Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ■ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2018 roku” Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest WOJEWÓDZKA I MIEJSKA KWĘKA IWiNA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT 58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3 (33) 2018 Redakcja Leszek Sarnowski — redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Aleksandra Paprot Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Plener Rzeżbiarsko-Maiarski "Pole sztuk" w Rodowie Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „LAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiernu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim, Malborskiernu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta trzecia „Prowincja”...................................................5 Poezja Konstelacja Toposu Krzysztof Kuczkowski........................................................6 Adrian Gleń.....................................................................7 Wojciech Kass...................................................................8 Wojciech Gawłowski..............................................................9 Artur Nowaczewski..............................................................10 Jarosław Jakubowski............................................................11 Przemysław Dakowicz............................................................12 Wojciech Kudyba................................................................13 Proza Piotr Napiwodzki — Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu..................14 Andrzej C. Leszczyński - Okruchy...............................................20 Andrzej Kasperek - Drobiazgi Wajdy cz. 2.......................................26 Na tropach historii Jacek Schirmer- Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945.........35 Grażyna Nawrolska - Z historii złocistego trunku...............................43 Andrzej Lubiński - Sztumianie w służbie dyplomatycznej.........................49 Janusz Jasiński - Immanuel Kant mniej znany....................................52 Adam Langowski - Sierakowscy i papież Pius IX..................................59 Bogumił Wiśniewski - Plebiscytowe drogi........................................69 Wiesław Olszewski - Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów...............................77 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Sześćset marek dla Adama Asnyka........................91 Krystian Zdziennicki - Jubileusz ważnej książki ks. Władysława Łęgi............97 Andrzej Kasperek - Skarby architektury drewnianej w Żuławkach.................102 Teodor Sejka - Postolińska Struga miła i bezbronna............................109 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów..............................115 Paweł Zbierski - Dziennik kataloński.....................................131 Ewelina Dysko - Centrum wszystkiego pośród niczego.......................135 Wspomnienia Genowefa Burek - Genia na wojnie.........................................141 Stanisława Wojciechowska-Soja - Udźwignąć pamięć czyli saszetka mojego ojca...............................................157 Muzyka-Teatr Wacław Bielecki - Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum.......................166 Zagrajcie Szalonka - O muzyce współczesnej z flecistką i muzykologiem dr Iwoną Glinką rozmawia Wacław Bielecki..................179 Dorota Maluchnik - Rynek w oparach teatralnej magii......................188 Flamenco Industrial — Z Piotrem Podlewskim rozmawia Leszek Sarnowski......192 Magiczna prowincja Michał Majewski - Mój Kamieniec Suski......................................196 Galeria Prowincji Rafał Cybulski - Sztuka w polu - „Pole Sztuk”............................202 Zaczytana Prowincja Jacek Albrecht - Domowa biblioteka Albrechtów............................206 Recenzje Jacek Albrecht - Bedeker malborski........................................211 Andrzej Kasperek - Gdańskie obrazki sprzed stu lat.......................212 Janusz Ryszkowski - Mazur - syn Hermana i Mety z domu Stach..............214 Jan Chłosta - Edwarda Cyfusa opisanie Giław..............................216 Noty o autorach............................................................219 TRZYDZIESTA TRZECIA „PROWINCJA” Witamy po wakacjach z kolejną dawką poezji, literatury, refleksji, wspomnień i historii lokalnej. Rozpoczynamy „Konstelacją Toposu ”, czyli poezją autorów pisujących do dwumiesięcznika sopockiego „Topos”, który właśnie obchodzi 25 lecie swego istnienia. Jako młodszy brat, a właściwiej chyba siostra, boć „Prowincja” to przecież rodzaj żeński, składamy pokłon redaktorom i autorom. Piotr Napiwodzki zaprasza na dalszy ciąg opowieści o sztumskich losach Wilhelma z Mo-deny, przenosząc na teren Powiśla klimat wielkich debat filozoficznych. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem o tragedii, nie tylko greckiej, smartfonowych uzależnieniach i wadach wymowy, a Andrzej Kasperek kontynuuje swoją opowieść o twórczości Andrzeja Wajdy. Jacek Schirmer w kolejnym odcinku opisuję dzieje polskich rodów ziemiańskich na Powiślu, a profesor Janusz Jasiński z Olsztyna odkrywa nieznane losy jednego z największych filozofów europejskich Immanuela Kanta i jego pobyt w niedalekim Jarnołtowie, gdzie uczony był nauczycielem w wiejskiej szkole. Andrzej Lubiński przybliża sylwetki dyplomatów polskich rodem z ziemi sztumskiej, a Grażyna Nawrolska, na podstawie swoich badań archeologicznych odkrywa historię piwa. Spory zestaw cennych wiadomości o Waplewie: Adam Langowski o związkach papieża Piusa IX z rodziną Sierakowskich, a Janusz Ryszkowski snuje opowieść ze stacyjki w Mleczewie, tym razem z Adamem Asnykiem w tle. Bogumił Wiśniewski wraca do tematu plebiscytów na Powiślu, a Wiesław Olszewski do czasów wojennych w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej Kasperek jak zwykle ciekawie o Żuławach, tym razem o wyjątkowej rodzinie Wiśniewskich, ratującej kolejny pomennonicki zabytek, a Teodor Sejka o niepozornej Posto-lińskiej Strudze. Niezwykle bogato tym razem w relacjach z prowincji nieco odległych. Obieżyświat i praktyk idei Krzysztof Czyżewski z Sejn wiedzie nas od Nowego Jorku, poprzez Bolonię, Wągrowiec, Kadzidło, Niepołomice z powrotem do Sejn. Na naszych łamach debiutuje były dziennikarz i publicysta TVP Gdańsk Paweł Zbierski, emigracyjnym „Dziennikiem katalońskim”. Ewelina Dysko z kolei, poetka z Ryjewa, z pasją opowiada o Festiwalu Literackim w Budzie Ruskiej. Alicja Łukawska z Malborka kontynuuje cykl wspomnieniowy, tym razem swojej cioci Genowefy Burek z Żuław, a Stanisława Wojciechowska-Soja odkrywa prawdziwe losy swego ojca. W muzyczną podróż jak zwykle zaprasza nas Wacław Bielecki i to dość rozległą, od Wrocławia, przez Żelazową Wolę i Warszawę, po Kwidzyn, Waplewo i Sztum. O swoich muzycznych pasjach i nowej płycie opowiada Piotr Podlewski, a Dorota Maluchnik o ulicznych teatrach w Sztumie. W „Galerii Prowincji” Rafał Cybulski po raz kolejny opowiada o wyjątkowym miejscu jakim jest mała podprabucka wioska Rodowo, gdzie od wielu lat spotykają się artyści z całej Polski, by swoje wizje wprowadzać w lokalną przestrzeń publiczną. No i w końcu unikatowe zdjęcia Michała Majewskiego z cyklu „Magiczna Prowincja”. Tym razem Kamieniec Suski. Jesień się kluje ślamazarnie, ale konsekwentnie, więc zapraszamy do lektury Redakcja „Prowincji ” Poezja KONSTELACJA TOPOSU Krzysztof Kuczkowski WIERSZYK O KOŃCU ŚWIATA Znowu miał być koniec świata który to już raz niewyobrażalnie miało przyjść w miejsce dobrze znanego. Obyło się bez większych sensacji: to co wypukłe pozostało wypukłe to co wklęsłe pozostało wklęsłe i nadal do siebie nie pasuje. Rzeczywistość widzialna i niewidzialna nie dopełniają się jak połówki rozłupanego arbuza, ciągle coś doskwiera coś stąd albo stamtąd. Jest za zimno albo za gorąco wieje biały wiatr, na pustyni fałszywi prorocy mnożą się jak króliki. Poezja 7 KONSTELACJA TOPOSU Adrian Gleń DESZCZ W CIESZYNIE Kilkuletni chłopiec z drewnianą nogą przez chwilę zastanawia się czy rozłożyć parasol. I w ten sposób utracić laskę. Chwyć moją rękę chłopcze. Drewniana kłoda, na którą chcesz wejść, stała się niebezpieczna. 17-18.09.2009 8 Poezja KONSTELACJA T0P0S0 Wojciech Kass PIOSENKA SZALEŃCZA Niewiele robiłem sobie z przepowiedni o huraganie a kiedy nadszedł naznaczył mnie szaleństwem. W dniu gdy postanowiłem nie trudzić ludzi pytaniami, znów odwrócili się do mnie i jak wyżły nastoszyli uszy. Krajobraz się leni, ale wolę jego nudę od oblicza cesarza. Jesień jesionów, nasłonecznione berła obłoków - Oto cesarstwo. 4.05.2005 Poezja 9 KONSTELACJA TOPOSU Wojciech Gawłowski ZAPACH GASNĄCEJ ŚWIECY Pamięci matki Na krótko przed kolejnym zgonem w szpitalu prześladował ją zawsze zapach gasnącej świecy. Młodsze siostry zwalniały się wcześniej ze wspólnego dyżuru. Pacjenci umierali zazwyczaj w jej obecności. 01.08.1993 10 Poezja KONSTELACJA TOPOSU Artur Nowaczewski okrutnie tanie są bilety do kraju ogarniętego wojną, w domu nikt na nas nie czeka, nikt nie zauważy kilkudniowej nieobecności, co budowałem, zawaliło się, nawet to, co na dymach albo przede wszystkim to. okrutnie tanie są bilety do kraju ogarniętego wojną, od dawna, dramatu nikt nie transmituje - przechodzi mnie dreszczem, przenika do szpiku wykonywanego z głębokich dołów, historia, którą niosę w sobie, jest melodramatyczna. kupuję bilet w jedną stronę, bo nie ma powrotu, każda rzeka jest inna, skrzydła jeszcze się tlą, spalona ziemia ścieli się do stóp. Poezja 11 KONSTELACJA TOPOSU Jarosław Jakubowski ELEGIA W każdej chwili jestem i mnie nie ma. Bo kiedy zamykam drzwi, jestem tylko po jednej ich stronie, a kiedy je otwieram, już nawet tam mnie nie ma. I jakby się wymyśleć, to więcej, dużo, dużo więcej mnie nie ma niż jestem. Więc w imię czego jestem po stronie tak marnej mniejszości? 12 Poezja KONSTELACJA TOPOSU Przemysław Dakowicz POEZJA WSPÓŁCZESNA DOMAGA SIĘ WYJŚCIA NA PRZEPUSTKĘ najsampierw idą nogi dwa patyki na pół dzielone stawem kolanowym następnie minispódniczka korpus i ramiona zwieńczone jedno papierosem drugie telefonem komórkowym właściwie biegną nie idą konstrukcja ludzka poruszająca się zbyt szybko by mogła być prawdziwa a jednak! czterdziestoletnia baba z głosem nastolatki plująca paznokciami „mówię ci jem normalnie” a gdy nadchodzi pora ważenia ukradkiem wpycha kamienie w majtki Poezja 13 KONSTELACJA TOPOSU Wojciech Kudyba SIWA DOLINA Dotknięci wodą, poruszeni ogniem Wiele lat temu, nagle nieruchomo Z grabiami w ręku, w porze sianokosów Wśród huku dział, kartaczy, przekleństw oraz jęku W dzień, który babcia Anna nazywała sądnym Gdy wiatr jej spódnicę rzucił na ramiona I kiedy padła wygódka w polu, piorunem rażona. Zwinięci w kłębek, skuleni pod skrawkiem Starej gazety, dachem łopianu, pod miedzą Do góry brzuchem, z drugiej strony liścia Niektórzy całkiem zagrzebani w ziemi Wciąż tam jesteśmy - modląc się, prosząc, śpiewając- Chrząszcze, robaki, ludzie, ropuchy, szerszenie W samym środku łąki, otuleni sianem. Teraz i na wieki wieków. Amen. 25-lecie obchodzi „Topos”, dwumiesięcznik literacki wydawany w Sopocie, wymyślony i kierowany przez Krzysztofa Kuczkowskiego. „Prowincja” dołącza się do płynących zewsząd dla Szacownego Jubilata życzeń i gratulacji. A że wyrazem uznania dla piszących są także przedruki, z antologii „Konstelacja Toposu” (Sopot 2015) zaczerpnęliśmy wiersze otwierające nasz numer. Proza Piotr Napiwodzki Wilhelm z Modeny w okolicach Sztumu1 część czwarta Okolice Sztumu, wiosna, rok 1239. Kierując się w kierunku północno-wschodnim Wilhelm i towarzyszący mu ludzie posuwali się wolno nieco opadającą, wąską ścieżką, wśród lasów i łagodnych pagórków. Johannes, rycerz zakonny i dowódca eskorty, dał znak, aby zatrzymać kolumnę jeźdźców i pieszych. - Zatrzymamy się tutaj na chwilę, bo niżej, za chwilę, trzeba będzie przepakować się na łodzie. Konie i wozy niech ruszą już dalej na miejsce załadunku, a my mamy chwilę odpoczynku. Powoli wkraczali na teren, który poganie nazywali „krajem porośniętym zaroślami”. W sumie to jeszcze granica między Pomezanią a Pogezanią. Najlepiej podróżować tutaj łodziami, bo oprócz zarośli, zwłaszcza o tej porze roku, wiosną, wszędzie jest woda. W zasadzie od Kerstenburga (Dzierzgonia) do Elbingi (Elbląga) można przepłynąć łodzią. Nie zawsze jednak jest to spokojne płynięcie, bo tutejsi poganie znani są z niezbyt przyjaznego stosunku do obcych... Wilhelm znał już nieco wybrzeże, na którym położony jest Elbląg, chociaż podczas pierwszych jego podróży akurat w tym miejscu znajdowała się jedynie osada Prusów. Wiedział teraz, że do tego miejsca podróżowali dominikanie z Gdańska i próbowali prowadzić tam misje, a w ostatnich latach rycerze zakonni zaczęli budować pierwsze umocnienia. Od pierwszych podróży Wilhelma na Północ minęło już w końcu prawie 15 lat. Po raz pierwszy legatem mianował Wilhelma papież Honoriusz III w roku 1224. Od tego momentu rozpoczęły się jego wyprawy. Pierwszym celem była Liwonia, gdzie trwał podbój prowadzony przez Zakon Kawalerów Mieczowych. Do Rygi Wilhelm podróżował drogą morską z Lubeki. Ważne były dla niego jednak zawsze wyprawy w głąb lądu, aby osobiście przekonać się o sytuacji neofitów-tubylców i w miarę możliwości spotykać się z nimi, głosząc Słowo Boże z pomocą tłumaczy. Wszelkie uciskanie niedawno nawróconych pogan mogłoby przecież doprowadzić do zwrócenia się ich przeciwko wierze, a tego z pewnością należało uniknąć. W Prusach Wilhelm był po raz pierwszy podczas swojej drugiej podróży na Północ, w latach 1228-12292, wtedy już na mocy posłannictwa papieża Grzegorza IX. To właśnie 1 Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest swobodną interpretacją życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część pierwsza w: „Prowincja” 2 (28) 2017, druga w: „Prowincja” 4 (30) 2017, trzecia w: „Prowincja” 2 (32) 2018. 2 Zachowane dokumenty poświadczają obecność Wilhelma na Śląsku w roku 1230 podczas drogi powrotnej do Rzymu. W tym czasie wybuchł bowiem konflikt pomiędzy biskupem Wawrzyńcem z Wrocławia a Henrykiem I Śląskim. W odnośnym dokumencie wspomina się, że biskup Wilhelm z Modeny, legatus Prusiae, pośredniczył w rozwiązaniu sporu. Por. G. A. Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 147 i s. 156. Piotr Napiwodzki 15 podczas tej podróży zadał sobie trud dostosowania języka tubylców do ram łacińskiej gramatyki Donata3. Cóż, pokojowe głoszenie Słowa Bożego przez Wilhelma nie było jednak na tyle skuteczne, aby niecierpliwi rycerze zakonni nie chcieli już w roku 1230 rozpocząć wielkiej krucjaty przeciwko Prusom. Od tego czasu minęło już z kolei prawie dziesięć lat. Wilhelm był w Prusach jeszcze na początku swojej trzeciej podróży na Północ, w roku 1234, gdy płynął do Rygi, aby uspokoić ziemie wstrząsane konfliktem pomiędzy lokalnymi biskupami a Kawalerami Mieczowymi, a przy okazji założyć tam klasztor dominikanów, którzy już od paru lat tak dobrze pracowali na misji w Prusach. W 1235 udał się do Polski przepływając przez Gdańsk. Po pobycie w Italii i we Francji Wilhelm wrócił do Prus w 1236 i udał się do Polski, wcześniej spędzając jeszcze dwa miesiące w Liwonii. Po spędzeniu wielu miesięcy w Polsce po raz kolejny udał się na Łotwę i do Estonii. Teraz z kolei ponownie znalazł się w Prusach, a z Gdańska, do którego podążał, miał płynąć na Gotlandię, później z kolei do Danii. Jak na kartuza, którym był przecież Wilhelm, a więc jak na mnicha żyjącego jedną z najsurowszych reguł mniszych, było to życie wyjątkowo aktywne. W Prusach Wilhelm wiele obiecywał sobie po dominikanach w Gdańsku, ale również po ich powstających placówkach w Culm (Chełmnie) i w Elbindze (Elbląg). Do Prus Wilhelm przybywał zwykle drogą morską do Gdańska i wtedy wzdłuż Wisły wracał na Południe. Raz przebył tę podróż także w drugą stronę, z Polski do Gdańska. Teraz po raz pierwszy wybrał częściowo lądową drogę po drugiej stronie Wisły, przez Pomeza-nię, aby od strony lądu dotrzeć do Elbingi, tego małego, ale obiecująco rozwijającego się centrum misyjnego. Od czasu, gdy przybyło tam parę rodzin z Lubeki i była szansa na powstanie miasta, rycerze zakonni zaczęli uważać to miejsce za być może przyszłą stolicę swoich posiadłości w Prusach. Stamtąd też łatwo już było płynąć do Gdańska. Wilhelm rozglądał się po okolicy. Johannes, niejako komentując rozciągający się przed nimi krajobraz, oznajmił: — To ostatnie takie wzgórza, potem jest już płasko. Właśnie tam — wskazał na północ -trzeba pewnie wznieść twierdzę. Spójrz, Panie, jak wiele tu kamieni. Na budowę twierdzy jak znalazł. - Tak - Wilhelm podniósł kawałek białej, krzemiennej skały. - Jak to się nazywa w waszym języku? - Kiesek. Jeden z naszych rycerzy, których widzieliśmy w ostatniej warowni, pochodzi z Kiessling, dóbr położonych w Turyngii. Kto wie, może i tutaj założymy coś w rodzaju Kiesselin czy Kiessling właśnie... Tylko trzeba by jeszcze wykopać jakieś kanały, może jakiś zalew, trochę ten teren uporządkować, a sam kamień na porządną warownię wykorzystać... Wilhelm uśmiechnął się. „Proszę, zaczyna snuć wizje.” Postanowił skierować rozmowę na coś bardziej konkretnego. ’ Eliusz Donat, rzymski gramatyk z połowy IV w. 4 Kiesel — krzemień. W 1319 pojawia się pierwsza wzmianka o kościele w miejscowości Kisselin, w języku polskim po raz pierwszy w roku 1510 w wersji „Koslyny”. Późniejsza niemiecka nazwa tej miejscowości to Kiessling, często używana nazwa polska - Koźlinek, obecnie natomiast nazwa oficjalna brzmi Koślinka. Koślinka położona jest nad Kanałem Juranda (Młynówka Malborska), który został zaprojektowany i wykonany przez krzyżaków w latach 1280-1320. Według prawdopodobnych teorii duża część materiałów do wzniesienia twierdzy w Malborku pochodziła właśnie z okolic pomiędzy Koślinką a Dąbrówką Malborską. 16 Wilhelm z Modeny - w okolicach Sztumu — Cóż, krzemień to także święty kamień tubylców. Na wybrzeżu, na Wschód od El-bingi, parę lat temu widziałem ogromny kamień, krzemień właśnie, który był ołtarzem dla pogańskich kapłanów składających tam ofiary, być może także ofiar z ludzi. A ten krzemień tutaj? Być może to też część tajemnicy tych okolic. Święte miejsce pogan. Oj, jak to wszystko rozkopiecie, to niewiele z tej świętości zostanie... świętości pozornej, żeby było jasne. Wezwij do mnie, bracie Johannesie, tego niby-głuchego z warowni, co go ze sobą zabraliśmy. Johannes ukłonił się z szacunkiem i za chwilę przez papieskim legatem stał Gugliel-mo, rodak i imiennik Wilhelma, którego przedziwnym zrządzeniem Opatrzności spotkał w ostatnio wizytowanej warowni, gdzie ten udawał głuchoniemego i wyglądał na mocno zagubionego w otaczającej go rzeczywistości. - Siadaj. Jak się masz, Guglielmo? — Panie, dziękuję za te szaty. — Nie wypadało, abyś podróżował z nami w łachmanach. - Panie, cały czas pilnuje mnie jeden z knechtów, czuję się więźniem. — Chyba przez całe życie miałeś za dużo swobody, aby zrozumieć, że to normalne podejście do spraw bezpieczeństwa całego konwoju. Od momentu, gdy okazało się, że jednak słyszysz i mówisz, a więc, że wcześniej oszukiwałeś, w zasadzie zapadł na ciebie wyrok. Zabrano cię z nami żywego tylko ze względu na to, że rozmawiasz ze mną, a ja przedstawiłem cię jako niegroźnego szaleńca. Oczywiście jednak będą cię pilnować przede wszystkim dlatego, że w końcu możesz okazać się sprytnym szpiegiem czy to tubylców, czy to Świętopełka, a może Polaków... Wachlarz możliwości jest szeroki, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że wcześniej czy później i tak odkryto by twój wybieg z udawanym zamilknięciem, a wtedy nie byłoby dla ciebie ani ratunku, ani ochrony. Trzy metry od siedzących na wyścielonych kamieniach i rozmawiających ze sobą Pie-montczyków stał jeden ze sług zakonnych. Choć dyskretnie patrzył w innym kierunku, ewidentnie był gotowy, aby w każdej chwili szybko zareagować na jakikolwiek podejrzany ruch Guglielmo. - Wiem, Panie, dziękuję.... - Nie mówię tego po to, abyś mi dziękował. Bogu podziękuj. Mam nadzieję, że wszelcy millenaryści, wyznawcy Joachima z Fiore, potrafią to robić? Wilhelm posłużył się ironią raczej dla rozładowania atmosfery. Jego rozmówca zrobił się poważny. Widać było, że długo nie miał okazji swoich apostolskich przemyśleń nikomu przedstawiać, a i Wilhelmowi zależało, aby rozmowa była w pełni otwarta. — Panie, uważasz mnie za szaleńca, bo ruszyłem na Północ kierowany Duchem Pańskim, aby tu oczekiwać nadejścia Antychrysta i końca świata. Jednak wobec ostatecznych rozstrzygnięć nie ma przecież znaczenia gdzie jesteśmy i co robimy... — Tak, już mi powiedziałeś przy pierwszej rozmowie, że to ja, a może nawet i sam papież, jest tym, który powstrzymuje ostateczne przyjście Chrystusa. Piotr Napiwodzki 17 — Przepraszam. Tak nie myślę... Chyba... Dziwię się jedynie, Panie, tej całej zbrojnej inwazji na te ziemie. I bez zakonnych rycerzy w białych płaszczach z czarnym krzyżem nie było tutaj chyba bardzo spokojnie. Teraz jest jeszcze gorzej. - Przejściowo. — Być może, ale, Panie, instytucja której służysz, pozwól, że to tak ujmę, jest pełna sprzeczności. Masz rację, że przekazuje prawdę o Chrystusie, że odczytuje święte słowa Pana i Apostołów, że niesie w sobie i z sobą zbawienie. Zarazem jednak jest całkowitym zaprzeczeniem tego, co głosi. Głosi wolność, a sprowadza niewolę, głosi pokój, a nie stroni od wojen. Głosi koniec świątyni, kultu, prawa, a buduje nowe, większe kościoły, wprowadza nowych kapłanów i nowe, jeszcze bardziej szczegółowe i opresyjne prawo. W końcu zaś mówi o szybkim końcu świata i oczekiwaniu na Drugie Przyjście, a robi wszystko, aby zabezpieczyć się na setki lat trwania. Czy trwanie jest celem Kościoła? Kolejne podboje, ziemie, królestwa, państwa, coraz bardziej rozbudowane struktury? Wilhelm głęboko odetchnął. „Czyż on w swojej naiwności myśli, że pierwszy stawia takie pytania? Czy myśli, że ja sam, papieski legat, biskup i wicekanclerz Papieskiej Kurii, nigdy o tym nie myślałem?” Postanowił jednak cierpliwie przedstawić jedną z prób odpowiedzi. — Cóż, na tym polega tajemnica Wcielenia. Bóg działa i człowiek działa. Nie ma jednego działania, nie ma tak zwanej monoenergii, ale są dwa działania i dwie wole5. Już w samym Chrystusie, jak powtarzają to starożytne sobory, a co dopiero w Jego Ludzie, w Kościele. Jak jest człowiek, ludzie, społeczeństwo, to od razu pojawia się polityka, przyjmowanie jakiejś strategii i czasami trzeba wybierać to, co dopiero w dalszej perspektywie przyniesie większe dobro. Nie każde rozwiązanie jest optymalne, ale błądzenie też należy do ludzkiej kondycji. My, chrześcijanie, musimy się jakoś w tym świecie odnajdywać... — Tak, Panie, ale czasami myślę, że to nie odnajdywać się musimy, ale raczej ukrywać. I to ukrywać przed Kościołem właśnie. Przyjmować strategie, które pozwolą nam przetrwać, z czystym sumieniem, z poczuciem wolności. Ot, chociażby ktoś staje się wolnym jak Franciszek z Asyżu, idzie w kierunku ascezy, w kierunku panowania nad sobą, a więc stawania się odpornym na wszelkie naciski z zewnątrz. I co? Nagle Kościół kładzie swoją rękę na ten ruch, wzywa do posłuszeństwa, a więc tak naprawdę wzywa do tego, aby ruch ten zaprzeczył samemu sobie, stał się jedną z wielu struktur w wielkiej strukturze instytucji Kościoła. Trzeba uciekać, szukać nowych dróg. Ja uciekłem. Dlatego jestem tutaj, chociaż, przyznaję, nie było to rozsądne... — Widzisz, Guglielmo, i tu jest właśnie rola pasterzy. Takich jak ja, pokorny sługa, który cię broni i zapewnia ochronę. Posłuszeństwo jest ważne, bo jak nie być posłusznym lekarzowi, nie poddawać się badaniom, nie podporządkować się terapii? Im wyższa forma zdrowia — a tu mówimy o zdrowiu duchowym, najważniejszym, to tym bardziej oczywistym jest wymaganie posłuszeństwa. Absolutna stawka, a jest nią tu życie wieczne, to absolutne posłuszeństwo... Ale też zobacz, zależy mi na poznaniu języka tubylców, idealnie byłoby nauczyć przynajmniej część z nich czytać. 5 Wilhelm nawiązuje tu do końcowej fazy sporów chrystologicznych i do potępienie monoenergizmu, według którego w Chrystusie było tylko jedno, bosko-ludzkie działanie (ŚV£pyEia). Pogląd ten został potępiony w roku 680 przez Trzeci Sobór w Konstantynopolu. 18 Wilhelm z Modeny — w okolicach Sztumu - Tak, Panie, ale to właśnie jest dziwne. Niosąc taki rodzaj wiedzy ryzykujesz, Panie, że ci ludzie kiedyś przeczytają Pisma i zrozumieją je inaczej, niż ty je rozumiesz. To właśnie ta sprzeczność. Kościół zniewala (bo jednak tak pozwolę sobie nazwać wymaganie tego absolutnego posłuszeństwa), ale niesie w sobie mechanizmy uwolnienia, niejako wbrew sobie. Głosisz słowa o wolności, a wymagasz absolutnego posłuszeństwa. - Powtarzasz się. Ale wiesz, co cenię w tobie i co mnie intryguje? Jesteś odważny w tym, co mówisz. To cenne: szczerość, mówienie tego, co ma się do powiedzenia w takiej formie i w takim momencie, które uznaje się za konieczne6. Starożytni nazywali to parresia i bardzo poważali, ale, jak widzisz, to właśnie Kościół ten skarbiec starożytnych mądrości przekazuje dalej. Ba, ja ciebie do tej parezji właśnie zachęcam. Podoba mi się, że w pewnym sensie rzucasz wyzwanie komuś, kto posiada władzę. - Panie, znałem paru duchownych... Trzeba być może przyjąć, że jesteś wyjątkiem z twoim wykształceniem i obyciem. Obawiam się, że wkrótce ta odwaga mówienia wszystkiego, o której wspomniałeś, zamieni się w Kościele na wymaganie mówienia wszystkiego na spowiedzi lub przełożonym, aby tak naprawdę lepiej kontrolować i trzymać w posłuszeństwie i zależności. Nie odwaga, ale obawa. Głosisz, Panie, odwagę, a sprowadzasz obawę. Tych odważnych tubylców, których mogłem obserwować przez jakiś czas, ci rycerze zakonni, których ty, Panie, sprowadzasz, szybko pewnie zamienią w wylęknionych niewolników. - Zobacz, Guglielmo, jak jesteś niekonsekwentny. Niby oczekujesz końca świata już teraz, na dniach, ale wybiegasz ze swoimi słowami w przyszłość. Ty też zakładasz trwanie tego świata, trwanie Kościoła. Skoro już ma to wszystko trwać, to trzeba to jakoś sensownie zorganizować. I jeszcze jedno: ja rycerzy nie sprowadzam, lecz jedynie korzystam z ich pomocy, aby stworzyć tu państwo, gdzie będzie więcej wolności, państwo, którego nie ograniczają lenne zależności, państwo kościelne, wyjątkowe. Ci rycerze zakonni, w twojej optyce, także podejmują próbę uniezależnienia się od Kościoła. Próbują swoją organizacją, militarną siłą, powiązaniami z cesarzem. Bez siły intelektualnej nie mają jednak szans utrzymać się dłużej. Będą posłuszni, albo znikną. Zobaczymy. W każdym razie dla równowagi zależy mi na osiedleniu tu dominikanów, którzy przecież powinni być ci bliscy, bo to w końcu także bracia żebrzący. - Och, nie znam ich, słyszałem jedynie, że ich gorliwość i pragnienie niezależności już w pierwszym pokoleniu zanika i zmierza do ciągłego układania się z wielkimi i możnymi tego świata... Tylko patrzeć, jak zostaną biskupami i dostojnikami. — Guglielmo, zwracam ci uwagę, że twoja rozmowa ze mną też nosi znamiona układania się z wielkimi i możnymi tego świata, a nawet ze względu na duchowy wymiar powierzonej mi władzy, z wielkimi i możnymi świata przyszłego, cokolwiek by to miało oznaczać i cokolwiek przez to chcesz rozumieć. Wilhelm uśmiechnął się. Guglielmo nie wydawał się zakłopotany. Siedział patrząc na otaczający ich krajobraz, ale wewnętrznie zagłębiony był w tęsknotach, które od lat żywił, a które, czego miał świadomość, w coraz większym stopniu okazywały się ułudą. Za sobą 6 Por. Michel Foucault, Hermeneutyka podmiotu, tłum. M. Herer, Warszawa 2012, s. 360. Parafraza za cytatem w: Mateusz Burzyk, Historia szaleństwa, seksualności i Kościoła, w: "Znak" 758-759, s. 63-71, tutaj s. 69. Piotr Napiwodzki 19 miał chaos, przed sobą pustkę. Nie mógł zgodzić się z Wilhelmem, ale też nie mógł mu zaprzeczyć. Siedzieli przez chwilę w ciszy. Wilhelm podał mu kubek z wodą. Guglielmo napił się, podziękował i oddał naczynie. Wilhelm uśmiechnął się raz jeszcze i dał do zrozumienia, że rozmowa skończona. Guglielmo wstał, skłonił się i oddalił się szybko wraz z towarzyszącym mu zakonnym sługą. Papieski legat uznał, że rozmowa była ciekawa, chociaż zarazem miał wrażenie, że jego rozmówca, przy całym swoim zagubieniu, mówi tak, jak gdyby wchodził jednymi drzwiami, a ukradkiem wychodził innymi... zaraz, właśnie,per unum aditum ingressusper alium egredi — te właśnie słowa przypomniał sobie Wilhelm wraz z faktem, że przed wieloma setkami lat napisano je o świętym Pawle i sposobie komponowania przez niego tekstu...7. Cóż, dla rozmówcy Wilhelma takie porównanie tylko przynosi honor - a może to jednak on jest bardziej autentycznym apostołem? Wilhelm energicznie odepchnął tę myśl od siebie i nieco się zasmucił, że po tylu latach spędzonych w kościelnej dyplomacji, na misjach na dalekich krańcach świata, te tak mocno niegdyś obecne w nim cytaty pojawiają się jedynie w przebłyskach pamięci. Cóż, 55 lat to już wiek poważny, ale przecież nieusprawiedliwiający aż takich zaniedbań w studium i w praktykowaniu wiedzy. Istonie, w ten sposób o tekście św. Pawła napisał Orygenes w swoim Komentarzu do Listu do Rzymian (Comentarii in epi-stulam ad Romanos. Rómerbriejkommentar, red. Theresa Heither, III, Freiburg im Breisgau 1993, s. 73). Oryginał grecki Komentarza nie zachował się, a łacińska wersja to tłumaczenie Rufina z Akwilei (ok. 345—411). 20 Okruchy Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY Dla Ireny B., polonistki TRAGEDIA Pojawiła się w Grecji na przełomie VI i V wieku przed Chrystusem - znienacka, bez zapowiedzi. Był to, pisze Jacqueline de Romilly (Tragedia grecka), wybuch nagły, krótki i olśniewający. [...] wraz ze swym zbiorem arcydzieł, trwała załedwie osiemdziesiąt lat (same arcydzieła przeżyły dwadzieścia sześć wieków i chyba wciąż mają się nieźle). W tym samym mniej więcej czasie żyli główni twórcy tragedii, Ajschylos, Sofokles i Eurypides. Niespełna wiek później jej istotę określił Arystoteles, pisząc w Poetyce o „naśladowczym przedstawieniu akcji poważnej” — przedstawieniu, które przez wzbudzenie litości [sźeoę] i trwogi [(pój^oę] „doprowadza do oczyszczenia z tych uczuć”. Nieco później pojawiło się określenie anagnorisis (dvayvcópi(Jię), mówiące o nagłej samowiedzy dotyczącej rzeczywistego stanu rzeczy. W prozie Karen Blixen niejednokrotnie pojawia się zdanie: Nagle zrozumiałam wszystko, mówiące o odsłonięciu prawdy noszonej w sobie w utajeniu. Tragedia mówi o tym, co konieczne (los, fatum, boskie wyroki), lecz ujawniające się w ludzkich wyborach i czynach. Bohaterowie tragiczni, pisał G.W.F. Hegel w Wykładach o estetyce, są w takim samym stopniu winni jak i niewinni. Jacqueline de Romilly: To Medea ukuła swój własny los - nie znaczy to jednak, że mogła go uniknąć. Tragedia jest zorganizowana wokół „czynu do spełnienia”: w tragedii walczy się, podejmuje wysiłek; cóż z tego, że daremny. Daremność, pisał Albert Camus, może być źródłem buntu, świadomości wyzwalającej spod władzy losu. Może stanowić zaczyn aktu heroicznego, przeciwstawiającego własną decyzję absurdowi istnienia. W Micie Syzyfa Camus znajduje właściwy rdzeń tej opowieści — jest nim twarz Syzyfa w chwili, gdy głaz po raz kolejny stoczył się na równinę. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Spod władzy śmierci można uwolnić się zamieniając rzeczywistość przyrodniczą na aksjologiczną, a nieuchronność na akt wolny. Czyni tak bohaterka sztuki Eurypidesa, Alkestis, godząc się umrzeć za ukochanego męża, Admeta, króla Ferai. Absurd, zdaniem Jacqueline de Romilly, nie musi definiować tragedii. Najbardziej nawet krwawa kończy się tak, że światło dominuje nad mrokiem, życie nad nicością. Autorka kończy swą niewielką książeczkę cytatem z Elektry Jeana Giraudoux, kodą, która domyka tę sztukę: Jak to się nazywa, gdy wstaje dzień, jak dzisiaj, a wszystko jest zniszczone, w ruinie — a jednak jakoś się oddycha; wszystko stracone, miasto płonie, niewinni zabijają się nawzajem — lecz i zbrodniarze konają w mdłym brzasku wschodzącego dniał Andrzej C. Leszczyński 21 Stary Żebrak, do którego kierowane jest to pytanie, odpowiada: To się nazywa: jutrzenka. Właśnie tę „jutrzenkę” Arystoteles określał mianem katharsis. Ze sceny słowo „tragedia” \ipaya>dia\ przedostało się do realnego świata. Tragizm przestał być zjawiskiem wyłącznie estetycznym, lecz nabrał cech bytowych i egzystencjalnych. Nie tyczy już tylko sztuki, ale także życia, które zresztą przypomina teatr, o czym w wielu miejscach pisał Szekspir. Przejmujący opis tego stanu rzeczy dał Max Scheler w szkicu pt. O zjawisku tragiczności. Tragiczność, pisze tam, to ciężkie, chłodne tchnienie, które wychodzi z rzeczy samych. Jedna tylko, bodaj najważniejsza rzecz nie uległa zmianie: i na scenie, i w rzeczywistości realnej tragizm oznacza zderzenie wartości, z których jedna musi ulec zniszczeniu. Scheler określa to mianem „węzła tragicznego”, mówi o splocie wartości, które z konieczności znoszą się wzajemnie. Nie można obu zachować, jedną z nich płaci się za drugą. Wybiera się większe dobro lub/czyli mniejsze zło. W tragiczny splot wartości uwikłane jest samo życie. Żeby zachować własne, muszę zniszczyć inne, pisze o tym Wisława Szymborska w wierszu pt. „Przymus”: Zjadamy cudze życie żeby żyć./ Denat schabowy z nieboszczką kapustą. Karta dań to nekrolog.// Nawet najlepsi ludzie/ muszą coś zabitego przegryzać, przetrawiać/ żeby ich czułe serca/ nie przestały bić.// Nawet poeci najbardziej liryczni./ Nawet asceci najbardziej surowi/ żują i przełykają coś,/ co przecież sobie rosło. Czasami racjonalizuje się sytuację bez wyjścia, gdy obie przeciwstawne wartości są identyczne w sensie wyposażenia aksjologicznego, tak samo „dobre” lub „złe”. Gyórgy Lu kaes {Taktyka a etyka) pisze, że są takie sytuacje — tragiczne sytuacje — w których nie można tak postępować, aby nie popełnić zła. Próbując znaleźć dla nich jakąś moralną wskazówkę, dodaje: Gdy musimy wybierać miedzy ziem a złem, istnieje pewna miara dła słusznego i niesłusznego postępowania. Tą miarą jest: poświęcenie. Taką też bodaj miarę uznali bohaterowie tragedii Sofoklesa, Antygona i Kreon. Jerzy Łanowski — filolog klasyczny, piszący też pod pseudonimem Georgius Arvalis - w szkicu „Antygona” przyznaje, że łatwo jest ulec urzeczeniu postacią dziewczyny--bohaterki, przyznać jej całą rację, a w Kreonie widzieć tylko tyrana. (Dygresja: najwyraźniej uległ takiemu urzeczeniu polski tłumacz tej tragedii, Kazimierz Morawski, który w poetyckim słowie wstępnym zwraca się do „dzieweczki greckiej, białej Antygony”: [...] Toteż dłatego wtórujem ci, dziełnej,/ Kiedy ty gromisz i miażdżysz tyrany,/ jak głos sumienia wiełki, nieśmiertełny,/ Sławiąc praw Bożych zakon niepisany). Byłoby to jednak, dodaje Łanowski, całkowicie niezgodne z intencją Sofoklesa, który opisał dwoje tragicznych bohaterów i „dwie katastrofy”. Zwraca uwagę na drobny lecz znaczący fakt, że kwestie Antygony to w sztuce 217 wersów, zaś Kreona 342, i że proporcje te nie mają związku ze śmiercią bohaterki, gdyż obydwoje wcześniej wyłożyli swe racje. Znakomity badacz dramatu antycznego, Stefan Srebrny, wyodrębnił trzy antytezy (węzły tragiczne w rozumieniu Maxa Schelera), jakie tworzą te racje. Pierwsza antyteza dotyczy konfliktu praw: pisanego prawa państwowego (Kreon) i niepisanego prawa boskiego (Antygona). Druga obejmuje przeciwieństwo państwa oraz zbiorowości (Kreon) i jednostki wraz z jej prywatnością, nie dającą się wchłonąć interesom wspólnotowym (Antygona). Trzecia antyteza to opozycja racjonalności mężczyzny, Kreona i uczuć 22 Okruchy (miłości, przywiązania) kobiety, Antygony. Tę właśnie cechę wyraża Antygona w reakcji na chłodne słowa Kreona, pytającego retorycznie, czy wróg, kiedy zginie, stanie się przyjacielem. Odpowiada: „omoi awEgOew dJAd ovp(pikmv s(pvv\ co Kazimierz Morawski tłumaczy: „współkochać przyszłam, nie współnienawidzieć”. Przypisanej Kreonowi cesze współnienawidzenia (awśyOsiy), oznaczającej budowanie więzi opartej na negatywnej solidarności przeciw wrogom, przeciwstawia współmiłowanie (avp(pik£iv), solidarność miłości. Na ile wiarygodne są jej słowa, to inna sprawa. Można spotkać opinie mówiące, że spór Antygony i Kreona to konflikt obowiązków rodzinnych z racją stanu. Tę rację wyraża Kreon: Ja tedy władcę, co by rządząc miastem,/ Wnet się najlepszych nie imał zamysłów/1 śmiało woli swej nie śmiał ujawnić,/Za najgorszego uważałbym pana./ A gdyby wyżej nad dobro publiczne/ Kładł zysk przyjaciół, za nic bym go ważył. Myślę, że obydwie postawy ilustrują odmienność dwóch etyk opisanych przez Maxa Webera, etyki przekonań i etyki odpowiedzialności. Potrafię sobie wyobrazić, co stałoby się, gdyby wierna swym przekonaniom Antygona zyskała możność ich upowszechniania. Okazałaby się tyranką swego ludu. Profesor Łanowski pokazuje, że bohaterka Sofoklesa, obok rysów niewątpliwie wzruszających (miłość do brata, gotowość do ofiary z własnego życia itp.) ma cechy nie tak już piękne. Stanowi „męski”, wyrażający się w gotowości do czynu pozbawionego kalkulacji i wahań, kontrast wobec delikatnej, szukającej uzasadnień siostry. Powinien zastanawiać jej stosunek do narzeczonego. Hajmon w rozmowie z ojcem mówi o swej miłości do Antygony, ta jednak w całej sztuce ani razu nie wymienia nawet jego imienia. Ismena po początkowych obawach chce wziąć udział w grzebaniu Polineikesa i przyjąć część odpowiedzialności za złamanie zakazu Kreona — jednak Antygona szorstko ją odtrąca. Chce być sama w swym heroizmie, który — warto dodać — ma być przez ludzi dostrzeżony, nie tylko przez bogów. Po pierwszym, skrytym pogrzebaniu brata, czyli symbolicznym rzuceniu na jego ciało garści ziemi, grzebie go jeszcze raz. Nie wystarczają jej bogowie, potrzebuje ludzkiej publiczności. Robi to więc na oczach Strażnika, by dzięki jego relacji rozpowszechnić swą niezłomność. Ulega pokusie unieśmiertelnienia się poprzez zdobycie sławy, o jakiej pisał później Horacy (Exegi monumentum...). Mogą o tym świadczyć słowa: A jednak skąd bym piękniejszą ja sławę/ Uszczknęła, jako z brata pogrzebania/ (wszystkie przytoczenia w tłumaczeniu Kazimierza Morawskiego). Andrzej Seweryn, w dawnym wywiadzie na temat przygotowywanej dla telewizji sztuki Sofoklesa („Tęsknota za uczciwym Kreonem”) podkreśla, że szuka w tragedii -tragedii. To znaczy: zderzenia racji i wartości. [..] pokazywanie Kreona jako pierwszego faszysty jest pozbawione sensu. [...] Kiedy mówi o buntownikach, myśli o ludziach, którzy zaatakowali państwo, a on chce je bronić. Występuje w interesie mieszkańców Teb. A Antygona? Jej naczelną wadą jest pycha, chce być jedyną bohaterką. [...] To nie jest bojowniczka o wolność i demokrację, lecz przede wszystkim kobieta religijna. Podczas warsztatów poświęconych interpretacji tekstu (prowadziłem je w ramach studiów podyplomowych w Szczecinku, Elblągu, Pile i Wałczu) okazało się, że większość uczestniczących w nich polonistów utożsamia tragedię z przypowieścią moralną. Sofokles stoi po stronie Antygony - mówili - i chce nam powiedzieć, że źródłem klęski Andrzej C. Leszczyński 23 Kreona jest zaślepienie władzą oraz odrzucenie praw boskich. Tylko nieliczni wskazywali, że klęska Kreona nie oznacza przecież unieważnienia jego racji i że końcowe, ludzkie załamanie ojca i męża nie przekreśla sensu wywodów, jakie wcześniej przedstawił. Nikt też nie pytał, jak odróżnić prawa boskie od ich kapłańskich wykładni. (Prof. Tomasz Polak: W całej Biblii, a w przekazie Jezusa w szczególności, nie ma ani jednego słowa, którego podmiotem byłby sam Bóg. Kiedy Bóg przemawia tak, że słowo to trafia do człowieka, mamy zawsze do czynienia ze słowem człowieka, któremu to słowu wiara łudzi przypisuje pochodzenie z boskiego źródła). Potwierdza to opinie badaczy mówiących, że tragedia w swym podstawowym sensie stała się gatunkiem obumarłym. Nie przywołuje się już pojęć ściśle aksjologicznych, nie czyni się ich przedmiotem rzetelnego namysłu, umykają uwadze konflikty i zderzenia wartości. George Steiner (The death oftragedy, 1961) przyczyn tego stanu rzeczy dopatruje się w zaniku symbolicznej wyobraźni. A bardziej jeszcze we wpływie, jaki wywiera na kulturę chrześcijaństwo, które nieusuwalną tragiczność istnienia zastąpiło ukojeniem w Bogu. Ukojenie? Urszula Kozioł (Ucieczki, 2016): Czytając Sofokłesajuż wiem, że/Nie Kreon dzisiaj wzbrania siostrze/ pochować braci/ łecz fakt/ że nikomu nie uda się/ pogrzebać tego/ kto przemienił się w dym/ krematoryjnych pieców/ ałbo przemienił się w cień/ na mu-rach Hiroszimy/ ałbo w ogłuszający płusk/ tysięcy uchodźców którzy dzisiaj/ na oczach świata potonęli/ w drodze do raju [.../. PRZEDMIOTY Dumne określenia człowieka, takie jak homo faber, homo agens czy homo creator nabierają dziś nieco odmiennych znaczeń. Twórczość i aktywność mogą okazać się cechami niepokojącymi, co pokazuje teoria alienacji. Mówi m.in. o tym, że tworzenie nigdy nie jest bezkarne, i że ludzkie wytwory w jakimś stopniu podporządkowują sobie swych wytwórców. Wpływają na nich, uzależniają od siebie, zaczynają się szarogęsić i dominować. Andrzej Nowicki w swej doktrynie inkontrologii twierdził optymistycznie, że człowiek zachowuje swe istnienie w tworzonych przez siebie rzeczach (homo in rebus), co wyraził w tytule swej książki „Ateistyczna perspektywa nieśmiertelności”. Myślę jednak, że to złudzenie, że rzeczy istnieją po swojemu, nie troszczą się o swe ludzkie korzenie. Człowiek nie ma dostępu do tego, co wytworzył. Na przykład do drewnianej kostki czy żelaznej sztaby, o których pisze w wierszu Zbigniew Herbert. Leszek Kołakowski w dawnym i pod wieloma względami przełomowym eseju „Karol Marks i klasyczna definicja prawdy” (1959) wyraża pogląd, że zależność człowieka od rzeczy — podmiotu od przedmiotu — jest upokarzająca dla rozumu i ludzkiej autonomii. Czytam właśnie wznowione po ponad dwudziestu latach znakomite szkice z filozofii sztuki Wiesława Juszczaka, zatytułowane z małej litery: fragmenty. Pisze m.in. o żarłocznej cywilizacji, przetrawiającej co tylko może by wzmocnić system „antynatury”. Wiemy już oczywiście, że system ten zwraca się również przeciwko nam. Że stajemy wobec maszyny wymykającej się spod naszej kontrołi, a przez nas samych, dła naszego dobra i wygody zbudowanej i uruchomionej. I może to pozwala nam niespodziewanie uchwycić istotny powód i sens wszystkich teraz wyzwalanych marzeń o ucieczce do natury. 24 Okruchy Czy na pewno człowiek jest podmiotem właścicielskim - ma, posiada pieniądze, samochód albo telewizor? Czy raczej jest już przez nie uprzedmiotowiony i posiadany, skoro nie może obejść się bez nich i niczego innego poza nimi nie widzi? Telewizor to może nie najlepszy przykład, ale przyszedł mi akurat do głowy po niedawnym, ponownym obejrzeniu Strasznych skutków awarii telewizora Jaroslava Papouśka. Telewizor, którego brak wywołał w tamtych czasach (1969) odczucie śmiertelnej pustki w rodzinie Homol-ków, zastąpił dziś smartfon. Zastąpił tak skutecznie, że pojawiło się trafne, lepsze od naukowego „zespołu uzależnienia” (MPDS, mobile phone dependence syndrome) określenie stanu psychicznego osób, które zdominował — smartwica. Trafne, bo słychać w nim „martwicę”, umysłową rzecz jasna (słyszy ją też mój komputer, który chce koniecznie postawić na swoim likwidując w smartwicy literkę „s”; oto kolejny przykład szarogęszenia się ludzkiego narzędzia). Jednym z symptomów smartwicy jest uwiąd zdolności językowych, przede wszystkim ubóstwo leksykalne. Potwierdza to wielu znanych mi szkolnych polonistów, którzy mielą pod nosem przekleństwa i uznają swą bezsilność. Smartwica stała się epidemią. Pochylone, kontrolujące wszystko, co dzieje się w sieci karki widoczne są wszędzie. W tramwajach, autobusach, pociągach. Na ulicy, w kinie, w teatrze (gdzie, mimo zawstydzających próśb o wyłączenie komórek, widać wokół, i widzą to aktorzy, rozświetlone ekraniki). Jest coś w niepozornym pudełeczku, co nie pozwala na moment choćby zapomnieć o nim, każę wciąż trzymać je w ręku, nie spuszczać z niego oczu, oczekiwać wiadomości i natychmiast odpowiadać na nią z niebywałą zręcznością wciskając maleńkie klawisze, uśmiechać się albo złościć, słuchać i mówić, sprawdzać maile i Facebooka. Odcinać się od bożego świata. Tak jakby nakazywał to płynący z pudełeczka tajemny sygnał mówiący, że jest ono bogiem i że nie zniesie żadnych innych bogów przed sobą. A przecież to tylko gadżet, sprytne połączeniem mediów. Gazeta, radio, telewizor, e-mail, album ze zdjęciami i biblioteka w jednym. Przedział kolejowy, naprzeciwko mama z czteroletnim na oko synkiem. On obserwuje widoki za oknem, ona ze słuchawkami w uszach opowiada komuś o wspólnej znajomej, która rozpiła się i roztyła. Synek, znudzony zaokienną monotonią, pyta mamę, czy długo jeszcze będą jechali i mówi że pić mu się chce. - Teraz nie przeszkadzaj, chyba widzisz, że mamusia rozmawia — słyszy w odpowiedzi. - Ale... - próbuje upomnieć się o swoje. - Nie teraz, przecież mówię że rozmawiam, masz, pooglądaj sobie - słyszy i otwiera posłusznie książeczkę. Patrzy na obrazek, dotyka palcem, próbuje go ruszyć, przesunąć w dół, w górę, na boki, bez skutku. Zaciska wargi, nie rezygnuje. Popatrzył na mnie. Nie odwzajemnił uśmiechu i zamknął książkę. ĆWICZENIA JĘZYKOWE Niektóre słowa, poza tym, że coś znaczą, mają swą własną urodę, którą potrafi uwidocznić wymowa. Krzysztof Globisz zapamiętał Amerykanów, którzy przyszli po spektaklu do jego szatni zachwyceni tym, co słyszeli ze sceny. Na jakiej podstawie? Nie rozumieją ani słowa, ale odbierają pewne ekspresje, rytmy. Zbigniew Herbert lubił słowo „filiżanka” za to, jak brzmi. Witkacy wymyślił trudne do powtórzenia słowo, które wyrażało jego emocjonalne niepohamowanie: „bihułbałambobambłagohamba!”. Znajoma Andrzej C. Leszczyński 25 dykcjonistka wyszukiwała takie właśnie, trudne do wymówienia łamańce językowe, przydatne do praktycznych ćwiczeń i do publikacji. Nie zadowalała się powszechnie znanymi połączeniami typu „Cóż, że ze Szwecji”, „Suchą szosą Sasza szedł” itp. Zamieszczała w swych książkach rzeczy o wiele bardziej skomplikowane. W książce zatytułowanej „Kama makaka ma!” katuje adeptów aktorstwa wierszem Brunona Jasieńskiego pt. Na rzece. Oto pierwsza zwrotka: na rzece rzec ce cerze mrze pluski na bluzgi wizgi w dalekie lekkie dale że poniosło wiosło bryzgi. I dobija Żywotami Aleksandra Wata: i kosujka na białopiętrzach sfrunęła i płonącoręką dobierz złotogórzy i podgórza i rozgor tu grały po nikach czarnoważe ważki i grajce i rozgarniać krawędzi żółcie biesów i rozważon i trawogąszcz [...]. Dykcjonistka, czyli Bogna Toczyska, wady wymowy dostrzegała wszędzie. Gdy podczas jednej z naszych wspólnych warsztatowych podróży usłyszała niezbyt wyraźnie wypowiedzianą prośbę konduktora o okazanie biletu, natychmiast poleciła mu, by szerzej otwierał usta i jeszcze raz powtórzył to zdanie z silniejszym zaakcentowaniem samogłoski „o”. Bezradnie popatrzył na mnie, więc powiedziałem, że nie znam tej pani i wyszedłem na korytarz. Pomyślałem, że wzbogacę zestaw tortur Bogny słowem, z którym spotykam się coraz częściej czytając biogramy autorek tekstów. Jest to słowo „adiunktka” (niedowierzającym spieszę wyjaśnić, że chodzi o żeńską formę stanowiska uczelnianego, w rodzaju męskim: adiunkt). Bogna byłaby z pewnością zadowolona, bo wypowiedzieć to słowo tak, żeby nie zniknęła żadna z czterech ostatnich, sąsiadujących ze sobą spółgłosek, z pewnością nie jest czymś prostym. Ciekawe, nawiasem mówiąc, co trzeba by zrobić z rzeczownikiem „człowiek”, by uwolnić go od niewątpliwie męskiej naleciałości. On — człowiek, ona - człowieka? Jestem człowieką, tak jak ministrą czy adiunktką? Może w ogóle zrezygnować z tego słowa, wykreślić je ze słownika? Nie chodzi teraz o trudność wymowy, ale o kłopot znacznie poważniejszy. 26 Drobiazgi Wajdy, cz. 2 Andrzej Kasperek DROBIAZGI WAJDY CZ. 2 Pani Krystynie Zachwatowicz „Człowiek z marmuru”. Wajda przez wiele lat walczył o nakręcenie tego filmu. Udało się to dopiero w dekadzie Gierka, ale pewnie władza była bardzo niezadowolona, że pozwoliła na jego realizację. Niestety nie miał szans na sfilmowanie „Przedwiośnia” (cóż to mógł być za film!), ani filmu według scenariusza Aleksandra Sołżenicyna, ani „Powołania” o śląskich klerykach. Tym niezrealizowanym pomysłom poświęcił cały rozdział w swej autobiografii. Wyznał tam, że: Marzenia są często ciekawsze od samych filmów. Krystyna Zachwatowicz zagrała w filmie rolę ukochanej Mateusza Birkuta - Hankę Tomczyk. Wysportowana, o dziewczęcej figurze mogła grać bez dublerki sceny retrospek-cji, w których jest nastoletnią gimnastyczką. To ona podpowiedziała scenarzyście Aleksandrowi Scibor-Rylskiemu, że dawne zetempówki często później się rozpijały, to była cena utraty ideałów, zaparcia się bliskich, donosicielstwa i przegranego życia. Kiedy ekipa filmowców odnajduje Hankę w Zakopanem, jest ona wrakiem człowieka. Pozornie wszystko jest w porządku, bogaty dom, makijaż i uśmiech, ale choroba alkoholowa jest widoczna. Schowana w kącie upija się. Ponoć przed kręceniem tej sceny Wajda celowo zdenerwował aktorkę, żeby ją pozbawić rezonu, a wręcz doprowadzić do płaczu. I taka rozbeczana, rozmazana gra pijaczkę, której ręce się trzęsą tak bardzo, że nie może podnieść kieliszka, rozlewa alkohol. Zachwatowicz radzi sobie fachowo, stosuje znaną pijacką metodę „na windę”. Prosty wynalazek — wystarczy szalik przerzucić przez szyję, złapać w prawą rękę kieliszek i schwycić jednocześnie koniec szala, drugą ręką pociągnąć i ładunek powoli podjeżdża do ust bez uronienia kropli. Aktorka po latach wspominała: zagrałam w wielkim rozedrganiu i może dlatego ta scena ma swoją siłę. A wyszło bardzo dobrze, to potwierdził nieświadomie Krzyś Zanussi, który po pierwszym obejrzeniu »Człowieka z marmuru« oburzył się, że Wajda naprawdę upił żonę na potrzeby tej sceny... Jest w tym filmie scena, którą bardzo lubię. Agnieszka jest zniechęcona, wie, że film jej nie wychodzi, wszystko idzie jak po grudzie. Przyjeżdża do ojca. Widzimy jej dom rodzinny, jakieś niziutkie pokoiki na poddaszu, skromne meble, kretonowe zasłony, stara wersalka. Biednie, ale czysto. To stąd wyfrunęła w świat, wydawało się jej, że uciekła od tych brzydkich podwórek, szop na węgiel, odrapanych ścian domów, niskich stropów. Film miał być jej szansą na zaistnienie. Obserwujemy jej nerwowość, wręcz ADHD. Jej Andrzej Kasperek 27 determinacja, zaciekłość mają przełożyć się na sukces. Ale pogubiła się w tym wszystkim i powróciła do domu, który tak chciała opuścić. Ojciec, kolejarz, szykuje się do pracy. Rozmawia z córką, nie może zrozumieć ani decydentów, którzy dają pieniądze na film, ale później nie chcą jego dokończenia, ani córki, która kręcąc film o Birkucie nie zadała sobie trudu, aby odnaleźć swego bohatera. On wie, że zaczynając jakąś robotę trzeba ją skończyć. Zdzisław Kozień jest świetny w swym popisowym emploi prostego, porządnego człowieka. Patrzy z politowaniem na dżinsowy mundurek córki, wyjmuje z portfela banknot i wciska jej mówiąc: „Kup sobie jakieś ciuchy...”. Wspaniale oddana ojcowska czułość, ale bez sentymentalizmu. „Panny z Wilka”. Kiedy Wajda przystępował do ekranizacji kolejnego opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza był jeszcze ciągle na wysokich obrotach po poprzednich filmach pełnych polityki. Nieoczekiwany paryski sukces skromnej „Brzeziny” sprawił, że Francuzi wyłożyli pieniądze na kolejną adaptację Iwaszkiewicza. Wajda mógł odpocząć od politycznej presji władz, ale także od nacisków publiczności, która zaczęła domagać się od niego większego zaangażowania. Okazało się jednak, że kręcenie takiego filmu, w którym nic się nie dzieje stało się dla niego gehenną: Pierwsze dwa tygodnie [zdjęć] były po prostu koszmarem. Iwaszkiewicz w liście mitygował go: Czy możesz trochę poczekać. Bo ze wszystkiego widzę, że Ty się bardzo spieszysz. Dopiero Krystyna Zachwatowicz przemówiła mężowi do rozsądku. Powiedziała po prostu, że konfitur nie da się szybko usmażyć, wymaga to powolności a jednocześnie staranności i uważności. Powstało dzięki temu kolejne arcydzieło. Film o przemijaniu, pamięci, odchodzeniu, pogodzeniu się z życiem, o smudze cienia... Oglądany dziś wzrusza jeszcze bardziej, bo lista wykonawców to niekończący się nekrolog, przejmujący niczym wiersz Haliny Po-światowskiej:^ minę / ty miniesz / on minie / mijamy / mijajmy. W korespondencji reżysera z pisarzem można przeczytać, jak ważne było ustalenie szczegółów, np. kuchnia czy spiżarnia? Iwaszkiewicz pisze: Nie możesz się zdecydować. Ja głosuję za spiżarnią [...]. A spiżarnia w Tymoszówce [pierwowzoru Wiłka, gdzie Wajda zabrał pisarza na wizję łokałną, powstał tam Jilm dokumentalny „Pogoda domu...”] to było cos' w rodzaju salonu, czegoś, co się widuje w szwajcarskich domach jako pierwsze, prawdziwa świątynia brzucha. Pięć kobiet, każda inna. Te kobiety leniuchują, śpią, jedzą, przeciągają się. Tylko Kazia (rewelacyjnie zagrana przez Zachwatowicz) jest ciągle zajęta — gotuje, przygotowuje desery, uczy dzieci francuskiego... Kiedy oglądałem ten film na VI Festiwalu Filmów Polskich w Gdańsku byłem zachwycony. Przypominała mi moją mamę w tej niestrudzonej pracowitości, zaradności, pogodzie życia a może pogodzeniu się z życiem. Ta powolność, jedzenie ogórków z miodem, smażenie konfitur, poobiednie drzemki... Wszystko to rodem z Soplicowa, dla Słowackiego byłyby dowodem na „ubóstwienie wie-przowatości życia”, co miał za złe poematowi Mickiewicza. Ale tu są oznakami zachwytu nad światem. Wajda (co pokaże później w ekranizacji arcydzieła Adama Mickiewicza) dostrzegł tu raczej, opisywany przez Czesława Miłosza w „Ziemi Urlo”, metafizyczny moment, kiedy odczuwamy rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ład istnienia jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu. Nawet w codziennym krzątaniu się możemy 28 Drobiazgi Wajdy, cz. 2 poczuć ów metafizyczny ład. Tak to jest pokazane 20 lat później, na przykład w uroczej etiudzie z „Pana Tadeusza ”, w której Krystyna Zachwatowicz zagrała rolę kawiarki. Ten film to też eteryczna rola Christine Pascal. Bardzo mocno wówczas angażowałem się w działalność w Dyskusyjnym Klubie Filmowym ŻAK. Zorganizowaliśmy przegląd filmów francuskich. Ambasada Francji wypożyczyła nam filmy Taverniera, Rohmera i skandalizujący film Pascal „Felicite”. Byłem wówczas pod wrażeniem odwagi artystycznej Krystynki Paskalówny - tak o niej czule mówiliśmy. Pięknej i kruchej, chorej na śmierć aktorki i reżyserki, która pod koniec lata w 1996 roku popełni samobójstwo. Reżyser po premierze napisał do autora opowiadania: Ostatnie lata żyję w nieustannej pogoni, że nie zdążę zrobić »wszystkiego«, jakby to w ogóle było możliwe. Ten stan nie sprzyjał reżyserowaniu »Panien z Wilka«. Walka z samym sobą, zmiana rytmu, konieczność głębszego i bardziej naturałnego spojrzenia na świat. Tak! Wiele zawdzięczam temu filmowi, więcej niż on mnie. Można by powiedzieć, że ten film pozwolił mu na ustalenie hierarchii życiowych priorytetów. Postanowił: Mam zamiar zacząć nowe życie, powolne, uważne i głębsze. Postanowiłem zauważać kołor oczu moich rozmówców. „Człowiek z żelaza”. W sierpniu 1980 r. Wajda przyjechał na jeden dzień do strajkującej stoczni. Po prostu on musiał tam być! To robotnicy podsunęli mu pomysł realizacji filmu, który będzie kontynuacją opowieści o Birkucie. Agnieszka posłuchała rady ojca i odnalazła syna Mateusza. Sceny spod stoczni kończą „Człowieka z marmuru”. Stało się naturalne, że Maciej Tomczyk i Agnieszka będą bohaterami nowego filmu. Karnawał Solidarności dawał reżyserowi stosunkowo dużą swobodę realizacji projektów, które wcześniej by nie przeszły. Już jesienią 1980 roku pojawił się w Gdańsku, bo w Wielkim Młynie wystawiał „Sprawę Dantona”, przenosząc w naturalne wnętrza swą inscenizację sprzed lat sztuki Stanisławy Przybyszewskiej. W pamiętnym Sierpniu też byłem pod bramą Stoczni Gdańskiej i tam narodził się pomysł powołania do życia Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Należałem do jego założycieli. Wajda przyjął nasze zaproszenie na spotkanie ze studentami. Odbywało się ono w wielkiej auli Ekonomiki Transportu w Sopocie. Wypełniły ją tłumy, bardziej przypominało to wiec niż spotkanie z twórcą. Jako spec od filmu (działacz nie tylko NZS-u, ale i DKF-u) nadawałem się do tego, żeby je poprowadzić. Miałem nadzieję, że autor „Popiołu i diamentu” przyjedzie wraz z żoną, kupiłem trzy goździki, na tyle było stać studenta, chciałem jej podziękować za wzruszenia, którymi mnie obdarowała. Reżyser pojawił się tuż przed wyznaczoną godziną. Był sam. Na wstępie powiedział do organizatorów, że ma tylko godzinkę, bo przewidziano nocne próby „Dantona”. Dobrze, to ja na początku uprzedzę łudzi, Andrzej Kasperek 29 że pytań będzie niewiele — powiedziałem. Ale nie. Zrobimy tak, że ja po 50 minutach złapię się za głowę, jęknę i powiem, że za pół godziny zaczynam próby. Aktorzy czekają, a ja się tu zagadałem — zaproponował. Zobaczyłem reżysera w akcji. Zabrałem się z nim samochodem do Gdańska. I nie wiem, co mnie podkusiło, żeby przez całą drogę męczyć go pytaniami o to, jak się czuje sportretowany jako reżyser Bułat w „Małej Apokalipsie”. Konwicki nie oszczędzał go - to paszkwil. Obraz poputczyka, który zawsze wie, jak przypodobać się partii, publiczności, zagranicznej krytyce. Jego rozmowa z bohaterem powieści bardziej przypomina monolog Marmieładowa z Dostojewskiego, bo pełno w niej masochistycznego ekshibicjonizmu niż wyznanie artysty żyjącego w Europie Środkowej w czasach Pax Sovietica. Trzeba przyznać, że Wajda był wyjątkowo wdzięcznym obiektem do kopania, kilka lat później Jacek Kaczmarski napisze dedykowaną mu piosenkę „Artyści”, w której szyderczo śpiewa o ludziach, takich jak pan Andrzej: Zaszczytami zaszczuci, obarczeni sławą... Ja też wtedy byłem pełen rewolucyjnej bezkom-promisowości i molestowałem go namolnie o tego nieszczęsnego Bułata. Wajda delikatnie wekslował, był miły, wiózł przecież działacza studenckiego, dla niego byliśmy młodym lasem, nadzieją... Na „Sprawę Dantona” nie poszedłem, tyle się wtedy działo, pewnie wołałem rewolucję w życiu, tę która była obok, aniżeli tę na scenie. Kupowałem wtedy regularnie miesięcznik „Kino”. Okładka numeru 7 z 1981 r. przedstawia scenę, w której widzimy redaktora Winkla przed bramą stoczni. A za nim statyści, moi koledzy z polonistyki. Szczególne wrażenie robiła ona oglądana w czasie stanu wojennego - Andrzejek R. aresztowany za rozdawanie ulotek i skazany na trzy lata więzienia, Grzesiu M. i inni koledzy, z którymi 15 grudnia 1981 r. poszedłem do stoczni, aby kontynuować strajk studencki. Po złapaniu przez ZOMO postawiono nas przed kolegium, mieliśmy szczęście — dostaliśmy tylko grzywnę. Okazało się, że Wajda niczym Kasandra przeczuł ten zły czas i w zakończeniu pokazał partyjniaka, który mówi: Przecież to porozumienie nie jest ważne, żadne normy prawne nie uznają umów zawartych pod przymusem. Ale wtedy nikt nie chciał tego słuchać. „Danton”. Miał być realizowany w Polsce jako koprodukcja z Francuzami, stan wojenny sprawił, że trzeba było kręcić we Francji, autentyczne plenery wyszły filmowi na dobre. Na początku filmu jest straszna scena, młoda kobieta myje chłopczyka. Mógłby to być pokaz ciepła rodzinnego, czułości. Nagie dziecko jest niewinne, bezbronne... Ale widzimy pokaz tresury, chłopiec miał wyuczyć się na pamięć „Deklaracji praw człowieka i obywatela”, rewolucyjnego dekalogu. Dziecko się myli i za każdym razem jest karcone. Dostaje „po łapach” od kobiety. Widzimy surową, wręcz zaciętą twarz Eleonorę Duplay, narzeczonej Robespierrea. Chłopiec wie, co go czeka. Nie płacze, sam wyciąga dłonie, jest ofiarą, to ilustracja syndromu dziecka bitego. Scena trwa mniej niż minutę, ale jest doskonałym wstępem do opowieści. W tej kropli widzimy całe okrucieństwo rewolucji francuskiej. Ten sam chłopiec w zakończeniu z trudnością, zacinając się, ale bez pomyłek recytuje „Deklarację” Robespierreowi. Słowa mówiące o wolności, prawach, powinnościach rządu i obywateli, po tym, co zobaczyliśmy, brzmią jak szyderstwo. Twarz chłopca rozmywa się, znika pod napisami końcowymi, słowa zanikają zagłuszane przez coraz głośniejszą muzykę i okrzyki tłumu. 30 Drobiazgi Wajdy, cz. 2 „Korczak”. Po 1989 roku Wajda nie bardzo umiał się odnaleźć. Miał poczucie, że rozmija się z publicznością. Wtedy postanowił wrócić do starego pomysłu filmu o Doktorze. Zdecydował się na obraz czarno-biały, bo chciał wpleść do swego dzieła fragmenty filmów dokumentalnych z getta. Na początku filmu widzimy ostatnie lato przed wojną. Sielska atmosfera kolonijna. Pani Stefa Wilczyńska właśnie wróciła z Palestyny wita się ze starymi wychowankami Domu Sierot i rozdaje pomarańcze. Jeden z nich pyta: Pani Stefo, to nasi wyhodowali? Tak, w kibucu. Wychowanek pokazuje owoc Korczakowi i mówi: Widzi pan? Oni tam pracują nie jak Żydzi handełesi. Pracują jak wolni ludzie. Korczak odpowiada: Światu nie pomarańcze są potrzebne ani praca, tylko nowa wiara. To zderzenie marzenia o Ziemi Obiecanej, w której kwitną i owocują pomarańcze, opartego na syjonistycznej wierze, że własną pracą i zapałem da się stworzyć państwo dla Żydów z idealizmem Starego Doktora. Stefa opuściła kibuc En Charod mówiąc, że musi wracać, bo: Tam są moje dzieci. Te pomarańcze są jak obietnica Nowego Jeruzalem, ale wróciła do Europy, w której za kilka miesięcy zacznie się wojna a Dom Sierot znajdzie się za murami getta. A wtedy zostaną już tylko marzenia, jakieś dziwne omamy zmysłowe, sny, kulinarny oniryzm. Korczak mówi: Wie pani, mam takie dziwne marzenia o jedzeniu. [...] Maliny i kasza gryczana. Pani Stefa: Zając z czerwoną kapustą i białe wino. Korczak: Nie białe, czerwone. Szampan i lody z waflem. Nawet trzy razy w życiu nie piłem szampana i od 20 łat nie skosztowałem ani łyżeczki lodów. Jaki człowiek był głupi... Co? Film po premierze w Cannes został dobrze przyjęty, ale jak wspomina reżyser: Już następnego dnia recenzja w »Le Monde« zrobiła ze mnie antysemitę i żaden z liczących się dystrybutorów nie zdecydował się zaangażować w rozpowszechnianie tego filmu poza Polską. Trudno zrozumieć, dlaczego filmy reżysera, który tak często podejmował wątek żydowski w swych filmach („Pokolenie”, „Samson”, „Krajobraz po bitwie”, „Ziemia obiecana”, „Korczak”, „Wielki Tydzień”) były nieustannie oskarżane o antysemityzm. Młody Wajda współpracował (jako pomocnik malarzy) w malowaniu kościoła Bernardynów w Radomiu. W sierpniu 1942 roku hitlerowcy likwidowali getto radomskie. W ciągu jednej nocy wysiedlono przeszło 20 tysięcy ludzi. Młody Andrzej patrzył na to z wieży kościoła, ten widok zapamiętał do końca życia. I wielokrotnie (niczym Władysław Strzemiński, autor serii kolaży pod tytułem-dedykacją „Moim przyjaciołom Żydom”) borykał się z tematem Holokaustu, za każdym prawie razem zbierając cięgi ze wszystkich stron. Szczególnie mu-siało go boleć, kiedy „Ziemia obiecana” została skazana w USA na nieistnienie, jej dystrybutor odłożył film na półkę uznawszy go za obrazi iwy, bo skoro nakręcił go Polak, to musi być to obraz antysemicki. Po co robić z Wajdy antysemitę? Tak, jakby brakowało w Polsce tego towaru. Kiedy przebywałem w Yad Vashem w Jerozolimie obejrzałem ten film po raz kolejny (jest tam świetna filmoteka ufundowana przez Stevena Spielberga). Na zajęciach w The International School for Holocaust Studies spytałem o ten film i jego kontrowersyjne zakończenie. Okazało się, że w Izraelu nikt takich bzdur o filmie Wajdy nie wypisywał. „Pan Tadeusz”. Sięgnięcie do klasyki było najlepszym sposobem na odzyskanie publiczności. Film obejrzały miliony i to nie tylko uczniowie, którzy woleli wizytę w kinie od czytania lektury. Widzowie poszli do kin po wzruszenia, których już od dawna nie przeżywali w tym miejscu. I nie zawiedli się. Andrzej Kasperek 31 Jednym z trudniejszych problemów było zachowanie trzynastozgłoskowca. Wielu uważało, że to jest niemożliwe, że odstraszy publiczność, ale Wajda pozostał wierny Mickiewiczowi. Wystarczy wspomnieć scenę przygotowań do wieczerzy w zamku, gdzie słyszymy słowa tym, jak uparty Protazy: W niebytnośćpaństwa znowu do zamku szturmował /I kredens doń (jak mówi) zaintromitował. Przecież dziś nikt nie wie, co znaczy archaiczne słowo „intromitować”, czyli według przypisu autora: „wprowadzać w posiadanie nieruchomości na drodze sądowej”. Wajda zaufał, że Mickiewicz go poprowadzi, bo jego epopeja wespół z „Dziadami”, „Kordianem” i „Weselem” jest dla Polaków niczym Biblia. Reżyser mówił, że aktorzy: Grali w rytm polskiego języka, który w »Panu Tadeuszu« brzmi najpiękniej i najczyściej. Daniel Olbrychski wspominał, że Wajda początkowo bał się tego mówienia wierszem i prosił aktorów, żeby grali tak, aby wiersza nikt nie słyszał. To on przekonał go, że trzeba właśnie mówić tak, żeby wszyscy słyszeli wyraźnie i wpadł na pomysł, jak zachować rytm. Żeby ocalić miarę wierszową czasem brakujące sylaby wyklepywał na policzku Mariana Kociniaka (trzy razy „po pysku dał”), Seweryn uderzał się po udzie, nawet błoto kląskało do rytmu... Inna sprawa, że Olbrychski zatrudniony do małej rólki Gerwazego swą żywiołowością, ekspresją i charakteryzacją na szlachciurę zabijakę zawłaszczył film, skradł go Bogusławowi Lindzie. Soplica przecież jest ważniejszy niż Gerwazy. No, ale jeśli Adam Mickiewicz mógł epos, którego głównym bohaterem jest Jacek Soplica zatytułować „Pan Tadeusz”, to mógł Olbrychski... Warto dodać, że to aktor zwrócił reżyserowi uwagę na opis wiernego sługi Horeszków z poematu: Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka /1 naciętą od licznych kordów jak nasie-ka. W ten sposób uniknięto blamażu, bo dla aktora przygotowano peruczkę. Olbrychski twierdzi, że w takiej Gerwazeńka pokazał na swych ilustracjach Andriolli, który najwyraźniej nieuważnie przeczytał Mickiewicza, a być może w ogółe nie znałpołskiego. Brzydko powiedziane, bo choć znany ilustrator po mieczu jest włoskiego pochodzenia, to uważał się zawsze za szczerego Polaka. A Gerwazego pokazał z łysiną i to pokancerowaną — vide ilustracja do spowiedzi Soplicy, gdzie sługa stoi wsparty na swoim słynnym Scyzoryku. „Katyń”. Jeden z najtrudniejszych filmów. We wrześniu 1939 r. ojciec reżysera — kpt. Jakub Wajda dostał się do sowieckiej niewoli i został zamordowany w Charkowie. W 1940 r., w Katyniu zginął kapitan Karol Wajda, syn Stanisława, także urodzony w 1900 roku. Informacja o zbrodni katyńskiej pojawiła się w prasie gadzinowej wraz z listą ofiar. Matka reżysera uparcie aż do śmierci wierzyła, że mąż ocalał, a pomylone imię jest tego dowodem. Osierocony syn wspomni po latach, że nie lubi Wigilii, bo pusty talerz zawsze przypominał nieobecnego ojca, „że minął znów rok bez niego. Był gdzieś daleko, w śnieżnych pustyniach Rosji, skąd się już nigdy nie wraca... Tę straszną prawdę znają zesłańcy na obrazie Jacka Malczewskiego [„Wigilia na Syberii”], dlatego milczą, zatopieni w krępującej ciszy. Tylko ten, który ma przemówić, zasłania twarz talerzem, i szuka daremnie jakichś słów pocieszenia...”. W tym filmie na kilka sekund powrócił do swego ukochanego malarza, swego krajana z Radomia. Jan Englert, grający generała mającego przemówić do swych żołnierzy, powtarza gest zasłaniania twarzy z obrazu. U Malczewskiego nikt na nikogo nie patrzy, każdy z zesłańców umyka ze wzrokiem, 32 Drobiazgi Wajdy, cz. 2 każdy samotnie przeżywa tę chwilę, czekając aż wreszcie się skończy ta wigilia, która zamiast pocieszenia przyniosła ból. „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Jeden z rozdziałów swej autobiografii „Kino i reszta świata” Wajda zatytułował: „Byłem szoferem Wałęsy”. Poznany w Sierpniu 1980 roku przywódca strajku stał się dla reżysera uosobieniem proletariackiego trybuna, który był w stanie obudzić naród ledwo żyjący, „zanurzony w łajnie” czy „w strasznym pławiony kanale” — mówiąc językiem Dantego. Scenariusz „Człowieka z marmuru” musiał czekać na realizację aż 12 lat, boye^ bohaterem był robotnik, który sprzeciwia się »swojej« władzy. I teraz reżyser poznał prawdziwego człowieka z marmuru, żelaza i nadziei. Był z nim wiernie przez czas stanu wojennego, przygotowywał go do słynnego telewizyjnego pojedynku z Miodowiczem, razem są na zdjęciu z plakatu wyborczego z roku 1989. Ale też przeżywał ból i wstyd słuchając „przemowy Wałęsy do Turowicza w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, w czerwcu 1990 roku”, o czym wspomina Krystyna Zachwatowicz. A jednak po latach Wajda uznał, że trzeba nakręcić trzecią część tryptyku o „ludziach z...”