Publikacja została dofinansowana z budżetu Samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2019 roku” Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest I iOU IK MBlIttUA im. Josepha Conrada Koraeniowskiefo «n J?,AŁ tonalny UL Targ RakowV 5/6 W58 301-48-11 w.22ż^237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1 (35) 2019 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki — sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Prace plastyczne Pawła Wyborskiego, fot. Mariusz Młynarkiewicz, Płocka Galeria Sztuki Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 5TJ 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury - sklep Tabularium Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy — Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta piąta „Prowincja”.................................................5 Poezja Jerzy Czepulon............................................................6 Dorota Maluchnik...........................................................7 Paweł Jerzy Przybysz.......................................................8 Proza Katarzyna Kuroczka - Fala.................................................9 Ryszard Filbrandt - Winda.................................................12 Anna Albrecht - Ja, Buczynka..............................................16 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.........................................29 Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska - Żuławskie opowieści - Dom dziadków w Wiśniewie..........36 Aleksandra Paprot-Wielopolska - „Stulatkowie” z Żuław i Powiśla...........53 Bogusław Krauze, Piotr Topolski - Cmentarz Tessendorf.....................60 Arkadiusz Kosiński - Kino Tęcza kasynem... kultury........................62 Ewelina Dysko - Ptaki się do mnie dobrały.................................71 Jacek Albrecht - Miasto pamiętane zapachami...............................78 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Kobieta w średniowieczu..............................81 Bogumił Wiśniewski - Tajemnice krypty kwidzyńskiej rekluzy................88 Adam Langowski - 90. rocznica powstania szkół polskich na Powiślu.........96 Kamila Gęsiarz - Wspólnota ewangelicka w Kończewicach....................104 Andrzej Lubiński - Sztumska korespondentka „Gazety Gdańskiej”............112 Wspomnienia Wiesław Olszewski - Brunon Zwarra ostatni gdański bówka.................117 Rozmowy Przed nami wiele wyzwań - z Justyną Liguz, nową kierownik Zamku w Kwidzynie rozmawia Arkadiusz Kosiński............................................126 Prowincja bliskie i dalekie Teodor Sejka - Dwie podróże do Lwowa......................................130 Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów..............................140 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (3)..................................154 Galeria Prowincji Paweł Wyborski - O ewolucji mojej inspiracji ikoną........................164 Magiczna prowincja Michał Majewski - Kwidzyn.................................................171 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana: muzyczny karnawał.....................177 Leszek Sarnowski - Nahorny sentymentalnie.................................191 Leszek Sarnowski - Bard łagodności........................................195 Zaczytana prowincja Wiesław Olszewski - Moja droga do książki.................................199 Alicja Łukawska - Mój czytelniczy życiorys................................204 Recenzje Andrzej Kasperek - Leszka Sarnowskiego odczytywanie popiołów..............208 Kamila Thiel-Ornass - Otwiera nam drzwi do muzycznego świata..............211 Arkadiusz Kosiński - Bochus kryminalny....................................214 Andrzej Kasperek - Reformacja i ewangelicyzm nad Bałtykiem................215 Leszek Sarnowski - Wyciszony Chrostek.....................................218 Krystian Zdziennicki - Kapliczki perełkami ziemi kwidzyńskiej.............220 Noty o autorach...........................................................222 TRZYDZIESTA PIĄTA „PROWINCJA” Wiosenne anioły. Anielski podmuch wiosny. No i kawałek tęczy nad pejzażem. Co prawda nieco górzystym, ale poza Żuławami, i tak też bywa na Powiślu, choćby pod Sztumem, Kwidzynem, Ryjewem czy Prabutami, jeśli już chcielibyśmy doszukiwać się lokalno-ści w uniwersalnym przesłaniu naszego mistrza Mariusza Stawarskiego. Poetycko rok zaczynamy wierszami Doroty Maluchnik, Jerzego Czepulona i Pawła Jerzego Przybysza. W prozie, oprócz znanego już nam Ryszarda Filbrandta i Katarzyny Ku-roczki, prezentujemy debiutującą Annę Albrecht. Profesor Andrzej C. Leszczyński tegorocznymi „Okruchami”, nie przypadkowo, włącza się w ważną debatę na temat trucizny nienawiści, analizując między innymi język i uczucia, przywołując, między innymi, słowa ks. Józefa Tischnera, Barbary Skargi, Marka Koterskie-go, czy własne, skierowane do jednego z polskich polityków. Wędrówki po prowincji, jak zwykle różnorodne i bogate. Alicja Łukawska kontynuuje swój cykl żuławskich opowieści. Aleksandra Paprot-Wielopolska przywołuje niezwykłe postaci żuławsko-powiślańskich „stulatek”. Jacek Albrecht szuka zapachów dzieciństwa w Malborku, a przewodnicy z malborskiego zamku Bogusław Krauze i Piotr Topolski porządkują niemiecki cmentarz. Arkadiusz Kosiński przywraca pamięć o kwidzyńskim kinie „Tęcza”, a Ewelina Dysko, szukając azylu i ukojenia w podryjewskich lasach, daje się uwieść ptakom, bukom i wiośnie. Na tropach historii Grażyna Nawrolska tym razem wspomina o dzielnych i niezależnych kobietach w średniowieczu, w czym towarzyszy jej Bogumił Wiśniewski drążąc losy Błogosławionej Doroty z Mątowów, która dała się zamurować w kwidzyńskiej katedrze. Debiutująca na naszych łamach Kamila Gęsiarz pochyla się nad dziejami społeczności protestanckiej w Kończewicach, a Andrzej Lubiński przypomina sztumskie korespondencje Marii Donimirskiej do „Gazety Gdańskiej” sprzed stu lat. Adamowi Langowskiemu opisującego dziewięćdziesięciolecie istnienia polskich szkół na Powiślu, udało się połączyć historię ze współczesnością, ilustrując temat satyrycznymi rysunkami Zbigniewa Jujki. To nie przypadek, gdyż ojciec satyryka Franciszek Juka kierował polską szkoła w Starym Targu w trudnym okresie międzywojennym. Wiesław Olszewski wspomina postać Brunona Zwarry, a Arkadiusz Kosiński przepytuje nową kierownika zamku w Kwidzynie Justynę Liguz o planach na przyszłość. Z odległych prowincji wieści przynoszą nam Teodor Sejka z Lwowa, Paweł Zbierski z Katalonii i Krzysztof Czyżewski z różnych stron świata. W „Galerii Prowincji” tym razem swoje malarstwo prezentuje Paweł Wyborski ze Starogardu Gdańskiego. Wiesław Olszewski i Alicja Łukawska opowiadają o swoich zaczyta-niach. Wacław Bielecki wiedzie nas po muzycznych salonach, a Leszek Sarnowski poleca nową, „kwidzyńską” płytę Włodzimierza Nahornego i kreśli sylwetkę barda Tomka Wach-nowskiego. I wreszcie kolejna dawka fotograficznych obrazów Michała Majewskiego z cyklu „Magiczna Prowincja”, tym razem z Kwidzyna. Redakcja „Prowincji” Poezja Jerzy Czepulon XXX Ziemio nie obiecuj im zbyt wiele bądź jak zakon ciszy w koralach powietrza w drodze zrywanej jesienią Oni nie muszą wszystkiego dotknąć z twojego bogactwa dla nich w małym miasteczku wystarczą chwile i ściany zdobione miłością jakiś spokój dotknięty dłonią życia Echo nieba Uczyń dla nich przystanią XXX Stara ulica powieść miniona z gzymsów ściekają herby biel przyprószona słońcem w bogatych zdobieniach wije się złota farba na piętrach i na balkonach ornamenty mistrzów dłoni i oka w kształcie podkowy brama prowadzi w mrok w murów warowne milczenie w podwórza kamienny ogród Poezja Dorota Maluchnik PRIORYTETY co jest ważniejsze umyć podłogę czy napisać wiersz dylemat ten rozstrzygnie historia z pewnością na korzyść wiersza na razie poddać się trzeba konieczności tym którzy depczą POKOLENIE Moje pokolenie trzydziestoletnich rencistów, inwalidów trzeciej grupy dorabiających ćwiczeniami woli oraz niezwykłym skupieniem uwagi, by nie wypaść z drabiniastego wozu historii własnej jak i cudzych lęków. Znające smak krwi i posmak ironii. W skroniach pierwsze siwe pasma. To my, piękni czterdziestoletni. Nie do wiary, jak szybko toczy się lawina wydarzeń. Może już trzeba pakować walizki? Czy zdążymy nadrobić to, co umknęło nam w młodości naszej durnej? Za naszą waszą cudzą wolność myśli i niezawisłość ciała, skacząc przez barykady. Zapomnieliśmy doznań najprostszych, cichych wzruszeń, o co teraz proszą skulone bicia naszych serc. 7 8 Poezja Paweł Jerzy Przybysz OBUMIERANIE Wtem trzask I czas przestał bić W złamaniu wieków symetrii Barwne rozproszenie, napawanie Szklanym płaczem wszystkich świętych O dzień bliżej śmierci, o jedno zło więcej - W myślach obracam Następny kamień Proza Katarzyna Kuroczka Fala Majorowi Cz. Co ona tam robi?!... Zaraz zginie... A kierowca...? Nic nie widzi... O, Boże! Muszę... Jeszcze tylko jeden krok... Czuję ucisk w czaszce. Jakby ktoś' nakładał mi obręcz na głowę. Czy możecie przestać mnie męczyć? Nic więcej nie pamiętam! Tylko matkę powtarzającą codziennie miękkim głosem: „Mój dzielny chłopczyk! Taki odważny i silny! Mamusia jest z ciebie dumna!”... I jeszcze wychowawczynię z trzeciej klasy podstawówki. Odbierałem świadectwo i wiedziałem, że po wakacjach już jej nie zobaczę, już nie będzie moją panią. Odbierałem więc cenzurkę i chlipałem pod nosem. Wtedy ona nachyliła się nade mną. Do moich nozdrzy dotarł delikatny zapach jej perfum, a w uszach zadźwięczał przyjemny tembr: „Prawdziwy mężczyzna nie płacze! Prawdziwy mężczyzna jest silny! Pokaż, że jesteś już dużym chłop-cem!... Boże!, znowu ten ucisk w skroniach. Czy to się kiedyś skończy? Zostawcie mnie wreszcie w spokoju! Niczego nie pamiętam! A nawet to, co pamiętam, jest niczym, nie ma żadnego znaczenia! To tylko skrawki odrzucone podczas konfekcji. Zbędne ścinki materiału. O, na przykład taki obraz mojej pierwszej miłości. Siedziała przede mną w klasie maturalnej. Miedziana fala jej włosów spływała na mój stolik i dotykała książek ułożonych w stos na skraju blatu. Ilekroć chciałem po którąś sięgnąć, a chciałem często, rozkoszowałem się dotykiem tego zjawiskowo lśniącego cudu. Gdy dotknięcie było nazbyt nachalne, właścicielka fali delikatnie odwracała głowę w moją stronę i rzucała mi filuterne spojrzenie. Gdy zdecydowałem się wreszcie wyznać jej długo skrywane uczucie, z lekką drwiną w głosie odpowiedziała: „Słowa, słowa, słowa... A gdzie czyny? Kobieta oczekuje od mężczyzny czynów! Co jesteś gotowy zrobić dla mnie z miłości?...” Ktoś znowu docisnął obręcz na skroniach. Widać bawi was takie męczenie bezbronnego. I co chcecie osiągnąć w ten sposób? Moja pamięć potrafi tylko zawodzić. Zawodzi mnie, zawiedzie też was. Nic w niej nie pozostało z dawnej świetności. Tylko popiół i kilka szkiełek, które kiedyś wydawały się diamentami, a dziś okazały się tanią błyskotką kupioną na bazarze życia. Widzę wyraźnie, jak kupuję jedną z nich podczas mojego ślubu. Widzę żonę nakładającą mi na palec obrączkę i słyszę słowa przysięgi. Potem już tylko polecenia, nakazy, zakazy, listy życzeń: zrób to, napraw tamto, przynieś lub wynieś tę czy tamtą rzecz, 10 Fala przeplatane mantrą: „Co z ciebie za mężczyzna! Jakim ty jesteś przykładem dla dzieci!? Że wojskowy, major!? Co to za żołnierz, co nie był na wojnie i nikogo nie uratował!? Siedzicie tylko w tych koszarach i gracie w karty!...” Teraz to już nie obręcz, ale imadło ściska mi głowę. Łup, łup, łup. Trzeszczą kości czaszki. „Padnij, powstań, baczność! Powtórzyć: »Żołnierz jest zawsze na służbie! Żołnierz odda-je życie za ojczyznę!« Padnij, powstań, baczność!...” Chyba straciłem na chwilę przytomność, bo przez moment nie czułem bólu. Jaka to ulga uwolnić się od wspomnień, nie pamiętać tych wszystkich: „powinieneś”, „musisz”, „nie możesz”, „wypada”, „nie wypada”. I nagle gdzieś spod powierzchni świadomości, z jakichś przykrytych kurzem pokładów słyszę legato księdza proboszcza: „Drogie dzieci, pamiętajcie, że ten kocha najbardziej, kto życie swoje gotowy jest oddać za innych. Taka ofiara jest najmilsza...” Coś mnie uderzyło. Chyba. Nie wiem. Nie czuję. Pamiętam tylko tamtą kobietę biegnącą na drugą stronę ulicy. Nadjeżdżający tramwaj. Przerażoną minę motorniczego. I bieg. Bieg w stronę kobiety. Skok w jej kierunku. Potem już tylko ciemność i ból głowy. Nie wiem, gdzie jest ta kobieta. Gdzie ja jestem. I kto zakłada mi tę cholerną obręcz, dopytując się o wspomnienia. Imię? No, jakieś imię mam, ale czy to ważne jakie? Żona? Nie, to nie ona przebiegała ulicę. Nie wiem kto. Nie znam jej. Byłem tylko w pobliżu. Zauważyłem, że nie zdąży. Że motorniczy nie wyhamuje. Pobiegłem. Skoczyłem. Każdy by tak na moim miejscu! Jutro mnie wypiszecie? Skąd? Gdzie ja jestem, że trzeba mnie wypisywać? Ja tylko przechodziłem przypadkiem. Nic więcej nie pamiętam. Mówicie, że zrobiliście, co w waszej mocy? Że tytanowa płytka. Ale ośrodek mowy uszkodzony? Pal licho gadanie! Mogę milczeć. To nawet wygodniejsze. Wreszcie nie będę musiał odpowiadać na męczące pytania, kłamać, zeznawać, wyznawać. Jakoś opanuję język migowy. Nie opanuję? Prawa strona będzie martwa? Jak to? To można być w połowie trupem? Może umrzeć połowa duszy? A co ze zdrową? Co z żyjącą połową? Musi dźwigać tego trupa na plecach? A nie można go jakoś wskrzesić? Medycyna może przecież wszystko! Socjalizm mógł wszystko, a medycyna nie może?! To na co Lenin czeka w Moskwie? Nie na zmartwychwstanie? Nic z tego?... To może da się przynamniej amputować to, co zgniło? Odciąć martwą połowę mnie, by nie infekowała reszty? Przecież gdy zostawicie mi tę zgniliznę, to cały zgniję do dna, do ostatniej komórki. Rozejdzie się gangrena po całym organizmie i ujdzie ze mnie życie z fetorem zgniłych jaj. A ja chciałbym jakoś higienicznie dotrwać końca swoich dni. Wrócić do służby. Żony. Dzieci. Co ja zrobiłem tamtej kobiecie, że rzuciła na mnie ten urok? Jeśli już potrzebowała mojego życia, to mogła zabrać całe, a nie rozbabrała robotę i poszła. Na co jej ta połówka mnie? Ona nie stworzy jej całej od nowa. Też będzie niekompletna w tym swoim życiu. I ja będę wybrakowany. A może moja ofiara nie była najmilsza? Oddałem życie tylko w połowie? Chyba żona miała rację: co ze mnie za mężczyzna?! Nawet umrzeć nie potrafię do porządku. Tylko tak na raty, w kawałku, ośmieszając ją, bo kimże ona teraz jest? Połowiczną wdową? Pięćdzie- Katarzyna Kuroczka 11 sięcioprocentową żoną? Zróbcie to przynajmniej dla niej! Uwolnijcie mnie od tej martwej połówki! Niech będę tylko w połowie mężczyzną, ale w stu procentach żywym! Niech nie niesie się za mną ten smród rozkładającej się duszy! Nie? Nie dacie rady? To wasza ostateczna odpowiedź? No, to ja wam udowodnię, że pokonam tę zgniliznę, zdezynfekuję ją, zaleję wódką, likierem, koniakiem - czymkolwiek, byle zabić w niej komórki s'mierci. Żeby gangrena nie rozrastała się na całą duszę. Odetnę jej drogę na zdrową, pełną wigoru część ciała. Zatopię ten zbędny balast, by statek mógł płynąć dalej... „Żołnierz musi mieć wszystkie kończyny żywe, aby w razie konieczności mógł je poświęcić dla dobra ojczyzny! Ale ofiara musi być pełna i bez fuszerki! Nic nie powinno pozostać żywe i sprawiające kłopot! Jeśli coś musi zginąć, niech ginie w całości, nogi i ręce w komplecie z głową i tułowiem! Co to za żołnierz, który poświęca tylko połowę siebie?! Taka ofiara jest hańbą dla munduru! Pan nie jest godzien dłużej go nosić! Jesteśmy zmuszeni podziękować majorowi za wieloletnią służbę i równocześnie wydalić z niej bez honorów za kompromitującą wojsko akcję ratunkową. Owszem, kobieta przeżyła, ale major pozostał w połowie mężczyzną i żołnierzem. To dyskwalifikuje pana jako człowieka i wojskowego! Trzeba było w ogóle nie rzucać się pod ten tramwaj! Rozkaz był?...” Nie wiem. Nie pamiętam. Pamiętam tylko jej łydki przebiegające ulicę i zgrzyt kół na szynach. I księdza proboszcza. I wychowawczynię z podstawówki. Mamę. Żonę. I pierwszą miłość z liceum z miedzianymi włosami. Ta kobieta miała takie same... Ja rozumiem, że nie możecie mnie dalej trzymać przy życiu regularnym żołdem, bo on w części jest wypłatą dla trupa... A pieniędzy publicznych nie wolno marnować! Ja rozumiem. Pomogę wam, pomogę żonie, ojczyźnie i całej ludzkości. Długo nie będziecie mnie musieli znosić z tą martwą połową na grzbiecie. Zatopię ciążący wszystkim balast! Nie bójcie się! Nie zejdę z pokładu! Jestem więcej niż kapitanem... 12 Winda Ryszard Filbrandt WINDA Wstałem od kawiarnianego stolika i zdecydowanym krokiem skierowałem się w stronę drzwi z napisem „Przejście służbowe”. Gdy tylko znalazłem się po ich drugiej stronie, wąski korytarz zaprowadził mnie do windy, która automatycznie otworzyła się, a po wejściu do środka natychmiast zamknęła. Delikatne, ledwie wyczuwalne szarpnięcie niechybnie świadczyło o tym, że ruszyłem z miejsca. Z uwagi na brak jakichkolwiek świetlnych oznaczeń poszczególnych poziomów - jak również innych kontrolek- nie byłem w stanie ocenić, czy jadę do góry, czy też na dół. To niewiarygodne, jak daleko w ostatnim czasie posunęła się technika. Z chwilą, kiedy drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się, niespodziewanie ukazała się ciemna, tajemnicza przestrzeń i tym samym od razu powstał dylemat. Co w tej sytuacji miałem dalej robić? Opuścić windę, czy też w niej pozostać i czekać na dalszy ciąg wydarzeń? Jeśli zdecyduję się porzucić to bezpieczne (mimo wszystko) miejsce, automatycznie wkroczę na nieznany mi teren - to oczywiste. Co może mnie tam spotkać? Coś dobrego, czy złego? Nikt tego nie wie. Z jednej strony sprawa wydawała się być prosta. Przecież niemal codziennie dokonujemy jakiś wyborów, więc także czymś ryzykujemy. Niby tak, tyle tylko, że akurat ta sytuacja była nad wyraz wyjątkowa. Tutaj gra szła o życie. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Czy tak było naprawdę, najlepiej przekonać się o tym osobiście. A do tego wystarczył jeden, jedyny krok. Tylko jeden. Z pewną dozą niepewności uniosłem jedną nogę i po chwili wahania postawiłem ją na twardym gruncie. Na razie nic się nie stało. Skoro tak, to już bez obawy dołączyłem do niej drugą nogę. I w tym właśnie momencie przestrzeń wypełniła się światłem dnia. Stałem na piaszczystej plaży. Przede mną szumiało ozdobione bielą fal morze. Za plecami wydmy, a tuż za nimi rozciągnięty długi pas lasu. Resztę dopełniało bezchmurne niebo, powiewy wiatru i krzyk mew. Upał sprawił, że zdjąłem koszulę i buty. Po krótkim namyśle podwinąłem też nogawki spodni. W ten sposób rozpocząłem spacer wzdłuż brzegu morza brodząc po kostki w wodzie. Z początku wydawała się być zimna, ale wraz z pokonywaną odległością stawała się coraz bardziej przyjazna. Z uwagą śledziłem wspinające się na brzeg fale, które na ułamek sekundy zastygały w bezruchu, by potem z pokorą wrócić na poprzednie miejsce. Oprócz mnie nikogo nie było ani przede mną, ani za mną. Teren, na którym się tak niespodziewanie znalazłem, był mi zupełnie obcy. Zresztą, teraz to nie było aż tak istotne. Liczyło się tylko morze, piasek i słońce. Zbliżałem się do wykonanego ręką człowieka przekopu przez wydmę, pełniącego tutaj rolę przejścia z lasu do morza i odwrotnie. Gdy byłem tuż przy nim, nagle zabłysła mi w głowie myśl, żeby z niego skorzystać i w ten sposób dostać się do lasu. Przystanąłem Ryszard Filbrandt 13 i po przeanalizowanie wszystkich argumentów „za”, i „przeciw”, ruszyłem zdecydowanym krokiem w tamtą stronę. Bez trudu pokonałem coś co imitowało stopnie schodów, czyli ułożone na piasku belki drewniane i stanąłem na górze. Stamtąd natychmiast przejęła mnie szeroka, dobrze ubita i ciągnąca się między wysokimi sosnami droga leśna. Nieporównywalny do niczego innego zapach drzew iglastych, a także ich szczególny majestat zawładnęły moimi zmysłami do tego stopnia, że nic nie mogło mnie stąd wyprowadzić. Tuż za kolejnym zakrętem niespodziewanie wyłoniła się z prawej strony wąska ścieżka, która — nie wiedzieć w danej chwili dlaczego — zwróciła na siebie moją uwagę. A że nie mogłem oprzeć się narastającej pokusie, natychmiast skierowałem w jej stronę swoje kroki. I tym razem przeczucie mnie nie zawiodło. Po kilkudziesięciu metrach wyszedłem na otwarty teren przypominający polanę - „przypominający”, albowiem szybko zorientowałem się, że akurat ta część lasu została w bestialski sposób okaleczona przez ludzi pozbawionych kompletnie rozumu. Na wyraźne polecenie kogoś z „góry” wycięto sporą ilość zdrowych drzew. Z łatwością można było to ocenić po analizie przekrojów poprzecznych pozostawionych w ziemi wraz z korzeniami pniach. Ale to jeszcze nie wszystko. Cały ten teren zastawiony był ... postumentami, czyli dolnymi częściami pomników, wykonanymi z marmuru. Ustawione ciasno jeden obok drugiego, dumnie błyszczały w promieniach słońca. Tym sposobem przypominały kolumnę wojska gotową do wymarszu. Nie mogąc znieść tego widoku, odwróciłem się do niego plecami i wydobywając z siebie jęk oburzenia, wróciłem na poprzednie miejsce, aby stamtąd kontynuować przerwany marsz. Nieoczekiwanie znalazłem się na peronie stacji kolejowej. Stał na nim gotowy do odjazdu pociąg osobowy z krótkim składem wagonów. Byłem sam, więc mogłem dokładnie przyjrzeć się temu pojazdowi na szynach. Przede wszystkim rzucały się w oczy jego wręcz idealne kształty opływowe. Zapewne cała konstrukcja była wykonana z najlepszych, bardzo wytrzymałych materiałów. A już na pewno nie trzeba było być specem z branży kolejnictwa, żeby domyśleć się, iż cały pociąg wyposażony był w najnowszej generacji automatykę. Zresztą, przekonałem się o tym osobiście, kiedy zbliżyłem się do drzwi wagonu, a te same otworzyły się przede mną. Korzystając z okazji, po prostu ot tak ... z ciekawości wszedłem do środka i usiadłem przy oknie. W wagonie nie byłem sam. Towarzyszyło mi kilka kobiet i mężczyzn. Zanim zdążyłem rozejrzeć się dokładnie wokół siebie, pociąg delikatnie ruszył z miejsca, by w krótkim czasie rozpędzić się do niewiarygodnej prędkości. Gdy wjechaliśmy w tunel, w wagonie zapaliły się specjalne lampy. Dopiero po upływie kilkunastu minut wpadliśmy znów w otwartą przestrzeń. Długo się nią nie nacieszyłem, gdyż pojazd szynowy rozpoczął łagodne hamowanie, a po chwili znieruchomiał. Wtedy z głośników rozległ się przyjemny dla ucha głos spikerki: - Stacja końcowa. Proszę wysiadać. Życzymy państwu miłego dnia. Razem z pozostałymi pasażerami posłusznie uniosłem się z całkiem wygodnego siedzenia i leniwie, krok za krokiem skierowałem w stronę drzwi. Zapewne musiała to być duża i ważna stacja, bo perony (a było ich kilka) wraz z całą infrastrukturą zabudowane były szklanym dachem w kształcie kopuły. Nigdy tutaj nie byłem, dlatego nie chcąc się zgubić, na wszelki wypadek trzymałem się blisko grupy ludzi kierujących 14 Winda się w stronę schodów prowadzących zapewne do podziemnego przejścia. Tam czekała na nas niespodzianka. Czy to mi się podobało, czy też nie, musiałem stanąć w długiej kolejce, która (na szczęście) przesuwała się do przodu dosyć sprawnie. Szybko zdążyłem zorientować się w przyczynie tego niewielkiego, w gruncie rzeczy, utrudnienia. Otóż, każdy kto chciał opuścić teren dworca kolejowego musiał ustawić się dokładnie naprzeciwko specjalnej maszyny elektronicznej, która wydawała mu kolorowy kartonik. Ten, pewnego rodzaju bilet służył do skierowania poszczególnej osoby na oświetlony takim samym kolorem korytarz. Wreszcie przyszła kolej na mnie. Posłusznie stanąłem na wprost tajemniczej dla mnie skrzynki. W pierwszej kolejności zostałem oświetlony krótkim, niezwykle intensywnym błyskiem światła, po którym nastąpiła krótka przerwa. Potem na zewnątrz wysunął się biały kartonik z jakimiś nieczytelnymi dla mnie znakami. Nie wypuszczając go z ręki od razu skierowałem się w oznaczony tym samym kolorem korytarz, będący zapewne wyjściem z terenu dworca. W drodze zadawałem sobie pytanie, dlaczego ta cholerna maszyna skierowała mnie akurat w ten szczególnego rodzaju chodnik, a nie inny. Czym to było podyktowane? Jakie ku temu były przesłanki? Nie mogłem darować sobie tego, że tak naprawdę, to ja sam zgotowałem sobie ten los, nie zastanawiając się wcześniej nad skutkami tej eskapady. Czemu ona miała służyć? Te i jeszcze inne myśli kłębiły mi się w głowie, a każda wydawała się mieć różne, sprzeczne w niektórych wypadkach ze sobą odpowiedzi. Kiedy wydawało mi się, że zaraz wpadnę w obłęd, w tym momencie dostrzegłem duże, śnieżnobiałe drzwi. To one właśnie uratowały mnie od opresji. Stanąwszy przed nimi przyłożyłem bilet do miniaturowego ekranu, pełniącego tutaj funkcję czytnika, wskutek czego oba skrzydła rozsunęły się. Bez chwili wahania opuściłem teren dworca. Rzecz niebywała. Znalazłem się w mieście, którego ulice, domy, sklepy, drzewa i wszelkiego rodzaju place, a nawet wszelkie pojazdy mechaniczne wręcz emanowały nad wyraz intensywnymi kolorami. Nigdy dotąd nie widziałem tak barwnej, a do tego jeszcze krystalicznie czystej aglomeracji. Godna podziwu była również nadzwyczaj sprawna organizacja ruchu ulicznego. Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że czegoś tu jednak brakowało. Tylko czego? Oczywiście! Tutaj po prostu było za cicho. Nie słyszałem gwaru ulicznego, warkotu silników, klaksonów, wycia syren ... słowem tego wszystkiego, czym się charakteryzuje współczesne miasto - nawet te średniej wielkości. Tymczasem tutaj dominował zaledwie szum. Nieprawdopodobne osiągnięcie cywilizacji technicznej. Aby zanadto nie zwracać na siebie uwagi, ruszyłem wreszcie przed siebie gładkim, wręcz idealnie prostym chodnikiem. Nie spieszyłem się nigdzie, dlatego w dalszym ciągu z zainteresowaniem rozglądałem się wokół siebie. Dopiero teraz zwróciłem większą uwagę na ubiór przechodniów - zawsze miałem z tym kłopot. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni (i to niezależnie od wieku) mieli na sobie coś, co przypominało kombinezony robocze - oczywiście w różnych kolorach. Z tego tytułu nie czułem się zbyt komfortowo. Na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. I to najmniejszej. Czyżbym był dla nich niewidzialny? Z początku potraktowałem tę myśl jako żart. Dopiero, kiedy sytuacja w dalszym ciągu nie ulegała zmianie, doszedłem do wniosku, że chyba rzeczywiście jest tu coś na rzeczy. Żeby się o tym przekonać, na wszelki wypadek zaczepiłem starszego mężczyznę w brązowym ubraniu i spytałem: Ryszard Filbrandt 15 — Dzień dobry. Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, którędy dojść do dworca kolejowego? Nic. Żadnej reakcji. Człowiek ten nie tylko się nie zatrzymał, ale nawet nie spojrzał na mnie. Czyli ... miałem rację. Moje przypuszczenie potwierdziły w stu procentach. Byłem dla nich niewidzialny. Coś nieprawdopodobnego! Jak to się stało? Ściśle związane ze sobą zdziwienie, jak i trudny do opanowania szok długo nie chciały mnie opuścić. Dopiero po głębszym przeanalizowaniu tej sytuacji, doszedłem do wniosku, że była ona dla mnie zbawienna. Bez żadnych przeszkód mogłem przechadzać się po całym mieście i zaglądać gdzie mi się tylko podobało. Nikt nie będzie mógł mi w tym przeszkodzić. Przygoda jakiej jeszcze w życiu nie miałem. Właśnie zamierzałem przystąpić do realizacji tego niecnego planu, gdy nagle odniosłem wrażenie, jakby zawieszone na czystym niebie słońce emitowało w moją stronę światło o innych parametrach. Nie odczuwało się jego ciepła, tak jak powinno, a jeszcze do tego nie raziło w oczy, w przypadku, gdy się na nie spojrzało bez okularów słonecznych. Coś tu nie pasowało. Czyżby to słońce było ... sztuczne? Całkiem możliwe. Jeśli faktycznie tak by było, w takim razie wszystko tutaj było sztuczne. Niebo było sztuczne, słońce było sztuczne, domy, ulice i drzewa także. A do tego jeszcze powietrze, którym oddychałem również było sztuczne. Cały ten świat był wielkim, trudnym do ogarnięcia falsyfikatem. Pod wpływem tego przerażającego odkrycia, w panicznym pospiechu zacząłem szukać drogi powrotnej, którą mógłbym jak najszybciej uciec z tego miejsca. W narastającym napięciu kręciłem się po różnych ulicach, aż wreszcie trafiłem na długą aleję, prowadzącą bezpośrednio do dworca kolejowego. Byłem uratowany. Powrót do rzeczywistości nastąpił bez niespodzianek. Lecz mimo to, na wszelki wypadek, dyskretnie rozejrzałem się po kawiarni. Wszystkie miejsca przy stolikach były zajęte przez kobiety i mężczyzn w różnym wieku. Ściszone rozmowy, stonowana muzyka, szelest przewracanych stron gazet i ten charakterystyczny, praktycznie do niczego innego nieporównywalny odgłos odkładanych filiżanek na spodeczki. Wciąż ten sam urokliwy czar tradycyjnych kafejek. - Przepraszam, czy możemy się przysiąść? - usłyszałem czyjś głos. Przede mną stała para młodych ludzi. Ona wysoka, o miłej aparycji blondynka. On, przystojny brunet, przewyższał ją o głowę. - Oczywiście, proszę bardzo. Właśnie miałem wychodzić - odpowiedziałem z uśmiechem, zerkając na zegarek. Od zajęcia miejsca przy tym stoliku minęły prawie dwie godziny. Sporo czasu. Byłem tym zdumiony, bo nawet tego nie odczułem. W niektórych przypadkach dziwnie zachowuje się ten nasz czas. - Do widzenia państwu. Miłego dnia - skłoniłem się lekko sympatycznej parze odsuwając od siebie fotel, po czym podszedłem do kelnerki uregulować rachunek. (2018) 16 Ja, Buczynka Anna Albrecht Ja, Buczynka1 POCZĄTEK Powoli otworzyłam oko. Na wszelki wypadek jedno. Świtało. Z ciemnos'ci blisko mnie wyłaniał się wielki, podłużny kształt kogoś leżącego, ale niespokojnego... Kamienie usypane w wałek? Nierówno, jakby któryś chciał wyskoczyć na mnie? Wałek jakiś mechaty, różne kolory po nim biegały, lekko pofałdowany... A mech na nim był i żółty, i zielony, i nawet trochę czerwony... Nagle Wałek też otworzył oko. Powoli... I odezwał się!!! Wałek - Ooo! Jesteś! Już myślałem, że nigdy nie wyjrzysz na świat, tyle to trwało! No i masz szczęście, że akurat tutaj wyrosłeś... - Wyrosłaś - poprawiłam nieśmiało. - Ooo, przemówiłaś! Super. No więc masz szczęście, przy mnie będzie ci zaciszniej, to i łatwiej będzie ci się rosło... Chociaż i tak nie będzie łatwo, bo mało tu słońca. Te cwaniaki z góry zasłaniają prawie wszystko - mnie tu się milutko leży, nawet dobrze mi w tym cieniu. Zresztą byłem już blisko nieba i słońca, jakieś 400 lat temu... Dużo widziałem. A teraz sobie odpoczywam... odpoczywam... Oko się zamknęło powoli i dało się słyszeć spokojne sapanie. Widocznie Wałek się zmęczył swoim wywodem. I usnął. Magda Powoli otworzyłam oko. Świtało. Byłam jakby trochę wyższa? A może mi się zdawało... Było ciepło, dookoła wysoko szumiały drzewa. Tu, na dole, panował cień... Obok mnie pochrapywał porośnięty mchem Wałek. Ale na nim coś siedziało, sterczał do góry jakiś kawałek drewna? Albo coś innego? Coś innego odezwało się - Witaj. Nieźle się urządziłeś. - Urządziłaś - poprawiłam nieśmiało. - Wszystko jedno. Nieźle to znaczy nieźle. Zacisznie tu. Przy poczciwym staruszku będziesz miała opiekę. To dobry buk... Wszyscy go tutaj znają i lubią... A ja jestem Magda. Sówka. Wiem wszystko o wszystkich. - Ooo... - No pewnie, że ooo... 1 Rysunki autorstwa Agnieszki Albrecht Anna Albrecht 17 18 Ja, Buczynka - Nazwałam go Wałek. Może być? Bo może ma jakieś imię, a ja tu wymyślam... - Może. On się nie obraża o nic. Jak będziesz taki stary, jak on, też będziesz tak miał. Miała. Jeśli tylko wyrośniesz na dobre drzewo... A coś czuję, że wyrośniesz, bo w takim towarzystwie to chyba nie masz wyboru... - Opowiedz mi o nim? - Hm. Co by tu. Gdy był jeszcze zdrowym i wielkim drzewem podobno uratował jakiemuś człowiekowi życie, tak mówią... Zrzucił z góry wielką swoją uschłą gałąź na klatkę, w której siedział uwięziony niewinny człowiek na skraju dróg. Bo tu kiedyś było skrzyżowanie dróg. Tak mówią. I ten uwolniony człowiek podobno go obściskał i obcałował, no to sobie to wyobraź! Ja rozumiem, przytulić się do drzewa to bardzo zdrowo, ale obściski i obcałuski to rzadkość! Nikt tu oprócz Wałka tego nie zaliczył! Mówił komuś, że sam też bardzo się wzruszył, bo się nie spodziewał... A jak rósł to robił to bardzo uważnie i nie wypuszczał grubych konarów od strony drugiego drzewa, tylko cieniutkie. Żeby nie zabierać bratu słońca. A gdy powaliła go w końcu potężna wichura, drzewa - krewniaki i przyjaciele, co rosły dookoła albo i trochę dalej - swoimi korzeniami od dołu doszły do powalonego buka i zaczęły odżywiać go od spodu... Taką siatkę z korzeni zrobiły, i pompowały w Wałka witaminy... i cukry... i on też małe korzonki wypuścił, bo nie chciał umierać. I te wszystkie korzonki się spotkały, połączyły pod ziemią, więc póki co ten „omszały kamień” ma się dobrze, i nie ma mowy, żeby go podnieść! Tak go ta rodzina leśna trzyma od dołu przy życiu, a staruszek ma korzenie, ale śmiesznie, bo z boku. Ale dzięki temu żyje leżąc już -ho, ho - ze 400 lat! I powiem ci, że zdarza się to bardzo rzadko, na ogół powalone drzewo usycha, zamienia się w próchno i rozsypuje... I nie ma po nim śladu! A tu jaki piękny ślad leży! Miło popatrzeć! I popatrzeć, i pogadać ze śladem można, bo warto. Jest bardzo mądry, a gdy ktoś potrzebuje porady to przychodzi tu, i jeśli tylko nie śpi - a zdarza się to bardzo często - odchodzi mądrzejszy. Albo pocieszony. I na pewno wie, co ma dalej robić... Taaak, dobrze dla nas wszystkich, że jest z nami... Ziewnęłam. Pomyślałam, że i stare na starość, i małe na małość potrzebuje dużo snu... I jeszcze, że jak ja dzisiaj pomogę komuś to jutro ktoś pomoże mi, gdy na przykład będę chora... Natężyłam się na wypuszczanie korzonków dookoła... A niech tam, jak szaleć to szaleć! MAMA Najpierw poczułam, że ktoś na mnie patrzy. Zrobiło mi się nieswojo. No ale trudno. Nie mogę przecież żyć z zamkniętymi oczami, bo to nudne. Powoli otworzyłam oko. lo nie był Wałek. Spał. To nie była Magda. Odleciała. Powoli rozejrzałam się - najpierw na boki - no ładnie jest, zielono, wszystko zacienione, no i ten cień nie ma wpatrzonych we mnie oczu. Zadarłam listki do góry i popatrzyłam tam. Patrzyło na mnie duże drzewo, ale tak jakoś miło patrzyło - uśmiechało się? - Cześć, maleństwo. Jestem twoja mama. Miło cię widzieć... Ooo! - ucieszyłam się! - Mama! Anna Albrecht 19 - No nareszcie wyszłaś z tego nasionka. Jesteś bardzo ładna — no wiadomo, podobna do mnie, gdy byłam młodziutka... Masz zgrabne listki i w ogóle cała zgrabna jesteś. Specjalnie upuściłam cię jako ziarnko obok Wałka, bo obok niego jest zacisznie i bezpieczniej - może nie zauważą cię sarenki, szukające smacznych młodych listków? Szczególnie taki jeden żarłok, zwany Rogal, tu się kręci, je wszystko co się rusza i nie rusza, ostatnio zaczął ciągnąć za ogon śpiącą wiewiórkę myśląc, że to da się zjeść... Trzeba uważać. Gdy nadejdzie, nie ruszaj się. Jest gapowaty, może cię nie zauważy. — Ciemno tu na dole, kiedy słońce na mnie zaświeci? Jutro? - Hmm, myślę, że musisz poczekać. No ja czekałam 50 lat aż zaświeciło na mnie słońce i wystrzeliłam do góry. Wichura przewróciła mojego starszego brata i zrobiło się miejsce... A i tak musiałam się bardzo spieszyć, bo wszyscy dookoła mnie chcieli do słońca! Ale wygrałam! Gdyby nie to, ciebie by tu nie było, Buczynko. - O! Prawie podskoczyłam, chociaż wiem, że to niemożliwe. Ale podskoczyłam w środku. To mam imię! -A tak. Możesz się tak przedstawiać. Pamiętaj, uprzejmym łatwiej się żyje... — Okropnie mi się nie podoba, że będę tu tak tkwić i tkwić i tkwić latami, w cieniu, nie mogę urosnąć, bo nie mam słońca, i jeszcze mi tu nudno, bo stary Wałek ciągle śpi, a ponadto - no wiesz — on jest po prostu stary, to może być nieciekawie... - Oj, nie narzekaj. Póki co pokombinuj, jakby się wzmocnić, bo nie wiadomo, kiedy ruszy wyścig do góry! Wypuszczaj gałązki na boki, wtedy będziesz miała większą szansę złapania odrobiny słońca - ono tu czasami zabłądzi. U góry wieją wiatry, razem z wiatrem kiwamy się na boki. I są prześwity. I ty wtedy cap! Łapiesz trochę słońca. A wtedy twoje listki produkują różne cukry i witaminki, które popłyną do twoich korzeni i trochę urośniesz. Korzeniami szerzej na boki i listkami szerzej. Taki parasol się z ciebie może nawet zrobić! Parasol u góry i parasol na dole. Hi hi! Śmiesznie. Wyobraziłam to sobie. - Hm. Tak tu sobie jestem i jestem już jakiś czas i ani razu nie capnęłam tego słońca. Czarno to widzę... W tym tempie to o jakiejś lasce do podparcia raczej muszę pomyśleć, a nie o robieniu z siebie parasolki... — Nie martw się. Będę się tobą opiekować. Już rosnę korzeniami w twoją stronę, aby cię dokarmiać, żebyś była coraz mocniejsza. Gdy będziesz chora zawsze możesz na mnie liczyć. Dlatego właśnie samotne buki, nasi pobratymcy, dożywają z górą 200 lat. A my tu w grupie dzięki wzajemnej pomocy nawet dwa razy dłużej! To sobie wyobraź! Ale pamiętaj - nie rośnij za szybko w górę, tylko na boki — i na dole, i u góry. Będziesz mocno siedziała w ziemi, a gdy przyjdzie silny wiatr będziesz giętka i gibka i nie dasz się złamać. Szykuj się do słonecznego wyścigu. - A gdzie tata? - A za mną, rośnie z tyłu, nie widzisz go. Ale prosił, żeby ci powiedzieć, że bardzo cię kocha i cieszy się, że jesteś. Tata korzeniami będzie blisko ciebie, będzie cię nimi dotykał i dokarmiał. A gdy będzie się działo coś złego, to cię ostrzeżemy. Też korzeniami. Ale starczy na dzisiaj, mam sprawę u góry. Jakieś ptaki mnie obsiadły. Ciekawe co kombinują. Muszę być czujna. Pa, kochanie! Uśmiechnij się. Będzie dobrze! 20 Ja, Buczynka - Dobrze. Skoro tak mówisz... Ziewnęłam... Tak tu na dole sennie, że nawet nie dziwię się Wałkowi... Chyba coś mu się śni, bo mech na brzuchu szybciej mu faluje. Może śni mu się, że lata z ptakami? Swoją drogą strasznie ciekawe, jak tam jest u góry... EDMUND Świtało. Obok, na Wałku, siedziała Magda. - Słyszysz? Drzewa krzyczą. Zawsze, gdy jest długo sucho, to krzyczą. Faktycznie, dookoła słychać było ciche trzaski, jakby ktoś łamał suche patyczki. Nieprzyjemnie. To jest krzyk? -Ty, mała, kombinuj, żeby zaoszczędzić sobie trochę wody. Tej, którą masz pod sobą. Bo cienko jest. Dawno nie padało i się nie zapowiada... Zaczęła nasłuchiwać. - To lecę - powiedziała prędko. I już jej nie było. Zza dębu, który rósł niedaleko mamy wysunął się bezszelestnie kot. Czarno-biały. Wyglądał jakoś tak biednie, chudy i smutny, jedno oko zaropiałe i zamknięte, ucho postrzępione. Właściwie nie szedł, tylko człapał. - Ooo, Edmund, witaj - powiedział Wałek, który budził się i zasypiał nie wiadomo, kiedy i dlaczego... Anna Albrecht 21 — Hmm — odpowiedział Edmund. Tyle słów, ile sił. — Widzę, że nie jest lepiej? Nie znaleźli cię? —No nie, podobno byli specjalnie, żeby mnie odnaleźć, ale skąd miałem wiedzieć, że przyjadą? Szukali mnie w drewutni, gdzie zawsze sypiałem w dzień, no ale teraz się nie da, bo nowi właściciele domu ze swoimi strasznymi psami są niekociolubni. I chyba nie przewidują kotów w swoim gospodarstwie... — Ale pech. Że też akurat wtedy musiałeś balować po lesie! Tak cię wołali, że aż tu było słychać! - Bardzo za nimi tęsknię, chodzę głodny. Oko mnie boli... Ty to masz dobrze, byczysz się, brzuszek do góry, różowe sny a witaminki same dołem do ciebie płyną! Nic nie musisz! A ja? Jedna walka... - Bardzo ci współczuję. Ale to trochę nie jest tak jak mówisz. Całe życie pracowałem na to, żeby teraz móc mieć brzuszek do góry. Pomagałem innym drzewom przeżyć, starałem się nie zasłaniać im słońca, słabe mogły się o mnie opierać, ostrzegałem je przez korzenie, że gąsienice się zbliżają i wtedy trzeba szybko zgorzknieć... No i maluchom podsyłałem dołem cukry witaminki i inne takie smaczne łącząc się z nimi korzeniami. No i gdy padłem, dostałem pomoc od tych maluchów, co teraz są wielkie... - Wiem, wiem, i bardzo dobrze, przynajmniej mam się na kim wyspać, gdy nie ma się gdzie podziać, bo na tobie tak wygodnie... Wracam od Mizi, co za jeziorkiem mieszka. Skakała z drzewa na dach i się bidulka przeliczyła - spadła i zerwała sobie ścięgno. Leży jak ta foka - a faktycznie wygląda jak foka, jest gruba, bo łakoma - i czeka aż noga przestanie ją boleć. Znalazłem po drodze zdechłego motyla to go jej zaniosłem, od razu go zżarła. Aż sapnęła z zadowolenia. Gdy sobie tak razem leżymy i wspominamy, to nie jest nam tak smutno. - A nie możesz tam zostać? Dwa koty czy trzy, to przecież jeden pies - że tak się wyrażę... - Wołałbym do swoich... Może gdy znowu przyjadą i mnie szukać będą to usłyszę? A póki co odsapnę... Mogę na tobie? Jakoś tak mi tu się dobrze odpoczywa... To był bardzo ładny widok. Edmund z Wałkiem pochrapywali równo. Las dookoła stał w bezruchu i czekał na deszcz. Nawet ptaki nie śpiewały, jakby nie chciały spłoszyć deszczu - może nasłuchuje u góry czy na niego czekają i może spaść? Kto wie? ATAK Świtało. Rozejrzałam się dookoła. Wszystko stało w bezruchu, czekając na deszcz. Coś delikatnie trzeszczało, skrzypiało, popiskiwało... to chyba właśnie moi duzi bracia piszczą do deszczu... Przyjdź... przyjdź... przyjdź... Dzięki temu, że dotykałam swoimi korzeniami mamy i taty nie byłam specjalnie spragniona, ale i tak starałam się oszczędzać wodę, aby na jak najdłużej starczyło. Nagle poczułam coś niemiłego w korzeniach. Jakby prąd? Ścisnęłam 22 Ja, Buczynka się w sobie i poczułam złość, i z tej złości coś gorzkiego zaczęło rozchodzić mi się po całym ciele, i po listkach... Co się dzieje? Zaczęło robić się ciemniej, chociaż był to początek dnia. I to ciemniej opadło na dół, na nas wszystkich! Okropność! Były to jakieś chrząszcze które obsiadły mnie szczelnie. I kilka z nich nadgryzło moje liście, ale tfu! Wypluło je z obrzydzeniem! Wiem czemu, bo były gorzkie! I poderwały się do lotu ze mnie, i z mamy! Ale to bolało! Rozejrzałam się za nimi do góry. Chmura chrząszczy przesunęła się za mamę. Rosła tam jakaś nasza daleka ciotka, której nikt nie lubił. Widać było, że rozpycha się grubymi gałęziami na wszystkie strony. I odwrócona jest od nas tyłem. Z nikim nie rozmawia. Nawet wiewiórki tam nie biegają. - Nikt jej nie ostrzegł - powiedział Wałek - bo nie jest połączona z nami korzeniami. A teraz ona jedyna w okolicy ma słodkie liście, a my gorzkie. — No, no, ile emocji, a myślałby kto, że drzewa stoją i stoją, no może rosną pomalutku, ale generalnie nic się nie dzieje. A tu proszę, ile się dzieje - powiedziała Magda, która nie wiadomo kiedy i skąd nadleciała. Jak to sowa. — A ludzie nawet nie wiedzą, że mamy tu w lesie internet. Słyszałam, co to jest. No bo jak nazwać to, że łączycie się w ziemi i korzeniami przez grzybnię przesyłacie sobie wiadomości? Potraficie ostrzec się w ten sposób przed chrząszczami i zgorzknieć. A robicie to chyba też elektrycznie, bo dzieje się to bardzo szybko, no to całkiem internet. Tylko laptopów wam brakuje! -Ty sowidło, nie wymądrzaj się! Żyję już 800 lat bez takich dziwadeł i drugie tyle planuję. Biegasz wszędzie, uszy jak wachlarze to i o jakichś dziwadłach się nasłuchasz. A i tak bez tego internetu potrafimy się ostrzegać. Pamiętam, taka akacja niedaleko mnie kiedyś rosła -no śliczna była, wszyscy mieliśmy w nią oczy wlepione... A jak gibała się na wietrze! Bajka! I przyszedł duży zwierz, chyba jakiś jeleń i zaczął jej liście zajadać. A wtedy ona zaczęła tak dziwnie pachnieć, bo chciała powiedzieć innym akacjom, które rosły dalej: Uwaga! Niebezpieczeństwo! Przygotujcie się! Bo wtedy liście akacji w okolicy robią się niesmaczne i jeleń musi zmienić talerz na inny. Może szybko przejść do deseru? Na przykład pyszne jagody... Już trudno, bez bitej śmietany i lodów, ale same jagody też są ok. I nasza akacja nawet nie bardzo ucierpiała, a na dodatek ostrzegła pobratymców zapachem. Drzewa mają węch! — Ciekawe - odezwałam się - czy nie możemy wszyscy zacząć tak pachnieć i pachnieć, żeby chmury poczuły, że to dla nich miły zapach i przypłynęły do nas? - Dobrze, maluchu, kombinuj, kombinuj. Wałek zaczął się śmiać i trząść, aż mchy, co na nim rosły, zaczęły patrzeć się na siebie zdziwione, co się dzieje, że tak podskakują! - Ale z chmurami to przecież nie zadziała - powiedziała lekko zniesmaczona Magda - bo chmury nie są żywe. - Ojej, jaka ty jesteś mądra! -Jasne, że jestem. Magda wypięła pierś i z lubością przymknęła oczy. I trwała tak w tym błogostanie przez długą chwilę. Wałek oczywiście od razu usnął. I tylko pracowite mrówki, nie zważając na suszę gdzieś się spieszyły... A my tkwiliśmy tak w bezruchu, słychać było tylko ciche trzaski drzew, które szeptały: Pić... pić... pić... Anna Albrecht 23 ŚWIERK Obudził nas głośny trzask. Rozległo się w powietrzu: Trach! Zobaczyłam szeroko otwartymi oczami szeroko otwarte oczy Wałka. Wpatrywaliśmy się tak w siebie chwilę, aż Wałek powiedział: — No, znowu pękł. Aaa, nic nie wiesz, przecież jesteś od niedawna. Za mną, jak sama widzisz, rośnie wielki świerk, no ma tak ze 120 lat. Ale jest beztroski i wesoły, i gdy robi się sucho zamiast oszczędnie ciągnąć wodę z korzeni pompuje ją radośnie bez umiaru. A teraz jest lato, upał, i od dwóch tygodni nie padało, a ten beztroski głupek nie pamięta, że już raz to przerabiał. Gdy jest tak sucho i drzewo nie ma co pić, to strasznie się napina, taka kora robi się sucha. I nagle pęka wzdłuż pnia, i to nawet głęboko. I to jest i bardzo bolesne, i niebezpieczne. Bolesne, bo wiadomo, rana. A niebezpieczne, bo w takiej ranie potrafią zamieszkać przenoszone wiatrem zarodniki grzybów i grzybnia jak pajęczyna rozrasta się w głąb pnia. Baaardzo jej tam dobrze, jedzonka w bród, ciepło w środku i wilgotno, grzybek to lubi... No i taki lokator bardzo drzewo osłabia. Wesołkowi poprzednio udało się zalać ranę żywicą, ale i tak się nacierpiał. Słyszałem jak w nocy stęka i pojękuje, jesteśmy przecież sąsiadami. Ale nie za mądry to sąsiad, nie uczy się na błędach, nie pije oszczędnie wody, gdy jest susza. Zimą i wiosną mamy super, jest mokro, ale latem nawet kilka tygodni nas wykańcza. I oto skutek. Ale nawet mi się gadać do niego nie chce i nie jest mi go szkoda. Jakoś zbyt beztroski. Gdybyśmy ze sobą pogadywali, ostrzegłbym go. Bo to niby tylko pęknięcie, ale małymi kroczkami może być nieszczęście. Takie osłabione przez grzyby drzewo inaczej pachnie. Wywąchają to korniki i mniam mniam, drzewa jest coraz mniej, pełno w środku korytarzy i dziurek. Usłyszy te korniki dzięcioł. O ten to dopiero jest radosny! Wyjadając larwy korników wali dziobem w drzewo, aż strzępy drzewa lecą na wszystkie strony. W sumie dzięcioł jest OK, bardzo pożyteczny, bo gdy wyżre wszystkie larwy korników, to nie rozlezą się one na inne drzewa. Ale nasz świerk będzie bardzo osłabiony, bo będzie go po prostu mniej. I wtedy — uwaga na wichury! Nieszczęście wisi na włosku! SUSZA Poranek był piękny. Gdzieś tam, u góry, świeciło słońce, ale ja stałam w cieniu. Podrosłam już trochę, bo przez korzenie od mamy, taty i innych buków dostawałam cały czas, mniam mniam. Takie smaczne i mokre. Ziemia pode mną miała jeszcze trochę wody, bo oszczędnie ją piłam. Szeroko też się rozłożyłam z gałązkami na boki — parasolkowe — jak kazała mama. W powietrzu pięknie pachniało żywicą, to gapiaty świerk zalewał nią swoją ranę. Duże rude mrówki drepcząc zawsze i wszędzie miło łaskotały mnie tu i ówdzie. Poszycie było tak suche, że gdy usiadła na nim obok mnie mała biedronka zatrzeszczało coś pod nią. Igły świerkowe, suche liście, mech. Wszystko było strasznie suche. - Ojej - powiedziała biedronka - ale macie sucho. Szkoda, że nie możecie podejść do jeziorka, niedaleko. Ja sobie tam podlecę, wody w bród i milutko. A ciebie nawet nie ma kto podlać. 24 Ja, Buczynka - Poczekam - powiedziałam - w końcu popada... - Cześć - powiedział Edmund, który trzeszczał od strony jeziorka - ale macie sucho... — No, nie umówiliście się? Wiemy, że mamy sucho. Ale wy możecie napić się w jeziorku. - Cześć - powiedziała Wanda, wiewiórka, która zbiegła w dół po pniu mamy - ale macie sucho! - Czuję zmowę - powiedział Wałek. Okazało się, że wcale nie spał. - Chcecie nas wykończyć psychicznie. Nie dość, że sucho, to jeszcze żadnych pocieszających wiadomości nie ma... Wręcz zmowa. Wszyscy mówicie to samo. Na gałęzi mamy, nie za nisko ze względu na Edmunda, usiadła sówka Magda - Nic nie mów - powiedział przytomnie Wałek - wiemy, że mamy sucho, i że wy macie wodę w jeziorku. Wiemy. Magda zrobiła minę lekko obrażoną, jakby Wałek powiedział coś za nią i już nie było po co dzioba otwierać. Nawet usiadła trochę bokiem. Jak nie to nie. Nie powie im nic. A coś wiedziała... Anna Albrecht 25 - Co mam zrobić? - spytał Edmund smutnym głosem. - Czekać tu, może po mnie przyjadą, czy iść i szukać nowego domu? - Czekać. Kręcić się na skraju lasu, zerkać na dom, w którym mieszkałeś i uszy rozłożyć jak tylko się da. Jak wachlarze. I nasłuchiwać. Bo jak przyjadą, to będą cię wołać. Możemy zresztą wszyscy nasłuchiwać. No ja raczej odpadam, bo jestem trochę głuchy. Ale Buczyn-ka ma dobry słuch. Wanda też, a przecież kręci się ciągle to tu to tam, jak to wiewiórka. A Magda to już w ogóle ma super słuch, gdy kilka dni temu kichnąłem, to przyleciała zaniepokojona, że jestem chory. A mieszka na skraju lasu, to nie tak blisko przecież. No więc jak coś usłyszymy, będziemy cię wołać i szukać. Pochwalona za najlepszy słuch Magda wypięła z dumą pierś, usiadła już nie bokiem i powiedziała: - Będzie niedługo padać. — Ojej! — wykrzyknęłam razem z Wałkiem — a skąd wiesz? A na pewno? — Ja wszystko wiem. Słyszałam sójki. Gdy ma padać, sójki wrzeszczą: Writ! Writ! A to zawsze oznacza deszcz. Zawsze. — Oj, to warto zapamiętać to writ — powiedziałam. - Acha - powiedzieli chórem Edmund Magda i Wanda. Znaczyło to, że muszą się schować. Zwłaszcza Edmund nie lubił zmoknąć, a przecież teraz na dodatek był chory. - To będę w stodole u Mizi. Jakbyście coś usłyszeli, dajcie znać. No, jakieś wołanie Edmunda. - Acha - powiedzieliśmy chórem... DESZCZ Świtało. Ale jakoś tak inaczej świtało, niby zaczynało być jaśniej, ale jakby ciemniej. Pachniało dookoła. Niby jak zawsze lasem i żywicą, ale dodatkowo jeszcze czymś... Teraz wiem, że deszczem... Stopniowo dawał się słyszeć coraz głośniejszy szum, i poczułam na sobie krople deszczu. Wielkie, ciężkie, ciepłe. Padało. Dookoła, nie wiedzieć kiedy, zrobiła się ściana wody. Było po prostu cudnie. Rozłożyłam szeroko gałęzie, żeby być jak najszersza. I liście, żeby jak najwięcej kropli na siebie złapać. Wyginałam ciałko, kręciłam się na boki, cieszyłam się całą sobą z tego mokrego. Woda płynęła po mnie do ziemi i już moje korzenie ją czuły i piły... Byłam przeszczęśliwa. Uśmiechnęłam się szeroko i zobaczyłam, że uśmiechamy się do siebie z Wałkiem. Widać było, że też był szczęśliwy. Na jego brzuszku mchy we wszystkich kolorach tęczy chlupotały się w wodzie, a deszcz jak w bęben walił w Wałka. Ale jego brzuszek był zadowolony, oj zadowolony... W lesie pachniało, ptaki ucichły, słychać było tylko szum. Piłam i piłam wodę, i czułam, że robię się po prostu grubsza, pęczniałam. Albo zaraz przestanę, albo pęknę... Przecież wody przez jakiś czas będzie dużo, po co tak się spieszę. Jej zapas robi się w ziemi, nic nie ucieka nie wiadomo gdzie... Dookoła mchy, w nie jak w gąbkę wsiąka woda, a potem głębiej i głębiej... Rozejrzałam się dookoła. Drzewa stały jakoś nadęte, grubsze. Opite wodą. No mama to nieźle pociągnęła tej wody, 26 Ja, Buczynka stała sztywna i odęta jak kołek. Chyba o kilka centymetrów była grubsza, no założyłabym się o to. Niezła drzewna popijawa, można by rzec... Nareszcie! KORNIKI Gdzieś u góry świeciło słońce. Drzewa kołysały się na wietrze, a czasem jakiś promyk słońca padał na mnie i czułam jego gorący dotyk. Dookoła było mokro, mchy nasiąknięte deszczem taplały się w wodzie szczęśliwe. Usłyszałam stukanie w drewno, najpierw pojedyncze, a potem podwójne. Dwa dzięcioły blisko mnie waliły radośnie w drzewo, ale które? - A świerk złapał korniki - powiedział Wałek. - Najpierw wypił za szybko wodę spod siebie, zrobił się bardzo odwodniony, na to przyszło gorąco i długo sucho, to pękł. Zalewał to pęknięcie żywicą, zalewał, i to go dodatkowo bardzo osłabiło. Jednak jeden z drugim kornik nadgryzł go, żeby spróbować, czy świerk będzie się bronić, a tu nic. No to wtedy korniki rzuciły się na niego. A bidulek nie miał siły się bronić, bo i sucho, i wielka rana. Jakby był zdrowy to dałby sobie z kornikami radę, zakleiłby je żywicą albo jakąś truciznę by na nie wypuścił. No, ale nie jest zdrowy. On tu trochę w złym miejscu rośnie, za ciepło tu dla niego. No popatrz, nawet taki duży deszcz przegapił. Pod nim jest sucho, tak jakoś dziwnie te jego gałęzie opadają na zewnątrz, że deszcz po nich spływa i oddala się od pnia drzewa. I korzenie nienapite. Dobrze się schować pod świerkiem przed deszczem... - Ale te dzięcioły mu przecież pomogą? Zjedzą korniki? - Hmm... Po pierwsze, nie wszystkie. Po drugie, tak podzióbią to drzewo, że na pewno w tych ranach po dzięciołach zagnieżdżą się zarodniki grzybów, które unoszą się w powietrzu. I rozrosną się pod korą. A to wszystko bardzo osłabi nasz świerk. Trochę się boję, bo gdy przyjdzie potężna wichura to kolega świerk może zwalić się na mnie z tym całym towarzystwem - kornikami, grzybami i kto go tam wie z czym jeszcze... A ja nie jestem młodzieniaszek. Też się zaczęłam bać. Taki duży ten świerk, jak poleci to i po Wałku i po mnie a mama jest obok. Ojej... Ojej... SPOTKANIE Znowu zrobiło się gorąco, dzięcioły obok tłukły się jak szalone. Aż zaczęłam współczuć gapiatemu świerkowi, to go chyba boli? Poprzez te tłuczenia zaczęło wydawać mi się, że słyszę jakieś wołanie. Tak, tak, ktoś kogoś wołał. Ale nie mogłam zrozumieć kto kogo. Zaraz, zaraz, chyba mieli wołać i szukać Edmunda poprzedni właściciele chaty za lasem. Ci co wyjechali. Postanowiłam działać. - Wałek! Wałek! Obudź się! - Kto? Co? Kogo wołasz? - Ciebie! Obudź się! Anna Albrecht 27 - No dobrze, że leżę! Nazwałaś mnie Wałek? No to chociaż pan Wałek! Nie mogę, ale masz pomysły! Wałek! No, no! — Ojej, później będziesz się dziwić! Nie ma czasu do stracenia, bo znowu odjadą! Szukają Edmunda! Zrób coś! — Hm. Trzeba zawołać Magdę. I Wandę. Pewnie Edmund jest u Mizi, za lasem i spi w stodole. Zaczęliśmy wołać oboje, to jedno, to drugie, to chórem. Nadbiegła ruda Wanda. Szybko opowiedzieliśmy jej co się dzieje. Pognała. A ponieważ Edmund polował czasami w okolicy na myszy, też trochę pokrzyczeliśmy wołając go. Zmęczyło nas to... Odpoczywaliśmy w ciszy, czekając co się wydarzy. I wtedy od strony chałupy nadeszła kobieta. Szła powoli rozglądając się na boki. Zobaczyła moją mamę. Podeszła do pnia, przytuliła się do niego, objęła go mocno. Stała tak długą chwilę... Potem odsunęła się i powiedziała: — Dziękuję ci, dobry buku. Taka byłam zdenerwowana, i już jest lepiej. Dziękuję. Z drugiej strony lasu dał się słyszeć szelest i zobaczyliśmy szybko zbliżającego się Edmunda. Za nim, górą, jak to wiewiórka, biegła uśmiechnięta Magda. Edmund na widok kobiety oszalał. Taki słaby, chudy i chory a odbił się od ziemi jak piłka i skoczył. A ona, widząc go otworzyła szeroko ramiona, a on w nie wpadł. Łzy płynęły po twarzy kobiety, gdy mówiła: — No jesteś! Jesteś! Tak się martwiliśmy! Widok Edmunda nie wymagał słów. Śmiejące się oczy, nawet to zaropiałe, wesoło sterczące uszy, chociaż postrzępione i całe w strupach, i podskakujące radośnie wąsy mówiły same za siebie. Wbił się w ramiona kobiety jakby już nigdy nie miał ich opuścić. Oczy i uszy zniknęły, jedynie sterczący do góry szczęśliwy ogon wskazywał na stan emocjonalny Edmunda. I tak, stopieni w jedną całość, oddalili się w stronę chałupy. Na gałęzi podskakiwała szczęśliwa Magda. Dumna, że go znalazła. No bo znowu by nie usłyszał wołania, a zima niedługo... I właściwie nic nie mówiliśmy. Byliśmy bardzo szczęśliwi szczęściem Edmunda. Bo my, drzewa, wśród innych drzew, braci, damy sobie radę. Ale zostawiony sam sobie kot, który wcześniej miał prawdziwy dom? Jak miał dać sobie radę bez domu? BURZA Ściemniało się. Wiał silny i chłodny wiatr, czuć było zbliżającą się jesień. U góry szalejące gałęzie odsłaniały gwiazdy na czarnym niebie, ale było to wysoko, wysoko... Oj, chciała-bym tam być, tańczyć razem z rodzicami, patrzeć w gwiazdy, słuchać, co ptaki opowiadają, wygrzewać się w promieniach słońca! Wiatr przybierał na sile. Taki był hałas, że nawet Wałek nie spał. — No! Ale przynajmniej się nie boję, że się złamię! — wykrzyczał. I w tej chwili rozległ się okropny huk i trzask, i coś ogromnego zwaliło się na ziemię. 28 Ja, Buczynka Ale nie na nas. Zwaliło się gdzieś tam, w drugą stronę. To nasz kolega świerk nie dał rady wichurze. Nic nie mówiliśmy. Koniec drzewa zawsze jest przykry... SŁOŃCE Poranek po wichurze to okropny widok. Mnóstwo połamanych gałęzi... Ale dla mnie nic nie było ważne, bo świeciło na mnie słońce! Świerk rósł od wschodu, za Wałkiem, a teraz tam nic nie rosło! Rosło coraz większe słońce i nic go nie zasłaniało! - No, Buczynko - odezwała się mama. - Wyciągaj gałązki do góry! Wyciągaj pieniek! Zaczął się wyścig ku słońcu! Jest dla ciebie miejsce! Rośnij, kochanie, rośnij! Rozszerzaj korzenie, bo będą musiały utrzymać duże drzewo. I teraz będzie trochę niebezpiecznie, twoje listki na słońcu zrobią się słodkie i bardzo smaczne dla jeleni... Musisz szybko uciekać w górę! Już teraz sama na słońcu możesz produkować sobie tyle witaminek i cukrów, ile tylko chcesz! A my i tak dalej będziemy cię wspierać, ostrzegać przed zagrożeniami i pomagać w chorobie... - Ale to słońce mnie boli! Te promienie są takie gorące! Czy coś da się zrobić? - Ja wiem - odezwała się niespodziewanie Magda. Koniecznie musisz zapuścić sobie włoski. Na listkach i na całym ciałku. Wtedy nie będzie cię tak bolało to słońce. No mnie nie boli, bo je mam. Jak się postarasz, skupisz na tym a potem natężysz. Powinno ci się udać! Widzisz, Wałkowi to się udało, cały jest porośnięty.... Zapadła cisza. A potem wszyscy wybuchneliśmy śmiechem. Mama i ja śmiałyśmy się, aż się spociłyśmy, a Wałek jak zwykle podczas ataków śmiechu, podskakiwał razem ze swoimi mchami. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY „Lepiej jest zginąć niż nienawidzić i bać się; lepiej zginąć po dwakroć, niż być znienawidzonym i budzić lęk”. Fryderyk Nietzsche „TCHNĄĆ ZŁĄ WOLĘ KU BLIŹNIEMU” Słownik etymologiczny Aleksandra Brucknera mówi o nienawiści, która jest przeciwieństwem nawiści. Jeszcze w XVI wieku funkcjonowało w polszczyźnie wyrażenie ' na-widzieć' w znaczeniu: chętnie widzieć. Wybitny językoznawca, prof. Marian Jurkowski, tak to tłumaczy: „Patrzeć na świat można było okiem dobrym, życzliwym, aprobującym. Znaczenie to oddawał czasownik z przedrostkiem na-, a więc nawidzieć znaczyło dobrze lub chętnie widzieć, aprobować, sprzyjać, sympatyzować, być z kimś w przyjaźni, darzyć uczuciem, lubić, miłować, kochać, znajdować upodobanie”. 17 września 1665 roku Jan III Sobieski pisał do Marysieńki: Nie mogę jednak tej opuścić okazji, abym choć tą kilką słów nawidzieć nie miał zdrowia mojej kochanej panny. Jeszcze w XIX wieku, w „Potopie”, opisywał Sienkiewicz pana Sapiehę, który Wesołą kompanię i brząkanie szkłem nad wszystko nawidził. Dziś słowo to występuje tylko w przeczeniu, jako ' nie-nawiść'. Nie oznacza też prostej negacji swej podstawy słowotwórczej ('źle widzieć', 'nie lubić' itp.). Stało się wyrazem samoistnych uczuć, o wiele silniejszych niż niechęć, antypatia bądź nieposzanowanie. Bliżej im do wrogości, wstrętu, zawiści, mściwości czy pogardy. W „Słowniku synonimów polskich” (1885, t. I-II) opracowanym przez biskupa Adama Stanisława Krasińskiego (podpisującego się też jako Obywatel), możemy przeczytać: Nienawiść daje wyobrażenie wbrew przeciwne miłości, i oznacza tę namiętność, w której człowiek tchnie taką złą wolę ku bliźniemu, że nie tylko widzieć go i słyszeć o nim nie chce; nie tylko gotów by go w łyżce wody utopić, ałe cieszy się, gdy mu się co złego przytrafi. Chrześcijanin zobowiązany jest uznawać nienawiść za najcięższy grzech popełniany przeciw miłości bliźniego, która ma moc zbawczą. Nienawidzić człowieka znaczy odrzucić to, co w nim wzięte od Boga. Można nienawidzić ludzkie wady - nie człowieka (św. Augustyn: cum dilectione hominum et odio vitiorum). Wielu ludzi z mojego pokolenia 30 Okruchy nienawidziło komunizmu, nie przypominam sobie, by przenosili tę nienawiść na zwolenników tej ideologii. Pisze św. Jan: Kto zaś swego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd idzie, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy”. Niezwykle jasno brzmią słowa Jezusa zapisane przez św. Łukasza: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą. UCZUCIE Nie wszystkie uczucia są emocjami. Nie ma emocji w uczuciu zmęczenia, bólu czy zimna. Emocja taka jak gniew, miłość czy nienawiść, jest uczuciem „poruszającym” człowieka (mótió, mótus — ruch; moveó — poruszać, wywierać wrażenie, wzruszać). To uczucie wystarczająco silne, by wpływać na postępowanie kogoś, kto daje się „ponieść emocjom”, „ulega namiętnościom” itp. Nienawiść jest zazwyczaj reakcją na coś, czego się doświadcza w sposób negatywny. Może to być reakcja estetyczna, co widać u Horacego: Odi profa-num vulgus et arceo (nienawidzę ciemnego motłochu i odpycham go). Może być związana z trwałymi antagonizmami kibiców klubów piłkarskich (święte wojny Lecha i Legii). Mecze piłkarskie mogą wyzwalać nienawistne reakcje nacjonalistyczne (wielki napis podczas meczu Lecha z Żalgirisem Wilno: Litewski chamie klęknij przed polskim panem). Może wiązać się zaszłościami rodowymi (nienawidzące się od pokoleń rodziny Montekich i Ka-puletich). Może też być nienawiścią do siebie z powodu niespełniania wyidealizowanych oczekiwań. W sytuacjach tych i wielu podobnych nie chodzi o chwilową bezradność wyrażoną krzykiem: „Nienawidzę ciebie (siebie)”. Chodzi raczej o nienawiść głuchą i zakrzepłą, trwały stan wyrażany przyciszonym tonem. Pierwotnym, rzadko uświadamianym podłożem wszystkich tych uczuć, jest lęk - coś odmiennego od strachu. Strach ma charakter fizyczny, lęk psychiczny, zakorzeniony metafizycznie. Karen Horney („Neurotyczna osobowość naszych czasów”) pisze o strachu wywołanym przez niebezpieczeństwo widoczne (obiektywne) i o lęku, którego źródło jest ukryte, subiektywne, związane z odczuciem odmienności bytowej. Pisze: Im bardziej ktoś jest bezbronny, tym większe jawi mu się niebezpieczeństwo. Ciekawe, że podobną myśl zanotował cztery wieki temu Szymon Szymonowie: Gdzie bojaźń, tam nienawiść, a nienawiść zguby zawsze szuka. Nienawiść i agresja jest reakcją obronną wobec lęku, którego nie sposób zracjonalizować, usunąć z wyobraźni. Podatne na nienawiść są osoby, które za własne niepowodzenia obwiniają wyimaginowanych winowajców. Barbara Skarga: Jak uczy obserwacja otaczających nas faktów, poddają się jej najczęściej ci, którzy mają rozchwianą tożsamość, którym trudno jest zbudować własną osobowość, ludzie w gruncie rzeczy słabi, jakby pozbawieni mocy bycia sobą, a zatem ulegający wpływom, tym lub innym nastrojom społecznym, na pół świadomi swego braku, jednocześnie drażliwi ambicjonerzy reagujący na byle drobiazg odruchem sprzeciwu, niechęcią do otaczającego świata. Józef Tischner pisze o nienawistnikach, którzy rozkoszują się już samym podejrzeniem, gmeraniem w złościach i krzywdach pozornych, szperają we wnętrznościach swej przeszłości i teraźniejszości, poszukując ciemnych, zagadkowych historii, które pozwalają im Andrzej C. Leszczyński 31 odpływać w dręczące domysły i upajać się trucizną własnej złośliwości, rozdzierają najstarsze rany, rozkrwawiają od dawna zagojone blizny, czynią złoczyńców z przyjaciela, żony, dziecka i z wszystkiego, co dla nich najbliższe. Szczególnie silną nienawiść rodzi reakcja „opóźniona”, „tłumiona”, obejmująca nawarstwiające się i potwierdzające wzajemnie doznania i ich negatywne racjonalizacje. Utajona nienawiść może przybierać formy aktorskie. Może kryć się pod pozorami życzliwości, przyjaźni, zatroskania itp. Jej rzeczywistym celem jest kompensacja lęku i poczucia słabości za pomocą postawy, określanej przez Karen Horney mianem dominująco-mściwej. Istotą takiej postawy jest potrzeba triumfowania i negowania jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Jak każda emocja, nienawiść jest — przynajmniej zrazu - niezależna od woli i rozumu („Serce nie sługa, nie zna co to pany”). Jest przy tym emocją nie zawsze występującą w stanie czystym. Pogmatwana logika uczuć oznacza możliwość występowania jej obok tego, czemu leksykalnie przeczy - miłości. Pokazuje to już poezja antyczna, także dzisiejsza. Pisał Katullus: Odi et amo: ąuare idfaciam, fortasse reąuiris./Nescio, sedfieri sentio et excrucior, co Anna Świderkówna tłumaczy tak: Kocham i nienawidzę. Jakże to się dzieje?