PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNI DOLNEGO POWIŚLA 1 ŻUŁAW • NR 4 (34) • 2018 Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ■ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2018 roku” Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT58 301-48-11 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr4 (34) 2018 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Prace plastyczne Ewy Niewolskiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Dziękujemy za współpracę przy promocji kwartalnika: Spółdzielni Socjalnej Fabryka Inicjatyw w Malborku, Sztumskiemu Centrum Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „laka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta czwarta „Prowincja”..............................................5 Poezja Grzegorz Szarmach............................................................6 Sergiusz Mizera..............................................................7 Proza Andrzej Kasperek - Bukowina..................................................9 Grzegorz Pełczyński - Republika R...........................................28 Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu, cz. 5...............41 Esej Andrzej C. Leszczyński — Okruchy............................................47 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Do uzdrawiających wód, albo w góry. Sierakowscy na wakacjach 1881.........................................53 Bogumił Wiśniewski - Jastarnia widziana od środka.......................60 Piotr Podlewski — Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 4.71 Na tropie historii Grażyna Nawrolska - Elbląg mieszczański w późnym średniowieczu............78 Jacek Wijaczka - Polowanie na czarownice i czarownikóww Prusach Królewskich (na przykładzie Gdańska i Sztumu) w XVI-XVIII wieku......................84 Jan Chłosta - Niezwykły nauczyciel z BarczewkaMateusz Grunenberg........95 Niepodległa Andrzej Kasperek - Czym jest wolność - w relacji do swoich doświadczeń..99 Andrzej Lubiński - Co się wydarzyło na Ziemi Sztumskiej między 11 listopada 1918 r. a 28 czerwca 1919 r.........................101 Jakub Mieszko Michalik - Telegramy patriotyczne........................109 Andrzej Kasperek - Wycieczka „Niepodległa na Pomorzu”...................113 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski — Notatki słów i obrazów............................120 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński (2)................................134 Marzena Bernacka-Basek - Wytyczałem granice Łotwy ......................141 Marian Szarmach — I znów łacina...We Fromborku i na Majorce.............148 Wspomnienia Alicja Łukawska — Żuławskie opowieści, Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich..1 52 Stanisława Wojciechowska-Soja - Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca.... 159 Muzyka Wacław Bielecki - Jesień sprzyja muzyce ................................170 Dionizy Piątkowski - Raz na ludowo. Żuławskie wierzby Kacpra Smolińskiego.181 Galeria Prowincji Anna Biskupska - Ewa Niewolska między wrażliwością poety, a duszą artysty.184 Magiczna prowincja Michał Majewski - Ziemiańskie Waplewo.....................................187 Recenzje ks. Marek Karczewski - Długo oczekiwane wznowienie......................192 Krystian Zdziennicki - Tożsamość i pamięć...............................194 Justyna Kwiatkowska - Monografia Żuławskiego Towarzystwa Sportowego.......196 Noty o autorach.................................................................... 199 TRZYDZIESTA CZWARTA „PROWINCJA” Nasz kwartalnik adresowany jest przede wszystkim do osób, które lubią czytać i tą swoją rzadką dziś przypadłość starają się systematycznie praktykować. Liczymy także na tych, którzy w tej kwestii dopiero są na początku drogi, a umiejętność czytania nie jest im obca. Dla jednych i drugich to dobre miejsce, bo u nas jak zwykle do czytania moc. Bo oto Andrzej Kasperek wraca do nas po długiej przerwie najnowszym opowiadaniem, z nadzieją, że to zapowiedź kolejnej Jego książki. Nowe opowiadanie profesora Grzegorza Pełczyńskiego z Poznania i ciąg dalszy losów Wilhelma z Modeny, pióra Piotra Napiwodz-kiego z Koślinki pod Sztumem. Poetyckim wersem przemówią do Państwa tym razem Grzegorz Szarmach z Malborka i Sergiusz Mizera z Kwidzyna. Andrzej C. Leszczyński tym razem o drodze, wędrówce, gościnności i wyzwaniu pustego miejsca przy wigilijnym stole. Janusz Ryszkowski w wędrówkach po prowincji zaprasza na wakacje z rodziną Sierakowskich, Bogumił Wiśniewski do przedwojennej Jastarni, a Piotr Podlewski w nieznane ostępy ziemi sztumskiej. Grażyna Nawrolska kontynuuje swoje archeologiczne opowieści o elbląskich mieszczanach, a Jacek Wijaczka przenosi nas do nowożytnego Gdańska i na Powiśle w czasy polowania na czarownice i czarowników. Jan Chłosta przypomina postać niezwykłego nauczyciela z Barczewka Mateusza Grunbergera. W jubileuszowym dziale specjalnym pod nazwą „Niepodległa” Andrzej Lubiński wspomina o tym co działa się u zarania niepodległości na ziemi sztumskiej, młody doktorant Jakub Mieszko Michalik opowiada o patriotycznych telegramach, a Andrzej Kasperek mierzy się z wielką historią w rocznicowej refleksji, wiodąc zainteresowanych po miejscach ważnych dla Niepodległości w naszym regionie. Alicja Łukawska w żuławskich opowieściach prezentuje sylwetkę Henryka Szyszki z Lasowic, a Stanisława Wojciechowska-Soja odkrywa losy swego ojca. Proponujemy Państwu kolejną dawkę refleksji z oddalonych, acz zaprzyjaźnionych, prowincji. Krzysztof Czyżewski, jak zwykle z różnych części świata, od Petersburga, przez Drewnicę, Sejny po Bhutan, Paweł Zbierski z Katalonii, Marzena Bernacka-Base z Łotwy, a Marian Szarmach z Fromborka i Majorki. W Galerii Prowincji tym razem Ewa Niewolska, młoda artystka spod Kwidzyna. W Magicznej Prowincji Michał Majewski tym razem bardziej optymistyczny, bo pokazujący odradzający się pałac Sierakowskich w Waplewie. W zimowe wieczory jest zatem nad czym się pochylić. Wystarczy otworzyć kolejny numer naszego kwartalnika, ozdobiony jak zwykle grafiką Mariusza Stawarskiego. Życzmy radosnych, rodzinnych i dobrosąsiedzkich świąt Bożego Narodzenia i ciekawych wyzwań w Nowym Roku. Redakcja „Prowincji” Poezja Grzegorz Szarmach KLUCZNIK Wieczorem brał ich cały pęk zamykał kłódki zamki zasuwki Za drzwiami znikały bez słowa trociny troski mąka i stal Za kolejnymi oddechy i ciepło ciał za ostatnimi również zwątpienie Gdy leżał na marach myślałem zdjąć je z gwoździa i schować w kieszeni poczułem jak parzą mi dłonie INNOWIERCY Bez skargi znosiła zabiegi, choroby, operacje -pytana o nie odpowiadała z uśmiechem. Patrzyła, jak dzieci starzeją się, jabłka spadają, sąsiedzi odchodzą. Śpiewała im wschodni psałterz, a potem wracała skubać pierze, wyciągać bochny, nosić wodę. Gdy wyśpiewała, ile trzeba, płaczki przyszły i do niej. On dłonie miał twarde, wprawne do kosy, dłuta i brzytwy. Z natury unikał popich czap i białych kitli. Przeczuwał, że mają na sprzedaż śmierć na raty (kredytom nie ufał). Wyznawał starą, dumną wiarę, że nie targujesz się z kimś, z kim nie jadłeś chleba i nie piłeś wódki. Gdy zaproponowali, że wytną mu żołądek, zbył ich i odszedł na własnych warunkach. Ciekawe, czy na przekór różnym obrządkom spotkali się znowu. Poezja 7 Sergiusz Mizera PARUZJA Mówią, że masz tu wrócić. Przyznaję, że bez tego niewiele by było z całej naszej nadziei. Mówią, że kiedy wrócisz, skończy się trójpodział na nas, ich i Ciebie. A jeśli ktoś się pomylił w tłumaczeniu tych kilku najważniejszych słów? Może jesteś tu gdzieś, niesiesz ciężkie zakupy, a ręce już nie te? Potrzebowałeś usłyszeć „dzień dobry”, właśnie ten jeden raz? Patrzę po ścianach, bo nie wiem gdzie mam patrzeć. Co jeśli z tych obrazów, żaden z nich to nie jesteś Ty? Płynie jazz. Może już odetchnąłeś po tym całym bólu, który Cię spotkał? Znowu burza za oknem. Czy w ogóle o tym da się zapomnieć? Widzisz czasem twarze tych sukinsynów, jeśli mogę zapytać? Chciałbym z dobą pójść na piwo, chociaż w ogóle nie piję piwa. Może być whisky, ale nie ta zupełnie gorzka. Powiedz, że za moje bolało Cię trochę mniej. Proszę. Albo wiesz, nie przychodź jeszcze, nie pukaj. Nie wiem, czy jestem gotowy. Może nigdy nie będę? Czy to dlatego nie przychodzisz? Kwidzyn, 27.12.2017 r. 8 Poezja (NIE)MY A może to zawsze tak miało być. Mieliśmy iść koło siebie, ale nie razem. I dojść, może w jedno miejsce, ale w innym czasie. Może zawsze miałaś mi napisać, że po tylu latach... Opowiedzieć jak spędzasz urodziny -tylko kilka osób, w miłym miejscu i, że wciąż nie pamiętam kiedy, kto. A w końcu, nieco wycofana, zawstydzona wszystkim, co nigdy się nie wydarzyło, powiesz mi, że on ma na imię zupełnie nie jak ja. I może przyznasz ile razy jeszcze śniłem ci się w tamte dni, a ja zdradzę, że myślałem o tym wszystkim. Ostatnio nawet częściej, zwykle po pierwszej, ale przed trzecią. Tak wiele, Kochana, w tym wierszu rozczarowań, ale mimo to jesteś. Wolna, zagubiona -wciąż tak trudno to rozdzielić. I szczęśliwa. Czyż nie na tym mi zawsze, poza wszystkim, zależało? Nie na tym? Chociaż to nie mój raj. Proza Andrzej Kasperek BUKOWINA Dla Romana Starość — to wioska Pożegnalna, To Zapomnicha, Zarośnica, To Umęczonna, to Bezżalna I nie daj Boże — Samotnica. Eugeniusz Jewtuszenko „Metamorfozy” (przełożył Jarosław Iwaszkiewicz) Nocny pociąg do Krakowa przyjechał jak zwykle za wcześnie. Żeby choć raz się spóźnił! Żeby dotarł na Dworzec Główny choć o 6 lub 7 rano a nie o 4 z minutami. To przecież była godzina wilka, kiedy pasterze przysypiają nad dogasającymi ogniskami a wilki czają się, żeby dorwać się do opuszczonych stad. Pora koszmarów sennych i lęków u tych, którzy spać nie mogą. Pozostawało ją przeczekać, wypić coś w bufecie, dojeść kanapki. Najtańsza herbata marki ulung smakowała okropnie, ale była przynajmniej gorąca. Nie mógł uwierzyć, że ma jeszcze sześć bułek w plecaku. Gienia, siostra mieszkająca w Bydgoszczy, do której wpadł na kilka godzin po drodze, zrobiła mu chyba tuzin buł, każda starannie zawinięta w papier śniadaniowy, z wędliną, serem, pasztetową. Zjadł dwie i wtedy zobaczył wzrok tego faceta. Był to typowy menelik z Plant, który schronił się przed zimnem na dworcu. Wpatrywał się w te kanapki jak wygłodzone zwierzę. Oczy mu łzawiły. Podszedł do żebraka i podał mu torebkę z bułkami. Biedaczyna nie mógł uwierzyć, dwa razy spytał: — To la mnie? — i dodał: — Ale pan będziesz głodny, nie żal panu? Takie dobre bułeczki. Powoli rozwijał brudnymi paluchami biały papier, patrzył na pieczywo jakby to była hostia, z nabożeństwem włożył do ust, odgryzł kawałeczek, przymknął oczy i przeżuwał wolniutko, rozcierał językiem jak poświęcony opłatek starannie, ażeby smak mógł dotrzeć do receptorów i do mózgu, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Pociąg do Zakopanego odjeżdżał koło 6. Usiadł na ławce koło wielkiego kaloryfera i zasnął. Jakby go ścięło, po prawdzie w przepełnionym pociągu ledwie zmrużył oko. Facet spod okna tak chrapał, że o spaniu nie było mowy. Przespał swój pociąg. Powlókł się na PKS, ale biletów już nie było. Dopiero na popołudniowe kursy. Kupił bilet do Bukowiny Tatrzańskiej. Kombinował, że stamtąd już niedaleko i jakoś się do Zakopca dostanie. Miał dwie godziny czasu. Krakowski Rynek był pusty i hulał po nim wiatr. Jakie tam „hulał”? Piździło jak w Kie-leckiem. Przed drzwiami Kościoła Mariackiego stał podpity facet w stroju krakowskim i podpierał się wielkim kijem, na który wraził buraka pastewnego. W bulwę powtykane były pawie pióra. Handlowiec z Bożej łaski zagadnął: — Pióreczko pan kupi! 10 Bukowina Nie było w tym żadnej zachęty, żadnego starania, przypominało to raczej katarynkowy refren zakończony głośnym czknięciem. Pióra były powtykane byle jak, niektóre wiatr powyginał zbyt mocno, kilka było nadłamanych. - A ten towar niepełnowartościowy to po ile? - zapytał tylko po to, żeby coś powiedzieć. Sprzedawca spojrzał nań z niechęcią i warknął: - A idzże ty ciulu. Znowuż sakramencki bajok ze Zwierzyńca... Nie wiedział, czy ma się obrazić czy nie; machnął ręką i odszedł w stronę Sukiennic, przy których zmumifikowane kwiaciarki usiłowały zasłonić goździki i róże przed wichrem. Miał sporo czasu do odjazdu pekaesu. Zaportkowane w kieszonce zwanej kondomówką (choć niektórzy upierali się przy wersji: „kondonierka”) tysiąc złotych na czarną godzinę nie przestawało kusić. A co tam, raz się żyje - pomyślał i wszedł do restauracji Hawełka. Wiedział, że tu drogo, ale myśl, że będzie mógł opowiadać kumplom, jak to popijał okocimia w Hawełce, była bardzo kusząca. Mimo wczesnej pory, bo jeszcze hejnału nie zagrali z wieży, kelnerka wyganiała przy użyciu ścierki jakiegoś pijanego i pewnie pozbawionego gotówki klienta. Ten niezdarnie bronił się przed jej razami jakby oganiał się przed namolną muchą i mamrotał coś pod nosem. Za to ona całkiem wyraźnie artykułując żegnała go słowami, prawie dokładnie tymi, które przed chwilą usłyszał: - A idzże ty ciulu sakramencki ze Zwierzyńca! Pomyślał, że chyba jednak facet od pióreczek go obraził. Ale nie chciało mu się tam wracać. I po co? Żeby mu odpyskować? Rozsiadł się w cieple stylowego wnętrza, którego chyba nikt nie odnawiał od czasu premiery „Wesela”, i poprosił o piwo. Pani z obsługi nieufnie oglądała nowego konsumenta, jakby bojąc się o jego wypłacalność. W końcu nie najmowała się do tej roboty po to, żeby tarmosić się z nieuczciwymi klientami. Po chwili wpatrywał się w okrągłą etykietę. Para w ludowych strojach trzymała się za ręce a pod nią pysznił się napis: „O.K. BEER. OKOCIM. FULL LIGH T”. Gapił się jakby miał przed sobą Świętego Graala a nie kawałek lichego papieru naklejonego na brązową butelkę. Przypomniał sobie jak rok wcześniej pół Gdańska tłoczyło się na Długim Targu przed hotelem Jantar, w którym nagle wybiło źródło piwa okocimskiego. Skąd i dlaczego, nikt nie wiedział. Najważniejsze, że kontyngent hotelowy był duży i przez kilka dni każdy chętny mógł pić normalne piwo a nie te szczyny z browaru we Wrzeszczu. Niestety, w połowie lat 80. takie cuda zdarzały się rzadko... Piwo rzeczywiście było OK. Zamówiłby jeszcze jedno, ale reszta wydana z tauzena (kelnerka nader roztropnie zainkasowała natychmiast należność) nie była zbyt wysoka. Koniec szaleństw! Chciał przecież spędzić tydzień w górach a kompletnie nie wiedział, gdzie i za ile uda mu się wynająć kwaterę. A jednak zupełnie lekkomyślnie zamówił jeszcze jednego bro-wara. Zaszalał, bo uznał, że zaoszczędzi, bo pierwszą noc uda mu się przekimać u Mirusia. W pekasie ścisk był wielki, ledwo udało mu się wcisnąć. Usiadł obok baby z koszem jaj, która nie przestawała się kokosić, szeptała właśnie do człowieka w jesionce w jodełkę: - Panie, Bujaka wsadzili, szwagier wczoraj we dzienniku usłyszał. Andrzej Kasperek 11 — E tam, guzik prawda! Zbyszka nigdy nie złapio... A pani to czemu te jajka z miasta na wieś wozi? - Bo w mieście tańsze. A moje kury sie nie nioso, bo chłop poszedł na jesieni do młyna śruty uśrutować, ale przepił i zboże, i pieniądz uszykowany dla młynarza. Skaranie boskie z tym chłopem. Trzy dni balował. Bajo bongo. A po prawdzie to menda. Menda i tyle. Nawet o dzieciakach nie pomyślał. — Pani tak lepiej o ślubnym nie gada! — mitygował podróżny. Wyobraził sobie, że mogło być inaczej. Mężczyzna dźwiga worek. Do domu od młynarza. Może ma trochę grochu w kieszeniach marynarki. Tej od ślubu na całe życie. Patrzył na tych pasażerów i pomyślał, że tak samo ubrani byliby dziesięć a nawet dwadzieścia lat temu. Polska prowincja była całkowicie odporna na wszelkie mody, w zasadzie trwała poza modą. Te sfatygowane jesionki, poprute kożuchy, wyślizgane ze starości marynarki, wyblakłe od prania chuściny mogłyby świetnie zagrać w jakimś filmie wojennym ku radości kostiumologów i uldze producentów... A od wojny minęło przecież czterdzieści lat. Takie stroje dominowały w tym rozklekotanym sanie, który dawno powinien już pójść na złomowisko. Gdzieniegdzie tylko wykwitał kolorowy strój jakiegoś warszawiaka, który wybrał się na narty w kurtce Rossignol lub Atomie. Skąd oni w ogóle brali takie kolorowe cuda? Gdzie je sprzedawano? Chyba tylko w pewexie. Autobus wlókł się strasznie, droga była ledwo odśnieżona. Na zakrętach trzeba było zwalniać, bo nikt tu nigdy asfaltu nie posypał i ślizgawica była okrutna. Babina drżała, że jaja pobije i przytulała kosz do swego wydatnego biustu, jakby tam, już wyklute, kogutki i kokoszki wiozła. Gapił się za okno, na całej połaci leżał śnieg; słońce świeciło pięknie, widok ośnieżonych poboczy i drzew pokrytych białym puchem był bardzo przyjemny. Ale w nim wcale dobrych wspomnień nie wywoływał. Dwa lata temu też był piękny śnieg, biała droga przez las z Kartuz do S. wywoływała skojarzenia z filmowymi obrazami kuligów. Ale wspominał ją jak drogę przez mękę. Kiedy wyszedł z obozu dla internowanych nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ewa go zostawiła, nie była jak te żony zesłańców czekające na nich w czarnych sukniach. Kumple opili jego wypuszczenie, ale jakoś nie kwapili się, żeby coś mu zaproponować. Żadnego drukowania, żadnego jeżdżenia po bibułę. Niby to rozumiał, ale czuł się licho. A jeszcze pani z dziekanatu poinformowała go, że będzie musiał powtarzać rok, bo tych kilku miesięcy nie da się nadrobić. Kiedyś wybrał się do Oliwy do punktu wydawania darów przy katedrze. Liczył, że dostanie jakieś ciuchy z „unry”, stare były już do niczego, a na nowe nie miał forsy. Nie będzie przecież prosił rodziców. Co to, to nie. Czekał cierpliwie w długiej kolejce wśród staruszków i kobiet z dziećmi. Okazało się, że ten ktoś od rozdawania zgubił klucz, wszystko trwało i trwało... Zaklepał kolejkę i wyszedł zapalić. Potem z nudów wszedł do katedry, słońce zaświeciło przez okrągły witraż i snop światła zalał podłogę. Wzrok mimowolnie powędrował za światłem i zatrzymał się na konfesjonale; zasłonka była odsłonięta, ksiądz spał w budce niczym strudzony dróżnik. 12 Bukowina Ile to lat już się nie spowiadał? Wiara jego osłabła, w zasadzie jej malutki płomyczek ledwo trwał, brakowało byle powiewu, żeby ją zdmuchnąć. I nawet jeśli kiedyś zdarzyło się, że w Wielki Piątek żarł kiełbasę i chlał wódę, to nie było w tym żadnego bluźnierstwa, raczej zwykła obojętność. Po prostu zaprosił go kumpel a on nie odmówił. Nie chodził do kościoła, nie miał tam żadnego interesu. Ostatni raz do Biblii zajrzał na pierwszym roku studiów w trakcie pisania pracy zaliczeniowej ze staropolskiej. Już nawet rodzice nie robili mu wymówek, że w trakcie wizyt w domu nie chodzi na niedzielną mszę. A teraz nagle podszedł do konfesjonału, przyklęknął, chrząknął i rozpoczął frazą zapamiętaną z nauk przed pierwszą komunią: - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ostatni raz u spowiedzi byłem... Chwilę się zawahał, już chciał podnieść się z klęcznika, ale wyszeptał: - ...osiem lat temu. Pokutę odprawiłem. Postanowienia nie wykonałem... - Ile lat? - spytał wyrwany z drzemki ksiądz. Od razu odezwał się w nim złośliwy chichot: „A co? Głuchy jesteś katabasie? Zbyt brudne ucho spowiednika?”. Jednak powtórzył spokojnie: - Osiem lat. Obraziłem Boga grzechami następującymi... Po tej spowiedzi coś się zmieniło. Sam się sobie przyglądał ze zdziwieniem. Coniedzielne wizyty w kościele, przystępowanie do komunii... Jeszcze trochę i zacznie się umartwiać. Choć nie. O to już zadbała komunistyczna władza. Jadł mało, bo niewiele dawało się kupić albo nie chciało mu się wystawać godzinami w kolejkach. A biczować się nie zamierzał, pałowanie także załatwiła mu władza, dobrze zapamiętał razy od zomowców. I wtedy pojawił się pomysł porzucenia studiów na UG i wstąpienia do klasztoru albo seminarium. Zaszyć się w jakimś Tyńcu lub Szczyrzycu, taka myśl mu się podobała. Jednak pociągało go bardziej wychodzenie z dobrą nowiną do ludzi, a to obiecywało seminarium duchowne. Pewnie mamie by się podobało, pomyślał. Ale pomylił się, matka wcale nie była zachwycona jego pomysłem. Po prostu przyjęła go do wiadomości, jakby to było coś zwyczajnego, czuł się wręcz urażony, bo jakże to tak? Jakieś porzekadło wypowiedziane półgębkiem: „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”. Tylko tyle? Czuł, że klamka zapadła. Może to nuda powtarzanych zajęć na trzecim roku i chęć odmiany a może naprawdę było to nawrócenie? Poczuł powołanie, jakby usłyszał: „Mateuszu, twoja kolej!”. Nie podnosił głowy, zastygł nad pulpitem w czytelni, z palcami wbitymi w twardy blat. Tkwił tak i gapił się na duży napis SILENTIUM a myśl o seminarium nie opuszczała go. Wsiadł do tramwaju, od uniwersyteckich akademików do seminarium duchownego w Oliwie miał raptem kilka przystanków. Długo przekonywał, żeby mu dano szansę, żeby dopuszczono go do studiowania, mimo słabej opinii od proboszcza. Odpowiedział, jak umiał, na pytanie: „Czego szukasz?”. Tłumaczył, że to przecież nie oni go wybrali, ale on ich wybrał. Nie powinni więc go odpychać. Od czasu aresztowania w stoczni na początku stanu wojennego nie rozstawał się z małym wydaniem „Ewangelii według św. Mateusza”. Była niczym talizman. Teraz szukając argumentu zacytował: „Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych”. Księża popatrzyli na siebie, potem powoli przenieśli wzrok na niego. Andrzej Kasperek 13 Jakby to była jakaś wyuczona choreografia. Dostał zgodę. Poczuł ulgę, ale niepokój go nie opuszczał. Zastanawiał się czy jest szczery, czy to tylko jakaś zmyłka, samooszukiwanie. Kolejny sposób na zasypanie ziejącej w nim wielkiej ciemnej dziury. Ta milcząca czarna otchłań przerażała go w czasie bezsennych nocy. Dziwnie się czuł wśród tych świeżych maturzystów, jasnych twarzyczek pokrytych puszkiem zarostu i śladami trądziku młodzieńczego. Postanowił się nie wywyższać, mało o sobie mówić, okazywać posłuszeństwo, skromność, pilnie czytać, modlić się... Chciał, aby to nie była wiara dziecinna, krucha i lękliwa, ale żeby była silna niczym opoka, mocna formacja, która wytrzyma wszystko. Był najstarszy wśród kolegów kursowych i patrzył na nich trochę z góry, wstydził się tego, próbował się bratać, ale kilka lat różnicy w tym wieku to bardzo dużo. Oni wszyscy chcieli zostać księżmi od dziecka, byli ministrantami, chodzili na pielgrzymki, a nawet odprawiali niby msze z użyciem misiów i zachwyconych babć w roli ludu Bożego. A on co? Wiecznie zbuntowany, po bierzmowaniu poza Kościołem, niepraktyku-jący. Cóż, tłumaczył sobie, że Szaweł, że Mateusz, że... Minął pierwszy semestr i rektor ogłosił, że klerycy rozjadą się po diecezji zbierać na tacę, czyli kwestować. Adresy parafii rozchodziły się od najwyższego rocznika. Starzy klerycy i diakoni wybierali te najlepsze, najbogatsze, gdzie proboszczowie gościli młodych jak rodzinę. Skąd wracało się z pełnym mieszkiem i plecakiem wyładowanym swojską kiełbasą, wędzonym węgorzem i butelką dereniówki. On w swej naiwności sięgnął po ostatni adres i nie dostrzegł złośliwych uśmieszków kolegów. W książce adresowej nazwa parafii w S. była podkreślona czerwonym flamastrem i opatrzona wykrzyknikiem. Obok zapisano ostrzeżenie: „Uwaga, nie dzwonić. Jechać prosto na mszę. Proboszcz F*** bardzo niesympatyczny”. Jakiś złośliwy kleryk dopisał ołówkiem: „kutafon”. To wszystko nie obudziło jego czujności. Znajdował się w stanie jakiegoś wyjątkowego oczadzenia, jakby wszedł w chmurę, w której inaczej się myślało, czuło, a nawet działało. Zadzwonił, żeby się umówić i zmroziło go, bo zaraz, kiedy się przedstawił usłyszał w słuchawce: - A ty spierdalaj! Po chuj będziesz mi tu przyjeżdżał. Tyś złodziej, wy mnie okradacie z pieniędzy, wy kurwy oliwskie! Nie przyjeżdżać mi tu! Won mi! Tego się nie spodziewał. I co tu robić, poskarżyć się rektorowi? Przecież to dziecinne, wyjdzie na słabeusza. Kiedy wysiadł na dworcu w Kartuzach było minus 20 stopni. Naiwnie miał nadzieję, że stacyjny termometr się popsuł, pewnie pamiętał jeszcze Adolfa albo nawet Wilhelma. Ale pierwszy haust arktycznego powietrza uświadomił mu, że stary przyrząd działa wciąż dobrze. Spytał kolejarza o dojazd do S. Ten skierował go na przystanek PKS. Na rozkładzie okazało się, że jest tylko jeden autobus poranny, ale w niedziele nie kursował a drugi około szesnastej. Jacyś dobrzy ludzie pokazali mu jak iść i wyruszył. Dziewięć kilometrów, z czego pięć przez las. Droga zawiana, nikt tam nie jeździł, przez te upiorne trzy godziny przedzierania się nikt go nie minął, żaden traktor, łazik leśniczego, chłopska furmanka. Niedziela, trzeba siedzieć w domu a nie wałęsać się. Mróz nie odpuszczał, koło nosa wisiały zamarznięte gilony, palców nie czuł, rękawiczki były liche, kurtka też wiatrem podszyta. Kiedy doszedł do kościoła było koło ósmej. Dowlókł się do plebani i zakołatał do drzwi, 14 Bukowina po dłuższej chwili pojawił się jegomość w barchanowych kalesonach i rozciągniętym podkoszulku wątpliwej czystości, podartym na brzuchu. Spojrzał na niego spode łba i wyrzucił nienawistnie: „Mówiłem jemu, żeby nie przyjeżdżał. Czy nie mówiłem? Tam jest kościół, msza za godzinę. O dziewiątej niech czeka, jak już jest”. Przeleciało mu przez myśl, że pleban chyba nie zamknie mu drzwi przed nosem. Zamknął. Łaził koło kościoła, oglądał czerwoną cegłę i duże kamienie podmurówki, studiował budowę wieży. Wtedy podeszła kobieta, spytała, co tu robi i pokiwała głową: - Nasz ksądz je dobri. Chto na ksądza wiele szczęko, nen gó prze smierce sa nie doczekó. Zrozumiał tylko, że dla Kaszubów wyrzekanie na swoich kapłanów jest niedopuszczalne. Zaprosiła go do domu, poczęstowała drożdżowym kuchem i herbatą. Niestety, jej słowa o dobroci proboszcza nie znalazły potwierdzenia. Najpierw domagał się, żeby kleryk wygłosił kazanie, potem zabronił mu chodzić z tacą, a na koniec ozięble pożegnał, a grosza żadnego nie dał. Dobrze chociaż, że ktoś ze wsi odwoził do miasta syna będącego na przepustce z wojska, zabrał się z nimi. Przez całą drogę milczał. Zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby pójść w kamasze do LWP niż z takimi ludźmi jak ten ksiądz mieć do czynienia. Swą wyprawę przypłacił grypą. Leżał prawie trzy tygodnie w infirmerii. Opieka była, ale troski żadnej nie czuł. Zaglądano do niego raczej z obowiązku, w ogóle panował tu zimny wychów. Dużo myślał o tym księdzu i zaczynał go nawet rozumieć. Parafia była biedna, na tych piachach, na tych polach, które rodziły więcej kamieni niż zboża, nie można było się dorobić. To nie była św. Brygida w Gdańsku. Jaka parafia taki ksiądz. Ale dlaczego był taki ordynarny, chamski, bez współczucia, przepełniony żółcią? Nie chciał być taki. Wymyślił siebie jako ciepłego, empatycznego kapłana idącego do ludzi z dobrym słowem. Taki Popiełuszko... Czy był zbyt naiwny? Może zanadto idealistyczny? Teraz okazało się, że wiara dziecinna padła na progach wiejskiego kościółka. I dlaczego? Bo ksiądz proboszcz nie witał go chlebem i solą, nie wyjechał po niego autem na dworzec? Sam na siebie był zły. To chyba nie był zbyt szczęśliwy pomysł. To nie było tak, że się obraził — na Pana Boga, na księdza rektora, na tego wrednego księdza... Raczej było tak, że się przestraszył, że za ileś lat będzie taki sam - jak ten, egoista o twardym sercu; żaden tam zimny drań, raczej samotny klecha wśród bojących się go parafian. I tego się przeląkł. Wiedział już, że nic tu po nim. Wiedział też, że płakać po nim nie będą. Może to i lepiej. Dziekan na Wydziale Humanistycznym przyjął podanie bez komentarzy. Dla niego nie był żadnym synem marnotrawnym, był tylko zagubionym dzieciakiem, któremu stan wojenny zwichnął osadę skrzydeł i nie wiedział, gdzie i jak lecieć. Kończył studia, zbierał zaliczenia i wpisy do indeksu. W końcu została mu tylko praca magisterska i bilet do wojska. Bo ludowa ojczyzna natychmiast sobie o nim przypomniała. Przed sobą miał jeszcze trochę wolności — dopiero 3 maja miał się stawić w Szkole Podchorążych Rezerwy w Centrum Szkol. Ofic. Polit. w Łodzi. Tak napisano na powiestce. Pomyłka albo szyderstwo czy złośliwość jakiegoś trepa z WKU - skierować go do czerwonej szkółki janczarów. Jezu!!! To chyba była kara za porzucenie seminarium. Tak czasem myślał pogrążony w desperacji. Miał jeszcze kilka tygodni, w zasadzie nie rozumiał, dlaczego nie wzięli go od razu w kamasze. Kończył pisanie magisterki, profesor Janion z wyrozumiałością przyjmowała wszelkie opóźnienia, nie beształa, nie piorunowała spod wysoko uniesionych brwi, nawet jej stento- Andrzej Kasperek 15 rowy ton gdzieś zniknął. Ona także patrzyła na tych swoich studentów z gdańskiej reduty z wyrozumiałością, a nawet miłością. To nie ona wysyłała ich na barykady, choć niektórzy obarczali ją za to odpowiedzialnością, mówili, że namieszała im w głowach. Zawsze ta sama śpiewka o jej wampiryzmie, opowieści dziwnej treści, że Janionówna (niektórzy ortodoksyjni poloniści ze względu na jej stan cywilny upierali się, żeby używać tej archaicznej formy) to wampir, który tylko czyha na naiwne duszyczki, aby je omamić i wyssać z owych istotek wszystkie soki, całą ich młodzieńczą świeżość, ich odkrywcze pomysły oraz dziewicze interpretacje... Albo zatruć, powolutku sączyć truciznę, aż wpojona im idiosynkra-zja do socjalistycznej ojczyzny powiedzie ich na barykady... Dobrze wiedział, że nie była współczesną odmianą Erzsebet Bathory. Inna sprawa, że w grudniu roku pamiętnego wielu jej studentów poszło do Stoczni Gdańskiej, która stała się wówczas prawdziwą redutą. Przypominał sobie te wyjazdy do Warszawy, kiedy Profesor dla swych „spółuczniów”, studentów i współpracowników organizowała dalszy ciąg seminariów, które na UG zostały zawieszone. W jej zapchanym książkami i papierami mieszkaniu na Niemcewicza kilka osób spotykało się jak na tajnych kompletach. Czuli się wyróżnieni. Ale najważniejsze było to, że ich mózgi mogły pracować na najwyższych obrotach. Po to się tam przyjeżdżało. Profesor nie stosowała nigdy taryfy ulgowej. Do zajęć trzeba się było dobrze przygotować. Jak zwykle. Bo jedną z najcenniejszych rzeczy, którą każdy z nich wyniósł z tych spotkań, był etos pracy. Bez użalania się, że ZOMO, że ciężko, że zwolnili z pracy, wyrzucili ze studiów, aresztowali. Te colloquia... Cholernie brakowało mu tych spotkań, szczególnie teraz, kiedy wszystkich spowijała jakaś dusząca mgła, jakiś smog, który osłabiał i sprawiał, że (mówiąc Witkacym) głębię metafizyk wypierała dowolna namiastka; wszyscy chodzili jak podtruci, zniknęła energia i entropia zdawała się triumfować. Właśnie dlatego jechał w góry, bo tam zawsze łapał energię, jakby górski wiatr duł prosto pod jego skrzydła. Na to liczył i tym razem. Wysiadł koło Klina, zakrętu na drodze do Poronina, który kiedyś musiał wytyczyć jakiś kompletnie pijany CK geodeta, bo wykręcić tam było nie lada sztuką ... Poszarpany od wiatru i starości rozkład jazdy PKS obwieszczał, że do Zakopanego będzie mógł dojechać, ale dopiero za dwie godziny. Nie miał przy sobie ciężkiego bagażu, ale i tak perspektywa łażenia na mrozie bez celu nie była kusząca. Kompletnie nie miał pomysłu, co ze sobą zrobić. Nagle usłyszał góralską muzykę. Zobaczył odświętnie odzianych górali — na koniach, na saniach, muzykanci wywijali smyczkami, kobiety wystrojone, kwiaciaste chusty je skrywały, konie wypucowane, czaprakami okryte, jakieś pompony im poprzyczepiano, janczary pobrzękiwały. Pomyślał, że to kulig. W końcu była pora karnawału, ale nie dostrzegł żadnych turystów. To dla kogo ten orszak? Jechał w stronę kościoła. Trzeba to zobaczyć, trochę folkloru i to za darmo, szkoda nie skorzystać. Namacał w plecaku aparat fotograficzny Practica - pamiątkę pracy na obozie OHP w DDR. Zastanowił się, czy załadował kliszę. Przed wyjazdem kupił enerdowską ORWO, innych nie można było dostać. Kiedy przyszedł pod kościół towarzystwo właśnie wysiadało. To był ślub. Nie połapał się od razu, bo para młoda nie była ubrana w czerń i biel — wystąpili w góralskich strojach, które tu ciągle jeszcze nie były cepeliadą, tylko wciąż czymś autentycznym, choć odświętnym. Wyjął aparat, światło było niezłe. Niebo bez chmur, mróz, świetna przejrzystość powietrza, 16 Bukowina jak na luty idealnie. Może to jest właśnie ten magiczny moment czy decydujący moment, o którym kiedyś opowiadał mu Witek, świetny fotograf. Pokazywał mu fotografie jakiegoś Francuza, ponoć znanego, i tłumaczył na czym to polega. Szczególnie utkwiło mu w pamięci zdjęcie małego urwisa niosącego z dumą dwie wielkie flachy wina, pewnie dla tatusia. Miejscowi tak przywykli do wiecznie kręcących się tu ceprów, że nie zwracali uwagi ani na niego, ani na jego aparat. W powietrzu czuć było zapach drewna, skóry i wosku. Przez skromne witraże wpadał blask prawie nierzeczywisty i oświetlał piękną polichromię, odbijał się od złoconych aniołów i mosiężnych lichtarzy. Jasna cucha i portki pana młodego, biała spódnica panny młodej, komeżka ministranta przyciągały światło i jaśniały jakby je ktoś podświetlił. Dość ciasne i mocno zapchane przez weselników wnętrze zalało światło. Patrzył na nowożeńców. On był nieco starszy, o urodzie prostej, twarz miał trochę smutną, zafrasowaną a może po prostu był przejęty i myślał, co też mu ten dzień przyniesie. W prawej ręce trzymał zapaloną gromnicę, a w lewej ściskał książeczkę do nabożeństwa. Ona klęczała przy osobnym klęczniku, też ze świecą, przystrojona w długaśny wianek, w półkożuszku. Ładna, ale także zatroskana, jakby to małżeństwo było wielką niewiadomą. Choć po prawdzie każde małżeństwo jest hazardem... Kręcił się bezceremonialnie wśród gości starając się złapać to jedno ujęcie, ten decydujący kadr. Ale to były czasy, kiedy o rezultacie swych wysiłków fotograf mógł się przekonać w najlepszym wypadku dopiero nazajutrz. Stać go było tylko na kliszę z 24 klatkami, mu-siał zastanawiać się za każdym pstryknięciem, patrzeć na kadr, zerkać na światło, a do tego uważać, żeby się nie potknąć. Z tego wszystkiego o mało co nie przegapił autobusu. Mirek przyjął go gościnnie, jak zawsze. Kiedyś pod Tatry przywiały go interesy. Jakie? Bóg jeden wiedział, nigdy nie mógł nadążyć za jego branżami, bo był wielobranżowy. Kolorowe szmaty zwane letnimi sukienkami, dzianiny, gastronomia, kopalnia kruszywa, hodowla pstrągów... Teraz urządzał pokazy filmowe, puszczał w ośrodkach FWP, pensjonatach i świetlicach zakładowych filmy z Brucem Lee. Dało się z tego wyżyć, a i na gorzałkę starczało. Właśnie dopijali połówkę Balticu w kanciapie domu kultury. Kumpel zaciągnął go tu, bo chciał dogadać kolejny pokaz, po niedzieli miał tu wyświetlać „Wściekłe pięści”. Kierowniczka kazała im poczekać. Miała ważną imprezę na głowie. W Zakopanem odbywał się przegląd twórczości amatorskiej MSW. Na estradzie produkowały się chóry z jednostek Milicji Obywatelskiej, kabarety złożone z członków ZOMO, śpiewały kuplety szparkie sekretarki z komend powiatowych. Bareja by tego nie wymyślił. Podglądali przez małe okienko, ale na szczęście dochodziły do ich uszu tylko strzępy słów i fragmenty przaśnych melodii. Okno na salę było zamknięte, ale i tak docierały do nich gromkie słowa i kategoryczne stwierdzenia obwieszczające, że socjalizmu trzeba bronić jak ojczyzny albo znowuż jakieś infantylne zapewnienia, że: „Niech tam kto mówi co chce A my wiemy, że w MO nie jest źle Niech tam kto mówi co chce W milicji wcale nie jest źle Komputery tego nie wyliczą Jaką MO poi nas słodyczą...” Andrzej Kasperek 17 Ledwo się powstrzymał, żeby nie wychylić się z tego luftu i ryknąć: „Krwi się zachciało słupskim bandytom. To partia strzela do robotników, Janek Wiśniewski padł!” - W tych warunkach nie można pić — stwierdził kategorycznie Miruś, namacał w torbie jeszcze jedną butelkę, sprawdził, czy jest zakręcona i zakomenderował odwrót. Podeszli do stojącej w kulisach kierowniczki. Mirek nieprzepisowo zasalutował do pustej głowy i zameldował: — Obywatelko kerowniczko, meldujem, że w późniejszym czasokresie bendziem rozmawiać w sprawach ynteresów. Teraz obowionzki wzywajo. Służba nie drużba. Całkiem nieźle podłapał dykcję słyszaną niedawno na scenie. Pani Hania zmartwiła się: — Panowie zaczekają. To pewnie zaraz się skończy. - Zapewne tak, ale musimy niechybnie dostarczyć meldunek i pakunek na posterunek. Rozumie pani, sprawa służbowa. Na pożegnanie zanucili a capella piosenkę Włodzimierza Wysockiego, której chyba zabrakło w programie Festiwalu: „Wiem, że alkohol tej nostalgii nie zagłuszy. Dziś mundur mój to towarzyski zgrzyt. Wypijmy jednak za... funkcjonariuszy... Za tych z milicji nie pije nikt!”. Poczłapali w górę Krupówek, kompletnie pustych, jakby to nie był czas ferii i szczyt sezonu narciarskiego. Parę knajp działało, ale Mirek uznał, że odwiedzą Hawranka, który mieszkał aż przy Bulwarach Słowackiego, rezydował w pięknej willi wybudowanej w stylu witkiewiczowskim. Zastali go już pod dobrą datą, ale co się dziwić. Była sobota, urodziny kota, żal było nie pić. Dzień ten obchodzony musiał być uroczyście. Przy stole siedziało sześć czy siedem osób, posunęli się bez namawiania, zrobili miejsce. Tak to wtedy było, ludzie garnęli się do siebie, chcieli cieszyć się sobą, bo tuż za drzwiami było podle i samotnie. A jeszcze jak znalazł się jakiś wojażer, który umiał opowiedzieć zadziwiająco o barwnych, egzotycznych krajach to wszyscy wpadali w nastrój bajkowy. Już wiedział, co nastąpi. Mirek będzie musiał opowiedzieć o swojej podróży do Berlina Zachodniego. Znał to na pamięć, oni pewnie także nieraz już słuchali tych opowieści o mitycznym Zachodzie, o owej zaczarowanej krainie, która istniała sto kilometrów od zachodniej granicy PRL-u. - Mirek, a kożuchy to tam idą? - dopytywał się jeden z biesiadników. - A po co tam kożuchy?! Wszyscy chodzą w lekkich kurteczkach, bo na metro czy tramwaj nie trzeba czekać. Punktualne co do minuty. — A w sklepach wszystko jest? - Wszystko, to mało powiedziane, tam jest jeszcze o wiele więcej. Chciałem kupić se kalkulator. Wchodzę do takiego wielkiego sklepu. Supermarket na to mówią. Idę, idę. Wreszcie jest napis ELECTRONIC. Wchodzę. Wyjmuję mój stary kalkulator, posklejany plastrem, poobijany, trochę wstyd, ale co tam. A ten sklepowy kiwa głową i otwiera szufla- 18 Bukowina dę; a tam, o Jezu, chyba dwieście takich cacuszek. Kolorowe, małe, większe, tańsze, droższe. I zgłupiałem, uciekłem. Skąd miałem wiedzieć, który wybrać?! Na to dictum wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głowami, żyli w kraju permanentnych niedoborów, taka sytuacja była zupełnie fantastyczna, nikt z nich nie wiedział, jakby się zachował w takich okolicznościach i nikt nie liczył, że dane mu będzie się sprawdzić. — Wypijmy już lepiej, bo szkło nasiąka - doradził ktoś rozsądnie. Rozejrzał się po towarzystwie. Był najmłodszy. Jakoś tak zawsze wychodziło, że podświadomie lgnął do starszych, a oni wcale nie traktowali go jak jakiegoś smarkula. Czy to poważna twarz, czy namysł, z jakim wypowiadał słowa sprawiały, że był jak równy z równymi, mimo dzielących ich dziesiątków lat szybko wypijali bruderszaft, a jak trzeba było skoczyć po flaszkę, to było losowanie, a nie komenda: „No młody, zapindalaj na metę...”. Poza Hawrankiem, który podobnie jak Mirek pochodził z Łodzi i który wsiąkł w Zakopane momentalnie, jak tylko wysiadł z pociągu i zobaczył Giewont, nie znał nikogo. Sami faceci i ona. Kobieta po czterdziestce, ubrana jak narciarka, ale taka sprzed pół wieku: robione na drutach długie wełniane skarpety, sukienne portki ze sznurówkami do pół łydki i biała koszula a la Słowacki. Twarz nawet ładna, choć raczej dla amatorów, ale było w niej coś co przyciągało wzrok. Piękna cera, gładka, jakby wygłaskana, bez zmarszczek, rumiana, choć to może od wódki. Pomyślał, że chyba góralka, bo to one nie musiały używać żadnych pudrów czy różów, cerę zawsze miały cudną. Obecni zwracali się do niej: Staszka. Piła równo z facetami, zagryzała ogórkiem i razowcem ze smalcem. W pewnym momencie po odstawieniu kieliszka łyknęła gorącej herbaty i zaśpiewała: „Garną chłopcy, garną Za dziewcyną swarną Obiecała a nie dała Chusteckę jedwabną. Obiecała a nie dała Chusteckę jedwabną. Łooo... Kiej bym chłopca miała Łooo.. Wszyscy zamilkli. Słowa były niby dziarskie, zawadiackie nawet, ale w tym śpiewie było tyle smutku. Jakiś jęk dawny, jakaś utrata były wpisane w te proste zdania, które teraz czysto zaśpiewane łapały za serce. Aż śpiewaczce przy kolejnym: „Łooo...” zaszkliły się oczy. — To od wódki. Mocna jucha! - mitygowała się. Wyszedł do przedpokoju, poszukać w kurtce fajek. Hawranek stanął koło niego i zagadał: - I jak ci tu Jędruś? Kcesz pod Tatry? — Tylko bez chamstwa i góralskiej muzyki. Ty już po góralsku zaciągasz? - E to tylko dla znajomych taka mała cepelia, dla picu. - Co to za kobita? - spytałem. Andrzej Kasperek 19 — A inni goście cię nie interesują? — udawał zdziwienie. — Stoszka to niezły oryginał. Nosi się po swojemu, myśli po swojemu. Najważniejsza dla niej śleboda, czyli wolność... —To tak, jak dla nas. Nie? Ty też tego tu szukasz. Bo po co ci było siedzieć pół roku w śmierdzącym szałasie na Hali Rusinowej i udawać juhasa? — Ej, ej. Miarkuj się. Po pierwsze nie na hali, tylko na polanie. Po drugie nikogom nie udawał. Chciałem poczuć się jak Thoreau, jak on żyjąc w domku w lesie. — I co? Udało się? — Słabo, to jednak nie Walden. Za dużo alkoholu i turystów, za mało spokoju. Wróciliśmy do stołu, miejsce koło Staszki było teraz wolne, wziąłem kieliszek i dosiadłem się. Była swobodna, wręcz obcesowa, jakby uważała, że szkoda czasu na te wszystkie ceregiele i duperele, savoir-vivre’y i bon tony. Że można się zupełnie bez tego obejść. Śpiewała już inną piosenkę; tym razem o Janicku: „Juz wisi Janosik za pośrednie ziebro, Magnaci pytajom, ka złoto i srybro...”. Polał i przepił do niej miejscowym zwyczajem: — Wasze zdrowie! Spojrzała na niego i trwało to trochę za długo, milisekunda wystarczyła, żeby coś się stało. Jeszcze nie wiedział co? Zaczęli gadać, trochę o tym, trochę o tamtym. I nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Staszka rozpięła bluzkę, sięgnęła ręką zamaszyście i wyciągnęła na wierzch pierś. Nie nosiła stanika, bo i po co? — Dotknij, pomacaj se! Twarde, co? Jędrne cycuszki. Nie żadne tam obwisłe cyce jak donice zmarnowane karmieniem bachorów! Złapała jego dłoń. Położyła na swej piersi i zaśpiewała znowu. Tym razem była to Demarczyk: „Wylękniony blużnierca dotulałeś do serca W utajeniu kwitnące te dwie Unoszone gorąco, unisono dyszące Jak ja cała, w domysłach i mgle...” Kurwa! Kurwa! Co ona sobie myśli. Czuł, jak odgarnia jego rękę, która mimowolnie zacisnęła się na twardym cycku. Prawdziwym, przecież wtedy o silikonie nikt nie słyszał. Był foremny i taki do ręki. Czuł jak jego kuśka twardnieje, jakby jakiś nieporuszony poruszyciel zabrał się do roboty. Policzki go piekły, spłonił się, poczerwieniał... A ona śmiejąc się, ale wcale nie szyderczo, tylko raczej szelmowsko, zagadnęła: -Jędrusiu, Jędrusiu, cóż ci po cycusiu? Kcesz pocmokać? Naści... I znowu zapiała, jakby miała piosenkę na każdą okazję: „Jędrusiowa dola, Partyzancka dola, Będzie lepiej, pociesz się! Skwar, spiekota, upał, kurz, Idziesz, saaapiesz, ano cóż?” 20 Bukowina Czuł się jak bohater „Amarcordu” Felliniego, który ciężko dysząc, zmordowany amo-rami, leżał na workach tytoniu w trafice, w której gruba handlarka uraczyła go widokiem i dotykiem swych monstrualnych piersi. I czuł jak on, że nie sprostał wyzwaniu. Ale przynajmniej nie usłyszał złośliwych słów: „Ssij, ssij, nie dmuchaj!”. Został ze wzwodem w spodniach, jak jakiś wioskowy głupek na weselu. Czuł, że zaraz gacie skrochmali albo mu portki trzasną, bo nie było sposobu, by nadętego poskromić guza. Przecież z ręką tam nie pójdzie... Najdziwniejsze w tym było to, że w tej scenie nie było żadnego bezwstydu, Staszka wcale nie zachowała się jak ekshibicjonistka. Było to raczej popisywanie się przed kumplami -jedni popisują się bicepsami lub tatuażem, ona popisywała się cyckami. Bo mogła i miała czym. Całe to zajście nie wywołało zresztą przesadnego zdziwienia, może już nieraz się to zdarzyło. Może to był jej popisowy numer? - Pijem ku tobie! - powiedział doń kompan i mrugnął okiem. Stuknęli się szkłem. Pozwolił mu jakoś wybrnąć z tej cholernie kłopotliwej sytuacji. Poczuł, że czas wracać. Po drodze jeszcze wypili strzemiennego w „Watrze” i powlekli się pod Gubałówkę. Mirek go uspokoił: - Nie martw się, ta pani Stanisława tak zawsze pogrywa, jak pochla. Ale ponoć dziewicą jest do dziś. -Taaa, dziewica! Chyba nowoorleańska - odburknął zrzędliwie. - Idem ku Hance - zdecydował nagle kolega. -Ty się lepiej wyśpij. Jutro pójdziesz. Co się porobiło, że każdy ceper zaraz chciał tu mówić po góralsku. Pomyślał, że trzeba się pilnować, bo to może być zaraźliwe. Bardzo był przepracowany, ale to tym lepiej, powiadał, nie miał czasu na żadne rozmyślania, a wiedział przecież z praktyki, że to do niczego nie prowadzi. W tym roku w liceum prowadził dwie klasy maturalne. Jedna była na poziomie zawodówki. Nie to, żeby miał coś przeciwko takim szkołom, ale tam matury nie zdawano, a tu owszem. Jak było przygotować te dzieciaki zakochane w swoich smartfonach i profilach na FB do egzaminu, wciąż jeszcze oficjalnie noszącego epitet: „dojrzałości”? Nie do nich miał pretensje, ale cały ten system edukacji wciąż nie przestawał go frustrować. Setki poprawionych prac, tony przewalonych papierów, kilometry sprawdzonych i opisanych matur próbnych - to osłabiłoby nawet Herkulesa. Nie mógł jednak przestać wymagać od siebie, choć co roku czuł, że od swych uczniów wymaga coraz mniej. Oni sami i niektórzy rodzice twierdzili, że straszna z niego kosa. Bajki! To co miały powiedzieć roczniki z lat 90.? A do tego jeszcze kilka miesięcy temu przeszedł zapalenie płuc. Sam był zdziwiony jaki był wówczas słaby, jak mucha. Przejście kilkuset metrów do szkoły było wyczynem i zabierało mu mnóstwo czasu. Oddychał jak ryba wyciągnięta na piasek. Była wiosna, powinien już odżyć, odzyskać siły. Jak to szło wierszu Staffa: „Choć smutny, to pogodny jako starcy w sadzie”? Tfu, przecież na wiosnę do sadu wystawiano umierających, wynoszono ich na Andrzej Kasperek 21 łóżkach, bo byli już tacy słabi, że nie mogli chodzić. A tam korzystali ze słońca, podziwiali kwitnące drzewa owocowe i słuchali brzęczenia pszczół. Co do cholery ciężkiej! Przecież nie jestem żaden moribunda. Krwotoki z nosa nie ustawały i zrozumiał, że trzeba pójść do lekarza. Najbardziej lubił mówić „Dzień dobry!” do swego doktora na ulicy, kiedy spotykał go w trakcie spaceru. Teraz jednak musiał się zarejestrować, odczekać swoje i wysłuchać od czekających pacjentów kilku opowieści o chorobach i różnych przypadłościach. — Oj, zajeździli konika, zajeździli — powiedział smętnie doktor A. — Trzeba przyznać, że uczciwie pan zapracował na ten stan... - Jaki stan? — Jaki? Przedzawałowy, drogi panie. Był pan kiedyś na urlopie dla poratowania zdrowia? Nie? To dobrze, dostanie pan bez problemu. -Jaki urlop? Doktorze, przecież ja dwie klasy maturalne mam. Nie mogę ich zostawić. — Może pan nie może, ale oni za kilka miesięcy pana zostawią, opuszczą... — Ale to co innego... — Pozwoli pan, że zacytuję frazę z czeskiego filmu. Tytułu nie pamiętam. Żona mówi tam do męża, który wciąż coś źle robi, bo jest stary, zmęczony i nie wie, co ze sobą począć: „To je debil!”. Niech pan się nie obraża. Ona to mówi z czułością. Co prawda nie jestem pańską żoną, ale myślę, że ona teraz też użyłaby tego zwrotu. Chyba pan go zrozumiał? Czy mam przełożyć? Kwiecień ciągnął się niemiłosiernie. Zima, wiosna, śnieg, słoneczko - klasyka polska. Nie chciało mu się czytać, setki filmów na DVD nie pociągały go. Czemuż te filmy i książki nie przyszły do niego kiedyś, parę dziesiątków lat temu? Wtedy mógłby je odbierać z zachwytem, przeżywać. Dziś była to tylko klasyka. Kupował je za późno, kiedyś nie miał szans, żeby je przeczytać, obejrzeć. Teraz stawiał je na półkę, bo to przecież ten reżyser, ta powieść, ten tytuł! „W drodze” Jacka Kerouaca czy filmy Duśana Makavejeva powinien czytać i oglądać na studiach a nie jako facet po andropauzie. Pomyślał, że chociaż zrobi porządek na strychu, rzecz, którą wciąż odkładał. Nienawidził tego, chory był na samą myśl o robieniu porządków na dysku, nie znosił odkurzania. I to nie dlatego, że był fleją. Wręcz przeciwnie, był pedantem, pyłek kurzu na półkach go wkurzał. Brudne szyby, bałagan, podarte obwoluty na książkach - to wszystko trzeba było wyczyścić, naprawić, uporządkować. To dlaczego tamto go tak mierziło? Nie wiedział, nawet nie próbował tego zrozumieć. Przemógł się. Teraz wyrzucał stare kartony, brudne pluszaki i połamane zabawki, książki, które nadawały się tylko na makulaturę. Sięgnął po kolejne pudło. Było lekkie, zagrzechotało mocno. W środku były dziesiątki plastykowych opakowań ze zwiniętymi kliszami. Na szczęście kiedyś namazał pisakiem na każdej datę — miesiąc i rok. Odkurzył karton, żeby nie zanosić kurzu do domu i zniósł go do mieszkania. Sam nie pamiętał, od ilu już lat do niego nie zaglądał ani nie dokładał nowych błon. Nie, przecież nie lubił tego słowa. Raczej: klisz, słowo błona fotograficzna jakoś mu źle brzmiało. Odkąd popsuł się jego Olympus p[mju:] przesiadł się na cyfrówki, ostatnio w zasadzie robił zdjęcia już tylko smartfonem. I tak były o niebo lepsze niż te ze starego, bo kilkuletniego, aparatu Sony. Kiedy zauważył, że na dysku komputera folder DO SELEKCJI rozrósł się 11 Bukowina do gigantycznych rozmiarów stwierdził, że nigdy nie da rady tego posegregować i usunąć niepotrzebnych zdjęć. Musiał przemyśleć sprawę nieustannego bezmyślnego pstrykania. Widział to wciąż koło siebie — selfi, zdjęcia na koncertach, w restauracjach, w parkach, w pociągach, w kościele... Niekończący się trzask migawek. Pstryk! Pstryk! Te słabe zdjęcia nie lądowały w koszu, leżały bezużyteczne na dysku, rzadko kiedy przenoszono je na papier. Kiedyś cena i ograniczona ilość klatek zmuszały do zastanowienia i wyboru, dziś to się kompletnie nie liczyło. Darmowe fotki były najczęściej robione niechlujnie. Ludzie zamiast koncentrować się na przeżywaniu i cieszeniu chwilą zamienili się pstrykaczy. Patrzył na pudło, otwierał opakowania, wyjmował klisze, spoglądał pod światło. Ogarniało go wzruszenie i śmiech, kiedy patrzył na te tureckie swetry i papuzio kolorowe bluzy. I pomyśleć, że on także w czymś takim chodził. Szukał najstarszych pudełeczek. Zatrzymał się nad jednym z napisem: 1985. Wyjął film i zupełnie nie mógł sobie przypomnieć tych chwil, tych miejsc. Sięgnął na górną półkę, gdzie stały albumy, ale nie znalazł żadnej odbitki z tej kliszy. Góralskie wesele, jeźdźcy na wystrojonych koniach, udekorowany kościół. No tak! To była Bukowina. Wtedy, kiedy jechał do Mirka; jeszcze przed wojskiem. Klisze wywołał, ale pewnie nie miał na odbitki a później nie było to już takie ważne. Urodziła się córka, trzeba było harować, żeby jakoś przeżyć. Klisza ORWO, niezbyt dobrze oddająca kolory, przeleżała przeszło 30 lat. Pomyślał, że trzeba te zbiory koniecznie zdigitalizować. Jak teraz tego nie zrobi, to już nigdy nie znajdzie na to czasu. Ale najpierw zaniósł ją do jedynego czynnego zakładu fotograficznego. Po obiedzie rozsiadł się w fotelu i zaczął przeglądać odbitki. Ładne były te zdjęcia. Kolory może nie tak nasycone, ale kadry fajne, twarze ciekawe, te ciotki w kolorowych chustach i wyszywanych kożuszkach, ci ujkowie i strykowie w kłobukach z pióreczkiem za paskiem ozdobionym muszelkami, te skórzane zelówki butów przybite gwoździkami. Albo ten ministrant bezczelnie odwrócony od ołtarza z szelmowską miną. Przyglądał się państwu młodym i zastanawiał się jak też potoczyło się ich życie? Czy żyją jeszcze, ile dzieci mają, jak im się wiedzie? A jakby tak pojechać w Tatry, nie był już tam tyle lat. A niedługo zaczną kwitnąć krokusy w Dolinie Chochołowskiej. Zawsze marzył o tym, żeby je zobaczyć. Cała połać pokryta szafranami spiskimi, co to może być za widok! Znał go tylko ze zdjęć. — Ale na Wielkanoc wrócisz? — spytała trzeźwo żona. Krokusy go nie zwiodły. Fioletowe pole to był widok nieziemski. Zdecydował się na podróż do Chochołowskiej prosto z dworca. Jakby chciał to odfajkować, jakby to nie było najważniejszym, a tylko oficjalnym powodem wyjazdu. Wieczorem rozpakował się w pensjonacie i zadzwonił do Mirka. Uprzedził go już wcześniej, kolega podjechał na Strążyską. Siwiutki i lekko przygarbiony siedział za kierownicą saaba i wyglądał jak szwedzki emeryt, czerwona wiatrówka, przeciwsłoneczne ray bany, niebieściutkie dżinsy. Uściskali się i zaczęli gadać, poczuł się jakby wrócili do wczoraj przerwanej rozmowy. Tak jakby nie było tej wieloletniej przerwy. - Widzę, że wreszcie się dorobiłeś — rozpoczął. Pogładził ostentacyjnie skórzaną tapicer-kę we wnętrzu samochodu. Andrzej Kasperek 23 — A tak, przepuklina, zawał i podagra. - No widzisz. Przecież mówię, że się dorobiłeś. Podagra to choroba królów. -Ale mamy demokrację. Dziś nawet chudopachołki i plebs też na nią chorują. Zatrzymamy się przy targowisku. Kupię kilka gołąbków... — Już jadłem. — Ja mówię o ptaszkach. Ukręcę im łebki i rozerwę wątróbkę. Przyłożona w bolące miejsce jest najlepszym antidotum — ledwo ukrył uśmieszek. — Ty skurczybyku, nic się nie zmieniłeś. A co u Hanki? Rano pojechali do Bukowiny. Kilka kilometrów wcześniej wielkie bilbordy zachwalały spa, wellness, resort i inne mecyje. Jakby język polski nie potrafił oddać tych cudowności. Nawet nazwę miejscowości pisano z angielska: Bukovina. Tak jakby całe Podhale wróciło z Chicago i przeniosło tu swe cary, cornery, shopy i inne reality. Okazało się, że stary kościół jest zamknięty. Nowy to była współczesna architektura VII dnia. Nie umiał i nie chciał się przekonać do tych obiektów sakralnych zapełniających nowe osiedla, wsie i miasteczka. Tym bardziej, że stary kościół bukowiński miał niezwykłą historię, przeczytał o tym niedawno w świetnej książce Antoniego Kroha „Sklep potrzeb kulturalnych”. Ale nie przyjechał tu po to, aby rozkoszować się góralską architekturą. Na ten temat od dawna miał wyrobioną opinię. Zaszedł na plebanię. Ksiądz przyjął go grzecznie. Powiedział, z czym przychodzi, wyjął zdjęcia i rozłożył je na biurku w kancelarii parafialnej. Proboszcz nie znał tych ludzi. Nikogo. Przecież musieli być z tej parafii, przynajmniej jedno z nich. Pleban usprawiedliwiał się, że on pochodzi z Tarnowskiego, jutro pogada z kościelnym i organistą, spyta w kółku różańcowym. Pozwolił, żeby wywiesił zdjęcia w gablocie, przy informacjach o zapowiedziach przedślubnych i intencjach mszalnych. Obok dodał karteczkę, że poszukuje osób z fotografii i zapisał kontaktowy numer telefonu. W zasadzie nie wiedział, po co się tak uparł, żeby odnaleźć ludzi ze zdjęć. Przecież widział ich przez pół godziny a potem zapomniał na dziesięciolecia. Dlaczego nagle stało się to takie ważne? Może było to szukanie minionego czasu a może w ten sposób chciał zaspokoić ciekawość ich dalszych losów. Ten mechanizm, który tak lubił w filmach, kiedy na końcu pojawiały się napisy, z których dowiadywał się, że Natasza została aresztowana przez NKWD, ale udało się jej przeżyć łagier i mieszka teraz w domu starców nad Morzem Martwym albo że stary Miller sprzedał mleczarnię i wyjechał do Szwajcarii, gdzie został zamiataczem ulic, bo pieniądze ukradła mu kochanka, dla której porzucił swą chorą żonę... Swoją drogą to te krótkie dokończenia życiorysów były jedyną rzeczą, którą zapamiętał z lektury „Morfiny”. Były cholernie zwarte, ciekawe, rozbudzały apetyt na więcej, ale dalszego ciągu nie było. Pomyślał, że musi jeszcze raz wybrać się na Polanę Chochołowską. Może już nigdy nie będzie mu dane zobaczyć tysięcy kwiatów na łące. Dawne dwie godziny drogi do schroniska wydłużyły się do prawie trzech, ale wciąż dawał radę a najważniejsze było, że zachwyt górami okazał się nieprzemijający. Czuł się tak samo jak wtedy, kiedy prawie pół wieku wcześniej przywieziono go tu na jednodniową wycieczkę w czasie kolonii letnich 24 Bukowina w Krakowie. Przypomniał sobie grubego Jurka, który zepsuł im cały wyjazd, bo nażarł się oscypków, popił żętycą i dostał rozwolnienia przez co ciągle musieli się zatrzymywać i szukać ustronnych miejsc, o co na Gubałówce nie było łatwo. Zapamiętał zmarszczony nos i wyraz bólu na twarzy kolegi oraz wniesione do nieba oczy pani wychowawczyni. Zapamiętał majestatyczną panoramę gór. Ona nie zmieniła się do dziś. Na szczęście żaden bilbord jeszcze jej nie przysłonił. Stał koło bacówki, tej co to kiedyś papież... i podziwiał ośnieżone szczyty. Ongiś, żeby zrobić pętlę spod schroniska na Grzesia i wrócić przez Ra-koń, Zawracie i Wyżnią Dolinę Chochołowską na dół wystarczyło mu niecałe trzy godziny. Ile czasu potrzebowałby dziś? Na szczęście było tam śniegu po kolana i nie musiał testować swych obecnych możliwości. Spodziewał się, że po niedzielnych mszach telefon zadzwoni. Ale nic się nie wydarzyło. Sprawdził połączenia, nic nie było. Żadnej wiadomości. W zasadzie nic się nie stanie, jeśli posiedzi tu jeszcze trochę, mógł spokojnie przedłużyć pobyt. Zadzwonił do TPN-u i spytał o szlak przez Gęsią Szyję do Rusinowej Polany. Był wciąż mocno zasypany śniegiem. Nie zabrał z domu swych wysłużonych butów tecnica, które od lat wiernie mu służyły. W krótkich do kostki merrellach nie było sensu się tam pchać. Wspomniał pionierki, w których chodził kilkadziesiąt lat po szlakach, a których wierzchy popękały a podeszwy wyłysiały zupełnie, jak samochodowa opona. Prawie płakał, gdy trzeba było je wyrzucić, bo to było tak, jakby porzucał wiernego psa, jakby zdradził przyjaciela. Nie mógł tego zrobić. Poprosił Mirka, żeby je schował w piwnicy. Teraz nie miał śmiałości spytać przyjaciela, co z nimi się stało. We wtorek telefon zadzwonił. Usłyszał charakterystyczny wschodni zaśpiew i pomyślał, że repatriantka albo Ukrainka. Tego się nie spodziewał, ale w zasadzie to już przywykł do dużych ilości Ukraińców w sklepach, na budowach i w usługach wszelakich. Pani Lena nie chciała rozmawiać przez telefon, umówiła się z nim wieczorem w karczmie przy ulicy Leśnej. — Trafi pan bez probliemu, to zaraz za Klinom. — Za Klinem — upewnił się. — Taż mówię. Zamówili herbatę. „Bez prądu” — dwa razy trzeba było powtórzyć bufetowej. No tak, ta po góralsku, czyli z alkoholem, była dużo droższa. Pani Lenka była ładną dziewczyną o słowiańskiej urodzie i rzeczywiście pochodziła z dawnych Kresów, ale nie wypadało jej pytać o genealogię. Otworzył plik ze zdjęciami w telefonie. Dziewczyna przyglądała się fotografiom i zatrzymała się przy tej, która ukazywała młodych na klęczkach przed ołtarzem. — To pani Marysia. — A skąd ją znacie? — zawsze na Podhalu, nie wiadomo dlaczego, przechodził w rozmowie na wykanie. Jakby ktoś mu w głowie wajchę przełożył. — Bo ja do niej przychodzę pięć razy na tydzień. Opiekuje się nią. Ksiądz mnie najął do roboty. Za dużo nie płaci, ale mam jeszcze sprzątanie w kościele i na plebanii a czasem pomagam na weselach. Nie jest źle. — Ale pani Marysia chyba jeszcze nie taka stara, żeby trzeba jej opieki. Andrzej Kasperek 25 — Stara nie, ale po wylewie. Do połowy sparaliżowana. Czemu jej pan szuka, to rodzina? Opowiedział jej historię ze zdjęciami. Słuchała zachłannie jakby był jakimś bajarzem, czasem podpytywała o szczegóły, o datę, o ilość gości na ślubie. Przecież tego ani nie pamiętał, ani go to nie zajmowało. To nie było mu potrzebne do niczego. Kiedy skończył zamyśliła się i cichutko zaczęła nucić: „floKa 3eMJi5i eme BepTHTca, noKa eme spoK cbct, PocnoAH, ahm >Ke tbi Kanę/jOMy, nero y Hero hct: MyqpoMy /taił ro.no By, TpycjndBOMy Aan kohh, 4an CHacTJiHBOMy ^eHer...” Spojrzał zdziwiony i chwilę zabrało mu zlokalizowanie usłyszanej pieśni. No tak, przecież to Okudżawa. Kochał wykonanie Gustawa Lutkiewicza, chyba bardziej niż mistrza Bułata. Pomilczeli chwilę i wyszeptał: „Ja wiem, że Ty wszystko możesz, ja wierzę w Twą moc i gest, jak wierzy zabity żołnierz, że w siódmym niebie jest... I mnie w opiece swej miej”. — Ale chyba nie ma żadnego siódmego nieba — dodał. Po jej minie poznał, że nie bardzo wie, skąd i po co ten akurat cytat. O jakie w ogóle siódme niebo chodzi? — Pan chce, to zaprowadzę. Wieczorem zawsze sprawdzam, czy ma wodę i daje liekar-two. Ona już dwa lata na łóżku. Sama. Mąż od dawna w Hameryce. Usłyszał, że złapała już góralską wymowę z przydechem: — A dzieci? — Córka w Niemczech a syny nie żyją. Ale ja dużo ni wiem. Minęli kilka starych chałup, wiele nowych domów wielkich jak fortece i stanęli przed małym drewnianym domkiem. Mocno był zaniedbany, gont w wielu miejscach wyrwany, dziury połatane jakąś papą, belki zmurszałe, wiele nadawało się do wymiany, mech uszczelniający drewniane płazy dawno powypadał. Weszli do kuchni i Lenka pokazała mu palcem na usta. Cicho wsunęli się do izby obok. Na drewnianym małżeńskim łożu leżała kobieta. Nocna lampka ze słabą żarówką ledwo ją oświetlała. Siwe, starannie uczesane włosy okalały twarz przeciętą jakby na pół. Połowa należała do starej kobiety a połowa do klauna z gębą z gutaperki, pofalowaną i obwisłą. Jedno oko było przymknięte, drugie łypało. Przestraszył się tej twarzy, była jak cierpienie całego świata. Nie słyszał jej krzyku a miał wrażenie jakby krzyczała wniebogłosy! Lenka pogłaskała ją po głowie i cichutko, jak do dziecka powiedziała: — Ta, śpij malutka. Oczka zmruż i zaśnij już... Do widzenia się z panem. Ja jeszcze zostanę, posiedzę przy pani Marysi. Ona taka grzeczna. 