Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ■ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2018 roku” Wydawnictwo kwartalnika wspiera Jacek Szarycki Prezes Zarządu Fobos Invest jrootozu t miejsu iiilioteh publiczka im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 W 58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2(32) 2018 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Aleksandra Paprot Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: prace fotograficzne Michała Majewskiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „ Paka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta druga „Prowincja”.................................................5 Poezja Janusz Ryszkowski..........................................................7 Zbigniew Wojciechowicz....................................................11 Proza Alicja Łukawska - Duchy kresów wschodnich: Sokal - Krystynopol - Przemyśl.13 Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny w drodze..............................20 Agnieszka Korol - Leksykon Smoków, czyli poradnik dla początkujących smokolubów - fragmenty..............26 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................29 Andrzej Kasperek - Drobiazgi Wajdy, cz. 1.................................35 Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski - Napoleon Orda - malarz widoków ojczystych.............47 Wiesław Olszewski - Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów..........................52 Emil Klingenberg - Lipka magiczna.........................................65 Janusz Namenanik - Ciekawostki architektoniczne Dzierzgonia...............70 Dominik Żyłowski - Tropy, czyli ślady.....................................76 Andrzej Kasperek - Nowoczesne rzemiosło z Żuław...........................81 Piotr Podlewski - Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 3...86 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - Lustereczko powiedz przecie...........................94 Bogumił Wiśniewski - Niełatwe życie w średniowieczu.......................99 Jan Chłosta - Józef Klatt - organista z Powiśla..........................109 Sylwia Kaszuba - Brytyjscy jeńcy wojenni w Miłoradzu......................115 Andrzej Lubiński - Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 - 1988....................120 Martin Teschendorff- Sztum obrazki mojego dzieciństwa....................127 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów................................135 Sztuka Wacław Bielecki - Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn............146 Jarosław Denisiuk - Tożsamość granic - granice tożsamości zapiski na marginesie wystawy Borderlands.................................159 Wacław Bielecki - Redaktor Naczelny „Prowincji” nominowany do Pomorskiej Nagrody Artystycznej.............................164 Lucyna Eich - Żuławskie wierzby w jazzowych aranżacjach, ze sztumskim akcentem.....................................................168 Galeria Prowincji Leszek Sarnowski - Magiczna Prowincja Starogard Gdański Michała Majewskiego...................................174 Pasje Leszek Sarnowski - Kolekcjonerstwo mam w genach........................177 Zaczytana Prowincja Andrzej Kasperek - Myszkując w bibliotece Pawła Huelle.................191 Ewa Kołacz - Po części jesteśmy tym, co czytamy........................195 Czerwcowa rocznica Radosław Wiśniewski - W 1989 roku kończyłem podstawówkę................197 Recenzje Jan Chłosta - Z warmińskiej chaty na katedrę uniwersytecką.............200 Krystian Zdziennicki - Szlakiem zamków Powiśla i Żuław.................203 Wawrzyniec Mocny - Niezbędnik pielgrzyma i turysty.....................204 Noty o autorach..........................................................206 TRZYDZIESTA DRUGA „PROWINCJA” Czas letni to, jak zawsze, okazja do ciekawej lektury. Bez fałszywej skromności - dobrze Państwo trafili. Lato z „Prowincją” to najlepszy wybór. Poetycką frazą ucieszy Państwa z pewnością nasz Janusz Ryszkowski oraz gościnnie Zbigniew Woj-ciechowicz z Polic. W prozie Alicja Łukawska, tym razem nie we wspomnieniach matki, ale własną powieścią przenosi nas na Kresy Wschodnie, Piotr Napiwodzki kontynuuje opowieść o Wilhelmie z Modeny, a Agnieszka Korol zaprasza do świata... smoków. Profesor Andrzej C. Leszczyński w swoich okruchach rozprawia o mitach, zadeptywaniu ziemi, ubóstwie i smutnej rzeczywistości na czytelniczej mapie, czyli likwidacji olsztyńskiego (jedynie z tytułu miejsca wydawania, choć z pewnością europejskiego) kwartalnika „Borussia”. Też nas to zasmuciło, bo z przyjemnością czytywaliśmy. Andrzej C. Leszczyński puentuje tę stratę w taki sposób: - W pożegnaniu naczelni „Borussi” przypominają swe redaktorskie credo: Myśl uniwersalnie, działaj lokalnie! Ojczyzną człowieka jest drugi człowiek!. Pomyślałem, że bardzo podobne wskazanie mogłoby się znaleźć na winiecie „Prowincji”. Chcielibyśmy zapewnić Profesora, że mimo braku takiego credo w naszym kwartalniku, w pełni się z nim utożsamiamy. Andrzej Kasperek w eseju o detalach, drobiazgach, imponderabiliach w filmach Andrzeja Wajdy, a także o wyjątkowej firmie rodziny Łukasiuków na Żuławach, którym udało się nawiązać współpracę ze szwajcarskim potentatem meblarskim Vitra. Janusz Ryszkowski odnajduje w Waplewie ślady zapomnianego malarza Napoleona Ordy. Emil Klingenberg, autochton spod Sztumu pisze o swojej drodze, dzieciństwie i trudnej historii pogranicza. Ponadto na wędrówkę żuławsko-powiślańską zapraszają nas Piotr Podlewski, Janusz Namenanik, Wiesław Olszewski i Dominik Żyłowski. Dla miłośników archeologii Grażyna Nawrolska z Elbląga opowiada o zwierciadłach, a Bogumił Wiśniewski z Kwidzyna, między innymi o higienie naszych przodków. Jan Chłosta odkrywa ciekawe dzieje Józefa Klatta, organisty z Gietrzwałdu, wywodzącego się z Powiśla. Sylwia Kaszuba, ze swymi uczniami, śledzi losy brytyjskich jeńców wojennych w Miłoradzu, a Andrzej Lubiński wspomina początki sztumskiego Stronnictwa Demokratycznego. Dzięki Januszowi Ryszkowskiemu i Jucie Zimińskiej (pochodzącej ze Sztumu, naszej stałej Czytelniczki z Niemiec) udało się pozyskać ciekawe wspomnienia z dzieciństwa w Sztumie Martina Teschendorffa. Krzysztof Czyżewski z Sejn, mimo licznych wędrówek po świecie, zdążył się z nami podzielić kolejnymi notatkami słów i obrazów. Jest Sri Lanka, święta góra Sri Pada, a także wyjątkowe wspomnienia ludzi, którzy są, jak Rata czy Suranga i tych którzy odeszli, jak Irena Klepfisz czy Jonas Mekas. Poza muzyczną wędrówką Wacława Bieleckiego zachęcamy do lektury tekstu poświęconego młodemu i utalentowanemu Kacprowi Smolińskiemu, który pracuje nad połączeniem swych jazzowych pasji z folklorem żuławsko-powiślańskim. Leszek Sarnowski zaprasza do wyjątkowej wizyty w Muzeum Sławomira Michalika w Sztumie, gdzie świat się zatrzymał, ale jest i miejsce na refleksję i oddech. W naszym nowym dziale promującym czytelnictwo tym razem Andrzej Kasperek przegląda księgozbiór pisarza Pawła Huelle, a Ewa Kołacz, nasza stała Czytelniczka, wspomina swoje czytelnicze początki i porządkuje swoje zbiory. Z kolej Radosław Wiśniewski, poeta i nasz przyjaciel z Brzegu, spogląda na ważną rocznicę 4 czerwca 1989 roku oczami młodzieńca. Czytajcie Państwo „Prowincję”. No i pomóżcie naszemu zbieraczowi serc, z okładki Mariusza Sta-warskiego, uzbierać jak najwięcej tego co dobre, ważne i nieprzemijające. Redakcja „Prowincji” Poezja Janusz Ryszkowski POMNIK BRATERSTWA BRONI - 1968 Tak, przyznaję się bez bicia to ja Jestem tym chłopcem W mundurku harcerskim Pod pomnikiem braterstwa broni Nieżyjącego rzeźbiarza Wiktora Tołkina Tak, będę wyjaśniał: Przyszedł po mnie nauczyciel Gerard Lewandowski Mieszkający po sąsiedzku Zmarł rok temu Zadanie dostał od dyrekcji Wydarzenia potoczyły się szybko Szare płótno Opadło przy dźwiękach orkiestry I wyfrunął Piastowski orzeł Szybował dumnie Nad sowiecką gwiazdą Ludzie przecierali oczy Po prostu cud Głos się rozchodził Towarzysze radzieccy Byli zaskoczeni Wódka się mrozi I zakąska czeka A tu wot przykrość taka W święto rewolucji Październikowej Obchodzonej w listopadzie Chyźonogi achilles Obudził się we mnie Pędziłem jak opętany Przez strumyki i gaje Podwórka, zaułki A wy jeszcze pytacie Czy się ubłociłem? PAUL CLAUDEL NOTUJE W „DZIENNIKU” Nazajutrz po 77 urodzinach Pod datą 7 sierpnia 1945 Prócz wiadomości o zrzuceniu bomby atomowej Na Hiroszimę i Nagasaki Zanotował także: „Nareszcie deszcz, który pada cały dzień i całą noc” Spędzał tamto lato na wsi Wszystkim dokuczała susza OGRÓD BOTANICZNY W WIRTACH Już za późno Na zawarcie bliższej znajomości Pozostaną na zawsze Bez imion i nazwisk Z trzema wyjątkami: Perukowiecpodolski połyskujący łysiną Szklisty kielichowiec wonny Zabawnie podskakująca katalpa wielokwiatowa A też inne gatunki rzadkie: W altance nad jeziorem Okularnik z nosem w książce Z dziewczyną Śpiącą na jego kolanach Potem ścieżką do grobu jedenastolatka Sprzed półtora wieku Podobno w marzeniach ojca despoty Jawił się przyszłym Panem tego ogrodu Ale dzieciak Jak to dzieciak Poezja NOTATKA: 4 LISTOPADA Wiozą mnie obnażonego Przez zatłoczony korytarz Na operacyjną Złap windę Mówi ta starsza Obiecywali złote góry A dadzą po 500 złotych I to nie do pensji A młodsza Chcesz batona Dwa kupiłam A ile gadania Że mamy podwyżki Znowu starsza A ja z dyżuru na Dyżur Dzień z nocą się miesza Szpital z domem Mąż z doktorem Do tego studia Jak długo można To młodsza W windzie milczenie A wołałbym Żeby plotły dalej Jesteśmy na miejscu Za godzinę po pana wrócimy Obiecują STED Byłem wtedy pomocnikiem drwala W cechu młodych pilarzy, przepraszam: pisarzy. Końcówka lat siedemdziesiątych, Jechaliśmy z Olsztyna do Gierłoży Rozprawiać o literaturze, trochę cudzołożyć. Autokar zatrzymał się w lesie: Prostowanie kości, szybkie dymki. Sted wyszedł z gitarą i plecakiem, Na co nikt nie zwrócił uwagi. Czekaliśmy długo na jego powrót. Gromkie nawoływania, ale odpowiadała Tylko jakaś ogrodowa szarańcza. Odnalazł się kilka lat później, Poraniony na torowisku. Jeszcze teraz widzę wyraźnie: Siedział obok kierowcy, Coś brzdąkał na gitarze, cicho podśpiewywał. Może to było o tym? WYBUCHŁA WIOSNA Sadownicy alarmują: Mamy pełne magazyny jabłek Rządu to nie obchodzi A za marne grosze nie oddamy Wychodzą z dawnego raju Na ulice By zrobić piekło Stoję za nimi murem Sam cierpię Na nadprodukcję Niechcianych wierszy (2015) Poezja 11 Zbigniew Wojciechowicz WSCHODNI GOŚĆ żal żal za dziewczyną za zieloną ukrainą grisza odkłada swoją złotą guzikówkę mówię panu że brak sił i powietrza chleb cięższy niż kość wyrywana z bruku kroimy ją na plastry i chowamy ukradkiem w kieszenie idąc do pracy umrzyjmy miej my to już za sobą PANI MARTA I RYBKI pani marta pachnie rybami ma sklep przy skrzyżowaniu całe skrzyżowanie pachnie panią martą pan janek lubi dłubać w ościach bo teraz to pędzą na złamanie i na stojąco jedzą 12 Poezja a tu człowiek powoli je i z szacunkiem dla rybiej śmierci VERTICAL w moim mieście ludzie chodzą pionowo rzadko patrzą sobie w oczy służby miejskie robią z tym co mogą ale mogą niewiele więc mają wolne słońce wschodzi z właściwej strony w sumie więc jest znośnie biuro podróży spełnia marzenia w wersji all inclusive siadam na ławce w parku i czytam książkę najnowszy tomik znajomego poety bo ktoś musi go czytać idzie jesień XXX myślisz o mnie kiedy śnisz? śnisz o mnie kiedy myślisz? jestem przecież nie do pomyślenia Proza Alicja Łukawska DUCHY KRESÓW WSCHODNICH: SOKAT - KRYSTYNOPOI -PR7FMYŚT1 □ a/Ly/IŁ 1V1V1O1 VzJL/ 1 1VZ-/JL/1V1 1 Wojewodzina kijowska Anna Potocka z Krystynopo-la, która zmarła w Sokalu, miała jakoby ukazać się zaraz po śmierci w postaci ducha w klasztorze benedyktynek w Przemyślu. Ujrzała ją Wiktoria Blejkowska, lat 23, sierota szlacheckiego rodu, nowicjuszka w klasztorze benedyktynek w Przemyślu. Było to dokładnie 20 stycznia 1772 roku, a wojewodzina zmarła dwa tygodnie wcześniej. Widzenie zakonnicy zostało potwierdzone zeznaniami złożonymi pod przysięgą przed sądem kościelnym. Blejkowska była wcześniej panną do towarzystwa na dworze wojewodziny bełskiej, Anny z Sapiehów Cetnero-wej, żony wojewody bełskiego Ignacego Cetnera w Kra-kowcu, bliskiej znajomej Anny Potockiej i często bywała ze swoją panią na dworze w Krystynopolu, więc dobrze znała Potocką. Do nowicjatu wstąpiła w 1769 roku, a w 1771 roku na stałe przywdziała suknie zakonne. Na do- Anna Potocka, źródło: Wikipedia wód tego, że rzecz naprawdę miała miejsce, młoda mnisz- ka przedstawiła deseczkę z wypalonym na nim odbiciem ręki zmarłej Potockiej. Zjawa jakoby twierdziła, że przebywa w czyśćcu, gdzie cierpi straszne męki i mogą ją stamtąd wybawić tylko trzy msze święte odprawione w kościele przy klasztorze benedyktynek w Przemyślu. Problem był taki, że kościół ten od lat pozostawał w stanie surowym i nie było pieniędzy na jego dokończenie. Deseczkę z wypalonym znakiem kobiecej dłoni benedyktynki przedłożyły biskupowi przemyskiemu Józefowi Tadeuszowi Kierskiemu jako dowód w sprawie. Obejrzawszy ją i wysłuchawszy cierpliwie całej historii, biskup wyznaczył specjalną komisję w celu przeprowadzenia śledztwa. Na jej czele stanął ksiądz Jan Wiszniewski, kustosz katedralny i sędzia delegowany przemyski z prawami wikariusza generalnego. W jej skład wchodzili też ksiądz kanonik katedralny Tomasz Aleksander Małyszko, senior katedralny Wojciech Długosz i pisarz Jan Płaxinkiewicz (Płaksinkiewicz). Rozprawa dotycząca ducha wojewodziny rozpoczęła się w Przemyślu 15 marca 1772 roku, w drugą niedzielę wielkiego postu. Wcześniej Blejkowska odbyła trzydniowe rekolekcje, wyspowiadała się i przyjęła komunię świętą, a potem przyszła do furty klasztoru, gdzie na nią czekał Wiszniewski. W czasie przesłuchania zakonnica zeznała, co następuje: Jest to fragment książki Alicji Łukawskiej „Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie”, która ukazała się niedawno w Wydawnictwie von Borowiecky. 14 Duchy kresów wschodnich: Sokal — Krystynopol — Przemyśl „Gdym z jutrzni około godziny trzeciej po północy z niedzieli na poniedziałek, tj. 20 stycznia roku teraźniejszego przyszła do nowicjatu i położywszy się spać, zaczęła zasypiać, wtem przychodzi i stawa przede mną jakowaś osoba i budzić mnie poczyna, mówiąc: Czy śpisz? Jam jej odpowiedziała, że śpię. Ona tedy rzekła: Wstańże! Ja jej się prosząc rzekłam, żem snem zmorzona. Ona znowu: Wstańże, a zmiłuj się nade mną - poczęła mi głowę odkrywać. Ja się ze snu porwawszy, siadłam na łóżku, uczyniwszy znak krzyża świętego na sobie, mówię: Wszelki duch chwali Pana... Ona odpowie: I ja go chwalę, Pan jest z nami, nie lękaj się, a zmiłuj się nade mną, bo w ciężkich mękach zostaję. Ja tedy do niej: Ktoś ty jest? Ona: Alboś mnie nie poznała? Ja rzekłam: Nie poznałam cię, a po trochu z głosu niby cię znam i podobno, czy nie siostra pani mojej, wojewodzina kijowska? Ona odpowie: Tak jest, ja, któram niedawno zmarła. Ja jej tedy mówię: Pani moja, czegóż ode mnie chcesz? Gdyż ja tobie żadnego ratunku nie dam, bo ze wszystkich miar nie jestem tej łaski boskiej godna, abym ci jaką folgę w tych mękach uczyniła. Idźże sobie pani moja do kogo innego, który cię ratować może, bo ja się ciebie boję. Ona tedy okrutnie wzdychać poczęła. Ja więc do niej: i czegóż ode mnie potrzebujesz? Proszę mi powiedzieć, to, o ile będę mogła, będę cię ratowała, ale się lękam, abym ci jeszcze bardziej nie zaszkodziła, bo wiem, com jest. Chyba zasługi Chrystusa cię wspomogą, ale nie ja. Ona rzecze: Proszę cię, abyś za mnie co dzień podczas mszy świętej przy podniesieniu ciała pańskiego „Te Deum laudamus” i „De profundis”, przydając pacierz mówiła, bo wtenczas będę miała folgę w tych mękach. Potem ja się jej pytam: Kiedy z tych mąk pani moja będziesz uwolniona? Ona z wielkim wzdychaniem rzecze: Poty w czyśćcu być mam, póki w tymże kościele za mnie trzech mszy świętych nie odprawią. Na jednej, pierwszej mszy część jedna trzecia będzie mi odpuszczona; na drugiej - połowa; na trzeciej zupełnie będę uwolniona z mąk. Ja jej tedy mówię: To i jutro być może. Ona tedy rzekła: Ach, nie może, bo to jeszcze kościół nie skończony. Ja jej mówię: Alboż to aż w tym nowym kościele? I tak długo będziesz pani moja czekała wybawienia? Gdyż to za lat 10 być nie może. Ona tedy, z wielkim wzdychaniem: Mogłoby to być prędzej, gdyby dzieci moją nędzę widziały i na moją mękę patrzyły, którą ja cierpię i cierpieć będę, poty w tym kościele nabożeństwo za mnie odprawione nie będzie. Alicja Łukawska 15 Ja do niej: I cóż ja mam z tym pani moja czynić, gdy żadnej wiary w tym mi nie dadzą, ale idź sobie do mojej przełożonej, albo do kogo inszego, którym by wiara dana była. Oto i tu są stare zakonnice; pójdź do której z tych. Ona rzekła: Ach, tum przyszła, gdzie mi Bóg naznaczył. Ja - kiedy taka wola boska — rzekłam — proszę cię o jaki znak na potwierdzenie tego. Ona tedy chciała na mnie samej rękę położyć, alem ja się od niej cofnęła, a pokazałam jej tę deszczułkę, która u mnie na stoliku leżała, pod lichtarzykiem podłożona. Ona tedy dobrze uderzyła ręką, że i drugie słyszały, śpiące w nowicjacie i potem z wielkim wzdychaniem odeszła. Podpisano: Wiktoria Blejkowska, Z. R. S. O. Benedykta konwentu przemyskiego.” Potem zakonnica złożyła jeszcze przysięgę, powtarzając głośno za księdzem Wiszniewskim te słowa: „Ja, Wiktoria, przysięgam Panu Bogu Najwyższemu w Trójcy Świętej Jedynemu, jako wypiętnowanie, czyli wypalenie ręki na deszczułce JWW. JM. Księdzu Biskupowi przemyskiemu odesłanej, jest rzetelnie i prawdziwie uczynione przez zmarłą śp. Annę Potocką, wojewodzinę kijowską, na jawie i obecnie przeze mnie widzianą i jako słowa w Rekognicji, czyli wyznaniu moim ręką własną moją podpisanem, do mnie mówione, właściwe i istotne słowa tejże wojewodziny kijowskiej zmarłej i na jawie mówione, a nie przez sen imaginowane. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna Jego.” Kiedy dziewczyna wypowiadała ostatnie słowa przysięgi, nagle spojrzała w róg izby i zaczęła wołać, że właśnie przybywa dusza Anny Potockiej, wojewodziny kijowskiej, która chce dać znak poświadczający ten akt. Początkowo zjawa chciała jakoby pozostawić jakiś znak na skórze obecnych tam księży, ale młoda zakonnica zaczęła na klęczkach posuwać się w róg pokoju i wyciągać lewą rękę obnażoną do łokcia. I nagle, na tej właśnie ręce, pojawił się jakby świeżo wypalony symbol krzyża świętego, a wokół niego było białe obrzmienie ciała, jakie zwykle powstaje w miejscu oparzenia. Podobno dusza wojewodziny Anny Potockiej kilka razy ukazała się Blejkowskiej. Mniszka powiedziała o tym przeoryszy, która widząc, że spotkania ze zjawą bardzo wyczerpują młodą kobietę, zakazała jej dalszych rozmów ze zmarłą wojewodziną. Było to 23 lutego. Przez parę dni widmo nie pokazało się. Pojawiło się znowu 3 marca o godzinie dziewiątej wieczorem, kiedy Blejkowska odmawiała modły na chórze. Słyszała wówczas jakoby odgłosy wydawane przez zjawę zmarłej, która miała chodzić po chórze okrutnie jęcząc i wzdychając. Duch ukazywał się również zakonnicy w czasie rekolekcji poprzedzających przesłuchanie przed komisją kościelną. Dusza Potockiej miała ją zapewnić, że wszystko pójdzie dobrze i że — w razie potrzeby — położy swą rękę na księdza kustosza i wypali mu na skórze znak krzyża. Blejkowska prosiła, by tego nie robiła i to na jej ręce wypaliła ten krzyż. To zeznanie także potwierdziła przysięgą. Później akta sprawy razem z deską z wypalonym krzyżem zostały przesłane do Krysty-nopola i trafiły do rąk wojewody kijowskiego Franciszka Salezego Potockiego, męża zmarłej Anny Potockiej. Wojewoda zadbał o spokój duszy swojej żony i przekazał 300 tysięcy złotych na dokończenie kościoła przy klasztorze benedyktynek w Przemyślu. Wysłał tam też swego nadwornego malarza Stanisława Stroińskiego, by wykonał freski w nowym kościele. Stroiński był znanym wówczas artystą, kształcił się we Włoszech, a wcześniej malował katedrę we Lwowie. Wkrótce w nowym kościele w Przemyślu można było odprawić owe 16 Duchy kresów wschodnich: Sokal — Krystynopol — Przemyśl trzy msze, o które prosiła pokutująca w czyśćcu wojewodzina. Jej męki prawdopodobnie ustały, bowiem już 7 czerwca tegoż samego roku ukazała się znowu Blejkowskiej modlącej się na chórze. - Bóg zapłać za wszystko! Już nie potrzebuję ratunku. Jestem szczęśliwa i raduję się Bogiem - powiedziała podobno i znikła. Opowieść o tym zdarzeniu została zapisana w Dziejo-pisie Monasteru Krystynopolskiego, który prowadzili bazylianie krystynopolscy w latach 1763 — 1787. Kim była pokutująca w czyśćcu wojewodzina kijowska i jej małżonek, który nie skąpił pieniędzy, by żonę z mąk piekielnych wybawić? Anna Potocka z Potockich, wojewodzianka poznańska, córka Stanisława na Stanisławowie, Zbarażu, Niemirowie itd., urodzona w 1724 roku, była kuzynką a jednocześnie drugą żoną magnata Franciszka Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego, najzamożniejszego ze wszyst- Franciszek Salezy Potocki, źródło: Wikipedia kich Potockich. Franciszek Salezy, starszy od swej żony o 24 lata, był nazywany małym królem na Rusi Czerwonej. Był bardzo bogaty. Jego rozległy majątek znajdował się w ziemi przemyskiej, województwie krakowskim, podolskim, na mohylowszczyźnie i na Humaniu. Miał we władaniu 70 miast, kilkaset wsi i 400 tysięcy poddanych. „Stolicą” Potockiego był wspaniały barokowy zamek w Krystynopolu u zbiegu rzek Bugu i Żołokiki, niedaleko Sokala (obecnie Czerwonogród, Obwód Lwowski), gdzie było ponad 40 salonów i pokoi. Franciszek Salezy Potocki był jednym z ostatnich kresowych „wielkich panów polskich”. Był dumnym i wyniosłym człowiekiem. Wieść niesie, że poddani musieli klękać przed nim z obnażonymi głowami, kiedy przechodził lub przejeżdżał drogą w powozie. Słynął ze swojej religijności, chętnie wspierał kościoły i klasztory różnych wyznań, zarówno katolickie, jak i gre-kokatolickie. Był fundatorem kościoła w Łaszczowie i Braiłowie, klasztorów bazylianów w Humaniu i Krystynopolu i wielu innych. Parę miesięcy przed śmiercią dał 300 tysięcy złotych na dokończenie budowy kościoła benedyktynek w Przemyślu, później 100 tysięcy dla klasztoru bazylianów w Krystynopolu. Znany był z tego, że do końca życia zawsze chodził w stroju polskim, w kontuszu. Tak też musiał ubierać się jego syn Szczęsny i cały dwór. W stroju obcym na jego dworze bywali tylko cudzoziemcy i zaproszeni goście nie związani z jego dworem. Anna Potocka, żona Franciszka Salezego, była równie dumna, despotyczna i pobożna jak jej mąż. Słynęła z surowości wobec służby i swoich wychowanek. Na Szczęsny Potocki, źródło: Wikipedia Alicja Łukawska dworze Potockich przebywało wiele córek z uboższych rodzin szlacheckich, które chowane były i kształcone razem z potomstwem Potockich (mieli cztery córki i syna Szczęsnego). Wojewodzina zatrudniała dla nich najlepszych nauczycieli i guwernantki, ale także dbała o ich cnotę. Jeśli wdawały się w przedwczesne romanse, karała je chłostą i natychmiast wyrzucała z zamku. Miała dwoje karłów, którzy pełnili rolę jej szpiegów i donosili o wszystkim, co robiły panienki. Szczęsny, jedyny syn Potockich, od młodości był przygotowywany do zaszczytów, jakie miał pełnić w przyszłości. Już w wieku 16 lat został starostą bełskim. Jednak wkrótce zaczął buntować się przeciwko władzy rodziców, a zwłaszcza matki. W tym czasie w okolicy Krystynopola szalała zaraza. Na granicach 17 Gertruda Komorowska, źródło: Wikipedia miasteczek i miast stały specjalne warty, które miały zatrzymać swobodny przepływ ludzi, którzy mogli przenosić chorobę z jednej miejscowości do drugiej. Osiemnastoletni Szczęsny zaczął jeździć po okolicy z żołnierzami Potockich, którzy kontrolowali te posterunki. Często jednak zbaczał do dworu Jakuba i Antoniny Komorowskich w Susznie, którzy mieli piękną córkę Gertrudę. Dziewczyna była nie tylko urodziwa, ale także wykształcona w Wiedniu. Jednak Jakub Komorowski herbu Korczak, kasztelan sanocki i starosta nowosielski nie był byle kim, liczono się z nim (w 1764 roku był jednym z elektorów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) jednak nie dorównywał pozycją ani bogactwem magnackiej rodzinie Potockich. Jednak siostra Gertrudy, Eleonora, później wyszła za Józefa Augusta llińskiego, jednego z największych polskich magnatów na Ukrainie, w jej pałacu w Romanowie był portret Gertrudy. Latem 1770 roku między młodymi nawiązał się romans, skrywany przed rodzicami Szczęsnego. Kiedy panna zaszła w ciążę, ojciec panny - podobno pod groźbą pistoletu -zmusił młodego uwodziciela do ślubu. Ceremonia odbyła się w cerkwi w Niestanicach w grudniu 1770. Ślubu udzielał ksiądz Dłużeniewski, który jakoby zrobił to pod przymusem, wcześniej próbował wyjechać z domu, zabierając klucze od świątynni, ale dogoniono go i zmuszono do odprawienia uroczystości. Później panna młoda wróciła do swoich rodziców a pan młody do swoich. Kiedy Potoccy się o tym dowiedzieli, wybuchnęli słusznym gniewem. Franciszek Salezy wystąpił o unieważnienie sakramentu, ponieważ jego syn przystąpił doń pod przymusem. Potoccy planowali szybko ożenić syna z kimś innym. Szczęsny był wszak jedną z doskonalszych partii w całej Rzeczpospolitej. Wśród kandydatek była piękna Józefina Amalia Mniszech, córka Jerzego Augusta Mniszcha (jeden z inicjatorów konfederacji barskiej) i jego żony Marii Amalii (z Bruehlów) z pobliskiej Dukli. Chodziły plotki, że to właśnie Maria Amalia Mniszchowa razem z Potockimi uknuła intrygę, w wyniku której młodziutka żona Szczęsnego została porwana i zamordowana. Stało się to właśnie w okolicy Dukli Mniszchów, w należącym do Komorowskich dworze Nowe Sioło, gdzie Gertruda zatrzymała się na noc wraz z matką w drodze z Suszna do 18 Duchy kresów wschodnich: Sokal - Krystynopol — Przemyśl Lwowa. Dziewczyna była wówczas w szóstym miesiącu ciąży. W Środę Popielcową, 13 lutego 1771 roku, do nowosielskiego dworu wpadli Kozacy Potockich pod wodzą niejakiego Aleksandra Dąbrowskiego. Byli przebrani za Rosjan i udawali rosyjskich żołnierzy szukających ukrywających się konfederatów. Wywlekli dziewczynę na dwór, potem wrzucili ją na sanie i nakryli futrami. Kiedy mijała ich kolumna 300 wozów wiozących zboże do młyna, zakryli Gertrudę razem z głową futrami, by nie krzyczała. Trwało to dość długo. Nim wozy ze zbożem przejechały, porwana zdążyła się już udusić. We wsi Sielec Bielski porywacze wrzucili jej ciało do przerębla na rzece Rata. Na wiosnę zwłoki spłynęły wraz z lodem. Znaleziono je na brzegu Bugu we wsi Konotopy koło Sokala. Porywacze twierdzili, że jej śmierć nie była zamierzona, dokonała się jakoby przypadkiem. W tym czasie w Krystynopolu u Potockich bawiono się. W zapusty wojewoda wydawał za mąż swoją córkę Pelagię za Michała Mniszcha z Wiszniowca. Kiedy Szczęsny dowiedział się o śmierci żony, usiłował targnąć się na własne życie. Kamerdyner siłą odebrał mu nóż, kiedy próbował podciąć sobie gardło. Aby uciszyć jego rozpacz, rodzice wysłali go w podróż zagraniczną na zachód Europy. W tym czasie Komorowscy wskazali na Potockich jako na sprawców tej zbrodni. Długie lata toczył się między tymi dwoma rodzinami proces o odszkodowanie za śmierć Gertrudy. Ostatecznie, Komorowscy dostali kilka wsi, miasteczko Witków Nowy i kilkaset tysięcy złotych. Śmierć Gertrudy spowodowała, że Szczęsny został wdowcem i mógł ożenić się z Józefiną Mniszchówną, ale poza tym, nie przyniosła nikomu nic dobrego. Ludzie związani z tą sprawą umierali jeden po drugim w dziwnych okolicznościach. Rok po zamachu na Gertrudę, na początku 1772 roku, w wieku 49 lat, nieoczekiwanie zmarła Anna Potocka. Nie wiadomo, co właściwie było powodem jej śmierci, bo wcześniej nie chorowała. Szeptano o truciźnie i ogromnych wyrzutach sumienia. Czyżby więc popełniła samobójstwo, bo gryzło ją sumienie? Podobno Anna była bardziej od męża wściekła na to, że syn ożenił się z „biedną” Komorowską. Pogłoska o tym, że Anna w charakterze widma pokutuje w czyśćcu i ukazuje się zakonnicom w przemyskim klasztorze, rozeszła się zaraz po jej śmierci. Później, wiosną 1772 roku, w wieku zaledwie 35 lat, odeszła Maria Amalia Mniszech, matka Józefiny przeznaczonej na nową żonę dla Szczęsnego. Rodzina twierdziła, że powodem jej przedwczesnego zgonu była gruźlica, ale któż to może wiedzieć. W tym wypadku także w grę mogło wchodzić samobójstwo. Franciszek Salezy Potocki jesienią tegoż roku poczuł się źle. 10 października pojechał do kościoła w Tartakowie, gdzie znajdował się cudowny obraz. Tam przez tydzień modlił się, spowiadał i przyjmował komunię świętą. 17 października, doszła doń wiadomość o nagłej śmierci córki Pelagii, tej samej której wesele z Mniszchem z Wiszniewca świętowano na zamku w Krystynopolu wtedy właśnie, kiedy porwano i zabito Gertrudę Komorowską. Franciszek Salezy zmarł 22 października 1772 roku. Podobnie jak w przypadku jego żony, tu także odbył się wspaniały pogrzeb, ciało zabalsamowano i uroczyście złożono w krypcie kościoła w Krystynopolu. Ludzie zadawali pytanie, czy sam był sprawcą swojej śmierci? „Pogłoska, że wojewoda i wojewodzina popełnili samobójstwo, utrzymywała się przez długie lata. Znaną jest opowieść, że Austriacy po zajęciu Krystynopola pod swoją władzę kazali wydobyć z trumny ciało wojewody i na rynku obciąć mu głowę. Czegoś podobnego Alicja Łukawska 19 nie było, ale opowiadanie o tym utrzymuje się stale. Do dnia dzisiejszego istnieje pogłoska, że wojewoda i wojewodzina co nocy straszą w krystynopolskim zamku. W okolicy od wieku matki grożą niegrzecznym dzieciom, że ich „porwie Potocka”, itp. Trzeci z rzędu umiera doradca prawny wojewody, autor skargi rozwodowej adwokat Wyczółkowski. Komorowski również niedługo cieszy się zdobytym majątkiem, umiera niedługo (1781), pozostawia tak samo nieszczególną pamięć po sobie, ciąży na nim zarzut, że zrobił majątek przez śmierć córki.” W 1876 roku, podczas budowy drogi z Mostów Wielkich do Krystynopola, otwarto krypty Potockich i sprawdzono, czy ciała są zabalsamowane. Okazało się, że trupy wojewody i jego żony były już ograbione z kosztowności, a kości porozrzucane po całej krypcie. W 1890 roku Adamowa Potocka kazała odremontować kryptę. Szczęsny Potocki wrócił z podróży pod koniec 1772 roku, ale wtedy już zarówno jego matka, jak i ojciec już nie żyli. Dwa lata później ożenił się z Józefiną z Mniszchów, ale nie był szczęśliwy w tym małżeństwie. Zona zdradzała go do tego stopnia, że podobno z dziewięciorga ich wspólnych dzieci mógł być pewien ojcostwa tylko trojga. Po rozwodzie z Józefiną ożenił się z Zofią Wittową, uważaną wówczas za najpiękniejszą kobietę Europy, ale i w tym małżeństwie nie był szczęśliwy. Jego działalność polityczna sprawiła, że zasłużył sobie na miano zdrajcy Polski i Polaków. Po śmierci jego trup pochowany w mundurze rosyjskiego generała został wywleczony z grobu, odarty z szat i sponiewierany. Na Ukrainie śpiewano o nim dumki: Oh TbI riOTOUKHH, BOeBOACKHH CblH Tomi Tbi cbok) weny h CBoero peóeHKa. Oh Tbi riOTOUKHH, BOeBOACKHH CblH Opolan Tbi JlHTBy, nojibiiiy h ykpaHHy. (Oj, ty Potocki, wojewódzki synu,/ zabiłeś swoją żonę i swoje dziecko./ Oj, ty Potocki, wojewódzki synu,/ sprzedałeś Litwę, Polskę i Ukrainę.) Artykuł na temat ducha wojewodziny kijowskiej został wydrukowany tuż przez II wojną światową w piśmie „Hejnał” wydawanym na Śląsku Cieszyński. Periodyk był poświęcony szeroko pojętym sprawom paranormalnym, w tym także kontaktom z duchami. Redaktorka tego pisma Agni P. (Agnieszka Pilchowa z Wysockich, znana w okresie międzywojennym jako jasnowidząca) opatrzyła go komentarzem, że kiedy sama za życia odbyła podróż astralną w zaświaty, spotkała tam dusze wojewodziny Potockiej i innych członków tej rodziny. Jej zdaniem, była to prawdziwa arystokracja duchowa! Agni P. napisała jeszcze: „Kiedy czytałam korektę powyższego opisu wędrówek pani wojewodziny, wydrukowanego już do „Hejnału”, odezwały się nagle głośne uderzenia, których charakter trudno określić: zdawało się, że ktoś mocno uderzał i zatrząsł drzwiami albo ramą okienną.” W pokoju oprócz Pilchowej była jej najmłodsza córka, w sąsiednim pokoju przy otwartych drzwiach leżał jej mąż Jan Pilch. W tym czasie Agni otrzymała wewnętrzny przekaz od wojewodziny, że to ona właśnie daje im znaki z tamtego świata: usłyszała wyraźne zdania w głowie, że wojewodzina dziękuje za zainteresowanie i mówi wszystkim: Bóg zapłać. 20 Wilhelm z Modeny w drodze Piotr Napiwodzki Wilhelm z Modeny w drodze1 Sztum, rok 1239. Johannes siedział już na koniu i ucieszył się widząc Wilhelma, legata papieskiego, gotowego do drogi, wychodzącego ze swojego namiotu. Swoim zwyczajem Wilhelm miał jechać konno. Większa część towarzyszących mu ludzi szła pieszo przy mocno objuczonych koniach, było też parę wozów. W sumie była to spora grupa ludzi, licząca prawie 50 osób. Zabierali też ze sobą „Głuchego”, który był przez ten pierwszy okres władzy zakonnej rodzajem wizytówki warowni, a okazał się przybyłym z Piemontu radykalnym uczniem Joachima z Fiore przez długi czas jedynie udającym głuchoniemego. — Panie, pojedziemy inną drogą, w tym czasie nieco pewniejszą, mniej zalaną przez wiosenne wody; stąd od razu na północny-wschód, następnie skręcimy na północ. Wilhelm przypuszczał, że Johannes, zakonny rycerz będący jego przewodnikiem po tych ziemiach i szefem eskorty z ramienia Zakonu, miał pewnie inne powody dla wyboru nowej drogi. Kto wie, czy nie dostał wiadomości o jakiejś grupie Prusów znajdującej się w pobliżu grodu „U Głuchego”, a być może to ludzie Świętopełka znajdowali się niebezpiecznie blisko, a Johannes z pewnością nie chciał żadnych zatargów na oczach legata papieskiego. Wilhelm jednak i tak zdawał sobie sprawę z kruchości władzy zakonnej na tych ziemiach. Z drugiej strony to przecież długofalowa strategia: wybudowanie silnie ufortyfikowanych warowni, stopniowe osadnictwo wokół nich, jeśli to konieczne — szybkie wypady pacyfikujące dalszą okolicę, w razie poważniejszej i liczniejszej reakcji — schowanie się za mury. Strategia, dzięki której stosunkowo niewielkimi siłami można podbić rozległy teren. Te niewielkie siły Zakonu tu na miejscu to jednak tylko pierwsze wrażenie nieukazujące całego potencjału cesarstwa stojącego przecież za Zakonem. Po ustabilizowaniu sytuacji tysiące osadników z przeludnionych miast cesarstwa z pewnością chętnie skorzysta z szansy na nowe otwarcie. Oto chociażby Elbląg i kilkadziesiąt rodzin z Lubeki, dzięki którym zaczęło się tworzyć coś więcej niż tylko, póki co, słabo umocniona warownia z grupą rycerzy-zakonników. Rzemieślnicy, fachowcy, ludzie obyci z najnowszymi umiejętnościami, także tymi, które zaczęły ostatnio, dzięki krucjatom, przenikać z Bizancjum i z Ziemi Świętej. To była prawdziwa siła chrześcijaństwa wkraczającego na te ziemie. Dlaczego jednak to wszystko dokonywało się właśnie tutaj, na Północy? Wilhelm wielokrotnie zadawał sobie to pytanie zwłaszcza w czasie niewygodnych, nużących i często niebezpiecznych podróży. Wspominał wówczas rozmowy w rzymskich ogrodach na Awentynie prowadzone z Dominikiem Guzmanem przed prawie 20 laty, a także z biskupem Chrystianem podczas jego pobytów w Rzymie w roku 1215 i 12232. Nie, to nie tylko oczywista sytuacja geograficzna. Przecież Południe i Wschód w dużym stopniu zajęte ' Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego, które jest oparte na swobodnej interpretacji życia i działalności Wilhelma z Modeny. Część pierwsza w: Prowincja 2 (28) 2017, część druga w: Prowincja 4 (30) 2017. 2 Por. G. A. Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors 1929, s. 86. Piotr Napiwodzki 21 przez muzułmanów nie zniechęcały do misji wśród tamtejszych ludów. Dominik ciągle mówił o Kumanach na Wschodzie, którym chciał zanieść Dobrą Nowinę. Dochodziły oczywiście wieści o barbarzyńskich i dzikich ludach niszczących całe królestwa na Wschodzie i to nawet całkiem niedaleko, bo już nawet na Rusi. Co prawda książęta polscy i król węgierski póki co lekceważyli problem, ale kto wie, czy już wkrótce i ich nie dosięgnie najazd tych barbarzyńców zwanych Tatarami3. W każdym razie Północ to nie jedyny możliwy kierunek ekspansji zachodniego chrześcijaństwa, chociaż królestwa łacińskie w Ziemi Świętej, z którymi wiązano wielkie nadzieje jeszcze 100 lat temu, chyliły się ku upadkowi, gdyż niezwykle trudno było zachować jedność wśród europejskich władców i rycerzy walczących o ich przetrwanie. Wilhelm, jako były wicekanclerz Kurii Papieskiej, doskonale zdawał sobie sprawę ze złożoności sytuacji na Wschodzie. Tu zaś, na Północy, oprócz trudnych warunków klimatycznych, przeciwnikiem były jedynie rozproszone i relatywnie słabo zorganizowane ludy pogańskie, otwarte na potęgę Słowa Bożego. Tak więc to właśnie jest najbardziej oczywisty kierunek dla rzymskiego kościoła i papieskiej władzy. Te wszystkie powody to jednak nie wszystko. Nie przez przypadek przecież Ewangelię czyta się w kościołach po stronie północnej. Już Remigiusz z Auxerreq wyraźnie wskazywał, że to właśnie w tym kierunku trzeba czytać Ewangelię, bo Północ to teren diabła, naprzeciw któremu musi wyjść Słowo Boże. Tę myśl Wilhelm odnajdywał także u Iwona z Chartres5, według którego Ewangelię głosi się przeciwko pogaństwu, a pogaństwo symbolizowane jest przez północną część świata, bo w niej tak długo panował frigus infide-litatis (chłód braku wiary). W czasie liturgii czytający Ewangelię musi przejść na drugą stronę kościoła, co także ma swoje znaczenie: w ten sposób zobrazowane jest przejście od głoszenia wiary Żydom do głoszenia wiary poganom. Już starożytni Rzymianie z pewnym lękiem spoglądali na Północ. To stamtąd, z ciemności i zimna, raz po raz nadchodziły fale barbarzyńskich plemion zagrażające granicom Imperium. Stamtąd przybywali wojownicy niszczący opactwa i kościoły w państwach Franków i Anglosasów — Ludy Północy, które teraz, schrystianizowane, niosą wiarę. Czyż Normanowie nie przyczynili się w wielkim stopniu do odzyskania Jerozolimy? Przecież dokładnie 10 lat temu Wilhelm uczestniczył w założeniu klasztoru dominikanów w Rewalu ufundowanego z inicjatywy króla Duńczyków, Waldemara II Zwycięskiego6. Tak więc nie ma co czekać i jedynie się bronić. Zmienia się sposób myślenia: trzeba wyjść naprzeciw, chrzcić, cywilizować, przyłączać nowe ludy do Kościoła, a więc nowego Ludu Bożego. Przez wiele wieków nie było ani sił, ani odpowiednich narzędzi, ani koniecznej pewności siebie. Wilhelm zdawał sobie sprawę, że żyje w epoce przełomu. Dotychczas myślano, że świat jest stary, że żyjemy na ruinach pozostawionych przez wielkich poprzedników. „Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów” — tak jeszcze ponad sto lat temu mówił Bernard z Chartres7. Teraz nagle zaczęto wznosić wielkie katedry, cywilizacja odmłodniała, szuka się nowych 3 Pierwszy najazd Tatarów na ziemie polskie miał miejsce w roku 1241, a więc dwa lata po opisywanej tu podróży Wilhelma. 4 Remigiusz (+ ok. 908), Expositio (Patrologia Latina 101, 1250 n.). 5 Iwo z Chartres (+ ok. 1117), De convenientia veteris et novi sacrificii (Patrologia Latina 162, 550). 6 Rewal, obecnie Tallin, wówczas pod panowaniem duńskim. „Missi sunt fratres ad majus castrum Revaliense anno Domini MCCXX1X [...] de consilio oenerabilis patris Domini Wilhelmi Mutinensis Episcopi" (Historia ordinis praedicatorum in Dacia 1216 — 1246, wyd. J. Langebek (Scriptores rerum Danicarum medii aevi V), Kopenhaga 1783, s. 500nn. Bernard z Chartres (+ 1125). 22 Wilhelm z Modeny w drodze dróg. Ta energia dała początek wyprawom krzyżowym i to ona pozwala na wielkie przedsięwzięcie, jakim jest tworzenie nowych państw tu, na Północy. To dzięki niej w końcu, również i Wilhelm znalazł się tutaj jako widzialny znak papieskiej władzy biorącej kraj z jego mieszkańcami w ochronę i w posiadanie. - Panie, będziemy jechać przez interesujące okolice. - Droga była na tyle szeroka, że dwa konie mogły jechać obok siebie, co Johannes wykorzystał do rozpoczęcia rozmowy. - Cóż, widziałem już w życiu wiele ziem i krain, i o każdej z nich można powiedzieć to samo. - Tak, Panie, ale tu, niedaleko, mówią niektórzy z naszych, ale też poganie to potwierdzają, widuje się dziwne rzeczy. - Cóż takiego? - Wilhelm nie przypuszczał, aby odpowiedź mogła go czymś zaskoczyć, ale uznał, że Johannes potrzebuje tego pytanie, aby móc mówić dalej. - Na przykład jeźdźca bez głowy... widują czasami... niektórzy. - A ty, bracie, widziałeś? - Nie. - Ale pewnie widziałeś człowieka lub zwierzę z odciętą głową. Odpowiedź na to pytanie była oczywista, ale Johannes odpowiedział twierdząco. - Czy człowiek z odciętą głową może jeździć na koniu, kierować nim, zsiadać i wsiadać na niego? Piotr Napiwodzki 23 - Oczywiście, że nie może... Ale to w końcu - Johannes się zawahał. - Być może... jest duch... -Jeśli przyjmiemy, że to duch, to w żaden sposób nie można go zobaczyć. Aby go zobaczyć, musiałby być materią, chociażby najbardziej subtelną, a wtedy nie byłby duchem. Jeśli należy do świata materialnego, to podlega prawom, jakie dla tego świata stworzył Bóg, a w tym świecie martwe ciało nie może jeździć konno, przynajmniej przez dłuższy czas... Jeśli jednak należy do świata duchowego, to nie możemy go ani dostrzec, ani poczuć... Nasze zmysły odbierają tylko to, co materialne. A przecież chyba prawdą jest, że w umyśle nie ma nic, czego nie byłoby wcześniej w zmysłach. Johannes z trudem nadążał za słowami Wilhelma. Niemniej jednak odważył się na uwagę: - Ale jeśli Bóg zezwoli... - Tak, jeśli Bóg tak chce... Czy jednak nie za szybko i nie za wiele rzeczy tłumaczymy sobie tym zdaniem. Tak, być może, Deus lo volt8. Po chwili Wilhelm kontynuował: - Pojawia się w końcu pytanie „Po co?”. Po co mamy zobaczyć jeźdźca bez głowy? — Nie wiem... - 1 tu właśnie odpowiadać można na różny sposób. Jaka byłaby przyczyna takiego zjawiska? Co byłoby przyczyną materialną? Na to już odpowiedzieliśmy, trudno ją znaleźć, jeśli przyjmiemy, że mamy do czynienia z duchem. Co byłoby przyczyną sprawczą? Co działałoby podtrzymując martwe ciało na koniu, ewentualnie ożywiając ciało bez głowy? Wola zabitego niegdyś człowieka? Jego chęć życia, czy może chęć zemsty? Czy to rzeczywiście takie potężne siły? Wątpię, bo większość umierających chce żyć, ale nie potrafią swojego życia w żaden sposób przedłużyć. Tak, ostatecznie to oczywiście Bóg jest przyczyną sprawczą wszystkiego, więc i tu możemy przyjąć, że On tego chce. A jaka jest przyczyna formalna, czyli jaki pomysł, jaki projekt za tym stoi? W końcu - jaka jest przyczyna celowa, a więc do czego by to nas miało prowadzić? Jeśli przyjmiemy, że Bóg jest sprawcą pośrednim lub bezpośrednim tego zjawiska, to po co ukazuje nam jeźdźca bez głowy? Aby nas przerazić? Bóg nie musi i nie chce nas przerażać. Wystarczająco przerażamy sami siebie i siebie nawzajem. - Panie, trudna jest ta mowa... - To stara nauka... Bardzo, bardzo dawno, przed narodzeniem Chrystusa i przed władzą pogańskich, rzymskich cesarzy, o których mówi Pismo, człowiek, który głosił te i inne nauki, był wychowawcą pewnego młodzieńca9. Dzięki tej wiedzy, chociaż pewnie przyczyn było więcej, młodzieniec ten podbił cały świat. Potrafił myśleć precyzyjniej niż inni. Wyprzedzać innych. Znamy go teraz jako Aleksandra Wielkiego. Wspomina o nim także Pismo10. Świat się zmienił, ale to tej nauki potrzebujemy dzisiaj. Muzułmanie zagarnęli ją od chrześcijan ży-jących na Wschodzie. Dlatego nie jesteśmy w stanie utrzymać Ziemi Świętej. Wygląda to tam coraz gorzej. Johanesie, cóż z tego, że nasi rycerze są mężniejsi, odważniejsi, lepiej władający * Słowa uważane za hasło pierwszej wyprawy krzyżowej (1095—1099), także w wersji Deus vult. 9 Chodzi o Arystotelesa (384—322). 10 Początek I Księgi Machabejskiej. 24 Wilhelm z Modeny w drodze bronią, jeśli ciągle jesteśmy jak dzieci? Na pytanie o przyczynę, o ile w ogóle je zadajemy, udzielamy prostej odpowiedzi. Zbyt prostej. Możemy wygrywać bitwy, ale oprócz tego mu-simy uczyć się budować trwałe struktury, a do tego trzeba wiedzy nowego typu. Niektórzy próbują to robić, ale opór jest duży. Jednak jest szansa, że wkrótce, właśnie w naszych czasach, to się uda..."A ty, bracie, co sądzisz, o jeźdźcu bez głowy? Po co miałby się ukazywać? Johannes, po wywodzie legata, nie chciał zdradzać się ze swoim poglądem na ten temat. Zresztą nigdy nad tą sprawą nie myślał. Po prostu powtarzał to, co przy ogniu mówiono wieczorami. Ot, ciekawostka przyprawiająca o lekki dreszcz i ubarwiająca życie. Zaczął żałować, że opowieść tę lekkomyślnie przedstawił tak znamienitej osobie jak papieski legat. Chciał wielkiego dobroczyńcę i znamienitego gościa zakonu zabawić, a wpadł w tarapaty. — Może jeździec chce, aby jego głowę odnaleźć i pochować? Może to chrześcijanin i Bóg nie chce, aby jego głowa poniewierała się wśród pogan? Ale to tylko takie gadanie prostego rycerza... — Jeśli tak jest w istocie, to musi ukazywać się tylko tym, którzy coś na temat tej głowy wiedzą. Sprawny inkwizytor powinien przyjrzeć się tym, którzy widują jeźdźca bez głowy. To oni coś powinni wiedzieć o ewentualnym morderstwie, skoro to od nich zjawa wymaga podjęcia jakiś działań. A jeśli nie widują żadnych jeźdźców, a tylko takie opowieści rozpowszechniają? Tu znowu pojawia się pytanie o cel takich opowieści. Chcą innych przerazić, odciągnąć od jakiegoś miejsca? A może chcą tylko zabawić słuchaczy? Czy jednak godzi się bawić historiami o zmarłych bez głowy? Jak to świadczy o opowiadających i słuchaczach? Wilhelma w gruncie rzeczy cieszyło to stawianie pytań. Czas spokojnego studiowania wielu świętych i pogańskich ksiąg miał już dawno za sobą. Wilhelm nie uzyskał tytułów uniwersyteckich (taka możliwość istniała wówczas zresztą jedynie w Paryżu i Oksfordzie), lecz pobierał nauki najpierw w klasztorze, później w szkołach dla kleru w Północnej Italii, lecz jego studia były na tyle gruntowne, że sam papież Honoriusz III nazywał go człowiekiem „obdarzonym wiedzą naukową” {eruditione scientiae praedituś)^ „ukoronowanym wiedzą” (scientia redimitum)'5, a znacznie później, w roku 1246, Innocent IV daje o nim następujące świadectwo: „jest jednym z najgodniejszych członków Kościoła odznaczającym się wiedzą i cnotą” (est unum de dignioribus membris ecclesie scientia conspicuum et rirtute^. Wilhelm poprzez swoje studia bezpośrednio przygotowywał się do służby Kościołowi, do prowadzenia i rozstrzygania trudnych dyplomatycznych kwestii, do pracy z ludźmi różnych języków i mentalności. Przeczuwał, że prawdziwa wiedza to jednak coś o wiele bardziej bezinteresownego i teoretycznego niż te praktyczne zastosowania, z którymi nieustannie był konfrontowany. W takich sytuacjach, jak rozmowa z Johanesem, czuł, że przynajmniej w małej części, dla rozrywki i bez żadnych bezpośrednich konsekwencji, może skorzystać z dawno temu wyczytywanych mądrości. " Recepcja Arystotelesa na Zachodzie miała długą i burzliwą historię, niepozbawioną najpoważniejszych oskarżeń i potępień, ale wiek XIII jest czasem stopniowego przyjmowania nauki Arystotelesa na powstałych w tym czasie uniwersytetach. Punktem kulminacyjnym tego procesu była działalność dominikanina, Tomasza z Akwinu (+ 1274). 12 Bulla papieska z 31 grudnia 1224 ustanawiająca Wilhelma papieskim legatem {Liv-, Esth- und Curlandisches Urkunden-buch, wyd. E G. v. Bunge, I, Riga 1853, nr 69). 13 List Honoriusza III do Fryderyka II z 13 czerwca 1231 roku {Monumentu Germaniae Historica. Epistolae saeculi XIII e regestis pontificum Romanorum selectae, I, nr 442). Diplomatarium Norvegicum, wyd. P. A. Munch, R. Keyser, I, Kristiana [Oslo] 1849, nr 31. Piotr Napiwodzki 25 Ostatnie pytania mocno jednak zaniepokoiły Johanesa. To w końcu on podrzucił ten temat. Wilhelm zdawał sobie z tego sprawę i nie chciał pozostawić go z niezręczną ciszą. - Spokojnie, podkreślam raz jeszcze: jak to świadczy także o słuchaczach, a więc przecież o mnie, któremu ta historyjka dostarczyła nieco rozrywki. Ale wracając do okolicy: cóż więc znajduje się tutaj, że miejscowi opowieściami o duchach chcą zachwiać duchem chrześcijańskich rycerzy? Johannesa ucieszył ten żartobliwy ton legata. - Cóż, niedaleko stąd, w kierunku na Kerseburg (Dzierzgoń), gdzie, jak wiesz, Panie, chcemy wkrótce utworzyć komturię, jest najwyższe w okolicy wzniesienie. Przypuszczamy, że to miejsce składania ofiar pogańskich, a w każdym razie miejsce zgromadzeń miejscowych pogan. Jak zwykle w takich sytuacjach zniechęcimy miejscowych do tego miejsca i parę egzekucji na górze powinno nadać temu miejscu inny charakter... - Czyli kolejna „góra straceń”, Galgenberg... Ech, przemoc, krew, ciężko to z Ewangelią pogodzić. - Wilhelm wiedział oczywiście, że pokojowe głoszenie Słowa Bożego jest podstawowym zadaniem Kościoła. Zdawał sobie jednak też sprawę, że na jakimś etapie misji trzeba podeprzeć autorytet Ewangelii ziemskim orężem, realnym i ostrym mieczem znaleźć drogę do umysłów zatwardziałych przeciwników Chrystusa zwodzących ludzi prostodusznych i zasadniczo otwartych na Dobrą Nowinę. Zdecydowanie jednak opowiadał się za minimalizowaniem przemocy. Kościół tu, na Północy, skonfrontował się z jeszcze innym pytaniem: czy ci tak zwani poganie, to faktycznie poganie, czy raczej odstępcy od wiary Chrystusowej, która kiedyś do nich dotarła i nie została przyjęta? Ta druga sytuacja usprawiedliwiałaby w jakimś stopniu surowość, z jaką należy podchodzić do tych, tak zwanych, pogan. Odstępców i heretyków traktowano zawsze z całą surowością, jak ogniska choroby, które trzeba zlokalizować i zniszczyć, aby choroba nie dotarła do zdrowych. Każdy z nich osobiście być może nie jest winny odstępstwa, ale ich przodkowie niegdyś musieli o Chrystusie usłyszeć: Pismo Święte mówi bowiem o Apostołach: „ich słowa aż po krańce ziemi; po całej ziemi ich głos się rozchodzi”15. Słowa Bożego odrzucić nie wolno, a więc należy przyjąć, że w pierwszym etapie głoszenia Ewangelii dotarła ona także i tutaj. Wilhelm nie uważał, aby takie odczytanie Pisma usprawiedliwiało niegodziwości popełniane wobec tutejszych ludów. Wilhelm nie zgadzał się także na dosłowne rozumienie słów z Ewangelii: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”16, które miałyby być przekleństwem ciążącym na Żydach, pierwszym Narodzie Wybranym, i które usprawiedliwiałyby prześladowanie ich aż do dzisiaj. Zbyt wiele wiedział o różnych sensach Pisma, a skupiać się na tak dosłownym rozumieniu, które zresztą wielokrotnie było nadużywane dla wspierania działań na rzecz całkiem doczesnych interesów. Nie miał jednak złudzeń: świat nie jest doskonały, nikt nie ma idealnej metody, a błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Wierzył, że przy odpowiednim prowadzeniu i nadzorze nawet tych, w dużej mierze nieokrzesanych, rycerzy zakonnych można wykorzystać dla wznoszenia Bożego dzieła. Nie byli oni zresztą bardziej brutalni niż świat, który ich otaczał, a który docelowo przecież miał stać się (według niektórych całkiem wkrótce) Królestwem Bożym. 15 Ps 19, 5. 16 Mt 27, 25. 26 Leksykon Smoków, czyli poradnik dla początkujących smokolubów - fragmenty Agnieszka Korol LEKSYKON SMOKÓW. czyli poradnik dla początkujących smokolubów - fragmenty Smok Romantyk Ma wyraz oczu uwodzicielski i marzący. Uwielbia przechadzać się wzdłuż malowniczych urwisk, trzymając za łapę wybrankę (wybranka) swojego serca. Bywają smoki romantyczne dwugłowe, które kochają z podwójną siłą - tych się wystrzegaj, gdyż będąc ciągle w nastroju uwielbienia nie patrzą pod łapy i niebacznie mogą cię rozdeptać. Smoki romantyczne niczym się nie żywią, gdyż twierdzą, że żyją miłością i to im wystarcza. Zdarza się nawet, że giną z głodu, gdy nie napotkają smoka swego serca. Książkowy Smokmol To smok z rodzaju smoków samotników. Całe dnie i noce spędza w swojej jaskini. Właściwie niegroźny, czyta, a czasami pożera księgi i książczyny. Jeżeli jakaś mu się nie spodoba - zjada ją, a co bardziej niepokojące -gotów zjeść również autora. Dlatego szanowni bajarze - strzeżcie się! Weźcie pod uwagę, że smokmole szczególnie nie lubią smutnych opowieści. Według nich księgi powinny mieć kolorowe obrazki, szczęśliwe zakończenia, i co najważniejsze — powinny zawierać przygody szlachetnych smoków. Nigdy nie piszcie źle o smokach! Smok Góra Smoki góry są tak wielkie, że nikt nie wie, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Kiedy śpią, można spokojnie po nich wędrować jak po górach. Obrosłe są mchami, krzewami, a czasem także drzewami. Do spacerów polecam ogon, natomiast do wspinaczki najlepiej Agnieszka Korol 27 nadają się tułów i paszcza. Kiedy zechcesz wspiąć się na paszczę, nie kalecz jej oskardem, gdyż jeśli trafisz w nos, smok kichnie gwałtownie, a ty wylecisz jak z procy. Smoki te, mimo swej wielkości, są wyjątkowo łagodne i pokojowo nastawione do świata. Całymi dniami śpią, nocą zaś fruwają i baraszkują w powietrzu jak małe dzieci. Ich zwyczaje są objęte wielką tajemnicą i nawet najwięksi smokolubcy jeszcze ich nie poznali. Smok Pracowity Smoki pracowite noszą zwykle na łapach rękawiczki ochronne, a na brzuchach mają zawieszone falbaniaste, pięknie nakrochmalone fartuchy. Ciągle pracują: kopią, sieją, zbierają plony, sprzątają, gotują, cerują, piorą. Pracują do późna, a wstają skoro świt. Nie są groźne. Nieustannie czymś zajęte, nie zwrócą uwagi na podróżnika. Smoki pracowite dzielą się na dwa rodzaje. Pierwszy - to smoki, które pracują nieustannie, dlatego, że takie jest - jak sądzą - ich przeznaczenie. W końcu są niezadowolone ze swego życia, choć mogłyby wszystko rzucić i żyć jak inne smoki. Drugi rodzaj - to smoki, które uwielbiają pracować. Praca stanowi treść i radość ich życia, i jest bardzo pożyteczna. Nie tępcie smoków pracowitych! Powinny być pod ochroną, tym bardziej, że jest to gatunek bardzo rzadki. Smok leniwy W przeciwieństwie do smoków pracowitych, smoki leniwe to zakała rodu smoczego. Nigdy nic nie robią. Najchętniej wygrzewają się na słońcu lub śpią w swoich jaskiniach. Nie lubią ani się bawić, ani pracować. Są zwykle opalone i senne. Jedyną ich rozrywką jest opowiadanie głupich kawałów o pracowitych smokach. Zastanawiasz się, co jedzą? Niestety, zaprzyjaźniają się ze smokami pracowitymi (patrz: smok pracowity) i czerpią korzyści z ich pracy. Smok Fatalista Łatwo rozpoznawalny. Na szyi (lub szyjach, w zależności od ilości głów) nosi wianki z czosnku dla odstraszania wampirów, talizmany i inne akcesoria. Mimo to, nie czuje się bezpieczny. Szczególnie obawia się czarnych kotów, kominiarzy, trzynastek, czarnoksiężników, czarownic, rudzielców, mężczyzn w okularach i różnych innych stworów, które jakże chętnie wyłaniają się z mroku. Smok fatalista wierzy, że wszystkim rządzą gwiazdy na niebie i nikt nie ma wpływu na to, co się wydarzy. Całymi dniami wypatrują swojego przeznaczenia, które nigdy nie nadchodzi, gdyż nic nie przychodzi samo. 28 Leksykon Smoków, czyli poradnik dla początkujących smokolubów — fragmenty Smok Uczony Ten gatunek smoków jest bardzo rzadko spotykany. Jeden taki egzemplarz znajduje się w warszawski zoo, a drugi wypchany, w Muzeum Smoków. Odznaczają się dużym łbem, zanikiem zębów i pazurów, oraz dużą ilością okularów. Jaskinie tych dziwolągów wypełnione są uczonymi księgami, papierami, kałamarzami, gęsimi piórami, retortami i różnymi innymi przedmiotami. Uczone smoki nie stronią także od komputerów, których baterie zasilają ogniem z paszcz. Smoki te są całkowicie nieszkodliwe dla otoczenia. Nie gryzą, nie zioną na nikogo ogniem, poruszają się cicho i mogą stanowić doskonały materiał na sąsiadów. Jedyną ich wadą jest ciągłe ględzenie na tematy zupełnie nie zrozumiałe dla zwykłych śmiertelników. Smok Biznesmen Zwykle w garniturku i pod krawatem, z grubą teczka wypchaną papierami, kanapkami i złotymi dukatami. Zaopatrzony w zegar słoneczny, kryształową kulę i złoty czajnik. Na paluchach nosi błyszczące sygnety. Pazurki i zębiska ma elegancko wyostrzone i przyozdobione cekinami. Jeździ złotą karocą z woźnicą i czterema lokajami, zaprzężoną w szóstkę koni lub trzy słonie. Zwykły śmiertelnik nie powinien ryzykować robienia interesów z takim smokiem, bowiem smok biznesmen nie posiada rozwiniętego poczucia humoru. Nie pozna się na żartach, traktuje je zbyt poważnie. Urażony, staje się niebezpieczny: może kłapnąć zębami, drapnąć pazurem, a nawet pożreć! Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY MIT Czytam zapisy rozmów Michała Pawła Markowskiego i Dobrosława Kota na temat mitu, drukowane w kolejnych numerach „Znaku”. Zainteresował mnie i zirytował odcinek poświęcony mitom politycznym {Poszerzaniepola walki, „Znak” 12, 2017). Michał Paweł Markowski pojmuje mit w sposób, który nie pozwala mu znaleźć dlań jednego dobrego słowa. Widzi w nim wyłącznie zbiorowy wymysł umożliwiający danej społeczności zachowanie dobrego samopoczucia. Mit jego zdaniem jest „chory u swych korzeni”: cechuje się militarnością, bitewnością i już od czasów antycznych służył do konfrontacji oraz wykluczania. Jako opowieść fikcyjna odwołuje się wyłącznie do przeszłości. Idealizuje ją jako Raj utracony i zniechęca do ulepszania realnego świata. Zdaniem Markowskiego widać to szczególnie w Polsce, która „chłepta wystygłą krew przodków”. Na uwagę Dobrosłowa Kota, że przecież mity mają charakter pozaczasowy, co opisywał szczegółowo Mircea Eliade, odpowiada, że takie ujęcie jest dla Eliadego dogodnym narzędziem w „bezpardonowej walce z wszelkimi formami modernizacji”, co zresztą nie pozostaje bez związku z jego faszystowskimi sympatiami z okresu, gdy mieszkał w Rumunii. Irytujące są te poglądy, może bardziej jeszcze ich ton. Michał Paweł Markowski ma na koncie imponujący dorobek eseistyczny i translatorski. Wypowiada się tonem stanowczym, prostując dobrodusznie i po belfersku czyjeś omyłki. Możliwości własnych omyłek najwyraźniej nie dopuszcza. Nie przypominam sobie, by w swych tekstach używał takich zwrotów, jak „chyba”, „być może”, „jeśli się nie mylę”, itp. Przyszło mi nawet do głowy, że o stanowczości i poczuciu własnej wartości bardziej może niż słowa świadczy popełniony przezeń czyn, jakim było publiczne spoliczkowanie Antoniego Libery w październiku 2006 roku. Tłumaczył je później jako akt honorowy broniący dobrego imienia jego żony (ponoć tuż przed owym aktem krzyczał, że w innych czasach wezwałby Liberę na pojedynek by go zabić). Inna sprawa, że stanowczość i pewność towarzyszące wypowiedziom niespełna sześćdziesięcioletniego profesora mogą budzić odczucie szczególnej niedojrzałości, zapalczywości właściwej adeptom, nie mędrcom. Gdy pierwsi gotowi są uznać rzecz za myślowo skończoną, drugim dopiero otwiera się przestrzeń wyobraźni i wątpliwości. Oni, ci drudzy, mówią niechętnie. Z wysiłkiem dobierają słowa, coraz dłuższe w ich wypowiedziach są chwile milczenia. Paweł Hertz {Katarynka, [...] z każdym rokiem mniej mi trzeba,/ ucho coraz mądrzej słyszy,/ oko widzi więcej nieba,/ usta zastygają w ciszy. Nie bez cienia rozpaczy wspomina o tym poeta, Józef Baran (w rozmowie z Jakubem Ciećkiewiczem): Nikt nic nie wie, kurwa mać! Z tym, że 30 Okruchy jedni — prości — nie wiedzą mniej, drudzy — uczeni — nie wiedzą więcej.... Leszek Kołakowski wyraża coś podobnego w zdaniu, którego pierwsze słowa wciąż budzą we mnie dreszcz podziwu: Mgła niepewnej intuicji, kiedy skrapla się w języku, nie nabiera przez to jeszcze odkrywczych wartości {Obecność mitu). Greckie pojmowanie mitu (paiOog) wiąże go ze słowem. Jest to słowo nie byle jakie — grożące, radzące, polecające. Owszem, oznacza także fikcję, legendę czy zmyślenie (puOoypatpśtD to układanie bajek). Jednak puSoZoyeóco znaczy: opowiadać dokładnie, rzetelnie; więc nie o byle bajeczki musi tu chodzić. Mit — powtarzam za Leszkiem Kołakowskim — jest słowem innym, niż to, jakim posługują się racjonaliści, czyli logosem (X.