/ — Spytasz. Nie wiem, lecz czuję, cierpię i szaleję. NIE PYTAJ, KOMU... JózefTischner zauważa, że nienawiść jest jak zaraza, obejmuje każdego. Pisze: „Nie pytaj zatem nigdy, komu bije dzwon nienawiści. Zawsze bije on tobie”. Oznacza to, że przedmiotem nienawiści staje się także, może przede wszystkim, jej podmiot. Wygląda na to, że w naszym kraju nie znaleziono na tę zarazę skutecznego antidotum. W 1991 roku Marek Koterski publikuje monolog człowieka zainfekowanego pełną rozpaczy nienawiścią (tak też jest zatytułowany — „Nienawiść”). Oto jego fragmenty: h.J Chciałbym, żeby ten kraj przestał istnieć. Żeby stal sie pięćdziesiątym którymś stanem Ameryki, landem Erefenu, prowincją Kanady, kantonem Szwajcarii... Zamieniłbym za to w sekundę! i godło i sztandar i honor i ojczyznę... nienawidzę tego pierrrr.. kraju! Zresztą prawie wszyscy wyklinają na niego każdego dnia. [■■J O Polsko Ciebie już nie ma! Polsko którą codziennie staramy sie usunąć ze swych myśli, żeby juz zupełnie nie zwariować. Nie ma cię, Połsko, nie ma ciebie! tutaj, bo nie istniejesz w sercach ludzkich! jest terytorium... Jest nazwa, a ciebie Polsko, nie ma. Bo nie ma cię w sercach Polaków. Nie ma cie w sercach ludzi, którzy chcą wszędzie, byle nie tutaj. Może potem, gdzieś, tam - w sercach emigrantów - powraca twój obraz, złagodzony przez odległość, czas. Wyidealizowany. Słodki, bo nieprawdziwy. Ale tutaj cię nie ma. Nie ma cię w sercach tych wszystkich ludzi, którzy szarpią cię jak postaw sukna na zamkowym Placu. Do siebie tylko każdy! Do siebie! Do siebie!. [-] 32 Okruchy A w kościele paranoja, nasza polska paranoja: »Przekażcie se znak pokoja«?! Popatruje gnój na gnoja: »Ja mu mam dać znak pokoja?! Mogę dać ci znak pokoja, lecz i tak cie mam za gnoja! Potem ci pokażę gnoju, jak wygląda znak pokoju! Jak ci w oko splunę gnoju, to zobaczysz znak pokoju! Jak ci zapierdolę gnoju to ci błyśnie znak pokoju!... Trzymaj se łapę w mej łapie i tak ci ślipia wydrapię!«. [-] Jeśli Polska nie zginęła myją dobijemy! Czego obca moc nie wzięła - sami rozdrapiemy! Jeszcze Polska!... Ojcze nasz!.. Póki my żyjemy!... Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz! Sami se naplujemy! W 2012 roku ukazuje się głośny tekst prof. Barbary Skargi pt. „Przeciw nienawiści”. Pisze tam: Trudno jest mi milczeć, trudno nie wyrazić słów protestu. Nie można bowiem żyć w atmosferze panującej ostatnio w naszym kraju. Wystarczy włączyć telewizor lub wziąć do ręki gazetę, by ogarnęło nas uczucie obrzydliwości. Ktoś kiedyś powiedział, że my, Polacy, lubimy sielanki. Tak może było, tak nie jest. Okazuje się, że nie jesteśmy narodem łagodnym, że potrafimy szczerzyć kły, warcząc nie na obcych, lecz na siebie nawzajem. Coraz szerzej wzbiera piana nienawiści, niszcząc nasze życie społeczne. J..] Wroga zawsze można znaleźć, a tłum pobudzić jest łatwo. W rezultacie nienawiść jak błoto, maź potrafi pokryć wszelkie społeczne działanie, lepka i niszcząca - gotowa zrujnować nawet to co najlepsze. Niestety. Możemy się o tym przekonać, bo znów dziś pokazuje swą wściekłą twarz. I nikt na jej działania nie reaguje, nikt nie potępia, przeciwnie, są tacy, którzy mają wciąż na ustach moralną rewolucję, a poddają się jej z ochotą, jakby tęsknili za szubienicami”. Andrzej C. Leszczyński 33 Nienawiść — tycząca nie nagannych cech, lecz nazywanych z nazwiska ludzi — coraz bardziej gęstnieje w społecznej atmosferze. Na ulicach, w mediach, w polityce. Jakiś czas temu na jednym z portali opublikowałem list otwarty do Pawła Kukiza (można by oczywiście znaleźć więcej stosownych adresatów). Oto jego treść. Kiedy widzę Pana w telewizji, twarz, sposób mówienia, zablokowane ciało, myślę że tamtą piosenkę, »Jakja was kurwy nienawidzę^, śpiewał Pan (i może nadał śpiewa) szczerze, z przekonaniem. Nie wiem, czy przyszło Panu do głowy, że wyraża Pan w ten sposób także, może najbardziej, nienawiść do samego siebie. Wielu mądrych ludzi o tym mówiło. Na przykład św. Alfons Liguori, że cnotliwi sądzą dobrze, a źli źle o bliźnich swoich. Albo Eklezjasta, że głupiec, ponieważ sam jest głupcem, wszystkich za głupców uważa. Egon Schiele, znakomity malarz ekspresjonista oskarżany o szerzenie pornografii, odparł, że sztuka erotyczna staje się nieprzyzwoita tylko wtedy, kiedy widz jest świnią. Tak chyba jest, że widzimy rzeczy nie tylko i nawet nie przede wszystkim takimi, jakimi są, ale jakimi sami jesteśmy. Czy spotkał Pan kiedykolwiek istotę czystą wewnętrznie, dziecko, które widziałoby jakiekolwiek paskudztwa wśród innych istot? Może dostrzegł Pan, odczuł, że największą ofiarą złych uczuć jest ich podmiot, ten, kto te uczucia żywi. Ofiarą nieufności jest nieufnik, biedne zwierzątko wśród zła możliwego wszędzie. Rozbiegane oczy, udręka bezsennych nocy, podczas których wyobraźnia ujawnia wrogie zamysły otoczenia, niepewność, rozchwianie emocjonalne w relacjach z bliskimi. To widać. Taka podejrzliwość wywołuje reakcje potwierdzające ją — skoro myślisz, że zrobię ci świństwo, to je zrobię. Niech Pan zajrzy do Sorena Kierkegaarda, do jego bajki o Agnieszce i człowieku morskim. Pokazuje tam, że ufność zobowiązuje, trudno zawieść kogoś, kto zawierza. Pewnie, że można się naciąć, być kimś takim, jak Ufnal z powieści »Moc truchleje« Janusza Głowackiego. Hanna Krall ma na to taką odpowiedź: wołę być oszukana przez kilku, niż nie dowierzać wszystkim. Per saldo opłaca się. Ofiarą nienawiści jest nienawistnik, przeżarty przez to uczucie jak przez nowotwór. Na pewno zna Pan »Modlitwę o wschodzie słońca« Nataniela Tenenbauma i Przemysława Gin-trowskiego (mam ją na albumie Litania). Te jej słowa: ale zbaw mnie od nienawiści i ocal mnie °d pogardy, Panie. Jestem od Pana znacznie starszy. Dawno temu jeździłem na Pana koncerty, agresja tamtych Pana piosenek wyrażała także moje uczucia. Tym bardziej smutno mi dzisiaj, gdy widzę, że goni Pan nie wiadomo za czym, byłe gonić. Szuka kurew, Żydów, kogo tam jeszcze. Wszystko zastępcze. Spokoju, szacunku do siebie życzę. MY Nienawistne narodowe powietrze, którym trzeba oddychać. Nienawiść zbiorowa jednych przeciw drugim jako wyraz patriotyzmu. Najwyraźniej zmienia się tradycyjne pojmowanie nienawiści jako uczucia moralnie odrażającego. Staje się dziś cnotą, synonimem 34 Okruchy prawości i niezłomności wziętej ze szczególnie pojętej „nawiści” - umiłowania tego, co swoje, nasze. Z pobudek patriotycznych bandyta pobił w warszawskim tramwaju profesora uniwersytetu za to, że mówił po niemiecku ze swoim kolegą z Berlina. Czyżby miał rację Oskar Wilde mówiący, że patriotyzm to cnota ludzi ziejących nienawiścią? Co w takim razie z narodem szwajcarskim, któremu nie przeszkadza, że niektórzy mówią tu po francusku, inni po niemiecku, jeszcze inni po włosku, a są też tacy, co porozumiewają się w języku retoromańskim (romansz)? Nie ukrywam, że bliskie są mi słowa, jakie wypowiedział Hermann Hesse: Chętnie jestem patriotą, ale w pierwszej kolejności jestem człowiekiem, a tam, gdzie się to ze sobą kłóci, przyznaję rację człowiekowi. Goethe powiedział kiedyś do Eckermenna: »Na najniższym stopniu kultury znajduje pan zawsze najhałaśliwszą i najgwałtowniejszą nienawiść do innych nacji«”, Poruszony czytałem list, jaki w 1943 roku, w najbardziej mrocznym okresie wojny, Albert Camus pisał do swego przyjaciela Niemca. „Powiedziałeś mi: »Wielkość mojego kraju jest rzeczą bezcenną. Wszystko, co ją spełnia, jest dobre. W świecie, gdzie nic nie ma już sensu, ci, którzy jak my, młodzi Niemcy, mogą odnaleźć sens w losie narodu, winni wszystko jemu po-święcić«. Lubiłem cię wtedy, ale już wtedy nie byłem z tobą. »Nie, mówiłem, nie mogę uwierzyć, że trzeba wszystko podporządkowywać obranemu celowi. Istnieją środki niewybaczalne. A ja chciałbym kochać mój kraj kochając sprawiedliwość. Nie chcę dla niego każdej wielkości ani wielkości krwi i kłamstwa. Chcę, aby żył dając życie sprawiedliwości. Powiedziałeś mi wtedy: »Nie kochasz swego kraju«. Krzysztof Mazur - współzałożyciel i były prezes konserwatywnego Klubu Jagiellońskiego - mówi w „Tygodniku Powszechnym” (4, 2019) o nienawiści wobec przeciwników, która spaja nienawistników. Mówi też o wzbudzaniu nienawiści przeciwko sobie w celu utrwalenia własnej tożsamości. Przywołuje przykład jednego z najbardziej dziś prominentnych polskich polityków (pominę jego nazwisko), który na zimno rozsierdzą swoich przeciwników. On tak właśnie od lat buduje swoją pozycję. Prowokuje ludzi, którzy go nienawidzą, do jeszcze większej nienawiści. Nie musi nawet nic mówić - sam zarządza nienawiścią wobec siebie. JĘZYK Język nie tylko opisuje to, co wiemy o świecie, on tę wiedzę kształtuje. Nie zamieszkuje się kraju, pisał Emil Cioran, zamieszkuje się język. Zanim coś dotrze do świadomości, zostaje uporządkowane przez językową strukturę i tworzące ją elementy. Wyraził to po swojemu Witold Gombrowicz: nie my mówimy, to słowa nas mówią. Żyjemy w gmachu zbudowanym przez znaki i symbole. Wielu współczesnych filozofów próbuje pojmować swą działalność jako walkę przeciw omotaniu naszego umysłu przez język - walkę, przyznają, pozbawioną szans na zwycięstwo. Destrukcyjny wpływ języka na świadomość jednostek i zbiorowości ludzkich obserwował w czasie II wojny światowej Victor Klemperer. Swoje spostrzeżenia opublikował później w książce zatytułowanej „LTI. Notatnik filologa”. Tytułowe LTI, to język Trzeciej Andrzej C. Leszczyński 35 Rzeszy (Lingua Tertii Imperii). Klemperer słyszał słowa nienawistne, pełne pogardy i odrażających odniesień. Widział manipulacje semantyczne polegające na zmienianiu znaczeń używanych powszechnie pojęć, na przypisywaniu im pożądanego kontekstu. Pisał: Język nie tylko tworzy i myśli za mnie, ale kieruje również moimi uczuciami, steruje całą moją emocjonalną istotą i to tym naturalniej, im bardziej podświadomie poddaję się jego impulsom. Cóż więc dzieje się wtedy, gdy ukształtowany język został ukształtowany z trujących elementów lub też sam przemienił się w nosiciela trucizny? Słowa oddziaływać mogą jak minimalne dawki arsenu: przełykamy je, nie odczuwając żadnych skutków, pojawią się one dopiero po jakimś czasie. Właśnie się u nas pojawiły. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Wędrówki po prowincji Alicja Łukawska Żuławskie opowieści Dom dziadków w Wiśniewie Nigdy nie wiadomo, co dziecko zapamięta. Jestem mała, siedzę z ojcem na drewnianych schodkach ganku domu moich dziadków w Wiśniewie na Żuławach. Karmimy chlebem kury. Rzucamy im małe kawałki rwane z kromki ukrojonej wcześniej nożem, a one zbierają go z ziemi, albo podchodzą całkiem blisko i dziobią go z ręki. Nie pamiętam, ile mam lat, ani też tego, czy wówczas mieszkaliśmy jeszcze na stałe u dziadków, czy też jeździliśmy tam na wakacje z Bydgoszczy. Ciotka Zosia Łukawska, kuzyn Tadeusz Łukawski, Ala Łukawska. W tle widać ceglany mur obory i typowe podwójne drzwi żuławskie. Wiśniewo, 1963 r.,fot. H. Cieślik Alicja Łukawska 37 Jestem mała, mam na sobie czerwoną sukienkę w białe kropki i chodzę po zielonej łące. Trawa jest wysoka i muska moje gołe nogi. Wokół kwitnie żółto mlecz. Ktoś robi z tego mlecza wianek i wkłada mi na głowę. Jestem taka szczęśliwa! Jestem mała i bawię się lalkami. To znaczy, wróć, nie lubię lalek! Wolę misie. A jeszcze bardziej wolę coś żywego do zabawy. Siedzę sama w oborze. Moja lalka ma jasnoniebieską sukienkę z falbankami, ściągam ją z niej i próbuję złapać małego czarno-białego kotka. Chcę założyć mu tę sukienkę i bawić się, jakby był moją lalką. Wkładam mu ją przez głowę. Wydaje mi się, że sukienka będzie pasować na kotka, więc próbuję włożyć jego łapki w rękawy, ale kotkowi to się nie podoba. Odwraca się i z całej siły wbija mi białe, ostre jak igły ząbki w rękę, przegryzając mój kciuk prawie na wylot, a potem - ponieważ rozluźniłam uchwyt — odbija się ode mnie i skacze gdzieś w dal. Patrzę, że kotek poooooszedł z moją piękną, błękitną, lalczyną sukienką z falbankami gdzieś do chlewa! Wpadł gdzieś, czy też wsunął się pod świńskie koryto i przepadł. Z ręki leje się krew, a ja ryczę w niebogłosy. Przybiega mama, zaciąga mnie do stajni, gdzie jest lepsze światło niż w oborze i polewa mi zakrwawioną rękę spirytusem salicylowym. Ach, jak to strasznie piecze! Ryczę nadal. Do dzisiaj nie mam zaufania do kotów. Na wszelki wypadek trzymam się od nich z daleka. Zdecydowanie wolę psy. Mimo to, na jednym z moich najwcześniejszych zdjęć z dzieciństwa ściskam w ramionach młodego kotka, który wyraźnie próbuje się wyślizgnąć z moich objęć. Przede mną po podwórku chodzą białe kury, a raczej mocno podrośnięte kurczaki. Obok klęczy ciotka Zosia Łukawska, starsza siostra mojego ojca, a z drugiej strony kuca jej syn, a mój kuzyn Tadeusz, starszy ode mnie o dziesięć lat. Z tyłu widać ceglany mur obory moich dziadków i charakterystyczne „żuławskie” drewniane drzwi dzielone na dwie połowy. Zdjęcie robił mój wujek Heniek Cieślik ze Sławna, mąż ciotki Heni, innej siostry mojego ojca. Całe moje dziecięce życie było rozdzielone na dwie przestrzenie: miejską (Bydgoszcz) i wiejską (Żuławy). To były dwa inne światy, które zupełnie nie stykały się ze sobą. W Bydgoszczy mieszkaliśmy na stałe, a na Żuławy jeździliśmy co roku latem na wakacje. Jednak Żuławy były w moim życiu najpierw, wcześniej od Bydgoszczy. Tam właśnie zamieszkali po II wojnie moi przodkowie z obu stron, czyli ze strony mojej mamy Haliny i mojego taty Stefana; tam, podczas organizowanej przez władze społecznej akcji zbierania stonki ziemniaczanej na polach, poznali się moi rodzice; tam właśnie przyszłam na świat i stawiałam pierwsze kroki, no i tam też spędziłam pierwsze kilkanaście miesięcy swego życia. Chyba mogę więc nazywać się Żuławianką? Kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły, to jeździłam na Żuławy z mamą już wiosną, jakoś tak w maju, i siedziałyśmy tam do końca sierpnia. Ojciec dojeżdżał potem do nas, ale na krócej, bo miał tylko miesiąc urlopu. Prawie cały swój wypoczynek na wsi poświęcał wędkowaniu. Łowił ryby w głębokich rowach w pobliżu, a czasem chodził wędkować do głębokiego prostokątnego stawu, do którego szło się starym nasypem kolejowym porośniętym trawą. Torów już tam dawno nie było, bo Rosjanie rozebrali je latem 1945 roku i wywieźli do siebie. Podobno dawniej, „za Niemca”, jeździł tędy pociąg z Gronowa Elbląskiego do Pasłęka, a najbliższa stacja była w Markusach. 38 Żuławskie opowieści, Dom dziadków w Wiśniewie W Wiśniewie ojciec wstawał bardzo wcześnie rano. Wychodził z domu, jak tylko zaczynało świtać, i szedł nad ten właśnie zbiornik. Koło 10.00 był już z powrotem w domu wraz ze swym połowem. Zwykle przynosił ze sobą parę złapanych płotek, leszczy czy innej drobnicy, które mama czyściła i smażyła na kolację. Nie bardzo można było się tym najeść. Prawdziwa obfitość ryb zdarzyła się w Wiśniewie tylko raz, kiedy to pojechaliśmy z dziadkiem wozem konnym do wsi Węgle nad jezioro Drużno, do rybaków, i kupiliśmy tam całą masę ryb, którymi najedli się do syta wszyscy domownicy, nawet podwórzowy pies i koty. Do tego samego stawu chodziłyśmy z mamą w letnie popołudnia, kiedy woda była już dobrze nagrzana i można było się wykąpać. Tam właśnie, jakoś tak nieoczekiwanie, sama nauczyłam się pływać, co było dla mnie niezwykle łatwe. Byłam bowiem pulchniutka i tłuściutka, dzięki czemu miałam dużą wyporność i bez trudu utrzymywałam się na wodzie niczym korek od butelki. W dzieciństwie pływałam trochę dziwnym stylem, właściwie bezstylowo, straszliwie chlapiąc na boki i zalewając wodą wszystkich wokół, ale najważniejsze, że jakoś posuwałam się do przodu. Najprzyjemniej było w tym stawie tuż przed zachodem słońca po upalnym dniu. Mama rzadko wchodziła ze mną do wody, bo nie umiała pływać, ale ja chlapałam się tam godzinami z innymi dziećmi. Jedyne co mnie przestraszało w tym stawie, to przepływające ryby ocierające się o moje nogi, a także czarne pijawki, które tuż przy brzegu czatowały na kąpiące się dzieci. Nigdy mnie taka pijawka nie zaatakowała, ale widziałam, jak wgryzały się w ciało innych, takie obrzydliwe, czarne, tłuste i błyszczące, brrr! Właściwie to planowo miałam przyjść na świat w izbie porodowej w Markusach, bo wtedy na wsi funkcjonowały takie placówki. Kiedy zbliżał się poród mojej mamy, mój ojciec pożyczył konia i wóz od wujka Staśka Kowalskiego, brata mojej mamy, który mieszkał Alicja Łukawska 39 w tej samej wsi po sąsiedzku i zawiózł mamę z Wiśniewa do Markus. To było ładnych parę kilometrów drogą brukowaną kamieniami, takimi okrągłymi kocimi łbami z granitu, po których wóz stale podskakiwał i trząsł jak się tamtędy jechało. Jednak na miejscu okazało się, że jakoś nie spieszę się na świat i w końcu pracująca tam położna zadzwoniła po karetkę pogotowia. I to pogotowie odwiozło moją rodzącą mamę do szpitala miejskiego w Elblągu. Tam właśnie urodziłam się w lipcu 1959 roku, kiedy Słońce było w znaku Raka. Był środek lata i straszne upały. Parno. Podobno co noc szalały wtedy burze z piorunami. Ze szpitala ojciec przywiózł mnie z mamą do Wiśniewa, do domu swoich rodziców. Moi dziadkowie ze strony ojca, to jest Katarzyna z Kalotów i Józef Łukawscy, mieszkali tam w dużym budynku położonym na skraju wsi, przy drodze do Rachowa. Oboje dziadkowie pochodzili z Mazowsza. Wcześniej mieszkali w małej wsi Radziwiłka w powiecie socha-czewskim. Po II wojnie przyszli na Ziemie Odzyskane, bo tam u nich, w centralnej Polsce, była straszna bieda, głód i ciasnota w małym domku. Ledwo mogli się tam pomieścić z liczną rodziną, a należąca do nich ziemia to były same tylko „laski, piaski i karaski”. Mało co tam rosło i rodziło się na tej ziemi, więc aby utrzymać rodzinę dziadek musiał w okresie międzywojennym podejmować każdą dodatkową pracy, jaką tylko mógł znaleźć, byle tylko wyżywić żonę i szóstkę dzieci. Po raz pierwszy mój dziadek przyjechał na Żuławy latem 1947 roku. To było odważne posunięcie. Był już niemłodym człowiekiem. Miał wtedy przeszło pięćdziesiąt lat i w tak dojrzałym wieku próbował jeszcze raz zaczynać życie na nowo. Oglądał okolice, gdzie można się osiedlić. Najpierw spodobało mu się w Markusach pod Elblągiem. Zajął tam wielki dom przy drodze z centrum wsi do Jeziora, niedaleko miejsca, gdzie później wybudowano szkołę „tysiąclatkę”. Ale to gospodarstwo okazało się za duże jak na rodzinę Łukawskich. Dziadek obawiał się, że władze gminy wsadzą tam jeszcze jakąś rodzinę i nie będzie mógł tam gospodarować samodzielnie.1 Szukał więc dalej, w innych wioskach w okolicy. Po pewnym czasie znalazł odpowiedni budynek w Wiśniewie, małej miejscowości położonej niedaleko jeziora Drużno. Dom był pusty i niezamieszkały, ale byli tam już wcześniej szabrownicy. W środku nie zostało nic z pierwotnego wyposażenia, nie było też żadnych poniemieckich mebli. Rozkradziono nawet okna, bo w tamtym czasie brakowało szkła na Ziemiach Odzyskanych. Całe okna to był wówczas łakomy towar! Sprzedawano je potem na targowiskach w miastach. Ktoś zabrał nawet piec z największego pokoju, bo na kafle do pieca też było wtedy zapotrzebowanie. Mimo to, dziadek zdecydował się tam zostać i wkrótce ściągnął do Wiśniewa całą rodzinę z centralnej Polski. Łukawscy od razu po przeprowadzce poczuli się swojsko na Żuławach. Tak się złożyło, że w tej okolicy zamieszkało wiele osób z ich rodzimej gminy Witkowice, bo tam został ogłoszony stan klęski żywiołowej, po wielkiej powodzi, jaka miała miejsce w Polsce wiosną 1947 roku. Władze gminy Witkowice kierowały wówczas „powodzian” z Mazowsza na Ziemie Odzyskane, konkretnie na Żuławy. Stąd moi dziadkowie mieli wśród nowych sąsiadów sporo starych znajomych, a nawet krewnych, bowiem do sąsiedniej wsi Rachowo sprowadziła się siostra dziadka, Józefina Szewczykowa z rodziną. ' Zdaje się, że w tym domu w Markusach, który na początku zajął mój dziadek, mieszkała wcześniej rodzina niemiecka nazwiskiem Wiehler, o korzeniach menonickich. 40 Żuławskie opowieści, Dom dziadków w Wiśniewie Moi dziadkowie mieli w Wiśniewie niewielkie gospodarstwo, coś około dziesięciu hektarów. Wszystkie ich pola były oddzielone od siebie głębokimi rowami z wodą, a nad tymi rowami rosły jaskry i niezapominajki oraz wierzby, których gałęzie zimą ściano, pozyskując w ten sposób bezpłatny opał do kuchni. Innego opału na początku nie było, dopiero z czasem, gdzieś w latach 60., rolnicy mogli kupić trochę węgla, jeśli odstawili państwu ileś tam kilogramów żywca wieprzowego. Większość ziemi na Żuławach stanowiły łąki, więc wszyscy tamtejsi rolnicy hodowali stada czarno-białych krów rasy polskiej. Dziadkowie mieli przeważnie cztery krowy, jakieś jałówki, parę cielaczków, kilka świnek, niewielkie stadko owiec, konia, kury, kaczki, gęsi i indyki. Na kawałkach ziemi ornej uprawiali buraki cukrowe, ziemniaki i konopie, które kontraktowali. Jakieś zakłady przemysłowe w okolicy przerabiały potem te konopie na sznury, być może był to nieistniejący już ,.Makop” w Malborku? Och, jak przyjemnie było położyć się na kraciastym, wełnianym kocyku w pobliżu takiego pola konopi! Jak one cudnie i usypiająco szumiały... Leżało się na tym kocu, patrząc w niebo na przepływające obłoki i nie wiadomo kiedy człowiek odlatywał gdzieś i w końcu słodko usypiał. Czy to było działanie narkotyczne? A kto to wie? Nikt przecież wtedy nie słyszał o narkotykach! Uprawa konopi została zresztą z czasem zakazana, jeszcze w czasach PRL-u. Jedno pole moich dziadków słynęło ze znakomitej, dość lekkiej ziemi pod warzywa. To był spory kawał ziemi, coś około jednego hektara. Sadzili tam marchew, kapustę, ogórki, cebulę, dynie, selery, pietruszkę i Bóg wie co jeszcze. Takiej marchwi, jaką jadłam w dzieciństwie w Wiśniewie, nie spotkałam już nigdy później. Była ogromna, pomarańczowa, słodka i chrupiąca. Nawet jej nie obierałam, tylko wyciągałam z ziemi, płukałam w rowie (woda była tam czyściutka!) i zjadałam od razu na polu, aż mi się uszy trzęsły. Tak samo ogórki. Zrywałam, płukałam w rowie i gryzłam razem ze skórką. Z tymi warzywami było sporo roboty, głównie pielenia, czym zajmowała się babcia Kasia, która codziennie rankiem, po wydojeniu krów (to było pierwsze!) i po śniadaniu biegła z motyczką na pole. Był to dodatkowy dochód. Warzywa dawały rolnikowi więcej grosza niż rosnące na takim samym kawałku ziemi zboże czy ziemniaki. Dwa razy w tygodniu dziadkowie, ciotka Zosia, a czasem też moi rodzice, szli razem na to pole, aby przygotować warzywa na sprzedaż. Trzeba było je zerwać czy też wyrwać z ziemi, opłukać, a niektóre — jak np. marchew — powiązać sznurkiem w pęczki. Potem układano te warzywa starannie na wozie według wskazówek dziadka. Załadowany wóz zostawał na noc w zamkniętej stodole, a następnego dnia o świcie dziadek zaprzęgał gniadą kobyłkę i wyruszał sprzedawać swoje plony. Nie jeździł jednak na targ do Elbląga, ale ruszał w drugą stronę, na Pasłęk, gdzie miał swoich stałych odbiorców. Gdzieś tam były jakieś „kołchozy”, jak mówił, to jest PGR-y czy też może spółdzielnie produkcyjne, których pracownicy kupowali od niego warzywa, bo sami nie umieli ich wyhodować. Po drodze dziadek mijał Topolno Wielkie, gdzie niegdyś miał swoją posiadłość gauleiter i nadprezydent Prus Wschodnich Erwin Koch. Podobno kiedyś szukano tam słynnej Bursztynowej Komnaty, którą Koch miał gdzieś ukryć w pobliżu. Ale nigdy nie znaleziono tego skarbu. Za to mój dziadek wracał ze swoich wyjazdów z pieniędzmi w kieszeni i puściutkim wozem. Nigdy nie zdarzało się, by coś przywiózł z powrotem, wszystko mu ludzie wykupili! Alicja Łukawska 41 Prócz warzyw dziadek hodował także owoce. Jeszcze przed wojną nauczył się szczepie drzewa owocowe w słynnych grójeckich sadach na Mazowszu, więc wykorzystywał swoje umiejętności także na Żuławach, gdzie po wojnie praktycznie nie było żadnych sadów. Nikt z nowych przybyszów nie sadził tam żadnych drzew czy krzewów owocowych. Rosły tam tylko te, które zostały po Niemcach. To były przeważnie jakieś zdziczałe już gatunki jabłoni, gruszek lub śliwek. Mój dziadek był jednym z nielicznych rolników w okolicy, który zaprowadził obok domu mały sadek. Zasadził też spory kawałek ziemi porzeczkami czerwonymi i czarnymi oraz truskawkami, które mu ładnie owocowały. Inne dochody dziadków pochodziły z kontraktacji roślin uprawnych (buraki cukrowe, zboże i konopie) i hodowli krów. Babcia z ciotką Zosią doiły te krowy ręcznie (zimą dwa razy dziennie, a latem trzy razy), przelewały mleko do wielkich metalowych baniek po 10 albo 25 litrów, a potem te bańki z mlekiem woziły małym ręcznym wózkiem do zlewni w Wiśniewie. Z Wiśniewa zawożono mleko samochodem do Elbląga, czy do jakichś większych wiosek w okolicy, gdzie znajdowały się mleczarnie przerabiające je na twarogi, żółte sery i masło, jak np. w Markusach-Zdrojach. Właściwie to gospodarstwo dziadków było samowystarczalne. Było własne mięso, mleko, mąka, kasza, ziemniaki, warzywa i owoce, a nawet wełna na swetry i skory na kożuchy z tych owiec, które hodowali. Kupić trzeba było chleb, cukier, olej, buty i ubrania. Trzeba było też zapłacić podatki rolne w gminie, rachunki za prąd zużyty do oświetlenia domu i obory, czasem kupić bilet na autobus do Elbląga, bo nigdzie dalej nikt z Wiśniewa nie jeździł, no chyba, że się wybrał w odwiedziny do rodziny, która pozostała w centralnej Polsce. Bo niby po co gdzieś tam jeździć? W zasadzie nie było takiej potrzeby. Do kościoła i do gminy jeżdżono własnym wozem konnym lub rowerem. Konie podkuwał miejscowy kowal Kałętek (właściwie Kałętkiewicz, rodem spod Mławy). Kuzyn Tadeusz chodził do szkoły pieszo, bo była na miejscu, dosłownie po drugiej stronie drogi. Nawet jakieś rozrywki też były na miejscu, gdyż we wsi była świetlica, gdzie odbywały się zebrania mieszkańców, a co jakiś czas przyjeżdżało kino objazdowe. Byłam tam raz na filmie z moją starszą o dwa lata kuzynką Urszulką (córka ciotki Geni Gadzińskiej, młodszej siostry mojego ojca) i widziałam czarno-biały film „Abel twój brat” w reżyserii Janusza Nesfetera wyświetlany na ekranie zrobionym z białego prześcieradła. Ta świetlica to była chyba dawna kaplica cmentarna, bo znajdowała się na starym, maleńkim poniemieckim cmentarzu przy bocznej drodze. Na tym seansie było pełno dzieciaków ze wsi i podsłuchałam, jak one sobie opowiadały, że tam w nocy straszy, więc bałam się potem tych niemieckich duchów, jak wracałam do domu z Urszulką. Tylko patrzyłam, czy zza jakiejś wierzby nie wyskoczy w ciemnościach zjawa w bieli. Więcej z nią nie poszłam do tej świetlicy na cmentarzu. Dom, który wybrali sobie Łukawscy, był spory, stał szczytem do drogi, miał spadzisty, kryty trzciną dach i był w sam raz dla ich rodziny. Taki nie za duży, nie za mały. Chociaż nie mieszkałam tam na stałe, to zawsze uważałam go za nasz dom rodzinny, czy może raczej „rodowy”. Miałam wrażenie, że do niego należę, podobnie jak całe rodzeństwo mojego ojca oraz moi liczni kuzyni i kuzynki. Uważałam, że ten dom to jest miejsce, które nas łączy, bo oprócz nas przyjeżdżali do dziadków na lato także inni członkowie naszej rodziny, jak stryj 42 Żuławskie opowieści. Dom dziadków w Wiśniewie Stasiek z Radomia czy ciotka Henia ze Sławna ze swoimi rodzinami. Codziennie wpadała też mieszkająca w tej samej wsi ciotka Genia Gadzińska. Nawet teraz, kiedy myślę „dom”, to zawsze najpierw staje mi przed oczami ten właśnie stary budynek w Wiśniewie, który był z trzech stron otoczony gęstym i wysokim żywopłotem z krzaków głogu osłaniającym go przed obcym spojrzeniem z zewnątrz. Te głogi wyglądały bardzo ładnie na wiosnę, kiedy wszystkie naraz kwitły na biało-różowo. Z jednej strony domu był mały ogródek kwiatowy mojej babci, w którym wzdłuż ścieżki wyłożonej cegłami rosły wieloletnie byliny, takie jak floksy, piwonie i ostróżki. Pod oknami były pomarańczowo kwitnące smolinosy, jak na polskich wsiach nazywano lilie tygrysie. Te ostatnie kwiaty — zgodnie z ich ludową nazwą — naprawdę brudziły nos żółtym pyłkiem, kiedy próbowało się je powąchać. Były tam też bardziej pospolite kwiaty jak żółte turki, czyli aksamitki, fioletowe bratki i wielobarwne lwie paszcze, które po naciśnięciu w odpowiednim miejscu palcami przypominały pyszczek zwierzęcy, który się otwierał i zamykał. Żuławski dom moich dziadków to był długi budynek typu „trzy w jednym”. Składał się z drewnianego domu mieszkalnego, murowanej obory z cegły i drewnianej stodoły (dodatkowo na podwórzu była jeszcze ogromna drewniana wozownia, w której przechowywano drewno na opał). Te trzy części łączyły się ze sobą. W budynku mieszkalnym wszystkie pomieszczenia usytuowane były wokół ceglanego komina. Można było tam chodzić wkoło po wszystkich pokojach, co było dość zabawne dla dzieci, ale czasami zwyczajnie niewygodne dla dorosłych.2 Pomieszczenia w środku były dość rozległe, ale niskie, sufity belkowane, a ściany pokryte papierowymi tapetami w roślinne wzory. Okna były nieduże i podwójne. Zamykały się na małe metalowe haczyki. Nie były to okna oryginalne, ale jakieś przypadkowe, zorganizowane przez dziadka po wojnie w miejsce tych skradzionych przez szabrowników. Progi w drzwiach tego domu były strasznie wysokie. Dobrze zapamiętałam te progi, bo były trudne do przejścia dla moich kilkuletnich nóżek. Sięgały mi chyba do kolan! Zwykle przechodziłam tamtędy z trudem, bo musiałam podnosić nogi bardzo wysoko. A nosiłam wtedy but ortopedyczny na jednej nodze i lekko kulałam. Lubiłam tylko jeden próg, usytuowany w zewnętrznych drzwiach dużej sieni gospodarczej. W porze letniej można było tam siedzieć jak na stołeczku i patrzeć na okolicę. W oddali gdzieś tam wschodziło słońce, bliżej było widać kilka sąsiedzkich domów, brukowaną drogę i czerwoną szkołę z cegły, a poza tym, wszędzie tam była sama zieleń w różnych odcieniach. Wszystko wokół było zielone, a może raczej szmaragdowe: rozległe łąki, planta- 2 „Charakterystycznym elementem zabudowy wielu wsi żuławskich jest tzw. zagroda holenderska — w której obora, stodoła i część przeznaczona do mieszkania, połączone są ze sobą tworząc jeden długi budynek. Wprowadzenie takiej formy zagrody przypisuje się osadnikom holenderskim osadzanym od połowy XVI wieku w delcie Wisły, a następnie kolonistom gospodarującym (...) także w innych, szczególnie nieprzyjaznych rolnictwu regionach w dolnym i środkowym pasie przybrzeżnym Wisły, Warty i Noteci.” Istniały trzy typu takich zagród: „zagroda w typie wzdłużnym („Langhof”), w której wszystkie budynki ustawiano w jednej linii, zagroda w typie kątowym („Winkelhof”), gdzie do budynku obory prostopadle przylega z jednej strony stodoła, oraz zagroda w typie krzyżowym („Kreuzhof”), gdy to do obory z dwóch stron przylegają dwie stodoły.” (Jerzy Domino, „Budownictwo i cmentarze menonickie na Żuławach Wiślanych”, (w:) „Mennonici na Żuławach. Ocalone dziedzictwo”, Muzeum Narodowe w Gdańsku, Gdańsk 2007, s. 59.) Wychodzi na to, że dom moich dziadków należał do pierwszego typu, a więc był to „Langhof”. Alicja Łukawska 43 cje buraków cukrowych i konopi, korony wierzb rosnących nad rowami z wodą i szumiące trzciny czy też szuwary tkwiące w tychże rowach. Wielkie drzwi zewnętrzne do domu były drewniane i ciężkie, tak ciężkie, że powojennym szabrownikom nie udało się ich ruszyć z miejsca. Wykonano je z grubych desek ułożonych artystycznie w jodełkę i wyposażono w ogromne, metalowe zamki i klamki. A ich zawiasy były rzeźbione w ozdobne wąsy i zawijasy. Wyglądały tak, jakby ktoś je przeciął w poprzek. Składały się z dwóch części, górnej i dolnej. Nie trzeba było od razu otwierać całości. Można było rankiem wstać, podejść do nich w samej koszuli nocnej albo w kalesonach, przeciągnąć się i otworzyć tylko górną połowę. Oddychało się wtedy głęboko i wyglądało na świat, nie otwierając dolnej części. Nikt nie widział, że jesteśmy niekompletnie ubrani. Nigdzie indziej nie spotkałam takich niecodziennych drzwi. Jak się weszło do środka tego domu od wschodu, to najpierw była duża sień gospodarcza, a w niej z jednej strony małe okienko tuż przy drzwiach. Na parapecie tego okienka leżały zwykle jakieś okrągłe, białe pudełeczka z Azotoxem, polską odmianą słynnego amerykańskiego proszku DDT, czyli modnej w latach 60. XX wieku trutki przeciwko owadom. Koło tego pudełeczka zwykle wysychało parę zdechłych much albo pająków, które miały nieszczęście posmakować tego specyfiku. Tuż obok o ścianę oparte były zwykle dwa duże, pomalowane na czarno rowery, jeden męski i jeden damski, które często przewracały się w najmniej oczekiwanych momentach, czasem nawet zupełnie bez powodu. Robiły wówczas wiele hałasu, bo metalowe części pojazdów uderzały o twardą, betonową posadzkę. Powiadano wtedy, że w domu „coś” straszy i przewraca te pojazdy. Czasem o zmroku albo w nocnej ciemności wydawało się, że tam, w tej wielkiej sieni, naprawdę chodzi ktoś niewidzialny i czasem daje o sobie znać jakimś nagłym i niewytłumaczalnym hałasem. Ten stary dom w ogóle sprawiał nieraz wrażenie, jakby był żywą istotą: coś tam trzeszczało, coś szumiało, coś jakby poruszało się gdzieś w odległym pokoju. Jako dziecko byłam przekonana, że mieszkają tam duchy dawnych, przedwojennych mieszkańców, ale się ich nie bałam. W tej sieni było osiem par drzwi. Pierwsze to były te podwójne, wejściowe. Drugie znajdowały się zaraz za nimi z lewej strony i prowadziły do małej komórki z oknem, gdzie trzymano różne zapasy żywności. Na podłodze stały tam wielkie, drewniane beczki z kiszonymi ogórkami i kapustą. Wyżej trzymano kamionkowe garnki ze smalcem, słoje ze śmietaną i płócienne woreczki z twarogiem. Wisiały tam również niewielkie worki z mąką, fasolą i grochem oraz wędzone boczki, szynki, kiełbasy i słoniny, które umiał zrobić miejscowy masarz, niejaki Chrztoń, którego mieszkańcy Wiśniewa wołali zawsze do domów na świniobicie. Przychodził jednego dnia, by zabić wieprzka i go sprawić, a następnego dnia wracał i robił znakomite wędliny. Po świniobiciu cała rodzina degustowała „świeżonkę”, to jest soczysty i tłusty gulasz wieprzowy po chłopsku. Właściwie tylko wtedy wszyscy najadali się mięsa naprawdę do syta. A ja zwykle pod koniec sierpnia, tuż przed powrotem do Bydgoszczy, obżerałam się chlebem ze smalcem i ogórkami ze spiżarki krajanymi w grube plastry. Jadłam, ile mogłam, ale i tak nigdy nie udawało mi się zjeść tyle, ile potrafił wchłonąć mój kuzyn Tadeusz, len to dopiero miał możliwości! Miałam wrażenie, że czasem mógł on zjeść na raz chyba 44 Żuławskie opowieści, Dom dziadków w Wiśniewie z pół bochenka wiejskiego chleba ze smalcem i skwarkami! A te bochenki były naprawdę wielkie, ważyły aż półtora kilograma. W spiżarce, w wielkiej misce, przechowywano także jajka, które zniosły kury babci Kasi. Jakiż to był przysmak dla dzieci, taki kogel-mogel, czyli żółtko surowego jajka utarte w kubeczku z cukrem! Była też wersja z białkiem ubitym na pianę oraz luksusowa, z „kakałkiem”, jak mówiono, którą się robiło, jak się komuś udało kupić w sklepie prawdziwe kakao. Trzecie drzwi z lewej strony sieni prowadziły w dół, do piwnicy, jednak nigdy tam nie byłam i nie będę teraz zmyślać, jak tam było. W każdym razie było tam bardzo ciemno. Czwarte zaś wiodły do góry, na strych, który był wielki, zakurzony i słabo oświetlony małymi okienkami zasłoniętymi pajęczyną. Na strychu stał kołowrotek babci, leżała jakaś owcza wełna do uprzędzenia w jesienne i zimowe wieczory oraz różne dziwne rzeczy, które akurat nie były na stałe potrzebne na dole. Jesienią suszono tam cebulę, a zimą wywieszano pranie. Piąte drzwi, wielkie i ciężkie były zrobione z metalu, i można było nimi przejść bezpośrednio z domu do obory. Zdaje się, że nazywały się „ogniowe”. Chodziło chyba o to, by w razie zaprószenia ognia w domu pożar nie rozprzestrzeniał się na oborę. To przejście było bardzo wygodne, bo idąc np. doić krowy o świcie zimową porą gospodyni nie musia-ła specjalnie się ubierać i wychodzić na podwórze. Mogła przejść do obory w domowym ubraniu i w kapciach. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowały się szóste drzwi, które prowadziły do pomieszczenia będącego przedłużeniem sieni, o nieustalonym właściwie przeznaczeniu. Bywał tam czasem składzik, a czasem komórka na zapasy. Nie pamiętam, jakie meble stały tam za czasów moich dziadków. Później, już po śmierci dziadka, ciotka Genia Gadzińska, która osiądzie tu na włościach, urządzi sobie w tym właśnie pomieszczeniu swoją kuchnię i wstawi tam nowoczesną, metalową kuchnię na węgiel typu „westfalka”.3 Z prawej strony sieni były siódme drzwi prowadzące do głównego paleniska w tym domu, czyli do tzw. czarnej kuchni. Było to niewielkie murowane pomieszczenie, w którym kiedyś gotowano na otwartym ogniu, ale za czasów moich dziadków była tam już zainstalowana „nowoczesna”, to jest dziewiętnastowieczna, kuchnia z płytą metalową i fajerkami, gdzie przygotowywano posiłki. Jako opał służyły tam pocięte lub porąbane gałęzie wierzb, o czym pisałam już wcześniej. W tym pomieszczeniu było tajemnicze okno wychodzące na drugą, reprezentacyjną sień domu, z której można było wyjść na ganek. Wydawało mi się ono tajemnicze dlatego, że nikt go nigdy nie otwierał, ale można było przez nie wyglądać jakby do innego świata. Gospodyni gotująca obiad mogła tamtędy zobaczyć, kto wchodzi do domu, no i dzięki temu mieć na wszystko oko. Przez to okno wpadało do czarnej kuchni trochę światła dziennego płynącego z małego okna w reprezentacyjnej sieni od strony ganku. Wisiała na nim zawsze ozdobna, wykrochmalona biała firanka, a powyżej okna była półeczka, na której stały stare, metalowe żelazka do prasowania z duszą w środku. 3 Jerzy Domino w cytowanym artykule o budownictwie menonickim podaje, że to pomieszczenie nazywano „małym pokojem”, „letnim pokojem” lub „pokojem gościnnym”. Mógł on też dawniej pełnić rolę służbówki czy magazynu. Czasami posiadał swój własny komin. Alicja Łukawska 45 Prócz tego, w czarnej kuchni mieścił się niewielki stół do przygotowywania posiłków i taboret, na którym stało wiadro z czystą wodą, którą przynoszono z obory. Ujęcie bieżącej wody znajdowało się w oborze, tuż za metalowymi drzwiami, co było bardzo wygodne dla gospodarzy. Woda w Wiśniewie była niedobra, jak na całych Żuławach, bo twarda, czerwona i żelazista. W czasie prania potrafiła zabarwić białą bieliznę na czerwono. No, ale dziadkowie cieszyli się i tak, że mają wreszcie wodę w domu. To był duży postęp w porównaniu z Radziwiłką, gdzie trzeba było nosić wodę ze studni. Obok wiadra z czystą wodą stał metalowy półlitrowy kubek, którym czerpano wodę z wiadra do picia i do gotowania, a na podłodze stawiano wiadro na brudną wodę i zlewki dla świń. Gdzieś tam jeszcze była schowana duża, emaliowana miednica z blachy, bo to właśnie pomieszczenie, będące właściwym sercem domu, służyło także czasem za łazienkę, jeśli ktoś chciał się dokładnie Babcia Katarzyna z Kalatów Łukawska z prawnuczką Mirelą. Opalenie, 1971 r, fot. archiwum rodzinne 46 Żuławskie opowieści, Dom dziadków w Wiśniewie wieczorem umyć. Było tam zwykle ciepło od żaru leżącego w kuchni pod płytą, trochę ciemnawo i bardzo zacisznie.4 Ostatnie, ósme drzwi, wiodły z sieni do tzw. „chałupka”, jak mówili o tym pomieszczeniu moi dziadkowie. Była to tak zwana „biała kuchnia”. Pomieszczenie to służyło dziadkom za jadalnię, a także dodatkowy pokój mieszkalny. Zaraz za drzwiami z prawej strony wisiało lusterko, przed którym dziadek z rana golił się, a babcia czesała swoje długie włosy i zaplatała je w warkocz, który potem upinała z tyłu głowy metalowymi szpilkami. Obok stał duży kredens, potem było okno, gdzie latem na parapecie kwitły białe i różowe pelargonie. Pod oknem stał spory, prostokątny stół otoczony krzesłami. Przy tym stole mój kuzyn Tadeusz odrabiał lekcje szkolne, kiedy chodził do podstawówki, a dziadkowie w wolnym czasie czytywali tam książki, gazety i czasopisma. W latach 60. XX wieku prasa w Polsce była dość tania i łatwo dostępna dla przeciętnego rolnika. Dziadkowie, podobnie jak ich sąsiedzi ze wsi, prenumerowali kilka tytułów, które codziennie przywoził im listonosz na rowerze. Były tam m. in. „Dziennik Bałtycki”, „Głos Wybrzeża”, „Gromada. Rolnik Polski”, „Chłopska Droga” oraz „Przyjaciółka”, którą moja babcia studiowała z upodobaniem, zwłaszcza drukowany tam kącik porad sercowych. Prócz tego zamawiano jeszcze jakieś książkowe kalendarze i różne poradniki dla rolników, ogrodników i sadowników. Dziadek interesował się informacjami i tym, co się na świecie dzieje, ale propaganda komunistyczna jakoś go nie brała. Po przeczytaniu większość tych gazet służyła na podpałkę w piecu albo lądowała w wygódce za oborą, gdzie pocięta w zgrabne kwadraty służyła do podtarcia tyłka zamiast papieru toaletowego, którego kupno w tamtych czasach graniczyło z cudem. Wszyscy podcierali się gazetami i nie narzekali, bo papier, na którym drukowano wtedy prasę był miękki i przyjemny w dotyku, a druk nie brudził skóry. No, i zawsze było co poczytać w wygódce. Przy tym właśnie dużym stole w białej kuchni cała rodzina zwykle jadała posiłki. W Wiśniewie jedzono tradycyjne, proste, polskie potrawy. Gotowały na przemian babcia Kasia z ciotką Zosią. W jadłospisie były przeważnie: naleśniki, jajecznica na słoninie, jajka na śmietanie, kapusta kiszona gotowana z mięsem, fasolówka, grochówka, zupa z dyni, rosół z kury z ziemniakami, zacierki na mleku i barszcz. Zacierki to były gęste, lane kluseczki na mleku; pyszne i sycące danie śniadaniowe, które lądowało na stole zwykle wtedy, kiedy nie było w domu kawałka chleba, bo po chleb trzeba było jeździć rowerem aż do drugiej albo trzeciej wioski, bowiem w Wiśniewie nie było wtedy żadnego sklepu. Kupowało się go w sklepie w Rachowie albo w Markusach. Przywożenie chleba to było zwykle zadanie ciotki Zosi. Nie było łatwe, bowiem wiejskie piekarnie w tamtych czasach nigdy nie nadążały z pieczeniem. Bywały takie dni, że ciotka objechała rowerem parę wiosek, zaglądając do tamtejszych sklepów i mimo to wracała 4 „W centrum domu znajdowała się tzw. czarna kuchnia — kwadratowe, murowane pomieszczenie, nad którym wznosił się masywny komin. (...) Pierwotnie palenisko w czarnej kuchni nie było połączone z kominem - potrawy przyrządzano na otwartym ogniu a dym unosił się w pomieszczeniu uchodząc przez otwarty otwór kominowy. Kiedy wprowadzono kuchnie z paleniskiem przykrytym żeliwną płytą oraz piece kaflowe w pokojach, pomieszczenie zostało górą zamknięte murowanym sklepieniem, a w jego wnętrzu wymurowano przewody kominowe od kuchni i od pieców. Do czarnej kuchni wchodziło się od strony sieni gospodarczej — na sień wejściową otwarta była oknem, nierzadko o dekoracyjnym obramieniu.” (J. Domino, op. cit., s. 68.) Alicja Łukawska 47 Przyjęcie z okazji Pierwszej Komunii Świętej. Stoją od lewej w pierwszym rzędzie trzy dziewczynki (Gabrysia Ozimkówna, Urszulka Gadzińska i Ala Łukawska). Stoją z tyłu od lewej: ciotka Marta Jóźwikowa, babcia Katarzyna Łukawska, wujek Aleksander Gadziński, ciotka Genowefa Gadzińska, NN, pani Ozimkowa, NN, pan Ozimek, dziadek Józef Łukawski. Wiśniewo, 1966 r, fot. archiwum rodzinne 48 Żuławskie opowieści. Dom dziadków w Wiśniewie z niczym do domu, za to zmęczona i zziajana. Wtedy trzeba było na chybcika gotować jakąś pożywną zupę. Barszcz był biały, tłusty i trochę śmierdzący. Podawano go z kawałkami swojskiej, wędzonej kiełbasy wieprzowej i ziemniakami ze skwarkami. Uwielbiała go cała rodzina Łukawskich z wyjątkiem mnie. Nie lubiłam tej zupy i zawsze tylko wyławiałam z niej cieńsze i grubsze plasterki kiełbasy, żeby je zjeść. Taki obiad był dla mnie stracony! Za to naleśniki mojej babci były rewelacyjne! Może dlatego, że dodawała do nich dużo jajek od własnych kur i robiła je na tłustym, wiejskim mleku od swoich krów? Kiedy byłam w Wiśniewie na wakacjach często rano budził mnie rytmiczny stukot dochodzący z kuchni. Leżałam w łóżku i słuchałam, jak babcia ubija w garnuszku albo w miseczce łyżką ciasto na naleśniki, które potem smażyła na dobrym, wiejskim oleju. Nigdy nie jadłam lepszych naleśników niż te mojej babci, które były wielkie, puszyste i żółciutkie od jajek. Wspaniałe były też pieczone przez nią ciasta drożdżowe: ogromne, wyrośnięte, żółte bochny posypane dobrze upieczoną jaśniejszą kruszonką. W rogu tego pomieszczenia stał jeszcze duży piec z zielonych kafli, który ogrzewał tę izbę jak i sąsiednią sypialnię. Palenisko było od strony jadalni. Piec był wysoki, a koło niego była nieduża wnęka, w której stało krzesło. Tam właśnie zwykle przesiadywał w milczeniu dziadek, jak nie miał nic do roboty w polu. Siedział tak i myślał sobie. A przy myśleniu lubił sobie zapalić papierosa bez filtra marki „Sport” w szklanej lufce. Palił więc jednego za drugim, strasznie kopcąc przy tym dymem i strząsając popiół do popielniczki. Stało też tam wąskie metalowe łóżko, chyba wojskowe. Widać je na zdjęciu, na którym jestem z mamą. Mam około roku życia i właśnie uczę się chodzić. Łóżko ma trochę odrapaną ramę, pomalowaną na biało. Właśnie w tym pomieszczeniu w domu moich dziadków stawiałam swoje pierwsze kroki, co zostało udokumentowane przez jakiegoś nieznanego fotografa z Elbląga, który w marcu 1960 roku sfotografował mnie, jak z miną zdobywcy zasuwam do przodu w okrągłym chodziku z wikliny składającym się z dwóch czy trzech kółek i łączących je patyków. Niedaleko łóżka na ścianie wisiało małe radio, tak zwany kołchoźnik, które nadawało tylko jedną stację, to jest pierwszy program Polskiego Radia z Warszawy. Niestety, nie można było go całkowicie wyłączyć, co najwyżej dawało się przyciszyć na noc.5 Z białej kuchni przechodziło się do narożnej sypialni z dwoma oknami w dwóch ścianach. Stały tam trzy drewniane łóżka, z wysokimi rzeźbionymi wezgłowiami i siennikami wypchanymi słomą. Na jednym łóżku spał dziadek Józef, na drugim babka Kasia, a na trzecim ciotka Zosia. Wszyscy nakrywali się wielkimi pierzynami wypchanymi gęsim puchem z własnych gęsi. Poduszki też mieli z tego samego gęsiego puchu, a pościel była z płótna białego lub białego w czerwoną i niebieską kratkę. Jak przyjeżdżaliśmy tam na wakacje, to Zosia ustępowała mnie i mamie swojego łóżka. Pamiętam, że wisiał nad nim popularny obrazek przedstawiający Anioła Stróża, który przeprowadza dwoje małych dzieci przez dziurawy mostek nad przepaścią. 5 „Kuchnia biała w domach żuławskich to pomieszczenie w węższym trakcie przylegającym do czarnej kuchni, zazwyczaj odpowiadające jej szerokości, czasem szersze, przesunięte w stronę szczytu. Powstała ona z podziału (przy ścianie czarnej kuchni) dawnej dużej przestrzeni gospodarczej domu, która wcześniej pełniła funkcję jednocześnie sieni i kuchni.” (J. Domino, op. cit., s. 68-69.) Alicja Łukawska 49 — Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój — szybko klepałam rano i wieczorem paciorek, klęcząc na podłodze przy tym łóżku i wpatrując się w obrazek. Och, jak bardzo podobał mi się ten opiekuńczy anioł i te dzieci nad przepaścią! Klęczało się tam dobrze, bo przed każdym łóżkiem leżała miła w dotyku i ciepła szara królicza skórka, oddzielająca moje małe kolanka od zimnej, drewnianej podłogi pociągniętej czerwoną farbą olejną. Odmawiałam potem „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario’ i „Wierzę , a jak trochę podrosłam, to jeszcze robiłam dodatkowo rachunek sumienia, to znaczy przypominałam sobie wszystkie grzechy, jakie popełniłam danego dnia, tak jak nauczono mnie na lekcjach religii w Bydgoszczy. Z sypialni można było przejść do ogromnego, narożnego pokoju z trzema oknami. Dwa z nich znajdowały się w ścianie bocznej, a jedno w szczytowej. To pomieszczenie było prawie zupełnie pozbawione mebli. Stała tam tylko czterodrzwiowa szafa, którą do Wiśniewa przywiozła z Bydgoszczy moja mama, i wielki, stary tapczan, a na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który babcia kupiła w Częstochowie na Jasnej Górze. W kącie był podłączony mały, żelazny piecyk typu „koza”, który miał zastąpić duży piec, jaki dawniej się tam znajdował. Ta „koza” była raczej symboliczna, bo dawała bardzo mało ciepła. Dlatego też ten wspaniały pokój był używany bardzo rzadko, raczej tylko w porze letniej, a zimą nikt tam nie wchodził, chyba że naprawdę musiał. Pamiętam, że właśnie tam, jakoś tak w połowie lat 60., dziadkowie wyprawili wesele swojej najmłodszej córce Marcie, kiedy wychodziła za Andrzeja Jóźwika.6 Z narożnego pokoju kolejne drzwi prowadziły do korytarza, czyli reprezentacyjnej sieni, skąd można było wyjść na ganek, gdzie było główne wejście do domu, chociaż mało kto z niego korzystał. Ganek był drewniany i pięknie rzeźbiony w rożne wzory. Nad schodkami miał wyryty jakiś napis, a także datę, z której zapamiętałam tylko dwie pierwsze cyfry: „1 i „7”. Jeśli uznać, że była tam wyrzeźbiona data budowy, to można przypuszczać, że ten budynek powstał w XVIII wieku. W takim razie, w czasach kiedy mieszkali tam moi dziadkowie, ten dom mógł mieć przeszło dwieście pięćdziesiąt lat, a może nawet blisko trzysta? Jak na ten wiek, to ten drewniany budynek trzymał się całkiem dobrze! Po obu stronach ganku były drewniane ławki do siedzenia. Pamiętam, jak pewnego letniego wieczoru, po upalnym dniu, siedzieliśmy tam całą rodziną, obserwując niezwykle silną burzę, jaka zaatakowała Żuławy. Lał straszny deszcz, waliły pioruny, a całe niebo rozbłyskało ogromnymi ognistymi błyskawicami. Ludzie na Żuławach panicznie bali się burz, bo nie było wtedy na domach żadnych piorunochronów, więc często po takiej burzy paliły się drewniane, kryte strzechą domy w okolicy. Zostawały z nich potem tylko dymiące zgliszcza i okopcone kominy z cegły. Miejsce po takim domu nazywano „spalonką i otaczała je zwykle pewna atmosfera grozy. Z powodu tych pożarow nikt nie mógł spokojnie usiedzieć w czasie burzy, ani tym bardziej spać, wszyscy tylko w nerwach chodzili po całym „Głównym pomieszczeniem takiego domu była narożna wielka izba („Stube , „Grosse Stube ), która zgodnie z typowym ustawieniem zagrody znajdowała się od strony południowej i przylegała do czarnej kuchni. Zależnie od wielkości domu mogła być na planie prostokąta lub zbliżonym do kwadratu, oświetlona z reguły dwoma oknami od szczytu i dwoma w ścianie bocznej. W małych domach w szczycie oświetlało ją jedno okno (...) Tutaj zbierali się wszyscy mieszkańcy, łącznie ze służbą i dorywczymi robotnikami, na świąteczne modlitwy.” (J. Domino, op. cit., s. 68.) 50 Żuławskie opowieści, Dom dziadków w Wiśniewie domu, wyglądali przez okna i słuchali, gdzie rąbnęło. Oddychali z ulgą, kiedy piorun uderzył gdzieś dalej. A najbardziej cieszyli się, gdy burza odchodziła. Tego nerwowego napięcia związanego z burzami nigdy nie przeżyłam w mieście. Z obu stron ganku rosły wielkie krzewy jaśminu, które wiosną kwitły biało i pachnąco. A pod gankiem była tajemnicza, pusta przestrzeń, to znaczy czarna ziemia pełna różnych skarbów. Lubiłam tam sobie wpełznąć i szukać starych, szklanych kałamarzy i fiolek po lekarstwach, jak również fragmentów pobitych talerzy w kwiatki. Zbierałam czasem kawałki tej porcelany i próbowałam układać z nich jakieś mozaiki, ale szybko nudziła mnie ta zabawa. Na ganku i pod gankiem bawiłam się czasem z Urszulką, a także z córkami zaprzyjaźnionej z dziadkami rodziny Ozimków, Jadzią i Gabrysią. Lubiłam zwłaszcza miłą i sympatyczną Gabrysię, która była moją rówieśnicą. Ozimkowie mieszkali jakieś pół kilometra od dziadków w małym drewnianym domku tuż przy drodze i czasem bywałam u nich z babcią. Wielką atrakcją było to, że mieli telewizor! Kupili sobie pierwszy odbiornik telewizyjny w całej wsi. To była wówczas prawdziwa rzadkość! Moi dziadkowie mieli przecież w tym czasie tylko radio. Pamiętam, że właśnie w tym telewizorze u Ozimków zobaczyłam jeden z pierwszych filmów w moim życiu. Był to czarno-biały radziecki melodramat science-fiction pt. „Diabeł morski” według powieści „Człowiek ryba” Aleksandra Bielajewa, który opowiadał o niemożliwej do spełnienia miłości ziemskiej kobiety i mężczyzny z oskrzelami ryby. Ta historia źle się skończyła i strasznie się wtedy spłakałam. Alicja Łukawska 51 Jadzia i Gabrysia Ozimkówny miały jeszcze brata Staśka, ale z nim się nie bawiłam, bo był sporo starszy ode mnie. Stosunki towarzyskie moich dziadków z Ozimkami były dość bliskie, często nawzajem odwiedzali się w domach, a w 1966 roku Ozimkowie byli gośćmi na przyjęciu zorganizowanym przez ciotkę Genię z okazji Pierwszej Komunii Świętej jej córki Urszulki. Wiele lat później, w 2003 roku, kiedy mieszkając już w Malborku pracowałam jako terenowy korespondent redakcji „Głosu Wybrzeża” z Gdańska, pojechałam sobie służbowo do Bągartu pod Dzierzgoniem na zaproszenie tamtejszych strażaków, którzy obchodzili jakąś rocznicę swojej działalności. Miała być uroczysta msza święta, odsłonięcie pamiątkowej tablicy, a potem festyn. W czasie nabożeństwa wyszłam z dusznego i zatłoczonego kościoła, bo nie było tam czym oddychać. Przed świątynią stało paru mężczyzn w strażackich mundurach, którzy palili papierosy i rozmawiali. Pytali, skąd jestem i czy znam te okolice. - Znam bardzo dobrze, bo tutaj niedaleko, w gminie Markusy, spędzałam wakacje w dzieciństwie, miałam tam krewnych — odpowiedziałam. — A dokładnie to gdzie? — próbowali uściślić panowie przed kościołem. - No, w samych Markusach miałam rodzinę, ale też trochę dalej, w Wiśniewie. Tam mieszkali moi dziadkowie — odpowiedziałam. — A jak się nazywali?— zapytał jeden. — Łukawscy. Ja też jestem Łukawska, mam na imię Alicja. - A to pani musi być ta mała, gruba Ala od Łukawskich! - zakrzyknął mężczyzna. - To my się przecież znamy! Ja jestem Stasiek Ozimek! A z Łukawskimi mieszkaliśmy po sąsiedzku w Wiśniewie. Poznaje mnie pani? Niestety, nie rozpoznałam Staśka, którego pamiętałam przecież z dzieciństwa jako kilkunastoletniego chłopaka. Zmienił się jakby trochę... Jak się okazało, rodzina Ozimków już dawno wyprowadziła się z Wiśniewa, a ich dom był opuszczony. Stasiek ożenił się i zamieszkał pod Sztumem, w Koniecwałdzie czy też może w Gościszewie, miał tam swoje gospodarstwo rolne i szefował miejscowej straży pożarnej. Nie pamiętam, by mój dziadek kiedykolwiek na coś chorował. Nigdy się nawet na nic nie uskarżał. Zdaje się, że był parę razy u doktora dopiero na krótko przed śmiercią, ale też nie jestem tego pewna. W każdym razie, po krótkiej chorobie zmarł nieoczekiwanie w elbląskim szpitalu w maju 1969 roku. Został pochowany w Elblągu, na cmentarzu przy ulicy Agrykola. Jego grób znajduje się tam do tej pory. Po raz ostatni byłam z rodzicami na krótkich wakacjach w Wiśniewie latem 1969 roku. Miałam wtedy jedenaście lat. Wszystko było tam już inaczej. Zrobiło się tam jakoś dziwnie cicho. Po pogrzebie w opustoszałym domu zostały tylko babcia z ciotką Zosią. Gospodarza nie było, bo został na cmentarzu w Elblągu. Nie było także mojego kuzyna Tadeusza, który w międzyczasie dorósł, skończył technikum rolnicze w Bydgoszczy, ożenił się, wyprowadził z domu i zaczął pracować jako zootechnik w Opaleniu nad Wisłą, a potem w Miłoradzu na Żuławach. 52 Żuławskie opowieści. Dom dziadków w Wiśniewie W tamtym roku gospodarstwo Łukawskich przestało istnieć. Po dziadkach przejęła je ciotka Genia Gadzińska, ale ona już nie zapraszała nas na wakacje. Nigdy więcej tam nie pojechałam z rodzicami. Byłam tam jeszcze kilka razy sama, ale na krótko. Nie mam z tamtego domu w Wiśniewie żadnego przedmiotu, najmniejszej choćby materialnej pamiątki. Po dziadkach Łukawskich zostało mi tylko kilka niezbyt wyraźnych, czarno-białych fotografii i trochę osobistych wspomnień, którymi chciałam się tutaj podzielić. Po wielu latach ze zdziwieniem dowiedziałam się, że dom moich dziadków był typowym przykładem zabytkowej architektury drewnianej, jaką pozostawili na Żuławach członkowie protestanckiej sekty menonitów, którzy przybyli na te tereny w XVI wieku, a później odeszli. Była to zagroda holenderska w typie wzdłużnym, zwana przez fachowców „Langhof”. Niestety, nie udało mi się ustalić, kim byli, ani jak się nazywali wcześniejsi właściciele tamtego domu. W czasach, kiedy mieszkali tam moi dziadkowie, nikt nie słyszał o jakiś tam „menonitach”. Powszechnie mówiono, że jest to budownictwo poniemieckie i nie przywiązywano żadnej wagi do jego „zabytkowości”. Takich domów na Żuławach jest coraz mniej, a niedługo może wcale już ich nie będzie? Aleksandra Paprot-Wielopolska 53 Aleksandra Paprot-Wielopolska „STU LATKO WIE" z Żuław i Powiśla W 2018 r. w Polsce uroczyście świętowano 100-lecie odzyskania niepodległości. Stało się ono również okazją do realizacji wielu projektów upamiętniających ważne wydarzenia dla kraju. Wśród licznych inicjatyw prowadzonych przez instytucje i organizacje z całej Polski można wyróżnić te, które mają na celu przedstawienie niepodległej Polski z perspektywy wspomnień i doświadczeń jej mieszkańców. Do takich projektów można zliczyc „100 100-latków na 100-lecie” Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” z Wrocławia, który postanowił nagrać historie życia rówieśników Niepodległej. Jego realizację rozpoczęto w 2018 r. i będzie ona trwać do 2020 r. w ramach dotacji z Wieloletniego Programu Rządowego „Niepodległa” na lata 2017-2021. Projekt zakłada przeprowadzenie i nagranie w formie audio oraz video stu wywiadów biograficznych ze świadkami historii urodzonymi w czasach bliskich odzyskaniu niepodległości— w 1923 r. i wcześniej. Relacje stulatków nagrywane są metodą historii mówionej 1, która pozwala na pozyskanie informacji o doświadczeniach ostatniego stulecia w kontekście historii osobistych oraz na tle ważnych wydarzeń w kraju i na świecie. Zgromadzone w pierwszym etapie projektu źródła historyczne — relacje wzbogacone o dokumenty i zdjęcia — posłużyły Ośrodkowi do stworzenia wystawy plenerowej „Rówieśnicy Niepodległej , której wernisaż odbył się 10 listopada 2018 r. Będzie ona prezentowana przez kolejne dwa lata w ponad dziesięciu miastach i mniejszych miejscowościach, gdzie nagrano relacje „stu-latków”2. Oprócz tego wystawę będzie można też zobaczyć w intrenecie (w języku polskim i angielskim). W projekt zaangażowali się badacze i instytucje partnerskie, które nagrywają relacje świadków historii, m.in Państwowy Instytut Naukowy — Instytut Śląski w Opolu, Białostocki Ośrodek Kultury - Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku i Dom Spotkań z Historią z Warszawy. Jak dotąd nagrano w 2017 (w ramach pilotażu) i 2018 r. łącznie 66 relacji, które znajdują się w opracowaniu. Te i kolejne posłużą jako materiał źródłowy do publikacji popularnonaukowej ukazującej ostatnie 100 lat historii Polski z perspektywy tych, którzy je przeżyli. Przedstawienie życiorysów „stulatków pozwoli na ukazanie wartości oraz wydarzeń i przełomów, które począwszy od 1918 r., budowały polską tożsamość narodową. Naukowe opracowanie wyników projektu zostanie opublikowane na łamach „Wrocławskiego Rocznika Historii Mówionej , wydawanego przez Ośrodek. Ośrodek „Pamięć i Przyszłość” specjalizuje się w gromadzeniu, opracowywaniu i archiwizacji relacji świadków historii, które nagrywane są metodą historii mówionej {orał history). Równolegle od 2011 r. jest wydawcą „Wrocławskiego Rocznika Historii Mówionej”. Artykuły z rocznika znajdują się w wolnym dostępie na jego stronie internetowej, zob. https.//wrhm. pl/wrhm/issue/archive (dostęp: 22 I 2019 r.). Najprawdopodobniej wystawa zagości też w jednym z miast na Żuławach i Powiślu. 