedzi druga z lewej w pierwszym rzędzie. Archiwum rodziny Burków 72 Alicja Łukawska garnków, który brzydko pachniał, to nie było miłe. Czasem Genia potrafiła cisnąć metalowym wiadrem stojącym w kuchni lub w oborze w kierunku winowajcy, który się lenił przy robocie lub pracował wadliwie. Stefan także czasem smagnął jakiegoś delikwenta batem po nogach, ale lekko, raczej pieszczotliwie, tak jak czasem uderzał swoje ukochane kobyłki po zadach, by szybciej biegły drogą. Stefana dzieci się nie bały, ale Geni już tak. Więc oszukiwały ją i okłamywały, ile się dało. Mistrzem uników był w tej rodzinie najstarszy syn Wiesiek. To był wysoki, przystojny brunet z błękitnymi oczyma. Był bardzo sympatyczny, wręcz czarujący. Wszędzie zwracał uwagę, zwłaszcza kobiet. - Och, Wiesiek przyjechał! - ucieszyły się panie w sklepie w Zwierznie. — A kogo tam masz ze sobą? — Kuzyneczkę przywiozłem — wyjaśnił. Miałam wtedy 7 czy 8 lat. Pojechałam z nim do Zwierzna na ramie roweru. Tak na wsi wożono wtedy małe dzieci. Siedziały na ramie lub na bagażniku. Troskliwe matki owijały tę ramę jakimś starym kocem lub ręcznikiem, wzmacniając tę konstrukcję skórzanym paskiem lub grubym sznurem, by się nie zsunęło. Tamtego dnia Wiesiek zawiózł mnie do przychodni zdrowia w Zwierznie na zastrzyk penicyliny. Musiałam brać te zastrzyki przez kilka dni, bo dostałam zakażenia krwi. Parę dni wcześniej bawiłam się z Krysią na łące koło domu. Na zboczu szerokiego rowu rosły ładne, zielone, kolczaste kulki. Zrywałyśmy je i nawlekałyśmy na nitkę z igłą. Robiłyśmy sobie korale. Palce miałyśmy całe ubabrane w zielonym roślinnym soku. Nie było to za mądre, bo jaskier jest trujący. Wikipedia podaje, że z soku tej rośliny Indianie robili truciznę. Maczali w niej groty strzał i strzelali nimi z łuku w kierunku wrogów. Ale my o tym nie wiedziałyśmy. Nikt nas nie pilnował. Nikt nie uprzedził, żeby nie dotykać tego zielska. Dzieci na wsi miały dużo wolności, dorośli nie zajmowali się nimi, bo mieli co innego do roboty. Moja mama też mnie nie pilnowała tak bardzo jak w mieście. Dawała mi więcej swobody. Jak tu przyjeżdżałyśmy, to zawsze była bardzo zajęta, bo pomagała siostrze w gospodarstwie. Lubiła czasem popracować w polu. Chętnie szła do sianokosów, do buraków czy żniw, szyła albo gotowała w domu obiady dla całej rodziny, żeby Genia mogła spokojnie zająć się swoimi obowiązkami, na przykład wyplewić ogród warzywny przy domu, na co zawsze brakowało jej czasu. W czasie tej zabawy z Krysią na rowie podłubałam sobie w nosie i zadrasnęłam paznokciem śluzówkę w środku. Sok z jaskra dostał się do krwioobiegu. Nie pamiętam już, co ze mną się działo. Musiało być chyba bardzo źle, bo szybko wylądowałam w przychodni, która mieściła się wówczas w Zwierznie. Stefan Burek zawiózł mnie tam wozem konnym. - Mało brakowało, a zakażenie krwi doszłoby do mózgu - powiedział lekarz. - Spróbujemy penicyliny - zdecydował. — Będzie dostawać zastrzyki. W latach 60. ubiegłego wieku penicylina była głównym antybiotykiem dostępnym w Polsce. Uważano ją za panaceum na wszystko. Za każdym razem rozpoczynano kurację od próby uczuleniowej. Pielęgniarka wstrzykiwała małą dawkę leku w przedramię i obserwowała, co się dzieje. Jeśli w przeciągu pół godziny nie było negatywnej reakcji, dawała normalny zastrzyk w pośladek. Niektórym osobom robiono takie próby za każdym razem, gdy podawano im zastrzyk. Nie miałam nigdy alergii na penicylinę, więc była tylko jedna Żuławskie opowieści próba uczuleniowa. Potem dostałam kilka zastrzyków w pośladek. To był czas żniw, kiedy koń i wóz byli stale potrzebni do pracy w polu, więc Wiesiek zaproponował, że będzie mnie codziennie woził rowerem na te zastrzyki do Zwierzna. Miał do mnie słabość, bo byłam córką jego ulubionej cioci Haliny, którą znał od urodzenia i która w pewnym stopniu także go wychowywała jak był mały, bo wtedy mieszkali razem. Dzięki penicylinie wylizałam się z tego zakażenia. Ostrożność wobec jaskrów pozostała mi do tej pory. Wiesiek był towarzyski i lubił się zabawić. W związku z tym miał wiele sekretów skrywanych przed rodzicami. Kiedyś spotkałyśmy go w autobusie PKS jadącym z Tczewa do Malborka. - O, Wiesiek! Ty tutaj? - zdziwiła się moja mama. -Tylko niech ciocia nic nie mówi mamusi, że mnie tutaj spotkała - prosił mój kuzyn. - A co ty tutaj robisz? On coś tam zaczął kręcić w odpowiedzi. Wycho- 73 Krystyna Burek. I Komunia Święta w parafii pw. Św. Michała Archanioła w Zwierznie. Archiwum rodziny Burków dziło na to, że miał na sobotę pojechać do domu, a pojechał gdzie indziej, na zabawę czy też może do dziewczyny. Mówił niejasno. Nie chciał, by rodzice wiedzieli o jego wycieczkach. W tym czasie, po skończeniu zawodówki budowlanej, pracował w Tczewie przy budowie bloków na Osiedlu Garnuszewskiego w pobliżu dworca. Później poszedł do wojska. Służba zasadnicza trwała dwa lata. W drugim roku tej służby, którą odbywał w Elblągu, żołnierze dostawali często przepustki, w czasie których jeździli na zabawy wiejskie i podrywali dziewczyny. Pewnego razu Wiesiek wraz z kolegami przyjechał na zabawę do Markus. Chłopcy potańczyli, popili sobie, pobili się z miejscowymi za pomocą pasów wojskowych, które były wówczas uważane za bardzo poręczną broń. Wracając, zobaczyli buhaja sąsiadów pasącego się na łące i postanowili urządzić sobie zawody rodeo jak w westernie, który widzieli w kinie. Złapali tego byka i próbowali jeździć na nim wierzchem. Zwierzęciu chyba to się nie spodobało, bo zrzucało każdego, kto chciał usiąść na jego grzbiecie. Oburzeni właściciele buhaja zareagowali natychmiast. Ponieważ poznali Wieśka z daleka, więc zaraz poszli na skargę do Geni. Ta już była uprzedzona o tym przestępstwie, zanim syn wrócił do domu z zabawy. Zrobiła się wielka afera. Skandal na całą okolicę! Przez kilka dni o niczym w domu się nie mówiło, tylko o tym pokrzywdzonym byku. Genia nie biła Wieśka, bo był już na to za duży. Jednak pohukiwała na niego po matczynemu. On zaś klękał, całował mamusię po rękach i przepraszał, obiecując, że więcej tego nie zrobi. W końcu załagodził sytuację. Genia się uspokoiła, wybaczyła synowi, jednak anegdota o kowbojskim rodeo na Żuławach długo pozostała w pamięci rodziny. Byłyśmy tam wtedy z mamą na wakacjach i obserwowałam z zaciekawieniem tę sytuację. Na wsi, zwłaszcza w tak dużej rodzinie, zawsze coś się działo. 74 Alicja Łukawska SPOD TORUNIA NA ŻUŁAWY Jak wujostwo Genia i Stefan Burkowie trafili na Żuławy? Dostali się tu wbrew własnej woli. Zostali przywiezieni na Żuławy jako niemieccy niewolnicy na początku II wojny światowej. Oboje pochodzili z gminy Czernikowo pod Toruniem, z Ziemi Dobrzyńskiej, z powiatu Lipno. Genia była z Osieka nad Wisłą, Stefan z pobliskiej Kolonii Obrowickiej. W czasie niemieckiej okupacji tamte tereny zostały wcielone do III Rzeszy. Dawny polski powiat Lipno stał się częścią prowincji Gdańsk-Prusy Zachodnie. Przyłączono go do rejencji kwidzyńskiej. Ponieważ w niemieckim rolnictwie od czasu napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku brakowało rąk do pracy, bo Hitler wziął większość zdrowych mężczyzn w kamasze, więc już od wiosny 1940 roku Niemcy organizowali łapanki na Polaków i wywozili ich na roboty przymusowe w III Rzeszy. Genia najpierw pracowała u niemieckiego bauera Fiegutha w Warnau (Kościeleczki) pod Malborkiem, potem trafiła do Alt Rosengart (Różany) do domu Szwajcara Artura Mind-nera. Stefan zaś od pracował u Niemca Johanna Froese w Markushof (Markusy). Chociaż Alt Rosengart i Markushof były położone w sąsiedztwie, to Genia i Stefan w tamtym czasie jeszcze się nie znali. Poznali się dopiero po wojnie, kiedy wrócili do domów rodzinnych. Pobrali się w grudniu 1946 roku. Wiosną 1947 roku, chcąc wyrwać się ze strasznej biedy, w jakiej żyli w Osieku, wyruszyli szukać szczęścia na Ziemiach Odzyskanych. Gdzie mieli jechać, jak nie na Żuławy? Przez prawie pięć lat pobytu tutaj dobrze poznali te okolice. Wiedzieli, że za Niemców był to bogaty, rozwinięty rejon. Znali też specyfikę żuławskiego rolnictwa, w którym trzeba postawić głównie na hodowlę krów mlecznych, bo są tu doskonałe łąki z soczystą trawą do ich wypasania. Początkowo chcieli zająć jedno z gospodarstw, w których wcześniej pracowali u Niemców. Ale były one już zajęte przez polskich osadników. W domu po Mindnerach mieszkali Stawscy, a w domu po Froese -Turzyńscy. W tej sytuacji Burkowie zajęli dom stojący w Markusach przy drodze do Jeziora, gdzie za Niemców była gospoda. Sprowadzili się tam wraz z moją babcią Martą Kowalską, moją mamą Haliną i wujkiem Stanisławem Kowalskim. Dom ten spalił się w lutym 1951 roku. Potem gmina zaoferowała im inne lokum: Kowalscy poszli mieszkać do Wiśniewa, a Burkowie do tego domu w Markusach. Kiedy w latach 60. jeździłam do nich z moją mamą na wakacje, to poznałam tylko połowę tej zagrody. Dlaczego? Bo wówczas mieszkały tu dwie rodziny. Dom i obejście były podzielone pomiędzy dwóch lokatorów wzdłuż, po linii kalenicy. Żyli tu wówczas pospołu Boreccy i Burkowie. Boreckich nie miałam okazji oglądać, bo drzwi do ich części mieszkalnej były zamknięte na głucho. Każdy z lokatorów miał własny kawałek sieni, własną kuchnię, własne drzwi, własne podwórze, własny ogródek i swoje miejsce w oborze Wiesław Burek. Archiwum rodziny Burków i stodole. Obie rodziny były liczne, ale żyły bardzo Żuławskie opowieści 75 zgodnie. Nie słyszałam o żadnych kłótniach czy sporach pomiędzy nimi, co nie było takie częste w przypadku dwóch lub trzech rodzin zajmujących jedno duże poniemieckie gospodarstwo na Żuławach. W sąsiedztwie bywały przypadki, że gospodynie kłóciły się, wyzywały od różnych, a nawet biły się ze sobą. Jedna z kobiet z okolicy wylądowała nawet w areszcie za to, że pobiła sąsiadkę. A ludzie we wsi pamiętają o tej bójce do tej pory. W tamtym czasie mieszkała tu masa ludzi i zwierząt. Zimą w stajni i oborze były konie i krowy, w chlewie mieszkały świnie, a w kurniku drób. Latem jednak cała ta zwierzęca gromadka wychodziła na zewnątrz. Konie i bydło pasły się na łąkach, ptactwo i małe warchlaki biegały wesoło po podwórku. Całe obejście było hałaśliwe i pełne życia. Na podwórzu trzeba było bardzo uważać, by nie wdepnąć w jakieś zwierzęce odchody, nie zawadzić nogą o koryto z wodą do picia albo nie nadepnąć na jakiegoś pisklaka. Mógł też człowieka pogonić syczący gąsior albo bojowy kogut, nie mówiąc już o maciorze z małymi prosiaczkami, od której lepiej było trzymać się z daleka. Z wizyt u wujostwa Burków najlepiej pamiętam ciężkie, żuławskie błoto. Z tego domu wychodziły trzy drogi prowadzące w trzy strony świata. Z dwóch z nich (na wschód i na zachód) korzystali głównie Boreccy. Burkowie zaś zrobili sobie na własnym polu bezpośredni dojazd w kierunku południowym do głównej trasy Markusy - Zwierzno, by mieć bliżej do mleczarni w Zdrojach, sklepu spożywczego i urzędu gminy w Markusach oraz kościoła w Zwierznie. Jak tam zamieszkali na początku lat 50., nie trzeba było posiadać państwowego pozwolenia na to, aby sobie na własnym polu wytyczyć drogę dojazdową do szosy. Każdy mógł wytyczyć sobie drogę tak, jak mu pasowało. Z tym, że ta prywatna droga Burków nie była w żaden sposób utwardzona. To był po prostu kawałek niezaoranego pola. Pole zaś to były tłuste żuławskie mady, które po deszczu robiły się tak ciężkie, że buty w nich tonęły. A jak deszcz długo nie padał, robiły się jaśniejsze i spękane. W sieni tego domu zawsze walały się po podłodze ogromne ilości zabłoconych butów w różnych rozmiarach. W soboty Genia goniła dzieci, by czyściły te buty z błota, pokrywały pastą i polerowały do połysku. W niedzielę w kościele na butach musiał być błysk! Dzieci czyściły nie tylko swoje buty, ale też rodziców i to bez jakiegoś przypominania. To było normalne. Przez to błoto mieszkańcy Żuław stale musieli kupować nowe buty. Potrzebowali nowego obuwia częściej niż przeciętny mieszkaniec miasta. Było to wykańczające finansowo i trudne do realizacji. Bo butów w sklepach po prostu nie było! W lokalnym sklepie przemysłowym w Zwierznie pojawiały się niekiedy gumowe kalosze lub ocieplane gumofilce, przeważnie w dużych, męskich rozmiarach. Zdarzało się, że małe dzieci mieszkające przy błotnistej drodze, aby dostać się do szkoły w Zwierznie, zakładały wielkie „gumacze” matki czy ojca, w których wyglądały jak kot w butach z baśni braci Grimm. Tak właśnie ubrała się mała Jadzia Burkówna do swojego klasowego zdjęcia z podstawówki. Widać tam, jak siedzi w pierwszym rzędzie. Matka ją dobrze przygotowała, bo pewnie wiedziała, że tego dnia będzie w szkole fotograf. Jadzia ma na sobie wyprasowany fartuszek z czarnej, błyszczącej podszewki z czystym białym kołnierzykiem, starannie zaplecione warkoczyki i do tego te wielkie buciory. Inne dzieci też są w gumowych kaloszach, ale obuwie Jadzi jest największe. Jest jesień lub wiosna, bo na drzewach nie ma liści. W tym czasie żuławskie błoto jest najgorsze. Jadzia pewnie nie miała tamtego dnia w czym iść do 76 Alicja Łukawska Wesele w rodzinie Burków od kuchni. Od lewej: Stefan Burek, Elżbieta Burek, Jolanta Frąszczak, Krystyna Burek, kucharka Szyszkowa z Wiśniewa. Archiwum rodziny Burków szkoły, chwyciła więc prawdopodobnie buty ojca i w nich przedarła się przez błoto do brukowanej szosy, po czym pomaszerowała parę kilometrów do Zwierzna. Po dobre buty ze skóry trzeba było jeździć do miasta i wyszukiwać w sklepach odpowiednich rozmiarów. Matki ze wsi woziły ze sobą patyczki różnych długości. To były miarki określające długość stóp ich dzieci. Genia miała wiele potomstwa oraz męża, więc tych patyczków do obuwia musiała zabrać do miasta więcej, a do tego uważać, by się jej nie pomyliły. Chyba jakoś je sobie oznaczała? Może zawiązywała na nich kolorowe nitki lub jakieś gałganki? W czasie pobytów u ciotki najczęściej bawiłam się z najmłodszą Krysią, która była starsza ode mnie tylko o półtora roku. Byłyśmy więc prawie rówieśnicami. Bawiłyśmy się z nią w dziwnych miejscach, m. in. w klozecie, który mieścił się przy końcu obory, tuż nad zbiornikiem z gnojówką. To było dość obszerne pomieszczeni z długą drewnianą deską, w której były trzy otwory. Mogło się tam więc wypróżniać więcej osób na raz. Dwa z tych otworów były stale używane, a w trzecim stał stary, ogromny żeliwny garnek, w którym składano pocięte kawałki starych gazet do podtarcia. Razem z Krysią siedziałyśmy tam, jak nie mogłyśmy wyjść na dwór, bo padał deszcz. Bawiłyśmy się lalkami i misiami albo grałyśmy w domino, bierki lub karty, przeważnie w dziecinnego „Czarnego Piotrusia”. Krysia nauczyła mnie też w tym kiblu grać w oczko, ale normalnymi kartami. Czasem przepędzał nas stamtąd ktoś z rodziny, kto akurat przyszedł za potrzebą. Późnym latem chodziłyśmy po okolicy i zbierałyśmy jeżyny, które rosły dziko na zboczach rowów. Najwięcej było ich w wyschniętym rowie naprzeciwko domu Emilii i Mikołaja Muzyczków, z którymi Burkowie byli zaprzyjaźnieni. Pewnego dnia pod koniec sierpnia byłyśmy tam o zmroku, kiedy już się trochę ściemniało. Nagle zobaczyłyśmy z daleka zbliżające się światła jakiegoś auta. Krysia zaczęła krzyczeć, że to na pewno czarna wołga po nas jedzie. Wtedy wszyscy w Polsce bali się mitycznej czarnej wołgi, czyli czarnego samochodu, Żuławskie opowieści 77 którym jeżdżą wampiry przebrane za lekarzy i pielęgniarki. One porywają dzieci, wysysają z nich krew, a zużyte ciała podrzucają pod drzwiami szpitali w dużych miastach. Dlatego też na widok świateł obie wystraszone skoczyłyśmy do rowu i przykucnęłyśmy w krzakach jeżyn. W tamtych czasach przejazd samochodu po pustej żuławskiej drodze był wydarzeniem, które długo komentowano. Ludzie śledzili wzrokiem auto, zwane tam „taksówką”, i zastanawiali się, kto to jechał, do kogo i po co... W czasie pobytu w Markusach poznałam przyjaciółkę Krysi, która mieszkała w pobliżu. Czasem przychodziła, by się z nami bawić. Nazywała się Romka Belzyt i podobno — jak mówiła moja mama - urodziła się w tym samym dniu co ja, bo latem 1959 roku - mama razem z panią Belzytową leżała w izbie porodowej w Markusach. Obie z Romką miałyśmy się tam urodzić, ale mama miała ciężki poród, więc ją odwieziono karetką pogotowia do szpitala w Elblągu. Tam właśnie przyszłam na świat. Ostatnio widziałam Romkę na weselu Krysi. Jestem ciekawa, jakie były jej dalsze losy... W tym domu Burkowie mieszkali do 1970 roku. Potem kupili dom po Ochalikach w Markusach przy błotnistej drodze gruntowej, zaraz za cmentarzem mennonickim. Mieszkali tam do 1986 roku, po czym sprzedali swoje gospodarstwo i wyprowadzili się do Elbląga. ZAGRODA W STYLU FRYZYJSKIM Markusy to bardzo stara miejscowość. W XIV wieku, w najwyżej położonym miejscu wsi, w pobliżu obecnego budynku szkoły „tysiąclatki” (dzisiaj jest to budynek mieszkalny), był dwór krzyżacki. W tamtych czasach na okolicznych łąkach wypasano krzyżackie konie bojowe, które przyprowadzano tu z Malborka. W latach 1457—1772 Markusy należały do Polski. W 1590 roku, za panowania króla Zygmunta III Wazy, pojawili się tu osadnicy sprowadzeni z Holandii oraz z Fryzji. Zwano ich wtedy „Olędrami”. „Olędrzy” mogli być wyznania katolickiego lub protestanckiego. Byli wśród nich także mennonici. „Olędrzy” z czasem wrośli w nową ojczyznę i zadomowili się w niej na stałe. Budowali swoje zagrody osobno, wśród własnych pól i łąk, dlatego wieś Markusy nie ma zwartej, wioskowej zabudowy, tylko jest rozciągnięta na przestrzeni kilku kilometrów. „Olędrom” bardzo dobrze tu się żyło, bowiem nie byli chłopami pańszczyźnianymi jak inni ówcześni polscy chłopi. Nie mieli żadnych obciążeń finansowych. Nie płacili podatków i nie służyli u żadnego pana. Byli wolnymi ludźmi! W zamian za to musieli jednak wypełniać postanowienia ordynacji dla Żuław zatwierdzonej przez komisarzy królewskich pod koniec XVII wieku. Do ich obowiązków należało m. in: posłuszeństwo wobec sołtysa, dbałość o swoje gospodarstwa, tamy wodne, kanały i rowy, a także naprawa płotów i parkanów. Leniwym osadnikom groziło nawet odebranie majątku. Mimo tych nakazów mieszkańcy Żuław byli zamożni. Tutejsi wolni chłopi żyli w dostatku, a nawet w luksusie większym niż przeciętny polski szlachcic w swoim dworku. W 1772 roku, kiedy ten teren w ramach I zaboru Polski teren Żuław dostał się pod panowanie króla Prus, sytuacja osadników wyznania mennonickiego znacznie się pogorszyła, 78 Alicja Łukawska Ślub Anny Burek i Lucjana Szulca w Urzędzie Stanu Cywilnego w Markusach. Archiwum rodziny Burków bowiem - tak jak inni poddani - musieli służyć w wojsku pruskim. A oni byli przecież pacyfistami. Nie brali do ręki broni, bo nie chcieli przelewać krwi. W związku z tym duża ilość osób wyznających tę religię wyemigrowała za granicę, najpierw do Rosji, potem do Ameryki Północnej. Pozostali na miejscu mennonici z czasem zatracili swój pacyfizm, który był podstawą ich religii. Poza tym całkowicie ulegli germanizacji. W czasach nazizmu masowo poparli Adolfa Hitlera. Byli gorliwymi członkami NSDAP. Mężczyźni wstępowali do SS i SA, a kobiety do Narodowosocjalistycznej Wspólnoty Kobiet. Dziewczynki i chłopcy także należeli do dziecięcych organizacji nazistowskich. W okresie II wojny światowej mennonici z Żuław służyli normalnie w wojsku jak wszyscy inni Niemcy, nie zwracając uwagi na własne zasady religijne. Do 1945 roku żyli sobie tutaj wygodnie, wysługując się cudzoziemskimi niewolnikami. Robotnicy przymusowi byli wtedy prawie w każdym gospodarstwie. A kiedy odeszli stąd po II wojnie światowej, pozostały po nich nieznane wcześniej Polakom długie domy i wielkie zagrody, w których pospołu mieszkali razem ludzie i zwierzęta. „Długi dom” to bardzo stary pomysł architektoniczny na budowę wiejskich zagród. Domostwa, w których ludzie i zwierzęta żyją pod jednym dachem, powstawały w Europie już kilka tysięcy lat temu, w okresie neolitu. Niegdyś zwano je domami halowymi lub domami stajennymi, bo z jednej strony była część dla ludzi, a z drugiej dla koni. Z czasem zaczęto budować budynki tak długie, by zmieścić pod dachem nie tylko konie, ale także wszystkie inne hodowane zwierzęta, to jest bydło, owce, świnie i drób. Ten typ domu łączył w sobie pod jednym dachem różne funkcje: przestrzeń mieszkalną dla ludzi i zwierząt, a także magazyn płodów rolnych, gdzie gromadzono głównie zboże i siano. Żuławskie opowieści 79 Takie budowle o długości ponad 50 metrów, kryte dwuspadowym dachem i wsparte na palach umieszczonych pośrodku, popularne były m. in. w Skandynawii w czasach Wikingów. Stawiały je również plemiona germańskie żyjące na wybrzeżach Morza Północnego, głównie na terenie Niderlandów, Fryzji i Niziny Północnoniemieckiej. Z czasem ich konstrukcja uległa zmianie: drewniane słupy wbijane w ziemię zostały zastąpione słupami opartymi na fundamencie. Pośrodku takiego domu, w centralnym miejscu, znajdowało się palenisko, skąd dym uchodził w górę przez dziurę w dachu. Z czasem otwarte palenisko przekształciło się w komin murowany z cegieł. Pomieszczenia mieszkalne dla ludzi znajdowały się wokół komina. W kręgu języka niemieckiego takie domy nazywano m. in. „das Langhaus”, „das Hallen-haus”, „das altfriesisches Bauernhaus” i „das Gulfhaus”. Na terenie Fryzji z czasem wykształcił się kolejny typ domu zwany w języku niderlandzkim „kop-hals-rompboerderij” (poi. „gospodarstwo typu głowa-szyja-ciało”). Mieszkańcy Niderlandów uważali, że budowla ta kształtem przypomina leżącą krowę. Chodzi oczywiście o krowę rasy fryzyjsko-holsztyńskiej, bo takie tam hodowano. Główna, mieszkalna część, to „głowa”, środkowa część (kuchnia) to „szyja”, zaś wielka stodoła na końcu to „ciało”. Zagroda tego typu znakomicie nadawała się zarówno do hodowli bydła, jak i do przechowywania płodów rolnych. Niektóre z takich domów posiadały piwnicę, w której można było latem przechowywać mleko w chłodzie. Podpiwniczony fragment budynku był zwykle nieco wyższy niż pozostała część. We fryzyjskiej gminie Het Bildt do dzisiaj stoją domy typu „głowa-szyja-ciało” ze stodołą ustawioną prostopadle do części mieszkalnej w ten sposób, że całość tworzy literę „L”, Szkoła Podstawowa w Markusach. Zdjęcie klasowe. Tadeusz Burek stoi pierwszy z lewej w drugim rzędzie. Archiwum rodziny Burków 80 Alicja Łukawska podobne do tych żuławskich. Można się domyślać, że prawdopodobnie wraz z osadnikami z tamtych terenów, którzy przybyli na Żuławy w okresie I Rzeczpospolitej, ten układ domu zawitał także do Polski. O fryzyjskim pochodzeniu dawnych mieszkańców Markus świadczą ich nazwiska. W księgach parafialnych dawnej gminy mennonckiej, które znajdują się w sieci, można przeczytać, że wielu z nich nazywało się Friese, Froese, Friesen i podobnie. Zdaje się, że dom, w którym niegdyś mieszkali Burkowie i Boreccy, był typową fryzyjską zagrodą typu „głowa-szyja-ciało” ze stodołą ustawioną prostopadle do całości. AGNIESZKA W SWOIM ŻUŁAWSKIM DOMU No więc siedzę znowu w tej kuchni i mam wrażenia deja-vu. Jak wspomniałam, widzę tu wszystko podwójnie. Wtedy i teraz, wtedy i teraz, wtedy i teraz... Przypominają mi się obrazy, jak tu było dawniej, za czasów wujostwa, gdzie stały meble i różne sprzęty, co tu się działo. Jednocześnie patrzę na pięknie urządzone wnętrza domu, które dzisiaj dopiero mam okazję poznać w całości, bo wcześniej znałam przecież tylko tę połowę, gdzie mieszkali Burkowie. Przez te lata dużo się tutaj zmieniło. Jedne drzwi wejściowe (te od „strony Burków”) zostały zastąpione drzwiami balkonowymi. Wchodzę do środka, od „strony Boreckich”, gdzie wcześniej nie byłam. Szczęka mi opada na widok wysmakowanego wnętrza, umeblowanego stylowymi meblami, które idealnie pasują do ciemnych drewnianych belek widocznych na tle białego sufitu. Dawniej te belki były zamalowane białą farbą olejną. Układ pomieszczeń został nieco zmieniony, ale nadal można w tym domu „chodzić wokół komina”, bo ten tradycyjny układ architektoniczny został zachowany. Okazuje się, że są tutaj piwnica i strych, ale ja o tym kiedyś nie wiedziałam, bo wchodzi się do nich od „strony Boreckich”. Nie byłam tam wcześniej. Poza tym została tu doprowadzona woda wiejskim wodociągiem. Jest też kanalizacja. Nie ma stojących wszędzie wiader. Jest za to zlew w kuchni i osobna łazienka. Kto by to kiedyś pomyślał? Zaprosiła mnie tu Agnieszka Zaremba-Dobosz, której mąż kupił ten dom od Boreckich. Znajomość z Agnieszką zaczęła się od tego, że jakiś czas temu wpadła jej w ręce książka „Córka organisty”, którą napisałyśmy wspólnie z moją mamą Haliną. Podczas lektury Agnieszka ze zdumieniem odkryła, że mieszka w jednym z domów w Markusach, o których wspomniałyśmy w tej książce! Zainteresowała się tym i namierzyła mnie na FB. I tak zaczęła się nasza znajomość. Długi czas rozwijała się ona zdalnie. Pisałyśmy do siebie, a potem dzwoniłyśmy. Odkryłyśmy wiele wspólnych tematów, bo obie interesujemy się Żuławami. Obie też pochodzimy właściwie „stąd”, to znaczy z rodzin osadniczych, które po II wojnie Żuławskie opowieści 81 Trzyczęściowy „długi dom"żuławski typu „głowa-szyja-ciało”. Źródło: Wikipedia, Langhuis w tym samym czasie osiadły w gminie Duninowo (Zwierzno). Obie odkrywamy swoją żuławską tożsamość. U mnie to się objawia pisaniem o tych terenach, natomiast Agnieszka jeździ na wycieczki, zbiera książki o Żuławach i wyszukuje ludzi, którzy wiedzą coś o przeszłości tej ziemi. Agnieszka poznała mnie ze swoją ciocią Zofią z pobliskiego Rozgartu, która przyjechała na spotkanie z kilkoma torbami pełnymi albumów fotograficznych. Oglądamy stare rodzinne zdjęcia z albumów i komentujemy. Potem umawiamy się na następne spotkanie i większy tekst o historii rodziny Agnieszki na Żuławach. Pełna wrażeń odjeżdżam pociągiem z Gronowa Elbląskiego do Malborka. Jeszcze tu wrócę! 82 Sylwia Kubik Sylwia Kubik Z WILNA PRZEZ SYBERIĘ NA POWIŚLE WSPOMNIENIA WANDY PODWORSKIEJ1 Pani Wanda urodziła się 25 sierpnia 1935 roku i mieszkała we wsi Rudnia, gmina Dziewienisz-ki, powiat oszmiański, województwo wileńskie. Z wojny pamiętam ciągłe ucieczki do schronu. Nigdy nie było wiadomo, kiedy nadleci samolot, więc musieliśmy być w ciągłej gotowości. Wieś, w której mieszkaliśmy, była piękna. Był młyn i dwa mosty. Gdy kończyła się wojna, Niemcy uciekali przez naszą wioskę. Za nimi podążali Ruskie. Niemcy zniszczyli za sobą most, ale to Sowietów nie powstrzymało. Przeszli przez rzekę, dogonili ich 4 kilometry od nas i zabili. Nas po wojnie chcieli przerobić na Litwinów, ale myśmy się nie dali. Byliśmy Polakami przed wojną, w czasie wojny i po wojnie też nimi zostaliśmy. To się nie podobało władzy. Podobnie jak fakt, że tata nie chciał pilnować młyna a komuniści dali zarządzenie, że każda rodzina we wsi, po kolei, musi jedną noc stróżować. Wiele bandyctwa było i szabrownic-twa, więc wszyscy wszystkiego ciągle pilnowali, bo by rozkradli. Tata pilnował naszego gospodarstwa i miał dość przy tym zajęcia. Ale to się nie spodobało władzy. Przyszła do nas taka jedna komunistka, zagorzała aktywistka i naciskała na ojca, że on musi iść na Stróżę. Powiedział jej, że on ma swoją rodzinę i swoje obejście, którego musi pilnować. Bardzo się zezłościła. Złożyła palce, ucałowała je, wycelowała w ojca i powiedziała: „Zobaczysz, czy ty tu będziesz! Ciebie tu nie będzie!” I słowa dotrzymała. Dwie rodziny odmówiły pilnowania. My i sąsiedzi z drugiej strony młyna. No i nas razem, te dwie rodziny, na Sybir wywieźli. KIEDY? W 1948 roku. Przyjechali w nocy, wojskowi i policjanci, i kazali nam się spakować. Byłam ja, rodzice i moja starsza siostra. Miałam jeszcze jedną siostrę, ale ona już była mężatka i z nami nie mieszkała. Zebrali nas w jednym pomieszczeniu i kazali szykować rzeczy. 1 Reportaż powstał w ramach cyklu: 80-lecie osadnictwa na terenie powiatu sztumskiego. Zrealizowano w ramach Stypendium Kulturalnego Powiatu Sztumskiego. Z Wiina przez Syberię na Powiśle 83 Ojciec nie chciał się pakować. Powiedział, że on niczego nie będzie brać. Na szczęście ci milicjanci to byli znajomi ojca i sami nas spakowali. Zboże w worki nasypali, ziemniaki i wszystko, co się nadawało do jedzenia nam uszykowali. Jak nas ci milicjanci pakowali, to jeden wojskowy mówił do mojej siostry „Uciekaj, ja ciebie puszczę”. I ona uciekła. Jak to milicjanci spostrzegli, to powiedzieli, że koniec pakowania i idziemy do samochodu. To był taki z przyczepką, bez burt, tylko takie cztery kołki tam stały. Zawieźli nas na stację i ulokowali do wagonu bydlęcego. Tam dwie doby czekaliśmy zanim ruszyliśmy w drogę. Przywieźli dużo osób i dopakowali do wagonów. Wielu z nich miało wszy, to zaraz się po wszystkich przeniosło. Po kilku dniach na jednej ze stacji zatrzymaliśmy się na kilka godzin. Zrobili nam od-wszawianie. Ciuchy wszystkie szły do wygotowania a my do łaźni, ale na długo to nie pomogło, bo to całe wagony i te nary, nasze prowizoryczne łóżka, były zawszone. Miesiąc jechaliśmy, nie wiedząc dokąd i na jak długo. Podczas podróży dawali nam herbatę i pochlipajkę. Z głodu nie padliśmy, ale głodni byliśmy, bo to nie było jak jedzenia uszykować, ani za bardzo z czego. Wreszcie dotarliśmy do Kraju Krasnojarskiego. Stamtąd zawieźli nas do pasiołka Areszno. Cały nasz wagon tam skierowali. Wyrzucili nas pod stacją i kazali czekać aż znajdą nam gdzieś miejsce. To staliśmy pod tą ścianą, bo co mieliśmy robić. Ani gdzie iść, ani gdzie się schować. Na szczęście miejscowi Rosjanie okazali się całkiem przyjaźni. Jak nas zobaczyli, to pytali „A co to? Znowu Polaków przywieźli? Przecież dopiero co ich odesłali”. No my też się temu dziwiliśmy, bo każdy przecież myślał, że czasy zsyłki na Sybir się skończyły. Ci ludzie nie byli źli. Tacy normalni. Przychodzili do nas i jak kto im się spodobał, to brali do siebie na dzień, dwa czy trzy. Nas też wzięli. Matka z córką same mieszkały i nas przygarnęły na prawie dwa tygodnie. W tym czasie znaleziono jakiś pusty barak w lesie. Kazali mężczyznom iść go rozebrać, belki przenieść do tego pasiołka i na nowo barak zbudować. W nim zamieszkaliśmy. Każda rodzina miała przydzielony swój kawałek w tym baraku a rodzin tych było osiem. Nazwali go Warszawa i ta nazwa weszła w stały obieg, bo jak później jechali wąskotorówką do lasu pracować i jak pytali „Gdzie jesteś” i ktoś odpowiedział koło Warszawy, to wszyscy wiedzieli gdzie. To była mała wioska. Osada taka. Obok była podobna. Tam też mieszkały polskie rodziny i niemieckie. Powoli się tam zasiedlaliśmy. Ja poszłam do ruskiej szkoły. Skończyłam tam dwie klasy. Rodzice poszli do pracy w tajdze. Dostali kartki na chleb. Ojciec 400 gramów miał przydział, matka 200, a mnie dali 100 gramów. I to musiało nam starczyć na cały dzień. Ich nie obchodziło, czy nam to starczy, więc każdy radził sobie, jak umiał. Na szczęście ojciec miał trochę pieniędzy, a pieniądze te same były u nas, co i u nich, to trochę udało się kupić od miejscowych i jakoś przeżyć ten początkowy czas. Wszyscy dorośli pracowali w tajdze. Dojeżdżało się wąskotorówką. Jak wycięli kawał lasu, to przekładali tory dalej i znowu cięli. A po pracy to szukało się jedzenia. Latem i je-sienią, a nawet późną wiosną, było najłatwiej, bo borówki się zbierało, żurawinę, maliny, porzeczki, grzyby, orzechy. Wszystko zbieraliśmy, co tylko nadawało się do jedzenia. Posadziliśmy też ziemniaki. Pierwszego roku z obierek. Mama mówiła, że nie ma sensu tego robić, bo nic z tego nie będzie. Ale ja i tak zrobiłam. Ziemniaki dobrze obrodziły i później to sadziliśmy ich coraz więcej, więc mieliśmy lepsze zapasy na zimę. 84 Sylwia Kubik Później, po tych dwóch latach, i ja poszłam do pracy. Miałam 14 lat. Wyrabiałam cegły. Ręcznie się wszystko robiło. Przekopać trzeba było, na plecach później zanieść, z wodą wymieszać, żeby odstało. A potem koń w kieracie chodził i to na gładź wyrabiał. Tylko że na tym koniu, to ktoś zawsze musiał siedzieć, więc się zmienialiśmy. Godzina, półtorej i następna osoba. Jak to zostało wyrobione, rzucaliśmy to na stół i wkładaliśmy w formy. Obracaliśmy, później schło na słońcu. Do czasu aż postawili wypalarnię do cegieł. I tak mijały lata, a my cały czas na tej Syberii. Już straciliśmy nadzieję, że wrócimy do domu. Z dziecka zmieniłam się w kobietę. Męża tam poznałam. Mieczysława. Przychodził do swojej matki w odwiedziny. Mieszkała w tym baraku co my. Zesłali ją za to, że on w partyzantce działał. A później, jak go złapali, to wywieźli ich razem na Syberię. Zawsze jak przychodził do matki, to grzecznie się witaliśmy „dzień dobry”, „do widzenia”. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać. Wychodzić na spacery. Miła to była odmiana, bo wkoło same Ruskie, Greki i inne. A on był Polakiem. Starszy, ale swój. Mieliśmy podobne historie, przeżycia. Wiele nas łączyło, a z czasem połączyła i miłość. Wzięliśmy ślub cywilny, bo tam kościoła nie było. Przez 9 lat naszego pobytu na Syberii tylko raz pop do wsi przyjechał. Po ślubie zamieszkaliśmy razem w baraku, bo się miejsce zwolniło. Zaszłam w ciążę i dalej pracowałam w cegielni. Do końca nosiłam i brzuch i cegły. Córkę Teresę urodziłam w 1953 roku. Wtedy też zmarł Stalin i lepiej zaczęło się żyć. Chleb dla ludzi był i mięso się znalazło, masło. Kolejki do sklepów były ogromne, ale jak się odstało swoje, to się kupiło co trzeba. Kartek nie było. Sprzedawca miał listę i z niej odhaczał. Jak się dobrze człowiek zakręcił, to i w jednym sklepie mógł dostać, i w drugim. Trzeba było sprytnie w tych kolejkach manewrować, ale radziliśmy sobie. Litwini bardzo się wspierali. Jak się parę słów po litewsku powiedziało, to za swojego brali i zaraz wpuszczali w kolejkę. Po dwóch latach urodziłam syna. Dobrze sobie tam radziliśmy i myśleliśmy, że już tam na zawsze zostaniemy. Ja tam pół życia na tej Syberii spędziłam. Jednak po latach przyszła wiadomość, na którą już straciliśmy nadzieję. Pozwolono Polakom wrócić do Polski. Pisaliśmy pisma do konsulatu, załatwialiśmy papiery, ale do Wilna, to nie było za czym jechać, bo tam to Ruskie były. Zresztą nawet z tej naszej wsi Rosjanie do Wilna jechali, bo tam liczyli na lepsze życie. Trzeba było więc obrać inny kierunek. Prosto z Syberii więc pojechaliśmy z mężem, dziećmi i teściową do Zgorzelca. Ale tam to się teściowej nie podobało, bo tam niedaleko była granica z Niemcami, a ona koło nich nie chciała mieszkać. Później pojechaliśmy do Torunia, ale tam też teściowej nie pasowało. Pojechaliśmy więc do Sztumu. Tam w urzędzie dali nam listę wolnych domów. Brat męża był kawalerem, więc zaproponował, że on pojedzie szukać, a my mamy poczekać w mieście. Tak zrobiliśmy. Wybrał dla nas dom w Łozie. Dzielony na pół, więc mogliśmy tam zamieszkać razem. Tak było bezpieczniej, bo wiele domów jeszcze stało pustych, a to obcy dla nas teren, więc trzymaliśmy się razem. 1 tak tu w tej Łozie zostaliśmy na zawsze. Ta wieś, ten budynek stał się naszym nowym domem, choć droga do niego była długa i kręta, a i późniejsze lata nie były kolorowe. Ciężkie to było życie, ale jakoś sobie człowiek musiał radzić z tym co było i po prostu żyć. Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą 85 Paweł Rogalski STANICA Z ODZYSKU. OPOWIEŚĆ O „ZIELONEJ PRZYSTANI" NAD SZKARPAWĄ Wieś Izbiska nad Szkarpawą. Nad brzegiem rzeki osobliwy budynek, na planie dwunasto-kąta. Zagadkowy, bo swoją nieoczywistą kubaturą sprawiający, że przepływający nieopodal wodniacy zadają sobie pytanie: twierdza? stanica? manufaktura? Odpowiedź jest prostsza niż można na pierwszy rzut oka przypuszczać: „gniazdo” Magdaleny Badury-Górskiej i Krzysztofa Górskiego, które wiją z niesłychaną starannością i dbałością o każdy detal. „Zielona Przystań” odwołuje się do dziedzictwa kulturowego Żuław Wiślanych. Ekipa programu telewizyjnego „Wiatrak”, emitowanego na antenie TVP3 Gdańsk, przekonała się o tym na własne oczy. Wszystko zaczęło się piętnaście lat temu. Krzysztof Górski wraz z ojcem Tadeuszem — obaj absolwenci gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych - postanowili, że na żuławskiej równinie postawią dom z poszanowaniem dla tradycji tutejszego budownictwa drewnianego. Samo przygotowanie teoretyczne zajęło dwa lata — Zjeździliśmy region wzdłuż i wszerz. Fotografowaliśmy detale architektoniczne fasad, szczegółowo dokumentowałiśmy proporcje poszczególnych elementów, powstał po prostu audyt tutejszej architektury; na przykład okazało się, że Izbiska z lotu ptaka, fot. archiwum autora 86 Paweł Rogalski specyfiką żuławskich zabudowań jest nachylenie połaci dachu na poziomie 45 stopni czy to, jakie kształty przybierają fachwerki albo proporcje drewnianej konstrukcji do ceglanego wypełnienia — opowiada Krzysztof, pokazując zdjęcia domów podcieniowych w Lubieszewie, Trutnowach, Nowej Kościelnicy, Żuławkach, Miłocinie, Steblewie, Przemysławiu, których elewacje stanowiły punkt odniesienia dla prac budowlano-architektonicznych. Skrupulatna analiza konstrukcji ryglowych pozwoliła przenieść obserwacje na projekt „Zielonej Przystani” w Izbiskach. Konkretnie jej szczytowych ścian, okalających swoistym wieńcem wieżę. Dokładnie tak jak w gdańskiej Twierdzy Wisłoujście wieżę średniowiecznej latarni otaczają ceglane kamieniczki. — Jedyna zachowana do dziś strażnica rzeczna stała się dla nas główną inspiracją — dodaje pan Tadeusz. — Poza tym jako plastycy, nie mogliśmy z synem przejść obojętnie nad słynnym paryskim „La Ruche” (poi. „ Ul”), powstałą na początku XX wieku kolonią artystów, także wybudowaną na planie wielokąta — dodaje. Najpierw koncept, przeniesiony na deski kreślarskie, potem wykopaliska archeologiczne, wszak trzeba było zbadać teren. Sprawdzić co kryje ziemia, w którą się inwestowało uczucia i pieniądze. Ziemia odkryła artefakty tyleż ciekawe, co niespodziewane. — Oczywiście, wiedzieliśmy, że wiosną 1945 roku toczyły się tu walki wycofujących się sił niemieckich z prącą do przodu Armią Czerwoną. W tym rejonie znajdowały się gniazda karabinów maszynowych. Ale w najśmielszych oczekiwaniach nie sądziliśmy, że odkopiemy tak spektakularne znaleziska — przyznaje Krzysztof i prezentuje nam, wyciągane delikatnie ze skrzyni, niemieckie hełmy żołnierzy Wehrmachtu. W sumie kilkanaście przeżartych rdzą artefaktów, ale wciąż, na pierwszy rzut oka, zachowanych w przyzwoitym stanie. — Łyżka koparki trafiła też na bombę-niewybuch. Pamiętam, że koparkowy, nie zastanawiając się długo, wziął nogi za pas i uciekł. Na szczęście w miarę szybko przyjechali saperzy i pocisk rozbroili — dodaje gospodarz. W przerzuconych przez maszyny budowlane tonach pryzm ujawniły się jeszcze wartościowsze znaleziska, a przynajmniej bardziej wiekowe. Krzysztof z dumą i pietyzmem wyjmuje ze stylowego plastikowego pudełeczka monetę z krzyżem na awersie. Ani chybi denar z czasów krzyżackich, a więc co najmniej sprzed pięciuset (!) lat. Co prawda żaden rzeczoznawca jej nie oglądał i trudno przesądzić bez cienia wątpliwości o jej autentyczności, ale wrażenie robi czytelny i łatwy do identyfikacji krzyż. Tak jak wrażenie na robotnikach i właścicielach wywarło odkrycie w szuwarach i wodach Szkarpawy elementów pomostu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że stanowiącego fragment wodnej strażnicy istniejącej w tym miejscu, według przypuszczeń gospodarzy, już w XVIII stuleciu. - Na relikty samej stanicy wodnej nie trafiliśmy; nawet na to specjalnie nie liczyliśmy, zdając sobie sprawę, że nie była to żadna okazała budowla, raczej coś, co mogło przypominać niedbałe sklecony szałas. Zresztą Magda i Krzysztof podkreślają, że do wodnej przeszłości tego miejsca zamierzają nawiązać. Jeszcze nie teraz, ale docelowo nie wyobrażają sobie, że tak okazały gmach będzie na dłuższą metę odwrócony plecami do rzeki. Chcą otworzyć się na ludzi również od tej strony. Na razie od wodnego świata oddzielają ich szuwary, brak pomostu, nie ma nic, co zbliżałoby do Szkarpawy. - W ciągu trzech lat to się zmieni, zaprzyjaźnimy się również z wodą, nie może być inaczej — zapewnia Magda. Trochę wstydliwie oboje przyznają, że dotychczas musieli się skupić na innych tematach, bardziej - nazwijmy to - bytowych i przyziemnych: Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą 87 Magda i Krzysztof Górscy, fot. archiwum autora zabezpieczyć pokryty tymczasowo papą dach „Zielonej Przystani” przed przeciekaniem, zafoliować otwory okienne. O ile przez lata ta architektoniczna osobliwość jawiła się jako widmo - stała na twardym gruncie, ale życia w niej próżno było szukać — o tyle ostatnie trzy lata to prawdziwe przyspieszenie, bo Górscy w swojej twierdzy wreszcie osiedli. Przeprowadzili się na żuławską wieś z miasta na dobre i już bez odwrotu. Zakasali rękawy i ostro zabrali do roboty. — Lekko nas przerosła skala przedsięwzięcia, ale jak się powiedziało A, to nie ma zmiłuj: trzeba powiedzieć B; przerażenie przeszło, teraz czas na mobiłizację — śmieje się gospodarz. Atencji „domaga się” 360 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej. Konieczność wstawienia 40 drzwi i zamontowania 30 okien dowodzi skali przedsięwzięcia. Zdecydowanie nie jest to zwykły dom. „Zielona Przystań” na brzegu Szkarpawy, zwanej ongiś Wisłą Elbląską, stoi od piętnastu lat — jest w całości z drewna sosnowego, powstała — jak podkreśla Krzysztof Górski — w technologii ryglowo-słupowej. Nawiązuje do tradycyjnego budownictwa żuławskiego, właściciele starali się maksymalnie wiernie trzymać jego zasad. Jakkolwiek z wykorzystaniem zupełnie nietradycyjnych narzędzi. Całą budowlę i jej składowe — belki, układ gniazd i mocowań — zaprojektowano w specjalnym programie komputerowym, następnie wrzucono surową belką do zaprogramowanej maszyny CNC, która powycinała gdzie trzeba i na koniec „wypluła” z siebie jeden gotowiec, potem kolejny i tak dalej... - Rezultat był taki, że cieśle tylko stawiali przysłowiowy “stempel” na robocie, ponieważ ponumerowane elementy konstrukcyjne składali jak klocki lego w pełne, drewniane ściany - opisuje przebieg niestandardowej budowy Krzysztof. Belki łączono przy pomocy kołków dębowych, bez użycia gwoździ. Także ojciec Krzysztofa, pan Tadeusz, na każdym kroku zaznacza, że siedlisko Górskich szanuje i chce pielęgnować dziedzictwo tej części Żuław. Między innymi dlatego przejrzał wszystkie możliwe źródła wzmiankujące o wsi Izbiska. Wyjaśnia skąd data 1726, 88 Paweł Rogalski widniejąca na elewacji - Odwołuje się ona do ponownego lokowania wsi. To na pierwszą połowę XVIII wieku przypadł największy rozkwit naszej wsi; chronologicznie to trzeci ważny moment w jej dziejach; najpierw w XIV wieku założyli ją krzyżacy, a w 1641 gdańska Rada Miasta, będąc właścicielem tych ziem z nadania króla Kazimierza Jagiellończyka po wojnie trzynastoletniej, sprowadziła tutaj grupę mennonitów — tłumaczy nam pan Tadeusz, któremu w „królestwie” Górskich przypadła rola dyżurnego historyka. Pieczołowicie szkicuje odwiedzającym „Zieloną Przystań” gościom tło historyczne. Realia jednak dość zawiłe, trudne do pojęcia, zwłaszcza dla przybysza z zewnątrz, z innych regionów Polski. Ale objaśnia je cierpliwie. A liczba odwiedzających rośnie, bo w świat poszła fama o arcyciekawej i niespotykanej nigdzie innej budowli. Budowli, która intryguje i, po przybliżeniu okoliczności w jakich powstawała, budzi podziw, czasem niekłamany zachwyt. Gospodarze deklarują, że najwyższy czas, żeby objawić swoje dzieło światu. Po trzech latach intensywnych prac remontowych. — Jasne, że mamy chwile zwątpienia, bo bywa, że ogrom zadań nas przytłacza. Ale przez ten okres włożyliśmy już tyle sił i energii, że nie może się nie udać, a ja czuję, że znalazłam swoje miejsce na ziemi, mimo, że pochodzę z Bielska--Białej — mówi Magda. — Jednocześnie wykonana prac i stan, do którego doprowadziliśmy nasz dom, już pozwala się nie wstydzić przed naszymi gośćmi. Przechodzić: możemy ich przyjmować z podniesionym czołem - śmieje się Krzysztof. Pierwszy sprawdzian zaliczyli. „Zielona Przystań” zadebiutowała w organizowanych co roku w czerwcu „Dniach Otwartych Żuławskich Zabytków”. — Nawiedzały mnie takie myśli, z którymi dzieliłam się z mężem, że może nikt nie przyjedzie, ponieważ późno zgłosiliśmy się do programu. Nic bardziej mylnego. W ciągu jednego weekendu przeżyli prawdziwe oblężenie - do „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą zajrzało blisko dwieście osób. — Absolutnie niespodziewane, ale fantastyczne przeżycie i budujące zarazem, bo mnóstwo wspaniałych słów usłyszeliśmy, tylu wzruszeń doświadczyliśmy, zaproszeń na kawę nawet — nie kryje emocji Magda. Inauguracja wypadła nadzwyczaj okazale, ale to przecież dopiero preludium. Spotkania z ludźmi przybiorą formułę warsztatów - rękodzieła ludowego, z edukacji ekologicznej. Tak planują Magda i Krzysztof i raczej nic nie wskazuje na to, że mieliby z twardego postanowienia ustąpić. Słowo zamieniają w czyn. Na początek warsztaty z tworzenia tak zwanych pająków ludowych. — Stara tradycja, lecz nieco zapomniana, powoli odtwarzana; dawniej przygotowywano je przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy, wieszano pod powałą z nadzieją, że przyniosą domostwu, szczęście, dobrobyt i obfite plony — wyjaśnia gospodyni, wskazując nam wykonane przez siebie i przymocowane do belek stropowych prace. — Każdy uczestnik warsztatów samodzielnie stworzy finezyjne konstrukcje, które potem zabierze ze sobą do domu, żeby mogły zdobić jego wnętrza — dodaje. Surowiec? Wystarczy papier, bibuła i słoma żytnia. Tej ostatniej w pomieszczeniu, przeznaczonym do prowadzenia warsztatów, pod dostatkiem — zwisa sobie majestatycznie z każdego słupa, podtrzymującego strop. Magda dostała od życzliwych sąsiadek. — Dobre relacje z sąsiadami to podstawa. Nie wyobrażamy sobie, że mielibyśmy żyć odcięci od reszty; nie o to chodzi. Chcemy sobie wzajemnie pomagać, wzajemnie się inspirować i cieszyć naturą — mówią zgodnie właściciele „Zielonej Przystani”. Zresztą od sąsiadów-rolników Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą 89 pozyskują produkty do przetwórstwa. W kuchni poustawiane w szeregu worki z ziarnem i nie tylko: słonecznik, dyni, orzechy laskowe. Z nich tłoczą oleje na zimno, zdrowe i ekologiczne. - Są idealnym dodatkiem do sałatek i, co może wydać się niektórym obrazoburcze, do lodów (!). Lody o smaku najlepiej śmietankowym lub waniliowym, polane zwłaszcza olejem orzechowym, smakują wyśmienicie — przekonuje Krzysztof. Na półkach, za witrynką stoją też dżemy owocowe: truskawkowe, wis'niowe, z czarnej porzeczki. Pyszne, bo bez żadnych tam konserwantów i innych tak zwanych polepszaczy. Wszystkie te kulinarne dobrodziejstwa opatrzone etykietami z logo „Zielonej Przystani”, która pierwotnie miała być „Żabim Brzegiem”, bo zgrabne buteleczki z olejami i przetwory w słoikach ilustrowane grafiką żaby pośród finezyjnych ornamentów. - Żabie koncerty w przydomowych szuwarach bywają tak intensywne, że gdybyście je usłyszeli, od razu uznalibyście, że żabka jako znak indentyfikacyjny ma sens — zapewnia nas Magda. To dzieło teścia, pana Tadeusza, grafika co się zowie. Charakterystyczna kreska — bo autor dumnie prezentuje swoje rysunki również gościom, przyjmowanym podczas zainicjowanych latem 2025 roku weekendowych dni otwartych. Przychodzą miejscowi, ciekawscy z dalszej okolicy, z innych rejonów Żuław, wpadają też turyści - ci bardziej wymagający, mający bardziej wyrafinowane gusta i potrzeby zagospodarowywania czasu inne niż leżenie plackiem na plażach Mierzei Wiślanej. Grafiki wspierają wciągającą słuchaczy narrację pana Tadeusza o dziejach Izbisk. - Właściwie to nie wiadomo, dlaczego ktoś z urzędników po wojnie przemianował niemieckie, przez stulecia obowiązujące Freienhuben — Wolne Włóki na taka nazwę. Wolne Włóki mają uzasadnienie historyczne, Izbi-ska — niekoniecznie — zżyma się nasz rozmówca. Pan Tadeusz zabiera gości „Zielonej Przystani” w swego rodzaju podróż po przeszłości okolicy, osadzając ją w kontekście całych Żuław. Ze swadą, dowcipem, odniesieniami do kultury, sztuki i życia codziennego Żuławiaków. Taki układ i podział ról: Krzysztof opowiada o działalności przetwórczej i trwającej budowie niezwykłego domu, jego ojciec — otwiera oczy niedowiarkom, że z pozoru zwykła wieś, jeśli Magda w ogrodzie, fot. archiwum autora 90 Paweł Rogalski podrążyć głębiej, okazuje się jak w pigułce skupiać pokręconą historię delty Wisły, i Magda, organizująca zajęcia rękodzielnicze i pękająca z dumy z powodu zaaranżowanego przez siebie ogrodu ekologicznego i zarazem trochę eksperymentalnego. Poletka relatywnie niewielkiego, ale oryginalnego i z duszą. Przemyślnie zakomponowanego. Jak się patrzy z lotu ptaka, to widać, że królestwo Magdy ma stanowić integralną całość z budynkiem. Skrzynki, w których rosną zioła i warzywa, ułożone w kształt wielokąta, tak jak budynek mieszkalny Górskich. — Pomyślałam sobie, że popróbuję z roślinami, których u nas nie ma albo nie są powszechnie uprawiane. Z ostatniego wakacyjnego pobytu w Grecji przywieźliśmy na przykład nasiona fioletowego brokuła. Teraz obserwuję, czy się przyjmie i jak wyrośnie. Przyglądam się też wzrostowi karczocha — roślinie praktycznie u nas nieznanej. To co nowe i “wybuchające” świeżością w symboliczny sposób zderza się z tym, co stare, przemijające. Sędziwa jabłoń, jabłoni nieprzypominająca, przygięta wiekiem. Podobno jeszcze owocuje, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę: patrzcie, mam swoje lata, ale jestem, żyję i pogłoski o mojej agonii są przedwczesne. Na pewno odwlec w czasie chcieliby ją Magda i Krzysztof - oboje na drzewo spoglądają z czułością i gdyby tylko mogli, zatrzymaliby proces powolnego obumierania. W ekologicznym ogrodzie Magdy warzywa i rozmaite zioła, a wokół domu bujnie zakwitające kwiaty różnego autoramentu. Tworzące zaskakujące kompozycje i wabiące za-pylacze. Podczas realizacji zdjęć, ku zdumieniu naszej “wiatrakowej” ekipy i gospodarzy zresztą też, niespodziewany „gość”. Siedlisko odwiedził fruczak gołąbek, zwany polskim koliberkiem, choć jest nie ptakiem, a motylkiem. Taka przyrodnicza osobliwość, zapylająca kwiatki. Był tak zaabsorbowany spijaniem nektaru, filuternie machając skrzydełkami z prędkością 80 uderzeń na minutę, że nie zauważył naszej obecności. Mimo, że ponoć jest istotką nader płochliwą - potrafi brać „nogi za pas” z prędkością 65 km/h. — Tyle razy próbowałam go wypatrzyć — bez powodzenia. A tu ni stąd, ni zowąd się pojawił. Ależ radość, jego wizytę traktuję jako wyraz uznania dla bioróż-norodności naszego ogrodu — cieszy się Magda. Dialog z przyrodą. Brzmi pretensjonalnie, romantycznie, ale tak rzeczywiście jest. Jak nie fruczak gołąbek, to na polach po drugiej stronie ulicy pojawi się stado saren albo kicający zając. A ptaki? Ptaki organizują sobie tutaj ptasie radio. Trele, świergoty, gwizdy, szczebioty, ćwierkania w stężeniu, które przyprawia o zawrót głowy. Żurawie w tym roku pojawiły się wyjątkowo wcześnie, ich klangor słychać było już w lutym. — To one tak naprawdę zwiastują wiosnę, a nie —jak się powszechnie uważa — bociany. Boćki wyrobiły sobie dobry pi-ar i teraz spijają śmietankę — śmieje się pan Tadeusz. Mnóstwo rozmaitych gatunków rzecznego ptactwa, dokarmianego zimą przez Magdę. - Krzysiek zbudował spory karmnik, zresztą styłistycznie nawiązujący do wieży „Zielonej Przystani”, ptaszki przylatują, a że witamy je z otwartymi ramionami, to później wracają — dodaj e właścicielka. Tak czy owak są nieodłącznym elementem krajobrazu Żuław. Po pierwsze: tędy przebiegają szlaki migracji, po wtóre: na otwartej przestrzeni, łatwiej zauważalne i dające się obserwować. Brodzące, rzeczne, wędrujące. Mnogość gatunków, raj dla ornitologów. Z czasem, kiedy właściciele uporają się z górną kondygnacją i będzie można się dostać na wieżę, wówczas obiecują, że zaaranżują na niej punkt obserwacyjny dla miłośników natury. Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą 91 Dom nad rzeką, fot. arhiwum autora Wieża zwieńczy dzieło. Trzeba jeszcze paru lat i potężnego zrywu organizacyjnego. Magda, Krzysiek i jego ojciec, na szczęście, po tym, jak długą drogę od planowania, poprzez prace wykopaliskowe po budowlane, przeszli, są doskonale świadomi ogromu robót, które jeszcze ich czekają, ale jednocześnie pełni optymizmu. Trzy lata zmagań z materią remontowo-budowlaną dały im mocno w kość, ale przyniosły też masę doświadczeń i wniosków. Wykończyli parter i wkrótce zakasają rękawy i zabiorą się za górę. Dosłownie zakasają, całość prac wykończeniowo-wyposażeniowych wykonują własnym sumptem, bez wsparcia z zewnątrz. — Po prostu chcemy mieć pewność, że wszystko będzie zrobione dobrze i po naszej myśh — wyjaśnia Krzysztof. Na piętrze na razie graciarnia. Graciarnia, która z czasem, po uporządkowaniu, oddzieleniu „ziarna od plew”, przeistoczy się w sześć pokoi, każdy z łazienką. Jeśli w urządzeniu domu, który stoi od piętnastu lat, zabrnęło się tak daleko, to już nie ma odwrotu od postawienia „kropki nad i”. - Tym bardziej, że przekonaliśmy się, co to w praktyce znaczy upływ czasu, bo sporo belek, leżących “odłogiem” zwyczajnie przegniło Doprowadzanie górnej kondygnacji do stanu używalności trochę jeszcze potrwa. Plan działania jest gotowy. Wieża docelowo zyska pokrycie tytanowe — cynkowe, a dach, na razie wyłożony papą-dachówką. — Rozważaliśmy nawet położenie strzechy, ale okazało się, że nachylenie połaci czyni tę operację zbyt skomplikowaną. Nie wiem, czy na rynku są fachowcy, którzy podołaliby zadaniu, dlatego nie ryzykowaliśmy — opowiada Krzysztof. Wracamy spod obłoków, z surowego poddasza, na parter. Tam już wszystko odpicowane na rustykalna modłę. Pięknie i elegancko, ze smakiem. Sączymy przyrządzoną przez Magdę pyszną lemoniadę. Z zewnątrz dobiegają odgłosy rozśpiewanych trzciniczków, a przez otwarte okno przyglądamy się leniwie sunącej po Szkarpawie łodzi z masztem, ze zwiniętym żaglem. Płynie na silniku. Słuchamy jak urzeczeni opowieści gospodarzy. Tym razem o aranżowaniu wnętrza. Magda, inaczej niż jej mąż, nie jest artystką z wykształcenia. Jest filologiem angielskim z artystyczną duszą. W pomieszczeniu, przeznaczonym na zajęcia warsztatowe, przypominającym 92 Paweł Rogalski nieco sień, dyskretnie przyczajone wielkopostaciowe gipsowe rzeźby. Krzysztof: — Znalazłem je w Internecie, na jednym z forów społecznościowych. Jakiś student pozbywał się pracy próbnej, wykonanej przed pracą dypłomową. Udało nam się je zdobyć za grosze, przy okazji udaremniając porzucenie na śmietniku; taki rodzaj recyklingu. Przy wejściu do sieni wdzięczy się stara maszyna do szycia, w kącie — inne dawne sprzęty. Jak byśmy dziś powiedzieli: artykuły gospodarstwa domowego. Wszystko z odzysku, ale idealnie wkomponowujące się we wnętrze. Tak jakby tu było od zawsze. Krzysztof chwali się też... szafą w pokoju sypialnym. Dębowe drewno. Przedwojenny mebel. Może nie barokowy, jakie spotyka się jeszcze gdzieniegdzie w żuławskich domostwach, ale przynajmniej delikatnie “barokizujący”, naśladujący XVIII-wieczny styl. Nie trzeba być koneserem, żeby dostrzec solidne rzemiosło. — Otrzymaliśmy ją w prezencie od znanej trójmiejskiej fotografki. Musieliśmy usunąć kilka warstw farby olejnej; zastosowaliśmy środki chemiczne, użyliśmy papieru ściernego, opalarki, w sumie bardzo żmudna robota — poświęciliśmy na nią sto (!) roboczogodzin, ale — koniec końców — się opłaciło — Krzysztof nie kryje dumy. O niemal każdym meblu albo elemencie wyposażenia da się opowiedzieć osobną historię, ponieważ los większości z nich był przesądzony. Miały wylądować na strychu, trafić do lamusa, w najgorszym wypadku — na śmietnik. Górscy jednak wyciągali je z niebytu; kiedy inni widzieli stary, nikomu niepotrzebny rupieć - oni dostrzegali potencjał, dając mu drugie życie. A to zdezelowane krzesło, a to zniszczony stół, a to uszkodzone szafy, bo ta z sypialni nie jest jedyna, a to przemysłowe lampy z zamkniętej, nie produkującej już, fabryki. Na tak urządzony i wciąż urządzany skrawek ziemi właściciele „Zielonej Przystani” latem 2025 roku zaczęli przyjmować gości. Na początek wyłącznie od strony lądu, choć trafić tam nie jest łatwo. By dotrzeć do niezwykłego siedliska, należy zjechać z głównej drogi powiatowej za Przemysławiem w małą gminną dróżkę, która powiedzie wprost do drewnianej „warowni”. Zielona Przystań, fot. archiwum autora Stanica z odzysku. Opowieść o „Zielonej Przystani” nad Szkarpawą 93 Magda i Krzysiek deklarują, że niebawem zwrócą się też przodem do wody i od Szkar-pawy podejmą przybyszów. Dopiero zbudowanie przystani żeglarskiej sprawi, że poczują pełną otwartość. A projekt autorstwa pana Tadeusza, który udostępniono ekipie „Wiatraka”, dowodzi sporych aspiracji. Powstanie nie jakiś tam skromny pomościk cumowniczy, a bez mała węzeł wodny! Ambicje, jak zwykle, zderzają się z finansowymi realiami - na inwestycję potrzebne niemałe pieniądze. Gospodarze zapewniają, że prędzej czy później infrastruktura powstanie, no bo jak to tak? Mieszkać nad rzecznym kriwoobiegiem Żuław Wiślanych i być odwróconym do niego plecami? Taka ewentualność nie wchodzi w rachubę. — Będzie można się do nas dostać i wodą, i lądem, a w dawnych czasach — można byłoby także z powietrza, bo tu nieopodal w trakcie wojny funkcjonowało lotnisko wojskowe — dodaje Górski senior. Żuławy bez wody nie istnieją. To woda tworzy deltę Wisły, stanowi o jej tożsamości i jest wpisana w jej DNA. Jeśli wodniackie plany Górskich się ziszczą, to i wzrośnie ranga „Zielonej Przystani” na szlaku Pętli Żuławskiej, zważywszy, że od śluzy Gdańska Głowa aż do węzła w Rybinie nie ma żeglarskiej infrastruktury, której towarzyszyłoby zaplecze gastronomiczno-noclegowe. —Jeszcze trochę cierpliwości, a staniemy się stanicą wodną z prawdziwego zdarzenia. Z ambicji bycia barwnym punktem na mapie Żuław Wiślanych nie zrezygnujemy. Ja wprawdzie nie jestem stąd, pochodzę z Bielska-Białej, ale zakochałam się i zanurzyłam w tym miejscu po uszy, oboje chcemy być wartościową częścią lokalnej społeczności, a ja mam zamiar się tu zestarzeć -mówi nam do „wiatrakowej” kamery — a więc w razie czego mamy zapisany w postaci cyfrowej dowód w sprawie! - Magda Badura-Górska. 94 Maciej Kraiński Maciej Kraiński PRELIMINARIA PROPEDEUTYKI POWOZOLOGII POLSKIEJ Pierwsi nasi ojcowie nie jeździli cugiem, Lecz konno cwałowali, chodzili za pługiem Cytuję za nieznanym staropolskim poetą. Nie znaczy to, że obce były Królestwu Polskiemu pojazdy kołowe. Wszak Piast Kołodziej, praojciec pierwszej naszej dynastii, koła tworzył, zapewne do pojazdów kołowych. Zatem można by rzec, nie zgadzając się z wierszopisem, że pierwszym twórcą pojazdów kołowych na terenach Lechitów był Piast, co to wstrętnego satrapę Popiela pogonił, powożąc, pewnikiem, jakimś prapowozem. Przywołuję autorkę książki „Powozy Polskie” Teresę Żurawską: „Polska historia pojazdów zaprzęgowych ma swoją specyfikę narodową. Dla przeciętnego Polaka koń i kareta więcej znaczyły niż dla Niemca czy Francuza. Tam były to tylko środki transportu, u nas jeżdżąca fortuna na pokaz”. O czym że Polska myśli we dnie i w nocy? Żeby sześć zaprzęgnięto koni do karocy - pisał Wacław Potocki jeszcze w XVII wieku. W XVI i XVII wieku kunszt i pomysłowość karetników polskich prześcignęły przeciętną produkcję europejską. Szczególnie wyróżniała się działalność Gdańska — jego odmienność i wysoki poziom wyrobów. Przeskakujemy jeden wiek i oto odnajdujemy się w Wozowni hrabiego Alfonsa Sierakowskiego, powstałej zapewne w latach pięćdziesiątych XIX wieku, podobnie jak całe założenie folwarku waplewskiego. I cóż my tam znajdujemy? Ano karetę i lando, wolant i kabriolet, faeton i brek lub sulki i jeszcze sanie zdobne rokokowe służące podczas szlichta-dy karnawałowej oraz te mniej wystawne do kuligów i polowań zimowych, po białym tropie, jakże łubianych przez myśliwych, podczas specyficznych, wigilijnych spotkań w lesie. Minęły czasy wystawności, w czym Sierakowscy nie celowali, nastał czas praktyczności, czyli powozów przeznaczonych do określonych potrzeb i specyfiki wyjazdu. Należy wspomnieć, że pomimo rozwoju automobilizmu, ziemianie wciąż korzystali z powozów konnych zarówno z tradycjonalizmu swojego, jak i stanu dróg, który nie sprzyjał poruszaniu się samochodami. Pamiętam rodzinną opowieść o moim dziadku, po wielokroć Preliminaria propedeutyki powozologii polskiej 95 wyciąganym z błotnistej drogi przez zaprzęg konny. Na tyle się mu zdała nowoczesna forma podróżowania w postaci srebrnego cygara czyli Lancii. Wróćmy do Wozowni w Waplewie, opustoszałej i po 1945 roku zwolna dewastowanej, gdzie mieściły się warsztaty maszyn rolniczych Ośrodka Hodowli Zarodowej. Wraz z przejęciem pałacu i zabudowań folwarcznych przez Muzeum Tradycji Szlacheckiej powstał plan rewitalizacji Wozowni z ekspozycją powozów dworskich. Po trudnym porodzie, chciałoby się powiedzieć — pośladkowym — stoi budynek jak nowy, a w środku dwa powozy, a wkrótce po długotrwałej konserwacji zjadą paradne sanie rokokowe, zapewne będą chlubą naszej wystawy. Zanim zaczniemy cmokać z zachwytu oglądając sanie, powiedzmy kilka słów o naszych nabytkach. Pierwszy to pojazd konny typu DIUK , mógł być zbudowany w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku w nieustalonej firmie polskiej, być może warszawskiej. Pochodzi z Leszna na Mazowszu — po wojnie używał go miejscowy proboszczunio. W zasadzie jest ekwipażem spacerowym, powożonym z tylnego siedzenia. Pojazd posiada składaną budę nad tylnym siedzenie pokrytym skórą. Drugi jest FAETONEM, pochodzącym z nieznanej firmy duńskiej, co jest ewenementem, ponieważ w wozowniach ziemiańskich przeważały wytwory firm wiedeńskich, berlińskich, warszawskich, czasem angielskich. Diuk, fot. archiwum MTSz w Waplewie 96 Maciej Kraiński Faeton, fot. archiwum MTSz w Waplewie Faeton jest pojazdem dżentelmeńskim, do sportowego powożenia, to typ praktycznego wykorzystania ekwipażu do różnych kombinacji użytkowych i jako taki jest jedynym tego rodzaju pojazdem w zbiorach polskich — przystosowany do zaprzęgu jednokonnego lub parokonnego i posiada w wyposażeniu odpowiednie dyszle. Pojazd zakupiony w dobrym stanie, jednak wymagał renowacji z wymianą powłok lakierniczych, tapicerki elementów skórzanych . To nie koniec. Kierujemy podziękowania do starosty L.S., tak wedle dawnego obyczaju czapką do samej ziemi - zgadnijcie kto to? - pośredniczącym przy pozyskaniu sponsora, mianowicie firmy PAD-RES od instalacji fotowoltaicznych. Kupili i dali, taki mieli kaprys. Chwała Wam za to!!! W pamięci potomków ziemian polskich i miłośników kultury szlacheckiej zapisaliście się złotymi zgłoskami. A może to będzie wasz nawyk, na stałe? Mocium Panie, jako ufność ku osobie! Chwalił dobrodziejów - Maciej Kraiński O melioracji, wałach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu — czyli Żuławy w kryzysie 97 Leszek Sarnowski O MELIORACJI, WAŁACH PRZECIWPOWODZIOWYCH, PIENIĄDZACH I REPORTAŻU -CZYLI ŻUŁAWY W KRYZYSIE W naszym kwartalniku jest wielu specjalistów i specjalistek od Żuław i w żadnym wypadku nie mam zamiaru z nimi konkurować. Preteksty do napisania tego tekstu są dwa. Pierwsze to lipcowe podtopienia w naszym regionie, drugie to wydanie książki Tomasza Słomczyńskiego „Delta. Przez Żuławy” (Wydawnictwo Czarne, 2025). Zatem zacznijmy od sytuacji powodziowej. Powiat sztumski w części jest tylko żuławski i właśnie tam doszło do sytuacji kryzysowej. Wydział Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności już 27 lipca, na podstawie informacji z Biura Meteorologicznych Prognoz Morskich w Gdyni, ostrzegał o nadchodzących opadach deszczu. Miały to być opady umiarkowane. Już następnego dnia, w związku z dalszymi opadami, ostrzegano o możliwości wezbrania rzek i cieków wodnych, a w związku z tym z licznymi podtopieniami. Tego samego dnia, jako starosta sztumski, w trybie nadzwyczajnym, powołałem Powiatowy Zespół Zarządzania Kryzysowego. Siedziba Zespołu zlokalizowana została w Komendzie Powiatowej Konwent samorządowców powiatu sztumskiego, fot archiwum 98 Leszek Sarnowski Straży Pożarnej w Sztumie, a nie w starostwie, by skrócić proces koordynacji kryzysem, bo to właśnie do Komendy trafiały wszelkie informacje spływające z gmin i od mieszkańców. Największe zagrożenia prognozowane były na terenie gminy Sztum i zlewni rzeki Nogat oraz gminy Dzierzgoń i zlewni rzeki Elbląg. I tak się stało. Tego dnia odnotowano na terenie powiatu 138 zdarzeń, większość w obu wymienionych gminach oraz pojedyncze w gminie Stary Targ, Stary Dzierzgoń i Mikołajki Pomorskie. Najtrudniejsza sytuacja zapanowała w gminie Dzierzgoń, gdzie z powodu wezbrania rzeki Dzierzgoń zalana została ulica Limanowskiego oraz poważne podtopienia nastąpiły w miejscowości Jasna. Woda pojawiła się również w piwnicach wielu domostw znajdujących w pobliżu rzeki, mimo tego, że rzeka na terenie miast jest w miarę uregulowana. Nie znaczy to, że jest uregulowana tak jak powinna, tym bardziej, że zrobiono to już kilka lat temu i rzeka, nie czyszczona regularnie, stopniowa zarasta — gdy przychodzą deszcze, jest problem ze swobodnym jej przepływem. Wiele do życzenia pozostawia jej bieg poza miastem, w jedną i drugą stronę. Poza tym wodowskaz na rzece jest zlokalizowany w Bągarcie i kiedy tam wskazywał na poziom 735 cm (poniżej poziomu ostrzegawczego, który wynosi 790 cm), to w Dzierzgoniu woda zalewała już ulicę Limanowskiego. W ramach środków na system ochrony ludności zgłosiliśmy już konieczność zamontowania wodowskazu w mieście, by pomiary były bardziej wiarygodne i by można było w porę reagować na zagrożenia. W gminie Sztum poważa sytuacja była w sołectwie Zajezierze, gdzie groziło zalaniem kilku budynków z powodu zbierania się wody na polu z glinianym podłożem, która nie wsiąkała w grunt. Pomogła interwencja strażaków, którzy w nocy odprowadzili wodę przez tory kolejowe do jeziora. Kolejny kryzys nastąpił w Gościszewie. Zbiornik retencyjny przy drodze krajowej 55, usytuowany między szkołą a budynkami prywatnymi, zaczął stopniowo wzbierać i, mimo interwencji strażaków z OSP Gościszewo, grozić zalaniem szkoły i nowo zbudowanych domów. Poprosiliśmy o interwencję PSP z powiatu kościerskiego, którzy przyjechali z pompą wysokiej wydajności i zapobiegli kryzysowi. W tym samy czasie, około godziny 1.00 w nocy, w miejscowości Stare Miasto w gminie Stary Dzierzgoń doszło do podmycia drogi wojewódzkiej 515 i w związku z zagrożeniem bezpieczeństwa kierowców, wspólnie z policją, podjęliśmy decyzje o zamknięciu drogi i wprowadzeniu objazdów. W ciągu dnia zostały wezwane służby z Zarządu Dróg Wojewódzkich, które przy użyciu ciężkiego sprzętu doprowadziły do udrożnienia tej ważnej drogi. Do działań ratowniczych skierowano wszystkie 17 jednostek OSP z powiatu sztumskiego, a także Pluton Ulewa z powiatu starogardzkiego. Cały kolejny dzień wszyscy strażacy reagowali na potrzeby mieszkańców i gmin oraz monitorowano coraz bardziej podmakające wały przeciwpowodziowe. Tym bardziej, że do dramatycznej sytuacji doszło na terenie powiatu elbląskiego, sąsiadującego z naszym powiatem. Tam przerwany został wał na rzece Dzierzgoń w miejscowości Święty Gaj i zalane zostały okoliczne pola. Na szczęście, mimo obaw, nie zagrażało to Dzierzgoniowi. Do Świętego Gaju skierowano wówczas nie tylko strażaków, ale również wojskowe helikoptery, które próbowały zatkać przerwane wały dużymi workami z piaskiem. Udało się to dopiero po kilku dniach. Problemy przesiąkania wałów wystąpiły również na Kanale Rycerskim i Modrym, gdzie akcję ratowniczą podjęły na naszą prośbę również Wody Polskie, czyli właściciel wszystkich urządzeń na Żuławach. O melioracji, walach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu — czyli Żuławy w kryzysie 99 Dnia 31 lipca trudna sytuacja nastąpiła na rzece Tyna Górna, w okolicach miejscowości Śledziówka, w gminie Stary Targ. Przez dwa dni strażacy z powiatu sztumskiego, wspomagani przez żołnierzy malborskich Wojsk Obrony Terytorialnej, pracowali przy zabezpieczeniu wałów. Podobnie działo się również po stronie powiatu malborskiego. Intensywne deszcze spowodowały, że niegroźna do tej pory rzeczka, która nota bene przez ostatnie lata nie była udrażniana i czyszczona, stała się poważnym zagrożeniem dla mieszkańców, ich domostw i pól uprawnych. Zagrożenie przerwanych wałów spowodowało, że mieszkańcy kilku domostw byli przygotowani do ewentualnej ewakuacji. Udało się jednak zabezpieczyć wyrwy (być może bobrowe) w wałach od strony rzeki, wzmocnić korę wałów i przekazać miejsce akcji Wodom Polskim w celu dalszych działań, bo wały nadal przesiąkały, a poziom wody się nie Rzeka Tyna na codzień jest strumykiem do kostek, a tak wyglądała tuż po ulewach, fot. L. Sarnowski obniżał. Ze wstępnej analizy wynikało, że przyczyną może być praca pomp lub zatory przed ujściem rzek z naszego powiatu do jeziora Drużno. Dlatego mimo stabilizacji poziomu wód wprowadzony został drugi stopień ostrzeżenia hydrologicznego. Dnia 4 sierpnia w starostwie odbyło się posiedzenie konwentu starostów, burmistrzów i wójtów powiatu sztumskiego, połączone z Powiatowym Zespołem Zarządzania Kryzysowego, w czasie którego przedstawiono sprawozdanie z podejmowanych działań, a także wnioski na przyszłość. Dotyczą one zarówno logistyki, komunikacji, koordynacji działań na poziomie gmin i powiatu, zaopatrzenia w niezbędne środki ochrony ludności, kadry służb zarządzania kryzysowego, ale przede wszystkim systemu zarządzania żuławską częścią naszego powiatu. Zarządcą jest państwowa spółka Wody Polskie. I to pod adresem tej spółki popłynęło wiele słów krytyki, zarówno ze strony samorządów, jak i mieszkańców, a szczególnie rolników, których straty z powodu zalanych pól są olbrzymie i w tej chwili są szacowane. Zgodnie z prawem wodnym właściciel terenu odpowiedzialny jest za czyszczenie i utrzymanie rowów melioracyjnych na właściwym poziomie, a to niestety nie wygląda najlepiej. Wielu rolników czyści swoje rowy, ale kiedy to samo nie jest realizowane w rowach należących do Wód Polskich czyli Skarbu Państwa, to woda wraca na ich pola i je zalewa. Utrzymanie cieków wodnych i rzek to rola Wód Polskich. Dziś sugerują one, że wszystko jest w porządku, bo rzeki i kanały są systematycznie czyszczone. Innego zdania są rolnicy, którzy mówią, że od wielu lat nikt tych kanałów nie czyścił, dodając, że pompy, które regulują poziom wód, mają zbyt niską wydajność i wymagają poważnych inwestycji. No i tak jedni na drugich, bez szans na porozumienie, nie mówiąc już o dojściu do prawdy. Opisałem szczegółowo sytuację powodziową w powiecie sztumskim (podtopienia dotknęły też powiat kwidzyński, szczególnie w ciągu, sennej na co dzień, rzeki Liwy), by 100 Leszek Sarnowski Sztab kryzysowy w PSP w Sztumie, fot. L. Sarnowski pokazać nie tylko działania naszych służb, ale by pobudzić wyobraźnię, że mamy do czynienia z poważnym problemem, z którym poradzić muszą sobie wszyscy, najlepiej razem — mieszkańcy (przede wszystkim rolnicy), samorządy, Wody Polskie i władze państwowe. Znacznie poważniejszy przebieg miały podtopienia na terenie ościennych powiatów - malborskiego, elbląskiego, a przede wszystkim nowodworskiego i częściowo gdańskiego. Problem zatem nie jest jedynie lokalny, gminno-powiatowy, ale dotyka poważnej części naszego regionu. PASJONACI I POZARZĄDOWCY Żuławy to wspólna sprawa, która musi wymagać wspólnych działań. Warto się więc przyjrzeć temu, co dla depresyjnego regionu robią organizacje pozarządowe i pasjonaci. Po pierwsze jeśli chodzi o dziedzictwo materialne. Pamiętam kiedy prawie 15 lat temu byłem pracownikiem Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu, dowiedzieliśmy się, że na sprzedaż został wystawiony dość spory dom podcieniowy w Stalewie, w gminie Markusy, w powiecie elbląskim. Napisaliśmy pismo do władz województwa warmińsko-mazurskiego, by ten dom zakupić, wyremontować i zrobić tam skansen żuławski. Niestety nie spotkało się to z zainteresowaniem władz, bo zabrakło pieniędzy i dom nadal niszczeje, nadal jest do sprzedaży. Wtedy kosztował kilka milionów, dziś 700 tys. złotych. Wcześniej, kiedy pracowałem jako reporter w gdańskim, później w olsztyńskim oddziale TVP, filmowałem dziesiątki żuławskich zabytków, alarmując o ich fatalnym stanie. Też bez efektów. Wiatraki, domy podcieniowe, XIX-wieczne zabudowania gospodarskie rozsypywały się lub paliły na naszych oczach. Od kilku lat na antenie regionalnej TVP Gdańsk, w programie „Wiatrak”, redaktor Paweł Rogalski bije na alarm w podobnej sprawie. Bez efektu. Tymczasem pasjonaci najczęściej za własne pieniądze kupują, remontują domy podcieniowe, które od kilku lat stanowią prawdziwą atrakcję Żuław. W Marynowach Pani Jadwiga Grądkowska-Sawicka, przy wsparciu środków ministerialnych, uratowała dom podcieniowy z początku XIX wieku. Pięknie odrestaurowany dom podcieniowy jest także w Żuław-kach. Jego obecny właściciel, Mariusz Wiśniewski, od lat zabiega o stworzenie w powiecie nowodworskim skansenu żuławskiego, a jego dom jest miejscem wielu oryginalnych przedsięwzięć kulturalnych. Od wielu lat w Żelichowie/Cyganku funkcjonuje Gospoda Mały Holender. To również dom podcieniowy, który został, belka po belce, przeniesiony znad kanału elbląskiego przez Marka Opitza, regionalistę i pasjonata Żuław. Dziś jest jedną z najciekawszych inicjatyw nie tylko restauracyjnych (potrawy według przedwojennych O melioracji, wałach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu - czyli Żuławy w kryzysie 101 przepisów żuławskich), ale także edukacyjnych czy kulturalnych. To chlubne wyjątki. Tych zabytków niszczejących przy drogach jest jeszcze wiele. Najważniejsze jest jednak bezpieczeństwo Żuław. I w tej kwestii głos zabierają organizacje pozarządowe (i nie ograniczają się tylko do głosu). W 2010 roku Klub Nowodworski, wspólnie z Ekoklubem Salwinia, wydali wyjątkową książeczkę —„Niezbędnik powodziowy Żuławiaka” (Marek Opitz, Grzegorz Gola, Kazimierz Głowacki, Dariusz Piasek), w ramach programu dofinansowanego z tzw. środków norweskich. To zestaw podstawowych informacji związanych z tym, jak przygotować się do powodzi, do kogo zwrócić się o pomoc, kiedy do niej dochodzi, jak chronić i wzmacniać wały przeciwpowodziowe, jakie urządzenia są ważne-wrota przeciwpowodziowe, śluzy, mo- Wezbrana rzeka Dzierzgoń w Dzierzgoniu, fot. archiwum sty, wały przeciwpowodziowe, zastawki melioracyjne, stacje pomp, wodowskazy, poldery, strażnice wałowe, etc. Najważniejszym tematem są jednak Związki Wałowe, rodzaj lokalnego samorządu, którego celem było utrzymanie Żuław i zabezpieczenie ich przed powodzią. Powstały one za czasów krzyżackich, bo to właśnie krzyżacy, a nie jak błędnie się sugeruje w wielu publikacjach, mennonici, byli pionierami ochrony przeciwpowodziowej Żuław. Podstawowym obowiązkiem mieszkańców Żuław było uczestnictwo w pracach przy budowie wałów i melioracji gruntów, przy czym wymiar prac dla poszczególnych gospodarzy był proporcjonalny do wielkości posiadanego przez nich areału. Koordynację działań zapewniali lokalni urzędnicy krzyżaccy, rezydujący w obronnych dworach na terenie poszczególnych części Żuław: w Grabinach, Szkarpawie, Laskach i Fiszewie. Około połowy XIV wieku w dokumentach pojawiają się urzędnicy samorządu żuławskiego, którzy byli pośrednikami pomiędzy władzą państwową, reprezentowaną przez krzyżackich wójtów i prokuratorów, a wspólnotą mieszkańców. Nazywano ich przysiężnymi wałowymi, ponieważ przy wprowadzeniu na urząd byli zobowiązani do złożenia uroczystej przysięgi. Kilku przysiężnych, z których każdy reprezentował z czasem po kilka wsi żuławskich, wybierało spośród siebie zarządcę wałów, pełniącego w tym gronie honorowe przewodnictwo. Głównym zadaniem przysiężnych był wspólny objazd wałów, ustalanie zakresu potrzebnych prac i rozdzielanie ich pomiędzy poszczególne wsie, a następnie sprawdzanie wykonanej pracy. Niedociągnięcia były surowo karane grzywnami, a w skrajnych przypadkach nawet pozbawieniem własności gruntów, gdyż zaniedbania mogły drogo kosztować całą wspólnotę. Przysiężni pełnili również rolę rzeczoznawców we wszelkich pracach hydrotechnicznych, jakie przeprowadzano na terenie państwa krzyżackiego. Z racji wielu obowiązków cieszyli 102 Leszek Sarnowski się licznymi przywilejami ekonomicznymi i powszechnym szacunkiem. Swoje urzędy pełnili dożywotnio, a wybór na przysiężnego wałowego był dla żuławiaków ukoronowaniem życiowej kariery. Samorząd żuławski, ukonstytuowany w czasach krzyżackich, funkcjonował z niewielkim modyfikacjami także w okresie panowania polskiego (1466-1772), a następnie w czasach pruskich i niemieckich aż do 1945 r. Kompetencje tego samorządu ulegały stopniowo stałemu poszerzeniu, tak że w połowie XVIII wieku, czyli w okresie największego rozkwitu, obejmowały one niemal wszystkie aspekty społecznego życia mieszkańców delty Wisły. Żuławskie związki wałowe można więc nazwać swoistymi chłopskimi republikami, które wytworzyły na tym terenie niespotykane gdzie indziej poczucie wspólnoty i odpowiedzialności za wspólne dobro. Statuty takich Związków Wałowych są dostępne i może to by było rozwiązanie dla współczesnych zarządców tego unikatowego regionu. Może właśnie stworzenie odpowiedzialnej wspólnoty, wspieranej przez Państwo, dałoby pożądane efekty. „ŻUŁAWY NIE ZNOSZĄ BYLEJAKOŚCI” To słowa dr. inż. Kazimierza Cebulaka, melioranta, badacza, twórcy systemu nawadniania pól w polderze Gozdawa, autora wyjątkowej książki „Delta Wisły — poniżej i powyżej poziomu morza”. Pasjonaci Żuław piszą o nim na swoim fanpagu na FB (Żuławynafali.pl): „Rozumiał deltę Wisły jak mało kto. Był też łącznikiem wielowiekowego doświadczenia pokoleń gospodarzy z perspektywą współczesnych osadników. Krytykował powierzchowne Wzmacnianie wałów na rzece Tynie, fot. archiwum O melioracji, wałach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu — czyli Żuławy w kryzysie 103 porównania do Holandii, brak konsultacji z mieszkańcami i naukowcami, przestrzegał przed półśrodkami i domagał się jawności opracowań o Żuławach. To on namówił inż. Homanna do spisania wspomnień z pierwszych powojennych lat odwadniania - dzięki czemu mamy dziś bezcenne źródło historii. Jego książka to nie tylko kompendium wiedzy o gospodarce wodnej Żuław, ale też lekcja myślenia strategicznego o przyszłości regionu. Łączy historię, technikę i wizję, pokazując deltę Wisły jako „cywilizację hydrauliczną” -system, w którym człowiek i woda od wieków żyją w skomplikowanej symbiozie. Warto przeczytać1 — szczególnie teraz, gdy szukamy mądrych, sprawdzonych rozwiązań i autorytetów, które potrafią patrzeć daleko w przyszłość.” I wreszcie książka Tomasza Słomczyńskiego, dziennikarza, pisarza, reportażysty pod tytułem „Delta. Przez Żuławy”. Świetna lektura, polecam każdemu, kto choć trochę chce poznać Żuławy, albo tym, którzy sugerują, że w tym „płaskim kraju” nie ma nic ciekawego. Nic bardziej mylnego. Tu jest niemal wszystko. No z pewnością nie ma gór, ale uroków i tajemnic tu bez liku. Bo są mennonici, Wołyniacy, Ukraińcy, ludzie z Mazowsza, i ci z Kielecczyzny. Jest kawał Polski z różnych jej zakątków, wielu ludzi, którzy w kolejnym pokoleniu próbują budować swoją żuławską tożsamość. A skoro tożsamość, to i nawiązanie do tego co było, a w tej specyficznej krainie ważne, co pomaga żyć bezpiecznie. I tu nawiązanie do zabezpieczenia powodziowego Żuław, o którym można mówić nawiązując właśnie do przeszłości, a szczególnie do takich pojęć, jak honor i wspólnota. Słomczyński powołuje się w tym względzie na historyczkę Janinę Korczak-Siedlecką i jej książkę „Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI—XVII wieku”. Na pytanie, cóż ma honor z Żuławami, autorka odpowiada: „Mamy tutaj tereny, które były ciągle zagrożone przez powodzie. Ludzie, żeby w ogóle uprawiać rolę albo łowić ryby, musieli współpracować. I w związku z tym ta grupa była najważniejsza. Wszyscy musieli sobie ufać. Nikt nie mógł łamać zasad grupy. I to jest właśnie honor — wartość jednostki określana przez grupę. Bo w ten sposób grupa określa, czy chce mieć tego człowieka w swoim gronie. Jeżeli jest honorowy, to znaczy spełnia nasze zasady. A jeśli nie, to nie zasługuje na bycie z nami. Dzięki honorowi społeczność sprawuje kontrolę nad swoimi członkami. Jeśli spojrzymy na sytuację jego odebrania, to zauważymy, że często ta przemoc, czyli odebranie honoru, pełni funkcję ochrony społeczności. Na przykład atakujemy tego, który nie pomógł nam . .„ Łukasz Kępski z Muzeum Żuławskiego w rozmowie ptzy powodzi . z pomaszem Słomczyńskim, fot. L. Sarnowski 1 Książka Kazimierza Cebulaka, wydana przez Stowarzyszenie Żuławy oraz LGD Żuławy i Mierzeja dostępna jest pod linkiem: https://zph.org.pl/.. ./wydawnictwa%20pdf/Delta%20Wisly.pdf 104 Leszek Sarnowski Drugie pojęcie to wspólnota. Autor przywołuje tu, wspomniane wcześniej, związki wałowe, powstałe już za czasów krzyżackich w XIV wieku. Za wybitnym znawcą Żuław, Kazimierzem Cebulakiem, dziennikarz przywołuje fragment preambuły królewskiego dokumentu dla wspólnot wałowych: „Najwyżej położony ma swoją wodę kierować i prowadzić tak daleko, jak jego granice wskazują i ciągną się, aż do swojego sąsiada, do którego woda wchodzi, z którym winien ją uchwycić, i powinni ją prowadzić aż do czwartego, i oni czterej winni ją prowadzić aż do piątego...! również wszyscy winni przedsięwziąć działania, sąsiad z sąsiadem winni czyścić rowy i budować wały, aby wodę utrzymać i prowadzić w korycie, i winni razem przenieść wodę przez miejsca, aby nie wyrządzała tam żadnych szkód, i winni również razem utrzymać wały na odcinkach, według wielkości użytkowania przyległej ziemi, tak my się umawiamy podług prawa.” Tyle historia i fachowcy. NADZIEJA? Tymczasem trzeba powiedzieć, że nie była to dramatyczna ulewa, a woda w zamulonych i zarośniętych kanałach i rzeczkach nadal nie opada, mimo sprzyjającej pogody. To zmusza do zdecydowanych działań, które, mam nadzieję, zostaną podjęte. Szukanie odpowiedzialnych ma sens, ale to nie rozwiąże problemów, choć wnioski są istotne. Może niezbędna jest historyczna refleksja, mimo że niewielu wierzy w to, że historia est magistra vitae, ale może powrót do wspólnoty, solidarności i podziału zadań między wszystkich zainteresowanych i do honoru, o którym pisze Słomczyński, będzie jakimś rozwiązanie. Na spotkaniu autorskim Tomka rozmawiałem z Markiem Opitzem, wybitnym znawcą i pasjonatem Żuław, a także edukatorem, który od lat walczy o Żuławy; doszliśmy do wspólnego wniosku, że potrzebna jest kompleksowa debata z udziałem wszystkich zainteresowanych stron. I nie trzeba wyważać otwartych drzwi, bo wiele postulatów jest już gotowych. Potrzeba wrażliwości, decyzji i pieniędzy. Nie obwiniam za zaistniałą sytuację, która jest objawem wieloletnich zaniedbań, ludzi pracujących w Wodach Polskich, bo są to z pewnością fachowcy. Ale jak nie ma pieniędzy, to najlepsi fachowcy cudów nie zrobią. Obwiniam system, który źle działa i jak w tym systemie nie ma pieniędzy, to jest to nie tylko zaniedbanie, a skandal, żeby nie powiedzieć sabotaż. W połowie sierpnia Sejmik Województwa Pomorskiego przyjął Audyt Krajobrazowy Województwa Pomorskiego — pierwszy tak kompleksowy dokument opisujący nasze krajobrazy, ich wartość i wyzwania na kolejne 20 lat. W kontekście Żuław audyt wskazuje krajobrazy priorytetowe - w tym unikatowy krajobraz delty Wisły z jego siecią rzek, kanałów i polderów, podkreśla potrzebę zachowania równowagi między gospodarowaniem wodą a ochroną bioróżnorodności, rekomenduje działania chroniące przed utratą walorów kulturowych i przyrodniczych, ale też pozwalające na rozwój w zgodzie z tymi wartościami. To dokument rekomendacyjny — nie blokuje inwestycji, ale daje narzędzia, by planować je mądrzej. W przypadku Żuław to szansa, by w procesach planistycznych uwzględnić: utrzymanie i odtwarzanie historycznego systemu gospodarowania wodą (nawadnianie i odwadnianie), ochronę krajobrazu otwartych pól i sieci hydrotechnicznej, przeciwdziałanie zagrożeniom klimatycznym - suszy, powodzi, 105 O melioracji, wałach przeciwpowodziowych, pieniądzach i reportażu — czyli Żuławy w kryzysie Wzmacnianie wałów na rzece Tynie, fot. archium zasoleniu gruntów. Żuławy to nie tylko rolnictwo i zamieszkujące tu 270 tys. osób, ale też krajobraz o wyjątkowej historii, kształtowany od wieków przez człowieka i wodę. Audyt daje nam szansę, by ten krajobraz chronić, jednocześnie przygotowując się na wyzwania XXI i XXII wieku. Pewne nadzieje poprawy sytuacji budzi Parlamentarny Zespół ds. Żuław, który opracował program dla tego regionu na najbliższe dziesięć lat. W tym czasie na zabezpieczenie przeciwpowodziowe Żuław ma być przeznaczone ok. 1,4 miliarda złotych. Program akceptuje minister infrastruktury, teraz czas na ministra finansów i uchwałę rządu, by środki popłynęły dla Żuław, zanim znów popłynie woda. Na tropach historii Ryszard Rząd O SZPITALU ŚW. WINCENTEGO A PAULO W TCZEWIE 1 lipca 1871 r. proboszczem fary pw. Podwyższenia Krzyża Św. w Tczewie został ksiądz Robert Fabian Sawicki (1840-1925). Urodził się w Toruniu i tam ukończył gimnazjum. Po maturze ukończył seminarium w Pelplinie. W 1866 r., jako niedawno wyświęcony kapłan i wikary w Świeciu, został duszpasterzem w obozie dla jeńców austriackich w podtczewskich wówczas Suchostrzygach. Niebawem przyszło mu zawrzeć „bliższą znajomość” z armią. Został bowiem kapelanem wojskowym w Gdańsku i brał udział w wojnie francusko-niemieckiej (1870—71), w czasie której odznaczono go Krzyżem Żelaznym I klasy i orderem Orła Czerwonego. Nabyte wówczas znajomości, zwłaszcza w środowisku gdańskich urzędników, zaowocowały tym, że będąc proboszczem w Tczewie i „mając kontakt z wyższymi sferami dworu panującego mógł niejedną sprawę z korzyścią dla parafii i Kościoła przeprowadzić”. W latach swej posługi pełnił także funkcję prezesa diecezjalnego Katolickich Towarzystw Rzemieślniczych, inspektora szkół ludowych, szambelana papieskiego i protonotariusza apostolskiego. Mimo polskiego nazwiska czuł się Niemcem. Jako znakomity organizator zaczął od niezbędnych inwestycji w podupadające budowle kościelne - farę i plebanię. Już po kilku pierwszych latach bytności w Tczewie - dynamicznie rozwijającym się ośrodku położonym na ważnym szlaku komunikacyjnym - zauważył pilną potrzebę założenia w nim dużego i nowoczesnego szpitala. Działający w mieście stary, niewielki szpitalik przy ul. Wodnej mógł bowiem przyjąć jedynie sześciu chorych. Rozpoczął od poszukiwania odpowiednio wykwalifikowanego personelu, który taką placówkę mógłby prowadzić. Wybór padł na Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, szeroko znane ze wzorowego utrzymania już od roku 1823 szpitala Przemienienia Pańskiego w Poznaniu. We wrześniu 1883 r. proboszcz uzyskał z Ministerstwa Wyznań, Oświaty i Medycyny oficjalne pozwolenie na założenie w Tczewie „nowej osady Sióstr Miłosierdzia dla pielęgnowania chorych”. 9 lutego 1884 r. pelpliński „Pielgrzym” informował: „W czwartek dnia 7 b.m. przybyły do Tczewa trzy Siostry Miłosierdzia reguły św. Wincentego a Paulo i po nabożeństwie odprawionym w kościele wprowadzone zostały przez X. prób. Sawickiego do domu, w którym tymczasowo mieszkać i chorych pielęgnować będą. Przełożoną tychże Sióstr jest Siostra Amalia Beuge z Chełmna”. Zaznaczyć należy, że sprowadzenie ich nie było prostym zadaniem w dobie „Kulturkampfu” — germanizacji terenów zamieszkałych przez ludność polską i walki z kościołem katolickim. Władze państwowe chętniej widziałyby tu raczej niemieckie elżbietanki lub franciszkanki. Juliana Amalia Beuge (1844-1925) urodziła się w Chełmnie. W wieku 18 lat wstąpiła do tamtejszego Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Nowicjat odbyła w Paryżu, tam też uzupełniła wiedzę, która pozwoliła jej nauczać dziewczęta. Pierwsze śluby złożyła w grudniu O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 107 1867 r. Niebawem też powierzono jej opiekę nad nowicjuszkami. Przez krótki czas ponownie była w Paryżu, gdzie zaoferowano jej zaszczytne stanowisko przełożonej Domu św. Kazimierza, w którym udzielano schronienia polskim emigrantom. Wróciła jednak, tym razem już bezpośrednio do Tczewa, z którym związała się na resztę życia. Należy podkreślić, że omawiane Zgromadzenie, założone we Francji w 1633 r., nie jest zako- Ks. Robert Sawicki (1840-1925) nem lecz stowarzyszeniem życia apostolskiego, którego członkowie nie są zobowiązani do składania wieczystych ślubów publicznych i zachowania klauzury. Siostry ślubują corocznie chrześcijańskie miłosierdzie wobec ubogich i potrzebujących, zachowanie czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Ich dewizą są wpisane w herb słowa: „Miłość Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego nagli nas”. Miejscem realizacji ich powołania były przede wszystkim szpitale, w związku z czym kończyły różne kursy np. pielęgniarki dyplomowanej, laborantki medycznej, aptekarki, dietetyczki czy pielęgniarki niemowląt. Aby należycie realizować zadania opieki społecznej w ochronkach, sierocińcach, zakładach wychowawczych i przytułkach dla starców szkoliły się w zakresie prowadzenia gospodarstwa domowego, krawiectwa, haftu, a także jako nauczycielki czy też kwalifikowane wychowawczynie. Do Soboru Watykańskiego II (1964) strojem Zgromadzenia był granatowy habit z białym szerokim kołnierzem, różaniec przy boku i charakterystyczny, wielki biały kornet na głowie. Od francuskiego słowa charite — miłosierdzie, w Polsce określa się je mianem szarytek. Siostry, w Tczewie zwane potocznie wincentkami, należały do Prowincji Chełmińsko--Poznańskiej. Na początek otrzymały niewielkie „pokornorne” na rogu Muhlen- i Stadt-grabenstrasse (ob. ul. Kościuszki i Łazienna). W maju 1884 r. powołane w tymże czasie świeckie Towarzystwo św. Wincentego kupiło za 34 500 marek od kupca Klassena posesję o powierzchni ok. 2000 m kw. przy Podlitzstrasse 4 (ob. ul. Sambora). Znajdowało się na niej kilka obiektów: „mała chałupka” przy ulicy i dwa inne budynki - dom ogrodowy i stajnia. Z czasem teren ten stał się zapleczem gospodarczym szpitala. Wybór działki nie był przypadkowy. W głębi, od południa, sąsiadowała ona bowiem z gruntami należącymi już do parafii: nieczynnym od 1870 r. cmentarzem i niewielką parcelą z budynkiem mieszkalnym przy ul. Langgarten 13 (ob. ul. Ściegiennego). „Mała chałupka” została umeblowana z dobrowolnych składek parafian, a w listopadzie 1885 r. ksiądz Sawicki „uroczystą sumą z asystą” poświęcił kaplicę urządzoną w jednym z jej pomieszczeń. Wiosną następnego roku siostry otworzyły ochronkę zapewniającą opiekę nad dziećmi w wieku przedszkolnym na czas pracy ich rodziców, hafciarnię i szwalnię dla młodych dziewcząt. Opiekowały się także ubogimi na terenie miasta. Od końca lat 80. razem z proboszczem i nowo powołaną świecką Konferencją Pań Dobroczynności Św. Wincentego a Paulo, organizowały 108 Ryszard Rząd przy okazji odpustu parafialnego wrześniowe bazary na fundusz przyszłego szpitala. W 1888 r. zebrano 2057 marek, w 1889 - 2000, w 1890 - 3150, w 1891 - 3000, w 1892 — ok. 4000. W 1893 r., „mimo niepogody” udało się pozyskać 4500 marek. W domu przy Sambora 4 mieszkało już wówczas sześć sióstr. Starania o dofinansowanie inwestycji przez władze miejskie przeciągały się. W grudniu 1893 r. zniecierpliwiony ksiądz Sawicki wystosował oświadczenie, w którym przypominał, „że zakłady dla chorych, obsługiwane przez Siostry Wincentki, przyjmują chorych każdego wyznania, że przy budowie domu w Tczewie nawet osobne baraki dla cierpiących na zaraźliwe choroby są przewidziane”. Kilka dni później pelpliński „Pielgrzym” wołał: „To oświadczenie usuwa wszelką podstawę orzeczeniom, jakie spowodowały radę miejską do uchwalenia 20,000 m. na dom chorych budować się mający przez Joanitów ewangelickich, podczas gdy na budujący się już zakład Wincentek katolickich ani feniga nie wyznaczono. Gdzie tu równouprawnienie?”. Mimo tych apeli, dofinansowania nigdy nie uzyskano. Prowadzono zatem dalej zbiórki wśród parafian. Równolegle z pozyskiwaniem środków, zlecono projekt techniczny szpitala. Wykonał go tczewski przedsiębiorca budowlany August Kloschinski (1835—1900). Jego grób zachował się do dziś na Starym Cmentarzu przy ul. 30 Stycznia. 9 czerwca 1893 r. plany zatwierdził miejski mistrz budowlany (Bartkowski?). Projekt przewidywał wzniesienie szpitala obiektu w głębi wspomnianej wyżej działki (Podlitzstrasse 4), tuż przy granicy dawnego cmentarza. Obiekt założono go na rzucie zbliżonym do litery L. Jako, że usytuowany był na stoku wzgórza, piwnice znajdowały się tylko pod północną połową głównego budynku. Ich środkiem biegł korytarz, po którego obu stronach mieściły się: schody, dwie sypialnie sióstr i skład drewna, a w trakcie tylnym: pokój do dezynfekcji, kuchnia, spiżarnia, pokój rezerwowy i dla chorych na wściekliznę, pomieszczenia na węgiel i odpadki. Na parterze znajdowały się: izba przyjęć i portiernia, trzy sale dla chorych na 15 łóżek, kuchnia, spiżarnia, dwie łazienki, ubikacje i świetlica, do której przylegać miała drewniana weranda. Wejście główne zaplanowano od strony dawnego cmentarza. Na piętrze usytuowano cztery sale na 18 łóżek oraz wymienione wyżej pomieszczenia socjalne. Parter południowego skrzydła służył zaspokojeniu potrzeb duchowych pacjentów i personelu. Jego zasadniczą częścią była bowiem obszerna, dostępna także z zewnątrz kaplica z zakrystią oraz pokój modlitwy dla sióstr. Pod wielobocznym prezbiterium umieszczono niewielką kostnicę z osobnym wejściem. W zachodniej, frontowej części ulokowano dwa pokoje dla sióstr, zaś w elewacji południowej oddzielne wejście dla nich, prowadzące jednocześnie na klatkę schodową. Połączono je później drewnianym, krytym gankiem ze wspomnianym wyżej budynkiem mieszkalnym przy Langgarten 13. Na piętrze zaprojektowano salę operacyjną, pokój lekarzy, aptekę i dwie dwuosobowe sale dla chorych. Łącznie placówka dysponować miała 37 łóżkami. Dnia 30 lipca 1893 r., mimo dżdżystej pogody, przy śpiewie „Kto się w opiekę” i „Grosser Gott, wir Loben Dich”, ksiądz oficjał dr Klemens Marcin Liidtke (1841-1909) z Pelplina, jako przedstawiciel chełmińskiej kurii biskupiej, uroczyście wmurował kamień węgielny pod gmach szpitala. By nie zrażać miejscowych władz, przemawiał po niemiecku. W listopadzie budynek był już w stanie surowym, pod dachem. Donoszący o tym „Pielgrzym” pisał, że w tym samym czasie sejmik powiatowy przeznaczył 20 tys. marek na przyszły „dom O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 109 chorych pod nadzorem Joannitów” i pytał retorycznie: „Tu się każdy pyta, czemu nic nie wyznaczono dla katolickiego domu chorych św. Wincentego? ”. 16 października 1894 r. ksiądz Liidtke uroczyście poświęcił gotowy gmach w obecności księży i licznych gości. „Pielgrzym” sprawozdawał: „Poświęcenie domu chorych i kaplicy św. Wincentego w Tczewie nastąpiło uroczyście w wtorek 16go b.m. o 9 14 godz. przed południem. Aktu poświęcenia dokonał X. oficjał Dr. Liidtke z Pelplina. Zaraz potem przemówił do obecnych. Uwydatnił, że nieskończone miłosierdzie Boga jest źródłem miłosierdzia względem bliźnich. Wspomniał, z jaką gorliwością i ofiarnością ze strony proboszcza miejscowego i Sióstr Wincentek przez 10 lat pracowano nad tern, aby doprowadzić do skutku tak potrzebną budowę tego domu miłosierdzia. W końcu dziękował i innym dobrodziejom tego zakładu i podał do wiadomości, że najprzewiel. X. Biskup zamierza ufundować pierwsze łóżko dla chorej osoby w tym domu. Mówca zakończył słowy: „Mein Jesus, sei der Wahlspruch fur diese Anstalt, mein Jesus Barmherzigkeit fur heute und Alle Ewigkeit” (Mój Jezu litości, niech będzie hasłem dla tego zakładu; mój Jezu litości na dziś i na całą wieczność). Następnie odprawił nabożeństwo w kaplicy tego zakładu, podczas którego Towarzystwo św. Cecylii śpiewało. W końcu odśpiewano „Te Deum”. Po nabożeństwie była uczta w refektarzu, w której brali udział prócz duchowieństwa licznie zebranego p. landrat Doehn, burmistrz Dembski i lekarze tczewscy. Naczelny prezes von Gossler dopiero w piątek przyjedzie i obejrzy tak dom św. Wincentego jak budujący się zakład Joannitów”. Nadprezydent rejencji gdańskiej Gustaw von GoBler (1838-1902) rzeczywiście pojawił się w Tczewie trzy dni później. W towarzystwie kilku notabli, m.in. delegata Komitetu Centralnego Stowarzyszeń Opieki nad Rannymi i Chorymi Żołnierzami, radcy sanitarnego dr Boretiusa, przewodniczącego okręgu Związku Wojaków, majora rezerwy Engela „oglądał nowy dom chorych św. Wincentego”. Mimo iż władze państwowe nie wspomogły jego budowy, nie ukrywały, że ich celem jest wykorzystanie placówki w razie potrzeby („chodzi o umieszczenie tu chorych i rannych w razie wojny”). Budynek szpitala wzniesiono z cegły. Jego dwukondygnacyjną, rozczłonkowaną bryłę nakrywały dwuspadowe dachy z trójkątnymi lukarnami. Elewacje o skromnym wystroju architektonicznym zdobiły jedynie schodkowe, ceglane gzymsy — międzykondygnacyjny i podokapowy. Nad dużymi, prostokątnymi otworami okiennymi zamocowane były zewnętrzne żaluzje ukryte pod blaszanymi lambrekinami. Od północy fasadę zamykał płytki, jednoosiowy ryzalit nakryty trójkątnym szczytem obwiedzionym uskokową, ceglaną opaską. Podobny szczyt wieńczył szerokie, dwuosiowe skrzydło południowe. Sterczynę w jego wierzchołku zdobił motyw krzyża. Główne wejście poprzedzone było kilkoma schodkami. Od frontu znajdował się podjazd z centralnie usytuowaną rabatą kwiatową z pojedynczymi drzewami i kolistym gazonem pośrodku. Otaczało ją niskie ogrodzenie z drewnianych słupków. Podobne wydzielało kępę drzew po stronie południowej. Od zachodu rozciągał się gęsto zadrzewiony teren dawnego cmentarza przekształconego z czasem w park dla pacjentów. W 1900 r. ogrodzono go ceglanym, ponad dwumetrowym murem. Jego segmenty wydzielone masywnymi, wysokimi słupkami, zdobione były cegłą glazurowaną. 110 Ryszard Rząd Kolejnym etapem było wyposażanie placówki w niezbędny sprzęt. W listopadzie 1894 r. w sali hotelu „Zum deutschen Kaiser” „towarzystwo pachołków katolickich” urządziło „przedstawienie teatralne, tercety i duety. Czysty zysk przeznaczono na dom św. Wincentego a Paulo”. W 1896 r. pozyskano na ten cel 3000 marek, w 1897 — 3428. Pierwsze łóżko zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią ufundował biskup chełmiński Leon Redner (1828—1898). 11 listopada 1896 r. jego następca bp Augustyn Rosentreter (1844—1926) zatwierdził statut, w myśl którego „w celu opieki i leczenia osób chorych i starszych, w mieście Tczewie, dzięki dobrowolnym datkom, założono instytucję pod nazwą »Dom św. Wincentego« („St. Vincent-Krankenhaus”). Zgodnie z paragrafem pierwszym miał on na celu „przyjmowanie chorych obojga płci, bez różnicy wyznania, dla leczenia i opieki”. Zastrzegano jednak, że „przyjęcie może zostać odrzucone w przypadku osób cierpiących na epilepsję, wzdęcia, chorobę psychiczną, zadrapania, choroby weneryczne, świerzb, ospę lub ciążę. W przypadku zdiagnozowania którejkolwiek z tych chorób podczas kuracji, osoba chora może zostać natychmiast wypisana”. Warunki te znoszono gdy leczenie takiego pacjenta opłacało miasto lub jakakolwiek inna instytucja. Statut określał też kapitał założycielski, który tworzyły m.in. następujące aktywa: - nieruchomości przy Podlitzstrasse 4 i Langgarten 13/14 z nowo wybudowanym szpitalem, o wartości 150 000 marek, - darowizny biskupów chełmińskich Jana Nepomucena Marwicza (1795—1886) w wysokości 15 00 marek i Leona Rednera - 9000 marek, - legaty proboszczów: 1800 marek od Józefa Lomnitza (1817—1893) z Serocka koło Świecia, 600 marek od Bartłomieja Kowalskiego (1828—1892) z Garczyna — pod Szpital w roku 1897 O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 111 koniec życia pacjenta sióstr wincentek ze szpitala św. Józefa w Pelplinie i 4500 marek od Szczepana Popiołkowskiego (1831—1894) z Trąbek Wielkich, - przychody z tytułu darowizn i zbiórek, które planowano na ok. 7000 marek rocznie. Z „domem” (szpitalem) związany był przytułek („Hospital”), „w którym pielęgnowani będą jedynie ubodzy, zniedołężniali i ułomni wyznania rzymskokatolickiego”. Trudno dziś jednoznacznie określić, gdzie on się wówczas mieścił. Być może, na początku były to jedynie wydzielone sale w gmachu głównym. W latach międzywojennych znajdował się on w budynku przy Langgarten 13 (zob. niżej). Końcowe postanowienia dokumentu mówiły, że szpital jest fundacją kościelną pod opieką biskupa chełmińskiego. „Zachowane są jednak prawa państwowe, odnoszące się do nadzoru i władzy nadzorczej świeckiej, na żądanie której zakład winien przedłożyć wszelkie niezbędne dane”. Był to konieczny warunek uzyskania statusu osoby prawnej, co też nastąpiło we wrześniu 1897 r. „reskryptem wygotowanym w Rominten” przez kancelarię cesarza Wilhelma II. Wspomniany podpis był też długo oczekiwanym pozwoleniem na oficjalne rozpoczęcie pracy placówki. Niemal natychmiast po jego uzyskaniu trafili do niej pierwsi chorzy. Ceny za jedną dobę pobytu wynosiły: w I klasie — trzy marki, w II — dwie, w III — jedną markę 25 fenigów, za dziecko lub osobę ubogą utrzymywaną przez gminę - jedną markę. Miesiąc później placówkę po raz drugi wizytował nadprezydent Gofśler wespół z kilkoma urzędnikami gdańskiej rejencji. Po zakończeniu inspekcji przesłał do księdza Sawickiego krótkie, acz pełne uznania, pismo: „Przy rewizji domu chorych św. Wincentego przez królewskiego radcę rejencyjnego i medycznego dr Borntragera w dniu 22-go października br, wykazało się, jak z radością podnoszę, że stan domu jest dobry a opieka nad chorymi dokonuje się tam z gorliwością uznania godną”. Za bieżące funkcjonowanie szpitala odpowiadało pięcioosobowe Kuratorium z kolejnymi proboszczami parafii Podwyższenia Krzyża Świętego na czele: Robertem Sawickim (1894—1925), Pawłem Prabuckim (1925—1926) i Aleksandrem Kupczyńskim (1925— 1939). W jego skład wchodził ponadto jeden z proboszczów reprezentujących pobliskie wsie (Lubiszewo, Giemlice, Subkowy i Miłobądz) oraz trzech parafian pochodzących z Tczewa lub okolic. Pracę tę wykonywali społecznie. W pierwszym roku działalności „dom” przyjął 295 chorych (146 mężczyzn, 116 kobiet i 33 dzieci), a 1898 r. 326 (158 mężczyzn, 119 kobiet i 49 dzieci), spośród których 15 zmarło. Średni czas leczenia wynosił 21,5 dnia. Rok później rejencja pozwoliła na otwarcie przyszpitalnej apteki, którą miała kierować jedna z sióstr, wykształcona farma-ceutka. Wszystkie łóżka, w liczbie 40, były tego roku stale zajęte, a 307 potrzebujących wincentki odwiedziły w ich domach. W 1900 r. personel składał się z siedmiu sióstr, dwu pielęgniarek i pielęgniarza. W 1901 r. hospitalizowano 386 osób i rzeczywiście, tak jak dopuszczał statut, byli to przedstawiciele różnych wyznań: 325 katolików, 56 ewangelików, trzech Żydów, baptysta i menonita. Rok później z 408 podopiecznych 322 było katolikami, 82 ewangelikami, dwóch menonitami i dwóch Żydami. W 1904 r. przyjęto 473 chorych, aw 1911 —418. 112 Ryszard Rząd Pacjentami bywali także duchowni, m.in. księża proboszczowie: Jan Rook (1830-1899) z Miłobądza — członek pierwszego Kuratorium, Sylwester Kurlandt (1846—1913) z Lubi-szewa, czy zmarły w szpitalu na gruźlicę kleryk Alojzy Krause (1872-1896) z Pelplina. Jak wspomniano wyżej, misja wincentek nie ograniczała się tylko do pracy w szpitalu i pomocy ubogim w mieście. W roku 1903 Kuratorium zakupiło działkę przy ob. ul. Kaszubskiej 17, na przedmieściu zwanym Nowe Miasto, pod budowę nowej ochronki. Dwa lata później siostry otoczyły tu opieką 120 dzieci. Aktywnie działała również Konferencja Pań Dobroczynności. W 1898 r. zebrała 1135 marek, z czego sumą 932 wsparła 492 ubogich. Panie odwiedziły też 344 chorych i zapewniły utrzymanie siedmiu sierotom. W 1899 r. pozyskały 1567 marek, z których 1359 rozdysponowały wśród najuboższych. Zorganizowany przez nie w 1901 r. bazar „cieszył się dużą frekwencją. Otrzymano wiele prezentów; sprzedaż przebiegła bez zakłóceń i dała dobre rezultaty”. Mimo iż darowizny i zbiórki przynosiły zakładane roczne dochody, to jeszcze kilka lat po zakończeniu budowy na szpitalu ciążyły zobowiązania, które spłacano wpływami z kolejnych bazarów i ofiar. W 1898 r. po raz pierwszy jego budżet został zasilony dotacją z powiatu w wysokości 1000 marek, a z legatów, darowizn i kolekt uzyskano 2678 marek. Dwa lata później powiat ponownie wspomógł placówkę, tym razem kwotą 3500 marek, a w 1905 -4000. Pierwszym lekarzem prowadzącym został dr Oskar Wickel (1862-1948). Pochodził spod Lęborka. W 1889 r. ukończył studia medyczne na posiadającym własną klinikę Uniwersytecie w Greifswaldzie. Rok później trafił do Tczewa, gdzie rozpoczął długoletnią, jak się okazało, praktykę lekarską. W 1898 r. objął kierownictwo szpitala (być może argumentem było także to, że był gorliwym katolikiem) i mimo niemieckiego pochodzenia piastował je co najmniej do roku 1929. W 1935, już jako emeryt, został lekarzem w miejscowej szkole niemieckiej. Jego żona, polska szlachcianka Jadwiga Stumberg-Sychowska, aktywnie angażowała się w działalność charytatywną i śpiewała w kościelnym chórze. W kwietniu 1945 r., mimo podeszłego wieku, dr Wickel został wyznaczony do sprawowania opieki medycznej nad przeznaczoną do wysiedlenia ludnością niemiecką z II grupy „Yolkslisty”. Sam także do niej należał, pozostał jednak w Tczewie. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego polskiego lekarza dr Alojzego Redigera odzyskał swoje mieszkanie przy ob. ul. Wyszyńskiego 5. W pamięci dawnych tczewian „nawet po siedemdziesiątce ten wysoki, przystojny starszy pan — zapalony myśliwy — pozostał eleganckim dżentelmenem starej daty, w towarzystwie znajomych czarującym gadułą, który nie zdradzał oznak wieku”. Jako właściciel pierwszego auta w mieście budził też niemałe emocje na ulicach strasząc nim konie i wywołując radość wśród dzieci: „Kiedy dr Wickel wsiadał do swojego pojazdu by udać się z wizytą do chorych w okolicznych wioskach i z pewnym wysiłkiem oraz głośnym trąbieniem puszczał go w ruch, tłum hałaśliwych i wiwatujących dzieci odprowadzał go na skraj miasta, gdzie cierpliwie czekały na jego powrót, który zazwyczaj następował po godzinie lub dwóch, po czym ponownie biegły za samochodem, aż ten skręcił do bramy szpitala św. Wincentego”. O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 113 Doktor dożył 86 lat, a po śmierci spoczął obok zmarłej w 1934 r. żony na Starym Cmentarzu. Niestety, w latach 80-tych lat jego grób został zlikwidowany W lutym 1909 r. Siostry Miłosierdzia świętowały 25. rocznicę przybycia do Tczewa. Ksiądz Sawicki odprawił uroczystą sumę i wygłosił okolicznościowe kazanie w ich kaplicy, którą Kuratorium obdarowało „kosztownym harmonium”. Konferencja Pań Dobroczynności wręczyła upominek siostrze Amalii, dla której również był to czas jubileuszu. Po południu odbyło się posiedzenie, na którym ksiądz Sawicki odczytał pismo biskupa chełmińskiego dziękującego członkom Kuratorium i siostrom za pracę na chwałę Bożą i dla dobra bliźnich. W latach 1905-1914 funkcjonowanie szpitala zostało usprawnione dzięki kilku inwestycjom, z których najważniejszą było podłączenie do nowej, miejskiej sieci wodociągowej (ok. 1905-1906). Do tej pory wodę czerpano ze studni głębinowej położonej na posesji sióstr przy ul. Sambora 4, a ścieki odprowadzano do pojemników, które wywożono i opróżniano poza miastem. Rozwiązanie tego problemu nastąpiło dopiero w roku 1909, kiedy to tczewska firma Georga Morgenrotha podłączyła szpital do miejskiej sieci kanalizacyjnej. Kolejne istotne zmiany zaszły w elewacji tylnej budynku. W 1907 r. została ona częściowo przesłonięta drewnianą werandą obejmującą trzy kondygnacje, wbudowaną w istniejącą wnękę przez murarza i cieślę Franza Fabrewitza. Umożliwiała ona nie tylko przebywanie pacjentów na świeżym powietrzu. Stanowić mogła również dodatkową drogę ewakuacji, umieszczono w niej bowiem zewnętrzną, pomocniczą klatkę schodową. Znacząca rozbudowa obiektu miała miejsce w 1914 r. Wspomniany już Franz Fabre-witz, zgodnie z projektem mistrza budowlanego Wernera Hansela, połączył gmach szpitalny w jeden zespół z budynkiem przy Langgarten 13. Ceglaną elewację łącznika o ponad 7-metrowej szerokości dostosowano do sąsiadującego z nim skrzydła południowego i zwieńczono podobnie zakomponowanym szczytem. Różnica wystąpiła jedynie w ilości kondygnacji - w łączniku dodano jedną. W jego piwnicy umieszczono kotłownię i skład węgla, na parterze prosektorium, na pierwszym i drugim piętrze pokój dla sióstr. Przebudowano także przylegającą do niego część budynku mieszkalnego przy Langgarten 13. Był to obiekt założony na rzucie wydłużonego prostokąta (26 x 6,5 m), od frontu dwu-, od podwórza trzykondygnacyjny. W związku z jego adaptacją na przytułek, zlikwidowano znajdujące się tam niewielkie mieszkania. W ich miejsce na parterze pojawiły się trzy pokoje dla podopiecznych (z toaletami na korytarzu), a na piętrze duża jadalnia. Bez zmian pozostała jedynie piwnica z kuchnią. Nowością w niej była winda towarowa połączona ze stołówką. W omawianym okresie trwały również prace na posesji sióstr przy Podlitzstrasse 4 (zwanej już wówczas Samborstrasse). W 1909 r. zatrudniany już wcześniej Franz Fabrewitz postawił nowy chlew i piętrowy budynek gospodarczy m.in. z pralnią, prasowalnią i pokojem dla służby. Cztery lata później, powiększył i gruntownie zmodernizował przedszkole znajdujące się obok, w dawnym domu ogrodowym. W czasie pierwszej wojny światowej szpital został przejęty przez wojsko i zamieniony na lazaret. Jego kapelanem był ksiądz Paweł Kirstein (1883—1939), a po nim wikariusz Paweł Andrzej Masiak (1886-1958) z Gdańska. Analiza archiwalnych fotografii pozwala stwierdzić, że leczyło się w nim wielu żołnierzy różnej rangi i formacji. Mimo trwającej wojny podejmowano jednak kolejne inwestycje. W 1917 r. gdański oddział firmy „Johannes Haag, 114 Ryszard Rząd Maschinen- und Róhrenfabrik Actiengesellschaft in Augsburg” zamontował w budynku centralne ogrzewanie. W związku ze wzmożonym zapotrzebowaniem na miejsca dla rannych, niektóre prace wykonywano po godzinach, a nawet nocami, co potwierdzają złożone przez wykonawcę rachunki. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości placówka działała na takich samych zasadach, zachowują status instytucji prywatnej. Chorzy, którzy nie posiadali ubezpieczenia sami pokrywali koszty leczenia. W przypadku ubogich wydatki pokrywała opieka społeczna albo korzystali oni z tzw. „wolnych łóżek bezpłatnych”. Przypuszczać można, że podobnie jak w innych szpitalach prowadzonych przez siostry, także przy tczewskim istniało ambulatorium, gdzie udzielano pomocy doraźnej. Konferencja Pań Dobroczynności zmieniła nazwę na Stowarzyszenie Pań Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, które poprzez „pełnienie uczynków miłosierdzia co do duszy i co do ciała”, aktywnie wspierało pracę szpitala, np. przez reperowanie bielizny dla pacjentów. Środki finansowe uzyskiwano z dobrowolnych ofiar, darowizn, zapisów, składek członkowskich, loterii fantowych, kwest, od władz i instytucji społecznych. Kontynuowano jesienne bazary, a ostatni z nich odbył się 13 listopada 1938 r. w sali gimnastycznej ówczesnej Szkoły Podstawowej nr 5 — dawnej siedzibie Szkoły Morskiej. Reklamujący go plakat zapewniał: „Dużo urozmaiceń: Loteria fantowa — Kostkowanie — Beczka szczęścia — Kiosk z robótkami — oraz dużo innych niespodzianek. Pozatem od godz. 5,30 występy dzieci. Przygrywać będzie orkiestra kolejowa. Bufet obficie zaopatrzony w ciepłe i zimne zakąski — Wyśmienite ciasta i kawa. Wstęp dla dorosłych 49 gr., dzieci 20 gr.”. W 1923 r. następcą dra Wickla został chirurg, dr n. med. Rudolf Strutyński (1894— 1944), jeden z wyróżniających się absolwentów medycyny na Uniwersytecie w Poznaniu, członek Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Dwa lata później kandydował w wyborach do Rady Miejskiej. W szpitalu pracował do około 1936 r., po czym trafił do Gdyni. We wrześniu 1939 r. był lekarzem w Szpitalu Morskim. Uciekając przed aresztowaniem przez Niemców, udał się do brata w Generalnej Guberni, gdzie dalej praktykował jako lekarz. Zginął zamordowany przez Ukraińców i spoczywa na cmentarzu w Hrubieszowie. Pod jego kierownictwem tczewski szpital liczył 80 łóżek: 30 na chirurgii, 25 na oddziale wewnętrznym, osiem na dziecięcym, pięć na wenerycznym, po cztery na położniczym i zakaźnym, trzy na gruźliczym, jedno na psychiatrycznym. Połowa lat 20-tych przyniosła kilka smutnych wydarzeń w dziejach tczewskich win-centek. 9 czerwca 1924 r. ich dom niespodziewanie okrył się żałobą. Jak informowała „Gazeta Bydgoska”: „W poniedziałek zmarła w tutejszym zakładzie sióstr Miłosierdzia siostra-wizytatorka Prą-dzyńska w 62 roku życia. Przybyła ona w sobotę z Chełmna do Tczewa, aby wziąć udział w Zjeździć katolickim i prosić ks. Kardynała-Prymasa o błogosławieństwo dla swego zgromadzenia. W poniedziałek nad wieczorem przyjęta przez ks. Kardynała, nagle podczas przemowy zsunęła się i na rękach J. Eminencji wydała ostatnie tchnienie swego zbożnego i ofiarnego żywota, błogosławiona na drogę wieczną absolucją, udzieloną przez ks. Kardynała, a olejami namaszczona przez kapelana ks. Kardynała”. O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 115 Józefa Prądzyńska (1862-1924) była stryjeczną prawnuczką gen. Ignacego Prądzyń-skiego, wodza naczelnego powstania listopadowego. Do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia wstąpiła w 1888 r. Postułat i seminarium odbyła w Paryżu. Opiekowała się sierotami w Chełmnie i Pelplinie, a w 1920 r. została wizytatorką (przełożoną) Prowincji Chełmińskiej. Zapewne patriotyczne tradycje rodzinne spowodowały, że zaangażowała się wówczas mocno w akcję plebiscytową w Olsztynie. Zarzucano jej, że wręcz zmusza siostry, nawet Niemki, do głosowania za Polską. W konsekwencji, wskutek narastającej wrogości miejscowych Niemców wobec zgromadzenia, musiało ono opuścić Olsztyn. Wizytę w Tczewie złożyła by spotkać się z Prymasem Edmundem Dalborem (1869—1926), goszczącym w mieście na „Pierwszym Zjeździe Katolickim na Diecezję Chełmińską”. W październiku 1925 r. ksiądz kanonik Konstantyn Dominik (1870-1942) z Pelplina, pełniący też funkcje kapelana klasztoru i szpitala Sióstr Miłosierdzia w Chełmnie, w asyście ośmiu kapłanów odprowadził na miejsce wiecznego spoczynku na Starym Cmentarzu pierwszą przełożoną tczewskiego domu, Amalię Beuge: „Zamiast przemów i licznych wieńców serdeczna modlitwa kleru i wiernych towarzyszyła ś.p. siostrze Beuge do mogiły”. W posłudze potrzebującym przeżyła 63 lata. Złożono ją jako pierwszą w kwaterze przeznaczonej dla sióstr. Z czasem spoczęło ich tam jeszcze pięć: Leokadia Kneba (1892—1925), Józefa Cholewińska (1854-1932), Ludwika Maria Gładykowska (1884-1961), Teresa Barbara Kustosz (1888—1961) i Ludwika Kolczyk (1915-1969). Rok później na Nowym Cmentarzu przy ul. 30 Stycznia uroczyście pochowano księdza Roberta Sawickiego. Spoczywa w zachowanym do dziś rodzinnym grobie obok rodziców. Prawdopodobnie w latach 20-tych do działki szpitalnej dołączono dużą posesję po jej wschodniej stronie. Znajdowało się tam kilka obiektów, z których jeden, przy krawędzi skarpy od strony ul. Zamkowej, planowano zburzyć. W związku z tym, 28 czerwca 1928 r. urząd parafialny w Tczewie wystosował następujące pismo: „Do Magistratu w Tczewie. Niniejszym donoszę, że koratorjum od Zakładu Św. Wincentego ma zamiar wyrgrabić domu przy ul. Klasztornej 10. w Tczewie i na tą samą miejsce budować trupiarnia i prosi uprzejmie o pozwolenie. Z poważaniem” (ulicą Klasztorną w okresie międzywojennym nazywano dawną Langgarten). Miejska Policja Budowlana zgodę wydała, a miesiąc później budowniczy miejski Walerian Radziejowski (1877—1940) zatwierdził projekt autorstwa architekta Lucjana Weicherta (zm. 1949) z Poznania, twórcy m.in. prowadzonego przez wincentki domu sierot w Wolsztynie (1925-1929) i zespołu domów profesorskich w Poznaniu (1928-1932). Prace poprowadził Bernard Liedtke, cieśla z pobliskiej ul. Zamkowej. Zachowana do dziś niewielka, parterowa, otynkowana kostnica, usytuowana na krawędzi dawnej skarpy wiślanej, założona jest na rzucie prostokąta o wym. 15 x 8 m. Nakrywa ją wysoki dwuspadowy dach ujęty szczytami o dekoracyjnym, falistym wykroju, osadzonymi na szerokim, profilowanym gzymsie otaczającym cały budynek. Na frontowym szczycie zwieńczonym krzyżem widoczny jest ślad po kolistej rozecie w centrum. Część południową wnętrza zajmowała kaplica z ostrołukowymi, dwuskrzydłowymi drzwiami i oknami o podobnym wykroju. W części północnej, podpiwniczonej, umieszczono nowe prosektorium z osobnym wejściem w tylnej ścianie. Po jego uruchomieniu zlikwidowano wcześniejsze, znajdujące się na parterze opisanego wyżej łącznika. 116 Ryszard Rząd Pacjenci oddziału dziecięcego około roku 1935 Najważniejszą inwestycją w historii szpitala była modernizacja na przełomie lat 20. i 30. W dniu 17 maja 1929 r. Walerian Radziejowski podpisał projekt gruntownej rozbudowy. Jego autorem i wykonawcą prac był mistrz murarski i zaprzysiężony rzeczoznawca Alojzy Lisewski (1893-1940) z Pelplina. Przewidziano w nim nadbudowę gmachu głównego i skrzydła o trzecie piętro i wysokie użytkowe poddasze nakryte mansardowym dachem z facjatami. O jedną kondygnację zamierzano także powiększyć łącznik, a nad przylegającą do niego częścią przytułku urządzić taras. Dwa miesiące później uzyskano akceptację Policji Budowlanej i rozpoczęto roboty. W trakcie ich prowadzenia nastąpiła jednak zmiana pierwotnej koncepcji. Dokumentacja rysunkowa z kwietnia 1931 r. dowodzi, że zrezygnowano z podwyższenia północnej części głównego gmachu, zmodyfikowano projektowaną nadbudowę łącznika i zakres prac w przytułku. W efekcie końcowym w głównej części szpitala uzyskano osiem różnej wielkości sal na trzeciej kondygnacji i siedem na poddaszu, gdzie zlokalizowano ponadto obszerną sypialnię. Podwyższony łącznik z dwiema nowymi salami dla dzieci zwieńczono szczytem z szeroką, tynkowaną opaską na krawędziach. Nad przytułkiem, zamiast planowanego tarasu, nadbudowano jedną kondygnację, w której także znalazły się dwa, nieco mniejsze pokoje dla dzieci. W połączeniu z wyżej wymienionymi uzyskano oddział dziecięcy położony nieco na uboczu, w spokojniejszej części całego zespołu. Była to odpowiednia lokalizacja także z tego względu, że nie zrezygnowano z założenia tarasu, a jedynie przesunięto go nad pozostałą część przytułku, dzięki czemu jego powierzchnia powiększyła się niemal trzykrotnie. Po położeniu betonowego stropu i postawieniu drewnianej, ażurowej balustrady stał się on bezpośrednio dostępny dla dzieci. Oprócz opieki nad ubogimi i niedołężnymi siostry zajmowały się też prowadzeniem sierocińca. W omawianym okresie mieścił się on w zaadaptowanym do nowej funkcji, O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 117 parterowym budynku mieszkalnym przy ul. Klasztornej 12 (d. Langgarten). W roku 1926 powiększono kuchnię w położonym tuż obok przytułku, dzięki czemu mogła ona zaopatrywać w posiłki również małych podopiecznych. Z tczewskim sierocińcem wiąże się batalia sądowa, o której w 1935 r. informowała miejscowa prasa. Jej wynik mógł wywrzeć istotny wpływ na funkcjonowanie tej placówki opiekuńczej. Zmarła w USA tczewianka Wilhelmina Doering (1870—1935) sporządziła zapis testamentowy, zgodnie z którym: „Dla męża rozwiedzionego zapisała 1 dolara, przyjaciółkom swoim po kilkaset dolarów (...). Pamiętała również o swoich stronach rodzinnych, zapisując na ręce p. burmistrza m. Tczewa Wołczyńskiego 6500 doi. jako subwencja na utrzymanie sierocińca”. I o tę właśnie, niebagatelną kwotę rozgorzał w mieście spór. Miejscowi Niemcy dowodzili, „że p. Doering, jako Niemka, pozostawić zamierzała legat tylko na rzecz sierocińca niemieckiego”. Strona polska wykorzystywała zaś fakt, że w Tczewie był tylko sierociniec prowadzony przez siostry wincentki. Warto wiedzieć, że miesięczny koszt utrzymania jednej sieroty wynosił w nim wówczas 323 zł, a wspomniana kwota, po przeliczeniu na złotówki (22 852 zł), pozwoliłaby na zapewnienie 7-miesięcznego bytu dla dziewięciorga przebywających wówczas w placówce dzieci. Nie znamy niestety wyniku sporu. Szpital jako obiekt użyteczności publicznej musiał spełniać określone normy bezpieczeństwa i poddawany był regularnym kontrolom. 12 grudnia 1935 r. powiatowa komisja, w skład której wchodził budowniczy Alojzy Sławiński i lekarz Jan Licznerski, przeprowadziła inspekcję budowlano-techniczną, mającą na celu orzeczenie stanu zabezpieczeń na wypadek pożaru. Stwierdzono m.in. że obiekt ma odpowiednio oświetloną klatkę schodową oraz stosowną ilość gaśnic i hydrantów z wężami. Zalecono założenie instalacji odgromowej. Już kilka lat później, w 1938 r., kiedy z nieznanych przyczyn spłonął chlew położony w pobliżu potwierdziło się, jak istotna jest dbałość o bezpieczeństwo przeciwpożarowe całego zespołu. Na koniec kilka relacji i wspomnień. W styczniu 1923 r. miała miejsce niecodzienna uroczystość. Starosta Wacław Dytkiewicz (1866—1939): „w obecności p. star, sekretarza Fabiana, siostry przełożonej Szpitala św. Wincentego, dra Strutyńskiego i innych osób, dekorował bronzowym krzyżem zasług pozostającego na kuracji w szpitalu aspiranta kolejowego p. Alojzego Kuca za zasługi poniesione podczas plebiscytu na Górnym Śląsku”. Do placówki trafiali różni pacjenci. W lutym 1927 r. „Dziennik Tczewski” donosił: „Z pewnego domu paserów przy ulicy Podmurnej »uprzątnięto« chorą na weneryczną chorobę rozpustnicę, lokując ją w szpitalu św. Wincentego”. Ze sprawozdania miejskiego za ten rok wynika, że dominującą jednostką chorobową była wówczas gruźlica. Odnotowano również dużą zachorowalność na inne choroby płuc oraz dur brzuszny. We wrześniu 1929 r. „Gazeta Bydgoska” informowała o niecodziennym wypadku: „Na wczorajsze zawody pływackie i wioślarskie, urządzane przez kolejowe Przysposobienie Wojskowe oraz Ligę Morską, przybył również hydroplan z Pucka, który osiadł na Wiśle. Z powodu nieznajomości terenu pilot uderzył pływakami o brzeg, które się znacznie uszkodziły. Hydroplan przy pomocy motorówki przepłynął na drugą stronę Wisły, gdzie się okazało, że motory również nie były w porządku. Marynarz Jan Bielawski z Tczewa, 118 Ryszard Rząd syn kupca Bielawskiego, dostał rozkaz naprawić przeszkody i przycumować hydroplan. Gdy p. Bielawski znajdował się w pobliżu śmigła motor nagle zaskoczył, a Bielawski został ciężko okaleczony. Skutek okazał się fatalny. Lewę ramię u samej nasady zostało roztrzaskane oraz stracił trzy palce u prawej ręki. Zranionego odstawiono natychmiast do szpitala św. Wincentego, gdzie p. dr Licznerski udzielił pierwszej pomocy. Ramię będzie prawdopodobnie odjęte. Dzisiaj po południu startował w pobliżu Strzelnicy samolot sanitarny, który przewiózł p. Bielawskiego do szpitala wojskowego w Toruniu”. Wspomniany wyżej dr Jan Licznerski (1886—1937) pochodził ze Złotowa. Po I wojnie światowej trafił do Tczewa, gdzie podjął praktykę lekarską. W 1919 r. został jednym z założycieli miejscowego oddziału PCK. Z ramienia tej organizacji w szpitalu wincen-tek prowadził szkolenia praktyczne. Wyrazem jego zaangażowania w życie społeczno--polityczne miasta było m.in. stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej piastowane w latach 1920—1924. W 1928 r. jako lekarz powiatowy kandydował do Senatu ze wspieranej przez Episkopat listy Katolickiej Unii Ziem Zachodnich. Odznaczony był Srebrnym Krzyżem Zasługi. Spoczywa na Starym Cmentarzu, obok zmarłej wcześniej żony. Z informacji prasowych wiemy, że 29 lipca 1932 r. pod opiekę wincentek trafiła większość pasażerów rannych w katastrofie kolejowej pod Tczewem. „Gazeta Bydgoska” donosiła: „Stan powyższych osób, z których cztery doznały złamania kończyn i obojczyków, a reszta odniosła rany gniecione i szarpane, nie budzi żadnych obaw. W szpitalu tym opatrzono pozatem trzy osoby, które po opatrunku udały się w dalszą podróż”. Z katastrofy bez szwanku wyszedł były minister przemysłu i handlu Eugeniusz Kwiatkowski, zdążający do Gdyni na Święto Morza. Ciekawe informacje m.in. na temat topografii całego zespołu zawarł w swoich wspomnieniach prof. Henryk Laskiewicz (1929—2013), który w latach 1937-1938 był wychowankiem prowadzonego przez siostry sierocińca. „Imponujący był sam wjazd z okazałą bramą i pięknym zakolem. Przed głównym wejściem do budynku rozpościerał się niewielki park, może raczej większy skwer, z wysokimi drzewami, z terenem do zabaw dla przedszkolaków, nie wyłączając przysłowiowej piaskow- Dawny sierociniec około roku 1970 nicy. Nawet jako 9-latek odwiedzałem często ten rewir rozrywki. Z drugiej strony budynku z widokiem na Wisłę urządzono skromny, ale gustowny ogród, łącznie z inspektami, wytyczonymi alejkami, o dość zróżnicowanej roślinności, nie tylko kwiatowej, ale i warzywnej. W stronę północną od głównego frontonu prowadziły schody na teren O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 119 gospodarczy. Do dziś pamiętam groźny pożar małej chlewni, który mógł z łatwością przerzucić się na gmach szpitalny. Na szczęście strażacy zdołali się z nim uporać. Po przeciwnej stronie skromny ciąg, chyba parterowych zabudowań, przeznaczono na przedszkole, mieszkania dla personelu szpitala oraz inne cele gospodarcze. Z wnętrza głównego gmachu szpitala najbardziej pamiętam kaplicę. (...) Z kaplicą była związana kostnica, z której wyprowadzano trumny podczas pogrzebów. (...) Tuż obok kostnicy, wzdłuż ul. ks. Ściegiennego dobudowano, chyba w późniejszym terminie, podłużny domeczek, o odmiennej architekturze przypominającej czynszówkę, w której mieścił się przytułek dla staruszków, a nieco wyżej i bliżej skarpy wiślanej ulokowano malutki sierociniec dla 6 dzieci (2 chłopców i 4 dziewczynki)”. Hubert Pobłocki (1934-2016), kociewski poeta, założyciel i prezes Trójmiejskiego Klubu Kociewiaków, pisał: „Diagnoza postawiona przez dr Alfonsa Gaszkowskiego i skierowanie mnie na zabieg operacyjny do szpitala pod wezwaniem św. Wincentego w Tczewie, do jedynego operatora — laryngologa, wykonującego tak wówczas skomplikowaną operację, jak wycięcie wraz u ogniskiem zakażenia, wyrostka sutkowatego kości klinowej u 4 miesięcznego oseska graniczyło z cudem. Ludzkość wówczas nie dysponowała jeszcze tak potężną bronią w walce z drobnoustrojami, jakimi są dziś antybiotyki. Pozostawał skalpel, dłuto, sulfonamidy oraz wiara w sprawność manualną operatora. Swe przeżycie zawdzięczani, nie tylko operatorowi, ale i znakomitej opiece sióstr Wincentek, a nade wszystko mojej cioci, siostrze matki, Marcie, która wbrew woli ślepo kochającego mnie ojca, zawiozła mnie pociągiem do owego oddalonego o 24 km od Starogardu, szpitala w Tczewie. Z nią to, po latach, już jako 5-cio letni (1939 rok), świadomy, wiele pamiętający »knap«, udałem się do Tczewa, by podziękować Bogu, personelowi szpitala i memu dobroczyńcy za uzdrowienie. Niestety lekarz, któremu zawdzięczam życie już nie żył. Na zawsze pozostaję mu wdzięczny! W przedsionku szpitala, do którego prowadziły dość strome schody, stała sylwetka wyciętego z blachy, pomalowanej na czarno, murzyna. Po wrzuceniu na tacę — którą trzymał jedną ręką - monety, tenże poruszając głową dziękował ofiarodawcy. Oprócz zapachu lizolu pozostały mi jeszcze w pamięci przemykające bezszelestnie, korytarzami szpitala siostry Wincentki, których głowy otaczały lśniące, nakrochmalone, białe i jak łabędzie skrzydła wielkie, kornety.. Tczewianin Czesław Knopp (1922-2018) wspominał: „W tym szpitalu przeleżałem chyba ze dwa miesiące, kiedy to w 1940 roku w lecie, złamałem nogę przy pracy. Pracował tam wtedy jako pielęgniarz, dziś już nie żyjący starszy kolega z gimnazjum, Z. Nadolski. Siostry tak zorganizowały sale, że Polacy leżeli razem na jednej. Kiedyś w tym czasie doszedł tam też jeniec, Anglik. Pech chciał, że tego dnia, kiedy mnie przywieziono, lekarz też złamał nogę, a lekarza udawał volksdeutsch, student medycyny po pierwszym roku. Kiedy po dwóch tygodniach dostaliśmy nowego lekarza, ten kazał mi 120 Ryszard Rząd Wnętrze kaplicy szpitalnej około roku 1935 zdjąć gips i założył nogę na wyciąg. Długo tak przeleżałem. Kiedy wreszcie, według ich przepisów, powinienem być zdrowy, zdjęli mnie z tej szubienicy, zaczęli uczyć chodzić, dali kilka dni zwolnienia i wysłali do pracy, chociaż z trudem się poruszałem. Mogło się skończyć wysłaniem mnie do Stutthofu za symulowanie. Interwencja mego ojca spowodowała, że ów lekarz wziął mnie jeszcze na kilka dni terapii i dodał jeszcze miesiąc zwolnienia”. Szpital był też niestety świadkiem tragicznych wydarzeń, poprzedzających wybuch II wojny światowej. 18 sierpnia 1939 r. w jego kostnicy przeprowadzono sekcję zwłok Michała Różanowskiego (1916—1939), żołnierza 2 Batalionu Strzelców w Tczewie, który dwa dni wcześniej zginął w Kolniku na granicy polsko-gdańskiej. Jego ciało trafiło najpierw do Gdańska, gdzie wykonano sekcję. Po wydaniu władzom polskim i przeprowadzeniu ponownego badania okazało się, że usunięto z niego cztery żebra i przeponę. Ponadto w sprofanowanych zwłokach odnaleziono: „chaotycznie ułożone narządy ciał obcych, a mianowicie: macicę zmienioną nowotworo-wo, drugą macicę z przydawkami i pochwą, płuca gruźliczo-zmienione, łożysko, mostek dziecięcy, odłamki czerepu kostnego dziecięcego, kręgosłup zmieniony chorobowo, nerki pochodzące od różnych osobników w ilości czterech, dwa języki wraz z przełykiem i tchawicą, część śledziony, wątrobę, bardzo liczną ilość tkanki mózgowej, szereg najrozmaitszych strzępów różnych tkanek, kawałki słomy i drzewa, kłos żyta, trociny oraz 6 kartek z różnymi napisami”. O szpitalu św. Wincentego a Paulo w Tczewie 121 Pogrzeb żołnierza stał się wielką, patriotyczną manifestacją. Jego ciało spoczęło na Starym Cmentarzu. W chwili wybuchu II wojny światowej prowincja chełmińska liczyła 828 sióstr pracujących w 65 placówkach, z czego 500 z nich w szpitalach. Niemcy pozostawili tczewskie wincentki w ich zakładzie, nakazując opiekę nad rannymi żołnierzami Wehrmachtu i pozwalając na charytatywną pomoc rodzinom, które straciły swoich żywicieli. Pracy zapewne miały dużo, gdyż placówka osiągnęła wówczas rekordową obsadę personelu i zatrudniała 15 sióstr. Pięć z nich od grudnia 1941 r. do czerwca roku następnego było aresztowanych i przetrzymywanych w obozie Stutthof. Po zwolnieniu prawdopodobnie wróciły do Tczewa. Ostatnią ich przełożoną była Józefa Bilitewska (1867-1955), córka Elżbiety, jednej z kilkunastu kobiet, które w latach 1877-1879 w Gietrzwałdzie były świadkami objawień maryjnych. W 1887 r. wstąpiła do chełmińskiego Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. W latach 1889—1895 przebywała w domu generalnym w Paryżu, gdzie złożyła śluby. Po powrocie do macierzystej prowincji pracowała w Poznaniu, Inowrocławiu, Środzie Wielkopolskiej, Gostyniu, Wolsztynie, Świeciu, Tczewie, Chełmnie i Bysławku. W marcu 1945 r., po zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną, szpital przez krótki czas służył jako lecznica Rosjanom, po czym spłonął doszczętnie w niewyjaśnionych okolicznościach. Pozostało tylko kostnica, wykorzystywana niegdyś do celów katechetycznych i przez wspólnoty parafialne oraz kilkanaście imponujących kasztanowców, lip i klonów -niemych świadków historii przypatrujących się kolejnym pokoleniom młodych tczewian bawiących się na niewielkim placu zabaw pomiędzy ich pniami. Kuchnia szpitalna 1938 rok 122 Ryszard Rząd Misja wincentek przy parafii Podwyższenia Krzyża św. zakończyła się. Po przeszło 60 latach opuściły, wraz ze swoją przełożoną Józefą Bilitewską. siedzibę przy ul. Sambora 4, a ich obecność w Tczewie ograniczyła się do prowadzenia przedszkola na ul. Kaszubskiej 17, przy parafii św. Józefa. Mimo iż w 1962 r. odebrano im tę możliwość, pozostały w mieście. Opiekowały się ubogimi, katechizowały i służyły prowadząc Stowarzyszenie Dzieci Maryi. W 1994 r. wróciły do „swojego” przedszkola. Dom przy ul. Sambora od 1983 r. użytkowany jest przez Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. W 2015 r. poszpitalny plac został przebadany archeologicznie, Niestety prace (poza dwoma sondażami) prowadzone były jedynie na głębokości 0,5 m, co wykluczało odtworzenie układu poszczególnych obiektów należących do zespołu. Siedem lat później powstał na nim parking na 47 miejsc postojowych. Paradoksem historii jest to, że szpital uważany dziś za jeden z symboli ambicji narodowych polskiej ludności miasta, powstał a następnie był intensywnie wspierany dzięki inicjatywom niemieckiego duchowieństwa diecezji chełmińskiej. Dla księży Sawickiego i Ludtke oraz biskupów Marwicza i Rednera ważniejszą kwestią było bowiem dobro parafian, a nie język, którym się oni na co dzień posługują. PS. Autor dziękuje Panu Jackowi Cherkowi z Działu Historii Miasta Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tczewie za pomoc w pracy nad powyższym tekstem. Kostnica w 2025 roku Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 123 Marcin Owsiński TRUDNA DROGA DO POJEDNANIA NIEMCÓW I POLAKÓW Z TIEGENHOFU/ NOWEGO DWORU GDAŃSKIEGO CZĘŚĆ 1 Termin „pojednanie”, czyli w definicji słownikowej: zgoda następująca po okresie kłótni, wydaje się być bardzo trafnym określeniem także dla opisywania procesu historycznego związanego z kolejnymi dekadami powojnia i wzajemnym stosunkiem do siebie Niemców i Polaków. W niniejszym artykule chciałbym przedstawić jego kolejne etapy i towarzyszące im przejawy działań i postaw w odniesieniu do studium przypadku - specyficznego geograficznie i historycznie terenu Żuław, a szczególnie niemieckiej społeczności zamieszkującej do 1945 roku główne miasto tego regionu Tiegenhof oraz jego przyległości, a także polskich mieszkańców obecnego Nowego Dworu Gdańskiego i powiatu nowodworskiego. Proces ten, którego zaczynem były wydarzenia 1945 roku, trwa praktycznie do dzisiaj i bardzo mocno wpłynął na współczesne funkcjonowanie społeczeństwa Żuław. Wydaje się on także być wyjątkowy ze względu na ilość źródeł do jego badania, jak również i jego pozytywną ocenę, nie tylko z perspektywy historyka, ale także mieszkańca tego regionu, którym jestem. W niektórych etapach działań w tym zakresie byłem także ich obserwatorem lub uczestnikiem. Współczesne, nie tylko symboliczne, kilkuwymiarowe pojednanie niemieckich Werderaner1 i polskich Żuławiaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego pozwala także ocenić, na ile jest to stan typowy dla ziem włączonych do Polski w 1945 roku, czy też stanowi regionalny ewenement, klasyczny „wyjątek potwierdzający regułę”, która każę domniemywać, że częściej o sobie zapominano, niż się wzajemnie pamiętano. W przeprowadzonej analizie zostanie także przybliżone zagadnienie mechanizmów pojednania, co i kto wpływa na ten ciekawy społecznie proces, ile może on trwać, ile w nim polityki, a ile ludzkiej ciekawości i pragnień. W większej części dokonanej dalej analizy będzie ona prowadzona dwutorowo, osobno dla Niemców, osobno dla Polaków, co ma być odzwierciedleniem symbolicznego „muru”, który dzielił od 1945 roku te dwa światy politycznie, społecznie i gospodarczo. Droga od nienawiści i niewiedzy do dialogu i zrozumienia była przede wszystkim działaniem osłabiającym, kruszącym i na końcu, po 1990 roku, burzącym ten „mur”. Zmiana postaw i ocen Werderaner, czyli Żuławiaków. 124 Marcin Owsiński obu stron trwała kilkadziesiąt lat i objęła kilka kolejnych pokoleń Werderaner i Żuławiaków. Postawy wyjściowe obu stron uformowały zmiany 1945 roku. ETAP I: WOJNA I ŻUŁAWY, „ROZMINIĘCIE” SIĘ W 1945 ROKU Wojna i jej dramatyczne skutki dotknęły Żuławy z ich głównym miastem Tiegenhof dopiero w styczniu 1945 roku. Do tego czasu, praktycznie od 1939 roku, odbiciem wysiłku militarnego i znaczenia politycznego Trzeciej Rzeszy na coraz większej połaci Europy były dla miejscowych Niemców (do września 1939 roku byli oni obywatelami Wolnego Miasta Gdańska) kolejne powołania do wojska, obwieszczenia partyjne, komunikaty radiowe, kroniki filmowe oraz gazety, a także obecność więźniów obozu Stutthof zapewniających w dużej części gospodarcze funkcjonowanie regionu. Jedyni Polacy pojawiający się w tym czasie na Żuławach to więźniowie wspomnianego obozu i wielka liczba robotników przymusowych. Przez ponad 5 wojennych lat Niemcy na Żuławach mieszkali i funkcjonowali zatem bez zakłóceń, zaś Polaków miejscowych tu praktycznie nie było. Obie nacje nie miały ze sobą praktyczne żadnych kontaktów. Nie było też nalotów, kolumn wojskowych, linii obrony, czy huku dział. W połowie stycznia 1945 roku ta sytuacja diametralnie się zmieniła. NIEMCY Sowieckie przygotowania do decydującej ofensywy w kierunku Prus Wschodnich, wybrzeża Bałtyku i Berlina czynione na linii Wisły nie były dla strony niemieckiej tajemnicą, zwłaszcza, że były one poprzedzone pierwszymi i bardzo zaciętymi walkami w rejonach byłej granicy pruskiej jesienią 1944 roku. Jednym z elementów przygotowań do odparcia inwazji było przygotowanie planów ewakuacji mieszkańców, jeńców oraz strategicznej infrastruktury poza zagrożony wałkami rejon. W okręgu Rzeszy Gdańsk — Prusy Zachodnie, który obejmował m.in. teren Żuław, plan taki zatwierdzono jeszcze we wrześniu 1944 roku po konsultacjach władz partyjnych i wojskowych. Nosił on kryptonim „Eva” i przewidywał planową ewakuację ludności cywilnej w kierunku zachodnim, która miała być zarządzana przez komórki partyjne NSDAP. Ten plan, z mniejszym lub większym lokalnie skutkiem, uruchamiano w połowie stycznie 1945 roku na całym Pomorzu Gdańskim. W dniach 12-14 stycznia 1945 roku rozpoczęła się zimowa ofensywa Armii Czerwonej na północnym i środkowym odcinku frontu wschodniego. Sowieckie wojska szybko przerwały niemieckie umocnienia i weszły w przestrzeń operacyjną, dezorganizując niemieckie zaplecze, zaopatrzenie i plan zorganizowanej ewakuacji zagrożonych terenów. W zależności od powiatu i okręgu administracyjnego miejscowe władze partyjne przystąpiły już wówczas do akcji przesuwania ludności i robotników przymusowych. W powiatowym mieście Tiegenhof w tym czasie było około 4300 mieszkańców, 24 stycznia 1945 roku o świcie otrzymali oni rozkaz stawienia się na miejscu zbiórki na ewakuację z miasta. W oddali słychać było huk Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 125 dział, poprzedniego dnia sowieckie czołgi przejechały także przez ulice niedalekiego Elbląga. Całej akcji towarzyszyły pośpiech i panika. Władze w Tiegenhofie przygotowały dla ewakuowanych samochody ciężarowe i autobusy, część mieszkańców uciekała także na własną rękę swoimi środkami transportu. Panowały trudne warunki zimowe, które wzmagały dramatyzm sytuacji. Liczba ewakuowanych 24 stycznia 1945 roku mieszkańców miasta jest niemożliwa do ustalenia z powodu braku materiałów źródłowych. Poprzez analogie z innymi tego rodzaju przypadkami przypuszczać należy, że objęto nią w sposób dobrowolny lub przymusowy około 80-90% populacji miejscowości. Tego dnia niemieckie miasto powiatowe praktycznie opustoszało. W bardzo symboliczny sposób można powie- dzieć, Że to właśnie tego dnia, W czasie wyjazdu Żołnierze niemieccy na dzisiejszej uL Dworcowej, ewakuacyjnego rankiem 24 stycznia 1945 roku, Internet skończył się duży rozdział w długiej historii niemieckich mieszkańców miasta Tiegenhof. Niezniszczone jeszcze wówczas miasto pozostało szybko za horyzontem. Na symboliczne rozważania nie było pewnie wówczas miejsca i czasu. Dalsze wydarzenia pokazały jednak, że dla zdecydowanej większości było to ostateczne pożegnanie z rodzinnym miastem, przy mrozie, śniegu i odgłosach dział. O tym, co dalej działo się z „ich” miastem po ich nagłym wyjeździe, nie mieli przez długi czas żadnej wiedzy. Podróż ewakuowanych trwała często przez kolejnych kilka tygodni i obejmowała drogę lądową lub podróż morską do północnych Niemiec lub Danii, gdzie zastał ich koniec wojny. Większość ewakuowanych Tiegenhofer i Werderaner załadowano kilka dni później na statki w portach w Gdańsku i Gdyni, skąd odpłynęli na Zachód. Głównym statkiem ewakuacyjnym był dla nich „Wilhelm Gustloff”, zatopiony przez sowiecki okręt podwodny 30 stycznia 1945 roku. Chaotyczna, szybka i tragiczna w skutkach ucieczka, która miała być formalnie zorganizowaną i tylko chwilową ewakuacją, kojarzyła się od tego czasu byłym mieszkańcom powiatu Grosses Werder2 z dwoma rzeczami. Jedną była śmierć na Bałtyku, której ucieleśnieniem był los ludzi z „Gustloffa”. Stał on się tym samym jednym z „symboli przejścia” kojarzonym przez byłych Żuławiaków z wydarzeniami 1945 roku i końcem tymczasowego życia na żuławskiej ziemi. Drugim symbolem był obraz miasta, jakie zapamiętali ci, którzy przeżyli ostatecznie „ewakuację”. Wspomnienie „starego, pięknego miasteczka”, które miejscowi Niemcy opuścili w styczniu 1945 roku, będzie im później towarzyszyło do końca życia. Opuszczone miasto, do którego zbliżali się Sowieci, w końcu stycznia 1945 roku czekało na dopełnienie swego losu. 2 Grosses Werder — Wielkie Żuławy. 126 Marcin Owsiński POLACY Sowieckie wojska zdobyły Tiegenhof po kilku dniach walk 10 marca 1945 roku. Zaciekłe walki uliczne oraz ostrzał artylerii spowodowały, że miasto zostało zniszczone w 60%, de facto przestało istnieć m.in. centrum miasta i jego główne zabudowania. Już 11 marca wojska sowieckie wyprowadziły wszystkich Niemców, którzy jeszcze byli w mieście, i zamknęły do niego dostęp. Przez kolejne tygodnie były Tiegenhof był wyłączną domeną zdobywców. Walki w rejonie miasta i nieodległej Mierzei Wiślanej, w okolicach Stutthofu i ujścia Wisły, zakończyły się dopiero rano 9 maja 1945 roku. Dopiero wówczas Sowieci na ten teren dopuścili pierwszych Polaków. Polska administracja, której głównym zadaniem było sprowadzanie na teren zniszczonych i zalanych Żuław nowych polskich osadników rozpoczęła tworzyć swoje struktury dopiero na przełomie kwietnia i maja 1945 roku. Siedzibą władz nowego powiatu stał się Pruszcz Gdański, a zniszczony Tiegenhof już wiosną 1945 roku przemianowano na Nowy Dwór. Pierwszy znany z nazwiska przedstawiciel polskich władz w mieście pojawia się w źródłach 10 maja 1945 roku. Akcja osiedleńcza była jednak początkowo powolna i obarczona bardzo dużymi problemami w zakresie komunikacji i zaopatrzenia osadników. Poza tym nie było też dla tego terenu wielu chętnych do przyjazdu. Zniszczenia miasta, trudny dojazd a także rolniczy charakter Żuław powodowały, że niewiele osób chciało zostać w Nowym Dworze, zaś większość nowych polskich mieszkańców Żuław zasiedlała opuszczone gospodarstwa rolne. Obraz trudności i zniszczeń obrazują też pierwsze raporty i objazdy terenu dokonane przez polskie władze w maju i czerwcu 1945 roku. Brak w nich wskazówek co do tego, co Żołnierze sowieccy na zalanych Żuławach, fot. FB Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 127 jest dobre i co da się wykorzystać, dominują opisy ogromnych zniszczeń i braku środków na odbudowę. Brak też było specjalistów od melioracji i odbudowy infrastruktury wodnej zniszczonej przez Niemców pod koniec walk na Żuławach. Jedne z pierwszych danych statystycznych dla polskiego Nowego Dworu zapisano w sprawozdaniu władz z 17 lipca 1945 roku. Wynika z niego, że w tym czasie miasteczko zamieszkiwało 1020 osób, z tego 65 Polaków i 955 Niemców. Z towarzyszących im wyjaśnień i pism wynika, że Polacy przybyli tutaj z wielu stron kraju oraz stworzyli już zalążki władz i organizacji politycznych oraz społecznych, zaś Niemcy to grupa przypadkowo zebranych w mieście osób, którzy nie byli jego pierwotnymi mieszkańcami, a zgromadzono ich tutaj po przymusowym opróżnieniu terenów wiejskich w regionie. Ich gospodarstwa mieli wkrótce przejmować polscy osadnicy. Stanowili oni przede wszystkim przymusową i darmową siłę roboczą przy pracach nad odgruzowywaniem miasta. Początek życia na Żuławach i w polskim Nowym Dworze był zatem obarczony wieloma trudnościami. Symbolem tego czasu była woda, która pokrywała większość depresyjnych terenów Żuław dokoła miasta, ruiny, które stanowiły o wyglądzie i funkcjonalności miasta, a także wielkie problemy aprowizacyjne i komunikacyjne. Nędzne, zniszczone miasto, szabrowane przez sowietów i polskich przybyszy, nie zachęcało do pozostania, nie miało historii i tożsamości. Ci, którzy tu przybyli w 1945 roku i zostali, w większości osiedli tu z przymusu władz albo własnej sytuacji życiowej. Na pewno byli bardzo twardzi z charakteru, albo po prostu nie mieli już innego miejsca w powojennym świecie. W pierwszym, a zarazem najkrótszym etapie omawianego w niniejszym tekście procesu pojednania, w 1945 roku, niemieccy mieszkańcy Tiegehofu i polscy z Nowego Dworu, nie mieli zatem szans na spotkanie i jakąkolwiek rozmowę. Wydaje się także, że nawet, gdyby mieli taką okazję, to w ogóle by wówczas nie szukali kontaktu ze sobą. Wojna, zdobycie miasta i późniejsze zmiany powodowały, że były to społeczności krańcowo odmienne i patrzące zupełnie inaczej na miejsce, które było dla nich wówczas domem. Odmiennie patrzyli na miasto: dla Niemców było to wspomnienie pięknej, utraconej krainy, dla Polaków nędza i obraz zasłużonego zniszczenia wytworów nieznanej im kultury. Niemcy wyjechali w zorganizowany sposób i dobrowolnie, z dobytkiem, archiwami, władzami, liderami miejscowej społeczności. Polaków wyekspediowano w dużej mierze przymusowo (np. zza Bugu, czy zaplecza terenów przyfrontowych), bez majątku, dokumentacji, liderów. Większość z nich pochodziła z zapadłych gospodarczo terenów rolniczych. Niemcy uciekali jako pokonani sprawcy wojny. Dla Polaków rok 1945 był skrajnym doświadczeniem szóstego roku wojny. Był doświadczeniem okupacji, przymusu, śmierci zadawanej przez Niemców. Polacy, mimo znajdowania się w obozie zwycięzców, przez długi czas wojny i okupacji stracili praktycznie wszystko. Niemcy, gdyby mogli, chcieliby pewnie wrócić do Tiegenhofu, Polacy zaś z Nowego Dworu raczej uciekali... Wspólne dla obu grup: Niemców z Tiegenhofu i Polaków z Nowego Dworu było miejsce, czyli miasto na Żuławach, w którym minęli się w 1945 roku. Wspólne było też na pewno poczucie pustki i straty oraz to, że obie te grupy praktycznie nie miały szans spotkać się ze sobą w jakimkolwiek okresie adaptacji i przejścia. Co charakterystyczne i rzuca się w oczy przy analizie źródeł relacyjnych, ten okres życia „końca i początku” najczęściej relacjonowały kobiety i dzieci, które stały się depozytariuszami i narratorami obu pamięci. Droga do wzajemnego spotkania, rozmów i próby zrozumienia była bardzo długa. 128 Marcin Owsiński ETAP II: EXODUS 1945-1947: WYKLUCZAJĄCE SIĘ TOŻSAMOŚCI I WSPÓLNE DOŚWIADCZENIE OPUSZCZENIA W kolejnych kilku latach powojnia dla Niemców z byłego Tiegenhofu i Polaków z obecnego Nowego Dworu toczył się proces szukania nowej stabilizacji, zaczynania życia od nowa. Czas ten wypełniły przede wszystkim poszukiwania członków rodzin, odbudowa kontaktów i decyzje co do dalszej, zupełnie nieprzewidywalnej przyszłości. Toczyły się one w warunkach tworzenia się nowej rzeczywistości politycznej powojnia i nerwowego oczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcia co do przebiegu granic państw, ustalanych odgórnie przemieszczeń ludności, czy zmian własnościowych i prawnych wprowadzanych przez nowe rządy. Dla obu grup, które los połączył w 1945 roku wspólnym przebywaniem w Tiegenhofie/ Nowym Dworze, były to czasy intensywnego życia bez wspominania przeszłości. Kurczowo trzymano się wówczas rzeczywistości, która potrafiła rozczarowując© zaskakiwać. NIEMCY Jak wynika z przeglądu tzw. „literatury heimatowej” związanej z byłymi mieszkańcami Tie-genhofu i powiatu Grosses Werder, koniec wojny zastał ich w większości w północnych rejonach Niemiec. Główne ich skupisko w wyniku tras ewakuacji morskiej gromadziło się w powojennych latach w okolicach Lubeki, Kilonii czy Hamburga. Dość duża ich grupa przebywała także przez dłuższy czas także w Danii, zanim ostatecznie przeniesiono ich do Niemiec. Pierwsze kilka powojennych lat dla większości z nich oznaczały pobyt w wielu podobnych do siebie obozach dla przesiedleńców, które utrzymywały władze okupacyjne dla ludzi ze wschodnich prowincji Rzeszy, którzy stracili domy i majątki w wyniku ewakuacji i przesunięcia granic. Ośrodki te stanowiły swoisty „wsobny świat” ludzi połączonych wspólnym doświadczeniem, które szybko zaczęli oni wśród siebie nazywać „wypędzeniem”. Do 1947 roku do tych tymczasowych miejsc trafiali także kolejni Niemcy wysiedlani przez Polskę, Czechosłowację i Sowietów z byłych niemieckich ziem wschodnich na mocy porozumień międzynarodowych. Uciekinierzy z Prus i okolic Gdańska trafili do zupełnie nowego świata, z innym krajobrazem, kulturą miejscową a także profilem gospodarczym. Za wspólny można uznać jedynie widok wybrzeża morskiego, w tym względzie Zatoka Lubecka była pewną sentymentalną namiastką Zatoki Gdańskiej. Niemcy ze Wschodu nie znaleźli w większości zainteresowania swoich rodaków z Zachodu, dla których wojna była doświadczeniem dywanowych nalotów, niszczenia całej infrastruktury i bezwarunkowego uznania nowej okupacyjnej władzy zwycięzców. Do tego różnili się dialektami, kulturą, ubiorem, jedni mieli domy, drudzy ich nie mieli. Nie znali siebie i sobie po prostu nie ufali, do tego nie istniało wówczas państwo niemieckie, które mogłoby zająć się ich problemami systemowo. Ci z uchodźców, którzy mieli jakikolwiek punkt zaczepienia: członków rodziny, dalszych krewnych czy znajomych mieszkających na Zachodzie, ewentualnie poszukiwany zawód, Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 129 przenosili się z czasem z obozów tymczasowych do nowych miejsc osiedlenia, gdzie zaczynali nowe życie. Bagaż wspomnień i przeżyć z przeszłości, a także trudna i bolesna konfrontacja z teraźniejszością powojnia, wzmagały poczucie osamotnienia, złości i nienawiść w stosunku do położenia w jakim się znaleźli, w tym Polaków, jako tych, którzy zajęli ich miejsca w starym kraju. Upływ czasu pokazywał jednak, że zmiana, zapomnienie przeszłości, Tiegenhofu, Żuław i adaptacja do nowego są procesami nieodwracalnymi. Ten sam stan emocjonalny panował wówczas wśród ludzi, którzy patrzyli na współczesny Nowy Dwór. POLACY Pierwsze kilka powojennych lat na Żuławach i w ich największym, bardzo zniszczonym mieście, to okres tęsknoty za tym co utracone, poszukiwań nowego domu i adaptacji. Nowa społeczność zasiedlająca Żuławy i Nowy Dwór stanowiła wyjściowo dużą mieszankę różnych kultur, postaw i doświadczeń. Był to, podobnie jak i dla całych tzw. Ziem Odzyskanych, prawdziwy eksperyment w zakresie budowania nowej tkanki społecznej. Nowi osiedleńcy pochodzi z bliska i z daleka. Byli wśród nich mieszkańcy Kaszub i Pomorza, wiele rodzin z Polski centralnej (np. okolic Kielc i Sandomierza) i zwarte grupy z byłych Kresów, które oderwano od Polski. Dokładne dane liczbowe między tymi grupami lokalnie się oczywiście różniły, jednak proporcje okazały się dość stałe. Niemców wywieziono w zorganizowany sposób do jesieni 1947 roku, możliwość pozostania dano tylko bardzo nielicznej grupie spośród nich, poddając ich przy tym mocnej inwigilacji. Władze gminne, powiatowe i wojewódzkie w swoich sprawozdaniach powojennych dzieliły osoby przybywające na dwie kategorie: repatriantów zza Bugu oraz osiedleńców, czyli rodziny z województw centralnej Polski oraz Pomorza. O ile dla tych drugich był to w pewnym zakresie świadomy wybór kierunku migracji do „lepszego życia”, o tyle dla kresowian miejsce, do którego ich skierowano, najczęściej wynikało z decyzji administracyjnej. Tam po prostu zatrzymał się kiedyś pociąg, którym ich wieziono. Orientacyjne dane na temat składu „nowej” ludności dają np. przebadane dane dla powojennego Sztutowa (były Stutthof), które kilka lat po wojnie wskazywały, że Kresowiacy stanowili około 15-20% całej ludności, Pomorzacy około 40-50%, a tzw. Kongresówka kolejne 20-25%. Pozostałe 5-10% stanowili pozostawieni na tym terenie Niemcy, których formalnie uznano za tzw. autochtonów oraz przenoszona na teren Żuław w ramach akcji „Wisła” w 1947 roku ludność ukraińska. To potomkowie tych grup dziś stanowią o tożsamości współczesnych Żuław. W omawianym okresie kilku pierwszych powojennych lat nowi osadnicy, którzy napływali na Żuławy, napotykali na szereg problemów związanych ze skalą zniszczeń tego terenu i jego odcięciem komunikacyjnym. Jednak zastana na miejscu rzeczywistość daleka była od propagandowego ideału. Żuławy należały w zgodnej opinii władz i reporterów do najbardziej zniszczonych obszarów na całych Ziemiach Odzyskanych. Piękne, propagandowo wręcz idealne, gospodarstwa były w dużej części zniszczone, na części z nich przebywali wciąż ich niemieccy właściciele, a faktyczne rządy, mimo nominalnej polskiej władzy, sprawowali sowieccy komendanci wojskowi. Ten kontrast między propagandą a zastaną rzeczywistością 130 Marcin Owsiński Zalany Nowy Dwór Gdański, fot. Dawny Nowy Dwór Gdański FB dość wyraźnie przebija z szeregu publikacji prasowych opisujących Żuławy w tym okresie. Był to na pewno „Dziki Zachód”, w realiach którego wielu opuszczało te tereny i wyjeżdżało w tych pierwszych powojennych latach. Tym niemniej, w odróżnieniu do żuławskich Niemców szukających nowego życia na Zachodzie, Polacy na Ziemiach Odzyskanych mieli przez pierwsze powojenne lata duże wsparcie organizacyjne struktur polskiego państwa i specjalnych urzędów, które miały im pomagać w organizacji terenu zamieszkania. Nowi Żuławiacy, którzy tu zostali i zamieszkali na stałe, mierzyli się z zupełnie obcą kulturą rolniczą i techniczną, inna była ziemia i sposób jej uprawy, życie w depresji uzależnione było od opanowania melioracji i wody, wszystko trzeba było dopiero odbudować i uruchomić. Powszechna była bieda i brak perspektyw, a także nienawiść do Niemców jako sprawców tych wszystkich nieszczęść. W pierwszych powojennych latach Niemcy i Polacy z Werder/Żuław oraz Tiegenhofu/ Nowego Dworu na pewno nie mieli okazji, żeby spojrzeć sobie w oczy. Obie grupy cierpiały w nowej rzeczywistości, wspólny był brak środków do życia, ogólnie nie było zrozumienia dla poczucia straty i nie można było liczyć na empatię urzędów; szukano stabilizacji. ETAP III: SZUKANIE NOWEGO DOMU: 1948-1956. GRANICE WOLNOŚCI W kolejnych latach powojnia zachodzą wspólne dla obu grup procesy integracji politycznej i społecznej obu społeczności. Wyznaczono wówczas nowe fizyczne granice państwowe. Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 131 Nowe państwo zachodnioniemieckie, gdzie osiadła zdecydowana większość byłych Tiegen-hofern i Werderaner, jak i stalinowska Polska ludowa tworzyły wówczas modele integracji tych społeczności. Przebiegały one jednak odrębnymi drogami. „Wypędzeni” Niemcy organizowali się i tworzyli własne sieci działania pod opieką państwa, Polacy z Ziem Odzyskanych byli zaś poddani intensywnej indoktrynacji władzy wyzbywającej ich z lokalnych odrębności i świadomości. Te dwa równoległe i wykluczające się procesy były jednocześnie okresem, w którym w nowych regionach i domach urodzili się pierwsi przedstawiciele nowego pokolenia Żuławiaków. To oni, wychowani w domach w kulcie wspomnień dawnego świata, staną się potem inicjatorami procesu pojednania. Na tym etapie żadna ze stron o tym jednak nawet nie myślała. NIEMCY Zachodnie Niemcy uznały się za kontynuację państwa niemieckiego i w przeciwieństwie do NRD nie uznawały nowego przebiegu granicy polsko-niemieckiej. Wchodziły ponadto do NATO - bloku państw przeciwstawnych militarnie i politycznie równie dużemu co Układ Warszawski, a więc blokowi państw podległemu Moskwie. Granice obu bloków wykluczały ich przekraczanie: jeśli dziesięć lat po wojnie jakikolwiek Niemiec z Lubeki chciałby obejrzeć swój były dom w Tiegenhofie, było to po prostu fizycznie niemożliwe. Nie mógł też na pewno liczyć na to, że pomogą mu w tym Polacy z Nowego Dworu. Zgodnie z sugestiami zwycięskich aliantów zachodnich podstawą funkcjonowania Niemiec Zachodnich miały być znów silne tendencje regionalne, rządy landowe, przy ograniczeniu zakresu władzy federalnej. Nowe niemieckie państwo podjęło się na etapie rządu krajowego jak i rządów regionalnych zadania integracji „nowych” Niemców, tworząc ku temu odpowiednie regulacje prawne i instytucjonalne. Był to element procesu tworzenia nowego homogenicznego postwojennego społeczeństwa, które szybko bogaciło się i amerykanizowało. Wprowadzano m.in. system wsparcia prawnego i finansowego „nowych” w celu ich szybkiej integracji i zapewnienia stabilnych dochodów. Przez te łata byli „wypędzeni” ustabilizowali swoje życie, osiedlali się na stałe w nowych miejscach, rozwijali życie rodzinne i zawodowe. Najbardziej aktywni z nich byli także inicjatorami zakładania stowarzyszeń osób o podobnych im losach, które jednocześnie stawały się istotnymi elementami życia politycznego NRF\ W tym czasie powstały także w NRF pierwsze wydawnictwa wspomnieniowe, zakładano lokalne archiwa relacji i muzea „wypędzonych”, budowano sieć kontaktów i adresów do „swoich”. Ta grupa społeczna generalnie zaczyna być aktywna i widoczna, jednak, co charakterystyczne, jej liderami i medialnymi twarzami zostają ludzie nie będący wcześniej głównymi nazistowskimi liderami lokalnych społeczności, bo ci przezornie schowali się wówczas w „tylnych rzędach”, choć mieli niewątpliwie wpływ na działanie takich związków. Oczywiście prym wiodły i kierunki wyznaczały grupy duże liczebnie, jak byli Gdańszczanie czy Ślązacy, których działania można obserwować już w tym okresie. Liderzy tych 3 NRF — Niemiecka Republika Federalna, oficjalna nazwa Niemiec Zachodnich, stosowana w Polsce do traktatu pomiędzy RFN a PRL w 1970 roku. 132 Marcin Owsiński działań byli wówczas w sile wieku i możliwości sprawczych. Dla grup mniejszych proces ten nieco przesunął się w czasie — większość z nich była najpierw członkami dużych grup i stowarzyszeń, dopiero później tworzyli własne mniejsze, ale autonomiczne grupy wsparcia i organizacji życia. Te działania ze strony byłych Tiegenhofer i Werderaner miały miejsce w latach 1956/1957, ale już w następnym okresie czasu były nadal możliwe dzięki dobremu wsparciu państwa w tym zakresie. POLACY Polskie zabiegi tworzenia „nowego” obywatela PRL i Ziem Odzyskanych były działaniem odgórnie narzuconym i wykluczały do 1956 roku jakiekolwiek działania oddolne czy prowadzone lokalnie. Stalinowska zasada konsolidacji wszystkich i wszystkiego w system tworzony i sterowany przez monopol PZPR działała tylko w kierunku wykonywania poleceń nadsyłanych z Komitetu Centralnego z Warszawy. Odwrotnie niż u Niemców zachodnich w tym systemie wzorowanym na modelu sowieckim jedyną rolę sprawczą odgrywał silny rząd centralny i dławienie ruchów regionalnych. Tak prowadzona polityka centralizacji ma swoje liczne i bardzo powtarzalne odbicia we wszystkich dokumentacjach regionalnych, w tym także na Pomorzu, Żuławach, gdzie nie dopuszczano do tworzenia się środowisk Pomorzan, Gdańszczan czy Żuławiaków, a podkreślano proces tworzenia obywateli Polski ludowej. W obliczu komasacji władzy i gospodarki centralnie sterowanej mają miejsce na Żuławach procesy powodujące „ujednolicanie” ludzi, którzy tutaj po 1945 roku zamieszkali. Kondukt pogrzebowy przy ulicy Drzymały w latach 60. W tle nieistniejący dziś cmentarz, fot. Dawny Nowy Dwór Gd. FB Trudna droga do pojednania Niemców i Polaków z Tiegenhofu/Nowego Dworu Gdańskiego. Część 1 133 Następuje przede wszystkim naturalne zerwanie z przeszłością (np. wspomnieniami Kresów, gdańsko-ści, rugowanie niemczyzny i deu-krainizacja), która niszczona jest w obliczu wyzwań codzienności. Nieprawomyślni lub z urzędu podejrzani (np. bogatsi rolnicy, osoby mające w przeszłości III grupę DVL4, Ukraińcy, Niemcy mający polskie obywatelstwo) są inwigilo- wani i prześladowani, utrzymują Jesień 1964 roku w obiektywie Guntherajeglina, fot. Dawny Nowy Dwór kontakty w swojej grupie tylko Gdański FB z zachowaniem dużego stopnia konspiracji. Nowi mieszkańcy, niezależnie od stopnia ich mentalnej identyfikacji z Żuława- mi, otrzymują w tych latach od państwa trwałe miejsce osiedlenia, nakazaną pracę, podani zostają kolektywizacji. Wręcza się im np. „Akty nadania” poniemieckiej ziemi i majątków, umieszcza w PGR-ach, zwozi na masowe akcje partyjne i propagandowe. Nie ma wówczas indywidualności, inicjatywy jednostki, jest masa i równe szeregi robotników i rolników, partyjni liderzy i agitatorzy szybko są zmieniani i często „przyjeżdżają w teczkach” z innych regionów. Ostatecznie do 1956 roku Żuławy zostają odbudowane melioracyjne i gospodarczo, ale są pozbawione liderów i tożsamości. Stworzenie propagandowego obrazu ziem Odzyskanych z Żuławami jako „Spichlerzem Wybrzeża” jest tylko figurą retoryczną używaną w kronikach filmowych i gazetach, która nie wzbudza emocji w tych, którzy tutaj mieszkają. Dopiero zakres zmian Października 1956 roku i jego przejawy regionalne, m.in. na Żuławach, pokażą, że podskórnie nie był to teren spacyfikowany partyjnie. W czasie, gdy byli żuławscy Niemcy w NRF organizowali się oddolnie i tworzyli zręby wspólnej polityki pamięci, zgromadzeni na Żuławach Polacy wtłaczani byli w jedną anonimową strukturę, żyli codzienną pracą i często posługiwali się partyjną nowomową. Obie strony miały świadomość wyznaczenia powojennych granic, które były bronione przez dwa przeciwstawne bloki militarne i polityczne. Dekadę po wojnie obie grupy tworzyli ludzie w pełni życia, z rodzinami, pogodzeni z tym, co się dzieje, mający jednak zupełnie inne możliwości organizacji życia. Panował pokój, do „pięknych, dawnych” miejsc nie było fizycznego powrotu. Zupełnie inne są za to metody działania i konstrukcja państw, w których żyją. Jedni mogli wspominać i dzielić się przeszłością, drudzy zostali jej pozbawieni. Granice wolności są fizycznie wyznaczone, słowo pojednanie w ogóle nie pojawia się w słownikach. W nowym etapie pojawi się jednak nowy element, otwierający nowe drzwi -wzajemna ciekawość. Będzie ona jednak rozłożona na kilka dekad. 4 III grupa Deutschen Volksliste (DVL), czyli Niemieckiej Listy Narodowościowej, obejmowała osoby, które były częściowo spolonizowane, ale uważane były za potencjalnych kandydatów do zniemczenia. 134 Alicja Łukawska Matejko, Sienkiewicz, Żeromski i cesarz Wilhelm II, czyli o gościach na zamku w Malborku Z RYSZARDEM RZĄDEM, AUTOREM KSIĄŻKI „GOŚCIE ZAMKU MALBORSKIEGO”, ROZMAWIA ALICJA ŁUKAWSKA Okładka książki Ryszarda Rząda „ Goście zamku malborskiego” - Jest Pan historykiem, pracownikiem Muzeum Zamkowego w Malborku, a także autorem książek i artykułów o tematyce malborskiej, w tym znakomitego „Bedekera malborskiego 1845—1945”. Niedawno została wydana kolejna Pańska książka związana z tym miastem, czyli „Goście zamku malborskiego”. Co skłoniło Pana do jej napisania? — Książka jest pokłosiem wystawy o takim tytule, którą przygotowałem w Muzeum Zamkowym w Malborku w roku 2009. Była to ekspozycja czasowa, przekształcona następnie w stałą. Można było ją oglądać do 2023 roku. Idea wystawy dojrzewała dość długo. Wiele lat temu (a pracuję na zamku już przeszło 40 lat) miałem możność zapoznać się z różnymi księgami gości przechowywanymi bądź w naszym muzeum, bądź w archiwach państwowych w Gdańsku i Malborku. Jakiś czas temu w moje ręce trafiła też kopia księgi gości z okresu międzywojennego. Wszystkie one, wraz z obszerną literaturą, posłużyły do stworzenia wystawy, na którą złożyły się eksponaty zgromadzone z różnych kolekcji krajowych i zagranicznych, w tym także, po raz pierwszy w historii polskiego muzealnictwa, z Pałacu w Wersalu. - Jaki okres historyczny obejmuje ta publikacja? — Ponad siedem wieków: od roku 1309 po czasy nam współczesne. Początkowo, z racji wielości źródeł, planowałem skupić się na wizytach w okresie prusko--niemieckim. Z czasem jednak poszerzyłem zakres czasowy po to, aby uświadomić czytelnikom, że zamek w Malborku to nie tylko dawna siedziba zakonu krzyżackiego, który władał nim przez około 180 lat. Okres panowania polskiego był znacznie dłuższy i wynosił lat 315, zaś państwo pruskie, a potem niemieckie, zarządzało obiektem od 1772 do 1945 r. W trakcie pracy o słuszności podjętej decyzji przekonywało mnie bogactwo różnych relacji z wizyt, które odkryłem w źródłach z epoki i literaturze naukowej. — Przez wieki przyjeżdżali tu królowie i książęta, arystokraci i duchowni, dostojnicy wszelkiej maści i narodowości, dyplomaci, politycy i gwiazdy Matejko, Sienkiewicz, Żeromski i cesarz Wilhelm II, czyli o gościach na zamku w Malborku 135 filmowe. Nie licząc oczywiście zwykłych zjadaczy chleba. Jacy byli najciekawsi goście tego zamku? Może ma Pan swoich ulubionych bohaterów? W swojej relacji wspomina Pan nie tylko o ludziach, ale też o zwierzętach, np. o koniach... — Najciekawsi bohaterowie? Można ich było spotkać już w średniowieczu. Trafiały tu bowiem poselstwa z krańców ówczesnej Europy, na przykład z Kastylii czy Bizancjum. Na rejzy zjeżdżała elita europejskiego rycerstwa, m.in. Philippe de Mezieres, sławny francuski krzyżowiec i poeta. Na zamek wraz z rycerzami trafiały również i konie. No, może nie wszystkie, bo często zostawiano je w miejskich stajniach. Niewykluczone Ryszard Rząd, fot. archiwum R. Rząda jednak, że wraz z jednym z uczestników rejz do Malborka trafił też ... struś. Nie wiem czy wywołało to sensację. Ku uciesze wielkich mistrzów na zamku były już bowiem takie egzotyczne zwierzęta jak małpy, papugi itp. Zakamarki budowli „zwiedzali” też poszukiwacze skarbów. O pierwszych pisano już w roku 1364. W początkach XVIII w. rozkopywali m.in. kaplicę św. Anny. W lochach zamkowych przetrzymywano różnych skazańców. Wszyscy zapewne słyszeli o carze Wasylu Szujskim czy kozackim pułkowniku Iwanie Bohunie. Ale dożywocie odsiadywał tu na przykład Piotr Włoniecki, który w 1622 r. publicznie (acz po pijaku) groził śmiercią królowi Zygmuntowi III Wazie. W Malborku trzymano także jeńców wziętych na Kresach południowych i wschodnich (Turków, Tatarów, Mołdawian, Wołochów, Rosjan). Przewożono ich setki kilometrów do twierdzy nad Nogatem, w miejsce obce językowo i kulturowo, skąd ucieczka praktycznie nie była możliwa. Wróćmy do oficjalnych gości. Od połowy XIX w. przyjeżdżali tu koleją, a od końca tegoż wieku automobilami. Cesarza Wilhelma II przywożono jego ulubionym „Protosem”. Nota bene w 1908 r. takim autem na zamek dotarli też niemieccy uczestnicy rajdu z Nowego Jorku do Paryża. Historia tej sportowej rywalizacji posłużyła do nakręcenia w 1965 r. znakomitej komedii filmowej „Wielki wyścig” z Jackiem Lemmonen i Tony Curtisem w rolach głównych. Dwanaście lat wcześniej zatrzymał się tu Robert Louis Jefferson, angielski dziennikarz i podróżnik, który zmierzał przez Malbork... rowerem na Syberię. Byli tu też przybysze z bardzo daleka. W 1901 r. w gościł tu książę-następca tronu Chin Zai-feng. Pamiątką po tej wizycie są m.in. przechowywane do dziś w naszych zbiorach cegły z Wielkiego Muru. W 1934 r. do księgi gości wpisał się król Syjamu Prajadhipok z małżonką. Statystycznie wygląda to tak, że w książce przywołuję nazwiska 84 gości wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego, 132 gości z lat polskiego władania Malborkiem, 328 gości z czasów prusko-niemieckich i 236 z lat po II wojnie światowej. Łącznie jest to 780 osób. Odnotowuję wizyty 28 królów (w tym 13 polskich), cesarzy i carów oraz 10 prezydentów. Przyznam, że nie liczyłem wszystkich książąt, biskupów czy urzędników wyższego szczebla, dyplomatów, polityków, wojskowych, uczonych, artystów. - Co przyciągało gości do zamku w Malborku? Jakie interesy ich tu sprowadzały? 136 Alicja Łukawska Autograf króla Syjamu Prajadhipoka w niemieckiej księdze gości, fot. archiwum R. Rząda — Przez zamkowe dziedzińce i wnętrza przez ponad 700 lat przewinęły się miliony ludzi, w większości bezimiennych. Oczywiście i oni na swój sposób tworzą jego historię, lecz największą rolę w jego dziejach odegrały jednostki wybitne: władcy, wojskowi, ludzie nauki, artyści. Nie da się ukryć, że właśnie oni budzą największe zainteresowanie czytelników, co znacząco wpłynęło na mój wybór. Choć starałem się też przybliżyć historie osób mniej znanych, których losy splotły się z zamkiem, na przykład przetrzymywanych w nim więźniów. Do końca XVIII w. wizyty miały z reguły charakter oficjal- ny. Odbywały się na zaproszenie aktualnych gospodarzy obiektu lub były wymuszane wbrew ich woli, co wynikało z prowadzonych wojen. Aż do lat dwudziestych XV wieku zamek bywał też miejscem postoju rycerstwa z Europy Zachodniej, które przyjeżdżało do Prus, by zdobywać doświadczenie w walkach z niewiernymi Litwinami. W czasach polskich awansował do rangi jednej z ofi- cjalnych rezydencji królewskich. Przebywali tu niemal wszyscy polscy władcy. Wizytowali Kartusz herbowy w Refektarzu Zimowym Pałacu Wielkich Mistrzów, pamiątka z pobytu w Malborku króla Polski Zygmunta III Wazy, fot. archiwum R. Rząda go też zdobywcy, monarchowie krajów ościennych. Po zajęciu przez Prusaków, a następnie zainicjowaniu jego odbudowy, stał się celem wielokrotnych odwiedzin władców z dynastii Hohenzollernów. Wraz z epoką romantyzmu i narodzinami ruchu turystycznego we współczesnym rozumieniu tego słowa, zaczęły tu też bywać osoby niższego stanu, wiedzione głównie ciekawością i chęcią poznania zakamarków monumentalnej budowli. — Co zostało po tych wszystkich ludziach, którzy odwiedzali te mury? Czy pozostawili oni po sobie jakieś relacje, wspomnienia, pamiętniki, a może fotografie lub filmy? — Niektórzy z nich czuli potrzebę przelania na papier swoich wrażeń. Pierwsze takie relacje pochodzą z okresu średniowiecza. Obszernie opisane są wizyty niektórych naszych monarchów z czasów polskiego władztwa nad zamkiem. Bywał on wówczas jedną z rezydencji królewskich, skupiało się tu bogate życie Matejko, Sienkiewicz, Żeromski i cesarz Wilhelm II, czyli o gościach na zamku w Malborku 137 dworskie, odbywały się bale, przyjmowano zagraniczne poselstwa, wystawiano ważne dokumenty. Nie wszystkim jednak dawna krzyżacka warownia przypadła do gustu. Na jej niewygody uskarżała się na przykład w roku 1646 księżniczka mantuańska Ludwika Maria Gonzaga, przyszła żona króla Władysława IV. Wiek XIX i XX z oczywistych względów przyniósł wiele relacji, wspomnień i zdjęć. Celowali w tym zwłaszcza poeci, pisarze, literaci, dziennikarze. I to zarówno niemieccy, jak i polscy. Odwiedziny na zamku wspominali m. in. tacy polscy artyści jak Julian Ursyn Niemcewicz, Jadwiga Łuszczewska (Deotyma), Józef Ignacy Kraszewski, Stanisław Tarnowski, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski i Melchior Wańkowicz. Na przestrzeni kilkuset lat powstała cała seria graficznych i malarskich widoków zamku. Najstarsze tworzono już w wiekach XV i XVI. Możemy sądzić, że ich autorzy gościli w Malborku, próbując odtworzyć współczesny im wizerunek twierdzy. Poza grafikiem Napoleonem Ordą, który w roku 1878 wykonał piękną panoramę zachodnią, żaden z polskich artystów, którzy w XIX i XX w. oglądali ten zamek, nie namalował go. A było ich kilku i to z górnej półki, m. in.: Jan Matejko, Julian Fałat, Kossak i Leon Wyczółkowski. Rekordzistą pod względem ilości wizyt w Malborku był cesarz Niemiec Wilhelm II, który gościł tu ponad 30 razy. Z reguły były to wizyty w drodze na polowania w Prusach Wschodnich. Z osób, które zwiedzały zamek po II wojnie światowej, wymieniłbym wybitnego polskiego fotografika Jana Bułhaka, który w 1946 roku wykonał tu serię unikalnych fotografii. Zdjęcia Bułhaka posłużyły do sporządzenia pierwszego powojennego albumu ukazującego zniszczenia zamku z lutego i marca 1945 r. Zamkowe plenery i wnętrza od końca łat 50. XX w. wykorzystywały liczne polskie i zagraniczne ekipy filmowe. Kręcono tu sceny do 22 filmów fabularnych, takich jak „Krzyżacy”, „Kopernik”, „Kazimierz Wielki”, „Królowa Bona”, „Król Olch”, „Wiedźmin” a ostatnio „Korona królów”. W 2002 roku nakręcono tu reklamę produkowanego w Malborku makaronu, w której wystąpiła słynna włoska gwiazda filmowa Sophia Loren. - Czym różnią się polskie relacje o zamku malborskim od niemieckich? Zdaje się, że zwłaszcza pod koniec XIX wieku i na początku XX, w dobie zagrożenia germanizacją, Polacy odbierali tę budowlę zupełnie inaczej niż zachwycający się nią wówczas Niemcy. Malarz Leon Wyczółkowski czy pisarz Melchior Wańkowicz patrzyli na nią dość chłodnym okiem... — A Goebbelsowi ten zamek śnił się jako znak niemieckiej wielkości... Ma Pani rację. Polacy patrzyli nań wówczas inaczej niż Niemcy. Nam oczywiście kojarzył się z germańsko-niemiecką zaborczością i przemocą. Z kolei dla strony niemieckiej był symbolem cywilizacji i kultury na Wschodzie. Znamy ten problem od lat. W książce starałem się uni- Cesarz Niemiec Wilhelm II w drodze do kościoła zamkowego, kać ocen takich postaw, a jedynie fot. archiwum R. Rząda 138 Alicja Łukawska W _ Ul x £ JtOH MiUUl^Kt^ JMS. JX. 4^01 Chiński książę-następca tronu Chin Zai-fong na zamku w Malborku, fot. archiwum R Rząda przybliżać fakty. Pracuję na zamku już dość długo i poznałem niemal każdy jego zakamarek, co spowodowało, że nie jest już dla mnie tak tajemniczy jak dawniej. Być może dlatego zaskoczony byłem, czytając niektóre relacje z wizyt. Nie przypuszczałem, że mógł aż tak działać na wyobraźnię. Ba, robi to dalej! Budził i budzi do dziś sprzeczne emocje. - Pańska książka to poważne dzieło historyczne, z przypisami i bibliografią. Ale czy badał Pan również różne lokalne „urban legends” związane z gośćmi zaniku malborskie-go? W mieście krąży opowieść o grupie Niemców, którzy zostali w lochach zamkowych, żywiąc się konserwami i pijąc zapasy wina. Wyszli na powierzchnię dopiero latem 1945 roku, jak skończyło się im jedzenie i picie. Są też historie o zjawiskach paranormalnych, jak duchy, zjawy, a nawet baza kosmitów. Jaki jest Pana stosunek do takiego folkloru historycznego? Czasem przecież puszcza Pan oko do czytelnika, pisząc np. o domniemanej wizycie w Malborku Włodzimierza Iljicza Lenina i Nadieżdy Krupskiej, prezentując stosowne zdjęcie... - Magia miejsca zachęca do tworzenia niesamowitych opowieści. Uległ jej m. in. niemiecki pisarz i folklorysta Karol Grimm, który po zwiedzeniu zamku spisał kolejną makabryczną historię, tym razem o Baszcie Maślankowej. W każdej legendzie podobno można znaleźć ziarno prawdy. Tak jest i w przypadku wydarzeń z 1945 roku. Żołnierze niemieccy podczas obrony zamku rzeczywiście znaleźli tu dużo alkoholu. A ponieważ musieli oszczędzać wodę, używali go m.in. do mycia. Pisałem o tym w innej publikacji. Ktoś postanowił „ubogacić” tę historię i tak powstała wspomniana przez Panią sensacja. Długa jest lista osób, które w mniej lub bardziej tragicznych okolicznościach straciły życie w malborskich lochach. Równie długa może być zatem lista duchów, które się tutaj tułają, jeśli chcemy dać wiarę takiej wizji rzeczywistości. A co do przybyszów spoza ziemskiej cywilizacji, księgi gości milczą na ten temat, a i ja nie miałem okazji ich spotkać, nawet w czasie nocnych wizyt na zamku, których w czasie mojej pracy nie brakowało. Na styku światów 139 Daniel Borcuch NĄ STYKU ŚWIATÓW Jest takie miejsce na granicy powiatu sztumskiego i kwidzyńskiego, o którym świat niemal zapomniał. To Jezioro Dzierzgoń (Sorgen See, jezioro troski). Granica, która dzieli oba powiaty, przechodzi przez to „stare jezioro”, tuż przed jego północnym końcem. Tylko malutki jego kawałek, a w zasadzie tylko końcowa, północna zatoka należy dziś do powiatu sztumskiego. Granica ta przebiegała dokładnie w tym samym miejscu od co najmniej 800 lat. Na przestrzeni wieków dzieliła różne jednostki terytorialne, ale nigdy nie zmieniła swojego przebiegu (może z malusieńkim wyjątkiem z końca XIX wieku, ale po kolei). Przed przybyciem krzyżaków do Prus miejsce to było północną granicą pruskich (pogańskich) włości Resia. Przebiegał w tamtym miejscu, istniejący do dziś, choć mocno już zniwelowany, wał graniczny. Wały graniczne, przesieki i tzw. wały podłużne były częścią universum pogańskich Prusów. Oddzielali nimi swoje terytoria. Niedaleko Jeziora Dzierzgoń, w okolicy wsi Mortąg (Mortung), są dwa takie wały podłużne, które połączyły Jeziora Witoszewskie i Bądze. Każdemu takiemu wałowi towarzyszyła fosa. Miejsca takie były świadomą manifestacją odgrodzenia konkretnego terytorium od innego. Dokładnie z takim samym wałem mamy do czynienia nad Jeziorem Dzierzgoń. O ile tamte umocnienia liniowe doczekały się wykopalisk archeologicznych, to nasz wał jest wciąż zagadką i czeka na swoje badania. 140 Daniel Borcuch Pierwsze informacje na jego temat opublikowałem w 2024 roku na łamach prabuckiego rocznika „Kronikarskim Piórem. Prabuty-Riesenburg” ( Nrl/2024 (12) ) w artykule „Sor-gen See cz. 2”. Wcześniej nikt nie pisał na ten temat, choć wiele tropów znajdowało się w średniowiecznych dokumentach nadawczych z XIII, XIV i XV wieku. Najważniejszą jednak iskrą, która rozpaliła ten temat, była dla mnie mapa Samuela Suchodolca z początków XVIII wieku. Na tej pięknej rękopiśmiennej mapie autor namalował tylko fragment Jeziora Dzierzgoń. Na szczęście był to właśnie ten fragment, który mnie najbardziej interesował. Od razu rzucił mi się w oczy rysunek wału granicznego (strzałka) między Rodowem Małym (KI. Roden) i Stążkami (Stangenberg). Widać również kamienie graniczne (strzałki poniżej jeziora) i tajemniczą notatkę po prawej stronie mapy (strzałka). Napis mówi, że zasypano świeżo wykopany przekop. Widzimy nawet, że końcówkę jeziora autor niemal zabazgrał tak, jakby była już nieaktualna. Rysunek ten oddaje dynamikę wydarzeń, jaka rozgrywała się w tym miejscu od setek lat. Od lat 30. XIII wieku stopniowo tereny Prus przechodziły w ręce krzyżaków i Kościoła. Podział łupów terytorialnych wynosił 3:1. Trzy części dla Zakonu i jedna dla Kościoła. Omawiane tereny weszły w skład utworzonej w połowie XIII wieku Diecezji Pomezańskiej. Z podziału ziem wynikało, że niemal całe Jezioro Dzierzgoń przypadłe biskupowi pomezańskiemu. Tylko mały fragment jeziora, ten za starym wałem granicznym, stał się własnością krzyżaków. Biskupi nadawali swoje części ziem, leżące nad Sorgen See, najczęściej Prusom, którzy w tym jeszcze gorącym okresie walk pogańsko-chrześcijańskich postanowili ułożyć się z najeźdźcami i nie chcieli oddawać życia i swoich dawnych włości w imię nowej polityki. Znamy wiele takich nadań i przywilejów wokół Jeziora Dzierzgoń min. dla Prusa Matho (1260 tereny dzisiejszych Gont), dla Prusa Naviera jego syna Tulkoythe, Ludwika, Mervo oraz bratanka Trunzeh (1289 tereny dzisiejszego Obrzynowa), Prusów Algadasa, Stange, Sarchza i Quala (Bundotes) (1300 tereny dzisiejszych Górowych), czy Prusa Guntho (1323 tereny dzisiejszych Gont). Po drugiej stronie wału, czyli w dzisiejszym powiecie sztumskim, karty rozdawał Zakon Krzyżacki i to on nadawał tam ziemie, ale już nie Prusom. Właścicielem terenów za wałem, razem z tą malutką częścią Jeziora Dzierzgoń, został rycerz niemiecki Dytrych Stange (1285). Dytrych Stange młodszy, a wcześniej Na styku światów jego ojciec (również Dytrych Stange), otrzymali od Zakonu szereg nadań, które sprawiły, że Stange stał się najpotężniejszą świecką personą (niekrzy-żacką) w Prusach w tamtym czasie. Ten prastary przygraniczny obszar, który stał się ich własnością, razem z zamkiem Stangenberg (Stążki) i fragmentem Jeziora Dzierzgoń, który im przypadł, stał się przyczynkiem do kilkusetletniego konfliktu, który rozpalał emocje niemal do czerwoności. Wielki Mistrz Meinhard von Querfurd, który w imieniu Zakonu nadał Stangemu ziemię i kawałek jeziora, zastrzegł sobie jednak jedną, bardzo ważną rzecz. W dokumencie nadawczym z 1285 czytamy 141 w opisie granic, że: „... i tak postępując, jak rozciąga się granica pana biskupa przez jezioro nazwane Sargense (Jezioro Dzierzgoń), i dajemy mu (Dytrychowi) całą tę część tego samego jeziora, która do nas należała, z zastrzeżeniem i dodaniem warunku (!) , że jeśli my lub nasi bracia postanowimy odprowadzić wodę z tego jeziora, dla jakichkolwiek naszych potrzeb, za pomocą kanałów lub rowów, to wspomniany Pan Teodoryk (Dytrych Stange) lub jego spadkobiercy nie powinni i nie mogą zabraniać budowy ani wody, ani rowów przez ich dobra... (CDWII s. 571/572) Jest to kluczowa wzmianka pokazująca, że Zakon, owszem nadał Dytrychowi Stange włości z Zamkiem Stangenberg i częścią Jeziora Dzierzgoń, ale pozostawił sobie kontrolę nad wodą i jej zarządzaniem. Jest to informacja nie do przecenienia, gdyż polityka wodna była w tamtym czasie czymś, co kreowało rzeczywistość i rozwój gospodarczy. Jak wiemy, krzyżacy kanałami i przekopami doprowadzili wodę z Jeziora Dzierzgoń do samej stolicy Zakonu w Malborku. Woda zasiliła głównie fosę zamkową, ale też fontanny. Jak pisał w 1824 roku Johannes Voigt (w „Geschichte Marienburgs, des Stadt und des Haupthau-ses des deutschen Ritter-Ordens in Preussen”, Konigsberg 1824), żeby woda dopłynęła z Jeziora Dzierzgoń do Malborka, trzeba było przezwyciężyć „...trudności nie do opisania”. Dalej autor bardzo poetycko wspomina nasze jezioro w kontekście opisu początku przekopu, który „...bierze swój początek w hrabiowskich dobrach Stangenberg, w pobliżu starego jeziora Sorge.” Dalej czytamy, że „...trzeba było nad wzgórzami i głębinami, przez jeziora, rzeki i strumienie z obliczeniami spadków pociągnąć wodę do Malborka. Trzeba było góry przekopywać, równać wzgórza, głębiny zasypywać a doliny nasypami i groblami wypełniać... ”. Ze strategicznego punktu widzenia Wielki Mistrz Meinhard von Querfurd podjął bardzo słuszną decyzję, zostawiając sobie kontrolę nad północnym ujściem wód Sorgen See. Pamiętajmy również o rybołóstwie, które w tamtych czasach było bardzo uregulowane i nawet najwięksi, tacy jak Dytrych Stange, mogli łowić tylko na własne potrzeby i wyłącznie za pomocą drobnego sprzętu. Podobne obostrzenia są w nadaniach dla Prusów nad Jeziorem Dzierzgoń. Wszystkie dokumenty nadawcze z tamtych czasów mają tę samą klauzulę. Pamiętajmy również, że woda napędzała młyny, a młyny to energia. Jeżeli 142 Daniel Borcuch przepływ wody zasilającej młyny szwankuje, wszystko się sypie. Tak też było w tym przypadku. Mimo, że biskup pomezański miał niemal całe Sorgen See dla siebie, a młyny na rzece Liwie, napędzane wodą z Jeziora Dzierzgoń, pracowały pełną parą, krzyżacki przekop odprowadzający wodę na północ, w kierunku Malborka, zburzył harmonię wodną całej okolicy. Ilość dokumentów opisujących spory, procesy i wręcz wojny o końcówkę Sorgen See, pokazuje, że mamy tu do czynienia z czymś wyjątkowym. Woda wypływająca przez północny koniec Jeziora Dzierzgoń przekopem płynęła do Jeziora Balewo i dalej do Malborka przez bardzo skomplikowany system rowów i akweduktów (jeden jest zachowany do dziś, ale to temat na oddzielne opracowanie). Tuż przed Jeziorem Balewskim był młyn, który również Stange otrzymał w nadaniu od krzyżaków. W tym samy dokumencie nadawczym z 1285 roku czytamy, że: „... Także młyn na końcu wspomnianego jeziora (Jez. Balewskie), oraz wystarczającą przestrzeń ziemi na groblę, ogród i wał, oraz drogę i rów, w długości i szerokości, jak przystoi młynowi, wyznaczamy jemu i jego spadkobiercom... ”. (CDWII s. 571/572) Spory między biskupem a Zakonem zaostrzały się. Powodem były roszczenia graniczne, właśnie w okolicy Jeziora Dzierzgoń. W końcu podpisano ugodę między Wielkim Mistrzem Meinhar-dem von Querfurt i biskupem pomezańskim Henrykiem w 1294 roku i uregulowano sporne kwestie graniczne. Dokument z tego roku kilkakrotnie wspomina Jezioro Dzierzgoń i szczegółowo opisuje przebieg granicy, która biegnie: „.. .prosto aż do Sarginse (Jez. Dzierzgoń) do granicy tam ustanowionej a stamtąd prosto przez to samo jezioro aż do rowu w bagnie Glode... ”. (PUB s. 25; PUB I (2) s. 395). Spór jednak trwał dalej. Dołączyli się do niego właściciele Rodowa. W przywileju dla tej wsi z 1361 roku, znajduje się nota, wspominająca o „tych ze Stangenbergu”, którzy majstrują przy przekopie: „... Warto również zauważyć, że ci ze Stangenbergu [Stążki] zatarasowali rów, blokując przepływ wody w kierunku Birkeliez (Perklice, Jezioro Balewskie), czemu sprzeciwiliśmy się z wielkim wysiłkiem, trudem i wojnami. W końcu brat Konrad Zolner, później Mistrz (Zakonu), Na styku światów 143 Komtur z Kirsburg (Dzierzgoń), doprowadził do tego, co zostało uzgodnione przez ugodowych rozjemców, o czym to porozumieniu i rozporządzeniu ci ze Stangenbergu mają pismo opieczętowane naszą pieczęcią, a ci z Rodow mają pismo opieczętowane naszą pieczęcią komtura z Kirsberg (Dzierzgoń) dla wiecznego umocnienia..." (UBP, s. 86). W przywileju dla Rodowa z 1361 roku Jezioro Dzierzgoń pojawia się kilkakrotnie jako punkt odniesienia do wyznaczenia granic dóbr. W dodatku bardzo ważny punkt, od którego tak naprawdę granice są wytyczane. W dokumencie czytamy, że ; „Pierwszy punkt graniczny zaczyna się od jeziora Sargin (Dzierzgoń), tak jak jest zaznaczone (w terenie); od niego idzie się do granicy zwanej Byrkingrenicz (Pirklitz - Perklice)); od której idzie się prosto do jeziora zwanego Egilsee (małe jeziorko za Rodowem) do zaznaczonego dębu; od tego dębu idzie się pewnym okręgiem, jak tam poła wskazują, do wielkiego dębu zwanego pospolicie Cogil-grenicz; od którego idzie się do ogólnej grobli, która jest granicą między nami a dobrami braci [Zakonników] (granica między biskupstwem a Zakonem); następnie idzie się na granicy naszych dóbr i dóbr braci do wspomnianego jeziora Sargin; następnie idzie się brzegiem tego samego jeziora aż do pierwszej granicy wspomnianej wyżej * * V T Ot - ’ <5> 6» < < ?v 144 Daniel Borcuch Wspaniały opis tego magicznego i obfitującego w wydarzenia historyczne pogranicza znajduje się również w dokumencie nadawczym dla Jona Swynchen (Jan Świnka) z 1418 roku. To był mój pierwszy dokument, który przestudiowałem z zapartym tchem od A do Z. Mimo, że znalazłem wcześniej drukowaną publikację tego dokumentu, to postanowiłem zmierzyć się z oryginałem Było to dla mnie niezapomniane przeżycie. Żeby ułatwić sobie część trudnych do odczytania liter, wyodrębniłem wcześniej z teksu i zapisałem na oddzielnej karcie cały alfabet. Wiedząc już, jak wygląda każda litera, odczytanie teksu stało się o wiele łatwiejsze. Tekst przynosi bardzo szczegółowy opis pogranicza, które badam z wielkim zainteresowaniem od kilku lat. Opisy są obrazowe i, co zwraca uwagę najbardziej, to rola kamieni granicznych, kopców, przekopów, rowów i drzew granicznych. Ilość wzmianek o tych punktach odniesienia jest bardzo duża. Mapy nie były jeszcze tak dokładne a mnogość dokumentów średniowiecznych ze sporami granicznymi i procesami świadczy o tym, że dokładne oznaczenia graniczne były bardzo ważną, wręcz fundamentalną sprawą. Ze wspomnianego dokumentu nadawczego z 1418 roku dowiadujemy, że Jan Świnka stał się właścicielem min. wsi Stangeberg (Stążki), Hofchen (Dworek) i Pirklitz (Perklice). Opis granic nadanych dóbr zaczyna się znów nad samym Jeziorem Dzierzgoń (See Sarge). W dokumencie czytamy, że: „...Granica zaczyna się od rowu (przekopu), który jest lokalną granicą między Stangenberg (Stążki), Teschendorf (Cieszymowo) i Jakobsdorf (Jakubowo) i biegnie prosto przez Jezioro Sarge (Dzierzgoń) do kamiennej granicy, która jest wyznaczona przy tym tym samym jeziorze przy rowie (przekopie), który jest granicą ziemską między biskupstwem Riesenburg (Prabuty - biskup pomezański) a obszarem Christburg (Dzierzgoń - komturstwo dzierzgońskie - czyli mowa tu właśnie o naszej prastarej, niezmiennej granicy) i idzie prosto dalej wzdłuż rowu aż do kamienia, który leży na wzgórzu przy jeziorze Lamsee i idzie dalej od tego kamienia, prosto wzdłuż wzgórza aż do kamienia, który tam leży na granicy miejscowej między dobrami Stangenberg Na styku światów 145 (Stążki), Niclosdorf (Mikołajki) i Rodaw (Rodowo) i idzie dalej przez las na stary, zasypany kopcem pień i dalej od tego zasypanego pnia do oznaczonej lipy, stojącej przy drodze... Opis granicy kończy się również na Jeziorze Dzierzgoń: „...i od tych dwóch kamieni prosto przez pole w dół wzgórza na duże pastwisko i potem na wzgórze do kamienia i prosto na usypaną kopcem granicę położoną na końcu początkowego rowu (przekopu) i w dół tego samego rowu do oznaczonego kamienia przy tym samym rowie i dałej w dół rowu aż do jeziora Sarge (Dzierzgoń)... ” Zapalne miejsce na końcu Sorgen See było piętą Achillesową niemieckich koalicjantów, czyli Biskupstwa Pomezańskiego i Zakonu Krzyżackiego. Krzyżacy kontrolując swoją końcówkę Jeziora Dzierzgoń, mieli tak naprawdę wpływ na niemal całą politykę wodną okolicy. Gdy uciekało zbyt dużo wody na północ do Jeziora Balewskiego i dalej do Malborka, to traciły na tym młyny biskupie na Liwie, którą zasilały również wody Jeziora Dzierzgoń. Mniejszy stan wody w jeziorze Dzierzgoń, to mniej energii wodnej przeznaczonej dla gospodarki w biskupstwie. Po II pokoju toruńskim, czyli po 1466 roku, ten mały kawałeczek Sorgen See, należący wcześniej do krzyżaków, potem do Dytrycha Stange i następnie do właścicieli Stangenbergu (Stążek), trafił pierwszy raz w historii w ręce polskie, czyli wszedł w obręb Prus Królewskich. Pozostała część jeziora została przy Niemcach, czyli w Prusach Książęcych. Teraz Polacy kontrolowali północny koniec jeziora i spór na nowo nabrał rumieńców. W 1553 roku biskup pomezański Paweł Speratus przedstawił księciu pruskiemu raport o poważnym zagrożeniu dla całego regionu, który nie był dość zasiedlony, a braki wody w młynach nie pomagały w próbie większego zaludnienia tej części Prus. Książę Albrecht Hohenzollern oczywiście wspierał głos biskupa i robił wszystko co można, aby sprawy potoczyły się w interesie księstwa pruskiego. Mimo kłopotów Polacy bardzo chcieli, żeby przekop dalej pełnił swoją rolę, chcieli go nawet poszerzyć. Przygotowywania do kopania i wycinki lasów porastających północną część jeziora lasów ruszyły pełną parą. Sprawa jednak nie wiadomo dlaczego przycichła na sto lat. W 1617 roku ekonom Meyher z Marienburga (Malborka) rozpoczął ponowne kopanie. Niestety po długich negocjacjach znowu rząd pruski zablokował tę inicjatywę na kolejne sto lat! Na początku XVIII wieku (dokładnie wtedy, kiedy swoją mapę malował Samuel Suchodolec) Polska podjęła nową próbę i tym razem po cichu wykopano nowe rowy i wybudowano śluzy. Wszystko było praktycznie gotowe i wystarczyło tylko otworzyć zablokowany przepływ. Kiedy dowiedział się o tym świeżo koronowany król pruski Fryderyk I, natychmiast zlecił robotnikom zniszczenie śluz i zasypanie rowów. Ci pod eskortą piechoty i kawalerii wkroczyli na tereny 146 Daniel Borcuch polskie i wszystko zniszczyli, kolejny raz krzyżując Polakom plany, (wspomina o tym KJ. Kaufmann w „Geschichte des Kreises Rosenberg, bd.l” - Marienwerder 1927). Można powiedzieć, że nastąpiła wtedy mini inwazja na nasze ziemie, bo przecież granica przebiegała na jeziorze, a przekop i koniec jeziora był po stronie polskiej (!). Właśnie tego dotyczyła tajemnicza notatka na mapie Samuela Suchodolca z początku XVIII wieku. Dowiadujemy się z niej o zasypaniu świeżo wykopanego przekopu. Autor wręcz „zabazgrał” końcówkę jeziora i przekop. Dwa przekazy historyczne, mapa i wzmianki w źródłach pisanych, wspólnie „zagrały” niczym komiks. Jak widać pogranicze tętniło życiem, a spory polityczno--gospodarcze były tam na porządku dziennym. W marcu 2024 wspólnie z prof. Mariuszem Białeckim odwiedziliśmy zapomniany wał graniczny i ruszyliśmy wzdłuż niego od samego Jeziora Dzierzgoń aż do Stangenber-gu (Stążek). Towarzyszyli nam moi dwaj zacni koledzy, kwidzyniacy (podobnie, jak ja): Aleksander Lubiński, który robił zdjęcia i Zbigniew Tatarczyk, autor zdjęć z drona. Nasz pojazd powietrzny przeleciał wzdłuż opisanej przez dokument nadawczy dla Jana Świnki w 1418 roku granicy, robiąc niezapomniane i magiczne ujęcia. Zaczęliśmy od przekopu po wschodniej stronie Jeziora Dzierzgoń (granica Jakubowa, Stążek i Cieszymowa) i dalej nad Sorgen See i prastarym wałem. Towarzyszyła nam niesamowita mgła, która sprawiła, że zdjęcia nabrały bardzo tajemniczej aury. Wał i towarzyszącą mu fosę porasta latem bardzo gęsta i kolczasta roślinność, dlatego zorganizowałem ekspedycję późną zimą. W tym okresie wejście w tą gęstą „przesiekę” jest możliwe i można wyjść z niej żywym. Wcześniej kilka razy odwiedziłem ten przygraniczny teren z moim przyjacielem Sebastianem Iwickim. Za każdym razem to miejsce robiło na mnie wielkie wrażenie. Marzyłem jednak, żeby przyjechać tam zimą i zrobić oględziny wewnątrz tej skrywającej dawną historię gęstwiny. W końcu się udało, a film z tej wyprawy można zobaczyć na You Tubę pod hasłem „Prastara granica na Jeziorze Dzierzgoń”). Mapa Samuela Suchodolca z początków XVIII wieku jest wyjątkowo prezyzyjna. Jednocześnie emanuje niezwykłym pięknem, jakby była spadkobierczynią średniowiecznych dziejów. Mówi nam więcej niż zwykła mapa. Komentarz z końca Jeziora Dzierzgoń informujący o zasypaniu przez wojska pruskie historycznego przekopu, który właśnie został odkopany przez Polaków, to prawdziwa historyczna gratka. Kaufman pisząc o tych starciach w swojej książce o powiecie suskim z pewnością nie znał tej mapy, bo wspomniałby Na styku światów 147 o dawnym wale granicznym, a tego nie zrobił. Kolejne mapy tylko potwierdzały dawną granicę i to, że przechodziła przez „Jezioro Troski” (Sorgen See, Jezioro Dzierzgoń). Mapa Jana Władysława Suchodolca z 1732 roku (syna Samuela), czy mapa L. F. von Schroettera z przełomu XVIII/XIX wieku. Niezmienna ciągłość granicy... Zmieniała się polityka, ludzie a dzieje tego regionu były pełne gęstej i często smutnej historii. Cichy wał, ostaniec, ziemno-kamienny świadek historii, miejsce, które od zawsze dzieliło. Dziś dobrze byłoby o ten skrawek zadbać i nie pozwolić mu zniknąć. Sądzę również, że warto go wpisać do rejestru zabytków, a z pewnością przeprowadzić tam badania. Ten przygraniczny teren ma w sobie niesamowitą energię. Jest trochę na uboczu, z dala od głównego traktu. Gdy pierwszy raz tam przyjechałem, to miałem wrażenie, że nikt nie wie o jego istnieniu, że ludzie tam żyjący, funkcjonują jakby w innym universum. Głównie przygraniczny Stangenberg (Stążki) tak na mnie podziałał. Niesłychane, że siedziba najpotężniejszego rycerza i właściciela największych dóbr w Prusach w tamtym czasie została zapomniana i odstawiona na boczny tor. Mam wrażenie, że wraz z zakopaniem tego historycznego przekopu, blokując przepływ wody z Jeziora Dzierzgoń na północ, zakopano dawną historię tego miejsca. Duży staw młyński, który istniał bezpośrednio u podnóża zamku i pałaców w Stangen-bergu w towarzystwie Jeziora Balewskiego i Jeziora Dzierzgoń, sprawiał, że okolica była otoczona wodami i miała zupełnie inny charakter. Działające młyny wodne i wiatrowe, folwarki, do tego wkraczająca industrializacja, wojny, zarazy, wyludnienia i przesiedlenia, to wszystko zmieniło obraz i energię tego miejsca na zawsze. Dziś odkrywamy je na nowo. Ja osobiście jestem pod wielkim wrażeniem tego mikroregionu. Jednocześnie ze zdumieniem odkrywam, jak mało wciąż o nim wiemy. Tylko raz w całej swojej historii omawiana granica zmieniła swój kształt (ale wciąż przechodziła przez Jezioro Dzierzgoń), robiąc mały zygzak na północ, po czym znów odbiła na południe w kierunku brzegu. Widać to na mapie z 1872 roku. Jednak już na mapie agronomicznej z 1895 roku kształt granicy powrócił do dawnego, kilkusetletniego przebiegu. Jezioro troski (Sorgen, Dzierzgoń), do którego wpływa rzeka miłość (Liebe, Liwa)... Czy to nie jest piękne? Lokalna toponimia i hydronimia skrywa jak widać oddzielny rozdział tej barwnej historii tajemniczego pogranicza. Historii jeszcze dość zamglonej i zapomnianej, ale z roku na rok, badając ten mikroregion, wydzieram mu kolejną partię jego sekretów. Skróty bibliograficzne: UBP — Urkundenbuch zur Geschichte des vormaligen Bisthums Pomesanien. H. Cra-mer. Marienwerder 1885, CDW - Codex Diplomaticus Warmiensis. Carl Peter Woelky. Mainz 1864 OF - Ordens Folianten: OF 95, f. 35-37; (1418 III 24, dokument nadawczy dla Jana Świnki) OF 100, f. 105v-106; (1399 III 23, odnowiony dokument lokacyjny dla wsi Stążki/ Stangenberg) OF 116, s. 15-16; (1379 VIII 18, dokument z kopiariusza biskupa Jana I Moncha z tzw Małej Księgi Przywilejów) 148 Daniel Borcuch Wielkie podziękowania dla Seweryna Szczepańskiego za udostępnienie mi skanów średniowiecznych dokumentów. Dziękuję Kazimierzowi Madeli za skany map i wspólne inspirujące rozmowy. Dziękuję Aleksandrowi Lubińskiemu i Zbigniewowi Talarczykowi za piękne zdjęcia starego wału oraz prof. Mariuszowi Białeckiemu za wspólne przygody na „pograniczu światów”. Więcej informacji o Jeziorze Dzierzgoń i pograniczu (zdjęcia, filmy, mapy, dawne wzmianki) można znaleźć na moim blogu na Facebooku - Sorgensee. Pojechał Pawlik zdobywać Paryż 149 Arkadiusz Wełniak POJECHAŁ PAWLIK ZDOBYWAĆ PARYŻ Kawalerzysta Karl Falk z Dzierzgonia, kirasjer Schultz z Polaszek, fizylierzy Florian Zyn-da z Gościszewa, strzelcy Friedrich Broczinski z Kątków, Johann Mielke i Juliusz Dumal-ski z Benowa, Franz Pawlik z Michorowa, Adam Krakowiecki (Krakowski) z Koźlinka, Józef Kozłowski z Kałwy, szeregowiec Gustaw Weiss ze Sztumskiej Wsi. To oni znaleźli się wśród 1189 poległych żołnierzy armii pruskiej1 podczas całodniowej bitwy pod Colombey-Nouilly na wschodnich przedpolach francuskiego miasta Metz dnia 14 sierpnia 18702. Kanonier-artylerzysta Piotr Chruszczyński ze Starego Targu zginął trzy dni później w potyczce pod Rezonville, Jan Scisłowski ze Straszewa, grenadier II Batalionu królewieckiego Regimentu Kronprinz, poległ pod Saint Privat le Montaigne, a Leopold Dreyer ze wsi Nowiec, trafiony odłamkiem w głowę, zmarl na polach najkrwawszej bitwy tej wojny, czyli pod Gravelotte. Wojna francusko-pruska o hegemonię w Europie rozpoczęła się 19 lipca 1870 roku, a najwcześniejszy etap walk koncentrował się nad Mozelą i w przygranicznych departamentach Lotaryngii i Alzacji. Do wojny parli obaj władcy: Cesarz Francuzów Napoleon III oraz król pruski Wilhelm I Hohenzollern, choć każdy z nich miał nieco inne cele w polityce międzynarodowej i wewnętrznej. Stanowiska te zresztą podzielała nie tylko arystokracja i konserwatywne elity, ale także inne warstwy społeczne, szczególnie w państwach niemieckich. Idea Bismarcka, że nic tak nie zjednoczy etnicznych Niemców jak wspólny wróg, okazała się trafna. W 1870 roku armia pruska była liczna, zdyscyplinowana, dobrze zorganizowana, wyposażona i uzbrojona. Warto podkreślić, że szybko rozbudowywana i modernizowana armia była oparta na powszechnym poborze, a trwającej trzy lata służbie wojskowej podlegali wszyscy zdolni do noszenia broni niezależnie od pochodzenia, narodowości czy posiadanego majątku. Armia dysponowała solidnym sztabem i była dowodzona przez niezwykle doświadczonych generałów, którzy swoje szlify zdobywali w wojnach przeciw Danii (1864) oraz Austrii o dominację w Związku Niemieckim (1866). Tworzona przez cztery rodzaje broni: piechotę, kawalerię, artylerię i wojska techniczne, po uformowaniu jedenastu korpusów liniowych i korpusu gwardii, została podzielona na trzy Armie Polowe. Dowodzili nimi: generał Karl Friedrich von Steinmetz, książę Fryderyk Pruski oraz następca tronu książę Fryderyk Wilhelm. Po przeprowadzeniu powszechnej mobilizacji armia pruska liczyła w służbie czynnej (wraz z rezerwami) ponad 730 000 żołnierzy oraz 1 Pod nazwą „armia pruska” (wymiennie stosuję w tekście: oddziały lub wojska niemiecka) należy rozumieć armie państw wchodzących w momencie wybuchu wojny 1870 roku w skład Związku Północniemieckiego oraz innych sprzymierzonych księstw i państw niemieckich (z pominięciem Austrii). 2 W krajach francuskojęzycznych znana jest również jako Bataille de Borny lub Bataiłle de Courcelles. 150 Arkadiusz Wełniak Atak na Le Bourgette w 1870, mai. Carl Rochling 210 tysięcy landwerzystów. Z tej liczby do bezpośrednich działań bojowych przeciwko Francji przeznaczono ponad 630 tysięcy żołnierzy wyposażonych w 1480 dział. W dniach 18-26 lipca 1870 roku w Sztumie i w Dzierzgoniu przeprowadzony został przyspieszony zaciąg rezerwistów w związku z ogłoszoną powszechną mobilizacją. Poza kadrą podoficerską oraz żołnierzami służby czynnej z powiatu sztumskiego zmobilizowano blisko 350 rezerwistów czynnych oraz dodatkowo byłych landwerzystów w wieku 30-38 lat. Wielu z nich uzupełniło skład formowanych w Gdańsku, Grudziądzu, Chełmnie i Starogardzie wschodniopruskich regimentów piechoty, strzelców i grenadierów. Inni zostali przydzieleni do oddziałów artyleryjskich czy gdańskich kirasjerów. Istniejąca i rozbudowywana sieć kolejowa w Prusach odegrała kluczową rolę w koncentracji wojsk, umożliwiając szybkie i masowe przemieszczanie rekrutów, sprzętu i amunicji na zachód, w kierunku granicy z Francją. Jak pisał Prof. Tobias Arand z Ludwigsburga, specjalizujący się w historii wojskowości Prus: koleje dały Prusom już na początku ogromną przewagę nad Francją, która w tym względzie była zapóźniona5. Do dnia 1 sierpnia 1870 roku kilkanaście pierwszych specjalnych pociągów z wojskiem, końmi, sprzętem i zaopatrzeniem z obszarów rejencji zachodniopruskiej dotarło w rejon zgrupowania I Armii pod Trewirem i Saarlouis. Mieszkańcy miast i wsi położonych wzdłuż linii Kolei Pruskich z Królewca do Berlina, wiodącej przez Malbork, most na Wiśle pod Tczewem, Chojnice i dalej w kierunku punktu zbornego w Pile z dumą bądź troską obserwowali przejeżdżające transporty wojenne. Wielu z nich widziało wtedy po raz ostatni swoich synów, mężów, braci czy ojców wyruszających walczyć za Cesarza i Prusy w wojnie z Francuzami. Próbami bojowymi były dla niektórych pierwsze zwycięskie bitwy pod Spicheren pod Saarbrucken oraz Froeschwiller (Wórth) nad Dolnym Renem rozegrane 6 sierpnia 1870 roku. W tej drugiej przy dużym udziale i zaangażowaniu posiłków włączonych do XI Korpusu Pruskiego siły niemieckie (w których znalazły się także oddziały bawarskie i wirtemberskie) rozbiły armię marszałka Patrice de Mac Maho-na, biorąc do niewoli ponad 9000 żołnierzy francuskich. Rok temu, objeżdżając Alzację i wschodnią Francję, odwiedziłem m.in. Muzeum Bitwy w Woerth (Musee de la Bataille du 6 aout 1870). Szczególne wrażenie robią zgromadzone tam niezwykle, realistyczne malowidła ze scenami batalistycznymi, które uświadamiają ogrom strat i okropieństwo wojny. 3 T. Arand, 1870/71. Die Geschichte des Deutsch-Franzosischen Krieges 1870/71 erzahlt in Einzelschicksalen, Osburg Verlag, Hamburg 2018. Autor prowadził w mediach społecznościowych audycję Twitter-Projekt Krieg 70/71. Wywiad-rzeka z prof. Arandem w cyklu Geschichte-Europas: Der deutsch-franz;sische Krieg 1870/1871. https://geschichtspodcasts.de/epi-sode/geu-10/der-deutsch-franzosische-krieg-1870-71 -mit-prof-dr-tobias-arand/geschichte-europas (dostęp 13.08.2025) Pojechał Pawlik zdobywać Paryż 151 Tymczasem w odległym Sztumie w dniach 7-8 sierpnia przeprowadzono kolejną rejestrację i przyśpieszony pobór nowych roczników poborowych (1839-1840). Dodatkowo zabezpieczono konie i żywność z obowiązkowych kontyngentów powiatowych na potrzeby armii. Zredukowano wydatki budżetowe, najzamożniejszych objęto dodatkowym podatkiem wojennym oraz wprowadzono limity i ograniczenia w sprzedaży niektórych produktów żywnościowych, gospodarczych i przemysłowych. Pod nadzorem ówczesnego staro- Księga zgonów ewangelików kościoła garnizonowego w Munster z wpisem dot. Juliusa Dumalskiego Militargem. Munster sty sztumskiego (1868—1872) Heinricha von Gelderna prowadzona była wielotygodniowa zbiórka pieniężna na rzecz wojska. Kiedy armia dowodzona przez pruskiego gen. Steinmet-za parła na Zachód w kierunku Metz doboszem (Tambour) w 6 Kompanii Piechoty był 23-letni wówczas Franz Kurkowski z Klecewa. Zaginął w okolicach wsi Grigy, a jego los przez kilka tygodni pozostawał nieznany. Dopiero w październiku został uwolniony z francuskiej niewoli w Tinqueux w departamencie Marna. Podobny los spotkał rekrutów ze Sztumu Franza Boehnke oraz braci Antona i Piotra Kurkucia, Mathiasa Patzwalda z Posto-lina. Adama Schustera z Białej Góry czy fizylierów Dominika Nowaka ze Straszewa i Jana Pałuckiego z Pułkowic, którzy zostali pojmani przez Francuzów podczas kilkudniowych walk pod Metz. Niektórzy, jak młodszy z Kurkuciów, zmarli w czasie niewoli w grudniu 1870 roku, inni, jak szeregowiec Scheffler z Trzciana czy Franz Reppert ze wsi Ramoty, zostali uwolnieni po wielu miesiącach, m.in. z obozów pod Reims i pod Paryżem. Wspomniana już wielogodzinna, niezwykle krwawa bitwa toczona między wsiami Colombey--Nouilly i Coincy 14 sierpnia okazała się jedynie pyrrusowym zwycięstwem francuskiej Armii marszałka Bazaine. Kilka dni później pod klęsce pod Gravelotte wojska francuskie zostały otoczone i musiały wycofać się do twierdzy Metz. Publikowane od 1871 roku listy strat bojowych armii pruskiej (niemieckiej) przynoszą szczegółowo informacje o poległych, rannych i zaginionych. Jednostkowo wykazywano przynależność oficerów, podoficerów i szeregowych żołnierzy do poszczególnych jednostek, stopień, miejsce urodzenia, czas i miejsce zgonu lub odniesione rany. W tym ostatnim przypadku zazwyczaj podawano szczegóły statusu verletzt, a w przypadku wyższych stopni dopisywano informacje o losie zranionego żołnierza. Jest to niezwykle cenne źródło, dające bardzo szeroki obraz działań wojennych, stanowiąc jednocześnie wyborny materiał wyjściowy do badań demograficznych, społecznych, narodowościowych i oczywiście genealogicznych. Listy strat niemieckich podczas batalii 1870-1871 roku zostały w ostatnich 152 Arkadiusz Wełniak Obelisk na Cmentarzu Wojennym w Gravelotte kilkunastu latach zindeksowane i zewidencjonowane staraniem środowiska niemieckich genealogów4. W 2015 roku Hans Surkau, mój nieoceniony kolega z Verein f. Familienforschung Ost- und Westpreussen5, opublikował na tej podstawie dwutomowe wydawnictwo, w którym zestawił owe Verlustliste w odniesieniu do prowincji Prusy Wschodnie i Zachodnie6. Poza wykazanymi na samym wstępie artykułu poległymi 14 sierpnia żołnierzami znajdziemy tam kilkaset innych nazwisk osób ciężko rannych, poszkodowanych o dużym stopniu inwalidztwa czy zmarłych potem wskutek ran w lazaretach, pochodzących z powiatu sztumskiego. Przykładowo Antoni Zalewski z Jasnej, z jednostek szturmowych Brygady majora von Goltza, został ciężko ranny podczas ataku na pozycje francuskie we wsi Colombey. Oślepiony po wybuchu granatu, stracił wzrok i prawą rękę. Zmarł miesiąc później w szpitalu wojskowym w Hanowerze, co poświadcza księga ewangelicka pochówków tamtejszego garnizonu. Szeregowy 44 Regimentu, Peter Preiskowski robotnik ze sztumskiego Przedzamcza, lekko ranny pod Noisville, został włączony do oddziałów oblegających Metz. Tam został po raz kolejny poszkodowany, a ze względu na zły stan fizyczny i psychiczny został odstawiony do szpitala polowego w Les Etanges, a stamtąd do ośrodka opieki w Berlinie. Fizylier z 10 Kompanii Strzelców Johann Berg ze wsi Kuksy podczas intensywnego ostrzału trafiony w bark i brzuch, co prawda przeżył, ale w późniejszych dokumentach cywilnej Landratury Sztumskiej i akcie ślubu swojej córki występuje już jako inwalida wojenny (Kriegsinvalide). Martin Pastewski z Pulkowic wskutek odniesionych ran głowy został odstawiony do lazaretu polowego St. Marie aux Chenes. Gefreiter August Kastner z Jurkowie stracił nogę, a Franz Tucholski z Waplewa utracił wzrok w jednym oku i słuch. Mimo, że podstawę uzbrojenia strzeleckiego piechoty niemieckiej stanowił niezwykle skuteczny jak na tamte czasy karabin iglicowy Dreyse, ładowany odtylcowo, wielu z młodych żołnierzy ginęło podczas akcji szturmowych pod ostrzałem francuskich armat. Ciężkie i nierzadko śmiertelne rany nie były jednak domeną żołnierzy najniższych stopni. Pod Saint Privat i Graneville mocno ucierpieli Franz Preiziński z elitarnego Regimentu Husarów a ciężko ranny Franz Kamiński z Cieszymowa z oddziału ułanów do końca wojny przebywał w lazarecie w Givonne w Ar-denach. 25-letni wówczas Henryk Donimirski, ziemianin z Zajezierza i późniejszy poseł do Landttagu, również został ranny po wybuchu granatu i postrzale podczas bitwy pod Metz, 4 http://www.denkmalprojekt.org/verlustlisten/verlustlisten_l 870-71 .htm 5 Towarzystwo Genealogiczne Prus Wschodnich i Zachodnich (VFFOW) 6 Hans-Christoph Surkau, Die Yerluste der Kgl. Preu^ischen Armeee an Ost- und Westpreu^en im Deutsch-Franzosischen Krieg 1870/71. Nach den offiziellen Yerlustlisten bearbeitet. Band I-II, Hamburg, 2014. Pojechał Pawlik zdobywać Paryż 153 wcześniej objął dowodzenie oddziałem, gdy został ranny kapitan von Putkammer. Wielu lżej rannych, po opatrzeniu lub krótkim pobycie w lazaretach, włączano do batalionów zastępczych. Wielkie zwycięstwo Prus pod Sedanem 2 września 1870 roku, upokarzające przeciwnika pod względem rozmiarowi liczby jeńców, oznaczało rozsypkę Armii Francuskiej i otwierało drogę w kierunku Paryża. W konsekwencji przegranej bitwy pod Sedanem nastąpił także koniec II Cesarstwa oraz upadek Napoleona III, którego wzięto do niewoli i odesłano z wieloma wysokimi rangą dowódcami francuskimi do Kassel i Trewiru. Zdobycie i zniszczenie Strasburga, kapitulacja twierdzy Metz, zwycięskie bitwy pod Amiens, Beaune-la-Rolande i Loigny oraz oblężenia Paryża były nie tylko ukoronowaniem strategii militarnej pruskiego dowództwa na czele z generałem von Mokkę, ale przede wszystkim symbolem taktyki i politycznego geniuszu Otto von Bismarcka. Pod koniec 1870 roku losy Francji w tej wojnie były przesądzone. Upadło morale resztek regularnego wojska i części tworzonej Gwardii Republiki, skutkując poddawaniem bez walki kolejnych miejscowości i dezercją żołnierzy. Pogłębiały się problemy wewnętrzne, w społeczeństwie rosła niechęć do nowych władz Republiki i ugodowej polityki premiera Louisa Thiersa. Wrzenie wśród ludności Paryża i narastający radykalizm ulicy doprowadziły kilka tygodni później do zrywu rewolucyjnego zwanego w historiografii Komuną Paryską. 18 stycznia, dokładnie po pół roku od wybuchu wojny, w podparyskim Wersalu król Prus Wilhelm I Hohenzollern został obwołany Cesarzem Niemieckim, a Bismarck proklamował powstanie Cesarstwa Niemieckiego. Nie oznaczało to jeszcze końca działań wojennych. Bronił się bombardowany Paryż, generał Charles-Denis Bourbaki gromadził ochotników i przegrupował resztki Armii Wschód, doszło do kilku większych bitew i potyczek. W jednej z nich, pod Courcelles (13.01.1871), życie stracił Johann Dau z podsztumskiej Nowej Wsi oficer 5 Kompanii Strzelców rekrutującej się m.in. żołnierzy stacjonujących podczas pokoju w Malborku i Kwidzynie. W bitwie pod Saint Quentin ciężko ranny został Joseph Gancza, weteran wojen duńskich i doświadczony podoficer z Pruskiego Regimentu Grenadierów. Triumfalizm wojenny Bismarcka i Cesarza został okupiony ofiarami i dalszymi stratami wśród żołnierzy armii niemieckiej. Korespondencja i meldunki telegraficzne o kolejnych poległych były masowo przesyłane przez administrację wojenną do macierzystych garnizonów i za ich pośrednictwem do urzędów cywilnych. W księgach metrykalnych poszczególnych garnizonów roi się od wpisów pochowanych żołnierzy w kwaterach i mogiłach zbiorowych cmentarzy wojennych pod Gravelotte, Metz, Amiens, Orleanem, Dijon i na cały odcinku Mozeli i Marny. Zachowane listy strat wojny francusko-pruskiej dowodzą na podstawie samych nazwisk i miejsc urodzenia, jak duży odsetek poległych i ciężko rannych stanowili polscy mieszkańcy Prus. Wedle różnych szacunków około 6% kadry oficerskiej i podoficerów w Armii Pruskiej było narodowości polskiej. W przypadku żołnierzy i zmobilizowanych rezerwistów udział ten musiał być znacznie wyższy. Wedle jednej z zachowanych relacji w bitwie pod Grave-lotte, gdzie walczyła szczególnie duża liczba piechoty i strzelców z Poznańskiego i Pomorza Nadwiślańskiego, żołnierzy zagrzewano do walki grając m.in. Mazurek Dąbrowskiego. W bitwach pod Metz, Amiens czy Beaugency stawali naprzeciw siebie Polacy z Wielkopolski i potomkowie powstańców listopadowych i przymusowi polityczni wychodźcy z Kongresówki. Na ile prostym żołnierzom, robotnikom ze Sztumu, chłopskim rekrutom ze Starego 154 Arkadiusz Wełniak Drrluft-fW ttr. 4 foroeit fie bi« juni 25. $luguP eingtgangtn ifł. Strona Yerlustliste z sierpnia 1870 roku. Martin Opitz Bibliothek w Herne Targu, Mikołajek czy Postolina wcielonym do armii i przerzuconym na front nad Mozelę i do Lotaryngii towarzyszyła refleksja, że walczą w nie swojej wojnie i nie swojej sprawie? Mimo, że była to już czwarta generacja poddanych Hohenzollernów, a Kultur-kampf, antypolonizm Bismarcka i polityka german izacyj na miały już swoje efekty, wielu musiał towarzyszyć jakiś wewnętrzny opór. Nie sposób tu nie przywołać rozliczeniowej noweli Bartek Zwycięzca Henryka Sienkiewicza (1882), której tłem i punktem wyjściowym do rozważań jest właśnie wojna francusko-pruska i powojenne dylematy bohatera. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem system fortyfikacji twierdzy Ehrenbreitstein pod Koblencją, szczególnie przytłaczające wrażenie zrobiło na mnie udostępnione zwiedzającym odtworzone pomieszczenia koszar z drugiej połowy XIX wieku. Prycze, wą- skie przejścia, duchota, daszek wartowniczy, wychodek, magazyn na broń i amunicję, stajnia i kawałek dalej za placem apelowym mauzolea i obeliski w hołdzie tym, co zginęli za Prusy i Niemcy w tej i kolejnej wojnie. Do takich jednostek jak ta w Ehrenbeitstein, w Minden, Moguncji, Bremerhaven, Blexen czy Saarlouis na zachodnich krańcach Prus trafiali coraz częściej w czasach kanclerza Bismarcka poborowi z Prus Zachodnich. Wielu z nich nie posługiwało się biegle językiem niemieckim, więc w tym przypadku łączono dyscyplinę i szkolenie wojskowe z adaptacją wśród niemieckich żołnierzy oraz kształtowaniem politycznym i charakterologicznym nowego, posłusznego obywatela Prus. Christoph Kiessmann zwracał uwagę, że dłuższy pobyt w wojsku w Nadrenii i Westfalii oraz wojna 1870 roku w pewnej mierze przyczyniła się do migracji zarobkowej Polaków z Prus Zachodnich, Warmiaków czy Mazurów do Zagłębia Ruhry. W lutym 1871 roku, po podpisaniu preliminariów pokojowych w Paryżu, pierwsi żołnierze zwycięskiej Armii Niemieckiej zaczęli wracać koleją na Wschód. Dotyczyło to początkowo głównie byłych zmobilizowanych rezerwistów, którzy po przejściu przez punkt filtracyjno-rejestracyjny i sanitarny w Malborku byli zwalniani do domów. W czasie, kiedy Cesarz Niemiec zjednoczonych pod egidą Prus nadał konstytucję i kiedy traktat pokojowy Pojechał Pawlik zdobywać Paryż 155 Śmierć majora Haldena pod Gravelotte, mai. Carl Rochling we Frankfurcie przyznawał Niemcom Alzację i część Lotaryngii, w prowincjonalnym Sztumie i okolicy odbywały się symboliczne pogrzeby poległych. W księdze zgonów parafii ewangelickiej w Sztumie odnotowano zgon Jakuba Rienassa, lat 29, zmarłego w wyniku ran odniesionych pod Metz i pochowanego w oznaczonej, zbiorowej mogile cmentarza wojennego w Amiens. Pozostawił żonę Antonię oraz córkę Marię, która przyszła na świat kilka tygodni po jego śmierci. Symboliczny pogrzeb i nabożeństwo wspominkowe odprawił 17 czerwca 1871 roku pastor Wenske. Obok Rienassa w księdze zgonów Sztumu figuruje wpis dotyczący Jana Schlomskiego, stanu wolnego, z Trzciana, zmarłego w szpitalu polowym w Marcelcave7. Podobne zapisy rejestrowane w drugiej połowie 1871 roku i w 1872 roku znajdziemy w zachowanych księgach zgonów parafii rzymskokatolickich w Benowie, Kałwie i Postolinie8. Artykuły i relacje ogólnoniemieckich i lokalnych gazet z wiosny 1871 roku obfitują w informacje o entuzjastycznym fetowaniu wielkiego zwycięstwa nad Francją i Zjednoczenia Niemiec. W każdym mieście od Nadrenii przez Schlezwik po najodleglejsze powiaty Prus Wschodnich pojawiały się nowe nazwy ulic i placów: Moltkego, Roona, Zastrowa czy Goebena. Kanclerz Otto von Bismarck, faktyczny ojciec politycznego i militarnego sukcesu, który domknął wieloletni proces jednoczenia Niemiec, doczekał się jeszcze za życia setek pomników i obelisków na jego cześć (Bismarckturm). Aż do 1945 roku można było je spotkać także na Powiślu Sztumskim. A Polacy i polskojęzyczni katolicy z tych terenów? Niektórzy w swojej naiwności niczym sienkiewiczowski Bartek Słowik z Pognębina być 7 Zasób Evangeisches Zentralarchiv w Berlinie. 8 Zasób Archiwum Diecezjalnego w Elblągu. 156 Arkadiusz Wełniak może poczuli, że mieli swój mały udział w tym dziele. Inni chcieli po prostu żyć w spokoju i nie narażać się władzom. Bardziej świadomi narodowościowo przedstawiciele polskiego duchowieństwa, ziemiaństwa i szlachty jak Henryk Donimirski w ówczesnych politycznych realiach widzieli przede wszystkim możliwość organicznikowskich inicjatyw ekonomicznych, społeczno-kulturalnych i kultywowania polskości i patriotyzmu. Wojna francusko-pruska 1870/1871 jest w historiografii polskiej rozdziałem raczej zapomnianym, wtłaczanym zazwyczaj w dzieje Niemiec i historii powszechnej. Nawet jeżeli wygrana wojna wzmogła w cesarskich Niemczech tendencje militarystyczne, imperialistyczne i nacjonalistyczne, nie należy zapominać, że życie podczas niej straciło wielu Polaków, także ze Sztumu i okolic. Wielu z badaczy widzi w wydarzeniach 1871 roku i w warunkach narzuconego traktatu pokojowego wstęp do Wielkiej Wojny z lat 1914-1918, w której zginie jeszcze więcej młodych mężczyzn o polskich korzeniach rodzinnych ze Sztumu i okolic. Będą to niejednokrotnie synowie i potomkowie weteranów wojny francusko-pruskiej, którzy dorastali karmieni w szkołach hasłami o silnym i niepokonanym państwie niemieckim hartowanym, jak chciał Bismarck, żelazem i krwią. Literatura T. Arand, 1870/71. Die Geschichte des Deutsch-Franzosischen Krieges 1870/71 erzdhlt in Einzelschicksalen, Hamburg 2018. G. Wawro, Niemieckie zwycięstwo nad Francją w latach 1870—1871, Oświęcim—Karków 2015. M. Suchacki, Od Custozzy do Loigny 1866-70, Zabrze 2013. L. Trzeciakowski, Otto von Bismarck, Wrocław 2009. K. Hoyer, Krew i żelazo. Powstanie i upadek Cesarstwa Niemieckiego 1871—1918, Warszawa 2022. R. Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera, Warszawa 2014. A. Lubiński, W ich snach powracała Polska, Pelplin 2017. Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915 157 Krzysztof Tomaszewski POCZĄTKI KRÓLEWSKIEGO GIMNAZJUM W IŁAWIE 1902-19151 System formowania się i funkcjonowania szkół średnich w państwie pruskim nie został jeszcze dobrze opracowany. Jest to o tyle dziwne, że istnieją solidne źródła, by problem gruntownie zbadać. Są to sprawozdania szkolne, których zachowało się całkiem sporo. Te w gruncie rzeczy małe książeczki tworzone corocznie przez dyrektorów szkół są kopalnią wiedzy o życiu szkół w Prusach. Wiedzy obejmującej życie codzienne jak też dane statystyczne. W niniejszym artykule postaram się zaprezentować możliwości, jakie dają wspomniane źródła na przykładzie powstania i funkcjonowania Królewskiego Gimnazjum w Iławie (Deutsch Eylau). Wracając do podstawowego źródła - sprawozdania szkolne zostały spisane oczywiście w języku niemieckim. Są dostępne on-line na stronach Kujawsko-Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej. Obejmują lata od początku Królewskiego Gimnazjum w Iławie, a więc od roku 1902, aż do roku 1915, czyli pierwszej fazy Wielkiej Wojny. Sprawozdania kończy dramatyczna relacja o roli, jaka przypadła szkole i budynkowi w trudnych miesiącach przed bitwą pod Tannenbergiem i nieco później. Autorem wszystkich sprawozdań jest dyrektor szkoły Franz Ganske. Wykorzystane w niniejszej pracy fragmenty zostały zapisane kursywą. POCZĄTKI Skoro na początku była idea, warto zacząć od fragmentu pierwszego dyrekcyjnego sprawozdania: Zakładając tę instytucję, królewski rząd państwowy spełnił od dawna żywione pilne życzenie, a nawet potrzebę obywateli. Wcześniejsza próba założenia tu uczełni wyższej nie powiodła się z powodu niesprzyjających okoliczności. Po dokładnym rozważeniu sprawy i określeniu przez władze wojskowe powołania wyższej uczełni jako pożądanej w interesie dużego garnizonu, 16 maja 1899 r. magistrat złożył petycję do Królewskiego Kolegium Szkolnego Prowincji [...]. Nastąpiły negocjacje, w trakcie których okazało się, że miasto jest również gotowe do wielkich poświęceń dla wielkiego celu. Jest to skrócona wersja książki Krzysztofa Tomaszewskiego, Dzieje Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915- 158 Krzysztof Tomaszewski Jeżeli na korzystną decyzję miały wpływ czynniki wojskowe, to chyba spłatano im psikusa. Powstało bowiem gimnazjum o profilu neohumanistycznym — klasycznym, bardzo już w tym czasie krytykowanym, opierającym się na nauce języków antycznych i historii. Kiepscy są rekruci po takiej szkole. Chyba dlatego pierwszy dyrektor placówki, dr Franz Ganske, w inauguracyjnym przemówieniu nazwał decyzję o takim właśnie profilu szkoły odważną, a nawet — heretycką. Sam zresztą był nauczycielem greki, łaciny i francuskiego. Zatem stało się. Po trzech latach zabiegów można chyba uznać datę 1 kwietnia 1902 roku za początek nowej szkoły w Iławie. Szkoły z prawem przeprowadzania matury dającej wstęp na studia, choć na pierwszy taki egzamin przyjdzie jeszcze kilka lat poczekać. Znane są szczegóły finansowe dotyczące podziału kosztów tego przedsięwzięcia pomiędzy władzą centralną a miejską: Porozumienie osiągnięto na następujących zasadach: miasto daje przestrzeń i budynki, przydziela tymczasowe pokoje do czasu zbudowania szkoły budynku i wypłaca roczną dotację w wysokości 1000 marek za każdą klasę. Mocno sporna stała się sprawa budowy domu dla dyrektora. Miasto odmówiło poniesienia kosztów tej inwestycji, a później targowało się o wielkość swojego wkładu. W tym miejscu wypada przedstawić miejsce gimnazjów w systemie edukacji Cesarstwa Niemieckiego. Warto dodać, że iławskie gimnazjum było piętnastą tego typu placówką — ostatnią, jaka powstała w początkach XX wieku na terenie Prus Zachodnich, bo do takiej prowincji w ówczesnym czasie należała Iława. Istniejące wtedy gimnazja dzieliły się na realne, w których było więcej przedmiotów przyrodniczych, i humanistyczne (głównie języki antyczne i historia). Te pierwsze, pierwotnie o niższej randze, nie dawały prawa do matury ani, co za tym idzie, wstępu na studia. W XIX wieku zaczęło się to jednak zmieniać, a pod koniec owego stulecia także gimnazja realne uzyskały prawo przeprowadzania matury dającej wstęp na studia. W sumie na przełomie wieków takie uprawnienia uzyskały wszystkie szkoły z 9-letnim cyklem nauczania. Pojawienie się w Iławie progimnazjum oznaczało, że początkowo funkcjonowało ono w niepełnym wymiarze. Najpierw były tylko 3 młodsze klasy (sexta — najniższa oraz quinta i quarta), dopiero z czasem przybyły kolejne. W ówczesnym systemie edukacyjnym wyższy poziom po quarcie to untertertia (niższa trzecia), obertertia (wyższa trzecia), untersecunda (niższa druga), obersecunda (wyższa druga), unterprima (niższa prima) i oberprima, czyli wyższa pierwsza, będąca klasą maturalną. Starsze klasy progimnazjum nad Jeziorakiem uformowały się w ciągu następnych 4 lat, czyli do końca przebywania kątem w Szkole Miejskiej (1906). W tym czasie pojawiły się tertie i sekundy, a uczniów regularnie przybywało. Klasy liczyły pierwotnie 12-20 uczniów każda, a mimo to, zajmując „gościnnie” skrzydło w Szkole Miejskiej (dzisiejszej SP -1), borykały się z ciasnotą. Narzekania na warunki lokalowe i ciasnotę, zwłaszcza podczas zajęć fizycznych, zajmują nieco miejsca w pierwszych relacjach dyrektora Ganskego. Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915 159 W MURACH SZKOŁY MIEJSKIEJ (1902-1906) Po pewnych wahaniach wybrano miejsce, w którym postanowiono ulokować nowy budynek szkoły - półwysep Jezioraka położony przy tzw. drodze suskiej. Był to teren podmokły i bagnisty, a przy wyższym poziomie wód półwysep zmieniał się w wyspę. To dlatego - dla kontrastu z Wielką Żuławą (Grosse Werder) — nazywano go Małą Wyspą {Kleine Werder). Zalesione tereny pod budynki, czyli tzw. „Kleine Werder” zostały zakupione przez miasto już wcześniej od rodu Finckensteinów. Powstały z nich m.in. „lasek miejski” był istotnym elementem zaplecza szkoły. Początki nie były lekkie. Szkoła rozpoczęła działalność 8 kwietnia 1902 roku trzema niższymi klasami, w których naukę podjęło 42 uczniów. W kolejnym roku ich liczba się podwoiła. Skromny budżet wystarczył na utrzymanie czterech nauczycieli - trzech wyższych (oberlehrer) oraz nauczyciela rysunku i zajęć sportowych. W tej trójce mieścił się dyrektor Franz Ganske, który był specjalistą od języków starożytnych, historii i geografii. Heinrich Schucht, kolejny nauczyciel o podobnym profilu wykształcenia, miał ponadto doktorat z filozofii. Trzecim nauczycielem wyższym został dr Franz Nauman, miał podobne co pozostali tytuły naukowe. A zatem był problem z przedmiotami matematyczno-przyrodniczymi. Został on rozwiązany poprzez sprowadzenie z Brodnicy nauczyciela o takim właśnie profilu wykształcenia - Maxa Hollmana (by zmieścić się w liczbie trzech etatów, humanistę Naumana oddelegowano do Nowego Miasta Lubawskiego). Nauczycielem rysunku i wychowania fizycznego (gimnastyka, pływanie) był Franz Kóller. Dodatkowo religii katolickiej uczył ksiądz von Bloch. Ewangelicka wykładana była przez kandydata na pastora Treichela i częściowo wspomnianego już Naumana. Jak widać, nauczycieli traktowano wówczas po wojskowemu i przemieszczano w pożądane miejsca bez specjalnych ceregieli. Z zajęciami sportowymi był ogólnie kłopot. Władze z jakiegoś powodu kładły nacisk na rozwój wioślarstwa (tak się stanie i w naszym gimnazjum, ale za kilka lat), jednak w warunkach „ciasnej gościny” dbałość o rozwój fizyczny młodych ludzi był utrudniony. Kształtowano go zatem w dużej mierze poprzez wycieczki w rozległe okoliczne lasy. Pozostały po nich liczne relacje. Najchętniej realizowano schemat podróży parowcem do Siemian i powrót pieszo przez las, lub odwrotnie. W następnych latach zwracają uwagę liczne roszady personalne. Nie sposób za nimi nadążyć, choć dyrektor skrupulatnie publikuje biogramy wszystkich swych podwładnych. Wróćmy do zdarzeń — w wyodrębnionym okresie dwa zwracają uwagę szczególną. Pierwszym było nadanie szkole praw pełnego gimnazjum. W kwietniu 1905 roku dyrektor Ganske został mianowany na dyrektora pełnego gimnazjum, w związku z czym wiosną roku następnego podjęto stosowne działania praktyczne i przygotowano się do otworzenia obersekundy, a w dalszej kolejności pełnego zestawu 9 klas. Gościnna Szkoła Miejska stawała się coraz bardziej ciasna. Uroczystości miejskie z okazji 600-lecia Iławy były słabo reprezentowane przez uczniów, gdyż przypadły w okresie świątecznym. Potem była wycieczka do Grudziądza... Niewątpliwie dużo bardziej widowiskowym wydarzeniem była wizyta w Iławie 160 Krzysztof Tomaszewski Jeden z kamieni Wilhelma w okolicach Prakwic, fot. A. Czapliński cesarza Wilhelma II, która miała miejsce w roku 1906. Być może właśnie w ten sposób władca chciał uhonorować święto miasta, a może był to zwykły kaprys? Powiedzmy sobie szczerze, cesarz od lat regularnie bywał w okolicach Iławy, spędzając tu po kilka tygodni na polowaniach. Temat ten szczegółowo opracował Andrzej Czapliński w książce pt. Kamienie Wilhelma. Wynika z niej, iż cesarz przebywał w Prakwicach (niedaleko Dzierzgonia) niemal co roku — od 1885 do 1910. A stamtąd wybierał się w gości do lokalnych możnych, choćby Finkensteinów w Szymbarku. Po tych łowieckich wypadach pozostały pamiątkowe kamienie, a jeden z nich jest szczególnie interesujący: Podczas wizytacji cesarza, jak wynika z dat — dzień po polowaniu — oddajmy głos naszemu dyrektorowi: Kiedy Jego Wysokość Cesarz i Król uhonorował hrabiego Finek von Finckenstein swoją wizytą po południu 27 maja 1906 r., nasi uczniowie mogli ustawić się w kolejce w miejscu, gdzie Jego Wysokość skręcił z Rosenberger Chauss [drogi suskiej] w polną drogę do zamku Schónberg. [Szymbark}, Jego Wysokość zwolnił samochody i przyjął entuzjastyczny hołd nauczycieli i uczniów, wyraźnie zadowolony, tak samo w drodze powrotnej. Zapewne młodzież ustawiła się w okolicach miejsca aż nadto dobrze znanego współczesnym licealistom, czyli ścieżce na Kamionkę. Zapewne nie była to najbardziej wystawna wizyta koronowanej głowy w Iławie. Dużo bardziej uroczysta była wizyta króla Prus, który odwiedził Iławę w 1845 roku. Ostatecznie dobrze, że Wilhelm choć „zwolnił samochody” — nie ma co narzekać, bo i tak kolejnej wizyty cesarza raczej się w Iławie już nie będzie. Niewątpliwie większe znaczenie miało uroczyste otwarcie nowo wybudowanej szkoły kilka miesięcy później. Przynajmniej był bankiet. Ale o nim w następnej części. NA SWOIM (1906-1910) Wreszcie się doczekano. Rozbudowujące się gimnazjum wymagało nowej przestrzeni, „własnego domu”, jak to ujął dyrektor. Ów dom powstał błyskawicznie. Na ziemi zakupionej wcześniej od hrabiego Finckensteina wzniesiono budynek w stylu ówcześnie dominującym — neogotyckim. W podobnym stylu powstawały wszystkie ważniejsze obiekty miejskie w tym okresie. Nawet dziś zdumiewa, że tak duży obiekt postawiono Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915 161 w rok i 3 miesiące2. Budowę zaczęto w czerwcu 1905 roku i latem następnego roku budynek był już gotów. Brakowało tylko piorunochronów na dachach. W październiku odbyła się uroczysta inauguracja szkoły w nowym miejscu. Znamy dość szczegółowo jej przebieg na podstawie relacji lokalnej gazety „Dt. Eylauer Zeitug”. W trakcie bankietu po części oficjalnej główne przemówienie wygłosił człowiek, który chyba najwięcej zrobił dla utworzenia gimnazjum — burmistrz miasta Brunon Grzywacz. Z jego wypowiedzi możemy dowiedzieć się szczegółów podejmowanych zabiegów ab ovo, jak mawiali Rzymianie, zatem zacytuję jego fragment: Koniec wieńczy dzieło, którego początki sięgają wielu lat wstecz. Już w 1880 r. władze miejskie utworzyły tutaj szkołę wyższą z sextą i ąuintą. Ale instytucja przetrwała tylko kilka lat z powodu malej liczby chętnych. Dopiero w 1901 roku pomysł, że w kwitnącym mieście Dt. Eylau mogłaby istnieć wyższa uczelnia, aby dać swoim obywatelom i urzędnikom państwowym możliwość kształcenia ich synów na miarę dzisiejszych czasów, znalazł mocne podstawy. Dalej padły stosowne w tych okolicznościach słowa do nauczycieli, do uczniów i burmistrz zakończył swe przemówienie rodzajem motta, które pozwolę sobie przytoczyć bez tłumaczenia: Der Bildung ein Grundstein, Der Lilge ein Eckstein, Der Jugend ein Edelstein. Przemawiał też dyrektor Ganske, który pochwalił się rosnącą liczbą uczniów spoza obwodu (35% w 1906 r.), co miało ożywczo wpływać w wielu aspektach na rozwój miasta. Dziękował też władzom za przydzielenie dużego obszaru wokół szkoły z boiskiem do krokieta i innych gier. To właśnie w tym przemówieniu nazwał decyzję o humanistycznym charakterze szkoły odważną i heretycką. A potem... potem był uroczysty BANKIET! Na nim kolejne przemówienia, dość podobne, więc je pominę, zaś zainteresowanych szczegółami odsyłam do źródła3. Ze spraw przyziemnych dodam, że odbył się on w Hotelu zum Kronprinzen i był wyprawiony na 60 osób. Przy okazji wyjaśniła się też po części życzliwość, którą okazywał „człowiek bez imienia”, czyli prof. dr Kahle - w kolejnym przemówieniu ujawnił bowiem, że Miasto Eylau zna od 50 lat, jego ojciec był nadinspektorem w okręgu Rosenberg (suskim) w latach 1853—1860. Były też coraz bardziej wylewne mowy, odczytywanie telegramów od tych, „którzy nie mogli przybyć”. Kilku ważnych gości się spóźniło (na bankiet) raptem o kilka dni, jak np. Tajny Starszy Radca Rządu Dr Matthias (Matthias Agidius), co nie przeszkodziło mu przeprowadzić w szkole inspekcji. I to by było na tyle. Cóż, nie mogę powiedzieć: „I ja tam byłem, miód i wino piłem” — ale gazetowa relacja pozwala przynajmniej poczuć wzniosły klimat uroczystości. Szkoła szybko się rozwijała. W roku 1906 (stan na luty) było 130 uczniów, a w roku 1910 - już 195. Najliczniejszy pod tym względem był w opisywanym okresie rok 1908, 2 Dla przykładu, budowa budynku gimnazjum w sąsiedniej Ostródzie (Kaiser-Wilhelm-Gymnasium) w podobnym okresie trwała niemal trzy lata (1904-1907). 3 Kónigliches Gymnasium (i. E.) zu Dt. Eylau. Breicht iiber das Schuljahr, 1906, s. 17. 162 Krzysztof Tomaszewski Widok szkoły w jej początkach w którym uczyło się 206 uczniów. To jednocześnie rok szkolny (1908/1909) z pierwszą maturą przeprowadzoną w tej szkole. Dodatkowo w murach szkoły rozpoczęło działalność Seminarium Pedagogiczne kształcące przyszłych nauczycieli, które połączono z gimnazjum. W roku 1908 uczniowie odbyli także większą wycieczkę do Królewca na wystawę handlową Prus Wschodnich, na którą młodzież pojechała koleją ekspresową, za co dyrektor Ganske wylewnie dziękował gdańskiej dyrekcji kolei, więc zapewne były jakieś ulgi. Pojawił się też problem z językiem greckim. W tym i kolejnych sprawozdaniach dyrekcja informuje, że ciężkie lekcje języka greckiego można zamienić na „kurs zastępczy”. Eliminowało to wprawdzie możliwość zdawania matury, ale dawało kwalifikacje do innych działań, np. den Einjdhrig-Tl — Einjdhrig-Freiwillige, czyli roczną ochotniczą służbę wojskową z opcją szybkiego awansu na podoficera. Ten egzamin kwalifikacyjny zadawano zazwyczaj po ukończeniu sekundy. Najwyraźniej znajomość greki nie była w wojsku zbyt przydatna. Uczniowie chętnie z tego korzystali, gdyż „normalna” służba wojskowa trwała 2—3 lata. Inna opcja to zmiana szkoły i przejście do Realgymnasium, gdzie też można zdać maturę, choć później. Tego typu komunikat będzie zamykał kolejne sprawozdania dyrektora Ganskego do końca opisywanego okresu. Czyżby promocja służby wojskowej? Wracając do uczniów w cywilu — w roku 1910 gimnazjaliści zwiedzali pochylnie Kanału Elbląskiego i uroczyście obchodzili dzień zwycięstwa nad Francuzami — Sedantage (2 września). Na uwagę zasługuje też uroczystość z okazji urodzin cesarza, która odbyła się 26 stycznia i została uświetniona występami muzycznymi — spośród nich dyrektor wyróżnił wystawienie orkiestrowego dzieła Edwarda Griega na baryton, chór i orkiestrę (sic!) „Landkennung”, w którym maturzysta Lilienthal śpiewał solo. Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915 163 Oddzielną kwestią była kadra nauczycielska. W sprawozdaniach Ganske skrupulatnie odnotowywał ruchy kadrowe nauczycieli. Publikował też ich biografie. Ze względu na charakter artykułu ten wątek pominę, jednak o jednym nauczycielu wspomnieć muszę. Mowa o wybitnym pruskim grafiku, poecie i eseiście Robercie Budzińskim („Bóg stworzył Niebo, Ziemię i Prusy Wschodnie”). Jest to fragment pomijany w jego oficjalnej biografii, ale był on nauczycielem rysunku i wychowania fizycznego w iławskiej placówce. Uczył w latach 1906-10, a odchodzącego do Chojnic wyjątkowo wylewnie żegnał dyrektor swym wpisem w sprawozdaniu: 1 kwietnia 1910 odchodzi od nas p. Budziński po czterech latach udanej pracy w pracowni rysunku i jako artysta; odchodzi do królewskiego Gimnazjum w Koenitz [Chojnicach] , gdzie może być skuteczniejszy niż w naszej skromnej placówce. Składamy najlepsze życzenia i po- dziękowania od uczniów, którzy czerpali z niego artystyczną inspirację. Najwyraźniej Ganske wyczuwał wielki talent swego nauczyciela, który rozwinął się w latach następnych. Sentyment Budzińskiego do tych okolic jednak pozostał, gdyż uwieczniał je potem w swych grafikach, jak, przykładowo, kościół nad Małym Jeziorakiem w Iławie. STABILIZACJA (1911-1913) Rok 1911 upłynął pod znakiem mrozów i upałów. W semestrze zimowym musiano zawiesić zajęcia gimnastyczne na sali, ponieważ przy mrozach osiągających -30°C nie dało się jej ogrzać do wymaganej przepisami temperatury. Za to zwiększono ilość zajęć jazdy na łyżwach i sankach. Latem władze prowincjonalne zezwalały stosownym dekretem na za- Grafika Roberta Budzińskiego z widokiem na Mały Jeziorak i kościół gotycki z książki „Der Mondja lit auf Westpreuen” wieszenie zajęć w razie przeciągającej się fali upałów. Sprzyjało to rozwojowi nauki pły- wania i zajęciom klubu wioślarskiego, który już wtedy działał. Zdumiewa skrupulatność dyrektora: [...] 22 nowych uczniów nauczyło się pływać. 22 uczniów zostało swobodnymi pływakami, 22 uczniów (w większości swobodnych pływaków z wcześniejszych lat) pływało przez godzinę lub dłużej, 10 uczniów przez pół godziny. W tym też roku powstała iławska odnoga młodzieżowej organizacji popularnej wtedy w całych Niemczech — Wandervogel, która liczyła ok. 20 członków. W podobnej liczbie działał klub piłkarski prowadzony przez prymariusza Lifśnera. Z innych dziedzin — prężnie rozwijał się szkolny chór prowadzony przez jednego z prymariuszy a także 164 Krzysztof Tomaszewski stowarzyszenie stenograficzne (uczące stenografii w systemie Stolze-Schreya), które prowadził uczeń obersekundy Perl. Rok 1911 przebiegał także pod znakiem tradycyjnych roszad personalnych i uroczystości stałych świąt (Sedantage, święto reformacji, urodziny cesarza). Z ważniejszych wypadów odnotowano wycieczkę do Grudziądza ze zwiedzaniem kompleksu fabrycznego nowoczesnych maszyn rolniczych (późniejsza „Agromet — Unia” Fabryka Maszyn Rolniczych w Grudziądzu) słynnego przemysłowca, wynalazcy i działacza gospodarczego Augusta Ventzkiego i przyległej doń drukarni. W następnym roku szkolnym 1912/1913 było dość podobnie. Były mrozy, acz nie takie jak w poprzednim (do -25°C), co jednak wystarczyło, by wyłączyć z zajęć niedogrzaną salę gimnastyczną. Działały zespoły powstałe wcześniej, dwa razy zwizytował gimnazjum i seminarium pedagogiczne nasz „człowiek bez imienia” (prof. Kahle), przeprowadzając przy okazji egzaminy maturalne. Ot, uroki stabilizacji. Przerwała ją tragiczna śmierć jednego z wyższych nauczycieli, dr. Ernsta Langego, który utopił się w miejskiej pływalni bądź łaźni (Stadtischen Badeanstali), dodatkowo pociągając za sobą ratownika, który próbował go ratować. Nagła śmierć tak wstrząsnęła szkołą, że odwołano część imprez, w tym letnie wycieczki. Z zajęć kulturalnych uczniowie wzięli udział w przedstawieniu dramatu „Antygona”, wystawionego przez zespół z toruńskiego gimnazjum realnego. W roku szkolnym 1913/1914 wartą odnotowania nowością był wzrost liczebny grupy Wandervogel i choć wyższe władze szkolne patrzyły nań podejrzliwie, dyrektor Ganske doceniał pozytywne strony ich działań. Rosła popularność piłki nożnej - rozgrywano towarzyskie mecze z drużynami z Brodnicy i Ostródy. Klub wioślarski zorganizował regaty i znów odbywały się wycieczki, w tym główna do Krynicy Morskiej. Poza tym uroczyście obchodzono stuletnią rocznicę „wygnania Francuzów”. W styczniu roku 1813 po wycofaniu się wojsk napoleońskich Iławę zajęli... Kozacy pod sztandarami Rosji. Trudno to nazwać wyzwoleniem. A w innym styczniu, roku 1945... Najwyraźniej Iława ma pecha do „wyzwalania” w styczniu. I tak skończył się ostatni spokojny dla szkoły i świata rok. Czy wpisując schematyczne zdanie w swym sprawozdaniu na kolejny rok szkolny: „Nomy rok szkolny zaczyna się w czwartek 16 kwietnia o godzinie 8 rano ”, dyrektor Ganske spodziewał się tego, co on przyniesie? Napisał to zdanie w marcu 1914 roku. Raporty zazwyczaj pisano w marcu, gdyż w kwietniu (po Wielkanocy) zaczynał się nowy rok szkolny. CZAS WOJNY (1914-1915) 1 sierpnia 1914 roku Cesarstwo Niemieckie wypowiedziało wojnę Rosji. Mocą efektu domina rozpoczęła się Wielka Wojna, później zwana I wojną światową. Ze szkolnego punktu widzenia były to jeszcze letnie wakacje. Jednak miały już wojenny klimat: Podczas długich wakacji miejscowi uczniowie wraz z uczniami ze szkoły miejskiej pomagali przy żniwach: praca nieznana, ale szybko się do niej przyzwyczaili. Miło było widzieć, jak Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902-1915 165 bardzo byli chętni, jak nawet rozpieszczeni chłopcy byli gotowi znosić trudy dni spędzonych na wsi, często z raczej nieodpowiednimi miejscami do spania. Ponad 16-latkowie są zaangażowani ciałem i duszą w ćwiczenia wojskowe, które zorganizował podpułkownik von Marschall. A z bardziej atrakcyjnych dla młodzieży zdarzeń: 24 i 25 maja samoloty kilkakrotnie lądowały obok nowo wzniesionego schronu na placu manewrowym (poligonie). Dzięki życzliwości JE von Steina gimnazjaliści mogli być świadkami prób lądowania i startu. Zarządzenia władz zwierzchnich również zwiastowały problemy. W kwietniu dekret o bezpieczeństwie wewnętrznym, w sierpniu - o awaryjnym trybie egzaminu maturalnego, a z końca tego miesiąca już wiejące grozą wojny regulacje o przyjmowaniu uchodźców z innych miast i o usuwaniu uczniów „nieprzyjacielskiej narodowości”. Kolejne dekrety obniżyły wiek przystępowania do egzaminów umożliwiających wspomniane już wcześniej Einjahrig-Freiwillige poniżej 17 roku życia (zapewne chodziło o pozyskanie rekrutów — oficerów) i nakazywały przygotowanie młodzieży do stanu mobilizacji. Nic w tym dziwnego, gdyż na skutek ofensywy wojsk rosyjskich w Prusach już w drugiej połowie sierpnia 1914 roku front zbliżył się do Iławy. Jak wiadomo, sprawy - przynajmniej na najbliższe lata — rozstrzygnęły się w zwycięskiej dla Niemców bitwie pod Tannenbergiem (26—30 sierpnia 1914). Po niej linia frontu odsunęła się od miasta. Dla szkoły pierwszym objawem nowej sytuacji był brak nauczycieli, zwłaszcza młodszych kandydatów do tego zawodu. Stawiających pierwsze kroki probantów zwyczajnie powołano do wojska. Niektórych poprzenoszono. W dodatku jeden z nauczycieli starszych zmarł jeszcze w lipcu. Uczniów też ubywało. Starsi po prostu zaciągali się do wojska. Nie było zatem warunków ani klimatu do realizowania normalnych lekcji. Oto, co się działo z młodszymi (około 20 z klas wyższych i średnich): Ci uczniowie, którym nie pozwolono iść na wojnę, ponieważ nie nadawali się do służby lub byli zbyt młodzi, pracowali na swój sposób dla ojczyzny. W sierpniu i wrześniu pracowali na stacji, często nocą, w służbie medycznej i dla Czerwonego Krzyża. Zdecydowanie złe to były czasy na wkuwanie greki i łaciny. Inter arma silent musae — mawiali Rzymianie. A tuż za sztuką milkła edukacja, zwłaszcza humanistyczna. W tym czasie budynek gimnazjum służył już za tymczasowe koszary dla wojska. Przez 10 dni przebywało w nim ok. 1000 rekrutów. Z działań szkolnych 8 sierpnia odbyła się przyspieszona matura, ponieważ uczniowie ostatniej klasy (oberprimy) dostali zgodę na zaciągnięcie się do wojska. Było ich ośmiu i wszyscy zdali. Dziewiąty kandydat zdał egzamin w styczniu następnego roku. W czasie całej wojny (czyli do momentu, kiedy napisano ostatnie sprawozdanie, a więc marca 1915 r.) na front wyruszyło 12 członków grona pedagogicznego i 34 absolwentów. Jednak od października zaczęły się też pojawiać pierwsze ofiary wojny: [...] dotknęły nas pierwsze ciężkie straty: 3 października zginął nasz drogi kolega Vizefeldwebel (wicesierżant) R. Paul Schubring niedaleko Wirballen, a 22 listopada dr Ferchlandt, Vizefel-dwebel — dowódca kompanii. Matka i narzeczona opłakują z nami tego pierwszego, a zrozpaczeni rodzice tego drugiego; każdy z nich był jedynym synem swoich rodziców. 166 Krzysztof Tomaszewski W późniejszym czasie lista poległych z nazwiskami nauczycieli jak również byłych uczniów mocno się wydłuży. Charakterystyczne jest to, że spis poległych maturzystów, który dyrektor zamieszcza, otwiera: Pan Aleksander Sadowski, niegdyś nasz pierwszy primus omnium i maturzysta z pierwszego egzaminu maturalnego w Wielkanoc 1909 roku, praktykant w Aurich, poległ w walkach pod Warszawą. Jeszcze pod koniec miesiąca, 24 sierpnia, w gimnazjum zostały zakwaterowane dwie 40-osobowe kompanie przybyłe do miasta po krwawej bitwie pod Gąbinem, jednak po krótkim odpoczynku ruszyły następnego dnia na pole bitwy pod Tannenbergiem. Może to metafora, ale dyrektor w swym sprawozdaniu napisał, że w mieście słyszano huk armat z bitwy pod Tannenbergiem (26—30 sierpnia 1914 r.). Dopiero po zadanej tam Rosjanom klęsce iławianie odetchnęli. Jednak miasto zamarło, szkoła zresztą też. Po paraliżu instytucji na czas wspomnianej bitwy do szkoły wrócili uczniowie, wprawdzie w niewielkiej liczbie 53, mimo to trzeba było jakoś odbudować kadrę nauczycielską. Odrodzone zajęcia miały charakter kombinowany, łączono klasy a niektóre przedmioty czasowo zniesiono (gimnastykę, rysunek). We wrześniu wyjątkowo podniośle ale i skromnie obchodzono Sedantage — święto upamiętniające zwycięstwo nad Francuzami w bitwie pod Sedanem (2 września 1870 r.). Realia obchodów dobrze obrazują ówczesną sytuację szkoły: Ceremonia sedantage, w obecności około 60 uczniów, odbyła się w auli, która była wciąż w gotowości do zakwaterowania; słoma z byłego obozu dla uchodźców i rekrutów została przepchnięta na bok. W ten sposób zyskano miejsce na uroczystość. Nie sądzę, żeby uczestnicy tej uroczystości kiedykołwiek o niej zapomniełi. Wygląda na to, że aula ze słomianymi leżami musiała być jeszcze jakiś czas w gotowości do nowej roli, bo już wkrótce: [...] kolejnych 300 mężczyzn zostało zakwaterowanych na kilka dni podczas świąt Bożego Narodzenia. Miejmy nadzieję, że wszyscy wynieśli dobre wrażenie o pomocy uczniów i Iławian. Jako taka normalność wróciła w semestrze zimowym roku szkolnego 1914/1915. W początkach roku 1915 pojawił się nieodłączny towarzysz szkoły, tym razem jako tajny radca - prof. Kable. Zapewne po to, by przeprowadzić maturę (dzięki temu ostatniemu wpisowi poznaliśmy choć inicjał imienia — D. Kahle). Wielu chętnych do niej nie było -dokładne jeden. Odbudował się też częściowo stan liczebny szkoły: 1 lutego 1915 roku było w niej 154 uczniów, głównie w klasach młodszych. Sekundy i maturalne primy były w stanie szczątkowym. To już ostatni wpis dyrektora. Jeszcze tylko te same co roku zalecenia dla rodziców i uczniów oraz kalendarz następnego roku szkolnego 1915/1916, który miał się rozpocząć 15 kwietnia o godzinie 8.00. Ostatnie sprawozdanie dyrektora Ganskego zamknięto datą: koniec marca 1915. W roku 1917 dyrektor Ganske opuścił Iławę. Przeniósł się do Torunia, gdzie został dyrektorem tamtejszego gimnazjum (obecnie I LO w Toruniu). Zastąpił na tym stanowisku niemłodego i schorowanego Tajnego Radcę — Kantera. Taki awans iławskiego Początki Królewskiego Gimnazjum w Iławie 1902—1915 167 dyrektora zapewne jest bez związku z tym, że 12 lat wcześniej został mężem jego córki o imieniu Margot. Ostatecznie doszło do ciekawej roszady, bo wieloletni nauczyciel toruńskiej placówki akurat został dyrektorem iławskiego gimnazjum. Nazywał się Max Grollmus i dyrektorował w Iławie do emerytury (1929). Ganske miał mniej szczęścia. W 1920 gimnazjum toruńskie stało się szkołą polską. Były już dyrektor wybrał opcję niemiecką i wyjechał do Królewca, gdzie został dyrektorem równie prestiżowego Hufengymnasium. Cieszył się tą funkcją zaledwie rok. W grudniu 1922 zmarł nagle w wieku 61 lat. Adam Langowski Wspomnienia WAPLEWO ANTONIEGO GAŁECKIEGO W domowej biblioteczce wyszukuję książkę autorstwa profesora Andrzeja Bukowskiego zatytułowaną „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim” i próbuję ostrożnie zdjąć ją z półki. Zadanie nie jest proste, ponieważ zarówno grzbiet, jak i blok książki już dawno się rozpadły. Zwykle udaje mi się wyjąć tylko jej część, bo reszta luźnych arkuszy wpada między inne książki lub rozsypuje się po podłodze. Kto posiada wydaną w 1989 r. waplewską monografię, ten wie, że jej oprawa i klejenie pozostawiają wiele do życzenia. Za to pod względem merytorycznym książka gdańskiego naukowca wciąż zachowuje dużą wartość. Mimo postępu w badaniach nad dziejami Waplewa Wielkiego, który zaowocował pojawieniem się nowych publikacji, praca Bukowskiego nadal stanowi punkt odniesienia dla historyków i pasjonatów zajmujących się odkrywaniem przeszłości tego miejsca. Wyjąwszy książkę, zaglądam na stronę redakcyjną i skupiam się na następującym zapisie: „Wydano z pomocą finansową Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej w Waplewie”. Gdy publikacja trafiała do rąk czytelników, kończył się właśnie wielki remont pałacu Sierakowskich przeprowadzany przez POHZ Waplewo, którym wówczas zarządzał dyrektor Antoni Gałecki. Ukazanie się książki wpisywało się zatem w szerszy projekt przywrócenia do życia dawnej siedziby rodziny Sierakowskich i upowszechnienia wiedzy na temat tego zasłużonego ośrodka polskości. Tym samym celom służyło przygotowanie na zlecenie POHZ atrakcyjnego folderu skierowanego do polskich i zagranicznych odbiorców. Warto przypomnieć, że duży wpływ na jego kształt miał, jako redaktor, Janusz Ryszkowski. Przechowuję ten folder w swoich zbiorach i po odłożeniu książki oglądam go z dużym sentymentem, wszak wzrastałem w atmosferze odnowy pałacu i dobrze pamiętam moment, kiedy wyremontowany obiekt wraz z parkiem został oddany do użytku. Oprócz książki i nowoczesnego folderu strategia promocyjna realizowana przez dyrektora Gałeckiego obejmowała także wydanie kart pocztowych prezentujących pałac i park, a także wyprodukowanie ozdobnych talerzy oraz innych elementów zastawy stołowej z herbem Ogończyk. Wspomniane widokówki można dziś uznać za cenne źródło ikonograficzne, które pozwala na poznanie wyglądu wnętrz pałacowych z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Część fotografii wykorzystanych na kartach pocztowych ukazuje zrewi-talizowany park z pięknie odbudowaną altaną chińską, odnowionym posągiem szlachcica i efektownym ogrodem skalnym. Skromny udział w utrzymaniu porządku na terenie parku mieliśmy i my, uczniowie Szkoły Podstawowej w Waplewie Wielkim, których zadaniem było m.in. grabienie i zbieranie liści. Sprawiało nam to dużo frajdy, a usypane kupki liści Waplewo Antoniego Gałeckiego 169 oddziaływały na dziecięcą wyobraźnię, nasuwając skojarzenia z osobliwymi fortyfikacjami lub wałami obronnymi. Wertując książkę Bukowskiego, oglądając stary folder i pocztówki, a także przechadzając się po Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, gdzie wciąż rozpoznać można niektóre meble gdańskie pozyskane w czasach Antoniego Gałeckiego, myślę o dawnym dyrektorze POHZ. W czerwcu 2025 r. spoczął na waplewskim cmentarzu parafialnym, żegnany przez licznie zgromadzonych mieszkańców Waplewa Wielkiego i okolic oraz osoby przybyłe z dalszych stron. Zajmując przez 21 lat stanowisko dyrektora dużego przedsiębiorstwa, jakim był POHZ Waplewo, wyznaczał kierunki działania i miał przemożny wpływ na życie codzienne swoich pracowników oraz członków ich rodzin. Umiejętnie poruszał się w realiach ówczesnego systemu wykorzystując szanse na rozbudowę gospodarstwa i przyczyniając się do rozwoju wsi, w której postawiono nowe osiedla mieszkaniowe. Do końca lat 60. XX wieku Waplewo Wielkie zachowywało charakter wsi folwarcznej w typie ulicówki. W kolejnej dekadzie, wraz z budową bloków, znacząco powiększyło swój obszar i nabrało cech typowych dla miejscowości ściśle powiązanych z działalnością Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR), bądź ich bardziej specjalistycznej odmiany, czyli Państwowych Ośrodków Hodowli Zarodowej (POHZ). Wielkim dokonaniem Antoniego Gałeckiego było ocalenie pałacu Sierakowskich przed popadnięciem w ruinę. Wiele podobnych obiektów pozostających w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pod zarządem przedsiębiorstw państwowych nie miało tyle szczęścia. Po przemianach ustrojowych i rezygnacji ze stanowiska dyrektora POHZ Antoni Gałecki szukał swojego miejsca w nowych warunkach gospodarczych. W ostatnich latach związał się ze Sztumem. Jego odejście można uznać za symboliczny koniec pewnej epoki w najnowszych dziejach Waplewa Wielkiego. Spoglądam na leżącą na stole mocno sfatygowaną książkę profesora Bukowskiego. Otwieram ją ponownie i znowu kilka kartek spada na podłogę. Podnoszę je, układam we właściwej kolejności i przypominam sobie treść ostatniego rozdziału. Sporo w nim zdjęć z kwietnia 1988 roku. Główna część pałacu już odnowiona, ale elewacje oranżerii i oficyny czekają jeszcze na swoją kolej. Przed werandą brakuje kwiatowego klombu. Od strony podjazdu rzucają się w oczy nawiezione warstwy ziemi. Pałac rodzi się na nowo. Na stronie 185 akapit poświęcony Antoniemu Gałeckiemu: „W dziele gruntownej restauracji pałacu, która okazała się niezbędna, oraz uporządkowania i odnowienia parku duże zasługi położył następca [Jerzego] Wawrzyniaka, dyrektor Ośrodka od 1970 r., mgr inż. Antoni Gałecki. Przy pomocy oddanego sprawie swojego 170 Adam Landowski współpracownika Zygmunta Żabickiego przeprowadził w latach 1979—1988 remont kapitalny zabytkowego obiektu oraz odnowił i wyposażył jego pomieszczenia wewnętrzne. Na pokrycie kosztów zdobył środki finansowe od Zjednoczenia Hodowli i Obrotu Zwierzętami, Ministerstwa Rolnictwa oraz Ministerstwa Kultury i Sztuki. Do wykonania prac pozyskał miedzy innymi Stocznię Gdańską im. Lenina, państwowe pracownie konserwacji zabytków i kooperujące ze stocznią Zakłady Wyposażenia Okrętowego w Starogardzie Gdańskim”. Także Maciej Kraiński, kurator Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, w wydanej w 2010 r. publikacji „Panowie na Waplewie” odnotował zasługi Gałeckiego: „W latach 1974—1989 staraniem ówczesnego dyrektora POHZ, członka KC PZPR Antoniego Gałeckiego, przeprowadzono gruntowny remont kompleksu pałacowego i rewaloryzację parku. Gałecki był sprawnym menedżerem, pasjonatem oddanym idei podniesienia z ruiny schedy po Sierakowskich”. Tyle oficjalne publikacje. Tymczasem powracam myślami do maja 2017 r., kiedy razem z Anastazją Papiernik, wówczas uczennicą Publicznego Gimnazjum w Starym Targu, odwiedziliśmy Antoniego Gałeckiego w jego sztumskim mieszkaniu. Wizyta była ważnym elementem przygotowań do kolejnej edycji regionalnego Konkursu Tradycji i Kultury Szlacheckiej, organizowanego przez stowarzyszenie Samorządne Powiśle, wójta Gminy Stary Targ oraz Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim. Anastazja, pochodząca z Waplewa Wielkiego i znakomicie czująca temat, przeprowadziła świetny wywiad, zdobywając I miejsce w konkursie. Odsłuchuję pliki dźwiękowe z zapisem tamtego spotkania, a dopełniają je własnoręczne notatki sporządzone przez Antoniego Gałeckiego w kwietniu 2024 roku. Charakterystyczny głos naszego rozmówcy znam dobrze jeszcze z dzieciństwa. Mój Ojciec, Stanisław Langowski, będąc przez wiele lat kierownikiem Gospodarstwa Hodowli Zarodowej w Ramotach, należącego do POHZ Waplewo, blisko współpracował z Antonim Gałeckim. Na jednym ze zdjęć stoją obaj w polu wśród łanów zbóż. Fotografia, wykonana Polaroidem, pochodzi z okresu współpracy z zachodnioniemieckim Bayerem. Po raz pierwszy zetknąłem się wówczas z tego typu technologią, zresztą moi koledzy, którym pokazywałem to zdjęcie, również. Jest lato 2025 roku. Na żuławskich i powiślańskich polach trwają opóźnione żniwa, obecny rok jest dla rolnictwa wyjątkowo ciężki. W 1972 też było bardzo trudno, a zbiory w Waplewie przeciągnęły się aż do października... Wspomnienia 171 Antoni Gałecki (1943—2025) Wspomnienia Nazywam się Antoni Gałecki, urodziłem się 20 sierpnia 1943 roku we wsi Stoki, gmina Bielica, powiat Lida. Po wojnie tereny te przekazano Białorusi1, dlatego w latach 1950—1957 ukończyłem białoruską szkołę podstawową. W grudniu 1957, w ramach repatriacji, przenieśliśmy się do Polski i rodzice objęli gospodarstwo liczące 11 ha we wsi Kręgłe, powiat Szczecinek. W latach 1957—1962 uczyłem się w Państwowym Technikum Rolniczym w Szczecinku. Po jego ukończeniu zdałem egzaminy wstępne na studia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, Wydział Ekonomiczno--Rolniczy, które ukończyłem w 1967 roku. Zdając maturę w technikum rolniczym, zamierzałem pójść na studia matematyczne, bo jeden z moich braci był już na takich studiach w Gdańsku. Żeby było ciekawiej, to chciałem pójść na Uniwersytet Jagielloński. Pewnego dnia na jednej z lekcji nasz nauczyciel zapytał nas, co będziemy robić po maturze. Powiedziałem, że idę na matematykę do Krakowa. On popatrzył na mnie i mówi: „Słuchaj, jak na Uniwersytecie Jagiellońskim zobaczą podanie i świadectwo z Technikum Rolniczego w Szczecinku, to Ci w ogóle papierów nie przyjmą”. Od razu mi doradził: „Jest w Warszawie wydział ekonomiczno-rolniczy, gdzie można wykorzystać umiejętności matematyczne i proponuję Ci, żebyś tam poszedł”. Ponieważ najstarszego brata już miałem w Warszawie jako studenta Akademii Muzycznej2, to mi to grało i stąd wyszła Warszawa. Z WOJSKIEM DO WAPLEWA W tamtych czasach po ukończeniu studiów była konieczność odbycia służby wojskowej. Szkolenie wojskowe organizowano już w trakcie nauki, przez trzy lata jeden dzień w tygodniu, a po ukończeniu studiów powoływano nas od razu na obóz wojskowy. Dla nas, studentów SGGW, to było w Skierniewicach. Tam, po odbyciu podstawowej służby wojskowej, otrzymywaliśmy stopień podoficera podchorążego. 22 czerwca obroniłem pracę magisterską, a w lipcu powołano nas na sześć tygodni do służby wojskowej. Na jej zakończenie dostaliśmy „prezent”, mianowicie trzy ministerstwa podpisały porozumienie, że absolwenci szkół wyższych rolniczych zostaną powołani do rezerwy i z żołnierzami Obrony Terytorialnej Kraju pójdą na pomoc do zbiorów w Państwowych Gospodarstwach Rolnych (PGR). W związku z tym powołano nas do rezerwy. 15 sierpnia 1967 r. trafiłem do jednostki w Kwidzynie. Po egzaminie w Skierniewicach miałem już stopień plutonowego podchorążego, dlatego w Kwidzynie przydzielono mi pluton, a pluton wojska zapotrzebowało 1 Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka (BSRR) była jedną z republik związkowych wchodzących w skład Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR). 2 Chodzi o Feliksa Gałeckiego (ur. 1938 r.), późniejszego śpiewaka operowego (baryton), solistę w Teatrze Wielkim i współpracownika m.in. Teatru Roma. 172 Antoni Gałecki (1943—2025) Dyrektor Antoni Gałecki (z prawej) z kierownikiem gospodarstwa Ramoty, Stanisławem Langowskim, ok. 1990 r„ fot. ze zbiorów A. Langowskiego Waplewo. Dostałem 26 żołnierzy i zostałem skierowany do Waplewa. W ten sposób zaczęła się moja przygoda z tym miejscem. Okazało się, że w tamtym czasie dyrektorem Waplewa był Jerzy Wawrzyniak, absolwent mojego wydziału z roku 19593. W związku z tym w pewnym sensie staliśmy się od razu kolegami, chociaż był dziewięć lat starszy ode mnie. Wawrzyniak rozpoczynał swą pracę w niewielkim gospodarstwie PGR Cisy koło Malborka, w bardzo trudnych warunkach, na ciężkich, ale urodzajnych glebach Żuław. Wykazał się tam dobrą organizacją i postępem w produkcji, mimo ogromnych trudności z kadrą pracowniczą i siłą pociągową. Dzięki swojej aktywności i fachowości w 1962 r. powołano go na stanowisko dyrektora Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej (POHZ) Waplewo. Przejął gospodarstwo na bardzo niskim poziomie produkcyjnym, jednak już w 1965 r. osiągnięto plony 3 t/ha czterech zbóż, co dało Sztandar Przechodni Ministerstwa Rolnictwa za I miejsce w Polsce. Dyrektor stwierdził, że jestem bardzo dobrym kierownikiem ludzi i zapytał mnie: „Co będziesz robił, jak skończysz to wojsko?”. Odpowiedziałem, że mam ufundowane stypendium z Koszalina i zamierzam z niego skorzystać. On na to, że mnie tu potrzebuje, a stypendium załatwi swoimi kanałami. W ten sposób w grudniu 1967 r. rozpocząłem staż pracy w POHZ Waplewo. Po krótkim stażu w gospodarstwie Stary Dwór dyrektor skierował mnie do Ramot, gdzie 1 kwietnia 1968 r. zostałem zootechnikiem. To trwało też niedługo, bo tylko rok, i 1 kwietnia 1969 r. mianował mnie kierownikiem gospodarstwa Ramoty. NASTĘPCA WAWRZYNIAKA Prawdopodobnie wykazałem się wiedzą i zdolnościami organizacyjnymi, bo w sierpniu 1970 r. zaproponowano mi stanowisko dyrektora POHZ Waplewo. Zgodziłem się i w dniu 3 Stanisław Jerzy Wawrzyniak (1934-2016) - ur. w Chorzepinie w powiecie tureckim, absolwent Państwowego Technikum Rolniczego w Bolesławowie k. Skarszew (1954), a następnie Wydziału Ekonomiczno-Rolniczego SGGW w Warszawie (1959). Położył wielkie zasługi dla rozwoju polskiego jeździectwa. Przyczynił się do rozbudowy sopockiego hipodromu, a także do powstania Ludowego Jeździeckiego Klubu Sportowego. Z jego inicjatywy w Sopocie zaczęto organizować zawody rangi CSIO. W latach 1982—1992 pełnił funkcję prezesa Polskiego Związku Jeździeckiego. Spoczywa na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Wspomnienia 173 1 września 1970 r. zostałem dyrektorem. Byłem młody, miałem 27 lat i niewielkie doświadczenie, a przedsiębiorstwo składało się wtedy z sześciu gospodarstw, liczyło ok. 3 tys. ha ziemi i zatrudniało 400 osób. Mój poprzednik, Jerzy Wawrzyniak, awansował na dyrektora jednostki nadrzędnej, czyli Okręgowego Przedsiębiorstwa Hodowli Zwierząt Zarodowych w Sopocie, a w 1978 r. został Dyrektorem Naczelnym Zjednoczenia Hodowli i Obrotu Zwierzętami w Warszawie. W grudniu 1970 r. nastąpił w Polsce przewrót i władzę po 14 latach stracił I sekretarz PZPR Władysław Gomułka, a objął Edward Gierek. Rozpoczął się inwestycyjny boom. W styczniu 1971 r. podjąłem zabiegi o nowe inwestycje i w tymże roku doprowadziłem do zaprojektowania i rozpoczęcia budowy fermy zarodowej trzody chlewnej w Waplewie na 240 loch (stan dzienny 5 tys. sztuk). Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego opracowało projekt, a Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego w Malborku jesienią 1971 r. rozpoczęło prace budowlane. Pierwszy obiekt, tuczarnia na 1200 sztuk, uruchomiony został w listopadzie 1972 r. Wraz z budową fermy trzody ruszyła budowa osiedla mieszkaniowego na 42 mieszkania, nowoczesnego jak na tamte czasy. Przy stanie starego budownictwa był to poważny zastrzyk. Zasoby mieszkaniowe POHZ Waplewo wynosiły do tego momentu około 160 mieszkań, w tym w samym Waplewie około 50. Mieszkania w większości były stare, bez instalacji wodnych. Zorganizowałem Zakład Remontowo-Budowlany w składzie 20-30 osób i rozpocząłem modernizację mieszkań z instalacją sanitarną. Również budynki inwentarskie wymagały modernizacji. Następne osiedle, na 36 mieszkań, zostało wybudowane w 1977, wraz z budową fermy krów. Antoni Gałecki w rozmowie z Anastazją Papiernik w 2017 r, fot. archiwum szkoły w Starym Targu 174 Antoni Gałecki (1943—2025) Po przejęciu przedsiębiorstwa stopniowo unowocześniłem kadrę. W miejsce kierowników z tzw. praktycznym przygotowaniem, czyli bez wykształcenia, wprowadziłem młodych ze średnim i wyższym wykształceniem rolniczym. Zatrudniłem zastępców z wyższym wykształceniem: Wacława Gładczuka, jako Głównego Specjalistę do Spraw Produkcji Roślinnej, i Henryka Domaradzkiego, jako Głównego Specjalistę do Spraw Produkcji Zwierzęcej. Wacław Gładczuk pracował ze mną do 1991 roku i został w przedsiębiorstwie po mojej rezygnacji. Kadrę kierowników poszczególnych gospodarstw i zakładów pomocniczych tworzyli: Waplewo - Gerard Bończyk (do 1986 r.), Miron Zabicki; Stary Dwór - Czesław Humin (do 1980), Jan Grabowski; Ramoty - Kazimierz Daca, Stanisław Langowski; Chojty- Włodek Socha, Zdzisław Nurek; Pozolia - Kornel Żukowski, Marian Bebak; Jeziorne — Stanisław Lewandowski; Ferma Trzody Chlewnej — Ignacy Starowieyski, Tadeusz Karbowski, Eugeniusz Tkacz; Nowy Targ - Jan Grabowski, Andrzej Barwik; Zakład Remontowo--Budowlany — Klemens Kamm, Zdzisław Wyłupski; Zakład Mechanizacji i Transportu -Wacław Chojnacki, Janusz Pabich; Suszarnia zbóż i rzepaku - Włodzimierz Łycz. URATOWAĆ PAŁAC Gdy pierwszy raz byłem w Waplewie w 1967, od razu moje zainteresowanie wzbudził tamtejszy pałac. W myśli mi przebiegło, że szkoda, żeby to się marnowało, bo widziałem, że powoli zaczyna wchodzić w ruinę. Kiedy zacząłem urzędowanie, funkcje pałacu były różne. W skrzydle oranżerii znajdowały się mieszkania dla pracowników, częściowo kadra tam mieszkała, Folder prezentujący pensjonat szlachecki w Waplewie Wielkim, fot. ze zbiorów A. Langowskiego agronom, główny zootechnik, natomiast w budynku głównym było kilka pokoi gościnnych, był też magazyn leków weterynaryjnych. Najgroźniejszą rzeczą, którą zauważyłem, to przeciekający w kilku miejscach dach. Ponieważ był to zabytek, to w 1971 r. zleciłem opracowanie dokumentacji w Biurze Projektów Zabytków w Gdańsku. W 1972 r. wykonano zabezpieczenia dachu, a po przygotowaniu projektu w 1974 r. odnowiono cały dach. W międzyczasie, rozwijając w POHZ inwestycje produkcyjne, budowaliśmy nowe mieszkania pracownicze. Już w 1974 r. mogłem przenieść wszystkich mieszkańców pałacu do nowych mieszkań i można w nim było rozpocząć prace remontowo-modernizacyjne. Wspomnienia 175 Remontu nie można było finansować ze środków produkcyjnych, ale system finansowy gospodarstw rolnych przewidywał pojęcie zysku, który dzielił się na trzy podstawowe części: Fundusz Rozwoju, Fundusz Socjalny i Fundusz Nagród Pracowniczych. Na odbudowę pałacu można było przeznaczyć tylko część Funduszu Socjalnego, stąd pałac miał też pełnić funkcję socjalną. W oranżerii zaplanowaliśmy salę widowiskową i kawiarnię, w przybudówkach stołówkę, kuchnię, piekarnię, a nawet małą fryzjernię. To umożliwiło przeznaczyć część zysku na odbudowę. Część funduszy można było uzyskać w Ministerstwie Kultury. Dotacja mogła wynieść 23,5% kosztów budowlanych, czyli bez wyposażenia. Złożyliśmy wniosek do Konserwatora Zabytków w Elblągu i sukcesywnie staraliśmy się pozyskiwać te fundusze, łącznie z interwencją w Ministerstwie Kultury. Około 1977 r. miałem spotkanie z profesorem Wiktorem Zinem, wiceministrem do spraw zabytków4. Po części udało się przyspieszyć dofinansowanie, profesor był wilniukiem, ja też pochodzę z Wileńszczyzny, więc było nam łatwo znaleźć wspólny język. Opowiedziałem mu o sytuacji i uzyskałem bardzo przychylną opinię. Trzecim i największym źródłem dofinansowania była dotacja z budżetu państwa poprzez Ministerstwo Rolnictwa, które miało pulę na odbudowę pałaców i dworów. Ponieważ prawie każdy Ośrodek Hodowli Zarodowej, należący do Gdańskiego Przedsiębiorstwa Hodowli Zwierząt Zarodowych, miał pałac lub dwór, dlatego po pieniądze była kolejka. W związku z tym, że szefem Ośrodków Hodowli Zarodowej w Gdańsku został były dyrektor Waplewa, czyli mój poprzednik, Jerzy Wawrzyniak, to w pewnym sensie miałem fory. W tym czasie był odbudowywany pałac w Bałoszycach i udało mi się „zaklepać ”, że jak tam zostanie zakończony remont, to będzie można przeznaczyć środki na Waplewo. W ten sposób w 1976 r. mogłem rozpocząć prace remontowe. POROZUMIENIE ZE STOCZNIĄ Mieliśmy ogromne trudności z wykonawcami. Przy ówczesnym ogromnym zapotrzebowaniu na nowe budownictwo związanym z boomem inwestycyjnym epoki Gierka przedsiębiorstwa budowlane nie chciały podjąć się prac remontowych. Aby nie zaprzepaścić szansy, zwróciliśmy się o pomoc do Stoczni Gdańskiej, proponując jej pierwszeństwo w wynajęciu pałacu na różnego rodzaju imprezy i weekendy rekreacyjne na bazie zaplecza w pałacu. Mimo że ceny usług Stoczni były bardzo wysokie, podjęliśmy decyzję o zleceniu budowy i montażu okien, ponieważ mieli dostęp do dobrego drewna oraz wszystkich instalacji, elektrycznej, wodociągowej i ogrzewania. W koordynację i współpracę ze Stocznią Gdańską był bardzo mocno zaangażowany Zygmunt Zabicki, kierownik odbudowy pałacu. Natomiast wyposażenie w meble zleciliśmy Fabryce Mebli Okrętowych w Starogardzie Gdańskim. Oddzielnym epizodem w odbudowie pałacu było zdobycie mebli gdańskich do Sali Gdańskiej. W roku 1968 lub 1969 byłem świadkiem na ślubie mojego pracownika w Urzędzie Miasta Sztum. Wyposażenie tej sali stanowił komplet mebli gdańskich. Szczególnie 4 Wiktor Zin (1925—2007) — wybitny architekt, profesor Politechniki Krakowskiej, w latach 1977—1981 zajmował stanowisko generalnego konserwatora zabytków w randze wiceministra kultury i sztuki, pomysłodawca i gospodarz programu telewizyjnego popularyzującego historię sztuki polskiej „Piórkiem i węglem”. 176 Antoni Gałecki (1943—2025) zauroczyła mnie ława z płaskorzeźbą hołdu pruskiego na oparciu. Podczas odbudowy pałacu przypomniałem sobie o tym i zwróciłem się do władz Sztumu z pytaniem o możliwość odstąpienia tego kompletu. Sprzedać nie chcieli, ale planowali urządzenie nowej sali ślubów w Urzędzie Miejskim. Zaproponowałem im: „Słuchajcie, zróbmy barter. Ja wam urządzę salę ślubów, a wy mi oddacie meble”. Ponieważ wyposażenie pałacu w parkiety i meble robiła nam Stocznia Gdańska w układzie z Fabryką Mebli Okrętowych w Starogardzie Gdańskim, to załatwiłem z nimi, żeby salę ślubów w Sztumie urządzić nowocześnie, a meble gdańskie zabrałem do Waplewa. TU BĘDZIE PENSJONAT SZLACHECKI Założenia funkcji pałacu w dużej mierze pochodziły ode mnie. Razem z moimi pracownikami, Zygmuntem Żabickim, Krystyną Wyłupską, zastępcą Wacławem Gładczukiem i wieloma innymi, zastanawialiśmy się, jak mądrze go zagospodarować. Sugestii od konserwatora zabytków wiele nie było, wymagał on tylko, żeby budynek został w tym samym kształcie, aby w żadnym wypadku nie naruszać konstrukcji. Zaproponowaliśmy współczesne funkcje pałacu jako obiektu kulturalno-socjalnego z hotelem. Budynek główny zaprogramowano jako hotel na około 30 miejsc z zachowaniem układu pomieszczeń i salką muzealną w Sali Gdańskiej. Dopływ środków finansowych był nieregularny, stąd odbudowa przeciągnęła się w czasie aż do 1986 roku. Już w latach 1984-1986 uruchomiliśmy działalność. W „wieży” pałacu5 funkcjonowała niewielka piekarnia z cukiernią oraz kuchnia na potrzeby pracowników. W okresie intensywnych prac polowych dochodziło do wydawania 200 posiłków dziennie. Po przejściu na emeryturę Zygmunta Zabickiego, kierownictwo nad zakończeniem Widokówka z Salą Gdańską po zakończeniu remontu, koniec lat 80., fot. ze zbiorów A. Landowskiego odbudowy i funkcjonowaniem obiektu przejęła z dużym powodzeniem i zaangażowaniem Krystyna Wyłupską. Większość prac wykończeniowych zrealizowali już pracownicy Zakładu Remontowo--Budowlanego POHZ Waplewo, łącznie z elewacją zewnętrzną oraz uporządkowaniem i urządzeniem parku. 5 Mowa o oficynie pałacowej. Wspomnienia 177 W trakcie odbudowy pałacu zleciliśmy opracowanie historii Waplewa profesorowi Andrzejowi Bukowskiemu. Za tę książkę autor dostał od nas malucha6. Nie był on może tak cenny w tamtych czasach, ale trudno go było dostać. Wydaliśmy zarówno książkę, jak i folderki reklamowe. NIEMCY W WAPLEWIE W 1986 r. doprowadziliśmy do użytkowania pałacu z przeznaczeniem na hotelik i kawiarenkę otwartą dla wszystkich. W tym samym roku podpisałem umowę z firmą chemiczną Bayer z RFN na kompleksową uprawę pszenicy ozimej według technologii niemieckiej. Mieliśmy kontrakt od 1986 r. do 1990 r. i w tym układzie współpracy z Niemcami pomyślałem, żeby pałac wykorzystać jako obiekt turystyczny. Hotel w pałacu pozwolił na przyjmowanie gości z Polski i z Niemiec. Nawiązaliśmy kontakt z niewielką firmą turystyczną z Niemiec w sprawie tygodniowych turnusów rekreacyjno-wycieczkowych dla osób z Niemiec z dawnymi powiązaniami rodzinnymi na tutejszych terenach. Wyglądało to w ten sposób, że proponowaliśmy im tygodniowy pobyt, załatwialiśmy kwaterunek, a oni płacili określoną kwotę. Ustaliliśmy stawkę, która dla nich była niewysoka, a dla nas stanowiła zysk. Turnusy „niemieckie” przyjeżdżały busem po 25-30 osób. Program pobytu był następujący: 1 dzień — zagospodarowanie, 2 dzień - wycieczka do Gdańska, 3 dzień - wycieczka do Malborka, 4 dzień - odwiedziny rodzinnych stron (zamawiali taksówki i rozjeżdżali się po Północnej Polsce), 5 dzień - wyjazd konnymi wozami i ognisko w lesie, 6 dzień - czas wolny w pałacu i kawiarni, 7 dzień - powrót do Niemiec. W 1989 r. zrobiłem chyba pierwsze 15 turnusów, a w następnym już było 20. Goście tworzyli 6 Maluch — potoczne określenie samochodu Fiat 126p. Pałac w Waplewie przed remontem, fot. ze zbiorów Wacława Gładczuka 178 Antoni Gałecki (1943—2025) Altana chińska w parku przed odbudową, stan z 1974 r„ fot. ze zbiorów Wacława Gładczuka atmosferę, a mieszkańcy Waplewa musieli się w pewnym sensie dostosowywać. Było to ciekawe doświadczenie, bardzo korzystne ekonomicznie, a dla Niemców niezbyt drogie, jednak program upad! wraz ze zmianą ustroju i reformami 1991 roku. Jak zaprogramowaliśmy pałac na jednostkę turystyczną, to jeszcze miałem w planach rozbudowę. Posiadałem opracowaną dokumentację na odbudowę budynku znajdującego się między „małym pałacem” i „pałacem dużym”7. Zaplanowałem tam drugą część hotelową, tak, żeby razem było u nas ponad 40 miejsc, aby było miejsce na cały autokar turystów. Na dole przewidziana była salka gimnastyczna, a u góry miały być pokoje hotelowe. CZYNY SPOŁECZNE W PARKU Gdy objąłem przedsiębiorstwo, park był niestety zaniedbany. Jeździły po nim traktory, chodziły owce, teren był zakrzaczony. W związku z tym podjęliśmy decyzję z moim zastępcą, Wacławem Gładczukiem, że przede wszystkim trzeba go ogrodzić i uporządkować. Biuro Projektów Zabytków w Gdańsku zleciło opracowanie planu odbudowy parku Biuru Projektów we Wrocławiu. Do porządkowania terenu udało mi się włączyć tzw. czyn społeczny. Ponieważ czyny społeczne organizowała Partia, więc zgłosiłem do I sekretarza w gminie Stary Targ, że jak będzie miał robić jakieś czyny, to żeby dawał ludzi do Waplewa. Korzystaliśmy zarówno z naszych mieszkańców, jak i osób z całej gminy. Przyjeżdżali do nas, żeby porządkować park. Ja ze swojej strony dawałem ludzi do nadzoru, żeby nie wycięli mi czegoś niepotrzebnie. W ten sposób w dwa, trzy lata doprowadziliśmy park do ładu. Pomału zrobiliśmy alejki, wybagrowaliśmy stawy, ustawiliśmy ławeczki, rozprowadziłem sieć elektryczną, lampy. Aby park właściwie funkcjonował i nie był dewastowany, ustanowiliśmy dozorców — emerytów, Kołkowskiego i Krakowskiego, którzy naprzemiennie po południu spacerowali po parku za niewielką odpłatą i nie dopuszczali do jakiegokolwiek wandalizmu. Miałem pięknie uporządkowany park, wcale niewielkim kosztem. Mowa o powozowni, położonej między pałacem Sierakowskich i dawnym dworem Zbigniewa Donimirskiego, w którym znajdowały się biura POHZ i siedziba dyrektora. Wspomnienia 179 NIEFORTUNNA KOLACJA W czasie odbudowy przedstawicielem rodziny Sierakowskich była pani Izabella8, żona Bohdana Tomaszewskiego9. Od początku odbudowy ona utrzymywała kontakt, chyba dwukrotnie była z panem Bohdanem u nas w Waplewie. Natomiast z bezpośrednich spadkobierców poznałem dwoje dzieci hrabiego Stanisława Sierakowskiego, czyli pana Andrzeja Sierakowskiego10 i panią Jadwigę Rey11. Pan Andrzej Sierakowski, który wyjechał do Kanady, odwiedził Polskę już w nowym ustroju. Gdy go przyjmowałem, miałem już czynny pałac. Nawet zdarzył się taki niefortunny epizod, chyba to było w 1987 roku. Pan Andrzej przyjechał, a ja akurat miałem ważnych gości z Niemiec, któregoś z wiceprezesów firmy Bayer. Zrobiłem dla nich wieczorem przyjęcie i posadziłem pana Andrzeja obok najważniejszego Niemca, a pan Andrzej mówi do mnie cicho na ucho: „Panie dyrektorze, Niemców to myśmy przyjmowali tylko w korytarzu”. Na szczęście zgrzytu jako takiego nie było. Wraz ze zmianą ustroju w Polsce po 1989 roku zaczęto rozważać, jak to będzie z rolnictwem. Powstał kryzys, trzeba było zmieniać profil produkcyjny, przeprowadzać ogromną redukcję zatrudnienia. W związku z tym, że ja tych wszystkich ludzi przez 20 lat zatrudniałem, to podjąłem decyzję, że nie będę ich zwalniać i sam się zwolniłem. Z dniem 1 września 1991 roku zrezygnowałem ze stanowiska i rozpocząłem okres znalezienia miejsca w nowym ustroju. Waplewo powoli zostało sprywatyzowane. Wspomnienia Antoniego Gałeckiego opracował Adam Langowski 8 Izabella Sierakowska-Tomaszewska (ur. 1941 r.) — córka Andrzeja Sierakowskiego i Zofii z Herburtów. 9 Bohdan Tomaszewski (1921-2015) - wybitny komentator i dziennikarz sportowy, miłośnik tenisa ziemnego. 10 Andrzej Sierakowski (1914-1995) — ur. w Waplewie Wielkim, syn Stanisława i Heleny z Lubomirskich, ostatni z Sierakowskich po mieczu z linii waplewskiej, architekt, w 1968 r. zrzekł się prawa do pałacu i resztówki, zmarł w Kanadzie, spoczywa w dawnej kaplicy rodowej w Waplewie Wielkim. 11 Jadwiga Sierakowska-Rey (1924—2011) - ur. w Waplewie Wielkim, najmłodsza córka Stanisława i Heleny z Lubomirskich, żona Dominika Reya, zmarła w Luksemburgu, spoczywa w dawnej kaplicy rodowej w Waplewie Wielkim. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW (27) O DENISIE ACHAPKINIE OPOWIEŚĆ W TRZECH WIERSZACH I JEDNEJ EPIFANII Denis Achapkin odszedł 16 kwietnia roku marnego 2025, gdy na małym ludzkim nieboskłonie doszło do katastrofalnej koniunkcji władzy ze złym i głupim. Odszedł w czas „czarnej paschy”. Jest taki poemat Jeleny Szwarc Hepna# FIacxa. Wkrótce po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie Denis przesłał mi drugą jego część, zatytułowaną rde Mbit, co tłumaczyłem sobie jako Co się z nami stało?^ pustą noc po jego śmierci pochyliłem się nad przekładem. Trochę zaskoczony, że powracam do rosyjskiego, tłumacząc sobie w myślach zapomniane słowa poprzez język ukraiński. To był ostatni list, który od niego otrzymałem. Lubiliśmy dzielić się wierszami, które zabralibyśmy ze sobą w ostatnią podróż i którymi moglibyśmy zapełnić jeden, nie więcej, notes mieszczący się w kieszeni na sercu. Są teraz ze mną trzy wiersze z tego niewidzialnego notesu. Pomogą mi opowiedzieć o Denisie. Bez nich byłoby mi trudno pisać o nim. Długo milczeliśmy. Nie daje mi spokoju myśl o tym, o czym snułaby się nasza rozmowa, gdybyśmy teraz się spotkali. Jak obecny byłby w niej Brodski, któremu Denis poświęcił większą część swojego twórczego życia? Co powiedziałby mi o Rosji? Za co wzniósł toast? A przecież toczy się między nami nieprzerwanie milcząca rozmowa. I im głębiej się w niej teraz zanurzam, przy okazji czytając go i wspominając, tym bardziej topnieje mój niepokój. Umacnia się w oczach sylwetka człowieka żyjącego w prawdzie, którego czas marny mógł ranić, nigdy jednak złamać. Wznosząc kieliszek szampana na swoje pięćdziesiąte piąte urodziny ironizował, że zdał miniony rok na same piątki. Coś mi mówi, że tak było z całym jego życiem, choć on moje słowa szybko obróciłby w żart. Potrafił patrzeć na siebie z przymrużeniem oka. Podobnie patrzył na Rosję, wolny od imperialnego osadu, którego przez długie lata nie udaje się zmyć nawet tym, którzy wybrali emigrację. Notatki słów i obrazów (27) 181 Lubiłem poczucie humoru Denisa. Na swoje urodziny 17 sierpnia 2023 roku napisał, że 54 lata to nowe 45. Tak miało być. Tymczasem Jekaterina, jego żona, napisała tylko: „Bardzo złośliwa i raptowna onkologia. Dwa miesiące z połową i po wszystkim”. I nagle tężeją obrazy naszych spotkań, w stop-klatkach zatrzymują się rysy twarzy, niepowtarzalna melodia mowy, „błysk ręki”... Teraz myślę, że wiersz Spotkanie musiał być napisany przez Miłosza na wieść o śmierci bliskiej osoby. Moment, w którym do naszej świadomości dociera, że „dzisiaj już nie żyją”, wyostrza widzenie. Pustkę wypełnia pamięć, zdobywając panowanie nad czasem, choć nie na długo, gdyż wiecznym pytaniem pozostanie to, czy przetrwa i gdzie znajdzie miejsce spoczynku. W bezdechu śmierci bliskiej osoby desperacko walczymy o haust powietrza. Zaczerpnięcie przychodzi do nas z tego, co było dawno i co wciąż darzymy miłością. Denis bardzo lubił ten wileński wiersz z Ocalenia. Prosił, aby czytać mu go po polsku. Uczył się jego brzmienia. „Jak chcesz w oryginale - żartowałem - to musisz posłuchać mowy poety”. I puściłem mu Miłosza czytającego Spotkanie. Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach. Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc. I zając przebiegł nagle tuż przed nami, A jeden z nas pokazał go ręką. To było dawno. Dzisiaj już nie żyją Ni zając, ani ten, co go wskazywał. Miłości moja, gdzież są, dokąd idą Błysk ręki, linia biegu, szelest grud — Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia. Odnalazłem fotografię z Krasnogrudy. Siedzimy na tarasie mojego domu. Jest chłodny dzień lata. Na pierwszym planie Irena Grudzińska-Gross, pracująca już wtedy nad książką o Weissbergu-Cybulskim, dla którego — z perspektywy naukowca z laboratorium fizyki w Charkowie — Hołodomor był konieczną ceną ludzkości za postęp technologiczny, i który wnet stał się ofiarą stalinowskiej czystki, zawdzięczającą życie nie tyle wstawiennictwu samego Einsteina, ile paktowi Ribbentrop-Mołotow, w ślad za którym poszła wymiana więźniów między komunistami i nazistami. Po drugiej stronie stołu Irina Krawcowa, planująca rosyjskie wydanie Ziemi U Ir o, do którego napiszę posłowie, dowodząc potrzeby zapoznania się Rosjan z refleksją o erozji ducha. Siedzący obok niej Piotr Mitzner przywiózł nam w darze swoją książkę Warszawski „Domek 182 Krzysztof Czyżewski w Kołomnie” o działającym w połowie lat trzydziestych polsko-rosyjskim klubie dyskusyjnym, założonym przez białego emigranta Dymitra Fiłosofowa, do zarządu którego należeli m.in. Czapski i Stempowski. Naprzeciwko Piotra siedzi Magda Chabiera, edytorka tekstów Stempowskiego, w tym tomu Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży. Obok niej Anatol Rojt-man, emerytowany fizyk i tłumacz wierszy Miłosza na rosyjski, który poprzedniego wieczora „czytał” nam z pamięci Świat. Poema naiwne. Na końcu stołu siedzą zawsze uśmiechnięta Katia i zawsze głodny życia Denis. Zbiera myśli dla nowego toastu. Wzniesiemy go za współpracę petersburskiego Artes Liberales i Międzynarodowego Centrum Dialogu, za planowaną wspólnie szkołę letnią, za przekłady i publikacje naszych książek, za odwagę utopii. Na twarzy Denisa widoczny jest kilkudniowy zarost. Zawsze go takim pamiętam. Nieogolona twarz przywodziła na myśl pracującego po nocach humanistę, ale w jego przypadku bardziej jeszcze osobę towarzyską, spontaniczną w przyjaźni, wyswobodzoną z gorsetu obyczajowego rygoru. Było w nim coś z braku subordynacji, zarówno wobec formy narzucanej przez społeczne hierarchie, jak i funkcji, w jego przypadku prodziekana, naukowca, mentora studentów. Niesubordynacja Denisa była tyleż estetyczna, co etyczna. Przyglądając się fotografii z Krasnogrudy przypominam sobie, wiem, jak głęboko odczuwał wszystkie zaszłości historyczne i bieżące dylematy moralne zgromadzone przy tym stole na polsko--litewskim pograniczu. Od aneksji Krymu przez Rosję upłynęły zaledwie dwa lata z okładem. Tak, Denis był człowiekiem, który zdefiniował sobie Termopile i strzegł ich bez bohaterskiego rozgłosu, w ciszy robienia tego, co należy,. Za życia lękamy się dokonywać takich przyrównań, ale teraz mój przyjaciel z Petersburga w całej prawdzie wyłania się z ukochanego przez siebie wiersza Termopile Kawafisa, który podaję w przekładzie Ireneusza Kani: Chwała tym, którzy w swoim życiu zdefiniowali sobie Termopile i ich strzegą. Nie porzucają nigdy obowiązku, w swych czynach zawsze sprawiedliwi i bezstronni, choć zdolni też do litości i współczucia; szczodrzy, ilekroć bogaci, i nawet gdy ubodzy — szczodrzy na miarę swej biedy, śpieszący z pomocą, o ile możności, zawsze mówiący prawdę, lecz bez nienawiści do tych, którzy kłamią. A większa jeszcze chwała im należna, gdy wiedzą z góry (takich jest niemało), że w końcu jednak zjawi się Efjaltes i że Medowie ostatecznie przyjdą. Zdaję sobie w tym momencie sprawę, że nasz niewidzialny notes z wierszami jest polifoniczny w formie, zbiera pismo i melos, fotografie i etos życia. Jak włączyć do niego wiersz Jeleny Szwarc? Wiersz, który Denis zapisał na ostatniej jego stronie. Z pewnością powinienem uniknąć jednowymiarowej perspektywy. Czuję, że mam do czynienia z palimpsestem Notatki słów i obrazów (27) 183 nakładających się warstw miejsca i czasu, światła i mroku. Za tytułowym Gdzie jesteśmy kryje się rozpacz tych, którzy — przejrzawszy na oczy — widzą wszechobecność zła i próbują zakrzyczeć kłamstwo, pytając o to, co się z nami stało. Zarost na twarzy Denisa zmienia wcześniejsze konotacje i zlewa się z kirem czarnej paschy, spowijającym rzeczywistość. Przezierają przez niego różne, często kontrastujące ze sobą światy. Czerń daleka jest tu od monolitu, łamana przez świetliste prześwity potęguje tylko tragizm ludzi wyswobadzają-cych - często za cenę życia lub łagru - własną twarz z tłuszczy mużików. Gdy o tym rozmawialiśmy, Denis podkreślał, że stare ruskie słowo nepub dawniej nie miało pejoratywnego znaczenia w sensie dzisiejszego pospólstwa, ale odnosiło się do wolnego chłopstwa, często zasilającego szeregi anty-carskich kozackich buntów. Oto genius loci tej rzeczywistości — Petersburg. Miasto, na powierzchni którego nigdy nie czułem się dobrze. Przerażała mnie dysproporcja nieludzko ogromnych urzędowo--państwowych przestrzeni z ciasnotą i nędzą komunałek i innych mieszkalnych zakamarków, w których kolejne tyranie upychały ludzkie życie. Przerażały kazamaty, krzywda i cierpienie milionów niewolnych, których prochy chrzęściły pod stopami spacerowiczów. Może właśnie dlatego podczas pobytów w Petersburgu tak desperacko poszukiwałem szansy obcowania z innymi twarzą w twarz. Spotkanie drugiego człowieka miało tutaj szczególną moc, za sprawą której tworzyły się serdeczne kręgi międzyludzkiego współistnienia, rodziły długotrwałe przyjaźnie. To, co z zewnątrz wydawało się bieda-domkiem, po przekroczeniu progu ujmowało bogactwem i ciepłem ludzkiego wnętrza. Tak przynajmniej było, gdy przecięły się nasze ścieżki z Denisem. Petersburg zawsze miał swoje podziemne życie. Znam je nie tylko z opowieści. Denis i inni przyjaciele stamtąd też byli jego częścią, choć z pozoru wydawać by się mogło, że żyli i tworzyli „normalnie ”, bez samizdatu, głodówek i tortur. Piszę w czasie przeszłym, bo dzisiaj po raz kolejny pewnie zmieniła się cena, którą trzeba za nie płacić. I mogę tylko sobie wyobrazić w jakiej depresji i stresie upływały ostatnie lata życia Denisa, czego skutkiem musiała być jego nagła choroba i śmierć. Opowiadał mi o podziemnym Petersburgu za czasów Jeleny Szwarc, o niezależnym stowarzyszeniu literackim „Klub-81”, o publikowanych przez nią w samizdacie do 1989 roku tomach wierszy, o jej neobarokowym metarealizmie, wydobywającym spod powierzchni rzeczywistości jej wewnętrzne, zmrożone wyparciem i strachem złoża. Taka jest też Czarna Wielkanoc z 1974 roku. W drugiej części poematu akt przemocy męża nad żoną, poza swoim nagim okrucieństwem, spotęgowany jest kola-nopokłonnym, po pijacku obleśnym błaganiem o przebaczenie. Ileż to razy rozmawialiśmy z Denisem o „rosyjskiej winie”, rozchodzącej się po kościach jakby nic się nie stało, zlewającej w jeden płacz łzy oprawcy i ofiary, za tani grosz przekupywanej „przebaczeniem, które nie przebacza”. Akt przemocy na kobiecie i rozmazania winy otwiera oczy na to, co się z nami stało, na rzeczywistość zakłamaną iluzją życia „jak na Zachodzie”, na ojczyste dzieciobójstwo i na Petersburg od dawna „zalany przez Rosję”. Zanim jednak oddam głos wierszowi Jeleny Szwarc, nie mogę pominąć innych warstw, tworzących petersburski palimpsest Denisa. Widzę oto jego i Katię z lampką szampana siedzących na brzegu Newy, być może w dniu ich zaślubin; w każdym razie na tej fotografii pięknie zakochanych, spragnionych wspólnego życia i obiecujących sobie nigdy miasta ich miłości nie porzucić. Widzę Denisa jak oprowadza gości z Litwy i Polski po „trzech 184 Krzysztof Czyżewski czwartych pokoju”, w którym z rodzicami mieszkał Brodski; szczęśliwego, że duchowe po-bratymstwo, uosabiane przez Miłosza, Brodskiego i Venclovę, wygnańców z Wilna i Leningradu, może być kontynuowane w jego Petersburgu. Na to nakładają się obrazy z debat i wystaw w Muzeum Anny Achmatowej, którego wspaniały zespół silnych i odważnych kobiet miał w Denisie niezrównanego partnera, kuratora wystaw, organizatora programów edukacyjnych i konferencji. Do tego dochodzą spotkania z członkami „Memoriału” oraz ambitnego pisma kulturalno-filozoficznego „Zwiezda”. Widzę wreszcie Denisa w jego małym akademickim królestwie Artes Liberales w Smolny College, otoczonego studentami, dla których stał się mentorem, któregoś roku obwołanym najbardziej popularnym wykładowcą, dla których prowadził kurs zajęć „Pisanie i myślenie” (prowadził je z podobnym sukcesem również w amerykańskim Bard College). Zaprosił mnie kiedyś z wykładem o Miłoszu. Zrozumiałem wtedy, jak ważną jest jego praca, jak wiele znaczy dla studentów, a jednocześnie, że to jest wyspa dla odważnych i szalonych, w istocie podziemie, w którym każda rozmowa o współpracy międzynarodowej obarczona jest lękiem przed wpisaniem nazwisk i organizacji na listę „agentów zagranicznych” — początkowo miała to być „niewinna” formalność, ale nikt nie miał złudzeń, że w istocie jest to kontynuacja list preparowanych przez stare jak Rosja i tylko zmieniające nazwy KGB. Podziemne jest też muzeum Achmatowej. „Memoriał” został zdelegalizowany. I widzę życie na powierzchni Petersburga, miasta, w którym po raz pierwszy odczułem, że w naszym świecie rodzi się nowa forma faszyzmu. Nie odczułem tego na widok marszu ONR-u w Łodzi, albo podobnych, rekonstruujących przeszłość marszów w Niemczech czy Danii. Towarzyszyło im zgorszenie, ale nie paniczny lęk. Co innego marsze zmilitaryzowanej „czerni” w Petersburgu sprzed dziesięciu, dwunastu laty. Była w nich siła mainstreamu, z przyzwoleniem władzy i strachem w oczach gapiów (u jednych przemieszanym z podziwem, u innych z ugięciem kolan przed nową fazą konieczności historycznej). Dzisiaj podobnie jest w innych miejscach świata. I nie zamierzam zawężać wymowy wołania „Co się z nami stało?” do kontekstu Rosji. Myślę tylko o tym, co chciał mi na odchodne z tego świata powiedzieć Denis, zamieszczając drugi fragment Czarnej Wielkanocy w naszym niewidzialnym notesie. Ze nic się nie zmieniło? Ze proroczy? A może, że wszyscy chodzimy przystrojeni w pożyczone peruki, które kiedyś, doprowadzeni na krawędź bólu i rozpaczy, zerwiemy, by zobaczyć kim naprawdę jesteśmy? GDZIE JESTEŚMY? No i masz, pijany mąż Zwalił się jak głaz I zaczął kląć, Dziki mocarz. Drze się niby boży grom: „Gdzieś była? Z kim piłaś? Co ci się tak oczka świecą? Zajeżdżasz mi wódką.” 1 jak cię nie walnie pięścią Między oczy. Notatki słów i obrazów (27) 185 I krew się leje, i łzy. Za co? Za co, Boże? Jeszcze kopa w brzuch dołoży. Jak chory pies zaskamlesz I w ciemny kąt czołgać się będziesz, Złorzecząc i płacząc, by tam umrzeć. Tam już do woli możesz sobie wyć. Skąd wziął się we mnie — Chrapliwy zły zwierzęcy ryk? Stłoczone w płonącym teatrze, świetliste Uczucia uciekły, wszystkie. I ból i nienawiść przeżuwasz. A gdy ucichniesz, odejdziesz, Zaraz się pojawia, na kolanach, I płacze i mówi: „Przebacz, Nie wiem jak... przecież nie chciałem...” I ciemne słowa miłości Na smutnym kacu bełkocze. Zmieszały się nasze łzy, Nie przebaczywszy, przebaczam. A moje sińce kwitną jak róże. Jesteśmy - gdzie jesteśmy? — w Rosji, Gdzie z bólu poczerniałe są krzewy, Gdzie oczy świętych promiennie puste, Gdzie w święta biją baby... Myślałam - nie ja jedna - Ze Petersburg, wyjątkowy kraj - nasza ojczyzna, To zachód we wschód wrzucony, I samotny, i otoczony, Chronicznie chory, zawsze przeziębiony, Gdzie lichwiarkę zabił Napoleon. Lecz runęła duchowa ściana -Rosja wezbrała — durna, ciemna, pijana. Gdzież jest ojczyzna? I nagle zrozumiałam: Dawno temu Petersburg Rosja zalała. I zerwali ci pożyczoną perukę, I wszyscy zobaczyli kim jesteś — Wciąż tym samym carskim mużykiem: Wciąż twarz mu drży, W ręku topór, Rozporek rozpięty... Wzrok zatrzymaj w lustrze 186 Krzysztof Czyżewski I zdmuchnij pajęczynę fałszywej urody. O Paradise! Jesteś pomiotem porażonego mózgu, Od dnia narodzin przesiąkniętym kapuśniakiem. Gdzież podział się holenderski obrazek, powielany? Ach, ciemność obsiadła chmara rodzinnych much I uśpiła w tobie dzieciobójczynię - Porfirem strojna wdowa, Tambowski wiatr w niej kinie, I grzmi i huczy Newa. * * * Na Kanale Kriukowa, łączącym rzekę Mojkę z Newą, jest Most Matwiejewa, stary, jeszcze osiemnastowieczny, ongiś zwany też Mostem Litewskim. Sądząc z jednej z fotografii, które mam teraz przed sobą, to gdzieś w tej okolicy zatrzymał się Denis i na kilka godzin znieruchomiał w kontemplacji, olśniony pięknem przebłyskującym spod kiru jego miasta. Pisał potem, że trzy, może cztery razy w roku wydarza się w Petersburgu wieczór z takim światłem. Pierwsze fotografie zrobił za dnia, kiedy słońce muskało promieniami szczyty kamienic na Wyspie Kazańskiej. Pisał dalej, że oto, dla przykładu, człowiek wybiera się na ryby... A ja sobie dopowiadam, że mógł wtedy pędzić do biblioteki po książki. W każdym razie staje jak wryty, nie mogąc uczynić jednego kroku dalej. Na ostatniej fotografii jarzą się lampy rozświetlając mrok zapadającego wieczoru. „W dekoracje miasta przenika namacalny czas długiego trwania” - pisał, inkrustując opowieść cytatem: „...jak w metrum Homera”. I już wiem, że jesteśmy we wnętrzu wiersza Mandelsztama, gdzie — idąc za przekładem Artura Międzyrzeckiego - „rozciąga władanie / Nad naturą powolność...” Gdy czas staje się światłem, silniejszy od ciążenia zmierzchu i przemijania jest przebłysk, odbijający się w wodzie. Denis nazywa go „przebłyskiem spowolnienia”. I to on nie pozwala mu odejść. Więc trwa w chwili, w cudownej poczekalni jednej epifanii, długo w noc, aż zgaszą ostatnie światło. W stanie „bezczynności słodkiej”, u boku Mandelsztama, pracuje nad wydostaniem ze źdźbła całego bogactwa nuty. Myślę o życiu Denisa, nagle urwanym. I o tym, że mimo czasu marnego zdołał wydobyć z danego mu źdźbła „nutę pełnobrzmiącą”. DEBATY I ROZMOWY 7 maja 2025 roku Jadąc w pociągu, próbuję uchwycić pędzący czas. Tydzień debat, rozmów i opowieści. Zaczęło się w Białej Synagodze w Sejnach debatą o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, z udziałem aktywistek, którym nasze państwo wytoczyło proces za niesienie ludzkiej pomocy - Ewy Moroz-Keczyńskiej i Kamili Mikołajek, pomagającej im Oli Ziemiańskiej z Kolektywu Szpila oraz Joasi Troć z teatru Czrevo, reżyserki spektaklu „Mały doktor wrócił”. Po obejrzeniu spektaklu o Arsalanie Azzaddinie, kurdyjskim doktorze z Bielska Podlaskiego, Notatki słów i obrazów (27) 187 jeszcze przez dwie godziny toczyła się poruszająca rozmowa. Na koniec biliśmy brawa na stojąco, a ja kierowałem je również do wspaniałej publiczności, współ--czującej, mądrze pytającej, wypełniającej naszą synagogę po brzegi. Po brzegi wypełnione były przestrzenie wszystkich kolejnych debat. Ogromna jest widocznie potrzeba spotkania w przestrzeni publicznej i żywej, bezpośredniej rozmowy, a tym samym odklejenia się od medialnych ekranów, absorbujących czas i uwagę, ale nie pozostawiających w nas głębszych śladów. Z Sejn kros przez Polskę do Cieszyna, i to na czeską stronę miasta, a jeszcze dokładniej na most nad graniczną Olzą, bo tam mieści się legendarna Kawiarnia Literacka Avion. Organizatorzy festiwalu „Kino na Granicy” darowali mi najlepsze z możliwych miejsce na poprowadzenie debaty z Mirą Marcinków, Adamem Michnikiem, Martinem Simećką, Jaroslavem Rudiśem i Leszkiem Henselem. Choć tematem debaty była „zła pamięć”' i to jak staramy się ją zatrzeć lub zakłamać, wyjeżdżałem z Cieszyna z dużym zasobem dobrej pamięci i obietnicą powrotu. Z Cieszyna droga prowadziła mnie do Katowic i Krakowa, a tam dalszy ciąg rozmów w „Austerii” Małgosi i Wojtka Ornatów, wykładów autorskich na Akademii Sztuk Pięknych i fedrowania opowieści na koniec świata w ramach Śląskiego Uniwersytetu Latającego w Teatrze Śląskim. Jutro czeka mnie Budapeszt i opowieść o Pawle Huelle. A już pojutrze Ukraina i Wędrowna Akademia Dilemma w Użhorodzie, Cafe Europa, seminarium o małych centrach świata... Niepostrzegalnie tydzień przejdzie w miesiąc... Nieważne. Ważne, aby nie ustała nasza rozmowa, za którą idzie kolejne działanie; abyśmy nie dali się zwariować. UKRAINA SZCZĘŚCIE 22 maja 2025 roku Wkrótce wyruszam do Kijowa. Na początek czeka mnie debata wokół ukraińskiego wydania „W stronę Xenopolis” (w przekładzie Konstantyna Moskaleca, nakładem wydawnictwa „Duch i Litera”). Poprowadzi ją Anton Liagusza. Właśnie dowiedziałem się, że ukraiński PEN umieścił „W stronę Xenopolis” na liście najważniejszych książek wydanych w Ukrainie w ubiegłym roku. A wczoraj do Krasnogrudy dotarła „Kritika”, w której o książce pisze Dmytro Szewczuk. Myślami wciąż jestem jednak w różnych miejscach Zakarpacia - od Użhorodu, przez Wynohradiw i Berehowo, po Przełęcz Synevyr. Najpierw kolejna sesja Wędrownej Akademii DILEMMA, a potem seminarium o małych centrach świata i warsztat dla ich liderów z różnych miast i miasteczek Ukrainy, w tym również tych okupowanych w Donbasie. 188 Krzysztof Czyżewski „Tam jest mój Nju Jork, gdzie jestem i dla niego pracuję” - mówił Timofij, wychowanek Wiktorii Ameliny. Podobnie Tetiana z Awdijiwki. Intensywne debaty, wyprawy w góry i szczera gościnność Ukraińców - wszystko z wielkim sercem przygotowane przez Andrija Łubkę i jego przyjaciół. Trudno w to uwierzyć, ale będąc w Ukrainie i spotykając ludzi walczących na różnych frontach oporu przeciw tyranii zła, człowiek nabiera sił i wiary w sens walki o lepszy świat, tutaj i wszędzie indziej. Tak, płakaliśmy. Tak, widzieliśmy morze świeżych grobów. Tak, wysłuchaliśmy opowieści, po których nie można było zasnąć. A jednak to właśnie tu i pośród tutejszych ludzi przeżyłem chwile czystego szczęścia, łez napływających do oczu nie z bólu a z miłości, wreszcie odczucia tego czegoś, co Wika Amelina nazywała „deokupacją przyszłości” — że jutro może mieć smak dobrego życia. Tak, czułem, że razem, wbrew wojnie, wspinamy się w górę serca. Myślę, że to właśnie miał na myśli Andrij, gdy po naszej ostatniej sesji na górze Hymba w paśmie Połoniny Borżawskiej powiedział: Nasze centrum świata jest małe, ale wysokie... KIJÓW 27 maja 2025 roku Kijów tego wieczora ciepły i spowity ciszą. Niechby tak zostało to rana... Przychodzą do mnie słowa z „Modlitwy mojej matki przed zmrokiem” Nuchima Bomsego... Napełnij niebo w ciemnej nocy ciszą,/ Błyskawice powściągnij, przy-dum gromy,/ Niechaj rodzące matki ich nie słyszą./ Niech nikt nie będzie i w myśli skrzywdzony... Mnie samą chroń od wody, błyskawicy,/ Przeciw ogniowi bądź mi ku pomocy. / Niech moja suknia ubogiej kobiety/ Spokojnie leży na ławeczce w nocy. Ąoópoi noni! AFANASJEV 17 czerwca 2025 roku Ponad osiemsetstronicowa saga z życia staroobrzędowców w Estonii. W kunsztownym przekładzie Anny Michalczuk-Podlecki. Wystarczy chwila zanurzenia w rzece tej opowieści, a uniesieni zostajemy przez jej wewnętrzny nurt, niejako pod prąd czasu, którego wciąż nam brakuje, a przynajmniej tak sobie wmawiamy. Notatki słów i obrazów (27) 189 „Do pejpuskich wsi dotarły nowe czasy. Może nie tak ciekawe jak poprzednie, ale wciąż można odnaleźć w nich delikatne piękno - jak wędzonej sielawy, której martwe ciało nie jest przesolone ani zniszczone pieprzem, curry lub inną atakującą kubki smakowe przyprawą. Czy to nie sielawy zmarły za nasze grzechy? Wspomnij my je, bo to one były naprawdę bez grzechu, choć nie wierzyły w Boga i najpewniej nigdy wraz ze swoim maleńkim narybkiem nie pojęły, że i one cierpią. Wszystkie żywe istoty, czy to ludzie w domach, czy ryby w wodzie, grzyby w lesie bądź ptaki na niebie, nieprzerwany strumień czasu unosi ku przemijaniu. Tych, którzy to pojmują, dusi straszliwy ucisk; wyzwolenie od niego obiecują wyobrażenia o wiecznym życiu i przeznaczeniu. Szczęśliwi ci, co potrafią oślepić się światłem Boga! Lecz ślepota nie jest pewną drogą, bo za każdym razem, gdy się potykamy, odzyskujemy wzrok i na powrót spadamy w dolinę strachu.” A wyboje, które sprawiają, że upadamy na kolana, i doprowadzają nas, szukających ratunku, do żałości i jęku lub niszczą bez reszty, czekają za każdym zakrętem. Jeśli choroba i nieszczęścia nie przyniosą nam cierpienia, to uczyni to dostatek, rozwiewając w nas fatamorganę kochającego Boga i wpędzając nas w jeszcze głębszą rozpacz - koniec świata tu, na ziemi. Ostatecznie swoje małe codzienne szczęście znajdują ci, co pogodzili się z danym im biologicznym czasem i próbują przeżyć go w najlepszy możliwy sposób, troszcząc się o siebie i swoich bliskich oraz nie przeszkadzając innym czyniącym to samo.” ZVIAD RATANI 24 czerwca 2025 rok Czytam Zviada Ratianiego. Jeszcze jedno puste krzesło przy stole zastawionym poezją tych, którzy - zabici bądź prześladowani - nie mogą zasiąść z nami do uczty. Wczoraj go aresztowano, podczas protestu przed gruzińskim parlamentem. Ponownie. W zeszłym roku był torturowany. Teraz, pod sfabrykowanym zarzutem pobicia policjanta, grozi mu od czterech do siedmiu lat. Dobrze, że są jego wiersze. Tak łatwiej nie zostawić go samego tej nocy... lepsza przyszłość proszę, oto państwa lepsza przyszłość. jest dokładnie taka, jakiej sobie życzyliście. przepraszamy za opóźnienie w dostawie, ale sami rozumiecie: jest duży popyt i wszyscy nas poganiają. tu jest instrukcja, proszę się zapoznać. karta gwarancyjna zostaje u państwa. proszę tutaj podpisać. wygląda, że naprawdę jest taka, jakiej sobie życzyliśmy. ale i tak oglądamy ją podejrzliwie. 190 Krzysztof Czyżewski ciebie, jako kobietę, niepokoi niejasna instrukcja obsługi. mnie — krótki okres gwarancyjny. ty jesteś kobietą, więc otwierasz okna i pławisz się w oślepiającym blasku przyszłości. ja wciąż stoję przy drzwiach i zdezorientowany odbieram kwity od kuriera, raz jeszcze patrzę na kartki, udając, że je czytam, i podpisuję się we wskazanym miejscu: Wybaczcie. PRZED LUDOBÓJSTWEM 11 lipca 2025 roku Błąkałem się z przyjaciółmi po uliczkach Srebrenicy w poszukiwaniu czegoś ciepłego do zjedzenia, czegoś do wypicia, rozgrzewającego... Padał deszcz. Wcześniej długo nie mogliśmy opuścić pobliskiej nekropolii w Potoćari. W niczym nie przypominało to pobytu w miejscu zbrodni po latach, gdy już tylko kupuje się bilet do muzeum... W powietrzu wisiał krzyk i toczyła się bitwa - z jednej strony wielotysięczna, milcząca wspólnota białych, rażących duszę nagrobków; z drugiej strony bzyczenie miliona wymówek, za wszelką cenę starających się odwrócić uwagę od nagiej prawdy, zakłócić ciszę modlitwy: to nieprawda... to inaczej było ... to nie my... to... to... to... I wtedy przyszły te słowa. Bałem się ich. Długo nie zaglądałem do notesu. Wciąż nie wiem czy to już wiersz. przed ludobójstwem jedni odważni prostują kręgosłup stawiają czoła złu belkę widzą we własnym oku nie dają się złamać nienawiści przemocy mówią nie protestują przeciw wojnie wierzą w boską sprawiedliwość a gdy ich zawiedzie zdają się na miłosierdzie wierzą w prawo międzynarodowe w posłańców pokoju w ludzką moc rozwoju pamiętają o „nigdy więcej” zaangażowani w pomoc praw człowieka bronią bestie obłaskawiają bogactwem wspólnym interesem od dobra wolnym pięknem uczą się dyplomacji tolerancji mądrości że nic nie jest czarno-białe cierpliwości kapiszony do zabawy w wojnę przed dziećmi chowają tylko w sporcie ciosy oddają na agresję przepisują rozbrojenie i gwarancje bezpieczeństwa na uspokojenie by nie sprzeniewierzyć się wartościom by pogarda w gardle nie stanęła ością miecz kładą na ziemię ufni że równe prawu grawitacji jest odwzajemnienie drudzy tchórzliwi dobrze uzbrojeni tylko na to czekają Nasi księża literaci na Maderze 191 Janusz Ryszkowski 3\Casi ł Feliksa Nowowiejskiego. Nota bene, grał tam wtedy na organach elektronicznych, bo organy piszczałkowe w barczewskim kościele były nieczynne. Dzisiejszy koncert pod nazwą - Siła blachy, potęga manuałów - został zaprogramowany tak, aby pokazać, jak brzmią inne instrumenty grające razem organami. Były to kolejno: trąbka, puzon, instrumenty perkusyjne oraz kwintet dęty blaszany z perkusją. W sumie na godzinny program złożyły się cztery utwory: Petr Eben - Windows na trąbkę i organy, cz. II i III; Otto Hoser - Romanza na puzon i organy; Thierry Escaich - Ground II na organy i perkusję; Craig Phillips - Suita na organy, kwintet dęty błaszany i perkusję. W mojej pamięci muzycznej zachowały się dwa dzieła wymienione na początku. Pierwsze, z uwagi na niepotykaną różnorodność brzmienia organów w dialogu z trąbką, na której z pierwszego balkonu grał Piotr Nowak. Były to naprawdę bardzo wyszukane brzmienia. Tytułowe „Windows” kompozytor wziął nie z aplikacji komputerowej, tylko od witraży, które zobaczył w Synagodze w Centrum Medycznym Hadassah w Jerozolimie. Przedstawiają one 12 pokoleń Izraela i zostały zaprojektowane przez Marca Chagalla. W drugim utworze organy po prostu akompaniowały puzoniście Tomaszowi Hajdzie w przepięknej romancy, która -zdaniem zapowiadającego koncert Adama Suprynowicza - stała się hitem orkiestr dętych. Po koncercie bardzo ucieszyłem się, bo udało mi się zrobić zdjęcie organisty Arkadiusza Bialica, oczywiście, nie podczas trwania koncertu, bo to jest zabronione, ale tuż po nim, kiedy muzyk podszedł do instrumentu, aby zabrać nuty i zasunąć klapę ochronną nad pięcioma manuałami organów. 202 Wacław Bielecki SYMFONIA TYSIĄCA MAHLERA W SPODKU sobota, 24 maja 2025 r. Ponad tysiąc osób w katowickim Spodku wykonało VIII Symfonię Mahlera, Jot. W. Bielecki Nie ukrywam, że głównym celem mojej eskapady muzycznej był koncert w katowickim Spodku. Został on zorganizowany przez Filharmonię Śląską z okazji 80 rocznicy jej powstania. Na miejsce koncertu wybrano słynny Spodek, halę mogącą pomieścić 11 tysięcy widzów, bo w programie zaplanowano VIII Symfonię Gustawa Mahlera zwaną „Symfonią tysiąca”. Ten utwór został wykonany w drugiej części wieczoru, a część pierwsza została poświęcona utworom Wojciecha Kilara, nazywanego tutaj „katowiczaninem”. Kompozytor po powojennej ucieczce ze Lwowa spędził w Katowicach resztę życia i jest pochowany na tutejszym cmentarzu przy ulicy Sienkiewicza, do którego udało mi się dotrzeć. W wykonaniu Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją dyrektora naczelnego tego zespołu Adama Wesołowskiego usłyszeliśmy Orawę na kameralną orkiestrę smyczkową, następnie Koncert na fortepian i orkiestrę w którym partię solową zagrał Piotr Sałajczyk oraz najbardziej znane fragmenty muzyki do filmów: Sól ziemi czarnej, walca z Ziemi obiecanej, poloneza z Pana Tadeusza oraz walca z Trędowatej. Ta część koncertu zakończyła się Sinfonią industrialną, utworem na orkiestrę skomponowanym na 150-lecie Chorzowa przez Adama Wesołowskiego. Kompozytor wykorzystał w niej odgłosy wydobywane z maszyn górniczych i przemysłowych. Jakoś nie bardzo zachwycił mnie ten utwór i, moim zdaniem, nie bardzo pasował do tej uroczystości, tym bardziej, że nie zagrano niczego z twórczości Henryka Mikołaja Góreckiego, który jest patronem Filharmonii Śląskiej. Zapiski melomana 203 Po przerwie zabrzmiała składająca się z dwóch części i trwająca prawie półtorej godziny VIIISymfonia Es-dur Gustawa Mahlera, która miała swoją prapremierę w 1910 roku w Monachium pod dyrekcją kompozytora. Na widowni zgromadziło się wtedy 3 tysiące melomanów oraz wybitni kompozytorzy: Camille Saint-Saens, Richard Strauss, Arnold Schonberg, Alban Berg, Anton Webem oraz pisarz Tomasz Mann. Katowice przebiły Monachium, bo na trybunach zasiadło aż 7 tysięcy słuchaczy. Skład wykonawców także był imponujący: 870 śpiewaków w chórze, 160 instrumentalistów w orkiestrze oraz siedmioro solistów, w sumie ponad tysiąc osób. Całością dyrygował szef artystyczny Filharmonii Śląskiej Yaroslav Shemet. Organizatorzy twierdzą, że było to pierwsze wykonanie w Polsce z udziałem ponad tysiąca artystów. A jak to wszystko zabrzmiało? Zabrzmiało bardzo głośno, a czasem krzykliwie. Nigdy w życiu nie widziałem tylu artystów na scenie. Do tego doszły mikrofony, wzmacniacze i głośniki, reflektory punktowe, kamery telewizyjne przesuwające się nad głowami widzów na wielkich wysięgnikach. Jednym słowem koncert przekształcił się w wielkie widowisko telewizyjne transmitowane na żywo. Przyznam, że nie czułem się zbyt pewnie, bo w czasie koncertów jestem przyzwyczajony do ciszy, a tutaj ciszy nie było. Przez cały czas widzowie chodzili pomiędzy sektorami i głośno rozmawiali. Dźwięk nie płynął do mnie z estrady, tylko z licznych i wielkich głośników ustawionych całymi bateriami. Co więcej, już na początku koncertu, kiedy orkiestra grała „Orawę”, gdzieś na wysokiej trybunie rozległ się męski głos: Na pomoc! Ratunku! W jego kierunku ruszyli ratownicy. Przez kilkanaście minut dochodziły stamtąd niepokojące odgłosy. Zapewne dyrygent i pozostali wykonawcy tego nie słyszeli. W czasie przerwy ratownicy wyjaśnili, że pewien mężczyzna doznał rozległego zawału serca i aż cztery razy musieli użyć defibratora, zanim został zabrany przez karetkę pogotowia do szpitala. Nasuwa się pytanie, czy w takiej atmosferze jest miejsce na muzykę? Moim zdaniem, nie bardzo. Niewiele zdołałem jej wychwycić i nie pozostało mi nic innego, jak posłuchać Symfonii tysiąca Mahlera w normalnej sali koncertowej, i niekoniecznie w tak licznej obsadzie. Można powtórzyć za klasykiem: małe jest piękne. FAUST GOUNODA, BEZ NOCY WALPURGII, W BYDGOSKIEJ OPERA NOVA niedziela, 25 maja 2025 r. W niedzielny wieczór czekało na mnie ostatnie wydarzenie w trakcie tygodniowej eskapady muzycznej: opera Faust Charlesa Gounoda w Opera Nova w Bydgoszczy. Jest to jedna z pierwszych oper, jaką widziałem w swoim życiu. Było to niewiarygodnie dawno, kiedy chodziłem do Liceum Pedagogicznego w Tczewie i dość często jeździliśmy na spektakle do Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Przed wieloma laty ponownie widziałem w Gdańsku Fausta w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego. Pamiętam swoje oburzenie z powodu zastąpienia przez reżysera sceny baletowej zwanej „Nocą Walpurgii” jakąś muzyką rockową i tancerzami w hipisowskich strojach. To wszystko spowodowało, że ciekawy byłem, jak zostanie zrealizowane przedstawienie w Bydgoszczy. 204 Wacław Bielecki „Faust” w Opera Nova w Bydgoszczy, fot. W. Bielecki A w Bydgoszczy odbyło się to, jak zwykle, z poszanowaniem tradycji, chociaż reżyser Paweł Szkotak przeniósł akcję z XVI wieku do czasów I wojny światowej. Dostosowano do tego scenografię (Mariusz Napierała) oraz kostiumy (Martyna Kander). Śpiewacy kreujący główne role w oglądanym spektaklu, to wychowankowie Akademii Muzycznej w Gdańsku: Julia Pruszak- Kowalewska, sopran i Janusz Żak, bas baryton lub Akademii Muzycznej w Bydgoszczy - Szymon Rona, tenor. Za pulpitem dyrygenckim stanął doświadczony dyrygent Piotr Wajrak, świetnie panujący nad orkiestrą i nie pozwalający na zagłuszanie śpiewaków. Muzycy z polotem wykonali, m.in. słynnego walca, uznawanego przez niektórych za najpiękniejszego w literaturze muzycznej i swobodnie konkurującego z walcami wiedeńskich Straussów. Spośród głównych śpiewaków najbardziej spodobała mi się sopranistka Julia Pruszak--Kowalewska w roli Małgorzaty, pięknie wykonująca Arię z klejnotami oraz Janusz Żak, bas baryton, jako Mefistofeles. Jest to niezły śpiewak i dobry aktor, co pokazał w dwóch popisowych ariach: Pieśni o Złotym cielcu i diabelskiej Serenadzie. Chór operowy był głosowo bez zarzutu, ale na scenie zbyt często stał nieruchomo. Podobały mi się także wstawki baletowe. Odczułem jednak zawód, bo w bydgoskiej inscenizacji w ogóle pominięto scenę baletową, słynną „Noc Walpurgii” z V aktu. Wiadomo, że od czasu dokomponowania tej sceny wl869 r., a więc dziesięć lat po premierze, były z nią problemy, albowiem niektórzy realizatorzy po prostu skreślali ją, twierdząc, że nic nie wnosi do samej akcji. Jest ona jednak bardzo widowiskowa, a więc kosztowna. Szkoda, że nie miałem możliwości nacieszenia się tą uroczą muzyką, a wiem, że w Opera Nova jest świetny zespół tancerzy. Na całe szczęście muzyka baletowa z Fausta dość często pojawia się jako samoistny utwór na salach koncertowych. Zapiski melomana 205 BARTOSZ SKŁODOWSKI GRA CHOPINA W WAPLEWIE piątek, 20 czerwca 2025 r. Bartosz Skłodowski zagrał w Waplewie na fortepianie Kawai, fot. W. Bielecki Tegoroczne, 19. już Pomorskie Dni Chopinowskie w Waplewie Wielkim odbyły się przy słonecznej pogodzie. Do sali koncertowej znajdującej się w byłej oranżerii pałacu Sierakowskich przybyła jak zwykle liczna grupa melomanów ze Sztumu, Malborka i okolic. Solistą wieczoru był pianista Bartosz Skłodowski. Ten młody muzyk rozpoczął naukę gry na fortepianie i kontynuował ją w Państwowych Szkołach Muzycznych I i II stopnia w Jeleniej Górze. W 2017 r. ukończył studia w klasie fortepianu prof. Waldemara Wojtala w Akademii Muzycznej w Gdańsku, a następnie w 2022 r. uzyskał stopień doktora sztuki na tej samej uczelni, gdzie obecnie pracuje na Wydziale Instrumentalnym. Bartosz Skłodowski jest zdobywcą licznych nagród na konkursach krajowych i zagranicznych, m.in.: Grand Prix oraz za najlepsze wykonanie mazurka Chopina na Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim „Golden Ring” (Radovljica, Słowenia); I miejsce oraz nagroda publiczności na „Mauro Paolo Monopoli Competition” (Barletta, Włochy); IV miejsce na 52. Ogólnopolskim Konkursie im. F. Chopina w Warszawie. Mimo młodego wieku występował w wielu krajach: Czechy, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Belgia, Słowenia, Maroko, Chiny, Japonia i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Wykonał też cykl 21 recitali chopinowskich, promujących polską kulturę podczas Expo 2020 w Du-baju. W ubiegłym roku pianista zadebiutował na Festiwalu „Chopin i jego Europa” w Warszawie, przywracając na estradę zapomniane sonaty fortepianowe Grażyny Bacewicz. Swój recital w Waplewie pianista rozpoczął od zagrania czterech mniej znanych Mazurków z op. 30 (c-moll, h-moll, Des-dur, cis-moll), a następnie wykonał Rondo a la Krakowiak F-dur op. 14 w wersji na fortepian solo. Potem usłyszeliśmy dwa smętne Nokturny z op. 32 H-dur i As-dur oraz monumentalną Fantazję f-moll op. 49. Recital zakończył się błyskotliwym wykonaniem Walca As-dur op. 34 nr 1 oraz Ballady f-moll op. 52, nawiązującej nieco, moim zdaniem, do wolnego walca. 206 Wacław Bielecki Bartosz Skłodowski zaprezentował się melomanom jako pianista dysponujący wspaniałą techniką i pamięciowym opanowaniem utworów. Jego gra odznacza się znakomitym wyczuciem kompozycji Chopina pod względem dynamicznym - zmianami i cieniowaniem siły głosu od piana do mocnego forte oraz zróżnicowaną stylistyką agogiczną, tzn. zmianami tempa, a szczególnie operowanie specyficznym dla Chopina tempem rubato. Wydaje się, że ma to wszystko jakby naturalnie wrodzone. Artysta zagrał ponad godzinny recital, właściwie bez przerwy, jeśli nie liczyć, czterokrotnych oklasków publiczności po wykonaniu kolejnych utworów. Na zakończenie była owacja na stojąco i dwa bisy: zwiewny Nokturn Es-dur op. 9 nr 2 oraz brawurowo wykonana Etiuda cis-moll op. 10 nr 4. Jak już wspomniałem, pod względem techniki pianistycznej pianista jest po prostu świetny, jedynie co dostrzegłem w jego zachowaniu, to wielka powściągliwość w okazywaniu uczuć. Moim zdaniem, stara się nie ujawniać emocji, nadmiernie hamuje je, co jest niepotrzebne, albowiem ujawnianie emocji zbudowało by większą więź ze słuchaczami. Jestem przekonany, że do sukcesu recitalu przyczynił się też inny niż zwykle tutaj słyszany instrument: pięknie brzmiący, gabinetowy, japoński fortepian Kawai. Jak się dowiedzieliśmy od prowadzącej koncert Olgi Walentynowicz, prezeski Oddziału Towarzystwa Chopinowskiego w Gdańsku, udało się go wypożyczyć z firmy Kawai z Warszawy, która uczyniła to gratisowo, bezpłatnie przywożąc instrument ze stolicy razem ze stroicielem. Nieco rozczarowany byłem faktem, że koncert nie odbył się w wyremontowanej sali znajdującej się na poddaszu budynku wozowni. W kuluarach dowiedziałem się, że sala ta wymaga korekty akustycznej, gdyż w obecnej chwili odznacza się zbyt wielkim pogłosem. Może uda się ją otworzyć na kolejny koncert jesienią tego roku? KONKURS KOMPOZYTORSKI IM. K. PENDERECKIEGO W SOPOCIE wtorek, 24 czerwca 2025 r. W sali Słonecznej przy alei Mamuszki tuż przy plaży w Sopocie odbyło się zakończenie 8. Konkursu Kompozytorskiego im. Krzysztofa Pendereckiego. Kompozycje na ten konkurs nadesłało aż 50 osób. Jury pod kierownictwem Joanny Wnuk-Nazarowej dopuściło do finału utwory czterech młodych kompozytorów, absolwentów akademii muzycznych z Gdańska, Łodzi, Katowic i Warszawy. Rozstrzygniecie konkursu odbyło się w ten sposób, że orkiestra Polskiej Filharmonii Kameralnej z Sopotu pod dyrekcją Rafała Janiaka zagrała po kolei cztery wyłonione do finału kompozycje w obecności jurorów i publiczności. Po wysłuchaniu utworów jury ogłosiło zwycięzcę. Został nim Wojciech Chałupka, saksofonista i kompozytor, absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Jurorom spodobała się jego kompozycja pod nazwą Chiaroscuro, za co przyznano mu nagrodę w skromnej wysokości 6 tysięcy zł. Tytuł dzieła nawiązuję do techniki w malarstwie wykorzystującej ostre kontrasty między światłem i ciemnością. Rzeczywiście, w tym krótkim, niecałe 10-minutowym dziele, kompozytor w bardzo kunsztowny sposób prezentuje najróżniejsze barwy dźwiękowe wydobywane Zapiski melomana 207 Czterej finaliści konkursu kompozytorskiego, drugi od prawej zwycięzca Wojciech Chałupka, fot. W. Bielecki przez instrumenty smyczkowe: tremola w niskich rejestrach dźwiękowych, glissanda, stuki, zwolnienia i energiczne przyspieszenia. W całym utworze słychać jakieś wzrastające napięcie i niepokój. Ciekawe, czy ta kompozycja trafi do repertuaru orkiestr smyczkowych? Być może, bo ten sam utwór otrzymał także nagrodę publiczności — 11 tysięcy zł. Natomiast nagrodę przyznaną przez orkiestrę w wysokości 8 tysięcy zł zagarnął Szczepan Magier, absolwent Akademii muzycznej w Gdańsku, za kompozycję Marmo (Marmur). Konkurs był bardzo sprawnie prowadzony przez red. Różę Światczyńską z Programu II Polskiego Radia, a jego zwycięzców ogłosił dr hab. Szymon Morus, szef Polskiej Filharmonii Kameralnej. Publiczność i wykonawcy mogli się cieszyć nie tylko dźwiękami nowych, nigdy dotąd nie wykonywanych kompozycji, ale i przepysznym widokiem morza, widocznym przez okna sali Słonecznej. Następny konkurs planowany jest za dwa lata. KONCERT CHOPINA W TRANSKRYPCJI NA GITARĘ KLASYCZNĄ W OLSZTYNIE niedziela, 29 czerwca 2025 r. W Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej wysłuchałem koncertu otwierającego 14 Festiwal Gitarowy Joaquina Rodrigo. W programie były tylko dwa utwory poprzedzone sążnistymi informacjami konferansjerów o festiwalu i konkursie gitarowym. Jako pierwszy został zaprezentowany publiczności koncert na wiolonczelę pod hiszpańską nazwą Concierto como un dwertimento (Koncert rozrywkowy) napisany przez patrona festiwalu Joaquina Rodrigo. Jego wykonawczynią była Karolina Jaroszewska-Rajewska, związana z orkiestrą Filharmonii Narodowej w Warszawie jako koncertmistrzyni grupy wiolonczel. Jest to dość znana instrumentalistka, która już podczas studiów w USA wygrała 208 Wacław Bielecki Mateusz Kowalski gra na gitarze koncert Chopina, fot. ze strony Festiwalu w Olsztynie konkurs im. G. Piatigorskiego w Los Angeles. Orkiestrą dyrygował Sebastian Zinca, młody dyrygent o korzeniach rumuńsko-peruwiańskich. Wysłuchany koncert Rodrigo ma budowę klasyczną, tzn. składa się z trzech części o kontrastujących tempach: szybka - wolna - szybka. W części pierwszej można usłyszeć melodie hiszpańskich tańców narodowych, np. fandango. Wolna, najdłuższa część druga, zaczyna się od ciekawie zinstrumentowanego fragmentu z figuracjami fletów na tle flażoletów skrzypiec i dzwonków. Tutaj jest umieszczona solowa kadencja wiolonczeli o charakterze wirtuozowskim. Ostatnia część to radosne brzmienia orkiestry, gdzie często słychać trąbki, tak jak w ludowej muzyce meksykańskiej. Wydało mi się, że czasami trąbki rozmijały się z zasadniczą partią orkiestry. Utwór został przyjęty gromkimi oklaskami przez publiczność. Wiolonczelistka wywoływana była dwukrotnie do ukłonów, ale na bis nie zdecydowała się. Po przerwie usłyszeliśmy niezwykle wykonanie Koncertu f-moll Fryderyka Chopina. To dla wysłuchania tego utworu udałem się do Olsztyna. Ta niezwykłość polegała na tym, że bardzo trudna partia fortepianu została zagrana na gitarze klasycznej. Muzykiem, który podjął się tego zadania był młody wirtuoz gitary Mateusz Kowalski, znany nam z koncertów w Sztumie i Waplewie. Gitara i fortepian są to tak różne instrumenty, że wydawało by się, że zastąpienie fortepianu przez gitarę jest niemożliwe. Jednakże transkrypcji koncertów Chopina dokonał polski gitarzysta Jerzy Koenig działający w Niemczech, który przed kilkoma laty zaskoczył środowisko muzyczne, nie tylko gitarowe, przełożeniem I i II Koncertu fortepianowego Chopina na instrument szarpany, jakim jest gitara. I tę transkrypcję, zmienioną nieco przez pomysły Mateusza Kowalskiego, usłyszeliśmy na estradzie w Olsztynie. Dodać trzeba, że było to pierwsze jego wykonanie z orkiestrą grającą na instrumentach współczesnych, a nie historycznych. Oczywiście, gitara nie jest w stanie oddać dokładnie partii fortepianu, ale posiada inne możliwości, których ten młoteczkowy instrument klawiszowy nie posiada. Są to, gra legato i wibrato, glissanda i flażolety oraz arpeggia. Właśnie te charakterystyczne dla gitary środki techniczne zostały wykorzystane w transkrypcji. Moje Zapiski melomana 209 wrażenia po wysłuchaniu tego wykonania były po prostu nieziemskie. Szczególnie zauroczyła mnie druga, wolna części koncertu, słynne Larghetto określane zwykle jako apoteoza romantycznej miłości. Była to czysta poezja muzyczna. Nic dziwnego, że po wysłuchaniu utworu publiczność poderwała się z miejsc i burzliwymi oklaskami wyprosiła dwa bisy. Najpierw usłyszeliśmy brawurowo wykonane Tango en Skai Rolanda Dyensa, a następnie przepiękną Sarabandę t Partity a-moll BWV1013 Jana Sebastiana Bacha. POWRÓT KONCERTÓW MUZYKI KLASYCZNEJ NA ZAMKU W MALBORKU? sobota, 5 lipca 2025 r. Goldberg Baroąue Ensemble i dyrygent Andrzej Szadejko, fot. W. Bielecki W sali Karwan na Zamku w Malborku, czyli dawnej wozowni, odbył się pierwszy koncert muzyczny z barokową muzyką gdańską w ramach cyklu „Amor Artis” (Z miłości do sztuki). Na scenie pojawili się instrumentaliści i śpiewacy z zespołu Goldberg Baroque Ensemble prowadzeni przez prof. Andrzeja Szadejkę. Muzycy specjalizują się w wykonywaniu dzieł instrumentalno-wokalnych tworzonych w dawnym Gdańsku. Dzisiaj zaprezentowali mal-borskiej publiczności utwory zapomnianego kompozytora Johanna Daniela Pucklitza (1705 -1774). Były to dzieła religijne: cztery barokowe kantaty oraz krótka msza luterańska (missa brevis) składająca się z dwóch części: Kyrie i Gloria. Do wykonania tego repertuaru konieczne było zaangażowanie czwórki śpiewaków - solistów, więc na estradzie pojawili się: Ingrida Gapova (sopran), Matylda Staśto-Kotuła (alt), Sebastian Mach (tenor) i Wojciech Sztyk (bas). Zaprezentowane kolejno cztery kantaty to utwory dość krótkie, trwające po około 10 minut. Napisane zostały przez Pucklitza na okres zwykły po Epifanii, czyli na kolejne niedziele po Święcie Objawienia Pańskiego, upamiętniającego pokłon Trzech Króli. Kantaty mają podobną budowę, zaczyna je chór, następnie soliści wykonują recytatywy bądź arie, a całość kończy protestancki chorał w wykonaniu chórzystów. Niewielkiemu, czterogłosowemu chórowi mieszanemu składającemu się z 8 śpiewaków towarzyszy również nieduży 210 Wacław Bielecki zespół grający na dawnych instrumentach: 10 smyczków, obój, fagot, trąbka clarino oraz klawesyn i pozytyw (przenośne organy). Zaśpiewane kantaty powstały w okresie baroku, nic wiec dziwnego, że ich muzyka może kojarzyć się z dziełami J. S. Bacha czy A. Vivaldiego. Słucha się ich z dużą przyjemnością. Jedyną przeszkodą w ich odbiorze jest język, wykonywane są bowiem po niemiecku. Tę trudność złagodziły nieco rzeczowe zapowiedzi konferansjera Marcina Majchrowskiego, redaktora Programu II Polskiego Radia. Można też było śledzić kompletny tekst wszystkich kantat przetłumaczony i umieszczony w starannie przygotowanym programie, ale w trakcie koncertu w przyciemnionej sali, było to trudne. Publiczność przyjęła gdańskich muzyków z wielką serdecznością. Dyrygent Andrzej Sza-dejko zapowiedział następny koncert na koniec września br. Dodał też niezmiernie ciekawą informację o tym, że do lat 30-tych XX wieku na Zamku w Malborku działały orkiestry, tworzyli tutaj kompozytorzy i regularnie odbywały się koncerty. Niestety, to wszystko zostało przerwane i teraz trwają starania o przywrócenie tej tradycji mieszkańcom Malborka i regionu. Oby tak się stało, albowiem w poprzednim numerze „Prowincji” w artykule o trzech neoromantycznych operach, których akcja odbywa się na Zamku w Malborku napisałem, że od czasów przed pandemią trwa tutaj muzyczna cisza. Cieszy mnie ta zapowiedź powrotu do regularnych koncertów. Mam wszakże dwie prośby do organizatorów. Pierwsza, aby rozpoczynać koncerty nieco później, a nie w porze obiadowej, jak to miało teraz o godzinie 15:00. Druga prośba dotyczy miejsca. Sala Karwanu to jednak sala dawnej wozowni znajdująca się na Zamku Niskim, czyli na Przedzamczu. Moim zdaniem muzycy zasługują na to, aby zaprosić ich na wspaniałe komnaty zamkowe na Zamku Średnim lub Wysokim. Słuchanie wykwintnej muzyki wymaga bowiem także odpowiedniego otoczenia. INAUGURACJA FESTIWALU MUZYKI POLSKIEJ W KRAKOWIE sobota, 12 lipca 2025 r. Przyznam, że lubię słuchać koncertów w niezwykłych miejscach, albowiem to, gdzie jest wykonywana muzyka, ma duży wpływ na jej wykonanie i odbiór. Takim niezwykłym miejscem są na pewno Sukiennice w Krakowie, a dokładniej, Sala Siemiradzkiego należąca do Muzeum Narodowego, w której eksponowane są najsławniejsze, olbrzymie obrazy Jana Matejki „Hołd pruski” i „Kościuszko pod Racławicami”, a na centralnej ścianie zawieszone jest płótno z „Pochodniami Nerona” Henryka Siemiradzkiego. Sala ta może pomieścić około dwustu słuchaczy. W takim to anturażu wysłuchałem koncertu inaugurującego 21 Festiwal Muzyki Polskiej. Na program wieczoru złożyły się dwa koncerty klarnetowe — Karola Kurpińskiego i Ignacego Dobrzyńskiego - poprzedzane Polonezem z 3 aktu opery Hrabina Stanisława Moniuszki oraz Epitafium na śmierć Karola Szymanowskiego Tadeusza Szeligowskiego. Pierwszy koncert klarnetowy znany mi jest doskonale, bo słuchałem go na żywo wielokrotnie i opisywałam swoje wrażenia po jego wysłuchaniu, np. w „Prowincji” 2022, nr 2. Jak wiadomo zachowała się tylko jego pierwsza część, a dwie pozostałe części dopisał w oparciu o muzykę Kurpińskiego niemiecki skrzypek, dyrygent i kompozytor Sebastian Zapiski melomana 211 Klarnecista Krzysztof Grzybowski i dyrygentka Anu Tali, fot. W. Bielecki Gottschick. Druga część jego rekonstrukcji oparta jest na uwerturze Kurpińskiego pt. Bitwa pod Możajskiem [Borodino], a trzecia to zagrany w żywym tempie polonez. Natomiast drugiego koncertu klarnetowego skomponowanego przez Ignacego Dobrzyńskiego, starszego kolegi Chopina ze studiów u Józefa Elsnera, wysłuchałem po raz pierwszy. Składa się on z trzech części kontrastujących ze sobą tempem: szybkiej i burzliwej (Agitato), wolnej (Adagio doloroso e molto espressivo), szybkiej (Allegro mosso e animato). Jest to piękna, romantyczna i melodyjna muzyka oparta przez cały czas na dialogowaniu klarnetu z orkiestrą. Co ciekawe, kompozycja ta zachowała się do naszych czasów w zapisie nutowym, jako duet na klarnet z fortepianem, a transkrypcji na klarnet z orkiestrą dokonał gdański klarnecista Karol Respondek, grający w orkiestrze Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Bardzo spodobała mi ta wersja, w której w części I i II, w ciekawy sposób eksponowane są fagoty. Solistą był klarnecista Krzysztof Grzybowski. To młody muzyk, który onegdaj trzykrotnie nie został przyjęty do podstawowej szkoły muzycznej w Olecku na Mazurach z powodu orzeczonego przez komisję egzaminacyjną „braku uzdolnień muzycznych” (I). Obecnie, po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina - filia w Białymstoku oraz u słynnej Sabiny Meyer w Lubece, jest chętnie angażowany przez organizatorów koncertów w Polsce i Europie. Gra w sposób niezwykle swobodny, z wdziękiem i uśmiechem na twarzy, pokonując najtrudniejsze fragmenty koncertu wymagające wirtuozowskiego opanowania instrumentu. Ma do dyspozycji specjalnie dla niego zbudowany klarnet, podobno z kryształowym ustnikiem. Soliście towarzyszyła Sinfonietta Cracovia pod batutą znanej estońskiej dyrygentki Anu Tali, która dyrygowała nieco teatralnie, ale pewnie kierowała orkiestrą. Całość wypadła znakomicie, więc publiczność wyklaskała bis. Zapowiedział go sam solista, który z orkiestrą wykonał mniej znaną, klezmerską melodię pt. Bądźmy szczęśliwi. I z takim uczuciem szczęścia wychodziłem z Sali Siemiradzkiego w Sukiennicach na falujący i pulsujący od głośnego tłumu krakowski Rynek. 212 Wacław Bielecki KONCERT ORGANOWY U ŚW. ANNY W SZTUMIE niedziela, 27 lipca 2025 r. Filip Presseisen za pulpitem sztumskich organów, obok Ewelina Miernikiewicz organistka z kościoła św. Anny, fot. W Bielecki XVI koncert organowy, zwany plebiscytowym, zaczął się w kościele św. Anny w Sztumie od przywitania publiczności i przedstawienia wykonawcy przez ks. Andrzeja Starczewskiego. Następnie organista dr hab. Filip Presseisen z Krakowa zapowiedział pierwsze cztery utwory. Przy tej okazji wiele ciepłych słów usłyszeliśmy o sztumskich organach. Między innymi o tym, że są one znakomite, chociaż małe, ze swoimi 17 głosami. Ale jakości organów - przekonywał Filip Presseisen - nie należy oceniać po ilości znajdujących się w nich głosów. Nie można tak mierzyć jakości organów, bo to byłoby tak, gdyby człowieka oceniać na podstawie wysokości jego ciała. - Wczoraj po przyjeździe do Sztumu dałem się zaskoczyć - mówił organista - byłem w szoku, bo kiedy usłyszałem tutejsze organy, to zadziałały na mnie lepiej po wielogodzinnej podróży z Krakowa, niż dwie wypite kawy, ponieważ ich brzmienia były niezmiernie inspirujące, a przy tym instrument niesamowicie reagował na poczynania organisty. Możliwość zgrania na takich organach zdarza się bardzo rzadko, albowiem takie prawdziwe, dobre, piękne i szlachetne w brzmieniach organy można znaleźć w mniejszych kościołach. Żaden z dotychczasowych wykonawców tak nie mówił o sztumskich organach, raczej wskazywali na różne usterki ponad wiekowego instrumentu zbudowanego przez elbląską firmę „Terletzky inh. Wittek” w 1901 r. Trzeba tutaj wyjaśnić, że organy do koncertu przygotował Robert Szczygielski, organmistrz z Czarnej Wody, który jest wykładowcą w Studium Organistowskim w Pelplinie. Uczy tam przedmiotów: budowa organów, harmonia, organy i akompaniament liturgiczny. To jemu udało się wyeliminować uciążliwe usterki w 124-letnich organach, które przez kilka lat utrudniały grę. Zapiski melomana 213 Koncert zaczął się absolutnym hitem: V Symfonią c-moll Ludwiga van Beethoven w transkrypcji na organy. Usłyszeliśmy pierwszą część tego dzieła zaczynającego się od czte-rodźwiękowego motywu muzycznego, nazywanego „pukaniem losu do drzwi”, czyli przeznaczenia. Kolejny utwór, Preludium „Adoremus” Feliksa Nowowiejskiego, muzyk przedzielił swoim krótkim i nastrojowym Intermezzem. Już w zapowiedzi organista wyjaśniał, że tego specyficznego dzieła mistrza z Barczewa nie da się zagrać na wszystkich organach, ze względu na konieczność wykorzystani specyficznych, subtelnych brzmień i przejść między nimi. Zupełnie inaczej, bo wręcz monumentalnie zabrzmiała Fantazja, nt. Roty Nowowiejskiego skomponowana przez Filipa Presseisena. Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnienie, że w 2017 roku został on zwycięzcą VI Międzynarodowego Konkursu Organowego im. Feliksa Nowowiejskiego w Poznaniu. Drugą część recitalu organista zaczął od poważnego, ale kończącego się nadzieją Adagia BWV564/2Johanna Sebastiana Bacha, a potem usłyszeliśmy kolejny hit: Wariacje nt. „Ah, Vous Dirai-Je, Maman “ Wolfganga Amadeusza Mozarta. Jest to utwór wymagający olśniewającej wirtuozerii, chociaż jego temat w tradycji polskiej jest związany z prostą, dziecięcą piosenką „Wyszły w pole kurki trzy”. Dwanaście różnorodnych wariacji pod palcami Filipa Presseisena pokazało na co stać sztumskie organy. Takich błyskawicznych i perlistych przebiegów dźwiękowych dotychczas tutaj nie słyszeliśmy. Bardzo byłem ciekawy, jak organista potraktuje zadany mu temat do improwizacji, bo jest przecież znany w świecie muzycznym jako wspaniały improwizator, w tym muzyki do starych, niemych filmów. Muzyk zaczął inaczej, niż przewidywałem, bo na początku nie zagrał tematu improwizacji, jakim był „Hymn do Bałtyku” Feliksa Nowowiejskiego, patriotyczna pieśń zaczynająca się od słów: Wolności słońce pięści lazur / łódź nasza płynie w świata dał / Z okrętu dumnie połska flaga / uśmiecha się do lśniących fal. Dodać trzeba, że nuty z tematem improwizacji muzyk otrzymał tuż przed koncertem, nie miał więc czasu na jakieś przygotowania, musiał improwizować a cista, czyli natychmiastowo. Zaczął od monumentalnego wstępu, a główny temat pieśni oraz refrenu pojawiał się w różnorakich, ciekawych brzmieniowo przeróbkach. Jako ostatnia zabrzmiała radosna Toccata z Symfonii nr 5 Charlesa-Marie Widora przyjęta przez publiczność długą owacją na stojąco, co doprowadziło do bisu podczas którego organista improwizował ma temat z VSymfonii Beethove-na łącząc go kunsztownie z wykonywanymi uprzednio wariacjami Mozarta. Był to udany koncert, który można podsumować słowami nadesłanymi przez krakowskiego organistę następnego dnia SMS-em: To była czysta przyjemność. Świetna organizacja, mili ludzie, wspaniały instrument i skupiona pubłiczność. 214 Arkadiusz Wełniak Arkadiusz Wełniak NA MOJE UCHO (4) SPOTKANIE Z... Dokładnie czterdzieści lat temu latem 1985 roku trójka młodych ludzi z Chrzanowa postanowiła połączyć wspólne wakacje nad morzem z graniem na deptakach Trójmiasta. Gitara akustyczna, kontrabas, tamburyn, bębenki i wokal niosły się popołudniami i wieczorami na ulicach Gdańska i Sopotu w piosenkach tego ulicznego bandu. Wśród własnych kompozycji znalazły się m.in. Spotkanie z... i Wieża radości, wieża samotności, które weszły potem do kanonu najważniejszych utworów polskiej muzyki popularnej. Gitarzysta i tekściarz Jarosław Kisiński oraz wokalista Leszek Nowak mieli całkiem przyzwoite wykształcenie muzyczne i współtworzyli wcześniej rockową grupę Instytucja. Charakterystyczna i dość prowokacyjna pierwotna nazwa zespołu Sztywny Pal oznaczająca symboliczny „ołtarz pośrodku wsi” (czyli idealizację ukochanej osoby) została uzupełniona słówkiem Azji, czyli przydomkiem jednego z muzyków. W składzie obok Nowaka i Kisińskiego znaleźli się siedemnastoletni wówczas basista Paweł Nazimek, perkusista Janusz Deda i drugi gitarzysta Andrzej Turek. Zespół zadebiutował oficjalnie wiosną 1986 roku w Nowohuckim Centrum Kultury, gdzie nagrał swoje pierwsze demo. Jeden z zarejestrowanych kawałków został zaprezentowany w audycji Pawła Sito w Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia. Podczas festiwalu w Jarocinie w 1986 roku Sztywny Pal Azji, wykonując m.in. wspomnianą Wieże radości, Nieprzemakalnych czy Nasze reggae, wszedł do złotej dziesiątki konkursu i zdobył drugie miejsce w głosowaniu publiczności. Pół roku później utwór Kurort znalazł się na Liście Przebojów Trójki, docierając w ciągu kilku tygodni do wysokiego, piątego miejsca. Na fali sukcesu grupa Sztywny Pal Azji weszła do studia nagraniowego, wydając latem 1987 roku swój debiutancki album Europa i Azja. Czarny krążek ukazał się sumptem „Klubu Płytowego Razem” (pod patronatem Tygodnika Razem, wówczas organu prasowego ZSMP) w limitowanym nakładzie 5000 egzemplarzy. Uzupełniło ją wydanie kasetowe (wyd. Polton), którego szczęśliwym posiadaczem stałem się w 1988 roku. Już wtedy Sztywny Pal Azji mierzył się z rosnącą popularnością i rozgłosem, czego wyrazem była pierwsza, duża trasa koncertowa. Utwory z debiutanckiej płyty były często grane w rozgłośniach radiowych, a pięć z nich przez długie miesiące okupowało pierwsze miejsca trójkowej listy Marka Niedźwieckiego. Wieża radości była numerem jeden listy przez cztery tygodnie, konkurując skutecznie z hitami dekady jak Wonderful life Black’a czy Fragile Stinga. Zespół był z pewnością zjawiskiem dość oryginalnym na polskiej scenie rockowej, aczkolwiek, jak wspominali sami muzycy, niektórzy przedstawiciele branży muzycznej i uznani artyści podchodzili do nich z lekceważeniem bądź nawet z niechęcią. Szczególnie wykonawcy Na moje ucho (4) 215 muzycznego undergroundu zarzucali im harcerskość, pewną infantylność, łagodność brzmienia, uleganie kompromisom a nawet pójście na układ z władzą za możliwość lansowania się w radiowych rozgłośniach. Było to zdecydowanie niesprawiedliwe, zważywszy, że inteligentne teksty Sztywnego Pala Azji z tej pierwszej płyty niosą w sobie silnie zawoalowa-ny przekaz społeczno-polityczny, serie metafor i aluzji, wymierzonych w system polityczny PRL. Ot chociażby „Nasze plecy zginają się dla Faraona, Jeszcze jeden kamień, Jeszcze jedna kłoda. Budujemy wielkie dzieło nikt się nie oszczędza / Słońce wschodzi i zachodzi a w Egipcie nędza, a w Egipcie nędza”. Wystarczyło przecież zamienić faraona na pierwszego sekretarza, a Egipt na Polskę. Czymże innym niż pobudzanie świadomości społecznej wśród młodego pokolenia są słowa Spotkania z... — swoistej metafory politycznej bierności czy Nieprzemakalnych jako apoteozy odporności na komunistyczną propagandę. Nawet komunistyczny cenzor machnął zapewne w końcu na to ręką, skupiając się na bardziej dosadnych i bezpośrednich tekstach Dezertera, Brylewskiego czy Lipińskiego albo prześmiewczych i prowokacyjnych manifestach Pomarańczowej Alternatywy. Na okładce debiutanckiej płyty Sztywnego Pala pojawia się charakterystyczne logotyp zespołu, w którym dwie końcowe litery w słowie Azji wystylizowane na dymiące kominy fabryk. Dymy skręcają w lewą stronę czyli na zachód, w kierunku Europy - co oczywiście również nie jest przypadkiem. Nietrudno tu dostrzec także związek z symboliką logo Solidarność. Warto zaznaczyć, że w 1988 roku członkowie zespołu wzięli udział w realizacji zachodnioniemieckiego filmu pt. Wybacz mi Polsko (O Dzieciach Solidarności), co również miało później swoje konsekwencje. Rosnącą beznadzieję i patowość sytuacji społeczno--politycznej i ekonomicznej w Polsce czasów Jaruzelskiego, Messnera i Kiszczaka, gdzie wybór zawierał się w ulicznym haśle „strzelaj albo emigruj” nietrudno odnaleźć w tamtej muzyce. Popyt na brzmienia nowej, młodej generacji zespołów takich jak Sztywny Pal Azji, Chłopcy z Placu Broni czy Róże Europy wśród młodzieży wchodzącej wówczas w dorosłość był ogromny. Wykonawcom przypięto wtedy łatkę alternatywnego rocka w opozycji do dominujących cukierkowych, syntezatorowych brzmień oraz częściowo do rockowego mainstreamu (Lombard, Lady Pank) czy nieco już przebrzmiałych i hardrockowych nagrań (TSA, Budka Suflera). Warto odnotować, że muzykę Sztywny Pal Azji, w którego składzie znalazł się po nagraniu debiutanckiej płyty klawiszowiec i saksofonista Ryszard Wojciul, cechowała spora różnorodność aranżacji i wykorzystywanego instrumentarium. Ton niektórym kompozycjom zdecydowanie nadawał fortepian, na którym grał kompozytor większości utworów Leszek Nowak. Także jego wokal, nierzadko dramatyczny, przechodzący w krzyk, był bliższy stylistycznie Jackowi Kaczmarskiemu aniżeli klasycznym, rockowym wokalistom. Brzmieniowo Europa i Azja to akustyczny, gitarowy rock, z domieszką nowofalowej rytmi- ki, dodatkiem reggae, punkowej żywiołowości, Sztywny Pal Azji, okładka płyty „Europa i Azja” 216 Arkadiusz Wełniak a nawet nawiązań folkowych. To zestaw dziewięciu bardzo dobrych utworów, z których właściwie każdy jest przebojem lub przynajmniej miał do tego potencjał. Paweł Sito i Walter Chełstowski, wypowiadając się o debiucie Sztywnego Pala Azji, zwracali uwagę na wyczuwalną radość grania i dużą różnorodność stylistyczną. Cytat, że zespół połączył na tej płycie rock z nową falą i społeczną świadomością w tamtych czasach przejścia z beznadziei do nadziei jest najlepszym podsumowaniem. Na przełomie lat 80./90. Sztywny Pal Azji wystąpił na kilku najważniejszych festiwalach muzycznych, był kilkukrotnie jedną z gwiazd Jarocina. Aktywność koncertowa zespołu u schyłku lat 80. była przerywana wojskową służbą zastępczą wokalisty, którą ten odpracowywał jako górnik dołowy. Nowak wywodzący się z prostej rodziny robotniczej z Chrzanowa wspominał nawet o swoistym sojuszu robotniczo-inteligenckim powstałym na gruncie Sztywnego Pala Azji. Mimo, że już po przełomowym 1989 roku grupa wydawała w różnych składach kolejne płyty i nagrywała bardzo dobre utwory {Nie zmienię świata czy Kolor czerwony), to Europa i Azja pozostanie najważniejszą w dorobku. Zespół notuje w ostatnich latach swój renesans, koncertując i goszcząc na różnych festiwalach i wydarzeniach artystycznych. Jednym z nich był koncert „Dwadzieścia lat wolności” w Warszawie, gdzie zagrali m.in. obok Voo Voo i Perfectu. Szczególnie zapamiętam ich występ w toruńskiej OdNowie, gdzie w ciągu półtoragodziny zagrali wszystkie utwory z płyty Europa i Azja. Zagrali przy wtórze i śpiewie publiczności, wśród której średnia wieku była zbliżona najbardziej do mojego rocznika 1973. I było to niezwykłe przeżycie poczuć znowu spontaniczność tej muzyki oraz magię tamtych ciężkich, ale i pięknych czasów nadziei. Towarzyszyć Nowakowi i wykrzyczeć wraz z nim Naszą kulturę, posłuchać na żywo Procesu inspirowanego powieścią Dostojewskiego czy z radością powtarzać słowa „Możemy dużo, możemy wiele, póki młodość w nas” to coś wyjątkowego i ponadczasowego (przynajmniej dla mnie). NINĘ INCH NAILS, OPEN’ER FESTIVAL, GDYNIA 3 LIPCA 2025 Po trzyletniej przerwie postanowiłem ponownie wziąć udział w Open er Festival w Gdyni--Kosakowie. Impreza od kilkunastu lat cieszy się dużym zainteresowaniem, a magnesem są zapraszani artyści ze ścisłego światowego muzycznego topu. Sam miałem okazję podczas wcześniejszych edycji Openera (i Open Air Festival) zobaczyć na żywo takie zespoły jak Coldplay, The Editors, Sigur Ros czy Smashing Pumpkins. Oczywiście profil i dobór artystów wyznaczany w dużej mierze przez aktualne trendy w muzyce popularnej, kierowany jest szczególnie do młodszych słuchaczy. Tym razem czasowo i budżetowo mogłem pozwolić sobie tylko na jeden festiwalowy dzień, wyłączając z tego koncertową sobotę. I tu pojawił się pierwszy dylemat czy wybrać środę z występem Massive Attack czy jednak czwartek z koncertem Ninę Inch Nails w roli głównej. Pierwszy z wymienionych zespołów widziałem co prawda już trzykrotnie, ale każdy z ich występów to inny i niepowtarzalny spektakl. Ostatecznie wybór padł na amerykańską grupę Ninę Inch Nails (NIN), pionierów industrialnego rocka, z charyzmatycznym wokalistą i kompozytorem Trentem Reznorem. Moja fascynacja twórczością Reznora ma swoje źródła jeszcze w czasach studenckich, kiedy usłyszałem w całości album Downward Spiral (1994). Płyta z tych przełomowych, które, kolokwialnie mówiąc, wgniatają człowieka Na moje ucho (4) 217 w ziemię i wchodzą ostatecznie na piedestał tych najważniejszych albumów życia. To było kompletne trzepnięcie (wymiennie mniej cenzuralne określenie), coś świeżego i oryginalnego oraz zupełnie odmiennego od tego, co przerabiałem z muzyki w tamtym czasie. Album koncepcyjny - ciężki, surowy a jednocześnie pełen polotu, pomysłów i progresywnych patentów. Dowmuard Spiral brzmiało tak, jakby skrzyżować najlepsze pomysły Davida Bowie czy Pink Trent Reznor z Ninę Inch Nails w czasie koncertu na Opener Festival, fot. Piotr Hukało Floyd i wpuścić to do piekielnych czeluści pełnych hałasów, zgrzytów, tłuczenia, dudnienia, brudu i kakofonii. Późniejszych płyt NIN, szczególnie Year Zero, słuchałem z uznaniem, aczkolwiek ducha i fenomenu ich znakomitej poprzedniczki już nie odnalazłem. Do Gdyni specjalnie na koncert NIN wybierała się też grupka moich przyjaciół z muzycznych forów ze stolicy i ze Śląska, więc był to dla mnie dodatkowy argument. Bo co może być przyjemniejszego niż długie rozmowy o muzyce w kręgu zainteresowanych, zaraz po wysłuchaniu na żywo kompozycji NIN. Opłaciło się zdecydowanie, bo Trent Reznor i muzycy NIN zagrali tego czwartkowego wieczoru niesamowity koncert. To był jeden z najlepiej nagłośnionych koncertów na powietrzu, na jakich byłem. Frontman jest w świetnej formie wokalnej (i kondycji fizycznej), a potężne brzmienie basu i podkłady perkusyjne przeszywały słuchaczy od stóp do głowy i z powrotem. Zagrany na początku Somewhat Damaged^NywA-A prawdziwą euforię pod sceną, a Piggy z delikatnym wprowadzeniem i powtarzanym Nothing can stop me now toczył się niesamowicie aż do finałowej ściany dźwięków. Znakomicie na żywo wypadły: Closer i March ofthe Pigs z mojego ulubionego DowmuardSpiral. Szczególne poruszenie wywołał cover utworu Bowie go I'm Afraid ofAmericans, a także zaśpiewany przez gitarzystę Robina Fincka prowokacyjny Shit mirror, który od zawsze kojarzył mi się z wczesnymi utworami Nirvany. Pojawił się również oczekiwany The Perfect Drug znany ze ścieżki dźwiękowej filmu Zagubiona Autostrada Davida Lyncha oraz stonowany i melodyjny The hand thatfeeds. Był także przeszywający Hurt- utwór, który stał się światowym hitem, kiedy na warsztat wziął go Johnny Cash. Chylę czoła i wcale nie jestem zdziwiony, że w opinii wielu NIN to przede wszystkim zespół koncertowy. Tego dnia mogłem wysłuchać części występu mistrza elektronicznych brzmień czyli Caribou, koncertu ukraińskiego elektroakustycznego projektu Postman and the Real Fake Band. Kiedy omawialiśmy z kolegami wyższość płyty Pretty Hate Machinę nad Ghost gdzieś z dala dobiegała przyjemna muzyka Kaśki Sochackiej. Ale, jak to mówią niektórzy: tego dnia na scenach Openera król był tylko jeden. Ten król nazywał się Trent Reznor, a jego dwór Ninę Inch Nails. 218 Arkadiusz Wełniak POLAND’ROCK FESTIVAL, BROCZYNO-CZAPLINEK, 31 LIPCA-2 SIERPNIA 2025 Jakakolwiek próba opisania na dwóch stronach wrażeń i emocji, jakie płyną z udziału w Polandrock, jest nie tylko niemożliwe, ale i chyba pozbawione sensu. Słowa-klucze, które przychodzą na myśl jako pierwsze, to „radość, entuzjazm, uśmiech, kolory, przyjaźń, tolerancja i życzliwość”. Są tacy, którzy czekają na to wydarzenie przez cały rok, odliczając już od wiosny dni do rozpoczęcia kolejnej edycji. Tegoroczny PolandRock, tak jak trzy poprzednie, odbył się na polach okalających dawne lotnisko wojskowe Broczyno koło Czaplinka. Przyciągnął znowu setki tysięcy fanów, którzy już na kilka dni przed oficjalnym startem festiwalu zapełniali pola namiotowe (oficjalne i prywatne). Pol’and’Rock jest nie tylko festiwalem muzycznym, ale także wielkim przedsięwzięciem artystycznym, społeczno-kulturalnym i edukacyjnym. To wyczekiwane spotkanie pozytywnych ludzi z różnych generacji i grup społecznych, z różnych regionów, miast i wsi całej Polski. Wieści o niezwykłej atmosferze Pol’and’Rock dawno przekroczyły granice, więc nietrudno było dostrzec i usłyszeć w tłumie Czechów, Niemców, Rumunów, Francuzów, Włochów i Skandynawów. Sam dojechałem tym razem do Czaplinka jeden dzień wcześniej, żeby odwiedzić namioty Akademii Sztuk Przepięknych, spotkać dawno niewidzianych znajomych i pobyć nieco dłużej w kolorowym tłumie radosnych ludzi Jeżeli ktoś chce zobaczyć obrazek, w którym demoniczny fan blackmetalu rozmawia swobodnie z młodym księdzem z Przystanku Jezus, albo jak znany z mediów poważny komentator polityczny paraduje w indiańskim pióropuszu ze swoją squaw — to polecam wybrać się na Pol and Rock. Zanim zaczęła się muzyka, a Jurek Owsiak otworzył oficjalnie festiwal, mogłem m.in. być na spotkaniu z Wojciechem Mannem, poznać nieco tajniki brazylijskiej Capoeiry, nauczyć się podstawowych kroków latynoskich tańców, posłuchać gitarzystów-samouków, doedukować się z prawa autorskiego i zbadać swój poziom cukru. Zgodnie z tradycją w czwartek o godzinie 15.00 wywołany przez Jurka Owsiaka dyżurny ruchu Roman Polański (jakakolwiek zbieżność nazwisk przypadkowa) dał sygnał do odjazdu tudzież startu 31. edycji Pol and Rock. Od strony muzycznej w ciągu trzech dni na uczestników festiwalu czekało 25 koncertów na dużej scenie i 20 na małej scenie (ASP). Różnorodność i rozrzut gatunkowy wykonawców naprawdę spore. Od korzennego reggae Burning Spear przez klubowe The Allergies po ekstremalny metal i hardcore w wydaniu Walls of Jericho czy Fear Factory. Nie sposób było rzecz jasna być na wszystkich koncertach, acz rozpiska godzinowa ułatwiała przemieszczanie się między scenami, oddalonymi od siebie o kilkaset metrów. Wielu z tych zespołów nawet nie znałem, ale to tylko działało na plus. Całość rozpoczął francuski kolektyw Babilon Circus łączący reggae, rocka i ska z elementami burleski i tradycyjnej muzyki znad Sekwany. Spektakl muzyczny grupy z Lyonu z dodatkiem scenicznego kabaretu, humoru i tańca był idealnym wprowadzeniem do występu irlandzkiej grupy The Scratch. I tu przyznam, że był to świetny występ, albowiem panowie w swojej muzyce łączą irlandzki i celtycki folk z hardrockiem, metalem i wszelkimi odmianami rocka industrialnego. Tempo większości utworów było zabójcze, a perkusista The Scratch oraz gitarzysta wystylizowany na nieodżałowanego Ozzy ego prowadzili cały show. Po nich przyszedł czas na koncert amerykańskiej hardcorowej grupy Walls of Jericho z charyzmatyczną wokalistką Na moje ucho (4) 219 Candace Puopolo, wyrzucającą z siebie wściekle upolitycznione, radykalne frazy tekstów o niesprawiedliwości tego świata. Po ciężkich rifFach i podkręconej sekcji nastąpiło wyciszenie, a na scenie głównej pojawiło się australijskie trio Spiderbait. Dynamiczne i nastrojowe gitarowe granie i kilka zapadających w pamięć piosenek, włączając w to cover przeboju Ghost Riders in the Sky. Kiedy zapadał zmrok i na scenie głównej pojawił się oczekiwany przez część publiczności Nocny Kochanek, przeniosłem się pod małą scenę. Mogłem wysłuchać tam kilku utworów „reanimowanego” Old Breakout z legendą polskiego bluesa Tadeuszem Trzcińskim na wokalu i harmonijce. Po nim zagrała szczecińska folkowa grupa Dikanda, sprawiając, że tłum pod sceną dosłownie zafalował przy skocznych bałkańskich i słowiańskich melodiach. Na kolejnych wykonawców nie starczyło mi już tego dnia sił, czego pożałowałem potem, słysząc od kilku znajomych o świetnym występie klezmerskiego Bum Bum Orkestar oraz o hipnotyzującym koncercie japońskiego kwartetu żeńskiego Hanabie. Wieczór na polu namiotowym i nocne rozmowy Polaków pod rozgwieżdżonym, sierpniowym niebem zrekompensowały mi tą muzyczną absencję. W koncertowy piątek byłem już bardziej zdyscyplinowany i mniej śpiący, więc z przyjemnością wysłuchałem pierwszego koncertu metalowców z formacji Dope. Transowy nu--metal i frontman, który każde bez wyjątku zdanie i komentarz utworu okraszał kilkoma słowami uznawanymi powszechnie za niecenzuralne. Na bis pojawił się wielki przebój grupy Dead or Alive w wersji, której naprawdę nie powstydziliby się najwięksi artyści współczesnych odmian hard’n’heavy. Kiedy w uszach łomotało nadal Dope, na scenie zainstalował się projekt brytyjskich DJ ów czyli The Allergies. Było trochę hiphopu i nowoczesnej muzyki klubowej. Aranżacje utworów Abby, Bee Gees w zmodyfikowanych wersjach tanecznych wypadły przekonująco. Na mnie największe wrażenie zrobiły kawałki z towarzyszeniem wokalnym urodziwej Marietty Smith dysponującej piękną barwą głosu. Dokładnie o 17.00 koncert Anglików przerwano na dobry kwadrans, żeby w godzinę „W” oddać hołd i szacunek uczestnikom Powstania Warszawskiego. Zawyły syreny, a nad głowami festiwalowej publiczności rozciągnięta została ogromna biało-czerwona flaga. Niezwykle poruszający moment, pełen autentycznej zadumy i ciszy. Po The Allergies miał miejsce koncert, na który czekałem najbardziej podczas tegorocznej edycji. Nowojorski zespół Agnostic Front, pionierzy sceny hardcore, współtwórcy stylu crossover, z których muzyką dorastałem jako licealista. Taki występ wzmacniany u mnie dodatkowo sentymentem wymagał, żeby podejść możliwie blisko sceny. Nie tylko ja miałem taki pomysł, bo obok mnie wyrosła szybko cała masa siwiejących, łysiejących i lekko brzuchatych „chłopaków” z gierkowskich roczników. I gdy tylko zabrzmiał pierwszy riff z kultowego albumu Victim in Pain, pojawiły się tumany kurzu wzbijane przez tłum najbardziej energicznych, żywotnych i odpornych uczestników. „Młyn”, punkowe pogo i dialog publiki z charyzmatycznym Rogerem Miretem. Na taki Agnostic Front czekałem od 1992 roku i absolutnie nie chodzi tu o wartość muzyki, tempo czy inne gitarowe fajerwerki. Przed koncertem braci Waglewskich, czyli zespołu Fisz Emade Tworzywo, niebo nad Broczynem przykryły złowieszcze czarne chmury, wieszczące gwałtowną ulewę i burze. Przypomniałem sobie sceny z dokumentalnego filmu o w Woodstock w 1969 roku, kiedy w obawie o przebieg festiwalu amerykańska publiczność skandowała „No Rain”. Na Polan-d’Rock aura okazała się na szczęście łaskawa i chmury ruszyły leniwie gdzieś dalej. Podczas 220 Arkadiusz Wełniak godzinnego występu Fisza pojawiły się najbardziej znane utwory zespołu, w tym Dwa ognie. Jestem w Niebie, Niemoc czy zagrane na bis Ślady z bardzo osobistym i emocjonalnym przesłaniem. Kolejna zmiana sceny pojawiła się w czasie koncertu Static X, a alternatywą był kompletnie mi nieznany, słowacki zespół o swojskiej nazwie Helenine Oci. Był to wybór doskonały, bo panowie grający melodyjny heavymetal zrobili takie show, że chciało się tylko więcej i więcej. Wokalista niczym najlepszy wodzirej poprowadził niesamowicie cały koncert, a jego żartobliwe komentarze w „słowackim” polskim wywoływały śmiech i powszechny entuzjazm. W trakcie pojawiła się nauka słowackich słówek czy ćwiczenia kroków do słowackich ludowych tańców w rytmie, któremu było bliżej do Metaliki niż pieśni o Janosiku. „Raz dwa tri cztiri jeb...” powtarzała za liderem grupy widownia, a widok rozbawionych ludzi i podskakujących seniorów z wnuczkiem — bezcenny. Po Słowakach zagrała grupa Nanga, której trzon stanowią muzycy grupy Lao Che. Pięknie zachodziło słońce tego wieczoru, otulając pomarańczowym światłem tysiące namiotów na festiwalowych polach. O zmroku koncert zaczął Burning Spear z Jamajki. Osiemdziesięcioletni muzyk, który przez lata współpracował z Bobem Marleyem i korzenne rastararian-reggae, wybijane na bębnach zapętlające się rytmy, słowa o wolności, miłości i afrykańskim odrodzeniu. Magia. Po północy, kiedy grał rockowy Wolfmother, pod scenę zaczęli napływać miłośnicy mrocznego Paradise Lost, który zamykał ten długi koncertowy dzień. Też czekałem i wytrwałem przez pierwsze cztery utwory. Nie to, że się zawiodłem, ale oczekiwałem czegoś więcej po grupie, którą znam z kapitalnych albumów z końca ubiegłego milenium. Zaryzykuję stwierdzenie, że Paradise Lost, a szczególnie jego wokalista, mają swoje najlepsze lata dawno za sobą. W sobotę przed południem musiałem pożegnać się z Polandrockiem. Nie miałem więc okazji wysłuchać na żywo rekomendowanego przez wielu bluesrockowego Cheap Tobacco. Ominęły mnie też występy szwedzkiego prowokacyjnego Royal Republic, legendy punkrocka The Analogs czy Dr Misio zespołu Arkadiusza Jakubika. Smutno było wyjeżdżać i opuszczać to wyjątkowe miejsce. Było rewelacyjnie jak zawsze, radośnie, wakacyjnie i bezpiecznie. Organizacja tego ogromnego pod każdym względem przedsięwzięcia stoi na coraz lepszym poziomie. Naładowany pozytywną energią, mogę przytoczyć słowa spotkanego uczestnika festiwalu z Austrii, który wznosząc piwny toast krzyczał po angielsku „Polacy to najpiękniejsi i najlepsi ludzie na świecie. Kocham Was”. Atmosfera Poland’Rocka pokazuje, że coś w tym jest. Zostaję ze wspomnieniami i zaczynam liczyć dni do kolejnej 32. edycji „Najpiękniejszego Festiwalu Świata”. I nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o kolejne doznania muzyczne. SŁUCHANE Tegoroczne lato, z kapryśną aurą, z częstymi opadami i burzami, może paradoksalnie sprzyjać innym odkładanym nierzadko zajęciom i zaległościom. Można spędzić więcej czasu nad książką albo posłuchać płyt, które ciągle czekają na odsłuch i ocenę. Nowych, ciekawych i bardzo dobrych wydawnictw muzycznych ukazuje się cała masa, a w dobie streamingu dotarcie do nich nie stanowi większego problemu. Na moje ucho (4) 221 Mogwai 2025 rok Zacznę od płyty wyjątkowej, która zrobiła na mnie w ostatnich miesiącach zdecydowanie największe wrażenie i ciężko mi się od niej do teraz uwolnić. Mowa o Bad Fire -ostatnim albumie grupy Mogwai, której emocjonalny ładunek można by śmiało rozdzielić wśród tuzina innych rockowych wydawnictw. To już jedenasta płyta w dorobku szkockiego zespołu, uznawanego za jednego z prekursorów i najważniejszych przedstawicieli eksperymentalnego, minimalistycznego rocka. Po wielokrotnych odsłuchach Bad Fire i nieustannego wracania do kilku moim zdaniem wybitnych kompozycji z przekonaniem twierdzę, że to najlepszy album Mogwai od czasu kultowego Happy Songs for Happy People z 2003 roku. Materiał zawarty na płycie jest wyjątkowo różnorodny, sięgający zarówno do post-rockowych korzeni, jak i eksplorujący zupełnie nowe muzyczne obszary, nieobecne na poprzednich albumach. Jedna z trzech moich absolutnie ulubionych kompozycji na płycie, Hi Chaos, nawiązuje do stylu z debiutu grupy, z delikatnym stonowanym intro rozkręcającym się aż do finałowej kanonady dźwięków. Umiejętnie nakładające w klawiszowe i gitarowe tła w instrumentalnym Pale Vegan Hip Pain czy monumentalnie narastające If You Find This World Bad są opus magnum tego wydawnictwa. Ale podobny senny, emocjonalny klimat cechuje ośmiominutowy utwór Fact Boy czy God Gets You Back ze schowanym gdzieś za instrumentarium dyskretnym wokalem Barryego Burnsa. Podsumowując swoje zachwyty, posłużę się cytatami z dwóch recenzji najnowszego wydawnictwa Mogwai. Redaktor AllMusic napisał „Bad Fire jest kolejnym udanym rozdziałem twórczości, który destyluje historię ich eksperymentów w niezwykle przystępną całość”. W recenzji The Guardian czytamy: „otulająca rozkosz, smutek zamieniony w muzykę, która jest pełna wdzięku, uderzająca, a nawet optymistyczna. Wymarzona całość na trzydziestolecie istnienia tej 222 Arkadiusz Wełniak zacnej szkockiej grupy”. Warto nadmienić, że oprócz Bad Fire wiosną tego roku zespół skomponował muzykę do brytyjskiego serialu The Bombing of Pan Am 103, opowiadającego o zamachu terrorystycznym nad szkockim Lockerbie w 1988 roku. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu, pełna smutku i nostalgii, również powinna zachęcać do wysłuchania ostatnich nagrań muzyków z Mogwai. Drugi album z Wysp Brytyjskich, którego muzyka wypełniała ostatnio mój nocny pokoik, nagrał artysta o swojsko brzmiącym nazwisku Jakko M. Jaszczyk. Muzyk znany jest przede wszystkim jako wokalista aktualnego składu grupy King Crimson. Trzecia w dorobku solowym Jaszczyka płyta pt. Son ofGlen, to osiem przyjemnych, nastrojowych piosenek, którym klimatem najbliżej do tych nastrojowych, lirycznych kompozycji z twórczości Ray-’a Wilsona, Porcupine Tree i Marillion. Nieprzypadkowo zresztą muzycy z dwóch ostatnich wspomnianych zespołów (Gavin Harrisson i łan Mosley) wzięli udział w sesji nagraniowej. Tytuł płyty to hołd dla biologicznego ojca muzyka, którego ten nie miał okazji nigdy poznać. Jakko (a właściwie Michael Lee Curran) jako dziecko został adoptowany i wychowany przez Norberta Jaszczyka - Polaka, który po wojnie pozostał w Anglii. Płytę niejako definiuje rozpoczynający krążek utwór Ode to Ballina z irlandzkim folkowym motywem. Niejeden słuchacz pomyśli zapewne, gdzieś to już słyszałem. Nie licząc nieco bardziej dynamicznego kawałka I Told You So, jest to bardzo nostalgiczna, refleksyjna i delikatna płyta, oparta głównie na akustycznych dźwiękach gitary i partiach klawiszowych czerpiących z klasycznego progrocka. Nie jest to muzyka, która przynosi coś odkrywczego, ale warto jej posłuchać, bo ma swój urok i klimat. A jak komuś mało, bo zbyt spokojnie, można sięgnąć po koncert 21st Century Schizoid Band - projektu skupiającego byłych i obecnych muzyków King Crimson. Jaszczyk śpiewa tam w kilku klasycznych utworach i robi to naprawdę dobrze, bo wykonać partie wokalne In the Court of the Crimson King, mając obok Roberta Fripp’a to naprawdę coś. Warszawska grupa Niechęć, znana z łączenia jazzu z muzyką elektroniczną i eksperymentalną, wydała niedawno swój czwarty studyjny album pt. Reckless Things. Już sama okładka tej płyty to perełka i źródło do własnych interpretacji. Maska, mająca w założeniu redukować zmarszczki, a w efekcie wywołująca oparzenia, oddaje dość wiernie lęk przed współczesnością, zarówno w zakresie technologicznym, jak i w nadmiernym skupieniu się na sobie. Miałem niewątpliwy zaszczyt poznawać muzyczne dokonania grupy od samego początku, czyli od kapitalnego debiutu o przekornym tytule Niechęć - okładka płyty „Reckless Things" Śmierć tu miękkim futerku (2012) i pierwszej trasy koncertowej zahaczającej o Gdańsk. Reckless Things różni się nieco od poprzedniczek, na co pewien wpływ ma wzbogacenie brzmień o syntezatory i efekty komputerowe. Nie jest to rzecz jasna żaden zarzut, bo ta muzyka broni się sama. Mamy do czynienia z rozbudowanymi utworami około jazzowy mi, Na moje ucho (4) 223 które mieszają się z elektroniką nabierając momentami post-rockowego rozmachu. Rozwiązania rodem z elektroniki świetnie kontrastują z wściekłymi, saksofonowymi eksplozjami hałasu. Świetnie wypada singlowy Nowe płuca z sekcją rytmiczną, która w połączeniu z elektroniką osadza melodię w estetyce muzyki house i ambient-techno. Bez obaw jednak, bo nie ma tutaj skrajnej rewolty zacierającej klasyczne jazzowe konotacje. Niechęć zachwyca na tej płycie produkcją, dynamiką brzmienia i eksperymentowaniem z instrumentarium. Muzyka warszawskiej grupy rewelacyjnie wypada koncertowo, co zapewne potwierdzi ich najbliższy występ podczas cyklu Jazz na Wyspie na gdańskiej Ołowiance. Na koniec rekomendacja z mojego tczewskiego podwórka, czyli zespół California Sto-ries Uncovered, który działał z przerwami w latach 2004-2014. Efektem działalności była płyta studyjna Confabulations (2009) oraz dwie EP-ki zarejestrowane w 2007 i 2013 roku. Młodzi tczewscy muzycy, zafascynowani postrockową estetyką i rozbudowanymi instrumentalnymi improwizacjami, po wydaniu własnym sumptem pierwszych nagrań stali się zjawiskiem oryginalnym nie tylko na scenie lokalnej, ale i ogólnopolskiej. Pamiętam ich elektryzujący występ w nieistniejącym już tczewskim klubie „Tromba”. Muzyka CSU została zauważona m.in. przez Piotra Stelmacha i zaprezentowana w trójkowej audycji „Of-fensywa”. Na fali zainteresowania w 2008 roku zespół zagrał kilkanaście dużych koncertów w kraju oraz zagranicą. Występ sceniczny kwintetu CSU obok tak uznanych zespołów, jak amerykański This Will Destroy You czy Caspian, musiał działać motywujące. Album Confabulations nie przeszedł bez echa, ale wybór bardziej tradycyjnej rockowej konwencji kosztem rozbudowanych instrumentalnych form i dołożenie wokali chyba nie wyszedł do końca na dobre. Cztery lata później światło dzienne ujrzał mini-album EP2. I jest to powrót do pierwotnej stylistyki grania, której osobiście jestem wielkim miłośnikiem. Przestrzenne gitarowe granie, klawiszowe tła, kilkunastominutowe formy dźwiękowe toczące się powoli z pięknymi motywami i melodyką. Motyw z utworu Coast is elear funkcjonuje u mnie jako budzik w telefonie. Od lat kibicuję chłopakom, doceniam warsztat i oczywiście czekam, że California Stories Uncovered kiedyś nagrają drugą płytę długogrającą, która potwierdzi, że 2008 rok w ich wykonaniu wcale nie był przypadkiem. 224 Dorota Paprocka Dorota Paprocka Z potrzeby ferca... Kiedy rozwiązał się chór Lutnia, w którym śpiewały nasze bohaterki, nie poszły każda w swoją stronę, bo wiedziały, że musi być jakiś ciąg dalszy. W myśl powiedzenia, że każde zakończenie stanowi początek czegoś nowego. Miały pomysł i przede wszystkim marzenie, by stworzyć coś wyjątkowego. Wiedziały, że chcą kontynuować przygodę ze śpiewem, a ponieważ zbliżał się konkurs, do którego i tak były zgłoszone, postanowiły zaryzykować. Zdobyły drugie miejsce, a to utwierdziło je w przekonaniu, że decyzja o powstaniu nowego zespołu jest słuszna i po prostu trzeba to zrobić. Tak zrodziła się ciekawa alternatywa dla istniejących w naszym regionie zespołów. Na pytanie; skąd pomysł, by śpiewać w tym składzie, odpowiadają: pokierowało nas serce! A jeśli coś rodzi się z potrzeby serca, to musi być dobre! Mobilizacją do prób i nabrania pędu do działania był udział w kolejnych konkursach, a sukcesy, które osiągały, były najlepszą motywacją do dalszej pracy i rozwoju. Kto choć trochę na muzyce się zna, wie jak trudno zgrać duet czy trio. One postawiły poprzeczkę wysoko i postanowiły zgrać głosów sześć. Sześć temperamentów, osobowości, sześć serc, dla których muzyka jest życiową pasją. I właśnie pasja do muzyki wydaje się przepisem na sukces. Nie ma tu mowy o presji czy parciu na scenę, jest chęć wyjścia do odbiorców z oryginalnym repertuarem. Same siebie określają mianem profesjonalnych amatorek, a śpiewają, bo w duszy im gra... Muzyka sakralna, ludowa czy folkowa to tematy, w których czują się najlepiej. Otwierają się na kulturę Powiśla, co sprawia, że mamy na ziemi sztumskiej swego rodzaju muzyczną opowieść o naszym regionie. Chciały mieć coś swojego i nietuzinkowego. Powstała nazwa „Kobiece serca” oraz charakterystyczne, kolorowe logo. Ich znakiem rozpoznawczym są dziergane na drutach chusty, które z gracją zarzucają na ramiona. Zafascynowane naturą, podczas większości koncertów występują w barwnych, własnoręcznie szytych sukniach, podkreślających ich bliskość z przyrodą i unikalny styl. Kluczem do sukcesu i harmonii jest współpraca, wzajemne wsparcie i szczerość. Na próbach panuje luźna i sympatyczna atmosfera, gdzie pomiędzy rozmową o tonacji nowego utworu jest miejsce na plotki i babskie pogaduchy. Poznajmy je... 1. Jola Masny-Olech - Kobiece Serca ...nie do końca zrozumiesz... takie jesteśmy, różne, ale wciąż na tej samej linii. Kobieta z duszą liryczno-buntowniczą, ukształtowana muzycznie przez takie sławy jak: Stachura, Kaczmarski czy Gintrowski. Z muzyką związana od dzieciństwa, choć nigdy nie Z potrzeby serca... 225 kształciła się w tym kierunku. Granie i śpiewanie to po prostu jej pasja, potrafi skomponować proste melodie do wierszy składające się z czterech czy sześciu akordów. Naturalny talent szlifowany przez lata. Wystąpiła m.in. w takich projektach jak: Metafory Muzyczne, Festiwal Czterech Kultur czy Wesele na Powiślu. Mówi o sobie „outsider”, co sprawiło, że do decyzji o wstąpieniu do profesjonalnego chóru musiała po prostu dojrzeć. Okazało się, że warto było stać się częścią czegoś większego, bo otworzyło to drogę do dalszego rozwoju. Dobrze się czuje zarówno w muzyce sakralnej, folkowej czy średniowiecznej, ale zdarzyło jej się śpiewać rocka czy nawet hard rocka. 2. Agnieszka Doering — Śpiewamy bez kompleksów, ze świadomością tego co robimy, łączy nas nić porozumienia, z której tkamy swoisty, muzyczny gobelin. Od najmłodszych lat uczęszczała na różnorakie zajęcia do MDK (m.in. gitara ze śpiewem, tańce, zajęcia teatralne). Przez wiele lat uczyła się śpiewu pod kierunkiem Bożeny Belcarz, najpierw w chórze Every Late, potem w Semper Cantantes i w Lutni. Ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną I st. w Malborku w klasie śpiewu solowego. Marzyła, by śpiewać w operze lub teatrze, ale życie napisało dla niej inny scenariusz. Tuż po studiach podjęła się pracy między innymi jako instruktor tańca i śpiewu w Młodzieżowym Domu Kultury w Sztumie i GOK-u w Mikołajkach Pomorskich. Muzyka i śpiew towarzyszyły jej i zawodowo, i prywatnie. Ceni sobie i jest wdzięczna za to, że może być sobą - w tylu pięknych rolach, które nadają życiu sens. Bycie mamą, żoną, nauczycielem i wokalistką, to nie tylko wyzwania, ale ogromna radość i spełnienie. Każda z tych ról uczy ją czegoś nowego i pozwala się rozwijać i doświadczać. Otacza się wspaniałymi ludźmi, którzy mają swoje pasje i pozytywne podejście do życia. 3. Kasia Smolińska — Babskie granie to dobry przepis na oddychanie i słuchanie swojego rytmu. śpiewać w szkole średniej, na początku była to poezja śpiewana. Na jej drodze muzycznego rozwoju pojawiły się chóry Every Late i Lutnia. Uważa, że muzykowanie rodzi się ze słuchania. Od wielu lat zachwyca i inspiruje ją muzyka klasyczna, sakralna, ludowa, folk, jazz-improwizacje, złożone harmonie, blues-emocjonalne brzmienia, rock-gitarowe riffy. A nazwiska takie, jak: Możdżer, Bałdych, Jopek, Hauser, Sulic, budują jej wrażliwość muzyczną. Nie ma wykształcenia wokalnego: nuty, pojęcia muzyczne, style śpiewania po-znaje, bo chce, po prostu. Dzisiaj nadal z pasji, z dojrzałością w sercu, tworzy muzykę za pomocą swego głosu wraz z Kobiecymi Sercami. Solowo, zespołowo, z akompaniamentem, bez akompaniamentu, śpiewając w sopranie lub alcie. Najważniejsze, według niej, jest słuchanie siebie nawzajem, dopasowywanie wysokość dźwięku, dynamiki, tonu, bo to tworzy harmonię. „Niewątpliwie śpiew, koncertowanie, a nade wszystko relacje między nami, budują historię naszego zespołu” — dodaje. 4. Dorota Kurowska - Potem założyłyśmy zespół, bo chór Lutnia się rozpadł, a potrzeba śpiewania była ogromna i chciałyśmy robić coś swojego. 226 Dorota Paprocka 227 Z potrzeby serca... 228 Dorota Paprocka Jej przygoda z muzyką zaczęła się w zerówce, dzięki babci Wandzi. Przypadkiem była razem z nią na zakupach w dawnym „Kłosie”. Stały tam pianina, podeszła do jednego i... zakochała się w muzyce. Babcia potraktowała chęci wnuczki poważnie i nie dość, że kupiła pianino, to również zapisała małą Dorotkę do szkoły muzycznej. Przez 4 lata rozwijała swój muzyczny talent, grając na pianinie i wiolonczeli. Śpiewu uczyła się w popularnym w latach 90. sztumskim MDK-u. Zapisała się również na kółko muzyczne, a tam poznała Krzysztofa, obecnego męża. Muzyka i śpiew towarzyszyły jej na każdym etapie edukacji. W szkole średniej zapisała się do chóru Every Late, który prowadziła nauczycielka muzyki. Pierwsze duże wydarzenie, które pamięta, to przyjazd papieża Jana Pawła II do Elbląga i występ chóru podczas mszy. „To było niesamowite przeżycie”- mówi. Po studiach, kiedy wróciła do Sztumu, przypadkowo spotkała dawną nauczycielkę muzyki i tak trafiła do malborskiego chóru Lutnia, w którym śpiewała do końca jego istnienia. 5. Ania Kaczmarek - Piękno zaczyna się od improwizacji i taka jest właśnie nasza muzyka. Z wykształcenia jest magistrem inżynierem budowy maszyn i całe życie zawodowe pracuje w swoim wyuczonym zawodzie, ale to muzyka jest jej pasją i towarzyszy jej od najmłodszych lat. Ukończyła szkołę muzyczną I stopnia w klasie fortepianu. Była między innymi współzałożycielką i członkinią zespołu młodzieżowego L'acqua przy parafii św. Anny w Sztumie, chórzystką Akademickiego Chóru Politechniki Gdańskiej oraz chórzystką malborskiego Chóru Lutnia. Oprócz śpiewania, próbuje swoich sił pisząc teksty i komponując utwory dla Kobiecych Serc, rzecz jasna. Jest młodszą siostrą Doroty. 6. Kasia Drożdżykowska — Każda jest inna i lubi co innego, ale potrafimy stworzyć coś wspólnego. Śpiewa od dziecka, co skłoniło rodziców, aby zapisać małą artystkę do kółka wokalnego, a od tego zaczęła się jej przygoda ze śpiewem. Uczęszczała do szkoły muzycznej (klasa fletu), ale kiedy zaczęła śpiewać w żeńskim chórze, zakochała się w śpiewaniu wielogłosowym. W swojej karierze ma występy z takimi chórami jak Semper Cantantes, Amantes Cantare czy Lutnia. Jej ulubioną muzyką jest muzyka dawna. Czasy studenckie to moment, w którym ciężko było pogodzić naukę z regularnym śpiewaniem, ale miłość do muzyki była silna i zawsze wracała. Po likwidacji chóru Lutnia ( w którym śpiewała od 2015 roku) grupa chórzystek szukała dalszych możliwości śpiewania i tak trafiła do Kobiecych Serc. Mimo tego, że jako Kobiece Serca śpiewają od niedawna, to, jak wynika z biografii, ich losy muzyczne przeplatały się w licznych przedsięwzięciach, a na ich koncie jest już sporo występów. Jednym z większych projektów, w których wzięły udział, była „Baśń z Dolnego Powiśla - opowieść ludowa”, pełnometrażowy film autorstwa znanego czytelnikom Prowincji historyka Piotra Podlewskiego. Kobiece Serca wystąpiły gościnnie w produkcji, śpiewając ludowe pieśni, które oddały klimat dawnej epoki. Z Piotrem występują również w X- projekt czyli instrumentalnej wizji wolnej chwili w postaci world musie, orientu, flamenco i muzyki etnicznej. Projekt tworzą również Z potrzeby serca... 229 Adam Meryk i Arek Kozakiewicz. Niemal zawsze towarzyszy im Michael Jones, brytyjski multiinstrumentalista mieszkający w Polsce, znany ze swojej wszechstronności i współpracy z wieloma polskimi artystami. Jest ceniony za grę na skrzypcach, altówce, skrzypcach elektrycznych, a także za umiejętności wokalne, w tym śpiew alikwotowy. Kobiece Serca współpracują również z Marcinem Lamchem, Krzyśkiem Kurowskim i Jarkiem Świdrem, którzy akompaniują im podczas koncertów. Kobiece Serca to ogromny muzyczny potencjał, który, jak mamy nadzieję, będzie się rozwijał i przyniesie nam jeszcze wiele muzycznych wzruszeń i emocji. Koncertografia: • VII Ogólnopolski Festiwal Pieśni Religijnej Pater Noster w Strzepczu, • Świąteczny charytatywny koncert na rzecz Stowarzyszenia Do życia przez życie -Sztumskie Centrum Kultury, • Orszak Trzech Króli, Sztum, • Koncert w Centrum Kultury w Tczewie — X-projekt i Michael Jones, • Koncertu charytatywny „Ziemia sztumska dla powodzian...”, • Międzynarodowy Festiwal Muzyki Religijnej im.ks.Stanisława Ormińskiego w Rumi, • „Baśń z Dolnego Powiśla - opowieść ludowa”, • Chóralne Kolędowanie w Elblągu, • Koncert pt. „Babskie Granie” w Sztumskim Centrum Kultury, • Śpiewająco na festynie EKOZajezierze. Galeria Prowincji Agnieszka Świercz-Karaś POLOWANIE NA PIĘKNO I WILKI Wybierzmy się na „polowanie”. Potrzebna jest długa lufa, miejsce daleko od głównych tras oraz cisza i cierpliwość, by nie spłoszyć zwierzyny i móc się do niej zbliżyć. Współcześni „myśliwi” często wstają o świcie, znają teren, tropią ślady i potrafią dostrzec najmniejsze szczegóły w otoczeniu. Różnica jest w celu. Współczesny myśliwy/fotograf „strzela” zdjęcia, zatrzymując chwilę na zawsze, a tradycyjny myśliwy — zdobywa trofeum. Z Małgorzatą Konarską rozmawiamy o polowaniu „na piękno”. MYŚLIWY ŚWIATŁA I CIENI Zamiast strzelać z broni, celuje obiektywem. Wstaje o 3 nad ranem. Nie budząc domowników, wykrada się z domu i rusza na łowy. Fotograf, podobnie jak myśliwy, czeka w ukryciu na najlepszy moment. - Fotografia to pasja która pozwala mi się zluzować. Pracuję w szkole, gdzie jest około 750 uczniów i zgiełk. Robienie zdjęć przyrody wymaga natomiast bezszelestnego poruszania się. Fotografia, podobnie jak polowanie, wymaga ciszy i cierpliwości - tłumaczy Małgorzata Konarska, na co dzień mieszkanka Dzierzgonia i nauczycielka przedmiotów informatycznych w malborskim technikum. Pasjonatka podpowiada, że poranne słońce jest najlepsze dla początkujących adeptów fotografii przyrody. O tej porze dnia ptaki są też najbardziej aktywne.- Każda pora dnia i roku ma jednak swoje uroki. Na przykład żurawie, jak do nas przylatują, są srebrno-stalowe, z czasem nabierają barwy kawowej, a teraz w porze odlotów są brązowo beżowe — opowiada miłośniczka ornitologii. TROFEA Z PAMIĘCI APARATU Myśliwy wraca z lasu z mięsem, fotograf z obrazem, który karmi duszę. Pani Małgorzata prawie każdą wolną chwilę wykorzystuje na spacery z aparatem. Jak wychodzi na taką wyprawę, to przynosi około 700 zdjęć. — Obok Dzierzgonia są stare żwirownie. Są tam stawy. W tym miejscu można wypatrzeć między innymi bielika. Dokładnej lokalizacji nie chcę podać ze względu na bezpieczeństwo ptaków. Są to zwierzęta chronione i nie powinny być często niepokojone. Moim marzeniem było zrobienie zdjęcia zimorodkom i właśnie w tym miejscu mi się to udało. Czemu chciałam uchwycić zimorodka? On jest naprawdę ciekawy. Jego nazwa nie pochodzi od tego, że rodzi się zimą. Zimorodek kopie nory w ziemi. Jakieś pół metra od lustra wody i tam wychowuje potomstwo. On jak leci, to wygląda jak Polowanie na piękno i wilki 231 klejnot. Cały mieni się na niebiesko, a pod spodem jest rudo czerwony, aż ognisty. Leci jak strzała, takim fajnym prostym lotem, nad samą wodą - opowiada z prawdziwą pasją pani Małgorzata. Fotografka podpowiada też, że zimorodki można sprowokować do pojawienia się, zostawiając nowe gałęzie niedaleko tafli wody. Zimorodek potrafi bowiem usiąść nawet na wędce cierpliwego wędkarza. Są to ptaki wyjątkowo kolorowe jak na nasze warunki. Podobna jest jeszcze kraska, ale ją trudniej wypatrzeć. - Żołna jest także przepiękna, choć występuje raczej na południu kraju. Mam jednak informację, że pod Elblągiem jest pan, który gdzieś w okolicy je fotografuje. Mam zamiar się do niego odezwać, chociaż wiem, że „ptasiarze” nie lubią zdradzać swoich siedlisk. Na początku wiosny była taka sytuacja, że w Podlaskiem pojawił się nieduży czarno-biały ptak junko*. Ktoś podał lokalizację tego ogrodu i fotografowie przez kilka dni dziesiątkami tam przyjeżdżali, próbując uchwycić zdobycz - opowiada pani Małgorzata. CICHE ŁOWY FOTOGRAFA Jedni przyjeżdżają po cichu i robią zdjęcie nie zakłócając spokoju, a są takie osoby, dla których jest to wycieczka, byle tylko „ustrzelić” nowy gatunek do swojej kolekcji, zupełnie nie martwiąc się o dobrostan zwierząt. — Są ludzie, którzy potrafią chodzić do lasu z odtwarzaczem i zakłócać spokój ptakom, naśladując ich dźwięki. Takie sowy, na przykład, są bardzo terytorialne i dla nich to są sytuacje bardzo stresowe, kiedy coś je celowo zwabia i niepokoi - tłumaczy „ptasiara”. To nie polowanie na trofea, ale na ulotne chwile, które inaczej uciekłyby jak spłoszona zwierzyna. Często fotograf przyrody ma tylko kilka sekund, aby uchwycić moment. - Któregoś razu byłam z tatą na spacerze w Balewie. Widzę kormorana, który nurkuje. Szybko przystawiam „lufę” do oka i czekam aż się wynurzy. Wypływa, widzę, że ma rybę, staram się szybko robić zdjęcia. Udało mi się go złapać razem ze zdobyczą. Chciałam mieć więcej ujęć, ale on tak szybko połknął tę rybę, że nie zdążyłam. Wystarczyły trzy ruchy i po zdobyczy nie było śladu - opowiada pani Konarska. NA CELOWNIKU - ULOTNE CHWILE Kiedy fotografka zaczyna tłumaczyć, co znajduje się na jej zdjęciach, ciężko się oderwać, ponieważ każde z uwiecznionych przez nią stworzeń ma swoją historię. - Kiedy wracam z takich łowów i spotykam ptaka albo roślinę, której dotychczas nie znałam, zabieram się za lekturę. Staram się dowiedzieć o takim stworzeniu jak najwięcej. Zaskoczyły mnie na przykład wąsatki*. To takie ptaszki wielkości wróbla. Samiec charakteryzuje się tym, że ma naprawdę wąsy. Trzciniak* za to, jak trzcina, w której mieszka, zaczyna usychać i robi się piaskowa, to zmienia barwę na brzoskwiniowo-różową, a miejscami wręcz błękitną. Prześlicznie wyglądają takie puchate stworzonka , jak urzędują na trzcinach. Dodam, że ich jest zawsze klika, ponieważ są zwierzętami towarzyskimi. 232 Agnieszka Świercz-Karaś Polowanie na piękno i wilki 233 234 Agnieszka Świercz-Karaś APARAT ZAMIAST STRZELBY Myśliwi mają lufy karabinów, fotografowie lufy obiektywów. Jednak czasami ciężko odgadnąć, co udało się ustrzelić. Ptaki potrafią być bardzo do siebie podobne. — Takie ptaki brodzące: bekasowate, krzyk, łęczak, kulik wielki czy mały: one w locie są prawie nie do odróżnienia. Maleńka różnica może dotyczyć np. długości dzioba. W takich sytuacjach korzystam z pomocy. Są na portalach społecznościowych grupy, które pomagają w identyfikacji - podpowiada pasjonatka. POJEDYNEK Z CZASEM Nowe okazy pojawiły się w naszym regionie na przełomie lipca i sierpnia tego roku, kiedy to okolicę nawiedziły nawalne deszcze. Wraz z podtopieniami zleciały się do nas chyba wszystkie czaple z województwa pomorskiego. Dla rolników była to tragedia, ale dla ornitologów raj, tyle się nagle ptaków brodzących pojawiło w naszej okolicy. Pamiętam, jak w 2000 roku zobaczyło się żurawia, to była sensacja. Teraz natomiast jest ich u nas więcej niż bocianów. Bociany widać tam, gdzie są łąki i gospodarstwa. Tam, gdzie pastwiska są likwidowane, widać spadek ich liczby. Żuraw się przystosował, potrafi żerować w polach kukurydzy, a bocian potrzebuje łąki, bo on przecież tych żab nie je. Woli myszy, jaszczurki, a kiedyś wypatrzyłam jak dżdżownice połyka jak makaron. Zresztą żab też jest mniej niż kiedyś - dzieli się spostrzeżeniami pani Małgorzata. Tegorocznym zaskoczeniem dla foto-grafki było także pojawienie się w okolicy Dzierzgonia kulika wielkiego*, ptaka, któremu grozi całkowite wyginięcie. CEL - DOSKONAŁY KADR Ptaki są specyficzne. Jak siedzą, to nie ma większego problemu, aby złapać ostrość, kadrując zdjęcie. Dużo trudniej jest zrobić dobrą fotografię ptaka w locie. - Największym wyzwaniem, na razie nieosiągalnym, jest dla mnie zrobienie wyraźnego zdjęcia jeżykowi*. Ptaki są bardzo ciekawe, uchwycenie ptaka w locie jest bardzo zjawiskowe, a zamrozić ten efekt jest bardzo trudno. Jest to jedna czterotysięczna sekundy! - tłumaczy fotografka przyrody. Na większości prac pani Małgorzaty są ptaki. Nie jest to jednak jedyny cel przyrodniczki amatorki. -Trudniej jest zapolować na większego zwierza, jelenia czy łosia. Moim marzeniem jest jednak spotkać na swojej drodze wilka. Nie boje się, nie czuję strachu. Mam specjalne ubranie maskujące. Moja bluza imituje liście dębu i mam wrażenie, że to naprawdę pomogło i ptaki mnie przez dłuższą chwilę nie zauważają, gdy się do nich zbliżam. Twarzy jeszcze nie smaruje jak komandos, ale specjalny namiot już mam. Obecnie w planach mam wyprawę z kolegą w okolice Białowieży, aby zapolować na prawdziwie wielkie zwierzę, czyli żubra. W swojej kolekcji mam już wśród zdobyczy kopytne, mam zające, ale najpiękniejszym okazem jest kuna. Przy niej udało mi się uzyskać kadr idealny. Wiem, że Polowanie na piękno i wilki 235 za pomocą sztucznej inteligencji mogłabym go jeszcze podrasować, ale nie chcę tego robić. Takie źdźbło trawy też ma dla mnie swój urok — chwali się wspaniałym ujęciem pasjonatka. Na zdjęciu zrobionym w te wakacje w okolicy Dzierzgonia uchwycona została kuna, która w pysku niesie trzy upolowane właśnie pisklaki. Takie polowania są jednak bardziej wymagające. Polując na grubszą zwierzynę trzeba już mieć więcej czasu. Czasem trzeba się czaić nawet kilka godzin. — Obserwuję w internecie osoby, które są prawdziwymi maniakami, potrafią po 12 godzin na specjalnie skonstruowanych leżankach wypatrywać zwierza. Mają nawet takie materace maskujące, czyli pływające po wodzie czatownie. NAUKA NIE IDZIE W LAS Pani Konarska przyrodą interesowała się od dziecka. - W szkole podstawowej miałam wspaniałą nauczycielkę od biologii, panią Reginę Pozorską, która przychodziła i zabierała nas do ogrodu i to tam uczyła nas o korzeniach, liściach, itp. Tam zaszczepiała nam zainteresowanie przyrodą. Myślałam później o tej biologii, ale czasy były różne i stwierdziłam, że wybiorę jednak coś innego. Trafiło na przedmioty ekonomiczno-informatyczne. Mam za to siostrę, Katarzynę Przybysz, która jest nauczycielką biologii i chemii. Jest także uznanym autorem podręczników, w tym pierwszą w Polsce autorką programu nauczania do edukacji zdrowotnej w szkołach podstawowych. Zresztą córka rozpoczęła w tym roku naukę w liceum i też wybrała profil biologiczno-chemiczny, choć jej konikiem zdaje się być bardziej chemia i anatomia. Jej brat bliźniak za to, jak ja, wybrał informatykę - opowiada pani Małgorzata. UCHWYCIĆ ZAMIAST USTRZELIĆ Wszystkie zdjęcia pani Małgorzaty, które możecie podziwiać w galerii Prowincji, zostały zrobione w okolicach Dzierzgonia. Tylko nieliczne, takie jak bieliki czy wąsatki, są z Ptasiego Raju pod Elblągiem. - Koło Kielm spotkałam orlika krzykliwego. W pierwszej chwili myślałam, że to któryś z myszołowów. Z aparatu trudno go było zidentyfikować, ale jak zgrałam w domu zdjęcia i się przyjrzałam, zauważyłam, że to nie może być myszołów. Myszołowy mają od spodu takie specyficzne upierzenie, trochę jak cętki. Ten natomiast był gładki, ciemnobrązowy i miał brunatne lotki. W ogóle to orlikowate można poznać po tym, że one mają lotki, które wyginają się trochę jak palce — nie może przestać opowiadać o swojej pasji przyrodniczka-amatorka. Prace pani Małgorzaty Konarskiej można podziwiać na profilu społecznościowym FB, wpisując w wyszukiwarkę imię i nazwisko pasjonatki. 236 Agnieszka Świercz-Karaś MAŁA PTASIA ŚCIĄGAWKA • Jeżyk to niewielki, smukły ptak wędrowny o sierpowato wygiętych skrzydłach i ciemnym upierzeniu, który większość życia spędza w powietrzu — potrafi jeść, spać, a nawet łączyć się w pary w locie. Jest niezwykle szybki i wytrzymały, a jego krótki, letni pobyt w Polsce zwiastuje pełnię ciepłej pory roku. • Kulik wielki to największy europejski przedstawiciel siewkowatych, rozpoznawalny po długim, wygiętym w dół dziobie i charakterystycznym, falistym locie. Zamieszkuje mokradła, łąki i wybrzeża, a jego melodyjny, przeciągły głos jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dźwięków wiosennego krajobrazu. W Polsce podlega ścisłej ochronie. Główne przyczyny spadku jego liczebności to kurczenie się areału lęgowego. • Wąsatka to niewielki, bardzo charakterystyczny ptak zamieszkujący trzcinowiska, rozpoznawalny po długim ogonie i „wąsach” u samca, które tworzą czarne plamki po bokach dzioba. Jest mistrzem akrobacji wśród trzcin, a jej obecność świadczy o bogactwie i dobrym stanie ekosystemów wodno-błotnych. • Trzciniak to średniej wielkości ptak śpiewający, zamieszkujący gęste trzcinowiska nad jeziorami i stawami, znany z donośnego, melodyjnego śpiewu. Buduje charakterystyczne, wiszące gniazda zawieszone pomiędzy łodygami trzciny, dobrze ukryte przed drapieżnikami. • Junko, znany też jako śnieżny wróbel, to niewielki ptak z rodziny trznadlowatych, występujący głównie w Ameryce Północnej. Ma charakterystyczny kontrastowy wygląd - ciemną głowę i pierś oraz białe podbrzusze. Felietonowo Paulina Jagnicka Z PERSPEKTYWY BALKONU: O CODZIENNOŚCI, KTÓRA ZASŁUGUJE NA ZACHWYT Ostatnio miewam ciężkie dni. Chorujący kot nadwyrężył budżet, a jak wiadomo — gdy kasa pusta, pojawiają się problemy. Podejmując pewne decyzje w swoim życiu, liczyłam się z tym, że będzie ciężko. Wynajęte mieszkanie „zjada” niemal % pensji, a przecież trzeba się jeszcze utrzymać, jeść i wyprawić dzieci do szkoły. Leki, wizyty u lekarzy - prywatne, bo mimo że składki zdrowotne skutecznie są zdzierane z mojej i Twojej pensji, to i tak trzeba do zdrowia dokładać. Życie... chce się powiedzieć: wbić zęby w tynk i przeć do przodu. Bo przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Diagnoza ADHD przez pewien czas była dla mnie prawdziwym powiewem ulgi. Mój neuroróżnorodny mózg wmawiał mi, że wszystko się zmieni, gdy leki na koncentrację zatrzymają te okropne epizody natłoku myśli i niemocy sprawczej. Nie wiem, który z nich jest gorszy. Wieczny hałas w głowie wmawia mi, że nie ogarniam, że inni w wieku 39 lat mają więcej — pewne i dobrze płatne posady, bezawaryjne samochody, wakacje na Karaibach i weekendowe wypady za miasto. Tylko ja utknęłam w wynajętym mieszkaniu, w którym sztukuję meble. Wymarzonego fotela uszatka nie kupię jeszcze długo, a „większe” zakupy robię z PayPo. Z mojego dotychczasowego życia zostały dzieci, dwa koty, depresja, deficyt koncentracji, zamknięcie w sobie i ogromna niepewność. I tak właśnie wczoraj, z głową przeciążoną od „złych” myśli - z głową, która chwilowo przejęła kontrolę i straszy mnie moją porażką, jaką rzekomo jest moje życie - wyszłam o godzinie 22 na balkon. W zeszłym roku, na leżakach, spędziłam mnóstwo czasu, po prostu siedząc i patrząc. Łapiąc słońce i próbując złapać balans między tym, co mam, a tym, co jest we mnie. W tym roku pogoda nie rozpieszcza. Stoi tam tylko jeden leżak, który w zasadzie rzadko jest zajęty. Ubolewam trochę nad tym, bo chwile — choć ciężkie - były dobre. Ciche i moje. Więc stoję na tym balkonie o 22 i wieszam pranie. Bo przecież zrobiło się godzinę temu, ale Oski, jak to Oski, zasnąć nie chciał — walczył długo... Pranie. Wieszam. Jestem poirytowana, bo ostatnio mój organizm włącza mechanizm obronny i ciągle każę mi spać. Dwudziesta druga to dla mnie późna godzina, prania wieszać nie cierpię, do tego zimna noc, bo nie uraczysz ciepła tego roku. Ziewam jak smok nad mokrymi skarpetkami, z pochyloną głową rozwieszam każdą na suszarce i nagle podnoszę wzrok — patrzę oniemiała. Przede mną jest okno, które prowadzi do saloniku mojego mieszkania z aneksem kuchennym. Pali się duże światło w pokoju, bym miała jasno przy wieszaniu wcześniej wspomnianego prania. Patrzę na lodówkę pełną magnesów, zdjęć i kartek. Na aneks kuchenny, biały okrągły stół, kanapę przygotowaną do spania i dwa krzesła, na których wiszą ubrania. Dalej — duże szafy w przedpokoju, szafka, w której chowam kuwetę, drzwi prowadzące do pokoju chłopaków. Perspektywa, w której stoję, daje mi wrażenie, że zaglądam do cudzego 238 Paulina Jagnicka mieszkania. Podglądam czyjeś życie, ułożone własnymi rękami. Dość chaotycznie to wygląda - myślę — ale nie biednie. W oczy rzucają mi się dwa regały z książkami: mały i duży. Smukła lampa, mały telewizor i stolik na kółkach pod laptop. Garnek na kuchence, uśmiechnięte twarze na zdjęciach, zielone kwiaty i stara komódka z młodą monsterą oraz lustrem w ramie. Z tego okiennego obrazu czuć ciepło. Światło, które pada, pokazuje życie, które w jakimś stopniu mnie przyciąga i hipnotyzuje. A przecież oglądam swoje życie, swoje miejsce. Zmieniłam tylko perspektywę: stanęłam za oknem, spowiła mnie ciemność, rozproszona właśnie blaskiem tego pokoju. Zapominam o tych wszystkich czarnych myślach, bo nie widać ich w tym mieszkaniu. Nie widać ich ciężaru, nie zostawiły śladu przytłoczenia. Patrzę na swoje życie oczami widza i jestem zaskoczona. Dopiero z tej perspektywy dociera do mnie, że nie widać tu wyrzeczeń, pustego portfela i wiecznego strachu o jutro. Nie widać rezygnacji i poczucia przegranej. Widać wieczorną ciszę, miejsce ciepłe i bezpieczne, przygotowane do snu. Widać mieszkanie, w którym cały czas - mniej lub bardziej - mieszka życie do spółki z nadzieją. Czy to naprawdę tak mało? Czy to naprawdę niewystarczająco? Chodząc na jogę i słuchając nauk o medytacji naszej nauczycielki, a także czytając książki w tym temacie, często przewijał się temat „widza”. Widza jako tego „wyższego” ja, które powinniśmy dopuścić do głosu, dzięki czemu łatwiej nam będzie odróżnić fikcję napędzaną przez nasz mózg od prawdy, która po prostu jest. Ciągłe myślenie i martwienie się o jutro zabiera nam radość z dzisiaj, a dopuszczenie „widza” pozwala nam lepiej poczuć dziś - oglądając świat i sytuacje właśnie z perspektywy bezstronnej istoty. Cóż, teoria jest piękna. Wprowadzić ją w codzienność — to ciężka praca. Stojąc na balkonie, owinięta w sweter, wieszając mokre skarpetki i gapiąc się w swoje okno, jakbym widziała je pierwszy raz, w końcu poczułam i zrozumiałam, o co chodzi z widzem. Przez krótką chwilę zmiana perspektywy na podglądacza pozwoliła mi dotrzeć do tego, jak wiele osiągnęłam, jak ciężko na to pracowałam i że nie mam powodu do wstydu. Zerkając w „obce” okno, dotarło do mnie, że to normalne mieszkanie, w którym żyje „normalny” człowiek. Reszty nie widać. Im dłużej patrzyłam i nakręcałam wyobraźnię, tym bardziej czułam, że mogłabym tu mieszkać. Że jest to miejsce dla dzielnej kobiety, która się nie poddała, mimo że przeciwności nie ustępują. W tym przysłowiowym „em dwa” nie widać łez, załamań i przemęczenia. Widać zwycięstwo, które tak ciężko dostrzec na co dzień. Widać ciepło i radość, która tworzona jest dla dzieci tam mieszkających. Przez krótką chwilę nie mogłam uwierzyć i się otrząsnąć. Pranie już powiesiłam, skierowałam kroki do domu. TEGO domu, który przed chwilą podglądałam. Mojego domu. Mieszane uczucia odpłynęły szybko, wraz z przyłożeniem głowy do miękkiej poduszki. Zapomniałam, która jest godzina, o frustracji, ciężkim sierpniu i nadchodzących wydatkach. Zapomniałam o ciężarze, który dźwigam, o poczuciu „nic” w moim życiu, które rozgaszcza się tam co jakiś czas i czuje się jak u siebie. Położyłam się w zbyt miękkim łóżku kobiety, którą przed chwilą podglądałam. Owinęłam się jej kołdrą, powiedziałam „dobranoc” jej synowi. Westchnęłam i zasnęłam. Z poczuciem ulgi, że mogę nie tylko podglądać — ale być częścią jej życia. Mojego życia. Recenzje Andrzej Lubiński Z REGIONALNEJ PÓŁKI W lipcu tego roku ukazały się dwie wartościowe publikacje dotyczące naszego regionu. Pierwsza to „Opowiem Wam o Sztumie” Janusza Ryszkowskiego, druga: „Powiśle” Krystiana Zdziennickiego. Janusz Ryszkowski jest jednym z najlepszych znawców przeszłości Sztumu i okolic, o czym świadczą jego książki: „W podróży po ziemi sztumskiej”, „W Sztumie kulturalnym 1945-1975”, „Morawscy pięć pokoleń i pół”, „W ściślejszym kółku Antoniego Donimir-skiego” oraz jako redaktor książki „Sztum 1806-1945” - teksty do niej przygotowali Józef Borzyszkowski i Marek Stażewski. Najnowsza pozycja przybliża czytelnikowi, gdzie i jak funkcjonowały karczmy, hotele, kawiarnie. Jakie pomniki znajdowały się w mieście. Co wydarzyło się w mieście i powiecie na przestrzeni lat 1899-1901. Są to fascynujące opowieści, o których wiedzieli do tej pory czytelnicy prasy polskiej i niemieckiej, jakie można przeglądać w Kujawsko Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej. Pierwsza wzmianka o sztumskim zajeździe pochodzi z roku 1534 roku. Karczma znajdowała się na Podzamczu, gdyż była poza zasięgiem władzy miejskiej i podlegała władzy starościńskiej. W XVIII wieku istnieją dwie karczmy. Na początku XIX wieku lata są już cztery i 12 wyszynków. Zmiana nastąpi po powstaniu powiatu sztumskiego, zacznie wtedy działać Resursa Obywatelska jako miejsce spotkań kupców urzędników. Od drugiej połowy XIX wieku działa pięć zajazdów, najbardziej znany to zajazd Nawrockiego. Sławą cieszył się Hotel Bieckiego, Dom Niemiecki a po jego spaleniu najokazalszym okazał się Królewski Dwór. W nim urządzane były spotkania mniejszości polskiej również w okresie lanusz Ryszkowski OPOWIEM WAM O SZTUMIE międzywojennym. Niedaleko od niego znajdował się Hotel Wrocławski. W 1910 powstał Hotel Centralny przy ulicy Dworcowej. Budynek istnieje do dziś. Mieszkańcy używają określenia „Sztumianka”, bo tak przez wiele lat określano ten obiekt. Ważną rolę odgrywała „Strzelnica” jako miejsce spotkań przedwyborczych, koncertów, przedstawień teatralnych. Pewną renomą cieszyła się karczma „Pod Dębem”. Ciekawe są opisy kawiarni, cukierni, gospód działających w okresie międzywojennym. Istniało też Kasyno Oficerskie, po 1945 działał tam zakład fotograficzny Horbaczewskiego. Kolejny rozdział przedstawia pomniki, jakie znajdowały się w mieście począwszy od Plączącej Matki poprzez pomnik poświęcony Armii Radzieckiej i nowo powstały w tym miejscu nazywany przez mieszkańców Beczka Śmiechu, który został rozebrany w 2010 roku. Inny pomnik „Rodło” powstał w 1956 i poświęcony był działaczom polonii polskiej ziemi sztumskiej. Wmurowane zostały też tablice na budynku Domu Kultury i dawnego Banku Ludowego na Przedzamczu. Najobszerniejszy i najcenniejszy pod względem ciekawych informacji jest trzeci rozdział poświęcony miastu i powiatowi na przełomie XIX i XX wieku. Ukazuje, z jakimi wyzwaniami borykał się Henryk Donimirski 240 Recenzje z Zajezierza. Sporo miejsca zajmują opisy rozbudowy kościoła katolickiego, działalności niemieckiego chóru Cecylia i polskiego chóru oraz zespołu teatralnego założonego przez Feliksa Morawskiego. Przywraca pamięć o księdzu Ferdynandzie Spiryngu z Krasnej Łąki i rodzinie Schreiberów z Mikołajek. Wydarzeniem roku 1900 było otwarcie sierocińca zwanego Waisenhaus na sztumskim zamku jako realizacja zapisu testamentowego z roku 1841 Michała Kalksteina z Klecewa. Sporo miejsca poświęca Adamowi Lwu Soł-tanowi. Był bratem Marii Sierakowskiej żony Adama Sierakowskiego. Zmarł w 1901 roku i pochowany jest w kaplicy rodowej Sierakowskich w Waplewie. Przez wiele lat korespondował z Ignacym Kraszewskim, nadsyłał korespondencje do polskich gazet w Poznaniu, Toruniu, Pelplinie o tym, co wydarzyło się na ziemi sztumskiej. Przybliża uroczystości srebrnych godów właścicieli Waplewa, proces filomatów pomorskich, w których działali synowie Marii i Adama: Stanisław i Jan. Sztumskie jeziora dostarczają ciekawych informacji, skąd pochodziły przedmioty codziennego użytku: jak talerz fajansowy z Drezdenka, dzbanek z Wałbrzycha, porcelana z Bawarii, butelki do piwa Paul Tucholski Stuhm, butelki z elbląskiego browaru Brau-erei Englisch Brunnen, butelki z Chełmna, Olsztyna, Malborka. Te przedmioty wydobyte z dna jeziora również pozwalają poznać dzieje naszego miasta. Krystian Zdziennicki adresuje swoją publikację do mieszkańców Powiśla oraz do turystów zwiedzających ten region i przybliża w dostępny sposób przeszłość tej ziemi. Rozpoczyna od wyjaśnienia pojęcia „Powiśle” jakie pojawiło się dosyć późno, bo dopiero w czasach Plebiscytu 1920 roku. W dostępny sposób ukazuje przeszłość tego regionu od pradziejów do współczesności, wskazując na najważniejsze wydarzenia, jakie rozgrywały się na przestrzeni dziejów: od misji biskupa praskiego Wojciecha w roku 997, poprzez sprowadzenie Krzyżaków w 1226, życie i działalność Doroty z Mątów, konflikty zbrojne ze Szwedami w XVII wieku i zawarte rozejmy w Starym Targu i Sztumskiej Wsi, okres pod pruskim zaborem i powrót od 1945 do macierzy. Ukazuje najważniejsze atrakcje tego terenu, jak zamek w Kwidzynie Sztumie, pałace i dworki, które znajdują się na ziemi sztumskiej: Waplewo, Stążki, Zajezierze oraz Kamieniec Suski, gdzie przebywał Napoleon w roku 1807. Ciekawie pisze o obiektach sakralnych, artystycznych artefaktach, znajdujących się w nich. Godny zwiedzenia przez turystów jest zespół śluz z Białej Góry oraz kamienie Wilhelma w okolicach Prakwic jako pamiątka po polowaniach w tamtych lasach przez ostatniego cesarza niemieckiego. Te tereny były też obiektem badań etnograficznych prowadzonych przez rodowitych mieszkańców tej ziemi z Michorowa i Miran, czyli dr Józefa Łę-gowskiego i ks dr Władysława Łęgi. Wcześniej tę kulturę ludową badał w 1875 roku Oskar Kolberg w okolicach Waplewa Bukowa Tel-kwic, gdy odwiedzał Sierakowskich i Donimir-skich z Bukowa. Od niedawna reaktywowany jest wśród członkiń Kół Gospodyń Wiejskich z Czernina i Tychnów kurs haftu powiślań-skiego. Czytelnik może też poznać tradycyjną kuchnię powiślańską. W tej publikacji można poznać, jaką gwarą posługiwała się miejscowa ludność do drugiej połowy XX wieku. Obecnie już tylko najstarsi mieszkańcy znają tę gwarę. Dlatego autor zamieścił sporo słów i idiomów tzw. dialektu malborskiego, jaki został wprowadzony do obiegu naukowego przez Huberta Górnowicza w drugiej połowie XX wieku. Podkreślić należy zamieszczenie w tej publikacji wielu zdjęć ilustrujących ten region. Zachęcam do poznania obu tych pozycji, ponieważ zasługują one na to, by znalazły się na półkach osób interesujących się problematyka regionu powiślańskiego. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 roku mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. Dyrektor Poradni Wychowawczo-Zawodowej oraz szkół medycznych w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Krzysztof Bochus — z zawodu dziennikarz, wykładowca akademicki. Był redaktorem naczelnym miesięcznika Sukces, pracował też w polskiej filii Burda Verlag. Stały współpracownik magazynów literackich i historycznych. Od debiutu w 2017 roku opublikował kilkanaście powieści kryminalnych i sensacyjnych. Jego książki uhonorowano najważniejszymi polskimi nagrodami kryminalnymi, w tym Złotym Pociskiem oraz nominowano do wielu innych nagród, w tym Wielkiego Kalibru (długa lista). Jego książki trzykrotnie uznano za Kryminał Roku w konkursie czytelniczym Złoty Kościej. Jest autorem kilku cykli kryminalnych, w tym serii retro z Christianem Abellem rozgrywającej się w Wolnym Mieście Gdańsku. Równie dobrze czuje się w tematyce współczesnej, jako autor powieści sensacyjnych (cykle: Marek Smuga i Adam Berg). Ostatnią powieścią jest Kamień tunguski. Jego cztery powieści retro wydano na Ukrainie. Mieszka na przemian w Warszawie i Gdańsku. Prywatnie pasjonat historii Pomorza i kolekcjoner sztuki. W wolnym czasie lubi grę w tenisa i wędrówki po górach. Anna Bołt - poetka, bibliotekarka, wydawca, dziennikarka. Debiutowała w „Nowym Wyrazie”, drukowała wiersze w „Zeszytach Literackich”, „Tytule”, „Tyglu”, „Schodach Kawowych”. Wydała arkusz poetycki pt. „Dziedzictwo” oraz tomiki poezji pt. „Szczęść Boże”, „Szklana kula”, „Wiersze na kartki/Kartki na wiersze”. Jest laureatką konkursów poetyckich w Elblągu, w Gdańsku, w Nowej Soli. Publikowała wiersze w almanachach środowiskowych: „Rekonesans”, „Litteraria”, „Badanie DNA”. W 2008 r. założyła Towarzystwo Literackie — Narocz Kwidzyn Gdańsk. Otrzymała Nagrodę Burmistrza Miasta Kwidzyna za działalność artystyczną. Daniel Borcucłi — absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu na wydziale Archeologii. Badacz Jeziora Dzierzgoń (Sorgen See) i jego najbliższej okolicy. Jest autorem błoga historycznego na Facebooku - „Sorgensee”. Kompozytor muzyki filmowej, tworzący pod pseudonimem Daniel Bloom. Jego najnowszy soundtrack, to muzyka do filmu Władysława Pasikowskiego Zamach na papieża (premiera filmu, wrzesień 2025). Stworzył m.in. muzykę do filmów Wszystko co kocham, Tulipany, Słodki koniec dnia, Nieułotne, Ciacho, Zenek czy do seriali NETFLIX/Sky Show Time — Wzgórze Psów i Still Here (Warszawianka). Niedługo ukarze się jego książka o Jeziorze Dzierzgoń. Krystyna Chwin (pseudonim Krystyna Lars) — ur. w 1950 r. w Ełku. Żona Stefana Chwina, matka dwóch synów: Marcina i Adama. Studia filologiczne ukończyła na Uniwersytecie Gdańskim w 1972 r. Wydała zbiory wierszy: Ja, Gustaw, Chirurgia mistyczna, Kraina pamiątek, Umieranki i inne wiersze, Wspólna kąpiel (ze Stefanem Chwinem), Zaprosimy do nieba cały świat, Proste wiersze o szczęściu, Światło w Zatoce. Wiersze gdańskie. Redaktor naczelna Wydawnictwa „Tytuł”. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, PEN-Clubu. Laureatka m.in. Nagrody im. Sępa Szarzyńskiego, Czerwonej Róży, Nagrody Literackiej Miasta Drezna. Anna Czekanowicz - ur. 1952 w Sopocie, poetka, prozaiczka, tłumaczka. Debiutowała w 1973 roku na łamach pisma studenckiego UG „Litteraria”. Była kierowniczką literacką Opery Bałtyckiej, prezesem gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, dyrektorką biura Prezydenta Gdańska ds. kultury. Pomysłodawczyni Festiwalu Europejski Poeta Wolności. 242 Noty o autorach Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Os'rodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Są-siedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Tadeusz Dąbrowski - ur. w 1979 w Elblągu - poeta, eseista, krytyk literacki. Redaktor dwumiesięcznika literackiego „Topos”. Dziennikarz radiowy, od 2017 r. współtworzy w Radiu Gdańsk audycję poetycką „Po pierwsze wiersze”. W latach 2012-2019 dyrektor artystyczny festiwalu Europejski Poeta Wolności. Ewelina Dysko - urodzona w 1974r. w Sztumie. Od kilku lat mieszka w Ryjewie, gdzie pracuje jako pracownik socjalny w Domu Pomocy Społecznej Słoneczne Wzgórze. Pierwsze kroki w poezji stawiała wiele lat temu, jednak za prawdziwy debiut uznaje publikację kilku wierszy w „Prowincji, Kwartalniku Społeczno Kulturalnym Dolnego Powiśla i Żuław” nr 4 (30) w 2017r. Wraz z Robertem Biskupiakiem jest współautorką tomiku „Pół ciebie, pół mnie”, wydanego przez Towarzystwo Miłośników Łobżenicy w styczniu 2025 r. Kolejny, samodzielnie wydany w lutym 2025r. „W tamtej krainie”, jest zbiorem wierszy o różnej tematyce, które powstały w okresie od 2009 do końca 2024 r. Andrzej Grzyb (1952—2016) - pisarz, poeta, samorządowiec, regionalista, senator dwóch kadencji. Działacz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Paweł Huelle - (1957—2023), wybitny pisarz, poeta, dramaturg. Absolwent filologii polskiej na UG, dyrektor TVP Gdańsk (1994-1999). Autor powieści i opowiadań, między innymi: Weis er Dawidek, Opowiadania na czas przeprowadzki, Castorp, Ostania wieczerza, Mercedes-Banz, Talita. Paulina Jagnicka — ur. 1986 w Malborku, od 2007 roku mieszkanka Sztumu. Związana z Fundacją Damy Radę. Autorka blogu paulapisze.pl, gdzie, z dystansem, pisze o codziennych sprawach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 roku, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim (seminarium prof. Marii Janion), pisarz, badacz literatury, działacz opozycji demokratycznej (jeden z założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów), doktor nauk humanistycznych; od 1985 zajmuje się pracą nauczycielską (Liceum Ogólnokształcące w Nowym Dworze Gdańskim). Nominowany do Finału Nagrody Literackiej Gdynia 2011 za książkę Back in the DDR i inne opowiadania (2010). Autor tomu esejów Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło wschodnie (2013) oraz tomu opowiadań Koronczarka (2013). W 2018 wydał Mój płaski kraj Żuławy. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2012). Żuławiak od urodzenia. Alfred Kohn - ur. w 1960 r. w Makowie Mazowieckim. Animator i działacz kultury, poeta, redaktor, kolekcjoner starych zdjęć z Tarczyna i Makowa Mazowieckiego. Opublikował tomiki poetyckie: „Pegaz złagodniał” (1986), „(Nie)dzielne wiersze”(2000) i „Powroty” (2021) oraz trzy tomy Albumów Fotograficznych pt. „Tacy byliśmy jeszcze wczoraj... ziemia tarczyńska na starych fotografiach”. Wiersze drukował w wielu czasopismach i almanachach literackich. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. W latach 1989-1995 - dyr. Sztumskiego Ośrodka Kultury. Od 1 lipca 1996 r. kieruje Gminnym Ośrodkiem Kultury w Tarczynie k/Warszawy. Noty o autorach 243 Maciej Kraiński - ur. w 1950 r. w Gdańsku. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Uniwersytecie Gdańskim. Współzałożyciel pisma literackiego „Littera-ria”. Założyciel i pierwszy prezes Koła Młodych przy ZLP w Gdańsku. Uczestnik strajku sierpniowego 1980 r. W latach 1999-2003 dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Prezes i założyciel Stowarzyszenia Gunthera Grassa. Pomysłodawca i współtwórca obchodów 80. urodzin noblisty w Gdańsku w 2007 r. Wydał tomik poezji Jelita i współtworzył almanach poetycki Nowy transport posągów. Od 2009 roku tworzy Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku. W 2010 roku wydał książkę Panowie na Waplewie. Sylwia Kubik — autorka poczytnych powieści obyczajowych osadzonych na Powiślu i Żuławach. Debiutowała w sierpniu 2019 roku. Tworzy zarówno powieści współczesne, jak i z tłem historycznym. Opublikowała do tej pory kilkanaście powieści. Miłość pod naszym niebem została uznana za Książkę Roku 2020 w kategorii proza polska. Zaś sama autorka za aktywne promowanie regionów otrzymała tytuł Osobowość Roku 2019 i 2020 w kategorii: Kultura, zaś w 2022 tytuł Ambasa-dorki Kultury Pomorza w kategorii: Kultura. Stypendystka Marszałka województwa warmińsko--mazurskiego w kategorii: Kultura. Mieszka w Dąbrówce Malborskiej, w gminie Stary Targ. Krzysztof Kuczkowski - poeta, autor szkiców i recenzji, juror konkursów poetyckich, wykładowca warsztatów poetyckich. Założyciel i redaktor naczelny dwumiesięcznika „Topos”. Beata Langowska - nauczycielka języka polskiego w Szkole Podstawowej w Waplewie Wielkim. Poetka, w ramach Stypendium Kulturalnego Starosty Sztumskiego wydała tomik poetycki Słowa szemrane. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - ur. w 1959 roku, absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, później pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka prasy lokalnej i krajowej, autorka książki Duchy Kresów Wschodnich wydanej w 2018 roku w wyd. von Borowiecky, współautorka książki Córka organisty. Wspomnienia mieszkanki Pomorza. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydoje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Autor książki Małe obrazki proste scenki. Powiślańskim szlakiem Wilhelma z Modeny i losy całkiem współczesnych osadników (Biblioteka Prowincji 2019). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Wiesław Niedziałkowski - rocznik 1971, absolwent Filologii Germańskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Dotychczasowa droga życiowa to orbitowanie po „obwarzanku” wokół gwiazdy Powiśla: pochodzi z Kisielic, matura w Iławie, od ok. 30 lat związany z Elblągiem; poprzez ożenek z rodowitą Kwidzynianką nabył częściowo prawa Powiślaka. Zainteresowania: autobiografika, geopoetyka, relacje polsko-niemieckie. Adam Ochwanowski - ur. w 1952 r. w Złotej Pińczowskiej na Ponidziu, gdzie obecnie mieszka. Absolwent Państwowego Studium Kulturalno-Oświatowego w Krośnie nad Wisłokiem. Publikował m.in. w „Twórczości”, „Poezji”, „Nowym Wyrazie”, „Literaturze”, „Tygodniku Kulturalnym”, „Frazie”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Akcencie”. Jest autorem 20 publikacji książkowych i albumowych, m.in.: Dopóki żyją matki, Dotyk Madonny, Północ, Oswajanie świtu, Dwunastu gniewnych błaznów, 244 Noty o autorach Erotyki i przytyki. Siedem wierszy głównych. Droga Krzyżowa, Trzynaście zmysłów, Pławienie koni. Pisze teksty piosenek (ostatnia płyta, Kołomyja i pic, razem z Tomkiem Wachnowskim), scenariusze widowisk plenerowych i kameralnych, libretta (m.in. śpiewogra Od sabatu do ornatu, Wigilia Apokalipsy w Teatrze Bagatela), a także przekłady z języka rosyjskiego (m.in. pieśni Włodzimierza Wysockiego). Jest regionalistą i animatorem kultury. Odznaczony: Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Zasłużony Dla Kultury Polskiej i Medalem Gloria Artis. Marcin Owsiński - dr n. humanistycznych z zakresu historii, absolwent Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu oraz Podyplomowego Studium Muzealniczego UJ w Krakowie. Od 1999 r. pracownik Muzeum Stutthof, kustosz dyplomowany, edukator, kierownik Działu Naukowego Muzeum. Autor i redaktor kilkudziesięciu publikacji edukacyjnych, naukowych i popularnonaukowych dotyczących historii najnowszej oraz dziejów Żuław, Stutthofu i Sztutowa. Dorota Paprocka — ur. w 1980 r. w Sztumie. Absolwentka Wydziału Wychowania Fizycznego oraz podyplomowych studiów dziennikarstwa sportowego na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Nauczycielka wychowania fizycznego, miłośniczka dobrych książek, lokalna patriotka. Nauczycielka w Zespole Szkół Zawodowych w Barlewiczkach. Paweł Rogalski — dziennikarz TVP3 Gdańsk, regionalista, autor telewizyjnego magazynu „Wiatrak”, licencjonowany przewodnik turystyczny po Trójmieście. Janusz Ryszkowski - ur. 1955 r. w Opaleniu na Kociewiu. Długoletni dziennikarz prasy Wybrzeża, poeta, regionalista związany z Ziemią Sztumską. W 2024 roku opublikował tomik wierszy Plagi, retrospektywny zbiór opowiadań Głodne kawałki oraz szkice W ściślejszym kółku Antoniego Donimirskiego (XV tom Biblioteki Kwartalnika Prowincja). Ryszard Rząd — ur. w 1958 roku, historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 roku w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności (2017), Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej (2018) oraz Franciszek Baumgart. Osaczony bohater (2024). Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Był pracownikiem w zamku w Malborku, gdzie zajmował się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno--groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - urodzony w roku 1957, w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego oraz podyplomowego studium działań edukacyjnych w muzeach. W 2009 r. uczestniczył w Międzynarodowym Programie dla Profesjonalistów Filmowych Ekran, prowadzonym w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Były kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autor kilkunastu powieści, m.in. Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014), Lotnicho (2024), Święty Leonard z pól (2025). Noty o autorach 245 Marek Suchar - z wykształcenia psycholog i judaista, autor licznych publikacji (w tym czterch książek) poświęconych Jerozolimie; kieruje studiami podyplomowymi z judaistyki na sopockim wydziale Uniwersytetu SWPS. Agnieszka Świercz-Karaś, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego. Od początku kariery zawodowej związana z samorządem i lokalnymi mediami. Wieloletnia redaktor naczelna „Nowin Gniewskich”, współpracowała m.in. z TVP i Wydawnictwem Pomorskim. Obecnie zajmuje się promocją w Starostwie Powiatowym w Sztumie. Redaguje gazetę „Dzień Dobry Powiat Sztumski”. Krzysztof Tomaszewski — ur. 1962 — reszelanin mieszkający w Iławie. Studia historyczne ukończył na Uniwersytecie Gdańskim. Praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. Powierskiego dotyczyła zasobów zamków krzyżackich komturstwa dzierzgońskiego. Od niemal 40 lat nauczyciel historii w Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Iławie. Autor publikacji o metodyce nauczania historii oraz związanych z przedwojenną historią Iławy, a zwłaszcza szkolnictwa 1845-1945. Obecnie specjalizuje się w pruskim systemie edukacyjnym oraz prasie wychodzącej tutaj na przełomie XIX—XX wieku. Łukasz Walendziak— ur. w 1983 roku w Gdańsku. Pisze o sobie: „W 2015 roku stałem na skraju przepaści. Limit głupot, błędów i porażek już wyczerpałem. Za mną były spalone mosty a dookoła zgliszcza. W akcie desperacji zdecydowałem się na ucieczkę przed samym sobą. Bilet w jedną stronę do Nepalu. Z perspektywy dnia dzisiejszego, śmiało mogę jednak stwierdzić, że cały ten trud nie poszedł na marne. Były to korepetycje w zakresie odpowiedzialności, samodzielności, radości życia czy poczucia własnej wartości”. Arkadiusz Wełniak — ur. w 1973 roku, historyk archiwista, genealog. W latach 1999—2011 kustosz i kierownik Oddziału w Archiwum Państwowym. Od 2011 roku pracujący w branży usług archiwistycznych, dokumentacyjnych i genealogicznych, w międzynarodowej firmie GEN Gesel-Ischaft w Berlinie. Aktywny członek Towarzystwa Genealogicznego Prus Wschodnich i Zachodnich. Publikował m.in. na łamach „Rocznika Elbląskiego”, „Przeglądu Zachodniego”, „Archeionu”, „Archiwisty Polskiego” oraz periodyków genealogicznych w Niemczech. Autor książki (doktorat) I wtedy przyszli Polacy... Ludność miasta i powiatu Elbląg 1945—1950 (2025). Miłośnik muzyki, twórczości Guntera Grassa i literatury współczesnej. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu., związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor miedzy innymi: Inne Bluesy (2015), Psalm dla Św. Sabiny (2016), Dziennik Zenona Kałuży (2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu, redaktor naczelny ex--kwartalnika „Red”, współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Prenumeratę Kwartalnika „Prowincja” można zamawiać pod adresem prowincja@onet.pl prowincja.com.pl