óyoQ. Logos buduje abstrakty, pojęcia ogólne i teorie. Ich treść jest wyrażona w piśmie, można ją poznać poprzez lekturę tekstów spełniających wspólnie uznane wymogi racjonalności. Natomiast mądrość mitu obejmuje nie abstrakty, lecz żywe treści życia. Istnieje w mowie (mit zapisany staje się martwy) i przekazywana jest w aktach inicjacyjnych. Nie odkrywa prawd, lecz je ustanawia i głosi. Dodam, że bliski jest mi pogląd mówiący, że mitów nikt nie wymyśla, nie tworzy ich ani człowiek, ani zbiorowość, jak chciałby Michał Paweł Markowski. Mity „same się myślą”, same powstają, objawiają się, są. Nie stanowią więc fikcji, jeśli słowo to {fictio) pojmować ściśle, jako stwarzanie czegoś od początku. Mit jest opowieścią symboliczną: to warunek i źródło jego uniwersalności. Przedrostek sym- wskazuje na to, co wspólne, łączące, tak jak widać to w symbiozie, sympatii czy symfonii. Greckie oupPaAAco mówi o łączeniu, sięganiu dokądś, porównywaniu, wnioskowaniu, wyjaśnianiu. W najwcześniejszym znaczeniu symbol (ońpPoA.ov) był określeniem tabliczki przełamywanej na dwie części, które ułatwiały później wzajemną identyfikację. Taki właśnie jest język symboliczny — łączy dwie warstwy, pod banalną anegdotą skrywa właściwy sens, który trzeba wydobyć i odczytać. W baśni Andersena pt. Nowe szaty cesarza skryty jest prawda mówiąca o tym, że dzieci nie potrafią kłamać. Biblijna przypowieść o wstydzie szuka jego źródeł w inności i samotności, które odsłoniła nagość. Odsłanianiem znaczeń tekstów symbolicznych - snów, mitów, baśni i dzieł artystycznych — zajmują się badacze od zarania kultur. Dość wspomnieć judajską, później chrześcijańską tradycję hermeneutyki biblijnej, współcześnie zaś prace Karla Gustawa Junga, Paula Ricoeura, Juana Eduarda Cirlota, Zygmunta Freuda czy Ericha Fromma. Mogę zrozumieć pochwałę modernizacji, widoczną w wypowiedziach Markowskiego; z pewnością jest w świecie wiele rzeczy wymagających poprawy. Nie chcę jednak zapomnieć przestrogi mówiącej o tym, że usilne modernizowanie wszystkiego staje się ideologią będącą poszukiwaniem ładu, od którego sam ten ruch oddala. Pamiętam też o takiej wykładni opowieści biblijnej, która łączy grzech pierworodny z pracą i postępem (pisze o tym Miguel de Unamuno w O poczuciu tragiczności życia wśród ludzi i wśród narodów). Wolę więc pozostać przy tradycyjnym, widocznym przecież nie tylko u Elia-dego, pojmowaniu mitu jako opowieści pozaczasowej i uniwersalnej. Jasno wyraził to Zygmunt Kubiak: mit mówi o czymś, co nigdy się nie zdarzyło, lecz wciąż się dzieje. Eliade znajduje aż nadto przykładów z różnych obszarów kulturowych, które świadczą Andrzej C. Leszczyński 31 o takim właśnie pojmowaniu mitycznych opowieści. Mit sytuuje swą opowieść w czasie „świętym”, w „owym czasie” (in illo tempore), pokazuje „prazdarzenie”, które trwa i zakorzenia w świecie. Zdaniem Leszka Kołakowskiego potrzeba mitu Bierze się z odczucia kruchości i przypadkowości świata, obojętnego wobec ludzkich cierpień, klęsk, śmierci. Wiemy, że świat, w którym żyjemy, musi się kiedyś skończyć. Nadejdzie moment, w którym ziemia ulegnie zniszczeniu. Spłonie ostatni egzemplarz Szekspira i roztrzaskana zostanie ostatnia rzeźba Michała Anioła. Niczego nie można ocałić na zawsze. Koniec musi nadejść, to jest nieuchronne. Mit zatrzymuje to co płynne i pozwala uchwycić stan trwałości, odszukać w nim porządek i sens. W gruncie rzeczy nie ma znaczenia, czy jest boską prawdą ukrytą przed głupcami i dostępną mędrcom, jak sądził Julian Apostata, czy tylko wymysłem ludzi, jak sądzi Markowski i wielu innych. W ostatnim zdaniu książki pt. Jeśli Boga nie ma... pisze Kołakowski; Co jest dla nas rzeczywiste, a co nierzeczywiste, jest sprawą raczej praktycznego niż filozoficznego zaangażowania; rzeczywiste jest to, czego ludzie rzeczywiście pragną. Jest to zdanie szczególnie znaczące dzisiaj, gdy wszystko wokół płynie, ucieka, urywa się z łańcucha zasad i norm. Kiedyś, zwłaszcza w epoce Oświecenia, ludzie odwracali się od paskudnej przeszłości znajdując nadzieję w jasnym obrazie przyszłości. Dzisiaj, odwrotnie, przerażeni rysującymi się coraz wyraźniej perspektywami zwracają się ku dodatnio przewartościowanej przeszłości. Zygmunt Bauman określał to mianem retrotopii (wspominałem o niej w tym miejscu). Joseph Roth niedługo przed śmiercią (1939) pisał do Stefana Zweiga: Świat jest bardzo, bardzo głupi; bestialski. Stajnia wotów jest mądrzejsza. Widzę, że nie damy rady tej paranoi w Niemczech... [...] Uważam za tchórzostwo nie mówić teraz, że czas już zatęsknić za Habsburgami. Chcę, aby Monarchia wróciła — i chcę to głośno powiedzieć. Czy to, co jest ratunkiem przed rozpaczą, przed doświadczeniem nicości, można określać mianem „chorego u swoich korzeni”? Kto tak twierdzi, temu chcę przypomnieć wiersz Czesława Miłosza pt. To jasne (choć mogłyby to być inne wiersze tego autora, np. Przemilczane strefy albo Jeżeli). To jasne, że nie mówiłem, co naprawdę myślę, ponieważ na szacunek zasługują śmiertelni, i nie wolno wyjawiać, w mowie ani na piśmie sekretów naszej wspólnej cielesnej mizerii. Chwiejnym, słabym, niepewnym wyznaczona praca: wznieść się dwa centymetry nad swoją głową i móc powiedzieć komuś, kto rozpacza: »ja też tak samo płakałem nad sobą«. Poeta (literacka nagroda Nobla, 1963) Jorgos Seferis ma świadomość kresu wyobraźni symbolicznej i tego, że w erze technologicznej brakuje miejsca dla mitów. Pisze: Czy tak jest lepiej? Być może. Nie chodzi o to, co się skończyło, lecz czym zastępujemy, mu - żyjący jak wszystko, co istnieje, tkwiący pośród rozpadu i przemiany — rzeczy, które uznajemy za skończone. 32 Okruchy „BORUSSIA” Jeszcze jedna przykrość. Nie od razu zauważyłem czerwony nadruk na okładce informujący, że mam w ręku ostatni numer pisma. Sześćdziesiąt znakomitych zeszytów wydawanych nieregularnie w ciągu dwudziestu sześciu lat przez grupkę zapaleńców. W ich imieniu pożegnali się z czytelnikami, więc także ze mną, Kazimierz Brakoniecki i Robert Traba, redaktorzy naczelni pisma krzewiącego idee otwartego społeczeństwa, demokracji obywatelskiej, szlachetnego humanizmu. Idee potrzebne dziś jak tlen. W pożegnalnym numerze między innymi dwa znakomite wywiady, z prof. Przemysławem Czaplińskim o jego książce Poruszona mapa, i z Wojciechem Kassem o tym, co to znaczy żyć w Praniu, w leśniczówce Gałczyńskiego. Z pierwszego wywiadu wynotowałem zdania mówiące o literaturze z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, która kazała spojrzeć na obcego, innego, wykluczanego. Piotr Szewc, Jarosław Marek Rymkiewicz, Paweł Huelle, Tadeusz Konwicki czy Jan Błoński pokazywali sens historii rozpoznawanej według takich reguł, w których mniejszości będą traktowane jako istotna i wartościowa część społeczeństwa, byśmy nie powtórzyli dyskryminujących, niszczycielskich gestów [.../ Reguły te pozostały niestety martwe dla społeczności, która nie chce uchodźców, nie chce innych, podsyca w swej grupie obawy, niechęci, dając powszechnie do zrozumienia, że wystarczymy sobie sami, będziemy się nawzajem podziwiać, kochać, wystarczy nam naszego seksapilu, żebyśmy się do siebie nawzajem przymilali, kochali, płodzili polsko-polskie dzieci, że nie potrzebujemy żadnej mieszanki. Mówi Czapliński o czymś, co w którejś z publikacji pozwoliłem sobie nazwać kazirodztwem kulturowym. Rozmowa Jana Jastrzębskiego z Wojciechem Kassem wydobywa pierwsze chwile mieszczuchów, poznanianki i sopocianina, na mazurskim odludziu. W dzisiejszych wspomnieniach miejsce to budzi więcej zachwytów niż kiedyś, choć już u początków miało swoją magię {Dla nas Pranie było jak cudowna gwiazda-łąd rozpałona przez Gałczyńskiego w jego poetyckich obrazach}. Pozwala uciec od „dookolnego galopu ludzi i zjawisk”, od wszechogarniającego upadku, dokonującego się marnie, „poziomo”, jak ujął to Tadeusz Różewicz. Ale jest też przesycone wampiryczną melancholią, szczególnie intensywną późną jesienią, zimą, wczesną wiosną, gdy bezruch przyrody nabiera cech trupich, prosektoryjnych. Mówi Kass o codzienności związanej ze zdobywaniem funduszy na potrzeby muzeum, z wysłuchiwaniem irytujących sloganów na temat Gałczyńskiego wypowiadanych przez zwiedzających to miejsce turystów. Także o własnym zbliżeniu się do tego poety, czytanego wcześniej powierzchownie {Odbyłem rytualny taniec z mistrzem w silnym uścisku, trudnym, ale za to serdecznym. Poznałem mojego Gałczyńskiego, poetę — wbrew pozorom — wielce samotnego i bezmiernie opuszczonego). Wojtkiem zetknąłem się dawno temu przy okazji spotkań w redakcji sopockiego „Toposu”, w którym miałem swój stały kącik; nie oznaczało to żadnej bliższej znajomości. Kilka lat później żeglowaliśmy z Andrzejem Kwiatkiem po Bełdanach i Nidzkim. Zawiedli umówieni załoganci, więc męczyliśmy się we dwójkę na ciężkim, siedmioosobowym, balastowo-mieczowym Odysie, wyczarterowanym w Giżycku za pół ceny (bo maj), przy stałej flaucie z zepsutym jak się wkrótce okazało motorkiem wietierok. Andrzej C. Leszczyński 33 Któregoś dnia zacumowaliśmy przy pomoście w Praniu i wdrapaliśmy się schodkami na wzgórze. Pamiętam pierwsze pytanie Wojtka: macie jakieś papierosy? Jeszcze jeden tekst. Anna Matysiak oddaje hołd zmarłemu dopiero co Erwinowi Kiukowi, pisarzowi, poecie, senatorowi pierwszej kadencji. Piewcy lokalnych drobiazgów odsłaniającego ich magię, twórcy szukającego trwałości („rzeczy niestworzonych”) w heraklitejskiej płynności. Pisał o rzekach, miastach, miejscach tracących dawne nazwy i opatrywanych nowymi. Anna Matysiak, która urodziła się we wsi Drogosze, wcześniej zwanej Pałacowo, jeszcze wcześniej Dónhoffstadt (w tej samej „Borussi” Ewa Kozłowska pisze o swoim Olecku, wcześniej Treuburg, jeszcze wcześniej Margrabowo), próbuje odnaleźć linie łączące literacki światopogląd Kruka z obrazem „czasu świętego”, jaki kreślił niestrudzony badacz mitów Mircea Eliade. Stanisław Barańczak {Jeśliporcelana to wyłącznie taka) widział nieuchronność wyzucia z bytu, przeprowadzek na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy, świat {Kto ci powiedział, że wołno się przyzwyczajać?/ Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?/ Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy/ w świecie/ czuł się jak u siebie w domu?'). Erwin Kruk dostrzegał i wydobywał coś, co mimo przeprowadzek zachowuje trwałość, odnajdował niezmienną w tym samym miejscu obecność Prusów, Jadźwingów, Warmów. Od dzieciństwa wiedział że to co przeżywa i widzi/ w tym samym czasie choć nie tutaj i teraz/ dzieje się prawdziwiej i że nie chodzi o żadne życie/ po śmierci że śmierci nigdzie tam nie ma/ że to jest współobecność ludzi czasów przestrzeni (Kazimierz Brakoniecki, Kruk i kos. Pamięci poety Erwina Kruka). W pożegnaniu naczelni „Borussi” przypominają swe redaktorskie credo: Myśl uniwersalnie, działaj lokalnie! Ojczyzną człowieka jest drugi człowiek! Pomyślałem, że bardzo podobne wskazanie mogłoby się znaleźć na winiecie „Prowincji”. WIELKIE ŻARCIE Tak zatytułowany był {Le grand boujje) film Marco Ferreriego z 1973 roku, który po kilkugodzinnym odstaniu w kolejce do kasy obejrzałem w gliwickim kinie Bajka, w ramach słynnego w PRL-u przeglądu filmów zagranicznych Konfrontacje (był to bodaj jedyny obraz, który nie wszedł potem do szerokiego rozpowszechniania). Czwórka majętnych burżujów spotyka się w wynajętym domu, by zajeść się na śmierć. Pełna fizjologicznych szczegółów orgia obżarstwa, jaką pokazał Ferreri, poza szyderczą kpiną z mieszczańskiej dekadencji miała w sobie coś komicznego (to właśnie oznacza bouffe w postaci przymiotnika). Inna sprawa, że w Polsce, gdzie jednym z ważniejszych problemów było wówczas miejsce w kolejce po mięso, nie zwracano na to większej uwagi, delektując się obrazami wyszukanych potraw. Nigdy później nie oglądałem tego filmu. Przyszedł mi do głowy podczas lektury niedługiego tekstu, będącego czymś w rodzaju życzenia noworocznego, zatytułowanego Wszystkiego mniejszego! Przemysław Urbańczyk (archeolog), pisze o dokonującym się na naszych oczach bankructwie nadziei na postęp. Ta złudna ideologia, która powiększa nierówności ekonomiczno-kulturowe i wiedzie ku katastrofie ekologicznej, powinna ustąpić strategii zrównoważonego regresu. Kilka lat temu podobne przekonanie wyraził „stary marksistowski lewak” — jak sam siebie określa — Slavoj Ziźek. Jego zdaniem trzeba 34 Okruchy odwrócić znaną tezę Karola Marksa, mówiącą o tym, że nie wystarcza myśleć o świecie, lecz trzeba go zmieniać. Zmieniliśmy już świat tak bardzo, mówi Ziźek, że najwyższy czas, by zacząć znów o nim przede wszystkim myśleć. Prof. Urbańczyk pisze o agresywnym zadeptywaniu Ziemi. O bezwzględnym niszczeniu fauny i flory (giną bezpowrotnie gatunki zwierząt i roślin), o krótkowzrocznej taktyce „rabujmy co się da i w nogi”. By uniknąć coraz bliższej katastrofy i degeneracji ludzkości, którą czeka powrót do ery bezwzględnej walki o biologiczne przetrwanie, konieczna jest zmiana świadomości. Sens tej zmiany wyraża hasło: „Chciej i oczekuj mniej”. Autor podaje przykłady działań, które można bezzwłocznie podjąć, by zatrzymać cywilizacyjną bulimię, samobójcze pochłanianie, obżeranie się wszystkim, co tylko się da. Można więc opodatkować („boleśnie”) dziedziczony majątek, by wstrzymać koncentrację kapitału określającą los ludzi już w chwili urodzenia1. Można wpływać na ograniczenie potomstwa do dwojga w rodzinie. Można radykalnie opodatkować każdy nadmiar — więcej niż jedno mieszkanie, więcej niż jeden samochód, telewizor itp. Można ograniczyć ogromne środki łożone na przedłużanie życia, bo właśnie śmiertelność jest warunkiem przetrwania gatunku. Technologię genetyczną można zastąpić namową do szukania partnerów o możliwie odmiennym genotypie. Dodam od siebie, że można by też produkować mniej żywności (w Polsce marnuje się jej ok. 9 milionów ton rocznie, 235 ton na mieszkańca; nie ma wciąż ustawy zakazującej wyrzucania przez sklepy nie-sprzedanych artykułów spożywczych i nakazującej - jak ma to miejsce w innych krajach europejskich — przekazywanie ich organizacjom dobroczynnym). Podobne wskazania można oczywiście uznać za wyraz naiwności. Nie chcę ich tak traktować, w czym umacniają mnie coraz liczniejsze głosy wyrażające podobne poglądy. Prof. January Weiner (biolog) mówi dziennikarzowi: Ziemia, wie pan, wysyła nam komunikaty. Daje nam znać, że dzieje się coś złego, ale krótkowzroczność sprawia, że nie jesteśmy w stanie spojrzeć dalej niż granice naszego kraju albo nawet dalej, niż pokolenie, w którym żyjemy. Nic panu na to nie poradzę, że politycy żyją w okresie czteroletniej kadencji ”. Pytany, czy świat się kończy, odpowiada: „Nie, jeszcze nie. To znaczy skończy się za miliard lat, nie w najbliższym czasie. W najbliższym czasie życie na ziemi »tylko« stanie się nieznośne. Jednym z ważniejszych jest dla mnie głos papieża Franciszka, który ponad inne cnoty przedkłada dziś, i chce ją zaszczepić całemu Kościołowi, cnotę ubóstwa (troskę o losy Ziemi wyraził w „zielonej” encyklice Laudatio si). W Polsce tą drogę idzie abp Grzegorz Ryś. Nie tak dawno w jednym z wystąpień przywołał średniowieczne księgi pokutne mówiące, że ten, kto gromadzi majątek ponad miarę i tylko dla siebie, zobowiązany jest do pokuty z tego powodu. To samo przecież pisze Przemysław Urbańczyk, za pokutę mając surowe podatki. Warto pamiętać, że ośmiu najbogatszych ludzi posiada dziś tyle, co ponad połowa najbiedniejszych mieszkańców Ziemi. Andrzej Kasperek 35 Andrzej Kasperek imiiiii izia mii CZ. 1 10 października 2016 r. obudził mnie budzik w telefonie komórkowym i kiedy sięgnąłem, żeby go wyłączyć przez ekran przebiegł pasek z informacją: Wczoraj zmarł Andrzej Wajda. Nigdy wcześniej nie pojawiały się takie informacje, może coś włączyłem niechcący. Poczułem się, jakby ktoś osobiście do mnie skierował tę wiadomość, jakby wiedział, jak to dla mnie ważne. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej widziałem, jak odbierał specjalną nagrodę za film „Powidoki” na festiwalu filmowym w Gdyni, poruszał się z balkonikiem, ale jego uśmiech był jak zawsze młodzieńczy i chciało się wierzyć, że planuje nowy film. Jego niesamowita witalność i energia wydawały się niewyczerpane. Chętnie przywoływał w wywiadach opowieść rabiniczną, że śmierć po aktywnych i zapracowanych nie przychodzi: On taki zajęty, przyjdę Pani Krystynie Zachwatowicz Spotkanie z Andrzejem Wajdą w 1980 r. w Gdańsku, z tyłu autor tekstu, fot. Jacek Sott, ze zbiorów Leszka Biernackiego jutro. Myślałem, że może tworzyć jeszcze długo, prawie jak portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który kręcił filmy po skończeniu stu lat. A teraz nawet nie było mi smutno, teraz czułem się jak porzucone dziecko. Czułem więcej niżeli kiedy osierociałość moją — pisał Fryderyk Chopin w liście do przyjaciela o swoim nastroju. I tak to odbierałem. Pomyślałem, że nie można odkładać pisania i trzeba wyjąć kopertę, na której kilka lat temu napisałem: DROBIAZGI WAJDY. Od czasu do czasu dokładałem tam nowe fiszki 36 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 i karteczki, notatki z zapisanymi pomysłami i spostrzeżeniami. Ale gdy zacząłem je przeglądać zrozumiałem, że to nie może być jakiś artykuł filmoznawczy, bo nie uniknę osobistego tonu. Po prostu Wajda był dla mnie jednym z najważniejszych polskich twórców, artystą klasy Mickiewicza, Malczewskiego, Wyspiańskiego czy Żeromskiego. I jeśli powiem, że my wszyscy z niego, to nie przesadzę. Kim byśmy byli bez „Popiołu i diamentu”, „Popiołów”, „Ziemi obiecanej” czy „Człowieka z marmuru”? To by była zupełnie inna kultura polska. Inna Polska. Kiedy w sierpniu 1980 roku przyjechał do strajkujących w Stoczni Gdańskiej natychmiast został rozpoznany przez robotniczą straż przy bramie. Jego filmy oglądali nie tylko inteligenci, oglądali wszyscy - były one dla Polaków bardzo ważne. Mój pomysł, żeby napisać esej o detalach, drobiazgach, imponderabiliach pojawił się w czasie niezliczonych ponownych „lektur” jego dzieł, do których wracam nieustannie, nawet wtedy, kiedy znam je prawie na pamięć. „Ziemię obiecaną” obejrzałem przeszło trzydzieści razy, ale kiedy udało mi się kupić wersję DVD po rekonstrukcji cyfrowej natychmiast zasiadłem do projekcji. Pomyślałem wtedy, że oprócz tych wielkich scen, po wielokroć już opisywanych: spiralne schody, z których rzucił się Jaś Krone, kieliszki płonące niczym znicze, śmierć Macka Chełmickiego na śmietniku, krata u wylotu kanału z widokiem na praski brzeg Wisły, szarża ułanów na niemieckie czołgi, budzący się dzień pracy w mieście Łodzi czy polonez w Soplicowie są też inne, łatwe do zignorowania lub przegapienia. W jego filmach jest mnóstwo drobnych scenek, krótkich jak mgnienie oka, „mówiących” rekwizytów, cytatów z malarstwa, cały szereg znakomitych, wysoce znaczących pomysłów szczegółowych — jak to nader trafnie określił Stanisław Barańczak w liście do reżysera. Jest taka popularna historyjka o profesorze, który uczniom pokazał słoik wypełniony kamieniami, ale okazało się, że można zmieścić w nim jeszcze niemało żwiru. Wydawał się pełny, ale udało się wsypać doń trochę piasku. I dopiero kiedy wlał tam sporo wody słój był naprawdę pełen. Przypomina mi się ona, kiedy myślę o filmach Andrzeja Wajdy - ile w nich pomieszczono, jak wiele się tam zmieściło, jak precyzyjnie przemyślano każdą ich minutę. Te drobiazgi, rzeczy pozornie bez znaczenia nie służą tylko wypełnieniu metrażu, one pozwalają widzom lepiej, dokładniej, pełniej zrozumieć świat przedstawiony przez reżysera. Czasem są to klasyczne imponderabilia, trudne do uchwycenia drobiny, które zdecydują przecież o całości, czasem precyzyjnie dobrane detale, przemyślane szczegóły, które sprawiają, że dzieło sztuki objawia się nam w swym pięknie i doskonałości. Zygmunt Kubiak pisał o „drobiazgach, które otwierają widok na ogromy”. Ta precyzja, pomysłowość a nawet czułość, z jaką Wajda wplata w swe dzieła owe drobiny, decyduje o randze i wielkości jego dzieł. Wajda był wizjonerem a wizja musi mieć solidny fundament. Daniel Arasse w książce „Detal. Historia malarstwa w zbliżeniu” powołuje się na Aby ego Warburga mówiącego o tym, że dla historyka sztuki dobry Bóg tkwi w szczegółach. Książka pt. „Detal” pokazuje, jak ważne są drobiazgi w malarstwie - ja chciałbym pokazać, jak ważne są one w kinie Wajdy. Ale przecież nie piszę monografii, to tylko garść obserwacji i spostrzeżeń z przydaniem kilku uwag osobistych. Mam nadzieję, że ten osobisty ton nikogo nie obruszy. Rozpocznę od dwóch drobiazgów, których nie zobaczyliśmy. W „Ziemi obiecanej” jest scena, w której żona Trawińskiego idzie do garkuchni dla ubogich zjeść posiłek. Po samobójstwie męża — bankruta, bez środków do życia, siada wspólnie z biedakami przy Andrzej Kasperek 37 metalowym stole, w który wtłoczono miski. Je kaszę drewnianą łyżką, tak jak wszyscy. Nakręcił to II reżyser — Andrzej Kotkowski. Wajda obejrzał, pochwalił, ale na osobności skrytykował asystenta, że fragment sknocił: Trzeba było jej dać srebrną łyżkę. Kotkowski zrozumiał - użycie tego rekwizytu sprawiłoby, że ranga sceny byłaby o wiele większa. W filmie dokumentalnym „Wajda — lekcja kina” reżyser komentuje sceny ze swoich filmów i opowiada, jak powstawały. Przy „Dantonie” wspomina, że po projekcji Jean-Claude Carriere opowiedział mu, że kiedy Robespierrea wieziono na gilotynę, to paryżanki stały na ulicach z odsłoniętymi piersiami. W ten sposób zakpiły z purytańskiego tyrana. Mistrz westchnął: Ta scena, gdybym ją nakręcił, przeniosłaby mnie do historii kinaj.../. „Pokolenie”. Debiutant miał dwadzieścia osiem lat i czuł, że „pora mu zacząć”. Jego start do dzisiaj budzi kontrowersje. Reżyser Bułat z „Małej Apokalipsy” Tadeusza Konwickiego, szydercza karykatura Wajdy, mówi o sobie: „zacząłem od filmu, który szkalował AK, czyli środowisko, z którego wyszedłem, następnie skręciłem obraz gloryfikujący to nieszczęsne AK”. Adam Michnik stwierdził pryncypialnie: Zaczynał tyleż typowo, co paskudnie. j...] film [...] nie różni się od reszty produkcji artystycznej socrealizmu: historyczne kłamstwo i bolszewicki moralizm, sentymentalizm i artystyczna tandeta. A Ryszard Legutko popisał się bezkompromisowością: „Pokolenie” — [to film] skandaliczny, wstrętny, obrzydliwy. No cóż, według niego Wajda to koniunkturalista: Gdy trzeba było robićfiłmy komunistyczne — robił, kiedy trzeba było walczyć z tzw. bohaterszczyzną — walczył. Później, gdy zaczął się czas opozycji, zrobił „Człowieka z marmuru”. Już nie wspomnę o fiłmie o Wałęsie. Ale jeśli (słuszne przecież) zarzuty o socrealizm ustawić w perspektywie historycznej i przyjrzeć się bliżej proweniencji neorealistycznej tego utworu, to zobaczymy film wciąż żywy, o lata świetlne oddalony od takich obrazów jak „Jasne łany” czy „Niedaleko Warszawy” a bliski w opisie rzeczywistości takim dziełom jak „Złodzieje rowerów” czy „Rzym, miasto otwarte”. Angielski reżyser Lindsay Anderson zaliczył go do swych ulubionych filmów. W trzydziestą rocznicę premiery wysłał Wajdzie specjalnie dobraną kartkę ze spiralnymi schodami, na której napisał: POKOLENIE still my faoourite film. Już w swym pierwszym dziele Wajda pokazał pazur. Zdjęcia Jerzego Lipmana ukazują pochmurne niebo, szarość i nędzę życia podczas okupacji. Wiszące przy ulicy trupy ofiar represji, płonące getto. I pomyśleć, że ten film został okaleczony, pokazywał obrazy przerażające, usunęła je cenzura. Ryszard Kotys wspominał: Wpierwszej wersji filmu [...] była taka wspaniała, okrutna scena [...] rozgrywająca się na cmentarzu żydowskim, gdzie Kostek wyrywa złote zęby z poobcinanych ludzkich głów. To, co zostało, do dziś robi wrażenie, jak np. scena, w której Niemcy przychodzą do stolarni po zamówione piętrowe łóżka. Gruby pracownik firmy zachwala produkt, jest usłużny, przypochlebia się, wskakuje na górną pryczę, pokazuje jak mu przyjemnie, kilka razy mówi głośno: „Prima!” Niemieccy oficerowie rechocą, są zadowoleni. Odchodzą a wtedy on z wyraźnym trudem i grymasem bólu złazi. Połączenie kolaboracji fabrykanta z okupantem, z jednoczesnym dawaniem przez kapitalistę pieniędzy na AK, można uznać za tendencyjne. Jednak dziś można odbierać to jako część skomplikowanej prawdy o tamtych czasach. Mina faceta, który wygłupia się, żeby sprzedać prycze mówi wszystko - tak, robię z siebie małpę, ale trzeba przeżyć, a w naszej firmie ukrywamy broń dla konspiratorów. 38 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 Michnik napisał, że w „Pokoleniu” Wajda dokonał gwałtu na własnej pamięci i własnym rozumie. Być może podjął koniunkturalną grę z władzą. Czy naprawdę reżyser powinien przez całe życie kajać się za swój debiut? On nie musiał, jak Ważyk usprawiedliwiać się: byłem w domu wariatów, ale już się wyleczyłem. Nie był pryszczatym, nie straszył kolegów rewolwerem. Jako filmowiec musial pozostawać w jakimś dialogu z władzą. Podjął jak wielu najwybitniejszych reżyserów tamtych czasów grę, której bilans wydaje się oczywisty: nakręcił filmowe arcydzieła podtrzymujące i formujące świadomość narodową, udało mu się przemycić przed oczyma cenzury fiłmy atakujące system reałnego socjalizmu, które w konsekwencji pomogły go rozwalić. To słowa operatora Pawła Edelmana. Trudno się z nimi nie zgodzić. W debiucie są jeszcze dwie sceny, na które chciałbym zwrócić uwagę — gra w pikuty i wskakiwanie Kostka do pędzącego pociągu. Sam będąc chłopakiem grałem w noża, bo takiej nazwy używaliśmy. Wystarczyło mieć średniej wielkości nóż. Główka, nosek, bródka, łokieć — czubek był oparty w tych miejscach, gracz musiał wbić ostrze w ziemię. Cybulski kilka razy zalicza bródkę. Plebejska gra pokazuje doskonale środowisko, z którego wywodzą się bohaterowie. To, co inny twórca opowiedziałby w kilku scenach Wajda mówi w tym krótkim epizodzie. Przedmieście, zwane Budy - puste pola, krzaki, gołębniki, szopki i liche domki, kryte papą. Ktoś gra w piłkę, dziewczyny skaczą przez skakankę, mężczyźni rżną w karty, kobiety plotkują, pastuszek gra na fujarce, pasą się kozy. Kamera pokazuje to w długim ujęciu, aż dociera do grupy grających chłopaków. Scena, której nie powstydziłby się De Sica, ale nakręcił ją młodzieniec, który dopiero rok wcześniej ukończył Szkołę Filmową w Łodzi. Przejeżdża pociąg z węglem. Chłopaki rzucają się za nim licząc na łatwy łup. Nigdy nie mogę oglądać spokojnie sceny, w której Cybulski pędzi obok wagonu usiłując do niego wskoczyć. Zawsze myślę, choć wiem, że to głupie, że aktor jakby ewokował zdarzenie z wrocławskiego dworca, trzynaście lat później. W filmie uratował życie... Śmierć aktora bardzo Polaków poruszyła. Byłem wówczas uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej i do dziś pamiętam ten styczniowy ranek, kiedy w drodze do szkoły kolega powiedział mi o tej tragedii. Dwóch chłopców w drodze do wiejskiej szkoły rozmawia o Cybulskim, o człowieku w ciemnych okularach, którego znali tylko z czarno-białej telewizji. Bo to telewizja pozwalała mi poznawać kolejne filmy Wajdy, smakować jego wizję historii, zakochać się w jego kinie. W niedzielę przed dobranocką puszczano retrospekcje filmów wielkich reżyserów - Wajda, Has, Kawalerowicz. Chronologicznie, film po filmie. Poza tym był cykl „Filmoteka arcydzieł”. Bezcenna edukacja. „Kanał”. Przez wiele lat nie mogłem się zdobyć, żeby obejrzeć ten film ponownie. Bałem się, że znowu będę ryczał przy scenie rozmi nowy wania wyjścia z kanału, nie przymierzając tak, jak kilka lat wcześniej płakałem w czasie lektury „Chłopców z Placu Broni” w scenie opisu śmierci Nemeczka Zdobyłem się na to, kiedy ukazała się wersja zremastero-wana. Nota bene dopiero wtedy można było dostrzec mnóstwo szczegółów, których zdarta kopia celuloidowa nie pozwalała zobaczyć. I lepiej wsłuchać się w ścieżkę dźwiękową. A na niej wybrzmiewały dźwięki okaryny, na której oszalały muzyk Michał wygrywa melodię pełną smutku i rezygnacji. Instrument należał wcześniej do innego członka oddziału, po jego śmierci wziął go kompozytor. Ten przejmujący motyw wymyślił Adam Pawlikowski, Andrzej Kasperek 39 żołnierz AK, muzykolog, dziennikarz i aktor amator, który wystąpił w 25 filmach. W filmie zagrał esesmana, stojącego przy włazie do kanału, poddaje mu się część oddziału. To był epizod, Wajda da mu dużą rolę w „Popiele i diamencie”. W czołówce tego filmu też jest melodia grana na okarynie. Scena, o której piszę jest mniej więcej w połowie filmu. Obserwujemy ludzi oszalałych, gdzieś pędzących, tratujących się, znikających w ciemności, jakby pochłaniała ich piekielna czeluść. Mgły, upiorna poświata połyskująca na wodzie, która pomieszana jest z nieczystościami całego miasta. Zalewają ich fale wody niosące śmierć, trują ich kloaczne wyziewy. Przejmujący widok, kiedy oszalała ciżba szuka ratunku, skłębione ciała, półnagie, upaprane w kale, wczepione w siebie, spychające się, depczące się nawzajem układają się w kształt piramidy. Ludzie chcą wyjść na powierzchnię. Przyglądamy się dantejskiemu piekłu. Potwierdza to kompozytor cytując fragment Pieśni XVIII z „Piekła”: Tam, gdzie staniemy, w samej głębi dołu / Widzę lud, w strasznym pławiony kanałe, / Jakby wszech kloak brud mieściłpospołuj...]. Jesteśmy w ósmym kręgu piekła. Stąd się nie wychodzi. Ci, którzy tu weszli, muszą porzucić wszelką nadzieję. Michał pociągając łyk bimbru z manierki mówi: To woda z Lety, rzeki zapomnienia. Pogrąża się w szaleństwo i odchodzi, znika w oparach wypełniających tunel. W „Boskiej Komedii” najważniejszy jest ruch ku górze, od piekła do raju, wznoszenie się ku światłu, ku jasności. To droga do Boga, ale tu Boga nie ma. Scena przy włazie jest prefiguracją scen następujących później: Smukły nie zdoła rozbroić granatów zagradzających wyjście na górę, zginie. Zadra wyjdzie na powierzchnię, ale okażę się, że został oszukany przez swego szefa kompanii, zabija oszusta i wraca do kanału. Pewna grupa wychodzi co prawda na górę, ale okaże się, że tam już czekają Niemcy. Stokrotka doprowadzi ociemniałego Koraba do zakratowanego wyjścia... Wszyscy przewodnicy zawiedli, cały oddział poszedł na zatracenie, nikt nie ocalał. Może dlatego film Wajdy spotkał się z tak lodowatym przyjęciem publiczności — oczekiwano bowiem pocieszenia, pochwały heroizmu, tymczasem otrzymano wizję tragiczną. Widzowie uznali, że reżyser wpisuje się w ocenę powstania narzuconą przez władze PRL-u. Władysław Bartoszewski napisał, że w obrazie nie ma prawdy o powstaniu, ani ideologicznej, ani historycznej czy psychologicznej. Dziś, przeszło pół wieku po premierze, jednak inaczej oceniamy ten film. Kiedy wróciłem z klasą z kina, gdzie oglądaliśmy „Miasto 44” Jana Komasy, pokazałem młodym widzom „Kanał”. Po projekcji powiedzieli, że ta wizja powstania bardziej do nich przemawia. „Popiół i diament”. Być może najsłynniejszy film reżysera. Nawet, gdyby Wajda niczego już nie nakręcił, poza tymi trzema pierwszymi dziełami to i tak jego miejsce w historii kina polskiego byłoby znaczące. Ekranizacja powieści Jerzego Andrzejewskiego powszechnie uważana jest za dzieło lepsze od oryginału. Sławomir Mrożek książki nie cierpiał, ale o filmie napisał w „Kulturze” (1983/1): Pamiętam mój stan po wyjściu z kina, nie tylko mój, ale wszystkich, którzy ten film widzieli. Poczucie, że wzięło się udział w czymś wyjątkowym, co zdarza się tylko raz na wiele lat. Byłem przejęty i wstrząśnięty. Towarzysz Szczuka jest starym komunistą, który przyjeżdża do Ostrowca jako przedstawiciel nowej władzy. Wajda nie chciał pokazać go jako aparatczyka przywiezionego przez czołgi Armii Czerwonej. Choć pokazuje przez moment, jak Szczuka pije herbatę 40 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 na sposób rosyjski — nalewając ją na spodek. Widz nie ma wątpliwości, skąd sekretarz partii przybył. Reżyser próbował go przedstawić jako człowieka, ocieplić jego postać. Stąd scena, w której do pokoju Szczuki wchodzi jego kolega Franek z patefonem i butelką wina. Puszcza płytę z hiszpańską piosenką i pyta: Pamiętasz? Wajda daje nam do zrozumienia, że obaj byli w Brygadach Międzynarodowych, które walczyły po stronie Republiki. Kompani wspominają Albacetę, gdzie mieściła się główna kwatera brygad, zdradliwe hiszpańskie wino, swą idealistyczną młodość. Reżyser po latach mówił, że widownia nie mogła bohatera zaakceptować jako komunisty, dlatego: dodałem, że był w Hiszpanii, a do Hiszpanii w 1936 roku pojechali łudzie, którzy oddawali swoje życie za słuszną sprawę wolności. Maciek Chełmicki wypełnia rozkaz i strzela do swego wroga ideowego, ale martwy sekretarz, który pada w jego ramiona, jest po prostu człowiekiem. Nie komuchem. Szczuka wojnę spędził poza Polską. Żona zmarła w 1941 r., syna Marka wychowywała Staniewiczowa, siostra żony. Teraz szuka syna, przychodzi do szwagierki. Ta przyjmuje go w przedpokoju, nie zaprasza do mieszkania. Pewnie podziela zdanie swego męża, który kiedyś powiedział: Rozumiem [...], że można być komunistą. Różne są ostatecznie zboczenia. Ale przyznawać się do tego? To trochę za wiele jak na mój gust i zdrowy rozsądek. Jest wyniosła, traktuje gościa z niechęcią. Spotkanie trwa kilka minut, w jego trakcie ciągle otwierają się drzwi szafy skrzypiąc przy tym okropnie. Cztery razy w ciągu kilku minut. I wcale nie jest to jakiś rozchwierutany mebel, szafa jest solidna, rzeźbiona. Przedpokój jest ciasny i trochę zagracony, jakby trzeba było w mniejszym mieszkaniu upchnąć na siłę rzeczy z dużego domu. Te niedomykające się drzwi zwiastują świat, który wyszedł z orbit, po których się dotąd poruszał. Coś się psuje, stan rzeczy się pogarsza. Wciąż jeszcze wy-daje się, że można to naprawić — Staniewiczowa po wyjściu szwagra domyka drzwi szafy i wraca do towarzystwa, które na krótko opuściła. Elegancko ubrani goście, gosposia, piękny serwis, piją kawę, prowadzą konwersację. Przejeżdżające tanki wprawiają budynek w drżenie i porcelanowe kwieciste filiżanki się trzęsą. To jest znaczące, może to reminiscencja lektury „Piosenki o porcelanie” Czesława Miłosza. Jego tom poezji pt. „Ocalenie” był jedną z pierwszych książek przeczytanych przez Wajdę po wojnie. Ten wiersz był drukowany w tygodniku „Odrodzenie”. I nie o wpływologię tu chodzi, to znak czasu: Niczego mi proszę pana / Tak nie żal jak porcelany. Maciek z Krystyną, barmanką z hotelu, wchodzą do zdewastowanego kościoła. W nawie wisi strzaskana figura Chrystusa do góry nogami. Młodzi rozmawiają o przyszłości, chodzą po gruzie, Krystyna łamie obcas... Tadeusz Lubelski tak to opisuje: Chodzi o scenę blużnierstwa, jakiego dopuszcza się Maciek, profanując ołtarz w bocznej nawie zrujnowanej świątyni, w dodatku w sąsiedztwie leżących tam zwłok swoich ofiar. Dzieje się to wtedy, gdy — chcąc naprawić zepsuty obcas Krystyny — uderza butem w ów ołtarz, poprawiając jeszcze leżącym obok dzwonkiem. Otóż ta scena jest mało wiarygodna jako obraz zachowania młodych ludzi z formacji akowskiej w 1945 roku, z reguły głęboko religijnych, w dodatku opierających na etyce chrześcijańskiej swój generacyjny program. Zupełnie co innego pokolenie październikowe. Cybulski zachowuje się tu jak młody człowiek z 1958 roku, który utracił zdolności religijnego odczuwania świata. Moim zdaniem o żadnym bluźnierstwie nie można tu mówić — nie zapominajmy, że Maciek walczył rok wcześniej w powstaniu warszawskim, jego Andrzej Kasperek 41 ciemne okulary są tego pamiątką {za długo spacerowałem po kanałach — wyznaje Krysi). Dziesiątki zburzonych w czasie walk warszawskich kościołów najpierw zaznało desakra-lizacji, stały się noclegowniami, garkuchniami, szpitalami, barykadami wreszcie. Dlatego młody akowiec zachowuje się tak bezceremonialnie, on przywykł do tego, że znaki wartości zostały odwrócone — Chrystus na opak, to świat odwróconego dekalogu. Wajda tłumaczył to tak: „w moim filmie Ukrzyżowany zwisa głową w dół, świadcząc o czasach, w których nie oszczędzano żadnych świętości”. Poza tym on ma dwadzieścia cztery lata i ocalał „prowadzony na rzeź”, niczym bohater wiersza Tadeusza Różewicza. Jego świat wartości legł w gruzach, to on zamordował człowieka i „czerwonymi palcami gładził białe piersi kobiet”, jak to opisał Tadeusz Różewicz. „Popioły”. Trudno dziś szukać emocji i wzruszeń, które pół wieku temu wywoływał ten obraz. Jedni krzyczeli, że „Wajda fajda” i obraża Polskę, inni ekscytowali się niewinnymi dziś scenami erotycznymi. Ks. Andrzej Luter (nb. jego homilia wygłoszona na pogrzebie jest po prostu esejem o reżyserze) prześledził w swej książce „Kino wiecznie młode” opinie, z jakimi spotkał się film i udowadnia, że cała ta wielka ogólnonarodowa dyskusja była „zamiast”, była sporem zastępczym, bo nacjonaliści spod znaku gen. Moczara próbowali w ten sposób wykreować „sztuczną wspólnotę, aby przeciwstawić się wrogowi”. Ale tłumy waliły do kin, chciały zobaczyć „Poli Raksy twarz” lub dekolt Beaty Tyszkiewicz. Sceny erotyczne w filmie, jak to barwnie opisał Antoni Libera w „Madame”, „nie były specjalnie drastyczne [...] a jednak, zwłaszcza jak na film polski, biły one wszelkie rekordy śmiałości”. W „Popiołach” zagrał Daniel Olbrychski, później ulubiony aktor Wajdy. W drugiej części filmu jest scena balu, młody Rafał Olbromski spotyka ponownie Elżbietę Gintuł-tównę, która obecnie jest szambelanową Ołowską. W czasie ich pierwszego spotkania, podczas bezceremonialnych zalotów, oberwał od niej szpicrutą. Teraz tańczą i prowadzą konwersację. Rafał jest wciąż młodym, nieokrzesanym chłopakiem. Pozostał dzikusem — nie przestaje łypać na dekolt partnerki. Faktem jest, że suknie w stylu empire bardzo udatnie podkreślały ten atrybut kobiecej urody a Tyszkiewicz miała czym się poszczycić. Wystarczy porówna ją z innymi damami występującymi w scenie tańca. Olbromski jest bezczelny, osiąga to, czego chciał. Szambelanowa ofiarowuje mu swe wdzięki. Olbrychski jest tu świetny, to czyste zwierzę aktorskie na wzór Jamesa Deana. Taki miał być, choć miał zaledwie dwadzieścia lat i nikłe doświadczenie aktorskie. Wspominając pierwsze spotkanie z Wajdą mówi o swym onieśmieleniu i zamaskowaniu tego bezczelnością. Mierzą się wzrokiem i reżyser przegrywa. Tłumaczy później swemu asystentowi: on ma taką bez-czełność we wzroku, że po prostu się speszyłem. I pomyśleć, że to temu spotkaniu i owemu chłodnemu, cwaniackiemu, łobuzerskiemu spojrzeniu zawdzięczamy tyle wspaniałych artystycznych wzruszeń. Dziś na forach dyskusyjnych poświęconych filmom nikt się już nie spiera, czy to film arcypolski czy antypolski. Większość dyskusji dotyczy sceny zrzucenia konia ze skał. Obecnie w napisach końcowych filmów spotykamy gotową formułę: Żadne zwierzę nie ucierpiało podczas kręcenia fiłmu. Przy filmach z udziałem koni o wypadek nietrudno, np. serial „Łuck”, którego akcja rozgrywa się na wyścigach konnych przerwano z powodu powtarzających się wypadków, a na planie „Hobbita” zginęło sześć koni i pięć kucyków, nie 42 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 mówiąc już o innych zwierzętach. Kiedyś jednak te sprawy traktowano zupełnie inaczej, nikt się nie przejmował śmiercią lub kalectwem zwierząt. Jednak nie potrafię zrozumieć, dlaczego Wajda zdecydował się na coś tak drastycznego. Na planie w Bułgarii (która udawała Hiszpanię) nakręcono scenę z żywym koniem zrzuconym w przepaść. Scenę, która nic nie wnosi do filmu, bez której można było się obejść. Andrzej Żuławski, drugi reżyser, próbował jakoś mętnie wytłumaczyć tę decyzję, ale nikogo to nie przekonało. Ten fragment budzi dziś takie kontrowersje, że w wersji odnowionej cyfrowo usunięto go. Była to decyzja samego reżysera. Wajda a konie — to temat na książkę. Pojawiają się w prawie każdym filmie syna oficera, który dzieciństwo spędził w koszarach kawalerii, co naznaczyło go na całe życie. W wywiadzie mówił: z tego dzieciństwa wyniosłem takie obrazy, jak parady wojskowe, orkiestra kawaleryjska, zajeżdżający galopem dzialon konny... Należę do nielicznych osób, które oglądały ćwiczenia kawalerii, cięcie szablą i pchnięcie lancą, ekwilibrystykę na koniach [...] wszystko to są utrwalone obrazy, które musiały później znaleźć odbicie w moich filmach. [...] Obrazy tak piękne, że zatykają oddech. Kiedy kręcono „Lotną” jeden z pędzących koni nadział się na lancę wbitą w ziemię i zginął. Jerzy Moes wspominał: To byt dla nas straszny dzień. Upiliśmy się wszyscy równo, łącznie z pułkownikiem Rómmlem, dla którego śmierć paru żołnierzy to była pestka w porównaniu ze śmiercią konia. „Wszystko na sprzedaż”. Najbardziej autorski film Andrzeja Wajdy. Hommage dla Zbigniewa Cybulskiego, aktora tak ważnego, tak niespełnionego, tak nie wykorzystanego przez polskie kino. W tym nowoczesnym obrazie, będącym próbą powiedzenia czegoś ważnego o aktorstwie, o twórczości, o pamięci wreszcie, pojawia się scena z monologiem Bogumiła Kobieli. Aktor sam go wymyślił, ponoć w piętnaście minut, na poczekaniu, bo przygotowany dla niego tekst uznał za sztuczny. Powstała scena zdumiewająca prawdą i szczerością, przejmująca, wręcz wstrząsająca. Kobiela cytuje słowa swego przyjaciela: Nie ma człowieka znikąd! Znikąd jest się tylko w waszych filmach salonowych. Ale Rzeszowskie i Kieleckie trzyma cię za nogi. Ipozwala ci stanąć na tych nogach. Bo tam było twoje dzieciństwo, rozumiesz! Twoja młodość. Jakiś wujek stary, przyjaciel, ksiądz katecheta. Oni śledzą twoją karierę, słuchają radia, mówią: on jest nasz. Nie wolno się wygłupić, reprezentuje się coś! Oni tam walczyli, a ty teraz obcinasz kupony! Dlatego, jak chcesz zachować prawdziwą twarz, musisz wiedzieć, że odpowiadasz za województwo twojej młodości. Tak reżyser zapamiętał Cybulskiego, jak o człowieka, który był zaangażowany w powojenną rzeczywistość — poprzez organizacje studenckie, akcje żniwne, amatorskie występy świetlicowe. Bobek nie chciał zagrać w tym filmie, przyjaźnił się ze Zbyszkiem, zbyt blisko była jego śmierć. W końcu nie może znieść nagabywań reżysera zagranego świetnie przez Łapickiego: powiedz mi coś jeszcze o nim, jakiś szczegół. Ma dość i mówi: Był! Rozpłynął się! Nie ma go i wychodzi. Znika, tak jak zniknął pół roku po premierze filmu - zginął w wypadku samochodowym. „Brzezina”. To pierwsze spotkanie Wajdy z twórczością Jarosława Iwaszkiewicza, do której będzie potem wracał wielokrotnie: „Panny z Wilka”, „Noc czerwcowa”, „Tatarak”, oraz „Pogoda domu niechaj będzie z Tobą”. Miał to być skromny film telewizyjny a stał się jednym z najważniejszych dokonań reżysera. Oznaczał się też bardzo wymownym Andrzej Kasperek 43 sięgnięciem do inspiracji malarskich, które w twórczości Wajdy (studenta ASP w Krakowie) są zawsze obecne - Ruszczyć, Matejko, Wyspiański, Gierymski, Hopper, drzeworyty japońskie... Ten film wręcz jest zbudowany na odniesieniach do licznych płócien Malczewskiego. Iwaszkiewicz w „Dziennikach” wcale nie wyraża zachwytu nad tą adaptacją zrobioną „na Jacka Malczewskiego”. Zastanawia się, czy to „poważne wykrycie podobieństwa pomiędzy moim realizmem a realistycznym symbolizmem Malczewskiego”, czy tylko chwyt reżysera. Tak naprawdę przekonał go chyba dopiero sukces „Brzeziny” w Paryżu, w roku 1978. „Le Figaro” zachęcało: Czy widzieli już państwo „Brzezinę”? Jeśli nie, to proszę się wybrać, odkładając na bok wszystkie sprawy. To film piękny. Arcydzieło. to poznał się na tym od razu Kazimierz Wyka, dokonując korekty swej książki „Thanatos i Polska, czyli o Jacku Malczewskim” (1971) uznał za konieczne dopisać: Dalszy dowód owej przynależności dzieła Malczewskiego nie tylko do historii sztuki, to piękny i pełen artystycznej mądrości film Andrzeja Wajdy [...]. Jest w tym filmie Polska j...]. Występuje Thanatos [...]. Jawi się motyw Zatrutej Studni [...]. Zapaska na głowie prostackiej Małiny [..] to zapaska z głów Erynij Małczewskiego. Wyka uznał, że opowiadania Iwaszkiewicza wyrastają z ducha modernizmu, co Wajda znakomicie wyczuł i umiał pokazać. „Wesele”. To arcydzieło jest tak wypełnione scenami wielkimi i małymi, że mogłoby stać się obiektem osobnego artykułu. Już od pierwszych scen spod Kościoła Mariackiego, gdzie panienki z pensji oblegają Pana Młodego jakby był gwiazdą rocka, przez jazdę do Bronowie... Pod napisami czołówki schowana jest parafraza „Trumny chłopskiej” — płótna dla Wajdy ważnego, bo zanotował: Nie znam w połskim małarstwie obrazu, gdzie obecność tragizmu byłaby równie siłna. Reżyser wprowadza te odwołania dyskretnie, nie afiszuje się; trzeba uważnie oglądać film, żeby dostrzec wszystkie jego wspaniałości. Dopiero kilkakrotne obejrzenie tego dzieła pozwoli na rozsmakowanie się w nim. Wystarczy się zagapić i umknie nam, że Dziennikarz przychodzi z autentycznym numerem „Głosu” — gazety, w której pracował Rudolf Starzewski, pierwowzór tej postaci, a Wernyhora ubrany jest w mundur Piłsudskiego, skrywany skrzętnie pod kożuchem. Nie chcę tu tworzyć katalogu, chcę pokazać metodę. Kondensacja obrazów, dialogów, odwołań malarskich scen jest zgoła niezwykła. Samych malarskich reminiscencji jest multum — poza wspomnianym płótnem Aleksandra Gierymskiego są pastele Stanisława Wyspiańskiego,obrazy Włodzimierza Tetmajera, „Rejtan” Jana Matejki, ucięte głowy szlachty jak z obrazu Jana Lewickiego „Rzeź galicyjska”, obrazek z kwitnącą jabłonią Jana Stanisławskiego, przez który jakby wchodzimy w świat Widma, czyli Ludwika de Laveau. Pojawiają się na chwilę i znikają, żadnej celebracji, podobnie jak rekwizyty - łącznie z autentycznym zegarem z kolumienkami, który był świadkiem owego słynnego wesela, a teraz jest jakby łącznikiem z przeszłością, jest jak arka przymierza między dawnymi a nowymi laty. Ta „gęstość” jest jakby filmowym ekwiwalentem tłoku, który panował tam jesiennego dnia 1900 roku. Kręcenie w ciasnym dworku, w którym dziś znajduje się muzeum, nie było możliwe. Wajda znalazł więc plastyczny i mentalny sposób, aby oddać ów harmider, ścisk i gwar. Pamiętał przecież, że w tekście napisano: To tak miło, miło w ścisku, [...] Oni się tam gniotą, tłoczą. Oczywiście nie był to sposób jedyny, reżyser wiele razy opowiadał o pomniejszeniu sali, o roli tańca, muzyce Stanisława Radwana, rewelacyjnych zdjęciach 44 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 Witolda Sobocińskiego. Choć nie wszystkim koncepcja reżysera przypadła do gustu, Antoni Słonimski narzekał: Wszystkie niemal delikatne dialogi „Wesela" zagłuszył muzyką taneczną i wrzaskiem pijanej czeredy. Czepiec w Ałmie wygląda zupełnie jak dziad reżysera — Kazimierz Wayda, wójt Szarawa. Sukmana, grzywka, zamaszyste ruchy, pewność siebie. W końcówce Almu chłopi szykują kosy a on wychodzi na podwórze, widzi stadko kur i jednym ruchem ścina łeb kurze, nawet się nie zatrzymuje i idzie dalej. To sposób na wypróbowanie kosy, ale też wyraz determinacji chłopów i przekonania, że: ]uż sie obrazy skońcyły. Teraz czas czynów. Kosy za chwilę zobaczymy przy twarzy Gospodarza i szyi Poety. Chłopi są wściekli, żądają, żeby poprowadzić ich na „wawelski dwór”. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ten Alm trwa zaledwie 1 godzinę i 42 minuty. Niewiarygodne, ile znaczeń, intertekstualnych odniesień, cytatów i aluzji. Wtedy wszystko mogło być aluzją, nawet cytat: Chińcyki trzymają się mocno!? był podejrzany, bo chodziło o dziś już zapomniany konAikt nad Ussuri pomiędzy ZSRS a ChRL, który miał miejsce w 1969 roku. Spór w „rodzinie państw socjalistycznych” był trudny do przełknięcia, dla cenzora nawet strofa Wyspiańskiego była aluzyjna. „Ziemia obiecana”. To pierwszy Alm Wajdy, który obejrzałem w kinie. Wcześniej jego dzieła docierały do mnie dzięki czarno-białemu telewizorowi Neptun z 20-calowym kineskopem. To było olśnienie, wielki ekran, kolory, dźwięk z kilku głośników. Do dziś uważam, że to najlepszy Alm polski. Ale profesora Legutki wcale nie zachwyca: „Ziemia obiecana" dla każdego, kto zna książkę — a oryginał Reymonta uważam za jedno z największych dzieł powieściowych polskiej literatury — to jest dobrze zrealizowana błahostka. Ni sięgnąłem po słownik języka polskiego, czy aby dobrze zrozumiałem. I owszem. Przeczytałem, że błahostka to „drobny, małej wartości przedmiot”. Pozostawiam to bez komentarza. Kiedy w czasie studiów na Uniwersytecie Gdańskim dorabiałem sprzątając statki w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, to gdy wysiadałem z tramwaju i porywał mnie tłum szarych ludzi zdążających do roboty w tym ogromnym zakładzie, nie mogłem nie myśleć o scenie z początku arcydzieła Wajdy — o wyjących syrenach, o potokach ludzi zdążających do swych zakładów pracy i wielojęzycznych modlitwach witających nowy dzień. To był także jakiś archetypiczny powrót do początków kina — wejście do niezliczonych fabryk zamiast „Wyjścia robotników z fabryki” braci Lumiere. Jest w tym Almie scena zadziwiająca — Moryc Welt przychodzi do kantoru Grunspana, od którego pożyczył pieniądze na rozkręcenie interesu, teraz nie ma wcale zamiaru ich zwracać. Pszoniak zagrał tu gangstera, który ubiera kapelusz (kojarzący się z poetyką Al-mów noir) i wykonuje trudną misję, udaje mu się zaszantażować starego cwaniaka i ocalić kapitał. Nie jest to łatwe, fabrykant straszy go policją, wyciąga rewolwer, krzyczy, że go zgnoi. Już po wszystkim Moryc wychodzi na klatkę schodową i jest zupełnie wykończony, prawie mdleje, osuwa się na ścianę. Nagle spogląda prosto w kamerę i macha do nas, do widzów. Zupełne zaskoczenie, złamanie wszelkich reguł Almowych. Nieraz zastanawiałem się, czy nie jest to swoiste solilokwium. Do dziś mnie ta scena zadziwia. To był wybór Pszoniaka, który stwierdził, że: „takpowinno być. [...] Wajda to ujęcie zostawił: moment, w którym została przekroczona granica ekranuj...]. To jeden z wielu dowodów geniuszu Andrzej Kasperek 45 reżyserskiego Mistrza — zawsze słuchał aktorów, nie upierał się, że tylko jego wizja jest doskonała. Wiedział, że dopiero synergia na linii reżyser-aktor (choć przecież dotyczyło to także innych członków ekipy) pozwoli stworzyć dzieło wielkie. Film to praca zespołowa. Moryc powiedział do Griinspana: Ja mam już trzydzieści lat i mnie czas zacząć! On za wszelką cenę chce wskoczyć do tego pociągu. Okazja się nadarza, bo Łódź jest rajem dla grynderów. Macha do nas jakby chciał przekazać: Ej, ja przecież wcale taki nie jestem, tylko udawałem. Dziś widzę to inaczej — w tym filmie wszyscy ze sobą rywalizują, to wyścig na śmierć i życie, bez taryfy ulgowej, pełen oszustw, zdrady, podpaleń, bankructw. Czysty darwinizm. Moryc Welt nie chce już dłużej być płotką, synem kobiety, która sprzedawała resztki na Piotrkowskiej. On chce być bogaty, chce być prawdziwym lodzermenschem. Ale żeby nim zostać, musi porzucić dotychczas wyznawany świat wartości i stać się bezwzględny, pazerny na pieniądze, władzę, zaszczyty. On już nie chce oglądać brylantów na szyjach bogatych dam w teatrze, on chce je mieć. Mógłby powtórzyć za Gordonem Gekko, bohaterem filmu „Wall Street”: Chciwość jest dobra!” Niestety, żyjemy w czasach, kiedy chciwość staje się częścią amerykańskiego etosu i doktryny państwowej USA - obecny prezydent tego kraju wciąż powtarza: ]estem bardzo chciwy. Bardzo. Zawsze taki byłem. Kocham pieniądze. I wiecie coś Chcę być chciwy dla Ameryki. Herman Buchholz to paskudna postać - wykorzystuje swych pracowników, jest bezwzględny w interesach, gardzi ludźmi (kapitalna scena czytania listów, które do niego przychodzą) i sadystycznie wyżywa się na swym służącym Auguście, okłada go lagą przy każdej okazji. Aż w końcu umiera w jakimś kącie swej fabryki, woła sługę, ale wierny pies chowa się i czeka, patrzy w milczeniu jak pryncypał kona. To dwie świetne role — Andrzeja Szalawskiego i Mieczysława Waśkowskiego. Ten drugi później okrył się niesławą — w stanie wojennym wraz z Petelskim i Porębą miał swoje pięć minut. Członkowie PZPR, niezbyt utalentowani reżyserzy, pełni kompleksów i zawiści atakowali Wajdę, Bugajskiego, Holland. Reżyser próbował bronić swych kolegów, napisał „List otwarty do wiceministra kultury i sztuki ds. kinematografii Stanisława Stefańskiego”. Opublikowano go w bibule, m.in. w wydanym przez NOWĄ scenariuszu „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego. Pamiętam, że czytając go z kolegami bardzo brzydko komentowaliśmy: Za mało cię Buchholz lał. Trzeba było kundla mocniej wyłoić! „Smuga cienia”. Nie udał się ten film. Od początku prześladował go pech - ekipa cierpiała z powodu choroby morskiej, ciągle były kłopoty ze zdjęciami. Ale największym problemem był źle obsadzony Marek Kondrat. Reżysera zawiodła intuicja, uznał, że Olbrychski jest zbyt stanowczy, za bardzo wyrazisty i wziął młodego (26 lat) aktora, zaraz po sukcesie „Zaklętych rewirów”. Złośliwi mówili, że zdecydowało podobieństwo nazwisk. Jednak młody pikolak to nie młody kapitan, aktor nie potrafił uwiarygodnić granej postaci. Fizycznie był zbyt wątły, za delikatny a swą nieprzeniknioną twarzą nie potrafił zagrać młodego Conrada, który w wieku 31 lat musi się zmierzyć z przekroczeniem smugi cienia, owej symbolicznej granicy pomiędzy młodością a dorosłością. Z tym momentem, który znakomicie uchwycił Stanisław Lem: Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić miłcząc, bez strachu, a jeśli się da — i bez rozpaczy. Jak się czeka kilkanaście dni na wiatr w czasie flauty, z chorą załogą, w poczuciu odpowiedzialności 46 Drobiazgi Wajdy, cz. 1 za ludzi, to jest czas na takie przemyślenia. Po latach Wajda zrozumiał, że swoją „Smugę cienia” nakręcił już dawno temu — to był „Kanał”, gdzie Zadra ciągle powtarza: A poczucie odpowiedzialności?... Oni mi wierzyli. Marek Kondrat zagra jeszcze w kilku filmach Wajdy. Najlepszy jest chyba jako Hrabia w „Panu Tadeuszu”. Nieco przyciężki, odrobinę kabo-tyński — trafiony w punkt. Jedna scena pokazuje szacunek reżysera do oryginału literackiego (a przecież większość jego wybitnych dzieł to adaptacje literatury), do wiedzy o epoce, o swym bohaterze, pieczołowitości w trosce o szczegóły, nawet wtedy, kiedy to drobiazgi, które pojawiają się na ekranie przez mgnienie oka i pewnie nie wszyscy je dostrzegą. Wajda był niczym średniowieczny artysta, który nie mógł sobie pozwolić na żadne uchybienie, bo pracował pro gloria der, dopieszczał każdy drobiażdżek, bo wiedział, że to fragment rusztowania, na którym buduje swój film. W azjatyckim porcie Józef Korzeniowski otrzymuje pakiet od swego wuja Tadeusza Bobrowskiego a w nim oprócz listu fotografie wuja, jego żony, bliskich i pismo „Wędrowiec”. Krewny namawia go, żeby doń pisał o swych wrażeniach z egzotycznych podróży: Ponieważ, dzięki Bogu, po polsku jeszcze nie zapominaszj...]. Tej sceny nie ma w powieści, ale pozwala ona zrozumieć, kim jest ów młody kapitan. Cytat jest autentyczny, pismo jest właściwie dobrane i fotografie odpowiednie. Kamera pokazuje nam je przez chwilkę. A głos z offu, to jedyne słowa po polsku, jakie padają w filmie. Pisząc ten tekst korzystałem z: Tadeusz Lubelski „Wajda”, Wrocław 2006, ks. Andrzej Luter „Kino wiecznie młode”, Warszawa 2015, Bartosz Michalak „Wajda. Kronika wypadków filmowych”, Warszawa 2016, „Wajda. Filmy”, Warszawa 1996, Andrzej Wajda „Kino i reszta świata”, Kraków 2000, „Wajda mówi o sobie. Wywiady i teksty”, Kraków 1991, Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Wajda „Korespondencja”, Warszawa 2013, „Zeszyty Literackie” nr 136, http://laboratorium.wiez.pl/. Fragmenty „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri w przekładach Edwarda Porębowicza i Aliny Swiderskiej, cytat z ody Horacego „Quid dedicatum poscit Apollinem” w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka. Pani Krystynie Kosińskiej dziękuję za pomoc w ustaleniu informacji o pierwodruku „Piosenki o porcelanie” Czesława Miłosza. Wędrówki po prowincji Janusz Ryszkowski NAPOLEON ORDA MALARZ WIDOKÓW OJCZYSTYCH1 Pewnie jeszcze kilka lat wcześniej ten bliski znajomy Chopina, kompozytor, malarz i podróżnik, dotarłby do pałacu Sierakowskich piechotą, jak to miał w zwyczaju podczas wypraw. Teraz na stację w Mleczewie po 71-letniego weterana powstań narodowych wysłano konie. Dziś przyjedzie do nas Napoleon Orda — mój to powiernik, a kolega wygnaniec mojego Ojca — pisał 27 lipca 1878 roku z Waplewa do Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie, Adam Lew Sołtan. — Będę się starał ułatwić mu wszelkie stosunki, tak w pruskim, jak i galicyjskim zaborze. Czy nie moglibyście pisząc do którejś z gazet zrobić o Ordzie wzmiankę, że zjechał do Prus i będzie dalej zbierać materiał do Albumu? Przy czem go polecić, bo niejeden pewnie ani widział, ani słyszał o Ordzie i jego Ałbumie, i bardzo rad jestem z jego przyjazdu, bo dwa łata poświęcił w obu zaborach na zdejmowaniu z natury historycznych miejscowości. Zatem Napoleon Orda... O jego pobycie nie wspomniał profesor Andrzej Bukowski w monografii „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim” (1989), choć sporo miejsca poświęcił innym malarzom — Aleksandrowi Gryglewskiemu i Elwiro Andriollemu. Nie poważę się zdecydowanie napisać, że twórcom Napoleon Orda z okresu pobytu w Waplewie. Rep. biblioteka cyfrowa Polana podobnego formatu, ale trochę dziwi pominięcie postaci niezwykle barwnej i bardzo zasłużonej dla polskiej kultury. I tu będzie paradoksalnie: jego 200 rocznicę urodzin, przypadającą w 2007 roku, fetowano uroczyście na Białorusi, a w Polsce o rodaku jakoś zapomniano. To tamtejsza poczta wydała okolicznościowy znaczek, wybito też dwie monety, w tym srebrną 20-rublową. W Mińsku odbyła się sesja naukowa pod patronatem UNESCO, a jej plon zawiera książka „Materiały meżdunarodnoj naućnoj konferencii, posvasennoj 200-letiu Napoleona Ordy: Napoleon Orda: żizn’, tvorćestvo, hudożestvennoe nasledie” 1 O podróżujących do Waplewa ze stacyjki w Mleczewie opowieści ciąg dalszy. Por. „Prowincja nr 3 i 4 z 2017 oraz nr 1 z 2018 roku. 48 Napoleon Orda — malarz widoków ojczystych (red. A. I. Lokotko). Aby oddać sprawiedliwość: polski konsulat w Brześciu także przygotował w tym samym roku konferencję, tyle że później. I też wydał materiały. Publikacja białoruska liczy 260 stron, polska — 60. Sołtan w swoim liście wspomina o tym, że Orda był - tak jak jego ojciec płk Adam Sołtan - powstańcem listopadowym i emigrantem politycznym. Zawitał do Waplewa podczas „zdejmowania z natury historycznych miejscowości” do swojego Albumu. Tym wątkom poświęćmy nieco miejsca. Napoleon Orda urodził się w 1807 roku w rodowym majątku Worocewicze niedaleko Pińska, czyli na Polesiu. Imię otrzymał nieprzypadkowo, bo jak wiadomo, był to czas, gdy z cesarzem Francji wiązano nadzieje na odzyskanie wolności. Studiował na wydziale matematyczno-fizycznym Uniwersytetu Wileńskiego, ale uczelnię musiał opuścić. Zaangażował się bowiem w działalność tajnego stowarzyszenia młodzieży Zorzanie, za co zapłacił ponad rocznym więzieniem. Wrócił do rodzinnego majątku, zarządzał nim, ale też nie ustawał w samokształceniu. Porwał go wir powstania listopadowego. Po bitwie pod Kockiem w randze kapitana został odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari. Po klęsce podziela emigracyjny los „skompromitowanych” udziałem w narodowym zrywie. Wędruje pieszo w towarzystwie Tytusa Pusłowskiego, naczelnika powstania w Pińsku (razem tam walczyli), przez Austrię i Szwajcarię do Włoch. W 1833 roku zjawia się w Paryżu. Bierze udział w życiu Wielkiej Emigracji, należy do Towarzystwa Historyczno-Literackiego. Objawia się przy tym jako człowiek wielu talentów. Studiuje malarstwo u Pierre a Girada (1806 - 1872). Zaprzyjaźnia się z Fryderykiem Janusz Ryszkowski 49 Chopinem i poznaje Franciszka Liszta, kształci się u nich muzycznie. Komponuje, koncertuje (także z Chopinem), daje lekcje muzyki. Przygotowuje antologię niepublikowanych utworów polskich kompozytorów działających we Francji — „Album de Pianistes Polonais: morceaux inedits” (Paryż 1838?). Otwiera go Mazurek a-mol Chopina dedykowany Emilowi Gaillardowi, są utwory Juliana Klemczyńskiego (1807 — 1851?); Antoniego Kątskiego (1817 — 1889); [Wojciecha] Alberta Sowińskiego (1805 — 1880); Edwarda Wolffa (1816 — 1880) i Ordy polonez — „Deux Polonaise”. Jeśli zajrzeć do encyklopedii muzyki, okaże się, że nie są to anonimowe i tuzinkowe postacie. Orda nie tylko tworzy muzykę, ale także pisze w 1861 roku „Gramatykę muzyki czyli Wykład rozbiorowy i praktyczny melodyi i harmonii z dodatkiem w krótkości o fudze, kontrapunkcie, instrumentach orkiestrowych, o organie fortepianie i o nauce śpiewu dla użytku pianistów” (wydana — Warszawa 1873). Dedykuje ją „w dowód czci i zasług muzycznych” Stanisławowi Moniuszce, który doceniał jej walory. Jakby tego było mało, zo-staje dyrektorem opery włoskiej (1847). Przy tym jest zamiłowanym podróżnikiem. Wędrował nie tylko po Francji, ale także po Szkocji, Belgii, Holandii, Hiszpanii i Portugalii, dotarł nawet do północnej Afryki. W swoich pielgrzymkach nie rozstaje się ze szkicownikiem. Utrwala krajobrazy, miasta, zabytki... Kiedy trzeba staje się również lingwistą. Napisał „Gramatykę polską po francusku dla cudzoziemców” (Paryż 1856, druga część — Berlin 1858 i Warszawa 1874). Powstała, jak chcą niektórzy, z myślą o synu Witoldzie, „chłopaku Litwinie”, jak określił go Chopin w liście z 1849 roku. Orda ożeniony z Francuzką przeczuwał słusznie, że syn nie stanie się dziedzicem polskiej tradycji, w tym jego ukochanej pińskiej małej ojczyzny. A nasz bohater tęskni do niej coraz mocniej. Korzystając z amnestii ogłoszonej dla uczestników powstania listopadowego w 1856 r. wraca. Worocewicze - majątek od 300 lat w rękach jego przodków jest co prawda dla niego stracony po carskiej konfiskacie, ale Orda zostaje jego... dzierżawcą. Za kilka lat wybucha kolejna rebelia — powstanie styczniowe. Pan-dzierżawca pada ofiarą denuncjacji któregoś z zatrudnionych w majątku chłopów. Zostaje aresztowany. Grozi mu zesłanie na Syberię. Kończy się na grzywnie, ale traci prawo do dzierżawy folwarków, musi się pożegnać z Worocewiczami... Widoki ciekawych miejsc, najczęściej związanych z historią, Napoleon Orda utrwalał w swoim szkicowniku zaraz po powstaniu listopadowym - podczas pieszej wędrówki do Włoch. Ta pasja skłoniła go do studiowania malarstwa u znanego wedutysty [wł. veduta — widok], wspominanego już Girada. W 1873 r. w Zakładzie Litograficznym Zygmunta Fajansa w Warszawie ukazał się „Album widoków historycznych Polski poświęcony Rodakom”, pierwszy z serii ośmiu. Według rysunków z natury i akwarel Napoleona Ordy litografie wykonał Alojzy Misy-rowicz (1825 — ok. 1905). Wydanie sfinansował malarz. Z ponad tysiąca prac dokumentujących zabytki guberni grodzieńskiej, wołyńskiej, mińskiej, kowieńskiej, witebskiej, wileńskiej i mohylewskiej, a także Wielkiego Księstwa Poznańskiego, Prus Zachodnich i Galicji w „Albumach...” zamieszczono dwieście sześćdziesiąt. Wielkopolskę z Prusami Zachodnimi i Galicję zostawił sobie Orda na koniec dzieła swojego życia, czyli 50 Napoleon Orda — malarz widoków ojczystych dokumentowania „widoków historycznych” Polski. Zaważyły względy praktyczne, koszty, brak znajomych, u których mógłby się zatrzymać, także to, że z Pińska musiał podróżować do innych państw. O tej zachodniej wyprawie Ordy pisano niewiele. W lipcu 1878 roku przyjeżdża do Waplewa. Ale o jego pobycie u Sierakowskich źródła niemal milczą. Tylko Sołtan w dwóch listach do Kraszewskiego, w charakterystycznym dla siebie telegraficznym skrócie donosi... Pozostanie nam więc sfera przypuszczeń i owoce jego pracy. W piątej serii „Albumu widoków przestawiających miejsca historyczne Księstwa Poznańskiego i Prus Zachodnich” (1880) znajdujemy litografie Malborka, Gdańska i dwie Torunia (domy Kopernika i Bogusława Samuela Lindego), Radzynia Chełmińskiego i Golubia. Dwie pierwsze w sposób oczywisty powstały jako rezul- GRANE PRZEZ ORKIESTRY TEATRÓW WARSZAWSKICH I frzyjnAń 7, PahTodem** . 