54 „Stulatkowie”z Żuław i Powiśla W 2018 r. zostało nagranych pięć relacji świadków historii z Pomorza — z Żuław i Powiśla. Wśród nich znalazł się jeden mężczyzna i cztery kobiety w wieku od 95. do 106. lat. Jak dotąd 106-latka z Cedrów Wielkich jest najstarszą nagraną w projekcie kobietą3. Historie mówione mieszkańców Żuław i Powiśla były nagrywane w formie audio i/lub video. Nagrania uzupełniono o zdjęcia i prywatne dokumenty, które stanowią uzupełnienie relacji. Po opracowaniu materiały te zostaną zdeponowane w archiwum Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” tak, aby mogły być źródłem wiedzy o przeszłości dla wszystkich nią zainteresowanych. Opowieści o życiu osób nagranych na Pomorzu zawierają wiele informacji o dzieciństwie i dorastaniu w międzywojennej Polsce oraz o doświadczeniach związanych z II wojną światową. Cztery osoby trafiły na te tereny w ramach przesiedleń na tzw. Ziemie Odzyskane. Tylko jedna osoba była związana z ziemią sztumską od pokoleń, a jej rodzina była zaangażowana w działalność propolską w czasach plebiscytu na Powiślu. Co interesujące, we wspomnieniach „stulatków” znacznie więcej można dowiedzieć się o historii Polski do ok. lat 50. XX w., niż o czasach współczesnych. Może wiązać się to tym, że chętniej i częściej powracają oni do czasów swojej młodości, na którą spoglądają z dużym sentymentem z perspektywy czasu. Relacje świadków historii były nagrywane trzyetapowo. Pierwszy etap polegał na swobodnej narracji (wypowiedzi) świadka historii o swoim życiu - tak, jak to zapamiętał. Drugi etap polegał na uzupełnianiu pozyskanych wcześniej informacji przez dopytywanie - zadawanie pytań świadkowi przez badacza. Ostatni - trzeci - etap obejmował zestaw pytań kwestionariuszowych, zadawanych w ramach projektu „100 100-latków na 100-lecie”. Wśród nich znalazły się takie zagadnienia jak np. śmierć Józefa Piłsudskiego, życie codzienne i obchodzenie uroczystości patriotycznych w okresie międzywojennym, wybuch i zakończenie II wojny światowej, życie w czasach PRL-u czy czasy „Solidarności”. Na koniec nagrania poproszono świadków historii o wyjaśnienie czym jest dla nich niepodległość. Relacje nagrane w Sztumie, Stogach, Cedrach Wielkich i Pruszczu Gdańskim to bogate w treści źródła mówiące o doświadczeniach ludzi, którzy byli świadkami ważnych wydarzeń w historii Polski. Dlatego poniżej znajdują się opracowane biogramy „stulatków”, które ukazują ich skomplikowane losy i drogi, jakie musieli pokonać, by osiąść na stałe na Pomorzu. Alina Giembicka (z d. Malewska) urodziła się w 1923 r. w Skurgwach w powiecie grudziądzkim. Jej rodzina pochodziła z powiatu sztumskiego, miała tutaj swoje majątki. Wielu członków rodziny było nauczycie- 3 Na Dolnym Śląsku w Świdnicy została nagrana relacja 108-latka, który jest najstarszym Polakiem i jeszcze kilka lat temu biegał w maratonach. Alina Giembicka ze Sztumu, fot. A. Paprot-Wielopolska 2018 Aleksandra Paprot-Wielopolska lami, w tym jej ojciec, który był początkowo nauczycielem w Skurgwach i angażował się w działalność plebiscytową. Następnie rodzina Malewskich przeniosła się do Grudziądza i Wejherowa, gdzie przebywała do wybuchu II wojny światowej. Tam Alina ukończyła gimnazjum u Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego. Z powodu działalności propolskiej ojca, jej rodzina musiała przenieść się do Poznania, gdzie przebywało wtedy wielu działaczy plebiscytowych z Powiśla. W Poznaniu Alina rozpoczęła pracę w firmie znajdującej się w naprzeciwko Zamku Cesarskiego, w której do zimy 1940 r. zajmowała się urządzeniami sanitarnymi i ogrzewaniem centralnym. Pod koniec wojny rodzina Malewskich wróciła do Sztumu. Po wojnie, przez 15 lat, pracowała jako urzędniczka w sztumskim sądzie (zasiadła też w komisji sądowo-lekar-skiej) i była świadkiem śledztw prowadzonych w związku z działalnością żołnierzy wyklętych na Powiślu. W 1954 r. wyszła za mąż za Michała Giembickie-go, który pochodził z Dziesiętników w województwie nowogrodzkim i miał korzenie tatarskie. Jej mąż po wojnie organizował Liceum Pedagogiczne w Kwidzynie, a w 1956 r. został pierwszym dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Sztumie. Przez pewien czas pracowała również w sztumskim liceum. Do dziś mieszka w Sztumie. Katarzyna Glier (z d. Hardyn) urodziła się w 1912 r. we wsi Zabierzów Bocheński koło Krakowa jako jedno z dziesięciorga dzieci. Jako nastolatka pracowała już i zarabiała w okolicznych majątkach ziemskich, a w wieku 16 lat przeniosła się do Krakowa, by tam podjąć się pracy jako opiekunka dzieci u wdowca i wojskowego — Franciszka Gliera, który później po wielu latach został jej mężem i ojcem ich wspólnych dzieci. Po wojnie trafiła do Cedrów Wielkich na Żuławach, gdzie od dwóch lat pracował już Franciszek jako zastępca sekretarza gminy. Później przez wiele pracowała jako kucharka m.in. podczas organizacji wesel. Do dziś mieszka w Cedrach Wielkich. Franciszek Komasara urodził się w 1923 r. w Komorowie (gm. Pacanów, pow. Busko-Zdrój). W czasie II wojny światowej walczył w Batalionach Chłopskich 55 Katarzyna Glier z Cedrów Wielkich, fot. A. Paprot-Wielopolska 2018 Franciszek Komasara ze Stogów, fot. A. Paprot-Wielopolska 2018 56 „Stulatkowie”z Żuław i Powiśla (pseudonim „Trzcina”). Do Stogów na Żuławy przyjechał w 1947 r. Prowadził przez wiele lat indywidualne gospodarstwo rolne (jedno z najlepiej rozwijających się w regionie) specjalizujące się w uprawie zbóż, buraków cukrowych, a także w hodowli bydła mlecznego. Do dziś ma także własną pasiekę. Był prezesem Kółka Rolniczego w Stogach, prezesem Wojewódzkiego Związku Kółek Rolniczych w Elblągu, przewodniczącym rady Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Elblągu, przewodniczącym rady Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Malborku, przewodniczącym komisji rewizyjnej Centralnego Związku Przedsiębiorczości Mleczarskiej w Warszawie, członek Polskiego Stronnictwa Ludowego, członek Związku Pszczelarzy, Ochotniczej Straży Pożarnej w Stogach, założyciel i były przewodniczący Związku Hodowli Bydła w Warszawie, członek Związku Kombatantów Rzeczpospolitej Polskiej (więźniów politycznych). Zjazd Spółdzielczości Mleczarskiej w Elblągu - lata 80. XX w. Ze zbiorów prywatnych Franciszka Komasary Józefa Krośnicka (z d. Kołakowska) urodziła się w 1914 r. w Pułtusku, gdzie jej rodzice po powrocie ze Stanów Zjednoczonych prowadzili od 1910 r. sklep kolonialny. W Pułtusku ukończyła szkołę i zdała maturę, by następnie rozpocząć studia z zakresu historii, filozofii i historii sztuki na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom magistra otrzymała w 1937 r. na podstawie pracy o przyłączeniu Mazowsza do Korony w połowie XVI w. Po studiach powróciła do Pułtuska, gdzie rozpoczęła praktykę nauczycielską w gimnazjum im. Piotra Skargi. W czasie wojny działała w konspiracji i wstąpiła do tajnej organizacji nauczania. Prowadziła też sklep w pobliskim Płocochowie, gdzie znajdował się punkt przekazu wiadomości AK z tajną skrzynką pocztową. Podczas wojny, aby utrzymać się, zajmowała się domową produkcją mydła i cukierków. Dostała się jednak do Aleksandra Paprot-Wielopolska niewoli w Obozie Polskim „Bałtyk”, Bei der Lohmiihle w Lubece w Niemczech. Tam pod koniec maja 1945 r. założyła pierwszą polską szkołę, którą prowadziła do 5 listopada. Wówczas w ramach zorganizowanego transportu dla cywilów, trafiła do Szczecina, a następnie do Poznania i Warszawy. Później z mężem Jerzym osiedliła się w majątku we wsi Stołeczna pod Szczecinem, gdzie Jerzy objął posadę zarządcy państwowego majątku (Państwowe Nieruchomości Ziemskie). Tam Józefa prowadziła też kursy dla analfabetów. W czasie PRL-u jej mąż został oskarżony bezpodstawnie o wywołanie pożaru w budynku należącym do pałacu i uznano go za wroga kraju, dlatego trafił do więzienia. Ją jako żonę również wtedy prześladowano. Po wyjściu z więzienia Jerzy zrzekł się posady w Stołecznej i przenieśli się do Sobowidza na Kociewiu, gdzie został dyrektorem Zakładu Rolnego, a Józefa pełniła funkcję kierowniczki miejscowej Szkoły Podstawowej w latach 1951—1961. Później rodzina Krośnickich przeprowadziła się do Pruszcza Gdańskiego i Józefa zaczęła pracę w Szkole Podstawowej nr 3 jako nauczycielka historii. Po przejściu na emeryturę zaczęła pisać książki o historii regionu dotyczące Żuław, Pruszcza Gdańskiego i okolic, m.in. Z czasów przełomu 1944-1945', Zanim Gdańskie Wyżyny wróciły do Polski; Księga pamiątkowa kolejarzy polskich z rejonu Pruszcza Gdańskiego..W cieniu Gdańska, czy Żuławy Gdańskie w historię Pomorza Gdańskiego wpisane. Wspomnienia Józefy Krośnickie ukazywały się też w serii publikacji Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku „Pułtusk. Studia i materiały z dziejów miasta i regionu”. W 2010 r. otrzymała zaszczytny tytuł Ambasadora Pruszcza Gdańskiego. Helena Lubińska (z d. Bartkowska h. Przegonią) urodziła się w 1915 r. Gniewie na Kociewiu. Ukończyła trzyletnią pensję u hrabiny Zamojskiej w Kórniku. Do 1939 r. prowadziła bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych i razem z bratem Stefanem zaangażowana była w życie muzyczne i teatralne w Gniewie. Po wybuchu 57 Józefa Kraśnicka z Pruszcza Gdańskiego, fot. A. Paprot-Wielopolska 2018 Józefa i Jerzy Kraśniccy w dniu ślubu. Ze zbiorów prywatnych Józefy Kraśnickiej wojny, z powodu znalezienia się z bratem na liście proskrypcyjnej (działała też w Polskim Związku Zachodnim), musiała uciekać do Warszawy, gdzie spędziła kilka miesięcy. Częste łapanki skłoniły ją do wyjechania do siostry do Poznaniu, gdzie jednak złożono na nią później donos. Wówczas została skierowana na roboty przymusowe do Niemiec (w Meklem- 58 „Stulatkowie”z Żuław i Powiśla burgii), gdzie pracowała u „bauera” z jeńcami francuskimi. Po powrocie do Gniewu zaczęła pracę jako pomoc dentystyczna. Następnie w 1950 r. przeprowadziła się do Janowa, gdzie jej mąż został kierownikiem szkoły. W tym czasie rodzina Lubińskich powiększyła się o bliźnięta -Andrzeja i Romana. Następnie w 1961 r. przeprowadzili się do Postolina. Tam od 1964 r. Helena pracowała w bibliotece aż do emerytury. Od 1989 r. mieszka z synem w Sztumie. Helena Lubińska ze Sztumu, fot. A. Paprot-Wielopolska 2018 Helena Lubińska na koniu w Pierzchowicach pow. sztumski w 1927 r.,fot. ze zbiorów prywatnych Heleny Lubińskiej Aleksandra Paprot-Wielopolska 59 Ośrodek „Pamięć i Przyszłość” we Wrocławiu (ul. Grabiszyńska 184) jest instytucją kultury, współprowadzoną przez miasto Wrocław i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Misją Ośrodka jest badanie, dokumentowanie i popularyzowanie wiedzy o najnowszej historii. Od początku swojej działalności, tj. od 2007 r., realizuje program „Świadkowie Historii”. Jego celem jest dotarcie do osób, które chcą podzielić się z Ośrodkiem swoimi osobistymi wspomnieniami, które nagrywa i zabezpiecza tak, żeby nie uległy zapomnieniu. Ośrodek interesuje każda opowieść o własnym życiu, o ważnych wydarzeniach historycznych, których rozmówca był świadkiem lub uczestnikiem, ale też o codzienności w czasach, które już minęły. Nagrane przez Ośrodek relacje, czasem w raz z przekazanymi pamiątkami (przedmiotami, zdjęciami, dokumentami) lub ich kopiami., przechowywane są w miejscowym archiwum. W tych źródłach historycy, dziennikarze, studenci inne osoby zainteresowane historią, znajdują bardzo cenne informacje o wydarzeniach z przeszłości. Często takie, których nie można znaleźć w tradycyjnych archiwach, bo nie zostały zapisane w urzędowych dokumentach. Źródła te służą też do przygotowania historycznych wystaw i projektów edukacyjnych dla młodzieży, która dzięki nim odkrywa, że historia to coś bliskiego i żywego. W ramach struktury Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” od 2016 r. funkcjonuje Centrum Historii Zajezdnia, które mieści się w dawnej zajezdni VII (tramwajowej, a następnie autobusowej), gdzie odbywały się strajki „Solidarności” we Wrocławiu w latach 80. XX w. W CHZ prezentowana jest wystawa stała „Wrocław 1945-2016”, na której została pokazana historia ludzi, którzy przybyli do Wrocławia i na Dolny Śląsk po II wojnie światowej. Zobacz więcej na: https://www.zajezdnia.org/ 60 Cmentarz Tessendorf Bogusław Krauze, Piotr Topolski CMENTARZ TESSENDORF1 Jesteśmy przewodnikami Muzeum Zamkowego w Malborku i pasjonatami historii, szczególnie tej lokalnej. Zwrócił się do nas przewodniczący stowarzyszenia byłych mieszkańców Malborka Pan Bodo Riicker z prośbą o uporządkowanie byłego niemieckiego cmentarza położonego w Nowej Wsi Malborskiej. Znajdowało się tam 80 nagrobków w bardzo różnym, najczęściej kiepskim stanie. Pomimo tego, iż zdawaliśmy sobie sprawę z ogromu prac, podjęliśmy się tego zadania. Nasze działania nazwaliśmy „Przywrócić tożsamość”. Od wiosny 2017 do jesieni 2018 roku prowadziliśmy na cmentarzu prace porządkowe. Poziomowaliśmy betonowe obramowania grobów, stworzyliśmy małe lapidarium, na którym umieściliśmy nieliczne rozbite płyty nagrobne, wywieźliśmy przy pomocy wielu wspaniałych ludzi kilka ton śmieci, karczowaliśmy niezliczoną ilość korzeni po wyciętych wcześniej krzewach. Wykonaliśmy 30 metrowy chodnik prowadzący na górny taras cmentarza. Gmina Malbork ogrodziła to niezwykłe miejsce. Ustawiliśmy przy bramce wejściowej na cmentarz kamień z przytwierdzoną tablicą, na której umiejscowiony został dwujęzyczny tekst. Wszystkie prace wykonaliśmy społecznie, angażując swój czas i środki finansowe. Naszym zamierzeniem było, aby turyści niemieckojęzyczni, tak licznie przybywający do naszego miasta, mieli możliwość odwiedzenia tego jakże ważnego dla nich miejsca. Być może niektórzy z odwiedzających odnajdą tu swoich krewnych. Troska o dziedzictwo kulturowe, pozostawione na naszych ziemiach przez inne narodowości, to nas Polaków obowiązek. Zdjęcia autorstwa Bogusława Krauze i Piotra Topolskiego Autorzy tekstu w trakcie prac porządkowych na cmentarzu, fot. archiwum Arkadiusz Kosiński Kino Tęcza kasynem., kultury* 64 Kino Tęcza kasynem... kultury Budynek po „Kinie Tęcza” już wkrótce odzyska dawny blask. A przynajmniej tak wynika z zapowiedzi kwidzyńskich samorządowców, którzy chcą go przeznaczyć w większości na działalność kulturalną. Stąd też robocza nazwa - Kasyno Kultury, która nawiązuje do dawnego Casino Preussenhof. Sam obiekt został wybudowany w 1850 roku. Z przyczyn oczywistych nie można tam było wówczas oglądać żadnych filmów, bo minęło dopiero kolejnych kilkadziesiąt lat nim bracia Lumiere pochwalili się światu swoim wynalazkiem, a ten dotarł do Kwidzyna. Wcześniej jednak budynek służył branży rozrywkowej. Mieszkańcy Kwidzyna gromadzili się tam podczas spotkań towarzyskich w ramach wspomnianego już wyżej Casino Preussenhof. Był to rodzaj klubu, w którym co jakiś czas odbywały się spotkania towarzyskie, często związane z jakimś tematem. Był to niewielki gmach o jednej kondygnacji, za to z piękną piwnicą z łukowatymi sklepieniami. Uwagę każdego przechodnia przykuwał piękny ryzalit - środkowa część bryły, nawiązująca do klasycyzmu. Główne wejście znajdowało się z tyłu budynku. Wchodziło się po schodach poprzez dobudowaną werandę osłoniętą markizą. Ponieważ znajdował się tam również ogród całość stanowiła bardzo atrakcyjne miejsce wypoczynku. Pierwsze kino zaczęło funkcjonować w Kwidzynie w 1909 roku. Z jednej strony duży postęp techniczny, z drugiej duża popularność tego rodzaju rozrywki sprawiła, że w Kwidzynie pojawiło się miejsce dla konkurencji. Z takiego założenia wyszedł Joseph Modest, który zakupił na cele kinowe gmach przy ul. Piłsudskiego. Obiekt wymagał inwestycji. Nowe kino otworzyło swoje podwoje w 1935 roku. Na potrzeby sali kinowej dobudowano salę, likwidując tym samym wejście, częściowemu zniszczeniu również uległa piękna piw- Arkadiusz Kosiński 65 nica ze sklepieniami. Bilet na seans kosztował wówczas poł marki. Kino funkcjonowało również po wybuchu II wojny światowej i wyświetlało niemieckie kroniki propagandowe „Wochenschau”, na które również nie brakowało chętnych. W styczniu 1945 roku do miasta wkroczyli Rosjanie, kino zostało zdewastowane, aparatura zniszczona. Instytucję uruchomiono dopiero w marcu 1946. Powojenne zniszczenia mocno odbiły się na funkcjonowaniu kina, bowiem brakowało sprzętu. Od tego momentu nazwa „Kino Tęcza” — nadana od tytułu pierwszego wyświetlanego filmu, który wyreżyserował Mark Doński na podstawie powieści Wandy Wasilewskiej — na stałe przylgnęła do budynku. W 1948 roku kierownikiem instytucji został Herbert Bielik, który od dwóch lat był wtedy miejskim radnym. Poprzedni kierownik, ale już po opuszczeniu tej posady, został aresztowany przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego pod zarzutem przechowywania w obiekcie beczek z rzekomo kradzionym towarem. Na ten okres przypadł czas stopniowej bolszewizacji repertuaru kina. Akcję tę nadzorował bezpośrednio sekretarz PPR, który w 1948 roku krytykował kino, że miało słabą ofertę, bo było w niej zbyt dużo filmów sensacyjnych. Stopniowo władzom udało się doprowadzić do zmiany i J. Krupa mógł z dumą donieść władzom wojewódzkim, że niechęć do filmów rosyjskich została przełamana, zwłaszcza wśród repatriantów zza Buga. Można się domyślać, że mieszkańcy wschodniej Polski, doskonale pamiętający organizację radzieckiego państwa z lat 1939-1941 i 1944-1945, byli szczególnie wyczuleni na fałszywy propagandowy obraz niedawnej przeszłości - czytamy w publikacji „Kwidzyn. Dzieje miasta’. Rok później kinem kierował już kto inny, był to przedwojenny przedsiębiorca kinowy S. Myszko. Ten jednak również swoje stanowisko stracił, co więcej, „podziękowano mu 66 Kino Tęcza kasynem... kultury również za członkostwo w partii. Wniosek o usunięcie go z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zgłosił instruktor kadrowy KP PZPR, głównie z powodów ideologicznych. Pojawiły się zarzuty, że bojkotował prasę i nie chciał prenumerować nic więcej niż „Głos Wybrzeża”, miał też straszyć swoich pracowników zamknięciem ich w więzieniu. Kolejny kierownik kina, E. Bednarski stracił posadę w 1953 roku, a następnie legitymację partyjną, gdy PUBP wykryło, że służył w Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa, tzw. granatowej policji. Tu również wypada zacytować fragment z wydawnictwa „Kwidzyn. Dzieje miasta”. Był to w ciągu czterech lat trzeci kierownik kina, usunięty z przyczyn politycznych. Kino miało w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych także inne problemy, gdyż z powodu remontu przez dłuższy okres było nieczynne. Do końca lat pięćdziesiątych „ Tęcza” była jedynym stałym kinem w powiecie kwidzyńskim, ale warto zaznaczyć, że w 1956 roku istniało już w większych gminach pięć kin półstałych, wyposażonych w sprzęt kinowy, więc nie była już takim „zjawiskiem” jak na początku. Czy w latach 50. mieszkańcy chętnie korzystali z dużego ekranu „Tęczy”? Tak, i to bardzo. Dane z 1956 roku mówią o średniej frekwencji na poziomie 50-200 widzów podczas jednego seansu. W 1960 roku kwidzyńskie kino sprzedało prawie 91 tysięcy biletów i wejściówek na 516 filmów. Jednym z najchętniej oglądanych wówczas filmów byli „Krzyżacy”. Film cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że jego prezentację wydłużono o ponad dwa tygodnie ze względu na ogromną liczbę chętnych. W „Tęczy” zobaczyć można było również „Jak rozpętałem Arkadiusz Kosiński 67 drugą wojnę światową”, który dotarł do Kwidzyna zaraz po premierze, czy filmową adaptację „Lalki” Wojciecha Hasa z 1968 roku. Po wydarzeniach z grudnia 1970 roku repertuar kina w Kwidzynie stał się przedmiotem szerszej kontroli wydziału propagandy komitetu powiatowego partii. Donoszono m.in. o słabej frekwencji podczas pokazów filmów z państw socjalistycznych, przy jednoczesnych pełnych salach na premierach filmów zachodnich. Zimą 1972 roku w kwidzyńskim kinie „ Tęcza ” mieszkańcy mogli oglądać więc polską „Mo-todramę”, radziecką baśń filmową „Królewna z długim warkoczem , choć zapewne największe powodzenie miały projekcje „Zbiega z Alcatraz”. Pięć lat później kolejne klasy szkół podstawowych i średnich odwiedzały kino, by zobaczyć wielką filmową koprodukcję państw bloku wschodniego pt. „Żołnierze wolności” — czytamy w „Kwidzyn. Dzieje miasta . A dalej, że w 1978 roku w sali kinowej „Tęczy” filmowe projekcje obejrzało 130,5 tys. widzów, a w 1983 roku już prawie 10 tys. więcej. „Tęcza” pękała w szwach właśnie w latach 80. ubiegłego wieku. Głównie wyświetlano tam filmy radzieckie. Bywało, że bywalcy „Tęczy mogli też cieszyć oko zachodnimi produkcjami, ale te docierały tu z lekkim opóźnieniem, były to m.in. „Gwiezdne wojny. Powrót Jedi”, czy „Mucha” Davida Cronenberga z Jeffem Goldblumem w roli głównej. Gdy jednak zachodnie szlagiery filmowe do Kwidzyna już dotarły, przed kasą kina wiły się tasiemcowe kolejki. Niektórzy próbowali oczywiście rożnych sposobów na to, aby wejsc bez biletu. Reklam przed seansem wtedy nie było, ale przed projekcją obowiązkowo wyświetlano Polską Kronikę Filmową, której nowa część ukazywała się co tydzień. W kinie „Tęcza” odbywały się także koncerty, gdzie jednym z najczęściej przywoływanych we wspo-ninieniach przez mieszkańców był występ grupy Kombi. 68 Kino Tęcza kasynem... kultury Z czasem kino zaczęło podupadać, by ostatecznie wyzionąć ducha w 1994 roku. Na fali przemian w latach 90 zmienił się właściciel obiektu. Wprawdzie Przedsiębiorstwu Rozpowszechniania Filmów „Neptun — Film”, która zawiadywała pomorskimi kinami, udało się go sprzedać prywatnemu właścicielowi, ale od tamtego czasu obiekt jest nieużytkowany. Kilka lat temu jego poprzedni właściciel ograniczył się jedynie do odmalowania elewacji obiektu. Na początku 2018 roku budynek trafił w ręce miasta. Miasto zapłaciło za niego nieco ponad 600 tys. zł. Chyba jak żaden inny w mieście, wymaga on liftingu. I to kompleksowego, bo od lat zamiast być wizytówką deptaka, czyli jednego z najczęściej uczęszczanych przez mieszkańców miejsca, jedynie straszy i ulega stopniowej dewastacji. Nie potrafi się obronić przed upływem czasu i wandalami, którzy uczynili sobie z niego „sztalugę”. Wedle wstępnej koncepcji, obiekt służyć ma działaniom kulturalnym. W środku znajdzie się miejsce m.in. dla stowarzyszeń, w tym seniorów. W tym roku gotowy ma być projekt adaptacji i modernizacji obiektu. Szacunkowy koszt całej operacji to 6 milionów złotych. Miasto być może będzie musiało sięgnąć po środki zewnętrzne, bo taka kwota może się okazać zbyt duża dla samorządowego portfela. Za pomoc przy pracy nad artykułem dziękuję pani Justynie Liguz. Bardzo pomocna okazała się również publikacja „Kwidzyn. Dzieje miasta", Kwidzyńskie Centrum Kultury, 2013. ‘Zdjęcia pokazujące zrujnowane wnętrze dawnego kina Tęcza są autorstwa Arkadiusza Kosińskiego Arkadiusz Kosiński______________________________________________ 72 Ptaki się do mnie dobrały... Wspomnienia jak obrazy, zatrzymane w kadrze chwile. Przeglądane po raz kolejny, za każdym razem wnoszą w naszą pamięć nowe treści. Zapraszam na chwilę refleksji o miłości, szczęściu i naszych miejscach na ziemi. Na kalejdoskop wspomnień z życia miłośniczki i obserwatorki przyrody, która przemierzając świat po drogach i bezdrożach, skutecznie gubi się i wraca za słońcem, z wiarą w następny zakręt drogi, co znów okaże się nie ten, w tajne przymierze z Panem Bogiem, w naszego trudu jakiś sens ..P ■kkk Dzień chyli się ku zachodowi, kiedy ruszam w powrotną drogę. Jest początek kwietnia, a więc czas, kiedy w przyrodzie dzieje się największe szaleństwo. Młode listki ustrajają jeszcze niedawno nagie gałęzie drzew, śródleśne polany pysznią się kobiercami przylaszczek, zawilców i ziarnopłonu, ptaki ogarnięte godową gorączką prześcigają się w miłosnych pieniach. Kierując się za schodzącym coraz niżej za horyzont słońcem, podziwiam grę świateł i półcieni, pozwalam oślepiać się nagłym przebłyskom. Czasem przystaję, zauroczona przedwieczornym koncertem skrzydlatych amantów. Przyjaciółka, do której mam wstąpić wracając ze spaceru, czeka na mnie lekko już zniecierpliwiona. Wybacz, moje złotko, ale wieczór taki piękny...2 Więc skąd ta melancholia? Wychodząc z Ryjewa, aby zagłębić się w przylegającym od wschodu do wsi lesie, można obrać kilka dróg. Szerokie, szutrowe trakty, udostępnione do ruchu kołowego albo śródleśne ścieżki, dróżki, aleje. Tego dnia, wychodząc popołudniu z domu, kieruję swoje kroki ku bukowej alei. Idąc nią można odnieść wrażenie, że właśnie przemierza się przestronny hol, który prowadzi do pałacowych komnat lasu. Strzeliste, dorodne buki, rosnące po obu stronach drogi, tworzą dostojną kolumnadę, zamykającą się nad głową wędrowca ornamentowym sklepieniem z konarów. Niezależnie od pory roku, pory dnia, panującej aury, bukowa aleja pozostaje niezmiennie urokliwa. Idę więc ową aleją, nasłuchuję głosów grzywaczy, których zduszone gruchanie doskonale niesie się po lesie. Rozglądam się za bębniącymi zapamiętale dzięciołami, próbuję je zlokalizować, uwiecznić na zdjęciach. Przesuwam wzrokiem po okaleczonych pniach przydrożnych buków i... wpadam w tunel gorzkich myśli. Ile wiosen już widziały? Ile razy stały się ofiarą zakochanych bez pamięci albo zwykłych wandali? Ktoś tu był, ktoś kogoś kocha wielką miłością. Kocham Ize P. na zawsze... Jak długo trwa na zawszeć Co stało się z tą miłością? Czy warta była tych ran? Pamiętnik spisany na bukowych pniach, blizny z zakochania. Nagle drzewa stają mi się jeszcze bliższe, droższe - okaleczone, ale przecież wciąż jeszcze niepokonane. Tak jak ja. (...) 1 . piosenka i repertuaru SDM. autor słów: Piotr Bakal 2 Spóźniony słowik, fragment wiersza Juliana Tuwima. Ewelina Dysko 73 Jam jest miejsce spotkania łez ze złotym kurzem Słońca, ptakom widnego!... Oto bór śni o mnie Sen, liśćmi zaprószony, gałęzisty sen! Sni, że idę, nie wiedząc ni dokąd, ni za czem Ku bezcelom, zapadłym w nieprzebytą ciszę, Gdzie wszystko jest bez nazwy, bez granic, bez tchu. Na rękach niosę strumień, potrząsany płaczem, I uśmiechem go koję i do snu kołyszę, By go złożyć pod skałą na trawie na mchu. (...j? *** Inny czas, inne miejsce. Pełnia wiosny. Ptaki uwijają się przy lęgach, przyroda tętni życiem. Siedzę nad Liwą, ukryta w nadrzecznych zaroślach i wyczekuję, aż w polu widzenia pojawi się skrzydlaty klejnocik — zimorodek. Swoim ubarwieniem zimorodki przypominają bardziej egzotyczne ptaki niż rodzime gatunki. Mają niebieski grzbiet, pomarańczowe podbrzusze oraz policzki, a także białe gardło i białe plamki z boku szyi. W odpowiednim oświetleniu mienią się szmaragdowe i nabierają metalicznego wręcz poblasku. Ich siedlisko stanowią różnego typu zbiorniki wodne — od strumyków, rzek, rowów melioracyjnych po stawy i jeziora. Ważne, żeby woda była czysta i bogata w drobne ryby. Przez swój egzotyczny wygląd stały się wielce pożądanymi obiektami fotograficznych sesji i źródłem mojej osobistej fascynacji. Siedzę maksymalnie skupiona, staram się nie ruszać, nie kręcić, za głośno nie oddychać. W dłoniach dzierżę aparat gotowy do użycia. Wybrałam sobie jako punkt obserwacji charakterystyczny kijek, na którym MUSU NA PEWNO usiądzie mój wymarzony zimorodek. To kwestia czasu. Od znajomych fotografów przyrody wiem, że wielu z nich robi podobnie - wybierają do obserwacji kijek, na którym, według wszelkich znaków na niebie i na ziemi oraz na podstawie wróżenia z fusów i innych równie solidnych przesłanek, powinien przysiąść wyczekiwany okaz. Oni w to wierzą, to i ja siedzę, wgapiam się w ów nieszczęsny kijek, gotowa na to niesamowite szczęście, które ma mnie spotkać. A czas mija. Zniechęcona, rozważam opuszczenie stanowiska. W chwilach największego zwątpienia, moich uszu dobiega głos zimorodka, więc znów powracam do obserwacji i daję szansę szczęściu. I kiedy chcę już ostatecznie poddać się, na moim kijku przysiada nagle... grubodziób. Nie takiego szczęścia spodziewałam się, nie tego oczekiwałam. Zbita z tropu, ciut rozczarowana, a do tego mocno zaskoczona, próbuję uchwycić ptaka obiektywem, ale nie jestem w stanie zrobić żadnego sensownego zdjęcia. A przecież wszystko składało Zielona godzina, fragment wiersza Bolesława Leśmiana 76 Ptaki się do mnie dobrały... się idealnie. Pięknie wyeksponowane miejsce, sprzyjające s'wiatło, odpowiednia pora dnia. Tylko szczęs'cia zabrakło. Ale czy na pewno? Francuski filozof, pisarz i poeta, Bernard le Bovier de Fontenelle, zamknąłby pewnie temat w kilku prostych słowach - Przeszkodą do szczęścia jest nadzieja na zbyt wielkie szczęście. A przecież... Szczęście trzeba rwać, jak świeże wiśnie, póki jeszcze czas, niech szczęście błyśnie. Chwycić szczęście co masz sił, kochać, żyć, na jawie śnić ten sen, co się w dzieciństwie śnił C-J4 *** Kolejny kadr, przed oczami pojawia się obraz nadwiślańskiego krajobrazu. Pora jest poobiednia, słońce zawisa wysoko na nieboskłonie, a jaskrawe promienie, odbite w wodzie, potęgują wrażenie zacierania się konturów przeciwległego brzegu. Na pokaźnej piaszczystej łasze, usytuowanej pośrodku rzeki, toczą się ptasie sprawy. Początkowo trudno mi określić, jakie gatunki znajdują się w stadzie, gdyż oślepiona słońcem widzę jedynie czarne, poruszające się punkty. Spoglądam przez lornetkę i częściowo po kształcie, a częściowo po dobiegających głosach, udaje mi się ustalić, że dominują w nim czajki, ale nie brak też mew śmieszek i rybitw rzecznych. Opodal łachy pływają kaczki krzyżówki, czasem pojawiają się nurogęsi. Chwilami po wodzie niosą się charakterystyczne głosy brodźców piskliwych. Lubię to miejsce nazywać moim, moją oazą spokoju. Ukryte jest w zakolu Wisły, z dość pokaźną skarpą przybrzeżną, wyłożone kamieniami, z widokiem na przeciwległy brzeg, na którym, patrząc na południe, malują się kontury zamku w Gniewie, natomiast kierując wzrok bardziej na północ, dostrzec można olbrzymie konstrukcje elektrowni wiatrakowych. Nie przypadkiem tu się znalazłam. Dzisiaj jest właśnie taki dzień, w którym potrzebuję cichego azylu i ukojenia dla skołatanych nerwów. Za plecami mam skarpę, przed oczami stado ciemnych, ptasich konturów, a w sercu ból. Obok mnie, na kamieniu, leży aparat, równie niezdatny do niczego jak ja - z pełną kartą pamięci i baterią na wyczerpaniu. Kolejny raz spotkał mnie życiowy zawód, zostałam zraniona i pozbawiona gruntu pod nogami. Czuję bezbrzeżne wręcz rozczarowanie Człowiekiem. Zagłębiona w ciężkich myślach, zatracam poczucie czasu, wyłączam się. Nagle czajki, jak na komendę, podrywają się i unoszą ponad wodą. Pokaźne stadko synchronizuje lot, podąża w jednym kierunki, by płynnym zwrotem skręcić, zawrócić, opaść nisko tuż nad rzeczny nurt i kolejnym zwrotem poderwać się wysoko w niebo. W promieniach słońca połyskują białe podbrzusza jak małe latarenki. Patrzę zafascynowana na ten podniebny spektakl, pozwalam porwać się ulotnej chwili i bezwiednie kołyszę się, jakbym była częścią stada. Scena 4 Szczęście trzeba rwać, jak świeże wiśnie, fragment piosenki z repertuaru Tadeusza Faliszewskiego, słowa: Walery Jastrzębiec- -Rudnicki Ewelina Dysko 77 niczym z wiersza wyjęta: Ptaki się do mnie dobrały, każdy mnie budzi, a ja jakiś taki zbolały z powodu ludzi...5 A jednak magia miejsca zaczyna działać. Oswajam pomału wewnętrzną pustkę. Monotonny szum łagodnego nurtu, zachodzące słońce, s'piew trznadli w nadrzecznych zaros'lach, podniebny balet sprawiają, że doświadczam w końcu wszechogarniającego uczucia spokoju. Gwałtowne emocje, poderwane nagłym impulsem przykrości, synchronizują się z otaczającą mnie przyrodą, opadają, wygaszają. Znów mogę iść do ludzi. Fragment wiersza Władysława Broniewskiego 78 Miasto pamiętane zapachami Jacek Albrecht Miasto pamiętane zapachami Ludzka pamięć tak ma, że przywołuje obrazy zapamiętane wszystkimi naszymi zmysłami. Najczęściej zachowuje wygląd, ale też dźwięk, melodię, dotyk, fakturę czegoś, smak lub zapach. Otóż dzieciństwo i młodość spędziłem w Malborku w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Wspomnienia owego czasu łączą mi się nieodmiennie w pamięci z bardzo wyrazistymi, ale i tymi mniej intensywnymi zapachami tamtego miasta. Nie wszystkie były miłe, ale też żaden nie spowodował, żeby pamięć je po czasie odrzuciła i towarzyszą mi do dziś. Pierwszym więc, zapamiętanym wyraźnie, był zapach słodowni przy ulicy Żeromskiego, obok której wyrosłem. Mijałem ją wiele lat, chodząc do szkoły podstawowej i jedynego wówczas liceum. Ale też nad rzekę - na plażę, harcerską przystań żeglarską, czy do kościoła św. Jerzego. Lubiłem ten lekko słodki zapach palonego ziarna i słodu. Jeszcze dzisiaj, jak przechodzę obok, zdaje mi się, że czuję jego ślady w ocalałych resztkach budowli. I smutno mi, że już w czasach demokracji mieszkańcy nie ocalili tego ładnego i zabytkowego obiektu przed zniszczeniem. Zaraz za słodownią mijałem jedyną na tej trasie czynną jeszcze w latach 60. uliczną latarnię gazową. Szczególnie zimą, jak szedłem do szkoły to „pan latarnik” ją gasił, a jak wracałem, to bywało, że już zapalał. Było to całe „misterium”, gdy opierał swój rower o latarnię i długim patykiem z haczykiem przesuwał zawór, a światło się pojawiało, albo gasło, co fascynowało mnie za każdym razem. Tamten gaz miał też swój własny, specyficzny, trochę mdły zapach, a produkowała go ciągle miejska gazownia. Mięliśmy go w łazience i w kuchni i był to też jeden z zapachów mojego rodzinnego domu. A było to przecież przemyślane rozwiązanie, bowiem gazownia robiła gaz z węgla, w wyniku czego powstawał koks używany przez cukrownię obok. Kiedyś potrafiono tam jeszcze przy okazji wytworzyć paliwo do samochodów i smołę. Komuś to jednak widocznie przeszkadzało, bo zakład zniknął z mapy miasta. Gdy szedłem na przystań przy moście mijałem przedwojenny, męski szalet publiczny. Był to okrągły murek z prześwitem dołem i górą bez drzwi, gdzie „sikało” się na ściany, po których płynęła woda. Wysypany była jakimś związkiem chloru, który w kontakcie z ury-ną pienił się i śmierdział intensywnie na całą okolicę. Za to starej „deszczowej” oczyszczalni ścieków w parku prawie w ogóle się nie czuło, czego niestety nie można powiedzieć o dzisiejszej. Cukrownia to kolejny z „wielkich” zapachów mojego, zwłaszcza zimowego, grodu. W tamtym czasie sezon buraczany trwał znaczne dłużej niż dzisiaj, a wiatr roznosił ostro słodki zapach wysłodków po całym mieście. Bywał on tak intensywny, że aż drapiący w gardło i duszący i w zasadzie nigdy go nie polubiłem. Gdy już nieco później przyjeżdżałem „ze szkół” na święta, zawsze pierwszy mnie witał „w domu” z rozłożonego w pobliżu dworca zakładu. A przecież przepracowałem tam jakąś końcówkę kampanii, gdy powinęła mi się noga na studiach. Dzisiaj zapach cukrowni ciągle bywa intensywny, ale też jest nieco Jacek Albrecht 79 inny, jakby bardziej chemiczny, no i nowoczesna kampania trwa znacznie krócej. Pozostaje jednak ona dziwolągiem w centrum miasta, potrzebując ogromnych terenów składowych i odpornych dróg dojazdowych dla ciężkiego transportu. Tak było zimą, z latem natomiast kojarzy mi się najbardziej zapach dawnej plaży miejskiej. Zbudowana była z drewna nasączonego specjalnym impregnatem smołowym, które mokre na słońcu wydzielało intensywną woń pomieszaną z zapachem piasku i wody. Był tam długi ciąg kabin z zadaszonym, drewnianym chodnikiem, ponadto drewniane pomosty, skocznia, dwa baseny, kawiarnia z tarasem, darmowe prysznice, wypożyczalnia sprzętu - z reguły zatłoczona. Dzisiaj jej betonowa, smutna resztka nie zachęca, a ja po prostu wolę jeździć się wykąpać do Sztumu, gdzie plaża ciągle jest przyjazna ludziom. Swój specyficzny zapach miał też ośrodek zdrowia przy dzisiejszej ulicy Konopnickiej, gdzie jako stomatolog pracowała moja mama. Nieco słabszy był on też kolejnym zapachem mojego domu, gdy mama otworzyła prywatny gabinet dentystyczny. Wrzaski pacjentów (przy braku znieczuleń) uświadomiły mi wówczas, jakiego zawodu na pewno nie chcę się wyuczyć. Nieco dalej przy ulicy Konopnickiej mieścił się jeden z tartaków miejskich. Miał on trak bezpośrednio przy ulicy i intensywnie pachniały pnie cięte na deski. W podwórzu była tam stolarnia, gdzie rodzice zamawiali nietypowe meble do domu. Ja miałem stamtąd regał ze składanym blatem, bo mieszkaliśmy dość ciasno. Z tej stolarni pochodziły też wióry, którymi zasypywało się stare okna skrzynkowe na zimę. Na tejże ulicy Konopnickiej przyjaciółka mamy trzymała w obszernym ogrodzie krowę, na której mleku wyrośliśmy i był to pierwszy zapach wsi, jaki poznałem. Drugim był ^pach koni obecny wówczas w całym mieście. Pamiętam ciężkie konie przy wozach z węglem, budę hycla łapiącego bezpańskie psy, dorożkę przy dworcu kolejowym, zieloną budę piekarni wojskowej, wozy rolników na pobliskim rynku i targi końskie za rynkiem. Konie załatwiały się na ulicach i był to powszechny zapach tamtych czasów. Za rynkiem też mieściło się przedsiębiorstwo obrotu zwierzętami, skąd dochodziła nieco inna woń bydła, i z którego gdzieś koło matury zacząłem jeździć jako konwojent z transportami byków do granicy czeskiej. Przenikające do miasta wówczas zapachy wsi to też nasze kontakty z zaprzyjaźnionym rodziców, graniczącym z miastem Państwowym Gospodarstwem Rolnym na Ajzenaku. wakacje pracowałem tam w polu, ale też jeździłem czasem na koniu z synem dyrektora. Do prac polowych jeździliśmy również rowerami na Żuławy całą bandą do rolników indywidualnych, bo „swoich” parę groszy latem bardzo się przydawało. Jakoś od małego dziecka chodziłem do Powiatowego Ogniska Plastycznego. Może dlatego, że dom był nieco nerwowy, a tam prof. Szymski tworzył atmosferę bezpieczeństwa i przyjaźni, a może już wtedy ciągnęło mnie do sztuki. Do dzisiaj lubię zapach farb olejnych i terpentyny, którymi nasiąknięte było tamto wnętrze, chociaż sam, jako już dojrzały plastyk, maluję niemal wyłącznie nowoczesnymi i bezwonnymi farbami akrylowymi. Ulubioną rozrywką, nie tylko zresztą moją, w tamtym Malborku było chodzenie na wiadukt kolejowy, żeby sobie postać w parze. Parowozy ciągnące duże składy jak rozpędzały 80 Miasto pamiętane zapachami się od pobliskiej stacji, to buchały wielką ilością pary wodnej i dymu i zasnuwały wiadukt taką gęstą mleczną mgłą, że nie widać było wyciągniętej ręki. Pachniała dymem węglowym, mokrą parą wodną i nieraz aż piekła w oczy. Polowałem na nią, chodząc tędy z psem na spacery do parku, czy umawiając się tam z pierwszymi dziewczynami. Obok naszego domu na ulicy Mickiewicza biegła Młynówka, sztuczny kanał służący Krzyżakom do napełniania fos zamkowych. Był to malowniczy rów ziemny, jeszcze bez ohydnego, dzisiejszego betonu, pełen drewnianych mostków, pijawek i komarów, z brzegami wzmocnionymi faszyną. Raz w roku odbywała się akcja jego czyszczenia, gdy spuszczano wodę i specjalna ekipa brodziła po dnie wyciągając, co ludzie nawrzucali, wybierając muł i naprawiając umocnienia. Koło tygodnia pachniało wtedy intensywnie mułem i trochę naturalną zgnilizną, nawet w domu. Na szczęście nie było jeszcze przebić z wadliwych kanalizacji i dzikich podłączeń i nie było w niej smrodu ścieków komunalnych stanowiących dzisiaj w okolicach zamku swoistą „wizytówkę” turystyczną miasta. Mój dom rodzinny miał też szereg własnych zapachów powszechnych wówczas, a dzisiaj najczęściej zapomnianych. Najmocniejszym był chyba zapach pasty do podłóg. Dorośli pastowali drewniane, malowane olejno podłogi a my, dzieci szczotką froterską lub w specjalnych, filcowych łapciach, podobnych do używanych niegdyś w muzeach, froterowaliśmy je do połysku. Zimą natomiast towarzyszył nam zapach pieców kaflowych; popiołu, który wynosiłem do śmieci, węgla, który nosiłem z piwnicy i dymu, jaki cofał się czasem z rozpalanych, głównie przez moją babcię, pieców. I ciągle uważam, że uroku ciepła gorącego pieca kaflowego nie zastąpi żaden kaloryfer. W piwnicy dodatkowo, specjalny, ostry zapach wydzielała obszerna skrzynia na kilka worków kartofli kupowanych raz w roku na rynku. Pod koniec wyrastały z nich długie, białe kłącza i zaczynały gnić. Było też w naszym mieście i życiu szereg zapachów charakterystycznych, ale rzadziej doświadczanych. Specjalny zapach miało drewniane wnętrze naszego kościoła parafialnego, wówczas św. Jerzego. Stare drewno, naturalne świece i kadzidła dawały nastrój przytul-ności, jakże inny od wielkiego, zimnego, murowanego wnętrza kościoła św. Jana. Inaczej też pachniały malborskie cmentarze w Zaduszki. Chodziliśmy na dawny poniemiecki, nie mając jeszcze „własnych” grobów. Wśród starych drzew paliły się otwarte ognie świec lub domowych zniczy, które w kółko gasły i my, dzieci, w kółko je zapalaliśmy. Biło od nich ciepło osłonięte drzewami i snuło się sporo dymu. A obok naszego domu była piekarnia, gdzie zamawiało się wypieki na święta i chodziłem po ich odbiór. Zaczarowany świat gorąca, ognia i mąki pokrywającej cienką warstwą sprzęty i ubranych na biało ludzi z długimi tykami jak wiosła został mi w pamięci wraz zapachem pieczonego chleba. Krochmalem pachniał usługowy magiel naprzeciwko, gdzie nosiłem pościel i sam kręciłem kołem obracając obciążone kamieniami wałki. Szkoła zaś to zapach atramentu, który woźny przynosił w dużej butli i napełniał kałamarze umieszczone w specjalnych dziurach w ławkach. Pisaliśmy bowiem stalówkami. I tak miasto zapamiętane zapachami trwa wciąż gdzieś w mojej głowie. Przywołuje mi je czasem pamięć, kiedy spotykam na świecie zapach choćby zbliżony do któregoś z tamtych. Czasem zaskakuje mnie to w zupełnie niespodziewanym miejscu, wywołując uśmiech nostalgii i wspomnienie jakiegoś z obrazów dzieciństwa. Na tropach historii Grażyna Nawrolska KOBIETA w średniowieczu Dziecięce zabawy z mamą - opiekunką. Początek XVI w., wg Falk 1997 Już od czasów starożytnych panowało przekonanie o wyższości mężczyzn nad kobietami. Te poglądy Arystotelesa wywarły niebagatelny wpływ na kolejne epoki. W tym ujęciu domeną mężczyzn była przestrzeń publiczna, a przestrzeń domu została „zarezerwowana’ dla kobiet. Takie podejście występowało przez wieki i nadal jest obecne w wielu kręgach cywilizacyjnych. Nawiązując do Arystotelesa oraz innych myślicieli starożytności i czasów średniowiecza, w tym duchu pisał m.in. Konrad z Byczyny, pisarz miejski z Chełmna. W wydanym w 1432 r. traktacie encyklopedycznym De vita conjugali w rozdziale poświęconym wychowaniu dziewcząt kreślił takie stwierdzenia: Co do wychowania dziewcząt na trzy rzeczy szczególnie trzeba zwrócić uwagę, w których powinny być wychowane najskrupulatniej. Po pierwsze powinno się je powstrzymywać od zbytniego spacerowania i włóczenia się, żeby im to nie przeszło w nałóg; po drugie trzeba je powstrzymywać od gadatliwości, ażeby były małomówne; po trzecie zaś starać się żeby nie były leniwe, lecz pracowite1. Uważał on również, że kobiety „mniej mają rozumu niż mężczyźni”. Podobne poglądy w czasach nowożytnych prezentował Andrzej Frycz Modrzewski, który rozumiał kobietę jako: stworzenie słabe i bardziej skłonne do błędów i przekraczania miary a rzeczą mężczyzny jest załatwiać sprawy konieczne z postronnymi ludźmi, rzeczą niewiasty troszczyć się 0 gospodarstwo domowP. Podobne poglądy mia-lo wielu innych pisarzy i myślicieli tej epoki, m.in. Sebastian Petrycy z Pilzna. Tak naprawdę to niewiele wiemy o kobiecie w średniowieczu. W tym czasie uwagę kronikarzy przyciągali przede wszystkim mężczyźni. Oni zajmowali czołowe miejsca na scenie po- Konrad z Byczyny, De vita conjugali, [w:] Źródła do historii wy-chowania, cz. I, S. Kot (red.), Warszawa 1929. A. Frycz Modrzewski, O poprawie Rzeczypospolitej, [w:] Dzieła wszystkie, t. 1, Warszawa 1953. 82 Kobieta w średniowieczu litycznej i religijnej, byli władcami, wojownikami, kronikarzami, rzemiosło i handel znajdowały się głównie w ich rękach. Kobiety stosunkowo rzadko odgrywały role pierwszoplanowe. Została im z góry wyznaczona rola matki, gospodyni i opiekunki ogniska domowego. Zresztą mężczyźni w opisach kronikarskich często kierowali się nawet niechęcią do kobiet, przedstawiając je w nie najlepszym świetle i uszczuplając ich zasługi czy dokonania, których naturalnie im nie brakowało. W źródłach pisanych ograniczali swoje zainteresowania do prezentowania postaci najwybitniejszych, które dzisiaj moglibyśmy określić jako osoby „z pierwszych stron”. Znane nam ze źródeł historycznych postacie, m.in. Hildegarda z Bingen, Joanna d'Arc, królowe: Eleonora Akwi-tańska, Izabela Kastylijska, Małgorzata - królowa trzech państw skandynawskich, nasza Jadwiga Andegaweńska czy pisarka Christine de Pisań, to tylko Domowe zajęcia kobiet. XIV w., wg Cassagues-Brouquet 2008 kilka przykładów fascynujących pań, nad historią których nie można przejść milcząco lub obojętnie do porządku dziennego. Również zainteresowania źródłoznawców skierowane były na osoby o nieco skandalizującym kolorycie — zarówno królowe, jak i żony władców, znane kurtyzany czy czarownice, postacie zawsze wzbudzające ciekawość w każdej epoce historycznej. Nie możemy jednak wyraźnie twierdzić, że kobiety w średniowieczu stanowiły bierną masę, którą możemy jednoznacznie określić i sprowadzić do wspólnego mianownika. Przecież średniowiecze wyrosło na gruncie wysoko rozwiniętej cywilizacji antycznej, a potem chrześcijańskiej. Musimy również wziąć pod uwagę elementy tradycji miejscowej i lokalnej. Mimo to badacze zgodnie stwierdzają, że kobiety w życiu codziennym piastowały wyraźnie podrzędne role. Większość z nich pozostawała w narzuconych swojej płci rolach, bowiem nie miały często innej możliwości, innego wyjścia, świadomości, jak również często odczuwały duże obawy przed samodzielnością. Możemy jednak stwierdzić, że niektóre kobiety zdecydowanie wyzwalały się z tych ram i podejmowały różnorodne wyzwania na różnych polach. Pewne role i funkcje kobiet w średniowieczu były długotrwałe i niezmienne. Właśnie one zapewniały ciągłość pokoleń. To do nich wyłącznie należało wychowanie młodego pokolenia do momentu osiągnięcia stosownego wieku i wyjścia spod ich skrzydeł. Gospodarcza rola kobiet obejmowała szerokie spectrum obowiązków - prowadzenie domu i gospodarstwa, zarówno chłopskiego jak i warsztatu rzemieślniczego, handlowego kramu w mieście czy dworu szlacheckiego. Często pod nieobecność małżonków - wyjazdy w sprawach handlowych, wyprawy wojenne, pielgrzymki, krucjaty czy pobyty na dworach możnowładców - rola kobiet zwiększała się poprzez przejmowanie ich obowiązków. Cechą niezmienną było generalne wyłączenie kobiet z działalności politycznej, m.in. ich udziału w radach doradczych władców i radach miast. Jak długo to trwało doskonale wiemy, Grażyna Nawrolska 83 gdyż pełnię praw politycznych w Europie kobiety uzyskały dopiero w dwudziestym wieku. Mimo to, Europa w średniowieczu miała kobiety wybitne, które chciały i dorównywały mężczyznom, które zapisały się w sposób znaczący i odbiegający od ówczesnych przyjętych wówczas stereotypów. Niestety, nie znamy imion i nazwisk większości z nich, a przecież wiadomo, że zajmowały się, mimo licznych ograniczeń i utrudnień, rzemiosłem, handlem, twórczością artystyczną i dyplomacją. Najlepszą oczywiście sytuację miały kobiety należące do najważniejszych warstw społecznych — córki i żony rycerzy, wdowy po nich, jak i kobiety należące do dworskiego kręgu. Pozycja społeczna pomogła wyzwolić ich aktywność umożliwiając realizowanie się poprzez zdobywanie wykształcenia i władzę. W średniowieczu kobiety miały niewielkie możliwości zdobywania wiedzy w szkołach lub na uniwersytetach. Mogły jedynie pobierać nauki w szkołach klasztornych, funkcjonujących przy żeńskich zgromadzeniach lub sporadycznie uczyły się w szkołach parafialnych. Można właściwie stwierdzić, że całe średniowieczne szkolnictwo było zarezerwowane dla mężczyzn. W różnych zgromadzeniach zakonnych dziewczęta po przyjęciu do klasztoru i odbywając roczny nowicjat, zapoznawały się z regułami życia klasztornego i uczyły się pieśni liturgicznych. W niektórych pobierały nauki pisania i czytania. Jednak głównym Rozgrywanie partii szachów, które były grą królewską. XIV w., wg Langley 1998 84 Kobieta w średniowieczu celem było uczenie się na pamięć pieśni religijnych i modlitw. Wyjątkiem były dziewczęta z dworskiego kręgu i znacznych rodów, które mogły „liczyć” na większy zakres kształcenia. Wiele przeorysz sprawując władzę nad znaczącymi i potężnymi klasztorami zarządzało ogromnym majątkiem i brało udział w życiu politycznym. Przykładem może być księżna Kinga w klasztorze klarysek w Starym Sączu czy Hildegarda z Bingen, przeorysza klasztoru benedyktynek w Rupertsburgu i Einbingen. W dziejach polskiego średniowiecza spotykamy kobiety wybitne, obejmujące władzę najwyższą — królewską; jak np. Jadwiga Andegaweńska, która będąc królem Polski, według ówczesnych opinii jako kobieta podlegała mężczyźnie. Kobiety pełniąc rolę regentek rządziły w księstwach czy hrabstwach w imieniu swoich małoletnich synów. Funkcjonowało również zjawisko nieformalnego wpływu kobiet na oficjalną władzę. Bardzo często matki, żony, wdowy lub kochanki w mniej lub bardziej widoczny sposób wpływały na działania władców i prowadzoną przez nich politykę. Przykładem takiego postępowania była „działalność doradcza” żon niektórych królów Polski. Duży wpływ na powadzoną przez władców politykę miały m.in. Dobrawa - żona Mieszka I, trzecia żona Bolesława Chrobrego czy świetnie wykształcona Rycheza — małżonka Mieszka II. Niebagatelną rolę odegrała Elżbieta Rakuszanka, żona króla Kazimierza Jagiellończyka, nazywana „matką królów”, osoba przedsiębiorcza, m.in. bardzo dbająca o wykształcenie swoich dzieci, o której Marcin Kromer, po śmierci jej ostatniego syna Zygmunta napisał: tylko najzacniejszej i najpobożniejszej z matek Elżbiecie, zawdzięczał Zygmunt i jego bracia swoje święte i mądre od najwcześniejszych lat wychowanie". Nieprzeciętną osobą była Ryksa — córka księcia Przemyśla II i Elżbieta — córka króla Władysława Łokietka. Mając odwagę, jak i świadomość własnej pozycji panie uczestniczyły aktywnie w życiu politycznym „doradzając” swoim królewskim małżonkom — często bar- dzo skutecznie. Nie wszystkie królewskie czy książęce córki czekało małżeństwo. Niektóre trafiały do klasztorów, przebywając w nich do końca życia. Miały jednak szanse na kształcenie lub zajęcie się twórczością artystyczną, m.in. hafciarstwem. Tych wspomnianych przeze mnie kilka kobiet zapisanych na kartach historii to nieliczne przykłady w kontekście setek lat średniowiecznej epoki zdominowanej przez mężczyzn. To także niewiele w porównaniu z działalnością kobiet w innych krajach, np. we Francji i Niemczech. Kobiety w średniowieczu dążyły do odgrywania większej roli także w działalności gospodarczej i handlowej. Pewien wgląd 3 Skoczek, Wychowanie Jagiellonów, Lwów 1932. Malarka przy pracy. Początek XV w, wg Cassagues-Brouąuet 2008 Grażyna Nawrolska 85 w życie zamożnych rodzin patrycjuszow-skich dają nam testamenty mieszczańskie, będące doskonałym źródłem informacji o finansowych i rodzinnych działaniach bogatego mieszczaństwa i dobrze sytuowanych rzemieślników. Widoczna w nich jest również rola kobiet, których samodzielność i talenty handlowe ciągle rosły, np. mogły po śmierci męża przejmować majątek i prowadzić działalność handlową lub rzemieślniczą. Jak już wspomniano możliwości intelektualnego rozwoju średniowiecznych kobiet były zdecydowanie mniejsze niż mężczyzn. Były jednak dziedziny, w których kobietom przypadała większa rola. Można do nich zaliczyć „lecznictwo domowe” i sakralną sztukę użytkową. Wytworem ich rąk były haftowane i tkane wyroby, m.in. szaty liturgiczne i arrasy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy domyślać się ręki kobiet w kopio- Poeta Krystyna de Pisań przy pracy. XIV w., wg Cassagues-Brouquet, 2008 waniu i zdobieniu rękopisów pięknymi mi- niaturami, które powstawały w żeńskich klasztorach. Należy również uwzględnić mecena-sowską rolę w dziejach piśmiennictwa. Być może kobiety były również autorkami ballad, rond czy traktatów, które do dzisiaj pozostają anonimowe. Anonimowa nie pozostała Krystyna de Pisań, jedyna dotychczas kobieta w średniowieczu, która nie tylko była autorką ballad, rond, traktatów i tłumaczeń starożytnych tekstów, ale utrzymywała się z działalności pisarskiej. Urodzona w 1364 r. była córką Tomasza Pisanusa, lekarza, astrologa, będącego w służbie króla Karola V. Krystyna została przez swego ojca wyedukowana w łacinie, filozofii i wielu innych dziedzinach wiedzy, które nie Wchodziły w zakres wykształcenia kobiecego. Mając piętnaście lat wyszła za mąż za jednego z sekretarzy królewskich, lecz już po dziesięciu latach pozostała sama z trójką dzieci (po śmierci męża i ojca). Pozostając bez środków do życia zabrała się do pisania. W balladach, rondach wspomina szczęśliwe minione lata: Nikt nie wie, jak me serce się utrudzi By żal ukryć, że cierpi bez współczucia ludzi. Im mniej szczerej przyjaźni — tym łez więcej płynie. Lecz się śmieję, gdy raczej człek płakać powinien, I maskuje się pieśnią bez rymu i treści, Aby ukryć w niej serca rytmy i boleści. Szlachta i arystokracja ulegając modnemu wówczas patronowaniu sztukom rożnym, kupowała pisane przez Krystynę utwory. Była ona również autorką tomu poświęconego sztuce wojennej, opartego na rzymskim klasycznym dziele De remilitari Yegetiusa, roman- 86 Kobieta w średniowieczu sów z wątkami mitologicznymi, traktatu o wykształceniu kobiet czy najbardziej oryginalnej pracy o żywocie króla Karola V. Kilkanaście lat przed śmiercią wstąpiła do klasztoru, kontynuując swoją pisarską twórczość. Napisała wówczas poemat ku chwale Joanny d'Arc, postaci która później stała się twarzą Francji. Krystyna de Pisań żyła i tworzyła w czasach, kiedy kobiety które nie mieściły się w ustalonym przez mężczyzn schemacie natury kobiecej, uważane były za histeryczne mistyczki. Być może dlatego kościół średniowieczny uznawał kobiety za gorsze od mężczyzn. Może z tego powodu pewien kapłan francuski w 1386 r. napisał jest oczywiste, że mężczyzna jest o wiele szlachetniejszy od kobiety oraz ma więcej cnót. Uważał, że powinnością kobiet ma być pokora i posłuszeństwo swoim mężom i ojcom. A przecież kobiety aktywnie uczestniczyły w życiu średniowiecznej społeczności. Na barkach kobiet wiejskich spoczywały obowiązki różnorodnych zajęć domowych i prac na roli. Zony i córki rzemieślników bywały zatrudniane w warsztatach rodzinnych, także często samodzielnie je prowadziły. Wysoko postawione w hierarchii społecznej damy zarządzały majątkami ziemskimi pod nieobecność mężów. Wpływowe przeorysze, królowe, arysto-kratki aktywnie uczestniczyły w wydarzeniach politycznych, nie tylko we własnym kraju, ale również na arenie europejskiej, np. wspomniana Hildegarda z Bingen, która zasługuje na oddzielne przedstawienie. Średniowieczny świat kobiet był wielobarwny i zróżnicowany, podobnie jak cała epoka średniowiecza, która była czasem wielkich kontrastów -biedy i bogactwa, spokoju (rzadkiego) i wojen, okrucieństwa i miłości, religijności i mistycyzmu, postu i karnawału. Z pewnością kobietom nie było łatwo w zhierarchizowanym i zmieniającym się ciągle świecie. Mimo to potrafiły się w nim odnaleźć. Garncarka przy pracy. XV w., wg Gaimster 1997 Praca w warsztacie stolarskim, koniec XV w., wg Cassagues-Brouquet 2008 Grażyna Nawrolska 87 WYBRANA LITERATURA Beer E, Kobiety i doświadczenie mistyczne w średniowieczu, Kraków 1996. Bogucka M., Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI, Warszawa 2005. Cassagues-Brouquet S., Les metries au Moyen Age, Rennes 2008. Duby G., Rycerz, kobieta i ksiądz. Małżeństwo w feudanej Francji, Warszawa 1986. Pernoud R., Kobieta w czasach katedr, Warszawa 1990. Potkowski E., Kobiety a książka w średniowieczu — wybrane probłemy, „Kwartalnik Historyczny”, t. 105, z. 3, s. 3-18, 1998. Sakowska M., Portret, postać, autorka. Kobieta a literatura europejskiego średniowiecza, Warszawa 2006. Strzelczyk J., Kobieta do pióra? Wokół problematyki twórczości literackiej kobiet w średniowieczu, [w:] „Acta Universitatis Wratislaviensis”, Historia, t. 171, Wrocław 2005. Odpoczynek po trudach dnia XIV w., wg Wijnntjes 1982 88 Tajemnice krypty kwidzyńskiej rekluzy Bogumił Wiśniewski TAJEMNICE krypty kwidzyńskiej rekluzy Prezbiterium katedralne to wyjątkowe miejsce w przestrzeni świątynnej. Zarezerwowane było tylko dla najwyższych dostojników kościelnych, przede wszystkim dla biskupów posługujących, jak i zmarłych. Zasada dzielenia wnętrza budynku kościelnego na właściwe sanktuarium i na część dostępną dla ogółu lub dla tych, których ranga społeczna była niewysoka, mogła wywodzić się z biblijnej Świątyni Salomona, w której głębi była wydzielona „świątynia najświętsza”1. W 1343 r. biskup Bertold, zaznaczył w dokumencie fundacyjnym, że katedra kwidzyńska od samego początku miała się stać miejscem grzebalnym biskupów pomezańskich pro magnificanda sepultura 2. Pochówek w tym zacnym miejscu nobilitował denata 1 W. Krassowski, Dzieje budownictwa i architektury na ziemiach Polski, t.2 Budownictwo i architektura w warunkach rozkwitu wielkiej własności ziemskiej (XIII w. — trzecia ćwierć XIV w.), Arkady, 1990 s. 101. 2 L. Krantz J. Domasłowski, Katedra i zamek w Kwidzynie, PWN, Warszawa-Poznań-Toruń 1982, s. 44-46. Z chwilą, Bogumił Wiśniewski 89 złożonego do grobu. Teoretycznie nikt oprócz biskupów nie mógł być tam pochowany, ale jak zawsze są wyjątki od reguły. W kwidzyńskim przypadku byli to wielcy mistrzowie, którzy od 1330 roku mieli już zarezerwowaną swoją przestrzeń grzebalną, która znajdowała się w prezbiterium pod posadzką kościoła. Później i Dorota z Mątów znalazła swoją zagospodarowaną przestrzeń w murowanej krypcie. Wydzielenie i wymurowanie grobów dostojników zakonnych i przyszłej błogosławionej miało oznaczać jakby podkreślenie odrębności od znajdujących się wśród nich zwłok biskupów pomezańskich. Pochówki biskupie stanowiły inną klasę, wyższą. Dlatego - jak się wydaje - nie mogły bezpośrednio sąsiadować z innymi szczątkami, niezwiązanymi z mitrą. Nawet pod powierzchnią posadzki nieboszczyki nie mogły się ze sobą równać. Groby wielkich mistrzów, grób Doroty z Mątów były oddzielone murem ceglano-kamiennym kryp od pochówków biskupich. Biskupi spoczywali na całej powierzchni prezbiterium kościoła, ich groby były bez obstawy ceglanej, znajdowały się pod płytami kamiennymi. Nawet po śmierci trzeba było zachować swój status pochodzenia. Każdy miał swoje miejsce przeznaczenia, pilnowano tych spraw bezwzględnie. Biskup, Pomazaniec Boży, był ponad swoim ludem. Mistrzowie zakonni też byli wielcy, ale nie byli aż tak wielcy, aby mogli przekraczać ustalonych przez feudałów zasad zarezerwowanych tylko dla biskupów. Dostojnicy na urzędzie mistrza sprawowali swój zacny urząd tymczasowo - jak historia pokazuje, nie zawsze do końca powierzonego mandatu przez kapitułę generalną. Wielki mistrz słuchał głosu posługującego w diecezji biskupa, który niejednokrotnie, był jego najlepszym doradcą. W owym czasie kobiecy pochówek w prezbiterium kościoła był na skalę europejską rzadkością. Św. Elżbieta z Turyngii, księżna węgierska, tercjarka franciszkańska jak nasza rekluza została pochowana w kościele marburskim, a od 1231 r. zakon krzyżacki przyjął nową świętą Elżbietę za swą drugorzędną patronkę3. Z chwilą śmierci Doroty z Mątów zakon w podobny sposób uhonorował zasługi kwidzyńskiej rekluzy. Sława Doroty wśród wierzącego ludu w Prusach była tak wielka, że uczyniono i tu wyjątek od zasady. Miejscem wiecznego spoczynku miał być kwidzyński kościół. Starszyzna zakonna pragnęła, aby Dorota zasiliła zastępy świętych w jak najszybszym czasie. Podkreślając jej znaczenie dla ogółu wiernych, złamano ustalone zasady kościelne. Zakon, Walczący z niewiernymi, przez wiele lat nie dorobił się rodzimej świętej. Taki stan dobrze o zakonie nie świadczył. Krzyżacy rządzący w państwie pruskim, potrzebowali świętej °d zaraz, aby zalegalizować swoją działalność zbrójno-polityczną na podbijanym terenie. Wielki mistrz zakonu krzyżackiego Konrad von Jungingen, który stawił się przed oblicze komisji papieskiej w Kwidzynie, zasugerował: 'Lasłużenie powinna być dopisana do katalogu świętych4. Po wypowiedzianych słowach wielkiego mistrza, komisja papieska wiedziała, W jakim kierunku praca miała pójść, nie było alternatywy. Mistrz posiadał swoją wizję, miał dalekosiężne plany. Nikt nie mógł ich zakłócić. Przychylność hierarchii pomezańskiej w tej sprawie już zdobył, więc z całą mocą parł naprzód, aby Dorota uznana została w Rzymie jak najszybciej świętą. Za słowami poszły czyny. W podzięce za błyskawiczną beatyfikację ---------------------------------------------------------------------------- gdy miejscem relikwii staje się ołtarz, krypty zaczynają pełnić funkcję miejsc pochówku osób duchownych lub świeckich. https://pl.wikipedia.org/wiki/Elżbietaz_Turyngii Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów od 1394 do 1521, przeł. Bp J. Wojtkowski, Olsztyn 2014, s. 112. 90 Tajemnice krypty kwidzyńskiej rekluzy rekluzy miały popłynąć ze skarbca zakonu pieniądze na utrzymanie Watykanu. Wszystkie sznurki w tej sprawie trzymał w rękach zakon krzyżacki. W owym czasie nie odmawiało się jeszcze wielkiemu mistrzowi, każdy podwładny zakonu wiedział o tym doskonale. Dla podkreślenia zasług dla diecezji pomezańskiej i całego zakonu, Dorota kobieta z gminu została złożona w najbardziej prestiżowym miejscu kwidzyńskiego kościoła. Wszystko wskazuje na to, że pierwszy pochówek Doroty, który odbył się po śmierci 25 czerwca 1384 roku, został przeprowadzony w prezbiterium kościoła lub w murowanej komorze przy prezbiterium, co dzisiaj wydaje się najbardziej prawdopodobne. Wraz ze wzrostem napływających do grobu pielgrzymów robiło się coraz ciaśniej w kościele, brakowało miejsca na celebrację mszy świętej przy zmarłej. Postanowiono zatem, że ciało zostanie przeniesione do większej przestrzeni, która bardziej podkreśliłaby jej zasługi dla kościoła i zakonu. Ekshumacja i przeniesienie denatki do prezbiterium było rzeczą naturalną, ponieważ po stronie południowej znajdowała się murowana krypta mieszcząca zwłoki zmarłych wielkich mistrzów. Wybudowanie dla rekluzy drugiej krypty nie stanowiło żadnego problemu technicznego. Pochówek zlokalizowany przy wielkich mistrzach tym bardziej podkreślał i podnosił jej znaczenie dla zakonu. Ekshumacja Doroty z pierwotnego grobu odbyła się najprawdopodobniej wczesnym rankiem: po pogrzebie tej Doroty, przez dobre 18 tygodni potem - oświadczyła Katarzyna Mulner. Gdzie i w jaki sposób odbyła się ekshumacja przyszłej błogosławionej? Z relacji Katarzyny wynika, że ekshumacja ciała nastąpiła pod koniec października lub 1 listopada 1394 roku. 1 listopada uważam za datę prawie pewną. Moim zdaniem, zaplanowane prace ekshumacyjne i powierzchowna sekcja zwłok zostały wykonane w uroczystość Wszystkich Świętych (łac. Sollemnitas Omnium Sanctorium), czyli w symbolicznym dniu dla wszystkich chrześcijan. Przy tej okazji warto również przyjrzeć się osobom biorącym udział w ekshumacji oraz odpowiedzieć sobie na pytanie, kto był zleceniodawcą i kto pełnił nadzór nad prawidłowym przebiegiem prac. Ekshumacja ciała zmarłej musiała trwać krótko. Najprawdopodobniej ciało rekluzy w tym samym dniu eksploracji było złożone do już nowego wymurowanego grobowca nocą, kiedy ciało jej było chowane5. Od wieków trwały poszukiwania grobu i szczątków błogosławionej Doroty. Pierwszym archeologiem amatorem, był o. Fryderyk Szembek - jezuita, który z polecenia króla Władysława IV w 1637 roku bezskutecznie penetrował prezbiterium katedry w celu odnalezienia szczątków przyszłej błogosławionej. Sprawa miejsca pochówku ponownie odżyła w 2006 roku, kiedy to pod posadzką prezbiterium katedry, podczas prac archeologicznych, odkryto dwie murowane krypty. Po wnikliwych i wyczerpujących badaniach ustalono, że w pierwszej odkrytej krypcie zostali pochowani w jedwabnych szatach trzej wielcy mistrzowie krzyżaccy: Werner von Orseln, Ludolf Kónig von Wattzau oraz Heinrich von Plauen. Natomiast druga krypta była pusta. Nie natrafiono w niej na żadne artefakty. Krypta od samego początku stanowiła zagadkę. Autor tekstu, inicjator i uczestnik badań już wtedy stwierdził, że południowa krypta była bezpośrednio powiązana z błogosławioną Dorotą z Mątów. 5 Tamże, s. 255. Bogumił Wiśniewski 91 Świadek 55, siostra Katarzyna Mulner, Również zapytana, czy inne rany widziała u tej Doroty, odpowiedziała: że nie za życia tej Doroty; łecz dobrze po śmierci tej Doroty. Zapytana jakim sposobem je zobaczyła i kiedy, odpowiedziała: że po pogrzebie tej Doroty, przez dobre 18 tygodni potem, gdy Kanonicy z Biskupem rozważali między sobą, że chcą zbudować jej grób z kamieni; i tak po rzeczonych 18 tygodniach została ekshumowana i przeniesiona do jakieś komory koło grobu tej Doroty wewnątrz katedry Pomezańskiej; przy tej ekshumacji zeznająca była obecna. A gdy została ekshumowana, też zeznająca zobaczyła blizny na plecach tej Doroty i dotknęła. Jej tunikę na plecach rozcięła, w którą ubrana była do pogrzebu, a gdy tunika została tak rozcięta, zeznająca zobaczyła rzeczone blizny, tak jak zeznała i trochę znalazła tak, jak słyszała, że się głosi6. Katarzyna w swoim zeznaniu nie wymieniła składu komisji, która brała udział w ekshumacji ciała rekluzy. Być może nie czuła się kompetentna przed wysoką komisją, aby bezpośrednio wymieniać uczestników badań. Dopiero biskup diecezji pomezańskiej Jan Mnich wyliczył osoby biorące udział w pracach przy zwłokach: pewna siostra Katarzyna, profeska Zakonu Maryi, oraz księża i Mistrzowie: Jan z Kwidzyna, Profesor świętej Teologii; Jan Reyman, doktor praw; Jan Rotę, Pokojowiec rzeczonego księdza zeznającego i Mikołaj Kujaw, wtedy świecki, a potem profes Zakonu Błogosławionej Marii Teutonów7. Katarzyna, jako jedyna kobieta biorąca udział przy pracach w prezbiterium, miała prawo 6 Tamże, s. 194. 7 Tamże, s. 480. 92 Tajemnice krypty kwidzyńskiej rekluzy podtrzymywać na swoich rękach ekshumowaną zmarłą oraz przejrzeć ciało zmarłej, pod kątem zachowanych ran na ciele. Jako kobieta miała także prawo rozciąć tunikę na ciele denatki. Katarzyna stwierdza w zeznaniu, że zmarłą badano w komorze znajdującej się koło pierwszego grobu Doroty. A zatem Dorota mogła być pochowana blisko komory lub w komorze przy prezbiterium kościoła. Pierwotny grób denatki nie miał najprawdopodobniej żadnej obstawy ceglanej. Ciało musiało być złożone bezpośrednio do ziemi. W takim razie nasuwa się pytanie, w której komorze mogła być pochowana Dorota w dniu 27 czerwca 1394 roku? Czy w północnej, czy południowej? Dużo poszlak prowadzi do komory południowej katedry, do tej, którą obecnie uważa się za celę bł. Doroty. Niewykluczone, że ze względu na pierwszy pochówek i miejsce ekshumacji zwłok, ówczesna tradycja ustna ugruntowała u jezuity o. Fryderyka Szembeka przekonanie, że pustelnia bł. Doroty, mieściła się w południowej komorze kościoła katedralnego. Pomieszczenie po stronie północnej (od strony kinoteatru) nie dawałoby minimum intymności przy oględzinach zwłok denatki, ponieważ posiadało duże okno wychodzące na wschód. Potwierdzeniem powyższego rozważania mogą być zeznania świadka Jana z Kwidzyna - dziekana. Zapytany gdzie widział te rany, albo w jakim miejscu, odpowiedział, że w jednej komorze wewnątrz katedry Pomezańskiej, gdzie zwykły być przygotowywane lampy i świece woskowe dla rzeczonej katedry8. Południowa komora prezbiterium (od strony Starego Miasta) wpisuje się idealnie w pomieszczenie, o którym wspomina Jan z Kwidzyna. To tam odbyły się intymne oględziny zwłok rekluzy, ponieważ komora nie posiadała w owym czasie żadnego okna wychodzącego na zewnątrz. Dopiero w późniejszym czasie przepruto otwór okienny w murze, tworząc mały prostokątny wizjer wychodzący na wschód, zachowany do dnia dzisiejszego. Nieudolne wybicie okna w murze, nie budzi wątpliwości, co do jego wtórnego pochodzenia. Zeznania Katarzyny Mulner dla naszych rozważań są wprost nie do przecenienia. Świadek informuje komisję wprost — z jakiego materiału został wykonany nowy grób Doroty. Jako biorąca udział w ekshumacji widziała najprawdopodobniej tylko pierwszą fazę budowy grobowca, chcą zbudować jej grób z kamieni to potwierdziła pod przysięgą. Budowa krypty dla przeszłej świętej mocno odcisnęło się w jej pamięci, skoro po wielu latach od wydarzenia, zeznała dobitnie przed komisją papieską. Wymieniła wprost jaki materiał budowlany został użyty do wykonania krypty Doroty. Wychodzi na to, że oględziny denatki nie trwały zbyt długo, ponieważ Katarzyna zobaczyłaby drugą fazę budowy krypty, która już pod wieczór, była konstruowana z cegieł. Najprawdopodobniej druga faza budowy odbywała się popołudniu, kiedy to komisja ekshumacyjna zakończyła swoją już pracę przy zmarłej. Katarzyna przekazała komisji papieskiej jedynie to, co widziała i to, co działo się wczesnym rankiem w kościele. Sądziła, że otoczaki, które posłużyły pod fundament grobu będą wykorzystane do budowy całej krypty. Dlatego przed komisją badającą cuda uczynione za pomocą wstawiennictwa Doroty powiedziała, że grób został wykonany w całości z kamienia. Zeznania naocznego świadka także wskazują pośrednio, że po oględzinach zwłok Katarzyna nie była już wpuszczana na plac budowy i informowana o dalszym przebiegu 8 Tamże, s. 322. Bogumił Wiśniewski 93 prac murarskich w kościele. Na pytanie: po co ciało wspomnianej błogosławionej Doroty umieszczone zostało w powyższej komorze? Jan z Kwidzyna odpowiedział.- by podczas gdy tam stało, wymurowany został grób pani Doroty, ponieważ u łudzi był wiełkiej czci; dlatego ekshumowane jej ciało zostało wystawione na wspomniane miejsce9. Południowa krypta w prezbiterium kościoła odkryta podczas badań archeologicznych, u swojej podstawy była wykonana rzeczywiście z otoczaków polnych natomiast część górna, była wymurowana z cegieł. Całość połączona została zaprawą wapienną. Natomiast druga krypta — północna, w której spoczywali wielcy mistrzowie krzyżaccy nie posiadała elementów kamiennych. Krypta południowa jak i północna, zbudowana była z gotyckich cegieł tzw. „palcówek . Nazwa pochodzi od pozostawionych śladów palców w glinie przez strycharza produkującego cegły. Cegły użyte do budowy obu krypt, były z najlepszego wypału, barwa wiśniowo--czerwona. Cegły nie były poddane na czynniki atmosferyczne, więc zachowały się w bardzo dobrym stanie, miały przeważnie wymiary: 28 — 30 x 13 — 14 x 8,5 — 9 cm. Ciężar poszczególnej cegły wynosił, w zależności od ich wielkości, od 3 do 4,5 kg. Otoczaki polne w krypcie południowej, stanowiły mniej więcej ponad 1/3 wysokości wewnątrz krypty. Druga ceglana faza budowy stanowiła pozostałą część obiektu. Krypta na koniec została obudowana 9 Tamże, s. 322. 94 Tajemnice krypty kwidzyńskiej rekluzy w całości cegłą. Zaprawa wapienna od strony wschodniej była wylana nierównomiernie, co może świadczyć, że profil wykopu posłużył w tym wypadku jako naturalny szalunek. Warto również zwrócić uwagę, że od strony wschodniej krypty, zostały wmurowane trzy cegły zendrówki. Cegły te pojawiły się architekturze zakonu na początku XIV wieku, a upowszechniły się w architekturze od połowy XIV wieku. Zendrówki zatem zawężają czas oddania do użytku krypty południowej. Zendrówki przeważnie służyły jako sięgacze w murze, ale też tworzyły na większej skali ornament ceglany. W tym wypadku zendrówki nie tworzyły ornamentu. Dwie cegły ułożone były jako wozówki, natomiast jedna w partii dolnej spełniała rolę sięgacza (główka). Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw mogę śmiało wysunąć tezę, że odkryta krypta kamienno-ceglana w katedrze kwidzyńskiej była budowlą przeznaczoną dla ciała błogosławionej Doroty z Mątów. Ksiądz biskup Jan Mnich, podsumowując wykonane prac, wyśnił, że grób został otoczony murem, co zrobiono10. Świadek Jan Rotę również zeznając przed komisją oświadczył, że jej grób został obudowany murami". A zatem tylko jedna krypta w prezbiterium katedry spełnia wymienione przez naocznych świadków kryteria konstrukcyjne. Krypta kamienno-ceglana nabrała z czasem jakby cech wyjątkowej kaplicy, o której wspomina Jan Reyman: w katedrze Pomezańskiej i kaplicy matki Doroty, gdzie jest pochowana'2. W jednej i drugiej krypcie nie występował jednolity wątek ceglany. Krypta południowa u podstawy zwężała się, w całości tworząc trapez. Może to świadczyć, że została wykonana tylko dla jednej osoby. Krypta północna wielkich mistrzów była wykonana w prostokącie. Bryła sugeruje, że wybudowano ją z przeznaczeniem dla czterech zmarłych osób, z możliwością rozbudowy od strony wschodniej. Sugerują to zachowane strzępia. Nie jest wykluczone, że starszyzna krzyżacka na początku swojego panowania w Prusach miała zamiar pochować w prezbiterium kwidzyńskiej katedry wszystkich zmarłych wielkich mistrzów krzyżackich. W końcu nie można byłoby się temu dziwić, bowiem Kwidzyn był w średniowieczu stolicą diecezji pomezańskiej, jednak wybudowanie w 1344 roku kaplicy św. Anny na zamku w Malborku, być może przerwało ten wyjątkowy zamysł. Jednym ze świadków przy eksploracji ciała Doroty był Mikołaj z Kujaw. Może był nim Polak? Wyjątkowe wyróżnienie. Miał możliwość jeszcze przed złożeniem ślubów zakonnych pracować dla biskupa pomezańskiego. Wydaje się, że zakon włączył go do swoich gierek propagandowych. Nie jest wykluczone, że Mikołaj stał się pierwszym na dworach polskich ambasadorem niosącym wieść o przyszłej błogosławionej Dorocie. Możliwe, że zaraz po ekshumacji udał się do siedziby biskupa włocławskiego, aby ad oculos zdać relację z całego ciągu wydarzeń rozgrywających się w Kwidzynie. Mikołaj z Kujaw nie dożył przybycia papieskiej komisji, a szkoda — jego zeznania mogły być dla nas bardzo istotne dla sprawy. Szczątki błogosławionej Doroty zostały ukryte w XVII w. Nie jest wykluczone, że spoczywają do tej pory po stronie południowej katedry15. Podczas osuszenia fundamentów ko- 10 Tamże, s. 480. 11 Tamże, s. 464. 12 Tamże, s. 255. 13 Ojcewicz G„ Śmiertelna pobożność. Święta Dorota z Mątów: Mity i rzeczywistość, Szczytno 2016, s. 415 oraz fot. ze Bogumił Wiśniewski 95 ścioła w 2010 roku natrafiono na ossuarium. Wynika stąd, że cmentarz w średniowiecznym Kwidzynie, funkcjonował od strony miasta. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności szczątki Doroty zostały przez protestantów wyniesione poza mury kościoła. Wcześniej jednak, pod osłoną nocy, w nieoznakowanym miejscu, wykopano grób. Miało to na celu, zapobiec ewentualnym protestom katolickim. Jak się wydaje, pochówek odbył się bardzo szybko, w celu zminimalizowania ewentualnej opozycji żyjących jeszcze wyznawców Doroty. Od strony południowej mieściło się główne wyjście z katedry w świat profanum14. Drugie wyjście z kościoła najprawdopodobniej wiodło przez zamek kapituły, ale raczej tą drogą nie wyniesiono szkieletu Doroty. Zastanawiający jest fakt, że świadkowie ekshumacji Doroty nie wspomnieli komisji papieskiej o protokółach, które przecież musiały powstać podczas prac w katedrze. Zasadniczo każda komisja w średniowieczu miała prawo i obowiązek spisać protokół na pergaminie lub na tabliczkach woskowych. Tym bardziej, że w oględzinach zwłok brali udział wybitni uczeni. Nie jest wykluczone, że biskupowi pomezańskiemu przekazali swoje spostrzeżenia tylko w formie ustnej. Sądzę jednak, że musiano sporządzić protokóły z powierzchniowej sekcji zwłok. W czasie trwania procesu takie wyjątkowe dokumenty, stanowiłby kluczowe uzupełnienie zeznań naocznych świadków, i w końcu, mogłyby przeważyć szalę w procesie na korzyść Doroty. Gdzie są więc, te wyjątkowe pisma? Wiele z nich jest opisanych w księgach autentycznych, ze sprawozdań rzetelnych mężów, duchownych i świeckich. Te księgi przechowywane są schowkach katedry pomezańskiej, spisanych przez wiarygodnych pisarzy, bez wszelkiego zastrzeżenia. 15 A zatem były spisywane i pochowane jakieś nieokreślone księgi w schowkach. Czy przetrwały do naszych czasów? Jeżeli tak, to gdzie ich szukać? Czy w katedrze? Czy na zamku kapituły? Dzisiaj, trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak wszystko wskazuje na to, że autor przytoczonych słów miał na myśli prezbiterium kościoła. A czy ostrzał artyleryjski kościoła w 1520 roku mógł je zniszczyć? Na pewno tak. A czy prace konserwatorskie w XIX wieku, mogły je naruszyć? Na pewno tak. Wierzę jednak, że czekają one jeszcze na swojego odkrywcę. Jak zawsze czas pokaże. str. 949. 14 Kranz L., Domasłowski J., Katedra i zamek w Kwidzynie. Towarzystwo Naukowe w Toruniu. Prace popularnonaukowe, nr 37, PWN 1982, s. 36. Tamże, s. 93. 96 90- rocznica powstania szkół polskich na Powiślu Adam Langowski 90. ROCZNICA POWSTANIA SZKÓŁ POLSKICH NA POWIŚLU Trzeciego czerwca 2019 r. minie dziewięćdziesiąt lat od utworzenia szkół polskich na Powiślu. Pierwsze placówki uruchomiono w trzech miejscowościach: Stary Targ, Waplewo oraz Trzciano. W ostatniej z wymienionych wsi nie działa obecnie żadna szkoła, z kolei w Starym Targu oraz Waplewie istnieją szkoły podstawowe, które kontynuują tradycje sięgające roku 1929 i przygotowują się do uroczystości jubileuszowych, zaplanowanych na 31 maja 2019 r. Podstawę prawną dla otwarcia szkół polskich stanowiła „Ordynacja dotycząca uregulowania szkolnictwa dla mniejszości polskiej”, uchwalona przez rząd pruski 31 grudnia 1928 r., a wchodząca w życie 21 lutego 1929 r. Przyjęcie tego dokumentu było zwieńczeniem wieloletnich starań polskich działaczy, domagających się od władz niemieckich przygotowania korzystnych rozwiązań prawnych oraz praktycznej realizacji już istniejącego prawa. W walce o polskie szkolnictwo wybitną rolę odegrała Helena Sierakowska z Waplewa, od 1921 r. stojąca na czele Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Powiślu. W 1925 r., wraz z Janem Baczewskim, posłem do sejmu pruskiego, współorganizatorem i kierowni- ZAiZ TO ME MetZ GDUE LEZYSZTCW, T^ZEC/EZ TO fiUEMO STrtfEEGO TW&U ' Adam Langowski 97 kiem wielu polskich organizacji oraz stowarzyszeń w Prusach Wschodnich i w Niemczech, złożyła memoriał do władz niemieckich w sprawie nauczania języka polskiego. Inną ważną postacią, która wpisała się w historię polskiej oświaty na ziemi sztumskiej był Maksymilian Golisz, sekretarz towarzystwa szkolnego z siedzibą w Sztumie. Zasługi Sierakowskiej i Golisza podkreślił w swoich wspomnieniach Franciszek Wojciechowski, działacz ruchu polskiego w Niemczech i na Powiślu, a po wojnie pierwszy burmistrz Sztumu: O ile hrabinę Helenę Sierakowską można uważać za matkę szkolnictwa polskiego na Powiślu, to Golisza uważam za ojca tegoż szkolnictwa. Pruska ordynacja szkolna z 1928 r. stwarzała możliwość zakładania prywatnych szkół mniejszościowych z polskim językiem wykładowym. Wnioskodawcy zostali zobowiązani do zgromadzenia odpowiednich środków finansowych, skompletowania kadry nauczycielskiej oraz przygotowania właściwego lokalu. Subwencje przewidywano wyłącznie dla szkół, do których uczęszczałoby co najmniej 40 dzieci. Pracę w szkołach mogli podejmować nauczyciele sprowadzani z Polski, posiadający zezwolenie władz niemieckich. Co ciekawe, Niemcy dość liberalnie podchodzili do spraw związanych z lokalami szkolnymi i dopuszczali do użytku pomieszczenia niespełniające wymogów stawianych szkołom publicznym. Poważne problemy pojawiły się natomiast z terminowym wydaniem wiz dla nauczycieli polskich, którzy mieli przybyć na Powiśle. Wskutek utrudnień ze strony urzędników niemieckich z konsulatu w Poznaniu pedagodzy nie otrzymali na czas stosownych dokumentów, dlatego na Powiślu nie udało się uruchomić szkół z początkiem roku szkolnego, przypadającego wówczas 9 kwietnia 1929 r., lecz prawie dwa miesiące później. W pierwszych dniach czerwca 1929 r. rozpoczęły działalność wspomniane już szkoły w Starym Targu, Waplewie i Trzcianie, a w sierpniu tego roku w Postolinie. W 1930 r. utworzono kolejne cztery: 10 maja w Dąbrówce Pruskiej, 23 czerwca w Nowej Wsi, 18 sierpnia w Mikołajkach, a 28 sierpnia w Nowym Targu. Ostatnią otwarto 14 kwietnia 1931 r. w Sadłukach. Wszystkie placówki znajdowały się na terenie ówczesnego powiatu sztumskiego, zamieszkanego przez duże skupiska Polaków i odgrywającego wiodącą rolę w ruchu polskim na Powiślu. Były to szkoły o niskim stopniu organizacyjnym - jednokla-sowe z jednym nauczycielem. Wyjątek stanowiło Trzciano, gdzie początkowo istniały trzy klasy, a zatrudnienie znalazło dwóch nauczycieli. Szkoły polskie ściśle ze sobą współpracowały, co potwierdzają zapisy z kroniki szkoły Nowym Targu. Kronika, prowadzona przez tamtejszego nauczyciela, Leona Wiśniewskiego, stanowi cenne źródło do poznania dziejów szkolnictwa polskiego na ziemi sztumskiej. W działalności nowotarskiej szkoły znajduje odbicie sytuacja pozostałych placówek tego typu na Powiślu, ponieważ pracowały one w zbliżonych warunkach i na tych samych zasadach. Musiały również radzić sobie z podobnymi trudnościami. Autor kroniki, przechowywanej obecnie w muzeum w Kwidzynie, opisując działalność szkoły w Nowym Targu, zawarł także wiele informacji na temat sąsiednich szkół polskich, istniejących w Starym Targu oraz Waplewie. Do częstych przedsięwzięć wspólnie realizowanych przez kierowników tych szkół należały: obchody szkolne, wieczorki przeźroczy, zebrania rodzicielskie z referatami i prezentacjami, wycieczki oraz zabawy letnie. Jedna z większych wycieczek °dbyła się 20 czerwca 1938 r. do Krynicy Morskiej. Oto jej przebieg: Dzieci udały się pieszo 98 90- rocznica powstania szkół polskich na Powiślu lub rowerem do stacji kolejowej Gr. Waplitz [Waplewo Wielkiej. Tam połączyły się z dziećmi z Waplewa i Starego T. Była nas już teraz ładna gromadka, bo koło 20 dzieci. W Malborku dołączyliśmy się do reszty szkół Ziemi Malborskiej i współnie w liczbie koło 80 osób pojechaliśmy pociągiem do Elbląga. Tu wsiedliśmy na okręt i przez Zalew pojechaliśmy do Kahlberg [Krynica Morska]. Dużo dzieci po raz pierwszy widziało morze. Niemałe to było przeżycie dla nich, czuły się bardzo dobrze, kąpały się w morzu, wypoczywały w piasku, bawiły się w piłkę etc. Koło 3-ciej wróciliśmy z plaży, dzieci dostały jeszcze we wiosce po szklance mleka lub filiżance kawy. Dwudziestego piątego sierpnia 1939 r. hitlerowcy przeprowadzili aresztowania polskich działaczy narodowych z ziemi sztumskiej. W grupie zatrzymanych znaleźli się również nauczyciele ze szkół mniejszościowych, w tym Leon Wiśniewski z Nowego Targu. Wydarzenie to wyznacza kres funkcjonowania szkolnictwa polskiego na Powiślu w okresie międzywojennym. SZKOŁA POLSKA W STARYM TARGU Pierwsza siedziba szkoły polskiej w Starym Targu znajdowała się w niewielkim domu wykupionym od władz niemieckich przez rodzinę Sierakowskich. Budynek istnieje do dziś i stoi przy ulicy Sierakowskiego pod numerem 8. Kierownikiem organizującej się szkoły w Starym Targu był Antoni Sarnowski. W kontaktach z miejscową ludnością wspierała go Maria Szufraga, wychowawczyni w tamtejszej ochronce (przedszkolu). Pod kierownictwem Sarnowskiego wzrosła liczba uczniów uczęszczających do szkoły, a w Towarzystwie Młodzieży działał chór mieszany i amatorski zespół teatralny, który wystawił „Jasełka” z wyraźnymi akcentami narodowymi. Sarnowski współorganizował rejonowe konferencje metodyczne z referatami i lekcjami otwartymi, które miały na celu doskonalenie zawodowe nauczycieli pracujących w szkołach polskich MC WIEM W KTÓRYM ROKU POWSTAU3 NASZA SZKODĄ KOMPUZER MU $/£ ZAW/ES/E Adam Langowski 99 na Powiślu. Aktywna działalność pozaszkolna i pozalekcyjna pierwszego kierownika szkoły w Starym Targu spowodowała ostrą reakcję ze strony władz niemieckich. Antoni Sarnowski utracił zezwolenie na prowadzenie nauczania, o czym został poinformowany w piśmie z 17 listopada 1932 r. W ciągu czternastu dni musiał opuścić dotychczasowe miejsce pracy i wyjechać z Niemiec. Jego miejsce zajął w trybie pilnym Franciszek Schnarbach, który pracował w Starym Targu do końca grudnia 1932 r. Kolejnym nauczycielem był, pochodzący z Dulska w powiecie inowrocławskim, Alfons Kostencki. W starotarskiej szkole pracował do końca marca 1933 r. W kwietniu 1933 r. posadę nauczyciela w Starym Targu otrzymał Franciszek Jujka. Na Powiśle przybył z powiatu wolsztyńskiego. Przed objęciem placówki w Starym Targu pracował w Nowej Wsi, gdzie dał się poznać jako aktywny i skuteczny nauczyciel. W nowej szkole szeroko rozwinął działalność oświatowo-kulturalną, a jego praca była wysoko oceniania przez polskie władze. W opinii z 23 października 1933 r. czytamy: Jujka [...] jest najlepszą siłą spośród wszystkich nauczycieli w terenie; spokojny, taktowny, poważny, a jednocześnie czynny i ruchliwy, nie ustający w pracy nad sobą, garnie się do nauki, przemyśliwa o udoskonaleniu rnetod nauczania. Lubiany przez dzieci i rodziców. Umie się zastosować do warunków miejscowych, wżyć w sytuację. Prowadzi pracę społeczną i rozumie swoje zadanie nie tylko w granicach nauczania. Założył pierwszą świetlicę na terenie, wnosząc tam ożywienie wśród Polaków [• •.] muzykalny i inteligentny, moralny, wyrobiony politycznie, pozostaje w ścisłym kontakcie z Konsulatem. Wśród wielu działań podejmowanych przez Jujkę należy wymienić zorganizowanie i prowadzenie zespołu mandolinistów „Oj dana”, dyrygowanie chórem przy miejscowym Towarzystwie Młodzieży oraz zbieranie i opracowywanie folkloru powiślańskiego. Na spotkaniach w świetlicy odbywały się pogadanki i prelekcje historyczne, prezentacje przeźroczy i wieczorki literackie. Wszechstronna działalność Franciszka Jujki obejmowała również publikowanie pod pseudonimem „Lech Malbor” wierszy o tematyce patriotycznej. Jeden z nich, „Hymn Rodła”, wykonano w formie pieśni na Kongresie Związku Polaków w Niemczech, odbywającym się w Berlinie w dniach 6-8 marca 1938 r. Pierwszego sierpnia 1936 r. Jujka został pozbawiony prawa nauczania i zmuszony do opuszczenia Niemiec, do czego przyczynił się niemiecki inspektor szkolny, Joseph Irmler. W czasie wizytacji w Starym Targu 22 lutego 1936 r. Irmler stwierdził, że obowiązkiem na-oczycielayert wychowywać dzieci na prawdziwych narodowych socjalistów. Jeżeli tej gwarancji władzom nie daję, to nie mogą mnie uznać tutaj nauczycielem i muszą mi prawo nauczania odebrać, a młodzieży nie wychowanej w tym duchu nie mogą uznać jako obywateli państwa niemieckiego. W archiwum rodzinnym Zbigniewa Jujki, syna Franciszka, znajduje się kopia strony ze starego pamiętnika należącego do uczennicy szkoły polskiej w Starym Targu ze ^ruszającym wpisem dokonanym 23 lipca 1936 r., czyli niedługo przed opuszczeniem Po-wiśla przez „Lecha Malbora”: Noś godnie i z dumą imię Polki, bo imię to nosiły zacne i święte niewiasty! Swej byłej uczennicy w dowód zawsze życzliwej pamięci Fr. Jujka. Zastępstwo za usuniętego Jujkę pełnił przez kilka miesięcy Leon Wiśniewski z Nowego Targu. Obowiązki kierownika miał przejąć po Jujce Józef Neugebauer, jednak otrzymał we-^anie do odbycia dwuletniego przeszkolenia wojskowego w Wehrmachcie. W pierwszych miesiącach 1937 r. zezwolenie na nauczanie w starotarskiej placówce otrzymał Jan Mondry 100 90. rocznica powstania szkół polskich na Powiślu (Mądry). Jak się okazało był on ostatnim przedwojennym kierownikiem tej szkoły. Działał w warunkach zwiększonego zagrożenia ze strony hitlerowców, którzy dokonywali m.in. aktów wandalizmu. Dwudziestego dziewiątego kwietnia 1939 r. wytłuczono w szkole szyby. Liczba dzieci uczęszczających do szkoły polskiej w Starym Targu w jej pierwszym, przedwojennym okresie istnienia, ulegała znacznym zmianom. W roku rozpoczęcia działalności w szkole uczyło się 28 uczniów, a w ostatnim było ich już tylko 10. Największą liczbę uczniów — 41 — odnotowano w latach 1930 i 1931. Problemy z frekwencją w szkołach polskich wynikały z polityki władz niemieckich, polegającej na zastraszaniu i prześladowaniu rodziców posyłających swe dzieci do polskich szkół. Niemcy chętnie wykorzystywali trudną sytuację danej rodziny, czego przykładem jest historia bezrobotnego Miedzińskiego ze Starego Targu, który w 1935 r. otrzymał pracę w niemieckiej cegielni w Waplewie, ale pod warunkiem, że przedtem zabierze dzieci z polskiej szkoły. Nauczyciele związani ze szkołą polską w Starym Targu zapłacili wysoką cenę za swoje zaangażowanie. Antoni Sarnowski został zamordowany przez Niemców w lasach koło Skrwilna na początku listopada 1939 r. Franciszka Schnarbacha aresztowano i osadzono w więzieniu w Olsztynie, później w obozie Hohenbruch oraz w kilku innych obozach pracy przymusowej, w których utracił zdrowie. Zmarł krótko po wojnie, w 1947 r. Franciszek Jujka ukrywał się i prowadził działalność konspiracyjną, ale wpadł w ręce hitlerowców i zginął prawdopodobnie w Gross-Rosen. Jana Mądrego, aresztowanego 25 sierpnia 1939 r., przetrzymywano początkowo w Sztumie, następnie w obozach Tapiau, Gruenhof i Hohenbruch. Uzyskawszy zwolnienie z obozów został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Po zakończeniu drugiej wojny światowej szkoła w Starym Targu wznowiła działalność, do czego przyczyniły się dawne działaczki polonijne, Maria Rajska oraz Marta Arento- Adam Langowski 101 wicz, które w nowej szkole podjęły pracę jako nauczycielki. W 1952 r. oddano do użytku obecny gmach szkolny, a w 1960 r. patronem szkoły został Franciszek Jujka. Jedną z form upamiętnienia tej postaci jest hymn szkoły, napisany dziesięć lat temu z okazji 80. rocznicy powstania placówki. Oto fragment pieśni: Nasz patron z życia poświęceniem, Węgielny kamień z truciem kładł, Śladami jego bohaterstwa, Sięgniemy niedostępnych gwiazd 37^LGŁK POLSKA W WAPLEWIE Prywatną Katolicką Szkołę Powszechną z polskim językiem wykładowym w Waplewie Wielkim ulokowano w budynku, znajdującym się przy głównej drodze przebiegającej przez wieś, tuż przy kilkunastometrowej kolumnie maryjnej, ufundowanej w drugiej połowie XIX wieku przez Alfonsa Sierakowskiego. W sąsiedztwie polskiej szkoły funkcjonowała szkoła niemiecka. Nieopodal był również pałac rodziny Sierakowskich, otoczony pięknym parkiem. Bezpośrednie oddziaływanie dworu powodowało, że praca w miejscowej szkole polskiej była specyficzna. Tadeusz Filipkowski, autor ważnych opracowań poświęconych polskim nauczycielom na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach międzywojennych, zauważa, że kierowanie szkołą polską w Waplewie wymagało dużych umiejętności nie tylko pedagogiczno-organizacyjnych, ale także dyplomatycznych. Pierwszym nauczycielem skierowanym do Waplewa był Jan Allery, syn polskiego górnika, który wyemigrował do pracy w kopalniach niemieckich. Kierownik szkoły stanął przed niełatwym zadaniem pozyskania lokalnej społeczności do współpracy i przełamania jej nieufności. W tym celu nawiązał kontakt z miejscowymi organizacjami polskimi. Udało mu się zwiększyć liczbę uczniów z 10 do 14. Próbując ożywić działalność kulturalną w Waplewie naraził się na zarzuty ze strony władz niemieckich o uprawianie agitacji na rzecz Polski. Na żądanie prezydenta rejencji kwidzyńskiej przeniesiono go 7 listopada 1929 r. do szkoły w Stawnicy w powiecie złotowskim. Nowym kierownikiem szkoły polskiej został Kazimierz Mańczyński. W Waplewie pracował niespełna trzy lata. W tym czasie liczba uczniów wzrosła z 14 do 26. Nauczyciel zorganizował zespół muzyczny złożony nie tylko z uczniów, ale także ze starszej młodzieży. Występował jako prelegent na zebraniach miejscowego Towarzystwa Młodzieży. W piśmie z 29 marca 1932 r. prezydent rejencji kwidzyńskiej odebrał mu prawo nauczania, a w uzasadnieniu decyzji podał informację o udziale nauczyciela w jednym ze spotkań wspomnianego towarzystwa. Stanisław Kosida, wicekonsul polski w Kwidzynie, tak pisał o przyczynach usunięcia waplewskiego nauczyciela: Mańczyński angażował się w pracę pozaszkolną, organizował zebrania i wygłaszał pogadanki dła starszych osób. W kwietniu 1932 r. pracę w Waplewie rozpoczął Wiktor Kleszczyński, poprzednio pracujący w Trzcianie. W Waplewie uczył dwa lata, ale nie był już tak aktywny, jak w poprzedniej szkole. Ostatecznie odwołano go ze stanowiska, a jego następcą został Antoni Matyja- 102 90. rocznica powstania szkół polskich na Powiślu szek, który okazał się świetnym pedagogiem i organizatorem. Nauczyciel zdołał zwiększyć liczbę uczniów z 16 do 23, stworzył drużynę harcerską i zuchową, a w świetlicy prowadził chór i orkiestrę dla dorosłych. Ponadto przygotowywał wieczornice z okazji polskich świąt narodowych i kościelnych oraz odczyty i spotkania z działaczami ruchu polskiego na Powiślu. Oprócz tego udzielał się w rejonowych konferencjach metodycznych, prowadził lekcje otwarte i prelekcje. W 1936 r. jedna z takich konferencji odbyła się w Waplewie, a Matyja-szek poprowadził lekcję ze śpiewu na temat „Pieśń ludowa”. Angażował się również w nauczycielski teatrzyk kukiełkowy. Na wniosek Ambasady Polskiej w Berlinie odznaczono go Srebrnym Krzyżem Zasługi za pracę kulturalno-oświatową wśród wychodźstwa. Dodajmy, że żoną Matyjaszka była Teresa Gieratówna, przedszkolanka z waplewskiej ochronki. Podobnie jak w innych szkołach mniejszościowych, również w Waplewie występował problem przechodzenia uczniów do szkoły niemieckiej. Potwierdzeniem tego niech będzie sytuacja z 1938 r., kiedy jeden z mieszkańców o nazwisku Gmerek wycofał troje swoich dzieci ze szkoły polskiej i przeniósł je do niemieckiej, ponieważ liczył na otrzymanie zasiłku rodzinnego, tzw. Kinderbeihilfe. Los nauczycieli polskich pracujących w szkole polskiej w Waplewie Wielkim był w czasie drugiej wojny światowej tragiczny. Jan Allery, który na początku września 1939 r. uciekał przed frontem i dotarł do województwa lubelskiego, po wkroczeniu wojsk niemieckich został aresztowany i rozstrzelany w nieznanych okolicznościach. Podobny los spotkał Wiktora Kleszczyńskiego. Antoniego Matyjaszka wraz z żoną aresztowano 25 sierpnia 1939 r. Ostatni kierownik waplewskiej szkoły trafił do obozów: Hohenbruch, Stutthof, Sachsen-chausen-Oranienburg oraz Mauthausen-Gusen. Szkołę polską w Waplewie Wielkim ponownie uruchomiono 20 kwietnia 1945 r. Jednym z najważniejszych wydarzeń w jej najnowszej historii było nadanie placówce imienia Rodziny Sierakowskich w dniu 27 października 2000 r. Szkoła utrzymuje ożywioną współpracę z Izabellą Sierakowską-Tomaszewską, wnuczką Stanisława i Heleny, ostatnich przedwojennych właścicieli Waplewa, którzy za swą działalność narodową zginęli z rąk hitlerowców już na początku drugiej wojny światowej. Przykładem działań podejmowanych przy wsparciu pani Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej są wycieczki szkolne „Szlakiem Rodziny Patronackiej”. W hymnie szkoły, zatytułowanym „Przed wiekami”, podkreślono rolę rodziny Sierakowskich w utrzymywaniu polskości na tych terenach. W jednej ze zwrotek znajdujemy następujące przesłanie: Pamięć o nich niechaj trwa... Dziś imię Sierakowskich nasza szkoła ma. Wiara, honor, wolność — hasła ważność, Trzeba nam wdrażać w tym polskim miejscu Z TEKI RYSOWNIKA ZBIGNIEWA JUJKI Spośród czworga dzieci Franciszka Jujki, patrona szkoły w Starym Targu, postacią powszechnie znaną jest syn Zbigniew, rysownik i karykaturzysta, związany z „Dziennikiem Adam Langowski 103 Bałtyckim”. Autor popularnego „Dzienniczka” urodził się 23 lipca 1935 r. w Starym Targu. Miał więc niewiele ponad rok, kiedy jego ojciec utracił prawo nauczania i musiał wraz z rodziną opuścić tę miejscowość. Dodajmy, że w Starym Targu przyszła na świat również starsza siostra Zbigniewa Jujki, Maria. Oboje zostali ochrzczeni w starotarskim kościele. Co ciekawe, ojcem chrzestnym przyszłego rysownika był nauczyciel Leon Wiśniewski z Nowego Targu, a matką chrzestną Marii została Maria Szufraga, ochroniarka ze starotarskiego przedszkola. Dom, w którym mieszkali Jujkowie, stoi nadal, jednak, jak przyznał w jednej z rozmów Zbigniew Jujka, nigdy później nie byli już w środku. Mimo wszystko znany rysownik odczuwa sentyment do Starego Targu, choć jak sam podkreśla, jest to sentyment innego rodzaju, ponieważ czas przeżyty w tej miejscowości był bardzo krótki i nie mógł utrwalić się w świadomości tak małego dziecka. Przez wiele lat rodzina Jujków utrzymywała kontakt z Marią Rajską ze Starego Targu, przedwojenną ochroniarką oraz instruktorką harcerską, współpracującą z Franciszkiem Jujką. Okazją do odwiedzenia wsi były kolejne uroczystości upamiętniające powstanie szkoły polskiej lub rocznice poświęcone postaci patrona. W związku z nadchodzącą 90. rocznicą utworzenia szkół polskich na Powiślu Zbigniew Jujka przygotował serię rysunków na ten temat. Oprócz prac bezpośrednio odwołujących się do szkolnego jubileuszu, autor stworzył również takie, w których stara się przedstawić aktualne problemy mieszkańców Starego Targu i ziemi sztumskiej. ZUŻ 5ZWZDZ/ OB/BCAU DO8RĄ ZM/ANB Zł ZAM/ZN/L / STARY 7AR& W RU//V$ 104 Wspólnota ewangelicka w Kończewicach Kamila Gęsiarz WSPÓLNOTA EWANGELICKA w Kończewicach Tylko barbarzyńcy nie troszczą się o swe dziedzictwo, Nie chcą znać swych przodków. Marek Herman Po wystąpieniu Marcina Lutra w Wittenberdze (1517) do kraju napływało coraz więcej protestantów. Najliczniejszą grupę stanowili luteranie. Reformacja postulowała odnowę Kościoła. Najpierw innowiercy, zwłaszcza propagatorzy luteranizmu, znajdowali w dworach zamożnych rolników swoje tymczasowe miejsce zamieszkania, skąd podejmowali działania nad pozyskaniem swoich zwolenników. (...) organizowali dom modlitwy, a zwłaszcza szkołę, gdzie mógł także zamieszkać predykant i nauczyciel Trzecim niejako etapem ich rozwoju było zdobywanie środków na budowę własnej świątyni.1 Każdorazowo musieli uzyskać zgodę biskupa na działalność duszpasterską. Do 1945 r. zorganizowano na Żuławach 36 parafii i jedną kaplicę protestancką, przy istnieniu w analogicznym okresie 40 katolickich miejsc sakralnych. Protestanci uznają Biblię za jedyne źródło wiary, odrzucają odpusty, kult świętych i Matki Boskiej, ofiarny charakter mszy, celibat duchownych, ponieważ nie mają potwierdzenia w Piśmie św. Zbawienie jest darem Boga i nie wynika z zasług człowieka. Doradca ostatnich Jagiellonów w sprawach dotyczących polityki pruskiej i inflanckiej, wojewoda malborski Achacy Gema już w 1543 r. uzyskał dla protestantów liczne przywileje religijne, prawie sto lat później kolejne zagwarantował Władysław IV, który podejmował próby zjednoczenia, rozbitego podczas pierwszej wojny szwedzkiej kraju (1626-1636). 24 kwietnia 1634 r. wydał rozporządzenie, w którym przypieczętował nadane luteranom religijne swobody — zatrudnianie nauczycieli i predykatów, głoszenie Ewangelii, nauczanie młodzieży zgodnie z zasadami wyznania augsburskiego. Luteranie, organizując miejsce kultu religijnego, często przejmowali świątynie katolickie (tak się stało między innymi w Gno-jewie) lub budowali „własne” kościoły. Nie jest łatwo pisać o początkach gminy protestanckiej w Kończewicach, ponieważ wiadomości na temat wyznawców „nowej religii” są bardzo rozproszone. Najwięcej informacji na temat architektury i wyposażenia kościoła dostarczyło opracowanie Bernharda Schmi-da2. Wiadomości na temat funkcjonowania społeczności luterańskiej odnalazłam w opracowaniach sporządzonych przez księży katolickich: ks. Mieczysława Józefczyka, ks. Jana Wiśniewskiego, ks. Wojciecha Zawadzkiego. Opracowane przez nich teksty są prawdziwą kopalnią wiedzy. Ciekawe fakty utrwalone zostały w protokołach wizytacyjnych. 1 ks. J. Wiśniewski, Protestanci, mennonici i Żydzi w diecezji pomezańskiej.... Studia Elbląskie XVIII (2017), s. 87. 2 por. B. Schmid, Die Bau -und Kunstdenkmaler des Kreises Marienburg, Danzig 1919. Kamila Gęsiarz 105 Najstarsi mieszkańcy Kończewic potrafią wskazać miejsce, w którym stała ewangelicka świątynia. Pani J. przyjechała do Kończewic, kiedy miała 10 lat. Mieszkała w pobliżu ruin kościoła. Pamięta, że na miejscu protestanckiej świątyni wybudowana została remiza strażacka. Po pierwszej wojnie szwedzkiej Gustaw Adolf nakazał budowę zborów luterańskich w miejscowościach, w których jeszcze ich nie było. Zarządzenie szwedzkiego króla dotyczyło również Kończewic. Bernhard Schmid podaje, że w 1637 r. we wsi był luterań-ski kaznodzieja, który mieszkał w chłopskiej chacie. W latach 1638-1681 wspólnocie tej przewodził pastor ewangelicki Lebbaeus.3 Jesienią 1865 roku parafię objął pastor Haack, który zmarł 29 marca 1889 roku. Był szanowany i łubiany przez mieszkańców4. W wyniku poszukiwań udało mi się ustalić, że od roku 1938 posługę duszpasterską w kościele ewangelickim w Kończewicach sprawował pastor Heinz Deiseroth. Jego poprzednikiem najprawdopodobniej był urodzony 20 stycznia 1902 roku Erik Schmidt, który poślubił urodzoną 6 czerwca 1906 r. Elsę, nazwisko panieńskie Stillmark.5 W 1647 roku zbudowano dom modlitwy; na parterze znajdowało się mieszkanie pastora, na górze natomiast pomieszczenie, w którym celebrowane były nabożeństwa. W 1748 roku luteranie, bez wiedzy proboszcza, wybudowali nową szkołę. Istotną cechą polskiego protestantyzmu był rozwój szkolnictwa. W myśl zasad Reformacji obowiązkiem ewangelika była znajomość Pisma Świętego. Stąd tak wiełki wysiłek wkładano w zakładanie i rozwój szkółprzy-parafialnychl W szkole koncentrowało się życie religijne wspólnoty. We wiosce Kończewice jest kaplica luterańska z predykantem i nauczycielem tejże sekty.7 Naukę w nowej szkole pobierały również dzieci chłopów ze Starej Wisły. W pobliżu Kończewic ewangelickie szkoły znajdowały się również w Gnojewie i w Mątowach Wielkich. W tym samym czasie minister haereticus z Kończewic udzielał sakramentów mieszkańcom parafii Mątowy Wielkie, którzy odeszli od katolicyzmu. Ksiądz Jan Wiśniewski wyszczególnia, iż w czerwcu 1749 r. we wszystkich wsiach parafii Kończewice 30 gburów było luteranami (na 230 katolików). W 1785 r. na terenie parafii mieszkało 274 protestantów (136 mężczyzn, 138 kobiet) i 305 katolików - 52, 7% całej populacji. Ksiądz Wojciech Zawadzki na podstawie protokołów wizytacyjnych podaje: Dokładne informacje o łiczbie ludności protestanckiej na terenie parafii kończewickiej pochodzą dopiero z 1881 roku. Było tam wówczas 492 protestantów. W 1892 roku było ich 805. ^7 ciągu zaledwie 11 lat przybyło więc 313 osób tego wyznania, co stanowi wzrost o ponad 60%. W 1897 roku wykazano 701 protestantów, w 1903 roku 710, w 1908 roku 692, 1914 roku 725, w 1921 roku 1130. Po I wojnie światowej przybyło na terenie parafii ks. A. Starczewski, Gotyckie zabytki sakralne na terenie gminy Miłoradz na Żuławach, Sztum 2009, s. 42. Kronika Kończewic. Kronika odnaleziona w Kończewicach, przetłumaczona z języka niemieckiego przez mieszkanki Kończewic - p. Elżbietę Madej i p. Janinę Stalicę. Przetłumaczony tekst kroniki można przeczytać na stronie Parafii Matki Bożej Wniebowzięcia w Kończewicach. L. Żukowska, Między śmiercią a diabłem. Kościół ewangelicki w Gdańsku w okresie rządów NSDAP (1933-1934),wyd. IPN, Bydgoszcz-Gdańsk 2014, s. 55-57. Autorka książki powołuje się na źródła archiwalne Bundesarchiv Berlin-Lichterfelde (Archiwum Federalne). Informacje o pastorze Eriku Schmidt i jego żonie odnaleźć można w Archiwum Państwowym w Gdańsku —APG, 977, t.370, Lista duchownych,[ 1933 r. lub 1934 r.J, s. 461-467. J. Kłaczków, G. Jasiński, P. Birecki, W500- lecie Reformacji (1517-2017), Toruń 2017, s. 11. ks. M. Józefczyk, Z dziejów religijnych Pomezanii w XVIII wieku, Malbork 2015, s. 493. 106 Wspólnota ewangelicka w Kończewicach ponad 400 nowych protestantów. Mimo to, chociaż w różnych proporcjach, zawsze w XIX i XX wieku w parafii kończewickiej ludność katolicka stanowiła zdecydowaną wyznaniową większość. 7. powyższego wynika, że liczba protestantów na terenie parafii Kończewice sukcesywnie wzrastała. Niestety, 24 marca 1782 roku w Niedzielę Palmową, protestancki dom modlitwy spłonął. W latach 1783 — 1784 istniało duże zagrożenie powodziowe z powodu uszkodzenia wałów na Wiśle, w związku z tym na kilka lat odłożono odbudowę świątyni. Kiedy woda ustąpiła i zagrożenie minęło, wznowiono prace budowlane, które ukończono w 1788 r. (na realizację przyznano darowiznę w wysokości 2160 talarów). 14 października poświęcono nowo wybudowaną świątynię. Był to kościół o konstrukcji ryglowej (mocny, drewniany szkielet wypełniony cegłami), zbudowany na planie ośmiokąta. Obok świątyni wzniesiono wolnostojącą dzwonnicę. Na Żuławach „ośmiokątny” Dom Boży wybudowano również w 1707 r. w Lubieszewie oraz w 1708 roku w Marynowach. Kościół ewangelicki wraz z wolnostojącą dzwonnicą, rys. wykonany przez Arkadiusza Skorka, mieszkańca Kończewic Na wschodzie znajdowała się zachrystia, na zachodzie natomiast przedsionek, obie części budowli nakryte zostały dachem namiotowym (charakteryzuje się połaciami w kształcie trójkąta, wierzchołki wszystkich połaci zbiegają się w jednym punkcie). Po stronie południowej kościoła rosły włoskie topole. Jak podaje Bernhardt Schmid doskonale komponowały się z architekturą. Kamila Gęsiarz 107 Plan kościoła zamieszczony w opracowaniu Bernharda Schmida Wnętrze protestanckiej świątyni projektowane było według ściśle określonego schematu: ołtarz, ambona, chrzcielnica, organy. Ambony, ze względu na znaczenie kazania w nabożeństwie luterańskim, zawsze były niezbędnym elementem wyposażenia kościoła. W Prusach Zachodnich, zgodnie z wytycznymi „Regulatywy z Eisenach”, która w hierarchii ważności lokowała ambonę zaraz po ołtarzu, dlatego też znajdowały się one zazwyczaj w przejściu z nawy do prezbiterium. Najczęściej były to ambony przyścienne, wspierane na kolumnie lub zawieszane, Wnętrze świątyni, źródło Bernhard Schmid 108 Wspólnota ewangelicka w Kończewicach wykonane z drewna dębowego lub piaskowca. (...) Nadawano im zawsze klasyczny, poligonalny (wielokątny) kształt kosza i baldachimu, które dekorowały proste listwy i płyciny (...) raczej zdobione specjalnymi tkaninami wykładanymi na parapet kosza? Konserwator zabytków — Bernhard Schmid, opiekujący się twierdzą krzyżacką w Malborku wspomniał, że w kończewickiej świątyni ołtarz i ambona były ze sobą połączone i stanowiły jedną architektoniczną konstrukcję. Po obu stronach ołtarza znajdowały się dwie korynckie kolumny. Pokrycie ołtarza, zdobione złotym haftem, wykonano z jedwabiu. Ufundowane zostało w 1790 roku przez Johanna Salomona Neumanna oraz Catha-rinę Elisabeth, z domu Scheffer ze Starej Wisły. Żelazny krzyż znajdujący się w kościele podarował Michael Schultz — mieszkaniec pobliskiej Starej Wisły. Bernhard Schmid podaje, iż w zachrystii znajdował się konfesjonał zrobiony z brzozowe-go drewna: Najskromniejszym meblem kościelnym był konfesjonał, sprzęt ze względu na funkcję dość kontrowersyjny, chętnie zwany przez kalwinistów „krzesłem Szatana”, ze względu na potępianą przez nich spowiedź indywidualną. Przez cały okres nowożytny luteranie, nie oglądając się na kalwinistów, korzystali z konfesjonałów, a w skromniejszych kościołach z ławek? Spowiedź była przygotowaniem do Sakramentu Ołtarza. W 1781 roku władze pruskie zakazały spowiedzi indywidualnej, dlatego konfesjonały stały się bezużyteczne. Drzwi świątyni ozdobiono okuciami, w drzwiach zachodnich zamontowano kunsztowny zamek skrzynkowy. Wnętrze domu bożego było płasko przykryte, ściany pobielone wapnem. W kościele zaprojektowano czternaście okien, dzięki temu świątynia była jasna i przyjemna. Chór usytuowano na drewnianych słupach. Na prostych kościelnych ławach znajdowały się malowidła w stylu empirycznym (od empire — nazwa stylu z czasów pierwszego cesarstwa francuskiego), w którym wykorzystano motywy z malarstwa wazowego. W zreformowanej liturgii Marcin Luter przypisywał muzyce rolę pedagogiczną, ważną funkcję pełniły akompaniujące wiernym organy. Łacińskie pieśni przetłumaczone zostały na język niemiecki, a podstawowe prawdy wiary przyjęły muzyczną formę. Zabieg ten miał ułatwić przyswojenie treści ewangelicznych. Protestancka wspólnota w Kończewicach zapewne podążała za nauką reformatora. W świątyni znajdowały się organy wykonane przez organmistrza Paśkę z Gdańska. Umowa potwierdzając ich budowę została zawarta 14 czerwca 1788 roku, koszt 200 guldenów. Instrument był koloru biało-złotego. Został poświęcony 23 maja 1790 roku w Zielone Świątki. Luteranie odrzucają kult świętych, ponieważ wierzą, że świętym jest każdy, prawdziwie wierzący człowiek. Na ścianach domu bożego wyeksponowane zostały liczne płyty epitafij-ne (totenschilde). Najstarsza została dedykowana pani Karolinę Bobrik z domu Buscgius, która zmarła w 1798 r. Inskrypcja zamieszczona na płycie była przykładem dobrego gustu i smaku tamtych czasów: Tutaj spoczywa dobra kobieta, z czworgiem swoich kochanych dzieci. Chwała jej męża i największe szczęście jej dzieci. Piękny rozum, dobroć serca nie mniejsza. 8 J. Kłaczków, G. Jasiński, P. Birecki, W500- lecie Reformacji (1517-2017), Toruń 2017, s.161-162. 9 Tamże, s.73. Kamila Gęsiarz 109 W najlepszej harmonii pozostały serce i usta i spojrzenie. Kto ją znał, płakał dookoła utraconej przyjaźni. Nigdy nie została zbezczeszczona jej pamięć i wartość. (Tłumaczenie z języka niemieckiego wg: B. Schmid, Die Bau -und Kunstdenkmaler des Kreises Marienburg, Danzig 1919) W kościele znajdowały się ponadto epitafia poświęcone Samuelowi Gotliebowi Kleman (zmarły 1813), Bernhardowi Gortz (1845), Annie Christianie Bliewernitz z domu Schmidt (1847). Wykonane zostały z Brzozowego drewna. Życie katolików i protestantów przenikało się. 3 marca 1887 roku na skutek podpalenia spłonęła szkoła katolicka: Z pozwoleniem Rządu Królewskiego dzieci z katolickiej szkoły zaczęły uczęszczać do szkoły ewangelickiej. Zorganizowano to w ten sposób, że ewangelickie dzieci uczyły się do południa, a katolickie po południu. Takie nauczanie zaczęło się 18 kwietnia 1887 r. i trwało przez całe lato.™ Wiosną 1939 roku (kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej) połączono szkołę ewangelicką z katolicką. Nie budziło to sprzeciwu rodziców. Różnice wyznaniowe nie zniechęcały mieszkańców Kończewic do zawierania małżeństw. Fakt ten nie był akceptowany przez biskupa chełmińskiego. W protokole wizytacyjnym z 22 września 1765 r. możemy odnaleźć informację na temat zakazu zawierania małżeństw wyznaniowe mieszanych. Ponadto biskup napisał: (...) zakazujemy katolickim rodzicom dobierania sobie do chrztu dzieci na chrzestnych luteran, bądź jakichkolwiek innych heretyków.11 Księża katoliccy pobierali od innowierców opłaty za udzielanie sakramentów, posług. Niekatoliccy mieszkańcy wsi uiszczali tak zwane Freizetel — opłatę za wydanie zezwolenia na „asystowanie ministra ewangelickiego lub menonickiego przy chrzcie, ślubie, czy pogrzebie.” Proboszcz Kończewic od niekatolików pobierał wyższe opłaty za sprawowane posługi: w 1647 r. pobierał za chrzest — 1 florena, a od innowierców — 1 florena i 18 groszy, nie od ludzi ubogich tylko 18 groszy.12 Na Żuławach pochówek protestantów często organizowany był na cmentarzach katolickich. Generalnie jednak biskupi ganili zwyczaj grzebania innowierców (między innymi menoni-tów) pośród katolików, dlatego dnia 6 VII 749 r. biskup chełmiński polecił proboszczowi Gnojewa, aby ten wydzielił część cmentarza na grzebanie katolikówT Ksiądz Jan Wiśniewski zauważył również, że pogrzeby innowierców na katolickich cmentarzach ograniczały sprawowanie katolickiej liturgii, między innymi w 1724 roku zakazano procesji z Najświętszym Sakramentem. Żałożenie odrębnego cmentarza skutkowało tym, że do katolickiej kasy kościelnej nie wpływały dochody z racji pogrzebu zmarłego innego wyznania — kościelna kasa ubożała. Wspólnota protestancka w Kończewicach posiadała własny cmentarz, który przetrwał niejedną zawieruchę wojenną, jednakże został zlikwidowany w latach osiemdziesiątych 10 Kronika Kończewic. " ks. M. Józefczyk, Z dziejów religijnych Pomezanii w XVII wieku, Malbork 2015, s. 567. 12 ks. J. Wiśniewski, Zycie kościelne na Żuławach Wielkich w XVI -XX w., w: Kolokwia Żuławskie, t.l, Żuławy i Mierzeja moje miejsce na ziemi, pod red. D. Dekańskiego, Gdańsk 2001, s. 151. 13 Tamże, s. 149. 110 Wspólnota ewangelicka w Kończewicach XX w. Starsi mieszkańcy wspominają przepiękne kamienne nagrobki, kute ogrodzenia. W pamięci niektórych pozostał obraz likwidowania nekropolii. Ewangelickie sacrum zostało bezpowrotnie zdewastowane. Historia cmentarza i osób, które zostały na nim pochowane, pozostaje zagadką. Obecnie na ogrodzonym terenie rosną olbrzymie dęby, które zapewne pamiętają wiele ewangelickich pogrzebów. Jedno drzewo zostało objęte ochroną. Uzyskało status pomnika przyrody. Teren cmentarza, porośnięty jest bluszczem. Każdego roku w maju w zachwyt wprawia niebieski roślinny kobierzec. Swoim pięknem urzeka kwitnąca cebulica syberyjska (Scylla siberica). Cmentarz stał się miejscem pamięci, niemym świadkiem rozgrywających się w Kończewicach wydarzeń. W zaciszu jednej z posesji znalazłam betonową płytę nagrobną oraz niewielki fragment bazaltowego nagrobka z zachowaną złoconą datą 1935. Na „bezimiennej” płycie można odczytać niezbyt wyraźny napis: „Lichtenstein Marienberg”. Fragmenty nagrobków pochodzące z ewangelickiego cmentarza w Kończewicach, fot. K. Gęsiarz Poszukując informacji na temat wspólnoty protestanckiej w Kończewicach, w „Roczniku Gdańskim” znalazłam bardzo ciekawą informację. Ewangelicka świątynia dała schronienie zabytkom wywożonym z gdańskich kościołów protestanckich w latach 1943-1944. Niemcy obawiali się (i słusznie) nadciągającej Armii Czerwonej. Podjęli decyzję o wywiezieniu z Gdańska cennego wyposażenia ewangelickich kościołów. Wartościowe przedmioty ukryli na Kaszubach, Powiślu i na Żuławach. Do Kończewic przywieziono zabytkowe wyposażenie z kościołów: św. Jana i św. Mikołaja oraz św. Katarzyny. W świątyni w Piekle ukryto przedmioty pochodzące z kościoła św. Jana, natomiast w Lichnowach z kościoła św. Jana, św. Bartłomieja oraz św. Brygidy. Źródło podaje, że w Lichnowach zabytki zostały złożone w „szopie katolickiego pastora”.14 Kościół w Kończewicach, podobnie jak inne ewangelickie świątynie na Żuławach, w tym kościoły w Lubieszewie i w Marynowach, został zniszczony podczas drugiej wojny 14 M. Bakun, Kwestia ewakuacji gdańskich zabytków w czasie 11 wojny światowej w świetle materiałów archiwalnych zgromadzonych w Geheimes Staatsarchiv Preufischer Kulturbesitz w Berlinie Dahlem, w: Rocznik Gdański tom LXXV-LXXVI, Gdańsk 2017. Kamila Gęsiarz 111 światowej oraz rozebrany kilka lat później. Po kapitulacji Niemiec niemal wszyscy ewangelicy wyjechali, opuścili Żuławy. Luteranie mieli wpływ na historię tych ziem, zostawili po sobie trwały ślad. Półcif żarówka Hanomag, SS 55 z przyczepą, źródło „Rocznik Gdański ” LXXV-LXXVI 112 Sztumska korespondentka „Gazety Gdańskiej” Andrzej Lubiński SZTUMSKA KORESPONDENTKA „GAZETY GDAŃSKIEJ” Dzień podpisania rozejmu kończącego I wojnę światową to również pojawienie się po 123 latach zaborów niepodległej Polski. Mieszkańcom ziemi sztumskiej nie dane było cieszyć się z odzyskanej wolności. Musiełi czekać jeszcze na decyzje konferencji paryskiej, która miała podjąć ostateczną decyzję co do przynależności tej ziemi, w jakim państwie ma się znaleźć. Sporo wiadomości o tym, co się działo na tych ziemiach między 11 listopada 1918 a 28 czerwca 1919 roku można znaleźć w „Gazecie Gdańskiej”. To krótkie informacje lokalne przygotowywane przez Wilhelma Krystiana Grimsmanna, który pełnił różne funkcje od zecera po redaktora i członka kolegium redakcyjnego „Gazety Gdańskiej” oraz większe korespondencje, bardzo chętnie drukowane, ale bez podania, kto je napisał. Tym ostatnim warto się przyjrzeć. Andrzej Lubiński 113 Pierwsza korespondencja pochodzi z 19 stycznia 1919 r. Sztum. W święto Trzech Króli odbył się tutaj w sali strzelnicy wiec celem założenia „Towarzystwa Robotników Rolnych”. Sala i poboczne pokoje były szczelnie zapełnione. Wiec zagaił p. Donimirski z Zajezierza a przewodniczył mu p. Porowski ze Sztumu, który głosu udzielił p. Wojciechowskiemu z Torunia. Pan W. mówił o grozie wojny europejskiej, położeniu naszym pod rządami pruskimi i o podstawach na których przyszłe nasze społeczeństwo się utworzyć powinno. Wspomniał o ważności związków zawodowych dla robotników rolnych i o ważności nauki języka polskiego dla dziatwy polskiej. Ganił wstecznictwo rządu wobec słusznych żądań polskich. W dyskusji zabrał głos p. Donimirski z Ramz, który za zezwoleniem Rady Żołnierskiej z Malborka miał zasiadać jako adiunkt w tutejszej landraturze. Temu się atoli landrat sztumski oparł, uzasadniając to tym, że dawniejsze jak i teraźniejsze rządy zawsze Polaków sprawiedliwie traktowały, a Rada Ludowa tworząca się wobec zerwania wszelkich zapór starego rządu, li tylko nie ma żadnej prawnej podstawy. (A rady żołnierskie ?). Na wniosek p. Henryka Wieczorkiewicza redaktora „Gazety Gdańskiej”, który wykazał zgubne skutki postępowania tutejszego landrata, ponieważ postępowanie takie zakłóca spokój i porządek w powiecie, uchwalili wiecownicy jednogłośnie odpowiednie rezolucje do Rady Żołnierskiej w Malborku i do Naczelnej Rady Ludowej. W dyskusji zabierali glos pp. Grabowski, Nałęcz, Zeniek, Maciejewski i Barca, dalej pp. Wojciechowski i Wieczorkiewicz. W końcu członek Związku Zawodowego Polskiego p. Dobrowolski z Gdańska przedstawił wiecownikom cel i ważność organizacji robotników rolnych dla utrzymania równowagi w społeczeństwie i w gorących słowach zalecał utworzenie „Związku robotników rolnych”. Tymczasowo zapisało się do związku 70 członków. Odśpiewaniem jednej zwrotki „Boże coś Polskę” wiec zakończono. W sobotę rozpuścili tutejsi Niemcy pogłoskę, że Polacy zamierzają nazajutrz urządzić rewolucję. Landrat tutejszy zawezwał pomocy z Malborka. Przysłano 4 kulomioty i około 40 żołdaków i obstawiono nimi landraturę, policję, sąd i pocztę. Posterunki chodziły po ulicy z bagnetem. Wiecownicy po ukończeniu wiecu porozchodzili się spokojnie do domu i „Vaterland” został jeszcze raz uratowany. Druga korespondencja zamieszczona została 17 maja 1919 r. Sztum. W naszym powiecie wre jak w ulu od czasu niejasnych wiadomości, jakobyśmy nie mieli przypaść Polsce. Przygnębienie i rozpacz ogarnia ludzi na myśl, że mielibyśmy dalej jęczeć pod knutem pruskim, że macierz nasza Polska nie miałaby przygarnąć nas, dzieci jej, które może dużo zawiniły zastraszone batem hakatystów — ale teraz ze snu powstały, obudziły się wzięły do pracy do nauki naszego umiłowanego języka śpiewu, do pracy w Towarzystwach! Tu polska ziemia! I słysząc jak polski język rozbrzmiewa w Sztumie w mieście i na wsi tak z w całym powiecie, gdzie tak znacznie przeważamy liczebnie, wierzymy 1 ufamy, pocieszamy się, że niemieckie gazety jak kłamały tak kłamią, chcą w nas złamać ducha, osłabić wolę! Ale nie uda im się to! Chociaż wierzymy jeszcze, że linia graniczna od Elbląga pójdzie na południe ogarniając nasz powiat, przygotowujemy się na wszystko, na ewentualny plebiscyt, którego się nie boimy! Sami sobie damy świadectwo, sami zaświadczymy kim jesteśmy! Czy pragniemy kultury pruskiej z jej nędzą i głodem, czy też Polski żyznej i bogatej z szerokim dostępem do morza, przez przyznany nam już Gdańsk! Niemcy 114 Sztumska korespondentka „Gazety Gdańskiej” u nas ze strachu już powariowali, myślą, że wojska polskie tuż, tuż, zapominają, że naprzód tu Amerykanie i Francuzi będą gospodarować i każą się ich grencszucom wynosić gdzie pieprz rośnie, a dopiero potem prawdziwi gospodarze zaczną rządzić. Nasz pan landrat wydał nawet z wielkiej nieprzytomności bardzo zabawny „Kreisblatt” z ciekawą wiadomością, że Niemcy w powiecie będą przed tymi strasznymi Polakami bronić do upadłego: vom Selbstverteidigeumgsrechte aussersten Gebrauh machen. Co najzabawniejsze, że jednym tchem wygraża i potrząsa szabelką i w następnym zdaniu zachęca do spokoju między narodowościami, czyli po prostu mówiąc zachęca Niemców do napadu na nas bezbronnych a ostrzega żebyśmy cichutko siedzieli, bo „Rechtsfrieden” tak jak on go pojmuje sam uspokoi nas! Każdy się pyta przeciwko komu te zbrojenia i podburzania i czy się tam w głowie pana landrata, który z astronomów pochodzi jaka klepka nie zluzowała. Trzecia korespondencja ukazała się 6 lipca 1919 r. Sztum. Niewielka partia socjalistyczna rozdawała wielkie plakaty po polsku i niemiecku drukowane, wymyślające na naszą idącą ku nam Polskę, wychwalając niemczyznę. Oj to prawda, że niemczyzna wychwalania potrzebuje, bo nie ma czym się chwalić. Odezwa do robotników rolnych, a piszą w niej, że panowie polscy teraz chodzą i ściskają im ręce i złote góry w Polsce obiecują. Nasi robotnicy nie dadzą się ogłupić, wiedzą dobrze, że w Polsce im lepiej dziać się będzie niż w Prusach. Nasi robotnicy twierdzą, że w Prusach musieli w wojsku służyć, gdzie pobierali małą zapłatę a podoficerowie jeszcze im wymyślali. Skarżą się, że do Sztumu przysłano ubrania, to niemieccy panowie pobrali zupełnie nowe a robotnikowi dostały się spodnie bez jednej nogawki i płaszcze z dziurami. Jest tu niemiecki dziedzic u którego żaden robotnik wytrzymać nie mógł, że podczas wojny samych jeńców rosyjskich musiał zatrudniać. Nie powstrzymywało to tego niemieckiego pana od tego, że jednego przywiązał do drzewa, drugiego do wozu którym jechał a chłop musiał za nim lecieć. Teraz rozdają ludziom mąkę i słoninę aby za niemczyzną trzymali. Niemcy w Sztumie mówią, że będą głosowali za Polską, bo oni nie głupi aby te podatki grube w Prusach płacić. Więc niech socjaliści nie tumanią naszego ludu, bo Polacy nie dadzą się ogłupić i pragną jedynie przyłączenia do Matki Ojczyzny. Czwarta korespondencja pojawiła się 8 lipca 1919 r. Powiat sztumski. Niemcy zwołują zebrania dla pozyskania stronników przy mającym się odbyć plebiscytem. Tysiące odezw rozchodzą się koleją, pocztą i przez posłańców w obydwóch językach. W szkołach rozdawano obrzydliwe kłamstwa anonimowe. Cały ten ruch jest przeciwko przynależności do Polski. Do każdej wsi przybywa sprowadzony mówca. Nasz powiat z trzech stron otoczony jest ewangelikami. Władze niemieckie zmuszają ludność do zniemczania się. O słabej woli i zobojętniały dla prawdziwej narodowości lud występuje wrogo przeciw własnym ziomkom. Nie wierzą w dobre rządy Polski. Nad gwałtownym rozdarciem Ojczyzny naszej bolał świat cały i wszędzie przyjmowano gościnnie jej wygnańców. Teraz świat stanął przeciwko Niemcom. Warunki pokojowe układali mądrzy ludzie, wini znać ważność połączenia Gdańska z całą Polską. Gdańsk na Malbork łączą trzy tory pierwszy na Warszawę, drugi Kwidzyn - Toruń - Poznań, trzeci przez Olsztyn Białystok, Brześć do Kijowa. Fale namiętności narodowej wzrosły niesłychanie, uspokajają się powoli. Korzyść należenia do Polski bez płacenia kosztów wojennych wywołuje sym- Andrzej Lubiński 115 patię nawet u rozważniejszej ludności niemieckiej. Jeżeli będzie głosowanie ma nastąpić po ustąpieniu urzędników a raczej wpływowych ludzi narodowości niemieckiej; należą do nich urzędnicy rejencyjni, powiatowi, gminni, księża, nauczyciele. Ile czasu trzeba na usunięcie owych wpływowych dopóki nie odbędzie się głosowanie, przejścia będą naprężone i niespokojne. Z powyższych powodów powinny należeć powiaty malborski, sztumski, suski bez głosowania do Polski. Piąta korespondencja została opublikowana 22 sierpnia 1919 r. Gawędy starego Kuby. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Akurat kiedy teraz mnie potrzeba do owego politykowania, popsuły mi się okulary; czekałem długo na ich reparację i przez ten czas nie mogłem do „Gazety” pisać. Przez ten czas to mi tam niejedno z pamięci uleciało, ale za to nie brak nowych wiadomości. - Powiadali se ludziska na odpuście o tym, jako to sejm w Warszawie podział wielkich grundsztyków na mniejsze uchwalił, a panowie teraz za przynależnością do Polski tak nie stoją jak wprzód! Moiście wy, na mój stary rozum, to ja zawsze kalkulował, że w Polsce chłop krzywdy mieć nie będzie, a łatwo do szmata ziemi dojdzie. Mądro więc Postolińskie chłopy wiedzą jak trawa rośnie, że za Polską się oświadczają, choć jej panowie już nie chcą. Aleć mocno mi się wydaje, że panowie też by lichy interes zrobili przy Niemcach zostając, boć ci by ich z całego wnet wywłaszczyli, a w Polsce jednak im zawsze część zostanie. Tyle w tej sprawie rachunku - aleć jakem stary Kuba, tak powiadam, że panowie Polski chcieć muszą dla tego jeszcze, że po za tym przecież jak czasu niedoli i prześladowania śmiało się wszędzie Polakami mianowali, nie są to więc Judasze ani zaprzańce. Kochali swą matkę Ojczyznę już wtedy, to im będzie miła teraz. -Ady to wielka rzecz, bracie nie masz ziemi, to dasz dzieci na co inszego. Przecież na poczcie, na kolei na urzędzie, w nauczycielstwie zawsze będzie ludzi brak! Niemczysko choćby kopę dzieci nachował, to we faterlandzie o ich przyszłość się nie bał. Tak jubel wielki, boć sam prezydent Schnackenburg zjechał na walną naradę. Anim nosa na dwór nie wyłożył, żeby tę niemiecką wielkość oglądać, trzeba się oszczędzać aby zdrowie dochować, jak będzie powitanie polskich dostojników i wysłanników państw sprzymierzonych. - Śmiać mi się ino chciało, bo przyszło mi na myśl, że Sztumska Ziemia to teraz jak bogata panna na wydaniu. To raz wraz w rajby i swaty posyłają. Dostojne swaty, kiedy aż sam prezydent z nimi jedzie! A obchwala swego konkurenta, a obchwala jak żyd śmierdzącą rybę. „Dla powiatu sztumskiego tylko raj przy Niemcach”, tak krzyczą owe swaty, a przeciwnika to ganią i z błotem mieszają. Aleć to na świecie zwykłe doświadczenie, że ta bogata panna to chimerne stworzenie, jak nic innego w świecie. Właśnie musi sobie wybrać na psotę wszystkim swatom, najwięcej przez nich ganionego kawalera. A czemu? Hm, bo jakoś swoim przeczuciem się wiodła, gdzie jej szczęście leży. Oj Niemiaszki, pewno wam wasze krzyki na złe wyjdą, „bogata panna” kominka wywinie i tyle. Dam wam kochani bracia na to przykład choćby z Postolina. Prawie mi o tym mój przyjaciel stary Gzela opowiadał. A no, mówi było to W zeszłą środę (niby 30 lipca) wielkie wydzwanianie we wsi na jakiś „Volksversammlung”. Gadajże prędko mój Grzelo, wołam na niego, bo mnie zatknie (z ciekawości jak było). A Gzela na to: Przyleciało tam parę dziewuch niewyrosłych, ja to żem stał pod oknem na dworze i słuchał, im ten mówca o żeniaczce coś prawił. Mój Grzelo, jeno ze mnie nie żartuj, Wołam zły. Cóż to za „Volksversammlung”, gdzie o żeniaczce prawią. Mówię prawdę, mój 116 Sztumska korespondentka „Gazety Gdańskiej” Kubo, mówi Grzela, kiedym to usłyszał poszedłem z pod okna, bo po co mi dalej słuchać, kiedym już moje starokawalerstwo Bogu przyrzekł! A to żem się uśmiał a jak mi jeszcze Grzela opowiedział, że na niedzielę nowy Versammlung wydzwaniali i nawet plakat wywiesili Niemczyska a potem żaden mówca nie przyjechał (pewno im było wstyd tego zebrania w środę) tom się do łez naśmiał. Jeszcze na zakończenie mam jedno zapytanie do redakcji. Było w pewnym numerze „Gazety” bardzo pięknie napisane o kobiecych stowarzyszeniach i był zapowiedziany dalszy ciąg o tym, jakie obowiązki teraz kobietom w powiecie Sztumskim przypadają. Mocnom był na ten dalszy ciąg ciekawy, akuratnie każdy numer naszej gazety od początku do końca czytam, a o tym nic więcej nie było? Zapytuję więc Szanownej Redakcji, jak z tym artykułem sprawa stoi? W razie że nic nie było w gazecie, to upraszam grzecznie o adres tej Pani, która ten pierwszy piękny kawałek napisała a ja ją o ten dalszy ciąg poproszę. Z szacunkiem uniżony Kuba. *** Czytając przed kilku laty „Gazetę Gdańską”, byłem zdumiony informacjami, jakie ta podawała o ziemi sztumskiej. Nie dociekałem wtedy, skąd mogły pochodzić. Ponownie przeglądając archiwalne egzemplarze, by przygotować wykład o setnej rocznicy odzyskania niepodległości, zauważyłem, że pewne teksty, a w szczególności ich styl, jest mi skądś znany. Zacząłem baczniej się przyglądać... Gdy w roku 2012 roku wydałem wspomnienia Marii Donimirskiej z Ramz Małych „Bóg dał nam czas próby”, byłem pod wrażeniem wiedzy, jaką autorka posiadała, opisując lata 1918-1919 na podstawie różnych gazet polskich, niemieckich i francuskich. We wspomnieniach używała podobnego stylu, charakterystycznych określeń. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że autorką tych pięciu korespondencji do „Gazety Gdańskiej” jest właśnie Maria Donimirska. Była bacznym obserwatorem tego, co się działo na ziemi sztumskiej i sama pewną rzeczywistość kreowała - razem z mężem Kazimierzem, Witoldem Donimir-skim oraz Stanisławem i Heleną Sierakowskimi. Miała duży talent literacki, a relacje, jakie pisała do redakcji „Gazety Gdańskiej” mogły zaciekawić czytelników. Widać to w szczególności w ostatniej korespondencji: „Gawędy starego Kuby”. Wspomnienia Wiesław Olszewski BRUNON ZWARRA OSTATNI GDAŃSKI BÓWKA1 Mam obecnie wyjątkową satysfakcję, gdyż tam, gdzie się wtedy tak mozoliłem, znajduję polując tak potrzebny mi odpoczynek. Jednak na widok szerokich pól z burakami cukrowymi wracam w myślach zawsze do udręk tamtych dni.2 Te myśli przychodziły zawsze gdy w jesienne, mgliste dni wędrował ze swym sztucerem w okolicach dzisiejszego Bronowa, miejsca swej niewolniczej pracy jesienią 1939 roku. 1 Według Encyklopedii Gdańska: - gdański odpowiednik lwowskiego batiara i londyńskiego cockneya. Jedna z osobliwości Gdańska w międzywojennym dwudziestoleciu. Nie szukał stałego zatrudnienia, niedbale ubrany, wałęsający się, obdarzony ciętym językiem i poczuciem humoru, przejawiał skłonność do mocnych trunków. Bówka wzbogacał koloryt miasta. 2 Brunon Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki, T. 2, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1985. 118 Brunon Zwarra ostatni gdański bówka We wstępie do pierwszego tomu swych wspomnień napisał: ...ani nie byłem ważną osobistością, ani nie miałem jakiegokolwiek wpływu na przebieg tych wypadków, które w opisanym czasie w Gdańsku zdarzyły się. Byłem tylko ich świadkiem[..J. Widziałem je oczami polskiego dziecka a potem dorastającego młodzieńca, którego niekiedy zwano żartobliwie „gdańskim bówką" .3 Urodził się sto lat temu, 18 października 1919 roku w Gdańsku. Rodzice, szukając lepszego życia, przywędrowali tu z niedalekich Kaszub. Oboje wywodzili się z patriotycznych polskich rodzin osiadłych od pokoleń na piaszczystych ziemiach w okolicach Kościerzyny. Ojciec Wojciech Zwarra, z zawodu kowal, podjął pracę jako dźwigowy w porcie. Bardzo wcześnie wstąpił do Zjednoczenia Zawodowego Polskiego - jakże ważnej organizacji w życiu Gdańskiej Polonii. Członkiem i aktywnym działaczem Zjednoczenia był nieprzerwanie aż do wybuchu wojny. Jego decyzja miała dla nas zasadnicze znaczenie, gdyż odwiodła być może nas od zniemczenia, któremu wielu naszych krajan ulegało od dawna w Gdańsku. Decyzja ojca zaprowadziła nas na drogę, którą kroczyło wprawdzie niełiczne, lecz bardzo prężne i wówczas jeszcze spoiste społeczeństwo polskie w Gdańsku"- wspomina syn. Długie lata rodzina zamieszkiwała skromne mieszkanie na piętrze oficyny w pobliżu gdańskiej Biskupiej Górki. Sąsiadami oraz towarzyszami dziecięcych zabaw w większości byli Niemcy. Starzy Schodrowscy mówili jeszcze łamanie po polsku, podobnie ja£ Scher-wińscy, Czoskowie, Dembińscy, Ignatowitzowie i wielu innych mieszkańców tej ulicy. Czuli się jednak już Niemcami... Spór polsko-niemiecki o Gdańsk trwał, był cały czas ostry, ale wtedy toczył się miedzy politykami, dyplomatami, konfliktów między sąsiadami, zwykłymi ludźmi jeszcze nie budził. Zycie w tej części ówczesnego Gdańska, widziane oczami dziecka, było skromne ale spokojne. Ludzie darzyli się życzliwością a w potrzebie wspierali. Ta część miasta miała swój specyficzny koloryt - piętrowe kamienice sąsiadowały często z leciwymi już, niewielkimi domkami stojącymi w otoczeniu schludnych ogródków. Pobliska Biskupia Górka, ze swą bujną roślinnością oraz kazamatami dawnych koszar, była prawdziwym rajem okolicznej dzieciarni, miejscem pełnych przygody zabaw. Po wdrapaniu się na jej szczyt widać było cały Gdańsk, Oliwę, Stare Miasto i liczne żurawie stoczni Schichaua. Tam życie toczyło się intensywniej, zdecydowanie mniej sennie, miało swój wielkomiejski ale i charakterystyczny portowy klimat. Laki Gdańsk, Gdańsk swego dzieciństwa i młodości, przedstawia nam Brunon Zwarra. Pierwsze zakłócenia tego harmonijnego bytu zaczęły pojawiać się z końcem lat dwudziestych. Rodzący się kryzys gospodarczy, rosnące bezrobocie, drastyczne decyzje polityczne Senatu zaczęły wyzwalać napięcia społeczne. Budzić zaczęły się demony nacjonalizmu, pruskiego militaryzmu i innych skrajnych nurtów politycznych. Pojawiać się zaczęły umundurowane formacje paradujące w rytmie pruskich marszów - dźwięk marsza zaczął dominować nad wszelkimi formami życia duchowego miasta: Najczęściej ukazywali się jednak komuniści, którzy coraz głośniej protestowali wobec poczynań gdańskiego Senatu. Organizowali liczne pochody i manifestacje protestacyjne, które kończyły się często starciami ze zwołennikami innych partii niemieckich, a przede wszystkim z policją. 3 Brunon Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki, T. 1, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1984. Wiesław Olszewski 119 Edukację rozpoczął kilkuletni Brunon w ochronce SS. Dominikanek. W 1926 roku rozpoczął naukę w senackiej szkole powszechnej z polskim językiem wykładowym. Szkoły tworzone dla dzieci polskich przez władze Wolnego Miasta były na bardzo niskim poziomie, nauczycielami byli najczęściej wynarodowieni Polacy często prawie nie znający języka polskiego. W szkołach tych realizowano niemiecki program służący niemczeniu uczniów. Po ukończeniu tej szkoły pomyślnie zdał egzamin do Gimnazjum Polskiego Macierzy Szkolnej, w którym rozpoczął naukę 11 kwietnia 1929 roku. Był to twórczy okres rozwoju intelektualnego pod okiem darzonych szacunkiem mistrzów - profesorów tej szkoły. Proces kształcenia nie łatwy, nawet z momentami zwątpienia, ale dał solidne podstawy dalszego życia. Już w trakcie nauki w Gimnazjum wstąpił do Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej, przemianowanego później na Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, którego ognisko miało swą siedzibę w przyziemiu, zbudowanego wysiłkiem gdańskich Polaków, kościoła Chrystusa Króla. Wśród wielu innych, ważnym przejawem działalności Stowarzyszenia był sport. Stał się on również wielką pasją Brunona na długie lata. Z lepszymi lub gorszymi efektami próbował swych sił w różnych dyscyplinach. Największe osiągnięcia miał w piłce nożnej, grał w pierwszej drużynie KS Gedania. Podjął też treningi w sekcji bokserskiej. Sytuacja gospodarcza ulegała stałemu pogorszeniu, bezrobocie osiągnęło rekordowe wielkości. Problemy ekonomiczne zaczęły przekładać się na relacje narodowościowe. Niemieccy robotnicy strajkami próbowali wymusić zwalnianie polskich pracowników. Postawy nacjonalistyczne uwidaczniały się coraz silniej. Rzeczywistość stała się jeszcze groźniejsza w 1932 roku gdy inicjatywę przejęła dążąca do władzy NSDAP. Byt Polaków pogarszało jeszcze rozbicie Polonii na co ogromny wpływ miały także tarcia polityczne w kraju. Polacy zaczęli walczyć między sobą w wyborach do parlamentu Wolnego Miasta: Pamiętam z tamtych dni ojca, który wracał do domu z wielu zebrań i pełen goryczy, a niekiedy nawet ze łzami wściekłości opowiadał o napaściach słownych, a nawet czynnych na uczestników tych zebrań dokonywanych przez tych „lepszych Polaków”. W roku 1935 odbył się plebiscyt w Zagłębiu Saary, pomyślny dla Niemiec. Był to impuls dla coraz głośniejszych żądań przyłączenia Gdańska do Rzeszy. Albert Forster zdecydował o przedterminowych wyborach do Volkstagu. Rozpoczęła się bardzo hałaśliwa i agresywna na niespotykaną dotąd skalę kampania, mająca na celu zapewnienie hitlerowcom bezwzględnej większości w gdańskim parlamencie. Te zmasowane działania nazistów skłoniły zwaśnioną wcześniej Polonię do wystawienia wspólnej polskiej listy. Zaczęły się brutalne napady hitlerowskich bojówek na działaczy polskich. Był to również rok przełomowy w prywatnym życiu młodego Brunona - tak zwana mała matura i decyzja - bądź o dalszej nauce, bądź o podjęciu pracy. Nie łatwa sytuacja rodziny, ale i chęć rozpoczęcia pracy oraz zarobkowania przeważyły. Znalezienie satysfakcjonującej pracy w ówczesnym Gdańsku nie było wcale sprawą łatwą, tym bardziej dla Polaka. Przy Wsparciu Antoniego Lendziona, prezesa Zjednoczenia Zawodowego Polskiego, Brunon dostał skierowanie do Firmy Emaillierwerk Segor we Wrzeszczu. Z tą emaliernią związał swe życie na długie lata. 120 Brunon Zwarra ostatni gdański bówka Sytuacja materialna rodziny uległa poprawie, wyższy poziom życia dawał się również zauważyć wśród znajomych. Następowała dalsza konsolidacja społeczności polskiej, nie bez trudności, ale zjednoczyły się wcześniej mocno poróżnione, dwie organizacje związkowe. W grudniu nastąpiła, jakże ważna dla polskich Gdańszczan, zmiana na stanowisku Komisarza Generalnego RP, ministra Kazimierz Papee zastąpił Marian Chodacki. Partia hitlerowska rosła w siłę. Z nieodmiennym nasileniem odbywały się propagandowe przemarsze po mieście. Zaczęto przeprowadzać ćwiczenia przeciwlotnicze i próbne zaciemnienia. Młodych Niemców wysyłano na przeszkolenie wojskowe do Rzeszy, z Rzeszy zaczęło przybywać coraz więcej „gości”. Bezpardonową walkę prowadzono z wszelką opozycją, inicjowano liczne prowokacje, które skutkowały pobiciami i aresztem. W maju 1936 roku wprowadzono dla gdańskiej młodzieży dziewięciomiesięczny przymus pracy na roli zwany „Landjahr”. Dzień 3 maja 1937 roku był dla gdańskiej Polonii dniem bardzo ważnym i pamiętnym. Tego dnia podpisano nareszcie deklarację zjednoczeniową pomiędzy zarządami obydwu polskich organizacji politycznych: Gminy Polskiej i Związku Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku. Pozwoliło to wybrać wspólny zarząd nowej organizacji, której nazwa była odzwierciedleniem zawartego kompromisu: Gmina Polska - Związek Polaków. Skończył się wieloletni, jakże szkodliwy, proces rozbicia polskiej społeczności. W prasie hitlerowskiej zaczęły pojawiać się informacje o prześladowaniach mniejszości niemieckiej w Polsce. Polskie gazety, dementujące te doniesienia, w Gdańsku masowo konfiskowano. Opanowany przez nazistów Volkstag, po delegalizacji ostatniej opozycyjnej organizacji politycznej, podjął uchwałę o zakazie zakładania jakichkolwiek nowych. Wystąpienia antyżydowskie przybrały poziom dotąd nie spotykany - grabiono i niszczono żydowskie sklepy i przedsiębiorstwa, nakładano niebotyczne podatki i dzierżawy, decydującym się na opuszczenia Gdańska utrudniano sprzedaż majątku. Nazywano to aryzowaniem przedsiębiorstw. Pod naciskiem Senatu złożył rezygnację, życzliwy Polakom, biskup gdański Edward O Rourke, jego miejsce zajął ksiądz Karl Maria Splett. Pamiętam bardzo mglisto uroczystość przywitania nowego biskupa przez polskich katolików w Sali Stoczni Gdańskiej. Przypominam sobie tylko, że wtedy ksiądz biskup Karl Maria Splett przemówił do nas bardzo serdecznie i to w naszym ojczystym języku. Wzrastający terror wobec Polaków sprawiał, że coraz bardziej masowo uczestniczyli w patriotycznych uroczystościach w Gdyni, witani tam entuzjastycznie. Obecnością swą wspierali i zachęcali do działań propolskich mieszkańców Piekła i innych skupisk Polaków. Młodzi polscy Gdańszczanie odbywali jednodniowe ćwiczenia wojskowe w Gdyni, ale i dłuższe obozy przysposobienia wojskowego na południowo wschodnich terenach II Rzeczpospolitej. Wtedy, w lipcu [1938 r.], przekonałem się, jaka w tamtych okolicach panowała nędza. Każdego południa stały przy bramie naszego obozu liczne kobiety i dzieci, które ofiarowywały nam za porcje nielubianej przez nas kaszy konewki i dzbany pełne malin i innych jagód. 