. Wałęsa po śmierci reżysera powiedział: Traktowałem go jako nauczycieła patriotyzmu. Na nim się właściwie szkoliliśmy, stąd jest tak blisko nas. Jest w filmie scena zebrania, na którym robotnicy stoczni domagają się poprawy warunków pracy i płacy. Władza ludowa przygotowała odpór. Do mównicy podchodzi robociarz i duka czytając z przygotowanej dlań kartki, że zgłasza wniosek, aby robotnicy sami nałożyli na siebie kary finansowe za złą pracę i niewykonanie płanu. Wałęsa zrywa się i krzyczy, że „Gierek nie dotrzymał obietnic, oszukał naród”. Wie, co mówi, bo przecież 24 grudnia 1971 r. I sekretarz PZPR spotkał się ze stoczniowcami. Wśród stoczniowców był Wałęsa, jeden z przywódców strajku. Można to zobaczyć na zdjęciu. Pamiętam tę stocznię z tamtych lat, bo studencka spółdzielnia dawała tam pracę. Śmierdzące szatnie, obskurne kanciapy brygadzistów, wszechobecny brud i bałagan, codzienne lekceważenie warunków BHP. A był to przecież sztandarowy zakład PRL. Tam wykuwano potęgę socjalistycznej gospodarki. Wałęsa z kolegami idzie do Mijaka, stoczniowca, który się wyłamał na zebraniu, donosił na Lecha; chcą mu spuścić lanie. Widzimy slumsy, których nie spodziewaliśmy się w kraju mieniącym się „ósmą potęgą gospodarczą świata”. Rudery, szopy, jakieś wozy Drzymały, wygódka bez drzwi, brud, rozwalony piec, żelazna koza, drewno złożone w mieszkaniu — tak mieszka klasa robotnicza. Tak było w peryferyjnych dzielnicach Trójmiasta - Oruni, Przeróbce, Grabówku i Chyloni. Jakby od czasów slumsów pokazanych w „Pokoleniu” nic się nie zmieniło. Ta nędza nawet dla Wałęsy i jego kolegów, robotników w kufajkach, jest straszna. Mijak tłumaczy, że za rozłamową postawę dostał drzewo na opał i obiecali mu, że „podciągną mu elektrykę”. Na odchodnym Lechu rzuca, że sam mu założy elektryczność. Kiedy latem i jesienią 1976 roku do Radomia zaczęli jeździć współpracownicy KSS KOR zobaczyli, jak mieszka i żyje klasa robotnicza, w jaki sposób „władza ludowa” traktuje proletariat. Szokowały nie tylko ścieżki zdrowia i represje MO i SB. Przerażające były warunki życia „roboli” (to pogardliwe słowo pojawiło się w latach siedemdziesiątych). Jan Lityński w „Biuletynie Informacyjnym” opisywał zrujnowane miasto, ludzi gnieżdżących się w przeludnionych klitkach bez wody bieżącej i ubikacji, żyjących za marne grosze. Andrzej Kasperek 33 Jacek Kuroń pisał: Widziałem w życiu większą nędzę, przed wojną i zaraz po niej, jednak nie zapomnę tego, co tam zastaliśmy. [.../ Stara czynszowa kamienica w centrum miasta, wilgotne, oblażące z tynków mury i smród, potworny fetor, który uderzył w nas, gdy tyłko weszłiśmy w bramę. Wajda poznał wcześniej te realia, kiedy kręcił „Ziemię obiecaną”. Zdjęcia powstawały w fabrykach sprzed stu lat, łódzkie włókniarki pracowały na maszynach, które zamawiał jeszcze Izrael Poznański. Warunki pracy niewiele się zmieniły. Na początku 1971 roku łódzkie robotnice zastrajkowały, chciały pracować w lepszych warunkach, lepiej zarabiać. Kobiet były zdeterminowane i osiągnęły swój cel. Scena z pozbawionym godności, zastraszonym robotnikiem jest bardzo ważna. Bo Sierpień 1980 roku to nie tylko strajk o podwyżki. Stawka była większa. Ryszard Kapuściński, który pojawił się tam wtedy, od razu to zrozumiał pisząc w swych notatkach: w tych sierpniowych dniach wiełe słów nagłe ożyło, nabrało wagi i blasku: słowo — honor, słowo —godność, słowo — równość. [...] sierpniowy strajk był zarazem i dramatycznym zmaganiem, i świętem. Zmaganiem o swoje prawa i Świętem Wyprostowanych Ramion, Podniesionych Głów. I o tym także jest ten film. „Powidoki”. Znowu pomysł, który chodził za Mistrzem od dawna. Odkładany i przesuwany, ale na szczęście zrealizowany. Powrót do czasów młodości, ale wcale nie sentymentalny, bez nostalgii za PRL-em, za „szczęsnym czasem”, kiedy studiował, poznawał tajniki malarstwa a później zajął się kręceniem filmów. Historia Władysława Strzemińskiego to bezlitosny portret lat stalinizmu, dzieje niszczenia artysty niepokornego, wymazywania go, skazywania na śmierć. W jednej ze scen jego prześladowca, wszechwładny minister kultury Włodzimierz Sokorski, mówi: Was to należałoby wrzucić pod tramwaj. Ponoć w rzeczywistości minister powiedział tak do Witolda Lutosławskiego, ale nie zmienia to wymowy tych słów. Sokorski to jeden z tych, którzy wprowadzali w Polsce socrealizm. Skazał Strzemińskiego na wegetację, ale ponoć zwierzył mu się, że prywatnie lubi twórczość Picassa, tyle że służbowo nie może się do tego przyznać. Podobnie jak kadrowa, która wyrzuca go z pracy, choć prywatnie podziwia jego sztukę, lubi także Chagalla. Kiedy oglądałem ten film przypomniałem sobie scenę z 1979 roku, wspomniany już tu VI FFP, budynek NOT-u w Gdańsku. Sokorski, dość popularny wówczas literat, autor licznych powieści, ciągle jeszcze ważna persona, a jednocześnie playboy, snuł się po budynku. Właśnie wychodziłem z kabiny w ubikacji i starałem się zamaskować rolkę papieru toaletowego, który ukradkiem wynosiłem (żadna tam kradzież, raczej ekspropriacja). Natknąłem się na ex-ministra i Olbrychskiego (pod dobrą datą). Aktor całował Sokorskiego w łysinę i przemawiał doń cytatem z „Wesela”: Sława, panie Włodzimierzu! Szkoda, że nie powiedział mu raczej: Myśmy wszystko zapomnieli. W filmowej scenie z pracowni w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi (dziś nazwanej jego imieniem) można dostrzec rzeźbę przodownika pracy z „Człowieka z marmuru”. Wajda mruga do nas okiem - no tak było. Socrealizm istniał, nie wyma-żemy tego faktu z historii sztuki. Biografia niepokornego artysty pokazuje, jaką cenę płaci się za wierność swoim ideałom. Wajda wybrał inną drogę, ale czy droga filmowca mogła być taka, jak malarza? Wybierając szkołę filmową w Łodzi i porzucając Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie wybrał swój los. 34 Drobiazgi Wajdy, cz. 2 Horacy w swoim wierszu prosi Apollina: Starość, gdy przyjdzie, niech będzie łagodna / Ipełna pieśni. Mam nadzieję, że późne lata Andrzeja Wajdy były pogodne. Z pewnością były pełne pieśni. Nigdy nie próżnował i podarował nam wiele cudownych chwil przed ekranem. „Powidoki” to pieśń na pożegnanie. Koło się zamknęło. Cykl życia i twórczości jest już domknięty. Pełnia. Post scriptum Dlaczego Andrzej Wajda w „Prowincji”? Ktoś może zadać takie pytanie. Odpowiedź jest prosta, bo reżyser nigdy nie ukrywał, że będąc artystą światowego formatu pochodzi przecież z prowincjonalnej Polski a w kraju zawsze podkreślał, że urodził się w Suwałkach a jego ród wywodzi się z Szarowa pod Krakowem. Nigdy nie wypierał się swych prowincjonalnych korzeni, przeciwnie - był z nich dumny. Zapamiętałem jak na premierze „Zemsty” mówił o wystawieniu komedii Fredry przez amatorski zespół działający przy jakiejś cukrowni. Niestety nie zapamiętałem nazwy miejscowości. To było dla niego ważne, to przenikanie wysokiej kultury do środowisk, które dopiero doświadczały awansu społecznego. Kończyły szkoły, pracowały, aspirowały do lepszego, godnego życia. Szarów, Suwałki, Radom — prości ludzie ze swoim prostym życiem. Jak ów oracz, którego widzimy na początku „Popiołu i diamentu” (jest to cytat z „Ziemi” Ferdynanda Ruszczyca). Wojna czy pokój - dla niego najważniejsze jest, żeby ziemia nie leżała odłogiem. Do Wajdy świetnie pasują słowa Cypriana Kamila Norwida wypowiedziane po śmierci Fryderyka Chopina: Rodem Warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel. O ilu polskich artystach można powiedzieć, że osiągnęli sukces światowy? Na pewno Wajda obok Felliniego, Bergmana, Kubricka czy Tarkowskiego należy do największych. Czas pokaże, czyjego miejsce w panteonie sław X Muzy jest wieczne. Moim zdaniem tak. Mieliśmy wielkie szczęście, że mogliśmy podziwiać jego filmy, że kręcił je dla nas. Pisząc ten tekst korzystałem z: Tadeusz Lubelski „Wajda”, Wrocław 2006, ks. Andrzej Luter „Kino wiecznie młode”, Warszawa 2015, Bartosz Michalak „Wajda. Kronika wypadków filmowych”, Warszawa 2016, „Wajda. Filmy”, Warszawa 1996, Andrzej Wajda „Kino i reszta świata”, Kraków 2000, „Wajda mówi o sobie. Wywiady i teksty”, Kraków 1991, Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Wajda „Korespondencja”, Warszawa 2013, „Zeszyty Literackie” nr 136, http://laboratorium.wiez.pl/. Fragmenty „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri w przekładach Edwarda Porębowicza i Aliny Swiderskiej, cytat z ody Horacego „Quid dedicatum poscit Apollinem” w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka. Pani Krystynie Kosińskiej dziękuję za pomoc w ustaleniu informacji o pierwodruku „Piosenki o porcelanie” Czesława Miłosza. Na tropach historii Jacek Schirmer ZIEMIANIE ZIEMI SZTUMSKIEJ I ICH POSIADŁOŚCI 1466-1945 CZ. 4, OKRES 1871-1918 GOSPODARSTWA ROLNE WIELKOOBSZAROWE INNE NIŻ RYCERSKIE 1. WPROWADZENIE W poprzednim artykule z tej serii zajmowałem się sytuacją dóbr rycerskich w odnowionym Cesarstwie Niemieckim. Wspominałem wtedy również o innych gospodarstwach wielkoobszarowych, które nie stanowiły kontynuacji dawnych dóbr szlacheckich, a których znaczenie istotnie wzrosło w omawianym okresie. One będą przedmiotem tego artykułu. Chodzi tu o dwie grupy majątków — o dawne folwarki królewskie sprywatyzowane oraz o zupełnie nowe gospodarstwa powstałe we wsiach włościańskich, a czasem nawet na obszarze rozparcelowanych dóbr szlacheckich. Zaliczenie do dóbr rycerskich było uwarunkowane sytuacją w przeszłości i formalnie zatwierdzone przez władze pruskie. W niektórych przypadkach można było mieć wątpliwości, ale sama zasada była jasna. Co prawda łatwo można również ustalić, które gospodarstwa stanowiły niegdyś folwarki królewskie, jednak niektóre z nich były niewielkie i trudno byłoby je uznać za gospodarstwa wielkoobszarowe. Natomiast pozostałe majątki — będące przedmiotem tego artykułu — nie posiadały żadnego formalnego wyróżnika. Wyróżniały się tylko znaczną powierzchnią, a więc najprostszym kryterium wyróżniającym będzie obszar przekraczający jakieś umowne minimum. Najczęściej stosowaną w literaturze jest granica stu hektarów. I taką przyjąłem. Problemem, który pojawiał się już czasem w przypadku dóbr rycerskich, który na większą skalę dotyczy omawianych tu gospodarstw, jest znikanie i pojawianie się ponownie w publikacjach niektórych z nich. W takich sytuacjach, gdy nie ma innych danych, konieczna staje się interpolacja. W całym tekście używam partykuły „von” tylko przy nazwiskach osób narodowości niemieckiej lub nieustalonej. W przypadku szlachty narodowości polskiej opuszczam ją jako sprzeczną z polską tradycją. 2. DAWNE FOLWARKI KRÓLEWSKIE Mimo reform rolnych z początku XIX wieku, uwłaszczenia włościan i otwarcia rolnictwa na rynek, do połowy XIX wieku powstało w Sztumskim niewiele naprawdę nowych gospodarstw wielkoobszarowych. Prawie wszystkie „nowe” były w rzeczywistości istniejącymi od dawna sprywatyzowanymi folwarkami królewskimi. Te ostatnie, zresztą bardzo różnej wielkości, istniały w czasach polskich we wszystkich trzech starostwach oraz w dobrach gracjal-nych. Po aneksji Prus Królewskich Fryderyk II przejął nie tylko dawne folwarki królewskie, ale też folwarki wchodzące w skład należących do Dziewanowskich dóbr białodworskich 36 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466—1945 (po ich przymusowym wykupie w 1777 roku), a także, w 1780 roku — będące w posiadaniu jezuitów — Grzymałę i Czerwony Dwór1 oraz kilka drobnych folwarczków, jak na przykład Stawek. Dalej zajmę się pokrótce losami folwarków liczących - jak pisałem — ponad 100 ha. Folwarki te powierzano dzierżawcom. Pierwsza, próbna dzierżawa obejmowała tylko okres trzech lat, ale potem zawierano umowy na czas znacznie dłuższy, na ogół 10 do 12 lat. Administracja dóbr królewskich proponowała, aby w niektórych wypadkach przekazać je ponownie dotychczasowym polskim tenutariuszom. Jednak Fryderyk II — nienawidzący demokracji i w związku z tym polskiej szlachty, która stanowiła dla niego jej symbol — tego zakazał. Polecił wydzierżawiać ziemię szlachcie niemieckiej, a w braku odpowiednich kandydatów — nawet mieszczanom. Będąc przy tym zajadłym antysemitą, z góry wykluczył powierzanie jakiegokolwiek majątku Żydom. Prawie wszystkie z tych folwarków dotrwały do lat siedemdziesiątych XIX wieku. Ich status stopniowo ewoluował. Wiele z nich znalazło się w dzierżawie dziedzicznej, aby z czasem ulec przekształceniu w majątki prywatne. Wraz z ograniczaniem przywilejów dóbr rycerskich, różnice między obu grupami właścicieli ziemskich stopniowo malały. Największym folwarkiem (ok. 750 ha) pośród dawnych królewszczyzn był Nowy Dwór (dziś Nowiny) pod Dzierzgoniem, należący niegdyś do starostwa dzierzgońskiego/kiszpor-skiego. Użytkował go bezpośrednio każdorazowy wojewoda malborski, który tam zresztą mieszkał, gdy urzędował w Dzierzgoniu, bowiem w tym mieście nie miał żadnej rezydencji. Zaraz po aneksji, już w 1774 roku, odłączono odeń ok. 350 ha i rozparcelowano między mieszkańców sąsiedniego Bągartu. W miejscowości tej żyli Niemcy będący bardzo aktywnymi luteranami. W ten sposób chciano wesprzeć ich stan majątkowy i pośrednio pozycję. Tak powstała wieś Pole Nowodworskie (dziś Nowiec). Potem odłączono ok. 100 ha jako folwark Dąbrówka. Folwarkowi Nowy Dwór pozostawiono zatem tylko ok. 300 ha. Po włączeniu do niego części Dąbrówki, prawdopodobnie w latach sześćdziesiątych, jego obszar wzrósł do 360-370 ha. Od co najmniej lat trzydziestych XIX wieku po początek lat osiemdziesiątych Nowy Dwór należał do rodziny Szelinskich, a potem, już do końca2 — do Ludwika Rohrbecka, który zmienił nazwę niemiecką z Neuhof na Neuburg. Innym znacznym folwarkiem przejętym ze starostwa dzierzgońskiego był folwark sta-rotarski. Zetknąłem się co prawda z opinią, że powstał on na bazie włók sołeckich, ale przeczą temu fakty. Otóż przed rozbiorami folwark królewski liczył ok. 300 ha, a folwark starotarski w połowie XIX wieku zajmował taką samą powierzchnię. Ponadto obok tego dużego majątku wymieniano osobno w Starym Targu gospodarstwo tzw. wolnego sołtysa (Freischultz), co oznacza, że nie ono dało początek tamtemu folwarkowi. Właściciele tamtego folwarku zmieniali się, a w początkach XX wieku został przejęty przez Skarb Państwa. Do mniejszych, liczących po ok. 100 ha, folwarków dawnego starostwa dzierzgońskiego należały Petershof (dziś Pawłowo) i Zantuga (dziś Piaski). Zantuga, to spolonizowana nazwa niemiecka Sandhuben, tj. piaszczyste włóki. Stanowiła ona własność zmarłego w 1817 roku Jana Samuela Grundmanna, potem - nie później niż od lat czterdziestych 1 Należy odróżnić Czerwony Dwór, położony na południe od Malborka i należący niegdyś do jezuitów, od Czerwonego Dworu, leżącego na północ od Kwidzyna i wchodzącego niegdyś w skład dóbr białodworskich. 2 Wyrażenie „do końca” w tym artykule oznacza: „prawdopodobnie do 1945 roku, z pewnością — do lat trzydziestych XX wieku”. Jacek Schirmer 37 XIX wieku — Jana Jakuba Bliefernicha, a w XX wieku — Gustawa Sperlinga. Za tego ostatniego powierzchnia Zantugi uległa podwojeniu. Z kolei Petershof w latach dwudziestych i trzydziestych XIX w. stanowił własność — zmarłego w 1837 roku — Jana Fersena. Nie później niż w latach czterdziestych przejęli go Kuhnowie, najpierw Gottfried, potem Teodor. Właścicielami Petershofu w XX w. byli kolejno Ludwik Lubbe i Maks Krech. Po starostwie sztumskim pozostały tylko mniejsze folwarki, w tym trzy liczące po 150—170 ha, a mianowicie Barlewice, Ostrów Lewark i Bliwernice (dziś Bliżnice). Ten ostatni powstał z połączenia kilku kilkudziesięciohektarowych folwarczków, leżących na południowy wschód od Białej Góry. Jego nazwa pochodzi od rodziny Bliefernichów. Na początku analizowanego okresu należał do Jana Dycka. Pod koniec XIX wieku został przejęty przez Skarb Państwa. Nazwa Ostrów Lewark pochodzi od pierwszego dzierżawcy, leśniczego ryjewskiego Jakuba Lewarka, który otrzymał ten teren w 1731 roku pod warunkiem wykarczowania go. Folwark miał kolejno kilku właścicieli. Wreszcie Barlewice stanowią — odwrotnie — przykład stabilizacji, jako że co najmniej od połowy XIX wieku do końca pozostawały w rękach rodziny Philipsenów. Dwa folwarki w Straszewie — pozostałość po starostwie Straszewskim — liczyły w połowie XIX w. odpowiednio ok. 390 i ok. 170 ha i należały do Alberta Buckhardta. W międzyczasie ich obszar uległ znacznemu zmniejszeniu. Jeszcze w XIX wieku przeszły na w/w Ludwika (Nowy Dwór) oraz Augusta Rohrbecków. Wreszcie w pierwszych latach XX wieku większy z nich (ok. 190 ha) przejął Eryk Rohrbeck (może syn ?), a mniejszy (101 ha) nabył Ludwik Bochert in. Borchert. W ich posiadaniu dobra te pozostały do końca. Folwark Cierpięta (230—240 ha), należący również niegdyś do starostwa Straszewskiego, pewnie już od lat sześćdziesiątych aż po koniec XIX wieku stanowił własność Klementyny Schade z domu v. Rudgisch. Na początku XX wieku przejął go Skarb Państwa. Z dóbr gracjalnych zachował się folwark w Watkowicach (Dużych) liczący ok. 400 ha. Co najmniej do lat pięćdziesiątych XIX w. znajdował się w dzierżawie dziedzicznej. Należał wtedy do Justitzrat'a^ Johna z Kwidzyna. W przedostatniej lub ostatniej dekadzie XIX wieku znalazł się w posiadaniu rodziny Rychardów bądź Ruchardtów bądź Ruchardt-sów (spotyka się wszystkie trzy pisownie) i pozostał w jej posiadaniu do końca. Ciekawy status posiadał liczący ok. 100 ha Pogorzały Przewóz. Został on wyłączony ze starostwa sztumskiego i połączony z monopolem przewozu przez Nogat do Pogorzałej Wsi na lewym brzegu. W czasach polskich znajdował się w dziedzicznej dzierżawie Jana Amelanga, nadleśniczego lasów sztumskich. Jeszcze ok. 1880 roku zachował podobny status. W drugiej połowie XIX w. należał między innymi do Jakuba Dycka i Adolfa Menny, a w XX wieku — do rodziny Claassenów. Jak już wspominałem, w \777 roku Fryderyk II dokonał przymusowego wykupu dóbr białodworskich, w tym m.in. folwarków Biały Dwór, Czerwony Dwór i Jerzewo z Jerzew-skim Polem. Majątki te, włączone do powiatu kwidzyńskiego, podzieliły losy byłych kró-lewszczyzn. Biały Dwór (nieco ponad 400 ha) od co najmniej połowy XIX do początku XX wieku należał do rodziny Borrisów. Otto i Rudolf (bracia ?) podzielili te dobra na dwie części. Mniejszą nazwali na swoją cześć Borrishof. Na początku XX wieku majątek został 3 Adwokat lub notariusz. 38 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466—1945 rozparcelowany. Pozostała stuhektarowa resztówka. Znaczne dobra stanowiło również Jerzewo z Jerzewskim Polem, bo obejmowało ponad 300 ha. W XIX w. znajdowało się w dziedzicznej dzierżawie rodziny Fróse. Ono też zostało podzielone na pół, a w XX wieku zniknęło, więc pewnie też uległo parcelacji. Czerwony Dwór był — przynajmniej w XIX w. — już tylko kilkudziesięciohektarowym folwarkiem w dzierżawie dziedzicznej, jak Jerzewo. W 1780 roku Fryderyk II przejął również folwarki jezuickie, zwłaszcza Czerwony Dwór i Grzymałę. Oba te majątki liczyły po ok. 160 ha. Powierzchnia Czerwonego Dworu z czasem wzrosła do ok. 170 ha. W XIX w. należał do Esau ów, w XX do Henryka Wenzla. Właściciele Grzymały dość szybko zmieniali się. Dokupowali działki w sąsiedniej wsi Labau (dziś Łabuń), tak że z czasem łączna powierzchnia ich posiadłości zbliżyła się do 280 ha. W 1875 roku nowy właściciel Paul Borchmann zgermanizował nazwę Grzymały na Birkenfelde (Brzozowe pole). Nieco odmiennie kształtowały się losy Goraja. Jeszcze w I Rzeczypospolitej z ziem sąsiadujących ze sobą wsi starostwa sztumskiego, Koniecwałdu i Brąswałdu (dziś Gościszewo), utworzono stuhektarowy folwark Mały Goraj. Tuż przed inwazją pruską, w 1771 roku, wydzierżawiono go Jerzemu Kalksteinowi. W 1829 roku majątek został wystawiony na przymusową licytację, na której nabył go Wilhelm Biber. Biber gospodarował na nim przez 60 lat, do śmierci w 1889 roku. Przez cały czas dokupował w okolicy różne gospodarstwa m.in. wolne sołectwo (Freischulzerei) Koniecwałdu. W końcu Goraj obejmował ok. 250 ha. W 1900 roku wnuk Wilhelma, Walter, spłacił współspadkobierców i objął gospodarstwo w posiadanie. W latach 1933 - 1945 właścicielem Goraja był syn Waltera, Hans Biber. Szpitalna Wieś nie należała co prawda do posiadłości królewskich, ale jej folwark istniał od dawna. W XIX wieku trafiła w ręce prywatne. Jej powierzchnia wyjściowa wynosiła 245 ha. Jeszcze w XIX wieku część jej obszaru, ok. 60 ha, została przyłączona do sąsiednich Górek. Podsumowując: w latach siedemdziesiątych XIX wieku, na omawiane tu dobra o powierzchni ponad 100 ha składało się dziewiętnaście majątków, w tym cztery o powierzchni od 300 do 400 ha (Biały Dwór, Nowy Dwór, Straszewo, Watkowice), cztery — od 200 do 300 ha i jedenaście o powierzchni od 100 do 200 ha. Do wybuchu I wojny światowej liczba tego typu majątków w rękach prywatnych spadła do trzynastu. Dwa z nich — wywodzące się z dóbr białodworskich Jerzewo i Biały Dwór — zostały rozparcelowane. Powierzchnia Pogorzałego Przewozu spadła poniżej 100 ha. Z kolei dwa inne (Cierpięta i Stary Targ) przejął Skarb Państwa, a Bliwernice - Lasy Państwowe. Z tych trzynastu folwarków największe były Watkowice (ok. 400 ha) i Nowy Dwór (ok. 370 ha). Trzy kolejne (Barlewice, Goraj i Grzymała) liczyły od 200 do 300 ha, a pozostałych osiem — od 100 do 200 ha. W większości przypadków te folwarki - podobnie jak mniejsze dobra rycerskie w omawianym okresie — często zmieniały właścicieli. Jedynie w dwóch wypadkach spotykamy przed I wojną światową te same rodziny posiadaczy, jak w pierwszej połowie XIX wieku: Biberowie na Goraju i Philipsenowie na Barlewicach. Ponadto po kilkadziesiąt lat gospodarowali na Białym Dworze Borrisowie, Klementyna Schade na Cierpiętach i Szelinscy na Nowym Dworze pod Dzierzgoniem. Jacek Schirmer 39 Polacy byli w tej grupie słabo reprezentowani: Na początku XX wieku Ostrów Lewark należał do Piotra Majewskiego, ale potem został przejęty przez Skarb Państwa. Na przełomie XIX i XX wieku Szpitalna Wieś należała do Wilhelma Wawrowskiego4. W pierwszej dekadzie XX wieku Szpitalną Wieś nabył Henryk Pooth. Po nim, już w okresie międzywojennym, odziedziczyła ją jego córka Gerda (zamężna Poschmann). Nie mam stuprocentowej pewności, że uważał się za Polaka, ale zaliczam go do Polaków, gdyż Gerda uważała się za Polkę i uczestniczyła w działalności polskich organizacji w okresie międzywojennym. Natomiast wiele z tych folwarków przejęli w dzierżawę lub na własność mennonici lub przynajmniej potomkowie osadników mennonickich. Wywodzili się z nich zarówno Jakub Dyck i Claassenowie z Pogorzałego Przewozu, jak również Jan Dyck z Bliwernic. Oba te nazwiska należały do kilku najpowszechniejszych wśród mennonitów w Sztumskim i na Żuławach. Słowo dyck/dijck oznacza po niderlandzku tamę, groblę, których w Holandii nie brakowało. Zeń też wywodzi się nazwisko słynnego flamandzkiego siedemnastowiecznego malarza Anoniego Van Dycka/Van Dijcka. Dodajmy, że inny Dyck, Eryk, był dzierżawcą, potem dziedzicem Polaszek, a Emil Dyck — właścicielem około stu-hektarowego gospodarstwa w Lichtenfeldzie. Nazwisko Claassen pochodzi od Mikołaja, po niderlandzku Niclaas, zdrobniale Claas. Classen to drugi przypadek (dopełniacz) od Claas, podobna forma jak w Polsce — rzadko spotykane — nazwiska typu Bartków lub Grześków. Na tej samej zasadzie powstało nazwisko właścicieli folwarku barlewickiego — Philipsenów. Na polski można je „przetłumaczyć” jako Filipów, a Claassen — Mikołajków. Z kolei nazwisko Esau, które nosili właściciele Czerwonego Dworu pod Malborkiem w trzeciej ćwierci XIX wieku, oznacza po niderlandzku biblijne imię Ezaw. Spotykamy je również wśród XIX-wiecznych mennonitów, choć nie tak często jak Dyck czy Claassen. Ponadto w ich środowisku w użyciu były nazwiska Fróse (może od vroe — świeży?) — jak właścicieli Jerzewa oraz Blifernich — jak właścicieli Zantugi. Zwraca uwagę fakt, że żaden z właścicieli tych majątków — zarówno wymienionych jak i niewymienionych — nie był szlachcicem. 3. NOWE GOSPODARSTWA WIELKOOBSZAROWE Takich gospodarstw w Sztumskim w latach siedemdziesiątych XIX wieku było kilka, może kilkanaście. Cztery z nich istniały w Wilemborku (dziś Wielbark) i dwa w Kiźlinku (dziś Koślinka), w tym dziedziczne wolne sołectwo Franciszka Asmusa. Możliwe, że istniało jeszcze kilka takich majątków w Lichtenfeldzie (dziś Jasna). Z czasem niektórzy gburzy5, uzyskujący sukcesy w gospodarowaniu i korzystający z kolejnych nadarzających się okazji do nabycia dalszych gruntów, powiększyli znacznie swoje gospodarstwa, przekraczając granicę 100 ha. Spotykamy też osoby z zewnątrz, które zainwestowały w ziemię w Sztumskim. W okresie przed I wojną światową doliczyłem się 39 takich gospodarstw. Faktycznie mogło ich być nieco więcej. Ich rozkład pomiędzy gminami pokazuje tab.5: 4 Dziękuję p. Andrzejowi Lubińskiemu za zwrócenie mi uwagi na polskość rodziny Wawrowskich. 5 Dla Czytelników niezorientowanych w sytuacji w Prusach w tamtym czasie: słowo gbur (z niem. Gebauer) oznaczało zamożnego gospodarza. 40 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466—1945 Tab. 5. Lokalizacja nowych gospodarstw wielkoobszarowych w pierwszej dekadzie XX wieku Nazwa gminy* Ha** n*** Nazwa gminy* Ha** n*** Bągart 1697 2 Benowo 506 Jasna 1660 5 Tropy 481 Żuławka 1653 2 Kołoząb 454 1 Sztum 1442 1 Jordanki 424 1 Wielbark 1200 4 Minięta 424 1 Nowy Targ 1099 1 Pułkowice 411 Trzciano 1096 Złotnica 399 Dzierzgoń 1092 Rudniki 388 Gościszewo 1090 2 Ryjewo 379 Koniecwałd 1064 1 Budzisz 361 Mikołajki 998 Morajny 359 Sztumska Wieś 978 2 Brudzędy Wlk 349 Stary Targ 955 1 Mirowice 340 Straszewo 925 Mątowskie Pastw. 338 Postolin 924 1 Zielonki 336 1 Koślinka 909 1 Łabuń 333 Szropy 868 1 Lasy 325 Pietrzwałd 866 2 Pol iksy 321 1 Nowa Wieś 825 1 Dąbrówka Pruska 315 Pierzchowice 737 Przydatki 274 Kałwa 670 Sadłuki 271 Gronajny 645 1 Cieszymowo Małe 267 Nowa Wieś (Malb.) 631 i Szkaradowo Małe 247 Jurkowice 609 1 Malewo 222 1 Dąbrówka Malborska 602 1 Szkaradowo Wielkie 231 Tywęzy 582 Uśnice Wielkie 214 Barlewice 567 1 Róża 208 Nowiec 535 Ankamaty 202 Łoza 506 1 * Nazwy miast i gmin wiejskich podaję tu — dla uproszczenia — tylko w wersji obecnie przyjętej. ** Powierzchnia rozłogu wsi w 1910 roku. *** Liczba gospodarstw o powierzchni ponad 100 ha w danej gminie w pierwszej dekadzie XX w. Tabelka ze względów oczywistych nie zawiera obszarów dworskich (Gutsbezirke). Ówczesne gminy wiejskie (Landgemeinde) przypominały bardziej polskie sołectwa. Obejmowały na ogół główną wieś z koloniami, przysiółkami itp. W 1908 roku powiat sztumski składał się z dwóch gmin miejskich (Sztum i Dzierzgoń), 73 gmin wiejskich i 51 obszarów Jacek Schirmer 41 dworskich. Zamieściłem w tabelce tylko te gminy (57), których powierzchnia przekraczała 200 ha; nie obejmuje ona gmin powstałych z dawnych dóbr białodworskich, przyłączonych do powiatu kwidzyńskiego. Gospodarstwa uwzględnione w kolumnie trzeciej istniały w omawianym okresie, ale niekoniecznie przez całą dekadę. Jak na gospodarstwa wielkoobszarowe — miały one powierzchnię dość niewielką: od 100 do 150 ha. Jedynie trzy z nich wykraczały poza te granice. Należały do Alberta Stór-mera w Koniecwałdzie (210 ha), kpt. Alberta Wessla, potem Ernesta Gregora w Kościelcu (gm. Pozolia, 175 ha) i Hermanna Sandera w Pietrzwałdzie (160 ha). Na 39 folwarków tylko osiem miało siedziby w rozparcelowanych dobrach szlacheckich. Tego zresztą można było oczekiwać. Stosunkowo duża ich liczba w Lichtenfeldzie może stanowić skutek sposobu parcelacji (tworzono duże gospodarstwa) i/lub wielkości powstałej gminy. Okazuje się, że w przeważającej liczbie gmin tylko jeden rolnik „przekroczył” granicę 100 ha. Czy można tłumaczyć ów fenomen konkurencją? Czy skoro jeden starał się wykupić możliwie całą — jeśli nie większość — ziemię w danej gminie, która pojawiała się na rynku, nie starczyło jej dla pozostałych? Możemy zakładać, że istnienie i liczba tych folwarków powinna zależeć od wielkości rozłogu wsi. To założenie znajduje odbicie w rzeczywistości, ale nie do końca. Gdy porównamy tabelkę z mapą Sztumskiego, okaże się że rozmieszczenie omawianych gospodarstw było nierównomierne. Najwięcej spotykamy ich na północy, natomiast nie ma ich na południu pow. sztumskiego (Pułkowice, Straszewo, Trzciano, Mikołajki, Ty węzy), jak i w leżących jeszcze bardziej na południe gminach, powstałych na gruzach dóbr białodworskich. Nie natrafiamy na nie na zachodzie, we wsiach położonych między lasami ryjewskimi a Wisłą i Nogatem, od Parpar po Mątowskie Pastwiska. Na ponad czterdzieści rodzin właścicieli tych największych gospodarstw gburskich tylko dwie były polskie: na początku XX wieku Józef Juchta posiadał duże gospodarstwo w Nowym Targu, a Henryk Pooth w Postolinie. Podobnie jak w przypadku dawnych folwarków królewskich, także wśród posiadaczy omawianych tu majątków nie było szlachty. W okresie międzywojennym takich gospodarstw spotykamy znacznie więcej i osiągały one większą powierzchnię. 4. PODSUMOWANIE Gdy zsumujemy dane dotyczące wszystkich trzech grup gospodarstw wielkoobszaro-wychó, znajdujących się w rękach prywatnych w pierwszych dwóch dekadach XX wieku, otrzymamy liczbę 97 gospodarstw o powierzchni ponad 100 ha oraz wielkość ich obszaru na poziomie ponad 24 tys. hektarów. Zapewne nie wszystkie majątki udało mi się uchwycić, z drugiej strony nie wszystkie trwały przez cały ten okres. Właścicieli tych majątków w konkretnym momencie było znacznie mniej — ok. 85, gdyż niektórzy mieli więcej niż jeden majątek. Jednak, jeżeli weźmiemy pod uwagę zmiany właścicieli na przestrzeni półwiecza, dojdziemy pewnie do trzech setek dziedziców i półtorej setki rodzin. Jak starałem się zaprezentować ten proces w poprzednich artykułach, w XVIII pierwszej połowy XIX wieku, powierzchnia dóbr rycerskich w Sztumskim spadała. Natomiast 42 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466—1945 w omawianym półwieczu, a nawet od lat pięćdziesiątych XIX wieku, przestała się zmniejszać. Ponadto obok nich pojawiły się sprywatyzowane folwarki, niegdyś królewskie, oraz duże gospodarstwa gburskie wyrosłe we wsiach włościańskich. Co prawda, nadal trzonem gospodarstw wielkoobszarowych pozostały dobra rycerskie, do których należało ok. 70% obszaru tych gospodarstw, jednak jeżeli dodamy jeszcze ok. 2,5 tys. ha ziemi dawnych folwarków i ok. 5 tys. ha nowych, łączna ich powierzchnia przekroczy 24 tys. hektarów, czyli wynosi nieco więcej niż powierzchnia dóbr szlacheckich przed aneksją pruską w granicach ówczesnego (sprzed I wojny światowej) powiatu sztumskiego. Bezpośrednio po aneksji pruskiej wszyscy właściciele ziemscy, poza jednym, byli Polakami. Zaś w drugiej dekadzie XX wieku ok. 60 proc, dóbr rycerskich i ziemi należało do Niemców. Gdy uwzględnimy wszystkie dobra wielkoobszarowe, udział Polaków wynosił wtedy jeszcze mniej — tylko niecałe 12%, pod względem liczby właścicieli, niecałe 20 proc, pod względem liczby dóbr i niecałe 30% powierzchni tych dóbr. W normalnych warunkach z czasem następuje wymiana rodów ziemiańskich. Tymczasem w Sztumskim brakowało Polaków, którzy staraliby się o nabycie tamtejszych dóbr rycerskich, sięgnęliby po dawne folwarki królewskie lub utworzyliby nowe folwarki w dawnych wsiach włościańskich. Wśród ponad stu rodzin, które zdołały to uczynić — nabyć folwark królewski, albo stworzyć lub nabyć nowy — w trakcie omawianego półwiecza, pojawiają się tylko trzy nazwiska Polaków: Majewski, Pooth i Juchta. Józefa Majewskiego odnajdujemy jako właściciela ok. 1880 roku niewielkiego majątku „rycerskiego” — Dziewięciuwłók, ale w XX wieku znika i majątek, i sam Majewski. Inny Majewski — Piotr — posiada wkrótce przed pierwszą wojną światową Ostrów Lewark, ale po kilku lub kilkunastu latach majątek ten wchodzi już w skład państwowych gospodarstw leśnych. Na początku XX wieku Józef Juchta jest właścicielem dużego, bo liczącego prawie 150 ha gospodarstwa w Nowym Targu. Jednak po kilku latach należy ono już do Niemca Waltera Ralffa. Z kolei Henryk Pooth ma na początku XX wieku 120-hektaro-we gospodarstwo w Postoi i nie. W pierwszej dekadzie XX wieku sprzedaje je, ale nabywa jeszcze większe - Szpitalną Wieś o powierzchni 185 ha, która z czasem przechodzi na jego córkę - Gerdę, zamężną Poschmann — a ta zachowuje ją do końca. Z dziewięciu wsi, w których Polacy stanowili według oficjalnych danych niemieckich od 80 do 94 proc, mieszkańców?, w sześciu — w Pułkowicach, Trzcianie, Miranach (dziś Mirowice), Straszewie, Sadłukach, Pierzchowicach - nie powstało żadne gospodarstwo o obszarze ponad 100 ha, w trzech - w Postoi i nie (94 proc. Polaków), w Nowym Targu (87 proc.), Kołoząbiu (83 proc.) — po jednym gospodarstwie i to należącym do Niemca. Wyjątek stanowił Postolin na początku XX wieku z gospodarstwem Henryka Pootha. Również w innych wsiach (poza Mikołajkami), gdzie udział ludności polskiej według tych samych danych wynosił od 2/3 do 3/4, powstało po jednym (Jurkowice, Nowa Wieś, Koniecwałd, Kiźlinek - dziś Koślinka) lub po dwa (Sztumska Wieś, Pietrzwałd) wielkie gospodarstwa; wszystkie należały do Niemców. Czy taka sytuacja stanowiła tylko skutek polityki władz niemieckich, czy były inne czynniki? Zrozumienie tego fenomenu wymagałoby głębokich badań. Być może jest już za późno, aby je przeprowadzić. Grażyna Nawrolska 43 Grażyna Nawrolska X HISTORII ZŁOCISTEGO TRUNKO Piwo - popularny i łubiany napój posiada długą, wielowiekową tradycję. Produkowane wyłącznie z naturalnych surowców - ziaren zbóż, chmielu, drożdży i wody posiada wiele zalet. W gorące chłodne dni doskonale gasi pragnienie, ułatwia procesy trawienia, wspomaga pracę nerek, woreczka żółciowego i wątroby. Przyjemnie „z nim” spędzać czas w trakcie spotkań z przyjaciółmi. Musimy jednak pamiętać, aby nie nadużywać złocistego trunku i ...umieć go pić. Piwo jest również wspaniałym dodatkiem do wielu potraw i odpowiednio dozowane podnosi ich walory i smak. Stosowane jest również w kosmetyce, szczególnie przy produkcji maseczek, szamponów i odżywek do włosów. Pierwsze zachowane materialne dowody potwierdzające wytwarzanie piwa pochodzą z Mezopotamii z IV tysiąclecia p.n.e., gdzie w dolinie Eufratu i Tygrysu produkowano napój ze sfermentowanego chleba i wody. Ten fakt poświadczają odnalezione na tym terenie tabliczki gliniane informujące o produkcji piwa. Również w kalendarzu mezopotamskim podano sposoby warzenia piwa oraz towarzyszące tym zabiegom obyczaje. Sumerowie produkowali około 70 gatunków piwa - napoju zwanego sikaru, początkowo na potrzeby własne, a później również w celach handlowych, sprzedając go w browarach przy świątyniach. W słynnym Kodeksie Hammurabiego, odnalezionym podczas badań archeologicznych w Suezie, a pochodzącym z około 1800 r. p.n.e., w 360 paragrafach zostały ujęte zasady prawa obowiązującego w państwie babilońskim. Znalazł się tutaj również artykuł dotyczący produkcji piwa, gdzie stwierdza się m.in. że... wszystkim, którzy będą fałszowali piwo i nie będą przestrzegali reguł jego sprzedaży, będą skazani na śmierć przez utopienie. Stopniowo piwo stawało się coraz bardziej cenionym napojem, ponieważ... skutecznie zaspokajało pragnienie i chroniło przed melancholią. Warzenie piwa uważano za szlachetne zajęcie, a zawód piwowara cieszył się ogólnym szacunkiem na równi z profesją medyka. Dlatego piwowarzy byli zwalniani z długoletniej służby wojskowej, a także stanowili grupę uprzywilejowaną podczas uroczystych świąt obchodzonych ku czci boga słońca Marduka. Tylko w ogrodach babilońskich uprawiano chmiel, który dopiero w okresie średniowiecza został ponownie odkryty i zastosowany w browarnictwie. Zbliżone warunki naturalne do Mezopotamii miał starożytny Egipt. Jednak Egipcjanie wytwarzali piwo w odmienny sposób niż mieszkańcy doliny Eufratu i Tygrysu. Wypiekany z mąki jęczmiennej chleb suszono, rozdrabniano i zalewano wodą z dodatkiem soku daktylowego i pozostawiano samoistnemu procesowi fermentacji. Po przefiltrowaniu i wychłodzeniu piwo nadawało się do spożycia. Egipcjanie wytwarzali około 14 gatunków piwa, a do ich produkcji stosowali różne przyprawy, m.in. imbir, jałowiec, szafran, sól morską i oliwki. Największym centrum produkcji był port Peluse (dzisiaj Port-Said), a warzony tam napój zawierał od 7 do 10 proc, alkoholu. Największym uznaniem cieszyło 44 Z historii złocistego trunku się zimne piwo, a picie ciepłego było profanacją napoju i miało sprowadzać koszmarne sny. Piwo miało też posiadać tajemną moc. Jeżeli Egipcjanin chciał na długo zachować jakąś tajemnicę zapisywał ją na papirusie, następnie moczył w piwie, a miksturę wypijał. Warto również wspomnieć, że podczas odkrycia amfor w jednym z grobowców w świątyni Amo-na w Tebach, w naczyniach stwierdzono pozostałości drożdży, które w Europie zostały po raz pierwszy do produkcji złocistego trunku dopiero w 1885 r. Zwyczaj używania piwa dotarł również do starożytnej Grecji. Jednak doskonałe warunki i łatwość uprawy na tych terenach winorośli spowodowały, że wino, początkowo „boski napój” bogów, a potem mieszkańców miast-państw greckich i kolonii, cieszył się zdecydowanie większą popularnością niż złocisty trunek. Na tereny Galii piwo przywędrowało za pośrednictwem Fenicjan, założycieli Massalii (dzisiejsza Marsylia). Bogiem piwowarów i bednarzy został Sucellus. Podobnie jak w innych kulturach starożytnych również w Galii, podstawowymi produktami spożywczymi były piwo i chleb. Mimo, że w Cesarstwie Rzymskim dominującym napojem codziennym było wino, to miłośnikiem właśnie piwa a nie wina był Juliusz Cezar, który podobno na wyprawy wojenne zabierał ze sobą znaczne ilości tego trunku. Ludy zamieszkujące dzisiejszą Skandynawię, wybrzeża Morza Śródziemnego, dorzecza rzek: Renu, Dunaju, Wisły, często określane jako tzw. ludy barbarzyńskie, także warzyły „mocny jęczmienny napój”. Mieszkańcy dzisiejszej Danii i Szwecji warzyli łagodne piwa ólen i ól, a także mocne bjorr. Świadectwem popularności tego trunku może być umieszczenie w najsłynniejszej fińskiej epopei Kalewala wersów ukazujących zalety piwa, stosowanych składników w jego produkcji i procesów wytwarzania trunku. Piwo, dające... mężczyznom przyjemny zawrót głowy oraz wilgotność gardła, jest przedstawiane jako napój będący potrzebą życia. ŚREDNIOWIECZE STAŁO SIĘ PRZEŁOMEM W DOSKONALENIU SZTUKI PIWOWARSKIEJ Powstały liczne browary w klasztorach, siedzibach książęcych i w miastach. Szczególnie zakonnicy, kontynuując dawne tradycje i wykorzystując doświadczenia poprzednich pokoleń mieli znaczący udział w tworzeniu historii browarnictwa. Początki ich działalności sięgają V/VI w. n.e., gdy w opactwach Saint-Denis koło Paryża, czy Saint-Remy i Corbie w Pikardii warzono najlepsze piwa tamtych czasów. Później dołączyły do nich klasztory w opactwach w Westfalii, Irlandii i Szwajcarii. W źródłach pisanych z początku IX w. zachowały się wzmianki o trzech warzelniach znajdujących się w słynnym klasztorze Saint-Gallen w Szwajcarii, w którym produkowano różne gatunki piwa, m.in. specjalne dla mnichów, pielgrzymów czy przypadkowych wędrowców. Zakonnicy prowadzili również sprzedaż dla okolicznych Warzenie piwa. Fragment niemieckiej miniatury z XV w. Grażyna Nawrolska 45 mieszkańców, którzy chętnie nabywali dobry trunek. Ta tradycja wytwarzania ciemnych, klasztornych piw zachowała się do dziś, a przykładem mogą być doskonałe piwa belgijskie znane całej Europie. Punktem zwrotnym w rozwoju piwowarstwa był X w. Nie wystarczała już produkcja piwa na użytek własny, zarówno w domach jak i w klasztorach. Nowe lokacje miast i szybki rozwój istniejących ośrodków zwiększały zapotrzebowanie na ten podstawowy trunek. Warzeniem piwa zajęli się rzemieślnicy-browarnicy, a powstające browary przejęły w znacznym stopniu jego produkcję. Jednak nadal dla tego trunku utrzymywała się nazwa cervoise — napój piwny, mimo że dodawano do niego różne zioła i korzenie sprowadzane ze Wschodu. Narodziny prawdziwego piwa możemy łączyć z zastosowaniem chmielu, rośliny znanej, ale dopiero od XII w. stosowanej do wytwarzania piwa. Hildegarda z Bingen, przeorysza klasztoru w Rupertsburgu, wybitna postać swojej epoki, autorka m.in. licznych prac o ziołolecznictwie i medycynie sklasyfikowała wszystkie gatunki chmielu według jego przydatności do produkcji piwa. W jednym ze swoich licznych dzieł pt. „Nauki przyrodnicze” stwierdziła, że gorycz chmielu niweluje niektóre szkodliwe substancje powodujące fermentację i tym samym konserwuje napój. Zastosowanie w browarnictwie chmielu na szeroką skalę bardzo polepszyło jakość napoju i zdecydowało o ogromnym wzroście produkcji. Kolejne miasta w północnej i zachodniej Europie, m.in. Hamburg, Lubeka, Dortmund, Wismar, Elbląg, otrzymywały przywileje warzenia piwa, bez których nie mogły swobodnie produkować i zajmować się dystrybucją napoju. Pierwsze wzmianki źródłowe o piwie, w których określono zarówno przywileje jak i obowiązki piwowarów odnotowane są w dokumentach z połowy XIV w. Cała produkcja piwa podlegała kontroli, sprawdzana była jakość i sposoby wytwarzania, tym bardziej, że piwa nie można było warzyć w lecie. Oszuści byli surowo karani, często odbierano im prawo wykonywania zawodu. Liczba piwowarów gwałtownie wzrastała, ich dochody także, a zawód stawał się coraz bardziej intratny. Profesja była dziedziczna i przechodziła z ojca na syna lub poprzez zawieranie małżeństw. Dzbany kamionkowe z Siegburga i Waldenburga do piwa lub wina (XIV-XV w.), fot. G. Nawrolska 46 Z historii złocistego trunku Piwo, oprócz zysków przynoszonych browarnikom ze sprzedaży, było również źródłem dochodów królów w Rzeczypospolitej, a obowiązujący od niego podatek tzw. czopowe, początkowo kilkuprocentowy, potem podwyższony został do 10 proc. Obejmował wartość sprzedanego piwa, produkcję słodu, jak również wszystkich importowanych gatunków złocistego trunku. Praktycznie w całej Europie warzono piwo. Mimo to wykształciły się pewne rejony, które stały się miejscami szczególnie słynącymi z produkcji złocistego trunku. Należały do nich: cała Alzacja, południowe Niemcy - rejon dzisiejszej Bawarii, miasta pobrzeża Bałtyku i Morza Północnego. Na kontynencie amerykańskim, przed konkwistą, Indianie warzyli piwo z kukurydzy, aromatyzowane sokiem Brzozowym. Przybyli w połowie XVII w. koloniści, głównie Anglicy i Holendrzy, zaczęli zakładać browary i nawiązywali szerokie kontakty z piwowarami w Europie. Na bazie tej współpracy w połowie XIX w. Dzbany kamionkowe z Siegburga typu Jacobakanne nr 1—3 do piwa oraz małe pucharki: 4—6, (XV w.), rys. M. Gańko (1876 r.) powstaje słynne piwo Budweiser, przez wielu miłośników uznawane za największe osiągnięcie sztuki piwowarskiej. Kolejny znaczący przełom w rozwoju i doskonaleniu produkcji piwa miał miejsce w XIX w. Przyczyniła się do tego rewolucja przemysłowa, a wynalezienie i zastosowanie maszyny parowej skutkowało skonstruowaniem nowych wydajnych maszyn do wytwarzania piwa. Efektem było rozszerzenie produkcji, zwiększona dystrybucja i oczywiście znaczący wzrost spożycia. Wprowadzenie na rynek przez botanika duńskiego Emila Hansena w 1876 r. drożdży rozwinęło w ogromnym stopniu produkcję piwa. PIWOSZ BOLESŁAW CHROBRY Od niepamiętnych czasów piwo było napojem łubianym i popularnym. Początki jego spożywania na ziemiach polskich giną w mrokach historii. W najstarszych źródłach pisanych w Kronice Thietmara, Bolesław Chrobry określany przez Niemców jako I ragbier — piwosz, podejmował gości właśnie tym trunkiem. Piwo było ulubionym napojem m.in. księcia Leszka Białego i króla Władysława Jagiełły. Pisał o nim Mikołaj Rej, a Jan Danty-szek wychwalał zalety złotego trunku. Niechaj ten o winie śpiewa Kto nie zaznał między nami Napoju nad napojami Przymiotów piwa... Początkowo piwo było warzone z jęczmienia lub wyki, ale w edykcie wydanym w XVI w. zakazano używania tych surowców, a nakazano stosowanie wyłącznie pszenicy do jego produkcji. Tak jak wszędzie piwo było początkowo wytwarzane na użytek własny. Grażyna Nawrolska 47 Na terenach wiejskich od XV w. zaczęły powstawać pierwsze karczmy i browary, które z czasem stworzyły bardzo gęstą sieć, a obowiązkiem wyszynku obarczeni zostali gospodarze i sołtysi. Inaczej wyglądała sytuacja w miastach. W dynamicznie rozwijających się od XIII w. ośrodkach miejskich piwowarom nadawano przywileje zezwalające na produkcję piwa. Początkowo warzenie odbywało się w formach niezorganizowanych, a produkcja miała miejsce w „warunkach domowych”: piwnicach kamienic i oficyn. Z czasem wytwarzanie piwa podporządkowano określonym zasadom, które zawarto w wilkierzach i statutach wydawanych przez radę miasta. Ujęte w nich zostały przepisy obowiązujące browarników, a dotyczące m.in. zakupów surowców, sposobów produkcji, ustalania cen i zasad sprzedaży złocistego trunku. Piwo było produkowane we wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach. Było przecież podstawowym napojem spożywczym wszystkich mieszkańców. W źródłach pisanych znajdujemy informacje zachęcające wręcz do spożywania piwa „na co dzień”, bowiem woda była bardziej zanieczyszczona i zdecydowanie mniej nadawała się do picia. W miastach Państwa Zakonnego (Gdańsk, Elbląg, Toruń), Rzeczypospolitej czy na Śląsku mieszczanie wiedli prym w produkcji piwa. Napój kupowali mieszkańcy miast, okolicznych wiosek, ale również znaczną część swojej produkcji browar-nicy przeznaczali na eksport. Powszechnym uznaniem również zagranicą cieszył się złocisty trunek wytwarzany w browarach, m.in. w Gdańsku, Elblągu, Grodzisku Wielkopolskim czy Warce. Od XVI w. bardzo wzrosła produkcja piwa w browarach zwanych mielcuchami, będącymi nieodzownym elementem gospodarczym Szklane puchary typu Romer do piwa lub wina (XVI—XVII w.), rys. B. Kiliński Szklany puchar typu Romer do piwa lub wina (XVIII w.), rys. B. Kiliński 48 Z historii złocistego trunku dworów szlacheckich. Wytwarzane tam piwo, często niesmaczne i marnej jakości musia-ło być kupowane przez miejscową ludność, bowiem w ten sposób starano się eliminować lepszy konkurencyjny napój produkowany w miejskich browarach. Przykładem może być wiersz Szymona Starowolskiego z połowy XVII w., w którym autor przedstawia w jaki sposób zobowiązywano chłopów do „obowiązkowych” zakupów piw z pańskiego browaru. Więc na karczmy panowie piwa swoje dają A chłopom pić po targu w mieście zabraniają Kijem, turmą, gąsiorem chłopów przymusiłi By tylko we wsi piwo dworskie zawsze piłi. W pierwszej połowie XIX w. piwowarstwo na dawnych ziemiach polskich zaczyna tracić cechy tradycyjnego rzemiosła, a nabiera charakteru produkcji przemysłowej. Liczne małe browary ulegają likwidacji. Powstają jednak duże obiekty, z których wiele przetrwało do dzisiaj. Na przykład, w 1845 r. zbudowano browar w Okocimiu, w Warszawie uruchomiono zakład w 1848 r., a w Żywcu browar rozpoczął produkcję w 1856 r. Pod koniec XIX w. na terenie dzisiejszej Polski było czynnych pięćset browarów produkujących 6 min hl piwa rocznie. Taką produkcję wymuszało duże spożycie piwa, które w różnych regionach kształtowało się inaczej. Największe było w poznańskim, na Śląsku i Pomorzu, najmniejsze na kresach wschodnich. Okres pierwszej wojny światowej przyniósł spadek produkcji, przede wszystkim ze względu na duże braki podstawowych surowców. Innym powodem było zamykanie małych lokalnych browarów. Natomiast średnie, aby sprostać konkurencji łączyły się w większe spółki. Jednym z przykładów może być fuzja browarów warszawskich w 1920 r., które otrzymały nazwę Zjednoczone Browary Nadwiślańskie. Do początku lat trzydziestych ubiegłego wieku produkcja piwa rozwijała się pomyślnie. Potem jednak nastąpił znaczący jej spadek. Dopiero kiedy Polska w latach trzydziestych dwudziestego wieku stała się jednym z najważniejszych producentów jęczmienia w skali europejskiej nastąpił wzrost zarówno eksportu surowców - w tym także chmielu, jak i gotowego wyrobu. Podobnie jak w średniowieczu piwowarzy byli zrzeszeni w cechach, tak w okresie dwudziestolecia międzywojennego tworzyli Związek Piwowarów. Pełnił on rolę nie tylko obrońcy interesów swoich członków, ale również szkolił i popularyzował wiedzę fachową o piwowarstwie. Podczas drugiej wojny światowej na terenie Generalnego Gubernatorstwa działało trzydzieści sześć browarów. Po zakończeniu drugiej wojny światowej rozpoczęła się w Polsce odbudowa przemysłu piwowarskiego, jednak w zupełnie innych warunkach. Wybrana literatura Bystroń J., Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, Warszawa 1976; Dylkowski W., Browarnictwo, Warszawa 1974; Girard S., Guide de la biere de ses a cotes, 1983; Pacholczyk Z., Rys historyczny piwowarstwa w Polsce, „Przemysł Fermentacyjny i Owocowo-Warzywny”, nr 8, Warszawa 1985. Grażyna Nawrolska 49 Andrzej Lubiński SZTU MIANIE w służbie dyplomatycznej Przegrana zakonu krzyżackiego w wojnie trzynastoletniej (1453—1466) z Królestwem Polskim spowodowała, że powstały dwie części Prus. Ziemie, które przypadły królowi polskiemu nazwano „Prusami Królewskimi”, a pozostały w rękach zakonu „Prusami Zakonnymi” lub „Krzyżackimi”. Przez wiele lat wśród szlachty obydwu Prus występowało poczucie wspólnoty- W pierwszej połowie XVI wieku ważną rolę w dyplomacji dwóch państw będą odgrywać Achacy Cema herbu „Wczele” ze Sztumu i Asverus von Brandt herbu „Brant” z Czernina. Warto przybliżyć czytelnikom „Prowincji” te dwie wybitne postacie. Rodzina Cemów pochodząca prawdopodobnie Wczele z Saksonii była na służbie u Krzyżaków podczas wojny trzynastoletniej. Pierwszy z rodu Mikołaj już w roku 1492 pełnił funkcję burgrabiego sztumskiego, gdy starostą sztumskim był Mikołaj Bażyński. Z tym rodem związał się wcześniej Mikołaj Cema poprzez małżeństwo z Dorotą Bażyńską. Achacy Cema urodził się około 1485 roku prawdopodobnie w Sztumie. Przez krótki czas wychowywał się w domu wuja Jerzego Bażyńskiego. Achacy oprócz znajomości języka niemieckiego, dobrze posługiwał się językiem polskim, słabiej łaciną. Początkowo służył kanclerzowi koronnemu Krzysztofowi Szydłowieckiemu. Nie miał wykształcenia uniwersyteckiego. W roku 1516 uczestniczył w zjeździe stanów Prus Królewskich w Elblągu jako starosta starogardzki. Rok później został podkomorzym pomorskim i otrzymał w dzierżawę starostwo dzierzgońskie, które w roku 1525 zostało przekazane w dożywocie za zasługi dla Rzeczpospolitej w czasie ostatniej wojny pruskiej w latach 1519-1521. Otrzymał też od króla Zygmunta Starego w roku 1523 starostwo człuchowskie, by w roku 1530 zamienić je na starostwo sztumskie. W 1523 roku z inicjatywy Krzysztofa Szydłowieckiego i Piotra Tomickiego przedstawił Albrechtowi Hohenzollernowi plan likwidacji zakonu krzyżackiego. Rok później został kasztelanem gdańskim. U szczytu kariery znalazł się w roku 1546, gdy został wojewodą malborskim. W roku śmierci króla Zygmunta Starego otrzymał w arendę starostwo gniewskie. Posiadał też w Prusach Książęcych okręgi Przezmark i Pasłęk, które przekazał mu w zastaw książę pruski Albrecht. 50 Sztumianie w służbie dyplomatycznej Mieszkając w Prusach Królewskich był ukrytym zwolennikiem protestantyzmu za panowania Zygmunta Starego, a po objęciu władzy przez Zygmunta Augusta był już ortodoksyjnym luteraninem. Wspomniani władcy będą go wykorzystywali w służbie dyplomatycznej, podobnie jak Albrecht Hohenzollern. Najczęściej będzie wysyłany w misjach dyplomatycznych do Rzeszy Niemieckiej, Inflant. Posłował najczęściej do margrabiów brandenburskich, krewnych księcia pruskiego. Brandenburska gałęź Hohenzollernów szanowała Achacego Cemę ze względu na jego przyjaźń z Albrechtem. Często podróż do Berlina i Kostrzynia łączył z poselstwem do książąt pomorskich i meklemburskich. Podróżując do państw niemieckich jako poseł króla polskiego wypełniał też misje, jakie zlecał Gemie książę Albrecht. Owe zlecenia były często zgodne z treścią, jakie miał realizować dla króla, ponieważ książę pruski był informowany o treści instrukcji otrzymywanych od władcy polskiego. Mogło się to wiązać ze słabszą znajomością łaciny przez A. Cemę. Wytyczne księcia nie zawsze były zgodne z zagraniczną polityką polską, miały czasem niekorzystny wpływ na przebieg legacji. Gdy występowały sprzeczności między polską a książęcą racją stanu, kierował się interesem Polski. Po wypełnionej misji zdawał osobiste relacje Albrechtowi. Koszty poselstw często pokrywał z własnej kieszeni, a potem odliczał je sobie z kwoty czynszów dzierżawnych. Czasem otrzymywał pieniądze z kasy królewskiej. Do państw niemieckich odbył piętnaście podróży, do Inflant dwie. Dziesięć zakończyło się pozytywnym wynikiem, negatywnym pięć, dwa niewiadomym. Najczęściej wysyłany był przez króla polskiego i księcia pruskiego. Achacy Gema zmarł 24 maja 1565 roku w Królewcu pochowany został w Sztumie jego płyta nagrobna znajduje się na zewnętrznej ścianie kościoła św. Anny. Rodzina Brandtów przybyła do Prus z Saksonii, prawdopodobnie była pochodzenia mieszczańskiego. W roku 1512 król Zygmunt Stary nobilitował do stanu szlacheckiego Oswalda, Michała, Achacego Brandtów. Braćmi rodzonymi byli Michał i Achacy, natomiast Oswald z Kątek był bratem stryjecznym. Michał był dwukrotnie żonaty - pierwsza żona pochodziła z rodu braci Luzjańskich i urodziła syna Andrzeja, z drugiego z panną Gebelzig z rodu Quittainen, urodził się Asverus oraz siostra Anna. Dokładna data urodzin Asverusa nie jest znana. Niektórzy podają rok 1508, inni 1510. Prof. dr hab. Jacek Wijacz-ka w książce „Asverus von Brandt 1509-1559, życie i działalność dyplomatyczna w służbie księcia Albrechta pruskiego” podaje przybliżoną datę na początek lipca 1509 roku. Urodził się prawdopodobnie w Czerninie. Rodzicami chrzestnymi byli burmistrz Sztumu Tewes Lindner i Anselm Pantschau z Postolina. Pierwsza źródłowa wzmianka o Asverusie pochodzi z roku 1527, gdy immatrykulował się w metryce uniwersytetu lipskiego wśród studentów nacji polskiej. Z tego wynika, że już wcześniej musiał mieć jakieś podstawy wykształcenia. Co studiował i jak długo, nie wiadomo. Z braku środków finansowych przerwał naukę, gdy zmarł jego ojciec Michał w 1530 r. Po sześciu latach wznowił ponownie naukę na uniwersytecie w Wittenberdze dzięki stypendium księcia pruskiego. Przed rozpoczęciem studiów w tym mieście został protestantem. Prawdopodobnie pomógł mu je uzyskać Achacy Gema właściciel Sztumu lub przyrodni brat Andrzej będący już na służbie księcia pruskiego. Mógł też mieć środki finansowe jakie uzyskał po spłaceniu ojcowizny przez stryja Achacego, który był starostą Grażyna Nawrolska 51 Straszewa. Studiował prawdopodobnie prawo bez uzyskania najniższego stopnia naukowego, co skutkowało tym, że do niektórych misji przydzielano mu jako doradcę prawnika. Księciu pruskiemu zależało na pozyskaniu do swojej służby dyplomatycznej wykształconego człowieka. Asverus znał łacinę, polski. Miał przyjemność rozmowy z żoną księcia brandenburskiego Jerzego II Jadwigą, która zwróciła się do niego po polsku, ale on jej odpowiedział po niemiecku. Znał podstawy języka francuskiego. Służbę dyplomatyczna rozpoczął od roku 1537, ale jeszcze przez rok mógł studiować w Wittenberdze. 13 listopada następnego roku w Królewcu został radcą i sługą. Otrzymywać miał roczną pensję w wysokości 100 grzywien. W roku 1546 przedłużona została umowa mówiąca o służbie u księcia do końca swych dni, za co otrzyma 200 grzywien rocznie oraz mieszkanie i ubranie. Miał również otrzymać dobra ziemskie (dziedziczne lub dzierżawne) o wartości 3 tysiące grzywien. Stał się jednym z najbardziej aktywnych i zaufanych dyplomatów księcia pruskiego, a w roku 1550 został starostą Tapiawy. W roku 1551 ożenił się z Esterą von Heydeck i w ten sposób wszedł w koligacje z potężnym rodem w Prusach Książęcych. W pierwszą podróż dyplomatyczną został wysłany do Paryża, książę Albrecht chciał mieć swojego człowieka na dworze króla francuskiego Franciszka I przeciwnika cesarza Karola V, który będzie go informował o polityce europejskiej. Podróż ta zakończyła się niepowodzeniem. Wysłany został również do Turcji. Główne zadania jakie otrzymywał od księcia pruskiego to zniesienie banicji, jaka była nałożona przez cesarza Karola V oraz uzyskanie lenna frankońskiego. W tym celu odbywał misje na sejmy Rzeszy w Norymberdze, Spirze, Wormacji, Ratyzbonie, przeprowadzał rozmowy z osobami odgrywającymi ważna rolę w polityce w cesarskiej Rzeszy. Misje nie przyniosły pozytywnego skutku, jedynie zawieszano banicję na jeden rok. Niepowodzeniem kończyły się podróże dyplomatyczne na dwór ostatnich Jagiellonów, których odbył kilkanaście. Podczas przebywania na dworze polskim jego znajomość języka polskiego uległa znacznej poprawie . W czasie swoich podróży dyplomatycznych do Rzeszy spotykał się z Achacym Cemą. W kwestii Inflant był pośrednikiem między księciem pruskim a Zygmuntem Augustem. Jako dyplomata łatwo nawiązywał kontakty i przyjaźnie z różnymi dyplomatami, czy to z katolickimi, czy protestanckimi. Potrafił niekiedy samodzielnie podejmować decyzję, gdy nie miał wyraźnych poleceń od księcia. W ostatnią misję został wysłany do Augsburga w roku 1559. 16 sierpnia tego roku napisał ostatni list do księcia. Gdzie zmarł, nie widomo, może w Augsburgu lub Prusach Książęcych? Wykorzystano: W. Szramowski, „Zagraniczne podróże i poselstwa Achacego Gemy — starosty sztumskiego”. Z dziejów Sztumu i okolic II Sztum 1999; J. Wijaczka, „Asverus von Brandt życie i działalność w służbie księcia Albrechta pruskiego”, Kielce 1996 oraz tegoż „Stosunki dyplomatyczne Polski z Rzeszą niemiecką w czasach panowania cesarza Karola V (1519-1556)”, Oświęcim 2016. 52 Immanuel Kant - mniej znany IMMANUEL KANT MNIEJ ZNANY Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie W zakresie nauki posiadamy w naszym regionie dwie wielkie postacie wybijające się swoim geniuszem: Mikołaja Kopernika i Immanuela Kanta. O ile z Kopernikiem wprost się zaprzyjaźniliśmy, to do Kanta, traktując go z należytym respektem, odnosimy się jednak z pewnym dystansem. Dlatego chciałbym go nieco przybliżyć społeczeństwu Warmii i Mazur w ogóle jako człowieka, poza tym przychylnego Polsce. CURICULUM VITAE W NAJWIĘKSZYM SKRÓCIE Urodził się w Królewcu w 1724 roku, zmarł także w Królewcu 80 lat później. Był tak zżyty z miastem nad Pregołą, iż niebawem zrodziła się legenda, jakoby nigdy nie opuszczał swego grodu. Ojciec wywodził się z Pruskiej Litwy, był rzemieślnikiem, siodlarzem, natomiast wcześniej przodkowie jego przybyli tu ze Szkocji. Brat Immanuela ukończył studia teologiczne na Albertynie, wyjechał do Kurlandii, gdzie pełnił funkcję rektora szkoły, na- stępnie pastora. Immanuel mieszkał w dzielnicy handlowej, obserwował kupców, litewskich i polskich flisaków, którzy przybywali z Litwy i Białorusi, również jachty i okręty niemieckie, holenderskie, angielskie nawet amerykańskie. Po latach mając na myśli dzieci litewskie i mazurskie osądził, że podczas nabożeństw i nauki szkolnej należy posługiwać się ich mową rodzimą. Od ósmego roku życia uczęszczał do cenionego Collegium Fridericianum w Królewcu. W 1740 roku podjął studia w zakresie nauk ścisłych, zakończone w 1755 roku rozprawą doktorską „O ogniu”. Tegoż roku habilitował się pracą „Nowe oświetlenie pierwszych principiów metafizycznego poznania”. Jednak nominacji na profesora od razu nie otrzymał z powodu braku etatu na wydziale filozoficznym, dopiero 15 lat później. Natomiast jako prywatny docent zajmował różne ważne stanowiska, był więc kuratorem uniwersytetu, kustoszem gabinetu przyrodniczego, Kant w swojej pracowni. Akwarela Heinricha Wolfa (1909) Janusz Jasiński 53 z czasem i rektorem. Nie chciał przyjmować zbyt wysokich honorariów autorskich, żył skromnie, przychodził z pomocą finansową szpitalowi dla ubogich, nigdy nie kłamał. Miał fenomenalną pamięć, nie sporządzał notatek z przeczytanej lektury; jego wykłady ściągały tłumy słuchaczy do 300 osób, także z miasta. Był towarzyski, zapraszał regularnie na obiady liczne grono przyjaciół. Wódki, piwa, ani nawet kawy nie pił, jedynie herbatę. Jego codzienne spacery o tej samej porze dnia stały się sławne, sąsiedzi nastawiali według nich swoje zegarki. Również punktualnie o godzinie 10 wieczorem kład się spać. Swoje miasto opisał następująco: Duże miasto, centrum Królestwa [Pruskiego], w którym znajdują się kolegia krajowe, które ma uniwersytet prowadzący do kultury i nauki, które ukierunkowane jest na handel zamorski, miasto które dzięki rzekom płynącym z wnętrza kraju oraz z przygranicznych i odległych ziem sprzyjają wymianie towarów, tym właśnie miastem jest Krółewiec nad Pregołą; może ono służyć za właściwe miejsce do poszerzenia wiedzy o łudziach i świecie i to bez konieczności podróżowania. Światową sławę przyniosła mu trylogia „O systemie krytycznym”: „Krytyka czystego rozumu” (1781); „Krytyka praktycznego rozumu” (1788); „Krytyka władzy sądzenia” (1790). Zmarł w 1804 roku. Jego śmierć poruszyła wszystkie warstwy społeczne od rządowych i wojskowych elit do najbiedniejszych mieszkańców. Królewiec nie miał nigdy tak licznego, uroczystego pogrzebu. POBYT W JARNOŁTOWIE I W INNYCH MIEJSCOWOŚCIACH Kant po studiach, zanim został wykładowcą na uczelni, musiał pomyśleć o innej pracy. W 1755 roku został prywatnym nauczycielem w Jarnołtowie, pow. morąski u zamożnego szlachcica Karla Friedricha von Hulsena. Młody naukowiec niewątpliwie utrzymywał kontakty ze Szkołą Prowincjonalną w Zalewie, tym bardziej że wówczas przygotowywał Pałac Hiilsenów w Jarnołtowie. Kant był nauczycielem ich dzieci 54 Immanuel Kant — mniej znany rozprawę doktorską. Szkoła w Zalewie cieszyła się dobrą reputacją (uczył się w niej m. in. Mrongowiusz), zaopatrzona była w wartościowy księgozbiór. Dodajmy, że do tamtejszego grona pedagogicznego należał z urzędu polski kantor. Jeśli chodzi o dwóch małych synów Hiilsena, to Kant z czasem przyznał, że miał pewne kłopoty z objaśnieniem różnych pojęć abstrakcyjnych dostosowanych do ich możliwości percepcyjnych. Niemniej z okresu jar-nołtowskiego wyniósł ważne doświadczenie, że już dzieciom należy wpajać poczucie obowiązku, jednocześnie, że nauczyciele winni w nich dostrzegać te czy inne uzdolnienia np. muzyczne i w odpowiedni sposób je rozwijać. Wbrew nieco samokrytycznej ocenie jako nauczyciela, jego wychowankowie będąc już dorosłymi mężczyznami z wielkim szacunkiem wyrażali się o nim, ich przyjaźń zaskarbił sobie na całe życie. Zarówno ojciec, major von Hiilsen, jak i jego synowie przez długie lata utrzymywali z nim kontakty korespondencyjne. Obaj synowie zrobili kariery wojskowe ale wsławili się czymś innym. Otóż już na przełomie XVIII/XIX wieku, czyli przed słynnym edyktem z 1807 roku, nadali swoim poddanym wolność osobistą, niewątpliwie pod wpływem nauk Kanta. Za czyn ten król pruski nadał Hiilsenom tytuł hrabiowski. Georg Friedrich von Htilsen odziedziczywszy majątek w Jarnołtowie, w 1770 roku wzniósł tam pałac, który dotrwał do 1945 roku. Po opuszczeniu Jarnołtowa Kant w latach 1755—1758 nauczał dorywczo dzieci hrabiego Gebharda Johanna von Keyserlingka w Waldburgu (obecnie Kamenka), pow. Ryba-ki (niem. Fischhausen, ros. Primorsk). Zona hrabiego sporządziła jego rysunek. Była to pierwsza podobizna przyszłego wielkiego filozofa. W 1765 odwiedził w Gołdapi zaprzyjaźnionego generała Daniela von Lossova, później przyjaźnił się z leśniczym Wobserem w Molditten pod Królewcem, do którego często jeździł na wakacyjny odpoczynek. WIZYTA W BRANIEWIE, CZYLI W POLSCE (1770) W XVIII stuleciu do dużego znaczenia w Braniewie doszedł patrycjuszowski ród Schor-nów, nobilitowanych przez polskich królów. Znajdowali się wśród nich burmistrzowie, sędziowie, sekretarze miejscy a także rektor Kolegium Jezuickiego. Zamożność swoją uzyskali dzięki winom importowanym z Nadrenii i Burgundii. W 1741 roku Heinrich Schorn połączył swoją firmę z firmą Franza Ostreicha, rodowitego Warmiaka, który następnego roku został sekretarzem rady miejskiej i jednocześnie otrzymał tytuł szlacheckiego patry-cjusza. Jego syn Johann od 1767 roku studiował prawo w Królewcu, słuchał wykładów Kanta, a co ważniejsze, został przez niego dostrzeżony i nawet zaproszony na rozmowę do prywatnego mieszkania. Prawdopodobnie Kant dowiedział się wówczas o gospodarczym i kulturalnym rozwoju Braniewa, m. in. o tym, że od 1762 roku miasto posiadając własnych jacht „Biały Łabędź” prowadzi handel zamorski, czym był osobiście zainteresowany. Z tego to powodu, wspólnie ze swoim szkockim przyjacielem, kupcem Robertem Motherby wybrali się do Braniewa, gdzie złożyli wizytę burmistrzowi Michałowi Schor-nowi (brat zmarłego w 1758 roku Heinricha) oraz Ostreichom, synowi i seniorowi, czyli władzom miasta należącego jeszcze wówczas do Korony Polskiej. W sumie można powiedzieć, że Kant poznał całe Prusy Wschodnie: Królewiec z okolicami, Warmię, Mazury, Prusy Górne (Jarnołtowo). Janusz Jasiński 55 UCZNIOWIE KANTA O NASTROJACH GDAŃSKA W 1794 ROKU W bibliotece Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego przechowywany jest starodruk pt. Abentheuerliche Wandę -rungen durch die Preussichen Staaten in Bez-ug auf die neusten religiosen und politschen Vorfalle (Altona 1795). Jest to opis pieszej wędrówki dwóch studentów Albertyny, przypuszczalnie Wydziału Teologicznego, którzy byli słuchaczami Kanta, więcej, jego uczniami. Szlak podróży prowadził przez Brandenburg — Swiętomiejsce (Heiligenbeil) — Braniewo — Frombork — do Elbląga, następnie przez Kwidzyn — Malbork — Lubiszewo — do Gdańska. Tutaj przybyli na przełomie czerwca — lipca 1794 roku, czyli w czasie trwającej insurekcji kościuszkowskiej. W Gdańsku obserwowali wielkie poparcie dla powstania. Oto znamienny incydent. Uliczny kramarz sprzedawał portrety Kościuszki. Pruski oficer, Kościół Ducha Świętego w Gdańsku. Uczniowie Kanta przeprowadzili w 1794 r. rozmowę zj. W. Linde, niemiecko-polskim kaznodzieją kościoła, bratem Samuela Bogumiła, twórcą słynnego Słownika języka polskiego który rozrzucił mu stragan, został niemal pobity przez oburzonych gdańszczan. Kaznodzieja niemiecko-polskiej parafii Ducha Świętego Jan Wilhelm Linde, brat słynnego twórcy języka polskiego Bogumiła Linde, sprzeciwił się miejscowej władzy wojskowej, która zażądała, aby odprawił dziękczynne nabożeństwo (Dankfest) z okazji klęski Polaków pod Szczekocinami. Nie tylko sprzeciwił się rozkazowi, ale postąpił odwrotnie, jego kazanie dotyczyło nieprawości wojny prowadzonej przez Prusaków. Kończył nutką nadziei: „Wszak pieśń zwycięstwa może się obrócić w pieśń klęski”. Studenci uważnie obserwując atmosferę Gdańska, we własnych rozmowach wciąż odwoływali się do swego mistrza. Wprawdzie jego traktat Projekt wiecznego pokoju ukazał się dopiero rok później ale swoje najważniejsze przekonania wyrażał otwarcie już w czasie wykładów, mówiąc m. in.: Żadne państwo nie może przemocą mieszać się do konstytucji innego państwa [...] Dopóki jednak wewnętrzny spór nie jest jeszcze rozstrzygnięty, byłoby takie mieszanie się mocarstw zewnętrznych do spraw niezależnego państwa zmagającego się jedynie ze swą wewnętrzną chorobą narodu, skandalem czyniącym niepewną autonomię wszystkich innych państw. Miał na myśli oczywiście Konstytucję 3 maja i zbrojną interwencję państw zaborczych w 1792 roku. Gdy jeden z rozmówców studentów stwierdził, że król pruski miał prawo w 1793 roku zająć część Polski, gdyż w Polsce zaczęły się szerzyć zgubne teorie, które mogłyby przenikać do Prus, odpowiedzieli, iż dla króla pruskiego był to tylko pretekst. Studenci odwoływali się także do drugiej rozprawy królewieckiego filozofa Religia w obrębie samego rozumu. Podkreślali, że w razie sprzeczności pomiędzy arbitralnym prawem ludzkim 56 Immanuel Kant — mniej znany a bożym, pierwszeństwo winno mieć prawo boże. Rozbiory Polski należy traktować jako czyn niezgodny z prawem (eine rechts — und gesetzwidrige Handlung), mimo że dla dokonujących go mocarstw może się okazać korzystny. Potępienie rozbiorów Polski - mówił filozof — wypływa ze zdrowego rozsądku i z ogólnie przyjętej przez ludzkość maksymy, że wbrew prawu nie można zabierać cudzej własności. Profesor z powodu swoich poglądów w ostatnich latach znalazł się w niełasce króla, który zakazał mu prowadzić wykłady z wyjątkiem logiki i metafizyki. WSPÓŁCZESNA PAMIĘĆ O FILOZOFIE W OLSZTYNIE I JARNOŁTOWIE W niniejszym rozdziale wypada mi sięgnąć do własnej pamięci. Chociaż po roku 1945 w olsztyńskich badaniach naukowych kładliśmy nacisk na różne kwestie polskości, nie oznacza to, że sprawy kultury niemieckiej straciliśmy z oczu. Pamiętaliśmy o Herderze w Morągu, o niemieckim nobliście Behringu w Iławie, o poecie Wiliamowie również w Morągu, itd. Pierwszym naukowcem olsztyńskim, który zwrócił uwagę na Kanta, był historyk medycyny, dr Andrzej Skrobacki. Napisał on rzetelną rozprawę o kontaktach filozofa ze światem medycznym. W Encyklopedii Warmii i Mazur, którą planowało przygotować Wydawnictwo Pojezierze, sylwetka nadpregolskiego uczonego miała znaleźć należną jej wysoką rangę. Po roku 1989 w świadomości ogółu mieszkańców Olsztyna nastąpił zwrot również w kierunku niemieckiego dziedzictwa kulturowego, zresztą nie tylko niemieckiego. W imieniu olsztyńskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego zaproponowaliśmy Radzie Miejskiej wprowadzenie w dzielnicy Jaroty trzech niemieckich patronów ulic: Kanta, Herdera i pisarza Wiecherta. Zarówno władze miasta jak i cała społeczność ową nowość całkowicie akceptowały. Był to rok 1991, nowe ulice bardzo szybko znalazły się w kolejnych wydaniach planu Olsztyna. Poznałem dwóch niemieckich kanto-logów, którzy prowadzili kwerendę w Archiwum Państwowym Olsztyna, bodajże w 1993 roku. Wprost nie chcieli uwierzyć, że Kant ma w Olsztynie swoją ulicę, musiałem pokazać najnowszą mapę. Od kilku lat jeszcze bardziej wrósł on w gród na Łyną. Oto dwie linie tramwajowe nieustannie przypominają jego nazwisko. Linia 1 łączy ulicę Kanta z Wysoką Bramą, również linia 2 biegnie od ul. Kanta, kierując się do Dworca Głównego. W 1994 roku przypadła 450 rocznica założenia Uniwersytetu Królewieckiego i 190 rocznica śmierci filozofa. W związku z tym trzy instytucje naukowe Olsztyna zorganizowały dużą międzynarodową sesję naukową, w czasie której wygłoszono dwadzieścia referatów, wśród nich 3 poświęcone Kantowi. Podobna sesja naukowa odbyła się w 1996 roku w Gołdapi, jak wspomniałem, celem zwrócenia uwagi na odwiedziny miasta przez filozofa w 1766 roku. Wracam do Jarnołtowa. Na początku lat 90. przypadkowo natrafiłem na nazwisko Kanta w olsztyńskim wydawnictwie z początku XIX wieku. Zacząłem sprawdzać, wprost trudno mi było uwierzyć, że tak liczni biografowie zlekceważyli jego kilkuletni pobyt w powiecie morąskim. Przeto sprawą tą zainteresowałem całe historyczne środowisko Olsztyna, jak i władze wojewódzkie. Po dyskusjach postanowiono ufundować tablicę pamiątkową, ale w którym miejscu, skoro pałac Hulsenów został zniszczony? Wybór padł na Janusz Jasiński 57 miejscową szkołę, ostatecznie Kant w Jarnołtowie pełnił obowiązki nauczyciela. Z pomocą finansową i merytoryczną przyszło kilka osób prywatnych i instytucji. Architekt Bolesław Wolski wykonał bezinteresownie tablicę z białego marmuru karraryjskiego; układ graficzny i liternictwo zaprojektował społecznie Bohdan Łukaszewicz. Uroczystość odbyła się 21 kwietnia 1994 roku. Tablicę, ozdobioną w barwy narodowe polskie i niemieckie odsłonił wicewojewoda olsztyński Krzysztof Fabiański, któremu jako gość honorowy asy- Uroczystość odsłonięcia pamiątkowej tablicy w Jarnołtowie ku czci Immanueła Kanta (27IV1994) stowała konsul generalny Republiki Federalnej Niemiec Dorothea Boden. Na uroczystości zgromadziła się licznie miejscowa społeczność, nauczyciele, proboszcz, z Olsztyna przedstawiciele placówek naukowych i kulturalnych, Kuratorium Oświaty ponadto Ministra Edukacji Narodowej oraz niemieckich stowarzyszeń z Olsztyna. Obowiązek gospodarza pełniła dyrektor szkoły Zofia Bielińska. Archiwum Państwowe przekazało szkole kopię rękopisu Kanta a Wspólnota Niemiecka Dawnego Powiatu Morąskiego ofiarowała piękny obraz królewieckiego filozofa. Po odsłonięciu tablicy odbyła się sesja popularnonaukowa z następującymi referatami: profesor Janusz Jasiński (prezes olsztyńskiego oddziału • 4 W TEJ MIEJSCOWOŚCI OKOŁO 1780 ROKU BYŁ PRYWATNYM NAUCZYCIELEM IMMANUEL KANT 1724-1804 ŚWIATOWEJ SŁAWY FILOZOF Z KRÓLEWCA 4AWOŁTOWO199* • • Tablica pamiątkowa na ścianie szkoły w Jarnołtowie 58 Immanuel Kant — mniej znany PTH), Immanuel Kant, jego życie oraz związki z Królewcem i Jarnołtowem-, doktor Robert Traba z Ośrodka Badań Naukowych, Najważniejsze myśli filozoficzne Kanta; doktor Antoni Sołoma z Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, Immanuel Kant, praktyk i teoretyk pedagogiki-, dyrektor szkoły w Jarnołtowie Zofia Bielińska, Z dziejów Jarnołtowa. Po uroczystościach konsul generalny Dorothea Boden oraz dyrektor Zofia Bielińska przekazały organizatorom oficjalne podziękowania. Ale na tych uroczystościach sprawa Kanta w Jarnołtowie jeszcze się nie zakończyła. Przedstawiciel niemieckiego ziomkostwa dr Ernest Vogelsang, za moim pośrednictwem otrzymał od gminy Zalewo pozwolenie na ufundowanie niemieckiej tablicy z tekstem będącym dokładnym przekładem napisu z tablicy polskiej. Całkowitą niespodzianką okazała się rzeźba Kanta w drewnie naturalnej wielkości wykonana w 2013 roku przez mieszkańca Jarnołtowa Ryszarda Fereńca. Jarnołtowo jest dumne, że sławny na cały świat filozof mieszkał w ich miejscowości. Bibliografia Wybór — Abentheuerłiche Wanderungen durch die Preussichen Staaten in Bezug auf die neusten religiósen undpołitschen Vorfalle, Altona 1795. — Borowski L. E., U ber Immanuel Kant, Kónigsberg 1804. — Fornacon S., Braunsberger Segelschiffe undihre Reeder, Zeitschrift f. d. Geschichate und Altertumskunde Ermlands, Beiheft 7, 1987. — Fragmente aus Kants Leben, Kónigsberg 1802. — Hassę J. G., Merkwiirdige Ausserungen Kants von einem Tischgenossen, Kónigsberg 1804. — Jasiński J., Historia Królewca. Szkice z XIII—XX stulecia, Olsztyn 1994, s. 125—136, rozdział: Immanuel Kant w Królewcu. — Jasiński J., Tablica pamiątkowa Immanuela Kanta w Jarnołtowie, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, 1994, nr 4, s. 475—477. — Jasiński J., Uczniowie Kanta o nastrojach Gdańska w 1794 roku, w: Gdańsk — Polska -Europa. Praca zbiorowa pod red. Zdzisława Kropidłowskiego ofiarowana profesorowi doktorowi habilitowanemu Władysławowi Zajewskiemu w siedemdziesiątą rocznicę urodzin, Gdańsk 2001, s. 113—119. — Kant L, Projekt wieczystego pokoju, Warszawa 1995. — Kant I., Religia w obrębie samego rozumu, Kraków 1993. — Rink F. T, Ansichten aus Immanuel Kants Leben, Kónigsberg 1804 — Sikorski J., Jasiński J., Mikołaj Kopernik, Immanueł Kant. Dwie najwybitniejsze postacie nauki na ziemiach niegdyś pruskich, Olsztyn 2014. Ilustracje pochodzą z książki Jerzy Sikorski, Janusz Jasiński, Mikołaj Kopernik, Imma' nueł Kant. Dwie najwybitniejsze postacie nauki na ziemiach niegdyś pruskich, Olsztyn 2014, Wydawnictwo „ElSet”. Adam Langowski 59 Adam Langowski Sierakowscy i papież Pius IX Pierwszego czerwca 1846 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat zmarł papież Grzegorz XVI. W celu wyłonienia jego następcy dwa tygodnie później zwołano konklawe z udziałem pięćdziesięciu dwóch kardynałów. Jednym z uczestników zgromadzenia był Giovanni Maria Mastai Ferretti, biskup Imoli, kardynał prezbiter przy kościele Sw. Marcelina i Piotra. Szesnastego czerwca przeprowadzono decydujące głosowanie, w wyniku którego to właśnie Mastai został wybrany nowym papieżem, uzyskując trzydzieści sześć głosów kardynalskich. Papież — elekt przyjął imię Pius IX. Jego długi, bo prawie trzydziestodwuletni pontyfikat, przypadł na schyłkowy okres istnienia Państwa Kościelnego, które w połowie XIX wieku znajdowało się w kryzysie i wymagało głębokich reform. Wydarzenia rewolucyjne związane z Wiosną Ludów oraz starania polityków i działaczy narodowych na rzecz utworzenia zjednoczonego Królestwa Włoch przyspieszyły upadek państwa papieży. We wrześniu 1870 roku Rzym został zajęty przez wojska rządowe, a 9 października, po przeprowadzeniu plebiscytu, włączony do Włoch, co wyznacza kres funkcjonowania w dotychczasowym kształcie wielowiekowego Państwa Kościelnego na Półwyspie Apenińskim. Niepogodzony z klęską polityczną Pius IX ogłosił się „więźniem Watykanu”. Jeszcze przed upadkiem Państwa Kościelnego zdołał doprowadzić do zorganizowania Soboru Watykańskiego I (1869—1870), podczas którego przyjęto dogmat o nieomylności papieża. Kilkanaście lat wcześniej ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi, a w 1864 roku wydał dwa, szeroko komentowane, dokumenty — encyklikę „Quanta cura” oraz dołączony do niej „Syllabus”, stanowiący wykaz osiemdziesięciu poglądów uznanych przez Kościół za sprzeczne z jego nauką. Wśród idei skrytykowanych przez papieża znalazły się m.in. naturalizm, racjonalizm, socjalizm, komunizm, wolnomularstwo i nowoczesny liberalizm. Dwieście pięćdziesiąty piąty papież w historii Kościoła cieszył się wielką popularnością wśród Polaków. Ich nastroje po wstąpieniu Piusa IX na tron papieski dobrze oddaje fragment wiersza autorstwa Zygmunta Krasińskiego. W dniu ogłoszenia następcy Grzegorza XVI poeta zapisał: Chylę czoło, dzięki składam, Rozczulenie oko łzawi, I zaprawdę ci powiadam, Ze on Matkę naszą zbawi. Już nie walką o byt krwawą, Morderczymi zbrojną godły, Odzyskamy nasze prawo, Lecz przez święte Jego modły. 