8 7,3 krMa 9. Pan Wopki 4 IL Naobcuycmr 12 W WARSZAWIE SKŁAD GtOWNY U GEBETHNERA i WOtFEA Wydanie „ 12 polonezów skomponowanych na fortepian ” Napoleona Ordy (Warszawa 1882). Rep. biblioteka cyfrowa Polona tat korzystania z gościny w Waplewie, a pozostałe? Najpewniej Orda korzystał wówczas z gościny Kalksteinów w Pluskowęsach niedaleko Chełmży. Adam Lew Sołtan, krążący z Poznania do Waplewa (lub na odwrót) często zatrzymywał się tam u swojej siostrzenicy. Antoni, pan na Pluskowęsach, był bowiem ożeniony z Antoniną, córką Marii (z Sołtanów) i Alfonsa Sierakowskich z Waplewa. Zapewne tam zawiózł Ordę lub poprosił o gościnę. Poza tym to droga w Poznańskie... W „Albumie widoków...” znalazło się zatem sześć litografii z Prus Zachodnich. To oczywiste, że powstało ich znacznie więcej, pobyt Ordy w Wielkopolsce i Prusach Zachodnich trwał od końca do początku września 1878 roku, co można wnioskować z listów Sołtana. W Muzeum Narodowym w Krakowie, gdzie znajduje się spuścizna malarza, znajdują się jeszcze rysunki lub akwarele: pałacu Ogińskich w Jabłonowie Pomorskim, bramy zamku krzyżackiego, domu Fryderyka Skarbka oraz starej bramy w Toruniu. I jest jeszcze akwarela pałacu w Waplewie datowana na 29 sierpnia 1878 rok. Na początku września tego roku Sołtan raportuje z Waplewa Kraszewskiemu: Zacny 72-letni Napoleon Orda wczoraj odjechał, opatrzony w różne listy rekomendacyjne i informacje. Bardzo czynny i wytrwały (..) ma w tece u siebie z 800 rysunków, które chce Akademij w Krakowie ofiarować — co za bogaty materiał. Pod koniec września wyjedzie do Paryża, a w lutym wróci i dalej do pracy w zaborach pruskim i austryackim. Plany te zrealizowane zostały tylko w części. Do zaboru pruskiego Orda już nigdy nie powrócił, ale jeszcze tego samego roku spenetruje Galicję, o czym świadczą daty na jego pracach. Zabierze mu to prawie trzy kolejne lata (do 1880). Janusz Ryszkowski 51 Orda umiera w 1883 roku w Warszawie, ale pochowany został zgodnie z jego wolą w Janowie Poleskim. Gdy odprowadzano ciało na dworzec kolei żelaznej na pożegnalnym wieńcu widniał napis: „Malarzowi widoków ojczystych — rodacy”. Na koniec w charakterze podsumowania oddajmy jeszcze głos Marii Kaczanowskiej, autorce pierwszej dużej pracy o Ordzie (1968): (..) był nie tylko kontynuatorem tradycji artystycznej końca XVIII wieku i pierwszej połowy XIX stulecia, lecz również aktywnym twórcą. Dziełem swoim włącza się w ciągłość jednego z podstawowych rodzajów małarstwa połskiego — weduty — reprezentowanego u nas przez takich małarz jak: Marcin Zaleski, Aleksander Gryglewski, Aleksander Lesser, Wojciech Gerson (..), ale wnosi do tej gałęzi sztuki nowe wartości. Nie trzeba chyba uzasadniać tego, jak cenne są ich prace dła konserwatorów zabytków, historyków sztuki i architektów. Często jako jedyna dokumentacja świata, który przeminął. K w Waplewie, spoglądając na pałac, łowiąc w jego otoczeniu chopinowskie nutki, wspomnijmy Napoleona Ordę. Korzystałem m.in.: M. Kaczanowska, Napołeon Orda twórca widoków architektonicznych. Zarys twórczości, „Rocznik Muzeum Narodowego w Warszawie”, 1968, nr 12, Napoleon Orda, „Biesiada” nr 380/1883, M. Szejnert, Usypać góry. Historie z Polesia, Kraków 2015 [tam rozdział Napoleon, a nie Bonapartf listy Adama Lwa Sołtana do I. J. Kraszewskiego w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. Z „Albumu widoków.— Malbork. Rep. biblioteka cyfrowa Polona 52 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów Wiesław Olszewski Nowy Dwór i Żuławy W WOLNYM MIEŚCIE GDAŃSKU w świetle przekazów Początki obecnego Nowego Dworu Gdańskiego przypadają na okres polskiej państwowości tych ziem, czas kiedy w wyniku postanowień Traktatu Toruńskiego znalazły się w Królestwie Polskim, w Prusach Królewskich. Dzierżawca tych terenów Michael Loitz przeniósł tu z Gdańska swoją siedzibę w 1548 roku. W zakolu Tugi wzniósł dwór, który jego następcy przebudowali w zamek, który następnie dał początek osadzie i w końcu miastu. Miejscowość, pełniąc lokalnie ważne funkcje, nigdy na znaczący ośrodek nie wyrosła. Długo pozostawał Nowy Dwór w cieniu swego znacznie starszego brata na Żuławach -Nowego Stawu, a zawsze w stosunku do zdecydowanie większych miast okalających Deltę Wisły. Przeplatały się w historii Nowego Dworu okresy lepsze i gorsze. Depresyjne Wiesław Olszewski 53 położenie narażało osadę na liczne powodzie, nie omijały też zawieruchy dziejowe — wojny i przemarsze wojsk, były okresy spokoju i rozkwitu. Gdy po rozbiorze Polski w 1772 roku Żuławy przeszły pod panowanie pruskie, były organizmem już w pełni ukształtowanym. Całość obszaru położonego po łewej stronie Wisły został zagospodarowany, zasiedlony i powstał dobrze funkcjonujący system gospodarczo-przestrzenny, którego efektem była wzrastająca wydajność produkcyjna i co za tym idzie, zamożność mieszkańców. Natomiast na Żuławach prawobrzeżnych nadał kontynuowano osuszanie i pozyskiwanie dalszych terenów'. Ten harmonijny rozwój, dotyczący także ówczesnej osady Tiegenhof, przerwał okres wojen napoleońskich. Po Kongresie Wiedeńskim dla Żuław nastąpił ponad stuletni okres pokoju. Dobrze zarządzany obszar znajdujący się pod administracją państwa pruskiego, potem cesarstwa niemieckiego, rozkwitał gospodarczo. Druga połowa XIX wieku to dynamiczny rozwój osady powiązany z realizacją przedsięwzięć przemysłowych, transportowych i innych, będących uzupełnieniem unowocześniającego się intensywnego rolnictwa. To również czas rozwoju infrastruktury kulturalnej, komunalnej i socjalnej. Skutkiem tych znaczących przemian Nowy Dwór uzyskał najpierw status osady targowej, następnie prawa miejskie. Nadał je 6 września 1880 roku cesarz Niemiec Wilhelm I. U progu I wojny światowej Tiegenhof był niewielkim, ale harmonijnie rozwijającym się miasteczkiem rolniczo — przemysłowym położonym na krańcu II Rzeszy w samym centrum prowincji Prusy Zachodnie w powiecie malborskim1. Mocą postanowień Traktatu Wersalskiego Nowy Dwór został włączony do Wolnego Miasta Gdańska. Po raz pierwszy awansował wtedy do roli stolicy, dużego terytorialnie, Powiatu Żuławy Wielkie (Grofie Werder). Na siedzibę władz powiatu przeznaczono nieistniejący już budynek przy zbiegu obecnych ulic Kopernika i Wejhera, w którym wcześniej mieścił się hotel Deutsches Haus. Z drugiej strony jednak przygraniczne położenie uczyniło miasteczko jeszcze bardziej prowincjonalnym niż dotychczas. Naturalnym więc jest, że o wzmianki o ówczesnym Nowym Dworze trudno w prasie, oprócz tej zupełnie lokalnej, a tym bardziej w jakiejkolwiek literaturze. Większość przekazów pisanych, jakie ukazywały się na bieżąco, jak i w późniejszych opracowaniach nawiązuje najczęściej do trudnych relacji polsko-gdańskich, a w rzeczywistości polsko-niemieckich tego okresu. Wynikały one z ustroju organizmu administracyjnego, jakim było Wolne Miasto Gdańsk, ów dziwoląg polityczny i prawnomiędzynarodowy. .2 Spory budziło samo określenie liczby ludności polskiej zamieszkującej Wolne Miasto. W zależności od źródeł i w różnych okresach szacowano, że Polacy stanowili od trzech do nawet ponad 20% ogółu. Najczęściej przyjmowano 10 proc, ze znacznym zróżnicowaniem terytorialnym. W Powiecie Żuławy Wielkie zamieszkiwało ponad 50 tysięcy mieszkańców, Polacy stanowili do 5 proc. Zamieszkiwali głównie jednak nie siedzibę starostwa 1 B. Lipińska, Żuławy Wiślane ochrona i kształtowanie zabytkowego krajobrazu, Nowy Dwór Gdański, Gdańsk 2011. Piegenhof. Nowy Dwór Gdański, pr. zbiorowa pod red. M. Opitza, Nowy Dwór Gdański 2001. 3 A. Drzycimski, Polacy w Wolnym Mieście Gdańsku (1920- 1933). Polityka Senatu Gdańskiego wobec ludności polskiej, Wrocław 1978. 54 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów lecz gminy południowo-zachodnie4. W wyborach lokalnych w 1934 roku Polacy zdobyli mandaty w gminach: Piekło, Mątowy, Szymankowo i Lisewo. Nieliczni mieszkali jednak również w stolicy powiatu. W wyborach do sejmiku powiatowego w tymże roku kandydatem z listy polskiej był Jan Wollenschager, mieszkaniec Nowego Dworu5. Do podanej liczby stałych mieszkańców dodać trzeba jednak ogromną rzeszę sezonowych robotników rolnych przybywających tu każdego roku, głównie na Żuławy właśnie. ROBOTNICY SEZONOWI Przybywali głównie z niedalekich Kaszub i Kociewia, ale też z dalszych okolic np. Mazowsza. „Przyjeżdżali z Kaszub, albo, jak my to nazywaliśmy — z Polski Kongresowej” — wspomina jeden z byłych mieszkańców Żuław6. Szacuje się, że w niektórych latach na Żuławy przybywało 10 tysięcy a nawet więcej polskich robotników rolnych. ... mieliśmy na Żuławach bardzo dużo robotników sezonowych z Polski; przyjeżdżali do prac żniwnych w lato i na jesieni do buraków... — wspomina kolejny. Proceder ten miał miejsce oczywiście i wcześniej, powstanie granicy Wolnego Miasta nieco go skomplikowało. Jak ogromne zjawisko to miało znaczenie dla gospodarki świadczy fakt, że już w momencie tworzenia gdańskich struktur, Heinrich Sahm, pierwszy prezydent Senatu Wolnego Miasta, zwracał się, za pośrednictwem przedstawiciela Ligi Narodów, do rządu polskiego o umożliwienie sprowadzenia do prac rolnych około 5 tysięcy polskich robotników sezonowych. Przez długie lata opiekę prawną z ramienia rządu polskiego sprawował nad nimi Augustyn Dunst, członek Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. Problemami robotników sezonowych nie interesowały się natomiast polskie organizacje związkowe7. Na mocy zarządzeń polskiego urzędu emigracyjnego w Gdańsku i miejscowych związków rolniczych, byli oni zobowiązani do zawarcia odrębnego kontraktu za pośrednictwem tegoż urzędu emigracyjnego. W 1925 roku z tej drogi skorzystało ponad 7 tysięcy osób. Wielu jednak robotników sezonowych nie korzystało z tej procedury, byli bezpośrednio zatrudniani przez żuławskich gospodarzy. Ci pozbawiali się w ten sposób jakiejkolwiek opieki prawnej ze strony rządu polskiego. Było to bardzo wygodne dla gdańskich pracodawców rolnych; nie ponosili dodatkowych kosztów, narzucali własne stawki i dyktowali wszelkie warunki8. ... Niemieccy robotnicy mieszkali w naszym domu. Otrzymywali lepsze jedzenie. Tamci (Polacy — przypis W.O) przebywali w innym domu, mieli swoje jedzenie. To trzeba powiedzieć: z Polakami nie siadało się do jednego stołu... — przypomina inny dawny żuławiak. W ten sposób sezonowy robotnik polski był znacznie tańszy od pracownika gdańskiego. Władze zaczęły postrzegać to jako zagrożenie, groziło to bowiem wyrugowaniem ze wsi niemieckiej ludności bezrolnej. Znacząca liczba polskich robotników w strefie przygranicznej stanowiła istotne źródło informacji w pracy operacyjnej inspektorów celnych. W Sztutowie, w wynajmowanym przez siebie domu, urządzili oni świetlicę dla Polaków, 4 Op. cit. 5 S. K. Szwentner, Polacy z Piekła rodem. Wydawnictwo Morskie, Gdynia 1966. 6 Żuławski Park Historyczny — Muzeum Opowieści, http://www.zph.org.pl/32-Muzeum_opowiesci. M. Orski, Yilie Obozu Koncentracyjnego Stutthof w latach 1939 — 1945, Gdańsk 2004. 8 A. Drzycimski, Polacy w Wolnym Mieście... Wiesław Olszewski 55 głównie sezonowych robotników rolnych właśnie. Podejście władz Gdańska do tej grupy zmieniało się w zależności od aktualnej koniunktury. W kryzysowym 1929 roku Volks-tag wprowadził przymus uzyskiwania przez pracowników obcokrajowców (byli to prawie wyłącznie Polacy) specjalnych zezwoleń władz gdańskich. Ustawa została bezskutecznie oprotestowana przez władze Polski. Na mocy powyższego aktu w następnym roku Senat zezwolił na zatrudnienie na terenie Żuław tylko 1215 polskich robotników sezonowych. Zmieniający się, nie do końca uregulowany, status prawny tej grupy powodował, że musie-li godzić się na bardzo skromne warunki płacowe i tym bardziej socjalne. Zamieszkiwali w doraźnie przygotowanych altanach , strychach a najczęściej szopach dobudowanych do stodół lub innych budynków gospodarczych. Mieszkali zwykle w małym domku, w malej szopie — przypomina następny z dawnych mieszkańców. Komórki te miały około trzech metrów długości i były na około półtora metra szerokie. W każdej znajdowało się wąskie piętrowe, wyściełane sianem łóżko oraz mały, z prostych desek zrobiony stolik. Pomiędzy tymi komórkami stał wąski kaflowy piec — opisuje warunki w jednym z gospodarstw dzisiejszego Bronowa Brunon Zwarra. Nie zadbano też o jakże ważną dla tych ludzi opiekę duszpasterską, zwłaszcza na Żuławach Wielkich, które przed powstaniem Diecezji Gdańskiej, znajdowały się w biskupstwie warmińskim. O msze z kazaniem w języku polskim bardzo trudno było nawet w miejscowościach o znacznym odsetku stałej ludności polskiej. Pierwsze polskie nabożeństwo w Piekle odprawiono dopiero 7 października 1934 roku. Sympatię robotnikom sezonowym okazywali niektórzy księża parafii niemieckich. W czasach hitlerowskich spotykały ich za to represje. W kwietniu 1937 roku hitlerowska bojówka pobiła proboszcza parafii Lasowice Wielkie, księdza Jana Mionskowskiego za odprawianie polskich nabożeństw. Podobnie ostro zareagowały hitlerowskie władze żuławskiego powiatu na działania proboszcza z Kałdowa, księdza Berendta, a także Maksymiliana Piechowskiego w Świerkach. Najczęściej zniechęcało to duchownych do pracy z Polakami. Niezłomnym duszpasterzem polskich robotników okazał się ksiądz Władysław Ciechorski przybyły w 1937 roku do Nowego Stawu. Za wygłaszanie do nich kazań po polsku i za ich treść był także prześladowany przez władze. Nieco lepiej pod względem opieki duchowej było w parafiach wcześniej należących do Diecezji Chełmińskiej. W okresie szczególnie nasilonej brutalnej hitleryzacji szykany dotykały również robotników sezonowych, miały miejsce aresztowania. W początkach września 1938 roku zatrzymano kilku w Stegnie, przesłuchiwano ich wielokrotnie, usiłując znaleźć jakiekolwiek dowody przeciwko polskiemu inspektorowi celnemu ze Sztutowa. Zbliżająca się zawierucha wojenna skłoniła większość do wyjazdu w rodzinne strony, liczni zostali zmobilizowani do armii polskiej. Wielu z tych, którzy nie wyjechali do kraju, aresztowano w momencie wybuchu wojny. Po tragicznym mordzie w Szymankowie 1 września 1939 roku, zmuszono zatrzymanych tamtejszych robotników z Polski do znoszenia ciał ofiar masakry, przed ich zakopaniem. Większości z pozostałych jeszcze robotników sezonowych udało wyjechać w początkowym okresie wojny. 56 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów POLSKIE KOLEJE PAŃSTWOWE Mocą postanowień Traktatu Wersalskiego, uszczegółowionych przepisami Konwencji Paryskiej z 1920 roku, koleje w Wolnym Mieście przeszły pod zarząd polski. Nie dotyczyło to tramwajów oraz kolei lokalnych w tym i żuławskiej wąskotorówki. Od końca roku 1918, gdy tylko Niemcy zorientowali się, że nie uda im się zatrzymać Gdańska w granicach Rzeszy, zaczęli wywozić mienie rządowe i wszystko, co przedstawiało większą wartość. Poza Gdańsk wyprowadzono większość lokomotyw z gdańskich lokomotywowni, zwłaszcza nowych. Na wagonach usuwano oznaczenia macierzystej stacji „Danzig”, zamieniając ją na „Hannower”, „Stettin”, „Magdeburg” i wysyłano do Niemiec9. Polska przejmując koleje zmuszona była natomiast zatrzymać wszystkich pracowników będących dotychczas w służbie niemieckich kolei. Rozbudowa administracji kolejowej szczególnie była widoczna w 1920 roku, kiedy przybył do Gdańska z Niemiec dodatkowy personel10. W efekcie pracownicy PKP na terenie Gdańska w większości byli Niemcami, często bardzo wrogo ustosunkowani do władz firmy. Posuwali się nawet do aktów sabotażu, by zdyskredytować Polskę jako organizatora transportu kolejowego". Władze PKP miały jednak możliwość zatrudniania Polaków zarówno Gdańszczan, jak i obywateli Polski. Dotyczyło to również tych usuwanych z firm niemieckich, nierzadko za swą nie ukrywaną polskość. W ten sposób na stacji w Szymankowie, a później w Nowym Dworze znalazł zatrudnienie Wojciech Feierabend, działacz polonijny, wyrzucony za swą postawę z pracy oraz z gminnego mieszkania w Ostaszewie12. Pracownicy PKP stanowili bardzo aktywny element polskiej społeczności. Kolejarze rozproszeni po stacjach i przystankach kolejowych Wolnego Miasta wnosili ogromny wkład do repolonizacji miejscowej ludności, stali na czele polskich organizacji jak zawiadowcy stacji w Marynowach — Brunon Gregorkiewicz czy w Szymankowie Paweł Szczeciński. Kolejarze angażowali się w rozwój szkolnictwa polskiego, działalność Macierzy Szkolnej w Gdańsku, wchodzili w skład zarządu tej instytucji. Wspierali rozwój oświaty na wsiach żuławskich, Paweł Karczewski w Piekle, Wincenty Knitter i Artur Okroy z Kałdowa a zwłaszcza Gregorkiewicz, zamordowany później w Stutthof. Funkcję centrum życia polonijnego w WMG pełniła Dyrekcja Kolei w Gdańsku. Jej gmach był siedzibą licznych organizacji społecznych, jak: Gmina Polska Związek Polaków w WMG, Związek Pracowników Kupieckich, Towarzystwo Ludowe „Gwiazda”, Towarzystwo Śpiewu „Moniuszko”, Koło Miłośników Sceny, Związek Byłych Powstańców i Wojaków, KS Gedania. W budynku mieściły się również związki zawodowe: Związek Polskich Kolejowców, Związek Urzędników Kolejowych, Związek Umysłowych Pracowników Kolejowych oraz Towarzystwo Pomocy Naukowej, biura Zrzeszenia Pracy, ochronka sióstr dominikanek, Centrala Turystyczno-Krajoznawcza, Naczelny Inspektorat Ceł, Konserwatorium Muzyczne Macierzy Szkolnej (szkoła średnia prowadzona przez Kazimierza Wiłkomirskiego), polska 6-letnia szkoła średnia (od 1934), polskie firmy13. 9 http://historia.trojmiasto.p1/Zanim-przybyl-komisarz-Historia-z-czasow-Wolnego-Miasta-Gdanska-n87762.html##tri 10 A. Drzycimski, Polacy w Wolnym Mieście... 11 B. Zwarra, Wspomnienia gdańskiego bówki/\ 1, Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1984. 12 S. K. Szwentner, Polacy z Piekła... 13 https://pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gdańsk. Wiesław Olszewski 57 Do ówczesnej opinii publiczne - tej lokalnej, ale również i zagranicznej trafiały przede wszystkim informacje dotyczące ekscesów na granicznych stacjach Wolnego Miasta na Żuławach: Szymankowa i Kałdowa. Zwłaszcza zajście z 20 maja 1939 roku w Kałdowie, kiedy od strzału kierowcy Komisarza Generalnego RP, zginął miejscowy bojówkarz hitlerowski. 18 sierpnia w Szymankowie tamtejszy wachmistrz aresztował dróżnika kolejowego Karczewskiego, znanego działacza polskiego. Został przy tym bestialsko pobity, trafił do więzienia w Gdańsku. Kilka dni później, w nocy 23 sierpnia, SA-mani zranili strzałami pistoletu, pełniącą służbę na kolei, Bolesławę Karczewską, żonę Pawła. Ranną kobietę aresztowano umieszczając w szpitalu w Nowym Dworze. Od początku czerwca 1939 roku na tym terenie [Wolnego Miasta Gdańska] zaczęły się aresztowania kolejarzy Polaków. Aresztowania miały na cełu zdekompletowanie załogi specjalistów, a przez to sparaliżowanie normalnego toku pracy kolei. Powstające zakłócenia w ruchu pracy pociągów miały być argumentem dła hitlerowskiej propagandy, że polska nie jest zdolna do utrzymania sprawności ruchu kolejowego na terenach byłego Wolnego Miasta Gdańska i przepuszczanych przez teren Polski niemieckich pociągów tranzytowych z Rzeszy do Prus Wschodnich, przez Chojnice, Tczew, Malbork. Do 31 sierpnia 1939 roku uwięzionych zostało 35 kolejarzy^. Wydarzenia te i inne na terenie Wolnego Miasta trafiły później do literatury oraz stały się tematem opracowań historycznych. Również zbudowana w 1886 roku linia kolejowa łącząca Nowy Dwór z Szymankowem przeszła w zarząd polski. Na tej bocznej, lokalnej linii także zdarzały się ekscesy jakże typowe da całego Wolnego Miasta. Wiosną 1939 r. pracowałem na stacji PKP w Nowym Stawie. Z powodu zaostrzającej się sytuacji politycznej zostałem, w ramach przeprowadzanych zmian personalnyc, skierowany do Szymankowa. Pamiętam, że przeniesiono wówczas na tej trasie kolejarzy niemieckich do stacji PKP w Kanale Kaszubskim a ich miejsce zajęli kolejarze polscy... - wspomina Alfons Lessnau, jedyny ocalały z masakry szymankowskiej15. „W początkach maja bojówkarze napadli na mieszkanie zawiadowcy stacji Marynowy -Brunona Gregorkiewicza, prezesa tamtejszej fili gminy polskiej Związku Polaków. Gregorkiewicz został dotkliwie pobity. Wezwany z Kałdowa lekarz [...] odmówił udzielenia pomocy. Oczywiście sprawcy znowu nie zostali wykryciK SZKOŁY POLSKIE Traktat Wersalski oraz jego doprecyzowanie - Konwencja Polsko-Gdańska z 9 grudnia 1920 roku stanowiły, że osoby narodowości polskiej miały być traktowane na równi z ludnością niemiecką, również w sferze oświaty. Jednak Konstytucja Wolnego Miasta Gdańska uchwalona 17 listopada 1920 roku uznawała Polaków mniejszością narodową z wszelkimi tego skutkami. Podstawowym aktem prawnym regulującym sprawy szkolnictwa dla mniejszości polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku była ustawa Volkstagu z 20 grudnia 1921 roku. Na mocy tej ustawy rodzice narodowości polskiej posiadający obywatelstwo gdańskie mogli wystąpić z wnioskiem do władz szkolnych o nauczanie ich 14 D. Drywa, Sauberungsaktion na Pomorzu Gdańskim w świetle dokumentów KL Stutthof (1939 — 1942), Muzeum Stutthof 2015. 15 I. Masłowska, Bohaterowie żelaznych szlaków. Kolejowa Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2008. 16 B. Maciejewski, Zatrzymać pociąg 963, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. 58 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów dzieci w szkołach publicznych z polskim językiem wykładowym. Senat gdański nie zamierzał jednak wcielać w życie postanowień ustawy, powstałe placówki okazały się zaledwie żenującą namiastką oczekiwań. Najgorzej sytuacja ta przedstawiała się w gminach wiejskich, również tych na Żuławach Wielkich. Doniosłym wydarzeniem, swoistą „pracą u podstaw ”, było powołanie ochronek polskich, będących bardzo ważnym ogniwem w całokształcie polskiej działalności oświatowo wychowawczej skierowanej do najmłodszych. Pierwsze powstały w Gdańsku i Sopocie, potem rozpoczął się prawdziwy bój o uruchomienie tychże na terenach wiejskich, również na Żuławach, w Piekle, Szymankowie i innych wioskach. Były one jednak tylko etapem przejściowym, wstępnym przygotowaniem do nauki w szkołach z językiem ojczystym, które powołanie stanowił cel główny działaczy polskich. Pierwsze publiczne szkoły z językiem polskim powstały w ośrodkach miejskich, w większych skupiskach polonii, w gminach wiejskich wymagało to kolejnych ciężkich zmagań. W wyniku usilnych starań utworzono sieć placówek publicznych utrzymywanych przez Senat. W większych skupiskach były to samodzielne szkoły, tam gdzie Polaków było mniej — polskie klasy w szkołach niemieckich. Jednak polskie szkolnictwo publiczne, z wielkim trudem wywalczone w latach 1920 — 1921, nie odgrywało roli, jaką wyznaczyli mu działacze polscy. Utworzone dla Polaków specjalne szkoły „mniejszościowe”, utrzymywane przez Senat Wolnego Miasta Gdańska, stały na bardzo niskim poziomie, m.in. na skutek niskiego poziomu finansowania z budżetu miasta. Władze wszelkimi dostępnymi środkami uniemożliwiały normalne ich funkcjonowanie tworząc przy tym wrogą atmosferę wokół szkolnictwa polskiego. Zmobilizowano do tego wszelkie możliwe siły i środki. Próbowano w zaraniu tłamsić inicjatywy, uniemożliwiając nabywanie nieruchomości czy lokali na cele szkolne, szerokim echem odbiły się takie działania w Piekle, w mniejszym stopniu w Szymankowie. Przez cały okres funkcjonowania polskie szkoły publiczne nie miały własnych programów nauczania, realizowano program szkół niemieckich. Brak właściwych podręczników, niski poziom kadry, łączone klasy powodowały, że poziom był żenująco niski, a z ducha i treści szkoły były niemieckimi. Większość nauczycieli szkół senackich nie miała kwalifikacji do nauczania języka polskiego, wręcz nie znali tego języka, a przy tym byli wrogo usposobieni do Polski, Polaków i polskości. Tych, którzy z zaangażowaniem wykonywali swą misję, a zwłaszcza angażujących się w życie Polonii gdańskiej, nierzadko wydalano z terytorium Wolnego Miasta pod różnymi pretekstami. Polakom posyłającym dzieci do szkół polskich wypowiadano wynajem mieszkań gminnych, pozbawiano pracy, grożono odebraniem praw rodzicielskich. Oprócz przekonywania i perswazji często stosowano nacisk gospodarczy, przekupstwo, pogróżki, gwałt i terror. Odnotowano tego typy akty represji wobec mieszkańców Piekła, Mątów, Tro-piszewa, Gnojewa, Szymankowa i innych żuławskich wsi. Wrogi stosunek wobec spraw oświaty polskiej przejawiali przedstawiciele administracji w terenie — wójtowie i landraci. 29 stycznia 1931 roku Landrat (Starosta) powiatu Wielkie Żuławy w piśmie do Wydziału Spraw Zagranicznych Senatu ostrzegał ... przed zakładaniem w ternie polskich szkół, które mogły zintensyfikować oddziaływanie połskie na Wole Miasto Gdańsk. Również kościoły, i ewangelicki i katolicki, czynnie włączyły się w walkę z polskością. Aktywni księża Polacy z obywatelstwem gdańskim byli często przenoszeni do parafii gdzie większość Wiesław Olszewski 59 katolików stanowili Niemcy. Tak w 1930 roku przeniesiono z Gdańska ks. Wiktora Wysockiego na proboszcza parafii w Ostaszewie17. W odpowiedzi na to Polacy utworzyli własne szkolnictwo, powołując 26 listopada 1921 Macierz Szkolną w Gdańsku . Dzięki działalności tej instytucji otwarto czternaście szkół prywatnych różnego szczebla, w których naukę pobierało ponad 2,3 tysiąca polskich dzieci. Była to oświata na znacznie wyższym poziomie edukacji. Powstały również placówki na Żuławach, w Szymankowie w 1934 roku, i po ciężkich bojach, piękny obiekt w Piekle w 1937 roku. W ramach swej działalności szkoły stały się głównymi ośrodkami życia społeczno-kulturalnego miejscowej Polonii, a także z okolic. W szkołach organizowano akademie, wieczornice, występy chórów, zespołów teatralnych, organizowano odczyty, prowadzono akcje dokształcania, upowszechniano czytelnictwo i prasę polską. W życie żuławskiej Polnii wpisali się niestrudzeni, pełni poświęcenia nauczyciele: Jan Hinz, Franciszek Preuss, Zygmunt Kurek, Edyta Czoskówna, Anna Burdówna i inni. Organizacja zajmowała się również najuboższymi — otworzono dwadzieścia ochronek dla najmłodszych z niepełnych i najbiedniejszych rodzin. Poza tym Macierz Szkolna prowadziła świetlice polskie, organizowała kolonie, otwierała bursy, prowadziła szkolenia zawodowe i spotkania dotyczące historii Polski, wreszcie utworzyła własny teatr. Nic zatem dziwnego, że Macierz Szkolna często popadała w konflikt z gdańskimi władzami, którym edukacyjna i kulturalna działalność polskiej organizacji była solą w oku. Większość aktywnych nauczycieli za swą działalność zapłaciła cierpieniami, a często i życiem. Również polskim szkołom prywatnym Senat stawiał szereg przeszkód mających utrudnić ich rozwój. Macierz Szkolna aż do umowy wrześniowej 1933 roku18 prowadziła szkolnictwo powszechne tylko dla dzieci obywateli państwa polskiego. Senat nie dopuszczał dzieci obywateli gdańskich do tego typu szkół, uważając, że chodzenie do nich nie spełnia wymogów nauczania obowiązkowego, chociaż władze gdańskie sprawowały nadzór nad prywatnym szkolnictwem polskim w taki sam sposób jak nad szkolnictwem publicznym. Szkolnictwo i oświata stanowiły ważny element w umacnianiu niemieckości Wolnego Miasta. W swej ofercie programowej miała też Macierz organizację kursów języka polskiego zarówno dla dzieci, młodzieży jak i dorosłych, zwłaszcza tam gdzie nie miały szans funkcjonować szkoły polskie. Kursy były nie tylko ośrodkami nauki czytania i pisania, ale również ogniskami krzewienia świadomości narodowej. Ich uczestnicy zdobywali podstawowe wiadomości z historii i literatury polskiej, zaznajamiali się z życiem wybitnych Polaków oraz dorobkiem kultury narodowej, byli informowani o bieżących wydarzeniach w kraju ojczystym^. We wrześniu 1936 roku kurs języka polskiego zainaugurowano w Ostaszewie, wsi uważanej powszechnie za niemiecką. Zainteresowanie okazało się ogromnym, przerosło wręcz oczekiwania organizatorów. Zapewne to znaczne zainteresowanie wzbudziło czujność i wrogość Niemców. Zaczęło się od anonimu z pogróżkami, który otrzymał emerytowany pedagog Klein, organizator i wykładowca kursu. Zastraszonego emeryta zastąpił 17 A. Drzycimski, Polacy w Wolnym Mieście... 18 Umowa polsko - gdańska z 18 09.1933 roku w sprawie traktowania obywateli polskich i innych grup języka lub pochodzenia polskiego na obszarze Wolnego Miasta Gdańska, Gdańsk 1934. 19 H. Polak, Szkolnictwo i oświata polska w Wolnym Mieście Gdańsku 1920- 1939, Ossolineum Wrocław, Gdańsk 1978. 60 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów młody nauczyciel Zygmunt Kurek. Zajęcia kursu odbywały się początkowo w dzisiejszym Piaskowcu, w mieszkaniu piekarza Czapiewskiego, później, ze względu na znaczną frekwencję, przeniesiono je do świetlicy Związku Polaków w Ostaszewie, mieszczącej się w mieszkaniu Orłowskich. W trakcie prowadzenia pierwszych zajęć nowy wykładowca został aresztowany i przez kilka godzin przesłuchiwany przez miejscowych żandarmów. Świetlicę polską w tym czasie otoczyła umundurowana młodzież Hitler — Jugend, wznosząc wrogie okrzyki i atakując kamieniami. Następnej nocy hitlerowskie bojówki napadły na kilka polskich domów we wsi. Zdemolowano mieszkania Czapiewskich, Szymanowskich, Orłowskich, Feierbandów, Olszewskich, niektórych mieszkańców poraniono, strzelano do nich. Tragiczne wydarzenia w Ostaszewie odbiły się szerokim echem zarówno w prasie gdańskiej jak i polskiej oraz zagranicznej20. POLSCY INSPEKTORZY CELNI Artykuł 104 Traktatu Wersalskiego jednoznacznie włączył Wolne Miasto do polskiego obszaru celnego, ale już podpisana 9 grudnia 1920 roku konwencja paryska uznawała je z odrębną jednostkę administracji celnej podległej Senatowi i poddaną jedynie nadzorowi polskiego zarządu ceł. Kolejne ograniczenie uprawnień strony polskiej wniosła, podpisana w 1921 roku, umowa warszawska. Na posterunkach granicznych pojawili się zdecydowani przeciwnicy: gdański celnik — Niemiec i polski inspektor, kontroler i instruktor Niemca. Wytworzona w ten sposób forma włączenia Gdańska w polski obszar celny stała się źródłem wieloletniego, ostrego konfliktu, którego tragiczny epilog rozegrał się 1 września 1939 roku. Do pierwszego poważniejszego zatargu doszło w 1923 roku, stwierdzono wtedy liczne przypadki nadużywania przez gdańskich przedsiębiorców specyficznych powiązań Wolnego Miasta z gospodarkami i Niemiec i Polski. Ten ogromnej skali specyficzny przemyt prowadzony był przy obojętności, a często nawet przy wsparciu niemieckich celników. Proceder ten uprawiała także firma Nietzer z Nowego Dworu sprowadzając nielegalnie niemieckie kasy pancerne i inne urządzenia biurowe21. W 1925 roku wybuchła między Polską i Niemcami swoista wojna celna. W połowie tego roku strona niemiecka wystosowała do Polski szereg roszczeń politycznych, które rząd Władysława Grabskiego stanowczo odrzucił. Polska odmówiła także przyznania Niemcom zniżek celnych na ich towary ze względu na brak zgody Niemiec na przyznanie takich ulg na polskie produkty w Niemczech. W odwecie Niemcy jednostronnie wstrzymały import polskiego węgla z województwa śląskiego, przyczyniając się w ten sposób do znaczących strat ekonomicznych strony polskiej. Jednocześnie strona niemiecka podniosła cła na polskie produkty i ustanowiła embargo na część towarów. W odpowiedzi polski rząd podwyższył cła na towary importowane z Niemiec i wprowadził zakaz importu z Niemiec wielu produktów. Sytuacja ta, dość nieoczekiwanie, wpłynęła negatywnie również na gospodarkę Gdańska, inicjując kolejne zgrzyty graniczne. Przemyt stał się zjawiskiem powszechnym nie tylko dla przedsiębiorstw handlowych ale i większości mieszkańców Żuław. Elbląg to była już Rzesza Niemiecka a my byliśmy obywatelami Wolnego Miasta. 20 S. K. Szwentner, Polacy z Piekła... 21 A. Męclewski, Celnicy Wolnego Miasta, Wydawnictwo MON, Warszawa 1971. Wiesław Olszewski 61 Urządzenia graniczne, a zwłaszcza posterunek celny, (.. J stały w Jazowie, nad Nogatem. Wyjazd do Elbląga był bardzo interesujący, gdyż tam można było taniej kupować te artykuły, które dła nas mieszkańców Tiegenhof były tam dużo tańsze. Jechaliśmy do Elbląga z naszymi guldenami i kupowaliśmy taniej. To był oczywiście szmugiel... ”. „Jechaliśmy przez granicę w starych ubraniach, zostawialiśmy je w przebieralniach i zakładaliśmy nowy garnitur czy buty i w ten sposób szmuglowaliśmy te rzeczy w granice Wolnego Miasta... — wspominają po latach. Strony odwoływały się do komisarza Ligi Narodów. Spór wszedł na przewlekłą drogę dyplomatyczną. Początek lat trzydziestych to coraz bardziej jawne działanie struktur narodowo — socjalistycznych w Wolnym Mieście. Od połowy 1931 r. hitlerowcy zaczęli opanowywać główne stanowiska w administracji, szczególnie w policji i służbie celnej22. Wzmogło to czujność czynników polskich. Obserwacja struktur NSDAP staje się, oprócz walki z przemytem, głównym zadaniem oficerów Ekspozytury Głównego Inspektoratu Ceł. Działania te pozwalają wykryć agentów hitlerowskich wśród celników i kolejarzy, zwłaszcza w Kał-dowie, głównym punkcie przemytu ludzi i wyposażenia dla struktur gdańskich faszystów. Przejęcie władzy przez partię Hitlera i w Niemczech i w Gdańsku to okres, po krótkim przejściowym ociepleniu stosunków, jawnych działań antypolskich. Hitleryzacja Wolnego Miasta równa się z jego militaryzacją, broń i inny sprzęt, nie mogąc legalnie sprowadzać z Niemiec, szmuglowany jest głównie z niedalekich Prus Wschodnich. W procederze tym uczestniczą także, w znacznym stopniu antypolsko i prohitlerowsko nastawieni, mieszkańcy Żuław. W nielegalny przemyt samochodów dla struktur SA angażuje się Leonard Krieg i jego syn Emil, nowodworscy serowarzy. To w ich dawnej mleczarni funkcjonuje dzisiaj Żuławski Park Historyczny. Zaangażowanie ideowe mieszkańców Żuław doceniają hitlerowscy notable, dwukrotnie gości w Nowym Dworze, owacyjnie witany, Herman Góring. 85-kilometrowa granica od Piekła po Przebrno na Mierzei Wiślanej przestała być barierą dla aktywistów hitlerowskich i wyposażenia dla ich struktur, w tym uzbrojenia. Celników gdańskich wykonujących należycie swoje obowiązki przenoszono na inne posterunki, nad Nogat przybywali hitlerowcy lub pozostawali ci, którzy dali się im sterroryzować. Uzbrojeni bojówkarze często uniemożliwiali dokonania kontroli granicznej, wielokrotnie miało to miejsce na punkcie celnym w Jazowej. Kontrola granicy w tym miejscu stała się dla polskich inspektorów szczególnie ważna od lipca 1934 roku, kiedy oddano do użytku most przez Nogat, unowocześniając w ten sposób najkrótsze połączenie drogowe miedzy Elblągiem i Gdańskiem. Nastąpiła znaczna mobilizacja służb polskich także na przejściach granicznych w Kałdowie, Szymankowie i innych, dotychczas mniej obserwowanych, jak np. w Kępkach. Inspektorów wyposażono w samochód, motocykle i łodzie motorowe, jakże ważne z racji licznych akwenów wodnych w strefie granicznej. Nastąpiło obustronne nasilenie działań, obie strony wzmacniały swoje pozycje - Polska kierowała coraz więcej inspektorów nad Nogat dla walki z, jawnym już niemal, transportem broni, hitlerowcy zaś czynili wszystko, by uniemożliwić a przynajmniej osłabić polską akcję, otoczyc polskich inspektorów murem wrogości, gdański aparat celny zamienić w mechanizm bezwzględnie posłuszny. Rozkazem komendanta polskiej Straży Granicznej z 24 września 1936 utworzono sieć placówek bezpośrednio na granicy, dziesięcioetatową w Nowym Dworze, n A. Drzycimski, Polacy w Wolnym Mieście... 62 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów sześcioosobową w Nowym Stawie, zaś w Kałdowie, obejmującym również Szymankowo i Piekło, pracowało ośmiu oficerów. Zgodnie z rozkazem, w miejscowościach tych, inspektorzy mieli pełnić służbę w mundurach Straży Granicznej w uzbrojeniu służbowym. Ze względu na ich znaczenie, w placówkach w Jazowej i Kałdowie wprowadzono służbę całodobową. Zdecydowane działania strony polskiej rychło spotkały się z reakcją strony niemieckiej starającej się wszelkimi sposobami uniemożliwić pracę inspektorów. Pod presją funkcjonariuszy NSDAP (jak Starosty nowodworskiego Otto Andresa) miejscowi wypowiadali Polakom wynajem kwater, niemożliwym też okazywało się znalezienie innych. Powszechnymi stały się odmowy obsługi w restauracjach, sklepach i innych placówkach, nie stosujących się do zaleceń hitlerowców spotykały szykany. Do incydentów na tym tle doszło między innymi w Marzęcinie, gdzie inspektorzy wynajmowali mieszkanie. Przed domem Karsten (właścicielki domu —przypis W.O) z nastaniem zmroku zbierała się codziennie gromada wyrostków, którzy wywoływali wdowę do okna, by obrzucać ją potem najgorszymi wyzwiskami, grożąc wybiciem szyb i podpaleniem domu. Którejś nocy wywrócono płot okalający ogródek, a drzwi oblepiono krowim nawozem... Do podobnych, a często bardziej drastycznych ekscesów, dochodziło w Jazowej, Sztutowie, Kałdowie a zwłaszcza w Piekle. W Nowym Dworze do dyspozycji inspektorów oddano budynek należący do kolei, stąd dojeżdżali na placówki graniczne. I tutaj spotykały ich odmowy obsługi w lokalach gastronomicznych i handlowych, bywało, że właściciele przepraszali ale nie mogli postąpić inaczej. Bano się nawet rozmawiać z Polakami. Wiem, że w pobliżu dworca kolejowego stacjonowali polscy urzędnicy celni. Widywałem ich szczególnie w ostatnich miesiącach przed wojną, gdy chodzili przez miasto w swoich mundurach. Nigdy nie rozmawiali ze mną, ani ja nie rozmawiałem z nimi. — wspomina jeden z dawnych mieszkańców25. W nagonkę na wszystko co polskie zaangażowały się lokalne czasopisma „ Zwischen Weichsel und Nogat” oraz „Tiegenhofer Wochenblatt”. To w tym drugim, już w sierpniu 1936 roku ukazało się ogłoszenie: „Wynajmę pokój. Polacy i Żydzi nie wchodzą w rachubę”. Było pierwszym tego typu w całym Wolnym Mieście. Pierwsze z wymienionych wydawnictw w 1937 roku ostrzegało mieszkańców przed kontaktami z Polakami: Nie po-zwałajcie się wypytywać przez tych obcokrajowców, meldujcie o każdym kontakcie z nimi, tego wymaga nasza godność narodowa. Myśmy ich tu nie wzywali i nie życzymy sobie stosunków z nimi. Redaktorem tych pism był bliski współpracownik starosty Otto Andresa, równie jak on fanatyczny hitlerowiec, mieszkaniec wsi Tuja, Wiebe. Nazwisko popularne na ówczesnych Żuławach. Agresywność nowodworskiej prasy wymusiła nawet interwencję Komisarza Generalnego RP Chodackiego u prezydenta gdańskiego Senatu Greisera. Skutek był, jak i wcześniejsze, na niższym szczeblu, bardzo krótkotrwały24. Na zebraniu gdańskich celników — członków partii hitlerowskiej w Kępkach przedstawiciel dyrekcji ceł nawoływał: „Polscy inspektorzy muszą zniknąć z terenu gdańskiego.” Działania te wzmogły wrogie wystąpienia przeciw polskim funkcjonariuszom. Oprócz innych szykan, zdecydowanie odmawiano im sprzedaży żywności w Nowym Dworze i okolicznych miejscowościach. Ze zdecydowaną odmową sprzedaży chleba spotkał się 23 Żuławski Park Historyczny — Muzeum Opowieści, http://www.zph.org.pl/32-Muzeum_opowiesci. 24 H. M. Kula, Polscy Inspektorzy Celni w Wolnym Mieście Gdańsku 1920 — 1939, Gdańsk 2009. Wiesław Olszewski 63 szef polskiej placówki, komisarz Mazur, a nawet jego gospodyni - Niemka, w piekarni rodziny Korella. To klucze tej piekarni przywędrowały kilka lat temu, jako eksponat, do Żuławskiego Parku Historycznego25. Polscy inspektorzy celni, w mundurach, z bronią służbową u boku stanowili uosobienie Rzeczypospolitej dla nielicznych, mieszkających tu Polaków. Do nich w Nowym Dworze, w późny czerwcowy wieczór 1938 roku, dotarła mieszkanka Ostaszewa — Orłowska. Szukała pomocy po aresztowaniu jej męża, działacza miejscowej Polonii. Ich również o ratunek prosiła żona Brunona Gregorkiewicza bestialsko pobitego na stacji Marynowy. Byli nośnikiem polskości dla licznych na Żuławach robotników rolnych, udostępniali im polską prasę, umożliwiali posłuchać radia np. w świetlicy utworzonej w swej placówce w Sztutowie. W następnych miesiącach było już tylko gorzej, prowokacje żuławskich hitlerowców i ich prasy nasilały się. Stały się powodem licznych interwencji Komisarza Generalnego RP u władz Gdańska, wystosowywane noty pozostawały bez znaczących rezultatów. Inspektorów otaczała coraz silniejsza, wroga izolacja. Dla zapewnienia kwater, z braku innych możliwości, do Rybiny, Dołów i Jazowej sprowadzono barki mieszkalne. Zimą, z początkiem 1939 roku rozpoczęły się napady na budynki ,wybijanie okien, były kłopoty ze znalezieniem szklarza. Do szczególnie brutalnych ataków na siedziby celników w Kałdowie, Piekle i Nowym Dworze doszło 20 i 21 maja. Na ulicy Nowego Dworu pobito gospodynię inspektorów, miejscową Polkę, sprawcę uniewinniono. Jedynym, który odważył się w tym czasie odwiedzić Polaków, był nowodworski proboszcz Paweł Knitter, chodząc po kolędzie. 25 A. Kasperek, Są klucze, ale nie ma drzwi. „Prowincja” nr 4(10) 2012. Po prawej dom, w którym mieściła się piekarnia rodziny Korola, foto, httpfotopolska.euzdjecia 64 Nowy Dwór i Żuławy w Wolnym Mieście Gdańsku w świetle przekazów Przygotowania Gdańska do wojny stały się całkiem jawne, broń przewożono masowo, w okolicach Jazowej, po saperskim moście pontonowym na Nogacie, niemal na oczach celników i inspektorów, wjechały czołgi. 17 sierpnia w Kieżmarku, nadając uroczystości znaczący wymiar propagandowy, oddano do użytku nowy most pontonowy przez Wisłę. Zbudowany na polecenie dowództwa Wehrmachtu, miał nośność 30 ton, tyle ważyły wtedy najcięższe niemieckie czołgi. Przybywało z Prus Wschodnich coraz więcej „turystów ”, nie kryjąc nawet specjalnie, że są żołnierzami. Latem 1939 roku nastąpiły pierwsze aresztowania polskich inspektorów celnych, dokonywano ich pod różnymi pretekstami. W dniu 14 sierpnia inspektorzy ze Sztutowa zameldowali do centrali, że w lesie, na zachodnim skraju wsi rozbił namioty oddział SS. Oprócz ćwiczeń wojskowych w lesie prowadzono jakieś, bliżej nie rozpoznane, prace porządkowo--budowlane. Niedaleka przyszłość miała pokazać jak straszliwe dzieło tam rozpoczęto. Wieczorem 31 sierpnia dom inspektorów w pobliżu nowodworskiego dworca został otoczony przez ludzi w brunatnych mundurach. Komendant, komisarz Matuszewski zarządza pogotowie. Dyżur obejmuje komisarz Krajewski, pozostali przechodzą do sypialni na piętrze, o północy kładą się, zdenerwowanie nie daje zasnąć. Krajewski wytrzymał do pierwszej — był już 1 września 1939 roku — potem, w mundurze i w butach zasnął na kozetce. Obudziło go brutalne szarpanie około godziny czwartej trzydzieści rano. To co nastąpiło potem to już temat na kolejny artykuł. Emil Klingenberg 65 Emil Klingenberg LIPKA MAGICZNA Lipka to droga. Rozpoczyna się w Sztumie jako ulica Polna. Wiedzie od przejazdu kolejowego w kierunku cmentarza i dalej, prosto do lasu. Przecina las na wprost i wychodzi w Benowie, wzdłuż cmentarza. Przecina następnie wieś' Benowo i ciągnie się dalej, prosto, do Wzgórza Benowskiego. Jak pisze w swoim opracowaniu Teodor Sejka, za dzisiejszą wsią Benowo zostało usypane dosyć duże wzgórze, na którym Krzyżacy najprawdopodobniej wybudowali spichrze do przechowywania zapasów. Niemiecka nazwa osady na Wzgórzu Benowskim, to „Der Waldmeister von Bónhoff”, czyli „Leśny folwark benowski”. Krzyżacy nazywali folwarkami najmniejsze swoje leśne majątki, a folwark benowski sygnowano trzema szyszkami, które znalazły się w herbie powiatu sztumskiego. To dowód na to, że już w tamtych czasach teren ten należał do powiatu sztumskiego. W latach 90-tych XX wieku, po ponownym utworzeniu powiatów, tereny dawnego powiatu sztumskiego zostały jednak podzielone i gmina Ryjewo znalazła się w obrębie powiatu kwidzyńskiego. Tak pozostało do tej pory. Gmina Ryjewo to około 300 hektarowy obszar zasobny w bardzo dobrą ziemię. Moi wujkowie, Jan Klingenberg i brat mamy, Albin Szypniewski, obaj urodzeni w połowie XIX wieku, opowiadali mi kiedyś, że ziemię (pod względem urodzajności) klasyfikowano dawniej wg skali wyrażonej w punktach. I tak, na przykład, wsie Rudniki i Jarzębina 66 Lipka magiczna miały ziemię o wartości powyżej 95 punktów na 100 możliwych. Przeciętnie na naszych terenach wartość gleby, wg tej skali, wynosi ponad 70 punktów (np. Zajezierze czy Sztumska Wieś — do 80, zaś Postolin i Nowa Wieś — poniżej 70), to o wiele mniej, niż na terenach Niziny Sztumskiej w obrębie gminy Ryjewo. Zapewne wartość tej gleby znali i Krzyżacy, kiedy uprawiali ją przed ponad siedmiuset laty. Plony w postaci zboża przechowywali we wspomnianych już spichrzach na Wzgórzu Benowskim, a w razie potrzeby dostarczali je wozami do zamków w Malborku i Sztumie, korzystając z polnych dróg. Dopiero po jakimś czasie do Malborka zboże transportowano barkami po Nogacie. Droga zwana Lipką zarówno wtedy, jak i później była ważnym szlakiem. Okoliczni rolnicy przed 1945 rokiem we wtorki i piątki wozili nią swoje towary na rynek w Sztumie. Wykorzystywana jest zresztą do dziś, również przeze mnie. Nazwa „Lipka” wzięła się od niemieckiej nazwy „Restauracji pod Lipami” („Lindenkrug”), która przy niej się znajdowała. Jej przedwojenny właściciel, Erick Sontag, tak jak mój ojciec, został w 1945 roku zabrany na Sybir. Żaden z nich nie wrócił. Kiedyś, jadąc ze Sztumu w kierunku Zajezierza, zaraz za Sztumem, po prawej stronie, mijało się tylko trzy domy, ostatni z nich należał do rodziny Lubowieckich. Tam, gdzie dziś jest cmentarz nad Parletą, był kiedyś plac ćwiczeń stacjonującej w Sztumie jednostki wojskowej. Koszary wojskowe, o czym pewnie wszyscy wiedzą, to dzisiejszy kompleks szpitalny. Blok przy parkingu znajdującym się na wprost głównej bramy szpitalnej został wybudowany w latach 50-tych XX wieku dla rodzin oficerskich. Drugi taki budynek stoi przy Placu Wolności, ten, w którym znajduje się sklep kiedyś popularnie zwanym „U Kaszuby”. Jadąc Lipką, dotrzemy do samego wału na Wiśle. Nazwa drogi do dziś jest używana przez wielu okolicznych mieszkańców. Przed wojną na drogę tę mówiono Lindenkrug Weg. Restauracja, która dała nazwę całej drodze, znajdowała w pierwszym mijanym po prawej stronie (jadąc ze Sztumu) gospodarstwie rolnym (obecnie należy ono do pana Jana Polaka). Lindenkrug - „Restauracja (zajazd) pod lipami” przed wojną była bardzo łubiana i często odwiedzana przez sztumian. W sobotę i niedzielę całymi rodzinami udawano się w jej kierunku na przechadzki. Serwowano w niej potrawy rodem z wiejskiej kuchni. Potrawy były przygotowywane z produktów pochodzących z gospodarstwa prowadzonego przez właścicieli zajazdu oraz ze znajdującego się po przeciwnej stronie drogi gospodarstwa należącego do brata Ericka Sontaga. Nazwa Lindenkrug wzięła się od pięknego, obsadzonego lipami parku, w którym latem stały ławki. Mieszkańców Sztumu w równym stopniu przyciągało otoczenie restauracji, co i dobre wiejskie jedzenie. Specjalnością zajazdu, w maju na przykład, były świeżo złowione w Parlecie karasie. Smażono je na majowym maśle (oczywiście pochodzącym z gospodarstw braci Sontag). W żadnym okresie roku masło nie jest tak smaczne i tak zdrowe, jak w maju, kiedy wyprowadza się krowy na pastwiska. Nasi przodkowie doskonale o tym wiedzieli. Woda w Parlecie była wtedy czysta, niczym nieskażona. Przez cały rok można było w zajeździe zjeść swojski chleb ze smalcem ze skwarkami, ale znacznie większym uznaniem klientów cieszył się ten sam swojski chleb ze szwarcwaldzką szynką. Szynkę tę również przyrządzano na miejscu: najpierw surową szynkę przez trzy tygodnie trzymano w solance, potem przez 24 godziny płukano Emil Klingenberg 67 ją w wodzie i dopiero wtedy przez około trzy dni powoli ją wędzono. Zawsze zostawiano skórę i część tłuszczyku. Koniecznie musiała być bardzo cienko, razem z tym białym „kołnierzem” krojona. Kromka chleba była mniejsza, niż znajdujący się na niej plaster szynki. Nasze gospodarstwo znajduje się 1,5 km od dawnego zajazdu i również od moich rodziców pan Sontag kupował produkty rolne. Lipka była tłumnie uczęszczaną drogą, korzystali z niej wszyscy mieszkańcy Niziny Sztumskiej. Szczególnie tłumnie było w zajeździe, zwanym przez miejscowych też z polska „Restauracją na Lipce” w piątki i wtorki — dni targowe. Ponieważ rynek rozpoczynał się już o wpół do siódmej, a latem nawet o wpół do szóstej, pan Sontag czekał na klientów jadących do Sztumu już od piątej rano. Jedyny transport stanowiły konne wozy. W drodze na rynek zatrzymywano się przy zajeździe, gospodyni zostawała na wozie, a gospodarz szedł na kieliszek „komu”, czyli zbożowej wódki. W drodze powrotnej już oboje szli na kieliszeczek i co - nieco do niego — utargu na rachunek zawsze na pewno starczyło. I tak się to latami niespiesznie i spokojnie toczyło. Kiedyś, na spotkaniu sztumiaków w Niemczech, starsza pani wspominała, że jako mała dziewczynka chodziła Lipką z Barcic do Sztumu, by sprzedać jagody, a w drodze powrotnej babcia kupowała jej u pana Sontaga „szpictutę” cukierków. Idąc Lipką z restauracji dalej, w stronę lasu, trafiało się na następne duże gospodarstwo. Nazywano je Ostrów Broże. Tylko to jedno gospodarstwo tak nazywano. Obecnie z zabudowań przetrwał jedynie filar bramy. Po przeciwnej stronie drogi znajduje się zaś, odnowiony niedawno, murowany budynek zamieszkały po wojnie przez dwie rodziny, które nie wyjechały do Niemiec. Ich nazwiska brzmiały: Urban i Chrzan. Dużo później zbudowano jeszcze jeden dom, w którym mieszka sołtys, Adam Poćwiardowski. W tym wielkim, nieistniejącym dziś gospodarstwie, przed wojną mieszkała rodzina Berent. Było tam czworo dzieci, dwóch chłopców i dwie dziewczyny. Córki powychodziły /.ajazd Lindenkrugprzed wojną, fot. archiwum autora 68 Lipka magiczna za mąż, jeden z synów, Horst, był adwokatem w Kwidzynie, a drugi, Witold, został na gospodarstwie. W latach dwudziestych XX wieku zmarł ojciec i Witold gospodarzył z matką. Swojej rodziny nie założył, zachorował, zmarł w 1940 roku. Po jego śmierci z matką zamieszkał Horst i dalej wspólnie gospodarzyli. Było to 100 hektarowe gospodarstwo (obecnie tereny w połowie zalesione), hodowano w nim bydło, świnie i bardzo dużo koni, które pracowały w polu. Berent co roku sadził 15 hektarów ziemniaków, w które zaopatrywał jednostkę wojskową i szpital, poza tym jesienią ładował kartofle na wagony i wysyłał je aż do Gdańska. W latach 1940-1945 w gospodarstwie pracowało 12 jeńców angielskich, mieszkali oni w wybudowanym w podwórzu czteropokojowym domku, pracowali aż do wkroczenia Rosjan. Sama rodzina Berentów wyjechała jeszcze przed wkroczeniem Rosjan, nie znam ich dalszych losów. W gospodarstwach Berenta i Sontaga już przed wojną były telefony, po wojnie było to możliwe dopiero w 2000 roku. Kawałeczek dalej, w stronę lasu, po lewej stronie drogi jest zjazd do gospodarstwa, które było jeszcze większe. Liczyło 124 hektary, nazywane było Małym Zajezierzem (Klein Hintersee). Znajdowały się w nim duże zabudowania i dwa domy pracownicze. W XIX wieku mieszkali tam młodzi Frydreyk i Henryk Donimirscy. W gospodarstwie tym produkowano wiele płodów rolnych: zboże, kartofle, buraki pastewne. Prawdopodobnie olbrzymia część produktów była dostarczana na potrzeby stadnin organizujących wyścigi konne w Sopocie. Pod tym kątem prowadzono też hodowlę klaczy i źrebiąt, które po letnim wypasie na pastwiskach zajezierskich były odstawiane do Sopotu i trenowane do udziału w biegach. Pod koniec XIX wieku zmarł właściciel gospodarstwa i prowadziła je dalej jego żona. Słyszałem, jako dziecko, że dwa razy w tygodniu, ubrana w białe jeździeckie spodnie i wysokie czarne buty, jeździła pociągiem, pierwszą klasą, by wziąć udział w wyścigach. Z czasem gospodarstwo zaczęło popadać w coraz większe długi-W 1894 roku wdowa Donimirska zaoferowała moim późniejszym dziadkom, Klingenber-gowi i Szypniewskiemu kupno 30 ha (byli sąsiadami). Każdy z nich kupił po 15 ha, które przeszły wtedy administracyjnie w obręb Sztumskiej Wsi, w której leżały gospodarstwa obu dziadków. Niestety, wkrótce gospodarstwo „Małe Zajezierze” zostało przejęte przez bank i wystawione na licytację. W tym czasie wracali z Rosji, z Niziny Nadwołżańskiej, potomkowie Niemców sprowadzonych tam przez carycę Katarzynę II. Nazywano ich powszechnie „Wołga Deutsch aus Rusland” (Nadwołżańscy Niemcy z Rosji). Osiedlali się najczęściej na terenach ówczesnych Prus Wschodnich i Zachodnich. Jeden z nich, o nazwisku Grossman, kupił gospodarstwo Donimirskich na przełomie XIX i XX wieku. Grossman miał liczną rodzinę: żonę i sześcioro dzieci. Jak to powszechnie praktykowano, ubezpieczył swoje gospodarstwo wraz z budynkami. Firmy ubezpieczeniowe pomagały przed I wojną światową przy zamianie dachów krytych strzechą na dachówki, papę lub blachę ze względu na częste pożary wybuchające podczas wiosennych i letnich burz. Bywało, że ogień trawił wszystkie zabudowania w gospodarstwie. W Klein Hintersee wszystkie dachy były jeszcze słomiane. W maju 1908 roku gospodarstwo spłonęło doszczętnie, łącznie z domkami pracowników. Naocznym świadkiem tego wydarzenia był mój 22-letni wówczas wujek, który przebywał akurat w domu na urlopie w czasie służby wojskowej w Prabutach. Budynki zapaliły się od Emil Klingenberg 69 uderzenia pioruna. Zbudowane były z kamienia, cegieł, ale sporo było też drewnianych. Kamień można było wykorzystać do odbudowy. Żartowano potem, że Grossman musiał mieć dobre układy ze świętym Piotrem, bo w wyniku pożaru otrzymał wysokie odszkodowanie. Dzięki temu na obszarze zakupionego gospodarstwa (90 ha) stworzył 5 mniejszych, w których zamieszkały jego córki ze swoimi rodzinami. Tych pięć gospodarstw istniało do końca II wojny światowej. Gdy nadciągała ofensywa radziecka, ich właściciele nie wiedzieli, co z sobą począć. Nie mieli nikogo na Zachodzie, a czego się można spodziewać po Rosjanach, wiedzieli doskonale od rodziców. Poszczególni właściciele tych gospodarstw nazywali się: Wichert, Felski, Einding, Posenauer, Hut. Gdy wojska rosyjskie były już bardzo blisko, jeden z nich, Felski, zaczął namawiać pozostałych do odebrania sobie życia, twierdził, że lepsze to, niż oddanie się w ręce Rosjan. Wichert po tej rozmowie udał się do domu ze sznurem pod kurtką. Usiadł w kuchni i załamany zaczął płakać, w końcu powiedział o wszystkim żonie i dzieciom. Ci pobiegli od razu do sąsiadów. Niestety, ujrzeli w nad schodami, w korytarzu prowadzącym na strych, pięciu wisielców. Z całej rodziny przeżył jeden z synów, który w tym czasie był w wojsku. Nikt z pozostałych nie wyjechał, w trzech gospodarstwach były tylko kobiety i dzieci, mężczyzn zabrano do wojska. Rosjanie nadeszli. Ludziom tym, podobnie, jak mojej rodzinie, zabrano, co tylko się dało, ale ich nie zabito. Wyjechali do Niemiec w 1946 roku. Pozostały tylko trzy zagrody, i to nie w całości. Po wojnie zamieszkali w nich nowi właściciele. Każdy z nas, autochtonów, który do końca 1946 roku przyjął obywatelstwo polskie, mógł pozostać. I pozostało nas wielu. Na terenie Prus Zachodnich nasze rodziny mieszkały od stuleci, prawie wszyscy mówiliśmy dwoma językami, do 1936 roku używanie języka polskiego nie było zakazane. Dopiero hitlerowcy wprowadzili reżim. Do tego czasu kazania w kościele katolickim (msza była odprawiana oczywiście, do Soboru Watykańskiego II, po łacinie) były wygłaszne dwa razy w miesiącu po polsku, a dwa razy po niemiecku. Podobnie było z czytaniem Ewangelii. Restauracja „Pod lipami” przestała istnieć. 