20 czerwca 1938 roku prasa i radio zakomunikowały radośnie, że w Volkstagu zasiedli nareszcie sami umundurowani posłowie partii Hitlera. Uznano też w ten sposób, że dwaj cywilni posłowie czyli posłowie Polacy, zupełnie przestali się liczyć. Po zajściach w Austrii Wiesław Olszewski 121 i Czechosłowacji coraz powszechniejszym stało się w Gdańsku hasło: „Wir wollen heim ins Reich!”4 28 kwietnia 1939 roku, w swym słynnym przemówieniu, Hitler wypowiedział pakt o nieagresji z Polską. Na czas transmisji mowy wodza Rzeszy w Gdańsku zarządzono przerwę w pracy. Przygotowania do wojny stały się już jawnymi, z wszelkimi tego przejawami, konsekwencjami i obostrzeniami. Wieść o podpisaniu paktu Ribbentrop — Mołotow spotęgowała działania wrogie wobec Polaków w Gdańsku, rozpoczęły się aresztowania. Skłoniło to Brunona Zwarrę do wyjazdu do Gdyni z zamiarem wstąpienia do wojska polskiego. 26 sierpnia 1939 roku, nie bez przeszkód, opuścił swój dom rodzinny i ojczyste miasto. W Gdyni panował specyficzny spokój. Spokój przed burzą. Przerwało go dopiero ogłoszenie mobilizacji 31 sierpnia. Ruch z Gdańskiem zamarł, odchodziły liczne pociągi przez Kościerzynę w głąb kraju. Nie było wojska, nie było więc i możliwości zaciągnięcia się do niego. Liczni młodzi Gdańszczanie oczekiwali w gmachu sądu na wyjazd do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie miano tworzyć „Legion Gdański”. Hukiem wojny rozpoczął się piątkowy poranek 1 września, pojawiły się pierwsze naloty. Szybko okazało się, że komunikacja z krajem została przerwana, pozostało oczekiwanie. 14 września pojawili się Niemcy, nastąpiły masowe aresztowania Polaków. Po wstępnych przesłuchaniach część zwolniono, inni, w tym i nasz bohater, trafili do Obozu Jeńców Cywilnych w gdańskim Nowym Porcie. Po krótkim pobycie w obozie Zwarra, wraz z wieloma innymi, skierowany został do pracy na roli: Długo płynął w górę biegu Wisły nasz stateczek, aż wreszcie zaczął zbłiżać się do brzegu. Było to tuż przed mostem pontonowym pod Kieżmarkiem, łecz nie on był celem mojego zainteresowania, tyłko stojący na wierzchu wału od strony Żuław długi sznur furmanek. Na przybrzeżnej łące oczekiwali na nas okoliczni bauerzy i ledwo zaczęliśmy schodzić za statku, już przebierali pomiędzy nami szukając najlepiej im odpowiadających robotników. [...] Gdy widziałem ten harmider, to macanie muskułów i zaglądanie w twarze oraz szacowanie całej postawy poszczegółnych ludzi, naszła mnie myśl, że tak samo odbywał się zapewne opisywany w „Chacie wuja Toma” targ czarnych niewołników. Po niedługiej podróży furmanką, mijając zabudowania Zuławek, trafił do gospodarstwa mennonity Kurta Funka w ówczesnym Jankendorf, dzisiaj części Bronowa. W tym gospodarstwie, w ciężkich warunkach, żył i pracował do końca 1939 roku: Te trzy miesiące u niemieckiego gospodarza Kurta Funka wspominam zarówno z niechęcią z powodu trudnych warunków pracy, jak też jako okres sytości, gdyż nie głodowaliśmy i zachowywali się wobec nas przyzwoicie. ” Po krótkim pobycie w szpitalu 16 stycznia 1940 roku Zwarra trafił do obozu w Stutthof. W straszliwych warunkach, przeraźliwym zimnie, głodzie, pladze wszy i chorób, morderczej pracy i ciągłych szykanach SS-manów przeżył kolejne ponad trzy miesiące. W Wielki Piątek 22 marca 1940 roku, w dniu bestialskiej egzekucji na działaczach przedwojennej Polonii, spotkał go kolejny straszliwy cios. Dowiedział się, że do obozu trafił też jego ojciec: Udałem się natychmiast do tej izby, a gdy tam wszedłem, przystanąłem jak wryty. Poznałem siedzącej na desce skulonej postaci mego ojca! Byt odwrócony plecami, a jego ciałem wstrząsało nieustanne łkanie. Chcemy powrotu do Rzeszy! 122 Brunon Zwarra ostatni gdański bówka W dniu 9 kwietnia 1940 roku, dniu ataku hitlerowskich Niemiec na Danię i Norwegię, pierwszy kilkusetosobowy transport Polaków opuścił Stutthof. Kolejny, w którym znaleźli się również ojciec i syn Zwarrowie, wyszedł dziesięć dni później: Był to znowu piękny dzień wiosenny, gdy ruszyliśmy długą kolumną w drogą. Maszerując szosą w kierunku Nowego Dworu widziałem, jak na polach pracuje dużo ludzi, jednak nikt z nich nie zwracał na nas uwagi. Nie pamiętam, by w samym Nowym Dworze stali na chodnikach ciekawscy. Na dworcu dostaliśmy po dużej porcji gęstego pęczaku, a ponieważ byliśmy z ojcem ostatni, mogliśmy za namową SS-owskiego kucharza najeść się do syta. Wbrew krążącym w obozie plotkom nie był to wyjazd do wiosennych prac w gospodarstwach rolnych. Dowiedzieli się o tym już przed odjazdem pociągu. Rankiem dnia następnego wagony zatrzymały się przy rampie Obozu Koncentracyjnego Sachsenhausen. Rozpoczął się kolejny, tragiczny okres życia. Pierwsze tygodnie pobytu w tym obozie to okres kwarantanny, „piekło kwarantanny”, jak powszechnie ten czas określano: Ponieważ na naszym bloku byli przeważnie dobrze mówiący po niemiecku Polacy z Gdańska, więc nie podpadaliśmy zbyt często przy tym śpiewie i ćwiczeniach. Jednak i to nie uchroniło od straszliwego w skutkach „sportu”, jak ironicznie nazywano szykany, które stały się przyczyną śmierci wielu starszych rodaków. Ganiano nas wtedy po ulicach tego obozu w obecności SS-owców, przy krzykach i biciu rozwydrzonych Junkcyjnych hejtlingów. Bieg ten raz po raz przerywano, by kazać nam paść na ziemię, tarzać się i toczyć lub poruszać się do przodu żabką czy kaczym chodem. Tych którzy zostawali w tyle, bili i popędzali prominenci, mający najczęściej zielony lub czarny winkiel. [...] po każdorazowym „sporcie” było zawsze kilku starszych rodaków, którzy już nie mieli siły by powstać. Owe „sporty”, przeplatane wielogodzinnym staniem na baczność oraz ciągły terror psychiczny były źródłem ogromnej śmiertelności, zwłaszcza wśród starszych więźniów. Straszliwą selekcję w kwarantannie obozu Sachsenhausen przeżyli tylko nieliczni z około 1800, którzy przybyli ze Stutthofu. Katorżniczych warunków nie wytrzymał również ojciec. Wojciech Zwarra zmarł w nocy z 25 na 26 maja 1940 roku. Dzięki usilnym staraniom Brunon mógł zobaczyć leżące na kamiennej posadzce umywalni, wśród wielu innych nagich trupów, zwłoki ojca. Były w strasznym stanie. Młody wiek, hart ducha, odporność fizyczna, ale i znajomość języka niemieckiego oraz trochę szczęścia sprawiło, że przetrwał ten straszny okres swego życia. W piątek 19 czerwca 1942 roku otrzymał informację o prawdopodobnym zwolnieniu z obozu: Wiadomość ta była tak niespodziewana, że stałem jak ogłuszony oparty o ścianę. Po dwóch latach i dwóch miesiącach pobytu opuszczał obóz koncentracyjny, to okropne piekło na ziemi: Otrzymałem darmowy bilet powrotny i dwie pajdy chleba, po czym zaczęliśmy z jakimś podoficerem SS mijać po kolei straże. Dopiero wtedy przekonałem się jak bardzo byliśmy pilnowani. Wrócił do Gdańska, traf sprawił, że z pociągu wysiadł niemal dokładnie w miejscu, skąd wyjeżdżał w sierpniu 1939 roku. W trakcie obowiązkowej wizyty na gestapo otrzymał nakaz podjęcia pracy w swej przedwojennej firmie, emalierni Segora. Pracował tam przez kolejne lata, lata w wojennym Gdańsku. Gdańsk był już inny. Pracownicy zakładu to starsi wiekiem mężczyźni, ale większość załogi stanowiły kobiety. Bardzo niewiele brakowało by i Brunon Zwarra trafił do niemieckiego wojska. Rozpoczęły się alianckie naloty. Panował terror paraliżujący codzienne życie Wiesław Olszewski 123 ludności. Słowo Stutthof było równie straszne dla Niemców jak dla przedstawicieli innych nacji. Karano za najdrobniejsze nawet gesty w stosunku do licznych już jeńców wojennych. Za bliższe kontakty groziły bardzo surowe wyroki. Często ukazywały się komunikaty o skazanych na śmierć Polakach, miały służyć totalnemu zastraszeniu. Jednak w porównaniu z tym co miało już niedługo nadejść, było to życie spokojne i unormowane. Na froncie wschodnim zaczynało dziać się coraz gorzej. Jeszcze tego głośno nie mówiono ale wszystko na to wskazywało. Kolumny nekrologów w gazetach były coraz dłuższe, wśród innych również nazwiska gdańskich Polaków siłą wcielonych do Werhmachtu. Zarządzono obowiązek pracy dla wszystkich mężczyzn w wieku 16 do 65 lat, kobiet - od 17 do 45 roku życia. W szeptanych rozmowach coraz częściej pojawiała się nazwa Stalingrad! Wiadomość o klęsce VI Armii feldmarszałka von Paulusa, spadła jak grom z jasnego nieba, 4 lutego 1943 roku. Ogłoszono żałobę narodową. Kilkanaście dni późnij, w obliczu wyraźnie rysującej się już klęski, w swej mowie transmitowanej do wszystkich niemieckich domów, Goebbels zadał pytanie: wolt ihr totalen Krieg? — czy chcecie totalnej wojny? Otrzymał gromką i zdecydowaną odpowiedź — Wir wollen ihn! — chcemy! Wojna totalna zaczęła się nieuchronnie przybliżać do Gdańska. Rozpoczęły się naloty alianckich bombowców, zamknięto teatr, lokale rozrywkowe a także większość szkół, skasowano część połączeń kolejowych, zmniejszano kartkowe przydziały żywności, zaczęła szaleć drożyzna. Boże Narodzenie 1943 roku Brunon postanowił spędzić z rodziną stryja, na kaszubskiej wsi. W trakcie świątecznych spotkań poznał swą przyszłą żonę - Kunegundę Kolędównę. Nadeszła radosna dla Polaków wieść o lądowaniu aliantów w Normandii 6 czerwca 1944 toku. Stawało się coraz bardziej oczywistym, że Niemcy wojnę przegrają. Zniknęły z ulic mundury bojówkarzy SA i SS, a nawet odznaki partyjne z klap cywilnych ubrań. Nie było, tak powszechnych wcześniej, przemarszów rozwrzeszczanych hitlerowców. Pojawiły się zupełnie inne kolumny maszerujących: Pewnego dnia napiętnowano w gdańskim dzienniku mieszkańców za stanie na chodnikach i ostentacyjne przyglądanie się ciągnącym ulicami od kilku dni długim pochodom uchodźców z Prus Wschodnich. Ten przerażający widok działał przygnębiająco, do wielu zaczęła docierać świadomość, że podobny los, już nie długo, może stać się także ich udziałem. Pobór do wojska i Volkssturmu stał się już powszechnym. Z początkiem 1945 roku nadeszła wieść o ruszeniu natarcia na całym froncie wschodnim. Niepokój ludności niemieckiej rósł z dnia na dzień. Sytuacja zaistniała w mieście, zagrożenie powołaniem do Volkssturmu, skomplikowana, niepewna sytuacja w fabryce, skłoniły Brunona Zwarrę do opuszczenia Gdańska. Nie bez problemów wyjechał do rodziny swej narzeczonej, na Kaszuby. Tam był świadkiem tragicznych transportów z uchodźcami, widział paniczne odejście ostatnich niemieckich oddziałów, przeżył nie mniej tragiczne wejście Rosjan. Stamtąd, przez kilka ostatnich dni marca 1945 roku, obserwował ogromną łunę dopalającego się Gdańska. Do Gdańska, a właściwie morza ruin, które po nim zostały, wrócił 8 kwietnia 1945 roku. Nie był więc bezpośrednim świadkiem tragedii jaka się w mieście rozegrała, poznawał ją z przekazu znajomych i później publikowanych opisów. Doświadczony własnymi przeżyciami doskonale rozumiał cierpienia niemieckiej ludności ówczesnego Gdańska. Pamiętał jednak to co spotkało jesienią 1939 roku mieszkających w Gdańsku Polaków, a wcze- 124 Brunon Zwarra ostatni gdański bówka śniej Żydów. Bestialstwa czynione wówczas większość Niemców przyjmowała ze szczerym aplauzem. Gdańsk zaczęto palić kilka lat wcześniej podpalaczy nazywając bohaterami: Pierwszymi podpalaczami Gdańska 1 września 1939 roku byli sami Niemcy. Oni to, nie mogąc mimo ostrzału artyleryjskiego zmusić obrońców Poczty Polskiej do poddania się, kazali strażakom miejskiej straży pożarnej podpalić polską część okazałego budynku na Heoeliu-splatz? Nie mógł więc nie reagować na publikacje zwłaszcza niemieckich autorów, w tym i noblisty Guntera Grassa, którzy bardzo wybiórczo podchodzili do historii nadmotław-skiego grodu tamtych lat. Do Gdańska dotarł na skrzyni wojskowej ciężarówki. Pierwsze kroki skierował do swojej dzielnicy, następnie na główne miasto. Po drodze nie spotkał nikogo żywego, panująca złowroga, grobowa cisza była nie mniej straszna niż widok ogromu zniszczeń. By znaleźć lokum do zamieszkania udał się do mniej zniszczonego Wrzeszcza. Korciło też odwiedzenie byłego miejsca pracy. Nie myślał o powrocie do emalierni. Okazało się inaczej. Pod wpływem namowy dawnych współpracowników - głównie Niemców, zdecydował się wziąć na siebie ciężar odbudowy zniszczonej fabryki szyldów. Po bardzo wielu najrozmaitszych utrudnieniach produkcja ruszyła. Szczególnym okazał się dzień 28 kwietnia 1945 roku, nadeszło specjalne zamówienie: Po chwili zorientowałem się, jak ważne dostałem polecenie, gdyż to ja, urodzony w Gdańsku Polak, miałem wykonać w historii tego miasta pierwsze polskie tablice uliczne! Niedługo po tym przyszła radosna wieść o końcu wojny, zaczęły napływać coraz liczniejsze grupy wychudzonych i obszarpanych rodaków, szukając nowego miejsca do życia. Mimo normalizującej się stopniowo sytuacji często wybuchały w mieście pożary, słychać było strzelaniny. Prowadzono powszechny szaber, w którym uczestniczyły bez wyjątku wszystkie nacje. Gdańscy Niemcy żyli w poniewierce i głodzie, rozpoczęły się transporty do zachodnich stref okupacyjnych. 13 czerwca 1945 roku Brunon Zwarra i Kunegunda Kolędówna zawarli związek małżeński, byli w powojennym Gdańsku dwunastą parą. Dochowali się w następnych latach sześciorga dzieci. W tym samym miesiącu ukazał się w „Dzienniku Bałtyckim” tekst o wydanym rozporządzeniu złożenia przez zniemczonych w czasie wojny Polaków „deklaracji wierności Narodowi Polskiemu i Demokratycznemu Państwu Polskiemu”. Dotyczyło to również polskich Gdańszczan: Jakież to było dla nas obrażliwe, szczególnie dla czołowych przedwojennych działaczy polonijnych w Gdańsku, których za odważną postawę mordowali Niemcy. Niemcy określali nas w Gdańsku wyraźnie jako Polnische Minderheit (polską mniejszość), a teraz władze polskie zaszeregowały nas jako niepełnoprawwycA Polaków, uznały nas za niepewnych mieszkańców Gdańska. Bardzo często, powracających z wieloletniego pobytu w obozach, wzywano przed oblicze komisji weryfikacyjnej, gdzie mieli udowadniać swą polskość. Mimo pozytywnej weryfikacji wielu spotykała nieufność, szykany a nawet gwałty ze strony nie tylko władz ale i nowo kształtującej się społeczności. Pak tworzyła się nowa rzeczywistość Gdańska, bardzo trudna i bardzo szara. Do szykan politycznych, represyjnej postawy służb mundurowych doszły jeszcze, jakże powszechne, „domiary” - jawne szykany służb fiskalnych. Skutkowało 5 Brunon Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki, T. 4, Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 1996. Wiesław Olszewski 125 to coraz liczniejszymi decyzjami o opuszczeniu Gdańska, o wyjazdach, głównie do RFN. Przedwojenna Polonia Gdańska po raz kolejny została zdziesiątkowana, jak podczas kwarantanny w obozie Sachsenhausen. Również i Brunon Zwarra, doprowadzony do rozpaczy postanowił wyjechać, podjął działania dla zalegalizowania swego zamieszkania w Niemczech, jednakże istniejące we wniosku słowo: Volkszugehdrigkejt (przynależność narodowa), które wymagało dopisu: deutsch (niemiecka) było dla mnie nie do przyjęcia.6 Od 1 stycznia 1973 roku przeszedł na przyznaną za pobyt w obozie rentę inwalidzką. Miał więcej czasu, również dla swej od lat już pasji - myślistwa. Ta legła u podstaw kolejnej ważnej decyzji, o rozpoczęciu pisania: Właśnie podczas tych wyjazdów na kaczki czy na kozła często opowiadałem o tym, co działo się w przedwojennym Gdańsku. I wówczas Tadzio [Tadeusz Borysiewicz] rzucił myśl, abym zajął się pisaniem na te tematy. Umocnił tę myśl usilnymi namowami, ówczesny dyrektor Biblioteki Gdańskiej PAN Marian Pelczar. W 1984 roku ukazała się pierwsza, jakże ważna praca - Gdańsk 1939. Wspomnienia Polaków gdańszczan, zbiór 73 relacji o początkach II wojny światowej w Gdańsku. W tym samym roku ukazał się pierwszy tom autobiograficznego cyklu Wspomnienia gdańskiego bówki, a w następnych latach powieści: Gdańszczani oraz W gdańskiej twierdzy. Brunon Zwarra Zmarł w swym domu w Oliwie rano 14 sierpnia 2018 dożywszy prawie 99 lat. Do końca pozostał człowiekiem niepokornym. Brunon Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki, T. 5, Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 1997. Rozmowy PRZED NAMI WIELE WYZWAŃ Z Justyną Liguz, nową kierownik Zamku w Kwidzynie rozmawia Arkadiusz Kosiński - Przez lata dała się Pani poznać jako wielka propagatorka lokalnej historii, więc prócz gratulacji, chciałoby się również powiedzieć: właściwy człowiek na właściwym miejscu. — Ocena zawsze należy do odbiorców, dlatego nie chciałabym mówić o sobie w ten sposób. Liczę na to, że działania, które będziemy podejmować jako zamek w Kwidzynie, będą pozytywnie oceniane przez uczestników, a będzie mi miło i na pewno będzie to swego rodzaju podziękowaniem, jeśli frekwencja będzie wysoka i będą pojawiały się również cieple recenzje. — Jaki ma Pani pomysł na kwidzyński zamek? Czy jest coś, co należałoby zmienić w jego funkcjonowaniu? — Rozpoczynając pracę jako kierownik kwidzyńskiego oddziału Muzeum Zamkowego w Malborku, postanowiłam zdiagnozować pewne obszary i je ocenić. Przychodząc tutaj, miałam także swoją wizję funkcjonowania tej instytucji. Teraz niejako na bieżąco mam okazję sprawdzić, które obszary należy bezwzględnie poddać zmianie, a które pozostawić i jedynie ulepszać. Pod koniec ubiegłego roku powołany został zespół ds. opracowania nowej koncepcji wystawy stałej. Obecnie mam przyjemność przewodniczyć temu zespołowi. Ponadto, w Malborku pojawił się w ubiegłym roku nowy dyrektor, który również ma swoją wizję funkcjonowania i już widać sporo zmian, które za tym idą. Dla mieszkańców są one jeszcze niezauważalne, ale jedną z nich jest właśnie wspomniany zespół, którego zadaniem jest opracowanie strategii działania muzeów podległych siedzibie w Malborku. Trzeba bowiem podkreślić, że obecnie poza Malborkiem są Kwidzyn i Sztum. Zespół składa się z pracowników malborskiego muzeum oraz pracowników merytorycznych oddziału kwidzyńskiego. Jedną ze zmian, które już weszły w życie, jest nowy regulamin organizacyjny, w myśl którego kwidzyńskie muzeum nosi teraz nazwę Zamek w Kwidzynie. Było sporo dyskusji na temat tego, co jest lepsze, czy „zamek”, czy „muzeum”. Jedna i druga opcja pod kątem marketingowym ma swoje plusy i minusy. Dla odbiorców pewne rzeczy są proste. Przychodzą, zwiedzają wystawy, odjeżdżają. Jednak z naszego punktu widzenia ważne jest, aby dobrze zaplanować cały pobyt turysty w naszym zamku. Począwszy od zakupu biletu - Przed nami wiele wyzwań 127 poprzez zwiedzanie, na odpoczynku czy zakupie pamiątek kończąc. Wszystkie te elementy muszą mieć odzwierciedlenie w koncepcji. - Co dokładnie ma Pani na myśli mówiąc o wystawie stałej? - Cały, szeroki program wystawienniczy. Przychodząc do zamku, każdy widzi z czym mamy do czynienia. Pierwsze piętro głównie przeznaczone jest na wystawy czasowe, eventy i spotkania oraz stałą wystawę etnograficzną na gdanisku. Na drugim piętrze znajduje się wystawa przyrodnicza. Natomiast potrzebny jest nam cały program. Chcemy zastanowić się nad tym, co będzie atrakcyjne dla turystów i jaki powinniśmy mieć profil jako muzeum. Często jest tak, że idziemy do muzeum tematycznego, np. II wojny światowej, jednak z nami odbiorca ma pewien problem. Jesteśmy muzeum regionalnym i na pewno tak pozostanie. Musimy jednak zaoferować szeroko pojęty produkt regionalny, a myślimy nad tym, co powinno być jego trzonem. Na pewno musi to być produkt, który będzie identyfikował nasze muzeum, który będzie znakiem rozpoznawalnym i przestaniemy wreszcie mówić, że byłem w zamku w Kwidzynie, bo to za mało. Zespół pracuje w pocie czoła, mamy już pewne pomysły, ale nie chciałabym uprzedzać faktów. Choćby dlatego, że sporo pracy jeszcze przed nami. Koncepcja ta będzie „owocem” pracy różnych fachowców z dziedziny muzealnictwa. Chciałabym, żeby to była ciekawa wystawa stała, miejsce na wystawy czasowe, sala edukacyjna, ale także produkt, który będzie rozwiązywał szereg problemów, np. przewijak dla matek z dzieckiem, czy miejsce dla odpoczynku. Chcemy pójść w kierunku nowoczesnych muzeów. Myślę, że ten dokument i praca zespołu to zadanie na ten rok, a więc z punktu widzenia przeciętnego odwiedzającego może niewiele będzie się działo na zewnątrz, natomiast przed nami wiele pracy „w środku”, ale mam nadzieję, że od przyszłego roku, zmiany te będzie widać gołym okiem. - Kwidzyn bardzo aspiruje do tego, by być miastem atrakcyjnym turystycznie, m.in. za sprawą kwidzyńskiego zamku i Krypty Wielkich Mistrzów, a od niedawna również punkt widokowy na wieży. Ale czy kiedykolwiek będzie mógł się pochwalić takim ruchem jak choćby nieodległy Malbork czy Gniew? -Jeśli Malbork przyjął w ubiegłym roku 750 tys., a Gniew 100 tys. to z mojej strony rodzi się pytanie: do kogo aspirujemy. Jeśli do Malborka, to jest to nieosiągalne. Gniew również jest nie najlepszym odniesieniem. Należy pamiętać, że nasi sąsiedzi zza Wisły mają zupełnie inną ofertę. Mowa tu chociażby o noclegach czy SPA, które są swego rodzaju wacikiem i pod tym względem Zamek Gniew ma o wiele większe możliwości. Zamek w Kwidzynie jest obiektem wpisanym do rejestru zabytków, a więc obiektem zupełnie innego typu i nie możemy tu utworzyć podobnych „atrakcji”. Musimy więc przyciągnąć turystów czymś innym. Musimy budować na innym fundamencie, a przecież mamy swoje atuty. W ubiegłym roku zespół katedralno-zamkowy został wpisany na listę Pomników Historii. To bardzo ważny moment i choćby na kanwie tego sukcesu powinniśmy budować naszą strategię promocyjną. Ów zespół jest wyjątkowy. Nie ma drugiego takiego miejsca, gdzie 128 Arkadiusz Kosiński katedra byłaby połączona z zamkiem. Dlatego pod tym względem jest to perła i powinniśmy się nią chwalić. I będziemy. Warto jednak pamiętać, że aby zbudować przemyślaną ofertę, trzeba pogodzić interesy gospodarzy wszystkich tych obiektów. W muzeum ruch turystyczny jest nieograniczony, ale z kolei wieża dzwonna jest już mocno obwarowana przepisami przeciwpożarowymi, zaś by zwiedzić katedrę, trzeba uszanować porządek liturgiczny. To trzy rzeczy, które np. w kwestii wspólnego biletu, są nie pogodzenia. Wiele mówiło się o tym, że może on zachęcić turystów do wizyty w Kwidzynie, ale to nieprawda. Już tłumaczę dlaczego. Jeśli turysta przyjechałby do naszego miasta z takim biletem, jego pobyt w zamku byłby zdeterminowany tym, że za moment musi wejść na wieżę, albo się nie „załapie”, bo mogą tam wejść maksymalnie 10-osobowe grupy, albo musi „celować”, żeby wejść do katedry pomiędzy mszami świętymi. Utarło się, że wspólny bilet załatwi wszystko, ale to nie jest dobre rozwiązanie. To nie jest jednak tak, że problem jest nie do rozwiązania. Są inne możliwości, dlatego uważam, że należy budować wspólną ofertę. Turysta, którzy przyjeżdża do Kwidzyna, musi wiedzieć, co można tu zwiedzić i powinien sam wybrać, co chce i kiedy zobaczyć. Musimy przyciągać turystę właśnie szeroką ofertą, nie tylko możliwością zwiedzania, ale również spędzenia u nas czasu. Dlatego przed nami bardzo wiele wyzwań i pytanie, czy uda nam się to wszystko zdiagnozować. Ale też strategia, która powstanie nie powinna być martwa i nie może być dokumentem jednorazowym. — Jednym z pierwszych Pani ruchów były zajęcia dla dzieci zorganizowane w trakcie ferii. Czy planuje Pani więcej tego typu działań adresowanych do najmłodszych? - Nie można powiedzieć, że zamek do tej pory nie angażował się w tego typu aktywności. Mniejsze lub większe wydarzenia się tutaj odbywały, ale od tego roku chcieliśmy to wyeksponować i uporządkować, tak by, przybrało to jednolitą formę. Ferie właśnie, są idealnym przykładem przygotowania wspólnej oferty z zaprzyjaźnionymi instytucjami czy stowarzyszeniami. - Wróćmy na moment do wieży dzwonnej, która niedawna została otwarta dla zwiedzających. Jakim cieszy się powodzeniem? - Wydawało mi się, że będzie się cieszyła się większym powodzeniem wśród mieszkańców Kwidzyna. W tej kwestii jest jeszcze wiele do zrobienia. Dlatego tą drogą chciałabym zachęcić do wejścia na wieżę. A wiem, że to zupełnie nowe doświadczenie. Widok z góry jest naprawdę piękny. Jeśli chodzi natomiast o ruch turystyczny, czyli przyjezdnych, to ten produkt ma na pewno swoje ograniczenia. Jeśli do Kwidzyna przyjeżdża 30-40 osobowa grupa turystów, to nieczęsto zdarza się, że nie decydują się oni na wejście, bo ze względu na wspomniane już przepisy przeciwpożarowe, muszą oni zostać podzieleni na 10-osobowe grupy. Ci, którzy o tym wiedzą, planują sobie jakoś ten czas. Nie wszyscy jednak zdają sobie z tego sprawę i rezygnują z wejścia. Ruch turystyczny jest tkanką bardzo delikatną i nigdy nie można ferować opinii, że coś działa albo nie działa. Na pewno zawsze trzeba Przed nami wiele wyzwań 129 pracować nad doskonaleniem każdej atrakcji. Musimy pomyśleć o tym, co ci turyści mają np. robić podczas oczekiwania na wejście. Bo czekanie to często czynnik demotywujący i zniechęcający. — Idea trzech zamków, czyli promocja trzech placówek w Kwidzynie, Sztumie i Malborku. To Pani zdaniem dobry pomysł? — Taką ofertę Muzeum w Malborku wprowadziło w ubiegłym roku i cieszyła się ona umiarkowanym powodzeniem, dlatego w tym przypadku również należy jeszcze wiele poprawić i wspomnianą ofertę udoskonalić. Niemniej, właśnie ze względu na możliwość zwiedzenia trzech zamków „na jednym bilecie”, odnotowaliśmy w ubiegłym roku większy ruch turystyczny. Skorzystała także Krypta Wielkich Mistrzów czy katedra. — Jakie działania, jako kierownik kwidzyńskiego zamku, zamierza Pani podjąć w tym roku? Czego możemy się spodziewać? — Na pewno będziemy kontynuować dotychczasowe działania, czyli m.in. cykle „Spotkania z historią”, czy „Skarby muzeum”. Oczywiście liczymy na to, że grupa miłośników tychże będzie się stale powiększała. Skupiamy się również na mniejszych rzeczach, takich jak budowa nowej strony internetowej, czy profilu na Facebooku. Mamy również pomysł, by w lokalnej telewizji prowadzić stały program poświęcony historii miasta i nie tylko. Udoskonalamy również ofertę warsztatową. Bardzo ważnym projektem, który za chwilę ujrzy światło dzienne jest Open Kwidzyn, czyli gratka dla geocacherów. Geocaching to rodzaj gry terenowej opartej trochę na dawnych podchodach. Mamy aspirację, by Kwidzyn stał się geocachingową stolicą Polski. Do tej pory w mieście powstało kilka takich ścieżek. Aktualnie powstaje strona internetowa poświęcona projektowi Open Kwidzyn. Na wrzesień planujemy zlot geocacherów. To niesamowicie popularne zajęcie wśród wielu młodych ludzi. W Polsce działa około 40 tys. aktywnych cacherów. Również w Kwidzynie środowisko to jest bardzo rozwinięte. To nie tylko świetna zabawa, ale także kapitalna forma promocji dla miasta. W tym roku czeka nas również kolejna Noc Muzeów. Jest jednak też gorsza wiadomość, bo nowelizacja ustawy o podatku VAT wiążę nam ręce w kwestii nieodpłatności tego wydarzenia. Dlatego będziemy zmuszeni wprowadzić symboliczną opłatę, podobnie zresztą jak wiele muzeów w całej Polsce. Bardzo nad tym ubolewam, ale dobra wiadomość jest taka, że jeśli rzeczywiście będziemy zmuszeni taką opłatę wprowadzić, to będzie ona symboliczna, na poziomie 1-2 zł. Czy przełoży się to na gorszą frekwencję? Nie sądzę. Wiele muzeów pobiera opłaty w różnych formach, a symboliczna wysokość nie powinna stanowić przeszkody dla nikogo. Dziękuję za rozmowę. Prowincja bliskie i dalekie Teodor Sejka DWIE PODRÓŻE DO LWOWA Nie można mieć złudzeń, że po tylu zmianach mogłaby się tam uchować jakaś przedwojenna aura: nastroje, nawyki, jakaś zbiorowa uczuciowość, czy nawet zapachy... Wreszcie nabrałem odwagi i decyduję się na samotny wyjazd do Lwowa. Nigdy tam nie byłem i niewiele wiem o tym mieście. Ale wyobraźnia zachęcająco kusi mnie zaciekawiającymi skojarzeniami. Przecież było to trzecie po Krakowie i Warszawie najważniejsze miasto przedwojennej Rzeczpospolitej. Miasto ubogacone dziedzictwem kulturowym wielu zamieszkujących tam narodowości, które to dziedzictwo kształtowało niepowtarzalną atmosferę i silne więzi wśród jego obywateli. Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu? Tylko we Lwowi! Wiem jeszcze, że w 1449 roku król Kazimierz Wielki oficjalnie przyłączył to miasto do Polski i, że mimo swej wielonarodowości, wiele razy dawało Polsce dowody swej wierności, Lwów zawsze wierny „Semper Fidelis”. PODRÓŻ PIERWSZA: KUZYNKA OLGA Jadę tam na zaproszenie Olgi - córki mojego kuzyna, która mieszka w nowej dzielnicy Lwowa, na Sychowie. Olga jest lekarzem — ginekologiem, spodziewam się więc, że poziom jej życia jest przynajmniej dobry. Wprawdzie ogromnie dużo się u nich zmieniło, bo jest już październik 1993 roku. Rozpadł się Związek Radziecki. W 1991 roku Ukraina proklamowała niepodległość i od dwóch lat stawia pierwsze, nieporadne kroki swojej państwowości. Pierwszym prezydentem jest Leonid Krawczuk. Młode państwo przeżywa wielkie zamieszanie, chaos i niepewność. Jest wiele niewiadomych, co do kształtu jego przyszłości. I chyba nie jest to najlepsza pora, żeby tam jechać. Ale, co tam! Nie zważam na nic. Jadę, jak się to mówi, w ciemno, bo nie mogę dłużej zwlekać i nie mogę zmarnować ostatniej szansy zobaczenia się z jedyną żyjącą jeszcze, mocno już sędziwą, siostrą mojej mamy Anną. Ciocia Anna była bardzo okaleczona podczas II wojny światowej, gdy cała ich wieś Ty-chania (Ciechań), leżąca w obrębie Przełęczy Dukielskiej, została doszczętnie zniszczona. Wtedy to miejscową ludność łemkowską, pozbawioną wszelkiego dobytku i dachu nad głową, sprytnie i z łatwością zwabiono do „radzieckiego raju”. Ciocia mieszka na wsi w pobliżu Halicza, a w rejonie Lwowa żyją też liczni potomkowie obydwu sióstr mojej mamy, których znam tylko ze zdjęć. Motyw mojej wizyty jest więc bardzo serdeczny, rodzinny i niecierpiący zwłoki. Wreszcie naocznie przekonam się, jak wygląda ich życie w realiach, już teraz postradzieckich. Śpiesząc się z wyjazdem, zdążę jeszcze spotkać przynajmniej kilku swoich nieznanych krewnych. Ale nie mniej zachęcający jest dla mnie aspekt poznawczy mojej wizyty. Cieszę się, że będę miał wgląd w żywą rzeczywistość tego magicznego miasta, tak barwnie i obficie Teodor Sejka 131 opiewanego w pieśniach i poezji. Będę się tam przyglądać ludziom, budynkom i cmentarzom, by doszukiwać się w nich tego, co być może, przetrwało tam do dziś z czasów, gdy Lwów należał do Polski. Zapragnąłem osobiście poznać i zweryfikować wszystko to, o czym wcześniej słyszałem i co tworzyło moją mentalną legendę miasta Lwowa, jako przedwojennej trzeciej stolicy Polski. Co nieco słyszałem o Lwowskich Orlętach i bohaterskim chłopcu Jurku Bitchmanie poległym w obronie Lwowa przed Ukraińcami. Wreszcie będę miał okazję pochodzić po lwowskich cmentarzach, kościołach i Starówce i przeżyć wszystko to starannie i dogłębnie. Podróż mam zaplanowaną dość szczegółowo. W Przemyślu mam zarezerwowany nocleg w hotelu, by na drugi dzień o godzinie 16 wsiąść do pociągu i przekroczyć granicę. Dalej wszystko pójdzie jak z płatka - oto wsiądę do pociągu w słoneczne popołudniem i jeszcze za widoku dojadę do Lwowa. A tam zaraz powita mnie na peronie sympatyczna Olga, pomoże mi nieść ciężkie toboły i pod jej troskliwą opieką dojadę do celu, by zażywać odpoczynku po trudach podróży. Trzeba jednak było mieć cholernego pecha, by ten oczekiwany sielankowy scenariusz zamienił się w dramatyczny koszmar. Po odprawie celnej na peronie w Przemyślu, ponad 2 godziny nie podstawiano pociągu, którym miałem przejechać granicę, a gdy wreszcie go podstawiono, kończył się październikowy dzień, powoli następował zmierzch. To wystarczyło, by zburzyć cały idylliczny plan mojego powitania we Lwowie. Gdy wysiadłem na lwowskim dworcu, było już po 20. Dworzec i miasto były słabo oświetlone z powodu awarii sieci elektrycznej. Rozpaczliwie rozglądam się, by gdzieś w tłumie ujrzeć moją opiekunkę Olgę. Tłum na peronie rzednie i dociera do mnie okrutna pewność, że nikt po mnie nie przybył i że będę musiał sam wyjść jakoś z tej opresji. Przerażony swoją sytuacją w obcym, nieznanym mieście, przedzieram się przez leżących na podłodze dworcowego holu podróżnych, a może bezdomnych, by nie stracić z pola widzenia miejscowych kobiet, z którymi jechałem w jednym przedziale z Przemyśla do Lwowa. Kobiety te wracały z prac zarobkowych, wykopkowych w Polsce. Na szczęście jeszcze nie oddaliły się. Błagam o pomoc, podaję adres. Mówią, że to daleko i że do Sychowa będą trzy przesiadki tramwajowe. Jedna z kobiet pociesza mnie, że jeden odcinek drogi pojadę z nią, a potem ona rozpyta pasażerów, kto mógłby być dla mnie przewodnikiem na kolejnym etapie mojej wędrówki przez słabo oświetlony Lwów. W ten właśnie sposób, przekazywany z rąk do rąk, z duszą na ramieniu, szczęśliwie dobrnąłem do dzielnicy Sychiw, która okazała się wielkopłytowym blokowiskiem z okresu Breżniewa. Nerwowo odnajduję blok i klatkę. Wjeżdżam na 7 piętro i skonany i uszczęśliwiony staję u żądanych drzwi. Pukam raz i drugi, pukam coraz głośniej — bez skutku. Stopień mojego przerażenia osiąga apogeum. Co to wszystko ma znaczyć? Po chwili na odgłos mojego dobijania się, z sąsiednich drzwi wychodzi sąsiad i wyjaśnia mi, że pani Olga już dwa razy jeździła po mnie na dworzec i zaniepokojona, teraz też tam pojechała, by mnie odnaleźć. Gościnni sąsiedzi zapraszają mnie do siebie na herbatę. Mniej, więcej za godzinę przyjeżdża Olga 1 przejmuje pechowego gościa — wędrowca. Kilkudniowy pobyt we Lwowie dał mi poznać siermiężność i uciążliwość bytu jego mieszkańców w tamtym okresie. Zakup chleba tylko do godziny 15 i to z ograniczeniem. Wody w bloku można nałapać tylko w godzinach nocnych. Dlatego w wannie i we wia- 132 Dwie podróże do Lwowa drach trzeba ją mieć na zapas. Komunikacja miejska przestarzała i spowolniona. Korupcja kwitnie na każdym miejscu. Na przykład konduktor w pociągu na trasie Lwów - Halicz mówi nam, że musimy zapłacić sztraf (mandat), bo mamy nieważne bilety. Wystarczyła jednak emocjonalna elokwencja Olgi, tzw. pyskówka, by go przekonać, że nie ma racji, że nasze bilety są ważne. Kupno biletu na dłuższą trasę, a zwłaszcza za granicę, to we Lwowie bardzo poważny problem. Mogłem się o tym przekonać, gdy kilkakrotnie podejmowałem nieudaną próbę przy kasie biletowej, bo chętnych jest wielu, a bilety za granicę sprzedaje się tylko w wyznaczonych godzinach. By się doczekać trzeba nocować na dworcu i co jakiś czas rejestrować swoją obecność. Czy to nie horror? Pozostaje więc jedyna skuteczna droga - droga łapówki i to wypłaconej w dolarach, bo ukraińskie hrywny są tu prawie bez wartości. Chcesz wrócić do domu - kup sobie ten przywilej za dolary. Z opresji wybawia mnie Olga. Powiedziała mi, że ma koleżankę, która ma znajomości w służbach kolejowych i że będzie można to załatwić za 20 dolarów. Na szczęście nielegalnie przewiozłem przez granicę trochę dolarów, przeznaczonych na prezenty dla krewnych. Dzięki nim zapewniam sobie powrót do domu. Poziom życia w młodym państwie ukraińskim bardzo się pogorszył. W opinii Olgi dawna władza radziecka większą troską otaczała inteligencję, np. lekarze zarabiali znacznie więcej i mogli żyć na wyższym standardzie, zaś w niepodległej Ukrainie, zwykły robotnik może zarobić więcej od lekarza, a w kraju ogarniętym powszechną korupcją zezwala się na wszystko. Dowodem na to jest choćby mieszkanie, w którym tymczasowo mieszka Olga z synem, Crób Mani Konopnickiej we Lwowie, fot. Internet Teodor Sejka 133 nielegalnie wynajęte od właściciela, który prawdopodobnie ma kilka takich mieszkań na wynajem. Wiadomo, że wynajęte mieszkanie znaczy tyle, co tymczasowa, byle jaka egzystencja i nie odznacza się luksusowym wyposażeniem. Jako zaproszony gość, mam sytuację wyjątkowo trudną, raz z uwagi na dość prymitywne locum, a po drugie, że Olga nie ma urlopu i całe dnie jest zajęta pracą w swojej klinice. Po drodze z pracy stoi w długich kolejkach po zakupy i zanim wróci do domu jest już późne popołudnie, a moje serce wyrywa się z tego nudnego Sychowa na zwiedzanie tak nobilitowanego historycznego miasta dawnej Rzeczpospolitej. Co robić, gdy potrzebny mi jest ktoś miejscowy w roli przewodnika, bo sam nie odważę się wyruszyć w nieznany, obcy teren... Godzina 16 w październikowy dzień, to pora dosyć późna na zwiedzanie miasta. Ale nie mając innego wyjścia, wyruszamy. Najpierw jedziemy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie wita nas przewodnik, który wskazuje nam groby wybitnych Polaków: Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, Władysława Bełzy, Artura Grottgera i wybitnego pisarza i poetę ukraińskiego Iwana Franko. Jako ciekawostkę pokazuje nam grób, będący świadectwem odwzajemnionej psiej miłości i wierności swojemu panu. Pluto i Nero to dwa psy, które wiernie służyły swojemu właścicielowi, myśliwemu Józefowi Iwanowiczowi (żył w XIX wieku). Ich pan dbał o nie i odwzajemniał ich miłość. Gdy zmarł, psy towarzyszyły konduktowi pogrzebowemu aż na cmentarz, a potem położyły się na mogile swego pana, odmawiając wszelkiego jedzenia i picia. Pozostały tam, aż do swojej głodowej śmierci, bo życie bez właściciela straciło dla nich cel i sens. Zona myśliwego zdecydowała, że wierni towarzysze męża spoczną u jego boku. Stąd na tym nagrobku obecne są rzeźby dwóch plączących psów. W tamtych czasach musiało to jednak drażnić i gorszyć opinię publiczną, dlatego żona zmarłego później postanowiła uzupełnić ten nagrobek, umieszczając nad mogiłą figury Matki Bożej i dwóch Aniołów. Wzruszeni opowieścią i poruszającą treścią nagrobka nie postrzegamy nadciągającego zmroku. Z żalem myślę, że to już koniec zwiedzania, bo co tu można zwiedzać po ciemku. Toteż bezradnie rozglądam się po cmentarzu, by choć trochę opóźnić nasze stąd odejście, gdy, po prawej stronie, w pewnym oddaleniu, w zapadającym zmierzchu dostrzegam jakieś bielejące kolumny. Zaintrygowany tym spostrzeżeniem dowiaduję się od Olgi, że to cmentarz polskiej młodzieży. Przeżywam prawdziwe olśnienie; ależ to Lwowskie Orlęta! Tutaj, tak blisko. Nie! Nie mogę stąd odejść tak natychmiast! Robi się coraz ciemniej. Niewiele szczegółów mogę tu rozpoznać. Jakieś luki, szeregi odnowionych grobów, ale też i kupy gruzów, jakieś pozostawione ślady po pracach betoniarskich. Próbuję odgadnąć co to wszystko znaczy. Nad Cmentarzem Łyczakowskim zapada ciemność, ale nie zapada cisza — bo słyszę intensywny zgiełk ruchliwej ulicy i to tu, gdzieś blisko. Nie mogę przecież uwierzyć, żeby przez cmentarz przeprowadzono arterię szybkiego ruchu. Ale nie mogę też niczego tu wyjaśnić i sprawdzić. Dlatego wracam zdesperowany, niezadowolony, że to, co miało być dla mnie tak ważne w tej wizycie, wymyka mi się z pola moich możliwości i to w tak perfidny sposób. Czy los pozwoli mi tu jeszcze kiedyś wrócić? Nie wiem. Krótki jesienny dzień i nieobecność Olgi do południa są przyczyną, że zwiedzanie zabytkowego śródmieścia też jest tylko fragmentaryczne i bardzo pobieżne. Po prostu wpadamy tu i ówdzie, oglądamy to, co trafi się po drodze: pomnik Mickiewicza, Teatr Miejski, ka- 134 Dwie podróże do Lwowa tedra św. Jana, katedra prawosławna św. Jura (Jerzego), zdewastowany kościół św. Elżbiety. Gdzieś tam z okna tramwaju mignął mi budynek dawnego Uniwersytetu Jana Kazimierza, jeszcze wejście do jakiegoś sklepu i na tym kończy się zwiedzanie. Oczywiście przeżywanie miasta w takim galopie nie mogło zaspokoić mojego apetytu smakowania miasta Lwowa z jakim tu jechałem. Nic więc dziwnego, że cała bylejakość mojej wizyty w połączeniu z przykrymi uciążliwościami podróży, razem z zatargiem z celnikiem w drodze powrotnej, sprawiły, że moje zaciekawienie tematem miasta Lwowa szybko mi minęło. Dlatego zaraz po powrocie do domu, starałem się zapomnieć o mojej wyprawie. Byłem nawet pewien, że Lwów, raczej, nie może mnie już nigdy zainteresować. PODRÓŻ DRUGA: Z JERZYM MICHOTKIEM Dziełem przypadku miało się stać zgoła inaczej i po latach temat Lwowa powrócił do mnie ze zdwojoną siłą. Czynnikiem sprawczym stała się niepozorna autobiograficzna książka Jerzego Michotka „Tylko we Lwowie” (Warszawa 1990). Ten popularny w latach 60. piosenkarz, poeta, aktor i reżyser (1921 - 1995), mimo że urodzony w Częstochowie, był jednak przede wszystkim Iwowiakiem. Swą młodość spędził we Lwowie, ale gdy w 1939 roku miasto zajęli Rosjanie, zaraz po maturze, został zesłany do kopalń Workuty, skąd wrócił po 7 latach z mocno nadwyrężonym zdrowiem. Osiedlił się we Wrocławiu, gdzie ukończył studia uniwersyteckie w zakresie filologii polskiej, a potem jako ekstern zdał egzamin aktorski i reżyserski. Pracując jako aktor, długo nie mógł się odzwyczaić, by na planie filmowym nie mówić swoim ukochanym lwowskim bałakiem. „Panie Michotek — przestań pan gadać po Iwowsku” — mruczał do niego co chwila reżyser Leopold Buczkowski podczas zdjęć do filmu „Sprawa pilota Maresza”. W serialu „Polskie drogi — Dom” w reżyserii Tadeusza Łomnickiego, Michotek grał rolę zesłańca powracającego do kraju o kulach. Grał więc jakby samego siebie, a jego lwowski bałak został tu w pełni wykorzystany i w stu procentach uzasadniony. Jak wspomina inny Iwo-wiak Jerzy Janicki, stałym tematem Michotka był Lwów i kulturowy dorobek Iwowiaków. Nie potrafił pogodzić się z tym, że jego ukochane miasto skazano na zapomnienie, bo przecież tam każda ulica, niemal każdy kamień, to pomnik polskości. Swoją jedyną książkę, która przypadkowo trafiła do moich rąk, Michotek napisał za namową swoich przyjaciół. We wstępie czytamy, że jest to książka bardzo osobista, bardzo spontaniczna, chaotyczna, uwikłana w dygresjach, że wydawca świadomie jej nie uporządkował, bo nie można uporządkować czyjegoś serca. Naprawdę dziwna to książka. Niespójna. Z różnych kawałków złożona. Rozbita jak życie autora i jemu podobnych. A z niej wyłania się niezwykła biografia i osobowość tego, chyba trochę dziś zapomnianego artysty, który wzbudził moją osobistą sympatię piosenkar- Jerzy Michotek (1921-1995), pieśniarz, poeta, aktor, reżyser, a przede wszystkim Iwowiak, fot. Internet Teodor Sejka 135 skim wykonawstwem przebojów, które przypominają mi moją własną młodość: „Woziwoda”, albo pierwsze polskie country „Stary kowboj”. Ale, szczególnie ten jego rozbity portret stał się dla mnie bodźcem mojego nowego powrotu do tematyki lwowskiej. Jerzy Michotek, znalazłszy się w Polsce, niezmordowanie szukał kontaktów z innymi Iwowiakami. W tym celu organizował swoje recitale lwowskie, często bezinteresownie. Na przykład w Domach Seniora lub na wsi pod Wałbrzychem. Oni też lgnęli do niego, bo Iwowiak Iwowiaka wyczuwa na odległość. A tam raczej senioralna publika zawsze domagała się piosenek tych lwowskich, wesołych, batiarskich, bo jak mówili — Lwów to było wesołe miasto. W 1985 roku w Domu Pracy Twórczej w Konstancinie Michotek spotkał niezwykłego Iwowiaka, bo samego słynnego Tońkę - Henryka Vogielfaengera. Spotkanie to pozwoliło im ożywić legendę radiowego programu „Wesołej lwowskiej fali” i występów niezapomnianego duetu komików lwowskich Szczepcia i Tońcia. Ale nie przeszkodziło im też zaznaczyć swoich różnic w poglądach w sprawie repertuaru na lwowskich spotkaniach. Podczas gdy Tońcio z wielkim zapałem krytykował piosenki smutne i nastrojowe a domagał się tych wesołych i rubasznych, wtedy autor wychodził z ostrą repliką: Słuchaj Tońciu, bo wyjdzie na to, że we Lwowi to tylko światła gasili i w mordy bili, tylko kirzyli i majchry nosili. I zaraz potem uderza w najczulszą i najgłębszą strunę lwowskiego, polskiego patriotyzmu. Upomina swego rozmówcę, że to właśnie ze Lwowa w czasie zaborów, wybrzmiewały liczne wezwania do miłowania Ojczyzny Polaków i że tych wezwań nie wolno zagubić i nie godzi się zapomnieć. Po czym następuje bardzo podniosła patriotyczna wyliczanka, która, doskonale charakteryzuje bogatą głębię duszy autora: To jakby nie stąd i nie nasz Ujejski runął na Polskę słowami „Chorału”. Jakby nie nasz krzemieniecki Słowacki grzmiał „Pieśnią Konfederatów Barskich”. Jakby z Cmentarza Łyczkowskiego Konopnicka przestała wołać „Polski my naród, polski lud. Królewski szczep Piastowy”. Jakby tamże leżący Bełza nie pytał już: „Kto ty jesteś”- Polaka małego. Jakby syn niemieckiego burmistrza Lublina, który przyjechał nas germanizować, Wincenty Pol nie pisał: Niechaj Polska zna, jakich synów ma. Jakby nie śpiewano o 14-letnim Bitchmanie: Tylko mi Ciebie mamo. Tylko mi Polski żal. (s.71-72). Każda z przywołanych tu postaci w jakiś sposób związana ze Lwowem, jest wybitną ikoną polskości. Czyż to nie paradoks, że nawoływanie do ochrony polskiej tożsamości nie przestaje płynąć z tego miasta również i teraz, gdy Lwów już do Polski nie należy? A czy nie jest jeszcze większym paradoksem, że propagatorami polskości w dawnym Lwowie stawali się także i cudzoziemcy? A co jeszcze ciekawsze, że wielu z nich pochodziło z niemieckich rodzin, które przybyły do Polski z zadaniem niemczenia Polaków. I, o dziwo! Po pewnym czasie, często w kolejnym pokoleniu sami dokonywali wyboru - i spolonizowali się. A przywdziewając duszę polskiego Iwowiaka, wiernie służyli Rzeczpospolitej. Naprawdę trudno byłoby znaleźć lepsze świadectwo atrakcyjności polskiego żywiołu, będące specjalnością Lwowa. Jak można to zrozumieć, nie tłumacząc tego jakimś misterium, wręcz magią miasta. W książce Michotka znajdujemy przynajmniej kilka dygresji na temat takich postaci, skierowanych do Tońki. Jest tu jeden z największych polskich historyków Karol Szajnocha i jeden z największych mężów stanu Franciszek Smolka, prezydent Lwowskiego Sejmu Galicyjskiego, ^icjator sypania kopca Unii Lubelskiej i wspomniany już piewca umiłowania polskiej ziemi. Wincenty Pol, którego ojciec Franciszek Ksawery Pohl, jako urzędnik w służbie austriackiej 136 Dwie podróże do Lwowa przyjechał do Polski by nas germanizować. Wśród nich byli też wybitni polscy generałowie jak Kruk i Zalauf. Ci napływowi ludzie sami dokonywali wyboru, w myśl zasady, że wybór narodowości należy do praw człowieka wolnego. Tu we Lwowie stawali się entuzjastami polskości, a swoimi talentami kształtowali i ubogacali społeczność miasta i całego kraju. Spójrzcie tylko na nazwy naszych ulic: Tatarska, Serbska, Ruska — woła autor, a przecież za tym idzie wielowyznaniowość lwowian, bo żadne inne miasto nie ma aż trzech arcybiskupstw. Lwów ma ormiańskie, łacińskie i grecko-katolickie, ponadto ma dwa kahały żydowskie i 20 bożnic. Duma, jaką dla swego Lwowa żywi Michotek, ma nas przekonać, że w takiej różnorodności wszystko może się zdarzyć. W jednej z jego dygresji dowiadujemy się, np. że spoczywający na Łyczakowie, Wielki Syn Narodu Polskiego Wojciech Kętrzyński (1838 - 1918), który pracą całego życia przybliżał zespolenie Warmii i Mazur z Macierzą urodził się jako Adalbert von Winkler i ani słowa nie umiał po polsku. Gdy dowiedział się o swoim polskim pochodzeniu od siostry, zaczął się uczyć języka polskiego, ale swój śpiewnik zniemczonego człowieka wydał po niemiecku i do końca życia nie umiał wypowiadać się bez obcego akcentu. Mówił, np. „kszondz”, „kszonżka”. Dlatego nie mógł zostać wykładowcą Uniwersytetu Jana Kazimierza, a przecież był bodaj najbardziej zasłużonym dyrektorem Ossolineum. Charakteryzowany tu Lwów miał, jak widzimy, jakby jakiś żelazny patent na polskość i wszelka różnorodność i wielonarodowość nie negowała tej polskości Lwowa, a wręcz przeciwnie ją umacniała. Odwieczne zatargi z Ukraińcami były tu jakby uśpione pod przykrywką właśnie tej niezwykłej atrakcyjności polskiego żywiołu i samego miasta, w którym Polacy stanowili zdecydowaną większość. Jak czytamy w Wikipedii, struktura narodowościowa miasta Lwowa w roku 1918 przedstawiała się następująco: Polacy 60 proc., Żydzi 30 proc., Ukraińcy 10 proc, ludności. Jakże się tu nie zadziwić, że mogło dojść do tak brutalnego przerwania i zniszczenia kilkuwiecznej harmonii społecznej wielkiego miasta? Czy ktoś mógł przewidzieć, że ta 10 procentowa społeczność ukraińska może całkowicie odmienić bieg wydarzeń? Zaczęło się od tego, że 1 listopada 1918 roku utworzono Ukraiński Komitet Narodowy, którego siły opanowały główne gmachy Lwowa. Polacy natychmiast utworzyli dwa punkty oporu, nie mogli bowiem pogodzić się z tym, że tak znikoma mniejszość ukraińska chce zapanować nad polską większością i to w mieście będącym ważnym centrum polskiego życia kulturalnego i naukowego. Musiała odżyć jakaś dawno uśpiona waśń między Ukraińcami i Polakami, właśnie w tej chwili, gdy Polska po długim okresie rozbiorów wpisywała się na mapę wolnych państw Europy. Dlatego trudno nie zgodzić się z poglądem Jerzego Janickiego, że ta waśń w końcowym etapie I wojny światowej była dyrygowana przez upadającą monarchię Austriaków. Niedawni zaborcy wyraźnie sprzyjali Ukraińcom, dlatego 1 listopada 1918 roku władzę nad miastem z rąk austriackiego namiestnika przejęły oddziały austriackie złożone z Ukraińców, co dało im siłę do walki. Rozpoczęła się obrona Lwowa przed Ukraińcami. Tworzyły się oddziały młodzieżowe z Legionów, POW i z armii austriackiej; 22 listopada 1918 roku było już ponad 6000 żołnierzy, w tym 1374 uczniów szkół powszechnych, średnich i studentów. Orlęta Lwowskie broniły miasta przed oddziałami Strzelców Siczowych. Próby opanowania Lwowa przez Ukraińską Armię Halicką trwały do czerwca 1919 roku, były jednak nieudane z powodu Teodor Sejka 137 odsieczy polskiej. W konflikcie zbrojnym zginęło lub zmarło z ran 439 żołnierzy. Najmłodszy żołnierz miał 9 lat, siedmiu miało po 10 lat. Dwaj najstarsi żołnierze byli weteranami powstania z 1863 r. i mieli po 75 lat. Odsieczą dowodził ppłk Michał Karasze-wicz-Tokarzewski. Poległych grzebano na przypadkowych miejscach, a po ustaniu walk, ich ciała ekshumowano i przeniesiono na specjalnie wydzielony obszar, przylegający do Cmentarza Łyczakowskiego od strony parku Pohulanka. W 1921 roku rozpisano konkurs na budowę mauzoleum Polskich Bohaterów, nazywanych „Orlętami Lwowskimi”. Zwycięzcą konkursu został były uczestnik walk, student Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej Rudolf Indruch. Według jego projektu zbudowano części składowe mauzoleum: kaplicę, katakumby, Pomnik Chwały z 3 pylonami i z 12 kolumnami, wśród których szeregami rozmieszczono mogiły bohaterów. Nad bramą środkową pomnika umieszczono napis; „Mortui sunt ut liberi vivamus” [Polegli, abyśmy żyli wolni.]W jednej z katakumb spoczął szeregowy Jerzy Bitchman, lat 14, uczeń VI klasy Gimnazjum Jordana, który zginął w obronie Lwowa w dniu 21 listopada 1918 roku. Idąc do walki zostawił rodzicom następujący list: Kochany tatusiu, idę dzisiaj zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę tyle sil, by służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest iść, gdy mam dość sil, bo braknie ciągle ludzi dla wyswobodzenia Lwowa. Jerzy. Na tym cmentarzu znalazło także wieczny spoczynek 318 orląt poległych w wojnie bolszewickiej. Za bohaterską obronę Marszałek Piłsudski odznaczył miasto Orderem Virtuti Militari. Lwowiacy obronili swoje miasto, obronili jego przynależność do Rzeczpospolitej, która urywa się z chwilą, gdy na mocy paktu Ribbentrop — Mołotow w 1939 roku włą- (■mentarz Orląt Lwowskich, fot. Internet 138 Dwie podróże do Lwowa czono je do USRR, co formalnie jest końcem istnienia polskiego Lwowa. To właśnie stąd, z Cmentarza Orląt Lwowskich otaczanego czcią i nazywanego przez Polaków Campo Santo [Miejsce Świętej wl925 roku ekshumowano zwłoki nieznanego żołnierza, przewieziono je do Warszawy i jako świętość narodową pochowano na obecnym placu Marszałka Piłsudskiego, co dało początek istnieniu Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Wszystko to, co 26 lat temu tak mocno zaintrygowało mnie na Cmentarzu Orląt Lwowskich i nie pozwoliło się rozpoznać z powodu ciemności, teraz, dzięki książce Michotka przemówiło do mnie całą głębią swojej prawdy. Teraz już wiem, skąd wtedy, o zmierzchu dobiegały mnie intensywne odgłosy ulicznego ruchu. Okazuje się, że władza radziecka w ramach wymazywania pamięci o polskim Lwowie, przez wschodnią część cmentarza przeprowadziła ulicę. Później przy pomocy czołgów i maszyn budowlanych ostatecznie zdewastowano polskie Mauzoleum. Ostrzelano napisy na pylonach, zniszczono kolumnadę, rozkradziono i zaorano groby i zasypano je metrowej grubości warstwą ziemi i gruzu budowlanego, zaś w katakumbach urządzono zakład kamieniarski. Promyk nadziei na ratunek dla Mauzoleum zaświtał, gdy w okresie Pierestrojki w 1989 roku pracownicy polskiego przedsiębiorstwa Energopol, budowali w pobliskim mieście Chmielnicki, elektrownię atomową. Oni to, jakoś półlegalnie zaczęli porządkować i częściowo restaurować to miejsce polskiej Pamięci i Chwały. Niestety, nadzieja ta jest we Lwowie wciąż wartością deficytową, bo Cmentarz Orląt jak i kamienne Lwowskie Lwy pozostają także i dzisiaj zarzewiem ostrych konfliktów polsko-ukraińskich. Wtedy w 1993 roku, gdy jedyny raz jechałem do Lwowa, obiecywałem sobie poszukiwanie okruchów jego przeszłości. Miałem nadzieję odnajdywać je w wyglądzie miasta, w twarzach i sylwetkach ludzi. W ich humorze, przebójowości, w ich języku i wierności specyficznemu kodeksowi moralnemu. Niestety, moja niefortunna wizyta całkowicie zawiodła moje oczekiwania. Dziś mogę przyznać, że straty tamtej wizyty w znacznym stopniu zrekompensowała mi lektura książki Jerzego Michotka. Teraz już wiem, że nie można mieć złudzeń, że po tylu zmianach mogłaby się tam uchować jakaś przedwojenna aura: nastroje, nawyki, jakaś zbiorowa uczuciowość, czy nawet zapachy, że wszelka niematerialna rzeczywistość nie mogła tam przetrwać, bo zmieniło się tam wszystko począwszy od wymiany ludności, zmiany nazw ulic, zmiany przeznaczenia ważniejszych budynków. Wszystko w tym mieście jakby utraciło przynależny polskiemu Lwowowi kontekst i chyba nawet Mickiewicz, stojący na pomniku dziwi się co tu robi w tym miejscu. Jest to już więc całkiem inne miasto, należące do zgoła innej rzeczywistości i tropienie w nim reliktów jego świetnej przeszłości należy uznać za kompletną utopię. W kontekście tego doświadczenia praca Michotka pozwoliła mi rozszerzyć i uporządkować krąg mojej wiedzy o Lwowie i lepiej zrozumieć dawny fenomen jego niepowtarzalności, jako miejsca na Ziemi. Dodatkową wartością tej lektury jest zawarcie bliższej znajomości z Autorem, jako człowiekiem szlachetnym, skromnym i obdarzonym wieloma talentami. Autor książki „Tylko we Lwowie” miał opinię człowieka serdecznego i mimo ciężkiej choroby potrafił nieść pocieszenie innym. Jak wspomina Jerzy Janicki: Zaprzyjaźniłem się z nim w 1989 roku i odwiedzałem w jego mieszkaniu przy ul. Styki 1 w Warszawie. W swoim mieszkaniu zorganizował prowizoryczne studio nagrań, wyciszone kocami i poduszkami, w którym nagrywał swoje lwowskie Teodor Sejka 139 piosenki do własnych tekstów. Swoje nagrania rozprowadzał wśród znajomych. Mieszkał zupełnie sam. Opuściła go żona, on przy każdej okazji wspominał, że ciężko choruje na serce. Dewizą jego życia było: „Pomóż, jeśli trzeba. Inaczej i tobie nie pomogą”. Niestety — Dobro nie zawsze powraca, bowiem nie znalazł się nikt spośród braci aktorskiej, kto wyciągnąłby pomocną dłoń do Jerzego Michotka, kiedy tej pomocy oczekiwał. Umierał w ogromnym osamotnieniu, w dyskomforcie psychicznym. Dodajmy jeszcze, że do końca pozostał zawsze wierny swemu polskiemu miastu — „Semper Fidelis”, tak jak ono przez całe wieki pozostawało wierne Rzeczpospolitej. Do końca wszystkimi siłami starał się uchronić zakazaną i skazaną na zapomnienie pamięć o Jego kochanym polskim Lwowie. Jego jedyna książka, którą po sobie zostawił, to jakby druga obrona Lwowa, tym razem już tylko obrona przed zapomnieniem. Grób psiej wierności, fot. Internet 140 Notatki słów i obrazów Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW HOME-ZWOLLE 11 listopada 2018 rok Niepodległa to już dom własny, ale to jeszcze nie znaczy, że dobrze zbudowany. Dom to inność w kręgu swojego. Dopóki przy stole nie ma pozostawionego pustego miejsca dla obcego, dopóty nie jesteśmy u siebie. Współistnienie z przybyszami spoza granic naszego świata przywraca nas samym sobie, nas — cząsteczki jedynie całości. Tak rozpoczynała się moja opowieść o domu, do której przyłączył się Magumbo z wyspy Aruba na Karaibach, towarzysząc mi w dalszej niż się spodziewałem podróży. Bo cóż można oczekiwać po warsztacie z ludźmi spotkanymi po raz pierwszy w innym kraju, jak nie ledwie zainicjowania wyprawy, którą każdy z nich będzie musiał kontynuować na swój własny sposób, jeśli w ogóle zechce. W tym młodym chłopaku była jednak gotowość do podążania w głąb, którą dostrzegłem od momentu, gdy po raz pierwszy spotkały się nasze spojrzenia. Przez ostatnie dni pracowałem z pedagogami, artystami i studentami ArtEZ-u, czyli największego uniwersytetu artystycznego w Holandii. Spotkaliśmy się w Zwolle, jednej z trzech, obok Arnhem i Enschede, siedzib uniwersytetu. Razem ze Stefanem Kaegi prowadziliśmy wykłady i warsztaty, próbując odnieść doświadczenia Rimini Protocoll i Pogranicza do przewodniego tematu spotkania „HOME”, czyli do pytania o to, co znaczy być u siebie we współczesnym świecie. Tam poznałem Magumbo. Siedział na podłodze w po brzegi wypełnionej sali teatralnej i jak tylko skończyłem prosząc o pytania, podniósł rękę. Chciał wiedzieć, co rozumiem przez dom, o którego dobrej budowie decyduje pusta przestrzeń... Opowiedziałem jak to kiedyś wędrowałem południem Kazachstanu do miasta Turkiestan, gdzie znajduje się grobowiec sufickiego świętego Chodży Jasawiego. Ale najważniejsze wydarzyło się po drodze. Dzięki wskazówkom ujgurskiego szamana, który w Ałmacie naszkicował mi mapę tej podróży, zboczyłem z głównej drogi i zawitałem do osobliwej wspólnoty ludzi, którzy zbudowali maleńką osadę u podnóża góry. Jej twórcą był człowiek, który w czasach komunizmu pracował w miejscowym sowchozie jako pasterz, a dzięki nawiedzającym go widzeniom nabył przekonania, że jest to święta góra, na szczycie której podczas potopu osiadła arka Noego. Spostrzegłszy na półce Koran, zapytałem go o wyznawaną religię, chcąc się upewnić, że są muzułmanami. W odpowiedzi usłyszałem, że ta księga to ich tradycja i modlitwa, ale że ostatecznie jest tylko drogą do tego, co uznają za najważniejsze. Mówiąc to, przyłożył mi dłoń do piersi. Musisz znaleźć w sobie — patrzył mi głęboko w oczy — pusty pokój. Koran zostawiasz na jego progu. Podobnie jak wszystkie inne księgi i prawdy ludzkie. Cale życie uprzątasz ten pokój i strzeżesz, aby pozostał nie zamieszkały, nie zawładnięty niczyim posiadaniem. Tylko tak przygotujesz się na przyjście Gościa. Dom był dla niego przestrzenią obco-wania, która bez pustego pokoju stawała się miejscem wygnania. Człowiek prawdziwie zamieszkuje, udzielając miejsca nieznanemu. Krzysztof Czyżewski 141 Na warsztacie mogłem lepiej poznać Magumbo. Był poetą-performerem, który zdążył już zdobyć uznanie w miejscowym środowisku slamu. Mówił znakomicie po angielsku, portugalsku, hiszpańsku, niederlandzku, ale z największą miłością opowiadał o papiamen-to, rodzimej mowie mieszkańców Aruby. Rysując mapę topografii swojego zadomowienia w świecie, pokazywał jak można do niego trafić — sytuując centrum poza sobą, jako miejsce, do którego się dochodzi albo przedziera, ale zawsze poza progiem miejsca posiadanego na własność. Znajdował w tym analogię do papiamento, która jest gościnna dla słów z wielu języków i — jak mówił — „pusta w środku”. Niespodziewanie zaczął improwizowany performance, którym z chwili na chwilę obejmował mapy narysowane przed nim przez innych uczestników warsztatu: znalazł miejsce dla dziewczyny mieszkającej w komunie (stają się na nowo popularne w Holandii); dla profesorki filozofii, która uciekła z miasta do domu postawionego blisko natury i nie życzyła sobie, aby któryś z sąsiadów ją odwiedzał; dla pary kochanków, którzy zdecydowali się żyć razem, ale z których każdy mieszka w osobnym apartamencie; dla chłopaka nie wpuszczającego nikogo do swojego pokoju na strychu poza bratem, który jest dla niego „całym domem”. Obejmował ich wszystkich, napinał progi i granice przez nich wytyczone, i sprawiał, że chcieli je przekraczać, budząc w nich jakąś ukrytą tęsknotę za przejściem, w tej właśnie chwili, na przekór temu, co ich własna tożsamość wykreśliła na mapie. Obecność Magumbo sprawiała, ze stawali się inni, niespodziewani dla samych siebie, nie swoi w miejscach wcześniej zadomowionych. Zanim dzień pracy dobiegł końca, Magumbo musiał nas opuścić — odebrał telefon z jakąś bolesną wiadomością, przeprosił i popędził. Nie widziałem go więcej. Dzisiaj jednak otrzymałem od niego list. Powraca w nim do „pustego pokoju”. Nie pamiętałem, że „O naśladowaniu Jezusa Chrystusa” Tomasz a Kempis napisał w Zwolle! Zaczytując się w tej książce lata temu, nie myślałem o miejscu. A teraz przybysz z Karaibów wprowadza mnie przez próg nadreńskiego mistyka do domu, który odkrywa jako swój, bo jest tam „kąt na książkę”. „Wszędzie w świecie szukałem spokoju, lecz tylko w kącie siebie mam, z książką sam na sam.” To nie Magumbo pisze, to Tomasz i jego słynne „In angello, cum libello”, choć z listu dowiaduję się, że zdanie to nie zostało zapisane w czystej łacinie, lecz w swej pierwotnej wersji zmieszane było z językiem niderlandzkim: In omnibus reąuiem quaesivi, sed non inoeni, nisi in hoexkens ende boexkens. Tłumaczę na polski te słowa inaczej niż zrobiłbym to kiedyś. Zaczynam się czuć nieswojo w miejscu dawniej zadomowionym... Pozostawiam na progu książki ze znanego mi świata, bo ta, której pragnę, otwiera się z obcości i oczekuje, że będę z nią, nie ze sobą, sam na sam. „JAK BYĆ KOCHANĄ?” 