60 Sierakowscy i papież Pius IX Pius IX w większym stopniu niż jego poprzednicy, a później także następcy, okazywał zainteresowanie sprawami polskimi. W okresie powstania styczniowego wykonał wobec Polaków wiele gestów życzliwości. Jednym z nich było zarządzenie we wrześniu 1863 roku publicznych modlitw za naród polski. Mimo nacisków ze strony zaborców, oficjalnie nie potępił zrywu niepodległościowego. W lutym 1864 roku w rozmowie z ambasadorem austriackim Bachem podkreślił swoje stanowisko w tej sprawie, mówiąc: „Nie mogę i nie chcę potępiać wy-sileń narodu męczeńskiego, za który codziennie zanoszę modły do Boga, aby go wybawił”. Papież upominał się o przestrzeganie praw katolików żyjących w zaborze rosyjskim, gdzie, szczególnie po upadku powstania styczniowego, dochodziło do szykan i represji ze strony władz carskich. Starał się chronić grekokatolików z die- Papież Pius IX, źródło: ]. S. Pelczar, Pius IX i Polska, Miejsce Piastowe, 1914) cezji chełmskiej, których trwanie pod berłem cara było poważnie zagrożone. Wśród działań Piusa IX, wpisujących się w papieską politykę wspierania katolików i unitów z zaboru rosyjskiego, wymienić należy także beatyfikację Andrzeja Boboli z 24 czerwca 1853 roku oraz kanonizację Jozafata Kuncewicza, dokonaną w 1867 roku. Wyjątkowa sympatia, jaką cieszył się Pius IX w społeczeństwie polskim, wynikała także z jego działań, mających na celu obronę katolików w zaborze pruskim podczas Kul-turkampfu. W 1875 roku papież mianował kardynałem Mieczysława Halkę-Ledóchow-skiego, arcybiskupa gnieźnieńsko-poznańskiego, który przeciwstawiał się polityce władz pruskich, dążących do osłabienia Kościoła katolickiego, za co został pozbawiony urzędu i uwięziony. Nadanie godności kardynalskiej Ledóchowskiemu w trakcie odbywania przez niego kary więzienia było wyraźnym sygnałem dla polskich katolików, że mogą traktować papieża jako swojego sojusznika. Uznanie Polaków zdobywał również podczas specjalnych audiencji, na których przyjmował wspólnie grupy ze wszystkich zaborów. Szczególnie wzruszający przebieg miało spotkanie w dniu 6 czerwca 1877 roku, kiedy to Pius IX, zwracając się do ponad czterystu polskich pielgrzymów przybyłych do Rzymu z okazji 50. rocznicy uzyskania przez niego sakry biskupiej, wypowiedział znamienne słowa: „błogosławię całemu Królestwu Polskiemu”. Podczas tej samej audiencji mówił jeszcze: Jeżeli, synowie moi [...]pielgrzymki wszystkich narodów, przyby' wające do tego miasta [...] są dla mnie drogimi, to wasza pielgrzymka należy do najmilszych sercu mojemu, potrafiła się bowiem tak licznie zebrać mimo ciężkich nader okoliczności i trudności, pochodzących z ucisku, jaki ze wszystkich stron przygniata kraj wasz i naród. Wypowiedzi Piusa IX dotyczące Polski i Polaków nie zawsze były utrzymane w przy' chylnym tonie. W sierpniu 1846 roku, a więc w pierwszych miesiącach po objęciu władzy Adam Langowski 61 zwracając się do księdza Hieronima Kajsiewicza, powiedział: Przyznasz, żeście często nieroztropni ”. W innej rozmowie opisanej przez ojca Kajsiewicza, Pius IX, zastanawiając się nad przyczynami cierpienia Polaków, miał wymienić ich dawne grzechy narodowe, takie jak: „rozwody, uciemiężenie ludu wiejskiego i upośledzenie unitów. Ta źródło polskich niepowodzeń uznał również ducha rewolucji i niedowiarstwa, grasującego w naszym narodzie. T kolei w 1861 roku, a więc w okresie wzrostu nastrojów patriotycznych w Królestwie Polskim, okazywanych w trakcie antyrosyjskich manifestacji o charakterze narodowo-religijnym, stwierdził: Polacy szukają przede wszystkim Polski, a nie Królestwa Bożego, i dlatego tej Polski nie mają. Jak wiemy, Pius IX nigdy oficjalnie nie potępił powstania styczniowego, ale też nie popierał decyzji o jego wybuchu, czemu dał wyraz w encyklice „Ubi Urbaniano”, wydanej 30 lipca 1864 roku, oraz alokucji „Luctuosum et nunquam” z 29 października 1866 roku. Powstanie styczniowe nie było głównym tematem rozważań zawartych w obu tekstach, jednak opinie papieża dotyczące walki podjętej przeciwko zaborcy mogły Polaków rozczarować. Pius IX określił bowiem powstanie jako: „nierozważne ”, „źle prowadzone”, „nieszczęśliwie wzniecone”, a nawet „zgubne i godne potępienia”. Warto podkreślić, że wymienione dokumenty ukazały się w czasie, gdy powstanie utraciło już swój impet lub upadło. W maju 1866 roku wizytując nowo utworzone Kolegium Polskie, nad którym sprawował osobisty patronat, podzielił się następującą refleksją: Ten naród polski jest trochę dobrym, ale i nieco złym; musiał on dużo zawinić, kiedy go Pan Bóg tak karze, łecz musi on także być Panu Bogu drogim, bo kogo Bóg miłuje, tego chłoszcze. W publicznych wystąpieniach Pius IX starał się bezpośrednio nie poruszać kwestii odzyskania niepodległości przez Polskę, skupiając się przede wszystkim na aspekcie religijnym sprawy polskiej. Takie podejście można tłumaczyć ówczesnymi realiami politycznymi. Państwo Kościelne, na czele którego stał papież, było częścią systemu ustanowionego przez mocarstwa europejskie na kongresie wiedeńskim. Pius IX respektował zasady ustalone w 1815 roku, w tym zasadę legitymizmu, dlatego nie mógł i nie chciał, również we własnym interesie, opowiadać się za ruchami społeczno-narodowymi, podważającymi ład wiedeński. Mimo tych ograniczeń oraz trudnych doświadczeń z okresu Wiosny Ludów i lat późniejszych, nie pozostał obojętny na los Polaków. Historycy Kościoła podkreślają, że Pius IX był tym papieżem, który zrozumiał sprzężenie się katolicyzmu z polskością na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Uwielbiany przez Polaków był ważną postacią również dla polskich rodzin ziemiańskich żyjących w ówczesnych Prusach Zachodnich, w tym Sierakowskich z Waplewa. W okresie jego pontyfikatu właścicielami dóbr waplewskich byli Alfons (1842—1876) oraz Adam (1876—1912)1. W ich biografiach można odnaleźć kilka wątków związanych z papieżem Piusem IX, które warte są przybliżenia. W 1871 roku przypadła 25- rocznica wstąpienia Piusa IX na tron papieski, co zostało wykorzystane przez społeczeństwo polskie do zamanifestowania swojego poparcia dla papieża. Do Rzymu wyruszyły dwie deputacje polskie: galicyjska pod przewodnictwem księcia Jerzego Lubomirskiego oraz wielkopolska na czele z Józefem Morawskim. 1 Janusz Ryszkowski wskazuje, że objęcie majątku przez Adama Sierakowskiego mogło nastąpić w 1874 roku. Zob. J. Rysz-kowski, Alfons i Adam Sierakowscy na łamach „Torunianki” [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, pod red. J. Hochleitnera i P. Szwedowskiego, Malbork 2014, s. 139. 62 Sierakowscy i papież Pius IX Siedemnastego czerwca wieczorem obie grupy zostały przyjęte przez papieża na audiencji, podczas której Morawski odczytał oficjalny adres od katolików z Poznańskiego i Prus Zachodnich. Dzień wcześniej w wielu miejscowościach leżących w zaborze pruskim zorganizowano uroczyste obchody papieskiego jubileuszu. Właściciele Waplewa również zadbali o właściwą oprawę tego wydarzenia, co zostało odnotowane na łamach pelplińskiego „Pielgrzyma”: W Waplewie kolumna przeszło 36 stóp wysoka z Madonną (Matką Boską) Sykstyńską odlewu Krzyżanowskiego formalnie się paliła w ogniu przez całą noc. Dzieci z ochronki i szkoły długo pod nią śpiewały, a łud łicznie zgromadzony wszędzie okazywał wiełką swą radość. Żeby też dać dowód szczerej swojej radości i przywiązania dla Ojca św. zebrał dła niego z własnego popędu pomiędzy sobą 13 talarów. Adres do Ojca św. odebrany od Naj-przewielebniejszego X Biskupa Warmińskiego Kolumna maryjna w Waplewie, źródło: Muzeum Narodowe w Gdańsku ludpolskokatolicki bez wyjątku prawie podpisał, ale wszyscy byli pod smutnem wrażeniem, że adres przysłany tylko po niemiecku był pisany. Relacja z waplewskich obchodów ukazała się także w „Gazecie Toruńskiej”2. Autor korespondencji informował, że kolumna maryjna była oświetlona, tworząc „jeden słup ogniowy”, a obok znajdował się wielki transparent, również podświetlony, z napisem „Niech żyje Papież Pius IX”. Ponadto na okolicznych polach podpalono beczki ze smołą, które „malowniczy widok sprawiały”. Jak wynika z przekazów prasowych, miejscem, wokół którego w dniu papieskiego święta gromadziła się lokalna społeczność, była kolumna Matki Boskiej. Istnieje ona do dzisiaj i stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych elementów zabudowy Waplewa Wielkiego. Niestety, oryginalna figura wieńcząca kolumnę nie zachowała się, jednak kilku ważnych informacji na jej temat dostarcza nam, cytowany wcześniej, opis uroczystości ku czci Piusa IX, zamieszczony w „Pielgrzymie”. W relacji podano, że na szczycie kolumny znajdowała się figura Madonny Sykstyńskiej, a więc rzeźbiarska kopia słynnego obrazu namalowanego przez Rafaela, wybitnego twórcy z okresu renesansu. Wykonawcą figury był Antoni Krzyżanowski, znany budowniczy architekt i przedsiębiorca z Poznania, który pracował m.in. przy budowie gmachu Towarzystwa Ziemstwa Kredytowego oraz Hotelu Bazar. Pod koniec lat 50. XIX wieku założył własne przedsiębiorstwo, specjalizujące się w wytwarzaniu elementów dekoracyjnych dla 2 Zob. J. Ryszkowski, op. cit., s. 131-132. Adam Langowski 63 fasad i wnętrz budynków. Zakład wyrabiał produkty wysokiej jakości, co potwierdzają medale zdobyte na londyńskiej wystawie w 1862 roku. Spośród wielu projektów zrealizowanych w poznańskiej odlewni wymienić należy: płyty epitafijne arcybiskupa Teofila Wolickiego i księdza Jana Korytowskiego z katedry poznańskiej, kolumnę z orłem dla fontanny przy Zielonych Ogródkach oraz płytę dla uczczenia rocznicy odsieczy wiedeńskiej. Ię ostatnią umieszczono w gmachu Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, którego członkiem był także Krzyżanowski. Prawdopodobnie z jego fabryki pochodzą również figury ozdabiające loże prosceniczne w Teatrze Polskim. Ważnym przedsięwzięciem, w którym poznański przemysłowiec odegrał znaczącą rolę, było wystawienie w 1889 roku na Ostrowie Tumskim obelisku ku czci Jana Kochanowskiego. Wykonany z piaskowca i ozdobiony medalionem stał się pierwszym na ziemiach polskich pomnikiem poświęconym wybitnemu poecie. Antoni Krzyżanowski działał w wielu polskich organizacjach gospodarczych, kredytowych i oświatowych. Dodajmy, że ma on w swoim życiorysie udział w powstaniu listopadowym, podczas którego kierował produkcją broni w Warszawie, a później jej naprawami w Modlinie. Jego dokonania i postawa życiowa musiały być zatem bliskie Sierakowskim, dlatego nie może dziwić, że właśnie u Krzyżanowskiego zamówili odlew figury. Warto podkreślić, że właściciele Waplewa doskonale orientowali się w sprawach społeczno-gospodarczych Wielkopolski, ponieważ często przebywali w Poznaniu. Alfons Sierakowski należał do poznańskiego Towarzystwa Przemysłowego, którego współzałożycielem był Antoni Krzyżanowski. Obaj panowie udzielali się także w Kole Towarzyskim,.co z pewnością przyczyniło się do rozwinięcia wzajemnych kontaktów. Hrabia wspierał finansowo budowę Teatru Polskiego, przekazywał również pieniądze na rzecz Towarzystwa Oświaty Ludowej. W 1846 roku w Poznaniu osiadł pułkownik Adam Sołtan, ojciec żony Alfonsa Sierakowskiego, Marii, oraz Adama Lwa Sołtana, opiekuna waplewskiej biblioteki i dzieł sztuki zgromadzonych w pałacu. Poznańskie mieszkanie Sołtana służyło jego wnukowi, Adamowi Sierakowskiemu, podczas nauki w renomowanym Gimnazjum Marii Magdaleny. Co ciekawe, tę samą szkołę ukończył Antoni Krzyżanowski. Zleceniodawcą wykonania figury w poznańskiej fabryce był najpewniej Alfons Siera- . kowski, który przeprowadził wiele inwestycji w Waplewie. Wśród zabudowań folwarcznych pojawiły się duże stodoły, gorzelnia, kuźnia i wozownia, a niedaleko powiększonego parku stanęła w 1873 roku kaplica rodowa, zaprojektowana przez Edwarda Jacobstahla. Okazała, bo licząca ponad jedenaście metrów, kolumna maryjna jest więc jednym z dzieł hrabiego, które, poprzez swój patriotyczno-religijny charakter, kształtowały tożsamość mieszkańców Waplewa oraz pobliskich miejscowości. Jak wspomniano, figura Madonny Sykstyńskiej nie przetrwała do naszych czasów. W zbiorach Muzeum Narodowego w Gdańsku zachowały się jednak fotografie przedstawiające kolumnę w jej pierwotnym kształcie. Bliźniaczą figurę z fabryki Krzyżanowskiego można podziwiać w Lądku Zdroju, dokąd poznański przemysłowiec często przyjeżdżał3. W 1887 roku ufundował kolumnę maryjną, która znajduje się przed kaplicą zdrojową Sanktuarium Matki Boskiej Uzdrowienia Chorych. Lądecka kolumna ma inny kształt 3 https://polska-org.pl/3508699J.adek_Zdroj,Kolumna_Maryjna.html 64 Sierakowscy i papież Pius IX niż waplewska, jest też od niej niższa, ale figurę umieszczoną na górze i wzorowaną na malarskim przedstawieniu Rafaela, można uznać za odpowiadającą tej, jaka znajdowała się niegdyś w Waplewie. Ważnym źródłem dotyczącym kontaktów hrabiów Sierakowskich z Piusem IX jest, niewykorzystany dotąd przez badaczy, dokument papieski nadający odpust zupełny Adamowi Sierakowskiemu oraz jego bliskim. Oprawiony w ramę dyplom, sporządzony w języku łacińskim, wisiał zapewne kiedyś na jednej ze ścian kaplicy rodowej. Obecnie przechowywany jest w archiwum parafii w Waplewie Wielkim. Oto treść dokumentu w tłumaczeniu profesora Mariana Szarmacha: Hrabia Adam z Bogusławie Sierakowski będąc krótko w Rzymie prosi Waszą Swiątobli' wość, aby uznał go w swej łaskawości godnym dostąpienia przez niego i przez wszystkich jego krewnych i powinowatych w pierwszej łinii, a także dwunastu niżej wymienionych osób od' pustu zupełnego na wypadek śmierci, jeśli będą wtedy szczerze żałowałi za grzechy, szczerze je wyznają i przyjmą Świętą Komunię. Jeśli tego nie będą mogli uczynić, przynajmniej skruszeni wypowiedzą Imię Jezusa, tak jakby przywoływali je pobożnym sercem. Oto nazwiska dwuna' stu osób, jak poniżej: I. Anna Baronessa Bourguignon, II. Teodor Donimirski, III. Zojia Do' nimirska, IV. Helena Donimirska, V. Jan Donimirski, VI. Edward Donimirski, VII. Antoni Donimirski, VIII. Maria Donimirska, IX. Teojil Donimirski, X. Ludwik Donimirski, XI Władysław Szremowicz, XII. Ryszard Doergens. Jego Świątobliwość łaskawie to potwierdza. Dnia 27 kwietnia roku 1870 Pius IX. Jak widać, Adam Sierakowski wystąpił do Piusa IX z prośbą o udzielenie odpustu nie tylko dla siebie i najbliższej rodziny, ale również dla dwunastu innych osób. Wśród nich aż dziewięć to członkowie rodziny Donimirskich, dlatego cytowany dokument jest cennym źródłem także do dziejów tego rodu. Obecność Donimirskich na papieskim dyplomie uzyskanym przez hrabiego Sierakowskiego dowodzi, że obie rodziny pozostawały w przyjacielskich stosunkach. W dokumencie wymieniono najwybitniejszego przedstawiciela rodu Donimirskich, Teodora z Buchwałdu. Przełom lat 60. i 70. XIX w. to czas, kiedy ojciec Adama Sierakowskiego, Alfons, wspólnie z Donimirskim, mocno angażowali się w różne przedsięwzięcia na rzecz ludności polskiej. Właściciel Buchwałdu pełnił funkcję prezesa Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Prus Wschodnich, a pan na Waplewie należał do dziewięcioosobowego grona dyrekcji. Podobnie było w utworzonym 24 lutego 1869 roku w Toruniu Towarzystwie Moralnych Interesów Ludności Polskiej pod Panowaniem Pruskim, w którym stanowisko jednego z dwóch prezesów zajmował Teodor Donimirski, a członkiem zarządu został Alfons Sierakowski. Obu ziemian łączyła również działalność polityczna. W latach 1867-1871 Teodor zasiadał w parlamencie Rzeszy i był członkiem Koła Polskiego, zaś Alfons kandydował, niestety bezskutecznie, do parlamentu północno-niemieckiego, następnie do sejmu pruskiego oraz do Reichstagu. Donimirski był jednym z inicjatorów powołania toruńskich Sejmików Gospodarczych. Na zwoływanych od 15 stycznia 1867 roku zebraniach głos zabierali przedstawiciele młodszego pokolenia obu rodów: Adam Sierakowski oraz synowie Teodora, Antoni i Jan. W przyszłości Sierakowscy i Donimirscy przyczynią się do powstania Towarzystwa Naukowego w Toruniu. W powołanej w 1875 roku Adam Langowski 65 instytucji ważną rolę odgrywać będzie syn Alfonsa, Adam Sierakowski, a wśród członków Towarzystwa znajdzie się kilku Donimirskich. Niektóre z wielkich projektów omawiano podczas spotkań z udziałem wybitnych przedstawicieli polskiej kultury i nauki. Tak było w 1867 roku, kiedy na Powiśle przyjechał Józef Ignacy Kraszewski. Dziewiętnastego września pisarz przebywał w Waplewie, gdzie urządzono na jego cześć przyjęcie z toastem wygłoszonym przez Teodora Donimirskiego. Następnego dnia autor przemowy przyjmował Kraszewskiego u siebie w Buchwaldzie. W kolejnych latach we dworach Sierakowskich i Donimirskich zatrzymywać się będą inne znakomite osobistości, m.in. Oskar Kolberg, Stanisław Tarnowski, czy Michał Elwiro Andriolli. Ze związku z Zofią ze Śląskich Teodor Donimirski doczekał się siedmiorga dzieci, które również widnieją w spisie osób zamieszczonym w papieskim nadaniu odpustu zupełnego. Najstarszy syn właściciela Buchwałdu, Edward, brał udział w powstaniu styczniowym i został ciężko ranny. Po zdobyciu wykształcenia rolniczego objął, nabyty przez ojca, majątek Łysomice pod Toruniem. Wydawał znane pismo rolnicze „Gospodarz”. Kolejny z synów, Antoni, był doktorem prawa. W 1872 roku zaczął kierować toruńskim Bankiem Kredytowym Donimirski, Kalkstein, Łyskowski i Sp., współredagował „Gazetę Toruńską” oraz przyczynił się do powstania Towarzystwa Naukowego w Toruniu i jego 66 Sierakowscy i papież Pius IX Muzeum. W latach 1874-1877 posłował do parlamentu Rzeszy, gdzie upominał się o prawa Polaków. Później przeniósł się do Wiednia, a w 1887 roku zamieszkał w Warszawie, poświęcając się pracy publicystycznej, m.in. jako redaktor naczelny „Słowa”. Przyjaźnił się z Henrykiem Sienkiewiczem, wspierał Ignacego Jana Paderewskiego w początkach jego kariery. Trzeci syn, Jan, przejął po ojcu majątek rodzinny w Buchwaldzie. Angażował się w działalność kółek rolniczych, współorganizował sejmiki gospodarcze w Toruniu i Poznaniu, przemawiał na wielu wiecach, występując w obronie języka polskiego. Urodzony w 1850 roku Ludwik gospodarował w Małych Ramzach i stał się protoplastą czwartej, najmłodszej linii Donimirskich, ramzińskiej. Ostatni z synów Teodora i Zofii Donimirskich, Teodor junior, zmarł tragicznie 20 kwietnia 1881 roku, doznając ataku serca podczas przejażdżki konnej. W omawianym dokumencie papieskim został prawdopodobnie zapisany pod imieniem Teofil (Teophilus). Jego śmierć nie była jedynym ciosem dla małżeństwa Donimirskich z Buchwałdu. Wcześniej, bo w 1871 roku, zmarła ich córka, Maria, mająca zaledwie osiemnaście lat. Najstarsza z rodzeństwa, Helena, wyszła za mąż za Stanisława Mieczkowskiego z Nieciszewa. Mimo tego, że w wykazie dwunastu osób, które za pośrednictwem Adama Sierakowskiego otrzymały od papieża Piusa IX odpust zupełny, dominują przedstawiciele rodziny Donimirskich, żaden z nich nie został wymieniony na pierwszym miejscu. Listę otwiera bowiem Anna baronówna Baumberg-Bourguignon, postać związana z rodziną Sierakowskich, szczególnie bliska żonie Alfonsa, Marii z Sołtanów. Jak podaje Janusz Ryszkowski, baronówna była siostrą Antona, oficera floty austriackiej4. Dosłużył się on stopnia admirała, a jego imieniem nazwano fort w Puli. W 1837 roku Anna otrzymała posadę guwernantki młodziutkiej Marii, która wcześniej przebywała w klasztorze sióstr wizytek w Kamieńcu Podolskim, jednak dzięki zaangażowaniu Zygmunta Krasińskiego, przyjaciela pułkownika Adama Sołtana, sprowadzono ją do Wiednia i oddano pod opiekę księżny Marii Lubomirskiej. W 1844 roku Maria Sołtanówna wyszła za mąż za hrabiego Alfonsa Sierakowskiego i zamieszkała w Waplewie, dokąd przeniosła się również jej dotychczasowa guwernantka, pani Bourguignon. Baronówna zmarła 19 marca 1890 roku w wieku siedemdziesięciu dziewięciu lat i spoczęła w grobie umiejscowionym na tyłach waplewskiej kaplicy. Darzono ją wielkim szacunkiem, co potwierdza napis widoczny na pomniku: „Tu leży wierna przyjaciółka domu Sierakowskich”. Hrabia Adam Sierakowski, zwracając się do papieża Piusa IX, pamiętał także o rządcy dóbr waplewskich, Władysławie Szremowiczu i bliżej nieznanym Ryszardzie Doergensie. Szremowicz występował na toruńskich Sejmikach Gospodarczych, angażował się w akcje przedwyborcze oraz inicjował zbiórki pieniężne, m.in. na „dotkniętych powodzią Szwajcarów” w 1868 roku. Dokument papieski został wydany w kwietniu 1870 roku, a więc w czasie trwania Soboru Watykańskiego I. Na podstawie informacji zawartych w „Dzienniku Poznańskim” możemy ustalić, że Adam Sierakowski przebywał w Rzymie w styczniu tego roku. W rubryce „Z soboru” zamieszczono następujący zapis: Bawią także w Rzymie: znany podróżujący po Egipcie młody hrabia Sierakowski i pan Działowski. Drugi z wymienionych to J. Ryszkowski, Stałem się ruiną ciała... Zygmunt Krasińskipisze na Waplewo, Prowincja nr 3 (21), 2015, s. 129. Adam Langowski 67 Zygmunt Działowski z Mgowa, brat cioteczny Adama Sierakowskiego i podobnie jak on, zapalony podróżnik. Ponad pół roku wcześniej (kwiecień — maj 1869 r.) kuzyni odbyli podróż do Algierii, w czasie której Sierakowski przeprowadził badania naukowe dotyczące ludu Berberów. Do swojego pobytu w Rzymie w okresie soboru hrabia nawiązał po wielu latach w jednym z listów adresowanych do żony Marii z Potockich. marcu 1892 roku, opisując wrażenia z kolejnego wyjazdu do Włoch, informował ją o licytacji majątku książąt Borghese, do której doszło [..] w owej pysznej sali, gdzie w roku soboru tańczyłem moją pierwszą polkę z Pacettą Odescałchi. Wspomnianą partnerką do tańca była Maria Pacetta Della Pace Odeschalchi, córka wpływowej w sferach watykańskich arysto-kratki, Zofii z Branickich Odeschalchi. Salon prowadzony przez matkę Pacetty należał od lat 40. XIX wieku do głównych ośrodków życia towarzyskiego Rzymu, a jego częstymi gośćmi byli wysokiej rangi duchowni i politycy Kościoła. V7ys tęp ująć w obronie świeckiej władzy papieża i zwalczając włoski ruch narodowy, Zofia Odeschalchi zdobyła zaufanie Piusa IX, stając się swoistym rzecznikiem spraw polskich w Stolicy Apostolskiej. Nazywana „polskim papieżem” oraz „najpobożniejszą księżną Zofią (Devotissima Princessa Sophia), przyczyniła się m.in. do założenia Kolegium Polskiego w Rzymie, beatyfikacji Jozafata Kuncewicza, wyboru Mieczysława Halki-Ledochowskiego na arcybiskupa oraz nominacji Włodzimierza Czackiego, swojego krewnego, na sekretarza papieskiego. Warto zaznaczyć, że Zofia Odeschalchi to siostra Katarzyny Branickiej, matki Marii Potockiej. Przyszła żona Adama Sierakowskiego była zatem kuzynką Paccety. W tym samym liście hrabia zapisał jeszcze, że po zakończeniu aukcji odbywającej się w pałacu Borghese, razem z hrabią Skórzewskim, pojechali do grobu Piusa IX w San Lorenzo. Czternaście lat wcześniej Sierakowski uczestniczył w pogrzebie papieża jako reprezentant polskich posłów zasiadających w niemieckim parlamencie. „Gazeta Toruńska w korespondencji z Berlina, datowanej na 13 lutego 1878 roku, informowała, że wyboru delegata dokonano dwa dni wcześniej, na pierwszym zebraniu Koła Polskiego. Zdecydowano wówczas, że przedstawicielem polskich parlamentarzystów zostanie Adam Sierakowski, „[_] który zaopatrzony w autoryzacją, już się udał do Rzymu. Telegraficzna bowiem odpowiedź na odnośne zapytanie wskazała sobotę [16 lutego] jako dzień, w którym delegat polski winien tam się znajdować. W^ jednym z kolejnych numerów „Torunianki podano wiadomość, że ze względu na wyjazd do Rzymu na pogrzeb Piusa IX oraz z powodu śmierci kuzyna, Zygmunta Działowskiego, Adam Sierakowski rezygnuje z udziału w balu polskim. W doniesieniach na temat śmierci trzydziestopięcioletniego właściciela Mgowa, cierpiącego na chorobę Adisona, podkreślono, że dwa tygodnie wcześniej zdołał otrzymać błogosławieństwo papieskie. W związku ze śmiercią Piusa IX nabrało ono dodatkowego znaczenia, ponieważ było „może ostatnim danemu Polakowi tą świętą ręką, która tyle razy i tak serdecznie Polsce błogosławiła . Zmarłemu Piusowi IX poświęcono wiele tekstów publikowanych w prasie codziennej. Pelpliński „Pielgrzym” w wydaniu z 9 lutego 1878 roku ogłosił: Papież Pius IX nie żyje! Namiestnik Chrystusa Pana, Następca Piotra św., Ojciec wszystkich wiernych, narodu polskiego szczególny Opiekun [...] umarł w przeszły czwartek dnia 7 b. m. o 3 godz. po południu /• • Redakcja „Gazety Toruńskiej w pierwszych komentarzach po śmierci papieża pisała. 68 Sierakowscy i papież Pius IX Kościół traci przez tę śmierć największego z papieży, Polska gorącego przyjaciela i ojcowskiego opiekuna. Z Kościołem zostanie pomoc Boża [...] z Polską ten duch chrześcijański i ta otucha, które Pius IX właśnie w nas zaszczepić i rozwinąć się starał. Można przypuszczać, że hrabiemu Adamowi Sierakowskiemu, uczestniczącemu w papieskim pogrzebie, towarzyszyły podobne myśli. Niewątpliwie właściciele Waplewa darzyli Piusa IX wielkim szacunkiem, o czym świadczą wykorzystane wyżej relacje prasowe i dokumenty. Warto zaznaczyć, że w historii rodu Sierakowskich jest więcej epizodów związanych z papiestwem i Stolicą Apostolską. W 1893 roku, a więc w okresie pontyfikatu Leona XIII, następcy Piusa IX, Adam Sierakowski przekazał papieżowi na prywatnej audiencji świętopietrze z diecezji warmińskiej w wysokości dziesięciu tysięcy marek. Z kolei w czerwcu 1920 roku, kiedy na Powiślu, Warmii i Mazurach trwały przygotowania do plebiscytu, syn Adama, Stanisław Sierakowski, przyjął w Waplewie nuncjusza apostolskiego, Achille Rattiego, który dwa lata później zasiadł na tronie papieskim jako Pius XI. Wykaz źródeł i literatury Dyplom papieża Piusa IX dla hrabiego Adama Sierakowskiego z 27 kwietnia 1870 roku, Archiwum Parafii Waplewo Wielkie; „Dziennik Poznański”, nr 22/1870; „Gazeta Toruńska”, nr 23/1870; nr 142/1871; nr 33,39,41/1878; „Pielgrzym”, nr 25,26/1871; nr 18,23/1878; Rocznik Koła Towarzyskiego w Poznaniu na rok 1871, Poznań 1871; Sierakowski A., Listy z podróży, cz. II, Włochy, Warszawa 1913; Szyrmerowa-Donimirska H., Był taki świat... Mój wiek XX, Warszawa 2003; Bagieńska-Borkowska E., Antoni Krzyżanowski [w:] Internetowy Polski Słownik Biograficzny (IPSB); Borzyszkowski J., Życie społeczno-kułturalne i działalność polityczna Polaków Ziemi Sztumskiej w państwie prusko-niemieckim [w:] Sztum 1806-1945, red. J. Ryszkowski, Sztum 2014; Donimirski S., Donimirscy z ziemi sztumskiej [w:] Z dziejów Sztumu i okolic (II), Sztum 1999; Lis K., Sprawy polskie w pontyfikacie Piusa IX (1846—1878), Saeculum Christianum, 8 (2001), nr 1; Modrzejewski J., Antoni Krzyżanowski — architekt, budowniczy, przedsiębiorca (1808—1895), Kronika Miasta Poznania, nr 3, 1998; Oracki T, Sprostowania i uzupełnienia do życiorysów Adama i Alfonsa Sierakowskich oraz Stanisława Sikorskiego, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, nr 2, 1998; Pelczar S.J., Pius IX i Polska, Miejsce Piastowe, 1914; Ryszkowski J., Alfons i Adam Sierakowscy na lamach „Torunianki" [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, red. J. Hochleitner i P. Szwedowski, Malbork 2014; Idem, Stałem się ruiną ciała... Zygmunt Krasińskipisze na Waplewo, Prowincja nr 3(21), 2015; Wszołek J., Zofia Katarzyna Odeschalchi z Branickich [w:] IPSB; Zieliński Z., Papiestwo i papieże dwóch ostatnich wieków, Poznań 1986. Bogumił Wiśniewski 69 Bogumił Wiśniewski PLEBISCYTOWE DROGI 1920, to rok próby. To czas, wielkich wyzwań, który oddziaływały bezpośrednio na każdego mieszkańca Prus. Osobiste sentymenty do miejsca zamieszkania, nie miały znaczenia i nie mogły przesłonić, najważniejszego wyboru w swoim życiu, a mianowicie, czy jest się Niemcem, czy Polakiem. Polska została wymazana z mapy Europy na 123 lata. W owym czasie opowiedzenie się za Polską, stanowiło przejaw wielkiej obywatelskiej odwagi. Natomiast uczestniczenie w zorganizowanej manifestanci z pozostałymi rodakami, zakrajało wręcz na samobójstwo i niebyt polityczny w kraju. Oficjalne przyznanie się do swojej odrębności, otwierało drogę do ostracyzmu towarzyskiego w miejscowości, w której się wychowało. W 1920 roku mieszaniec Prus, nie miał wyjścia, musiał Przedwojenny sztandar polski, fot. archiwum podpisać się pod wybraną listą narodowościową. W innym wypadku, osoba uchylająca się od tego czynu, stawała się bezpaństwowcem, człowiekiem bez żadnych praw. Strona niemiecka w okresie rozbiorów, starała się zindoktrynować nową przejętą ludność, w celu stworzenia z niej jednolitej masy narodowościowej. Wielu Polaków, dogadywało się na nową władzę, taki układ dawał lepszą pozycję, pracę np. w administracji lokalnej oraz akceptację środowiska, w którym się przebywało. Ale była też większościowa grupa, wyrażająca sprzeciw konformistycznym zapędom swoich pobratymców. Za negatywną postawę do władzy, autsajderzy spychani byli na margines. Ale i wtedy, pieniądze łamały ludzkie sumienia. Dochodziło do dramatów w polskich rodzinach. Krnąbrnych, władza nie traktowała poważnie. Administracyjnie, gaszono ich inicjatywy. Na niepokornych, spadały zobowiązania, z którymi sami nie mogli sobie poradzić. Szykany były odczuwalne dla całych rodzin. Odizolowani od większości, na nic nie mogli liczyć. Stawali się tylko dobrym mięsem armatnim podczas konfliktów zbrojnych. Ingerowano bezpośrednio w rodziny, w program nauczania w szkołach. A na dodatek, w kościołach władza żądała, nabożeństw i kazań po niemiecku. Władza wymagała, aby wszyscy poddani byli bezgranicznie oddani i posłuszni rozkazom płynącym z dalekiego Berlina. Jednym słowem, niezależna jednostka, nie miała prawa bytu w niemieckim społeczeństwie. W takiej niekorzystnej atmosferze, stworzonej przez zaborcę, obywatele opowiadający się za Polską, musieli żyć napiętnowani jako druga kategoria. A pomocy znikąd nie było. 70 Plebiscytowe drogi Nie było siły, która mogłaby ich obronić. Wojskiem, ani policją nie dysponowali. Jedyną obroną, była wspólna działalność w zakładanych zrzeszeniach polityczno-gospodarczych. I taka odpowiedz za zmarginalizowanie całego środowiska, wyszła. To był konkretny sprzeciw rzucony w kierunku panującej władzy. Osoby niewłączający się w nurt odnowy społecznej, pozostali sami, aż w końcu - rozpływali się w naturalny sposób w społeczeństwie niemieckim. Jedyną nadzieją w kulturkampfie, był kościół rzymskokatolicki, który twardo stawał w obronie swoich wyznawców, na morzu protestantyzmu. Niby jeden Bóg, a taka wielka przepaść mentalna u wszystkich wyznawców katolickich, a gdzie była wtedy modlitwa ...i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy*. Księża mówiący po Polsku, wsparli dążenia narodowościowe swoich pobratymców. W tamtym trudnym czasie wszystkich Polaków żyjących w trzech zaborach, spinała jedna wspólna myśl, a mianowicie: wolna i niepodległa Polska. O plebiscycie, który odbył się na terenach Warmii i Mazur i Powiśla w 1920 roku, dużo już napisano i wiele naukowych analiz przeprowadzono. Każda publikacja na ten temat jest bardzo cenna i wartościowa. Przybliżają one, przykurzone odległym czasem, zmagania Polaków o odzyskanie niepodległości. Pisząc ten tekst, przyświecała mi myśl, aby wielkim zarysie ukazać w wydarzenia, które miały miejsce na naszym terenie, i które były relacjonowane w polskim piśmie. „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich”, wydawana była podczas plebiscytu w Kwidzynie, w drukarni Fryderyka Wilhelma Kantera. Okres plebiscytu był bardzo gorący w polityce międzynarodowej. Polska dopiero co została uznana za samodzielny byt. Niemcy i Rosja znajdowała w wewnętrznym rewolucyjnym chaosie. Dodatkowo Rosja bolszewicka od wschodu nacierała na Polskę, a w Prusach, przygotowanie do plebiscytu szły pełną parą. Dla przeciętnego obywatela pruskiego, nieinteresującego się polityką, był to czas niedobry. Zdawał sobie sprawę, że zły wybór mógł przyczynić się do jego śmierci, lub w najlepszym przypadku, obiciem twarzy od jednej, lub od drugiej strony konfliktu. Opowiadając się za jakąkolwiek stroną, brał udział tzw. grze o wszystko. Nie wiedział jaka będzie przyszłość i co go czeka w nowej tworzącej się na jego oczach rzeczywistości. Polak w Prusach wiedział, że Niemcy tylko chwilowo stoją w politycznym chaosie. Dysponowali w dalszym ciągu sprawną administracją i wyszkolonym wojskiem. Polacy w okresie plebiscytu, mogli jedynie liczyć na neutralne siły zbrojne Międzynarodowej Komisji, które i tak sprzyjały Niemcom. Na wiecu w Kwidzynie, który się odbył 29 lutego 1920 roku, polscy mieszkańcy miasta i okolic w liczbie ponad trzech tysięcy, w trosce o prawidłowy przebieg głosowania zażądały w rezolucji od władz plebiscytowych, usunięcia formacji wojskowych „Sicherheitswehr”, „Einwohnerwehr” i „Grenzpolizei” z terenu powiatu. Obawiano się, że powyższe jednostki będą stanowiły wsparcie dla określonej strony konfliktu. Żądano ponadto rozbrojenia z broni i amunicji ludności niemieckiej, wydalenia napływowych urzędników wrogo nastawionych do Polaków oraz postulowano, aby plebiscyt odbył się jak najpóźniej1. Na wiecu, przemawiali: Tadeusz Odrowski, Dąbrowski. Po nabożeństwie odprawionym przez ks. prof. Rudolfa Nowowiejskiego, sekretarza arcybiskupa Warszawskiego kardynała 1 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 1. Nr 2, Rok I, dn. 2.03.1920 r. Bogumił Wiśniewski 71 i Bisdiofswetder W,-Pr. ”>"><•m" Biskupiec - widok na rynek, fot. zasoby internetowe Kakowskiego, udano się w procesjonalnym pochodzie do gmachu Komisji, gdzie wręczono prezydentowi Pavii, jednogłośnie przegłosowywaną na zgromadzeniu rezolucję2. Postulaty żywiołu polskiego w Kwidzynie, zostały przyjęty i uznany za słuszne. Międzynarodowa Komisja Plebiscytowa w Rozporządzeniu Nr 6, zakazała: oficerom, żołnierzom i urzędnikom, o ile noszą mundur innego rządu, po za tymi, którzy mają prawo pozostawać przy Komisji, wstępu na teren plebiscytowy Kwidzyński'. Za złamanie prawa, groziło rozbrojenie i aresztowanie osobnika. Wydawałoby się, że dzięki przyjętej rezolucji, sprawy zabezpieczenia ludności polskiej przed atakami zbrojnych bojówek, zostały pomyślnie załatwione. Jednak w praktyce nie wyglądało, to tak dobrze. W Malborku dnia 29 lutego bojówki niemieckie, urządziły zasadzkę na pokojowo wiecujących ludzi. Pobito wielu działaczy polonijnych4. Ale nie tylko w Malborku, pojawiły się brutalne ataki na polską mniejszość. W Iławie, 14 marca na około 800 zebranych polaków, napadła dobrze zorganizowana banda, na której czele stał najprawdopodobniej burmistrz miasta. Doszło do krwawych incydentów; Niemcy z kijami, nożami i z krzesłami a niektórzy z rewolwerami ruszyli do stołu prezydialnego, zaczęli ludność turbować i rzucać krzesłami. Po zajściu stwierdzono, że ks. Grosska, został uderzony w głowę, natomiast pani Boguckiej zgnieciono ramię5. Na nic się zdało porozumienie, podpisane przez prezydenta Paviego w Kwidzynie. Realia w terenie były całkiem inne. Pomimo tych krwawych aktów na Polaków, na przekór Niemcom, 19 marca w Kwidzynie z okazji imienin Józefa Piłsudskiego, na gmachu konsulatu polskiego, zawisł „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich s. 1—2. Nr 3, Rok I, dn. 4.03.1920 r. „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich’ s. 1. Nr 7, Rok I, dn. 13.03.1920 r. 4 Tamże s. 2 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich s. 1. Nr 9, Rok I, dn. 18.03.1920 r. 72 Plebiscytowe drogi narodowy sztandar. W żywiole polskim w Kwidzynie, zapanowała euforiaye^ to pierwszy oficjalny sztandar polski w Kwidzynie zawieszony ku uczczeniu pierwszego naczelnika Rzeczpospolitej Polskie fi. Dzień polski w Sztumie, przebiegał pod znakiem solidarności z pobitymi rodakami. Na spotkaniu wielu mówców, potępiało krwawe zajścia na Powiślu. Na zakończenie zgromadzania, ksiądz poseł Ludwiczak, licznie zebranym manifestującym, odczytał rezolucję potępiającą brutalność bojówek niemieckich. Rezolucja została przyjęta przez uczestników zebrania, z entuzjazmem i gromkimi oklaskami Uchwalony protest postanowiono wysłać do Rady najwyższej w Paryżu i Rządu polskiego w Warszawie oraz do Komisji Międzysojuszniczej w Kwidzynie, która wykazywała się dużą neutralnością do nabrzmiałego i powtarzającego się problemu. W dyskusji przemawiał pp. Sniegocki, Morawski i Walter. Wśród zgromadzonych powstał taki zapał i entuzjazm, że prawie gwałtem trzeba było wiec zamknąć, bo każdy jeszcze miał do wprowadzenia jakąś skargę na „dobroczyńców” swoich . W Postolinie w sali pana Stromidły, odbył się wiec, na którym przemawiał ks. Łęga, pochodzący z tutejszej parafii. W krótkich słowach opisał wrogie nastawienie władzy pruskiej w niemieckich szkołach w stosunku do uczących się tam polskich dzieci. Natomiast pp. Stawikowski i Górski, przedstawili, manipulację w szerzącej się propagandzie niemieckiej. Przekazali zebranym zasłyszaną informację, że jeśli ludność zagłosuje za Polską i jeżeli Polacy wygrają plebiscyt, to wtedy — wszyscy mieszkańcy, bez względu na narodowość na tym stracą, ponieważ gospodarka w Polsce nie jest dobrze zarządzana, co w efekcie przyniesie całej ludności w Prusach biedę i drożyznę8. Na wiecach nie tylko poruszano ciężkie tematy polityczne, ale również starano się zintegrować środowisko przez tańce, śpiewy oraz występy teatralne. Prym w tych przyjemnych spotkaniach, na terenie Powiśla - wiódł Sztum. Wynikało to z dużego żywiołu polskiego na tym terenie. Rzeczywiście był on tutaj najsilniejszy, dobrze wykształcony i w końcu wiekowo najmłodszy elektorat. 27 czerwca o ósmej wieczorem Towarzystwo Młodzieży „Jedność”, urządziło wieczornicę. Młodzież tańczyła, starzy gawędzili. Pan radca Morawski dziękował młodzieży za urządzenie tak miłego wieczorku, w imieniu młodzieży przemawiali p. Sniegocki i p. Fischer. Na zakończenie zwrócili się z gorącym apelem do młodocianych serc księża Łęga i Lewandowski, wznosząc zdrowie młodzieży, która jest naszą przyszłością i naszą nadzieją'. W Kwidzynie i Sztumie, w ramach podniesienia ducha narodowego, zorganizowano i wysłuchano koncertu pod batutą Feliksa Nowowiejskiego. Słyszeliśmy więc szereg pieśni polskich jak „Maciuś”, „Wisła”, „Kujawiak”. Jednak piorunujące wrażenie na zebranych słuchaczach, wywołało zaprezentowane oratorium: „Quo Vadis”. Szczególnie III scena oratorium, która rozgrywa się w Katakumbach, szczególnie poruszyła przybyłych na koncert publiczność. Rolę Lygji śpiewała świetnie p. Helena Sosińska, ujmując wdziękiem i pięknym, metalicznym głosem serca wszystkich. Na koncercie przebywali również Angelo Pavia - prezydent Komisji Międzysojuszniczej, przedstawiciele Francji hr Cherisey, Anglii Beaumont oraz reprezentant Japonii. Hołd ten dla muzyki polskiej ludność polska terenów b „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 1. Nr 10, Rok I, dn. 20.03.1920 r. 7 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 2. Nr 15, Rok 1, dn. 1.04.1920 r. 8 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 2. Nr 23, Rok I, dn. 22.04.1920 r. 9 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 2. Nr 27, Rok I, dn. 29.04.1920 r. plebiscytowych będzie umiała ocenić™. Natomiast koncert Feliksa Nowowiejskiego w Sztumie, zrobił na mieszkańcach piorunujące wrażenie, jakiego Sztum w dniu tym doznał, było zjawiskiem dotychczas w Sztumie niewidzianym^. Kwidzyńska Komisja Międzysojusznicza po wielu apelach jako pierwsza rozwiązała organizację paramilitarną „Sicherheitswehr” tzw. straż bezpieczeństwa. Czyn ten, dawał nadzieję na ustabilizowanie się skomplikowanej sytuacji na terenach objętym głosowaniem. Cieszy nas, że Komisja, której przewodniczy właśnie Włoch Ekscelencja Pavia, pierwsza to uczyniła, uznając nareszcie słusznie, uprawnione, żądanie łudności polskiej™. W tym duchu, żywioł polski w Kwidzynie i w Sztumie, hucznie obchodził narodowe święto 3 Maja. W Kwidzynie, w programie imprezy znalazły się; śpiewy, deklamacje, przemówienia i żywy obraz. Wszystkim należy się tu uznanie, zarówno Lutni Kwidzyńskiej za jej rześkie odśpiewanie „Hymnu Górnośląskiego” i „Naszego Bałtyku”. Szczególnie wzruszającą byl deklamacja Dzieci™. Rozwiązanie niemieckich paramilitarnych organizacji na terenie Kwidzyna, nie przyniosło jednak spodziewanych rezultatów. Powtarzały się w wielu miastach i wsiach napaści „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 2. Nr 25, Rok I, dn. 27.04.1920 r. 11 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 4. Nr 43, Rok I, dn. 20.05.1920 r. 1 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich s. 1. Nr 30, Rok 1, dn. 4.05.1920 r. 13 „Tamże s. 2. 74 Plebiscytowe drogi na polskich działaczy. Zastraszano chcących glosować za Polską, że stracą prace po plebiscycie. I tak też czyniono, chociażby na poczcie w Malborku. Takie nikczemne, szykany i konkretne działania, występowały nagminne. W tamtym czasie nikt z Polaków nie czuł się bezpiecznie na swoim podwórku. Ale mimo złej aury dookoła, ludzie będąc razem, cieszyli i przestawali się bać. Na spotkaniach panowała zwykła solidarność ludzka. W celu przeciwstawieniu się czynnym napaściom bojówek niemieckich na zorganizowane wiece polskie, strona polska utworzyła 1 marca 1920 r. Lotne Oddziały Bojowe Straży Mazurskiej (LOB), nazywane również bojówkami. Jednak na terenie objętym plebiscytem, ich oddziaływania obronne nie były zbyt duże, chociaż i po stronie polskiej, czasami dochodziło do radykalnych rozwiązań siłowych na zorganizowanych wiecach niemieckich11. Krwawe wydarzenia 17 maja, które się rozegrały pod oknami siedziby Komisji Międzysojuszniczej na placu Flottwella w Kwidzynie, pokazały jak mocno się mylono, że sprawa nastrojów w mieście jest pod ścisłą kontrolą. Zantagonizowane dwa żywioły, tego dnia starły się ze sobą. Podczas zorganizowanej przez Polaków manifestacji, niemieccy bojów-karze z nożami w reku napadliprezesa Zjednoczenia Zawodowego Polskiego oraz Narodowego Stronnictwa Robotników p. Andrzeja Bartkowiaka, który w własnej obronie dobył podobno rewołweru. Niezadowoleni Niemcy, w panice oddali siedem strzałów w kierunku demonstrujących Połaków, nacierałi z tyłu od strony placu, bijąc z tyłu maczugami na kobiety i dzieci, rzucając kamieniami. Ranili w ten sposób wiele osób'\ Do Kwidzyna, w tym gorącym w okresie, przyjechali z Warszawy: Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz oraz Władysław Kozicki. „Gazeta Polska”, lakonicznie wspomina tą wyjątkową dla polonii wizytę pisarzy. Nie jest wykluczone, że redakcja, pod kierownictwem Bonifacego Chmielewskiego, w ten sposób chciała uniknąć dolewania przysłowiowej oliwy do konfliktu. Za dużo wsiało prochu w powietrzu, aby maksymalnie nagłaśniać wizytę zagranicznych gości. Wystarczyła już jedna krwawa rozróba w mieście, drugiej nie trzeba było prowokować. W „Gazecie Polskiej”, pojawiła się tylko mała wzmianka, że jako synowie ludu, z którego pochodzą, przybyli, by naocznie przekonać się o walkach i cierpieniach, jakie lud nasz tutaj dla świętej naszej sprawy ponosN. Do Kwidzyna również przybył 23 czerwca, w poniedziałek, Wielki Komisarz dla spraw kościelnych nuncjusz Apostolski ks. arcybiskup Ratti. Aby —jak to uczynił na Górnym Śląsku —przedstawić się Wysokiej Komisji Międzysojuszniczej roztoczyć Swą opiekę nad wiernymi naszego terenu plebiscytowego'. Wizyty dostojnych gości, nie uspakajały atmosfery na odbywających się wiecach wręcz przeciwnie, były wodą na młyn dla prowokatorów. Niemieckie bojówki, były dobrze zorganizowane i sprawnie w działaniu. Doskonale znały topografię terenu. Najprawdopodobniej, kierowane były przez wyszkolone gremia wojskowe. Atakujący wywodzili się z rozwiązanych organizacji para militarnych. Działali szybko, bezwzględnie. Przeważnie 14 A. Szymanowicz - Udział Oddziału II Sztabu Generalnego Ministerstwa Spraw Wojskowych w pracach plebiscytowych na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku. Komunikaty Mazursko-Warmińskie nr 4, 2004, s. 525. 15 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 1. Nr 41, Rok I, dn. 18.05.1920 r. 16 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich" s. 3. Nr 45, Rok 1, dn. 22.05.1920 r. 17 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 1. Nr 71, Rok I, dn. 24.06.1920 r. Bogumił Wiśniewski 75 napadani, byli sąsiadami napadających. W tym wyjątkowym okresie, trzeba było mieć dużo odwagi, aby powiedzieć sąsiadowi, że jest się za Polską. W Pierzchowicach, 27 czerwca — zorganizowana grupa zbrojna, napadła na wracających z zabawy do domu jej uczestników. Na dany sygnał rzuciło się około 70 opryszków zbrojnych w kije rewołwery i pałki, krzycząc „Wir wołłen keine Połen sein, wir wołłen Deutsche bleiben!”. Naszych łudzi, zupełnie bezbronnych i zaskoczonych tym nieoczekiwanym napadem poczęłi bić kijami i obrzucać kamieniami. Przed dalszą masakrą uratował ich pewien Włoch, przydzielony do pilnowania porządku w Mikołajkach18. Im bliżej dnia głosowania, tym więcej w prasie oraz rozpowszechnianych plotkach, zaczęła pojawiać się dobrze przygotowana dezinformacja w celu budowania napięcia. Jak donosiły gazety, coraz więcej, krążyło fałszywych list i bezprawne skreślonych nazwisk Polaków. W Sztumie wykreśłono wszystkich tych Polaków, którzy służą w „Straży Ludowej”. Informowano również, że wszystkie urzędy pocztowe dostały nakaz, aby niedoręczone koperty z kartami odsyłano do specjalnego biura w Berlinie19. Komisja Międzysojusznicza zdawała sobie sprawę, że na kontrolowanym przez siebie terenie, coraz większa narasta eskalacja agresji i przemocy. Aby temu zapobiec, Komisja postanowiła w rozporządzeniu ukrócić te niecne praktyki. Wydała nakaz, aby zwaśnione strony nie przystrajały narodowymi flagami, ani ulic i placów publicznych oraz gmachów urzędowych przed dniem plebiscytu20. Jak wiadomo Polska przegrała plebiscyt, ale mimo to, nawet po plebiscycie jakiś Niemiec ze złości w Kwidzynie, wysmagał dotkliwie unieruchomionego konia,’należącego do Polaka, który stał sobie spokojnie przed domem polskim21. Napad na konia, to tylko drobny epizod w całym otwartym katalogu nienawiści. To z niego czerpali garściami nikczemnicy, aby zniszczyć przegranych z plebiscytu. Do bardzo poważnych bandyckich czynów doszło w Biskupcu, niedaleko Kisielic. 15 sierpnia, w niedzielę, tak naprawdę, nie wiadomo z jakiej przyczyny, zebrał się wielki skandujący tłum na ulicach małego miasteczka. Przeważała na przedniej szpicy zbiegowiska, miejscowa inteligencja, która kierowała rozkrzyczanymi ludźmi w pochodzie. Przed domem każdego Polaka przystawał pochód, aby dać upust swym antypołskim uczuciom. Krzyczano, aby wszyscy Połacy opuścili miasto. Potem wyruszył pochód na most w Fitowie, stanowiącym granicę połsko-niemiecką. Spektakl nienawiści trwał całą noc. W domach, w których mieszkali Polacy, wybijano szyby w oknach i próbowano wedrzeć się do środka domów i rozprawić z ich mieszkańcami. Następnego dnia, groźbami i przemocą, wymuszono od części polskich rodzin, wydanie polskich flag narodowych. W tym czasie, kiedy podburzony lud dokonywał aktów wandalizmu, ktoś z tłumu krzyknął, że Biskupiec pozostaje niemiecki. Ogłoszona informacja wprawiła lud w euforię, zgromadzenie wydało z siebie okrzyk radości, po czym przystąpił do palenia polskich flag narodowych. Ta forma nienawiści, nie wystarczyła. Rządni lx „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 1. Nr 84, Rok I, dn. 9.07.1920 r. 1 ’ „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 4. Nr 84, Rok I, dn. 9.07.1920 r. ’ „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich’ s. 3. Nr 83, Rok I, dn. 8.07.1920 r. „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich’ s. 3. Nr 100, Rok 1, dn. 28.07.1920 r. 76 Plebiscytowe drogi krwi bojówkarzy, ruszyli na polską stronę, gdzie zdemolowano posterunek graniczny. Apogeum wydarzeń miało miejsce 17 sierpnia 1920. W tym dniu, oddział niemieckich osiłków, przekroczył granicę i zajął stację kolejową Biskupiec Pomorski, należącą wtedy już do Polski. Tam zdjęto flagę polską, którą zastąpiono flagą niemiecką. Po krótkiej walce przy dworcu, agresorzy ulegli stronie polskiej. Ostatecznie wyparła ich stamtąd kompania szturmowa pod dowództwem por. Szramka. W akcji brał udział pociąg pancerny "Wilk'. W czasie walk o stację kolejową wzięto do niewoli 5 Niemców22. Po bezprecedensowych atakach na bezbronnych ludzi w Biskupcu, zaaresztowano szereg Polaków: pp. aptekarza Wolskiego, Piechowskiego, Grajewskiego, Glowczewskiego, Kujawskiego, Zacharek, Drzanowskiego, Fatalińskiego i Suwińską1"'. Po wypuszczeniu ich na wolność, byli uwięzieni mieszkańcy miasta, postanowili opuścić swoje mienie. Ostatecznie, nie po-zostaje im wobec tego nic innego, jak sprzedaż posiadłości i wyprowadzenie się do Polski2 '. Po plebiscycie, wielu Polaków wyjechało z Prus, zostawiając swoje majątki i groby swoich bliskich. Dla przegranych, zegar odmierzał już inny czas. Nowa sytuacja była bardzo trudna dla pozostających w Prusach Polaków. Po zwycięstwie, Niemcy szykowali nowe szykany na swoich niechcianych sąsiadów. A póki co, świętowali swoje zwycięstwo niejednokrotnie łamiąc międzynarodowe prawo. Klęskę Traktatu Wersalskiego, powetowali sobie na przegranych Polakach. Nikt nie był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Niemcy, że przegrali wojnę, a Polacy, że nie wygrali plebiscytu. Wszystkie strony, trywialnie rzecz ujmując, gotowały się od wewnątrz. Zwaśnione strony nie zdołały znaleźć w czasie międzywojennym, złotego środka, który uspokoiłby zwaśnione strony. W niektórych rejonach przeważnie na wsiach, starano się mimo wszystko, budować jakiś luźny pokojowy układ, szukano porozumienia. Dopiero dojście Hitlera do władzy, spowodowało globalną eksplozję nienawiści. W rocznice upamiętnienia plebiscytu, Gmina Kwidzyn organizuje uroczyste wyjazdowe sesje Rady Gminy w Janowie oraz wydaje okolicznościowe publikacje na temat plebiscytu. A od niedawna organizowany jest Bieg Plebiscytowy na dystansie dziesięciu kilometrów z metą we wsi Janowo. W tym roku odbył się drugi bieg. Uczestników z każdym rokiem przybywa. 22 https://pl.wikipedia.org/wiki/Biskupiec_Pomorski. 23 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 4. Nr 120, Rok 1, dn. 20.08.1920 r. 24 „Gazeta Polska dla powiatów nadwiślańskich” s. 4. Nr 124, Rok 1, dn. 26.08.1920 r. Wiesław Olszewski 77 Wiesław Olszewski NOWY DWÓR I ŻUŁAWY w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów 1939 Rankiem 1 września 1939 roku wojska hitlerowskich Niemiec przekroczyły granice Polski, o godz. 4.45 pancernik "Schleswig-Holstein" rozpoczął ostrzał Westerplatte. W tym samym czasie nastąpił atak na Pocztę Polską oraz wszystkie polskie placówki w Wolnym Mieście Gdańsku. Rozpoczął się najtragiczniejszy konflikt zbrojny w historii ludzkości. W Nowym Dworze, po trwającym całą noc osaczeniu przez miejscową bojówkę SA domu polskich inspektorów celnych, nad ranem nastąpił atak. Około godziny 4.30 oddział szturmowców pod dowództwem porucznika miejscowej żandarmerii Schmidta wtargnął do wnętrza budynku, przystępując do aresztowania jego mieszkańców. Rozespanych, niektórych niekompletnie ubranych, wyrzucono na plac przed budynkiem. Następnie całą grupę inspektorów z rękoma w górze popędzono pustymi jeszcze ulicami do miejscowego aresztu. Po południu wszystkich zatrzymanych przewieziono samochodem do więzienia w Gdańsku. Znacznie tragiczniejszy przebieg miało aresztowanie polskich funkcjonariuszy w Kał-dowie - dwóch inspektorów raniono, wszystkich brutalnie pobito. Do prawdziwej masakry doszło w Szymankowie, bestialsko zamordowano tam 21 osób: celników, kolejarzy i członków ich rodzin. Tragiczne zajścia w Kałdowie i w Szymankowie były elementem przygotowanej pod egidą gdańskiej Abwehry Akcji Post (Posterunek), mającej na celu podstępne zajęcie, z kierunku Malborka, linii kolejowej Kałdowo - Lisewo i mostów tczewskich. Dowództwo nad akcją otrzymał wyposażony w znaczne siły pułkownik Gerhard Freiherr von Medem, dowódca saperów z Królewca. Dla zabezpieczenia ataku utworzono, dowodzone przez SA--Sturmhauptfuhrera Kriewalda, 65-osobowe komando bojówkarzy (pochodzili głównie z Żuław), wyłonione z 14 Pułku SA stacjonującego w Nowym Dworze. W sierpniu 1939 roku rozpoczęli intensywne szkolenie przygotowujące do zajęcia obiektów i urządzeń kolejowych na trasie Kałdowo - Szymankowo - Lisewo i ewentualnego wtargnięcia na mosty tczewskie. Szkolono też grupę szturmowców, którzy po zajęciu poszczególnych stacji mieli przejąć funkcję aresztowanych, czy jak się stało - zamordowanych polskich kolejarzy. Wieczorem 31 sierpnia, po wstępnej koncentracji i odprawie w Nowym Stawie, SA--menów przetransportowano do punktów wypadowych w Gnojewie, gdzie ulokowało się dowództwo, Kościeleczkach i Staryni. W atakach na polskie placówki uczestniczyli 78 Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów również miejscowi aktywiści i żandarmi, działali w uzgodnieniu z dowódcą żandarmerii w Nowym Dworze lejtnantem Schmidtem oraz landratem nowodworskim a jednocześnie szefem powiatowych struktur NSDAP Otto Andresem1. Oni byli faktycznymi inicjatorami mordu w Szymankowie. Rano 1 września pojawiły się plakaty z obwieszczeniem Alberta Forstera o przyłączeniu Wolnego Miasta do Rzeszy, o 5.05 radio gdańskie nadało odezwę gauleitera w tej kwestii, także ze specjalnie ustawionych głośników. W berlińskim Reichstagu, w trybie nagłym, uchwalono i przyjęto ustawę o ponownym przyłączeniu Gdańska do Rzeszy, podobną uchwałę podjął gdański Senat. Obydwa akty prawne, w świetle prawa międzynarodowego, były nieważne2. Mieszkańcy Żuław decyzje te przyjęli z radością, wręcz z entuzjazmem. Poparcie dla działań hitlerowców było tu ogromne, już w wyborach do rad powiatowych w listopadzie 1934 roku na narodowych socjalistów oddano ponad 77% głosów5. Cieszyliśmy się. To muszę powiedzieć wprost, że było to dla nas coś normalnego.[...] przeszkadzało nam, że gdy chcieliśmy jechać do Elbląga musieliśmy przekraczać granicę. U/ Elblągu mówiono po niemiecku i u nas mówiono po niemiecku i pytaliśmy się: „Po co ta granica?”. Igdy nam w końcu się udało zjednoczyć, być razem jako Trzecia Rzesza, to nowodworzanie po prostu się cieszyli i my' śleli: „To jest normalne, to jest w porządku” [...] Za normalizację uważaliśmy właśnie taką sytuację, w której znowu należymy do Niemiec.”— wspomina jeden z dawnych mieszkańców. „... mieszkańcy Żuław sympatyzowałi z Niemcami. Nie można jednak utożsamiać tej sympatii z wiełkim oddaniem dla Hitlera. Większość jednak była zadowolona, że 1 września 1939 sta' ła się obywatelami niemieckimi - dodaje inny4. Dokładnie 1 września 1939 pojawili się pierwsi niemieccy żołnierze, przez tzw. Polski Korytarz, w Wolnym Mieście. 1 od 1 września 1939 roku od godz. 6 rano przynależeliśmy do Rzeszy Niemieckiej. I automatycznie zaczęła obowiązywać u nas RM [Marka Niemieckiej Rzeszy, Reichsmark] jako oficjalny środek płatni' czy.[...] Ceny w sklepach były podawane zarówno w Gdańskich Guldenach jak i w Markach. Życie uległo, niewielkim jeszcze, ale jednak zmianom. Zaczęły funkcjonować kartki na żywność wprowadzone już 26 sierpnia, zaczęto reglamentować benzynę. Nastąpiły pierwsze powołania do wojska, skierowania na wojnę z Polską. ...mój ojciec został na krótkopO' wołany na początku ofensywy na Polskę, ale zwolniono go szybko jeszcze we wrześniu, gdyż do końca wojny firma produkowała Machandla również dla wojska - wspomina Ott Heinrich Stobbe z rodziny nowodworskich gorzelń i ków. W niedzielę 3 września, aresztowanych w Nowym Dworze celników, wraz z innymi, przewieziono z gdańskich więzień do Malborka. Po drodze, w Jazowej, pod plandekę ciężarówki wrzucono jeszcze dwóch zmaltretowanych inspektorów, aresztowanych kilka dni przed wybuchem wojny w Piekle. W malborskim więzieniu grupa polskich więźniów powiększyła się o przebywających tu od 1 września celników oraz kolejarzy aresztowanych w Kałdowie. Wieczorem tego dnia przewiezieni zostali do więzienia w Elblągu, a następnego rana ruszyli w drogę do obozów w Prusach Wschodnich. 1 Henryk M. Kula, Polscy Inspektorzy Celni w Wolnym Mieście Gdańsku 1920 — 1939, Biblioteka 1 PG 2009. 2 Dieter Schenk, Gdańsk 1930-1945. Koniec pewnego Wolnego Miasta, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2014. 3 Tamże. 4 Żuławski Park Historyczny - Muzeum Opowieści, http://www.zph.org.pl/32-Muzeum_opowiesci Wiesław Olszewski 79 Na mocy dekretu Hitlera z 8 października 1939 r. byłe Wolne Miasto Gdańsk włączono do nowego okręgu Rzeszy - Gdańsk-Prusy Zachodnie. Nowy Dwór pozostał stolicą powiatu, jednego z 33 w okręgu. Dotychczasowy Landrat Otto Andres, rodowity Żuławiak urodzony w 1902 roku w Cyganku, przeniesiony został na starostę włączonego do Rzeszy powiatu tczewskiego. Był, tak jak i inni, przygotowywany do tego już wcześniej. W styczniu 1940 roku, doceniając jego zasługi dla nazizmu, Forster powołał go na swego zastępcę. 1 października powiat powiększono włączając w jego obszar Mierzeję Wiślaną oraz tzw. Szkarpawę, a więc tereny na wschód od Wisły, wcześniej należące do Gdańskich Nizin. Dekret Hitlera znosił administrację wojskową na zajętych terenach, przez pewien czas utrzymywana była jeszcze kontrola na byłej granicy z Prusami Wschodnimi na Nogacie. Jesień, okres prac przy żniwach i wykopkach wymagał siły roboczej. Do prac rolnych na Żuławach, w miejsce robotników sezonowych, zaczęto kierować aresztowanych w Gdańsku, Gdyni i innych miejscach Pomorza, Polaków. Początkowo wysyłaniem „jeńców cywilnych” zajmował się Wehrmacht i siły policyjne, po kilku dniach sytuacje pospiesznie zalegalizowano tworząc, jeszcze w trakcie działań wojennych, urzędy pracy, których strukturę organizacyjną opracowano już przed wybuchem wojny5. Długo płynął w górę biegu Wisły nasz stateczek, aż wreszcie zaczął zbliżać się do brzegu. Było to tuż przed mostem pontonowym pod Kieżmarkiem, łecz nie on był cełem mojego zainteresowania, tyłko stojący na wierzchu wału od strony Żuław długi sznur furmanek. Na przybrzeżnej łące oczekiwałi na nas okołiczni bauerzy i łedwo zaczęłiśmy schodzić za statku, już przebierałi pomiędzy nami szukając najłepiej im odpowiadających robotników.[..] Gdy widziałem ten harmider, to macanie muskułów i zaglądanie w twarze oraz szacowanie całej postawy poszczególnych ludzi, naszła mnie myśł, że tak samo odbywał się zapewne opisywany w „Chacie wuja Toma” targ czarnych niewołników. — wspomina swą drogę do pracy u bauera w Bronowie Brunon Zwarra6. Tym statkiem, w pierwszych dniach października, przewieziono na Żuławy znaczną grupę aresztowanych gdańszczan, trafili do wielu miejscowości: Drewnicy, Bronowa, Jankowa, Rybiny, Marynów i innych. Transportowano ich także pociągami kolejki wąskotorowej, na początku października sformowano ogromny skład liczący około tysiąca więźniów załadowanych do piętnastu wagonów. Na kilkunastogodzinnej trasie przejazdu pociągu dokonywano rozdziału więźniów do poszczególnych gospodarstw. Pewnego dnia zawieziono nas na dworzec kolejki wąskotorowej przy Bramie Żuławskiej, skąd pojechaliśmy do Kałdowa. Tam oczekiwali nas już niemieccy gospodarze, - wspomina inny gdańszczanin7. Niektóre transporty więźniów odchodziły ze stacji kolei normalnotorowej do Lisewa i dalej byli rozwożeni w różnych kierunkach pociągami wąskotorowymi. Do każdej grupy więźniów przydzielano eskortę esesmańską, która jednocześnie pełniła nadzór na miejscu pracy. Niektórzy bauerzy przyjeżdżali po więźniów wprost do Gdańska. Do prac rolnych kierowani byli również więźniowie z funkcjonujących już obozów w Sztutowie i Granicznej Wsi. Tworzone komanda zewnętrzne nie tylko zabezpieczały siłę roboczą dla gospodarstw rolnych, rozładowywały zagęszczenie panujące w obozach, były źródłem środków na utrzymanie więźniów i załogi. Realizowano również w ten sposób hasła hitlerowskiej Marek Orski, Filie Obozu Koncentracyjnego Stutthof w latach 1939-1945, Gdańsk 2004. Brunon Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki, T. 2, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1985. Brunon Zwarra, Gdańsk 1939 wspomnienia Polaków-Gdańszczan, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1984. 80 Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów propagandy, domagającej się dostarczenia niemieckiemu rolnictwu polskich robotników. Propagandy skutecznej. Ludność to niesłychany motłoch, tak wielu Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych”* — pisał do żony, po odbytej kampanii w Polsce, pułkownik von Stauffenberg, późniejszy przywódca zamachu na Hitlera. Oprócz osób aresztowanych i osadzonych w obozach, do prac w gospodarstwach wysyłano w tym czasie także osoby kierowane przez rewiry policyjne i nowo powołane urzędy zatrudnienia. Pracę w niemieckich gospodarstwach, w porównaniu z warunkami w obozie, większość wspomina dobrze. .. .gospodarz niemiecki zachowywał się wobec nas poprawnie — przypomina Jan Gdaniec. Zarówno gospodarz, jak i pilnujący nas wachman okazali się przyzwoitymi ludźmi. Nie pamiętam, żebyśmy wtedy mieli powody do narzekań — opisuje inny, pracujący w ówczesnych Marynowach. W niektórych komandach jeńcy mogli nawet opuszczać teren gospodarstwa po dniu pracy, pójść do kościoła, gospody a nawet kina. Niektórzy Niemcy, po zakończeniu prac jesiennych zabiegali u władz, na ogół bezskutecznie, o pozostawienie Polaków na stałe w swoich gospodarstwach. Inni aresztowani mieli mniej szczęścia, trafili do znacznie gorszych właścicieli. To był fanatyczny hitłerowiec. Nieustannie ganiał nas przy robocie, na przykład kazał biegiem przenosić ciężkie kosze z kartoflami i biegiem pędził nas z pół. Tylko jego żona dawała nam niekiedy potajemnie dodatkową żywność - opisuje Jerzy Piotrowski. Zdarzały się, opisywane przez byłych więźniów, przypadki śmierci w gospodarstwach, od nadmiernego wysiłku u sadystycznego gospodarza w Kałdowie, zastrzelenia przez wachmana w Miłoradzu, czy ciężkiego zranienia w Lasowicach Wielkich. Te trzy miesiące u niemieckiego gospodarza [...] wspominam zarówno z niechęcią z powodu trudnych warunków pracy, jak też jako okres sytości, gdyż nie głodowaliśmy i zachowywali się wobec nas przyzwoicie. Potem dowiedziałem się od innych kolegów, że byli i tacy gospodarze i wachmani, którzy nieustannie poganiali i bili pracujących na polu rodaków — konkluduje Brunon Zwarta. 1940 Po burzliwych wydarzeniach września 1939 roku życie powróciło prawie do pierwotnego porządku i spokoju. Nieliczni powołani do wojska wrócili do domu. Z krajobrazu Żuław zniknęli, jakże liczni przed wojną, polscy robotnicy rolni. Późną jesienią zabrano także z gospodarstw, pracujących przy wykopkach, polskich więźniów obozów. Rozpoczęły się procedury mające zapewnić siłę roboczą w nowych uwarunkowaniach. 25 stycznia 1940 roku Hans Frank wydał odezwę wzywającą ludność rolniczą Generalnej Guberni do dobrowolnego zgłaszania się na roboty. W związku z fiaskiem tej akcji od lutego 1940 roku organizowanie transportów na wywózki polegało na chwytaniu ludzi z ulic, pociągów, kościołów, miejsc publicznych, kawiarń, targowisk. W końcu maja zapadła decyzja o zwolnieniu z obozów jenieckich znacznej części zdolnych do pracy polskich jeńców wojennych i przymusowym skierowaniu, przez odpowiednie urzędy pracy, jako robotników cywilnych. Jedną z form trzymania w posłuszeństwie „niewolników” Rzeszy był wprowadzony w 1940 r. areszt wychowawczy (Arbeitserziehungshaft). Od 1 października 1941 r. obozem 8 https://pl.wikipedia.org/wiki/Claus_Schenk_von_Stauffenberg Wiesław Olszewski 81 pracy wychowawczej (AEL) stał się obóz Stut-thof, którą to funkcję pełnił także po uzyskaniu w styczniu 1942 r. statusu obozu koncentracyjnego. Zaostrzenie środków przymusu nastąpiło po ogłoszeniu 16 lutego 1944 roku rozporządzenia karnego o powołaniu do pracy, na podstawie którego wprowadzono kary ciężkiego więzienia i wysokiej grzywny. Również na Żuławy zaczęli docierać robotnicy z naszytą literą „P” na ubraniu, kierowani do niewolniczej pracy, głownie w gospodarstwach rolnych. Kiedy wojna z Polską się zakończyła, no to zno-wuż potrzebowaliśmy robotników. I przywożono ich ale to byli już robotnicy przymusowi... które, co było widać, pochodziły z miasta, fryzjerki i ...No tym było ciężko — wspomina dawny mieszkaniec. Gdy wychodziłyśmy ze skłepu, Niemcy urządzili łapankę. Mama zbiegła, a mnie wepchnęłi w tłum. Potem zaprowadzili nas do Arbeitsamtu w Lipnie na podwórze, gdzie staliśmy na mrozie. [...] Zosta- fkauó der 'Denłódyen Tolktyemeinócbafl in Liegenhoł 1940, dom niemieckiej wspólnoty narodowej, fot. httpsfotopolska.eu liśmy wywiezieni wagonami bydlęcymi z Lipna do Grudziądza, a stamtąd do Szymankowa. Podróż odbyliśmy na stojąco. Tutaj część ludzi pojechała w stronę Gdańska, a ja po przejściu na inny peron, wśród szczekania psów i krzyków żandarmów, zostałam wraz z częścią Połaków, przewieziona kołejnym wagonem bydłęcym do Nowego Dworu Gdańskiego. Tam zorganizowano zbiórkę. Okołiczni Niemcy wybierali nas, jak bydło na targu. Trafiłam do gospodarzy ze Starocind^ — wspomina, piętnastoletnia wówczas, Regina Trzos, dziś mieszkanka Malborka. Toczyło się pozornie normalne życie, choć w pobliżu rozrastało się coś bardzo szczególnego, obóz w Stutthofi Już 13 września organ gdańskiej NSDAP Danziger Votposten informował: Obóz dła 2000 mężczyzn w Stutthofie. WStutthofie, wpobłiżu łeśniczówki w środku lasu, powstaje wielki obóz dla internowanych. Kiedy jego budowa zostanie zakończona, około 2000 mężczyzn należących do tej hołoty znajdzie w nim swoje miejsce. Obecnie w obozie znajduje się 480 osadzonych cywiłi. Ponieważ między nimi reprezentowane są wszystkie zawody, budowa obozu posuwa się błyskawicznie do przodu. Obecnie funkcjonujący kompleks obozowy jest otoczony około trzymetrowej szerokości pasem zasieków i wysokim płotem z drutu kolczastego. Ogromny długi barak znajdujący się w środku jest na ukończeniu. Dła pewnej części więźniów postawione zostały na środku placu namioty obozowe. Z wcześniej wyczyszczonym i zdezynfekowanym ubraniem hołota ta, o iłe nie zasłużyła wcześniej na ostrzejszą karę, trafia do Stutthofu. Tutaj zostaną zewidencjonowani i każdy z nich otrzyma swój numer. Nie ma już Salomona Totenkopfa albo Bronisława Transkowiaka, jest tylko numer taki i taki. Jak długo jeszcze pozostaną oni w obozie, gdzie muszą ciężko pracować, jeszcze nie wiadomo. 9 Taki był Malbork... wspomnienia, w opracowaniu Bogusława Krauze i Piotra Topolskiego, Malbork 2016. 82 Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów Mieszkańcy Nowego Dworu i okolicznych miejscowości żyli w cieniu tego miejsca. W relacjach swych, bardziej, bądź mniej szczerze, większość przekonuje o swej niewiedzy o nim. Muszę Panu powiedzieć, w co nikt mi nie wierzy, że o obozie koncentracyjnym w Sztutowie nic nie wiedziałem. Już na początku wojny wyjechałem z Nowego Dworu. Urlop miałem trzy razy, zwykle tylko po 14 dni. Miałem wtedy dziewczynę i zwykle mieliśmy sobie wiele innych rzeczy do opowiedzenia. Wtedy też nie wolno było o tym rozmawiać. Z tego co wiem, ci biedni ludzie byli w Nowym Dworze na dworcu „przeładowywani ” do Sztutowa. To oczywiście Nowodworzanie widzieli. A dowiedziałem się o tym od jednego mężczyzny, który pracował na dworcu, i który czasem podrzucał tym ludziom wodę albo coś do jedzenia, kiedy tylko nie był obserwowany. A było to surowo zabronione. O obozie w Sztutowie dowiedziałem się w radzieckiej niewoli. Zostałem zabrany na przesłuchanie, na którym to właśnie jednym z zarzutów był obóz koncen' tracyjny w Sztutowie. Wtedy głupio zresztą odpowiedziałem, że to jakaś radziecka propaganda, że to nie możliwe, żeby w Sztutowie był obóz. Później w niewoli drogo za to stwierdzenie zapla-ciłem. Kiedy wróciłem z przesłuchania do obozu, byłem bardzo przygnębiony. Jeden z kolegów zapytał, co mi jest i jak ja w ogóle wyglądam. Opowiedziałem mu, że zarzucono mi straszne kłamstwo, że w Sztutowie jest obóz koncentracyjny. Na co mi odpowiedział: wiesz, powiem ci prawdę, byłem tam kiedyś, musiałem tam coś zawieźć. Naprawdę tam jest i widziałem tych biednych łudzi. W taki właśnie sposób dowiedziałem się o obozie w Sztutowie. To był pierwszy raz, kiedy się o nim dowiedziałem. Kiedyś raz słyszałem, że znajduje się tam obóz pracy, no tak ale... Pierwszy raz o obozie koncentracyjnym w Sztutowie dowiedziałem się dopiero w radziec-kiej niewoli — wspomina Herman Spode, dawny mieszkaniec Nowego Dworu. 