4 lutego 1945 roku czterech żołnierzy radzieckich prowadziło pod bronią pięciu mężczyzn. Był wśród nich ksiądz katolicki, Tamm. Dotarli na nasze podwórze, na którym byli i inni ludzie ze wsi. Żołnierze zabrali mojego ojca, Emila Klingenberga, a także Pawła Panewascha, Horsta Mejera, pracownika, Józefa Jagielskiego. Idąc dalej Lipką zabrali też właściciela zajazdu, Ericka Sontaga. Na początku lat siedemdziesiątych zamknięto szkołę w Sztumskiej Wsi (do tej szkoły kiedyś chodziłem. Także moja żona, częściowo właśnie Lipką, bo mieszkała wtedy w jednym z ocalałych gospodarstw Małego Zajezierza). Napisałem wtedy podanie do inspektora oświaty, dzięki czemu czworo moich dzieci mogłem wozić do szkoły do Sztumu (Lipką - 4,5 km), a nie do oddalonej o 9 km Nowej Wsi. Lipka jest drogą, która stanowi najkrótsze połączenie naszego gospodarstwa ze Sztumem. Toteż zarówno my, jak i okoliczni mieszkańcy, również z Małego Zajezierza, korzystaliśmy i korzystamy z niej bardzo często. Jeździliśmy wozami, np. z prosiakami, czy na zakupy; chodziliśmy na piechotę, teraz jeździmy samochodami. Ciągle też jest to też najkrótszy dojazd z Benowa do Sztumu. Niedaleko lasu powstaje coraz więcej nowych domów - i ich mieszkańcy jeżdżą i chodzą na co dzień właśnie Lipką. 70 Ciekawostki architektoniczne Dzierzgonia Janusz Namenanik CIEKAWOSTKI ARCHITEKTONICZNE DZIERZGONIA Mieszkając w naszym mieście, pewne jego detale nam spowszedniały. Codziennie przechodzimy obok pewnych elementów obojętnie, nie zatrzymując się i nie zauważając ciekawostek o jakie się wręcz na każdym kroku potykamy. Pewne elementy architektury naszego miasta traktujemy jako nieistotne, nieważne, a zapewne nieciekawe i niegodne naszej uwagi.. Odbędziemy krótki spacer na trasie: ulica Wojska Polskiego - ulica Krzywa i przekonamy się ile ciekawostek architektonicznych skrywa się na tak krótkim odcinku drogi. O czym to świadczy? Nasze miasto jest po prostu urodziwe, ciekawe. Ludzie, którzy go tworzyli włożyli w to dużo pracy, a przede wszystkim wiedzę i inwencję twórczą. Podróżując do Dzierzgonia odczytujemy na drogowskazach ilość kilometrów, jakie dzielą nas od miasta. Zastanawiamy się czasem, do którego punktu miasta jest liczona ta odległość Większości wydaje się, że do tablicy określającej granicę miasta. Otóż okazuje się, że nie. Tablice określające granice miasta zmieniają swoje położenie wraz z rozbudową miasta. To prowadziło by do błędnego wniosku,, że odległości między miastami zmieniają się.. Odległość pomiędzy miejscowościami jest uregulowana odpowiednim urzędowym rozporządzeniem1, w którym określa się, że: Liczby kilometrów podawane na drogowskw zach, tablicach kierunkowych i szlakowych powinny oznaczać odległości od miejsca umiesz' czenia znaku do centralnego punktu danej miejscowości np. rynku, głównego placu, ratusza, skrzyżowania dróg przelotowych itp. Odległość należy podawać w pełnych kilometrach. Tyle współczesne regulacje prawne. A co na to tradycja ? Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przyjąć, że pomysł precyzyjnego liczenia od' ległości pomiędzy miastami i podawania tej wiedzy do publicznej wiadomości, ma swoje źródła w rozwoju usług pocztowych. Pierwszymi pojazdami regularnie kursującymi po-między miejscowościami, były pocztowe dyliżanse. Pojawiły się one w Polsce i Prusach na początku XIX wieku. Podawano więc odległość pomiędzy budynkami poczty, bo tam dyliżanse zaczynały i kończyły swoje kursy. Wiadomością udokumentowaną jest to, że w 1854 roku istniała linia nr 14 dyliżansu pocztowego poruszającego się na trasie: pocz-ta Dzierzgoń — Prakwice — Lubachowo - Milikowo — Przezmark — Zalewo. Natomiast w 1858 spedycja pocztowa w Dzierzgoniu2 ekspediowała przesyłki dwa razy dziennie do Starego Pola, również dwa razy dziennie do Susza. Uzasadnione to było tym , że w miejscowościach tych były już czynne stacje kolejowe. Dyliżans do Zalewa podróżował we wtorek, czwartek i sobotę, a z Zalewa do Dzierzgonia w poniedziałek, środę i piątek-W Prusach okazałe budynki pocztowe budowano w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Budynek poczty dzierzgońskiej pochodzi również z tego okresu. Na długo, bo prawie na 100 lat w krajobraz Prus wpisały się żółte dyliżanse. W miarę rozbudowy kolei, nastąpiło przejęcie przez kolej funkcji jakie pełnił dyliżans, czyli przewozu ludzi i przesyłek. Poczta pełniła obsługę telefonii, telegrafii i ekspedycji oraz lokalnego dostarczania 1 Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 3 lipca 2003 r. (Dz.U. 2003, Nr 220, poz. 2181). 2 Saunier L„ (red.), Statistisch=topographisches, Sched, Adrefi=Handbuch von Westpreufien 1858, Danzig undEbling 1858. Janusz Namenanik 71 przesyłek. Przed powstaniem budynku poczty, mieściła się ona zazwyczaj w budynku karczmy wynajmując tam jedno lub dwa pomieszczenia. Jak zasygnalizowano w tytule opracowania interesują nas detale architektoniczne. Ten detal, niepozorny, wręcz niezauważalny związany jest z odległością między miastami, z dyliżansem i z pocztą. Jest to tak zwany „punkt zerowy” Dzierzgonia. To właśnie od tego punktu mierzone były odległości trasy dyliżansu do innych miast. Sam budynek poczty nie stanowi punktu, gdyż jak każdy matematyk by nam powie- dział jest zbiorem punktów. Punkt o którym mowa jest o umieszczony przy ścianie budynku, od strony ulicy Wojska Polskiego, na chodniku przy środkowej części ściany budynku poczty. Stoi tam niepozorny kamień. Ten kamień właśnie wyznacza punkt zerowy. Czy ktoś się kiedyś nad tym zastanawiał? Teraz przechodząc ulicą Wojska Polskiego zapewne zwrócimy uwagę na ten szczegół. Przy okazji warto zwrócić uwagę, na zabudowania stojące tuż za pocztą. Wszystko na to wskazuje, że była to kiedyś wozownia stojąca na podwórku poczty. Obsługiwała ona załogi dyliżansów, konie, jak i same dyliżanse. W późniejszych czasach zamiast dyliżansów Kamień przy środkowej części ściany budynku dzierzgońskiej poczty, stojący od strony ul. Wojska Polskiego. Wyznaczał on tzw. „punkt zerowy” czyli miejsce, od którego mierzyło się odległości od Dzierzgonia, fot. Janusz Namenanik poczta posiadała wozy do przewozu przesyłek na stacje kolejową. Ten tabor również wy- magał schronienia. Kolejnym obiektem kryjącym ciekawostkę architektoniczna jest budynek nr 3 przy ulicy Wojska Polskiego, w którym obecnie ma siedzibę Regionalne Iowarzystwo Inwestycyjne S.A. Budynek ten został oddany do użytku 26 stycznia 1929 roku jako dom opieki społecznej. Wśród mieszkańców miasta nosił nazwę „Kreishaus” czyli „okrągły dom”. Zupełnie okrągły to on nie jest, ale wyraźnie ma zaokrąglone krawędzie. O tych okrągłościach wspomniałem kiedyś byłej administratorce budynku, co odniosło taki skutek, że przy wykonywaniu ocieplenia budynku i nowej Budynek RT1 przy ulicy Wojska Polskiego 3. Tzw. „okrągły dom”, ponieważ narożniki budynku są zaokrąglone, fot. Janusz Namenanik elewacji zachowano owe okrągłości zachowując jako widoczną ową architektoniczną ciekawostkę. Gdy prawie sto lat temu budowniczy projektował ten budynek musiał posiadać jakiś zamysł. Nasuwa się nam pytanie: Czy architekci są w stanie stworzyć piękniejszy świat ucząc się od natury? Natura tworzy jako doskonałe kształty okrągłe. Już w starożytności zauważono, że najdoskonalszą bryłą jest kula, ponieważ posiada ona największą objętość przy jednocześnie najmniejszym polu powierzchni zewnętrznej. Powiązanie naturalnej okrągłości jaką stworzyła przyroda i zastosowanie jej w architekturze zauważył już prawie dwa wieki temu J. Sobolewski3, który pisał: Piękność w architekturze zależy od Sobolewski J., O piękności w budowlach [w:] Rozmaitości nr 59/1823 z 1O.X. 1823, Lwów 1823. s. 466. 72 Ciekawostki architektoniczne Dzierzgonia kształtu, wielkości i charakteru całej budowli. Części budowli naśladują naturę. Kształty najpiękniejsze, mówią przyjaciele budownictwa, są te, które naśladują naturę, a przeto formy okrągłe lub zaokrąglone są najpiękniejsze. Budowla ma wyobrażać bryłę mocną i trwałą, a zatem jak bryły nieograniczone w naturze powinna być płaszczyznami zakończona. Takie wrażenie robi ten budynek, będący swoistą enklawą wyciętą z przestrzeni miasta, zamknięty zaokrągleniami i płaszczyznami stanowiąc bezpieczną ostoję dla jego pensjonariuszy. Poruszając się dalej ulicą Wojska Polskiego napotykamy na trzy budynki nie posiadające zauważalnych ciekawych architektonicznych szczegółów, ale mające ścisły związek ze swoim istnieniem. Po prawej stronie ulicy, za Bankiem Spółdzielczym funkcjonowało przed wojną duże kilkuhektarowe ogrodnictwo, a budynek po przeciwnej stronie RTI oznaczony numerem 4 był mieszkaniem właściciela Paula Kortha z pochodzenia Szwajcara. On to właśnie dzięki ewangelickiej Misji St. Chrischona z Szwajcarii a konkretnie z Ba-zyleii zainicjował zbiórkę funduszy, za które to, jak pisze M. Korczowski4 miejscowy pastor Schick w latach 1925-1928 wybudował kaplicę ewangelicką - Dom Modlitwy Wspólnoty Chrześcijańskiej. Pastor mieszkał w przyziemiu tej kaplicy. Następny pastor Emil Muller na bazie tych samych funduszy zbudował w 1932 roku budynek mieszkalny stykający się z kaplicą (budynek nr 5). Dochodzimy następnie do budynku byłego klasztoru Reformatów. Budynek klasztoru zbudowany jest na planie kwadratu o boku 27,5 m. Tajemnica architektury klasztoru zawarta jest w tym wymiarze. Franciszkanie wznosząc swoje budowle zgodnie z obowiązującymi ich statutami musieli zachować pewne rygory ubóstwa i skromności. Przejawiały się one w między innymi w ściśle określonych wymiarach budowli, które na ogół określały, że dany wymiar nie może być większy od pewnej wielkości określonej w owych czasach w takich jednostkach jak: stopy, łokcie lub pręty. Długość ścian klasztoru nie przekraczała 7 prętów chełmińskich. Jeden pręt chełmiński ma około 4,32 m. Natomiast siódemka jest liczbą magiczną (u masonów liczbą mistrzowską) i występuje często w budownictwie, a w Dzierzgoniu odgrywała istotną rolę przy zabudowie przedwojennego Rynku miasta. Kolejnym ciekawym elementem architektonicznym na jaki możemy natrafić w budynku byłego klasztoru jest wmurowana w południową ścianę klasztoru granitowa kropielnica, a ściślej punkt pobierania wody świę- Wschodnia ściana byłego klasztoru reformatów ma długość 27,5 m (pozostałe również), czyli nie przekraczają 7prętów chełmińskich (1 pręt to około 4,32 m), fot. Janusz Namenanik Kropielnica, umożliwiająca stały dostęp do święconej wody, fot. Janusz Namenanik conej. Franciszkanie zapewniali potrzebującym całodobowy dostęp do wody święconej. Korczowski M., Dzieje Dzierzgonia odX wieku do 1990 roku, Dzierzgoń 2006, s. 47. Janusz Namenanik Kropielnica ta znajdowała się poza terenem zamkniętym klasztoru, wystając ze ściany w miejscu ogólnodostępnym. Urządzenie to jest tak skonstruowane, że przechodzi przez ścianę klasztoru i od wewnątrz w sali zwanej kapitularzem zakończone jest otwartym pojemnikiem, w którym uzupełniano zapas święconej wody. Współcześnie znacznie podniesiono poziom gruntu, w związku z tym znacznie obniżył się poziom kropiel-nicy i jest ona na ogół zaśmiecona, a swoje przetrwanie zawdzięcza jedynie solidnej konstrukcji. Od strony południowej klasztor otacza mur, w któ- 73 Portal byłego klasztoru Reformatów. Nad wejściem był napis: „Verbum Domini Manet in aeternum", a po bokach głowy aniołów. W głębi za portalem po lewej stronie widoczna jest jedna z trzech nisz, w których stały figury, fot. Janusz Namenanik rym znajduje się portal, pełniący kiedyś rolę głównego wejścia do kościoła. Jest to obiekt architektonicznie ciekawy, bardzo zaniedbany. W 2012 roku miejscowy proboszcz ks. Piotr Gaborczak czynił starania, aby obiekt ten powrócił do dawnej świetności, ale niestety władze nie znalazły funduszy na ten cel. Obiekt ten posiada zarysy dawnej świetności. Nad drzwiami bramy umieszczone były dwa anioły podtrzymujące napis: Verbum Domini ma.net in aeternum (Słowo Pana trwa na wieki). Patrząc na ścianę przedsionka kościelnego widoczną za portalem widzimy w niej trzy nisze. Są to miejsca, w których stały kiedyś figury. Według moich dociekań figura na górze przedstawiała Matkę Bożą. Dwie pozostałe figury umieszczone po Okach, nieco niżej przedstawiały prawdopodobnie św. Franciszka (patron zakonu) oraz św. Antoniego (patron pierwszej prowincji). Następnym ciekawym i zarazem unikalnym obiektem jest jedyny wśród reformackich kościołów prowincji wielkopolskiej i pruskiej beczkowy strop drewniany pokryty polichromią przy użyciu akwareli. Po dokładnej obserwacji, można stwierdzić, że ornament kryje w sobie niespodziankę, a mianowicie maszkarona. Pan Henryk Reszka, autor zdjęć tej polichromii twierdzi, że maszkaron jest podobizną zakonnika, który dostarczał malującemu artyście pokarm w miejscu pracy (aby ten nie schodził z rusztowania). Według mojej wersji, maszkaron ten to nic innego jak podpis (wizerunek) autora polichromii. Jedno jest pewne, że maszkaron przypomina franciszkanina, a w związku z tym, co wydaje się bardzo prawdopo- dobne autorem zdobień mógł byc właśnie franciszka- Maszkaron ukryty na plafonie kościoła Zesła-nin. niaśw. Ducha, fot. Henryk Reszka Kolejny obiekt jest obecnie niewidoczny, ale znajduje się ukryty w pomieszczeniach Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury. W lecie 2013 roku natknąłem się przypadkowo w Pachołach na kamień, który wzbudził moje duże zainteresowanie. Ten niewiele różniący się od pozostałych wywiezionych z pola kamieni i leżących na kupie przy drodze. Jego kształt i zarys rysunku na nim przypominał mi wczesnośredniowieczną rzeźbę Potrimposa, którą 74 Ciekawostki architektoniczne Dzierzgonia się szczycił Dzierzgoń do końca lat 90 XIX wieku. Ów Potrimpos prawdopodobnie też pochodził z okolic Pachoł, miejscowości, która w okresie chrystianizacji stanowiła twardą ostoję wierzeń pruskich. A więc miejsce znaleziska jest przekonywujące co do prawdopodobieństwa autentyczności rzeźby. Potrimpos, który przebywał kiedyś w Dzierzgoniu miał ponad metr wysokości, a ten znaleziony kamień ma 37 centymetrów wysokości i około 20 do 30 centymetrów średnicy. Moje wielkie zaciekawienie budził fakt, czy jest to rzeźba czy też jest to po prostu wytwór natury. Oglądał go miejscowy artysta rzeźbiarz Pan Hrostek, ale nie nabył przekonania czy jest to wytwór człowieka czy wytwór natury. Jedno jest pewne, co należy wziąć pod uwagę, że jeżeli jest to rzeźba to ma około 1000 lat. Posiada nie głębokie ryty i nadwątlił ją ząb czasu. Oglądał zdjęcia tej rzeźby adiunkt Uniwersytetu Warmińsko — Mazurskiego z Olsztyna specjalizujący się w badaniu kultury Prusów dr Szczepański Seweryn, który stwierdził na podstawie zdjęć, że rzeźba wygląda obiecująco. Odnaleziona figura „małego Potrimposa”. N*1 ilustracji wyraźnie jest widoczna prawa zgię^ ręka i zarys głowy, fot. Janusz Namenanik Żeby się autorytatywnie wypowiedzieć na ten te- mat należy przeprowadzić badania petrograficzne obiektu, a na to potrzeba funduszy-Orzekł, że jeżeli takowe fundusze zbierze to zajmie się tym problemem. Moje poczynani3 musiały odbywać się zgodnie z obowiązującym prawem w tym zakresie, które stanowczo określa, że wszelkie znaleziska należy przekazać do odpowiednich instytucji państwowych i nie wolno ich sobie zatrzymywać. Takim właściwym miejscem byłoby Muzeum Arche' ologiczne w Gdańsku. Znając historyczne doświadczenia Dzierzgonia w tym zakresie, chciałem uniknąć zaprzepaszczenia własności miasta i pozwolić aby znalezisko spoczęło na lata gdzieś w piwnicach muzeum. Potrimposa wywieziono z Dzierzgonia do Gdańsk3 w latach 90-tych XIX wieku, obiecując, że w zamian miasto otrzyma kopie betonowi rzeźby. Kopia taka nigdy nie dotarła do naszego miasta, a sam Potrimpos po prostu prze' padł. Wyczerpujący artykuł na temat Potrimposa napisał S. Szczepański5. Przekazałem ten znaleziony kamień do państwowej instytucji czyli Dzierzgońskiego Ośrodka Kultur)' i gdzieś on tam spoczywa. Najsmaczniejszy kąsek poznawczy pozostał na koniec tego opracowania, który to co prawda nie jest detalem architektonicznym, ale związany jest z najwspanialszym obiektem naszego miasta, jakim jest bez wątpienia kościół parafialny. Obiekt ten jest obrazem, znajdujący się w tym kościele i poszukujący powinien go w/' patrywać na prawej ścianie przy ołtarzu bocznym poświęconym Matce Boskiej. Obraz przedstawia Matkę Boską z Dzieciątkiem Jezus, od której stojący poniżej z prawej strony 5 Szczepański S., Wczesnośredniowieczna rzeźba... Janusz Namenanik św. Dominik otrzymuje różaniec, a z lewej strony stoi zakonnica najwyraźniej z zakonu dominikanek. Najciekawsze elementy znajdują się u stóp przedstawionych postaci. W miejscu centralnym widzimy złote jabłko królewskie zwieńczone krzyżem co symbolizuje umiłowanie wiary chrześcijańskiej. Jabłko używane przez królów europejskich wyrażało niezależność od cesarza, a jednocześnie jako kula symbolizowało władzę nad światem. Ponadto kulisty kształt dawał wyobrażenie całości, a krzyż przypominał, że monarcha rządzi w imieniu Chrystusa. W sąsiedztwie św. Dominika widzimy również czarnego psa trzymającego w zębach palącą się pochodnię. Symbol ten jest związany z legendą, według której matka Dominika, 75 błogosławiona Joanna, miała przed narodzeniem syna Królowie wraz z żonami na obrazie w kościele sen, w którym śniło się jej, że urodziła psa trzymają- parafialnym, fot. Maciej Karabin cego zapaloną pochodnię. Pochodnia ta miała rozpa- lać cały świat. Pies koloru biało-czarnego symbolizuje Dominikanów. Pochodnia oznacza rozpalenie Słowa Bożego na całym świecie. Najciekawszym detalem tego fascynującego obrazu są wizerunki trzech polskich królów, które są umieszczone z lewej strony, a z prawej strony pod zakonnicą są wizerunki trzech żon królewskich. Porównując wizerunki królów z wizerunkami opracowanymi przez Jana Matejkę6 rozpoznajemy, że na obrazie występuje Jan Kazimierz, który był królem w latach 1648 - 1668, następnie Michał Korybut - Wi-śniowiecki, któryby! królem w latach 1669 - 1673, oraz Jan III Sobieski panujący w Polsce w latach 1674 — 1696. Możemy jedynie spekulować, dlaczego właśnie tych królów malarz umieścił na obrazie. Wszyscy oni panowali w drugiej połowie XVII wieku. Namalowani są oni jak i ich żony w pozie pobożnej. Byli oni żarliwymi katolikami, ich strona moralna również była właściwa. Posiadali legalnie poślubione żony. Ich czyny również przyczyniały się do obrony i wzmacniania wiary chrześcijańskiej. I tak np. król Jan Kazimierz 1.IV. 1656 we Lwowie oddał Polskę i Litwę Najświętszej Marii Panny Królowej Polski. Król Jan III Sobieski zwyciężając Turków po Wiedniem uchronił Europę przed islamem. Powyższe wymienione przykłady należą do tych najbardziej spektakularnych. Inna drobniejsza działalność tych monarchów znacznie się przyczyniła do umacniania wiary chrześcijańskiej w naszym kraju. Dlatego też twórca obrazu uważał, że należy właśnie ich przedstawić. Sam fakt przedstawiania monarchów w kościołach należy do niezwykłej rzadkości. Obraz zapewne powstał przy największym remoncie kościoła po pożarze w 1730 roku. Skarbowski J.,(oprać.), Poczet królów polskich według Jana Matejki, Kraków 1969. Dominik Żyłowski JL JL JL CZYLI ŚLADY ST * fOi ■ 78 Tropy, czyli ślady Tropy Elbląskie to kwintesencja depresji. Zarówno w geograficznym, jak i psychologicznym znaczeniu. Rzut kamieniem stąd do najniższego punktu poniżej poziomu morza w Raczkach, a okoliczny krajobraz można śmiało reklamować hasłem w stylu „listopad przez cały rok”. W skrócie — pod każdym względem dół. ła mocno podupadła wieś stanowi jednocześnie, znikający dosłownie na naszych oczach, unikalny — nomen omen — ślad mennonickiego osadnictwa na Żuławach. Chodzi przede wszystkim o widoczny ciągle pośród walącej się osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej architektury zarys organizacji przestrzennej osady w postaci tzw. “ulicówki wodnej”. Oś miejscowości stanowił kanał, stanowiący w przeszłości główną arterię komunikacyjną. Nad jego bagnistymi resztkami pochyla się dzisiaj drewniany podcień domu, spod którego strzechy spogląda jeszcze charakterystyczne okno, z powodu kształtu zwane “wolim okiem . Za koślawymi płotami widać pozostałości zwróconych frontem ku kanałowi holenderskich zagród, o zintegrowanych z domem mieszkalnym budynkach gospodarczych. Znamienne, że o ile ich mieszkalne części, połatane i podparte, jakoś tam się ciągle trzymają, to część gospodarcza jest już tylko ruiną. Najwyraźniej o żadnym gospodarowaniu nie ma tu już mowy. Andrzej Kasperek 81 Andrzej Kasperek Nowoczesne rzemiosło z Żuhw Na początku polskiej transformacji, czyli w latach dziewięćdziesiątych, kiedy trzeba było zamówić jakąś półkę, taboret lub dorobić nogę do stołu szło się do stolarza. Stolarnie, sklepy, wypożyczalnie kaset VHS mieściły się w piwnicach, garażach, pokojach... Nikogo to wówczas nie dziwiło, podobnie jak uliczny handel z łóżek polowych i tzw. szczęk. Stolmach też zaczynał w garażu. Ojciec Piotra Łukasiuka, szefa przedsiębiorstwa, na rencie dorabiał stolarką. Był rok 1992, Piotr skończył gdańskie Technikum Łączności i zaczął pracę w telekomunikacji. Ta robota jednak niezbyt mu odpowiadała i uznał, że lepiej będzie pracować z ojcem. Takie były początki rodzinnej firmy, która dziś należy do największych w Nowym Dworze Gdańskim. Praca była interesująca, ale brakowało kapitału. Klienci byli niebogaci, ale naoglądali się popularnych wówczas katalogów firm Quelle czy Otto i oczekiwania mieli bardzo duże. Trafiały one na bariery - park maszynowy był bardzo skromny, brakowało dobrych materiałów. Przychody były niewielkie, zyski malutkie. Trzeba było wyjeżdżać do Reichu, żeby dorabiać. Ten przymus okazał się nader owocny, bo to były lata terminowania - uczenia się fachu i języka. Piotr trafił do Fryburga w południowych Niemczech. Pracował jako stolarz meblowy, remontował domy, kładł podłogi i wstawiał okna. Ale nie tylko - miał szczęście, bo trafił do ludzi otwartych i życzliwych dla przybyszów z Polski. Była to rodzinna firma, gdzie podglądał sposoby kierowania przedsiębiorstwem. I to może było ważniejsze niż przygotowanie zawodowe. Szefowa firmy stała się dlań wzorem — solidności w życiu i biznesie, zaufania do ludzi, uczyła otwartości a nawet tego, że czasem trzeba ryzykować. To były czasy, kiedy w RFN popularny był dowcip: Jedz do Polski, twój samochód już tam jest. N jego patronka wręczała mu kluczyki do mercedesa wartego 200 tysięcy marek i mówiła, żeby pojechał coś załatwić. To była jej swoista inwestycja w „kapitał ludzki”, okazywanie mu zaufania, pokazywanie jak się pracuje z ludźmi. Podmiotowe traktowanie pracownika. Polski kapitalizm o folwarcznej mentalności ze swym przedmiotowym traktowaniem ludzi wciąż jeszcze nie odrobił tej lekcji... Piotr Łukasiuk uczył się, że można inaczej myśleć i działać. Szefowa była zdziwiona jego pytaniem, czy nie boi się o auto. Przecież jest ubezpieczone. Ja nie będę miała problemu, ale złodziej tak. I to duży! Jednak te wyjazdy na saksy, choć pożyteczne nie rozwiązywały problemów firmy. Kapitału wciąż brakowało, nie było poważnego inwestora. Nadzieję dawała współpraca z dużą 82 Nowoczesne rzemiosło z Żuław firmą produkującą schody, bo potrzebowali wielkiej ilości tralek. Ale dopiero 2004 rok przyniósł zasadniczą zmianę. W Stolmachu pojawił się klient poszukujący dostawcy toczonych nóg do krzesła DSW. Chyba każdy je zna, ale nawet nie wiemy, że to połączenie plastikowego siedziska z drewnianymi nogami jest ikoną designu. Zaprojektowane w 1950 r. przez Ray i Charlesa Eamesów jest produkowane przez Vitrę - szwajcarskiego potentata w świecie meblarskim. Mało brakowało, żeby przedstawiciel Vitry odszedł z kwitkiem, bo pan Piotr nie miał dla niego czasu. Nazwa firmy nie była wówczas w Polsce znana. Na szczęście, pani Małgorzata, która wraz z mężem prowadzi firmę, poświęciła mu więcej uwagi i przyjęła zamówienie. I to był strzał w dziesiątkę. Szwajcarzy szukali solidnego dostawcy a nowodworski zakład dysponujący tokarką, znaleziony z ogłoszenia w gazecie, taki był. Pierwsze zamówienia oceniono dobrze i pojawiła się propozycja współpracy. Łukasiukowie przekonali się, z kim mają do czynienia. 20 tysięcy euro zaliczki poszło na zakup nowoczesnego sprzętu, ale ceny nowoczesnych frezarek, tokarek, pił i strugarek sterowanych numerycznie są bardzo wysokie. Dla Vitry to nie był problem, bo kontrahent ceniąc solidność żuławskich stolarzy został ich głównym klientem, zamawiał i płacił od ręki: 100 tysięcy, 120 tysięcy, 250 tysięcy euro. Transze wypłat były spłacane dostawami produktów. To pozwoliło bez drogiego kredytu zbudować imponujący park maszynowy. Dziś to przeszło sto najnowocześniejszych w branży meblarskiej urządzeń. Do dziś pan Piotr nie może się nadziwić, że (używając porównania z dziedziny futbolu) firma klasy Real Madryt zainteresowała się LKS Żuławy. Jednak pamiętajmy, że najwięks1 zawsze zaczynali jako trampkarze. Kiedy się jednak pomyśli, że Vitra właśnie w Nowym Dworze Gdańskim ulokowała produkcję słynnego, wręcz kultowego, ptaka Eamesów, to widać, jak wysoko na szczeblach ligowych wspięli się „piłkarze” z Żuław. 90 procent produkcji to wyroby z drewna a 10 procent z korka. W prospekcie reklamowym firma z dumą podkreśla, że jest gotowa wykonać każde zamówienie. Od malutkich zabawek, przez komponenty mebli i schodów drewnianych aż po skomplikowane Andrzej Kasperek 83 meble. Przedsiębiorstwo jest dumne z certyfikatu FSC, świadczącego o przestrzeganiu zasad zrównoważonej gospodarki leśnej. Troska o ekologię jest widoczna na każdym kroku. Patrzę, jak pracownik rozcina taśmy zabezpieczające na jakimś pakunku a następnie wrzuca odpadki do odpowiedniego pojemnika. Kiedy pan Piotr oprowadza mnie po firmie widzę, jaki porządek tam panuje. Nic się nie wala po podłodze, nie brodzimy po trocinach lub strużynach. Zebrane odpadki posłużą za opał albo trafią do potrzebujących, np. chętnie wykorzystuje kawałki drewna pracownia mechatroniczna działająca w Szkole Podstawowej nr 1 (wygaszane gimnazjum). W zeszłym roku firma świętowała dwudziestopięciolecie. W 2002 r. przeprowadziła się do nowej siedziby przy ulicy Wiejskiej. Obok są pola i to daje możliwości rozbudowy. Właśnie powstały dwie nowe hale - biurowa i magazynowa. W 2012 r. zatrudnienie wynosiło 63 osoby, a dziś o 100 więcej. I wciąż poszukują nowych pracowników. Firma to ludzie tworzący zespół. Dlatego właściciele dbają o swoją załogę. Ważne jest podnoszenie kwalifikacji, ale nie tylko. Żaden pracownik nie jest anonimowy. Wprowadzono imienne koszulki. - Także barwa symbolizuje przynależność pracownika do danego działu. To wprowadza ład i porządek w firmie, a także ułatwia komunikację wśród coraz większego zespołu” - mówi Małgorzata Łukasiuk. Żeby spełnić wyśrubowane wymagania firm Vitra, Hem, Mobel Copenhagen i Tras design, które u nich zamawiają, potrzeba połączenia nowoczesnych maszyn ze znakomi- tym rzemiosłem. Nie ma reklamacji, bo produkują z wyselekcjonowanego surowca, czuwa kontrola jakości a ludzie przykładają się do pracy. Najdłuższy staż ma Tomasz Figiel, Plastyczna obrobka produktów stolarskich, fot. A. Kasperek 84 Nowoczesne rzemiosło z Żuław w firmie jest prawie od początku jej istnienia. Inni przychodzili z fachem lub przyuczali się na miejscu. Na przykład w malarni, gdzie ozdabia się cudowne drewniane laleczki, pracuje wiele pań, które kiedyś malowały bombki choinkowe w zlikwidowanej wytwórni Gedania. Przypatruję się z podziwem ich pracy, kiedy z form wykrojonych przez maszynę z drewnianego bloku powstają istne cudeńka. Ich talent, zdolności i precyzja wyczarowuje niepowtarzalne ozdoby. Żadne urządzenie nie zastąpi takich umiejętności. Większość załogi pracuje w produkcji, 40 procent to kobiety. Firma od lat współpracuje z okolicznymi szkołami. Wycieczki dzieci są częste, a to sprawia, że młodzi ludzie, którym spodobało się to nowoczesne rzemiosło, trafiają później do Zespołu Szkół nr 2. Ci, którzy skończyli zawodówkę o specjalizacji stolarskiej bez trudu znajdą pracę na Wiejskiej, co roku przyjmuje się do dwudziestu absolwentów. Czeladnik może liczyć na pensję około dwóch tysięcy na rękę, to niemało jak na młodego człowieka zaraz po szkole. Kiedyś Polacy jeździli za chlebem do USA, a dziś w Stolmachu pracuje dwóch Amerykanów To symbol zmian a jednocześnie pokazuje jaką rangę ma firma Łukasiuków. Pracodawcy dbają nie tylko o godziwe i terminowe wynagrodzenie swych pracowników. Ważne są także sprawy ducha, bo one też integrują zespół. Na przykład wspólne Wigilie. W 2017 r' na zakładowym opłatku koncert kolęd dała Anna Fedorowicz a akompaniował jej Tomasz Stroynowski. Państwo Łukasiukowie, którzy sami doszli do wszystkiego (ale zawsze podkreślają, że mieli szczęście i wiele ludzi im pomogło po drodze) potrafią się dzielić. Chętnie stają sk Andrzej Kasperek 85 mecenasami — kultury, sportu czy edukacji. Współpracują z Żuławskim Ośrodkiem Kultury (m.in. pomagali w wyposażeniu „Kina za Rogiem” a teraz finansują bilety kinowe dla swych pracowników), współorganizują bale charytatywne, pomogli w nakręceniu filmu „Zmysł Żuław” Krzysztofa Kowalskiego i Tomasza Stroynowskiego. - Zawsze można na nich liczyć - mówi szefowa ŻOK-u Monika Jastrzębska-Opitz. To niestety rzadki w Polsce przykład myślenia nie tylko w kategoriach osobistych, ale także wspólnoty i lokalnej społeczności. Kiedy chodzę po halach wciąż rozrastającej się firmy towarzyszy mi zapach drewna. Patrzę na wióry lecące spod strugarki i przypomina mi się zakład mojego ojca. Był stelmachem, czyli stolarzem wiejskim. Uwielbiałem przebywać w stolarni i przyglądać się jak pracuje. Stąd ten fach jest mi tak bliski i cieszę się, że właśnie w Nowym Dworze powstała firma stolarska należąca dziś do najlepszych w branży. Raduje ich sukces, ale jeszcze bardziej to, że potrafią się nim dzielić z mieszkańcami Żuław. Małgorzata i Piotr Łukasiuko-wie swą ciężką pracą, zdolnościami i gospodarnością stworzyli miejsce pracy dla 165 osób, wciąż inwestują w swój zakład i jego świetną załogę. A w ten sposób przyczyniają się do rozwoju regionu. Dobrze, że zaczęto dostrzegać ich wysiłki. W 2016 r. wręczono nagrody w konkursie Pomorska Nagroda Rzemiosła 2016. Stolmach zdobył nagrodę w kategorii: firma innowacyjna. Jeśli przypomnimy sobie, że takie firmy jak Google, Apple czy Amazon również zaczynały w garażu, to pomyślmy, jaki potencjał kryje się w nowodworskim przedsiębiorstwie. Przed nim jest kolosalna przyszłość. Może nie na skalę globalną, ale wiem, że Stolmach wykorzysta koniunkturę. 86 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 3 Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ część 3 KOŚLINKA Naszą kolejną wędrówkę rozpoczniemy od wsi Koślinka. Wieś została założona na prawie chełmińskim przez zakon krzyżacki. Kościół zbudowany ok. 1319 roku o konstrukcji szachulcowej usytuowano na niewielkim wzgórzu w centrum wsi Został on zniszczony podczas wojen szwedzkich. Istniał do 1647 roku. Według napisanej przez dr F. W. F Schmitta i wydanej w 1868 roku „Geschichte des Stuhmer Kreises” nazwa wsi pochodzi od nazwy wierzb, które porastają ten podmokły teren. Do dziś wierzby dominują w drzewostanie wsi, tworząc swoisty nastrój. W 1577 roku w Koślince obozowały wojska Rzeczpospolitej osobiście dowodzone przez króla Stefana Batorego, który zmierzał w kierunku niepokornego Gdańska Do starć z gdańszczanami doszło wiosną 1577 r. 17 kwietnia pod Lubiszewem wojska królewskie pokonały armię gdańską dowodzoną przez Hansa Winkelbrucha z Kolonii. Jednak zbun towane miasto nie zostało zajęte przez wojska króla. Podpisano porozumienie, ale to ' ' inna historia. W czasie pobytu króla w Koślince rozpętała się straszna burza. Błyskawica trafiła w dom sołtysa Stephana Wegnera, który spalił się. Z opisów wynika, że sam król B pomagał w gaszeniu domu. Sołtys, korzystając z tej okazji, chciał odnowić swoje przywileje, których dokumenty uległy spaleniu, ale uniemożliwiły mu to niesprzyjające okolicz ności. W 1598 roku 90-letni Wegner dochodził swoich praw i otrzymał nowy przywile' gruntowy. Przypadło mu m.in. 6 wolnych włók oraz możliwość łowienia ryb, tylko dla swoich potrzeb w jeziorze Dąbrówka i w innych jeziorach w pobliżu Koślinki Póź ' ' przywileje nadane przez króla Jana III Sobieskiego rodzinie Johana Skarzewskiego i późniejszym zarządcom wsi mówiły o wolnym warzeniu piwa i destylowaniu alkoholu wedle upodobań. W 1830 roku nad jeziorem koślińskim zbudowano dom rodu Heering. Dworska budo la dominowała w zabudowie wsi. Bogaty majątek był dumą Hansa von Heering ostatnie o właściciela, miłośnika i hodowcy koni. Zachowało się jego zdjęcie z 1940 roku na któr siedzi na koniu turniejowym o imieniu Pheidon, rasy trakeńskiej, wywodzącej się ze staro* pruskich koni. Heering został rozstrzelany w 1945 roku przez żołnierzy Armii Czerwo ’ Dwór popadł w ruinę i stał się „strasznym dworem”, ruiną o której we wsi krążą mrocz ne legendy... Piotr Podlewski 87 Dwór w czasach świetności, fot. z „Heimat zwischen Weichsel, Nogat undSorge - Ein Bildband iiber den Kreis Stuhm / Westpreufen" Ruina dworu rodziny Heering, fot. M. Makiła 88 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 3 Wzgórze kościelne zostało z czasem uporządkowane, oznakowane tablicami pamiątkowymi, a resztki cmentarza uporządkowane. A wierzby... Wierzby wiedzą i pamiętają wszystko. Wystarczy zamienić z nimi parę słów. PS. Kwartalnik wydawany w 1928 roku w Toruniu wspomina o zbudowanym w największym zwężeniu jeziora Dąbrówka moście z polnych kamieni. Dziś nie ma po nim śladu. Według rewizji z roku 1565 koło rowu młyńskiego istniało jezioro Pannie, którego 1/10 należała do wsi Jordanki, a 9/10 do Koślinki. Jezioro także pochłonął czas. Okoliczne bagna nosiły nazwy: Czarne, Długie, Baranie i Karasie, a wzgórza Lisie i Kugelberg. JEZIORA: ZAJEZIERSKIE, BARLEWICKIE, PARLETA, GORAJ Pozostańmy na chwilkę przy tematyce naszych jezior. Jeziora Zajezierskie i Barlewickie, jako jeden wówczas akwen wodny nosiły nazwę Sztumskie (wpierw) oraz Białe. W czasach krzyżackich, we wzmiankach z 1403 i 1410 roku nosiło nazwę Sztumskie. Nazwa Białe pojawia się dopiero w opisie lustracyjnym z 1565 roku. Było również jezioro Baryoten See, Neue See i Ongerer See. Dwa ostatnie są to akweny wodne związane z rozlewiskami wokół zakonnego młyna w Koniecwałdzie (jezioro Kaniewskie). Jezioro Białe rozciągające się wokół sztumskiego zamku i miasta zostało zmierzone za czasów wojewodów malborskich. Oszacowano wtedy wielkość jeziora na 100 mórg W XIX wieku w jeziorze można było złowić leszcze, szczupaki, okonie i płotki. Głębokość szacowano na 60 metrów. Trudno dziś naprędce oszacować, ile wynosiła na naszych terenach 1 morga Wydany w 1883 tom VI Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich podaje: MorgaL Morga, z niem. Morgen (ranek), jest to obszar ziemi jaką jeden człowiek może w ciągu dnia skosić lub zorać. W staropolskim języku tłumaczono niemiecki morgen przez wyraz jutrzyna, który nie utrzymał się w użyciu. Rozmiary morga były rozmaite; każda prowincya miała swą miarę. Mórg dawny polski koronny równał się 59,85 ara mórg nowy polski, mający 300prętów, obejmuje 56,017 ara, mórg litewski 71,226ara, chełmiński stary 56,062 ara, pruski czyli magdeburski, zwany też reńskim ma 180 prętów pruskich i obejmuje 25,532 ara, mórg saski (150prętów) ma 27,67ara, mórg wiedeński (joch) ma 1600 sążni kwadr, czyli 57,554 ara. Dziesięcina ma 1,95 morga nowo-polskiego Kolejne z jezior, czyli jezioro Parleta, zwane dawniej Periotha leżące wśród lasów miało przypuszczalną głębokość 40 metrów. Według ksiąg zakonnego konwentu z 1403 r pierwotnie nazywało się Boryoten. W 1416 r. pojawiła się forma Prioten - See. Nazwa Parleth występuje w 1742 roku w kwidzyńskich księgach gruntowych. Jezioro Goraj, leżące przy granicy z Gościszewem, otoczone było z trzech stron lasami królewskimi. Wielkość 8 mórg. Czwarta strona graniczyła z gościszewskim polem Jezioro było bardzo płytkie, odwiedzane przez wędkarzy, jednak ryby wyławiane z niego nie trafiały na sprzedaż. W północnej szpicy zbiornika był odpływ koniecwałdzkiego stawu młyńskiego. Dziś jezioro Goraj jest niewielkim oczkiem wodnym, zmniejszającym się co roku, a zamiast królewskiego lasu otaczają go pola. Piotr Podlewski 89 POSTOLIŃSKA STRUGA, BIAŁY I MŁYŃSKI RÓW Najstarszą znaną z nazwy rzeką na naszym terenie jest Postolińska Struga, zwana dawniej Bache. Pod tą drugą nazwa pojawiła się po raz pierwszy w źródłach w 1295 roku. Wędrując wzdłuż jej nurtu można podziwiać jary, wąwozy i piętrzące się nad nią strome skarpy. Na wysokości Nowej Wsi Sztumskiej wprawne oko dostrzeże resztki grodziska cyplowego odgrodzonego niewielkim już dzisiaj wałem. Postolińska Struga (Bache), fot. P. Podlewski Przy krańcach Jeziora Zajezierskiego, koło torów kolejowych znajduje się Biały Rów. Ciągnie się on koło stadionu, wzdłuż ogródków działkowych i dalej przez las, łącząc się z jeziorem Kaniewskim. Powstał on w czasach krzyżackich w cele obniżenia wód jeziora. Pierwsza wzmianka o nim pod nazwą Graben występuje w 1410 roku. W 1742 mamy już nazwę Biały Rów (Weiss Graben). Wpada on do jeziora Kaniewskiego. Młyński Rów wypływał z jeziora Parleta, łączył się z Jeziorem Kaniewskim, następnie z jeziorem Dąbrówka i dzisiejszym kanałem Juranda, dawniej zasilającym malborskie fosy zamkowe. Z młynami związane jest prawdopodobnie wzgórze koło Barlewic, nazywane jeszcze w XIX wieku młyńskim. Jednak już w tamtych czasach nikt o młynie już nie pamiętał. Kanał młyński biegł również niedaleko miejscowości Klecewo i Kątki. Jego resztki są dziś jeszcze zauważalne w terenie. BRACHLEWO Ruszamy teraz w kierunku Kwidzyna do wsi Brachlewo, choć to już nie ziemia sztumska. Wieś mijamy, jadąc drogą nr 55. Przy drodze znajduje się leśniczówka, a zaraz za nią, na pagórku, stoi dworzec kolejowy otwarty 1 grudnia 1916 roku. Ciekawa architektura nieco 90 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 3 już zaniedbanego budynku posiada interesujące detale, pamiętające jeszcze czasy początku XX stulecia. Najbardziej interesującym obiektem wsi jest pomnik (denkmal) poświęcony żołnierzom poległym podczas I wojny światowej. Niegdyś tego typu pomniki stały prawie w każdej wsi i mieście pruskim. Za czasów PRL-u były demontowane, uznane za germański symbol. Denkmal w Brachlewie jest dobrze zachowany, odnowiony i odwiedzany (kwiaty, znicze). Na pomniku widnieje 79 nazwisk, również polskich. Władze niemieckie uczyniły z odsłonięcia pomnika wielką manifestację patriotyczną. Zjechały się organizacje ze sztandarami, grała orkiestra, Podczas nabożeństwa kazanie wygłosił pastor ewangelicki oraz katolicki kapelan Zint z Kwidzyna. Przemawiający hrabia Baudissin podkreślił krzywdę narodu niemieckiego wyrządzoną przez traktat wersalski. Oddanie Pomorza Gdańskiego odradzającej się Polsce rozdzieliło państwa niemieckie. Hrabia słał pozdrowienia dla braci zza „korytarza” i ze Śląska, którzy pomimo wygranych plebiscytów zostali źle potraktowani przez koalicjantów. Wyraził też niemoc wobec zakazu udzielania pomocy Niemcom na Śląsku. Na koniec uroczystości odbyła się parada i złożenie wieńca przez panią von Hindenburg. Dodam jeszcze, że miejsce na którym wzniesiono pomnik i leśniczówkę w przeszłości nosiło nazwę Hexentanzplatz (miejsce tańca czarownic). Również głęboki wąwóz ze strumieniem biegnący za pomnikiem aż do pradoliny Wisły nazywał się przed wiekami Hexenspring (źródło czarownic ?). Według „Komunikatów” wydanych w Toruniu w 1928 r. dawny wojewoda mieszkający w Białym Dworze kazał do strumienia w wąwozie wrzucać kobiety podejrzane o czary. Jeżeli topiły się, były ratowane i uniewinniane. Jeżeli zostawały na powierzchni uznawano je za winne. Niektórym związanym z nim „intymnie” potrafił przydzielać ziemię... W pobliżu lokalni znali też pagórek zwany Martwym Człowiekiem. Według przekazów pochowano tam mężczyznę, którego nocą można było spotkać wędrując samotnie po okolicy. Denkmal w Brachlewie, fot. M. Makiła Wąwóz nHexenspring\fot. M.Makiła Piotr Podlewski 91 BOROWY MŁYN Do najpiękniej położonych miejscowości naszego regionu należy bez wątpienia Borowy Młyn. Pierwotna nazwa Heidemole w dokumentach pojawiła się, według malborskich ksiąg urzędowych, po raz pierwszy w 1419 roku. Dzisiejsza nazwa Borowy Młyn widnieje w lustracjach królewskich z roku 1565. Lustratorzy opisali wtedy młyn nad rzeczką He-idemuhler Bache, czyli Postolińską Strugą. Jako ciekawostkę przytoczę fakt, iż w pobliżu młyna król Stefan Batory w trakcie kampanii przeciwko zbuntowanemu Gdańskowi rozkazał wybudować odlewnię kul działowych. W kolejnych latach w miejscu kuźni powstała karczma zwana Hammerkrug od nazwiska jej właściciela. W 1648 r. była miejscem handlu suknem i warzywami między jej właścicielem Prostyńskim, a arendarzem z Ryjewa Sarnowskim. W nakazie Zygmunta Guldensterna (Freiherr z Lindtholm i jednocześnie starosta sztumski), z dnia 31 maja 1662 roku, widnieje nazwa Hayden - Muhle. Sprawa dotyczyła trzech włók ziemi należących do Nowej Wsi Sztumskiej. Starosta wydał pismo zgodnie z przywilejem króla Zygmunta Augusta, wydanym w Warszawie 15 kwietnia 1572 roku i przywileju Zygmunta III Wazy z Gdańska z 5 lipca 1623 roku. Zatrzymajmy się chwilę przy tytule starosty „freiherr”. Był to najniższy i jeden z najstarszych niemieckich tytułów arystokratycznych odpowiadający baronowi, niższy od grafa (hrabiego). Nadawany przez cesarza jako Reichsfreiherr, nadawany był przez władców poszczególnych państw Cesarstwa (Rzeszy) jako Freiherr. Stosowany był często zamiennie z tytułem barona, zwłaszcza w grzecznościowej tytulaturze. Zamiana w drugą stronę, tj. tytułu barona na freiherra nie jest możliwa, i rody posiadające nadania tytułów baronowskich, np. z Inflant, Rosji czy Francji nie mają prawa do tytułu . Oznaką godności freiherra jest od poł. XIX wieku korona rangowa baranowska, o siedmiu pałkach zakończonych perłami. Wcześniej była powszechniej stosowana tzw. stara korona freiherra (niem. Alte Freiherr-skrone) w postaci złotej obręczy oplecionej sznurem pereł i ozdobionej u góry pięcioma dużymi perłami. Za część Borowego Młyna uważany był też zachodni teren zwany Schinkenland. Starościna sztumska, Tekla Bielińska wydzierżawiła go w 1745 roku trzem menonitom. Osada rozwinęła się po 1833 roku, kiedy to kolejni właściciele, Gottfried Schneider z synami, Karl Biden (do 1903 r.) oraz bracia Otto i August Mullerowie, zbudowali śluzę, staw oraz obmurowane kanały doprowadzające wodę. W końcu XIX w. powstał teraźniejszy budynek młyna oraz bardzo stylowy dwurodzinny dom właściciela, zaś w latach 20. XX w. mieszkania dla pracowników, tartak i serownia. W pobliżu był cmentarz znajdujący się w lesie. W okolicy wsi można było znaleźć takie miejsca jak: Bunte Brucke (kolorowy most) -był to pierwszy most leżący powyżej Borowego Młyna. Nazwa pochodziła od jego czarno--białych kolorów. W 1925 roku został odnowiony. Młyńska Góra - leży po lewej stronie rzeki Postolińską Struga (Bache). 92 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 3 ROSENKRANZ - WIEŚ WIDMO Rejon Białej Góry to przebogate w historię i opowieści miejsce. Dziś nie będę pisał o śluzie, Zantyrze, czy Piekle. Poruszę temat wsi - widmo, wsi już nieistniejącej, wsi która istniała do roku 1945. Pomiędzy Uśnicami a Białą Górą, kierując się na południe wzdłuż Nogatu, znajdowała się wieś Rosenkranz. Dziś pozostały po niej tylko zarośnięte miejsca po spalonych domach i gospodarstwach. W 1945 roku została unicestwiona na zawsze. Pierwsza wzmianka o wsi pojawiła się 23 kwietnia 1525 roku. 25 czerwca 1735 roku starosta sztumski Michał Wiktor Bieliński przepisał swojemu myśliwemu o imionach Johann Heinrich Christoph Amelang jedną włókę ziemi we wsi Rosenkranz na 60 lat z możliwością wolnego wypasu i łowienia ryb w basenach, które powstawały przez zalanie terenu przez rzekę Nogat. Johann Amelang został również zwolnione ze składek i usług na rzecz starostwa. Jednak, jeżeli chciałby owe dobra sprzedać, nie mógł tego uczynić bez wiedzy „zamku”. To jedna z niewielu wzmianek o mieszkańcach Rosenkranz. Kolejna podaje, że mieszczanin ze Sztumu o nazwisku Simson zakupił tamże w XVIII wieku pół włóki od Daniela Pekruna. Piotr Podlewski 93 Warto wspomnieć, że sztumianin Simon był lokalnym browarnikiem oraz komisarzem handlowym. Na stałe mieszkał w Białej Górze przy Mątowskiej Szpicy. Swoje wyroby słał do Gdańska i Elbląg. Sztum w tym czasie słynął ze świetnego piwa, także jegomość Simon słał piwo do wielkich miast według zapisów od 30 do 40 razy. W 1789 roku wieś zamieszkana była przez Menonitów. Pobliska osada Żydzia Góra (Judenberg) wchodziła w skład wsi Rosenkranz. W XVIII wieku znajdowały się tam trzy zabudowania. Wiek później osada znacznie rozrosła się. Żydzia Góra to spore wzniesienie nad Nogatem, do którego prowadzi grobla. Stała tam dawniej karczma dla flisaków, przewoźników i innych podróżnych. Miejsce straciło na znaczeniu w drugiej połowie XIX w. Powstał wtedy „kanał lodowy”, łączący nurt Wisły z Nogatem po zachodniej stronie wsi Piekło. Kanał istnieje do tej pory jako relikt dawnych prac melioracyjnych. Wprowadzenie nowego koryta rzeki Nogat odgrodziło Żydzią Górę od wiślanego traktu. Z pomysłu zrezygnowano, budując obecną śluzę w Białej Górze. Nurt Nogatu wrócił na wschodnią stronę Piekła. Od tego czasu po dzień dzisiejszy rzeka przepływa pod Żydzią Górę, jednak życie na niej zamarło. Do lat 80. XX wieku stały tam zabudowania gospodarcze i resztki karczmy. Nie doprowadzono tam prądu. Mieszkańcy opuścili wzgórze. Pozostały tylko elementy fundamentów domostw. Na koniec przytoczę kilka nazw własnych miejsc znanych jeszcze dawnym mieszkańcom Ziemi Sztumskiej. Czernin i okolice: Benedya- dom przedsiębiorcy dla letnich, sezonowych pracowników. Kaczyniec - obszar z niewielką ilością wody, na południe od zagród ówczesnej wsi, porośnięty olchami. Zippelberg - wzgórze na którym w latach 70. XIX wieku stał bukowo-dębowy las. Topielec - łąka koło Ramz Małych. Wielkość około % morgi. Według ustnych przekazów, podobno utopiły się w pobliskim bagnie dwie młode osoby. Babiocha - piaskowe wzgórze koło majątku Górki. Pierwszy północny wierzchołek od folwarku, dawniej porośnięty przez sosny. Inne piaskowe wzgórze o nazwie (Sandberg) wznosi się koło Ryjewa. W XIX wieku znajdował się na nim cmentarz choleryków. Na tropach historii Grażyna Nawrolska LUSTERECZKO POWIEDZ PRZECIE... Przeglądając się w zwierciadle, chcemy spojrzeć na siebie „z drugiej strony”, próbując obejrzeć własną osobowość i nawet z pewną próżnością widzieć siebie w jak najlepszym świetle, a nawet - jak mawiali starożytni filozofowie - poprawić swój charakter. Ludzie od niepamiętnych czasów mieli potrzebę oglądanie siebie. Przeglądali się w taflach strumyków, jeziorach czy w innych zbiornikach wodnych. Najstarszymi przedmiotami interpretowanymi jako zwierciadła i używanymi przez ludzi było dobrze wypolerowane kamienie, głównie zastygłe kawałki czarnej lawy wulkanicznej, datowane na IV tysiąclecie p.n.e., a odnalezione w Catal Hiiyiik w Anatolii. Podobne przedmioty odkryto również w Szkocji. W kulturach doliny Indusu, starożytnych Chin czy wczesnoandyjskich cywilizacjach indiańskich, zwierciadła były wytwarzane z różnorodnych metali lub polerowanych prostokątnych płytek wycinanych z brył pirytu. W epoce brązu zwierciadła były wykonywane z miedzianej, brązowej lub srebrnej blachy i miały okrągłe kształty z metalową, drewnianą lub kościaną rączką. W takich wyrobach trudno było uzyskać swoje odbicie, bowiem zwierciadła szybko matowiały, mimo że były czyszczone i polerowane. Jak głosi legenda, w starożytnej Grecji pierwsze zwierciadła miały powstać w kuźni Hefajstosa. Ale już w warsztatach greckich rzemieślników wyrabiano różne typy luster. Najstarszymi i najbardziej popularnymi, które pojawiły się około 1400 r. p.n.e., były okrągłe zwierciadła z rączką, na których jedna strona była mocno wypolerowana i miała odbijać nasze oblicze, natomiast druga była bogato zdobiona scenami rodzajowymi lub mitologicznymi. Znacznie później bo dopiero w VI w. p.n.e. zaczęto produkować metalowe lustra stojące, których dysk usytuowany na podporze stanowiła kariatyda. Były to wspaniałe wytwory zaliczane do wyrobów artystycznych. W kolejnych wiekach pojawiły się zwierciadła tzw. pudełkowe. Konstrukcję stanowiły dwa złożone metalowe dyski połączone przy pomocy zawiasów, a ich zewnętrzne powierzchnie były zdobione piękną dekoracją reliefową. W tzw. okresie lateńskim, rzymskim i wędrówek ludów, a więc pomiędzy III w. p.n.e., a V/VI w. n.e. zwierciadła dalej były wytwarzane z metalowych okrągłych płytek. Najczęściej były to niewielkie okrągłe brązowe płytki o średnicy 6 - 7 cm umocowane na metalowej rączce, których powierzchnie zdobiły ryte wzory roślinne, zwierzęce i geometryczne. W Cesarstwie Rzymskim Greckie brązowe lustro stojące z kariatydą datowane na około 460 r. p.n.e. Grażyna Nawrolska 95 produkowane były również zwierciadła kwadratowe i prostokątne. Lustra były wyznacznikiem statusu społecznego ich właścicieli, dlatego najcenniejsze dostępne wyłącznie dla elit były wytwarzane z tzw. białego brązu przypominającego srebro. Nie jest kwestią rozstrzygniętą do dzisiaj, od kiedy do produkcji zwierciadeł zaczęto używać masy szklanej. Zdania badaczy na ten temat są podzielone. Generalnie uważają, że mogło to nastąpić w II/III w. n.e. na rozległych terenach Cesarstwa Rzymskiego, gdzie odnajdywane są niewielkie lusterka o średnicach 2-7 cm wyrabiane z masy szklanej z dodatkami ołowiu. Pierwsze wzmianki o średniowiecznych lusterkach szklanych pochodzą z IX w. i odnajdujemy je w dziele Alexandra Necmana De naturis rerum libri duo, w którym autor wymienia szybko tłukące się lustra wytwarzane z dodatkiem ołowiu. W bogatej literaturze średniowiecznej, m.in. w pracy Wincentego Beauvais Speculum naturale odnotowywane są wzmianki o zwierciadłach z różnych metali i szkła podlanego ołowiem. Z kolei w dziele mnicha Teofila Dioersarum Artrium Schedula zawarte są informacje o recepturach i technikach produkcji tafli szklanych, przede wszystkim szkła witrażowego. Najstarsze znaleziska archeologiczne identyfikujące szklane lusterka są datowane na IX/X w. i zostały znalezione w Szlezwiku (Birka, Haithabu), Norwegii i Niemczech (Wormacja). Były to niewielkie płytki o średnicach do 4 cm, które mogły pełnić funkcje zarówno lusterek jak również amuletów czy talizmanów. Od początku XIII w. szkło przeznaczone do produkcji luster było wytwarzane w hutach znajdujących się przede wszystkim na obszarze pogranicza niemiecko-szwajcarskiego i Lotaryngii i dostarczane m.in. do Francji i Włoch. W tym okresie dużą popularnością cieszyły się niewielkie wypukłe szklane zwierciadełka zwane wolimi oczkami. Na początku XIV w. technologię wyrobu luster od niemieckich rzemieślników przejęli Wenecjanie. Na wyspie Murano koło Wenecji powstało prawdziwe centrum produkcji przemysłu lustrzanego. Zresztą Murano i okoliczne wysepki stały się również niekwestionowanym „zagłębiem szklarskim”, gdzie rzemieślnicy wytwarzali ogromną gamę różnorodnych wyrobów szklanych, m.in. kieliszki, szklanice, puchary, karafki, świeczniki, kandelabry i wiele, wiele innych. Początkowo posiadanie lusterek było widoczną oznaką luksusu, narzędziem demonstracji hierarchii i wysokiej pozycji społecznej, ale również ważnym czynnikiem koniunktury gospodarczej. Stopniowo wytwarzane w coraz większych ilościach przedmioty znajdują odzwierciedlenie w zachowanych do dzisiaj obiektach, zarówno tych pochodzących z wykopalisk archeologicznych, jak i przechowywanych w skarbcach kościołów i zbiorach muzealnych. Na wyjątkowo cenne, niewielkie lusterka o średnicy kilku centymetrów w oprawie z kości słoniowej stać było nielicznych przedstawicieli ówczesnych elit. Na pięknie dekorowanej okrągłej lub czworokątnej ramie umieszczono motywy biblijne i sceny popularyzujące miłość dworną (kult damy, idealizacja miłości). Do najpopularniejszych motywów należały przedstawienia pary kochanków pod drzewem, rycerzy zdobywających zamek miłości, kochanków grających w szachy lub polujących z sokołem. Biedniejsi mieszkańcy miast musieli zadowolić się lusterkami oprawionymi w drewno, metal lub kość. 96 Lustereczko powiedz przecie... W średniowieczu popularne były zwierciadła przypominające drewniane talerze o średnicach wewnętrznych od 6 cm do 21 cm. Umieszczane w drewnianych ramach były dodatkowo zdobione cynowymi plakietkami, a ustawiane wewnątrz szklane płytki lub cynowe folie miały średnice od 3,5 cm do 14 cm. Chronologia tych przedmiotów jest dość szeroka i zamyka się w przedziale od początku XIV do początku XVI w. Wcześniejszą metrykę mają natomiast tzw. Spiegel-dose, czyli niewielkie zamykane drewniane puzderka datowane na XIII/XIV w., znalezione w północnych Niemczech, m.in. w Szlezwiku, Rostoku i Lubece. Wraz ze wzrastającą produkcją lusterek stawały się one coraz bardziej dostępne. Oczywiście ich wartość była nadal zróżnicowana i uzależniona od wielkości, zastosowanego surowca, rodzaju ramy, jak i marki rzemieślnika - producenta. Najdroższe były oczywiście lustra weneckie wytwarzane ze szkła kryształowego czy egzemplarze oprawiane w ramy ze srebra, złota i kości słoniowej, dodatkowo bogato zdobione kamieniami szlachetnymi. Zwierciadła były pięknymi przedmiotami wręczanymi z okazji różnych ważnych wydarzeń w życiu obdarowywanych. Mogły być podarunkiem podczas zaślubin, z okazji narodzin dziecka czy objęcia tronu, lub po prostu ofiarowane jako dowód sympatii czy miłości. Tak właśnie postąpił średniowieczny poeta Neidhardt z Reuenthal, który sprezentował lustro swojej kochance, dziewczynie o imieniu Friederun. W XV w. coraz częściej są produkowane zwierciadła ścienne i stojące. Będące elementem wyposażenia wnętrz mieszczańskich dodawały im atrakcyjności, a jednocześnie odbijały zatrzymany „w kadrze czas”. Na kilku obrazach malarzy niderlandzkich tworzących w XV i XVI w. przedstawiono fragmenty ówczesnej rzeczywistości. Do najbardziej znanych należą: Portret Giooanni Arnolfini (kupca z Lukki) i jego żony, autorstwa Jna van Eycka z 1434 r.; Święty Eligiusz w pracowni złotniczej Petrusa Christusa z 1449 r., Bankier i jego żona Quentina Massysa z 1514 r. Lustro jest również umieszczone na lewym skrzydle Ołtarza Werła znajdującego się w Madrycie, Oprawa lusterka z kości słoniowej przedstawiająca scenę ataku na zamek miłości. Wyrób francuski (1320-1340). Oprawka lusterka z kości słoniowej z przedstawieniem dwóch zakochanych par pod drzewem. Wyrób angielski lub niemiecki (1340-1350). I.ubeka. Późnośredniowieczna drewniana oprawa lusterka zdobiona na obwodzie cynowymi plakietkami. Grażyna Nawrolska na którym Robert Campin w 1437 r. namalował Donatora ze św. Janem Chrzcicielem. Od czasów słynnego Portretu małżonków Arnolfini Jana van Eycka lustro jako magiczny przedmiot wzbogaca malarski ogląd świata, kryjąc jednocześnie w sobie wiele sensów symbolicznych. Jego łacińska nazwa specu-lum kojarzy się z francuskim słowem speculation, a więc obserwacją i rozmyślaniem. Lustro oznaczało los, sumienie, a gdy przeglądała się w nim piękna kobieta również oanitas- marność i przemijanie jej ziemskiej urody. Jednak dla malarza lustro było przede wszystkim środkiem do poszerzania przestrzeni, chociaż również okazją do przedstawienia tego co jest kadrem. Kiedy lustra stawały się coraz bardziej popularne zaczęły „przeszkadzać” Inkwizycji. Przykładem takiego jej działania może być oskarżenie i proces o herezję szlachcianki Beatrice de Planissoles w 1321 r. Jednym z argumentów świadczących o jej konszachtach z siłami nieczystymi miało być właśnie posiadanie lustra. Tylko przynależność do ówczesnej elity uratowało ją od stosu, bowiem wysoka pozycja zapewniała bezpieczeństwo. Innym przykładem może być Katarzyna Medycejska (XVI w.), która wróżyła sobie z lustra przed podjęciem ważnych decyzji politycznych. Przez długi okres nie potrafiono wytwarzać luster o większych rozmiarach. Dużym problemem było także uzyskanie szkła bezbarwnego o jak największej przezroczystości. Podejmowane eksperymenty odbarwiania szkła przez dodawanie różnych składników nie przynosiły rezultatów. Wreszcie udało się wynaleźć formułę szkła krzemionkowo-zasadowego. Dopiero jednak pod koniec XVII w. sprowadzeni do Francji przez króla Ludwika XIV szklarze i rzemieślnicy z Murano wynaleźli sposób odlewania luster dowolnych rozmiarów, przezroczystych i doskonale ukazujących odbity obraz. Słynna wersalska Galeria Zwierciadlana zapoczątkowała modę na ogromne lustrzane tafle, które zaczęto wytwarzać we Francji, a potem w Anglii. Od XIX w. lustra zaczęto produkować na skalę przemysłową. W latach trzydziestych tego stulecia chemik niemiecki Justus von Liebig opracował technologię srebrzenia tafli szklanych, co poprawiło zdecydowanie jakość odbicia w wytwarzanych lustrach. 97 Portret Giovanni Arnolfini z żoną Jana van Eycka z 1434 r. Obraz przedstawiający „Donatora ze św. Janem Chrzcicielem”Roberta Donatora Campin z 1437 r. Znajduje się na lewym skrzydle Ołtarza Werla w Madrycie. 98 Lustereczko powiedz przecie... Wersal. Galeria lustrzana w pałacu, fot. G. Nawrolska. Lustro w złoconej ramie z lat 30-tych XVIII w. wyprodukowane w północnych Włoszech. Wielkie zwierciadła trafiały do pałaców, rezydencji możnowładców, mieszczańskich salo nów, sklepów, na dworce i do muzeów. W Królestwie Polskim prawdopodobnie nie produkowano szklanych zwierciadeł. Docierały do nas małe lusterka norymberskie i większe zwierciadła francuskie, weneckie i holenderskie. Handel tymi wyrobami był szczególnie intratny w XVI i XVII w., a trudnili się nim m.in. kupcy wrocławscy (Jan Freyberger), warszawscy (Abraham Henet), lubelscy (Wilhelm Jenisz, Bartłomiej Hiznik) i krakowscy (Dawid Kamis). Odbiorcami byli przede wszystkim: dwór królewski, magnateria mieszczanie i szlachta. W różnego rodzaju inwentarzach wymieniane są często obok małych lusterek również duże zwierciadła oprawiane w heban lub srebro. Podczas prac archeologicznych na Starym Mieście w Elblągu znaleziono mały podróżny komplet „higieniczny” (a może jest to zabawka?), w którym znajdowały się: grzebień, szczoteczka i lusterko. Szkło uległo niestety zniszczeniu. Ciągłe i szybkie zmiany zachodzące obecnie w różnorodnych dziedzinach życia „dotknęły” także luster. W ostatnich latach zaczęto tworzyć tzw. inteligentne lustra. Mają one wbudowaną kamerę i są podłączone do Google'a, a dzięki zamontowanym czujkom mogą rozpoznawać twarz osoby, która się w nim odbija i powitać ją kilkoma zdaniami. Mogą Elbląg. Stare Miasto. Komplet „higieniczny ” z XVIII w., rys. B. Kiliński. również wyświetlać prognozę pogody czy bieżące wiadomości. A wszystko zaczęło się od przeglądania w taflach wody i polerowanych kamieniach. Bogumił Wiśniewski 99 Bogumił Wiśniewski Niełatwe życie w średniowieczu W średniowieczu panowały fatalne warunki higieniczne. W związku z tym, długość życia ludzkiego nie była zbyt długa. W miastach była szybka wymiana pokoleń. Obroną przed masowym wyludnieniem się miast była wewnętrzna migracja. Nowi przybysze z prowincji, szybko wpadali w złe nawyki higieniczne, które zapożyczali od nowych sąsiadów. W tym okresie mieszkańcy miast nie traktowali czystości, jako głównego czynnika prawidłowego rozwoju. Tworzyli taką przestrzeń życiową jaką sami uważali za stosowną. Unoszący się fetor, cóż to tam takiego? Były poważniejsze zmartwienia. Na przykład, kto mógłby im wytłumaczyć, z jakiego powodu umierają małe dzieci w miastach. Dlaczego z małżowin usznych wylatują robaki. Nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo brak higieny w obejściu, wpływało destrukcyjnie na ich zdrowie. Realia w zakresie utrzymania czystości jakie panowały w miastach, były koszmarne. Dzięki temu, epidemie miały otwartą drogę do ich miast. Choroby pustoszyły miasta, które były dopiero co zakładane, na tak zwanym, surowym korzeniu. Wśród mieszkańców panowało powszechne przekonanie, że motorem sprawczym ich nieszczęść i tragedii, były moce nieczyste, takie jak przedstawione na obrazie Hermana Boscha w Ogrodzie rozkoszy ziemskich z 1500 r. Nieszczęścia panujące na ziemi, wiązali bezpośrednio ze swoimi popełnionymi grzechami i boską mocą sprawczą. Aby temu zapobiec, wyrastały jak grzyby po deszczu wszelkiego rodzaju ruchy pokutnicze, które miały za zadanie przeprosić Boga za popełnione grzechy. Grupy pokutnicze, prowadziły różnorakie formy umartwień. Niektóre z nich postem starały się przebłagać Boga za swoje grzechy. W związku z tym, spożywano ograniczoną ilości pożywienia, biczowano się na forum publicznym. Jednak te surowe praktyki, odbijały się negatywnie na ich stan zdrowia. Zapadali z wycieczenia na różne choroby. A jeżeli spożywano pokarm, to jedzono najgorsze jakościowo pożywienie, w którym znajdował się niebezpieczny dla zdrowia grzyb sporysz. Był on przyczyną licznych halucynacji, przykurczów mięśni, prowadzących z powodu niedokrwienia do martwicy tkanek. Zatrucie sporyszem, było dawniej określane jako „ogień świętego Antoniego” lub święty ogień” i prowadziło do masowych halucynacji i zgonów. Dziś wykorzystuje się go przy produkcji LSD, jako źródło ergotaminy'. 1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Sporysz 100 Niełatwe życie w średniowieczu W ramach przyjętej praktyki ascetycznej, niedożywione ciało pątnika stawało się nieodporne na pasożyty, ulegało nie broniąc się, zakaźnym chorobom. Brak higieny osobistej, potęgował skutki wszelkich zatruć, doprowadzając nieszczęśnika w ostateczności do śmierci. Jak się ciało miało bronić przed infekcjami, skoro nie myto się oraz nie zmieniano wierzchniej odzieży przez długie miesiące. Do tego dochodziły jeszcze braki w uzębieniu, które utrudniały prawidłowe trawienie. W takich warunkach wirusy i bakterie rozmnażały się w kosmicznym tempie na ciele i w ciele mizeraka. Do najczęstszych dolegliwości nękające społeczność w tamtym okresie, można zaliczyć: dżumę, trąd, dur plamisty, zimnicę (malarię), gruźlica, jaglicę i inne2. Jednak uproszczeniem byłoby wskazywać tylko na ascezę jako główną przyczynę powstawania chorób w tym okresie. Aż tak dużo pokutujących nie było w miastach. Pozostała część społeczeństwa żyła spokojnie i w miarę „normalnych” warunkach wiodła swoje życie. W czasach średnich, nikt z mieszkańców aglomeracji nie troszczył się o zdrowy tryb życia, ponieważ nikt go nie znał. Ówczesny człowiek, tak jak i teraz, zajęty był codziennym wykonywaniem swoich zajęć. Na resztę dnia, przynosił dobre owoce Bóg, na gorsze - diabeł, jeżeli zgrzeszył. A że koło domostwa, wyrastała góra śmieci, nikomu to nie przeszkadzało. Gospodarz postępował w swoim obejściu, tak jak to czyniła reszta jego sąsiadów. Tworzyli więc owi artyści wspólny świat brudu i ubóstwa. W średniowieczu budynki były małe i drewniane. Przeciętna rodzina gnieździła się zazwyczaj w jednej izbie. Pozostałą część domostwa, przeznaczano dla wszelakiego rodzaju bydła. Domownicy wspólnie spali, jadali z jednej glinianej misy, z której brudnymi rękoma wyciągano tłuste kąski mięsa. Takie biesiadowanie, utrwalało poczucie wspólnoty, ale niekoniecznie były zdrowe dla ich uczestników. Po posiłku wszystkie zbędne odpadki^ lądowały na klepisku, gdzie czekały na nie udomowione zwierzęta. Pozostałą część gnojm wyrzucano po prostu na wąskie ulice, które przekształcały się wielką kumulację odpadów’ Większa cześć mieszkańców nie myła się, nie była to domena tylko biedaków. Jeżeli wchodzono do wody - to jedynie na wyraźne zalecenie lekarskie. Kąpiel traktowano jako jeden ze środków na poprawę np. trawienia czy zatrzymania biegunki. Noszono ubrania, aż do ich zniszczenia, praktycznie nie wymieniano brudnej odzieży na nową. Do snu kładziono w tym, w czym pracowano. Nie było ważne, że przed chwilą wycierano w koszule ręce umazane gnojem zwierzęcym. Wrocław podczas opadów, roztopów wiosennych, stawał się panoramą biota i brudu*. Domostwa w średniowieczu były małe, podobnie wyglądały, czy to w Gdańsku, Elblągu, Malborku czy w Kwidzynie. Parcela podzielona była na kilka przestrzeni życiowych: mieszkalną, gospodarczą, warsztatową, strefę budynków magazynowych oraz strefę sanitarną, gdzie mieściły się studnie i kloaki4. Na Starym Mieście w Kwidzynie w trakcie prac archeologicznych w 1996 r odkopano relikty domostw. Najstarsze dwie chaty miały kształt owalny. Najprawdopodobniej proweniencją sięgały pierwszego lokowania miasta. Odsłonięte fragmenty miały w rzucie 2 "" Smdi» ' w. Folia Prahiscorica Posnaniensia ’ ‘ W W. Mody™ Nowożytna 9/1 R. 2002 s. 114. /zasób internetowy/ 7 7 ^wozyuia z/1. 4 Tamże s. 112. Bogumił Wiśniewski 101 — relikty zabudowy średniowiecznej (chaty) Zachodnia pierzeja rynku, kamienica nr 2 Rzut poziomy odkrytych reliktów zabudowy nowożytnej i średniowiecznej w obrębie kamienicy. Głębokość 180 cm — zabudowa nowożytna i 265 — średniowieczna. — inne obiekty średniowieczne — słupy Opracował i rys. dr Antoni J. Pawłowski, grudzień 1996 poziomym kształt odcinka koła o średnicy około 3 m. We wnętrzu znajdowały się kości zwierzęce i znaczne ilości ułamków z naczyń glinianych. Oprócz wyżej wymienionych, odkryto także w pierzei zachodniej rynku, dwa drewniane relikty budynków. Ścianę południowo-wschodnią, zdołano odsłonić w całości. Długość jej wynosiła około 5,5 m. Nie wykluczone, że powyższe dwa domy, zostały wzniesione w XIV lub XV wieku. Być może 102 Niełatwe życie w średniowieczu mamy do czynienia z obiektami pamiętającymi czasy pobytu Doroty z Mątów w Kwidzynie. Miasto nie zaliczano do największych w państwie krzyżackim, ze wszystkich stron otaczały ją mury obronne więc działki pod zabudowę nie były za duże5. Przyczyniało się to, do piętrzenia się nieczystości w centrum miasta. W późniejszych czasach, to się trochę zmieniło. Po pożarach zaczęto wznosić ceglane zabudowania i zaczęto lepiej dbać o porządek i czystość w mieście. Jednak w XIV - XV wieku - tak jak w innych miastach tej wielkości, brak higieny permanentnie prowadzał do rozprzestrzeniania się ognisk chorób, które były roznoszone między innymi przez gryzonie. Wiadomo, że nie wszyscy w średniowieczu mieszkali w takich koszmarnych warunkach. Duchowieństwo, czy zakony lewantyjskie, mieszkało na zamkach, w których wykorzystywano podpatrzone na Bliskim Wschodzie sanitariaty. W tym celu budowano między innymi potężne gdaniska powiązane z zamkiem. Na zamkach była inna dieta. Starszyzna rozpoczynała przygodę ze sztućcami. Pito lepsze wina oraz dogadzano sobie przyprawami i owocami sprowadzonymi z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Ale mimo wszystko, z higieną osobistą na zamkach też nie było najlepiej. Dostojników odróżniała od plebsu nie tylko pozycja społeczna, obyczaje, czy inna dieta, ale przede wszystkim profesjonalna opieka medyczna, która była prowadzona przez wykształconych astrologów i alchemikom. Cyrulicy leczyli możnowładców wypróbowanymi recepturami zaczerpniętymi z fachowych ksiąg medycznych oraz ze swojego bogatego doświadczenia nabytego z zagranicą. Lud prosty skazany był na lekarzy prowincjonalnych, gdzie upuszczenie krwi, było normą i podstawą w leczeniu wszelkich chorób. Chorzy z gminu, ratowali swoje upadłe ciało, czym się dało. Były to przede wszystkim zioła, które musiały być pomocne i zarazem mocne. Arnold Rosenau obywatel Pomezański, informował szanowną komisję badającą cuda, że jego żona Katarzyna cierpiała na niedowład. Kazała więc z łoża mężowi, aby przyniósł pewną roślinę, którą chciała leczyć się z choroby. Jednak przez przypadek zamiast chorej, zjadła zioło jej wnuczka. Wydarzenie te mogło się zakończyć tragicznie, dziecko poczęło puchnąć, a wreszcie wyciągając ręce i nogi zaczęło konać. Dopiero za sprawą śp. Doroty, uratowano dziecko od śmierci6. Aby zdyscyplinować poddanych, zakon sięgał również do podstępów. Wiedział, że śmierć zadana przez jakieś niezidentyfikowane dziwactwo, będzie powiązana z siłą nieczystą i nie ma na nią lekarstwa. Odnotowano więc pod rokiem 1285, dziwne indiwiduum występujące na ziemiach pruskich. Otóż pojawił się robak mający ogon jak rak, który dotknięciem uśmierca człowieka7. Opis przypomina bardziej skorpiona, którego przecież nie było fizycznie w Prusach. Najprawdopodobniej krzyżacy rozpuścili plotkę, aby uspokoić buntownicze nastroje wśród tubylców. Plotka odbiła się szerokim echem, doszła nawet do Krakowa. W średniowieczu chorych starano się leczyć wszelki znanymi metodami. Lekarz/cyru-lik usiłował wykonywać swoje rzemiosło uczciwie. Nawet wtedy, kiedy nie rozpoznał na jaką chorobę zachorował pacjent. Ale to nie było, aż takie ważne, akurat w tym aspekcie 5 Pawłowski A. Kwidzyn - Stare Miasto. Zachodnia pierzeja rynku. Kamienica nr2. S. 6-9 Malbork 199( / • / 6 Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów od 1394 do 1521, przeł. bp J. Wojtkowski, Olsztyn 2014 s ' 7 Długosz J. Roczniki, Kronika Sławnego Królestwa Polskiego T. VII i VIII, /edycja komputerowa - internet/ Bogumił Wiśniewski 103 liczył się fakt, że chociaż ktoś chciał pomóc choremu w cierpieniu. Cyrulik przez wykonywany zawód, był ogólnie szanowany. Na wieść o zastosowanych metodach leczenia, które praktykował lekarz Thabit z Frankonii w 1175 r. nie jeden pacjent, dostawał przysłowiowej gęsiej skórki. Przyprowadzili do mnie rycerza, któremu wrzód wyrósł na nodze, i kobietę dotkniętą kretynizmem. Rycerzowi zaaplikowałem niewielki okład, a kobiecie zmieniłem dietę, aby nawilżyć jej humory - Relacjonuje cyrulik znajomym o swojej technice leczenia. Wtedy przyszedł do nich frankoński łekarz. I spytał rycerza: „Co wołisz, żyć z jedną nogą czy umrzeć z obiema?”. Zapytany odparł: „Żyć z jedną nogą”. Wtenczas lekarz rzekł: „Przyprowadźcie do mnie jakiegoś silnego wojownika i dajcie mi ostry topór”. Przybył wojak z siekierą. Wtedy łekarz położył nogę chorego na drewnianym klocku i kazał wojakowi odrąbać mu kończynę jednym uderzeniem. Ten uczynił, jak mu polecono, ale noga nie została odcięta. Zadał drugi cios, a wtedy szpik wypłynął z kończyny i pacjent zginął na miejscu. Potem lekarz zbadał kobietę i powiedział: „W głowie tej niewiasty siedzi diabeł. Ogolcie jej włosy”. Jej stan umysłowy się pogorszył. Wtedy medyk rzekł: „Szatan przeniknął w głąb czaszki”. Zatem wziął brzytwę, zrobił głębokie nacięcie w kształcie krzyża, zdarł skórę, obnażając kość czaszki, i wtarł w nią sól. Kobieta także natychmiast wyzionęła ducha91. Podejrzewam, że takie drastyczne metody leczenia nie były odosobnione w średniowieczu. Pacjent widząc końcowy efekt leczenia, wołał chyba sam się leczyć ziołami, niż poddać się zabiegowi. Chory wybierał post i modlitwę, w celu poprawienia zdrowia. Wiedział, że jedynie Bóg, jeżeli chce, uratuje go od niechybnej śmierci. Zdaje się, że wybierał zatem modlitwę, post i ascezę niż lekarza. W średniowieczu silna była wiara w gusła, amulety. Były to pozostałości z dawnych wierzeń plemiennych. Ludność tubylcza stała jedną nogą w dawnej religii, a drugą nogą wchodziła dopiero do nowej rzeczywistości, w której relikwie świętych, jak twierdzili krzyżacy, skuteczniej działały niż amulety. W związku z powyższym, mieszczanie z całej Europy, zaczęli podróżować w święte miejsca kultu. Pielgrzymki były bardzo modne w średniowieczu. Celem pielgrzymek było upraszanie konkretnego świętego o wstawiennictwo do Boga, o przywrócenie utraconego zdrowia. Przyjmowano, że św. Wit był uważany za patrona pląsawicy, św. Łazarz trądu, św. Roch moru, św. Stanisław chorób skórnych, umysłowych i zaburzeń mowy. Ogólnie ujmując, aż 48 różnych świętych zajmowało się chorobami oczu, epilepsją 40 poradami, 28 opętaniem itp9. W średniowieczu tak naprawdę chory, pozostawiony był samemu sobie. Jedynie święci mogli coś zmienić w jego trudnym położeniu. To oni go chronili przed złymi mocami jak ochronna tarcza rycerza. Tak naprawdę, świętych miał na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło wejść do parafialnego kościoła, aby im się pokłonić i prosić o pomoc. W kwidzyńskiej katedrze widział ich na ścianach naw bocznych, po spowiedzi modlił się do namalowanego świętego Krzysztofa, dzięki któremu mógł bezpiecznie przebyć swoją podróż. Wszystko zależało od danego świętego, ale również od człowieka i jego modlitwy o cud. W aktach procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów, widnieją opisy chorób i ich metody leczenia. Odnotowano, że zdarzały się i częściowo udane operacje przeprowadzone przez 8 Belofsky N. Jak dawniej leczono, czyli plomby z mchu i inne historie. Przeł. Siwek G. R. 2014 /zasób internetowy/. 9 Gilewska-Dubis J. Warunki zdrowotne... s. 129. 104 Niełatwe życie w średniowieczu Kuracja kompielowa, fot. zasób internetowy ekarzy, Maren Wo fF z Falknowa, miał szczęście. U pacjenta wycięto obrzęk na ciele, który znajdował się koło narządów płciowych i odbytu. Dzięki dokonanemu zabiegowi chory nie mógł być przez lekarzy wyleczony. W ciele po wykonanej operacji pozostał otwór’ nazwany przetoką. Przez prawie trzy lata, w ciężkich cierpieniach, u pacjenta wiatry i wydechy całego cala miały ujście'". Za sprawą śp. Doroty, choroba zaczęła się cofać aż do zupełnego wyleczenia. W średniowieczu bano się lekarza. Najwidoczniej nie wszędzie niósł chorem ulgę w cierpieniu. Podobne wydarzenie zostało opisane w Aktach procesu Piotr z Ołomuńca mteszkający pod Kwidzynem miał dużo szczęścia. Zeznający z pewnymi innymi krewnymi i za zgodą rzeczonego Mikołaja, przywiązali Mikołaja do jakieś deski czyli stołu i przyprowadzili któregoś chirurga, który miał operować. Gdy on dotknął zeznające go. pokazał wszystkim tam obecnym kamyk o wielkości jednego kurzego jaja A gdy rzeczony 10 Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów..., s. 80. Bogumił Wiśniewski 105 Trepanacja czaski, fot. zasób internetowy Mikołaj zobaczył chirurga stojącego nad nim z gołym nożem, przeraził się i prosił na Boga, by go zostawiłi i nie operowała. Ale i tu, historia Mikołaja zakończyła się pomyślnie, dzięki pomocy śp. Doroty. Zdarzały się przypadki, że światły i wykształcony biskup pomezański, jakim był Jan I Mónch (1376 - 1409), ulegał legendzie, a nie powinien, był przecież duchownym. W związku z kultywowaniem legendy, w Kwidzynie - została wykonana mozaika przedstawiająca cudowne ocalenie świętego Jana Ewangelisty. Mozaikę zrobiono w 1380 roku, na wyraźne polecenie biskupa Jana I. Zachowała się do dnia dzisiejszego. Znajduje się ona nad głównym wejściem katedry. Świadczy - że i duchowni w średniowieczu ulegali pokusie niesprawdzonych historii. Mozaika przedstawia scenę świętego Jana Ewangelisty, który stoi w kotle z olejem oraz klęczącego fundatora biskupa Jan I. Warto wspomnieć, że św. Jan Apostoł - aż do roku 1969, obchodził dwa święta w roku. Pierwsze przypadało 6 maja i było to świętego Jan w Oleju, a drugie 27 grudnia w dniu Jego śmierci. Legendę, jakoby św. Jan miał być gotowany we wrzącym oleju, zapisał Tertulian (+ 220) jednak skąd ją wziął nie podaje12. XIV wiek dla Kwidzyna, był okresem rozkwitu i dobrobytu13. Powstawały największe murowane budowle, katedra, zamek kapituły pomezańskiej, czy mury obronne. Powiększały się parcele miejskie z 51 do 72. Tym niemniej, Kwidzyn niczym nie odbiegał od innych średnich miast w Prusach. To się wszystko zmieniło, kiedy w stolicy diecezji pomezańskiej, zamieszkała Dorota z Mątów. Na początku swojego pobytu, mieszczanie chłodno ją przyjęli. Była dla nich następną dziwaczką przybyłą z Gdańska, która zamiast ciężko pracować, przesiadywała całymi dniami w kościele katedralnym. Byli i tacy adwersarze, którzy wprost wymuszali na rządzących, aby usunęli kontrowersyjną kobietę z miasta14. 11 Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów ...s. 538 — 539. 12 http://biblia.wiara.p1/doc/423005.Swiety-Jan-Apostol-i-Ewangelista/4 13 Betlejewska Cz. Kwidzyn Dokumentacja historyczno-urbanistyczna tom 1, Gdańsk 1997 s. 65 /maszynopis/. 14 Kwiatkowski S. Klimat religijny w diecezji pomezańskiej u schyłku XIV i w pierwszych dziesięcioleciach XV wieku. i 06 Niełatwe życie w średniowieczu Podejście mieszczan do Doroty zmieniło się dopiero, kiedy zauważono, że przybyszka z Gdańska, staje się adorowana przez pomezańską hierarchię kościelną. Apogeum zainteresowania Dorotą w mieście, nastąpiło 2 maja 1393 roku, kiedy to - wprowadzono Dorotę do specjalnej dla Niej wybudowanej pustelni. Od tego momentu, prosty lud, zaczął traktować Dorotę bardzo poważnie. Zauważono, że skoro wielki mistrz zakonu, wysyła swoich wysłanników do tej kobiety, to i też oni mogą zwracac się do niej ze swoimi prośbami, chorobami. A chorych przy pustelni, nigdy nie ubywało. Kwidzyn stał się więc od tego momentu, jakby najważniejszym miejscem w państwie krzyżackim, w którym działy się niewyjaśnione pozytywne wydarzenia, czy to na duszy, czy na ciele. Wielkim przełomem dla chorych, stała się jej śmierć, dnia 25 czerwca 1394 r. Cuda dokonywane za sprawą śp. Doroty były tak spektakularne, że wzbudziły w całych Prusach istne duchowe szaleństwo, które owocowało masowymi pielgrzymkami do jej grobu znajdującego się w prezbiterium katedry15. W tym czasie, wszystkie drogi prowadziły do Kwidzyna. Chorzy widzieli w Niej, ostatnią drogę ratunku. Kto miał im pomóc jak nie Ona, która ponoć rozmawiała z samym Jezusem. Ludzie ze wszystkich stron świata — dniem i nocą, przybywali do niedużego miasta Kwidzyna, aby tylko dotknąć się grobu śp. Doroty. Ta masa pielgrzymów robiła wielkie wrażenie na korporacji zakonnej, nawet król Władysławie Jagielle w 1410 r., oddał w katedrze hołd zmarłej pustelnicy. Do grobu przybywali różni chorzy. Wszystkich łączyło pragnienie bycia zdrowym. Niektóre z dolegliwości zamieszczone w Aktach można i dzisiaj rozpoznać, np. kamicę nerkową, padaczkę, jaskrę, hemoroidy itp. W zestawie tym, wymienione zostały również choroby wywołane brakiem higieny. Małgorzata Baumhauer, żona Piotra z Kwidzyna zeznając przed komisją zeznała, że pewnego razu jej córka Barbara, lat dziesięciu, miała robaki w głowie. 1 gdy zastosowała wiele leków i ślubowała ją do wielu miejsc Świętych, a żadnej stąd nie doznała ulgi i córka jej dręczona była bardzo wielkimi bólami. Małgorzata nie wiedziała, co z tą chorobą począć, dopiero modlitwa przez stawiennictwo Doroty i połowa funta wosku przeznaczone dla katedry, doprowadziły do wyleczenia Barbary. Po złożeniu ślubu, tego samego dnia wieczorem, wypadła dziewięć robaków z lewego ucha. W następnym dniu Małgorzata z córką pobożnie nawiedziła grób matki Doroty. A gdy wróciła do domu, znowu pięć robaków wypadła z ucha dziewczynki. Ipotem nie czuła więcej robaków ani bólu głowyx(i. Podobny problem miała Katarzyna Mikołajowa Hulbrechtowa z swoim synem Mikołajem, któremu pewnego razu robaki weszły do głowy przez ucho. Dręczony był przez nie wielkimi bólami. Niekiedy padając na ziemię bił o ziemię głową. 1 tak zeznająca z przypadku syna będąc w wielkiej udręce bała się, że syn przez to straci rozum. Dopiero po ślubach złożonych Dorocie, że uratowany odwiedzi jej grób na drugi łub na trzeci dzień, wyszły rzeczonemu synowi z ucha trzy robaki, białe i twarde'7. Toruń 1999, s. 117. ' ' 15 Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów... l6/l^zzprocesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów ...s. 250 17 Tamże, s. 532. Bogumił Wiśniewski 107 Dominik, syn Jana Piwowara z Chełmna, miał bóle brzucha. A gdy przyjął potaż, ból ustąpił z brzucha, a w miejsce jego powstał mu jakiś guz na ciele. Po rady na niego poszedł do pewnych lekarzy, mianowicie niejakiego Mistrza Mikołaja Mughe, Bakałarza medycyny oraz do dwóch innych cyrulików. Oni powiedzieli, że grozi mu niebezpieczeństwo śmierci, ponieważ pod rzeczonym obrzękiem zrodził mu się jakiś robak, który gdy zdechnie, on umrze™. Zdarzały się również i przykre sytuacje, które przez zaniedbanie rodziców, mogły doprowadzić do nieszczęścia. Czasy były trudne, jednak nie powinny zwalniać rodziców od braku odpowiedzialności za swoje pociechy. Dzięki niedoszłej tragedii, mamy opis świętowania Bożego Narodzenia w średniowieczu. Wydarzenie rozegrało się tuż pod Toruniem, w rodzinie Elżbiety i Piotra Szwenka. Kobieta przed wielebna komisją w Kwidzynie zeznała, że syn imieniem Pietrek, mało nie wyzionął ducha. Powiedziała że, ten mały (trzyletni) w dniu Narodzenia Pana, leżał położony spać na ławie, przykryty płaszczem, w domu, w którym chłopi mieli swoją biesiadę jako zwykło się dziać u nich w te święta. Wtedy zdarzyło się, że jakiś chłop, przychodząc wieczorem pijany, usiadł na chłopcu, nie wiedząc jednak, że tam łeżał i jakiś czas siedział, tłocząc i dusząc chłopca. Gdy on tak siedział, nagle przyszła matka chłopca. Widząc, ze chłop usiadł na małym, bardzo przerażona wybuchła w te słowa: „Biada mi, bo dusicie małego!”. Na szczęście, cała te bulwersujące zdarzenie, zakończyło się pomyślnie dla chłopca i matki. Malca, dzięki wstawiennictwu Doroty, udało się uratować i przywrócony został do tchu życia^. Wydarzenie, który odbyło się pod koniec XIV wieku, w żaden sposób nie można i dziś wytłumaczyć. Przypadłość jest bardzo zagadkowa, nabawił się nią niejaki Jan z Gdańska. Otóż, mąż Jan Behem malarz, chciał sobie troszkę poswawolić, a że były to zapusty, więc nic w tym dziwnego, że postanowił się dobrze zabawić. Pewnie nie przypuszczał, że karnawałowe szaleństwo, może doprowadzić go utraty życia. Chciałoby się powiedzieć, że 18 Tamże, s 106- 107. 19 Tamże, s. 307-308. 108 Niełatwe życie w średniowieczu w średniowieczu, ludzie nie tylko tracili pieniądze, ale również głowę. Szanowny mąż Jan, na Zapusty zasłonił sobie twarz maską, który zeznający sam wykonał; i tak zasłonięty wyszedł z domu swego zamieszkania, mówiąc „Ja chcę iść i popełnić błędy!... Poszedł do jakiegoś bractwa, czyli biesiady piwowarów tegoż miasteczka, których zwyczajem było spotkać się i biesiadować w tym czasie. A gdy był wszedł do tańca, gdzie tańczące panny i niewiasty z tańca ucie-kły, wystraszone zeznającym tak zamaskowanym. Wtedy opiekunowie wspomnianej biesiady chwytając go powiedzieli, że jeśli chce się tam obracać, niech zdejmie maskę. Gdy ten zeznający chcial zdjąć maskę, twarz jego odwróciła się do tyłu; i tak chwytając głowę w ręce usiłował twarz obrócić na pierwotne miejsce, lecz ponieważ nie mógł, rozciągnięty na ziemi stał się jak martwy, pozbawiony także pojmowania i rozumu. Na szczęście Jana, w bawiącej się grupie, znalazł sie jego wuj, który zapewnił śp. Dorotę z Mątów, że jak krewniak wyzdrowieje, to z wdzięczności pójdzie on do jej grobu w Kwidzynie. Ipo złożeniu ślubu wyniesiony został na zewnątrz domu wspomnianej biesiady i zaraz ożył, odzyskując pierwotne zdrowie. Towarzysze jego powiedzieli, gdy leżał rozciągnięty na ziemi, że był dziwnie wyglądający na twarzy, na sposób maski, którą przedtem nosił. Wieki średnie były trudne dla chorych i cierpiących. Patrząc się z dzisiejszego punktu widzenia, okres ten me rozpieszczał mieszkańców miast i wsi. Ludzie słabo jedli, krótko żyli, wiecznie chorowali. Takie były realia życia w średniowieczu. Ale mimo braku higieny przetrwali, dając podwalinę pod nową epokę, zwaną renesansem. Powoli społeczeństwo dojrzewało do budowania innej rzeczywistości, w której rodziło się, inne profesjonalne podejście do medycyny, za sprawą chociażby Leonarda da Vinci. Z każdą epoką jesteśmy złączeni, chociażby przez antenatów, dlatego warto je przypominać. Jan Chłosta 109 Jan Chłosta JÓZEF KLATT organista z Powiśla Pozornie Józef Klatt nie należał do aktywniejszych działaczy polskich w Gietrzwałdzie końca XIX i początków XX wieku, ale z ruchem polskim się identyfikował. Wchodził w skład zarządu powołanego 26 września 1892 r. Katolickiego Towarzystwa Ludowego pod wezwaniem św. Wojciecha w Gietrzwałdzie, któremu przewodniczył znany działacz warmiński i księgarz Andrzej Samulowski (1840 - 1928). Podczas zebrania konstytucyjnego został wybrany drugim sekretarzem, obok Antoniego Sikorskiego, Piotra Sznarbacha, Władysława Chróścielewskiego (protokółował tamto zebranie), Joachima Gehrmanna, Andrzeja Kabera i Augusta Rydziewskiego. Nie pisał wierszy jak Samulowski i Sikorski, ani nie występował na wiecach przedwyborczych do parlamentu niemieckiego, jak Sznarbach i Kaber. Może dlatego, że bardziej jako organista związany był z Kościołem i bezpośrednio z miejscowym proboszczem Augustynem Weichslem (1830 - 1909), który był krewnym jego żony Berty. Jednak towarzystwu zapewniał prawdziwą łączność z Kościołem. Na początku starał się być aktywnym członkiem towarzystwa. Już 20 listopada 1892 r. wygłosił odczyt o patronie towarzystwa św. Wojciechu, a Samulowski, który utrzymywał łączność z Wielkopolanami i kilka przebywał w Gnieźnie wzbogacił spotkanie wrażeniami z pobytu w katedrze, gdzie znalazły się relikwie świętego. W następnym roku zachęcał rodziców do wstępowania do towarzystwa, apelował przy tym, aby rodzice uczyli swe dzieci języka polskiego, sam zresztą tak postępował, bo jego córka Anna Gertruda od 1926 roku nauczała języka polskiego w szkole niemieckiej w pobliskim Unieszewie. Potem recytował na kolejnym spotkaniu wiersz Księżna i szewcowa, a w Wielkim Poście 1893 roku mówił o Męce Pańskiej. Sam rzadko występował w amatorskich przedstawieniach teatralnych, które towarzystwo inicjowało, ale zawsze wzbogacał je śpiewem bądź muzyką. 1 Józef Klatt wywodził się z Powiśla. Urodził się 25 lutego 1859 roku w Sadłukach pod Sztumem w parafii postolińskiej, w rodzinie tkacza Ignacego i Anny z domu Bludau. Miał pięcioro rodzeństwa, dwie siostry: Annę i Klarę oraz trzech braci: Edwarda, Teodora i Antoniego. Najstarszy z braci Edward przejął po ojcu warsztat tkacki, a Józef od młodych 110 Józef Klatt - organista z Powiśla lat interesował się muzyką. Musiał zetknąć się z ks. Janem Witkowskim od 1863 r. proboszczem parafii w Postolinie, który zapewne przygotowywał go do Pierwszej Komunii świętej, a może też wspomagał w jego edukacji muzycznej. Prawie nic nie wiadomo o jego przysposabianiu się do zawodu organisty. Mógł mu w tym także sprzyjać ówczesny nauczyciel i organista z Postolina Julian Jakubowski. Wiadomo tylko, że jako siedemnastoletni młodzieniec 1 czerwca 1876 r. podjął obowiązki organisty w Gietrzwałdzie, gdzie urząd proboszcza od 25 sierpnia 1869 r. piastował ks. Augustyn Weichsel. Ksiądz Augustyn miał za sobą posługę religijną w Klebarku Wielkim, Barczewie, Lamkowie i w Klonie na Mazurach, gdzie zwrócił uwagę biskupa na sprawnie przeprowadzoną budowę kościoła. Ksiądz Weichsel był Niemcem. Wywodził się z Pieniężna. Dobrze znał język polski. Uczył się ponoć tego języka w Pelplinie, gdzie krótko przebywał. Warmińska poetka Maria Zientara-Malewska, która z Klattem zetknęła się wielokrotnie napisała, że był „wysokim mężczyzną, kościstym, o ascetycznej twarzy i orlim nosie. Wydawał się obcym, na pozór niedostępnym. Zmieniał się kiedy siadł do organów. Wówczas twarz jego jaśniała wewnętrznym blaskiem żarliwości, a kościste palce wyczarowywały wspaniałe melodie.”1 Był na pewno człowiekiem ambitnym i do tego sprawnym organizatorem. Rozwijał wciąż swoje zainteresowania. Uzupełniał jako samouk wykształcenie muzyczne. Do perfekcji opanował grę na organach. Założył i prowadził chór św. Cecylii w Gietrzwałdzie, wykonujący pieśni wyłącznie polskie. Wykonywane kolędy polskie w kościele w okresie Bożego Narodzenia przynosiły zawsze parafianom szczególne przeżycia. Napisał melodie do kilku wierszy Andrzej Samulowskiego, w tym na pewno do najczęściej wykonywanej pieśni Już to po zachodzie słońca. Chór występował również podczas zjazdu kościelnych zespołów św. Cecylii w lipcu 1893 r. w Olsztynie. Wykonał wówczas pieśń Pod Twoją obronę na cztery głosy w układzie znanego muzyka z Wielkopolski Józefa Surzyńskiego. Właściwie takie chóry istniały tylko w Olsztynie Biskupcu i Barczewie. Zwróciła na to uwagę profesor Zenona Rondomańska2. Założył też orkiestrę dętą. Przygrywała w kościele podczas ważnych świąt kościelnych i odpustów. Witała zawsze celebransów odprawiających Msze święte i przybyłych pielgrzymów uroczystym „triumfem” i pieśnią Bądź królowo pozdrowiona. Był Klatt do tego człowiekiem odważnym. Potrafił nawet oprzeć się nauczycielowi Tauschowi z Gietrzwałdu, który nauczał dzieci warmińskie śpiewu niemieckiego i chciał w 1893 r. wprowadzić śpiew niemiecki do kościoła i grać na organach. Klatt po prostu nie wpuścił Niemca na chór. W tej sprawie Tausch wystosował skargę do Berlina. Na inspekcję do Gietrzwałdu przyjechali: radca Kloessel z Królewca i inspektor szkolny August Spohn z Olsztyna. Stwierdzili, że dzieci zdołały dość dobrze opanować język niemiecki i mogą występować w kościele Klatt z niepokojem podał tę informację do „Gazety Olsztyńskiej”, ale po krótkim czasie dzieci zaniechały śpiewu w gietrzwałdzkim kościele. Wszystko wskazuje na to, że Józef Klatt najpóźniej w 1885 r. zawarł związek małżeński z urodzoną w 1861 r. w Pieniężnie Bertą Weichsel3, która już w 27 maja 1882 r. 1 M. Zientara-Malewska, Gietrzwałd-dzieje polskości. Oprać. T. Swat, Warszawa 1976, s 56-57 2 Z. Rondomańska, Polska pieśń religijna na Warmii w latach 1795 - 1939, Olsztyn 2002 s 175 3 Por. ks. Kazimierz Łatak, Ksiądz Augustyn Weichsel proboszcz gietrzwałdzki ■ - • • ■ z- i w/ mu i Go n li ^^eir^tazki czasu objawień w opinii parafian, Komunikaty Mazursko-Warmińskie, 2014, nr 1, s. 128. Berta była zapewne córka brata księdza A. Weichsla, Edwarda Jan Chłosta 111 przebywała w Gietrzwałdzie i trzymała do chrztu córkę Edwarda i Marii Boehmów. W rodzinie Klattów przyszło na świat aż jedenaścioro dzieci: Maria Julianna urodziła się 16 II 1886 roku, Cecylia Berta (31 XII 1886), Józef Maksymilian (12 X 1889), Agata Barbara (2 XII 1889), Franciszka Marta (4 VIII 1893), Alojzy Wawrzyniec (10 VIII 1893), Leon Bernard (20 I 1895), Anna Gertruda (19 VII 1896), Jadwiga Maria (18 XII 1897), Anastazja Antonina 16 VII 1899) i Alfons Antoni (2 VIII 1902)4. 3 Od początku młody organista rzetelnie współpracował z proboszczem. Potwierdził to Andrzej Samulowski w wierszu zatytułowanym Szanownemu Panu Józefowi Klatt na 25-letni jubileusz zawodu organistowskiego w Gietrzwałdzie, dnia 1 czerwca 1901, bo napisał, że przyjął on na siebie także inne obowiązki w gietrzwałdzkim kościele: Dwadzieścia pięć lat - ćwierć wieku Dziś na Twym zegarze bije; Jako tętno życia w człeku Spełniasz wzniosłe swe funkcje. Budzisz ze snu śpiących z rana Z wieży kościełnym dzwonieniem. By wstawałi wiełbić Pana, Modlić się z serca wzniesieniem. Pod odmówieniu pacierzy Znów na cel nabożeństw różnych Powołujesz dzwonem z wieży, Do kościoła wszech pobożnych. A więc Klatt przyjął na siebie także część powinności przypisanych zakrystianowi, bo w dalszej części siedmiozwrotkowego wiersza pojawiły się zdania: Pilnujesz zadania swego; Dbasz o czystość w domu bożym, Bywasz bliskim Najświętszego, Przed którym się wszyscy korzym?. Stanowił Józef Klatt podporę ks. Weichsla podczas pamiętnych objawień gietrzwałdzkich w letnich miesiącach 1877 roku od 27 czerwca do 16 września, jak Matka Boska wiele razy ukazała się dwom dziewczynkom warmińskim 13-letniej Justynie Szafryńskiej i 12-letniej Barbarze Samulowskiej. Wówczas, jak hierarchia kościoła warmińskiego odnosiła się rezerwą do Objawień a władze pruskie utrudniały pielgrzymkom dotarcie do sanktuarium. Sam ks. Weichsel od razu był przekonany o prawdomówności dziewcząt. Pisał o tym zresztą w listach do biskupa. 4 Księga chrztów w parafii Gietrzwałd od 1877 roku do czasów współczesnych. 5 A. Samulowski, Szanownemu Panu Józefowi Klatt na 25-letni jubileusz zawodu organistowskiego w Gietrzwałdzie, dnia l czerwca 1901; tamże, 1901, nr 66 z 6 VI. 112 Józef Klatt - organista z Powiśla Biskup warmiński Filip Krementz przebywał 4 i 5 września 1877 r. w Gietrzwałdzie. Chciał sam zetknąć się z wizjonerkami. Powołał też w 1878 r. specjalną komisję złożoną z duchownych i lekarzy dla zbadania objawień gietrzwałdzkich. Komisja po wnikliwym przesłuchaniu wizjonerek wydała następującą opinię: „Ze wszystkich badań naszych, których wyniki niniejszym sprawozdaniu są przedstawione, doszliśmy do tego przekonania, że objawienia gietrzwałdzkie muszą mieć realna podstawę. Prostota dzieci, ich jednostajne zachowanie się od początku wizji aż do tego czasu, ich dobra sława, ich dziecięce grzeczne obyczaje, ich bezinteresowność nie szukająca zysku, wszystko to wyklucza wszelką wątpliwość co do ich zamiłowania prawdy i rzetelności.”6 Lekarze orzekli, że wizjonerki są zdrowe pod względem fizycznym i umysłowym. Rządca diecezji w 1877 r. zezwolił na druk niewielkiej książki Franciszka Hiplera o objawieniach gietrzwałdzkich i zgodził się na taki zapis: „Ponieważ przedłożona nam książeczka Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie nic w sobie nie zawiera co było przeciw wierze i obyczajom katolickim, a także w niej opowiedzenie powzięte z urzędowych dokumentów [...] dajemy nasze imprimatur z tym nadmienieniem, że to pozwolenstwo druku wyroku kościelnego względem pochodzenia i charakteru rzeczowych zjawisk w sobie nie zawiera”. Tekst opracowania został wkrótce dwukrotnie przełożony na język polski, w tym raz przez ks. Jana Szadowskiego, też pochodzącego z Powiśla. Matka Boska przemówiła do dziewcząt w języku, jakim ludzie posługiwali się na południowej Warmii, a więc po polsku. Nawiązując często do tamtych wydarzeń, już pierwszych numerach z 1886 roku, „Gazeta Olsztyńska” podkreślała: „Jeżeli w niebie nie gardzą polskim językiem, czyż się może na to odważyć się nędzny proch ziemski. Tak więc najwyższy Boski autorytet uznaje wartość języka polskiego. Jeśli Matka Boska rozmawiała z dziewczętami, pochodzącymi z rodzin żarliwie katolickich i żarliwie przywiązanych do polskiej mowy i polskiego obyczaju, to grzeszy ten, kto polskiej mowy daru Bożego się wyrzeka". Były to argumenty mocno działające wtedy na wyobraźnię chłopską i powtarzane przez dziesiątki lat, wpływały na pogłębienie polskiej świadomości Warmiaków. Najjaśniejsza Panienka domagała się od ludzi codziennego odmawiania różańca, zaprzestania pijaństwa, na pytania wizjonerek odpowiadała, że wkrótce zakończą się prześladowania Kościoła w Królestwie Kongresowym, także na Warmii miały ustać przepisy wydane w okresie kulturkampfu, odnoszące się do obsadzania wakujących parafii w diecezji. Wydarzenia gietrzwałdzkie nabrały wkrótce niebywałego rozgłosu, głównie dzięki pelplińskiemu „Pielgrzymowi", w którym zamieszczali korespondencje: Jan Liszewski, Andrzej Samulowski, ks. Walenty Barczewski i Antoni Sikorski7. Wkrótce zaczęli tu przybywać pielgrzymi z różnych ziem polskich. Na odpust 8 września 1877 r. przybyło z Mazur, Kaszub, Wielkopolski i Litwy ponad 50 tysięcy osób. Do Gietrzwałdu docierał nie tylko prosty lud wiejski, ale także przedstawiciele inteligencji polskiej, właściciele ziemscy Przez to Warmiacy mogli się dowiedzieć, że naród polski jest bardzo liczny, a językiem polskim posługiwali się nie tylko ludzie biedni, ale też wykształceni i do tego wywodzący Bp J. Obłąk, Objawienia Matki Boskiej w Gietrzwałdzie, ich treść i autentyczność w 1877- 1977, w: Studia Warmińskie, t. XIV, Olsztyn 1977, s. 32. opinii współczesnych (Wstulecie objawień) Z pilmienmcM, pM^ M wX1XiXX Mkcju Gama o|sayńska [dak| Wiarosław [ks. Walenty Barczewski], GO], 1927, nr 113 z 17 V. Jan Chłosta 113 Kościół w Gietrzwałdzie, fot. archiwum się z wyższych sfer. Pojawiali się tam jako zwyczajni pielgrzymi w niedziele i w dni powszednie, wszyscy brali udział we wspólnym odmawianiu różańca i modlitwach. Od początku władze pruskie starały się przeszkodzić w pielgrzymowaniu do sanktuarium w Gietrzwałdzie. Dostrzegały w religijnych spotkaniach Polaków z różnych stron przede wszystkim agitację narodową. Poza tym żądały przestrzegania tam wydanych w okresie kulturkampfu przepisów o zakazie posługi religijnej przez duchownych z innych parafii bądź diecezji. Proboszcza Weichsla po raz pierwszy uwięziono w listopadzie 1877 roku za to, że nie chciał ujawnić nazwisk księży odprawiających 8 września nabożeństw w Gietrzwałdzie. Innym razem pociągnięto go do odpowiedzialności za wysyłanie poczta wody ze źródełka, następnie za wystawienie kapliczki na cmentarzu przykościelnym kapliczki pod klonem, wreszcie w 1879 r. zapłacił 204 marki grzywny za wygłoszenie homilii przez ks. Antoniego Wyderkowskiego z Samoklęsk pod Szubinem8. W sprawie podania nazwisk duchownych wspomagających w tym czasie w posłudze był indagowany również organista Klatt. I on nie podał tych nazwisk. Był za to wielokrotnie obłożony karami pieniężnymi, a każdy taki ubytek musiał być dla niego i rodziny odczuwalny, ale 8 J. Jasiński, Andrzej Samulowski (1840 — 1928), O narodowe oblicze Warmii, Olsztyn 1976, s. 48. 114 Józef Klatt - organista z Powiśla był w tym konsekwentny. Mało tego, w czasie jednego z przesłuchań miał się dowiedzieć, że władzom pruskim podawała te nazwiska Marianna Czarnecka z Gietrzwałdu, bo przy spotkaniu publicznie jej to wytknął: „Co z was za katoliczka? Podaliście władzom nazwiska kilku księży i wszystkich ukarano. Wstydźcie się!” Czarnecka zaskarżyła organistę przed sądem za obrazę. Odbył się proces w Olsztynie i Klatta skazano na 4 tygodnie więzienia. Miał wyjsc z niego jeszcze bardziej umocniony w tym, że postąpił słusznie0. Przed olsztyńską Wysoką Bramą, gdzie znajdowało się wtedy więzienie, oczekiwała żona z najstarszymi dziećmi oraz bryczka Józefa Rikowskiego, którą triumfalnie powracał do Gietrzwałdzie. Znaczącym dokonaniem Jozefa Klatta było zharmonizowanie, czyli dopisania nut, pieśni zawartych w edycji Melodii do Zbioru ułożonych do grania na organach do śpiewania kościelnego diecezji warmijskiej. Spisał i harmonizował więc Klatt wszystkie pieśni zawarte w szóstym wydaniu tego zbioru, dodając respozoria, czyli odpowiedzi wiernych kapłanowi podczas Mszy świętej. Ważne to dzieło zaopatrzył organista z Gietrzwałdu czterostronicowym wstępem. Zbiór ukazał się dopiero w 1926 roku w Lipsku, także dwa lata po śmierci Klatta sumptem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Warmię, mimo, że w 1924 r. ks. Barczewski zwracał się do Czytelników „Gazety Olsztyńskiej” z prośbą o datki, bo „przez nieszczęśliwą inflację wyczerpały się wszystkie zebrane środki, także prosić musimy o nowe. Należy je w redakcji składać.”10 Próbował ks. Barczewski zwrócić uwagę na edycję śpiewnika z nutami, wtedy jeszcze będącego w trakcie przygotowań do druku, biskupowi Augustynowi Bludauowi podczas pamiętnego spotkania 40 polskich katolików z Powiśla i południowej Warmii, które odbyło się we wrześniu 1922 roku we Fromborku11, lecz rządca diecezji nie zareagował na delikatną prośbę o pomoc finansową. W tej sytuacji edycję śpiewnika musiano wesprzeć środkami pozyskanymi w kraju. X Józef Klatt był organistą w Gietrzwałdzie przez 48 lat. Cieszył się tam opinią sprawnego muzyka, człowieka życzliwego wobec innych ludzi i dobrego współpracownika proboszczów, którzy po księdzu Augustynie kierowali tą parafią, a więc jego bratanek w latach 1909 - 1913, niezbyt dobrze usposobiony do ludności polskiej ks. Juliusz Weichsel i w latach 1913 - 1924 ks. Jana Hanowskiego. Zmarł 23 maja 1924 roku, akurat, kiedy z Gietrzwałdu odchodził ks. Hanowski i obejmował parafię dziekańską św. Jakuba w Olsztynie W nekrologu, który ukazał się w „Gazecie Olsztyńskiej” dopiero sześć dni po śmierci organisty, napisano: „SP Józef Klatt pracował na chwałę Bożą. Służył pięknym graniem i zasłużył sobie łaskę u Boga i wdzięczną pamięć i szacunek u parafian”12. Przez jakiś czas po śmierci Klatta-seniora, przy gietrzwałdzkich organach, zasiadł jego syn Józef, lecz jak wspominali współcześni mu parafianie, nie dorównywał on swemu ojcu. 9 M. Zientara-Malewska, Gietrzwałd - dzieje polskości, op. cit. s. 57. 10 Wiarosław, Nasz śpiewnik z nutami, GO, 1924, nr 273 z 22 XI. 11 Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Poselstwo RP w Berlinie svim L o c*- j n cwz i. j i. w l a................ ■ d ^ ^^^-^^^^^zaudienc i ludności polskiej w Prusach Wschodnich u biskupa diecezji warmińskiej we Fromborku J e J 12 GO, 1924, nr 129 z 2 VI Sylwia Kaszuba 115 Sylwia Kaszuba BRYTYJSCY JEŃCY WOJENNI w Miłoradzu Henryk (Horst) Burchardt, fot. G. Saniuk Jest jeszcze bardzo wcześnie rano, ale ludzie w Mielenz (dziś Miłoradz) już nie śpią. Mieszkają tu głównie gospodarze - katolicy i ewangelicy. Zwierzęta i praca na roli nie mogą czekać. Brukowaną, dobrze utrzymaną drogą, do swych codziennych obowiązków zmierzają bardzo młodzi mężczyźni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mają na sobie mundury i rozmawiają po angielsku. Wieczorem wrócą tą samą trasą. Najpóźniej o 20.00 muszą stawić się na „liczenie”. Na świecie ludzkimi losami targa wojna, jednak w żuławskich wsiach jakby jej nie widać. Tutejsi odczują jej zgubne dla Niemiec skutki dopiero w zimowe miesiące 1945 roku. Natomiast wspomnia-wcześniej mężczyźni to brytyjscy jeńcy. Wojenna posługa żołnierza może zakończyć się z kilku powodów - śmierci, ciężkiej choroby, odniesionych ran lub trafienia do niewoli. W tym ostatnim wypadku uzyskuje on status jeńca wojennego. Jeśli państwo, z którego pochodzi podpisało i ratyfikowało Konwencję Genewską, to z cała pewnością znajdzie się w obozie. Rzesza Niemiecka, a potem tereny przez nią okupowane zostały podzielone na okręgi militarne. Wolne Miasto Gdańsk, Korytarz Polski i zachodnie Prusy Wschodnie otrzymały nr XX. Według tego systemu ewidencjonowano znajdujące się na ich terenach obozy jenieckie. Los chciał, że Brytyjczycy pracujący w Mielenz trafili na wschód Europy do obozu - Stalag XXB Ma-rienburg- Willenberg (obecnie Malbork, dzielnica Wielbark). Został on założony w grudniu 1939 r. na Wielbarku i zajmował część obecnego Cmentarza Komunalnego. W lagrze znajdowały się kuchnia, łaźnia, plac apelowy, magazyny odzieżowe i baraki mieszkalne dla jeńców. Otoczony był drutem kolczastym. Przebywali w nim żołnierze narodowości francuskiej, brytyjskiej, belgijskiej, jugosłowiańskiej, radzieckiej, polskiej i włoskiej1. Znaczną część Brytyjczyków znajdujących się w stalagu stanowili Szkoci z 51 Dywizji Górskiej, którzy dostali się do niewoli w St. Valery we Francji w 1940 r. Swój pobyt w obozie tak wspominał młody Szkot Henry Owens, wzięty do niewoli 12 czerwca: Był to ponury, posępny obóz na obrzeżach Malborka, z typowym podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego, wieżyczkami strażniczymi i reflektorami. Przebywali tam 1 W. Jedliński, Malbork, dzieje miasta, Malbork 2000, s. 211. 116 Brytyjscy jeńcy wojenni w Miłoradzu Sylwia Kaszuba 117 rozmieszczeni w licznych budynkach jeńcy z wielu krajów. Zakwaterowano nas w długim baraku, spaliśmy na łóżkach piętrowych, pod którymi była goła ziemia, jak się potem okazało biegało po niej sporo szczurów. Strach wzbudzał w nas Unteroffizier Poznansky. On i jego rower stali się legendą wśród jeńców Stalagu XXB. Pomimo że w miejscu tym przebywaliśmy dopiero od trzech miesięcy, bardzo doskwierały nam niekończące się apele. Co prawda sami pogarszaliśmy swoją sytuację -przemieszczaliśmy się, gdy Niemcy próbowali nas liczyć. Strasznie się wtedy denerwowali, straszyli bronią. Pamiętam też naloty żandarmerii wojskowej na nasze kwatery, przeszukiwania prywatnych rzeczy i rewizje osobiste. Zabawnie było patrzeć, jak mężczyźni czekający na wspomniane przeszukanie wyrzucałi na ziemię placu apelowego niemieckie pieniądze lub inne drobne zakazane rzeczy, przykrywali je ziemią przy pomocy butów, bo nie wolno było się schyłić. Jeszcze zabawniej było, gdy już po wszystkim próbowali odzyskać swoje skarby. IF czasie pobytu w tym obozie razem z kolegą wykonywaliśmy przeróżne prace Jizyczne - załadunek barek rzecznych, budowa drewnianych baraków, praca w miejscowym szpitalu. Potem, razem z siedmioma współwięźniami, wysłano nas do komanda 946 w Elblągu — Prusy Wschodnie1. Jeńcy narodowości brytyjskiej, w porównaniu z innymi nacjami, byli traktowani dość przyzwoicie. Regularnie otrzymywali paczki z Czerwonego Krzyża, wymieniali korespondencję z rodziną. Stale spoczywał na nich jednak obowiązek pracy. Byli zatrudniani w obozowych magazynach, a znaczna część została rozlokowana w komandach roboczych. Jedno z nich znajdowało się w Miłoradzu przy obecnej ulicy Polnej 2 (przed wojną nr 49). 2 51hd.co.uk, 20.02.2017, tłumaczenie na język polski: Sylwia Kaszuba. 118 Brytyjscy jeńcy wojenni w Miłoradzu Jeńcy zatrudnieni w gospodarstwach rolnych poza nocami spędzonymi w zamknięciu_________ cieszyli się ogromnej, swobodą. Codziennie rano wartownicy rozprowadzali ich do różnych gospodarstw, gdzie pracowali przez cały dzień bez jakiegokolwiek nadzoru, wykonując często samotnie zlecone im przez gospodarza prace połowę, wyjeżdżali do sąsiednich wsi po zakupy, do młynów i tartaków, chodzili swobodnie po całej wsi, itp. Dopiero wieczorem wartownicy zbierali ich z powrotem, prowadzili do specjalnego pomieszczenia i zamykali niby zwierzęta na noc. Gospodarz, któremu na jego prośbę przydzielono jeńca do pracy, obowiązany był żywić go, dawać pościel do spania, prać mu bieliznę, słowem opiekować się przydzielonym niewolnikiem. Posiłki jeniec jadał razem z zatrudniającą go rodziną, co dawało gwarancję dobrego żywienia, bo mimo wojny i dużych kontyngentów nałożonych na rolników jedzenia na wsiach nie brakowało. Z tych też powodów praca na wsi była wyjątkowo atrakcyjna i zdrowa w porównaniu z innymi rodzajami zajęć, do których przymuszano jeńców, na przykład w ogromnych zakładach przemysłowych5. W miłoradzkiej komenderówce mieszkała grupa kilkunastu jeńców. Zajmowali oni część gospodarczą budynku pod spichlerzem. Pilnującemu ich wachmanowi przydzielono największy pokój w domu rodzinnym pani Anny (imię zmienione), mojej rozmówczyni. Była dzieckiem, ale doskonale pamięta „Anglików” lub „niewolników”, jak ich nazywała miejscowa ludność. Byli to młodzi mężczyźni. Bardzo sympatyczni, pogodni, skorzy do żartów. Jeden z nich miał żonę i córkę, z czułością pokazywał ich zdjęcia. Codziennie rano (oprócz niedziel) wszyscy jeńcy wychodzili do pracy. Cliff i Artur pracowali w piekarni Neumana. Pozostali u miejscowych rolników: Prepuszki, Ungera, Pulmana, Bielefelda, Lietza. Każdy gospodarz lub przedsiębiorca mógł złożyć do głównego obozu w Malborku zapotrzebowanie na pracownika. Jeśli nie był z niego zadowolony, miał prawo go wymienić. Jeńcy za swoją pracę otrzymywali wynagrodzenie zgodnie z zapisami Konwencji Genewskiej, których Niemcy starali się przestrzegać. Pani Anna wspomina, że komando robocze, w którym głównie wieczorami, nocą i w niedzielę przebywali jeńcy, było bardzo ładnie utrzymane: łóżka żelazne, wojskowe, piec żelazny podłączony do głównego wyjścia kominowego w domu. Na stole luksusy z paczek z CK, słodycze, kawa, mleko w proszku. Miejscowa ludność - teoretycznie - nie mogła z jeńcami utrzymywać żadnych kontaktów, nawet rozmawiać. W rzeczywistości bywało różnie. Moja rozmówczyni pamięta, że dzięki otworowi w kuchennej ścianie (przechodziła przez niego rura łącząca piec z kominem), kiedy wachman już spał, Brytyjczycy wrzucali gospodarzom do kuchni trochę słodyczy i papierosów. Natomiast, kiedy była ku temu okazja, jeden z nich żartował do małej wtedy Ani, że jak ta dorośnie, a on przeżyje, zabierze ją do Anglii. Córka gospodarzy niejednokrotnie miała sposobność zajrzeć do komenderówki, ponieważ znajdowała się w niej pompa, którą gospodarze czerpali wodę. Zatrudniani u gospodarzy jeńcy otrzymywali wyżywienie od swoich gospodarzy Zakaz spożywania wspólnych posiłków był często łamany i nierzadko można było zobaczyć dyskutujących przy jednym stole Niemców i Brytyjczyków. Tak było w domu pani Marty Lietz- mamy Horsta (dziś Henryka). Jej syn szczególnie ciepło wspomina Józefa, Szkota. 3 Z. M. Stryjecki, Podchorąży, wojna i Ślepy los, Warszawa 1974, s. 207 - 208 Sylwia Kaszuba 119 Pan Henryk jako dziecko co niedzielę zanosił Józefowi do komenderówki obiad. Taki obowiązek spoczywał na wszystkich gospodarzach zatrudniających jeńców. W zamian otrzymywał drobne upominki. Kiedy Józef bardzo poważnie zachorował, pani Marta czyniła starania, aby przez obóz główny został odesłany do swojej ojczyzny. Pomimo godziwych warunków bytowych, w porównaniu z nieludzko traktowanymi jeńcami rosyjskimi, każdy z tych młodych chłopców miał dwa marzenia. Pragnęli oni końca wojny i powrotu do swoich ojczyzn. Pani Anna pamięta, że jesienią 1944 przyjechał po jeńców samochód. Nie wie, dokąd ich zabrano. Przypuszczalnie wrócili do obozu głównego i o ile nie byli obłożnie chorzy, zostali ewakuowani ze współtowarzyszami niedoli w styczniu 1945 roku. Niedługo potem mieszkańcy Mielenz również opuścili wieś - 24 stycznia 1945 r. spakowali na wozy swój dobytek, jedzenie dla koni. O godzinie 9.00 przyłączyli się do ogromnej fali uchodźców ze wschodu, uciekających przed Armią Czerwoną. Wielu straciło życie. Czy spotkali po drodze kolumnę żołnierzy ewakuowanych ze Stalagu XXB? Część dawnego komanda roboczego w Miłoradzu, fot. ze zbiorów Katarzyny i Jana Burchardt 120 Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 - 1988 Andrzej Lubiński Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 - 1988 Organizacją skupiającą w swoich szeregach przedstawicieli inteligencji, rzemieślników, kupców były początkowo Kluby Demokratyczne powstałe w zabytkowej kamienicy Książąt Mazowieckich 16 października 1937 w Warszawie. Podczas I Kongresu Klubów Demokratycznych obradującego w stolicy od 15 - 16 kwietnia 1939 roku powołano do życia partię o nazwie Stronnictwo Demokratyczne z prezesem Rady Naczelnej dr Mikołajem Kwaśniewskim, prof. Marcelim Handelsmanem i Manfredem Krłedlem jako wiceprezesami. Prezesem Zarządu Głównego Stronnictwa Demokratycznego został prof. Mieczysław Michałowicz, wiceprezesami dr Stanisław Więckowski i Jerzy Makowiecki. Osobą, która doprowadziła do założenia tej partii po zakończeniu II wojny światowej w Sztumie był Mieczysław Tomaszewski, sekretarz Zarządu Miasta Sztum. Pierwszego września 1945 roku w sali posiedzeń zarządu, mieszczącego się w budynku przy dzisiejszym rondzie Powiśla doszło do zebrania założycielskiego Stronnictwa Demokratycznego. Pierwszym przewodniczącym samodzielnego koła w Sztumie został burmistrz Franciszek Wojciechowski, przed wojną kierownik oddziału Związku Polaków w Niemczech w Sztumie. historycznym zebraniu dla nowo powstałej partii uczestniczyły 4 kobiety i 24 mężczyzn. Do zarządu weszło pięciu członków. Obok Wojciechowskiego byli to: Legitymacja SD Antoniego Handke, fot. archiwum rodzinne Andrzej Lubiński 121 Leon Orlikowski jako wiceprzewodniczący, naczelnik Obwodowego Urzędu Pocztowo--Telekomunikacyjnego w Sztumie oraz sekretarz Mieczysław Tomaszewski (pełnił również funkcję sekretarza samodzielnego koła działającego przy Zarządzie Miejskim w latach 1945 - 1948), Teodor Górski - skarbnik oraz Konrad Klein. Najważniejszym zadaniem, jakie postawiła sobie partia to odgruzowanie zniszczonych domów mieszkalnych, prawidłowe rozmieszczenie osób przybywających do miasta po zawierusze wojennej, by podjąć pracę w administracji, oświacie, kulturze, zadbanie o zaopatrzenie ludności w żywność, naprawa linii kolejowej, wysokiego napięcia, uruchomienie urządzeń komunalnych, opieka nad ludnością autochtoniczną i przywracanie jej utraconego mienia przez nowoprzybyłych osiedleńców, którzy traktowali ją jako Niemców. Do realizacji tych zadań przyczynili się Jan Pawlak który uruchomił linie wysokiego napięcia, Józef Piernicki - organizator usług i handlu, Joachim Dumalski - pierwszy nauczyciel szkolnictwa podstawowego w Sztumie, Edmund Kreński - organizator Cechu Rzemiosł Różnych, Włodzimierz Bogacki - architekt, Jerzy Pronin - kierownik działu finansów i organizujących się władz administracyjnych w mieście. Ze względu na stan zdrowia na początku 1950 roku zrezygnował z funkcji przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego Franciszek Wojciechowski. Nowym przewodniczącym został Józef Peak, a od końca 1951 roku Alojzy Glemma. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych szkolenia ideologiczne dla członków prowadził Firmaniuk z Elbląga. W roku 1953 sztumskim Stronnictwem Demokratyczym kierował Konstanty Klin, aktywnie działający w środowisku rzemieślniczym. W zorganizowaniu Koła Rzemieślniczego pomagali mu Florian Domański i Alojzy Patocki. Efektem tego było utworzenie samodzielnego koła Stronnictwa Demokratycznego 19 października 1955 roku. 122 Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 - 1988 Członkowie Stronnictwa aktywnie pracowali w powstałej Radzie Narodowej. Sędzia sądu grodzkiego, a niebawem powiatowego Franciszek Tunikowski i Lucjan Tomaszewski, sekretarz sądowy i tłumacz przysięgły języka niemieckiego, weszli w skład zarządu Miejskiego Domu Kultury. W przeprowadzanych czynach społecznych wyróżniali się Alojzy Patocki, Jan Pawlak, Florian Domański, Edmund Kreński, Bernard Karabin. W organizacjach sportowych aktywni byli Lucjan Tomaszewski i Bernard Zajdowski. Liczebność członków SD w połowie roku 1955 wynosiła 41 członków, w tym 10 rzemieślników. Do zarządu kola rzemieślniczego wchodził jako przewodniczący Alojzy Patocki, sekretarzem był Jan Dolny, skarbnikiem Jan Wróblewski. Rzemieślnicy powołali do życia Spółdzielnię Rzemieślniczą Warmia, kierowali nią Florian Domański i Alojzy Patocki. Działalność „Warmii” w początkowym okresie była dobra, jednak w latach 1956 - 1957 podupadła i doszło do jej likwidacji. Prezydium Wojewódzkiego Komitetu Stronnictwa w Gdańsku wyraziło zgodę, aby sztumscy aktywiści Stronnictwa powołali Powiatowy Komitet 13 listopada 1955 roku. W pierwszym zjeździe powiatowym delegatów SD w Sztumie z ramienia komitetu wojewódzkiego SD uczestniczyli sekretarz Aleksander Kornak i Józef Karwacki. I Zjazd SD otworzył Konstanty Klin. Obradom przewodniczył Franciszek Wojciechowski. Natomiast referat sprawozdawczo-programowy wygłosił Lucjan Tomaszewski, pełniący od roku 1953 funkcję sekretarza Stronnictwa. Zebrani przyjęli uchwałę w sprawie rozwoju szeregów członkowskich SD, wzmożenia aktywności w ramach Frontu Jedności Narodu, budownictwa komunalnego, drobnej wytwórczości, współpracy międzypartyjnej, powołania koła miejskiego w Dzierzgoniu. W roku 1955 było 42 członków SD. Do władz powiatowych SD weszli, przewodniczący Lucjan Tomaszewski, wiceprzewodniczący Władysław Strzemżalski, lekarz weterynarii, sekretarz Jerzy Pronin, członkowie Piotr Łapka i Franciszek Wojciechowski. Pierwszym sukcesem władz powiatowych SD było uzyskanie lokalu na siedzibą Cechu Rzemiosł Różnych przy ówczesnej ulicy Sądowej 14 (w zamku), dzisiaj ulica Galla Anonima. Od października 1955 roku działało koło miejskie w Dzierzgoniu i liczyło 12 członków. Przewodniczącym został brat Lucjana Tomaszewskiego Napoleon, sekretarzem Stanisław Gregorkiewicz, skarbnikiem Jan Ługowski. Podczas II powiatowego zjazdu odbytego 13 lipca 1957 roku przyjęto uchwalę w sprawie aktywizacji miast Sztumu i Dzierzgonia w celu uruchomienia szkoły średniej i budowy stadionu. Z ramienia władz wojewódzkich SD uczestniczył członek prezydium Henryk Wawrzyniak. Przewodniczącym został Lucjan Tomaszewski, sekretarzem Jerzy Pronin. Stronnictwo liczyło 59 członków. 17 października 1959 miał miejsce kolejny zjazd. Poświęcony był pracy terenowych kół Stronnictwa, pracy radnych członków tej partii w radach narodowych. Sztumska organizacja liczyła 62 członków. Nadal kierowali nią Lucjan Tomaszewski oraz Jerzy Pronin. 1 kwietnia 1962 odbył się kolejny zjazd, jako goście uczestniczyli przedstawiciele władz wojewódzkich SD Antoni Lebiedź i Henryk Wawrzyniak. Przyjęto uchwałę odnośnie szkolenia ideologicznego w kołach oraz popierania budownictwa mieszkaniowego z uwzględnieniem Dzierzgonia. Władze powiatowe SD pozostały bez zmian a liczebność Andrzej Lubiński 123 organizacji wzrosła do 67 członków. Gdy doszło do kolejnego zjazdu w Sztumie 4 lip-ca 1964 roku goszczono przedstawiciela Komitetu Centralnego partii Sędzierowskiego oraz władz wojewódzkich Henryka Wawrzyniaka. Tematem wiodącym był szerszy udział Stronnictwa w rozwoju powiatu oraz podniesienie poziomu metod pracy z aktywem partyjnym. Liczebność członków wynosiła już 74 osób. Gdy 18 marca 1967 roku odbywał się kolejny zjazd omawiano problem większego udziału rzemieślników w nowo powstałej Spółdzielni Rzemieślniczej Zaopatrzenia i Zbytu. Do Sztumu przybył członek władz krajowych SD Czesław Malinowski oraz wojewódzkich -Antoni Lebiedź. Liczebność partii zwiększyła się o 13 nowych członków. Siódmy zjazd odbył się 8 kwietnia 1970 roku. Głównym tematem była sprawa pracy klubów radnych, reorganizacja zarządów kół. Z Warszawy przybył Zdzisław Klimczak a z województwa gdańskiego Antoni Lebiedź i Wróblewski. 18 maja tego roku powołano do życia nowe koło SD działające w Zrzeszeniu Prywatnego Handlu i Usług. Władze powiatowe działały jak w poprzednich zjazdach. Wzrosła liczba członków do 114. Ósmy zjazd powiatowy jaki odbył się 20 maja 1974 roku i poprzedził pierwszy zjazd delegatów miasta Dzierzgonia 30 kwietnial973 roku, połączony z poświęceniem sztandaru. Na tę uroczystość przybyli przedstawiciele władz wojewódzkich partii oraz Lucjan Tomaszewski i Florian Domański ze Sztumu. Organizacja dzierzgońska liczyła 71 członków. W Sztumie dotychczasowy przewodniczący SD Lucjan Tomaszewski otrzymał honorowy dyplom zasłużonego członka SD. Nowym przewodniczącym Stronnictwa został dotychczasowy przewodniczący Koła Miejskiego w Sztumie dyrektor Banku Narodowego Odsłonięcie pomnika Rodła 1956. Sztumscy członkowie SD, od lewej - Domański, Wawrzyniak, Morawska, Kornak, Wojciechowski, Tomaszewski, Smoliński. 124 Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 - 1988 w Sztumie Antoni Handke, a na sekretarza wybrano Danutę Obroślińską. Organizacja powiatowa liczyła 142 członków. Do najbardziej aktywnych działaczy SD należeli Maria Szulc, Wiktoria Fichauser Daniłow, Helena Tomaszewska, Waleria Lepka, Stanisława Domańska, Florian Domański, Gerard Zajdowski, Jan Ługowski, Antoni Handke, Kazimierz Omieczyński i Karol Myszka. Działalność członków Stronnictwa Demokratycznego wysoko ocenił przewodniczący Centralnego Komitetu SD wicemarszałek Sejmu Andrzej Benesz, gdy przebywał w Sztumie w dniu 6 marca 1972 roku. Od początku 1975 roku w Sztumie działał Miejski Komitet SD posiadający trzy koła. Pierwszy Zjazd Delegatów Miejskiego Komitetu SD oraz poświęcenie sztandaru partii miało miejsce 23 lutego 1976 roku w Cechu Rzemiosł Różnych. Przybyłych delegatów i gości powitał Antoni Handke i Edmund Kreński. Do kroniki wpisało się dwudziestu gości reprezentujących partie, organizacje społeczne, samorządy. W wyborach do Sejmu i Rad Narodowych w komisjach wyborczych zasiadali Teresa Urbanowicz, Kazimierz Omieczyński, Antoni Handke, Stanisław Czarnik, Franciszek Gorczyca. Radnym wojewódzkiej Rady Narodowej w Elblągu został Antoni Handke. Jesienią 1976 roku ważnym wydarzeniem było otwarcie Młodzieżowego Domu Kultury. Był on wybudowany częściowo w czynie społecznym. Przewodniczącym społecznego komitetu był Antoni Handke. Duży wkład w budowę MDK miała Wielobranżowa Spółdzielnia Rzemieślnicza, w której działało wielu członków Stronnictwa Demokratycznego. 