28 listopada 2018 rok Od kilku dni powraca do mnie ten obraz. Wywołało go spotkanie o nowych odczytaniach Kazimierza Brandysa. Na jego koniec Agnieszka Holland wprowadziła zebranych W Białej Synagodze w film Wojciecha Hasa „Jak być kochaną”, który obejrzeliśmy w nowej, Wspaniale odrodzonej kopii. Nic się nie zestarzał, ale odbierałem go inaczej niż kiedyś. Tak samo prżejmująca była scena gwałcenia kobiety, która ciałem zastawiała duszącego się pod rnateracami bohatera okupacyjnego podziemia, a znany z kabaretu „Dudek” uśmieszek 142 Notatki słów i obrazów Gajosa w mundurze gestapowca miał ten sam dźwięk metalu rysującego szkło. Tak samo wzruszała stwarzająca się z dnia na dzień - w restauracji, kościele i na ulicy — siatka obywatelskiego oporu przed zniewoleniem, i tak samo wkurzała mitomańska aura szafowania życiem, licytowanie się ofiarą. Bohaterowie leżą na cmentarzu. Bądź pan trzeźwy — słyszy po wojnie ten, który chętnie zamieniłby się z nimi miejscami, bo inaczej żyć się nie da, bo polskie powojnie nie zna innego bohaterstwa niż ofiara z życia, więc zostaje jeszcze samobójstwo. Zanim jednak dojdzie do tej słynnej sceny za kulisami nocnej knajpy, podczas której Wiktor/Cybulski konfabuluje na temat swoich bohaterskich czynów wojennych, a Ona/ Kraftówna podsłuchuje go a potem bierze za twarz, pojawia się ten obraz, bez słów, który nie daje mi spokoju. Im dłużej o nim myślę, tym bardziej odkrywam, jak fenomenalnie zagrała w nim Barbara Kraftówna i jak mistrzowsko zbudował go Has. Oboje dla filmów polskiej szkoły, a zwłaszcza dla jej początków w „Popiele i diamencie” stworzyli wieńczący ją, niezbywalny już kontrapunkt - kobiecej prawdy. Napisałbym chętniej „życiowej prawdy”, choć u Brandysa i Hasa wyraża ją Ona, ale chodzi o to żeńskie w nas, w każdym z nas, które kontestuje ideologie w imię życia i nie wstydzi się dając posłuch głosowi serca. Nie-wysłowione i zagłuszone pomnikami męczeństwa, potrzebuje dojrzałości, aby się objawić. Ona wchodzi do nocnej knajpy. Piszę „Ona”, bo przecież nie Felicja — imię, które przy-bierze jako aktorka radiowa w popularnym powojennym słuchowisku. I nie Ofelia, którą miała grać w przedwojennym teatrze. Już nie. Ona, bez imienia, którą jednak wszyscy znali. Znali ją jak siebie samych, tylko wzrok odwracali, głos ściszali, coś udawali. Wszyscy wiedzą, kto wszedł do środka. Ma na sobie prochowiec tuż za kolana z postawionym kołnierzem, a pod nim sukienkę w drobną kratę z otwartą stójką związaną czarną kokardą. Urwały się „Chryzantemy złociste...” i na fortepianie ktoś zaczyna grać „Czerwone maki...” Robią jej miejsce przy barze, odsuwają się, kobieta, która odchodzi, zostawia w popielniczce zapaloną zapałkę. Ona ją bierze i zdmuchuje, barman na jej skinienie, bez słowa stawia kieliszek wódki. Wypija, zapala papierosa. Oni śpiewają „...szedł żołnierz i ginął”. Ona odwraca się Krzysztof Czyżewski 143 i idzie ku nim, zostawiając za sobą słowa Maćka Chełmickiego, które sobie mimowolnie przypominamy oglądając tę scenę, słowa o tym, że potrafimy bohatersko ginąć, że zawsze tego od nas chcieli, że stać nas na to... Idzie ku nim bez słowa. Cały czas milczy, jak podczas sądu, przed którym ją postawili po wojnie za granie w niemieckim teatrze, bo co miała mówić skoro wiedzą, że zdecydowała się na to by zdobyć lepszy ausweis chroniący Wiktora; łaskawie nie ogolili jej głowy, tylko dali pięć lat zakazu wykonywania zawodu. Ale jak tak idzie, to zdaje się krzyczeć głosem wszystkich ogolonych kobiet, które zamiast oddać, ratowały życie. Nie zdjęła płaszcza, jest z ulicy, nie stąd. One wokół niej w sukienkach bez rękawów. Ale to ona jest naga, z ciałem gwałconym, które przeziera przez każde ubranie, i z miłością na dłoni, o której dobrze wiedzieli, jej właśnie proponując zaopiekowanie się mężczyzną w tarapatach, który naraził się Niemcom. Naga, choć najbardziej ubrana; najbardziej wymowna, choć milcząca, jakby całe lata społecznego i politycznego knebla na ustach skumulowały się w tej jednej chwili wyrazu całej prawdy, która nie potrzebuje ni słowa ni komentarza, bo wszyscy doskonale wiedzą o czym mowa. Nie na śmierć było ją stać, ale na to by siebie samą mieć gdzieś, by dać sto razy więcej niż kobieta może dać mężczyźnie, więcej niż rozkosz i wierność — wielkie rzeczy, na to stać prawie każdą... Szła ku nim ta, która za dużo wiedziała. Szła przez salon kobieta z ulicy, gasząc papierosa nie w popielniczce, tylko butem na podłodze, wyzywająco. Szła obca, ale przecież nie obcoplemienna, posiadająca wszystkie klucze do zmowy swoich. Chcieli z niej zrobić sowę, córkę piekarza, niby tą z chrześcijańskiego apokryfu, która odrywa połowę z bochenka chleba darowanego Chrystusowi, za co zostaje zamieniona w sowę, co za czasów Szekspirowskiej Ofelii znaczyło prostytutkę, a tu i coś jeszcze więcej: kolaborantkę. Ale Ona potrafi chwycić się za twarz i iść dalej z dumą i wyszukaną elegancją kobiety pozbawionej pracy, gotowej dawać życiu całą siebie, „siostry samotnych i żony owdowiałych”. Najważniejsza lekcja, jaką wyniosła z wojny, dotyczyła tego, że jej prawdziwy los polega nie na tym, co się z nią staje, lecz na tym, jaką się staje. Jak być — no właśnie — kochaną... Może istnieć miłość bez wzajemności, On może nie potrafić kochać, może czas być nie po temu, ale Ona, kochając, stawała się. Ten obraz ma tytuł „Jak być”. Oni, śpiewając i pijąc coraz więcej, nie są w mocy powstrzymać jej kroków ku tej kulisie, za którą — wiedzą to wszyscy — grany jest powojenny teatrzyk dla dorosłych, w którym On krzyczy, że zabił kolaboranta, wyciąga z kieszeni zmięty plakat i chwali się, że gestapo wyznaczyło nagrodę za jego ujęcie, opowiada jak z tego, który umierał, przeistoczył się w tego, który zabijał. Znają tą opowieść na pamięć, zadomowili się w niej dla świętego spokoju. Tymczasem teraz Ona weszła do ich świata, z tą swoją prawdą, może i prawdziwą, ale nie ich, a przede wszystkim do tej pory nie ujawnioną, i — prosto z życia, nie zdejmując płaszcza — podeszła do samej kulisy, usłyszała, co się tu gra i po chwili uchyliła zasłonę... Był za nią nie tylko Wiktor, byli oni wszyscy. Koniec obrazu. MIŁOSZ - CHŁOPIEC 2 grudnia 2018 Na krasnogrudzkich ścieżkach spotykam czasem Miłosza. Jest młodziankiem, po litewsku „berniukas”, i takie nadaję mu w myślach imię. Odbywa się to podobnie, jak z napotkanym rogaczem. Krzyżują się nasze spojrzenia i długą chwilę trwamy w bezruchu. Potem on znika, by po chwili pojawić się dalej, zachęcając bym poszedł za nim w głąb. Bywa, że 144 Notatki słów i obrazów przez kilka godzin tak się błąkamy, jakby dawał mi czas na odkrycie tajemnicy, ku której mnie prowadzi. Zapominam o sobie i czasie, przepadam w/za nieznanym. Berniukas ma gdzieś tutaj niedaleko zakopany skarb, do którego prowadzą słowa: Pomóż mi stworzyć miłość wiecznie żywą / Z mojej wytrwałej ze światem niezgody... Po raz pierwszy skierował je do Weroniki, matki i powierniczki jego młodzieńczych przysiąg. Słyszę je nieustannie, dając się mu prowadzić po bezdrożach. Jakbyśmy szukali wyjścia z zamkniętego kręgu, jakby gdzieś tutaj była brama otwierająca inne widzenie rzeczy tego świata. Musiał kiedyś w niej stanąć, może nie raz, a co zobaczył, zakopał głęboko, nacinając na drzewach, albo z ptasich piór układając znaki, niby cygańskie śpery, po których potrafił zna- leźć drogę do tego miejsca. Napisałem o tym widzeniu w posłowiu do rosyjskiego wydania „Ziemi Ulro”, która właśnie ukazała się nakładem petersburskiej oficyny Iwana Limbacha (Irina Krawcowa), w przekładzie Nikity Kuzniecowa. Miłoszowa Księga Wyjścia, jak nazywam jego duchową autobiografię, odsłania tajemnicę Berniukasa... Miłosz będąc jeszcze chłopcem, stanął w szczelinie istnienia, w której - mówiąc słowami „Widzenia” Mickiewicza - razem był „światłem i źrenicą”. Zobaczył inną ziemię i inne niebo. Tak się w istocie rozpoczyna „opowieść o człowieku, który znalazł na polu skarb i trzymał ten skarb dalej w zakopanym garnku, bo na nic schodziły próby zrobienia ze znalezionego bogactwa jakiegoś użytku”. „Ziemię Ulro” napisał człowiek dochowujący wierności temu chłopcu, który od tamtego czasu z trudem potrafił znaleźć sobie miejsce w królestwie zniewolonej Urthony (Wyobraźni). Pozostaje tajemnicą tej książki, że jej autor ma wystarczająco dużo odwagi, by uwolnić się z zamkniętego kręgu poddanych Urizena (Rozumu), których „usta wymawiają słowa, w które nie wierzy serce”. Im był starszy, im głębiej podróżował, tym mniej lękał się zarzutów o to, że folguje „dziecięcym zabobonom”. Pozostawanie we wnętrzu tej krainy staje się nie do zniesienia, a tęsknota za objawionym w przebłysku iluminacji zbyt silna, by poddać się prawom ziemskiej konieczności, choćby wydawały się tak niewzruszone, jak prawo powszechnego ciążenia. Dlatego Miłosz przez całe swoje życie pisze Księgę Wyjścia, zgłębiając tajemnice możliwych sposobów wydostania się z „egipskiej” krainy niewoli i rysując - tak jak za czasów szkolnych na lekcjach matematyki i biologii -mapy idealnych krajów, które organizują przestrzeń zgodnie z prawem Wyobraźni. Nie było to widzenie mistyczne, jak u Mickiewicza: „Dźwięk mnie uderzył...” To, co u Miłosza objawia się „światłem i źrenicą razem”, jest widzeniem Świadomości. Pod spodem ekstatycznej pochwały istnienia przeziera TO. Wiersz pod tym tytułem, dla mnie Krzysztof Czyżewski 145 jeden z najbardziej wstrząsających w poezji końca ubiegłego stulecia, przywołuje widzenie Sidharty: TO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto / i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć. Chłopiec, dorastający w Laudzie — sercu dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego — słynącej z piękna dziewiczej przyrody, ten sam, któremu wyobraźnię zapełniają atlasy ptaków i pogańskie wierzenia o świętej mocy drzew, będąc jeszcze dzieckiem, odkrywa nagie oblicze Natury jawiącej się jako emanacja zła i cierpienia. Człowiek żyje w obliczu kamiennego muru, przed którym zaczyna rozumieć, że diagnoza lekarska o rychło nadchodzącej śmierci jest nieodwołalna, że żyje w nim bezdomny i Żyd osaczony przez niemieckich żandarmów, że mur nie ustąpi żadnym ludzkim błaganiom. Widzenie Berniukasa sięga dalej niż kamienny mur. Powinniśmy się z tym nie zgodzić, uznając to twierdzenie za wewnętrznie sprzeczne. Ale taka jest właśnie natura tego widzenia. Jakby każda napotkana niemożność, każdy ciężar przyjęty na barki przez człowieka, zamiast uwięzić go w miejscu i oddać beznadziei, pozwala mu dalej być w drodze, sięgać głębiej niż zostało mu przeznaczone. Słusznym jest przeciwstawić się, ale jak? „Samą wolą niedaleko się zajedzie i sekret polega bardziej na uleganiu niż na działaniu”— pisze w „Ziemi Ulro”, powracając myślą do czasu, kiedy jego świadomość zawierała przymierze z głosem serca. Widzenie objawia Miłoszowi esencję ukrytą pod powierzchnią zjawisk, niedostępną światłu zmysłowemu, które Oskar Miłosz za kabalistami określał słowem lux. Dla chłopca stało się ono początkiem podróży teurgicznej, opromienionej lumen — światłem duchowym, rozprzestrzeniającym się ruchem swedenborgiańskich korespondencji, które Aleksander Aksakow tłumaczył jako sootwiestija, czyli tkwiące w samej strukturze wszechświata symbole obiektywne. Chłopiec widzi Innego, tym dziecięcym spojrzeniem, któremu unaocznia się „cudowność”, będącym w istocie emanacją czystej miłości. Inny objawia się w nim samym i tylko wierność miłości do „ty” wyzwala człowieka uwięzionego w miłości własnej. Po latach napisze wiersz pod tytułem „Chłopiec”... Zarzucasz wędkę, stojąc na kamieniu. Bose nogi okrąża woda migotliwa Twojej rodzinne rzeki w gęstwie lilii wodnych. I kim ty jesteś, zapatrzony w pławik, Wsłuchany w echa, w stukanie kijanek? Jakież to piętno na tobie, paniczu, Już teraz chory na swoją osobność, Zjedną tęsknotą, żeby być jak inni? Znam twoje dzieje i wiem kim zostaniesz. W stroju Cyganki mógłbym zejść nad rzekę I wróżyć tobie: sława i bogactwo. Nie mówiąc jednak, jaka będzie cena Nie do wyznania tym, co nam zazdroszczą. Jedno jest pewne: dwie twoje natury, Skąpa, ostrożna, przeciw drugiej, hojnej. I będziesz długo szukać pogodzenia, Aż twoje prace wydadzą się marne, 146 Notatki słów i obrazów A piękne tylko lekkomyślne dary, Wspaniałość serca, beztroskie oddanie Bez ksiąg, pomników i ludzkiej pamięci. Wiele lat upłynęło od czasu, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy w Bratysławie. On prowadził specjalizujące się w literaturze środkowoeuropejskiej wydawnictwo Kalligram, ja nosiłem się z zamiarem utworzenia środkowoeuropejskiego pisma kulturalnego. W pierwszym numerze „Krasnogrudy” z 1993 roku opublikowałem fragmenty jego powieści „Przekazy” w przekładzie Mai Paczowskiej, ilustrowane rysunkami cenionego bardzo przez nas obu Sandora Plugora z Siedmiogrodu. Tuż przed odejściem zdążył jeszcze być gościem targów książki we Wrocławiu, razem z przełożoną przez Miłosza Waligórskiego i wydaną w serii „Meridian” powieścią „Życie w cztery tygodnie”. Odnalazłem w nim człowieka świadomego, że przeszłość — nie ta doświadczona na własnej skórze, a wyczytana z książek — zawsze będzie tylko abstrakcją, kołem ratunkowym dla tych, co nie odnaleźli się w teraźniejszości. Potrafił więc znaleźć remedium na środkowoeuropejską nostalgię, wgryzał się w życie epoki transformacji, wcześnie dostrzegając w nim nowe zagrożenia ucieczką od wolności i poszukując dla niego nowych form wyrazu, od ciętej ironii po groteskowy absurd. Coś mi jednak mówi, że nie to jest w jego pisarstwie najistotniejsze, lecz ludzkie ciepło, promieniujące — jak u prababci Jadwigi - niezmiennym i trwałym ciepłem jak dawne piece kaflowe, bez których dom może być jedynie ponurym miejscem zamieszkania... SZPITALNE 23 grudnia 2018 roku Taka książeczka. Mikołajewski, czyli to, co ludzkie, do szczerości. Jak u Witkacego, który prosto rzecz wyłożył: ... ludziom ciągle się zdaje, że sztuka to jest coś z zewnątrz nas, do czego trzeba przewracać oczami, do czego trzeba dążyć, czemu się poświęcać lub z powodu czego trzeba ryczeć, upijać się i udawać rozpustnych, idealno-cynicznych modernistów. A tu trzeba żyć i być szczerym. Więc taka książeczka, na podróż pociągiem z Krakowa do domu, na zapaść i brak. Na pożal się Boże kulturę współczesną, do złudzenia przypominającą szpital Mikołajewskiego: „A ja?”, „A ja?”, „A ja?”, słychać z każdej sali... Wreszcie ktoś, kto nie żyje sztuką i ze sztuki, tylko żyje. Pośród innych i w nich wsłuchany. Oto polskie szpitalne nabiera innych odcieni niż ból własny. Jaka ulga. Policjanci, pielęgniarka, Ukrainiec, książki, osoby trzecie na pierwszym planie, sala pusta po nieznanym więźniu... Stąd droga prosta do białej sukienki, w której Mickiewicz najprzód się zakochał, nim sercem objął Marylę. Ta uwaga Zana przełamuje się w wiersz, podobnie jak wieść o tym, że w mieście ojca na miejscu kirkutu postawili supermarket: śpiew trwał chwilę lecz skoro / raz się stał to nie ma / już śmierci i nigdy nie będzie... Więc taka książeczka pisarza, który ze swoim laptopem szuka sobie niszy do pisania w miejscu, gdzie ludzie przechadzają się z „walizeczkami moczu”, i znajduje je, bez ostentacji, wychodząc poza ból własny. I taki wydawca. Austeria, czyli gościniec na krawędzi świata, a dokładniej przed końcem świata, jak u Stryjkowskiego. Jedno z niewielu takich miejsc, gdzie „Szpitalnego” nie wyrzucą na bruk, bo groszem nie śmierdzi, gdzie dysponują aparatem o unikalnej dzisiaj rozdzielczości, wystarczająco wysokiej by uchwycić taką książeczkę. Krzysztof Czyżewski 147 GRANICE NIE DO PRZEKROCZENIA 31 grudnia 2018 Taki toast noworoczny wznieśliśmy w Sejnach, którym się z Państwem dzielę. Są granice, których przekraczać nam nie wolno. Myślałem o tych słowach Arvo Parta, wypowiedzianych w Białej Synagodze, słuchając „Psalom”. Wszystkie miejsca, również te stojące, zajęte, każda szczelina przestrzeni wypełniona milczącym człowiekiem. Wtedy w naszej synagodze rodzi się niezwykła akustyka, jakby dodatkowy instrument dla muzyków — organy ciszy. Arvo jest mistrzem gry na tych organach, tworzy muzykę na niewidzialnym instrumencie zawieszonym w między-przestrzeni. Kto zna tylko partyturę i słyszy tylko instrumenty orkiestry, nie ma do niej dostępu. „Psalom” porusza dźwięk za dźwiękiem, urywa, cofa, zacicha, wzbiera innym głosem, sięga tam, gdzie tylko zaniemówienie. „Psalom” mierzy się z granicą, ale im głębiej sięga, tym mniej pragnie ją przekroczyć, tym bardziej staje na jej straży. Krople dźwięków napełniają naczynia życia światłem. Im jest ich więcej, tym mniejsza jest moc zewnętrznych granic, które tracą na znaczeniu, choć jeszcze chwilę przedtem wydawały się upragnione, oznaczające szczyty potęgi i rozwoju, zachęcające śmiałków do ich przekroczenia, w myśl wiary, że zawsze można wyżej i więcej. Światło przekierowuje moc do środka, uwalnia czuwanie nad tym, co jest. Przekraczać granice, wyswobadzać się z pęt, poszerzać horyzonty, walczyć o wolność. Aż przychodzi dojrzałość, a z nią świadomość, że życie to światło. Ile go nagromadzimy w swoich naczyniach, tyle dobra z naszego istnienia. Od pewnego momentu rozwijamy się stając na straży tego, co nieprzekraczalne. W kulturze ustanawiamy rytuały i zaklęcia powstrzymania się, skruchy, nie wypowiedzenia słowa za dużo, ciszy, zachowania ognia... Nagle uświadamiamy sobie, że granic przekroczyliśmy mrowie, i to za coraz niższą cenę; że osaczeni jesteśmy barykadami wolności; że otwartość przestaje cokolwiek znaczyć. I wtedy przychodzi czas na odwagę i moc strzeżenia granic, których przekraczać nam nie wolno. Nie kłam. Nie zadawaj cierpienia zwierzętom. Nie dokonuj gwałtu na przyrodzie. Miłuj innego jak siebie samego. Wiemy o istnieniu tych granic. Zapisane są w przykazaniach bożych, w kodeksach etycznych i w pouczeniach starców. Podatni jesteśmy jednak na iluzję wiary, że ujdzie nam na sucho ich przekraczanie, bo „tak jest ten świat urządzony” i „musimy być realistami”. Ta iluzja uczy nas tylko na jej miarę skrojonego racjonalizmu, nie życia. Oby Nowy Rok był czasem odwagi i mocy strzeżenia granic, których przekraczać nam nie wolno. CHOTKEWYCZ 5 stycznia 2019 Krasnoilia w sercu Huculszczyzny. Daleko mnie zaniosło z Krasnogrudy. A przecież rdzeń ten sam — u mnie gruda i ziarno (litewskie grudes), tu piękna jodła, z której drewna pierwszą cerkiew zbudowano. Podróżuję z ludźmi, którzy byli w Krasnogrudzie i Sejnach, poznali pracę Pogranicza, a teraz tworzą centrum dialogu kultur pod patronatem Stanisława Vincenza. Nie wiedziałem, że będzie to też podróż do źródeł teatru... W starowieku kłótnia wybuchła między dwoma Hucułami. Przysłuchiwał się jej Hnat Chotkewycz, wielkiej sławy bandurzysta, późniejszy kompozytor i pisarz, który z Charkowa 148 Notatki słów i obrazów uciekać musiał, bo w 1905 roku poparł strajk kolejarzy. Schronił się w Galicji, początkowo we Lwowie, a potem wyruszył w Karpaty w poszukiwaniu starych pieśni, instrumentów i opowieści. I tak trafił na huculską kłótnię. Zdziwiło go, że krew się nie polała, że toporki w ruch nie poszły, że za oręż słowa tylko służyły, do tego kunsztowne, nie w nienawiść się przemieniające, a w dialog pełen dramatyzmu i wyrazistych charakterów. Zachwycony, zobaczył swój teatr ogromny. W Krasnoili była maleńka świetlica oświatowa. I tak się zaczęło... Chotkewicz zamieszkał w Krzywo równi i przez górę chodził na próby. Kogo on tam nie miał w zespole. Pracował z nim Petro Szekeryk-Donykiw, którego Vincenz nazywał genialnym Hucułem: Stworzył dzieło, które jeżeli zostanie kiedyś wydane — będzie skarbem samorodnego piśmiennictwa i świadectwem dawnej mowy, nie mającym sobie równych. Dołączył do nich student wiedeński Łeś Kurbas, w przyszłości twórca najsłynniejszego teatru ukraińskiego „Berezil”. Zaczęli podróżować ze swoimi spektaklami. Przełożyli na dialekt huculski „Karpackich górali” Józefa Korzeniowskiego i stworzyli spektakl ,Antoś Rewizorczuk”, z którym w 1911 roku pojechali do Krakowa i Nowego Sącza. Pojechali też do Moskwy, gdzie ich pracą zainteresował się m.in. Konstanty Stanisławski, który ponoć w MChAcie chciał wystawiać „Dowbosza”. O tym wszystkim opowiada mi Hucuł Wołodymyr, który wraz z innymi odrodził teatr w Krasnoili i w dawnej świetlicy stworzył cudowne muzeum Hotkiewicza. Krzysztof Czyżewski 149 Myślę, że Vincenz zgodziłby się ze mną, że źródeł starożytnego teatru greckiego szukać trzeba w dialogu, który przezwycięża ofiarę z życia i samą Eris, najtrudniejszą do pokonania boginię nienawiści. Tym bardziej, że on sam żywą Grecję odnalazł na Huculszczyźnie. Życie jednak dopisało tej opowieści przekorną puentę, której pominąć mi nie przystoi. Dowiedziałem się o niej od innych Hucułów, nie w muzeum, ale przy wieczornej biesiadzie. Otóż zdarzyło się w teatrze Chotkewycza, że podczas przedstawienia aktor nadepnął i złamał skrzypce drugiemu. Doszło pomiędzy nimi do potężnej kłótni, która przemieniła się w bójkę. Publiczność biła brawo, zachwycona autentyzmem gry aktorów... ADAMOWICZ 14 stycznia 2019 rok Paweł Adamowicz... W stulecie Niepodległości gdański ratusz był gospodarzem debat obywatelskich pod hasłem „Polska! Polska! - ale jaka?” Prezydent zaprosił mnie z wykładem „Obywatele RP — swoi i obcy”. Dzisiaj powracam do niego, uświadamiając sobie jak tragicznie w tą opowieść wpleciony jest los Prezydenta Gdańska, obywatela miasta całym sercem oddanego jego duchowi wolności i S/solidarności. Mówiłem wtedy o polskim dramacie wspólnotowości, przesłoniętym radością z niepodległości, a potem zmarginalizo-wanym i zepchniętym w sferę podświadomości przez państwo narodowe, którym Rzeczpospolita nigdy wcześniej nie była. Interesowało mnie pytanie o tkankę łączną dla bardzo różnych ludzi, którzy znaleźli się w organizmie jednego państwa, obrysowanego na mapie nowymi granicami. Aby uchwycić istotę tego dramatu, musiałem uwolnić się od podziału na etniczno-religiną większość i mniejszości narodowe, religijne czy kulturowe. „Obcymi” w RP stali się ludzie nieprzynależni do jakiejkolwiek kultury zamkniętej, a tym samym do 150 Notatki słów i obrazów wspólnotowości rozumianej inaczej niż współistnienie z innymi. Nieprzynależność ta nie wynika z odrzucenia lub wyparcia się tożsamości, na przykład narodowej, lecz z przekonania, że każdy człowiek może mieć w sobie więcej niż jedną tożsamość, a przede wszystkim z poczucia przynależności do wspólnoty szerszej niż te reprezentowane w dychotomii większości i mniejszości. W konsekwencji poczucia tej nieprzynależności „obcy” obywatel RP wywodzi się spośród „swoich” i jest przez nich silniej stygmatyzowany jako „nie swój” niż obcoplemieniec. Z wewnątrz, z głębi zbiorowej pamięci i międzyludzkiego współistnienia, kontestuje granice tą pamięć i to współistnienie zawężające lub zakłamujące. W konsekwencji „obcymi” w RP stali się „człowiek po prostu” i „człowiek pogranicza”, a więc obywatelki i obywatele nieprzynależni do wąskiej i wykluczającej innych „swojości”, których postawę uwierzytelnia humanizm, nakazujący im w pierwszej kolejności służyć dobru człowieka po prostu, bez względu na jego pochodzenie, narodowość i każdą inną tożsamość. Przywoływałem Norwida, Brzozowskiego, Wittlina, Józefskiego i Miłosza by pokazać jak to się stało, że w naszych niepodległych dziejach człowiek skrył się za Polaka, a społeczeństwo za naród. Przywołałem odczyt Piłsudskiego wygłoszony w Teatrze Starym w święto niepodległości 1924 roku i te w żaden sposób niechcące się zestarzeć słowa, w których nazywa siebie heretykiem: Należałem zawsze do ludzi, którzy byli przeciwnikami »hetta«, którzy się starali wyjść poza nie. Dlatego w każdym ugrupowaniu ludzkim, w którym kiedykolwiek byłem, byłem uważany za coś w rodzaju heretyka [...] Wszystkie usiłowania zbłiżenia łudzi do siebie, zmuszenia ich do współpracy ze sobą, pękały mi w ręku w jednej chwili, gdym tego zagadnienia dotykał. Nikogo namówić nie mogłem, aby przekroczył przekleństwo »ghetta«, przekleństwo języka »ghettowego«, aby Polacy zechcieli się zastanowić nad koniecznością współpracy, nad koniecznością umowy i nad koniecznością ugody już nie z zaborcą, łecz z samymi sobą. Swoją opowieść kończyłem refleksją nad zabójstwem prezydenta Narutowicza. Sens tej tragedii dla choroby polskiej tkanki łącznej pomógł mi uchwycić ksiądz Tołoczko, bliski memu sercu publicysta krajowego „Przeglądu Wileńskiego”. Szkicując kronikę wypadków z grudnia 1922 roku, Tołoczko potrafi uchwycić psychologiczną zmianę stosunku do osoby Niewiadomskiego, który z szaleńca i mordercy przeistacza się w „swojego”, który ksenofobiczną mową w sądzie zasłużył sobie na reakcje w rodzaju: Ależ to nasz człowiek! To prawdziwy bohater! Mord 1922 r. dokonany został zarówno na człowieku po prostu, jak i na człowieku pogranicza. Od tamtego momentu, niezależnie od tego, jak radziło sobie z tym państwo prawa, jak broniła się polska konstytucja i jak rozwijało społeczeństwo obywatelskie, ofiara „obcego” przeniknęła do podświadomości wspólnoty i po dziś dzień, raz silniej raz słabiej, stoi na straży „swojego człowieka” w RP. Można powiedzieć, że nie dla wszystkich obywateli RP „wspólna sprawa” tak się przedstawia i że marszałek Piłsudski, pragnący przezwyciężenia syndromu getta, nie jest dla nich „heretykiem”. Można wręcz przyjąć, że istnieje cała rzesza Polaków, którzy ponad wszystko stawiają „humanitność” i utożsamiają się z krajowym patriotyzmem. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że tych, którzy przy nazwisku Narutowicza mówią „nasz”, jest większość. Można wreszcie uznać, że po stronie tej większości stoi prawo i społeczeństwo obywatelskie. Możemy, a nawet powinniśmy tak uczynić. Tym bardziej, że „obcość”, którą tu rozważamy, nie jest obcoplemienna, lecz swoja, wyra- Krzysztof Czyżewski 151 stająca z jednego ciała organizmu zbiorowego, ze wspólnoty losów i pamięci. Powiedzmy nawet więcej - ta „obcość” jest bardziej „swoja” niż zrodzona ze zmowy partykularnych lojalności „swojość”, bo bliższa temu, co autentycznie wspólnotowe i ludzkie. Dlaczego więc człowiek po prostu i człowiek pogranicza zyskali w RP status „obcych”? Czyżbyśmy żyli w kraju radykał izujących się mniejszości oraz zagubionej większości, która nie jest do końca pewna swego, nie potrafi znaleźć dla siebie silnego wyrazu w przestrzeni publicznej i uwiarogodnić się jako „swoja”? Pytam o to jeszcze raz dzisiaj, 14 stycznia 2019 roku, i wciskam te słowa w litą skałę polskiej ściany płaczu. Nie do Boga są adresowane. Tylko my możemy sprawić, że Paweł Adamowicz jest i będzie nas wszystkich swój. I to wobec jego tragicznej śmierci wszystko, co ludzkie raz na zawsze przestaje być obce. SINGER I KSIĄŻKI 28 stycznia 2019 rok Dewaluacja książki przez zalew przeciętnej literatury, pseudonauki, infantylnej religijności, turystyki non-fiction i megalomańskiego pamiętnikarstwa. Zauważyłem u siebie odruch obronny przed wchodzeniem do księgarni (pomijając oczywiście cudowne wyjątki). W coraz większej mierze polegam na niezawodnych rekomendacjach znajomych z FB. Wierny pozostaję garstce recenzentów nieskorum-powanych rynkiem. Dobrze rozumiem I.B. Singera, ubolewającego nad upadkiem książki w Ameryce już w początkach lat osiemdziesiątych. Przypominała mu ona dewaluację pieniądza obserwowaną w międzywojennej Polsce — stosy banknotów w rynsztoku, po które nikomu nie chciało się sięgać. Opowiadał o tym podczas odczytu w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej, którego przedruk odnajduję w wydaniu New York Timesa z tamtego czasu. Jak to u Singera, nie obyło się bez omasty w postaci pysznej anegdoty: W pewien ponury, przeszywający chłodem zimowy wieczór zaszedłem do księgarni. Jej właściciel był także pisarzem. Dyskutowaliśmy o literaturze, upływała godzina za godziną, a do środka nie zajrzała nawet jedna osoba. Kiedy nadeszła pora zamknięcia, ze zdumieniem spostrzegłem, że drzwi księgarni są ryglowane na trzy czy cztery potężne zamki. Zapytałem właściciela, dlaczego źl tyle. Komu chciałoby się kraść książki podczas śnieżnej zawiei? W odpowiedzi usłyszałem: ‘Nie złodziei książek się obawiam. Obawiam się ich autorów, którzy w nocy mogą włamać się do środka by podrzucić więcej swoich'. 152 Notatki słów i obrazów UNIWERSYTET LATAJĄCY 23 stycznia 2019 rok Istniały kiedyś Uniwersytety Latające. Niby nic takiego, zwykła inicjatywa obywatelska w świecie zniewolenia — prywatne mieszkanie, wąskie grono słuchaczy, ważna „sprawa”, ciekawy gość, stolik z zakazanymi książkami, do tego „Ketman” albo inny tajny agent... I jeszcze to poczucie rzeczywistości na zewnątrz, którą trzeba zmieniać, bo bez zaangażowania uniwersytet traci wiarygodność. Wystarczyło, aby zmienić moje życie. Czy jest sens powracać do tego dzisiaj, inaczej niż tylko jak do wspomnienia albo faktu historycznego? Myślę o tym, czytając książkę o studenckim podziemiu w Poznaniu, jeszcze przed narodzinami „Solidarności”. Czytam Jacka Kubiaka, Jaromira Jedlińskiego, Marię Ganowicz, Jerzego Kandziorę, Marcina Kęszyckiego, Jerzego Nowackiego, Andrzeja Wilowskiego, Włodzimierza Fenrycha... i nie mogę oderwać się od kontekstu świata tu i teraz. Czy nie jest tak, że odczuwana przeze mnie sympatia do „ulotek”, jak nazywaliśmy te spotkania, nie jest powodowana nostalgią, lecz potrzebą chwili? Oczywiście, nie ma podziemia, konspiracji, tajniaków, „bibuły”... Brakuje jednak rozmowy, przestrzeni spotkania, czasu dla „sprawy” wybiegającej poza działalność zawodową czy stopnie kariery. Ktoś powie: niewielkie grono, mały zasięg, elitarne enklawy. I to starczy do zdeprecjonowania. Dzisiaj Uniwersytet Latający byłby niszowy, czytaj: nieistotny. Ludzka rozmowa, podobnie jak praca organiczna, stały się niemedialne, co dla wielu brzmi jak wyrok skazujący na nieistnienie. Wielka liczba na nowo zdobyła niepodzielną władzę, choć dużo trudniej niż za PRL-u powiązać jest ją dzisiaj ze zniewoleniem. A przecież istnieje elitaryzm celebrytów z tłumem fanów i egalitaryzm wielu małych grup twórczego i społecznego zaangażowania. Masowa impreza niczego nie tworzy i nie zmienia, w najlepszym wypadku konsumuje i upowszechnia owoce poszukiwań i pracy małych kręgów. Moc kształtowania rzeczywistości i stymulowania przemiany skrywa się w małym. Zawsze tak było. Jeśli ulegniemy masowemu hegemonowi — czy to będzie rynek, czy media, czy nowy Ketman ideologiczny — jakże możemy oczekiwać zmiany? O KSIĘDZE CANETTIEGO 31 stycznia 2019 rok Idzie do drukarni. Nareszcie. Od dawna żadnej książki tak długo nie wypuszczaliśmy z rąk — tłumaczka, redaktorzy, skład. Kwerendy źródeł, porównania cytatów, brzmienia i znaczenia słów nie oswojonych w polszczyźnie, rozszerzony indeks... Prawie 500 stron. Przede wszystkim olbrzymia praca Marii Poprzęckiej, która — począwszy od „Ocalonego języka”, swojego debiutu translatorskiego — stała się polskim głosem Canettiego. A sama książka? Księgi przeciwko śmierci Elias Canetti nigdy nie napisał. Pod datą 15 lutego 1942 roku zanotował: Postanowiłem dziś, że będę spisywał swoje myśli przeciwko śmierci. Śmierć utkwiła w nim w dniu, w którym utracił ojca. Miał wtedy siedem lat. Wcześnie zaczął żyć przeciwko śmierci. Na drugim biegunie był Novalis i życie rozumiane jako początek śmierci. Szedł pod prąd byciu-ku-śmierci Heideggera. Szedł za Hólderlinem z Hyperiona-. „I ze związku istot zniknie śmierć”. Stał się człowiekiem głęboko religijnym, w sensie jaki sam nadawał temu słowu: poczucia związku ze zmarłymi. Wierzył, że w pozostających przy Krzysztof Czyżewski 153 życiu są dusze zmarłych, potrzebujące pokarmu. Upatrując największe zagrożenie w przyzwyczajeniu się do śmierci, całe dorosłe życie przygotowywał się do napisania „Księgi”, w której miał z nią stoczyć ostateczną walkę. Przysięgi składane sobie po śmierci matki, setki wypisanych ołówków, tysiące kartek zapisków, z których jedna trzecia, czyli blisko dwa tysiące, dotyczyła tematu śmierci... I po kres jego dni niemożność napisania pierwszego zdania „Księgi”. Odszedł pozostawiwszy po sobie jedynie teczkę z kilkunastoma kartkami zatytułowaną Księga zmarłych oraz zapiski, w części publikowane w książkach, które sam przygotował do druku, w części niepublikowane, notowane odręcznie, codziennie, przez wszystkie lata współ-życia ze śmiercią. Czy to mało? Oszczędne w słowa, skondensowane myśli, które latami obrabiał niby szlifierz kryształów. Wysoko cenił Pensees Pascala, uznając fragmentaryczność za właściwą formę myśli skierowanej przeciwko śmierci, władającej tym, co ujednolicone i zamknięte w całość. Taka jest Księga Eliasa Canettiego, powstała z wybranych zapisków z lat 1942-1994, absolutnie wyjątkowe i fascynujące świadectwo poszukiwania przez pisarza tego jednego jedynego zdania, które śmierci zadałoby śmierć. 154 Dziennik kataloński cz. 3. Mój Gaudi prowincjonalny Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI (1) MÓJ GAUDI PROWINCJONALNY Księdzu Krzysztofowi Niedałtowskiemu Na dokończenie tej budowy, którą rozpoczął jeszcze poprzednik — Francisco de Paula del Villar, poświęcił Antonio Gaudi 40 lat, sypiając nawet u schyłku życia we wciąż budowanych przez siebie murach Sagrada Familia. Świadkowie zapamiętali cierpiącego — być może na depresję — starca, rozkojarzonego, wychudłego, krążącego wokół swej budowanej świątyni jak włóczęga, z odłamkami ceramiki w dłoniach, zapatrzonego w jakiś inny wymiar rzeczywistości, jakby nieobecnego. 7 lipca 1926 roku wracając ze świątyni, wpadł pod tramwaj i początkowo niezidentyfikowany przez personel barcelońskiego przytułku, potraktowany jak wędrowny żebrak, zmarłpo 3 dniach. Pierwszym z serii wielu paradoksów tej historii jest kolosalna dysproporcja między formą śmierci samotnego, starego mężczyzny a jego pogrze- Antonio Gaudi, fot. archiwum bem, który dla Katalończyków stał się okazją do wielkiej, masowej demonstracji wolnościowej. LUIS LÓPEZ VAZQUEZ Zanim na moim horyzoncie pojawił się aktor Luis López Vazquez, nie miałem dobrych skojarzeń z katalońskim architektem. Do Gaudiego podchodziłem od początku jak do jeża, nie mogąc pojąć zachwytów, jakimi obdarzają go zwłaszcza Chińczycy i w ogóle ludzie Dalekiego Wschodu, gotowi odwiedzać Barcelonę i Europę przynajmniej raz do roku i właśnie dla tego okrzyczanego wśród touroperatorów katalońskiego architekta kosmicznie podbijać ceny w okolicznych hotelach. Pierwsze spotkania z Gaudim, mało obiecujące, fundowałem sobie jeżdżąc z Katalonii Północnej do Południowej - czyli autostradą AP-7 z Perpi-gnan do Barcelony. Ostatnie rondo blokowane przez żółte kamizelki zostawiłem za sobą po francuskiej stronie w okolicach Boulou, widząc w zamian tego przed sobą coraz więcej żółtych, katalońskich wstążek wieszanych najczęściej na słupach elektrycznych. Po drodze mijałem luksusowe autokary turystyczne wypełnione głównie Chińczykami i Amerykanami. Turyści, już w Barcelonie, wysypywali się na przykład w okolicach Casa Mila, by nie Paweł Zbierski widząc wcale odwiedzanej budowli, nie podnosząc wzroku w stronę właściwego dzieła architektury, śledzić na ekranach swoich smartfonów wirtualny przewodnik po sztuce Gaudiego. Siłą rzeczy musiałem się więc także poddać się takiej specyficznej, wirtualnej promocji odbywanej na miejscu akcji i poczuć się uwiedziony zastosowaną regułą równowagi krzywej łańcuchowej, dowiadując się że Gaudi tworząc model przestrzenny budynku badał na nim siły grawitacji. Dowiadywałem, się także — zaglądając turystom przez ramię — że Gaudi testował przy tym wytrzymałość różnych materiałów, takich jak bazalt czy granit i że eksperymentował także z różnymi rodzajami oświetlenia. Dla osiągnięcia ciekawszego efektu — jak podpowiadano turystom — używał do projektowania luster i fotografii. Odwoływał się także do geometrii innej niż u Euklidesa. Jednak najbardziej fascynującą rzeczą w recepcji architektury Gaudiego było potraktowanie jej przez niemałą 155 Luis López Vazquez jako Gaudi w filmie „Antonio Gaudi — niedokończona wizja”, fot. archiwum część zwiedzających jako sztuki cyrkowej, w której wszystkie chwyty są dozwolone, byle tylko zadziwić widza, a czasem nawet go rozśmieszyć, byle tylko nie usnąć podczas zwie- dzania. Ten ostatni element był nie do przecenienia zwłaszcza latem, gdy ciężar gorącego z zarazem wilgotnego powietrza w Barcelonie był stanowczo nie do wytrzymania, nawet w obliczu zbliżającego się około dwunastej w południe lanczu. Nie przeczę też, że właśnie owa stylistyka zwiedzania w dużej mierze determinowała wówczas moje własne widzenie tego artysty. Dla mnie Gaudi to był na początku geniusz, z niemałą domieszką kiczu. Tak wówczas oceniałem jego architektoniczne wizje i realizacje. Niejeden z tych projektów, zarówno w formie przestrzennej, jak i w kolorystyce, przypominał mi tort weselny z dość popularnej i sympatycznej, ale z pewnością mocno przereklamowanej w Polsce cukierni „Pellowski”. * Bywają twórcy i ich dzieła, do których zbliżamy się mozolnie, zrazu nieufnie a może nawet niechętnie. Zdarza się nam jednak czasem, zapewne jakimś przypadkiem, spotkać przewodnika mniej wirtualnego, a bardziej realnego, który całe to nasze myślenie o ludziach i o świecie przestawia na zupełnie nowe tory. Okazuje się oto nagle, że do tej pory i o świecie i o ludziach wiedzieliśmy tyle, co nic albo bardzo niewiele. Na początku roku 2019 Jose Luis López Vazquez stał się więc moim pierwszym przewodnikiem w odkrywaniu innego, nie znanego mi dotąd świata katalońskiego geniusza. Ten jedyny w swoim rodzaju aktor zagrał bowiem fabularną, tytułową rolę, w dramatycznym dokumencie o architekturze Antoniego Gaudiego. 156 Dziennik kataloński cz. 3. Mój Gaudi prowincjonalny W filmie ,Antonio Gaudi, niedokończona wizja” w reżyserii amerykańskiego reżysera Johna Alaimo, Luis López Vazquez ożywia architekta, pokazując niektóre dzieła Gaudiego w Barcelonie i wykorzystuje fragmenty nieznanych dotąd dokumentów, dla ujawnienia głębszego znaczenia tych budynków i konstrukcji. Minąć musiało jednak kilka bardzo bolesnych dla mnie miesięcy, w tym wizyt w klinikach w Lozannie, a potem także na salach operacyjnych w północnej Katalonii - w Ceret i w Perpignone — bym mógł znowu wrócić do tego absolutnie niezwykłego filmu. Przy czym moje własne doświadczenia szpitalne pozwoliły mi także w nowy sposób popatrzeć właśnie Gaudiego. * Aktor robi nieco szokujące wrażenie, także gdy mówi, że „najlepszym sposobem poznania osoby jest jej metoda wydawania pieniędzy”. Rzecz staje się od razu niezwykle intrygująca, zwłaszcza po skonstatowaniu, że Gaudi właściwie nic nie mógł wydawać, gdyż wszystko co zarobił, rozdawał biednym w formie jałmużny. Szczęśliwie wpadł w odpowiednim momencie na prawdziwego sponsora i mecenasa. Eusebi Giiell, to był prawdziwy miłośnik przemysłu krajowego z wyraźnym upodobaniem do sztuki! Film, jak to film, na pierwszy rzut oka niepozorny, wyprodukowany na taśmie światłoczułej za pomocą środków technicznych znanych w 1974 roku, i nie trwający nawet pełnej godziny, znacznie więcej powiedział mi jednak o fenomenie architektury Gaudiego niż tysiące stron rozpraw krytyków sztuki, filozofów, teologów, historyków i politologów. Dodatkowo, samo to dzieło filmowe, niedokończone podobnie zresztą jak wiele dzieł samego Gaudiego, zasługuje na osobną uwagę. Otóż kataloński historyk Carlos Querol znalazł ten, wydawało się, że bezpowrotnie zaginiony film dopiero w 2009 roku. Jak donosiło „Radio Barcelona”, film spoczywał ponad trzydzieści lat ukryty w kartonowym pudełku w piwnicach banku! Film „Antoni Gaudi, niedokończona wizja” został nakręcony w 1974 roku, nigdy nie miał dystrybucji w komercyjnych kinach — był pokazywany tylko na spotkaniach prywatnych Karykatura Gaudiego w jego ostatnich latach życia autorstwa Quelusa — ponieważ producenci nie mogli zwrócić pożyczki w wysokości jednego miliona peset od katalońskiego podmiotu finansowego. W ramach embarga bank przechowywał kopie, negatywy i prawa do reprodukcji. Jedna z tych kopii — szczęśliwie — została zlokalizowana dopiero w 2009 roku. Kolosalną siłą tej niedokończonej, a jednak perfekcyjnie sfilmowanej historii, jest pokazanie nie tyle twarzy bohatera, ile esencji jego jaźni, zapisu jego świadomości i niejako - poprzez „filtr” indywidualnej ekspresji aktora grającego tytułowego bohatera Paweł Zbierski 157 — zdanie relacji przed widownią z kondycji duchowej Gaudiego, zapisu jego prawdziwej, a w każdym razie pokazanie niezwykle sugestywnej dla widza interakcji z widzialnym światem. Żeby skondensować ten przekaz odkrywający na nowo Gaudiego reżyser zastosował kilka chwytów przerysowanych i upraszczających, takich jak bardzo intensywny, intencjonalny make-up dojrzewających aktorów — jego uczniów, a także szczególna, liryczna muzyka doprowadzająca i tak przecież niezwykle sugestywne w swoich formach wizualnych realizacje architektoniczne Gaudiego do swoistego, nieuniknionego napięcia z odbiorcą1. Budowle Gaudiego odznaczają się przedziwnymi formami, niestandardowymi wzorami, różnorodnymi barwami i kolorowymi mozaikami. SAGRADA FAMILIA W BUDOWIE Sagrada Familia — w intencji Gaudiego — budowana była, podobnie jak u Orwella, w prawdziwym hołdzie Katalonii. Nigdy się zresztą z tym hołdem Gaudi nie krył, otwarcie się do katalońskości przyznawał, nawet gdy groziły za to srogie kary ze strony policji hiszpańskiej. Jeśli można by do czegoś znanego z Polski przyrównać tę pewną własnej racji potężną energię i wytrwałość w budowie katałońskiej świątyni, to chyba tylko do budowy wielkiego ołtarza-okrętu w Gdańsku przez Kaszubów dla Jana Pawła II pod okiem wielkiego wizjonera sztuki Mariana Kołodzieja. Odszukałem też w końcu zupełnie niedawno rys jakiś zdumiewającego podobieństwa charakterologicznego między Gaudim a moim rodzonym ojcem: w tym szacunku dla zagrożonych totalizmowi kultur i języków, w czułości wobec dawnej ceramiki i w ogóle wobec archeologii, w tym traktowaniu znaków chrześcijaństwa jako busoli dla ludzi i wspólnot ludzkich, co tak dobitnie widać choćby w filmie „Chrzestny dar” w reżyserii Michała Nekandy Trepki, czy w tych archiwalnych fotografiach z młodym a potem starym papieżem JP II, albo z prowadzonym przez niego podczas procesji Bożego Ciała metropolitą gdańskim arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim. * W swojej - bodaj najpełniejszej jak dotąd — biografii Gaudiego Gijs van Henserbengen pisze: „na przestrzeni lat, jeszcze przed śmiercią Gaudiego, Sagrada Familia stała się celem pielgrzymek. Miejsce to odwiedził król Alfons, chociaż Gaudi swą odmową mówienia w jakimkolwiek języku oprócz katalońskiego sprawił mu z pewnością przykrość. Z wizytą przybyła również Dona Luz de Burbon oraz infantka Izabela. Postępy prac obserwował nuncjusz papieski w Hiszpanii kardynał Ragonesi albo Albert Schweitzer. Schweitzer znalazł się w położeniu niewiele lepszym niż król Alfons, kiedy Gaudi tłumaczył „Białemu Doktorowi” po katalońsku, że istnieją pewne rzeczy, które można zrozumieć jedynie w tym zepchniętym na margines śródziemnomorskim języku. Lecz najbardziej tragikomiczna była dobrze udokumentowana wizyta filozofa Miguela de Unamuno w 1906 roku. Biorąc pod uwagę fakt, że Unamuno przyjechał do Barcelony na Pierwszy Kongres Języka Katalońskiego, Gaudi miał pełne prawo oczekiwać od niego choćby podstawowej znajomości języka. Unamuno, szanowany sojusznik i przyjaciel Joana Maragalla, majestatycznie kroczył po placu budowy i niewyraźnie pokrzykiwał: No me ' Portal internetowy: HEMEROTECA 06/11/2009, En inćdita en la que López Vazquez da vida a Gaudi cuentran una pelfcula, Madrid. 158 Dziennik kataloński cz. 3. Mój Gaudi prowincjonalny gusta! No me gusta! — co po kastylijsku oznacza: „Nie podoba mi się!”. Kilka kroków za nim Gaudi przedrzeźniał każdy jego ruch. No li agrada! No li agrada! — „Nie podoba mu się!” — powtarzał po katalońsku2. 18 wież, w czym aż 12 poświęconych apostołom, 4 ewangelistom, po jednej Jezusowi i jego matce. Bo wieże właśnie mają się stać — wedle zamysłu — najbardziej rozpoznawalnym znakiem widzianej z oddali świątyni. Sceny z życia Jezusa przedstawiają z kolei trzy fasady świątyni, zaś wnętrze ma symbolizować święte Jeruzalem. Budowaniu tej właśnie świątyni towarzyszyła cała seria wielkich wstrząsów w samej Barcelonie, w różnych momentach życia Gaudiego, a także po jego śmierci, wstrząsów trwających aż do dziś. Część tych wstrząsów wymienia jeden z najwybitniejszych biografów Gaudiego, cytowany tu już Holender Gijs van Hennsbergen: „...W latach dziewięćdziesiątych nastąpił gwałtowniejszy cykl represji, po którym przyszła jeszcze bardziej rozpowszechniona często bezładna anarchia. Dwudziestego czwartego września 1893 roku przeprowadzono nieudany zamach na życie głównodowodzącego w Katalonii, generała Martineza Camposa. Miesiąc później Santiago Salvador rzucił dwie bomby Orsiniego na widownię opery Liceu; zginęło dwadzieścia osób. Trzy lata później miało miejsce bestialskie bombardowanie procesji Bożego Ciała, która wyszła z Santa Maria del Mar. Zginęło wówczas dwanaście osób. Ósmego sierpnia 1897 roku włoski anarchista uderzył w sam środek politycznego estabili-shmentu, kiedy strzelił do premiera Canovassa de Castillo” 3. W tym czasie burzliwego przeobrażania się Barcelony w wielką metropolię emigranci padali ofiarą porównywalnej z rasizmem ksenofobii miejscowych. Z drugiej strony miejscową, próbującą dobijać się wolności katalońskość, brutalnie ugniatali Hiszpanie. Wszystkiemu temu towarzyszyły załamania dotychczasowych wartości, zbrodnie, choroby i prostytucja. Dla wielu ludzi ówczesna Barcelona mogła się więc wydać piekłem porównywalnym może tylko z Petersburgiem opisywanym z „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego. Dla Gaudiego, z jednej strony otwarcie afirmującego katalońskość, z drugiej strony bezgranicznie oddanego kościołowi katolickiemu realne życie musiało potęgować poczucie bezsilności: „po pięćdziesięciu latach wojen karlistowskich polityka stała się ekskluzywnym menuetem tańczonym jedynie przez małą, uprzywilejowaną mniejszość”. No bo cóż z tego, że w 1890 roku przyjęto powszechne prawo do głosowania, skoro w praktyce wszystkie kolejne wybory, były bez zmrużenia oka fałszowane przez organizatorów. * Im starszy był Gaudi, tym mniejszym zrozumieniem cieszyło się jego dzieło. I nawet w strukturach rzymsko-katolickiej instytucji nie zawsze czuł wtedy pełne oparcie. Z kolei ze strony największych ówczesnych artystów Picassa i Dallego spotykały go ironiczne uwagi. W gazetach stawał się z kolei bohaterem satyrycznych karykatur4. 2 G. van Hensbergen, Geniusz z Barcelony, przełożyła Iwona Chlewińska, Warszawa 2015, s. 350. 3 G. van Hensbergen, op. cit., s. 285. 4 P. Preston, The Spanih CivilWar, London, 1986, s.12. Paweł Zbierski 159 ISLAMIŚCI MIELI TO WSZYSTKO WYSADZIĆ W POWIETRZE Plac tej nie kończącej się aż do dziś i trwającej od 1882 roku budowy odwiedzam po raz pierwszy niedługo po tragedii na La Rambla z sierpnia 2017 roku, kiedy to wolny świat zmroziła informacja, że pierwotnym celem ataku islamistów miała być właśnie Sagrada Familia. Potwierdziły to zresztą późniejsze doniesienia. Wieść o planach ostatecznego zniszczenia nie dokończonej pracy Gaudiego rozchodziła się na La Rambla we wszystkich językach świata, w setkach telewizyjnych przekazów satelitarnych. Korespondenci przekazywali te wieści z Barcelony ze śmiertelnie poważnymi minami , a w ich tle już układano figury ze świeżych kwiatów komponując to z portretami zabitych. Wrażenie nie kończącego się koszmaru potęgowała długość tej kwietnej drogi, wiernie podążającej śladem krwi wyznaczanym kołami ciężarówki prowadzonej przez islamskiego terrorystę. Nad nie do końca jeszcze domytą z krwi jezdnią pochylali się Ka-talończycy i Hiszpanie, Żydzi i Muzułmanie, Biali, czarni i żółci, starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, geje i lesbijki. * Ten zamach, zrealizowany na popularnym miejskim deptaku prowadzącym wprost na miejską plażę, a planowany na budowie świątyni Gaudiego wyraźnie wstrząsnął światem, 160 Dziennik kataloński cz. 3- Mój Gaudi prowincjonalny prowokując do poważnej refleksji i czyniąc może ludzi na świecie mądrzejszymi przynajmniej przez te kilka dni i nocy od momentu zamachu... Z ujawnionych przez dziennik „El Espanol” zeznań Mohameda Uliego Szemlala, jednego z członków 12-osobowej grupy terrorystów z katalońskiego miasta Ripoll, wynika, że jej przywódcy planowali atak na największą barcelońską świątynię. — Siedzieliśmy na ławce, kiedy powiedzieli nam, że należałoby zburzyć bazylikę Sagrada Familia, i że musimy trzymać się razem. Nie chcieliśmy w to uwierzyć. Kto mógłby ją zburzyć? I w dodatku my, tacy zwyczajni chłopcy — zeznał przed sądem Szemlal. Nagrania z rozpraw, w których posiadanie wszedł hiszpański dziennik, powstały w sierpniu i wrześniu 2017 roku. Pierwsze zeznanie nagrano pięć dni po zamachach w Katalonii, w którym grupa dżihadystów pochodzenia marokańskiego zaatakowała 17 i 18 sierpnia w Barcelonie i Cambrils przy użyciu samochodów i noży5. * Pomyślałem wtedy po raz pierwszy - filmując latem 2017 roku tysiące zapłakanych przy La Rambla turystów z całego świata - że nad dziełem Gaudiego musi czuwać Opatrzność i że wiele z tego, co ten architekt dokonał w życiu z pewnością wykracza poza samą architekturę. Że może jest to także figurą losu artysty w jego życiu po życiu, a przy okazji figurą 5 Julie Breon, « Apres Barcelonę, Daesh revendique l’attaque terroriste a Cambrils » [archive], sur BFM TV, 19 aout 2017. Mieszkańcy składają hołd na La Rambla w Barcelonie w sierpniu 2017 r. osobom, które zginęły w zamachu terrorystycznym, fot. Paweł Zbierski Paweł Zbierski 161 losu chrześcijaństwa od końca XIX wieku aż do dziś? Historia do dzisiaj nie skończonej budowy to dramatyczne zwroty akcji, wraz z całym ciągiem wielkich wzlotów i wielkich upadków świątyni w budowie, gdzie zapowiedź ataku islamistów to tylko jeden z akordów tej będącej w trakcie dziania się historii. Skoro mowa o trwającej budowie, to jednym z najbardziej dramatycznych momentów jest wojna domowa w Hiszpanii i moment — już po śmierci Gaudiego — kiedy to w roku 1930 świątynię brutalnie profanują hiszpańscy anarchiści, niszcząc projekty budowy, a zniszczeniu ulega także pracownia architektoniczna Gaudiego. Potem jest takich momentów jeszcze bardzo wiele. Dla samej idei katalońskiej Gaudiego najbardziej zabójczym okresem pozostaje oczywiście dyktatura generała Franco i jakkolwiek makabrycznie by to zabrzmiało, dobrze dla Gaudiego, że nie musiał dożyć tego czasu, w którym na więźniach politycznych robiono eksperymenty psychiatryczne. Jednym z lekarzy zajmujących się-tymi eksperymentami był doktor Antonio Vallejo-Najera, który opisywał później mózgi przeciwników politycznych Franco. Uznał on, że prezentują one pewne anomalie fizyczne, odpowiedzialne za takie a nie inne poglądy polityczne. Bo przecież któż normalny nie posługuje się na przykład językiem hiszpańskim? Warto wreszcie przy tym wymienić co najmniej dwa przynajmniej wydarzenia pozostające ze sobą w pewnym, korespondującym ze sobą, sąsiedztwie czasowym. Otóż 7 listopada 2010 w podczas uroczystej mszy świętej, w której uczestniczyło 62 tys. osób, papież Benedykt XVI konsekrował Świątynię Świętej Rodziny (Sagrada Familia) podnosząc ją do godności bazyliki mniejszej. W październiku 2018 poinformowano z kolei, iż świątynia od 136 lat budowana jest bez pozwolenia i w związku z tym kuria diecezjalna musi zapłacić 41 milionów dolarów. Wreszcie 22 lutego 2019 urząd miejski w Barcelonie zatwierdził decyzję o wydaniu pozwolenia na budowę w tym mieście bazyliki Sagrada Familia. Według tamtej umowy władze bazyliki w ciągu 10 lat zobowiązały się przekazać na rzecz miasta kwotę 36 min euro. ŚWIATŁA I CIENIE PROWINCJUSZA Któregoś dnia zrobiłem sobie całodzienną wyprawę z Saint Laurent de Cerdans do Reus, Riudoms i Tarragony. Celowo bez żadnego zatrzymywania się w Barcelonie. Chciałem na własne oczy zobaczyć miejsce narodzin i pierwszych inicjacji, chorującego na płuca i artre-tyzm Gaudiego. W sumie spory kawałek drogi - od samej Barcelony jakieś 120 kilometrów - w kierunku Madrytu. Po pierwsze zbadałem średnią roczną temperaturę, która wynosi tu 21,1 stopnia Celcjusza. A średnie nasłonecznienie 2557 godzin rocznie, z zaledwie czterdziestoma dniami opadów. To było moje pierwsze odkrycie wiele mówiące o oddziaływaniu na człowieka gorącego powietrza a także światła i cienia. Po drugie na miejscu dowiedziałem o wielowiekowej tradycji rzemieślniczej rodu Gaudich odciskających swe wyraźne, głównie kowalskie, piętno nie tylko w Katalonii, ale także we Francji, Prusach i Szkocji. To był ślad wyraźnie kosmopolityczny, czyli transpirenejski. Gaudi nie potrzebował także w Barcelonie jakiegoś zupełnie nowego otwarcia w kwestiach międzynarodowych, bo jak się okazało już w XIX wieku w rodzinnym, „prowincjonalnym” Reus było aż dwanaście konsulatów europejskich oraz 162 Dziennik kataloński cz. 3. Mój Gaudi prowincjonalny jeden amerykański. Dodatkowo Reus kusiło rozrywkami. Już w średniowieczu było ono miastem targowym wystarczająco kosmopolitycznym by wspierać małą wspólnotę żydowską. W sensie kolorystyki oraz form przyrodniczych lądowych i morskich uobecnionych w naturze między Pirenejami a Morzem Śródziemnym miał więc młody Gaudi wszystko, czym potem mogła żywić się jego wyobraźnia łącznie z codziennymi misteriami światła słońca i księżyca wobec wszechobecnego tu żywiołu skał, kamieni i wody. W dodatku wiele budowli architektonicznych Tarragony miało niezwykle intrygujące oraz mogące inspirować rozwiązania. Zaryzykuję tezę, że sam Gaudi niewiele zawdzięczał Barcelonie, natomiast Barcelona zawdzięcza mu prawie wszystko. W uproszczonych reklamach turystycznych stolicy Katalonii Gaudi jest bowiem przedstawiany jako dość ubogi i chorowity przybysz jadący z prowincjonalnego miasteczka do metropolii w poszukiwaniu lepszego życia i szukając w Barcelonie prawdziwej inspiracji intelektualnej i artystycznej. To taki typowy „amerykański” schemat Kopciuszka, człowieka, który wykluczony w dzieciństwie kulturowo i społecznie, awansuje dość gwałtownie w dużym mieście. Zadziwiające jest przy tym, jak łatwo ulegają temu schematowi nawet bardzo subtelni, współcześni intelektualiści. Jak bez zrozumienia oceniają to także współcześni mu artyści, tacy jak Salvador Dali czy Pablo Picasso. Bo przecież śledząc ten kocioł barcelońskich bieżących wydarzeń widać bardzo wyraźnie: żeby tworzyć swoje najlepsze dzieła Gaudi raczej odrzucał zastaną rzeczywistość. I nawet w sferze kościelnej, on prawicowiec i konserwatysta, wydawał się wyraźnie kontrastować z własnym otoczeniem, które traktowało go przecież jak osobistego powiernika: w osobach doradcy duchowego Augusti Masa z St. Felipe Neri, swego mentora Torrasa i Bagesa, komitetu z Sagrada Familia, czy wreszcie samego kardynała Casanasa... Dla liberałów musiał się wydawać reakcyjnym tchórzem, dla anarchistów sługusem czarnego i złowrogiego kleru, a dla samego kleru? Być może to ostatnie pytanie jest najciekawsze. Oto jeden z wielu przykładów na próbę rozwikłania tej zagadki: Zafascynowany ostatnimi zmianami w liturgii i zagadkami teozoficz-nymi, często surowo sądził księży. Bez skurupułów odnosił się do ich zdolności wykręcania się od cięższych obowiązków duszpasterskich. Na placu Virreina Gaudi zatrzymał się, aby porozmawiać z proboszczem ojcem Brasó. Według Martinella: Gaudi polecał mu podjęcie pewnych działań, które zabezpieczyłyby go przed dominującym antyklerykalizmem. Kiedy ksiądz odpowiedział: To nie mój interes. Gaudi odparował: A więc proszę czekać, aż Cię zabiją ojcze, i na Twoje miejsce posadzą kogoś, kto zobaczy w tym swój intereł. * Trudno traktować osobno sztukę architektoniczną Gaudiego, osobno jego katolickie zaangażowanie i osobno jego dumę z bycia Katalończykiem. Akurat w przypadku Gaudiego jest to po prostu niemożliwe. Jego gorliwość, a nawet — zdaniem części biografów — nadgorliwość religijna ma bowiem bezpośredni i bardzo ścisły wpływ na proces tworzenia, odbija się na estetyce projektów i na sposobie ich realizacji. W wybranym przez niego sposobie życia, w wyniszczającej organizm diecie, w formule podobnej do bliskich franciszkanizmo- 6 G. van Hensbergen, op. cit., s. 300. Paweł Zbierski 163 wi praktyk zakonnych a może raczej pustelniczych, odnajduje Gaudi metodę dochodzenia do własnych, stylistycznie jedynych w swoim rodzaju rozwiązań. Jest w takiej postawie ściśle „konserwatywny”, w znaczeniu wierny bezgranicznie tradycji uobecnionej choćby w odwiecznym katalońskim sanktuarium w Montsserat, w kanonach architektonicznych, zwłaszcza w gotyku, w tych bardzo swoistych, chrześcijańskich barwach średniowiecza, wraz z „katolickimi” kolorami: Z drugiej strony jest przecież w stu procentach awangardowy, prekursorski i odkrywczy, dokonując rozwiązań szokujących dla całej tej artystycznej kasty najbardziej współczesnych architektów z Genewy czy Nowego Jorku, operujących najnowocześniejszymi narzędziami informatycznymi, matematycznymi, grafiką komputerową w formacie 3D i pozostałymi wysokimi technologiami. Miał bowiem Gaudi, oprócz bezgranicznej wiary w Stwórcę, niebywałą zdolność obserwacji ka-talońskiej natury, wraz z jej fenomenami oddziaływania na fenomeny sąsiadujące, takie jak roślina wobec innej rośliny, skała wobec drzewa, liść wobec drgającego powietrza, ryba wobec wodnego prądu i wobec dna morskiego, powierzchnia falującej wody i jej odbicia wobec sklepienia nieba i gwiazd i oczywiście wszystko to wobec człowieka, we wszelakich relacjach z człowiekiem. Właśnie te obserwacje pozwalały mu projektować budowle takie jak: Bellesguard, Casa Mila, Casa Batlló, Casa Vicens, Casa Calvet, Colegio de las Teresia-nas, Palau Giiell, Golonią Giiell. Co ciekawe, właśnie katalońskość nie zamykała go w ciasnym nacjonalizmie, ale właśnie otwierała na uniwersalizm świata. W tym sensie kolory Katalonii zdawały się być nawet w opozycji wobec „czarnej” inkwizycji hiszpańskiej, kojarzonej z akcją antysemicką ale też nastrojami „antyberberyjskimi” na Półwyspie Iberyjskim. O czymś takim mogliby tylko pomarzyć najwięksi artyści: dzieło zmarłego w 1926 roku prowincjonalnego architekta z Katalonii nie zostało jeszcze skończone i wciąż jest w budowie. Artysta nie żyje, ale dzieło jest w realizacji. Bo z Gaudim to jest trochę tak, jak z całym naszym chrześcijaństwem. Barcelona, Saint Laurent de Cerdans — styczeń, luty, marzec 2019 W tekście korzystałem także z nagrania audycji radiowej: „Życie i twórczość Antoniego Gaudie-go”. Rozmowa Hanny Marii Gizy z historykiem sztuki prof. Martą Leśniakowską i architektem Konradem Kucza-Kuczyńskim (Sezon na Dwójkę, 23.06.2011). Karykatura przedstawiającego Gaudiego przed Sagrada Familia autorstwa Feliu Eliesa Galeria Prowincji Paweł Wyborski O ewolucji MOJEJ INSPIRACJI IKONĄ Od lat bliska mi jest malarska refleksja nad fenomenem ikony. Uważam ten temat za żywotny i inspirujący, zwłaszcza w odniesieniu do tego, co w ikonie nieoczywiste, poboczne, peryferyjne. Wszystkie poprzednie i obecne, całkiem rozległe już i zróżnicowane, nawiązania do stylistyki ikony, opatruję syntetycznym pojęciem obrazów o ikonach, kładąc akcent na szeroką i elastyczną formułę ich nawiązań do ikonowej stylistyki, albo — jak ostatnio - ikonopasaży, luźno odwołując się do Benjaminowskiej idei przejść, podglądów, podejrzeń, mikrograficznego zapisu, na mocy którego z drobnych obserwacji może odsłaniać się szerszy obraz. Ikonopasaże wskazywać mają bowiem na próby wglądu w estetykę ikony, w jakiś jej fragment i konsekwentne malarskie sprawozdanie z takiej obserwacji. Ikonopasaże układają się w luźną, ale i złożoną opowieść o zróżnicowanych kształtach, jakie może przyjąć inspiracja wielowątkowością ikony, a jednocześnie o różnych materiach, jakie budują i określają ikonę. POCZĄTEK - CAŁUNY Od samego początku moich malarskich poszukiwań bliskie mi było malarstwo inspirowane tematami około religijnymi. Od 1999 roku w malarski sposób rozważam temat Całunu. Nigdy nie były to obrazy religijne w sensie klasycznym. Ich religijność była zawsze punktem wyjścia. W rzeczywistości bowiem Całun traktowany był jako materialny artefakt, jak i fascynujący tekst i pretekst dla refleksji nad materialną stroną doświadczenia religijnego poprzez odciśnięte w jego strukturze ślady. Stanowi on odrębny byt zastygły w rzeczywistości płótna, strukturę w strukturze. Tym, co fascynuje jest właśnie fizykalna obecność odciśniętych w nim tropów materii: śladów, odbić, pyłów, pigmentów, strużek, otworów, wypaleń, splotów czy zagięć. Ważność Całunu rozciąga się zatem na dialektycznym polu między duchową tajemnicą i religijną iluminacją, a realną strukturą zakreśloną konturami płótna i jego rzeczywistym trwaniem z licznymi tegoż świadectwami, cielesnością, znoszeniem i zniszczeniem. To wielki temat, niewątpliwie wart wielu wielostronnych prób kulturowego zrozumienia. OBRAZY O IKONACH Koncept obrazów o ikonach, jaki wyłonił się później, był logicznym następstwem wcześniejszego przetwarzania wątków religijnych. Obok stylistyki ikony ważnym było także odwołanie się do pojęcia sacrum, świętości, ukształtowanego na gruncie zachodniej humanistyki. W punkcie wyjścia koncepcji obrazów o ikonach leżała zatem nie tylko estetyka ikony, ale i przynależna filozofii religii refleksja nad sacrum. Bliskie mi było klasyczne ujęcie Rudolfa Otto, w myśl którego sacrum jest rzeczywistością złożoną, w której zachwyt i uwielbienie krzyżują się z trwogą i przerażeniem. Poczucie świętości jest zatem dwoiste: numinosum bywa zarówno fascinans jak i tremendum. To ważne założenie, wynika z niego Paweł Wyborski 165 bowiem przeświadczenie o skomplikowanej naturze rzeczywistości ponadnaturalnej. I jakkolwiek przeogromnym wyzwaniem malarskim okazuje się każdorazowa próba malarskiej operacjonalizacji sacrum, temat jego złożonej, amorficznej natury zdaje się kwestią kluczową. W obrazach o ikonach próbowałem odnosić się do tego założenia o wielopostaciowo-ści świętości, dążąc do zamazywania konkretności przedstawienia, eliminując dosłowność, rezygnując z oczywistości na rzecz — mieszczącej się wszak w ramach przyjętej konwencji — otwartości i wieloznaczności. Fundamentalną kwestią była wielopostaciowość obrazów o ikonach. Różne mogły być odcienie tej wielopostaciowości: mieściły się tu i przetworzone figuracje, wykorzystujące i przetwarzające wizerunki, typowe dla malarstwa ikonowego, ale i abstrakcje, operujące kolorystyką i efektami pokrewnymi ikonie. Szczególną wagę przywiązywałem do nakładania wielu transparentnych warstw złocistych, takiej osobliwej wariacji na temat chryzo-grafii — tradycyjnej praktyki wykańczania detali pociągnięciami złotej farby, z tą zasadniczą różnicą, że dotyczyło to całych płaszczyzn obrazu. Było kwestią czasu, aby z tej pojemnej i wielopostaciowej kategorii wyłoniły się kolejne, bardziej ukierunkowane, pomysły. IKONOPEJZAŻE/PEJZAŻE IKONY Pierwszym z nich był cykl ikonopejzaże, zapoczątkowany w 2016 i rozwijany w kolejnych latach, który stanowił próbę odniesienia się do dalszych planów ikonowych przedstawień: scen miejskich, fasad budowli, krajobrazu. Ikonopejzaże ufundowane były na staraniu, aby wyjść poza główną ogniskową przedstawienia, zaczerpnąć z tła, drugiego czy trzeciego planu. Frapującym okazało się zarówno penetrowanie tych pobocznych ukrytych przestrzeni, swoistych mikroświatów, trochę didaskaliów, w oryginale marginalizowanych i traktowanych służebnie wobec wątków głównych, jak i powierzanie im głównej roli w przedstawieniu. Ikonopejzaże ekstrahowały z ikony elementy pejzażu i na tych skrawkach próbowały znaleźć własne uzasadnienie. Fundamentem ikonopejzaży pozostaje wciąż, w moim odczuciu, świetlistość i immaterialność. Świetlistość związana jest z użyciem złota, choć nie są to złocenia typowo ikonowe, bo pochodzące ze złotych pyłów, a nie płatków, często wykorzystujące szeroką paletę złocistych odcieni, także bliskich srebru. Z kolei immaterialność polega na tym, że przedstawienia zostają osnute wokół przenikających się materii drzew, budynków i powietrza. Materia staje się w nich rozmyta, jej granice zamazane, jest to trochę próba uduchowienia materii, napowietrzenia, wpompowania w nią niejednoznaczności, przezroczystości i świetlistości. IKONOMATERIE/MATERIE IKONY Z kolei nieco późniejszy cykl ikonomaterie wyłonił się z inspiracji ikoną jako samym malowidłem, samoistną strukturą. To był dla mnie fundamentalny zwrot od przedstawienia ku substancji ikony jako takiej. Ważny dlatego, że rozpoczął myślenie o materii obrazu. Fascynującą okazała się tutaj sama struktura ikony: faktura, malatura, jej swoista cielesność, 166 O ewolucji mojej inspiracji ikoną cielesna powłoka, zniszczona, złocona, popękana, poprzecierana. Zarazem jednak wciąż dekoracyjna i świetlista. I właśnie, z drugiej strony, inspirującą okazała się również świetlistość ikony, którą w tym sensie także przyjmuję za pewną materię ikony. Ideą tej serii prac było nawiązanie do poglądu Jerzego Nowosielskiego, według którego w każdej ikonie zawarty jest komponent abstrakcyjny. Było to jednak nawiązanie zradykalizowane: rezygnowałem bowiem zupełnie z substancji przedstawiającej, próbując rozciągnąć ten margines abstrakcji, z intencją, że to właśnie nawiązania niefiguratywne, pokrewne abstrakcji, mogą należeć do tych najmniej oczywistych, a zarazem interpretatywnie otwartych. Materie to realizacje niefiguratywne, abstrakcyjne, przejęte z jednej strony ikoną jako artefaktem, z drugiej -skupione na świetle, z wszystkimi jego walorami właściwymi stylistyce ikony. Przejawem tego światła jest w malarskiej materii ikony złoto. Uczyniłem je swoim kolorem podstawowym, bardzo rzadko z niego rezygnuję, ale często próbuję niuansować, wysubtelnić, zamglić, skłonić do gry z innym kolorem czy uwolnić od ostentacyjnego błysku, choćby poprzez nakładanie warstw laserunkowych kolorów. Ikonomaterie