1940, ulica Hitler Strafie, obecnie Wejhera, fot.httpsfotopolska.eu Wiesław Olszewski 83 O funkcjonowaniu obozu trudno było nie wiedzieć, już jesienią 1939 roku zaczęły funkcjonować, trudne do zamaskowania, podobozy w Przebrnie i Kępinach Wielkich. Więźniów tam pracujących wynajmowano również do pracy w okolicznych gospodarstwach. Z wiosną 1940 roku zaczęto tworzyć liczne komanda zewnętrzne Stutthofu, kierowano je do pracy na roli, ale także w przedsiębiorstwach komunalnych, jak w Kał-dowie czy Sobieszewie, i firmach prywatnych. W Kałdowie więźniów zakwaterowano w dawnym budynku polskiej straży celnej, wcześniej, w 1939 roku, kwaterowani tam byli Polacy przywożeni do prac polowych. Z obozu głównego przeniesiono mnie i czterdziestu współwięźniów do podobozu, który utworzono w Nowym Dworze Gdańskim. Warunki ułegły znacznej poprawie. Byłiśmy zatrudnieni przy budowie Domu Kultury, który nad Tugą stoi do dziś— relacjonował Jan Stefaniak. W kwietniu (9 i 19) 1940 roku odeszły z obozu Stutthof dwa duże transporty więźniów do Sachsenhausen, prawie 1800 osób, głównie przedstawiciele Polonii gdańskiej. Więźniów pieszo pędzono na nowodworski dworzec, gdzie załadowano ich do bydlęcych wagonów. W dniu, kiedy Niemcy napadli na Norwegię — 10 IV 1940 roku — ustawiono nas w kolumny i prowadzono pieszo 20 km do nowego Dworuj...] Prowadzili nas spokojnie i nawet w Nowym Dworze dali nam jakieś racje żywnościowe. Tam załadowano nas do bydlęcych wagonów™. Wydaje się nie możliwym, by w niewielkim, trochę ponad trzytysięcznym miasteczku nie było to zauważone. 1942 W roku 1942, mimo że oznaki wojny były coraz wyraźniejsze, Żuławy pozostawały krainą spokoju. Prasa informowała o sukcesach niemieckich armii i pozytywnych rokowaniach militarnych na przyszłość. Ogromną rolę propagandową odgrywał Vołksempfanger, dosłownie to: odbiornik łudowy, wymyślony już w latach trzydziestych, na polecenie Goebbelsa, powszechnie dostępny, jednozakresowy odbiornik radiowy. Po wojnie w Polsce zanany był jako tzw. kołchoźnik. Zaczęły się już jednak pojawiać, również w prasie lokalnej, coraz liczniejsze nekrologi: Gestorben fur Fuhrer und Vaterłand {Zginął za Fuhrera i Ojczyznę), poświęcone poległym mieszkańcom. Przed sklepami tworzyły się kolejki dla realizacji kartkowych przydziałów. Widać było mężczyzn w różnego rodzaju mundurach, żołnierzy na urlopach i ozdrowieńców z medalami na piersiach. Oczywiście naznaczeni byłiśmy też przez Hitłerjugend (HJ). Uczestniczyliśmy w obozach namiotowych, uczyliśmy się posługiwać kompasem, orientacji w nocy... Przechodziliśmy też wstępne szkolenie wojskowe. I tak nadszedł 1942 rok. My młodzi baliśmy się, że wojna zakończy się bez naszego udziału1. Zgłosiłem się dobrowolnie - wspomina dawny mieszkaniec. Byłem żołnierzem. Wałczyłem na froncie i byłem czterokrotnie ranny. Powołany zostałem w 1942, potem wielokroć ranny, dostałem miedzy innymi postrzał w brzuch — przypomina inny. Coraz częściej zauważało się kobiety z wychudłymi i smutnymi twarzami, kobiety, którym wojna zabrała mężów, synów i braci. Mój gospodarz pochodził spod Nowego Dworu Danuta Drywa, Sduberungsaktion na Pomorzu Gdańskim w świetle dokumentów KL Stutthof (1939-1942), Muzeum Stutthof 2015. 84 Nowy Dwór i Żuławy w 111 Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów Gdańskiego i walczył wcześniej we Francji. Gospodarstwem zajmowała się żona i wychowywała czworo dzieci-wspomina Henryk Jaskulski, były więzień, po wojnie mieszkaniec Malborka. Coraz bardziej odczuwalny był brak rąk do pracy. Funkcjonujący w nowych strukturach Stutthof, już jako obóz koncentracyjny, tworzył coraz liczniejsze podobozy i zewnętrzne komanda robocze. W Nowym Dworze zatrudniono więźniów przy przeładunkach wagonów na stacji towarowej, to komando stało się wtedy szczególnie ważne. W związku formalnym z nadaniem obozowi statusu obozu koncentracyjnego, nastąpiła jego znaczna rozbudowa, zaczęło napływać coraz więcej więźniów, teraz już całej Europy. W większości docierali przez nowodworską stację. Zatrudniano więźniów także w warsztatach kolei wąskotorowej, w cegielni, tartaku Janssena, mleczarni Kriega, browarze Stobbego, wielu pracowało w okolicznych gospodarstwach rolnych. Część tych grup roboczych miało charakter półstacjonarny, więźniowie byli do pracy dowożeni kolejką lub doprowadzani pieszo, po pracy wracali do obozu. Do większych komand należała półstacjonarna filia obozu w Nowym Stawie. Codziennie rano komando razem z innymi grupami więźniów zatrudnionych w gospodarstwach, wyjeżdżało z obozu kolejką wąskotorową w eskorcie czterech esesmanów. Pojawili się na Żuławach jeńcy wojenni różnych narodowości, głównie Anglicy, Francuzi i Rosjanie, osadzeni w Stalagu XXB w Malborku. Mieliśmy więźniów wojennych. Anglików, Francuzów.[...] Ci co u nas byli tak czy owak byli zadowoleni... Jedzenie było lepsze, mogli się swobodnie poruszać, mogli iść do kościoła, kościół katołicki był w pobliżu. [...]Pracowali w mleczarni; ci byli całkiem zintegrowani. Z nimi próbowaliśmy nasz szkolny angielski... Z tymi byliśmy w porządku...[...] później mieli dużo swobody, nie było żadnych straży.[...] Później mieliśmy więźniów rosyjskich. No ci byli wygłodzeni... - wspomina były mieszkaniec. Mieliśmy gospodarstwo. Pracowało u nas dwóch rosyjskich jeńców wojennych -pisze dawna mieszkanka Nowej Kościelnicy. 1943 Jesienią 1943 roku wojna powietrzna przeciw Niemcom dotarła na tereny leżące na wschód od Wisły. Celem amerykańskich nalotów były Zakłady Lotnicze Focke-Wulf w Królewie Malborskim. 9 października 1943 roku oraz 9 kwietnia roku następnego, od strony Bałtyku, nadleciało za każdym razem po blisko sto maszyn, wśród nich tzW-latające fortece. Kompletnie unicestwiona została lotnicza montownia, ogromny wstrząs przeżyła ludność, zwłaszcza z okolic Malborka i Sztumu". To prawdopodobnie drugi z tych nalotów opisuje Wacław Mitura, wówczas więzień Stutthofu: Pamiętam dobrze, że w Wielką Niedzielę 1944 roku była piękna, słoneczna pogoda. Więźniowie powynosiłi stoły na płac przed baraki, by w blasku wiosennego słońca wspólnie zjeść świąteczny obiad. Było bardzo ciepło — wiosna w pełni. Akurat w sam czas obiadu mocno przytłumionym, ałe nie' zwykle potężnym grzmotem zadrżała ziemia. Natychmiast oczy skierowaliśmy w górę. W ośle' piającym blasku wiosennego słońca ujrzeliśmy trzy ogromne eskadry bielutkich i maleńkich jak gołębie samolotów alianckich. Znawcy mówili, że każda z nich liczyła około stu ciężkich bombowców, a więc musiało ich być chyba ze trzysta. Leciały równo, majestatycznie, nikt itd 11 Marek Dziedzic, Amerykańskie bombowce nad Malborkiem, Prowincja nr 3 (21), 2015. Wiesław Olszewski 85 nie przeszkadzał. Niemiecka obrona przeciwlotnicza milczała jak mur.j...] Fakt ten dał nam dużo optymizmu i był przez nas długo komentowany'1. 1944 Znaczące zmiany miały nadejść z rokiem 1944, choć życie toczyło się jeszcze według ustalonych reguł. Na Żuławach, poza wspomnianymi nalotami, wojny nie było, nie słyszano jeszcze jej odgłosów. Radio transmitowało propagandowe przemówienia Hitlera i Goebbelsa. Docierały, najczęściej kłamliwe, doniesienia z frontu, o bohaterskich walkach obronnych przy granicach Niemiec, ale i o tym, że front wschodni cofnął się o kilkaset kilometrów. Od czerwca ruszył front zachodni. Mimo trudności, przyzwoicie funkcjonował jeszcze system kartkowego zaopatrzenia ludności. Lokalna prasa przynosiła jednak coraz więcej nekrologów. Kreisleiterzy i ich podwładni znacznie częściej musieli wykonywać swój trudny obowiązek — informować rodziny o śmierci ich synów na froncie, zachęcali przy tym do „pełnej dumy żałoby”. Starali się bagatelizować grożące niebezpieczeństwo, uspokajając ludność i podbudowując jej morale. Apogeum swej rozbudowy przestrzennej i organizacyjnej osiągał KL Stutthof w rekordowej liczbie funkcjonowały podobozy, wiele na Żuławach jak i w ich stolicy. Szczególną rolę odgrywało komando przeładunkowe na dworcu kolei w Nowym Dworze. Liczyło zawsze od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu ludzi, którzy zajmowali się przeładunkiem z wagonów normalnotorowych na wagony kolejki wąskotorowej i odwrotnie, najrozma- itszych towarów, ale także ludzi. Poza towarami odbywał się na stacji rozładunek łudzi, więźniów kierowanych do obozu Stutthof. Przypominam sobie przeładunek Żydów z Polic latem 1944 r. Było ich kilkuset, wszyscy słabi, w stanie skrajnego wyczerpania, nie mogłi iść o własnych siłach. Innym razem przeładowywaliśmy parę tysięcy Żydów węgierskich, których po przybyciu do obozu uśmiercono w komorze gazowej — opisuje pracujący tam Władysław Boniński. Gdy otworzyliśmy wagony kolejowe, posiadające stalowe, zasuwane drzwi, wypadły z nich poobcinane palce rąk i nóg. Zostały one po prostu obcięte przy zamykaniu tych drzwi przed trzema tygodniami. Gnijące ciała i żywi ludzie leżeli jedni na drugich. Jedna z nich była zupełnie naga i szalona, miała związane nogi i ręce cienkim stalowym drutem [...] Zwłoki wyrzucaliśmy tak jak worki, jeden brał za nogi, drugi za ręce. [...] Z jednych zwłok wyrwała się ręka podczas przenoszenia zwłok. Wreszcie dobrnęliśmy do żywych. Staraliśmy się pomóc im przy przejściu do wagonów wąskotorówki, ale nie szły dość szybko, jak esesmani tego wymagali. Ten przeklęty zawiadowca stacji wrzeszczał i skrzeczał, żebyśmy prędzej Wacław Mitura, Za drutami Stutthofu: wspomnienia więźnia obozu, Wydawnictwo Pomorze, Bydgoszcz 1984. 1943, na tle wieży ciśnień, fot. httpsfotopolska.eu 86 Nowy Dwór i Żuławy will Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów kończyli przeładunek. Musieliśmy więc i żywych przeładować w taki sam sposób. Tak opisał przybycie transportu powrotnego Żydówek z pracy w podobozach jeden z więźniów, Duńczyk. Transportów tych było w tym czasie wiele i ogromnych, skala procederu była znacznie większa niż w latach ubiegłych. W maju i czerwcu tego roku przybyły duże transporty więźniów z warszawskiego Pawiaka oraz więzienia na lubelskim zamku. W Tiegenhofie otwarto drzwi wagonów i kazano nam wysiadać. Siąpił majowy deszczyk. Okolica wyglądała nieciekawie. Jakieś torfowiska, bagna. O sto metrów od naszej stacji stały przygotowane dła nas odkryte wagonetki kolejki wąskotorowej. Gromada policjantów pilnowała porządku. Wpakowano nas do wagonetki, upychając, iłe włezie. Policjanci z gotowymi do strzału karabinami umieścili się na początku, na końcu i w co trzecim wagonie składu. Wreszcie ruszyliśmy. Droga wiodła przez równinę, na której stały schludne murowane domki, typowe dla niemieckich kolonistów. Ludzi widać było mało. Polaków nie było w ogóle. Nieliczni Niemcy patrzyli na nas z nienawiścią i pogardą^. Dynamiczna sytuacja na frontach, cofanie się armii niemieckich, zmusiły władze SS do rozpoczęcia stopniowej likwidacji obozów koncentracyjnych, gett i obozów pracy z wię-ziami żydowskimi i systematycznego przenoszenia transportów więźniarskich do obozów znajdujących się poza strefą działań wojennych. Od 29 czerwca do 28 października do obozu w Sztutowie trafiło co najmniej 49 tysięcy ludzi. Przybywali z KL Auschwitz i obozów krajów bałtyckich, większość transportów szła przez Nowy Dwór. Dla około 12 tysięcy Żydów Stutthof stał się jedynie obozem przejściowym, w drodze do innych obozów, ponownie z przeładunkiem na nowodworskiej stacji. Kolejne ogromne transporty, to ludność Warszawy, trafiająca poprzez obóz w Pruszkowie pod koniec Powstania. Kilka tysięcy ludzi przybyło w trzech transportach, 26 i 31 sierpnia oraz 29 września. Większość również po pewnym czasie przemieszczono do innych obozów bądź podobozów Stuttho-fu, ponownie koleją przez Nowy Dwór. Praca w komandzie, dzięki kontaktom z robotnikami cywilnymi, stwarzała możliwości „organizacji” dodatkowej żywności. Uzyskanie przydziału do tej grupy, poza oficjalnym skierowaniem, wymagało specjalnej rekomendacji od przekupionego kapo. Nie zawsze jednak praca tu była taką, jakiej oczekiwali zabiegający o to więźniowie: ...stały wagony towarowe normalnej kolei, skąd trzeba było wyładowywać różne materiały budowłane, jak prefabrykaty, cegłę itp., ałe żywności nie było widać (...). Rękawic nie było, toteż nic dziwnego, że po paru godzinach pracy, ręce nieprzyzwyczajone do ostrej cegły, zaczęły krwawić (.. f okazało się, że to komando nałeżało do najgorszych i wpadłem jak śliwka w kompot. Przeładunek trwał do wieczora o głodzie, ponieważ nie przywieziono nam obiadu. Tempo pracy przy wyładunku i załadunku szalone. Niemiłosierne popędzania <łos, schneller>, wrzaski kapo W i kopniaki. Esesmani schowali się do budki kolejarskiej i grzali się, a my musieliśmy w zawrotnym tempie wykonywać niewolniczą pracę o głodzie i chłodzie. Z jednej strony przy pracy było ciepło, a z drugiej wiatr mroził. Dziw, że nie przeziębiłem się na śmierć. Praca na stacji, przy ograniczonych warunkach dozoru, prowokowała pokusę ucieczek-I takie miały miejsce. Mimo pościgu, skuteczną okazała się ucieczka Białorusina Aleksego Karpiuka. Przez Nowy Staw, Malbork, gdzie pomocy udzielili mu przypadkowi Polacy, 13 Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Stutthof. Ze wspomnień więźnia obozu koncentracyjnego. Warszawa 1946. Wiesław Olszewski 87 i Olsztyn, dotarł do rodzinnego Białegostoku. Drugiej ucieczki z tego miejsca pracy dokonał, 22 maja 1944 roku kapo komanda, Niemiec Rudolf Paulus. Według przekazu innego więźnia, był on synem słynnego feldmarszałka, osadzonym w obozie za zabójstwo oficera Wehrmachtu. Ta ucieczka odbyła się prawdopodobnie za wiedzą nadzorujących esesmanów14. Przez Nowy Dwór biegła też droga najsłynniejszej ucieczki ze Stutthofu, dokonana 14 listopada 1944 roku przez Włodzimierza Steyera. Dzięki pracującym w nowodworskiej piekarni polskim robotnikom przymusowym, dostał się do Malborka, potem pociągiem do Łodzi. Była to jedyna udokumentowana, brawurowa i skuteczna ucieczka obozu głównego15. Większość prób ucieczek nie kończyła się jednak sukcesem, o czym informuje poniższy dokument: [...] 1. Wyróżnienie. Wyrażam uznanie SS-Rottef Emilowi Podlichowi z 1 kompani [wartowniczej], który wykazał się szczególną uwagą w dniu 24 XII 1944 w okolicy Nowego Dworu, ujmując zbiegłego więźnia. Podłich otrzymuje 5 dni urłopu specjalnego^. Przybycie do obozu ogromnych transportów, głównie kobiet żydowskich było przesłanką dla tworzenia nowych komand rolniczych latem i jesienią 1944 roku. Do pracy w żuławskich gospodarstwach skierowano około 3000 Żydówek. Opuszczenie obozu łączyło się z poprawą ich położenia i zwiększało szanse na przeżycie. Przed skierowaniem do pracy dokonywano okrutnych selekcji, kierowano tylko najsilniejsze. Warunki u żuławskich bauerów często też były bardzo ciężkie: Miałyśmy pecha. Dostałyśmy się do najgorszego człowieka w Orłowie. Tak twierdzili miejscowi ludzie. On sam diabelsko zły, żona jego nie miała w sobie nic ludzkiego, a synalek 15-letni bił nas przy każdym spotkaniu. Pracowaliśmy w polu przy zbiorach jesiennych 1944 r. praca była bardzo ciężka a jedzenie kiepskie. Nawet w niedzielę nie mogłyśmy odetchnąć, gdyż gospodarz wypożyczał nas innym. [...] Żydów nienawidził z całego serca. (...) U gospodarza Kleina w Grenzdorf, spotkaliśmy trzy takie żydowskie dziewczyny. Najmłodsza miała 22 lata, ale wyglądała na 40 i była niewątpliwie pięknością przed zaledwie rokiem. Teraz była ostrzyżona do skóry jak wszystkie kobiety żydowskie w obozie; pokryta drobnymi, ropiejącymi ranami na ramionach i twarzy o pięknym wysokim czole. (...). Była ona w tym gospodarstwie szczęśliwa w szczególny sposób. Oto miała okazję, aby w ciągu 14 dni niewolniczej pracy codziennie otrzymać po pół litra grochówki na obiad - opisuje jeden z norweskich więźniów lagru. Były wynędzniałe, blade. Obchodzono się z nimi jak ze zwierzętami: spały na barłogu, w szopie obok krów, przykrywały się kocem, ich ubrania -pasiaki obozowe, drewniaki na nogach, głowy ostrzyżone. Jadły to samo, co i my, ale oddzielnie. Rozmawiać z nimi również nie było nam wolno. Mimo to dowiedzieliśmy się od nich dużo o obozie i warunkach, w jakich w nim żyły. Żal nam ich bardzo było i jak mogliśmy dzieliliśmy się z nimi pożywieniem, choć i my nie mieliśmy go pod dostatkiem. Po żniwach zabrano je z powrotem do obozu. Pobyt na wsi był dla nich korzystny, nabrały zdrowej cery, przytyły nieco, stały się podobne do ludzi - relacjonuje swój pobyt na robotach przymusowych w Kościeleczkach Stanisław Topolewski. W połowie listopada, po zakończeniu prac polowych, więźniarki ponownie wróciły do obozu. Zrejestrowano kilka ucieczek w ostatnich dniach przed powrotem do obozu. Wizja powrotu do znacznie cięższej rzeczywistości była też przyczyną samobójstw. ' Marek Orski, Filie Obozu Koncentracyjnego StutthoJ w latach 1939—1945,Góansk 2004. Krzysztof Steyer, Włodzimierz Steyer, Zeszyty Muzeum Stutthof 2 (12), 2014. 16 Maria E. Jezierska, Ucieczki z obozu koncentracyjnego Stutthof na tle dokumentów. Zeszyty Muzeum Stutthof 10, 1992. 88______________________Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów_____, Najważniejsze było lato 1944 roku. Wiadomości z frontu były coraz ciekawsze dla Pola-ków. Natomiast Niemcy denerwowali się. W czerwcu zaczął się przymusowy pobór do wojska i podpisanie listy. Dużo osób wykręciło się stanem zdrowia, kilku zbiegło, ale część musiala isc do wojska, bo zagrożono obozem w Sztutowie albo wymordowaniem rodziny. Ci, co musieli iść płakali przy pożegnaniu i mówili, że karabin strzela w dwie strony. Na miejsce wysłanych do niemieckiego wojska Polaków, niemieccy gospodarze dostali Rosjan, Włochów i Francuzów — wspomina Regina Trzos. Obecnie znajdujemy się w 5 tym roku wojny. Bardzo poważna jest obecna sytuacja. Idzie o to „być albo nie być" narodu niemieckiego, rozstrzygająca walka, bez porównania, walka między dwoma światopoglądami. Naród niemiecki stoi zwarty i gotowy za swoim wodzem Adolfem Hitlerem, przeciw bolszewizmowi i światowemu żydostwu, przeciw Rosji, Anglii i Ameryce. Jak ta walka się zakończy, do tego czasu nikt nie wie, tylko to wiemy, że musimy zwyciężyć, inaczej naród niemiecki przestanie istnieć. Wy którzy czytać będziecie te wiersze będziecie, już wiedzieli jak się zakończyło, my, którzy jesteśmy w środku tego zdarzenia, nie wiemy i tak jest dobrze. My jednak jesteśmy pełni ufności, w wierze do naszego wodza dzielnie będziemy trwać i nasz naród, który pomimo wszystkich dewastacji, będzie się mocno razem trzymać i dzielnie przetrzyma do zwycięstwa albo zagłady — pisał w czerwcu 1944 roku, do „potomnych”, Alwin Somerfeld - rolnik z Myszewa1 O ile latem 1944 roku nastroje mieszkańców Żuław mogły być jeszcze umiarkowanie nerwowe, to jesień przyniosła zdecydowane zmiany. Zmasowany atak Armii Czerwonej z 16 października przeniósł teatr działań wojennych na ziemie niemieckie. W kinach żuławskich, tak jak w całej Rzeszy, zaczęto wyświetlać kronikę filmową, pokazującą kompletnie zburzony Gołdap i masakrę w Nemmersdorf. Obrazy te wywołały przerażenie, stały się symbolem nadchodzącego czasu. Ostatni raz byłem na urlopie w domu w 1944 roku. Wówczas nie liczyliśmy się jeszcze z tym, że nadejdzie ostateczne pożegnanie. Mimo, że front coraz bardziej się cofał. To oczywiście zauważono. Pożegnałem się wtedy normalnie, mając ci' chą nadzieję na powrót. Nie było przecież żadnych zniszczeń, w naszym domu również. Uwagę podczas tej strasznej wojny zaczęli zwracać jedynie przetaczający się nad zatoką uchodźcy-Szli przez Krynicę Morską, Sztutowo, Stegnę, wzdłuż Mierzei. Przez to i nasi ludzie bardziej zwracali uwagę na to, co się działo - wspomina jeden z danych mieszkańców. Widziałam uciekających Niemców z terenów Prus już od Bożego Narodzenia — przypomina Regina Trzos, opisując swą pracę przymusową w Staroci nie. Przygotowując się do działań obronnych, rozpoczęto prace przy budowie linii kolei wąskotorowej wzdłuż całej Mierzei Wiślanej. Miała służyć wojsku. Siłę roboczą stanowili więźniowie Stutthofu pod nadzorem saperów Wehrmachtu. Dla pozyskania materiału wcześniej rozebrano niektóre bocznice i odcinki kolei, np. między Stegną i Rybiną. Zdoła' no zbudować odcinek ze Sztutowa do Krynicy Morskiej. Zimą 1945 roku, dla usprawnienia ruchu uchodźców i wojska, saperzy wytyczyli, równoległy do istniejących, nowy szlak wyłożony drewnianymi balami. Do robót tych, oprócz saperów, zatrudniono robotników przymusowych i więźniów obozu. 17 Jest to fragment listu znalezionego w 1999 roku, w trakcie prac remontowych ogrodzenia jednej z posesji w Myszewi* obecnie w zbiorach ŻPH w Nowym Dworze Gdańskim. Wiesław Olszewski 89 Pod koniec 1944 roku po raz kolejny wielka polityka „otarła się” o Nowy Dwór. 2 grudnia tego roku, do Obozu Specjalnego w KL Stuttchof, trafili krewni organizatorów nieudanego zamachu na Hitlera, w Gierłoży koło Kętrzyna. Trafiła tu wtedy także liczna rodzina przywódcy puczu, wspomnianego już tu, pułkownika Clausa Schenk von Stauffenberg. Nagle zatrzymanie na jakimś małym dworcu. Kilku SS-manów stoi przed pociągiem. Jeden z nich ma białe rękawiczki. Przedstawia się, komendant KL Stutthof, wita nas jako swoich gości. Potem wsiadamy do czekającej ciężarówki. Po krótkiej jeździe postój. Przed nami na wiełkim, otoczonym wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego podwórzu stoi duży barak. Za ogrodzeniem z drutu stoi mur, czy też płot, który uniemożłiwia jakiekołwiek rozgłądanie się. Dookoła las iglasty. Wydaje się, że jesteśmy na końcu tego obozu. Na rogach duże wierze wartownicze obsadzone przez wartowników uzbrojonych w broń maszynowa'* — opisuje przybycie do obozu Marie-Gabriele Schenk von Stauffenberg, krewna pułkownika. Wspomniany dworzec to zapewne ówczesny Tiegenhof. 1945 Kolejna miażdżąca ofensywa dwóch frontów Armii Czerwonej ruszyła 13 i 14 stycznia 1945 roku. W zawrotnym tempie, około 23 stycznia, kolumny pancerne dotarły pod Elbląg i Malbork. Rozpoczęły się zacięte walki o te miasta. Pod koniec stycznia pierwsze oddziały przekroczyły Nogat. W kierunku Gdańska zaczęła płynąć coraz potężniejsza fala uchodźców z Prus Wschodnich. W niemal całkowitym chaosie, z dzikim pośpiechem, kobiety, dzieci i starcy - mężczyźni zdolni do walki zostali wcieleni do Volkssturmu — uciekali przed pędzącymi rosyjskimi czołgami. Przy trzaskającym mrozie, pokonując po lodzie Nogat, Wisłę i Zalew Wiślany, wędrowały kolumny wynędzniałych, przemarzniętych i wygłodniałych ludzi, wzmagając obawy i budząc przerażenie mieszkańców Żuław. Nie długo to samo spotkało i ich samych. Strasznie. Ojciec był w Vołkssturmie, a mój brat na obozie przysposobienia obronnego [...], więc zostałam z mamą sama. 24 stycznia wszyscy musiełi się stawić we wsi. Były to praktycznie tylko kobiety i dzieci. We wsi, tzn. w Nowej Kościelnicy, panował chaos. Przejeżdżało wojsko i każdy wóz uciekinierów musiał się zatrzymać i nie można było w ogóle dostać się do głównej drogi. Kobiety zdecydowały się więc zawrócić i pojechać z powrotem do domu. My też tak zrobiłyśmy. Niedługo potem wrócił ojciec i powiedział, że nie możemy tu zostać, że niedługo będą tu Rosjanie. Jeszcze tylko jedną noc spędziliśmy w domu, a następnego dnia wcześnie rano, położyliśmy na sanie kilka rzeczy i poszliśmy na piechotę... - wspomina Helga Dyck. 25 stycznia, na morderczy marsz śmierci, wyprowadzono ponad 11 tysięcy wycieńczonych więźniów Stutthofu. Jak wspominają ci, którzy przeżyli, idąc przez Żuławy, widzieli jeszcze wyraźną niechęć do siebie, niemieckich mieszkańców mijanych miejscowości. Niektórzy już tu utracili życie, jak Janina Lipińska, jedna z czterdziestu osadzonych w obozie uczestniczek Powstania Warszawskiego. Wyczerpana przebytym tyfusem, zmarła już drugiego dnia marszu, w Cedrach Wielkich. 9 lutego opuścili miasto, wycofując się na Żuławy, broniący Elbląga. Wraz z wojskiem, Marzęcino, Kmiecin, Nowy Dwór zapełnili cywilni uciekinierzy. Nasilenie działań wojennych na terenie Żuław Wielkich i Gdańskich nastąpiło w początku marca. Przygotowano wcześniej do obrony obydwa miasta żuławskie; Nowy Dwór i Nowy Staw, zwłaszcza 18 Marcin Owsiński, Obóz Specjalny w KL Stutthof, Zeszyty Muzeum Stutthof 1(11), 2013. 90 Nowy Dwór i Żuławy w III Rzeszy Niemieckiej w świetle przekazów Nowy Dwór, jako ważny w tym czasie, węzeł komunikacyjny oraz punkt koncentracji wojsk i sztabów. Z początkiem marca rozpoczęło się forsowanie Nogatu, głównie przez śluzę w Michałowie i jej okolicę. Pokonanie trudnego, silnie przez Niemców bronionego terenu, zajęło około dziesięciu dni. Szturm na miasto nastąpił głównie od strony Kmiecina i Rychnów. W niemieckim gospodarstwie pracowałam do 10 marca 1945 roku, kiedy to sołtys zarządził natychmiastową ewakuację [...]. Gospodarze zabrali mnie ze sobą. Udaliśmy się wozem konnym w kierunku przeprawy na Wiśle w Kieżmarku. Jak tam dotarliśmy, zobaczyłam ogromną rzeszę ludzi z zaprzęgami końskimi, którzy próbowali przekroczyć Wisłę W tym czasie nadleciały rosyjskie samoloty. Wybuchające bomby zabiły wielu ludzi i zwierzęta Spowodowało to ogromne zamieszanie. Konie i ludzie tonęli w Wiśle. Słyszałam jęki i lament To było piekło. Gospodarz zawrócił - wspomina Regina Trzos. Intensywne walki o miasto trwały kilka dni, ostatni obrońcy wyparci zostali w godzinach wieczornych 10 marca, znaczna jego część legła w gruzach. W wyniku intensywnych i zdecydowanych działań wojsk radzieckich do połowy marca oddziały niemieckie utraciły większość Żuław Wielkich. Skłoniło to dowództwo wojsk hitlerowskich do podjęcia desperackiej decyzji o zatopieniu części depresyjnych terenów. W świetle dokumentów Armii Czerwonej, wystawionych 11 marca 1945 roku, tę datę uznano za dzień oswobodzenia Nowego Dworu z wojsk niemieckich, podobnie jak wielu innych żuławskich miejscowości19. Według danych radzieckich, w walkach o miasto poległo 215 żołnierzy niemieckich, 48 trafiło do niewoli, z późniejszych szacunków władz polskich wynika że w tvm c zginęło blisko 400 Rosjan20. 7 30 marca 1945 roku, dekretem Rządu Tymczasowego, w porozumieniu z Prezydium Krajowej Rady Narodowej, powołane zostaje województwo gdańskie. W skład jego weszło miedzy innymi całe byłe Wolne Miasto Gdańsk, a więc również Nowy Dwór wraz z Żuławami. Stan ten zatwierdziła konferencja poczdamska obradująca między 17 lipca a 2 sierpnia 1945. W ten sposób, po 173 latach, Nowy Dwór wyludniony, w ogromnym stopniu zburzony, częściowo zatopiony, znalazł się ponownie w granicach państwa polskiego. 12 listopada 1946 roku, Rozporządzeniem Ministrów Administracji Publicznej oraz Ziem Odzyskanych, do nazwy miasta dodano przymiotnik „Gdański”, zaczęła obowiązywać urzędowa nazwa: Nowy Dwór Gdański. 19 Bolesław Dolata, T Jurga, Walki zbrojne na ziemiach polskich 1939 - 1945, Warszawa 1967. 20 Wiesław Olszewski, Cmentarz Wojenny w Kmiecinie, „Prowincja”, nr 1 (23), 2016, s. 62. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski Sześćset marek dla ADAMA ASNYKA W szkicach podróżnych rozpoczynających się na małej stacyjce dawnej kolei pruskiej Mleczewo1, leżącej na trasie Malbork-Mława, Adam Lew Sołtan występował dotychczas jako postać epizodyczna, choć tworząca ramę dla opowieści. Może nadeszła pora, aby to zmienić. „Gdyby wam lekarze wieś przepisali - na kilka tygodni do Waplewa. Moglibyście pracować, ile chcecie, a ogród i powietrza nie brakłoby. Serca przyjazne czuwałby i odświeżylibyście zdrowie. Jestem przekonany, że pobyt na wsi byłby bardzo skuteczny (...)! Oprócz muchy nikt by wam spokoju nie przerwał”. Takie zaproszenie przesyłał do Józefa Ignacego Kraszewskiego Adam Lew Sołtan w 1878 roku. Pisarz nie miał okazji, żeby skorzystać z powtórnej gościny w Waplewie (był tu wcześniej 19-20 wrze- Maria iAdam Sierakowscy. Zdjęcie wy-śnia 1867 roku Z okazji Ślubu Antoniny Sierakowskiej, sio- konane w Poznaniu było prezentowane . . . 1 x x t iii • i na wystawie w waplewskim muzeum strzenicy przyjaciela). Na pewno bardzo doceniał ten gest szczerego zatroskania, tak jak i całą wieloletnią korespondencję z waplewskim rezydentem. Miała ona wymiar szczególny z innego jeszcze powodu. Sołtan był zaplątany w sieć agen-turalną autora „Starej baśni”, który mieszkając w Dreźnie, zaangażował się w działania wywiadowcze na rzecz Francji. Skończyło się to, jak pamiętamy, aresztowaniem (1883) i głośnym procesem sędziwego i schorowanego Kraszewskiego. Historycy mają pewność, że Sołtan dobrze wiedział, w jakiej grze uczestniczy. CICHY REZYDENT? Kilkakrotnie, także w poprzednich tekstach, nazwałem Adama Lwa Sołtana „waplewskim rezydentem”. Czy słusznie? Po części to nawiązanie do jego zaangażowania wywiadowczego i do dawnego znaczenia: ubogi krewny, przyjaciel lub wysłużony oficjalista mieszkający stale na dworze szlacheckim i będący na utrzymaniu gospodarza. Pozornie mogłoby to i tak wyglądać. Zwłaszcza, gdyby oprzeć się na charakterystyce Sołtana prof. Stanisława Tarnowskiego poczynionej w szkicu „Z wakacyj”: „Nieżonaty, a przez zabór majątku w r. 1863 wygnaniec, pozbawiony bezpośredniego obowiązku i zajęcia, znalazł jedno i drugie w swoim sercu, w uczynności i poświęceniu dla drugich.” Zob. „Prowincja” nr 3 i 4/2017 oraz nr 1 i 2 z 2018 roku. 92 Sześćset marek dla Adama Asnyka Profesor pisał pięknie, ale nie zawsze był precyzyjny. Adam Lew Sołtan sprzedał swój majątek Terebieżów na Polesiu, odziedziczony po matce Idalii kilka lat przed powstaniem styczniowym, więc władza nie można mu go zabrać. Tarnowski zapewne zasugerował się tym, że losy ojca pułkownika Adama Sołtana i syna Adama Lwa były zbieżne: udział w powstaniach (listopadowym - ojciec), emigracja, konfiskata majątku (ojciec), zamieszkanie u córki/siostry Marii Sierakowskiej w Waplewie, a zimą pobyty w Poznaniu. Na pewno hrabia A. L. Sołtan nie był przysłowiowym ubogim krewnym, sądząc z tego, że wspierał rozmaite fundusze i zbiórki, od muzeum raperswilskiego po „na głodujących na Śląsku”, kupował antyki, książki, dużo podróżował... Ale przede wszystkim był ważną postacią życia pałacu w Waplewie. Nie pojawia się tam jako zepchnięty gdzieś do oficyny rezydent, albo cichy bibliotekarz, porządkujący księgozbiór Sierakowskich. Nic takiego, decyduje o wielu sprawach. Od 10 maja jestem w Waplewie, ale nadspodziewanie znalazłem w domu taką rujnację, że pełen dom różnych fabrykantów. Pokazało się, że drzewo na dachu i belki nadgniłe — trzeba póki czas złu zaradzić. Stąd mam dużo zajęcia i dziś ledwo paru słowami szlę Wam serdeczne pozdrowienia (List do Kraszewskiego z 17 maja 1879). Adam Sierakowski, pan na Waplewie, w tym czasie bardzo potrzebuje wsparcia swojego wuja. Zajmuje go przecież praca poselska (polskimi głosami wybrany w 1877 roku do parlamentu Rzeszy z okręgu starogardzko-kościerskiego), często podróżuje. Nie tylko na posiedzenia do Berlina, ale i dalej, choćby do Londynu. Odnotujmy w tym czasie wyjazd do Rzymu na pogrzeb Piusa IX jako reprezentant parlamentarzystów - Polaków. Przewodzi wydziałowi historycznemu Towarzystwa Naukowego w Toruniu, utrzymuje bliskie i rozległe kontakty ze środowiskiem krakowskich historyków, towarzyskie wzmocnione z pewnością po małżeństwie z Marią Potocką z Krzeszowic, córką Adama i Katarzyny w Branickich. Można długo przytaczać i podróże, i obowiązki naukowe, obywatelskie oraz mężowskie Sierakowskiego. Do tego doszły jeszcze kłopoty ze zdrowiem, które były powodem (pretekstem?) do wycofania się z działalności parlamentarnej w 1881 roku. Adam Lew Sołtan, nie mający własnej rodziny, przelewa uczucia na siostrzeńca, występuje często w roli ojca. Alfons Sierakowski przekazał bowiem Adamowi majątek waplew-ski w 1874 roku (nadal pozostał właścicielem Rypina) i z żoną przeniósł się na stałe do Poznania. Dręczony chorobami (głuchota, reumatyzm) nie mógł być zanadto pomocny. ŚLEPY SĄDZIĆ BĘDĘ... Podczas zbiorowego polowania u Antoniego Kalksteina w Pluskwęsach (1874) zebrano 100 marek na budowę polskiego teatru w Poznaniu. Sądzę, że ten przykład i inni będą naśladować- podkreślał w „Gazecie Toruńskiej” Adam Lew Sołtan, zapalony myśliwy2. Jedna rola hrabiego jest pokazywana zdecydowanie za mało, lub niemal wcale. Był bowiem wielkim admiratorem teatru. Nie tylko tego zawodowego, ale i amatorskiego Widział w tym ostatnim krzewiciela polskiego słowa (a więc i ducha) wśród ludu. Dawał temu wyraz wiele razy, m.in. w korespondencji do „Dziennika Poznańskiego” (nr 36/1877) Opisując przedstawienie „Łobzowianie” Ludwika Anczyca, wystawione w Waplewie przez Marię Szremowiczową, żonę rządcy majątku, krytycznie wyraził się o działaczach 2 Pisał o tym ciekawie Adam Langowski - „Myśliwskie opowieści Adama Lwa Sołtana”, „Prowincja” 1/2016 Janusz Ryszkowski 93 Towarzystwa Moralnych Interesów z Ziemi Malborskiej (Sztumskiej), którzy przez lenistwo zaniedbywali takie działania, idące „ku pożytkowi mowy ojczystej”. Nie jest tajemnicą, że słowa te były skierowane głównie do rodziny Donimirskich, bo ona na Ziemi Sztumskiej grała w Towarzystwie pierwsze skrzypce. Nic dziwnego, że „Gazeta Toruńska”, kierowana przez Antoniego Donimirskiego, syna Teodora i brata Jana z Telkwic i Buchwałdu (Bukowa), opowiedziała Sołtanowi nader kąśliwie. Zapewne, szanowny korespondent malborski (...) i tego sobie nie życzy, aby Towarzystwo moralnych interesów postarało się o żydowską dryndulkę, albo cygańską budę i tak taborem jeżdżąc po domach polskich od komina do komina urządzało widowiska ku ogólnej zabawie; (...). Polemiści skrzyżowali pióra na łamach i „Dziennika...”, i „Torunianki”. Sołtan bronił tezy o dobrym wpływie teatrów ludowych na utrzymanie mowy polskiej i lenistwie działaczy. Wytykał przy tym, że zapomnieli o braciach-rodakach żyjących na Warmii i Mazurach. Na pewno nie tylko prasowa potyczka o teatr zaowocowała tym, że wkrótce Sołtan został powołany do jury konkursu dramatopisarskiego, który ogłosiło Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Powiadamiał o tym Kraszewskiego w liście z 7 kwietnia 1877 roku: (...) nadesłano 42 sztuki dramatyczne. Jestem zaproszony do komisji. Tłumaczyłem się, że zmysłu krytycznego w tej materii nie mam, tendencję osądzić potrafię, ale formę i warunków scenicznych osądzić nie umiem. Tak więc ślepy sądzić będę! ZABIEGI WOKÓŁ „KIEJSTUTA” Ponad 40 sztuk, imponujące... Do ich lektury zaangażowano dziewięć osób. A jak z poziomem? Tu już gorzej. Sekcja, w której pracował Sołtan, z ośmiu propozycji nie wybrała do kolejnego etapu — głośnego czytania ani jednej, bo „lichota niesłychana”. Z kolejnego listu dowiadujemy się, że druga sekcja czytających zakwalifikowała trzy tragedie - „Mieszko i Oda”, „Wojewoda Krystyn” (trudno czytelny rękopis zachował się do dziś w archiwum PTPN!), „Królewicz Marko”, ale, jak dodawał, bez szans na nagrodę. W dalszej korespondencji jest mowa o zdecydowanym faworycie Sołtana - dramacie „Kiejstut” Adama Asnyka. Co ciekawe, został on początkowo wyłączony z konkursu, dopiero po zabiegach m.in. Sołtana i decydującej opinii Stanisława Koźmiana (1811-1885), prezesa towarzystwa, który przez trzydzieści lat zajmował się tłumaczeniem sztuk Szekspira, przywróciła go osądowi krytycznemu. Warto przytoczyć kolejny list z 27 czerwca. Konkurs nasz dramatyczny skończony i tylko „Kiejstut” Asnyka nagrodzony 600 marek. Tak więc nie skompromitowaliśmy się, a blisko tego było. Profesorowie szkoły niemieckiej z pedantyzmem szkolnym drobiazgowo każde słowo badałi, a przeto samą treść i jej piękna nie odczuli i dla paru usterek stylowych lub za nowoczesnych wyrazów jak salon. Zdając swej sekcji referat, podali wątpliwość, czy „Kiejstuta” polecić do ogólnego czytania i prosili, by polecić drugiej sekcji, by dala w tym swoje zdanie. Utworzono więc odrębną sekcję z Bentkowskiego, sędziego Mottego i mnie. My poleciliśmy do czytania, bo już ci śliczny wiersz, a i treść też. Tak więc my wyratowaliśmy nasz konkurs od kompromitacji, bo przecież „Kiejstut ” wyszedłby w druku i ogół zdziwiłby się, czemu konkurs odrzucił. W sprawozdaniu z prac Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, które zamieścił „Dziennik Poznański” (nr 140) można przeczytać takie podsumowanie: Dramatowi 94 Sześćset marek dla Adama Asnyka dr Adama Asnyka p.t. Kiejstut przyznano nagrodę 600 marek. Dramatowi G o r y s ł a w a pani Elizy z Rudkowskich Tuszowskiej, zaszczytnie już znanej pod pseudonimem Julian z Poradowa, dano pochwalę i zlecenie do przedstawienia. (...) Jeśli konkurs ten nie wywołał żadnego bezwzgłędnie doskonałego dzieła, to przecież wywiódł na jaw dwa znakomite utwory które tak pod wzgłędem nadobności języka jako też dramatycznej wartości, zwłaszcza jeśli autorzy uwzględnią uwagi komisji, mogą stać się trwałą ozdobą literatury naszej, a trzeci wzbogacić scenę narodową. Swoją drogą ciekawy rysuje się rozdźwięk między prywatnym osądem Sołtana, a oficjalnym protokołem pokonkursowym. Ale o to już mniejsza. Laureat konkursu Adam Asnyk, potomek powstańca listopadowego i sam członek Rządu Narodowego (wrześniowego) podczas powstania styczniowego, co dla jurora z Waplewa nie mogło być obojętne, miał już wówczas pewną pozycję w środowisku literackim. Kto wie, czy jednak równie znaną postacią nie była wyróżniona autorka podpisująca się jako Julian Moers z Parado-wa, czyli Elżbieta (Eliza) Bośniacka (1837-1904), wówczas jeszcze Tuszowska. Postać dziś zupełnie zapomniana, więc tym bardziej warto stać się na moment jej orędownikiem Urodzona na Ukrainie, borykająca się z kłopotami zdrowotnymi i osobistymi (mąż utracjusz!), od 1863 roku mieszkała na stałe we Włoszech. Poznańskie wyróżnienie nie było pierwszym w jej karierze, wcześniej nagrodzono ją w Krakowie za dramat „Przeor Paulinów, czyli Obrona Częstochowy”. Sztuka należała do najczęściej wystawianych w XIX wieku (prawie tysiąc przedstawień - pisał Bronisław Kąsinowski w „Dzienniku Poznańskim” w 1905 roku). Sięgały po jej tekst także amatorskie teatrzyki na Pomorzu Nadwiślańskim. Trzy dramaty przetłumaczono na włoski i pokazano na tamtejszych scenach. Drugim mężem dramatopisarski był Zygmunt Bośniacki, lekarz balneolog i przyrodnik (paleontolog i paleoichtiolog), ceniony naukowiec w Polsce i we Włoszech. Ich willa Belvedere w San Guliano pod Pizą stała otworem dla Polaków, częstym gościem był tam zaprzyjaźniony z pisarką Teofil Lenartowicz. Poeta i rzeźbiarz wykonał jej popiersie, które potem znalazło się w okazałej kaplicy rodzinnej pod Pizzą. Jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku można ją było oglądać. Nagrodzony w poznańskim konkursie dramat Bośniackiej „Borysława” (inne tytuły „Księżna Borysława”, „Rognieda”) został wystawiony potem na poznańskiej scenie. Ukazał się także nakładem autorki w 1880 roku w Pizie. Sołtan nie był chyba specjalnym admiratorem pisarstwa autorki „Obrony Częstochowy”, skoro tak jednoznacznie w sądzie konkursowym opowiadał się za dramatem Asnyka. Czy miał rację? Przytoczmy fragment recenzji „Kiejstuta” z „Biblioteki Warszawskiej” (1879, T.3) autorstwa cenionego wówczas krytyka Kazimierza Raszewskiego: Pierwszy akt jako ekspozycja charakterów i zawiązek działania, akt piąty jako skoncentrowanie promieni dramatycznych, mało mają równych sobie pięknością w literaturze naszej ( ) nE pośrednie często gubią akcją przez brak energicznych żywiołów dramatu i schodzą na opisy albo abstrakcyjne kontrowersje, powtarzające się w sytuacjach podobnych, co pochód sztuki opóźnia i uleniwia. (..) samo wreszcie zakończenie pełne ruchu, grozy i wrażenia, daje świadectwo że Asnyk ma w sobie temperament dramaturga skałi wyższej, a potrzebuje tyłko wytrwać „> kierunku pracy, i nabyć więcej doświadczenia scenicznego, ażeby skałę tę posuwać. Byłoby to Janusz Ryszkowski 95 rzadkie połączenie sceniczności z poezją, która w Kiejstucie stanowi ornament dzieła wspaniałe zdobiący całą budowę. Opinia krytyka, choć niejednoznaczna, utwierdza nas tylko w przekonaniu, że Sołtan nie mylił się, doceniając walory utworu. PRZECHADZKI PO TEMATACH W cytowanych już listach do Kraszewskiego, Sołtan oprócz Stanisława Koźmiana wymieniał dwa nazwiska członków komisji konkursowej i postacie te warte są uwagi. Marcelli Mot-ty (1818-1898) to nauczyciel i pisarz. To on pięknie napisał o Waplewie, że jest „nieuszkodzoną oazą polską wśród germańskiej Sahary”. Jego „Przechadzki po mieście” (pierwodruk 1889 jako nadbitka z „Dziennika Poznańskiego”) to felietonowa kronika XIX-wiecznego Poznania. Z niej dowiadujemy się wiele o ludziach związanych ze stolicą Wielkopolski. W galerii prezentowanych postaci znaleźli się m.in. także Alfons i Maria Sierakowscy oraz pułkownik Adam Sołtan. Motty nie szczędzi różnych szczegółów, takich choćby, że w pierwszym okresie pobytu w Poznaniu, po 1856 roku, Sierakowscy mieszkali przy ulicy Wilhelmowskiej (obecnie Marcinkowskiego) w przebudowanym domu Wolfów i Mielżyńskich, a po opuszczeniu Waplewa w okazałej kamienicy lekarza Józefa Koszutskiego, wybudowanej w 1873 roku w rogu zachodniej pierzei placu św. Piotra (niem. Petriplatz - obecnie Wiosny Ludów). Drugi juror to Władysław Bentkowski (1817-1887). Jego życie pokazuje, jak pogmatwane mogły być losy Polaków w czasach zaborów. Ze wspomnień Mottego dowiadujemy się, że jego ojciec Feliks, warszawski profesor, był autorem pierwszej historii literatury polskiej (1814). Jako 13-latek uciekł z domu i wziął udział w powstaniu listopadowym, walcząc pod Grochowem. Ojciec wysłał go ze starszym bratem, także powstańcem, na studia do Królewca. Choroba (ospa) zmusiła Władysława do powrotu do Warszawy, gdzie próbował kariery w sądownictwie. Krótko, po rocznym pobycie we Włoszech, gdzie leczył gruźlicę, administrował folwarkiem ojca pod Grójcem. W 1843 roku emigrował w zaboru pruskiego, w ślad za bratem lekarzem, by - mimo słabego zdrowia - poświęcić się karierze wojskowej w poznańskim pułku artylerii. Jak pisał Motty: „żeby jako wykształcony żołnierz w danym razie służyć mógł skutecznie sprawie narodowej”. W stopniu porucznika służy w Świdnicy, by po antypruskich wystąpieniach w Wielkopolsce (1848) złożyć dymisję. Wraca do Poznania, zaczyna karierę dziennikarską. Ale wkrótce porzuca pracę, by służyć w legionie polskim podczas powstania węgierskiego. Po jego upadku emigracja i ponownie zjawia się Poznaniu. Zajęcia dziennikarskie łączy w zaangażowaniem politycznym - zostaje ponad dekadę posłem do sejmu pruskiego. Zrzeka się mandatu, gdy wybucha powstanie styczniowe. Opuszcza Wielkopolskę. Zostaje szefem sztabu generała Mariana Langiewicza. Po klęsce chroni się w Krakowie. Władze austriackie aresztują go i deportują do zaboru pruskiego. Tam czeka go kolejny proces i wyrok - rok twierdzy do Magdeburgu. Po uwolnieniu udziela się w środowisku intelektualnym Poznania, pracując w banku. Po śmierci Hipolita Cegielskiego zarządzał udanie jego majątkiem i opiekował się dziećmi. Motty w charakterystyce Bentkowskiego napisał, że dałekim był od spiskowania, uważając (...) za czynność po większej części zwodniczą i szkodliwą, przeciwną jego poczuciu odważnej otwartości, która mu była wrodzoną. Trudno jednak nie odnotować, że „Notatki osobiste 96 Sześćset marek dla Adama Asnyka Władysława Bentkowskiego z roku 1863” ukazały się w „Biblioteczce legionisty” (Kraków 1916). W przedmowie określa się go jako wzór polskiego żołnierza. O Adamie Lwie Sołtanie Marceli Motty w „Przechadzkach po mieście” nie wspomina, a szkoda. Portretów osób żyjących wołał nie kreślić... Trochę odeszliśmy od zainteresowań teatralnych Sołtana, ale warto było - przynajmniej moim zdaniem - pokazać także krąg ludzi, z którymi się spotykał i współpracował. Znowu (a mamy już kwiecień 1880 roku) widzimy go na stacyjce w Mleczewie. Z Adamową Sierakowską wybierają się w podróż przez Warszawę do Krakowa, ściślej do rodzinnych Krzeszowic. Przed miesiącem donosił Kraszewskiemu z Waplewa, że u Marii Sierakowskiej doszło do „katastrofy zranienia”. Gdy mąż był bardzo chory, zbyt sobie pozwalała męczyć się, usługując mu ponad siły. Ale gdy kreślił te słowa, miała się już lepiej, podobnie jak jej mąż Adam. Ale to już pretekst do kolejnej opowieści, tym razem o podróżach mieszkańców pałacu waplewskiego do wód. Korzystałem m.in.: I. Gosik-Kapelińska, Emigracyjne życie Ełżbiety Bośniackiej w świetle jej korespondencji, „Annales Universitatis Paedagogicae Cracoviensis. Studia Poetica”, vol. IV, Kraków 2016; M. Motty, Przechadzki po mieście, Poznań 1889; listy Adama Lwa Sołtana do I. J. Kraszewskiego w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. Poznańska kamienica Józefa Koszutskiego, w której zamieszkali Maria i Alfons Sierabn,^. „ Stan z okresu I wojny światowej ’° wyProwadzce z Waplewa. Krystian Zdziennicki 97 Krystian Zdziennicki Jubileusz ważnej książki KS. WŁADYSŁAWA ŁĘG W roku bieżącym przypada 85 rocznica wydania monografii etnograficznej Powiśla oraz Żuław napisanej przez ks. dra Władysława Łęgę. Książka, pt. Ziemia malborska. Kultura ludowa do dziś stanowi podstawowe źródło wiedzy o życiu codziennym i otoczeniu ludności polskiej zamieszkujące wsie na tych terenach w okresie przedwojennym. Współcześnie jest to publikacja bardzo trudno dostępna, dlatego też planowane jest jej wznowienie. Czytelnikom „Prowincji” z pewnością znana jest postać autora publikacji - ks. dra Władysława Łęgi za sprawą publikowanego już artykułu1. Jednakże warto przytoczyć najważniejsze wydarzenia z życia tego kapłana - uczonego. Zaliczyć go należy do grona zasłużonych mieszkańców pochodzących z terenu Powiśla. Był on zarazem kapłanem katolickim, etnografem, archeologiem, historykiem (mediewistą), wojskowym, honorowym kustoszem muzeum w Grudziądzu, a także poetą oraz miłośnikiem podróży krajoznawczych. WŁADYSŁAW ŁĘGA - ŻYCIORYS Władysław Łęga urodził się w 1889 r. we wsi Mirany (obecnie Mirowice) w powiecie sztumskim. Jego ojciec był nauczycielem w miejscowej szkole. Wykształcenie podstawowe uzyskał pod okiem swojego taty. Jednakże rodzice chcieli dalszej edukacji syna, dlatego posłali go w 1901 r. na nauki gimnazjalne do Rogoźna Wielkopolskiego. Tam mieszkała siostra matki oraz dziadek gimnazjalisty. W Rogoźnie Wlkp. kształcił się 9 lat. Był tam członkiem Towarzystwa Filomatów, a także początkującym poetą. Po zdaniu matury zdecydował udać się do seminarium duchownego do Pelplina, gdzie ks. Stanisław Kujot i ks. Alfons Mańkowski skierowali zainteresowania naukowe kleryka na etnografię. Łęga dzięki seminaryjnym kontaktom z tymi kapłanami - uczonymi nawiązał współpracę z Towarzystwem Naukowym w Toruniu. W 1914 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Po zakończeniu Wielkiej Wojny już jako Władysław Łęga związał swój los z rodzącą się polską armią. Następnie aktywnie uczestniczył w akcji plebiscytowej w rodzinnym powiecie sztumskim, zachęcając do głosowania za Polską. Niestety, ostatecznie przegrany dla Polaków plebiscyt odciął Łęgę kordonem granicznym od ziem, z których pochodził. Przez większość dwudziestolecia międzywojennego mieszkał i działał w Grudziądzu. W latach dwudziestych postanowił uzyskać tytuł naukowy doktora na nowo powstałym w II RP uniwersytecie w Poznaniu. Tam przez kilka lat zdobywał warsztat naukowy od wybitnych wykładowców akademickich: etnografa Jana Stanisława Bystronia oraz archeologa Józefa Kostrzewskiego. W 1928 r. obronił rozprawę doktorską: Kultura Pomorza 1 J. Kulas, Ksiądz Władysław Łęga rodem z Powiśla, „Prowincja”, 2011, nr 3 (5), s. 137-140. 98 Jubileusz ważnej książki ks. Władysława Łęgi we wczesnym średniowieczu na podstawie wykopalisk. W późniejszym okresie nadal prowadził szereg badań, których finałem były opublikowane prace archeologiczne i etnograficzne. Pozostawił po sobie publikacje książkowe, ale także pisał też sporo artykułów i recenzji. Ciekawostkę może stanowić fakt, że ks. dr Władysław Łęga za zasługi na polu pracy naukowej otrzymał od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Ignacego Mościckiego Złoty Krzyż Zasługi. Wyróżnienie to zostało przyznane na mocy zarządzenia z 19 marca 1936 roku, czyli już po opublikowaniu monografii etnograficznej Powiśla i Żuław. Po dwudziestu latach niepodległości wybuchła II wojna światowa. Dlatego też w 1939 r uczestniczył w kampanii wrześniowej, która zakończyła się przegraną dla strony polskiej. Okres okupacji przeczekał we Lwowie i Borzęcinie k. Tarnowa. W czasie wojny podjął się badań historii Pomorza w dobie średniowiecza, które stały się podstawą publikowanych później prac historycznych. W 1945 r. powrócił na Pomorze. Początkowo do Radzynia Chełmińskiego, a następnie do Sopotu. W Trójmieście do końca życia działał naukowo, pomimo pełnienia szeregu funkcji kościelnych. Zasłużony dla Pomorza, w tym dla Powiśla uczony zmarł w 1960 r. Pozostawił po sobie okołol50 publikacji naukowych, a także dzieła literackie oraz wspomnienia ZIEMIA MALBORSKA. KULTURA LUDOWA Dla Powiśla i Żuław zasłużył się szczególnie opracowaniem etnograficznym: Ziemia malborska. Kultura ludowa. Publikacja ta została wydana nakładem Instytutu Bałtyckiego w 1933 r. Jest to praca o charakterze monograficznym prezentująca kulturę ludową mieszkańców powiatów: sztumskiego, kwidzyńskiego i malborskiego. Uwzględnia ona podział kultury ludowej na 3 zasadnicze części, tj. kulturę materialną, kulturę społeczną i kulturę duchową, tj. klasyfikację praktykowaną w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a propagowaną przez m.in. Adama Fischera, czy Jana Stanisława Bystronia. Należy podkreślić, że monografia ks. Łęgi została doceniona w środowisku naukowym Monografia etnograficzna obejmowała swym zakresem Powiśle oraz częściowo Żuławy. Autor w książce tereny te nazwał ziemią malborską, która według niego obejmowały: „obszar między Wisłą, Nogatem, Dzierzgonią, Liwną a linią Malborka, zamieszkały przez ludność polską, mówiącą narzeczem malborskiem”2. Opisywane przez Łęgę tereny w znacznej mierze w momencie powstania pracy wchodziły w skład państwa niemieckiego. Według niego w skład ziemi malborskiej miały wchodzić historyczne powiaty z okresu 20-lecia międzywojennego: malborski, sztumski, kwidzyński i suski (w niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie, rejencji zachodniopruskiej) oraz powiatu Wielkie Żuławy na terenie Wolnego Miasta Gdańsk. Wchodziła również, tzw. Mała Polska (Rzeczpospolita Janowska) przynależąca do II RP (w województwie pomorskim, początkowo w powiecie gniewskim, a następnie od lat 30. w powiecie tczewskim). Praca księdza Łęgi powstawała przez wiele lat. Jednakże warto zauważyć, że styczność z kulturą ludową tych terenów miał od dzieciństwa W jednym z wywiadów powiedział-„Wychowałem się w atmosferze kultu dla przeszłości i pamiątek historycznych WarmiiŁ 2 W. Łęga, Ziemia malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933, s. 1. 3 Władysław Uga pochodził z Powiśla. W chwili obecnej ciężko jest określić, dlaczego w wywiadzie podał Warmie Bvć może było to uproszczenie, jakim się posłużył określając zawiślańską cześć Pomorza, tj. Powiśle. y Krystian Zdziennicki 99 Mapka VI. Grupy etnograficzne. Na podstawie Oam«indelexikon [16]. S c h m i d a [53—54] I badań autora. Ojciec [...] godzinami lubił opowiadać baśnie ludowe, snuć obraz krzywd, jaki lud mazurski doznał od Krzyżaków i kajzerów. W Miranach zawarłem pierwszą znajomość z folklorem i etnografią”4. Jednakże jego badania etnograficzne poświęcone ziemi malborskiej trwały z przerwami około 20 lat. Rozpoczął je w okresie seminaryjnym, gdyż tą dziedziną nauki zainteresowali go księża - historycy: Stanisław Kujot i Alfons Mańkowski. W związku z powyższym w 1913 r. w wakacje Łęga przebadał kilka wsi na terenie powiatu sztumskiego i kwidzyńskiego. Spisał folklor: pieśni, podania, legendy i bajki ludowe w kilku miejscowościach, tj. Mirowicach, Benowie i Jerszewie (obecnie część wsi Brachlewo) oraz Sztumskiej Wsi. W 1917 roku był gotów wydać materiały etnograficzne swoich rodzinnych Mirowic w wydawnictwach Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Jednakże nie doszło to do skutku. Efekty swoich badań przedstawił w formie publikacji książkowej. Praca ta liczyła 272 strony (osiemnaście numerowanych liczbami rzymskimi i dwieście pięćdziesiąt cztery liczbami arabskimi). Praca ta była bogato ilustrowana odręcznymi rysunkami stworzonymi przez autora. Przy jej wydaniu pomyślano o streszczeniu w języku niemieckim liczącym 4 J. Zbrzyca [S. Pestka], Wierny Pomorzu. „Pomerania” rozmawia z ks. dr Władysławem Łęgą, „Pomerania”, dodatek do „Ka-szebe”, R. 4, 1960, nr 2 (57), s. I. 100 Jubileusz ważnej książki ks. Władysława Łęgi dziewiętnaście stron. Stworzono również polsko-niemiecki słowniczek miejscowości oraz indeks nazwisk (skorowidz imion) oraz geograficzny (skorowidz miejscowości). Książkę można było nabyć w cenie 12 złotych. W stosunku do ówczesnych zarobków zakup książki był odczuwalnym obciążeniem budżetu domowego. Tym bardziej, że została wydana ona w okresie trwającego jeszcze w II RP wielkiego kryzysu gospodarczego Omówienia Ziemi malborskiej podjęli się zarówno przedstawiciele nauki polskiej, jak i niemieckiej. Polskie recenzje opublikowano, m.in. w „Przeglądzie Bydgoskim” nieznanego z nazwiska autora, w „Kwartalniku Historycznym” autorstwa Janusza Staszewskiego oraz w „Zapiskach Towarzystwa Naukowego w Toruniu” napisaną przez Bronisława Nagięła. Również sam Łęga w artykule poświęconym działalności Instytutu Bałtyckiego w zakresie badań etnograficznych pozostawił opis swojej publika- Kapliczka domowa. Mirany, powiat sztumski cji, w której podkreślał wyższość samodzielnego zbierania materiału etnograficznego nad metodą ankietową, którą również stosowali wówczas inni badacze. Ponadto po II wojnie światowej Longin Malicki stwierdził, iż badania nad kulturą ludową Powiśla zostały przeprowadzone praktycznie w ostatniej chwili, ponieważ po 1945 r. nastąpiła tu wymiana ludności zamieszkującej ten region. Uzupełniając jednego z głównych pomorskich etnografów okresu powojennego powiedzieć też można, że teza ta dotyczyła także Żuław, które częściowo również zostały zbadane przez księdza Łęgę Wznowienie Ziemi malborskiej ks. Władysława Łęgi przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej i Wydawnictwo Region będzie wpisywać się w 100 rocznicę odzyskania przez Rzeczpospolitą niepodległości. Władysław Łęga oprócz tego, że w okresie przed plebiscytem na Warmii, Mazurach i Powiślu z 1920 r. był aktywnym działaczem, to również przez swoje badania naukowe udowadniał polskość badanych przez niego terenów, w tym Powiśla i Żuław. Ponadto warto przypomnieć dokonania tego badacza na niwie etnografii. Taki postulat już ponad czterdzieści lat temu postawił historyk Jan Powierski w swojej pracy o Władysławie Łędze: „Wydaje się, że etnograficzny dorobek Łęgi zasługuje na większą uwagę”5. ANEKS J. Staszewski, Łęga Władysław ks. dr: Ziemia malborska. Kultura Ludowa. Pamiętnik Instytutu Bałtyckiego, t. X. Toruń 1933, str. XVIII + 256 „Kwartalnik Historvcznv” R XLVIII, 1934, z. 1, s. 109-110. 7 y’ ' Praca ks. dr. Łęgi odnosi się zasadniczo do etnografii, jednakże i dla historyka stanowi ona ciekawą lekturę. Praca ta jest pewnego rodzaju encyklopedią wierzeń, podań i obyczajów ziemi 5 J. Powierski, Władysław Łęga, w: Działacze Towarzystwa Naukowego w Toruniu 18751975 4 i wa - Poznań - Toruń 1975, s. 398. * P°d red’ BlskuPa’ Warsza' Krystian Zdziennicki 101 malborskiej. Autor lwią część pracy (242 stron) poświęca tym właśnie zagadnieniom. Pokrótce tylko we wstępie zaznacza granice, krajobraz i nazwy geograficzne, zaznajamiając z geografią i topografią. Z kolei podaje szereg wzmianek historycznych, wreszcie zajmuje się ruchem ludności i jej gwarą. Wszystko to są wiadomości bardzo skąpe, nawet nieco nazbyt pobieżne. Np. przy omawianiu stosunków narodowościowych, nieco dobitniej należało podkreślić okres napoleoński. Wtedy to bowiem w ziemi malborskiej były przecież próby utworzenia polskiej siły zbrojnej, co na pewno przyjęłoby fiormy realne, gdyby nie obojętność a nawet zła wola władz francuskich, które okupowały teren i hamowały narodowy ruch polski na Pomorzu i w Prusach tzw. Wschodnich. Trudo jednak z tego formułować zarzut, gdyż autorowi w danym wypadku szło o podanie ogólnego zarysu historycznego dla lepszego zrozumienia owej „Kultury ludowej”, z którą przede wszystkim postanowił zapoznać czytelnika. Kulturę tę jako zagadnienie dzieli autor na 3 grupy tj.: Kulturę materialną, społeczną i duchową. W grupie pierwszej omawia odzież, pożywienie, budownictwo, sprzęty, rolnictwo, hodowlę zwierząt, rybołówstwo i łowiectwo, wreszcie przemysł domowy jak: tkactwo, hafciar-stwo, garbarstwo, siodlarstwo, itp. W działe kultury społecznej rozpatruje obrzędy: narodzin, wesela, pogrzebu, wreszcie doroczne zwyczaje w związku poszczególnymi świętami. Omawia również zwyczaje domowe, do których zalicza: budowę domu, ognisko, próg, ochronę przed burzą i pożarem, zażegnywanie złych duchów, itp. Kończy wspomniany dział krótki przegląd prawa ludowego, panującego w malborskiem. Przechodząc do kultury duchowej zestawia autor wierzenia demonologiczne, wierzenia i pojęcia o przyrodzie, czary, lecznictwo, pieśni ludowe, podania, bajki, baśnie, anegdoty i legendy. Zastanawia się także autor na miejscową sztuką i zdobnictwem; opisuje gry, zabawy, tańce i zabawki. Na koniec zestawia zagadki i przysłowia. Ostatni rozdział został poświęcony wnioskom i dezyderatom. Kultura ludowa ziemi malborskiej ma bardzo silne wpływy połskie i wykazuje tern jasno swój związek z macierzą. Dłatego też zdaniem autora nałeży skrzętnie notować typy budownictwa, ceramiki itp., wykreślać mapy zasięgu odnośnych typów kultury materialnej, wreszcie stworzyć muzeum ludoznawcze, któreby zgromadzało w sobie przejawy życia polskiego w Prusach Wschodnich. Jako uzupełnienie podał autor słowniczek miejscowej gwary, zestawił charakterystyczne zwroty i przysłowia, zebrał wykaz literatury odnoszącej się do omawianego tematu, zamieścił wreszcie streszczenie pracy w języku niemieckim, oraz zestawił polskie nazwy miejscowości z ich niemieckim odpowiednikami. Zamyka książkę indeks osób i miejscowości. Z tego sumarycznego przeglądu widać więc, że praca ks. dr. Łęgi zawiera liczne i ciekawe materiały dla historyka, który chce się zajmować sprawami pomorsko-pruskimi. Ujęta ciekawie, interesująco napisana, przemyślana i sumiennie zestawiona, jest praca ks. dr. Łęgi cennym nabytkiem dla naszej nauki. Janusz Staszewski Zapis zmodernizowany - przykładowo termin „etnografja” poprawiono na współczesny ich zapis, tj. „etnografia” oraz poddano korekcie oczywiste błędy zgodnie ze współczesnymi zasadami ortograficznymi. 102 Skarby architektury drewnianej w Żuławkach Andrzej Kasperek Skarby ARCHITEKTURY DREWNIANEJ w Żuławkach Kiedy się czyta artykuły poświęcone domom podcieniowym dominuje w nich żal i smutek, często brzmią jak nekrologi - spłonął zabytkowy dom, zniknął z pejzażu Żuław kolejny dom, nie uratowano podcienia... Smutna wyliczanka, bolesny raport o stratach, wstydliwa statystyka utraconych zabytków. Czasem jednak udaje się przeczytać o ratowaniu domów podcieniowych - tego żuławskiego emblematu. Pasjonaci wskrzesili z martwych domy w Orłowie, Marynowach, Cyganku, Nowej Kościelnicy, Przemysła-wiu... Chyba wreszcie coś się zmieniło - więcej domów udaje się uratować niż ginie. Ba, powstają nowe domy podcieniowe. Tak, zbudowane od podstaw, nie rekonstrukcje! I o tym chcę napisać w cyklu artykułów poświęconym skarbom architektury drewnianej. Bo choć niektórym trudno w to uwierzyć, to fachowcy uważają, że delta Wisły jest bodajże najcenniejszym zagłębiem budownictwa drewnianego w Polsce. Nie Kurpie, nie Podhale, nie Podlasie, ale właśnie Żuławy'. Zacznę od domu w Żuławkach, zwanego „Danziger 1 http://www.drewnopedia.pl/1,15,38,zulawy.html Andrzej Kasperek 103 Kopf”, czyli „Gdańska głowa” z powodu gierowania („wyłamania”) gzymsu, podobnego do zwieńczenia szaf gdańskich. Żuławki to stara wieś, lokowana przez krzyżaków w połowie XIV w. Nazywana bywa żywym skansenem, bo przetrwało tu wiele zabytków, aż osiem obiektów wpisano do rejestru. Szczególnie cenne są cztery domy podcieniowe oraz zagroda gburska. Ale jest też wiele innych przykładów dawnej architektury — domy, budynki inwentarskie. Niestety, kilka lat temu zawalił się nieremontowany dom podcieniowy nr 43. Zachował się jedynie budynek gospodarczy, działa w nim obecnie Limkar Auto Serwis. I bardzo dobrze, bo zabytkowe budowie muszą żyć, spełniać nowe zadania. Jeśli zostaną pozostawione same sobie nie przetrwają. Jak ta ceglana obora z 1923 r. za płotem posesji, o której chcę napisać. Dom nr 6 stoi przy bocznej uliczce, stary bruk, kilkadziesiąt metrów od głównej ulicy a już hałas samochodów jadących nad morze tu nie dociera. Wokół stare drzewa, niedaleko płynie Szkarpawa, kilka kilometrów do E7, którą szybko można dotrzeć do Gdańska. Żuławy stają się naturalnym przedmieściem Trójmiasta. Wiele osób będzie wołało zamieszkać na wsi niż znosić niewygody miejskiego życia. Taką decyzję podjęli nowi właściciele domu nr 6 - Katarzyna i Mariusz Wiśniewscy. Gdy docieram do ich domu witają mnie pod wystawką, dobrze wtedy można zrozumieć, jakim dobrodziejstwem jest ta konstrukcja w upalne lato. Siedzimy w cieniu, gospodarz częstuje herbatą i z dumą mówi, że porcelanowy serwis to podarunek od dawnych gospodarzy, państwa Romanowskich. Pytam, skąd się wziął pomysł, żeby rodowity gdańszczanin wyprowadził się z miasta. Pan Mariusz mówi, że tak, jak większość mieszkańców Gdańska, Żuław prawie nie znał. Dopiero kolega otworzył mu oczy, zaczął zabierać na wycieczki rowerowe: zobaczył kościół w Wróblewie, Grabiny-Zameczek, Koszwały... Okazało się, że tak blisko jest świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia. Ten płaski kraj o urodzie dla konesera uwiódł go. Zaczął go regularnie poznawać, a że do wszystkiego podchodzi Wielka izba, fot. Malwina Nogaj 104 Skarby architektury drewnianej w Żuławkach metodycznie rozpoczął zgłębianie tematu, zainteresował się żuławskimi i gdańskimi meblami, zegarami, a nawet zaczął je kolekcjonować. Zaprzyjaźnił się z Danielem Kuflem, właścicielem domu podcieniowego w Trutnowach, który wprowadził go w hermetyczny świat drewnianej architektury i odpowiadał na niezliczone pytania: Po co? Jak? A czy można tak? Mariusz Wiśniewski zawodowo zajmuje się konsultigiem, doradza wielkim firmom w sprawie nieruchomości. Znalazł ogłoszenie o sprzedaży domu podcieniowego w Żuławkach. Nie było mowy o kredycie, bo żaden bank nie udzieli pożyczki przeznaczonej na zakup drewnianego zabytku, w dodatku położonego na terenie powodziowym. I może to sprawiło, że ogłoszenie wisiało osiem lat. To dało sposobność zgromadzenia potrzebnych środków i wreszcie w 2016 r. można się było wprowadzić. Ale obyło się bez fanfar. Dom, choć zadbany, wymagał remontu. Tak to już jest z zabytkami. Przeprowadzka z dużego miasta na wieś to wielkie wyzwanie - dojazdy do pracy, szkoła dla dzieci, zakupy, lekarz a nawet wizyta w kinie stają się często uciążliwe. Dodajmy do tego oddalenie od rodziny i przyjaciół, zbyt dużą odległość od ulubionej kawiarni czy restauracji, nieufność miejscowych i tysiąc drobiazgów, o których się nie myśli, gdy człowiek jest zauroczony widokiem pięknego starego domu, gdy wokół kwitną jabłonie i klekocze bocian na gnieździe... Poza tym za pieniądze wydane na miejski apartament mamy spokój, administracja dba o wszystko, nie musimy się martwić wodą stojącą w piwnicy ani owadami, które ulubiły sobie belki w naszym domostwie. Na pewno wygoda miejskiego życia jest większa. Okazuje się jednak, że nic nie zastąpi tego sielskiego widoku zza okna, skrzypienia podłogi, która lekko licząc ma dwieście lat, piękna flizów na ścianie, urody metalowych oku i zawiasów. Kolekcja zbieranych latami mebli, wazonów, rzeźb i obrazów nie będzie tak pięknie wyglądała w nowoczesnym apartamencie, jak tu w domu z duszą, z historią w tle. Państwo Wiśniewscy mają trójkę dzieci. Tu na co dzień mogą one obcować ze sztuką, poznawać jej tajniki. Przypominam sobie wywiad z córką Wojciecha Fibaka. Znany tenisista to także wielki kolekcjoner. Córka wspominała, że dla niej prace Tadeusza Makowskiego to były pO prostu obrazy, które wisiały w jej pokoju. Dzieła sztuki stają się dla dziecka naturalnym elementem jego życia, częścią jego ekosfery... Taka ucieczka na wieś wymaga dużej determinacji a nawet odwagi. Choć przecież to nie są tereny bardzo oddalone od cywilizacji. Gdy skończy się budowa S7 to do Gdańska będzie się jechało 20 minut. Krócej niż z Osowy. Wielokrotnie pisałem o bogactwie Żuław, o zamożności miejscowych gospodarzy. Cytowałem Wincentego Pola, który zachwycał się, tym, co zobaczył na własne oczy: kosztowne posadzki, i obicia, i najwytworniejsze meble, tu już starożytne rzeźbione szafy, zbiory porcelany i naczyń srebrnych, okazale zwierciadła, kosztowne zegary, drzwi z palisandru i mahonie, firanki i pokrycia mebli z ciężkich jedwabnych materii, na posadzkach kosztowne angielskie dywany, po ścianach obrazy i złocone brązy!1. Ale kiedy chodziłem po żuławskich domach tego splendoru nie było. Domy podcieniowe podzielono, bo były za duże dla jednej rodziny, wcześniej szabrownicy oczyścili je z wszelkiego dobytku. Pozbawione opieki, skazane na zniszczenie były jak wyrzut sumienia. Nowi mieszkańcy Żuław nie rozumieli ich, nie chcieli się ich uczyć, a etykietka „poniemieckie” znaczyła tyle, że bez właściciela, niczyje. 2 Wincenty Pol, Na lodach. Na wyspie. Na groblach. Trzy obrazki znad Bałtyku, oprać. Józef Bachórz, Gdańsk 1989 Andrzej Kasperek 105 Ten dom miał szczęście. Po pierwsze miał zawsze jednego właściciela. Ma dobrze udokumentowaną historię. Opisano ją dokładnie na poświęconej mu stronie w Wikipedii: Pierwszym ustalonym właścicielem i fundatorem przebudowy głównej domu był mennonita hołender-skiego pochodzenia, Peter Epp (1776-1837). Należał do starszyzny i posiadał status kaznodziei. Dom do 1945 r. nieprzerwanie należał do bogatych mennonickich rodzin pochodzenia holenderskiego: po Eppie był bezdzietny Hermann Wienss, od 1912 r. jego przysposobiona córka Wienssa -Anna Penner z Palczewa i jej mąż Aron Hamm z Żuławek; kolejnym mieszkańcem domu był Hans Aron Hamm (1913-1993). Po 1945 r. właścicielem domu został Marian Rostkowski. Następnie należał on do Stanisława Bruzdy, który odsprzedał go Władysławowi Romanowskiemu W1991 r. dom stał się własnością Włocha - Carlo Pavana. Od 2016 r. właścicielem domu są Mariusz i Katarzyna Wiśniewscy5. Rzadko się zdarza, żebyśmy znali tak dokładnie historię jednego domu na terenie delty Wisły. Warto zatrzymać się na postaci Władysława Romanowskiego. Był on lekarzem w Drew-nicy a później szefem ZOZ w Nowym Dworze Gdańskim. Szukał domu i zdecydował się na zabytek. Koledzy, którzy brali okoliczne żuławskie sadyby i wiatraki namawiali: — Odrapiesz go z zewnątrz, wymienisz parę belek i będzie fajnie5. Jego żona była przerażona, kiedy okazało się, że zamiast jednej belki trzeba wymienić trzy... A tak naprawdę to budynek nadawał się do kapitalnego remontu. Zajął on kilka lat. Trzeba pamiętać, że druga połowa lat 70. i początek 80. był okresem kryzysu gospodarczego we wszystkich dziedzinach. Remont zabytku bez pieniędzy (mieli tylko dwie lekarskie pensje, ratowali się pożyczkami i chwilówkami), w okresie, kiedy trzeba było wszystko zdobywać - drewno, miedziane przewody elektryczne, grzejniki — był udręką. Do tego brak fachowców. W popularnej wówczas piosence Jonasz Kofta ze Stefanem Friedmannem śpiewali: ten świat Iz kiepskiego zrobiony surowca! / Bo dobry Bóg /już zrobił, co mógł, / teraz trzeba zawołać fachowca?. A ci się cenili — czterem cieślom przyjeżdżającym (z łaską) z Gdańska doktor Romanowski płacił za dwa dni tyle, ile zarabiał przez miesiąc. Nagrodą było zamieszkanie w wypieszczonym domu i satysfakcja, że uratowało się część narodowego dziedzictwa. Wtedy rzadko kto myślał w tych kategoriach. Dla doktora Romanowskiego był to także czas kolekcjonowania „gratów”, które stały się ozdobą domostwa. To „plon wielu wędrówek po Żuławach. Stary gdański stolik służył jako kloc do rąbania mięsa. Inny stał wkopany w ziemię na przedszkolnym podwórku. Szafa walała się po obejściu u jakiegoś gospodarza. Inną znalazł na strychu. Rzadko bywały kompletne. Zawsze były mocno zniszczone. - A bierz pan, doktorze, my to i tak porąbiem - słyszał nieraz”6. Pewnie czasem przeklinał kolegów, którym dał się namówić. To byli prekursorzy dbania o żuławskie zabytki, pasjonaci starych domów. Zbigniew Dera był malarzem kopistą, Tadeusz Tomaszunas znał się świetnie na wiatrakach. Obaj odeszli przedwcześnie - pan Tomaszunas zginął podczas pożaru swojego zabytkowego domu. Dobrze choć, że wysiłek państwa Ilony i Władysława Romanowskich został zauważony i doceniony. Za prace renowacyjne oraz sposób jego zagospodarowania w 1985 r. 3 https://pl.wikipcdia.org/wiki/Dom_podcieniowy_nr_6_w_%C5%BBu%C5%82awkach 4 Krzysztof Grabowski, Jeszcze będzie saga, „Wiadomości Elbląskie , 1987, nr 10. 5 https://pl.wikipedia.org/wiki/Fachowcy 6 Krzysztof Grabowski, Jeszcze będzie saga, op.cit. 106 Skarby architektury drewnianej w Żuławkach otrzymali I nagrodę Ministra Kultury i Sztuki w ogólnopolskim konkursie na najlepszego użytkownika obiektu zabytkowego. Było to wówczas ewenementem, że osoba prywatna opiekuje się zabytkiem, obok Romanowskich nagrodzono PGR i Urząd Wojewódzki. Oprócz nagrody w postaci zabytkowego zegara dostali zwrot 23% poniesionych kosztów. Koleje losu zmusiły ich do wyprowadzki. Dom na lata stał się własnością Włocha, właściciela palarni kawy, który wykorzystywał go głównie w czasie wakacji i weekendów. Pan Mariusz oprowadza mnie po „Gdańskiej głowie”. Mam wrażenie jakbym przeniósł się w czasie. Tak właśnie sobie wyobrażałem te chłopskie pałace. Wszystko jest tak jak w opisach żuławskich domostw u Pola czy Chamskiego. Wielka izba (czytaj: salon) to kilkadziesiąt metrów gustownie urządzonych: kanapy z końca XIX wieku, stół i neoba-rokowe krzesła są przedwojenne; do tego stuletni perski dywan, elbląska szafa i skrzynia, stare obrazy (gospodarz z dumą pokazuje mi obrazek Davida Teniersa), gustowne zasłony, kandelabry i konsola... Wszystkie pokoje są tak urządzone. Gromadzona przez lata kolekcja (samych obrazów zgromadzili państwo Wiśniewscy przeszło 60) znalazła właściwe dla siebie miejsce. Wszystko urządzone ze smakiem, pewnie ktoś narzekałby, że nieco eklektycznie, ale to nie muzeum. W prawdziwym, żywym mieszkaniu także łączymy różne style. Szczególnie dumni są właściciele żuławskiego domu z kolekcji holenderskich fliz, liczy ona przeszło 400 sztuk. Pan Mariusz narzeka z uśmiechem, że kolekcjonerstwo to szalenie uzależniający nałóg. I kosztowny, nie licząc cen samych upolowanych na aukcjach i pchlich targach artefaktów, często trzeba słono płacić za nadbagaż. Z ostatniej wyprawy do Lizbony przywieźli kilkanaście portugalskich fliz. Znam nałogi gorsze i kosztowniejsze... Ten przynajmniej nie rujnuje zdrowia. Andrzej Kasperek 107 Trafiamy na podcień. Jest całkiem duży - wystawka ma 60 m2. Co ciekawe sam dom pochodzi z XVIII w., wystawkę dobudowano w 1825 r. Była ona symbolem prestiżu. Dziś ustawiono w niej krzesła, może tu się pomieścić 40 osób. To także kino domowe, wielki ekran, projektor i wygodne fotele. Okiennice dają zaciemnienie. I tak oto przeszłość spotyka się w idealnej symbiozie z nowoczesnością. Mariusz Wiśniewski urządza tu także cykliczne spotkania; m.in. zorganizował wieczór autorski Małgorzaty Oliwii Sobczak, autorki książki pt. „Ona i dom, który tańczy”, której akcja toczy się w Drewnicy i Zuławkach. Gospodarz nie unika także innych tematów, czasem kontrowersyjnych. Wyświetlono tu film Grzegorza Brauna o Marcinie Lutrze, który wywołał ożywioną dyskusję. Bo ten dom ma żyć, ma być miejscem spotkań, salonem, w którym się dyskutuje, poznaje nowe treści. Jednak nie zapominajmy, że do salonu jest się zapraszanym, nie wchodzi się doń z ulicy. Pytam o zakres robót. Jest duży, udało się osuszyć piwnicę, teraz zabezpieczane są belki i dechy piętra i strychu. Spuszczel pospolity to największy wróg drewnianych domów. Dziś nikt już nie używa szkodliwego xylamitu. Jednak nowoczesne impregnaty są bardzo drogie, często to koszt kilkuset złotych za nieduży pojemnik. A jeden nie wystarczy. To jednak środki oparte na naturalnych olejach i barwnikach, które pozwolą drewnu w późniejszym etapie bezpiecznie oddychać. Notuję szybko: altaks impregnat, olejowosk, drewnochron lazura... Trzeba zdobyć fachową wiedzę, żeby ratować swój dom. A jest o co dbać - powierzchnia całości to ponad 700 m2. Pan Wiśniewski pokazuje mi zabezpieczone przed laty ściany zewnętrzne domu, użyto jakiejś mieszanki, czarnej jak smoła. W starym numerze „Danziger Hauskalender” zobaczył swój dom na starej akwareli i okazało się, że dom wcale nie był czarny. Chce to zmienić. Nieśmiało zauważam, że dama z łasiczką na obrazie Leonarda też miała inne tło, wcale nie czarne a chyba nikt nie chce już tego zmieniać; według mnie ten czarny kolor bardzo do tego domu pasuje, tak jak kolorowe okiennice. 108 Skarby architektury drewnianej w Żuławkach Fotografia rodzinna, państwo Wiśniewscy z córkami, fot. Przemysław Snopek Jedno jest pewne, ten dom to szczęściarz - nie tylko przetrwał w dobrym stanie wszystkie historyczne zawieruchy a gospodarze dbali o niego. Mądrze się nim opiekowali, dzięki małej interwencji poprzednich właścicieli mamy dziś do czynienia w 90% z oryginalną substancją historyczną z XVIII i XIX w., co jest absolutnym rekordem biorąc pod uwagę polską szkołę konserwacji7. Kiedy gospodarz odwozi mnie do domu zaglądamy do dawnego pegeeru w Wiśniówce. Jest tam dziwny murowany podcień, na oko z XX wieku. To bardzo przygnębiający obraz, kilka kilometrów od zadbanych Żuławek straszą rozwalające się hale, zdewastowane obory i zielsko po pas. Tak jeszcze niedawno wyglądała znaczna część Żuław. Cieszmy się, że dzięki takim ludziom jak Dera, Tomaszunas, Romanowski i Wiśniewski to się zmieniło i zmienia. Zakończę swoim ulubionym cytatem z wiersza Czesława Miłosza pt. „Żuławy”: Człowiekowi jak życzyć? Niech będzie szczęśliwy. Niech własną ręką stworzy niestworzone dziwy, Nie złoto, niechaj gwiazdę marzenia wyorze. W ciemnozielony ogród niechaj myślą zmieni Krainę płaską wziętą z wody i płomieni*. Człowiek swą niestrudzoną pracą stworzył tę krainę, wydobył ją z żułu i mułu. I powinniśmy uszanować to dziedzictwo, które wzięliśmy w depozyt, bo ono nie jest poniemieckie, jest nasze. „Gwiazda marzenia” - myślę, że państwo Wiśniewscy ją znaleźli. 7 Informacja prasowa. 8 Czesław Miłosz, Wiersze wszystkie, Kraków 2011. Teodor Sejka POSTOLIŃSKA STRUGA miło i bezbronna 110 Postolińska Struga miła i bezbronna Poznałem ją we wczesnym dzieciństwie, gdy w 1947 roku zamieszkałem we wsi Barcice, powiat Kwidzyn. Dla mnie i moich rówieśników stała się od razu żywym przyjaznym miejscem, a raczej żywą przestrzenią, która ubarwiała nasze, bardziej niż skromne wiejskie dzieciństwo. W ciepłe, letnie dnie gromadka bosonogich dzieciaków podążała w kierunku barcic-kiej rzeczki, by tu pod mostem na szosie wejść do jej płyciutkiej, zimnej i bystrej wody, a potem odbyć pełen przyjemnych wrażeń rzeczny spacer, aż do tamy. Stała się dla nas po prostu naszą rzeczką, płytką, bezpieczną z krystaliczną wodą, która, mimo płaskiego terenu płynęła wartkim strumieniem po piaszczystym dnie. Kolorowe rzeczne kamienie w krysztale wody wydawały się nam drogocennymi skarbami, a obok naszych nóg, co i raz śmigała mała, srebrna rybka, a rybiego drobiazgu uwijały się tu całe stada. Korony nadbrzeżnych drzew tworzyły tu ażurowe sklepienie zieleni, co w połączeniu z błękitem nieba i przebijającymi się słonecznymi promieniami, pozwalało nam doświadczać zachwytu przebywania w prawdziwym pałacu, jakiejś niebywałej świątyni przyrody. Rozradowana dziecięca gromadka, urzeczona swoistym rzecznym zapachem orzeźwiającej wilgoci, przemieszanej z wszelakimi zapachami kwitnących ziół i krzewów z dominującym aromatem czarnego bzu, przemierzała z biegiem rzeki, odległość około 1 kilometra aż do tamy. Trzeba było tylko omijać miejsca, gdzie w podmytych brzegach, pod korzeniami drzew woda tworzyła zastoiny i głębie, gdzie nie widać było dna. Tama, do której zdążaliśmy, zbudowana była z belek, przy pomocy których regulowano poziom spiętrzonej wody w zależności od utrzymującej się pogody. Tu przy tamie woda sięgała nam już do piersi, gdzie zatrzymana i nagrzana przez słoneczko zapraszała nas do kąpieli. Tu zazwyczaj kończyła się nasza wyprawa, gdyż do ujścia rzeczki, gdzie znikała w wodach Starego Nogatu (Liwy) jakoś nie mieliśmy ochoty wędrować, uznając ten jej odcinek za mało atrakcyjny. Nasza rzeczka przez długie lata pozostawała dla nas bezimienna. Nigdzie nie było tabliczki z jej nazwą. Jej topograficzna nazwa zafunkcjonowała = w naszej świadomości dopiero w latach 60., gdy ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że tak dobrze nam znana, bliska i kochana nasza rzeczka nazywa się Postolińska Struga. Nazwa ta wydawała nam się jakaś dziwna, obca i nieuzasadniona, zresztą nic nie wiedzieliśmy wtedy o Postolinie. Dopiero późniejsza wiadomość o tym, że w historycznej przeszłości funkcjonowało określenie: „Sztum koło Postolina” pozwoliła nam zaakceptować tę nazwę z uwagi na to, że ten ważny kiedyś Postolin znajduje się na trasie przepływu naszej rzeczki. Tak więc to właśnie w bliskości Postolińskiej Strugi upływało życie mieszkańców Barcic i to ona była faktycznym świadkiem i współuczestnikiem ich losów. Ludzie odchodzą, a rzeka zostaje i płynie dalej, więc, powszechnie stosowana alegoria, porównująca ludzkie życie z nurtem płynącej rzeki nie jest tu do końca uzasadniona. Raczej stawiam przed sobą zadanie, jakby tu w sposób niebanalny, opowiedzieć o swojej rzeczce, z którą bliska zażyłość trwa przez całe moje życie. Ograniczenia narracyjne proponują mi przedstawienie kilku jej obrazków - portrecików, zaobserwowanych i przeżytych razem z rzeką w ciągu długich lat. Pierwszy z nich to ten idylliczny, sielankowy z krainy dzieciństwa, za którym się tęskni i pozostaje bez wad. Pełne uroku spacery po czystej, krystalicznej wodzie. Gościnna rzeka Teodor Sejka 111 zapraszająca dzieciarnię do korzystania z jej uroków i rozkoszy zastępująca nam plac zabaw i letnie kolonie. Rzeczka skromna, wesoła, pokornie sobie płynąca i bezpieczna. Drugi obraz pochodzi z sierpnia 1960 roku, kiedy to nasza rzeczka w ciągu jednej doby przekształciła się w budzącą grozę siłę żywiołu . Długotrwałe obfite deszcze spowodowały, że jej głębokie koryto po brzegi wypełniło się ogromną masą wód spływających z okolicznych pól i rowów melioracyjnych. Oszalałe szaro-brunatne fale z hukiem parły wszędzie tam, gdzie mogły znaleźć dla siebie ujście . Nawet najstarsi barciczanie nie pamiętali tak ponurego i groźnego jej obrazu. Woda nie mieściła się już w korycie rzeki i tuż przed mostem przelała się przez lewy jej brzeg, zalewając najbliższe pola uprawne i wypełniając sobą wszystkie napotkane po drodze rowy i obniżenia terenu. Rwący potok wyzwolonego żywiołu skierował się ku szosie (wówczas brukowanej), na której nie pozostawił ani jednego kamienia. Fala powodziowa, na szczęście nie groźna dla domostw, skierowała się na zachód w stronę rzeki Liwy. Straty rolników były wtedy dotkliwe, gdyż woda z zalanych łąk i pól długo nie ustępowała. Zdesperowani ludzie na własną rękę usiłowali przyśpieszyć ich osuszanie. Zdarzało się jednak, że taka próba ratowania swojego pola wyrządzała szkodę sąsiadowi, bo zalegającą wodę trzeba było gdzieś skierować, to zaś było zarzewiem kłótni a czasem długotrwałej niechęci. Obraz trzeci pochodzi już z dwudziestego pierwszego wieku. Przez całe dziesięciolecia byliśmy przyzwyczajani do przykrych realiów, że z wodą w naszej rzeczce nie jest najlepiej, chociaż ciągle prezentowała się nieźle. Przynajmniej wizualnie wciąż robiła dobre wrażenie. Za każdym razem witała mnie miłym szmerem swego nurtu, jakby przypominając o naszej wzajemnej zażyłości i sympatii. Cieszyłem się, że przynajmniej ona jest tu niezmienna, gdy wszystko wokół, łącznie ze mną samym, zmieniło się gruntownie. Aż pewnego razu, gdy odwiedziłem ją po dłuższym niewidzeniu, poraził mnie jej żałosny widok, który zupełnie nie zgadzał się z tym, który znałem od wielu lat i który zawsze cieszył moje oko. Gdy spojrzałem na nią z drewnianego mostku, nie mogłem uwierzyć, że oto widzę to samo miejsce, gdzie kiedyś z rówieśnikami pluskaliśmy się w wodzie, a później przychodziłem tu z powierzonymi mi wychowankami. Zmiany, jakie tu zaobserwowałem, były wręcz apokaliptyczne, przemieniające sympatyczną rzeczkę w odrażający ściek melioracyjny. Zamiast bystrego nurtu teraz wąziutkim korytem niemrawo przeciekała mętna, śmierdząca ciecz. Obydwa rzeczne brzegi w jakiś dziwny sposób zbliżyły się do siebie. Zabagnione i zatorfione zarosły wodną roślinnością, pozostawiając tej ciągnącej się cieczy tylko wąziutki prześwit. Z bólem serca patrzyłem na coś, co jeszcze nie tak dawno, było urokliwą rzeczką, a teraz stało się wstrętnym rowem z osadzającym się na brzegach smolistym szlamem, który swoją trującą ciecz odprowadza do jeszcze bardziej zatrutej rzeki Liwy we wsi Rudniki. Jedynym dostrzeżonym przeze mnie przejawem życia biologicznego, była tu żaba, która z trudem odrywała swe łapki od smolistego szlamu. Ten przygnębiający stan naszej rzeczki utrzymywał się przez kilka lat i nie pozostawiał żadnej nadziei, że ktoś z decydentów kiedyś przypomni sobie o małej skromnej rzeczce i przyjdzie jej z pomocą. A więc żegnaj nasza krynico, wierna przyjaciółko mego dzieciństwa i ozdobo naszej okolicy. Chyba bezpowrotnie przeminęła twoja uroda. Zniszczyła cię zachłanność, obojętność i, krótkowzroczność i głupota ludzi. Kto wie, czy przyjdą jeszcze kiedyś dla ciebie lepsze czasy? A jednak! 112 Postolińska Struga miła i bezbronna Czwarty obraz pochodzi z lipca 2017 roku, gdy nie spodziewając się żadnej pozytywnej zmiany, wybrałem się na rowerową przejażdżkę w tą samą okolicę. Jeszcze przed mostkiem nabieram w płuca więcej powietrza, by uniknąć oddychania smrodliwym zapachem rzeczki i przyśpieszam tempo jazdy, by jak najkrócej oglądać jej hańbę i upadek. Mimo to, rzucam na nią okiem i ...oczom nie wierzę! To, co tu się stało, jest nie do uwierzenia! Ktoś, jakby za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki zrobił tu wielkie porządki; brzegi rzeczki oczyszczone i zabezpieczone plecionką z wikliny, woda wartko płynie poszerzonym korytem i jak dawniej gaworzy sobie wesoło, z pewnością jeszcze nie pierwszej czystości, ale przynajmniej już tak nie cuchnie. Długo tak przyglądam się jej z mostku z wielką radością i z uczuciem wdzięczności dla ludzi, którzy swoją pracę wykonali tu z prawdziwą fachowością i kunsztem. Zaś z przyganą dla tych, od których to zależało i kazali jej tak długo czekać na ratunek. Nie wiem, czy stało się to za sprawą jakiegoś planowania, czy tylko szczęście uśmiechnęło się do naszej rzeczki przez dopasowanie się jakichś tajemniczych szyfrów decyzyjnych - i oto przełamała się, tak długotrwała dla niej bariera beznadziejności. Jak się okazało stało się to za sprawą ogłoszonego w sierpniu 2016 roku przetargu nieograniczonego na konserwację bieżącą i gruntowną rzeki Postolińska Struga na terenie gmin Ryjewo i Prabuty w powiecie kwidzyńskim. Wykonawcą, któremu udzielono zamówienia był Zakład Melioracji, Rekultywacji i Produkcji Materiałów Budownictwa Wodnego pana Mieczysława Banasika ze Szrop. To właśnie tej firmie zawdzięczamy przeprowadzenie tak gruntownych prac, które znacznie poprawiły zewnętrzny wizerunek zdegradowanej rzeczki. Pozostaje jednak niepokojący problem czystości płynącej w niej wody. Byłem pewien, że równolegle z przeprowadzoną konserwacją rzeki, odpowiednie służby zainteresują się i tym problemem, a tymczasem Zastępca Naczelnika Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Gdańsku z przykrością stwierdza, że jakość wody w Postolińskiej Strudze, jak i w Liwie, jest bardzo zły i że nie mieści się w żadnej klasie czystości. Podaje, że według ostatniej ekspertyzy przeprowadzonej w 1999 roku, w wodach obydwu tych rzek była nadmierna ilość biogenów i rtęci, pochodzących ze środków ochrony roślin, oraz wysoka zawartość bakterii typu coli, obecność których spowodowana jest brakiem szamb przydomowych i odprowadzaniem nieczystości do rowów melioracyjnych. Nie może nie dziwić fakt, że dziś w internecie znajduję w tej sprawie ekspertyzę z ubiegłego wieku! Czyżby odpowiedzialne za ekologię służby, nie wierząc w możliwość poprawy, w imię spokoju swojego sumienia nie śpieszyły się do częstszego monitorowania czystości wód w naszych rzekach? A może od ostatnich badań coś się jednak zmieniło na lepsze? Może zaszły już jakieś procesy samooczyszczenia, przecież natura to wielka odradzająca siła. Może wreszcie udało się wyeliminować jej szkodników-trucicieli, o czym nie wiemy, ale mocno chcemy wierzyć, że nasza rzeczka ma realne szanse pełnego odrodzenia się, także w aspekcie biologicznym, bo chociaż niewielka, skromna, ale w pełni na to zasługuje. Oto jak sympatycznie czytamy o niej w Wikipedii: „Rzeka Postolińska Struga to ciekawy i malowniczy ciek wodny w powiecie sztumskim i kwidzyńskim o długości około 25 kilometrów. Zaczyna swój bieg na polach koło Wilczewa, gdzie powstaje z połączenia kilku małych cieków wodnych. Meandruje w pobliżu miejscowości Mirowice, Michorowo, Teodor Sejka 113 Postolin, Nowa Wieś, Borowy Młyn i wpada do Liwy (to jest do Starego Nogatu), za Barcicami. Jej niemiecka nazwa: Bache, Haidemuchler Bache, lub Beck — tuż przy ujściu.” Warto zatrzymać się właśnie tutaj w okolicach Borowego Młyna i porozkoszować się jej urodą, gdzie wcina się w niemal górzysty, leśny teren, dokonując jakby jego głębokiego przełomu, tworząc piękne jary i wąwozy. Atrakcyjna rzeźba terenu, jak i bogata flora i fauna stanowią malowniczą oprawę jej pięknej wodnej wstęgi. W pobliżu znajduje się atrakcyjny staw wodny utworzony przez spiętrzenie wody w rzece dla potrzeb młyna napędzanego siłą wody, oraz dwie śluzy. Niestety, z budynku młyna pozostały już tylko nikłe szczątki, a jeszcze w latach 50. pracował pełną siłą, świadcząc swe usługi okolicznym rolnikom. Nad stawem wznosi się zdumiewająco wysoka skarpa - urwisko, mogące służyć jako ciekawy punkt widokowy. Zresztą i walory poznawczo — historyczne samej miejscowości Borowy Młyn w pełni zasługują na uwagę. Pierwsza o niej wzmianka pochodzi z roku 1419, jako o samodzielnej osadzie założonej na prawie magdeburskim. Niemieckie: Heidemole, oznacza Borowy Młyn. Pierwszy polski zapis tej nazwy odnosi się do roku 1565, kiedy to w lustracji wymienia się młyn nad rzeką Heidemuchler Bache. Tutaj też, na rozkaz Stefana Batorego zbudowano odlewnię kul działowych na potrzeby wyprawy wojennej, na którą król wyruszył przeciwko nieposłusznemu Gdańskowi w roku 1577. Wojny krzyżackie i szwedzkie doprowadziły osadę do ruiny. Wiadomo, że w XVII wieku w miejscu dawnej kuźni powstała tu karczma, której długoletnim właścicielem był Hammer. Miejsce to oznaczone jest dzisiaj kamieniem pamiątkowym. Po I rozbiorze osada znalazła się w rękach niemieckich i przez długie lata była własnością Karla Kellera. W 1789 roku miała 13 dymów, a jej znaczny rozwój datuje się od roku 1833, kiedy kolejni właściciele zbudowali na rzece, wspomnianą już śluzę, staw i obmurowali kanały doprowadzające wodę na potrzeby młyna (Gotfried Sznejder, Karl Biden, Otto i August Millerowie). W końcu XIX wieku powstały tu budynek młyna i bardzo stylowy dwurodzinny dom właściciela Sznejdera. W latach 20. XX wieku zbudowano tu mieszkania dla pracowników, tartak i serownię. W 1905 roku osada liczyła 103 mieszkańców. W pobliskich lasach można natrafić na wyrobiska ziemne, które przypominają o zbudowanym tu w 80. latach XIX wieku potężnego nasypu kolejowego, oraz liczne starodawne dęby, będące pomnikami przyrody. Powróćmy jednak do naszej rzeczki, która jest główną osnową mojej narracji, tym bardziej, że przyglądając się jej na tym odcinku, nie można się wprost obejść bez przypisywania jej cech żywego stworzenia, a może nawet i pewnych personifikacji. Te antro-pomorfizmy rodzą się razem z pełną szacunku refleksją o jej pracowitości i uporze, że taka mała i wątła poradziła sobie w tak trudnym terenie i przez wieki wydrążyła sobie tak głębokie koryto. Meandrując po zalesionej okolicy, to jakby znika gdzieś, zasłonięta gałęziami drzew, to znów się pojawia rozdzieliwszy się na kilka małych szemrzących strumyczków tworzy tu liczne półwyspy, miniaturowe wodospady, zatoczki i piaszczyste wysepki i wydawać się może żywym, czasem psotnym, czasem bezbronnym zwierzątkiem. Z wyższego, lewego jej brzegu sączą się liczne źródełka, dokładając swój skromny wkład, ku jej wzmocnieniu. Trudno nie wzruszyć się, gdy tak przyjaźnie pozdrowi nas 114 Postolińska Struga miła i bezbronna szmerem i pluskiem toczącej się po kamieniach wody, że mimo woli chce się wyrecytować, znany kiedyś każdemu polskiemu dziecku wierszyk z elementarza: Płynie, wije się rzeczka/ Jak błyszcząca wstążeczka/ Tu się srebrzy, tam ginie/ A tam znowu wypłynie/ Woda w rzeczce przejrzysta,/ Zimna, bystra i czysta/ Biegnąc mruczy i szumi,/ Ale kto ją zrozumie// Tylko kamień i ryba/ Znają mowę tę chyba. To przecież jakby dokładnie o niej, o naszej Strudze pisał mistrz Julian Tuwim, a jeśli się coś nie zgadza dzisiaj w tym opisie to może dotyczyć tylko czystości jej wody. Szkoda, bo kiedyś była taka czysta. Czystą wodę pamiętam tu jeszcze w końcu lat 50., gdy ze swoją drużyną harcerską gotowaliśmy biwakową zupę na wodzie zaczerpniętej wprost z rzeki. W myśl starej piosenki o harcerskim kucharzu: „Obozowej zupy, wszak przepis znam/ Według naszej mody/ Nabierz najpierw wody/ Ot, z rowu tam.” Biwakową zupę jedliśmy wtedy wszyscy i nikomu nie zaszkodziła. Niestety, tamte odległe czasy w odniesieniu do ekologii trzeba dziś uznać za rzeczywistość mityczną, pełną cudów natury darowanych ludziom przez Stwórcę. Później już nikt nie odważyłby się na takie ryzyko i wodę do biwakowej kuchni trze-ba było przynosić z okolicznych gospodarstw domowych. Przez długie lata panowało powszechne przekonanie, że wodę w Postolińskiej Strudze zatruwa Tuczarnia Trzody Chlewnej w Czerninie koło Sztumu. Jeśli to prawda, to z pewnością komuś przynajmniej postawiono zarzuty, chociaż nigdy się o tym nie mówiło. Zalesione brzegi rzeki w okolicach Borowego Młyna obfitują w przytulne polanki, świetnie nadające się na biwakowanie, a nawet na dłuższe obozowanie. Biwakowałem tu wiele razy w ciągu swojej kariery instruktora harcerskiego. Można tu było organizować atrakcyjne zajęcia terenowe zaprawiające harcerki i harcerzy do pokonywania przestrzeni, do linowych przepraw i wieczornych podchodów. Uczyć wrażliwości estetycznej na piękno otaczającej przyrody. Ubogacać ich przypadkowymi obserwacjami z życia zwierząt i ptaków, dla których las i rzeka są naturalnym mieszkaniem. Od dawna jestem przekonany, że atrakcyjność tego terenu może śmiało konkurować nawet z bardzo renomowanymi miejscami turystycznymi. Toteż, gdy kilka lat temu pojechałem na zakładową wycieczkę zagraniczną, w programie której był spacer po Słowackim Raju, zdegustowany ubogością terenu i chodzeniem po oznakowanych leśnych pagórkach, pomyślałem, czy nie lepiej i taniej byłoby zaprowadzić wycieczkowiczów do Borowego Młyna. Tutejsza przyroda z malowniczą Postolińską Strugą dostarczyłaby im, kto wie czy nie bogatszych i bardziej kształcących wrażeń. No bo chyba nie powinniśmy się wstydzić tak atrakcyjnego turystycznie terenu, który mamy tuż obok i które bez przesady można by nazwać naszymi małymi Bieszczadami i starać się zrobić wszystko, co mogłoby służyć jego promocji. Bogate walory tej okolicy w pełni upoważniają do marze-nia o tym, ze kiedyś ludno tu będzie od turystów, bo przecież każda leśna ścieżka może tu się stać ciekawym szlakiem turystycznym. Może już wkrótce powstanie tu nie jeden znakowany szlak turystyczny? Może znajdzie się odważny organizator pieszego rajdu turystycznego szlakiem Postolińskiej Strugi od jej źródeł do ujścia (lub odwrotnie)? Wszak to tylko około 25 kilometrów. Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW' SYMPHONY SPACE W NOWYM JORKU, 5 KWIETNIA 2018 Nadszedł czas na „Niewidzialny Most” w Nowym Jorku, i to w słynnej Symphony Space na Brodway 2537, tej samej, w której Woody Allen zrealizował swój najlepszy film „Annie Hall”. Razem z Davidem Krakauerem przygotowujemy się do występu w czwartek 5 kwietnia o 19.30. David z Kathleen Tagg zagrają fragmenty utworu „Strażnicy ognia”, który miał swoją premierę podczas „Misterium Mostu” w Krasnogrudzie 22 sierpnia ubiegłego roku. Mnie przypada zadanie opowiedzenia o tym, co się wtedy wydarzyło i dlaczego na naszym polsko-litewskim pograniczu, a także w środowiskach imigrantów z Syrii i Ukrainy, a nawet tu w Ameryce ciągle błąkają się ludzie, którzy nie mogą o tym zapomnieć. Nieoceniony Dick Adams pomaga nam wybrać fragmenty z dwóch znakomitych filmów Kuby Kossaka (koncert Orkiestry Niewidzialnego Mostu) i Piotra Fiedorowicza (proces tworzenia misterium). Za aparatem fotograficznym Kathleen. Wielka Nieobecna na tym zdjęciu to Elżbieta Matynia, która nas pysznie ugościła. Bądźcie z nami duchem albo przybywajcie na nowojorską przechadzkę po niewidzialnym moście... New York, Kris& David& Dick BOLONIA. ARGONAUCI W PALAZZO FAVA, 20 MAJA Ucząc pogranicza na Uniwersytecie Bolońskim, szukam go w dziejach i ikonografii samej La Dotta, jak kiedyś nazywano Bolonię, miasto wiedzy. Dlatego razem ze studentami wędrujemy po śladach mitu o Medei i Argonautach, który tutaj ma swoje istotne inkarnacje. Zdjęcia w tekście pochodzą z archiwum Krzysztofa Czyżewskiego. TT’ Krzysztof Czyżewski 117 Starożytni Grecy nie wybaczyli Jazonowi zdrady miłości i gościnności, darów pozyskanych podczas wyprawy do Kolchidy, bez których nie byłoby możliwe zdobycie złotego runa. Bliski popełnienia samobójstwa, anty-heros ginie pod uderzeniem kadłuba łodzi „Argo”, który miłościwie opuściła nań przychylna mu Atena. Chrześcijańska kultura Zachodu uczyniła z niego bohatera zwycięskiej wyprawy na szczyt, w sferę cienia spychając wiedzę o jego porażce w drodze powrotnej, kiedy trzeba było oddać dary. Sztuka powrotu, zstępowania z góry, odwzajemnienia solidarności pozostaje po dzień dzisiejszy piętą achil-lesową Europy. Skąd freski o Jazonie i Argonautach w czerwonym Palazzo Fava przy Via Manzoni? Wiadomo, że Filippo Fava, jeden z najbardziej wpływowych możnowładców miasta, w 1584 roku zaprasza braci Caracci — Ludovico, Agostino i Annibale — do pokrycia polichromią wnętrza pałacu. Dlaczego jednak wybór takiego tematu, który - obok podróży Eneasza - zdominował całe pierwsze piętro i zyskał sławę u potomnych? Trop wiedzie do Habsburgów. Ludovico Carracci pokrył szczerym złotem runo na jednym z osiemnastu paneli umieszczonych pod kasetonowym sufitem, znanych jako „Cykl Jazona ”, honorujących Order Złotego Runa. Fillip Ił Habsburg nazwał swój okręt wojenny „Argo” i pokrył go malowidłami celebrującymi Argonautów w analogii do zdobywczych wypraw Habsburgów i do tureckiej stolicy Konstantynopola jako Kolchidy. Wysłał ten statek w 1565 roku na bitwę z muzułmanami pragnącymi zdobyć Maltę. Habsburgowie, którzy władali Ameryką jako hiszpańscy królowie i większą częścią Europy jako władcy Świętego Rzymu, celowo utożsamiali się z wizerunkiem Jazona i widzieli siebie jako ucieleśnienie proroctwa o nowym Złotym Wieku, ogłoszonego przez Wergiliusza w jego Czwartej Eklodze. Wcześniej, bo pomiędzy rokiem 1480 a 1490 Lorenzo Costa namalował obraz zwany „Łódź Argonautów”, najprawdopodobniej inspirowany opublikowanym właśnie nowym wydaniem „Argonautica” Valeriusa Flaccusa w jego rodzinnym mieście Bolonii. Zachowały się też programy i litografie z festiwalu „Argonautica” organizowanego w Bolonii i poświęconego wyprawie po złote runo. W miastach europejskich, od Brugii, gdzie w XV wieku powstał Zakon Złotego Runa, po Bolonię krzewił się bohaterski mit o zdobyciu przez Europejczyków złotego runa. Jego ślady znajdziemy również w Warszawie, gdzie na wieży Zamku Królewskiego widnieje godło Zygmunta III Wazy, jednego z pierwszych rycerzy Złotego Runa - Orzeł Biały otoczony łańcuchem Orderu Złotego Runa. Mit to zdobywczy, imperialny i kolonialny, istotnie odbiegający od starogreckiego oryginału. Wierna opowieści starowieku, podobnie jak miłości i gościnności, pozostaje nieśmiertelna Medea, Inna pośród nas. Inaczej też od bohaterów „Cyklu Jazona” namalował ją Carracci. Jak fenomenalnie to zrobił, to jest już inna historia... JAN Z MODENY, 21 MAJA Łatwo jest wejść do Kaplicy Magów w bazylice św. Petroniusza w sercu Bolonii. Łatwo jest wejść, mimo że pilnuje jej uzbrojona żandarmeria, niezmiennie od czasu kiedy Al Ka-ida chciała wysadzić świątynię w powietrze z powodu umieszczenia Mahometa w piekle 118 Notatki słów i obrazów na fresku Jana z Modeny. Trudniej z niej wyjść. Człowiek zostaje zamknięty w kręgach dantejskiego piekła. Cóż z tego, że gdzieś w górze albo z boku połyskują wyobrażenia raju, sceny z żywota świętego albo przybycia Mędrców ze Wschodu, mandala Archanioła Michała, u którego mocarnych stóp wije się jeden z czartów. Wszystko to są odległe reminiscencje. Odległe od czego? Od życia? Piekło jest wszechobecne. Lucyfer jest gigantyczny i gdziekolwiek by-śmy się obrócili i tak jesteśmy w jego obliczu; świat się na nim wznosi. Człowiek desperacko szuka drogi wyjścia z zamkniętych kręgów. Sw. Krzysztof, jedno z najwspanialszych jego wyobrażeń, jego, który wyzwala z zamknięcia i patronuje przekraczającym na drugi brzeg, jest tutaj nieobecny, umieszczony przez mistrza Giovanniego na zewnątrz kaplicy. Człowiek kuli się w potrzasku, milczy i nie może się ruszyć, tak bardzo jest u siebie. Człowiek musi długo zbierać w sobie siły by wyjść, świadomy, że powrót do życia na pełnym światła i radosnych igrzysk Piazza Maggiore nie wyzwala go z dantejskich kręgów, że niesie je dalej ze sobą, że żyć znaczy nie ustawać w próbach ich przekraczania. Ale jak? Jest taki film, „Krugovi Srdana Golubovicia, chyba najlepszy jaki powstał po wojnie w byłej Jugosławii. Oglądałem go dzisiaj ze studentami, z których kilkoro pochodzi z Bałkanów. Syn zbrodniarza usynowiony przez pamiętającego zbrodnię, ojciec bohaterskiej ofiary uwolniony od nienawiści, matka pragnąca z miłości do syna zamknąć go w domu jak w twierdzy przed światem przeszłości, lekarz ratujący na stole operacyjnym życie mordercy przyjaciela, muzułmanin ocalony przez chrześcijanina i ścigany przez los dopóki nie odpłaci szaleństwem dobra drugiemu... Rozmawiam o tym z młodymi Europejczykami, którzy niczego nie są winni, chcieliby nie wiedzieć, uciec, odciąć się, cieszyć się wolnością^ niezależnością, nieprzynależnością... Powoli dociera do nich, że mimo iż urodzili się w innym czasie i nie zaznali wojny, coś ich jednak łączy z bohaterami filmu Golubovicia - również w ich życiu na nic zda się ucieczka czy choćby obojętność; również oni zamieszkują Kaplicę Magów i skazani są na życie świadome, współzależne i współ-czujące. To właśnie chciałem im powiedzieć: życie w prawdzie to przekraczanie, nie odmowa. Wieczorem dostałem email od Iris, pochodzącej z Zagrzebia. Nie dawały jej spokoju słowa ojca Marko, w rzeczywistości (bo film oparty jest na faktach) Srdana Aleksicia, serbskiego żołnierza skatowanego na śmierć przez towarzyszy broni za to, że stanął w obronie swojego muzułmańskiego sąsiada: „To jedynie mnie przeraża, że dobro uczynione przez człowieka nic dla innych nie znaczy”. Iris znalazła na nie odpowiedź u Edmunda Burkego: Jedyną rzeczą potrzebną złu do zwycięstwa jest bierność dobrych ludzi. Krzysztof Czyżewski 119 MEDEA CARRACIEGO, 22 MAJA Medea Carracciego zachwyca absolutną innością. Jest pierwszą tak namalowaną kobietą w sztuce Zachodu. Piękna, nie-bladolica, cieleśnie powabna, z wyczuwalnym pulsem żywej krwi pod zaróżowioną skórą. Zupełnie naga, obmywa ciało w strumieniu z pobłyskiem księżyca, uwodzi rozpuszczonymi włosami i autentycznością, jakby nie imały się jej żadne przyporządkowania, ziemskie konieczności, prawa obyczaju. Pogrążona w głębokiej medytacji, zupełnie nieświadoma bycia obserwowaną. Ta-Któ-ra-Wie, jak starożytni tłumaczyli jej imię. Wolna miłością do obcoplemieńca. Kłębią się za nią różne moce: jest krętogłówek, mały ptaszek wysłany przez Erosa by ukłuł serce Medei i pozyskał je dla Jazona; jest magiczny kocioł, w którym potrafiła starego barana przemienić w jagnię, panując nad śmiercią; jest stary król-uzurpator Pelias i jego córki, które poćwiartowały jego ciało Carracci, Medea, Palazzo Fava, Bologna w złudnej nadziei, że Medea je odrodzi odmłodzone; jest Hekate z nieodłącznymi psami, bogini rozdroży i czarów, której była kapłanką w Kolchidzie; jest słoneczny rydwan jej dziadka Heliosa, na którym w zakończeniu tragedii Eurypidesa uniesie się ponad ziemski padół, objawiając swoje boskie pochodzenie. Carracci w nowatorskiej formie malarskiej narracji, tworząc swoisty kolaż różnych epizodów starożytnego mitu, ukazuje Medeę na tle dramatycznych wydarzeń jej życia, czyniąc ją jednocześnie doskonale swobodną, niczym nie uwiązaną i nieprzynależną. Historycy sztuki - w tym Andrea Emiliani, były dyrektor Bolońskiej Pinakoteki Narodowej i znawca modernizmu - skłonni są przyznać, że Medea Carracciego jest „pierwszym nowoczesnym aktem”. Jeżeli tak, to byłby to akt nie tylko kobiety zachwycającej pięknem swojego ciała, ale przede wszystkim zniewalającej swoją innością, wyrażającą się w mocy panowania nad sobą i światem natury, w głębi duchowej kontemplacji i we władaniu wiedzą tajemną, w miłości przekraczającej granice konwenansu i w wolności, która czyni ją nieprzystępną dla ziemskich uwarunkowań. Tak rozumiany, do dzisiaj pozostaje aktem wyjątkowym. Jest rok 1584. Ambitny i bogaty arystokrata boloński Filippo Fava zamawia u mało jeszcze wtedy znanych w świecie sztuki braci Carraccich cykl fresków dekorujących wnętrze jego pałacu. Będzie to ich pierwsza poważna praca. Podobnie jak członków rodziny Fava, fascynują ich związki nauk medycznych z wiedzą tajemną, której uosobieniem była Medea. Wokół panuje akademicki naturalizm i manieryzm. Tendencje te próbują przełamać rewolucyjnie opowiedzianą historią Jazona i Argonautów, współbrzmiącą jednak z epoką europejskiego kolonializmu. Na panelach poprzedzielanych monochromatycznymi telamonami tworzą kolejne epizody wyprawy po złote runo. Nie potrafią jednak zmieścić w tej formie estetycznej i światopoglądowej Medei. Zwłaszcza Lodovico, najbardziej 120 Notatki słów i obrazów niesforny i poszukujący spośród braci. To przed nim imigrantka z Kolchidy otworzy szansę zmierzenia się z innością. Tak powstanie „Incantesimi di Medea”, panel wyłamujący się z całego cyklu, zjawiający się niespodziewanie, jakby z innego świata i z innej estetyki, jedyny, w którym Medea jest u siebie, a sztuka przekracza siebie. Bogato udrapowane stroje, ceremonie z udziałem władców i czyny herosów, wydarzenia kulminujące czas historyczny, rytualne gesty, przestrzeń podległa hierarchii władzy, oddalone twarze widoczne zwykle z profilu, sceny oficjalne i zastygłe w klasycznej formie - wszystko to ustępuje miejsca niezwykłej kobiecie, zwróconej ku nam w całej swej nagości, niepowtarzalnej, zanurzonej w wiecznej chwili, przystępnej w swojej intymności a jednocześnie niedosiężnej dla żadnej z ziemskich mocy, którym jesteśmy poddani, więc obcej, nieujarzmionej, choć tak bliskiej, wydawałoby się w zasięgu ręki... Chcielibysmy posiąsć Medeę jak złote runo, ale Carracci stawia nas przed niewidzialną granicą, której nie można przekroczyć żadną zdobywczą eskapadą. Siedemnaście pozostałych paneli obrazujących wyprawę Jazona i Argonautów, chocby nie wiem o jakich zwycięskich historiach opowiadały i chocby nie wiem, jak kłóciły się ze snutą tu przeze mnie opowieścią, zatrzymują się bezradnie przed tym jednym, nie do przekroczenia. „Incantesimi” to nasz pełen guślarstwa obrzęd świętokradczy. Tak, trzeba odczynić dziady, ugościć innych niż my, radykalnie, bo z drugiej strony istnienia. I dociera do nas, że jedynie jak Medea wolni miłością i wierni gościnności, której nam udziela, jedynie wtedy powrócimy tam, skąd wygnało nas zapomnienie o tym, żesmy wszyscy, jak ona, z królewskiego rodu POEZJA Z WĄGROWCA, 10 CZERWCA W kopercie, cienkiej jakby tylko list skrywała, tomik poezji: Dariusz Kozdęba Widma i czereśnie. Na znaczku pieczęć poczty z Wągrowca. Na stronie tytułowej nie ma wydawcy. W stopce autorzy grafiki, fotografii i składu, drukarnia Janusza Muszyńskiego, która zdaje się być wydawcą. dedykacji. —z nadzieją, że lektura nie będzie czasem straconym. nocie biograficznej informacja o tym, że poprzedni tom autora ukazał się ponad dwadzieścia lat temu. Na okładce Jerzy Grupiński pisze, że „należy do tych poetów, którzy ważą słowo i nie rzucają go na przysłowiowy wiatr”. W domu dziecka leży trzydzieścioro niemowląt Zupełna cisza Opiekunka mówi — Przychodzi taki moment, że przestają płakać .. .jest typem outsidera, funkcjonuje z dala od środowisk literackich, opiniotwórczych. Wydają mu się niepotrzebne. Każdą wolną chwilę spędza pod lasem, w swoim wyjątkowym domku zrobionym ze starego wagonu kolejowego. To z posłowia Jana Kaspra. Tak to dzięki niemu musiały przeciąć się nasze ścieżki. Pewnie w księgarni „Locum”, na spotkaniu autorskim Janka, którego wiersze wydaliśmy w oficynie Pogranicza. Z cyklu notatek z podróży Wódka z czereśniami dowiaduję się, że tych miejsc przecięcia jest więcej: Cisną i Połonina We-tlińska, kirkut w Lutowiskach, zbezczeszczona bojkowska cerkiew w Bystrem, Tykocin, dawny Niklasdorf, monaster starowierów w Wojnowie... Wspólnie dziedziczymy długi po przodkach, na spłatę których ciułamy pamięć, wolontariat dobra i wiersze. Krzysztof Czyżewski 121 Więc taka koperta z tomem wierszy, bez wydawcy. Poezja ma swoje obiegi, pozalite-rackie. Żyje w listach, bezinteresownych darach, w słowach, które nie są na wiatr rynku. Ustawiam książkę na półce w sąsiedztwie Wyznań dozorcy mrówek, tak, że natknę się na nią szukając tomów poezji Ryszarda Krynickiego i Marzanny Kielar. Zapamiętam: Dariusz Kozdęba, poezja niestraconego czasu... Jeszcze waha się różaniec a moja matka jest już lekka jak prześcieradło POLSKA JAK ŚWIAT. PRZEMIANA, NIE WYMIANA, 20 CZERWCA Polska jest jak świat - nie da się jej zmienić zastępując jedno drugim. Polskę można tylko próbować przemieniać, krok po kroku. Wszystkie rewolucje mają wspólny grzech pierworodny - ślepą wiarę w to, że obce można zastąpić swoim, że rozwój dokonuje się drogą eliminacji elementu niepożądanego. Ta wiara z tego względu jest ślepa, że wyrzuca na zewnątrz to, co jest częścią wnętrza. Dlatego rewolucjonistom nigdy nie udaje się pozostawić przeszłości za sobą; dlatego tak często wpadają w potrzask starych wzorców myślenia i zachowań, niezmiennie dziwując się po czasie, że mają one tak silną moc odradzania się. Ci, którzy chcą zmieniać świat, zamiast szukania kozła ofiarnego na zewnątrz, powinni pracować nad wewnętrzną przemianą. Refleksja ta naszła mnie podczas ostatniej podróży przez Polskę. Najpierw Gdańsk i debata w stulecie niepodległości, podczas której namysł nad tym, kto swój a kto obcy w Rzeczpospolitej, uwydatnia dramat współnotowości. W dyskusji ktoś celnie przywołał epizod z „Zimnej wojny” Pawlikowskiego, w którym na uwagę twórców najsłynniejszego polskiego zespołu pieśni i tańca o pięknie ludowej melodii łemkowskiej, kierowca rzuca: „Ładne. Szkoda, że nie nasze”. Wkrótce okaże się, że dla artystów nie będzie przyszłości w tym kraju, natomiast dla kierowcy i owszem - zostanie dyrektorem i będzie tu rządził jak pan na swoich włościach. Takich Kaczmarków i w dzisiejszej Polsce nie brakuje. Niektórzy przemalowali się z komunistów na nacjonalistów, inni niezmiennie od stulecia obrysowują swoją ojczyznę granicą etniczną. Wszyscy są częścią tego kraju. Obywatele RP, którzy przyjmą łemkowską pieśń za swoją, zrodzą się z przemiany tych, dla których ona jest „nie nasza”, oraz tych, którzy zrozumieją dlaczego w XX wieku tak a nie inaczej wyznaczano granice między ludźmi. Potem była Łódź i Ogólnopolski Kongres Kobiet. W przygotowanym przez Tannę Ja-kubowicz-Mount panelu „Polska dla wszystkich - wolność i wspólnota” odnajduję się z łatwością, nie tylko jako gość-mężczyzna (na sali był jeszcze ojciec Marty Lempart), ale przede wszystkim jako praktyk idei z pogranicza rodem. Gdyby Tanna i Marta, Hanka Grupińska, Beata Siemaszko i Ewa Rogala chciały tylko wymienić w Polsce jednych ludzi na drugich, poszłyby na skróty, dążąc do ustawienia rewolucyjnego szafotu, tracąc energię na umizgi wobec Wielkiej Liczby i dając się skolonizować przez centrum. Uderzyła 122 Notatki słów i obrazów KONGRES KOBIET Kongres Kobiet — Lodx 2018 mnie właśnie ta ich czujność na kolonizacyjne zapędy centrum. Interesuje ich cała Polska, ustawiają się w poprzek podziałów politycznych, idą ku ludziom, do miasteczek i gmin wiejskich, gdzie przygotowują się do kandydowania w wyborach samorządowych. Iluzją jest dokonanie przemiany od czubka głowy, trzeba nią objąć cały organizm. Tak, to jest też praca duchowa i chwała kobietom za to, że na Kongresie zarowno język jak i praktyki związane z rozwojem duchowym nie były „sferą wstydliwą , którą się przemilcza w gremiach realistów/realistek twardo stąpających po ziemi (gdybyż to kiedyś do nich dotarło, jak bardzo oderwani są od realiów życia w długim trwaniu!). Na koniec docieram do Kadzidła, rolniczej gminy w sercu Puszczy Zielonej i Kurpiów. W gabinecie wójta Dariusza Łukaszewskiego wysokie stosy książek-nagród dla uczniów: biografie Miłosza i Herberta, nasza Ginczanka, „Europa” Davisa i „Skrwawione ziemie” Snydera, poezje Szymborskiej i opowiadania Filipowicza, dzieła Josepha Rotha, ks. Bonieckiego „Lepiej palie fajkę niż czarownice , rozmowy z ks. Isakowiczem-Zale-skim „Chodzi mi tylko o prawdę” i Janiną Ochojską „Świat według Janki”... Na ścianach gimnazjum, któremu patronuje komendant Obwodu Wileńskiego AK Aleksander Krzyżanowski, cytaty z „Traktatu moralnego”. Jest też ławeczka z Miłoszem, w centrum, przy budce z książkami. Zanim rozpocznie się obrzęd wesela kurpiowskiego, uroczyste posiedzenie rady gminy, na którym wójt wygłasza laudacje a radni przegłosowują nadanie honorowego obywatelstwa nowym osobom. Nie tylko wójt mówi, swoje dorzucają sołtysi, rolnicy i nauczycielki, także uhonorowani — rzecz idzie o roli poezji w życiu (Kira Gałczyńska), o strażniczkach pamięci poświęcających życie opiece polskich grobów na wileńskiej Krzysztof Czyżewski 123 Rossie (Zyta Kołoszewska), o dziennikarstwie otwierającym na świat i uczącym empatii (Wojciech Jagielski), o naszym współistnieniu z Żydami i jego odradzaniu przez książki (Wojciech Ornat), o zerwanym chrześcijańsko-muzułmańskim moście w Kosowskiej Mi-trowicy i jak autentyzm w kulturze zdolny jest przeciwstawić się nacjonalizmowi (Avdyl Murtez), o naszym w „Pograniczu” budowaniu „tkanki łącznej”. Dariusz Łukaszewski mówił o Kurpiach, o nas, jako palimpseście warstw kulturowych i sąsiedzkich obcowań. Na koniec przewodniczący rady Jan Kulasik zaintonował pieśń o służbie bliźnim swym, która wiedzie wzwyż. Śpiewana przez wszystkich, pieśń szła na głosy, niby nie typowo, bo w Polsce ponoć jednogłosowo się śpiewa, a jednak bardzo „po swojemu”, sprawiając, że wszyscy zebrani tu z tak różnych światów czuli się w Kadzidle u siebie. TISCHNER - NIEPOŁOMICE, 27 CZERWCA Jutro minie 18 lat od śmierci ks. Józefa Tischnera. Myślę o nim jako o człowieku uwierzytelniającym słowa. Post-prawda to kryzys języka. Nasze słowa się gubią, są zacierane, zniewalane i zawłaszczane. Może jednak nie tak powinniśmy stawiać sprawę - że ktoś nam to robi? Może sami utraciliśmy zdolność przekładania swoich słów na rzeczywistość, dowierzania im, dostępu do ich mocy? Możemy mamy dość tej wojny kulturowej, która bierze bliskie nam słowa na swoje sztandary, a my czujemy, że przestają być nasze i wolimy milczeć albo zmienić temat/słowo niż o nie zawalczyć? Zdaje się, że wiem co Wojtek Bonowicz miał na myśli mówiąc za Tischnerem, że słowo jest człowiekiem, a człowiek jest słowem. A mówił to na zamku w Niepołomicach podczas Obywatelskich Dni Skupienia przygotowanych przez Kubę Wygnańskiego i zespół jego „Stoczni . Uczestniczyli w nim głównie praktycy działań obywatelskich, a jednak potrzeba rozmowy o słowach/wartościach była przemożna. To słowa stworzyły przestrzeń dialogu: nadzieja korespondowała z żalem, duma z wolnością, solidarność z obawą; moja opowieść o wychodzeniu ludzi z kryjówek zazębiała się z opowieścią Andrzeja Mencwela o Abramowskim i etosie kooperatywności, a opowieść Jacka Bożka i o. Stanisława Jaromi o encyklice Franciszka „Laudato Si. W trosce o wspólny dom” budowała przestrzeń wzajemnych obcowań z debatą o patriotyzmie. Ze słów tischnerowskich, zaproponowanych do dyskusji przez Łukasza Tischnera, wybrałem właśnie patriotyzm. Prowadząc tą debatę, cały czas myślałem o tym, jakim człowiekiem jest słowo patriotyzm. Pani Wanda Traczyk-Stawska przejmująco opowiedziała, jak podczas powstania na ulicy Foksal rzucała granatami w Niemców, podkreślając, że pacyfistka zamieniła się w bojowniczkę na kilka tygodni, a potem przez trzydzieści lat jako nauczycielka przygotowywała młodych Polaków do życia na rzecz pokoju, które wyraża się w pierwszym rzędzie w pomocy słabszemu, mniejszemu, innemu. Patriotyzm jest jak demokracja - to osoba najmniej uprzywilejowana mówi „sprawdzam”. Patriotyzm obywatelski rozszerzał się na ekologiczny i krytyczny, na nomadyczny i zakorzeniony u źródła. Opowieść o tym, że patriotyzm zawęża odczuwanie wspólnotowości do granic państwa narodowego spotykała się z wyznaniem iż łatwiej jest bronić praw człowieka i natury w Azji czy Afryce niż w swojej małej ojczyźnie, ale to właśnie tam, gdzie najtrudniej, w sąsiedzkiej wspólnocie możliwa jest najbardziej realna przemiana świata. 124 Notatki słów i obrazów Czyż nie jest tak — myślałem sobie — że człowiek, który staje się słowem patriotyzm, najpełniej siebie wyraża nie w miłości do swojego, a w miłosnym obco-waniu, które z tych „rozmow mimo rożnie , a potem ze „skupień praktyków nad tym, co możemy zrobić wspólnie i jak od oporu przejść do programu, wytłacza spoiwo z drugim, nie-takim--samym istnieniem? Czyż w tej alchemicznej transmutacji pierwiastków albo osobnych monad w koegzystencję owym upragnionym kamieniem filozoficznym nie jest kruszec spoiwa, które zabliźnia? Norwid powiedziałby „połączalności siła”... I dalej: „...osobistość na samotność wydalona nie jest jeszcze pełną, i dopiero przez obcowanie z osobistościami innymi wydojrzewa na właściwą istotność”. Norwida przytaczam za Tischnerem. Punktem odniesienia naszej debaty był jego tekst „Znicestwienie Polski”, który warto wydobyć z niepamięci. Czytamy w nim: Norwid zdecydowanie wykracza poza etniczne pojęcie narodu. Narody zamknięte, pielęgnujące w sobie świadomość własnej „inności , wywyższające się poprzez poniżanie innych, nie są narodami „dojrzałymi . Brakuje im spojrzenia obiektywizującego — spojrzenia z zewnątrz, brakuje samokrytycyzmu. „M^ydalone na samotność słabną, ponieważ pozbawiają się „siły połączalności , czyli zdolności do dialogu z innymi. Norwid jest bodaj pierwszym u nas konsekwentnym przedstawicielem koncepcji ojczyzny-narodu jako rzeczywistości dialogicznej. Cały jego spor ze współczesnym mu pojmowaniem polskości jest wynikiem krytyki monologicznego ujęcia narodu - ujęcia, wedle którego, aby Polak był Polakiem, powinien tylko z Polakiem obcować. BRAZIUNAS, 1 LIPCA Jakiego to gościa miałem na moście! Mladas Braziunas przybywa z samych trzewi poezji. Zapytany o związki z Miłoszem, odpowiedział, że jest dopływem jego podziemnej rzeki. To poeta schodzący tam, gdzie strumienie rożnych języków biorą swój początek, zanim sylaby zamkną się w słowa, do kuźni stwarzania świata. Tam bije „rytm Braziunasowy”, przesnuty melancholią długich otwartych sylab z prabałtyckiej Północy, spod starej inflanckiej granicy. Jego góra też pnie się w głąb, ku mocom bóstw chronicznych, które płaskowyż stołu ołtarnego odwracają ku ziemi, przez co niebo zszyte jest ściegiem codzienności z materią życia. Niebo jest tutaj pośrodku Góry. Jak w heksagramie Księgi Przemian o Poskramiającej Sile Wielkiego - by trzymać razem podzielone i rozpadające się, człowiek musi się zatrzymać i zanurzać w głąb, ucząc się słów i czynności z praczasów. Gdy czytał wiersze, słychać było „zaśpiew starogreckich misteriów”. W pewnym momencie zaśpiewał starowieczną dainę o kaczuszce-szaruszce płynącej przez środek jeziora, rannym świtem zdradzającej myśliwemu-poecie tajemnicę poezji: Zarzucę sieć z czerwonego jedwabiu, jutrzenki nie poznasz. Sieć podniosę, dzieci wypuszczę, sama odlecę. Sieć w rzęsę wodną, dzieci między trzciny, sama w łozinę... Jego Poswolszczyzna osadzona jest na kamieniach wyżłobionych w misy i miseczki przez Selów i inne wymarłe plemiona bałtyjskie, razem z Prusami zamieszkujące Cymbrię. Dzisiaj, obok Litwinów żyją tu Łotysze i Rosjanie, ostatni strażnicy pamięci karaimów i starowierów. Długo szukał śladów synagogi w Poswolu, aż okazało się, że została przebudowana na jakiś magazyn. Ale Braziunasowa poliglosja czerpie soki z wielu innych źródeł, Krzysztof Czyżewski 125 Spotkanie z Braziunasem bałkańskich i kaukaskich, z Nabokova i Sigitasa Gedy; tłumaczył Rilkego i „Kobziarza” Szewczenki; pisze wiersze dla dzieci. Mówią o nim w Litwie „kalbos dailide” (cieśla słowa). Litwa jest młodym państwem, ale jak rzadko które dojrzałym do poezji. Krytycy literaccy wskazują pięć najlepszych książek, ale to nie oni wybierają Książkę Roku. To czytelnicy uznali za nią tom poezji Braziunasa. Trudne, tajemnicze i wieloznaczeniowe wiersze. Momentami przypominające hieroglificzną twórczość Celana. I podobnie jak ona stwarzające język od początku. Agnieszka Rembiałkowska: „Stół góra ołtarza” jest jak zapis kolejnych obrotów kalejdoskopu, ciągle te same szkła tworzą miriady wzorów. Kosmologia, geologia, biologia, etnologia, historia, mitologia, lingwistyka i erotyka — uczestniczą w „przymierzu mirażu”. Właściwa akcja toczy się „na skraju czasu”, na skraju pól semantycznych. Okruchy języka — morfemy, słowa, ich sploty — niosą w sobie pamięć poprzednich kontekstów, a kiedy po wstrząsie kalejdoskopu zmieniają pozycję, zmienia się też w jakiś sposób konfiguracja kodowanych elementów rzeczywistości. Fantastyczna praca tłumaczki. Nie miała komfortu wybierania wierszy. W serii „Inicjał” wydajemy dwujęzyczne, ale przede wszystkim całe tomy poetyckie, z szacunkiem odnosząc się do konstelacji wierszy układanych przez poetki i poetów. Książka Braziunasa, z bardzo ciekawym posłowiem tłumaczki liczy ponad 250 stron. Minęło wiele lat od 126 Notatki słów i obrazów czasu, kiedy na Sejmikach Literackich, czyli litewsko-polskich warsztatach dla tłumaczy w Krasnogrudzie, Agnieszka Rembiałkowska porywała się na pierwsze próby tłumaczenia poezji, która wydawała się nieprzekładalna. Znajdując dla niej idiom w polszczyźnie, dokonała czegoś więcej niż tylko przekładu z języka litewskiego. słuchanie wiersza mówili, zaśpiew starogreckich misteriów misteria może inne, ten sam posępny pogłos fraz, co otuła i scala, nie dzieli nie rządzi, tylko świeci wspólne i modre błękitne podniebie mowy, światła zlewają się w miękką gładką dłoń matki, pieszczotę bez końca niepodległą starości, nieświadomie piękną niewymienną, niepodzielną na zwierciadło i obraz mówili, twarz się wyłania jak wykuta w kamieniu widziełi, cisza cię wchłania — Kopta, Hetytę, Hellena GEREMEK - BARCELONA, 13 LIPCA Różne wiatry przywiały nas tamtego grudnia 2002 roku do Barcelony. Dobry los obdarzył mnie jednak wspólnym wolnym dniem z profesorstwem Hanną i Bronisławem Geremkami. Mieliśmy umówioną wcześniej kolację, ale jeszcze za dnia otrzymałem telefon z zapytaniem czy nie wybrałbym się z nimi do muzeum. Przystając skwapliwie na propozycję, nie do końca zdawałem sobie sprawę na jaką duchową ucztę zostaję zaproszony. Minęliśmy Magiczną Fontannę i wspięliśmy się na położone między miastem a morzem Wzgórze Żydowskie (Montjuic), na zboczu którego gnieździ się Museu Nacional D’Arte de Catalunya. Przewodniki obwieszczają, że w komnatach i korytarzach tego dawnego Pałacu Narodowego znajduje się największa Krzysztof Czyżewski, Hanna i Bronisław Geremk w Barcelonie na świecie kolekcja sztuki średniowiecznej. I oto nagle znalazłem się w tym królestwie z autorem Świata opery żebraczej’. Zapominając o życiu dookoła i uwalniając się od upływu czasu, zanurzyliśmy się w kosmosie włóczęgów i nędzarzy. To znaczy poddaliśmy się nurtowi fascynującej opowieści Profesora, w której pobrzmiewało echo przywoływanych przez niego słów Brechta: Bo z czego żyje człek? Bo z tego żyje człek, że co godzina Innego dławi, dusi, gnębi, nie chce mu dać żyć, Bo z tego żyje człek, iż zapomina, Że i on mógłby też człowiekiem być. Krzysztof Czyżewski 127 Ekspozycja skonstruowana jest tak, że - obok pojedynczych dzieł sztuki - partiami odtworzone są wnętrza romańskich i gotyckich kościołów północnej Katalonii, pokryte freskami Starego i Nowego Testamentu. Rzadko koncentrowaliśmy się na scenach centralnych, wędrując poboczami, śladem niby to niedostrzegalnych epizodów i zakamarków życia. Nędzarze okazywali się być nie zawsze nędznikami, żebracy mieli swoją misję i podtrzymywali istnienie świata, włóczędzy mieli swoją filozofię, a los wisielców i samobójców zyskiwał godność ludzkiej tragedii. Przechodziliśmy z epoki w epokę, od dzieł bezimiennych mistrzów, albo mało znanych jak Jaume Huguet czy Bernat Martorella, po obrazy Goi, Velezqueza, El Greca czy Zurbarana, wszędzie odnajdując głupków bożych, ubóstwem szalonych, pędziwiatrów i szelmów, sowizdrzałów i opryszków. Opowieść Profesora niepostrzeżenie urastała do ponadczasowej przypowieści o an-tyspołeczeństwie. Zachowała się w mojej pamięci jak żywa, z każdym rokiem nabierająca tym większej wagi im bardziej zaczynałem rozumieć jej znaczenie dla społecznych problemów współczesnego świata. Biedny i wędrowny od stuleci pozostają obcymi dla wspólnot lokalnych broniących nienaruszalności własności i ustatkowanego stylu życia. To z tego układu międzyludzkich stosunków wywodziły się postawy represyjne wobec odszczepieńców, nieufność i podejrzliwość wobec obcych. Ci, którzy nie mieścili się w ramach społeczeństwa zorganizowanego na wzór mieszczański, stawali się banitami antyspołeczeństwa. Ich obecność zakłócająca „normalne” życie”, to nie tylko egzotyka, ale także formowanie się opinii publicznej wobec marginesu społecznego. Profesor widział w tym zalążek postaw etnocentrycznych i ksenofobicznych, które w Europie zaczynały przybierać na sile wraz z nowoczesnością i jej pogardą dla szeroko rozumianej biedy, która w społecznościach europejskich, także chrześcijańskich, a przynajmniej utożsamiających się z tą tradycją, stawała się oznaką braku opieki Bożej, albo nawet gniewu Bożego. Dane mi było kiedyś pracować wspólnie z pisarzami i artystami ze Stanów Zjednoczonych i Europy w Fezie, marokańskim mieście słynącym z bogatych tradycji sufickich. Zetknęliśmy się tam z ludźmi, którzy z pewnego rodzaju powściągliwą dumą mówili o swoim ubóstwie. Moim towarzyszom z Zachodu trudno było zrozumieć taką postawę, a już jakakolwiek próba pozytywnego ustosunkowania się do niej obarczona była krytycyzmem wobec bogatej części świata, która nie powinna paternalistycznie utrzymywać innych w biedzie. Przekonanie to nie było jedynie poprawne politycznie, wynikało z autentycznego przeświadczenia o poprawianiu świata na lepsze. Oznaczało to ni mniej ni więcej tylko szczere życzenie mieszkańcom Fezu dołączenia do „naszego” świata - bogatego. Nie przychodziło im do głowy, że bogactwo można inaczej mierzyć niż zazwyczaj czyni się to na Zachodzie, że ubóstwo może być wyborem ku szczęściu i wolności, a przynajmniej kontestacją ustatkowanego życia w tak zwanym dobrobycie. Bardzo przydała mi się wtedy barcelońska lekcja Profesora. Kultura mieszkańców Fezu znała rozróżnienie na nędzę (z której ludzie powinni starać się wydobyć poprzez międzyludzką solidarność, bo nędza poniża człowieka), i ubóstwo, które nie odbiera człowiekowi godności, jest innym sposobem życia, równoprawnym pod wspólnym dachem nieba. Może zbytnią przesadą byłoby stwierdzenie, że losy przyszłości świata zależą od tego, na 128 Notatki słów i obrazów ile uda się nam przywrócić godność ubóstwu, ale cos mi mówi, że przynajmniej jeden z diabłów naszej przyszłości jest w tym pogrzebany. Wiedzę o wykluczeniu biedy w sferę antyspołeczeństwa Profesor zgłębiał poprzez studia literatury renesansowej i barokowej, a także średniowiecznego malarstwa, czego stałem się szczęśliwym świadkiem w Barcelonie. Ja miałem swoje „książki zbójeckie”, które mnie na trop tej kontestatorskiej ścieżki wprowadzały, w tym Hermanna Hessego, a zwłaszcza jego opowieść o Knulpie. Piszę „książki zbójeckie , bo to one zaszczepiają w nas potrzebę działania w życiu, praktykowania idei tu i teraz. Tak chciałbym dzisiaj porozmawiać o tym z Profesorem... KOŁAKOWSKI - MOST, 17 LIPCA Czego budowniczy mostu może nauczyć się od Leszka Kołakowskiego? Czytając jego książki odnosi się wrażenie, że on nieustannie poszukuje dowodów na zaistnienie zerwanego mostu, podąża śladami zerwanych więzi i demaskuje ich iluzoryczność. Z przestrzeni zmowy, konformi-stycznych układów, legałistycznych rozstrzygnięć, naukowych pewników i technologicznie ustanowionych złączy, wyprowadza na światło dzienne poukrywany w zakamarkach tych przestrzeni konflikt, sprzeczność racji, dyktat ostatecznych rozstrzygnięć, ukazując jednocześnie ich niewy-starczalność, zakłamanie czy po prostu błąd lo- giczny. Właśnie obnażenie petitio principii zdaje się być w centrum jego filozoficznych zmagań z koncepcjami głoszącymi syntezy i pojednania ponad podziałami, liberalny absolutyzm i bezgraniczną otwartość. W „Konkluzji” książki „Jeśli Boga nie ma...” z 1982 roku stawia problem: Czy to widmo Boga mąci nasze widzenie rzeczy, czy, przeciwnie, świat zakrywa Go przed naszym wzrokiem? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie bez ryzyka popełnienia błędu logicznego, gdyż każdy z tych dwóch zderzających się wzajem sposobów widzenia świata, mając własne reguły prawomocności, odmawia uznania kryteriów drugiego. Niezdolni do wzajemnego przekonania się, zwolennicy tych nie dających się pogodzić widzeń próbują zmusić się nawzajem do skrajnej konsekwencji, do wyciągania z własnych założeń ostatecznych wniosków... W tej sytuacji Kołakowski odwołuje się do Nietzschego, Kafki czy Camusa, u których odnajduje bolesne uczucie tragicznego rozdarcia: nieprzekraczalna przepaść oddziela naszą pogoń za sensem świata od świata takiego, jaki jest i pozostać musi. Odpowiedź Kołakowskiego na zerwanie mostu przybiera postać via negativa - wyzbycia się iluzji i fałszu, eliminowania pozorów i łatwych rozstrzygnięć, kontestacja dyktatu pocieszenia oraz budowania zamkniętych i ostatecznych konstrukcji. Jest w nim coś z postawy starożytnego sceptyka, który nie ustaje w „podawaniu w wątpliwość wszystkiego, by samemu wyzwolić się z wątpienia”. W „Udręczeniu”, dopisanym do wiersza Miłosza' Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie tylko” pisze o sobie, gdy wspomina tych, „którzy dalej Krzysztof Czyżewski 129 pytają, zakazami filozoficznymi nie zastraszeni, nie mają dobrych odpowiedzi, albo, jeśli je mają, to takie, że innych nie mogą do nich przekonać wedle reguł logicznie niezawodnych ”. Pisząc o via negativa Kołakowskiego myślę o dosyć powszechnym zjawisku posługiwania się symboliką mostu i społecznymi wyobrażeniami o nim, które banalizują i zakłamują jego tajemnicę, czyniąc z niego instrument łatwych, osiąganych tanim kosztem procesów integracyjnych, pojednawczych i rozwiązujących konflikty. NIE MA WIĘKSZEGO ZAGROŻENIA DLA BUDOWANIA PRZEJŚCIA NA BRZEG "INNEGO" NIŻ ILUZJA MOSTU. Podobnie jak w przypadku marksizmu, religii czy samego diabła, most dla Kołakowskiego jest sprawą daleką od czysto teoretycznych jedynie spekulacji. Myśląc o tym, cały czas mam przed oczami Tony ego Judta, który w 1987 roku na Harvardzie udał się na wykład Kołakowskiego pt. „Diabeł w historii”, i który podczas jego trwania długo nie mógł się zorientować dlaczego publiczność z trudem nadąża za wywodem filozofa, aż do momentu kiedy jego sąsiad Timothy Garton Ash szepnął mu na ucho: Już rozumiem. On naprawdę mówi o diable. Kołakowski naprawdę myślał o zerwanym moście, który ucieleśniał transgresję jego głębokiego doświadczenia życiowego w dziedzinę refleksji filozoficznej. ELZENBER - HERBERT, 30 LIPCA Zszywaliśmy Polskę Herbertem. Biografia pióra Andrzeja Franaszka i jego suta opowieść w Krasnogrudzie dają świadectwo, że można. Nie dają mi tylko spokoju słowa Henryka Elzenber-ga, którymi strofował Zbyszka, wtedy jeszcze studenta filozofii toruńskiego uniwersytetu: ...czy zna pan objaw "lęku przed radością”, albo "przedszczęściem”, lęku podyktowanego częściowo podejrzeniem, że są to rzeczy mniej wysokie Henryk Elzenberg Zbigniew Herbert w czasie studiów w Toruniu i duchowo mniej płodne? Otóż to podejrzenie nie jest uzasadnione, przysięgam! Nie wiem czy to nie była ta mądrość Mistrza, której uczniowi najtrudniej było dochować wierności? Nie wiem czy nasz „kłopot z istnieniem”, na który myśl Elzenberga wskazuje, w dalszym ciągu nie jest związany z lękiem przed radością i szczęściem, którym obawiamy się oddać pole do zaistnienia, bo naruszyłoby to hegemonię męczeństwa i ofiary? ŻEGARYSZKI „Żegaryszki” istnieją już na świecie w postaci książki. Nie ma w niej żadnego opisu, wstępu czy posłowia, żadnego blurba na okładce, jedynie nagi dialog poetyckiej epifanii z fotograficznym obrazem. Ale Państwu, moim bliższym i dalszym znajomym z FB, należy się słowo. Nie wiem, czy książka powstałaby w tej postaci, gdyby nie Facebook. Było coś wyjątkowego w tym, że mogłem dzielić się z Państwem wierszem jeszcze tego 130 Notatki słów i obrazów (Krzysztof fzyżewski samego, albo następnego dnia, w jednej formie łącząc słowo i obraz. Pisanie haiku - tradycja najkrótszego z możliwych utworu poetyckiego, do której między innymi nawiązują „Zegaryszki” — przypomina sztukę zbierania ziół opartą na wiedzy o działaniu światła w odpowiednich porach roku i dnia, powiązanej z rozpoznawaniem tellurycznych mocy konkretnych miejsc w krajobrazie. „Że-garyszki” przypisane są poszczególnym dniom i porom roku, mają też swoją topografię rozpisaną w przestrzeni łąk u zbiegu granic Litwy, Białorusi i Polski. Ich kształt rodził się w procesie rozmowy, którą prowadziliśmy na Facebooku, a Państwo byliście ich pierwszymi czytelnikami i komentatorami. Dużo by pisać o bliskich mi źródłach tworzenia poezji, nadmienię tylko, że rodzi się ona niekoniecznie w odosobnieniu, że potrzebuje przestrzeni międzyludzkiego dialogowania, że dojrzewa w obcowaniu. I dlatego może nie wstydzi się Facebooka. „Żegaryszki należą do mikroswiata, który jest łatwy do pominięcia; rodzą się z usiłowania zapobieżenia przeoczeniu. Trudność tej małej konstelacji słów w tym przede wszystkim, że pozostaje niedostępna bez udziału czytającego/odbierającego. Te słowa muszą się wydarzyć w osobie zaproszonej do dialogu, inaczej z łatwością przechodzimy mimo. Tutaj nie ma tych macek/zaczepów przytrzymujących słuchacza/czytelnika, które ma proza i rozbudowane formy poezji. VCdasnie rozbudowane, bo poezja wydarza się nagle, w mgnieniu, a potem pozostają po niej kręgi, rozprzestrzeniające się, jak po wrzuceniu kamyka do wody, i można wędrować po tych kręgach, tańczyć na nich różnymi figurami z poetyckiego warsztatu, można powracać, opisywać, komponować... Żegaryszek trwa tylko w tym jednym momentum. styku kamyka z wodą, zajarzenia węgielka. ^Wszystko inne wydarza się już potem, z niego lecz poza nim. Mam nadzieję, że odnajdziecie Państwo w tej książce ślady naszych obcowań. Jeżeli znajdziecie w swojej skrzynce na wiadomości „message” ode mnie, znaczy to tylko, że z wdzięcznością pomyślałem o Was przy tworzeniu „Żegaryszek”. Sama książka musiała znaleźć dla siebie swoją własną postać, odrębną od tej, która tworzyła się na Facebooku. W jej ostatecznym ukształtowaniu wydatnie pomógł Roman Kaczmarczyk, na którym w dziedzinie grafiki i typografii polegam jak na Zawiszy. Dziękuję. Paweł Zbierski 131 Paweł Zbierski DZIENNIK KATALOŃSKI MAŁA PROWINCJA CANIGÓ Jeśli chcesz naprawdę poznać Francję wyjedz gdziekolwiek, byle poza granice Paryża. Niech to będzie Prowansja albo Normandia, Bretania albo Burgundia czy może wreszcie Katalonia? Wielokolorowość francuskiej prowincji docenia zresztą sam Paryż wysyłając w imieniu prezydenta Republiki do swoich regionalnych departamentów perfekcyjnie wykształconych prefektów. Takich choćby jak do Katalonii: Philippea Chopina. PARIS ADIEU Oczywiście życie nad Sekwaną ma swój urok. Jednak ileż razy w tygodniu można grać ten sam spektakl? Firma Fontaine Media prosperuje dobrze, głównie dzięki sporej inwestycji Aleksandry Fontaine - we własne pióra i kostiumy sceniczne. Właśnie dzięki temu choreografka, aktorka i jedna z największych tancerek świata w jednej osobie mogła się wyrwać z „Lido” i pracować na własny, artystyczny rachu- Paweł Zbierski przed Teatrem w Perpignane, fot. archiwum nek. Nieuniknione jest jednak dzisiaj formatowanie autorskich spektakli wedle paryskich dyktatorów tego biznesu, łącznie z choreografią a nawet reżyserią światła. A za tym formatowaniem stoi optyka wcale nie paryska, lecz dalekowschodnia. Dziejowym paradoksem jest bowiem fakt, że dziś w Paryżu prawdziwymi dyktatorami rewii i kabaretu są nie Europejczycy, ale Chińczycy, Koreańczycy i Hindusi - to oni płacą i oni wymagają. Pa-ryskość, najlepiej zakonserwowana w muzeach o najwyższej światowej randze, czy choćby w Kabarecie „Lido de Paris”, to dzisiaj z jednej strony rytualna powtarzalność, karykatura konwencji, utarty w językowym algorytmie ten sam zestaw burżuazyjnych pozdrowień, pytań wcale nie oczekujących odpowiedzi, wciąż tych samych ukłonów, min, uśmiechów, gestów i — w zależności od numeru dzielnicy — niebotycznie wysokich czynszów. A między tym wszystkim jest rosnąca w postępie geometrycznym cała armia uzbrojonych po zęby karabinierów-antyterrorystów równie pilnie strzegąca Wersalu, Katedry Notre Damę jak i najbliższego szaletu publicznego. Można by to pewnie najtrafniej opisać Gombrowiczem. Z drugiej strony jest - zwłaszcza w metrze - totalny burdel kulturowy, który trudno nazwać tyglem i są prawdziwe tłumy przybyszów z głębokiej Afryki handlujący pozłacanymi miniaturkami wieży Eiffla, wysiadujący przed wciąż jeszcze realną wieżą Eiffla. Są wreszcie w Paryżu całe kilometry poboczy - wzdłuż dróg szybkiego ruchu - z podartymi kawałkami brezentu, strzępami namiotów , folii, strzykawek i środków 132 Dziennik kataloński dezynfekujących - świeżych śladów po najbardziej ubogich wyznawcach Islamu. W ten sposób Paryż - ekspediując żyjących poniżej wszelkich standardów sanitarnych biedaków w bardziej sterylne miejsca - chroni ich, a także sam siebie, przed dżumą albo cholerą. Do pomocy humanitarnej uchodźcom wzywa nie tylko najbardziej poprawna politycznie neomarksistowska lewica, ale także wciąż silna swoim bardzo gorliwym wolontariatem, liczebnie niezbyt wielka, katolicka młodzież Paryża. I tu wypada bardzo wyraźnie między bajki włożyć piękny mit o masowej możliwości asymilacji uchodźcy we wspólnej Europie. W Paryżu słowo „solidarność”, pisane z małej litery, poddawane jest próbie najwyższej. Swoistą kondensację tej sytuacji mamy w Lasku Bulońskim wokół którego mieszka bardzo bogata burżuazja, ale wewnątrz króluje tam cały konglomerat międzynarodowych kurew, ekshibicjonistów, radykalnych Palestyńczyków ze Strefy Gazy i mocno zanarchizowanych ekologów. Tak oto manifestuje się tu najmocniej paryskie napięcie między naturą, kulturą i polityką realną. WIEŻA Z LUDZI Inaczej jest w Katalonii: z jednej strony w Barcelonie, z drugiej na przykład w Perpi-gnone, a także we wsiach i miasteczkach teoretycznie należących do Republiki Francuskiej i Królestwa Hiszpanii. Teoretycznie, bo w praktyce dnia codziennego jesteśmy właśnie i po prostu w Katalonii. Przynależność do Unii Europejskiej zaciera bowiem granicę międzypaństwową łącząc, a nie dzieląc Katalończyków. Przed globalnymi i unifikującymi tendencjami w kulturze i polityce Katalończycy bronią się różnymi sposobami. Budują, na przykład, wieże z żywych ludzi. Podstawę wieży tworzą najsilniejsi mężczyźni, wciągając na swe ramiona niemniej silnych, dorastających młodzieńców. Ci pomagają wdrapać się w górę kobietom, a kobiety starcom. Na samym szczycie królują dopiero odrastające od ziemi dziewczynki i mali chłopcy. Wszyscy - poza mocno usportowionym parterem - z asekuracją tych spod spodu. Rekordowe wieże mają nawet po dziewięć pięter wysokości. Ja się nie odważyłem wskoczyć na żadne z pięter... Wieża jest z jednej strony silną manifestacją lokalnej tożsamości a z drugiej strony komunikuje uniwersalny, ogólnoludzki przekaz, przekraczający wszelakie granice pokoleniowe oraz statusy społeczne i finansowe. Demokratyczna figura żywych ludzi łączy biednych i bogatych, starych i młodych, zdrowych i chorych - ludzi w szerokiej gamie wieku, średnio od czwartego do dziewięćdziesiątego roku życia! Nie ma przy tym żadnych przeszkód, by w budowaniu wieży Katalończyków zasilali przyjezdni: Brytyjczycy, Belgowie, Holendrzy, Niemcy. Wszyscy przy tym zgodnie śpiewają „Estacę”. To ogromnie mnie zainspirowało w trakcie tworzenia w Teatrze Municipal w Perpignone francuskojęzycznego spektaklu „La Filie a la valise , w której nie brakuje wątków europejskich i gdańskich. Symbolicznie sztukę otwierają polskie „Mury” Jacka Kaczmarskiego, a zamyka - w finale — właśnie „LEstaca” Lluisa Llacha. Ukraińcy mają Majdan, Polacy mieli Solidarność, Białorusinom pomaga tałaka, a Ka-talończykom wieża z ludzi. Wieża z ludzi przekracza w Katalonii administracyjną, międzypaństwową granicę francusko-hiszpańską, podobnie jak język kaszubski przekracza Paweł Zbierski 133 granicę województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Oto prowincje zakorzenione w uniwersalizmie świata. Będące znakiem czasu dobrowolne fale emigracji artystów na prowincję godne są najwyższej uwagi. CHOPIN I BEATRICE To wielka frajda tworzyć sztukę i mieszkać we francuskim Saint Laurent de Cerdans albo w Coustouges — o krok od granicy z Hiszpanią. Fenomenem jest rozwijanie na co dzień cywilizacji i kultury w przestrzeni oddychającej dziesiątym wiekiem. Nie psucie przy tym owej średniowiecznej aury ale wzbogacanie jej o wciąż nowe elementy. Skutek jest taki, że wróciłem tu do porzuconego we wczesnej młodości malarstwa. Bo grzechem jest nie malować przy takim świetle. Nasza firma przeniosła się tutaj z Paryża w grudniu roku 2017 a Galeria Poray powstała już w lipcu roku 2018. Jej powstaniu towarzyszyło oczywiście ziarno szaleństwa. Bo któż jest tu w stanie, nie sprzedając równolegle butów, bagietek i kiełbasy, utrzymać się ze sztuki? Od początku byli jednak sojusznicy. „Paweł, Pawle, Paweł...!” Donośny glos mera Saint Laurent de Cerdans, mieszkającego przecież w najbliższym sąsiedztwie, dopingował każdego dnia i wieczora. - Pamiętajcie, że w Saint Laurent nie ma dotąd żadnej galerii sztuki, a w pobliżu mamy przecież globalną markę znanej regionalnej manufaktury „To-iles de Soleil” z oryginalnymi katalońskimi wzorami — argumentował Louis Caseilles, socjalista z przekonania i przyjaciel Mitteranda. Dla niego do niemal rangi symbolu urastał fakt, że galeria usadowiła się przy Avenue Jean Jaures. W końcu Jean Jaures to jego ideowy patron! To Louis Caseilles zainteresował także galerią świeżo upieczonego prefekta Pirenejów Orientalnych. Philippe Chopin odwiedza galerię nagle i niespodziewanie. Przyjeżdża rankiem, w towarzystwie najbliższych współpracowników. Długo przygląda się wielokolorowym piórom by w lot chwycić korespondencję z malarskim szkicem do filmu Jerzego Hoffmana „Ogniem i mieczem”. —Taką uskrzydloną husarię mieli tylko Polacy! — wyrokuje. A potem Philippe Chopin przekonuje, że Fryderyk Chopin był kimś znacznie więcej niż Polakiem... Do projektu Galerii Poray zagrzewają nas miejscowi farmerzy, kowale i murarze, a także — szczególnie mocno - Beatrice. Za każdym razem w innej, luźnej, obszernej sukni, z kolorystyczną przewagą malachitu. Twarz jasna, z wyrytym na trwałe piętnem młodzieńczej urody. Spojrzenie badawcze, sceptyczne, śledcze. Od początku jest mocno zainteresowana powstającą w Saint Laurent de Cerdans Galerią „Poray”, jest sojuszniczką, a z czasem także entuzjastką naszego projektu, który jednogłośnie uzyskał akceptację komisji zasilającej to nasze miejsce sztuki środkami z Unii Europejskiej. - Co to znaczy „rycerski? — Francuska arystokratka próbuje rozróżnić zakorzeniony w Polsce od wczesnego średniowiecza „ród rycerski” od typowej szlachty hiszpańskiej czy francuskiej. — Właściwie to nie masz się czego wstydzić, taki herb zobowiązuje i mobilizuje! — Beatrice de la Taille, z lupą w jednej dłoni i kieliszkiem wina rosę w drugiej, studiuje rysunek herbowej róży namalowany przez mojego dziadka, Dominika Zbierskiego, niedługo przed aresztowaniem go przez Gestapo i rozstrzelaniem w ramach akcji AB. Faktycznie, przed 134 Dziennik kataloński Francuzami nie ma się czego wstydzić. Trzeba było mi jechać prawie trzy tysiące kilometrów z Polski do Katalonii, by dojsc do takiego wniosku. Napisaliśmy nawet do prezydenta Gdańska, że gotowi tu jesteśmy pokazywać oprocz malarstwa i biżuterii scenicznej oryginalne bałtyckie bursztyny i promować w ten sposób Gdańsk i Pomorze na szlaku Picassa i Dalego. Niestety list pozostał bez odpowiedzi... MAŁA PROWINCJA CANIGÓ Podnoże Canigo czyli Świętej Góry Katalonii (2785 m n.p.m.) rozpoczyna się w Per-pignone, ktorego dworzec kolejowy Dali nazwał „centrum wszechświata”, dalej mamy Ceret- miasto współczesnych malarzy a także Pabla Picassa i Sakadora Dali. Po obu stronach jezdni ogromne stalowe siatki zabezpieczają przed wysypywaniem się kawałków skał wprost pod koła samochodu. Droga prowadzi coraz bardziej krętą i wąską linią wprost do Saint Laurent de Cerdans. Czyli mam tę Gorę — jak się wydaje — nieopodal Galerii „Poray , wprost pod nogami, a ściślej ponad własną głową. Przy czym ta bliskość jest oczywiście złudna, bo na marsz z plecakiem w kierunku szczytu, bez żadnej gwarancji osiągnięcia celu, trzeba przeznaczyć — w zależności od punktu startu — średnio trzy doby. Gwarancji nie ma, bo od jesieni do wiosny góra jest skuta śniegiem i lodem, a od wiosny do jesieni zdarzają się tutaj gwałtowne i zupełnie niespodziewane, nieomal tropikalne nawałnice z piorunami i gradobiciem. Beatrice poznała swojego przyszłego męża, też arystokratę, w Nowym Jorku. Szybko się okazało, że rodzice obojga mają swoje majątki w sąsiadującej z Saint Laurent de Cerdans średniowiecznej wiosce katalonskiej Coustouges. Postanowili więc się pobrać i połączyć majątki. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt temu była tu zwykła stajnia, z której długo nie wyprowadzali bydła, żeby nie zamarznąć zimą... Bo takie bydło skuteczniej utrzymuje ciepło od centralnego ogrzewania. Dziś siedzą oboje w ogromnym, liczącym 300 metrów kwadratowych salonie z widokiem przez wszystkie okna na Pireneje i wypy-tują o Galerię. Są przy tym mocno poruszeni fotografiami obrazów sopockiego malarza Macieja Swieszewskiego oraz exlibrisami gdyńskiego grafika Wojciecha Jakubowskiego. Wcześniej nawet nie słyszeli o istnieniu tych artystów. W Pirenejach Orientalnych wysokie szczyty to także Pica d'Estats (3140 m n.p.m.), Pic de Montacalm (3080 m n.p.m), Pic du port de Sullo (3072 m n. p. m.). Wszędzie tu jest wystarczająco wysoko - i tak jest tu od wieków - dla brunatnego misia. W Saint Laurent de Cerdans przeżyłem szok obserwując, jak z minuty na minutę nieco senne miasteczko przeistoczyło się w wypełnione gwarem wielu tysięcy ludzi city, uganiających się od świtu do nocy za brunatnym niedźwiedziem. Święto Niedźwiedzia jest tutaj tak samo stare jak najstarsze tutejsze, ludzkie domostwo. Wino leje się tutaj wtedy z beczek hektolitrami. I jest niemniej wesoło niż na hiszpańskiej corridzie. Tyle, że może mniej krwawo, bardziej pokojowo. Bo Katalończycy podkreślają - że w odróżnieniu od Hiszpanów od wściekłego byka wolą właśnie niedźwiedzia, a także bardzo upartego i wytrwałego katalońskiego osła. Saint Laurent de Cerdans, w sierpniu 2018 Ewelina Dysko 135 Ewelina Dysko Centrum wszystkiego pośród niczego Kiedy znalazłam się pod domem Piotra Malczewskiego w Budzie Ruskiej, w miejscu, w którym w dniach od 15 do 19 sierpnia br. odbywał się Festiwal Literacki "Patrząc na Wschód", pomyślałam w zadumie: centrum wszystkiego pośród niczego. I to odczucie pogłębiało się z każdą spędzoną tam chwilą. Bo proszę sobie wyobrazić przytulne siedlisko pośród lasów, pól, łąk, gdzieś nad Czarną Hańczą, miejsce, o którym zwykło się mawiać "zapomniane przez Boga i ludzi". I wśród tego "niczego" dzieje się coś niesamowitego. Kilku zapaleńców, miłośników podróży, tych na kraj świata i tych w głąb siebie, smakoszy słowa i ciszy, ludzi poszukujących ciągle nowych dróg, miejsc, ludzi otwartych na świat i drugiego człowieka, postanowiło zorganizować festiwal literacki. Nie było czerwonych dywanów, wieczorowych kreacji, brokatu, blichtru i snobizmu. Były zielone łąki, były promienie słońca przenikające przez konary drzew, ptaki buszujące wśród krzaków. Byli ludzie życzliwi, otwarci, uśmiechnięci. Ludzie, z którymi żadna spędzona chwila nie była straconą. Osnową, wokół której toczyły się rozmowy z zaproszonymi gośćmi, były tematy dotyczące wierzeń, mistycyzmu, podróży, a także istoty relacji człowieka z otaczającą go przyrodą. Buda Ruska jest wsią położoną w województwie podlaskim. Założona została w XVIII wieku przez rosyjskich staroobrzędowców, którzy w wyniku prześladowań religijnych, jakich doznali w Rosji, zmuszeni zostali do emigracji. Nie była to wieś jednolita pod względem wyznaniowym czy narodowościowym. Dominowali jednak rosyjscy staroobrzędowcy, wyznawcy prawosławia w swej najbardziej ortodoksyjnej formie. Obecnie starowier-cy z Budy Ruskiej skupili się wokół parafii i molenny (miejsce spotkań modlitewnych, nie Promocja książki Piotra Brysacza „Czyżyk na drogę". Rozmowy o przyrodzie. Wśród zaproszo 136 Centrum wszystkiego pośród niczego ma tu prezbiterium, ołtarza, zaś modlitw nie prowadzi pop, lecz nastawnik — świecki przywódca wspólnoty) w Suwałkach. Dane statystyczne z ostatnich lat podają, że liczba wiernych Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego oscyluje w granicach tysiąca. Gospodarzem festiwalu, a zarazem kierownikiem technicznym był Piotr Malczewski, który dla potrzeb wydarzenia udostępnił swój dom i jego obejście. A nie jest to zwykły dom. W tym miejscu mieszkali bowiem starowiercy, których ślady istnienia dostrzec można jeszcze dziś w malowniczej zabudowie. W dawnym chlewie znajduje się galeria fotografii Piotra Malczewskiego, zwana „Chlewo-galerią”, a na poddaszu zbiór pamiątek z podróży po Azji. Drugim gospodarzem r . 1 1 . . Profesor Andrzej Strumiłło zadumany, fot. E. Dysko i spiritus movens festiwalu, kierownikiem artystycznym odpowiedzialnym za przebieg spotkań był Piotr Brysacz - dziennikarz, redaktor, autor m.in. takich książek, jak: „Patrząc na Wschód. Przestrzeń. Człowiek. Mistycyzm", współautor "Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wolkowa" oraz „Czyżyk na drogę. Rozmowy o przyrodzie”. Założyciel wydawnictwa „Paśny Buriat”. W pierwszym festiwalowym dniu małą dyskusję wzbudziła rozmowa Piotra Brysacza z Mateuszem Marczewskim, autorem książki „Koliste jeziora Białorusi”. Autor opowiadał o tym, w jaki sposób odkrywał swoją Białoruś , co go do niej zaprowadziło, czego się spodziewał, a czego doświadczył. Kilka uwag zgłosił Andrzej Bajguz, dziennikarz Radia Białystok, który w rozmowie z Białorusinami z Białegostoku dowiedział się, że tamtejsza białoruska społeczność „nie kupuje tej książki. Nie podoba im się przedstawiany przez Marczewskiego obraz Białorusi, zarzucają mu powierzchowność, nieznajomość języka białoruskiego, podważają zdolność dogłębnego poznania kraju będąc „z zewnątrz”. Nie czytałam jeszcze książki, ale zaświtała mi w głowie mysi, że może być to książka, która zaprasza do dyskusji, nie pozwala budować obrazow opartych na stereotypach, definicjach, gotowych rozwiązaniach, a bycie „z zewnątrz”, jak dowodził Marczewski, może być atutem. Z dużym zaciekawieniem obejrzałam też film Beaty Hyży-Czołpińskiej „Ostatnia książka Ryszarda Kapuścińskiego . Reportaż utrzymany był w tonie swoistej konfabulacji kreowanej na potrzeby filmu. Konfabulacji, która nadawała bieg historii - co by było, gdyby. O czym opowiedziałby Kapuściński w ostatniej książce, którą mógłby napisać, gdyby miał taką możliwość? Czy byłby to powrót do czasów dzieciństwa? Wycieczka do znajomych miejsc, bliskich ludzi, do rodzinnego Pińska? Odpowiedz na to pytanie rozmywa się w oparach przypuszczeń. Ale czy jest istotna? Ewelina Dysko 137 Ostatnie tego dnia rozważania toczyły się wokół książki „Usypać góry. Historie z Polesia” Małgorzaty Szejnert. Jest to opowieść o Kresach, o współistnieniu i przenikaniu, o krainie, w której obok siebie żyli Polacy, Litwini, Białorusini i Żydzi. W rozmowie z Piotrem Brysaczem autorka wspominała o obawach i lękach jakie towarzyszą jej podczas pracy nad kolejną książką czy reportażem. Nie zabrakło też wspomnień z podróży i zabawnych anegdot. Jak sama mówi, jest najstarszą aktywną reportażystką. Wprawdzie Hanna Krall jest o rok starsza, ale zakończyła już swoją karierę. Biorąc pod uwagę fakt, że Małgorzata Szejnert urodziła się w 1936 roku, to wyznanie robi wrażenie. Pokaz slajdów Marka Doleckiego „Kraina Proroków i kraina Marka” zaprezentowanych przez córkę autora, Joannę Dolecką oraz przyjaciela, Jana Kamińskiego, rozpoczął drugi dzień festiwalu. Dolecki był artystą fotografem, instruktorem fotografii, fotoreporterem prasowym oraz pedagogiem i nauczycielem. I choć nie ma go już wśród nas, jego zdjęcia nadal opowiadają historię ludzi i miejsc zapisaną na fotograficznej kliszy. Można było odnieść wrażenie, że z ludzkich twarzy czytał jak z otwartej księgi. A była to księga życia. Kiedy pełna zadumy i skupienia błądziłam jeszcze myślami wśród rodzimych proroków, Piotr Brysacz zaprosił nas na kolejne spotkanie „Buriaccy lamowie i szamani, czyli o religijności i mistycyzmie Wschodu”. Rozmowy o Buriacji i Mongolii z Jędrzejem Morawieckim i Albertem Jawłowskim dotykały tematu religijności, odmiennych stanów świadomości, buddyzmu, magii i szamanów. Z tego spotkania wyniosłam dla siebie taką naukę, że nie wystarczy być antropologiem, nie wystarczy szkiełko i oko, aby poznać świat i zrozumieć prawa, jakimi się rządzi. Nie można oderwać sacrum odprofanum, bo jedynie poznanie na obu poziomach może być pełne. 138 Centrum wszystkiego pośród niczego Czwartkowe spotkania zakończyły się w lekkim tonie, pośród żartów, anegdot, gruzińskich dykteryjek serwowanych ze swadą przez Annę Dziewit-Meller oraz Marcina Mellera, autorów książki „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji”. W przekazie autorów można wyczuć wielką sympatię do Gruzji, dystans do narodowych przywar, a przede wszystkim miłość do Gruzinów jako ludzi przyjaznych, otwartych i niezwykle gościnnych. Kolejny dzień festiwalu zapewnił nam nową dawkę emocji. Na początek spotkanie z Dariuszem Fedorem, redaktorem naczelnym magazynu „Kontynenty”, a po nim pokaz slajdów Piotra Malczewskiego „Syberia”. Z prawdziwym zachwytem oglądałam syberyjskie krajobrazy, codzienne życie ludzi zatrzymane w kadrach fotografa. Spotkanie z Syberią Malczewskiego płynnie przeszło w ekscytującą podróż w dzikie ostępy Tuwy, położonej w samym centrum Azji. W tę drogę zabrała nas Zofia Pilasiewicz, autorka książki „Podróż”. Snuje w niej opowieść o tajdze, szamanach, o ludziach, którzy nadal żyją w zgodzie z naturą i szanują odwieczne prawa przyrody. Zofia Pilasiewicz to kobieta, o której nie sposób powiedzieć „słaba płeć . Jako miłośniczka turystyki kajakowej ma na swoim koncie wyprawy i spływy nie tylko polskimi rzekami, ale także Litwy i Rosji. Z tych odległych krain zawrócił nas dr Krzysztof Snarski, by wprowadzić w świat starowierców. Przy okazji premiery książki „Staroobrzędowcy. Historia, wiara, tradycja” dr Snarski roztoczył przed nami obraz ludzi, którzy mają swoją historię osadzoną w starym religijnym obrządku. Obraz ten starali się dopełnić Krzysztof Kiziewicz i Joanna Sikora, dopowiadając historię współczesnych starowierców w filmie „Gabowe Grądy” oraz reportażu radiowym „Grądy starej wiary”. Kiedy słuchamy audycji radiowej zapada zmierzch, na-staje cisza, dziedziniec zalewa magia. Doświadczamy bezpośredniej obecności starowierców Małgorzata Szejnert z Piotrem Brysaczem. Rozmowy wokół książki „Usypać góry”. Historie z Polesia, fot. E. Dysko Ewelina Dysko 139 - siedzą wśród nas, na ławeczkach, słuchają, oglądają, istnieją. Za moimi plecami podnosi się młoda kobieta i pyta nieśmiało: - Dlaczego nie mówicie o moim pokoleniu? Młodym pokoleniu starowierców? My nie jesteśmy historią. Pytania zawisły we mnie jak ptaki, dały zaczątek wewnętrznym rozważaniom, czy słusznie patrzymy na starowierców jak na relikt przeszłości, jak na coś, co przemija? Czy nie tworzymy w swoich głowach skansenów? Sobotnie spotkania rozpoczął profesor Andrzej Strumiłło opowieścią o koniach, podróżach oraz o miejscu na ziemi, w którym osiadł na dobre po wielu życiowych perypetiach, kilku incydentach emigracyjnych — o Maćkowej Rudzie. Pana Profesora darzę szczególną estymą, gdyż wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wielki człowiek z naprawdę imponującą listą osiągnięć i dokonań, laureat licznych odznaczeń, nagród i wyróżnień. Człowiek orkiestra — malarz, rzeźbiarz, fotograf, pisarz, poeta... A do tego czyta bez okularów, przemawia "bez karteczki", pamięta o wydarzeniach i ludziach, o których ja uczyłam się z podręczników historii. Miłośnik koni, które są częstym tematem jego prac. Ma ponad 90 lat, poczucie humoru i lotność umysłu, której można tylko pozazdrościć. Krótkim podsumowaniem spotkania była projekcja filmu „Profesor”, z której Andrzej Strumiłło nieco sobie dworował mówiąc, że sam jest ciekaw, czego dowie się o sobie. Nie ukrywam jednak, że z niecierpliwością czekałam na kolejne spotkanie. Wśród tłumu wypatrywałam człowieka, którego miałam zaszczyt i przyjemność poznać podczas promocji Kwartalnika „Prowincja” w Sztumie. Mówię oczywiście o Krzysztofie Czyżewskim, praktyku idei, współtwórcy Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów” w Sejnach oraz Fundacji Pogranicze. Pan Krzysztof zasiał we mnie „sejneńskie ziarno” i niemała w tym jego zasługa, że znalazłam się w tym miejscu. Nie omieszkałam zajrzeć do Sejn, byłam w Bazylice Nawiedzenia NMP, w Białej Synagodze, spacerowałam ulicami miasteczka. Krzysztof Czyżewski zawitał do Budy Ruskiej zaproszony przez Piotra Brysa-cza, który podczas festiwalu promował swoją nową książkę „Czyżyk na drogę. Rozmowy 140 Centrum wszystkiego pośród niczego o przyrodzie . Oprócz niego do udziału w wydarzeniu zaproszeni zostali również inni bohaterowie książki - Anna Kamińska, Lechosław Herz, Stanisław Łubieński, z którymi autor snuł fascynujące rozważania o przyrodzie, o miejscu człowieka w krajobrazie, o „powracaniu” do natury. Słowa pana Krzysztofa „zanieistniałbym bez krajobrazu” nabrały szczególnego znaczenia w kontekście innej wypowiedzi: Krajobraz odczuwam dość osobliwie, w tym sensie, że nie istnieje dla mnie osobno, jako przyroda albo świat materialny. Nie ma nic osobnego od krajobrazu, włącznie ze mną. (Krzysztof Czyżewski, Zanieistniałbym bez krajobrazu, [w:] Piotr Brysacz, „Czyżyk na drogę. Rozmowy o przyrodzie”, Kielce 2018). Wspólne zdjęcie autora, gości i publiczności stało się dla mnie cenną festiwalową pamiątką. Cykl sobotnich spotkań zamknęła rozmowa Piotra Brysacza z Iloną Wiśniewską, reporterką i fotografką, autorką m.in. książek „Hen” i „Białe”, miłośniczką podróży w te zimniejsze regiony świata — Spitsbergen, Grenlandia, Norwegia. Urzekający był jej zachwyt polską przyrodą, zapachami, kolorami, które zalewają jej zmysły tuż po powrocie z dalekich podroży. Kochając lodową biel śnieżnych krain sama jawiła się nam niczym barwny ptak. \ś/ tym miejscu zakończył się mój udział w wydarzeniu. N/ niedzielę musiałam wracać do domu, ominęło mnie więc kilka niesamowicie zapowiadających się chwil — spotkanie literackie ze Staszkiem Łubieńskim, ktorego znam, lubię i zawsze z przyjemnością słucham. Nie dane mi było zobaczyć pokazu slajdów „Transsyberyjska czy ponownie spotkać się z Anną Kaminską, autorką książki „Białowieża szeptem. Historie z Puszczy Białowieskiej”. Żal było wyjeżdżać, rozstawać się. Odchodziłam patrząc z tęsknotą za siebie. Tęsknotą, która pojawiła się już pierwszego dnia festiwalu, tęsknotą za Magią. Magią miejsca, ludzi, zdarzeń. Ilona Wiśniewska w rozmowie z Piotrem Brysaczem, fot. E. Dysko Wspomnienia Genowefa Burek GENIA NA WOJNIE1 Nazywam się Genowefa z Kowalskich Burek, rocznik 1923. Wiosną 1940 roku zostałam porwana z domu przez Niemców i wywieziona na roboty przymusowe do III Rzeszy. Trafiłam na Żuławy, gdzie pracowałam w gospodarstwie rolnym jako niewolnica do stycznia 1945 roku. Urodziłam się we wsi Syberia koło Mławy. Mój ojciec był organistą w parafii pw. Świętego Józefa. Rodzice dzierżawili też tam kawałek ziemi i zajmowali się jej uprawą. Było nas w domu siedmioro rodzeństwa: pięciu braci i dwie siostry. Ja byłam czwarta z kolei według starszeństwa. W 1930 roku przeprowadziliśmy się całą rodziną z Syberii do Osieka nad Wisłą, gdzie ojciec objął gospodarstwo rolne po swoich rodzicach, a także zaczął pracować jako organista w miejscowym kościele. Póki żył, naszej rodzinie powodziło się dobrze. Ale kiedy zachorował i zmarł w 1932 roku, nasza sytuacja drastycznie się pogorszyła. Mimo tej strasznej nędzy, w jakiej żyliśmy, matka starała się wykształcić naszego najstarszego brata Józefa (rocznik 1917) na organistę, bo to był wtedy dobry zawód. Inwestowała w niego, bo chciała, by potem on w zamian pomógł całej naszej rodzinie. Jak żył ojciec, to uczył go muzyki w domu, a po jego śmierci matka musiała sprzedać w mieście na targu jałówkę, by mieć pieniądze na dalszą edukację Józefa. Potem jeszcze kupiła mu od ludzi w sąsiedztwie fortepian. Niestety, nie miała pieniędzy, aby im zapłacić, dlatego wysłała do tych ludzi naszych dwóch braci Staśka i Wacka, by odpracowali ten kosztowny instrument. Cała nasza rodzina poświęcała się dla Józefa! On od najmłodszych lat traktowany był w domu wyjątkowo. Sam uważał się za wielkiego artystę i oszczędzał swoje ręce. Miały być tylko do grania. Nigdy nie chciał nic zrobić przy Karta pracy robotnicy przymusowej Genowefy Kowalskiej z czasu II wojny światowej. Z boku widoczne odciski palców obu rąk. Na odwrocie jest informacja, że ten dokument został wystawiony przez Arbeitsamt w Malborku w kwietniu 1943 roku. Jest to legitymacja numer 4285, fot. archiwum rodzinne Karta pracy robotnika przymusowego Stefana Burka z czasu II wojny światowej. Na odwrocie jest informacja, że ten dokument został wystawiony przez Arbeitsamt w Malborku w lutym 1944 roku. Jest to legitymacja numer 1106, fot. archiwum rodzinne 1 Wspomnienia Genowefy z Kowalskich Burek spisała i zredagowała jej siostrzenica - Alicja Łukawska. Wywiad przeprowadzony latem 2017 roku. 142 Genia na wojnie sobie. Młodsze rodzeństwo musiało mu nawet usługiwać przy stole, np. kroić chleb przy czy nalewać gorącą kawę z dzbanka. W końcu został tym organistą i już w wieku kilkunastu lat podjął pracę zawodową. 1938 roku zaczął pracować we wsi Ciechocin w powiecie golubsko-dobrzyńskim, gdzie dostał od proboszcza mieszkanie i pensję. Przeprowadził się tam wraz ze swym fortepianem. A ja w wieku 15 lat poszłam do niego na służbę jako jego gospodyni. Trzeba było pracować, bo naszej matki nie było już stać, by mnie dłużej utrzymywać. Miała jeszcze do wykarmienia moje młodsze rodzeństwo. Moj najstarszy brat był samotnym mężczyzną, nie miał żony, dlatego potrzebował kogoś, kto by się zajął domem i całym gospodarstwem. Zamieszkałam więc z nim w Ciechocinie. Gotowałam mu obiady, prałam, sprzątałam, prasowałam i wykonywałam wszelkie inne prace domowe. Kiedy wybuchła II wojna światowa, to zaraz na początku okupacji Niemcy wymordowali prawie wszystkich posiadaczy ziemskich, nauczycieli i księży w całej naszej okolicy, a kościoły zamykali jeden po drugim. Koscioł w Ciechocinie nadal jednak był otwarty i nabożeństwa normalnie się tam odprawiały. kwietniu 1940 roku była w naszej wsi łapanka. Niemcy przyjechali wieczorem, kiedy wszyscy przebywali w domach. Było już po godzinie policyjnej. Polaków obowiązywała godzina policyjna od 21.00. Po tym czasie nie wolno nam było wychodzić z domów, ani nawet palić światła w domach. Ta łapanka rozpoczęła się z naszej strony wsi. Przyszli do nas gestapowcy w czarnych mundurach, takie Szwaby najgorsze ze wszystkich, i kazali nam się pakować. — Możecie zabrać ze sobą tylko pięć kilogramów bagażu. Macie piętnaście minut na spakowanie! — powiedzieli. Nie położyliśmy się jeszcze spać, więc byłam ubrana. Założyłam tylko na siebie płaszcz i buty. Wzięłam parę rzeczy do ubrania i połowę chleba. Id był taki duży bochenek, akurat niedawno świeżo upiekłam Drugą połowkę wziął Józef. Złapałam także swoją książeczkę do nabożeństwa i tak poszliśmy z tymi Niemcami. To była straszna noc. Będę ją pamiętać do końca życia. Od godziny 9.00 wieczorem aż do 4.00 rano gestapowcy prowadzili nas po całej wsi pod strażą, chodząc od domu do domu. Wstępowali wszędzie tam, gdzie mieszkali młodzi ludzie, nadający się do ciężkich prac fizycznych. Wchodzili po nich do mieszkań, a my czekaliśmy gdzieś w korytarzach czy w sieniach. Cały czas nas pilnowali. Nie można było uciec, bo by nas na miejscu zastrzelili. Tej nocy Niemcy zabrali z domów w całym Ciechocinie około trzydzieści osób. Potem jeszcze dobrali innych Polaków z okolicy i popędzili nas parę kilometrów pieszo do stacji kolejowej w Dobrzejewicach pod Toruniem. Tam było już około setki ludzi połapanych STOWARZYSZENIE POLAKÓW POSZKODOWANYCH PRZEZ III RZESZĘ ZARZAD TERENOWY w......wElblctOT......... Genowefa Burek 143 tej nocy. Kolejarze podstawili dla nas trzy wagony towarowe, tak zwane bydlęce, bardzo prymitywne. W środku nie było normalnych przedziałów ani ławek, tylko jakaś jedna ława dookoła. Nie wszyscy się zmieściliśmy na tej ławie, więc większość musiała siedzieć na podłodze. Po tej całej nocy chodzenia byliśmy bardzo zmęczeni, bolały nas nogi i chciało nam się jeść. Nie wiedzieliśmy gdzie nas wiozą, a baliśmy się zapytać. Jechaliśmy w nieznane. Tym pociągiem z Dobrzejewic zawieźli nas najpierw na dworzec główny do Torunia, gdzie była przesiadka do innego pociągu. Po drodze Niemcy zatrzymali cały skład gdzieś w lesie i pozwolili nam wysiąść z wagonów i się załatwić. Około godziny 9.00 pozwolili nam coś zjeść. Potem jechaliśmy dość długo pociągiem gdzieś na północ. Nadal nie powiedziano nam, dokąd nas wiozą. Mijaliśmy jakieś stacje. Okazało się, że dojechaliśmy do Neuteich (obecnie Nowy Staw) na Żuławach. — Wysiadać z wagonów! — krzyczeli do nas. Rodzina Burków, Markusy w powiecie elbląskim, lata 1950. I komunia święta syna Andrzeja w kościele parafialnym w Zwierznie. Na zdjęciu: Genowefa, Andrzej, Wiesław, Tadeusz i Stefan, fot. archiwum rodzinne Wyprowadzili nas z pociągu. Potem stali- śmy pod strażą na schodach jakiegoś dużego budynku. Nie pamiętam, co tam było, chyba jakiś urząd. Może to był Arbeitsamt? Nie wiem, nikt nam tego nie mówił. My, Polacy, staliśmy w szeregu, a Niemcy tylko przechadzali się i oglądali nas jak na targu niewolników. Wybierali sobie ludzi do pracy. My z Józefem byliśmy oboje młodzi. Wyglądaliśmy wtedy na zdrowych i zdatnych do roboty. Wybrał nas sobie Niemiec nazwiskiem Fieguth ze wsi Warnau (obecnie Koście-leczki) pod Malborkiem. On miał duże gospodarstwo rolne, żonę i ośmioro dzieci, czyli sześć córek i dwóch synów. Potrzebni mu byli darmowi ludzie do pracy, tacy jak my. Razem z bratem pracowaliśmy u niego w polu2. W tym Warnau było mi bardzo źle. Praca była tam strasznie ciężka, a do tego nie było co jeść. Prócz nas pracowały tam jeszcze cztery inne dziewczyny, też Polki wywiezione na roboty przymusowe. Warnau to obecnie Kościeleczki, stara wieś na Żuławach, założona pod koniec XIV wieku przez Krzyżaków. Potem osiedliło się tam kilkanaście rodzin holenderskich z sekty menonitów, które jednak szybko uległy zgermanizowaniu. Wśród nich była też rodzina nazwiskiem Fieguth. W okresie międzywojennym posiadłość w Warnau miał Hermann Rauschning, prezydent senatu Wolnego Miasta Gdańska. Powiadano, że jego dom był wyposażony w schron. Rauschning w tygodniu pracował w Gdańsku, a weekendy spędzał w swoim wiejskim domu. Jednak w 1936 roku, kiedy hitlerowcy już na dobre rozpanoszyli się w Gdańsku, uciekł do Polski, a potem przez Francję i Wielką Brytanię, dotarł do Stanów Zjednoczonych. W 1940 roku wydał książkę „Rozmowy z Hitlerem”, która stała się światowym bestsellerem. (Na podstawie informacji z artykułu Fechter Paul, Malbork, tłum. Andrzej Kopacki, (w:) Brakoniecki Kazimierz, Lipscher Winfried, Borussia. Ziemia i ludzie. Antologia literacka, Olsztyn 1999, s. 148. 144 Genia na wojnie -Jesteśmy z Józefem bardzo głodni. Nie dostajemy tu prawie nic do jedzenia - pisałam w listach do domu. Nasza matka była biedna, ale mimo to starała się nam pomóc. Przysyłała nam paczki z Osieka. Wkładała do nich chleb, który sama piekła w domu. Czasem dodawała nawet nieco cukru. Ten cukier przemycała w ten sposób, że wydrążała bochenek chleba i sypała cukier do środka, w tę dziurę. Na więcej jej nie było stać, bo sama była w trudnej sytuacji materialnej. Miała jeszcze na utrzymaniu moje młodsze rodzeństwo, które pozostało w domu. Józef dostawał jeszcze paczki żywnościowe od takiej jednej młodej dziewczyny, z którą spotykał się w Ciechocinie przed tą wywózką. Była w nim bardzo zakochana. W tym Warnau mieszkało paru Niemców z polskim pochodzeniem. Józef rozmawiał z nimi po polsku. Jeden z nich dał mu mały słowniczek z niemieckimi wyrazami i całymi zdaniami, żeby mógł uczyć się niemieckiego. - Pan ma na głowie ładny kapelusz - to było pierwsze zdanie, jakiego mój brat nauczył się po niemiecku z tego słowniczka. Pewnego razu tak właśnie powiedział do naszego właściciela, tego Fiegutha. Chciał się przed nim popisać, że się uczy. -Józef, du bist verrueckt! Ty jesteś wariat! - powiedział Fieguth i zaczął się śmiać. - Ja nie mam na głowie żadnego psa! Okazało się, że mój brat pomylił słowo „hut” (po polsku „kapelusz”) ze słowem „hund” (po polsku „pies”) i wyszło mu zdanie „Pan ma na głowie ładnego psa”. W listopadzie 1940 roku, kiedy już skończył się sezon prac polowych, Niemcy zabrali mnie z tego Warnau. Rozstaliśmy się wtedy z moim bratem Józefem na kilka lat. Do końca wojny nie miałam już o nim żadnych wieści. Przekazano mnie wtedy do Arbeitsamtu w Malborku, który mieścił się w takim dużym, czerwonym gmachu przy obecnej ulicy 17 Marca3. Arbeitsamt w Malborku skierował mnie do Alt Rosengart (obecnie Różany) na Żuławach. Tam pracowałam w dużym gospodarstwie rolnym należącym do Artura Mindnera. On i jego żona byli Szwajcarami. Tym razem trafiłam o wiele lepiej niż w tym podłym Warnau. Mindnerowie prowadzili duże gopodarstwo mleczne, hodowali wiele bydła, produkowali też sery i masło. Brat mojego gospodarza miał mleczarnię w Nowym Dworze Gdańskim. W Różanach pracowało więcej polskich robotników przymusowych. W sumie było nas tam Polaków cztery dziewczyny i trzech chłopaków. Mindnerowie nie traktowali nas tak źle jak Fieguthowie. Teraz miałam już trochę lżej niż przedtem. Nie musiałam tak ciężko harować w polu, ale byłam przy domu. Pracowałam przy krowach i w kuchni. Robiłam wszystko, co było trzeba przy zwierzętach, doiłam, karmiłam i obrządzałam krowy, a poza tym pomagałam gospodyni przy gotowaniu. Tutaj już w końcu nie byłam taka głodna jak wcześniej. Była wystarczająca ilość jedzenia dla wszystkich i było smaczne. Trzeba było ciężko pracować, ale oni nas za to dobrze karmili. Właściwie jedliśmy to samo, co nasi właściciele. Tyle tyko, że nie siedzieliśmy z nimi przy jednym stole, bo w czasie wojny nie było wolno, żeby Niemiec jadł przy jednym stole z polskim robotnikiem przymusowym. Jedliśmy więc osobno, w sąsiednim pomieszczeniu. 3 Obecnie w tym gmachu jest wydział Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego w Malborku. Genowefa Burek 145 Polscy robotnicy przymusowi w Markushof na Żuławach w czasie II wojny światowej. Stefan Burek stoi pierwszy z prawej strony, fot. archiwum rodzinne Jednak posiłek był taki sam dla nich i dla nas. W niedzielę dostawaliśmy nawet kawałek dobrego ciasta, bo gospodyni często piekła drożdżowy, słodki „kuch” z kruszonką. Jednak było mi tam trudno, bo nie znałam języka niemieckiego. Z czasem coś tam zaczęłam rozumieć, ale z początku gospodyni musiała mi wszystko pokazywać na migi. Nie zawsze wiedziałam, o co jej chodzi. Nieraz aż się popłakałam z tego powodu! Wiele razy próbowałam zgadnąć, co ona ma na myśli jak do mnie mówi. Kiedyś robiła obiad i potrzebna jej była marchew z piwnicy. Pokazała mi najpierw swój palec, wskazała na dół i jeszcze na swoją bluzkę, która była czerwona. Ale ja nie mogłam domyślić się, o co jej chodzi. Nie zwróciłam uwagi na ten czerwony kolor. Poleciałam szybko do piwnicy. Za pierwszym razem przyniosłam jej pietruszkę. Potem coś innego wzięłam, chyba cebulę albo seler. Dopiero za trzecim razem domyśliłam się, że chodzi o marchew. Z czasem trochę nauczyłam się języka niemieckiego i z w końcu rozumiałam, co do mnie mówią Niemcy. W tej pracy należał mi się nawet krótki urlop. Przeważnie dostawałam go zimą, kiedy w gospodarstwie było mniej pracy. Na urlop z początku jeździłam do domu do Osieka, bo tam jeszcze wciąż mieszkała moja matka z młodszym rodzeństwem. Byli tam do jesieni 1942 roku, kiedy ich też wywieziono na roboty przymusowe do III Rzeszy z zemsty za to, że nasza matka nie podpisała Volkslisty. Byłam na urlopie zimą na przełomie 1941 i 1942 roku. A był to okres, kiedy Niemcy walczyli w Rosji na froncie pod Stalingradem i bardzo tam marzli. Żołnierze Wehrmachtu potrzebowali wtedy ciepłej, zimowej odzieży. Dlatego okupanci zabierali Polakom futra, kożuchy i inne ciepłe rzeczy, a potem wysyłali to gdzieś na front. 146 Genia na wojnie Tamtej niedzieli w kościele w Osieku ludzie wychodzili po mszy świętej na dwór. A przy wejściu stał Niemiec z kredą i robił ludziom na plecach znak krzyża. Znaczył tych wszystkich, którzy mieli na sobie jakieś futra i kożuchy. Naznaczona odzież miała być oddana do gminy dla niemieckich żołnierzy na froncie. Zaczepił też mnie, bo miałam na sobie nowy komplet z owczej wełny od mojej gospodyni, czyli czapkę, szalik i rękawiczki. Wszystko ładnie sama zrobiła na drutach i podarowała mi przed wyjazdem do domu. — Musisz to nam oddać! — powiedział. - Ale to jest prezent! Ja to dostałam od mojej niemieckiej gospodyni! Dała mi te rzeczy, żebym nie zmarzła na urlopie! - protestowałam oburzona. Ale to nic nie pomogło. I tak mi zabrali to wszystko. Nasza matka, jak tylko wróciliśmy do domu, wyciągnęła z szafy dwa swoje kożuchy, długi i krótki. Miała je jeszcze z dawnych, lepszych czasów. Teraz pocięła je szybko na kawałki i spaliła w piecu chlebowym, byle tylko nie dostały się w ręce niemieckie. Podejrzewała, że potem Niemcy mogą chodzić po domach i robić rewizje w szafach, jak to już nieraz bywało. Później, jak moją matkę i młodsze rodzeństwo także wywieziono na roboty przymusowe do Niemiec, to znaleźli się niedaleko mnie, w Birkenfelde (obecnie Grzymała) pod Malborkiem. Następnie nasza matka została wywieziona jeszcze dalej, do fabryki amunicji w Hanau, w głębi Niemiec. W Birkenfelde natomiast zostali mój młodszy brat Andrzej i najmłodsza siostra Halina. Oni kiedyś w niedzielę dostali przepustkę od swojego Niemca i przyjechali do mnie do Alt Rosengart. Mindnerowa przyjęła ich gościnnie i poczęstowała obiadem. Dała im nawet kawałek ciasta. W czasie pobytu w Alt Rosengart poznałam młodego chłopaka, który pracował w sąsiedztwie u Niemców. On też był polskim robotnikiem przymusowym. Na początku jak się poznaliśmy, to było śmiesznie. Bo ja się nazywałam wtedy Genia Kowalska (Kowalska to moje nazwisko panieńskie), a on był Geniek Kowalski, czyli mieliśmy właściwie takie samo imię i nazwisko. Uznaliśmy, że to musi być jakieś przeznaczenie! Geniek pochodził tak jak ja, z Ziemi Dobrzyńskiej, z małej wsi pod Golubiem-Dobrzyniem. No i on bardzo mi się spodobał, a ja jemu. Z początku tylko sympatyzowaliśmy ze sobą, a potem mieliśmy już poważne zamiary życiowe. Planowaliśmy wziąć ślub i razem pracować u Mindnerów jako małżeństwo. Genio był pierwszą, wielką miłością mojego życia. W styczniu 1945 roku wyjechałam z Alt Rosengart na parodniowy urlop. Spędziłam go u wuja Adama, brata naszej matki w Łążynie pod Toruniem. Z powrotem wracałam dokładnie w dniu 23 stycznia. Dojechałam spokojnie pociągiem z Torunia do Malborka. W Malborku na dworcu było wtedy jakieś wielkie zamieszanie. Okazało się, że trwa właśnie ewakuacja Niemców na wschód, bo zbliża się front radziecki. Zdaje się, że Rosjanie wkraczali właśnie do Elbląga. Kto mógł, ten uciekał z miasta na zachód. Kiedy wysiadłam z pociągu z Torunia i stałam na peronie, to nagle rozpętało się piekło. Ruskie bombardowali dworzec. Ludzie w panice uciekali na dół do podziemnego przejścia pod peronami, a ja pobiegłam razem z nimi. Potem przestali strzelać i trochę się uspokoiło. Genowefa Burek 147 To był taki moment, że z Malborka do Elbląga już nie szły żadne składy osobowe. Dowiedziałam się jednak na dworcu, że będzie jechał jeszcze jakiś pociąg w kierunku wschodnim, ale wojskowy, już poza normalnym rozkładem jazdy. No i ci żołnierze niemieccy zabierali też ze sobą ludność cywilną, jak ktoś chciał z nimi jechać. Machnęli na mnie ręką, żebym też wsiadała. Pojechałam razem z nimi do Grunau (obecnie Gronowo), a potem poszłam pieszo do domu Mindnerów4. Następnego dnia, to jest 24 stycznia, przyszło do Alt Rosengart radzieckie wojsko. Wokół było pusto. Prawie nikogo już nie było, bo wszyscy Niemcy z sąsiedztwa uciekli wcześniej przed frontem. Mindnerowie zostali jednak w swoim domu, bo uważali, że jak są Szwajcarami, to im Ruskie nic nie zrobią. Szwajcaria była wtedy państwem neutralnym i z nikim nie prowadziła wojny. Oni wywiesili nawet na domu flagę szwajcarską. Uważali, że nie muszą nigdzie uciekać, bo przecież Ruskie chyba pozwolą im nadal hodować krowy na Żuławach i spokojnie żyć jak do tej pory. Z kolei dla nas, Polaków, sytuacja wyglądała już inaczej. Nie było już nad nami władzy niemieckiej i nie było już żadnego powodu, byśmy dłużej przebywali na robotach przymusowych. Nie byliśmy już niewolnikami. Chcieliśmy jak najszybciej wrócić do domu, do swoich. Mindnerowie dobrze nas wyekwipowali na drogę powrotną. Dali nam wóz, dwa konie i żywność. Dostaliśmy też od nich ciepłą odzież zimową, czyli wełniane czapki, szaliki, skarpety i rękawiczki. Gospodyni dała mi jeszcze na pamiątkę zegarek na rękę, złoty pierścionek i obrączkę. Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy z Alt Rosengart tym wozem konnym na południe. Jechało nas tam dziewięć osób. Wszyscy byliśmy mniej więcej z tych samych stron, to jest z okolic Torunia, Golubia i Rypina. Zabrał się też z nami mój chłopak, czyli Genio Kowalski. Po pewnym czasie dojechaliśmy do Dzierzgonia. Tam już prawie nie było Niemców, bo uciekli z miasta przed frontem. Noc z 24 na 25 stycznia spędziliśmy w hotelu w Dzierzgoniu. Prócz nas byli też Rosjanie, którzy właśnie zdobyli to miasto. Byliśmy tam dwa dni. Jak odjeżdżaliśmy, to radzieccy wojskowi dali nam swoje przepustki na przejazd, bo mówili, że te nasze niemieckie dokumenty osobiste, jakie mieliśmy ze sobą, to już nie są ważne w tej sytuacji5. Z Dzierzgonia pojechaliśmy dalej wozem w stronę Prabut. Potem jechaliśmy przez Iławę. Ale nie jestem tego tak dokładnie pewna, co to było za miasto. Chyba jednak Iława? Wszystko wtedy wyglądało tak samo. Wszędzie było widać wojnę. Było pełno ruskiego wojska, żołnierzy, czołgów, a domy się paliły. W tych Prusach naprawdę było strasznie! Do dzisiaj pamiętam te obrazy. 4 W tym właśnie dniu, 23 stycznia, do Elbląga zbliżył się już front. Miasto zostało otoczone przez żołnierzy radzieckich z 2. Frontu Białoruskiego pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego. 5 Genowefa Kowalska była w Dzierzgoniu w dniach 24—26 stycznia, a w tym samym czasie, dokładnie 25 stycznia wieczorem, przez Dzierzgoń przechodziło jej młodsze rodzeństwo Andrzej i Halina Kowalscy w drodze z robót przymusowych w Birkenfelde do domu. W tym czasie Sowieci podpalili Dzierzgoń, atakowali też kobiety niemieckie na ulicach i gwałcili je. Nie oszczędzali nawet zakonnic. Strzałem w głowę z pistoletu radziecki sołdat zabił przełożoną klasztoru elżbietanek w Dzierzgoniu, siostrę Marię Teodorę Witkowską, która próbowała obronić przed gwałtem swoją podopieczną, siotrą Ama-bilis Markowską. 148 Genia na wojnie Po dziewięciu dniach tej wędrówki dojechaliśmy do Golubia-Dobrzynia, a właściwie najpierw do Golubia, bo te dwie miejscowości odziela rzeka Drwęca. I tam właśnie spotkaliśmy ruskich żołnierzy, którzy nas obrabowali. Zabrali nam wtedy wszystko, co tylko mieliśmy cennego. Mnie wzięli zegarek, pierścionek i obrączkę, które dostałam od naszej gospodyni. Henrykowi Stawskiemu, który pracował ze mną u Mindnerów, też zabrali zegarek na rękę. Bardzo trudno było przedostać się przez Drwęcę, bo most w Golubiu został zniszczony. Trzeba było przeprawiać się promem przez rzekę do Dobrzynia. Tam już było lepiej, bo spotkaliśmy w końcu nasze polskie wojsko. To było coś zupełnie innego! Jaka radość! Nasi żołnierze dawali jeść wszystkim głodnym i potrzebującym. Wystawili na ulicę aż dziewięć kotłow z zupą, którą ugotował kucharz wojskowy. Tam było dużo cywilów, którzy wracali z wojny. Wszyscy ustawiali się w kolejce po te zupy. My także. To był wieczór, było już ciemno i żadnego światła w tym mieście. Z kościoła w Dobrzyniu wyszli księża i wynieśli nam takie małe świeczki choinkowe, które zapalaliśmy na zewnątrz, by było coś widać. Po jedzeniu zatrzymaliśmy się w Dobrzyniu na nocleg. Nie było gdzie spać, więc przenocowaliśmy wszyscy razem w jakiejś bramie. Rano ruszyliśmy dalej. We wsi dwa kilometry od Dobrzynia mieszkał mój chłopak, Genio Kowalski i on zaprowadził nas do swojego domu rodzinnego. Z nami były tam jeszcze dwie dziewczyny i dwóch chłopaków z tych robotników przymusowych z Alt Rosen-gart. U rodziców Genia zatrzymaliśmy się na dwa miesiące. Nie można było wtedy pójść dalej, bo w tym czasie w Toruniu było jeszcze niemieckie wojsko. Trwały zacięte walki o to miasto. Czekaliśmy więc, aż front przetoczy się dalej i sytuacja trochę się uspokoiL Po tych dwóch miesiącach, jak już zrobiło się trochę spokojniej i wiedzieliśmy, że front przesunął się już dalej na zachód, Genio odprowadził mnie do matki. Była już wiosna, początek kwietnia. Najpierw poszliśmy pieszo do wujostwa Budnych do Łążyna. Tam dowiedziałam się, że nasza rodzina mieszka znowu w Osieku, więc poszliśmy tam. I wtedy właśnie widziałam mojego Genia po raz ostatni. Pożegnał się tylko ze mną i wrócił do domu. Na drugi dzień musiał stawić się do poboru wojskowego. W tamtym czasie w Polsce potrzebowano wielu żołnierzy do walki i wszyscy młodzi chłopcy dostawali wezwania na komisję. ^JCem tylko tyle, że on zgłosił się na tę komisję wojskową w Dobrzyniu i został wysłany gdzieś w Lubelskie, by walczyć z bandami U PA. Tam wtedy trwały krwawe walki Polakow z Ukraińcami. Banderowcy palili polskie wsie i mordowali mieszkańców. Niestety, nigdy więcej go już nie zobaczyłam. Już nigdy nie otrzymałam od niego żadnego znaku życia. Nie wiadomo, co się z nim stało. Nie mam pojęcia, jak i kiedy zginął. Prawdopodobnie zabili go Ukraińcy. Jakiś czas czekałam na list od niego z tego wojska, ale się nie doczekałam. Jego rodzina też nie miała już więcej od niego znaku życia. Gdzieś tam przepadł bez wieści mój Genio... tym czasie nasza rodzina mieszkała pod lasem w przysiółku Siciny należącym do Osieka nad Wisłą. W domu była straszna, niewyobrażalna wręcz bieda. Nie było co jeść, 6 Latem 1944 roku Toruń został ogłoszony twierdzą. Niemcy zbudowali wokół miasta silne umocnienia forteczne. Miasto zostało wyzwolone spod niemieckiej okupacji 1 lutego 1945 roku przez żołnierzy 1. Frontu Białoruskiego pod dowództwem marszałka Gieorgija Żukowa w ramach operacji wiślańsko-odrzańskiej prowadzonej przez Armię Czerwoną. Genowefa Burek 149 nie było w czym chodzić, ani czym się nakryć. Nie mieliśmy praktycznie nic! Ani mebli, ani ubrań, ani pościeli... Jak Niemcy wysiedlali naszą rodzinę pod koniec 1942 roku, to nasi sąsiedzi ze wsi wszystko nam pokradli. Zabrali z naszego domu meble, odzież, święte obrazy i inne cenne rzeczy, jakie mieliśmy. Zaginął także fortepian Józefa, który pozostał w Ciechocinie po tym, jak nas Niemcy wywieźli na roboty. Po wojnie poszłam tam pieszo, by zobaczyć co się z nim stało, ale śladu już po nim nie było. Cóż było robić? Nie widziałam powodu, aby siedzieć w domu. Pod koniec maja 1945 roku zdecydowałam się wyruszyć w świat. Postanowiłam pojechać na Ziemie Odzyskane. Chodziły właśnie słuchy, że Polacy będą mogli brać sobie gospodarstwa po Niemcach. A ja znałam przecież te okolice, bo spędziłam tam kilka lat na robotach przymusowych. Chciałam rozejrzeć się, czy może będzie można tam jechać, mieszkać, żyć i pracować na Żuławach. Trzeba było przecież jakoś wyjść z tej nędzy! Akurat nadarzyła się okazja, żeby tam jechać, bo właśnie dowiedzieliśmy się, że na Ziemiach Odzyskanych przebywa mój najstarszy brat Józef, z którym nie widziałam się od jesieni 1940 roku. Od ludzi wracających z robót przymusowych z Prus przyszła wiadomość do Osieka, że Józef mieszka w Malborku z jakąś młodą Niemką i że jest tam milicjantem. Postanowiłam to sprawdzić. Wybrałam się do niego razem z moim młodszym bratem Andrzejem, który miał już 18 lat i właśnie dostał powołanie do wojska. Andrzej był młody, ale bardzo sprytny i zaradny. Za nic w świecie nie chciał jechać w Bieszczady czy w Lubelskie walczyć z banderowcami, bo wiedział, że toczy się tam regularna wojna i może zginąć. A on bardzo chciał żyć! Wołał więc wyjechać z Osieka na Ziemie Odzyskane, by wykręcić się od wojska. Zamierzał zgłosić się na ochotnika do milicji w Malborku i tam odsłużyć dwa lata wojska, a nie pchać się na wojnę. Wojenne losy naszego brata Józefa także były skomplikowane. Jesienią 1940 roku Arbe-itsamt w Malborku przekazał go do jakiegoś Niemca na wieś jako niewolnika, ale było mu tam bardzo źle. W końcu stamtąd uciekł. Zawędrował aż pod Kraków do takiego młodego księdza, który przed wojną pracował jako wikary w Ciechocinie. Był z nim bardzo zaprzyjaźniony i miał nadzieję, że u niego może znajdzie kryjówkę przed Niemcami. Przez jakiś czas ukrywał się w domu rodziców tego wikarego na wsi. Jak nadchodzili Niemcy, to uciekał gdzieś w pole czy do lasu. Później przypadkiem przeczytał w niemieckiej gazecie ogłoszenie, że mleczarnia w Neu-teich poszukuje pracowników, więc wrócił na Żuławy. Stawił się do pracy w tej mleczarni na ochotnika i pracował tam dla Niemców do czasu, kiedy zimą 1945 roku przyszła Armia Czerwona. W Nowym Stawie przebywał do wiosny 1945 roku. 1 właśnie tam poznał młodą Niemkę, Helenę Buchholz z Deutsch Damerau (obecnie Dąbrówka Malborska). Nie wiem dokładnie, jak to było z nimi. Wcześniej, przed wojną, Józef miał dziewczynę w Ciechocinie. Chodzili ze sobą, a ta dziewczyna nawet przysyłała mu paczki żywnościowe jak byliśmy w Warnau. No, ale może zapomniał o niej? Może ta Niemka bardziej mu się spodobała? W każdym razie nawiązali romans. Helena w czasie wojny pracowała w jakimś hotelu w Malborku, ale jak do miasta weszli Ruscy, to się bała, że ją zgwałcą. Wiedziała, że wcześniej żołnierze radzieccy złapali jej 150 Genia na wojnie starszą siostrę i zgwałcili. Ona potem zaszła w ciążę i miała nawet dziecko z tego gwałtu. Dlatego właśnie wiosną 1945 roku Helena uciekła przed Ruskimi z Malborka do Nowego Stawu. Miała tam podobno jakąś kuzynkę. Chciała zatrzymać się u niej. Jak poznali się z Józefem, to zaraz szybko zostali parą, a potem razem przyszli do Malborka i zamieszkali u jakiś ludzi w małym domku przy ulicy Kopernika. Helena była bardzo zakochana w Józefie i strasznie o niego zazdrosna, bo on był naprawdę przystojnym mężczyzną i podobał się wielu kobietom. Pilnowała więc, by żadna inna go jej nie odbiła. Ale inne nieszczęścia czyhały na każdym kroku. Pewnego dnia Józef wyszedł na miasto i został złapany przez żołnierzy rosyjskich. Oni wtedy polowali na ulicy na ludzi i zabierali ich do jakiejś roboty, na przykład do zbierania trupów na ulicach. Zagonili go wtedy do pracy przy moście na Nogacie. Los Józefa byłby marny, być może nawet Rosjanie wywieźliby go dalej na wschód gdzieś do łagrów? Nie wiadomo, co by się z nim stało w tej ruskiej niewoli. Na szczęście wszystko ułożyło się dobrze. W czasie tej pracy na moście mój brat poznał Stanisława Szymczaka, ówczesnego komendanta milicji, która właśnie tworzyła się w Malborku. Szymczak akurat szukał odpowiednich ludzi do tej służby. Józef wpadł mu w oko, bo był wysoki, silny, sprawny i dość rozgarnięty. Nadawał się na milicjanta! Ale Rosjanie nie chcieli go tak od razu zwolnić. Szymczak chodził nawet do ich komendanta wojskowego Denisowa, i prosił, by ten zwolnił Józefa, bo jest mu potrzebny. I udało się! Rosjanie go puścili. W ten sposób nasz Józef został jednym z pierwszych milicjantów w tym mieście. Tylko, że jemu ta praca zupełnie nie odpowiadała. Nie miał do tego charakteru. Na początku nie było wyjścia. Zgodził się na tego milicjanta, bo chciał przecież wydostać się z tej ruskiej niewoli. Jednak zastrzegł sobie, że nie będzie nosił broni palnej. - Ja nie będę do nikogo strzelał - zapowiedział. - Nie lubię wojny. Pan Jezus nie nosił broni, to i ja nie muszę. Bo on był tak bardzo wierzącym i religijnym człowiekiem, że nie chciał nawet brać do ręki karabinu. Do tego uważał się przede wszystkim za artystę, muzyka. Znalazło się jednak wyjście. Szymczak dał mu zajęcie na komendzie. W tamtym czasie nie wszyscy ludzie byli „piśmienni , bo w czasie wojny Niemcy nie prowadzili żadnych szkół dla Polaków. Chcieli, byśmy byli ciemni i niewykształceni. Po wojnie przyjeżdżało do Malborka wielu prostych chłopaków bez wykształcenia, takich co to „nie czytaty, nie pisaty”. Zdarzali się tacy, którzy nawet dobrze podpisać się nie umieli. I oni też na początku służyli w tej milicji. Józef więc siedział w biurze na dyżurze, pisał za nich raporty, wypełniał jakieś papiery i formularze. A po pracy jeszcze dorabiał dodatkowo. Chodził do takiej jednej rodziny, która tu przyjechała z Włocławka i uczył ich dzieci gry na pianinie. Jak my z Andrzejem dotarliśmy do Malborka, to Józef z Heleną właśnie szykowali się do ślubu. To był w ogóle pierwszy ślub w Malborku po wojnie. Odbył się w kościele pw. Świętego Jana przy zamku. Helena była już wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem. Ja z Andrzejem byliśmy świadkami na tym ślubie. Dawał go im ksiądz Klemens Majewski, który wcześniej, za Niemców, był proboszczem w kościele pw. Świętego Mikołaja w Dąbrówce Malborskiej. On był Niemcem, ale miał polskie pochodzenie. I jak tu wszyscy Niemcy w okolicy uciekali przed frontem, to on został na miejscu. Wiedział, że uciekł też proboszcz Genowefa Burek 151 z kościoła Świętego Jana i była tam wolna parafia. Chciał ją objąć, niestety, to mu się nie udało. Nie dostał tej parafii, więc z powrotem wrócił na stare miejsce do Dąbrówki. Do Malborka wyruszyliśmy z bratem Andrzejem jakoś tak pod koniec maja 1945 roku. To była długa i ciężka podróż. Najpierw szliśmy dwadzieścia kilometrów pieszo do Torunia na dworzec kolejowy. Stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Bydgoszczy. Tam prze-siedliśmy się na pociąg do Tczewa. Pociągi były wtedy strasznie zatłoczone, ledwo można było się do nich dostać. Ludzie jechali nawet na dachach. Wyglądało to tak, jakby cała Polska ruszyła nagle w drogę. Z Tczewa nie można było dostać się dalej, bo mosty na Wiśle zostały wysadzone przez Niemców pod koniec wojny. Na drugą stronę rzeki przeprawiliśmy się więc łódką, razem z innymi ludźmi. Nie mieliśmy z Andrzejem pieniędzy, by zapłacić za przejazd, ale właśnie wsiadała do łodzi jakaś Niemka, która zdjęła z szyi złoty łańcuszek i dała go przewoźnikowi jako zapłatę za przewóz. - My jesteśmy z tą panią - powiedzieliśmy przewoźnikowi. On nas zabrał i tym sposobem przedostaliśmy się na drugi brzeg. Ta Niemka nic nie powiedziała. Nie wydała nas. Droga z Tczewa do Malborka była usiana trupami. Szliśmy pieszo, a Andrzej liczył tych wszystkich nieboszczyków leżących na ziemi. Było ich razem 37. Po drodze mijali nas ruskie, którzy jechali ciężkimi czołgami i samochodami po tych zwłokach, w ogóle nie zwracając na nie uwagi. Potem te ciała były takie jakieś spłaszczone. W samym Malborku też wszędzie leżało bardzo dużo trupów, także w domach i mieszkaniach. Chowaniem ich w ziemi zajmowali się Niemcy, to znaczy ci cywile, co tu zostali po wojnie. Pracowały przy tym przeważnie kobiety, a nawet dzieci. Zakopywali je chyba gdzieś na poligonie, ale nie wiem dobrze gdzie. W mieście roznosił się wtedy taki trupi zapach zgnilizny. Śmierdziało strasznie! Na starym mieście były tylko same ruiny, gruzy i tylko wąskie ścieżki pomiędzy nimi wydeptane. Koło zamku stały ruskie straże. Wkrótce okazało się, że nasz Andrzej nie był taki jak Józef. W ogóle nie bał się karabinu. Zawsze był odważny i pewny siebie. To był chłopak z ikrą! Z zapałem zaczął służyć w milicji, to znaczy odrabiać te dwa obowiązkowe lata wojska. Chodził po mieście w cywilnym ubraniu, z naładowaną bronią, a na ramieniu miał biało-czerwoną opaskę. Wtedy jeszcze nie było żadnych mundurów, ale dzięki tym opaskom z daleka było widać, że to idzie Polak. Ja też musiałam podjąć pracę zarobkową, żeby mieć z czego żyć. I tak jakoś z marszu mnie także przyjęto do tej milicji. Właściwie to nie było wtedy innej możliwości pracy dla mnie. Nie miałam żadnych obowiązków na zewnątrz. Nie chodziłam po mieście z bronią, jak mężczyźni, ale pomagałam robić różne rzeczy pomocnicze na komendzie. Często siedziałam tam na dyżurach razem z Józefem. Zajmowałam się układaniem planu dyżurów milicjantów, wieszałam kartki z nazwiskami, na których pisałam, kto i kiedy ma służbę itp. W Malborku w milicji pracowało wtedy około dziewięćdziesięciu osób z całej Polski. Komenda znajdowała się przy ulicy Mickiewicza, niedaleko młyna wodnego. To był właściwie wtedy już koniec miasta. Dalej już były tylko koszary wojskowe. Na komendzie mieliśmy stołówkę i dzięki temu można było jakoś przeżyć. Mieliśmy tu chociaż coś do jedzenia. Wtedy w mieście nie było sklepów spożywczych, nie było żadnego zaopatrzenia, 152 Genia na wojnie Niemiecka rodzina Froese w odwiedzinach u polskiej rodziny Burków w Markusach na Żuławach. Lata 1980, fot. archiwum rodzinne a największy problem był z chlebem, który trzeba było wozić z daleka. Pieniędzy też właściwie z początku nie było i panowała wymiana towarowa. Z początku razem z Andrzejem zatrzymaliśmy się u Jozefa i Heleny w tym małym domku przy ulicy Kopernika. Miasto było wówczas puste i wyludnione. Niemców już tu prawie nie było, bo uciekli w styczniu 1945 roku, a ci, co zostali, to przeważnie siedzieli w domach i nie pokazywali się na ulicach. Było już za to trochę Polaków, robotników przymusowych, którzy zostali tu przywiezieni w czasie wojny i nie mieli dokąd wracać, więc zostali. Stopniowo przyjeżdżali też repatrianci, to jest Polacy zza Buga, głównie z V^ołynia. To byli bardzo biedni ludzie po ciężkich przejściach, którzy uciekli przed Ukraińcami. Oni się osiedlali gdzie popadnie, gdzie tylko było jakieś miejsce do zamieszkania. Zajmowali domy, które im się podobały, a jak były trochę zrujnowane, to sami je remontowali i tak mieszkali. Wszystkim było ciężko. Panowała bieda i głód. Nie było wody i prądu. Dużo ludzi chorowało na tyfus. Latem 1945 roku miasto było bardzo niebezpieczne. Przyjeżdżali wtedy na Ziemie Odzyskane rożni szabrownicy, złodzieje i inni bandyci. tamtym czasie mężczyźni i dzieci kręcili się tu i tam po Malborku, ale kobiety bały się same chodzić po ulicach, bo Rosjanie polowali i napadali na kobiety w całym mieście, przeważnie na młode Niemki. I nie tylko je gwałcili, ale często potem strzelali do nich i tak zostawiali nieżywe na ulicach czy w piwnicach. Niedaleko naszej komendy w koszarach stacjonowało ruskie wojsko i w okolicy było pełno wałęsających się żołnierzy, którzy zaczepiali dziewczyny. Nieraz siedziałam na Genowefa Burek 153 komendzie i słyszałam, jak te Niemki waliły mocno z całej siły w nasze drzwi i głośno wołały, by je wpuścić do środka. Bo one uciekały od ruskich i szukały u nas schronienia. I przeważnie nasze chłopaki wpuszczali je do środka, ratując przed gwałtem. To znaczy, dokładnie rzecz biorąc, do środka wpuszczali je ci mężczyźni, którzy byli tu już wcześniej na robotach przymusowych i pochodzili z Pomorza, gdzieś zza Wisły, z Kociewia czy z Kaszub. Oni w ogóle byli tak bardziej „za Niemcami”. Traktowali ich normalnie, jak ludzi. Co innego Warszawiacy! Oni pamiętali jeszcze te wszystkie zbrodnie wojenne, które Niemcy popełnili w czasie Powstania Warszawskiego i nie mieli dla nich żadnej litości. Warszawiacy nigdy nie otwierali drzwi tym gwałconym Niemkom. Jeszcze krzyczeli na nie, by odeszły sprzed drzwi, bo poszczują je psem. — Odejść stąd! Ale już! Mamy zawołać psa? — wołali. A mieliśmy na komendzie takiego dużego poniemieckiego psa, tresowanego specjalnie na ludzi. One się go bały i wtedy odchodziły. Baliśmy się ruskich, baliśmy się Niemców... Chodziły takie plotki, że od końca wojny przez parę miesięcy siedzieli w podziemiach w zamku malborskim żołnierze Wehrmachtu. Podobno raz wyszło stamtąd dwunastu zarośniętych, brudnych mężczyzn. Byli słabi i chorzy, a brody to mieli po pas. Wyglądali jak jacyś zbójcy! Potem zaraz gdzieś ich zabrano. Powiadano, że przez ten cały czas żywili się konserwami i innymi zapasami, które hitlerowcy zgromadzili w podziemiach tej twierdzy. Nie wiem, czy to prawda, bo ja ich osobiście nie widziałam. Ale ludzie o tym dużo gadali. Ja nigdzie wówczas sama się nie kręciłam. Do pracy i z pracy chodziłam z braćmi. Czasem z ciekawości zaglądaliśmy we trójkę do tych opuszczonych poniemieckich mieszkań. Szukaliśmy różnych rzeczy, bo u nas była przecież okropna bieda po wojnie. My nic nie mieliśmy. A niemieckie mieszkania były bardzo ładnie urządzone, tak bogato. Oni mieli piękne meble, dywany, zasłony, firanki, różne sprzęty domowe. To wszystko nam się podobało. Nie wyłamywaliśmy żadnych drzwi ani zamków. Wchodziliśmy tylko tam, gdzie były już drzwi otwarte. Wiedzieliśmy, że jak jest otwarte, to znaczy, że nikt tam nie mieszka, lokal jest wolny i ktoś już tam był przed nami. Szukałam głównie różnych tkanin. Znalazłam jakieś niemieckie pierzyny, firanki, zasłony i suknie. Parę razy zabrałam ze sobą te rzeczy znalezione w malborskich mieszkaniach i pojechałam z Andrzejem pociągiem do Torunia, żeby sprzedać je na targu i zarobić trochę grosza. Wtedy jeszcze nie było żadnego zaopatrzenia w sklepach i ludziom te niemieckie tkaniny były bardzo potrzebne. Po wojnie kobiety szyły sobie suknie i spódnice z zasłon i firanek, bo nic innego nie było. W tamtym okresie wybraliśmy się też raz w odwiedziny do Mindnerów do Alt Rosen-gart. Ta wioska nazywała się teraz Różany. Oni tam jeszcze mieszkali latem 1945 roku i normalnie pracowali w swoim gospodarstwie. Po pewnym czasie nasz Józef i jego żona wyprowadzili się z Malborka. Poszli mieszkać do organistówki w Lasowicach Wielkich na Żuławach. Tam była parafia katolicka pw. Wszystkich Świętych, plebania dla księdza i porządna, murowana organistówka. Do Lasowic 154 Genia na wojnie zaprowadził Jozefa ksiądz Majewski, fam właściwie z początku jeszcze był niemiecki organista, ale wkrótce wyjechał. Nasz brat poszedł tam na gotowe, właściwie to oddziedziczył po tamtym całą organistówkę wraz z wyposażeniem. Wszystko tam było: meble, dywany, naczynia stołowe. Miał tam bardzo dobrze. Przez jakiś czas mieszkała tam u niego rodzina jego żony, to znaczy jej matka i rodzeństwo, bo ojciec już nie żył. Józef ich żywił i pomagał im. Potem, jak się trochę dorobił, to kupił sobie w Lasowicach własny dom i gospodarstwo rolne, ale nadal pracował jako organista w kościele. M^łasciwie, to ustawił się życiowo najlepiej z całego naszego rodzeństwa. On cały czas miał dwa źródła dochodu: ziemię i to swoje granie. Byłam w Malborku od czerwca 1945 do wiosny 1946. W milicji pracowałam dokładnie przez dziewięć miesięcy. Byłam zadowolona z tego zajęcia, bo dzięki niemu stałam się samodzielna, miałam co jeść i zarabiałam jakieś pieniądze. I nagle wiosną 1946 roku moja najmłodsza siostra Halina przysłała mi z domu taki list...7 Pamiętam, że napisała mi tak: „Nie wiem, co mam ze sobą zrobić”. Nie z matką, tylko ze sobą. Skarżyła się, że nie daje sobie rady ze wszystkim w Osieku. Wiedziałam, że tam była chora matka, chory Stasiek i nastoletnia Halina. No i co ja mogłam zrobić w tej sytuacji? Nie mogłam tego tak zostawić! Rzuciłam tę pracę w milicji i wróciłam do domu do Osieka. Przywiozłam ze sobą z Malborka jakieś poniemieckie rzeczy: pierzynę, trochę odzieży i nakrycia na łóżka8. Wkrótce po powrocie do domu poznałam mojego przyszłego męża Stefana Burka z Kolonii Obrowieckiej pod Toruniem. To był brat naszej sąsiadki z Osieka, Stasi Deruszew-skiej, z którą byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Często odwiedzaliśmy się w domach. A ten brat często przychodził do niej i tak się właśnie poznaliśmy. Stefan Burek w czasie wojny też był na robotach przymusowych u Niemców. Przez pięć lat pracował w Markushof (obecnie Markusy) na Żuławach u bauera, który nazywał się Johann Froese i miał gospodarstwo nad rzeką, przy drodze na Elbląg. Rodzina Froese traktowała swoich polskich pracowników dosc przyzwoicie i dobrze karmiła. Kiedy w niedzielę Stefan dostał przepustkę od swego właściciela i miał trochę wolnego, to chodził z innymi polskimi chłopakami po okolicy. Kręcili się tu i tam, by poznawać innych Polaków na robotach przymusowych. 1 on mnie znał z widzenia już z tamtego okresu. Ja wtedy nie zwracałam uwagi na innych chłopaków, bo miałam przecież swojego Genia. Ale ja jemu podobno wpadłam w oko już wcześniej. 7 Na wspomnienie o tym liście mojej matki Haliny ciotka Genia denerwuje się okropnie. Po prostu ją trzęsie, jakby to zdarzyło się wczoraj, a nie siedemdziesiąt lat temu. Wiem, że obie siostry, to jest Genia i Halina, sprawy tego listu nie obgadały ze sobą do tej pory. Nigdy nie padły między nimi żadne wyjaśnienia na temat nagłego wyjazdu Geni z domu i jej kilkumiesięcznego pobytu w Malborku zaraz po wojnie. Halina spodziewała się, że Genia zaraz wróci z Malborka, a nie że będzie tam siedziała prawie cały rok. Do dzisiaj ma żal do starszej siostry, że zostawiła ją samą w trudnej sytuacji życiowej. Halina była wtedy dorastającą dziewczyną, miała tylko piętnaście lat, a na jej głowie był dom, gospodarstwo rolne w Osieku, sparaliżowana matka i chory brat Stasiek. Nie mogła nawet przez to wszystko normalnie chodzić do szkoły, bo miała tyle roboty w domu. - Napisałam wtedy do Geni, że ludzie we wsi śmieją się z niej, że sprząta pety po milicjantach na komendzie w Malborku i jeszcze inne przykre rzeczy - mówi moja matka. Sprawa tego, co właściwie Genia robiła wtedy w malborskiej milicji nadal me jest dla mojej matki wyjaśniona do końca i pewnie tak już zostanie. Genia ma prawie 95 lat a Halina 88 lata. Nie rozmawiały na ten temat ze sobą od 1946 roku. I chyba nie mają już ochoty o tym rozmawiać, bo ten temat za bardzo je denerwuje. Jakby go poruszyły, to mogłoby to zaszkodzić im na zdrowie. A w tym wieku to niebezpieczne. 8 -Ja nie pamiętam, żeby Genia przywiozła ze sobą do domu jakieś rzeczy. I w ogóle, dlaczego ona mówi, że Ruscy po wojnie gwałcili Niemki? Dlaczego tylko Niemki? A Polek to niby wtedy nie gwałcili? W tamtym czasie wszystkie kobiety były w niebezpieczeństwie. Żadna sama me chodziła, bo się bała, że ją ruskie złapią i zgwałcą! - komentuje moja matka. Genowefa Burek 155 W styczniu 1945 roku Burek był zmuszony do ewakuacji razem ze swoimi bauerami. Jechał wozem z tymi Niemcami jako ich woźnica. Rodzina Froese uciekała z Żuław na północ, w kierunku Mierzei Wiślanej. Stamtąd wszyscy Niemcy zostali ewakuowani dalej na statkach przez morze do III Rzeszy. Na plaży nad morzem porzucili konie i wóz. Wsiedli na statek. Jednak Polscy zostali na brzegu. Robotnicy przymusowi nie mogli być wywiezieni morzem razem z Niemcami. No i w ten sposób Stefan trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof. Później obóz został odcięty od lądu, ponieważ Niemcy wycofując się, zniszczyli wały ziemne i zalali wodą całe Żuławy. Tam się zrobiła taka wyspa. Burek przebywał w tym obozie aż do wyzwolenia, to jest do maja 1945 roku. Niestety, nie miał z tego pobytu żadnych dokumentów. Szukał ich w latach 1990, bo wtedy Fundacja „Polsko-Niemieckie Pojednanie” wypłacała większe odszkodowania pieniężne tym Polakom, którzy przebywali w obozach koncentracyjnych. Jednak nic nie znalazł. Nie wiedział nawet, czy w ogóle go zarejstrowano w tym obozie. To był już koniec wojny i panował straszny bałagan, także u Niemców. Za to po wielu latach, chyba w latach siedemdziesiątych, mój mąż nieoczekiwanie dostał list z Niemiec od Lothara Froese, który mieszkał gdzieś pod Hamburgiem i pracował jako woźny w szkole. Jako się okazało, to był wnuczek Johanna Froese z Markushof. Jego dziadkom udało się przedostać tym statkiem z Mierzei Wiślanej na zachód Niemiec i on tam już się urodził, ale był ciekawy, jak teraz wyglądają Żuławy. Ten list był po niemiecku, a my z oboje z mężem z początku nie umieliśmy go odczytać. Wzięłam ten list i poszłam do sąsiadki, pani Liedtkowej, która znała niemiecki. — Piszą tutaj, że chcą mieć z wami jakiś kontakt. Pytają, czego wam potrzeba w Polsce, co mają wam przysłać w paczce z Niemiec — mówiła pani Liedtke, która przeczytała to pismo i przetłumaczyła mi je na polski. - A co tam nam potrzeba? Nic nam nie chcemy. Mamy co jeść! Może najwyżej jakieś ubrania dla dzieci? — zastanawiałam się, bo miałam już wtedy sześcioro dzieci. One stale wszystko wydzierały. Właściwie to stale potrzebne były im nowe buty, odzież i inne rzeczy. A w tamtych czasach trudno było coś kupić w sklepach, zwłaszcza jak się mieszkało na wsi. Skoro oni chcą nam pomóc, to czemu nie skorzystać? - A co tam! Jak ich stać na to, to niech kupią coś tam i przyślą — zadecydowała za mnie pani Liedtke. Napisała do nich list i opisała całą naszą sytuację rodzinną. Oni potem parę razy przysyłali nam paczki z odzieżą, jakimiś ręcznikami, pościelą, kawą, słodyczami itp. Po jakimś czasie napisali ponownie i tak trwała ta korespondencja przez parę lat. Po jakimś czasie Lothar Froese przyjechał do Polski z całą rodziną. Przywiózł tu swoją niemiecką żonę Brygidę i swoje dzieci, by im pokazać dawną ojczyznę dziadków. Zatrzymali się u nas. To było mniej więcej w latach osiemdziesiątych. Potem, jak nasza synowa Ela dostała nowe mieszkanie spółdzielcze w Elblągu, to jeszcze raz ich zaprosiliśmy. Mogliśmy ich wtedy przyjąć w lepszych warunkach niż na wsi. Oni przyjechali raz jeszcze i zatrzymali się w tym mieszkaniu. Potem ten kontakt jakoś się urwał. Teraz to już nie wiem, co się z nimi dzieje. Jakoś tak później straciliśmy z nimi kontakt. Wracając do mojego męża Stefana Burka... 156 Genia na wojnie Poznaliśmy się z nim wiosną 1945 roku w Osieku. Najpierw spotykaliśmy się przez kilka miesięcy, a na Boże Narodzenie tego samego roku był nasz ślub. On także planował osiedlić się na Żuławach, tak jak ja, ale nie miał żony. A ja nie miałam męża. A takie było prawo, że osadnikiem na Ziemiach Odzyskanych mógł zostać tylko człowiek, który miał rodzinę. Samotnym władza nie dawała ani ziemi, ani gospodarstw po Niemcach. Wkrótce po ślubie zaszłam w ciążę. Wiosną 1947 roku postanowiliśmy z całą rodziną, że przenosimy się na Ziemie Odzyskane. W tym Osieku nadal była straszna bieda, do tego nasz dom był za mały jak na tak liczną rodzinę. Pojechaliśmy z mężem na Żuławy, by poszukać dla nas jakiegoś domu po Niemcach. Chcieliśmy osiedlić się w Różanach w domu Helena z Buchholzów i Józef Kowalscy z córkami Danutą, Teresą i Wandą. Lasowice Wielkie, lata 1950, fot. archiwum rodzinne Mindnerów albo w Markusach w domu rodziny Froese, które znaliśmy z okresu robót przymusowych. Ale te dwa gospodarstwa były już zajęte przez innych Polaków. Na miejscu Mindnerów w Różanach osiedlił się Henryk Stawski, z którym tam pracowałam w czasie wojny. W ogóle, wiosną 1947 roku, wszystko, co lepsze, było już pozajmowane. Lepsze to były wówczas te mniejsze gospodarstwa. Ludzie nie chcieli iść do tych dużych, bo się bali, że im to potem zabiorą, albo posadzą kilka rodzin razem. W końcu wybraliśmy dla nas duży dom w Markusach, naprzeciwko starej szkoły, na skrzyżowaniu dróg. Wcześniej była tam gospoda. Obejrzeliśmy dokładnie dom i obejście, a potem pozamykaliśmy dobrze drzwi i okna. Na drzwiach powiesiliśmy kartkę, że tu jest już zajęte. Nie wieszaliśmy żadnej flagi polskiej biało-czerwonej. A niby skąd mieliśmy ją wziąć? W ogóle żadnych polskich flag na domach na Żuławach nie widziałam. Tylko wywiesiliśmy na drzwiach kartkę, że tu już jest zajęte przez Polaków. Wkrótce zamieszkaliśmy tam całą naszą rodziną: my z mężem, moja sparaliżowana matka, siostra Halina i brat Stasiek. Moj brat Jozef był wtedy organistą w Lasowicach, brat Tadeusz także tam zamieszkał. Brat Andrzej, który z początku był milicjantem w Malborku, przeniósł się potem na posterunek do Starego Pola razem ze Stańczakiem, który tam został komendantem. Potem Andrzej poszedł do pracy w PGR w Cyganku koło Nowego Dworu, gdzie znalazł sobie żonę. V7łasciwie to prawie wszyscy z naszego rodzeństwa wylądowaliśmy po wojnie na Żuławach, tylko jeden nasz brat Wacek zamieszkał w Bydgoszczy. Teraz to już wszyscy moi bracia nie żyją. Z całej naszej siódemki zostałyśmy jeszcze tylko ja i siostra Halina. Stanisława Wojciechowska-Soja 157 Stanisława Wojciechowska-Soja UDŹWIGNĄĆ PAMIĘĆ CZYLI SASZETKA MOJEGO OJCA Bez mała sześćdziesięcioletnie życie mojego ojca zamknęło się średniej wielkości saszetce. Wewnątrz znajdowały się trzy przegródki, jednej były cztery legitymacje, drugiej — trzy odznaczenia, trzeciej — pożółkłe papiery przeżarte zębem czasu. Te pamiątki po moim ojcu (nie licząc fotografii) legły prawie snem wiecznym na przeszło 45 lat. Dostałam je od mojej przyrodniej siostry 2007 r. po śmierci mojej drugiej mamy, Kazimiery, początku zaczęłam pochylać się nad nimi przecierałam oczy ze zdumienia, bo nigdy naszym domu nie mówiło się faktach, których czytałam zawartości tej torebki. Chwilowo miałam wrażenie, że popełniam świętokradztwo. Dylemat „schedy” po moim ojcu odżył lipcu tego roku, kiedy zwierzyłam się dręczących mnie myśli koledze Krzysztofowi Łaszuko- Jan Wojciechowski, fot. archiwum rodzinne wi, mocno pielęgnującemu swoje korzenie rodzinne. Dał temu wyraz pięciu wydanych książkach. Napomknęłam mu, że powinnam strzepać kurz ukrytej pamięci moim ojcu. Nawet gronie rodzinnym nie był bohaterem opowieści ni anegdot. - To twój obowiązek — rzekł Krzysztof. — To bohater Niepodległej. TAKIE EPITAFIUM Rozsypałam zawartość torebki tak, jak rozrzuca się puzzle. Zaczęłam układać nich obraz. Nie było to łatwe, bo brakowało wielu elementów, by stworzyć spójną całość. To pierwsze składanie było dla mnie osłupieniem, bo uświadomiłam sobie, że prawie nic nie wiedziałam historii życia człowieka, którym trwałam pod jednym dachem prawie ćwierć wieku. Mój ojciec, Jan Wojciechowski, urodził się 23 listopada 1913 r. Holten (Niemcy), czyli jeszcze Polsce pod zaborami. Wiem przekazów rodzinnych, że dziadkowie wtedy przebywali na emigracji zarobkowej Westfalii, ale szybko powrócili do swojej rodzinnej wsi Wielkopol-sce, Gorzykowa koło Witkowa, powiecie gnieźnieńskim. Młodszy 8 lat brat ojca, Leon, urodził się już kraju. Tu pobliskim Jeleniewie ojciec ukończył siedmioletnią szkołę powszechną. Dalsze kompletowanie zapisów książeczek wojskowych, kwestionariuszy oświadczeń układało się kartotekę, coś na wzór dzisiejszego curriculum vitae. tak życie budowało mu przez lata żołnierskie więzienne epitafium, które mogłoby pojawić się na obelisku jego pamięci: 30 maja 1934 — zgłosił się do RKU Gnieźnie, 1934—35 — Wojsku Polskim był saperem, kapralem, 21 listopada 1934 — 7 baon saperów, 2 stycznia 1935 — elew szkoły 158 Udźwignąć pamięć czyli saszetka mojego ojca podoficerskiej, 1 września 1935 — awans na stanowisko sapera, 23 grudnia 1935 - awans na kaprala, dowódca drużyny, 20 września 1935 - przeniesiony do rezerwy, 1936 - 1939 -kapral Junackich Hufcach Pracy (JHP), 1 maja 1939 do 1 września 1939 - 49 Kompania JHP, zatrudniony jako podoficer przy budowie fortyfikacji wojskowych Jastarni (Półwysep Helski), 1 września 1939 do 14 września 1939 — 49 Kompania JHP; buduje tamy na rzece Reda oraz bierze czynny udział walce najeźdźcą Babich Dołach, Piekiełku, Rumi, Gdyni Chyloni. Pełni funkcję dowódcy plutonu, 14 września 1939 został wzięty do niewoli niemieckiej. Przebywał blokach emigracyjnych Gdyni, skąd pędzono go do roboty koszarach na Oksywiu, gdy Oksywie się poddało. Od pierwszych dni października 1939 — Gdyni pieszo dotarł do Gdańska Nowego Portu, do bloków emigracyjnych, skąd dowożony był na Westerplatte do prac porządkowych po klęsce Polaków. Od 1 listopada 1939 — więzień obozu Stutthof, 10 grudnia 1939 do 15 kwietnia 1940 wywieziony do podobozu Grenzdorf (Graniczna Wieś). Pracował kamieniołomach, które już są zasypane. Od 15 kwietnia 1940 do 30 maja 1940 - powrót do Stutthofu. 1 grudnia 1941 - zwolniony ze Stutthofu wywieziony do Elbląga na przymusowe roboty Lager Schi-chau aż do wyzwolenia 1945 roku maju przez Armię Czerwoną. 11 maja 1945 - 23 października 1945 - piechota, 49 Kompania Fizylierów, szef kompanii. Od 1 lipca 1947 do 30 listopada 1947 pełnił służbę charakterze strażnika SOK (Służby Ochronne Kolei) na terenie zagrożonym przez Bandę UPA - Zagórz DOKP Kraków. Wcześniej podjął pracę SOK Tczewie Malborku. 3 stycznia 1950 przeniesiony do rezerwy. Książeczka wojskowa Stanisława Wojciechowska-Soja 159 GRZECH ZANIECHANIA Niezależnie od światopoglądu zakładamy worek pokutny powodu grzechów jawnych, jak: kłamstwo, kradzieże, zawiść. Nie zaprzątamy sobie sumienia postawą zachowawczą wobec możliwości czynienia dobra. Tymczasem Biblii można przeczytać: Kto umie czynić dobrze, nie czyni, grzeszy (św. Jakub 4, 17). pod tym względem mój ukochany protoplasta nie robiąc niczego złego milcząc, czynił nie tak jak trzeba. Nie dawał świadectwa zbrodni nazistowskich, niewolniczej pracy na rzecz okupanta, eksperymentów na wytrzymałość maksymalną eksploatację człowieka. — Dziwię się tym, którzy chodzą po szkołach opowiadają wojnie — tak mówił, jak zapamiętała moja siostra. Nie napinał piersi do medali. Doczekał się tylko dwóch odznaczeń: Krzyż Grunwaldu „Zwycięstwo Wolność 9 V 1945”, gdy inni na „akademiach ku czci” uginali się pod ciężarem blaskiem orderów. Podążanie tropami żołnierskiej więziennej odysei mojego ojca jest niezwykle trudne, gdyż on nie upubliczniał swoich doświadczeń militarnych. Prywatnie też nie prowadził tego typu rozmów. Czasem jak refleksy zachodzącego słońca jawiły się krótkie komunikaty, tak mimochodem, ja, jego córka, sypię sobie głowę popiołem, że nie naciskałam go na zwierzenia, wcześniej nie zagłębiałam się jego przeszłości, skrytej zawartości saszetki. Oboje popełniliśmy grzech zaniechania. Czeka mnie długa droga do katharsis. mroków przeszłości chcę wydobyć światło. Pamięć lubi światło. PODRÓŻ NIE - SENTYMENTALNA: STUTTHOF Mimo milczenia ojca, najbliższe, sensie geograficznym duchowym, są mi wspomnienia związane obozem koncentracyjnym Stutthof. Stąd najwcześniej spłynęły do mnie informacje od archiwistki, Danuty Drywy. Otrzymałam kopie znajdujących się tam dokumentów prywatną odpowiedź: (...) mam prośbę, jak Pani napisze biografię ojca, to bardzo byśmy prosili do naszych zbiorów kopię, takie dodatkowe materiały też są dla nas cenne, bo ukazują człowieka, kim był życiu. Wcześniej byłam kilkakrotnie tym muzeum. Uczestniczyłam we mszach św. celebrowanych przez biskupa elbląskiego, Andrzeja Śliwińskiego, które odprawiane były pod pomnikiem każdego roku 2 września, na pamiątkę pierwszego transportu więźniów 1939 r. Zabierałam się chórem „Lutnia” Malborku pod dyr. Wawrzyńca Zamkowskiego, mojego kolegi. Chór ubogacał muzycznie liturgię. Stałam na majdanie obozu wśród wielu pątników, głęboko pogrążona zadumie, tym roku po raz pierwszy znajdę się grupie rodzin byłych więźniów - na zaproszenie Danuty Ochockiej, pracownicy tego muzeum. Dwukrotnie byłam Stutthofie maturzystami na otwartej lekcji życiu obozowym po lekturze T. Borowskiego. Słowem nie wspomniałam moim ojcu. Jak widać, milczenie to rodzinna przypadłość. Ostatnia moja obecność tym miejscu - 12 sierpnia 2018 roku. Przywiózł tu mnie mój mąż, ale na moje życzenie nie towarzyszył mi wędrówce po obozie. Skulona sobie snułam wizje więźnia nr 4363, który dreptał tymi ścieżkami, uszach dźwięczały mi jego słowa: Nie licz na to, żepojadę tobą do Sztutowa, tak było. Nie pamiętam, żeby był na odsłonięciu monumentalnego pomnika Wiktora Tołkina 12 maja 1968 r. Zastanawiałam się, dlaczego jako nielicznych więźniów ocalał. Jest proste wytłumaczenie: unikał rejonów śmierci. 160 Udźwignąć pamięć czyli saszetka mojego ojca Wspominał, że Stutthofie zgłosił się do karmienia świń, żeby mieć dodatkową porcję żywności. Jak zobaczył Niemca, to szybko uciekał jego widoku, bo nie wiadomo kiedy mógł strzelić dla kaprysu. Starał się stawać na apelu nie pierwszym rzędzie. Jak dostawał chleb, to szybko go zjadał, żeby nikt mu nie ukradł. pomyśleć - nie czytał Borowskiego, =wiedział, co robić, by przetrwać. Druga ważna sprawa: za jego pobytu nie było jeszcze krematorium, które pochłonęło tysiące ofiar. Zapewne był robotnikiem jednym baraków produkcyjnych, bo wiadomo, że Stutthof to było dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, zasilające budżet III Rzeszy. Trudno mi powiedzieć, co wykonywał, ale na pewno był tzw. złotą rączką, co uwidoczniło się dalszym jego życiu. Dopadały mnie pytania, jakim był wtedy człowiekiem? Jakim towarzyszem niedoli? dokumentach odnalazłam opinie osób zachowaniu się czasie okupacji (3). Najbardziej czytelna nich: Jan Wojciechowski z autorką i jej bratem w Gorzyko-wie, fot. archiwum rodzinne — Wojciechowski Jan jest mi znany czasów okupacji gdy wyżej wymienionym przebywałem razem obozie koncentracyjnym Stutthofie Grędzdorfie. roku 1941 zostałem razem wymienionym zwolniony wywieziony na roboty przymusowe do Elbląga. Oświadczam, że Obywatel Wojciechowski przez cały czas okupacji był polakiem nie posiadał żadnych grup Niemieckich cieszył się dobrą opinią wśród kolegów jak również nie szkodził żadnemu polakowi ( pisownia oryginalna). I tak snułam się tego niedzielnego dnia po obozie, prowadząc dialog nieżyjącym numerem 4363. Właściwie był to monolog pełen przemilczeń westchnień. Sprawiły to słowa wyryte na pomniku: Los nasz dla was przestrogą ma być, nie legendą. Przez cały czas nad moją głową rozsnuwało się sino-ołowiane niebo, mimo upałów. Za godzinę Kątach Rybackich słońce świeciło rzęsiście. SKRAWEK LISTU Tę pożółkłą kartkę papieru traktuję jak relikwię. Pod listem odręcznie ojciec napisał: Pamiątkowy ostatni list odebrany niewoli. Stuthof dnia 28 listopada 1941 rok Wojciechowski Jan ElbingSchichau LagerXII. st42 (pisownia oryginalna). Miałam dużo trudności odnalezieniem tłumacza treści kawałka pisma, które się zachowało. Polscy germaniści na studiach nie mieli zajęć gotyku. Szukałam wsparcia wsrod niemieckojęzycznych przewodników, pomocą przyszła mi Teresa Ronkowska, która uruchomiła kontakt jej córką, mieszkającą Landzie Schelwig-Holstein, panią Beatą Hein Kellinghusen. Przesłałam jej zdjęcie tego listu pocztą elektroniczną. Otrzymałam odpowiedź: Chętnie to przetłumaczyłam, ciekawa wzruszająca historia. Trudności nie miałam tłumaczeniu, tylko odszyfrowaniu liter. List jest Stanisława Wojciechowska-Soja 161 napisany pisownią, której się już Niemczech nie używa, nazywa się to Sueterlin. Same wyrazy są te same, co dziś, tylko litery miały dawniej często zupełnie inny kształt, załączniku jest przykład. Do tego dochodzi, że każdy człowiek trochę inaczej pisze. Poza tym osoba, która to pisała, nie używała interpunkcji robiła błędy gramatyczne, tekście niemieckim poprawiłam błędy dodałam interpunkcję. To było bardzo ciekawe zadaniel (.. J” Oto list: Gorzhof, dnia 17 listopada Kochany synu daję ci znać, że my wszyscy jesteśmy zdrowi mamy nadzieję kochany synu, że ty tak samo. Czekamy już długo na wiadomości nic nie przychodzi. Chciełibyśmy ci wysłać trochę pieniędzy nie mamy adresu. Kochany synu, jeśłi możłiwe, to napisz parę słów, od razu odpowiemy. Kochany synu, gdybym miała skrzydła, to byłabym już dawno przy tobie.. Poza tym tu nic nowego, wszystko po staremu. St.. (jakieś imię, może Stasiu) był teraz na 6 dni na urlopie, środku jest 5 znaczków pocztowych. Teraz kochany synu przesyłamy wszyscy serdeczne pozdrowienia pocałunki. Do zobaczenia. Mama. List ten jest dla mnie ciekawą pamiątką. Jest wyrazem wielkiej miłości matki do syna. Podejrzewam, że nie pisała go babcia, chociaż nie była analfabetką. Na pewno chodziła do niemieckiej szkoły, ponieważ wzrastała zaborze pruskim. Być może ktoś pisał pod jej dyktando. Często wspominała miejscową nauczycielkę, panią Michalską, którą też znałam już jako sędziwą osobę. Tego nigdy się nie dowiem. To dyktowanie uwidacznia się licznych powtórzeniach. Ale jakich! Wielokrotne „kochany synu” nie jest zabiegiem epistolarnym, ale siłą więzi, jaka łączyła ich oboje. Zaciekawia mnie metafora skrzydłach, która dziś ma potoczny charakter, ale wtedy? Poza tym treści tego listu wyłania się postać mojej ukochanej babci — Stanisławy, która moim życiu odegrała nieocenioną rolę. Przez trzy lata Gorzhof (Gorzykowo) stało się moim domem pewną przystanią ojca, której był witany radośnie, kiedy odjeżdżał babcia rogiem zapaski strzepywała bolesne łzy. Zapewne miłość babci dodawała mu sił do woli walki przetrwanie. POSZUKIWANIE UTRACONEGO CZASU Luki informacyjne dokumentacji ojca wymagają dotarcia do archiwum Wojskowego Biura Historycznego Warszawie. Nawiązałam już kontakt otrzymałam odpowiedź: Odpowiadając na Pani wniosek uprzejmie informuję, że materiały archiwalne dotyczące Jana Wojciechowskiego mogą zostać udostępnione na miejscu Pracowni Naukowej Centralnego Archiwum Wojskowego WBH. związku powyższym zapraszamy Panią do osobistego przeprowadzenia szczegółowych poszukiwań archiwalnych, celu ustalenia sygnatur złożenia rewersów, pomocami ewidencyjno-informacyjnymi można zapoznać się Pracowni Informacji Naukowej, co pozwoli na ustalenie sygnatur poszukiwanych materiałów archiwałnych wypełnienie rewersów, które są dostępne także na stronie internetowej WBH. Rewersy należy pozostawić lub przesłać do Pracowni Informacji Naukowej (można to zrobić zarówno pocztą tradycyjną, jak elektroniczną). 162 Udźwignąć pamięć czyli saszetka mojego ojca Zacytowałam tę informację, by pokazać, że czeka mnie długa podróż czasie przestrzeni. Jest to wynik tzw. grzechu zaniechania, którym wspomniałam wcześniej. Wielkim utrudnieniem zdobywaniu wiedzy moim ojcu jest fakt, iż poumierali ci, co go znali. Nie żyją jego rodzice, rodzeństwo, także moi kuzynowie Gorzykowa. Nie ma już sąsiadów, kolegów pracy. Prawie na dekadę straciłam oczu Gorzykowo. Nie byłam na pogrzebie mojego ostatniego kuzyna, Andrzeja — siedem lat temu, bo wówczas leżałam szpitalu. Wcześniej żegnałam ciocię Czesławę, żonę brata ojca, Leona. Relikwia rodzinna, obozowy list, fot. archiwum rodzinne Okrakiem stanęła nade mną przeszłość. Postanowiłam zapukać do jej drzwi. Na początek nawiązałam kontakt ze znajomą facebooka, Stanisławą Wolarz Czerniejewa. Miejscowość ta znajduje się pobliżu mojego Gorzykowa. Zwróciłam się prośbą, aby odszukała Zuzannę Wojciechowską, żonę kuzyna, Andrzeja, podała mi na nią namiary. Nie byłam pewna, czy Zuzanna jest Polsce, bo ma syna pierwszego małżeństwa Anglii często tam wyjeżdża. Błyskawicznie otrzymałam komunikat, że ją odnalazła to dość zaskakujących okolicznościach. Pierwszą napotkaną przez nią osobą Gorzykowie była właśnie... poszukiwana. Zuzanna całym sercem wspomaga mnie dotarciu do wiedzy moich dziadkach. Przekazała mi smutną wiadomość, że nie ma ich nagrobka, bo tę częsc cmentarza zaorano pod nowe pochówki, ale szczątki ich zostały przeniesione do mogiły syna, Leona. Jest więc gdzie postawić lampkę. Aktualnie Zuzia całym oddaniem szuka siadów mojej przeszłości. Zaprosiła mnie do Gorzykowa, czego niedalekiej przyszłości skorzystam. odtajnianiu moich korzenia okazało się, że „ludzi dobrej woli jest więcej” (jak śpiewał Niemen). Koleżanka Halina Rybkowska Pruszcza Gdańskiego podała mi kontakt do Bartosza Gondka, miejscowego dziennikarza historycznego, muzealnika, doskonale znającego przeszłość Granicznej Wsi (Grenzdorf) historię Gdańska. Jolanta Justa (Dział Edukacji Muzeum Zamkowego Malborku) nakierowała mnie na Marcina Westphala, Kierownika Działu Zbiorow Muzeum II V(A>jny Światowej Gdańsku. Koleżanka ze szkolnych lat, Helena Peszyńska, szuka historyków specjalizujących się lagrem Schichau Elblągu. Niedawno spotkałam córkę przyjaciół moich rodziców lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Matka tej pani jeszcze żyje, jest po dziewięćdziesiątce. Jest sprawna fizycznie umysłowo. Te wszystkie dowody życzliwości są zachętą pokusą do odbycia podróży do przeszłości mojego ojca. OKRUCHY ZDARZEŃ MOICH WSPOMNIEŃ Dziś, gdy już jestem słusznym wieku, coraz częściej dokonuję podsumowań. Czas dla mnie to zły towarzysz. Pcha mnie ku przodowi, na co wcale nie mam ochoty. Nie sprzyja pamięci. Zaciera kształty słowa. Ma wymiar subiektywny. Mimo to warto odczarować Stanisława Wojciechowska-Soja 163 przeszłość do milczącego obrazu dodać głos, pokazać, jakim był człowiekiem, to prosiła mnie pani Drywa, której wcześniej wspomniałam, tego powodu wyłowiłam kilka OKRUCHÓW mojej pamięci. Tych, której mój ojciec zaistniał. Przytoczyłam też kilka faktów. Nadszedł kres długiej splątanej drogi okupacyjnej mojego ojca. Nastał czas powrotu do swoich. Elbląga kierował się stronę Wielkopolski, trudnej wędrówce napotkał opuszczone gospodarstwo niemieckiego bauera, nim zastał cały dobytek wraz bryczką rżącymi końmi stajni, natomiast nie natknął się na żywą duszę. Załadował szybko piękną zastawę, kilka garnków pościel. Wdział ubranie po gospodarzu, bo sam miał na sobie łachmany. Wisiało ono na nim, gdyż był strasznie wychudzony. Szybko zaprzągł dwa konie do bryczki ruszył drogę. Chciał do Gorzykowa zajechać jak pan - tak mi mówił właściwym sobie poczuciem humoru. Ale po krótkim czasie na horyzoncie ujrzał sylwetki radzieckich żołnierzy. Lękając się spotkania nimi, wszystko zostawił instynktownie pobiegł odwrotnym kierunku. Tak skończyło się jego marzenie wielkim powrocie. CZTERY ADRESY Po wojnie na stałe osiadł Malborku. Cztery razy zmieniał adresy. Największy dramat przeżył na ul. Dalekiej, gdzie drugiego piętra wypadł jego dwuletni syn, Jan, mój brat. Dziecko po długim pobycie szpitalu dało się uratować, ale żona Helena, moja matka, już nie powróciła do zdrowia. Zmarła 1953 r. tym czasie mój brat ja byliśmy Gorzykowie dziadków. Powtórnie ożenił się Kazimierą, siostrą żony brata Leona, 1954 r. Doczekał się kolejnego syna, Andrzeja, 1955 r., który po dwóch miesiącach zmarł na nierozpoznaną po porodzie żółtaczkę. Za rok przyszła na świat jego druga córka, Teresa. Wtedy już mieszkaliśmy na ul. Róży Luksemburg (dzisiaj Maczka). Kolejny dramat, jaki przeżył, to wieku 18 lat, syn zachorował na przewlekłą nieuleczalną chorobę. To było ponad jego wytrzymałość! Ale dźwignął się, choć życie go „nie głaskało po głowie”. Miał dla kogo żyć. Bardzo był związany ze swoją matką. To na jej cześć otrzymałam imię. Dziadek, Wincenty, przebywał tle. Jego pasją była gra na skrzypcach. Na nich ja grałam przez pięć lat. domu rządziła babcia, dom był pokoleniowy. Razem mieszkali synem, synową trójką dzieci. Do tej gromadki dołączyłam ja na 3 lata mój brat na dwa, nie przelewało się... W tym czasie ojciec nas często odwiedzał. Do Gniezna dojeżdżał pociągiem, stamtąd 14 km na rowerze, bez względu na porę roku. Jesienią targał wielką tekturową walizkę pełną jabłek, bo uprawiał działkę. Później przywoził miód, gdyż zajął się hodowlą pszczół. Na Boże Narodzenie był Gwiazdorem. Tak mówiło się tam na św. Mikołaja. Wtedy prezencie dostawałam prawdziwą lalkę. Raz go rozpoznałam przestałam wierzyć Gwiazdora. Ze śmiechu wypadła mu szczęka. Przyjeżdżał też na żniwa. Była to też forma jego podziękowania za trud opiekami nad nami. Pamiętam taki obrazek: na stoliczku przy jego łóżku zawsze stała szklanka. Przed snem napełniał ją wodą wkładał do niej swoje szczęki. Ten turpistyczny widok nie robił na mnie żadnego wrażenia. Tak było od zawsze, już. Po latach zrozumiałam, że to efekt szkorbutu, którego nabawił się czasie wojny. Był człowiekiem wielu talentów: stolarz, murarz, tynkarz, ogrodnik, pszczelarz, mechanik, wikliniarz. Zbudował nam, dzieciom, tzw. drezynę - taki pojazd drewniany 164 Udźwignąć pamięć czyli saszetka mojego ojca pedałami. Kierunek ruchu nadawał dyszel. Był atrakcją na całej ulicy. Także podziwiałam jego dzieła wikliniarskie. Po tworzywo jeździł do Lisewa nad Wisłę, dużym wiklinowym koszu, który początkowo służył do składowania bielizny, spały moje dzieci do trzeciego miesiąca życia. Myślę, że ta wielość umiejętności manualnych przydała mu się Stutthofie elbląskim Schichau. Wielu wzruszeń dostarczają mi wspomnienia wspólnie ojcem spędzonych chwil, gdy uczył mnie poznawania świata. Rozkładał na stole mapę Polski kazał mi szukać miejscowości, najpierw większych, potem mniejszych. Zawsze coś ciekawego nich mówił. Potem doszedł atlas świata. Graliśmy w: „Państwo, miasto, rzeka, roślina, zwierzę” na określoną literę. Na wyścigi. Lubiłam też grać nim „tysiąca”. Czasem dawał mi wygrać. Miał ładny charakter pisma, tego powodu na jakiś czas był oddelegowany do biura Służby Ochrony Kolei Tczewie, wcześniej był sokistą Malborku. Mimo to od klasy szóstej zatrudniał mnie do pisania grafiku, czyli miesięcznego rozkładu jazdy. Przedkładał go swojemu zwierzchnikowi DOKP Gdańsku do zatwierdzenia. Był to obowiązek rewizorów pociągów. Po roku podsłyszałam rozmowę jego kolegą pracy, dumą podkreślał: To moja córka pisała. Był bardzo łubiany rodzinie bliższej dalszej. Miał duże poczucie humoru, ale nie brylował towarzystwie. Najczęściej był to humor sytuacyjny, dziś nie do powtórzenia. Do legendy rodzinnej przeszło zdarzenie, kiedy na urodziny wysłał do siebie kartkę życzeniami. Bardzo też był łubiany przez kolegów rewizorów. Było ich ośmiu na całą dyrekcję gdańską. Od czasu do czasu mieli tzw. lotną, kiedy całą ósemką kontrolowali pociągi dalekobieżne, Stanisława Wojciechowska-Soja 165 najczęściej ekspresowe. Zdarzało się, że Malborku robili sobie wagary nie jechali na przykład do Działdowa. Wtedy przychodzili do Jasia na winko głogu, jego produkcji. Spotykali się też rodzinnie. Znałam ich dzieci. Jako kolejarz był solidny pracy. Dostawał premie zdobył odznakę „Przodujący Kolejarz”. To była ta trzecia odznaka saszetce. Zawsze elegancko nosił gabardynowy mundur, ze świecącymi się guzikami, które polerował pastą do zębów, co często wspomina moja siostra, sobotę wieczorem czyścił wszystkim domownikom buty, by były czyste na niedzielę do kościoła. Te tradycje wyniósł domu rodzinnego Gorzykowa. Złożony śmiertelną chorobą nie był uciążliwy. Mimo ogromnego bólu nie wydawał bolesnych jęków. Mama Kazimiera bardzo niego dbała opiekowała się nim wielkim oddaniem. Ja chodziłam do pracy, siostra do liceum. Brat był szpitalu. Ona Jan Wojciechowski w mundurze wojskowym, fot. archiwum rodzinne była zawsze pod ręką, ostatnim miesiącu życia dostał od lekarki tabletki morfiną. Zużył tylko dwie, aż zdziwiła się pani doktor, która przyjechała, by stwierdzić zgon. Jego odchodzenie było widać po ubywaniu masy ciała. Miał też smutny wzrok. Bał się nasz dalszy los. milczał, jak zawsze. Żadnych życzeń, przesłań. Chociaż... wcześniej mówił, że chciałby leżeć pod brzózką. Tymczasem jego grób osłania dąb... * Jego pogrzeb był dla całej rodziny zaskoczeniem. Działo to się 9 marca 1973 roku, słoneczny ciepły dzień. Na cmentarzu tłumy ludzi, mimo braku klepsydr mieście. Do żegnających dołączyli kolejarze dwóch autobusów przybyłych Gdańska wraz dętą orkiestrą. Słońce muzyka tworzyły podniosły nastrój. Żal było odchodzić. Pomyślałam później: ci ludzie więcej wiedzieli nim niż ja. Żegnali go jak jakoś wielkiego, niezwykłego. Dla mnie był tylko moim ukochanym ojcem. Albo: aż ukochanym ojcem. Postscriptum Napisałam dziesiątki reportaży prasowych wielu ludziach. Szukałam nich dobra, które ocala ma moc terapeutyczną. Nigdy nie sięgałam do moich wątków osobistych, rodzinnych. Dopiero kolega Krzysztof, uświadomił mi, że to mój obowiązek, zwłaszcza wobec moich dzieci wnuków. Kiedy zaczęłam wspominać mojego ojca, spotkałam się dużym zaciekawieniem mojego potomstwa. Mój dziewięcioletni wnuk wyraził gotowość zwiedzenia Muzeum Stutthof. — Nie dasz rady, Maciusiu, nie uniesiesz tego, nie udźwigniesz — powiedziałam. — Udźwignę, udźwignę. A ja myślałam, że dźwiganie pamięci wymaga siły tytanicznego Atlasa... Muzyka-Teatr Wacław Bielecki WĘDRÓWKI MUZYCZNE: WROCŁAW - KWIDZYN - ŻELAZOWA WOLA - GDAŃSK -WAPLEWO - WARSZAWA - SZTUM Do Wrocławia ciągnęło mnie od paru lat, a to za sprawą NFM, czyli Narodowego Forum Muzyki oficjalnie otwartego we wrześniu 2015 r. Jest to nowoczesny kompleks czterech sal koncertowych, z których największa dysponuje 1800 miejscami, a trzy mniejsze mają od 250 do 450 krzeseł. Akustyka sal została zaprojektowana i zrealizowana przez nowojorską firmę Artec Consultants Inc. Bardzo ciekawy byłem, jak brzmi w nich muzyka. Okazało się, że akustyka wielkiej sali jest wyśmienita. Bryła zewnętrzna i wnętrze budynku przypominała mi wielki statek pasażerski. Nad parterem umieszone są trzy balkony w białym kolorze. W tym nowym budynku znalazły miejsce chyba wszystkie orkiestry i zespoły muzyczne działające we Wrocławiu na czele z Filharmonią, Orkiestrą Leopol-dinum i Wrocławską Orkiestrą Barokową. Sala ta skojarzyła mi się z inną - katowicką salą Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, o której pisałem w 28 numerze „Prowincji”. Która z nich jest lepsza pod względem akustycznym? „AMERYKAŃSKA SYMFONIKA” W WIELKIEJ SALI NFM Filharmonicy wrocławscy pod dyrekcją japońskiego maestra, urodzonego w Hiroszimie Eiji Oue, zagrali w piątek 18 maja br. koncert pod tytułem „Amerykańska symfonika” z trzema utworami kompozytorów z tamtego kontynentu. Na początku usłyszeliśmy niezwykle radosną Uwerturę do operetki „Kandyd” Leonarda Bernsteina, a po niej główny punkt programu: Koncert skrzypcowy Samuela Barbera wykonany przez młodego, urodzonego w 1985 r., serbskiego skrzypka Nemanja Radulovića. Artysta wzbudził wielką radość publiczności już przy pojawieniu się na scenie ze względu na niesamowitą fryzurę w stylu afro — olbrzymi kok włosów spiętych nad głową i nietuzinkowy ubiór, a szczególnie czarne buty, takie współczesne „oficerki”, czyli buty z długimi cholewami, a zamiast spodni miał na sobie czarne getry mocno przylegające do ciała. Pierwsze dwie części koncertu S. Barbera są napisane w stylu romantycznym, a ostatnia to perpetuum mobile, wykonane brawurowo przez serbskiego skrzypka. Cały koncert Nemanja Radulović zagrał błyskotliwie i pewnie, ale dźwięk jego skrzypiec nie był zbyt donośny, co stwierdziłem siedząc niedaleko estrady w piątym rzędzie. Grał na skrzypcach z 1843 roku J. B. Vuillaume’a. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie zagranie bisu, bo artysta wykonał go nie ze środka, tylko z boku sceny, z akompaniamentem stojącego tam fortepianu. Po przerwie orkiestra zaprezentowała III Symfonię Aarona Coplanda, napisaną tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej w 1946 r. Została ona zamówiona u kompozytora przez słynnego kontrabasistę i dyrygenta Siergieja Kusewickiego. Symfonia ta po prawykonaniu została okrzyknięta „najwybitniejszym amerykańskim dziełem symfonicznym”. Jest to dość długi, czteroczęściowy utwór przypominający mi muzykę filmową. Trzy Wacław Bielecki 167 lata temu słyszałem ją w sali Europejskiego Centrum Kultury Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach w wykonaniu młodzieżowej orkiestry z Hrabstwa Oxford. Wtedy też nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Natomiast wrocławska publiczność mocno oklaskiwała orkiestrę, a myślę że jeszcze bardziej japońskiego dyrygenta Eiji Oue. Przyznam, że jeszcze nigdy nie widziałem dyrygenta, który tak by wywijał biodrami na podeście. Wspomnę tylko, że byłem jeszcze na dwóch koncertach w mniejszej, tzw. czerwonej sali Narodowego Forum Muzyki, na „Lutosławski Piano Duo” (Emilia Sitarz i Bartłomiej Wąsik) oraz kwartecie muzyków koreańskich grających na gitarze elektrycznej, z możliwością komputerowego zmieniania barwy głosów, zwykłej perkusji, fletów - poprzecznych i podłużnych oraz wielkiego koreańskiego instrumentu zwanego geomungo, odmianie cytry. Grała na nim gwiazda tego zespołu Yoon Jeong Heo. Po wysłuchaniu obu koncertów w sali czerwonej, muszę stwierdzić, że nie jest ona zbyt udanie zaprojektowana. Dość niewygodne krzesła (około 300) ustawione są na płaskiej podłodze, co powoduje, że z trudem udaje się obserwować wykonawców występujących na niewielkiej, podwyższonej scenie. Dlaczego tej sali nie zaprojektowano w sposób amfiteatralny? RENE PAPĘ, BAS - GWIAZDA MET Z kwiatami w rękach: Rene Papę, bas (po lewej), obok dyrygent Marcin Nałęcz-Niesiołowski, fot. W. Bielecki W czasie pobytu we Wrocławiu byłem dwukrotnie w tamtejszej operze. W połowie maja na koncercie z cyklu „Gwiazdy Met” śpiewał Rene Papę, bas z Metropolitan Opera w Nowym Jorku z akompaniamentem orkiestry pod dyrekcją Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Na program złożyły się utwory tylko dwóch kompozytorów, w pierwszej części Verdie-go, w drugiej Wagnera. Występy śpiewaka były przedzielane utworami orkiestrowymi tych 168 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum kompozytorów, najczęściej uwerturami. Usłyszeliśmy więc w części pierwszej uwerturę do „Nabucca” i „Mocy przeznaczenia” Verdiego oraz hit - słynny chór Va pensiero z „Nabucca”. Natomiast solista zaśpiewał trzy arie: z „Simona Boccanegra”, „Makbeta” i „Don Carlosa”. Podobnie wyglądała druga część koncertu. Orkiestra zagrała dwie uwertury z oper Wagnera - „Śpiewaków Norymberskich” i „Lohengrina”, a śpiewak wykonał dwie arie - monolog Hansa ze „Śpiewaków Norymberskich” i arię Wotana z „Walkirii”. Na bis usłyszeliśmy jedyny podczas tego koncertu żywszy utwór - arię Mefista z opery „Faust” Gounoda. Z tego opisu wynika, że śpiewak podczas koncertu nie przemęczył się zbytnio. Jeśli idzie o wykonanie, to trzeba przyznać, że było na wysokim poziomie. Rene Papę ma bardzo ładny bas, raczej o zabarwieniu barytonowym. Orkiestra i dyrygent doskonale zgrali się ze śpiewakiem. A co mi się najbardziej spodobało? Oczywiście utwory Verdiego. Pomyślałem sobie, gdzie tam uwerturze ze „Śpiewaków norymberskich” Wagnera do cudownej uwertury z „Mocy przeznaczenia” Verdiego. Jednak innego zdania na ten temat był spotkany przeze mnie po koncercie pewien profesor, wybitny znawca opery z Poznania, z którym od czasu do czasu spotykam się bez umawiania, a to w Krakowie, a to w Warszawie, a to, jak obecnie, we Wrocławiu. Profesor był zachwycony koncertem, Zna bardzo dobrze Rene Papę z licznych koncertów i spektakli w Berlinie i Dreźnie. Jest - jak mi powiedział - zagorzałym wagnerzystą, dlatego bardziej spodobała mu się druga część koncertu z utworami Wagnera. I tak to jest z odbieraną muzyką, gusta słuchaczy mogą być, i są różne. OPOWIEŚCI HOFFMANNA W niedzielę, 20 maja br. byłem w Operze Wrocławskiej na spektaklu „Opowieści Hoffmanna” Jacquesa Offenbacha. Było to wznowienie przedstawienia z 2009 r. Tak to się złożyło, że miesiąc temu w Operze Bałtyckiej w Gdańsku oglądałem najbardziej znaną operetkę tego kompozytora „Orfeusz w piekle”, a teraz jego jedyną operę. Dyrygował młody mistrz batuty Wojciech Rodek, znany mi z występów z Elbląską Orkiestrą Kameralną Libretto „Opowieści Hoffmana”, ujęte w trzy akty, opowiada o zakochanym poecie Hoffmannie i historię jego trzech miłości. Każda z tych z opowieści zajmuje jeden akt i kolejno przedstawia: Olimpię, Antonię i Giuliettę. Poeta czyni to przy lampce wina w kawiarni otoczony przyjaciółmi. Pierwsza z nich - Olimpia - owoc naiwnej miłości okazuje się... automatyczną lalką śpiewającą cudowną, ale trudną arię koloraturową w rytmie walca zaczynającą się od słów „Les oiseaux dans la charmille . We wrocławskim przedstawieniu wykonuje ją Galina Benevich. Nie było ono zbyt porywające i daleko mu do tych śpiewanych, np. przez Edytę Gruberową, czy Natalię Dessay. Niestety, sporo było nieczystości. Druga miłość poety — Antonia — jest młodą śpiewaczką. Nadmierny wysiłek związany ze śpiewem zagraża jej życiu, ale zostaje wierna muzyce i mimo namów Hoffmanna wybiera śpiew i nieuchronną śmierć. W postać Antoni weszła Eliza Kruszczyńska świetna sopranistka obdarzoną czystym i bardzo silnym głosem. Trzecią miłością, o której opowiada Hoffmann jest wenecka kurtyzana Giuletta (tę role wykonuje także E. Kruszczyńska). Na samym początku aktu śpiewa ona w duecie, i z chorem najbardziej znany fragment opery, barkarolę „Belle nuit, ó nuit d’amour” („Piękna noc, o nocy miłości”). Wacław Bielecki 169 Główną rolę poety Hoffmanna wykonał rumuński tenor Alexandru Badea zaangażowany w Operze Wrocławskiej jako śpiewak gościnny. Jego śpiew i kreacja sceniczna były dobre, ale w moim odczuciu, artysta włożył trochę za mało serca w wykonanie swojej roli, chyba potraktował ją... gościnnie, może dlatego że wykonuje tę rolę długo, od 1994 r. na różnych scenach europejskich. Wspomnieć tu trzeba o basie Tomaszu Rudnickim, śpiewaku, który wciela się w tej operze aż cztery role i tyle razy musi się przebierać. Zaprezentował się znakomicie pod względem głosowym i aktorskim. Na plus trzeba zaliczyć reżyserię i tradycyjną scenografię w koncepcji Waldemara Zawo-dzińskiego, np. wnętrze pałacu w II akcie, czy wielkie, weneckie gondole wypełniające całą scenę will akcie. Pomysłowe i piękne są kostiumy zaprojektowane przez Małgorzatą Słoniow-ską. W sumie „Opowieści Hoffmanna” to bardzo przyjemne i pogodne w odbiorze dzieło. MIĘDZYNARODOWY KONKURS MUZYKI WSPÓŁCZESNEJ W KWIDZYNIE Iwona Glinka, flet i Gdańskie Trio Stroikowe, fot. W. Bielecki Czasem prowincja potrafi mnie zaskoczyć muzycznie, i to pozytywnie. Tak było na początku czerwca, kiedy pojechałem do Kwidzyna na II Międzynarodowy Festiwal - Kwidzyńska Wiosna Muzyczna. Okazało się, że ta impreza zaplanowana na pięć dni zaczyna się od... międzynarodowego konkursu kompozytorskiego poświęconego — i tu kolejne zdziwienie — muzyce współczesnej. 170 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum Konkurs muzyki współczesnej w małym mieście? Wydało mi się to bardzo dziwne, ale wszystko powoli się wyjaśniło. Otóż organizatorem konkursu była rodowita kwidzynian-ka Iwona Glinka, która od 1995 roku mieszka w stolicy Grecji - Atenach i przez wiele lat była pierwszą flecistką w tamtejszej orkiestrze symfonicznej. Jest ona czołową odtwórczynią nowej, eksperymentalnej muzyki. Jako wykonawczyni tej muzyki odwiedziła całą Europę, obie Ameryki oraz Azję. Iwona Glinka ukończyła w Gdańsku Liceum Muzyczne i Akademię Muzyczną w 1994 r., a później w 2009 r. doktoryzowała się w zakresie wykonawstwa fletowego w Akademii Muzycznej w Krakowie, drugi doktorat - z muzykologii zdobyła na Uniwersytecie Ateńskim w 2012 r. Więcej na temat artystki i tego konkursu można dowiedzieć się z rozmowy z flecistką, której zapis można znaleźć w tym numerze „Prowincji”. 12. POMORSKIE DNI CHOPINOWSKIE W WAPLEWIE WIELKIM Stanisław Daniel Kotliński, baryton, w czasie koncertu w Waplewie, fot. W. Bielecki W piątek, 8 czerwca br. zaczęły się w Waplewie Wielkim „12. Pomorskie Dni Chopinowskie”. W tym roku usłyszeliśmy koncert muzyki wokalnej w formie „klasy mistrzowskiej”, tzn. profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku, znany baryton Stanisław Daniel Kotliński przedstawiał kolejno swoich pięcioro uczniów i sam śpiewał arie oraz pieśni. Wysłuchaliśmy kilkunastu utworów wykonywanych przy akompaniamencie fortepianu, za którym siedziała Urszula Bakalarska. Koncert zaczął mistrz Kotliński od pieśni Fryderyka Chopina - „Hulanka”, „Dumka” i „Precz z moich oczu”. Potem słuchaliśmy arii operowych oraz pieśni innych kompozytorów: Ludomira Różyckiego, Stanisława Moniuszki, Wolfganga Amadeusza Mozarta, Piotra Czajkowskiego, Siergieja Wacław Bielecki 171 Rachmaninowa, Georgesa Bizeta, Julesa Masseneta, Giacomo Pucciniego i Francesco Tostiego. W sumie tych utworów naliczyłem siedemnaście. Większość z nich, bo dziewięć, wykonał S. D. Kotliński a pozostałe jego uczniowie: sopranistki — Róża Kajnath, Jana Gorbacz i Paulina Wilczyńska oraz bas Bartłomiej Fic i tenor Dominik Mazan. Wśród uczniów najlepszym głosem, tzw. sopranem falcon, a więc głosem o niższym, mezzosopranowym zabarwieniu, dysponuje, moim zdaniem, Paulina Wilczyńska. Jest ona obdarzona bardzo pięknym i bardzo silnym głosem, dorównującym w tym względzie swojemu mistrzowi. Jak się dowiedziałem od niej po zakończeniu koncertu, obecnie pracuje w Chórze Opery Bałtyckiej. Myślę, że jak się jej poszczęści, to zrobi karierę, czego tej młodej śpiewaczce serdecznie życzę. Koncert bardzo się spodobał i był gromko oklaskiwany przez licznie zgromadzoną publiczność. Niewątpliwie duża w tym zasługa samego mistrza Kotlińskiego, który nie tylko przedstawiał wykonawców, ale z humorem i pasją opowiadał o treści kolejnych utworów wykonywanych w kilku obcych językach: włoskim, francuskim i rosyjskim. Przytaczał także liczne anegdoty ze swojej pracy pedagogicznej oraz występów na wielu scenach europejskich i w dalekim świecie. Drugi dzień Dni Chopinowskich w Waplewie w sobotę, 9 czerwca br. tradycyjnie poświęcony był muzyce jazzowej w wykonaniu dwóch gdańskich muzyków: akordeonisty Cezarego Paciorka oraz kontrabasisty Piotra Lemańczyka. Przedstawili oni utwory z nagranej przez siebie w 2017 roku płyty w wytwórni DUX pod nazwa „Duology ”. Były to utwory skomponowane przez nich w stylu współczesnego jazzu z wykorzystaniem motywów „kaszubskich”, jak to określił C. Paciorek: „trudne do grania i trudne do słuchania”. I rzeczywiście tak było, dlatego muzycy przeplatali je innymi utworami, np. bluesem. Jak to zwykle bywa na koncertach jazzowych muzycy rozkręcali się w miarę upływu czasu i im było bliżej końca, tym grali coraz lepiej. Są to prześwietni instrumentaliści, wirtuozi swoich instrumentów. Powoli rozgrzewała się też publiczność, która na koniec koncertu rzęsistymi oklaskami wyprosiła bis. Muzycy zagrali znany standard - Martwe liście Vladi-mira Cosmy i przepięknie w nim improwizowali. KULKA GRA LIPIŃSKIEGO W Ratuszu Staromiejskim przy ulicy Korzennej w Gdańsku we wtorek 26 czerwca br. odbył się koncert kończący mistrzowskie warsztaty skrzypcowe prowadzone przez prof. Konstantego Andrzeja Kulkę. Takie warsztaty odbywają się od kilku lat dla uczniów szkół muzycznych z całej Polski. Profesor Kulka prowadzi je z wdzięczności dla Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Gdańsku, którą dawno temu sam ukończył. Jest w zwyczaju, że warsztaty kończą się koncertem, na którym występuje prowadzący. Tak było i teraz. K. A. Kulka zagrał tylko utwory Karola Lipińskiego z towarzyszeniem „Cappelli Gedanensis” w kameralnym, dziewięcioosobowym składzie: 5 skrzypiec, 2 altówki, wiolonczela i kontrabas. Podczas koncertu usłyszeliśmy wirtuozowskie utwory, które Karol Lipiński napisał dla siebie: „Rondo koncertowe C-dur”, „Fantazję i wariacje na motywach z opery Jana Stefaniego” oraz „Wariacje na temat opery Gioacchina Rossiniego”. 172 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum Konstanty Andrzej Kulka i Cappella Gedanensis, fot. W Bielecki Wybór tych utworów nie był przypadkowy, bo prof. Kulka od kilkunastu lat stara się przypominać i propagować muzykę skomponowaną przez nieco zapomnianego kompozytora i wirtuoza skrzypiec Karola Lipińskiego (1790-1861). Ten urodzony w Radzyniu Podlaskim skrzypek większość swojego życia spędził we Lwowie i Dreźnie. Był tak znakomitym wykonawcą, że porównywano go z Nicolo Paganinim, z którym przez pewien czas się przyjaźnił i wspólnie grał. Najbardziej znane są ich występy z maja 1829 r. w Warszawie w czasie uroczystości koronacyjnych cara Mikołaja I na króla Polski. Wywołały one w prasie warszawskiej zaciętą polemikę na temat wyższości gry. Niektórzy pisali, że odbył się między nimi, nierozstrzygnięty pojedynek na granie na skrzypcach. W dyskusji tej uczestniczył także publicysta polityczny, krytyk literacki i - o czym nie wszyscy pamiętają- muzyk, pianista - Maurycy Mochnacki. Paganini, zapytany kiedyś, kogo uważa za najwybitniejszego skrzypka swoich czasów, miał odpowiedzieć: „Kto jest pierwszy, nie wiem, ale drugim z pewnością jest Lipiński”. Dowodem uznania, jakim darzył polskiego kompozytora jest fakt, że w testamencie zapisał mu jedne ze swoich ośmiu skrzypiec. NIEDZIELNY RECITAL W ŻELAZOWEJ WOLI Kilka upalnych, lipcowych dni spędziłem w Warszawie. Dojechałem tam drogą przez Żelazową Wolę. Dworek w Żelazowej Woli pod Warszawą to jedno z magicznych miejsc muzycznych naznaczonych geniuszem Fryderyka Chopina. Przyszedł on tutaj na świat i z tego powodu od wielu lat w miesiącach wakacyjnych odbywają się tutaj koncerty wypełnione jego muzyką. Zbliżając się do Żelazowej Woli w niedzielę, 22 lipca br. zastanawiałem się, czy jak zwykle, napotkam tam Japończyków? Nie zawiodłem się, bo pierwsze osoby, na które natknąłem się przy wejściu do kas, to byli przedstawiciele kraju Kwitnącej Wiśni. Oczywiście, nie zabrakło rodaków, którzy tłumnie deptali po parkowych ścieżkach i zwiedzali dom urodzenia Wacław Bielecki 173 kompozytora. Nie wszyscy wiedzą, że do upamiętnienia tego miejsca walnie przyczynił się rosyjski pianista i kompozytor Milij Bałakiriew, wielki miłośnik i propagator muzyki Chopina. Dzięki jego staraniom i uzyskaniu pozwolenia od cara Aleksandra III w 1894 r. powstał tutaj pierwszy na ziemiach polskich pomnik Chopina, który stoi w Żelazowej Woli po dzień dzisiejszy. Dopiero od tego czasu można mówić o narodzeniu się kultu Chopina. Niedzielne koncerty chopinowskie w Żelazowej Woli odbywają się od początku maja do końca września o godzinie 12.00 i 15.00. Pianiści mają do wyboru dwa fortepiany, albo instrument współczesny, albo historyczny. Ja natrafiłem na koncert na instrumencie historycznym w wykonaniu Wojciecha Świtały. Pianista ten w 1990 roku brał udział w XII Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Warszawie i był najlepszym polskim uczestnikiem. Otrzymał wtedy nagrodę ex aequo za najlepsze wykonanie poloneza, razem z Kevinem Kennerem zdobywcą drugiego miejsca w konkursie (pierwszego miejsca wtedy nie przyznano). Obecnie Wojciech Świtała koncertuje, nagrywa płyty i jest nauczycielem fortepianu w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Na program godzinnego recitalu złożyły się: Noktur E-dur op. 62, trzy Walce z op. 34, cztery Mazurki z op. 68, trzy Walce z op. 64 oraz Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur. Pianista wykazał się wielkim kunsztem, ukazując wiele subtelności i romantycznej zwiewności wykonywanych utworów. Program został ułożony tak, że przy okazji można było dokonać porównania utworów w rytmie trójdzielnym, bo pomiędzy walcami znalazły się mazurki z zupełnie innym akcentem przypadającym na trzecią miarę. Wojciech Świtała grał pewnie i w niezbyt szybkich tempach. Dramatyczny ton muzyki Chopina wydobył po wykonaniu utworów tanecznych — walców i mazurków — w Andante spianato i Wielkim Polonezie Es-dur. Pianista wybrał na recital historyczny fortepian Erardaz 1838 r. Dźwięk tego instrumentu w porównaniu do współczesnych fortepianów był bardziej przygłuchy, słabszy, mniej dźwięczny, jakby perkusyjny. Niedzielne koncerty w Żelazowej Woli mają swoją specyfikę. Pianista gra na instrumencie znajdującym się wewnątrz domu, a słucha go publiczność siedząca czy stojąca za oknem przed domem. Muzyk nie widzi publiczności, a publiczność nie widzi pianisty, tylko ścianę z oknem i drzwiami za którą jest artysta. Dźwięk fortepianu jest wzmacniany przez amplifikatory i nadawany przez głośniki znajdujące się na ścianie dworku oraz specjalne, zielone głośniki umieszczone bezpośrednio w ziemi w parkowych rabatach. Można więc bez przesady powiedzieć, że muzyka rozbrzmiewa w całym parku. Odbiór muzyki w Żelazowej Woli przypomina słuchanie bezpośredniej transmisji radiowej: słychać dźwięk, ale nie widać wykonawcy. Ten pojawia się tylko w drzwiach domku tylko na początku i na końcu recitalu. Zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby wykorzystać współczesne możliwości techniczne i użyć kamery. Obraz z kamery można by wyświetlać na ekranie zawieszonym na ścianie domku. Wtedy publiczność widziałaby grającego muzyka i miałaby z nim lepszy kontakt. OGRODY MUZYCZNE I INGLOF WUNDER Wieczorem poniedziałek, 23 lipca br. w wielkim namiocie na około 800 krzeseł, postawionym na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, odbył się recital Inglofa Wun-dera, laureata II nagrody Konkursu Chopinowskiego w 2010 r. Koncert został wykonany 174 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum InglofWunder po recitalu na Festiwalu „Ogrody Muzyczne”, fot. W. Bielecki w ramach 18 festiwalu nazwanego: „Ogrody Muzyczne”. Kierownikiem muzycznym tego festiwalu był w tym roku znany polski kompozytor współczesny Zygmunt Krauze. Przywitał on publiczność i omówił program koncertu przytaczając różne anegdoty, m.in. o tym jak jeden z pierwszych biografów Chopina ocenił Poloneza — Fantazję, jako „utwór o treści patologicznej, który jako taki stoi poza granicami sztuki.” Cytat ten wzbudził powszechną wesołość u zebranej w namiocie publiczności. Prelegent określił Chopina jako „Francuzo-Polaka , który spędził w Paryżu większość swego życia i najważniejsze utwory tam skomponował, a jego dbałość o szczegóły kompozycji jest cechą francuską. Pierwszy raz na recitalu Inglofa Wundera byłem kilka lat temu w sali Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance w Gdańsku. Miałem wtedy doskonałe miejsce w pierwszym rzędzie krzeseł ustawionych na estradzie tuż przed fortepianem i z tego powodu mogłem bardzo dokładnie śledzie ruchy rąk artysty, patrzeć na jego twarz oraz słyszeć wszelkie subtelności dźwięków wydobywających się z fortepianu. Teraz w namiocie siedziałem w środku i słyszalność nie była taka dobra, bo w odbiorze muzyki przeszkadzał szum klimatyzacji oraz dźwięki dochodzące z placu zamkowego. Poza tym, dźwięk pochodził nie tylko z fortepianu, ale i z głośników. Natomiast w odbiorze muzyki pomagał obraz pianisty rzutowany na olbrzymi ekran, tak że przez długi czas nie mogłem się zdecydować, czy patrzeć bezpośrednio na artystę, czy na ten obraz. W końcu wybrałem obraz, bo kamera pokazywała dokładnie zbliżenia twarzy i ruchy palców pianisty. W pierwszej części wieczoru Inglof Wunder wykonał: Sonatę F-dur, KV332 - Wolfganga Amadeusza Mozarta oraz Sonatę f-moll, op. 57 nr 23 - „Appassionatę”- Ludwiga van Beethoven, a w drugiej części były tylko utwory Fryderyka Chopin: Nokturny z op. Wacław Bielecki 175 9, nr 1, 2, 3; Polonez-Fantazja As-dur op. 61— i na zakończenie - Polonez As-dur op. 53. W porównaniu z tym co słyszałem przed kilkoma laty w Gdańsku widać było, że gra pianisty jest dojrzalsza. Słyszałem to w nieco wolniejszych tempach wykonywanych utworów oraz posługiwaniem się cichą grą, czyli piano i pianissimo. Niestety, w słabych warunkach akustycznych panujących w namiocie te piana były słabo słyszalne, bo zagłuszał je szum wentylatorów. Inglof Wunder zaprezentował się jako wszechstronny artysta, potrafiący ukazać różnice interpretacyjne w utworach różnych kompozytorów. Mozarta grał lekko i z wdziękiem, a w sonacie Beethovena ukazywał wielkie kontrasty dynamiczne i gwałtowność nastrojów, stosownie do nazwy utworu. Określenie „appasionato” oznacza, że trzeba grać z pasją i wielkim uczuciem. 1 tak też było. Utwory Chopina grał romantycznie, a gdzie trzeba dramatycznie, np. w Polonezie As-dur pięknie stosując kapryśne zmiany tempa, tzw. rubato. We wszystkim tym rzucała się w oczy i uszy lekkość i swoboda z jaką pianista pokonywał najtrudniejsze fragmenty utworów. Czuć było, że kocha tę muzykę i lubi ją grać. Nic dziwnego, że publiczność wyklaskała utwór na bis. Był to bardzo znany utwór kolejnego kompozytora Claudea Debussyego - Światło księżyca, 3 trzecia część Suitę bergamasque, zagrany tak, jak się gra dzieła impresjonistyczne. „DZIADY - WIDMA” W POLSKIEJ OPERZE KRÓLEWSKIEJ „Dziady - Widma” Adama Mickiewicza i Stanisława Moniuszki wystawiła Polska Opera Królewska w Warszawie w reżyserii, inscenizacji i scenografii dyrektora Ryszarda Peryta, pod dyrekcją Tadeusza Karolaka. Do wysłuchania tego utworu zachęcił mnie wykład na jego temat wygłoszony przez dr. Grzegorza Zieziulę z Instytutu Sztuk Polskiej Akademii Nauk. Wykładu tego słuchałem podczas kursu historii muzyki dla nauczycieli podstawowych i średnich szkół muzycznych na początku czerwca br. w Gdańsku. Właściwie nie wiadomo, jak określić formę tego utworu. Czy jest to kantata sceniczną, czy sceny liryczne, a może opera? Najbardziej chyba odpowiednim określeniem jest melodramat, bo w utworze jest dużo kwestii mówionych. Dzieło zostało wykonane po raz pierwszy w Warszawie dwa lata po wybuchu Powstania Styczniowego w dniu 2 stycznia 1865 r. Wtedy publiczność przybyła w czarnych strojach żałobnych. Przedstawienie trochę dziwnie oglądało mi się pod koniec lipca, bo ze względu na temat na pewno właściwszym terminem jest okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznych. I tak było jesieńią ubiegłego roku, kiedy to Polska Opera Królewska uroczyście zainaugurowała „Dziadami — Widmami” swój pierwszy sezon artystyczny. Jednak i na letnim spektaklu publiczność w całości zapełniła salę Teatru Królewskiego w Starej Oranżerii w Parku Łazienkowskim. Wszyscy znają początek dramatu Mickiewicza zaczynający się od słów: „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?” Na scenie Polskiej Opery Królewskiej ten tekst, jak i większość innych, nie jest recytowana, tylko śpiewana, albo przez chór, albo przez solistów. Moniuszko po prostu „umuzycznił” prawie całą U część „Dziadów” Mickiewicza, a zaczął ją od wstępu nazwanego „Intradą”, granego przez orkiestrę symfoniczną. W reżyserii Ryszarda Peryta rozmieszczenie orkiestry wygląda następująco: kwintet smyczkowy siedzi pod sceną w kanale orkiestrowym, a grupy instrumentów dętych 176 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum drewnianych oraz blaszanych i perkusyjnych przez cały czas przedstawienia są umiejscowione na scenie. Główną rolę Guślarza śpiewał i recytował świetny baryton Adam Kruszewski. Daruję tutaj Czytelnikom szczegółowy opis przedstawienia i ocenę jego wykonania przez poszczególnych artystów. Mnie się spodobało. Podczas oglądania spektaklu szczególną uwagę zwróciłem na muzykę Moniuszki. Jest ona piękna i świetnie pasuje do romantycznego dzieła Mickiewicza. Warto, moim zdaniem, zobaczyć to przedstawienie. IX KONCERT PLEBISCYTOWY W SZTUMIE Prof. Julian Gembalski za pulpitem organów w kościele św. Anny w Sztumie, fot. W. Bielecki Wykonawcą IX Koncertu Plebiscytowego odbywającego się co roku w ostatnią niedzielę lipca w kościele św. Anny w Sztumie był prof. Julian Gembalski z Katowic. To znakomity i wielce utytułowany organista należący do czołówki muzyków grających na tym instrumencie. Program jego recitalu był urozmaicony, a zaczął się i zakończył improwizacjami do których organista ma szczególną predylekcję. Profesor zaczął od improwizacji na temat pieśni Matko Piekarska, u nas na Pomorzu raczej mało znanej. Pieśń tę skomponował Feliks Nowowiejski w 1927 r. na otwarcie i inaugurację organów w sanktuarium Matki Boskiej Miłości i Sprawiedliwości Społecznej w Piekarach Śląskich. Były to wtedy jedne z największych organów w Polsce. Improwizacja na temat tej ślicznej pieśni przybrała formę sześciu wariacji w różnych stylach (ostatnia zabrzmiała niczym Toccata Bacha), w których organista pokazał ciekawe możliwości brzmieniowe sztumskich organów firmy „Terletzki-Wittek” mających 117 lat oraz zaprezentował się jako wspaniały wirtuoz. Potem prof. Gembalski wykonał trzy rzadko grane utwory Wacław Bielecki 177 staropolskie — dwa z warszawskiej tabulatury organowej z XVII wieku: Toccatę tertio toni oraz Preludium — Jana Podbielskiego (jedyny utwór który zachował się po tym kompozytorze) oraz miniaturę z melodią pieśni kościelnej Chrystus Zmartwychwstań jest z tabulatury klasztoru św. Ducha w Krakowie. Byłem oczarowany i zaskoczony pięknem tych utworów, szczególnie Toccatą i Preludium zagranym w bardzo żywym tempie z zastosowaniem różnorodnej registracji. Kolejnymi utworami były trzy drobne dzieła Feliksa Nowowiejskiego: Preludium Ad-oremus op. 31 nr 3, w którym wykonawca wykorzystał w końcówce utworu rejestr organowy naśladujący fujarkę; marszowy, podniosły Pochód do Katedry op. 8 nr 3; oraz wielce romantyczną w nastroju Rosa mystica op. 31 nr 10 (łac. róża mistyczna) w której zgodnie z tytułem organista zastosował niezwykle subtelną paletę barw dźwięków. Kolejnymi utworami były liturgiczne dzieła skomponowane przez muzyków francuskich. Najpierw usłyszeliśmy radosne Sortie F-dur z cyklu „Organista” Cesara Francka, a następnie uduchowione Offertoire G-dur Leona Boelmanna z cyklu „Godziny mistyczne”. Na zakończenie recitalu zagrana została improwizacja na temat Roty F. Nowowiejskiego, tym razem w formie wspaniałej, podniosłej i potężnej, chociaż niezbyt długiej fantazji. Na bis prof. Julian Gembalski zaprezentował końcową część, czyli Codę z III Symfonii organowej, tzw. Lourdskiej F. Nowowiejskiego, w której kilkakrotnie przewija się melodia znanej pieśni kościelnej „Po górach, dolinach, rozlega się dzwon”. IX Koncert Plebiscytowy był bardzo udany. Jego szczególną cechą było to, że organista sam zapowiadał wykonywane utwory i robił to w sposób niezmiernie ciekawy. Z moich długoletnich obserwacji wynika, że nie stać na to każdego wykonawcy. Niektórzy z nich po prostu tego nie potrafią, bo nie mają specyficznej cechy, tzw. przerzutności uwagi. Polega ona na tym, iż natychmiast po zapowiedzi trzeba przejść do zagrania utworu, a to jest wielką sztuką, wymagającą mistrzowskiego opanowania instrumentu oraz umiejętności mówienia o muzyce, co niektórym sprawia wielką trudność. Z kolei z pozycji słuchacza trzeba zauważyć, że słuchanie muzyki organowej nie jest łatwe. Bardzo ułatwia je odpowiedni komentarz podany przed wykonaniem utworu zawierający najistotniejsze informacje o jego powstaniu, budowie i problemach wykonawczych. Podczas koncertu mieliśmy także możliwość posłuchania, jak w mistrzowski sposób improwizuje się na organach. Publiczność, jak zwykle dopisała, a lipcowe upały po popołudniowym deszczu nieco zelżały, zatem w sumie recital prof. Lucjana Gembalskiego można zapisać po stronie małych sukcesów w dziedzinie krzewienia tzw. wysokiej kultury na sztumskiej scenie muzycznej. Oczywiście, koncert nie doszedłby do skutku bez sprawnej pracy organizatorów ze Sztumskiego Centrum Kultury oraz parafii św. Anny. Wszystkim tym, którzy wyszli z koncertu z uczuciem niedosytu, polecam nagrania płytowe prof. Juliana Gembalskiego oraz nagarnia na YouTube, jest ich tam sporo, szczególnie tych, gdzie organista pokazuje swoje umiejętności w zakresie improwizacji. Po koncercie zapytałem kilka osób przez telefon o pierwsze wrażenia. Oto ich krótkie wypowiedzi: — Byłam wzruszona i kontenta z powodu uczestniczenia w tym koncercie. Nie wiedziałam, że Nowowiejski był aktywny także na drugim skraju Polski, na Śląsku, a nie tylko podczas 178 Wędrówki muzyczne: Wrocław - Kwidzyn - Żelazowa Wola - Gdańsk - Waplewo - Warszawa - Sztum plebiscytu u nas. Koncert bardzo mi się podobał, szczególnie improwizacja na temat „Roty” i utwory kompozytorów francuskich. Widać było wirtuozerię organisty, jak nutki bardzo łatwo wychodziły mu spod palców. — Najbardziej podobały mi się utwory staropołskie i improwizacja na temat „Roty”, natomiast trzy utwory Nowowiejskiego nieco mnie rozczarowały, były jakieś rozwlekłe i nie trzymające się formy. — Był to bardzo ładny koncert. Podobały mi się wszystkie utwory, a szczególnie ten francuski Cesara Francka. Sporo ludzi było na koncercie. Profesor Gembalski w bardzo przyjemny sposób zapowiadał kolejne utwory. Widać, że ma opanowaną technikę publicznych wystąpień. — Bardzo lubię improwizacje. Fascynujące jest słuchanie, jak muzyk pod wpływem chwili przekształca temat, dlatego najbardziej spodobały mi się wariacje na temat pieśni „Matko Piekarska” oraz „Roty”. Organista pokazał w nich wielki kunszt. - Tym razem koncert w większości był poświęcony muzyce Nowowiejskiego. Ciekawe były wariacje na temat „Roty” i tej drugiej pieśni kościelnej „Matko Piekarska”. Lubię chodzić na koncerty organowe, lubię słuchać takiej muzyki, i w tym roku koncert spodobał mi się. Ciągle się dziwię, że sporo ludzi przychodzi aby posłuchać organów. W tym roku zauważyłam wśród słuchaczy osoby spoza Sztumu. - Chyba poprzedni koncert bardziej mi się podobał, bo te wariacje były nie w moim guście, wołałabym „Rotę” usłyszeć w oryginale. Podobały mi się utwory francuskie. Chociaż nie jestem wykształcona muzycznie, to jestem zadowolona, że byłam znowu na koncercie. - Muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych koncertów u nas przez te dziewięć lat. Organista po prostu interpretował muzykę, a poprzednicy to byłi tacy rzemieślnicy. W interpretacji utworów przez Profesora było coś takiego, co pachniało sztuką. To był naprawdę dobry koncert. — Profesor grał całym sobą: rękoma, nogami, tułowiem, głową, wszystko było zaangażowane, co było widać na ekranie. Najbardziej spodobała mi się fantazja na temat „Roty” oraz utwór staropolski ze znana pieśnią „Chrystus Zmartwychwstań jest”. Wariacje były rozbudowane, atrakcyjne, po prostu wspaniałe. ZAGRAJCIE SZALONKA O muzyce współczesnej z flecistką i muzykologiem dr Iwong Glinką rozmawia Wacław Bielecki 180 Zagrajcie Szalonka - Kiedy w poniedziałek 4 czerwca br. przyjechałem do kościoła ojców franciszkanów w Kwidzynie, to byłem zaskoczony, bo trafiłem na konkurs kompozytorski, i to międzynarodowy, a na dodatek konkurs muzyki współczesnej, co w takim niewielkim mieście i to na prowincji, jest niespotykane... - Tak, niespotykane, ale widziałam, że nikt nie wychodził podczas koncertu, czego się trochę obawiałam. - Jak zrodziło się u pani zamiłowanie do muzyki współczesnej? - Muzyka współczesna jest tworzona przez żyjących twórców. Wspaniale jest współpracować z kompozytorami żyjącymi. Gdy studiujesz wykonawstwo, to chcesz wesprzeć kompozytorów którzy żyją. A jest to przepiękne, jak ktoś' napisze utwór, a ty możesz zagrać go po raz pierwszy, właśnie ty. Sprawia mi przyjemność granie premier, niesamowitą przyjemność. Kompozytor chce być świadkiem wykonania swego dzieła. W związku z tym mam wgląd, gdzie muzyka w tej chwili idzie, w jakim kierunku. - No właśnie, w jakim idzie kierunku? - Coraz więcej idzie w takim bardziej klasycyzującym kierunku. W historii sztuki zawsze mamy tak, że na początku jakiegoś okresu jest chaos, a potem jest uwielbienie klasycznej formy, klasycznego piękna. Potem znowu się coś dzieje w sztuce i filozofii i znowu następuje zmiana w rozumieniu piękna. Penderecki w 1960 roku wprowadził wszystkie hałasy na instrumentach smyczkowych i dlatego stał się sławny. Ale teraz w 2018 r. widzę po konkursowych pracach, że młodzi kompozytorzy, ale nie tylko młodzi, zaczynają wracać do pięknych melodii, bo melodia, piękna melodia zatraciła się gdzieś w muzyce współczesnej. — Pendereckiego pomawiano o zdradę muzyki współczesnej... - Ale on doszedł do tego o czym mówiłam, że musi być melodia. Jeden z jurorów kwidzyńskiego konkursu pochodzący z Norwegii powiedział, że musi my wrócić do klasyki, ale w nowym ujęciu. Mamy masę wiadomości z internetu i to szybko przychodzących mówiących o przejściu do klasyki. Ucieszyłam się, że w naszym konkursie wygrał utwór, w którym nie było ani jednego trzasku, ani jednego plucia w instrument, ani dźwięków innych, niż po prostu dźwięków napisanych tak, jak to pisał Bach, Mozart, Beethoven, czy Chopin. Ten utwór potwierdza, że prawdopodobnie wchodzimy w nową erę i znowu będziemy słuchać normalnych dźwięków, a nie różne trzaski, szarpanie strun, czy tupanie, mlaskanie, szumienie. - Czym wyróżnił się utwór ”Ehemythia" (Poufność) Dimitriosa Mantzirakisa z Grecji, że jury przyznało mu pierwsze miejsce? - 76 był jedyny utwór, który miał w sobie emocje, które przeszły, i na publiczność, i na nas muzyków. Graliśmy coś, co nam się podobało. Powiedzmy, że w XXI wieku wchodzimy w erę nowej klasyki (nie chodzi tutaj o neoklasycyzm Strawińskiego). Za przyznaniem nagrody Mantzirakisowi było czterech jurorów, więc otrzymał on pierwszą nagrodę w sposób bardzo demokratyczny. Podobało mi się to, że wszyscy członkowie komisji oceniającej byli zgodni i chcieli w przysłanych na konkurs utworach usłyszeć więcej melodii. - Co dalej stanie się z nagrodzonymi utworami? Wacław Bielecki 181 — Pod koniec tego roku wszystkie utwory nagrodzone i wyróżnione zostaną nagrane na płytę w znanej na świecie wytwórni muzycznej Naxos, bo nasza kwidzyńska fundacja Phasma Musie jest w rodzinie Naxosa. Płyta będzie zawierać około 48 minut muzyki. Poproszono nas, abys'my dołączyli do utworów konkursowych jakieś dzieło patrona konkursu Witolda Szalonka. — Ja jestem melomanem i mam do muzyki współczesnej ambiwalentny stosunek, pewne rzeczy mi się podobają, a pewnych nie mogę słuchać... — A ja odpowiem tak: wszyscy kompozytorzy, kiedy żyli mieli takie same dylematy. Na przykład, nikt ze współczesnych nie mógł zrozumieć muzyki komponowanej przez J. S. Bacha, przeganiali go od kościoła do kościoła, i był na wiele lat zapomniany. Strawińskiego obrzucono pomidorami w Paryżu... — A jak było z pomidorami, do których przynoszenia zachęcała pani podczas koncertów w Kwidzynie? - Tutejsza publiczność jest taka wyrozumiała, że wszyscy poczuli się do obowiązku wsparcia kompozytorów, a nie do obrzucania ich pomidorami czy jajkami. — Dlaczego patronem konkursu uczyniła pani mało znanego, awangardowego kompozytora Witolda Szalonka? - To postać, która przypomina mi trochę mnie samą. Szalonek był rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach (późniejszej Akademii Muzycznej). Partia prześladowała go bardzo, bo nie chciał z nią współpracować, więc wyjechał do Berlina, gdzie uczył kompozycji w Hochschule der Kunste. Szalonek uwielbiał Polskę. W każdej wolnej chwili zabierał żonę Beatę i swojego syna do samochodu i jeździli w tę i z powrotem na trasie Berlin - Katowice. Jego syn Michał opowiadał mi, że chociaż Niemcy bardzo zatroszczyli się o niego, to ojciec na starość planował przeniesienie się do Polski, bo — jak mówił — w Niemczech pracuje z przymusu, bo gdzieś trzeba pracować, ale wróci do Katowic. Witold Szalonek w Niemczech był Polakiem, a w Polsce, tym który mieszka za granicą. Ze mną jest tak samo. W Grecji jestem zawsze traktowana jako Polka, czyli w takim znaczeniu, że: — ona nie jest nasza, to jest Polka, a w Polsce jestem uznawana za osobę obcą, bo mieszkająca za granicą. Ja potrafię zrozumieć niesamowite rozterki Szalonka w tych patriotycznych sprawach. Może nasza młodzież nie odczuwa tego tak bardzo w tej chwili, ale to tak jest, że w kraju którym żyjesz przypominają ci, że nie należysz do nas, a w twoim kraju jak przyjeżdżasz, to mówią to samo, że ty nie należysz już do nas, należysz do innego kraju, tam gdzie mieszkasz. - A gdzie pani mieszka, bo w biogramie podają, że dzieli pani czas na pobyt w Kwidzynie i Pireusie? - Tak naprawdę jestem bardzo często w Polsce, bo mam taką pracę, która mi to umożliwia. Dzielę czas tak pół na pół. Mieszkam w Pireusie, i mieszkam w Polsce. Do niedawna byłam pierwszą flecistką w Orkiestry Symfonicznej Aten. Jak się jest pierwszym flecistą, to pierwszy otwierasz drzwi do filharmonii i ostatni wychodzisz. Kończyłam pracę 4 sierpnia i zwykle zaczynałam pracować 26 sierpnia, bo pierwszy flecista zawsze jest potrzebny w orkiestrze. Moje koleżanki które grały na drugim, czy trzecim flecie miały więcej wakacji 182 Zagrajcie Szalonka ode mnie. Do tego grałam w zespole muzyki współczesnej, grałam też bardzo dużo solo, ale chciałam zacząć nagrywa, a tego wszystkiego nie da się pogodzić. W pewnym momencie wybrałam nauczanie, a zrezygnowałam z orkiestry. Mam teraz więcej czasu i mogę więcej zaplanować i więcej zrobić. - Gdzie pani teraz pracuje? - Pracuję w Miejskim Konserwatorium w Patras, w trzecim co do wielkości mieście Grecji położonym na Półwyspie Peloponeskim. Mamy tam francuski system nauczania, taki jak w Paryżu. Naukę można rozpocząć od bardzo młodego wieku i dojść aż do dyplomu. Profesor może pracować z uczniem nawet przez dziesięć lat. W tej chwili w Patras mam dużo, bo czternastu uczniów i studentów w wieku od 17 do 25 lat. Uczę także w konserwatorium w Atenach, gdzie mam ośmiu studentów. Orkiestra prosi, abym wróciła do nich. Zastanawiam się nad tym, ale myślę, że byłby to zły ruch, bo praca w orkiestrze jest bardzo, bardzo pracochłonna i nie wiadomo, czy wtedy mógłby się odbywać kwidzyński festiwal. - Jaki jest stosunek muzyków i publiczności w Grecji do muzyki współczesnej? Dużo się jej wykonuje? - W Atenach mamy bardzo dużo koncertów nie tylko w piątki i soboty. Jeżeli ktoś interesuje się muzyką, a pracuje po południu, to zawsze się znajdzie jakiś dzień w którym może posłuchać muzyki, także w inne dni tygodnia. Na koncerty naszej orkiestry nigdy nie ma biletów. Wstęp dla wszystkich jest za darmo. Bilety finansuje prezydent miasta Ateny, który jednocześnie płaci muzykom według stawek ministerialnych. Na te koncerty mogą przychodzić słuchacze z całej Grecji i wstęp dla wszystkich jest bezpłatny. Tak jest w naszej orkiestrze prowadzonej przez miasto Ateny, natomiast w Filharmonii za bilety trzeba płacić. — Wracam do pytania, czy dużo graliście tam muzyki współczesnej? — Tak, bardzo dużo, pół na pół. Jeśli są bilety wstępu, to istnieje obawa, czy melomani przyjdą na koncert wypełniony muzyką współczesną, a jak nie ma biletów, to można więcej zaproponować tej muzyki. - Wracając do patrona konkursu Witolda Szalonka, nasuwa się refleksja, że kompozytor jest znany, jeśli wykonywana jest jego muzyka, a z wykonawstwem utworów tego kompozytora jest kłopot, bo są bardzo rzadko grane. Na portalu You Tubę można znaleźć i wysłuchać kilku jego utworów, np. „Trzech szkiców na harfę”. Jest to awangardowy utwór zaczynający się od oklepywania i obstukiwania harfy. Po jego wysłuchaniu zastanawiałem, się czy przepiękna harfa została po to skonstruowana, żeby takie dźwięki z niej wydobywać? Jakie utwory są znane i reprezentacyjne dla W. Szalonka? - Szalonek był traktowany w Polsce jako osoba obca, pracował w Berlinie i dlatego nikt nie wykonywał w Polsce jego utworów. Poza tym jest trudnym kompozytorem do wykonania. W swoim czasie miał on bardzo dużo wykonań za granicą, ale mniej nagrań, ponieważ jego kompozycje były trudne do nauczenia się i wykonania. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej. Ja osobiście złożyłam wniosek na konkurs „Muzyczny ślad”, który Wacław Bielecki 183 ogłosiło ministerstwo i planuję nagrać całą muzykę Szalonka na płycie. We wszystkich tych utworach będzie flet, ale w różnych kombinacjach, np. utwór na flet, altówkę i harfę, koncert na flet z orkiestrą symfoniczną, utwór na flet i fortepian. Państwowe Wydawnictwo Muzyczne (PWM) podpisało umowę z panią Beatą Szalonek (żoną kompozytora), ale nie wydaje części utworów, są one w rękopisach, i wykonawcy nie mają dostępu do tych utworów. Jeśli ja powiem moim kolegom profesorom z konserwatorium: zagrajcie Szalonka, to jest to niewykonalne, bo ich studenci nie mają dostępu do nut. Ja sama napisałam do PWM, żeby udostępniono mi materiały, że chcę je zakupić, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Nie wiem, czy są, czy nie są one w produkcji. Po prostu nie dba się o tego kompozytora. Pewien zagraniczny dziennikarz napisał, że Szalonek powinien mieć więcej uznania w Polsce. A to, czy jego muzyka jest piękna, czy niepiękna, czy jego muzyka jest wartościowa, czy nie wartościowa, to musimy zostawić przyszłości, żeby to oceniła. My nie możemy oceniać. — Ale dlaczego nie możemy oceniać? Dlaczego ja jako meloman nie mogę to robić? Idę na koncert i po wysłuchaniu oceniam, czy utwór podoba mi się, czy nie. Moim zdaniem, mam niezbywalne prawo do tego. — Oczywiście, że ma pan prawo do tego, ale są to odczucia subiektywne, ale jeżeli mówimy o obiektywnych odczuciach, to żeby ocenić cokolwiek w sztuce, to trzeba być znawcą tej sztuki, trzeba mieć ogromną wiedzę, trzeba prześledzić co się dzieje na całym świecie w porównaniu do kompozytora, powiedzmy Szalonka, i odpowiedzieć na pytanie: co Szalonek zrobił nowego? A Szalonek zakochał się w instrumentach dętych i zrobił to, co Penderecki robił na smyczkach. Jego pierwszy koncert był poświęcony instrumentom dętym. — Ale do odbioru muzyki potrzebny jest słuchacz. I ja jako słuchacz mam prawo do oceny utworu, subiektywnej oceny, nawet niesprawiedliwej... — Nie. Są kompozytorzy na świecie, którzy napisali swoją muzykę, żeby mieć kontakt tylko z wykonawcą, i nie zależy im na tym, czy ten wykonawca w końcu ją zagra i czy ktoś przyjdzie posłuchać tej muzyki, czy nie. Sens takiej relacji, to jest już głębsza filozofia muzyki. Jest pewien kompozytor najrzadziej grywany na świecie o którym napisałam doktorat. Jest to Anglik, który wykłada na Uniwersytecie w Stanford w USA — Brian Fer-neyhough. On pisze w swoich książkach, że nie interesuje go absolutnie, czy ktoś przyjdzie posłuchać tego co napisał, czy nie, ale chce nawiązać kontakt z wykonawcą. Niech mnie nie grają, nie chcę mieć braw, chcę mieć tylko kontakt z wykonawcą. Nie wiem, czy w naszych czasach kompozytor powinien myśleć tak bardzo o publiczności. Jako wykonawca powiem, co jest dla mnie intrygujące. Otóż, jak gram tę muzykę, to biorę także odpowiedzialność za to, czy ta muzyka będzie się podobała, czy nie. Gdybym grała bardzo źle na flecie, to grany utwór będzie przedstawiony w bardzo złym świetle. Jak zagram go bardzo dobrze, to mogę do niego dodać nutkę swojej osobowości i utwór zaprezentuje się o wiele lepiej dla publiczności i to jest bardzo intrygujące. Jak wykonuję coś po raz pierwszy, to interesuje mnie, jaki będzie odbiór publiczności. Mnie to interesuje jako wykonawcę, bo to ja mam w sumie ten kontakt z publicznością. Kompozytor dał mi ten utwór i ja teraz ponoszę odpowiedzialność za to, czy będzie się to podobało, czy nie. 184 Zagrajcie Szalonka Ale czy współczesny kompozytor musi zawsze pisać, cos' co musiałoby się podobać publiczności? Wtedy powinien pisać muzykę, np. filmową albo popową, rockową, czy jazz. — Z tego co wiem, Szalonek w czasach studenckich przyjaźnił się z Wojciechem Kilarem. Mocno trzymał się muzyki awangardowej i twierdził, że nie zależy mu na publiczności, a Kilar zaczął pisać także muzykę filmową, co spowodowało, że stał się postacią bardzo znaną. Jego polonez z filmu „Pan Tadeusz” stał się tak popularny, że wyparł ze studniówek poloneza „Pożegnanie ojczyzny” Ogińskiego. Podobno musiał pisać taką muzykę, by utrzymać rodzinę. Szalonek był natomiast, moim zdaniem, bardzo radykalnym, awangardowym kompozytorem muzyki współczesnej i dlatego nie zyskał popularności... — Nie wiem, czy w sztuce jest potrzebna i czy musimy się martwić o popularność. Jestem bardzo ostrożna w krytyce i wyrażaniu opinii: to mi się podoba, a to mi się nie podoba, bo widzę i śledzę losy kompozytorów i muzyków i widzę, że opinia o nich zmienia się pod wpływem perspektywy lat. Może na przykład, za sto lat powiedzą, że Kilar nie potrafił pisać, a Szalonek był prymitywny... Nie wiemy, jak to się potoczy. Często pytają mnie o utwór, który wykonałam: A jak ci się to podobało? Ponieważ zagrałam bardzo dużo utworów współczesnych, mogę powiedzieć, że oceniam je pod względem fachowości, bo kompozycja to też jest nauka. Jak ja to gram, to ja żyję granym utworem, to jest moje przeżycie, więc jest mi trudno ocenić, czy coś jest złe, brzydkie, lub nie do przyjęcia. Jako wykonawca ja to już przeżyłam, ja byłam z tym utworem przez kilka godzin. Jak idę na koncert i słucham innych , to nie oceniam pod względem estetycznym, oceniam bardziej pod względem fachowości. A pod względem estetycznym uważam: a niech to jeszcze trochę pożyje, i później zobaczymy. — Czy konkursy kompozytorskie w Kwidzynie będą odbywały się co roku? — Jeszcze nie wiem. Zależeć to będzie od tego, czy będziemy zmieniać instrumentarium. Jeżeli nie będą to co roku instrumenty dęte, ale np. harfa, to konkurs mógłby odbywać się rokrocznie. Jury będzie oceniać nadesłane utwory, mając na względzie to, jak sam Szalonek napisałby taki utwór. - Nagrała pani wiele płyt. Proszę powiedzieć, która z tych płyt jest pani najbliższa, którą pani najbardziej ceni? -Jest to ostatnia płyta „Progressions” na flet solo i z zespołem z muzyką Michaiła Tra-vlosa, mojego męża. Dała mi ona najwięcej radości, bo kompozytor pisze bardzo trudną muzykę, w której nie ma technik współczesnych, są tylko dźwięki. Ta płyta otrzymała trzy złote medale oraz nominację do międzynarodowej nagrody muzycznej w klasyce, to są, powiedzmy, takie Oskary, i cieszę się nieprawdopodobnie z nominacji, bo jest bardzo trudno otrzymać główną nagrodę. Uwielbiam tę muzykę. Wykonywałam ją w ubiegłym roku w konkursie na Sycylii i wygrałam ten konkurs. Wykonywałam ją także w 8 maja w tym roku w Carnegie Hall w Nowym Jorku. To jest najbliższa mi płyta. - A inna płyta, niezmiernie interesująca, na której jest 60 utworów jednominutowych... - Album „One Minutę” to bardzo fajna płyta, dająca niesamowity obraz tego, co się dzieje na całym świecie w muzyce, bo tam są utwory 42 kompozytorów z 17 krajów. Ta Wacław Bielecki 185 Iwona Glinka z mężem, kompozytorem Michaiłem Travlosem, fot. W. Bielecki płyta zdobyła nagrodę Global Musie Awards w 2017 r. Teraz nagrywam następny album, są to dwie minuty na dwa flety. Tutaj mam 40 kompozytorów, chyba z 20 krajów z: Hongkongu, Australii, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Europy, Argentyny. — Zdumiewa mnie łatwość, z jaką nawiązuje pani kontakty z kompozytorami niemal z całego świata. Jak pani to robi? — Mam partnera w Nowym Yorku, który prowadzi największy portal dla kompozytorów na świecie Composerssite.com oglądany codziennie przez tysiące osób. Na portalu tym jest ogłoszony ciekawy konkurs: „Piętnaście minut sławy ”. Tam można przysłać jednominutowy utwór, ale wykonawca wybiera tylko 15 utworów. Kompozytorzy się cieszą, bo na kanale You Tubę mogą usłyszeć swoje utwory. Pewna amerykańska flecistka z Nowego Yorku wybrała 15 utworów, wykonała je, ale nigdy nie pojawiło się to na wideo, więc zapytano mnie, czy ja mogłabym jeszcze raz wykonać te utwory i zarejestrować je na wideo, dla tych kompozytorów. Ja to zrobiłam, po czym ten portal ogłosił konkurs na jednominutowe utwory napisane dla mnie. Otrzymałam 80 utworów, ale mogłam z nich zagrać tylko 15. W końcu jednak uzyskałam prawo od twórców portalu, aby wykorzystać ich pomysł, i tak się zrodził konkurs na płytę, na którą wybrałam wtedy 60 utworów. Po prostu było mi szkoda wielu kompozytorów, którzy zadedykowali mi utwory. -Jednym słowem, widać tutaj potęgę internetu? - Tak, jeśli chcesz zrobić jakikolwiek konkurs muzyczny, to oni na portalu internetowym to ogłaszają i masz natychmiast kontakt z całym światem. 186 Zagrajcie Szalonka - W Polsce konkursy kompozytorskie mają nieco inny przebieg. Utwory są zgłaszane do jury, które na podstawie analizy partytury wybiera najlepsze utwory opatrzone anonimowym godłem, nagradza je, i po tym te utwory i są wykonywane na koncercie. - Często, gęsto nie są to najlepsze kompozycje, bo konkurs kompozytorski bez usłyszenia tych dzieł jest bardzo ułomny i takie konkursy nie powinny mieć w ogóle miejsca. U nas w Kwidzynie też się tak zdarzyło. Otóż w pierwszym etapie, na który przysłano kilkadziesiąt kompozycji były, moim zdaniem, przynajmniej dwa dzieła lepsze, niż te które dostały się do drugiego etapu, czyli finału i zostały przez nas wykonane. Aby się tam znaleźć utwór musiał być zaakceptowany przez czterech z sześciu jurorów. Zdarzyło się też, że utwór który nie otrzymał żadnej nagrody w finale, w pierwszym etapie otrzymał aż sześć punktów. — Nagrodę publiczności otrzymał utwór "White Hole” (Biała dziura) jedynego polskiego kompozytora Franciszka Araszkiewicza... — W utworze tym, jak u Witolda Szalonka, było dużo trzasków, plucia, syczenia i dmuchania. — To znaczy, że to się spodobało publiczności... — No właśnie, to był jedyny utwór tak awangardowy, a jednak zagłosowała na niego publiczność w Kwidzynie, która na co dzień nie ma styczności z taką muzyką. Zgodnie z regulaminem zostanie on nagrany na płytę, chociaż nie uzyskał aprobaty komisji oceniającej. Zadecydowała o tym publiczność. — Na jakich fletach lubi grać pani, może na złotym? - Gram na fletach firmy Yamaha, wszystkie cztery: piccolo, flet, flet altowy, flet basowy pochodzą z tej firmy. Flet złoty wykonany jest z 14-karatowego złota z 18-karatową główką. Złoty flet jest trudniejszy w graniu, bo mocniej trzeba w niego dmuchać niż w srebrny, który jest lżejszym instrumentem i grając na nim odczuwasz lekkość. Na złotym flecie gra się ciężej, ale jest większa dynamika i to jest jego największą zaletą, w związku z tym możesz łatwiej dotrzeć do publiczności. Flet z natury jest cichszy niż klarnet, czy obój, a złoty flet mając większe możliwości dynamiczne nie jest zagłuszany przez inne instrumenty. Technicznie jest też sprawniejszy i mogę na nim zagrać wszystko, co sobie zamarzę, nawet w specyficzny sposób. Daje on niesamowitą przyjemność grania. Na srebrnym flecie bardzo fajnie się gra, tylko że trudniej jest zagrać jakieś niuanse. Złoty flet ma dodatkowe flażolety i przepięknie brzmi, jak bardzo wartościowe skrzypce. Jest coś w jego dźwięku niezwykłego. Ale czasami złoty flet może pogorszyć twoją technikę, bo czasami zachowuje się, jak koń, który cię nie słucha. Przyzwyczajanie do złotego fletu trwało bardzo długo, zanim nauczyłam się z niego wydobywać niuanse. — Jakie ma pani plany muzyczne na drugą połowę tego roku? — Czekam na wyniki różnych konkursów ogłoszonych przez ministerstwo kultury. Jeśli się uda i wygrają nasze projekty, to będzie bardzo dużo pracy nagraniowej. Poza tym, z harfistką Agnieszką Kaczmarek-Bialic otrzymałyśmy dotację na zamówienie utworu u młodej kompozytorki z Poznania - Ewy Jelińskiej. Nagramy prapremierę tego dzieła na Wacław Bielecki 187 międzynarodowym festiwalu w Patras, a premiera zaplanowana jest na zamku w Kwidzynie w październiku tego roku z okazji obchodów setnej rocznicy niepodległości. Otrzymałam też następny grant z ministerstwa na zamówienie utworu na flet i klawesyn u gdańskiego kompozytora Tadeusza Dixa. Zagra go ze mną klawesynistka Alina Ratkowska. Prapremiera odbędzie się w Atenach, ponieważ w tym roku obchodzimy tysiąclecie związków między Grecją i Polską trwających od czasów syna Mieszka I — Bolesława Chrobrego od 1018 roku, natomiast premiera będzie na festiwalu Nowe Fale w Gdańsku. - Życzę spełnienia planów i dziękuję za rozmowę. CV muzyczne Iwony Glinki można znaleźć pod adresem: www.travlos-glinka.com Nagrodzeni w Kwidzynie Lista utworów nagrodzonych i wyróżnionych na konkursie kompozytorskim w Kwidzynie w 2018 r. Pierwsza nagroda: Dimitrios Mantzirakis (Grecja) — „Ehemythia” na flet, obój, klarnet i fagot Druga nagroda: ex aequo: George Holloway (Wielka Brytania) - „Mysterious Futurę” na flet, obój, klarnet i fagot oraz Kong Zhixuan (Chiny) - „Monodrama I” na klarnet solo Trzecia nagroda: Christopher Bochmann (Wielka Brytania) - „Essay XV” na obój solo Wyróżnienia: Ali Afshari (Iran) - „Cedar” na flet, obój, klarnet i fagot, Jaime Belmonte Caparros (Hiszpania) - „Svarta Rosor” na flet altowy, klarnet basowy i fagot, Franciszek Araszkiewicz (Polska) - „White Hole” na flet, obój, klarnet i fagot Nagroda publiczności: Franciszek Araszkiewicz (Polska) 188 Rynek w oparach teatralnej magii Dorota Maluchnik RYNEK W OPARACH TEATRALNEJ MAGII Życie jest tylko przechodnim półcieniem, Nędznym aktorem, który swą rolę Przez parę godzin wygrawszy na scenie W nicość przepada —powieścią idioty, Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą. (W. Shakespeare — Makbet) W książkach z dziedziny teatru na próżno by szukać definicji teatru ulicznego; są tam inne przymiotniki typu: alternatywny, otwarty, amatorski, studencki. Samo zjawisko wystawiania spektaklu na wolnym powietrzu nie jest nowe. Warto wspomnieć, że przed wiekami istniał w Polsce i teatr plenerowy, między innymi a dworach magnackich. Na pierwszy rzut oka cecha teatru ulicznego jest ruch, dźwięk i brak literatury jako podstawy spektaklu; ale to stwierdzenie też jest nie do końca prawdziwe, gdyż sporo spektakli opiera się (w luźny sposób) na literaturze, by wspomnieć rozmaite przeróbki Don juana czy Romea i Julii, a także bajek dla dzieci. Słowem — teatr ten wykorzystuje motywy wędrowne, by nasycić je muzyką, obrazem, ruchem - a wszystko to odbywa się w przestrzeni miejskiej. Tegoroczny sztumski VIII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych rozpoczął się tradycyjnie od parady. Oprócz Sztumskiej Orkiestry Dętej uczestniczyły w niej grupy bio-rące udział w festiwalu. Imprezę rozpoczęła grupa Coctail z Krakowa - występ odbywał się z bocznej od dawnego kościoła poewangelickiego (obecnego wykorzystywanego m.in. jako miejsce stałej ekspozycji muzealnej) strony, vis a vis dawnej apteki, blisko ulicy i przejeżdżających aut, co dodawało pewnego dodatkowego waloru estetycznego, gdyż widownia na krótka chwilę poszerzała się o przypadkowe osoby przejeżdżające w tym czasie przez miasto. Występ krakowskiej grupy opierał się głównie na komediowych gagach, które inicjowała młoda, niewysoka aktorka przebrana za kominiarczyka; do udziału zaproszono publiczność, w tym włodarzy miasta. Było bardzo zabawnie, a słońce, ku zaskoczeniu po porannej ulewie - dopisało w pełni. Dodam, że bryza znad jeziora pomagała wszystkim uczestnikom w zrelaksowaniu się, co było miłym dodatkiem do imprezy, zważywszy, że większość grup biorących udział w festiwalu przyjechała z krainy smogu, czyli Małopolski i Górnego Śląska. Tegoroczny festiwal, podobnie jak poprzednie, spotkał się ze sporym zainteresowaniem sztumian, aczkolwiek - zapewne z powodu urlopów i wakacyjnych wyjazdów - nie ujrzałam wielu osób, które zazwyczaj na nim bywały. Widownia składała się z ludzi w różnym 190 Rynek w oparach teatralnej magii wieku, miłym akcentem była obecność aż tak dużej grupy dzieci, które świetnie się bawiły. Po grupie Coctail wystąpiła grupa dziewcząt ze Sztumu, które zostały przygotowane do kilku etiud w trakcie warsztatów prowadzonych przez lidera krakowskiego Teatru Nikoli (uczestniczącego w festiwalu niemal od samego początku). Poziom występu grupy sztumskiej oceniam jako wysoki; po młodych aktorkach widać było całkowite zaangażowanie. W tym miejscu nasuwa się refleksja, że na festiwalu zabrakło znanemu wszystkim na Pomorzu Teatru 3,5 z Dzierzgonia, prowadzonego przez Marka Kurkiewicza; nastąpiła kolizja terminów i grupa ta była w tym czasie w innej części Polski. Kolejny spektakl ,w wykonaniu Teatru Gili Gili z Poznania, zatytułowany był Łowienie motyla; warto go pochwalić za ciekawe połączenie barwności i muzyczności. Zawierał on sporo akcentów humorystycznych, a młodzi aktorzy gali bardzo profesjonalnie. Spektakl ten był przeznaczony głównie dla dzieci, ale i dla dorosłych widzów był on miłym przerywnikiem. Kolejnym punktem programu był występ komików z Kijowa, który odbył się w tym samym miejscu, co występ grupy Coctail. Było to bardzo długie i urozmaicone interludium, które odbyło się z udziałem dzieci ze Sztumu, zwerbowanych przez komików. Na zakończenie artyści utworzyli kółeczko z dziećmi i zawieszonymi na sznurku ubraniami. Było puszczanie baniek, a także — przepiękny akompaniament muzyczny w tle. Atmosfera wspólnej zabawy była wyśmienita, zwłaszcza patrząc oczyma najmłodszych. Starszych widzów przyciągnęła zapewne magia barw i muzyczności, należało po prostu patrzeć, nie zastanawiać się, o co w tym chodzi. Wszak to także jest ważne w teatrze, takie dzianie się, połączenie improwizacji i spontanicznej interakcji z widownią z — po części zaplanowanymi — działaniami aktorów. Po 19.00 w okolicy sklepu z zabawkami, po prawej stronie fontanny, miał miejsce mu-zyczno-kabaretowy występ trzyosobowej grupy Muzikanty z Gliwic. Już wcześniej zaintrygowali mnie swym ciekawym wyglądem, gdy stroili instrumenty i przygotowywali miejsce do gry (obszerne swetry i czapeczki wyrodku lata). Spektakl opierał się na prostym pomyśle - było to nawiązanie do Opowieści wigilijnej Dickensa, jak również do legendy o czwartym królu. Uwspółcześniona i uproszczona fabuła dotyczyła smutnego losu pewnego muzykanta, który był bardzo zdolny, ale biedny, zatem - zdaniem narratora (konferansjera) — należało go wesprzeć. Widownia została trzykrotnie zachęcona do zbiórki do kapelusza. Spektakl opierał się na sporej ilości komediowych gagów, a istotne było to, że śląscy performaterzy wspaniale nawiązali kontakt z lokalną społecznością. Aktorzy grali na zadziwiających i wywołujących wesołość publiczności instrumentach, np. była to szczotka na kiju, która - podłączona do mikrofonu - powodowała niezwykle efekty akustyczne. Pomimo nadciągającego znad jeziora wieczornego chłodu zauważyłam, że publiczność wytrwała i doskonale się bawiła się, być może dzięki zaskakiwaniu jej nowymi pomysłami przez prowadzącego. Występ grupy z Gliwic znakomicie nawiązywał do tradycji happeningu, czyli zdarzenia operującego rekwizytem, i włączającego publiczność w obręb przestrzeni gry. Około godz. 21 miał miejsce prawdziwy performance - przepiękny aktorsko, wizualnie i muzycznie występ Teatru Nikoli z Krakowa. Jak zauważyłam, część publiczności Dorota Maluchnik 191 wytrwała na festiwalu od początku aż do tego spektaklu, niektórzy zaś przybyli tylko na to widowisko? Tym razem zaprezentowany został spektakl Dawno temu w Montmartre-, dzięki wspanialej zdolności transformacji dwójki aktorów, Mikołaja i Tani, na sztumskim rynku został wyczarowany klimat niezwykłych miejsc Paryża. Iluzję bycia powiększały efekty muzyczne i plastyczne; charakteryzacja aktorów była jak zawsze doskonała. Atmosferę bohemy podsycały często zmieniane kostiumy, jak i piosenki emanujące klimatem artystycznym Paryża. Nie muszę nikogo przekonywać o tym, że spektakle Teatru Nikoli są po prostu magiczne; przyciągają uwagę, od aktorów nie można oderwać wzroku, co najwyżej można zmienić perspektywę przez przejście w nieco inne miejsce (teren obserwacji). W spektaklu prawie nie było elementów statycznych, rozwijał się on na oczach widzów, a aktorzy przechodzili błyskawiczne metamorfozy. Przed występem tego teatru podglądałam (przeganiana przez pana od spraw technicznych) trwające ponad godzinę przygotowania scenografii; nietrudno było dostrzec, że Mikołaj Wiepriew jest profesjonalistą, dba o każdy szczegół gry aktorskiej, oświetlenia oraz dźwięku. Występy tego teatru Sztumie są już tradycją; są, bez wątpienia, przeżyciem teatralnym jedynym w swoim rodzaju. Warto odnotować, że zapatrzone w spektakl oczy moich sąsiadów z okolic Rynku, których nigdy nie podejrzewałabym o zainteresowanie teatrem, potwierdzają, że występ tego teatru bardzo się publiczności sztumskiej podobał. Spektakl Teatru HoM Jakuba Kabusa z Tychów był kolejną wartościową propozycją tegorocznego festiwalu. Monsieur Charlie to trwający około godzinę widowisko pantomi-miczne, skonstruowane w oparciu o etiudy i filmy archiwalne z udziałem Charlie Chaplina. Jak można wyczytać na stronie teatru na FB, jest to spektakl skierowany do osób głuchoniemych, niedosłyszących oraz społeczności lokalnej. Muzyka na żywo z uwzględnieniem możliwości percepcyjnych publiczności (grana na żywo = obserwacja grających oraz odczuwanie dźwięków). Spektakl był ciekawy, tak muzycznie, jak i plastycznie. Na zakończenie festiwalu krakowski Teatr Ognia Los Fuegos dał, jak zwykle, niezapomniany pokaz. Impreza skończyła się po godzinie 23. Festiwal uważam za udany, aczkolwiek może zabrakło kilku grup, do których sztumska publiczność już się trochę przyzwyczaiła; teatr Wagabunda oraz teatr Pinezka były niemal w tym samym czasie na festiwalu w Krakowie. W całym kraju latem odbywa się co najmniej kilka podobnych festiwali. Oczywiste jest, że Sztum nie może konkurować z królewskim miastem Krakowem w kwestii rozmachu imprezy i ilości zapraszanych grup. Ale - podobnie jak to jest np. w Jeleniej Górze - skromniej, bo skromniej, ale tradycja festiwalowa jest kontynuowana, co jest bardzo ważne tak dla mieszkańców miasta, jak i dla pasjonatów wydarzeń kulturalnych, jak również dla promocji naszej gminy. Marzeniem moim jest, by na kolejnym sztumskim festiwalu pojawiły się teatry Biuro Podróży oraz Pieśń Kozła. 192 Flamenco Industrial FLAMENCO INDUSTRIAL1 Z Piotrem Podlewskim rozmawia Leszek Sarnowski - Abodus, EjPiej, Akkon - trochę się tego uzbierało. A teraz po prostu Piotr Pod-lewski. Czy to znaczy, że miałeś już przesyt grupowych działań i grasz na siebie? — To nie przesyt, tylko pomysł stworzenia projektu z muzyką, którą od wielu lat gram w domu. Abodus to główny zespół w którym gram od 10 lat, zespół który ewoluował z projektu instrumentalnego do solidnej, rockowej, alternatywnej grupy. Jesteśmy jak rodzina. Dużo przez ostatni rok pracowaliśmy nagrywając płytę „Labirynt”, która zebrała bardzo wysokie noty w czołowych, rockowych pismach w Polsce. Sporo koncertowaliśmy promując ją od jesieni do lata. Nie ma tutaj przesytu graniem grupowym tylko ciekawość na nowe horyzonty muzyczne i zmierzenie się z gitarą, która jest wymagającym i trudnym instrumentem. Istotna jest też dla mnie fuzja gatunków muzycznych, które mnie inspirują od lat. Myślę, że na płycie „Flamenco Industrial” udało mi się to przekazać. Inspiracje muzyką południowej Hiszpanii, jej rytmika wplecione są w jazz-rockowe zacięcia okraszone brzmieniami etnicznymi. Od początku był to przemyślany i zaplanowany zabieg. — To pierwsza twoja autorska płyta, choć nie jest to solowa płyta. Opowiedz o muzykach z którymi grasz. - Pierwszą autorską EP-kę wypuściłem do sieci w 2016 roku. Były to kameralne nagrania pod tytułem: „Nocne opowieści na gitarę klasyczną z widokiem w tle”. Tylko ja i gitara klasyczna. „Flamenco Industrial” to już pełna płyta wydana na CD. Na pianie i melodyce zagrał na niej Adam Meryk, z którym gram w Abodusie i EjPiEj. Adam zajął się mixem i maste-ringiem nagrań, jest wykształcony w tym kierunku i miałem go pod ręką, a to ważne. Tam gdzie w aranżacjach chciałem mieć partię pianina czy melodyki Adam z miejsca dogrywał. Gościnnie na płycie, w utworze Kielczy Pazur zagrały dziewczyny z duetu Pinky Loops, czyli Marta Lutrzykowska i Asia Czerwińska. Brzmienia skrzypiec i wiolonczeli świetnie ozdobiły ten utwór. Bardzo jestem z tej współpracy zadowolony. Podczas koncertu promującego wydawnictwo zagrał także Arek Kozakiewicz, na co dzień perkusista siedzący w mocniejszych i cięższych klimatach. Jednak pozytywnie odpowiedział na zaproszenie. Zagrał na mini zestawie perkusyjnym oraz „przeszkadzajkach”, obsługując także typowy dla muzyki flamenco instrument cajon. Bardzo dobrze nam się razem grało i Arek jest otwarty na dalszą współpracę. - To się czuje, że muzycy się rozumieją i mówią tym samym językiem estetycznym, a smyczki rzeczywiście dodają tu sporo dobrego smaku. Płyta zrealizowana została jako tzw. X-Project, który jak wiem wykluwał się od jakiegoś czasu. Autorem zdjęcia na okładce płyty jest Marcin Kurkus, a zdjęć z koncertu Magdalena Nazarewicz. 194 Flamenco Industrial - To prawda. X-Projekt powstał w 2015 roku. Na początku zrealizowałem teledysk w różnych miejscach Gdańska, z trójmiejskimi muzykami do piosenki „Muzycy”. Kolejnym krokiem była wspomniana wcześniej EP-ka oraz kolejny teledysk do utworu „Ra-ices” nagrany na dachach budynku Stoczni Gdańskiej w scenerii z dźwigami stoczniowymi w tle, z udziałem tancerek flamenco ze szkoły „Andalu” pod kierunkiem Luizy Romanowskiej (oba teledyski można oglądać na portalu You Tubę). Wtedy pojawiła się nazwa „Flamenco Industrial”, która spodobała mi się i stała się nazwą kolejnego pomysłu, czyli płyty CD. Pracę nad płytą rozpocząłem już w lutym 2017 roku nagrywając większość partii gitar. Później skupiliśmy się na Abodusie, nagraniu płyty „Labirynt” i koncertach promocyjnych. Jednak X-Projekt cały czas był w mojej głowie, dojrzewał i kiedy wiosną 2018 roku zajęliśmy się pierwszymi mixami albumu miałem już gotowe wszystkie aranżacje i pomysły na brzmienia utworów. W międzyczasie opracowałem grafikę i zbierałem pomysły na kolejny teledysk, który miał promować płytę oraz koncert promocyjny. Klip do utworu „Lezna” zrealizowaliśmy w miejscowości Igły (powiat sztumski), na wzgórzu, przy ruinach kaplicy. Połączyłem w ten sposób swoje dwie pasje, czyli historię i muzykę. Prędzej opisywałem to miejsce w artykułach dotyczących historii regionu. Zapamiętałem je oraz scenerię wokół. Było idealne. Główne role w teledysku zagrali aktorzy z teatru 3/5, czyli Domela Grenda i Tomek Puchalski. Zależało mi na osiągnięciu specyficznego nastroju nostalgii, lekkiej dramaturgii i zawieszenia między rzeczywistością a przeszłością. Efekt niech ocenią sami czytelnicy. — Muzyczni idole to pewnie między innymi Paco de Lucia, bo to nawet słychać. Twój pseudonim Paco nie wziął się przecież z powietrza. — No tak. Płyta, która zwróciła moją uwagę jako nastolatka to był krążek „Friday Night In San Francisco”, czyli nagranie koncertowe tria Al Di Meola, John McLaughlin i Paco de Lucia. Do dziś jest to jedna z moich ulubionych płyt i zarazem jedna z najlepszych w historii muzyki gitarowej. Z czasem zacząłem zgłębiać twórczość tych trzech mistrzów gitary, która jest bardzo wszechstronna i inspirująca. Łączy się w niej jazz w różnych odmianach z muzyką flamenco, elementami rocka przez muzykę orientalną, akustyczną i elektryczną. Jednocześnie jestem miłośnikiem rocka z lat 60, 70 i 90-tych. Podziwiam i słucham takich gitarzystów jak Keith Richards, BB King, Erie Clapton, Jeff Beck, John Lee Hooker czy Mark Knopfler. Zespołem, który od lat jest dla mnie dużą inspiracją to Dead Gan Dance. Brzmienie, nastrój i przestrzeń, które Lisa Gerard i Brandon Perry osiągają jest mistrzowskie. Nigdy nie chciałem być stricte gitarzystą rockowym, bo to dla mnie dość zamknięta i powtarzalna formuła. Flamenco bardzo mnie inspirowało w swoim czasie, uczyłem się technik gry ale też nie byłem zainteresowany wejściem w ten klimat na setkę. Podobnie było z bluesem. Z czasem wszystkie te inspiracje zbiły się w jedną całość i z tym czuję się dobrze, wiem, że jestem na dobrej drodze. — Teraz pewnie skupiasz się (poza szkołą) na promocji swojej płyty, więc pewnie jakaś trasa koncertowa itd., a co dalej? Leszek Sarnowski 195 — Plan był następujący: nagrać płytę, zrealizować teledysk i zagrać koncert promocyjny w swoim mieście. Efekt był zaskakujący, bo nie spodziewałem się tylu osób na koncercie promocyjnym w klubie „Szwalnia” w Sztumie, a także zaproszeń na wywiady do Radio Gdańsk, Radio Malbork czy „Dziennika Bałtyckiego”. Nakład płyt, który przygotowałem sprzedał się bardzo szybko. Plan był taki, żeby projekt zamknąć po koncercie, jednak chłopaki są gotowi na dalsze granie, ja także mam kilka kolejnych pomysłów, więc na pewno jeszcze zagramy. Zdradzę tylko tyle, że dostałem zaproszenie na zagranie bardzo prestiżowego koncertu w 2019 roku. Takich rzeczy się nie odmawia. Szczegółów na razie nie zdradzę. Do usłyszenia. — Powodzenia. Magiczna prowincja Michał Majewski 198 Mój Kamieniec Suski 199 Michał Majewski Malbork, Dzierzgoń, Stary Dzierzgoń, Zalewo, Małdyty, i dalej na wschód. Moja stara droga z Kociewia na Mazury. Droga, rzekłbym, dla mnie sentymentalna, po której za młodu śmigałem nawet na rowerze, tam i zpowrotem, między Szczytnem a Starogardem Gdańskim. Teraz jest inaczej. Nowoczesna S-ka przez Elbląg i Ostródę, choć dłuższa, zdecydowanie skraca podróż. A jednak, przynajmniej raz w roku pozwalam sobie na taką podróż, po krętych, wąskich drogach. Gna mnie tam coś, czego do końca nie potrafię nazwać. To oczywiście sentyment, ale nie tylko, do dawnych uniesień na starej drodze. To coś, co już od lat zawsze każę mi zabłądzić w Starym Dzierzgoniu i zamiast ostro skręcić w lewo, śmigam prosto w kierunku Iławy. Kawałek tylko, jakieś osiem i pół kilometra, do miejsca, w którym nieodmiennie zatrzymuję się na poboczu i patrzę. Patrzę zdumiony, marzę, tęsknię do dawnej świetności, do czegoś, co odchodzi bezpowrotnie, i zastanawiam się nad fenomenem ludzkiej natury, która jednym każę budować, tworzyć, a innym nakazuje burzyć. Wspominam przeczytane i zasłyszane historie, o pruskim feldmarszałku Albrechcie Conradzie Fincku von Finckenstein, o angielskim architekcie i francuskim baroku, o Napoleonie i pani Walewskiej, o filmowej wytwórni Metro-Goldwyn-Meyer, o plądrowaniu, szabrowaniu i o podpalaczach. Tym razem z daleka, przez płot, robię kilka zdjęć. Teren prywatny, brama zamknięta. Wszystkie zdjęcia z Kamieńca Suskiego autorstwa Michała Majewskiego Galeria Prowincji Rafał Cybulski Sztuka w polu - „Pole Sztuk” Liczące dwustu mieszkańców Rodowo położone jest na uboczu, z dala od głównych szlaków. Żeby tam dotrzeć trzeba zjechać z drogi łączącej Prabuty z Mikołajkami Pomorskimi i może dlatego poza tubylcami wciąż niewielu wie o cudach, które skrywa niewielka wieś. A te po minięciu tabliczki z napisem „Rodowo” widać niemal na każdym kroku. To przedziwne instalacja i rzeźby, czasem naprawdę sporych rozmiarów, rozrzucone po obu stronach przebiegającej przez wieś drogi. Wśród nich jest gigantyczny, kamienny telefon komórkowy, spora instalacja złożona z kilkudziesięciu starych, najprawdopodobniej szkolnych krzeseł, czy też obrotowe „kolumbarium” z postaciami świętych. Te dzieła to „pozostałości” po organizowanym co roku w Rodowie Plenerze Rzeźbiarsko-Malarskim „Pole Sztuk”, który w tym roku odbył się już po raz 28. Zresztą w Rodowie śladów bytności artystów jest znacznie więcej, o czym można się przekonać odwiedzając choćby rodowski cmentarz, gdzie w tym roku zakończony został wielki projekt lapidarium realizowany przez uczestników pleneru przez kilkanaście lat. Rafał Cybulski 203 W dodatku tegoroczne podsumowanie tego projektu pociągnęło za sobą inne liczne i zaskakujące, jak na tak małą wieś wydarzenia. — Każdy plener jest inny, każdy na swój sposób ciekawy, ale ten naprawdę był wyjątkowy, gdyż zakończenie projektu lapidarium stało się pretekstem do spotkań ekumenicznych. Cały czas musimy bowiem pamiętać, że mieszkali tu różni ludzie, różnych wyznań. I tak jak my, Polacy, zostawiliśmy groby na wschodzie, tak inni zostawili swoich przodków w tej ziemi — tłumaczy prof. Mariusz Białecki, dziekan Wydziału Rzeźby gdańskiej ASP oraz organizator rodowskiego pleneru. Dlatego w sobotę, w połowie tegorocznego pleneru do Rodowa przyjechali dwaj biskupi, reprezentujący dwa kościoły, które są mocno związane z historią tych okolic — ks. biskup Jacek Jezierski, biskup diecezji elbląskiej oraz ks. prof. Marcin Hinz, biskup kościoła augsbursko-luterańskiego. Nie tylko za ich sprawą ten dzień w Rodowie był wyjątkowy... Uroczystości z udziałem biskupów rozpoczęły się na cmentarzu w Rodowie, gdzie otwarta została wystawa fotografików z Gdańskiego Towarzystwa Fotograficznego w całości inspirowana realizowanym podczas kolejnych plenerów projektem lapidarium, które artyści tworzyli z fragmentów starych nagrobków znajdowanych na rodowskim cmentarzu. Na wystawę składało się 11 plansz z fotografiami dokumentującymi wieloletni proces, który uczestnicy kolejnych plenerów realizowali we współpracy z Radą Parafialną. — Pierwsze przymiarki do projektu lapidarium miały miejsce już w 1994 roku, ale wtedy nie było odpowiedniego klimatu. Udało się dopiero w 2004, a właściwie to nawet 2005 roku — wspomina Mariusz Białecki. Prawdziwego przyspieszenia projekt nabrał w dwóch poprzednich latach. Właśnie wtedy udało się dokończyć budowę ogrodzenia cmentarza oraz wytyczyć w wybrukować alejkę, stanął tam również krzyż. - Pomyślałem wtedy, że to odpowiedni moment, by projekt lapidarium zakończyć, choć tak naprawdę on się nigdy nie zakończy. Przy nowych pochówkach nadal będą znajdowane stare nagrobki lub ich fragmenty, a wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzą, żeby odkładać je na bok, najlepiej w pobliżu lapidarium, bo potem na pewno zostaną zagospodarowane przez artystów — wyjaśnia szef pleneru w Rodowie. Potem uroczystości przeniosły się do kościoła, gdzie sekretarz biskupa odśpiewał psalm, a obaj biskupi odmówili wspólnie modlitwę za zmarłych. Następnie wykład o ewangelickim pojmowaniu doczesności w wymiarze eschatologicznym wygłosił ks. prof. Marcin Hinz, a potem kilka słów od siebie dodali biskup Jacek Jezierski oraz gospodarz pleneru prof. Mariusz Białecki. Na tym nie koniec sobotnich wydarzeń, gdyż jako następny wystąpił dr. hab. Piotr Birecki z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, jeden z najlepszych fachowców od protestanckiej sztuki sakralnej Prus, który niedawno został nagrodzony za swoje publikacje na ten temat. — Poznałem go już jakiś czas temu podczas sympozjum na którym prezentowany był obraz wywieziony po wojnie z kościoła w Rodowie. Po jakimś czasie wrócił on na swoje miejsce — wtrąca Mariusz Białecki. 204 Sztuka w polu — „Pole Sztuk” Jeszcze bardziej intrygujący, niż to wspomnienie okazał się jednak tytuł jego wykładu na temat sztuki sakralnej w Rodowie: „Ludwik XIV a tajemnice malarstwa w Rodowie”. Wyjaśnienie okazało się jednak dość proste. Okazuje się bowiem, że tapiseria rodowskiego kościoła wzorowana jest na tej, którą można oglądać w Wersalu. — To była prawdziwa uczta dla wszystkich słuchaczy, więc planujemy wydać wykład w wersji drukowanej. Pod koniec roku płanujemy wydanie monografii dokumentującej 20-lecie „Pola Sztuk”, więc wykład mógłby być jej częścią — dodaje Mariusz Białecki. Natomiast na koniec kościół wypełnił się muzyką i to bardzo wyjątkową. Wszystko za sprawą duetu La Campagne i koncertu zatytułowanego „Opowieści lutni”. W magiczny, pełen sacrum nastrój wprowadzili słuchaczy Maciej Góra i Jarosław Feliks Regliński, którzy grali na lutniach renesansowych. Z innych wydarzeń warto wspomnieć otwarcie wystawy malarstwa „Ikonosuprema-tyzm” autorstwa Jacka Kornackiego, który przyjeżdża do Rodowa od lat. Z jego wcześniejszych prac można wymienić przede wszystkim malaturę Chrystusa, którą znajdziemy na cmentarzu, przy lapidarium. Bogaty w wydarzenia dzień zwieńczyło spotkanie zaproszonych gości u księdza proboszcza, a równolegle odbyła się tzw. uczta na terenie plenerowym. Następnego dnia również nie brakowało interesujących wydarzeń. Zaczęło się od wykładu prof. Jacka Zdybią na temat „polskiego nieba” w Gimnazjum Polskim w Gdańsku. Placówka ta ma historię podobną do gimnazjum w Kwidzynie. Powstała w 1938 roku, a już rok później została zamknięta. Ucierpiał też słynny plafon o wielkości ponad 80 m kw., który teraz dzięki współpracy gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych z Urzędem Marszałkowski został zrekonstruowany. — Zadania tego podjął się właśnie prof. Jacek Zdybeł i jego studenci, a w trakcie płeneru mieliśmy okazję posłuchać jego opowieści na ten temat i obejrzeć zdjęcia — relacjonuje gospodarz rodowskiego pleneru. Jak zawsze ciekawy był również wernisaż Wiesława Zarczyńskiego, artysty z Olsztyna i kolejnego stałego bywalca pleneru. W tym roku zaprezentował wystawę „Wiesław 3 ”, czyli kolejną część rysunkowych przygód jego bohatera o imieniu Wiesław. — Wiesiek mówi o nim, jak o kimś obcym, ale my wszyscy mamy przeczucie, że opowiada jednak trochę o sobie. Tak czy inaczej warto zobaczyć i uważnie przeczytać jego prace, które są niewątpliwie bardzo refleksyjne - mówi Mariusz Białecki. Potem uczestnicy pleneru wrócili do kościoła, gdzie wzięli udział w kolejnym doniosłym wydarzeniu. Wysłuchali bowiem „Kantaty Reformacyjnej”, która powstała z okazji 500-lecia Reformacji. Autorem muzyki jest Stanisław Szczyciński, a słowa napisał Jacek Cygan. Premiera z udziałem orkiestry symfonicznej miała miejsce w 2017 roku, w Warszawie, a w Rodowie utwór wykonano po raz drugi, oczywiście w wersji kameralnej. Zdaniem wielu uczestników było to wydarzenie nie tylko muzyczne, ale i duchowe. Plener to jednak nie tylko eventy. To przede wszystkim warsztaty. W tym roku, podobnie jak w poprzednim, plener rozpoczął się od trzydniowych warsztatów dla dzieci. Chętnych było tak wielu, że organizatorzy musieli podzieli dzieci na grupy. W ramach Rafał Cybulski 205 tych zajęć odbyły się warsztaty malarskie, rysunkowe i po raz pierwszy warsztaty szycia. Tradycyjnie były również warsztaty ceramiczne prowadzone przez prof. Katarzynę Jóź-wiak-Moskal przy współpracy z mgr Alicją Buławką-Fankidejską oraz warsztaty rzeźby w metalu prowadzone przez dra Mariusza Burdka. — Mój asystent z uczelni był uzbrojony w ciężki sprzęt, m.in. plazmy, migomaty i spawarki więc można się było trochę pobawić — śmieje się prof. Mariusz Białecki. Po raz drugi plener odwiedził także Bartosz Nowacki, artysta-kowal z Gdańska, który w zeszłym roku wykuł gwoździe i zawiasy do kościoła, a w tym roku kontynuował prace na rzecz świątyni. Wieczorem odpalił palenisko i wszyscy zainteresowani mogli wziąć udział w nocnym kuciu. W tym roku powstała też kolejna, już trzynasta część Legend Rodowskich autorstwa Mirosława Pisarkiewicza. - Vrzez dwa tygodnie gościliśmy artystów i studentów z różnych ośrodków akademickich, Gdańska, Warszawy, czy Krakowa, ale i ze Lwowa. Średnio było tu 30—40 osób, ale podczas wspomnianego, bogatego w wydarzenia weekendu było na pewno 100 osób — informuje Mariusz Białecki. Na koniec warto wspomnieć, że w tym roku na horyzoncie pojawił się nowy projekt, nowe wyzwanie dla uczestników pleneru. W ramach realizowanej odbudowy wnętrza kościoła narodziła się idea „wskrzeszenia” Anioła Chrzcielnego, który przed laty był sercem kościoła i organizował jego przestrzeń. Najprawdopodobniej tuż po wojnie okazała figura został zniszczona i w kościele pozostały po niej tylko skrzydła oraz jedna fotografia. - Zaczęliśmy od tego, że na podstawie tego jedynego zdjęcia, na którym widać Anioła, wydrukowaliśmy planszę, a studentki próbują stworzyć model— tłumaczy Mariusz Białecki. To taki rodzaj rekonstrukcji, podczas którego studentki same z siebie robią negatywy próbując odtworzyć układ ciała lecącego Anioła. Wszystko po to, żeby stworzyć postać o podobnym wyglądzie i proporcjach, by potem go powiesić w kościele, zbadać skalę, „przymierzyć”. To pierwszy krok w stronę tego, by Anioł na stałe wrócił do kościoła w Ro-dowie, zwłaszcza, że artyści dostali zielone światło od konserwatora sztuki. Mariusz Białecki zaznacza jednak, że to również może być projekt rozłożony na lata. - Chcemy się jednak tego podjąć, bo raz, że nie mamy chrzcielnicy, a dwa, że ten Anioł był sercem kościoła, organizował go zarówno plastycznie, jak i duchowo — dodaje gospodarz pleneru. Zaczytana Prowincja Jacek Albrecht Domowa biblioteka Albrechtów Książki towarzyszą mi przez całe życie. Potrzebę otaczania się nimi wyniosłem z domu, gdzie nawyk czytania był oczywistością, a znajomość podstaw literatury uważano za konieczny warunek rozwoju człowieka. Rynek wydawniczy był w tamtych czasach (druga połowa ub. wieku) nierówny, ale też nie aż tak ubogi jak się czasem sądzi. Była oczywiście cenzura i całe obszary pisarstwa, choćby emigracyjnego, były dla nas niedostępne, ale i bywały okresy „odwilży”, kiedy wydawano piękne serie klasyki, czy ambitne przykłady światowej literatury współczesnej. Przy nie nazbyt wąskich zainteresowaniach było co czytać i na co polować. Były też nieźle zaopatrzone biblioteki i korzystałem z nich obficie, ale posiadanie książki zawsze mnie cieszyło, może dlatego, że rodzice przechowali przez zawieruchę wojenną kilka tomów, uważając to widocznie za ważne i na nich się w pewnym stopniu wychowałem. Nad encyklopedią Arcta np. spędzałem całe godziny, podobnie nad „Księgą jazdy polskiej”. Zachwycały mnie ilustracje Andriollego w luksusowym wydaniu „Pana Tadeusza” i albumowe reprodukcje z „Malarstwa polskiego”. Może to właśnie z nich zresztą złapałem „bakcyla” sztuki, który trzyma mnie przez całe życie. Ożeniłem się też z dziewczyną, która zawsze lubiła czytać, więc nasze „polowania” połączyły się, dając w efekcie po latach dość duży i bogaty zbiór ukazujący zmieniające się w czasie pasje i gusty literackie właścicieli. Biblioteka nasza zawiera dzisiaj około dwóch i pół tysiąca tomów i jest wciąż żywa, to znaczy stale kupujemy nowe książki (także w antykwariatach), ale też pozbywamy się szeregu tytułów z różnych przyczyn, głównie wynosząc do bibliotek. Poważniejsze „wietrzenie” spotkało nasz zbiór przy okazji remontu domu w ubiegłym roku. Odeszły wówczas przypadkowe i nietrafione nabytki nie odpowiadające naszym gustom, poradniki z dziedzin, do których nie chcemy już wracać, czy wydawnictwa na niskim poziomie, a atrakcyjne kilkadziesiąt lat temu. Nieliczne też stały się nieaktualne na tyle, że trafić musiały na makulaturę (np. komputerowe). Ubyło tak może około dwustu tytułów w większości oznakowanych pierwszą pieczęcią naszych zbiorów (wyciąłem w dużej gumce pierwsze Jacek Albrecht 207 litery naszych imion i nazwiska „BAJA”). Potem pojawiła się też profesjonalna pieczątka a nawet exlibris. Był też katalog, ale przeszło mi i dzisiaj rzadko już oznakowuję tak nowe pozycje. Książki rozmieszczone są w naszym domu w różnych miejscach głównie w specjalnych, płaskich regałach naszego własnego patentu. Są to mianowicie odzyskane spody wyrzucanych przez ludzi tapczanów; mają idealną głębokość, normalnie nie do kupienia, akurat na książkę, z dostosowanymi do wysokości półkami własnej roboty. Dlatego też mieści się w takim regale około czterystu sztuk książek i jest takich regałów cztery (jeden czasowo spakowany po remoncie). Natomiast regał o sztuce w pracowni jest kupny ze względu na duże formaty. Do tego dochodzi regał „zawodowy” książek specjalistycznych. Jest jeszcze półka z nowościami, oraz półka zaprzyjaźnionych autorów i publikacji własnych, także w „Prowincji”. Zbieramy książki całe dorosłe życie, kilkadziesiąt już lat, to i się uzbierało. Jednak nie zbieraliśmy wszystkiego, co wydało nam się wartościowe i nie wszystkie działy literatury są tu reprezentowane. Całość więc biblioteki, poza nielicznymi zakupami „programowymi”, np. encyklopedycznymi, ma zdecydowanie charakter indywidualny, ukazujący gusta dwojga ludzi o określonych preferencjach literackich i pozaliterackich, całe życie lubiących towarzystwo książek. Polowania na książki to był sport uprawiany za „komuny” przez wielu miłośników literatury i „sukcesy” stojące dzisiaj na półkach przypominają te zmagania. Wydaje się, że w tamtych czasach wydawano czasem interesujące i ważne tytuły, trochę dla „swoich”, trochę dla mydlenia oczu zachodowi, a potem utrudniano na różne sposoby do nich dostęp. Na przykład trafiliśmy kiedyś przypadkiem na komplety dzieł Wańkowicza wypełniające całą, dużą piwnicę Centralnej Księgarni Rolniczej w Warszawie, gdzie Ania jakiś czas pracowała. Nieobecne nawet tu na półkach, były tylko dla „swoich”. A np. „Najnowszą historię Polski” Pobóg-Malinowskiego kupiłem w kościele św. Brygidy w Gdańsku podczas mszy za ojczyznę. Były też przecież księgarnie w ośrodkach czy miejscach niedostępnych w ogóle dla zwykłych ludzi. Ale występowała też w tamtych czasach literatura podziemna i miałem dwa w miarę tajne adresy i mały zbiór wydań „powielaczowych”, z których tylko nieliczne zachowałem. Już w najnowszych czasach natomiast trafiłem na przykład podobnym „fartem” na „Mein kampf” Hitlera (po polsku), które to było jeden dzień oficjalnie w księgarniach i wycofane zostało na przemiał. Mam więc, wydaje się, „białego kruka”, ale coraz bliższy jestem decyzji żeby go zniszczyć. Ma jakąś taką złą energię; bełkot chorego umysłu, który unicestwił stary świat i wywołał tyle cierpień. Dużą frajdą bywało natomiast gdy trafiałem na wyprzedaż prywatnych zbiorów, szczególnie przy drukach specjalistycznych. Kilka pozycji, ma też u nas, wstyd się przyznać, stare pieczątki biblioteczne. Największy dział tematyczny domowej biblioteki odzwierciedla naszą obecnie główną wspólną z Anią pasję jaką jest sztuka. Oboje poświęcamy się dzisiaj twórczości plastycznej, a ja maluję z pewnymi przerwami od dzieciństwa. Zbiór zawiera więc stare albumy rosyjskiej „Aurory” i przaśne polskie serie typu z „Nefretete” (wywożone stopniowo do bibliotek), dużo poradników z dominującym, hiszpańskim wydawnictwem Paramona , trzynastotomową historię sztuki, eseje, teksty teoretyczne i źródłowe, aż po kilka tomów wyrafinowanego „Malarstwa białego człowieka” Waldemara Łysiaka. 208 Domowa biblioteka Albrechtów Ale odpoczywam najbardziej przy literaturze fantastycznej i stanowi ona obecnie drugi co do wielkości dział naszej biblioteki. Ma też swój własny regał. To zamiłowanie ma również początki w dzieciństwie, książkach Juliusa Verna czy Lema. Właśnie „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema to pozycja, którą przeczytałem pisząc ten artykuł i chyba nawet jej wcześniej nie znałem. Małe zdziwienie, szczególnie, że chociaż z roku 1960-go, wcale się nie zestarzała. Szczególnie zaś lubię „military sf”, ale nie za wiele jej wychodzi. Króluje tu 25 tomów przygód Honor Harrington, ale też ujął mnie inteligentny humor Terrego Pratcheta i uniwersum jego „świata dysku” co dało około 40-tu tytułów tego autora. Natomiast cztery tomy owego cyklu napisane wspólnie z naukowcami z różnych dziedzin, a przeznaczone niby dla młodzieży - „Nauka świata dysku”, okazały się dla mnie niestety przygnębiająco trudne. To jest już jednak literatura „fantasy” również bogato u nas reprezentowana. Można tu spotkać Tolkiena, Franka Herberta, pojedynczą Row-ling, czy Kinga z „Mroczną wieżą”, ale też dużo literatury polskiej. Lubię Sapkowskiego, choć przecież jego „Trylogia śląska” to już nie „fantasy”, ale powieść historyczna najwyższej próby. Jedną z najlepszych według mnie powieści gatunku, „Walc stulecia” napisał Rafał Ziemkiewicz, lecz porzucił on całkiem fantastykę dla publicystyki politycznej. Ostatnim nabytkiem w tej grupie są „Upadłe anioły” Richarda Morgana, wciągające, ale może tylko prawdziwych amatorów. Tej pasji bowiem nie dzieli ze mną nikt w rodzinie, więc jest to niejako mój zbiór „prywatny”. Bogato natomiast odzwierciedlone jest w naszej bibliotece wspólne zainteresowanie historią. Można więc tu spotkać książki stricte historyczne, popularno naukowe, pamiętniki, wspomnienia, źródła, ale też powieści historyczne czy eseje. Ciekawość historii mam z domu, gdzie ojciec zbierał serię z „tygrysem” o epizodach II-ej Wojny Światowej, a brat „Miniatury morskie”. Mnie ciągnęło do historii dawnych wojen i oczywiście Sienkiewicza, bo dom był patriotyczny. Są więc tu stare książki Aleksandra Krawczuka, ale i „Wojny Galijskie” Cesara. Jest sporo książek o Ii-ej Wojnie Światowej, szczególnie na morzu. Jest też fascynujący, wielotomowy Wiktor Suworow. Natomiast sympatia do dwudziestolecie międzywojennego to książki Sławomira Kopera, ale też wiele albumów, pamiętników i wspomnień, szczególnie poszukiwanych przez Anię, kresowych. Osobnym tematem jest w tym obszarze epoka i postać Marszalka Piłsudzkiego. Sentyment wyniesiony z domu zaowocował tu zdobytym na Jarmarku Dominikańskim przez Anię i specjalnie danym do introligatora wydaniem „Pism zebranych” z 38-go roku, ale i kupowaniem wszystkiego na ów temat. Z otoczenia Marszałka zaś szczególną sympatią i szacunkiem darzymy tragiczną postać generała Wieniawy-Dlugoszowskiego. Z innej zaś epoki, napoleońskiej, są tu dawne książki Waldemara Łysiaka, pamiętniki, ale też jest np. najlepsza moim zdaniem biografia Napoleona rosyjskiego historyka Włodzimierza ferie z lat trzydziestych, tego samego Terle, którego Sołżenicyn spotkał nieco później umierającego na kurzą ślepotę gdzieś w Archipelagu Gułag. W tym „Archipelagu Gułag”, którego nie wolno nam było czytać, a któremu znajomi Niemcy po prostu nie wierzyli. Jego jednotomowe, przemycone, londyńskie wydanie, czytaliśmy z wypiekami pożyczone na kilka dni za „komuny”, a do którego pełnego wydania stojącego dzisiaj na naszej półce nie miałem siły już wrócić. Ale historia w naszych zbiorach to też serie wielkoformatowe jak historie poszczególnych krajów z jedną z lepszych „Historią Rosji” Bazylowa, czy przykłady serii „ceramowskiej” Jacek Albrecht 209 z fascynującymi „Dziejami wypraw krzyżowych ”, Historia to też zbiór serii biograficznych PIWu i Ossolineum. Szczególną estymą darzę tu dzieje „Justyniana i Teodory” Brawnin-ga. Opisują one siłę tandemu damsko-męskiego i zaufania, które wytrzymuje próbę czasu i próbę sukcesu. Spotkali się oni bowiem jako prosty oficer i ladacznica, pokochali się i nie zmienili tego jako cesarz i cesarzowa. Najpiękniejsza bajka jaką znam i to prawdziwa. Osobnym naszym dużym zbiorem, (kilkadziesiąt tomów) częściowo też w tematyce historycznej są książki Melchiora Wańkowicza. Są to eseje, czasem reportaże bezpośredniego świadka, jak świetne „Monte Casino” czy „Na tropach Smętka” za które zabić go chcie-li Niemcy. Są przejmujące opowieści o Wołyniu i o Powstaniu Warszawskim nieobecne dzisiaj niestety na polskim rynku księgarskim. Pełno jest na nim natomiast kolejnych wznowień dzieł Normana Davisa na owe tematy, Anglika nieobecnego zresztą w naszej bibliotece za wyjątkiem pierwszego wydania „Bożego igrzyska” żeby móc wskazać zawarte tam, a poniżające nas jako naród, manipulacje. „Piszcie swoją historię, bo napiszą ją za was i zrobią to źle” powiadał Marszałek i miał absolutną rację. A historia to też powieści historyczne. To klasycy polscy jak Bunsch, Sienkiewicz czy Kraszewski. Kraszewski, ten ulubiony przez moją babcię, a obecnie przez moją małżonkę, jest nieobecny w oficjalnym obiegu, zdobywany więc jest w antykwariatach czy na jarmarkach, jak w czasach „okropnej komuny”. Szczególnie jego liczne mini powieści przybliżają nam ducha sarmackiej Rzeczpospolitej; ducha chylącej się, wypaczonej już nieco i śmiesznej może, ale zarazem jakże polskiej, wzruszającej i bliskiej, zaściankowej, szlacheckiej prowincji. Kolejnym obszarem literatury obecnym na naszych półkach jest ogólnie mówiąc świadectwo myśli ludzkiej. Są tu elementy filozofii, myśli społecznej i politycznej w luźnych przykładach od podstawowej „Historii filozofii” Tatarkiewicza i jego innych dzieł, przez „Traktat o dobrej robocie” Kotarbińskiego, studium o biblii Sandauera, po MacLuhana z jego fascynującą „Teorią przekaźników”, Casirera czy Umberto Eco. Są tu też klasycy, jak kawałki Platona, Seneki czy „Książę” Makiavella. Jest Nitsche, który twierdził, że z domu jest Nicki i Niemców nie lubi, Schopenhauer i wielu innych. Jest przecież i w naszej bibliotece dość bogato reprezentowana literatura piękna. Mamy pewien zbiór klasyków z Dostojewskim, Tołstojem, Turgieniewem, ale i Witkacym z jego proroczym „Pożegnaniem jesieni” i pismami o sztuce. Objętościowo dominuje tu natomiast częściowo wspomnieniowy, współczesny Wharton, może dlatego że oboje z Anią malujemy, a ja trochę też piszę. Lubimy także jego pogodne malarstwo. Są tu ponadto pojedyncze dzieła różnych autorów głośne w swoim czasie jak niesamowity „Świat według Garpa” Johna Irvinga, który chowaliśmy przed dziećmi, czy słynny „Ulisses”. Jest też trochę modnej swego czasu literatury iberoamerykańskiej. Ze starszych w pamięci pozostały mi „Władca much” Goldinga, czy „Chłopiec z Georgii” Coldwela, którego czytaliśmy sobie na głos w jakieś wakacje, oraz niezapomniany „Paragraf 22”. Jest i klasyczna już „Czarodziejska góra” Tomasa Manna i trochę literatury antywojennej jak „Młode lwy”, kilka tomów Remarka i Kirsta z jego szczególnie mocną „Fabryką oficerów”, jest „Okrutne morze” Monsarata i trochę opowieści morskich oraz wiele innych. Religia to u nas opracowania różnych mitologii Zenona Kosidowskiego, wspomniany Sandauer, ale i źródła jak Koran, czy wreszcie Biblia Tysiąclecia. Dramat reprezentuje 210 Domowa biblioteka Albrechtów Witkacy, Mrożek, Diirrenmatt, oczywiście Szekspir ale i scenariusze Bergmana. Poezja to najpierw Mickiewicz, którego utworów zebranych próżno też dzisiaj szukać w księgarniach. My mamy na szczęście w zbiorze podniszczone wydanie przedwojenne „Dzieł zebranych”, luksusowe, również przedwojenne wydanie „Pana Tadeusza” i jednotomowe wydanie dzieł wszystkich z ładnym nawet wstępem Bieruta z lat 50-tych. „Pana I ade-usza” przeczytałem ostatnio na głos Ani gdy nieco zaniemogła i byliśmy oboje zachwyceni powrotem do tego arcydzieła. Ale jest tu też trudniejszy Słowacki, kilka antologii, trochę tłumaczeń, łubiana przez Anię Szymborska i kilka zbiorów naszego ulubionego Leśmiana. Sporo jest Miłosza, ale i wycięty niegdyś z „Przekroju” powstańczy, przejmujący wiersz licealisty Janka Romockiego „Katody”, „Modlitwa Bonawentury”. A przecież poezja to też Kofta, Osiecka czy Młynarski. To też Jacek Kaczmarski i Stachura. Właśnie Pięcioksiąg Stachury wyciągnęliśmy będąc zaproszonymi rok temu na plener malarski do Łazieńca. Przeczytaliśmy od nowa spore fragmenty w poszukiwaniu motywów plastycznych i „zanurzeni” w temacie pojechaliśmy odwiedzić „Zagubin”, dom Stachurów i Potęgowej, Ciechocinek i Aleksandrów Kujawski. Duże przeżycie. W rozśpiewanej Stachurą świetlicy w Łazieńcu, malując „Kujawy białe” czy „Białą lokomotywę” przeżyliśmy niezapomniane chwile. Książki fachowe natomiast reprezentują encyklopedie, poradniki i teksty źródłowe z różnych, interesujących nas dziedzin. Z mojej strony jest to, po omówionej wcześniej sferze sztuki, temat konserwacji zabytków architektury, z naciskiem na dawne miasto i zamek w Malborku, o których to zbieram wszystko i czasem też piszę. Niekiedy też robię ksero z pozycji inaczej nie do zdobycia, jak choćby z podstawowej, a nawet nie przetłumaczonej na polski dotąd książki o konserwacji niemieckiej zamku w XIX-tym wieku Bernarda Schmida. Encyklopedie reprezentują, obok wspomnianej przedwojennej Arcta z domu rodziców, współczesna sześciotomowa, oraz piękna, niegdyś często wertowana, „Encyklopedia staropolska” Glogera. Ale są tu też pozycje o grze na keyboardzie, na którym grywam dla siebie, gitarze na której uczy się grać Ania i sporo nut. Są pozycje o fotografii, komputerach, ale i niemieckie książki o zdrowiu, czy Ani zbiór opracowań o Feng Schui. Jest też parę książek kucharskich z cudną, przedwojenną pozycją „Sto dań z kapusty”. Krytykę polityczną reprezentują głównie książki Rafała Ziemkiewicza, wynoszone zresztą sukcesywnie do bibliotek, jako że w większości szybko się dezaktualizują. Lubię jego język ale też nie we wszystkim się z nim zgadzam, jako że jest zwolennikiem endecji, a ja sanacji. Jest tu też 'Alfabet” braci Kaczyńskich, ale i jego pierwowzór, „Alfabet” Kisiela. Najbliższy w poglądach jest mi jednak nieco już zapomniany i zdecydowanie niedoceniony Andrzej Gwiazda, a właściwie oboje małżeństwo Gwiazdów. Książki to więc część naszego życia. Są podstawą budowania wiedzy i poglądów na interesujące nas tematy. Są też podstawą naszego rozwoju osobistego, oraz rozwoju naszych zmieniających się pasji i zdobywanych umiejętności. Są też rozrywką intelektualną i relaksem. Zbieramy je ciągle i lubimy ich towarzystwo. Internet je jedynie uzupełnia, ale przecież zdecydowanie nie zastępuje i mam nadzieję nie zastąpi. Recenzje Jacek Albrecht BEDEKER MALBORSKI Ryszard. Rząd, Bedeker malborski 1845 — 1945, Malbork 2018, Wydawnictwo Muzeum Miasta Malborka. Bardzo ucieszyło mnie, że ukazała się długo oczekiwana książka o Malborku z lat przedwojennych (1845 - 1945) historyka z Muzeum Zamkowego Ryszarda Rząda. Punktem wyjścia do jej powstania była wystawa sprzed lat „Malbork - miasto przy zamku ”, współorganizowana przez autora w muzeum. Wydaje się, że temat miasta wciągnął autora, owocując dociekliwością w docieraniu do źródeł w postaci archiwów niemieckich, zbiorów starych gazet malborskich, sprawozdań magistratu, fotografii z epoki, itp. Z tak zgromadzonego, potężnego materiału wyłoniła się w pierwszym rzędzie idea bedekera, to znaczy opracowania, bardzo osobistego, mającego ukazać klimat epoki przez wybrane indywidualnie przykłady biografii, wydarzeń i inwestycji miejskich omawianego okresu. Nie jest to więc fragment historii miasta typu „naukowego”, ale właśnie podróż sentymentalna do epoki jego wielkiego rozkwitu, gdzie wyczuwa się też do niej sympatię autora. Epoki zaczynającej się doprowadzeniem kolei żelaznej na ważnym szlaku z Berlina do Królewca, co pozwoliło wziąć miastu pełny udział w pędzącej Europą rewolucji technicznej, a kończącej się katastrofą II Wojny Światowej. Obok kolei pojawił się wówczas także szlak wodny z portem miejskim, szlak lądowy, ale i połączenie lotnicze, a nawet przystanek sterowców. Przyciągnęło to inwestorów, i jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać coraz to nowe fabryki i zakłady, ale i nowoczesne urządzenia komunalne oparte o nowe wynalazki techniczne. Miasto rozkwitało w oparciu o trzy filary: żyzne ziemie Żuław, coraz atrakcyjniejszy turystycznie zamek i znaczącą obecność wojska. Pierwszy przyciągnął takie zakłady jak: cukrownia, słodownia, fabryka cygar, mleczarnia z fabryką serów i mleka w proszku, ale i produkcję maszyn rolniczych czy wyrobów gumowych. Drugi to inwestycje hotelarskie i gastronomiczne, ale i kulturalne jak choćby kino-teatr Capitol, czy serce miasta, wciąż upiększana Starówka. Armia z kolei to trzy duże zespoły koszarowe dające pracę także cywilnym mieszkańcom, ale i kasyna dostępne także mieszkańcom, czy wojskowe kluby sportowe. To też obecność oficerów i podoficerów w życiu miasta. Cały ten różnorodny świat starła z ziemi II Wojna Światowa, a ja wyrosłem wśród jego licznych i niezrozumiałych często cieni. Wypędzono też wszystkich (niemal) mieszkańców, a my, również wypędzeni, zwiezieni 212 Recenzje zostaliśmy w ich miejsce. Stopniowo oswajaliśmy dla siebie obce mitry, ale ich historii nie mieliśmy dotąd skąd się uczyć. O tamtych ludziach też nie wiedzieliśmy nic. Dopiero dzisiaj odkrywam, iż zasługują oni na pamięć i szacunek, że żyły tu piękne, wartościowe postacie, skromnie i wśród przeciwności często przydające piękna miastu we wszystkich dziedzinach. Mnożyły się liczne towarzystwa sportowe, kulturalne, zawodowe organizujące życie tej społeczności wokół spraw miasta i okolicznej krainy. Mieszkańcy doświadczali też klęsk, jak katastrofalna powódź, czy powtarzające się pożary Starego Miasta i mozolnie podnosili się do dalszego rozwoju. Dla mnie książka Ryszarda Rząda jest również podróżą sentymentalną, bowiem nie ma już wielu miejsc zapamiętanych przeze mnie z dzieciństwa, jak choćby latarnie gazowe na ulicach, a były to miejsca magiczne. Ze smutkiem też obserwuję jak giną kolejne. Chciał-bym żeby książka ta dotarła do malborskiej młodzieży i przyczyniła się do przywrócenia ciągłości historii grodu nad Nogatem. Żeby w końcu kolejne pokolenie mieszkańców powiedziało sobie, że to jest ich miasto, że nie mieszkają tu „na chwilę” na obcych ruinach, i że godni są szacunku poprzedni jego mieszkańcy. Książka bardzo pomogła mi poczuć do tamtych ludzi sympatię, mimo zrozumiałych ogólnych niechęci i pamięci krzywd w rodzinie. Zachęcam każdego mieszkańca i sympatyka naszego miasta do zapoznania się z nią. Mam też nadzieję, że nie jest to ostatnia praca Ryszarda Rząda z dziejów Malborka, bo przecież widać, że wiedzę na ten temat posiadł ogromną i lubi nasze miasto, chociaż w nim nie mieszka na stałe. GDAŃSKIE OBRAZKI SPRZED STU LAT Kathe Schirmacher „Obrazki gdańskie”, przeł.: Wawrzyniec Siwicki, oprać.: Jacek Borkowski, il.: Arthur Bendrat, Gdański Kantor Wydawniczy, Gdańsk 2017 Dziś słowo obrazek kojarzymy z oglądaniem, ale kiedyś był to gatunek literacki, krótki utwór pisany wierszem lub prozą, mała scenka rodzajowa. Kojarzony jest z pozytywizmem, dla wielu to nudna ramotka, jakiś „Obrazek z lat głodowych” Elizy Orzeszkowej... Zaczynam od tych teoretycznych ustaleń, bo książka „Obrazki gdańskie” Kathe Schirmacher, którą opublikował pod koniec 2017 r. Gdański Kantor Wydawniczy zdaje się nosić cechy obu znaczeń tego słowa. Tym bardziej, że towarzyszą jej piękne ilustracje Arthura Bendrata, przedrukowane z pierwszego wydania, które ukazało się w 1908 r. Kathe Schirmacher (1865-1930) była rodowitą gdańszczanką. Pochodziła z bogatej rodziny kupieckiej, była znakomicie wykształcona (doktorat z romanistyki), zaangażowana w ruch sufrażystek, zajmowała się aktywnie polityką, z latami zbliżając się niebezpiecznie do nacjonalizmu. Jednak dla polskiego czytelnika pozostaje autorką zupełnie nieznaną. Dobrze się stało, że w serii „Biblioteka pomorska” zdecydowano się na wydanie tej książki w tłumaczeniu Wawrzyńca Siwickiego i opracowaniu Jacka Borkowicza. Dla wszystkich miłośników Gdańska jest to rzecz bardzo cenna i nie dziwi, że dla dawnych mieszkańców miasta była to ulubiona książka, wręcz relikwia, którą unoszono z płonącego grodu. W oryginale książka ma podtytuł: Ein Kinderbuch, książka dla dzieci. Jej narratorką Recenzje 213 jest nastolatka. Nawet nie znamy jej imienia - w tekście pojawia się Marielka (Marielle), ale to nie imię, tylko pochodzące z gwary gdańskiej słowo (mające źródło w języku wymarłych Prusów) oznaczające dziewczynę. Zapewne można się dopatrywać w tej postaci alter ego autorki z czasów jej dzieciństwa. Marielka jest rezolutna, bardzo ciekawa, inteligentna (nieprzypadkowo rodzina zdecyduje o jej dalszym kształceniu, co nie było wówczas sprawą oczywistą) i kocha swoje miasto, wręcz jest nim zafascynowana. Najczęściej przemierza je ze swym przyjacielem Karlem Beckerem. Te wyprawy, a także niedzielne spacery rodzinne, szkolna wycieczka i częste przechadzki z babcią pozwalają jej poznać swe miasto. Dwór Artusa, Ratusz Główny, Długi Targ, Kościół Mariacki i wiele innych miejsc opisanych jest w 54 krótkich opowiadaniach. Poznaje-my zabytki, miejsca i ludzi: przekupki handlujące rybami i owocami, praczki, tragarzy portowych, flisaków, marynarzy, latarnika, bednarza, żydowskich handlarzy oraz Czarnych Huzarów... Doskonale oddane są „barwy i zapachy starego Gdańska”, jak zauważa wydawca Krzysztof Grynder. Autorka konsekwentnie posługuje się tzw. żabią perspektywą. Dziecko ma ograniczoną wiedzę, robi błędy gramatyczne, nie zna wielu faktów, nie potrafi wymówić trudnych polskich nazwisk: słynnego kolekcjonera Lessera Giełdzińskiego i króla Stanisława Leszczyńskiego. Nie zapamięta autora obrazu „Powódź”, na którym „całe Żuławy zalane są wodą” - chodzi o płótno Carla Scherresa pt. „Powódź w Prusach Wschodnich”. Miłość do miasta to także chęć poznania jego historii, historii swej rodziny, troska o zabytki. Wzruszająca jest scena, w której narrator-ka wraz ze swym kolegą walczą o ocalenie przedproży na ulicy Piwnej, był to czas, kiedy miasto bardzo szybko się unowocześniało: wyburzone zostały fortyfikacje (widoczne są jeszcze na grafice z okładki książki), ulice poszerzano przystosowując je do nowoczesnej komunikacji. Ciekawi ją wszystko, chętnie słucha słów babci - mądrej kobiety, która poprawia jej język, opowiada o dawnej świetności rodu (zniszczonej przez napoleońskie kontrybucje) i podkreśla, że jej przodkowie mieszkali tu od dawna, zanim jeszcze miasto stało się łupem Prus po II rozbiorze. Warto przypomnieć, że dla wielu gdańszczan było to prawdziwe nieszczęście - rodzina filozofa Arthura Schopenhauera wyemigrowała wówczas do Hamburga. Często w opowieściach babci i matki narratorki pojawia się nostalgia za dawnymi czasami. Dziś może to dziwić: już wówczas!? Miasto, zniszczone w 90 procentach w czasie oblężenia w 1945 r. i odbudowane z ogromnym wysiłkiem, próbuje odzyskać dawny splendor z czasów Hanzy. Ciekawe, że sto lat temu gdańszczanie też wzdychali za dawną świetnością. 214 Recenzje Spełniło się marzenie Mickiewicza z „Pana Tadeusza”: „Miasto Gdańsk, niegdyś nasze, będzie znowu nasze!”. Powojenna odbudowa i rekonstrukcja miasta i jego dzisiejszy dynamiczny rozwój są powodem do dumy. Dzisiaj możemy mówić w sposób otwarty o niemieckiej i polskiej historii miasta, bez konfabulacji... Edycja tej książki jest tego najlepszym dowodem. Polski czytelnik przyjmie ją jako ciekawe uzupełnienie gedanologicznej biblioteki. Wydanie „Obrazków gdańskich” jest darem dla Andrzeja Januszajtisa, który właśnie skończył 90 lat. Jest on chodząca encyklopedią wiedzy o Gdańsku. Kiedyś ks. Stanisław Bogdanowicz, dawny proboszcz bazyliki Mariackiej powiedział: „O Gdańsku w niebie najwięcej wie pan Bóg, a na ziemi - Andrzej Januszajtis”. Miał rację! Książki jubilata są żywym dowodem na to, że Polacy pokochali miasto nad Motławą, zrozumieli je. Dla wielu były one wstępem do poznawania miasta. Wspomina o tym autor posłowia; Jacek Borkowski od dziecięcej lektury „Z uśmiechem przez Gdańsk” datuje swą fascynację miastem. Januszajtis bardzo lubi tę gdańską książkę dla dzieci i jej polska edycja to piękny prezent dla niego. Janusz Ryszkowski MAZUR - SYN HERMANA I METY Z DOMU STACH „Żyłem jak umiałem... ” Wspomnienia o Erwinie Kruku, opracowanie, wstęp i kałendarium życia, twórczości łiterackiej i działalności publicznej poety Jan Chłosta, Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Pojezierze”, Ośrodek Badań Naukowych im. W. Kętrzyńskiego, Towarzystwo Naukowe im. W Kętrzyńskiego w Olsztynie, Olsztyn 2017. Na okładce ascetyczna, brodata twarz o przenikliwym spojrzeniu. Kim był Erwin Kruk (1941-2017)? Jan Chłosta postanowił zrobić jego wielogłosowy portret i poprosił o napisanie wspomnień przyjaciół pisarza, badaczy jego twórczości i wreszcie osoby, które z nim działały na niwie publicznej. Do tak pozyskanego materiału dołożył na potrzeby książki kilka tekstów już drukowanych, m.in. reportaż Tadeusza Prusińskiego „Syn Hermana”. Jest 1989 rok, zbliżają się wybory do Sejmu i Senatu. "ŻYŁEM JAK UMIAŁEM..’.' Recenzje 215 Reporter przypadkiem zjawia się w morą-skim domu dziecka, w którym przebywał kiedyś Erwin Kruk z bratem. Niegdysiejszy podopieczny, dziś uznany literat, kandyduje do Senatu z ramienia „Solidarności”. Kiedy dziennikarz wspomina to tym dyrektorce placówki, ta mówi, że dzień wcześniej pytali ją o to funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Podąża więc tym tropem. W końcu trafia do jednego z esbeków, którzy odwiedzili dom dziecka. „Rozejrzał się na boki. W końca zastrzegając się, że mówi prywatnie (czyli jakby co, to on nic nie wie, nie zna, jego przy tym nie było), odpowiedział: - Jak zaczęła się kampania wyborcza, przyszedł do nas anonim, że ojciec Kruka był esesmanem i dlatego wywieziono go na Syberię. Matka podobno należała do jakiejś hitlerowskiej ligi kobiet. Szef, jak to przeczytał, mówi: „Chłopaki, sprawdzić to, bo nie możemy mieć w senacie syna esesmana. To sprawdzaliśmy”. Ojciec pisarza, Hermann Kruk, po wkroczeniu Armii Czerwonej, został zabrany z innymi mieszkańcami na roboty w głąb Związku Sowieckiego. Umiera tam w kwietniu 1945 roku, w lipcu, a w Dobrzyniu pod Nidzicą, na tyfus jego żona Meta z domu Stach. Troje osieroconych dzieci trafia pod opiekę jej siostry. Po kilku latach musi dwójkę (jeden z rodzeństwa wcześniej zmarł) oddać do domu dziecka... Erwin Kruk po maturze w LO w Morągu (1960) zdaje na polonistykę do Torunia. Dwa lata wcześniej drukuje pierwszy wiersz w tygodniku „Na przełaj”. O czasach studenckich i działalności literackiej wspomina Zenon Złakowski, którego los rzucił po studiach, podobnie jak Kruka, do Olsztyna. „(...) Szczególnie fascynowała mnie wówczas jego walizka. Kiedy ją otwierał, można było dostrzec plik rękopisów zapisanych drobnym maczkiem. Była też tam gruba księga w ciemnej oprawie. To była Biblia. Jak się przekonałem, stanowiła ona podstawową lekturę Erwina, i niejednokrotnie była ona źródłem jego inspiracji literackich.” „W 1980 roku Erwin Kruk poprosił, abym wspólnie z nim założył stowarzyszenie mazurskich ewangelików — wspomina Alfred Czesia, socjolog. - Mimo usilnych zabiegów inicjatywa ta okazała się znacznie spóźniona. Wielu Mazurów już wyjechało do Niemiec, w tym wielu moich przyjaciół (...).” Pisarzowi udało się jednak po latach stworzyć Mazurskie Towarzystwo Ewangelickie (1999). Przytoczyłem wątki z trzech spośród 26 wypowiedzi. Kazimierz Brakoniecki zrobił to oryginalnie - w formie poematu. Prawie każdy z opublikowanych tekstów rzuca jakiś promyk światła na życie Erwina Kruka. W latach siedemdziesiątych był jedynym pisarzem olsztyńskim, którego książki ukazywały się w wydawnictwa warszawskich, interesowała się nim i jego twórczością prasa centralna. Wiersze „polskiego poety mazurskiego”, by posłużyć się frazą z poematu Brakonieckiego, znalazły się w głośnej tamtego czasu antologii Andrzeja Lama „Kolumbowie i współcześni”, próbującej ustalić pewien klasyczny kanon autorów. Pod koniec marca 1980 roku, kiedy jeszcze chyba nikomu nie śnił się karnawał „Solidarności”, składa wypowiedzenie w „Gazecie Olszyńskiej”, mając dość zakła-mywania rzeczywistości. Potem angażuje się w „Solidarność”. Stan wojenny i kolejne lata to dla niego i żony trudny czas. Wydawało się, że po przemianach 1989 roku twórczość literacka może tylko rozkwitnąć. W 2005 roku „Podczas promocji tomiku „Znikanie” pisarz napomknął, że tej 216 Recenzje wiosny obchodzi jubileusz — 25 lat bez jakiejkolwiek pracy w Olsztynie. Ta informacja nie napotkała się z odzewem i nikogo nie zdziwiła, nawet jubilata”. Warto zaznaczyć, że to sarkastyczna wypowiedź samego Kruka. Autor „Powrotu na wygnanie” wydaje po transformacji jeszcze tylko dwa tomiki poezji, dwa zbiory esejów, w tym głośny „Spadek” i dwa opracowania historyczne, w tym „Warmia i Mazury” w znanej serii „A to Polska właśnie...”. Jakoś mało tego, nawet uwzględniając nasilające się kłopoty ze zdrowiem. W 2016 roku „za mazurski trwały wkład w literaturę polską” otrzymuje doktora honoris causa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Przy okazji wspomnień o autorze „Kroniki z Mazur” dorzucę i swoje. Jako literacki adept uczestniczyłem w spotkaniu autorskim z kilkoma prawdziwymi pisarzami. Chyba to było w Bisztynku. Oni wyłożyli na prezydialny stół swoje książki, ja ze swoimi kartkami odręcznie pisanymi... Erwin Kruk zaproponował, bym czytał wiersze jako pierwszy. Książka przygotowana przez Jana Chłostę to kolejny autorski tom o ludziach pogranicza: byli „odpominani” Jan Baczew-ski, ks. Walenty Barczewski, Eugeniusz Buchholz, Władysław Gębik, Jan Liszewski, Seweryn Pieniężny, Kazimierz Jaro-szyk... Piękna seria. Jan Chłosta EDWARDA CYFUSA OPISANIE GIŁAW Edward Cyfus, Kele wsi chałupa, Dąbrówno 2018, s. 278. Tylko co wydana książka Edwarda Cyfusa Kele wsi chałupa [kele - koło, w pobliżu] ma dość osobliwą kompozycję. Do piątego rozdziału stanowi skróconą sagę rodu Kujawów z Giław, wpisaną w blisko 130 lat dziejów południowej Warmii, do czasu wybuchu drugiej wojny światowej, dalej obejmuje relacje, urodzonej w 1940 roku Berty, wywodzącej się z tej rodziny o końcowej fazie tej wojny, kiedy wkroczyły tu oddziały armii sowieckiej. Całość wiąże drewniany dom w pobliżu Giław, który kupił Werner, czyli alter ego samego autora, odnawiany z pomocą elektronika pana Jurka. Moim zdaniem, w tak ukształtowanej od początku strukturze książki można było lepiej wykorzystać zgromadzony materiał, rezygnując z samochwalnych akapitów autora, odnoszących się do własnych książek i inicjatyw kulturalnych. Znalazły się tam wszak dywagacje infantylne i do tego chyba nieco przesadzone. Tak jak w dotąd wydanych książkach, również w tej, E. Cyfus splótł losy tej rodziny z wydarzeniami historycznymi tej części Warmii. Napotykamy więc w książce prawdziwe nazwiska Warmiaków, duchownych: Walentego Barczewskiego, Roberta Bilitewskiego, bpa Edwarda Herrmanna, nazwiska proboszczów Giław, także dokładne daty konsekracji miejscowego kościoła oraz wymienione zostały wydarzenia ważne z przeszłości jak: reformy agrarne, kul-turkampf, pierwszą wojnę światową, plebiscyt, utworzenie polskiej szkoły w Gi ławach. Jednym Recenzje 217 z nich poświęcił więcej miejsca inne ledwie wymienił. Nie wykazał się przy tym szczególną znajomością znaczenia tych wydarzeń w rozwoju cywilizacyjnym mieszkańców tej wsi. Muszę więc Autorowi wypomnieć brak znajomości podstawowych lektur. Mam na myśli przede wszystkim opracowania profesora Janusza Jasińskiego, choćby Zmiany w krajobrazie wsi warmińskiej w XIX wieku, drukowanej w jednej z obenowskich edycji „Zycie codzienne na dawnych ziemiach pruskich ”, czy inne opracowania Profesora. W odniesieniu do pierwszej wojny światowej, pominął jedną z większych bitew w tym rejonie Warmii rozegranej, pod Zerbunem 28 sierpnia 1914 roku, a wprowadził zapożyczenia z biografii właściciela wyspy Herty na Jeziorze Wulpińskim Roberta Rogali, który otrzymawszy wiadomość o poległym synu, zaprzągł konia do wozu i udał się na poszukiwanie zwłok. To samo uczynił Franz Kujawa z Giław, który nad Jeziorem Tomaszkow-skim odnalazł nieżywego syna Hugona (s. 67). Pochował go jednak na cmentarzu giławskim. Przy okazji godzi się sprostować, że nie było bitwy pod Tannenbergiem w 1914 roku, gdzie jeden z Kujawów gnał Rosjan. Najcięższe walki w tym rejonie Prus Wschodnich rozegrały się w samym Olsztynku i pod miastem między 27 a 30 sierpnia. Zginęło tam dużo Niemców, a jeszcze więcej Rosjan. Potwierdzają to zachowane w tym rejonie cmentarze. Wreszcie plebiscyt 11 lipca 1920 roku. Edward Cyfus poza wymienieniem kilku powodów przegranej Polaków, jak ustalenie samej karty głosowania: „Ostpreusscn” i „Polen”, zamiast „Niemcy” i „Polska”, dopuszczenie do plebiscytu wszystkich dorosłych tu urodzonych, a w momencie głosowania, mogących przyjechać z zachodnich Niemiec do miejscowości swego urodzenia i radośnie tu witanych, nie napisał prawie nic o terrorze niemieckim tu wtedy panującym, długoletniej germanizacji, możliwościach podjęcia pracy narodowej przez Niemców już od oficjalnego ogłoszenia terminu plebiscytu, a nie tak jak Polakom, dopiero w połowie lutego 1920 roku po przybyciu przedstawicieli Komisji Międzysojuszniczej, powołania do życia organizacji pod nazwą Ermlander und Masurenbund z nakazem, że członkowie tego związku mają obowiązek oddania głosu za Prusami Wschodnimi. Przez to wiedziano o tym jeszcze przed 11 lipca, że ponad 200 tysięcy głosów padnie za Prusami Wschodnimi. Jest poważnym uchybieniem to, co autor napisał na s. 105, że głosujący w plebiscycie miał postawić krzyżyk na kartce przy „Ostpreussen” lub „Polska”. Otóż takiej jednej kartki nie było! Przed głosowaniem każdy uprawniony do udziału w plebiscycie musiał zaopatrzyć się w kartki z napisem „Polska - Polen”, bądź w inną, jeśli chciał głosować za Niemcami: „Ostpreussen” („Prusy Wschodnie”). Następnie bez jakichkolwiek skreśleń bądź stawiania krzyżyków, wybraną przez siebie kartkę w kopercie, przekazać w lokalu wyborczym przewodniczącemu głosowania. W numerze 83 z 10 lipca 1920 roku „Gazety Olsztyńskiej” przypomniano o tym dość wyraźnie: „Zwracamy uwagę, że na tej kartce nie wolno skreślić, lecz bez żadnych poprawek włożyć ją do koperty urzędowej, jaką każdy wyborca otrzyma w lokalu wyborczym, inną kartkę, znajdującą się w kopercie 218 Recenzje zniszczyć należy na miejscu. [...] Należy także zwrócić uwagę, aby ta kartka z napisem >Pol-skac, jak i koperta urzędowa były bez żadnych znaków i zupełnie czysta, kto by na kartce coś skreślił lub kartkę z napisem >Polska< włożył w kopertę zaopatrzoną jakim napisem lub znakami, tego głos jest nieważny ”, W książce nie podano też, że za Polską w Giławach padło 58, a za Prusami Wschodnimi oddano 190 głosów. Poza tym, zamiast gołosłownych określeń o związkach Kujawów z Polską, autor mógłby podać kilka szczegółów o obecności polskich Warmiaków w Giławach: może więcej o oddziaływaniu szkoły, istniejącej, tak jak przy każdej polskiej szkole, radzie rodzicielskiej. Materiałów na ten temat można znaleźć sporo, chociażby we wspomnieniach nauczyciela Edwarda Turowskiego, bądź Jana Boenigka. Należało może zajrzeć do „Gazety Olsztyńskiej”. W Giławach wśród liczących w 1925 roku 451 mieszkańców było 36 członków Związku Polaków w Niemczech. Nie chodzi w tym wypadku o eksponowanie ruchu polskiego, lecz o zwyczajne realia, jednej z wielu takich wsi na południowej Warmii. Wartości w tej książce trzeba widzieć w ukazaniu bestialstw Rosjan w początkach 1945 roku, w opisaniu tego, co działo się w pobliskim Jedzbarku, gdzie czerwonoarmiści zgromadzili sporo Warmiaków, dokonywali gwałtów, morderstw na bezbronnych mieszkańcach tej części Warmii, kobietach, dzieciach i starcach. Wszystko to zrelacjonowała Berta, która wtedy ukończyła zaledwie czwarty rok życia, co psychologicznie nie zawsze można uzasadnić, aby matka opowiedziała córce o tych okropnościach, nawet o tym, że została zgwałcona przez Rosjan? Poza tym autor dobrał kilka dość interesujących epizodów z życia członków rodu Kujawów, jak chociażby przeżycia Kacpra w czasie pierwszej wojny, będącego adiutantem pułkownika z hrabiowskiego rodu, których raczej nie było na południowej Warmii. Wprowadził do książki wstawki w gwarze warmińskiej, czym pogłębił autentyczność opowieści. Wskazać trzeba jeszcze na drobne potknięcia w tej książce. Na wiosnę Warmiacy rozpoczynali pracę w polu na Zwiastowanie Najświętszej Panny Maryi, czy jak się mówiło, w Święto Matki Boskiej Roztwornej, a więc 25 marca, a nie w św. Józefa 19 marca (s. 58). Tego dnia rolnik musiał przynajmniej zaorać mały zagon w pobliżu swoich zabudowań. Dalej, w Kościele katolickim modlimy się za Zmarłych przecież w Dzień Zaduszny (2 listopada), a nie we Wszystkich Świętych (1 listopada) (s. 64). Proboszcz giławski ks. Andrzej Barczewski (s. 81) nie był bratankiem księdza Walentego Barczewskiego. Bratankiem proboszcza brąswałdzkiego był ks. Józef Barczewski, duszpasterzujący w Pasymiu, pełnił nawet urząd wicedziekana dekanatu mazurskiego i został opisany przez Melchiora Wańkowicza w Na tropach Smętka, kiedy podczas pogrzebu uczonego stryja w 1928 roku, zaintonował Aus der Tiefe... aż polscy żałobnicy uciszyli go polskim Z głębokości... Ksiądz Andrzej Barczewski zaś od początku był przeciwnikiem polskiej szkoły w Giławach, a jej nie wspierał (s. 136). Poza tym Działdowo i okalające je wioski, nie zostały od razu wcielone do Polski (s. 103), stało się to, mniej więcej siedem miesięcy po uchwaleniu Traktatu Wersalskiego, dopiero 17 stycznia 1920 roku. Nie wątpię, że ta książka Edwarda Cyfusa napotka na zainteresowanie czytelników. Sięgną po nią współcześni mieszkańcy regionu i ci, którzy pierwszy raz zetkną się z dziejami Warmii. Szkoda tylko, że w osadzonej tak wyraźnie w krajobrazie historycznym Warmii książce, znalazło się aż tyle potknięć. Noty o autorach Jacek Albrecht - ur. w 1951 r. w Łodzi. Konserwator zabytków architektury i artysta plastyk, autor książki popularno-naukowej Tajemnice Malborka. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Koszalińskiej, Podyplomowego Studium Konserwacji Zabytków Politechniki Warszawskiej i Wydziału Edukacji Artystycznej ASP w Gdańsku. Autor kilkunastu wystaw plastycznych w różnych miastach Polski. Uprawia malarstwo, grafikę i grafikę komputerową. Mieszka w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Genowefa Burek - autorka wojennych wspomnień. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945—1995} leksykonów — Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej”i ludziach z nią związanych. Rafał Cybulski — dziennikarz "Dziennika Bałtyckiego" w Kwidzynie. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Ewelina Dysko - ur. w 1974 r. w Sztumie. Mieszka w Ryjewie. Ukończyła pedagogikę o specjalności resocjalizacja. Od 20 lat pracuje w DPS "Słoneczne Wzgórze" w Ryjewie. Pasje to fotografia, czytanie książek, pisanie wierszy i podróże. Janusz Jasiński - ur. 1928, rodem z Zamojszczyzny. Prof.dr.hab. Studia historyczne: KUL 1954, Uniwersytet Warszawski - doktorat 1964, UMK - habilitacja 1982. Od 1954 r. mieszka i pracuje w Olsztynie (Stacja Naukowa PTH; Ośrodek Badań Naukowych im. W. Kętrzyńskiego, Instytut Historii PAN, Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie). Zajmuje się historią Warmii, Mazur, całych Prus Wschodnich oraz Pomorza Gdańskiego w XIX wieku. Ważniejsze monografie: Reformy agrarne na Warmii w XIX wieku, Świadomość narodowa na Warmii w XIX wieku, Andrzej Samulowski 1840—1928, Historia Królewca, Historia Pomorza 1815—1849. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autork-siążki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Piotr Napiwodzki - ur. w 1972 w Jeleniej Górze, teolog, filozof, tłumacz, były dominikanin. W 2005 obronił 220 Noty o autorach doktorat na Uniwersytecie we Fryburgu w Szwajcarii. W latach 2006—2010 rektor Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie. Wydał Bliżej niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei (2010). Od 2010 mieszka w Koślince koło Sztumu. Michał Majewski - ur. w 1954 r. w Lęborku. Studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Jako mechanik pracował około 10 lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych. Rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę, renowację starych mebli i ich repliki. Debiutował prozą „Jadzia”. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Dorota Maluchnik- ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na UJ w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806—1945 (2014). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności. Jacek Schirmer - ur. w 1947 r. w Olsztynie. Absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS. Pracował w Instytucie Geografii PAN w Warszawie, gdzie w 1977 r. uzyskał stopień doktora nauk geograficznych. W latach 1979-1986 wykładał na Uniwersytecie Houari Boumediena w Algierze. Po powrocie do Polski kontynuował pracę w PAN. Od 1994 roku na Uniwersytecie w Liege (Belgia) - profesor i kierownik Katedry Geografii Człowieka. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Liege. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w „Slavia Orientalis”, „Rycerzu Niepokalanej” i „Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w „Dzienniku Bałtyckim”. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. Paweł Zbierski - pochodzący z Gdańska scenarzysta i reżyser. Absolwent UJ i łódzkiej filmówki. Emigrant z Polski. Dyrektor artystyczny założonej w Paryżu firmy Fontaine Media. Wspólnie z Aleksandrą Fontaine wystawił w Teatrze w Perpignone w marcu 2018 francuskojęzyczną, kryminalną sztukę La file a la valise osnutą wokół wydarzeń związanych z atakiem terrorystycznym na redakcję satyrycznego pisma „Charlie Hebdo” . Od lipca 2018 współzałożyciel wybudowanej w Saint Laurem de Cerdans w Katalonii Galerii „Poray”. Krystian Zdziennicki - ur. 1992 w Sztumie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Działacz Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Plener Rzeżbiarsko-Malarski „Pole sztuk** w Rodowie