26 Bukowina Zaszedł na plebanię. Ksiądz wcale się nie zdziwił: — Pan pewnie po zdjęcia. Zaraz wyjmę z gabloty. I co? Dowiedział się pan czegoś? — Dlaczego proboszcz mi nic nie powiedział? Przecież ksiądz ich zna! — Mówiłem panu, żem nie miejscowy. Dobrodzieja im przysłali, co tutejszej mowy nie zna. Kardynał jakoś nie przepada za nią. Zna pan górali, trudny naród. Nie lubią jak im kto nos wściubia za płot. Nie daj Boże kłos im złamać na polu, bo zabiją. Jak tu nastałem, to stary ksiądz opowiedział mi o pani Marii, jej żywocie nieszczęśliwym i przekazał dolary, żeby kogoś do opieki nająć, bo stara opiekunka chciała podwyżki a dolary akurat potaniały. Dobrze, żem tę Lenkę znalazł. Dobre, robotne dziewczę. — A pani Maria żadnej rodziny tu nie ma? — Ano nie ma. Ona spod Dzianisza, a wie pan jakie tam bogactwo. Taka dziedziczka na trzech morgach kamieni. Rodzina męża nie była zachwycona tym ślubem, choć na fotografii ładnie się uśmiechają. Ale zna pan to powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Klemens pracowity, majster murarski świetny ponoć. Jeździł po Polsce, domy stawiał, zarabiał, mało przepijał. Kupili ten domek, wyrychtował go. Dzieci się posypały: dwóch synów jak te sosny i córka jak ta brzoza. Tak je stary proboszcz opisywał: sosny i brzozy. Rodzina pobożna, pracowici, uczciwi. I jak się już trochę dorobili, jak okrzepli — mąż wykupił dla nich wczasy nad morzem. Kąpieli w Bałtyku się im zachciało. 1 runął ich bezpieczny dom. Mąż dostał bardzo dobre zlecenie, zrezygnował z wyjazdu w ostatniej chwili. Matka z dziećmi pojechała. Po tygodniu wróciła do domu, ale bez synów a córka leżała w szpitalu. Ale ja panu to opowiadam, a to straszne, pan może wcale nie chce tego słuchać. Pokiwałem przecząco głową. — To ja choć kawy zrobię. — Dla mnie już za późno na kawę. Wody bym się napił. — Poszli na plażę. Chłopaki mieli 13 i 14 lat, córka 7. Do szkoły miała pójść po wakacjach. Starszy zdaje się do liceum plastycznego w Zakopanem zdał. Chłopcy wyszli daleko w morze, to było na Mierzei Wiślanej. Mała za nimi, ale ją odgonili. Wody po kolana, ale w pewnym miejscu grunt się obniżył, zanurzyli się cali, zachłysnęli się. Kiedy wystawili głowy nad wodę przyszła wielka fala i ich podtopiła. Chłopcy nie dali rady własnymi siłami wrócić na brzeg. Matka to wszystko widziała, pobiegła w morze, ale kolejna fala zbiła ją z nóg. Dobrze, że tam było płytko, podniosła się i zobaczyła, że córka też się przewróciła; ją ratowała. Kiedy wyciągnęła dziecko na plażę synów już nie zobaczyła — silne prądy wsteczne zabrały ich het w głąb morza. Córka była mocno poobijana i poobcierana, w szoku. Czy pan sobie to wyobraża, co ta kobieta przeszła. Jak Niobe... Morze oddało ciała dopiero nazajutrz. Poharatane, sine. Klimek, jak się dowiedział, to chciał się wieszać. Dobrze, że sąsiad zobaczył i go szybko odciął. Ponoć tylko raz się do żony odezwał i powiedział, że takich pięknych synów mu zmarnowała. Ona dla niego umarła za życia. Górale się nie rozwodzą, oni mają Amerykę. Wyjechał do Chicago, pieniądze do rodziny słał, ale listu nigdy. Wiem, bo mi pocztowy mówił. Ani razu, ani słowa, ani odkrytki, nic. Jak Maria dostała wylewu, to na plebanię napisał z prośbą o wystaranie się o opiekunkę. Dlaczego nie prosił o to ro- Andrzej Kasperek 27 dżiny? Bo dolary wysyła do krewnych, ci dają co roku w lipcu na mszę za synów i płacą za opiekę. Taka historia. Hiob, proszę pana, i Niobe... Spojrzał na zegarek. Trzeba było się zbierać, bo ostatnie busy zjeżdżały z trasy. Wrócił, było już ciemno, szedł pod górę pustą Strążyską i był tak zadumany, że nie spostrzegł, jak mija pensjonat, zatrzymał go dopiero szlaban parku narodowego. Nie zjadł kolacji, która czekała na niego w duchówce. Nie czuł głodu. Bezsenna noc. Leżał do trzeciej. Godzina wilka, czas, kiedy noc się kończy, kiedy najwięcej ludzi się rodzi i najwięcej umiera... Po co mu były te poszukiwania? Co chciał znaleźć? Dlaczego tak go zainteresowały losy obcych ludzi? Czy coś zrozumiał? Tyle pytań a znikąd odpowiedzi. Sprawdził w telefonie odjazdy pociągów. Jak się pospieszy, to zdąży na ten za dwie godziny. Spakował się, zostawił karteczkę, że musiał nagle wyjechać. Noclegi miał opłacone z góry, dwa mu przepadały, ale nie chciał już dłużej siedzieć w Zakopanem. I tak długo wytrzymał. Od dawna omijał to miasto z daleka, męczył go gwar, ścisk, ta ciżba na Krupówkach, na trasach. Teraz była zwykle tylko przesiadka w drodze na Słowację. Tam było mniej ludzi, czasem wędrując spotykał tylko świstaka i drwali. To mu bardzo odpowiadało. Zakopane było jak kobieta, którą przestał kochać. Nie potrzebowało jego miłości a on przestał o nią zabiegać. Wsiadł do pociągu i natychmiast zasnął. Konduktor obudził go tuż przed stacją Kraków Główny. Całe szczęście, bo miał tylko kwadrans na przesiadkę na pociąg do Gdyni. Za kilka godzin będzie w domu. Pomyślał, że zamówi duże zdjęcie - powiększenie krokusów. Albo hali fioletowej od kwiatów szafranu. One nie zdążą się zestarzeć. Pozostaną młode, bo czas tam zatrzymano, przestano się liczyć z jego prawami. luty - kwiecień 2018 Wykorzystałem cytaty lub parafrazy z następujących autorów: Jacek Kaczmarski, Paweł Huelle, Jeremi Przybora, Leopold Staff, Charles Baudelaire, Gabriela Zapolska, Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Mirosław Łebkowski & Stanisław Werner, Krzysztof Dowgiałło, Włodzimierz Wysocki, Ignacy Krasicki, Włodzimierz Szymanowicz, Bogusz Zygmunt Stęczyński, Julian Tuwim, Czesław Kałkusiński, Jan Andrzej Morsztyn, Jarosław Iwaszkiewicz, Bułat Okudżawa (w oryginale i tłumaczeniu Andrzeja Mandaliana), Wisława Szymborska oraz fragmenty Nowego Testamentu i piosenki ludowej. 28 Republika R Grzegorz Pełczyński REPUBLIKA R BŁĄD URZĘDNIKA Republika R choć była państwem doskonałym miewała czasami pewne problemy. Tak było właśnie z dziurami w mostach. Otóż okazało się, że w każdym z dziewięciu mostów republikańskich jest jakaś dziura. Zapewne nie przejmowano by się tym zbytnio, ale kilku obywateli nie zauważywszy tych dziur, wpadło przez nie do jednej z dwóch erskich rzek. Powołano więc Urząd Renowacji Mostów (URM). Na jego czele stanął Onufry Krach, człowiek energiczny i pomysłowy. Naczelnik Krach utworzył dwa oddziały, które, jak można się domyślić, podzielił na dziewięć pododdziałów. Oddziałami mieli zawiadywać dyrektorzy, a pododdziałami kierownicy. W każdym oddziale było pięć stanowisk dla referentów, w pododdziale tyle, ile w danym moście dziur. Dobrze zorganizowany urząd przystąpił do pracy. Utworzono Biuro Studiów Porównawczych (BSP), które miało na celu zbadanie, w jaki sposób podobne problemy rozwiązuje się w innych państwach. Stwierdzono, iż tak, jak postępuje się z dziurami w moście gdzie indziej, nie można postąpić w R. Trzeba wymyślić inną metodę uwzględniającą erskie warunki naturalne, prawo, gospodarkę i parę innych kwestii. Dobrze, że naczelnikiem URM był właśnie Krach. Tylko on mógł się uporać z tak poważną sprawą. Zatrudnił po trzech inspektorów, podległych dyrektorom oddziałów, których zadaniem było obejrzenie każdej z dziur, aby stwierdzić, jakie kłopoty przysparza ona w dzień, jakie w nocy, także w kolejnych porach roku. Jakie zagrożenie stanowi dla ludzi, a jakie dla zwierząt. Inspektorzy zbadawszy to wszystko i jeszcze więcej, musieli następnie opisać to w szczegółowych raportach. Raporty te potem czytali dyrektorzy, by na ich podstawie sporządzić sprawozdania. Sprawozdania trafiały na biurko naczelnika Kracha. Ponieważ szef Urzędu Renowacji Mostów nie był autokratą, nie ośmielił się podjąć sam decyzji w sprawie dziur w mostach. Co miesiąc wzywał do siebie inną grupę pracowników URM, aby poznać ich opinię. A owe konsultacje, jak je oficjalnie nazywano, odbywały się tak często, bo problem stawał się coraz poważniejszy. Do dziur w mostach wpadało coraz więcej ludzi. Nadszedł dzień, w którym Krach mógł podjąć ostateczną decyzję. Wezwał Bogumiła Nowo, mistrza ciesielskiego (mosty były drewniane), aby załatał dziury w dziewięciu republikańskich mostach. Nowo i jego dwaj pomocnicy w ciągu tygodnia skończyli robotę. Wtedy Krach zrozumiał, że popełnił błąd. Nowo pozostawiony bez nadzoru zbyt szybko naprawił mosty i w ten sposób doprowadził do sytuacji jakby URM był niepotrzebny. Nieważne, że przez to tylu wybitnych specjalistów straci stanowisko i pensje. Gorsze, iż Urząd, Grzegorz Pełczyński 29 który w ciągu swojej historii nagromadził wielki potencjał koncepcyjny, nie będzie miał powodów, aby dalej kontynuować swoją działalność. Naczelnik Krach nie mógł dopuścić do zaprzepaszczenia dorobku swojego i swoich kolegów. W nocy porobił więc siekierą nowe dziury w mostach republiki. REFORMATORKA OŚWIATY — Nasza córka ukończy wkrótce trzy lata. Co z nią zrobimy? — Pytanie to zadał ojciec dziewczynki jej matce. A jej matką była Gertruda Gross, minister oświaty w Republice R, która wsławiła się przeprowadzeniem postępowej reformy szkolnictwa. Zgodnie z ustawą minister Gross, dzieci erskie już od trzeciego roku życia zaczynają chodzić do szkoły, a kończą mając lat osiemnaście. Nie przyswajają sobie zbyt dużo wiedzy, raczej nabywają umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach. W pierwszym okresie uczą się jak zachowywać się w sklepach różnych branż, w następnym jak zachowywać się w urzędach, a potem młodzież przysposabia się do aktywnego życia seksualnego. Nowatorsko rozwiązano problem religii. Zamiast tradycyjnej katechezy, w każdym roku uczniowie poznają inną religię. Świetnie się bawią przebierając się za mnichów buddyjskich albo szamanów syberyjskich. W ostatniej klasie mają wykłady z ateizmu. Chociaż w maleńkiej Republice R jest tylko trzynaście szkół, są one najnowocześniejsze na świecie. Wielu postępowych pedagogów z różnych krajów przyjeżdża do R, aby się przypatrzyć jak funkcjonują szkoły zreformowane przez Gertrudę Gross. Potem zaś walczą o założenie podobnych w swoich ojczyznach. Niestety, jak na razie, nadaremnie. — Co zrobimy z naszą córką? — ponowił pytanie. — O, to zupełnie oczywiste — odpowiedziała z uśmiechem — Wynajmiemy dla niej guwernantkę. Pozwalają na to szczegółowe rozporządzenia do mojej ustawy. NIEZŁOMNY WOJOWNIK Kiedyś w Republice R prawo zabraniało handlowania, posiadania i zażywania narkotyków. Narzekali na to nie tylko narkomani, lecz przede wszystkim ci, którym drogie były idee właściwie pojętej wolności. Zmieniło się to, gdy premierem został Brandon Prut. Sprawił on, że narkotyki stały się powszechnie dostępne. Każdy mający powyżej 12 lat mógł je kupić w markecie lub sklepiku ze słodyczami. Pewnego razu Trut wrócił po posiedzeniu rządu do swego domu. W kieszeni miał pudełko z „Bubelem”, specyfikiem, którym chciał sobie umilić wieczór. Wtem przybiegła jego suka Dolores. Obwąchała pudełko z narkotykiem, po czym zaczęła skomleć, jak zwykle, gdy chciała coś uzyskać od swego pana. — Chcesz tego? — zapytał premier. Zwierzę zaskomlało z jeszcze większą mocą. — Doprawdy nie mogę ci tego odmówić, Dolores. Przecież o to właśnie walczyłem. — Pogłaskał ją po głowie i wyjął jedną tabletkę „Bubelu ”. 30 Republika R Dolores połknęła skwapliwie dawkę narkotyku. Przez chwilę stała z rozdziawionym pyskiem i ciężko dyszała. Potem zaczęła groźnie warczeć, spoglądając jednocześnie na Truta. Premier nie zdążył nawet krzyknąć, gdy z niezwykłą siłą rzuciła się na niego, od razu przewracając. Jej celem była jego szyja, w którą wgryzła się ostrymi kłami. W nekrologach napisano o Trucie: „Niezłomny bojownik o prawo do zażywania narkotyków”. MNIEJSZOŚĆ SEKSUALNA Pewnego razu Kalikst Fino spacerując po lesie, ujrzał jakiegoś mężczyznę duszącego kobietę. Dusił ją i dusił aż w końcu osunęła się na ziemię martwa. Kalikst dokładnie przyjrzał się mordercy, po czym niezwłocznie zawiadomił o wszystkim policję. Policja już od dłuższego czasu szukała mordercy szesnastu czy siedemnastu kobiet, grasującego w erskich lasach. Badano ślady, przesłuchiwano wielu ludzi, ale sprawca wciąż pozostawał nieznany. Jednak dzięki doniesieniu Kaliksta, śledztwo zaczęło rozwijać się bardzo szybko. Wkrótce więc dusiciel został schwytany. Odbyła się rozprawa sądowa. Oskarżonemu groził najwyższy wymiar kary: pięć lat więzienia bez możliwości oglądania telewizji. — Wysoki sądzie! — zawołał tubalnym głosem adwokat — domagam się natychmiastowego uniewinnienia mego klienta. — Pan żartuje! — odparł sędzia i roześmiał się. — Wręcz przeciwnie. Wprawdzie oskarżony zabił kobietę, ale nie popełnił przestępstwa. Zabił on bowiem, aby zaspokoić swoje potrzeby seksualne. A więc nie zrobił nic złego, gdyż każdy ma do tego prawo, nawet stosując niezwykłe metody. Przypominam, że Konstytucja Republiki R zapewnia wszelkie prawa mniejszościom seksualnym. Kodeks Karny mówi zaś jednoznacznie, iż „Kto prześladuje kogokolwiek z powodu jego upodobań seksualnych, podlega karze więzienia do lat czterech”. Sędzia od razu pojął, że skazanie oskarżonego może przysporzyć mu rozlicznych kłopotów, z utratą stanowiska włącznie. Bardzo chciał tego uniknąć. — Szanowny panie - zwrócił się do zabójcy — Na mocy przysługujących mi uprawnień, uznaję pana za niewinnego. Winnym natomiast okazał się Kalikst Fino. Za perfidne prześladowanie reprezentanta mniejszości seksualnej odsiedział w obozie karnym cztery lata. WIELOKULTUROWOŚĆ Krystyna Wryd marzyła, ażeby ulica, przy której mieszka, stała się wielokulturowa. Jej marzenie w końcu się spełniło. Jakiś przybysz z Republiki D założył tutaj sklep z artykułami spożywczymi. Z kolei w domu sąsiadującym z jej domem zamieszkała para z Republiki M. Zaś naprzeciwko mężczyzna z Republiki A wraz z sześcioma żonami. Teraz należało się spodziewać, że elementy jej kultury oraz elementy ich kultur połączą się ze sobą i wszyscy będą bogatsi, piękniejsi, mądrzejsi. Aby ten stan jak najszybciej nastąpił, Krystyna zaczęła kupować w sklepie spożywczym Grzegorz Pełczyński 31 imigranta z D. Wprawdzie ceny były tam bardzo wysokie, a często towar niskiej jakości, jej to jednak nie odstręczało. Cudzoziemiec sprzedając chleb, ser czy banany, poniekąd dawał jej też coś z wyrafinowanej religii, filozofii i sztuki swojego kraju. Panna Wryd postanowiła również zaprzyjaźnić się ze swymi sąsiadami z Republiki M. On głównie spał i palił marihuanę, ale ona okazała się bardzo miłą osobą. Gdy Krystyna poprosiła, by zrobiła jej taką samą fryzurę, jaką zdobiła swoją głowę, zgodziła się bez wahania. Niestety, nie skończyło się to dobrze. Jasne i cienkie włosy białej kobiety nie wytrzymały skomplikowanych zabiegów zamorskiej sztuki fryzjerskiej i uległy zniszczeniu. Lecz Krystyna, żeby nie zasmucać ukochanych sąsiadów, mówiła, że to, co pozostało na jej głowie, jest bardzo oryginalne. Miłośniczka wielokulturowości nie zapomniała także o przybyszach z Republiki A. Upiekła zatem szarlotkę i poszła ich zaprosić na podwieczorek. Długo stała pod ich drzwiami i delikatnie pukała, aż wreszcie otworzył je znany jej z widzenia cudzoziemiec. Ona przedstawiała się i serdecznie zaprosiła go wraz z małżonkami na popołudniową herbatkę z dobrym ciastem. Przybysz z dalekiego kraju wykrzyknął tylko krótkie zdanie w swoim języku i zamknął drzwi. Gdyby Krystyna znała ten język, wiedziałaby, że powiedział: „Precz stąd, głupia babo!”. ZMIANA PŁCI Republika R dawała każdemu obywatelowi prawo do zmiany płci. Liczne laboratoria, w których dokonywano takiej przemiany, zamieszczały w mediach reklamy swoich usług. Coraz więcej ludzi im ulegało. Jednakże Gerwazy Knero wciąż był mężczyzną. Wprawdzie chciał się stać kobietą, ale z powodu swego ogromnego skąpstwa, nie potrafił zdecydować się na kosztowną operację. — A ty nic ze sobą nie robisz? — pytali go przyjaciele, którzy byli kiedyś przyjaciółkami oraz przyjaciółki, które były przyjaciółmi. — Jeszcze nie — odpowiadał. Aż wreszcie pewne nowoutworzone laboratorium zaoferowało zmianę płci po cenach promocyjnych. Knero niezwłocznie postanowił z tego skorzystać. Drugiej takiej okazji mógł się nie doczekać. Poddał się więc rozmaitym, nader bolesnym zabiegom, aby nie być już mężczyzną. Wszystko to przypominało zmagania z jakąś bardzo poważną chorobą. Lecz to tylko pozór, bo przecież, by zmienić płeć, cieszyć się musiał doskonałym zdrowiem. Kiedy w końcu Gerwazy stał się Gerwazyną, wezwał ją szef laboratorium. — Moja droga — powiedział — pozostało jeszcze jedno: musisz wybrać orientację seksualną. Możesz zostać lesbijka lub nekrofilką. Jeśli zechcesz, możesz nawet dać się zamordować przez sadystę. Gerwazyna zastanawiała się niedługo. Wybrała transwestytyzm. Z czasów, gdy była Gerwazym, pozostały jej męskie ubrania. Ta orientacja wydawała się najtańsza. 32 Republika R DYMISJA Związek Filatelistów w R (ZFwR) nie ma już swego prezesa. Daniel Kaso został zmuszony do złożenia dymisji. A wszystko to sprawiła niewielka (sześcioosobowa), dotychczas mało znana grupa zbieraczy wykałaczek. Zbieracze wykałaczek chcieli być członkami Związku Filatelistów. Zabiegał o to ich lider Waldemar Br. Ale Zarząd ZF kierowany przez prezesa Kaso nie zgodził się na to, ponieważ ta organizacja zrzeszała tylko kolekcjonerów znaczków pocztowych. Po pewnym czasie odbyła się rozmowa między Kaso a Br. — Jak pan śmiał postąpić w ten sposób?! — wykrzyknął Br — wyrzucił pan ze Związku Filatelistów tylu uczciwych ludzi. — Nikogo nie wyrzuciłem — odpowiedział spokojnie prezes. - Nieprawda! Wyrzucił pan zbieraczy wykałaczek. - Nie mogłem wyrzucić kogoś, kto w ogóle nie jest członkiem Związku Filatelistów. — Tak czy inaczej pozbawił pan ich możliwości działania w szeregach organizacji, której rozwój powinien być pana celem. - Zbieracze wykałaczek nie mogą być członkami naszego stowarzyszenia, gdyż nie zbierają znaczków. Nasz statut wyraźnie stwierdza, że członkami ZFwR mogą być wyłącznie osoby uprawiające filatelistykę. - My uprawiamy filatelistykę inaczej! A pan nam to uniemożliwia, co jest niezgodne z konstytucją. Konstytucja zabrania prześladowań z powodu odmiennych poglądów, na przykład na filatelistykę. - W konstytucji nie ma nic na temat filatelistyki, ani wykałaczek. - Ale pośrednio jest! Br postarał się, aby o odmowie prezesa Kaso dowiedział się cały kraj. Przed gmachem Związku Filatelistów przez kilka dni urządzał demonstracje. Zbieracze wykałaczek głośno krzyczeli: „Precz z faszystą Kaso!”, „Dosyć naszych cierpień”, „Zaprzestać krwawych represji”. Te demonstracje oczywiście pokazano w telewizji, opisano w gazetach. O zaistniałym konflikcie dowiedzieli się więc wszyscy, także osoby nigdy nieużywające wykałaczek. Zebrał się Zarząd Związku Filatelistów. - Wobec ataku na naszą społeczność - rzekł Lucjusz Do-Do, nestor erskiej filatelistyki - wyrażamy pełne poparcie dla poczynań pana prezesa. — Wyrażamy, ale oczekujemy, że ten problem zostanie rozwiązany — powiedział Rajmund Kapo, nieprzychylny prezesowi członek Zarządu. Rozgorzała dyskusja, w trakcie której okazało się, że trzech spośród dziesięciu członków Zarządu jest skłonnych przyjąć zbieraczy wykałaczek. Nie uważali wprawdzie tego za słuszne, ale byli przekonani, iż dzięki temu ZF pozbędzie się problemu. Lecz większość obawiała się także rozłamu, podziału Związku Filatelistów na dwie konkurujące ze sobą organizacje. Chcąc nie chcąc wszyscy w końcu zgodzili się uznać kolekcjonerów wykałaczek za filatelistów. Wszyscy, oprócz prezesa Kaso, który podał się do dymisji. Grzegorz Pełczyński 33 BRANSOLETKA Każde dziecko w Republice R, począwszy od dnia urodzin, musiało nosić bransoletkę, na której za pomocą odpowiednich znaków zaznaczano informacje na temat jego rozwoju. Bransoletkę wymieniano regularnie co pół roku - małe rączki przecież rosły - wtedy też umieszczano nowe informacje. Zajmowali się tym dyrektorzy przedszkoli i szkół. Niespełna czteroletni Filip Alieno był nad wiek rozwinięty. Pewnego dnia jego bransoletka stała się za ciasna, a do wymiany pozostawały jeszcze dwa miesiące. — W takim przypadku — powiedziała jego matce dyrektorka szkoły — nie mogę nic zrobić. Musi pani pójść na policję. Ja mogę tylko dać zaświadczenie, że dziecko rozwija się normalnie. To samo musi stwierdzić także lekarz i psycholog. Uzyskawszy wszystkie potrzebne zaświadczenia, pani Alieno mogła stanąć przed obliczem inspektora do spraw dzieci. - Filip rośnie bardzo szybko - powiedział tonem nagany policjant. - Czy stosuje pani wszystkie zalecenia wychowawcze? — Ależ tak. Stwierdzają to zaświadczenia. — Dlaczego więc chłopiec jest tak rozwinięty? — Nie wiem. Zdaje się taki sam, jak inne dzieci w jego wieku. Chociaż trochę je wyprzedza. Niedawno na przykład nauczył się czytać... — Co?! — wykrzyknął zdziwiony. — Jak to się stało? — Filipek zapytał ojca na czym polega czytanie. Ten mu w kilku zdaniach wyjaśnił, nie sądząc, że go w ten sposób nauczy. Potem czasami pytał o jakąś literę. A od kilku tygodni sam czyta swoje książeczki. — Naruszyliście państwo kompetencje szkoły. — Naprawdę nie mieliśmy takiego zamiaru. — Pani Alieno była przerażona. — Stosujemy się do wszystkich zaleceń. Naprawdę. — Proszę się stosować jeszcze bardziej — rzekł władczo policjant. — A teraz wypiszę pozwolenie na wcześniejszą wymianę bransoletki. Kobieta odetchnęła z ulgą. Po jej wyjściu inspektor wyjął z szafy nową kartonową teczkę i napisał na niej: Sprawa Rodziny Alieno. PRAWO Olimpia Ndlok obudziła się w środku nocy. Po jej domu ktoś chodził — najprawdopodobniej złodziej. Ponieważ była dzielną kobietą, otworzyła szufladę w stoliczku nocnym, gdzie przechowywała rewolwer. Ale zaraz pomyślała, że, jeśli zabije złodzieja, sąd erski skarżę ją za morderstwo. Wobec tego zamknęła szufladę. Nie chciała jednak pogodzić się z utratą cennych przedmiotów, będących w jej posiadaniu. Postanowiła więc strzelić złodziejowi w nogę albo w rękę, a potem wezwać policję. 34 Republika R Lecz policja może stwierdzić, że zrobiła krzywdę człowiekowi, który przez pomyłkę wszedł do jej domu. Za to można dostać dwa, trzy lata więzienia. W takim razie pozostało jej jedno: otworzyć okno i głośno wzywać pomocy. Szybko jednak z tego zrezygnowała, obawiając się oskarżenia o zakłócanie spokoju w nocy bądź też o wprawianie złodzieja w stres. Olimpia leżała więc, czekając aż nieproszony gość opuści jej dom. Gdy to wreszcie nastąpiło, wezwała policję. Kolejnych kilka tygodni spędziła w areszcie. Podejrzewano ją o upozorowanie kradzieży, celem uzyskania odszkodowania. Szukano miejsca, w którym, jak przypuszczano, potajemnie schowała swoje precjoza. Nie udało się go odnaleźć, toteż ją wypuszczono. Była szczęśliwa, że tak pomyślnie zakończyła się ta sprawa. I że nie złapano złodzieja, co zapewne przysporzyłoby jej dalszych problemów. ŚLUB Joachim Abo otrzymał zawiadomienie o ślubie swego znajomego, Oswalda Brdo z... parą damskich pantofli. Sądził, że w tekst zawiadomienia wkradł się błąd, albo, że ktoś zrobił głupi kawał, bo przecież nie można ożenić się z damskimi pantoflami. Ale gdy przybył do Urzędu Matrymonialnego, zobaczył na fotelach dla państwa młodych Oswalda Brdo oraz parę czerwonych, damskich butów. — Zebraliśmy się tutaj... — zaczął uroczyście urzędnik sprawujący ceremonię. — Stop! — zawołał Joachim — nie wolno dopuścić do takiego wynaturzenia. Wszyscy spojrzeli na niego. A zaraz potem powstał rwetes: ludzie zaczęli głośno rozmawiać, a niektórzy pokrzykiwać gniewnie w jego kierunku. — Zebraliśmy się tutaj... — zaczął ponownie urzędnik. — bo zupełnie zgłupieliśmy — dokończył Joachim. Tym razem zamieszanie trwało krótko. Niespodziewanie pojawiło się dwóch policjantów i wyprowadziło awanturnika. Przed Urzędem stał samochód, którym zawieźli go do komisariatu. — Dlaczego zakłócił pan uroczystość? — Zapytał komisarz. - Przecież on chciał się ożenić z butami. — Niedawno parlament Republiki R uchwalił ustawę pozwalającą ożenić się nawet ze szczotką do zamiatania. — Nie wiedziałem. — Nieznajomość prawa szkodzi — rzekł komisarz beznamiętnie. — W imieniu Republiki okażę jednak panu łaskę. Ale jeśli znów wystąpi pan przeciw tolerancji... — nie dokończył, bo do gabinetu wszedł jakiś policjant z bardzo ładną dziewczyną. — Panie komisarzu — powiedział — ta obywatelka próbowała nie dopuścić do zawarcia małżeństwa kobiety z dwoma pudlami. — Jest pan wolny — powiedział komisarz do Joachima. Ten pośpiesznie wyszedł z komisariatu. Grzegorz Pełczyński 35 Nie myślał on jednak już o przeżytych niedawno przykrościach. Myślał o dziewczynie, która teraz siedziała przed komisarzem. Postanowił na nią zaczekać. TROSKA O CZŁOWIEKA Cechą charakterystyczną Republiki R była troska o człowieka. Dlatego wszystkim obywatelom przytwierdzono do ucha kolczyk z czipem, dzięki czemu ustalenie miejsca pobytu każdego z nich nie stanowiło wielkiego problemu. Wprawdzie w R nikt raczej nie przepadał bez wieści, przestępcy nie dokonywali udanych ucieczek, ale państwo nie wiedziało, gdzie każdy akurat przebywa. Bazyli Bolono przybył do Ministerstwa Czipowania. — Nie mogę tego nosić! Zobaczcie, co się stało z moim uchem. — Cała małżowina zziele-niała, opuchła i pokryła się wrzodami. Wezwano lekarza, który stwierdził, że to bardzo poważna choroba. Zaraz potem zorganizowano konsylium, które po wielu badaniach orzekło, iż pan Bazyli ma po prostu alergię na czipa. Minister czipowania pozwolił mu więc zdjąć chorobotwórczy przedmiot. W domu Bazyli zastał swoich przyjaciół. — Czy udało się? — zapytali. Nie odpowiedział, tylko pokazał ucho uwolnione od czipa. — Teraz smarujcie uszy tą maścią przez trzy dni — powiedział cicho — aż zacznie puchnąć. A gdy otworzą się rany, idźcie do Ministerstwa. SYNDROM SZCZĘŚCIA Anastazja była młodą kobietą. Miała kochającego męża i dwoje przemiłych dzieci. Życzliwa i serdeczna przyciągała do siebie miłych i serdecznych ludzi. Na przyjęciu u gubernatora, na którym się to wszystko zaczęło, otaczało ją liczne grono przyjaciół, z którymi żartowała beztrosko. Uśmiech nie znikał z jej twarzy. Z pewnego oddalenia przyglądał się jej doktor Wespazjan Brak, wybitny psychiatra. Kiedy Anastazja na chwilę została sama, doktor podszedł do niej. — Proszę pani — powiedział uprzejmie — jestem lekarzem psychiatrą. Obserwowałem panią i dostrzegłem pewne niepokojące symptomy. Ale jeżeli odwiedzi mnie pani w moim gabinecie, będę mógł pani pomóc. Następnego dnia Anastazja przybyła do gabinetu Braka, bardziej jednak z ciekawości niż z niepokoju. — Czy jest pani szczęśliwa? — zapytał lekarz. — Tak — odpowiedziała bez wahania. — Od jak dawna to trwa? — Doprawdy nie wiem — roześmiała się. — Właściwie, całe życie. — Tego się obawiałem — rzekł doktor. — Proszę pani, cierpi pani na syndrom szczęścia. Współczesna nauka uznała za normę stan zadowolenia, na przykład z osiągnięć w pracy albo jakiegoś hobby, co powinno być jednak dość krótkotrwałe. Jeśli zaś ktoś jest zadowo- 36 Republika R lony cały czas ze wszystkiego, to w końcu doprowadzi do destrukcji osobowości. Zapiszę pani leki, które pomogą osiągnąć normalny stan. Anastazja zaczęła więc zażywać leki: cztery pigułki rano i sześć wieczorem. Już po dwóch dniach poczuła się znacznie gorzej. Stała się ociężała i przygnębiona. Miała nadzieję, że to przeminie, ale po tygodniu nic się nie zmieniło. Pojechała znów do doktora Braka. — Ależ droga pani — ucieszył się — terapia przebiega prawidłowo. Przed polepszeniem musi być pogorszenie. Zapiszę pani jeszcze jeden specyfik. Polepszenie jednak nie następowało. Wręcz przeciwnie: czuła się okropnie. Mąż wydawał się jej wstrętny, widok dzieci drażnił. Pewnego dnia stwierdziła, że zjadła wszystkie lekarstwa. Musiała więc czym prędzej skontaktować się z doktorem. Z trudem wybrała numer jego telefonu. W słuchawce usłyszała głos sekretarki znakomitego psychiatry. — To pani nie wie? — powiedziała. — Doktor zawiesił swoją działalność na czas nieokreślony. Doktor został doradcą prezydenta do spraw zdrowia psychicznego narodu i w związku z tym przeprowadził się do stolicy. A więc pozostała bez lekarza, bez lekarstw. Teraz należało się spodziewać destrukcji osobowości. Po kilku dniach obudziła się nie czując wcale przygnębienia, pełna miłości do ludzi. A zatem wrócił syndrom szczęścia. Lecz nie zamierzała się na to leczyć. BRAKUJĄCE OGNIWO Gaweł Fobo był bardzo brzydkim człowiekiem. Niektórzy twierdzili, że przypomina szympansa. W dzieciństwie i we wczesnej młodości czuł się z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Potem nauczył się skrywać ze swą brzydotą przed ludźmi. Jednakże musiał czasami wyjść z domu, przejść kilka ulic. Właśnie pewnego dnia na ulicy spotkał profesora Ernesta Lupro, znanego paleontologa, który bardzo zainteresował się niezwykłym wyglądem Fobo. — Jest pan potwierdzeniem mojej hipotezy! — wykrzyknął entuzjastycznie uczony. Profesor Lupro był przekonany, iż dowodami na istnienie zwierząt poprzedzających człowieka w ewolucyjnym rozwoju nie mogą być wątpliwe przecież skamieliny. Trzeba znaleźć wśród współcześnie żyjących ludzi osobnika, w którym zachowało się najwięcej cech owych istot. Kimś takim zdawał się Gaweł Fobo. Zaczęły się badania. Gaweł zamieszkał w Instytucie Ewolucji, gdzie był nieustannie mierzony, ważony, prześwietlany i wypytywany o rozmaite szczegóły z życia swego i swoich krewnych. Wyniki badań wprawiały profesora w euforię - nic dziwnego, dzięki nim czekała go sława wielkiego uczonego. Sławy mógł się też spodziewać Gaweł. Gdy trwały jeszcze badania, jeden z asystentów Lupro znalazł za granicą młodą kobietę, bardzo przypominającą Gawła. Był to więc jeszcze jeden osobnik potwierdzający teorię profesora. Grzegorz Pełczyński 37 Profesor mógł zrobić tylko jedno: uzyskać z tej pary potomstwo. Jeżeli pod określonym względem będzie ono podobne do rodziców, to będzie świadczyło, że odnalazł brakujące ogniwo w ewolucyjnym łańcuchu Karola Darwina. Nie — powiedział stanowczo Gaweł. — Nie kocham jej, nie chcę więc z nią obcować cieleśnie. — Ależ panie Gawełku, pańscy praprzodkowie nie mieli takich skrupułów. - Ja jednak mam — odparła zdecydowanie. — Tamta kobieta jest chętna do współdziałania. — A czy ona mnie kocha? — Ona jest skłonna to zrobić dla pieniędzy. — W taki razie ona kocha pieniądze. Lupro jeszcze przez kilka miesięcy namawiał go do uczestnictwa w dalszym etapie eksperymentu, lecz bez skutku. W końcu zrozumiał, że w żaden sposób go do tego nie zmusi. Zakończył więc z nim współpracę. Profesor może znalazłby kolejnego samca i dokończył swoje badania. Bał się jednak, że jeśli on również nie zaakceptuje jego planu, jak Gaweł Fobo, to całkowicie obali jego hipotezę. DUCHOWNY ROKU „Gazeta Postępowa” rokrocznie przyznawała tytuł duchownego roku któremuś z księży wyróżniających się postępowością. W tym roku postanowiono tę godność przyznać wielebnemu Janowi Avo. Dlatego posłano doń redaktor Brygidę Felerno, ażeby ustalić, czy na pewno jest on odpowiednim kandydatem. — Postanowiliśmy obdarzyć księdza tytułem duchownego roku — oznajmiła mu radosną nowinę. — Mnie? — zdziwił się. — Chyba na to nie zasługuję. — Ależ odnowił ksiądz neogotycki kościół. To znaczy, że troszczy się ksiądz o dobra kultury narodowej. — Miejsce, gdzie zwiastowane jest Słowo Boże i sprawowane ustanowione przez Jezusa sakramenty, od dawna wymagało remontu. — Ale ksiądz jest znanym dobroczyńcą. Ta stołówka dla ubogich... — Droga pani — uśmiechnął się ksiądz — to tylko wyraz wiary naszej wspólnoty. Wiara prowadzi do miłości. Doprawdy nie mamy się czym chlubić. Redaktor Felerno zaczęła się niecierpliwić. — A jednak nie może ksiądz zaprzeczyć, że ma osiągnięcia jako obrońca przyrody, zwłaszcza zagrożonych gatunków. — l ak napisano w „Gazecie Postępowej”, bo ja zabrałem dzieci na wycieczkę do lasu. Lecz to dwaj chłopcy znaleźli rannego jeża i potem zanieśli go do weterynarza. Ja byłem nawet przeciwny, aby brali go do rąk. 38 Republika R Pani Brygida pomyślała, że trudno będzie wykreować księdza Avo na duchownego roku. Mimo wszystko zamierzała tego dokonać. — Proszę księdza, proszę mi powiedzieć, na czym głównie polega jego działalność. — Przede wszystkim staram się pomóc ludziom dojść do zbawienia. — Za to nie zostaje się duchownym roku. — Nie zasługuję na ten tytuł. Powiedziałem pani na początku naszej rozmowy. Zrozumiała, że jej rozmówca uznał rozmowę za skończoną. Lecz nie mogła doprawdy zrozumieć, dlaczego temu klesze nie zależy na byciu duchownym roku. ORNITOLOGIA FEMINISTYCZNA Brunona Drud, studentka IX roku ornitologii feministycznej, zbierała materiały do pracy magisterskiej. Od świtu czaiła się na łące, gdzie wśród wysokich traw kryło się gniazdo jękacza pospolitego. Gdy wiatr rozsuwał trawy, przykładała do oczu lornetkę i obserwowała. Obserwowała samicę jękacza siedzącą na jajach. Wiedziała już wszystko o tych ptakach. Widziała przecież kilka tygodni temu, jak samiec tańczył przed samicą, demonstrując swe żółto-zielone pióra. A potem ona zniosła jaja i teraz na nich siedzi, pojękując czasem. Nie widziała już natomiast samca. Brunona jednak znała teorie feministyczne, za pomocą których bez trudu mogła stwierdzić, czym się on obecnie zajmuje. Zapewne bałamuci inną samiczkę, którą w końcu zostawi z jajami, uniemożliwiając pełny rozwój osobowości. Badaczka postanowiła sfotografować nieszczęsną samicę. W tym celu zbliżyła się do gniazda i rozsunęła delikatnie zasłaniające ją trawy. Ptak zaczął pojękiwać. Niemal w tej samej chwili Brunona poczuła na głowie jakiś dziwny ciężar. Uniosła w górę wzrok i wtedy ujrzała nad sobą rozpostarte żółto-zielone skrzydła. Ostry dziób boleśnie ukuł ją w czoło. Rzuciła się do ucieczki. Ale ptak poleciał za nią i leciał tak długo aż wygnał ją z łąki. SPRAWA KOŁA Wielkie było zdziwienie Ernesta Krwo, gdy dowiedział się, że koło zostało wynalezione wiele tysięcy lat temu. Konsekwencje tego zdumienia były jeszcze większe. — Obywatele i przyjaciele — mówił podczas zwołanego przez siebie wiecu — wynalezienie koła świadczyło kiedyś o postępie. Ale odtąd minęły tysiące lat, a ludzie wciąż upierają się, aby stosować koło w różnych swoich urządzeniach. Gdyby przestano je wreszcie używać, od razu by wynaleziono coś nowego i lepszego. Moi drodzy wzywam was zatem: niszczcie koła! Niech nie pozostanie ani jedno koło! A wtedy nasza cywilizacja znów się zacznie rozwijać. Niejeden uznał, że Krwo ma rację. Na erskich ulicach pojawiły się grupy młodych ludzi, którzy nożami obcinali przechodniom wszystkie guziki. Ci próbowali się bronić, lecz przeszkadzały im opadające spodnie. Najwięcej agresji okazywali właściciele samochodów. Bo też nie mogli zrozumieć, że zwolennicy Krwo wymontowując koła z ich aut, działają dla dobra całej ludzkości. Władze Republiki R nie reagowały. Ruch wszczęty przez Krwo miał wszelkie znamiona Grzegorz Pełczyński 39 postępu. Więc tylko od czasu do czasu w telewizji pokazywano jakiegoś intelektualistę, który ogólnie wypowiadał się o rozwadze, szacunku dla odmiennych poglądów, tolerancji. A Ernest Krwo z oddziałem najwierniejszych bojowników przekroczył granicę Republiki R., ażeby w krajach ościennych walczyć o urzeczywistnienie swych marzeń. W jednym z nich niestety zginął, spadając z wieży kościelnej, na której okrągła tarcza zegara przeciwstawiała się postępowi. W tamtych czasach zaczęto smażyć na specjalnych patelniach kwadratowe naleśniki. Do dziś są one specjalnością kuchni erskiej. KWIATY Przez wiele lat mówiło się o złym stanie erskiej armii. O przestarzałym uzbrojeniu, kiepskim morale, a przede wszystkim o niskich pensjach oficerów. W końcu zadanie reformy armii powierzono generale Patrycji Skar. Według niej, w razie napaści zbrojnej na Republikę R, żołnierzy wrogiej armii powinno się obrzucać kwiatami. Wówczas z pewnością przestaną walczyć. A wtedy odpowiednio wyszkoleni psychoterapeuci, podjęliby akcję, mającą na celu skłonienie najeźdźców do opuszczenia terytorium kraju. Ażeby państwo było gotowe do obrony, zaczęła więc zakładać wielkie plantacje kwiatów. Kapitan Ludwik Mono uwielbiał kwiaty, w swoim ogrodzie hodował różne egzotyczne gatunki. Po reformie generały Skar, dzięki swej wiedzy florystycznej, mógł się stać znaczącą postacią w erskiej armii. Podał się jednak do dymisji. Po pewnym czasie zaprosił do swego ogrodu kilku zaufanych kolegów. — Panowie — rzeki — czy jesteście pewni, że gdy będą w nas rzucać granatami, obronimy się za pomocą goździków albo frezji? — Nie, nie, z pewnością nie — odpowiedzieli. — W takim razie, co proponujecie? - Napiszmy list żądający odwołania generał Skar — powiedział ktoś. - Jeśli się pod nim podpisze dostatecznie wielu obywateli R, może znów powstanie normalna armia. — A może sami spróbujemy ją stworzyć — zaproponował kapitan. Wkrótce jego koledzy oraz koledzy ich kolegów zaczęli wyprowadzać z magazynów sprzęt wojskowy, przeznaczony zresztą do likwidacji. Zaczęli też odbywać potajemne ćwiczenia w odludnych miejscach. Coraz więcej młodych mężczyzn chciało w nich uczestniczyć. SPADEK Ceremonia pogrzebowa zakończyła się. Ludzie powoli rozchodzili się w różne strony. Beniamin Bdo stał jeszcze przez chwilę nad świeżo usypaną mogiłą. Czuł niezmierną wdzięczność wobec zmarłego - zapisał mu wszakże spory majątek. Wreszcie szczęśliwy spadkobierca skierował się do wyjścia. Idąc aleją cmentarną, minął adwokata, który zajmował się finansami nieboszczyka. Ponieważ obaj się znali, zaczęli rozmawiać. 40 Republika R - Kiedy mogę do pana przyjść w sprawie spadku? - zapytał Beniamin. — Nie warto — prawnik machnął ręką. — Dlaczego? — zdziwił się bardzo. - Według prawa Republiki R spadkobierca musi zapłacić podatek w wysokości stu dwudziestu procent odziedziczonego majątku. Beniaminowi zrobiło się słabo. Pomyślał, że może tego cmentarza nigdy nie opuścić. Jednak za moment poczuł się lepiej. — Są chyba jakieś inne rozwiązania. - Można przekazać spadek państwu. Wtedy płaci się tylko dziesięć procent wartości majątku. - Tak czy owak jestem zrujnowany - westchnął ciężko. -Jeśli ja bym był na pana miejscu, zwlekałbym z załatwieniem formalności spadkowych. Jest pan młody, więc niewykluczone, że doczeka się upadku Republiki R i ustanowienia sprawiedliwych praw. — Ale czy Republika R upadnie? - Niewątpliwie - powiedział już za bramą cmentarną. Piotr Napiwodzki 41 Piotr Napiwodzki Wilhelm z Modeny1 w okolicach Sztumu część pięta Pomiędzy Sztumem a Elblągiem, wiosna, rok 1239. - Guglielmo, powiedz mi - Wilhelm zwrócił się do siedzącego obok w łodzi człowieka, który jak on pochodził z Piemontu, a odnaleziony został w niewielkim grodzie niedawno zdobytym przez rycerzy zakonnych, w Sztumie. — Ile czasu zajęła wam podróż z Italii aż tutaj, do kraju Prusów? — Panie, jakieś pięć miesięcy. Wilhelm pomyślał, że na przykład posłańcy pomiędzy Wrocławiem a Rzymem potrzebują na wypełnienie zadania około 5 tygodni, a on sam jadąc z Rzymu do Lubeki spędza w podróży od 6 do 8 tygodni. Niewiele dłuższa jest podróż z północnych księstw polskich do Rzymu i to niezależnie, czy wybiera dłuższą drogę przez Saksonię, Frankonię i Salzburg, czy też krótszą — przez Czechy i Austrię2. Może podróżuje zbyt szybko? Może podróż powinna trwać długo? Jak straszny byłby świat, gdyby ludzie mogli przemieszczać się bardzo szybko, bez czasu na zastanowienie się, na przemyślenie tego, co w innym miejscu chcą zrobić, co chcą powiedzieć, z kim się spotkać? Jak straszne byłoby, gdyby mogli komunikować swoje myśli natychmiast i na duże odległości? Wilhelm wielokrotnie słyszał o odwołanych czy zawróconych posłańcach. Czas dany na taki manewr pozwolił uniknąć czasem bardzo poważnych, często przykrych, bądź nawet tragicznych, konsekwencji. Wielu ludzi przeraża podróż i czas, jakiego podróż wymaga, ale z drugiej strony strata czasu tylko wtedy jest stratą realną, jeśli zaoszczędzony czas potrafi się właściwie spożytkować. To z kolei sztuka, którą posiadło niewielu. Płynęli łodziami w kierunku północno-wschodnim. Wilhelm wykorzystywał czas podróży przeglądając tablice opisujące gramatykę tubylców, które sam zrobił parę lat temu. Guglielmo, mimo, że spędził wśród Prusów wiele miesięcy, w niewielkim stopniu przykładał się do zapamiętywania poszczególnych słów i zasad ich użycia. Udawanie przez czas pobytu w warowni głuchoniemego z pewnością nie pomagało w nauce. Wilhelm licząc na jakieś cenne uwagi dotyczące języka Prusów musiał się zawieść na nowym towarzyszu. Podróżowanie drogą wodną było w tych północnych okolicach stosunkowo szybkie i pewne. Oczywiście, płynięcie z Lubeki do, na przykład, Gdańska, zajmowało wiele dni, oznaczało parę postojów w mniejszych lub większych portach, wiązało się z uzależnieniem 1 Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest swobodną interpretacją życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część pierwsza w: „Prowincja” 2 (28) 2017, część druga w: „Prowincja” 4 (30) 2017, część trzecia w: „Prowincja” 2 (32) 2018, część 4 w: „Prowincja” 3 (33) 2018. 2 Por. Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 182-183, przyp. 4 i 5. 42 Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu od kaprysów pogody, ale najważniejsze, że wodą poruszano się w miarę bezpiecznie cały czas mając w zasięgu wzroku linię brzegową. Ten kontakt z brzegiem także dla Wilhelma był bardzo ważny. Jako Piemontczyk z niechęcią myślał o długich, morskich podróżach na przykład do Ziemi Świętej, dokąd zresztą nigdy nie dotarł. Poznał już jednak siłę sztormu na Morzu Śródziemnym, a i tu, na Północy, podróż, na przykład na wyspę Bornholm, była jakimś wyzwaniem; na szczęście nie brakowało doświadczonych żeglarzy potrafiących szybko i pewnie trafić do celu wyprawy. Każde morze budziło respekt, a i szczególny szacunek wzbudzali ci szalenie odważni ludzie, którzy nie wahali się płynąć aż za linię horyzontu, w nieznane. Właśnie jako szaleńcy nie byli często zbyt poważani, ale Wilhelm był wśród tych, którzy zdawali sobie sprawę, że do takich właśnie śmiałków należy przyszłość. Chociaż dla wszystkich wykształconych ludzi jasnym było, że ziemia jest kulą, to jednak w praktyce pozostawała niepewność człowieka wobec żywiołu fal i niepokój wyobraźni wzmacniany oglądanymi w bibliotekach rycinami, na których za linią horyzontu czają się potwory, a masy wody formując wielkie wodospady wpadają do otchłani. Teraz jednak Wilhelm i towarzyszący mu ludzie płynęli dużymi i płytkimi łodziami, wyglądającymi raczej jak tratwy, po okolicy pełnej wysp i wysepek, po wodach przypominających rzeki, ale bez żadnego wyczuwalnego nurtu. Obecni na łodziach ludzie za pomocą długich tyczek nadawali prędkość łodziom i określali kierunek podróży. Wiosną było tu wyjątkowo dużo wody. W innych porach roku krajobraz musiał wyglądać zdecydowanie inaczej. Ta właśnie zmienność fascynowała Wilhelma. W Italii pory roku nie wprowadzały aż takich kontrastów. Im dalej na Północ, tym większe wrażenie robiło też światło. Jak wielu ludzi swoich czasów Wilhelm był szczególnie wrażliwy na wszelkie zjawiska świetlne: iskrzący się w słońcu zmrożony śnieg, przedziwne nocne światła na zimowym niebie w najbardziej na Północ wysuniętych regionach, mgły załamujące promienie światła przez cały dzień w porze jesiennej, ale i letnie powietrze drżące od gorąca palącego prawie tak mocno, jak w Italii, oraz, w końcu, wiosenna eksplozja zieleni ze słońcem święcącym zadziwiająco długo i bardzo powoli zachodzącym. Nic dziwnego, że to na Północy zaczęto budować katedry, wielkie budowle pełne światła. W całej Francji w każdym mieście budowano lub szykowano się do budowy takiej świątyni. Bardziej na Północ, w Anglii i innych leżących na tamtejszych wyspach krainach, też z pewnością taki ruch się rozpocznie — Wilhelm osobiście nie był jeszcze nigdy na tych słynnych wyspach5, ale przecież nie był to świat obcy — ten sam język ludzi nauki i duchownych, te same społeczne struktury, no i tam też - jak chociażby na Południu Italii czy w Ziemi Świętej, władali rycerze normańscy mówiący tym samym językiem, co rycerze we Francji. Ta Północ tutaj, położona bardziej na Wschód, to teren o wiele bardziej dziki, może niebezpieczny, ale przecież obiecujący. Dobrze, że rycerze zakonni w białych płaszczach z czarnym krzyżem myślą najpierw o budowaniu twierdz, ale może kiedyś, gdy wokół twierdz powstaną już miasta, gdy kupcy zaczną się bogacić i z konieczności będą chcieli uspokoić swoje sumienie (w końcu dopiero do niedawna na przykład we Francji czerpanie zysków z handlu przestało uchodzić za grzech śmiertelny4) wznosząc aż do nieba te niezwykłe budowle z kamienia i kolorowego szkła. Przecież „światłość w ciemności świe- 3 Wilhelm będzie w Angli w roku 1247, skąd płynął w ramach misji dyplomatycznej do Norwegii. Por. Gustav Adolf Don-ner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 312. 4 Por. Georges Duby, Czasy katedr. Sztuka i społeczeństwo 980-1420, Warszawa 1997, s. 105. Piotr Napiwodzki 43 ci i ciemność jej nie ogarnęła” (J 1, 5). W końcu sam Bóg jest światłością, jest światłością pierwotną, niestworzoną i stwórczą. Światło nadaje wszystkiemu miejsce i kolor, stwarza ład i spójność. Każda rzecz odbija to pierwotne światło. Światło organizuje przestrzeń. Jest bliskie doskonałości, bo jest czymś pośrednim pomiędzy bytem materialnym a duchowym. Im rzeczy są doskonalsze i wyżej sytuują się w hierarchii bytów, tym więcej jest w nich światła, tym lepiej światło przez nie przechodzi, łatwiej je przenika. Przez grzech ludzkie ciało stało się nieprzepuszczalne dla światła Bożego i promienie Bożej miłości nie mogą przeniknąć bezpośrednio do duszy, by odbić się i powrócić do swojego Źródła. Odbijanie tego Bożego światła jest wprost zasadą istnienia świata, gdyż wraz ze światłem do swojego Stwórcy zmierza cały świat. To odbijanie światła jest zasadą ruchu i podstawią nadziei, że nawet z największych ciemności istnieje droga powrotu do Źródła światła5. Tak, piękno przecież, jak sformułował to pewien dominikanin spotkany niedawno przez Wilhelma we Fryburgu, to „blask formy”6. To jest ten tak bardzo pożądany blask, blask nowych katedr, blask, którego poszukują ludzkie oczy wpatrzone w niesamowity spektakl odgrywający się na niebie tu, na Północy — pędzące chmury o wszystkich kolorach i odcieniach, różnobarwne łuki będące przecież od biblijnego potopu symbolem przymierza Boga z ludźmi, czerwone zachody słońca, wschody przygotowywane delikatną poświatą przez dużą część nocy... Wilhelm wielokrotnie myślał, że epoka w której żyje, będzie być może przez potomnych nazwana epoką światła, może oświeceniem. Tak, to by rzeczywiście dobrze pasowało do nowego trendu postrzegania rzeczywistości, to by rzeczywiście pasowało do pełnych światła katedr. Tutaj jednak, w krainie w większości pogańskich Prusów, nic nie wiedziano o tych wspaniałościach. Dlatego tak ważne było oświecenie tubylców i wprost olśnienie ich, ważniejsze być może niż rozumowe przekonywanie. Tak przynajmniej myślał Wilhelm, ale wiedział już, że cywilizacja, której był apostołem i misjonarzem, podąża w jeszcze innym kierunku. Wilhelm, chociaż doceniał potencjał nowych, naukowych prądów, i chociaż zafascynowany był odkrywaniem myśli wielkiego pogańskiego filozofa, Arystotelesa, to jednak z pewną niechęcią myślał o Paryżu, gdzie logika i dialektyka stawała się głównym przedmiotem studiów. Spekulacje i gry sylogizmów wypierały wszelkie zainteresowania estetyką, tak jeszcze charakterystyczne dla pokolenia wielkich mistrzów, benedyktyńskich mnichów z XII wieku. Poeci klasyczni, z takim zapałem odkryci na nowo w poprzednim stuleciu, teraz, w sformalizowanym świecie sporów doktrynalnych, przestawali być wielbieni i podziwiani, przestawali być potrzebni. — Guglielmo, tak właśnie się zastanawiam, czy nasze czasy będą nazwane epoką światła czy raczej epoką rozumu? Jak sądzisz? — Panie, nie wystawiaj mnie na próbę, bo wiesz przecież, że jestem, lub może byłem, sam już nie wiem, z tych, którzy już żadnych kolejnych epok nie oczekują. Świat się dopełnia, nadchodzi czas Antychrysta, a potem królestwo panowania Syna Człowieczego... 5 Myślenie Wilhelma w tym punkcie opiera się w dużej mierze na jednej z „obowiązkowych” średniowiecznych lektur, czyli powstałym na przełomie V/VI wieku dziele Pseudo-Dionizego Aeropagity Teologia mystica. Obecne są tu też zapożyczenia z myśli Roberta Grosseteste (ok. 1175-1253), którego dzieł Wilhelm nie mógł jednak jeszcze znać, gdyż powstawały w Anglii dokładnie w czasie opisywanych misyjnych podróży. ’ Chodzi o Alberta Wielkiego (ok. 1193-1280), w latach 1233-1245 nauczał w Kolonii, Fryburgu Bryzgowijskim, Strasburgu i Hildesheim. 44 Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu — Tak, Guglielmo, znam tę twoją dobrą nowinę o końcu świata. Przecież wiesz, że ją — trzymaną w rozsądnych granicach i pozbawioną fanatyzmu — rozumiem i oczywiście popieram. Ale spróbuj na chwilę przyjąć to, co według ciebie niemożliwe. Jak nazwą naszą epokę w przyszłości? Guglielmo myślał przez dłuższą chwilę wpatrując się w zielone brzegi wysp i wysepek otaczające zewsząd ich łodzie. — Myślę, Panie, i wybacz mi moją zarozumiałość, że to właśnie czas takich ludzi jak Joachim z Fiore, Franciszek z Asyżu, jak mój mistrz, Giovanni Buralli, a nawet jak ci tutaj rycerze zakonni... To czas Bożych szaleńców i..., jak mówisz, Panie, fanatyków... — Ach, epoka wiary, gorliwości, szaleństwa i fanatyzmu, to brzmi ciekawie — Wilhelm wypowiadał te słowa poważnie, bez ironii, myśląc także o swoich osobistych wyborach i włączeniu się w dzieło budowania chrześcijaństwa na krańcach świata. Przy wszystkich dyplomatycznych staraniach, głęboko przemyślanych strategiach, wszelkich na bieżąco modyfikowanych planach, tak czy inaczej ta ekspansja na Północ nosiła znamiona szaleństwa. Oprócz biskupa Chrystiana, z którym w Rzymie spotkał się dwukrotnie i który jako pierwszy opowiadał mu o wyzwaniach tej misji, człowiekiem równie ważnym dla decyzji Wilhelma o zrzeczeniu się biskupstwa i wyruszeniu na Północ był Hermann von Sal-za, Wielki Mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Po raz pierwszy o sprawach Północy Wilhelm rozmawiał z nim w roku 1223, gdy Hermann już od ponad 10 lat piastował swój urząd (jako czwarty Wielki Mistrz) i właśnie wrócił z Niemiec. Spotkał go też w roku 1230 w cesarskim obozie w Ceprano, gdzie prowadzono negocjacje pokojowe zażegnujące konflikt pomiędzy cesarzem i papieżem . Hermann z kolei po raz pierwszy spotkał się z cesarzem Fryderykiem na dworze w Norymberdze w roku 1216, a nawiązana wtedy znajomość miała ogromne znaczenie dla całych północno-wschodnich Niemiec i wszystkich krajów do nich przylegających. Przez ponad 20 lat na dworze Fryderyka zawsze można było spotkać Hermanna von Salzę. Był najbardziej zaufanym doradcą cesarza. Fryderyk na tyle intensywnie zajmował się wszelkimi innymi sprawami, że w zasadzie kwestie północno-wschodnich rubieży cesarstwa w pełni oddał w ręce Hermanna. Hermann zaś interesował się tymi terenami szczególnie, bo tu właśnie miało powstać nowe, autonomiczne państwo kierowanego przez niego zakonu. Co ciekawe — Hermann nigdy nie przyjechał do Prus, zawsze był zbyt zajęty dyplomatycznymi misjami w różnych częściach Europy. Wilhelm zdawał sobie sprawę, że projekt państwa zakonnego Hermanna von Salzy był nie do pogodzenia z wizją kościelnego państwa misyjnego8. Wiedział jednak, a może bardziej przeczuwał, że idea pojednania pomiędzy cesarzem i papieżem tutaj, na dalekiej Północy, ma szansę na nabranie cech czegoś realnego i trwałego. Przy wszystkich sprzecznościach, przeciwstawnych koncepcjach, różniących się uwarunkowaniach, Wilhelm rozpoznawał w Hermannie bratnią duszę, doceniając jego dyplomatyczną zręczność, ale też rozumiejąc tragizm sytuacji człowieka, który złożył przysięgę zarówno papieżowi, jaki i cesarzowi, a każdy konflikt między nimi stawiał go przed ogromną trudnością9. Jak dochować wierności obydwu? 7 Por. Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 55, 86-87. 8 Por. Erich Caspar, Hermann von Salza und die Grundungdes Deutschordensstaats in Preussen, l ubingcn 1924, s. 26-27. 9 Por. Ernst Kantorowicz, Fryderyk II, 1194-1250, Oświęcim 2017, s. 81. Piotr Napiwodzki 45 Wilhelm postrzegał w tym jednak jeszcze szerszy problem, który być może ostatecznie można sprowadzić do ułomności ludzkiej kondycji naznaczonej grzechem pierworodnym. Dlaczego każda nowość, każde działanie reformatorskie, każda próba pokonania istniejących na różnych płaszczyznach rozłamów i konfliktów, w praktyce zawsze jest popadaniem w to, co stare, jest powrotem do tego, co właśnie chciano zreformować, jest pogłębianiem jedynie tych fos i rowów, które miały być zasypane? Chociażby właśnie rycerze w białych płaszczach: mieli być alternatywą dla istniejącego porządku społecznego, a stali się przyboczna gwardią samego cesarza będącego przecież w jakiś sposób gwarantem istniejącego porządku. Może i po części miał rację Guglielmo mówiąc o tym mechanizmie, chociaż jego propozycja całkowitego wycofania się ze świata była dla Wilhelma raczej oznaką beztroskiego zrzucenia odpowiedzialności na innych. O mistrzu zakonu, Hermannie, Wilhelm myślał z dużą sympatią, a zarazem sytuacje wymuszały często, że znajdowali się po dwóch stronach barykady. Nigdy nie chcieli ze sobą walczyć, ale ciągle musieli dążyć do pojednania. Tu, na Północy, Wilhelm wspierał zakon Hermanna hołubiony przez cesarza Fryderyka, a gdzieś na Południu w wielu momentach owocowało to zaufaniem wobec papieskiego legata, co Wilhelm mógł na przykład znakomicie wykorzystać dla dobra Kościoła odwodząc cesarza w roku 1243 od oblegania i zajęcia Rzymu10. Cóż, konflikt pomiędzy papieżem i cesarzem jawił się Wilhelmowi jako coś obecnego w świecie na stałe, z czym po prostu trzeba było umieć żyć i ewentualnie niwelować złe skutki nieuchronnych konfliktów, a nawet wykorzystywać istniejące napięcie dla wznoszenia gmachu chrześcijańskiego Kościoła. Zresztą sama funkcja Wilhelma, a więc bycie papieskim legatem, była już w samej swej istocie uzurpowaniem władzy, którą niegdyś piastowali rzymscy cesarze, a więc była możliwym zarzewiem konfliktów. Od XI wieku papieże zaczęli wysyłać do wszystkich krajów swoich legatów, którym powierzali sprawowanie ustawodowczej i sądowniczej najwyższej władzy papieskiej. Ci z legatów, którzy byli kardynałami, stanowili pars corporis papae (część ciała papieża) na tej samej zasadzie, zgodnie z którą senatorów w starożytnym Rzymie uważano niegdyś za pars corporis imperatoris (część ciała cesarza); tak samo zresztą Fryderyk II określał elektorów cesarstwa. Ponadto stanowisko legatów papieskich charakteryzowano w dekretałach jako analogiczne do stanowiska prokonsulów i w związku z tym całość ich pełnomocnictw regulowano używając fragmentów Corpus iuris cioilis dotyczących legatów cesarskich". Legat był więc niejako przedłużeniem władzy papieża na odległych terenach, władzy, dodajmy to, pełnej i niepodzielnej. W praktyce oznaczało to osłabienie pozycji biskupów. Gdy pozycja papieża zrównała się z pozycją dawnego cesarza, to wszyscy, którzy sprawowali w Kościele jakąkolwiek władzę, tak naprawdę sprawowali ją jako delegaci papieża. Zresztą, czy Wilhelma nie uwięzili w Akwizgranie w roku 1230 zwolennicy cesarza właśnie dlatego, że widzieli w nim symbol i narzędzie papieża, a w drugiej kolejności dopiero kogoś, kto transportował zebraną w Danii znaczną sumę dla papieskiego dworu?12 Wilhelm znał oczywiście naukę świętego Augustyna, na którą powoływało się wielu dążących do jedności świata chrześcijańskiego. Dowodzono wtedy jednak, że powołaniem 10 Por. Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 278. 11 Por. Johannes Baptist Sagmiiller, Die Idee von der Kirche ais imperium Romanum im kanonischen Recht, w: Theologische Ouartalschrift 80{\898), s. 50-80. 1 Por. Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 147, 157. 46 Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu Kościoła jest uświęcanie państwa, a w ten sposób samo państwo zaczęło jawić się jako podporządkowane Kościołowi. Dopiero państwo uświęcone przez Kościół istnieje rzeczywiście, a tak podporządkowane państwo nadal pozostaje jedynie częścią wszechogarniającego porządku i to porządku w swej istocie kościelnego. W konsekwencji Kościół posiada wszelką duchowną i świecką władzę, czyli dzierży obydwa miecze: duchowny i świecki. Kościół nie posługuje się wprawdzie obydwoma mieczami, gdyż wtedy sam byłby państwem, ale nawet jeśli państwo posługuje się mieczem świeckim, to czyni to według wskazówek i za przyzwoleniem Kościoła. Czy była to wizja, którą jakikolwiek ambitniejszy cesarz mógł zaakceptować? Odpowiedź była oczywista. Wilhelm spojrzał na płynącą w tej chwili obok nich łódź, w której siedział rycerz Johannes. Tak, taki właśnie zakonnik jest kimś, kto w dotychczasowy obraz świata wnosił pewne zamieszanie. W pełni podlega władzy duchowej, ale dzierży także całkiem świecki miecz. Co z tego tak naprawdę wyniknie? Wilhelm wspierał zakon, ale nie był w stanie mu zaufać. Dlatego tak ważne było dla niego, aby jak najmocniej osadzić na nowych ziemiach także dominikanów — być może to im warto powierzyć przyszłe biskupstwa na tych terenach? Wilhelm cieszył się, że w Elblągu będzie szansa na spotkanie tych braci noszących również biało-czarny habit... Wilhelm nie mógł wiedzieć, że tej właśnie wiosny, w Niedzielę Palmową 1239 roku, Fryderyk II zostanie ekskomunikowany przez Grzegorza IX i że dokładnie tego samego dnia, w dzień ostatecznego rozłamu, ostatnie tchnienie wyda mistrz Hermann von Salza, nawet i w śmierci lojalny wobec obydwu potęg. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY W DRODZE Skąd u człowieka taki głód podróży. Raz by tę ziemię obejść, choć raz przecież dotknąć, zobaczyć. Coś koczującego przywarło do nas mimo osiadłości. Urszula Kozioł Tak, to był koniec tamtego świata. Trakty od wieków przemierzane pieszo, konno bądź dyliżansem zastąpiła droga żelazna i napędzany parą pociąg. U jednych budził zachwyt, u innych niechęć. Pisarz i publicysta Ludwik Pietrusiński wspominał swą podróż pociągiem w 1845 roku jako lekkie, pozbawione szturchnięć i uderzeń unoszenie się nad ziemią. Wprawiała go w podziw prostota i niezmienność kierunku — „bez przejeżdżania na bok prawy i lewy, na dół i do góry, w esach i zygzakach, w ostrych i tępych kątach”. Natomiast Józef Kramer, wykładowca heglowskiej estetyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i, podobnie jak Ludwik Pietrusiński, uczestnik Powstania Listopadowego, po podróży z Krakowa do Szczawnicy w 1865 roku zanotował, że czuł się jak pozbawiony indywidualności przemieszczany towar: „wożą go pędem przez świat, jakby był tłumokiem lub listem, lub ostrygą, z którą strach, by nie zatęchła po drodze”. Droga symbolizuje życie, które zdolne jest oprzeć się pokusie gnuśnienia, ciągłego potwierdzania się w sprawdzonych, zastygłych formach i sposobach istnienia, ulegania słabościom i podszeptom. Zapisałem słowa wypowiedziane przez wędrownika-piechura Marka Kamińskiego: Duchową pustynię odkryłem, obserwując samochody. Dla pielgrzyma każda minuta jest ważna, bo wkłada w nią siłę nóg. Ludzie w samochodzie pędzą do czegoś, co może nigdy nie nastąpić. W ten sposób zabijamy czas i doprowadzamy do tego, że nas nie ma. Olga Tokarczuk poświęca swą znaną, wyróżnioną właśnie Nagrodą Bookera książkę biegunom, odłamowi starowierców nie akceptujących modernizacyjnych zmian w XVII-wiecznej cerkwi. Sądzili, że zło zdolne jest pochwycić człowieka zwłaszcza wtedy, gdy stanie w miejscu — stąd ratująca zasada „błogosławiony, który idzie”. Taką świadomość przejmuje sama autorka: [...]zdałam sobie sprawę, że — mimo wszelkich niebezpieczeństw — zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ułec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś — będzie trwało nawet wiecznie. Ruchome będzie trwało wiecznie — słowa, które od razu przywodzą 48 Okruchy na myśl tytuł książki czeskiego teologa i filozofa, ks. Thomasa Halika: Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Pociąg to izolujący od świata kokon, kapsuła, w której człowiek siedzi, czasem stoi bądź leży. Podróż w kapsule oznacza mdławą monotonię, którą przerywa rozprostowanie kości i chwilowa ciekawość nowego miejsca, w którym się zagościło. Samochodowa kapsuła nie zawsze i nie w pełni izolowała od świata. Olga Tokarczuk wspomina, że jeszcze w latach sześćdziesiątych minionego wieku człowiek Zachodu, kolorowy i zbuntowany, kupował używany samochód, najlepiej typu van, i ruszał nim do Indii. [...] Tamci podróżnicy przemierzałi Ziemię kiłometr po kilometrze, z każdym dniem zmieniał się smak wody, jedzenie, temperatura i klimat. Ludzkie ciało miało szansę przystosować się do powolnej, stopniowej przemiany. Po drodze przezywali wiele przygód, zwłaszcza że na tym akurat szlaku zawsze można było kupić za małe pieniądze dobrą marihuanę. A dzisiaj? Dzisiaj wsiada się do kapsuły boeinga, by za kilka godzin, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znaleźć się w innej rzeczywistości. Syn zmarłego kilka lat temu historyka Tony'ego Judta, Daniel, poświęca czułe wspomnienie — drukują je „Zeszyty Literackie” - o mało znanej namiętności ojca, jaką było podróżowanie koleją. Niedługo przed śmiercią, w sierpniu 2010 roku, zaczął pracować nad książką poświęconą historii kolei, miała nosić tytuł „Lokomocja”. TonyJudt już jako dziecko jeździł pociągami gdy tylko mógł - bez celu, donikąd, dla samego jeżdżenia. Po latach zabierał w kolejowe podróże po Europie swe dzieci, Daniel do dziś pamięta nazwy wielu tamtych stacji. Chory na stwardnienie zanikowe boczne, sparaliżowany, poruszający się na wózku i tracący z dnia na dzień życiowe zdolności, napisał zdanie poruszające: „najbardziej przygnębiającą konsekwencją mojej obecnej choroby jest świadomość, że już nigdy nie pojadę pociągiem”. Judt, lewicowy liberał, kochał kolej nie bez związku z ważnymi dla siebie ideami. Sądził, że pociągi wprowadzają w świat społeczny, pozwalają odkryć przestrzeń publiczna, przezwyciężają jednostronności indywidualizmu i wszechmocnego państwa tworząc społeczeństwo. Daniel Judt przywołuje pracę Wolfganga Schivelbuscha pt. „Podróż koleją: Industrializacja czasu i przestrzeni w połowie XIX wieku”, którą jego ojciec z pewnością czytał. Schivelbusch - inaczej niż Józef Kramer - pisze, że dopiero zamiana trzęsącego się powozu na pociąg pozwoliła w pełni ogarnąć widziane z okna wagony pejzaże i okolice. Dodaje jednocześnie, z czym Tony Judt nie chciał się już zgodzić, że kolej popsuła doświadczenie czasu i przestrzeni, uprzemysłowiła podróż i zamieniła świat w „jeden wielki supermarket pełen wiosek i miast”. Dla Tony'ego dworce stanowiły odpowiednik katedr, zaś rozkłady jazdy traktował jak Biblię. Miarą mojej Europy - mówił — są godziny odjazdów pociągów. O wyrafinowanej architekturze dworców kolejowych pisze też w wydanym u nas przed czterema laty „Wieku imperium: 1875-1914” londyński historyk Erie Hobsbawm: [...] owe dziewiętnastowieczne pałace użyteczności publicznej, wciąż powstawały jako potężne pomniki sztuk pięknych: w Nowym Jorku, Saint Louis, Antwerpii, Moskwie (nadzwyczajny Dworzec Kazański), Bombaju i Helsinkach. Piszę te słowa i myślę o dworcu w Chojnicach, wielkiej, zachowującej resztki dawnego dostojeństwa martwej bryle, w której czynne jest tylko jedno niewielkie okienko kasowe. Myślę też, że w Europie Judta nie byłoby chyba miejsca dla Polski, która rozbudowuje infrastrukturę samochodową (autostrady) kosztem kolejowej, czego wyrazem są likwidowane wciąż połączenia szynowe. Andrzej C. Leszczyński 49 Tony Judt swą kolejową filozofię wyraził krótko: w pociągu chodzi o to, żeby do niego wsiąść. Daniel: Nie miał cierpliwości dla ludzi, którzy — jak gapiące się na pociągi wyrostki z jego brytyjskiego dzieciństwa — tylko stali, czekając na przejeżdżające składy. Nie da się ukryć, byłem takim kilkuletnim wyrostkiem, który w towarzystwie innych wyrostków pasł krowy i czekał na przejeżdżające nieopodal pociągi z Poznania do Piły i z Piły do Poznania. Powód był jeden: dość dokładnie informowały o godzinie. Szczególnie ważny był wieczorny o dziewiętnastej trzydzieści, który oznaczał, że mogę wraz z krasulą wracać do domu. — Wpódoósmy jechoł, możymy spyndzać — słyszałem uradowany głos kolegi, z którym dzieliłem pasterski los. Tak, w świat społeczny wprowadzał mnie nie pociąg, jak chciał Judt, lecz pastwisko. Nie było to doświadczenie unikalne, o socjalizacyjnej dla wsi roli pastwisk pisał socjolog, prof. Antoni Sułek. Letnie pasionki u babci, krowy i konie, do których się rwał, z czułością wspomina prof. Andrzej Mencwel w swym „eseju podróżnym” pt. „Toast na progu”. Zaś Piotr Szewc swe najwcześniejsze nauki związane z pastwiskiem wyraził w wierszu pt. „Czas czuwał”: Razem z obydwiema krowami czytałem/ księgę ziemi uczyłem się sekretnej mowy/ mysich nor słuchałem zwierzeń źdźbeł/ trawy, podziwiałem gorliwość dżdżownic/ mądrość pszczół zwinność pasikoników. Teraz wiem, że podobne były moje wtajemniczenia, choć wtedy sądziłem, że czytanie może odnosić się tylko do trzech starannie obłożonych w gazetę tomów „Winnetou” Karola Maya. Owszem, zdarzało się, że wsiadałem do wagonu klasy drugiej, a może trzeciej. Otwierałem któreś z szeregu bocznych drzwi prowadzących do jednego przedziału. Pamiętam do dziś jasny kolor dwóch położonych naprzeciwko siebie sosnowych ławek, zapach smaru i parowozowego dymu, pełen radości gwizd lokomotywy, sygnalizacyjny lizak w ręku pana zawiadowcy Wyki. Herbert G. Wells w swych „Wizjach czasu przyszłego” prorokuje, że po zachłyśnięciu się bardziej nowoczesnymi środkami transportu pociągi wrócą do łask. Jednak nie będą przewozić pasażerów, lecz towary i odpady epoki industrialnej. Opisuje nawet taki pociąg: Po nasypie, zarosłym chwastami i ziełskiem, włecze się, sapiąc i stękając, stara, połatana i okopcona łokomotywa, prowadzona przez zgrzybiałego maszynistę. Farba i emałia na niej kruszy się i odlatuje, odkrywając stal, którą rdza przeżera. Przez komin jej wydobywa się dym ostry, gryzący. Za nią toczy się z brzękiem i zgrzytem żelastwa długi szeregpłatform.... Straszny obraz, w niczym nie przypominający pociągu osobowego, do którego wsiadałem w dzieciństwie na stacji Ostrówki k. Chodzieży. WYGNAŃCY Mogłiśmy pozostać w domu, gdyby nie zbyt wiełki niepokój. Rafael Cadenas Droga jako skazanie. Czesław Miłosz w przypisie po latach (1999) do wydanej w 1962 roku książki „Człowiek wśród skorpionów. Studium o Stanisławie Brzozowskim” wspomina o trwałej polskiej cesze, jaką jest skłonność do określania mianem zdrajcy i skazywania na cywilną śmierć każdego, kto wykracza poza wspólnotowość narodowego konformizmu. Przykładem takiego napiętnowania była tzw. sprawa Brzozowskiego, oskarżonego 50 Okruchy o płatną wysługę carskiej Ochranie. Pisarz musiał wyjechać z Polski, umarł w niesławie we Florencji w wieku 33 lat. Tam też, na Cimitero di Trespiano, został pochowany. Podobnie było ze „sprawą” Józefa Mackiewicza, któremu przypisywano współpracę z hitlerowcami, denuncjowano u niemieckich i amerykańskich wydawców skazując na głodówkę. Oczyszczony przez Sąd Koleżeński Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z zarzutu kolaboracji, powojenne życie spędził na obczyźnie — w Londynie, na koniec w Monachium. Była też „sprawa” samego Miłosza, którego — gdy po pięcioletniej współpracy z peerelowską władzą poprosił o azyl w Francji — uznano za sowieckiego agenta mającego rozkładać emigrację. Miłosz przyznaje, że tytuł książki poświęconej Brzozowskiemu odnosi się także do niego. [...] utożsamiałem się z florenckim samotnikiem miotającym się wśród jadowitych podejrzeń. To, co sam przeżyłem, było tak straszne, że dotychczas nie pojmuję, skąd wzięła się moja wytrzymałość, żeby to przetrwać. Stanisław Brzozowski mógł irytować swą nieprzeciętnością. Czytał ważne dla siebie dzieła i publicystykę w sześciu językach, więc mówiono, że naczytał się i naśladuje. A sama „sprawa”? Jako dziewiętnastolatek dopuścił się rzeczy niegodziwej. Z kasy Bratniej Pomocy, której był prezesem, wziął potajemnie pewną kwotę pieniędzy by opłacić operację ciężko chorego ojca i wyrokiem sądy koleżeńskiego został skazany na trzy lata utraty praw towarzyskich. W tym czasie zostaje osadzony w Cytadeli za przynależność do tajnego towarzystwa Oświaty Ludowej. Brzozowski - jak pisze Miłosz, „naiwny, zapalczywy i prawdomówny” — wdaje się ze śledczymi w dyskusje, co skwapliwie wykorzystano w wydanych anonimowo, mających go skompromitować protokołach z przesłuchań. Chory na gruźlicę, na którą zapadł w więzieniu, słał już z Florencji wyjaśnienia, które były „krzykiem tonącego”; niedługo potem zmarł prosząc, by do trumny włożono fotografię żony i „Boską komedię” Dantego. Piszę teraz o sprawach wziętych z literatury, dość odległych i abstrakcyjnych (choć grób Brzozowskiego na florenckim Trespiano, płaskorzeźbę Roberto Passaglii i włoski napis mówiący o Polaku, który swój geniusz poświęcił ludzkiej godności, widziałem z bliska). Dramat wychodźstwa dotknął mnie bezpośrednio i boleśnie w ponurym roku 1968, gdy utraciłem przyjaciela z gliwickiego ogólniaka, wraz rodziną zmuszonego do wyjazdu z Polski (pisałem o tym w innym miejscu, w króciutkim szkicu pt. „Grek Arek”). Wtedy po raz pierwszy usłyszałem antysemickie komentarze wypowiadane przez rodziców niektórych moich kolegów. Dziś wiem, że brały się często z wypartego poczucia winy za postawy wobec Żydów w czasie okupacji. Pisał Tacyt: Proprium humani ingenii est odisse ąuem la-eseris — właściwe jest ludzkiej naturze nienawidzić tego, kogo się skrzywdziło. Nagonki prasowe, wiece w zakładach pracy z antysemickimi transparentami i wspomniane komentarze tworzyły duszącą atmosferę czystki etnicznej. Likwidowano całe wydziały uniwersyteckie, wyrzucano wybitnych wykładowców zastępowanych przez konformistyczną kadrę „marcowych docentów”. Upokarzające procedury związane z wyjazdem z Polski osób zaopatrzonych przez peerelowskie władze w tzw. dokument podróży, pozwalający na wyjazd bez prawa powrotu, pokazuje Sabina Baral w „Zapiskach z wygnania”. Polski dziennikarz i działacz emigracyjny Józef Lebenbaum napisze po latach: Dla mnie wyjazd był dramatem, bo uderzono mnie w najbardziej czułe miejsce. Gdyby zarzucono mi, że jestem złodziejem, żłe pracuję, popełniam niemorałne czyny... Ale przeszkadzało im żydowskie pochodzenie! Moje Andrzej C. Leszczyński 51 życie to nieustanne przekonywanie świata, że jestem Polakiem. Inny polski dziennikarz, Włodek Goldkorn, szukał po 1968 roku swego miejsca na obczyźnie najpierw w Izraelu, potem w Niemczech, znalazł je we Włoszech jako redaktor działu kultury tygodnika „EEspresso”. Czytam właśnie dopiero co wydane „Dziecko w śniegu”, którego jest autorem. Czytam niechętnie, po dwie-trzy strony i chyba wiem, co miał na myśli mówiąc, że po Holokauście żyje z „otwartą, nigdy nie zagojoną raną”. Przywołuję tu trzy osoby spośród kilkunastu tysięcy wygnanych w tym czasie. Około 28% z nich udało się do Izraela. Pozostali wybrali inną drogę (Jan Tomasz Gross: Wiedzieliśmy, że nie jedziemy do Izraela. Nie ciągnęło nas do tego, żeby z jednego nacjonalizmu wpadać w drugi). Rozproszyli się po krajach europejskich, szukali swego miejsca za oceanem. Z ZIEMI OBCEJ DO OBCEJ przyszedłem tutaj po długiej wędrówce utrudzony bardzo więc nie pytajcie o nic pozwólcie oprzeć głowę na ramieniu Zbigniew Herbert Droga migranta, rozpaczliwa, jedyna, jaka pozostała. Potrójnie obcy. Zamieszkiwał cudzą, nie naszą ziemię. Jako imigrant (osiedleniec) zjawia się na ziemi cudzej, obcej dla siebie. Najgorsze, że źle poczuł się już wcześniej, tam, na ziemi, którą długo uważał za swoją i z której musiał uchodzić, bo stała mu się obca1. Stał się emigrantem (e-migró: wynieść się, wywę-drować; ale też: kazać się komuś wynieść, wypędzić kogoś). Stracił dom — miejsce do którego się wraca. Przeglądam „Pomocnik historyczny” „Polityki” poświęcony dwustuletnim dziejom migracji Polaków. Zatytułowany jest „Za chlebem i wolnością”. Pisząc o migrantach z Syrii, Birmy czy Sudanu Południowego trzeba by użyć innego zwrotu — „Za życiem”. Uchodźca mierzy się z problemami, których wcześniej nie odczuwał. Wspomnę o dwóch, o pochodzeniu i o wyglądzie. Julia Kristeva w pracy „Etrangers a nous-memes” (Obcy samym sobie) pisze, że obcego najbardziej rani pytanie o korzenie. Obcy ucieka od korzeni, zdradza je. Zastępuje korzenie nadzieją bycia gdzie indziej, albo nawet bycia nigdzie. Mąż poetki Zuzy Ginczanki, Michał Weinzieher, ukrywający się w okupacyjnym Krakowie pod nazwiskiem Danielewicz, współwięźniom na Montelupich opowiadał, że jest przybyłym z Anglii skoczkiem spadochronowym, co pozwalało uniknąć kłopotliwych pytań o przeszłość. Czy można uciec od korzeni? Orhan Pamuk („Stambuł. Wspomnienia i miasto”) sądzi, że raczej nie: Każdy, kto próbuje nadać sens swojemu istnieniu, przynajmniej raz w życiu zastanawiał się nad znaczeniem miejsca i czasu, w którym przyszedł na świat. Dlaczego urodziliśmy się akurat w tym zakątku i tego dniał. Pytaniom tym towarzyszy szczególna melancholia, w turecczyźnie zwana huzun, wyrażająca odczucie nieokreślonej utraty. Wygląd, czyli ogół cech zewnętrznych. Ciało, przede wszystkim twarz (wizytówka, jak określał ją Antoni Kępiński). Fryzura, ubiór, sposób poruszania się, gestykulacja. To, jak się Friedrich Hóldcrlin (In lieblicher bldue} tak nazywa Edypa: syn Lajosa, biedny obcy w Grecji. 52 Okruchy wygląda. Wyglądać, czyli być widocznym, wystawionym na czyjeś spojrzenie. Zależność od tego, jak widzą. Być „dla nich” (Sartre: Etre pour 1’autre). Sprawiać wrażenie. Dobry, zdrowy wygląd (good looks). Żadnego w-glądu, wystarczającym źródłem diagnozy jest przejaw, obraz zewnętrzny. Reżyser, Paweł Passini: Z jakichś powodów cały czas powraca w ludziach rodzaj umiejętności rozpoznawania pochodzenia człowieka po jego twarzy. Wydaje mi się, że niektóre grupy szczególnie wykształciły w sobie zmysł do wyszukiwania semickich rysów w twarzy napotykanych ludzi. Często spotykałem się z komentarzami na ten temat. Zazwyczaj diagnozy te poza sprawianiem przykrości nie przesądzają o życiu, nie wyrokują o możliwości istnienia. Nie chodzi tu o wygląd trwale kwalifikujący, opresyjny egzystencjalnie. Taki pojawia się wtedy, gdy jest piętnującym znakiem rasy. Nazistowskie kryteria kazały odróżniać dobry wygląd (nordycki, aryjski) od złego (semickiego). Zuza Ginczanka z powodu niedobrego wyglądu prawie nie wychodzi z domu. Blumka Fradis, przyjaciółka z Równego, miała tak dobry słowiański wygląd (blond włosy, niebieskie oczy, zadarty nosek), że warszawscy gestapowcy wypuścili ją zaraz po zatrzymaniu. Marcel Reich--Ranicki („papież krytyki literackiej”) do końca życia golił się dwa razy dziennie. Była to, tłumaczył, pozostałość po jego pierwszym okupacyjnym nawyku, gdy w Warszawie w taki właśnie sposób próbował rozjaśnić swą semicką twarz. Widać nie wszystko domknął czas wojny, skoro wiele lat później moja mama tłumaczyła dociekliwym sąsiadom w Ostrówkach, że ciemna twarz mojego kumpla Arka jest znakiem jego... greckich korzeni. Dzisiaj, po półwieczu, co jakiś czas można dowiedzieć się o pobiciu w polskim mieście kogoś, kto miał zły wygląd (w 2017 roku zarejestrowano 1449 przestępstw popełnionych z pobudek rasistowskich; 10 lat wcześniej było ich 25 razy mniej). Słowniki tłumaczą ksenofobię jako lęk, fobię ((pó^oę) przed obcym (ksenos, ^śvoę). Jednak w grece ^śvoę to również gość, cudzoziemiec, tułacz, zbieg, przybysz; a także udzielający gościny gospodarz. Obydwa te znaczenia — obcy, gość — są nierozerwalne: obcy, czyli gość. W poematach Homera czytamy o podstawowym prawie gościnności, zwanym ksenia, (^£Vta). Ksenagetes (^evay£TT|ę) to gospodarz podejmujący gości, oprowadzający obcych. Cezary Wodziński („Trans gościnności”) mówi o tym, że dzisiejszy świat hańbi prawo gościnności, to znaczy prawo Innego do pobytu w naszym świecie. Przytacza szkic Jacquesa Derridy pt. „Gościnność nieskończona”, w którym mowa jest o gościnności bezwarunkowej — takiej, która każę przyjąć Innego nic o nim nie wiedząc. Każę zawiesić wiedzę o nim (uprzedzenia, projekcje) na progu domu. Witając - trzeba wyrzec się zadawania jakichkolwiek pytań poza jednym: czy jesteś głodny? Gościnność bezwarunkowa, pisze Wodziński, jest ryzykiem. Jednak ryzyko stanowi konstytutywną cechę prawdziwej gościnności. To dość znamienne — filozof, który z zasady nie odwoływał się do cnót konfesyjnych, zawstydza swymi słowami nominalnych strażników tychże cnót (wyjąwszy oczywiście papieża Franciszka, który w sprawie gościnności mówi rzeczy identyczne). Wiele przekazów mówi o chrześcijanach, którzy oddawali życie za wiarę. Dziś boją się przyjąć nieznanego przybysza. Widać nie traktują poważnie słów Jezusa, choćby tych o Sądzie Ostatecznym zapisanych przez św. Mateusza (25, 31-46). Oby — to moje życzenie Bożonarodzeniowe — puste miejsce przy wigilijnym stole nie było martwym rekwizytem, lecz znakiem zaproszenia. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski DO UZDRAWIAJĄCYCH WÓD, ALBO W GÓRY. SIERAKOWSCY NA WAKACJACH 1881 Wakacyjne plany mieszkańców waplewskiego pałacu zdradza nam list Adama Lwa Soł-tana z 20 lipca 1881 roku. Jutro na cały miesiąc wyjeżdżam do Kołobrzegu (Kolberg) — powiadamia Józefa Ignacego Kraszewskiego. (...) Do Soppot przyjeżdżają z Krakowa Tarnowscy z dziećmi i Adasiowa [Sierakowska] z dziećmi będzie tam z nimi razem. Adaś jedzie do Zakopanego na 6 tygodni i będzie tam z Różą Krasińską — tak więc dom w Waplewie jakiś czas będzie pustką. Spróbujemy nie poddać się tej pustce i przywołać ślady, jakie pozostawili tamtego lata... Czasem oczywiste, czasem nie. FALE SPŁUKUJĄ NIENAWIŚĆ Sołtan nie lubił pisać o sobie, więc nie wiemy, jak spędzał czas w Kołobrzegu. Coś mi jednak podpowiada, że temu erudycie i bibliofilowi mogła wpaść w ręce książeczka pierwszego piewcy Kolbergu, wydana w Berlinie w 1804 roku. Jej autorem był Hans Heinrich von Held, urzędnik celny, z powołania poeta. Trafił do Kołobrzegu, skazany na karę więzienia, którą odbywał w miejscowej twierdzy. Obraził bowiem ciężko dwóch pruskich ministrów, opisując w anonimowej publikacji, która nazwano potem „Czarną księgą”, różne ich machlojki. Dość łatwo zidentyfikowano autora, który zresztą już wcześniej wytykał rządzącym nielegalne działania finansowe i wytoczono sprawę karną. Swoją drogą, odsiadka nie musiała być uciążliwa, skoro von Held korzystał także z uroków uzdrowiska. Zajrzymy do tej książeczki „Uber das Seebad in Kolberg und uber das beste und billigste Verwenden dessen” (O nadmorskim kurorcie w Kolbergu (Kołobrzegu) i o jego najlepszym i najtańszym wykorzystaniu); Nie bacząc na to, że Kolberg wybrzeżom Genui i Neapołupod względem wysokości i rozmachu ustąpić musi, to nigdy nie zapomnę i w sercu moim na zawsze nosić będę obraz oślepiająco płonącego słońca, prawdziwie zachodniego mirażu, dorównującego pięknem adriatyckiemu i egipskiemu morzu, także tu w Kołbergu budującego na horyzoncie eteryczno-fantazyjnepałace złotem poprzetykanych chmuć. Ten wczasowicz z przymusu pisze dalej, że sezon kąpielowy trwa od czerwca do końca września: W tych miesiącach pogoda tu spokojna i bardzo ciepła. Załeca się przynajmniej dwa miesiące w Kołbergu spędzić, tak żeby 100 kąpieli w morzu zażyć. Rano o godz. 5 łub 6, a wieczorem o godz.7 lub 8. Najlepiej postąpi ten, kto w Kolbergu cały rok spędzi i również zimą kąpieli lodowej zazna. Dzieci, jestem o tym przekonany, można w ten sposób na całe życie zahartować. Czekać ich będzie po takim roku zdrowa młodość i szansa doczekania 100 lat! Dalej radca celny von Held o dobroczynnym wpływie pobytu przekonuje czytelnika tak: Najlepszym przykładem na zbawienne działanie kąpieli morskich jestem ja sam. Z natury słabej 1 Fragmenty książeczki Hansa von Helda specjalnie na użytek tego artykułu przetłumaczyła Jutta Zimińska. 54 Do uzdrawiających wód, albo w góry. Sierakowscy na wakacjach 1881 kondycji, pełen obaw o przyszłość, pozbawiony miłości i przyjaciół, osłabiony, z całym światem i sobą samym wałczący, niezdołny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, przybyłem do Kolbergu. To tu po 300 morskich kąpielach odzyskałem chęci do życia i odwagę stawienia światu czoła. To że się odrodziłem zawdzięczam fałom Bałtyku. Są one w stanie spłukać z duszy naszej nawet ludzką nienawiść! I jeszcze jeden fragment: W Kolbergu mamy wszystko, co natura może nam podarować. Morze jest tu cieplejsze niż w innych miejscach Niemiec. Po obu stronach portu mamy plaże, z których możemy zupełnie bezpiecznie 60, 80, a nawet i 100 kroków do morza wejść i woda sięga nam tam dopiero pod brodę. Płaże pokrywa czysty, drobnoziarnisty, biały piasek. W całym Kolbergu nikt nie może sobie przypomnieć, żeby ktoś kiedykolwiek tu sie utopił, tak bezpieczne są tutejsze płaże. Brzeg jest tu płi czasami niespokojne wygląda (...). Maria Beatrix z Krasińskich Raczyńska - litografia z tygodnika „Świt" i i prądy wody niegroźne i nawet, gdy morze Jeszcze jeden walor kołobrzeskiego uzdrowiska podkreśla Held. W przeciwieństwie do takiego Karlsbadu (Karłowe Wary), Warmbrunn (Cieplice Śląskie Zdrój) czy Spa jest to miejsce niedrogie. Mieszkańcy nie zdzierają pieniędzy z przybywających, nie nastawiają się nie na bogatych, ale na stan średni. Nie chcą odstraszać cenami, przeciwnie, niskie opłaty mają zachęcać do przyjazdu i wypoczywania w Kolbergu. (...) Dwa miesiące pobytu kosztują kuracjusza 120 do 150 talarów i są to wydatki niewielkie, biorąc pod uwagę, że pobyt w i kąpiele morskie zapobiegają niejednej ciężkiej chorobie, a co za tym idzie dużym wydatkom na medykamenty i lekarzy. Można powiedzieć, że wydatki na kurację w Kolbergu to wręcz oszczędność. Lektura książeczki Helda, tylko w części poświęcona zbawiennym skutkom kontaktu człowieka z naturą, inkrustowana do tego poezją, musiała być dla Sołtana (jestem coraz bardziej przekonany, że ją czytał) przyjemnością. Kiedy tam wypoczywał Kołobrzeg był już sławny, rozwijał się jako uzdrowisko, zwłaszcza, że od 1859 roku doprowadzona została linia kolejowa. To już od dawna nie tylko lecznicze wody Bałtyku, ale kąpiele solankowe (pierwszy zakład powstał w 1830). Z nich korzystał zapewne Sołtan, bo borowinę zaczęto stosować w uzdrowisku rok później. HYDROPACI KONTRA ALEOPACI Odkryjmy przed czytelnikiem to, co dla naszego kuracjusza, hrabiego ALS, było sprawą oczywistą. Kilka lat wcześniej, w maju 1875 roku, zachorował nagle siostrzeniec, Adam Sierakowski. Zagrożenie życia było bardzo poważne, do pełni zdrowia nie powrócił, ale ratunek zawdzięczał - co Sołtan podkreślał w listach - hydropatii, czy jak byśmy dziś określili — hydroterapii. Janusz Ryszkowski 55 Dziś nasz chory ma się lepiej (.. J. Niebezpieczeństwo minęło, ale parę tygodni musi jeszcze leżeć. Wielka była obawa tyfusu łub zapałenia płuc (...). Dziś żadnej nie ma obawy — zawdzięcza się zaś kompresom zimnym z kauczukiem wokół piersi, które kazał [Władysław] Swiderski wezwany telegraficznie [do Waplewa] z Poznania okładać — stąd ciągłe okładałem. Ten więc hydropatyczny środek, bo tylko to! Jestem pewny, że Was hydropatya tylko radykalnie uleczyłaby. Dalej Sołtan wyjaśnia swojemu przyjacielowi, że takie zabiegi pomogły także Marii Sierakowskiej: Siostra też chora na katar żołądka — kazał doktor Jej też opaskę zimną z kauczukiem na żołądku. Jakoś ałeopaci hydropatyczne środki załecają, to tryumf dla hydropatów. Nie będę zgłębiał historii dziewiętnastowiecznej medycyny, napiszę tylko, że aleopatia to termin, który wprowadził Samuel Hahnemann (1755-1843). Uważał on, że w organizmie pacjenta trzeba wytworzyć efekty przeciwne do symptomów choroby. Ciekawe, że był on też ojcem homeopatii, zakładającej coś wręcz przeciwnego. Sam był przykładem niezwykłej witalności. Powtórnie ożenił się w wieku 80 lat z prawie o pół wieku podziwiająca go pacjentką. Czy do hydroterapii przekonywały Sołtana także kuracje Zygmunta Krasińskiego, opisywane w listach do jego ojca? Hrabia, jak wiadomo, był autorem kopii korespondencji naszego wieszcza. Na pewno pamiętał też barwny list z sierpnia 1836 roku, pisany w Gra-efenbergu (dziś Jesenik — Czechy), gdy poeta przebywał na leczeniu u Winceza Priessnitza, genialnego samouka, rolnika, który założył tam zakład leczenia zimną wodą. To on skonstruował pierwszy prysznic! A zatem dostałem się do szpitała i zacząłem kurację. Żałuję teraz, żem się nigdy nie zaraził, bo jeśli miałem tak nudno i srogo się leczyć, to przynajmniej warto było hułać wprzódy. Co dzień rano o wpół do 5-tej budzony bywam (domyśłisz się, jak mi to w smaku, obwijają mnie w kołdry, jak dziecię w powiciu łub umarłego w chusty śmiertełne, tak że nogą ni ręką ruszyć nie mogę. Ten stan szczęśliwości trwa do trzech godzin, podczas których potnieję (...). Następnie rzucam się w wodę zimną jak lód. Wieczorem taka sama anegdota. O ćwierć mili stąd, w lesie, jest kaskada, tam trza się rozebrać do nagiego i stać pod strugą wody pięć minut. Na śniadanie szklanka wody i chleb, na kolację idem, na obiad zupa i sztuka mięs. Zresztą przez cały dzień każą pić wody do 20-stu szklanek. (...) Ja mieszkam pod strychem u młynarza. (..J Ze trzystu osób podobnego losu tu doznaje. Wszelkiego rodzaju ludzie, zasiadający wszyscy razem do jednego stołu w jednej Sałi. Widok dość dziwaczny z tego powstaje — prości żołnierze, rzemieślnicy, kupcy, bankiery, hrabiny, hrabianki, szambelani etc., etc. Ubiory także dziwne, szpitalowi, pomieszane — znajdziesz suknie paryskie i szlafroki, kapelusze najmodniejsze i słomiane, mycki etc. Ale ogół widoku jest brudny, smrodu dużo, bo wiecznie pot łeje się z nich wszystkich, a nudno, nudno jak w piekle. Sołtan przebywał na wywczasach w Kołobrzegu do 19 sierpnia, czyli tak jak to sobie zaplanował. W drodze powrotnej do Waplewa zatrzymał się w Sopocie, gdzie nie tylko wypoczywał z rodziną profesor literatury Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisław Tarnowski, ale także zbierał materiały do swojej książki podróżniczej poświęconej Prusom Zachodnim. Będzie ona nosiła tytuł najprostszy z możliwych, bo „Z wakacyj”. 56 Do uzdrawiających wód, albo w góry. Sierakowscy na wakacjach 1881 CIEŃ MARII BEATRIX Adam Sierakowski nie wybrał się nad morze z rodziną i Tarnowskimi, górskie powietrze było zdecydowanie bardziej wskazane na trapiące go dolegliwości. Nie zdradzamy tu żadnych sekretów, hrabia sam o tym napisał do „Gazety Toruńskiej” (nr z 4 czerwca), prostując powielane informacje o jego udziale — jako reprezentanta diecezji warmińskiej - w planowanej na lipiec wielkiej pielgrzymce Polaków (ale i Słowian) do Rzymu na obchody ku czci św. Cyryla i Metodego, kanonizowanych rok wcześniej. Lubo nie brak mu dobrej chęci, to przecież zdrowie jego nie pozwala jeździć teraz w porze upałów letnich do Rzymu. — tak redakcja gazety oddawała treść otrzymanego listu. Nie była to zwyczajna pielgrzymka, ale bardzo znacząca manifestacja polityczna. Sw. Metody stał się dla Polaków w zaborze pruskim symbolem postawy antyniemieckiej. Apostoł Słowiańszczyzny zmagał się przecież z biskupami niemieckimi, stał na straży języka słowiańskiego, wiernie służył papieżowi — to musiało działać na wyobraźnię i uczucia w czasie prowadzonej przez kanclerza Bismarcka walki z kościołem katolickim i germanizacji ludności polskiej. Wielkie nadzieje Polacy pokładali w papieżu Leonie XIII. Kardynał Stanisław Ledóchowski, arcybiskup poznańsko-gnieźnieński, więziony wcześniej przez władze niemieckie za obronę Kościoła katolickiego, został powołany przez papieża na przedstawiciela Polaków pielgrzymów. Trudno o bardziej znaczący gest poparcie dla sprawy kato-licko-polskiej. Jeszcze tylko zaznaczmy, że hrabia Stanisław Tarnowski był jednym z kilku członków komitetu pielgrzymkowego z Krakowa. Adam Sierakowski miał spędzić 6 tygodni w Zakopanem w towarzystwie Róży Krasińskiej (1849-1937). To siostra (starsza) jego żony Marii, a i synowa autora „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego, goszcząca też w Waplewie. Może nawet miała jakiś swój udział mariażu kawalera z Waplewa i panny z Krzeszowic? Jednak kiedy Sołtan pisał do Kraszewskiego w lutym 1875 roku sprawa ewentualnych związków małżeńskich rysowała się nieco inaczej: Nasz Adaś często bywa u Krasińskich i serdecznie przyjmowany. Czy córka Zygmunta mu się podobała, tego na pewno nie pisze, ałe ją chwali. Ale o żadnej pannie nie pisze, by się podobała, a pora już pomyśle.... Zatem najpierw na horyzoncie pojawiła się inna Maria - Maria Beatrix Krasińska (1 850-1884), córka poety. Adam Sierakowski ją chwalił, ale czy go urzekła? Podobno wcześniej zachwycił się nią (ujrzawszy portret) owdowiały król Szwecji Karol XV, i jak chcą niektórzy, tylko jego nagła śmierć spowodowała, że nasza bohaterka nie zasiadła obok niego na tronie. A czy mogła być panią Waplewa? Jej życie znaczone było pasmem tragedii. Ojca straciła jako dziewięciolatka, potem dwóch starszych braci — Zygmunta i Władysława, przy matce Elizie pozostała do jej dni ostatnich. W 1876 roku poślubiła Edwarda Raczyńskiego z Rogalina, o którego rywalizowała ze swoją owdowiałą w 1873 roku szwagierką, Różą Krasińską. Małżeństwo dość szybko się rozpadło, odchodząc Maria Beatrix zabrała synka Karola. W „Polskim słowniku biograficznym” (PSB), w życiorysie jej męża Edwarda, można przeczytać, że zaczęła zdradzać objawy choroby psychicznej, przebywała we Włoszech, głównie w Wenecji, pogrążona w romansach i morfinizmie. Zmarła w Trydencie. Jedna z wersji głosiła, że utonęła w jeziorze Como. Miała zaledwie 34 lata. Janusz Ryszkowski 57 PRZEKREŚLONA CZARNA LEGENDA? Pewnie wersję z hasła PSB po prostu powieliłbym bezkrytycznie, w dodatku opatrując rzecz całą komentarzem w rodzaju: może dobrze się stało, że jednak Maria Beatrix nie została żoną Adama Sierakowskiego? Ale utarte ścieżki bywają zawodne. W procesie o dobre imię córki wieszcza powołam świadka — dziennikarkę i pisarkę Anielę Tripplin, zresztą bratanicę nader oryginalnego pisarza — Teodora Tripplina, prekursora literatury science--fiction. W warszawskim tygodniku dla kobiet „Świt”, redagowanym przez Marię Konopnicką, zamieściła korespondencję Marii Raczyńskiej, pochodzącą z ostatnich miesięcy życia spędzonego w Wenecji i Bolonii. Owe listy rozkwitłe w cieniu chmur rozlicznych, przygłuszone dysonansami bolesnych wspomnień, rozrzucone jak kwiaty polne, nie mniej dają się one ująć w jeden wieniec miłości i cierpienia. Sądzę, że dzisiaj już te skarby uczuć i myśłi, których cząstka odbiła się w niniejszej korespondencji —pisała Trippłin — mogą i powinny stać się własnością publiczną. Na też publiczną je oddaję w głębokim przekonaniu, że przyczynię się tym sposobem do zjednania współczucia dła pamięci tej, którą za życia często sądzono niesprawiedłiwie. Z siedmiu listów wybieram kilka fragmentów. Tak jestem wycieńczona, że służąca musi mnie podpierać, abym mogła napisać te kilka słów. (...) Mówić nie mogę z osłabienia, jak w ciszy grobowej łeżę tu w całunie prześcieradeł nikogo nie widując. Nie tęskno mi do łudzi (...). W korespondencji między „paniami przyjaciółkami” wątek zdrowotny poruszany jest często. Raczyńska poleca zabiegi, jakie stosuje hrabia Cezare Mattei (1809-1896) spod Bolonii. Ten pisarz, polityk, lekarz samouk stosował homeopatię. Tworzył różne mieszanki ziół, także o piorunującym działaniu, nazywał to elektrohomeopatią. Jechała droga pani do Matteiego, a tymczasem widzę z listu, że się już dałaś obałamucić i znowu próby ałłeopatyczne rozpoczynasz. (...) Jako przyjaciółka radzę i zakłinam drogą panią, o spróbowanie kuracji Matteiego. Nie zawsze on wyleczą, ale czasem rzeczywiście świetne przeprowadza kuracyie. Dlaczego i czerni Nie wiem, bo wszystkiego rozumem zgłębić się nie da. Może po prostu dłatego, że mieszka w górach pięknych, bo wśród lasów balsamicznych, gdzie natura zimą nawet tchnieniem wiosennym orzeźwia chorych i czaruje ich krajobrazami uśmiechniętymi, pogodnemi, jak płótna Fra Angeliko, może dlatego, że organizmy zmęczone truciznami, od lekarstw długi czas używanych oczyszcza, zostawiając wszystko działaniom natury. Ze on empiryk i samouczek, wiem doskonale, ale i Prysznic był empirykiem, Mesmer także, a przecież medycyna obecna nie gardzi ani hydropatią, ani magnetyzmem. Czyż zresztą nie lepiej być wyleczonym przez empiryka, nim matematycznie, według wszelkich zasad nauki, zaleczonym przez mądrych eskulapów? W tych dwóch listach Raczyńskiej pada nazwisko Sołtana. Pierwszy raz przytacza je jako nieosiągalny i rzadki wzór szlachetności obok takich wypróbowanych przyjaciół ojca jak Gaszyński. W kolejnym zaś prosi Anielę Tripllin, aby „sprowadziła na wieczór” małżeństwo Sołtanów. Powiedz mu droga pani, że dzieci dwóch ojców, którzy się tak ubóstwiali, powinni ku sobie dążyć, jak gdyby w jednej wykołysane kolebce (.. J. Michał Sołtan, brat Adama Lwa, przebywał wówczas w Wenecji na rekonwalescencji po poważnej chorobie. 58 Do uzdrawiających wód, albo w góry. Sierakowscy na wakacjach 1881 I jeszcze krótko o poglądzie Marii Beatrix Raczyńskiej na małżeństwo, bo może to wyjaśni nieco rozpad jej związku. Ideał miłości małżeńskiej, jedyny szlachetny, nieskałany i zapewniający szczęście, dąży raczej do przetworzenia się w nierozerwałną przyjaźń, w braterstwo serc, jedyny węzeł, który nie jest jarzmem i niewolą. Jak ówczesne emancypantki potrzebowały takich wyznań, zgłasza gdy wychodziły spod pióra tak znanej postaci... Dwa lata po śmierci żony Edward Raczyński poślubił Różę Krasińską. Doczekali się dwóch synów; Edward zostanie potem premierem rządu polskiego na uchodżctwie (1979-1986). To on napisał książkę wspomnieniową o matce, kreśląc jej hagiograficzny portret, Marię Beatrix odmalował już inaczej. ZAKOPANE - PUNKT ZBORNY INTELIGENCJI Ale powróćmy do lata 1881 roku. Od kilku lat pani Róża z trojgiem dzieci, które podobnie jak jej zmarły mąż Władysław (zresztą kuzyn) także chorowały na gruźlicę, wiele czasu spędza w Zakopanem. Kupiła tam nawet drewniany dom i na cześć chorego syna nazwała go „Adasiówką”. Miejsce to stało się ośrodkiem życia towarzyskiego i kulturalnego Zakopanego. Bywali tam m.in. Helena Modrzejewska, Henryk Sienkiewicz, Ignacy Paderewski, Stanisław Witkiewicz, Wojciech Kossak. Adam Sierakowski był także gościem „Adasiówki”. Nie tylko tego lata 1881 roku, ale wyprawiał się do Zakopanego już wcześniej. Od 1878 roku, podobnie jak ojciec Alfons, należał do Towarzystwa Tatrzańskiego w Krakowie (zarejestrowanego w 1874) i pozostał mu wierny przez kolejne 19 lat. Warto pamiętać, że była to organizacja nie tylko zajmująca się rozwojem turystyki, ale także utrwalaniem polskości. Tatry jawiły się przybywającym tu na wypoczynek Polakom jako enklawa wolności. Gdzie gdy ludzkość u dołu — u góry Bóg tylko,/ Tu można się czuć wolnym, choć jedną chwilką — pisał poeta Antoni Nowicki (1885). Zakopane stało się „letnim punktem zbornym inteligencji polskiej ze wszystkich trzech zaborów” (Stefan Krzywoszewski — 1903), a także miejscem swobodnej debaty publicznej i agitacji politycznej. Członkami Towarzystwa Tatrzańskiego z Ziemi Sztumskiej byli nie tylko Sierakowscy. W tym samym czasie należeli do niego Jan Donimirski, ziemian z Buchwałdu (Bukowa), jego brat Antoni, dyrektor banku polskiego w Toruniu i poseł do parlamentu niemieckiego, a także Ludwik Donimirski, właściciel Małych Ramz. „Adasiówka” po przebudowach funkcjonuje do dziś jako „Księżówka”. Po pani Róży jej współwłaścicielem był m.in. Leon Chwistek, matematyk, oryginalny filozof, malarz, teoretyk sztuki, publicysta. Stąd też polemikę z jego koncepcją artystyczną Karol Irzykowski zatytułował drwiąco i zabawnie — „Na Giewoncie formizmu”. SOPPOT, SOPOTY Przy ulicy Czyżewskiego, odchodzącej od słynnego „monciaka”, stoi Dworek Sierakowskich, dziś siedziba Towarzystwa Miłośników Sopotu. Pod koniec wieku XVIII Kajetan Onufry Sierakowski, poseł na sejm czteroletni, któremu majątek waplewski wniosła żona Anna Teodora Sierakowska, zresztą krewna (mieli wspólnego pradziadka), zakupił parcelę z muro- Janusz Ryszkowski 59 wanym domem. Rozbudował go, a może postawił nowy? W 1805 roku Kajetan podarował go drugiej żonie, Helenie z Dzieduszyckich. Hrabina zdecydował się go sprzedać w 1814 roku. Mimo to Sierakowscy często odwiedzali kurort. Często zabierali tu swoich gości. W sierpniu 1881 roku Stanisław Tarnowski, jeden z nich, zaważał: Morze spokojne, to najsłabsza strona tutejszych kąpieli (...). Nasze jedyne polskie morskie kąpiele nie działają tak energetycznie i skutecznie jak inne; czy i w tem odbicie narodowego charakteru? Korzystałem m.in.: Z. Krasiński, Listy do Adama Sołtana, opracował i wstępem poprzedził Zbigniew Sudolski, Warszawa 1970; Listy Maryi Raczyńskiej córki Zygmunta Krasińskiego do p. Anieli Tripplin, „Świt” (Warszawa), 1885, nry 13, 14, 16, 18, 19, 22; listy Adama Lwa Sołtana do I. J. Kraszewskiego w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie; St. Tarnowski, Z wakacyj (Prusy Królewskie), T. 2, wyd. 2, Kraków 1894; T. Oracki, Wielkopolanie i Pomorzanie w Towarzystwie Tatrzańskim w latach 1874-1920, Gdańsk 2010; D. Gapska, „Pójdźmy do Rzymu!” — Wielka pielgrzymka Słowian z 1881 roku w prasie wielkopolskiej, Krakowsko-Wileńskie Studia Slawistyczne, T. 8, Kraków 2013. 11 c 6 e r b a $ SWeerbab boi golbcrg * unb bić unb wo&lfćiiPt Sfrt f t t>e0e(6cn mit 9Ju|en pi Bebicnem Sen $rinr. twi 1S04. bei Sewena SBHbcim Cómf&t * Okładka ksiąki Hansa Heinricha von Held, fot. J. Ryszkowski 60 Jastarnia widziana od środka Bogumił Wiśniewski JASTARNIA WIDZIANA od Środka TĘSKNOTA. Tęsknię za tobą, o Gdynio, tęsknię za plażą Jastarni, gdzie w granat nieba wciąż biją błyski dalekiej latami. Tęsknię za tobą — Jastarnio, niczem za szczęściem bogaty, pamiętam dobrze spacery w mchu leśnym aż do Juraty.™ Nieraz człek westchnął żalotoic, zgrzytnął zębami ze złości i ręce splótłszy nad głową o dawnej wspomniał wolności... Halle! — Selimie — rybaku, czy łowisz jeszcze węgorze?.. Czy księżyc nocą wciąż rzuca srebrzyste smugi na morze?.. Halin! — Selimie rybaku, czy gości duto i ile — czy plażę w złotym odcieniu obsiadły barwne motyle? Italio! — Selimie — rybaku, choć się do pióra nic kwapisz, skreśl kilka słówek z Jastarni.™ Czy w sieci cienkie, lecz mocne zwodnicza wpudła syrena, czyż może spotkał na wodach łódkę Gerbaulta Atlaina?™ śniade i białe, brązowe, O kształtach krągłych jak grona, pogonić mógłbym za nimi, gdyby nie tona, nic żona™. A o „motylkach" też naplsz... ROM. Wiersz o Jastarni -Echo. 1938-06-19 R. 14 nr 168 s. 10 Bogumił Wiśniewski 61 Jastarnia. Niewielkie miasto, położone nad małym i dużym morzem - jak mawiają Kaszubi. Polski kurort wypoczynkowy, aby dojechać do niego lądem, trzeba skorzystać z jedynej asfaltowej drogi, prowadzącej od Władysławowa na Hel lub przybyć do niego koleją. Te wyjątkowe i urokliwe miejsce nad morzem, przyciąga w czasie sezonu bardzo wielu turystów z całej Polski i nie tylko. W latach odległych, Jastarnia mogła istnieć, dzięki zaradności rybaków i obfitości ryb w morzu. Dopiero później ludność wsi, korzystała z dobrodziejstw pieniędzy, zarobionych podczas sezonu letniego. W „Expresie Wieczornym Ilustrowanym” z 1930 roku, możemy odnaleźć informację z podsumowania sezonu. Liczby podane w gazecie, dają dużo do myślenia, W samej Jastarni przed trzema laty było 2000 osób, w bieżącym roku zaś — 10 000'. Wczasowicze, jak widać, zaczęli masowo przybywać do kurortu już od początku XX wieku. Jastarnia malownicza wioska nadmorska, ukryta pośród sosen, przytulna z jednej strony do łańcucha wydm, rozpościera się szeroko na piaszczystym podłożu; u stup jej legło błękitne ciche morze. Położenie wioska ma prześliczne, oczu oderwać nie można, stojąc na wydmie z dała od wspaniałej panoramy2. Jednak pisząc o Jastarni trzeba też wspomnieć o Borze, które leżało w pobliżu Jastarni. Musiało minąć ładnych parę lat, aby dwie wsie, połączyły się ze sobą, tworząc jeden zwar- 1 Express Wieczorny Ilustrowany. 1930-10-02 R. 8 nr 274, s. 4. 2 Świerkosz A. Słowo Pomorskie — Z nad morza. Jastarnia na Helu... 1926.07.25, R.6nr 168, s.7. 62 Jastarnia widziana od środka ty organizm miejski. Ale nim do tego doszło: Bór jest wioską na wskroś rybacką, liczy 405 mieszkańców. W sezonie letnim miejscowość ta ożywia się i panuje w niej ruch gorączkowy. Zjeżdża tu rok rocznie z różnych stron Polski, olbrzymia liczba gości. W obecnym sezonie bawi w Borze około 750 letników, między innymi tworzą tu większą kolonję akademicy ze Lwowa, niefrasobliwym swym humorem wnosząc werwę i urozmaicenie w gwarne i hałaśliwe życie wioski?. Jednak nie zawsze było tak dobrze. Pod koniec XIX wieku Jastarnia wraz z Borem nie były znane większości Polaków. W tym okresie, te dwie małe wioski rybackie, żyły swoim życiem. Egzystencja rybaków zależała w zasadzie tylko od połowów ryb w morzu, które nie zawsze były udane. Ryby pojawiały się i szybko znikały. Lud na Rybakach wskazany jest na rzemiosło tyłko rybackie. Oprócz Jerzy Bandrowski, fot. — Jlustracja Polska 1931.07.26R.4 Nr 43 sprzedaży swego połowu i zakupienia żywności żadnej innej nie mając łączności z krajowymi, szczególnych nabrał cech i przymiotów, którymi się od nich umysłowo i fizycznie różni. On w całym słowa tego znaczeniu „nie zna, co topany”. Chociaż wcale nie są obdarzeni dobrami doczesnymi, bo nigdzie na świecie rybacy nie są bogatymi, to pomiędzy sobą są sobie zupełnie równi: każdy ma swą chałupkę, każdy równo zarabia na morzu1. Na Półwyspie Helskim każdy rybak był wolnym człowiekiem. Ciężko pracował na morzu, tworząc wraz sąsiadami spółdzielnię pracy pod nazwą maszoperia. Zdarzały się jednak, że podczas burz, czy sztormów, rybak tracił bezpowrotnie swoje narzędzie pracy. Aby temu zapobiec, rybacy zaczęli oznakowywać swój sprzęt merkami. Merki są to znaki nieobrazko-we, którymi znaczono przedmioty, cełem uwidocznienia związku między temi przedmiotami, ewentuałnie całem gospodarstwem, a osobą ich właściciela. Merk wskazywał właściciela i zastępował i zastępował jego podpis; merk na przedmiocie stwierdzał, kto byłjego twórcą, wskazywał właściciela tego towaru lub przedmiotu. Oznakowanie takie, było bardzo praktyczne. Zgubione na morzu narzędzia pracy, od momentu pojawienia się znaków na sprzęcie - zawsze wracały do właściciela. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, te dwie wsie nabrały większego znaczenia. Jastarnia i Bór wyrosły na perły turystyczne dla zmęczonych mieszkańców: Warszawy, Krakowa, Torunia czy Bydgoszczy. W II Rzeczpospolitej granice morskie liczyły zaledwie 140 kilometrów. Przez co ilość turystów na wybrzeżu z każdym rokiem rosła. Było to zasługą wybudowanej linii kolejowej biegnącej wzdłuż Półwyspu Helskiego. Szybki rozwój 3 Świerkosz A. Słowo Pomorskie - Bór, rybacka wioska na półwyspie... 1926.08.01, R.6 nr 174, s.6. 4 Gołębiowski H. Obrazki rybackie z półwyspy Helu. Pelplin 1910, s. 12-13. 5 Namysłowski B. Merki rybaków pomorskich. Przyczynek do heraldyki i folkloru. Kraków 1925, s. 3. Bogumił Wiśniewski 63 urbanistyczny miejscowości wypoczynkowych można wiązać również z rozbudową portu w Jastarni, od strony małego morza. Zaradni rybacy z Jastarni i Boru szybko dostosowywali się do zmieniającej się sytuacji i zapotrzebowanie na agroturystykę. Dla poprawy warunków bytu, zaczęto budować nowe murowane domy dla ludzi szukających odpoczynku na wybrzeżu. Dla rybaków był to dodatkowy, pewny zarobek. Nie zawsze przecież, udawały im się połowy ryb na morzu w ciągu roku. Dla zubożałych rybaków, taka forma zarobko- wania, pozwalała im przetrwać najgorsze dni pór zimowych. A latem, Edwardowa nie mogła skarżyć się na zły sezon. Miała cały dom pełen gości: na dole, w wielkim pokoju cztery panienki, na górze czterech młodych panów, w warsztacie Edwarda i w chlewie całą rodzinę z Warszawy, w mieszkałnym pokoju przy kuchni małżeństwo z dzieckiem — też z Warszawy6. Pobyt nad morzem nie był drogi. Dla porównania, przed II wojną światową - za bochenek chleba, trzeba było zapłacić 30 gr, a za masło: 4 zł za kilogram. „Ilustrowana Republika” podaje ceny za nocleg i wyżywienie w Jastarni. Rybacy wiedząc o tern, że napływ kuracjuszów poza połowem ryb, — to jedno z najbardziej poważnych źródeł dochodowych, czynią wszelkie starania, aby letników jak najlepiej obsłużyć zadowolnić. Nie widać u nich tej nadmiernej chciwości cechującej choćby naszych kochanych kmiotków. Ceny za mieszkania ustanawia gmina i nie było wypadku, aby którykolwiek z rybaków nie podporządkował się ogółnym uchwałom lub czynił starania o wyśrubowanie cen. Tak w Jastarni jak i Kuźnicy cena łóżka u rybaka waha się od 2 zł. do 2.50 za dobę. Rodziny mogą się urządzać ogromnie praktycznie. Obiad w restauracji kaszubskiej, złożony z trzech obfitych dań (zupa, mięso i deser kosztuje 2 złote7. Bandrowski J. Zolojka. Powieść z nadmorskiej polski. Poznań — Warszawa — Wilno — Lublin. 1928, s.27. Ilustrowana Republika, Nad polskim morzem. Napływ kuracjuszy wzrastaA^H .07.03 R.9 nr 179, s.4. 64 Jastarnia widziana od środka Kontakty towarzyskie Kaszubów, zawierane z letnikami w Jastarni, owocowały w późniejszym czasie, otwarciem się na tzw. szeroki świat. Zaczęto w Polsce dostrzegać złożone problemy rybaków oraz zwracano uwagę na potrzeby wynikające z braku sprzętu w rybołówstwie. Prezydent Rzeczpospolitej przyjął onegdaj na Zamku bawiącą w stolicy wycieczkę Kaszubów z Helu. W imieniu Kaszubów przemówił do p. Prezydenta stary rybak z Jastarni p. Dawid Długi, zapraszając p. Prezydenta na Hel do Jastarni. P. Prezydent, dziękując za wyrażone uczucia Kaszubów dla wspólnej Ojczyzny, obiecywał w tym roku łatem odwiedzić Hel i poznać się bliżej z życiem rybaków. P. Prezydent obiecał też pomoc i poparcie w ich dążeniach do opanowania rybołówstwa morskiego i polecił zawczasu przygotować dla siebie mieszkanie w Jastarni8. Prezydent Polski, bardzo często przypływał do Jastarni. Było to miejsce przesiadkowe w drodze do Juraty, gdzie miał letnią rezydencję. Nie zawsze przybycie Prezydenta do Jastarni, odbywało się bez zakłóceń. W 1933 roku na nadbrzeżu wydarzył się pewny głupi incydent, o którym szeroko rozpisywały się ówczesne dzienniki. W czasie wysiadania Prezydenta Rzplitej na molo z okrętu, pies niejakiego Lisakowskiego napadł na psy p. Prezydenta, które zaczęły się gryźć. Otoczenie starało się psy rozpędzić, w trakcie czego pies Lisakowskiego został uderzony. Wówczas Lisakowski podszedł do Prezydenta Mościckiego i odezwał się: „Z Jakiej racji Pan uderzył psa?” Lisakowski był w stanie podchmielonym. Z polecenia adiutanta został on osadzony w areszcie na okręcie wojennym „Mewa”, aż do czasu wyjazdu Prezydenta Mościckiego. Przy wyjeździć Prezydent polecił Lisakowskiego zwołnić, a nazwisko podać do ad-jutantury w Gdyni. Niezwykło zachowanie się Lisakowskiego tłumaczy on, że nie wiedział, że stoi przed Głową Państwa. Ludność miejscowa jest rozgoryczona wypadkiem, jaki zdarzył 8 Goniec Nadwiślański, Rybacy z Helu na zamku królewskim. 1927.04.26 nr 95, s.3. Bogumił Wiśniewski 65 się Prezydentowi Mościckiemu podczas Jego wywczasów i na pewno pouczy Lisakowskiego, jak powinien zachować się obywatel wobec Najwyższego Dostojnika Państwa . W Jastarni podczas sezonu organizowano również zbiórki charytatywne. Do jednej z takich doszło: 11 sierpnia 1934 - Pod protektoratem wojewodziny Kirtiklisowej. Koło Pań LOPP i Polski Biały Krzyż urządziły w Pawilonie Źegl. Polskiej na molo w Jastarni wielką rewję mody plażowej: damskiej i dziecięcej z której to imprezy częściowy dochód przeznaczony był na powodzian. Jury upatrzyło kiłkanaście pań w najpiękniejszych strojach, z których ostatecznie pierwszą nagrodę, w postaci srebrnej puderniczki z dedykacją, otrzymała p. Krystyna Nowiakówna z Łodzi, drugą nagrodę, którą stanowił serwis do czarnej kawy otrzymała p. Olga Berestowska z Warszawy, trzecią nagrodę — parasolkę i torbę plażową jury przyznało p. Irenie Bulzackiej z Warszawy, zaś czwartą nagrodę piłkę nożną otrzymała p. Irena Kurmanowiczowa z Białegostoku10. Nie tylko dzisiaj, rozgrywają nad morzem dantejskie sceny, które są spowodowane lek komyślnym podejściem kąpiących się ludzi do nieokiełznanego morza. Utonięć w owym okresie, było bardzo dużo, o czym skwapliwie donosiły dzienniki w całej Polsce. Wszyst kich nie sposób wymienić, podam tylko najbardziej komentowane wypadki w ówczesnej prasie. Z Jastarni donoszą nam: Jerzy Winiarz, artysta — małarz z Warszawy bawiący na wy wczasach w Jastarni utonął w chwili, gdy spieszył z pomocą tonącemu, wskutek pęknięcia serca. Charakteryzując zmarłego, który zginął jak bohater, jego prace artystyczne,,Głos Prawdy pisze. Jako 20-letni wychowanek Akademji Krakowskiej, uczeń Mehoffera, zaciąga się w 1914 roku do Legionów, przebywa całą kampanię w polu, — by dopiero po latach wrócić do malarstwa, które rozumie i uprawia w jednym z najszlachetniejszych jego objawów: tworzeniu wielkichJre-sków o Polsce, za którą walczył i cierpiał. Powstaje cykl wielkich Jresków, które mają ozdobić salę rycerską na Wawelu, witraże monumentalne w Spalę—głęboko ujęte w sensie kompozycyjnym Notabene, na pogrzebie denata, dnia 25 lipca 1928 roku, Andrzej Strug, po raz pierwszy publicznie ujawnił, że jest szefem wolnomularstwa polskiego. Do wyjątkowej podwójnej tragedii rodzinnej, doszło w 1926 roku, utonęła córka, a wcześniej w roku 1924, utonął syn znanego profesora lwowskiego Rudolfa Weigla . Koszmar rozgrywał się na oczach bardzo wielu odpoczywających na plaży wczasowiczów. Jak mogło dojść do śmierci córki profesora w Jastarni w 1926 roku? Według Expressu Wieczornego Ilustrowanego'5, dwa dni przed tragedią, przeszła wielka burza na Pó wyspem Helskim, która zdaniem dziennikarza opisującego wydarzenie, doprowadziła bezpośrednio do nieszczęścia. Wpadła ona bowiem w wir morski, spowodowany zmianą dna morskiego po dwudniowej burzy. Tak relacjonuje, inna gazeta to przykre wydarzenie. Otrzymujemy z Jastarni na Helu wstrząsającą wiadomość o tragicznych wypadkach, jakie rozegrały si( tam wczoraj wpołudnte. ' Echo. Oburzający incydent w Jastarni. 1933.07.16 nr 194, s.l. ,02/0011 o uinr^is « ? 10 Echo, Łodzianka w najpiękniejszym kostiumie plażowym. Rewia mody w Jastarni. " Dziennik Bydgoski, Artysta- Malarz utonął w polskim morzu spiesząc z pomocą bliźniemu. 1928, K.22, nr 107, s. X uhur „yugusiu, nr ty,™ , nc-7 - noski biolog, wynalazca pierwszej w swiecie 2 Rudolf Stefan łan Weigl, (ur. 1883 w Przerowie, zm. 1957 w Zakopanem) P° “ . ... ... uuu oiciari jan wcigi, ^ui. „tfnmK>nia owadów, głównie wszy odzieżowej jako zwie- skutecznej szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu, prekursor zast rzęcia laboratoryjnego do hodowli zarazka tyfusu. W 1942 zgłoszony do nagro y , 13 Express Wieczorny Ilustrowany -Jak zginęła ś.p. Weiglówna i jej ratownik. 1926-08-02 R. 4 nr ... 66 Jastarnia widziana od środka UZ oczach tysięcy osób zgromadzonych na plaży Wielkiego Morza, utonęła panna Janina We-iglówna, 19-letnia studentka, córka profesora politechniki lwowskiej, bawiącego w Zakopanem. Utonął również 26-letni student Stanisław Krauner, który podążył jej na ratunek. Ciała obojga wyłowiono sieciami. S.p. Krauner, członek chóru akademickiego, miał w poniedziałek koncertować w Jastarni. Ś. p. Weigłówna miała już wczoraj wieczorem opuścić Jastarnię. Tragizm wypadku spotęgowany jest faktem, że przed dwoma łaty w tej samej Jastarni utonął brat ś. p. Weiglównej. Już wtedy stwierdzono powszechnie, że winę tego zgonu przypisać nałeżało skandałicznemu brakowi najprymitywniejszych środków ratunkowych. Od tego czasu absołut-nie nic nie uczyniono, aby stan ten zmienić. Niema do rozporządzenia nie tylko motorówki, lecz nawet łodzi ratowniczych. Straszliwą odpowiedzialność ponosi w pierwszym rzędzie starostwo puckie I województwo pomorskie. Wybrzeże zupełnie nie jest strzeżone, mimo skandalicznie wysokiej taksy, jaką obciążeni są letnicy1'1. Ciekawy zbieg okoliczności. Dwie rodzinne tragedie, rozegrały się w tym samym miejscu, tylko rozłożone w czasie. A może - za śmiercią studentki, stało coś innego. Załamanie psychiczne? Może depresja? Skutki depresji mają przecież różne oblicze. A czy nie mogło to być samobójstwo. Zastanawiające jest fakt, dlaczego studentka wraz z matką, przybyły akurat do Jastarni? Przecież dwa lata temu, w tym samym miejscu, utopił się jej syn. Mało który rodzic z córką, odważyłby się ponownie przyjechać w miejsce poprzedniej tragedii i zażywać beztrosko kąpieli. Więc, po co przyjechali? Czy, tylko na wypoczynek? Tego już się niestety nie dowiemy. Lwowiacy nie mieli szczęścia do Jastarni. Trochę już później, bo 1934 roku dochodzi do kolejnej tragedii. Ubiegła niedziela zapisała się tragicznie we wspomnieniach letników w Jastarni. Duszny i upalny dzień zgromadził nad wielkim morzem, poza miejscowymi letnikami, ogromne zastępy przyjezdnych. W pewnym momencie ogromna fala zalała grupę kąpiących się, złożoną z 11 osób. Siedem z nich fala pociągnęła w głąb morza. Rzucono się na ratunek i wyratowano 5 osób. Dwie osoby zatonęły: są to inż. Stanisław Aleksandrowicz ze Lwowa, dyrektor tamtejszego zakładu wodociągów i kanalizacji oraz panna Ewa Hubertówna — również Iwowianka'5. Jak poprzednio, dopatrywano się w śmierci tych dwojga ludzi, brakiem rozsądku z ich strony. Jastarnię jednak znamy przede wszystkim, nie z rozgrywających się tam tragedii na morzu, lecz z udanych relaksacyjnych wakacji. Tak też i było przed wojną: gdzie okiem sięgnąć piasek, jasno żółty, prawie złociutki piasek. A na nim setki, setki ciał... Frywołne opaski rodzimych „hawajek” zakrywają niezbyt szczelnie, to, czego dobre obyczaje zabraniają publicznie oglądać. Nawet mamusie te starszawe, jak gdyby idąc śladami swych nadobnych córek nie krępują się zbytnio i pozwalają słońcu zajrzeć tu i ówdzie. — To dla zdrowia — tłumaczy się jejmość, gdy zgorszony „emeryt» zwróci uwagę na usterki „stroju». „Emeryt» przeważnie wzrusza ramiona mi i przez zęby (jeśli je ma) rzuca sąsiadowi : - Baba, jak snop, i powiada „dla zdrowia”. Szkandał...'6 14 Ilustrowana Republika, Śmierć w nurtach morza polskiego. Dwoje młodych osób utonęło na Helu w oczach tysięcy osób z powodu braku elementarnych środków ratunkowych. 1926.07.27, R.2 nr 206 s.2. 15 Ilustrowana Republika, Morze pochłonęło dwie ofiary w Jastarni. 1934.07.25 R. 12 nr 202, s.l 1. 16 Echo, Żywe posągi na polskim wybrzeżu. Jastarnia bije rekordy... Igraszki „kochanek słońca" wśród fal. 1937.08.19 R. 13 nr 230, s.3. Bogumił Wiśniewski 67 Do rozsławienia Jastarni w Polsce przed II wojną światową przyczyniło się wielu wybitnych ludzi. Nie tylko przybywający letnicy mieli w tym udział, ale przede wszystkim; pisarze, poeci, malarze, którzy po przyjeździe na miejsce jakby z automatu zakochiwali się w okolicy oraz w panującej miłej atmosferze. Jednym z tych entuzjastów Jastarni, był pisarz; Jerzy Bandrowski, który na przełomie 1926 roku, a 1927 roku, mieszkał przez trzy miesiące w domu Dawida Długiego. Przypomnę, że właśnie Dawid Długi, zapraszał w Warszawie Prezydenta Polski w 1927 roku, do przyjazdu do Jastarni. Grób jego zachował się do dzisiaj na pobliskim cmentarzu. Każdego razu kiedy jestem w Jastarni, zawsze go odwiedzam. Bandrowski polski pisarz, dziennikarz, tłumacz z angielskiego, postanowił osiąść na jakiś czas w wiosce rybackiej, aby przyjrzeć się z bliska życiu rybaków na półwyspie helskim. W ten sposób, postanowił się zmierzyć ze swoją fascynacją, czyli z błękitnym morzem. Pan Bandrowski przybył do nas, aby tu na miejscu stworzyć opowieści morskie. W tym celu dużo obcował z rybakami i wyjeżdżał z nimi w morze17. Księdzu Pawłowi Stefańskiemu, ówczesnemu proboszczowi Jastarni, przybysz z dalekiego Krakowa, nie przypadł do gustu. Jego zdaniem, Bandrowski demoralizował swoim zachowaniem powierzone przez biskupa jastarniańskie „owieczki . "Trzeba tu dodać, że Bandrowski w czasie swojego pobytu w Jastarni, spotkał swojego kolegę z gimnazjum: Kazimierza Żebrowskiego, który pracował w porcie jako pośrednik w sprzedaży ryb na rynek krajowy. Obaj spotykają się przy „Pomorzance”, spoglądają się na siebie zdziwieni: Kazik7 Jerzy, to ty7 Tak, to ja, ja! Tyle lat myśmy się nie widzieli, od samej matury! Na to pan Żebrowski: Tak, pamiętam! Byłeś strasznie urżnięty przy maturze, a zdaje mi się, że od niego do dziś jeszcze nie wytrzeźwiałeś, przez całe trzydzieści lat18. Ksiądz Stefański w swoich wspomnieniach na autorze: „Zołojki , „Na polskiej fali , czy „Sosenki z wydm”, nie zostawił na Bandrowskim suchej nitki. Przeszkadzało mu nawet, że był mały, taki nieforemny grubas o rozlanej twarzy. Szukałem długo fotografii Bandrowskiego w sieci, było ciężko, aż w końcu znalazłem ją w „Jlustracji Polskiej1 Moim zdaniem, jegomość jak na swój wiek, trzymał się dobrze i na pierwszy rzut oka, był w porządku. Ale innego zdania, był ksiądz proboszcz. Nasz „świecznik literatury" to rzeczywiście alkoholik pierwszej klasy. Twarz rozlana, bez wyrazu. Podobno dziennie pochłania kiłka łitrów wódki. Rybacy dali mu przydomek „Spritkopf , to znaczy głowa spirytusowa. Toteż nic dziwnego, że pan Żebrowski, odwiedzając go w jego mieszkaniu, tak się odezwał: Wiesz, Jerzy, ja lepiej papierosa zgaszę! Czemu7 Obawiam się eksplozji, wszak cały pokój przepełniony ałkohołem. Najwyraźniej ks. Stefański nie lubił pisarza, oficjalnie za to, że w twórczości Bandrowskiego, zabrakło należytego wyeksponowania wielkiej wiary mieszkańców Jastarni do Boga, która pozwalała przetrwać rybakom w trudnych sytuacjach dziejowych. Podejrzewam jednak, że nie tylko księdzu o to chodziło. Nieoficjalnie, był pewnie zły na Bandrowskiego, że ten — nie wymienił go, w żadnej ze swoich napisanych książek. Choć we wspomnieniach księdza, można znaleźć odnotowaną dziwną prośbę; prosiłem bowiem pana Bandrowskiego, Stefański P. ks. Wspomnienia z Jastarni 1917— 1939. Gdynia 1997, s. 163. Ift Tamże, s. 163. 19 Jiustracja Polska, 1931.07.26 R.4 nr 43. 68 Jastarnia widziana od środka aby nic o mnie nie pisał. Przyrzekl mi to i dotrzymał słowa — jednak wydaje mi się, że te ustalenia nigdy nie padły z ust proboszcza. Podejrzewam, że wypowiedziane zdanie było wyrazem niezadowolenia księdza Stefańskiego, kiedy zobaczył, że nie ma go w żadnych książkach autora „Zo łojki”. Tym bardziej, że proboszcz napisał swoje wspomnienia o swoim życiu w Jastarni, dużo później, już po wydaniu drukiem książek Bandrowskiego. Z drugiej jednak strony nie ma się co dziwić ks. Stefańskiemu, skoro autor poczytnych książek, ignorował jego dobre rady. Bo, Bandrowski do Jastarni nie przybył sam; w jego towarzystwie znajdowała się kochanka. Było to wielkim zgorszeniem dła całej parafii. Jerzy wprawdzie prosił mnie, abym jego żonie udziełiłpotrzebnej nauki, bo jest prawosławna, lecz zwróciłem mu uwagę, że powinni osobno zamieszkać. Cała ta propozycja okazała się zresztą błefem i pozostała tyłko propozycją. Nikt się na naukę nie zjawił, a w dodatku powiadano, że on wziął rozwód20. No co proboszcz mógł zrobić, tacy są przecież frywolni artyści — i to jeszcze z Krakowa. Drugą taką znaną osobą, która przybyła do Jastarni, był Włodzimierz Nałęcz — polski malarz, rysownik, akwaforcista i literat. Nałęcz w międzywojniu, skoncentrował się przede wszystkim na urokach polskiego wybrzeża. Nałęcz, malował scenki rodzajowe z życia Kaszubów oraz statki floty handlowej i okręty marynarki wojennej21. Polskie morze tak go zachwyciło, że postanowił napisać książkę pt. Wędrówki artystyczne. Od Tyńca do Jastarni szlakiem wodnym naszym podróż odbył, opisał i zilustrował Wł. Nałęcz, którą wydano w 1920 roku w Warszawie. Z dużym szacunkiem pisał o mieszkańcach Jastarni: okazuje się, że ci dziełni rybacy-marynarze z Jastarni, są to częściowo potomkowie rozmaitych „Kmiciców" — warcholów-szlachciców, którzy ongi, uciekając przed kondemnatami czyli wyrokami sądowemi, tu znajdowali spokojne schronisko. Obecnie potomkowie ich są to spokojni i odważni rybacy, 20 Stefański P. ks. Wspomnienia..., s. 164. 21 https:/!pl. wikipedia. org/wiki/Wlodzimierz_Nałęcz Bogumił Wiśniewski 69 dumni ze swojego zawodu; — małżeństwo, na przykład, z niewiastą z łądu, uważają tu za pewien mezalians22. Nałęcz w swojej książce opisał również podpatrzone zachowanie Kaszubów w owym okresie: Wieczorem tylko młodzież zbiera się w gospodzie i przy szklaneczce „bajerszu (lekkiego piwa) i niewybrednej muzyce tańczy ochoczo. Lecz i tutaj skromność i surowość obyczajów, jak i we wszystkiem, odgrywa swoją rolę. Przedewszystkiem, najczęściej mężczyźni tańczą sami ze sobą. Ulubionym tańcem jest tu znany „diuk-wiwat“ — rodzaj polki. Ze szklankami „bajerszu “ dwaj tańczący przyskakują do siebie, obracają się, przytupują, ciągle trzymając szklanki w ręku, a obecni otaczają kołem tańczących, sekundują im i zachęcają, Niewiasty raz na miesiąc załedwie biorą udział w tych tanach — częściej nie wypada. Potem dość wcześnie rozchodzą się, gdyż ze świtem trzeba wyruszać na morze na połów. Wstrzemięźliwi są wielce, więc i tej plagi społecznej — ałkohołizmu, niema tu równieźć2. Nie zawsze taka sielanka była w Jastarni. Zdarzały się też poważne incydenty, o których było głośno w całej Polsce, ale gdzie ich nie było. W Jastarni w restauracji Zełiny rozegrał się w nocy tajemniczy dramat. Znajdujący się st. Posterunkowy, Aleksander Rudziński w czasie ostrej sprzeczki dobył rewolweru i wystrzelił pięciokrotnie do nauczyciela Mazurkiewicza i dro-gerzysty, Edmunda Margazińskiego. W godzinę po morderczych strzałach Rudziński popełnił samobójstwo24. O tym przykrym wydążeniu, wspomina także ks. Stefański w swoich Wspomnieniach. Alkohol, był sprawcą rozegranej tragedii. Posterunkowy, pragnąc wypić alkohol, udał się wraz Edmundem do knajpy. Ten mając już dość, odmówił picia wódki z przybyłym kompanem. Rozgniewany policjant, w złości, postanowił w odwecie, kujnąć bagnetem jednego z uczestników. Za ten niestosowny zamiar, znajomi policjanta, wyrzucili go z knajpy. Pijanemu dużo nie trzeba do wywołania awantury. Wściekły stróż prawa, z krzaków, strzela do swoich znajomych, wychodzących z baru. Na efekty bandyckiego czynu, nie trzeba było długo czekać. Padają na ziemie, zabity i ranny. Druga sprawa, którą przedstawię, nie była już taka brzemienna w skutkach. Dotyczyła dwóch braci, którzy postanowili się wesprzeć w utarczce z policją. Albin Kąkol dnia 9 lipca stawił opór posterunkowemu P. P. odprowadzającemu go na posterunek. W pewnej chwili nadbiegł brat jego Bernard i chcąc odbić go z rąk policji, rzucił się na posterunkowego obijąc go pięściami i kopiąc. Napadniętemu posterunkowemu Fołantowi pośpieszyli zpomocą letnicy przy pomocy których ubezwładniono obu awanturników i odprowadzono ich na posterunek. Sąd po rozpatrzeniu sprawy i przesłuchaniu światków skazał Bernarda Kąkoła na 2 miesiące aresztu, zaś Ałbina Kąkola uniewinni^. O przedwojennej Jastarni, wychodziły spod pióra wiersze i książki. Była w centrum uwagi nawet u najwyższych władz państwowych. Chociaż władza ta, ogólnie ujmując, nie rozpieszczała Kaszubów. Ale mimo wszystko, o Jastarni mowiło się dobrze. Wioska, na przestrzeni dziejów, rozpalała wyobraźnię i wywoływała emocje wśród odwiedzających ją 22 Nałęcz W. Wędrówki artystyczne. Od Tyńca do Jastarni szlakiem wodnym naszym podróż odbył, opisał i zilustrował Warszawa 1920, s. 50. 23 Tamże, s. 53. * Echo, Dwa trupy i jeden ciężko ranny po kłótni w restauracji. Krwawy dramat w Jastarni. 1938.12.03, R. 14nr337, s. 1. Dziennik Bydgoski, Trzy sprawy o czynny opór władzy. 1934, R.28, nr 212 s.4. 70 Jastarnia widziana od środka turystów. I wczasach obecnych - Jastarnia nie daje zapomnieć o sobie. Na pewno składa się na to wiele czynników, bogata historia, przyjaźni nastawieni mieszkańcy miasta do człowieka przybyłego z zewnątrz. Po pobycie i wyjeździe z Jastarni, chce się do niej ponownie wrócić. Miasto hipnotyzuje. Wiem sam coś o tym. Dla mnie, to miejsce szczególne. Przyjeżdżam do urokliwego miasta celowo poza sezonem, czyli; w styczniu lub w lutym, aby na spokojnie, bez tłumów, odkryć na nowo; duże i małe morze. Dla innych przybyszy, motorem przyjazdu jest przede wszystkim, zbawienny jod, występujący w powietrzu, dla mnie natomiast - jest osiągnięcie każdego razu - bezgranicznego poczucia wolności, a może jedno i drugie. Za zakończenie posłużę się relacją Jerzego Bandrowskiego, autor wyznał: przyjechałem na półwysep dlatego aby, o ile tylko Bóg pozwoli, możliwie jak najgruntowniej zbadać życie ry-baków naszych. Dlaczego właśnie rybaków? Bo kocham morze i przywiązuję do niego wielkie znaczenie, a oni są jedynymi na całą Polskę prawdziwymi ludźmi morza. A prócz tego, jeśli Polska w ogóle Kaszubów trochę zaniedbała, to rybaków zaniedbuje zupełnie. Ludzie lądowi mają swych działaczów, publicystów, literatów, poetów, historyków, ich ciężkim życiem nie zajmuje nie zajmuje się nikB6. 26 Słowo Pomorskie, Mowa Morza Polskiego. Jastarnia, w grudniu. 1927.01.09 R.7 nr 6, s.6. Piotr Podlewski 71 Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ część 4 Kąpielisko w Grzepie dawniej i dziś, fot. archiwum oraz P. Podlewski 72 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej Przez rzekę Nogat przeprawiamy się dziś w kilku miejscach. Patrząc od południa, mamy przejazd na śluzie w Białej Górze, dalej mosty w Malborku i kilka mostków na Żuławach. Dawniej, jeżeli mieszkaniec Sztumu i okolic chciał przeprawić się przez Nogat, musiał jechać na most malborski lub skorzystać z przeprawy obsługiwanej przez przewoźnika, a umiejscowionej w pobliżu Uśnie, zwanej Kittelsfahre (Sadlno). Było to od średniowiecza do II wojny światowej bardzo ważne miejsce komunikacyjno-handlowe prowadzące do leżącej po drugiej stronie Nogatu Pogorzałej Wsi i dalej w kierunku Żuław i Gdańska. Udokumentowane wzmianki sięgają XIV wieku, ale na pewno przeprawa przez rzekę jest starsza, pamiętająca czasy cystersów i pierwszych wypraw zakonu krzyżackiego. Interesujące wzmianki o przeprawie Kittelsfahre znaleźliśmy w „Das Marienburger Ko-nventsbuch der Jahre 1399-1412”. Otóż w roku 1408 i 1409 po 8 skojców (średniowieczna srebrna moneta) zapłacił przewoźnikowi przeprawiający się przez Nogat sam wielki mistrz Ulryk von Jungingen. W jakim celu wielki mistrz korzystał z przewozu? Odpowiedź nie jest trudna. Prawdopodobnie polował po drugiej stronie rzeki na ptactwo, tak jak to czynił jego poprzednik i rodzony brat Konrad von Jungingen. W 1403 roku Konrad zapłacił za przewóz 1 wiardunek (1/4 grzywny) wybierając się na polowanie w rejon Gęsińca. Był to teren pomiędzy Wisłą i Nogatem bogaty w dzikie ptactwo. Jeszcze w 1636 roku w okolicach Piekła znajdowała się hodowla ryb (podobno nawet i łososi) zarezerwowana dla Gęsińca. Wracając do wypraw wielkich mistrzów, mamy tutaj niewielki epizod z czasów ich pobytów na zamku sztumskim, w którym to odpoczywali i z którego wyprawiali się na Piotr Podlewski 73 polowania po naszych lasach. Polecam wybrać się w miejsce przeprawy Kittelsfahre, zamknąć na chwilę oczy i wyobrazić sobie przeprawę wielkich mistrzów. Robi wrażenie. W 1416 roku wielki mistrz Michał Kiichmeister von Sternberg przekazał przewóz miastu Sztum. Wiązało się to z przywilejami dla miasta, które w tym to roku otrzymało prawa miejskie. Później, w czasach Prus Królewskich, Kittelsfahre miało różnych właścicieli. Do 1473 roku był nim Peter Breisch. W 1487 przewóz sprzedał Lorentzowi Hofeman Thomas Scholcze. Według innych danych w 1524 roku przewoźnikiem był Nicklus Harthmann, a w 1542 Hans Althmann. W 1754 roku właścicielem Kittelsfahre był nadleśniczy lasów sztumskich Jan Amelang znany nam już z artykułu o wsi Rozenkrantz. W czasach międzywojennych przy Kittelsfahre była odprawa celna (Zollabfertigung) na granicy z Wolnym Miastem Gdańsk. Niemcy pilnowali zapewne przeprawy z uwagi na możliwy w tym miejscu przemyt. Urząd celny znajdował się przy głównym przejściu granicznym na istniejącej już śluzie w Białej Górze. We wsi Parpary do dziś zachował się budynek dawnej komory celnej (Zoll-haus). Był to dom i miejsce pracy celnika, który jednocześnie pełnił funkcję straży granicznej. Potem nastała już II wojna światowa, a wraz z nią zmieniło się wszystko, także podejście do młodszej generacji, która miała obowiązek skupiać się w organizacji Hitlerjugend, czyli niemieckiej organizacji młodzieżowej NSDAP, zorganizowanej na wzór paramilitarny w 1922 r., jako przybudówce Oddziałów Szturmowych (SA). Od 1 grudnia 1936 roku wprowadzono wśród młodzieży w wieku od 10 do 18 lat obowiązek wstąpienia do Hitlerjugend. Dotyczyło to także rejonu Sztumu. W systemie edukacji położono nacisk na rozwój fizyczny. Programy szkolne zostały także okrojone i zmienione na modłę nazistów, którzy dążyli do zapewnienia Trzeciej Rzeszy fachowej i licznej siły militarnej oraz roboczej. Powstawały place sportowe skupiające lokalną młodzież, która Strzelnica w Parparach, fot. P. Podlewsski 74 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej rozwijała swoje umiejętności według z góry zaplanowanego programu. Jeden z takich placów znajdował się w Parparach, przy drodze w kierunku Uśnie. Jest on zaznaczony na mapie z 1939 roku jako Sportplatz. Do dziś czytelny jest prostokątny zarys boiska, który porastają aktualnie drzewa. Widoczny jest on idealnie na mapach Google. Prawdziwą rewelacją jest jednak obiekt przylegający do dawnego placu sportowego. Jest to strzelnica (!), prawdopodobnie dwutorowa zakończona resztkami usypanego, żelbetonowego kulochwytu (pierwotnie prawdopodobnie zadaszonego). Jest w bardzo dobrym stanie. Doskonale widoczne są miejsca dla strzelców, cały tor z wałami ochronnymi o długości ok. 50 m oraz wspomniana konstrukcja kulochwytu. Poniżej, za stromo opadającą skarpą, znajduje się droga na Uśnice. Obiekt nie występuje w żadnych opracowaniach, przewodnikach czy artykułach. Analogiczna strzelnica, pochodząca z tego samego czasu, znajduje się w okolicy wsi Biała Góra. Usytuowana jest na krawędzi lasu. Tuż za kulochwytem teren stromo opada w kierunku łąk dawnej wsi Rosenkrantz. Sama konstrukcja strzelnicy mierzy około 50 metrów długości. Podobnie jak w Parparach po obu stronach toru strzeleckiego usypano wały wysokości ok. 1,5 metra. Podwyższony, ziemny kulochwyt posiada u podstawy bardzo dobrze zachowaną żelbetonową konstrukcję. Element ten, często mylony jest przez miejscowych oraz „poszukiwaczy” z bunkrem. Jest to jednak pomieszczenie, w którym prawdopodobnie trzymano tarcze strzeleckie lub zainstalowany był tam mechanizm, który nimi sterował. Oba opisywane obiekty są nielicznymi świadkami tamtych, jakże mrocznych rozdziałów historii. Piotr Podlewski 75 Warto dodać, że przy wejściu do lasu na trakt prowadzący w kierunku strzelnicy zachował się budynek szkoleniowy lokalnego Hitlerjugend. W 1940 roku zaczęto już przekształcać organizację w wojskowe siły pomocnicze, które szkolono pod kątem zadań zarezerwowanych dotychczas dla armii. Wprowadzenie zmian dotyczyło aktywnego udziału w organizacjach strzeleckich. Władze Hitlerjugend ogłosiły Plan Służby Wojennej, który zawierał: obowiązek ćwiczeń fizycznych co najmniej dwie godziny w tygodniu, obowiązek ćwiczeń wojskowych dla chłopców (manewry, znajomość broni, strzelnica). W tym czasie musiały powstać strzelnice w Parparach i Białej Górze, gdyż na mapie topograficznej z 1939 roku jeszcze ich nie ma. W 1943 r. z powodu wielkich strat wojskowych władze nazistowskie podjęły decyzję o przekształceniu Hitlerjugend w wojskową rezerwę. Pod koniec wojny, kiedy Niemcy ponosili coraz większe straty, do Hitlerjugend wcielano coraz młodsze dzieci (nawet 12-latków). Zostawmy teraz okrucieństwa II wojny i przenieśmy się do Grzępy, aby zażyć bardziej sielskiego nastroju. Grzępa (Neu-Hakenberg) to miejsce zapomniane przez mieszkańców Sztumu. Kojarzone jest tylko z niewielką stacyjką kolejową na trasie do Malborka. Lecz historia jest na tym niewielkim obszarze bardzo czytelna i wciąż jeszcze widoczna. Zacznijmy od informacji dotyczącej leśnictwa Neu-Hakenberg, wymienionego już w dokumentach z 1818 roku, podlegającemu nadleśnictwu w Ryjewie. Leśniczówka zlokalizowana była na północ od stacji kolejowej. Dziś już nie istnieje. Pozostały ledwo czytelne fragmenty piwnic. Grzępa to także Jezioro Kaniewskie ciągnące się do Koniecwałdu. Jest to sztuczny zbiornik wodny założony przez zakon krzyżacki, zasilany wodami płynącymi przez kanał z Jeziora Zajezierskiego. Był częścią całego systemu wodnego zasilającego zamkowe fosy w Malborku (pisaliśmy o tym szerzej przy okazji opisu akweduktu w Jurkowicach). Brzegi jeziora w czasach przedwojennych upatrzyli sobie mieszkańcy Sztumu, Malborka i okolic jako miejsce rekreacyjne. Urządzono tutaj kąpielisko, kurort wypoczynkowy, do którego dojeżdżano pociągiem lub spacerkiem z miasta. Była tutaj plaża, do której trafiało się ze stacji idąc po grobli kolejowej, rozdzielającej Jezioro Kaniewskie na dwie części. Zachowało się kilka zdjęć upamiętniających sielankę wakacyjną sztumiaków i gości. Urządziliśmy sobie z M. spacer tą trasą i odwiedziliśmy opisywane miejsca. Naprawdę polecamy udać się do Grzępy i na własne oczy przekonać się, co przyciągało dawnych mieszkańców Sztumu i okolic. Czar nadal działa. Na wzgórzu za stacją znajdowała się karczma zarządzana przez pana Wiebe. Można było wpaść tutaj na kufel lub coś mocniejszego, a także przekąsić to i owo. Budynek lokalu zbudowany był z drewna. Z jego okien roztaczała się piękna panorama na jezioro, plażę i lasy. Naprawdę można było tutaj wypocząć i nabrać chęci do dalszej egzystencji. Po budynku nie ma już śladu. Na pagórku nad plażą, około 40 metrów w stronę lasu znajduje się cmentarzysko kurhanowe, wczesnośredniowieczne. Trzy sporych rozmiarów kurhany występują w ewidencji zabytków jako stanowisko 17 (wykaz dokumentów: 80/A z 8 stycznia 1970 roku). Stanowisk jest więcej i cały czas czekają na gruntowne badania. Podczas II wojny światowej lub na krótko przed władze niemieckie wybudowały w Grzę-pie potężną strzelnicę wykorzystywaną również przez długie lata w czasach PRL-u. Solidna 76 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej konstrukcja robi wrażenie i cały czas czeka na zagospodarowanie. Przeszukując informacje, trafiliśmy na Komunikaty Stowarzyszenia Copperningus wydane w Toruniu w 1928 roku. Opisane są w nich miejsca oraz nazwy własne rejonu Sztumu i okolic. Według zawartej w Komunikatach relacji Franza Wiebe i leśniczego okręgowego o nazwisku Starkę z Ostrów Lewark (leśniczówka Wydry) w Grzępie, w 1926 roku, wzniesiono pomnik ku pamięci parady, która odbyła się 28 sierpnia 1924 roku. Tego dnia zrzeszenia wojskowe rejonów Sztumu i Malborka przemaszerowały przed feldmarszałkiem Augustem von Mackensen. Jako ciekawostkę możemy dodać, że uroczystość odbyła się w miejscu zwanym Hexentanzplatz (miejsce tańca czarownic). Zachowała się przedwojenna pocztówka (w posiadaniu Sławomira Igora Michalika), na której zostało uwiecznione to miejsce. Von Mackensen był feldmarszałkiem niemieckim, dowódcą wojsk niemieckich i austro-węgierskich podczas działań I wojny światowej. Zasłynął m. in. zdobyciem Belgradu i Bukaresztu oraz przełamaniem frontu rosyjskiego pod Gorlicami. To tylko kilka z jego sukcesów militarnych. W Gdańsku od 1901 do 1914 r. dowodził brygadą Czarnych Huzarów Śmierci, których ćwiczył w wąwozach lasów oliwskich. Do dzisiaj rezerwat przyrody nosi nazwę — Wąwóz Huzarów. Dzięki jego osobistemu zaangażowaniu powstała pierwsza Scena Leśna w Sopocie. Przyczynił się także do rozbudowy tamtejszego hipodromu. Do końca swoich dni pozostał zwolennikiem monarchii. Hitler nie uzyskał jego poparcia. W liście do dowódców Wermachtu potępił zbrodnie niemieckiej armii popełnione w trakcie kampanii wrześniowej. Zmarł w 1945 roku w wieku 96 lat. Był ostatnim marszałkiem czasów Hindenburga. Dla żołnierzy do końca pozostał ikoną i legendą. Dotarliśmy dziś do głazu, który niestety został wysadzony dynamitem na przełomie lat 60/70-tych XX wieku. Inskrypcja jest jednak czytelna i w tłumaczeniu brzmi tak: Tutaj stali/ 28 sierpnia 1924 roku/ w paradzie przed ich starym/ komenderującym gene-rałemj marszałkiem potowym/ von Mackensen! zrzeszenia wojskowe obwodu/ sztumskiego Piotr Podlewski 77 i małborskiego./ Uświęcone niech będzie miejsce, na którym stanęła stopa bohatera//Zrzeszenie wojskowe i militarne/ Generalny marszałek połowy von Mackensen/ 1928 W „Weichsel-Zeitung” z 1928 r. nr 158 jest wzmianka (relacja leśniczego okręgowego D. Hensela) opisująca fakt, iż podczas wznoszenia pomnika znaleziono cegły i jaskrawo kolorowe odłamki garncarskie oraz stary, żelazny hak. Prawdopodobnie były to pozostałości po leśniczówce Karbowiczesno, która stała w dawnych czasach w opisywanym miejscu. Bardzo możliwe, że dawna nazwa Grzępy: Neu-Hakenberg pochodzi od tego znaleziska. Na mapie topograficznej z 1906 r. miejsce nie ma nazwy, jest rejonem Koniecwałdu. W 1926 r. postawiono głaz von Mackensena i już w roku 1928 w Komunikatach Stowarzyszenia Copperningus mamy nazwę Neu-Hakenberg. Na tropie historii Grażyna Nawrolska ELBLĄG MIESZCZAŃSKI w późnym średniowieczu Późnośredniowieczny Elbląg to znaczące miasto na południowym pobrzeżu Bałtyku, jedno z trzech najważniejszych w państwie krzyżackim, jak również od 1466 r. w Kró-lestwie Polskim. Ośrodek portowy, handlowy, rzemieślniczy i kulturalny liczący około dziewięciu tysięcy mieszkańców, był miastem średniej wielkości. Ostatnie czterdzieści lat szerokopłaszczyznowych prac archeologicznych, wspomaganych różnorodnymi badaniami specjalistycznymi, jak również nowymi ustaleniami historyków, historyków sztuki i architektury, dają nam podstawę do weryfikacji niektórych zagadnień. Pozwalają nam odtworzyć wiele istotnych zjawisk i faktów dotyczących nieznanych struktur miasta i życia jego mieszkańców. Elbląg, założony przez Krzyżaków w 1237 r. na tzw. surowym korzeniu, powstał w wyniku splotu dążeń ekonomicznych i politycznych, w ramach szeroko zakrojonej akcji lokowania miast na południowym pobrzeżu Bałtyku i Morza Północnego. Będąc miastem pogranicza, znalazł się na szlaku komunikacyjnym łączącym Żuławy przez Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską i dalej przez Bałtyk z Morzem Północnym, a od południa przez Wisłę z Królestwem Polskim. Podstawową cechą ośrodków lokowanych na tych terenach w XIII w. były regularne plany z podziałem na działki mieszczańskie, co wiązało się z łatwym sposobem obliczania wysokości opłacanego z nich czynszu. Źródła pisane nie dostarczają nam informacji, czy wszystkie ulice i kwartały murowanej zabudowy odpowiadają pierwszemu trzynastowiecznemu rozmierzeniu Elbląga, Elbląga drewnianego. W badaniach archeologicznych zostały uchwycone pewne odmienności w układzie drewnianych uliczek czy reliktów najstarszych drewnianych budynków z drugiej połowy XIII w. Nie są to jednak przesłanki do przyjęcia zdecydowanej tezy o dwukrotnym rozmierzeniu średniowiecznego Elbląga. Z pewnością stałymi elementami były od początku: klasztor Dominikanów, kościół parafialny p.w. św. Mikołaja, zespół z kaplicą Ducha Świętego, zespół ratuszowy i ulica Stary Rynek. Tereny otoczone fortyfikacjami obejmowały obszar 15 ha, a od 1326 r. po włączeniu pasa nadrzecznego — łączna powierzchnia Elbląga wynosiła 24 ha. Szachownicowy układ miasta - bloki zabudowy, ulice - ukształtował się w ciągu pierwszych stu lat funkcjonowania ośrodka. Jego przestrzeń wypełniały — oprócz obiektów użyteczności publicznej — parcele mieszczańskie, które w księgach łąkowych i gruntowym otrzymały określenie: Erbe, Wurth i Budę. Ich wielkości były zróżnicowane, a nabycie własności względnie dzierżawienie uzależnione było od możliwości finansowych mieszczan. Nie znamy wielkości działek związanych z zabudową drewnianą, ponieważ ich granice zniszczyły skutecznie wznoszone od początku XIV w. kamienice. Natomiast mamy możli- Grażyna Nawroiska 79 wość odtworzenia schematu parcelacji murowanego miasta. Działki wytyczone w ramach tego rozplanowania miały od jednego do dwóch i pół pręta szerokości (4,7-11,75 m) oraz od trzech i pół do pięciu prętów głębokości (16,5-23,5 m); głębokość pojedynczych parcel dochodziła do pięciu i pół pręta. Rozplanowanie działki mieszczańskiej było przemyślane i zorganizowane, spełniając funkcję miejsca działalności kupca — początkowo drewniany, później murowany — zajmował część parceli, a na zapleczu (podwórku) musiały pomieścić się wszystkie obiekty związane z miejscem do pracy — oficyny — i odpoczynku, urządzenia sanitarne — studnie, latryny — i przestrzeń dla przydomowej hodowli zwierząt. Elbląski Rynek o nietypowym kształcie — a była nim główna oś miasta ulica Stary Rynek — pełnił rolę wielofunkcyjnego centrum miasta, w którym znajdowały się stałe urządzenia handlowe — sukiennice, waga, różnorodne kramy i ławy chlebowe, jak również obiekty używane okresowo — budy i stragany. Oprócz roli typowo handlowej był miejscem wymiany informacji dotyczących zarówno Starego Miasta, jak i innych ośrodków, z którymi mieszczanie elbląscy prowadzili działalność handlową. Był miejscem związanym z duchowością — kościół parafialny p.w. św. Mikołaja, cmentarz przykościelny - oraz z władzą - ratusz, dom pisarza. Prawdopodobnie drugim miejscem służącym działalności handlowej i wymianie związanej z funkcjonowaniem portu był targ nad rzeką Elbląg. Nie mamy jednak źródeł archeologicznych mogących potwierdzić informacje zawarte w przekazach historycznych. Bezpieczeństwa Starego Miasta Elbląga i jego mieszkańców od początku strzegły umocnienia obronne. Wyniki badań wykopaliskowych pozwalają stwierdzić, że w Elblągu, podobnie jak w innych miastach środkowoeuropejskich i północnych, najstarsze obwałowania miały postać wałów ziemnych i mokrej fosy. Na przełomie XIII/XIV w. rozpoczęto budowę kamienno-ceglanych murów obronnych z systemem bram i baszt oraz otaczającej ich fosy wypełnionej wodą. Drugi pierścień murów obronnych wzmocnionych również basztami i bramami zbudowano w XV w. Usytuowanie miasta na podmokłym gruncie powodowało, że jakość nawierzchni elbląskich ulic była powodem stałej troski jego mieszkańców. Początkowo trakty utwardzano na przemian warstwami mierzw i piasków, lecz pomimo tych zabiegów pozostawały one pełne nierówności i wybojów. Lekkie konstrukcje drewniane ulegały szybkiemu zniszczeniu pod wpływem intensywnego ruchu. Przyczyną małej stabilności ulic były również usytuowane w ich obrębie rynsztoki i kanały, służące do usuwania wody deszczowej i nieczystości z obrębu posesji poza miasto. Dopiero zastosowanie bardziej trwałej drewnianej konstrukcji poprawiło stan elbląskich traktów pieszych i jezdnych. Podstawę konstrukcyjną stanowiły legary o czworokątnych przekrojach, na których prostopadle do nich układano dranice ściśle jedna obok drugiej. Konstrukcje takie datowane są metodą dendrochronologiczną już na koniec XIII w. Chociaż trzeba pamiętać, że do budowy ulic lub obiektów gospodarczych często używano drewna starszego pochodzącego z rozbiórek. Bruki z otoczaków polnych ułożone na warstwie piasku odkryto tylko w dwóch miejscach w fdblągu. Przybywający do Elbląga osadnicy z różnych części Cesarstwa, przede wszystkim z West-falii, Saksonii i Turyngii — niemieckojęzyczni hospites — przynieśli ze sobą m.in. nowe wzorce w budownictwie. Wprowadzona w połowie XII w. w Lubece i Getyndze konstrukcja szkieletowa, bardzo szybko rozprzestrzeniła się na południowym pobrzeżu Bałtyku i ad- 80 Elbląg mieszczański w późnym średniowieczu Elbląg. Stare Miasto. Plan miasta w XV w., rys. B. Kiliński Grażyna Nawrolska 81 optowana została na gruncie elbląskim. Duże, jednoprzestrzenne, niekiedy dwukondygnacyjne budynki o powierzchniach nawet do 40 m2, spełniały funkcje zarówno mieszkalne jak i gospodarcze (warsztaty rzemieślnicze). Budowane były również domy w konstrukcjach uznawanych za bardziej tradycyjne, nawiązujące nawet do wczesnośredniowiecznych obiektów: zrębowe, palisadowe, słupowe. Elbląg. Stare Miasto. Relikty zabudowy drewnianej, fot. A. Kolecki Wielki pożar na przełomie 1287/1288 r. wyznaczył nową cezurę w rozwoju Elbląga, m.in. w zakresie wprowadzenia w budownictwie mieszczańskim nowych form domów. Do dużych drewnianych budynków sieniowych, wznoszonych w przyfrontowej partii działki, do ich tylnej ściany dostawiano piętrowe murowane aneksy o powierzchni do 60 m2, które w połączeniu z domem sieniowym zwiększały powierzchnię tworząc duży dwusegmentowy obiekt. Były to pierwsze kamienno-ceglane budynki należące do mieszczan (bogatych), które w następstwie wznoszenia kamienic ulegały ziszczeniu lub zaczęły pełnić rolę oficyn. Intensywny rozwój mieszczańskiego budownictwa ceglanego rozpoczął się na początku XIV w., a pierwsza źródłowa wzmianka o kamienicy — domus lapidea — pochodzi już z 1301 r. W latach czterdziestych tego stulecia na Starym Mieście stało już pięćdziesiąt osiem murowanych domów, a w następnych dziesięcioleciach ich liczba stale się zwiększała. Kamienice usytuowane szczytem do ulicy zajmowały pełną szerokość działki i wypełniały przeciętnie 2/3 jej powierzchni. Potężne boczne ściany konstrukcyjne zamykane były 82 Elbląg mieszczański w późnym średniowieczu początkowo ścianami frontową i tylną wzniesionymi w konstrukcji szkieletowej. Zmiany funkcji wielu kamienic spowodowały podwyższenie domów do kilku kondygnacji z wymianą ich na ceglane, bardziej stabilne. Umożliwiło to również montowanie na elewacjach kamiennego detalu architektonicznego. Przestrzeń Starego Miasta Elbląga wypełniały budynki, ulice, kościoły, obiekty o różnorodnym przeznaczeniu. Charakter miasta kształtowali ludzie — jego mieszkańcy i osoby przyjezdne. To właśnie oni tworzyli „kulturę mieszczańską”, co wiązało się z przeobrażaniem przedmiotów codziennego użytku, narzędzi i dóbr luksusowych. W mieście pojawiły się przedmioty wcześniej nieznane na tych terenach, wprowadzano nowe techniki w produkcji rzemieślniczej, wykorzystywano nieznane dotychczas surowce. Takie zmiany dotyczyły nie tylko elit miejskich — przybyłych z Cesarstwa Niemieckiego kupców i osadników — ale obejmowały także inne warstwy społeczne. Archeologia daje nam ogromne możliwości poznawania „kultury mieszczańskiej” także poprzez różnorodne przedmioty odnajdywane w trakcie badań archeologicznych. Do Elbląga docierały zarówno wyroby luksusowe, jak i bardziej masowe i pospolite. Niektóre z nich stawały się wzorem do naśladowania i były produkowane w miejscowych warsztatach rzemieślniczych, zatracając niekiedy swój szlachetny charakter. Wywodząca się ze starożytności gra asztapada — „nasze szachy” — za pośrednictwem Arabów stała się w Europie grą królów i arystokracji, do której pionki wykonywano przede wszystkim ze szlachetnych surowców — kości słoniowej, kryształu górskiego, kłów morsa. Ale w badaniach archeologicznych odkrywane są także pospolite drewniane i kościane pionki. Tylko osoby bardzo bogate i wysoko postawione w hierarchii społecznej Starego Miasta Elbląga mogły sobie pozwolić na posiadanie talerzy i miseczek tzw. Lustreware, produkowanych w warsztatach w dalekiej Walencji. Podobnie jak używanie duńskich, francuskich czy holenderskich szkliwionych dzbanów do wina. A z drugiej strony część miejskiej społeczności mogła użytkować tylko najbardziej rozpowszechnione wyroby gliniane, tzw. siwaki, wytwory „stojące najniżej w hierarchii ceramicznej”. Uderzające zmiany można też zauważyć w asortymencie różnorodnych wyrobów kuchennych. Do ostrzenia noży można było używać miejscowych kamieni. Jednak z Norwegii, z miejscowości Eidsborg sprowadzano do tego celu osełki, których używano w bogatych gospo- Elbląg. Stare Miasto. Pion w formie wieży XV w., fot. A. Kołecki Elbląg. Stare Miasto. Talerz, typu Lustreware z warsztatów w Walencji (XV w.), fot. A. Kołecki Grażyna Nawrolska 83 Elbląg. Stare Miasto. W elbląskiej kuchni. Kamienny moździerz i osełki, fot. A. Kołecki darstwach. Kuchenne kamienne moździerze sprowadzano z Anglii i Francji, a ceglane, szkliwione podpórki pod rożna, umieszczane na otwartych paleniskach, z odległej Holandii. Chociaż z lokalnych surowców — kamień, cegła — wytwarzano na miejscu podobne wyroby. Niekwestionowanym symbolem europejskiego średniowiecza były pielgrzymki, w których aktywnie uczestniczyli elblążanie. Mieszkańcy Starego Miasta peregrynują do najważniejszych miejsc świętych — Santiago de Compostela i Rzymu - jak również do ośrodków o charakterze ponadregionalnym — Maastricht, Wilsnack, Akwizgran, Sternberg, Gottsburen. Przywożone stamtąd znaki pielgrzymie, symbole odwiedzanych sanktuariów, poświadczają odbyte przez nich w różnych intencjach wyprawy w odległe, uświęcone tradycją miejsca. Elbląg był jednym z ważniejszych miast hanzeatyc-kich na południowym pobrzeżu Bałtyku. Kontakty gospodarcze i polityczne portowego miasta w Państwie Krzyżackim, odcisnęły swoiste piętno na jego obliczu i życiu mieszkańców. Zaczerpnięte wzorce z północnej i zachodniej Europy, w połączeniu z miejscowymi wytworzyły swoistą „kulturę mieszczańską”, podobną do tej jaką odnajdujemy w całym pasie miast położonych nad Morzem Północnym i Bałtykiem. Elbląg. Stare Miasto. Pielgrzymia muszla z Santiago de Compostela, fot. A. Kołecki Elbląg. Stare Miasto Cynowy dzbanuszek typu Hansekanne (XV w.), fot. A. Kołecki 84 Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich Jacek Wijaczka POLOWANIE NA CZAROWNICE I CZAROWNIKÓW w Prusach Królewskich (na przykładzie Gdańska i Sztumu) w XVI-XVI11 wieku' Procesy o czary, potocznie zwane polowaniem na czarownice, prowadzone były w XV-XVIII w. praktycznie w całej Europie, a w ich trakcie skazano na karę śmierci około 50 000 osób, przede wszystkim kobiet (około 80 proc.). Wiedźmy, rys. Agnieszka Albrecht Rysunki autorstwa Agnieszki Albrecht Jacek Wijaczka 85 PRZESTĘPSTWO CZAROSTWA Rzekome czarownice i czarownicy znani byli już w starożytności, ale „działali wówczas pojedynczo. Po 1430 r. jednak „czarownik, oddający się jedynie konkretnym niegodziwym aktom wymierzonym w określonych wrogów, ustąpił pola zgrai wiedźm zaangażowanych w niszczenie chrześcijaństwa”. W związku z tym w końcu średniowiecza za czarownicę/ czarownika uważano osobę, która nie tylko zajmowała się czarami, lecz także rytualnie oddawała cześć diabłu. Podkreślić jednak trzeba, że w XV w. w poszczególnych regionach Europy pojęcie czarostwa i czarownicy jeszcze znacząco się od siebie różniły. Do około 1430 r. postrzegano jeszcze wyraźnie różnice między przestępstwem herezji a czarostwa. Natomiast już w latach pięćdziesiątych XV w. w Szwajcarii odbywały się procesy, o których można mówić, że były to już wyłącznie procesy o czary, a zeznania w nich składane świadczą o wykształconym już zakresie pojęciowym czarostwa. W zakres ten weszło pięć zasadniczych elementów: 1) pakt z diabłem, 2) utrzymywanie kontaktów cielesnych z diabłem, 3) umiejętność latania w powietrzu, 4) sabat, 5) czary szkodliwe. Do tych pięciu głównych punktów dodawano później jeszcze dalsze wyobrażenia, takie jak wiara w wilkołaki, umiejętność przybierania postaci zwierząt, rodzenie potworów ze związku z diabłem oraz psucie pogody. PAKT Z DIABŁEM (ZŁYM DUCHEM) Decydujące znaczenie dla powstania pojęcia czarostwa miał rozwój nauki o pakcie z demonami, ewentualnie o pakcie z diabłem. W późnym średniowieczu i na początku czasów wczesnonowożytnych coraz powszechniejsza wśród społeczeństwa chrześcijańskiej Europy stawała się obsesja na punkcie diabła. W wyznaniu wiary uchwalonym na IV Soborze Laterańskim w 1215 r. zapisano: „Diabeł bowiem i inne złe duchy zostały przez Boga stworzone jako dobre z natury, ale sami uczynili się złymi. Człowiek zaś zgrzeszył za podszeptem diabła”. Rozwój wiary w potęgę diabła w Europie osiągnął apogeum w XVI i XVII w. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, szatan nie cieszył się tak dużym zainteresowaniem i nigdy tak się go nie obawiano. Wiara w diabła i w jego „obecność” na ziemi rozpowszechniana była przez duchownych zarówno katolickich, jak i protestanckich. Bardzo szybko jego postać pojawiała się chociażby w drukach reformacyjnych. W społeczeństwie europejskim podział religijny i wynikająca z niego rywalizacja wyznań wywołały strach i niepewność. Często zmiana wyznania postrzegana była jako skutek działalności diabelskiej, dlatego starano się bronić własną gminę przed wpływami diabła i jego wspólniczkami, czyli czarownicami. Zarówno protestanci, jak i katolicy uważali, że diabeł czyha i wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, aby zawładnąć ciałem i duszą człowieka. Narodziła się przy tym idea straszliwego Boga, który nie tylko błogosławi, lecz także surowo karze, wykorzystując w tym celu diabła. Święty Augustyn stwierdził, że Bóg pozwolił na Zło, by wydobyć z niego Dobro. Mit o upadku szatana Augustyn zreinterpretował jako element „boskiego spisku , mającego doprowadzić do Zbawienia. Wróg Boga miał się stać środkiem nawrócenia. bale procesów o czary w Europie, które miały miejsce w XVI—XVIII w. wywoływane były, jak się wydaje, przez pięć elementów: 1) ogólną sytuację kryzysową, kiedy to zde- 86 Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich cydowana większość społeczeństwa odczuwała silne zagrożenie życia, zdrowia oraz stanu posiadania, 2) dalsze rozprzestrzenienie się demonologii nie tylko wśród umiejącej czytać i pisać duchownej i świeckiej elity, lecz także wśród prostego ludu, i związanego z tym rozprzestrzenienia się teorii czarostwa, 3) nacisk z dołu, czyli gotowość społeczeństwa do polowania na czarownice i czarowników, 4) popieranie lub co najmniej tolerowanie prześladowań czarownic przez władze terytorialne i rady miejskie, 5) wpływ jurystów na postępowanie procesowe, przede wszystkim na rozpoczęcie prześladowań. Jeden z historyków niemieckich dorzucił jeszcze szósty element: możliwość zinstrumen-talizowania procesów o czary dla celów, które miały mało wspólnego z obroną przed czarami szkodliwymi i diabelską sektą, a służyły przede wszystkim jako środek do rozwiązania konfliktów i problemów, których nie można było rozstrzygnąć na drodze legalnej, a mianowicie: rozwód przez proces o czary, wcześniejszy podział oczekiwanego spadku i majątku, zdobycie gospodarstwa sąsiada i zemsta osobista. PROCESY O CZARY W PRUSACH KRÓLEWSKICH Procesy o czary i polowanie na czarownice w Prusach Królewskich w czasach wczesno-nowożytnych nie doczekały się dotąd całościowego opracowania, choć i w tej dzielnicy Rzeczypospolitej płonęły liczne stosy, na których palono kobiety oskarżane o praktyki magiczne. Czarowników i czarownice karano śmiercią na mocy obowiązującego w Prusach Królewskich prawa chełmińskiego, a artykuł mówiący o tym brzmiał następująco: To jest o czarownikach i o czarownicach, czy to są kobiety czy mężczyźni, którzy zajmują się czarami i którzy potrafią i uprawiają to, że słowami przywołują do siebie diabła. Tych wszystkich należy spalić albo zabić taką śmiercią, jaką sędzia wybierze, która jest surowsza i wymyślniejsza niż tamte. W taki sposób powinien im sędzia odebrać życie, ponieważ wyrzekli się oni naszego Pana Boga i oddali się diabłu. A tym, którzy o tym wiedzą i przemiłczają, oraz tym, którzy do tego namawiają, albo w tym pomagają, jeżeli im się to udowodni, jak prawo wymaga, tym należy ściąć głowę. Mimo zabiegów Kościoła rzymskokatolickiego, aby procesy o czary były rozpatrywane w państwie polsko-litewskim przez sądy duchowne, to w praktyce dnia codziennego procesy o czary toczyły się przed sądami miejskimi, a nieraz i wiejskimi. W Prusach Królewskich w XVI-XVIII w. było podobnie. W tracie owych procesów bardzo często dochodziło do nadużywania obowiązującego prawa. Próbowano z tym walczyć, choć niezbyt skutecznie. Jednym z nielicznych, który próbował był biskup włocławski Kazimierz Florian Czartoryski, który 11 kwietnia 1669 r. wydał edykt zabraniający stosowania tortur w tych procesach o czary, w których oskarżenia opierały się jedynie na denuncjacjach i plotkach. Także tzw. próbę wody uznał biskup za niedopuszczalną. Ponadto nakazywał, aby przed przystąpieniem do tortur każdy sędzia skontaktował się w tej sprawie z oficjałem biskupim, który ze swej strony sporządzi relację dla biskupa. Sędziowie świeccy powinni zasięgać rady teologów, a poza tym powinni się zajmować takimi przestępstwami jak morderstwa, rabunki, kradzieże, a nie tak sprawami trudnymi do udowodnienia, jak oskarżenia o czary. Biskup groził, że sędziowie nie przestrzegający tego rozporządzenia zostaną wykluczeni z Kościoła katolickiego. Spo- Jacek Wijaczka 87 łeczeństwo diecezji miało zostać poinformowane o wydaniu tego edyktu. Biskup zalecił, aby przybito tekst jego rozporządzenia na drzwiach kościołów. Pożądanego efektu jednak nie udało się uzyskać, o czym świadczą liczne procesy o czary przed sądami świeckimi w latach następnych. Kolejne istotne, a niestety nie przestrzegane, rozporządzenie dotyczące postępowania podczas procesów o czary opublikował po polsku 26 września 1727 r. biskup Krzysztof Antoni Szembek (1720-1739). Rozesłał je do wszystkich parafii w Prusach Królewskich, gdzie często odczytywano je z ambon, aby wszystkich zapoznać z jego treścią. Jako druk rozporządzenie to zostało opublikowane dopiero 20 lat później. Czytamy w nim m.in.: Straszna rzecz słyszeć!jako każdego roku białogłowy bez fundamentu o gusła i czary na różnych miejscach obwiniają. Straszniejsza!, że niedoskonałi sędziowie nie tylko w prawie nie biegli, lecz często czytać nie umiejący, na kontempt zwierzchności kościelnej i statutów Rzeczypospolitej, na wzgardę dekretów, reskryptów królewskich, bez dokładu urzędu naszego duchownego (którego własność jest w takowe wgłądać sprawy i one rozsądzać), z szczególnej tylko suspicyi, albo osławienia, z babskich zobopólnych kłótni i swarów, czy też jakiejkolwiek powieści i wywoływania zmyślonych (jako doznajemy, pożal się Boże) opętanych. Nadto z procesów cudzych niemądrze, bez należytych inkwizycyi, na proste powołanie wywiedzionych, czy też na próżne prostych łudzi bez sumienia poprzysiężenia, różne osoby w sekwestr biorą: próbując czarostwa zabobonnym pławienia na wodzie sposobem, w kłody wtrącając, opak ręce związawszy i oczy zasłoniwszy niemiłosiernie więżą, na tortury trzydniowe bez dokumentu jawnego złości i czarostwa oddają i w każdy dzień po trzykroć katowi pociągać rozkazują. Gdzie dla okrutnych tortur, albo dla bojażni onych, chociaż niewinne, winnemi się czarostwa, rade nierade, oświadczać i drugich niesłusznie powoływać muszą. Nadto po takich torturach, związane, w też kłody wrzuciwszy, znowu wymyślnemi okrucieństwy, ogniem pałenia, krępowaniem zmordowawszy, jakoby zkon-winkowane, dekretują na śmierć i na stosach bezprawnie palą. Biskup Szembek, bojąc się, aby za takie bezprawne postępowanie wobec oskarżonych o czary Bóg nie pokarał całego Królestwa Polskiego, postanowił zakazać wszystkim, a przede wszystkim sędziom, oskarżycielom i denuncjatorom, „pod klątwą i innemi winami: aby się w takowe sądy, dekreta, bez dokładu zwierzchności naszej duchownej nie wdawali”. Ostrzegał także duchownych swojej diecezji, że gdyby któryś z nich w dochodzeniu prawdy, „jakie lenistwo pokazał per dissimulationem, albo takim ludziom poświadczał, pokazując, że wierzy takowym baśniom, nie doniósłszy tego zwierzchności duchownej, albo się przechwalał, że z wejrzenia umie czarownice poznawać, niech wie, że nie tylko na sumieniu nie będzie wolny, ale też od sądu naszego popadnie słuszną naganą”. Prawdziwym zaś opętanym, jeśli się w ogóle tacy znajdą, według biskupa Szmbeka pomogą zwyczajne w Kościele rzymskokatolickim egzorcyzmy, które w razie potrzeby każdy kapłan może odprawić. PROCESY O CZARY W GDAŃSKU Procesy o czary toczyły się przed wieloma sądami miejskimi w Prusach Królewskich także i w Gdańsku. Kazimierz IV, król polski, przyznał temu miastu prawo stanowienia własnego prawa, zapisywanego w wilkierzu. W XIV i XV w. w wydawanych wilkierzach gdańskich nie wspominano o czarach. Dopiero w 1500 r. do wilkierza dodano paragraf 88 Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich mówiący, że jeśli ktoś za pomocą czarów uczyni komuś jakąś szkodę, ma zostać spalony na stosie. Uzupełnienie wilkierza o punkt dotyczący czarów wynikało zapewne z tego, że w drugiej połowie XV w. w mieście zaczęły się mnożyć przypadki oskarżeń o czarostwo i wiara w czarownice stawała się coraz większa. Przed sąd oficjała biskupów kujawskich w Gdańsku trafiły trzy sprawy o czary w latach 1477, 1483 i 1497. Po uzupełnieniu wilkierza już w następnym roku (1501) przed świeckim sądem ławniczym odbył się proces dwóch kobiet, które zostały oskarżone o kradzież w kościele Świętej Marii. Pewnej przybywającej tam osobie odcięły kawałek materiału z sukni, za którego pomocą miały później czarować. Poinformowano o tym biskupa włocławskiego, ale nie wiemy, jaki los spotkał oskarżone. Wiara w obecność diabła i jego sług czarownic, które można spotkać na każdym kroku, była w mieście nad Motławą w XVI w. powszechna. Nawet tak prosta sprawa jak zatrudnienie służącej robiła się skomplikowana, można było bowiem wprowadzić do domu czarownicę. Okazała się nią na przykład Greta z podgdańskiej wsi, która została zatrudniona na początku lat sześćdziesiątych XVI w. w domu późniejszego dominikanina i znanego kronikarza Marcina Grunewega, a którą w związku z czym szybko zwolniono Wiara w to, że czarownice funkcjonują w społeczeństwie była już w XVI w. rozpowszechniona w Gdańsku (a także w Prusach Królewskich) we wszystkich warstwach społecznych, także w tych wykształconych. Jako przykład może posłużyć dwóch fizyków gdańskich Schadego i Fiedlera, którzy w 1579 r. doprowadzili do tego, że z miasta został wygnany obcy lekarz, któremu miał pomagać w leczeniu diabeł. Przepisy prawa w odniesieniu do czarów wkrótce zostały w Gdańsku jeszcze zaostrzone. W wilkierzu z 1597 r. w punkcie dotyczącym czarów stwierdzano, że kara śmierci będzie odtąd obowiązywała nie tylko za czary szkodliwe czynione przy pomocy diabła, lecz także już za sam z nim związek Sądzono w Gdańsku nie tylko kobiety, ale i mężczyzn. W 1575 r. na ścięcie, a następnie spalenie ciała skazano Hansa Schreckena. Ponieważ zajmował się prawdopodobnie magią wysoką (uczoną), ułożono mu na twarzy stos czarnoksięskich ksiąg, na nim woreczek cukru, który topiąc się, spływał mu do oczu. Kolejne procesy przeprowadzono w latach osiemdziesiątych, między innymi w 1586 r. skazano na spalenie na stosie dwie kobiety. Owa fala procesów o czary w Gdańsku przeprowadzonych w mieście w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XVI w. pokrywa się z pierwszą z trzech fal procesów o czary, do których doszło w całej wczesnonowożytnej Europie. Ostatnia egzekucja przez spalenie na stosie związana z procesami o czary odbyła się w Gdańsku w 1659 r. Jesień tegoż roku była w Gdańsku i okolicy bardzo deszczować Padało prawie przez cały wrzesień, tak że poziomki nie tylko na nowo zakwitły, ale i dojrzały Można je było kupić jeszcze nawet po św. Michale (29 września), tak jakby to było około Zielonych Świątek. Natomiast 4 i 5 października przez miasto przeszła wichura, która pozrywała dachy z licznych domów, a w kościele pw. św. Bartłomieja wyrwało kilka okien. Z kolei w nocy z 3 na 4 grudnia 1659 r. wichura przewróciła dwa domy. W tych okolicznościach doszło do kolejnego procesu o czary, kobietą która trafiła przed oblicze sądu ławniczego była osiemdziesięcioośmioletnia Anna Kruger, mieszkająca za szpitalem zakaźnym znajdującym się tuż poza murami miasta. Została uwięziona z tego Jacek Wijaczka 89 powodu, iż sąsiedzi oskarżyli ją o zabicie ich bydła za pomocą czarów, przez co ponieśli ogromną stratę. Na dodatek miała „zadawać” diabła innym ludziom, przez co w sąsiedztwie było jeszcze więcej podobnych złych uczynków. W więzieniu intensywnie zajmowali się nią duchowni, chcąc uratować jej dusze, ale długo do niczego nie chciała się przyznać. Odpowiadała na wszystko przy pomocy Słowa Bożego, tak że po pewnym czasie myślano, ze wyrządza się jej krzywdę niesłusznie obwiniając o paranie się czarami. W końcu jednak przyznała się do zarzucanych jej czynów i zeznała, że czarostwa nauczyła się od męża. Początek nauki miał miejsce w dzień św. Mikołaja, w związku z czym jej zły duch miał na imię Claus (Mikołaj). Obiecał jej, że jeśli mu się odda duszą i ciałem, to zapewni jej piękne miejsce w piekle, lepsze niż będą mieli inni. Tym samym nie będzie tam cierpiała żadnych mąk, ale raczej odczuwała radość i zadowolenie. Będzie zawsze przy niej i nigdy jej nie opuści, dlatego nie będzie odczuwała żadnego bólu. Po wyznaniu grzechów Kruger stwierdziła, że liczy na zbawienie swojej duszy. Została spalona 9 grudnia 1659 r. na Targu Drzewnym (Holtzmarkt). Okazano jej jednak łaskę, aby skrócić i zmniejszyć cierpienie nakazano katu położyć koło jej serca kilka woreczków z prochem. Gdańskie dwa sądy ławnicze przeprowadziły w XVI-XVII w. co najmniej 25 procesów o czary. Sądzonych w nich było 28 kobiet i 3 mężczyzn. Siedemnaście kobiet spalonych zostało na stosie, a jedna ścięta mieczem. Jedynie trzy kobiety zostały uniewinnione od stawianego im zarzutu bycia czarownicą. Dla dwóch z trzech sądzonych mężczyzn procesy zakończyły się wyrokiem śmierci. Skazanych na śmierć w procesach o czary w Gdańsku palono na Targu Węglowym albo na Targu Drzewnym, albo pod miastem na Galgenberge (Wzgórzu Szubienicznym). Szubienica stała na drodze do Oliwy, między dzisiejszym gmachem Politechniki a Wydziałem Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Gdańskiego. Z drugiej strony wzgórza, za ówczesną bramą oliwską, stała do 1805 r. karczma zwana „Jerozolimą”, w której to prowadzonym na miejsce straceń dawano ostatni kielich napoju. Wiara w działalność czarownic oraz diabła była o wiele silniejsza i trwała dużej we wsiach należących do dóbr miejskich Gdańska. Oskarżenia w Gdańsku ustały, a w 1696 r. pastor Steinhauer w Rębielczu (Rambletsch) wyzwał jedną z mieszkanek wsi jako czarownicę, której nigdy nie udzieli sakramentu, ponieważ pozostaje ona w związku z diabłem. Dopiero po interwencji rady miejskiej Gdańska kaznodzieja wycofał się z zarzutów i oficjalnie przywrócił kobiecie cześć. Z kolei w 1696 r. pastor Kiehl w Ujeścisku, chorej kobiecie, która prosiła go o lekarstwo, wykrzyczał prosto w twarz, że tylko diabeł może jej pomóc. Mieszkańcy wsi Lubiewo skarżyli się natomiast w 1688 r. gdańskiej radzie na swego pastora, który z ambony wyzywał ich od „dzieci diabła”. Procesy o czary toczyły się również w XVIII w., i to o wiele częściej niż dotąd przyjmowano w historiografii. Dla przykładu można podać, że mieszkanka wsi Szadółki skarżyła się w 1712 r., że za jej plecami pomawiano ją o czarostwo. Przeprowadzono dochodzenie, mające udowodnić, czy rzeczywiście jest czarownicą. Nie znaleziono na to dowodów i przywrócono jej publicznie przed gromadą cześć. 90 Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich PROCESY W OKOLICY SZTUMU Pierwszy znany nam proces o czary przeprowadzony został w 1670 r. we wsi Poliksy (Po-litzen, Polixen), gdzie jako czarownicę sądzono miejscową karczmarkę. Uznano ją za winną i spalono na stosie. W trakcie przesłuchań wypytywana o inne kobiety, będące czarownicami, wymieniła Ewę z Waplewa. Kobieta ta została aresztowana, ale ponieważ karczmarka tuż przed wykonaniem wyroku odwołała oskarżenie wobec niej, Ewę uwolniono i uznano na niewinną. Przez kilkanaście lat pozostawiono ją w spokoju, ale z czasem zaczęły odżywać podejrzenia pod jej adresem. O oskarżeniu sprzed lat bowiem przypomniał sobie sołtys z Waplewa, któremu w 1686 r. padło kilka sztuk bydła, a jeden z koni został rozszarpany przez wilki. Szukając tego przyczyny sołtys uznał, że uczyniła to z pomocą czarów właśnie Ewa. Na dodatek pewnego dnia sołtysowa chciała wypędzić ze swego ogrodu świnię należącą do Ewy (prawdopodobnie byli sąsiadami). W trakcie wyganiania Świnia zawisła na płocie i nie mogła się ruszyć. Pojawiła się Ewa i zwymyślała sołtysową, która w pewnym momencie poczuła, że od strony świni poleciało w jej oczy coś bliżej nieokreślonego, jakby piasek. Z godziny na godzinę traciła wzrok oraz dostała okropnych boleści w kościach. O ile po pewnym czasie odzyskała wzrok, to ból w kościach się nasilał. Udała się najpierw po pomoc do znachorki we wsi Mikołajki (Pomorskie), a następnie do znachora do Elbląga. Żadne z nich nie potrafiło udzielić jej pomocy w chorobie, ale obje zgodnie stwierdzili, że powodem jej bólu, było kilka sztuk znajdujących się w jej ciele, a zadanych czarami, „malców”. Kim lub czym były owe wspomniane „malce”? W Prusach (tak Królewskich, jak i Książęcych) wierzono wówczas powszechnie w to, że czarownice mogą rodzić diabłu dzieci stwory na poły ludzkie, na poły diabelskie, które czarownice wykorzystują następnie do zabijania zwierząt, zabierania krowom mleka i „zadawania” ich ludziom, aby wywołać chorobę. Zwano je malcami, podziomkami lub białymi ludźmi. Wiara ta funkcjonowała również w XIX w. i wówczas stwory te najczęściej zwano podziomkami albo krasnoludkami. W wierzeniach polskiej ludności Mazur Pruskich krasnoludki były złymi istotami demonicznymi, personifikacją dolegliwości zdrowotnych i chorób wewnętrznych. To, że znajdowały się wewnątrz człowieka, dawało się zauważyć po tym, że człowiek odczuwał mniejszą lub większą ociężałość, a także słyszał wewnątrz jakby żabie rechotanie i glegotanie, i należało wówczas jak najprędzej chorobę „zamówić”, gdyż mogło to się skończyć śmiercią. Według Zofii sądzonej jako czarownica przez sąd miejski w Młynarach w 1612 r., malce były to takie duchy, które ludzi męczą i dręczą, które zarówno ludziom, jak i zwierzętom łamią karki. Przybierają one postać małych ludzików, chodzą ubrane w czerwone suknie, noszą małe czerwone kapelusze, tak jak ludzie mają ręce i nogi, są trochę większe od ludzkiej dłoni. W tej sytuacji „poszkodowane” małżeństwo zwrócił się do właściciela wsi w której mieszkały, a był nim kasztelan chełmski Kazimierza Zawadzki. On to 13 czerwca 1686 r. sprowadził do Waplewa sąd miejski z Dzierzgonia, aby ten osądził jego poddaną. Ewa z Waplewa, postawiona prze obliczem sądu, zarzutom stawianym jej przez sołtysa i jego małżonkę zaprzeczyła. Oddano więc ją w ręce kata, i w trakcie okrutnych tortur przyznała się do zarzutów postawionych jej przez sołtysową. Przyznała się do „posiadania” dwóch diabłów, z pomocą których szkodziła ludziom i zwierzętom. Pierwszy z nich miał na Jacek Wijaczka 91 imię Bartel, chodził ubrany na czarno, i z jego pomocą szkodziła ludziom. Drugi, miał na imię Jan, chodził ubrany na szaro. Z jego pomocą z kolei szkodziła zwierzętom. Bartla „dostała” od żony pastucha świń, a stało się to za pośrednictwem korzenia, który owa kobieta kazała jej włożyć wieczorem pod poduszkę. Rankiem pojawił się ubrany na czarno diabeł. W niedzielne poranki odbywała z nim stosunki seksualne. Czasami zabierał ją ze sobą na Hexenplatz (miejsce spotkań czarownic z diabłami), który znajdował się na górze koło Starego Targu (Altmark). Udawała się tam zamaskowana. Na górze grała muzyka, ktoś grał na skrzypcach, pito także wino. Potem odbywała się orgia, po której zakończeniu diabeł dawał jej pieniądze, które następnego dnia zamieniały się jednak w końskie łajno. Jan, drugi diabeł, pewnego dnia pojawił się u niej w ogrodzie, jako wędrowiec, podszedł do niej i zaproponował, że pomoże jej w plewieniu. Z nim także utrzymywała kontakty seksualne. Obaj ją na nowo ochrzcili, Bartel nadał jej imię Zofia, a Jan — Kaśka. Ponieważ przyznała się do zarzucanych jej czynów, porzucenia chrześcijaństwa i współpracy z diabłem, to sąd dzierzgoński skazał ją na karę śmierci przez spalenie na stosie i wyrok został wykonany. Jak się wydaje, w ostatniej ćwierci XVII w. procesy o czary w okolicach Sztumu były dosyć częste. W 1687 r. sądzone były bowiem cztery kobiety ze wsi Andrzejewo (Reichan-ders). W trakcie procesu opowiadały, jak to tańczyły ze swoimi diabłami na waplewskich łąkach i na waplewskiej górze, gdzie m.in. piły cienkie piwo stołowe w skorupkach jaj gęsi. Wśród owych czterech rzekomych czarownic była zagrodniczka, Niemka, której diabeł chodził w polskich szatach. Inna z kolei kazała swemu diabłu zabić dwa konie należące do niejakiej Schackske ze wsi Stążki (Stangenberg). Wszystkie cztery spłonęły na stosie. W tymże samym 1687 r. sądzono kolejne czarownice (nie wiemy niestety, ile ich było) w Waplewie. Jedna z nich zeznała, że należący do niej diabeł miał końskie kopyta, dziurę zamiast nosa i cierpiał na nosaciznę. Wszystkie kobiety zostały przez diabły ochrzczone, co oznaczało porzucenie przez nie wiary chrześcijańskiej. Nie znamy wprawdzie wyroku, ale z dużą dozą pewności można przyjąć, że wszystkie trafiły na stos. W 1688 r. ponownie sądzono w Waplewie rzekomą czarownicę, a w Tulicach (Tillen-dorf) sądzony był czarownik. Najobszerniejsze informacje odnośnie procesu przeprowadzonego w okolicach Sztumu pochodzą z 1694 r., a dotyczą postępowania sądowego przeprowadzonego we wsi Bągart (Baumgart). Nie znamy początku procesu, w każdym razie 12 czerwca 1694 r. odbyło się przesłuchanie świadków, a dokumenty opatrzone zostały pieczątką miasta Sztumu. Oskarżonym o uprawianie czarów było małżeństwo Gertruda i Hans Drein. Głównym oskarżycielem był Michel Schmidt, sołtys we wsi Tropy (Sztumskie), który obwiniał małżeństwo o zamordowanie mu 10 sztuk bydła rogatego i 6 koni. Dodał, że przed 7 laty, kiedy spalono trzy czarownice we wsi Buchwalde (Bukowo), to wszystkie oskarżyły małżeństwo Dreinów o to, że są czarownikami i nie odwołały tego oskarżenia nawet w obliczu śmierci. Podobna sytuacja miała miejsce przed 5 laty w Tropach, gdzie kobieta skazana jako czarownica również ich powołała. Przed sądem stanęło kilku świadków, których zeznania obciążały Dreinów jako czarowników. Świadkiem był Jan Lipiński, chłop ze wsi Tropy, który zeznał, że widział jak wieczorem nad zagrodę Dreinów nadleciał w postaci ognistej kuli alf (elf) i spadł do zagrody. 92 Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich „Elf” (chobołd, kobold), który pojawił się w zeznaniu Lipińskiego, w wierzeniach związanych z czarownicami w Prusach pojawiał się stosunkowo często. W ludowych wierzeniach nie był dzieckiem diabła, tylko samodzielnym demonem ognia albo gnomem. W procesie, który toczył się w Bartoszycach w 1565 r., został opisany jako „kałdun, który miał jednak stopy i głowę”. Wierzono powszechnie, że jeśli się takiego elfa dobrze karmi i pielęgnuje, to w zamian przynosi dostatek do domu. Natomiast jeśli się go źle traktuje, to z pewnością pojawi się jako ognista kula i wywoła pożar. Georg Christoph Pisanski (1725-1790) w pracy na temat pozostałości pogaństwa i katolicyzmu w Prusach pisał: Przesądna prostota wyobraża sobie elfy jako rodzaj złych duchów, które pod postacią smoków ognistych unoszą się w powietrzu, czcicielom swoim znoszą wszelkiego rodzaju pieniądze i żywność, ale mszczą się także za wyrządzone krzywdy, paląc domy, opustoszając stodoły i sprowadzając inne nieszczęścia. Wprawdzie po miastach rzadko się już czegokolwiek doznaje od tych latających duchów, ale za to po osadach i wsiach niejeden dziś jeszcze staje się dzięki nim ubogim lub bogatym i bywa wskutek tego narażony na najnielito-ściwsze sądy sąsiadów. Na dziwne zachowania Gertrudy Drein wskazywał kolejny świadek Tomasz Maślanka ze wsi Tropy. Opowiedział, że trzy lata wcześniej, w okolicy święta Bożego Ciała, widział pasąc bydło, że kiedy słońce prawie już zachodziło, Dreinowa odbyła na polu sołtysa Schmidta pewien rytuał. Najpierw tańczyła odwrócona plecami do słońca, następnie siadała nieruchomo. Powtarzało się to trzykrotnie, a za każdym razem pochylała się i wyglądało to, jakby coś w ziemi zakopywała. Marcin Czara, karczmarz w Tropach, zeznał z kolei, że przed dwoma laty, zimą, w okolicy Bożego Narodzenia, widział nocną porą, jak Hans Drein biegał nago po swoim podwórku. Wystraszony karczmarz zawołał dwukrotnie Dreina po imieniu i nazwisku, ale ten nie odpowiedział, ale pobiegł między stodoły na swym podwórku. Piątym świadkiem był Michel Koschmider, syn zarządcy folwarku w Tropach, opowiadał, że kiedy Polacy przepędzali przez wieś bydło i uczynili przez to duże straty na polach, tak że trzeba było wystawić straże na polach, on także pilnował i pewnego dnia, gdy już chciał wracać wieczorem do domu widział jak od strony wsi Bukowo nadleciał elf w postaci kuli ognia i opadł w zagrodzie należącej do Dreinów. Słowa Kośmidra potwierdził kolejny świadek, Andrzej Praborski, który także trzymał z nim straż na polu, i widział owego nadlatującego elfa. Następnie zaczęto przesłuchanie oskarżonego małżeństwa. Hans Drein przyznał, że otrzymał diabła od małżonki, która „zadała” mu go w serze. Diabeł pojawił się mu w męskiej postaci przychodząc do niego na pole pszenicy i zapytał o możliwość zatrudnienia w gospodarstwie. Drein spostrzegł jednak, że mężczyzna ma kurze łapki zamiast stóp i kazał mu iść precz. Diabeł odparł, że gospodarz już tak łatwo się go nie pozbędzie, gdyż należy już do niego, diabła. Jeśli Drein nie zgodzi się go przyjąć, to zostanie uduszony. Jeśli go przyjmie, to będzie mu rąbał drzewo i sprzątał w gospodarstwie. Drein miał dwukrotnie być na Hexenplatz znajdującym się pod gruszą we wsi Bukowo, gdzie tańczył ze swą małżonką. Pił tam napój słodki jak miód, a spożywał go ze srebrnego kubka, który w rzeczywistości był skorupką jajka. W trakcie jednego z pobytów na Hexenplatzu miał zostać Jacek Wijaczka 93 ochrzczony przez mężczyznę, który miał kurze łapki zamiast stóp. Na imię otrzymał Jakub. Rodzicami chrzestnymi były dwie kobiety, Peltzsche ze wsi Szropy (Schrave, Schroop) i Schotsche z Waplewa. W trakcie ceremonii musiał wyprzeć się Pana Boga, a przysięgać diabłu wierność. Diabeł miał obiecać, że na św. Jana obecnego roku dostarczy mu diablicę i wyprawi mu wesele. Następnie przesłuchano Gertrudę Drein. Miała ona mieć na swych usługach trzy diabły. Związana była z nimi od trzech lat. Dwóch z nich, Michała i Pawła otrzymała w pudełku tytoniu, które znalazła w trakcie pobytu w Malborku na ulicy i podniosła. Diabły nagle się pojawiły i stwierdziły, że jeśli ich nie weźmie to ją uduszą. Jeśli ich przyjmie to będą dla niej pracować, rąbać drewno, nosić je i sprzątać w obejściu. Trzeci diabeł, o imieniu Sebastian, pojawił się u niej pod postacią czeladnika. Przyjęła go, uprawiała z nim seks, a kopal dla niej rowy. Wypytywano ją, czy prawdą jest, że czarownicami się również Peltzsche ze Szrop, Schotsche i Trompertsche z Waplewa, Hirtsche z Iggeln (Igły) i Lucksche z Kalwe (Kałwa). Najprawdopodobniej kobiety te cieszyły się wśród swoich sąsiadów „złą sławą” czarownic. Chciano, aby przyznała, że w innych wsiach, jak Bukowo, Tropy, Brzozówka (Brosowken) i innych okolicznych także są liczne czarownice. Wypytywano ją, czy to prawda, że w trakcie jednego ze spotkań została ochrzczona przez Peltzsche ze wsi Szropy, i że otrzymała na imię Basia, a w trakcie tej ceremonii musiała bluźnić Bogu. Odpowiedziała, iż trzykrotnie musiała bluźnić. Chrzestnymi były również Basia z Mikołajek (Pomorskich) i Maria ze wsi Łoza (Losen). Wypytywano ja, czy to prawda, że Hirtsche z Igieł zabiła tamtejszemu owczarzowi owce? Niestety, nie wiemy, czy wspomniane w pytaniach kobiety były później sądzone jako czarownice. Wyrok w sprawie małżeństwa Dreinów wydał sąd sołtysi starostwa dzierzgońskiego 16 czerwca. W jego skład wszedł sołtys z Trop — Michel Schmidt (sądził we własnej sprawie!), Paul Misielski, sołtys ze Starego Targu oraz Michel Klingenberg. Wyrok, z powodu przyznania się oskarżonych mógł być tylko jeden, kara śmierci na stosie. Wiara w praktyki magiczne w okolicach Sztumu trwała nadal w XVIII w., teoretycznie wieku Oświecenia. W 1742 r. w miejscowości Linki (Linken) o uprawianie czarów oskarżono mającego 90 lat Petera Szkińskiego. Przyznał, że wypowiada różne czarodziejskie zaklęcia, aby trzymać wilki z dala od bydła. Był prawdopodobnie pastuchem. Zagrożono mu dożywotnim więzieniem jeśli z tego nie zrezygnuje i puszczono wolno. W XVIII w. sądzono w sprawach o czary już nieco ostrożniej. W wyniku znanych nam procesów o czary przeprowadzonych w kilku wsiach położonych w okolicy Sztumu skazano i spalono na stosie co najmniej 10 kobiet i jednego z dwóch oskarżonych mężczyzn. Większość skazanych kobiet mieszkała we wsi Waplewo, która jak widać musiała się cieszyć w okolicy opinią „siedliska czarownic”. Oskarżane kobiety miały za pomocą czarów szkodzić przede wszystkim bydłu, wykorzystując do tego pozostające na ich usługach diabły. Wydarzenia z okolic Sztumu i Gdańska potwierdzają, że przestępstwo czarostwa było związane przede wszystkim ze środowiskiem wiejskim. Ze wsi pochodziła większość kobiet i mężczyzn skazanych w Europie w XVI—XVIII w. na karę śmierci za uprawianie czarów. 94____________________Polowanie na czarownice i czarowników w Prusach Królewskich W przypadku, gdy krowa przestawała dawać mleko, zachorował koń, zdechła Świnia, to zagrożona była egzystencja całej rodziny i często w oczy zaglądał głód. Nic więc dziwnego, że bardzo często w takich przypadkach doszukiwano się działania sił nieczystych. Dlatego stosowano liczne zabiegi i czary ochronne, aby uchronić bydło przed „zaczarowaniem” i chorobami. Przymocowywano choćby na drzwiach obory podkowy lub wieszano bukiety z ziół odpędzających złe moce. Patrząc w jaki sposób rozpoczynały się procesy o czary w Gdańsku, czy we wsiach w okolicy Sztumu, to dosyć wyraźnie widać, że oskarżyciele przychodzili do sądu po to, aby oskarżyć daną osobę o popełnienie za pomocą czarów złego uczynku polegającego na zadaniu choroby człowiekowi lub zwierzęciu, ewentualnie za spowodowanie strat na polu. Indywidualne nieszczęście - choroba i śmierć człowieka lub zwierzęcia, przypisywane było czarom danej osoby, z którą w ramach sąsiedzkich stosunków popadło się w konflikt, czy też potraktowało niesprawiedliwie i która chcąc się zemścić za doznaną krzywdę skorzystała z magicznych praktyk. Widoczne to było przede wszystkim w przypadku chorób, szczególnie nagłych. Problematyka dotycząca procesów o czary w Prusach Królewskich nadal czeka na swego badacza. Porwanie, rys. Agnieszka Albrecht Jan Chłosta 95 Jan Chłosta NIEZWYKŁY NAUCZYCIEL Z BARCZEWU MATEUSZ GRUNENBERG Między nauczycielami na południowej Warmii w początkach XIX wieku Mateusz Grunenberg z Barczewka, wtedy nazywanym przez Warmiaków Starym Wartemborkiem, był niezwykłym człowiekiem. Wyróżniał się szerokimi zainteresowaniami, nadzwyczajną pracowitością i sumiennością w wykonywaniu swoich obowiązków. Cenili go Polacy i Niemcy. Właściwie był samoukiem. Wiedzę zdobywał dzięki lekturom. Przedkładano mu wiele propozycji objęcia posad nauczycielskich w szkołach miejskich Olsztyna, Jezioran i pobliskiego Barczewa. Ówczesny biskup warmiński Józef von Hohenzollern pragnął mu nawet powierzyć wykłady w braniewskim seminarium nauczycielskim. Zapraszał go do Oliwy i do Smolajn pod Dobrym Miastem, do swojej letniej rezydencji, na rozmowy o wychowaniu. Grunenberga cenili następcy tego rządcy: biskupi Andrzej Stanisław Hatten-Ha-tyński i Józef Ambroży Geritz. On jednak pragnął pozostać w rodzinnym Barczewku. fu pełnił obowiązki zakrystiana, organisty w miejscowym kościele św. Wawrzyńca i był nauczycielem. Zbierał folklor warmiński i wydawał polskie podręczniki, leczył ziołami miejscową ludność. 1 Wywodził się Mateusz Grunenberg z rodziny, która przywędrowała na Warmię jeszcze w XVII wieku ze Śląska. Jego dziadek był dzierżawcą majątku w Gradkach, wsi znajdującej się między Jezioranami a Dobrym Miastem, a ojciec Johannes (1742-1803), organistą i nauczycielem w Barczewku. Szkołę objął w 1762 roku. Był dobrego charakteru i sumiennie, jak napisano, wykonywał swoje obowiązki nauczyciela. Jako organista otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 42 marki miesięcznie i po dwa grosze za asystę przy chrzcie dziecka. Miał ogród owocowy i skrawek gruntu na warzywa.1 Do tego po jednym groszu za dziecko musieli mu płacić rodzice posyłający dzieci do szkoły. Zginął w 1803 roku podczas pożaru miejscowego szpitalika-przytułku, kiedy próbował ratować życie kilku chorych.2 Wówczas jego syn Mateusz ukończył szesnasty rok życia. Urodził się 14 listopada 1787 roku. Jemu przypadł obowiązek utrzymania rodziny, w tym czasie jego starszego brata Jana Kante- 1 U. Fox, Kirchspiel Alt-Warteburg im Ermland mit Jadden - Tengutten — Tollack 1525-1985, Paderborn 1985, s. 9 2. ’ Wohl dem, der seiner Vdter gern gedenkt! Vom Leben und Schaffen bedeutender Mdnner Ermlands. Matthdus Grunenberg (1787-1863), „Ermlandischer Kirchenblatt", 1935, nr 8 z 24 II. 96 Niezwykły nauczyciel z Barczewka Mateusz Grunenberg go, który po ukończeniu ósmej klasy gimnazjum w Braniewie, przeniósł się do Warszawy, ukończył tam Akademię na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku został guwernerem, czyli wychowawcą dzieci Adama Czartoryskiego, potem leśniczym w jego dobrach. Nobilitowany — przyjął nazwisko Zielonowski. Szesnastoletni Mateusz przejął po ojcu obowiązki kościelnego, nauczyciela i organisty w Barczewku. Od lat przygotowywał się do tej roli. Należy sądzić, że wpływ na jego lektury i przysposabianie się do zawodu, poza ojcem, mieli miejscowi księża: sam proboszcz Kasper Jan Jabłoński (1764-1843), duszpasterzujący tu od 1804 roku i dwaj wikarzy Jan Mateblowski (1773-1827) oraz Maciej Janowicz (1766-1816). Musiał być pojętnym uczniem i wciąż ciekawym świata, skoro w tak młodym wieku nabrał umiejętności przypisanych przecież ludziom dorosłym. Zgromadził, jak na tamte czasy, znaczną bibliotekę, bo licząca ponad 300 książek. Centralne miejsce zajmował przekład polski Biblii Jakuba Wujka i wiele opracowań z zakresu historii Kościoła i dogmatyki. Abonował też, chyba jako jedyny na południowej Warmii, tygodnik wydawany w Poznaniu, „Gazetę Kościelną”, redagowaną przez ks. Jana Nepomucena Jabłkowskiego, który poświęcał wiele miejsca ruchowi wstrzemięźliwości. Być może ta lektura tak wpłynęła na młodego Grunenberga, że do końca życia zachował abstynencję, nie palił tytoniu, ani nie grywał w karty. Ponieważ w 1849 roku „Gazeta” przekształciła się w „Tygodnik Kościelny” z dodatkiem miesięcznym „Kościół i Szkoła”, redagowanym przez ks. Ludwika Urbanowicza i podejmującym sprawy nauczania w szkołach elementarnych, nie można wykluczyć, że nauczyciel z Barczewka także zaprenumerował to pismo. Sam zresztą pisał artykuły do niemieckiego czasopisma „Preussenschule”. W czasie pobytu na Warmii wojsk Napoleona Grunenberg nauczył się języka francuskiego i swobodnie nim się posługiwał. Pod jednym dachem jakiś czas mieszkali trzej oficerowie francuscy. W 1810 roku założył rodzinę. Miał pięciu synów i cztery córki. Zajmował się ich wychowaniem i edukacją, jednak siedmioro z nich zmarło w wieku młodzieńczym. Leczył ziołami innych ludzi, lecz przed śmiercią nie mógł uratować własnych dzieci. Po trudnym okresie związanym z pobytem Francuzów, w 1830 roku zbudował dom i zakupił cztery morgi ziemi. Zajmował się też konstruowaniem organów. 2 Grunenberg zdołał rozwinąć szkołę w Barczewku. Już w 1818 roku szkoła złożona była z trzech pomieszczeń klasowych, co było ewenementem w tamtych czasach na Warmii. Większość szkół wszak składała się z jednego pomieszczenie, często stanowiącego warsztat rzemieślniczy. Był pedagogiem obdarzonym prawdziwymi zdolnościami, postawił nauczanie na wysokim poziomie. W nauce języka polskiego korzystał nawet w gramatyki Onufrego Kopczyńskiego. Tutaj dzieci uczyły się znacznie więcej niż w innych szkołach, nawet miejskich. Na naukę do Barczewka kierowali swoich synów właściciele majątków, urzędnicy, nawet rzemieślnicy, zarówno Polacy jak i Niemcy. Uczniem tej szkoły był m. in. syn barona Hoverbecka, Leopold z pobliskiego Nikielkowa, który następnie po ukończeniu gimnazjum w Królewcu, studiował tam prawo i następnie akademię rolnicza w Regenwaldzie, w sposób nadzwyczajny rozwinął sadownictwo na Warmii Jan Chłosta 97 oraz jako najpierw poseł do Landtagu i potem Reichstagu zabiegał o rozwój rolnictwo w tej części Prus Wschodnich. W szkole w Barczewku odbywało praktykę wielu początkujących nauczycieli. Poza tym Grunenberg sam wykształcił ponad dwudziestu własnych uczniów, którzy bez seminarium, zostali zatrudnieni w szkolnictwie. Wśród nich byli: Jakub Neumann od 1924 r. nauczający w Gadach, Józef Laskowski od 1819 r. w Giławach, Antoni Krauze od 1 812 r. w Gutko-wie, Piotr Kierwin od 1822 roku w Ramsowie, Jan Pieczonka od 1820 roku w Lamkowie.3 O szkole w Barczewku, w której Grunenberg nauczał po polsku i niemiecku, przeprowadzający w 1825 roku wizytację asesor Rejencji Królewieckiej Reinhold Bernhard Jachmann pod kątem pozioma nauczania języka niemieckiego, napisał: Nauczyciel Mateusz Grunenberg, lat 37, uczy 24 lata. Kształcili go poprzedni proboszczowie w Barczewku, jest samoukiem. Dzieci szkolnych jest 157 i 22 z innych parafii. W dniu wizytacji było 58 chłopców katolickich i 8 ewangelickich, 35 dziewcząt katolickich, frekwencja dobra. Nauczyciel uczy po niemiecku dziewczęta. [One] nie mówią po niemiecku. Dzieci mają właściwe pojęcie o Bogu, o Objawieniach i życiu Jezusa, o obyczajach ludzkich, znają obowiązki wobec państwa i władzy, odpowiadają właściwie. Większa część chłopców czyta po niemiecku dość biegłe, spośród dziewcząt tylko kilka. Piszą wypracowania. Kilkoro zna koniugacje, małe łiterują i sylabizują z tablicy ściennej. Wielu starszych pisze bardzo dobrze, nienagannie, dziewczęta tylko po polsku, uczą się dopiero niemieckich liter. Kilku chłopców rachuje w pamięci, także na tabliczkach znają miary, monety, wagi, dziewczęta są w tym słabe. Kilku uczniów śpiewa z nut. Ma wiadomości z teorii muzyki, większość śpiewa ze słuchu. Z innych przedmiotów uczą się historii ojczystej i geografii — dużo tu zrobiono, odpowiadają także z przyrody] Było to jedyna pozytywna opinia z tej wizytacji. Jeszcze 7 czerwca 1 826 roku zdał Grunenberg egzamin przed biskupią komisją specjalną, zapewniający mu pełne urzędowe kwalifikacje nauczycielskie. 3 Grunenberg postępował zgodnie z duchem czasów romantyzmu. Zapisywał stare pieśni ludowe, obrzędowe i legendy tej ziemi. Dokonywał tego w tej części państwa pruskiego, gdzie brakowało polskiej inteligencji. Tu kulturę po prostu utożsamiano z niemieckością i mało kto w tamtych czasach przejawiał zainteresowania warmińskim folklorem. Nie zajmowali się tym duchowni. Stąd z satysfakcją dziekan z Barczewa ks. Walenty Krzynkowski pisał do biskupa o zbieractwie dawnych pieśni religijnych nauczyciela z sąsiedniego Bar-czewka i podkreślał, że dawnych czasach pod Barczewem śpiewano wyłącznie po polsku.5 Nie wiele z tego co zgromadził Grunenberg zachowało się do naszych czasów. Pozostały po nim jednak polskie śpiewniki i podręczniki szkolne z modlitwami i pieśniami z końca XVIII wieku m. in. Pieśń o Opatrzności Bożej, którą śpiewano na odpuście w Bartągu. Wydał więc Grunenberg: Zbiór modlitw dla dzieci (1833), Historie Biblijne (1833), Zbiór 3 U. Fox, Kirschspiel Alt-Warteburg, op. cit. s. 94. J. Jasiński, Problem języka niemieckiego w szkolnictwie powiatu olsztyńskiego w 1825 roku, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1979, nr 3, s. 83. 5 Tenże, Świadomość narodowa na Warmii w XIX wieku. Narodziny i rozwój, Olsztyn 1983, s. 62. 98 Niezwykły nauczyciel z Barczewka Mateusz. Grunenberg nabożnych pieśni katolickich (1834), Początki czytania dla szkól elementarnych (1838) 6 Przełożył także z niemieckiego Ontrupa Gotarda Katechizm wiary i obyczajów chrześciansko--katolickich w języku niemieckim ułożony, a teraz dla diecezji warmijskiey, (1844). Książki te zostały wydrukowane w oficynach Kantera w Kwidzynie, Rautenberga w Morągu i Haricha w Olsztynie. X Nauczyciel z Barczewka przerastał epokę, w której żył. Był człowiekiem muzycznie uzdolnionym. Swoich uczniów przygotowywał do gry na organach. Utworzył w Barczewku kapelę wiejską, złożoną z młodych chłopców. Przygrywała ona w czasie uroczystości kościelnych: na odpustach, w czasie Bożego Ciała i w pielgrzymkach do miejsc odpustowych. Całe swoje życie nauczyciel związał z Kościołem. Codziennie brał udział we Mszy świętej. Ksiądz Krzynkowski napisał: „Grunenberg jest mężczyzną bardzo religijnym i dzięki bezgranicznemu dążeniu do dobra w istotny sposób popiera szkolnictwo na polskiej Warmii”. Grunenberg nauczał w miejscowej szkole ponad pół wieku. Po 1853 roku zachował wyłącznie obowiązki organisty i przygotowywał chłopców z łaciny i języka francuskiego do egzaminów wstępnych do gimnazjum. Miał wielu przyjaciół pełniących ważne stanowiska na Warmii. W większości byli to jego uczniowie. Był czynny do ostatnich swoich dni. Zmarł 17 kwietnia 1863 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Jego grób nie zachował się, ale pamięć o rzetelnej pracy tego nauczyciela przechowywali nie tylko Warmiacy. 6 T. Oracki, Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla XIX i XX wieku (do 1945 roku), Warszawa 1983 s 123 Niepodległa Andrzej Kasperek CZYM JEST WOLNOŚĆ - w relacji do swoich doświadczeń Nie byłoby tu nas dziś, nie obchodzilibyśmy żadnej rocznicy, pewnie nawet nie mówilibyśmy po polsku. Jedynie jakieś trudne do wymówienia nazwiska zakończone na -ski, -cki świadczyłyby o naszym polskim pochodzeniu. W końcu udałoby się nas zrusyfikować albo zgermanizować... To, że tu jesteśmy, że świętujemy 100-lecie odzyskania niepodległości zawdzięczamy naszym przodkom. Tym, którzy uwierzyli Józefowi Wybickiemu, że Jeszcze Polska nie zginęła /Kiedy my żyjemy. To genialne zdanie mówi, że dopóki czujemy się Polakami, dopóty nasza ojczyzna istnieje. Pamiętali o tym powstańcy listopadowi i styczniowi, legioniści gen. Dąbrowskiego i naczelnika Piłsudskiego, powstańcy wielkopolscy, śląscy i warszawscy... Ta „wielka piękna armia duchów” uformowała naszą drogę do wolności. Polacy potrafili się bić za wolność naszą i waszą. Wybiliśmy się na niepodległość w roku 1918 i ponownie w 1989. Odzyskaliśmy wreszcie upragnioną wolność. I co z nią zrobiliśmy? Z tym marzeniem naszych przodków? Czy nagle się jej przestraszyliśmy? Czy nie chcemy od niej uciekać? A może, jak pisał ks. Józef Tischner, uznaliśmy ją za ciężar, za „nieszczęsny dar”, którego nie damy rady unieść? Wolność wymaga pracy, wymaga odwagi, wymaga charakteru... Kiedy czterdzieści lat temu w lutym 1978 r. wraz z kilkoma kolegami wsiadałem do trójmiejskiej kolejki, żeby kolportować ulotki wzywające do bojkotu wyborów do rad narodowych bałem się okropnie. Wtedy moja wolność polegała na tym, że nie byłem na żadnych wyborach organizowanych przez komunistów i namawiałem innych, żeby robili tak samo. A dziś, po 1989 r., moje poczucie wolności każę mi uczestniczyć w każdych wyborach. Zbigniew Herbert napisał, że nasza odmowa niezgoda i upór wcale nie wymagały wielkiego charakteru - mieliśmy [po prostu] odrobinę koniecznej odwagi, lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku. Dziś nie żąda się od nas nawet odrobiny odwagi. Ale potrzeba odrobiny charakteru, trochę wysiłku i chęci, żeby się ruszyć i pójść do urn wyborczych. Dlaczego tak wielu z nas tego nie robi?! PRZEŁOM LATA 80/90 Wielka piękna armia duchów, łańcuch pokoleń, który miał jeden cel — żyć w wolnym kraju. Wolnym i sprawiedliwym. Polska wskrzeszona w 1945 r. taka nie była. Komunizm ograniczał i tłamsił nasze przywiązanie do tradycji, nasze umiłowanie wolności. Polacy nieraz się buntowali. Tragiczne polskie miesiące: Czerwiec ‘56, Marzec ‘68, Grudzień ‘70, Lipiec ‘76... I wreszcie inny miesiąc - Sierpień ‘80. Gdy stałem pod bramą Stoczni Gdańskiej, całej w kwiatach i biało-czerwonych flagach, to myśłałem, że to jest w istocie Stocznia 100 Czym jest wolność - w relacji do swoich doświadczeń Polska, bo tu biło wówczas serce Polski. Tu narodziła „Solidarność”, która była kamieniem milowym na naszej drodze do wolności. Kiedy w grudniu 1981, na początku stanu wojennego, wraz z kolegami, z którymi kiedyś rozrzucałem ulotki a później zakładałem Niezależne Zrzeszenie Studentów, poszliśmy do stoczni, to byłem pewny, że to rzeczywiście jest Stocznia Polska i trzeba jej bronić jak gdańskiej Poczty Polskiej w 1939 r. Stan wojenny na lata pogrzebał nasze marzenia o wolnym i sprawiedliwym kraju, którego obywatele mogą żyć godnie i dostatnio... Na kartce przyczepionej do krzyża ustawionego przed stocznią w Sierpniu 80 był cytat z „Giaura” Byrona: Walka o wolność, gdy raz się zaczyna, Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna, Sto razy wrogów zachwiana potęgą, Skończy zwycięstwem. Okazał się on proroczy, bo zwyciężyliśmy! Mury runęły, wyrwaliśmy zęby krat, połamaliśmy bat. W te słowa pieśni pt. „Mury” Jacka Kaczmarskiego trzeba się jednak wsłuchiwać bardzo uważnie a wtedy usłyszymy przestrogę - poeta ostrzega nas, że jeśli zapomnimy o wartościach, o rzeczach najważniejszych, to mury będą rosły, rosły, rosły a łańcuch zako-łysze się u nóg... Kiedy dziś patrzę na Polskę - kraj pięknych dróg, zadbanych miast i miasteczek, dostatnich wiosek, wspaniałych muzeów, teatrów i stadionów, to jestem dumny. Pewnie nasi przodkowie także byliby dumni z tego, co udało się nam osiągnąć. I chciałbym, żebyśmy nigdy nie zapomnieli słów Józefa Wybickiego: „Hasłem naszym zgoda będzie i ojczyzna nasza”. W moim wystąpieniu bardzo często pojawiają się zaimki: nas, nasza, naszą, naszym... Nie poprawiłem tego, bo uznałem, że wyrażają one moją/naszą tęsknotę za wspólnotą, za tym, żebyśmy nie byli dwoma zwalczającymi się plemionami, żebyśmy byli- MY MY MY... Andrzej Kasperek 101 Andrzej Lubiński CO SIĘ WYDARZYŁO NA ZIEMI SZTUMSKIEJ między 11 listopada 1918 r. a 28 czerwca 1919 r. 11 listopada 1918 roku zakończyły się działania wojenne poprzez podpisanie rozejmu między Francją, Anglią, Stanami Zjednoczonymi a Niemcami. Tego dnia powstało również niepodległe państwo polskie. Mieszkańcy Ziemi Sztumskiej pragnęli przyłączenia do powstającej po 123 latach niewoli Polski. Podstawą publikowanego tekstu są wiadomości, jakie zamieszczała „Gazeta Gdańska” w latach 1918-1919. Koniec I wojny światowej spowodował ożywienie wśród polskich działaczy. Do powołania Powiatowej Rady Ludowej doszło na wiecu w Starym Targu, gdzie zgromadziło się około700 osób. Wiec przygotował Witold Donimirski. Powiatowa Rada Ludowa ukonstytuowała się ostatecznie 11 grudnia i składała się z 34 członków, w tym 7 to właściciele ziemscy, 14 było robotnikami, pozostali to rzemieślnicy, kupcy, a prezesem został Stanisław Sierakowski, zastępcą Wiśniewski, sekretarzem Paweł Nawrocki, skarbnikiem Józef Domański. Ważnym zadaniem, jakie stanęło przed działaczami polskimi w listopadzie 1918 roku było wybranie delegatów na Sejm Dzielnicowy do Poznania, który został zwołany na 3-5 grudnia 1918 roku. Wyjechało siedmiu przedstawicieli ludności polskiej: Karol Ap-pelbaum, Kazimierz Donimirski, Stanisław Sierakowski, Paweł Szypniewski, Władysław Majewski, Paweł Muchowski i Stanisław Grabowski. Na Sejmie Dzielnicowym przyjęto uchwałę, aby nie podejmować radykalnych działań mających doprowadzić do przyłączenia Wielkopolski i Pomorza do Polski i czekać na decyzje konferencji pokojowej, jaka ma się rozpocząć na początku stycznia 1919 roku. 8 grudnia, jeszcze przed Radą Ludową, powstało w Starym Targu Towarzystwo Kobiet Ghrześcijańskich św. Kingi. Skupiało 393 członków w tej parafii. Ważną rolę odgrywała Helena Sierakowska. Przy Towarzystwie działała czytelnia, gdzie uczono czytania i pisania po polsku oraz koło śpiewu, którym kierował organista Bolesław Rajski. Druga czytelnia była w Nowym Targu. Następne zebranie założycielskie Towarzystwa św. Kingi zwołano w Sztumie jeszcze w tym samym miesiącu, a pod nieobecność H. Sierakowskiej prowadziła je Maria Donimirska. Nie dała się zbić z tropu, mimo prób przerwania zebrania. Na zakończenie mówiła o Janie Kilińskim i zaproponowała zorganizowanie uroczystego obchodu na początku nowego roku. Kolejne Towarzystwa św. Kingi powstaną w latach 1919 -1920. Pod koniec 1918 roku trwały rozmowy w celu powstania Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. W drugiej połowie roku 1919 na czele Rady Ludowej stał Paweł Nawrocki, 102 Co się wydarzyło na Ziemi Sztumskiej sekcją propagandową kierował Brunon Świtalski, oświatową nauczyciel Henryk Śniegocki, charytatywną Helena Sierakowska. Rada miała swoich mężów zaufania w każdej wsi. Kazimierz Donimirski z Ramz Małych był mocno zaangażowany w ruch polski, ale również współpracował z powstałą już 10 listopada 1918 roku w Malborku Radą Robotniczo Żołnierską, na czele której stał socjalista Bauer przybyły z Berlina oraz Selge. Rada ta obejmowała swoim zasięgiem również Sztum i miała kontrolować lokalną administrację oraz współdziałać w zapewnieniu bezpieczeństwa publicznego i sprawiedliwego podziału żywności. Za zgodą Rady Żołnierskiej Kazimierz Donimirski miał zasiadać w sztumskiej landraturze, na co nie chciał zgodzić się starosta sztumski Walter Auwers, który argumentował, że rząd niemiecki zawsze dobrze Polaków traktował, a Rada Ludowa tworząca się wobec zerwania wszelkich zapór starego rządu, li tylko na rewolucyjnym gruncie stoi i nie ma żadnej podstawy prawnej. Ostatnie zebranie Rady Ludowej w Sztumie w roku 1918 miało miejsce 29 grudnia. W zastępstwie Stanisława Sierakowskiego, który musiał udać się do Gdańska, przemawiał Kazimierz Donimirski i jego żona Maria. Podjęto decyzję o zwołaniu wieców w Postolinie, Straszewie (5 stycznia) oraz w Sztumie i Starym Targu (6 stycznia). Celem tych wieców miało być poinformowanie zebranych o możliwości założenia Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. Rada Ludowa informowała 9 stycznia 1919 roku o wiecach przedwyborczych mających się odbyć 12 stycznia w powiecie - w Sztumie, Postolinie, Starym Targu, Straszewie i Mikołajkach. W tej ostatniej miejscowości planowano założenie Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. W święto Trzech Króli w sztumskiej Strzelnicy odbył się wiec, powołujący do życia Zjednoczenie Zawodowe Polskie. Zebranie zagaił August Donimirski z Zajezierza, a przewodniczył Teofil Porowski, który udzielił głosu panu Wojciechowskiemu z Torunia. Ten mówił o groźbie wojny europejskiej, obecnym położeniu naszym pod rządami pruskimi i podstawach na jakich ma funkcjonować państwo połskie, o ważności związków zawodowych i nauki języka polskiego. W dyskusji zabierali głos Kazimierz Donimirski, Stanisław Grabowski, panowie - Nałęcz, Wieczorkiewicz, redaktor „Gazety Gdańskiej”, Dobrowolski z Gdańska. Ten ostatni przedstawił cele i ważność organizacji robotników rolnych. Zapisało się 70 osób. Do zarządu Zjednoczenia Zawodowego weszli: Stefan Majewski, Michał Ruktyk, Teofil Porowski, Stanisław Zwiernik, Kasper Cieślak. Dzień później Niemcy rozpuścili pogłoskę, że Polacy chcą urządzić rewolucję. Landrat Walter Auwers wezwał pomoc z Malborka i przysłano 4 kulomioty oraz 40 żołnierzy, obstawiono nimi landraturę, policję, pocztę, sąd. Posterunki chodziły po ulicach z karabinem i bagnetem. Na wiecu przedwyborczym zwołanym 12 stycznia w Sztumie zebrało się kilkaset osób w Strzelnicy. August Donimirski krótko i gorąco przemówił do zebranych nawoływał do zachowania spokoju. Złożył sprawozdanie z komisji szkolnej, której przewodniczył w Radzie Ludowej. Przewodniczącym zebrania został pan Franciszek Ziemkowski, sekretarzem Paweł Muchowski. Udzielono głosu panu Prabuckiemu z Gdańska, który nawoływał do spokoju zgody i cierpliwego oczekiwania na wynik kongresu pokojowego. Zalecał czytanie gazet i uczenia się po polsku. Witold Donimirski wygłosił mowę o wyborach do sejmu Andrzej Lubiński 103 pruskiego nawoływał, aby wstrzymać się od głosowania w myśl rozporządzenia Naczelnej Rady Ludowej. Na zakończenie zebrania odśpiewano pieśń „Boże coś Polskę”. W Kwidzynie na początku 1919 roku Niemcy utworzyli przeciwko Polakom dobrowolną Straż Obywatelską, która została dobrze wyposażona w broń i amunicję. W połowie stycznia powrócił do Sztumu syn kupca Jana Pakalskiego, który zaginął na froncie wschodnim okazało się, że był w niewoli rosyjskiej przez cztery lata. 2 lutego 1919 roku w Mikołajkach zespół teatralny Marii Donimirskiej wystawił komedyjkę „Fatalista” oraz dwa żywe obrazy „Bezdomni” i „Krakowskie wesele”, natomiast chór wykonał kilka pieśni, wysłuchano dwóch wierszy „U zdroju” i „Warszawiankę”. W niedzielę 9 lutego z inicjatywy Towarzystwa św. Kingi w Sztumie doszło do zorganizowania obchodu ku czci Jana Kilińskiego, połączonego z wystawieniem przedstawienia amatorskiego i zabawą w Strzelnicy. Bilety można było kupić u pani Domańskiej. Czysty zysk planowano przeznaczyć na zakup książek dla biblioteki Towarzystwa. Wykład o Kilińskim wygłosił Kazimierz Donimirski. Chór kościelny odśpiewał kilka pieśni. Podobały się żywe obrazy „Niedola ludu Polskiego”, „Bezdomni”, „Krakowskie wesele” oraz przedstawienie „Fatalista”. Rozczulające było wystąpienie małych dzieci w kostiumach polskich śpiewających z werwą „Dopóki w sercach naszych choć kropla polskiej krwi”. Tydzień później zespół miał wystąpić w Starym Targu. 10 lutego w zebraniu wydziału powiatowego wziął udział Kazimierz Donimirski. Na stole piętrzyły się akta, które powinni przejrzeć radni i nad nimi dyskutować. Landrat Au-wers sprawy jedynie zreferował a radni bez dyskusji przyjęli wiadomości co im przedłożył. Zebranie trwało od godz. 11 do 3 po południu. Donimirski nie chciał się mieszać w kwestie niemieckie, chciał się natomiast dowiedzieć o stanie finansowym powiatu. Dowiedział się pewnych szczegółów związanych z gospodarką w powiecie. Okazało się, że w czasie wojny powiat zadłużył się na 5 milionów i grozi mu bankructwo. Po sesji powiatowej landrat zaprosił Kazimierza na obiad. Podczas niego źle wyrażał się o obecnym berlińskim rządzie niemieckim i winę zwalał za podpisany haniebny pokój. Obecny przedstawiciel rządu niemieckiego Bauer ze spokojem przyjmował te uwagi, ale o nich nie zapomniał i dwa dni później w Malborku na posiedzeniu Rady Żołnierskiej powiedział, że będzie wnioskował o usunięcie z zajmowanego stanowiska landrata sztumskiego. Niemiecka Rada Ludowa w Sztumie domagała się natomiast usunięcia Bauera i jego powrotu do Berlina. W marcu pojawiły się problemy związane ze strajkami robotników rolnych w powiecie, jakie przyszły od strony Prus Wschodnich. W powiecie sztumskim grożono nawet śmiercią tym, co pracowali w majątkach większych właścicieli ziemskich tak, że sami właściciele musieli oprzątnąć inwentarz żywy oraz wydoić krowy. 16 marca w Postoi i nie odbyło się zebranie Zjednoczenia Zawodowego. Przemawiał w tonie podburzającym niejaki Borkowski, potem socjalista Grun z Postolina. Obecnego na sali dzierżawcę kościelnej „plebanki” pobito, gdy ten opuszczał salę. O zebraniu powiadomiony został Kazimierz Donimirski przez panów Barę i Kochańskiego mieszkańców Postolina. 6 kwietnia 1919 roku w Postolinie miało się odbyć zebranie Kółka Rolniczego o godz. 4 po południu w lokalu pani Floriańskiej. Kolejne zebranie zaplanowano na 4 maja. 104 Co się wydarzyło na Ziemi Sztumskiej Natomiast na niedzielę 24 kwietnia zwołano zebranie założycielskie Kółka Rolniczego na Sztum i okoliczne miejscowości o godz. 12 po mszy w lokalu pana Nawrockiego. O sytuacji, jaka panowała w Sztumie poinformowała „Gazeta Gdańska” w korespondencji, jaka została zamieszczona 1 5 maja. Polakow zasmuciła wiadomość, że te tereny nie będą przyłączone do Polski: Rozpacz ogarnia ludzi na myśl że będą dalej jęczeć pod knutem pruskim. Tym bardziej, że ze snu obudziły się dzieci i wzięły się do pracy do nauki naszego umiłowanego języka, śpiewu, pracy w Towarzystwach. Tu polska ziemia, i słysząc jak polski język rozbrzmiewa w Sztumie, na wsi w całym powiecie, gdzie tak znacznie przeważamy łiczebnie wierzymy i ufamy pocieszamy się, że niemieckie gazety,;^ kłamały, tak kłamią i chcą w nas złamać ducha i wolę. Ale nie uda im się to. Chociaż wierzymy jeszcze, że linia graniczna od Elbląga pójdzie wprost na południe ogarniając nasz powiat. Przygotowujemy się na wszystko na ewentuałny plebiscyt którego się nie boimy. Sami zaświadczymy, kim jesteśmy, czy chcemy kultury pruskiej z jej nędzą i głodem, czy Polski żyznej i bogatej z szerokim dostępem do morza przez przyznany nam już Gdańsk. Niemcy u nas ze strachu powariowali myślą, że wojska polskie tuż tuż, zapominają że najpierw Amerykanie i Francuzi będą gospodarować i każą się ich Grencszucom wynosić gdzie pieprz rośnie. Nasz pan landrat wydał zabawny Kreisbłatt z ciekawy wiadomością, że Niemcy będą przed tymi strasznymi Połakami bronić do upadłego. Co najzabawniejsze jednym tchem wygraża i potrząsa szabelką i w następnym zdaniu zachęca do spokoju międzynarodowościami, czyli po prostu mówiąc zachęca Niemców do napadu na nas bezbronnych a ostrzega żebyśmy cichutko siedzieli, bo prawny pokój tak jak on go pojmuje, sam uspokoi nas. Każdy pyta przeciwko komu te zbrojenia i podburzania i czy się tam w głowie pana łandrata jaka klepka nie zluzowała. 22 maja „Gazeta Gdańska” rozpisuje się o uświadomieniu ludu polskiego, który sam jeden przetrwał łata niewoli i poniewierki i przygotował cierpliwością swoje dzisiejsze zwycięstwo świętej sprawy. Podaje przykład Szenwizy (Krasna Łąka). Tutejszy proboszcz Mayska stał się od niedawna najzagorzalszym hakatystą i ciągłymi występami politycznymi zniechęca lud przeciwko agitatorom polskim, jacy organizują wiece za przynależnością do Polski tych terenów. 5 czerwca ukazał się większy tekst poświęcony działalności proboszcza Mayski: Duchowny ten, pochodzący z Warmii dobrze władający w mowie i piśmie językiem polskim, mający znaczny i niestety zgubny wpływ na lud polski. Od czasu, gdy przed paroma laty mimo dużej agitacji nie został posłem Centrum przypisując to niepowodzenie Polakom stal się wrogiem inteligencji i wśród Niemców otwarcie odzywa się, że teraz Polska szlachta musi zginąć. Do swoich niecnych celów dąży wytrwale na każdym kroku, utrudnia polskim pracodawcom porozumienie z pracownikami, burzy buntuje lud, ujmuje się za pokrzywdzonymi. Mało uświadomiony lud prowadzi na złą drogę, terroryzuje go często powtarzanym twierdzeniem, że kto występuje przeciw księdzu, ten bez księdza umiera. Parafianie nie mają szacunku do niego, tylko obawiają się jego zemsty. Solą w oku są mu dwory polskie. Gdy rozpoczęły się układy z robotnikami, stanął początkowo po stronie pracodawców obawiając się, że będzie musiał swojej służbie podwyższyć płacę. Gdy lud coraz głośniej zaczął szemrać przeciwko jego działalności, stal się rzecznikiem robotników rolnych. Obecnie całą energię wysila, aby lud obałamucić i nie dopuścić by głosował za Polską. Ludzi co protestowali przeciw oszczerstwom skierowanym do rządu polskiego nazy- Andrzej Lubiński 105 wał bolszewikami. Urządza zebrania co niedziela po nabożeństwie w ogrodzie. Na drugim zebraniu otoczył się nieznanymi w kościełe łudźmi, i z papierosem zamiast pozdrowienia katolickiego, rozpoczął po niemiecku dodając zaczepki osobiste skierowane przeciw połskiemu dworowi. Nikomu głosu nie chciał dać. Tłum rozwydrzony zdaje się niemieckiej narodowości na przedstawiciełi obywatelstwa polskiego i urzędników gospodarskich miotał złorzeczenia i rzucał kamieniami przed kościołem na odjeżdżających. Tak wygląda idea demokratyczna której hasła głosi x. Mayska. Jak to boleśnie, że tak niebezpiecznym działaczem jest ksiądz katolicki w tych przełomowych czasach, kiedy nawet władze świeckie nawołują do spokoju 15 czerwca 1919 roku odbyło się zebranie Towarzystwa św. Kingi w Sztumie. Piękne deklamacje były wygłoszone przez panienki nałeżące do Towarzystwa. W szczególności podobał się wiersz „ W kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej ” wygłoszony przez p. Byczkowską. Śpiewy chórowe z towarzyszeniem fortepianu ogółnie się podobały. Referatu przewodniczącej słuchano z zainteresowaniem w szczególności, gdy pani Domańska przekazała widomość o ukazaniu się polskiej gazety. Kilka egzemplarzy rozeszło się błyskawicznie. W dzień Wniebowstąpienia Pańskiego w Mikołajkach odbyły się zebrania Towarzystwa św. Kingi i Towarzystwa Ludowego. Oba rozwijają się pomyśłnie łiczba członków rośnie, duch narodowy w Mikołajkach budzi się. Jest kilka dziewczątek, które co miesiąc z ładnym wierszykiem lub piosenką patriotyczną występują. Nie brak agitatorów antypolskich, co chwila odbywają się hakatystyczne zebrania skierowane przeciwko Polakom - donosiła „Gazeta Gdańska” 17 czerwca. 10 czerwca „Gazeta Gdańska” pisze, że: Kółko Rolnicze w Starym Targu urządziło teatr, śpiewy i dekłamacje. Dwa dni później został zamieszczony większy opis. W trzecie święto zielonych Świątek odbył się staraniem Tow. Rolniczego teatr amatorski. Na rozpoczęcie odśpiewał chór kościelny pod przewodnictwem organisty pieśni narodowe „Hej bracia rocznica”, „Na Wawel”. Potem rozpoczęło się przedstawienie pierwszej sztuczki „Dla szczęścia dziecka” aktorzy odegrali role doskonale. Podobał się śpiew pojedynczy „Brzęk w nasze kosy”, po przerwie nastąpiło przedstawienie drugiej sztuki „Zapusty ”. Na zakończenie zaśpiewano na cztery głosy pieśń „Szumią fale”, „Dobra” noc”. Po przedstawieniu rozpoczął się Polonez prowadzony przez Ekowskiego i pani^ Szelinkę (Szeliska). Sala była przepełniona. Uznanie dła wszystkich za trudy dła dobrej sprawy podjęte. Tl czerwca donosi „Gazeta Gdańska”, że Kółko Rolnicze w Postolinie organizuje zwiedzanie gospodarstwa pana Wiśniewskiego w Pułkowicach, początek zaplanowano na godz. 4 po południu. Dwa dni później informuje: Postolin, w kościele odbył się ślub Anastazji Górskiej z Witoldem Lewandowskim kupcem ze Sztumu. Swiytynia była przystrojona obficie, ałe najuroczystszą była chwila, gdy przed podniesieniem orkiestra na chórze zagrała hymn narodowy i „Boże coś Polskę”. Nie wątpimy, że nowo założony dom stanie się ostoja polskości. Panna młoda nie tyłko od samej rewołucji listopadowej bra\a udział w naszych Towarzystwach. Nałeżała do Kółka oświatowego dła panien założonego przed ośmiu laty. Przez cały czas niezra-żona żadnymi przeszkodami uczęszczała regularnie na zebrania. W przeddzień ślubu Niemcy podpisali pokój. Otwiera się przed nami nareszcie droga powrotu na łono matki Ojczyzny. Pod dobrą wróżbą zaczynają nowożeńcy współne pożycie, dodajmy do niej nasze staropołskie Szczęść Boże. Tutejsze koło samokształceniowe dobrze się rozwija. 106 Co się wydarzyło na Ziemi Sztumskiej 2 lipca w Mikołajkach zebrało się 250-300 osób członków Kółek Rolniczych z Trzciana, Pierzchowic, Starego Targu z rodzinami, aby się lepiej poznać i doprowadzić do założenia kółka w Mikołajkach. Najpierw odbyło się posiedzenie zarządu pod kierownictwem Kazimierza Donimirskiego. W sali Fridericiego przy kawie przebywali zaproszeni goście, których powitał p. Szeliski, mówił o konieczności zrzeszania się w kołach narodowych, gdyż łączność i jedność gospodarcza i narodowa czyni nas silnymi. Wszyscy zebrani ze śpiewem na ustach w pochodzie przeszli do lasu, gdzie przemówił ks. Demski ze Starego Targu wskazał na doniosłe cele jakie realizują kółka rolnicze. Członkowie koła śpiewaczego ze Starego Targu odśpiewali na głosy mieszane kilka pieśni narodowych. Wieczorem odbyła się zabawa. Tydzień później staraniem koła śpiewu w Mikołajkach, którym kierował organista Piotrzkowski wystawiło komedyjkę „Bursztyny Kasi”. Amatorzy dobrze się wywiązali również śpiewy i deklamacje się podobały. Natomiast 13 lipca w Mikołajkach odbył się wiec ludowy, który zgromadził uczestników z okolicznych wiosek. Przemawiał pan Czyżewski z Gdańska. Zabierali głos dwaj panowie ze Zjednoczenia Zawodowego Polskiego, zachęcając robotników, by wstąpili do polskiego związku. Przy wolnych głosach przemawiało kilku mieszkańców Mikołajek wyrażając oburzenie z powodu rozdawania uczniom przez nauczycieli z Mikołajek i Szenwizy „Flugblatów”, zohydzających w obelżywy sposób Polskę. Do Zjednoczenia zawodowego zgłosiło się kilkudziesięciu członków z Mikołajek i okolicy. Zarząd wybrano poprzez głosowanie. Odśpiewano na zakończenie „Rotę” Konopnickiej. 5 lipca „Gazeta Gdańska informuje. Nowy Targ. Objaw dobrowolnego samokształcenia w języku polskim można widzieć, że zaraz po założeniu w marcu zapisało się 40 osób zarówno dzieci szkołnych jako dziewcząt i panienek i kilka mężatek. Postęp w nauce sprawia wielką radość i jest zachęta do dalszej pracy. Na uznanie zasługuje kupiec Radtke, który udziela przytułku rzeczonemu kółku. Główny rolę odegrała hr. Sierakowska swym zaangażowaniem, odwiedzaniem powoduje, że udzieła się innym zapał i zamiłowanie do wszystkiego copolskie. 9 lipca „Gazeta Gdańska donosi. Biała Góra. Nauczyciel różnymi sposobami wpływa na dzieci, aby ich rodzice nie głosowali za Polską. Straszy dzieci, że będą swych rodziców w grobie przeklinali, gdyż w Polsce będzie im się działo źle. Nosi on polskie nazwisko Niemczyk, udziela nauki po polsku czytania i pisania do której zgłosiło się 16 dzieci. Ponieważ chce odstraszyć od nauki polskiej, wiąc je prześladuje i katuje tak, że połowa dzieci na lekcje nie przychodzi. Jeżeli ten pan do Polski należeć nie chce, to wolna droga do Brandenburgii, ale wara by dzieci prześladował. Z. tego samego dnia „Gazeta Gdańska” podaje: Mikołajki. Przed kilku tygodniami zwołali Niemcy wszystkich partii wiec, na którym rozmaici mówcy wychwalali raj pruski a potępi wszystko co polskie. Panu Tomczykowi z Mikołajek, który Niemcom dał dobra odprawę, głos odebrano, zagrożono wyrzuceniem. Tym skutkiem ściągnął na siebie niełaskę landrata, gdyż kilka dni później przybył do jego mieszkania żandarm w towarzystwie woźnego gminnego, którzy z nakazu landrata urządzili rewizje za jakimiś papierami, ponieważ posadzono go o rzekome drukowanie pisma ulotnego. Rewizja odbyła się podczas nieobecności pana Tomczyka. Przeszukano wszystkie szafy i szuflady i zabrali rozmaite papiery, także listy i druki należące do Towarzystwa Ludowego. Z tej przyczyny się go prześladuje, że żywy udział bierze Andrzej Lubiński 107 w pracy narodowej, co się Niemcom nie podoba. Niech nikogo nie odstrasza od pracy na niwie narodowej, gdyż rządy pruskie wnet się skończą a w nagrodę za to czeka nas przyłączenie do ukochanej Polski. Odpowiedź na zarzuty Centrowców w odezwie „An die Katholiken des Kries Stuhm” ukazała się tego samego dnia: Każdemu wiara i narodowość powinna być najdroższym. Jeżeli Niemcy jej bronią, my Polacy ich szanować i poważać możemy. Jeżeli oni wiary i narodowość nadużywają, by lud okłamywać a naród im nie sympatyczny obrzucać błotem, musimy ich postępowanie potępić a wywody sprostować. O szkołach wskazujecie na dobroduszność, wspaniałomyślność rządu niemieckiego, że dopuścił język połski do szkoły. Wiemy, że Polacy rząd do tego przymusili. Nauczycielom hakatystom nieźle władającym językiem polskim wcale nie nakazujecie, by dzieci po polsku uczyli, lekcji polskiego się nie kontroluje. Nauczyciele robią co chcą, szykanują rodziców, dzieciom godziny ukracają. Nowy Targi Stary Targ są jasnym przykładem. Sztum. W Strzełnicy odbył się wiec niemiecki na którym przemawiał urzędnik chrześcijańskiego związku Gajkowski a więc centrowiec. Wywody jego były nastawione na łowienie głupich, którzy maj^ głosować za pozostaniem przy Prusach. Przepowiadał, w Polsce będzie piekło dla ludu pod względem równości politycznej, zarobkowym, religijnym, w Prusach to raj. Słuchacze niezadowołeni z jego wywodów częstokroćprotestowałi. Redaktor Grissmann zabrał głos z Sali i wskazał na krzywdy, jakie się nam działy w raju pruskim i dzieją. Każdy Połak powinien głosować za Połską. Te wywody trafiły do przekonania słuchaczy, pokazały oklaski huczne. Gdy płatny agitator niemiecki Richter zaczął przemawiać, hurmem wiecownicy salę opuszczali. Polacy sztumscy udowodnili, że nie chcą przy Prusach pozostać. Cześć im za to. Pierzchowice. W powiecie rozrzucono odezwę pisaną bardzo marną polszczyzną, gdzie twierdzi się, że Polska nie płaci wdowom po wojnach. Jest to oszczerstwo, bo Połska płaci. Mieszka tu młoda wdowa S. ze sztumskiego, której mąż był austriackim poddanym. Odbierała dła siebie i dzieci zapomogi od rządu austriackiego. Lecz gdy mąż zaginął pieniądze przestały przychodzić. Udała się do pewnego Niemca, żeby napisał do rządu połskiego o zapomogą. Napisał do Warszawy myśląc, że gdy otrzyma odmowną odpowiedź będzie miał materiał agitacyjny przeciw Połsce. Za kilka dni przyszedł list rządu polskiego od kiedy żołnierz zaginął. Następnego dnia pieniądze przyszły 340 marek. Jest to więcej, niż otrzymują wdowy od rządu niemieckiego. 1 sierpnia rozpoczęła się walka Niemców przeciwko polskim orzełkom. Do lasu w Hac-kenberg oddalonego o 20 minut od Sztumu wybrało się dwóch młodzieńców. W krawatkach ich jaśniał orzeł biały, gdy wstąpili do restauracji aby kupić kawę napadła na nich zgraja malbor-skich Niemców żądając oddania orzełków, przy stole siedzieli rodzice jednego z młodzieńców z młodszym rodzeństwem. Gdy przy nich młodzieńcy usiedli oświadczyli, że nie oddadzą orzełków. Aby uniknąć zbiegowiska radzili starsi pójść do lasu. Gdy to nastąpiło owa zgraja 15 mężczyzn nie bojąc się nikogo i niczego rzuciła się w pogoń. Jednego dopędził opryszek i uderzył laską w głowę, że się złamała, nieszczęśliwy upadł na ziemię. Niemiec dusił go za gardło, aż pokazała się krew i wyzywając od polskich świń wyrwał orła z krawatki. Piękności malborskie o kulturalnych duszach i sercach klaskały w ręce z radości na widok tyranii. Drugi młodzieńców uszedł jak sokół w las unosząc swego orła a za nim sfora krzyżacka. Po 108 Co się wydarzyło na Ziemi Sztumskiej niefortunnej gonitwie na co odebrali należną odprawę. Rzeczy takie dzieją się w chwili kiedy rząd polski wydoje odezwy zapewniające troskliwą opiekę Niemcom. Powiatowa Rada Ludowa informowała o zwołanych wiecach w Sztumskiej Wsi w lokalu Olszewskiego w sobotę 9 sierpnia, w Ryjewie w stodole Goryńskiego, w Trzcianie w niedzielę 10 sierpnia w lokalu Żuchowskiego, w Ramotach i Starym Targu w niedzielę 10 sierpnia u Kikuta. Na wiecu w Starym Targu zebrani oświadczyli, że będą głodować za Polską. 16 sierpnia organizowane było zebranie zjednoczenia Zawodowego Polskiego w Krasnej Łące po nabożeństwie dla wsi Olszak i Tulice. W tym samym dniu było również zebranie w Pierzchowicach dla wsi Wilczewo, Baumgart. W Pierzchowicach miał się również odbyć wiec organizowany przez Powiatowa Radę Ludową w niedzielę 24, podobny był też w Waplewie. W Mikołajkach zebranie zwoływało Towarzystwo Ludowe na którym miał być patron Towarzystw Ludowych na 24 sierpnia na godz. 3 po południu. 17 sierpnia w Strzelnicy miało się odbyć zebranie Towarzystwa sw. Kingi celem założenia ochronki. Mieszkańcy ziemi sztumskiej mimo zaangażowania się w działania na rzecz przyłączenia Powiśla do Polski w roku 1918-1919 musieli jeszcze czekać przez cały okres międzywojenny i czasy II wojny światowej na przyłączenie tych terenów do Polski w roku 1945. Literatura: „Gazeta Gdańska” lata 1918-1919. Jakub Mieszko Michalik 109 Jakub Mieszko Michalik TELEGRAMY PATRIOTYCZNE W dobie komputeryzacji coraz częściej ręczne pisanie listów staje się abstrakcją, w porównaniu do znacznie prostszego i tańszego dla dzisiejszego odbiorcy, cyfrowego przekazu informacji. W porównaniu do nadal obecnych w naszych czasach listów i kartek z życzeniami, telegramy stanowią już relikt przeszłości, niemalże zupełnie zapomniany. Dzięki zaprezentowanej kolekcji telegramów patriotycznych, można poznać i odczuć tradycję wysyłania i odbierania telegramów patriotycznych, które wspierały społeczeństwo polskie w trudnych czasach zaborów i odzyskania niepodległości. Niniejszy artykuł jest pokłosiem wystawy muzealnej „Telegramy patriotyczne”, zaprezentowanej w kościele poewangelickim przez Towarzystwo Historyczno-Muzealne „Powiśle”. Pierwsze telegramy patriotyczne, pierwotnie nazywane „kościuszkowymi” pojawiły się 1895 roku w Wielkopolsce pod zaborem pruskim, jako uczczenie stulecia Powstania Ko-ściuszkowego, a jako inicjatorów stosowania patriotycznych wersji telegramów uważa się Waldemara i Marię Łebińskich i Teodorę Kusztelan1. Były to bogato ilustrowane i różnorodne blankiety, służące najczęściej do przesyłania życzeń z okazji świąt kościelnych i narodowych, ale i także urodzin, chrzcin, wesel czy okrągłych rocznic ślubów. Telegramy kościuszkowe dzięki szerokiej dystrybucji były powszechne, a ich cena została ustalona na 25 fenigów za sztukę. Dochód ze sprzedaży telegramów przeznaczony był na cele charytatywne oraz pomoc w kształceniu młodzieży, narażonej na akcje germanizacyjne. Używanie telegramów należało do dobrego tonu, a ich wydawanie trwało nieprzerwanie aż do 1939 roku2. Głównym celem telegramów, prócz zastąpienia pruskich telegramów pocztowych, było podtrzymywanie na duchu Polaków, którzy w czasach zaborów spotykali się z licznymi represjami. Pak więc prócz pierwszych blankietów z podobizną Tadeusza Kościuszki również nie mogło zabraknąć ważnych dla historii polski postaci takich jak: Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, św. Jadwiga Andegaweńska, książę Józef Poniatowski, Adam Mickiewicz, Henryk Sienkiewicz czy Fryderyk Chopin. Prócz podobizn wielkich Polaków na blankietach ilustrowano również miejsca silnie związane z historią kraju, spośród których wymienić można Zamek Królewski na Wawelu czy też Sanktuarium na Jasnej Górze. Wśród postaci i miejsc nie zabrakło również licznej symboliki narodowej i religijnej. Całość dodatkowo zdobiono dekoracyjnymi hasłami niepodległościowymi: „Honor i Ojczyzna”, „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, „Cel narodowy i dobroczynny”, „Szczęść Boże Młodej Parze”. Nie brakło również motywów militarnych, jednak nie nawoływały one do przemocy, a chlubiły historię polskiego oręża3. Niezwykle duża popularność telegramów patriotycznych głównie wśród mieszkańców 1 Ollick M., Telegramy patriotyczne: zapomniana tradycja, Tuchola 2008, s. 12. 2 Sobczak J., W ielkopolskie telegramy kościuszkowskie, [w:] Polski obyczaj patriotyczny od XVIII do przełomu XX/XXI w. -ciągłość i zmiana, pod red. A. Stawarza i W. J. Wysockiego, Warszawa 2007, s. 118. ’ Ollick M., op. cit, s. 13. 110 Telegramy patriotyczne Telegram patriotyczny wydany z okazji 900-letniej rocznicy koronacji Bolesława Chrobrego na Króla Polski (telegram ze zbiorów Towarzystwa Historyczno-Muzealnego „Powiśle”) 1 CZYTELNI ‘ LUDOWYCH w Poznaniu. _r 4W LIT r.«>H.CZ»C KOZHA^ Telegram z motywem ludowym wydany przez Towarzystwo Czytelni Ludowych w Poznaniu (telegram ze zbiorów Towarzystwa Historyczno-Muzealnego „Powiśle") Jakub Mieszko Michalik 111 Wielkopolski i Pomorza nie mogła zostać niezauważona przez pruskiego zaborcę. Zgodnie z obowiązującym prawem dozwolone było drukowanie telegramów, jednak nie ochroniło to kolporterów, drukarni a nawet placówek pocztowych przed częstymi rewizjami, aresztowaniami i konfiskatami sprzętu. Często również wysoką ceną produkcji telegramów o tematyce patriotycznej był przepadek sprzętu drukującego wraz z całkowitym zniszczeniem wydrukowanych blankietów4. Dlatego też postanowiono, by nie wysyłać telegramów pocztą, a zawijać w rulonik spięty polskim znaczkiem kontrolnym i razem z kwiatami dostarczać poprzez posłańców, najczęściej dzieci i młodzież5. Od roku 1912 wydawnictwem telegramów patriotycznych zajęło się również Towarzystwo Czytelni Ludowych (w skrócie TCL), przeznaczające dochód ze sprzedaży na cele społeczne. Charakterystycznym elementem tych telegramów było zastosowanie nowego wzornictwa, które bazowało na motywach ludowych, bądź tematyce weselnej. Sytuacja ta zmieniła się wraz z odzyskaniem niepodległości, wtedy też telegramy zyskały nową, propagandową rolę. Dowodem na to może być przykładowo seria blankietów wydawanych od 1921 roku, przedstawiających motyw morza, a związanych z wydarzeniem „zaślubin Polski z morzem” w 1920 roku. Pokazywało to jak ważnym dla społeczeństwa 4 Sobczak J., op. cit., s. 118-119. 5 Zakrzewski T„ Telegramy Kościuszkowskie: zapomniane dokumenty patriotyzmu polskiego (1895-1939). Wystawa ze zbiorów Tadeusza Zakrzewskiego, Toruń 2008, s. 4 - 5. Telegram patriotyczny wydany z okazji „zaślubin Polski z morzem" w 1920 roku 112 Telegramy patriotyczne polskiego był dostęp do Morza Bałtyckiego. Na znajdującym się na wystawie telegramie ze wspomnianym motywem dostrzec można płynący po wodach Bałtyku żaglowiec, który przez niektórych uznawany jest za zakupiony w 1920 roku żaglowiec szkolny „Lwów”6. W okresie dwudziestolecia międzywojennego popularność patriotycznych blankietów stopniowo malała. Również zauważyć można spadek ich jakości technicznej i artystycznej, zanikają też hasła o zbiorkach na cele patriotyczne w społeczne, jednak bez zmian pozostaje ilość symboliki patriotycznej. Ostatecznie po 1939 roku zaprzestano wydawać patriotyczne blankiety, również po wojnie nie powrocono do tej pięknej tradycji, a nawet niektóre symbole zaczęto uznawać za szkodliwe dla nowej władzy. Ostatni telegram wysłany został w roku 19547. Pomimo największej popularności blankietów na obszarach głównie zamieszkiwanych przez społeczeństwa polskie, nie można wykluczyć, że również tradycja ta była pielęgnowana również na obszarach Prus ^C^schodnich, które zamieszkiwała również mniejszość polska. Taka sytuacja mogła mieć miejsce i na naszych ziemiach, na których prosperował Związek Polaków w Niemczech. obecnych czasach ten niezwykle oddziaływujący na wyobraźnię zwyczaj został niemal całkowicie zapomniany, stając się jedynie dokumentem minionej epoki, jednak dzięki kolekcjom telegramów można znów, chociaż przez chwilę, odczuć ducha walki o niepodległość społeczeństwa polskiego żyjącego pod zaborami. Andrzej Kasperek 113 Andrzej Kasperek WYCIECZKA „NIEPODLEGŁA NA POMORZU" Od kilku lat Nadbałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku organizuje wycieczki w ramach programu „Czytanie Pomorza”. Pomysł jest bardzo prosty i można się dziwić, że nikt wcześniej na to nie wpadł. Katarzyna Banucha i Bartosz Filip zapraszają pisarzy, aby oprowadzili swych czytelników po wybranym terenie - Gdańsku, Gdyni, Słupsku, Kaszubach czy Żuławach. Od 2015 roku odbyło się już 17 takich wycieczek. Ale to nie wszystko, bo oprócz nich są także organizowane spotkania z twórcami, powstają okolicznościowe wydawnictwa oraz filmy (odcinek pt. „Czytanie Pomorza. Korzenie” był już kilka razy pokazywany przez rVP Kultura). Wydano dwa tomy literackiego bedekera po Wybrzeżu, w przygotowaniu jest kolejny. W każdym znajdziemy przewodnik po ulubionych lub ważnych dla pisarzy miejscach, anegdoty, fragmenty utworów i świetne zdjęcia. A kto prowadził wycieczki? Towarzystwo jest przednie: Krystyna Chwin, Paweł Huelle, Magda Grzebałkowska, Daniel Odija, Anna Janko, Cezary Łazarewicz oraz wielu innych... Niedawno Martyna Bunda (nagrodzona właśnie Pomorską Nagrodą Literacką „Wiatr od morza”) wędrowała po Kaszubach śladami swej powieść pt. „Nieczułość”. Ja także miałem przyjemność w lipcu 2015 r. oprowadzać chętnych po Żuławach a pod koniec września 201 8 r. z grupą turystów-koneserów udałem się na dwudniową wycieczkę Orzeł w Będominie, fot. A.Kasperek 114 Wycieczka „Niepodległa na Pomorzu” „Niepodległa na Pomorzu”. Była to specjalna wyprawa z okazji stulecia niepodległości. Sporo pracowałem nad programem. Chciałem, żeby uczestnicy wycieczki zobaczyli jak najwięcej miejsc związanych z powrotem Polski nad Bałtyk i Pomorze. Stąd w programie znalazło się Orłowo (domek Żeromskiego), Puck (zaślubiny z morzem), Będomin (Muzeum Hymnu Narodowego), Szymbark (chata sybiraka i wiele zabytków związanych z emigracją oraz walką Polaków o wolność i niepodległość) a także Sztum (Muzeum Ziemi Sztumskiej), dwór w Zajezierzu, gdzie w czasie plebiscytu gościli Żeromski i Kasprowicz, Muzeum Tradycji Szlacheckiej w pałacu Sierakowskich w Waplewie (wielkie zasługi tego rodu w obronie polskości tych ziem) a na zakończenie odwiedziliśmy Muzeum Stutthof, żeby poznać straszną cenę, jaką Pomorzanie zapłacili za swe uparte trwanie przy Polsce. Starałem się tak dobierać miejsca, żeby pokazać nie tylko powrót Polski nad Bałtyk, ale gorycz i ból niewoli, kultywowanie polskości oraz gorzki finał pierwszego etapu niepodległej Polski, czyli początek II wojny światowej, która tu się zaczęła. Udało się zrealizować cały bogaty program. Był on bardzo urozmaicony, ale miałem świadomość, że jego realizacja będzie wymagała od uczestników dużej aktywności i dyscypliny. Na szczęście grupa taka była - energiczna, dociekliwa i zdyscyplinowana. Byłem im bardzo wdzięczny. Kto się wybiera na te wycieczki? Przeważają panie. Nic dziwnego, to przecież one według statystyk czytają więcej książek niż panowie. Większość to ludzie dojrzali, sporo emerytów lubiących aktywnie i ciekawie spędzać czas, trochę nauczycieli. Dla niektórych była to podróż sentymentalna. Starszy pan chodząc po lśniących parkietach pałacu w Waplewie wspominał, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nocował tu - był junakiem Służby Polsce, a pałac należał do miejscowego PGR-u. W Stutthofie jedna z pań idąc po bruku do bramy obozowej powiedziała, że tą drogą szedł w latach 40. jej dziadek - więzień obozu. Andrzej Kasperek 115 Konwencja wycieczek literackich zakłada, że oprócz informacji o zwiedzanych obiektach uczestnicy słuchają fragmentów prozy i poezji, reportaży i artykułów czytanych przez aktorów. Na naszej wycieczce mogliśmy docenić fachowość Jacka Labijaka, aktora teatru „Wybrzeże”, który czytał wiersze Lechonia, Wierzyńskiego, Słonimskiego, teksty Żeromskiego i Wańkowicza a także wielu innych autorów. Zaczęliśmy od Orłowa, w którym w maju 1920 r. Stefan Żeromski zamieszkał w małym domku opodal plaży z widokiem na morze i klif. Pisarz zachwycił się tym miejscem, w liście pisał: „Wiele podróżowałem po świecie, ale tak pięknego zakątka, takiego połączenia morza, lasów i wzgórz nie widziałem nigdzie. Tu czuję się spokojny i szczęśliwy”. Było to idealne miejsce wypoczynku, ale także pracy literackiej. Postał tu utwór pt. „Sambor i Me-stwin” oraz zarys powieści „Wiatr od morza”. Później Żeromski z rodziną bardzo chętnie przyjeżdżał na Wybrzeże — gościł w Gdyni, trzy razy spędzał wakacje na Helu. Zaangażował się także w akcję plebiscytową na Powiślu. Pisarz otrzymał w 1924 r. Państwową Nagrodę Literacką za swą pomorską powieść. „Niezależnie od zachwytów nad stylem i językiem, [...] fakt podjęcia tematyki morskiej, obrona praw do morza, opis nowo odzyskanych ziem — stanowiły przesłanki do nazywania tych książek wielkim »czynem obywatelskimi’ - pisał wówczas Stanisław Eile. Trudno nie zgodzić się z zachwytami pisarza - Orłowo to cudowny zakątek. Warto tu wpaść, aby usiąść z kawą na tarasie kawiarni, która tu działa. Rozpościera się stąd wspaniały widok na zatokę. Można stąd wybrać się na spacer do Gdyni lub Sopotu. Warto także wejść na piętro, gdzie Towarzystwo Przyjaciół Orłowa zorganizowało wystawę poświęconą pisarzowi, bez którego Polski może by nie było. Warto o nim pamiętać i nie słuchać tych, którzy mówią, że jest nudny, niezrozumiały, że czytać się tego nie da. Owszem, część jego spuścizny zestarzała się, ale wciąż warto sięgać po jego książki, ten trud się opłaci. W Orłowie gościł nas pan Zdzisław, członek TPO. Pokazywał eksponaty, objaśniał zdjęcia i informował o działalności stowarzyszenia. A potem wyświetlił nam niezwykle ciekawy film dokumentalny o powstawaniu Gdyni, o wielkim wysiłku Polaków, którzy w kilka lat przekształcili małą rybacką wioskę w wielkie i nowoczesne miasto portowe. Na tej wycieczce jeszcze kilkukrotnie spotkamy takich ludzi jak on — społeczników bezinteresownie prowadzących muzea, dbających o pamiątki historyczne, opiekujących się zabytkami. Dobrze, że ten szlachetny gatunek ludzi jeszcze żyje i działa dla dobra społecznego. Kilkadziesiąt kilometrów dzieli Orłowo od Pucka. Komfortowy autokar wiezie nas świetną drogą. W czasie całej wycieczki zrobiliśmy kilkaset kilometrów po pomorskich drogach. Kiedyś zazdrościliśmy dróg Niemcom, Francuzom a nawet Czechom. Dziś już nie musimy. Jakość i komfort podróżowania poprawił się ogromnie. Już nie musimy się wstydzić, no chyba, że ktoś uzna, że cywilizacja to wszeteczny wymysł Zachodu i rację miał Adam Mickiewicz pisząc w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”, że niemądrze „nazwano cywilizacją modne i wykwintne ubiory, smaczną kuchnię, wygodne karczmy, piękne teatra i szerokie drogi”. Nie zawsze musimy zgadzać się z wieszczem - ja tam wolę wygody, piękno i szerokie gościńce. Czasem mówi się, że Polska w 1918 r. wybuchła. Ale nie zawsze pamięta się, że odzyskiwanie niepodległości było procesem żmudnym i długotrwałym. Szczególnie dobrze widać 116 Wycieczka „Niepodległa na Pomorzu” to na Pomorzu. Symboliczny akt zaślubin z morzem jest tego dowodem - wystarczy spojrzeć na jego datę: luty 1920 r., piętnaście miesięcy po 11 listopada 1918 r. Polska odzyskała dostęp do morza na mocy traktatu wersalskiego, który wchodził w życie 10 lutego 1920 r. Dopiero wówczas można było rozpocząć przejmowanie wybrzeża. Puck to niewielkie miasteczko położone nad Zatoką Pucką. Nie byłem tu ćwierć wieku i jestem zaskoczony jak wypiękniało! Odnowiono rynek, powstał deptak nadmorski, jest piękne molo, w marinie kołyszą się żaglówki. 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller wrzucił do morza dwa platynowe pierścienie i w ten symboliczny sposób zaślubił Bałtyk. Polska objęła odcinek wybrzeża morskiego, które liczyło raptem 140 km. Po 125 latach wróciliśmy nad morze. Miejsce zaślubin upamiętnia popiersie Hallera. Znad morza popędziliśmy do Będomina. W tej kaszubskiej wiosce pod Kościerzyną urodził się i mieszkał Józef Wybicki, autor hymnu narodowego. Nie było by niepodległości bez silnej woli Polaków, aby trwać w nadziei, że Polskę uda się wskrzesić. Słowa rozpoczynające „Pieśń Legionów Polskich we Włoszech” uważam za genialne: „Jeszcze Polska nie umarła, / Kiedy my żyjemy”. Jest w nich wiara, że dopóki żyją ludzie uważający się za Polaków to żyje Polska. Nie przestaje mnie zadziwiać stwierdzenie Stefana Chwina, który uważa, że: „»Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy« te słowa są podszyte absolutną rozpaczą, że w jakiejś chwili może nas zupełnie nie być. Mamy więc najbardziej depresyjny ze wszystkich hymnów świata”. Andrzej Kasperek 117 Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie to oddział zamiejscowy Muzeum Narodowego w Gdańsku. Ulokowano je w dworze szlacheckim, należącym w latach 1740-1785 do rodziny Wybickich. I znowu wizyta po dziesięcioleciach przerwy jest przyjemnym momentem, bo ekspozycja jest odnowiona a otoczenie dworu bardzo zadbane. Rośnie tam liczący 400 lat dąb i ustawiono pięciometrowy pomnik żelaznego orła ze skrzydłami zrobionymi ze starych kos. Przyjechaliśmy akurat w urodziny Wybickiego, który przyszedł na świat 29 września 1747 r. W środku są pamiątki rodzinne, muzykalia i kolekcja pozytywek grających słynnego mazurka. Czasem można go było odtwarzać tylko w sposób sekretny, znany wtajemniczonym — zaborcy zakazywali wykonywania tego utworu. Ostatnim miejscem, które odwiedzamy tego dnia jest Szymbark. Centrum Edukacji i Promocji Regionu, które się tam znajduje to ewenement — połączenie parku rozrywki ze skansenem, które przyciąga rocznie kilkaset tysięcy gości. Większość chce wejść do słynnego domu do góry nogami, zjeść kiełbaskę, wypić piwo... Ale niektórzy skuszą się na inne atrakcje. Pomysłodawca CEPR, zmarły przedwcześnie Daniel Czapiewski, umiał połączyć komercję z przesłaniem patriotycznym. Producent domów drewnianych stworzył coś z niczego. Najdłuższa deska świata, największy fortepian czy Kaszubski Świat Bajek przyciągają tłumy, ale chętni mogą odwiedzić: dom sybiraka i replikę łagru, chatę kaszubskiego trapera z Kanady, zagrodę powstańca polskiego z Adampola w Turcji czy bunkier Gryfa Pomorskiego... Czapiewski był pasjonatem historii Polski i Kaszub i umiał ją pokazywać. Dla uczestników wycieczki było to pokazanie kosztów marzenia o Niepodległej — zsyłek na Sybir, emigracji i walki z wrogiem, często zakończonej śmiercią. Nocleg mieliśmy już za Wisłą. Gościny udzielił nam Internat Zespołu Szkół Ponad-gimnazjalnych nr 4. Za niewielkie pieniądze zaoferowano nam naprawdę dobre warunki wyżywienia i zakwaterowania. Po śniadaniu pojechaliśmy do Sztumu, gdzie rozpoczęliśmy zwiedzanie Dolnego Powiśla. Nie chcę czytelnikom „Prowincji” opisywać ich stron rodzinnych, ale dla większości uczestników wycieczki były to strony zupełnie nieznane. Jestem szczęśliwy, że udało mi się pokazać im coś tak cennego i oryginalnego, z czego istnienia często nie zdawali sobie wcale sprawy. Centrum Kultury Chrześcijańskiej ALYEM mieszczące się w dawnym kościele ewangelickim to tak naprawdę prywatne muzeum założone i prowadzone od lat przez Sławomira Igora Michalika. Ten pasjonat historii i kolekcjoner stworzył stałą wystawę muzealną: Sztum i Ziemia Sztumska. Pan Michalik oprowadzał nasza grupę i wyczerpująco opowiadał o ekspozycji, która jest naprawdę imponująca. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że wszystkie eksponaty zgromadził jeden człowiek. Byłem w tym muzeum po raz drugi i nadal pozostaję pod wielkim wrażeniem jego zbiorów. Poprosiłem Andrzeja Lubińskiego, żeby nas oprowadził po Zajezierzu. Zrobił to chętnie, a gdzie ja bym znalazł takiego fachowca od historii regionu, który potrafi mówić o niej ciekawie i z pasją. Wioska jest bardzo zadbana, urzeka widok na Sztum leżący za jeziorem. Pierwszy raz widziałem miasto z tej perspektywy. Chciałem pokazać naszym gościom miejscowy dwór. Jego obecny właściciel - Jacek Szarycki - zgodził się nas wpuścić na teren posesji. Kamień pamiątkowy informuje, że przebywał tu Stefan Żeromski. Wiosną 1920 r. pisarz wsparł akcję plebiscytową, przemawiając na wiecach m.in. w Grudziądzu, Iławie 118 Wycieczka „Niepodległa na Pomorzu” i Malborku. Na zaproszenie bardzo zaangażowanych w sprawy plebiscytowe Donimirskich odwiedził także wespół z Janem Kasprowiczem i Władysławem Kozickim ich dwór. Doni-mirscy to rodzina ziemiańska wywodząca się ze szlachty kaszubskiej. Walczyli o zachowanie polskiego oblicza Pomorza, Warmii i Mazur w XIX i XX w. i zapłacili za to bardzo wysoką cenę - wielu z nich zostało zamordowanych w czasie II wojny światowej, niektórzy trafili do kacetów, wielu musiało się ukrywać, stracili swe majątki. „Prowincja” pisała o tym już kilka razy. Uczestnicy wycieczki byli zachwyceni odnowionym dworem i ogromnym, przeszło pię-ciohektarowym, parkiem. Znakomicie utrzymany drzewostan, wspaniałe trawniki, żywopłoty i stary sad. Wzruszyłem się, bo na ziemi leżały ulęgałki, malutkie gruszeczki, które zapamiętałem z dzieciństwa. Ghowało się je na strychu, przykrywało gazetami i jadło dopiero po kilku tygodniach, kiedy się „uleżały”. Dziś nikt już tych grusz pospolitych nie sadzi. Także Waplewo jest „prowincjuszom” dobrze znane. Wybraliśmy się tam, bo to kolejne miejsce związane z obroną polskości w czasie rozbiorow przez miejscową szlachtę. Pałac rodziny Sierakowskich jest obecnie siedzibą Muzeum Tradycji Szlacheckiej. To oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku, którym kieruje Maciej Kraiński. Kiedy byłem tu kilka lat wcześniej, obiekt był w remoncie, teraz imponuje rozmiarem przeprowadzonych prac. Maciej jest niezrównanym cicerone, który ze swadą opowiada o dziejach pałacu, jego wyposażeniu, historii rodu, nie żałuje anegdot, ciekawostek, sypie datami i faktami, ale nie męczy zwiedzających, potrafi ich zaciekawić. To, co zrobiono w pałacu imponuje — ogromny wkład pracy, zaangażowanie wielkich środków dało wspaniały efekt. A jak jeszcze uda się uporządkować park, to będzie wspaniale. Mam nadzieję, że Waplewo będzie coraz popularniejsze wśród turystów - zasługuje na to! Andrzej Kasperek 119 Właściciele Waplewa, rodzina hrabiów Ogończyk-Sierakowskich, gospodarowała na Pomorzu od końca XVIII w. do 1939 r. Byli patriotami, pielęgnowali tradycje narodowe, angażowali się w działania mające na celu umacnianie polskiego charakteru tych ziem a także w działalność polityczną, artystyczną, naukową, oświatową i społeczną. Podobnie jak Donimirscy zapłacili za to — najpierw wyrzucono ich z majątku a później aresztowano, wielu rozstrzelano. Wspaniałe pałacowe kolekcje, w tym imponująca bibliotekę, rozparcelowano, rozkradziono, zmarnowano... Dobrze, że dziś pałac odzyskał swój dawny splendor. Na obiad zatrzymaliśmy się na Żuławach. W Małym Holendrze w Cy-ganku-Żelichowie zrobiliśmy przerwę na obiad. Uczestnicy wycieczki mogli Ten miś wraz ze swą właścicielką trafił na Sybir, fot. A. Kasperek obejrzeć dom podcieniowy należący do Marka Opitza i skosztować dań, które w sezonie letnim serwuje się w działającej tam restauracji: zupy klopsowej i rakowej. Obie są świetne, klopsową jadłem już kilka razy, jej receptura jest doskonale przećwiczona i zupa trzyma wysoki poziom. Ale rakowa to prawdziwy rarytas, zasługuje na określenie „niebo w gębie”! Okazało się, że niektórzy wycieczkowicze zapamiętali pobyt w Cyganku sprzed lat, kiedy zajrzeliśmy tam, by skosztować klopsów królewieckich i machandla. Tak się buduje markę. To interludium było potrzebne, bo nasze tropienie śladów niepodległości na Pomorzu zakończyliśmy w Muzeum Stutthof w Sztutowie. Pozornie to miejsce nie ma nic wspólnego z tematem wycieczki, ale trzeba pamiętać, że wiele wspaniałych osób z Kaszub, Gdyni, z gdańskiej Polonii trafiło do Waldlager Stutthof już we wrześniu 1939 roku. To był koniec pierwszego etapu istnienia odrodzonej Rzeczypospolitej. Opowiedział nam o tym dr Marcin Owsiński, jak zawsze z wyczuciem i empatycznie, dzięki czemu nasi goście mogli odczuć grozę tego miejsca. Tak ładnie, wręcz sielankowo ulokowanego „leśnego obozu”, który stał się dla wielu kresem ich życia. Wielkie dzięki dla znakomitych organizatorów, Kasi i Bartka z NCK w Gdańsku, dla fo-tografki Renaty, lektora Jacka i kamerzystki pani Ani oraz naszych przewodników z Orłowa, Szymbarka, Będomina, Sztumu, Zajezierza, Waplewa i Sztutowa. Brawo dla uczestników - aktywnych, zdyscyplinowanych, dociekliwych! Do zobaczenia na następnej wycieczce! Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW KUNNAT - SAMOTNOŚĆ DUCHOWA 29 sierpnia 2018 „Przebudziwszy się, uprzytomnij sobie natychmiast, że dzień dzisiejszy przeznaczony dla ciebie na samotność duchową...”. Tak poucza, znany tylko z inicjałów mnich ze zgromadzenia kapucynów w książce „Samotność duchowa”, wydanej w Warszawie nakładem St. Niemiry Synów w 1 898 roku, dwa lata po cenzorskim „approbatur” księdza proboszcza Kapituły Metropolitalnej Justyna Borzewskiego. Ważniejsze od tych informacji jest ręcznie napisane na stronie tytułowej nazwisko: Kunatt. Chodzi o dziadka Czesława Miłosza, Zygmunta, urodzonego w 1858 roku w Krasnogrudzie, w majątku zakupionym przez jego ojca Teofila pięć lat wcześniej. To cenne świadectwo praktykowania głębokiej medytacji pośród chrześcijan pokazuje mi pan Jarosław Czeladko z Drewnicy na Żuławach. Znalazł ją w wielkim pudle na Krzysztof Czyżewski 121 strychu, pełnym książek i dokumentów należących do dawnych mieszkańców domu, w którym mieszka od 1993 roku. Są pośród nich: mapy Wilna z 1933 i 1942 roku, zeszyt wypracowań z literatury polskiej Józefy Syruciowej (żony Zygmunta), „Książka do Nabożeństwa” kunsztownie wykaligrafowana odręcznym pismem w Suwałkach w roku narodzenia Zygmunta {Boże, Boże mój, do Ciebie się budzę., j, poradnik dobrego gospodarza rolnego po litewsku, powieść Mayne’a Reida „Młodzi żeglarze” po rosyjsku, gdańska książka telefoniczna z czasów wojny, tuż po wojnie wydany informator o nazwach ulic Gdańska — niemieckich przemianowanych na polskie, „Venus i Adonis” Szekspira w przekładzie Kasprowicza, tom wierszy Włodzimierza Słobodnika, niemieckie wydanie Nowego Testamentu, rosyjskie wydanie „Wprowadzenia do filozofii” z 1903 roku, śpiewnik ludzi pracy z pieczęcią chóru z Schónbaum (pruska nazwa Drewnicy), w którym „Warszawiankę” opisano jako starą rosyjsko-polską pieśń rewolucyjną; wydane w Heidelbergu w 191 1 roku rozmówki niemiecko-angielskie; wydany nakładem wileńskiej Szkoły Nauk Politycznych „Spis wykładów i grono nauczające w roku akademickim 1938/39” (w tym profesorowie Miłosza - Wiktor Sukiennicki i Stanisław Swianiewicz), oprawione w ramkę święte obrazki z pielgrzymek do Asyżu, Ostrej Bramy i Częstochowy... Przybyli do Drewnicy prawdopodobnie w sierpniu 1945, jako tzw. „repatrianci” ze Wschodu: Weronika z Kunatów i Aleksander Miłoszowie z synem Andrzejem i służącą Józią. Wkrótce potem dołączą do nich krewni z Krasnogrudy, Nina Niementowska oraz Gabriela i Józef Lipscy, których syn Zaza nie powrócił z obozu w Sachsenhausen. Jesienią odwiedził ich na krótko syn Czesław z Janką, swoją przyszłą żoną. W kufrach podróżnych wieźli skarby z rodzinnych księgozbiorów w Krasnogrudzie, Szetejniach, Użypiszkach i Wilnie. Zamieszkali w domu po niemieckich ewangelikach lub mennonitach, którzy czytali Goethego, śpiewali rewolucyjne pieśni, modlili się równie żarliwie jak pracowali, Dom w Drewnicy, w którym mieszkała matka Miłosza, fot. K Czyżewski 122 Notatki słów i obrazów żyjąc w przysłowiowej czystości, choć wierzyli, że ani dobre uczynki ani praktyki religijne nie przyniosą im zbawienia, jedynie niezasłużona łaska Boga. Czesław Miłosz znalazł w dziadku Zygmuncie to, czego nie potrafił mu dać ojciec — autorytet duchowy. Cenił w nim przede wszystkim dar uwagi, etos pracy organicznej i cichą dobroć będącą owocem wewnętrznej pracy nad sobą oraz empatii wobec przyrody i ludzi innych kultur. Osobowość dziadka w dużej mierze zaważyła na jego życiu, które stało się agonem ciemnego geniuszu i prosto-dusznego sumienia. Czy czytał „Samotność duchową”? W książce z własnoręcznym podpisem „Kunatt” czytamy: „Wszelką robotę, chociażby najpospolitszą staraj się wykonać jak najdoskonalej. Po południu poświęć przynajmniej pół godziny rozważnemu zastanawianiu się nad obecnym stanem duszy, zbadaj ją gruntownie i surowo. VC^ieczorem zastanów się nad przygotowaniem się na dobrą śmierć i zakończ święty ow dzień gorącą wewnętrzną modlitwą dziękczynną za łaski, jakich ci Bóg w nim użyczyć raczył... Jak się z bliźnimi obchodzę?... Czy prawdziwie kocham bliźnich swoich, wszystkich bez wyjątku?... Czy w sercu nie czuję niechęci do kogokolwiek?... Czy nie mówię czasem o wadach cudzych, lub nic lubię przysłuchiwać się podobnym rozmowom?... (Zzy może wady te powiększałam?... Czy nie czułem w sobie zazdrości, gdy innych nade mnie przekładano?... Jak postępuję względem siebie? Czy dostatecznie się staram o swój postęp duchowy?... Jak używam czasu?... Czy się nie wynoszę z użyczonych mi od Boga zdolności, talentów i darów?... Kiedyś rachunek Mu złożę z każdego słowa niepotrzebnego. Skupienie strzeże nas od grzechu. Życie nasze, mniej lub więcej niewinne, wolne od grzechu, stosownie do tego, czy więcej lub mniej jesteśmy skupieni. ...roztargnienie bowiem wykrada nam zbawienne myśli. Dyabeł aż nadto dobrze to wie, i dlatego niezmordowanie wciąż nowe nam przysposabia roztargnienia. Zapierając się siebie samego - posiądę szczęście najwyższe.” PETERSBURG - WALIZKI 7 września 2018 Nie przepadam za muzeami poetów pełnymi eksponatów z epoki. „Fotel, w którym siedział(a)...” Toż to jak „umarł w butach”. Co innego kufry, walizki, czemodany, sakwojaże, torby małe i z dnem potrójnym, manatki... Bagaże nie tylko podróżne, także pamięci i wyobraźni. Ciągle są z nami. Zalegają na strychach, w przechowalniach, muzeach i książkach. Jakbyśmy nie mogli się ich pozbyć, wyrzucić, wypakować do końca. Nawet wysłużone, zastąpione przez nowe, pozostają z nami. Spichlerze skarbów naszych peregrynacji. Nawet gdy są puste i lekkie jak piórko, ważą niemiłosiernie: tym, co skrywały i przewoziły, a zwłaszcza nigdy nie dopowiedzianą do końca tajemnicą ich zawartości, zapraszającą do domysłów, imaginowania legend, snucia opowieści... Mieliśmy już opuścić dom w Drewnicy, po wojnie zamieszkały przez rodzinę Czesława Miłosza, kiedy pan Jarosław, obecny jego mieszkaniec, postawił przed nami walizkę. Zniósł ją ze strychu, na który nie chce nikogo wpuszczać, trzymając w zanadrzu odkry- Krzysztof Czyżewski 123 wane tam skarby. Przecieramy pordzewiałą tabliczkę i odczytujemy wygrawerowany na niej napis: „Paul Milker, Bucarest”. Wiemy o pobycie poety w Rumunii w czasie wojny, o przedzieraniu się przez zielone granice, o rodzinnej Europie zawładniętej przez Ar-chonta Ciemności. Co zabrał ze sobą w podróż, jakie książki, pamiątki, przedmioty codziennego użytku? Nigdy się pewnie nie dowiemy. Wyobraźnia zaczyna zapełniać puste wnętrze, sypiące się próchnem. Obok fotografii skarbu z Drewnicy ustawiam tą walizką Josifa Brodskiego. „Legendarną” — jak słyszę w każdym zaułku Fontannego domu. Aby dostać się na pierwsze piętro, gdzie mieszkała Anna Achmatowa („I kto tam jeszcze nie mieszkał!”), trzeba przejść mimo „pokoju Brodskiego” na parterze, w którym przedstawiono „wystrój” gabinetu przywieziony z amerykańskiego domu poety w South Hadley w stanie Massachusetts. Wchodzę, a tam stoi ona, pusta od opowieści. Przywiózł ją ojciec w 49 roku, powracając z zsyłki na daleki Wschód. A potem syn, wyruszając na Zachód, zapakował w nią dorobek życia: trochę maszynopisów, bielizna na zmianę, dwie butelki wódki dla Audena, który czekał na niego w Austrii (jedna, ‘nastajaszcziaja litowskaja’ w darze od Tomasa Venclovy), wiersze Anny Andriejewny z dedykacją, książka poezji Johna Donna. Wszystko. PS. Odnalazłem pomnik Brodskiego na dziedzińcu wydziału nauk filologicznych Uniwersytetu Petersburskiego. Chyba wystarczyłaby sama walizka... GUMILOW - PETERSBURG 8 września 2018 Sankt Petersburg... Z trudem przychodzi mi pisać „Sankt” przy nazwie miasta Bestii. Chyba, że pamiętając imiona pojedynczych istot ludzkich, sponiewieranych jednostek, rzucanych milionami na posiew śmierci, przepadłych bez śladu rabów, istnień, które dla władzy były niczym więcej niż jętki jednodniowe. Pierwsze, co pływało po Newie, to galery katorżników, których zgonów nie rejestrowano, zsyłanych do miasta antychrysta zanim pojawił się Sybir. Mam naturę Indianina i pod stopami czuję tutaj morze nagich kości. Przeraża mnie przestrzeń tego miasta, to znaczy zawrotny kontrast między ogromem przestrzeni arystokratyczno-militarno-państwowej a miejscem do życia pojedynczych, zwykłych ludzi, nieludzko zawężonym, ściśniętym do granic anty-przestrzeni. Niekończące się korytarze urzędów, komnaty przyprawiające o zawrót głowy, przepastne prospekty i ogrody za murem, wszechogarniająca pustka przestrzeni władzy zapełniająca się teraz rojem turystów, właściwie co podziwiających? A na drugiej szali kosmicznej wagi egzystencji półtora pokoju Brodskiego, jego walizka ze spakowanym dorobkiem życia... O tym przynajmniej powstała opowieść. 124 Notatki słów i obrazów Podobnie jak o Domu na Fontance. Mała kuchenka, wokół której cztery, może pięć pokoi tworzy wydzieloną „komunałkę” zamieszkałą przez dwadzieścia osób. Jak oni mogli żyć razem? Pisali do siebie karteczki, bojąc się mówić na głos, bo każdy mógł być donosicielem. Zachowała się popielnica, w której Achmatowa paliła rękopisy napisanych wierszy, zaraz po tym jak jej przyjaciele, w tym Lidia Czukocka, nauczyli się ich na pamięć. „Anna Andriejewna żyła najpierw w tym pokoju z Puninem, więc żona Punina przeniosła się do pokoju obok. A jak rozeszła się z Puninem, no to gdzie miała pójść? Przeniosła się do tego pokoju przy kuchni i tu wreszcie, po długiej przerwie, znowu zaczęła pisać...”. Staram się nadążyć wyobraźnią za opowieściami starych kobiet, wspaniałych przewodniczek muzeum, dla których życie ich bogini stało się ich życiem, jakby to jej los miały wypisany na twarzy. Obraz, z którym najdłużej nie mogę się rozstać, to przytulisko Łowy, syna Achmatowej i Gumilowa. Umościł je sobie w wąskim korytarzu. Tam, gdzie teraz są drzwi prowadzące do kolejnych pokoi, była ściana. Miał światło z małego okna u góry i ciepło z jednego boku pieca w ścianie. Na kufrze z książkami robił sobie posłanie. Na półce Bhagawatgi-ta po rosyjsku, na ścianie ikona św. Mikołaja. Po rozstrzelaniu ojca wychowywany przez babkę, przyjechał ze wsi do matki w 1929 roku. Po skończeniu gimnazjum chciał iść na studia, ale „złe pochodzenie zamykało mu tą możliwość. Szybko zainteresowało się nim NKWD - aresztowania, wyrok kary śmierci zamieniony na Gułag, żołnierka i walki o Berlin, znowu Gułag... A potem książki o idei euroazjatyckiej i przekonanie, że największe zło niesie w sobie Zachód. Ponoć ostatnio Dugin doradził Putinowi, aby powoływał się na Lwa Gumilowa. Chodziło pewnie o superetnos rosyjski, który miał się narodzić na Kulikowym Polu i rozkwitać aż po rządy grzesznych carów, regentki Zofii a potem Piotra I, zarażonych duchem Europy, o Żydach już nie wspominając. Mandelsztam powiedział kiedyś Achmatowej: „Będzie pani trudno go uchować. On ma w sobie coś straceńczego”. Przechadzając się po Petersburgu, rozmyślam o zależności człowieka i miejsca. Już jako doktorant leningradzkiego uniwersytetu, Gumilow zajmował się konceptem „pasjonar-ności”, czyli nadmiernej energii biochemicznej, dającej człowiekowi zdolność do wysiłku przekraczającego ludzkie możliwości. Pisał o tym w odniesieniu do poszczególnych narodów, ale ja widzę nie narody, tylko jego w tym ciasnym korytarzu matczynej „komunałki”. Myślę też o wpływie przestrzeni na sprawy tego świata i o „horror loci” Jana Kasjana, jedynego mnicha z Zachodu, piszącego po łacinie, który znalazł się w „Filokaliach”, najważniejszej antologii tekstów duchowych wschodniego chrześcijaństwa. Lowa musiał go czytać i pewnie wziął sobie do serca jego przestrogę o tym, że grzechem jest nienawidzić miejsce przeznaczone nam do życia. Ale Kasjan nic nie pisał o tym, że ceną tej ojczyźnianej miłości jest przekonanie, że resztą świata włada diabeł... ACHMATOWA - PETERSBURG 1919 11 września 2018 Achmatowa na murach Petersburga. Pisząc ten wiersz, miała ledwie trzydzieści lat. A tyle już wiedziała. Rozwodzi się z Gumilowem i za męża bierze Szilejkę. On pochylony nad przekładem „Gilgamesza” z addyjskiego, ona w długich kolejkach po żywność. Głód i terror. Nie tylko na zewnątrz. W domu on zazdrosny i wymagający opieki, ona czuje się więź- Krzysztof Czyżewski 125 niarką. Przyznaje, że ją samą cos' skłania do wyrzeczenia się siebie. Przez te lata życia z nim prawie nic nie napisze. I wtedy ten wiersz. Otwierał tom „Anno Domini” z 1923 roku, ale cenzura wydała nakaz wyrwania tej kartki. Zatem wszystkie wydrukowane egzemplarze były bez stron 7-8. Prawie wszystkie. Zachował się egzemplarz z tym wierszem w bibliotece uniwersytetu w Cambridge w Ameryce, choć nie ma go tam w spisie treści. Wiersz podał do druku dopiero Gleb Struve w Paryżu w 1967 roku. Już po tej publikacji wyszło na jaw, że zachowało się jeszcze kilka egzemplarzy bez wyrwanej kartki... WSPÓŁOBYWATELOM Piotrogród, 1919 Nasza pamięć tu zarasta, W dzikiej stolicy do cna zżera Jeziora, stepy i miasta; Tu gwiazda ojczyzny umiera. W krwawej obręczy dzień i noc Gorycz niemożności nas toczy... Znikąd nie nadeszła pomoc, Choć ten dom nas zauroczył, Choć zostaliśmy tu, miłość — Nie samą wolność wybierając, Ogień i wodę, i piękność Dla samych siebie ocalając. Inna już pora czeka u wrót, Już wicher śmierci studzi serce, Lecz nam święty Piotra gród Pomnikiem będzie wbrew udręce. 1920 GIEDROYC - CAVE HOMINEM 14 września 2018 Ostatnie spotkanie z Jerzym Giedroyciem w Maisons-Laffitte. Piszę nazwę tej miejscowości, choć tylko w polskiej wyobraźni to w niej mieści się dom paryskiej „Kultury”. Tak było w przypadku pierwszej siedziby Instytutu Literackiego, ale potem przeniesiono się do domu przy avenue de Poissy 91, który leży w administracyjnych granicach sąsiedniego miasteczka Mesnil-le-Roi. Był rok 1999, późne sierpniowe popołudnie. Następnego dnia spodziewano się tu wielu gości w związku z przyznaniem Redaktorowi Złotego Berła Fundacji Kultury Polskiej. Umówiliśmy się więc w przededniu uroczystości, by spokojnie 126 Notatki słów i obrazów porozmawiać. Podczas dyskusji w salonie był jeszcze brat Henryk, Ewa Berberyusz i jeszcze ktoś bliżej nam nie znany. Zostaliśmy z Małgosią solidnie przepytani z relacji polsko-litewskich i tego, co się aktualnie dzieje w Pograniczu. Planowaliśmy także prezentacje „linii” paryskiej „Kultury” w krajach byłej Jugosławii, w tym w Sarajewie, Mostarze i Belgradzie. Aż nadszedł wieczór i zostaliśmy sami z gospodarzami domu. Pani Zofia Hertz zaprosiła nas do kuchni, gdzie czekał upieczony przez nią sernik. I wtedy Redaktor rzucił: „Dobrze, ale pana zapraszam na słowo do swojego gabinetu”. Wchodząc tam, pomyślałem, że dowiem się, dlaczego to mnie wskazał na laureata „Małego Berła”. Tymczasem usłyszałem: - Zastanawiał się pan co z tym „berłem” zrobić? — Iść w ślady „Kultury” i Pańskie... - takim razie proszę podejść do drzwi i przeczytać co jest wygrawerowane na płytce umocowanej we framudze. [Dowiedziałem się później, że płytkę wykonał włoski rzemieślnik na zamówienie Redaktora, a przywiózł ją Gustaw Herling-Grudziński.] — Cave hominem — przeczytałem. - Strzeż się ludzi... Dalej chce pan iść w moje ślady? — Oczywiście. — Nie pragnąłbym tego. Pański czas to współistnienie z innymi. Zapewne doświadczy pan jeszcze wiele złego od ludzi, ale mimo wszystko... Życie na wyspie nie jest dla pana. Proszę to rozważyć. ŻURAWIE, SZARE ŻURAWIE 19 września Żurawie, szare żurawie... Tak o nich mówią, choć ich szarość jest tylko tłem dla spopielałego lazuru, kontrastującego z pasmem liliowodnej bieli, obręczą czerni przy dziobie i kroplą królewskiego karmazynu w czubie. Przez większą część dnia gromadziły się na Krzysztof Czyżewski 127 krasnogrudzkim niebie. Tak już mają w zwyczaju przed odlotem. Całymi godzinami krążą pod sklepieniem świata, upajając się lotem, łącząc w gromady i nawołując tym swoim durowym trójdźwiękiem wygrywanym na podniebnym tintinnabulum. Pod niebem, które opuszczają, cisza jest głębsza o kilka studziennych kręgów. Pierścień zmierzchu obejmował już ziemię, zamykałem drzwi na taras, kiedy usłyszałem je całkiem blisko, na mojej łące. Czekało na mnie niezwykłe, ponad godzinne widowisko ich pożegnalnego tańca. Początkowo była ich trójka. Nadlatywały osobno, osiadając w różnych, najlepiej ocienionych brzozami zaułkach. Wiedziały o mojej obecności na tarasie, ale zbyt zajęte były swoim rytuałem bym mógł je spłoszyć. Początkowo nic nie zapowiadało tanecznej uczty. Zapisywały łąkę ściegami niezliczonych kroczków, jakby chciały stać się częścią jej ornamentu i najzwyczajniej zniknąć. Dostojne, zatrzymujące się na chwilę by jeszcze piękniej dziobem wymuskać pióra. Każdy krzyk spotykał się z odzewem drugiego i trzeciego. Chodzony zdawał się trwać w nieskończoność. Zeszły się razem tworząc na moment zadziwiająco trójjedny organizm, który przebiegał drobnym truchtem to w jedną to w druga stronę. Potem znowu się rozeszły, przeglądając się każdy w sobie jak Narcyz w lustrze wody. I wtedy pojawił się ten czwarty. Zobaczyłem go w prześwicie mostu nad stawem. Szedł drogą, przenikliwie nawołując. One ruszyły ku niemu. Zaczął się prawdziwy taniec. Pojawiły się w ostatnich smugach słońca rzuconych na ziemię. Gdy on wkraczał na łąkę, one stroiły pióra niczym pawie. Utworzyły krąg i poczęły wyczyniać najdziwniejsze figury, niby przedstawiając się z imienia, które dla innych jest nie do powtórzenia. Ruszyły w tan, pędząc jedno za drugim, furkocząc skrzydłami, jednak bez odrywania się od ziemi. To spotykały się dziobami niby w pocałunku, to odwracały się do siebie kuprami, niby bocząc się na siebie. Kroczyły w duetach, a potem odgrywały partie solowe, krzyżując nogi, głową sięgając podbrzusza, szyję zwijając pod skrzydła, skacząc jak na rozżarzonych ogniach. W tych momentach ich skrzydła raz były suknią ślubną, raz zbroją bitewną a raz peleryną czarnoksiężnika. I znowu pędziły przez łąkę. W kulminacyjnym momencie stanęły naprzeciwko siebie, sprawiając wrażenie gotowych do rzucenia się w ostatni bój. Jakież niezwykłe to było, kiedy silne napięcie przeciwstawienia się sobie uległo cudownej metamorfozie w figurę splatającą ich szyje. Jakby zawiązywały się w miłosnym uścisku. Nie potrafiłem rozróżnić gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Wkrótce stało się dla mnie jasne, że w ich ciałach dojrzewa gotowość do lotu. Jeszcze tylko kilka przebiegów i zaczną odrywać się od ziemi. Gdy jedno 128 Notatki słów i obrazów z nich odlatywało, drugie zdawało się przepastnie osamotnione, jakby potrzeba było tej trwogi by wzlecieć. Żurawie, szare żurawie... ZEBRANE - PAN PIOTR 15 października 2018 Pan Piotr miał ochotę na dłuższą rozmowę. W „Zmianie Klimatu” w Białymstoku kończyło się już spotkanie w ramach literackiego festiwalu „Zebrane”. Poczekał aż wszystkie książki zostaną podpisane i dosiadł się do mojego stolika. Emerytowany białostocki taksówkarz. Ale tak naprawdę - powiedział - jestem Pielgrzymem Miłości. Na pierwszej kartce, którą podsunął mi do przeczytania, były notatki ze spotkania uniwersytetu trzeciego wieku i tekstu Krzysztofa Pieczyńskiego: Chciałbym dożyć czasu, w którym zobaczę, że ludzie w Polsce inaczej chodzą... Nie ma wspólnej przestrzeni, nie ma miejsca dla innych, jestem Ja... Problem tylko pozornie jest błahy... W tym jak traktujemy wspólny chodnik, jak się na nim mijamy jest zapisana genetyczna historia polskości... Czego Polak tak się wstydzi, że musi udawać kogoś innego? ... Czy wstydzi się zrobić miejsce, gdyż byłoby to odczytane jako słabość? Miełiśmy Kopernika, Chopina, Mickiewicza, ałe żaden z nich nie nauczył nas chodzie. Dali przykład genialności, ałe my musimy zacząc od nauki chodzenia... Z łudzmi łączy mnie kruchosc. Z kruchości człowiek buduje swoje marzenia i przekuwa je w rzeczywistość. Z kruchości, z poczucia, że jutro może mnie nie być człowiek szuka mądrości... Odzyskajmy dumę i godność z noszenia w sercu dełikatności. Odzyskajmy mądrość z powodu kruchości, która nas łączy. Kruchość pozwala nam płakać przy innych, a bez innych nie ma życia, nie ma niczego. Kruchość jest przyznaniem się do siebie, a to stanowi o siłę człowieka. Dostałem jeszcze karteczkę z modlitwą sw. Franciszka. Już w domu na jej odwrocie przeczytałem wiersz pana Piotra, podpisany: Ziemia, 13 marca...: Przyjacielu, zatrzymaj się... Ucz się milczenia... W drogę! Aż do zwycięstwa nad Sobą!... W każdym człowieku szukaj swego odbicia... ARVO PART - OTWARCIE CENTRUM 17 października 2018 roku Krzysztof Czyżewski 129 Cisza, piękno i geometria. Ich synteza to muzyka twórcy Tabula rasa. Poszli tym śladem hiszpańscy architekci Fuensanta Nieto i Enrique Sobejano, projektując przestrzeń Centrum Arvo Parta. Dzisiaj jego otwarcie. Gmach „Aliina” pośród sosnowego Kellasalu — Lasu Dzwonów w maleńkiej wiosce Laulasmaa („śpiewające piaski”) na półwyspie położonym ponad 30 kilometrów na wschód od Tallina. Szkło, drzewo i beton. Pomieści się tutaj archiwum, a wraz z nim manuskrypty mistrza, które same w sobie są małymi dziełami sztuki, gdyż Arvo komponuje używając różnokolorowych kredek (pierwszą ich wystawę zrobiliśmy w Starej Jesziwie w Sejnach). Ponadto kameralna sala koncertowa, biblioteka, galeria, sale projekcyjne i warsztatowe, nowoczesny system odnawialnej energii. Przestrzeń nastrojona do słuchania muzyki i do pracy z uczniem. Jednym z kamieni węgielnych Centrum było „Sejneńskie Tintinabulum”, czyli trzy dzwony różnej wielkości, współbrzmiące w trójdźwięku, dzieło ludwisarzy z Przemyśla, które Arvo Part otrzymał w darze przyjmując w 2003 roku tytuł „Człowieka Pogranicza”. Podobnie jak jego muzyka, minimalistyczna była przemowa wygłoszona podczas uroczystości wmurowywania kamienia: Z Psalmu 127 „Jeżeli Pan nie zbuduje domu, na próżno trudzą się budowniczowie jego”. W Białej Synagodze w Sejnach powiedział: „Zrobiliście mnie pogranicznikiem, a więc człowiekiem pilnującym granicy. Są różne granice. Widoczne, stworzone przez ludzi, ograniczające wolność. Są też granice niewidoczne. Te są groźne, nie powinniśmy ich przekraczać. Są w naszych duszach, to granice święte. Są jak zapowiedzi boże: Nie kradnij. Nie rań drugiego. Nie rób bliźniemu, co tobie niemiłe”. Było to w porze listopadowej. Sejneńska bazylika wypełniła się po brzegi. Dzięki temu zrobiło się nieco cieplej, ale i tak śpiewacy z Hilliard Ensemble byli jak ze średniowiecznego fresku obrazującego dusze z człowieczych ust ulatujące do nieba — tak podczas śpiewu unosiła się z ich ust para. (W kontrakcie, który podpisaliśmy, widniało, że głos każdego z nich ubezpieczony jest na milion dolarów!). Przez ostatnie tydzień w różnych świątyniach Sejn i Suwałk odbywały się koncerty muzyki Arvo Parta. Tego wieczoru jednak program był inny, przygotowany z nieodżałowanej pamięci Andrzejem Chłopeckim, złożony z dedykacji dla Człowieka Pogranicza, czyli dzieł autorstwa kompozytorów młodszego pokolenia z Estonii, Ukrainy, Rosji, Niemiec i Polski. Wybitni muzycy z całego świata, którzy brali udział we wcześniejszych koncertach, teraz grali z partytur stworzonych specjalnie na ten wieczór. Te prawykonania, połączone z miejscem i słuchaczami, z którymi zdążył już przez te dni się zaprzyjaźnić, głęboko poruszyły Arvo. I wtedy, na zwieńczenie koncertu, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał, a najmniej Nora, jego żona, która znała męża z tego, że odrzekał się publicznego wykonywania własnych kompozycji. Arvo ruszył ku muzykom. Na dłoniach miał rękawiczki, których palce wcześniej poobcinał nożyczkami. Nie zdejmując płaszcza, podszedł do fortepianu i... zagrał. W pierwszym rzędzie siedziała Irena Veisaite, matka Aliny. Zagrał „Fur Alina”. Nie trzeba było znać dramatu rozłąki, który wydarzył się na sowieckim lotnisku, kiedy samolotem do Londynu pozwolono odlecieć tylko małej dziewczynce, jej matkę siłą zatrzymując po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Nie trzeba było znać tej historii z 1976 roku o telefonie zrozpaczonej Ireny, po którym milczący od wielu lat kompozytor przebudził się do tworzenia i odnalazł swój głos — tintinnabuli. Nie trzeba było o tym 130 Notatki słów i obrazów wszystkim wiedzieć, by odczuć rozdzierającą siłę pierwszych pojedynczych tonów i zanurzyć się w hesychii trójdźwięków przyjaciela starającego się uciszyć skołatane serce matki. Dwie minuty i dwadzieścia trzy sekundy trwały wieczność całą. Trwają. Nie jeden słuchacz do dzisiaj nosi w duszy długi dźwięk ciszy, która wtedy zapadła. - Słyszysz? - Ciągle słyszę. Tak sobie czasem rozmawiamy... SEJNEŃSKI SPIS ROŚLIN 24 października 2018 Jest coś miłosnego w odkrywaniu imion natury. Dzieci z naszej pracowni przyrody, pod okiem ornitologa Marcina Siuchno odkryły blisko osiemdziesiąt gatunków ptaków w parku krasnogrudzkim. To wiedza, która porusza serce. Podobnie jak ta, którą przekazali mi botanicy o łące w otulinie mojego domu — na jednym metrze kwadratowym, który wybrali do badania, rośnie około dwudziestu gatunków roślin, w większości ziół. Czyż ich rozpoznawanie i wypowiadanie przypisanych im imion nie jest pokrewne inkantacji miłosnej litanii? Zagęszczając przestrzeń, zamieszkujemy pełniej. Im więcej dostrzegamy wokół siebie, tym bardziej zabliźniamy się z obcym, które skrywa się pomiędzy. Obcowanie nasyca świat sympatią. SPIS ROŚLIN znalezionych przez prcfcócra Stanisława iC^rijnę ■$Dcqicla Z UCZNIAMI SZKOŁY WOJEWÓDZKIEJ SEJNEŃSKIEJ, w okolicach Sejn, od r. 1827 — 1830. podał cl. cRota | 4 prof. Uniw. Jagieł. Pan Karol Ratrojcher, zwrócił moj* uwagę w roku 20SJ!|Vim na hiblijoteki dagicUonakićj nabyty, a dotąd nieznany „Popia uczniów Szkoły w«ie-wodzkń j Sejneńskiej dnia 2Ó i 27 Lilteu z rana od gotlziny 12, po południu ml odbywać sic mający. na który zaprasza Szanowną publiczność Rektor imieniem całego instytutu. W Suwałkach. w drukarni wojewódzkiej 1830 r.“ Rzecz drukowana jest in 4-o i zawiera 28 stron liczbowanych. Pierwsza karta mm! noweiei wwairmmir tehib na ™łMl. Dzisiaj nowe odkrycie w zbiorach Biblioteki Narodowej. Dowiaduję się dzięki niemu o ponad czterystu imionach roślin z mojej okolicy, zanotowanych prawie dwieście lat temu. Chodzi o bibliofilską osobliwość pt. „SPIS ROŚLIN znalezionych przez Profesora Stanisława Cyrynę Dogiela z uczniami Szkoły wojewódzkiej Sejneńskiej w okolicach Sejn, od r. 1827-1830”. Odkryta po z górą pięćdziesięciu latach dzięki jej pozyskaniu dla zbiorów Krzysztof Czyżewski 131 Biblioteki Jagiellońskiej przez Karola Estraichera, wzbudziła małą sensację w kręgach naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajął się nią profesor Rostafiński, podając własne rzeczy opracowanie do druku w „Pamiętniku Fizyjograficznym”, tom V za rok 1 885. Opracowanie to oparte jest na tajemniczo zatytułowanym dziełku sejneńskich przyrodników „Popis uczniów Szkoły wojewódzkiej Sejneńskiej dnia 26 i 27 Lipca z rana od godziny 9 — 12, po południu od 3 — 6 odbywać się mający, na który zaprasza Szanowną publiczność Rektor imieniem całego instytutu. W Suwałkach, w drukarni wojewódzkiej 1830 r.” Takie oto święta, w oparciu o pisanie litanii imion przyrody, zagęszczające przestrzeń obcowania, odbywały się wówczas. „Rzecz na czas, w którym pisana i miejsce ogłoszenia przyzwoita” — pisał profesor Rostafiński. Wspomina on wyprawę Wojciecha Jastrzębowskiego z 1829 roku po województwach podlaskim i lubelskim, dzięki której, razem z dwoma innymi przyrodnikami szkół lubelskich, mógł pomóc w powstaniu tej pracy. To, co zadziwiło profesorów UJ, związane było z bogactwem flory Sejneńszczyzny, dla odczytania imion której nie wystarczały spisy roślin dokonane w znanych powszechnie dziełach Jana Kluka, autora 3-tomowego „Dykcyonarza roślinnego” i Stanisława Jundziłła, autora „Opisania roślin litewskich według układu Linneusza”, wydanego w Wilnie w 1811 roku. Pisał profesor Rostafiński: „stan florystyki naszego kraju jest taki, że po upływie pół wieku z górą, przecież warto jest wydobyć z niepamięci tę lokalną florę o przeszło 400 gatunkach.” Mnie samego poruszył język, jakim posługiwał się sejneński przyrodnik Cyryna Dogiel, język dziś zapomniany, który wszak wiele mówi o jego świato-odczuwaniu: „Uwagi nad istotami przyrodzonemi, a szczególnie nad roślinami...” Dzielimy życie z innymi istotami, a to bibliofilskie wykopalisko i nas przecież dotyczy, choć w szczególności, tym razem, przyrodnich nam roślin. O GĘSTOŚCI PRZESTRZENI I OKAMGNIENIU 27 października 2018 132 Notatki słów i obrazów Nam Ghe, z którym wędrowałem przez Bhutan, na życie zarabiał jako bird-watcher Nawet z pędzącego po himalajskich drogach dżipa potrafił z dużej odległości wypatrzeć „ptaszka słońca”, u nas zwanego kwiatownikiem, zaszytego w liściach olbrzymiego rododendrona. Wydawało mi się wtedy, że to jest jakiś geniusz okamgnienia, ćwiczony medytacją w tantryjskiej szkole uwagi. Dzisiaj myślę nieco inaczej. Wielki dar Nama pochodził nie tylko z przyrodzonej bystrości oka, nie tylko z praktykowania tantry, ale także z uważnego zamieszkiwania miejsca. Życie, które zanurza patrzącego w strumieniu przemian czasu i światła, pogłębia widzenie. Nie od razu, ale z upływem tysięcy nocy i dni, nasze zmysły, w tym pamięci i serca, odkrywają tajemnicę światła. To tak, jakby nasze widzenie było studnią, którą można pogłębiać o kolejne cembrowiny. Odkrywam, że żyjąc w Krasnogrudzie, powoli i niepostrzeżenie nabieram tej samej spostrzegawczości co Nam. W okamgnieniu dostrzegam przelot zimorodka, cień pustułki i zmarszczkę na stawie pozostawioną przez ogon pliszki. Dostrzegam każdą zmianę w pejzażu, każdą rysę na ciszy, ruch w listowiu, przemianę barw, odcień eteru, pogłos wiatru, zapach łąki, każdą transmutację światła. Przestrzeń staje się niewyobrażalnie gęsta. Staram się tworzyć jej topografię zatrzymanymi obrazami i najmniejszymi bo najwierniejszymi formami poezji. Ale to jest jak wybieranie ziaren piasku z nadmorskiej diuny. Jeżeli życie w tym się istoczy, to ono nie ma końca. Kiedyś zadziwiało mnie to, że liczba napisanych przez Basho czy Issę haiku mierzy się tysiącami, choc oszczędność słowa była dla nich najwyższą cnotą. Dzisiaj rozumiem ten pajęczy trud zawiązywania promiennych nici w siec głębokiego widzenia. Każde zaniechanie, zaniewidzenie, zagłuszenie czy zaniepamiętanie jest w tej sieci jak puste oczko, przez które wpada się w nie-bycie. Zagęszczanie przestrzeni czyni przejście do Ty. Samo Ja spada w przepaść, gdyż wyjaławia otulinę życia z nieprzeliczonych obcowań, z których każde wyprowadza nas poza siebie. Miłość to nie raz na zawsze upieczony bochen chleba, lecz milion okruchów tworzących między sobą spoiwa uchwytne tylko w czułym okamgnieniu. ĆOLOVIĆ I BIBLIOTEKA 29 października 2018 Dzisiaj nadeszła wiadomość, że w Belgradzie przyszedł na świat „Mali centar sveta”, w przekładzie Jeleny Jović, jako 238 tom „Biblioteki XX wieku”. Mówi się, że każdy człowiek, każde pokolenie ma swoją wojnę — doświadczenie graniczne, kształtujące nas na resztę życia. Moja wydarzyła się w byłej Jugosławii. Wojna zwykle rozrywa długie trwanie i dzieli. Wygrywają z nią ci, którzy potrafią zachować ciągłość i nie są pokłonni frontowym podziałom. Taki jest Ivan Ćolović i jego „Biblioteka XX wieku”. Zainicjował tę serię książek w 1971 roku, a po roku 1988 stał się jej wydawcą. Jedyna w swoim rodzaju kolekcja niewielkich formatem książek, ilustrowanych grafikami Ivana Mesnera, nieco mniejszych od tych z serii Plus Minus Nieskończoność, czyli piwowskiej Biblioteki Myśli Współczesnej. Odnajdywałem je na półkach domowych bibliotek wszystkich ex-jugosłowiańskich przyjaciół, od Lubiany po Skopje i Prisztynę, dostawałem na drogę w Sarajewie, Dubrowniku i Suboticy. „Najbardziej niebezpieczne są te mosty, które próbuje się budować na siłę..Teraz już nie pamiętam, który z nas pierwszy wypowiedział te słowa i czy to było już podczas naszego Krzysztof Czyżewski zapoznawczego spotkania w Belgradzie, zaaranżowanego przez Magdę Petryńską. W każdym razie tego uczyła nas tocząca się dookoła, na ruinach socjalistycznej „drużby narodow” wojna. Przyjechałem prosto z Mo-staru, gdzie w miejscu zabitego Starego Mostu na stalowych linach zawieszona została chybotliwa kładka. Iwan wiedział, że dla odrodzenia tego mostu na niewiele zdadzą się inżynieryjne rekonstrukcje czy propagandowe uściski dłoni polityków. Za podstawę przyjął edukację w długim trwaniu, na przekór wszystkiemu utrzymującą ciągłość tradycji europejskiego humanizmu. Nie przypadkowo pierwszym dziełem wydanym w Bibliotece było „Wprowadzenie do edukacji ustawicznej” Paula Lengranda. Publikował przekłady dzieł światowej socjologii, antropologii czy filozofii, oraz oryginalne prace autorów ze wszystkich krain dawnej Jugosławii. Forum dialogu, które zbudował swoją Bi- 133 blioteką, to mała republika, która ani na krok nie ustąpiła ideologii nacjonalizmu i nie dała się zamknąć w granicach kreślonych na politycznych i wojskowych mapach. Dzieło Ivana Colovicia to oczywiście nie twierdza obronna, lecz praca nad rozumieniem świata, w której bałkańskie doświadczenie pogranicza odgrywa niepoślednią rolę. Dzielę z nim przekonanie, że aby zmierzyć się z kryzysem „tkanki łącznej” współczesnych społeczeństw, trzeba nie tyle praktykować dialog międzykulturowy, ile otworzyć kulturę. Zapytany kiedyś przez Aleksandrę Dziurić Bosnić o przyczyny, dla których kultura staję się pomocna w tworzeniu społeczeństw zamkniętych, odpowiedział: „Myślę, że dominujące dzisiaj rozumienie kultury jest takie, że służy ona bardziej społeczeństwom zamkniętym niż otwartym. Dzieje się tak dlatego, gdyż raison d'etre ich instytucji, w pierwszym rzędzie państwa, jest idea kultury jako systemu zamkniętego. To samo dotyczy wysiłków zastąpienia modeli monistycznych przez pluralistyczne, takie jak wielokulturowość. Właśnie te modele zachowują esencjalistyczny koncept kultury jako zamkniętego, autonomicznego i autochtonicznego systemu wartości, a cały wysiłek skoncentrowany jest na ustanowieniu między tymi kulturami relacji opartych na tolerancji i szacunku, bez starania o to, aby przeciwstawić się ideologicznym (nacjonalistycznym) teoriom, zgodnie z którymi kultury te istnieją osobno, jak monady Leibnitza. Wojny o ustanowienie niezależnych państw na terytorium Jugosławii w ogromnej mierze inspirowane były przekonaniem, że mieszkańcy Jugosławii należą do radykalnie odmiennych, niezdolnych do współistnienia kultur, a w konsekwencji przedstawiano je jako walkę „w imieniu kultury”. [...] Kiedy w moich tekstach piszę o „terrorze kultury”, to jest to w głównej mierze opis stanu rzeczy, nie moja polemiczna teoria. Model międzykulturowości może wpaść w taką samą esencjalistyczną pułapkę jeśli będzie traktował kulturę jako coś istniejącego na zewnątrz tego, co wewnętrzne. [...] We współczesnym świecie w większości żyjemy w między-przestrzeniach kultury, trudno więc uznawać to za koncept utopijny. Dlatego nie mówimy o dialogu między kulturami, tylko o dialogu między tymi, którzy od tego współistnienia uciekają i tymi, którzy w nim się odnajdują.” 134 Dziennik kataloński Paweł Zbierski KATALOŃSKI W „DŁONIE MI SIĘ POZDZIERAŁY...”1 Ilekroć wsiadam do autobusu z napisem: „Pyrenees-Orientales une destination Sud de France”, a robię to kilka razy w tygodniu, dziwię się bardzo: dlaczego do tej pory z tym właśnie regionem Pomorzanie nie zawarli jeśli nie przyjaźni to jakiegoś, paktu, a przynajmniej jakiejś Deklaracji Podobieństwa? Oni mają te swoje komfortowe, klimatyzowane autobusy za jedyne 1 euro, którymi można spokojnie dojechać znad Morza Śródziemnego w głębokie Pireneje, praktycznie do każdego miasta i wioski. Oni - na terytorium Hiszpanii - wytwarzają znacznie więcej, niż wraca do nich od rządu centralnego w Madrycie. Podobnie więc użerają się on z centralną władzą, tak jak my Pomorzanie z Warszawą. W lepszej nieco sytuacji są jednak właśnie Katalończycy północni, podlegający paryskiej centrali. Więc mają północni Katalończycy tę swoją komfortową podróż za 1 euro. A my mamy wreszcie tę swoją kolej metropolitalną jadącą bezpośrednio znad Morza Bałtyckiego wokół kartuskich wzgórz, choć jeszcze nie bezpośrednio w stronę Malborka, Sztumu czy Kwidzyna. Oni mają Katalonczykow i mają wszelkiej maści emigrantów z Hiszpanii, a także z Azji i Afryki a ostatnio zwłaszcza Rumunów, znad Morza Czarnego. My mamy Kaszubów oraz ostatnio zwłaszcza Ukraińców i przybyszów ze wszelkich innych możliwych stron, którzy budują swoją tożsamość z poszanowaniem nie tylko własnej osobistej pamięci, ale także za sprawą nie tak dawno przecież wystygłej kultury Niemców, Holendrów, także Mennoni-tów a nawet Żydów, czy zwróconych wyraźnie ku Europie kijowskich Rusinów... Wszak w kronikach historycznych - co przecież potwierdza także materialnie współczesna archeologia - nie brakuje tropów bardzo silnych niegdyś związków handlowych i kulturalnych dawnego obszaru Morza Śródziemnego oraz Czarnego z równie dawnym obszarem Europy nadbałtyckiej. Co prawda jeszcze w roku 2017 z Gdańska do Barcelony czy Girony i z powrotem można było dolecieć za jedyne 19 euro, w 2018 za tę samą podróż trzeba już było płacić euro kilkaset! To jest skutek szybkiego i bardzo niestety systematycznego oddalania się Polski i Pomorza od Europy. W globalnym ruchu lotniczym zaczynamy być traktowani jak kraj trzeciego świata. Na własne życzenie części polskiej klasy politycznej. Niejako na przekór tej tendencji i wbrew wszelkim koniunkturom powstawała w prywatnej mikroskali Galeria Poray... Cytat z pieśni Lluisa Llacha „Estaka”, którą inspirował się Jacek Kaczmarski Paweł Zbierski 135 PROFESOR RAIMON SALA-ATANER Raimon Sala-Ataner rzadko chyba wychodzi z domu. Albo rzadko do domu wraca. Każda z tych hipotez jest prawdopodobna. Bo od wielu miesięcy nie widziałem go na ulicach rodzinnego Saint Laurent.2 Podobno — jak sam twierdzi — był na otwarciu Galerii Poray. Potężny, dwumetrowy mężczyzna, zupełnie jak pirenejski niedźwiedź. Mimo słusznego wieku trzyma się prosto. W siedzibie Casa de la Generalitat de Catalunya a Perpinya on historyk i honorowy profesor tutejszego Uniwersytetu w jednej osobie, udziela nam kilkuminutowego wywiadu. Wypowiada krótkie, nierozbudowane zdania. Trochę wydaje się rozdarty między pozdrowieniami wymienianymi z kolejnymi wchodzącymi do wnętrza Katalończykami a kwestiami wypowiadanymi wprost do kamery. Gdyby nie był tak ciężki, pewnie by go tu nosili na rękach? Materiał filmowy, grany zresztą jedynie na mikrofon efektowy, nie ma wielkiej jakości emisyjnej, jednak jako zapisany tekst ma niewątpliwą wartość. — Czy katałońska wolność, to problem uniwersalny? — Problem uniwersalny. Katalończycy mają w sobie fundament pacyfistyczny. Demokracja, nacjonalizm są bronione pokojowo. — Nacjonalizm? — Tak, ale nacjonalizm otwarty. —Jak to możliwe? — Otwarty nacjonalizm, nie zamknięty. Katalończycy zawsze szanowali kraje, w których osiadali. Są obecni na Sycylii, w Montrealu, w Neapolu, w Atenach. Problem kataloński jest więc ponad Katalonią, przekracza wszelkie granice. — jakie kraje mają podobne problemy? — To pytanie mnie zaskakuje ... Niegdyś w bloku sowieckim kraje takie jak Litwa, Ukraina, a nawet Polska — może miały może zbliżone problemy. Dziś w Europie Katalończycy są jednak jedyni ze swym problemem. W Hiszpanii mamy prawa, ale te prawa nie są respektowane. Wsadzani są do więzienia ludzie, którzy mają swoje poglądy, którzy chcą mówić własnym, otwartym głosem. I to zaprzecza ideom Europy. Jestem ciekaw, jak mogli by te słowa interpretować Pomorzanie? Tacy jak Mieczysław Struk? Kazimierz Kleina? Artur Jabłoński? Profesor Józef Borzyszkowski? Cezary Obracht-Prondzyń-ski? Jan Wyrowiński? Stanisław Jankę? Ciekaw był bym także innych opinii: Leszka Sarnowskiego, Andrzeja Kasperka, Pawła Huelle, Krzysztofa Czyżewskiego... Raimon Sala-Ataner robi wrażenie człowieka głęboko zanurzonego w kulturze i mentalności swojego katalońskiego narodu. Mimo dość niesprzyjających okoliczności pośpiesznej rozmowy, wydaje się każde z wypowiedzianych zdań zakotwiczać w swoim wieloletnim doświadczeniu i erudycji. Jeśli do tej pory widziałem gdzieś uosobienie nie tylko niedźwiedzia, ale też upartego katalońskiego osła będącego w opozycji do byka z Madrytu, to profesor Raimon Sala-Ataner wydaje się prawdziwym ucieleśnieniem tych zwierząt. Fakt, że na ulicach Saint Laurent profesora nie widać... 2 Saint Laurent de Cerdans - miejscowość leżąca na terytorium Republiki Francuskiej, odległa zaledwie 15 kilometrów od granicy Hiszpanią. Tradycja tego miejsca sięga wczesnego średniowiecza. W Saint Laurent de Cerdans istnieje „Galeria Poray” oraz siedziba firmy „Fontaine Media”, w której pracuje autor tej publikacji. 136 Dziennik kataloński * Kulminacją zdarzeń rozgrywających się na ulicach Saint Laurent wydaje się swoisty mix międzyludzki, wybuchający zwłaszcza latem przy ulicy Jean Jaures. Właśnie wtedy ludzie miejscowi mieszają się tu z Francuzami, przybyłymi na wakacje z głębi Francji, Holendrami i Niemcami jadącymi w Pireneje w całych caravaningach, Belgami, Szwajcarami a przede wszystkim Brytyjczykami coraz chętniej osiedlającymi się w tych okolicach. Mimo Brexitu. Nie brakuje także Amerykanów i Japończyków. Uchodźców z krajów arabskich jeszcze tu nie widziałem. Wśród odwiedzających są artyści chętnie odwiedzający latem Galerię Poray. - To taki burdel kulturowy! - komentuje sytuację ze śmiechem drwal z najbliższego sąsiedztwa. I obiecuje, że może kiedyś wpadnie do Galerii. — Większość Katalonczykow uważa, że Europa obnosi się z walorami, których sama nie przestrzega. W ten sposób Europa się dewaluuje - podsumowuje profesor Raimon Sala-Ataner. CZTERY PORY ROKU Typową cechą tego regionu są z jednej strony: przejrzystość powietrza z całorocznym brakiem tak charakterystycznego dla Pomorza smogu, z drugiej strony najwyższy w Europie poziom nasłonecznienia. odróżnieniu od Pomorza Katalonia północna zachowała klarowny i jasny podział na cztery pory roku: wiosnę, lato, jesień i zimę. Każda z tych pór roku zasługuje na osobny tekst. Faktem jest, że zwłaszcza jesienią i zimą następuje dla katalońskości najwyższa weryfikacja. Bo poza emigrantami z V/ielkiej Brytanii prym w Saint Laurent wiodą nieomal wyłącznie miejscowi i to oni wyznaczają powtarzalny - wraz ze wszystkimi refrenami -rytm tego miejsca. Kto i kiedy wędruje przez Saint Laurent, zwłaszcza zimową porą? Zazwyczaj jadą Kata-lończycy od hiszpańskiej strony granicy, od Figueres, do Katalonii północnej. Czyli wjeżdżają codziennie na terytorium Francji. Każdego ranka, jeszcze przed wschodem słońca, przybywają więc od strony Figueres - rodzinnej miejscowości Salwadora Dali, właśnie przez Saint Laurent. Jadą więc, bo we Francji jest dziś łatwiej o pracę. Ale żeby przejechać muszą się chociaż otrzeć lewym bokiem auta o trzykondygnacyjny dom z kamienia, zbudowany na przełomie XIX i XX stulecia na wzór „osmańskich budynków Paryża. Dom z charakterystycznym, czarnym, spadzistym dachem - jedynym chyba takim dachem w całych Pirenejach Orientalnych. Od niedawna dom jest zaopatrzony w szyld z nazwą Galerii Poray, przy ulicy nazwanej imieniem słynnego francuskiego socjalisty, którego portret zajmuje dumnie najważniejszy kadr w gabinecie pana mera Saint Laurent. Pan Louis Caseilles gotów jest zresztą godzinami opowiadać o tym francuskim polityku. Po przejechaniu kilku peletonów aut z hiszpańską rejestracją na ulicę Jean Jaures wracają po epizodach nocnych polowań katalońskie koty: wychudzone albo opasłe, bure, śnieżnobiałe i kruczoczarne. A także ciemno i jasno rude. Wracają na swoje ulubione stanowiska, prężąc się i mrucząc na progach katalońskich domów. Wraz z tymi kotami wąskie uliczki zaczynają zaludniać drepczący drobnymi krokami starcy: stare, dziarskie kobiety i leniwi mężczyźni. Wszyscy rzucają szybkie, ukradkowe Paweł Zbierski 137 spojrzenia w stronę bilbordu z kolorowym rysunkiem skąpo odzianej w pióra tancerki paryskiej rewii. Wszyscy wędrują w stronę pobliskiej bulangerii, przy zbiegu dwóch najbliższych ulic. Wracają tylko niektórzy, dwa razy szybszym krokiem, z bagietkami pod pachą. Od początku intrygowało mnie pytanie: gdzie się podziewają pozostali klienci lokalnej piekarni? Po starcach na ulicę Saint Laurent wbiega dwójkami, a nawet czwórkami nastoletnia młodzież szkolna, śpiesząc do tego słynnego autobusu za 1 euro. Pojadą stąd na cały dzień do Sur-Tech, do Ceret a nawet do Perpignon — stolicy północnej Katalonii. Ciekawe wydaje się świadectwo, jakie wypowiada Josep Puigbert, najważniejszy w Katalonii północnej, reprezentant rządu Katalonii: Urodziłem się w Figures, czyli w Katalonii Południowej, 70 kilometrów od Perpignone. Pracuję więc w Perpignon, ale mieszkam w Figures. Cała moja rodzina to Katałończycy. Moi dziadkowie i pradziadkowie urodziłi się na tym samym terytorium. Zawsze słyszałem język kataloński używany przez rodziców, przez dziadków. Nawet wtedy gdy było to zabronione, za rządów generała Franco. Kułtura katalońska to moja kultura. Uważam siebie za Katalończyka, nie za Hiszpana. To odczucie może jeszcze bardzie narosło we mnie w ostatnich latach, kiedy widziałem bardzo wyraźnie, że Hiszpania nie chce zrozumieć Katałonii. Mój ojciec nie mógł normalnie mówić po katalońsku. Ja i moje dzieci już nie musimy się ukrywać. Nie życzę sobie, by Katałończycy musieli się pytać czy mogą być Katałończykami. Są Katalończykami. I basta. Jestem dumny z historii i kultury Katalonii. Jesteśmy dużym krajem i dużym wysoko rozwiniętym, bardzo przedsiębiorczym społeczeństwem, nastawionym pacyfistycznie. Ale chcemy najzwyczajniej w świecie niepodległości, by bronić tego, co oczywiste. W Hiszpanii niektórzy politycy zapomnieli jakie są walory republiki, wolności, demokracji, braterstwa i równości — te które we Francji obowiązują. * Bez względu na porę roku tutaj w Saint Laurent króluje nad wszystkim masyw Świętej Góry Katalonii — zamglonej albo zaśnieżonej od listopada aż do końca maja. PUIGBERT ODDYCHA „ESTAKĄ” Kompetencje Casa Generalit trudno przecenić i trudno powiedzieć, kto jest w Perpignon ważniejszy: Philippe Chopin, reprezentant Paryża, czy może właśnie on — Jozep Puigbert, dyrektor tej instytucji, przedstawiciel najwyższej władzy katalońskiej? Casa Generalit to delegacja Rządu Katalońskiego, która mieści się w Perpignon, czyli w Północnej Katalonii. Domeną Casy są relacje graniczne, instytucjonalne. Robią promocję kultury katalońskiej, ułatwiają wymianę ekonomiczną i turystyczną, zarządzają także transportem. JOZEP PUIGBERT: — Katalonia północna ma tradycję czterech stuleci. Królowie Hiszpanii i Francji cztery wieki temu zdecydowali, że podzielą Katalonię na część francuską i hiszpańską. Na początku Katalonia była wszędzie. Ale historia sprzed czterech wieków spowodowała, że Kata-lończycy północni przesiąkli kulturą francuską. W Perpignon poziom znajomości języka 138 Dziennik kataloński katalońskiego w skali od 1 do 6 oceniam na dwa. Na samej granicy wzrasta do czterech. Im dalej na północ tym mniejsza świadomość tożsamości katalońskiej. Im dalej na południe, w stronę Barcelony, tym bardziej ta znajomość języka wzrasta. Jadąc z moją szefową, Aleksandrą Fontaine, na spotkanie z Puigbertem myślimy z jednej strony o Jacku Kaczmarskim, a z drugiej strony o Llachu, którym Kaczmarski tak mocno się inspirował w „Murach”: -Jestem wiernym admiratorem Lluisa Flacha, który jest tutaj bardzo znany. Pieśń, którą zaśpiewał po raz pierwszy 40 lat temu jest niestety znowu aktualna... Dla wielu Katalończyków ta pieśń brzmi wciąż jak pobudka. „Estaka.” - Mieliśmy tę pieśń w finale naszego spektaklu, w Teatrze Perpignon. W prologu był Jacek Kaczmarski i jego „Mury”. Puigbert odnosi się, poprawia na krześle, drapie się za uchem i troszkę się rumieni. — Teraz? — pyta znienacka... — Tak, teraz! — prosimy zaśpiewać. Stary Siset powiedział mi O świcie, w wejściu do bramy Podczas, gdy czekaliśmy na wschód słońca Iprzygłądałiśmy się przejeżdżającym samochodom Siset: Czy nie widzisz pala Do którego wszyscy jesteśmy przywiązani Jeśli się nie uwolnimy od niego Nigdy nie będziemy mogli odejść. [.■■I Jest pewne, że upadnie, upadnie, upadnie Bowiem powinien być już dobrze podgniły Ale, minęło już dużo czasu Dłonie mi się pozdzierały i jak tylko opuściłem je na chwilę On stawał się coraz cięższy i coraz większy Już wiem, że jest podgniły ale jest tak, Siset, że jest bardzo ciężki A siły już kilkakrotnie mnie opuściły. — Co więc jest dziś kręgosłupem Katalonii, panie dyrektorze? Kręgosłupem Katalonii jest wspólna historia po obu stronach dzisiejszej granicy: hiszpańskiej i francuskiej. Mamy tę samą flagę, te same nazwiska. Ale za generała Franco bardzo wiele straciliśmy... - Co z wami było za panowania generała Franco, poza tym, że pańskiemu ojcu nie pozwalano mówić po katalońsku? Paweł Zbierski 139 — Podczas działalności Franco wielu Katalończyków wyemigrowało do Francji, gdzie osiedlali się zwłaszcza w rejonie Valespir. - I co z tego wynika dziś? — Istnieje współpraca polityków francuskich i katalońskich, w takim kierunku byśmy wspólnie szli ku Europie. Jest w tym regionie bardzo wiele możliwości, ale są też problemy, takie jak różne systemy transportu. Ten region wokół Perpignon admiruje całą Katalonię i w ostatnim czasie wykazał bardzo wiele zrozumienia dla katalońskiej sprawy. Perpignon jest mocno przywiązane do Katalonii. - A miał pan okazję przywitać się już z reprezentującym Francję Philippe Chopin, który niedawno odwiedził nas w Galerii Poray? - Z poprzednim prefektem miałem świetną relację osobistą, Philippa Chopin jeszcze nie miałem okazji poznać, albo ja byłem na urlopach, albo on miał zajęcia. Ale wszystko przed nami! Wyraźnie się ożywia gdy pada pytanie o Barcelonę. Przyznaje, że jest fanem FC Barcelona. O Orwellu: „Wiem, że „W hołdzie Katalonii” to ważna książka, ale jeszcze nie czytałem...” O Donaldzie Tusku: „Znam go dobrze z mediów, ale nie znam jego osobistej drogi i doświadczeń...” — A co z naszą wspólną Europą, panie dyrektorze? — Jeśli chodzi o Europę, trzeba myśleć o teraźniejszości. Bo teraźniejszość to także przyszłość. Powinniśmy być więc bardziej Europą ludzi, obywateli, a nie państw! O Kaszubach i Pomorzu: jeszcze nie słyszał. — Co jest teraz najważniejsze dla teraźniejszości. I dla przyszłości? — Jeśli mamy konkurować z innymi mocarstwami na świecie powinniśmy się skupić na ludziach, na obywatelach a nie na polityce państw: Madrytu, Paryża czy Warszawy. Konkurencja z takimi krajami jak Chiny czy Indie jest poważna... Europa myśli tu jednak za dużo o czystej ekonomii, a za mało o ludziach. Mogę wam ułatwić kontakt z szefem prasowym prezydenta Katalonii. — Z pewnością skorzystamy.3 * Podobieństw między Polską a Hiszpanią jest podobnie wiele jak między Katalonią i Pomorzem. Ale to są inne podobieństwa. Podczas manifestacji w Madrycie wznoszono parafaszystowskie hasła z okazji rocznicy śmierci generała Franco, niewiele inaczej wyglądał w swojej monokulturowej stylistyce „Marsz Niepodległości w Warszawie” a ONR złożył swój własny hołd generałowi Franco. ’ Na temat UE Katalończycy wypowiadają się sceptycznie, głównie z powodu — ich zdaniem — niedostatecznej reakcji Brukseli na wyniki referendum z 2017 r. w sprawie niepodległości Katalonii, a także z powodu braku właściwej — jak sądzą reakcji na łamanie w Katalonii praw człowieka przez Hiszpanię. W środowisku tym bywają jednak głosy wyżej oceniające Donalda Tuska od innych polityków UE jako rozumiejącego Katalonię podmiotowo, a nie przedmiotowo. 140 Dziennik kataloński Podczas Parady Niepodległości w stolicy Pomorza tradycyjnie manifestowano jedność w całej różnorodności gdańszczan, podobnie jak w Katalonii, rocznicę krwawo stłumionych przez hiszpańską policję demonstracji z 2017 roku uczczono całą falą, bezkrwawych, pacyfistycznych protestów ludzi z południowej i północnej Katalonii. W tym samym czasie, gdy w Madrycie palono flagi Katalonii. Oczywiście pomorsko-katalońska paralela nie oznacza, by trzeba było wzywać w Polsce do jakiegoś - nie daj Boże - separatyzmu. Pokazuje jednak dobitnie żywotność regionów, a niekoniecznie tylko państw narodowych, w dziele odrodzenia tej naszej nieco już skap-caniałej i troszkę wymęczonej , wspólnej Europy... Saint Laurent de Cerdans, w październiku i listopadzie 2018 Marzena Bernacka-Basek 141 WYTYCZAŁEM GRANICE ŁOTWY Z Zygmuntem Błażewiczem rozmawia Marzena Bernacka-Basek Z wykształcenia jestem nauczycielką języka polskiego, hiszpańskiego i slawistką, z powołania edukatorką i działaczką społeczną. W ubiegłym roku podjęłam pracę w polskiej szkole na Łotwie skierowana tam przez Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą. Wraz z rodziną wyjechałam do Krasławia, niewielkiego miasta, leżącego na dawnych Polskich Inflantach. Jest to kraniec Unii Europejskiej, obrzeże znanego mi, europejskiego świata. W sensie geograficznym, nie jest to daleko, ale w każdym innym — jest. Krasław, podobnie jak cała Łatgalia, jeden z czterech regionów Łotwy, jest zakorzeniony w wielokul-turowości. Symbolem tego jest herb miasta: łódź Autorka z bohaterem wywiadu, fot. archiwum domowe Z. Błażewicza z pięcioma wiosłami. Każde z nich symbolizuje inną kulturę, która wpływała na rozwój miasteczka i regionu, na kształtowanie się jego charakteru: łotewską, białoruską, polską, rosyjską i żydowską. Nad Krasławiem góruje wielki dwór hrabiowski rodziny Platerów, spolonizowanej niemieckiej szlachty, która w sposób znaczący wpłynęła na rozwój miasta. O historii, geografii tego regionu, sytuacji demograficznej i kulturowej napisano już wiele artykułów, w różnych językach. Dla mnie istotna była sytuacja języka polskiego. Spędziłam tam 9 miesięcy. Pracowałam jako nauczycielka języka polskiego w Polskiej Szkole im. hr. Platerów, prowadziłam kursy języka i kultury polskiej dla dorosłych. Wtapiając się w lokalne środowisko, próbowałam poznać miejscową społeczność (nie tylko Polonię), ich mentalność, problemy, nadzieje. Zrozumieć ich. W pierwszym kontakcie są to ludzie zamknięci, zdystansowani, bardzo ostrożni, dopiero z czasem i powoli otwierają się, mówią o sobie, dzielą się swoimi przemyśleniami. Przez kilka miesięcy byłam tam obca, musiałam włożyć bardzo dużo pracy, serca, optymizmu i energii życiowej, by dostać w zamian uśmiech, dobre słowo, a potem także bliny, pierogi (czyli ciasta), pomidorki w occie, dżem żurawinowy, łotewskie symbole etniczne do powieszenia na choinkę, miejscową herbatę, piękne słowa, piosenki i przywiązanie. A także ten wywiad. Pana Zygmunta poznałam na kursie języka polskiego. Zadzwonił do mnie któregoś dnia pan, który płynnie mówił po polsku, z prośbą, by dopisać go na listę słuchaczy. Ponieważ pozostali kursanci byli głównie początkujący, byłam pewna, że po pierwszych zajęciach pan Zygmunt zrezygnuje. Jednak od tamtej pory był na każdych zajęciach aż do ostatniego spotkania. Uczestniczył również w akcji Polska Szkoła czyta dzieciom, czytając wiersze Jana Brzechwy najmłodszym uczniom krasławskiej szkoły. Zaopiekował 142 Wytyczałem granice Łotwy się niewielkim zbiorem polskiej literatury współczesnej, którą udało mi się zorganizować i zgodził się na wywiad. Nie bardzo ingerowałam w język mojego rozmówcy podczas opracowywania wywiadu. Standardowo wyrzuciłam powtórzenia i czasem wygładziłam to tu, to tam. Pan Zygmunt rzeczywiście tak dobrze mówi po polsku, choć będzie temu zaprzeczał. Czasem, zbyt rzadko i niestety na krótko, spotykamy na swojej drodze pięknych ludzi. Marzena Bernacka-Basek: — Proszę opowiedzieć o sobie... Zygmunt Błażewicz: - Urodziłem się we wsi Bartkiewicze, 11 kwietnia 1953 roku. Moi rodzice nazywali się: Tekla i Adam Błażewicz. Mama z domu Kondziorko. Uczyłem się w Pierwszej Krasławskiej Szkole Średniej. Ukończyłem ją w 1971 roku. Następnie wstąpiłem na Uniwersytet Łotewski w Rydze na wydział Historii i Filozofii. Studia ukończyłem w roku 1979. — Dlaczego wybrał Pan właśnie taki kierunek studiów? -Tematy historyczne były mi bardzo bliskie. Zawsze ciekawiła mnie historia. Wiedziałem jednak, że nie będzie łatwo pracować w tym kierunku, ponieważ była narzucona ideologia. Nie pracowałem zatem jako nauczyciel w szkole, bo uczyć i przekonywać dzieci do czegoś, czego sam nie jesteś pewny, to nie jest sprawa dobra i prosta. — Jaką zatem podjął Pan pracę po studiach? - Dłuższy czas pracowałem jako trener strzelania z karabinu w szkole sportowej. Tę pracę skończyłem w 1991 roku. A potem zaczęły się nowe czasy. V7szyscy byliśmy romantykami, wszyscy walczyliśmy o wolność, o Łotwę, żeby zdobyć niezależność od Związku Radziec-kiego. 1990 roku, 4 maja, została przyjęta deklaracja niepodległości i inne podstawowe dokumenty. Jeden z pierwszych dawał podstawy do wyznaczenia i kontrolowania granic Łotwy, która miała swoje terytorium i mieszkańców, ale nie było żadnych granic. Zostałem zaangażowany w te działania. W październiku 1990 zaczęliśmy tę pracę. Mówili, że to odnowienie granic, ale faktycznie musielismy zacząc od zera. Nie wiedzieliśmy ani jak, ani gdzie pracować, nie było też żadnej bazy materialnej, to wszystko trzeba było zrobić. No i kontrolowaliśmy, wszystko na początku było cicho i dobrze. Aż do maja 1991 roku, Do ataku OMON-u na nasze celnie [posterunki celne — przyp. red.]. Zostały one zniszczone, spalone, pracownicy zastraszeni, lo był bardzo trudny, trzymiesięczny okres, bo nie byliśmy pewni, co się może wydarzyć. - Na czym dokładnie wtedy polegała Pana praca? - Musieliśmy przywieźć domki tymczasowe, szlabany ustawić, niczego tam nie było. Żadnej łączności telefonicznej, prądu, były tylko pola i droga. Musiałem sobie zorganizo-wać ludzi do pracy i nauczyć ich tej pracy. — Wróćmy do 23 maja 1991 roku... - Wczesnym rankiem, około wpół do piątej, OMON zrobił najazdy na punkty celne Łotwy i Litwy, jeden z tych ciosów spadł na nas. Tamtej nocy pracowało trzech celników i dwóch milicjantów, którzy byli uzbrojeni w automaty. Omonowcy napadli na nas znie- Marzena Bernacka-Basek 143 naćka. Rozbroili naszych milicjantów, zerwali naszywki naszym celnikom, zabrali dokumenty, sejf, wyrwali barierę drogową, zastraszyli wszystkich i w końcu spalili celnię. Ale jeszcze tego samego dnia wieczorem przywieźliśmy budkę i kontynuowaliśmy pracę. Nastał trudny czas. Nie wiem nawet, z czym mogę porównać uczucia tych trzech miesięcy między 23 maja a 21 sierpnia 1991 roku, czyli do dnia, kiedy został stłumiony pucz w Moskwie. Było bardzo trudno, wszyscy byli zastraszeni, już nie można było znaleźć pracowników do pracy na celni. Nie wiedzieliśmy, co robić. Być na celniachl Iść do lasu? Zdecydowaliśmy jednak pracować dalej. — Czy granice z tamtego czasu są dziś identyczne? Pokrywają się? — To były granice umowne. Podjęto decyzje o zrobieniu punktów kontrolnych na drogach państwowych. Na początku na granicach z Białorusią i Rosją, a potem z Estonią i Litwą też. Następnie w Rydze, w porcie postawiono punkt graniczny. Takie były początki. - Co by Pan uznał za swój największy sukces? — Tak na poważnie to trudno mówić o własnych osiągnięciach, nie jestem ani sportowcem, ani pisarzem, ani dziennikarzem, w ogóle człowiekowi trudno mówić o samym sobie, szczególnie o sukcesach. Prawdę mówiąc sukcesów u mnie, jak to u zwykłego człowieka, nie było. Jeśli mówić natomiast o wspólnym sukcesie, to już troszeczkę opowiedziałem. Walczyliśmy razem o tę wolność, o Łotwę i ostatecznie wygraliśmy. To na pewno wielki sukces, choć ja nie wiem, jaki jest w tym mój udział. — Ten rok — 2018 musi być dla pana szczególny. Łotwa obchodzi swoje setne urodziny, a Pan się do tego przyczynił. Rok 1927. Mama Z. Błażewicza ma 10 lat i jest uczennicą szkoły powszechnej, stoi w górnym rzędzie druga od lewej strony, jot. archiwum domowe Z. Błażewicza 144 Wytyczałem granice Łotwy -Tak... Byliśmy wtedy takimi romantykami, tak jak niektórzy bohaterowie powieści Bolesława Prusa... Ale też nie wszystko jest dziś tak, jak wtedy sobie wymarzyliśmy. O wielu rzeczach chce się tylko pomilczeć. — Czego życzy Pan Łotwie na jej stuletnie urodziny? - Żeby zawsze był w niej słyszany plusk tych 5 łatgalskich wioseł. Ten herb Krasławia, łódź z pięcioma wiosłami, jest szczególny. Przypomina o tym, że naszą kulturę budowały różne narodowości. Ta różnorodność jest wielką szansą, lepiej jest przecież znać dwa lub trzy języki zamiast jednego. Życzyłbym mojej ojczyźnie, żeby wszyscy jej mieszkańcy żyli w zgodzie i pracowali dla Łotwy. Żeby było w niej miejsce na pamięć i kultywowanie wszystkich kultur. — W ilu językach Pan mówi, czyta, pisze? — Można powiedzieć, że w trzech: dobrze mówię, czytam i piszę w języku rosyjskim i łotewskim, czytam i rozmawiam dobrze w języku polskim. Jeśli chodzi o pisanie po polsku to raczej poziom początkowy. — Panie Zygmuncie, to nie jest to poziom początkowy. Widać, że ma Pan szczególny stosunek do języka polskiego... — Język polski jest mi najmilszy, pierwsze słowa, które słyszałem w życiu i uczyłem się od matki, ojca, babki były po polsku. Pierwszych liter uczyłem się z polskiego „Elementarza” Mariana Falskiego. Już w dzieciństwie i długo potem myślałem, że ci, którzy mówią po polsku są wyłącznie dobrymi ludźmi, że polski jest językiem dobroci i przyjaźni, a nawet, że w tym języku nie można kłócić się, ani obrażać, ani być uszczypliwym. Taki ten polski świat wydawał mi się wesoły, piękny, tak jak dzieci i nauczycielki z elementarza Falskiego. I to tak we mnie pozostało. Piękny język, szczególnie, kiedy mówią Polacy, można siedzieć i słuchać jak organów w kościele, jak Bacha... — Zna go Pan również przez pryzmat literatury. .. — Czytałem te polskie książki, niektóre przyległy do mojego serca. Która polska książka jest dla mnie najważniejsza? Znalazłem coś wyjątkowego: „Lalkę” Bolesława Prusa. Może i sto książek jest o podobnych tematach, ale to właśnie ta mnie tak wzruszyła. W żadnym języku nie czytałem czegoś podobnego. Autor podejmuje problemy z bardzo szerokiego zakresu: miłość, przyjaźń, praca, polskie społeczeństwo, interesy, polityka, a głównie to jednak złożoność człowieka. Bo ta powieść jest o człowieku. I w tej powieści autor nam przedstawia cały wachlarz charakterów i osobowości. Jedyna wizyta w Polsce - Wawel 1974 r, fot. archiwum domowe Z. Błażewicza Marzena Bernacka-Basek 145 Ich nadzieje, ich marzenia, codzienne rozterki, nieszczęścia. A jaki język jest świetny, jak ułożone te zdania!... Sugestia słów. Autor posługuje się różnymi formami wypowiedzi, wprowadza nowe rozwiązania, jak pamiętnik Rzeckiego i monologi wewnętrzne. Wokulski przeżywa głębokie rozterki, on się miota między rozumem a uczuciem. Jego postać jest niesamowicie złożona. Zbił fortunę, stał się człowiekiem bogatym dzięki swej pracowitości i talentom. Nie jest jego celem, ani majątek, ani pieniądze, on to robi, żeby zdobyć serce Izabeli, bo ona jest arystokratką i tylko stając się człowiekiem bogatym, Wokulski może się do niej zbliżyć. A żeby on zajrzał, co dzieje się w jej duszy, to uciekłby z przestrachem. A dokąd mógłby uciec? Jest właśnie ta druga kobieta, Helena, mieszczanka, piękna, pracowita, kobieta skromna, dobra, jak anioł, oni utrzymują przyjacielskie stosunki. Wokulski pomaga jej, wyręcza, przyjmuje na robotę do siebie, przypatruje się jej, wieczory spędzają na rozmowach. Ale miłość Wokulskiego to przecież Izabela. Jego słońce, jego życie, jego szczęście. Nie może tego zaćmić żadna chmurka. I on jest tym uczuciem tak przepełniony, że nawet nie mówi o miłości do Izabeli, to jest dla niego stan naturalny. Wreszcie dostrzega, że ta lalka nie może nikogo kochać, widzi to i rozumie, ale jego serce zawsze należy do Izabeli. I co dalej? Wokulski staje się człowiekiem ciężko poranionym. Nie wiemy, co się z nim ostatecznie stało, ale jeśli pozostanie wśród żywych, nie będzie już tym samym człowiekiem, co dawniej. I kto pomoże Wokulskiemu, człowiekowi, który tyle pomagał innym... Na pewno o tej książce napisano wiele tomów prac naukowych, ale nikt nie znalazł na to odpowiedzi. Ta książka ukazuje też granice społeczne, których nie można przekraczać. Te granice, niewidoczne, istnieją. Nawet dziś każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Świetnie napisana i zbudowana powieść, mistrzostwo! I o życiu, i o śmierci, i o miłości. - Do dziś przechowuje Pan swój elementarz. - Tak, moja babcia uczyła mnie z niego pierwszych liter. Dużo mówiliśmy w domu z matką i babcią po polsku, ale też coraz więcej po rosyjsku. Polskie szkoły już krótko po wojnie, w latach 1947-48, zostały zamknięte. Była więc szkoła rosyjska i łotewska. Ale do I Komunii przygotowywałem się po polsku. Uczono nas mówić pacierze po polsku, zapisywaliśmy je natomiast łotewskimi literami. Taką metodę wybrali, żeby ułatwić naukę. - Skąd pochodzi Pana rodzina na Białorusi? To miejscowość Dundery w rejonie brasławskim. Mój dziadek, Izydor, który mieszkał w Dunderach, jeździł na zarobek na Litwę. Tam poznał swego przyszłego teścia, pewnie w jakiejś karczmie. Pradziadek powiedział, że ma córkę na wydaniu, bo ona ma już 18 lat, a rodzina była wielka. Izydor był młodym chłopcem z biednej rodziny. Ale widać spodobali się sobie i pobrali. Mieli potem dziewięcioro dzieci, ale tylko jedna córka i dwaj synowie przeżyli. Pozostali zmarli w młodym wieku. - Jak znaleźliście się tu pod Krasławiem? - Mój ojciec urodził się we wsi Ozierce, przy Skajście. To takie miasteczko i nazwa stacji kolejowej, około 10 km od Krasławia. Potem mieszkał na lewym brzegu Dźwiny, między Krasławiem i Dynenburgiem, a roku w 1930 kupił tu ziemię. Zbudował dom, z żoną mieli dwoje dzieci, ale umarły w niemowlęctwie. Jego żona również umarła w 1950 roku, a dwa lata później ożenił się z moją matką. Urodziłem się 1953 roku, w tym domu. Mój ojciec, jako żołnierz armii carskiej podczas I wojny światowej, był na froncie i został ranny, leczył 146 Wytyczałem granice Łotwy się w Moskwie, potem był w Petersburgu, uczestniczył też w rewolucji lutowej, widział działaczy, tych demonów rewolucji: Trockiego, Lenina. Mówił, że Trocki z łatwością przekonywał ludzi, żołnierzy do swoich idei. Co dokładnie tam robił mój ojciec, nie wiem. Potem zajmował się gospodarką. Moja matka, kiedy miała 20 lat, pierwszy raz wyszła za mąż za Michała Grudzińskiego. On był osadnikiem. Jako oficer armii Piłsudskiego po wojnie polsko-bolszewickiej dostał ziemię w Fedorinkach. Ich małżeństwo trwało krótko, tylko 2 lata. W roku 1939 Grudziński zachorował na zapalenie płuc i zmarł. I kto wie, jak potoczyłby się los matki, gdyby on żył. Zapewne zostałaby wywieziona na Syberię jako żona oficera. Po śmierci męża, zostawiła w Fedorinki, mieszkała w Dunderach. Wieś znajduje się w odległości 15 km Krasławia. Tam rodzice się poznali. - Kim właściwie Pan się czuje? Jak określiłby Pan swoją tożsamość narodową? Chciałbym umieć znalezc jednoznaczna odpowiedz. Jak jest w rzeczywistości? Na co dzień mówiłem w pracy po łotewsku, wszystkie formalności w pracy załatwiałem po łotewsko, ale języka polskiego używała moja mama i chociaż ten język mi jest najmilszy, nie mogę powiedzieć, że czuję się na 100 procent Polakiem. Z łotewskim i rosyjskim jest tak, że ja nawet nie zauważam, kiedy przechodzę z jednego języka na drugi. telewizji mówią w obu językach, podobnie jest, kiedy załatwiamy jakieś sprawy w urzędach lub spotykamy się towarzysko. Słyszę, w jakim języku drugi człowiek lepiej mówi i przechodzę na ten język. Ale chciałbym mówić więcej po polsku. Coś zostało zaniedbane, ale to sytuacja polityczna mocno się do tego przyczyniła. — Jakie zwyczaje dominują u Państwa w domu? Czy są związane bardziej z którąś z kultur? — Tylko z polską, jesteśmy katolikami. Obchodzimy wszystkie katolickie święta, chodzimy na msze po polsku. Modlimy się w języku polskim. Staram się jak najwięcej obcować z tym językiem. Słucham polskich audycji w radio, np. Lato z radiem, oglądam polską telewizję, zawsze interesuję się, co się dzieje aktualnie w Polsce. Również w polityce. Nawet gdy studiowałem, moją pracę dyplomową napisałem na temat polskiej polityki zagranicznej w latach 1929-1933. Wtedy, kiedy mieliśmy wspólna granicę, kiedy te relacje polsko--łotewskie były dużo bliższe. Starałem się zawsze tej polskości nie zarzucać. — Czy często odwiedza Pan Polskę? — Jeden raz byłem w Polsce. Mam z tamtego wyjazdu pamiątkę — zdjęcie. Jest to rok 1974, byłem w odwiedzinach u córki przyjaciółki mojej mamy, razem pojechaliśmy zwiedzić Wawel. Oni mieszkali na przedmieściach Bielsko-Białej. Przyjaciółka mojej mamy miała na imię Tekla, tak jak moja. W roku 1939 została wywieziona na Syberię, po wojnie wróciła, ale już nie w Dundery, pojechała do Polski. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy pojechałem do Polski. Więcej nie było okazji. Jestem pewien, że dużo zmieniło się w Polsce w ostatnich czasach. Chciałbym jeszcze raz zobaczyć Kraków i Wawel, może zajechać do Częstochowy. Na pewno zwiedziłbym też któryś z obozów koncentracyjnych. Wtedy nie byłem. — Jak Pan postrzega przyszłość polskiej kultury, języka, tożsamości na Łotwie, na dawnych Inflantach Polskich? Marzena Bernacka-Basek 147 - Kiedyś, jak byliśmy na zjeździć Polaków, pani z polskiego poselstwa mówiła o tym właśnie i nazwała to ważnym wyzwaniem. Wyraziła obawę, że za 20 lat może tu nie być Polaków. I czemu to tak jest? Przecież tu u nas w Krasławiu działa polska szkoła już prawie 30 lat, a to oznacza, że ją ukończyło sporo uczniów. Na pewno wśród nich byli zdolni uczniowie, którzy świetnie mówili po polsku, pisali, brali udział w konkursach, skończyli szkołę i co się dzieje? Kto przychodzi do Związku Polaków? Tyle trudu, tyle nadziei i nikogo z młodych nie ma. I któż to winien? Na pewno sami Polacy, że nie zachęcają do aktywności, ale z drugiej strony to też te czasy jakoś robią swoje, że tak maleje liczba zaangażowanych Polaków w Krasławiu. Nie mamy do kogo mówić po polsku. Po co tyle starań, po co Pani z tymi maluchami robi to wszystko, uczy ich, aby oni zapomnieli po 5 latach? A my wszyscy to tacy starzy, 60, 70, 80 lat... - Czytałam gdzieś, że Łotysze są bardzo związani z piękną przyrodą swego kraju... -Tak, bardzo mi się tu podoba pod tym względem. Zdaje mi się, że najpiękniejsze miejsce do życia, to Łotwa. - Polska w 2018 roku świętuje setną rocznicę odzyskania niepodległości. Czy to święto jest Panu bliskie? — Z serca my jesteśmy Polakami, cieszymy się wszystkim tym dobrem, co jest w Polsce. Wszystkiego najlepszego dla Polaków i dla Polski, szczęścia, żeby Polskę prowadzili mądrzy, rozważni ludzie, którym zaufało całe społeczeństwo. Z naszego punktu widzenia chcemy podziękować Polsce za poparcie Łotwy, to było i w 1920 roku, kiedy walczyła armia Rydza--Smigłego i za obecne poparcie, kiedy pracują tu nauczyciele języka polskiego. Ja myślę, że Polsce nic nie zagraża, to wielki naród, 38 milionów. Polacy są narodem mądrym, pracowitym, kulturalnym. Wierzę, że Polsce wszystko się uda i tego jej życzę. Proszę to przekazać innym, gdy wrócicie do kraju. — Przekażemy. Dziękuję za rozmowę. Pan Zygmunt na kursie języka polskiego dla dorosłych, fot. archiwum domowe Z. Błażewicza 148 I znów łacina.. .We Fromborku i na Majorce Marian Szarmach I znów łacina... We Fromborku i na Majorce Tegoroczne upalne lato spędziłem w domu tak pracowicie, jak nigdy, kiedy nie byłem emerytem. 20 września wyzwoliłem się wreszcie ze wszystkich zobowiązań i wybrałem się z moim przyjacielem i jego żoną do Fromborka, gdzie świętujemy od dawna przypadającą właśnie na ten czas ponad trzydziestoletnią rocznicę naszego spotkania w Rzymie, czego świadkiem był prof. Andrzej Rzepliński. Frombork jest dla nas miejscem niezwykłym, mogę powiedzieć magicznym. Górująca nad tamtejszym, skąpanym w zieleni wzgórzem gotycka monumentalna Katedra zbudowana z cegły w XIV wieku świadczy, że średniowieczni architekci potrafili doskonale wykorzystać ukształtowanie terenu i stworzyć w cegle koronkową wręcz dekorację. Pamiętam prawdziwy zachwyt na jej widok włoskiego profesora z Padwy, któremu miałem przyjemność pokazywać Frombork przed ćwierćwieczem, kiedy powtarzał: La stranezza - niezwykłość. Wdzięczny za tę wycieczkę podarował mi wspaniały album o Rawennie. Chyba rok później uczestniczyłem w tej katedrze, też we wrześniu, w wyjątkowym wydarzeniu muzycznym. Z okazji zakończenia fundowanej przez totalizator Sportowy konserwacji późnogotyckiego ołtarza Najświętszej Marii Panny, sporządzonego w Toruniu w 1504 roku, Filharmonia Narodowa z Warszawy z solistami takimi jak Wiesław Ochman uświetniła to wydarzenie wykonaniem Stabat Mater Dworzaka. Ta potężna katedra z trudem pomieściła słuchaczy przybyłych z całej Polski i międzynarodowe ekipy nagrywające ów koncert we wnętrzu o niebywałej, co podkreślano, akustyce. Marian Szarmach 149 Tym razem chodziliśmy po katedrze z wydaną właśnie książką Elżbiety Starek i Grzegorza Kotłowskiego, filologów klasycznych z Uniwersytetu Gdańskiego: Łacińskie inskrypcje w kościołach Warmii, katedra we Fromborku (Pelplin 2017). Profesjonalne zdjęcia wykonała Lucyna Lewandowska. Otrzymałem ją od Pana Kotłowskiego pamiętającego o mnie jako o niegdysiejszym recenzencie jego doktoratu. Na 400 stronach autorzy przedstawili zdjęcia ponad setki znajdujących się w katedrze łacińskich napisów z ich opisem, dokładnym przekładem oraz komentarzem historycznym i estetycznym, bo wiele z nich, szczególnie epitafiów, to prawdziwe dzieła sztuki, jak chociażby płyta nagrobna z XVII wieku Zachariasza Jana Szolca, wykonana przez kamieniarzy krakowskich wyobrażająca tzw. „szkielet frasobliwy” symbolizujący vanitas — marność. Ów kanonik warmiński zamówił ją sobie za życia w 1682 roku, by przypominała, że „wszystko, co ludzkie, jest pozorem”. Osobliwym epitafium, pochodzącego z Borysewa koło Tczewa, zmarłego w 1426 roku też kanonika warmińskiego jest namalowane na desce tondo, którego napis nawołuje gotyckimi literami o modlitwę za niego. Znajdujący się na nim obraz przedstawia Maryję z Dzieciątkiem, którym Maria Magdalena poleca klęczącego zmarłego. Scena ta została umieszczona w winnicy, którą artyści traktowali od starożytności jako symbol raju. W historiach sztuki obraz ten uchodzi za ważny przykład średniowiecznego malarstwa. Jak się to stało, że nie zrabowali go albo zniszczyli „wyzwoliciele” Fromborka? Czerwonoarmiści splądrowali przecież Katedrę i zamienili ją w stajnię, tak, że przez półtora nie mogła pełnić roli swego przeznaczenia. Wypalony przez nich gotycki kościół św. Mikołaja służy dziś jako kotłownia. Epitafia te świadczą, że Frombork promieniował przez cały czas wysoką kulturą. Nie bez wzruszenia czytam w przedmowie autorów, że to dzięki łacinie dzisiaj niestety w Polsce barbarzyńsko relegowanej ze szkół, „mamy możność poznania nie tylko imion i nazwisk Dziś w klasztorze w Valldemosse mieści się piękne i bogate muzeum Chopina i George Sand. Jest tam także pianino kompozytora, fot. archiwum autora 150 I znów łacina...We Fromborku i na Majorce Osobliwym epitafium, pochodzącego z Borysewa koło Tczewa, zmarłego w 1426 roku kanonika warmińskiego Bartłomieja Boreschowa jest namalowane na desce tondo, fot. arc niegdyś mieszkających tu ludzi, ale również ich dokonan, które miały ogromne znaczenie dla losów Warmii, Pomorza i Rzeczypospolitej”. Tak żegnałem lato. Za dwa dni witałem na Majorce w tym samym towarzystwie jesień. Nie wybraliśmy się na tę hiszpańską wyspę dla słońca i jej plaż, ale też dla obcowania z kulturą. Nie przypuszczałem, że powita mnie w głównym mieście Palmie lotnisko chyba większe od warszawskiego i że cała ta niedużą wyspa jest pokryta siecią doskonałych autostrad i dróg. W końcu września trwa tu jeszcze sezon turystyczny, acz bez tłumów. W Palmie zachwyca imponująca, usytuowana nad morzem gotycka katedra, inna od wszystkich, jakie widziałem w zachodniej Europie. historiach architektury wymienia się ją jako arcydzieło katalońskiego gotyku. Wewnątrz przykuwa uwagę ogromne rozetowe okno, umieszczone nad prezbiterium, uznawane za najpiękniejsze w gotyckiej architekturze. Jego średnica wynosi 12 metrów, a powierzchnia 100 m2. Ponad 60 witraży w pozostałych oknach pokazuje, jak doskonałymi architektami byli średniowieczni mistrzowie w tym względzie, co podkreślają prawdziwi znawcy tamtej estetyki, Pora, by i u nas skończyć powtarzania kompromitujących opinii o mrokach średniowiecza. Zimą 1838/39 r. przywiozła z Paryża na Majorkę na kilka miesięcy chorego Chopina jego kochanka George Sand, szukając tu dla niego ciszy i warunków do komponowania. Zamieszkali w prymitywnych warunkach w dawnym klasztorze kartuzów w Valldemossie. Tubylcy odnosili się do nich niechętnie. Sand napisała później o nich w książce Zima na Marian Szarmach 151 Majorce pełna żółci i goryczy: „oszukują, zdzierają, kłamią, obrażają i plądrują bez najmniejszego skrępowania, a cudzoziemiec nie jest dla nich człowiekiem”. Dziś w klasztorze tym mieści się piękne i bogate muzeum Chopina i George Sand. Prezentuje ono portrety ludzi z epoki, ich rękopisy, partytury, a także pianino kompozytora, które pisarka sprowadziła mu na wyspę z Paryża, drogo za ten transport płacąc. Wszędzie słychać dyskretnie muzykę Chopina. Obok klasztoru rozłożyła się w cieniu drzew dobra restauracja, w której posililiśmy się smacznie, jednak inaczej niż w Polsce przyrządzonymi, żeberkami. Obsługiwał nas młody kelner o słowiańskiej urodzie. W jego angielsz-czyźnie pobrzmiewał jakiś wschodni akcent i zaśpiew. Zapytany po rosyjsku skąd jest, wyraźnie zaskoczony, powiedział, że z Ukrainy, z Doniecka. Na to, że jesteśmy z Polski, dodał smutny, że żyjemy w raju, bo jego rodzina żyje tam w piekle. Współczułem mu, bo przecież mógłby być studentem poznającym beztrosko Europę i nie zmartwionym Centralna część ołtarza Najświętszej Marii Panny, sporządzony w Toruniu w 1504 roku, w katedrze fromborskiej, fot. archiwum autora tragedią ojczyzny. Czy uświadamiamy sobie, że od ponad siedemdziesięciu lat doświadczamy błogosławieństwa pokoju? Spacer po ulicach i zaułkach Valdemossy byłby przyjemnością, gdyby nie dochodzące zewsząd plugawe słownictwo docierających tu rodaków. Obudźmy się! Nie popisujmy się w Europie prostactwem. Niedaleko Valdemossy we wiosce Secar de la Real ledwie wspomnianej w przewodnikach, znajduje się XII-wieczny klasztor Cystersów, którzy przyczynili się walnie do ucywilizowania wyspy. Warto było dotrzeć tam z trudem dla pięknego klasztornego wirydarzu, nad którym góruje wysoki libański cedr. W Polsce podobny ogród klasztorny znajduje się przy katedrze w Kamieniu Pomorskim i u Benedyktynek w niedalekim Żarnowcu. Urzekła nas idealna, panująca w tym miejscu cisza, chciałoby się powiedzieć, jej muzyka. Na ścianach krużganku otaczającego wirydarz znajdują się tablice z głównie łacińskimi, ale i hiszpańskimi napisami upamiętniającymi zasłużonych oparów tego klasztoru i jego dobrodziejów. I znów łacina, bez której w historii ani rusz. A u nas uznano, że można się bez niej obyć. Wystarczy, że nasi władcy ciągle powtarzają, że tkwimy w kulturze grecko-łacińskiej. Wspomnienia Alicja Łukawska ŻUŁAWSKIE OPOWIEŚCI Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich Jednym z pierwszych polskich osadników w powiecie malborskim był po II wojnie światowej Henryk Szyszka. Przyjechał tutaj z Lubelszczyzny w maju 1945 roku wraz z bratem Jankiem i piętnastoletnią siostrą Zosią. - Nasza podróż trwała trzy dni. Jechaliśmy okrężną drogą przez Łódź. Wtedy kursowały już pociągi osobowe, ale były straszliwie przepełnione. Wyglądało to tak, jakby cała Polska ruszyła w drogę! - wspominał 82-letni Henryk Szyszka, kiedy z nim rozmawiałam w czerwcu 2001 roku. Rodzeństwo Szyszków dojechało jakoś w tym tłoku do Malborka, a potem poszli pieszo do odległej o parę kilometrów wioski Lasowice Wielkie, gdzie już gospodarował ich wujek Wacław Więckiewicz, który był w okolicy Nowego Stawu na robotach przymusowych jako jeniec wojenny w czasie II wojny światowej i dobrze znał te okolice. Więckiewicz był w ogóle pierwszym polskim osadnikiem w Lasowicach. Kolejnymi polskimi osadnikami w tej wsi byli rolnik Józef Nowicki i organista Józef Kowalski. Alicja Łukawska 153 Wiosną 1945 roku na polach żuławskich rosło zboże posiane przez Niemców na jesieni. Poniemieckie domy były opustoszałe, ale spenetrowane przez szabrowników. W obejściach leżały zdechłe krowy i psy. Mimo to, przybyszom z Lubelszczyzny, gdzie tylko biedne „laski, piaski i karaski”, okolica wydała się piękna. A szczególnie podobała się im żyzna żuławska ziemia. Zauważyli, że pola nie były zalane, a rowy porządnie zadbane. W czasie tej pierwszej wizyty Henryk upatrzył sobie ładne gospodarstwo na końcu wsi. Jesienią 1945 roku załatwił formalności papierkowe w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym w Nowym Stawie, który nazywał się wówczas Nytych. Okazało się jednak, że jest pewna przeszkoda w objęciu gospodarstwa. Mianowicie — nowy osadnik powinien mieć żonę! Pojechał więc Henryk w rodzinne strony i szybko oświadczył się niedawno poznanej młodziutkiej, bo tylko 15-letniej Helence Kempce z Bojanówki w powiecie radzyńskim. Trzy tygodnie po ślubie, w lutym 1946 roku młodzi państwo Szyszkowie byli już z powrotem w Lasowiach. Niestety, wcześniej wybrane gospodarstwo było już zajęte, więc wybrali sobie inne, w położonych nieco dalej Lasowicach Małych. Wiosną 1946 roku do Lasowic dojechała reszta rodziny, to jest matka i sześcioro młodszego rodzeństwa. U siebie, w Lubelskiem, byli bardzo biedni. Mieli tylko cztery hektary ziemi, więc nie było tam żadnych perspektyw. Pojechali więc szukać szczęścia na Ziemiach Odzyskanych. CHŁOPAK Z LUBELSKIEGO Henryk urodził się w Sosnowicy w powiecie włodawskim. Przed wojną mieszkał w Uni-szowicach w powiecie lubelskim. Odkąd skończył szkołę podstawową, zaczął pomagać rodzicom w gospodarstwie. Dorabiał sobie u bogatszych rolników, chodził też na polowania z „panami” z pobliskiego dworu. Należał do harcerstwa i ochotniczej straży pożarnej. Po wybuchu wojny zajmował się rozmaitymi interesami, między innymi wraz z wujem Więckiewiczem szmuglował świńskie półtusze do głodującej stolicy. Za zarobione pieniądze kupił sobie rower na Kercelaku w Warszawie. W październiku 1941 roku właśnie na tym rowerze wybrał się do Żydów w Parczewie, by coś z nimi pohandlować. Wtedy właśnie został przypadkowo zatrzymany przez Niemców w sklepie, do którego wszedł, by kupić sobie papierosy. Najpierw trzymano go w areszcie w Parczewie, potem wysyłano do więzienia w Lublinie, a stamtąd dalej, na roboty przymusowe do wioski Gellin (dzisiaj Jelenino) w okolice Szczecinka. Pracował tam u bauera na gospodarstwie, kopał też okopy na Wale Pomorskim. Z początku nie znał języka niemieckiego i nie rozumiał, co do niego mówiono, później trochę się osłuchał z tą mową i zaczął ją rozumieć. Na tych robotach przymusowych po raz pierwszy zetknął się z różnymi skomplikowanymi maszynami rolniczymi, których wcześniej nie znał. W okolicy było wielu robotników przymusowych, którzy pomagali mu przetrwać tę trudną sytuację. Armia Czerwona weszła do Gellina 2 marca 1945 roku. Radzieccy sołdaci kazali byłym niemieckim niewolnikom wracać do siebie, do domu. — Następnego dnia po wyzwoleniu wyruszyliśmy w drogę do Polski. Był to pamiętny dzień powrotu. Razem z Polakami szli Francuzi, Rosjanie, Jugosłowianie, Czesi oraz obywatele innych państw. Była to jedyna wolna droga na wschód. Za nami huczał jeszcze front, na północy armia radziecka spychała 154 Żuławskie opowieści, Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich wojska hitlerowskie do Bałtyku. — Po szesnastu dniach podróży, 19 marca, byłem w domu. Nie zastałem już ojca, który zmarł w czasie mego pobytu na przymusowych robotach, ani brata, który będąc w oddziale Batalionów Chłopskich zginął w walce z Niemcami 8 maja 1944 roku - czytamy w książce „Żuławiacy”, która jest zbiorem opowieści pierwszych żuławskich osadników.1 MĄŻ SZCZĘŚLIWY, ŻONA MNIEJ Na Żuławach Henrykowi podobało się wszystko. Okazało się, że nie tylko ziemia jest tu bardzo urodzajna, ale także broni i amunicji po Niemcach było tu tyle, ile tylko dusza zapragnie. A to bardzo podobało się dziarskiemu chłopakowi zakochanemu w łowiectwie, którego nauczył się od „panów” w Lubelskiem. Polowano na ptactwo i zwierzynę za pomocą broni myśliwskiej, a czasem nawet i wojskowej. Ważne było, aby zdobyć ten kawałek mięsa. — Jak tu przyjechaliśmy to miałem swój karabin i jak sowy czasem hukały w nocy, to im strzelałem na postrach przez okno. Trochę tu polowałem, czasem sarenkę ustrzeliłem, czasem rogacza. Na zające i lisy też polowałem. Futra z lisów się robiło. A w rowach było wtedy pełno wody, w której pływały szczupaki, liny, karaski - opowiada z filuternym błyskiem w oku. - Później, jak mój szwagier Kaźmierczak był tu komendantem policji, to oddaliśmy mu broń. Ja do dzisiaj żałuję niektórych automatów... — A mnie się tu nie podobało — odzywa się jego żona, Helena. — Jak tu przyjechałam, to poszliśmy na to „ranczo w pole. Męża stale nie było w domu, bo wciąż gdzieś chodził. A ja tam siedziałam sama, tylko z moją szwagierką Zosią. Ona też miała piętnaście lat, tak jak ja. I my, takie młode dziewczynki byłyśmy tam z początku same całymi nocami. To była taka duża poniemiecka chałupa... Zosia się nie bała, ale ja płakałam. Raz chciałyśmy uciec z tego pustkowia i wrócić w nasze strony. Poszłyśmy wtedy z Zosią piechotą na pociąg do Malborka. Chciałyśmy wrócić w swoje strony. Ale nie znałyśmy miasta. Nie udało nam się znalezc dworca kolejowego. Pokręciłyśmy się tam trochę i wróciłyśmy z powrotem do domu - wspomina pani Szyszkowa. Później sytuacja wyglądała tak, jak Henryk opisał na potrzeby książki „Żuławiacy”: -„Dom mieszkalny podzieliliśmy na trzy części: moja mama z rodzeństwem zajęła połowę pomieszczenia mieszkalnego na dole, w drugiej połowie zamieszkał teść z rodziną, a ja z żoną zajęliśmy pokój z kuchnią na poddaszu.”2 Z początku były w Lasowicach kłopoty z żywnością. Nie było co jeść. Nie było też pieniędzy, na zakup żywności w sklepach w Malborku czy w Nytychu. Do tego doszła nowa klęska, to jest myszy niszczące zbiory. Gdy przyszła pora żniw, udało się zebrać tylko trochę jęczmienia. Resztę myszy pożarły od razu na polu. A to, co zebrano, trzeba było bardzo szybko młocie i dobrze zabezpieczyć przed żarłocznymi gryzoniami. VC^szędo-bylskie myszy miały ochotę zjeść wszystko! W pierwszym roku gospodarowania z trzech hektarów jęczmienia zebrali tylko 800 kilogramów. To był cały zbiór zboża na trzy rodziny w pierwszym roku ich gospodarowania. Jednak w porównaniu do innych rolników, to 1 Żuławiacy. Wspomnienia osadników z Żuław, zebrał, opracował, wstępem opatrzył Józef Pawlik, Gdańsk 1973, s. 398. 2 Żuławiacy..., op. cit., s. 400. Alicja Łukawska 155 wcale nie było tak źle! W siąsiednich wsiach byli tacy, którzy nie zebrali u siebie ani kłosa. Całe wielkie pola liczące po parę hektarów zostały objedzone przez szkodniki. To samo było z ziemniakami. Szczury i myszy wyjadały je wprost z ziemi. Trzeba było szybko je kopać i zabezpieczać. Z myszami był tak wielki problem, bo po wojnie na Żuławach nie było wcale kotów. Były jakieś poniemieckie psy, ale kotów zupełnie brakowało. Nie miał kto walczyć z tymi gryzoniami. Tuż po wojnie w Lasowicach mieszkało jeszcze trochę Niemców, którym nie udało się uciec przed frontem radzieckim w styczniu 1945 roku. W większości byli to pracownicy rolni, wcześniej zatrudnieni przez bogatych gospodarzy. To właśnie od nich Polacy uczyli się, jak należy uprawiać ciężką, żuławską glebę. Po Niemcach zostało trochę nie rozszabro-wanych maszyn, między innymi specjalne pługi z pogłębiaczem potrzebne do orania ciężkiej żuławskiej gleby. Pierwszy plon, w 1945 roku, był taki sobie, następny w roku 1946 był nieco lepszy, ale wtedy właśnie przyszła ta plaga myszy. Obok Polaków i Niemców byli tam też Rosjanie. Radzieccy żołnierze prowadzili duże gospodarstwo rolne niedaleko Szyszków, pomagali im orać ziemię swoimi ciągnikami. W 1947 roku było już trochę lepiej. To był rok, kiedy do ich gospodarstwa przybyły mocne, silne amerykańskie konie z UNRRY. — Niech pani pomyśli, na oklep, bez siodła na tym kasztanie z UNRRY jechało się zimą z Gdańska do Tczewa, zaspy były wielkie... W Tczewie nie było mostu na Wiśle, tylko promem płynęliśmy do Lisewa. A w Lisewie do knajpy i hulaj dusza! Jak w westernie! — wspomina Henryk. Konie z UNRRY były młode, dobrze zbudowane i przystosowane do pracy na ciężkich glebach. Wkrótce później mieli je także matka i teść, a przy trzech koniach w gospodarstwie można było już wykorzystać ciężkie narzędzie do uprawy roli, jakie pozostały po Niemcach. W tym czasie na polach państwowych pracowały poniemieckie ciągniki takich marek jak Landbuldog, Farmal i Fordson oraz radzieckie marki Staliniec. Tamtej wiosny Henryk pojechał z teściem w Lubelskie po świnie do własnej hodowli. Przywieźli ze sobą cztery prosiaki, z których dochowali się kilkunastu sztuk świń. Wtedy też zasiali pierwsze buraki cukrowe w Lasowicach. Wkrótce została uruchomiona cukrowania w Nowym Stawie. Było już trochę lepiej. W 1948 roku nastąpiła wielka zmiana. W Lasowicach Wielkich powstało Państwowe Gospodarstwo Rolne, które przejęło dom i ziemię Szyszków w polu. W zamian dano im aż trzy domy i po 8 hektarów ziemi we wsi. Potem we wsi utworzono spółdzielnię produkcyjną, do której trzeba było oddać swoją ziemię i żywy inwentarz. Jednak nic z tego nie wyszło. Spółdzielnia w Lasowicach nie zdała egzaminu i została zlikwidowana w 1956 roku. Później rolnicy z powrotem zaczęli gospodarować w sposób indywidualny, to jest każdy sobie. Po rozwiązaniu spółdzielni Szyszko-wie mieli siedem hektarów ziemi. 156 Żuławskie opowieści, Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich BARWNE ŻYCIE W PRL-U Okres początków Polski Ludowej to był sprzyjający czas dla Henryka. Mógł teraz bez żadnych przeszkód, a nawet z błogosławieństwem władz, realizować swoje wcześniejsze lewicowe ciągoty. W 1949 roku zapisał do PPR (Polska Partia Robotnicza), a potem do PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza). Na kursach w Gdańsku instruktorzy tłumaczyli partyjnym towarzyszom, że jak ktoś ma dwie krowy, to już jest kułakiem. W 1952 roku władze partyjne zaproponowały mu stanowisko szefa POM (Państwowy Ośrodek Mechanizacji) na całe województwo. Ale on nie chciał do miasta, wołał mieszkać na wsi. Jak się nie zgodziłem na tego szefa POM-ow, no to oni mówią: „a czym wy chcecie być?”. Na „wy” się wtedy do ludzi mówiło. Do jakiś PGR-ów mi proponowali iść na kierownika, ale ja mówię, że też nie chcę. No to w końcu zostałem prezesem Samopomocy Chłopskiej w Malborku. Byłem tam tylko przez jeden rok. Tam było ciekawie. Miałem wtedy motocykl SHL-kę i jeździłem na nim po całym powiecie. A jak do Malborka przyjeżdżały jakieś delegacje z Gdańska, to chodziłem z nimi na obiady do restauracji. Raz przyjechali tacy Chińczycy partyjni. Zabraliśmy ich do knajpy. Podają nam obiad, patrzymy, a oni jedzą drób rękami. Nasi coś tam zaczęli gadać, ale jeden z tych Chińczyków znał polski i mówi: „ryby i kury bierze się w pazury . Potem byłem przewodniczącym Gminnej Rady Narodowej tu na miejscu, w Lasowicach. Do 1960 roku to była gmina Myszewo z siedzibą w Lasowicach Wielkich, a potem nasz teren dołączyli do Kałdowa. Byłem też kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego, ludziom śluby dawałem. Mogłem być urzędnikiem do 1970 roku. Potem, jak przyszedł Edward Gierek, to trzeba było mieć do tego średnie wykształcenie, a ja skończyłem przed wojną siedem klas i to wszystko. No to odszedłem wtedy z urzędu i zająłem się gospodarstwem. Dokupiliśmy ziemi. W końcu mieliśmy dwadzieścia hektarów. Ten czas za Gierka, jak budowaliśmy ten nasz dom rodzinny, to wspominam najlepiej. Dobre czasy były wtedy dla rolników. Wtedy kupiliśmy ciągnik C-330, „ciapek” się na niego mówiło. Ale koń jakiś czas jeszcze był, nawet ten ciągnik czasem ciągnął. V7oz mieliśmy wówczas konny, uprząż piękną... Syn kupił sobie wtedy kombajn. Ale wówczas było trudniej z tym kupowaniem, bo się wszystko „załatwiało”. Jak dostałem przydział na samochód „Tarpana”, to w Banku Spółdzielczym dali mi kredyt i potem jechało się do fabryki. Najlepiej mi się jeździło „Tarpanem”, innego samochodu ja nie miałem. A motory to miałem w sumie cztery — podsumowuje swoją karierę życiową Henryk. - Ale nie było tak, że ja tylko partyjny! Bo do kościoła też chodziłem - dodaje. - Na początku, zaraz po wojnie, jak była Wielkanoc, to szedłem jako strażak z obstawą wokół księdza, żeby go nie stratowali na procesji. Rodzina Szyszków szybko się powiększała. Pierwszy ich syn, Januszek, urodził się w 1947 roku, później posypały się kolejne dzieci. Razem było ich siedmioro: czterech chłopców i trzy dziewczynki. Henryk pracował poza domem. Dziećmi i gospodarstwem zajmowała się Helena. Rodziła dzieci, prowadziła dom i ciężko pracowała w gospodarstwie. Bywały takie lata, kiedy ręcznie doiła kilkanaście krów. Codziennie po trzy razy dziennie. W Lasowicach długo nie było żadnego sklepu. Trzeba było piec własny chleb w domu i wy- Alicja Łukawska 157 rabiać masło z własnej śmietany. Wszystko robiła ręcznie. Z czasem było już lżej, bo zaczęła kursować „ciuchcia”, czyli wąskotorowa kolejka żuławska. Helena jeździła nią po zakupy do Nowego Stawu, bo tam było najbliżej. Wiejskie kobiety nie miały wtedy wolnego czasu na zabawę i rozrywki, chociaż we wsi były już wtedy organizowane wspólne tańce przy harmonii, a także grupowe śpiewy w zespole „Płomienie”, który założył organista Józef Kowalski. Próby zespołu odbywały się w dużej sali w „organistówce” w centrum wsi. Jednak Helena nie mogła tam iść i zostawić domu i dzieci bez opieki. Stale było coś do roboty... A tak bardzo lubiła śpiewać. Tam, u nich, na Lubelszczyźnie, ludzie zbierali się wiosną i wspólnie śpiewali w czasie nabożeństw majowych... - A ja cały czas tęskniłam za tym... Tam, na Lubelszczyźnie, jest bardzo ładnie, groble, woda taka niebieska, górki... Na jednej górce figura Matki Boskiej stała, to tam się śpiewało majowe nabożeństwa, a tu nie było takiego śpiewania przy krzyżu. Tam bardziej z ludźmi byłam zżyta. Skończyłam właśnie podstawówkę i miałam iść za krawcową, ale jak on mi się nadarzył i od razu powiedział, że ma poważne zamiary, wie pani, jak to kiedyś było. Rodzice wydali mnie za mąż, a on jeszcze mówił, że jak będę chciała, to mogę uczyć się później. A potem nie było już kiedy się uczyć. Trochę szyłam w domu sama. Tutaj było trzeba ciężko pracować, dzieci były. Trochę mi pomagała mama, trochę teściowa. Dzieci się rodziły tak: 1947, 1949, 1950, 1952, 1955, 1958 i 1964. Piąty z kolei, Ryszard, jest teraz sołtysem w naszej wsi. A ja mówiłam stale, po co żeśmy tu przyjechali? Przecież tam mogliśmy żyć! Ci, co tam zostali, to teraz mówią: „Co ty myślisz, gorzej nam tu jest?” Ale ja też się w końcu przyzwyczaiłam... - W którym momencie przestał pan tęsknić za swoimi stronami, bo żona tu mówi, że bardzo długo nie mogła się przyzwyczaić do tego ciężkiego życia na Żuławach? - pytam. - Wie pani, ja to byłem taki trochę światowy człowiek. Jeszcze przed wojną zadawałem się z różnymi ludźmi. Jak tu przyjechałem, to wcale nie tęskniłem. Może dlatego, że tu już była rodzina — mówi Henryk. - Ale kiedy pan poczuł, że jest pan stąd, że to jest pana miejsce na ziemi? Kiedy poczuł się pan Żuławiakiem? - To chyba wtedy, kiedy nas wysiedlili z tamtego pierwszego gospodarstwa w polu. W połowie lat 50. Ale ja tu miałem inne życie... Bardzo dobrze mi się tu w ogóle żyło! Broni miałem pod dostatkiem, polowało się... Żeby te lata się wróciły! Kiedyś to we wsi takie większe życie towarzyskie kwitło. Tak było, dopóki nie pojawiły się telewizory. Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyłem telewizor na jakiejś naradzie w komitecie powiatowym w Malborku. A w Lasowicach pierwszy odbiornik miała Kozłowska, co mieszkała w polu. Mój szwagier Tadeusz Kowalski też miał telewizor już na początku. My do niego chodziliśmy oglądać. Miał też kowal z Myszewa i dużo ludzi się do niego wtedy zjeżdżało. Teraz jest inaczej. Ludzie wszyscy mają telewizory, sprzęt rolniczy jest lepszy, ale sytuacja jest inna. Żuławy toną, rowy są tak zaniedbane, zarośnięte. Myśmy tu polowali kiedyś w tych rowach na ryby, na piżmaki, na norki. Dzisiaj nie znajdzie się tam żadnej ryby, za płytkie są, zamulone. Nasze koło myśliwskie „Szarak” ma obwód od Kałdowa przez Gajewo, Dębinę, Świerki, Lipowo, Myszewo, aż do Wiercin do śluzy i środkiem Nogatu. Teraz się namnożyło dzików, ale nie ma kaczek, zajęcy, a my łowiliśmy w latach 60-tych żywe zające w siatki, 158 Żuławskie opowieści, Henryk Szyszka z Lasowic Wielkich dobrze płacili za nie. Ja nie chciałbym wracać w Lubelskie. Zżyłem się z tą ziemią żuławską, w końcu jestem tu już 56 lat! - A ja to tak się przyzwyczaiłam, jak poszliśmy z powrotem na swoje gospodarstwo. Gdzieś około roku 1960 — dodaje pani Helena. TYTUŁEM UZUPEŁNIENIA Byłam w domu państwa Szyszków w 2001 roku, jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Polska wieś jest już zupełnie inna niż przed wstąpieniem do UE, ale to już całkiem inna bajka. Pan Henryk, który tak dobrze czuł się na Żuławach, od kilku lat już nie żyje. Latem zeszłego roku zmarła również jego siostra Zofia, ta sama, z którą młodziutka pani Helena chciała uciekać do domu w Lubelskie. A Zofia z Szyszków była moją ciocią. Wyszła bowiem za brata mojej matki Haliny, Tadeusza Kowalskiego, który w 1947 roku przywędrował do Lasowic Wielkich z Osieka nad Wisłą. To był kolejny polski osadnik na Żuławach, który przybył tu śladem swego brata Józefa, organisty z Lasowic. Stanisława Wojciechowska-Soja 159 UDŹWIGNĄĆ PAMIĘĆ, CZYLI SASZETKA MOJEGO OJCA Jan Wojciechowski, fot. archiwum rodzinne Bez mała sześćdziesięcioletnie życie mojego ojca zamknęło się w średniej wielkości saszetce. Wewnątrz znajdowały się trzy przegródki. W jednej były cztery legitymacje, w drugiej — trzy odznaczenia, a w trzeciej — pożółkłe papiery przeżarte zębem czasu. Te pamiątki po moim ojcu (nie licząc fotografii) legły prawie snem wiecznym na przeszło 45 lat. Dostałam je od mojej przyrodniej siostry w 2007 r. po śmierci mojej drugiej mamy, Kazimiery. Z początku zaczęłam pochylać się nad nimi i przecierałam oczy, bo nigdy w naszym domu nie mówiło się o faktach, o których czytałam z zawartości tej torebki. Chwilowo miałam wrażenie, że popełniam świętokradztwo. Dylemat „schedy” po moim ojcu odżył w lipcu tego roku, kiedy zwierzyłam się z dręczących mnie myśli koledze Krzysztofowi, mocno pielęgnującemu swoje korzenie rodzinne. Dał temu wyraz w pięciu wydanych książkach. Napomknęłam mu, że powinnam strzepać kurz z ukrytej pamięci o moim ojcu. Nawet w gronie rodzinnym rzadko był bohaterem opowieści czy anegdot. — To twój obowiązek — rzekł Krzysztof. — To bohater Niepodległej. TAKIE EPITAFIUM Rozsypałam zawartość torebki tak, jak rozrzuca się puzzle. Zaczęłam układać z nich obraz. Nie było to łatwe, bo brakowało wielu elementów, by stworzyć spójną całość. To pierwsze składanie było dla mnie osłupieniem, bo uświadomiłam sobie, że prawie nic nie wiedziałam o historii życia człowieka, z którym trwałam pod jednym dachem prawie ćwierć wieku. Mój ojciec, Jan Wojciechowski, urodził się 23 listopada 1913 r. w Holten (Niemcy), czyli jeszcze w Polsce pod zaborami. Wiem z przekazów rodzinnych, że dziadkowie wtedy przebywali na emigracji zarobkowej w Westfalii, ale szybko powrócili do swojej rodzinnej wsi w Wielkopolsce, Gorzykowa koło Witkowa, w powiecie gnieźnieńskim. Młodszy o 8 lat brat ojca, Leon, urodził się już w kraju. Tu w pobliskim Jeleniewie ojciec ukończył siedmioletnią szkołę powszechną. Dalsze kompletowanie zapisów z książeczek wojskowych, kwestionariuszy i oświadczeń układało się w kartotekę, coś na wzór dzisiejszego curriculum vitae. I tak życie budowało 160 Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca mu przez lata żołnierskie i więzienne epitafium, które mogłoby pojawić się na obelisku jego pamięci: 30 maja 1934 — zgłosił się do RKU w Gnieźnie, 21 listopada 1934 - 7 baon saperów, 2 stycznia 1935 - elew szkoły podoficerskiej, 1 września 1935 - awans na stanowisko sapera, 23 grudnia 1935 — awans na kaprala, dowódca drużyny, 20 września 1935 — przeniesiony do rezerwy, 1936 — 1939 — kapral w Junackich Hufcach Pracy (JHP), 1 maja 1939 do 1 września 1939 - 49 Kompania JHP, zatrudniony jako podoficer przy budowie fortyfikacji wojskowych w Jastarni (Półwysep Helski). 1 września 1939 do 14 września 1939 - 49 Kompania JHP; buduje tamy na rzece Reda oraz bierze czynny udział w walce z najeźdźcą w Babich Dołach, Piekiełku, Rumi, Gdyni Chyloni, pełni funkcję dowódcy plutonu. 14 września 1939 został wzięty do niewoli niemieckiej. Przebywał w blokach emigracyjnych w Gdyni, skąd pędzono go do roboty w koszarach na Oksywiu, gdy Oksywie się poddało. Od pierwszych dni października 1939 - z Gdyni pieszo dotarł do Gdańska Nowego Portu, do bloków emigracyjnych, skąd dowożony był na Westerplatte do prac porządkowych po klęsce Polaków. Jan Wojciechowski, pierwszy z lewej na samej górze Stanisława Wojciechowska-Soja 161 Od 1 listopada 1939 - więzień obozu Stutthof, 10 grudnia 1939 do 15 kwietnia 1940 wywieziony do podobozu Grenzdorf (Graniczna Wieś), pracował w kamieniołomach, które już są zasypane. Od 1 5 kwietnia 1940 do 30 maja 1940 - powrót do Stutthofu. 1 grudnia 1941 - zwolniony ze Stutthofu i wywieziony do Elbląga na przymusowe roboty w Lager Schichau aż do wyzwolenia w 1945 roku w maju przez Armię Czerwoną. 11 maja 1945 - 23 października 1945 — piechota, 49 Kompania Fizylierów, szef kompanii. Od 1 lipca 1947 do 30 listopada 1947 pełnił służbę w charakterze strażnika SOK (Służba Ochrony Kolei) na terenie zagrożonym przez Bandę UPA — Zagórz DOKP Kraków. Wcześniej podjął pracę w SOK w Tczewie i w Malborku. 3 stycznia 1950 przeniesiony do rezerwy. GRZECH ZANIECHANIA Niezależnie od światopoglądu zakładamy worek pokutny z powodu grzechów jawnych, jak: kłamstwo, kradzieże, zawiść. Nie zaprzątamy sobie sumienia postawą zachowawczą wobec możliwości czynienia dobra. Tymczasem w Biblii można przeczytać:, Kto umie czynić dobrze, a nie czyni, grzeszy (św. Jakub 4, 17). I pod tym względem mój ukochany protoplasta nie robiąc niczego złego milcząc, czynił nie tak jak trzeba. Nie dawał świadectwa zbrodni nazistowskich, niewolniczej pracy na rzecz okupanta, eksperymentów na wytrzymałość i maksymalną eksploatację człowieka. POLSKA RZECZPOSPOLITA LUDOWA ‘ MINISTERSTWO OBRONI NARODO W 8 J Książeczka wojskowa 162 Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca - Dziwię się tym, którzy chodzą po szkołach i opowiadają o wojnie - tak mówił, jak zapamiętała moja siostra. Nie napinał piersi do medali. Doczekał się tylko dwóch odznaczeń: Krzyż Grunwaldu i „Zwycięstwo i Wolność 9 V 1945”, gdy inni na „akademiach ku czci” uginali się pod ciężarem i blaskiem orderów. Podążanie tropami żołnierskiej i więziennej odysei mojego ojca jest niezwykle trudne, gdyż on nie upubliczniał swoich doświadczeń militarnych. Prywatnie też nie prowadził tego typu rozmów. Czasem rzucał krótkie komunikaty, tak mimochodem. A ja, jego córka, sypię sobie głowę popiołem, że nie naciskałam go na zwierzenia, wcześniej nie zagłębiałam się w jego przeszłości, skrytej w zawartości saszetki. Oboje popełniliśmy grzech zaniechania. Czeka mnie długa droga do katharsis. Z mroków przeszłości chcę wydobyć światło. Pamięć lubi światło. PODRÓŻ NIE SENTYMENTALNA: STUTTHOF Mimo milczenia ojca, najbliższe, w sensie geograficznym i duchowym, są mi wspomnienia związane z obozem koncentracyjnym Stutthof. Stąd najwcześniej spłynęły do mnie informacje od archiwistki Danuty Drywy. Otrzymałam skany znajdujących się tam dokumentów i prywatną odpowiedź: (.. J mam prośbę, jak Pani napisze biografię ojca, to bardzo byśmy prosili do naszych zbiorów kopię, takie dodatkowe materiały też są dla nas cenne, bo ukazują człowieka, kim był w życiu. Wcześniej byłam kilkakrotnie w tym muzeum. Uczestniczyłam we mszach św. celebro wanych przez biskupa elbląskiego, Andrzeja Śliwińskiego, które odprawiane były pod pomnikiem każdego roku 2 września, na pamiątkę pierwszego transportu więźniów w 1939 r Zabierałam się z chórem „Lutnia” z Malborku pod dyr. Wawrzyńca Zamkowskiego, mojego kolegi. Chór ubogacał muzycznie liturgię. Stałam na majdanie obozu wśród wielu pątników, głęboko pogrążona w zadumie. W tym roku po raz pierwszy znajdę się w grupie rodzin byłych więźniów - na zaproszenie Danuty Ochockiej, pracownicy tego muzeum. Dwukrotnie byłam w muzeum z maturzystami na otwartej lekcji o życiu obozowym po lekturze T. Borowskiego. Słowem nie wspomniałam o moim ojcu. Jak widać, milczenie to rodzinna przypadłość. Ostatnia moja obecność w tym miejscu — 12 sierpnia 2018 roku. Przywiózł tu mnie mój mąż, ale na moje życzenie nie towarzyszył mi w wędrówce po obozie. Skulona w sobie snułam wizje więźnia nr 4363, który dreptał tymi ścieżkami. W uszach dźwięczały mi jego słowa: Nie licz na to, żepojadę z tobą Jan Wojciechowski w mundurze wojskowym, fot. archiwum rodzinne Stanisława Wojciechowska-Soja 163 do Sztutowa. I tak było. Nie pamiętam, żeby był na odsłonięciu monumentalnego pomnika Wiktora Tołkina 12 maja 1968 r. Zastanawiałam się, dlaczego jako z nielicznych więźniów ocalał. Jest proste wytłumaczenie: unikał rejonów śmierci. Wspominał, że w Stutthofie zgłosił się do karmienia świń, żeby mieć dodatkową porcję żywności. Jak zobaczył Niemca, to szybko uciekał z jego widoku, bo nie wiadomo kiedy mógł strzelić dla kaprysu. Starał się stawać na apelu nie w pierwszym rzędzie. Jak dostawał chleb, to szybko go zjadał, żeby nikt mu nie ukradł. I pomyśleć — nie czytał Borowskiego, a wiedział, co robić, by przetrwać. Druga ważna sprawa: za jego pobytu nie było jeszcze krematorium, które pochłonęło tysiące ofiar. Zatem był robotnikiem w jednym z baraków produkcyjnych, bo wiadomo, że Stutthof to był dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, zasilające budżet III Rzeszy. Trudno mi powiedzieć, co wykonywał, ale na pewno był tzw. złotą rączką, co uwidoczniło się w dalszym jego życiu. Dopadały mnie pytania, jakim był wtedy człowiekiem? Jakim towarzyszem niedoli? W dokumentach odnalazłam opinie osób o zachowaniu się w czasie okupacji (3). Najbardziej czytelna z nich; — Wojciechowski Jan jest mi znany z czasów okupacji gdy z wyżej wymienionym przebywałem razem w obozie koncentracyjnym w Stutthojie i Grędzdorfie. W roku 1941 zostałem razem z wymienionym zwolniony i wywieziony na roboty przymusowe do Elbląga. Oświadczam, że Obywatel Wojciechowski przez cały czas okupacji był polakiem i nie posiadał żadnych grup Niemieckich i cieszył się dobrą opinią wśród kolegów jak również nie szkodził żadnemu polakowi (pisownia oryginalna). I tak snułam się tego niedzielnego dnia po obozie, prowadząc dialog z nieżyjącym numerem 4363. Właściwie był to monolog pełen przemilczeń, czasem z wilgotnymi powiekami. Sprawiły to słowa wyryte na pomniku: Los nasz dla was przestrogą ma być, nie legendą. Przez cały czas nad moją głową rozsnuwało się sino-ołowiane niebo, mimo upałów. Za godzinę w Kątach Rybackich słońce świeciło rzęsiście. SKRAWEK LISTU Tę pożółkłą kartkę papieru traktuję jak relikwię. Pod listem odręcznie ojciec napisał: Pamiątkowy ostatni list odebrany w niewoli. StuthoJ dnia 28 listopada 1941 rok Wojciechowski Jan Elbing Schichau Lager XII. st 42 (pisownia oryginalna). Miałam dużo trudności z odnalezieniem tłumacza treści kawałka pisma, które się zachowało. Polscy germaniści na studiach nie mieli zajęć z gotyku. Szukałam wsparcia wśród niemieckojęzycznych przewodników. Z pomocą przyszła mi Teresa Ronkowska, która uruchomiła kontakt z jej córką, mieszkającą w Landzie Schelwig-Holstein, panią Beatą Hein z Kellinghusen. Przesłałam jej zdjęcie tego listu pocztą elektroniczną. Otrzymałam odpowiedź: Chętnie to przetłumaczyłam, ciekawa i wzruszająca historia. Trudności nie miałam w tłumaczeniu, tylko w odszy-Jrowaniu liter. List jest napisany pisownią, której się już w Niemczech nie używa, nazywa się to Sueterlin. Same wyrazy są te same, co dziś, tylko litery miały dawniej często zupełnie inny kształt. W załączniku jest przykład. Do tego dochodzi, że każdy człowiek trochę inaczej pisze. Poza tym osoba, która to pisała, nie używała interpunkcji i robiła błędy gramatyczne. W tekście niemieckim poprawiłam błędy i dodałam interpunkcję. To było bardzo ciekawe zadaniel (...) ” 164 Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca Oto list: Gorzhof, dnia 17 listopada Kochany synu daję ci znać, że my wszyscy jesteśmy zdrowi i mamy nadzieję kochany synu, że ty tak samo. Czekamy już długo na wiadomości i nic nie przychodzi. Chcielibyśmy ci wysłać trochę pieniędzy a nie mamy adresu. Kochany synu, jeśli możliwe, to napisz parę słów, od razu odpowiemy. Kochany synu, gdybym miała skrzydła, to byłabym już dawno przy tobie.. Poza tym tu nic nowego, wszystko po staremu. St.. (jakieś imię, może Stasiu) był teraz na 6 dni na urlopie. W środku jest 5 znaczków pocztowych. Teraz kochany synu przesyłamy wszyscy serdeczne pozdrowienia i pocałunki. Do zobaczenia. Mama. List ten jest dla mnie ciekawą pamiątką. Jest wyrazem wielkiej miłości matki do syna. Podejrzewam, że nie pisała go babcia, chociaż nie była analfabetką. Na pewno chodziła do niemieckiej szkoły, ponieważ wzrastała w zaborze pruskim. Być może ktoś pisał pod jej dyktando. Często wspominała miejscową nauczycielkę, panią Michalską. Tego nigdy się nie dowiem. To dyktowanie uwidacznia się w licznych powtórzeniach. Ale jakich! Wielokrotne „kochany synu” nie jest zabiegiem epistolarnym, ale siłą więzi, jaka łączyła ich oboje. Zaciekawia mnie metafora o skrzydłach, która dziś ma potoczny charakter, ale wtedy? Jan Wojciechowski z autorką i jej bratem w Gorzykowie, fot. archiwum rodzinne Stanisława Wojciechowska-Soja 165 Poza tym z treści tego listu wyłania się postać mojej ukochanej babci - Stanisławy, która w moim życiu odegrała nieocenioną rolę. Przez trzy lata Gorzhof (Gorzykowo) stało się moim domem i pewną przystanią ojca, w której był witany radośnie, a kiedy odjeżdżał babcia rogiem zapaski strzepywała bolesne łzy. Zapewne miłość babci dodawała mu sił do woli walki o przetrwanie. POSZUKIWANIE UTRACONEGO CZASU Luki informacyjne w dokumentacji ojca wymagają dotarcia do archiwum Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie. Nawiązałam już kontakt i otrzymałam odpowiedź: Znak sprawy: WBH-WIU-PN.8110.919.2018. Odpowiadając na Pani wniosek uprzejmie informuję, że materiały archiwalne dotyczące Jana Wojciechowskiego mogą zostać udostępnione na miejscu w Pracowni Naukowej Centralnego Archiwum Wojskowego WBH. W związku z powyższym zapraszamy Panią do osobistego przeprowadzenia szczegółowych poszukiwań archiwalnych, w celu ustalenia sygnatur i złożenia rewersów. Z pomocami ewidencyjno-informacyjnymi można zapoznać się w Pracowni Informacji Naukowej, co pozwoli na ustalenie sygnatur poszukiwanych materiałów archiwalnych i wypełnienie rewersów, które są dostępne także na stronie internetowej WBH. Rewersy należy pozostawić lub przesłać do Pracowni Informacji Naukowej (można to zrobić zarówno pocztą tradycyjną, jak i elektroniczną). Zacytowałam tę informację, by pokazać, że czeka mnie długa podróż w czasie i przestrzeni. Jest to wynik tzw. grzechu zaniechania, o którym wspomniałam wcześniej. Wielkim utrudnieniem w zdobywaniu wiedzy o moim ojcu jest fakt, iż poumierali ci, co go znali. Nie żyją jego rodzice, rodzeństwo, a także moi kuzynowie z Gorzykowa. Nie ma już sąsiadów, kolegów z pracy. Prawie na dekadę straciłam z oczu Gorzykowo. Nie byłam na pogrzebie mojego ostatniego kuzyna, Andrzeja - siedem lat temu, bo wówczas leżałam w szpitalu. Wcześniej żegnałam ciocię Czesławę, żonę brata ojca, Leona. Okrakiem stanęła nade mną przeszłość. Postanowiłam zapukać do jej drzwi. Na początek nawiązałam kontakt ze znajomą z facebooka, Stanisławą Wolarz z Czerniejewa. Miejscowość ta znajduje się w pobliżu mojego Gorzykowa. Zwróciłam się z prośbą, aby odszukała Zuzannę Wojciechowską, żonę kuzyna, Andrzeja, i podała mi na nią namiary. Nie byłam pewna, czy Zuzanna jest w Polsce, bo ma dzieci z pierwszego małżeństwa w Anglii i często tam wyjeżdża. Błyskawicznie otrzymałam komunikat, że ją odnalazła i to dość w zaskakujących okolicznościach. Pierwszą napotkaną przez nią osobą w Gorzykowie była właśnie... poszukiwana. Zuzanna całym sercem wspomaga mnie w dotarciu do wiedzy o moich dziadkach. Przekazała mi smutną wiadomość, że nie ma ich nagrobka, bo tę część cmentarza zaorano pod nowe pochówki, ale szczątki ich zostały przeniesione do mogiły syna, Leona. Jest więc gdzie postawić lampkę. Aktualnie Zuzia z całym oddaniem szuka śladów mojej przeszłości. Zaprosiła mnie do Gorzykowa, z czego w niedalekiej przyszłości skorzystam. 166 Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca W odtajnianiu moich korzenia okazało się, że „ludzi dobrej woli jest więcej” (jak śpiewał Niemen). Koleżanka Halina Rybkowska z Pruszcza Gdańskiego podała mi kontakt do Bartosza Gondka, miejscowego dziennikarza historycznego, muzealnika, doskonale znającego przeszłość Granicznej Wsi (Grenzdorf) i historię Gdańska. Jolanta Justa (Dział Edukacji Muzeum Zamkowego w Malborku) nakierowała mnie na Marcina Westphala, kierownika Działu Zbiorów w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Koleżanka ze szkolnych lat, Helena Peszyńska, szuka historyków specjalizujących się lagrem Schichau w Elblągu. Niedawno spotkałam córkę przyjaciół moich rodziców z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Matka tej pani jeszcze żyje, jest po dziewięćdziesiątce. Jest sprawna fizycznie i umysłowo. Te wszystkie dowody życzliwości są zachętą i pokusą do odbycia podróży do przeszłości mojego ojca. OKRUCHY ZDARZEŃ I MOICH WSPOMNIEŃ Dziś, gdy już jestem w „słusznym wieku”, coraz częściej dokonuję podsumowań. Czas dla mnie to zły towarzysz. Pcha mnie ku przodowi, na co wcale nie mam ochoty. Nie sprzyja pamięci. Zaciera kształty i słowa. Ma wymiar subiektywny. Mimo to warto odczarować przeszłość i do milczącego obrazu dodać głos, pokazać, jakim był człowiekiem. O to prosiła mnie pani Drywa, o której wcześniej wspomniałam. Z tego powodu wyłowiłam kilka OKRUCHÓW z mojej pamięci, w której mój ojciec zaistniał. Przytoczyłam też kilka faktów. * Po długiej i splątanej drodze okupacyjnej ojca nastał czas powrotu do swoich. Z Elbląga kierował się w stronę Wielkopolski. W trudnej wędrówce napotkał opuszczone gospodarstwo niemieckiego bauera. W nim zastał cały dobytek wraz z bryczką i rżącymi końmi w stajni, natomiast nie natknął się na żywą duszę. Załadował szybko piękną zastawę, kilka garnków i pościel. Wdział ubranie po gospodarzu, bo sam miał na sobie łachmany. Wisiało ono na nim, gdyż był strasznie wychudzony. Szybko zaprzęgnął dwa konie do bryczki i ruszył w drogę. Chciał do Gorzykowa zajechać jak pan - tak mi mówił. Ale po krótkim czasie na horyzoncie ujrzał sylwetki radzieckich żołnierzy. Bojąc się spotkania z nimi, wszystko zostawił i pobiegł w odwrotnym kierunku. Tak skończyło się jego marzenie o wielkim powrocie. * Po wojnie na stałe osiadł w Malborku. Cztery razy zmieniał adresy. Największy dramat przeżył na ul. Dalekiej, gdzie z drugiego piętra wypadł jego dwuletni syn, Jan, mój brat. Dziecko po długim pobycie w szpitalu dało się uratować, ale żona Helena, moja matka, już nie powróciła do zdrowia. Zmarła w 1953 r. W tym czasie mój brat i ja byliśmy w Gorzyko-wie u dziadków. Powtórnie ożenił się z Kazimierą, siostrą brata Leona, w 1954 r. Doczekał się kolejnego syna, Andrzeja, w 1955 r„ który po dwóch miesiącach zmarł na nierozpoznaną po porodzie żółtaczkę. Za rok przyszła na świat jego druga córka, Teresa. Wtedy już mieszkaliśmy na ul. Róży Luksemburg (dzisiaj Maczka). Kolejny dramat, jaki przeżył, to Stanisława Wojciechowska-Soja 167 w wieku 18 lat, syn zachorował na przewlekłą i nieuleczalną chorobę. To było ponad jego wytrzymałość! Ale dźwignął się, choć życie go „nie głaskało po głowie”. * Bardzo był związany ze swoją matką. To na jej cześć otrzymałam imię. Dziadek, Wincenty, przebywał w tle. Jego pasją była gra na skrzypcach, na których i ja grałam przez pięć lat. W domu rządziła babcia, a dom był pokoleniowy. Razem mieszkali z synem, synową i trójką dzieci. Do tej gromadki dołączyłam ja na 3 lata i mój brat na dwa, a nie przelewało się... W tym czasie ojciec nas często odwiedzał. Do Gniezna dojeżdżał pociągiem, a stamtąd 24 km na rowerze, bez względu na porę roku. Jesienią targał wielką tekturową walizkę pełną jabłek, bo uprawiał działkę. Później przywoził miód, gdyż zajął się hodowlą pszczół. Na Boże Narodzenie był Gwiazdorem. Tak mówiło się tam na św. Mikołaja. Wtedy w prezencie dostawałam prawdziwą lalkę. Raz go rozpoznałam i przestałam wierzyć w Gwiazdora. Ze śmiechu wypadła mu szczęka. Przyjeżdżał też na żniwa, był bardzo robotny. Była to też forma jego podziękowania za trud opieki nad nami. * Pamiętam taki obrazek: na stoliczku przy jego łóżku zawsze stała szklanka. Przed snem napełniał ją wodą i wkładał do niej swoje szczęki. Ten turpistyczny widok nie robił na mnie żadnego wrażenia. Tak było od zawsze. I już. Po latach zrozumiałam, że to efekt szkorbutu, którego nabawił się w czasie wojny. * Był człowiekiem wielu talentów: stolarz, murarz, tynkarz, ogrodnik, pszczelarz, mechanik, wikliniarz. Zbudował nam, dzieciom, tzw. drezynę — taki pojazd drewniany z pedałami, któremu kierunek nadawał dyszel. Był atrakcją na całej ulicy. Także podziwiałam jego dzieła wikliniarskie. Po tworzywo jeździł do Lisewa nad Wisłę. W dużym wiklinowym koszu, który początkowo służył do składowania bielizny, spały moja córka do trzeciego miesiąca życia. Myślę, że ta wielość umiejętności manualnych przydała mu się w Stutthofie i w elbląskim Schichau. * Wielu wzruszeń dostarczają mi wspomnienia wspólnie z ojcem spędzonych chwil, gdy uczył mnie poznawania świata. Rozkładał na stole mapę Polski i kazał mi szukać miejscowości, najpierw większych, a potem mniejszych. Zawsze coś ciekawego o nich mówił. Potem doszedł atlas świata. Graliśmy w: „Państwo, miasto, rzeka, roślina zwierzę” na określoną literę. Na wyścigi. Lubiłam też grać z nim w „tysiąca”. Czasem dawał mi wygrać. * Miał ładny charakter pisma, a mimo to od klasy szóstej zatrudniał mnie do pisania grafiku, czyli miesięcznego rozkładu jazdy. Przedkładał go swojemu zwierzchnikowi w DOKP w Gdańsku do zatwierdzenia. Był to obowiązek rewizorów pociągów. Po roku podsłyszałam rozmowę z jego kolegą z pracy. Z dumą podkreślał: To moja córka pisała. 168 Udźwignąć pamięć, czyli saszetka mojego ojca * Był bardzo łubiany w rodzinie bliższej i dalszej. Miał duże poczucie humoru, ale nie starał się być duszą towarzystwa. Najczęściej był to humor sytuacyjny, dziś nie do powtórzenia. Do legendy rodzinnej przeszło zdarzenie, kiedy na urodziny wysłał do siebie kartkę z życzeniami. Bardzo też był łubiany przez kolegów rewizorów. Było ich ośmiu na całą dyrekcję. Od czasu do czasu mieli tzw. lotną, kiedy całą ósemką kontrolowali pociągi dalekobieżne, najczęściej ekspresowe. Zdarzało się, że w Malborku robili sobie wagary i nie jechali na przykład do Działdowa. Wtedy przychodzili do Jasia na winko z głogu jego produkcji. Spotykali się też rodzinnie. Znałam ich dzieci. Jako kolejarz był solidny w pracy. Dostawał premie i zdobył odznakę „Przodujący Kolejarz”. To była ta trzecia odznaka w saszetce. Zawsze elegancko nosił gabardynowy mundur, ze świecącymi się guzikami, które polerował pastą do zębów, co często wspomina moja siostra.. * Złożony śmiertelną chorobą nie był uciążliwy. Mimo ogromnego bólu nie wydawał bolesnych jęków. Mama Kazimiera bardzo o niego dbała i opiekowała się nim z wielkim oddaniem. Ja chodziłam do pracy, siostra do liceum. Brat był w szpitalu. Ona była zawsze pod ręką. W ostatnim miesiącu życia dostał od lekarki tabletki z morfiną. Zużył tylko dwie, aż zdziwiła się pani doktor, która przyjechała, by stwierdzić zgon. Jego odchodzenie było widać po ubywaniu masy ciała. Miał też smutny wzrok. Bał się o nasz dalszy los. I milczał, jak zawsze. Żadnych życzeń, przesłań. Chociaż... wcześniej mówił, że chciałby leżeć pod brzózką. Tymczasem jego grób osłania dąb. * Jego pogrzeb był dla całej rodziny zaskoczeniem. Było to 9 marca 1973 roku. Słoneczny ciepły dzień. Na cmentarzu tłumy ludzi, mimo braku klepsydr w mieście. Do żegnających dołączyli kolejarze z dwóch autobusów przybyłych z Gdańska wraz z dętą orkiestrą. Słońce i muzyka tworzyły podniosły nastrój. Żal było odchodzić. Pomyślałam później: ci ludzie więcej wiedzieli o nim niż ja? Żegnali go jak jakoś wielkiego. Dla mnie był tylko moim ukochanym ojcem. Albo: aż ukochanym ojcem. POSTSCRIPTUM Napisałam dziesiątki reportaży prasowych o wielu ludziach. Szukałam w nich dobra, które ocala i ma moc terapeutyczną. Nigdy nie sięgałam do moich wątków osobistych, rodzinnych. Dopiero kolega Krzysztof, uświadomił mi, że to mój obowiązek, zwłaszcza wobec moich dzieci i wnuków. Kiedy zaczęłam wspominać mojego ojca, spotkałam się z dużym zaciekawieniem mojego potomstwa. Mój dziewięcioletni wnuk wyraził gotowość zwiedzenia Muzeum Stutthof. - Nie dasz rady, Maciusiu, nie uniesiesz tego, nie udźwigniesz - powiedziałam. - Udźwignę, udźwignę. A ja myślałam, że dźwiganie pamięci wymaga siły tytanicznego Atlasa... Stanisława Wojciechowska-Soja 169 Stutthof Ojcu Ilekroć tu jestem potykam się o grudki brzemiennej ziemi próżno tu szukać czterolistnej koniczynki tu drzewa nie kołyszą biodrami a mewy na mierzei kwilą lub milczą myśli jak woda wszędzie przenikają mówią szeptem bo szemrze czas tylko czasem akcentują donośniej jakby z wielkiej litery zaczynały zdanie uchylam im drzwi do monologu z Tobą ilekroć tu jestem odprawiam liturgię grzechu zaniechania zapalam znicz i dorzucam pamięci światło skulona posypuję głowę popiołem krwi szukam naszej wspólnej przestrzeni tu ziemia pokryta jest Twoim milczeniem a mnie ciągle brakuje ludzkich słów... Relikwia rodzinna, obozowy list, fot. archiwum rodzinne Muzyka Wacław Bielecki JESIEŃ SPRZYJA MUZYCE Tak twierdzi znakomity polski dyrygent Łukasz Borowicz, który ostatnio prowadził spektakl Hugonotów Giacomo Meyebeera w Operze Paryskiej oraz koncert w Mediolanie z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. To twierdzenie maestra okazało się prawdziwe także dla melomanów z Powiśla i Żuław, bo w drugiej połowie października mogli wysłuchać kilku koncertów muzyki klasycznej w Waplewie, Sztumie, Malborku i dalej - w Gdańsku i Ostromecku. JAZZOWA SYNTONIA U SIERAKOWSKICH -PIĄTEK, 12 PAŹDZIERNIKA Gra „Mariusz Bogdanowicz Quintet”, fot. W. Bielecki W czasie jesiennej odsłony 12. Dni Chopinowskich w pałacu w Waplewie Wielkim słychać było jazz. Grał „Mariusz Bogdanowicz Quintet” z Gdańska. W programie było wykonanie utworów skomponowanych przez Bogdanowicza i nagranych na płytę „Syntonia” w 2013 r. Syntonia to po grecku współbrzmienie, a w psychologii oznacza sposób odnoszenia się do ludzi charakteryzujący się chęcią nawiązywania kontaktu emocjonalnego i poczuciem bliskości z nimi. Muzycy, jak to powiedział sam lider, grają raczej cicho, a ich jazz jest melodyjny, przyjemny w słuchaniu, czasem relaksacyjny. Głównym solistą w zespole jest chyba Adam Wacław Bielecki 171 Wendt, grający na saksofonie tenorowym i sopranowym. Jak się dowiedzieliśmy, w tym roku wypada czterdziesta rocznica jego współpracy z M. Bogdanowiczem. Na trąbce grał jego syn Ignacy Wendt, uczeń Szkoły Muzycznej w Gdańsku-Wrzeszczu. Świetnie na fortepianie zaprezentowała się Kasia Pietrzko, studentka Akademii Muzycznej w Krakowie, która w tym roku zdobyła nominację do nagrody „Fryderyki” w kategorii „Debiut roku”. Na perkusji z wielkim wyczuciem rytmu bębnił Sebastian Frankiewicz. Częstymi solówkami popisywał się lider zespołu, kontrabasista Mariusz Bogdanowicz. Pełnił on też rolę konferansjera w dowcipny sposób zapowiadając kolejne utwory. Usłyszeliśmy kolejno: Non Plus Ultra, Stąd tego nie widać, Emigranci, U&U, Par Excellent oraz tytułową Syntonię. Spoza prezentowanej płyty muzycy przepięknie zagrali Preludium e-moll Chopina oraz Confiteor Song- tytułową kompozycję z innej płyty Bogdanowicza oraz dwa utwory na bis: Niezapominajkę i ostatni kawałek o zabawnym, okolicznościowym tytule: Utwór optymistyczny kończący koncert i zaczynający bankiet. W sumie był to bardzo udany koncert, zakończony wielkimi brawami dla artystów, i jak to jest w Waplewie, bankietem dla wszystkich wykonawców i słuchaczy. Następnego dnia zabrzmiała w Waplewie muzyka klasyczna. Serenadę C-dur Mieczysława Karłowicza oraz Orawę Wojciecha Kilara zagrała Polska Orkiestra Kameralna z Sopotu pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego. Muzycy gościli tu przed ośmioma laty. Wtedy wykonali Koncert fortepianowy e-moll Chopina ze znakomitą pianistą japońską Reiko Nezu wyróżnioną na Konkursie Chopinowskim w 2005 r. Wtedy był to koncert plenerowy, teraz słuchaliśmy muzyki w sali dawnej oranżerii. W drugiej części koncertu zaprezentowany został Koncert fortepianowy f-moll Chopina z solistą Piotrem Pawlakiem. Słuchaczy było więcej niż na wczorajszym koncercie jazzowym, nie mogli się pomieścić w sali. Niestety, pechowe zdarzenie uniemożliwiło mi dojazd do Waplewa, więc wieści o koncercie znam z kilku relacji znajomych. Wszystkie były pozytywne, a nawet entuzjastyczne. ORGANY Z TRĄBKĄ DLA NIEPODLEGŁEJ -NIEDZIELA, 14 PAŹDZIERNIKA Wykonawcami koncertu w kościele św. Anny w Sztumie byli muzycy z Trójmiasta: Błażej Musiałczyk, organista Katedry w Oliwie i trębacz Paweł Hulisz. Ich występy zapowiadał od ołtarza Mateusz Warkusz. Koncert odbył się ramach festiwalu „Niepodległa wielu wymiarów” - w setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Organizatorem festiwalu było Stowarzyszenie Młodych Artystów Ziemi Wejherowskiej. W jego programie były nie tylko koncerty, ale także wystawa fotograficzna, plener malarski, wykład. Te wydarzenia odbyły się w 10 miastach naszego województwa i były niepowtarzalne, tzn. każdy miał innych wykonawców i inny program. U nas był to koncert na organy i trąbkę, a np. na Zamku w Malborku zaśpiewał zespół wokalny, oktet „Art’n’Voices”. W Sztumie artyści wykonali następujące utwory: Gottfried Reiche Powitalna fanfara na trąbkę i organy, Mikołaj z Krakowa - Taniec hajducki (organy), Anonim — Aria z klasztoru ss. Klarysek ze Starego Sącza, J.S. Bach — Adagio z Koncertu g-moll na trąbkę i organy, G. F. Haendel - Aria z wariacjami z VSuity klawesynowej w transkrypcji na trąbkę i organy 172 Jesień sprzyja muzyce Błażej Musiałczyk - organy i Paweł Hulisz - trąbka, fot. W. Bielecki R. Bernarda Fitzgerbalda, Louis-Claude Daquin - Kukułka (organy), Leon Boelmann -Toccata z Suity gotyckiej (organy), G.E Haendel -Aria „Laschia chio pianga” z opery Rinaldo w transkrypcji na trąbkę i organy, J.S. Bach - Preludium chorałowe: Wachet auf rufi uns die Stimme BWV645 w transkrypcji na trąbkę i organy - Marie Claire Alain, L.J.A. Lefebure- -Wely - Bolero de Concert (organy), Vincenzo Bellini - Aria „Casta Diva”z opery Norma w transkrypcji na trąbkę i organy, G.E Haendel - Alleluja z oratorium Mesjasz w transkrypcji na trąbkę i organy. Na bis usłyszeliśmy Ave Maria E Schubert w transkrypcji na trąbkę i organy. Koncert w Sztumie miał więc bardzo przyjemny program, bo słuchaliśmy muzycznych hitów. Kilka z nich zabrzmiało w Sztumie po raz pierwszy. Na przykład, dwa początkowe utwory - Taniec hajducki Mikołaja z Krakowa i Aria t klasztoru ss. Klarysek ze Starego Sącza - anonimowego kompozytora, z bardzo ładną, żywą, wręcz skoczną melodią. Ładnie zabrzmiały też pozostałe utwory, które u nas w Sztumie były już wykonywane podczas co rocznych koncertów plebiscytowy. Nowością był udział trębacza i dlatego wiele z tych utworów było transkrybowanych na trąbkę i organy. To bardzo pasujące do siebie instrumenty, bo tak naprawdę, to organy, tak jak trąbka, są instrumentem dętym, więc słucha się tych instrumentów grających w duecie z wielką przyjemnością. Myślę, że koncert bardzo spodobał się księdzu proboszczowi Andrzejowi Starczewskiemu, bo uczył się on gry na trąbce w szkole muzycznej. Wszystkie utwory muzyczne były w skondensowanej formie zapowiadane przez Mariusza Warkusza, który jak się dowiedziałem, jest z zawodu inżynierem automaty- Wacław Bielecki 173 ki, a jego hobby to śpiewanie w oktecie wokalnym (ośmiu wykonawców) Art’n’Voices, działającym w Wejherowie. SKRIABINOWSKIE I CHOPINOWSKIE PRELUDIOWANIE -CZWARTEK, 25 PAŹDZIERNIKA Przy fortepianie Dina Joffe, fot. U7 Bielecki W pięknej Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku przy ulicy Korzennej odbył się recital fortepianowy. Jego organizatorem było gdańskie Koło Towarzystwa im. Fryderyka Chopina. Koncert prowadziła przewodnicząca Koła Olga Walentynowicz. Z recitalem fortepianowym wystąpiła laureatka II nagrody na IX Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w 1975 r. Dina Joffe (wtedy zwycięzcą konkursu został nasz Krystian Zimerman). To znakomita pianistka i jurorka wielu najważniejszych konkursów fortepianowych na świecie. Program koncertu okazał się bardzo interesujący, bo artystka zagrała 24 Preludia, z op. 28 Fryderyka Chopina (1810 — 1849), łącząc je z 24 Preludiami z op. 11 Aleksandra Skriabina (1 872 — 1915). Jak wiadomo obaj kompozytorzy napisali preludia we wszystkich tonacjach. Pianistka wykonywała je parami zawsze zaczynając od Skriabina. Wysłuchaliśmy zatem 48 miniatur poczynając od preludiów w tonacji C-dur oraz w tzw. tonacji paralelnej a-moll, po końcowe utwory w tonacjach F-dur i d-moll. O preludiach Chopina wszystko już napisano. Wiemy, że powstały one pod wpływem J. S. Bacha, i że nasz genialny pianista pracował nad nimi przebywając razem z George Sand na Majorce w opuszczonym klasztorze kartuzów w Yalldemozie. Był wtedy bardzo 174 Jesień sprzyja muzyce chory. Franciszek Liszt po usłyszeniu preludiów w wykonaniu Chopina napisał: To kompozycje zupełnie wyjątkowe. Nie są to tylko, jakby tytuł mógł sugerować, utwory przeznaczone do grania na sposób introdukcji innych utworów. Są to preludia poetyczne, analogiczne do poezji wielkiego poety współczesnego, które wprowadzają duszę w złote sny i podnoszą ją w regiony ideału. Cudowne przez swoją rozmaitość [...] Mają swobodę i blask, które charakteryzują dzieło geniusza, (cytat za M. Tomaszewski, Chopin, Kraków PWM, s. 401) Natomiast o preludiach Skriabina wiemy znacznie mniej. W pierwszym okresie swojej twórczości ten rosyjski kompozytor był pod wielkim wpływem Chopina. Jak dowiadujemy się z jego noty biograficznej, komponował wtedy utwory w formach wykorzystywanych przez Chopina. Były to więc mazurki, polonez, impromptu, etiudy i preludia. Te ostatnie pisał w latach 1888 —1896. (zob. Encykłopedia Muzyczna PWM, tom S — Sł, s. 284 — 290). W późniejszym okresie jego język muzyczny i kompozycje bardzo się zmieniły. Został zaliczony do kompozytorów reprezentujących ekspresjonizm w muzyce początku XX wieku. Do jego najbardziej znanych kompozycji należą utwory symfoniczne Poemat ekstazy oraz Poemat ognia: Prometeusz. Tego ostatniego utworu słuchałem kiedyś na żywo w dziwnej sali, a właściwie pod namiotem należącym do ujeżdżalni koni w Lubiewie koło Kolbud w powiecie gdańskim. Przez kilka lat odbywał się tam festiwal pianistyczny „Fermata”. W 2003 roku Orkiestra Filharmonii Bałtyckiej pod dyrekcją Zygmunta Rycherta wykonała tam Poemat ognia: Prometeusz Skriabina. Tak jak chciał tego kompozytor, podczas wykonywania poematu, przez cały czas rzutowane były na ścianę namiotu laserowe światła w najróżniejszych kolorach i kombinacjach. Ale wracajmy do recitalu Diny Joffe. Po jego wysłuchaniu nasuwają mi się następujące określenia: zachwyt i podziw. Zachwyt nad pięknem wykonywanych utworów oraz podziw dla artystki, która, ot tak, siadła sobie do fortepianu i zagrała po kolei 48 miniatur. Wszystkie wykonała z pamięci i z wielką swobodą. Jaką to trzeba mieć muzyczną pamięć, aby przez nieomal dwie godziny wykonać prawie pół setki utworów po kolei i oddać zawarte w nich najróżniejsze emocje. To się artystce udało, i to znakomicie. Słuchając recitalu byłem w pewnym dyskomforcie, bo preludia Chopina znane są mi i wielokrotnie słuchane od wielu lat. Natomiast w tym recitalu były one poprzedzane preludiami Skriabina, których prawie nie znałem. Tonacje poszczególnych utworów są takie same, ale kolejne preludia różnią się, co jest oczywiste, melodiami, harmonią, rytmem i czasami tempem. Na przykład, ulubione nie tylko przez jazzmanów elegijne Prełudium e-moll napisane jest u Chopina w bardzo wolnym tempie largo, u Skriabina też w bardzo wolnym - lento. Z kolei śpiewne chopinowskie Prełudium A-dur, do którego dopisano słowa i można je usłyszeć w wersji wokalnej ze słowami Miłosza Kotarbińskiego („Czemu sercu smutno”) było wykonywane w tempie mazurka, a preludium w tej samej tonacji Skriabina grane było bardzo szybko - Allegro assai. Słynne Preludium Des-dur tzw. deszczowe, w formie nokturnu u Chopina jest grane z określeniem tempa sostenuto, czyli powstrzymując, a u Skriabina bardzo wolno - lento. Podobne są tempa także w ostatnim z cyklu Preludium d-moll, które Chopin napisał pod wpływem wieści o wzięciu Warszawy przez Moskali, dlatego jest bardzo burzliwe, jak jego Etiuda c-moll, zwana rewolucyjną i ma tempo Allegro appasionato, u Skriabina jest presto, czyli szybko. Wacław Bielecki 175 Słuchając utworów dwóch kompozytorów wykonywanych w parach, chcąc nie chcąc, nasuwają się porównania, a poza tym, inaczej odbiera się preludia Chopina, bo przez pryzmat poprzedzających go, zupełnie innych preludiów Skriabina. W tym zestawieniu, nie ma wątpliwości: górą jest Chopin, bo jego preludia są po prostu naznaczone piętnem ge-nialności. Preludia Skriabina są mniej urozmaicone i na ogół spokojniejsze w przebiegu, są to raczej wstępy, czyli rzeczywiste preludia, a nie samodzielne utwory. Kilka z nich bardzo naśladuje utwory Chopina, np. es-moll, f-moll, F-dur. Można o nich powiedzieć, że są ciekawe, niektóre ładne, ale daleko im do mistrza z Żelazowej Woli. Widać to z resztą po ilości światowych wykonań i wydanych płyt. Na bis usłyszeliśmy 9 Wariacji na temat menueta Duporta skomponowanych przez W. A. Mozarta, jakże leciutko i finezyjnie zagranych. WOKALNY KARWAN - SOBOTA, 27 PAŹDZIERNIKA ArtnWoices, oktet woklany z Wejherowa, fot. W Bielecki Na Zamku w Malborku w drugiej połowie października można było wysłuchać dwóch koncertów wokalnych. Najpierw był to koncert muzyki renesansowej w ramach cyklu „Zamkowe Kameralia”. Wystąpił Mateusz Ławniczak, wirtuoz gitary i lutni oraz wokalista, taki współczesny trubadur. Na program jego występów złożyły się w większości pieśni, a także utwory solowe na lutnię Johna Dowlanda i innych współczesnych mu kompozytorów angielskich. Nie udało mi się być na tym koncercie, ale do Karwanu przybyłem na drugi, na którym zaśpiewał Art’n’Voices, zespół wokalny z Wejherowa. Był to koncert w ramach wspomnianego wcześniej festiwalu muzycznego „Niepodległa wielu wymiarów ”. 176 Jesień sprzyja muzyce W sali Karwanu na Zamku w Malborku wystąpił zespół wokalny składający się z ośmiu śpiewaków, czyli oktet. Młodzi wokaliści śpiewają w tym zespole od 2010 roku i zdobyli wiele nagród, w tym dziewięć Grand Prix na festiwalach i konkursach ogólnopolskich oraz międzynarodowych. Myślę, że do najcenniejszych należy II miejsce w Międzynarodowym Konkursie Chóralnym we włoskim miasteczku Arezzo. Każdy muzyk i meloman kojarzy tę miejscowość z mnichem Guido z Arezzo, który wprowadził do nauki śpiewu kościelnego metodę solmizacji, czyli znane wszystkim: do - re - mi - fa - sol - la. Nazwy te wziął z początkowych wersów hymnu do św. Jana, z tym że pierwotnie zaczynało się od niedobrego dla śpiewu «ut”, które później zmieniono na „do”. Zespół wystąpił w składzie: Małgorzata Priebe i Maria Krueger (soprany), Anna Rocław-ska-Musiałczyk i Marta Jundziłł (alty), Mateusz Warkusz i Szymon Duraj (tenory) oraz Tomasz Chyła i Filip Czajkowski (basy). Przedstawiony repertuar był bardzo urozmaicony. Śpiewacy zaczęli od angielskiej pieśni nawiązującej do tradycji motetu renesansowego My soul (Moja dusza), skomponowanej przez Anglika Ch. M. Parry’ego, potem była pieśń Józefa Świdra Laudate pueri Domine (Chwalcie dzieci Pana) oraz hymn estońskiego kompozytora C. Kreeka do tekstu z „Księgi Psalmów”. Następnie usłyszeliśmy piosenki o tematyce kaszubskiej skomponowane przez członkinię zespołu Annę Rocławską-Musiałczyk. Jest ona absolwentką dwóch wydziałów Akademii Muzycznej w Gdańsku - instrumentalistyki i dyrygentury chóralnej, a obecnie kończy trzeci kierunek - kompozycję. Zespół wykonał trzy jej pieśni: kołysankę Bibi Synku, bi -parafrazę kolędy kaszubskiej, wykonanej w tym języku, Reboczi (Rybacy) z I części „Suity kaszubskiej” oraz Ave Maris Stella (Witaj Gwiazdo Morza). W ostatnim bloku śpiewacy przedstawili piosenki amerykańskie, m.in. szlagier Victora Younga oraz pieśni zaczynającą się od słów Wejdź i zostań na chwilę, tudzież Master bis. Na zakończenie zrobiło się wesoło, a to za sprawą czterogłosowego, komicznego kanonu opartego na słowach Johann Sebastian Bach, w którym członkowie zespołu w zabawny sposób przekonywali się nawzajem, który z Bachów jest ważniejszy: Johann Sebastian, czy może Johann Christian lub Friedemann? Równie zabawna była charakterystyczna pieśń o poszukiwaniu kota. Na bis zespół wykonał śliczną kołysankę Sleep to night rozpoczętą przez tenora na tle mormoranda pozostałych głosów. Koncert oktetu wokalnego był bardzo przyjemny w odbiorze za sprawą ładnych i świetnie współbrzmiących głosów. Członkowie zespołu nie ukrywają, że wzorem dla nich są słynne zespoły śpiewacze takie, jak angielski The Kings Singers, czy polski Novi Singers. Miło się słuchało, a także oglądało wejherowski Art’n’Voices . Śpiewali oni z dużym zaangażowaniem mimo, właśnie, mimo że... publiczność nie dopisała. W sali Karwanu mogącej pomieścić kilkuset widzów, zebrało się, wstyd to przyznać, zaledwie kilkunastu słuchaczy. Jak do tego doszło? Zawiedli organizatorzy, czy obieg informacji? Chyba nigdy nie byłem na koncercie z tak nieliczną publicznością. Podziwiać trzeba młodych muzyków za to, że śpiewali tak, jakby sala była pełna. Prawdziwi artyści. Wacław Bielecki 177 RECITAL GITAROWY W BYDGOSKIM WILANOWIE -NIEDZIELA, 4 LISTOPADA Krzysztof Pelech —gitara klasyczna, fot. W. Bielecki Ostromecko pod Bydgoszczą położone kilka kilometrów od mostu na Wiśle w Fordonie znane jest głównie z wody mineralnej, ale jest tam również piękny zespół pałacowo-parko-wy zwany bydgoskim Wilanowem. W parku o powierzchni prawie 40 hektarów stoi tzw. Stary Pałac wzniesiony w XVIII wieku przez kasztelana płockiego Teodora Bogdana Mostowskiego. Obecnie znajduje się w nim kolekcja fortepianów zapoczątkowana przez Andrzeja Szwalbego, długoletniego dyrektora Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Można tam obejrzeć około 50 instrumentów, głównie fortepianów i pianin, ale także pianolę, czy fisharmonie. Wśród nich jest pieczołowicie odrestaurowany fortepian firmy Krall & Se-idler należący niegdyś do znanego kompozytora Zygmunta Noskowskiego. We wrześniu tego roku odbyła się w Ostromecku II Ogólnopolska Konferencja Instrumentologiczna pn. KONSTRUKCJA - REKONSTRUKCJA - DESTRUKCJA z udziałem kilkudziesięciu specjalistów. Drugi pałac, zwany „Nowym” został wybudowany w XIX wieku przez niemieckie rodziny Schoenbornów i Alvenslebenów. Ich historia ułożyła się bardzo dramatycznie, szczególnie w okresie II wojny światowej. Właściciel pałacu Joachim Alvensleben ożenił się z polską hrabianką Katarzyną Bnińską. Jej dwóch synów to zupełnie odmienne postacie. Starszy 178 Jesień sprzyja muzyce z nich Albrecht zwany „Tito”, pochodzący z nieprawego łoża, był aktywnym SS-manem i spowodował aresztowanie swojego ojczyma i wysłanie go do obozu koncentracyjnego w Dachau za sprzyjanie Polakom. Natomiast młodszy syn Ludolf, zwany „Lulu” działał w polskich organizacjach patriotycznych, a pod koniec wojny zaciągnął się do armii generała Andersa. Ciekawe to i dramatyczne historie, ale przejdźmy do muzyki. W Ostromecku prawie w każdym tygodniu odbywają się koncerty muzyczne. Ja miałem okazję wysłuchać recitalu znakomitego gitarzysty klasycznego Krzysztofa Pełecha z Wrocławia, który jak się okazało, od października 2005 roku prowadzi klasę gitary w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, gdzie uzyskał stopień doktora sztuki. Koncert odbył się w sali balowej w Nowym Pałacu mieszczącej 120 foteli. Recital zapowiadał sam gitarzysta. W jego programie była muzyka latynoamerykańska i hiszpańska. Artysta zaczął od utworu Danza del Altiplano (Taniec na płaskowyżu) kubańskiego kompozytora Leo Brouwera. Melodia tego utworu skojarzyła mi się ze słynną melodią El Cóndor Pasa (Przelot kondora). Następnie zabrzmiały cztery miniatury polskiego twórcy Aleksandra Tansmana. Wysłuchaliśmy suity ułożonej przez wykonawcę składającej się z Preludium, Scherzina, Danza Pomposa (pompatycznie) i Mazurka. Przed rozpoczęciem kolejnego utworu gitarzysta wyznał, że należy do tych, którzy niezbyt lubią operę, a za chwilę zagra Fantazję na tematy z Traoiaty Verdiego skomponowaną przez słynnego hiszpańskiego gitarzystę Francisco Tarregę. - Za operą nie przepadam -mówił muzyk - ale w pigułce jestem ją w stanie zaakceptować, bo nie są to trzy akty trwające kilka godzin, tylko kilkominutowa miniatura, jakby opera w pigułce. Kolejnym utworem należącym do ulubionych wykonawcy była Grandę Ouoerture op. 61 włoskiego mistrza Maura Giulianiego, zwanego gitarowym Mozartem. Po niej usłyszeliśmy Asturias Isaaca Albeniza, jeden z najczęściej wykonywanych utworów gitarowych, chociaż w oryginale został napisany na fortepian. Częściej wykonywany jest przez gitarzystów niż pianistów. Na koniec artysta zagrał trzy utwory Jorge Morela - Taniec e-minor, Walc dla Franceski i Taniec Brazylijski. Szczególnie ostatni taniec mógł się spodobać. Jest bardzo trudny i olśniewa kaskadami dźwięków i akordów. Podczas zapowiedzi artysta pochwalił się, że miał zaszczyt poznać kompozytora, obecnie dziewięćdziesięcioletniego i nieco niedocenianego gitarzystę. Na bis usłyszeliśmy Tango en Skai Rolanda Deynsa. I tak się skończył ten bardzo przyjemny dla ucha recital. Muzyk udowodnił, że zasłużył na tytuł najlepszego polskiego gitarzysty klasycznego, którym został trzykrotnie wybrany w ankiecie fachowego magazynu muzycznego „Gitara i Bas”. SAMSON I DALILA Z MET - SOBOTA, 10 LISTOPADA W sobotni wieczór w Kinie Powiśle w Sztumie można było oglądać retransmisję z Metropolitan Opera w Nowym Yorku (w skrócie Met). Słuchaliśmy najlepszego dzieła francuskiego kompozytora z XIX wieku Camille’a Saint-Saens’a pt. Samson i Dalila. Libretto opery zostało napisane na podstawie biblijnej Księgi Sędziów. Prapremiera miała miejsce w Weimarze w 1877 r., a do jej wystawienia walnie przyczynił się Franciszek Liszt. W roli Samsona wystąpił tenor Roberto Alagna (obecnie mąż naszej sopranistki Aleksan- Wacław Bielecki 179 dry Kurzak), a Dalilę kreowała znakomita mezzosopranistka łotewska Elina Garanća. Dyrygował Sir Mark Elder. Jeśli chodzi o to przedstawienie z Met, to można powiedzieć, że zostało pieczołowicie przygotowane i wykonane. Soliści byli świetni, podobnie jak chór i orkiestra. Jednak cała opera jest bardzo statyczna, szczególnie I i III akt. Najlepszy, moim zdaniem, jest środkowy akt II, w którym toczą się muzyczne dialogi, głównie między Dalilą i Sam-sonem. Tutaj pojawia się słynna aria Dalili Mon coeur souore a ta voix (Me serce otwiera się na Twój głos), w której oczarowuje ona Samsona i skłania go do wyjawienia tajemnicy jego nadludzkiej siły. Ładna jest też muzyka w baletowej scenie bachanaliów w akcie III. Sam jednak balet, w wykonaniu męskiej grupy tancerzy nie przypadł mi do gustu. Na uwagę w tym przedstawieniu zasługu- Roberto Alagna - Samson i Elina Garanća - Dalila, fot. internet ją piękne dekoracje, np. po odsłonięciu kurtyny na początku aktu III, publiczność zachwycona tym co zobaczyła, spontanicznie klaszcze. Bardzo pieczołowicie i kunsztownie zaprojektowane zostały stroje śpiewaków i chórzystów. A tak w ogóle jest to bardzo tradycyjne wystawienie bez cienia awangardy. Na sali w kinie Powiśle zgromadziła się kilkudziesięcioosobowa grupa miłośników opery. Szkoda, że prowadzone w języku angielskim rozmowy w czasie przerw między aktami nie były tłumaczone. Była za to dobra kawa i herbata. Cieszyć się można, że Kino Powiśle znalazło się w gronie zaledwie 34 kin z całej Polski, gdzie można oglądać transmisje i retransmisje z Met. Są to kina w wielkich i dużych miastach, a nasz Sztum na tej liście należy do najmniejszych pod względem liczby mieszkańców, jednym słowem, spełnia się powiedzenie, że małe jest piękne. 182 Raz na ludowo Kacper Smoliński, Żuławskie Wierzby, WeezArt 2018. Sięganie po inspiracje i czerpanie wprost z muzyki ludowej jest dla wielu artystów koncepcją na tyle frapującą, że poddają się tej manierze szukając w niej pomysłu na własną twórczość. Album „Żuławskie Wierzby” jest nie jest jednak kolejną próbą podkolorowania ludowej piosenki i dodania do tych melodii jazzowych odniesień i znaczeń. Jest zgrabną, jazzową odpowiedzią na proste, ludowe frazy i bezkompromisowe łamanie ich jazzową synkopą. „Żuławskie Wierzby” Kacpra Smolińskiego są zatem ciekawą próbą zwrócenia się w stronę tradycji Żuław i Powiśla oraz rozpracowania — jakby na nowo - ludowych tematów i piosenek. Inspiracją do powstania płyty była działalność Zespołu Pieśni i Tańca „Po-wiślanie”, z którym Kacper Smoliński, dziś uznany i utytułowany harmonijkarz, zetknął się w dzieciństwie. Teraz artysta powraca z nowym pomysłem, w którym melodie i brzmienie sprzed dekad stają się ważną i kreatywna inspiracją. Połączenie — wydawać by się mogło trudne - melodii z repertuaru zespołu „ludowego” z jazzem stworzyło nową, atrakcyjną Poznań Jazz Philharmonic Orchestra Kacper Smoliński Żuławskie Wierzby Dionizy Piątkowski 183 jakość. Oczywiście bliżej pomysłowi do autentycznego folkloryzmu, niż estradowej „cepeliady”, ale należy przecież rozpatrywać projekt w nieco szerszym, artystycznym ujęciu. Mimo swojsko brzmiących tytułów: Jecheli Uzary, Kosiarze, Nad bystrą wodą, Leciały żurawie. Zieleni się lipa, Ścieni dąbek, Oberek z Waplewa, czy tytułowe Żuławskie Wierzby, kompozycje te są tylko sygnałem do dalszego, precyzyjnego opracowania. W przypadku melodii ludowych, gdzie zazwyczaj prostota wypowiedzi, harmonii oraz zamysł kompozycji są prostą prymką, stworzenie na takiej bazie rozległej, improwizowanej i składnej kompozycji jazzowej jest zabiegiem tyle trudnym, co karkołomnym. Tylko niektóre melodie ludowe łatwiej poddają się takim aranżacyjno-kompozytorskim zabiegom. Inne są li tylko kilkunastotaktowym tematem, często nijak pasującym do jazzowej struktury. Tutaj udało się to skonsolidować w tak rozleglej strukturze, jaką jest jazz, w formacie orkiestry jazzowej i w brzmieniu przywodzącym na myśl najlepsze „ścieżki dźwiękowe”. Bohaterem albumu jest harmonijkarz Kacper Smoliński, który brawurowo rozgrywa autorskie partie solisty-ilustratora i jest frontmenem Poznań Jazz Phiłharmonic Orchestra. Zaaranżował, wraz z Tomaszem Citakiem oraz Piotrem Scholzem, ludowe melodie i piosenki, nadając im kompletnie inny, muzyczny wymiar. Słuchając albumu „Żuławskie Wierzby” przyjąć zatem można tezę, że zarówno piosenki i melodie ludowe jak i amerykański jazz są w pewnym sensie muzyką ludową. Obie powstały skutkiem asymilacji różnych elementów etnicznych, przystosowywaniu lokalnych stylistyk i mód, obrzędów i obyczajów. Skoro jazz jest w swych pradziejach sztuką afro-amerykańską (dzisiaj już także euro-afro-amerykańską), to dlaczego folklorystyczne śpiewki polskiej wsi nie mogą być w swej ludyczności także elementem takiego ludowo--jazzowego konglomeratu. Na to pytanie wspaniale odpowiedział Kacper Smoliński i wraz z Poznań Jazz Phiłharmonic Orchestra. To ważny - także dla jazzu — album, który wybija się swoim klimatem, barwą i brzmieniem z potoku podobnych pomysłów. Galeria Prowincji Anna Biskupska EWA NIEWOLSKA między wrażliwością poety, a duszą artysty Malarka. Urodzona w Sztumie, mieszkająca w podkwidzyńskiej wsi Gurcz, zawodowo związana z inną, tym razem podryjewską wsią Borowy Młyn, gdzie pracuje jako terapeutka zajęciowa w ośrodku dla osób bezdomnych. Ale jej serce należy do Ryjewa. To tutaj mieszka jej rodzina. I to Ryjewu poświęciła swoją ostatnią wystawę obrazów pt. Rehhof-Ryjewo - Rio. Od najmłodszych lat wykazywała ogromną wrażliwość na piękno otaczającego ją świata. Jej początki edukacji szkolnej szły w parze z pierwszymi próbami zatrzymania tego piękna, najpierw na kartkach papieru, w późniejszych latach na płótnie. Dlatego nie dziwi fakt, że kształciła się właśnie w tym kierunku. I chociaż początki były trudne, ponieważ jej decyzja o rozpoczęciu studiów artystycznych nie spotkała się z aprobatą rodziców, zwłaszcza taty, to nie poddała się, nie zwątpiła ani na chwilę w słuszność swojej decyzji. Ewa Niewolska podjęła studia historyczne na Wydziale Humanistycznym, które ukończyła w 2009 roku, a dwa lata później uzyskała dyplom licencjacki z malarstwa w pracowni prof. E. Małkowskiego na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Był on wymagającym nauczycielem, pod którego okiem artystka doskonale opanowała podstawy komponowania obrazu zgłębiła tajniki warsztatu malarskiego. Skutkowało to tym, że w roku 2013, w tej samej pracowni, ukończyła studia artystyczne z wyróżnieniem za całokształt pracy artystycznej oraz spójność pracy dyplomowej. Ponadto otrzymała nagrodę „Najlepszy absolwent Wydziału Sztuki UWM roku akademickiego 2012/2013”. Studia nauczyły ją przede wszystkim sprawnego łączenia nowoczesnych sposobów obrazowania z tradycją akademicką. Większość jej prac cechuje postkubistyczna stylizacja, ale ujęta w ramy kompozycji klasycznych. Nie poprzestaje na tym. Lubi eksperymentować. Niektóre jej obrazy, to wiele warstw znaczeń i odniesień i tu z pomocą przychodzi jej kolaż. Dzięki niemu w mistrzowski sposób potrafi graficznie zobrazować codzienność, zachowując jednak w doskonałej proporcji to co w sztuce pięknej przestarzałe i szlachetne. Przekraczając granice, zachowuje umiar. W swoich pracach stosuje również zróżnicowaną gamę kolorystyczną, począwszy od bieli, czerni i szarości, na świetlistych, czystych i żywych barwach skończywszy. Dużo podróżuje i właśnie z tych podróży czerpie inspirację. Oprócz wielu miejsc w Polsce odwiedziła także Chorwację, Norwegię, Niemcy, Holandię, Anglię, Hiszpanię, Turcję, Egipt, Albanię, Litwę... Dlatego częstym tematem jej prac jest zatem architektura miejska, pejzaż, dworce. Ale nie stroni też od martwej natury. Ewa Niewolska jest niewątpliwie na początku swojej artystycznej drogi. Ale ciekawość świata, miejsc i ludzi, jej umiejętność patrzenia i widzenia, jej odwaga i wrażliwość pozwalają twierdzić, że wybrała właściwą drogę w życiu. Po latach, mimo początko- Anna Biskupska 185 wych obaw co do przyszłości córki, rodzice również zaczęli podzielać jej pasje, wspierać w wyborach, z dumą patrząc na dotychczasowe osiągnięcia. Zaś sama artystka o swojej twórczości opowiada: Po dłuższym zastanowieniu się nad kilkoma słowami, w które ch dałabym zaopatrzyć moją wystawę, najtrafniejszym skojarzeniem nasuwającym się do głowy jest PRZETWARZANIE. Moje malarstwo w zasadzie od początku zainspirowane było przestrzenią. Właściwie nie potrafię dogłębnie odpowiedzieć, dlaczego tak się stało. Być może właśnie ta sfera jest dla mnie najdogodniejsza (najbezpieczniejsza?), aby wyzwolić swoją wrażliwość, oddać nastroje, jednocześnie mając na względzie fakt, iż zetknie się z potencjalnym odbiorcą. Przestrzeń może być dosłowna, jeśli dotyczy bezpośredniego obcowania z nią. Tak właśnie jest, kiedy maluję moje rodzinne strony — Ryjewo, okolice. Bliskość i ciągła potrzeba eksplorowania tych miejsc jest tu kluczowa. Przestrzeń może stać się również pretekstem, punktem przenoszącym w pewną „niedosłowność”. Wówczas przestaje być sama w sobie podmiotem, a przedmiotem do ukazania tego, co nieuchwytne jest dla mnie jako konkret. A kryje się pod tą nieuchwytnością cala gama stanów, nastrojów, myśli. Całe to zmaganie z płótnem nie jest jedynie zabiegiem estetycznym i artystycznym, ale przede wszystkim wysiłkiem emocjonalnym i intelektualnym. Każdy z tych obrazów jest niejako przetwarzaniem. Wycinka rzeczywistej przestrzeni w obraz, bądź wycinka pewnego stanu wewnętrznego w obraz. Pełen realizm zostawiam fotografii i nie śmiem wkraczać w jej możliwości. Sobie natomiast zostawiam możliwości jakie daje mi zestawienie obrazu, chwilowego odczucia, dłuższych przemyśleń no i umiejętności przetworzenia tego w całość... Wystawy artystki — zob. http://leksykonkultury.ceik.eu/index.php/Ewa_Niewolska-Ozga Michał Majewski ZIEMIAŃSKIE WAPLEWO Waplewo to niewielka wieś w gminie Stary Targ, na ziemi sztumskiej. Po wojnie dotknięta komuni- Nic bardziej mylnego. W centrum wsi stoi uparcie, na przekór historii, pałac ziemiańskiej rodziny Sierakowskich, dobro narodowe, niegdyś ostoja polskości. Uratowane dzięki mądrości i determinacji wielu ludzi dobrej woli w czasach PRL-u, jak choćby Antoni Gałecki, a wczasach wolności zmodernizowany dzięki europejskim środkom. Dziś to Muzeum Tradycji Szlacheckiej, filia Muzeum Narodowego w Gdańsku. Pałac miał zniknąć, jak wiele mu podobnych budowli, oznaka „złej”, przedwojennej i wielkopańskiej Polski. Przetrwał i nabiera nowego blasku. Na szczęście. stycznym realizmem Państwowych Gospodarstw Rolnych i byłejakością. Wydawało by się zaścianek. ..... IIIII Recenzje ks. Marek Karczewski DŁUGO OCZEKIWANE WZNOWIENIE A}. W Łęga, Ziemia malborska, Kultura ludowa, Gdynia 2018. Prawdopodobnie żadne z opracowań na temat kultury ludowej Dolnego Powiśla nie posiada tak wielkiego znaczenia jak wydana w Toruniu w roku 1933 monografia ks. dra Władysława Łęgi, Ziemia Malborska. Kultura ludowa. Określenie „ziemia malborska" nawiązująca do dawnego województwa malborskiego domaga się jednak precyza-cji, ponieważ badania ks. Łęgi zebrane we wspomnianym studium dotyczyły przede wszystkim 40 wsi; z tego aż 27 z ówczesnego powiatu sztumskiego; 4 z powiatu kwidzyńskiego; 4 z powiatu Wielkie Żuławy, 4 z powiatu gniewskiego oraz tylko jednej z powiatu malborskiego. Warto pamiętać, że teren ten obejmujący głównie tradycyjną Ziemię Sztumską (sięgającą od Gościszewa do Tychnów) nie dotyczył bezpośrednio miast Kwidzyna, czy Malborka. Centrum Ziemi Sztumskiej stanowił Sztum. Większość miejscowej ludności w wieku XIX i XX wyróżniały dwie cechy. Były to posługiwanie się dialektem malborskim (wariantami tzw. dialektu sztumskiego) oraz przynależność do wyznania rzymsko-katolickiego. Opracowanie ks. Łęgi, wykształconego etnologa oraz autochtona z Mirowic jest szczególnie cenne tym bardziej, że po spowodowanej zmianą granic zmianie struktury ludnościowej, w Ziemi Sztumskiej następuje coraz bardziej dostrzegalna integracja jej mieszkańców. Związane jest z nią tworzenie się nowej tożsamości. Dawne określenie „autochton, tutejszy” przechodzi do historii, ks. Władysław Łęga ZIEMIA MALBORSKA Kultura ludowa M»t»n*ły etnograficzna Powili* i Zulaw BSl^gton ponieważ nowe pokolenia urodzone na tej ziemi czują z nią esencjalny związek. Dlatego osobiście, jako potomek dawnych autochtonów, odczuwam wielką radość z tego, że wiedza zebrana przez ks. Łęgę staje się dostępna dla współczesnych mieszkańców naszej małej Ojczyzny. Wierzę, że publikacja ta przyczyni się do utrwalenia elementów dawnego dziedzictwa kulturowego naszego regionu, a być może do odtworzenia lub włączenia ich w już istniejące nowe formy kultury ludowej. Opracowanie monografii ks. Łęgi wymagało z pewnością dużego nakładu pracy, która przyniosła znakomite efekty. Zachowano oryginalne ryciny i dodano liczne ko- Recenzje 193 mentarze redakcyjne, które bez wątpienia ułatwiają zrozumienie zawartych w opracowaniu treści. Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuły wprowadzające autorstwa pani dr Aleksandry Paprot-Wielopolskiej oraz pana mgr Krystiana Zdziennickiego. Opracowania te dostarczają wielu ciekawych informacji. Niekiedy jednak odczuwa się pewien niedosyt. W przedmowie (s. 13) pada zdanie, że „ludność rodzima nielicznie tu pozostała, np. w Janowie, Sztumskiej Wsi, Mikołajkach Pomorskich ”. Jest to oczywiście prawdą, że stan ludności pierwotnie autochtonicznej do końca lat 80 zmniejszał się stopniowo. Jednak co najmniej do 20 proc, tej ludności mieszkało nie tylko w Mikołajkach Pomorskich, z których osobiście pochodzę, ale również w Sadłukach, Mirowicach, Trzcianie, Stra-szewie, Postolinie, Starym Targu, Ryjewie czy Dąbrówce Malborskiej. Zupełnie inny problem stanowią liczne małżeństwa mieszane osób miejscowych i przybyszów, których liczby nikt nie podaje. W ten sposób dawne tradycje sztumskie stały się bliskie osobom przybyłym czy przesiedlonym. Niemało wybitnych przedstawicieli Ziemi Sztumskiej nosi w sobie dziedzictwo osób przybyłych i miejscowych jednocześnie. Pan K. Zdziennicki jest uznanym biografem ks. Władysława Łęgi. Tym nie mniej, nie znalazłem w tekście wprowadzenia odpowiedzi na niektóre pytania, które zdałem kiedyś osobiście autorowi biografii. Chodzi przede wszystkim o warunki funkcjonowania księdza katolickiego w instytucjach państwowych PRL w epoce stalinowskiej i bezpośrednio po niej. Odczuwam także pewien niedosyt po lekturze artykułu pani dr A. Paprot-Wielopolskiej, Dziedzictwo kulturowe i tożsamość mieszkańców Powiśla po roku 1945. Generalnie jest oczywiste, że jest to omówienie bardzo skrótowe, ogólne i jako takie w pełni spełnia swoje zadanie części wstępu do monografii ks. Łęgi. Muszę jednak uzupełnić informację ze s. 55: „dopiero w 2013 roku w Sztumie we współpracy z prezesem Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej wydano zbiór wspomnień...”. Otóż już w roku 2009 pod patronatem Wójta Gminy w Mikołajkach Pomorskich wydano popularnonaukową publikację wieloautorską pt. „Bogaci ludźmi”. Mikołajki Pomorskie w historii i wspomnieniach zawierającą m.in. wspomnienia obecnych mieszkańców wsi i okolic zarówno pochodzenia autochtonicznego, jak i przybyłych. Znajdują się w niej także wspomnienia dawnych mieszkańców przysłane z Niemiec. Niezwykle ciekawe jest opracowanie państwa Marzeny i Romana Dobrzyńskich, Rys historyczny siedmioklasowej Szkoły Podstawowej w Mikołajkach Pomorskich w latach 1945-1966 (s. 85-114). W roku 2013 opublikowano kolejną książkę wieloautorską pt. Nasz dom. Mieszkańcy Mikołajek Pomorskich i okolic, ich historie i wspomnienia oraz słownik dialektu sztumskiego. Mikołajki Pomorskie 2013. W pozycji tej obok kolejnych informacji historycznych i wspomnień zawarty popularny słownik gwary sztumskiej, zawierający ponad 1000 znanych słów, najważniejsze idiomy, elementy gramatyki oraz krótkie przykłady tekstów przygotowany przez grupę osób pochodzenia autochtonicznego. Kolejna trzecia książka wieloautorską pt. Ojczyste krajobrazy. Mikołajki Pomorskie i Krasna Łąka w historii i wspomnieniach, ukazała się w Mikołajkach Pomorskich w roku 2015. Wszystkie te publikacje przygotowywane były społecznie, a ich publikacja odbywała się pod patronatem gminy. 194 Recenzje Nowością tych publikacji jest przygotowanie ich od wewnątrz środowiska oraz ich integracyjny charakter. Wspomnienia o tych wydarzeniach, choć lokalnych to chyba dość cennych, nie znalazłem w omówieniu tematu Dziedzictwa kulturowego i tożsamości mieszkańców Powiśla po roku 1945. Odczuwam także brak wzmianki o znaczeniu życia kościelnego w procesie integracji jego mieszkańców. Kulturotwórcze oddziaływanie chrześcijaństwa jest dostrzegalne także w wymiarze międzywyznaniowym, ekumenicznym. Poza tym w wielu parafiach katolickich Ziemi Sztumskiej w radach parafialnych zasiadają razem mieszkańcy o różnych historiach rodzinnych. Być może moje wrażenie jest błędne, ale uważam, że historia i droga do budowania nowej tożsamości mieszkańców tradycyjnej Ziemi Sztumskiej jest różna od terenów wokół Prabut i Susza, czy terenu Żuław. Umieszczanie Susza, okolic Nowego Dworu, miasta Malborka, Kwidzyn itp. na jednym poziomie z historyczną Ziemią Sztumską budzi wątpliwości. Przypuszczam, że określenie „Powiślanin” posiada różne odcienie zdefiniowane przez bliższy kontekst geograficzno-społeczny. Należy wyrazić nadzieję, że badania nad dziedzictwem kulturowym naszego regionu będą trwały nadal. Redaktorom nowego wydania ks. Łęgi należą się ogromne słowa wdzięczności i uznania. Osobiście oczekuję na wznowienie kolejnego, trudno dostępnego opracowania naukowego, które również posiada wyjątkowe znaczenie dla tzw. „Ziemi Malborskiej”. Jest to opracowanie dialektu malborskiego autorstwa prof. H. Górnowicza. Krystian Zdziennicki TOŻSAMOŚĆ I PAMIĘĆ Aleksandra Paprot-Wielopolska, Żuławy i Powiśle. Kreowanie tożsamości lokalnych i regionalnych po 1989 roku, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. Żuławy i Powiśle wzbogaciły się o ważną publikację przedstawiającą oba regiony. Znana czytelnikom „Prowincji” etnolog pochodząca ze Starej Kościelnicy — Aleksandra Paprot-Wielopolska zaprezentowała swoje badania poświęcone kreowaniu tożsamości lokalnych i regionalnych po 1989 roku na Żuławach i Powiślu. Warto podkreślić, że oba regiony zaliczane do Ziem Zachodnich i Północnych dotychczas stosunkowo słabo Recenzje 195 przebadane, zyskały bardzo ważną monografię charakteryzującą te tereny. Publikacja powstała na podstawie dysertacji doktorskiej obronionej przez A. Paprot-Wielopol-ską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Badaczka odwołuje się głównie do zjawisk właściwych nowemu regionalizmowi, charakterystycznego dla neoregionów, jakim według niej są Żuławy i Powiśle. To właśnie w tego typu miejscach „aktywność na rzecz budowania odrębności regionalnej zaczęła wzrastać po 1989 roku w ramach inicjatyw społeczności lokalnych i instytucji ”. Prowadzone badania przez kilka lat pozwoliły na wnikliwe wyciągnięcie wniosków i postawienie tez charakteryzujących oba regiony. Praca składa się z czterech działów: Ziemi zachodnie i północne — pamięć i tożsamość, Tożsamości lokalne i regionalne na Żuławach i Powiślu, Strategie kreowania tożsamości na Żuławach i Powiślu i Społeczna percepcja polityk kulturalnych na Żuławach i Powiślu. W pierwszym dziale autorka podkreśliła jak ważne jest uwzględnienie Żuław i Powiśla w kontekście Ziem Zachodnich i Północnych, które zostały przyznane Polsce po II wojnie światowej i miały stanowić rekompensatę za utracone Kresy Wschodnie. Przesunięcie spowodowało wymianę ludności. Powiśle i Żuławy stopniowo opuszczała ludność niemiecka, a następnie ich miejsce zajmowali Polacy z różnych części dawnej II RP, a także ludność ukraińska w ramach akcji „Wisła” . Z tymi terenami potomkowie ludności napływowej zaczynali odczuwać tożsamość lokalną i regionalną. Autorka ukazała jak one kształtowały się w obu regionach prezentując zauważone różnice. Ogromny wpływ na to zjawisko mają dzieje regionu. Dlatego też autorka, choć badała wątek tożsamości lokalnych i regionalnych po 1989 roku zwróciła uwagę na bogatą historię tych ziem ukazując wpływ przeszłości na współczesność Powiśla i Żuław. Aleksandra Paprot-Wielopolska ukazała też instytucjonalne i społeczne mechanizmy kreowania tożsamości związane ze specyfiką ruchu regionalnego, które jak okazuje się są inne dla każdego z tych regionów. Ponadto w pracy uwidoczniona została rola i wpływ samorządów lokalnych, instytucji kultury oraz organizacji społecznych, a także ich liderów na prezentowane regiony. Praca ta ma charakter interdyscyplinarny co wskazuje na bogaty warsztat badawczy autorki. Warto podkreślić, że przeprowadziła ona szereg wywiadów z mieszkańcami różnych części Powiśla i Żuław. Zebrany w przeciągu kilku lat materiał pozwolił autorce na wyciągnięcie wniosków, a liczne cytaty wybranych fragmentów znacząco wzbogaciły pracę. Nie zabrakło również badań ilościowych w postaci ankiety z imponującą liczbą 740 respondentów. Na uwagę zasługują opracowane przez A. Paprot-Wie-lopolską mapy prezentujące granice Powiśla i Żuław. Szczególnie ciekawe są „granice wyobrażane” według rozmówców z obu regionów. Plusem pracy są też tabele i wykresy prezentujące najważniejsze zagadnienia pracy. Dzięki nim zdecydowanie łatwiej można porównać oba regiony, a odbiór pracy jest przystępniejszy dla czytelnika zainteresowanego tematem. Ważny element uzupełniający stanowią fotografie. Widać, że autorka skorzystała z bardzo bogatej literatury przedmiotu, jednakże dobór części literatury popularnej i popularno-naukowej może budzić drobne zastrzeżenie. Szkoda, 196 Recenzje że w pracy nie umieszczono indeksu geograficznego oraz streszczenia w języku angielskim lub niemieckim. Książka dr Aleksandry Paprot-Wielopol-skiej zasługuje na ważne miejsce w biblioteczce pomorskich regionalistów. Książka ta będzie też ciekawą lekturą dla mieszkańców, a także osób zainteresowanych tematyką prezentowanych regionów. Warto zaznajomić się z powyższą publikacją, gdyż stanowi ważne źródło wiedzy na temat Powiśla i Żuław. Jest to solidna praca oparta na kilkuletnich badaniach zaangażowanego naukowca — etnolożki, antropolożki i kul-turoznawczyni. Żuławy i Powiśle od lat czekały na to dzieło, a książkę uznać można za pewnego rodzaju kontynuację wydanej 85 lat temu monografii etnograficznej ks. dr Władysława Łęgi Ziemi malborskiej. Kultury ludowej. Warto porównać obie pozycje książkowe, tym bardziej że A. Paprot-Wie-lopolska podjęła się współredakcji merytorycznej wydanej również w bieżącym roku reedycji Ziemi malborskiej. Justyna Kwiatkowska MONOGRAFIA ŻUŁAWSKIEGO TOWARZYSTWA SPORTOWEGO Tadeusz Studziński, współpraca: Marcin Głowacki, Zbigniew Ciechanowski, Lubomir Głowacki, Ireneusz Stolarz, „Monografia Żuławskiego Towarzystwa Sportowego”, Nowy Dwór Gdański 2017. „Monografia Żuławskiego Towarzystwa Sportowego” to wydawnictwo podsumowujące 20 lat działalności organizacji sportowej, która w Nowym Dworze Gdańskim obok Ludowego Klubu Sportowego Żuławy zajmuje się krzewieniem sportu. Autor opracowania dr Tadeusz Studziński we wstępie powołuje się na maksymę szesna-stowiecznego doktora medycyny i filozofii Wojciecha Oczki: „Ruch zastąpi każdy lek, podczas gdy żaden lek nie zastąpi ruchu”. W celu rozwijania tej idei powstało Żuławskie Towarzystwo Sportowe (ŻTS). Hasło to było inspiracją do podejmowania no- Recenzje 197 wych działań, w celu pobudzenia społeczności lokalnej do aktywnego wypoczynku, tłumaczy autor. Monografia zawiera opis funkcjonowania ŻTS-u od jego założenia w 2000 r. aż po 2016 rok. 200 stron, statystyki, liczne tabele, dokładne składy drużyn i mnóstwo zdjęć — tak wygląda „Monografia Żuławskiego Towarzystwa Sportowego”. Przygotowana dzięki mrówczej pracy Tadeusza Studzińskiego pozycja podsumowuje lata działalności tej sportowej organizacji. Żuławskie Towarzystwo Sportowe powstało przy okazji rozgrywek Żuławskiej Halowej Ligi Piłki Nożnej z inicjatywy Tadeusza Studzińskiego przy szczególnym wsparciu Zbigniewa Ciechanowskiego, Edwarda Szczotki, Mirosława Tokarskiego, Zbigniewa Michalaka oraz Mieczysława Kochela oraz innych. Książka jest swoistym archiwum niemal 20 lat zmagań sportowych. Monografia została opracowana przede wszystkim z materiałów zawartych w kronice ŻTS--u, wycinków prasowych oraz informacji z portali internetowych. Praca zawiera rys historyczny powstania stowarzyszenia, opis realizowanych programów oraz listę nagród i wyróżnień zdobytych przez zawodników indywidualnie oraz drużynowo. Olbrzymią częścią „Monografii...” jest opis rozgrywek sportowych organizowanych przez ŻTS tj.: Żuławska Halowa Liga Piłki Nożnej, Żuławska Młodzieżowa Halowa Liga Piłki Nożnej, Żuławski Gwiazdkowy Turniej Piłkarski, Grand Prix Żuław, Oldboje — turniej na parkiecie i trawie, ŻTS Błękitni Kmiecin. Ponadto opisano rozgrywki sekcji: tenisa stołowego, siatkówki, koszykówki oraz organizację i przebieg Biegu Gburów. Autor opracowania przedstawił również informacje o zagranicznych wyjazdach mło- dzieży do miast partnerskich, a także wizyty zagranicznych gości na Żuławach i Mierzei Wiślanej. Sportowe współdziałanie miast partnerskich powstało dzięki podpisaniu umów pomiędzy władzami samorządowymi Nowego Dworu Gdańskiego i Hen-nef. Autor pisze: „Współpraca zakładała wspólną organizację zawodów, wymianę doświadczeń, ale przede wszystkim rozwój kontaktów pomiędzy grupami sportowymi obydwu miast”. Czytając monografię odnosiłam, wrażenie, jakby była to relacja sportowa. W tekście nie brakuje wykrzykników dla podniesienia rangi danego wydarzenia. Nazwiska niektórych osób w całości były napisane wielkimi literami, aby w ten sposób zaakcentować jej wkład w działalność ŻTS-u. Przy pisaniu tego typu książki potrzebna jest olbrzymia precyzja. Należy stale pamiętać, żeby nie pominąć czyjegoś nazwiska. Nie zawsze się to udaje — pod jednym ze zdjęć widnieje podpis: „Turniej sędziował Aleksander Okoń wraz z kolegą”. Moim zdaniem, okładka przeładowana jest zdjęciami — to przede wszystkim małe zdjęcia drużyn. Na tych fotografiach znajdują się zawodnicy reprezentujące różne dyscyplin sportowe. Takie fotografie są także wewnątrz książki. Trochę za mało jest zdjęć z zawodów, takich, które utrwalają ruch, zaciętość rywalizacji... Na okładce znajduje się również logo ŻTS-u. Monografia wydana została na dobrej jakości papierze. Ogromna ilość zdjęć jest przyzwoicie zeskanowana, dzięki czemu na zdjęciach można rozpoznać twarze zawodników i osób związanych z działalnością w Towarzystwie. Dzięki fotografiom można przenieść się do minionej dekady, w której zawodnicy grali w białych, bawełnianych koszulkach, a nie jak dziś, kiedy to na zawo- 198 Recenzje dach sportowych można obserwować istny pokaz mody! „Monografia Żuławskiego Towarzystwa Sportowego” jest prawdziwym kompendium wiedzy o naszym regionalnym, żuławskim sporcie. Dzięki tej książce osoby oddane pracy dla ŻTS-u, biorące udział w rozgrywkach, a także zdobywcy trofeów przejdą do historii naszej „małej ojczyzny”. Czytając i oglądając „Monografię...” zwróciłam uwagę na mrówczą pracę, która została wykonana w celu opracowania tej publikacji. Wielki szacunek należy się autorowi - Panu Tadeuszowi Studzińskiemu i jego współautorom. Kiedy dyskutowałam z osobami, których nazwiska i zdjęcia zamieszczone są w książce, obserwowałam ich ekscytację, a także wzruszenie, wręcz rozrzewnienie. Uważam, że „Monografia...” jest pozycją obowiązkową dla osób, które związane są z ŻTS-em, czy też brały udział w rozgrywkach. Polecam tę książkę także osobom, które pasjonują się sportem oraz tym, którzy chcą dokonać wielkich rzeczy dla naszej regionalnej społeczności. Wydanie „Monografii...” jest upamiętnieniem ludzi, którzy tworzyli i nadal tworzą dwudziestoletnią historię Żuławskiego Towarzystwa Sportowego. Noty o autorach Agnieszka Albrecht - ur. w 1974 roku w Malborku. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Malarka akwarelistka, nauczycielka rysunku, przewodnik po Muzeum Zamkowym w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Meloman, autor książki Zapiski melomana z prowincji. Anna Biskupska - ur. 1970 r. w Kwidzynie. Absolwentka filologii polskiej ze specjalnością bibliotekoznawstwo i informacja naukowa Uniwersytetu Gdańskiego. Od 25 lat pracuje jako bibliotekarz - od 2011 r. w Gminnej Bibliotece Publicznej w Ryjewie. Od 2000 r. członek Kwidzyńskiego Towarzystwa Kulturalnego, które jest m.in. wydawcą kwartalnika „Schody Kawowe”, wchodzi w skład kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Współautorka książki „Ryjewo. Historia i pamięć”. Jan Chłosta-dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945—1995) leksykonów - Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej ” i ludziach z nią związanych. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meri-dian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Marek Karczewski - ur. 1965 w Sztumie w rodzinie autochtonicznej z Mikołajek Pomorskich. Duchowny Kościoła rzymskokatolickiego. Absolwent KUL w Lublinie, Papieskiego Instytutu Biblijnego i Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. Delegat Biskupa Elbląskiego ds. Ekumenizmu. Wykładowca na Wydziale Teologii UWM w Olsztynie. Badacz historii i kultury regionalnej Powiśla, Warmii i Mazur. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Justyna Kwiatkowska - rodowita nowodworzanka, absolwentka LO im. Ziemi Żu- 200 Noty o autorach ławskiej, w którym obecnie naucza historii i WOS-u. Ukończyła Uniwersytet Gdański. Jej pasją jest historia, podróże, sport i polityka. Andrzej C. Leszczyński — nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autorksiążki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu w Szwajcarii. W latach 2006-2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Michał Majewski — ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki. Debiutował prozą „Jadzia”. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Jakub Mieszko Michalik — ur. w 1994 r. w Sztumie. Doktorant archeologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor wystaw związanych z historią obszarów Dolnego Powiśla, członek Towarzystwa Historyczno - Muzealnego „Powiśle”. W swych dotychczasowych badaniach skupia się nad kulturą materialną i funeralną społeczeństw Pomorza Gdańskiego w okresie późnego średniowiecza i nowożytności. Sergiusz Mizera - ur. 1994 r. Kwidzyniak, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, aktor teatralny, poeta. Zadebiutował tomem poezji „Przemijania”, wydanym nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w 2018 roku. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Grzegorz Pełczyński — ukończył etnologię (1986) i teologię (1990) w UAM w Po- Noty o autorach 201 znaniu. W latach 1987-2013 pracownik Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Od 2013 profesor w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Szczecińskiego. Prowadził badania w Polsce, na Ukrainie, w Armenii, Rosji, Kazachstanie i Austrii. Twórczość literacka: dla dzieci Opowieści dla Kubusia, opowieści dla Jakuba (2012), Ulubiona bajka (2014) i tom opowiadań Cukierki i fajerwerki (2015). Piotr Podlewski - absolwent historii UMK w Toruniu. Nauczyciel historii. Publikował teksty historyczne w „Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806—1945 (2014). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności oraz Ocalona pamięć. Żydzi na ziemi sztumskiej. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marian Szarmach - ur. 1939 w Łasinie. Absolwent LO w Kwidzynie i filologii klasycznej w UMK w Toruniu w 1963 roku. Po kilku latach pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie został asystentem w Katedrze Filologii Klasycznej UMK w 1967 roku, gdzie doktoryzował się z tragedii greckiej w 1971 r., a habilitował w roku 1978 na podstawie monografii o Dionie z Prusy. W 1990 roku uzyskał tytuł profesora nauk humanistycznych. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Sztumie. Grzegorz Szarmach - ur. w Malborku w 1978 roku. Nieregularnie uczestniczy w działaniach Elbląskiego Alternatywnego Klubu Literackiego. Wiersze wyróżniono między innymi na I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Bez-KRESY” w Cieszanowie oraz X Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Refleksy” w Szczecinie. Mieszka w Malborku. Jacek Wijaczka - ur. 1960. Absolwent historii na WSP w Kielcach. Doktorat w 1990 rok na UMK, oraz habilitacja w 1998 rok na tej samej uczelni. Zainteresowania badawcze — dzieje Prus Książęcych i Królewskich, polowania na czarownice i procesy o czary w Europie wczesno nowożytnej, historia Żydów w okresie staropolskim. Kieruje Zakładem Historii Krajów Niemieckich na wydziale historii UMK w Toruniu. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów 202 Noty o autorach krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w „Dzienniku Bałtyckim”. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurent de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki - ur. 1992 w Sztumie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Działacz Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. PROWINCJA Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Prace platyczne