są podporządkowane tematowi światła, przenikającego materię i swoistej fosforescentnej gry tego światła z czystym kolorem (najczęściej błękitem), polegającej na przesączaniu się i wyświecaniu na powierzchni malowidła. SZCZELINY, MATERIALNOŚĆ, CIELESNOŚĆ Późniejsze obrazy z cyklu ikonomaterii stają się w coraz większym stopniu pretekstem do refleksji nad cielesnością i materialnością obrazu. Ogólnie zakładam, że obrazy są ucieleśniane na kilka sposobów, ujmując syntetycznie: wtedy, gdy dyscyplinują ciało do określonej aktywności albo gdy same stają si^jak ciało i zostają potraktowane jako korelaty cielesnej obecności. Obrazy mogą zatem być obok ciała albo ciałem być. Ten drugi aspekt, w którym malatura, malarska materia, gęstość i warstwowość stają się znakami cielesności, stał się dla mnie w ostatnim okresie bardzo ważny, być może najważniejszy. Dlatego też staram się różnicować powierzchnię obrazu, ale nie tylko w sensie operowania materialnością farby czy spoiwa. Zmiany i rytmy faktury okazały się niewystarczające, zabieram zatem obrazowi fragment jego materii. Jego ciała. Taki zabieg jest też w dość oczywistym sensie nawiązaniem z gruntu metafizyczno-sakralnym: są to wszak rany, znaki cierpienia, przynależne porządkowi świątyni i relikwii. Z drugiej jednak strony, o wiele szerszej, otwory są znakami cielesności obrazu. Obraz ma swoją materialność, materialną konstytucję, odrębną i autonomiczną, która zostaje mu odebrana, ograniczona, wycięta z obowiązywania. Usunięta, i choć zwykle przywołana na nowo w innym obrazie (bo wycięte fragmenty są aplikowane do innych obrazów), to w innym już kontekście i w dyscyplinie innej kompozycji. To właśnie specyfika ikony wprowadziła mnie w temat materialności obrazu. Materialny kontekst ikony jest bowiem wyjątkowo bogaty. Trudno wskazać inny gatunek malarski, który byłby tak brzemienny w wątki materialne. Ikona inspiruje jako malowany artefakt, istniejący realnie, przeżywany, używany, pielęgnowany, czczony. Jest przedmiotem, z całym bagażem użytkowań, które zostawiają ślady, jak i obrazem, w który wpisana jest możliwość fizycznego, osobistego kontaktu. Ikona nie występuje tylko w dystansie, odseparowana od fizycznej obecności wiernych/widzów. Raczej przeciwnie, wręcz wymusza kontakt z cielesnością innych (wiernych). Jej materialność skłania do zaangażowania się fizycznego. Paweł Wyborski 167 Taki jest modus obecności ikon w świecie społecznym, na tym polega jej uspołecznienie. Materialność zostaje sprzęgnięta z ucieleśnieniem: poprzez swą obecność ikona angażuje cielesności innych, wymusza określone ułożenie ciała, gestykulację, ukłon, pokłon, dotyk, pocałunek. Pamięć ikony jest pamięcią gestów i poruszeń, dotyków i ukłonów, zbliżeń i oddaleń. Z drugiej strony jest ikona obrazem o określonej malaturze, modelunku warstw farby, złoceń, żywic i olify, a także specyficznej konstytucji materii i podkładu (tak jest wyobrażana, taka jest pamięć o specyfice ikonowej malatury — ikona należy do odmiennego malarsko świata i posługuje się sobie tylko właściwymi rozwiązaniami malarskimi) Określona, dys-tynktywna materialność jest dla ikony konstytutywna. Z samej swej istoty ikona malowana jest w sposób zupełnie odrębny. Inaczej mówiąc, w materialności ikony istnieje zakodowana odmienność: ikona zbudowana jest z odmiennej materii. Ciało ikony jest inne. Materialność ikony jest też materialnością kontekstu, ikona jest bogata kontekstem: jej materialność istnieje w sprzężeniu z materialnością otoczenia: cerkwi, drewna, woskowych świec, malowideł ściennych, innych ikon wreszcie. Ikony przecież żyją zwykle w towarzystwie innych, zestawiane ze sobą i zwielokrotniane. W ikonie odbija się zatem cielesność, cielesność relacyjna, zbudowana z łańcucha zazębiających się ucieleśnionych obecności, cielesnych śladów. I analogicznie, materialność ikony istnieje w relacji z materialnością kontekstu. W istocie, w naturze ikony dochodzi do spiętrzenia tej materialności: tworzywa i otoczenia. Wycinam te otwory/szczeliny, nie tylko dlatego, że zależy mi na poszerzeniu czy pogłębieniu pola obrazu, ale także na przykuciu i uwięzieniu uwagi. Zależy mi, aby obraz nie pozostał niemy i jedynie wizualny, ale skłonił do gestu, ruchu, wymusił nawiązanie z nim relacji, wejście w materialną interakcję. Moją intencją jest subtelne wywołanie ruchu w kierunku obrazu, podjęcie aktywności, skrócenie dystansu, dotknięcie. Uruchomienie haptycznego wymiaru obrazu, innego w swej treści, ale nawiązującego do określonego scenariusza reagowania na ikonę tradycyjną. Zależy mi, aby obraz wywołał pewną aktywność odbiorcy, aby doszło do odtworzenia — w pewnym sensie i przy zachowaniu właściwych proporcji — scenariusza zachowań zapisanego w ikonie klasycznej — ten ruch ku obrazowi motywowany jest naturalnie innymi czynnikami, ale niesie pamięć gestu, ten gest odtwarza. Motyw otworu w obrazie może taki ruch wyzwalać. Wyłom w jednorodnej konstytucji malowidła prowokuje do sprawdzenia. Otwór otwiera obraz. Powoduje uwolnienie zgromadzonego na nim ciśnienia i jego ujście w głąb, poza, na jego drugą stronę. A jednocześnie rozszerza pole obrazowania, bo scena obrazu przesuwa się do środka, zgodnie z kierunkiem otworu. Obraz zyskuje dalszy ciąg, niewidoczny, ale przypuszczalny. Jednym z kluczowych wymiarów tych najnowszych obrazów jest też otwartość. Mówienie o otwartości w przypadku ikony jest nawiązaniem do wypowiedzi Nowosielskiego, według którego ikona winna być interpretatywnie niedomknięta. Im mniej trzymania się reguł kanonu, tym więcej wolności dla odbiorcy, tym samym więcej przestrzeni dla przeżycia religijnego. To bardzo Schleiermacherowskie, subiektywno-romantyczne wskazanie na pierwiastek indywidualności konieczny dla doświadczenia religijnego. Jednakże moja intencja jest inna. Ta otwartość ikony jest bowiem jej otwarciem dosłownym, Wycinam otwór w obrazie, aby go otworzyć w sensie literalnym — złamać, pozornie zniszczyć, zdekompletować, okaleczyć. Obraz otwiera się ku odbiorcy, uruchamia jego/jej gest, sugeruje 168 O ewolucji mojej inspiracji ikoną ruch, podejście, dotknięcie. Co więcej, dziura okazuje się bytem relacyjnym, albowiem odpowiada jej zawsze wycięty fragment obrazu. Ten fragment zostaje osadzony w innym obrazie, nigdy nie jest utracony. Zestawienie obrazów okazuje się wówczas łańcuchem obrazów połączonych, zespoleniem zazębiających się kawałków. Wycinanie otworów jest też kadrowaniem przestrzeni i kadrowaniem spojrzenia. To oczywiste nawiązanie do kowcze-gu, koncentrującego przekaz ikony, ustanawiającego porządek i hierarchię przedstawienia. Wycięcie odsłania obraz na rzeczywistość spodu, drugiej strony, przez obraz zakrytej. Może być to pole kolejnego obrazu, a wycięcie prowadzi w głąb, do wnętrza, które budują kolejne warstwy obrazów zestawionych na sobie nawzajem, tworząc korytarz obrazów, tunel, przez który prowadzi układ wycięć, kadrów kierujących do wewnątrz. Ta okienność staje się zupełnie dosłownym sposobem organizacji obrazu, dającym podgląd z jednego do następnego. Nazywam ten najnowsze prace szczelinami. To pojęcie nieuchronnie przywołuje „Szczeliny istnienia” Brach-Czainy. Wycięte otwory to szczeliny właśnie. Szczelina oznacza przerwę w konstytucji obrazu, wyrwę w strukturze całości. Szczelina jest zawsze w czymś, ale też zawsze odsłania coś pod spodem. Jest szczelina w i szczelina na, bo zakłócając jednorodność substancji podstawowej, otwiera się na to kolejne, drugie, sąsiednie, mniej przystępne. Szczelina jest znakiem styku rzeczywistości: w szczelinie spotyka się wierzch i spód, zewnętrzne i wewnętrzne, widoczne i zakryte. I to zakryte dzięki szczelinie staje się już znacznie mniej zakryte. Szczelina nieuchronnie odsyła do cielesności i materialności: są to bowiem zakłócenia w jednorodności obrazu, w spoistości jego cielesnej konstytucji. Samo wycinanie otworów w obrazach jest zabiegiem, który warto opatrzyć refleksją z gruntu metafizyczną: czy jest to rozkrajanie rzeczywistości obrazu na strzępki, kawałki i burzenie jego jednorodności, destrukcja zatem, czy jednak, poprzez cięcie i podział, dokonuje się ponowne uzgodnienie? Wydaje się, że rozerwanie rzeczywistości obrazu, koniec końców, doprowadza do wyłonienia się nowego porządku. Kalectwo obrazu (z wyciętą szczeliną) okazuje się nową formą, doposażoną w nowe sensy, ucięty fragment zaś, włączony do innej kompozycji, zrasta się z nowym ciałem, a zatem także podlega zjednoczeniu. Cykl szczeliny otwiera szeroki i perspektywiczny temat, który roboczo nazywam ciałem obrazu. Zamierzam poświęcić mu znaczną uwagę w najbliższej przyszłości. CIAŁO OBRAZU Inspiracja ikoną trwa już w moim przypadku wiele lat. Początkowo polegała na nawiązaniu do tego, co w ikonie jawiło się jako najbardziej oczywiste i ostentacyjne: do postaci, wizerunków. Potem nastąpił etap pejzaży ikony, czyli wciąż nawiązania do treści ikonowego przedstawienia, choć już zupełnie pobocznego i marginalnego. Szczególnie ważne jednak okazało się zwrócenie uwagi na malowidło jako takie, nie na przedstawienie. Na malowidło, strukturę, malaturę, które konstytuują obraz autonomiczny wobec figuracji. To było wejście w problematykę ciała ikony, czy szerzej - zasygnalizowanego już ciała obrazu. Tutaj ikona jawi się w tym sensie jako nośnik kluczowego i fundamentalnego dla malarstwa wątku. Zagadnienia ciała obrazu. Specyfika ikony jest pod tym względem zupełnie dystynktywna, nieporównywalna z malarstwem zachodnim. Dlatego nawiązywałem do ikony, a tym, co definitywnie wepchnęło Paweł Wyborski 169 mnie w oddziaływanie jej kodu jest jego głęboka i przenikająca materialność. Ikona w teologicznym sensie ma być oknem, prowadzi poza, transcenduje. Ale, podkreślam, dla mnie, posługuje się przede wszystkim kodem materialnym, językiem malatury, gęstej, głębokiej, tłustej, wielowarstwowej, łuszczącej się z wielości warstw. Tutaj dochodzę do sedna tego powabu, jaki od zawsze roztaczała nade mną ikona: on zawsze brał się z odmienności i bogactwa materii. W ikonie i wschodnim podejściu uderzającą była dystynktywność substancji, a ogólniej — samo spostrzeżenie, że taka substancja w ogóle jest. Substancjalność cerkiewna jest oczywista, doświadczenie cerkwi jest doświadczeniem przede wszystkim odmienności materii. Nie tylko odmienności estetycznej, bo nie tylko o formę i styl tu się rozchodzi. W całej ogólności jest to doświadczenie przede wszystkim materialne: dotykalnego złota, przelewającego się, półpłynnego, tłustego; drewna w różnych wcieleniach i stanach skupienia (drewna na ścianach, pod stopami, drewna w powietrzu), przenikliwego stopionego wosku, dymiącego kadzidła, gęstego, które wsiąka w ściany, grzęźnie w nozdrzach i gardle. Właśnie, zapach to kolejny wymiar cerkiewnej materii, zapach nieulotny, immanentny, oblepiający, zapach, który sam ma swoje ciało. To właśnie w taki sposób ikona doprowadziła mnie do materialności. Uświadomiła cielesność. Ma to jednak swoje dalsze, głębsze i bardzo poważne konsekwencje. Mam bowiem radykalne przeświadczenie, że materialność nie tyle jest poprzez obraz pokazywana, ile w obrazie po prostu jest. Obraz jest materialnością, obraz ma swoje ciało. Chcę badać to ciało. Sprawdzać jego stan i kondycję. Naruszać, usuwać, okaleczać, amputować. Zawdzięczam to specyfice ikony i dalej będę trzymał się jej języka, on jest dla mnie konstytutywny. W tych najnowszych obrazach ikona staje się już wyłącznie pretekstem, kodem, narzędziem, a obrazy chcą sięgać dalej, poza ikonę, do ontologii obrazu w ogólności. Natomiast przyjęcie faktu, że obraz jest ciałem ma swoje głębokie konsekwencje. Ciało jest fragmentem, strzępem organizmu, cielesna konstytucja zawsze odsyła do całości większej i szerszej. Ciało jest zawsze jakieś. Czyjeś. Ciało zawsze wskazuje na odrębność, jednostkowość, podmiotowość. Odrębność i swoistość bytu. To zagadnienie tyleż ważne ile kontrowersyjne. Warto się nad nim pochylić. Moje poszukiwania czy zmagania z naturą ikony, według tytułu ostatniej wystawy w Płockiej Galerii Sztuki (grudzień 2018/styczeń 2019), charakteryzują kształty i materie. Kształty, bo zdarzają się figuracje, materie zaś, bo właśnie o substancję malarską ikony się tutaj rozchodzi. Generalnie jest to ruch — od kształtu do materii, od przedstawienia do formy. Nie jest to jednak proces jednoliniowy, a przejście z jednego wątku czy cyklu do następnego nie pociąga za sobą wykluczenia tego poprzedniego. Nie zamierzam odstąpić na przykład od ikonopejzaży, nie chcę rezygnować z elementów figuratywnych. Moja relacja z ikoną jest dynamiczna i refleksyjna. Nie mogę okroić swojego podejścia tylko do tych najnowszych zabiegów, skupionych na metafizyce obrazu w ogólności i zrezygnować z wcześniejszych, bo odbyłoby się to, myślę, ze szkodą także dla tych nowszych. Albowiem korzystne jest ich osadzenie w szerokim kontekście wspólnej inspiracji. www.facebook.com/PawelWyborskiArt Magiczna prowincja Tamte obrazy z dzieciństwa widzę jakby przez mgłę. Ale widzę coś jasnego, pogodnego, z dobrym klimatem. Widzę miejsce, do którego chce się wracać. Wtedy zdawało się, że to bardzo daleko. Zwłaszcza gdy jako towarzysz w podróży siedziałem obok mojego Ojca, na przednim siedzeniu kultowego auta o nazwie Syrena. Ojciec był bardzo dobrym lekarzem, ale za kierownicą radził sobie tragicznie. Może dlatego tamte podróże wspominam jako przeżycia niezwykle traumatyczne, a pobyt w samym mieście pamiętam głównie od strony samochodowego podwozia, opatrywanego przez mechaników o zdziwionych twarzach, pytających, czy w Starogardzie nie ma żadnych warsztatów, że taki kawał trzeba jeździć do przeglądu. Ojciec tak chciał, nie wiedzieć czemu. Którędy jeździliśmy nie pamiętam. Raczej przez Malbork, a na pewno nie promem przez Wisłę, bo widok zamku od strony rzeki niewątpliwie utrwaliłby się w mojej pamięci. Teraz jest inaczej. Krajowa dziewięćdziesiątka ma swój most przez Wisłę, więc na Kwidzyn wyjeżdża się prosto z widokiem na zamek. Czerwony masyw z gotyckiej cegły z tej strony miasta dominuje i niepokoi. Czyżby ma prysnąć pogodny obraz z dzieciństwa? Nie, jednak nie, a wręcz przeciwnie. Spacer po mieście, pośród odnowionych kamienic, jakby w muzeum architektonicznych stylów, tych pogodnych właśnie, nawet jeśli z domieszką neogotyku, jeszcze bardziej utrwala we mnie to pierwotne wrażenie, z dawnych lat. Niezliczona ilość zielonych tabliczek z opisem na ścianach budynków też to utrwala, i miłe dla oka rzeźby, formy przestrzenne, i dbałość o detal, mimo że jest sporo do zrobienia, mimo świeżej czerwieni odnowionego dworca PKP i smutnego stanu gmachu z napisem HOTEL, pod którym robię zdjęcie mojej Mamie, bo tu właśnie, prawie 70 lat temu, uczyła się, żeby zostać pielęgniarką. Ib mój dzisiejszy Kwidzyn. 174 Kwidzyn Michał Majewski 175 176 Kwidzyn Muzyka Wacław Bielecki Zapiski melomana: MUZYCZNY KARNAWAŁ KONCERTY SYLWESTROWE I NOWOROCZNE Budynek Elbphilharmonie w Hamburgu w czasie budowy w 2014 r, widziany z remontowanej wieży kościoła Mariackiego, fot. W Bielecki Zakończenie starego i rozpoczęcie nowego roku to dla melomana okazja do posłuchania nieco innej muzyki niż zwykle. Tak się jakoś przyjęło w polskich i europejskich filharmoniach i operach, że w tym czasie wykonuje się i słucha muzyki uważanej za lżejszą. Dzięki telewizji i Internetowi miałem możliwość wysłuchania koncertów z Wiednia, Paryża, Hamburga i Warszawy. Prym tu wodzą muzycy z Wiednia. Od trzydziestu lat wita się tam Nowy Rok koncertem w Złotej Sali Wiener Musikverein (Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego) będącej siedzibą najważniejszej orkiestry austriackiej - Wiener Philharmoniker. W tym roku koncert ze stolicy Austrii był transmitowany do stu krajów świata, w tym do Polski. Jak nakazuje przyjęty zwyczaj, wykonuje się tam głównie kompozycje Straussów - syna i ojca 178 Zapiski melomana: muzyczny karnawał oraz innych kompozytorów wiedeńskich. Są to walce, polki, galopy i marsze. Na zakończenie obowiązkowo grany jest najbardziej znany walc „Nad pięknym, modrym Dunajem” skomponowany przez Johanna Straussa, syna oraz „Marsz Radetzkyego” - autorstwa Jo-hanna Straussa, ojca. Chociaż bilety są piekielnie drogie, to trzeba je zamawiać z rocznym wyprzedzeniem, a na dodatek otrzymują je szczęśliwcy, których wylosowano z ogromnej listy chętnych. Do prowadzenia koncertu zapraszany jest jakiś znany dyrygent. W tym roku był to Christian Thielemann, dyrektor orkiestry w Dreźnie oraz dyrektor artystyczny Festiwalu Wagnerowskiego w Bayreuth. Sześćdziesięcioletni maestro koncertem noworocznym w Wiedniu dyrygował po raz pierwszy. Jego sposób prowadzenia orkiestry można określić jako bardzo oszczędny w ruchach, wręcz powściągliwy i nieco flegmatyczny, a wyraz jego twarzy był raczej kamienny, dopiero na samym końcu zaczął okazywać radość. Może ma to związek z częstym dyrygowaniem dramatami Wagnera, w których mało jest radości w więcej smutku, cierpienia i tragedii? Koncert z Wiednia wyróżnia się wielką elegancją. Wielka sala Musikverein przybrana jest kompozycjami kwiatów przygotowanymi przez wiedeńskie kwiaciarki. Bardzo wytwornie ubrana jest publiczność oraz członkowie orkiestry. Trzeba też podkreślić fachowość realizacji telewizyjnej. Kilka kamer nieustannie pokazuje akurat tych muzyków, którzy w danym momencie wykonują solowe fragmenty utworu. Nadąża za nimi realizator dźwięku uwydatniając tych solistów przez wzmacnianie dźwięku. Dla przykładu, jeśli solowy fragment gra harfa, to kamera pokazuje harfistkę a mikrofon wyraźnie wyłapuje dźwięk tego instrumentu. Doprawdy jest to wzorcowy przykład, jak transmitować w telewizji koncerty symfoniczne. Oczywiście, kamerzyści i dźwiękowcy muszą się do tego bardzo dokładnie przygotowywać, aby w odpowiedniej chwili pokazać tego, a nie innego instrumentalistę. Tutaj nie ma mowy na przypadkowość, wszystko jest perfekcyjne zaplanowane. Podobnie, chociaż może nie aż tak perfekcyjnie, został pokazany koncert noworoczny z Paryża. Wykonała go Francuska Orkiestra Narodowa pod batutą Emmanuela Krivine’a, urodzonego przed siedemdziesięcioma laty w Grenoble. Ciekawostką jest to, że jego matką była Polką, a ojcem rosyjskim Żydem. Maestro jest obecnie szefem Orchestrę National de France (Francuskiej Orkiestry Narodowej). Program noworocznego koncertu z Paryża był wzorowany na koncertach wiedeńskich, co oznacza, że grane były walce i polki Straussów, ale nie tylko, bo usłyszeliśmy także „Tańce węgierskie” Brahmsa, „Tańce słowiańskie” Dvo-faka oraz „Walc Kwiatów” z baletu „Dziadek do orzechów” Czajkowskiego. Dyrygent bardzo mi się spodobał. Był pełen wigoru i humoru. Rzucało się w oczy, jak przyjaźnie odnosił się do członków orkiestry i łatwo nawiązywał kontakt z publicznością. Inaczej przebiegł koncert noworoczny w Elbphilharmonie w Hamburgu. Jest to najwyższa filharmonia w Europie, bo położony nad Łabą budynek sięga wysokości 110 metrów. Otwarta została niedawno, w styczniu 2017 roku, a całkowity koszt budowy wyniósł horrendalną kwotę 866 min euro. Akustyka głównej sali zaprojektowana przez Yasuhisa Toyotę jest podobno wspaniała. Ten olbrzymi budynek jest siedzibą orkiestry radiowej NDR Elbphilharmonie Orchester. Główna sala może pomieścić 2100 osób. I tyle osób przybyło na noworoczny koncert. Energicznie dyrygował nim sześćdziesięcioletni Manfred Honeck, Wacław Bielecki 179 obecnie dyrektor muzyczny Orkiestry Symfonicznej Pittsburgu. W programie był tylko jeden utwór, operetka Johanna Straussa „Zemsta Nietoperza”. Chciałoby się napisać, że było to tak zwane wykonanie koncertowe, ale tak zupełnie to nie było. Znajdująca się w środku sali orkiestra była otoczona widownią ze wszystkich stron, jak na arenie, a akcja operetki rozgrywała się nie tylko wokół orkiestry, ale na licznych schodach i balkonach położonych na różnych wysokościach sali. Utwór otwiera wspaniała uwertura, a potem zaczyna się akcja, trwająca przez trzy akty. Nie będę jej zdradzał szczegółów, powiem tylko, że wykonanie było wspaniałe. Pokazuje ono także, że podczas koncertu noworocznego nie musi się wykonywać tylko walców i polek. A taką muzykę usłyszeliśmy z Filharmonii Narodowej w Warszawie. Transmisję z koncertu na żywo można było oglądać w sylwestrowy wieczór na TVP Kultura, co jest rzadkością na tym kanale. Orkiestrą i Chórem Orkiestry Narodowej dyrygował sam szef, maestro Jacek Kaspszyk. Program koncertu był wzorowany na koncertach wiedeńskich. Grano więc walce i polki Straussów oraz fragmenty z ich operetek oraz utwory innych kompozytorów: Franza von Suppe’go, Carla Ziehrera, Siegfried Translateura, a zakończono „Marszem Radetzky ego”. Wszystkie utwory zaśpiewane przez dziewięciu solistów i chór wykonano w języku niemieckim, bez zapowiedzi i bez tłumaczenia, czyli podobnie jak w Wiedniu, ale transmisję ze stolicy Austrii komentowały aż trzy osoby, w tym Alicja Węgorzewska, mezzosopranistka i dyrektor artystyczny Polskiej Opery Kameralnej. Widzowie TVP Kultura musieli się zadowolić napisami szybko znikającymi z ekranów telewizorów. Nie ma wątpliwości, że w Warszawie konieczny był komentator, który powiedział by parę słów o utworach i wykonawcach. W przyszłości potrzebne byłoby przeszkolenie operatorów kamer, aby unikali niekorzystnych ujęć muzyków, np. od dołu z tzw. perspektywy żabiej niekorzystnie pokazywano flecistę. W ramach szkolenia realizatorzy powinni obejrzeć i przeanalizować pracę swoich kolegów podczas koncertu noworocznego w Wiedniu. Może te wszystkie niedoskonałości przekazu wynikły z tego, iż była to pierwsza sylwestrowa transmisja z Filharmonii Narodowej. KANDYD - OPERETKOWA WERSJA FILOZOFICZNEJ POWIASTKI NIEDZIELA, 6 STYCZNIA 2019 R. Premiera operetki Leonarda Bernsteina pt. „Kandyd” odbyła się w Operze Bałtyckiej 30 grudnia ubiegłego roku, ja trafiłem na piąte z kolei przedstawienie. To dzieło pisał kompozytor ponad sześćdziesiąt lat temu, równoległe ze swoim najwybitniejszym musicalem „West side story”, który jest w istocie współczesną, nowojorską wersją „Romea i Julii” Szekspira ze słynnym przebojem „Maria”. Musical „West side story” oglądałem w Teatrze Muzycznym w Gdyni na początku lat dziewięćdziesiątych. W „Kandydzie” napisanym na podstawie powiastki filozoficznej Woltera podejmowane są najważniejsze pytania, jakie za-daje sobie każdy człowiek: jaki jest sens życia, skąd się bierze zło? Czy w operetce można znaleźć odpowiedzi na te pytania? Spektakl opowiada historię młodzieńca, dobrodusznego i naiwnego prostaczka Kandy-da, który szuka swojej ukochanej Kunegundy. Bohater długo błąka się od Westfalii, przez 180 Zapiski melomana: muzyczny karnawał Wykonawcy kłaniają się publiczności, w środku dyrygent Jose Maria Florencio, po jego lewej ręce Joanna Moskowicz (Kunegun-da), po prawej Aleksander Kunach (Kandyd), fot. W. Bielecki Lizbonę, Paryż, Buones Aires, mityczne Eldorado w Ameryce Południowej, aby w końcu w Wenecji odnaleźć miłość swego życia. W czasie tułaczki przeżywa nieprawdopodobne, mrożące krew w żyłach przygody, ale nie traci przekonania, że żyje na najlepszym z możliwych światów. Operetka Bernsteina we właściwy dla tej formy muzycznej sposób, zabawny i ironiczny, podważa to stwierdzenie. Widać to w zakończeniu, kiedy to już po odnalezieniu Ku-negundy, Kandyd dostrzega, że wszystko w co wierzył, to tylko jego mrzonki. Przestaje więc żyć marzeniami i skupia się na codziennych, prozaicznych sprawach: pielęgnacji własnego ogrodu. W końcowej scenie Kunegunda i Kandyd śpiewają tak: I spróbujmy przed śmiercią! Nadać jakiś sens życiu! My nie jesteśmy ani święci, ani mądrzy, ani dobrzy! Ale zrobimy najlepiej to co umiemy! Zbudujemy nasz dom i narąbiemy drewna! I sprawimy, by nasz ogród wzrastał. Skąd się wziął „Kandyd” na deskach Opery Bałtyckiej? Otóż w 2018 roku obchodzona była na świecie setna rocznica urodzin L. Bernsteina. Gdańskim realizatorom udało się doprowadzić do premiery w ostatniej chwili, w przedostatnim dniu ubiegłego roku. Dyrygentem przedstawienia był Jose Maria Florencio, który po kilku latach nieobecności wrócił do Opery Bałtyckiej na stanowisko dyrektora muzycznego. Maestro prowadził spektakl nadając kolejnym scenom lekkość i odpowiednie tempa. Orkiestra pięknie zagrała uwerturę. Jest ona często wykonywana jako samodzielny utwór, krótki, znakomicie skomponowany, skrzący się radością, humorem i pięknymi melodiami. W akompaniamencie dyrygent starał się nie zagłuszać śpiewaków, co nie zawsze się udawało. W spektaklu, który oglądałem, w roli Kandyda wystąpił młody tenor Aleksander Kunach, absolwent Wydziału Wokalnego Akademii Muzycznej w Warszawie. Śpiewak ten dysponuje pięknym tenorem lirycznym i sporymi umiejętnościami aktorskimi. Jego ukochaną Kunegundę zaśpiewała sopranistka Joanna Moskowicz, absolwentka Akademii Muzycznej w Łodzi. Obdarzona jest pięknym sopranem koloraturowym o jasnej i dźwięcznej barwie. Z wielkim zainteresowaniem czekałem na to, jak sobie poradzi z najsłynniejszą arią: Wacław Bielecki 181 „Glitter and be Gay” z I aktu „Kandyda”. Trzeba powiedzieć, że wykonała ją wspaniale, z dużą lekkością i wdziękiem — i można zaryzykować stwierdzenie, że — niegorzej od wielu sławnych div operowych, które słyszałem na YouTube. W postać filozofa Panglossa wcielił się Piotr Płuska, baryton, a ważną rolę mówioną, samego Woltera, świetnie realizował Przemysław Bluszcz. Bez jego mówionych komentarzy trudno byłoby zrozumieć nieco zawiłą akcję tej sztuki zawartą w dwóch aktach. Przedstawienie jest dość dynamiczne, chociaż zdarzają się sceny statyczne. Całość jest nieco komiksowa i komiczna, no bo jak w operetce można przedstawiać poważne problemy filozoficzne? Może to być np. ich parodia. Spektakl jest debiutem reżyserskim Anny Wie-czur-Bluszcz, gdy chodzi o przedstawienie operowe, i trzeba powiedzieć debiutem bardzo udanym. Reżyserka zadecydowała o tym, że fragmenty mówione (dialogi) są wykonywane w języku polskim, natomiast arie i chóry w języku angielskim z tłumaczeniem na pasku wyświetlanym nad sceną. Scenografia Ewy Gdowiak jest oszczędna i pomysłowa, np. projekcje w okrągłym „oknie” pośrodku sceny, czy cała „złota” scena w Eldorado, a stroje aktorów są zróżnicowane i różnobarwne. W scenach zbiorowych ładnie śpiewa chór i świetnie tańczy nowy zespół baletowy w układach Leszka Bzdyla. Muzyka skomponowana przez Bernsteina jest miejscami bardzo melodyjna i zawiera wiele fragmentów tanecznych, np. walca w Paryżu, tango w Hiszpanii, balladę w Eldorado, czy gawota w Wenecji. Akt I jest, moim zdaniem, bardziej barwny i ciekawszy niż akt II. Czy obejrzenie „Kandyda” może przyczynić się u widza do głębszego namysłu nad sensem istnienia? Być może, wszak już wcześniej nasz biskup i poeta Ignacy Krasicki zauważył, że: I śmiech niekiedy może być nauką... Na marginesie, cieszy mnie poprawiająca się sytuacja Opery Bałtyckiej. Po paru latach sporów między pracownikami a dyrekcją widać, że idzie ku lepszemu. W sezonie artystycznym 2018/2019 mieliśmy już dwie premiery: w listopadzie Cyrulika Sewilskiego Rossiniego, w grudniu Kandyda Bernsteina, a wiosną czekają jeszcze trzy premiery: w marcu Thais Masseneta, w maju Hrabina Moniuszki i czerwcu Święto wiosny/Dies Irae Strawińskiego/ Maciejewskiego — balet kończący sezon artystyczny. Zatem, aby do wiosny. „KRAKOWIACY I GÓRALE” NA KABARETOWO NIEDZIELA, 20 STYCZNIA 2019 R. W Teatrze Muzycznym w Gdyni oglądałem spektakl pt. „Cud albo krakowiaki i górale” z muzyką Jana Stefaniego i tekstem Wojciecha Bogusławskiego w reżyserii Michała Zadary. Na początku przedstawienia od razu poczułem się bardziej swojsko, bo na widowni zauważyłem ponad stuosobową grupę słuchaczy z parafii św. Andrzeja Boboli w Sztumie pod wodzą księdza proboszcza Tomasza Balińskiego. Ze względu na liczne partie mówione utwór ten najczęściej określany jest jako wodewil lub „śpiewogra”, chociaż Leon Schiller w inscenizacji na stulecie urodzin Bogusławskiego w 1929 roku określił to dzieło jako operę narodową. Premiera „Cudu...” odbyła się w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1794 roku. Utwór cieszył się wtedy wielkim powodzeniem, ale z uwagi na różne polityczne akcenty zawarte w kupletach został zdjęty ze sceny przez 182 Zapiski melomana: muzyczny karnawał Ukłony gdyńskich wykonawców „Cudu albo krakowiaków i górali” w „hybrydowych”strojach, fot. Wf Bielecki władze carskie po trzech przedstawieniach. Muzykę napisał Jan Stefani, z pochodzenia Czech, który przez wiele lat był pierwszym skrzypkiem w Teatrze Narodowym. Słowa do tej sztuki ułożył Wojciech Bogusławski, ojciec teatru polskiego, człowiek wielu talentów, aktor, śpiewak operowy i wodewilowy, reżyser, pisarz, dramatopisarz, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie i założyciel teatru w Kaliszu, który wybudował z własnych funduszy. Oprócz libretta do „Cudu...” znany jest jego tekst do pierwszego polskiego wodewilu „Nędza uszczęśliwiona” z muzyką Macieja Kamieńskiego. Jak można wyczytać w „Przewodniku operowym” Józefa Reissa, Kamieński napisał go w tym celu, aby publiczność polska, którą karmiono operami włoskimi, francuskimi i niemieckimi, miała własną operę. Cud albo krakowiaki i górale tak się spodobał publiczności, że po kilkunastu latach inni twórcy — librecista Jan Nepomucen Kamieński oraz kompozytor Karol Kurpiński napisali w 1816 r. jego drugą wersję, tzw. „Nowe krakowiaki” lub „Zabobon czyli krakowiacy i górale”. To dzieło również zdobyło uznanie, i to takie, że wyparło ze scen utwór Stefaniego i Bogusławskiego. Ale wracajmy do obecnej inscenizacji w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Treść sztuki można najkrócej streścić tak. Macocha krakowianki Basi: Dorota — żona starego młynarza, chce wydać swoją pasierbicę za górala Bryndasa. Szkopuł w tym, że Basia kocha z wzajemnością wieśniaka Stacha, a niedopieszczona macocha płonie nieposkromioną żądzą nie do swojego męża, tylko do Stacha. Z pomocą w rozwiązaniu tego konfliktu przychodzi przyjaciel Stacha - student Bardos, który dokonuje „cudu”. Za pomocą machiny elektrycznej razi i przestrasza górali doprowadzając do pogodzenia zwaśnionych stron: krakowiaków i górali oraz do szczęśliwego zakończenia. Wacław Bielecki 183 W oryginale utwór składa się z czterech, lub w niektórych inscenizacjach, trzech aktów, natomiast reżyser Michał Zadara podzielił go na dwa akty. Pierwszy, znacznie dłuższy to swoiście przedstawione dzieło Bogusławskiego i Stefaniego, zaś drugi, znacznie krótszy akt można chyba nazwać happeningiem. Przyznam, że gdyńska prezentacja dzieła niezbyt przypadła mi do gustu, właśnie z uwagi na ten drugi akt przedstawiony w stylu kabaretowym, w znanej konwencji: teatru w teatrze. Raziły mnie powtarzające się zabiegi reżyserskie: ile razy można wrzucać aktorów do orkiestronu, czyli pomieszczenia pod sceną w którym siedzi orkiestra? Ile razy bohaterowie wodewilu mogą potkać się o drabinę i przewracać? Jakoś nie było to dla mnie śmieszne. O ile nawiązujące do dawnych czasów dekoracje Roberta Rumasa mogły się podobać, to kostiumy zaprojektowane przez Henriettę Muller wzbudziły we mnie sprzeciw. Na scenie nie mieliśmy bowiem krakowiaków i górali w swoich pięknych strojach, tylko jakieś powstałe w wyobraźni artystki hybrydy, ni to krakowiaków, ni to górali. Owszem, stroje były barwne, ale jakieś pokręcone, np. krakowianki ubrane były w jakieś cyrkowe czy kabaretowe spódnice, nie mówiąc już o innych częściach stroju i fryzurach. Orkiestrę prowadził młody dyrygent Paweł Kapuła i czynił to dobrze. Trzeba jednak zauważyć, że jak to w wodewilu, muzyka nie odgrywa najważniejszej roli i dlatego, wbrew tradycji operowej, zwykle mówi się o tym utworze jako o komedii Bogusławskiego, libre-cisty, a nie o dziele muzycznym Stefaniego, kompozytora. W warstwie orkiestrowej mamy na początku zgrabną uwerturę, a później proste arie i duety oraz wstawki instrumentalne w postaci ślicznych polskich tańców narodowych: poloneza, mazura, oberka, krakowiaka czy tańca góralskiego. W drugim akcie muzyki jest bardzo mało. Kończąc, ze smutkiem muszę stwierdzić, że gdyńska inscenizacja „Cudu albo krakowiaków i górali”, to niezbyt udane dzieło. Po raz pierwszy jako staremu melomanowi przyszła mi myśl, aby opuścić teatr już po pierwszym akcie. Reżyser bardzo dowolnie potraktował dzieło. Ciekawe, co by na to powiedział Bogusławski nie chroniony obecnie przepisami prawa autorskiego. Myślę, że zgodził by się tylko, jak to wówczas czyniono, na dodanie kupletów na aktualne tematy polityczne, jednak reżyser Michał Zadara wyraźnie unikał tego wątku i — jak to się mówi — poszedł w kabaret, niestety lichej jakości. Szkoda. Jak ktoś chce zapoznać się z tym dziełem, to lepiej niech zajrzy na stronę Teatru Narodowego — Opery Narodowej, bo tam można obejrzeć ten spektakl nagrany w 2016 roku w reżyserii Jarosława Kiliana, pod kierownictwem muzycznym Władysława Kłosiewicza (od klawesynu) w obsadzie złożonej z uczestników programu kształcenia młodych talentów — Akademia Operowa. W ORUNI ZABRZMIAŁY ODRESTAUROWANE ORGANY NIEDZIELA, 3 LUTEGO 2019 R. Do wyjazdu na koncert organowy w kościele św. Jana Bosko w Gdańsku Oruni skłoniła mnie zwykła ciekawość. Odbyła się tam bowiem inauguracja organów po dwuletnim remoncie. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że były to organy zbudowane przez elbląskiego mistrza Edwarda Wittka, a więc tego samego, który dziesięć lat wcześniej, czyli 1901 r. postawił organy w kościele św. Anny w Sztumie (pisałem o tym w „Prowincji” z 2011, nr 2). Ciekawy byłem bardzo, jak zabrzmi oruński instrument. 184 Zapiski melomana: muzyczny karnawał Śpiewa Bożena Harasimowicz (sopran), a na organach akompaniuje Andrzej Szadejko, fot. W Bielecki Uroczystość zaczęła się od przemówień. Najpierw ksiądz proboszcz Mariusz Słomiński opowiadał, jak doszło do remontu organów „w niedocenianej i niesłusznie napiętnowanej dzielnicy.” Aby to uczynić, trzeba było zebrać odpowiednie środki finansowe, a nie jest tajemnicą - mówił proboszcz - że cały remont kosztował prawie 400 tys. zł, w tym było 170 tys. zł dotacji Ministra Kultury, parafianie zebrali aż 100 tys. zł, a resztę pokryli różni sponsorzy. Następnie został odczytany list wiceministra kultury Jarosława Sellina. Napisał w nim, że dzisiejszy koncert, to ... efekt ponad dwuletniej pracy gdańskich konserwatorów i or-ganmistrzów. Zabrzmią 108-letnie organy elbląskiego mistrza Edwarda Wittka. W ten sposób kolejny fragment historii Gdańska został przywrócony naszej pamięci. Potem o remoncie instrumentu opowiadał dr hab. Andrzej Szadejko, organista i profesor z Katedry Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Gdańsku, główny koordynator odbudowy. Okazało się, że prospekt organów (szafa), czyli to co widać, pochodzi z XVIII--wiecznego, dzisiaj nieistniejącego kościoła szpitalnego, który stał w miejscu, gdzie obecnie znajduje się dyrekcja PKP w Gdańsku. Zbudował go sławny organmistrz Andreas Hilde-brandt. Edward Wittek z Elbląga zbudował organy w Oruni w 1911 roku. Był to nowy, romantyczny instrument z 16 głosami, z dwoma klawiaturami ręcznymi (manuałami) i klawiaturą nożną, czyli tzw. pedałem. Prace konserwatorskie trwały ponad dwa lata od 2016 - 2019 r. Tutejsze organy - mówił profesor - to obecnie jedyny w pełni sprawny i stylistycznie spójny instrument z przełomu XIX i XX wieku w aglomeracji gdańskiej, który umożliwia prezentacje romantycznej i neoromantycznej muzyki organowej i kameralnej w najwierniejszej formie. Remont organów został wykonany przez firmę Szymona Januszkiewicza z Niedalina koło Koszalina. Wacław Bielecki 185 Po półgodzinnych przemowach zaczął się oczekiwany koncert. Jego program składał się z trzech części. Najpierw zabrzmiała muzyka romantyczna i neoromantyczna, charakterystyczna dla tamtej epoki i zgodna ze stylem organów oruńskich. Pierwszym utworem było „Preludium, fuga i postludium e-moll” Andrzeja Szadejki skomponowane właśnie w stylu romantycznym. Następnie znana, gdańska sopranistka Bożena Harasimowicz zaśpiewała 5 pieśni do słów psalmów z muzyką A. Dvofaka. Były to „Pieśni Biblijne op. 99 ”. Potem młody trębacz Emil Miszk zagrał „Arię Nadira” z opery „Poławiacze pereł” G. Bizeta w transkrypcji na trąbkę i organy. W drugiej części koncertu usłyszeliśmy muzykę dawną, najpierw w wykonaniu trębacza i organisty. Była to aria G. E Haendla oraz znany chorał J. S. Bacha. Potem zabrzmiała muzyka wokalna: „Salutaris Hostia” na sopran i organy G. Rossiniego i dwie pieśni Maryjne S. Moniuszki: „Zdrowaś Mario” oraz „Mario bądź pozdrowiona”. W ostatniej części była grana muzyka współczesna. Jako pierwszy zaprezentował się trębacz Emil Miszk, który specjalnie na tę inaugurację skomponował i wykonał utwór pt. „Zapomnienie” na trąbkę i organy. Potem usłyszeliśmy drugi utwór Andrzeja Szadejki „Brzmienia” także na trąbkę i organy. Mnie najbardziej spodobała się kompozycja mało znanego kompozytora Konstantego Górskiego (1859-1924): „Fantazja f-moll na organy solo”. I już zupełnie na pożegnanie usłyszeliśmy śliczną pieśń „Dobranoc (Błyszczą gwiazdki na błękicie)” na sopran i organy z IX „Śpiewnika Domowego” Moniuszki. Z układu programu widać, że wykonawcy chcieli wszechstronnie przedstawić możliwości brzmieniowe odbudowanych organów, i to się im udało. Koncert był bardzo długi, bo trwał razem z przemówieniami prawie dwie godziny, a tuż przed koncertem celebrowana była wieczorna msza święta, więc niektórzy spędzili w kościele aż trzy godziny. Słuchaczy było bardzo dużo, jak zauważył ksiądz proboszcz: tylu ilu na pasterce. Nie wszyscy jednak wytrzymali do końca, około Mi opuściła kościół przed zakończeniem koncertu. Moim zdaniem, inauguracyjny koncert był bardzo udany i świetnie wykonany, ale sam program był trochę za patetyczny, niezmiernie poniosły — za mało w nim było utworów radosnych, a taka przecież powinna być ta uroczystość. Na zakończenie koncertu bardzo zadowolony ksiądz proboszcz dziękując wykonawcom i publiczności powiedział: „Myślę, że teraz będzie można mówić nie tylko o oliwskich organach - ale i o oruńskich, tak pięknie brzmiących - a także będzie można mówić o słynnych koncertach oruńskich.” W tych stwierdzeniach było dużo emocji i sporo przesady, ale z całego serca życzę orunianom wielu świetnych koncertów w tym roku i w przyszłych latach. GDYŃSKA ORKIESTRA SYMFONICZNA NIEDZIELA, 24 LUTEGO 2019 R. Tym razem do wyjazdu na koncert muzyki klasycznej skłoniła mnie chęć przekonania się, czy w Gdyni rzeczywiście działa „Gdyńska Orkiestra Symfoniczna”? Informację o tym zespole znalazłem na stronie Akademii Muzycznej w Gdańsku. Była tam mowa, że w sali koncertowej Zarządu Portu Morskiego w Gdyni odbędzie się „Gala operowo-operetkowa” w wykonaniu studentów i - właśnie — Gdyńskiej Orkiestry Symfonicznej. O godzinie 186 Zapiski melomana: muzyczny karnawał Usta milczą, dusza śpiewa, kochaj mnie - śpiewają Marta Studzińska i Bartosz Jankowski z Gdyńską Orkiestrą Symfoniczną, dyryguje Jagoda Wyrwińska, fot. W Bielecki 16.00 byliśmy już w ładnej sali z wygodnymi fotelami na około 500 miejsc. Po chwili na scenie pojawiła się orkiestra. Ale czy można nazwać orkiestrą symfoniczną zespół składający się z niespełna 20 instrumentów? Zauważyłem tam 6 skrzypiec, 4 wiolonczele, altówkę, kontrabas, obój, 2 flety, klarnet, fagot. Fortepian już nie zmieścił się na scenie, stał obok niej. W składzie orkiestry nie było żadnych instrumentów dętych blaszanych, np. trąbek, rogów, puzonów, ani perkusyjnych, choćby kotłów. W moim odczuciu taki mały zespół można co najwyżej nazwać: „kameralną” orkiestrą symfoniczną, bo przecież nawet mała orkiestra symfoniczna grająca w filharmonii liczy zwykle dwa razy tle muzyków. Jeśli chodzi o historię, to ze strony internetowej zespołu można się dowiedzieć, że istniej on, z małymi przerwami, ponad 70 lat. Wywodzi się z Orkiestry Symfonicznej Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, założonej w 1946 roku, a od początku tego wieku działa pod patronatem Wydziału Kultury Urzędu Miasta Gdyni. Jest orkiestrą społeczną, zespołem non-profit, czyli nie nastawionym na zyski. Do tej pory orkiestrą kierowało dziesięciu dyrygentów. Najdłużej na tym stanowisku, bo przez 25 lat, działał Jan Wroński. Obecnie, jedenastym szefem artystycznym zespołu jest Jagoda Wyrwińska, niedawna absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku. Jak to się stało, że do tej pory nie wiedziałem o istnieniu tej orkiestry? Zostawmy odpowiedź na to pytanie i przejdźmy do koncertu pn. „Gala operowo-operetkowa”. Na godzinny występ w wykonaniu orkiestry i studentów Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Gdańsku złożyło się dziesięć krótkich utworów. Wbrew zapowiedziom, nie były to tylko utwory operowo-operetkowe, albowiem koncert zaczął się od muzy- Wacław Bielecki 187 ki filmowej: „Suity” z muzyką do filmu „Królewna Śnieżka” w reżyserii Wal ta Disneya, skomponowaną przez Franka Churchilla. Wiele osób na pewno zna jedną z popularnych piosenek, śpiewaną przez krasnali zaczynającą się od słów: „Hej ho, hej ho”. Potem były przebojowe arie z oper Mozarta i Aubera oraz pieśni — Belliniego, Różyckiego i Czajkowskiego. Operetkę reprezentował właściwie tylko Lehar, poza tym usłyszeliśmy dwa songi z musicali. Z siedmiorga młodych śpiewaków najbardziej spodobał mi się spośród mężczyzn Przemysław Radziszewski w romantycznej pieśni Vincenza Belliniego Vaga luna, che inargenti (Piękny księżycu, rozsiewający srebrzyste światło), śpiewający mocnym, ładnym głosem z dobrą emisją i dykcją. Gdy chodzi o panie, to moją uwagę zwróciła wykonująca musicalowe songi Anna Piotrowska dysponująca ładnym głosem, nadającym się do tego rodzaju muzyki i świetnie odnajdująca się na scenie. Zaśpiewała najpierw piosenkę Fantine „Wyśniłam sen” z musicalu „Nędznicy” Claude-Michela Schónberga, a później dynamiczny song z musicalu z Chicago Johna Kandera - „When Youre Good to Mama (Gdy ty dasz coś Mamie - Mama tobie da)”. Koncert zakończył się bisem. Artyści jakby nie byli przygotowani na taką okoliczność, ale pod wpływem aplauzu publiczności wszyscy wyszli na scenę i zbiorowo — w siedem osób - powtórzyli nieśmiertelny przebój, duet z operetki „Wesoła wdówka” Franza Lehara „Usta milczą, dusza śpiewa, kochaj mnie”, który wcześniej wykonali Marta Studzińska i Bartosz Jankowski. Dodać tu trzeba, że do sukcesu młodych artystów niewątpliwie przyczyniła się zapowiadająca kolejne utwory Justyna Ślubowska. Robiła to z dużym wdziękiem i kulturą. Jej króciutkie informacje podawane przed wykonywanymi utworami były bardzo treściwe i nasycone emocjami, z łatwością też nawiązała kontakt z publicznością. Koncert był bardzo przyjemny, dobrze wykonany, chociaż trzeba zauważyć, ze sala koncertowa Zarządu Portu Morskiego w Gdyni nie odznacza się dobrą akustyką. Na scenie są kotary, które skutecznie tłumią dźwięk, a nagłośnienie nie było perfekcyjne. W czasie powrotu do domu nasunęło mi się pytanie, dlaczego tak duże miasto, prawie ćwierćmilio-nowa Gdynia nie ma budynku filharmonii i prawdziwej orkiestry symfonicznej? W Polsce mamy przecież 29 filharmonii, a wiele z nich znajduje się w miastach o połowę mniejszych niż Gdynia, choćby w Gorzowie, Wałbrzychu czy Kaliszu. Może kiedyś doczekamy się filharmonii w pięknej i zamożnej Gdyni... MUZYKA KOMEDY W BYDGOSKIEJ FILHARMONII ŚRODA, 27 LUTEGO 2019 R. W bieżącym roku przypada 50. rocznica śmierci wybitnego polskiego muzyka i kompozytora muzyki jazzowej Krzysztofa Komedy. Z tego powodu UNESCO ogłosiła 2019 rok rokiem Komedy. Jak powszechnie wiadomo, Komeda, a właściwie Krzysztof Trzciński, był z wykształcenia lekarzem, ale prawie całe swoje krótkie życie, bo przeżył zaledwie 38 lat, poświęcił muzyce jazzowej. Jest twórcą muzyki filmowej do 65 filmów. Jego credo na temat tej muzyki brzmiało tak: Jestem przeciwnikiem nadużywania muzyki Jilmowej. Uważam, że powinna być ona tylko tam, gdzie jest naprawdę konieczna, i raczej powinno jej być za mało niż za dużo. 188 Zapiski melomana: muzyczny karnawał Krzysztof Komeda improwizuje na fortepianie, fot. Internet Muzykę Komedy zagrano na koncercie w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. W istocie był to recital wokalistki jazzowej Agnieszki Wilczyńskiej. Towarzyszył jej zespół złożony z tria pianisty Andrzeja Jagodzińskiego, wspomagany przez Henryka Miśkiewicza (saksofon altowy) oraz Roberta Majewskiego (flugelhorn, czyli trąbka zwana u nas skrzydłówką). Razem z kwintetem jazzowym grała Orkiestra Kameralna Capella Bydgostiensis (12 smyczków, w tym skrzypce, altówki, 2 wiolonczele i 1 kontrabas). Wszystkie aranżacje na taki włas'nie zespół ułożył Andrzej Jagodziński. Na program koncertu złożyło się osiem piosenek Komedy, głównie z filmów oraz jeden utwór instrumentalny pt. „Svantetic” poświęcony szwedzkiemu poecie i przyjacielowi Komedy — Svante Foersterowi. Piosenki wykonane przez Agnieszkę Wilczyńską pochodziły ze „Śpiewnika Komedy” wydanego 1994 r. i nagranego na płytę przez innych wykonawców. Teksty piosenek do gotowej muzyki Komedy ułożył Wojciech Młynarski. Na początku usłyszeliśmy najsłynniejszy utwór Komedy: kołysankę z filmu „Dziecko Rosę mary” wyreżyserowanego przez Romana Polańskiego. Potem były piosenki z innych filmów tego reżysera: „Dwaj ludzie z szafą” (był to debiut Polańskiego i Komedy w 1958 r.), „Matnia”, „Nóż w wodzie” (piosenka Crazy girl). Oprócz tego wokalistka zaśpiewała inne songi z tekstami W. Młynarskiego: „Do widzenia, do jutra”, „Ballada o Kalinie” (Jędrusik - WB), „Samotne wyspy serc”, „W teatrzyku twej młodości”. Na bis usłyszeliśmy ulubioną przeze mnie balladę „Ze świata czterech stron” z filmu „Prawo i pięść” ze słowami Agnieszki Osieckiej. Jak pamiętam w filmie przepięknie śpiewał ją Edmund Fetting. Solistka wieczoru Agnieszka Wilczyńska ma znakomity głos jazzowy i doskonały słuch. Na scenie zachowuje się naturalnie i łatwo nawiązuje kontakt z publicznością. Bardzo po- Wacław Bielecki 189 dobały mi się jej wokalizy nazywane w jazzie seat. To specyficzny sposób traktowania głosu, polegający na śpiewaniu linii melodycznych bez użycia konkretnych słów, naśladujący głosy instrumentów. Natomiast interpretacja piosenki zaśpiewanej na bis, czyli ballady z filmu „Prawo i pięść” nie za bardzo mi przypadła do gustu, bo tempo było zbyt rozwlekłe, za wolne, jak do tekstu mówiącego o tym, że: za noc, za dzień,/ doczekasz się,/ wstanie świt. W ogóle zaproponowane przez wykonawców tempa najczęściej utrzymywane były w wolnych przebiegach. Zastanawiałem się także nad tym, czy kwintet smyczkowy był tu w ogóle potrzebny. Jego przebywanie na scenie uzasadnione było pewnie faktem, że wykonywano muzykę filmową i smyczki wprowadzały specyficzny, potrzebny nastrój. Wołałbym jednak słuchać śpiewu z akompaniamentem samego kwintetu jazzowego. W kilku utworach były zresztą miejsca, gdzie smyczki milkną, a grają tylko muzycy jazzowi, i to — moim zdaniem — były najlepsze momenty. W czasie koncertu wszyscy muzycy jazzowi mieli swoje solówki z jednym wszakże wyjątkiem, nie usłyszeliśmy solówki perkusisty Czesława Bartkowskiego. Szkoda, bo grał pięknie, delikatnie akompaniując solistce, a trzeba pamiętać, że był on muzykiem, który przed laty grał w kwintecie razem z Komedą. W ogóle ciągle mam przekonanie, że jazz lepiej odbiera się w klubie niż na sali filharmonii, gdzie staje się bardziej chłodny, wyrafinowany, sztywny, mniej spontaniczny, bo grany z nut. W sumie jednak koncert był bardzo przyjemny i nie żałuję trudu związanego z wyjazdem do Filharmonii w Bydgoszczy. PROWINCJA Jerzy Kosacz Epizod nazywany życiem Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Leszek Sarnowski NAHORNY SENTYMENTALNIE 192 Nahorny sentymentalnie Włodzimierz Nahorny. Legenda polskiego jazzu, nazywany Chopinem jazzu. Urodził się w Radzyniu Podlaskim, ale młodzieńcze lata spędził w Kwidzynie. To właśnie tu artysta zaprezentował swoją najnowszą płytę z autorskimi balladami pod tytułem „Okruchy dzieciństwa”. Nie ma historii polskiego jazzu bez Włodzimierza Nahornego. Mimo, że edukację muzyczną ukończył w klasie klarnetu w PWSM w Sopocie, to nie ten instrument stał się jego rozpoznawalną marką, a fortepian. Już w okresie studiów w 1959 stworzył swój pierwszy kwartet jazzowy Little Four i jako klarnecista współpracował ze słynnym zespołem jazzu tradycyjnego Tralabomba Jazz Band. Występował także w orkiestrze gdańskiej Filharmonii Bałtyckiej. Multiinstrumentalista i kompozytor. Na najważniejszym polskim festiwalu Jazz Jamboree debiutował w 1962 roku jako saksofonista altowy i przez kolejnych piętnaście lat występował na tym festiwalu, głównie w zespołach Andrzeja Trzaskowskiego. W 1967 na Festiwalu Jazzowym w Wiedniu otrzymał I nagrodę indywidualną oraz medal, który wręczył mu Duke Ellington. Przez wiele lat grał z najwybitniejszymi muzykami jazzowymi i bluesowymi: Andrzejem Trzaskowskim, Andrzejem Kurylewiczem, Janem Ptaszynem Wróblewskim, Marianną Wróblewską, Lorą Szafran, Łucją Prus czy z zespołem Breakout. Z dużym powodzeniem mierzył się również z twórczością Karola Szymanowskiego, Fryderyka Chopina, Mieczysława Karłowicza, przekładając ją na język jazzowej stylistyki. Był nagradzany również na Festiwalu Piosenki w Opolu, za muzykę do kultowych utworów Jonasza Kofty — „Jej portret” i „Tango z różą w zębach”. Jest także twórcą muzyki fil- Piotr Biskupski, fot. A. Lubiński Leszek Sarnowski 193 mowej, między innymi do takich obrazów jak: „Dzień oczyszczenia” Jerzego Passendorfera, „Śledztwo” Marka Piestraka, „Pełnia” Andrzeja Kondratiuka, „Zapach psiej sierści” Jana Batorego czy „Księżyc” i „Wyspy szczęśliwe” Stanisława Brejdyganta. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt autorskich płyt, dziesiątki nagród muzycznych, w tym Fryderyka w 2000 roku jako jazzowy muzyk roku i Złotego Fryderyka w 2011 roku za całokształt twórczości. Na scenie ponad pięćdziesiąt lat i ciągle w imponującej formie, z nieodmienną nutą poezji, refleksji i romantyzmu Koncert i spotkanie z Włodzimierzem Nahornym w Kwidzynie to wyjątkowa podróż sentymentalna. Artysta swoją wyjątkową muzyczną frazą opowiada o młodych latach w Kwidzynie, gdzie dorastał i chodził do szkoły podstawowej. To opowieści sentymentalne i radosne, tak jak dzieciństwo artysty. — Uczucie miłości do miasta pozostało — mówi muzyk — ałe miejsca utrwałone w pamięci, w konfrontacji z rzeczywistością często powodowały mocniejsze hicie serca. 7. żalem opowiada, że nie istnieje już kino Tęcza, Teatr Miejski (choć nowy Kinoteatr jest jego zdaniem imponujący), w którym debiutował na muzycznej scenie. Nie zmienił się za to dom rodzinny przy ul. Hallera (dawniej Świerczewskiego), kościół, katedra z zamkiem i pocztą. Czas spowodował jedno: zmieniły się proporcje. — Nieubłagany upływ czasu — mówi artysta — próbuje wypierać zakodowane w pamięci obrazy. Trzeba o nie bardzo dbać, są tak dełikatne i piękne. Dełikatne i piękne okruchy mojego dzieciństwa. I taka jest też „kwidzyńska” płyta Włodzimierza Nahornego. Delikatna, sentymentalna, powolna i nostalgiczna. Ballady to najlepszy gatunek muzyczny do takich nastrojowych wypraw, na które zaprasza nas artysta. Towarzyszą mu muzycy z którymi gra nieprzerwanie od 1991 roku: Mariusz Bogdanowicz (bas) i Piotr Biskupski (perkusja). „Towarzyszą” to najlepsze słowo, bo dyskretna perkusja i kontrabas są jedynie tłem dla fortepianu Nahornego, dominującego, radosnego i opowiadającego swoją niezwykłą podróż po niezapomnianych podwórkach, ulicach powiślańskiego Kwidzyna. To wyjątkowe szczęście mieć takiego arty- Stę wśród siebie, który W taki sposób Mariusz Bogdanowicz, fos. A. Lubiński 194 Nahorny sentymentalnie powraca do swojego miasta. Wszystkie utwory na płycie to autorskie kompozycje Włodzimierza Nahornego. Cztery lata temu Nahorny urzekł swoją płytą Hope (Nadzieja), opowiadając muzycznie między innymi o powstańcach warszawskich, bohaterach żydowskiego getta, stanie wojennym, czy Billy Hołiday. Dziś uwodzi „okruchami dzieciństwa” i powrotem do źródeł. Nahorny jest jak najlepsze wino, zawsze zachwycające wyjątkowym bukietem. Warto dać się zaprosić na tę muzyczną ucztę i pójść tropem artysty. Płyta powstała w wydawnictwie Confiteor, a wydana została dzięki pomocy funduszu promocyjnego STOART oraz funduszu popierania twórczości stowarzyszenia autorów ZAIKS. Jednym z patronów płyty było oczywiście miasto Kwidzyn. Muzycy po koncercie w kwidzyńskim kinoteatrze podpisują swoją najnowszą płytę, fot. A. Lubiński Leszek Sarnowski 195 Leszek Sarnowski BARD ŁAGODNOŚCI Gdyby pokusić się o stworzenie listy współczesnych polskich bardów, to z pewnością Tomek Wachnowski na niej by się znalazł i to w ścisłej czołówce. Spotkanego przypadkowo na ulicy Wachnowskiego można by pomylić z aktualnym mistrzem jednej z bokserskich wag. Na szczęście nim nie jest, bo to raczej brat-łata, taki do tańca i do różańca, ze wskazaniem na „niech żyje bal”. Jest mistrzem to prawda, ale poetyckiej frazy i nastroju. I od wielu lat czaruje swoich słuchaczy, śpiewając o tym co w życiu najważniejsze - radosne, smutne, ale i przyjemne. Kiedy kilka dobrych lat temu na jednym z towarzyskich spotkań u przyjaciół pod Warszawą, Wachnowski, którego właśnie poznałem, wymieniając się uwagami na temat smacznego merlota, prawiąc o sztuce i polityce, wstał nagle od stołu i zaśpiewał swoje „Śniego-wice”, to wiedziałem, że nie „opędzę” się już od jego piosenek. A przyznam szczerze, że nie znałem Go wcześniej, co tym bardziej smakowało i smakuje nadal. Wachnowski na muzycznym rynku funkcjonuje od lat 80.tych. Występował i zdobywał nagrody na różnych festiwalach, jak choćby Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, Ogólnopolski Przegląd Piosenki Autorskiej w Warszawie, FAMA w Świnoujściu czy koncertach Kraina Łagodności na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Śpiewał też w Chicago, Melbourne, Pekinie i Atenach. Występuje solo oraz z zespołem złożonym ze znanych muzyków jazzowych i rockowych. Współpracował między innymi z zespołami: Wolna Grupa 196 Bard łagodności Bukowina, Mr. Bober s Friends, Mr. ZOOB, TBAnd, Zbigniewem Łapińskim, Markiem Wierzchuckim, Adamem Palmą, Miłoszem Wośką, Krzysztofem Scierańskim, Tadeuszem Leśniakiem, Leszkiem Szczerbą, Andrzejem Poniedzielskim, Elżbietą Adamiak, Jerzym Filarem, Marcinem Dańcem i wieloma innymi. Jego piosenki można znaleźć na składankach „Krainy Łagodności” wydawanych przez EMI i serii „Gitarą i Piórem” z Polskiego Radia, a piosenka, śpiewana przez Iwonę Loranc i Kubę Badacha znalazła się na ścieżce dźwiękowej filmu „Ławeczka”. Piosenka „Ona nie widzi mnie” z płyty „Właśnie tak” była piosenką przewodnią w polskiej wersji filmu „Aste-rix i Obelix kontra Cezar”. Po piosenki Tomka sięgali także tacy wykonawcy jak Grażyna Łobaszewska, Leszek Dranicki czy Marek Dyjak. Od czterech lat Wachnowski występuje z gitarzystą Bogdanem Sabałą. Poza własnymi tekstami, wykonuje także utwory Georgesa Brassensa, Jonasza Kofty, czy Jacka Kaczmarskiego, za którego utwór “Prosty człowiek”, zdobył Grand Prix X Festiwalu im. Jacka Kaczmarskiego “Nadzieja” w Kołobrzegu, w 2013 r. Na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Artystycznej w Rybniku w 2014 r. zdobył Grand Prix i Nagrodę Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu . Swój debiutancki album „Sniegowice” nagrał w 1993 roku w Krakowie, a sześć lat później album „Właśnie tak”. W 2003 roku Tomek Wachnowski zaprosił do współpracy wielu znanych i cenionych artystów: Grażynę Auguścik, Krzysztofa Pieczyńskiego, Leszka Szczerbę, Mieczysława Feleckiego i innych. Owocem tej współpracy była płyta pt. „Dla bogaczy pogoda” wydana przez Sony Musie Entertainment Połand. W 2012 wydał płytę „Piosenki, które lubię” czyli najlepsze kawałki Wolnej Grupy Bukowina, w bardzo udanych aranżacjach. Rok później powstała płyta „Ludzie lubią mieć” i w 2018 najnowsza, czyli „Kołomyja i pic”. Artysta od wielu lat opisuje rzeczywistość swą poetycką frazą. Tworzy swój unikatowy świat, w którym bywa różnie - smutno, radośnie, refleksyjnie. Ot, jak to u poety. W jednej z najpopularniejszych piosenek „Było by miło” śpiewa: Byłem jak płyta, przegrany Złość zdrapywałem ze ścian, Gdy usłyszałem: kochany, Spróbuj od dzisiaj być z sobą... Niby „Optymista”, choć nie do końca: Jak niepoprawny optymista Szukam ciągle nowych wrażeń, Tracę humor, gdy do czysta Czyszczę swoje zwoje z marzeń Śpiewa, że ludzie lubią mieć, to co mają inni, ale za moment dodaje, że naprawdę nie liczy się nic. Nie znaczy to wcale, że nihilista, bo w innym miejscu oznajmia, że czuję żar w śród- Leszek Sarnowski 197 ku tej góry, a jeszcze gdzie indziej, że pokój z kuchnią na poddaszu, łatam dachu kapeluszem. Szuka w nas i w sobie dobra, ale i przywar, tego co dzieli ale i łączy: Wszyscy jesteśmy z tej samej gliny, z ziemi tej samej, wciąż obiecanej, wszyscy jesteśmy z tej samej gliny, czasem się tylko pięknie różnimy. Można by polemizować czy rzeczywiście tak pięknie się różnimy, ale cóż poeta ma swoje prawa, a nawet pobożne życzenia. Śpiewa o miłości, czułości, ale sporo tu także samotności, tęsknoty: Pytasz jak minął dzień, tyłko noc dziełi nas, zamieniłem na sen to, co oddał mi czas. Zycie ma róży smak, tyłko jak z niej wy wróżyć, jak. I w końcu „Pogoda dla bogaczy”, gdzie artysta zwycięża nad blichtrem świata, bo jak śpiewał klasyk w życiu piękne są tylko chwile: Kto to jest, kto tak goni przygodę Słodkie dni, czy zostanie coś z nich Choćbyś miał dła bogaczy pogodę Kilku chwil nie zamienisz na nic Najnowsza, szósta, płyta Wachnowskiego „Kołomyja i pic” to efekt spotkania kilku muzyków - Tomka Wachnowskiego (gitara, śpiew), Kuby Szydło (gitara) i Bogdana Sabały (piano, bas, perkusja) i poety Adama Ochwanowskiego. Zaczęło się od poety - Adama Ochwanowskiego, który na facebooku opublikował swój tekst „Raport z Aleppo” i zaprosił publicznie do współpracy innych artystów. Jedyny zgłosił się właśnie Tomek Wachnowski i tak się zaczęło. Najpierw nagrali utwór „Raport z Aleppo”, który szybko znalazł się na listach przebojów radiowej Trójki, a niemal rok później powstała cała płyta. Trzynaście pieśni o miłości, zdradzie, śmierci, polityce, sztuce ze słowami Adama Ochwanowskiego i muzyką Tomka Wachnowskiego. Najbardziej wstrząsający na nowej płycie Tomka jest właśnie „Raport z Aleppo”. To opowieść o dramatycznej wojnie domowej w Syrii, której symbolem było miasto Aleppo. Jedno z najstarszych i największych miast w Syrii, w którym mieszkało ponad dwa miliony ludzi. Po wyniszczającej i bratobójczej wojnie zostały tylko ruiny i zgliszcza. Dramat niby odle- 198 Bard łagodności gły, a jednak burzy święty spokój, bo nie da się zasnąć po takich słowach, wyśpiewanych subtelnym głosem Tomka: Gdy za oknami wiatr historii, zamiast budować burzy gniazda, rodzi się Jezus pod bombami, zanim zaświeci pierwsza gwiazda (...) Przy stołach pustych miejsc przybywa i rąk brakuje do opłatka, Trzech Króli wita potajemnie, siwa ze strachu święta matka Tomek Wachnowski nie unika angażowania się w sprawy publiczne, bo jako artysta chce je komentować. Jak choćby w piosence „Przebieranki”, gdzie śpiewa: Potknął się anioł o skrzydła! Szatan się przebrał za Polskę. Chce być tam, gdzie zagrożony jest człowiek i jego wolność, niezależnie od tego czy jest to Syria czy Polska. Tak jak w piosence „Pars pro toto”: Gdy nam krepą wiążą ręce na Placu Zwycięstwa I szamoce się Ojczyzna w kaftanie szaleństwa (...) Natarczywe słychać echo zza Mojżesza krzaka Chociaż Polska niepodległa. Polska, ale jaka? Lubi koncertować i jeździ po całej Polsce, od wielkich sal koncertowych, po małe salki w gminnych bibliotekach czy domach kultury, bo jak pisze na swojej stronie internetowej: Mam szczęście do ludzi otwartych i hojnych, dzięki spotkaniom z nimi staję się lepszy, a czasem, mam nadzieję, mądrzejszy. Bardowie są po to żeby otwierać świat i dusze, wzruszać, pobudzać do refleksji, towarzyszyć w melancholii i smutku, wspierać, zatrzymać się w biegu, dawać radość. Warto słuchać Tomka Wachnowskiego, bo u Niego moc tego wszystkiego. Zaczytana prowincja Wiesław Olszewski MOJA DROGA DO KSIĄŻKI W numerze 1 (31) „Prowincji” redaktor naczelny przedstawił pierwszy tekst z cyklu „Zaczytana Prowincja”, a redakcja zachęciła innych do podzielenia się własnymi relacjami z książką, przedstawienia swojego księgozbioru. Apel redakcji potraktowałem poważnie i myślałem, że w jednym z najbliższych numerów podzielę się moją drogą do książki. Wiosna, lato, mnogość obowiązków — ciągle coś odsuwało mnie od artykułu. Teraz, w spokojne zimowe dni, do tematu postanowiłem wrócić. W tym czasie ukazały się piękne, często wzruszające teksty autorów naszego kwartalnika, więc tym bardziej poczułem się zmotywowany. Jestem przedstawicielem tzw. inteligencji w pierwszym pokoleniu. Oprócz wielu różnych czynników miał na to wpływ okres, kiedy moi przodkowie na ten Świat przychodzili. W przypadku dziadków to przełom wieków XIX i XX. Do wieku szkolnego dorośli jeszcze pod zaborami, pod zaborem rosyjskim dokładnie. Funkcjonowały tam nieliczne szkoły rosyjskie, do których niezbyt solidne uczęszczanie traktowa- no jako przejaw patriotycznego oportunizmu. Nie było też obowiązku szkolnego. Języka polskiego nauczał zatrudniany za składkowe ruble, najczęściej nie najwyższych kompetencji nauczyciel. Lekcje odbywały się w okresie zimowym w domach wiejskich, zazwyczaj codziennie w innym. Rodzice to roczniki 1928 i 1930, więc zanim na dobre rozpoczęli naukę, wybuchła wojna i polskie szkoły przestały istnieć. Do 1941 roku funkcjonowały tam szkoły rosyjskie, które za cel główny stawiały rusyfikację i indoktrynację polskich dzieci. Niemcy na tych terenach żadnych szkół nie stworzyli, bo ich zdaniem, nie były Polakom potrzebne. Znowu więc funkcjonowało tajne domowe nauczanie, choć nie zawsze do tych rozrzuconych między lasami przysiółków udało się nauczyciela pozyskać. To przynależność do specyficznej warstwy, jaką była szlachta zagrodowa Podlasia, nakazywała uczenie dzieci, pielęgnowanie języka polskiego i tradycji patriotycznych. Kiedy zacząłem ten świat postrzegać, książki w domu były. Naturalnym wtedy było życie w rodzinach wielopokoleniowych, zwłaszcza na wsi. Toteż głównie dziadka Franciszka 200 Moja droga do książki pamiętam z książką w ręku, odkładał ją tylko co jakiś czas, by w cygarniczce wypalić pół papierosa. Nie był jeszcze wtedy bardzo starym człowiekiem, miał około sześćdziesięciu lat, ale pewnie, ze względu na stan zdrowia, wiódł już żywot emeryta, gospodarstwem zajmował się ojciec. Ponieważ dziadek (babcia Amelcia zresztą też, choć miała mniej czasu) czytał dużo, więc trzeba było korzystać z punktu bibliotecznego. Był on trochę odległy, więc zdarzało się, że zaprzęgane były konie i ja oraz mój o rok młodszy brat z dziadkiem jechaliśmy. Mieliśmy frajdę, bo na zmianę mogliśmy „furmanować”. Niestety, nie mogliśmy koni pognać, gdyż dziadek po zabiegu chirurgicznym boleśnie odczuwał wstrząsy na wybojach, trzeba było więc jechać „stępa”. Biblioteczna szafa u pana Michała Szumuka, który prowadził punkt, robiła na nas wrażenie, jak jakieś czarodziejskie miejsce. Oczywiście mieliśmy wtedy już własne książki i czasopisma. Każdy powrót któregoś z rodziców czy dziadków z miasta, to kolejne wydanie „Poczytaj mi mamo”, „Misia”, „Świerszczyka”, „Płomyczka” czy „Płomyka”. Przy okazji świąt czy innych ważnych okazji były to obszerniejsze, droższe wydania bajek i baśni (najbardziej kolorowe na wystawach były te w języku rosyjskim). Bardzo szybko uczyliśmy się tekstów na pamięć i przy kolejnych czytaniach, zwłaszcza przez dziadków, gdy zdarzały się im pomyłki, skrupulatnie poprawialiśmy. Później trzeba było zacząć czytać sobie samemu. Swoje „dorosłe” czytanie zacząłem w drugiej połowie szkoły podstawowej, chyba nie całkiem typowo. Pierwszą przeczytaną powieścią był „Kordian i cham” Leona Kruczkowskiego. Trafiła w moje ręce przypadkowo, gdy byłem w szóstej klasie. Pierwszą książką, którą sobie sam kupiłem, był „Poczet królów polskich” według Jana Matejki. Mam go do dzisiaj, czasem nawet korzystam. Dokonywałem później kolejnych zakupów, często również w licznych wtedy kioskach „Ruchu”. Serie „Czytelnika”, „Koliber”, także inne, niewielkie objętościowo, nie zniechęcające więc młodego czytelnika, a jednocześnie uznanych autorów, wartościowe. Na moje kształtowanie się wtedy ogromny wpływ miał kolega z klasy. Nie nauczyciele, ale właśnie kolega, również w kwestiach czytelnictwa. Był nad wyraz rozwinięty i fizycznie, i intelektualnie. Gdy my byliśmy jeszcze zupełnymi sztubakami, on już „chodził” z dziewczynami z „ogólniaka”. Miał na imię Napoleon i był synem przesiedleńców z Wileńszczyzny, którzy przybyli do Polski dopiero w 1957 roku, w roku, w którym się rodziliśmy, w ostatniej fazie repatriacji. Przypuszczam, że jego rodzice, ludzie już starsi — był późnym ich dzieckiem — doświadczeni życiowo, korzystając z ówczesnego bałaganu, wystarali się o odmładzającą syna metrykę. Po szkole nasze drogi rozeszły się i nie miałem okazji zapytać go o to. W szkole średniej, którą było Państwowe Technikum Rolnicze w Nowym Stawie, też czytałem, miałem na to