29 września w Sztumie goszczono członka władz krajowych SD ministra łączności Tadeusza Kowalczyka i sekretarza wojewódzkiego SD Włodzimierza Soroki. Minister Kowalczyk wpisał się do księgi pamiątkowej MDK. W^ roku 1977 członkowie Stronnictwa Demokratycznego brali aktywny udział w tur-nieju miast w ramach Banku 440. Byli to Lucjan Tomaszewski, Henryk Lipski, Antoni Handke. Ten ostatni wchodził w skład komitetu organizacyjnego. Podczas wyborów do Rad Narodowych szczebla podstawowego w roku 1978 Henryk Lipski został zastępcą przewodniczącego Miejsko-Gminnej Rady Narodowej w Sztumie, Tadeusz Urbanowicz członkiem komisji rozwoju gospodarczego, a Ryszard Nehring członkiem. Wiktoria Fichauser Daniłow została zastępcą przewodniczącego Gminnej Rady Narodowej w Ryjewie. Członkowie SD włączyli się w akcję przeglądu zakładów rzemieślniczych oraz stwierdzenie jak wygląda aktualny stan gospodarczy. Drugi zjazd Miejskiego Komitetu SD odbył się 26 września w pomieszczeniach Muzeum Powiśla. Organizacja partyjną kierowali A. Handke, L. Tomaszewski, H. Lipski, Teresa Urbanowicz. Najważniejszym zadaniem, jakie stanęło przed kierownictwem partii SD w roku 1979 była ocena pracy samorządu mieszkańców, radnych, Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej, udział w partyjnym czynie społecznym we wrześniu oraz przyłączenie do eks-ploatacji nowych 200 numerów centrali telefonicznej w Sztumie. Z inicjatywy miejskiego komitetu SD w Sztumie Izba Rzemieślnicza w Malborku powołała pełnomocnika w Sztumie Józefa Sejkę, który przyjmował zlecenia na prace, jakie mieli wykonywać rzemieślnicy skupieni w izbie malborskiej. Dwukrotnie członkowie władz SD uczestniczyli w posiedzeniach komisji stronnictw politycznych, gdzie była Andrzej Lubiński 125 omawiana sytuacja społeczna polityczna i gospodarcza po strajkach jakie miały miejsce na Wybrzeżu w sierpniu 1980 roku. Ustalano kierunki poprawy sytuacji w różnych dziadzinach wspólnie z członkami władz PZPR, ZSL SD. W lutym 1981 odbył się trzeci Zjazd SD w atmosferze napięć społecznych, strajków. Nowym przewodniczącym partii został znany od 1958 roku sztumski fotograf Henryk Lipski. W zjeżdzie uczestniczyło 60 członków partii, z czego 45 było delegatami. 3 maja 1981 roku w MDK została zorganizowana przez członków SD uroczystość z okazji rocznicy Konstytucji 3 maja 1791 roku. Referat poświęcony wygłosił Henryk Lipski, z programem artystycznym wystąpiły uczennice ze Szkoły Podstawowej nr 2 im. Maksymiliana Golisza pod opieką nauczycielki języka polskiego Barbary Radkowskiej. Delegatami na XII Kongres SD do Warszawy zostali Lucjan Tomaszewski i Antoni Handke. W prezydium Kongresu zasiadł Lucjan Tomaszewski. Nowym przewodniczącym władz krajowych SD został prof. Edward Kowalczyk. Po powrocie z kongresu na zebraniach w Sztumie i Prabutach delegaci ze Sztumu przedstawiali uchwały kongresu. 13 marca 1984 zmarł po długiej chorobie Antoni Handke. W listopadzie doszło do czwartego Zjazdu Komitetu Miejskiego Stronnictwa Demokratycznego. Obecnych było 30 delegatów. Wśród gości byli Bolesław Grabowski, I sekretarz PZPR, Czesław Duda, przewodniczący MRN, Stanisław Fabich, przewodniczący ZSL, Alfons Poćwiardowski, przewodniczący PRON, naczelnik miasta Elżbieta Kotulska. Lucjan Tomaszewski został honorowym przewodniczącym SD. Delegatem na XIII Kongres SD został wybrany nowy przewodniczący Henryk Lipski. Z okazji 30 rocznicy założenia powiatowego komitetu SD odbył się 13 listopada 1985 roku wieczór koleżeński w kawiarni Amator. Przybyło 40 osób. Wspominano dzieje SD w mieście i powiecie. 126 Przyczynki do dziejów Stronnictwa Demokratycznego w Sztumie 1945 — 1988 Na wspólnym posiedzeniu komitetów PZPR, ZSL, SD w roku 1987 dokonano oceny pracy międzypartyjnej, omawiano kwestię patologii społecznej. Z okazji święta konstytucji 3 Maja referat wygłosił Jacek Handke. Medal za zasługi dla ziemi elbląskiej otrzymali Ewa Lewicka, Ewa Kozłowska, Lidia Zatz, Adam Kopij, Kazimierz Laskowski, Stanisław Czarnik. 7 grudnia odbyło się spotkanie członków SD z posłem na Sejm Stanisławem Barańskim z Elbląga, uczestniczyło w nim 72 członków. Na spotkaniu byli również prezes „Spółdzielni Spożywców”, prezes „Społem”, prezes Spółdzielni Rzemieślniczej, naczelnik Miasta i Gminy Sztum. W roku 1988 Polaszkach zorganizowano święto konstytucji 3 maja. Program artystyczny został przygotowany przez młodzież ze szkoły w Postolinie pod kierownictwem dyrektora Jana Ziarki. Uczestnikami w tej uroczystości byli Lucjan Tomaszewski i Henryk Lipski. W Sztumie w dniu 3 maja obchodzono uroczyście święto Stronnictwa Demokratycznego w klubie Zakładu Karnego Kwadro. Połączone było z kolejną 51 rocznicą powstania w stolicy Stronnictwa Demokratycznego. Przybyło 129 gości i członków partii. Z władz wojewódzkich przybyli wiceprezes ZSL Benedykt Branolt, przewodniczący komisji rewizyjnej SD Józef Grudziński, kierownik wydziału prasy SD Elżbieta Maskiewicz, władze lokalne reprezentowali: I sekretarz PZPR Bolesław Grabowski, przewodniczący Miejsko-Gminnej Rady Narodowej Czesław Duda, wicenaczelnik Mieczysław Kłopotowski. Referat na temat 50-lecia istnienia SD wygłosił A. Gałęzewski. Po przełomie ustrojowym w Polsce w roku 1989 działalność Stronnictwa zaczęła powoli zamierać. 12 maja 1992 roku Helena Tomaszewska przekazała kronikę, jaką prowadził przez wiele lat jej mąż Lucjan Tomaszewski, Henrykowi Lipskiemu, przewodniczącemu SD. Kronika, na podstawie której powstał ten tekst, stanowi kapitalne źródło do poznania dziejów tej organizacji. Ostatnie zebranie Stronnictwa Demokratycznego miało miejsce w roku 2001 w sali Cechu Rzemiosł Różnych przy ulicy Jagiełły 22. Martin Teschendorff 127 Martin Teschendorff SZTUM OBRAZKI MOJEGO DZIECIŃSTWA PALI SIĘ, PALI... Kiedy dokładnie Sztum otrzymał dwie syreny strażackie, tego nie pamiętam. Jedna znajdowała się między apteką a sklepem meblowym [obecnie ul. Jagiełły, odchodząca od Galla Anonima], druga w okolicy poczty. Musiało to być w latach trzydziestych. To ówczesne osiągnięcie techniczne wyparło trąbkę, tradycyjny sposób ogłaszania alarmu pożarowego. Jeżeli dobrze pamiętam, pan Bucholz wygrywał na niej różnych melodie, w zależności od tego, czy pożar był mały, lub duży, poza miastem, czy w samym Sztumie. Trębacz chodził po mieście i był słyszalny w każdym zakątku. Następca pana Bucholza nie miał już takiego talentu. Udawało mu się zaledwie wydobywać z trąbki wysokie, niemelodyjne dźwięki. Poza ogłaszaniem alarmu pożarowego w mieście trąbka odzywała się zawsze wczesnym rankiem 1 maja na przywitanie i pozdrowienie tego wspaniałego miesiąca. Zainstalowane syreny, jak na tamte czasy, były prawdziwym cudem techniki. Na metalowym maszcie wisiała czerwona skrzynka, a w niej za szklaną szybą znajdował się spory drewniany uchwyt. W chwili pojawienia się zagrożenia pożarowego przeważnie młodzi ludzie pędzili w stronę syren, aby je uruchomić. Nie lada frajdą było rozbić szybę, mocno pociągnąć za drewniany uchwyt i wydobyć z syreny potężne wycie. Jej ryk stawiał na równe nogi wszystkich strażaków, którzy natychmiast zbiegali na Schiitzenstrasse [dziś Baczyńskiego], gdzie parkowało auto strażackie. Zawsze podziwialiśmy, jak to zegarmistrz Kunick, jako pierwszy w uniformie, hełmie i ze strażackim toporkiem za pasem gonił na miejsce zbiorki. Nocą syreny brzmiały zawsze niesamowicie i straszniej niż za dnia. Dla nas, dzieci miały one dużą siłę przyciągania i robiły na nas ogromne wrażenie. Kiedy strażacy już dawno popędzili do pożaru swoim niesamowicie głośnym autem, my jeszcze długo staliśmy wokół skrzynki z syreną, a co odważniejsi dotykali drewnianego uchwytu, próbując wydobyć jeszcze choćby niewielki dźwięk. Ale do tego było potrzeba było siły dorosłego mężczyzny i nam się to nigdy nie udawało. Zresztą prędzej, czy później, byliśmy przez dorosłych przepędzani z tych miejsc. Zabawa syreną pożarowa była surowo zabroniona. W tamtych czasach nikt nie przypuszczał, że Sztum będzie kiedyś przeżywał alarmy przeciwlotnicze. Do ich ogłaszania syreny strażackie nie nadawały się. W latach czterdziestych, kiedy to i nad naszymi okolicami pojawiały się wrogie samoloty, ostrzegały przed nimi klaksony aut. 128 Sztum - obrazki mojego dzieciństwa ELEGANCKI KLIENT Centralne Więzienie w Sztumie zajmowało spory, osobny kwartał miasta, a przez nas było w skrócie nazywane po prostu „Centralne”. Z daleka nigdy nie robiło nieprzyjemnego wrażenia: otoczone wysokim murem, wokół którego stały bardzo ładne domy. Przybywającym do miasta od strony dworca rzucała się w oczy charakterystyczna wieżyczka kaplicy więziennej. Przed laty do zakładu mego ojca zaszedł elegancki, nienagannie ubrany mężczyzna. Jak to podczas wizyt u fryzjera bywa, rozpoczęła się niezobowiązująca rozmowa. Nieznajomy wykazywał duże zainteresowanie miastem. W pewnym momencie zapytał jowialnie: Powiedzcie mi, panie majstrze, a ten imponujący budynek, który mija się po lewej, idąc od dworca w stronę miasta, ten z wieżą budząca respekt, co to takiego? Ojciec poinformował go, że to Więzienie Centralne, a wieżyczka, którą podziwiał to część kaplicy więziennej. Nieznajomy z dużym zainteresowaniem wysłuchał odpowiedzi, a dalsza rozmowa potoczyła się na inne tory. W końcu dochodzi do zapłaty, klient zakłada swój elegancki płaszcz. drzwiach zakładu mija się ze znanym urzędnikiem z „Centralnego”. Lekko speszony, bardzo uprzejmie go pozdrawia, uchylając przy tym kapelusz. Opuszcza szybko zakład ojca. Jak to zwykle bywa w małym mieście, gdzie ludzie ciekawi są nowinek, także urzędnik został zapytany, czy zna może eleganckiego jegomościa, z którym właśnie się wyminął? „Znać to chyba nie jest odpowiednie określenie — odrzekł. — Otwierałem mu wielokrotnie drzwi podczas odbywania przez niego wieloletniej kary więzienia w naszym „Centralnym”. Dziś został zwolniony. Z GŁOWĄ POD PACHĄ DO FRYZJERA Mój ojciec Richard Mularski (później zmienił nazwisko na Teschendorff) słynął z dużego poczucia humoru. W latach dwudziestych, kiedy był wydawany „Stuhmer Zeitung” (Gazeta Sztumska), dał tam ogłoszenie, że w jego zakładzie golenie jest za darmo, jedynie za namydlenie trzeba zapłacić. Golenie kosztowało wtedy 20 fenigów, a z wodą kolońską 25. Na to ogłoszenie odpowiedziało trzech kolegów ojca, także znanych dowcipnisiów. Otóż spotkali się w lokalu Lewandowskiego, będącego po drugiej stronie Rynku. Tam namydli sobie twarze i zabezpieczywszy kołnierzyki serwetkami, przeszli przez plac rynkowy do zakładu ojca! Tu oczywiście nikt nie mrugnął nawet okiem - golenie było za darmo! Przypuszczam, że nawet z dodatkiem wody kolońskiej. 1 kwietnia do zakładu ojca przyszedł uczeń ze sklepu mięsnego Schmidta, mieszczącego się także przy Rynku, o dwa domy dalej. Pod pachą trzymał wędzoną głowę prosiaka. Nic nadzwyczajnego, w każdym oknie wystawowym sklepu rzeźnika stał taki symbol tego fachu, zakonserwowany przez wędzenie, z cytryną pomiędzy zębami i dużymi szklanymi kulkami w miejscu oczu. Chłopiec z miną niewiniątka prosił, żeby głowę prosiaka nasmarować pomadą fryzjerską. Od razu wiadomo było, że to żart primaaprilisowy, ale mój ojciec z poważną miną odpowiedział: Oczywiście, proszę po odbiór zgłosić się za godzinę. Martin Teschendorff 129 Zakładfryzjerski Richarda Mularskiego (Teschendorjfa) i jego pracownicy, fot. archiwum Po godzinie uszminkowana na cyrkowego clowna głowa została odebrana... Podczas wojny, kiedy to różnych rzeczy brakowało, ktoś rozpuścił wieść, że u fryzjera łeschendorffa można kupić latarki na baterie. Kiedy klienci zaczęli się o nie dopytywać, ojciec niczemu nie zaprzeczał, tylko ze spokojem odpowiadał, że można je nabyć nie u niego, tylko w piekarni pani Woelk. No i wszyscy amatorzy latarek tam się kierowali. PIERWSZY ŚNIEG Gdy wspominam sztumskie dzieciństwo, to pamięć często przywołuje obrazy zimy z tamtych lat. Jakże różniły się od dzisiejszych... Drogi całymi tygodniami byłe skute lodem, jazda nimi prawie niemożliwa, nawet dobrze podkute zaprzęgi konne nie dawały sobie rady. Co roku zimę w szkole witaliśmy wypracowaniem pt „Pierwszy śnieg”. Po kilku dniach śnieg nie był już żadną wielką atrakcją, ale czymś zwyczajnym. Trwał czas codziennych zabaw na sankach. Najlepiej nadawały się do tego pagórki w Parku Miejskim i pobliska góra z wiatrakiem. Kiedy zamarzało Jezioro Sztumskie przenosiliśmy się na pagórki majątku Zajezierze. Tam można było poszaleć, zjeżdżając na sankach w dużo szybszym tempie -niestety, inspektor majątku nie patrzył na te nasze zabawy zbyt przychylnie. Także narty, proste deski przypięte do butów, były wtedy bardzo popularne, nie tylko do zjeżdżania, ale i wędrówek, np. do gospody Lindenkrug [na Zajezierzu], co było często traktowane jako wyzwanie sportowe. 130 Sztum — obrazki mojego dzieciństwa W lesie niedaleko Grzępy (Neu-Hakenberg) młodzież miała swoją „prawdziwą1 skocznię i tam pokazywali, jacy są odważni, nam, młodszym wystarczała zjeżdżalnia saneczkowa przy zajeździe Wiebe. Na ulicach miasta powozy konne zastąpiły sanie. Jako dzieci czatowaliśmy na nie, szczególnie na Przedzamczu w okolicy dróg z Postolina czy Sztumskiej Wsi. Jeżeli nie jechały zbyt szybko, to mogliśmy podczepić nasze sanki i podjechać co najmniej pod hotel Królewski Dwór, lub nieco dalej aż do Lewandowskiego, tam stawiano konie na odpoczynek. Sztum zimą— dla nas dzieci — był miejscem niewyczerpanych zabaw i atrakcji. PODKOLANÓWKI SYMBOLEM WIOSNY Zimy były zawsze mroźne, lod na długo skuwał oba jeziora, a my już z utęsknieniem wypatrywaliśmy wiosny. Kiedy w końcu nadeszła, życie powracało do pięknych ogrodów nad Jeziorem Sztumskim. Szczególnie okazały należał do dentysty dr. Ehlenberga. Któ-regos razu już latem zakwitła u niego palma (co prawda w wielkiej donicy), a wiadomość o tym trafiła nawet do miejscowej gazety. Coniedzielny spacer rodzinny do gospody Lindenkrug sprawiał wiosną jeszcze większą przyjemność, jako że my, dzieci, mogliśmy korzystać z placu zabaw przy lokalu. Do stałego wiosennego rytuału należał w święto Wniebowstąpienia spacer całą rodziną do Grzępy. Wstawaliśmy wcześnie rano i wędrowaliśmy Szosą Malborską (Marienburger Chaussee), a potem skręcaliśmy w lewo w las. W zajeździe Wiebego kupowało się pierwsze zielone szparagi i tak obiad tego dnia mieliśmy już zapewniony. (Dziś wiele się tam zmieniło - lokal „Wiebe” nie istnieje, w jego miejscu leśniczówka [dopisek autora dotyczy lat 60 ubiegłego wieku].) Innym celem naszych wiosennych wycieczek było Ryjewo. Jechaliśmy tam oczywiście pociągiem. Ryjewo było bardzo chętnie odwiedzane, było dużo lokali, w których rodziny przy cieście i kawie mogły miło spędzać czas. Jednak najbardziej wszyscy czekaliśmy na wiosnę z jeszcze jednego powodu! Żeby w końcu móc zdjąć nielubiane rajstopy i założyć podkolanówki. Tak, podkolanówki były dla nas prawdziwym symbolem wiosny! KATASTROFA SAMOLOTU 16 czerwca 192? roku miałem dopiero cztery lata, ale bardzo mocno oczekiwałem pojawienia się samolotu, z ktorego miał zostać zrzucony wieniec podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poległych żołnierzy I wojny światowej. Początkowo razem z moim rodzeństwem staliśmy, jak wszyscy, pod właśnie odsłanianym pomnikiem. Panował tam, jak zawsze podczas takich uroczystości, duży tłok. Aby lepiej zobaczyć nadlatujący samolot cała nasza trójka pobiegła wzdłuż Friedrich-Ebert-Strasse [obecnie parking przy ul. Jagiełły] na Rynek. Zobaczyliśmy, że był opustoszały, nie było na nim nikogo. Jak dziś pamiętam dokładnie, co się zdarzyło: byliśmy akurat na rogu przy sklepie Baumgarta, gdy usłyszeliśmy warkot silnika nadlatującego samolotu. Ale jakaż ogromna trwoga nas ogarnęła! Warkot samolotu nagle ucichł i maszyna runęła na Rynek tuż przed sklepem Albrechta! Martin Teschendorff 131 Szczątki motoszybowca na Rynku. Po prawej Richard Teschendorff (w cylindrze), fot. archiwum Wszyscy zgromadzeni na placu Bismarcka natychmiast przybiegli, także nasi rodzice, pełni niepokoju, szukali nas w tłumie gapiów. Maszt flagi na budynku Rosenthala był wygięty, czyli fragment samolotu musiał o niego zawadzić. Części maszyny znaleziono w pobliżu katolickiego domu parafialnego, podczas nadlatywania nad miasto musiał być uszkodzony. PIERWSZY LOTNIK-SZYBOWNIK PRUS ZACHODNICH1 16 czerwca 1929 roku pozostał dla Sztumu dniem pamiętnym i pełnym wydarzeń. Tego dnia na placu Bismarcka (Bismarckplatz) miał zostać odsłonięty pomnik pamięci poległych w I wojnie światowej. Wyjątkowość tej uroczystości miała zostać podkreślona specjalną oprawą. Ferdinand Schulz, który wcześniej był nauczycielem w Nowym Targu (Neumark) w powiecie sztumskim, miał podczas tej uroczystości zrzucić z samolotu wieniec kwiatów. Ceremonia odsłonięcia dobiegała już prawie końca, a oczekiwany samolot nadal nie nadlatywał. Przygotowywano się już do przemarszu uczestników przez miasto, kiedy dały się słyszeć odgłosy silnika samolotu, na który wszyscy czekali. Najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. Wszystkie głowy podnoszą się w górę, każdy chce zobaczyć ten wspaniały moment zrzucenia wieńca z samolotu. Ferdinand Schulz wchodzi swoim odkrytym jednopłatowcem w zakręt, tak jakby chciał wykonać rundę honorowa i nagle maszyna zaczyna drgać, trząść się i kołysać. Krzyk grozy wydobywa sie z setek gardeł. Jedni z przerażeniem obserwują, inni nie mogąc znieść tego widoku, pełni trwogi odwracają wzrok. Trwało to tylko sekundy i samolot rozbija się na Rynku! Ogromny huk i zaraz 1 Aby uzupełnić wspomnienie autor przytacza artykuł ze „Stuhmer Zeitung”, który ukazał się rok po katastrofie (1930). 132 Sztum - obrazki mojego dzieciństwa W rocznicę katastrofy odsłonięto kamień upamiętniający Ferdinanda Schulza, fot. archiwum potem pełna grozy cisza. Ferdinand Schulz i towarzyszący mu Bruno Keiser giną na miejscu. Spadający samolot wygiął maszt flagi na budynku Rosenthala i rozbił sie tuż przed księgarnią Albrechta. Po całym Rynku leżą porozrzucane części samolotu. Po pierwszych sekundach przerażenia wszyscy biegną na rynek, który w momencie katastrofy był pusty. Wspaniały uroczysty dzień przybrał tak tragiczny obrót. Fragmenty samolotu znaleziono na drzewie jednego z ogrodów nad Jeziorem Zajezierskim. Po roku od tragedii odsłonięto kamień upamiętniający lotnika z inskrypcją: Pionierowi szybownictwa Ferdinandowi Schulzowi, nauczycielowi z Nowego Targu (Neumark) powiat Sztum. 16 czerwca 1929 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poległych w wojnie światowej z towarzyszącym mu Bruno Keiserem wykonywali rundę honorową, podczas której tragicznie zginęli, rozbijając się w tym miejscu. WSPOMNIENIA LAT SZKOLNYCH „Fahrschuler“ - jeżdżący uczniowie - to w czasach dzieciństwa w Sztumie nie byli bynajmniej młodzi ludzie, pobierający lekcje jazdy samochodem. Takie określenie przylgnęło do dojeżdżających codziennie do szkół w Kwidzynie lub Malborku2. Moja starsza siostra Ursula jeździła do Kwidzyna. Była uczennicą Herman-Balk-Schule. Wczesne wstawanie dotyczyło nas wszystkich. O Malborku można powiedzieć, że mia-sto to leży przy dworcu, o Sztumie już nie. Dzieci z Przedzamcza i okolic Rynku miały 2 Od 1933 roku nie było w Sztumie szkoły na poziomie gimnazjalnym lub średnim Martin Teschendorff 133 spory kawałek do dworca, takiego spaceru dzisiejszym uczniom nikt by nie życzył. Zresztą teraz załatwiają sprawę dowozu szkolne autobusy. Ale i wtedy pokonanie drogi do dworca nie było dla nas problemem. Przed 1939 rokiem kursował tam nawet przepiękny autobus Bukowskiego. Za niewielką opłatą można było rano nim dojechać. Po południu, po szkole, oczywiście także w przeciwnym kierunku. Dużo chodziło się, lub jeździło rowerem. W pociągu nasze bilety miesięczne były rzadko sprawdzane, jako że cała nasza dojeżdżająca ferajna była konduktorowi bardzo dobrze znana. Starsi uczniowie mieli swoje stałe miejsca w wagonie, a my młodsi siadaliśmy gdzie popadło, tam, gdzie było wolne. Często w pociągu szybko odrabialiśmy zadane prace domowe, np. wkuwanie słówek odbywało się zawsze rano. Pilnie wykorzystywane były też opóźnienia pociągów. W Malborku starsi uczniowie wyłapywali przy wyjściu z dworca gorliwców, spieszących się do szkoły, a potem wlekliśmy się razem, aby stracić jak najwięcej z lekcji. Niestety, któregoś razu dyrekcja szkoły zatelefonowała na dworzec z zapytaniem, czy prawdą jest, że pociąg Gardeja — Sztum — Malbork miał spóźnienie i jakie... No i wtedy wszystko się wydało i nieźle za to oberwaliśmy. Zimą dojazdy do szkoły były mało przyjemne. Na stacji benzynowej Mani był termometr i codziennie rano biegliśmy tam odczytać nowy rekord mrozu: — 28° C, czasami nawet - 32°C. Któregoś tak mroźnego poranka w poczekalni sztumskiego dworca podniosłem nauszniki mojej czapki. Już po krótkim czasie nie można ich było opuścić, no i odmroziłem sobie uszy! Takie przypadki, zwłaszcza odmrożenia palców u nóg zdarzały się uczniom często. Naprawdę ciężkie były lata wojny, kiedy to z powodu oszczędności węgla kursowało mniej pociągów. Musieliśmy wtedy wyjeżdżać ze Sztumu już o 6.20. O 7.00 byliśmy w szkole w Malborku i całą godzinę czekaliśmy na lekcje. Powrotny pociąg był dopiero o 15. Latem niektórzy z nas pokonywali drogę ze Sztumu do malborskiej szkoły rowerem. Zabierało to 45 — 60 minut. Tłumaczenie Jutta Zimińska Nota o autorze Autor publikowanych fragmentów wspomnień urodził się 29 czerwca 1925 roku w Sztumie. Jego ojciec Richard Teschendorff (wcześniej noszący nazwisko Mularski), prowadził znany zakład fryzjerski, mieszczący się w kamienicy przy Rynku (nr 2). W 1926 roku odkupił dom od kupca J. Schwartza, a Martin zapamiętał, że zajmował potem mieszkanie na drugim piętrze. Od wczesnej młodości chłopak przejawiał zainteresowania dziennikarskie i taką dla siebie widział przyszłość. Od kwietnia 1942 roku odbywał praktykę w redakcji „Marienburger Zeitung" (Gazeta Malborska). Pod koniec tego roku jako 17-latek został powołany do wojska. Walcząc na wschodzie latem 1944, został ranny. W listopadzie, jeszcze niezupełnie zdrowy, musiał ponownie wrócić na front. Ojciec Richard został zamordowany przez czerwonoarmistów w Sztumie 26 stycznia 1945 roku. Jego żona Elfriede (1886-1953) ewakuowała się z innymi mieszkańcami przed 134 Sztum - obrazki mojego dzieciństwa nadejściem frontu. Spotkała się szczęśliwie z synem w Bad Oldesloe (kraj Szlezwik Holsztyn) już pod koniec kwietnia. Martin Teschendorffpo ukończeniu Szkoły Księgarskiej w Koloni przez cale życie pracował w wydawnictwach - w Bonn, Weinheim i wreszcie Passau, gdzie osiadł na stałe. Zmarł 17 łistopada 2015 roku. Dużo pisał i publikował, m.in., w „Stuhmer Heimatbrief”, „ Westpreus-sen” i magazynach okolicznościowych. Większość jego prac była poświecona jego ukochanej i niezapomnianej małej sztumskiej ojczyźnie. Wielokrotnie organizował cieszące się dużym powodzeniem wycieczki autobusowe do Sztumu i byłych Prus Zachodnich, chcąc w ten sposób przybliżać innym miejsca młodości. Bernhard Kolb, redaktor „Stuhmer Heimatbrief oraz Stanisław Wiesbaum niech zechcą przyjąć podziękowania za pomoc w przygotowanie tekstu. Osobne słowa kierujemy do Hanny Teschendroff, żony autora, za wyrażenie zgody na publikację. Opracowanie i redakcja Janusz Ryszkowski Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW SRI LANKA 19 lutego 2018 Jest taki kraj, w którym każdy dzień rozpoczyna się modlitwą-zobowiązaniem o powstrzymaniu się od odbierania życia wszystkiemu, co żyje, i od brania tego, co nie jest dane. Nie, nie jest to raj na ziemi. Dopiero niespełna dziesięć lat temu zakończyła się w Sri Lance krwawa wojna domowa, która pochłonęła — tylko w oficjalnych statystykach - ponad siedemdziesiąt tysięcy ofiar. To tutaj zrodził się terroryzm Ta-milskich Tygrysów, z jedną z największych na świecie armii „bohaterów samobójców”. I to tutaj w 1983 roku w Kolombo miał miejsce „Czarny Lipiec”, kiedy to tłum syngaleskich urzędników, żołnierzy, policjantów, ale i mnichów buddyjskich, zgotował krwawą rzeź ponad trzem tysiącom hinduistycznych Tamilów. A jednak... Współistnienie Syngalezów i Tamilów trwa ponad dwa tysiące lat. Ponad tysiąc lat temu dołączyli Muzułmanie. Nie znam drugiej takiej flagi narodowej: do lankijskiego lwa z mieczem dołączone są barwy mniejszości narodowych - tamilska pomarańcz i muzułmańska zieleń, otoczone żółtą obwódką symbolizującą inne mniejszości: m.in. Weddów (cejlońscy aborygeni), chrześcijan, zoroastrian, Burgów (potomkowie holenderskich kolonizatorów) i last but not least Cyganów przybyłych tu prosto ze swej kolebki w Indiach, wciąż wędrownych i zaklinających węże. W rogach liście symbolizujące miłość, współczucie, litość i spokój. To cztery najważniejsze cnoty buddyjskie — tłumaczy mi Adżanta, który za pieniądze zarobione w Dubaju założył małą firmę transportową. Jest buddystą ożenionym z chrześcijanką. Moje dzieci są chrześcijanami — to naturalne, opiekuje się nimi głównie żona, więc chodzi z nimi do kościoła, a ja się do nich przyłączam. Jego wspólnik jest Tamilem, który za żonę ma syngaleską buddystkę. „To u nas normalne”. Uczęszcza na modlitwy do świątyń hinduistycznych i buddyjskich, mówi w obu językach, a także po arabsku i angielsku. Równolegle do lektur o historii pełnej konfliktów i krwawych zbrodni, toczą się rozmowy z ludźmi... Niepojęte skąd w nich tyle niewymuszonego szczęścia, promiennej życzliwości i równowagi duchowej. Z doniesień medialnych dowiaduję się o niedawnych wyborach lokalnych, które spotęgowały postawy ksenofobiczne i w których często grano kartą nacjonalizmu. Uczę się nowego pogranicza. Ryszard Kapuściński, z którym zdarzyło mi się podróżować, dopytywał mnie czy doświadczenie pracy na środkowoeuropejskich pograniczach da się przenieść w inne części świata. I mnie dane było poznawać sięgające głęboko różnice kulturowe i odmienne konteksty historyczne. Więc nie zaprzeczałem 136 Notatki słów i obrazów odmiennościom. Ale ostatecznie zgodził się ze mną, że na łatwo uchwytnych różnicach rzecz się nie kończy, że pod powierzchnią kryją się powinowactwa mówiące coś uniwersalnego o gombrowiczowskim „kościele międzyludzkim”. DOBROŻYCZLIWOŚĆ Ratna jest dobrożyczliwa. Przypomina mi Susan Sontag z okresu pisania „Widoku cudzego cierpienia”, nie tylko z urody... Nigdy nie wyjechała poza granice Sri Lanki. Jest już w tym wieku, w którym - jak sama mówi - trzeba zajmować się drugą stroną życia. Wychowała dwóch synów i córkę, kilka lat temu odszedł na tamtą stronę jej mąż, mistrz ajurwedy, a ona ciągle doskonali swoje kuchenne, ziołowo-alchemiczne laboratorium i króluje w ogrodzie. Dobrożyczliwość. Może tak powinno brzmieć słowo na określenie postawy życiowej, która symptomatycznie wymyka się współczesnej polszczyźnie i nie tylko jej. Szukam tego słowa odkąd wyruszyłem na Wschód. Teraz, na cejlońskim wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, mam to samo odczucie, które towarzyszyło mi w pra- cy z mieszkańcami Bhutanu, Indonezji czy Mongolii. Ratna Chodzi mi o niewymuszone, ciepłe i codzienne współistnienie ze sobą dobroduszności, życzliwości, czułości, uczynności i waleczności. Tak się żyje normalnie, bez bohaterstwa. Znamy te cnoty i pod naszą szerokością geograficzną. W czym zatem różnica? Nie tylko w braku współistnienia w jednej, zwierającej je postawie. Co u nas słabość, tutaj oznacza siłę, nie tylko duchową, także społeczną. Co u nas łagodność, tutaj oznacza waleczność. Dobrożyczliwość, czyli czynne sprzyjanie innemu, połączone z bratnią dłonią, która jest ciepła na co dzień i zwyczajna. Zatem nie akcja na rzecz, nawet inaczej niż dobroczynność. Słownik języka polskiego „życzliwość” mądrze przekłada na „przychylność”, ale już w polu wyrazów bliskoznacznych znajdziemy: ceremonialnosć, dworność, fason, maniery... łagodność. Ratna niedawno wróciła ze świątyni buddyjskiej, w której spędziła miesiąc na medytacji. Opowiedziała mi historię o czterech energiach przyjaźni, które mogą być skierowane do drugiej istoty, pomocy, wierności, mądrości i dobrożyczliwości. Pomocniczość jest z tobą, gdy cierpisz i biedujesz, otula w chwilach lęku i daje dwa razy więcej niż prosisz. Wierność obdziela cię najskrytszymi tajnikami życia i stoi na straży twoich sekretów, nie porzuca cię w upadku, nawet umiera za ciebie. Mądrość wyciąga ze złoczynienia, prowadzi cię ku wcielaniu w życie dobra, dzieli się wiedzą i wskazuje ścieżkę na drugą stronę. Czy można dać więcej? — pytała Ratna. Zaległo milczenie, którego nie chciałem przerywać, bo czułem, że nie powiedziała mi najważniejszego. Wiele lat zajęło mi, by zrozumieć dlaczego Budda głosił, że w relacji z drugą istotą istnieje jeszcze coś głębszego niż mądrość, że dobro-życzłiwy stoi wyżej nawet od mistrza. Kim jest? Powstrzymuje innych przed mówieniem źle Krzysztof Czyżewski 137 o tobie, nie raduje się twoim nieszczęściem, twoje powodzenie jest również jego, pomaga innym w wydobywaniu z ciebie dobra. Być może się mylę, ale zdaje mi się, że jesteśmy ludem, który dawno już temu porzucił rodzinne prowincje, przez niego samego uznane za mniej cywilizowane od innych, ku którym wyruszył w poszukiwaniu lepszego życia, i w których do dzisiaj nie rozpakował walizek, cierpiąc na niewidoczny od wewnątrz, podświadomy syndrom niedowartościowania. Może w tym ma swoje źródło „chamstwo kulturalne”, tak częste pod zachodnią szerokością geograficzną, znacznie szerszą niż Polska? Jest to postawa ludzi wykształconych, inteligentnych, robiących kariery i mających realny wpływ na różne dziedziny życia, których łączy niepisana zmowa przyzwalająca uznaniu dobrożyczliwości za słabość. „Takie jest życie”, mówi twardo ich kanon kulturowy. Może to i słuszne, ale nie tak się zwycięża, mówi dalej, uznając z góry, że gdyby dobrożyczliwość stała się waleczna, zaprzeczyła by samej sobie. Może w innym świecie, ale na pewno nie w tym, mówi dalej z tą swoistą gbu-rowatością w białych rękawiczkach, mając na podorędziu moc przykładów o tych, którzy „przegrali”, sugerując jednocześnie, że chętnie postawi im pomniki po śmierci. Słabość dobrożyczliwości usankcjonowana jest religią (zwycięstwo w niebie, nie na ziemi), historią (bohaterstwo na barykadach, nie w czułej uczynności), sztuką (nuda i udręka dla Narcyza), polityką (z tego ani mięsa, ani igrzysk)... Próbowałem wyjaśnić Ratnie, że można uznawać za słabość tu, na ziemi, cnoty, które stają się największą wartością po drugiej stronie życia. Na próżno... GÓRA SRI PADA 28 lutego Wyruszyłem na Świętą Górę. Od prawieku na jej szczycie bogowie pozostawiali ślad. Buddyjska Sri Pada, hinduska Sziwa padam, syngaleska Samanalakanda, chrześcijański i muzułmański Szczyt Adama. Góra Świętej Stopy. Półtorametrowy odcisk stopy w skale, obecnie obudowany świątynią. Z górą dwa tysiące lat wspinają się tutaj pielgrzymi. Choć są źródła podające inną nazwę - Góra Motyli. Widziałem motyla zwanego cejlońskim błękitnym liściem dębu. Poszedłbym za nim na każdą pielgrzymkę. Pod stopą boga skała się ugina, a motyl urasta w nieziemskie piękno. Od Surangi, szamana z wioski Magonna na cejlońskim wybrzeżu, dostałem na drogę słowa: Jak tylko zaczniesz prosić, przestaniesz się modlić. Do plecaka włożyłem Zbieracza cynamonu Michaela Ondaatje. Trzeba szukać schronienia na Górze, gdy Na powierzchni masakra i rasa. / Uciszone serce. / Język usunięty./Ludzkie ciało wtopione w płonącą oponę./ Muł błyska / spojrzeniem. Mijałem wioski syngaleskich rybaków i wieśniaków sierpem żnących ryż, tamilskich zbieraczy herbaty i soków z drzew kauczukowych, wróżbitów i szczudlarzy. Docierając do gór pokrytych wiecznie zielonym lasem podzwrotnikowym, u stóp którego rozsypywały się garbate wzgórza pokryte plantacjami herbaty, zaczynałem rozumieć dlaczego tutaj właśnie Adam pozostawił swój ślad — razem z nim zostaliśmy wygnani z tego raju. Zauważyłem zmianę w zachowaniu Indiki, przyjaciela i kierowcy - nie pędził już jak szalony, w pobliżu Góry zmienił zupełnie sposób prowadzenia samochodu; nie chodzi tylko o to, Krzysztof Czyżewski 139 że zwolnił, ale zaczął zjeżdżać na pobocze przepuszczając pojazdy agresywnie siedzące mu na ogonie, z klaksonu uczynił trąbkę, która serdecznie pozdrawiała wszystkich podróżnych. Na różne sposoby, konsekwentnie pozbywał się wszelkich negatywnych emocji i wspierał dobro w innych. U stóp Świętej Góry, jak to zwykle na tej ziemi bywa, rozciągało się cielsko Lewiatana. Mrowie sklepów i kramików, banków, hoteli i restauracji, sprzedawców wszystkiego. Rzucają się w oczy sklepy z zabawkami, którymi po powrocie rodzice wynagradzają dzieciom trudy wspinaczki. Jest wieczór po wielkiej ulewie. Ludzi dużo mniej niż zwykle, jak przekonuje mnie Asanka, któremu Suranga powierzył opiekę nad naszą wyprawą - wie komu dać jałmużnę, pod jakim drzewem i w jakiej świątyni złożyć ofiary, co zrobić, jeśli sił nie wystarczy... Dopiero jutro księżyc dojdzie do pełni, zacznie się święto Poya połączone z weekendem i zewsząd zaczną nadciągać ludzie. Posilamy się czerwonym ryżem z curry i ruszamy. Jest już noc, deszcz właśnie ustał. Początkowo idziemy prawie samotnie, stopniowo dopiero strumień pielgrzymów będzie się zagęszczał. O tej porze nie ma w ogóle turystów, nikogo z białej strony świata. Pojawią się dużo później, nad ranem, z przewodnikami, którzy dobrze mają obliczone kiedy trzeba wyjść, by na szczycie trafić na wschód słońca. Wszyscy moi towarzysze podróży są z wiosek i małych miasteczek. To ich pora. W kwietniu pielgrzymować będą głównie mieszkańcy Kolombo i innych dużych miast. Musimy się wspiąć na wysokość ponad 2 200 metrów. Idziemy szlakiem najkrótszym, ale najbardziej stromym. Tysiące stopni z kamienia i betonu, zwłaszcza w ostatniej fazie pnących się prawie pionowo pod górę. Wielu ludzi nie zaprawionych w fizycznym treningu nie dałoby rady. Nie jest to jednak stupiętrowy wieżowiec, w którym jeśli zepsuje się winda, pozostaje poczekać aż ją naprawią. Ta Góra wyzwala niezwykłe moce. Szedłem ze starcami i całymi ich rodzinami. Widziałem idących o kulach i niepełnosprawnych, matki z niemowlętami i ojców niosących małe dzieci. Słyszałem szelest bosych stóp i stukot lasek. Nie ma już tragarzy, którzy w palankinach nosili księżniczki i dostojników. Natomiast co rusz pojawiał się ktoś z workiem na głowie albo objuczony wielkimi koszami, bo nie ma innego sposobu zaopatrzenia małych sklepików ustawionych przy drodze, aż po sam szczyt. Podpierali się wzajemnie rękami, recytowali teksty podające krokom dynamiczny rytm, śpiewali sutry i ragi, słowami dodawali sobie otuchy, częstowali wodą, spokojnie czekali aż najsłabszy odetchnie i w jego rytmie ruszali dalej. Szedłem ze starymi kobietami, które w młodości nosiły zatrute naszyjniki na wypadek tortur, z kobietami noszącymi „talizmany / ze zwiniętym w rulon losem / spisanym na liściu wachlarzowca”. Zanurzony byłem w jednym wielkim organizmie wzajemnego sobie sprzyjania i dobro-życzliwości, bez cienia zaniechania, rezygnacji, podziałów religijnych, klasowych czy jakichkolwiek innych, bez złych emocji i intencji. To niewiarygodne, że po czterech, pięciu, sześciu godzinach wspinaczki niemalże wszyscy docierali na szczyt, wietrzny i mroźny. W świątyni czołem dotykali śladu pozostawionego przez któregoś z bogów, składali pachnące kwiaty i pieniążki, a potem dłonie, po których, jak po piorunochronie, spływała moc do ich wnętrza. Potem palili kadzidła i uderzali w dzwon - tyle razy, ile zdołali w życiu wejść na Świętą Górę. 140 Notatki słów i obrazów Byłem z nimi wszystkimi. Schodziliśmy ze świątyni niżej, szukając miejsca by doczekać świtu. Gromadziliśmy się w wielkiej izbie pod świątynią, przytulając się do siebie, dosłownie. Potrzebowaliśmy miejsca dla tych, którzy ciągle czekali w progu, potrzebowaliśmy ciepła, rozmowy, medytacji, ujścia tego dobra, które Góra osadziła w ludziach jak esencję na dnie filiżanki herbaty. To była Czysta Izba. Głęboko czułem, że w jakiś niepojęty sposob wznosi się ona wyżej niż sama świątynia, w której zawsze mogło paść pytanie „czyja?” i zawsze mogło się pojawić rozdzielenie. W Czystej Izbie nie było podziału, nikt nią nie zawładał, doprowadzały do niej religie i inne ścieżki duchowych poszukiwań, ale wszystkie one kończyły się na jej progu. Kilka godzin czuwania, snu, intymnych rozmów ludzi, którzy spotkali się po raz pierwszy. Jedno słowo podziału, jedna nawet niewypowiedziana mysi o wyższości, pierwszeństwie czy innej mojosci, a ta maleńka łupina dająca schronienie pielgrzymom na oceanie świata zniknęłaby bez siadu. Zaczynało wschodzić słonce. misce ryżu nasionko szafranu.. (Ondaatje tłumaczyli: Mieczysław Godyń, Agata Hołobut, Jerzy Jarniewicz) SURANGA I NAGRODA ECF 5 marca Pogranicze otrzymuje Europejską Nagrodę Kultury Księżniczki Małgorzaty - zwierzyłem się na pożegnanie Surandze, odpowiadając na pytanie, co mnie czeka po powrocie ze Sri Lanki. — Czy to ważne dla ciebie? — Bardzo ważne. To wyróżnienie dla całego mojego zespołu — grona wspaniałych ludzi, niezawodnych i głęboko praktykujących. — Co jeszcze? (Drążył, jak przy każdej naszej rozmowie, nie poprzestając na pierwszych odpowiedziach, które w moim pojęciu zamykały sprawę.) — To jest zaproszenie do grona wcześniej nagrodzonych, bardzo ważnych dla mnie twórców kultury i myślicieli, z którymi czasem dane mi było współpracować. - Co jeszcze? Cieszę się na święto spotkania przy tej okazji, które odbędzie się w starym teatrze w Amsterdamie. Zgromadzą się tam „odważni obywatele”, którzy tworzą kulturę tak, jak ty praktykujesz ajurwedę — pracując jednocześnie nad ciałem, myślą i życiem duchowym próbują odradzać tkankę łączną całego organizmu wspólnoty. Musiała paść taka odpowiedź z mojej strony, by przebudził się w nim lekarz duszy ze starego rodu Wahalatantri: - Uważaj, mieć szczęście to nie to samo, co być szczęśliwym... Suranga wypowiedział te słowa ze świetlistą delikatnością, za którą kryła się żelazna stanowczość, wypracowana latami ascetycznej medytacji w głębi dżungli. Kawał drogi przeszliśmy razem, odnajdując powinowactwa między praktyką ajurwedy a kulturą głęboką. Jedynie ta nieostra fotografia zachowuje ślad prawdy o tym Spotkaniu... Krzysztof Czyżewski 141 co jest ostrością na Zachodzie na Wschodzie odbiera światło - A ty, co teraz będziesz robił? - zapytałem Surangę. - Będę odpoczywał. ŚWIATOWY DZIEŃ POEZJI 21 marca W starowieku poezja była formą przyjaźni. Tłumacząc Tu Fu i Li Po cały czas mam wrażenie, że rozmawiają ze sobą... O TU FU Spotkałem Tu Fu na szczycie góry w sierpniu, kiedy słońce było gorące. W cieniu wielkiego kapelusza ze słomy jego twarz była smutna - Przez te lata od naszej ostatniej biesiady zmizerniał, podupadł. Biedny stary Tu Fu, pomyślałem wtedy, znowu zadręcza się poezją. Li Po Li Po 142 Notatki słów i obrazów MYŚLĄC O LI PO Z odludzia wieje zimny wiatr. Co byś radził? Kiedy wreszcie dzika gęś przyniesie wieści z krainy rzek i jezior? Poeci muszą żyć bez zwycięstwa, gnani przez demony. Pamiętaj o duchu biednego Cz’u Juana -wyślij mu wiersz z biegiem rzeki. Tu Fu MEKAS Kwiecień 2018 Po naszej ostatniej nowojorskiej włóczędze z Jonasem Mekasem, przez Williamsburg na Brooklynie a potem East Village, pozostają mi jego wiersze. Niektóre z nich nazywa Valaitis / Images. Zdarza się, że w pogawędce przy filiżance kawy wypowie wiersz w skończonej formie, po raz pierwszy i - jeżeli ich nie zapisze - ostatni. Teraz, kiedy próbuję je spolszczyć, uświadamiam sobie, że w rozmowie dokonuje ich ostatecznego montażu. Nie układa ich potem na papierze, nic nie kre- Tu Fu śli i nic nie zmienia. Nie tworzy poezji. Jest poetą. Podobnie kręci swoje filmy. Ich montaż powstaje w procesie kręcenia czy to Bolexem czy kamerą wideo, jest reakcją ciała, emocji i myśli na rzeczywistość, w której się zanurza. Nie uznaje stołu montażowego. Jego przyjaciele z kręgu Anthology Film Archive nigdy nie powiedzą o nim filmmaker, zawsze filmer. - Jesteś filmerem - zagaduję go w Lucien Cafe przy Pierwszej Ulicy Wschodniej, blisko skweru Peretza i Orchard Street, gdzie kiedyś mieszkał, której francuski sznyt bardzo mu odpowiada. - Tak samo, jak poetą - odpowiada. Nigdy dużo nie mówił, a teraz coraz więcej jest ciszy w naszych rozmowach. Za to jego słowa coraz precyzyjniej mówią o tym, co jest w życiu ważne. Czytając czwarty Obraz, jakbym go słyszał, przebitego światłem spod słomkowego kapelusza... To tylko, tylko nadrzeczne wierzby Krzysztof Czyżewski 143 kołysane ptakiem, tylko słońce palące usta rzeki, tylko. IRENA KLEPFISZ Dzisiaj Irena Klepfisz kończy 77 lat. Ocalała z Zagłady. Urodziła się tego samego dnia, co jej ojciec, Michał Klepfisz, 28 lat później, w warszawskim getcie. Ewakuowana w pierwszym dniu powstania, którego 75 rocznicę obchodzić będziemy pojutrze. Drugiego dnia jej ojciec, działacz Bundu i członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, zginął jako pierwsza znana ofiara powstania po stronie żydowskiej. W przededniu tych rocznic Irena zabrała mnie na spacer po ulubionych zakamarkach swojego Brooklynu. Było aż żółto od rozkwitających żon- li. Dotarliśmy na Red Hook, skąd widać Statuę Wolności, Ellis Island, zamglony most Verazzano z niknącą za nim Staten Island i panoramę Manhattanu. Pomiędzy wyspami barki i żółte taksówki wodne, nad nimi klucze gęsi kanadyjskich. Na ścianie nabrzeżnego hangaru odczytaliśmy napis: INJUSTICE ANYWHERE IS A THREAD TO JUSTICE EVERYWHERE. NIESPRAWIEDLIWOŚĆ GDZIEŚ ZAGRAŻA SPRAWIEDLIWOŚCI WSZĘDZIE. Gdy tak szliśmy, mijając tulących się kochanków, wchłaniając zapach mielonej kawy, przypatrując się pannie młodej na weselnym przyjęciu, targani wiatrem, w smudze słońca zanurzającego się w oceanie... układałem w myślach własne graffiti. Chciałem je wypisać na pokrytej kurzem karoserii jej czerwonej Hondy, którą przyjechała po mnie pod stację metra Borough Hull, ale przyszło mi poczekać do dnia jej urodzin: SAVED ONE DAY, SHE IS SAYING EYERYDAY. OCALONA JEDNEGO DNIA, OCALA KAŻDEGO. WENDELL BERRY „Czyńcie zmartwychwstanie...” Jeszcze nie jest za późno na „Manifest” Wendella Berty ego. Nigdy nie jest za późno na Wendella Berty ego, który w Polsce jest zaniechany. Zatem na gorąco spolszczam „Szalonego Rolnika”, dziękując Timothy Snyderowi za wskazanie oraz Gary Snyderowi za to, że kiedyś mogłem go poznać osobiście. 144 Notatki słów i obrazów Wendell Berry Manifest Frontu Wolności Szalonego Rolnika Kochajcie szybki zysk, roczne podwyżki, płatny urlop. Pragnijcie więcej gotowców. Bójcie się poznania sąsiadów i śmierci. A będziecie mieli okno w głowie. Nawet wasza przyszłość przestanie być tajemnicą, na zawsze. Wasz umysł zostanie przedziurkowany i zamknięty w szufladce. Jeśli będą chcieli byście coś kupili, zawołają was. Jeśli będą chcieli byście umarli dla zysku, dadzą wam znać. Tak więc, przyjaciele, codziennie róbcie coś, co się nie kalkuluje. Kochajcie Boga. Kochajcie świat. Pracujcie za darmo. Weźcie wszystko, co macie i bądźcie biednymi. Kochajcie kogoś, kto nie jest tego wart. Denuncjujcie rząd i troszczcie się o flagę. Żyjcie nadzieją obywatelstwa w wolnej republice, którą ona symbolizuje. Krzysztof Czyżewski 145 Dajcie przyzwolenie wszystkiemu, czego nie możecie zrozumieć. Błogosławcie niewiedzę, gdyż to, czym człowiek nie zawładnął, nie zostało zniszczone. Zadawajcie pytania, na które nie ma odpowiedzi. Inwestujcie w tysiąclecie. Sadźcie sekwoje. Mówcie, że waszym najcenniejszym plonem jest las, którego nie sadziliście, który nie będzie waszym żniwem. Mówcie, że liście są zbierane dopiero wtedy, gdy gnijąc dają ziemi pleśń. Nazywajcie to zyskiem. Dalekosiężne widzenie się zwraca. Pokładajcie wiarę w dwóch calach próchnicy, które zbierają się pod drzewami każdego tysiąclecia. Nasłuchujcie padliny - ucho przykładajcie blisko i wsłuchajcie się w ciche gaworzenie pieśni, które dopiero się narodzą. Spodziewajcie się końca świata. Śmiejcie się. Śmiech jest bezmierny. Radujcie się, będąc świadomymi co się dzieje w świecie. Dopokąd kobiety nie sprzedadzą się tanio władzy, chwalcie je bardziej niż mężczyzn. Pytajcie siebie: Czy to zadowoli kobietę zadowoloną z tego, że może rodzić dziecko? Czy to nie zakłóci snu kobiety mającej zaraz rodzić? Idźcie ze swoją miłością na pola. Połóżcie się w cieniu. Niech wasza głowa odpocznie na jej łonie. Przysięgajcie sobie wierność na to, co najbliższe waszym myślom. Jak tylko generałowie i politycy zdołają odczytać bieg waszych myśli, porzućcie je. Niech staną się tropem wskazującym fałszywy kierunek, drogę, którą nie poszliście. Bądźcie jak lis zostawiający więcej śladów niż trzeba, niektóre w złą stronę. Czyńcie zmartwychwstanie. Sztuka Wacław Bielecki WĘDRÓWKI MUZYCZNE Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn GÓRECKI I PENDERECKI W FILHARMONII NARODOWEJ W ramach 22 Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena w Filharmonii Narodowej w pierwszym dniu wiosny odbył się koncert poświęcony utworom największych „gigantów” polskiej muzyki współczesnej: Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu - „II Symfonia” op. 31 oraz Krzysztofowi Pendereckiemu - „Polskie Requiem”. „II Symfonia” Góreckiego zwana „kopernikowską” powstała na zamówienie nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej z okazji 500-lecia urodzin Mikołaja Kopernika w 1973 r. Podczas tegorocznego festiwalu wykonawcami jej byli: orkiestra Sinfonia Varsovia, Chór Filharmonii Narodowej, sopranista Iwona Hossa oraz baryton Mariusz Godlewski. Dyrygował pewnie i szerokim gestem Maciej Tworek, zupełnie nieznany mi mistrz batuty. Symfonia składa się z dwóch zupełnie odmiennych części. Pierwsza ma obrazować chaos ziemskiego świata. Muzyka jest bardzo burzliwa i gwałtowna, co podkreślone jest przez użycie licznych bębnów, w tym olbrzymiego tołumbasu o średnicy około dwóch metrów. Chwile głośnej muzyki poprzedzielane są krótkimi przerwami zupełnej ciszy. Druga, kontrastująca część ma przedstawiać porządek wszechświata. Zaczyna się od partii barytonu Wacław Bielecki 147 na powtarzanym słowie „Deus”, potem brzmi przepiękne, wręcz anielskie solo sopranu. W finale tej części kompozytor wprowadził cytat z XV-wiecznej pieśni gregoriańskiej „Laude digna prolem”, ale z innym tekstem - fragmentem pochodzącym z „De revolutio-nibus orbium coelestium” — słynnego dzieła Kopernika. Symfonia Góreckiego należy do uznanych utworów muzyki współczesnej. Mnie spodobała się, bo jest zmienna, żywa, kompozytor zaskakuje ciągle nowymi brzmieniami i użyciem najróżniejszych grup instrumentów. Jest to utwór, który poprzedza „III Symfonię pieśni żałosnych” z 1977 r., utwór, który przyniósł Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu niespotykaną w świecie muzyki współczesnej popularność. „Polskie Requiem” komponował Krzysztof Penderecki przez ćwierć wieku. Jego ostateczna wersja składa się aż z 17 części. Na koncercie w ramach tegorocznego festiwalu Beethovenowskiego zostało wykonane w tzw. wersji lubelskiej złożonej z 9 części. Kolejne części utworu pisał Penderecki, jak zwykle, na zamówienie. Zaczęło się w 1980 roku od zlecenia od Solidarności na napisanie utworu na uświetnienie ceremonii odsłonięcia pomnika upamiętniającego ofiary wydarzeń grudniowych w Stoczni Gdańskiej. Wtedy skomponował „Lacrimosę” dedykowaną Lechowi Wałęsie. W 1981 powstało „Agnus Dei” poświęcone pamięci kardynała Stefana Wyszyńskiego, w 1982 skomponował część „Re-cordare” z okazji beatyfikacji o. Maksymiliana Marii Kolbego. W 1993 Penderecki dodał kolejną część —„Sanctus”, a następnie w 2005 r. — „Chaconnę” dedykowaną papieżowi Janowi Pawłowi II. Utwór został wykonany przez Sinfonię Varsovię, Chór Filharmonii Narodowej i czterech solistów: Johannę Rusanen - sopran, Janinę Baechle - mezzosopran, Rafała Bartmiń-skiego - tenora i Nikolaya Didenko - basa. Dyrygował sam mistrz Krzysztof Penderecki, który w tym roku kończy 85 lat życia. Tematyka utworu - „requiem”, czyli msza żałobna, związana jest ze śmiercią, więc muzyka ma charakter tragiczny, dramatyczny, czasami beznadziejnie smutny. Poszczególne części utworu są monumentalne i stosunkowo długie. Nie jest to utwór łatwy w odbiorze, dlatego pewnie najbardziej spodobała mi się całkowicie instrumentalna część, przepiękna „Chaconna” oraz śpiewany w języku polskim hymn „Święty Boże” (w pozostałych częściach używana jest łacina). Penderecki jako dyrygent nie jest zbyt efektowny, raczej taktuje, niż dyryguje, szerokimi, kanciastymi ruchami, szczególnie lewej ręki. Trzeba jednak przyznać, że jako dyrygent jest skuteczny, tzn. potrafi wydobyć z orkiestry, chóru i solistów swoje zamierzenia. „Polskie Requiem” zostało dobrze przyjęte przez licznie zgromadzoną publiczność. Oklaski trwały długo, a kompozytor i soliści byli dwukrotnie wywoływani przez słuchaczy. Gdybym jednak miał wybierać spośród utworów wykonanych na koncercie, to wskazałbym na „II Symfonię” Góreckiego. „Polskie Requiem” Pendereckiego jest, moim zdaniem, zbyt monumentalne. Wynika to pewnie z tego, że kompozytor pisał poszczególne części na kolejne zamówienia, musiały więc być one dość długie i są miejscami trochę podobne do siebie. I jeszcze słowo o biletach. Ulgowe kosztowały aż 84 zł. Gdy pomnożyć to przez 12 dni festiwalu, to mamy sumę przekraczającą tysiąc złotych. Nie każdy może pozwolić sobie na 148 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn taki wydatek, dlatego, moim zdaniem, częściej powinny być przeprowadzane transmisje na żywo, w radio, TV Kultura, a także przez internet. „GOPLANA” ŻELEŃSKIEGO W OPERZE NARODOWEJ Następnego dnia, 22 marca, oglądałem spektakl „Goplany” Władysława Żeleńskiego w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej (TW-ON). Było to szóste przedstawienie od czasu premiery w październiku ubiegłego roku. Tamto widziałem w przekazie internetowym. W tym czasie spektakl zdobył nagrodę, tzw. operowego Oscara, w konkursie International Opera Awards w kategorii: „dzieło odkryte na nowo”. Rzeczywiście, „Goplana” należy do oper zapomnianych. Jej libretto powstało w oparciu o „Balladynę” Juliusza Słowackiego. Po premierze w 1896 r. w Krakowie opera wzbudziła zachwyt krytyków i publiczności. Wystawiono ją we Lwowie i Warszawie, a potem na długo o niej zapomniano, wznowiono w 1949 r., a potem dopiero w 2017 r. Wykonawcy „Goplany" kłaniają się publiczności, fot. W. Bielecki Orkiestrą i Chórem Opery Narodowej dyrygował nowy dyrektor muzyczny TW-ON Grzegorz Nowak. Wśród solistów usłyszeliśmy: Edytę Piasecką jako Goplanę, Wiolettę Chodowicz w roli Balladyny, Małgorzatę Walewską jako matkę - wdowę oraz Aleksandra Kruczka jako Grabca, Pawła Skałubę w roli księcia Kirkora. Reżyseria, scenografia i kostiumy należała do Janusza V7isniewskiego. Trzeba przyznać, że w warstwie wizualnej opera mogła się podobać. Widzieliśmy piękne sceny znad jeziora Gopło pokrytego tajemniczymi mgłami oraz bardzo wymyślne i zróżnicowane ubiory chórzystów. Jeszcze większe doznania dała muzyka Żeleńskiego. Jest to muzyka w stylu neoromantycznym, ale z wyraźnymi wpływami Wagnera. Spektakl zaczyna się przepiękną uwerturą odmalowującą środkami muzycznymi tajemnicze jezioro. Każda z głównych postaci ma swoje arie. Wśród śpiewaków najbardziej pod względem wokalnym i aktorskim spodobała mi się Małgorzata Walewska w roli matki - wdowy. Pięknie śpiewała swoją, niebudzącą sympatii, rolę, Wioletta Chodowicz, a Edyta Piasecka bez trudu wykonała koloraturową arię. Z ról męskich podobał mi się grający rolę rubasznego Grabca Aleksander Kruczek. W oglądanym spektaklu bardzo zdziwił mnie brak ruchu na scenie. Opera jest bardzo statyczna. Olbrzymi chor, liczący ponad sto osob, przez całe kwadranse tkwi bez ruchu Wacław Bielecki 149 w ustalonych przez reżysera pozach. W odbiorze bywa to nużące, tym bardziej, że realizatorzy zmniejszyli ilość aktów z trzech do dwóch, przy czym pierwszy trwa ponad półtorej godziny. Akcja drugiej części spektaklu toczy się bardziej żywo. Szóste przedstawienie „Goplany” dobrze zostało przyjęte przez publiczność, w której przeważały osoby w młodszym wieku, co zaprzecza potocznym opiniom, że do opery chodzą tylko starsi. Tak można mówić o spektaklu „Poławiaczy pereł” Bizeta oglądanym przez mnie w połowie marca w ramach retransmisji z Metropolitan Opera w Nowym Jorku w sali kina „Powiśle” w Sztumie. Kiedy kamera pokazała nowojorską widownię, to na parterze widać było tylko łyse i siwe głowy. „KOŚCIEJ NIEŚMIERTELNY” RIMSKIEGO-KORSAKOWA W FILHARMONII NARODOWEJ Wieczorem 23 marca znowu byłem na koncercie w Filharmonii Narodowej w ramach Wielkanocnego Festiwalu Beethovena. Piątkowy koncert w całości poświęcony był muzyce Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Dotychczas ten rosyjski kompozytor był dla mnie twórcą muzycznego arcydzieła należącego do tzw. muzyki programowej: suity „Szeherezada”, osnutej na arabskich baśniach z tysiąca i jednej nocy oraz błyskotliwej miniatury pt. „Lot trzmiela” pochodzącej z opery „Bajka o carze Sałtanie.” Zapomniałem jakoś, że napisał on aż 15 oper. Obecnie są to dzieła u nas niezmiernie rzadko wykonywane. Z dużym zainteresowanie czekałem zatem na koncert w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Poznańskiej i Poznańskiego Chóru Kameralnego pod dyrekcją Łukasza Borowicza. W pierwszej części usłyszeliśmy dwie suity z oper: „Śnieżynka” oraz „Legenda o niewidzialnym grodzie Kiteżu i dziewicy Fiewronii.” Po przerwie poznaniacy wykonali główny utwór, atrakcję wieczoru. Była to jednoaktowa opera pt. „Kościej Nieśmiertelny” w wydaniu koncertowym. Do jej wykonania zaproszono pięciu solistów ze Studia Wokalnego Teatru Maryjskiego w Petersburgu. Byli to: Sawa Khastaev - tenor (Kościej), Antonina Vesenina - sopran (Carewna), Irina Shishkova - mezzosopran (córka Kościeja), Yaroslaw Petrayanik — baryton (Królewicz) i Mikhail Kolelishvilii — bas (Burza-Boha-ter), znany z udziału w Konkursie Moniuszkowskim. Opera była wykonywana po raz pierwszy w Polsce w języku oryginału, czyli rosyjskim, ale słuchacze mogli czytać tłumaczenie wyświetlane na ekranie umieszczonym nad chórem. Jest to baśń o okrutnym czarodzieju Kościeju, który więzi Carewnę zakochaną w Królewiczu. Kościej jest pewny swojej nieśmiertelności, bo może umrzeć tylko w tym wypadku, jeśli jego córka, okrutna Kościejówna, uroni choćby jedną łzę. I tak się staje, bo córka zakochuje się w Królewiczu i pod wpływem miłości nie pozbawia go życia, tylko płacze. Powoduje to śmierć Kościeja i szczęśliwe połączenie Carewny i Królewicza. Wśród solistów najbardziej spodobała mi się kreacja barytona Yaroslawa Petrayanika w roli Królewicza. Dysponuje on silnym głosem i świetną emisję, po prostu pięknie śpiewa. Ładnie śpiewali też pozostali soliści. Rola chóru w tej operze jest niewielka. Muzyka opery nieco mnie zdziwiła, bo jest nieco inna niż w „Szeherezadzie”. Więcej tu dysonansów, ale jak to bywa u Rimskiego-Korsakowa, instrumentacja jest niezwykle wyszukana, nieustannie 150 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn Soliści i dyrygent Łukasz Borowicz po wykonaniu „Kościeja Nieśmiertelnego”, Jot. W. Bielecki zmieniająca się, miejscami wręcz oszałamiająca. Niewątpliwym sprawcą sukcesu tego wykonania był dyrygent Łukasz Borowicz. Można podziwiać go za to, z jaką energią i precyzją dyryguje tak wielkim i złożonym z wielu wykonawców zespołem. Moje uznanie budzi fakt, że dyrygent często podejmuje się wykonywania zupełnie zapomnianych dzieł. Pamiętam, że jeszcze jako szef I olskiej Orkiestry Radiowej na początku każdego sezonu wykonywał zapomniane polskie opery, np. „Marię” Romana Statkowskiego, czy „Legendę Bałtyku” Feliksa Nowowiejskiego. Tym razem była to opera kompozytora rosyjskiego. Publiczność przyjęła wykonanie „Kościeja Nieśmiertelnego” długą owacją na stojąco. Obecnie w Rosji z 15 oper Rimskiego-Korsakowa w sezonie 2017/18 można obejrzeć aż 11. Najczęściej są to. „Carska narzeczona wystawiana w 13 teatrach operowych, „Śnieżynka w 5, „Mozart i Salieri w 4, „Bajka o carze Sałtanie w 3. „Kościeja Nieśmiertelnego” wystawił tylko prowincjonalny teatr w mieście Joszkar-Oła koło Niżnego Nowgorodu. Najwięcej jego oper, bo aż szesc można zobaczyć w Teatrze Maryjskim w Saint Petersburgu, a w pięciu teatrach operowych Moskwy wystawiono siedem oper tego kompozytora. W Polsce opery Rimskiego-Korsakowa wystawiane są bardzo rzadko. POLSKA OPERA KRÓLEWSKA I „WESELE FIGARA” Sobotni wieczór 24 marca spędziłem na spektaklu w Polskiej Operze Królewskiej (POK) mającej swoją siedzibę w budynku Starej Oranżerii w Parku Łazienkowskim. Jest to nowa instytucja muzyczna działająca od minionego roku, powstała w wyniku kryzysu jaki dotknął Warszawską Operę Kameralną (WOK), instytucję podlegającą marszałkowi województwa mazowieckiego. Wacław Bielecki 151 WOK to mała scena związana z nazwiskiem zmarłego w ubiegłym roku Stefana Sulkowskiego, który zarządzał nią w latach 1961 — 2012, czyli przez ponad pół wieku. Repertuar tej opery budził podziw w s'wiecie muzycznym, bo wystawiano tutaj, m. in. wszystkie opery Mozarta, na co nie zdobyli się nawet Austriacy w Salzburgu. Oczywiście, wymagało to pieniędzy, i dlatego zaczęto reorganizację - od zmiany dyrektora i zwolnień grupowych pracowników: członków orkiestry i śpiewaków. W ubiegłym roku czyniła to dyrektor Alicja Węgorzewska, znana śpiewaczka, mezzosopranistka. Nie będę się o tym rozpisywał, powiem tylko, że historia ta jest przykładem spełnienia się powiedzenia: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zwolnionych pracowników przyjął pod swoje skrzydła minister kultury i utworzył Polską Operę Królewską. W ten sposób mamy w stolicy dwie małe opery. Dyrektorem POK został znakomity reżyser Ryszard Peryt, który przez wiele lat pracował w WOK. Większość członków orkiestry i śpiewaków, to osoby zwolnione przez Alicję Węgorzewska, znakomici, chociaż mało znani muzycy. Uradowani wykonawcy „Wesela Figara" w Polskiej Operze Królewskiej, fot. W. Bielecki „Wesele Figara”, a raczej „Le nozze di Figaro”, bo spektakl wykonywany był po włosku bez tłumaczenia na język polski, miało swoją premierę 30 grudnia ubiegłego roku. Reżyserią, scenografią i inscenizacją zajął się Ryszard Peryt, a dyrygował Ruben Sika, maestro, który prowadził niejedno przedstawienie w WOK. W tytułowej roli usłyszeliśmy Makarego Pihura (baryton), a jego narzeczoną Susanną, była Monika Buczkowska (sopran). Spektakl był zrealizowany w sposób tradycyjny, tak jakby to było na premierze w 1787 r. w Pradze. Aktorzy występowali w kostiumach z tamtej epoki, pieczołowicie odtworzonych ze wszystkimi detalami, w perukach. Głosowo są świetni i zgrani. W tej operze każda z głównych postaci ma swoją piękną arię, spośród których najbardziej znana jest aria Figara z zakończenia I aktu „Non piu andrai, farfallone amoroso”, w której naśmiewa się z kochliwego Cherubina wysłanego do pełnienia służby wojskowej: „To już koniec z tobą, podrywaczu, dzień i noc kręcący się wokół piękności i zakłócający spokój, ty mały Narcyzie i bożku miłości!” (tak to brzmi w jednym z wolnych tłumaczeń). 152 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn W operze bardzo dużą rolę ogrywa klawesyn ustawiony z boku sceny, który akompaniuje śpiewakom do bardzo częstych partii mówionych głosem operowym, czyli recita-tivów. Orkiestra jest taka, jak w czasach Mozarta, czyli niewielka, liczy około 30 osób. Pięknie akompaniuje śpiewakom, a dba o to maestro Ruben Sika, można powiedzieć: spolszczony Boliwijczyk, który w 1983 r. otrzymał nagrodę dla najmłodszego finalisty na Międzynarodowym Konkursie Dyrygenckim im. G. Fitelberga w Katowicach. Od tego czasu był dyrygentem kilku polskich teatrów operowych i filharmonii. Na uznanie zasługują także pomysłowe dekoracje i światła sceniczne, np. nie można wręcz oderwać oczu od księżyca przysłanianego przesuwającymi się chmurami. W czasie przerwy wszyscy widzowie zostali zaproszenia na gratisową kawę i herbatę do przepięknie urządzonej galerii rzeźb. Po zakończenie spektaklu i opuszczeniu budynku, ustawione wzdłuż alei lampiony, ułatwiały nocne przejście przez Park Łazienkowski. ZESPÓŁ PIEŚNI I TAŃCA „MAZOWSZE” ŚPIEWA „REQUIEM” MOZARTA „Mazowsze" śpiewa „Requiem" Mozarta w Katedrze Praskiej, fot. W. Bielecki Przez przypadek dowiedziałem się, że w katedrze praskiej w niedzielę 25 marca odbędzie się koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze . ^C^ystąpił on w nietypowej roli, bo wykonał „Requiem Mozarta pod batutą swojego dyrektora Jacka Bonieckiego. Trochę dziwnie było patrzeć, jak śpiewacy i członkowie orkiestry ubrani w ludowe stroje wykonują to przepiękne dzieło. Koncert zaczął się od kilku bardzo starych polskich pieśni wielkopostnych sięgających czasów średniowiecza, potem było „Requiem wykonane w całości. Czterej soliści: Katarzyna Mląsik - sopran, Anna Łukawska - mezzosopran, Andrei Baravik - tenor, Karol Wacław Bielecki 153 Skwara - bas, śpiewali bardzo ładnie, ale nieco innymi głosami niż to jest na koncertach symfonicznych, bo jednak na co dzień śpiewają swoje nieśmiertelne przeboje: „Kukułeczkę”, „Hej przeleciał ptaszek”, czy „Po cóż żeście kawaliry przyszli”. Wykonywanie pieśni ludowych wymaga innej emisji głosu. W odbiorze utworu przeszkadzała mi trudna akustyka praskiej katedry. W miejscu w którym siedziałem mieszały się dźwięki pochodzące od zespołu: orkiestry, chóru i solistów, z dźwiękami które dochodziły do mnie z pobliskiego głośnika, a tam najwyraźniej słyszałem chóralne alty. Tak pewnie nastawiony był mikrofon. Poza tym, koncert w kościele zawsze jest obarczony tym, że w jego trakcie ludzie wchodzą i wychodzą, gdzieś tam zapłacze dziecko, dochodzą głosy z ulicy. Artyści otrzymali wielkie podziękowanie od słuchaczy wyrażone rzęsistymi oklaskami na stojąco. Obecny na koncercie emerytowany arcybiskup warszawsko-praski Henryk Ho-ser dziękował zespołowi takimi słowy: „Trzeba mieć duszę, żeby śpiewać i grać Mozarta i jego „Requiem”. Ten utwór jest ukoronowaniem możliwości zespołu „Mazowsze” i ma swój specjalny koloryt, gdy ono je śpiewa. Jest wtedy utworem młodym, jest utworem pięknym, jak oni sami, bo uderzają słuchaczy urodą i pięknymi strojami.” „SONETY KRYMSKIE” NA 90-LECIE WYDZIAŁU DYRYGENTURY CHÓRALNEJ Kolejnym punktem niedzielnego programu był koncert z okazji 90-lecia Wydziału Dyrygentury Chóralnej, Edukacji Muzycznej, Muzyki Kościelnej, Rytmiki i Tańca Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Sala koncertowa szkoły na Okólniku zgromadziła byłych i obecnych nauczycieli tego wydziału oraz studentów. Koncert w wykonaniu studentów trwał dwie i pół godziny. Zaczął się od ostatniej, radosnej części „Koncertu organowego” L. Vierne’a wykonanego przez Karola Augustyniaka, nad którym opiekę artystyczną sprawował prof. Ireneusz Wyrwa, znany nam z koncertu w Sztumie. Po nim wykonano najważniejsze dzieło wieczoru: „Sonety krymskie” Stanisława Moniuszki ze słowami Adama Mickiewicza na chór mieszany i tenora z towarzyszeniem fortepianu. Osobliwością tego wykonania było to, że każdy z sonetów był dyrygowany przez innego studenta Wydziału Dyrygentury Chóralnej. Zobaczyliśmy i usłyszeliśmy więc aż sześciu młodych dyrygentów, a tak naprawdę pięć pań i jednego pana. Do „Sonetów Krymskich” mam specjalny stosunek, bo kiedyś sam śpiewałem w chórze jeden z nich: „Czatyrdach” z niezapomnianymi słowami: „O Czatyrdachu! O minarecie świata! o gór Padyszachu!”. To było piękne i wzniosłe śpiewanie, jak piękna i wzniosła jest poezja Mickiewicza. W drugiej części koncertu dominowały utwory na chór a capella, czyli bez akompaniamentu, napisane przez młodych polskich kompozytorów. Na tym koncercie skończyła się moja wiosenna eskapada muzyczna do Warszawy, trwająca pięć dni. Chciałbym aby takich dni, wypełnionych słuchaniem muzyki na żywo, było więcej, czego życzę również moim Czytelnikom. „MAKBET” VERDIEGO W KINIE POWIŚLE W SZTUMIE W sali sztumskiego kina „Powiśle” oglądałem i słuchałem w sobotę 7 kwietnia br. „Makbeta” Verdiego z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Tym razem widzów było mniej niż na „Napoju miłosnym” Donizettiego. Była to retransmisja przedstawienia 154 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn granego w Met od 2004 r., dlatego bilety były tańsze, ulgowe po 25 zł. W tytułowej roli Makbeta wystąpił znakomity baryton Żeljko Lućić pochodzący z Serbii i pewnie dlatego akcja opery została przeniesiona ze Szkocji do Jugosławii. Aktorzy występują w charakterystycznych skórzanych płaszczach, a na ramieniu mają przewieszone pistolety Kałasznikowa, jak to było podczas wojny na Bałkanach. Trochę mi to przeszkadzało w odbiorze, bo jak zwykle, muzyka jest zachowana w oryginale, podobnie jest ze słowami, a na scenie widać zupełnie co innego. Rolę Lady Makbet śpiewała światowej sławy sopranistka Anna Netrebko. Nie jest to już ta przepiękna aktorka, jak przed kilkunastoma laty, ale do tej roli pasowała znakomicie pod względem wizualnym i głosowym. Bardzo dobrze wypadł też bas Rene Papę jako Banko. Dyrygował Włoch Fabio Luisi. Jeśli chodzi o muzykę to wpadła mi w ucho prosta, liryczna melodia z krótkiej uwertury. Nie mogłem się od niej uwolnić jeszcze następnego dnia. Mimo przeniesienia akcji, realizacja z Met okazała się lepsza, niż ta którą oglądałem w Gdańsku w 2010 r., bo wtedy reżyser Marek Weiss przeniósł akcję do Gdańska i w ostatnim akcie rycerze Szkoccy zamieniają się ...w stoczniowców kroczących na zamek Makbeta z pomnikiem poległych stoczniowców (Trzech Krzyży). Kolejne przedstawienie z Met ma być pokazane w sztumskim kinie w październiku. Ma to być już normalna transmisja na żywo „Aidy” Yerdiego. PODKASANA MUZA W OPERZE BAŁTYCKIEJ Ukłony artystów dla publiczności po premierze „Orfeusza w piekle”, fot. W. Bielecki Redaktor Naczelny przekazał mi zaproszenie na premierę operetki Offenbacha pt. „Orfeusz w piekle” w Operze Bałtyckiej w dniu 12 kwietnia. Już nie pamiętam, kiedy byłem ostatnio na operetkowym przedstawieniu. Pomysłodawcą przywrócenia tej formy scenicznej jest dyrektor Opery Bałtyckiej prof. Warcisław Kunz, który dyrygował tym spektaklem. Jak wiadomo, po dwóch latach pracy odchodzi on z opery z końcem czerwca, bo jak wieść niesie, od samego początku nie potrafił się porozumieć z członkami orkiestry. Przedstawienie wyreżyserowała Maria Sartova, z którą dyrektor Kunc współpracował przy realizacji opery „Bal maskowy” Yerdiego i operetki „Księżniczka czardasza” Kalmana w operze na zamku w Szczecinie. Wacław Bielecki 155 W przedstawieniu wzięło udział wielu nieznanych mi wykonawców - śpiewaków. W roli Eurydyki wystąpiła sopranistka Maria Domżał, w postać Orfeusza, roli raczej drugorzędnej, wcielił się Dawid Kwieciński, jako Jowisz śpiewał Adam Woźniak, a postać Johna Styksa (w mitologii greckiej jest to przewoźnik Charon) prezentował Łukasz Ratajczak, w roli Arysta, a później Plutona (Hadesa) widzieliśmy Przemysława Baińskiego, „ślepą” Opinię Publiczną reprezentowała Katarzyna Nowosad. Ta ostatnia postać nazwana jest bardzo dziwne. W znakomitym „Przewodniku operetkowym” Lucjana Kydryńskiego nie ma takiej postaci, jest natomiast „Los”. W starożytności los rozumiany był jako przeznaczenie lub jako nieubłagany los. Grecka Mojra, to bogini przeznaczenia, przydzielająca los każdemu człowiekowi, którego zmienić nie można. To oczywiście zupełnie co innego, niż Opinia publiczna, pod wpływem której działali główni bohaterowie w gdańskiej inscenizacji operetki. W sumie przedstawienie było udane, chociaż orkiestra grała jakoś nietęgo, szczególnie na początku, a szkoda, bo uwertura do tej operetki należy do arcydzieł tego gatunku, chociaż została ona skomponowana nie przez Offenbacha, ale przez wiedeńskiego dyrygenta Karla Bidera, na podstawie najpiękniejszych tematów z „Orfeusza w piekle”. Przedstawienie było wykonywane w języku polskim, ale często teksty arii czy chórów były niezrozumiałe. Szkoda, że nie wyświetlano tekstu. Podobały mi się stroje i oszczędna dekoracja oraz pomysłowe sceny z udziałem baletu, chociaż byłem zawiedziony choreografią słynnego kankana. Pewnie wynikło to z tego, że przyzwyczajony jestem do jego wersji rewiowej, a tutaj pokazano niezbyt efektowny układ, nazwijmy go „piekielnym”, czyli taniec diabłów. Operetka kojarzy się zwykle z dowcipem i humorem. W gdańskim przedstawieniu jest tego sporo, ale jest to dowcip zwykle tak abstrakcyjny, jak to określiła reżyserka, że nie przypadł mi do gustu. Daleko mu do tego z oglądanych obecnie scen musicalowych. Wydaje mi się, że realizatorzy, szczególnie choreograf Jarosław Staniek, chcieli przerobić operetkę Offenbacha w musical, jednak po obejrzeniu tej operetki muszę wyznać, że wolę współczesny musical. 70-LECIE SZKOŁY MUZYCZNEJ W KWIDZYNIE Uroczystości z okazji 70-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Kwidzynie oraz 20-lecia Młodzieżowej Orkiestry Dętej „Helikon” odbyły się w sali kinoteatru 26 kwietnia. Na pierwszą, oficjalną część „spiżowego wesela” złożyło się oglądanie filmu o szkole, wręczenie odznaczeń i nagród dla nauczycieli oraz liczne przemówienia gości. Trwało to ponad godzinę. Najbardziej wchodzącą w ucho pochwałę szkoły wygłosił burmistrz Kwidzyna Andrzej Krzysztofiak. Górnolotnie powiedział tak: „Kwidzyn bez szkoły muzycznej byłby tym, czym Paryż bez wieży Eiflla lub Nowy Jork bez Statuy Wolności.” Potem mogliśmy wysłuchać okolicznościowego koncertu uczniów. Zaczął się on od tańca z muzyką „Mazurka F-dur” Chopina, w wykonaniu małych uczennic. Potem chór szkolny w błękitno-czarnych strojach, prowadzony przez Barbarę Liss, zaśpiewał dwie pieśni. Kolejnym wykonawcą był duet klarnetowy: Julia Filbrandt i Maciej Chodorowski, który z akompaniamentem Katarzyny Pawłowskiej na fortepianie zagrał „Taniec węgierski 156 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn nr 5” Brahmsa. Po nim na estradzie pojawił się zespół perkusyjny prowadzony przez Stanisława Bienia. Zespół ten istnieje od trzydziestu lat, a ostatnio ma ciekawy skład instrumentalny: marimba, ksylofon, wibrafon. Młodzi uczniowie: Karolina Rybka, Sebastian Hnat i Fabian Czajka, zagrali na tych instrumentach „Arię z Suity orkiestrowej” J.S. Bacha oraz „Zakręconą sambę” Eckharda Kopetzkiego. Jako pierwszy solista wystąpił grający na wielkiej tubie Bartłomiej Dwórznik, wykonując utwór „Belzebub” Andrea Catozziego. Po nim usłyszeliśmy Trio saksofonowe w składzie: Bartosz Bródka, Oskar Terpiłowski, Kacper Macał oraz pianistkę Maję Dobosz w przeboju z dawnych lat, włoskiej piosence „Dimmi quando tu verrai.” Wielkim aplauzem publiczności zakończył się występ szkolnej Orkiestry Kameralnej prowadzonej przez wicedyrektora szkoły Walerego Kunaca. Jest to zespół w szkole działający od 27 lat, składający się obecnie z 22 muzyków w którym grają uczniowie i nauczyciele. Aranżacji wszystkich utworów dokonuje dyrygent. Jak usłyszeliśmy, znane wydawnictwo nutowe „Kompozytor” w Sankt Petersburgu w 2017 r. wydało partyturę z aranżacjami Walerego Kunaca. Orkiestra wykonała muzykę z filmu „Love story”, potem żywiołowy „Taniec z szablami” Arama Chataczturiana i na koniec „Melodię i romans” z filmu „Trędowata” z muzyką Wojciecha Kilara. Po orkiestrze wystąpiła solistka Weronika Tyszkiewicz, która zagrała na fortepianie „Zimowy ogród z sikorką” Janiny Garści. Mażoretki i Młodzieżowa Orkiestra „Helikon”, fot. W. Bielecki Jako ostatnia zaprezentowała się Młodzieżowa Orkiestra Dęta „Helikon” (nazwa orkiestry pochodzi od jednej z trąb). Powstała ona 20 lat temu i cały czas jej kapelmistrzem jest Eugeniusz Kizinski. Orkiestra, jak podkreślano wielokrotnie, uświetnia uroczystości miejskie, powiatowe i państwowe. Zespół ma na swoim koncie ponad 250 koncertów Wacław Bielecki 157 i przemarszów. Dwukrotnie występował w telewizji w programie „Jaka to melodia”. Od osiemnastu lat orkiestrze towarzyszy grupa mażoretek prowadzona teraz przez Monikę Szerszeń. Na jubileuszowym koncercie orkiestra wraz z mażoretkami wykonała znanego marsza „Washington Post” J. Ph. Sousa, a następnie z chórem — piosenkę w stylu spirituals songs — „Hum bajab” (Chodź tutaj). Na bis mała Lenka (tak ją przedstawił publicznos'ci dyrektor) wraz z orkiestrą i chórem brawurowo zaśpiewała piosenkę z repertuaru harcerskiego zespołu „Gawęda” - „Bo co może mały człowiek”. W sumie był to bardzo udany, radosny koncert prezentujący różne zespoły i solistów z kwidzyńskiej szkoły. Można tylko gratulować kolejnego sukcesu uczniom, nauczycielom i dyrekcji. Jednak było coś, czego mi zabrakło w programie koncertu. Szkoła kwidzyńska nosi imię kompozytora Feliksa Nowowiejskiego. Wydaje mi się, że przy takim jubileuszu aż się prosi, aby przypomnieć sylwetkę patrona jakimś jego utworem. Na przykład, orkiestra dęta zamiast amerykańskiego marsza mogłaby zagrać niemniej efektownego marsza Nowowiejskiego, a chór jakąś z czterystu pieśni skomponowanych przez mistrza z Barczewa. Mam nadzieję, że tak się stanie przy najbliższym jubileuszu. Wzorem dla szkoły kwidzyńskiej, jak trzeba podchodzić do swojego patrona, może być Akademia Muzyczna w Gdańsku, która także obchodziła 70-lecie swojej działalności. „STRASZNY DWÓR” W AKADEMII MUZYCZNEJ W GDAŃSKU W Akademii Muzycznej w Gdańsku w piątek 11 maja odbył się koncert będący zwieńczeniem obchodów jubileuszu 70-lecia istnienia szkoły. Ponieważ uczelnia ma za patrona Stanisława Moniuszkę, profesorowie i studenci przygotowali koncertowe wykonanie „Strasznego Dworu”, najlepszej opery tego kompozytora. Wykonawcy ledwie mieścili się na scenie, a byli wśród nich: wielka orkiestra symfoniczna złożona ze studentów, cztery połączone chóry uczelniane oraz dwunastu solistów — absolwentów bądź pracowników szkoły, w tym: Stefania Toczyska w roli Cześnikowej, Leszek Skrla jako Miecznik, Paweł Skałuba w roli Stefana i Daniel Kotliński jako jego brat Zbigniew, Hanna Fabrello w roli Hanny i Karolina Sikora jako siostra poprzedniczki — Jadwiga. W postać Damazego wcielił się prorektor Ryszard Minkiewicz. Całością dyrygował maestro Zygmunt Rychert. Co tu dużo mówić, „Straszny Dwór” jest, co podkreślają specjaliści, arcydziełem sztuki operowej, a widać to i słychać w warstwie muzycznej, która szczególnie uwydatnia się, kiedy dzieło wykonywane jest nie w formie scenicznej, tylko koncertowej. Piękna jest zaczynająca operę uwertura, a później do samego końca — arie, duety, sceny zespołowe, chóry i orkiestrowe przerywniki — same hity. W akcie I mamy duet Stefana i Zbigniewa „Nie ma niewiast w naszej chacie” i śliczny tercet „Cichy domku” oraz arię Cześnikowej „Z tamtej strony Powiśla”. Akt II to przepiękny chór żeński: „Spod igiełek kwiaty rosną” oraz dumka Jadwigi „Biegnie słuchać w lasy, knieje”, kwartet „Już ogień płonie” i przesławna aria Miecznika „Kto z mych dziewek serce której” oparta na rytmie poloneza. Akt III zawiera znaną wszystkim, nie tylko melomanom, arię Skołuby „Ten zegar stary niby świat” oraz wielką arię z kurantem śpiewaną przez Stefana zaczynającą się od słów „Cisza dokoła”. Ostatni, IV akt, to koloraturowa aria Hanny „Któraż to która”, no i mazur grany przez orkiestrę i śpiewany przez chór: „Hej, zagrajcie siarczyście”. 158 Wędrówki muzyczne - Warszawa, Gdańsk, Kwidzyn Stefania Toczyska (w środku) zaśpiewała w „Strasznym Dworze”arię Cześnikowej, fot. W. Bielecki „Straszny Dwór zagrany został po raz pierwszy w Teatrze Wielkim w Warszawie w 1865 r. i od razu nie miał szczęścia do wystawień, ani w Polsce, ani w Europie. Bardzo szybko zadziałała carska cenzura i spektakl został zdjęty już po trzecim przedstawieniu. Dlaczego? Były to czasy po Powstaniu Styczniowym, a libretto opery zawiera liczne patriotyczne teksty. Na przykład, Miecznik opisując, jakich chciałaby mieć zięciów, śpiewa, że kandydat powinien: „Mieć w miłości kraj ojczysty, być odważnym jako lew, dla swej ziemi macierzystej, na skinienie oddać krew.” Opera została w całości przepięknie zaśpiewana i zagrana przez solistów, chór i orkiestrę. Wśród solistów najbardziej wpadł mi w oko i ucho Leszek Skrla jako Miecznik, który jako jedyny śpiewał swoją partię z pamięci. Byłem też pod wrażeniem występu Stefan i Toczyskiej w roli Cześnikowej. Jakiż to ciągle przepięknie brzmiący mezzosopran i jakaż kreacja sceniczna. Zresztą, spodobali mi się także pozostali wykonawcy. Na osobne wyróżnienie zasługuje dyrygent Zygmunt Rychert, który w umiejętny, wręcz błyskotliwy sposob potrafił połączyć w cudowną całosc skomplikowaną machinę, jaka stanowi orkiestra, chor i solisci. Doceniła to publiczność kilkuminutową owację na stojąco. Opera zostanie nagrana i ukaże się na płycie wydanej przez uczelnię, więc niedługo każdy będzie mógł posłuchać tej pięknej muzyki w nietypowym wykonaniu — studentów i profesorów z gdańskiej Akademii Muzycznej. Jarosław Denisiuk 159 Jarosław Denisiuk TOŻSAMOŚĆ GRANIC - GRANICE TOŻSAMOŚCI zapiski na marginesie wystawy Borderlands Przez wieki Europa była ideą, nadzieją na pokój i wzajemne zrozumienie. Nadzieja ta spełniła się. Zjednoczenie Europy przyniosło nam pokój i dobrobyt. Zaowocowało poczuciem wspólnoty i pozwołiło przezwyciężyć podziały [...] Etnieją poważne wyzwania nie znające granic państwowych. Naszą odpowiedzią na nie jest Unia Europejska. Tylko razem możemy na przyszłość zachować europejski ideał społeczny — dła dobra wszystkich obywateli Unii Europejskiej. Preambuła Deklaracji Berlińskiej, 2008 W elbląskiej Galerii EL trwa wystawa Borderlands, autorstwa duetu łódzkich badaczy — fotografa Marka Domańskiego oraz socjologa Tomasza Ferenca. Celem projektu - jak deklarują twórcy - jest rejestracja i analiza zjawisk, procesów społecznych i zmian kulturowych zachodzących na obszarach rubieży Europy. Efektem zaś dokumentacyjny zbiór nagrań terenowych i wywiadów, które złożą się na publikację Fron-tier, enclaoe, island. Report from the European borders, a także cykl zdjęć reportażowych z trzech wybranych odcinków europejskich granic, tj. hiszpańskiej Ceuty — granicy z Marokiem, greckiej Lesbos oraz polskiego Braniewa — granicy z Federacją Rosyjską. Wydaje się, że bezpośrednim impulsem do zajęcia się tematem ochrony granic, jej intensyfikacji był niedawny, a trwający nadal, kryzys imigracyjny i napływ dużej ilości mieszkańców Afryki oraz Bliskiego Wschodu do Europy. Domański i Ferenc posługują się terminem „Forteca Europa” - tak żywo przypominający terminologię obrony kontynentalnej, a podbitej przez III Rzeszę w latach 1938-41, Europy. Jeśli symbolem końca zimnowojennego, globalnego, dwubiegunowego układu sił stało się zniesienie granicy między dwoma państwami niemieckimi, symbolizowanej przez mur berliński, to teoretyczną odpowiedzią na wizję nowego świata były utopijne i posthisto-ryczne wizje intelektualistów takich jak Bertrand Badie, który w 1995 roku opublikował książkę zatytułowaną „La fin des territoires”. Model ekonomicznej wolności wspólnego rynku teoretycznie sprzyjał procesowi osłabiania i znoszenia granic. Stało się jednak inaczej. Od upadku muru berlińskiego na całym świecie powstało ponad 26 tys. kilometrów nowych granic. Mury, płoty lub wały ziemne pojawiły się na granicach różnych państw, na niemal wszystkich kontynentach. Łączna długość tych umocnień przekracza już 18 000 kilometrów. Tylko w 2011 roku rozpoczęto budowę 45 takich konstrukcji, również w Europie. W 2010 roku Hiszpania rozpoczęła ogradzanie Ceuty i Melilli. USA 160 Tożsamość granic - granice tożsamości - zapiski na marginesie wystawy Borderlands odgradzają się od Meksyku, planuje się budowę umocnień na granicy polsko-rosyjskiej. Powstały ogrodzenia wzdłuż południowej granicy Unii Europejskiej, na granicy serbsko--węgierskiej, turecko-greckiej oraz wiele innych podobnych umocnień. Z punktu widzenia Europejczyka żyjącego w drugiej połowie XX wieku, dwa przeciwstawne procesy wydają się oczywiste. Z jednej strony znoszenie granic państwowych, zwiększanie ich przepuszczalności dla kapitału, towarów, usług i pracowników, co jest konsekwencją globalizacji i przemian wewnątrz Unii Europejskiej. Z drugiej strony uszczelnianie i zabezpieczanie granic, głównie z powodów wzmożonego napływu imigrantów w ostatnich latach. Jak twierdzą autorzy wystawy Borderlands, trwające od półwiecza procesy integracyjne w Europie zaczęły przynosić odczuwalne dla przeciętnego obywatela skutki, takie jak możliwość swobodnego przemieszczania się, osiedlania i pracy. Dawne, najeżone drutem kolczastym granice objawiały się już tylko tablicami informacyjnymi ustawionymi przy autostradach. Mit o zunifikowanej Europie zdawał się urzeczywistniać. Niestety, polityczne wydarzenia poza granicami Europy i radykalizacja polityczna niektórych państw europejskich owocują regresem widocznym w postaci nowo ustawianych murów i ogrodzeń, których celem jest izolowanie obszarów i ludzi. Konsekwencją prowadzenia polityki bezpieczeństwa jest intensyfikacja ochrony granic. W istocie obserwujemy zderzenie dwóch mitów dotyczących Europy: pierwszy z nich jest mitem kreowanym przez Europejczyków i przez aparat administracyjny UE, i jest to mit jedności, solidarności, bezpieczeństwa, tolerancji. Z drugiej strony, przybysze docierający do Europy także przybywają z określonymi wyobrażeniami, które bliskie są myśleniu mitycznemu: Europa postrzegana jest jako kraina dostatku, rozwiniętych programów socjalnych oraz bezpieczeństwa. Tym samym, na naszych oczach, upada mit końca historii, ciągłego — liczonego od Oświecenia postępu, modernizacji i związanej z tym rosnącej wyższej świadomości człowieka. Jeśli upada wizja permanentnego postępu to pojawia się pokusa opisu rzeczywistości w kategoriach regresu. Od tej pokusy, w moim przekonaniu, nie są wolni twórcy wystawy. Regres oznaczałby w tej opowieści powrót do czasów barbarzyństwa, porzuconych określonych pryncypiów, zdziczenie i brutalność. To nawrót do epok dehumanizacji i powszechnego sadyzmu. Świat z rozbudowanymi granicami takim miałby się okazać. Jak zatem jest ów regres opisywany? Przyjrzyjmy się więc źródłom, ale i wewnętrznym rysom w obrębie tego opisu. Nowy porządek polityczno-militarny w Europie mógł powstać tylko pod parasolem zewnętrznym - czyli ochronnym sił zbrojnych USA. Upadek komunizmu w 1989 roku i zniknięcie zagrożenia dla wielu komentatorów oznaczał postrzeganie świata w utopijnych kategoriach Końca Historii. Pierwsze pękniecie w takim opisie jednoczącej się Europy związane było z przyjęciem do UE państw Europy Wschodniej i ich narracji — dodajmy z trudem się przebijającej na Zachodzie — koncepcji dwóch wrogów — hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRR oraz walki niepodległościowej. Doświadczenie Zachodu z okresu II Wojny Światowej to jednak doświadczenie walki tylko z III Rzeszą. Chcę przez to powiedzieć, że komunistyczne Jarosław Denisiuk 161 doświadczenie Europy Wschodniej to dla Zachodu lekcja mało znana, a recepcja lewicowej myśli zachodniej (z jej dogmatami politycznej poprawności) budowanej przez elity, której trzon stanowią w dużej mierze weterani „rewolucji” 68 roku, pobrzmiewa w uszach wschodnich Europejczyków szczególnie złowrogo. Tylko ta kwestia daje dużo do myślenia. Bo czyż granice Europy winny być wyznaczone z uwzględnieniem politycznie wykreowanych, tzw. „war- tości demokratycznych”, czy jednak na podstawie wspólnego kryterium dziedzictwa? Bo w tak rozumianej Europie winno się znaleźć miejsce i dla Turcji, jak i dla Izraela czy państw kaukaskich, jeśliby pominąć Białoruś czy Ukrainę. Dlaczego Europie tak łatwo przychodzi rezygnacja z tego co nas naprawdę łączy - nie polityczny akt, deklaracje i traktaty, tylko wspólnota oparta na wspólnej tożsamości? Dlaczego zamazywanie tego nie powoduje zakłopotania w rządzących dużymi państwami Europy? Jest też drugie pęknięcie. Całkiem świeżej daty. Swego czasu dla nazwania tego doświadczenia pisał ks. Józef Tischner: „U początku pochodzenia świadomości JA leży obecność TY a być może nawet obecność MY. Dopiero w dialogu, w sporze, opozycji a także dążeniu do nowej wspólnoty tworzy się świadomość mojego JA jako istoty samoistnej [...]” Właściwie to właśnie czas konfrontacji zmusza do wyartykułowania przez Europejczyków swojej tożsamości. Zetknięcie z ludźmi o innym kolorze skóry i normami społecznymi spoza Europy umożliwia nam ustalenie granicy pomiędzy tym, z czym się identyfikujemy 162 Tożsamość granic - granice tożsamości - zapiski na marginesie wystawy Borderlands a tym, co nam jest obce. Nie twierdzę przy tym, że Europa nie doświadczała wcześniej przyjazdu Innych, bo podobnemu procesowi szczególnie zachodnie państwa kolonialne poddane są od wielu dekad. Raczej mam na myśli taki aspekt oficjalnej polityki europejskiej, w której ramy wnika duch dogmatu o konieczności dziejowej - jako raz podjętej i zadekretowanej decyzji o asymilacji przybyszów, pogłębieniu integracji i zamazaniu różnic między narodami tworzącymi Europę. Taka koncepcja Unii jako gotowego i skończonego tworu nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością. Stoimy bowiem przed paradoksem — w obliczu wdzierającego się Innego w nasze granice, Europa powinna czuc swoją przynależność do antycznej i chrześcijańskiej cywilizacji, uznawać unikalność swojego wspólnego dziedzictwa. Tego jednak nie czyni. Świat, który znamy, rozpada się na naszych oczach. W zamian wracają z całą mocą — zanotowane przez Ferenca i Domańskiego - zjawiska znane ze Średniowiecza. Takie jak wielka wędrówka ludów, ponadnarodowe państwo uniwersalne z całym jego aparatem obrony terytorium, umocnieniami, finansowaniem państw sąsiedzkich, by broniło granic imperium. Identycznie — do czego doszli twórcy wystawy Borderlands, obserwując rubieże Europy - wyglądało jak późne, upadające Cesarstwo Rzymskie. Historia zatoczyła wielkie koło. Niektórzy eseiści i naukowcy w XX i XXI wieku, od Bierdajewa począwszy, zaczęli dochodzie do wniosku, że współczesne trendy polityczne, społeczne i nawet ekonomiczne dadzą się porownac do analogicznych trendów, które wy-stępowały właśnie w średniowieczu. Te analogie są zasadne i niejednokrotnie narzucają się same. Pod koniec XX wieku wyłoniła się pewna narracja rehabilitująca średniowiecze w pracach amerykańskich mediewistow. Obalając mit średniowiecza jako „ciemnych wieków”, wykazywali, że ten fałszywy wizerunek wytworzyła dopiero kultura Oświecenia, sytuując się w opozycji do Wieków Średnich. Siebie samą definiowała pozytywnie poprzez postęp a dla średniowiecza rezerwowała skojarzenia pejoratywne, takie jak ignorancja czy ciemnota. W rzeczywistości średniowiecze było epoką nie stagnacji, ale ogromnej kulturowej dynamiki. Włoski pisarz Umberto Eco pisał w eseju Nowe średniowiecze; „Czego trzeba, by stworzyć dobre średniowiecze? Przede wszystkim Wielkiego Pokoju (vide Pax Romana vs. Pax Europeana), który się kruszy, wielkiej międzynarodowej władzy państwowej, która zjednoczyła świat pod względem języka, obyczaju, ideologii, religii, sztuki oraz technologii i która w pewnym momencie — wskutek własnej niekontrolowanej złożoności — upada. Upada, ponieważ na granice naciskają «barbarzyncy», niekoniecznie pozbawieni kultury, lecz przynoszący nowe obyczaje i nowe wizje świata”. Eco wierzył, że wiele zjawisk typowych dla wczesnego średniowiecza w czasach współczesnych powraca. A takie zjawiska jak: decentralizacja struktur metropolii z jej podziałem na mniejsze struktury, które — niczym jak w średniowieczu — stają się zamkniętymi grodami z izolującymi się mniejszościami czy poczucie narastającej egzystencjalnej Jarosław Denisiuk 163 niepewności jutra, powodują ze państwo nie jest w tych warunkach jedynym monopolistą na stosowanie polityki bezpieczeństwa (vide Frontex). Coraz też więcej osób gotowych jest na poczucie wzrostu stabilności życia w zamian za zrzeczenie się części wolności. Podobieństwo do upadającego Rzymu widział Eco również i we współczesnej Europie w reakcji na migrację i bezrefleksyjności nad jej założeniami. Lewicowe elity europejskie reagują na ten problem podobnie jak elity upadającego Rzymu. Problemu nie widzą. Wzmocnieniu przy tym ulega proces kneblowania ust, tym którzy podnoszą w debacie publicznej tę kwestię. W Niemczech czy Szwecji nie można już na forum publicznym kwestionować założeń multikulturalizmu bez narażenia się na oskarżenia o ksenofobię. Wystawa Borderlands notuje jedynie wycinek tych procesów - te najbardziej oczywiste i najbardziej widoczne. Jest jednak w tym trwożnym opisie i taka jednak pociecha, że rozpad Europy na fragmenty, nawet pod zmieniającą się jurysdykcją (np. terytorialnie szariat) nie musiałby w moim przekonaniu oznaczać całkowitej klęski projektu zjednoczonej Europy. Cesarstwo umierało ponad wiek, a stan zawieszenia i powstawania silnych państw na Zachodzie Europy kolejne kilkaset. Podobnie może być w XXI i XXII wieku. Jedynym warunkiem byłoby zrzeczenie się kompetencji do stanowienia prawa na całym terytorium i zaakceptowanie polifonicznego układu samorządnych grup etnicznych i zapewne religijnych w obrębie granic Unii. Marek Domański — fotograf. Prowadzi Pracownię Obrazowania Fotograficznego w Katedrze Fotografii i Multimediów na Wydziale Sztuk Wizualnych ASP im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi. Obok pracy dydaktycznej zajmuje się przede wszystkim twórczością w dziedzinie fotografii, za podstawę przyjmując przede wszystkim wewnętrzną potrzebę poszukiwania i eksperymentowania. Niektóre swoje realizacje celowo sytuuje na pograniczu medium. Fotografie i obiekty Domańskiego można było oglądać na wielu wystawach indywidualnych oraz zbiorowych w kraju i za granicą. Artysta był także organizatorem i kuratorem projektów dokumentalnych. Tomasz Ferenc - socjolog, pracownik Katedry Socjologii Sztuki i Edukacji na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ. Jego główne obszary zainteresowań to: socjologia sztuki antropologia wizualna, oraz socjologia procesów migracyjnych. Najważniejsze publikacje książkowe: „Fotografia. Dyletanci, amatorzy i artyści” (2004); „Artysta jako Obcy. Socjologiczne studium polskich artystów na emigracji” (2012); „Architektura Przymusu. Interdyscyplinarne studia nad dyscyplinującymi funkcjami architektury” (współred. M. Domański, 2013); „Pomniki wojenne. Formy, miejsca, pamięć” (współred. M. Domański, 2015); „Artysta jako obcy. Fotografie” (2014); „Dennis biographical story of an American” (2014). Redaktor wielu zbiorów tekstów poświęconych fotografii, w tym ostatnio wydanej książki „Fotografia i szaleństwo” (2017). 164 Redaktor Naczelny „Prowincji" nominowany do Pomorskiej Nagrody Artystycznej Wacław Bielecki REDAKTOR NACZELNY „PROWINCJI” nominowany do Pomorskiej Nagrody Artystycznej Gala i koncert z okazji wręczenia Pomorskich Nagród Artystycznych odbyła się 27 kwietnia 2018 r. w sali koncertowej Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku na Ołowiance. Uroczystość składała się z dwóch części: gali wręczenia nagród oraz okolicznościowego koncertu. Gala wręczenia Pomorskich Nagród Artystycznych za rok 2017 ufundowanych przez Marszałka Województwa Pomorskiego Mieczysława Struka odbyła się po raz 19-ty. Ponieważ Marszałek nie mógł być obecny, to w jego imieniu wręczał nagrody członek Zarządu Województwa Pomorskiego Paweł Ostrowski. Galę sprawnie prowadził dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Władysław Zawistowski. Całość imprezy była wzorowana na uroczystościach związanych z wręczaniem nagród filmowych - Oskarów. Najpierw wszyscy zgromadzeni w sali koncertowej oglądali krótki film o osobach nominowanych do nagród, a ci po kolei otrzymywali stosowne dyplomy i wiązanki kwiatów. Potem nastąpiło wręczenie nagród. Wacław Bielecki 165 W najważniejszej z trzech kategorii: „za najlepszą kreację artystyczną” - wśród dziesięciu nominowanych znalazł się nasz Leszek Sarnowski, redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Laury otrzymały trzy osoby. Organista Andrzej Szadejko „za festiwal „Organy plus+”, próbę odtworzenia muzyki dawnych mistrzów poprzez użycie oryginalnych dawnych instrumentów i techniki wykonawczej, przy niezmienionej od stuleci akustyce gotyckiego kościoła św. Trójcy w Gdańsku”. Kompozytor i pianista jazzowy Leszek Kułakowski otrzymał nagrodę „za wydanie płyt „Love Songs, Copy & Insert”, „Chopin Im-pressions”, a także „Cassubian Folk Songs” - zbioru pieśni kaszubskich na chór mieszany i kwartet jazzowy”. Ostatnim wyróżnionym w tej kategorii został malarz Henryk Cześnik „za spotkanie Henryk Cześnik i poeci w Salonie Poezji Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie, a także za wystawę „Niebezpieczne zabawy” w Narodowej Galerii Armenii w Erywaniu”. Drugą kategorią w której przyznano nagrodę, była „Pomorska nadzieja artystyczna”. Nominowane do niej były trzy osoby, a nagrodę otrzymał młody pianista Piotr Pawlak „za wirtuozerię docenioną głównymi nagrodami w III Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym dla Młodych Wirtuozów im. L. Godowskiego oraz XI Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Darmstadt”. Pianistę tego słyszeliśmy podczas występu w czerwcu 2016 r. w pałacu w Waplewie Wielkim, (zob. relację w „Prowincji” nr 3 z 2016 r.) Trzecią kategorią był tytuł „mecenasa artystycznego”. Spośród trzech nominowanych: firmy Ziaja - wspierającej Teatr Muzyczny i Teatr Wybrzeże oraz firmy Kegar sponsorującej instytucje kultury w Słupsku, nagrodę otrzymał sympatyczny Andrzej Stelmasiewicz, prezes Fundacji Wspólnota Gdańska, animator kultury i przedsiębiorca, twórca Oliwskiego Ratusza Kultury. Leszek Możdzżer dziękuje za nagrodę, fot. W. Bielecki 166 Redaktor Naczelny „Prowincji” nominowany do Pomorskiej Nagrody Artystycznej Małgorzata (pierwsza z prawej) i Leszek Sarnowscy na Gali Pomorskich Nagród Artystycznych, fot. W Bielecki Ostatnią, ale najważniejszą nagrodą przyznaną tego wieczoru była „Wielka pomorska nagroda artystyczna , która trafiła do rąk znanego pianisty i kompozytora Leszka Możdżera. Przy wielkim aplauzie sali uhonorowano go „za siłę talentu i niezwykłą wyobraźnię twórczą porywającą słuchaczy ku nowym obszarom muzycznej wrażliwości”. Przy okazji filmowej prezentacji nagrodzonego pojawił się też akcent sztumski. Bowiem artysta w ubiegłym roku podarował Zakładowi Karnemu w Sztumie, podobnie jak sześciu innym więzieniom okręgu gdańskiego, pianino dla więźniów, by mogli rozwijać swoje artystyczne umiejętności. Projekt współpracy artysty z zakładami karnymi koordynowała zresztą żona naszego redaktora naczelnego Małgorzata Sarnowska, która jest rzecznikiem prasowym Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Gdańsku. Szef naszego kwartalnika, Leszek Sarnowski w tym roku nagrody nie otrzymał, ale sama nominacja do Pomorskich Nagród Artystycznych (druga z kolei, bo pierwsza była w 2015 roku) - za tworzenie kwartalnika społeczno-kulturalnego Dolnego Powiśla i Żuław „Prowincja i wydanej w jej ramach książki „Sztumska droga do wolności - jest już wielkim wyróżnieniem, gdyż znalazł się w gronie prześwietnych twórców, o których mówi się na Pomorzu. W tym roku prym wiedli gdańscy muzycy. To naprawdę wielki splendor dla Naczelnego i wszystkich osób związanych z kwartalnikiem „Prowincja”. Po przerwie na lampkę wina zaczął się okolicznościowy koncert. V(^ystąpiła w nim orkiestra Polskiej Filharmonii Bałtyckiej pod dyrekcją jej artystycznego szefa, gruzińskiego dyrygenta Georga Tchitchinadze. W programie były tylko dwa utwory: „Symfonia G-dur nr 88” Josepha Haydna oraz „II Koncert fortepianowy g-moll op. 22” Camillea Saint-Saensa, który zagrała gruzińska pianistka Nino Gvetadze. Jednym słowem mieliśmy przyjemność posłuchania utworów z okresu klasycyzmu i romantyzmu muzycznego w wykonaniu Gruzinów. Wacław Bielecki 167 Powstałe w 1787 r. dzieło Haydna należy do tzw. symfonii paryskich i składa się z czterech części: szybkiego „Allegro” poprzedzonego krótkim, wolnym wstępem, szerokiego „Largo” napisanego w technice wariacyjnej, „Menueta”, który niezbyt przypadł mi do gustu oraz bardzo efektownego, finałowego „Ronda”, gdzie temat podają fagoty a później przechwytują inne instrumenty. Całość trwa niewiele ponad 20 minut. Gdańscy filharmonicy zagrali utwór, tak jak należy grać Haydna, czyli lekko, z wdziękiem i humorem. „II Koncert fortepianowy g-moll” Saint-Saensa z 1886 r. należy do hitów tej formy muzycznej. Bardzo chętnie grał ten koncert Artur Rubinstein. Utwór ma budowę trzyczęściową, zaczyna się wbrew utartej tradycji, w tempie umiarkowanym — „Andante”, od sola fortepianu, do którego nieco później dołącza orkiestra. Druga część to żywe i żartobliwe „Allegro scherzando”, a całość kończy się w „Presto”, żywiołową tarantelą. A jak wypadła w nim Nino Gevatadze, młoda, gruzińska pianistka urodzona i kształcona najpierw w Tblilisi, a potem w Hadze i Amsterdamie? Moim zdaniem, znakomicie. Przyjemnie było słuchać, jak świetnie współpracuje z orkiestrą i dyrygentem. Nic dziwnego, że publiczność wyklaskała bis. Pianistka wykonała popisowy, impresjonistyczny utwór C. De-bussego, nastrojowe preludium „Clair de lunę” (Światło księżyca) z „Suity bergamaskiej”. Po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć, jak to się mówi, w akcji, dyrektora artystycznego Polskiej Filharmonii Bałtyckiej Georga Tchitchinadze. Akurat program wysłuchanego koncertu nie należał do tych najtrudniejszych, ale jak się wykonuje znane utwory, to zawsze może wyjść coś nie tak. Na szczęście tak nie było, koncert zakończył się sukcesem orkiestry i dyrygenta, który miał co robić, szczególnie w koncercie Saint-Saensa pełnym nieoczekiwanych zwrotów i zmian tempa, wymagających świetnego zgrania solisty z zespołem. Tego w gdańskim wykonaniu nie zabrakło. Koncert Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, fot. W. Bielecki Żuławskie wierzby w jazzowych aranżacjach, ze sztumskim akcentem i Piotr Scholz i Kacper Smoliński, fot. Krystian Daszkowski, www.kdaszkowski.com Lucyna Eich 169 Kacper Smoliński, kompozytor, muzyk, aranżer młodego pokolenia. Sztumianin. Sięgając do własnych korzeni i rodzinnych historii chce zrealizować swój pomysł i na nowej płycie uchwycić piękno muzycznego folkloru Pomorza. Pomysł nagrania płyty Żuławskie wierzby, z muzyką ludową nie jest przypadkowy. Sięga dzieciństwa młodego artysty Piotra Smolińskiego, kiedy to co tydzień spędzał czas na próbach Zespołu Pieśni i Tańca „Powiślanie”. Tańczyli w nim jego rodzice. Choć zespół po wielu latach zakończył swoją działalność, pozostał po nim śpiewnik „Pieśnią wiązać serca i dłonie”, którego autorem jest dziadek Kacpra - Zygmunt Smoliński, z zamiłowania etnograf, który przez lata zbierał i spisywał pieśni ludowe, przekazywane tradycją ustną z pokolenia na pokolenie. Te nigdy nie zostały jednak wydane w postaci nagrań dźwiękowych i popadły w zapomnienie. Kacper Kacper Smoliński urodził się w 1990 roku w Sztumie. Tu zakończył swoją edukację gimnazjalną, a szkołę średnią w słynnym III Liceum Ogólnokształcącym im. Marynarki Wojennej w Gdyni. — W okresie nastoletnim byłem pochłonięty nauką w szkołę, a najbardziej chemią, mówi Kacper. Moje sukcesy dotyczyły właśnie tej dziedziny. W liceum miałem już zagwarantowany indeks na Politechnikę. Studia związane z chemią wydawałby się więc naturalnym krokiem. Ostatecznie zadecydowałem inaczej i wybrałem muzykę. Choć nie mogę powiedzieć, że sztuka Kacper Smoliński na Festiwalu Jazz nad Odrą, fot. A. Olechnowski, pik.wroclaw.pl 170 Żuławskie wierzby w jazzowych aranżacjach, ze sztumskim akcentem towarzyszyła mi od dzieciństwa, ale moje zainteresowanie grą zaczęło się rozwijać jeszcze przed liceum, a w liceum biegałem w Gdyni na jam session do klubów jazzowych. Swoją edukację muzyczną Kacper rozpoczął od studiów na wydziale Reżyserii Dźwięku na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w 2009 roku, podczas których kształcił się pod kierunkiem uznanego realizatora nagrań Piotra Madziara. W 2013 roku rozpoczął studia muzyczne, licencjackie na kierunku Kompozycja z aranżacją w klasie Krzesimira Dębskiego na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Rok później dostał się na prestiżową uczelnię muzyczną Universitat der Kiinste Berlin, gdzie w Instytucie Jazzu rozpoczął formalną edukację w zakresie jazzowej harmonijki, którą obecnie kontynuuje. Podczas studiów w Berlinie miał okazję pracować pod okiem muzyków o światowej renomie takich jak Peter Weniger, Kurt Rosenwinkel, Greg Cohen, Geoffroy de Masure, Gerard Presencer, Hendrik Meurkens. Obecnie, równolegle do studiów w Berlinie, studiuje harmonijkę jazzową na studiach II stopnia na Akademii Muzycznej w Poznaniu. Jego zainteresowanie muzyką oraz harmonijką ustną rozpoczęło się dość przypadkowo, a główną inspiracją był dziadek - multiinstrumentalista i kierownik Zespołu Pieśni i Tańca „Powiśle”. - W szafie dziadka znalazłem pierwszą harmonijkę, mówi Kacper. Zacząłem uczyć się grać i to szybko stało się moją pasją. Najpierw był oczywiście błues. Najchętniej słuchałem harmonijkarzy Sonnyego Terryego i Sonnyego Boya Wiłliamsona, którzy bardzo mnie wtedy inspirowali. Uczęszczałem na warsztaty bluesowe, jednak to indywidualna praca nad opanowaniem harmonijki dała mi najwięcej. Lucyna Eich 171 Mimo bluesowych początków ostatecznie to jazz stał się gatunkiem muzyki, w którym Kacper dziś najlepiej się odnajduje, choć muzyków grających na harmonijce łatwiej znaleźć na scenach bluesowych niż jazzowych. — Sądzę, że harmonijka niesie ze sobą pewien specyficzny klimat, mówi Kacper. Trudno jednoznacznie określić emocje, które wyraża. Powoduje swego rodzaju dziwne napięcie, które mi się podoba. Brzmienie harmonijki oddziałuje na mnie właśnie w taki sensualny, fizyczny sposób. Choć nie umiem jeszcze wskazać, z czego dokładnie to wynika. Sukcesy Jego najbardziej rozpoznawalna działalność artystyczna obejmuje stałą współpracę z zespołami Poznań Jazz Philharmonic Orchestra oraz Weezdob Collective. Zespół ten tworzą tacy muzycy jak Piotr Scholz, Kuba Marciniak, Damian Kostka, Adam Zagórski i Kacper Smoliński. Mimo, że Weezdob Collective istnieje dopiero od 2014 roku, to zdołali już zdobyć najwyższe trofea na muzycznych festiwalach i konkursach, jak choćby na Blue Notę Poznań Competition, Bielskiej Zadymce Jazzowej, Lotos Jazz Festiwal, Mladi Ladi Jazz Festival w Pradze. W kwietniu tego roku zespół zdobył prestiżowe Grand Prix na festiwalu Jazz nad Odrą we Wrocławiu. Na festiwalu Jazz nad Odrą w tym roku Kacper Smoliński dodatkowo został wyróżniony nagrodą specjalną, jako największa indywidualność konkursu. W czerwcowym "Jazz Forum" Tomasz Szachowski tak zrecenzował nagrodę dla Kacpra: Harmonijka chromatyczna to rzadki i trudny instrument, a wykonywanie na nim złożonych harmonicznych improwizacji jest sztuką, która wzbudza respekt. Solówki Kacpra Smolińskiego mają w sobie prawdziwy jazzowy nerw i zdradzają wyjątkową muzykalność. To wielkie wyróżnienie, choć nie jedyne i nie pierwsze w jego dotychczasowej karierze muzycznej, żeby wspomnieć choćby I miejsce na Grupa Azoty Tarnów Jazz Contest w 2012 roku, II miejsce na VIII Międzynarodowym Konkursie Improwizacji Jazzowej w Katowicach w 2017, II miejsce na Blue Notę Poznań Competition w 2016, III miejsce na World Harmonica Champion-ship w kategorii: jazz na harmonijce chromatycznej, czy liczne wyróżnienia na X Novum Jazz Festival w Łomży, XVIII Ogólnopolskim Przeglądzie Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych Gdyńskiego Sax Clubu, Jazz nad Odrą 2015, Jazzfruit Competition i na Czech Jazz Contest w 2015. W kwietniu tego roku koncertował ze swoim zespołem Kacper Smoliński Quintet (Kacper Smoliński - harmonijka, Tomek Sołtys - fortepian, Attila Muehl - gitara, Alan Wykpisz — kontrabas, Adam Zagórski — perkusja) w ramach prestiżowego festiwalu Era Jazzu w Poznaniu. Koncert został pozytywnie odebrany przez krytyków. Tak pisał o artyście Dominik Górny: — Smoliński dał popis miłości do harmonijki. Stwarzał wrażenie, że ma ją opanowaną do perfekcji. Przejmująco grał solówki oraz partie zespołowe. Ekspozycja dźwięków była jasna i kłarowna. Kompozycję przeżyć publiczności frazował doskonały zespół. Kacper ma też na swoim koncie koncerty z cenionymi muzykami jazzowymi, m.in. z amerykańskim wokalistą Vinx’em, niemiecką formacją Mo’Blow, międzynarodowym 172 Żuławskie wierzby w jazzowych aranżacjach, ze sztumskim akcentem zespołem Tingvall Trio oraz kompozytorem Włodkiem Pawlikiem. W 2018 roku Kacper Smoliński został nagrodzony stypendium “Młoda Polska”. — W jazzie najbardziej podoba mi się wolność, którą daje ten rodzaj muzyki, mówi Kacper, ta nonkonformistyczna aura, złożona i wyrafinowana forma, rytm i w końcu wyjątkowe poczucie czasu. Ja to czuję. Mam wielki szacunek dla takich jazzmanów jak Gregoire Maret czy Freddie Hubbard, choć tych inspirujących mnie muzyków jest wielu. Folklor w jazzowej aranżacji Przy realizacji muzycznych pasji Kacper Smoliński ściśle współpracuje z Piotrem Schol-zem, kolegą z Weezdob Collective. To gitarzysta, kompozytor i aranżer. Został uhonorowany Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Stypendium Artystycznego Miasta Poznań. Jest również laureatem licznych nagród. Piotr współpracuje z Grit Ensemble, którego liderami są Patryk Piłasiewicz oraz Krzysztof Dys. Premiera wspólnego albumu Komeda Deconstructed odbyła się w 2015. Krążek zespołu został uznany „płytą tygodnia” w JazzPress w lipcu 2015 roku. Współpracuje z Włodkiem Pawlikiem (laureat Grammy Awards w 2014 roku,) z którym zarejestrował płytę w Radio Kraków w projekcie Zagajewski & Pawlik. Album zatytułowany „Mów spokojniej ukazał się w grudniu 2015. Jego główne zainteresowanie, podobnie jak Kacpra, skupiają się jednak wokół zespołu Weezdob Collective oraz Poznań Jazz Philharmonic Orchestra. W tym roku artyści planują wydać płytę łączącą jazz i muzykę elektroniczną — „Star Cadillac” — oraz zrealizują dwa duże koncerty z udziałem Dagadany oraz Rosalie. Lucyna Eich 173 Najważniejszym jednak dla obu muzyków zadaniem jest zrealizowanie projektu muzycznego Żuławskie wierzby, czyli nagranie albumu z muzyką ludową z rejonu Żuław i Powiśla, w nowych autorskich aranżacjach. Obaj otrzymali na ten cel stypendium kulturalne Marszałka Województwa Pomorskiego Mieczysława Struka. Dla Kacpra to szczególna płyta. To nie tylko ukłon w stronę rodzimego folkloru, ale również nawiązanie do własnej historii i początku przygody z muzyką i harmonijka ustną. Podstawą projektu jest śpiewnik ludowych pieśni powiślańsko-żuławskich, opracowany przez dziadka Kacpra - Zygmunta Smolińskiego. W oparciu o śpiewnik zrodziła się koncepcja wydania płyty zawierającej wybrane pieśni ze zbioru i ukazanie ich w nowych opracowaniach muzycznych, łączących elementy muzyki ludowej, jazzowej i współczesnej. Płyta będzie zawierała pieśni m.in.: Zieleni się Lipa — muz. T. Skoneczny, Żuławskie Wierzby — muz. A. Sutowski, Leciały Żurawie — autor nieznany, Kosiarze - autor nieznany czy Ścieni Dąbek — autor nieznany. Wydaniem albumu zajmie się Fundacja WeezArt, którą Kacper założył z Piotrem Schol-zem. To wspólne przedsięwzięcie ma umożliwiać realizację ambitnych i nie komercyjnych projektów oraz wspomagać rozwój współpracujących z fundacją muzyków. Fundacja zajmuje się popularyzacją twórczości muzyków jazzowych oraz organizacją wydarzeń artystycznych, kulturalnych i edukacyjnych. Głównym celem, dla którego została powołana, jest potrzeba wspierania utalentowanych artystów i stworzenie warunków do ich dalszego rozwoju. Fundacja jest organizacją non profit, a więc wszystkie zdobyte środki przeznacza na działalność statutową. W tym roku priorytetem dla Fundacji, jak i dla muzyków-auto-rów jest projekt Żuławskie wierzby. — Pomorze posiada bogate tradycje muzyczne, mówi Kacper, niestety coraz rzadziej kultywowane przez społeczeństwo. Dlatego uważam, że warto przybliżać twórczość ludową Pomorza jego mieszkańcom, jak i mieszkańcom innych regionów. Głównym celem mojego i Piotra projektu jest upowszechnianie i promocja skarbów muzyki polskiej oraz twórczości muzycznej polskich muzyków instrumentalistów i kompozytorów. Poprzez synkretyzm muzyki ludowej z muzyką jazzową oraz zapożyczeniami z muzyki współczesnej chciałbym dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, w tym szczególnie nowych odbiorców, do tej pory niezainteresowanych muzyką. Do współpracy przy projekcie zostali zaproszeni muzycy młodego pokolenia, absolwenci wyższych uczelni w Polsce i za granicą, współtworzący orkiestrę jazzową Poznań Jazz Philharmonic Orchestra. Płyta dodatkowo wzbogacona będzie o książeczkę (booklet), zawierającą fotografie ukazujące piękno Żuław i Pomorza, autorstwa młodej artystki z Gdańska Katarzyny Wąsowskiej. Znając dotychczasowe doświadczenia muzyczne Kacpra Smolińskiego i Piotra Scholza można bez przesady powiedzieć, że będzie to unikatowa płyta. Młodzi artyści poszukują osób i firm, gotowych podzielić ich pasję i wesprzeć projekt Żuławskie Wierzby, gdyż otrzymane stypendium tylko w niewielkim procencie pokrywa koszty realizacji projektu. Galeria Prowincji Leszek Sarnowski MAGICZNA PROWINCJA Starogard Gdański Michała Majewskiego Magiczny to inaczej niezwykły, klimatyczny, urokliwy, zjawiskowy, liryczny, nastrojowy nadzwyczajny, poetycki, osobliwy, magnetyczny, wyjątkowy, baśniowy. Tych synonimów jest znacznie więcej. Nasze wybrane miejsce na ziemi jest wyjątkowe i magiczne. Od ośmiu lat staramy się to pokazywać na różne sposoby na łamach naszego kwartalnika. Prezentujemy dziś Państwu wyjątkowe zdjęcia Michała Majewskiego, przyjaciela naszego kwartalnika ze Starogardu Gdańskiego. Nie można ich inaczej nazwać jak magicznymi. To efekt zabiegów warsztatowych Michała, ale przede wszystkim Jego wrażliwości i artystycznego widzenia świata. - Cykl zdjęć powstał (i nadal powstaje) jako efekt pewnej mojej facebookowej zabawy, mówi Michał Majewski, kiedy na swoim profilu zacząłem wieczorami wrzucać jotki (przeważnie nocne, ałe nie tylko), z dopiskiem nad zdjęciem: „Dobranoc, Starogard!”. Robię je aparatem Olympus OM-D E-M10 Mark II, nocne często ze statywu, ale też z ręki, z wykorzystaniem jasnych obiektywów. Michał mocno ingeruje w zdjęcia. Obrabia je w specjalnych programach graficznych, prostuje, kadruje, stosuje przeróżne filtry, usuwa „śmieci” typu banery, brzydkie szyldy, anteny satelitarne, znaki drogowe, itp. Dzięki temu otrzymujemy właściwie unikatowe i tajemnicze obrazy, jakby z przełomu wieków XIX i XX. Niektórzy widzą w nich klimat Sklepów cynamonowych Brunona Schulza czy „magicznych” płócien czeskiego malarza Jakuba Schika-nedera. Naszym zdaniem jest czym oko nacieszyć, dlatego trafiły na nasze łamy. Michał Majewski studiował na Wydziale Mechanicznym Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Po prawie 10 latach pracy na statkach Polskich Linii Oceanicznych i Chipolbroku zszedł na ląd, gdzie swoje hobby -snycerstwo — zamienił w profesję. Do Lucyna Eich 175 dziś rzeźbi w drewnie, robi artystyczną stolarkę oraz renowację starych mebli, a także fotografuje. Znają już go nasi czytelnicy, bo jest częstym gościem na promocjach kwartalnika w Sztumie czy Nowym Dworze Gdańskim. Ważniejsze dokonania rzeźbiarskie Michała to: • Kościół pw. NMP Matki Kościoła w Starogardzie Gdańskim: rzeźbione drzwi główne, stacje drogi krzyżowej, figury św. Antoniego oraz św. Judy Tadeusza, figura Chrystusa Zmartwychwstałego, tabernakulum, anioły na balustradzie chóru. • Kościół pw. Niepokalanego Serca Maryi w Nowym Dworze Gdańskim: stacje drogi krzyżowej, ołtarz, ambonka, chrzcielnica, prezbiterium, konfesjonał, balustrada na chórze i inne. W 2012 roku Michał zadebiutował jako literat na łamach naszego Kwartalnika „Prowincja” opowiadaniem „Zieliński”. Później napisał esej o malarstwie i witrażach Zofii Sum-czyńskiej”, no i dalszy ciąg opowiadań - „Galabija”, „Lachiw rizat...”, „Szachy”. W 2015 zadebiutował powieścią „Jadzia”. Ma na swoim koncie sporo laurów, jak na późny debiut: laureat „Kociewskiego Pióra 2015” za „Jadzię”, laureat Nagrody Publiczności w konkursie GRAND PRIX II Kociewskich Targów Wydawniczych (wrzesień 2016), Laureat nagrody GRAND PRIX II Kociewskich Targów Wydawniczych (2016). W 2017 roku zaistniał na łamach Dwumiesięcznika Literackiego TOPOS, tekstem „Śmierć także jest poezją”. Zapraszamy do smakowania magicznego Starogardu Gdańskiego okiem Michała Majewskiego. Pasje Leszek Sarnowski KOLEKCJONERSTWO MAM 178 Kolekcjonerstwo mam w genach Sławomir Michalik. Rocznik 1964. Miejscowy od urodzenia. Sztumiak, choć korzenie sięgają zarówno okolic, jak i dalekich stron Rzeczypospolitej. Rodzina ojca z Wołynia (większość wymordowana w czasie Rzezi Wołyńskiej), rodzina matki z Kociewia, od Zblewa po Starogard Gdański. Miłośnik wszystkiego co sztumskie, ale nie tylko. Pasjonat historii prawdziwej, tej podstawowej, rodzinnej i najbliższej. Twórca muzeum mieszczącego się w byłym kościele ewangelickim na Placu Wolności w Sztumie. - Jestem skażony zbieractwem — mówi żartobliwie Sławomir Michalik. Znając jego rodzinną historię, można powiedzieć, że kolekcjonerstwo ma w genach. Zaczął Dziadek, Leon Bieliński, żołnierz trzech armii - polskiej, niemieckiej i amerykańskiej, biolog z wykształcenia, prekursor upraw kukurydzy i melonów na Kociewiu w okresie międzywojennym. Historia jego życia to kwintesencja polskich, pomorskich losów. Był na liście wywozu Polaków do Szpęgawska, jednego z pierwszych miejsc polskiej martyrologii w 1939 roku. Los sprawił, że uszedł z życiem i nie podzielił tragedii setek rozstrzelanych przez Niemców Polaków. Trafił w ostateczności do obozu niemieckiego Stutthof. Tam zdecydował się dla dobra rodziny podpisać Eingedeutschte. Został zwolniony z obozu i wcielony do Wermachtu. W 1945 roku kiedy front był już pod Starogardem Gdańskim, stwierdził, że koniec wojny jest bliski i wraca do Drezna. Zdezerterował. Tego samego dnia został schwytany i aresztowany. Trafił do obozu w Buchenwaldzie. Kiedy obóz wyzwolili amerykanie mianowali go komendantem-likwidatorem obozu i wojnę kończył w mundurze armii USA. Zmarł w 1965 roku w Sztumie. Krąg, 1938 rok, Leon Bieliński z dziećmi na tle poletka doświadczalnego, fot. archiwum rodzinne Leszek Sarnowski 179 Dziadek zbierał muszle, co w czasach komuny było nie lada wyzwaniem, ale to właśnie wyzwania w kolekcjonerstwie są najciekawsze. Bo jak zdobyć muszlę z dalekich stron, skoro w PRL-u na wyjazd mogli sobie pozwolić nieliczni, a dziadek do nich nie należał, bo ze względu na swój życiorys nie był ulubieńcem władz. Doświadczał tego na każdym kroku. Ojciec Sławka, Zygmunt, zbierał znaczki, monety, zegarki kieszonkowe. Każdy zatem w rodzinie coś kolekcjonował. - CZy/ba tylko matka nasza nic nie zbierała, przynajmniej ja nie pamiętam — mówi Sławek. No cóż, ale ktoś musiał zadbać o dom i zabiegać o codzienność, skoro męska część rodu żyła, co by nie mówić, fantazją. Sławek zaczął swoją pasję, tam gdzie skończył jego dziadek, czyli od muszli. Ma w swoich zbiorach dwie muszle po dziadku, ale też deklarację rodziny, że zbiory rozproszone po rodzinie trafią kiedyś do niego. Kolekcjonowanie muszli było pasjonujące, dopóki nie stało się powszechne. W latach 80-tych muszle zbierali już niemal wszyscy. Wtedy Michalik przerzucił się na dokumenty. Były to najpierw paszporty, dowody osobiste, legitymacje z różnych epok, różnych nacji, etc. Wiele czasu i energii Sławek poświęcił pasjom indiańskim, w które angażowała się niemal cała najmłodsza część rodziny. Sami szyli sobie stroje, namioty, opracowywali tańce, przygotowywali ozdoby, potrawy. Byli wyróżniającą się i niezwykle barwną częścią nie tylko lokalnej społeczności. Na poziomie gminy dominował raczej dystans, ale w kraju spotykali się z dużym zainteresowaniem. Dziś dla Sławka to już przeszłość, choć sentyment pozostał. Dzieło w tej kwestii kontynuuje starszy brat Leszek, który pisze też książki 180 Kolekcjonerstwo mam w genach o kulturze, religii i filozofii indiańskiej i co roku promuje swoją pasję w wiosce indiańskiej na Mierzei Wiślanej. —Już jako nastolatek zbierałem różne rzeczy z terenu naszego powiatu i zanosiłem do Muzeum Powiśla do pani Danuty Melerskiej - wspomina Michalik. Znacznie później, po roku 1989, Sławek znalazł się w komisji inwentaryzacyjnej, która ewidencjonowała zdewastowane zbiory muzealne i próbowała je kompletować. Muzeum bowiem zlikwidowano w 1984 roku, a zbiory częściowo rozproszone, odnajdowano wówczas w różnych miejscach, między innymi w piwnicach dawnego Komitetu PZPR w Sztumie. Byłem jednym z członków tej komisji i pamiętam irytację i smutek w oczach Sławka Michalika, kiedy zobaczyliśmy w jakim stanie te zbiory znajdowały się w piwnicach, a jednocześnie element radości, że w ogóle cokolwiek z tych zbiorów udało się odnaleźć. Po mieście krążyły wtedy różne plotki, że ktoś wywiózł część muzeum do Niemiec, że partyjni bonzowie rozsprzedali, ktoś pożyczył i nie oddał, etc. Miejmy nadzieję, że prędzej czy później znajdą one swoje godne miejsce w zamku sztumskim, skoro stał się on częścią Muzeum Zamkowego w Malborku. Skażeni kolekcjonerstwem, jak mówi Michalik, są też jego synowie - Olek i Kuba. Kuba poszedł w zawodowstwo. Za chwilę zostanie magistrem archeologii, a równocześnie po licencjacie rozpoczął podyplomowe studia z konserwacji zabytków. Myśli o studiach doktoranckich. Nie ma żyłki kolekcjonerskiej, jak mówi jego ojciec, bo jako przyszły archeolog i konserwator zabytków patrzy na eksponaty zawodowo. To dzięki niemu, od Leszek Sarnowski 181 czasu jak jest na studiach, poprawiła się jakość konserwowanych zbiorów. Sławek już myśli docelowo o profesjonalnej pracowni konserwatorskiej w swoim Muzeum. Mówi, że syn go strofuje, mobilizuje i stawia wysoko poprzeczkę, nie tylko w kwestii doboru konkretnych chemikaliów do konserwacji ale też fachowej literatury. Tymczasem w nawie głównej kościoła poewangelickiego pojawiła się nowa wystawa czasowa. To wystawa obrazków świętych z końca XIX i XX wieku. To pierwsza wystawa syna Kuby, choć obrazki, szczególnie te najstarsze pochodzą także ze zbiorów Sławka. ZDOBYWANIE ZBIORÓW — Od trzydziestu lat prowadzę swoją działalność kolekcjonerską i sporo ludzi nie tylko w Sztumie o tym wie, mówi Michalik, więc przynoszą czasem jakieś rodzinne pamiątki do sprzedania, czasem ofiarowania, choć darowizny to może 1% moich zbiorów. Cala reszta to zakupy, dziś trudne do oszacowania, a poza tym dla mnie to wszystko bezcenne. Głównym źródłem pozyskiwania kolejnych zabytków są targi i jarmarki staroci, wymiany, internet, fora kolekcjonerskie i portale sprzedażowe. To wymaga ciągłej uwagi, żeby czegoś nie przeoczyć, no i pieniędzy. Michalik ma własną agencję reklamową i sporą część swoich przychodów przeznacza na swoją pasję. - Ludzie często przynoszą do mnie rzeczy znalezione przypadkowo w ziemi, na strychu, w szopie, kontynuuje Michalik, bo mówią, że jak zaniosą do Muzeum w Kwidzynie czy Malborku, to rzeczy te trafią gdzieś do magazynów, a u mnie, jeśli są godne uwagi, od razu są eksponowane. Jakiś czas temu do zbiorów trafiła urna grobowa z X wieku. Ktoś przyniósł ją pod pachą, bo robotnicy wykopali z ziemi kiedy budowali szambo przy ul. Żeromskiego. Chcieli wyrzucić do śmietnika, ale ktoś przypomniał sobie o Muzeum na rynku. Michalik stara się zresztą bywać wszędzie tam, gdzie coś kopią w ziemi, bo robotnicy często przez nieuwagę czy niewiedzę wyrzucają jakieś cenne znaleziska, traktując jak złom czy nic nie warte skamieliny. Tak trafił do Muzeum róg tura, znaleziony w czasie prac ogrodowych w Zajezierzu, kule armatnie z odlewni w Ryjewie, szczęka krowy z średniowiecza czy skamieniały róg jelenia, wydobyty przez rybaków w Bałtyku. Jest też oryginalna kapliczka z Żuławki Sztumskiej, która przez wiele dziesięcioleci przeleżała u kogoś na strychu. Ktoś schował ją tam zaraz po wojnie, bo przesiedleńcy z głębi Polski nie chcieli się modlić do niemieckich figurek i sporą ich część po prostu wyrzucali lub przemalowywali, dostosowując do swoich gustów. ZBIORY Oglądając zbiory Sławka Michalika niewątpliwie można powiedzieć, że zgromadzono tu wiele emocji, które stoją za każdym z eksponatów. Jest tu tyle opowieści, że nie sposób rozstrzygnąć, która z nich jest najważniejsza czy najciekawsza. Choć wydaje się, że nie ma potrzeby, by takie dylematy rozstrzygać. Książeczka oszczędnościowa Banku Polskiego w Sztumie, z podpisami założycieli, czy skrzynka depozytowa tegoż banku, to przecież ważny fragment lokalnej (i nie tylko) historii, kiedy w niemieckim otoczeniu, Polacy, wówczas bez Ojczyzny, starali się przetrwać, 182 Kolekcjonerstwo mam w genach zawiązując różnego rodzaju stowarzyszenia, towarzystwa, w tym także banki i spółki kredytowe, by wspomagać rodaków we wrogim im otoczeniu. Do rarytasów należy list pożegnalny jednego z działaczy Związku Polaków w Niemczech, który pisany był do rodziny na dzień przed jego rozstrzelaniem przez Niemców. Jest też oryginalny dokument - błogosławieństwo papieża dla rodziny Morawskich i Górskich, zaangażowanych w obronę polskości na Powiślu. Muzealnicy z Torunia, którzy jakiś czas temu oglądali sztumskie zbiory, byli zaskoczeni, że na wystawie znalazły się dwa wydania toruńskiego elementarza polskiego z 1905 i 1910 roku dla dzieci uczących się w szkołach niemieckich. Sami mają jeden taki egzemplarz. Historyk kościoła znajdzie tu akty notarialne zakupu gruntów przykościelnych w Starym Targu z pieczęcią Rejencji Kwidzyńskiej z 1880 roku, czy Mszał w języku łacińskim z 1923 roku. Jest też cenny dokument w języku polskim - porozumienie między proboszczem ze Sztumu a proboszczem w Postolinie z 1738 roku w sprawie opłat od wierzących za posługi kapłańskie. Jest także wiele miejscowych wydawnictw: książki, prasa codzienna, pisma lokalne i parafialne, zbiory kartograficzne (plany, mapy, grafiki), kalendarze, widokówki, fotografie, plakaty, afisze, programy różnych imprez okolicznościowych z XIX i XX wieku. Są też pieniądz zastępcze, czyli tzw. notgelty (najcenniejszy ten z podpisem Donimirskie-go). Nie tak dawno do Muzeum trafiły dwie macewy z dawnego cmentarza żydowskiego w Sztumie, który od wielu lat już nie istnieje. Zostały odkryte przez innych pasjonatów szukających śladów żydowskich nekropolii. Prawdziwą perełką dla znawców jest dział apteczno-medyczny. To głównie XIX wiek i to w większości eksponaty miejscowe, jak choćby dentystyczny fotel czy ampułki po medykamentach z miejscowej apteki Cohna. Leszek Sarnowski 183 Na etnografię trochę mało miejsca, ale są tu kamienne żarna czy stępy, zwane również moździerzami kaszarskimi. Używane były powszechnie w wielu domach jeszcze w okresie międzywojennym. Za ich pomocą obłuskiwano i kruszono ziarno zbóż na kaszę, między innymi kaszę jaglaną lub pęczak. Są drewniane brony, magiel ręczny (po dziadku), a nawet sztumskie narty czy łyżwy przedwojenne. Jest tu sporo porcelany reklamowej, czy patriotycznej (polskiej i niemieckiej). Ponadto przybory kosmetyczne, zabawki, naczynia liturgiczne, etc. Udało się także zdobyć kilkanaście metalowych tablic z nazwami przedwojennych ulic sztumskich. Gdyby nie Michalik trafiły by na złomowisko. Wiele eksponatów udało się zdobyć z dawnej NAPOLI, czyli Narodowo-Politycz-nych Zakładów Wychowawczych - średniej niemieckiej szkoły znajdującej się w Sztumie (w miejscu dzisiejszego liceum), szkolącej przyszłych hitlerowskich aktywistów dla NSDAP. Są tu dokumenty, odznaczenia, ale nawet preparat jeża czy szkielet małpy. Zostały w ostatnich dniach wypożyczone na wystawę „Theatrum Anatomicum” do Szpitalu św. Ducha we Fromborku. W 2008 roku telewizja niemiecka ZDF właśnie w Muzeum Michalika robiła zdjęcia do filmu dokumentalnego poświęconego tej faszystowskiej szkole. Sławek Michalik ma świadomość, że jego wystawa nie jest w pełnym tego słowa znaczeniu Muzeum. Stara się jednak by była ona coraz bardziej profesjonalna. Każdy eksponat ma swoją kartę katalogową, na wzór kart inwentarzowych Muzeum w Malborku i Kwidzynie. Jest księga zakupów, magazyn, archiwum a także dokumentacja fotograficzna przedmiotów. Jest w końcu pracownia konserwacji, choć na razie może to nadużycie, bo funkcję taką pełni po prostu garaż, a zimą kotłownia, gdzie Michalik spędza wiele godzin Sławomir Michalik na fotelu dentystycznym z początku XX wieku, fot. U? Bielecki 184 Kolekcjonerstwo mam w genach przygotowując eksponaty do ekspozycji lub wykonując na przykład kopie ważnych dokumentów, by oryginały nie wyblakły na wystawie. W tej chwili Michalika interesuje wszystko co jest związane z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Ma już kilka wojskowych mundurów, kilkadziesiąt zdjęć i dokumentów z tego okresu, i jak można się spodziewać, wkrótce ten dział wystawy może znacznie się poszerzyć. W planach jest także specjalna gablota poświęcona Sztumianom w obozach sowieckich i niemieckich. - Mam już menażkę z dedykacją z obozu w Charkowie, mówi Michalik, tabliczkę znamionową Sztumianina ze Stutthofu czy drewniaki osoby, która przebywała na robotach przymusowych. Czekam na ręcznie wykonany ryngraf z Kozielska, który ktoś mi obiecał do moich zbiorów. MIEJSCE Kiedyś zbiory Michalika eksponowane były jego pracowni reklamowej (część zbiorów znajduje się tam nadal, część w domu). Okazało się, że było to bardzo trudne, bo zaczęło brakować miejsca dla klientów. A to przecież podstawa jego utrzymania, no i pieniądze na zakupy nowych eksponatów. Stąd pomysł aby wykorzystać dawny kościół ewangelicki pod wezwaniem Wspomożenia Wiernych na placu Wolności, tym bardziej, że nic tam się nie działo. Taki pomysł rzucił wiele lat temu kolega Michalika, Marek Omieczyński. Za Leszek Sarnowski 185 pośrednictwem proboszcza z parafii św. Anny, do której należał kościół, ks. Antoniego Kurowskiego, udało się uzyskać zgodę biskupa elbląskiego ks. Jana Styrny. Przez jakiś czas kościół był w posiadaniu Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej, które podpisało porozumienie z kurią elbląską i dzięki temu zbiory Michalika mogły zostać tam wyeksponowane. Powołano nawet do życia Centrum Kultury Chrześcijańskiej. Pierwsza wystawa pojawiła się w 2007 roku. W międzyczasie, dzięki pozyskaniu przez parafię i samorząd środków europejskich przeprowadzono remont kościoła (dach, elewacja i izolacja przed wilgocią), a na kościelną wieżę powrócił zegar. Dziś Bractwo Rycerskie nie prowadzi w tym miejscu swojej działalności, ale dzięki życzliwości ks. Andrzeja Starczewskiego, obecnego proboszcza parafii Sw. Anny, zbiory są tam nadal, eksponowane na emporze. Historia kościoła ewangelickiego, który zbudowano w 1816 — 1818 roku, w miejscu dawnego ratusza miejskiego, jest także obecna na wystawie. W czasie ostatniego remontu odkryto na wieży tubę z 1818. Jej kopia jest na wystawie. Znaleziono w niej dokument, na którym spisano nazwiska wszystkich robotników, którzy pracowali przy budowie świątyni, a także wykaz ile i na jakie prace wydatkowano przy budowie pieniędzy. Kolejny dokument, tym razem z remontu kościoła pochodzi z 1902 roku. - To nie jest zwykłe Muzeum, mówi Michalik, nie ma tu kapci czy innych muzealnych oznak. Trudno to miejsce nazwać Muzeum, bo nie spełnia wielu wymogów przypisanych tego Gunter Vogth z Niemiec odwiedza Muzeum w Sztumie, fot. archiwum 186 Kolekcjonerstwo mam w genach typu placówkom. Ale jest tu wiele cennych zabytków, których nie ma gdzie indziej. To jest historia lokalna, ta najbliższa każdemu człowiekowi. Michalik założył niedawno Towarzystwo Historyczno-Muzealne „Powiśle”, by móc pozyskiwać środki na działania edukacyjne z wykorzystaniem swoich zbiorów. Od lat to właściwie realizuje, tylko że za własne pieniądze. GOŚCIE Mimo tego, że Michalik na co dzień prowadzi agencję reklamową, to oprowadzaniem po wystawie zajmuje się sam. Musi pracować na rodzinę i swoją kosztowną pasję. Przed wejściem, na tablicy informacyjnej jest telefon i można się umówić na zwiedzanie, choć najlepiej z wyprzedzeniem. Mile widziane są grupy zorganizowane, choć, jak ma czas to i 2 - 3 osoby oprowadza. Bywały miejscowe szkoły, ale większość zwiedzających to mimo wszystko ludzie z zewnątrz. Kiedyś było sporo Niemców, byłych mieszkańców Sztumu i okolic. Ważnym gościem był na przykład wnuk Ferdinanda Schulza, lotnika który rozbił się na rynku, obok kościoła przed wojną. To było wzruszające spotkanie, tym bardzie, że to dzięki Sławkowi i kilku pasjonatów na poewangelickim kościele udało się kilka lat temu wmurować pamiątkową tablicę, poświęconą temu wydarzeniu. Znad Jeziora Bodeńskiego przyjechał kilka lat temu Gunter Vogt, siedemdziesięciolatek, który urodził się w Sztumie, a który szukał tu rodzinnych pamiątek i wspomnień. Wspólnie udało się znaleźć dom, w którym się urodził. Od tego czasu przyjeżdża co roku i można powiedzieć, że jest najwierniejszym przyjacielem Michalika i jego bezcennych zbiorów. Niemiecka stacja telewizyjna ZDF nagrywa program o sztumskiej NAPOLI, fot. archiwum Leszek Sarnowski 187 Gościem specjalnym wystawy był ojciec prof. dr Bernhard Demel OT, członek kapituły Zakonu Krzyżackiego w Wiedniu, który w 1968 roku przejął z rąk prof. Udo Arnolda kierownictwo Centralnego Archiwum Zakonu Niemieckiego w Wiedniu. Mając bezpośredni dostęp do niepublikowanych i w dużym stopniu nieopracowa-nych źródeł oddał się badaniom historii Zakonu. Interesowało go wszystko, a szczególnie okres nowożytny oraz współczesny. Był jednym z założycieli Międzynarodowej Komisji do Badań nad Zakonem Krzyżackim. Wyjątkowym gościem była także Ursel Boy-ens-Heym, urodzona w 1926 roku kwidzynian-ka, córka Waldemara Heyma, twórcy i dyrektora Muzeum Regionalnego Prus Zachodnich w Kwidzynie (Heimatmuseum Westpreussen in Marien-werder). To był wybitny człowiek, który swoją historyczną pasją zarażał innych. Był archeologiem, etnografem, kolekcjonerem. 80 ROCZNICĘ TRAGICZNE.! • ŚMIERCI MISTRZA ŚWIATA W LOTACH SZYBOWCOWYCH. NAUCZYCIELA I KONSTRUKTORA FERDYNANDA SCHULZA ORAZ JEGO PRZYJACIELA BRUNO KAISERA ryj 1929-2009 F? SZTUMSKIEJ ZUM 80 JAHRESTAG DES TRAGISCHEN TODES VON FERDINAND SCHULZ LEHRER. KONSTRUKTEUR UND WELTMEISTER IM SEGELFt IEGEN WIE AUCH VON SKINEM FREUND BRUNO KAISER u__J Tablica ku czci Ferdinanda Schulza, fot. W. Bielecki 188 Kolekcjonerstwo mam w genach Waldemar Heym należał do pokolenia badaczy łączących zainteresowania archeologią i etnografią. W wolnym czasie przemierzał tereny Dolnego Powiśla, zbierając stare meble, sprzęty codziennego użytku i wyroby rękodzielnicze. Stały się one zalążkiem kwidzyńskiego muzeum. W 1928 r. rozpoczął akcję zbierania nazw terenowych z prawobrzeżnego obszaru Rejencji Kwidzyńskiej. Prowadził także badania nad dziejami osadnictwa. Szczególną uwagę poświęcał mennonitom. Interesował się także rozwojem budownictwa na terenie Powiśla. Podczas badań terenowych wykonał kilkaset fotografii, które mają dziś ogromną wartość archiwalną. Jego córka dorastała w otoczeniu wielkich historycznych wydarzeń, ale też w atmosferze szacunku dla przeszłości i historycznych pamiątek. Wyjechała z Kwidzyna, jak inni Niemcy w 1945 roku, ale przez wiele lat pracowała nad budowaniem pojednania i wspólnoty historycznej, polsko-niemieckiej Sławomir Michalik nie powie tego, ale patrząc na jego kolekcjonerskie pasje, aż prosi się porównanie z wielkim Waldemarem Heymem. Dla Niemca była to praca zawodowa połączona z pasją, dla Michalika to pasja, choć jakże szlachetna i konsekwentna. To dzięki takim ludziom ratuje się, na początek drobne fragmenty tego co minęło, skrawki dokumentów, fotografii, przedmiotów codziennego użytku, narzędzia, etc., ale w konsekwencji ratuje się to co najważniejsze - wspólną pamięć. Dziś Niemców, byłych Sztumiaków jest, z powodów naturalnych, znacznie mniej, bo ich wnuków to już nie interesuje. Michalik pamięta dość znamienną wizytę. Starsza Pani, Leszek Sarnowski 189 Niemka trafiła na wystawę z dziećmi i wnukami. Nastoletnie wnuki nie były zainteresowane zawartością wystawy i przez całą wizytę sprawnie serfowały po swoich smartfonach. Ich ojciec dyskretnie ponaglał babcię, by zakończyć wizytę, a babcie zachwycona, ze łzami w oczach słuchała kolejnych opowieści i oglądała niemieckie dokumenty. Podobne łzy wzruszenia widać było u Niemców, którzy jak się okazało w trakcie wizyty, byli przed wojną chrzczeni w tym kościele. Była też 94-letnia Niemka, która pochodziła z Jasnej. Przyjechała z córką z Brazylii, szukać swoich wspomnień i nostalgii za tym co minęło i tym co bliskie. Dziś takich wizyt jest coraz mniej. Większość zwiedzających to Polacy, albo turyści przejezdni, albo ci którzy szukają rodzinnych historii, dokumentów, etc. TROSKA O PAMIĘĆ Niezależnie od tego, czy ekspozycję zbiorów Sławomira Michalika w dawnym kościele ewangelickim w Sztumie nazwiemy Muzeum, czy po prostu stałą wystawą, jest to miejsce wyjątkowe. Dziś nie można pisać historii ziemi sztumskiej, nie odwiedziwszy tego miejsca. Kiedy pisałem historię sztumskiej „Solidarności” to właśnie u Sławka znalazłem „solidarnościowy” powielacz, a nawet stare, wyblakłe kartki papieru, na których drukowano „Sztumską Solidarność” w latach 1980 - 81. Odnalazł, przechował i ma. Sławek Michalik jest nieoficjalnym kustoszem dawnego ewangelickiego kościoła i stara się, by było tam wszystko o czym miłośnik lokalnej historii może zamarzyć. Prof. dr Bernhard Demel w Muzeum Sławomira Michalika, fot. archiwum 190 Kolekcjonerstwo mam w genach Jest tu cała skomplikowana historia ziemi sztumskiej, bez wartościowania, prawdziwa, codzienna, ponad podziałami. Znajdą tu swoje pamiątki Niemcy, znajdą tu swoje wspomnienia Polacy. Ortodoksyjny muzealnik powie, ot zwykły misz-masz, ale każdy człowiek, dla którego historia lokalna jest ważna, znajdzie tu coś dla siebie. Znajdzie tu może swojego dziadka, pamiątkę po babci, a może z tych niecenzurowanych, czasem przypadkowych fragmentów, ulepi kawałek swojego tutejszego świata. Krzysztof Czyżewski z Ośrodka „Pogranicze Sztuk, Kultur i Narodów” z Sejn znalazł chyba najlepsze określenie na takie miejsca, które tak jak Muzeum Sławka Michalika, funkcjonują w Polsce prowincjonalnej, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. To „małe centrum świata”. Sztumskie „małe centrum świata” bije w moim przekonaniu właśnie w Muzeum Michalika. Tu jest miejsce na Pamięć, Wrażliwość, Uwagę, Szacunek, Tolerancję, Ekumenizm, Patriotyzm i Otwartość. Tu jest cały nasz świat. Tu jest chwila refleksji i zadumy, z odrobiną nostalgii. Tu jest pasja odkrywania tego co miało lub mogło pójść w zapomnienie. Kiedy pytam właściciela tych bezcennych zbiorów, jakie przesłanie towarzyszy mu tworząc te zbiory i udostępniając je innym, Sławomir Michalik ożywia się: - Namawiam do tego by interesować się historią tego co najbliższe, swojej rodziny, domu, miejscowości. Warto rozmawiać z rodzicami, dziadkami, bliskimi, póki nie jest za późno. Trzeba gromadzić swoje historie, bo to uczy wrażliwości, szacunku i otwartości. Zaczytana Prowincja Andrzej Kasperek Myszkujqc w bibliotece Pawła Huelle Bardzo się ucieszyłem, że „Prowincja” zajęła się tematem czytelnictwa. Osobisty tekst redaktora Leszka Sarnowskiego i refleksje profesora Mariana Szarmacha pod wymownym tytułem „Życie bez książek jest śmiercią” każą myśleć o znaczeniu książek w naszym życiu. Łacińska sentencja „Vita sine libris mors est” użyta w tytule rozważań pana profesora nie jest przesadą. Na szczęście są w naszym kraju osoby i instytucje, któ- Pawel Huelle, fot. Leszek Biernacki re naprawdę troszczą się o stan czytelnictwa wśród Polaków. Od lat w Nadbałtyckim Centrum Kultury prowadzone są rozmaite akcje zachęcające do lektury. Najciekawsza z nich to „Czytanie Pomorza”, której autorzy Katarzyna Banucha i Bartosz Filip organizują literackie wycieczki po regionie, zapraszają na spotkania z pomorskimi twórcami a także pozwalają poznać ich biblioteki, ulubione lektury a nawet pokazać filmy wybrane przez Stefana Chwina, Pawła Huelle czy Jacka Dehnela. W grudniu 2014 roku miałem przyjemność rozmawiać z Pawłem Huelle o jego pasji do książek. Zacząłem od wstępu poświęconego bibliotece autora Weisera Dawidka. Chciałbym go państwu zaprezentować. Salon w pięknym mieszkaniu Pawła jest wielofunkcyjny. To jednocześnie pracownia artysty, biblioteka, pokój gościnny i miejsce spotkań. Jest usytuowany od północnej strony, dodatkowo ta oliwska ulica jest zacieniona przez drzewa, a więc światła w nim niewiele. Wspominam o tym, bo biblioteki z jednej strony łakną światła słonecznego, kiedyś niezbędnego do lektury ksiąg a z drugiej - boją się słońca, bo papier, pergamin czy papirus a także atrament, tusz czy farba drukarska w świetle bledną, żółkną, kruszą się, wiotczeją... Ta biblioteka jest bezpieczna, okładki i obwoluty są w większości jak nietknięte, jak nowe. Mieszkanie w starej kamienicy jest wysokie, przestronne. Chciałoby się powiedzieć: solidne. Wybudowane dawno, przedwojenne, może stuletnie; w końcu to Stara Oliwa. Solidne, ale czy to znaczy, że mieszczańskie? Sam nie wiem. Wychowany na Zapolskiej i „strasznych mieszczanach” z wiersza Tuwima podchodzę do tego słowa ostrożnie, jak pies do jeża. A może to nie antymieszczańskie paszkwile trzeba dziś czytać, może raczej powinniśmy studiować esej „Lubeka jako duchowa forma życia” Tomasza Manna, wielką pochwałę mieszczaństwa. Jak zauważył ks. Janusz Pasierb: w tej laudacji Lubeki znalazł się fragment mówiący o Gdańsku. Schopenhauer - mówił Mann - pisał do Goethego, że wierność i rzetelność to spadek po jego kupieckich, hanzeatyckich przodkach ze starego Gdańska". 192 Myszkując w bibliotece Pawła Huelle Te niemieckie wzory solidności, rzetelności, wierności zasadom a także pracowitości i akuratności w interesach, rozciągają się też na zwyczaj aktywnego uczestniczenia w życiu kulturalnym, a to oznacza czytanie i kupowanie książek, chodzenie na koncerty i do teatru, wizyty w galeriach i muzeach. Rok temu byłem w Berlinie i zerkałem przez oświetlone okna willi w dzielnicy Wansee. Ileż tam bibliotek domowych! Jako przybysz z kraju, którego 61 proc, mieszkańców to osoby, które nie przeczytały w ciągu roku ani jednej książki, patrzyłem na to z zazdrością. Obok sekretarzyka, przy którym pracuje artysta, jest kilka półek z kolekcją słowników, trochę poezji, bo trzeba czasem pokrzepić się jakąś strofą, Biblia i kilka ksiąg religijnych. Szafy biblioteczne sięgają aż po sufit. Pomyślano więc o zmyślnym schodku, który pomaga sięgać wysoko. Książki są za szybami. Wieczny spór bibliofilów - szklić czy nie szklić? Oto jest pytanie! Szkło chroni książki przed kurzem, tą zmorą bibliotek. Ale z drugiej strony niektórzy wolą pozostawić wolny dostęp powietrza do swych zbiorów, nie zważając na kurz, muchy i inne owady, co to nadgryzą lub nafajdają, wiedzione smakiem, zapachem czy bezmyślnością. Mimo wszystko dla wielu książka ukryta za szkłem jest na półżywa, podduszona, niedotleniona... Kiedy zaczynamy zbierać książki wybieramy chętniej te dziewicze, bez skazy, bez rysek na okładce. Urzeka nas biel płótna, czystość kartek, których nikt nie dotykał... Ale później, z biegiem lat, z biegiem dni, dostrzegamy, że tomy po przejściach - nawet te z podartymi obwolutami i poplamionymi okładkami, też mają swój urok. Są jak kobiety, które urodziły już dzieci a ich brzuchy i piersi utraciły bezpowrotnie dawną jędrność. A jednak po czasie ze zdziwieniem skonstatowaliśmy, że wcale nam to nie przeszkadza. Ale to przecież nie oznacza, że pójdziemy na randkę z byle fleją. Zlepione strony, pełne niechlujnych podkreśleń, pomięte i cuchnące wilgocią odstręczają nas. Z takim nie chcemy się zadawać. Co to, to nie! Różne są sposoby porządkowania księgozbioru. Ustawia się tomy wedle stu reguł i kwalifikacji: według alfabetu, serii wydawniczej, tematu, kraju pochodzenia autora, koloru, rozmiaru, rodzaju oprawy... Skóra do skóry, plastyki stoją koło siebie, grupa poszarpanych obwolut jest nieco zażenowana swym wyglądem... U Pawła tego nie ma. Owszem stosuje kwalifikację wedle tematów - na dole stoją ciężkie albumy: Bosch, Brueghel, Malczewski i stu innych malarzy. To ważny korpus dzieł. Jego fascynacja malarstwem jest chyba równa fascynacji muzyką. Ale taki koncept na stawianie nisko albumów świadczy tylko o tym, że nie wolno żartować z fizyki - straszliwa siła przyciągania sprawia, że nikt rozumny nie stawia ciężkich tomów drukowanych na kredowym papierze wysoko na górze. Lepiej niech stanowią podstawę piramidy. Wyżej ustawiono kolejne słowniki, leksykony i encyklopedię. Wielki słownik grecko-pol-ski Nowego Testamentu rozpycha się na półce. Na stare lata zachciało się Pawłowi zgłębiać tajniki greki. Uczyć się innego alfabetu, rozróżniać deltę od dżety oraz fi od ksi, wymawiać głoski z przydechem. Nigdy nie jest za późno na naukę - przecież Miłosz nauczył się greki po sześćdziesiątce a hebrajskiego jeszcze później. A dla mnie to przede wszystkim wspaniały wyraz niezaspokojonego głodu wiedzy, a także dowód nieustannego dążenia do zachowania „postawy wyprostowanej”. Andrzej Kasperek 193 Kolejny regał to kolekcja literatury staropolskiej. Nie tylko genialny Jan Kochanowski, są też Morsztynowie, Wacław Potocki, Jan Chryzostom Pasek, Nowe Ateny Benedykta Chmielewskiego, Biblioteka Pisarzów Polskich... Ale to nie jest tak, że Paweł kupił te dzieła na potrzeby pisania sztuki Sarmacja. To raczej ten dramat wyrósł z lektur ukochanych autorów i słuchania piosenek Jacka Kaczmarskiego. Kiedy się spogląda na te tomy to spoza nazwisk na grzbiecie spoglądają na nas twarze, często poważne, uczone. Pisanie nie było kiedyś czczą rozrywką kopaczy piłki, kucharzy i ludzi znanych z tego, że są znani. Biblioteka skłania do powagi, budzi szacunek, bo jak zauważył dawno temu Niccoló Machiavelli w liście do Franceska Vettori: Kiedy zapada wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej biblioteki i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną, zbrukaną błotem odzież, a przywdziewam szaty godne królewskiego dworu; tak dostojnie ubrany wkraczam w odwieczną dziedzinę ludzi starożytnych, gdzie uprzejmie przez nich przyjęty posilam się tym pokarmem, który, tylko on, jest moim i do którego spożywania urodziłem się; gdzie nie wstydzę się rozmawiać z nimi i pytać o rację ich czynów, a oni mi z właściwą sobie życzliwością odpowiadają. Osobno stoją judaica. Stare i nowe tomy o zwyczajach, przepisach i przykazaniach; bagatela w judaizmie jest 613 przykazań. Może kiedyś ta wiedza zamieni się w planowaną książkę o chasydach. Tak, jak te wszystkie tomy, albumy i stare mapy Gdańska zaowocowały piękną powieścią Śpiewaj ogrody. Swoją drogą, kiedy Paweł pokazuje mi wielkie pudło wypełnione świstkami papieru, karteczkami i notatkami, podziurawionymi od pinezek, którymi przytwierdzano je do korkowej tablicy, i objaśnia, że to tworzywo jego ostatniej powieści, to robi mi się nieswojo. Ale rozumiem, takie czasy... Maile i esemesy zastąpiły dziś listy, luźne kartki i zapiski zostały substytutem rękopisu powieści. Zastanawiam się, co będzie badał filolog lub biograf za kilka lat. Czy znaleziony na złomowisku dysk twardy z komputera pisarza pozwoli mu prześledzić drogę powstawania utworu? Po chwili natrafiam na wielkie owalne pudło. Otwieram, a tam cylinder pradziadka Pawła - Jego Magnificencji Rektora Politechniki Lwowskiej. W bibliotece? Ale przecież to także element tradycji. Kapelusz jest jak nowy a złote litery na jego wyściółce dumnie oznajmiają, że kupiono go w składzie kapeluszy i cylindrów Antoniego Kafki (przedtem A. Koźelouźek), wykonała zaś fabryka P. C. Habiga — c.k. nadwornego dostawcy dworu cesarskiego w Wiedniu. Oko przebiega kolejne półki, utrzymane starannie niczym grządki roślin i zatrzymuje się na niektórych okazach: Iwan Bunin, nowe wydanie opowiadań i dziennika. Widać, że wieloletnie przywiązanie do pisarzy rosyjskich nie osłabło. Wielkie tomy Kazimierza Chłędowskiego o Italii to ślad zaniechanego pomysłu książki o barokowym Rzymie. Różnojęzyczne wydania: Weisera Dawidka, „Mercedesa... Z listów do Hrabala, opowiadań. Jezu, są nawet wydania bułgarskie, fińskie, rumuńskie, izraelskie... Wyławiam holenderskie tłumaczenie mojego ukochanego opowiadania pt. Stół. Ale chyba pora skończyć tę inwentaryzację. Wspomniałem o porównaniu do ogrodowych grządek. Coś w tym jest. Nie wiem, jak on to robi, ale Huelle jest jak ogrodnik, który z namysłem sadzi i sieje. Nowe nasadzenia zjawiają się, gdy coś już przekwitło, zwiędło, uschło. Świeże nabytki pojawiają się więc 194 Myszkując w bibliotece Pawła Huelle w miejsce starych tomów, które zostały oddane. Przestrzeń ogrodu nie jest przecież nieograniczona. Żeby wstawić nową książkę, trzeba pozbyć się starej. Ale one, te tomy zdradzone i skazane na banicję, jeszcze się zemszczą, jeszcze kiedyś będziemy żałować, że ich się pozbyliśmy, jeszcze będzie nam ich brakować... Ta metafora z ogrodem choć ładna, jest jednak oszukańcza. Tak po prawdzie książki lubią się panoszyć, zawłaszczają przestrzeń. Poza tym zawsze pozostaje nierozstrzygnięte pytanie - czy to ma być ogród francuski czy angielski. Czy może nasza biblioteka stanie się dżunglą, jak u prof. Marii Janion, gdzie lokatorka jest tylko gościem ledwo tolerowanym przez księgozbiór. Żeby nie być gołosłownym podam przykład pianina. Stało sobie z boku, przytulone do witryny z książkami i co? I jak skończyło! Oficjalnym powodem jego eksmisji był proces wytoczony przez sąsiada, któremu pasaże i etiudy gospodarza i jego gości przeszkadzały. Bo czy taki Vadim Brodski jest bezdomny i musi po ludziach łazić, żeby w porządnej kamienicy pitolić na swych skrzypkach? A czy te różne fortepianisty muszą tu walić w klawisze? Co to? Czy to filharmonia na Ołowiance? Tu ludzie mieszkają! Dobrze, że chociaż Paweł czyta po cichu, bo strach pomyśleć, co by się działo, gdyby odżyła dawna tradycja wspólnego głośnego czytania i recytowania. A jak by jeszcze gdzieś wyszukał ostatniego w Polsce rapsoda i zaprosił go do siebie, to by dopiero było! Ale chyba w naszym kraju lektorzy są na wymarciu a „rapsod” to już tylko wyraz w słowniku z kwalifikatorem: archaizm. Nie wierzcie jednak państwo w tę mistyfikację. Tak naprawdę pianino przegrało swą cichą walkę z książkami i zostało wyrugowane. Paweł nie okazał się bowiem ani „sadownikiem zbytnio ukwapliwym”, ani dostatecznie konsekwentnym i dostało się biednemu instrumentowi. Ale proszę nie myśleć, że oto biblioteka Pawła Huelle zamieniła się w: Ogród, ale nie plewiony; /Bróg, ale co snop, to inszego zboża; /Kram rozlicznego gatunku... Właściciel jeszcze nad nią panuje i z namysłem powiększa swe zbiory kupując książki pisane: mądrym dla memoryjału, politykom dla praktyki, melankolikom dla rozrywki. I tak już pozostanie... Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć o stałych bywalcach Pawłowej biblioteki - to Mała Mi, Heraklit i Chuliganek. Są w niej codziennie a ich preferencje czytelnicze widać wyraźnie na drewnie regałów, na grzbietach ksiąg, na fotelu dla czytelnika. To niestrudzona i niekończąca się wytrwała praca, nieustająca kocia lektura. Nie wiem, czy Paweł podziela ich bezceremonialny stosunek do dzieł przez siebie zgromadzonych, ale nie pomstuje, nie krzyczy. Chyba się z tym pogodził. W końcu to my mieszkamy u kotów a nie koty u nas... Proszę o wybaczenie wszelkich omyłek i nieścisłości. Ten opis nie powstał jako spis z natury a jedynie dzięki mojej wątłej pamięci. I trochę uwadze. Paweł widząc kiedyś, jak myszkuję po jego bibliotece i co chwila wykrzykuję: O, nowe wydanie Auteczka Hrabala! O Baal Szem Tow! Gdzie znalazłeś tego Mandełsztamaś rzekł z podziwem, ale i obawą: Kasperku, jakie ty masz złodziejskie oko! Odejdź już od półek, mówię po dobroci. Herbata stygnie. Ewa Kołacz 195 Ewa Kołacz Po części jesteśmy tym, co czytamy... Istnieje powiedzenie, że „kto podróżuje, żyje dwa razy”. Myślę, że spokojnie można odnieść je do książek. Księgozbiór, jaki posiadam, jest kontynuacją kupionych przez czytających rodziców książeczek dla dzieci: wierszy Brzechwy, Tuwima, baśni Andersena, opowiadań Amicisa. Stanowią go też karteluszki pisane ręcznie z bajkami, opowiadaniami mojej cioci, które nam czytała, opowiadała. Księgozbiór mój, a raczej pamięcio-zbiór, tworzyły też ogromne ilości bajek, które ciotka Daniela (wykształcona, inteligentna kobieta) opowiadała nam wieczorami, bądź dostosowywała do określonych sytuacji sypiąc jak z rękawa. W pamięci widzę też Mamę, czytającą w ogrodzie, albo siebie, podglądającą Mamę w kuchni w nocy... Kiedy wydawało Jej się, że już śpimy, sprzątała, zmywała a potem siadała przy kuchni węglowej z nogami na taborecie i czytała. W domu na stole leży „Tygodnik Powszechny”, „Przekrój”, a w bałaganie dziecięco-młodzieżowym: „Miś”, „Świerszczyk”, potem „Film”, „Teatr”, „Radar”. Słyszę rozmowy o przeczytanych artykułach, komentarze rodziców w nawiązaniu do ówczesnej sytuacji społeczno-kulturalno-politycznej. Mało rozumiałam, ale gdzieś, coś się odkładało. Wspominam też bardzo intensywnie zapach palonych ziaren kawy na patelni przez ojca i długie 196 Po części jesteśmy tym, co czytamy... mielenie ręcznym młynkiem (do dziś go mam), co stanowiło tło systematycznie słuchanych audycji radiowych: Jezioran, Matysiaków, felietonów Waldorffa. To wszystko głęboko wbiło mi się w pamięć, ba, w moje ja. Dlaczego tak drobiazgowo piszę o tych epizodach w kontekście księgozbioru? Bo dziś jestem pewna, jak niezmiernie ważną sprawą jest osłuchiwanie dziecka od najmłodszych lat z pięknem języka ojczystego, zasobem słów, treścią, melodyką, emocjami. To musi w przyszłości skutkować czymś dobrym. I historia zatoczyła koło. Odkąd mam wnusie, kiedy tylko one u mnie, albo ja u nich, czytamy bajeczki, na dobranoc. W łóżeczkach opowiadam im bajki, które opowiadała mi moja ciocia w podobny sposób dramatyzując głosem treść. Jest frajda, jest moc. Wracając do genezy mojego czytelnictwa. Tak było przez czas dzieciństwa, szkoły podstawowej. Lata dojrzewania, szkoły średniej wspominam w sensie czytelniczym niemiło, lektury doprowadzały mnie do pasji, pytania „co autor miał na myśli” ograniczały moje widzenie świata, nie chciałam czytać opasłych tomisk, nie czytałam, albo czytałam po łebkach i jakimś cudem zaliczałam. W okresie studiów godzinami przesiadywałam w bibliotekach pedagogicznych, nocami czytałam cegły z filozofii, psychologii, pedagogiki, itp. Nie powiem, że z entuzjazmem, ale ze świadomością potrzeby. Do dziś te wartościowe z punktu widzenia nauki w owych czasach książki obciążają półki regałów i kartony w piwnicy. Nikt ich nie chce. Leżą i czekają. Bóg wie na co. Przyszedł czas małżeństwa, rodzenia dzieci, pracy zawodowej, dokształcania. Z tego okresu wspominam ulotki solidarnościowe, ciekawe przedruki zakazanych książek (na powielaczu, ówczesnym ksero), ale i tygodniki kolorowe „Szpilki”, „Kulisy”, „Radar”, „Film”, „Teatr”, no i w dalszym ciągu literaturę zawodową. Potem przyszedł czas, w którym zaczęły mi doskwierać braki intelektualne z literatury, historii, sztuki i postanowiłam wrócić do lektur tak oneg-daj zlekceważonych, szacownych dzieł literatury światowej. 1 zaczęło się wielkie czytanie, jakby na akord Nad Niemnem, Chłopi, Trylogia, Pan Tadeusz i biografie wielkich, albo ciekawych. Natomiast odkąd jestem bardzo dojrzała, książki, które mam przeczytać jakoś same wpadają mi w ręce w bibliotece, księgarni. Następnym momentem przełomowym w moim czytelnictwie była i jest trwająca do dziś znajomość wirtualna, obecnie już realna, z dużo starszą kobietą, warszawianką, panią wysoce elokwentną, inteligentną z zasiedzenia zakopianką. Rozmawiamy prawie codziennie, dzielimy się swoimi książkami, dyskutujemy o nich. Na moich półkach goszczą Bartoszewski, Sedlak, Ligocka, Krzywicka, Wańkowicz, Szczeklik. To niemały zbiór osobisty, do tego książki systematycznie wypożyczane z biblioteki, darowane, kupowane w księgarniach. I tak odpowiadając na artykuł Leszka Sarnowskiego - w pewnych środowiskach się po prostu czytuje i nie zamienia zapachu druku na zapach smogu elektronicznego. Stała grupa co kwartał uczestnicząca w promocjach kwartalnika Prowincja o tym systematycznie zaświadcza. Natomiast, moim zdaniem, sytuacja czytelnictwa w Polsce jest dramatyczna, mimo akcji, jakie pan Leszek wymienia w artykule. W księgarniach też, niestety, namnożyło się badziewia. Owszem, kolorowe, estetyczne i zalegają na półkach. Ktoś je czasem kupi. Tylko ile wnoszą treści budujących wiedzę, wrażliwość, estetykę? Ostatnio na mojej szafce nocnej Dzieje teatru i Walicki... Czerwcowa rocznica Radosław Wiśniewski W 1989 roku kończyłem podstawówkę... Czwartego czerwca 1989 było tak. W Rumunii rządził Causescu, w NRD (to takie Niemcy, tylko składające się podobno z tych Niemców, którzy w czasie wojny strzelali w powietrze) Honecker, w Czechosłowacji rządził Husak, w ZSRR rządził Gorbaczow. Na placu Tiananmen na rozkaz Komunistycznej Partii Chin czołgi rozjeżdżały studentów. Tankman jeszcze nie wiedział, że nim będzie. Za oknem mojego pokoju, które wychodziło na ulicę Cichą w Brzegu widać było dachy bloków koszarowych które budowano za Wilhelma, ale które zasiedlała Armia Czerwona i ona była w sporej liczebności w moim mieście. Po ulicach jeździły Nyski z napisem MO i to się tłumaczyło jako Mogą Obić. Dziadek, co go Babcia Sabinka nazywała, że Iwan Sraka a na imię miał Dupa należał do ORMO, co znaczyło Oni Również Mogą Obić. A czasem pojawiali się tu i ówdzie -w roku 1988 i 1989 jakoś częściej - tacy chłopcy z tarczami z pleksy i oni się nazywali ZOMO, czyli w wolnym tłumaczeniu Zwłaszcza Oni Mogą Obić. Miałem starszego kolegę z obozów żeglarskich w Turawie, który jesienią 1988 roku jeździł na demonstracje specjalnie do Krakowa, bo tam się coś działo, jak mówił. I zrobił sobie specjalną procę z gumki modelarskiej i profilu z jakiegoś metalu i zbierał na torowisku koło Parku Wolności w Brzegu takie kulki, które wypadały z pociągów, chyba z łożysk. Miał ich kilka, pojechał do Krakowa i mówił, że strzelił celnie w Zomowca i się przestraszył jaką to ma siłę, bo mówił, zomowiec w jednej chwili biegł z tarczą a po trafieniu w ręce został mu tylko uchwyt. I kolega powiedział, że więcej nie strzelał, bo owszem chodziło o tego, żeby coś się działo, ale bez przesady, nie chciał nikogo zabić. W 1989 roku kończyłem podstawówkę imienia Józefa Lompy w Brzegu. Nie byłem z tego dumny i sądzę, że szkoła też nie jest ze mnie dumna. To był dla mnie spory wyczyn. Potem zdałem egzaminy wstępne do Liceum im. Mikołaja Kopernika w Opolu. Nie zostałem też dopuszczony do bierzmowania, ale pomimo tego Kasia upchnęła mnie na katechezie przy katedrze w Opolu, jakoś jej zależało bardziej na mojej wierze niż mnie samemu. I do dzisiaj myślę o Kasi i jej staraniach z czułością i wdzięcznością, z poczuciem jakbym rzeczywiście miał starszą siostrę, której tak naprawdę nie miałem. Chociaż to najlepszy 198 W 1989 roku kończyłem podstawówkę... dowód na to, że więzi, prawdziwe więzi nie wynikają z kilku połączeń w genach. Wiele lat później to się domknęło, Kasia była świadkiem mojego bierzmowania we wrocławskiej katedrze. Sądzę że katedra do dzisiaj nie jest z tego dumna. W liceum, we wrześniu 1989 roku kazano nam przysięgać z Zacharem na ojczyznę socjalistyczną, ale myśmy stojąc w pierwszym rzędzie demonstracyjnie mieli gęby zamknięte i wychowawczyni coś tam burczała, że ładnie zaczynają — ślubowania nie chcieli złożyć. Wcześniej z tego samego powodu wyrzuciłem się z drużyny żeglarskiej ZHP w Brzegu. Bo trzy lata unikałem przyrzeczenia harcerskiego, które było na socjalistyczną ojczyznę, chociaż mówiłem drużynowemu, że jak pozwoli mi przysięgać po prostu na ojczyznę to spoko. Ale nie, on się uparł, że ma być tak jak w zatwierdzonej rocie. W związku z tym obóz żeglarski w latem 1989 roku był moim ostatnim obozem żeglarskim w Turawie. Rok później pojechałem do Poraja. Tyle mojej martyrologii. Niewiele, właściwie nic. Można do tego doliczyć kilka ob-tłuczeń od kamieni jakimi rzucaliśmy się z dzieciakami radzieckich oficerów przez mur koszar. Raz było mocniej - dostałem cegłówką w twarz. A kolega dostał w kark butelką z cienkiego szkła, która od razu się rozprysnęła ale miał rozcięty kark. Nie wiem jak to potem wytłumaczył babci. Może w ogóle nic nie tłumaczył. Pewnego dnia przed czwartym czerwca razem z Piotrkiem Szczepaniakiem wieszaliśmy plakaty OKP w Brzegu. Z Brzegu startował wtedy z listy OKP niejaki Solarewicz, tyle pamiętam, miał brodę i okulary, to budziło zaufanie. Mieliśmy wiadro krochmalu na łba i rulon plakatów i lepiliśmy jak idzie. Działaliśmy jawnie i bezczelnie, może nawet trochę chuligańsko. Bo lepilliśmy jako się rzekło - jak idzie. Ściany, przystanki, płoty, parkany. Prosiliśmy się o interwencję milicji i jej doczekaliśmy. Puścili nas, bo miałem w kamizelkę wpięte plakietki zespołów, których nie słuchałem ale były fajne, kolorowe. „Iron Maiden” (tego akurat trochę słuchałem), „Megadeath ”, „Saxon”, „Def Leppard”, „Metallica” (nie no tego też trochę słuchałem), „Anthrax”, „Wasp”, „Testament”. — No słuchasz dobrej muzyki, tylko głupoty się ciebie trzymają młody — powiedział ten co trzymał w ręku moją legitymację szkolną. Stary dowcip mówił że milicjanci chodzili parami, bo jeden umiał pisać a drugi czytać. Więc to mówił ten, co potrafił czytać, tym bardziej, że zaraz po udzieleniu mi pouczenia rzucił do tego drugiego z notatnikiem w ręku rozkazująco - pisz! Spisali nas i puścili dalej. Chyba nawet tych wiader krochmalu nam nie zabrali. Czuć było, że chyba sami już poważnie nie traktują tego całego komunizmu. No bo jak na serio traktować ten badziew i słuchać na serio „Ironów”? Dzisiaj są tacy, co mówią, że można było więcej, mocniej, że trzeba było brać całość, bić się, robić butelki z benzyną po piwnicach. Tymczasem był czerwiec. Pamiętam dobrze wieczór czwartego czerwca. Na podwórku kwitła forsycja. Był jeszcze obyczaj, że w ciepłe dni wszyscy mieli otwarte drzwi do domów wzdłuż całej ulicy, nie było zamykanych na kłódkę furtek. Tak żeby dzieci sobie mogły szaleć, biegać. Zatem były otwarte na przestrzał drzwi w mieszkaniu na piętrze i na klatce schodowej. Ulica nie była jeszcze zablokowana przez samochody. Bo może ze trzy osoby miały samochód i trzymały go w tak Radosław Wiśniewski 199 zwanym garażu, takich szopach, które miały wjazd od ulicy i od strony ogrodów i były zarazem łącznikami między domkami. Ulica z jej ślepym zakończeniem, tak zwanym „kółkiem” należała niepodzielnie do dzieciarni. To było boisko, bieżnia, teren podchodów, udzielne księstwo. Przez otwarte okno i drzwi słyszałem, że Mama rozmawiała z ciocią na drewnianej ławeczce pod tą forsycją po powrocie z głosowania. Nie pamiętam o czym. Poszła na sam koniec, niemal na zamknięcie lokalu wyborczego. Chyba poszła wtedy pierwszy raz w życiu zagłosować na cokolwiek. Namówiłem ją do tego, bo ja miałem piętnaście lat i jeszcze nie mogłem, więc poszła niejako za mnie. Było coś dobrego w powietrzu. Mimo tego, że na Węgrzech rządził nadal Kadar, w Czechosłowacji Husak, w ZSRR Gorbaczow, w Rumunii Ceausescu, w NRD Honecker, a w Pekinie naprawdę czołgi zabijały ludzi na śmierć. I naokoło nie było żadnych demonstracji solidarności. Jedyne wyrazy solidarności w końcu czerwca wygłosił Causescu. Namawiał kolegów z Układu Warszawskiego, żeby przyjść z pomocą towarzyszom z Polski, bo chyba sobie nie radzą. I to nie brzmiało dobrze. To brzmiało dość ponuro i groźnie. Więc to, że staje się wolność nie było takie oczywiste. Naprawdę. Było ciepło, wydawało mi się, że życie dopiero się zaczyna. Ale co - to już nie wiedziałem. Wiedziałem, że zaraz egzaminy wstępne do liceum, zaraz potem żagle w Turawie, potem Tatry. Jakoś to będzie. Jeszcze w latach 80. tych tak maszerowali w Brzegu żołnierze radzieccy, fot. Wiesław Woj tycza Recenzje Jan Chłosta Z WARMIŃSKIEJ CHATY NA KATEDRĘ UNIWERSYTECKĄ Wiktor Steffen, Moja droga przez życie, wyd. III poprawione i uzupełnione, do druku przygotował, opatrzył przedmową i przypisami oraz uzupełnił dodatkowymi ilustracjami Tadeusz Batog. Poznań 2018, s. 235; Igraszki poetyckie. Z Warmii i o Warmii. Wiersze dla dzieci, Poznań 2018, s. 48. Nieczęsto zdarza się, aby wspomnienia, choćby nawet wybitnych Polaków wydawano wielokrotnie. Wyjątek wśród takich książek stanowią memuary, wywodzącego się z podolsztyńskiego Sząbruka, filologa klasycznego, hellenisty i profesora uniwersytetów - poznańskiego i wrocławskiego Wiktora Steffena (1903 - 1997) Moja droga przez życie. Pierwsze jej wydanie ukazało się w 1976 roku i zostało sprzedane, jak to mówią wydawcy, prawie „na pniu ”. Z tego powodu wydanie wspomnień nieco rozszerzonych powtórzono jedenaście lat później. W bieżącym roku, staraniem zięcia autora, także profesora Uniwersytetu Adama Mickiewicza Tadeusza Batoga, ukazało się trzecie, poprawione i uzupełnione wydanie. Profesor Steffen zdążył jeszcze na egzemplarzu z 1987 roku nanieść uzupełnienia i poprawki. Wyjaśnił to w krótkiej przedmowie wydawca: „Wśród jego książek znalazłem egzemplarz drugiego wydania tych wspomnień, cały zapisany odręcznymi poprawkami. Były one zapisane długopisem, własną ręką autora książki. Najczęściej były to drobne udoskonalenia tekstu, takie jak zmiana jednego wyrazu przez inny, usunięcia lub dodanie jakiegoś wyrazu lub dłuższego zwrotu, ale czasem zdarzały się też drobne uzupełnienia, złożone z jednego lub nawet z kilku zdań. Wszystko to wskazywało, że autor przygotowywał trzecie wydanie swoich wspomnień”. Dodać trzeba do tego, że profesor T. Batog, nie ingerując w tekst, wprowadził do książki kilka przypisów, którymi wzbogacił edycję. Znalazły się też dodatki w postaci reprodukcji zaświadczeń przerobionego materiału podczas zajęć edukacyjnych w zajęciach edukacyjnych w oflagu, które również prowadził autor oraz zestawienie 203 książek i artykułów naukowych profesora Wiktora Steffena. Długie życie profesora Steffena było niezwykłe. Wyrastał w warmińskiej wsi Sząbruku. Należał do ludzi nadzwyczaj Recenzje 201 ambitnych. O jego życiowym awansie, ciągłym wznoszeniu się, decydowały przypadki, a właściwie życzliwość innych ludzi, ale było ono oparta w całym życiu na jego pracowitości i solidności. Zostałby zapewne rolnikiem, gdyby nie sząbrucki proboszcz ks. Antoni Baranowski (1872 - 1932), który dobrał wyróżniającego się absolwenta miejscowego szkoły ludowej, jako partnera do nauki przygotowującego się innego chłopca w gimnazjum, pragnącego wstąpić do seminarium duchownego, z łaciny i języka francuskiego. W memuarach W. Stef-fen napisał: „Z prywatnych lekcji u ks. Baranowskiego wyniosłem tyle wiadomości, że starczyło mi to niemal na całe gimnazjum [...] Nazwisko wiejskiego proboszcza, przemija zwykle po jego śmierci bez echa. Niech przynajmniej te słowa uwiecznią pamięć człowieka, który wyrwał mnie z codziennej szarzyzny i dał świetny start do dalszych osiągnięć. Dał Polsce obywatela, który całym sercem chciał pracować i przez całe życie pracował dla Polski. Nie tylko to. Ksiądz Antoni Baranowski całą swoją postawą wywarł ogromny wpływ na moją osobowość. Nauczył mnie szanować ludzi bez względu na ich przekonania, przychodzić z pomocą i dobrą radą tym, którzy jej potrzebują, cenić ponad zaszczyty i honory nieskazitelność charakteru”. Obaj chłopcy zdali bez trudu egzaminy i zostali uczniami gimnazjum w Ornecie. Potem dzięki udzielanym korepetycjom Wiktor Steffen zdobywał środki na naukę i życie w gimnazjach Lubawy i Brodnicy, także na początku studiów uniwersyteckich w Poznaniu. Nie mógł liczyć na pomoc materialną z domu rodzinnego. Wywodził się z licznej rodziny, miał dziesięciorga rodzeństwa. Na swojej drodze napotykał też bariery, jak chociażby w gimnazjum orneckim, gdzie mimo celujących ocen w nauce, jako warmiński Polak, a tego nigdy nie ukrywał, nie przyznano mu stypendium. Napotykał tam na nieprzyjazny stosunek wybranych nauczycieli, wśród nich historyka Warmii Hansa Schmaucha. Z tego powodu, po roku nauki, przeniósł się z niemieckiej Ornety do polskiego progimnazjum w Lubawie. W swojej postawie Wiktor Steffen miał wiele cech przypisywanych Warmiakom. Wyróżniał się nadzwyczajną pracowitością zarówno w nauce, jak i później w działalności naukowej, najpierw jako asystent, potem docent i profesor. Przychodziło mu wykonywać często wiele prac o charakterze administracyjnym, nie zawsze przypisanych do jego stanowiska, zwłaszcza po 1945 roku, kiedy na nowo przyszło organizować katedrę filologii klasycznej uniwersytetu we Wrocławiu, gdzie również przez jakiś czas wykładał oraz w samym Poznaniu. Jeszcze 1932 roku, po założeniu rodziny, przyszło mu pracować na dwóch etatach, poza uniwersytetem jeszcze jako nauczyciel łaciny w miejscowym Gimnazjum Sióstr Urszulanek. Podkreślić należy jego zaangażowanie w działalność edukacyjną oficerów, uwięzionych w oflagach Brunszwiku i Woldenbergu, dzisiejszym Dobiegniewie, gdzie znalazł się jako porucznik po klęsce wrześniowej. Podjął tam trud prowadzenia nauki języków niemieckiego i angielskiego oraz wykłady uniwersyteckie. W nowej edycji wspomnień zostały zaprezentowane zaświadczenia wydane słuchaczom tych kursów uniwersyteckich po złożeniu przez nich odpowiednich egzaminów. W szczególny sposób odnosił się do swoich bliskich z rodziny. We wspomnieniach poświęcił piękne zdania swoim rodzicom Marcie z Turowskich i Janowi. Po śmierci ojca w 1931 r. jakiś czas gościł matkę w Poznaniu. Znajdowała ona zawsze wspólny języka z żoną profesora i wnukami. Sam 202 Recenzje autor nadto wspierał swoich dwóch braci w zdobywaniu wykształcenia w polskich szkołach, a więc Augustyna (1901 - 1992), który jeszcze przed wybuchem wojny w 1 ip-cu 1939 roku uzyskał doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim, wydał trzy tomy Zbiorów polskich pieśni ludowych na Warmii (1931 — 1937) oraz młodszego Wojciecha (1908 - 1980) nauczyciela, po 1945 roku dyrektora szkół zawodowych w Olsztynie. Sam Wiktor Steffen nigdy nie zapomniał o swojej ziemi urodzenia Warmii. W me-muarach poświęcił kilka zdań wyróżniającym się ludziom tej ziemi: księżom - Walentemu Barczewskiemu i Franciszkowi Klimkowi, redaktorowi Stanisławowi Nowakowskiemu, Eugeniuszowi Buchholzo-wi, Władysławowi i Marcinowi Fiutakom. Sam napisał kilkanaście artykułów wydrukowanych w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, wśród nich: Odzież warmińska i jej nomenklatura (1981); Kategorie chłopstwa w przedwojennej terminologii warmińskiej (1983; Kilka sprostowań i uzupełnień do >Słownika biograficznego Warmii, Mazur i Powiśla XIX i XX wie-ku< Tadeusza Orackiego (1986). Pozostawił nadzwyczaj ważny Słownik warmiński, wydany w 1984 roku przez Wydawnictwo Polskiej Akademii. Zgromadził w nim blisko 4000 wyrażeń gwarowych. Materiał do słownika gromadził przez całe dorosłe życie. Odbywało się to z różnym, jak napisał we wstępie natężeniem. Nie korzystał przy tym z żadnych kwestionariuszy, lecz gorliwie notował zasłyszane wyrażenia. Dopomagała mu w tym pełna znajomość tego dialektu, wszak do szesnastego roku życia tą gwarą sam się posługiwał. Dużą pomocą posłużyły mu opracowania ks. W. Barczewskiego. Ten sam wydawca postarał się również o oddzielną edycję, w części młodzieńczych wierszy Wiktora Steffena Igraszki poetyckie z Warmii i o Warmii. Wiersze dla dzieci (2018). Znalazło się w tym zbiorku dziesięć utworów rymowanych, podzielonych na cztery kategorie: Ze szkolnych lat, Alegorie, Obrazki z dawnej Warmii, Z podań ludowych warmińsko-mazurskich. Spośród pomieszczonych wierszy na uwagę zasługuje Tragedia raka. Ta rymowana powiastka została w 1935 roku zamieszczona wraz z innymi wierszami Zima i Wakacje w niewielkiej antologii wierszy warmińskich Nasi poeci wraz z wierszami Andrzeja Samulowskiego i jego syna Władysława, Sylwestra Antoniego Sznarbacha, Alojzego Śliwy i Marii Zientarówny, obok wierszy samego wydawcy Augustyna Steffena. W odróżnieniu od pozostałych autorów, wiersze braci Steffenów, pozbawiono krótkich zmianek biograficznych. Profesor Steffen w liście do mnie z 24 marca 1990 roku zwierzył się, że o druku swoich wierszy dowiedział się dopiero po 1945 roku. W tej korespondencji wspomniał też o okolicznościach powstania Tragedii raka. Wydarzenie miało miejsce w 1926 roku w Poznaniu, właśnie on i Augustyn umówili się, że na poczekaniu napiszą po jednym wierszu na dowolny temat, wykorzystując warmińskie przysłowia. Augustyn postanowił rozwinąć dwuwiersz: „Naterciaki - dobre ludzie, obdzierają sukę w budzie!”, o przesadnie oszczędnych. Tak powstał wiersz Na sąsiadów, tych z Naterek, a Wiktor: „Leży jek rek [rak] na kiecie [łańcuchu) pod mostem w Szelągowie” - czyli o leniwym, z tego powstał 93 wersowy utwór. Na podstawie zamieszczonego wstępu do tych wierszy, napisanego przez Wiktora Steffena, należy się domyśleć, że Profesor pragnął wydać te wiersze, co za niego z takim pożytkiem dokonali inni. Recenzje 203 Krystian Zdziennicki SZLAKIEM ZAMKÓW POWIŚLA I ŻUŁAW Piotr Skurzyński, Zamki Powiśla i Żuław, Wydawnictwo Region, Gdynia 2017. O kolejny przewodnik wzbogaciły się Powis'le z Żuławami za sprawą Wydawnictwa Region. Tym razem w ramach serii Va-demecum Krajoznawcze Piotr Skurzyński zaproponował podróż po zamkach Powiśla i Żuław. Warto podkreślić, że autor prezentowanej publikacji napisał kilkanaście przewodników, w tym również prezentujące warownie z terenu Polski północnej. Są to: Zamki nad Dolną Wisłą, Zamki Kaszub i Pomorza Środkowego, Zamki Kociewia i Borów Tucholskich, Zamki Warmii i Pogranicza Warmińskiego oraz Zamki Ziemi Chełmińskiej. W przewodniku pt. Zamki Powiśla i Żuław autor opisał obiekty, które do dziś zachowały się i okazale prezentują, ale również te, których blask już dawno minął, a tylko częściowo zachowane relikty przypominają o istnieniu w danym miejscu warowni. W publikacji przedstawione zostały średniowieczne zamki, które znajdowały się w byłym Państwie Krzyżackim, zarówno należące niegdyś do Zakonu NMP, jak i do biskupów oraz kapituły pomezańskiej. Są to warownie w: Dzierzgoniu, Elblągu, Gdańsku, Grabinach-Zameczku, Kwidzynie, Malborku, Morągu, Pasłęku, Prabutach, Przezmarku, Sztumie i Szymbarku. W przewodniku opisano również zamek-re-zydencję w Bystrzcu (Biały Dwór). Z pewnością przewodnik ten będzie pomocny w odkrywaniu prezentowanych miejsc. Vademecum Krajoznawcze Region Zamki Powiśla i Żuław Piotr Skurzyński Autor publikacji w skondensowany sposób przedstawił dzieje każdego z opisywanych zamków oraz opis architektoniczny, a także szereg ciekawostek. Warto wspomnieć, że w przewodniku zamieszczono również schemat każdej warowni pozwalający na zaobserwowanie zmian architektonicznych. Przydatne dla turystów są z kolei zamieszczone drobne mapy z umiejscowieniem każdej miejscowości na tle regionu, a w przypadku miast ich plany z lokalizacją opisywanego obiektu. Jest to pierwsze wydanie przewodnika prezentującego zamki Powiśla i Żuław. 204 Recenzje Publikacja liczy 96 stron. Została wydana w pełnym kolorze, a także w przystępnym dla turysty formacie 12 cm x 18,5 cm. W związku z powyższym bez problemu i większego obciążenia zmieści się w plecaku. Być może dzięki tej niewielkiej książeczce turysta odwiedzający Powiśle i Żuławy oprócz zwiedzenia „największej góry cegieł na północ od Alp” - tj. zamku malborskiego, uda się w podróż zaproponowanym przez autora szlakiem opisanych warowni doceniając przy tym walory obu regionów. Wawrzyniec Mocny NIEZBĘDNIK PIELGRZYMA I TURYSTY Krystian Zdziennicki, Sanktuarium bł. Doroty w Mątowach Wielkich, Wydawnictwo Region, Gdynia 2017. Powiśle i Żuławy mogą poszczycić się pewną liczbą publikacji książkowych i artykułów prasowych, które opowiadają o lokalnej historii. Jednak wciąż brakuje przewodników, bedekerów, a zwłaszcza miniprzewodników, które w pigułce zaznajamiałyby z dziejami poszczególnych miejscowości lub zabytków (a trzeba przyznać, że zabytkowych pałacyków, kościołów czy zamków na naszych terenach nie brakuje). Taką właśnie pozycją jest miniprzewodnik Wydawnictwa Region poświęcony Sanktuarium bł. Doroty w Mątowach Wielkich, autorstwa Krystiana Zdziennickiego. Autor ten jest absolwentem historii na Uniwersytecie Gdańskim. Samo Wydawnictwo Region, dzięki któremu możliwy był druk opisywanej książeczki od lat wydaje książki, mapy, przewodniki i publikacje promujące gwary lokalne i regiony Pomorza. Sanktuarium bł. Doroty w Mątowach Wielkich autorstwa Krystiana Zdziennickiego w skondensowany sposób, Region przedstawia wiele faktów, dat oraz pokrótce sylwetek wielu postaci historycznych. Przede wszystkim ukazuje bogate dziedzictwo Żuław i Powiśla poprzez prezentację jednej z najsławniejszych postaci Recenzje 205 historycznych pochodzącej z dawnych terenów Państwa Krzyżackiego - Doroty z Mątów. Miniprzewodnik K. Zdziennic-kiego jest także szkicem historycznym Mątów Wielkich, a zarazem parafii i samego kościoła p.w. św. Piotra i Pawła w tej miejscowości. Uzupełnieniem są liczne zdjęcia, nie tylko współczesne, ale i archiwalne. Jak pisze wydawca: Historia kwidzyńskiej rekluzy doczekała się licznych opracować zarówno historycznych, jak i literackich. Niezwykła postać błogosławionej rozsławia też miejsce, w którym przyszła na świat -żuławską wieś Mątowy Wielkie. Miniprzewodnik autorstwa Krystiana Zdziennic-kiego przybliża też postać błogosławionej Doroty, której życie można podzielić na następujące etapy: dzieciństwo w Mąto-wach Wielkich, życie rodzinne i małżeńskie w Gdańsku, kończąc na doświadczaniu pustelniczym w Kwidzynie. Ponadto publikacja zawiera też wiele praktycznych informacji dla pielgrzymów, którzy pragną odwiedzić jej sanktuarium. Dodajmy, że pątnicy znajdą tu opis sanktuarium i domu pielgrzyma wraz ze zdjęciami ukazującymi bazę noclegowo-wypoczynkową. Co ciekawe wierni nie będą musieli wertować kart modlitewników w poszukiwaniu Litanii do Błogosławionej, bo jest ona w całości zacytowana w pracy. Co ważne, wiadomości podane w mini-przewodniku napisane są lekkim piórem, dzięki czemu lektura jest łatwa i przyjemna w odbiorze. Ponadto jest to publikacja interesująca, zawierająca wiele ciekawostek historycznych. Przykładem może być apla poświęcona powstańcom listopadowym, którzy trafili na opisywane tereny, w tym właśnie do Mątów Wielkich. Historyk wymienia powstańca Michała Kuligowskiego i Wojciecha Wyzgalskiego. Przy okazji po-daje kilka szczegółów biograficznych z ich życia. Nie będę jednak ich zdradzał, niech temu posłuży lektura. Jak już wspomnieliśmy książeczka jest także niezbędnikiem każdego turysty, który nosi się z zamiarem poznania mą-towskiego sanktuarium. Ale również autor proponuje plan wycieczki, podczas której turysta może poznać okolice sanktuarium. Wszyscy wiemy jak czasochłonne jest sporządzenie dobrej marszruty i nie oszukujmy się zwykle po prostu brakuje na to czasu. Można tylko żałować, że mimo wszystko przewodnik nie jest trochę obszerniejszy. Z drugiej jednak strony taka objętość pozwala na bardzo szybkie przyswojenie niezbędnych informacji, które można od razu wykorzystać przy zwiedzaniu Mątów Wielkich i okolic. Noty o autoracn Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945—1995) leksykonów - Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie „Gazety Olsztyńskiej ” i ludziach z nią związanych. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze-sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Jarosław Denisiuk - absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL, historyk i kurator sztuki. Redaktor przewodnika „Otwarta galeria. Formy przestrzenne w Elblągu” oraz publikacji Elbląg konceptualny i Notatnik Robotnika Sztuki. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Sylwia Kaszuba - ur. w Malborku. Od 12 lat pracuje i mieszka w Miłoradzu. Nauczycielka języka angielskiego. Od trzech lat realizuje w szkole autorski program Żuławy - ocalić od zapomnienia. Publikowany tekst jest częścią większego projektu nad którym 2 lata pracowała ze swoimi uczniami - Brytyjscy jeńcy wojenni w czasie II wojny światowej na terenie Malborka, Miłoradza i Gnojewa, który został nagrodzony w ogólnopolskim konkursie 9óki nie jest za późno organizowany przez Cenralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach - Opolu. Emil Klingenberg- ur. w 1939 r. Sztumianin z pochodzenia i wyboru. Autochton po matce i ojcu. Obdarzony fenomenalną pamięcią gawędziarz, miłośnik mowy sztumskiej i historii, pasjonat literatury wspomnieniowej, zwłaszcza tej dotyczącej przedwojennych Prus - Wschodnich i Zachodnich. Przez całe swoje aktywne życie zawodowe pracował na własnym gospodarstwie rolnym w Sztumskiej Wsi. Obecnie na emeryturze. Agnieszka Korol - ur. w 1964 r. Absolwentka pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczycielka, animatorka kultury, autorka książek dla dzieci, powieści: Listy z jeziora (2011), Zamczysko (w trakcie), scenariuszy filmowych i teatralnych. Mieszka w Gontach pod Prabutami. Ewa Kołacz - ur. w Radomiu. Absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach na kierunku pracy kulturalno-oświatowej. Wyróżniona w wielu konkursach poetyckich oraz piosenkarskich. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice ajiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autorksiążki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Noty o autorach 207 Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Wawrzyniec Mocny - dziennikarz tvsztum. Mieszka w Sztumie. JanuszNamenanik-wur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej wSłupsku. Wiatach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia cz. 1, a w 2017 cz. 2. Obecnie mieszka w Lęborku. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym M ieście w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-H istorycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806—1945 (2014). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii UJ. Były urzędnik, dyrektor wiejskiego domu kultury, wykładowca, pizza driver. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu, związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami: Inne Bluesy (Olkusz 2015), Psalm do Św. Sabiny (Brzeg 2016), Dzienniki Zenona Kałuży (Łódź 2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red.”, wieloletni współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Zbigniew Wojciechowicz - ur. 1971 r. Mieszka i pracuje jako nauczyciel w Policach. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego. Nagradzany na konkursach poetyckich, w tym na międzynarodowym konkursie „Ukraińska nadzieja”. Publikował m.in. w takich czasopismach, jak: „Topos”, „Bliza”, „Pogranicza”, „Nowa Okolica Poetów”, „Portrety”; w kilkunastu antologiach zarówno regionalnych i ogólnopolskich. Wydał trzy tomiki wierszy: Anioły Bliźniacze (2008), ORWO (2011), Dulszczynea (2017). Krystian Zdziennicki - ur. 1992 w Sztumie. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Działacz Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Dominik Żyłowski - absolwent filozofii, bibliotekarz, fotografik z zamiłowania. Pracownik Biblioteki Elbląskiej. Mieszka w Elblągu. 208 Biblioteka Kwartalnika Prowincja Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl Prace fotograficzne Michała Majewskiego