czas, głównie dzięki nie najlepszym połączeniom komunikacyjnym, obecnie nie ma ich zresztą w ogóle. Lekcje kończyły się przeważnie gdzieś przed czternastą, a pociąg relacji Szymankowo - Nowy Dwór Gdański odjeżdżał trochę przed godziną szesnastą. Początkowo czekałem razem z kolegami z Malborka, oni odjeżdżali wcześniej więc potem miałem czas na czytanie. Gdy jeszcze na dworcu byliśmy wszyscy, nie czytaliśmy, graliśmy w karty, w „durnia”. Nie pamiętam już dzisiaj zasad tej gry, ale pamiętam, że doszedłem w niej do swoistego mistrzostwa. Na czytanie czasu pozostawało jeszcze sporo. Byłem na bieżąco z lekturami szkolnymi i innymi. Była to głównie klasyka. Pamiętam też, Wiesław Olszewski 201 że czytając „Chłopów”, „Lalkę”, „Nad Niemnem”, „Noce i Dnie” czy inne, często trafiałem na opisy przyjęć, biesiad i jedzenia w ogóle, a było to już znacznie po śniadaniu, a jeszcze przed obiadem, więc „kiszki marsza grały”. W tym okresie też kupowałem książki. Pamiętam przyzwoite wydanie „Trylogii”, które kosztowało dwieście złotych. Kieszonkowego nie starczyło, rodzice musieli dołożyć. Z tego czasu mam „Cichy Don” Szołochowa, „Sławę i chwałę” Iwaszkiewicza, „Kolumbów” Brat-nego oraz inne, zwłaszcza ładnie wydawane, w płóciennej oprawie w serii „Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej” PIW-u. Godziny spędzone na dość obskurnym nowostawskim dworcu do matury przygotowały mnie dobrze. Po maturze przyszedł czas na studia. Przypadkowo trochę trafiłem na Wydział Geodezji i Urządzeń Rolnych ART w Olsztynie. Wbrew przymiotnikowi „rolnych”, to był kierunek typowo ścisły. Nie tylko trzeba się było uczyć, ale też długimi godzinami ślęczeć nad obliczeniami, operatami, kreśleniami. Pojawiły się więc i stosowne lektury: „Geometria wykreślna”, ,Analiza matematyczna”, „Rachunek wyrównawczy”, itp. Zawsze były jakieś zaległości, gdy brałem do ręki beletrystykę odzywało się sumienie. W rezultacie często ani nie czytałem, ani się uczyłem. Rodziła się też w tym czasie wielka miłość do turystyki, pojawiały również inne miłostki. Zmotywowany miernymi osiągnięciami naukowymi na drugim roku postanowiłem zmienić wydział, przeniosłem się na Wydział Rolniczy tej samej uczelni. Początki nie były również lekkie, przeniosłem się na drugi rok, więc trzeba było nadrobić prawie cały pierwszy, bo to kierunki mocno różne, na czytanie nadal czasu prawie nie było. Gdy to przeszedłem, było już tylko lepiej, zaczęły się przedmioty zawodowe i zaczęła procentować praca wykonana w szkole średniej. Na „państwową” trójkę można się było prawie nie uczyć. Bywało jednak i lepiej, ze dwa razy otrzymałem tzw. „ryjowe”, a na to w sesji trzeba było mieć co najmniej „cztery”. Mogłem oddać się turystyce, ważnym stał się Akademicki Klub Turystyki Kolarskiej „Tornado”, którego zostałem prezesem. Do końca studiów zwiedziłem rowerem Warmię, Mazury, kawał Polski i sporą część Europy. Zwłaszcza sześciotygodniowy obóz rowerowy w Anglii w 1981 roku był znaczącą przygodą, pomijając nawet emocje związane z otrzymaniem paszportu. W tym czasie literaturą podstawową stały się przewodniki, atlasy i mapy. Zbliżający się nieuchronnie kres życia studenckiego zmuszał do poważniejszego myślenia o niedalekiej już pracy zawodowej. Warto więc było skompletować biblioteczkę fachową, która mogła być pomocna w przyszłym działaniu. Pojawiły się więc na półce w akademiku: „Ogólna uprawa roli i roślin”, „Szczegółowa uprawa roślin”, „Ochrona roślin”, tomy „Zootechniki”, „Ekonomika i organizacja gospodarstwa rolniczego” Ryszarda Manteuffela, czy dla celów już bardziej hobbystycznych — „Sadownictwo” prof. Szczepana Pieniążka. Do tych pozycji zdarzało się zaglądać w pracy, tym bardziej, że i pracownikom przychodził czasem pomysł „przeegzaminowania” młodego inżyniera, zadając podchwytliwe pytania. Szeptana wieść niosła, że jeden z kolegów, dyrektor zakładu rolnego, ze „Szczegółową uprawą” się nie rozstawał. Gdy szedł w pola, też ją miał z sobą w torbie. Do pracy trafiłem wyśmienicie, do Szymankowa. Jak na osiedle PGR-owskie to metropolia. Dziesięć minut drogi pociągiem do Malborka, tyle samo do Tczewa, w tamtym 202 Moja droga do książki czasie na naszej stacji zatrzymywały się dwadzieścia dwie pary pociągów. Wyjazdy do miasta więc nie stanowiły problemu. Jak do miasta, to i do księgarni. W Malborku to była ta na ówczesnym osiedlu XX-lecia PRL, w Tczewie — przy rynku. Na coś się często trafiło. Z tego czasu mam ładne wydania dzieł Wańkowicza, Iwaszkiewicza i wielu innych. Wróciłem do czytania. Nasze pierwsze mieszkanie to był jeden niewielki pokój, trzeba było zdecydować: wstawić telewizor, czy łóżeczko dziecka. Przez okres studiów do telewizora nie byliśmy przyzwyczajeni, więc to on znalazł miejsce w szafie na korytarzu. Syn był dzieckiem spokojnym, zasypiał ładnie, toteż wieczory mogły być dla książek. Wtedy też wydano kilka tomów Hansa Hellmuta Kirsta, urodzonego w przedwojennej Ostródzie. Te klimaty prusko militarystyczne dobrze mi się czytało, tym bardziej, że i ja niebawem trafiłem do dawnych pruskich koszar, najpierw w Poznaniu, później w Elblągu. Po służbie zostawało też trochę czasu na czytanie. Zasadą w tamtych czasach było, że w niektórych okresach wojsko wyjeżdżało „na prace”. Również mnie, z moją kompanią czołgów, bez czołgów jednak, wysłano na takie prace do Radomia, na tamtejsze lotnisko wojskowe. Wojsko miało pracować przy rozbudowie pasa startowego. Prace te jednak można było wykonywać tylko przy dobrej pogodzie, a wrzesień 1984 roku był przeokropny. Większość czasu spędzaliśmy więc w koszarach na łóżkach. Miałem też dużo czasu na wędrówki po mieście. W jednej księgarni trafiłem na takie bardzo skromne, szkolne wydanie „Pana Tadeusza” (ładne wydanie dzieła Narodowego Wieszcza „wystałem” później w malborskiej księgarni). Z myślą o edukacji własnych dzieci kupiłem to dość szare wydanie. „Pan Tadeusz” był lekturą i w podstawówce, i w szkole średniej. Nigdy jednak w całości dzieła tego nie przeczytałem, choć próbowałem. Tam tak się jednak nudziłem, że zakupiony egzemplarz zacząłem czytać. Po kilku wierszach, wpadając w odpowiedni rytm, stwierdziłem, że czyta się świetnie, jak najdoskonalszą powieść. Przeczytałem bardzo szybko! Do wszystkiego trzeba dorosnąć, chociaż poezji i dzisiaj nie potrafię czytać, zdecydowanie pełniej trafia ona do mnie w interpretacji tych, którzy to potrafią. Zawsze bliżej mi było do Żeromskiego, niż do Mickiewicza. Trzeba było zacząć kupować książki dla dzieci, najpierw dla najmłodszych, ale przyzwyczajeni byliśmy w tamtych czasach, że trzeba kupować to, co „rzucą”. Dużo więc za wcześnie pojawiły się tomy „Pana Samochodzika” i „Przygody Tomka Sawyera”, a kiedy na świat przyszła córka, to i te bardziej dziewczyńskie, np. o Pippi. Kiedy pierwszy raz czytałem synowi opowiadania Nienackiego — jeszcze niewiele kojarzył, większą uciechę miałem z tego ja. Gdy poczułem się obyty ze współczesna teorią i praktyką rolniczą, przyszła kolejna pasja - stare wydawnictwa o tematyce rolniczej, czy szerzej przyrodniczej. Zaczęło się szperanie w antykwariatach naukowych, zwłaszcza przy okazji każdego wyjazdu do któregoś z większych miast, szczególnie w tzw. Polsce centralnej. Bardzo owocny w tych łowach był pobyt w Wilnie, bo i podaż spora, i ceny w przeliczenie na złote bardzo kuszące. Większość zbioru to prace wydane w międzywojniu w Warszawie, Krakowie, Wilnie i Lwowie, ale też w mniejszych ośrodkach. Jest też sporo dziewiętnastowiecznych: „Rolnik Polski” z 1861 roku, „Hodowla zwierząt” z 1875 roku i sporo innych. W każdym egzemplarzu adnotacja urzędowa: „aoBBOJieno ueH3ypoio”. Wiesław Olszewski 203 Przemiany ustrojowe, jakie nastąpiły w naszym kraju, potem wejs'cie Polski do Unii Europejskiej zmusiły do swoistej korekty życia zawodowego. Mniej czy bardziej chętnie mogłem wrócić do dawnej pasji - turystyki. Wraz z grupą przyjaciół reaktywowalis'my struktury Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Stalis'my się organizatorem dużych, cyklicznych, uznanych za ogólnopolskie, imprez turystyczno-krajoznawczych: Spływ Wodami Żuław, Żuławski Rajd Rowerowy oraz wiele innych. Wierni teorii, że tylko turystyka, w sposób harmonijny łączy aktywnośćfizyczną z intelektualną, prezentujemy nasze piękne Żuławy gościom z niemal z całej Polski oraz z zagranicy. My również w ten zorganizowany sposób zaczęliśmy odwiedzać różne zakątki Polski oraz kraje ościenne. Na półce zaczęło pojawiać się coraz więcej regionaliów, wydawnictw o naszej Małej Ojczyźnie. Ta pasja krajoznawcza niemal nie postrzeżenie, w sposób ewolucyjny, przerodziła się w pracę. Uzyskałem uprawnienia licencjonowanego przewodnika po Muzeum Stutthof, Muzeum Zamkowym w Malborku oraz pilota wycieczek. To wymagało i wymaga cały czas obcowania z literaturą fachową, zwłaszcza praca w muzeach, to potrzeba wiedzy o niemal tysiącu lat naszej historii. Pozycje historyczne są więc tymi, które obecnie powiększają mój księgozbiór. Na beletrystykę raczej nie starcza czasu, chyba że treść silnie umocowana jest w realiach historycznych. Zgłębianie wiedzy o najbliższych stronach pokazało, jak o wielu obiektach i miejscach nie ma powszechnie dostępnych informacji. Potęgowało to we mnie chęć napisania o tym. Długo jednak brak mi było śmiałości, by swoje spostrzeżenia na papier przelewać, a tym bardziej próbować je wydrukować. Szczęśliwy splot wydarzeń sprawił jednak, że stało się to możliwe. Powstanie kwartalnika „Prowincja” oraz zachęta mojej córki, wówczas świeżej absolwentki filologii polskiej (jak twierdzi wybrała ten kierunek przez prof. Andrzeja Kasperka), pozwoliły mi ubogacić pasję krajoznawczą. Dla pozyskania materiałów do opracowań konieczne są kolejne zakupy (również w Internecie tych pozycji, których nakłady już się wyczerpały), wizyty w bibliotekach naukowych i kwerendy w archiwum. Książka dała mi bardzo dużo - wykształcenie, przyjaźń, pasję, możliwość zmiany pracy oraz radość życia. 204 Mój czytelniczy życiorys Alicja Łukawska Mój CZYTELNICZY ŻYCIORYS Nauczyłam się czytać w domu, zanim poszłam do szkoły. Rodzice kupowali jakieś książeczki dla dzieci i czytali mi je wiele razy. Uczyłam się ich na pamięć, a potem powtarzałam na głos. Miałam wtedy pięć, może sześć lat. W pewnym momencie okazało się, że umiem czytać sama. I tak sobie czytam do tej pory. Właściwie to jestem uzależniona od książek. Najważniejsza była ta moja pierwsza, dziecięca biblioteczka. Wspominam ją z ogromnym sentymentem. Nie była duża. Mieściła się najpierw w kartonie po margarynie, a potem w nocnej szafce stojącej przy łóżku. Nie pamiętam wszystkich tytułów z tej szafki nocnej. To były lata 60. zeszłego stulecia, rodzice kupowali mi więc to, co wtedy było dostępne w księgarniach czy kioskach „Ruchu”. Jeszcze przed pójściem do szkoły miałam w domu takie książki jak: „Elementarz” Falskiego, „Szkolne przygody Pimpusia Sadełko” Konopnickiej, „O wróbelku Elemelku” Łochockiej, „Ferdynand Wspaniały” Kerna, „Pinokio” Collodiego, „Baśnie” Andersena, „Dzieci z Leszczynowej Górki” Kownackiej, jakieś polskie legendy, zbiór wierszy dla dzieci Janiny Porazińskiej i parę innych, których tytułów nie mogę już sobie przypomnieć. Kupowano mi też pisma dziecięce: „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyk” i „Płomyczek”. Później do tego grona dołączyły inne ukochane książki. Kilka z tych ważnych dostałam w drugiej klasie podstawówki, z okazji I Komunii Świętej, prócz medalika na srebrnym łańcuszku i zegarka radzieckiego marki Zaria. Ofiarodawcami tych lektur były zaprzyjaźnione sąsiadki z mojej kamienicy. Od państwa Starobratów z parteru dostałam „Przez różową szybkę” Marii Konopnickiej z ilustracjami J. M. Szancera (trzymam ją do tej pory), a pani Schmidtowa z naszego piętra ofiarowała mi dwie powieści z elementami magii, to jest „Historię amuletu” Edith Nesbit i „Mary Poppins powraca” Pameli L. Travers. Alicja Łukawska 205 Druga klasa podstawówki to okres mojego usamodzielnienia się czytelniczego i wejścia w świat bibliotek. Zapisałam się wówczas do szkolnej biblioteki, a pierwszą książką, jaką wypożyczyłam w życiu, było „Na jagody” Marii Konopnickiej. Wkrótce rodzice zapisali mnie do biblioteki dziecięcej, która mieściła się na rogu Grunwaldzkiej i Kanałowej w Bydgoszczy, gdzie urzędowała przemiła pani Wiesia. Później były jeszcze różne inne biblioteki w mieście, łącznie z unikatem w skali kraju, to jest małą, prywatną (sic!) biblioteką schowaną gdzieś przy ulicy Śniadeckich, której właścicielką była repatriantka z kresów wschodnich, chyba z Wilna. Biblioteka była płatna. Właściwie to oficjalnie zapisała się tam moja przyjaciółka Bożenka, ale ja także czytałam książki stamtąd, bo ona pożyczała mi je po przeczytaniu. Były to przeważnie rzewne lub sensacyjne romanse przedwojenne, jakieś Mniszkówny, Rodziewiczówny, Zarzyckie i Dołęgi-Mostowicze. Istna rozkosz dla wyposzczonego czytelnika w PRL-u, prawie zupełnie pozbawionego literatury popularnej! Ale to było dużo później. A kiedy byłam jeszcze mała, rodzice zabierali mnie do biblioteki pani Wiesi, gdy szli po książki dla siebie. Bo moi rodzice pasjami czytali! Niestety, jako przedstawiciele biednego, wojennego pokolenia prawie nie mieli własnych książek. Mama opowiadała, że przed wojną mieli w domu książki, głównie jakieś baśnie dla dzieci i klasykę polską, ale już na początku okupacji przyszli Niemcy i zrobili rewizję. Część zbiorów zabrali od razu, resztę kazali odnieść do urzędu gminy, bo na terenach wcielonych do III Rzeszy Polakom nie wolno było mieć w domach polskiej literatury! Groziły za to wielkie kary. No i te ich książki przepadły. Chyba jedyną, jaka uratowała się z tego zbioru, była „Chata za wsią” Kraszewskiego, którą Genia, starsza siostra mojej mamy zabrała ze sobą na roboty przymusowe do Prus. Tam również taka literatura była zabroniona, jednak Genia w kółko czytała tę książkę, aby nie zapomnieć języka polskiego. Jak ją skończyła, to zaraz potem zaczynała od nowa. Ta książka zresztą później i tak gdzieś przepadła. Po Geni właśnie mam najstarszą książkę w moim zbiorze, czyli książeczkę do nabożeństwa wydaną w 1934 roku, z którą także była na tych robotach w Niemczech. Z kolei mieszkająca na wsi rodzina ojca przed wojną była tak biedna, że nie było ich stać na książki. A i po wojnie Łukawscy nie opływali w dostatki. Dlatego dla moich rodziców jeszcze w czasach PRL-u książki były prawdziwym luksusem. Sobie ich wcale nie kupowali, właściwie tylko ja w domu miałam własne lektury. Ale mimo to, czytali bardzo wiele. Korzystali z miejskich bibliotek, skąd przynosili przeważnie klasykę. Nie mieliśmy telewizora, więc wieczorami rodzice słuchali radia i czytali grube powieści Dumasa, Balzaka, Dickensa, Sienkiewicza i Kraszewskiego. Ojciec lubił też książki podróżnicze, historyjki Wiecha i reportaże Melchiora Wańkowicza. Skoro te książki były już w domu, a ja nie miałam czasem co czytać, więc także po nie sięgałam, choć właściwie nie wolno mi było tego robić. I tym sposobem, chyba trochę za wcześnie, poznałam większość klasyki literatury światowej. Największe wrażenie zrobili na mnie wtedy „Nędznicy” i „Człowiek śmiechu” Wiktora Hugo. Dorastałam, zmieniałam się, a wraz ze mną rosła moja biblioteczka. Część swoich dziecięcych książek zaczytałam doszczętnie, a część rozdałam dzieciom znajomych. W starszych latach podstawówki i szkole średniej powstawał mój kolejny zbiór, do którego weszły takie tytuły jak „W pustyni i w puszczy” i „Krzyżacy” Sienkiewicza, „Wyspa skarbów” Stevensona, 206 Mój czytelniczy życiorys „Królewicz i żebrak” Marka Twaina, „Martin Eden” Jacka Londona i powieści kowbojskie Wiesława Wernica. Jako dziewczynka miałam chyba nietypowe upodobania, bo kochałam się w powieściach „chłopackich”, czyli przygodowych, na drugim planie stawiając te dla dziewcząt, chociaż też czasem brałam do ręki różne „Anie z Zielonego Wzgórza”, „Małe księżniczki” czy powieści Krystyny Siesickiej. Lubiłam też utwory Astrid Lindgren, zwłaszcza powieść „Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku”, którą dostałam jako nagrodę szkolną w szóstej klasie podstawówki i którą czytałam za każdym razem, kiedy musiałam leżeć w łóżku z kolejnym przeziębieniem lub anginą. Zawsze wprawiała mnie w znakomity humor! W ogólniaku nadszedł okres, kiedy zaczęłam zbierać książki „dorosłe”. Wielkim wydarzeniem było dla mnie wygranie w konkursie radiowym powieści „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej, którą pokochałam się od pierwszego czytania i do której stale wracam. Czytam ją tak mniej więcej co dwa lata, jak już trochę zapomnę. Tak samo często wracam do „Trylogii” Sienkiewicza i do „Pana Tadeusza” Mickiewicza. Uważam, że te książki po prostu muszą być w domu, żeby można było do nich sięgnąć w każdej chwili. W tamtym okresie (a były to lata 70.) prócz klasyki lubiłam takie serie wydawnicze jak „Klub Interesującej Książki”, „Nike”, „Współczesna Proza Światowa” i oczywiście kultowa „Seria Iberoamerykańska” Wydawnictwa Literackiego. Najbardziej byłam zafascynowana dwoma tekstami z Południowej Ameryki. Pierwszy to „Gra w klasy” Julio Cortazara, powieść nowatorska formalnie, którą można było czytać na różne sposoby. Przez ładnych parę lat chodziłam z tym Cortazarem w zielonej okładce dosłownie wszędzie: do szkoły, do kawiarni, do parku i na randkę, pozując na skomplikowaną wewnętrznie intelektualistkę. A druga ulubiona i czytana w kółko powieść to „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, którą jakimś cudem udało mi się nabyć w połowie lat 70. w słynnej bydgoskiej księgarni „Współczesna” przy Alejach 1 Maja. Był to też czas, kiedy zakochałam się w powieści gotyckiej i utworach SF, co zaowocowało zbieraniem słynnej białej „serii fantastyki i grozy”, którą wypuszczało Wydawnictwo Literackie. Z drugiej strony, był to czas lubowania się w humorystycznych kryminałach Joanny Chmielewskiej, z których najbardziej podobał mi się „Romans wszechczasów”. Całe kawałki tego tekstu umiałam na pamięć. Zresztą, wielbicielek Chmielewskiej było wtedy wiele; doszło w końcu do tego, że z niektórymi koleżankami z ogólniaka porozumiewałyśmy się cytatami zaczerpniętymi z książek tej autorki. To był taki nasz tajemny język. W tamtym okresie wielkim przeżyciem było dla mnie uczestnictwo w kiermaszach książki, które co roku w maju były organizowane na Starym Rynku w Bydgoszczy. Można było wtedy kupić książki oraz obejrzeć prawdziwych pisarzy na żywo. Upolowałam tam egzemplarze z podpisami Stanisława Dygata i Andrzeja Czechowicza oraz widziałam z bliska Wojciecha Żukrowskiego, którego lubiłam jako dziecko za „Porwanie w Tiutiurlistanie”. To był dla mnie taki powiew innego, stołecznego świata. Wiele lat później ogromne wrażenie zrobiło na mnie poznanie Jerzego Sulimy-Kamińskiego, autora bydgoskiej sagi „Most Królowej Jadwigi”, której akcja rozgrywała się na Okolu, dosłownie kilkaset metrów od kamienicy, w której mieszkałam z rodzicami. Kolejna moja kolekcja, już teraz zupełnie dorosła, zaczęła powstawać na studiach polonistycznych. Wtedy w domu pojawiły się grube tomiska z zakresu historii i teorii literatury Alicja Łukawska 207 oraz małe zgrabne tomiki białej serii „Biblioteka Narodowa” wydawanej przez Ossolineum. Dowiedziałam się, że klasykę literatury powinno się czytać koniecznie w tej serii. Okres studiów to z jednej strony połykanie ogromnych ilos'ci lektur polonistycznych, a z drugiej - kompletny brak czasu na czytanie dla przyjemności. To były przykre lata pod tym względem. Dlatego pamiętam, z jaką rozkoszą i gryząc palce z napięcia czytałam trudną do zdobycia i pożyczoną tylko na jedną noc wojenną powieść „Igła” Kena Folleta. A było to w noc przed ogromnym egzaminem z literatury staropolskiej. Chyba nigdy w życiu żadna książka nie smakowała mi tak bardzo jak ta „Igła”. To był przecież owoc zakazany! Egzamin też zresztą zaliczyłam. A po studiach książek w moim domu zrobiło się już tyle, że zaczęło brakować na nie miejsca. Później było jeszcze bardziej ciasno, kiedy poślubiłam kolekcjonera książek, który wprowadził się do mnie z własnym regałem i paroma tysiącami rzadkich egzemplarzy wyszukanych w antykwariatach oraz drukami drugiego obiegu. Po byłym mężu została mi tylko bardzo porządna półka na książki. Kupił mi ją w prezencie dosłownie za grosze na początku lat 90. w likwidowanych magazynach „Domu Książki” w Bydgoszczy na Starym Rynku. Jest to brzydki, ale mocny regał, który wytrzymuje ogromne obciążenie papierem, Można tam ustawić książki w dwóch rzędach, i jeszcze na tych rzędach położyć coś na płasko. Zabrałam ten regał ze sobą, kiedy przeprowadzałam się z Bydgoszczy do Malborka. Niestety, ktoś uszkodził mu nóżki podczas wnoszenia na pierwsze piętro po schodach i teraz musi stać do góry nogami, bo inaczej się nie da. Razem z tą półką przyjechały do Malborka całe kartony książek, ale to i tak tylko część moich bydgoskich zbiorów. Wiele książek rozdałam, a część po prostu zostawiłam na szafie w starym mieszkaniu. Kiedy jakiś czas temu poważnie zachorowałam i przeszłam na rentę, to miałam nagle tyle wolnego czasu, że zajęłam się pisaniem o swoich lekturach w Internecie. Latami prowadziłam kilka blogów o książkach, dzięki czemu poznałam parę ciekawych osób. Nie jestem typowym krytykiem literackim, ale pisanie recenzji książkowych jest mi bliskie i mam w tym wprawę, bowiem już od początku lat 90. dzieliłam się swoimi wrażeniami z przeczytanych książek na łamach bydgoskich gazet oraz w Radiu Pomorza i Kujaw. Na dzisiaj sytuacja u mnie jest taka, że właściwie posiadam dwa zbiory książek w dwóch różnych miejscach. Jeden to schowana w zamkniętej szafie kolekcja czytadeł wielokrotnego użytku, znanych i łubianych powieści, z którymi miło jest zakopać się pod kocykiem w jesienny czy zimowy wieczór. A drugi mój zbiór to głównie poradniki, słowniki, podręczniki do nauki języków obcych i „książki, które mogą się przydać do pisania”, czyli pozycje z zakresu historii, parapsychologii i folkloru. Mam wrażenie, że ta moja biblioteka ciągle żyje i zmienia się, tak samo jak ja wciąż zmieniam siebie i swoje upodobania. Stale dochodzą nowe książki, a odchodzą te niepotrzebne, które wynoszę do biblioteki albo rozdaję znajomym. Niech idą gdzieś tam dalej w świat i służą komuś innemu. Recenzje Andrzej Kasperek LESZKA SARNOWSKIEGO ODCZYTYWANIE POPIOŁÓW Leszek Sarnowski, Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej, Sztum 2018, Biblioteka Kwartalnika „Prowincja”, tom VII. ic-k-k nie zdołałem ocalić ani jednego życia nie umiałem zatrzymać ani jednej kuli więc krążę po cmentarzach których nie ma szukam słów których nie ma biegnę na pomoc nie wołaną na spóźniony ratunek chcę zdążyć choćby poniewczasie Ten wiersz Jerzego Ficowskiego pochodzi z tomu pt. „Odczytywanie popiołów”. Przepisuję go z wydania Niezależnej Oficyny Wydawniczej z roku 1980. Niezwykła edycja — bibuła (tak nazywano wówczas publikacje, które ukazały się poza cenzurą) ozdobiona akwafortami Marca Chagalla. Tak, tego właśnie wspaniałego żydowskiego malarza z Witebska rodem. Podziemni drukarze narażali swe zdrowie i wolność, aby mogły się ukazać OCALONA PAMIĘĆ strofy o polskich Żydach, ofiarach Holokaustu. Oficjalnie tego tematu podejmować nie wolno było... Po 1968 roku w PRL-u o Żydach nie mówiono. Dziś doczekaliśmy się już całej biblioteki judaiców. Ciągle przybywają uczone dysertacje, dzieła historyczne, ukazują się edycje żydowskich pisarzy i książki, które starają się ocalić pamięć o dawnych mieszkańcach Rzeczypospolitej, dla których Polin, czyli po hebrajsku Polska, stało się miejscem odpoczynku po wygnaniu z Europy Zachodniej, w którym rozpoczęli swe nowe życie. Na Dolnym Powiślu i Żuławach, czyli dawnych ziemiach Zakonu Krzyżackie- Recenzje 209 go osadnictwo żydowskie było niewielkie w porównaniu z resztą Polski. Te ziemie obowiązywał przywilej de non tolerandis Judaeis, co oznaczało, że nie pozwalano na osiedlanie się tu Żydów. Zaczęło się to zmieniać dopiero od XVI wieku. W Sztumie, Dzierzgoniu, Starym Targu i okolicznych wsiach przybywało obywateli wyznania mojżeszowego. Kupców, rzemieślników, handlarzy koni i bydła, piekarzy... Nigdy nie było ich tu wielu, statystyki mówią, że stanowili od 1 do 10 procent mieszkańców. Dojście faszystów do władzy w 1933 roku i oficjalna polityka zmierzająca do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, jak eufemistycznie nazwano plan wymordowania wszystkich Żydów europejskich, sprawiły, że ludzie, którzy tu żyli od kilkuset lat nagle zniknęli. Tak jak zniknęły ślady materialne — synagogi i cmentarze, zostały co prawda domy i warsztaty, ale te miały już innych właścicieli. Niemieccy sąsiedzi szybko ich pożegnali i zadbali, żeby ślad ich obecności starannie „wygumkować”. Cmentarz dokładnie splantowano a po synagodze wszelki ślad zaginął, ostała się tylko na starych pocztówkach, na których można dostrzec jej dach na panoramie miasteczka. Nic więcej nie ma! Po wojnie nikt nie szukał ich śladów — dla dawnych polskich mieszkańców i nowych osiedleńców dawni żydowscy mieszkańcy tych ziem byli to Niemcy, tyle że żydowskiego pochodzenia. Od rozbiorów bowiem nowi władcy tych ziem pilnie dbali o asymilację swych nowych obywateli, nadawano im niemiecko brzmiące nazwiska, zmuszano do porzucenia chałatów i noszenia zwykłych, nie wyróżniających, ubiorów. Leszek Sarnowski już w swej poprzedniej książce udowodnił, że jego studia historyczne nie były przypadkiem. Umiejęt- ność korzystania ze źródeł, skrupulatność w gromadzeniu danych, wyszukiwanie informacji, analiza fotografii, map, zapisków... Te przymioty fachowego historyka wykorzystał w pisaniu swej nowej książki. Dodać tu trzeba rzecz nową — wydało się, że autor sprawnie porusza się po świecie wirtualnym, Internet pozwala na korzystanie z cyfrowych baz danych na całym świecie. Okazuje się, że nowe medium jest nieocenione - internauci z Forum Marienberg pomagali szukać odnalezionych śladów nagrobków z dawnych cmentarzy, mailowy kontakt z potomkami dawnych mieszkańców pozwolił na dotarcie do rodzinnych fotografii, wspomnień i ocalonych dokumentów. Oczywiście Redaktor Sarnowski popracował nad tabelkami, jest ich sporo — ale proszę nie doczytywać się tu szyderstwa — można z nich naprawdę dużo wyczytać. Podobnie jak w swej poprzedniej książce, o sztumskiej Solidarności, autor nie chce pisać tylko książki naukowej, znaj-dziemy tu ton bardzo osobisty, bo obie książki powstały z potrzeby serca (wiem, że zabrzmi to nieco ckliwie, ale tak to odbieram), w obu chodzi o ocalenie świadectw, strzępów informacji, stąd tytuł: OCALONA PAMIĘĆ. Po prostu ktoś musiał pracowicie pozbierać porozrzucane ślady, „by czas nie zaćmił i niepamięć”. Zamiast naukowej monografii, którą Leszek napisałby bez problemów, bo ma dobry warsztat, wyszedł wszak ze szkoły jednego z najlepszych polskich historyków, prof. Romana Wapińskiego - promotora jego pracy magisterskiej pt. „Spojrzenie na ulice polsko--żydowską z okna »Naszego Przeglądu«”, dostajemy książkę, w której dominuje osobisty ton. Dla mnie ważniejsza jest empatia, z jaką opisuje ludzkie losy, analizuje stare fotografie. Ta metoda jest mi bliska, wolę takie opowiadanie o historii. 210 Recenzje Widać to doskonale w rozpoczynającym książkę rozdziale „Historia jednej fotografii”. Zdjęcie (umieszczono je także na okładce książki) familii Zimaków z Postolina pod Sztumem posłużyło do przedstawienia losów jednej rodziny. Od ich awansu społecznego, kariery nawet, do obozu koncentracyjnego koło Rygi. Od Sztumu, przez Rygę, Hamburg do Sztokholmu... Takich historii w książce jest więcej. Znajdziemy tam także świetne anegdoty, ciekawostki (okazuje się, że autor słynnego zdjęcia przedstawiającego całującą się parę - marynarza i pielęgniarkę - 14 sierpnia 1945 roku na nowojorskiej Times Square, fotografii symbolizującej radość z zakończenia II wojny światowej, to Alfred Eisenstaedt, urodzony w Tczewie, ale rodzina wywodziła się ze Sztumu), dużo informacji dotyczących żydowskiej obrzędowości i religii... Ale to nie tylko książka, okazuje się, że była ona częścią projektu. A zakładał on także porządkowanie pozostałości żydowskiego cmentarza w Dzierzgoniu. Leszkowi udało się namówić nauczycieli i uczniów miejscowej Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II i wspólnymi siłami wolontariuszy uporządkowano ów cmentarz. Choć tak naprawdę to dopiero początek prac przy jego renowacji. Na pewno była to dobra lekcja wychowania obywatelskiego i historii. Na grudniowej promocji książki Leszka zaśpiewał chór „Lutnia” pod kierownictwem Bożeny Belcarz. Po prawie 70 latach w Sztumie zabrzmiały słowa hebrajskiej pieśni. Nie ma już synagogi, nie ma kantora a nad sztumskimi jeziorami uniósł się pełen żalu śpiew. To było jak kadysz, żydowska modlitwa za zmarłych. Dzięki Leszkowi Sarnowskiemu cząstka pamięci po powiślańskich Żydach ocaleje. Dzięki takim ludziom, nie dojdzie do „egzekucji pamięci”, o której pisał Jerzy Ficowski w cytowanym tomiku wierszy: Gdy pierwsze łaty śniegu tają na błotach pod miasteczkiem chlupoczą kamasze wraca czarny pochód chasydów siwobrodych poznaję starego Apcie gawrony sylabizują kanciasto hebrajskie wersety gałązek Tu stała kiedyś bóżnica z ptasią dzwonnicą topoli Konary wzniesione jak ręce witają salwę ciszy i pamięć zabita pada bezlistnym szkieletem cienia na wznak i nagły upływ czasu znów roztopami broczy... Hitlerowcy chcieli nie tylko wymordować Żydów, oni chcieli, żeby nie pozostał po nich żaden ślad, grób, dokument, nawet fotografia. Zagłada miała dotknąć nie tylko ludzi, ale także wszelkie ślady. Ta książka po latach pokazuje, że ten szalony zbrodniczy plan poniósł fiasko. Książka Leszka Sarnowskiego powstała z niezgody na wyczyszczenie i zniszczenie pamięci o naszych żydowskich sąsiadach. Dobrze, że powstała. Recenzje 211 Kamila Thiel-Ornass OTWIERA NAM DRZWI DO MUZYCZNEGO ŚWIATA... Wacław Bielecki, Zapiski melomana z prowincji (2010-2018), Sztum 2018, Biblioteka Kwartalnika „Prowincja”, tom VI. Jest taka fraza u Miłosza: Szczęśliwy naród, który ma poetę. I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu (...). Ten poetycki motyw często wracał do mnie w trakcie lektury „Zapisków melomana z prowincji” Wacława Bieleckiego, a wędrując z autorem do Wrocławia i Warszawy, do Poznania i Elbląga na wydarzenia muzyczne, czytając jego refleksje z koncertów na Powiślu i w Trój-mieście, peregrynując do wagnerowskiego Bayreuth, czy do miejsca urodzenia Fr. Liszta w Raiding w Austrii, parafrazowałam słowa poety: szczęśliwa prowincja, która ma takiego melomana i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu. Wacław Bielecki pozwala nam wejść, ba, z prostotą i bezpośredniością otwiera nam drzwi do swego świata muzyki, a recenzując istotne i mniej ważne wydarzenia muzyczne kieruje się jedynie ich wartością artystyczną. Jego recenzje to osobiste relacje z wydarzeń, w których uczestniczy. Posługuje się swobodnie całą aparaturą krytyczną, profesjonalnie ocenia oratoria, opery, koncerty ale nie nuży, również laika, bo zalety i wady dzieła muzycznego wzbogaca o wątki biograficzne autora, merytoryczne oceny obudowuje didaskaliami, osobistymi uwagami słuchacza, czyniąc te opowieści muzyczne, jak słusznie pisze Andrzej C. Leszczyński na skrzydełkach „ Zapisków...”, nieledwie reportażami muzycznymi. Z za- chwytem, ale i precyzyjnie, punktując błędy, opisuje np. grę swoich faworytów na III Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym w Toruniu, w tym skrzypaczki Anny Maleszy, nie kryjąc satysfakcji, gdy wyróżniona przez niego artystka znajduje najwyższe uznanie w oczach jurorów. Nie kryje też rozczarowania, gdy jego oceny rozmijają się z werdyktem jury. Powiślań-ski krytyk potrafi też wytknąć szanowanej przezeń profesor z Poznania brak chociażby „odrobiny szaleństwa” w granym przez nią znakomicie, ale zbyt poprawnie recitalu organowym na festiwalu w Krakowie. Jego recenzje muzyczne to nie tylko fachowe relacje z oglądanych i wysłuchanych 212 Recenzje utworów. W. Bielecki poszerza znacznie ramy swej wypowiedzi, opisując budynek, otoczenie w którym wydarzenie muzyczne się odbywa, jednym zdaniem, szkicuje charakterystyczną dla danego utworu epokę historyczną, rzuca dzieło muzyczne na szersze tło. Ba, opisuje nawet pogodę, swoje zmęczenie i trud eskapad podejmowanych tropem frapującego go utworu muzycznego. Cieszy go całość imprezy, towarzystwo muzyków, krytyków, z którymi może wymienić się uwagami, łącznie z mniej czy bardziej wykwintnym poczęstunkiem, dobrym winem. Ważny jest dla pełnego przyswojenia, zrozumienia utworu, i to chce nam przekazać autor, tak go przynajmniej odczytuję, nie tylko sam moment muzyczny, ulotny czas trwania wydarzenia, nawet najbardziej intensywnie dziejącego się tu i teraz. Dla pełnego odbioru potrzebna jest również wiedza, którą krytyk się z nami dzieli, umiejętnie ją dawkując, obejmująca również warunki techniczne instrumentu, możliwości akustyczne sali, różnorodne gwarancje dobrego wykonawstwa. I tak np. W. Bielecki analizuje pod tym kątem nowo wybudowany budynek Jordanki w Toruniu, nawiązującej do gotyku Filharmonii w Szczecinie, zachwyca się nowoczesnym i znakomitym akustycznie gmachem NOSPR-u w Katowicach. Uwagi autora pozwalają czytelnikowi „Zapisków melomana” zobaczyć skomplikowanie odbioru muzycznego, jego uzależnienie od czysto pozamuzycznych czynników, zrozumieć lepiej trudną dziedzinę wykonawstwa dzieła, od strony, która uchodzi zwykle uwadze, nam, przeciętnym, słuchaczom muzyki. W tych wyjazdach towarzyszy mu żona, Irenka, wielokrotnie tak czule przywoływana przez autora, podkreślającego jej integralność, bo nie zawsze podziela jego muzyczne fascynacje realizując swój odrębny program. W ocenie wartości dzieła lub całego wydarzenia muzycznego nie znajdujemy w recenzowanej pozycji śladów kompleksu prowincjusza. Autor „Zapisków...” ma świadomość swej solidnej wiedzy muzycznej, niezłego słuchu i wrażliwości, i z tego poziomu, np. śmiało wytyka publiczności warszawskiej zgromadzonej na Zamku Królewskim z okazji 27 Festiwalu Mozartow-skiego, klaszczącej po każdej części koncertu, brak wyrobienia muzycznego. Odważnie również porównuje koncert klarnetowy Mozarta z koncertem klarnetowym Karola Kurpińskiego na korzyść polskiego twórcy. Daje też wyraz zdegustowaniu, nawet oburzeniu sposobem wystawienia oper, których wysłuchuje w Niemczech, tj. „Kopciuszka" Rossiniego i „Tannhausera” Wagnera w Lubece oraz „ Carmen” Bizeta w Hamburgu. Inscenizatorzy, ulegając fałszywej potrzebie aktualizacji lub wprost trywialnej uciechy, całkowicie wypaczyli, w ocenie recenzenta, idee i wymowę znakomitych dzieł muzycznych. Ratunek wydał się jeden, i to nasz meloman uczynił: zamknął oczy, wszedł jedynie w świat dźwięków i poddał się czarowi muzyki, pozwolił jej wybrzmieć zgodnie z wolą kompozytora. Z przymrużeniem oka natomiast traktuje nasze polskie słabości. I tak przy okazji koncertu w Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance, trwającego prawie trzy godziny, obserwuje mało skuteczne zmagania z sennością gdańskiego notabla od kultury, a także czyni sarkastyczne uwagi na widok aż trzech popiersi bardzo jeszcze twórczego Krzysztofa Pendereckiego, zgromadzonych w Europejskim Centrum Muzyki jego imienia w Lusławicach, opodal rezydencji kompozytora. Jest jednak twórca, którego wykonania muzyczne Wacław Bielecki szczególnie śledzi Recenzje 213 i zawsze poleca, chwali dobre realizacje i z namysłem, merytorycznie, gani rozczarowujące. Mowa o Feliksie Nowowiejskim, wyda-je się, ciągle niedocenionym kompozytorze. Odnoszę te uwagi do wszechstronnej analizy wystawienia „Legendy Bałtyku” w Teatrze Wielkim w Poznaniu, którą autor „Zapisków...” przeprowadza, łącznie z uwagami o wpływie Wagnera i Pucciniego w niektórych wątkach muzycznych dzieła. Podobnie wnikliwie recenzuje bardzo udane wykonanie neoromantycznego „Quo vadis” w miejscu urodzenia kompozytora w Barczewie z chwalonymi solistami Olgą Rusin i Sebastianem Szumskim, a poprzedzonym mini recitalem organowym wnuczki kompozytora Bogny Nowowiejskiej. Nieskrywane uznanie, sama twierdzę, że to misja jakiej podjął się Wacław Bielecki w popularyzowaniu dzieła F. Nowowiejskiego, sprawiło, że towarzystwo muzyczne, w jakim obraca się nasz autor, docenia jego znajomość przedmiotu i zaangażowanie, bo nawet gdy nie mógł on uczestniczyć osobiście w konferencji w Bydgoszczy na temat „Fenomenu Nowowiejskiego“, prowadząca konferencję dr Aleksandra Kłaput--Wiśniewska przysłała mu niezwłocznie do domu nagrania wszystkich referatów. Ten wybór kompozytorski łączy go z najwybitniejszymi. Myślę tu o profesorze Juliuszu Gembalskim, którego Wacław Bielecki sprowadził jako koncertmistrza ostatniego IX Koncertu Plebiscytowego odbywającego się w lipcową niedzielę odpustu w 2018 r. w kościele p.w. św. Anny w Sztumie. Tej klasy międzynarodowej organista i tego formatu człowiek, dawny asystent prof. Henryka Góreckiego w Katowicach, ceniony przez niego i broniony przed prześladowaniami UB w czasach PRL-u (co niezwykle interesująco opisała ostatnio w biografii Góreckiego Maria Wilczek--Krupa), nie z każdego, sądzę, zaproszenia korzysta. Do Sztumu przyjechał, znakomicie poprowadził koncert i od strony muzycznej zachwycając oryginalnymi, niezba-nalizowanymi utworami, między innymi i Nowowiejskiego, a także poprzedzając je interesującymi objaśnieniami. Z satysfakcją odnajduję wątki lokalne w biografiach znakomitych polskich artystów, które autor „Zapisków melomana” przywołuje chwaląc sztukę dyrygencką młodego Szymona Morusa z Tczewa, który swoją realizacją muzyczną „Czarnej maski” wywołał wzruszenie przybyłego specjalnie do Gdańska mistrza Pendereckiego, czy ujmującą bezpośredniość, wywodzącego się z Kwidzyna, świetnego jazzmana Włodzimierza Nahornego koncertującego w Waplewie w czasie 5 Pomorskich Dni Chopinowskich, czy też wreszcie znakomitą skrzypaczkę Agatę Szymczewską powiązaną blisko rodzinnie z Prabutami, którą tamże zasłużenie fetowaną, nasz recenzent miał okazję wysłuchać. Kończąc swoje refleksje wokół muzycznego tomu W. Bieleckiego nie mogę sobie odmówić przywołania wspólnego z nim uznania dla działań operowych, z których także znajdziemy recenzję, nieodżałowanego prof. Ryszarda Peryta, twórcy Polskiej Opery Królewskiej, usytuowanej w Starej Oranżerii w Parku Łazienkowskim w Warszawie. Wacław Bielecki wprowadził nas, czytelników, w swój świat muzyczny w sposób skromny, bezpretensjonalny, podzielił się z nami swymi fascynacjami, przekonując również, że mieszkając na tzw. prowincji, poza głównymi metropoliami, ośrodkami życia artystycznego, można realizować bogate życie muzyczne, a trudy codziennej egzystencji znosić i łagodzić muzyką. 214 Recenzje Arkadiusz Kosiński BOCHUS KRYMINALNY Krzysztof Bochus, Lista Lucyfera, Wydawnictwo Skarpa Warszawska, Warszawa 2019. Na 3 kwietnia jest zapowiadana nowa książka pochodzącego z Kwidzyna Krzysztofa Bochusa. Autor kryminałów o Christianie Abellu, tym razem zabiera swoich czytelników w czasy współczesne, ale wciąż nie rozstaje się z Pomorzem. Krzysztof Bochus zadebiutował powieścią „Czarny manuskrypt”, której fabuła ściśle osadzona jest w Kwidzynie, w latach 30. Radca kryminalny Christian Abell rozwiązuje zagadkę tajemniczych morderstw duchownych. W drugiej części kryminalnej sagi, „Martwy błękit”, której akcja dzieje się w przedwojennym Sopocie, niestrudzony śledczy tropi zabójców członków żydowskiej rodziny Rottenbergów. Z kolei w „Szkarłatnej głębi” marszruta zbrodni wiedzie przez niemiecki Elbląg, katedrę we Fromborku i skute mrozem menno-nickie wioski. Nie brakuje też odniesień do Kwidzyna. Na Czytelników kolejny raz czekają makabryczne zbrodnie, tym razem we wspólnocie tamtejszych mennonitów, ciemne interesy z bursztynem w tle, krew na plaży i zdrada. Krzysztof Bochus przyznaje, że wprawdzie bardzo zżył się z Abellem, ale tym razem postanowił odpocząć od retrokrymi-nałów i spróbować swoich sił w bardziej współczesnych klimatach. — Tak narodził się pomysł na „Listę Lucyfera. ” To przede wszystkim mroczny thriller ze złożoną intrygą kryminalną. Ale uważny Czytelnik odnajdzie w tej powieści liczne odniesie- nia do moich ulubionych wątków literackich: dzieł sztuki, zagadek kryminalnych i historii, która determinuje nasze losy po dzień dzisiejszy — mówi Bochus. — „Lista Lucyfera” to powieść o samotności, namiętnościach i złu, które czaić się może wszędzie, także za ścianą twego domu. Mam nadzieję, że zwłaszcza Czytelnicy z Kwidzyna docenią rodzinne powiązania mojego nowego bohatera z Christianem Abellem. Redaktor Adam Berg to bowiem wnuk radcy. Odziedziczył po nim nie tylko wnikliwy umysł i niepokorny charakter, ale także zamiłowanie do rozwiązywania zagadek, w których historia splata się z doczesnością. Premiera książki już 3 kwietnia. W maju planowane jest moje spotkanie autorskie w kwidzyńskim zamku. Serdecznie zapraszam! Recenzje 215 Wydawnictwo Skarpa Warszawska nową powieść Krzysztofa Bochusa zapowiada tak: Trójmiastem wstrząsa seria okrutnych, niewytłumaczalnych zabójstw. Morderca kontaktuje się z dziennikarzem, red. Adamem Bergiem. Za jego pośrednictwem informuje opinię publiczną o swoich kolejnych krokach. Od tej pory zaczyna się nierówny pojedynek pomiędzy życiem, a śmiercią. Co kieruje poczynaniami okrutnego mordercy, który sam siebie nazywa „Lucyferem”? Zemsta, nienawiść do świata, a może fascynacja dziełami pewnego artysty, który ze śmiercią był za pan brat? A gdy wy daje się, że jesteśmy już blisko rozwiązania tej ponurej zagadki, do akcji wkraczają kolejni nieznani sprawcy. Wszystkich, którzy już tęsknią za Christianem Abellem, uspokajamy, że „Szkarłatna głębia”, to nie koniec jego przygód. Trwają pracę nad kolejną częścią. Akcja „Miasta duchów”, bo tak wedle zapowiedzi będzie się ona nazywać, toczyć się będzie w Gdańsku w końcowych miesiącach wojny. Premiera książki, która ukaże się nakładem Skarpy Warszawskiej, planowana jest na jesień. — Część akcji książki odbywa się ponownie w Marienwerder — mówi Bochus. Ostatnią twórczość Bochusa można znaleźć na kartkach książki „Zabójczy pocisk. Polska krew”. To zbiór opowiadań najlepszych współczesnych polskich twórców kryminału. 15 autorów wzięło na warsztat 15 najgłośniejszych spraw kryminalnych. Krzysztof Bochus jest autorem opowiadania pt. „Czerwona mgła”. Krzysztof Bochus to rodowity kwidzynianin. Nie tylko się tu urodził, ale także wychowywał i odbierał edukację. Jest absolwentem Szkoły Podstawowej nr 4 i I Liceum Ogólnokształcącego. — To moje miasto rodzinne, tutaj wzrastałem i formowałem się jako młody człowiek. Kwidzyn był niegdyś całym moim światem — opowiadał w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim”. Z zawodu dziennikarz, publicysta, wykładowca akademicki, autor wielu publikacji prasowych i współautor kilku wydawnictw książkowych o charakterze historycznym. Jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Andrzej Kasperek REFORMACJA I EWANGELICYZM NAD BAŁTYKIEM Reformacja i ewangelicyzm nad Bałtykiem, red. nauk. Józef Borzyszkowski, red. Bronisława Dejna, Nadbałtyckie Centrum Kultury, Gdańsk 2018. 31 października 1517 roku Marcin Luter — niemiecki mnich, nieznany poza swoim klasztorem, przybija do drzwi kościoła w Wittenberdze kartę z wypisanymi 216 Recenzje 95 tezami. Publicznie wyraża swe zgorszenie handlem odpustami, a także wzywa do reformy Kościoła rzymskokatolickiego. Jednak kościelna hierarchia zupełnie zignorowała słowa „biednego, cnotliwego, prostodusznego mnicha” (tak określił go niemiecki poeta Heinrich Heine). Nie doceniono potęgi nowego medium, jakim był druk - kilka tygodni później o tezach dyskutowały całe Niemcy, trochę później nie było miasta w Europie, w którym by ich nie czytano. I tak się zaczęło, ale zamiast postulowanej reformy Kościoła nastąpiła kolejna schizma. W dzisiejszej Polsce ewangelicy stanowią niewielki procent wiernych — oblicza się, że do kościołów reformowanych uczęszcza około 150 tysięcy wyznawców. To kropla w morzu katolicyzmu. Sformułowane w czasach kontrreformacji hasło: Polak-ka-tolik, ugruntowane w czasie zaborów walką o polskość, gdzie Prusak był najczęściej luteraninem a kalwin - książę Janusz Radziwiłł (znany z „Potopu” Henryka Sienkiewicza) stał się synonimem zdrajcy - sprawiło, że większość Polaków odnosi się do swych braci w wierze nieufnie. Niedawno minęło 500 lat od wystąpienia Lutra. I mam wrażenie, że wydarzeniu temu nie nadano odpowiedniej rangi. Stąd też tom „Reformacja i ewangelicyzm nad Bałtykiem” należy przyjąć z zainteresowaniem i uznaniem. Ta gruba, licząca prawie pięćset stron książka jest owocem międzynarodowej konferencji (miała ona tytuł identyczny jak towarzyszące jej wydawnictwo). Ale oprócz niej miał miejsce panel pastorów oraz wiele innych wydarzeń, m.in. wystawy w muzeach Gdańska, Wejherowa, Bytowa i Starogardu Gdańskiego oraz wycieczki „Szlakiem kulturowym Reformacji” po Gdańsku i wyjazd studyjny „Dziedzictwo pomor- skiego ewangelicyzmu - miejsca, budowle, ludzie”, w czasie którego zwiedzano kościoły, cmentarze i inne budowle na trasie: Gdańsk-Orunia, Pruszcz Gdański, Wróble-wo, Osice, Krzywe Koło, Koźliny, Nowy Staw, Cyganek, Stegna, Niedźwiedzica i Sopot. Odbył się także Koncert Reformacyjny w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Pomysłodawcami tego zakrojonego na dużą skalę projektu byli: gdańska Stacja Naukowa Polskiej Akademii Umiejętności (PAU) i Nadbałtyckie Centrum Kultury (NCK) w Gdańsku a także: Instytut Kaszubski w Gdańsku, Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej w Warszawie oraz kilka innych instytucji. Kalendarz imprez rozpoczął się na początku lutego a skończył pod koniec października 2017 roku. Autorzy projektu chcieli pokazać, że: Dzieło Reformacji, co nie zawsze funkcjonuje w powszechnej świadomości, stanowi wspólne Recenzje 217 dziedzictwo Polski. Jest to bogactwo, którego nie sposób pominąć, chcąc prawidłowo kreślić obraz kultury polskiej. Przypomnimy dzieje Reformacji, jej wkład w rozwój ważnych instytucji nauki i kultury, a także wpływ na kształtowanie piśmiennictwa i pozycji języka narodowego (Mikołaj Rej czy Andrzej Frycz Modrzewski). Dziedzictwo wyznawców Kościoła ewangelicko-augsburskiego odnajdujemy w trwałych kulturotwórczych śladach na Pomorzu, w Polsce i Europie nad Bałtykiem, Nie pomijając zjawisk konfrontacji i Kontrreformacji, zwracamy uwagę na spotkanie i współistnienie łudzi różnych religii i kultur, bogactwo wynikające z różnorodności, zakorzenione w mitycznych tradycjach polskiej tolerancji, Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Lektura tomu pokazuje, że zamysł projektu udało się zrealizować z sukcesem. Na Pomorzu słowo reformacja ma zupełnie inne konotacje niż w Małopolsce czy na Podlasiu. Idee Lutra, a później Kalwina, docierały tu szybko i znajdywały podatny grunt. Gdańsk, Elbląg i Żuławy już w XVI wieku porzuciły katolicyzm i wybrały wyznania reformowane a jeśli dodamy do tego osadnictwo anabaptystów, czyli menno-nitów uciekających tu przed nietolerancja swych ziomków z Niderlandów, to okaże się, że katolicy stali się tu mniejszością. Po 1945 roku sytuacja zmieniła się diametralnie, na te tereny powrócił katolicyzm, rozpoczęła się restytucja kościołów. Wystarczy wspomnieć losy bazyliki Mariackiej w Gdańsku, która kilkanaście lat po ukończeniu prac budowlanych została przejęta przez protestantów. Już w 1529 r. odbyło się w niej pierwsze nabożeństwo protestanckie a od 1572 roku do 1945 roku kościół służył luteranom. A jeśli rozejrzeć się po Żuławach i Powiślu to zobaczymy, że w Sztumie kościół ewangelicki ocalał i stał się muzeum, ale w Nowym Dworze Gdańskim rozebra- no go. Inne przechrzczono, jeszcze inne marniały i cudem je uratowano (przypadek Nowego Stawu). Nie wspominam już o losie starych ewangelickich cmentarzy... Tom podzielono na trzy części. Pierwsza jest zapisem konferencji. Sporo miejsca poświęcono osobie Jana Bugenhagena, bliskiego współpracownika i przyjaciela Martina Lutra, uznawanego za głównego reformatora Pomorza, Północnych Niemiec i Danii. Uczeni z Polski, Niemiec i Czech zajmowali się historią Reformacji na Pomorzu, zabytkami, dokonaniami ludzi kultury będących ewangelikami... Znajdziemy tu m.in. wykład z pogranicza filozofii i teologii pt. „Protestanckie cnoty i wartości” znanego dobrze czytelnikom „Prowincji” Andrzeja Leszczyńskiego a także bardzo ciekawy esej Krzysztofa Kornackiego pt. „Wizerunek protestanta w polskim kinie fabularnym. Rekonesans”. Jeśli ktoś myśli, że to uniwersyteckie przyczynkarstwo, to jest w błędzie... Część druga to zapis wypowiedzi z panelu pastorów, przeprowadzonego przez Cezarego Obracht-Prondzyńskiego i Krzysztofa Ulanowskiego z Uniwersytetu Gdańskiego. Paneliści reprezentowali różne kościoły protestanckie głównie ze środowiska gdańskiego i elbląskiego. Trzecia część zatytułowana „Szlaki kulturowe Reformacji”, pod redakcją dra hab. Piotra Bireckiego, „jest dokumentem edukacyjnych wędrówek studyjnych szlakami dziedzictwa kulturowego Reformacji po Gdańsku i okolicy, ze szczególnym wyróżnieniem Żuław. Obok pomników architektury i dzieł sztuki sakralnej, w tym epitafiów nagrobnych, przedmiotem wykładu i refleksji przewodników wędrówek — autorów zawartych tu tekstów, są również zabytki związane z gdańską dobroczynnością: 218 Recenzje szpitalami i domami sierot”. Bardzo mnie to zainteresowało, bo znalazłem tu wiele informacji i unikalnych ilustracji z Cyganka/ Zelichowa, Stegny i Nowego Stawu. Książka została nadzwyczaj starannie zredagowana, co przy takim materii pomieszaniu nie było sprawą prostą. Tekstom towarzyszą liczne, czarnobiałe i kolorowe, ilustracje. Dzieło wydano bardzo porządnie. Jest cennym dokumentem i wartościowym źródłem dla wszystkich, którzy chcą pogłębić swą wiedzę na temat historii protestantyzmu na Pomorzu Gdańskim. Duże słowa uznania dla pomysłodawców i wszystkich, którzy przyczynili się do realizacji tego ważnego projektu. Leszek Sarnowski WYCISZONY CHROSTEK Zbigniew Chrostek, Cisza/'Silence, Wrocław 2018. Wyjątkowa książka dotarła do nas pod koniec ubiegłego roku. To pięknie wydany album-katalog prac naszego powiślańskiego artysty Zbigniewa Chrostka. O jego twórczości pisał w nr 18 „Prowincji” Jarosław Denisiuk. Przyrównał on wówczas malarstwo Zbigniewa Chrostka do twórczości słynnego i kultowego amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera, bo podobnie jak Hopper, dzierzgoński artysta powraca do tych samych tematów, ale również do wypróbowanych zabiegów kompozycyjnych, tak jakby proces malowania nie był skończony w jednym dziele i trzeba go ponawiać nieustannie. To sprawia, że Zbyszek Chrostek jest malarzem dla którego proces malowania ukazuje specyfikę malarskiego idiomu, które nazwać by można było po(st)narracyjnym. I tekst ten, ku naszej „prowincjonalnej” radości, został także zamieszczony we wrocławskim katalogu. W katalogu prace artysty podzielone są na kilka cyklów, które stworzył w ciągu wie- lu lat, bo jak sam pisze: cykle moich obrazów powstają latami. Do wielu motywów wracam, bo wciąż mam wrażenie, że nie wyczerpałem tematu lub nie powiedziałem jeszcze najważniejszego... z wiekiem nabieramy dystansu Recenzje 219 i rutyny, tracąc nieco na temperamencie, co nie wyklucza, mam nadzieję wyrazistości. Perfekcjonista zatem, ale i poszukujący wędrowiec-nomada, jak sam o sobie pi-sze, który nie zagrzewa długo miejsca. Pochodzi z zadymionych Katowic. Ukończył Liceum Plastyczne im. Antoniego Kenara w Zakopanem i zawędrował do Gdańska, gdzie uzyskał dyplom PWSSP (obecnie ASP) na wydziale rzeźby. Dyplom uzyskał w 1984 r. w pracowni prof. Adama Smolany. W latach 1986-2003 mieszkał we Wrocławiu, gdzie w 1989 r. otworzył na Starym Mieście galerię autorską. Od 2004 r. jest komisarzem Ogólnopolskich Plenerów Plastycznych w Woli Michowej w Bieszczadach, od 2009 r. w Pstrągowej na Pogórzu Strzyżowskim. Zorganizował ok. 30 wystaw indywidualnych w znanych galeriach polskich, np. w: Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Szczecinie, Opolu, Zakopanem, Gorzowie Wlkp., Kaliszu, Elblągu, również w Niemczech i Szwajcarii. Brał udział w wielu wystawach zbiorowych. Od wielu lat związany jest z elbląskim środowiskiem artystycznym i uczestniczy w Salonach Elbląskich. Na co dzień uczy rzeźby, malarstwa i rysunku w Liceum Plastycznym w Gronowie Górnym. Mieszka w Dzierzgoniu. Tytuł katalogu „Cisza” nie jest przypadkowy i wiedzą to wszyscy, którym dane było zetknąć się z malarstwem Zbigniewa Chrostka, który mówi, że cechą immanent-ną moich prac jest swoista cisza. Cisza niewy-kreowana, raczej podświadomie zawieszona w przestrzeni obrazu jak wyraz niepewności, znak zapytania. To mój lapidarny komentarz do świata materialnego, ale na jego kresach, gdzie zmysłowość graniczy z jakąś otchłanią, której bez odniesień do zmitologizowanej duchowości nie potrafię zdefiniować. I taką ciszę niewątpliwie widać i czuć w kolejnych cyklach zaprezentowanych w albumie: Kontrapunkt, Widma, Nieużytki, Fale, Pejzaż architektoniczny, Pustka, Stany świadomości. A tam między innymi zmurszałe, betonowe falochrony, wykorzystywane przez ptaki, jako loża, trybuna honorowa, miejsce obserwacji, zadumy, wraki okrętów, samolotów, porzucone auta i miejskie zaułki (śródziemnomorskie, polskie, japońskie), z dala od metropolitalnego zgiełku, gdzie człowiek nie zagłąda rzadko albo w ogóle, a widok znany jest tylko gołębiom i bezdomnym kotom. Artysta w potocznym postrzeganiu to, przecież wiadomo, trochę dziwak, oderwany od rzeczywistości i buszujący bardziej w chmurach niż na ziemi. Nic bardziej mylnego, jeśli zna się Zbigniewa Chrostka. We wstępie do albumu uspokaja nas zresztą profesor Michał Minor z ASP w Katowicach, pisząc: Zbigniew Chrostek w swej postawie twórczej nie snuje halucynogennych wizji zahibernowanego w braku kontaktu z rzeczywistością malarza. Chrostek jest człowiekiem z krwi i kości. Tęskni, kocha, marzy, dziełi się doświadczeniem z młodymi adeptami sztuki, płaci podatki, czasem jest przygnębiony, a czasem szczęśliwy bardziej niż na co dzień. 220 Recenzje Krystian Zdziennicki KAPLICZKI PEREŁKAMI ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ H. Michalik, A. Barganowski, Kultura materialna ziemi kwidzyńskiej. Kapliczki 1, seria: „Perełki ziemi kwidzyńskiej”, Kwidzyn 2016, ss. 31 H. Michalik, A. Barganowski, Kultura materialna ziemi kwidzyńskiej. Kapliczki 2, seria: „Perełki ziemi kwidzyńskiej”, Kwidzyn 2018, ss.35 Towarzystwo Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej od lat prowadzi działalność wydawniczą. Zainteresowani dziejami Powiśla doskonale znają tomiki tematyczne z artykułami poświęconych dziejom regionu, które w latach 2000-2014 były drukowane w ramach serii: „Zeszyty Kwidzyńskie”. W 2016 i w 2018 roku zaproponowano nową serię: „Perełki Ziemi Kwidzyńskiej”. Tym razem zdecydowano się na formę broszury i wydano dwa zeszyty prezentujące kapliczki z terenu powiatu kwidzyńskiego. Jest to kontynuacja i rozszerzenie wcześniejszej inicjatywy Lokalnej Organizacji Ziemi Kwidzyńskiej „Liwa”. Prace autorstwa kwidzyńskich historyków--regionalistów Henryka Michalika i Antoniego Barganowskiego, pt. Kultura materialna ziemi kwidzyńskiej. Kapliczki 1-2 zawierają opis prezentowanych miejsc kultu, a także kolorowe zdjęcia przedstawiające kapliczki oraz poszczególne detale architektoniczne. Publikacja ta nawiązuje też do wcześniejszej pracy tych dwóch badaczy, którzy w 2010 roku wydali album, pt. Kultura materialna Doliny Kwidzyńskiej. Tam jednak nie zaprezentowano kapliczek, które stanowią jeden z przejawów kultury materialnej mieszkań- ców Powiśla. Henryk Michalik Antoni Barganowski KULTURA MA TERIALNA ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ TOWARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KWIDZYN 2016 Henryk Michalik Antoni Barganowski KULTURA MATERIALNA ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KAPLICZKI 2 Z SERIE PEKEI.KI ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ TOWARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW ZIEMI KWIDZYŃSKIEJ KWIDZYN 2018 Recenzje 221 Najstarsza zachowana kapliczka na terenie współczesnego powiatu kwidzyńskiego pochodzi z 1853 roku. Jest to jedna z kapliczek w Tychnowach przy drodze prowadzącej do wsi Dubiel. Warto dodać, że w tej miejscowości na terenie cmentarza przykościelnego ulokowana jest jeszcze jedna kapliczka z II połowy XIX wieku. W obu tomach przedstawiono też dwie z czterech kapliczek w Straszewie. Opisu wszystkich czterech obiektów dokonał Stanisław Kupr-janiuk1. Ponadto zaprezentowano kapliczki w Trzcianie, Korzeniewie, Glinie, Bronisławowie Krzykosach, Cyganach, Olszówce, Białkach, Baldramie, Borowym Młynie, Brokowie, Czarnym Dolnym, Czarnym Małym, Gontach, Górowychach, Gurczu, Laskowicach, Nebrowie Małym, Olszanicy, Otoczynie, Pawłowie, Prabutach, Rakowi-cach, Rusinowi i Ryjewie. Choć zapoczątkowanie nowej serii należy uznać za wartościową inicjatywę to szkoda, że Towarzystwo Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej postanowiło podzielić publikacje na liczące po nieco ponad 30 stron zeszyty. Jednakże należy docenić ten projekt wydawniczy, gdyż jak zauważył 1 S. Kuprjaniuk, Kapliczki Ziemi Malborskiej, [w:] Ziemia malborska - zręby zapomnianej tożsamości, pod red. J. Hochleitnera, P. Szwedowskiego, Malbork 2014, s. 281-283; por. tenże, Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej, „Prowincja”, 2017, nr 3 (29), s. 44-54. Henryk Michalik: „Często przechodzimy i przejeżdżamy koło kapliczek i krzyży, które stały się stałym elementem krajobrazu, ale nie zastanawiamy się, dlaczego i kto je postawił.” Właśnie za sprawą tych publikacji autorzy złożyli swego rodzaju hołd wszystkim mieszkańcom, którzy fundowali kapliczki lub nimi się opiekowali. Ponadto zebrany materiał stanowi inwentaryzację tego typu miejsc kultu na terenie powiatu kwidzyńskiego. Zainteresowani historią Powiśla z pewnością czekają na kolejne części „perełek ziemi kwidzyńskiej”. Być może po kapliczkach warto w ten sposób zaprezentować wspomniane krzyże. Noty o autorach Anna Albrecht - ur. w Warszawie. Studia wyższe ukończyła na Uniwersytecie Mazurskim w Olsztynie. Zajmowała się tkactwem artystycznym. Od roku 2013-go intensywnie realizuje swoje zainteresowania plastyczne w nowej dziedzinie malarstwa sztalugowego. Bierze udział w plenerach artystycznych, pracuje we wspólnej z mężem pracowni w Malborku, oraz kontynuuje naukę w Nadbałtyckim Stowarzyszeniu Plastyków im. Mariana Mokwy w Gdańsku. Jacek Albrecht — ur. w 1951 r. w Łodzi. Absolwent Edukacji Artystycznej Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Konserwator zabytków architektury, absolwent Politechniki Koszalińskiej i Warszawskiej, miłośnik zabytków Pomorza. Uprawia malarstwo sztalugowe, rysunek i niektóre rodzaje grafiki. Mieszka w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Jerzy Czepulon - jeden z najciekawszych i najbardziej tajemniczych poetów związanych z Kwidzynem. Debiutował wierszami w „Wiadomościach Elbląskich” w 1980 roku, będąc wówczas w wieku średnim. Należał do Klubu Literackiego Elbląskiego Towarzystwa Kulturalnego, które w 1986 roku opublikowało jego Wybór wierszy, arkusz z 25 utworami. Zastrzegł wówczas, by w notce biograficznej tomiku nie podano roku jego urodzenia, bo uważał ten fakt za nieistotny. Pisał dużo, drukował sporadycznie, był jednak wyróżniany w konkursach literackich, m.in. „O Laur Gryfa Pomorskiego”. Zmarł w 2007 roku. Krzysztof Czyżewski — eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Kra-snogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Ewelina Dysko — ur. w 1974 r. w Sztumie. Mieszka w Ryjewie. Ukończyła pedagogikę o specjalności resocjalizacja. Od 20 lat pracuje w DPS „Słoneczne Wzgórze” w Ryjewie. Pasje to fotografia, czytanie książek, pisanie wierszy i podróże. Ryszard Filbrandt — debiutował w 1990 r. arkuszem literackim Klocki dla dorosłych. Kolejne publikacje to: Przebudzenie (1991), Impulsy istnienia (1994), Korowód (1996), W strumieniach światła (1998), Wyrok (2001), Zanim spadną grudy ziemi (2003), Przystań (2006), Cierń (2008), W objęciach świadomości (2011), Znaki przeciwne (2013), Piórem w mur (2016), oraz Trzy odsłony (2018). Jego utwory drukowały także różne pisma kulturalne. Mieszka w Malborku. Kamila Gęsiarz - mieszkanka Malborka, od wielu lat związana z gminą Miłoradz; absolwentka filologii polskiej, od 1999 r. uczy języka polskiego w Zespole Szkół i Przedszkola w Miłoradzu. Z pasją zgłębia wiedzę na temat regionu. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Noty o autorach 223 Arkadiusz Kosiński - ur. w 1989 r. Od 2012 roku reporter kwidzyńskiego oddziału „Dziennika Bałtyckiego”. Katarzyna Kuroczka — doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, poetka, stypendystka ministra kultury oraz redaktorka miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk”. Publikowała między innymi w takich czasopismach jak: „CzasyPismo”, „Latarnia Morska”, „Metafora”, „Migotania”, „Zalew Kultury”, „Guliwer”. Adam Langowski — ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński — nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropołogiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania — historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autorksiążki W ich snach powracała Połska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska — absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormałne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Michał Majewski — ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki. Debiutował prozą „Jadzia”. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Dorota Maluchnik — ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na UJ w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny Grażyna Nawrolska — ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Histo tycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Aleksandra Paprot-Wielopolska — doktor nauk humanistycznych w zakresie etnologii. Etno-lożka/antropolożka kultury i kulturoznawczyni, starszy specjalista w Dziale Badawczym Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” — Centrum Historii Zajezdnia we Wrocławiu, wiceprezeska Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy” i członkini Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Autorka książek: o swojej rodzinnej miejscowości Stara Kościelnica. Dzieje żuławskiej wsi (2012), Atlas niematerialnego dziedzictwa kulturowego wsi wielkopolskiej. Powiat gnieźnieński (tom 3, 2015), Żuławy i Powiśle. Kreowanie tożsamości lokalnych i regionalnych po 1989 roku (2018). Współautorka publikacji Klocki, snutki perebory. Tradycyjne rękodzieło wobec wyzwań współczesności (2015). Paweł Jerzy Przybysz — Ryjewiak urodzony w 1994 roku, z wykształcenia inżynier - wśród zamiłowań muszę jeszcze wybrać. Od zawsze zainteresowany różnorakim tworzeniem, obecnie trochę piszę i fotografuję. Swoje rzeczy gromadzi na pjjp.pl. 224 Noty o autorach Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kocie-wia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Leszek Sarnowski — ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej. Teodor Sejka — ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w „Slavia Orientalis”, „Rycerzu Niepokalanej” i „Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-grotesko-wym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Kamila Thiel-Ornass — sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku w stanie spoczynku. Mieszka w Warszawie, gdzie m.in. udziela się jako wolontariuszka w Fundacji Św. Mikołaja. Ostatnio zabiega o upamiętnienie wybitnych postaci sądownictwa pomorskiego z okresu międzywojennego. Nadal nie wyobraża sobie życia gdzie indziej, niż w domu nad jeziorem w Sztumie. Bogumił Wiśniewski — ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Paweł Wyborski — ur. 1975 w Starogardzie Gdańskim. Malarz i socjolog kultury. Autor „obrazów o ikonach”, na które składają się m.in. ikonopejzaże i ikonomaterie. Autor ponad czterdziestu pięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju (m.in. w Gdańsku, Białymstoku, Płocku, Toruniu, Gnieźnie, Legnicy, Starogardzie Gdańskim, Malborku, Lubinie, Włocławku, Supraślu) i za granicą (w USA, Włoszech, Kazachstanie, Hiszpanii, Danii, Holandii i Belgii). Czterokrotny laureat stypendium kulturalnego Miasta Gdańska oraz Prezydenta Starogardu Gdańskiego. Laureat „Wierzy-czanki” za rok 2018 - nagrody Prezydenta Starogardu Gdańskiego w dziedzinie kultury. Nagrodzony „Kociewskim Gryfem” - nagrodą starosty starogardzkiego za cykl „obrazów o ikonach”. Członek Społecznej Rady Kultury przy Prezydencie Starogardu Gdańskiego oraz Starogardzkiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Właściciel starogardzkiej Klubokawiarni Szafa, która pełni rolę także galerii autorskiej. Mieszka w Gdańsku. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki — ur. 1992 w Sztumie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Działacz Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej.