Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ■ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2018 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest WOJEWÓDZKA I MIEJSKI BIBLIOTEKA,PUBLKZMA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1 (31) 2018 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Aleksandra Paprot Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: prace plastyczne Aleksandry Hońko Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta pierwsza „Prowincja”............................................5 Poezja Bogumiła Salmonowicz........................................................7 Czesław Mirosław Szczepaniak...............................................12 Proza Łukasz Staniszewski - Piec Magdaleny, Nożyczki.............................15 Dorota Maluchnik - Diabeł w snach..........................................17 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy...........................................21 Wędrówki po prowincji Andrzej Stachowiak - Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym w „pomorskiej” części Powiśla...................27 Janusz Ryszkowski - Mamy tu od wczoraj zacnego Krajewskiego................37 Dominik Żyłowski - Pompa z Różan...........................................42 Teodor Sejka - Zamyślenia sztumskie........................................45 Andrzej Kasperek - Cedry na gdańskich nizinach.............................52 Wiesław Olszewski - Rok rzeki Wisły 2017...................................62 Na tropach historii Grażyna Nawrolska - O handlu, targach i jarmarkach w średniowiecznym Elblągu...69 Bogumił Wiśniewski - Więcej cieni niż blasków w państwie krzyżackim......76 Jacek Schirmer- Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 - 1945 cz. 3, okres 1871 - 1918.....................86 Adam Langowski - Z biografii myśliwskiej Stanisława Sierakowskiego.......102 Janusz Namenanik - Miejsca dzierzgońskich pochówków.......................113 Kordian Kuczma - Parlamentarzyści II Rzeczypospolitej więźniowie KL Stutthof... 120 Andrzej Podolski - Konny rajd dla Niepodległej............................124 Wspomnienia Halina Łukawska - Dom na Żuławach, część 3 ...............................133 Gra w żuławskie duchy — z Małgorzatą Oliwią Sobczak rozmawia Paweł Wielopolski..............................................149 Od bikiniarzy i bigbitu do... — cz. 4, z Edwardem Hulewiczem rozmawia Leszek Kunda.............................155 Polska z wyboru Rafał Cybulski - Kijowianki na prowincji czyli jak Yana i Ola zostały kwidzyniankami..............................169 Krzysztof Czyżewski - Notatki słów i obrazów.............................175 Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk - Zanurzone w wodzie - odindywidualizowane. O malarstwie Aleksandry Hońko...........................................196 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana.........................................199 Zaczytana Prowincja Leszek Sarnowski - Polska czyta, nie czyta? Prowincja czyta..............210 Marian Szarmach - Życie bez książek jest śmiercią........................215 Nasze książki Andrzej Kasperek - Kilka uwag o książce „Sztumska droga do wolności” z elementami laudacja dla jej autora Leszka Sarnowskiego.................217 Andrzej Lubiński — Sztumu dzieje najnowsze...............................221 Recenzje Aleksandra Buła - Przyszła pora na „Porwanie”..............................225 Andrzej Kasperek - Tiegenhof | Nowy Dwór Gdański |1945 ..................226 Jan Chłosta - Biografia Wojciecha Kętrzyńskiego.........................228 II Ogólnopolski Konkurs Poetycki "Wielorzecze” Regulamin ................230 Noty o autorach...........................................................231 TRZYDZIESTA PIERWSZA „PROWINCJA” Witamy wiosennie w nowy roku, dziewiątym roku istnienia kwartalnika „Prowincja”. Otrzymaliśmy dotację Marszałka Województwa Pomorskiego Mieczysława Struka, w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2018 roku”, zatem działamy dalej. Istniejemy dzięki naszym wiernym Czytelnikom i chylimy czoła, licząc na stałość uczuć i współpracę. Zapraszamy na wędrówkę. Poezja tym razem ponadregionalna, bo Bogumiła Salmonowicz (nie po raz pierwszy) z Elbląga, a Czesław Szczepaniak z Tarczyna. Prozą wraca do nas sztumianka (choć czasowo osiadła na południu) Dorota Maluchnik i obiecujący debiut na naszych łamach Łukasza Staniszewskiego. Profesor Andrzej C. Leszczyński snuje rozważania o Lutrach, nędzy, a także o wielkości i ułomnościach mistrzów naszych czasów - Miłosza, Młynarskiego, Kaczmarskiego. Po żuławsko-powiślańskiej prowincji tym razem oprowadzą nas Andrzej Stachowiak, Janusz Ryszkowski, Wiesław Olszewski, Dominik Żyłowski, Teodor Sejka i Andrzej Kasperek. Grażyna Nawrolska z archeologicznego doświadczenia opowie o jarmarkach w średniowiecznym Elblągu. Bogumił Wiśniewski zgłębia tajniki świetności i nieświetności zakonu. Adam Langowski podąża myśliwskim tropem Stanisława Sierakowskiego z Waplewa, a Janusz Namenanik, jak zwykle zaprasza do Dzierzgonia, tym razem nagrobnego. Kordian Kuczma wraca do nas tekstem o politykach dwudziestolecia w obozie koncentracyjnym Stutthof. Z przyjemnością witamy na naszych łamach ponownie Jacka Schirmera z powiślańskiego rodu Donimirskich (obecnie mieszkającego w Belgii), który kontynuuje swój wyjątkowy cykl opowieści o dziejach ziemiaństwa na Powiślu. No i wielki wędrowiec, niespokojny duch, pasjonat historii Andrzej Podolski, tym razem konno na szlaku powstańców styczniowych i nie tylko. Swoją opowieść o zakorzenianiu na Żuławach kontynuuje pani Halina Łukawska. Przy wsparciu swojej córki Alicji, po wspomnieniach z czasu robót przymusowych, snuje opowieść o powojennych, trudnych czasach tutaj. Nie kryjemy swej radości z obecności na naszych łamach Krzysztofa Czyżewskiego. Jego literackie notatki (fani facebooka to znają) warte są uwiecznienia, tym bardziej, że autor wiedzie nas od Skandynawii, Bałkanów, po dobrosąsiedzko-rodzinne ostępy w Sejnach, gdzie nie tyle czas się zatrzymał, co jest on przetwarzany i czytany co dzień, na nowo. Nasze rozmowy, to dalszy ciąg (ostatni odcinek) opowieści kwidzynianina z urodzenia, artysty scen nie tylko polskich Edwarda Hulewicza, a z drugiej strony rozmowa z młodą pisarką Małgorzatą Oliwią Sobczak o jej żuławskich inspiracjach. W cyklu „Polska z wyboru”, tym razem o młodych, ambitnych Ukrainkach w Kwidzynie. Muzyczną edukację kontynuuje, niestrudzony meloman, Wacław Bielecki, a w świat plastycznej wrażliwości Aleksandry Hońko zaprasza nas Jarosław Denisuk, dyrektor elbląskiej Galerii EL. Inicjujemy nowy cykl w naszym kwartalniku pod nazwą „Zaczytana prowincja”. Bez fałszywej skromności, chcemy być w awangardzie działań, których celem jest promocja czytelnictwa. Skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Polacy nie czytają, chcemy pokazać, jak to się dziś mówi „dobre praktyki”, czyli że są ludzie którzy czytają, z nadzieją, że to da się upowszechnić. Zaczynamy tekstem naszego naczelnego Leszka Sarnowskiego i profesora Mariana Szarmacha, filologa klasycznego. Opowiedzą o swoim czytaniu, swoich książkach i fascynacjach. To jest jednocześnie zaproszenie dla wszystkich Czytelników, by podzielili się z innymi swoimi lekturami i refleksjami na naszych łamach. Tym bardziej, że nasza okładka, autorstwa (jakżeby inaczej) Mariusza Stawarskiego zaprasza wręcz do wejścia w księgę. Redakcja Poezja Bogumiła Salmonowicz1 FEMOGLOBINA podobno od razu po przyjściu na świat poczuła się dziewczynką w czerwonych pantofelkach. dorastanie przyszło o kulach. na przekór stadom wron odnalazł ją pierścionek z rubinowym oczkiem, potem urodziło się kolejne szczęście. kiedy już uczyniła zadość najważniejszym, przyszedł czas dobierania się do kości, marzenia nie chciały przystawać do medycznych procedur, zaryzykowano eksperyment, pośladka w całości nie udało się zastąpić silikonem, przeszczepiona z ud tkanka szerokim uśmiechem zapraszała do żmudnych wygibasów na spoconej sali. mąż kupił wymarzone szpilki, dłuższej nodze nie pasowały, skalpele i młotki, z trudem namówione na rock and roiła, tym razem miały tańczyć po zdrowej kości. przed głupim jasiem wszystko w niej śpiewało na myśl o roztańczonym jutrze, a ono dopuściło się zdrady, więc odeszła, musi szukać nowych parkietów. 1 Wiersze pochodzą z najnowszego tomu poezji Bogumiły Salmonowicz Femoglobina. Autorką ilustracji jest Romana Klinkosz. Poezja 9 MAKATKA wiosna spóźnia się tego roku nawet w telewizorze, głupia pogoda nie powstrzymuje fali ludzkich tragedii i politycznych złorzeczeń, dokąd uciekać, jeśli na zewnątrz wszystko krzyczy, że człowiek człowiekowi nie jest, jak przystało. dłuższe dni plotą coraz więcej wspomnień. druty w dłoniach postanowiły wrócić do epoki radości, w dziennym świetle zieleń nie myli się już z błękitem, spod palców wyrasta znajomy dom, czerwony dach i ganek, skąd tylko krok do drogi, tam wóz drabiniasty już zrzucił balast, a Kasztanek pewnie zbiera siły przy wodopoju. Burek szczeka, macha ogonem przyjaciółce kwoce, a drzewa, łąki i niebo takie spokojne. zapach trawy mąci w nosie nawet realnemu kotu. nie w głowie mu turlanie kłębkiem wełny, przysiadł cicho, jakby i on wspominał sielski obrazek z makatki, trzeba jeszcze tylko dobrnąć do słońca w maju i przymocować nad łóżkiem. Poezja 11 ŻYRAFA piękno musi mieć długą szyję tak mówi babcia dokładając następne kółko na moją mama ukrywa smutek i tylko mruży oko jak wtedy gdy udaję ból brzucha żeby nie iść do głupiej szkoły piękno musi mieć długą szyję inaczej nie zaznam tego co babcia nazywa przeznaczeniem nikt na mnie nie spojrzy nie zrobi zdjęcia nie kupi pamiątek dzięki którym można potem płacić za prąd piękno musi mieć długą szyję a mnie boli kolejna obręcz która od dawna nie chroni przed ugryzieniem tygrysa ani porwaniem przez wrogie plemię nie żyję w czasie zaprzeszłym a wizerunek żyrafy nie jest moim tak mówi mama szeptem wierzę 12 Poezja Czesław Mirosław Szczepaniak WIERSZYKI Wiersze to pisał Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i inni, mam 60+ lat, czasami wystukuję wierszyki, małe, duże i średnie. DOPISEK Z WYSPIAŃSKIEGO Stanisław Wyspiański miał poetycki kunszt i umysł w wymiarze zdziwienia. Oto cytat jak rodzynka: mam ten dar bowiem: patrzę się inaczej. Świetne! JASNO POWIEDZIANE jaki był najpiękniejszy dzień w pani życiu?., zapytano Brigitte Bardot, To była noc, odpowiedziała najjaśniej, jak się dało. M.K. SARBIEWSKI Maciej Kazimierz Sarbiewski (1595-1640) pisał przy dobrym winie, co serce otwiera, które wlewano do kielichów, wypłukanych w pobliskiej strudze; no cóż! są poeci, co piszą tak wiersze, jakby kładli na nagą wodę liść, żeby ją wstyd nie poruszał. Proza Łukasz Staniszewski PIEC MAGDALENY Ryby odlatywały stadami, każdy gatunek oddzielnie. Te małe pryskały srebrem, gromadnie podrywając się spod powierzchni jeziora. Gubiły krople wody, w których rozszczepiało się światło. Większe sztuki szczupaków i okoni potrzebowały rozbiegu, by wznieść się w powietrze. Wojtaszek szczególnie lubił patrzeć na lecące sumy, które majestatycznie wyginały żółte od spodu cielska, bez strachu przelatując nad dachami domów we wsi Małe Grozy. Każda płetwa, bijąc w powietrze, wydawała dźwięk, który w milionach powtórzeń przypominał szum przesypujących się drobin piasku. - Matka! - krzyczał wtedy Wojtaszek w stronę domu - rozpalaj piec, idzie zima! Ryby uciekały przed mrozem, który w tej części świata był bezlitosny. Mroził powietrze na galaretę, więżąc w sobie wszystko, co żyło. Co było w jeziorach i rzekach, wyczulone instynktem, wyruszało na południe. Ludzie trzymając w rękach długie kije zakończone siatką, stając na palcach lub podskakując, próbowali podebrać przelatujące stada. Trzepocące się zielone leszcze spadały łowcom na głowy. To był ostatni widok jesieni na Warmii - chłopi biegający po polu, zapatrzeni hipnotycznie w niebo. Ludzie musieli pozostać. Każdy bronił się przed mrozem jak potrafił. Niewielu miało szopę wypełnioną pachnącymi szczapami. Większość dopiero teraz zaczynała się zastanawiać, czym zapchać piec przez zimę. Na szczęście wszystko nadawało się do palenia. Wielu odwiedzało opustoszałą chałupę Macięgów. Wśród gniazd kruków stała tam sporych rozmiarów biblioteczka wypełniona po sufit książkami. Jak się komuś chciało zajrzeć między stare okładki, to można było ujrzeć tajemnicze, kanciaste litery. Nadawało się to wszystko tylko do pieca, bo nic z tego nie można było zrozumieć. Każda książka dawała za to ciepło. Najpierw zajmowała się okładka. Drewniane były najlepsze, bo grzały dłużej i mocniej. Spod spalenizny wyglądały zapisane strony. Z gorąca zwijały się w rulony, popiskując przy tym z żalu, że nie będzie ich już więcej pieścić oko człowieka. Pewnie tu dobro wygrywało ze złem, a miłość musiała być zawsze spełniona. Historie, które kiedyś nie pozwalały zasnąć, trawił ogień. 14 Piec Magdaleny Dobrze się paliło książki w obcym języku. Nie było wyrzutów sumienia, że do pieca wrzucało się Słowo Boże. Nikt we wsi nie znał kanciastych liter. A więc może o Bogu w nich nic nie było. Każda książka dawała inny dym. Z tych o miłości szedł tylko biały, delikatny kłąb. Groza kopciła się na czarno, gryząc w oczy. Nikt nie wiedział, jak się pali Słowo Boże, ale to pewnie było wtedy, jak się ogień mienił na zielono lub niebiesko. W piecach huczało do końca zimy. Na mroźnym galaretowatym powietrzu dym zastygał tuż nad kominem na kształt aniołów z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Z daleka było widać, jakie ogień w piecu książki czyta. I jaki anioł nad domem czuwa. Każda chałupa we wsi miała swoje przykazanie. Biały anioł zmuszał ludzi do wstrzemięźliwości i ascezy. Czarny pozwalał za to folgować sobie na potęgę. Tylko zielony nie kazał nic. Ludzie sami musieli decydować, jak chcą żyć. Nikt nie chciał białego dymu nad chałupą. Co się ludzie namordowali, żeby los przechytrzyć. Przeprowadzali się do sąsiadów, siali wiatr, aby przegonić anioła. Nikt nie miał jednak odwagi sprzeciwić się znakom na niebie, dopóki same się nie zmieniły. A tej zimy Wojtaszek miał zamiar palić w piecu Magdaleny. Jednak nad jego chałupą dym wisiał na biało. Musiał więc wrócić do żony i jeść suchy chleb. Piotr chciał pić na umór, ale wódka przestała mu smakować. Do wiosny śmierć mu na siebie czekać kazała. Ci od czarnego dymu dupczyli się między sobą bez opamiętania i żalu. Józwa położył się na podłodze i bimber rurką prosto w gardło sobie lał. Dzień w dzień i noc w noc. Aż jego łzy wypełniły się siarką. Katarzyna czuła taki głód, że łakomie zaczęła spoglądać na swoje dzieci. Mieszkańcy chałup z zielonym dymem żyli na swój sposób. Często siadali w oknach swych domów i patrzyli na sąsiadów tarzających się nago w śniegu. Na przednówku zerwał się wiatr. Dymne anioły ruszyły na siebie z wściekłością, siłując się na niebie. Mieszały się chęci w wiosce na nowo, aż do następnych mrozów. Jedni z odrazą patrzyli na siebie, wspominając swe uczynki. Innych ogarniała radość na myśl o tym, co ich czeka. Tylko Wojtaszek kurwami rzucał. Z jego komina znów sączył się biały dym. A tak bardzo chciało mu się palić w piecu Magdaleny. To już trzeci rok z rzędu. Ale teraz u Magdy dymiło się na czarno. Wokół jej chałupy już zbierały się głodne koty. Mógł zrobić tylko jedno. Pożyczyć długi kij zakończony siatką i zaczaić się na nadlatujące książki, które pod jesień, stadami zlatywały się do opuszczonej chałupy Karola Macięgi. Lecące kartki na tle nieba przypominały ptasie skrzydła. W ich bieli odbijały się ostatnie promienie zachodzącego na kilka miesięcy słońca. Łukasz Staniszewski 15 NOŻYCZKI Cała męska część rodziny Mikułów wykazywała się szczególną delikatnością i smakiem, rzadko spotykanymi u ludzi na wsi. Dlatego włosy w Małych Grozach strzygli właśnie Mikule, wędrowni fryzjerzy, od trzech pokoleń przemierzający Warmię za pracą. Co prawda zdarzało się jeszcze niedowiarkom nakładać garnki na głowę i obcinać to, co wystawało. Ale większość dawała się namówić i jakoś to szło. Małe, serdelkowate dłonie Mikuli z wprawą chwytały chłopski łeb, aby ustawić go w pionie. Fryzjer kciukiem i pierwszym paluchem naciskał na nożyczki, pozostałe palce opierał o czoło, uzyskując chwyt mocny i pewny, a wtedy ostrze szło po jego myśli. Klient nie czuł do takiej praktyki urazy, bo Mikuła bardziej muskał niż dotykał, tak że niejednemu gęsia skórka szła po karku od tej dziwnej pieszczoty. Wstyd tylko było przyznać się przed sobą, że chciało się, aby obcinanie trwało i trwało. Włosy miękko opadały na trawę, często przypominając pióra kruka albo kłosy zboża, a czasem płatki śniegu lub lisią kitę. Po strzyżeniu Mikuła cierpliwie zbierał to wszystko do kupy na stos i podpalał. I choć śmierdziało okrutnie, nigdy nie odstąpił od tego zwyczaju, bo jak mawiał „z obciętych włosów to sobie diabeł poduszki wypycha”. Patrzył Mikuła w niebo, czy będzie padać, a mrużył przy tym jedno oko. Na środku wsi rozkładał krzesło i ustawiał stolik z fryzjerskimi przyrządami. Rozwijał na czarno farbowane prześcieradło i zakrywał nim człowieka od szyi aż po pięty. Włosy zsuwały się gładko na ziemię i nie leciały za kołnierz. Stękała kolejka chętnych, w skrępowaniu paląc papierosy i plując pod nogi. Przed strzyżeniem Mikuła gładził dłonią głowę klienta, od czoła aż po kark. Brał w palce włosy i lekko za nie pociągał. Poznawał ich budowę i stan, wymyślał kąt cięcia i najlepszą długość. Kobietom coś szeptał do ucha, a one z całych sił powstrzymywały uśmiech. Mężom takie zachowanie fryzjera nie przeszkadzało, bo wiedziano, że Mikuła w szkodę nie pójdzie. Strzygli się wszyscy: matki-staruszki, podtrzymywane za ręce, gdy już same nie miały siły przyjść, córki, z grzywkami wpadającymi w oczy oraz młode mężatki, z piersiami wielkimi jak warmińskie melony. Każda zadowolona wstawała z krzesła. Mikuła wiedział, co odjąć, a co zostawić. Gdzie kryje się walor i jak go wydobyć z największej nawet niedoskonałości. Mężowie też coś później w tym widzieli i każdy kto mógł, w nocy korzystał. Ostatnio Mikuła do Małych Gróz nie przyjeżdżał już sam. Towarzyszyła mu czternastoletnia córka Matylda, która wbrew świętej zasadzie też do strzyżenia miała smykałkę. Ba, nawet więcej, bo ze wszystkich Mikułów ona największy otrzymała dar. Nie mogła tylko strzyc mężczyzn, bo nie każdy potrafił ręczyć za siebie, gdy palce dziewczyny tańczyły na ich potylicach. 16 Nożyczki Zanim jeszcze Mikuła przystąpił do pracy, otwierał flakon z wodą perfumowaną i psiu-kał nimi w powietrze. Zapach nieznanych kwiatów i ziół wiatr rozpuszczał po całej wsi. Staruszkom nie obcinał włosów, bo nie zdążyłyby odrosnąć. Tym z długimi włosami zaplatał srebrne warkocze, innym przywracał na chwilę połysk bryłki węgla lub słońca. Kobiety wracały do domu pięknie gotowe na swój koniec. Mikuła zawsze wiedział, kto jeszcze się z nim spotka, a kto obcinany jest ostatni raz. Ale nikomu takiej nowiny nigdy nie zdradził. Gdy ostatni mieszkaniec Małych Gróz został obsłużony, nadchodził czas odwiedzin domowych. Tu Matylda mogła chodzić do mężczyzn, bo rzadko który miał jeszcze siłę podnieść ręce. Nie pytano, co się działo za zamkniętymi drzwiami chałup, które odwiedzała dziewczyna. Nikt nie miał odwagi przeszkadzać jej w pracy. Gasnące ciała mężczyzn myła powoli i dokładnie. Ich skórę, przypominającą szary papier, smarowała maścią, nadając im dawny, zdrowy kolor. Następne skracała włosy. W małym garnku podgrzewała farbę, którą kładła później na siwizny. Pięknie wyglądały na tle gorejących, starczych oczu. Przychodził czas na brzytwę, aby pozbyć się owłosienia, które w trumnie i tak nie byłoby widoczne. Mężczyźni stawali się ulegli, sztywnieli i miękli na przemian, cicho posapując od zabiegów małej fryzjerki. Niejeden szeroko otwierał usta, zdumiony niezwykłą obecnością dziewczyny i jej dotykiem, którym nie można się było nasycić. Coraz radośniej marzyli o tym, co miało ich spotkać po śmierci. Na koniec, za pomocą pincety, wylatywały włosy z nosa i uszu. To było dla starców aż nadto — niedopowiedziana słodycz przechodząca w igiełki bólu. Szły od tego łzy, z żalu i na pożegnanie. Po wszystkim trzeba było jeszcze tylko zapiąć guziki w sukience i pozbierać rozrzucone narzędzia. Stary Mikuła już niecierpliwił się przed chałupą. Dorota Maluchnik 17 Dorota Maluchnik DIABEŁ w snach „Sen mara, Bóg wiara”- słyszałam to często w dzieciństwie. W tym czasie miewałam natrętnie powracające sny o tym, że porywa mnie diabeł. Pewnej nocy, leżąc w drewnianym podwójnym łóżku swojej babci, śniłam ten sen po raz kolejny. Intrygowało mnie, że - oprócz wzbudzającego lęk diabła - w tym śnie występował także motyw ustawionych butów, których falista linia prowadziła od drzwi do łóżka. Oczywiście wiedziałam o tym, że w wielu krajach buty wystawia się dla Świętego Mikołaja, lecz wówczas zarów-na ta dziwna sceneria , jak i nie do końca jasne ramy czasowe mojego snu przejmowały mnie lękiem. Po przebudzeniu zazwyczaj pamiętałam niewyraźny zarys jakiejś wróżby czy wyliczanki - chodziło w niej o to, kogo porwie, a kogo wypuści diabeł. Moja babcia była bardzo religijna, toteż dwa razy dziennie klęczeliśmy - ja, siostra i kuzyn — na chodniczku przed wielkim obrazem przedstawiającym Pana Jezusa. Za każde drobne wykroczenie byliśmy karani przez babcię w ten właśnie sposób, po czym wysłuchiwaliśmy barwnych opowieści o piekle. Wracając zaś do uporczywie powracającego snu - dziwne dla mnie było to, że uczestniczyły w nim dzieci z mojego podwórka w Sztumie, chociaż śniłam go, będąc u babci w Malborku, gdzie zresztą - co wydaje mi się dziś prawie senną złudą - spędziłam znaczną część swojego dzieciństwa. Myślałam, że treść mojego snu nawiązuje do jakiejś wróżby związanej z zamążpójściem. Kojarzył mi się on także z wróżbami dotyczącymi zabawy Andrzejkowej. Może to była tęsknota za domem, odległym o zaledwie 15 kilometrów? Wieczorami, pijąc herbatę o charakterystycznym intensywnym smaku w olbrzymiej kuchni poniemieckiego mieszkania babci , wpatrywałam się w światełko za oknem i wiedziałam, że gdzieś tam w dali (dla dziecka ta odległość była olbrzymia) są rodzice i młodsze rodzeństwo. W domu rodziców również zdarzały mi się różne sny i lęki. Przeważnie ich zagmatwana treść w jakiś tam sposób dotyczyła nieco dziwnych ludzi zamieszkujących nasz kilkurodzinny dom. Sąsiadka mojej matki była wdową, jednak nie stroniła w owym czasie od płci przeciwnej. Przez jakiś czas pomieszkiwał u niej osobnik, nazywany przez wszystkich Czarną Dupą - o ile pamiętam określenie to dotyczyło zarówno jego owłosienia, jak i mętnego charakteru. Krótko mówiąc - był to typ spod ciemnej gwiazdy. Gdy wracał pijany, co zdarzało mu się dosyć często, musiał spać na strychu.Czasami 18 Diabeł w snach późnym wieczorem trzeba było pójść po pranie na tenże strych, a tam można było natknąć się na tego typa. Stąd wziął się zapewne mój często powracający sen o tym, że idę na strych i nagle gaśnie światło;zaczynam przeraźliwie krzyczeć, bo czuję, że zostałam schwytana przez Czarną Dupę. Boję się, krzyczę coraz głośniej i ten krzyk mnie budzi. Oczywiście, byłam wtedy małą dziewczynką. Po wielu latach przechodziłam boczną uliczką w Gdyni w kierunku Teatru Muzycznego i zaintrygował mnie dziwnie zachrypnięty głos mężczyzny w późnym średnim wieku, oferującego jakieś produkty. Nie wiem, dlaczego ten głos wydał mi się znajomy. Podeszłam bliżej i... zamarłam ze strachu. To był Czarna Dupa! Uciekłam stamtąd, czym prędzej, bojąc się, że rozpozna we mnie „bachora” ze wspólnej klatki schodowej. Dom, w którym mieszkaliśmy w dzieciństwie, znajdował się naprzeciw cmentarza. W dali, a już najbardziej z okna mieszczącego się na półpiętrze prowadzącym na wspólny strych widać było jezioro, a obok jeszcze jeden cmentarz. Sceneria ta bez wątpienia dodawała tajemniczego uroku naszym wieczornym zabawom i harcom. Na strychu wystawialiśmy przedstawienia — szczególnie utkwiło mi w pamięci jedno z nich — „Księżniczka na ziarnku grochu”. Oczywiście, scenografia do tego spektaklu była umowna i uproszczona, ale za to nasza wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. A z tym gasnącym światłem na korytarzu to faktycznie był stres, nie tylko we śnie. Czasami nie zdążyło się dojść na górę — światło gasło w połowie drogi. Z czasem nauczyłam się takiej sztuczki, polegającej na wetknięciu we włącznik zapałki — wówczas można było dosyć długo napawać się oświetleniem, dopóki jakiś zapobiegliwy sąsiad nie wyjął zapałki przy akompaniamencie wrzasków na „przeklęte bachory” oraz narzekań, że znowu drożeje prąd i w ogóle „kto będzie za to płacił”. Niestety, przełom lat 60. na 70. w Polsce to nie były najszczęśliwsze czasy. Z dzieciństwa pamiętam uczucie zazdrości, którego doznawałam w domach koleżanek mających za ojców milicjantów lub urzędników. Poza tym — większość rodzin z naszego podwórka dostawała paczki z Niemiec, a w nich były, oprócz ciuchów, nieznane nam przysmaki. Gdy myślę o naszym podwórku, widzę przed oczyma gruszę, a dalej jabłoń i dzikie krzaki — tak zwany „bep”. Na podwórku panowały swoiste zasady równości; na przykład - każdy, kto wychodził z domu z pajdą chleba ze swojskim smalcem ze skwarkami, obowiązkowo musiał innym dać innym ugryźć chleb. Przypomina mi się taki wierszyk: Pokaż. — To nie robił tokarz. To robiła fabryka, tego się nie dotyka”. W dzieciństwie znałam wiele wyliczanek, wierszyków, przysłów. Ciekawe - dopóki człowiek przebywa w rodzinnym gnieździe, nie zastanawia się nad tym, co i jak mówi. Dopiero po latach, w zetknięciu z inną kulturą, gwarą - widzimy różnice. Moja matka znała wiele przysłów i każde zdarzenie komentowała, używając któregoś z nich. ”Och Dorota Maluchnik 19 tam, obejdzie się cygańskie wesele bez marcepanów”— miała zwyczaj mówić, gdy wraz z siostrami prosiłyśmy ją o coś ekstra. Najwspanialszą porą roku było dla nas, dzieci, lato. Zazwyczaj na podwórku za domem mieliśmy postawiony duży namiot, który mój ojciec wypożyczał z zakładu pracy - dziwne, ale za komuny było to na porządku dziennym, trzeba było się tylko uśmiechnąć do jakiegoś ważnego pana kierownika i piękny pachnący namiot wraz z materacami wędrował do nas na całe wakacje. Wtedy nie rozumiałam tego, że ojciec pracował w „państwówce”. Spełnienie naszych marzeń wymagało od niego wile pokory. Ale było warto. Do dziś synonimem lata jest dla mnie intensywnie błękitne niebo oraz namiot, a nad nim jabłonka. Zimą wypożyczało się łyżwy z publicznej wypożyczalni mieszczącej się nad tym drugim jeziorem, nie „ naszym”. Potem - gdy za sprawą dziwnych turbulencji życiowych -zamieszkałam nad tymże jeziorem, dawne animozje wydały mi się zabawne, lecz prawdą jest, że przed alty istniał bardzo silny podział - „tamto” jezioro było dla tych „z bloków”, a „to” jezioro w parku było „nasze”. Do dziś mnie to dziwi, zważywszy na fakt, że kariera bloków w mentalności społecznej wydaje się być już zakończona. Teraz jest podział na „własne” i „państwowe”. Trzeba mieć własne. Wracając do łyżew — otóż przykręcało się je, bądź przypinało paskami do butów. Trochę trudno było na nich jeździć, lecz zazwyczaj do późnych godzin wieczornych spędzałam czas na lodowisku na jeziorze, w okolicy starego młyna. Później pojawiły się modne „figurówki”, na nich jazda była „debeściarska”, używając modnego dziś słowa. Oszczędzałam przez cały rok, by kupić sobie takie łyżwy, lecz niestety — gdy nastąpił wymarzony moment i wraz z nieco młodszą koleżanką Anią pojechałam ciuchcią PKP do sklepu sportowego w Malborku - okazało się, iż - łyżew w moim rozmiarze już nie ma. Pamiętam swoje głębokie rozczarowanie, które zakodowało się tym łatwiej, że w dalszym życiu tego rodzaju sytuacje zdarzały mi się często. Często w takich sytuacjach cytuję powiedzonko jednego z bohaterów filmu Janusza Nasfetera: „Żałuj rudy, żałuj, że nie byłeś z nami”. Filmy Nasfetera uwielbiałam, szczególnie „Motyle”. Do dziś, gdy robię zakupy w Netto lub przechodzę koło hali targowej, patrzę na miejsce, gdzie były lodowiska, na których wraz z dzieciarnią z naszej ulicy harco-wałam nawet do godz. 22. W czasach, gdy TVP, w ramach ogłupiania narodu, dla uniknięcia poważniejszych tematów, prawie co wieczór transmitowała rozmaite mistrzostwa jazdy figurowej na lodzie, nam także marzyła się kariera na lodowisku. Programu „You can dance” nie wymyślono jeszcze wówczas, toteż wyimaginowaną publiczność zastępowały nam drzewa oraz wrony, a czasem świecący księżyc występował w roli reflektorów. Fantazja nasza nie znała granic i często zapominało się o bezpieczeństwie. Jednakże nie przypinam sobie, by w owym czasie mnie łub komuś ze znajomych z okolicy przydarzyło się cos złego podczas zabaw na jeziorze. Zapewne czuwał nad nami jakiś tajemniczy Anioł, patron dzieci urodzonych w komunie. Namiastkę nart zastępowały nam odpowiednio przysposobione buty i kijki. Zjeżdżało się w ten sposób z odpowiednio oblodzonej górki, imitując ruchy narciarza. 20 Diabeł w snach Mogę śmiało powiedzieć, iż motywem przewodnim mojego dzieciństwa były tak modne dzisiaj zabawy dramowe (chociaż nikt nie używał wtedy tej nazwy) — wszystko było „na niby”. Przyznam, że raz „pożyczyłam” sobie prawdziwe narty ze strychu sąsiada, oczywiście potem je zaniosłam z powrotem pomimo strachu. Frajda była duża i potencjalne ryzyko przyłapania było tego warte. W swym dorosłym życiu na nartach jeździłam tylko raz, choć okazji było więcej, na zimowisku w Zwardoniu pod koniec lat 80. Lata mijają, wszystko się zmienia, ale do miejsc dzieciństwa powraca się wiele razy. Dziś mogę powiedzieć, że niezależnie od tego, po jakim czasie tu wracam — prawie każde miejsce w Sztumie kojarzy mi się z jakimś ciekawym zdarzeniem lub epizodem z dzieciństwa, a ilość lat, które minęły od tamtego czasu , nie ma większego znaczenia. Gdy jest się daleko, pamięć podsuwa obrazy, zdarzenia... Gdy jestem na południu Polski, gdzie spędziłam swoje studenckie lata, zawsze widzę w pamięci Sztum takim, jaki znałam go kiedyś. To ułatwia dystans, pomaga oczyścić emocje oraz pamięć ze zdarzeń, w które zostaliśmy wplątani w dorosłym życiu. Pamięć czasów, w których nieważne były opcje polityczne ani status materialny, jest jak eliksir. Obecny Sztum jest już inny, niż w moim dzieciństwie, aczkolwiek nadal jest mi bliski sercu. Przybyło nowych ludzi, a nowe nie zawsze kojarzy się z dobrym. Wielu dawnych znajomych wyjechało, inni zaś odeszli. Cóż, świat się zmienia, a wraz z nim my także ulegamy wpływom. Dlatego tak prawdziwe są dla mnie słowa Mickiewicza: „Kraj lat dziecinnych/ on zawsze zostanie /piękny i czysty, jak pierwsze kochanie”. Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY LUTRY NA POMORZU W październiku ubiegłego roku brałem udział w międzynarodowej sesji zatytułowanej „Reformacja i ewangełicyzm nad Bałtykiem”. Zorganizowało ją Nadbałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku wspólnie z Polską Akademią Umiejętności — Stacją Naukową w Gdańsku, w ramach obchodów jubileuszu 500-lecia Reformacji. Sesja trwała trzy dni (17.10 — 19.10). Pierwszy z nich poświęcony był postaci współtwórcy pomorskiego ewangelicyzmu, Johannesowi Bugenhagenowi (1485 - 1558), noszącemu tytuł Doktor Pomeranus. Drugiego dnia wygłoszono odczyty poświęcone dziedzictwu materialnemu i duchowemu Reformacji. W ostatnim dniu odbył się panel dyskusyjny z udziałem polskich i zagranicznych pastorów. Opiekę naukową nad całością sprawował prof. Józef Borzyszkowski. Referat, jaki wygłosiłem drugiego dnia, nosił tytuł „Protestanckie cnoty i wartości”. Cnotą jest sprawność (dzielność) fizyczna i moralna, wartością coś trwale ważnego, zaś protestantyzm to nazwą obejmująca ruch Kościołów i ugrupowań chrześcijańskich (niespełna dwa tysiące) wyrosłych z XVI-wiecznej reformacji pod hasłem powrotu do zasad i ducha Ewangelii. Jak pozostali referenci — nie mogłem przekroczyć limitu 20 minut (dopiero w planowanej książce można będzie zająć się sprawami bardziej szczegółowymi), ograniczyłem się więc do dwóch wartości: wiary i pracy. Oto skrót tego wystąpienia. A. Protestancka wiara jest fundamentem wszystkiego co zbawcze. Marcin Luter pi-sze, że chleb eucharystyczny staje się ciałem Chrystusa tylko wtedy, gdy człowiek z taką właśnie wiarą go spożywa. Wiara jest teraz czymś więcej, niż przekonanie. Ma charakter egzystencjalny i obejmuje całość ludzkiej osobowości. Jest zadana istocie przedsiębiorczej, należy ją w sobie ukształtować w oparciu o moc woli wyrażającej się w słowie „chcę”. Z łaski bierze się zbawienie, ale nie wiara. Wiara jest każdorazowo czyjąś wiarą, podobnie jak Bóg jest czyimś Bogiem, a Pismo Święte czyimś Pismem. Marcin Luter: Każdy musi mieć do czynienia z własnymi wierzeniami, tak jak będzie miał do czynienia z własnym umieraniem. Pismo Święte jest jedynym źródłem wiary. To Kościół — pisał Marcin Luter — ma być sądzony przez Biblię, a nie Biblia przez Kościół. Dla protestanta Biblia — hieros logos — jest słowem ostatecznym. To księga domknięta semantycznie i teologicznie. Natomiast Kościół katolicki uznaje obecność Ducha Świętego nie tylko w biblijnych wersach, ale także w historycznych formach ich rozumienia, co określa mianem Tradycji. 22 Okruchy Lektura Pisma Świętego ma zawsze charakter indywidualny. Czytana od najmłodszych lat, stanowi podstawowy element wyposażenia protestanckiego domu. Ewangelicy utożsamiają nieznajomość Pisma Świętego z nieznajomością Chrystusa. Widać tu odmienność od praktyki katolickiej, która przez długi czas zakazywała samodzielnej lektury Biblii. Grzegorz IX (XIII wiek) w takiej lekturze widział inspirację szatana, zaś Leon XIII (XIX wiek) tłumaczenia Biblii na języki ojczyste umieszczał na indeksie ksiąg zakazanych. Wcześniej, w II wieku, św. Ireneusz (biskup Lyonu) mianem herezji określił własne interpretacje Pisma przez wierzących. Słuszna wiara (ortodoksja) to interpretacja Kościoła. Heretykami zwano wyznawców luteranizmu i kalwinizmu. Protestantyzm przeciwstawia się kultowi papieża, w niezgodzie z Biblią określanego mianem Ojca Świętego. Kult ten wyrażany był początkowo przez określenie vicarius Petri (następca św. Piotra), od XII wieku - vicarius Christi; zaś jeszcze później - verus imperator - prawdziwy spadkobierca władzy cesarskiej. Marcin Luter - opierając się na pismach Lorenzo Valli - przeciwstawia terminy: imperium i evangelium, tylko w drugim znajdując sens chrześcijaństwa. Protestanccy myśliciele nie stronili od antypapieskich uszczypliwości, np. Georg Chri-stoph Lichtenberg pisał, że gdyby nie reformatorska tama, wkrótce Biblia zaczynałaby się od słów: Na początku papież stworzył niebo i ziemię. Antykatolickie uprzedzenia przetrwały do czasów współczesnych, czego świadectwem jest kultywowany w Wielkiej Brytanii obyczaj palenia w dniu 5 listopada (data spisku prochowego, 1605) kukły katolika. Zdaje się jednak, że tradycyjna przeciwstawność „lutrów” i „papistów” traci dziś na znaczeniu za przyczyną papieża Franciszka. Mógłby o tym świadczyć list otwarty kilkudziesięciu duchownych i świeckich, zatytułowany Correctio filialis de haeresibuspropagatis (synowskie upomnienie w sprawie propagowania herezji). Sygnatariusze zarzucają papieżowi, że w jednym z rozdziałów swej adhortacji Amoris Laetitia, w sprawach dotyczących małżeństwa, wybaczania i rozwodów, ulega ideom... Marcina Lutra. Dla protestanta nie mają znaczenia zewnętrzne ekspresje, takie jak obrzędy, dobre uczynki czy bogobojne deklaracje, jeśli nie są naturalnym wyrazem miłości wyzbytej oczekiwania wzajemności, czyli odpłaty. Tym bardziej nie liczy się dekoracja wiary, teatralność obrzędu, blichtr świątyni. Protestancka świątynia, zbór, nie jest „mieszkaniem” Boga, ale miejscem gromadzenia się wiernych, którzy słuchają kazania, słowa Bożego. Nie ołtarz, lecz ambona jest centrum tego miejsca. Ewangelicką prostotę wyrażają lapidarne w swym wyrazie zasady: sola scriptura, sola Christus, sola gratia, sola fide, soli Deo gloria. Co znaczy: [tylko] Pismo, Chrystus, łaska, wiara; tylko Bogu chwała. Protestancka wiara nie ma charakteru zaborczego, nie jest fundamentalizmem. Joanna Schopenhauer w Gdańskich wspomnieniach młodości pisze o Gdańsku: W moim mieście rodzinnym, wyznającym rełigię luterańską, panowała całkowita wołność wyznania. Oficjel, czyli przewodniczący luterańskiego sądu biskupiego, udzielał ślubu także parom wyznania katolickiego i judajskiego. Trudno jednak nie pamiętać o Kalwinie, który w 1553 roku kazał spalić w Genewie prekursora unitarianizmu, Migueła Serveta. Andrzej C. Leszczyński 23 B. W chrześcijańskich poglądach na sens i wartość ludzkiej pracy widoczne jest szczególne pęknięcie. Widzi się w niej pierwiastek pozytywny (kontynuację Bożego planu zagospodarowania ziemi), jak i negatywny, związany z udręką będącą owocem grzechu pierworodnego. Zdaniem św. Tomasza musimy pracować, by [1] utrzymać się przy życiu; [2] ponieść karę za grzech pierworodny; [3] unikać bezczynności rodzącej grzech; [4] móc dawać jałmużnę. Leon XIII w encyklice Rerum nouarum mówi o pracy jako pokucie i karze za grzech pierworodny. Protestancka teologia pracy sytuuje się na antypodach kwietyzmu zakazującego tworzenia {creatura non creare). Protestant to homo kreator, nie zaś homo kontemplator. Widząc w pracy następstwo grzechu pierworodnego, uznaje jej konieczność i dokuczliwość. Praca stanowi dlań istotne kryterium moralności — jej wartość wyraża kult systematyczności, rzetelności i wydajności. Jak pisał Max Weber, odpowiedzialność ewangelicka jest przede wszystkim rozumiana jako obowiązek pracy nad ukształtowaniem świata na polecenia Boga. W wypowiedziach Jerzego Pilcha niejednokrotnie pojawia się obraz ewangelika z Wisły rzadko kiedy wstrzemięźliwego w dziedzinie alkoholowej, jednak nigdy nie szukającego w tym wymówki od codziennych obowiązków („Lepszy ożralec [pijakj niż leniwiec”). W wywiadzie pytany, co jest ważne w życiu, odpowiada po lutersku: Najważniejsza rzeczą jest praca. Można powiedzieć, że miłość, ale bez miłości w jakiś sposób jednak można żyć, a bez pracy chyba niepodobna. Najnikczemniejszym stanem ducha i ciała jest acedia, lenistwo. Etyka ewangelicka piętnuje takie cechy, jak brak inwencji, niesumienność i nierzetelność, słabość psychiczna, niska kultura osobista, brak kwalifikacji, lenistwo. Jednym z głównych jej normatywów jest przedsiębiorczość, która łączy się z krytyką autorytetu, indywidualizmem, wolnością osobową {per se), samokrytycyzmem, troską o naturę i moralnością sumienia (godnością). Profesor Jan Szczepański szczególnie podkreślał indywidualizm tej etyki - cechę przysługującą jednej i tylko jednej osobie. Indywidualizm daje szanse twórczości oryginalnej, niepowtarzalnej, niechby dotyczyła tylko spraw codziennych. Na pytanie, czy podobna etyka nie może znaleźć dla siebie miejsca w katolicyzmie, Weber odpowiada przecząco. Kościół katolicki stawia wiernym zbyt małe wymagania. Katolik nie lęka się potępienia jeśli tylko wypełnia tradycyjne obowiązki (udział we mszy, spowiedź) i spełni czasami jakiś dobry uczynek. Katolicka zasada odpuszczania grzechów dodatkowo osłabia wpływ etyki na codzienne postępowanie wyznawców. Warto pamiętać, że to polscy arianie upominali się o to, o czym milczeli katolicy: o zniesienie pańszczyzny, by chłopi mogli „zarabiać na chleb własnymi rękami”. Protestanci lubią czuć się dumni z tego, że są protestantami. Mówią, że „zbudowali Zachód”, „umożliwili powstanie kapitalizmu”, „wyzwolili jednostkę z okowów władzy kościelnej”. Jednak rzeczywistość często deprecjonowała tak pojęty etos pracy. Praca stała się towarem, łączyła się z degradującym wyzyskiem pracowników najemnych, uprzedmiotowieniem, żądzą zysku i pomnażania dóbr materialnych. Protestancki sprzeciw wobec papieskiego uniwersalizmu i cesarskiej supremacji wyrażał się zawsze w etosie lokalności, przywiązaniu do tzw. małej ojczyzny, służeniu temu, co bliskie, poznane, zagospodarowane. Przykładem mogą być menonici - radykalni 24 Okruchy nowochrzczeńcy wygnani w XVI wieku z Holandii. Ich małą ojczyzną stały się Żuławy Wiślane, gdzie dali się poznać z pracowitości i kunsztu (osuszanie polderów, rolnictwo, hodowla, rzemiosło). Dopiero luterańska akceptacja hitleryzmu wywołała etyczny przełom i zwrot ku aksjologii powszechnej. Symboliczny w tej mierze był gest protestanta, Tomasza Manna, który w kwietniu 1953 roku ucałował Pierścień Rybaka na palcu Piusa XII, uznając wagę moralnego uniwersalizmu katolicyzmu. Jest tak dziś również w Polsce, gdzie wszystkie Kościoły protestanckie (skupiające ok. 150 tysięcy wiernych) akceptują przynależność do Unii Europejskiej, uznają za istotne prawa jednostki, pluralizm społeczny i neutralność światopoglądową struktur urzędowych. MŁYNARSKI Oglądając ten film {Młynarski. Piosenka finałowa, reż. Alicja Albrecht) nie mogłem powstrzymać emocji, chwilami nawet łez. Choćby podczas słów Jerzego Derfla, opowiadającego, jak odwiedził - wierny akompaniator — Młynarskiego w szpitalu psychiatrycznym i popłakał się widząc u niego psychotyczne stany urojeniowe. Inny muzyk, Janusz Sent, u którego Młynarski pomieszkiwał w czasie nawrotów choroby, mówi, że Wojtek miał w gruncie rzeczy jeden tylko wybór: twórczość albo leczenie — i że wybierał twórczość. W jakimś sensie potwierdzają to słowa, jakie wypowiada w filmie sam Młynarski — spokojny, obrzmiały po neuroleptykach, uwolniony dzięki nim od objawów choroby dwubiegunowej. Czy zdrowy? Na pewno smutny. Patrząc do kamery wyznaje rzeczowym, przygaszonym tonem, że jakoś nie udaje mu się teraz napisać niczego, co przypominałoby tamte, wzięte z „choroby” błyskotliwości. Po powrocie do domu wziąłem do rąk książkę Jeffrey'a Z. Kottlera pt. Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców, wydaną u nas w 2007 roku. Odnajduję ten fragment, gdzie terminy przypisywane artystycznym wzlotom znajdują swe odpowiedniki, choć chyba nie równoważniki, w terminologii klinicznej. Choroba artystów, pisze Kottler, to najczęściej stan maniakalno-depresyjny (zaburzenie afektywne dwubiegunowe). Także dystymia (lżejsza forma depresji), schizofrenia, nerwica. Najczęstsze objawy: zaburzone relacje rodzinne, apatia, zmniejszone odczuwanie przyjemności, zaniżona bądź zawyżona samoocena. O zaburzonych relacjach rodzinnych świadczą słowa wypowiadane w filmie przez jedną z jego córek, Paulinę, która nie potrafi pojąć, skąd w tekstach oschłego, kanciastego w obejściu taty mogły pojawić się tak delikatne i czułe frazy. W tym jednak kryje się cały ten mroczny paradoks - że gdyby był delikatny i czuły w życiu, chyba nie napisałby tamtych tekstów; że opozycja życia i sztuki obejmuje także sferę postaw i uczuć. Wiedział o tym aż nadto dobrze Czesław Miłosz. Pisał: Liryczni poeci/ Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca./ To niemal warunek. Doskonałość sztuki/ Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo (Orfeusz i Eurydyka). Miłosz, owszem, miał poczucie winy i świadomość „grzeszności” takiego wyboru, jednak: Nie dbał o swoją piekłu obiecaną duszę,/ Póki jasne i czyste było jego dzieło {Biografia artysty). Marina Picasso, wnuczka wielkiego malarza, wspomina życiową małość sławnego dziadka, to, że niszczył i wpędzał w rozpacz najbliższe osoby {Potrzebował krwi wszystkich, którzy go kochali). Stwierdza tonem pozbawionym wątpliwości, że artysta i człowiek to dwie różne istoty. Andrzej C. Leszczyński 25 Wśród wybitnych twórców kultury można znaleźć bardzo wielu narcyzów, którzy niszczyli i wprowadzali w rozpacz najbliższych. Wspomnę o dwóch, których teksty są dla mnie ważne. Dla Martina Heideggera nieistotne były jego kochanki (Hanna Arendt, najbardziej znana, to tylko jedna z nich). Liczyły się same romansowe podniety konieczne dla rozwoju myśli. Nie ukrywa tego przed żoną, „drogą duszyczką”, do której pisze: Łopot jego (Erosa) skrzydeł czuję za każdym razem, kiedy robię istotny krok w myśleniu i ważę się na wędrówkę nieuczęszczanymi drogami. Chce żeby to zaakceptowała i zrozumiała, że nie jest to pospolita zdrada: Kiedy memu istnieniu brak namiętności, milknie głos i wysycha źródło. Zakochanym w sobie (z wzajemnością) kabotynem był też Witkacy, o którym pisze Alina Kochańczyk, że na papierze podbijał kobietę, potem dowołnie sterował dramaturgią rela-cji, przeobrażał ją w romans, wreszcie często się obrażał, rozłużniał bliski stosunek, a nawet bliskość ową unieważniał. W liście do żony Niny (Jadwigi Unrużanki) pisze: Jesteś moim tworem — nie istniałaś [...], dopóki nie spotkałaś mnie, mnie, mnie, mnie. Hurra!. Czytam właśnie, że wojewoda mazowiecki pod szyldem dekomunizacji chce zmienić nazwy niespełna pięćdziesięciu warszawskich ulic, i że jedną z nich chce wyróżnić nazwiskiem Jacka Kaczmarskiego. Przeciwko takim zamiarom protestuje córka Kaczmarskiego, Patrycja Volny. Wspomina o politycznym zadęciu i pieniądzach, które można przeznaczyć dla biednych. Poza wszystkim jest przekonana, że jej ojciec - alkoholik, narcyz i damski bokser - nie zasłużył na ulicę. Nie potrafił kochać, troszczyć się o kogokolwiek z rodziny, wszystko w jego życiu sprowadzało się do dwóch rzeczy - pił albo pisał. Rozumiem te obiekcje, zastanawiam się tylko, czy wśród wszystkich patronów stołecznych ulic dałoby się znaleźć choćby kilka, kilkanaście procent takich, które nie budziłyby istotnych wątpliwości moralnych czy emOcjonalno-rodzinnych. Wojciech Młynarski - tamten, jeszcze nie leczony - śpiewa w filmie piosenkę, która jest mi bliska nie tylko z powodu zbieżności leksykalnej z moim nazwiskiem, tym bardziej z przezwiskiem, jakim mnie określano od czasów licealnych. Oto jej fragment: Moje ulubione drzewo — Leszczyna, leszczyna, Jak ją za mocno przygiąć w lewo — To w prawo się odgina, A jak za mocno przygiąć ją w prawo — To w lewo bije z wprawą, A stara sosna szumi radosna: Brawo, brawo! Upór, co mi z oczu błyska — Leszczyny dziedzictwo! Jak mnie do ziemi los przyciska, ona mi szepcze: — Nic to! A jak prostuję się, wtedy ona - Powtarza mi: - Tak trzymaj! Moje drzewo ulubione — Leszczyna, leszczyna... DZIURY, CZYLI OGRYWANIE NĘDZY Patrzę na te dziury i myślę o filmie Stanisława Różewicza pt. Szklana kula (1972). Grupka świeżo upieczonych maturzystów z tzw. dobrych domów szuka czegoś, co pozwoliłoby im rzucić przypisane role, uciec od bezpiecznej i przewidywalnej stabilizacji materialnej, do jakiej zachęcały czasy wczesnego Gierka, znaleźć sobie miejsce poza systemem. Fascynuje ich ktoś, kto uosabia wolność od powszechnych wtedy dążeń. Nazywają go Królem Życia. Zarośnięty, dziadowsko ubrany, w pomiętym kapeluszu i torbie przewieszonej na 26 Okruchy skórzanym pasku włóczęga, wędrujący nie wiadomo dokąd i po co (grał go Franciszek Pieczka). Przychodzi mi też do głowy inny film, Niebieski Krzysztofa Kieślowskiego (1993). Pojawia się w nim postać flecisty (Jacek Ostaszewski), łachmaniarza grającego na ulicy, po którego przyjeżdża luksusowa limuzyna. Kloszardzi i łachmaniarze w podartych spodniach, wytartych kurtkach stali się raptem punktem odniesienia dla establishmentu, widać znudzonego swym wyglądem i moralną miałkością. Rozpadające się wyciruchy można kupić w lumpeksie za kilka złotych, ale nosi się nowiutkie, pięknie postrzępione na kolanach wranglery za 180 złotych. Przybiera to czasami postać żałosną, czego przykładem może być wyznanie piosenkarki Mariah Ca-rey, że gdy widzi zdjęcia głodujących ludzi w Afryce, zawsze płacze, bo wie, że nigdy nie będzie miała tak szczupłej sylwetki jak oni. O swą potężną sylwetkę z pewnością nie martwi się Michael Moore, reżyser bezwzględny w krytyce kapitałistyczno-korporacyjnych wynaturzeń {Zabawy z bronią. Kapitalizm, moja miłość'). Przypomina Karola Marksa nie tylko z wyglądu (broda, tusza). Jak tamten uwielbia luksus i gardzi motłochem, w imieniu którego występuje. We Francji takich jak on określano mianem lewicy kawiorowej (gauche caviar), w Anglii miejsce kawioru zajął szampan {champagne socialist). Telewizja chętnie pokazuje wieczerze wigilijne i śniadania wielkanocne dla bezdomnych. Ludzi upokorzonych swą nędzą, wystawionych na łup kamer. Miejscowi notable, zanim usiądą przy rodzinnych stołach, odrabiają chrześcijańską lekcję. Łamią się opłatkami, częstują święconymi jajkami, dzielnie piją barszczyk w plastikowych kubkach. Urszula Kozioł {O podszywaniu się pod nędzę): Powiem krótko: uważam modę na specjalne dziurawienie dżinsów za kretyństwo do entej potęgi. [...] Jest w tym jakiś fałsz, nieprawda, żeby w dzisiejszym świecie pełnym autentycznej nędzy, głodu i bezdomności epatować udawaną nędząl Podszywać się pod cudzą biedęl [..] Ipomyśleć, że nawet mądre dziewczyny zdają się nie dostrzegać nic zdrożnego w uleganiu takim trendom mody, która robi sobie kpiny z biedy nędzarzy! Szkopuł w tym, że mądre dziewczyny zapominają o swej mądrości i podporządkowują się bezosobowej sile wyższej. To istota mody. Dziury na portkach są rzeczywiście idiotyczne i pewnie mało kto z noszących kojarzy je z nędzą. Lecz mało mądrzejsze są trampki w zimie, dresy z kapturami noszone przez żulię, podgolone do starannie wyrzeźbionego przedziałka głowy pięcio- i pięćdziesięciolatków, czy tatuaże, kiedyś wyróżniające marynarzy i bandytów, a dziś nikogo, bo obnoszą się z nimi wszyscy. Wytatuowani i patriotycznie bluzgający młodzieńcy ubierają się ostatnio w koszulki z kotwicą Polski Walczącej. Ta akurat moda budzi we mnie, synu cichociemnego i łączniczki AK, niechęć zbliżoną do odrazy. Wędrówki po prowincji Andrzej Stachowiak BADANIA NAD NIEMATERIALNYM DZIEDZICTWEM KULTUROWYM w „pomorskiej" części Powiśla Powiśle jest jednym z regionów wchodzących w skład Pomorza Wschodniego, którego granice wyznaczają: od zachodu - Wisła; od północy - Żuławy; od wschodu - Warmia i Mazury; od południa - ziemia chełmińska i ziemia lubawska. Region ten znajduje się obecnie w administracyjnych granicach dwóch województw: pomorskiego (powiaty kwidzyński i sztumski) i warmińsko-mazurskiego (południowo-wschodnia część powiatu elbląskiego, północne gminy powiatu ostródzkiego, powiat iławski bez gminy Lubawa). Historycznie ziemie te zasiedlone były początkowo przez Prusów (Pomezania i Pogezania), którzy wypierani (podbijani) byli przez Krzyżaków w ciągu XIII wieku. Skutkiem wojen polsko-krzyżackich, terytorium to podzielone zostało między dwa rywalizujące ze sobą państwa: Rzeczpospolitą (Prusy Królewskie) i Państwo Krzyżackie (Prusy Zakonne, a po sekularyzacji - Prusy Książęce). W okresie panowania niemieckiego (pruskiego) ziemie te nazywano Oberland (Prusy Górne), natomiast sam termin Powiśle (znany również w wersjach: Powiśle Gdańskie, Dolne Powiśle) pojawił się dopiero przy okazji Plebiscytu w 1920 roku i nie ma zbyt silnego umocowania historycznego i kulturowego. Również w świadomości samych mieszkańców tego terytorium nazwa ta nigdy nie odgrywała znaczącej roli w określaniu ich tożsamości zbiorowej. 28 Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym Współcześni mieszkańcy Powiśla to ludność niejednolita kulturowo i — jak się wydaje — wciąż słabo zintegrowana (jako społeczność regionalna) i niezakorzeniona. Społeczność tego regionu przejawia silny charakter postmigracyj-ny. Po 1945 roku na terytorium tym nastąpiła niemal całkowita wymiana ludności - miejsce autochtonów (w większości pochodzenia niemieckiego) zajęli osadnicy z różnych regionów kraju oraz z Kresów Wschodnich. Wyjątek stanowiła ziemia sztumska, gdzie ludność rodzima w pierwszych latach powojennych stanowiła jeszcze trzecią część ogółu ludności tego terytorium. W konsekwencji dynamicznych procesów osadniczych, Powiśle stało się rodzajem tygla kulturowego (melting pot), gdzie ścierały się ze sobą różne tradycje regionalne, mieszały (rywalizowały ze sobą) zwyczaje i obrzędy oraz funkcjonowały różnorodne wzory kulturowe. Różnorodność ta stanowiła niewątpliwą przeszkodę w integracji społeczności lokalnej i utożsamieniu się z regionem przez miejscową ludność. Dość powiedzieć, że zdecydowana większość nosicieli tych wzorów kulturowych, depozytariuszy tradycji, zwyczajów i obrzędów, została niejako wyrwana z korzeniami z kultury rodzimej i przeniesiona na „kulturowo różnorodny i obcy ląd”. W niejednym przypadku zerwany został „pas transmisyjny”, dzięki któremu przekazywane są z pokolenia na pokolenie treści kultury. Na Powiślu w sposób ewidentny nastąpiło właśnie takie zerwanie ciągłości tradycji, co skutkowało zanikiem wielu dawnych zjawisk kulturowych (zwyczajów, obyczajów, obrzędów, tradycyjnych praktyk, wiedzy, umiejętności i wierzeń), znanych i opisywanych jeszcze przed wojną (depozytariusze tego dziedzictwa w większości opuścili Powiśle po 1945 roku), ale z drugiej strony — powstawaniem nowych tradycji kulturowych, będących syntezą różnorodnych praktyk kulturowych powojennych mieszkańców. Pozostała ludność autochtoniczna (głównie na ziemi sztumskiej) nie zdołała - jak się wydaje Popiersie ks. W. Łęgi umieszczone zostało na cokole dawnego pomnika ofiar Wielkiej Wojny w Postolinie, fot. A. Stachowiak Stary krzyż w Mirowicach, postawiony na miejscu cmentarza cholerycznego, fot. A Stachowiak Andrzej Stachowiak 29 - stworzyć na tyle silnej wspólnoty kulturowej, by nie ulec wpływom kultury powojennych przybyszów, pochodzących z różnych regionów i będących nosicielami różnorodnych norm, wzorców, obyczajów, wierzeń i sposobów myślenia. Zanikanie zjawisk „tradycyjnej kultury społecznej i duchowej” w tym regionie przyspieszone zostało kolejnymi czynnikami: dalszym odpływem ludności rodzimej, początkową dezintegracją miejscowej społeczności powodującą stan anomii społecznej, a następnie — żywiołowym procesem integracji przedstawicieli grup regionalnych, reprezentujących różnorodne tradycje kulturowe. Zanik ten wynika - wreszcie - z powszechnie występujących we współczesnej kulturze procesów modernizacyjnych, które wypierają stare tradycje i rugują je z praktyki i świadomości ludzkiej, zastępując nowymi formami. Dla badacza kultury tradycyjnej Powiśle jawi się jako obszar „wyjałowiony”, obszar na którym nie obserwuje się już interesujących go zjawisk (tradycyjnych, dawnych, ludowych). Jednak z drugiej strony jest to region interesujący, ciekawy w tym sensie, że „na własne oczy” można obserwować i dziś tworzenie nowych tradycji. Jest to region, gdzie konstruowana jest na bazie tych tradycji współczesna tożsamość regionalna. Proces ten, w sposób najbardziej ostry, można zaobserwować w trakcie analizy współczesnych przejawów niematerialnego dziedzictwa kulturowego, do którego zaliczamy ogół zjawisk należących do kultury społecznej i duchowej. Konwencja UNESCO o ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego z 2003 roku definiuje to dziedzictwo jako przekazywane z pokolenia na pokolenie praktyki, wyobrażenia, przekazy, wiedzę i umiejętności - jak również związane z nimi instrumenty, przedmioty, artefakty i przestrzeń kulturową — które wspólnoty, grupy i, w niektórych przypadkach, jednostki uznają za część własnego dziedzictwa kulturowego (Konwencja... 2003, art. 2, ust. 1). Ta kulturowa spuścizna jest stale odtwarzana przez wspólnoty i grupy w relacji z ich otoczeniem, oddziaływaniem przyrody i ich historią oraz zapewnia im poczucie tożsamości i ciągłości, przyczyniając się w ten sposób do wzrostu 30 Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym poszanowania dla różnorodności kulturowej oraz ludzkiej kreatywności {Konwencja... 2003, art. 2, ust. 1). W oparciu o tę definicję wyróżniono pięć głównych domen, w ramach których ukonstytuowane są konkretne przejawy niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Są to: 1. tradycje i przekazy ustne, w tym język jako nos'nik niematerialnego dziedzictwa kulturowego; 2. sztuki widowiskowe; 3. zwyczaje, rytuały i obrzędy świąteczne; 4. wiedza i praktyki dotyczące przyrody i wszechświata; 5. umiejętności związane z rzemiosłem tradycyjnym {Konwencja... 2003, art. 2, ust. 2). Ważnymi cechami tych zjawisk, nadającymi im dodatkową wartość są: zachowanie ciągłości wielowiekowej tradycji w ich praktykowaniu przez wspólnoty oraz żywotność tych tradycji współcześnie. Badania przeprowadzone w latach 2013-2017 w ramach projektu „Niematerialne dziedzictwo kulturowe Pomorza Wschodniego ”, kierowanego przez prof. Annę Kwaśniewską z Instytutu Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego, miały uchwycić współczesny stan zachowania tych zjawisk oraz zarysować przemiany, jakie dokonały się w tej dziedzinie na przestrzeni ostatnich dekad. Zwieńczeniem projektu będą — zawarte w trzech tomach — monografia i katalog współczesnych przejawów niematerialnego dziedzictwa w tym regionie (Pomorze Wschodnie). Badania terenowe objęły wszystkie 16 powiatów województwa pomorskiego oraz 2 powiaty położone w granicach województwa kujawsko--pomorskiego (świecki i tucholski), historycznie i kulturowo przynależące do Pomorza Wschodniego. W niniejszym artykule, poświęconym dwóm powiatom — kwidzyńskiemu i sztumskiemu - należącym do „pomorskiej” części Powiśla, opisuję w sposób syntetyczny Andrzej Stachowiak 31 najważniejsze współczesne przejawy niematerialnego dziedzictwa kulturowego na tym terenie. W trakcie etnograficznych badań terenowych zgromadzono 60 wywiadów kwestionariuszowych przeprowadzonych z mieszkańcami wszystkich gmin obu powiatów, a także szereg wywiadów pogłębionych, odnoszących się do poszczególnych dziedzin niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Pierwsza z tych dziedzin obejmuje bardzo liczną grupę zjawisk, określaną jako „tradycje i przekazy ustne oraz pamięć zbiorowa”. Zasadniczą rolę w przekazie tych treści kulturowych pełni język. W przypadku Powiśla mamy do czynienia z sytuacją (szczególnie widoczną zaraz po wojnie) dużej różnorodności dialektalnej języka używanego przez współczesnych mieszkańców, nawet w ramach jednej miejscowości. Językoznawcy określają taką mowę terminem „nowe dialekty mieszane”. Jednak wśród tej mnogości językowych wariantów, rolę pierwszorzędną - jak się wydaje - pełni dialekt sztumski (gwara malborska), używany jeszcze powszechnie przez przedwojennych mieszkańców, określających się wtedy jako Polacy. Posługiwanie się gwarą sztumską jest dziś umiejętnością zanikającą, praktykowaną na co dzień wyłącznie przez starsze pokolenie ludności autochtonicznej. Pisząc o pierwszorzędnej roli tej gwary w przeszłości, mam tu na myśli siłę jej oddziaływania na używanie języka przez powojennych osadników, przybyłych z różnych stron Polski, którzy przejmowali niektóre z elementów dialektu autochtonów do własnej mowy (zob. Kna-fle, szneki, topki..., czyli mały słownik ziemi ryjewskiej, red. A. Koguciuk, Ryjewo 2011). Istotny jest też fakt, że gwara sztumska jest dla ludności powiatu zasadniczym nośnikiem tradycji ustnej. To w gwarze etnografowie i regionaliści zapisują bogactwo kultury duchowej i społecznej regionu. Jej ochrona mogłaby polegać na utworzeniu stowarzyszenia na rzecz ochrony tego dialektu, które inicjowałby prace mające na celu ożywienie go, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, poprzez choćby tworzenie elementarzy i wprowadzanie elementów gwary sztumskiej do zajęć szkolnych. Za dobry przykład mogą tu posłużyć działania na rzecz ochrony gwary warmińskiej (wpis na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego w 2016 roku). Taką dobrą praktyką jest niewątpliwie wydanie (pod redakcją ks. Marka Karczewskiego) trzytomowej publikacji na temat Mikołajek Pomorskich i okolic, w której znalazł się również mini-słownik mowy sztumskiej (tomy te noszą następujące tytuły: Bogaci ludźmi. Mikołajki pomorskie w historii i wspomnieniach. Mikołajki Pomorskie 2009; Nasz dom. Mieszkańcy Mikołajek Pomorskich i okolic, ich historie i wspomnienia oraz słownik dialektu sztumskiego, Mikołajki Pomorskie 2013; Ojczyste krajobrazy. Mikołajki Pomorskie i Krasna Łąka w historii i wspomnieniach, Mikołajki Pomorskie 2015). Jeśli chodzi o znajomość legend, podań i opowieści (o miejscowościach, o mieszkańcach i ich sąsiadach, często mocno osadzonych w wydarzeniach historycznych, ale także podania o zjawiskach nadprzyrodzonych), będących zawsze clou kultury duchowej każdej społeczności, to badania pokazały, jak rzadko są one dziś przekazywane w sposób tradycyjny (w przekazie ustnym i pokoleniowym). Podania zarejestrowane na tym terenie przez ks. Władysława Łęgę (Ziemia Malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933) przed stu laty nie są dziś przytaczane (powtarzane) przez współczesnych mieszkańców, poza nielicznymi wyjątkami (znającymi pracę Łęgi). Miejsce tych dawnych podań zajęły opowieści nowszej proweniencji, a nawet legendy współczesne, będące niejako produktem tzw. tradycji wynalezionej (E. Hobsbawm). Legendy, podania i opowieści są znane 32 Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym badanym przeze mnie mieszkańcom ziemi sztumskiej i kwidzyńskiej przede wszystkim ze źródeł pisanych (w tym: ze źródeł internetowych), ale również: z opowiadań rodziców, dziadków czy osób spoza rodziny, rzadziej — ze szkoły. Krajobraz kulturowy i toponimia to kolejna grupa zagadnień związanych z niematerialnym dziedzictwem kulturowym. Stosunkowo niewielka ilość wskazywanych przez respondentów elementów krajobrazu, takich jak osobliwe w kształcie drzewa i głazy, wynika z faktu, że niewiele funkcjonuje dziś w przekazach ustnych legend i opowieści z nimi związanych. Na ziemi sztumskiej głazy wiązane są z epizodami historycznymi z czasów wojen szwedzkich. Niewiele informacji respondenci udzielają na temat gór („świętych”, „czarownic”) i tajemniczych wzgórz, chociaż krajobraz wschodniej (nie nadwiślańskiej) części Powiśla pomorskiego obfituje w takie właśnie formy terenowe. Dużą wiedzę rozmówcy posiadają na temat zapomnianych cmentarzy (głównie ewangelickich), gdyż miejsca takie znajdują się w każdej niemal miejscowości. Mieszkańcy zwykle dobrze znają ich lokalizację, a nekropolie mennonickie uznawane są nawet za miejscowy „produkt turystyczny”. Znajomość lokalnej toponimii jest duża wśród mieszkańców gmin Dzierzgoń, Mikołajki Pomorskie i Stary Dzierzgoń (powiat sztumski) oraz gmin Gardeja, Prabuty i Sadlinki (powiat kwidzyński). Wymienia się zwykle nazwy części miejscowości, osiedli, przysiółków, rzadko mikrotoponimy określające pola, lasy i fragmenty krajobrazu naturalnego. Głębokie przemiany w tradycyjnej kulturze mieszkańców Powiśla najlepiej zaobserwować na przykładzie obrzędowości dorocznej. Biorąc pod uwagę stosunkowo dużą żywotność zwyczajów roku obrzędowego na sąsiednim Kociewiu i na Kaszubach, na współczesnym Powiślu ten kompleks zjawisk przedstawia się nader ubogo. Obrzędowość doroczna na ziemi kwidzyńskiej i sztumskiej nie wyróżnia się też oryginalnością, choć niegdyś posiadała swoją specyfikę - jeden z respondentów opisał zanik „autentycznych Herodów z Kresów', które chodziły jeszcze w latach sześćdziesiątych w okolicach Rodowa. Zachował się jeszcze zwyczaj „smagania za boże rany” w poniedziałek wielkanocny (obecny również na Kociewiu). Bliskość Wisły sprzyja wciąż żywemu praktykowaniu puszczania wianków w Noc Świętojańską, chociaż zwyczaje sobótkowe przybrały dziś formę festynu dla społeczności lokalnej, a nie „autentycznego” obrzędu. Większość bowiem zwyczajów i obrzędów dorocznych, opisywanych jeszcze przez księdza Łęgę, uległa zapomnieniu już po wojnie lub przybrała formy nieznane wcześniej na tym obszarze kulturowym („importy”). Ludność osiadła po wojnie na ziemi kwidzyńskiej i sztumskiej nie znała i nie kontynuowała także zwyczajów adwentowych zarejestrowanych jeszcze przez Łęgę. Powojenni mieszańcy tej części Powiśla „przywieźli” również ze swych rodzinnych stron różnorodne tradycje bożonarodzeniowe, które jak w soczewce skupiają się na stole wigilijnym, w zestawie dań świątecznych. Podczas wieczerzy w każdym domu pojawia się przekrój tradycji kulinarnych z różnych regionów, gdyż - jak zapewniała jedna z rozmówczyń - tutaj jest taki tygiel kulturowy —po wojnie nastąpiła całkowita wymiana ludności - z różnych regionów Polski i z Kresów. Na tę regionalną różnorodność nakładają się różne tradycje rodzinne, które z trudem pozwalają na wyróżnienie jakichś specyficznych cech powiślańskiego dziedzictwa kulinarnego. Właśnie dlatego jedną z propozycji objęcia ochroną tradycji wpisanej w dziedzictwo kulturowe Powiśla są umiejętności związane z wytwarzaniem produktów Andrzej Stachowiak 33 tradycyjnych i potraw regionalnych przez mieszkańców obu powiatów. Oprócz działań zachowawczych, należałoby również podjąć się szczegółowego opracowania dziedzictwa kulinarnego tej części Powiśla pod względem naukowym. Chodziłoby tu między innymi o stworzeniu zestawu potraw, które „tradycyjnie” występowały na stole powiślańskim. W utrwalaniu, zachowywaniu i przekazywaniu kolejnym pokoleniom tych umiejętności istotne jest kontynuowanie cyklicznie odbywających się przeglądów i konkursów kulinarnych (takowe odbywają się już między innymi w Parparach), ale także wprowadzenie zajęć praktycznych, zaszczepiających te umiejętności wśród młodzieży. Również współczesna obrzędowość rodzinna — kompleks praktyk i wzorców zachowań kulturowych, przechowywanych i przekazywanych w rodzinie, związany z cyklem życia człowieka: od narodzin do śmierci — nie posiada na Powiślu jakiejś wyraźnej specyfiki. Interesująca na tym tle jest powszechność praktyk ochrony dzieci przed chorobami i oczarowaniem poprzez zawieszanie czerwonej wstążki na wózku (powszechne występowanie zjawiska w gminach: Gardeja, miejskiej i wiejskiej Kwidzyn oraz Sadlinki), rzadziej - rączce dziecka. Niewiele natomiast wspólnego z dawnymi tradycjami mają zwyczaje i obrzędy weselne. Tłuczenie szkła w przeddzień wesela nazywany jest najczęściej - właśnie - tłuczeniem szkła lub tłuczeniem butelek, ale także nosi nazwę: pudrowanie, cymerglass bądź Porten Abend (jako przejęzyczona forma powszechnego na sąsiednim Kociewiu określenia tego zwyczaju: polterabend\\Ao w skrócie -polter). Na weselu pojawiają się powszechnie przebierańcy, czyli „kobiety przebrane”, które „tańczą za flaszkę”, nazywane najczęściej maszkami, rzadziej - dziadami, albo po prostu przebierańcami. Funkcjonuje nawet określenie „pójść za maszki”. Na Powiślu uległo też zanikowi wiele tradycyjnych zwyczajów pogrzebowych, co spowodowane jest przede wszystkim daleko idącymi zmianami kształtującymi stosunek współczesnych ludzi do śmierci i umierania. Bliska obrzędowości rodzinnej jest obrzędowość sąsiedzka i zawodowa. Przejawem niematerialnego dziedzictwa kulturowego, który wyróżniłem jako szczególnie zasługujący na ochronę, są tradycje myśliwskie wschodniej części ziemi sztumskiej. Kompleksy leśne w okolicach Dzierzgonia i Starego Dzierzgonia tradycyjnie były terenami łowieckimi, szczególnie w czasach pruskich (od XIX wieku). Pomimo zerwania ciągłości osadniczej na tym terenie, zwyczaje łowieckie są kontynuowane przez miejscowych myśliwych. Co istotne, nawiązuje się do dziedzictwa minionego, którego materialnymi śladami są między innymi kamienie Wilhelma, postawione przez cesarza pruskiego na pamiątkę polowań. Tutejsze zwyczaje i obyczaje łowieckie należą do „wielkiej skarbnicy” kultury myśliwskiej w Polsce, jednak posiadają one niewątpliwie swój lokalny, regionalny koloryt. Zwyczaje religijne i miejsca kultu to kolejna dziedzina niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Krajobraz sakralny tej ziemi kształtowany był przez wieki. Region Powiśla zamieszkiwali przed wojną zarówno katolicy, jak i ewangelicy. W rejonach, gdzie przeważającą grupę stanowili protestanci, „pustkę krajobrazową” zapełniły powojenne krzyże i kapliczki. Nabożeństwa majowe odprawiane przy nich nie mają jednak tak utrwalonych tradycji, jak - dajmy na to - na Kaszubach. Trudno wskazać tutaj też na specyficzne, miejscowe zwyczaje religijne. To, co stanowi o specyfice Powiśla, to coraz bardziej popularne sanktuaria o zasięgu ponadlokalnym: w Kwidzynie i w Ryjewie (trzecie 34 Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym „pomorsko-powiślańskie” sanktuarium znajduje się w Dzierzgoniu i zostało ustanowione w 2013 roku, choć - jak zapewniał jego kustosz - kult Matki Boskiej Różańcowej trwa nieprzerwanie od XVII wiekuj. Elementem niematerialnego dziedzictwa kulturowego, który zasługuje na ochronę, jest niewątpliwie kompleks zwyczajów religijnych związanych z kultem błogosławionej Doroty z Mątów. Dziedzictwo przekazane przez Świętą, jej duchowość (opisana w żywotach oraz licznych współczesnych opowieściach i hagiografiach) i towarzyszący tej duchowości kult, skłaniają coraz większe rzesze wiernych do oddawania czci i podążania jej duchową drogą. Objawia się to współcześnie w odnowieniu praktyk pątniczych i modlitewnych. Dziś pielgrzymi odwiedzają wiele miejsc związanych z błogosławioną Dorotą, szczególnie miejsce urodzenia w Mątowach Wielkich (powiat malborski) oraz miejsce odosobnienia, śmierci („narodzin dla Nieba”) i pochówku w Katedrze w Kwidzynie. Ochrona dziedzictwa duchowego tej błogosławionej mogłaby w tym przypadku polegać na stworzeniu „infrastruktury” do nieskrępowanego rozwoju kultu religijnego, a także turystyki religijnej. Zresztą, zwyczaje odpustowe i pielgrzymkowe mają na tym terenie bogate tradycje. Warto zwrócić uwagę na: liczne trasy pielgrzymkowe przebiegające przez Powiśle w kierunku Jasnej Góry i grupy pielgrzymkowe z Powiśla wyruszające (Kwidzyn, Mikołajki Pomorskie, Prabuty, Sztum); dawne tradycje organizowania pielgrzymek gwiaździstych {które były wprowadzone przez biskupa Kallera w latach trzydzie-stych)-, a obecnie - mnogość pieszych kompanii podążających do sanktuariów w Świętym Gaju czy w Ryjewie. Wiedza i praktyki dotyczące przyrody i wszechświata odzwierciedlają coraz mniejszy związek mieszkańców Powiśla z gospodarką rolną i tradycyjnymi wierzeniami. Stosunkowo bogata jest wiedza ogólna na temat sposobów zabezpieczania się przed czarami, choć nie zawsze wypływa ona z przekazu międzypokoleniowego, czasem — z bogatej wyobraźni rozmówców, innym razem - z książek. Znana jest powszechnie postać ojca Klimusz-ki, związanego z tym terenem uzdrowiciela i jasnowidza, działającego przez pewien czas w Prabutach. Jednak współczesna wiedza na temat medycyny czy meteorologii ludowej Andrzej Stachowiak 35 jest stosunkowo niska, a jej źródłem są raczej „tuby” kultury popularnej niż przekaz rodzinny (międzypokoleniowy). Podobnie rzecz się ma z „wiedzą demonologiczną” współczesnych mieszkańców Powiśla. Rzadko też odnotowuje się praktyki wykorzystujące tę wiedzę, choć zdarzali się rozmówcy, którzy wymieniali mało znane w innych regionach środki lecznicze czy opowieści o „lokalnych wariantach” postaci nadprzyrodzonych. Wiedza i umiejętności związane z rzemiosłem tradycyjnym, rękodziełem i sztuką ludową, to kolejna domena niematerialnego dziedzictwa kulturowego. W powiecie sztumskim działa współcześnie niewielu twórców ludowych, a umiejętności rękodzielnicze (rzemieślnicze) nie są przekazywane młodszemu pokoleniu. Spośród wszystkich dziedzin rękodzieła na ziemi sztumskiej najlepiej przedstawia się haft, ale nie tradycyjny, powiślański, a raczej - ukraiński, krzyżykowy. Natomiast na ziemi kwidzyńskiej stosunkowo liczna jest grupa rzeźbiarzy, w czym niewątpliwe zasługi ma fama „wioski cudów” — Rodowa. Z drugiej strony, mamy na tym terenie kilka tradycyjnych, miejscowych rzemiosł, które są dziś bądź w fazie zaniku (hafciarstwo — powiślański haft biały), bądź zanikły całkowicie (wikliniarstwo i kowalstwo). Ważnym przejawem niematerialnego dziedzictwa kulturowego na tym obszarze - w kontekście konstruowanej tożsamości powiślańskiej - są umiejętności wykonywania właśnie tradycyjnego haftu powiślańskiego („białego”). To - dobrze opisane w literaturze - rękodzieło wykonywane jest już przez pojedynczych twórców, zamieszkałych głównie na terenie powiatu kwidzyńskiego. W tym też powiecie podejmowano jeszcze do niedawna próby „wskrzeszenia” tradycji haftu powiślańskiego i przekazania tej umiejętności młodszemu pokoleniu (Gardeja, Pastwa). Ochrona tego niewątpliwie ważnego elementu tożsamości regionu w przyszłości mogłaby polegać na organizowaniu warsztatów rękodzielniczych na obszarze całego Powiśla, włączając w te działania również mieszkańców powiatu sztumskiego, szczególnie młodzież. Przykładem dobrej praktyki ochrony tradycyjnego rękodzieła jest wpis w 2015 roku na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego hafciarstwa kaszubskiego szkoły żukowskiej. Niejako na marginesie postulowanych działań, można by podjąć próbę „rekonstrukcji” innych ginących zawodów, szczególnie — charakterystycznego dla Dolnego Powiśla i ziemi kwidzyńskiej - wikliniarstwa. W krzewieniu dziedzictwa kulturowego regionu zasadniczą rolę odgrywa działalność instytucji kultury, organizacji lokalnych, stowarzyszeń i grup nieformalnych (sąsiedzkich). Badania tego aspektu niematerialnego dziedzictwa dotyczyły funkcjonowania (istnienia): zespołów folklorystycznych, chórów, kół gospodyń wiejskich i instytucji kultury (ośrodków kulturotwórczych) oraz - organizowanych i współtworzonych przez te instytucje -widowisk dorocznych, festiwali, przeglądów i konkursów. W trakcie tych badań skonfrontowałem wiedzę respondentów na temat funkcjonowania wymienionych instytucji i „imprez kulturalnych” ze stanem faktycznym. Interesowała mnie przede wszystkim działalność instytucji i lokalnych działaczy w animowaniu kultury i kultywowaniu tradycji regionu oraz recepcja tej działalności przez mieszkańców Powiśla. „Wizytówką” folkloru muzycznego regionu jest do dziś Zespół Pieśni i Tańca „Powiśle” działający w Kwidzynie. W powiecie kwidzyńskim funkcjonują również trzy chóry (zespoły) kobiece („Cyganeczki” z Cygan, „Marezianki” z Marezy oraz Ludowy Zespół Śpiewaczy „Wesoła Gromadka” 36 Badania nad niematerialnym dziedzictwem kulturowym [„Tychnowianki”] z Tychnów), działające w kołach gospodyń wiejskich — bardzo licznych na tym obszarze. Z kolei tradycje muzyczne na ziemi sztumskiej podtrzymywał do niedawna zespół „Powi-ślanie” ze Sztumu/Czernina, jednak — jak wyznał jeden z animatorów — obecnie nie ma sprzyjającego klimatu dla rozwoju tego typu instytucji. W powiecie sztumskim działają co prawda cztery zespoły folklorystyczne (chóry), których członkiniami są kobiety działające w lokalnych kołach gospodyń wiejskich (Mikołajki Pomorskie, Przezmark, Stary Dzierzgoń, Żuławka Sztumska), jednak panie te znane są bardziej z wyrobu potraw i produktów regionalnych. Organizacją warsztatów, zajęć dla młodzieży, widowisk dorocznych, przeglądów i konkursów, które mają na celu prezentację i podtrzymywanie lokalnych tradycji kulturowych, zajmują się w omawianych powiatach liczne instytucje kulturalne, społeczne i oświatowe, zarówno samorządowe, jak i organizacje pozarządowe. W każdej niemal gminie działa ośrodek kultury o zróżnicowanej ofercie kulturalnej i kalendarzu imprez, przy czym ośrodki w Sztumie (Sztumskie Centrum Kultury), Dzierzgoniu (Dzierzgoński Ośrodek Kultu- Tradycyjny strój powiślański wykonany przez członkinie KGW w Tychnowach, fot. A. Stachowiak ry), Prabutach (Prabuckie Centrum Kultury i Sportu) oraz w Kwidzynie (Kwidzyńskie Centrum Kultury) mają charakter wybitnie „miejski”, a w związku z tym ta oferta i ten kalendarz są bogatsze, niż w placówkach działających w gminach wiejskich. Ofertę kulturalną częściowo dopełniają biblioteki gminne. Miejscami, w których również podejmuje się działania na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego, aktywizacji społeczno-kulturalnej mieszkańców, są świetlice wiejskie. Ważną rolę w dziedzinie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego spełniają także trzy muzea (Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, prywatne muzeum w Sztumie oraz Muzeum w Kwidzynie — oddział Muzeum Zamkowego w Malborku ) i liczne izby regionalne oraz izby tradycji (w powiecie kwidzyńskim: Glina, Janowo, Kwidzyn, Prabuty, Rakowiec, Ryjewo, Tychnowy; a w powiecie sztumskim: Dzierzgoń, Parpary, Przezmark, Stary Targ, Żuławka Sztumska). Działalność wymienionych instytucji oraz aktywność społeczności lokalnych może przyczynić się do zachowania niematerialnego dziedzictwa kulturowego Powiśla, w takiej kondycji, jaką zastaliśmy podczas badań terenowych. Jednak ochrona tego dziedzictwa nie powinna polegać na „petryfikacji” zastanych zjawisk kultury duchowej i społecznej, ale raczej na utrwalaniu, przechowywaniu i przekazywaniu tych tradycji następnym pokoleniom, co sprawiłoby, że będą one wciąż żywe, a jednocześnie otwarte na zmianę i potrafiące dostosować się do aktualnych warunków kulturowych. Janusz Ryszkowski 37 Janusz Ryszkowski MAMY TU OD WCZORAJ ZACNEGO KRAJEWSKIEGO...1 Marceli Krajewski, który w sierpniowe wieczory (przed prawie półtora wiekiem!) przechadzał się alejkami waplewskiego parku, zasługuje na życzliwe wspomnienie. Nawet nie dlatego, że gościł w pałacu Sierakowskich kilkakrotnie, albo że spod jego pędzla wyszedł portret Alfonsa Sierakowskiego, czy jego synowej Marii z Potockich. To oczywiście też ma swoje znaczenie. Ale zgłębiając spuściznę malarską, wskazałbym raczej na niewielki malunek na drewnie, o wymiarach 14 na 22,5 cm, przedstawiający kogoś zwyczajnego i na zawsze anonimowego. W Katalogu zbioru obrazów (...) hrabiów Sierakowskich (...) Klemensa Rodziewicza nosi on tytuł „Dziewczyna w stroju malborgskim”. To właśnie temat czyni tę rzecz z naszego, prowincjonalnego punktu widzenia, zupełnie wyjątkową. Dobry polski malarz portrecista utrwalił dziewczę z Ziemi Sztumskiej, choć część historyków uparcie twierdzi do dziś, że należy nazywać ją Ziemią Malborską. To jednak pozostawmy, bo na początku bardziej istotna wydaje się odpowiedź na pytanie: czy Krajewski naprawdę dobrym malarzem był? ' Nie ja pierwszy je powtarzam. Ponad wiek temu Ferdynand Hoesick, historyk literatury, pisarz i wydawca, uczynił to na łamach dodatku „Gazety Lwowskiej” — „Przewodnika Literackiego i Naukowego” (nr 1 i 2 z 1912 roku). W szkicu „Artur Grottger i Marceli Krajewski” tak pisał tym drugim: dotychczas mieszka stale w Paryżu, a jako subtelny portrecista, hołdujący ideałom Bonata [Leon Bonnat (1833 — 1922), malarz francuski], zajmuje poważne stanowisko wśród paryskich kolegów malarzy. Portrety jego, zwłaszcza męskie, wystawiane w „salonie [paryskim], nie przechodzą niepostrzeżone przez krytykę, a nie brakło i takich, które przez nią, i to w takich pismach, jak Temps, Journal des Debats zostały wyróżnione, wymienione między najlepszymi na wystawie. Ale ich twórca, z natury skromny i nie dbający o rozgłos, wcale nie troszczy się, by te sukcesy odbiły się jakiemś donioślejszym echem w kraju, co ma ten skutek, że w Polsce, z jedynym wyjątkiem Księstwa Poznańskiego, gdzie ma bardzo rozgałęzione stosunki, mało kto wie coś o Krajewskim. A tymczasem ten prawdziwie dozgonny przyjaciel Grottgera, zdrów i krzepki, pomimo swej siedemdziesiątki, żyje i maluje, ma pracownię w Paryżu, prawie co roku spędza wakacje w kraju, gdzie ma wielu serdecznych przyjaciół, bywa w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, (...) ale że nie narzuca się nikomu, więc i „znanym” nie jest, a przynajmniej nie jest znany dostatecznie, tak, jak na to z wszech miar, jako jeden z najzdolniejszych portrecistów, zasługuje.” 1 O podróżujących do Waplewa ze stacyjki Mleczewo opowieści ciąg dalszy. Por. „Prowincja” nr 3 i 4 z 2017. 38 Mamy tu od wczoraj zacnego Krajewskiego... Aby pełniej naświetlić związki malarza z Waplewem, trzeba sięgnąć do kart z jego życia. Marceli Jan Chrzciciel Andrzej Krajewski, herbu Jasieńczyk, urodził się w 1840 roku w Rudence na Podkarpaciu. Studia politechniczne odbywał początkowo we Lwowie, a potem Wiedniu. Do miasta nad modrym Dunajem, jak opowiadał po latach Ferdynandowi Hoesickowi, przybył już z pewnymi aspiracjami artystycznymi. Nic dziwnego, że szukał kontaktów poza politechniką, i znalazł się w kręgach młodych polskich malarzy. Tak trafił w orbitę kółka towarzysko-artystycznego, którego wiodącą postacią był Artur Grottger, wkrótce jeden z najgłośniejszych obok Matejki, malarzy historycznych epoki. Odtąd ich losy będzie się splatać. To on namówił Krajewskiego, by rzucił politechnikę i zapisał się na sztuki piękne. Gdy tak się stało, ojciec Krajewskiego zareagował gniewnie nakazem powrotu „do gospodarstwa”. Aby wybić mu z głowy artystyczne ciągoty, wkrótce wysłał go na praktykę rolniczą do Tyczyna pod Rzeszowem. Może zostałby hreczkosiejem, gdyby nie rychły wybuch powstania styczniowego. Młodzian zgłasza swój akces. Potem Hoesickowi bardzo oszczędnie opowiadał, że był w oddziałach Józefa Miniew-skiego, Emila Ferdynanda Czaderskiego, potem generała Wojciecha Wysockiego, a w końcu służył jako adiutant u pułkownika Wojciecha Komorowskiego. Jako „skompromitowany” Krajewski musiał się ukrywać. Jedzie do Wiednia, gdzie mieszkał m. in. u Grottgera, ale też w Grazu, z dawnym dowódcą hrabią Komorowskim. To dzięki niemu znalazł przystań we Francji. Pułkownik został wyższym urzędnikiem kolejowym w Bordeaux i ściągnął do pracy swojego podkomendnego. Wykonywał rysunki techniczne. Po kilku miesiącach Komorowski namówił go na studia malarskie w Paryżu. Trafił do pracowni Felixa-Henriego Giacomottiego. Trzy lata później (styczeń 1867) Artur Grott- Marceli Krajewski, fot. archiwum ger, zostawiając narzeczoną, niespełna 17-letnią Wandę Monne we Lwowie, przyjeżdża do miasta nad Sekwaną w nadziei odniesienia sukcesu, także finansowego, co przekonałoby do niego rodzinę ukochanej, niechętnej ich związkowi. Spotyka ponownie Krajewskiego, a ten staje się jego najbliższym powiernikiem i opiekunem w rozwijającej się chorobie. To on organizuje zaordynowany przez lekarzy wyjazd przyjaciela do uzdrowiska Amelies-les-Bains w Pirenejach, dam też Grottger umarł 13 grudnia 1867 roku. Zaraz po śmierci Arthura zająłem się pogrzebem. W nadziei, że kraj może po śmierci jego opamięta się i choć dla zaspokojenia własnej dumy, sam zechce przeprowadzić zwłoki zmarłego, kazałem zrobić trumnę cynkową i nazajutrz raniutko, podług przepisów tamtejszych w razie transportu, złożono ciało w trumnę drewnianą, potem w obecności komisarza, policji, mera i doktora, zostały zwłoki zabalsamowane, na koniec w trumnę cynkową złożone i zaplombowane. — pisał tydzień po śmierci Grottgera do przyjaciela, lwowskiego matematyka, Karola Janusz Ryszkowski 39 Maszkowskiego. W lipcu następnego roku narzeczona Wanda Monne sprowadziła ciało malarza do Lwowa, a znowu Krajewski nie tylko zajął się organizowaniem we Francji drugiego pochówku, ale także towarzyszył trumnie przyjaciela przewożonej koleją do Wiednia, skąd odbierał go wspomniany Maszkowski... Malarz spoczął na Cmentarzu Łyczakowskim. Wanda Monne po kilka latach wyszła za mąż za malarza Karola Młodnickiego, zresztą kolegę Grottgera. Zajęła się twórczością literacką i zrobiła bardzo wiele, by szerzyć i umacniać kult zmarłego narzeczonego, w czym wspierał ją małżonek. Po latach ich córka, Maryla z Młodnickich Wolska, popularna poetka okresu Młodej Polski, wyda zbiór Arthur i Wanda: dzieje miłości Arthura Grottgera i Wandy Monne. listy, pamiętniki, ilustrowane licznemi, przeważnie nieznanemi dziełami artysty (1928). W tomie znalazła się także korespondencja Marcelego Krajewskiego. Nadmieńmy jeszcze, że córka Wolskiej — Beata Obertyńska była także poetką. 3. Daleko odbiegliśmy od Waplewa, ale bez tej perspektywy nie sposób zrozumieć roli Krajewskiego w naszej opowieści. Adam Lew Sołtan utrzymywał z nim bliskie związki. Zbliżyły ich z pewnością wspólne doświadczenia z powstania styczniowego, ale też pewien horyzont intelektualny. Także miłość do książek. Sołtan jest przedstawiany najczęściej jako bibliotekarz waplewskiego pałacu. Jeszcze raz sięgnijmy do tekstu Hoesicka, opisującego paryskie atelier malarza: (. J całą jedną ścianę naprzeciw pracownianego okna w górze, a więc honorowe miejsce poniekąd, zajmuje wielka biblioteka, złożona z kilkuset dziel w trzech językach z zakresu literatury i sztuki, biblioteka, której dobór - nie mówiąc o wykwintnych obrazach — nader pochlebnie świadczy o umysłowej kulturze właściciela, o której zresztą podobnie świadczy jego całą powierzchowność. Z typową głową szlachcica polskiego, z mocno przerzedzoną czupryną, o brwiach krzaczastych, o rasowym nosie, z siwymi grubymi wąsami, z brodą ogoloną, zawsze ubrany bez zarzutu, bardzo dystyngowany w obejściu, o manierach wielkoświatowych, jak przystało na człowieka, który całe życie obracał się w najłepszych sferach towarzyskich, Krajewski nie ma w sobie nic z artystycznego cygana, lecz przeciwnie, w każdym ruchu i geście jest człowiekiem z „towarzystwa", un homme du monde. Jak się poznali, tego nie ustaliłem. W 1873 roku Marceli Krajewski, namówiony przez Jana Działyńskiego, swojego mecenasa, przyjeżdża do Kórnika. To początek jego przygody z Poznaniem i arystokratycznymi rodami Wielkopolski. Bywa na salonach, maluje rodzinne portrety. Z listu Sołtana do Kraszewskiego z lutego 1875 roku dowiadujemy się, że malarz miał swoją pracownię w Poznaniu i kiedy żona Wawrzyńca Bonawentury Engestróma, Jadwiga, gościła w tym-mieście, Sołtan służył jej za przewodnika. Zaprowadził ją m. in. do pracowni Krajewskiego oraz do muzeum, gdzie jej małżonek miał zaplanowane publiczne wykłady. Engestróm był przyjacielem Kraszewskiego, stąd ten wątek w korespondencji. Poznali się w Dreźnie, dokąd ten wnuk szwedzkiego posła i sekretarza króla Gustawa III po wyjściu z więzienia za udział w powstaniu styczniowym pojechał w rodziną. Z tego samego listu wiemy, że Krajewski miał zacząć prace nad portretem pułkownika Adama Sołtana: Zacznieportret mego ojca z emalij Rodziewicza — będzie dość duży — bardzo 40 Mamy tu od wczoraj zacnego Krajewskiego... pięknie maluje — jak będziecie zobaczycie Jego robotę w atelier — a rad byłbym waszego sądu — mnie się bardzo podoba jego robota — serdeczny przy tym człowiek. Jak można wywnioskować z tych słów, znajomość obu wykraczała poza suche, oficjalne kontakty. Jeszcze tego roku malarz przyjeżdża do Waplewa. Ostatnie trzy tygodnie miałem gości, przez tydzień Oskara Kołberga i parę tygodni Krajewskiego, który nam odmałował na pamiątkę bytności typ Malborżczanki w stroju ich dawnym — bardzo piękny obrazek na desce — Byłem z Krajewskim w Gdańsku (. J. List nie ma daty, ale wiadomo, że etnograf Oskar Kolberg gościł od początku września tydzień u Sierakowskich i tydzień u Donimirskich w Buchwałdzie (Bukowie), zbierając materiały etnograficzne z Powiśla. Ukazały się one drukiem dopiero po 90 latach. Pobytowi Kolberga poświęcił Sołtan tylko wzmiankę, co stanowi duży zawód dla regionalistów, za to o Krajewskim nieco więcej. W każdym razie spotkanie malarza z etnografem zaowocowało „obrazkiem” nie arystokratki, ale zwykłej dziewczyny z ludu. Niestety, nie wiemy o nim nic więcej, poza tym, że wykony został na desce i wymiarami. Może, idąc za opisem Kolberga, namalowana dziewczyna miała włosy ciemnoblond, albo wpadające w rude. Oczy zaś siwe. I warkocze splecione w ósemkę... Dopytywałem o ten obrazek kierownika muzeum w Waplewie, Macieja Kraińskiego. Od kilku lat prowadzi się starania, by rozproszoną/zaginioną podczas II wojny światowej kolekcję Sierakowskich scalić w dawnym miejscu. Na ślad obrazu dziewczyny (z warkoczami?) nie udało się natrafić, podobnie jak i innego obrazu Krajewskiego, będącego w kiedy w zbiorach — portretu Alfonsa Sierakowskiego. W liście sprzed 25 lipca 1876 roku Sołtan pisał: Mamy tu od wczoraj na cztery dni zacnego Krajewskiego — zrobił prezent ślubny Adasiowi portret Ojca — bardzo ładny. W jesieni wybiera się do Włoch. Od stycznia do sierpnia 1878 roku Krajewski studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Antwerpii. W następnym roku na powrót w Poznaniu. 18 sierpnia 1879 Sołtan obwieszcza Kraszewskiemu: Wczoraj odebrałem list od jednego malarza, prosi mojego pośrednictwa, bym wręczył wam jako pamiątkę z Florencyi jego pracę z natury obraz. I dodaje - nie Rodziewicz ten małarz. A co chodzi w tym kamuflażu? 3 października Józef Ignacy Kraszewski obchodził w Krakowie jubileusz półwiecza pracy twórczej. Adam Lew Sołtan pojechał z okolicznościowym adresem i podarkiem jako dełe-gat od Polaków z Gdańska. W sprawozdaniu „Dziennika Poznańskiego” przytoczono jego wystąpienie: Rodacy z Gdańska polecili mi złożyć Ci Jubiłacie, cześć i hołd, a razem wyraźnie zaznaczyli, abym prosił wobec wszystkich Boga, aby Cię zachował w jak najdłuższe łata dła narodu, oddaję ci adres i pamiątkę z bursztynu, oprócz tego pozwól sobie wręczyć obraz Krajewskiego, jako autorowi „Kartek z podróży z Włoch I na południe powędrował potem Krajewski. W Rzymie (1880 - 1881) współpracował z Henrykiem Siemiradzkim; na zamówienie wielkopolskich ziemian robił kopie znanych obrazów. W listach Sołtana do Kraszewskiego malarz pojawia się raz jeszcze w maju 1882 roku: Krajewski jest w Poznaniu i tam robił portret Adasiowej [Marii z Potockich, żonie Adama Janusz Ryszkowski 41 Sierakowskiego] — bardzo dobry — w końcu miesiąca obiecał tu przyjechać — dobry to malarz i serdeczny człowiek — ale co zarobi, byle komu daje — o sobie nie myśli. Jak potoczyły się dalsze losy malarza? Od początku lat 90. XIX wieku zamieszkał na stałe w Paryżu. Ze szkicu Ferdynanda Hoesicka można byłoby wnioskować (przypomnij-my: rok 1912), że wiodło mu się niezgorzej. Jednak u fortuny to snadnie... Pięć lat później księżna Konstancja Sanguszkowa z Gumnisk z chorym synem wyjechała do francuskiego Pau, leżącego w Pirenejach Atlantyckich. Od dobrze jej znanego rzeźbiarza Antoniego Madeyskiego, który tam zamieszkiwał (najpewniej to on polecił tę miejscowość na dłuższy pobyt) usłyszała o ciężkim położeniu malarza Krajewskiego, który przebywał w niedalekiej Bajonnie. W 1927 roku na prośbę Maryli Wolskiej opisała ten wątek: Zaprosiłam go, by zamieszkał z nami w Pau, w Villi Marie-Madeleine, Avenue de Lons — na co się zgodził z wielką dla nas radością. Było to w październiku 1917 roku. Pana Krajewskiego nie znaliśmy wcale, ale po paru dniach zaledwie pokochaliśmy go i nauczyliśmy nie tylko cenić, ale czcić głęboko. Najszlachetniejszy charakter, dobroć niezwykła, delikatność uczuć do najwyższej subtelności posunięta — sąd i rozum tak Jany, prawy — wykształcenie ogólne i artystyczne niesłychane, czyniły ze ś.p. p. Marcelego człowieka niezwykłej miary. Był dla nas najdroższym przyjacielem, najlepszym doradcą, opiekunem nawet, na tym przymusowym wygnaniu krzepił i pocieszał nas, gdy jedne za drugimi gromy padały na kraj i rodziny nasze. Przeżył z nami w Pau, od października 1917 r. od grudnia 1920. Tydzień przed śmiercią odbył jeszcze pieszo zwykły spacer 3 kilometrowy, a miał już przeszło 80 lat. Cierpiał od lat na chroniczną bronchitę — zaziębił się, przyszło zapalenia płuc — spowiadał się, wiatykiem i sakramentami opatrzony zmarł spokojnie, pogodnie, o 7 /2 rano, 22 grudnia 1920 roku. Pogrzeb odbył się 24-go, w samą Wigilię Bożego Narodzenia — i pochowany został na cmentarzu w Bollere (parafii naszej ówczesnej) w murowanym grobie (...). Płyta z kamienia pokrywa grób z napisem skromnym. 4. Ale oto urywa się monotonna melodia wypływająca spod kół pociągu kolei malborsko--mławskiej. Słychać, jak zwalnia przed przystankiem w Mleczewie. Za chwilę wysiądzie z wagonu sędziwy mężczyzna. Też malarz. Sołtan do Kraszewskiego: Oczekujem Napoleona Ordy — któremu mam ułatwić stosunki w zaborze Pruskim i Galicyi — parę lat chce poświęcić zdjęciom z natury miejsc ciekawych do Albumu. Jest lato 1878... Dominik Żyłowski 43 Różany. Niewielki, murowany budynek, z dobrze widocznym z biegnącej przez wieś drogi smukłym kominem. Podobnych było swego czasu (przełom XIX i XX w.) na Żuławach Wiślanych około trzydziestu, czy czterdziestu. Ten jest ostatni. W pobliskich Markusach i w Rozewie sterczą wprawdzie jeszcze samotne kominy, ale nic więcej nie zostało. Tutaj jednak, jakimś cudem wszystko (no prawie) jest jak przed ponad stuleciem. Wewnątrz zachowała się ostatnia parowa pompa odwadniająca. - Mieszkałem blisko i budynek starej przepompowni od zawsze mnie intrygował - opowiada Leszek Marcinkowski z elbląskiego PTTK, przewodnik turystyczny, miłośnik i znawca Żuław. — Nawiązałem więc kontakt z właścicielem obiektu, którym jest Zarząd Zlewni w Elblągu (d. Żuławski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych). Właściwie dopiero dzięki wiadomościom, do których wówczas dotarłem uświadomiłem sobie wyjątkowość tego obiektu. Przepompownia w Różanach nad rzeką Tiną powstała w 1911 r. Zastąpiła starsze urządzenie, istniejące tu od roku 1891, które z kolei usytuowano w miejscu, gdzie dawniej, jak pokazują mapy z tego okresu, stał wiatrak odwadniająco-nawadniający. Kocioł parowy oraz elementy mechanizmu pompy wykonane zostały w elbląskich zakładach Komnicka i Schichaua, o czym informują widoczne znaki firmowe. Pierwotnie maszynę zasilał węgiel dostarczany na barce kanałem, nad którym wzniesiono budynek przepompowni. Dopiero w połowie XX w. silnik parowy zastąpiono elektrycznym. Pompa eksploatowana była do roku 1977, kiedy to nieopodal wybudowano nową przepompownię. Ostatnim operatorem pompy w Różanach był Kazimierz Pajor. Dziś jest zabytkiem, wpisanym do rejestru zabytków pod nr rej.: 62/82 z dn. 03.05.1982 r. Opiekuje się nią Leszek Marcinkowski, co oznacza w praktyce, że przechowuje wielki dziwaczny klucz do przepompowni i kiedy trzeba otwiera nim ciężkie stalowe drzwi, oprowadza wycieczki, dzieli się swoją wiedzą i fascynacją tym wyjątkowym zabytkiem żuławskiej hydrotechniki. — Przyszedł mi kiedyś do głowy pomysł „ożywienia”pompy — mówi. — Rozesłałem maile do różnych instytucji, które mogły mieć cokolwiek wspólnego z „parą”. Trochę to trwało, ale w końcu odezwał się Wydział Mechaniki z Politechniki Gdańskiej. Zainteresowani moją pupilką inżynierowie, dwukrotnie przyjechali do Różan. Zinwentaryzowali całe wnętrze przepompowni. Po wstępnych badaniach okazało się, że istnieje możliwość uruchomienia maszyny przy pomocy napędu elektrycznego (napędparowy byłby oczywiście dzisiaj zbyt niebezpieczny) łub hydraulicznego. Pomiary, których dokonano miały pomóc w opracowaniu modelu 3D, zmierzono także moment rozruchowy do zaprojektowania napędu zastępczego... i póki co, na tym cały epizod się zakończył. Wiadomo — kasa. Było to w maju 2015 r., a kiedy rozmawiamy, robiąc zdjęcia i chowając się przed wiatrem i deszczem w budynku przepompowni w Różanach w okolicy rozpoczęła się naprawa drogi dojazdowej do przepompowni (kwiecień 2017). Ponoć były swego czasu jakieś rozmowy między właścicielem obiektu a gminą Gronowo Elbląskie, dotyczące przejęcia zabytku przez samorząd, uzależniające to jednak od wykonania przez aktualnego właściciela szeregu prac remontowych. - Zmiana właściciela — Marcinkowski jest realistą - nic oczywiście sama przez się nie zmieni w kwestii ewentualnego turystycznego wykorzystania przepompowni. Ale stworzyć by to 44 Pompa z Różan mogło pewne możliwości dla organizacji pozarządowych, zainteresowanych realizacją takiego projektu. Gdyby na przykład w sprawę włączyć prężne stowarzyszenie, doświadczone w pozyskiwaniu środków na podobne cełe i posiadające praktykę w reałizacji tego typu zadań, to — kto wie... No ale na razie czekamy na efekt końcowy prac Zarządu Zlewni. Jest koniec lutego 2018 r. Prognozy ostrzegają, że tegoroczna zima potrwa wyjątkowo długo. Autorem zdjęć jest Dominik Żyłowski Teodor Sejka 45 Teodor Sejka ZAMYŚLENIA SZTUMSKIE Swoje spotkanie autorskie rozpoczęła od oznajmienia, że w 1920 roku, gdy na Powiślu, odbywał się Plebiscyt, ja miałam 2 łata. W listopadzie 2003 roku przyjechała do Sztumu pani Halina Donimirska-Szyrmerowa (1918 — 2008) na promocję swojej książki Był taki świat. Przed licznie zgromadzonym audytorium stanęła wtedy sympatyczna, drobnej postury kobieta, o której wiedzieliśmy, że jest córką zasłużonego dla polskości właściciela majątku w Czerninie (Hohendorf) — Witolda Donimir-skiego. Oto w tej skromnej postaci mieliśmy przed sobą osobę o niezwykłych zasługach społecznych, żołnierza AK, Powstańca Warszawskiego i Honorowego Obywatela Sztumu. Dla pokolenia jej rodziców (Wandy i Witolda Donimirskich) Plebiscyt był wielkim wydarzeniem i wielką cezurą w życiu całego regionu. Budził wtedy nadzieje Halina Donimirska-Szyrmerowa z mężem, fot. archiwum Polaków na połączenie z krajem i ziszczenie się ich pragnienia wolności i prawa do wyrażania swoich uczuć. Ale przegrany w 1920 r. Plebiscyt mocno zaostrzył polsko-niemiecki konflikt na tle przynależności państwowej Powiśla. Donimirskim, jak i wielu innym polskim ziemianom, trudno było pogodzić się z przegraną. Dlatego zaczęli myśleć o przeniesieniu się do Polski. Ale ostatecznie, pod sugestią rządu Rzeczpospolitej, postanowili tu zostać, aby być materialnym i moralnym oparciem dla miejscowej ludności. W sytuacji, gdy Sztum opuścili wszyscy znani kupcy i rzemieślnicy, właściciele ziemscy na Ziemi Sztumskiej, postanowili zostać i trwać na placówce. Przy czym większość z nich stanowili członkowie rodziny Donimirskich. Atmosferą tego trwania nasiąkała dziecięca wrażliwość małej Halinki i jej rodzeństwa, i co rusz oswajała się z dziwnym słowem „Plebiscyt”. Jak pisze we wstępie do swojej książki: w dzieciństwie często słyszałam to słowo, i zanim zrozumiałam jego znaczenie, jawiło mi się ono jako słowo magiczne, tajemniczy symbol. Wspomnienia o ludziach i wydarzeniach Plebiscytu były stale obecne w rozmowach dorosłych, krewnych i znajomych. One to w znacznym stopniu kształtowały jej wyobraźnię i system wartości. Żywe w nich były wspomnienia o przedplebiscytowej wizycie na Powiślu wybitnych Polaków: Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza, Feliksa Nowowiejskiego. Mieszkańcy Sztumu i okolic mocno zapamiętali okazałą polską manifestację z okazji święta 3 Maja, prowadzoną przez stryja Halinki — Augusta Donimirskiego z Zajezierza. Domowa atmosfera przesycona patriotycznym zatroskaniem o sprawę polską stopniowo stawała się też udziałem obserwującej świat Halinki. Już wkrótce wyobrażała siebie w roli Emilii Plater, a pod wpływem lektury powstańczych wierszy i pieśni a także i obserwacji tego, jak rodzice angażują się w pracę organiczną dla utrzymania polskości, w sercu 11-let-niej dziewczynki rodzą się patriotyczne marzenia. Gdy nie mogła zasnąć uruchamiała się 46 Zamyślenia sztumskie jej dziecięca wyobraźnia, w której odkrywała w ogrodzie czernińskiego dworu pokłady złota, żeby mogła pomóc Polsce, bo słyszała, że w Kraju jest bieda i wielu ludzi nie ma pracy i mieszkań. Godzinami obmyślała tajemne sposoby szmuglowania tego złota do Polski, tak, by rząd niemiecki nie mógł jej w tym przeszkodzić i by można było finansować tam wielkie roboty. Autorka przyznaje, że mimo tak pesymistycznych nastrojów Sztum w owym czasie nie przestał być ośrodkiem życia polskiego w całym regionie. Następnie dokonuje przeglądu ważnych domów, które w Sztumie były ostoją polskości. Na pierwszy plan jej pamięć wysuwa aktywny przez wiele lat polski dom doktora Feliksa Morawskiego na Przedzamczu, z osobą jego córki Aleksandry, która przez długie lata pełniła funkcje sekretarza wszystkich organizacji polonijnych na Ziemi Sztumskiej. W domu dr Morawskiego mieścił się też Bank Ludowy. Gdy ojciec udawał się tam często w ważnych sprawach majątkowych, córeczka była goszczona przez panią doktorową ciastkami i cukierkami. Doktor Morawski, jako lekarz domowy państwa Donimirskich był częstym gościem na czernińskim dworze. Autorka zapamiętała go jako człowieka pełnego optymizmu i dobrotliwego humoru. Dlatego niespodziewana śmierć doktora w dniu 27 grudnia 1929 roku i jego pogrzeb na cmentarzyku przy wjeździe do Sztumu w pochmurny zimowy dzień, był dla niej przeżyciem bardzo bolesnym. Drugą ostoją polskości w Sztumie była rodzina Teofila Porowskiego, właściciela młyna na Przedzamczu. Zaangażowany w działalność propolską w 1919 roku jeździł na konferencję wersalską, by bronić polskich interesów. Teofil Porowski miał 2 synów i 9 córek, co znacznie wzmagało frekwencję na polskich spotkaniach i imprezach. Dziewczęta ładne i miłe, wszystkie dobrze śpiewały i były cennymi głosami w polskim chórze. Również dzięki nim podczas polskich nabożeństw w kościele rozbrzmiewały pięknie wykonane polskie pieśni. Jedna z córek — odznaczająca się urodą i wdziękiem Michalina (Micha) — została narzeczoną młodego, przystojnego Maksymiliana Golisza, który w połowie lat 20-stych przyjechał do Sztumu, by objąć stanowisko sekretarza Związku Polaków w Niemczech i Polsko-Katolic-kiego Towarzystwa Szkolnego. Autorka widząc ich wtedy oczyma dziewczynki była nimi wprost zauroczona: Byli wzorem pięknej, szczęśliwej pary, którą wkrótce połączy ślub. Niestety, zmartwiła się bardzo i rozczarowała, gdy dowiedziała się, że Golisz swoją działalnością polonijną mocno naraził się gestapo i zmuszony był przenieść się do Berlina. Wreszcie w 1933 roku polonia sztumska doczekała się prawdziwego Domu Polskiego, który zbudowano na Przedzamczu, dzięki staraniom szefa Banków Ludowych w Sztumie i Kwidzynie — Jana Fiszera. Przeniesiono tu Bank Ludowy z mieszkania dr. Morawskiego, a nowy budynek przejął odtąd funkcję głównego ośrodka życia polskiego dla całego regionu. Odbywały się tu zebrania, wieczornice i próby chóru. Tu było się wśród swoich — jak wspomina autorka: „Śpiew dawał nam poczucie wspólnoty, braterstwa i przyjaźni”. Sercem i duszą tych spotkań była córka doktora — Ola Morawska. Bardzo żywa i muzykalna. Dyrygentem sztumskiego chóru był Mikołaj Dorsz. Chór miał w swoim repertuarze szereg pieśni Feliksa Nowowiejskiego, z których najsilniejsze wrażenie na autorce wywierał „Hymn Rzeczypospolitej”: Złamane berła, powalone trony, Niewoli więzy już rozbite w pyli Teodor Sejka 47 Na spotkania chóru czasem przyjeżdżał instruktor muzyczny z Warmii. Zawsze pogodny, oddany sprawie polskiej — Jan Lubomirski, który tak jak i Mikołaj Dorsz, był uczniem Feliksa Nowowiejskiego. Autorka z rozrzewnieniem wspomina też swój występ teatralny w roli duszyczki ukazującej się na wezwanie Guślarza w II części „Dziadów”, kiedy jako 5-letnia dziewczynka, na prośbę hrabiny Sierakowskiej, zastąpiła nieobecna aktorkę. O samopoczuciu mniejszości polskiej w Sztumie, po przegranym Plebiscycie Halina Donimirska-Szyrmerowa wypowiada się w sposób wyważony i obiektywny. Dowiadujemy się o tym z jej relacji po częstych wizytach z ojcem u adwokata i notariusza Jana Łangow-skiego, który miał swoje biuro przy sztumskim Rynku. Adwokat, chociaż nie brał udziału w życiu polonii, sprzyjał jej interesom i często występował, jako jej prawny obrońca. Podczas, gdy ojciec przebywał u mecenasa, biegałyśmy po chodnikach i oglądałyśmy wystawy sklepów. Jednakże wchodziłyśmy do nich raczej rzadko i niechętnie. Obawiałyśmy się, że nasza słaba znajomość języka niemieckiego wywoła wrogie reakcje. Panowało ogólne przekonanie, że ogromna większość ludności niemieckiej odnosiła się przyjaźnie do Polaków, ale dzieci bały się grup wyrostków, które na każdy przejaw polskości reagowały obelgami, groźbami i okrzykami: „Polacken nach Warschau!” Po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku częstotliwość wrogich ekscesów nasiliła się i dały o sobie znać już latem tego roku. Jak się okazało były one inicjowane przez nowopowstałą organizację o nazwie Bund Deutscher Osten, której zadaniem była szybka germanizacja Prus Wschodnich, przez bezwzględne tępienie polskości metodą fizycznego terroru i ekonomicznego wyniszczenia. Oficjalnie władze niemieckie tłumaczyły się, że zdarzające się akty terroru bojówek hitlerowskich, to tylko spontaniczna reakcja ludności niemieckiej oburzonej prowokacyjnym zachowaniem Nieistniejący dom dr Morawskiego na Przedzamczu w Sztumie, fot. archiwum 48 Zamyślenia sztumskie się Polaków, którzy organizują masowe imprezy i bezczelnie demonstrują swoją odrębność, głośno rozmawiając i śpiewając po polsku. Przykładem zastosowania tych metod było zdarzenie w Postoi i nie. W dniu 2 lipca 1933 roku w lasku czernińskim odbyło się spotkanie chórów polskich z okolicznych miejscowości (majówka). Na spotkaniu obecny był konsul RP z Kwidzyna Jan Rogalski. Po występach chórów i popisach dzieci z postoi i ńskiej szkoły, wieczorem, większość uczestników udała się na zabawę taneczną zorganizowaną w lokalu Kaszubowskiego w Postolinie. Około północy przybyło kilka ciężarówek, które przywiozły hitlerowców z całej okolicy. Napastnicy brutalnie pobili uczestników zabawy, szczególnie znęcając się nad osobami bardziej aktywnymi w organizacjach polonijnych. Zdemolowali gospodę, ciężko pobili pana Literskiego i kilku polskich nauczycieli. Mimo, że o przebiegu tego zajścia opowiedział autorce jej stryj Józio z Cygus (uczestnik tej zabawy), była ona głęboko wstrząśnięta tym, co się stało. Sposób w jaki autorka postrzega ówczesną rzeczywistość sztumską zdeterminowana jest atmosferą polskiego ziemiańskiego domu, w którym prowadzenie „pracy organicznej” wśród ludności polskiej uważano za jedyną skuteczną i możliwą metodę przeciwstawienia się germanizacyjnej polityce rządu pruskiego. Patriotyczną dewizą jej rodziców było następujące zdanie: dziś nasz jedyny ze światem związek — twarde, lecz wielkie słowo: obowiązek — nie trzeba dodawać, że chodziło o obowiązek trwania na polskiej Placówce. Remedium na przygnębienie i apatię wywołane przegranym Plebiscytem był utworzony w 1922 roku w Berlinie Związek Polaków w Niemczech. Artykuł 1 statutu stwierdzał, że: „Związek Polaków w Niemczech jest zrzeszeniem wszystkich Polaków zamieszkałych w Niemczech i ma siedzibę w Berlinie”. Okręg Ziemi Malborskiej Związku znalazł się w jego IV dzielnicy obejmującej Olsztyn, Prusy Wschodnie, Warmię, Mazury i Powiśle. Dzielnica ta liczyła ok. 4 tys. członków, co stanowiło 12% z ogólnej liczby 32 tys. Na czele tej dzielnicy stanął Kazimierz Donimirski. Relacje polsko-niemieckie kształtowały się wciąż w klimacie walki, dlatego los Polaków, a zwłaszcza działaczy Związku nie był do pozazdroszczenia. Bowiem eskalacja wrogości władzy niemieckiej szybko postępowała. Już w 1932 roku władze niemieckie zabroniły umieszczania wizerunku Orła Białego i zamieniły go na obowiązującą swastykę, zaczęto też wprowadzać pozdrowienie „Heil Hitler!”. W tej sytuacji z inicjatywy sekretarza Związku Jana Kaczmarka obmyślono sprytny sposób sprzeciwienia się temu zarządzeniu. Pomysł polegał na tym, że znak jednoczący Polaków w Niemczech miał wyglądać jak pół zmodyfikowanej swastyki, ale nią nie będący. Formę graficzną znaku opracowała, współpracująca z wydawanym w Berlinie czasopismem „Polak w Niemczech” — Janina Kłopocka. Początkowo Niemcy nie rozumieli, co ten znak oznacza, a gdy się dowiedzieli, że to Wisła, mówili do nas, że jesteśmy wiślanymi braćmi Weichseł-Bruder — wspominała projektantka odznaki. Wkrótce „Polak w Niemczech” zamieścił wizerunek tej odznaki, a obok niej szkicową mapkę rzeczywistego biegu Wisły z następującym komentarzem: jesteśmy Polakami. Należymy do narodu polskiego, którego kultury kolebką jest Kraków, wierną rzeką Wisła. Te dwie siły to Rodło, które nie jest ani herbem, ani godłem, ałe symbołem naszego pochodzenia i łączności z całym narodem połskim i jego duszą. Edmund Osmańczyk Teodor Sejka 49 skojarzył ten znak z herbem rodowym, jako skrzyżowanie staropolskiego herbu rodowego rodnica ze słowem godło. Połączenie sylab rod i -ło tworzyło nazwę Rodło. W lipcu 1932 roku kierownictwo Związku zatwierdziło znak Rodła jako symbol łączący wszystkich Polaków zamieszkujących w Niemczech, dzięki czemu udało się uniknąć przyjęcia nazistowskiej swastyki. Znak Rodła szybko upowszechnił się w środowiskach polonijnych. Polacy pozbawieni swojego Godła z dumą podkreślali swoją polską odrębność i tożsamość przy jego pomocy. Wszystkie lokalne organizacje Związku Polaków w Niemczech umieszczały Rodło na swoich sztandarach. Kilka takich sztandarów było eksponowanych w muzeum Powiśla na zamku w Sztumie, jeszcze w latach 60-tych. Wśród nich był tam sztandar koła ZPWN Mirany. Po wojnie na Ziemi Sztumskiej żywy był pietyzm dla znaku Rodła. Żyli jeszcze liczni członkowie Związku, których niekwestionowaną zasługą było utrzymanie polskości na Ziemi Sztumskiej. Wszak powiat sztumski był na Powiślu jej prawdziwą ostoją. Tu w Plebiscycie oddano najwyższy procent głosów za Polską (19,7 %). Działacze polonijni zapłacili za to wysoką cenę cierpienia, pogardy i śmierci. Rząd komunistyczny nie mógł jednak pozostać obojętny wobec dzieła ich życia. Dlatego sztumskie władze w 1956 roku uczciły ten ich zbiorowy patriotyczny czyn odsłonięciem pomnika ze znakiem Rodła. Chociaż wcześniej postawiono na rynku pomnik wdzięczności „armii radzieckich wyzwolicieli ”. Na uroczystość przybyli byli członkowie Związku — Jan Boenigk i Feliks Lewicki. Przemówienie wygłosił m.in. poseł Florian Wichłacz. Imiennie wymieniał zasługi wielu żyjących i zmarłych Polaków spod znaku Rodła. Nie mógł jednak chyba uchylić się od obowiązującej wówczas politycznej retoryki, nazywając tych, co trwali na polskiej placówce i położyli najwyższe zasługi - polskie rody ziemiańskie — polskimi obszarnikami: Przewodzili tej walce Sierakowscy i Donimirscy, obszarnicy polscy, którzy nie stchórzyli. To zaznaczenie w przemówieniu posła dotyczyło tych, którzy po przegranym Plebiscycie przenieśli się do Polski. W PRL-owskiej rzeczywistości znak Rodła, był rozpoznawalny, jako symbol wierności Ojczyźnie. Kojarzył się z powrotem Powiśla do Polski. Dlatego jako świeżo upieczeni licealiści z dumą nosiliśmy czerwone tarcze z napisem: Sztum LO, żałując mocno, że nie ma na nich znaku Rodła. Zazdrościliśmy tym z Kwidzyna, bo ich słynne Polskie Gimnazjum miało ten znak na swoich tarczach. Według jakiejś plotki, miało tak być i w Sztumie, ale nigdy się to nie ziściło. W ponurej rzeczywistości pod rządami Hitlera, gdy zagęszczała się atmosfera wrogości i terroru, przywódcy ZPWN usiłowali zwrócić uwagę świata na okrutny los 1,5 milionowej społeczności polskiej zamieszkującej w granicach III Rzeszy. W tym celu w dniu 6 marca 1938 roku w Berlinie zwołano I Kongres Związku. Zgromadził on 5 tys. delegatów ze wszystkich dzielnic i stał się prawdziwą manifestacją polskości w stolicy hitlerowskich Niemiec. Stojąc w obliczu totalnego zagrożenia Kongres stawiał przed sobą naglącą myśl o tym, że Polacy mają obowiązek bronić swojej tożsamości narodowej, chronić swoją tradycję, język, kulturę, że powinni zjednoczyć się pod jednym hasłem i pod jednym znakiem. Nie mając żadnych innych środków zaradzenia złu, Kongres sięgnął do pokładów narodowego ducha Polaków. Przez duchową integrację postanowił wzmocnić mechanizm narodowej samoobrony. Niezwykłym i pięknym owocem Kongresu było sformułowanie i przyjęcie do realizacji słynnych Pięciu Prawd Polaków, które w pięciu zdaniach zawarły najświętsze wobec Ojczyzny powinności Polaka. Poetyka tych 50 Zamyślenia sztumskie zdań zawiera się w prostocie języka, w bezpośrednim, jakby osobistym zwróceniu się do każdego Polaka, przez co wybrzmiewają one jak słowa Roty Przysięgi, które bezwzględnie żądają patriotycznego czynu w codziennym polskim życiu. O ich ponadczasowości świadczy fakt, że również i dzisiaj trudno nie wzruszyć się ich lekturą, gdyż dotykają one w człowieku najczulszych strun narodowej duchowości. Tego, co w człowieku najczystsze i najdroższe. Jednak apogeum patriotycznej uczuciowości, jak sądzę, zawarte jest w prawdzie Piątej: Polska Matką naszą — Nie wolno mówić o Matce źle\ Treść tego zdania, to jakby, ostry muzyczny akord, wywołujący ciarki przechodzące po plecach u każdego niezdemoralizowanego człowieka, który powinien wiedzieć skąd pochodzi i czyj chleb je. Sam się wzruszałem obserwując reakcje swoich uczniów, z którymi przygotowywałem swego czasu program historyczny o Prawdach Polaków. Bo czy może ktoś powiedzieć, że jutro te prawdy stracą swoją ważność i aktualność? Czy dzisiaj, w wolnej Polsce ktoś może czuć się od nich zwolniony? Dlatego cieszy mnie fakt, że tekst „Prawd Polaków” wygrawerowany na metalowej tabliczce może sobie przeczytać i przemyśleć i wzruszyć się nimi, każdy odwiedzający budynek Starostwa Powiatowego w Sztumie. Niech wypisane tam słowa świadczą o odwadze ludzi tamtej epoki i niech służą jako memento dla nas współczesnych. Dobrze, że „Prawdy Polaków” propaguje się w stolicy Ziemi Sztumskiej bogatej w ludzi do końca trwających na Placówce Polskości. Myślę, że ciekawą rzeczą będzie zestawienie rzeczywistości sztumskiej przywołanej z dziecięcych przeżyć Haliny Donimirskiej-Szermerowej z obrazami przechowanymi we wspomnieniach niemieckiego dziecka Otto Kamela. Urodzonego w Sztumie na Przed-zamczu w 1893 roku w rodzinie rzemieślnika. Nauczyciela, historyka, kierownika szkoły podstawowej dla dziewcząt w Sztumie, który w 1919 roku poprosił o przeniesienie do Berlina. Jego pisemne, pełne pozytywnych uczuć wspomnienie zatytułowane „Z moich dziecięcych lat” w tłumaczeniu Jutty Zimińskiej jest aneksem do pracy Józefa Borzysz-kowskiego i Marka Stażewskiego „Sztum - 1806 - 1945”. Wprawdzie mamy tu sztumską rzeczywistość o 25 lat wcześniejszą, ale mogącą służyć jako doskonałe pogłębienie i uzupełnienie prawdy o kwestiach narodowościowych mieszkańców Sztumu obydwu nacji. Zazwyczaj bowiem mamy do czynienia zawsze z jednostronną optyką zagadnienia. Wiadomo przecież, że Sztum nie był tylko miastem polskim i że Niemcy też mieli zasługi w jego rozwoju. Takie zestawienie wspomnień może niwelować wzajemną wrogość i uprzedzenia. Dzieciństwo Otto Kamela upływało na wspólnych zabawach z polskimi rówieśnikami. Autor wspomina, że w odróżnieniu od dzieci żydowskich, z którymi się nie przyjaźnił, z polskimi dziećmi robili wszystko wspólnie, bez żadnych uprzedzeń. Były wspólne kąpiele w jeziorze, wycieczki do lasu, aż pod Białą Górę, zimą jazda na łyżwach: Często gościliśmy w polskich domach i mamy jak najlepsze wspomnienia o panującej w nich atmosferze. Mimo to autor mówi o przypadkach czystej i zimnej niechęci ze strony polskich dzieci co, jak rozumiał, wynikało z ogólnych stosunków polsko-niemieckich, jak na przykład sprzedaży dóbr w ręce niemieckie. Zaobserwował też, że Sztumianie narodowości polskiej trzymali się z dala od wszelkiego udziału w życiu publicznym, nie angażowali się w działalność stowarzyszeń niemieckich, że zawsze starali zachowywać się z godnością, porządnie i z dystansem. Szczególnie pozytywne wrażenie na niemieckim chłopcu robiły Teodor Sejka 51 polskie panie z lepszych domów, które były dystyngowane i dbały o nienaganne maniery. Autor pisze, że obraźliwe określenia „Polacken” zdarzały się bardzo rzadko, a to na widok pijanych robotników rolnych z okolicznych majątków, którzy w niedziele przybywali do kościoła w Sztumie. Według ówczesnego wymogu kościoła katolickiego uczestniczyli oni we mszy świętej na czczo, a po kościele w gospodzie wypijali kwaterkę wódki na pusty żołądek. Skutki były opłakane. Słaniające się i leżące w rynsztokach postacie bywały przyczyną wrogich wyzwisk, a nawet bójek. Nie rozumiano jednak wtedy, że nie działo się tak z przyczyn narodowościowych. Niemiecki chłopiec słyszał też negatywne opinie o polskiej gospodarce (Polnische Wirtchaft) niesprawiedliwie uogólniane i wyśmiewane przez Niemców. My Niemcy myśleliśmy tylko o jednym — o dobru państwa i nie docierało do nas, że Polacy byli z tego państwa niezadowoleni, a mimo to musieli w nim żyć. Autor wyznaje, że nikt nie zdawał sobie sprawy, że Polacy zmuszeni byli prowadzić konsekwentną walkę narodową. Bez wątpienia wiełe zaniedbano w naszym wychowaniu — przyznaje, gdyż przygotowanie w niemieckiej szkole ograniczało się do głoszenia podziwu i chwały dla rodu Hohenzollernów, do ugruntowania w uczniach wiary, że to co ten ród stworzył trwać będzie wiecznie. Opowiada też o powszechnym wzruszeniu, gdy Sztumskie Męskie lowarzystwo Śpiewacze wykonywało pieśń „Deutsches Land, du schones Land” („niemiecki kraju, ty piękny kraju”), i nikt wtedy nie miał wątpliwości, że wychwalamy w niej naszą niemiecką ojczyznę. Bo nikt nie brał pod uwagę, że stosunki terytorialne nie trwają wiecznie, lecz są płynne, zwłaszcza, gdy dwie różne narodowości muszą ze sobą żyć. Na własne pytanie — co wiedzieliśmy o historii Sztumu? — autor odpowiada następująco: Zamek był najbardziej charakterystycznym symbolem miasta i wiedziełiśmy, że kiedyś zamieszki-wałi tam rycerze w białych płaszczach z czarnym krzyżem, którzy kiedyśpodbiłi i opanowałi te ziemie. Myłnie sądziłiśmy, że podbili Polaków, a przecież pokonali oni Prusów, którzy żadnymi Polakami nie byli. Czyż w tym wyznaniu niemieckiego sztumianina nie znajdujemy pięknego przykładu wzniesienia się na wyżyny tolerancji i życzliwości wobec swoich polskich współmieszkańców? Rozumiał on przecież, że spychani na margines Polacy byli zmuszeni bronić swojej tożsamości i egzystencji. Jego postawa, pełna zrozumienia, obiektywizmu i dobrotliwości godzi nas ze złożoną rzeczywistością odnoszącą się do kwestii polskości i niemieckości Sztumu i Powiśla. Może też inaczej niż dotychczas spojrzymy na groby niemieckich sztumian w naszym mieście. Teraz jest tu Polska — tak jak była tu kiedyś, przez ponad 300 lat, od Pokoju Toruńskiego w 1466 r. do I Rozbioru Polski w 1772 roku. Ziemie te były wtedy częścią woj. malborskiego. Rezydujący wówczas na Zamku Krzyżackim w Malborku wojewoda malborski reprezentował władzę polskiego monarchy. To, co działo się na tej ziemi później całkowicie uzasadnia pogląd o płynności geopolitycznej i niestabilności terytorialnej. Wszak nie pierwszy to i nie ostatni przykład w dziejach narodów. Andrzej Kasperek CEDRY NA GDAŃSKICH NIZINACH 54 Cedry na gdańskich nizinach Mieszkańcy Żuław Wielkich czasem zapominają, że są jeszcze inne Żuławy — Gdańskie i Elbląskie. A przecież to jedna kraina. Dlatego uznałem, że trzeba wyruszyć za Wisłę. Odwiedziłem gminę Cedry Wielkie. Dlaczego właśnie ją? Tak się składa, że włodarze trzech gmin żuławskich: Jacek Michalski z Nowego Dworu Gdańskiego, Jerzy Szałach z Nowego Stawu i Janusz Goliński z Cedrów Wielkich stanowią swoistego rodzaju trium-wirat, współdziałają w opracowywaniu planów rozwoju gmin żuławskich, w pozyskiwaniu środków marszałkowskich, ministerialnych i unijnych1. Dobrze rozumieją specyfikę tej ziemi i starają się o jej sensowny i zrównoważony rozwój. Szukając wójta Golińskiego trafiam do Żuławskiego Ośrodka Kultury i Sportu. Schodzę do piwnicy i co widzę? Marek Opitz prezentuje właśnie wójtowi makietę hydrograficzną Żuław. Model jest imponujący, na kilku metrach przedstawiono rzeki, kanały, śluzy i mosty. Płynie woda, można śluzować modele statków, zobaczyć, co się stanie w momencie przerwania wałów przeciwpowodziowych i jak ratować poldery przed zalaniem używając worków z piaskiem. Ta makieta, wykonana przez znakomitego znawcę Żuław, ma pomóc w uczeniu społecznej ochrony przeciwpowodziowej w miejscowych szkołach. Ma to służyć nie tylko profilaktyce, ale także budowaniu tożsamości lokalnej młodych mieszkańców regionu. Uświadamiania im, gdzie żyją i z jakimi zagrożeniami muszą się liczyć. Przypominam sobie z lektury dziennika Heinricha Dycka2 jego prawie codzienne obserwacje pogody, stanu rzeki, wielkości opadów. Dla żuławskiego chłopa było to być albo nie być, od tego zaczynał swój dzień. Dziś odwykliśmy od tego, dopiero kiedy rzeka wylewa jesteśmy niemile zaskoczeni. Wójt Goliński mówi, że wielu inwestorów ma fałszywe pojęcie o zagrożeniach powodziowych na Żuławach, jakieś niczym nieuzasadnione przeświadczenie o czyhającym niebezpieczeństwie, co wywołuje obawę przed inwestowaniem. Ta makieta pomoże nie tylko w kształceniu młodzieży, ona może przekonać potencjalnych inwestorów, że strach ma wielkie oczy, że nasz region jest bezpieczny. To pokazały dwie wielkie powodzie w 1997 r. i w 2007 r., które okazały się w naszej krainie niegroźne. Ale nie wolno zapominać, że gdańskie niziny to obszar zalewowy i depresyjny. Hugo Bertram przed wojną wyrysował mapę, na której pokazał Żuławy, takie jak mogły wyglądać około roku 1300. Znaczna część ich terenu była wówczas pokryta wodami. Na mapie sporządzonej przez Gabriela Bodenehra widzimy Żuławy Gdańskie zalane po przerwaniu przez wojska szwedzkie wałów pod Kieżmarkiem w 1657 r. Woda sięgała wtedy aż do Gdańska. Miejscowości oznaczają tylko wystające czubki drzew i szczyty dachów. Na ścianie kościoła w Trutno-wach półtora metra nad ziemią jest wmurowana tablica pokazująca stan wielkiej wody w kwietniu 1829 r. podczas jednej z największych powodzi, jakie nawiedziły Żuławy. Czujność jest więc jak najbardziej wskazana. Stąd decyzja o powołaniu w urzędzie gminnym stanowiska do spraw zarządzania kryzysowego, obrony cywilnej, melioracji i dróg. Budynek, w którym rozmawiamy jest dawnym spichlerzem. Oglądam stare zdjęcie pokazujące ruderę, chciano go rozebrać. Na szczęście powstrzymano się, znalazły się pieniądze na remont i teraz jest to siedziba ośrodka kultury i sportu. Akurat zaczęły się ferie, wokół pełno 1 Pisałem o tym w artykule: „Nowa szansa dla żuławskich zabytków” w „Prowincji” nr 26/2016. 2 Zob.: Heinrich Dyck Dziennik żuławski 1878. Andrzej Kasperek 55 dzieci i młodzieży. Pani dyrektorka pokazuje mi listę zajęć dla dorosłych i dla dzieci. Czego tam nie ma? Zajęcia komputerowe, warsztaty kulinarne, teatrzyk, nauka gry na gitarze i perkusji, lekcje śpiewu, aerobik, zespół tańca ludowego i wiele innych. Kiedyś mieszkańcy musieli na takie zajęcia jeździć do Gdańska, dziś mają je na miejscu. To nie tylko wygoda i oszczędność czasu, to poczucie, że nie jest się gorszym od innych, od „miastowych”. To szacunek dla samych siebie i swego małego miejsca na ziemi. Ale wcześniejsze wyjazdy do gdańskich domów kultury też były ważne, bo pokazywały aspirację mieszkańców wsi. Pomyślałem, że nieświadomie niektórzy mieszkańcy Cedrów powtarzali drogę, którą szli Żuławiacy od pokoleń. Duże miasta zawsze były tu źródłem inspiracji; brak szlachty i dworów sprawił, że wzorowano się na gdańskim (przede wszystkim) patrycjacie — kopiowano stroje, wnętrza domów, zwyczaje, sposoby kształcenia i wychowywania dzieci. W czasie spaceru spotykam dawne domy zupełnie niewiejskiej proweniencji, mansardowy dach barokowej plebanii przy kościele w Trutnowach nie przypomina sielskiej architektury. Niedaleko jest wielki dom podcieniowy w Miłocinie, jeden z lepiej zadbanych na Żuławach Gdańskich. Wybudowano go na początku XVIII wieku, jest gigantyczny - podcień domu wsparty jest na ośmiu słupach, można więc przeliczyć, że jego właściciel gospodarował na 8 łanach, czyli (jeśli zastosować obowiązujący przelicznik: 1 słup/kolumna = 1 łan) naprawie 144 hektarach. Wchodzę do wielkiej sieni, skąd można wejść do mieszkań, bo wciąż zamieszkuje tu 8 rodzin; było ich 10, ale dla 2 znaleziono już inne lokale. Po wojnie dom przekazano pegeerowi. To, co należało do jednego gospodarza zamieniono w wielomieszkaniowy budynek. Ale to i tak dobrze, bo dzięki temu przetrwał ten piękny podcień i daj Boże będzie jeszcze służył Żuławiakom. Docelowo wszyscy mieszkańcy mają zamieszkać w innych budynkach a w modernizowanym obecnie „chłopskim pałacu” znajdzie się centrum kultury przeznaczone na spotkania, wystawy, cele muzealne i inne. Na strychu jest już duże pomieszczenie, które pełni funkcje sali wystawienniczej i konferencyjnej. Podziwiam kubaturę tego pomieszczenia i ładnie wyeksponowane belki z pruskiego muru w podcieniu. Obecnie znalazła tu miejsce wystawa z Żuławskiego Parku Historycznego „Mój dom 1930”3. W planach jest odtworzenie folwarku żuławskiego z oborą, stajnią, wozownią, stodołą i spichlerzem. Koszt to przeszło 2 miliony złotych, ale większość tej kwoty pochodzi z projektu pn. „Zachowanie wielokulturowego dziedzictwa Żuław...” Gmina Cedry Wielkie leży niedaleko Gdańska. Przed II wojną światową była częścią powiatu Danziger Niederung, czyli Gdańskie Niziny - istniejącego w latach 1887-1939. Wieś nosiła wtedy nazwę Grolś Zunder4. Obecna polska nazwa nie ma żadnego uzasadnienia etymologicznego, kulturowego czy historycznego, o cedrach zdecydowało chyba tylko podobieństwo fonetyczne, dobrze to brzmi. Ani na Żuławach, ani w Polsce cedrów nie uświadczysz, chyba, że w arboretum. W wydanym pod koniec XIX w. Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich wymieniona jest nazwa — Cędry Wielkie5. Znajdziemy tam informacje o założeniu wsi w 1350 r. przez Krzyżaków, o jej mieszkańcach, o zamożności miejscowości, w której był kościół, szkoła, apteka i lekarz. Willi Quade, autor ’ Zob.: „Prowincja” nr 30/2017. 4 W źródłach pisanych znajdujemy wiele wariantów nazwy; oprócz przytoczonej jest jeszcze: Grossen Zinder i Gros Siinder. 5 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich pod red. F. Sulimierskiego, B. Chlebowskiego, J. Krzywickiego i W. Walewskiego, t. 1, Warszawa 1880. 56 Cedry na gdańskich nizinach przedwojennego przewodnika pt. Żuławy Gdańskie opisując wieś zwraca uwagę, że sądząc po rozmiarach kościoła „wspólnota kościelna musiała być bardzo bogata ”6. W 1631 r. kwaterował tu szwedzki kanclerz Axel von Oxenstierna. Dziś trudno nam uwierzyć, że w XVII i XVIII w. Szwedzi byli postrachem Europy a dzieci straszono wierszykiem: Oxenstierna chyżo bieży, nauczy on dziecię pacierzy. Wieś była wielokrotnie grabiona i niszczona, ale za każdym razem odbudowywała się. Po II wojnie światowej trud zagospodarowania tych kompletnie zniszczonych i zdewastowanych obszarów wzięli na swe barki osadnicy. Tutaj byli to zdemobilizowani żołnierze, stąd główna ulica wsi nosi nazwę Osadników Wojskowych. W ZOKiS zwróciłem uwagę na wystawę prac dzieci na temat marszu śmierci, czyli tragicznego wydarzenia, kiedy to w straszliwych mrozach stycznia 1945 r. więźniowie KL Stutthof zostali popędzeni na zachód. Trasa tego morderczego pochodu, który pochłonął życie przeszło dwóch tysięcy więźniów prowadziła m.in. przez Cedry. Obok kościoła stoi głaz pamiątkowy. Postawiono go w zeszłym roku. Obok niego ma stanąć pomnik. Dobrze, ze pamięć o tych strasznych czasach trwa. Była uroczysta msza i wykład dra Marcina Owsińskiego na ten temat. Hasło reklamowe, które spotykam wypisane na tablicy we wsi głosi, że: Cedry to nie lipa!. 7 pewnością. Ta dowcipna gra słów mówi prawdę. Wiele gmin mogłoby pozazdrościć Cedrom. Można spojrzeć na tę gminę jak na modelowy przykład zmian zachodzących na polskiej wsi, szczególnie w okresie po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Coraz mniejszy odsetek mieszkańców żyje z rolnictwa, bliskość dużej aglomeracji miejskiej sprawia, że wielu mieszkańców szuka pracy w Trójmieście, ale też mieszkańcy miasta przeprowadzają się na wieś. Na Kaszubach bardzo trudno o nowe działki albo są one drogie, wielu mieszczuchów buduje domy na Żuławach. Kiedy skończy się budowa trasy S7 dojazd do Willi Quade Żuławy Gdańskie, przeł. Izabela Kowalska, Gdynia 2011. Andrzej Kasperek 57 Gdańska będzie krótki, potrwa nie dłużej niż kwadrans, i to bez korków. To oznacza, że tereny wokół S7 staną się bardzo atrakcyjne, węzeł Cedry Małe może umożliwić budowę centrów logistycznych. Droga ekspresowa, most pod Martwą Wisłą, obwodnica Trójmiasta, trasa Sucharskiego, a nawet nowy most w Sobieszewie — to wszystko działa jak naczynia połączone, pozwala na szybki transport, ułatwia przemieszczanie się ludzi, przyspiesza rozwój i buduje nowoczesną tkankę społeczną. Już w tej chwili w Koszwałach, leżących przy Siódemce, ulokowała się firma Base Group Sp. Z o.o. produkująca konstrukcje metalowe. Zatrudnia przeszło 200 osób. W swym prospekcie chwali się, że zlokalizowana jest w odległości 15 km od Gdańska tuż przy drodze S7 [..-7 Posiada bezpośredni dostęp do obwodnicy Trójmiasta, co pozwala na łatwe połączenie z Międzynarodowym Portem Lotniczym w Gdańsku oraz Morskim Portem w Gdyni i Gdańsku. Bliskość portów morskich umożliwia codzienne połączenia promowe do Skandynawii. I tak się dziś myśli, to pokazuje jak ważne jest mądre ulokowanie przedsiębiorstwa. A do tego gmina Cedry wprowadziła bardzo niskie stawki podatkowe od środków transportu, dzięki czemu bardzo wiele przedsiębiorstw z całego kraju tu rejestruje swe floty. Rocznie jest to 250 tysięcy złotych wpływów do kasy gminnej. Stajemy się bogatsi, kupujemy jachty i łodzie, trzeba je gdzieś trzymać. Marina Błotnik stała się szalenie popularna wśród wodniaków, dotychczas miała przeszło 80 miejsc cumowania i 100 miejsc zimowania na lądzie, ale w minionym roku złożono przeszło 300 podań o miejsce postojowe. W planach jest więc zwiększenie ich liczby o 100 nowych. W bocznej części portu zbudowano pomost dla Szkółki Żeglarskiej z hangarem dla jachtów. Do mariny zawitali Włosi z sycylijskiej miejscowości Ragusa, tak im się tu spodobało, że podpisano porozumienie umożliwiające współpracę w zakresie wymiany dzieci z Włoch i Polski w ramach 10 dniowych obozów żeglarskich, w których udział wezmą chętni uczenia się żeglarstwa. Dzieci i młodzież w z terenu gminy Cedry Wielkie już były na Sycylii, w tym roku młodzi Włosi przyjadą do nas. Dla wielu idea Pętli Żuławskiej wydawała się jakimś dziwacznym pomysłem, trasą żeglarską dla bogaczy wybudowaną za społeczne pieniądze. Ale te przykłady udowadniają, jak trafny był to pomysł. A przecież to dopiero początek. Bo oto pojawiał się przemysł żeglarski. Do Błotnika przeniosła się firma Activ Yachts Sp. z 0.0., która produkuje jachty, łodzie turystyczne, łodzie motorowe i pływające domy. Floating house - nazwa nie jest przesadzona. Na stronie producenta można przeczytać, że to: „dwie sypialnie, dwie toalety, łazienka (prysznic z umywalką), mesa i kambuz. Sterować łodzią możemy z salonu lub na świeżym powietrzu z tarasu widokowego, jeśli tylko pogoda nam sprzyja”. Idealny sposób spędzania wakacji w spokoju i ciszy, czyli tak, jak chcemy odpoczywać. Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego, gratulował inwestycji właścicielom stoczni. Sam jest żeglarzem i często odwiedza port jachtowy w Błotniku, a gdy ma czas pływa na Pętli Żuławskiej. Na terenie gminnym swą siedzibę ma także firma Metrostav, która buduje przebiegający od Gdańska do Wisły odcinek S7. Po zakończeniu budowy trasy kontenerowa siedziba zniknie, ale podatki zostaną w kasie. Bo skąd niby żuławskie gminy, którym coraz trudniej wyżyć z rolnictwa, miałby na to wszystko brać. Ich mieszkańcy mają coraz większe ambicje i apetyty i trudno im się dziwić, bo żyjemy w globalnej wiosce. Dzięki internetowi oraz 58 Cedry na gdańskich nizinach telewizji możemy podglądać jak dobrze i ładnie mieszkają ludzie w innych regionach Polski czy świata, chcemy tak samo mieć - wygodnie, ładnie i przyjemnie. I to szybko, najlepiej od razu. Mocno burmistrz i wójt muszą się nagłówkować, żeby nadążyć z aspiracjami swych mieszkańców. Rolnictwo oczywiście zostanie, ale nie będzie decydowało o kształcie gminy. Czasy wielkiego bogactwa Żuław, budowanego na mądrym gospodarowaniu na tej trudnej w uprawie ziemi, minęły bezpowrotnie. Historyk zauważył, że w 1594 r. w Cedrach Wielkich ukarano gospodarza, który urządzając zaręczyny swej córce przekroczył prawie czterokrotnie liczbę gości dozwoloną przez rozporządzenie normujące urządzanie uroczystości rodzinnych7. A to dopiero były zaręczyny — wesele Michała Bewersteina, syna sołtysa z pobliskiego Krzywego Koła swym przepychem dorównywało chyba tylko ucztom magnackim8. Kiedy w książce Das Weichsel-Nogat-Delta oglądam kolorowy plan wsi Suchy Dąb9 (to sąsiednia gmina) z 1667 r. zachwyca mnie ilość pokazanych tam domów podcieniowych — naliczyłem tuzin chłopskich pałaców stojących przy głównej ulicy, każdy ma po 4, 6, 8 słupów. Od razu widać jakie to były majątki! Wpływy z podatków od firm umożliwiają rozwój gminy, pozwalają, żeby poza realizowaniem przypisanych jej zadań stworzyć coś nowego lub wrócić do przeszłości. Tak, zaopiekować się zabytkami, upamiętnić ważne wydarzenia historyczne. Bo to co dawne i sprawy dzisiejsze wcale nie muszą się kłócić. Koło szkoły powstaje kosztem 10 milionów złotych hala sportowa; na wizualizacji widzimy niebanalny architektonicznie gmach, pomieści pełnowymiarowe boisko do piłki ręcznej, siatkówki i koszykówki, szatnie, trybuny 7 Więcej na ten temat w książce Przemysława Szafrana Żuławy gdańskie w XVII wieku. Studium z dziejów społecznych i gospodarczych, Gdańsk 1981. Warto zauważyć, że Stowarzyszenie Żuławy wznowiło w 2017 r. tę cenną pozycję a pomysłodawcą reedycji był pan Grzegorz Bogun z Błotnika, miłośnik regionu. 8 Pisałem o tym w artkule Tłusty Żuławiak w „Prowincji” nr 19/2015. 9 Zob.: Hugo Bertram, Wolfgang La Baume, Otto Kloeppel Das Weichsel-Nogat-Delta, Danzig 1924. Reprodukcję planu znajdziemy także w książce Marka Opitza Żuławy — czas przełomu, Nowy Dwór Gdański 1998. Wizualizacja hali sportowej, która do końca roku stanie koło szkoły w Cedrach Wielkich, fot. Urząd Gminy Cedry Wielkie Andrzej Kasperek 59 na 200 miejsc. Przewidywany termin zakończenia to koniec października 2018 r. Nowy obiekt będzie połączony ze szkołą. Powstaną także nowe sale dydaktyczne, pracownie komputerowe, do nauki języków, biblioteka i sala rehabilitacyjna z pełnym wyposażeniem. Oczywiście na wszystko pozyskano dotacje z wszelkich możliwych źródeł, ale na niemały wkład własny gmina musiała sama zarobić. A są to kwoty liczone w milionach. Zaniedbane przez lata zabytki mają obecnie szanse na odzyskanie dawnego blasku. Dzięki wspomnianemu projektowi znalazły się pieniądze nie tylko na dom podcieniowy, ale także dla miejscowej parafii. Przeznaczy go na renowację kościoła p.w. Sw. Aniołów Stróżów (remont dachu, elewacji, wieży oraz fundamentów, odtworzenie chóru nad nawą główną, uporządkowanie terenu wokół kościoła). Świątynia została spalona już po wojnie, w 1946 r. przez szabrowników. W środku wsi aż do 1989 r. stała ruina, kościół został odbudowany przez parafian z inicjatywy ks. Jana Szczepańskiego, ówczesnego proboszcza parafii i teraz ma szansę odzyskać swój dawny splendor. Wewnątrz trwają prace, trafiłem na odbudowę chóru. Z projektu ratującego żuławskie zabytki skorzystają także kościoły w Giemlicach (remont pokrycia dachu oraz ogrodzenia wokół kościoła), w Kieżmarku (renowacja drewnianego stropu, tynków wewnętrznych, drewnianego sklepienia z lunetami i witraży) a także w Trutnowach (rekonstrukcja drewnianej wieży). W kościelnej kruchcie stoi dzwon z 1647 r. Został zdjęty w czasie wojny; w 1942 r. chciano pozyskać z niego mosiądz, potrzebny na łuski do pocisków. Ale ocalał — na składowisku w hamburskiej hucie doczekał zakończenia wojny. Stracił koronę, co za tym idzie nie można go było z powrotem powiesić na żadnej kościelnej wieży. Z tego powodu po wojnie umieszczono go jako ozdobę na schodach do kościoła pod wezwaniem św. Piotra w Lubece™. Odnalazł go prof. Andrzej Januszajtis. W 2010 r. wrócił na Żuławy, ale wieża odbudowanego kościoła nie była już dzwonnicą, dlatego pozostaje tylko pamiątką. Na stosownej planszy pokazano jego powrót, po polsku i niemiecku opowiedziano historię jego odzyskania. Szkoda, że nie doszło do pełnej restytucji, że dzwon nie zawisł na dzwonnicy. Przypominam sobie łacińskie motto rozpoczynające „Pieśń o dzwonie” Fryderyka Schillera: vivos voco, mortuospłan-go, fulgura frango, co znaczy: żywych zwołuję, zmarłych opłakuję, gromy kruszę. Takie słowa umieszczano dawniej na dzwonach kościelnych. A ten żadnego z tych zadań nie podoła już wykonać. Smutne to... Ale jest pomysł, żeby przy kościele postawić dzwonnicę i tam zawiesić dzwon, który powrócił jako swoiste memento. Jako przypomnienie złych czasów wojny i wspomnienie lat świetności Cedrów Wielkich. Podobnie, pochodzący z 1517 r., dzwon kościoła pod wezwaniem św. Apostołów Piotra i Pawła w Trutnowach stoi koło kościoła, wieża została zniszczona w czasie wojny. Teraz trwają prace nad jej rekonstrukcją. Wspomniany przez mnie projekt jest szczodry dla żuławskich zabytków, ale wymaga, żeby gminy i parafie wniosły swój wkład. Dla niebogatych wspólnot jest to duże wyzwanie. Kiedy jednak czytam na stronie internetowej parafii trut-nowskiej listę darczyńców, którzy wpłacili datki na odbudowę wieży, to widać, że parafianom naprawdę na tym zależy. Sumy od stu do dwóch tysięcy złotych. Podziwiam ofiarność tych ludzi, pewnie dla niektórych to ostatni grosz, ale zgodnie z sensem ewangelicznej 10 http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,35612,7513034,Dzwon_wraca_do_kosciola_w_Cedrach_Wiclkich.html [dostęp: 27.02.2018] 60 Cedry na gdańskich nizinach przypowieści o wdowim groszu liczy się intencja. Swoją drogą to ciekawe, czy leżąca na terenie gminy miejscowość Ostatni Grosz ma coś wspólnego z legendą o wykupieniu ciała św Wojciecha, kiedy to na jednej szali położono srebro i złoto a na drugiej ciało męczennika Waga wciąż się nie zgadzała, dopiero ofiara ubogiej kobiety, dwa pieniążki, przeważyła szalę Na remont kościoła w Cedrach potrzeba 2 194 430 zł, Unia Europejska daje 1 316 65? zł, dotacja gminy wynosi: 548 607,58 zł, parafia musi wnieść sumę: 329 164 zł. I okazuje się, że pieniądze już zebrano. Można podziwiać gospodarność proboszcza i parafian. Może sekret tego sukcesu tkwi w wielkiej popularności ślubów w tutejszym kościele — w zeszłym roku było ich około 50. Ale to nie dlatego, że miejscowi parafianie tak ochoczo wstępują nć ślubny kobierzec. Niedaleko kościoła ulokowany jest „Cedrowy Dworek” — hotel i restaura cja słynący z organizacji wesel. Ludzie są dziś wygodni, ślub i wesele w jednym miejscu, be^ zbędnej mitręgi, przenosin, biegania... Okazało się, że jest to dobry pomysł, który chwycił „Cedrowy Dworek” oferuje także „wesela w plenerze, czyli przyjęcie weselne wśród sceneri żuławskich pól (...) bliskość natury, wyborna kuchnia serwowana w formie bufetu i grilli oraz rodzinny klimat sprawiają, że każdy ma szanse poczuć się wyjątkowo — zapewnia fol der reklamowy. I nie są to tylko przechwałki, przeglądam opinie w internecie, średnia oce na to. bardzo dobry a na booking.com nawet: fantastyczny! To nie byle co, na taką opinii trzeba ciężko zapracować. Przy wejściu gości wita portret autorstwa Witkacego. Prawdzi wy. Wnętrze to połączenie nastojów rustykalnych z nowoczesnością. Nic dziwnego, wszal to przebudowana stara stodoła, do której dodano belki z rozebranego domu podcieniowegc iczące po 250 lat. To miejsce ma swój klimat i to określenie pojawia się często w opiniacl gości dobry klimat a poza tym: świetna kuchnia, znakomita obsługa i wyjątkowy nastrój Rozmawiam z właścicielem, panem Ryszardem Tomkowiczem. Opowiada mi o orga nizacji imprez, o zasadach biznesu (nie tylko gastronomicznego), mówi o idei żuławskiego a u ja ości. Częstuje pierogami i machandlem. Nie dziwię się tym superlatywom, jaki iera jego kuchnia. I myślę sobie, że gdyby wszyscy mieli taki pomysł na gastronomią afHy Pro£rarn Magdy Gessler szybko zniknąłby z ekranów telewizyjnych. lu ni a ża nych kuchennych rewolucji, bo szef wie, że tylko najlepsze surowce prosto oi h k r™17 Prosto °d importerów połączone z fachową obróbką mogą dać efek U ar zo dobry. A pracowników trzeba właściwie opłacać. Proste? Jednak nie dl szyst ic . Kiedy zaczynał to ludzie pukali się w głowę. Trzeba było wyobraźni i odwag y starować w takim miejscu, oddalonym od centrum, a jednak odniósł sukces. y hodzę i zmierzam na parking koło domu kultury, gospodarz radzi, żeby skorzysta j t i. Kiedy odbywają się imprezy parking koło dworku jest za mały, gości gą owczas zostawić samochody na gminnym parkingu, żeby nie musieli chodzi ni pocie ro iono furtkę. Po niby drobiazg, ale pokazuje jak ważne są dobrosąsied; i. znowu łania się historia — takie boczne przejścia robiono kiedyś międz £ usytuowanymi frontem do ulicy. Były dla swoich, stanowiły także dowó zazyłosc. Na Żuławach Nachbam, czyli po prostu sąsiedzi, mówiono na najbogatszyc p wzajemna życzliwość i skłonność do samopomocy wyróżniały ten region. Pt ™ mantr?: 7 myŚlenie w kategoriach wspólnoty regionalnej może przynieś dobre rezultaty na przyszłość. Nawet jeśli mowa o drobiazgach. Andrzej Kasperek 61 Kilka lat temu na zaproszenie wójta Gminy Cedry Wielkie i Klubu Nowodworskiego na Żuławy przybyli Holendrzy badając możliwości budowy repliki historycznego wiatraka odwadniającego. Powstał projekt, aby postawić go i uruchomić w nim Centrum Edukacji Powodziowej. Znaleziono dla niego lokalizację — ma stanąć przy Kanale Piaskowym, tam kiedyś stał wiatrak odwadniający. Jest tylko jeden problem — kosztorys opiewa na milion euro; można by go wybudować w Polsce, wtedy koszty mogą być mniejsze o połowę. Ale i tak chodzi o dwa miliony złotych. Gmina nie ma takich funduszy. Może kiedyś spełni się marzenie Janusza Golińskiego. Ten wiatrak połączyłby przeszłość i teraźniejszość. Znając determinację, wytrwałość i pomysłowość mieszkańców gminy wierzę, że uda im się ten cel zrealizować. I tego im życzę! Remont kościoła finansowany częściowo z projektu pn. Zachowanie wie-lokulturowego dziedzictwa Żuław..., fot. Urząd Gminy Cedry Wielkie barokowaplebania w Trutnowach, fot. Andrzej Kasperek Odzyskany po latach dzwon, fot. Andrzej Kasperek Z.nak Wielkiej Wody na ścianie kościoła w Trutnowach, fot. Andrzej Kasperek Autentyczny portret namalowany przez Witkacego, który wita gości w „ Cedrowym Dworku", fot. Andrzej Kasperek 62 Rok rzeki Wisły 2017 Wiesław Olszewski Rok RZEKI WISŁY 2017 Tuba Dei - piętnastowieczny dzwon z bazyliki katedralnej św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty w Toruniu zabił uroczyście o północy w sylwestra 2016 roku. Uruchomiła go grupa flisaków, głosząc tym samym rozpoczęcie Roku Rzeki ^Cisły. Trąba Boża bije tylko w wyjątkowych chwilach. Idea obchodów została zainicjowana przez Społeczny Komitet Obchodów Roku Rzeki Wisły w 2017 i zyskała poparcie szeregu instytucji i samorządów. W kwietniu 2016 projekt stosownej uchwały wpłynął do Sejmu Rzeczypospolitej. 22 czerwca 2016 Sejm przyjął uchwałę, w której ustanowił rok 2017 Rokiem Rzeki Wisły. W obchody święta królowej rzek włączyło się również Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. W PTTK Rok Wisły obchodzono pod hasłem „WISŁA ŁĄCZY”. Pomnik Flisaka w Toruniu, fot. D. Andrzejewska Obchody nawiązywały do 550-tej rocznicy podpisania II Pokoju Toruńskiego z 19 paździer-w ' ^oku. Postanowieniem tego traktatu Wisła na swej całej długości znalazła się w granicach Królestwa Polskiego. Wiosną kolejnego roku mógł się więc odbyć pierwszy, zupełnie wolny flisacki spław aż do Gdańska. na snrwm A• zwana, której czas inną miarą niż ludzki żywot przyroda mierzy, Z i Zhoia “ b^ wL z worki J. ZZa L ZTi,* napMadach Nowych statków, północnym wiatrem gnanych, bogacąc warszawskich kupców. lei toń szeroka ' ciwległym brzegu, a ryb dostarchła ber lik zatrzymywala na Prze wielkich wezbrań śmierć i zniszczenie fale “ ‘ l°S°Slem na czele' Lecz w Czas“ Uli się budować domy. iy k‘°rZy zbyt bbskojej majestatu ośmie ' Przemysław Pasek, Wisła w Warszawie - historia naszej rzeki I I z-ej rzezi. http.//wislawarszawska.pl Wiesław Olszewski 63 Dla każdego Polaka Wisła jest ważnym symbolem historycznym. Jest najbardziej polską z polskich rzek. Nad Wisłą kształtowała się historia naszego narodu. Uroda Wisły była powodem do dumy wielu pokoleń Polaków. Nazwa rzeki funkcjonuje w opisach już od ponad dwu tysiącleci. Pierwsza zachowana wzmianka spisana po łacinie pochodzi z ostatniego stulecia p.n.e. Odnotował ją, jako Vi-stla, na swej mapie Marek Agrypa, wódz rzymski. Po nim, w 44 r. n.e. wymienił ją Pom-poniusz Mela nazywając Vistula. W pierwszych wiekach naszej ery ziemie położone nad Wisłą opisują również: Pliniusz Starszy (nazywając rzekę Viscla), Tacyt oraz Ptolomeusz. Nazwa rzeki, ziem nad nią leżących, ludów nad nią zamieszkujących pojawia się w kolejnych wiekach, także w dziełach traktujących o historii Słowian. O Visle jako „wielkiej rzece” wspomina anglosaski podróżnik Wulfstan w IX wieku. Rodzime, ludowe objaśnienie pochodzenia nazwy nawiązuje do Wandy, córki Kraka. Legendę tę jako pierwszy z polskich kronikarzy opisał i rozpowszechnił Wincenty Kadłubek na przełomie XII i XIII wieku. Mimo, że koncepcja ta nie znajduje oparcia w źródłach naukowych, powoływano się na nią w wielu kolejnych opisach. Jan Długosz teorię tę odrzucił. Według niego rzekę nazwano Wisłą jako zwisłą, zwisającą, spadającą z gór. Późniejsi badacze i współcześni językoznawcy wywodzą nazwę Wisła od rozpowszechnionego w językach indoeuropejskich pierwiastka veiss, oznaczającego ciecz, płyn, płynięcie, z czasem utrwalił się on jako nazwa własna Królowej naszych rzek. W prehistorii płynęła inaczej, wpadała do morza tam gdzie dzisiaj jest ujście Łaby. Obecny bieg ukształtował się po ustąpieniu zlodowacenia. Z biegiem stuleci, wraz ze swymi dopływami, stała się osią ziem polskich, główną ich arterią komunikacyjną. Była drogowskazem dla osadnictwa i lokowania ludzkich siedzib, w tym najważniejszych miast. Rzeka dawała nie tylko wodę — dawała ryby, zwierzynę chwytaną u wodopojów, była łatwiejszym i bezpieczniejszym do przebycia szlakiem niż trakty lądowe. Toteż już w neolicie, jak wskazują ślady, stała się Wisła ważnym szlakiem transportowym.2 Zwykle też gleby nadrzeczne były żyźniejsze i urodzajniejsze. Uprawa ich, chów zwierząt na bogatszych pastwiskach pozwalały uzyskać nadwyżki, można je było przeznaczyć na sprzedaż. Był to bodziec dla zaistnienia i rozwoju handlu. Rozwijał się na przestrzeni wieków, łączył odległe kresy Rzeczypospolitej z Bałtykiem i krajami zamorskimi. Wzdłuż rzeki - w obu kierunkach - odbywała się wymiana nadwyżek towarowych. Bardzo ważną rolę szlaku komunikacyjnego spełniał dolny, pomorski odcinek Wisły. W początkach naszej ery stał się on częścią słynnego szlaku bursztynowego wiodącego z imperium rzymskiego na Sambię. Tendencja do użytkowania Wisły jako drogi transportowej utrzymywała się przez kolejne pierwsze stulecia naszej ery aż do tworzenia się ustroju plemiennego jako wczesnej formy naszej państwowości. W miarę formowania się °d IX wieku organizacji państwowej komunikacja nabierała dodatkowego znaczenia, nie tylko handlowego lecz także dla realizacji innych kontaktów wewnątrzkrajowych i ze-wnętrznych. Wymiana drogą wiślaną stała się dynamiczną zwłaszcza od XII wieku, kiedy to istniały już całe skupiska osadnicze ciągnące się wzdłuż Wisły. Rozwój chrześcijaństwa i wzrost znaczenia kościoła, z powodu licznych postów, wzmógł popyt na śledzie. Stanisław Gierszewski, Wisła w dziejach Polski, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982. 64 Rok rzeki Wisły 2017 Najważniejszym jednak przedmiotem handlu stała się wtedy sól, służąca powszechnie do konserwacji ryb, mięsa czy masła. W XIII wieku na statkach wiślanych pojawiły się dwa nowe rodzaje towarów: miedź i zboże. To ostatnie, obok drewna, stało się na kilka stuleci głównym produktem wywozowym na trasie wiślanej. Zawsze ważną rolę na handlowym szlaku Wisły odgrywał bursztyn. Pierwszymi organizatorami żeglugi wiślanej była zapewne starszyzna plemion rozsia-ych nad rzeką. W Polsce feudalnej byli to możni — właściciele rozległych dóbr ziem-S >C .W wieku w proces ten włączyły się coraz liczniejsze klasztory, we własnym zakresie i na własnych statkach organizując transport wodny. Od wieku XIII, w związku ze wzrostem znaczenia miast, w strefę żeglugi i handlu wpisało się rosnące w siłę kupiec-two mieszczańskie. Miasta skutecznie zabiegały o przywileje książęce umożliwiające im swo o ę żeg ugi. Doceniając rolę i handlu i żeglugi dla gospodarki tworzono akty prawne wspomagające te procesy. Stosowny przywilej wydał też w 1254 roku książę pomorski °L r PrZy juz wówczas miastach powstawały przystanie i porty. Na dolnej y a to przystań w Tczewie i późniejsze w Gniewie, Świeciu i Sartowicach. We snym śre niowieczu istniało już wiele ważnych grodów nadwiślańskich stanowiący °Sr? 1 transportu i handlu wodnego. Wówczas to, zwłaszcza w rejonie dol- y, zaczę y powstawać organizacje żeglarzy rzecznych, kształtowały się żeglarskie prawa zwyczajowe i obrzędy, w tym kult św. Barbary - patronki flisaków. To także czas p szego roz witu Gdańska, rozwijającego się pod rządami dynastii pomorskiej w nowoczesne miasto i port o kluczowym znaczeniu dla handlu wiślanego. Po opanowaniu w latach 1308 - 1309 Gdańska i Pomorza Gdańskiego przez Zakon rzyzacki Polska została na długie ponad 150 lat odcięta od morza i ujścia Wisły. To ।c z rozwoju gospodarczych związków Polski z Bałtykiem, czas bezsku-ecznych starań o odzyskanie praw do ujścia Wisły. Wysiłki o wolny dostęp do Bałtyku t mes krępowaną żeglugę wiślaną były jedną z przyczyn wojen z krzyżakami. I rej z lat ruńct; u ' aszcza wojny trzynastoletniej.4 Dopiero postanowienia II pokoju to-wiek Przywróciły Pomorze Nadwiślańskie Polsce. Nastał złoty Zem 8' W '■ Zied"OCZenie Gdańska i ujścia Wisły z Rzeczpospolitą i jej zapleczem surowcowym oraz przywileje króla polskiego dla Gdańska zbiegły się w czasie ze zmtanam. ekonomteznymi na zachodzie Europy. Czas wielkich odkryć geograficznych, nd '.ntenSyWny r°ZWÓi 8°sP°dar“o - mleczny. Wywołuje, zwłaszcza w Anglii znaidował ’ P°Pyt na produkty i surowce. Duże nadwyżki tych artykułów n^ tt™ UtWie ‘ W RusL Dal° ~ P°4ek wielkiej wymia- szlatemZT"ę 7 tym‘ “T'3™ Eur°Py- Na dwa stulecia stała się Wisła głównym szlakiem handlowym tej części kontynentu. skanie Gdańska oraz^ednwzenilzTe^d zar°wn° na ™i, jak i u> mieście. Odzy- kraju podjęcie handlu Zbożem. Stał umożliwiły rejonom leżącym w głębi nosić owoce Cosonrl b f 1 r°zwoj rolnictwa w poprzednim okresie zaczął teraz przy-Gospodarka folwarczna na szeroką skalę oraz produkcja zbóż na sprzedaż zaczęła ‘ Marian Biskup,1409 - HU, Warszawa 1980. Wiesław Olszewski 65 przynosić znaczne dochody. To, co w 1400 r. było tylko cienką stróżką, do r. 1500przemieniło się w wartki strumień, w r. 1565 zaś było już prawdziwą powodzią? Siedemnasty wiek był początkiem załamania się tej tendencji. Liczne wojny u ujścia Wisły, wszechogarniający państwo kryzys, wreszcie upadek Rzeczypospolitej przerwały czas prosperity. Rzekę przez długie dziesięciolecia znów zaczęły dzielić granice mocarstw rozbiorowych. Wisła to jednak nie tylko szlak wodny. To jeden z głównych symboli naszej państwowości. Jej imię zaczęło być znane na długo przed pojawieniem państwa Piastów i jako ważne funkcjonuje przez wieki. Wśród słowiańskich plemion, które stworzyły później państwo polskie jako najważniejsze, obok Polan, wymienia się Wiślan żyjących wokół Krakowa. Legenda o ich władcy Kraku i jego córce Wandzie, tak związanej z Wisłą, żyje do dziś. To Wisłą w swą misyjną wyprawę udał się do Gdańska i Prus święty Wojciech, w następstwie tego patron Polski. Również nad Wisłą, w Zantyrze, ulokował swą siedzibę biskup Chrystian w czasie swej misji wśród pogańskich Bałtów. W pierwotnym podziale kraju na terytoria plemienne była głównie osią osadniczą, później, w okresie rozbicia dzielnicowego, zaczęła pełnić rolę naturalnej granicy. W dolnym odcinku granicy państwowej, najpierw z plemionami pruskimi, później z państwem Zakonu Krzyżackiego. Nad Wisłą, na terenie dzisiejszego Torunia, osiedli pierwsi na tych ziemiach rycerze Zakonu Niemieckiego z Hermannem von Balk na czele. Rzeka stała się szlakiem ich ekspansji. Podbili pogańskie plemiona ale też na półtora wieku odebrali Polsce dostęp do morza. Nawet gdy w mrokach rozbiorów wymazano z map Polskę, imię Wisły pozostało, Pri-tżislinskij Kraj — tak nazywano ziemie dawnego Królestwa Polskiego. Represjonowany w hitlerowskich Niemczech Związek Polaków jako swój symbol przyjął Znak Rodła — stylizowany bieg Wisły z zaznaczonym Krakowem jako kolebką polskiej kultury i symbolem trwania oraz ciągłości państwa polskiego. Nazwa Królowej Rzek na trwałe splotła Norman Davies, Boże Igrzysko. Historia Polski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010. 66 Rok rzeki Wisły 2017 się z dziejami Polski, stając się symbolem polskości, łącząc nasze ziemie równie silnie tak w atac roz witu, jak i niepowodzeń. Jedna z największych wiktorii w naszych dziejach zyskała miano Cudu nad Wisłą. Znacząca jest wreszcie rola Wisły w literaturze, sztuce, muzyce i krajoznawstwie. Od zarania dziejów Wisła interesowała ludzi sztuki i nauki, pobudzała ich wyobraźnię więc zaczęła byc opisywana. W 1549 roku podróż Wisłą do Gdańska odbył i opisał poeta Se-na lan onowic. Jego Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do . ej przypa ającymi można odbierać jako przewodnik krajoznawczy ale i podręcznik do g g oraz an u pisany z reporterskim zacięciem. Poemat obfituje w humorystyczne yg Je’ nie stroniąc od specjalistycznego słownictwa. Odczytanie alegoryczne pozwala interpretować flisowanie jako parabolę ludzkiego życia. Wiek VI i początek kolejnego, oty wie w isac im spławie, to czas kiedy temat wiślany w literaturze pięknej był szczególnie widoczny. Silnie związany z wyrazistym nurtem literackim głoszącym apote-ozę rolnictwa . życia wiejskiego. Wplatali w to motyw wiślany twórcy dziś często zapo-mmam ale , najwybitmejsi epoki jak Mikołaj Rej, Jan z Czarnolasu, Andrzej Morsztyn czy Wacław Potocki. W utworach dominował motyw spławu, jego pożytku gospodarczego, W.sły jako dróg, transportowej. Pojawiły się też poetyckie opisy rzeki jako żywiołu, jako e ementu przyrody, obiektu piękna, odpoczynku, zabawy i rozrywki. W literaturze tego asu zaistniały p,erwsze próby utożsamiania Wisły z całą Polską, zalążek dziewiętnasto-wiecznego jej mitu jako symbolu narodu. eró™’ \zwi^any z nią folklor flisacki, stały się ulubionym motywem po-b Stanisł CC ’ !■' ten był twórców Młodej Polski jak choć- oLvstvl WySp'a"sk,e8° Konopnicką. XIX wiek to początek podróży po Sza druk! dla P°ZnaWania ich hi5torii> obyczajów ludu i ^kna przyrody. Wy- skich ale ów P°eyck,e°Pisy tych wędrówek, dotyczą zwyczajów ludów nadwiślań-Raczyńsk Kai! ! ‘ SWe -niej pamiętani jak Edward twórczot W n pT^ ranCiSZek WaŻyk’ A"tOni Czajkowski ale i bliski nam swą pozbawionej meo!! ł " ’• pT” '° Wyrazy hotdu składane Wiśle a tym samym spZXi"X dl| g r ZyCie ‘ ZWyCZaie flisackic stały się źródłem silnych in-te te™ l>tyatury pięknej ale i dla opracowań etnograficznych. Wiele miejsca na Porno! ooT'" J N'e,"z - swych relacjach z podróży do Gdańska na Pomorze, opisują tez Oskar Kolberg, Zygmund Gloger, Adam Chętnik i inni. uzyskanie niepodległości, ponowny dostęp do Bałtyku to koleiny czas entuziastycz-nego spojrzenia na Wisłę Na Fali E y u’ to kolejny czas entuzjastycz rzystwa Krajoznawczego wydanoU"™enia, z inicjatywy Polskiego Towa-znawców najrozmaitszych dziedzin z!!! M°n°grafię W!sl^ Praca wielu uczonych, riodyki poruszające szeroko pojęty problem"!^ ' gające pe- utwory literackie propaguiace 7! • w/ Y 7 8°sPodark' wodnej. Zaczęły powstawać logif nadmorską- Wisła, Międzymorze'W’ ”jŻeromski wydaie swoią try' zyka i stylu. Jest rzeka wyzwaniem dla’w '! m°rZa' nlePowtarzalne pod względem ję-nie pięknem Wisty, tej dolnej nam tak bl! P‘ a”* temMem dziet P°«yckich. Zauroczę-________________ s leh dostrzega i opisuje Melchior Wańkowicz.6 6 Patrz: „Prowincja”, nr 1(11), 2013, s. 78-89. Wiesław Olszewski 67 Dramat drugiej wojny, rozproszenie Polaków po świecie, znów wywołało tęsknotę do rodzinnych stron — Wisła ponownie stała się symbolem ojczyzny i wszystkiego co z nią utracono. Z nostalgią wspomina o niej Julian Tuwim w Kwiatach Polskich pisanych na obczyźnie. Była rzeka symbolem ojczyzny dla wszystkich, którzy o nią walczyli. Nawet gdy ginęli daleko, śnił się im żółty wiślany piach, wioski słomiany dach. W twórczości współczesnej temat królowej naszych rzek jest ciągle żywy i znaczący. Motyw Wisły i życia flisackiego ujawnił się również w muzyce i twórczości scenicznej. Najwybitniejszym dziełem jest tu opera Flis Stanisława Moniuszki z librettem Stanisława Bogusławskiego. Były i inne, mniej słynne utwory, wśród nich „Oryl” Władysława Łe-bińskiego. Wisła i związane z nią klimaty i krajobrazy to częsty temat w malarstwie i grafice. W okresie rozkwitu żeglugi zaczęły powstawać prace ukazujące statki rzeczne na tle panoramy miast portowych w tym często Gdańska i Elbląga. Zasłynęli swą twórczością: Abraham Boot, Egidiusz Dickmann, Fryderyk Lohrmann, Daniel Chodowiecki. Nie sposób me wspomnieć o powstałej w tym czasie (1608 rok), słynnej Apoteozie łączności Gdańska z Polską Izaaka van den Błocka z plafonu w Wielkiej Sali Rady Ratusza Głównego Miasta. Mimo mniejszego zainteresowania rzeką w czasie zaborów też była natchnieniem artystów. Malarzami Wisły stali się: Zygmunt Vogel, Teodor Baltazar Stachowicz, Józef Szer-uientowski, Aleksander Gierymski czy Napoleon Orda. Na czoło tego okresu wysuwają się liczne prace gdańskiego malarza Wilhelma Augusta Stryowskiego, seria flisacka ukazująca sentymentalny obraz ich życia na tle krajobrazu Wisły czy Motławy. Motyw Wisły w sztukach plastycznych, podobnie jak w literaturze, z nową siłą ukazał się po odzyskaniu przez Polskę niepodległości.7 \, Od zarania dziejów była też Wisła wyzwaniem dla uczonych i mistrzów najrozma-•tszych dziedzin, budowniczych brodów i mostów, wytwórców jednostek pływających 1 tych którzy je obsługiwali, kupców i handlowców. Pośrednio wpływała na rozwój rolnictwa, hodowli ale także rzemiosła i przemysłu. Dawała utrzymanie ogromnej rzeszy flisaków, oryli, marynarzy, rybaków, przewoźników, stoczniowców i portowców ale rów-n’eż piaskarzy, żwirarzy, rębaczy lodu itp. Była i jest przedmiotem badań i opracowań dla historyków, kulturoznawców, etnografów, przyrodników, konstruktorów, hydrologów ' hydrotechników oraz ekonomistów. Ze względu na swe militarne znaczenie zawsze była obiektem zainteresowania strategów i inżynierów wojskowości. Rok Rzeki Wisły miał być, w założeniu jego inicjatorów, świętem wszystkich, którym sprawy wiślane są bliskie — wiślanych wodniaków, którzy starają się z pietyzmem odtwarzać tradycyjne łodzie i flis rzeczny, miłośników przyrody wiślanej, którzy dbają o zachowanie w możliwie naturalnym stanie siedlisk roślin i zwierząt, a także żeglugowców, którzy chcieliby choćby częściowego przywrócenia roli Wisły jako ekonomicznego i ekologicznego szlaku transportowego oraz szlaku turystycznego. I takim świętem wydarzenie to się stało. Dzięki włączeniu się w uroczystości wielu osób, organizacji oraz samorządów stało się świętem niemal narodowym. Inauguracja obchodów nastąpiła w dniu 550 toczony zaprzysiężenia II pokoju toruńskiego. 19 października 2016 r. w Toruniu oprócz ----------------- Stanisław Gierszewski, Wisła w dziejach Polski, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982. __________________________________Rok rzeki Wisły 2017______ sesji inauguracyjnej w Dworze Artusa oraz regat wioślarskich ósemek odbyły się inscenizacje bitwy na Wiśle i zaprzysiężenia pokoju oraz symbolicznego otwarcia wolnego flisu na Wiśle. Już 2 stycznia następnego roku odbyła się pierwsza impreza obchodów, potem kolejne atrakcje zarówno dla wodniaków, jak i turystów lądowych oraz mieszkańców nadwiślańskich miast, miasteczek i wsi. Odbyły się również liczne sesje naukowe dotyczące różnych dziedzin związanych z rzeką. Ponad 20 nadwiślańskich placówek muzealnych zaangażowało się w inicjatywę Muzea Szlaku Wisły. Do projektu wpisującego się w obchody jubileuszu przystąpiły m.in. Muzeum Historyczne Miasta Gdańska - Twierdza Wisłoujscie, Muzeum Narodowe w Gdańsku, Muzeum Wisły w Tczewie, Muzeum Ziemi Chełmińskiej w Chełmnie, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Etnograficzne w Toruniu, Muzeum Mazowieckie w Płocku, Muzeum Wisły Środkowej i Ziemi Wyszogrodzkiej w Wyszogrodzie, Zamek Królewski w Warszawie, uzeum Historii Polski w Warszawie, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym, uzeum Okręgowe w Sandomierzu i Muzeum Historyczne Miasta Krakowa. W ramach obchodów Roku Wisły 2017 odbył się kajakowy spływ nurtem Wisły na asie z Korzeńiewa do Białej Góry. Zorganizował go Samorząd Województwa Pomor-s lego wraz z Gminą Kwidzyn, Gminą Ryjewo, Miastem i Gminą Sztum oraz Powiatem °bchody wpisał się także kolejny Spływ Wodami Żuław organizowany przez u urystyczny PTTK SZU WAREK w Nowym Dworze Gdańskim. Piszący te słowa w obu imprezach z radością uczestniczył. Na tropach historii Grażyna Nawrolska 3 Miniatura ukazująca brukowaną ulicę ze sklepami, m.in. krawca i kuśnierza, golibrody i aptekarza. Francja XV w. o HANDLU, TARGACH I JARMARKACH W ŚREDNIOWIECZNYM ELBLĄGU 70 P handlu, targach i jarmarkach w średniowiecznym Elblągu Miasta zmieniły oblicze świata. Przekształciły nie tylko środowisko naturalne, zagospo-darowując zupełnie inaczej przestrzeń, ale również przeobraziły jakość życia ludzi. Różnorodne formy miejskiej egzystencji wyznaczały nowe potrzeby funkcjonowania zbiorowości udzkiej, określiły ich działania gospodarcze, kulturalne i polityczne. Stopień zurbanizowania większego lub mniejszego obszaru wyznaczał drogę rozwoju społecznego, ukazując zarówno złe jak i dobre cechy wspólnot ludzkich funkcjonujących w określonej przestrzeni i wiążącej się z miejskim stylem życia. W średniowieczu miasto stanowiło swego rodzaju zjawisko, które wyróżniało je od . ^C- wsP°^czesnyc^ mu f°rm osadniczych, np. osady czy emporium handlowego. Sama nicja miasta nie zawsze brzmiała ostro i konsekwentnie. Dlatego możemy spotkać się z takimi nazwami, jak np. villa, civitas czy locus. Na zachodzie Europy w XI-XH wieku uformował się nowy model ośrodków typu: miasto, tóre pełniły szczególne funkcje gospodarcze i zostały obdarzone szeregiem P. eiow e onomicznych i politycznych. W XIII w. w efekcie podjętej na dużą skalę o owania nowych ośrodków miejskich w rejonie pobrzeża Bałtyku powstaje szereg nowych miast, w tym również Elbląg. V k J CZaS n*e UdałO stworzyć uniwersalnej definicji miasta średniowiecznego. Jędzę uważają, że istnieje szereg kryteriów, na podstawie których możemy wyróżnić P.Y0 striJktur osadniczych. Wydzielona przestrzeń otoczona fortyfika- , lmi ° malała zamknięty obszar rządzący się własnymi prawami. Powszech-i L . °ną CeC miasta jest rzemieślniczo-handlowy charakter jego gospodarki, o reslający targową funkcję miasta. Chociaż jego utrzymanie jest zależne od wyników g po ar i ro niczej jego zaplecza. Cechą średniowiecznych miast jest także ich specy-. । U?a SP° eczna’ przejawiająca się w specjalizacji zawodowej i zróżnicowaniu / • J 7 . , st°tnym ryterium jest regulacja prawna normalizująca podstawy własno-i- ' R r " °T * °FaZ UStala^ca formę działalności samorządowej gminy mieszczań-k ' k p UnkCK miaSU Pakował kościół, co znajduje odzwierciedlenie w sieci kosciołow i klasztorów. Cdańsk a-.°W^ k W r°ZWOiu Wle*kich miast państwa krzyżackiego - Torunia, Elbląga, rakter tran ? WS^Stkim dalekosiężny i mający w dużym stopniu cha- dzv Riai ? UC2eStniCZył Bardz° aktywnie w wymianie gospodarczej mię- An2 N d rr1’ SakSOni^’ Westfa,h ‘ Nadrenią. jak również Francją,, Si 2 h S ,ZaCh°dU P^ono przede wszystkim sukno (fhndryjskk SS y y 2' W ""W St°Pni“ Poprawy, wino, owoce południ w kuchni "2 °ty UŻyWlne P™z ^n - żydu codziennym na stołach 'l'3"6’ SZk'ane> meulowe- Z Elbląga eksportowano głównie zbo-ze, futra, drewno . produkty powstałe w wyniku jego przeróbki - smołę, dziegieć i popiół. wKlliTwyS gospodarczych Elbląga w średniowieczu, przede wszystkim ^ponu^in^ lowane przez silną HANZĘ 7wia7 k • oezpieczne drogi morskie kontro Ta wszechstronna i szeroka wymiana hTndr'^^"34 "T' Paneuropejskich- y « ndlowa Elbląga prowadzona z różnymi miastami 71 Grażyna Nawrolska 1 ^in hlbląga w XV w. A-targ Rybny; B-płac targowy Starego Miasta; C-kramy i budy wokół kościoła p.w. św. Mikołaja. Kys- B. Kiliński Ja również dobrze prosperujący rynek wewnętrzny, musiały mieć zapewnione stosowne 1 bezpieczne miejsca przeznaczone do tego typu działań. Po północnej stronie Starego lasta usytuowany był elbląski port wraz z warsztatami stoczniowymi, w których m.in. otwicznicy czy powroźnicy wytwarzali różnorodne produkty na potrzeby budowanych statków. Teren na lewym brzegu rzeki wykorzystano pod lokalizację Wyspy Spichrzów, gospodarczego zaplecza miasta, na której ulokowano m.in. magazyny i urządzenia służące tzerniosłu elbląskiemu, wytwarzającemu produkty zarówno na rynek wewnętrzny jak i na wYrnianę handlową. Wzdłuż nadbrzeża skupiał się ruch związany z obsługą handlu dalekosiężnego i handlu popatrującego miasto w ryby, będące jednym z ważniejszych produktów żywnościowych awnych mieszkańców Elbląga. Prawdopodobnie około 1366 r. wybudowano tzw. dom s edziowy (Heringshaus), w którym znajdowały się 23 ławy do sprzedaży s'ledzi, przywożonej m.in. z Norwegii. W pobliżu usytuowane były ławy sprzedawców jesiotrów i stoiska sprzedawców dorszy. Targ rybny odbywał się w środy, piątki i soboty oraz w inne dni Postne. Również w tej części miasta znajdowały się dwie duże wagi: do ważenia mięsa oraz towarów ciężkich, tzw. ponder. 72 O handlu, targach i jarmarkach w średniowiecznym Elblągu Nad rzeką Elbląg rozładowywano i załadowywano pakowane w beczki lub specjalne paczki towary drobnicowe oraz różne surowce Te prace ułatwiał wybudowany w 1364 r. żuraw. Również tutaj sortowano i w brakarniach przeprowadzano kontrolę jakości towarów. W wytyczonym w XIII w. planie Starego Miasta brak było centralnie usytuowanego, prostokątnego lub kwadratowego placu targowego (rynku), charakterystycznego elementu średniowiecznych miast. W dawnym Elblągu tę funkcję handlową pełniła najdłuższa i najszersza, centralnie usytuowana ulica Stary Rynek, a dogodne położenie i łatwy do niej dostęp z każdej strony miasta pozwalał spełniać rolę centrum życia handlowego. Koncentracja wymiany i sprzedaży wymagała jednak uporządkowania i podzielenia tak długiej ulicy na specjalne odcinki przeznaczone do handlu określonymi produktami. W bardziej uprzywilejowanej zachodniej części znajdowały się: Targ Chlebowy i Węglowy, kramy szewskie oraz miejsce dla handlu futrami. Po wschodniej stronie ulicy mieściły się kramy sprzedające pieczywo z białej mąki, dalej targ zwany Końskim oraz targ Drzewny. W obrębie zespołu ratuszowego funkcjonowały ławy i kramy rzeźnicze oraz tzw. ogród korzenny, gdzie sprzedawano korzenie i przyprawy. Odrębnym miejscem handlu były budy kramarskie wokół kościoła p. w. św. Mikołaja. Chociaż niektóre z nich pełniły funkcje produkcyjne (wytwórczość skórzana), to jednak przede wszystkim służyły one celom handlowym. Również w tym rejonie ulokowano ławy chlebowe. Elblążanie sprzedawali także produkowane przez siebie wyroby na parterze i w piwnicach własnych lub dzierżawionych kamienic względnie na tarasach przedproży. Ważnie towarów. Fragment miniatury niemieckiej z początku XV w. Warsztat szewca — miejsce produkcji i sprzedaży butów. Miniatura niemiecka z końca XV w. Przerys J. Sza la ty Grażyna Nawrolska 73 Miniatura francuska przedstawiająca ulice kupców i rzemieślników, XV w. W średniowiecznych miastach hanzeatyckich obok zwykłych cotygodniowych targów lokalnych czy prowadzonego handlu ustawicznego (codziennego) nie było dorocznych targów specjalnych zwanych jarmarkami, których nazwa pochodzi od słów: das Jahr — rok i der Markt — targ. Jarmarki, trwające zwykle kilkanaście dni, były bowiem cechą charakterystyczną małych miast, dla których stanowiły źródło W drodze na targ. Fragment miniatury niemieckiej z końca XV w. znacznych dochodów. W du- żych miastach niemieckich (np. Lubeka, Hamburg, Kolonia), inflanckich (np. Ryga, Rewel, Dorpat), flandryjskich (Brugia, Antwerpia) czy pruskich (Elbląg, Toruń) jarmarki zaczęły funkcjonować dopiero w okresie nowożytnym . Wyjątkiem były: Gdańsk (jarmark dominikański), Malbork i Królewiec, gdzie średniowieczne jarmarki odbywały się raz w roku. Natomiast targi były stałym elementem w życiu mieszkańców dużych i małych miast. To dzięki nim miasto stawało się punktem szczególnym w całej okolicy, miejscem, do którego podążano by sprzedać płody rolne i nabyć wyroby rzemieślnicze. Praktycznie bez targów miasto nie mogłoby funkcjonować. Tym bardziej jeżeli ośrodek znajdował się na szlaku handlowym i miasto czerpało znaczne korzyści z pobytu przyjezdnych kupców. Zwłaszcza jeżeli posiadało tzw. prawo składu, które zobowiązywało 74 O handlu, targach i jarmarkach w średniowiecznym Elblągu przybyłych kupców do wystawiania na sprzedaż towarów przez czas określony i z góry pc ustanowionej cenie. Takie prawo Elbląg uzyskał w 1393 r. jako pierwsze miasto w Pru-sach. Towary pochodzące m.in. z okolic Królewca, Dzierzgonia, Sambii czy Warmii były składowane i sprzedawane w Elblągu, jak i wywożone dalej. Jeszcze bardziej restrykcyjni było tzw. bezwzględne prawo składu, które nakazywało sprzedaż całego przewożonego towaru i zabraniało dalszej podróży. Targi i jarmarki spełniały ważną funkcję gospodarczą i społeczną, ale także odgrywały niebagatelną rolę kulturową. Dla większości mieszkańców okolicznych wsi leżących w po-bliżu ośrodków miejskich oraz dla miejskiego plebsu i pospólstwa były często jedynym „oknem na świat ”. Szczególnie wielkie jarmarki przyciągające kupców z bardzo nieraz odległych stron wzbudzały ogromną ciekawość miejscowych. Chociaż nie wszystkich stać było na zakupy luksusowych i egzotycznych wyrobów rzemieślniczych, napitków (wino, piwo), przypraw (gałka muszkatołowa, pieprz) i owoców południowych (pomarańcze, cytryny, figi), to kontakt z przyjezdnymi kupcami i ich towarami rozpalał ciekawość nieznanego i dalekiego świata. Każdy mógł znaleźć na targu czy jarmarku dostępne dla siebie wyroby, jak również osiągalną dla swojej kieszeni rozrywkę. Wszyscy mogli przyglądać się występom grajków i kuglarzy. Place targowe (w większych miastach często bywały dwa) wykorzystywano również dla występów „trup teatralnych”, a prezentowane prze? nich spektakle nawiązywały do motywów religijnych mających często umoralniający Skład przyjezdnego kupca z XV w. Grażyna Nawrolska 75 charakter. Przestrzeń placu targowego była także miejscem innego rodzaju „rozrywki” średniowiecznych mieszkańców zarówno Elbląga, jak i innych miast. Tutaj znajdował się pręgierz, do którego przykuwano przestępców i wykonywano większość kar cielesnych oraz multylacyjnych (okaleczenia). Przykładem może być kamienno-ceglany fundament elbląskiego trzynastowiecznego pręgierza odsłonięty podczas badań archeologicznych. Plac targowy był również miejscem egzekucji, gdzie kat wykonywał wyrok kary śmierci przez ścięcie toporem lub mieczem katowskim. Natomiast na wzgórzach szu-bieniczych, leżących już poza murami miejskimi, egzekwowano inne rodzaje kar śmierci, m.in. spalenie na stosie czy zagrzebanie żywcem. Pod koniec XIV i w XV stuleciu na- ..... „Wystarczy już zakupów”. Fragment miniatury stąpiły głębokie przeobrażenia w han- franCuskiej z XV w. dlu pruskim, które dotknęły również Elbląg. Pogorszenie sytuacji gospodarczej miasta spowodowane było m.in. postawą miasta podczas Wielkiej Wojny Zakonu z Polską (opowiedzenie się po stronie króla Władysława Jagiełły), zmniejszającą się aktywnością ekonomiczną i polityczną, licznymi wojnami prowadzonymi na Bałtyku i szybko rosnącą konkurencją innych miast. Największą przeszkodą dla elbląskiego handlu była konkurencja Gdańska, intensywnie rozwijającego się ośrodka usytuowanego w pobliżu Elbląga, który zaczął przejmować handel z Litwą i bezpośrednim zapleczem gospodarczym miasta, a dogodniejsze położenie jego portu stwarzało konkurencyjne warunki żeglugi, zarówno dalekomorskiej jak również lokalnej. Zdecydowanie później, bo z XIX w., Emil Zola nazwał tamtejsze targowiska i hale Brzuchem Paryża, gdyż takie miejsca istniały zarówno w miastach średniowiecznych jak i w nowożytnych. Z handlu prowadzonego na targach i jarmarkach utrzymywała się część społeczności miejskiej, ale także mieszkańcy z bliższych i dalszych stron. Każdy przecież musiał zaopatrywać się w żywność, odzież i wyroby rzemieślnicze, słowem we wszystko to, co pozwalało przeżyć. Ale zawsze, na wszystkich targach i jarmarkach mogły być powtarzane były słowa: może już wystarczy tych zakupów. 76 Więcej cieni niż blasków w państwie krzyżackim Bogumił Wiśniewski Więcej cieni niż blasków W PAŃSTWIE KRZYŻACKIM W zakonie krzyżackim, jak i w pozostałych lewantyjskich zakonach, powołanych do zdobywania i obrony miejsc świętych, obowiązywały wewnętrzne prawa, regulujące zasady współżycia wszystkich członków żyjących we wspólnocie zakonnej. Regulacje prawne w poszczególnych zakonach nieznacznie różniły się od siebie. Natomiast wspólną płaszczyzną, była obrona wiary i walka z niewiernymi poza granicami chrześcijańskiej Europy Bracia-rycerze jak i kapłani posługujący w kościołach, mieli obowiązek utrzymać przejęte od niewiernych święte miejsca na Bliskim Wschodzie. Regulacje zasad życia wspólnotowego obowiązujące członków zakonu krzyżackiego, zostały ujęte w Statutach, które obejmowały Regułę, Ustawy i Zwyczaje. Uregulowania istniały już przed połową XIII wieku. Za łamanie zasad życia zakonnego, za czyny niedozwolone, a popełnione przez członków zakonu krzyżackiego w Prusach, groziły sankcje prawne w czterostopniowej skali gradacji. Za konkretne wykroczenie, grzesznikowi przypisywano odpowiedni paragraf. Ale tak naprawdę - zasady wymiaru sprawiedliwości i długość kary za popełnione przestępstwo przeciwko obowiązującym zasadom w zakonie, w dużej mierze zależały od subiektywnej oceny wielkiego mistrza, czy danego komtura operującego na danym terenie. Bogumił Wiśniewski 77 Dla potrzeb artykułu przedstawię jedynie regulacje prawne w zarysie, które obowiązywały wszystkich zakonników żyjących w zakonie krzyżackim. Myślę, że dzięki temu pozwoli to lepiej zrozumieć, a jednocześnie uwypuklić występki oraz obnażyć brutalną prawdę o rozkładzie moralnym panującym w państwie zakonnym. Do przewinień pierwszego stopnia zaliczano: wysyłanie obcego listu, zadawanie się zakonnika z kobietami o wątpliwej reputacji w trakcie podróży oraz pełną pożądliwości mowę na temat grzechu. Za powyższe wykroczenia przewidziano do trzech tygodni chłostę na niedzielnej cotygodniowej kapitule, a także utratę posiłku na okres od jednego do trzech dni. Do przewinienia drugiego stopnia zaliczano między innymi: szkodę wyrządzoną przez przekazanie bez zgody przełożonych znaczących dóbr należących do zakonu w obce ręce, jak również wysyłkę i przyjmowanie przez zakonnika tajnych listów. Piętnowano w tym punkcie także przebywanie zakonników w szemranych przybytkach, które cieszyły się złą opinią przełożonych. Podlegały każę również noclegi, jedzenie i picie poza konwentem. Za te czyny karano współbrata do roku utraty noszenia krzyża na płaszczu. Kara ta była bardzo surowa, ponieważ wiązała się zawieszeniem członka zakonu w pełnoprawnym życiu korporacyjnym. Dodatkowo skazany był zobowiązany do spożywania posiłków na podłodze z niewolnikami, służącymi i pachołkami oraz pracować z nimi fizycznie. Na trzecią kategorię przestępstw przeciwko przyjętym normom zakonnym, uznawano: zranienie chrześcijanina bez przyczyny, konspiracja przeciwko wielkiemu mistrzowi i zwierzchnikom, także wyjawienie postanowień kapituły przez brata. W tym katalogu znalazły się również, kradzieże i paserstwo, posiadanie własnych dóbr przez zakonników rycerzy, roztrwanianie własności zakonu, a nawet nieuzasadnione nadawanie przywilejów dla innych. Ponadto zabraniano stosunków płciowych z kobietą i przebywanie bez zgody przełożonych poza konwentem przez dwa dni. Oprócz tego, piętnowano wystąpienie zakonnika ze wspólnoty bez uprzedniego uzyskania odpowiedniego pozwolenia. Co gorsza, po wystąpieniu członka z zakonu, były brat musiał się liczyć z karą za podjęcie niemoralnego i rozpustnego trybu życia. Za powyższe popełnione niedozwolone czyny, sprawcy groziły kajdany i do roku więzienia w ciemnych lochach zamczyska. Na katalog czwartej kategorii składały się najcięższe przewinienia dokonywane przez członka zakonu przeciw regule. Zabronione było wstąpienie do Zakonu drogą symonii {świętokupstwo, handel sakramentami oraz dobrami duchowymi), przez kłamstwo lub poprzez przemilczenie ewentualnych przeszkód. Teoretycznie ucieczkę z pola bitwy rycerza, traktowano najsurowiej, karano także za stosunki homoseksualne oraz apostazję. Za powyższe wykroczenia, skazywano współbrata na wydalenie z zakonu krzyżackiego i przeniesienie karne do innego zakonu o zaostrzonej wewnętrznej regule, lub w ostateczności skazywano winnego na dożywotne świeckie więzienie1. Jak zawsze w takich przypadkach prawo prawem, a życie pokazywało prawdziwe oblicze członków zakonu krzyżackiego. Na polu bitewnym, w obliczu śmierci, wielu z nich nie przejmowało się karą za złamanie obowiązującego prawa. W obliczu śmierci, często współbrat pozostawiał swoich współtowarzyszy na pastwę nieprzyjacielskiego miecza. ' M. Duda, S. Jóźwiak, Naruszenie reguły zakonnej przez Krzyżaków i ich karanie w Prusach w pierwszej połowie XV w, [w.] Kwartalnik Prawa Publicznego 12/3-4, s. 31-46, 2014 /Internet/. 78 Więcej cieni niż blasków w państwie krzyżackim Widząc swoją niemoc zwycięstwa, po prostu wybierał ucieczkę lub niewolę. Wybierał w takim wypadku życie, niż niechybną śmierć w zespół ze swoimi towarzyszami. Po bitwie grunwaldzkiej wielu czcigodnych braci, czmychnęło w różne kierunki świata, aby się tylko uratować przed klęską. Nie przejmowali się późniejszymi konsekwencjami z tego powodu2. W czasie pokoju starszyzna z korporacji także nie miała zaufania do swoich współbraci, za młodu sami przecież przechodzili wielorakie pokusy. Wiedzieli, czego można się spodziewać od młodszych współbraci mieszkających na zamku. Nocą w do-rmitorium obowiązywała zawsze zasada zapalonych świec. Przełożeni na wszystko mieli baczenie. Czujnie doglądali nocą odpoczywających współbraci. Chciałoby się rzec, trzymali rękę na pulsie. Nic nie mogło im umknąć uwadze. Wydawało im się, że panują nad życiem wewnętrznym w zakonie. Ale mimo wszystko, zdwajali swoją czujność, kiedy w szeregi zakonu, zaczęto rekrutować wspomagające ich kobiety: powinny być przyjmowane tylko za przyzwoleniem komtura krajowego, a kiedy zostaną przyjęte, powinny mieszkać oddzielnie od kwater braci, jako że czystość obowiązująca braci, którzy mieszkają z kobietami, chociaż światło jest pozostawione, jednak nie jest bezpieczna, i nie może się również długo obyć bez zgorszenia’’. Wstępujący śmiałek do zakonu krzyżackiego, wiedział, że za chwilę będzie zmuszony do bezwzględnego podporządkowania się starszyźnie i panującemu tam zwyczajom. Zdawał sobie sprawę, że z momentem wstąpienia do elitarnych 2 M. Józefczyk Średniowiecze Elbląga, Elbląg 1966, s. 137. 3 Reguła Zakonu Szpitala najświętszej Marii Panny domu niemieckiego w Jerozolimie. Przeł. J. Erupinda, Malbork 2004, s. 36. Cyborium. Diecezialne Muzeum w Pelplinie, fot. B. Wiśnietct^ Bogumił Wiśniewski 79 zastępów, będą od niego wymagać męstwa oraz waleczności na polu walki. Musial się pogodzić także, że jego życie w zakonie może trwać krótką chwilę. U młodych ludzi sława, marzenia o rejzach, etosie rycerskim, brały górę nad zdrowym rozsądkiem. W zakonie liczyło się nie tylko waleczność, ale również rodowe pochodzenie i koneksje rodzinne kandydata. Dzięki którym, adept mógł liczyć na błyskawiczną karierę w hierarchii zakonnej. Ryzyko i bohaterskie czyny mrożące krew w żyłach, były dodatkowym czynnikiem, które przemawiały za wstąpieniem w szeregi do współtowarzyszy krzewiących wiarę. Prawdą jest, że dobra marka zakonna wypromowana w Europie, także atrakcyjne zadania powierzane przez papiestwo, dodatkowo działały na korzyść na rzecz wstąpienia w szeregi braci zakonnych. Możliwość zdobycia sławy rekompensowało ciężkie życie w zakonie. Więcej, otwierało drogę do szybkiej kariery, wszak długość życia przywódców, nie była aż tak długa. Madonna szafkowa z Klonówki. Diecezialne Muzeum w Pelplinie, fot. B. Wiśniewski Nowy narybek zobowiązany był nie tylko do przestrzegania obowiązujących praw. Aby dostać się do zakonu musiał spełnić dodatkowo kliku warunków. Po pierwsze, miał obowiązek ukończenia 14 lat. Po drugie, nie mógł wcześniej złożyć przyrzeczenia małżeńskiego. Po trzecie, nie mógł być członkiem żadnego konkurencyjnego zakonu. Po czwarte, posiadał osobistą wolność oraz nie był obciążony długami lub ukrytymi chorobami. Oprócz tego, kandydat musiał znać modlitwę Pańską i wyznanie wiary. Jeżeli delikwent nie znał owych pacierzy, w przeciągu pół roku miał czas do nadrobienia zaległości. W przeciwnym razie tracił prawa krzyżackie4. Niektórzy kandydaci wstępujący do korporacji zakonnej, sami nakładali sobie różne bardzo ciężkie próby cielesne. W średniowieczu, walka dobra ze złem, była przez biedaczyny uzewnętrzniana na zewnątrz, po to tylko - aby każdy zainteresowany przechodzień mógł zobaczyć i osądzić, w jaki sposób pokutujący grzesznik walczy i czy zwycięża swoje słabości. Dawniej i dzisiaj, dusza ludzka była wystawiana dniem i nocą na pokuszenie. Jednak nie wszyscy ulegali grzechom, byli twardzi. Jednak u większości śmiertelników słabość ciała brała górę nad czystością duszy. Taki twardziel nie miał problemu okiełznać swoją chuć. Pokonywał swoją żądzę ciała w sposób doskonały. Przyszły brat zakonu krzyżackiego - Bertold, okazał się w tym temacie prawdziwym zuchem. Jakbyśmy dzisiaj to powiedzieli, był mistrzem w kategorii super ciężkiej, który znokautował swoim nie lada, że M. Józefczyk, Średniowiecze..., s. 20. 80 Więcej cieni niż blasków w państwie krzyżackim tak powiem - osiągnięciem, wszystkich postronnych gapiów. Podsumowując - dokona wyjątkowego bohaterskiego wyczynu! Ów bogobojny młodzieniec, przed wstąpieniu do zakonu krzyżackiego, zdecydował si< zmierzyć z wielką pokusą, która pochodziła z jego nieokiełznanego wnętrza,podjął się pro by niezwykłej i pełnej niebezpieczeństw. nieukrywanym entuzjazmem i estymą, donosi o tym wydarzeniu o. Piotr z Dusburga - kronikarz zakonny. O bracie Bertołdzie zwanym Bruhaoen, komturze krółewieckim i jego życiu. O życiu teg męża i o błasku jego cnót opowiadają przedziwne rzeczy. Bowiem on sam, gdy z natchnieni Pańskiego postanowił wstąpić do zakonu, zauważył wówczas, że dwie cnoty, a mianowicie ubóstwo i posłuszeństwo, których wymaga się przy przestrzeganiu reguły, są dobrem wspólny^ wszystkich zakonników, a także poza nimi, tymczasem cnota trzecia, a mianowicie czystość jest jedyną, którą trudno osiągnąć, ponieważ nikt nie może być czysty, jeśli Bóg mu na to nu zezwołi. Postanowił zatem sprawdzić, czy jest w stanie zachować czystość, i podjął się prób} niezwykłej i pełnej niebezpieczeństw. Wziął, bowiem młodą dziewicę, która z powodu doskonałej urody nie miała sobie równ^ w okołicy, i prawie każdej nocy łeżał z nią w swoim łożu, on nagi z nią nagą, przez okres roku a przy tym, jak sama to później pod przysięgą powiedziała i okazała dowód swojej niewinno ści, nigdy jej cieleśnie nie posiadał. I oto rzecz zadziwiająca i zdumiewająca, bardzo mężny Samson, nader święty Dawid bardzo mądry Sałomon padłi pokonani wdziękami kobiet: ten natomiast brat oddał pierW szeństwo swoim towarzyszom i zwyciężył i wyniesiony został na sam szczyt cnót. I czyż nigd} nie było nikogo dziełniejszego od Samsona, świętszego od Dawida i mądrzejszego od Sałomo naś Jeśłibym miał się ośmielić na to odpowiedzieć, to w tym przypadku tylko za ich zgodą''. Zaiste, trudne było to zadanie, prawda? Niejeden mężczyzna od razu poddałby si< pięknej kobiecie. O heroizmie przyszłego krzyżaka nie będę dyskutował, ponieważ zdanb respondentów w tym temacie byłyby zapewne podzielone. Zastanawiam się jedynie, kt< w owym czasie wydawał wyrok w tak delikatnej sprawie. Podejrzewam, że chętnych d< komisyjnego przełamania pieczęci u pięknej białogłowy nie brakowało. Wiadomo nie od dziś, że aby wydać sprawiedliwy wyrok trzeba zaangażować w tyk celu komisję czy moralny autorytet, który potwierdzi, czy dane przyrzeczenie nie zostak złamane pod osłoną nocy. Wynik oględzin nie mógł być przecież podważony przez zack' kawionych gapiów. Szanowna komisja po zapoznaniu się z aktami sprawy, potwierdziła słowa kandydata sta rającego się do zakonu. Przewodniczący składu orzekającego stwierdził, że kobieta poddać próbie zachowała dziewictwo. Dla niektórych werdykt pewnie był totalnym zaskoczeniem Podejrzewam, że komisję inkryminowano o tendencyjność i manipulację danymi. Nie wy kluczone, że zażądano powołania nowego zespołu do ponownego przebadania kobiety. Nie wszyscy dostojnicy zakonu byli tak silni psychicznie jak nasz Bertold. Na różm sposoby zły duch targał ich życiem na pokuszenie. Dość szybko objawy zepsucia i de grengolady, pojawiały się w szeregach rycerstwa spod znaku czarnego krzyża. Chociażby P. Dusburg, Kronika Ziemi Pruskiej, przeł. Sławomir Wyszomirski, Toruń 2004, s. 171. Bogumił Wiśniewski 81 mistrz inflancki Jan von Hohenhorst, w 1322 roku, został postawiony w stan oskarżenia za defraudację znacznej sumy pieniędzy, a takich było więcej6. Co tam defraudacja? Dopiero zabójstwo w 1330 roku, dokonane na wielkim mistrzu krzyżackim Wernerze von Orseln przez współbrata Endorfa, uzmysławiało skalę wynaturzeń panujących w zakonie krzyżackim. Przypadków moralnego rozprzężenia w korporacji, było znacznie więcej. W konwencie elbląskim, komtur domowy na widok rozpasania się braciszków, bał się nawet wspominać o zarządzeniach wielkiego mistrza, ponieważ to wywoływało pogróżki pod jego adresem. W tym Konwencje doszło więc do pewnego kuriozum, a mianowicie młodzi Krzyżacy decydowali, co jest prawem w zakonie, a co nim nie jest7. Starszyzna musiała zejść im z oczu, w tym akurat miejscu - nic nie mieli do powiedzenia. Przejdźmy zatem do życia, które kwitło pod murami zamków krzyżackich. W średniowieczu uprowadzanie kobiet z ulic, czy z domostw w celach rozpusty były na porządku dziennym. Aby tym nagannym występkom zapobiec, starszyzna krzyżacka, wydała wilkierz w 22 kwietnia 1394 roku, w którym znalazła się groźba konfiskaty mienia od sprawcy czynu i jego przymusowej banicji. Kobieta w przypadku zajścia z porywaczem w ciążę, musiała się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Dziecko poczęte z tego przestępstwa nie miało prawa dziedziczyć majątku po rodzicach, a sama kobieta po powrocie do domu nie mogła korzystać ze swojego majątku. Mogła jedynie tylko liczyć na łaskę i wyżywienie od domowników8. W Elblągu wieczorową porą, zdarzały się na ulicy tzw. odbijanki. Zapewniam, nie były to żadne plebejskie, beztroskie nocne zabawy chłopięco-dziewczęce. Mąż po paru głębszych, odprowadzany z gospody do domu przez swoją zacną żonę, musiał się liczyć pewnymi przykrymi dla siebie i niej konsekwencjami. Często zdarzały się przypadki, że nieznani sprawcy napadali na podchmielonego mężczyznę, w celu uprowadzenia spod opieki jego kobiety. Odbicie białogłowy od męża, nie było zadaniem trudnym. Pijanego delikwenta, ogłuszano ciosem w tył głowy, a nieszczęsną żonę, uprowadzano w miejsce, gdzie nie mogła już liczyć na żadną pomoc, gdzie sprawcy czyniłi z nią według swej woli. Zepsucie obyczajów w średniowieczu, czy to na wsi, czy w mieście było powszechne. Bardzo często same kobiety prowokowały młodych mężczyzn do nieprzyzwoitego zachowania się względem nich. W dniach świątecznych, po ogarnięciu roboty w swoich zagrodach, panie nie mając już więcej nic do roboty, wyruszały w miasto, aby wałęsać się po nim od północy do północy. Nad ranem starały się wślizgnąć się do domów z pełnym brzuchem. Na rezultaty nocnych zabaw nie trzeba było długo czekać, gdy owoc ich nierządu dojrzeje, skręcają mu kark, wrzucają do Nogatu, zakopują w garnkach pod przyzbą stajni, topią w studniach, porzucają na wałach miejskich. Inne natomiast piją różne zioła, by dzieci przyszły na świat martwe^. Wśród kobiet upadłych czasami zdarzały się cudowne nawrócenia. Takim ciekawym i pozytywnym przykładem, była mieszkanka Malborka Małgorzata Zeiler, która pod wpływem jeszcze żyjącej w Kwidzynie Doroty z Mątów, postanowiła zmienić swoje M. Józefczyk, Średniowiecze... s. 57. Tamże, s. 136. 8 Tamże, s. 68. ’ Tamże, s. 154. 82 Więcej cieni niż blasków w państwie krzyżackim I dotychczasowe grzeszne życie. Kobieta przez piętnaście lat pod habitem beginki żyła w wdr kiej lubieżności ciała, swawoląc i grzesząc z każdym bez różnicy proszącym. Na początku XV wieku, Małgorzata stawiła się przed komisją badającą żywot Doroty z Mątów, aby zaświadczyć o jej bogobojności. Stwierdziła przed nią, że dzięki wstawień' nictwu Doroty jej życie radykalnie odmieniło się. Dodam tylko, że beginki wspomagały zakon krzyżacki w ich posłudze. Nosiły jednakowe szare suknie, były to kobiety służebne działały w dwóch grupach: panien i wdów. Małgorzata nim się jeszcze na dobre nawróciła postanowiła na starość ustatkować się i w końcu zaś, gdy jakiś czas tak swawolnie przeży ta, zawarła z kimś małżeństwo. Dopelniwszy tego małżeństwa, podobnie żyła w lubieżności ciała, cudzołożąc bez różnicy jak przedtem dobrych dziesięć lat. I tak bardzo rozpaliła sił w lubieżności, a w sercu była płocha i próżna, że nie uważała za grzech. Kć w końcu owa białogłowa, udała się rzekomo na odpust w celach „religijnych” do Kwidzyna. Kiedy przekroczyła granicę Miasta Pomezańskiego, cudownie stało się, że nie mogła z nit' go wyjść, i tak zmuszona poszła do katedry Pomezańskiej, w której Matka Dorota jeszcze sit' działa żyjąc, jako pustelnica. Za namową znajomej postanowiła się pomodlić do Boga. Ga) to uczyniła, od razu wpadła do jej serca tak wielka skrucha, pobożność i boleść popełniony^ grzechów, że natychmiast przygotowała się do wyznania wszystkich grzechów i wyznała je. Po Schoen N 1 1 0,15 Reschke N 1 1 0,1 ? ? 1 1 0,1 > Razem 25** 31 50 17,55 w tym: Polacy 6 11 24 9,1 Niemcy 15 16 22 7.45 brak danych 4 4 4 1.01.2000 * zmarl na jesieni 1854 roku ** liczba rodzin były przypadki osób narodowości polskiej wyznających protestantyzm. Z kolei Józefa Ma' jewskiego zaliczam do Polaków, bo z jednej strony w XIX w. w tych stronach imię Józei nadawali prawie wyłącznie Polacy, z drugiej - późniejsi Majewscy uważali się za Polaków- Choć tabelka nr 1 różni się nieco od swej wersji z poprzedniego odcinka, myślę ponowna analiza przemian w pierwszej połowie XIX wieku nie jest potrzebna, gdyż wpt° wadzone poprawki nie podważają tez tam przedstawionych. Przyjrzyjmy się z kolei sytuacji na początku omawianego tu okresu (tab. 2). Porównuj^ obie tabelki można stwierdzić, że — w przeciwieństwie do poprzedniego półwiecza — liczba i wielkość dóbr rycerskich w zasadzie nie uległa zmianie. Były to więc lata stabilizacji Różnica w powierzchni majątków wynika raczej z zaokrągleń, niż ze zmian rzeczywistych W przeciwieństwie do I Rzeczypospolitej, w obu przypadkach wśród ziemian nie było aP jednej kobiety. Jacek Schirmer 89 Tab. 2. Dobra rycerskie Stan na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku Ród Narodowość Liczba właścicieli Liczba dóbr rycerskich Powierzchnia dóbr w tys. ha hr. Sierakowski P 1 7 3,2 Donimirscy P 3+kilkoro* 7 2,7 hr. v, Rittberg N 2 4 2,2 lolkiemitt P 1 4 1,2 Łyskowscy P kilkoro* 2 0,7 Roetteken N 2 4 0,7 v. Kries N 1 1 0,6 Wałdowski P 1 2 0,6 Schulz N 1 1 0,5 Komorowscy N kilkoro* 1 0,5 baechlin N 1 1 0,5 v. Flottwell N 1 2 0,45 Paesler N 1 1 0,45 Plehn —— N 1 1 0,4 creitag N 1 1 0,4 v- Goetzen N 1 1 0,35 Baum N 1 1 0,35 —^Shlemmer N 1 1 0,3 Meyer y. Klinggraff N 1 1 0,3 Bergman n N 1 1 0,25 Buddensieg N 1 1 0,2 _Napromski > 1 1 0,2 p - ? 1 1 0,2 Wessel N 1 1 0,15 ^Majewski P 1 1 0,1 „Reschke N 1 1 0,1 Razem 26** 31 50 17,6 jyjym: Polacy 6 9 23 8,5 Niemcy 18 20 25 8,7 brak danych 2 2 2 0,4 ^kilkoro spadkobierców. Dalej uwzględniam ich jako jedną osobę liczba rodzin Wyjaśniła się sprawa właścicieli Górnego 1 aszędorfu (dziś Cieszymowo) Schulza oraz Dziewięciuwłók - Józefa Majewskiego. Czy byli oni właścicielami tych majątków już w latach pięćdziesiątych - nie wiadomo. Ciekawe różnice pojawiają się, gdy pochylimy się nad zmianami właścicieli w ciągu tych kilkunastu lat. W przypadku szlachty wszystkie - poza jedną - wynikały z dziedzi-czenia. lymczasem wśród ziemian nieszlacheckiego pochodzenia fluktuacja była duża: sześciu z czternastu, czyli prawie 43%, sprzedało w ciągu tych lat swoje majątki. Istotne różnice ukazuje analiza zmian właścicieli w kontekście narodowościowym. Biotę tu pod uwagę tylko osoby o znanej narodowości. W tych latach nowi właściciele Polacy nabyli swe włości tylko drogą dziedziczenia. Oznacza to dużą stabilność. Natomiast wśród Niemców, na siedemnaście rodzin posiadających dobra rycerskie (nie liczę Schulza, bo nie 90 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 — 1945, cz. 3, okres 1871 — 1918 wiem, do kogo należał Górny Taszędorf w poprzednim okresie) na początku lat siedemdziesiątych, aż osiem, czyli prawie połowa, nabyła je w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Gdy spojrzymy na zmiany w strukturze narodowościowej, zauważymy że wzrosła przewaga niemieckich dziedziców — zarówno pod względem liczby osób jak i rodzin — nad polskimi. Również pod względem liczby dóbr i wielkości zasobów ziemi Niemcy uzyskali przewagę, w tym drugim przypadku - niewielką. Posiadłości polskie zmniejszyły się o Minięta2, sprzedane przez Alfonsa hr. Sierakowskiego, i Bruk, sprzedany przez Hieronima Łyskowskiego. Ten ostatni opuścił Sztumskie i przeniósł się w głąb Niemiec. Prawdę mówiąc, w sensie „genealogicznym” był on Polakiem tylko w jednej czwartej - jego matka i babka ojczysta były Niemkami. 3. TRUDNOŚCI W UTRZYMANIU POLSKIEGO STANU POSIADANIA Wszyscy wiemy, jak trudna była sytuacja Polaków kultywujących swoją polskość w Cesarstwie Niemieckim. Wiemy, jak silny nacisk kładziono na walkę, mającą na celu wyzucie Polaków z ich ziem. Warto jednak poruszyć inny czynnik, mniej dostrzegany, łączący demografię i prawo, a mianowicie kwestię dziedziczenia. Wszystkie dzieci miały przecież prawo do części majątku ojca, czy to w formie posagu, czy udziału w spadku. Duże posiadłości ziemskie były trudne do podziału (o czym dalej). Nie było nieraz innego sposobu na zaspokojenie roszczeń wszystkich dzieci niż sprzedaż majątku. Zresztą duża liczba dzieci prowadziła nieraz do pauperyzacji rodziny. Na przykład zmarły w 1843 roku Leon Łyskowski, dziedzic Starej Wsi i radca Zachodniopruskiego Ziemstwa Kredytowego zostawił po sobie dziewięcioro dzieci: dwóch synów (najstarszy i najmłodszy) oraz siedem córek. Najstarszy syn skończył życie jako nędzarz żyjący z zasiłków gminy, najmłodszy wyjechał do Ameryki i ślad po nim zaginął. Z drugiej strony śmiertelność dzieci nadal była wysoka. Gdyby ktoś powstrzymywał się od ich posiadania w dużej liczbie, mogłoby to skończyć się brakiem spadkobiercy. Antoni Wilczewski, dziedzic Michorowa, Montek (dziś Mątki) i Miran (dziś Mirowice), dyrektor Zachodniopruskiego Ziemstwa Kredytowego, miał ośmioro dzieci. Gdy zmarł w 1805 roku, żyło ich już tylko troje. Wśród nich była córka, która zmarła rok po nim. Z pięciorga dzieci Jana Donimirskiego, właściciela Buchwałdu i Telkwic, urodzonych w latach siedemdziesiątych XIX wieku, czworo zmarło i to w bardzo wczesnym wieku. Utrzymanie majątku w rękach rodziny wymagało nieraz znacznych poświęceń. Piotr, syn i spadkobierca wyżej wspomnianego Antoniego Wilczewskiego, pozostawił pięć córek. Utrzymanie obu majątków wziął na siebie jeden z zięciów, Polidor Waldowski, ale na spłatę pozostałych córek musiał sprzedać swój majątek - Montowo i to po niezbyt korzystnej cenie, byle tylko pozostawić go w polskich rękach. Wydarzenie to musiało być traumatyczne, skoro po trzydziestu latach od tych wydarzeń w nekrologu Polidora w „Dzienniku Poznańskim” z 1883 roku rodzina zamieściła zdanie: Ze wzgl. na spłatę rodzeństwa musiał sprzedać w r. 1852 ojcz. maj. za mierną cenę rodakowi, w którego rękach jest Montowo do dzisiaj. 2 Na Ziemi Sztumskiej istniały Minięta Czlacheckie (dziś Minięta Nowe) i Minięta Królewskie. Jacek Schirmer 91 Bywało i tak, że — celem utrzymania posiadłości w rękach rodziny — pozostali spadkobiercy rezygnowali z części należnych im spłat. Piotr Alkantary Donimirski, dziedzic Hohendorfu/Czernina, zmarł w 1887 roku. Przeżył go syn Zygmunt oraz cztery zamężne córki. Zygmunt posiadał już - liczący ok. 500 ha - dobrze prosperujący majątek pod Warszawą w pobliżu posiadłości teściów i w polskim otoczeniu. Nie przewidywał objęcia Czernina, zwłaszcza że oba dobra dzieliła granica państwowa i ponad czterysta kilometrów. Zresztą nie dysponował środkami na szybką spłatę sióstr. Tymczasem na pogrzebie Alkantarego siostry wymogły na Zygmuncie przejęcie dóbr ojcowskich. Aby to mu umożliwić, zrezygnowały z części należnych im spłat i zaproponowały korzystne warunki pozostałych spłat. Można by powiedzieć, cóż prostszego jak po prostu podział majątku na odpowiednie części. Sprawna gospodarka wymagała (i wymaga) odpowiedniego zagospodarowania prze-strzennego, w tym odpowiedniego systemu dróg. Podział takiego gospodarstwa wiąże się z koniecznością budowy nowego — drugiego — ośrodka Ale to nie wszystko. Już dawno temu zauważono, że rolnictwo to w dużym stopniu transport (przy obecnych możliwościach technicznych problem ten jest mniej newralgiczny niż dawniej). Sprawna gospo-darka wymaga odpowiedniego zagospodarowania przestrzennego, w tym i systemu dróg, prowadzących z ośrodka gospodarstwa do poszczególnych pól. Powstanie nowego ośrodka wiąże się zatem z utworzeniem od podstaw całego systemu dróg. Dotychczasowe bowiem albo nie będą się w ogóle nadawały, albo korzystanie z nich pociągnęłoby znaczne wydłużenie tras transportu i czasu dojazdu z ośrodka na pola i z powrotem. W przypadku ru niej szych gospodarstw — zwłaszcza w warunkach osadnictwa skoncentrowanego — taka bariera podziału nie pojawia się, bo każde pole jest dostępne ze wsi już istniejącą drogą. Najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest fakt, że na Ziemi Sztumskiej w ciągu NlX i XX wieku takie podziały prawie nie miały miejsca. Bywała oczywiście parcelacja całości lub części dóbr (wtedy najczęściej parcelowano ziemię położoną peryferyjnie), ale zupełnie inna kwestia. Ciekawy przypadek stanowią Perklice, które początkowo obejmowały ok. 830 ha. W ramach akcji uwłaszczania chłopów Rittbergowie pozostawili im $amą osadę Perklice oraz ok. 150 ha, resztę przyłączając do swych folwarków: Balewa ' Dworku. Nie znając organizacji przestrzennej tych dóbr przed reformą rolną, to znaczy uie wiedząc, czy już wtedy użytki rolne w Perklicach nie były powiązane funkcjonalnie z ośrodkami w Balewie i Dworku, trudno potwierdzić wyjątkowość tego przypadku. Można powiedzieć: No cóż... takie same problemy stały na drodze ziemian niemiec-kich. Rzeczywiście. Tylko że ci ostatni sprzedawali dobra innym Niemcom. Sytuacja przedstawiała się różnie w różnych zakątkach zaboru pruskiego, ale w Sztumskim brako-Wał° polskich kandydatów na zakup majątków. 4. NAJWIĘKSZE POSIADŁOŚCI I ICH LOSY już tabelki 1 i 2 zwiastują duże nierówności nie tylko między rodzinami, ale i po-szczególnymi ziemianami. Gdy ujmiemy rzecz według indywidualnych właścicieli, oka-się, że na początku lat siedemdziesiątych mamy z jednej strony posiadłości Alfonsa 92 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 — 1945, cz. 3, okres 1871 — 1918 hr. Sierakowskiego (3,2 tys. ha), z drugiej pięciu właścicieli pojedynczych dóbr, których powierzchnia wynosiła tylko od 100 do 200 ha. Pomiędzy tymi skrajnościami znajdo' wało się pięć osób dysponujących majątkami o powierzchni od 200 do 350 ha, siedem osób — od 350 do 500 ha, pięć — od 500 do 700 ha i wreszcie pięć — od 800 do 1200 ha-Tabelka 3 prezentuje największych właścicieli ziemskich Sztumskiego, to znaczy takich, którzy posiadali co najmniej 500 ha. Jak widać, wśród właścicieli największych dóbr znaczną przewagę zachowują Polacy Dziedzice niemieccy — poza Rittbergami — znajdują się dopiero na dziewiątej i dziesiątej pozycji. Utrzymuje się dominacja szlachty - dziewięciu na jedenastu. W dodatku, jeden z dwóch pozostałych, Ignacy Tolkiemitt był synem i spadkobiercą szlachcica. Największym posiadaczem ziemskim był Alfons hr. Sierakowski. Zasadnicza część jego dóbr, klucz waplewski w wąskim sensie, obejmowała — poza samym Waplewem — Wa' plewko, Olszak, Rychendrysy (dziś Andrzejewo) i Tylendorf (dziś Tulice). Włości te były zarządzane bezpośrednio z Waplewa za pomocą licznych oficjalistów. Z kolei Szynwiza (dziś Krasna Łąka) i Ramoty traktowane były jako odrębne jednostki gospodarcze i na ogól wydzierżawiane. Ponadto, z chwilą objęcia przez Alfonsa dóbr waplewskich (1842), w ich skład wchodził jeszcze klucz grynfeldzki (dziś Zielonki) i Minięta. Dobra Sierakowskich obejmowały wówczas prawie pięć tysięcy hektarów. Hr. Alfons sprzedał wkrótce (1846) klucz grynfeldzki, a w latach sześćdziesiątych — Minięta. Doprowadził do rozkwitu nie tylko dobra waplewskie, ale i ich serce — Waplewo, zwłaszcza pałac i park. Jeszcze za życia — ze względu na stan zdrowia — przekazał w 1876 roku całość dóbr synowi Adamowi, doktorowi praw. Hr. Adam zarządzał swymi włościami przed 36 lat, do śmierci w 1912 roku. Przez cały ten okres udało mu się utrzymać całość posiadłości bez większych zmian. Po śmierci Adama dziedzicem klucza waplewskiego został jego syn Stanisław, przyszły prezes Związku Polaków w Niemczech. Do Sierakowskich należały również znaczne włości Osiek na Ziemi Dobrzyńskiej, w Królestwie. Ignacy Tolkiemitt odziedziczył swoje majątki (1,2 tys. Adam hr. Sierakowski (1846-1912), dzd dzic dóbr waplewskich, fot. ze zbiorów Macieja Kraińskiego ha) - Blunaki, Kontki (dziś Kątki), Klecewo, Mlecewo (dziś Mleczewo) — po naturalnym ojcu, Michale Kalksteinie (zm. 1854). Przez niego łączyło go pokrewieństwo z prawk wszystkimi polskimi rodzinami ziemiańskimi Sztumskiego. Jeszcze przed śmiercią (1880) Ignacy sprzedał Blunaki. Zapewne chodziło właśnie o uposażenie jego czterech zamęż' nych córek i młodszego syna. Pozostałe trzy dobra, tworzące zresztą zwarty przestrzeń' nie kompleks (850 ha), zostawił starszemu synowi, Brunonowi Stanisławowi. Brunon najpierw sprzedał Kontki w 1897 roku i wkrótce potem Mleczewo. Do końca zachował gniazdo tej linii Kalksteinów - Klecewo. Zakończył życie w 1915 roku. Klecewo zostało sprzedane przez wdowę, Niemkę, trzy lata później. Tak zakończył się trwający prawie 400 lat okres, w którym Kalksteinowie należeli nieprzerwanie do sztumskiego ziemiaństwa. Jacek Schirmer 93 Tab. 3. Najwięksi właściciele ziemscy (posiadłości ponad 500 ha) Stan na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku Jp Imię i nazwisko Narodowość Dobra Ilość ha 1 Alfons hr. Sierakowski P Waplewo, Waplewko, Olszak, Ry-chendrysy (dziś Andrzejewo), Ty-lendorf (dziś Tulice), Szynwiza (dziś Krasna Łąka), cz. Ramot 3 220 2 Ignacy Tolkiemitt P Blunaki, Kontki (dziś Kątki), Klece-wo i Mlecewo (dziś Mleczewo) 1 190 3 ——— Oswald hr. Rittberg N Balewo i Dworek 1 180 4 Henryk hr. Rittberg N Sztembark (dziś Stążki) i Linki 1 020 5 leodor [)onimirski P Buchwald (dziś Bukowo), Brzozówka, Telkwice, cz. Komorowa i N.Wsi 950 6 Alikantary Donimirski P Hohendorf/Czernin i Ramzy (Wielkie) 820 7 Masa spadkowa po Teodorze Łyskowskim P Wilczewo i Bągarczyk (dziś Namirowo) 690 8 Polidor Wałdowski P Michorowo i Montki (dziś Mątki) 580 9 Fryderyk v. Kries N Trankwice 570 JO Hermann Roetteken N Grynfeld (dziś Zielonki) i Gintro 560 U Masa spadkowa po Auguście Donimirskim P Zajezierze 530 Największymi i najwybitniejszymi niemieckimi właścicielami ziemskimi byli hrabio ^ie Rittbergowie. Henryk, następca Ksawerego Łyskowskiego na stanowisku landrata ^tumskiego (1827 - 1850), odziedziczył dobra sztembarskie po matce Annie Szaków-jednej z dwóch córek i spadkobierczyń ostatniego Szaka. W ich skład wchodziły: Sztembark (dziś Stążki), Linki, Balewo, Dworek i Perklice, tworzące zwarte terytorium na P°łudniowym wschodzie sztumskiego o obszarze ok. 2650 ha. W związku z reformami r°lnymi i uwłaszczeniem włościan dobra te zmniejszyły się o ok. 350 ha, w tym o bardzo krojone Perklice. Henryk, poza stanowiskiem landrata sztumskiego (gdzie nie okazywał zbytniej życzliwości Polakom), pełnił również funkcję landrata wałeckiego (1852 — 1858) Oraz posła do sejmu pruskiego (1849 — 1850 oraz 1855 — 1858). Po śmierci hr. Henryka (1866) dobra sztembarskie zostały podzielone między jego sy-nów. Starszemu z nich, też Henrykowi, przypadły Sztembark i Linki (te ostatnie szybko Wedał), młodszemu Oswaldowi zaś - Balewo i Dworek. Henryk junior, prawnik z wykształcenia, objął — jak ojciec — stanowisko landrata sztumskiego (1858 — 1867), bywał też wójtem3 sztembarskim, członkiem, potem przewodniczącym Zachodniopruskiego Sejmiku Prowincjonalnego, wreszcie przewodniczącym Zarządu Prowincjalnego. Z kolei °swald przeniósł się na Pomorze Zachodnie, gdzie od 1863 roku zajmował stanowisko landrata powiatu Ueckermunde4. Po śmierci ojca nie powrócił na Pomezanię, pozostawiając swe dobra w rękach administratorów i dzierżawców. W przyszłości wybierano go do ------------------ ' ^tsvorsteher. Na mocy ustawy z 13 grudnia 1872 roku, od 1874 łączono gminy wiejskie i obwody dworskie (na ogół po 4 w jednostkę wyższego rzędu (Amtsbezirk), na której czele stał Amtsvorsteher. ■asto na lewym brzegu Odry, ok. 20 km. na zachód od Szczecina. 94 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 — 1945, cz. 3, okres 1871 — 1918 sejmiku prowincjonalnego Pomorza (Zachodniego), potem do Reichstagu (1878 — 1881 oraz 1884 — 1890) z ramienia Niemieckiej Partii Konserwatywnej. Henryk junior zmarl w 1897 roku, jego młodszy brat w 1908. Po śmierci Oswalda Dworek został sprzedany Ostatecznie Sztembark i Balewo przypadły Jerzemu hr. Rittbergowi, oficerowi pruskiemu potem niemieckiemu. Jerzy zmarł w 1939 roku w stopniu podpułkownika. Właścicielem klucza buchwałdzkiego (Buchwald, dziś Bukowo), Nowa Wieś, Komorowo, Telkwice i Brzozówka] w latach siedemdziesiątych był Teodor Donimirski, prawnik, współwłaściciel banku, poseł, organizator pomocy finansowej dla powstańców „styczniowych ”. Klucz ten nabył w 1796 roku ojciec Teodora, Antoni. W trakcie reform rolnych klucz uległ pewnemu uszczupleniu wskutek nadania chłopom ziemi w Nowej Wsi i Komorowie. W rękach właścicieli Buchwałdu pozostała tylko ich część, dlatego nie uwzględniam już tych miejscowości jako dóbr rycerskich. W latach siedemdziesiątych klucz buchwałdzki liczył nieco poniżej tysiąca hektarów. Teodor, zbliżając się do siedemdziesiątki, przeniósł się do Telkwic, pozostawiając zarządzanie Buchwałdem synowi Janowi. Tenże przejął majątki po śmierci ojca (1884 rok) i władał nimi do 1929 roku, kiedy to zakończył życie. Hohendorf/Czernin i Ramzy, z czasem nazwane Jan Donimirski (1847-1929), dziedzic kluc2J> buchwałdzkiego, fot. ze zbiorów autora Wielkimi dla odróżnienia od Małych Ramz, przez stu- lecia miały na ogół wspólnego właściciela. W XVIII wieku ich dziedzicami byli Kczewscy-m.in. wojewoda malborski, Piotr. W 1777 roku przeszły w ręce niemieckie. W 1833 roku nabył je najstarszy syn Antoniego Donimirskiego, a brat wyżej wspomnianego Teodora-Franciszek. Był to jeden z dwóch znanych mi przypadków — w ciągu całego okresu oku' pacji prusko - niemieckiej (1772 - 1945) na terenie Sztumskiego - wykupu znacznego majątku ziemskiego z rąk niemieckich. Po bezpotomnej śmierci Franciszka (1857 roki dobra przeszły na jego brata Piotra Alkantarego. O okolicznościach objęcia Hohendorfu po śmierci Piotra (1887) przez syna Zygmunta już pisałem. Na miejscu gospodarować potem osiemdziesięcioletnia wdowa po Piotrze z pomocą administratorów, a Zygmuś z daleka nadzorował. Jak można się domyślać, nie był to najlepszy okres dla tego majątku Sytuacja uległa zmianie, dopiero gdy około 1900 roku Czernin i Wielkie Ramzy znalazł) się w rękach syna Zygmunta, a wnuka Piotra, Witolda Donimirskiego. Czernin wymagał doinwestowania. Tymczasem Witold nie zamierzał zadłużać się w bat1' kach, ani tym bardziej sprzedać części dóbr w całości, bo jedynymi potencjalnymi kupcaru1 byli Niemcy. Zdecydował się więc na parcelację Wielkich Ramz między rolników polskich W ten sposób zdobył niezbędne środki na inwestycje w Hohendorfie/ Czerninie i doprowadzi Wielkie Ramzy miały losy bardziej skomplikowane, przez kilka lat należały do eórki Alkantarego, Klementyny Sampł*1" skiej i jej męża Karola. Po wczesnej śmierci ich obojga wróciły do Zygmunta. Jacek Schirmer go do rozkwitu. Z drugiej strony bardzo wzmocnił element polski w tamtych stronach. Po kilkunastu latach w trakcie przegranego plebiscytu Wielkie Ramzy oddały 75% głosów za Polską, co stanowiło drugi wynik w ca-łyrn powiecie sztumskim. Wilczewo i Bągarczyk (dziś Namirowo) należały do rodziny Łyskowskich od końca XVIII wieku. Stąd wy-w°dził się — może najwybitniejszy — dziewiętnastowieczny polityk polski Prus Zachodnich, Ignacy Łyskowski. Właściciel obu dóbr, Teodor, przypłacił działalność patriotyczną (dostawy broni dla powstańców „stycznio-wych ) życiem, bo zmarł (1869 rok) w wieku 44 lat na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu. Pozostawił żonę 1 pięcioro nieletnich dzieci. Z pomocą przyszedł kuzyn Teodora, Serwiliusz Łyskowski, który wziął w dzierżawę °ba majątki. Jedyny syn Teodora, Zdzisław, miał dwanaście lat w chwili śmierci ojca. Przejął ojcowskie Wil- 95 Zygmunt Donimirski (1842-1903), dziedzic Czernina i Wielkich Ramz, fot. ze zbiorów autora czewo i Bągarczyk w 1878 roku w wieku 21 lat, w wyniku układu, jaki zawarł z siostrami w sprawie podziału spadku. Był jednak jeszcze człowiekiem młodym i bez doświadczenia. Nie zdołał wywiązać się z zobowiązań, a siostry powychodziły za mąż i miały swoje potrzeby- Ostatecznie Wilczewo zostało z konieczności sprzedane w 1881 roku Niemcowi, por. Langemu, Bągarczyk stał się zaś własnością niejakiego Kóniga. Wilczewscy, to obok Kalksteinów, najstarszy ród ziemiański Sztumskiego. Ich przodek nabył część Wilczewa jeszcze w 1527 roku. Walenty Wilczewski, sędzia ziemski malborki i przyszły marszałek wojewódzki konfederacji barskiej, nabył Michorowo w 1755 r°ku, a Montki (dziś Mątki) - w 1768 roku. O sytuacji P°wstałej po śmierci jego wnuka Piotra już pisałem. Po zgonie Polidora Wałdowskiego (1883 rok) odziedziczyła °Ta majątki jego córka Anna Janta Połczyńska i zacho-wała je do śmierci w okresie międzywojennym. Nabywca Trankwic w latach sześćdziesiątych XIX ^leku, Amtsrath6 Fryderyk v. Kries, pochodził ze świe-z° uszlachconej rodziny. Kriesowie wzbogacili się na dzierżawie dóbr państwowych. Właściciel Irankwic nie gospodarował bezpośrednio — sam siedział na dzierża-^'uuym od państwa Rogoźnie pod Grudziądzem. Wy-dzierżawił Irankwice Ottonowi v. Kriesowi, prawdopo-d°bnie synowi. Potem dochodzi do dziwnej transakcji, ruski Skarb Państwa przejmuje (kupuje?) Trankwice, e Wydzierżawia je ponownie Ottonowi v. Kriesowi. nysrath to tytuł przyznawany przez króla zasłużonym dzierżawcom dóbr ólewskich. Chodzi o zwykłą dzierżawę, osobistą. Normalnie dzierżawcy Os*li tytuł Amtsmann. Anna z Wałdowskich Janta-Połczyńska (1859-1924), dziedziczka Michorowa i Montek, z synem i następcą Romanem (1891-1984), fot. ze zbiorów Bogdana Janta-Połczyńskiego 96 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 — 1945, cz. 3, okres 1871 — 1918 Klucz grynfeldzki (Grynfeld, Gintro, Jordanki, Igły, obie Śledziówki) należał na początku XIX stulecia do Sierakowskich. Jak już wiemy, wkrótce po objęciu dóbr waplewskich po ojcu, hr. Alfons sprzedał go w 1846 roku Klemensowi Augustowi Róttekenowi. W tym wy' padku właściciela również nie było na miejscu — mieszkał w Redzie — a majątkami zarządzał Hermann Rótteken, prawdopodobnie syn Klemensa. Róttekenowie rozparcelowali Jordanki i Igły, a w 1853 roku dokonali oficjalnej zmiany nazwy Śledziówki A i Śledziówki B na Grof Heringshóft i Klein Heringshóft. W 1871 roku dziedzicem Grynfeldu i Gintra został Her mann, a obu Śledziówek - August, prawdopodobnie brat Hermanna. Nota bene, August ożenił się z Polką, Magdaleną Tolkiemittówną, a na początku XX wieku dzierżawił Ramoty od hr. Sierakowskiego. Z kolei Klara Rótteken, prawdopodobnie siostra Augusta, wyszła w 1875 roku za mąż za Pawła Wilczewskiego (pochodził z innej rodziny niż wspominani uprzednio Wilczewscy). Z czasem Gintro staje się własnością właśnie Augusta i pozostaje w rodzinie Roetteke' nów do końca7. Jeszcze w latach siedemdziesiątych nabywa on też dawny folwark króleW' ski w Starym Targu (prawie 300 ha). Z kolei Grynfeld przechodzi na Huberta Róttekena, profesora Uniwersytetu w Wurzburgu. W 1906 roku majątek ten przejmuje Skarb Państwa. Również folwark starotarski staje się własnością Skarbu Państwa, który oddaje go w dzierżawę... dotychczasowemu właścicielowi. August Donimirski, czwarty z synów Antoniego z Buchwałdu (dziś Bukowo), kupił Zajezierze (ok. 530 ha) na przełomie 1839 i 1840 roku. Ze względu na stan zdrowia oddał je w końcu lat pięćdziesiątych w dzierżawę zięciowi Juliuszowi Czarlińskiemu. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych objął je syn Augusta, Henryk, powstaniec styczniowy, późniejszy wójt zajezierski i poseł do Reichstagu. Majątek ten pozostał formalnie jego własnością do śmierci w 1918 roku, chociaż już kilka lat wcześniej zarządzanie majątkiem powierzył synowi, Augustowi. Niestety, Augustowi nie było dane długo gospodarować w Zajezierzu. Henryk Donimirski (1844-1918), dziedzic Zajezierza, fot. ze zbiorów Teresy Michałowskiej-Barłóg 5. SZLACHTA NIEMIECKA Temat polskich szlacheckich rodzin ziemiańskich był poruszany we wcześniejszych artykułach i wrócę do niego w przyszłości. Chciałbym poświęcić teraz trochę miejsc^ niemieckim ziemianom wywodzącym się ze szlachty. W omawianym pięćdziesięciok' ciu wśród niemieckich posiadaczy większych dóbr ziemskich można się doliczyć tylkc dziesięciu rodzin szlacheckich (na dodatek niektóre pojawiły się tu na krótko). Był) to rodziny: v. Briesen, v. Flottwell, v. Goetzen, v. Kries, Meyer v. KlinggraflF, v. Oert zen, v. Rittberg, v. Schack, v. Tevenar, v. Zarnowski. O Rittbergach i Kriesach jU 7 Wyrażenie „do końca” w tym artykule oznacza: „prawdopodobnie do 1945 roku, z pewnością - do lat trzydziestych wieku”. Jacek Schirmer 97 wspominałem w poprzednim rozdziale, tutaj dorzucam więcej informacji o pochodze-niu i losach tych rodów. Na tle pozostałych wyróżniali się hr. Rittbergowie. Mieli największe włości, posiadali je przez ponad półtora wieku, tylko oni cieszyli się tytułem hrabiowskim i pełnili wiele ważnych funkcji państwowych. Jednak początków tego rodu nie należy szukać w mrokach średniowiecza, choć oni sami uważali się za potomków średniowiecznego nadrenskiego rodu v. Rittbergów. Pradziadek Jerzego Albrechta (pierwszego osiadłego w Sztumskim) Gobel Redberg (takie było ich prawdziwe nazwisko) uzyskał prawa obywatela miasta Soest w Nadrenii w 1651 roku. Dziadek, Jan Rettberg - już burmistrz Soest - otrzymał szlachectwo pruskie w 1717 roku, a ojciec, Jan Dytryk Rittberg- indygenat Prus Królewskich w 1750 roku, a rok później — pruski tytuł hrabiowski. Historia rodu Meyer v. KlinggrafF zaczyna się dopiero na początku XIX wieku. Ludwik Meyer nabył od Kczewskich w 1778 roku Polaszki, a w 1784 - Watkowiczki, dawną posiadłość Trzcińskich. Po jego śmierci wdowa, Anna z Sitthofow, wyszła ponownie za mąż za bajora Bernarda Henryka v. Klinggraffa. Bernard adoptował czwórkę dzieci żony z pierw-szego małżeństwa i uzyskał w 1803 roku od króla nadanie im tytułu szlacheckiego i zgodę na przyjęcie ich do herbu Klinggraffów. W 1805 roku pasierbowie dzielą się spadkiem po °jcu: Adolf Ludwik bierze Polaszki, a Karol Henryk — Watkowiczki. Te ostatnie — zadłużone — Karol zmuszony jest sprzeda w 1823 roku hr. v. Finckensteinowi. Adolf (zm. 1842) pozostawił tylko córkę, Joannę, starą pannę, która — aby rodzina nie utraciła Polaszek — Wyszła za mąż za swego stryjecznego brata Karola (syna Karola Henryka). Karol i jego hrat Hugo należeli do najwybitniejszych botaników niemieckich XIX wieku. Założyli oni w Polaszkach ogród botaniczny, podobno słynny na całe Niemcy. Jednak faktycznym go-sP°darzem majątku pozostawała Joanna, która dożyła prawie stu lat. W późnym wieku wydzierżawiła Polaszki Erykowi Dyckowi, który - po śmierci Joanny - nabył je w 1910 roku. Ciekawa była historia rodu v. Kries, do którego należały Frankwice. Od co najmniej KVl wieku była to rodzina turyńskich dekarzy. Jan Albin Kries porzucił zawód przodków, kończył studia w Getyndze i w 1742 roku znalazł zatrudnienie jako nauczyciel w To-runiu. Po 20 latach awansował na rektora gimnazjum; funkcję tę sprawował do śmierci 1785 roku. Jego syn, Natan, został dzierżawcą dóbr królewskich. W jego siady poszli sy-nowie, niektórzy pracując równocześnie w administracji; m.in. Edward Maurycy v. Kries pełnił funkcję wiceprezesa rejencji poznańskiej, potem prezesa rejencji gąbinskiej. W uzna-niu zasług król nadał Natanowi honorowy tytuł Amtsratha, a 10 września 1840 roku Królewcu — tytuł szlachecki, który objął jego męskich potomków. Na początku lat siedemdziesiątych członkowie tej rodziny (zapewne synowie Natana) mieli w I rusach Za-ehodnich na własność pięć majątków (z I rankwicami włącznie) o powierzchni prawie 2,8 Gs- ha i trzymali w dzierżawie sześć innych o powierzchni ponad 2,8 tys. ha. Jeden z prawnuków Natana - Wolfgang Ludwik, syn Ottona (prawdopodobnie dzier-żawcy Irankwic — dr praw, poseł do sejmu pruskiego, został w czasie I wojny światowej bliskim współpracownikiem gubernatora v. Beselera. Miał być „ojcem marki pol-shiej i ponieść — wraz z Bogdanem hr. Czapskim — zasługi dla utworzenia Uniwersytetu Nektóre wiadomości zawarte w tym akapicie uzyskałem od p. Arkadiusza Wełniaka. 98 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466 - 1945, cz. 3, okres 1871 - 1918 Warszawskiego i Politechniki. Inny prawnuk, Adolf, syn Polki, hrabianki Goetzendorf-Grabowskiej, doszedł do stopnia generała porucznika wojsk pruskich Jeszcze młodszym szlachectwem mogli wvlemrvm^^z • ci d7ine nrzednic^ C Pmc \Y7 k J ^g^mowac się Flottwel Iowie. azinę urzędniczą z I rus Wschodnich. Jan Fryderyk Flottwell (1757 - 1R7Q^ 1 ł J dyrektora policji w Wystruciu (dziś Czerniachowsk niem - Ino k 1 ^ pełnił urząd postacią w rodzinie okazał się jego syn Henryk Edward (1786 -'1865 ' d minister (finansów i spraw wewnętrznych), w latach 1830 1841 1 5 ’ ' ’ P™*’, P™^ zes Wielkiego Księstwa Poznańskiego (i ego -czelny pre- lejno Saksonii, Westfalii i Brandenburgii. Pod koniecżychw'^ 7^^"' dzony tytułem szlacheckim. Jego syn Hermann (1826 318731 k 3U’. “S"' w 1856 roku z Joanną Pauliną v. Frantzius nabvł w d ' 7“^' ^P"3"’ °Żeni°ny XIX wieku - prawdopodobnie w 1858 roku - a więc jeszcz! nr P'ęćdzi«4tych checkiego, dobra Lautęzy (dziś Jeziorno), Litewki i resztów^ majątkami zarządzała wdowa, potem (chyba syn’) Maks nkamat' ° |ego smlercl Odmiennie niż dotąd omówione, ród v.Gótzenwvw^ • • stwa Starej Marchii. Jego członkowie pisali się różnie: Jeet^' Witz zen... Jedna z jego gałęzi osiadła w Prusach Książęcych nń' ’ • c’ G e’ G°tZe’ Got' i to właśnie z niej wywodził się Leopoldy Gótzen nab ? Prusach Wschodnich był synem wschodniopruskiego ziemianina Karola Frytka zenowie posługiwali się niesłusznie tytułem barona i k 7 1764 ~ 827 ' NaS‘ G tego rodu, wymarłej w XVIII wieku. W 1849 roku I ’ prZysługiwał on innej linii Reimannsfelde (dziś Nadbrzeże), położone miedzy Flh|P° uzdrowisko niegdysiejszego terytorium miasta Elbląga. Zapewne * Tolkmickiem’ na obszarze już 15 stycznia następnego roku Leopold ożenił sie z cór^^J^ 7^°^ PrzyszłX teść’ bo ką Jeannette Normann. Natychmiast wybudował ta § bankiera’ Agniesz' okoliczna ludność nazywała Świątynią Gótzena. Jednak Tl 8^° ? " dWÓF’ ktÓFy jątek. Przypuszczam, że wtedy nabywa Chojty, bo w 1858 rok.. I ÓW Tam w 1862 roku przychodzi na świat jego syn F 1JUZ lck włascicielem. sprzeda je na przełomie stuleci Wilhelmowi v T P.FZySzły dziedzic Chojt. Ernest Wschodnich, gdzie nabędzie majątek Amalienruh^ m? ’ 77 przeniesie si? do Prus Dobra Węgry w latach siedemdziesiątych XIX wiek k "3 " Pk psychologiczny? Czy lepiej czuli się tam, gdzie samo „von” zapewniało wysoką pozycję społeczną, aniżeli wśród starej szlachty, która mogła ich traktować jako nuworyszy? 6. DOBRA RYCERSKIE W DRUGIEJ DEKADZIE XX WIEKU Spójrzmy teraz na tabelkę nr 4 obrazującą sytuację w końcu omawianego okresu. Jak w’dzimy, po prawie półwieczu obszar zajmowany przez omawianą kategorię gospodarstw r°lnych nie tylko nie zmniejszył się, ale uległ nawet nieznacznemu — o niecały 1% — po-większeniu. Wynik ten stanowi saldo dwóch procesów zmierzających w przeciwnych kierunkach. Z jednej strony — jak widać z tabelki — uległy parcelacji dwa majątki: Wielkie ^amzy, o czym już pisałem, i niewielki folwark Dziewięćwłók. Razem z peryferyjnymi °bszarami Zajezierza daje to 470 ha. Z kolei niektórzy posiadacze dóbr rycerskich dokupują - na ogół niewielkie — działki w sąsiednich wsiach włościańskich, położone wygodnie z ’ch punktu widzenia. Na przykład Śledziówka Mała zostaje powiększona o 36 ha pochodzących z wcześniej rozparcelowanych Jordanek, Węgry — o działkę w Uśnicach, Grynfeld (dziś Zielonki) — o działkę w Łabuniu. Największym nabytkiem jest resztówka Morajn (°k. 130 ha) przejęta przez właścicieli Stanowa. Z kolei Górki powiększyły się o 60 ha kosztem sąsiedniej Szpitalnej Wsi, niezaliczanej do dóbr rycerskich. W omawianym półwieczu sytuację dóbr rycerskich w Sztumskim można określić jako stabilną. Wymiana ziemi między właścicielami tych dóbr była rzadkością. Ważniejsza zrniana dotknęła chyba tylko Balewa, z którego odeszło ponad 150 ha do majątków są-Slednich: Sztembarku, Miniąt i Blunak. Odnotowujemy nadto wzrost liczby rodzin i właścicieli. W konsekwencji, o ile na Początku okresu na jednego właściciela przypadało prawie 570 ha, o tyle na końcu — niecałe 500 ha. 100 Ziemianie ZaemlSztumsk^ 1945, Tab. 4. Dobra rycerskie Stan w drugiej dekadzie XX wieku Ród hr. Sierakowski Donimirscy Narodowość P p Liczba właścicieli 1 Liczba dóbr rycerskich 7 Powierzchnia dóbr w tys. ha 3,25 hr. v. Rittberg Hoffmann Janca Połczyńska N N P 5 1 1 [ 7 2 1 2,6 1,3 0.8^ Roetteken Zeppke Grunau v. Schack N N N 1 T~ i 2 1 1 1 0,6 0,55 0,5 0 5 Paesler Murau N N N i 1 1 , 1 0,5 0,5 v. Flottwell Kiihler N N 1 I 1 2 1 0,45 ~ 0,45 _ Gro che Ortmann Stórmer v. łeyenar N N N N N 1 1 1 1 1 1 1 1 1 0,4 0,4 0,4 0,4 Springborn Kreck Findeisen N N N 1 ■ 1 1 1 1 0,35 _ 0,35 _ 0,35 Dick N 1 1 1 0,3 rolkiemitt P 1 0,3 Zimmermann N 1 1 0.3 v. Zarnowski N 1 1 0,25 v. Oertzen N i 1 0,2 _ Buschof N 1 0,2 Ohl N 1 1 0,2 Paczkowski > 1 1 0,15 Enss N 1 1 0,1 Flindt N 1 1 0,1 Razem osoby fiz. 30** 1 34 _ 1 0,1 w tym: Polacy 4 46 16,85 Niemcy 25 o 17 6,75 brak danych Skarb Państwa 25 1 28 10,0^ Razem N X ______ 2 0,1 0,9^ spadkobierców. Dalej uwzględniam ich jako j^d ** Liczba rodzin. J J ną osobę. 48 17,75 ~ , 7< PODSUMOWANIE Jak pamiętamy, w XVIII w. wskutek prze' ' w czasie kryzysu z pierwszej połowy XIX wiT'- ' Fryderyka ”• a następnie wojen napoleońskich i reformami rolnymi - D “ ■ WyWotaneg° zniszczeniami w trakcie spadała. Natomiast w omawianym półwieczt, d°br rycerskich w Sztumskim przestała się zmniejszać. ’ a nawet °a lat pięćdziesiątych XIX wieku, Jacek Schirmer 101 Cel władz pruskich, a po 1871 roku niemieckich i pruskich, dążących do pozbawiania ziemi Polaków, zwłaszcza polskiej szlachty, został na terenie Sztumskiego w dużym stop-niu zrealizowany. Zmiany struktury narodowościowej ziemian przyjęły dla Polaków zły kierunek. Bezpośrednio po aneksji pruskiej wszyscy właściciele ziemscy, poza jednym, byli Polakami. Na początku XIX wieku w polskich rękach pozostawało ponad 2/3 liczby dóbr rycerskich i prawie 2/3 obszaru ziem wchodzących w skład tych dóbr. Jeszcze w połowie XIX wieku większość dóbr i ziemi należała do Polaków. Mniej więcej w latach sześćdziesiątych doszło do równowagi między obu narodami, a z czasem rosła, początkowo nieznaczna, przewaga niemiecka. Wreszcie, w drugiej dekadzie XX wieku ok. 60% dóbr rycerskich i ziemi należało do Niemców. Charakterystyczny był mały udział szlachty wśród sztumskich ziemian. Być może wpływ na ten stan rzeczy miało utrzymywanie przez wiele lat zakazu nabywania dóbr rycerskich przez nie szlachtę w zachodnich prowincjach Prus. Może dlatego chętni do zainwestowania w ziemię szukali możliwości na wschodzie? Skład społeczny właścicieli ziemskich polskich 1 niemieckich był zasadniczo odmienny. Polscy ziemianie — to prawie wyłącznie szlachta; Wsród niemieckich stanowiła ona niewielki procent. Szlachta polska należała do tak zwanej przez Niemców Uradel, czyli praszlachty, potomków średniowiecznego rycerstwa. Wśród szlachty niemieckiej przeważały rodziny świeżo nobilitowane. Polacy dziedziczyli swoje dobra po przodkach; majątki niemieckie (z wyjątkiem hr. Rittbergów) często zmieniały w^aścicieli i w dużej części pochodziły z zakupu. Średnia powierzchnia dóbr Polaków wynosiła ok. 850 ha na osobę; natomiast w przypadku Niemców — 400 ha. W normalnych warunkach z czasem następuje wymiana rodów ziemiańskich. Gdy — npisując sytuację w pierwszej Rzeczypospolitej — robiliśmy bilanse co sto lat, również tylko nieliczne rodziny odnajdywaliśmy nadal po upływie jednego wieku, natomiast w XIX stu-leciu po stronie polskiej nie było następców. Nie było nikogo na miejsce wykruszających s,ę rodzin, ani spośród mieszkańców tej Ziemi, ani spoza niej. Polacy spoza Sztumskiego, Zmierzający nabyć jakąś posiadłość ziemską, nie okazywali zainteresowania nabytkami w tych okolicach. Woleli osiedlać się tam, gdzie ludność polska była znacznie liczniejsza. dodatku w Sztumskim obszary zamieszkałe przez Polaków tworzyły enklawę otoczoną terenami niemieckimi. Obok dóbr rycerskich rosło znaczenie innych dóbr wielkoobszarowych. Początkowo My to sprywatyzowane folwarki królewskie. Mimo reform rolnych z początku XIX wie-M uwłaszczenia włościan i otwarcia na rynek, do połowy XIX wieku powstało w Sztum-skim niewiele naprawdę nowych gospodarstw wielkoobszarowych. Dopiero w końcu i na początku XX wieku te zupełnie nowe gospodarstwa zaczęły się liczyć. Zajmę się turni w kolejnym artykule z tej serii. 102 Z biografii myśliwskiej Stanisława Sierakowskiej Adam Langowski Z biografii myśliwskiej STANISŁAWA SIERAKOWSKIEGO % L^niczy Adalbert Mazurkiewicz z żonif /u hau u a. Jot. archiwum rodzinne Tomasza Witki Dwunastego marca 1912 roku podczas przechadzki w waplewskim parku zmarł hrabia Adam Sierakowski, podróżnik i miłośnik nauki. Kolejnym panem na Waplewie został jego starszy syn, Stanisław, który już w 1909 roku przejął zarząd nad świetnie utrzymanym majątkiem, a w marcu następnego roku poślubił Helenę Lubomirską z Przeworska. Drugi z synów, Jan, otrzymał Krasną Łąkę oraz Ramoty, jednak przebywał za granicą i zmarł w Nicei w 1920 roku. Po śmierci młodszego brata Stanisław scalił klucz waplewski. Zaangażowany w działalność narodową, był jednym z liderów mniejszości polskiej w państwie niemieckim, pełniąc wiele zaszczytnych funkcji: delegata na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu, eksperta delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Wersalu konsula generalnego RP w Kwidzynie, prezesa Związku Polaków w Niemczech, posła w sejmie pruskim, polskiego reprezentanta w Lidze Narodów oraz prezesa Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech. Wn l -1 omaszewska, w wywiadzie udzielonvm M tanisława’ Izabella Sierakowska' stwierdziła: „[...] dla moich dziadków ni §Gr“bałkowskiej w 2008 roku od pokoleń były »służba i obowiązek. żyd^n " ' T Polska' I radycją tego domu właściciela Waplewa i Osieka, zamordowaneeoryWatne by’° dalsZym Planie” Losy Tadeuszem Gniazdowskim przez hirU^ ' WraZ Z Z°ną * córk^ Teresą oraz zięciem twierdzają te słowa. w Pierniku 1939 roku, w pełni po- Ciekawy portret psychologiczny hrabiego 1 syn, Andrzej. Ostatni męski przedstawiciel rod W Swoich wspomnieniach jego człowieka całkowicie oddanego sprawie Ocz z ?PlSa $tanisława Sierakowskiego jako Jednocześnie zwracał uwagę na jego nieśmiałoś' ' 8otowego na najwyższe poświęcenie-Owa nieśmiałość stała w sprzeczności z w l a publicznych wystąpień- yg ą ern zewnętrznym, ponieważ hrabia był Adam Langowski 103 wysokiego wzrostu i wyróżniał się siłą fizyczną. Działalność publiczną oraz odpowiedzialność za ludzi traktował jako misję, której nie mógł porzucić, twierdząc, że byłaby to „dezercja z posterunku”. Nie ukrywał jednak, że taka postawa wiązała się z wieloma trud-n°sciami i problemami, z którymi musiał się mierzyć na co dzień. W głębi duszy marzył 0 mnym życiu. Wyobrażał sobie siebie jako myśliwego i farmera na innych kontynentach, ynając jednak przez cały czas świadomość realiów, w jakich przyszło mu funkcjonować, db właśnie myślistwo, oprócz dobrego wina i papierosów, należało, według Andrzeja Sie-rakowskiego, do największych jego słabości. Spróbujmy zatem przedstawić Stanisława Sierakowskiego jako myśliwego i przybliżyć kilka epizodów związanych z ulubioną przez hrabiego dziedziną. Chcąc realizować swoją pasję myśliwską, Sierakowski zmuszony był pokonywać ogra-n*czenia natury zdrowotnej. W dzieciństwie, bawiąc się nożykiem, uszkodził sobie pra-We oko, którego mimo usilnych zabiegów gdańskich specjalistów nie udało się uratować. Maturalne oko zastąpiła szklana proteza, wykonana w jednej z berlińskich pracowni, co w przyszłości oznaczało konieczność przyjmowania przez Stanisława innej pozycji strzeleckiej i używania specjalnie przystosowanej broni, do której miał bardzo osobisty stosu-neh. Jak zaznacza Andrzej Sierakowski, największym sentymentem darzył broń z czasów ^•••7 wypraw myśliwskich młodości — głównie do Afryki. W szczególności sztucer Mauser (re-P^tier!) i ciężkiego kalibru, podwójny sztucer (tzw. »Express«) Holland-Holland oraz parę bardzo pięknych dubeltówek cal. 12 — Greeners. Hrabia znakomicie opanował strzelanie w odwrotnej pozycji, więc utrata oka, będąca bez wątpienia znacznym uszczerbkiem na zdrowiu, nie stanowiła dla niego poważnego problemu w trakcie polowań. Jak się okaza-ł°> nieszczęśliwy wypadek z dzieciństwa miał również pozytywny skutek, ponieważ ze Względu na kalectwo Sierakowski został zwolniony z obowiązku odbycia służby wojskowej w niemieckiej armii. Spośród dokonań myśliwskich Stanisława Sierakowskiego na plan pierwszy wysuwają S1? wielkie wyprawy do Azji i Afryki. Sporo wiemy na temat wyjazdu na Daleki Wschód W 1906 roku w towarzystwie młodszego brata, Jana, oraz dalekiego kuzyna, Oswalda Po-tQckiego z Piątkowa, i jego żony, Marii z Gajewskich. Relacje z dwumiesięcznej wyprawy, antorstwa Jana Sierakowskiego i Oswalda Potockiego, ukazały się drukiem na łamach Warszawskiego „Łowca Polskiego” oraz galicyjskiego „Łowca”. Podróżnicy opisali m.in. Polowanie na krokodyle nad rzeką Jamuną, w której nurtach, jak zapisał Jan Sierakowski, Przecudny Tadż-Mahal się odzwierciedla^. Oprócz podróży do Indii i na Cejlon Stanisław Sierakowski dwukrotnie udał się w cech myśliwskich na Czarny Ląd. Najpierw do Sudanu przez Egipt, a następnie przez erilę do Abisynii. Jednym z uczestników tych wypraw był Jerzy Śląski z Orłowa, przy-Jaciel Sierakowskiego z okresu nauki w gimnazjum w Chełmnie. Innym myśliwym wy-M^nianym w kontekście wspólnych polowań w Afryce jest nieznany bliżej pan Łem-Plcki, który podobno okazał się trudny we współpracy. W przeciwieństwie do wypraw Myśliwskich na Daleki Wschód, dobrze udokumentowanych dzięki wspomnianym “--------------- *ęcej na ten temat piszę w artykule: „Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii (1906 rok)”, „Prowincja”, nr 2 (20), 2015, s. 82-89. 104 .Zbiografii myśliwskiej Stanisława Sierakowskiego ńa^en^ wiedza o pobycie Sierakowskiego y encie afrykańskim jest bardzo skąpa. Zapewne wielu informacji mogłyby nam konane podczas tego wyjazdu, jednak z powodu upałów^U o* negdo edn z ?a ” ^7^ P™ia W rodzinnej w formie X™z Stanka e’ P0^™^1; dot^ Ulanego oka, które wyjęte i pozosta Sposób ^bie^Z ł " 7“’ ""n ZnieCh?CaĆ miejscową ludność do kradzieży tecznie oatŁ d° P™^0 cza™- Ponieważ Afrykanie osta tccziiic naKryii sztuczne oko kanen^pm _____ • ,, , } • 11 ' nna opowieść rodzinna onisuie szarże ranneso nosorożca, w wyniku której Sierakowski i i . p J szarzę ranneg z opresji jednak rozjuszone • ? W kolczaste krzaki. Hrabia wyszedł cak opresji, jednak rozjuszone zwierzę napędziło mu sporo strachu Dopełniając listy dalekich wypraw hrabiego z ' t j , V .................. p—t»’Z Swd piehy, który, opisując swoje wrażenia ze ślub czenia’ Pokazują słowa Eustachego Sa deuszem Gniazdowskim L OsXw ’ zanotował następującą refleksję: rt 4 \ ■ Ldnicy hrabiego SierakowSo. / • 7. K f - rodzinne T°manek' Mar^> Mazurkiewicz, Żenda, Cajd^ Adam Langowski 105 Sierakowski prowadził Renię do ołtarza w tużurku, w którym wyglądał wspaniałe poza jednym detalem: odmówił kategorycznie włożenia butów i wystąpił w sandałach bez skar-petek. Wiadomo było, że za młodu siedział gdzieś w Afryce, gdzie nabrał trochę dziwnych Zwyczajów. Dodajmy, że sam Sapieha znaczną część życia spędził w Afryce jako zawodowy myśliwy, więc jego spostrzeżenia tym bardziej zasługują na podkreślenie. Dla osób goszczących w Waplewie widocznym znakiem świadczącym o egzotycznych wyprawach odbytych przez jego właściciela były liczne trofea eksponowane w pałacowych wnętrzach. Uwagę z pewnością przykuwały trzy wielkie łby nosorożców wiszące w sionce oraz wypchane krokodyle umieszczone pod sufitem werandy. Nie brakowało ar>tylop — kudu i gnu, a także bawołów. Jednak najbardziej cenionym trofeum było futro tygrysa, które wraz z kłami i pazurami znajdowało się w pokoju hrabiego. Wymieniając azjatyckie i afrykańskie zdobycze Sierakowskiego, warto porównać je ze zbiorem Jerzego Alaskiego, przyjaciela i towarzysza wspólnych wypraw. Krótki opis tego zbioru znajdujemy We wspomnieniach Katarzyny Śląskiej: [.../ mąż mój podróżował po Indiach i Tunisie, skąd Przywiózł łiczne trofea myśliwskie ku ozdobie rodzinnego gniazda. Zawisły więc na ścianach Sleni potężne rogi bawole, groźny pyton i krokodyle o rozwartych paszczach wypełzły na su-fif podczas gdy nogi słonia, kunsztownie wyprawione, udzieliły gościny łaskom i parasołom. Zona właściciela Orłowa wspomniała tylko o jednej nodze słonia, tymczasem kolejna stała w bibliotece i wkładano do niej kije bilardowe, następna pełniła funkcję kosza na śmieci, a ostatnia, z zamontowanym zegarem, znajdowała się w sypialni. W domu Sierakowskich r°Wnież wykorzystywano wyprawione nogi, tyle że nosorożca. Służyły one jako popiel-n,czki, co u Heleny Sierakowskiej wzbudzało odrazę. Laski i parasole wieszano za to na °gromnym niedźwiedziu, stojącym w sieni. Sierakowscy, skoligaceni ze znanymi rodami ziemiańskimi i arystokratycznymi, polowali w znakomitym towarzystwie, czego dowodzą sprawozdania i relacje drukowane w prasie łowieckiej. W elitarnym środowisku myśliwych postacią rozpoznawalną był Adarn Sierakowski, który często uczestniczył w łowach razem z Ksawerym Branickim, Uzynem swojej żony i jednocześnie mężem jej młodszej siostry2. Również Stanisław Sierakowski utrzymywał ożywione kontakty z hrabiami Branickimi: wujem Ksawerym oraz jego synami, przede wszystkim z Adamem, ordynatem roskim i ostatnim właścicielem Wiłanowa. Odział Stanisława Sierakowskiego w jednym z polowań zorganizowanych w Rosji na ^rodzieńszczyźnie odnotowany został w numerze drugim „Łowca Polskiego” z 1912 roku. Podczas trwających trzy dni łowów (3, 5 i 6 stycznia) zabito pięć wilków, z których dwa upolował Michał Siemiradzki, warszawski adwokat i brat wybitnego malarza, Henryka emiradzkiego. Po jednym drapieżniku ubili Stanisław Sierakowski, Gołębiowski oraz Aleksander Szwede, znany przemysłowiec, współwłaściciel Towarzystwa Akcyjnego Za-aoow Mechanicznych „Borman, Szwede i Spółka”, największego w Królestwie Polskim Przedsiębiorstwa wytwarzającego maszyny i urządzenia dla przemysłu roino-spożywcze-§°- Goście Adama Branickiego zabili ponadto dziewięćdziesiąt pięć zajęcy. Pasji myśliwskiej Adama Sierakowskiego pisałem w artykule: „Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy ”, „Prowincja”, nr 3 (29), 2017, s. 109-118. 106 Z biografii myśliwskiej Stanisławą Sierakowskiego , . 7'777 t"1”ląca Sicrilkowsk i polował w innych majątkach należących do Branic-kich. Od 25 do 27 stycznia przebywał w dobrach unińskich Ksawerego Branickiego, a 29 ' 30 stycznia strzelał do zwierzyny w Michałkach u Władysława Branickiego. W gru-p.e myśliwych byh tez: A eksander Szwede, Michał Jaworski, Sitkowski, Jurkowski Z Jan Sztolcman. Oto rezultaty łowów na Polesiu Ukraińskim: siedem dzików, jeden lis, siedem rogaczy trzydz.esci zajęcy (dobra unińskie) oraz dwanaście dzików i t zynaście rogaczy (Michałki). 7 na ookoTnt“ T Z P.°kaZUją’ “ W r°dzinie Sierakowskich nastąpiła zmi. rakowi ZBranickich były tradycyjnymi miejscami polowań Adama Sic rakowskiego, ktorego wówczas zabrakło wśród mvśliwvch kilk j '.................„c Stanisława umrze w Waplewie „a apopleksję w wZuZht ' ” W styczniu następnego roku Sierakowski gościł w Międzyrzecu (£ub siedlecka) udzie brał udział w dużym polowaniu GacnoJor, • , y ^gUD- siedlecka;, gaz* Branicki któreś • i • • em trwaHcych sześć dni łowów był Ksawery “ u mXvTd 77“^ Pracki °raZok^[ W grupie (hrabiów S Z C7 znanych ™d-n arystokratycznych gXZk 7 Wodzickiego oraz synów hrabiego Ksawerę- Xonda „rT i WtadyS‘aWa ^ckich), ludzi kultury i sztuki (malarz* (Wacława Paszkowskiego, ii^^ZdZZ'7 ' ^7 myśliwskie§o)’ naukowców ki Warszawskiej i ministra komunikacji oraz "7°’ ,f>rZ>’S7 C8° wykladowcę Politechnr i szefa czasopisma „Łowiec Polski”) a także a™ ,Szt° ,Cmana’ ornit°loga, podróżnika przemysłowców (Aleksandra Szwede z synen1 w 1937 roku, fot. audiovis.nac.gOH ■■■F 4T* W-T j Adam Langowski 107 Ludwikiem oraz Władysława Jacobsona). Oprócz wymienionych polowali jeszcze: ad-wokat Michał Siemiradzki, Józef Zarembski, Doria-Dernałowicz oraz Michał Jaworski. Rezultat polowania przedstawiał się następująco: dwadzieścia pięć dzików, czterdzieści dziewięć kozłów, siedemnaście lisów, sto trzydzieści dziewięć zajęcy, jeden jastrząb. Wśród dzików wyróżniały się dwa olbrzymie pojedynki, ważące odpowiednio 515 i 400 funtów, Zabite przez Ksawerego Branickiego. Gospodarz polowania doczekał się nawet sonetu na swoją cześć, autorstwa Kazimierza Jasińskiego, jednego z obserwatorów polowania. Utwór Utytułowany „Polowanie na dzika” dobrze oddaje atmosferę tamtego spotkania: ~~ Czy dzik otropiony? — Tak. — Niech naganka rusza. Proszę uważać na tę, która stoi z boków. " Słucham. Pan hrabia stanie dalej kilka kroków, Rzeki leśnik, uchylając z głowy kapelusza. " Dziękuję. Czy już wszyscy są na stanowisku? " łUporządku. — Zaczynajcie. — Odgłos trąbki niesie Hasło: ruszaj! Zabrzmiało „huź go ha!po lesie — Dostrzegli go. — A huzia! — Dzik leżał w mrowisku. ~~ Huź ha! Trzymaj... nie puszczaj... to wielka bestyja!.. Odyniec ruszył w susach z legowiska swego. ~ Huzia! — krzyczy naganka, kijami wywija; Dzik zwrócił na myśliwych — idzie na Hrabiego. Strzał, runął... On nie chybi. Farba bucha z ryja... Hrabia spojrzał. — Ładna sztuka — rzeki do nadleśnego. Warto zaznaczyć, że kilka miesięcy później jeden z uczestników międzyrzeckich ło-^ow, dwudziestoletni Władysław Branicki, zmarł podczas polowania w Waplewie. Miej-^ce nagłej śmierci najmłodszego syna Ksawerego Branickiego upamiętnia kamienny rzyż wystawiony przez Stanisława Sierakowskiego5. Zrozpaczony ojciec zaś wybudował Montresorze, francuskim majątku Branickich, obelisk - tzw. piramidę św. Huberta. °dajmy, że Montresor był miejscem częstych polowań Stanisława Sierakowskiego i jego brata’Jana4. Lla przełomie lat 20. i 30. XX wieku nastąpiły wielkie zmiany w życiu Sierakowskich, Orzy w wyniku szykan ze strony władz niemieckich musieli opuścić Waplewo. Kilka-r°tnie zmieniali miejsce pobytu, mieszkając najpierw w Toruniu, później w Poznaniu, 3^ ----------- leszczęsne polowanie w lasach waplewskich przedstawiłem w artykule: „Krzyż hrabiego Władysława”, „Prowincja”, nr 4 2015, s. 124- 130. gadnienie to omówiłem w artykule: „Polowania braci Sierakowskich w Montresorze”, „Prowincja”, nr 1 (27), 2017, S. 94 ~101. 108 /biografii myśliwskiej Stanisława Sierakowskiego aby ostatecznie osiąść na stałe w Osieku, swoim drugim maiarkn ,..,1,1 • sław Prądzynskr, który zmarł w 1933 roku. Stanisław Sierakowski bardzo szybko nawiązał dobry kontakt z miejscowym z.em.ansrwem i znalazł wśród niego uznanie Ważną rolę w utrzymywaniu stosunków towarzyskich odgrywały polowania. Kilka z nich zostało od notowanych na łamach „Łowca Polskiego”. niCfl zostafo oa Czwartego grudnia 1934 roku właściciel ^1 i . pinóżku, dobrach należących do Gniazdowskich. CzknklwGei" d aCh I Ła w życie społeczno-gospodarcze powiatu rypińskiego Co 1 dTX angazowal' sl? Gniazdowski oraz jego syn, Tadeusz, przyszły Stanisława i Heleny. Dziesięciu myśliwych ubiło dwieścL ’’ bażanty. Stanisław Sierakowski został królem polowania z rezultat wyprzedzając nieznacznie Franciszka Gniazdowskiego z Wa P T ,CZterdzlestu “tukj osiem zwierząt. palie, który ubił trzydzieści Kilkanaście dni później Stanisław Sierakowski znalazł "J . ■ szonych przez Artura Borzewskiego, właściciela dobrzo ? srod dziewięciu gości zapro-Borzewski, mający w swej biografii udział w wojnie pokk^hma'ątku DtuSie' działaczem społeczno-gospodarczym na ziemi dobrzyńskiej 7 ” SZeW'cklej> byt znanynl prezesa Cukrowni Ostrowite, a w latach 1934—1935 1 1 ujmował stanowisko wice- oddziału Związku Ziemian. Na urządzone 17 grudni ryPińskieS° przybyli, oprócz Sierakowskiego, nasteouiacv -.a ' r°ku polowanie w Długiem ryski, Julian Chłapowski, Tomasz Karski, Jerzy Kr^ Barthe1, Olgierd ks. Czarto-Piwnicki i Stanisław Wyganowski. Ogółem zastrzelTimUS Aleksancłer Płoski, Stanisław dziesiąt bażantów, resztę stanowiły zające. Naileosy00^^7^ sztuki’ w P^' z Sokołowa, który ubił sześćdziesiąt osiem sztuk y tat °Slągnął Aleksander Płoski Czwartego stycznia 1935 roku Stanisław Sierakowski nie dla młodych myśliwych. Wzięło w nim udział dzi ’ Z°rganizowal w Osieku polowa-szości studentów wyższych uczelni, którzy na Osiecpe^lęciu sXnow ziemiańskich, w zajęcy i lisa. Najskuteczniejszym strzelcem okazakięA P^? St° P^^5^ P*^ tuż za nim uplasował się Zygmunt Gniazdowski z wntOni Szczaniecki z Poznańskiego, autor relacji przesłanej redakcji „Łowca Polskiego” ' arPallc' Franciszek Gniazdowski, cych udział w tem polowaniu, wdzięczni bardzotste^h °^COWie my^^ych, bior^ podobnego polowania, gdzie młodzież nasza, zapal } Slerak°™$kiemu za urządzenie swoje siły strzeleckie. °na 0 ow^eotwa, miała możność zmierzyć w zy- Polowanie młodych myśliwych w Osieku pokaźnie ż 9 • > gał potrzebę wspierania młodzieży w zgłębianiu ta nik' 6 tamsław Sierakowski dostrze-Postulaty wdrażania młodego pokolenia do świadome ł°Wieckiei ' myśliwskiej, ciu łowieckim były wówczas często wysuwane przeZ80,'. aktywneg° uczestnictwa w ży-temat toczyła się na łamach „Łowca Polskiego” Tms iT*' C'ekawa dyskusja na ten Ilkowskim, Tytusem Karpowiczem oraz dr Jerzy Rł < P°między Michałem Paw-nych w artykule zatytułowanym „Młodzież a łowię'- „ yńskim' Os«tni z wymienio-istnieć bez tradycji, przekazywanej z pokolenia na 0^1° ■ P‘Sa*: Łowiectw» [-l nie może Podlenie me przy pomocy podręczników Adam Langowski 109 czy wykładów, lecz w polu i kniei. [...] Jeśli starsza generacja chce widzieć zastępy młodych myśliwych [...] to muszą starsi młodzież do siebie przyciągnąć, wziąć w swoją opiekę i sami ją muszą na dobrych myśliwych wychować. [...] Trzeba zatem młodym uprzystępnić łowiecko, szukać wśród nich tych, którzy we krwi pasję mają, ustąpić im trochę z własnego stanu posiadania, drogi właściwe pokazywać. Trzeba młodym dawać możność zdobywania, choćby własnym kosztem, ciekawych trofeów, trzeba z własnego, choćby najskromniejszego budżetu coś dla młodego wydzielić. Wydaje się, że Stanisław Sierakowski wyznawał podobną filozofię Myśliwską jak cytowany wyżej dr Błeszyński, a łowy osieckie z początku roku 1935 są tego dobrym przykładem. Kilka dni po pobycie młodych myśliwych w Osieku Sierakowski polował u Bogdana Chełmickiego, posiadacza dóbr Kowalki. Gospodarz polowania od 1926 roku wchodził w skład rady nadzorczej Spółdzielni Mleczarskiej „ROTR” w Rypinie, a od 1928 roku pełnił funkcję prezesa Okręgowego Towarzystwa Organizacji i Kółek Rolniczych. W lip-Cu 1928 roku witał prezydenta Ignacego Mościckiego, gdy ten wizytował Rypin. W 1935 r°ku został posłem na Sejm RP z ramienia Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Chełmicki zaprosił na polowanie osiem osób, jednak ze względu na złą pogodę, silny mróz 1 wiatr, przybyło tylko trzech myśliwych: Artur Barthel, Franciszek Gniazdowski oraz Sierakowski. Najlepiej w trudnych warunkach pogodowych poradził sobie ten ostatni, strzelając dwadzieścia siedem z siedemdziesięciu sztuk zwierzyny. Właściciel Osieka często polował w Sokołowie u Aleksandra Pieskiego. Sokołowo zaliczane było do lepiej prosperujących majątków w powiecie rypińskim. Płoski, podobnie jak wymieniony wcześniej Borzewski, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, za co otrzymał Krzyż Walecznych i Order Virtuti Militari. Był znanym hodowcą koni remontowych Przeznaczonych dla wojska, a także bażantów i kuropatw. Jedenastego września 1935 roku drużyna myśliwska w składzie: Stanisław Sierakowski, Artur Borzewski, Jan Karnkow-ski, Bogdan Chełmicki, Jan Donimirski, Stanisław hr. Badeni oraz Tadeusz Gniazdowski upolowała w Sokołowie ponad czterysta kur bażancich. Królem polowania został Jan Do-nimirski z siedemdziesięcioma pięcioma sztukami. Dwa lata później, w listopadzie 1937 r°ku, Sierakowski wraz ze Zdzisławem Borzewskim, Arturem Barthelem, Janem Doni-niirskim oraz Konstantym Łyskowskim ubili na terenach dzierżawionych przez Płoskiego P°nad dwieście pięćdziesiąt sztuk. Nie wiemy, kto został królem polowania, ale jeden z uczestników, Konstanty Łyskowski z Komorowa, z pewnością wyróżniał się umiejętno-Sciami strzeleckimi, ponieważ profesjonalnie uprawiał strzelectwo sportowe. Był wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski i członkiem polskiej ekipy, z którą zdobywał medale na imprezach rangi mistrzostw świata. Mieszkając w Osieku, Stanisław Sierakowski odniósł znaczący sukces na Międzyna-r°dowej Wystawie Łowieckiej w Berlinie. Światowy pokaz trofeów myśliwskich odbywał od 2 do 28 listopada 1937 roku, a uczestniczyło w nim dwadzieścia siedem państw. Monumentalny gmach wystawowy, przed którym ustawiono dużą rzeźbę jelenia wyko-naną z brązu, znajdował się przy ulicy Kaiserdamm. Oficjalne otwarcie nastąpiło 3 li-st°pada. Oto jak opisywał je korespondent „Łowca PolskiegoW kilka minut po H-tej, Przy dźwiękach orkiestry, w otoczeniu świty, wchodzi na salę Generalny Łowczy i Premier 110 biografii myśliwskiej Stanisława Sierakowskiego Rzeszy Niemieckiej, Goering Przechodzi wzdłuż szpaleru z^rt^ a zny łowieckiej i zajmuje miejsce honorowe po prawei strode N w zielonych mundurach myśliwskich odegrało na tahkdhkol" kiś pan Goering przemówił do zebranych, podk^ zji zbliżenia myśliwych całego świata miedzy sobą W 1^1° d°PatruJe z °k“-i Przeszedł do zmird^. * -i ,y ą' ^^niu ogłosił otwarcie wystawy i przeszedł do zwiedzania poszczególnych zagranicznych pawilonów. Ze wszystkich pawilonów to właśnie sala > • / z 1 le Sa a Polska prezentowała sic naileniei zvskuiac najwyższe uznan.e wsrod organizatorów, którzy przyznali naszem,, L j k norową premiera Rzeszy Góringa. Inżynier Leon OJ L kra)owl nagrod? ho' skiego na berlińskiej wystawie, pisał: Pawilon Dolsk' °WS * orSanizator działu pomor-w której rozwieszono najlepsze eksponaty świata o się tuż ohok hali honorowej, cokole witał przybyłych gości wypchany żubr Nai™^^ ‘"‘P0™^0- Na wyiokim Rzeczypospolitej oraz Marszalka Rydza-Śmigłezo w Prezydent* razów tych tworzył dyskretnie ukryty wieniec żarówek hM ™ysllWsklch' Obramowanie ob-naszego stoiska przedstawiała mapa plastyczna Puszcze Bill ' yrWOnych' P^oMu czół* Całe stoisko polskie podzielono na 5 części i to na cer " I ‘ bogaty jej zwierzostan- ną, zachodnią i wschodnią. 1SC przedhistoryczną, południową, central- Stanisław Sierakowski przedstawił na wystawie rr™ „ ocenę (126,1 punktu) uzyskały rożki rogacza ubitego w lOOR^k^ Par°StkÓW' Nalwyz«ł cie brązowego medalu w konkurencji międzynarodow • r°kU’ “ pozwollto na zdob>" Wśród rogaczy pomorskich tylko jedno trofeum dTl ' f °te8° W konkurencj' krajowej, parostki wystawione przez Jerzego Ornatkiewie,. ° °Cenę Punktow:ł- By*y t0 re oceniono na 126,9 punktu. Druga para rożk" * HUty *P°W' Starogard>> kt°' pochodząca z 1928 roku, otrzymała 106 8 n Tak było... Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy, Warszawa 2012; Sierakowski A U7^ ■ S i • n . „ , -"cidKowsKi A. wspomnienia, oprać. c 0” r'^ 2,0'4’ " Wem' W^nia, cz. 2, „Prowin- cja , nr 2 (16), 2014 s 102-112; Slaska K„ Dzieje Orłowa (kronika rodzinna) [w:] „Trzy pamiętniki pomorskie , oprać. J. Borzyszkowski, Gdańsk 1982, s. 75-145- Gałkowski P, ZN‘.a"n ’ j Wamosc " Zum‘ Dobrzyńskiej w latach 1918-1947, Rvpin 1999- Kraiń-7 7" Pa^0Wp ^Nyt-ewie. Ród hrabiów Sierakowskich z Ziemi Majerskiej [w] Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim 1 nJ,; •• . . . /ezcy [w.j „1 dia Muzealne 8, Gdańsk 2015 s 16 33 l ew k r'6’5?’ k°'ekc’a ’ Gdańskie StU' Historia i działalność Koła Łowieckiego '„Orzeł., w Cheb 7" Chełmińscy myaWp „Uzupełnienia listy Związku Polaków LubWski \ snach powracała Polska. Szkice z przeszłości Zie ę z* 3 orsk e) [w:] Idem, IFrc leiy postępować, jak należy. Z 2°'7’ " ”N3' Grzebałkowska”, http://www.wysokieobcasy pl/w^^T^ r°Zmawia Magdalen|a Relacja Tomasza Witki ze Staremu Janusz Namenanik 113 Janusz Namenanik MIEJSCA dzierzgońskich pochówków1 Jednym z najstarszych znanych dokumentów traktującym o sposobie pochówków na teinie Dzierzgonia jest Traktat dzierzgoński2, którego 12 punkt określa, że: Neofici i zwłaszcza w Pomezanii, Warmii i Natangi zostali przez legata pouczeni o innej jeszcze niewoli duchowej, w którą popada każdy nawet wolny człowiek, mianowicie wówczas, gdy popełnia trzech . Zrozumiełi to i przyobiecali zaniechać zakazanych przez Kościół. Spopielania zwłok Oraz pochówków pogańskich, grzebania ze zmarłym w zbroi konia łub człowieka (żywego), Czy choćby cennych przedmiotów. Zobowiązałi się swoich zmarłych grzebać po chrześcijańsku 1 tylko na wyznaczonych cmentarzach. a Miejsca dzierzgońskich pochówków to kościoły, cmentarze przy świątyniach, cmenta-rze na terenie miasta oraz różne przypadkowe miejsca na terenie miasta. Wraz z przyjęciem wiary chrześcijańskiej przyjęto zwyczaj grzebania zmarłych w ko-sciołach lub przyległych cmentarzach. Miejsce pochówku w kościele przewidziane było Przede wszystkim dla patronów sławnych rodów, dobroczyńców oraz dla osób związanych z kościołem. Od końca XVIII w mimo niechęci wiernych — rozpoczęto zakładanie cmen-farzy poza miastem. Od południowej strony dobudowany został na początku XVIII wie-ku do byłego klasztoru reformatów kościół, a obok niego założono cmentarz3. W kaplicy ^ocznej tego kościoła znajduje się krypta grobowa rodu Zawadzkich, w której pochowany Jest kasztelan chełmiński Kazimierz Zawadzki (1647-1691) i chorąży malborski Jan Zasadzki (1649-1688). Płytę nagrobną ufundowała córka Jana Zawadzkiego, Konstancja z Zawadzkich Chełstowska w 1738 roku. ^a początku XX w otwarto kryptę, w której znaleziono 4 pochówki oraz 4 portrety ^sóch kobiet oraz dwóch mężczyzn. Przypuszczalnie jedną z kobiet spoczywającą w kaplicy grobowej kościoła reformatów jest Barbara Zawadzka (zm.1740), drugą zaś Konstanca z Zawadzkich Chełstowska (zm. 1747). W. Zawadzki4 przytacza sporządzony 1828 lub ^31 roku wypis z księgi zmarłych klasztoru dzierzgońskiego. Wymieniono w nim zmar-22yJPochowanych w dzierzgońskim kościele reformatów: 2 ^St ukazał się w książce Janusza Namenanika, Dzierzgoń szkice z dziejów miasta, część2, Gdynia 2017. r«ktat dzierzgoński w tłumaczeniu ks. prof. A. Szorca, UW-M w Olsztynie. Pokój dzierzgoński z 7 lutego 1249 roku 3 /awarty między plemionami pruskimi a Zakonem Krzyżackim z pośrednictwem legata papieskiego Jakuba z Leodium. 4 , "'adzki W., Zakony w Pomezanii w XVII-XIX wieku, Olsztyn-Elbląg 2013, s. 140. bidern, s. 179. 114 Miejsca dzierzgońskich pochówków 29 maja 1820 córka Julianna, Pana Łysakowskiego ze Starej Wsi- 6 R—z miejscowości Lipiec (Lippitz); 6 stycznia 1802-Augustyn Kalkstem, starosta malborski; 12 stycznia 1796 - Antoni Łyskowski, właściciel Starej Wsi; 18 listopada 1790 - hrabia Józef Sierakowski, właściciel Waplewa- 28 grudnia 1788 - Wiktoria z Łosiów Łyskowska z Telkwic; 11 maja 788 - pod krzyżem przed kościołem pochowano Mori. o- i . 14 lipca 1787 - Antoni Raba; Pochowano Mariannę S.erakowską; 14 maja 1787 - Teodor Bogusław Sierakowski, hrabia i kasztelan- 4 listopada 1782 - Maciej Grąbczewski z Bukowa: 1781 - Wawrzyniec Białobłocki z Trankwic 19 maja 1776 - Magdalena z Kruszyńskich Wałdowska z Zielonek- 26 października 1775 - Róża Tczewska z Czernina- 15 października 1772 - Rozalia Rabówna z Cygus- połowa lutego 1759 - Marcin Kowalski z Wilczewa- Et KSK* ’•*- 22 sierpnia 1749 - Józef Jackowski, właściciel Kątek- 29 maja 1747 - Konstancja z Zawadzkich Chełstowska- 13 stycznia 1746 - Róża Grąbczewska z Bukowa; 1742 — Teresa z Konopackich Kruszyńska- 4 sierpnia 1740 - Barbara Zawadzka, z rodziny fundatora tego Kościoła Pierwszy jednak znany pochówek w kościele reformackim 0 ' . itow malborskich. W 1713 roku pochowano w kr ‘ * dnotowano w kronice jezU' ską zmarłą w miejscowości Liebenthal r7Pcie nawróconą z luteranizmu KaczeW' Tradycją było, aby w kościele reformackim rzem pod chórem. W dzierzgońskim kościele takaT braci w kryPcie za ołnr do miejsca spoczynku braci franciszkanów za ołtarz r°WnieZ znajduje si? ’ prowadzi nek klasztorny przynajmniej dwa razy w dziejach nW Str°ny We^cie* Sam bud^ skich i dla wojsk rosyjskich w 1945 roku) W ob d^ 01 r° aZaretu ^d^a wojsk napoleom pochówki przypuszczalnie na cmentarzu klas WU Prz7Padkach odbywały się szpitala dzenia prac remontowych klasztoru na placu w s d™ ^ka ^at temu w trakcie prowa' natrafiono na bliżej nieznane pochówki r^i^ ZtW'e wejścia do piwnicy klasztornej Katolicki kościół parafialny pod wezwaZm T ny według protokółu wizytacji kanonicznej z 179] rzenajswiętszej i świętej Katarzy grzebanie zmarłych. Najstarsza z płyt nagrobn h U trzY krypty „fornices” na i reprezentuje styl gotycki. W monografii kościoł^ 7 k°Ściele Pochodzi z 1347 roku duje się krypta. Okna krypty zostały umipwrz Wler z* się, że pod całym chórem znaj" A., op. ck. s. !48. ' W 8,<;bokic^ rozglifionych wnękach- 6 KorpyszE., Gotycki kościół w Dzierzgoniu [w-l j / 2004, s. 10-11. g ĄSud nadarchite^rą Gdańska i Por.n Z orz#, (red.) Grzybowski A., Warsza'*1 Janusz Namenanik 115 Od północy przy środkowym przęśle korpusu znajduje się kaplica grobowa proboszcza 1 dziekana dzierzgońskiego Franciszka Neitzlichowskiego, który odbudował kościół po pożarze w dniu 28.04.1730 r., nadając mu obecny wygląd. Na jego nagrobku w kościele parafialnym widnieje tekst w języku łacińskim7: Przechodniu, jeśli chcesz dowiedzieć się, tu spoczywa, zatrzymaj się. To ten, który po doszczętnym spaleniu się kościoła w 1730 r. °dbudował go od podstaw, to ten który tak zdecydowanie zwalczał heretyków — przewielebny 1 przesławny Neitzlichowski archipresbyter dzierzgoński. b. Schmid8 pisze, że: „Po 1730 roku przebudowano kryptę, dzieląc ją ścianą wzdłuż na częsć grobowa od północy i składzik od południa. Jako miejsce pochówku kryptę używa-ho do 1715 roku.” Nie natrafiłem na żadną dokumentacje mówiącą o tym, aby znajdowały się jakiekolwiek Pochówki w spalonym kościele ewangelickim, który stał przy ulicy Elbląskiej, ani też nic nie W1adorno o pochówkach w kaplicy św. Anny. Wobec czego zakładamy, że ich tam nie było. W granicach miasta mieści się aż 7 cmentarzy, w tym jeden czynny cmentarz komu-nalny i sześć nieczynnych cmentarzy różnych wyznań. Najważniejszym i najstarszym Crnentarzem w Dzierzgoniu jest cmentarz wyznania rzymskokatolickiego zlokalizowany na Wzgórzu św. Anny. Pierwsza wzmianka o tym miejscu pojawia się w XIV w. Materiały archiwalne mówią o kaplicy św. Anny i kulcie z nią związanym. Natomiast sam cmentarz ułożono na wzgórzu znacznie później, w XVIII wieku. Zarówno kaplica jak i cmentarz są wpisane do rejestru zabytków Województwa Pomorskiego9. Jak pisze W. Laguna10: Historycznie i kompozycyjnie cmentarz jest ważnym miejscem Dzierzgonia, zlokalizowany w pobliżu Góry Zamkowej — stanowi drugą ważną dominantę Piasta. W ostatnich dziesięcioleciach przeszedł on kilka niekorzystnych zmian. Jednakże w ca-Dj kompozycji historycznego cmentarza, na którym chowano do niedawna jeszcze zmarłych, P°została tylko aleja wejściowa i kaplica oraz kilka starych nagrobków. Większość drzew znaj-dujących się na wzgórzu usunięto. Nagrobki są zlokalizowane w dużym nieładzie, niemalże leden na drugim. Na dzierzgońskim wzgórzu spoczywają między innymi miejscowi kapła-ni: ks. kanonik Stanisław Sztuba, długoletni miejscowy proboszcz, oraz ksiądz kanonik bernard Poschmann — pierwszy powojenny dzierzgoński proboszcz. Naprzeciwko wejścia kaplicy spoczywa tu siostra zakonna M. Teodora Witkowska, która zginęła śmiercią Męczeńską w 1945 roku zastrzelona przez żołnierza sowieckiego. Nie tylko ona zginęła w takich okolicznościach, ale leży na tym cmentarzu również pani Lau ofiara zastrzelona Przez rosyjskich żołnierzy. Jest oczywistym faktem, że na tym cmentarzu bardzo wiele sta-rych grobów, którymi się nikt nie opiekował, przekopano uzyskując w ten sposób miejsca na nowe pochówki. W dawnej prasie można było znaleźć ciekawą notatkę na temat pochówku na tym Crnentarzu, który zamieściła „Gazeta Toruńska”11 w 1876 roku: Na katolickim cmentarzu 8 A„ op. cit., s. 80. , ^hniid B., Bau- und Kunstdenkmaler Pomesaniens. 3 Kreis Stuhm, Danzing 1909, s. 259 - 260. ^^dium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego miasta i gminy Dzierzgoń. Uchwała Rady Gminy z ,0 dnia 30 grudnia 2003 r. Gguna W, Architektura cmentarzy jako zapomniane sacrum. Referat, [w:] Teka Kom. Arch. Urb. Stud. Krajobr. OL PAN, „ 2°07, s. 82-93. "Gazeta 1’oruńska” nr 21/1876, Toruń 1876. 116 Miejsca dzierzgońskich pochówków jest grób i pomnik jakiegoś naczelnika cyganów, odwiedzany raz na tr^v hm . liczbf rodziny cygańskiej, którzy odprawiają tam swoje nabożeństwo. PochówekTgaZkfnl miejscowym cmentarzu zapewne nastąpił w trakcie jakiegoś odbywającego si? tradycyjnego dla Dzierzgonia jarmarku Na jarmarki przybywali licznie cyganie gdyż w tłum e i panującym wówczas zamieszaniu najlepiej robili swoje interesy. W Dzierzgoniu do cmentarzy mniejszości religijnych należy zaliczyć dwa cmentarze ewangelickie, jeden luteransk, . cmentarz żydowski. Gmina ewangelicki bvb A " I w Dzierzgoniu, szczególnie w XVIII i XIX w. Przemawia za tvm lic k • ói d ,tzna rzy zlokalizowanych w jednym miejscu, pierwotnie połączonych ze sobą Zw °SC rym znajdowała się kaplica cmentarna. Całość zlokalizowana bela 4 • ,scem’w kto' Pogodną i Słowackiego. Obecnie cmentarze są od siebZ oŁ P°m^ uL i tereny wokół mej zostały przekształcone w tereny zabudowv * ,ap ,Ca cmentarna Cmentarz przy ulicy Pogodnej, założony w XVIII w jest wpisa d^ ani°W^ ‘ usługowei-jewództwa Pomorskiego, mimo że od wielu lat W°' tarz miał pierwotnie kształt prostokąta, później poszerzono go skrzydło'’" 7 7 T” L. Obecnie zachował się tylko pierwotny prostokąt, pozostała część to dziadki Swl "7 Charakterystycznym zachowanym elementem jest 13 stonn i kj^ połowy długości cmentarza. Na cmentarz wchodziło się przez sr 7 ° 1^ Slęg^ących do wionym na niej napisem w języku niemieckim. Cmentarz był °Wą Z Umie^SCO' wszystkich stron. Na terenie cmentarza tuż przy ulicv Pntrod • °gr°dzony’ dost?Pny ze budynek pełniący różne role związane z cmentarzem § ’ 'Stn,!,, 8° Wieku W wyniku grabieży nie zachowały się żadne nagrobki. Iedvi cym o istnieniu cmentarza są aleje drzew. Cmentarz był otoc/ C ementem świadczT lity), natomiast przez środek powadziła główna aleja złożona T13 (kl°n P°SP°' Cmentarz stanowi obecnie przestrzeń publiczną w postaci parku W kaZł na zapleczu swojego domu jak i kamienicy przy ul. Traugutta nr 21. Gdy w tych miejscach natrafi ktoś na szkielety, to należały one do osób straconych na Górze Szubienicznej. 120 Parlamentarzyści II Rzeczypospolitej Kordian Kuczma PARLAMENTARZYŚCI II RZECZYPOSPOLITEJ więźniowie KL Stutthof Obóz koncentracyjny Dachau doczekał się określenia „największego soboru w histo-r„ , ponieważ hitlerowcy uczymh z niego miejsce eksterminacji księży katolickich z całej Europy. Na podobnej zasadz.e osadzali w ośrodkach masowej zagłady polskich posłów i senatorów, często mocno różniących sic Doetadami i ,1™. ; j ._ • i- t- i 7, P^^ami i doświadczeniami życiowymi. Dzie- 7 zasłużonych pohtykow II RP trafiło za druty kolczaste Auschwitz-Birkenau i Sach-senhausen-Oramenburg. M.mo głownie regionalnego zasięgu działania najbliższego nam terytorialnie Stutthofu, nie zabrakło ich także w katowni na Mierzei Wiślanej. SZTUTOWO CZY BOLTOWO? Przed II wojną światową nikogo poza kręgami antyklerykalnymi nie dziwił udział duchownych rożnych wyznan w pracach parlamentu. Papież Pius XI w moc i 1 ■ formy politycznej aktywności biskupów, co zmusiło do rez •• j5 ZakaZa, metropolitę krakowskiego księcia Adama Sapiehę i zwierzchno Z —"k• Lwowa Józefa Teodorowicza. Restrykcje niedotycz^h 7 ‘P"*™' ści kapitańskie nn ę i -i , księży piastujących niższe godno- 1864 1940) Ten syn bog^ k 7 K°Wa'eWa Pom°^g° Feliksa Bolta \ , > ji-.J b 8 atclthkTsk'q rodziny z Barlożna koło Starogardu Gdańskiego ukończył pelplmskie seminarium duchowne. Wcześniei ,osr,ł ■ , 7aansK'e8° triotvc7na 7 Qimna7inm w został usunięty za działalność pa- triotyczną z gimnazjum w Chełmnie; maturę zdał jako eksteri Senator Jan Rudawski, fot. senat.edu.pl n w Chojnicach. Aktywność Senator ks. Feliks Holt, fot. senat.edu.pl Senator ks. Alfons Schultz, Jot. senat.edu.pl Kordian Kuczma 121 społeczną rozwinął na szerszą skalę po 1897 r. jako wikariusz w Brusach, gdzie m.in. Popierał polskie spółki handlowe. Bolt należał do współzałożycieli Centralnego Towarzystwa Rolniczego dla Prus Zachodnich, drukarni i księgarni „Pielgrzym” w Pelplinie, „Gazety Chojnickiej” oraz „Ga-Zety Gdańskiej”. Już w 1913 r. kandydował do niemieckiego parlamentu, jednak karierę polityczną „ojca polskiej spółdzielczości na Pomorzu” na dobre rozpoczęło uczestnictwo w obradach Naczelnej Rady Ludowej i poznańskiego Sejmu Dzielnicowego. Brał udział w ustalaniu granicy Polski z Wolnym Miastem Gdańskiem. Z ramienia Związku Ludowo-Narodowego (ZL-N) piastował mandat posła na Sejm Ustawodawczy (1919-22), w którym kierował Komisją Morską, oraz senatora I i III kadencji (1922-27 i 1930-35). W uznaniu zasług został honorowym filistrem zrzeszającej studentów Uniwersytetu Poznańskiego Korporacji Akademickiej Baltia. Hitlerowcy aresztowali duchownego 24 października 1939 r. w Srebrnikach. Trafił do Stutthofu 21 marca 1940 r. — w Wielki Czwartek, dzień przed rozstrzelaniem kilkudzie-S1?ciu działaczy gdańskiej Polonii, w tym błogosławionych Mariana Góreckiego i Bronisława Komorowskiego. Warunki bytowe były tak złe, że nie żył już 7 kwietnia. Ks. Bolt to pomorski Wawrzyniak, tytan czynu i pracy. Całe życie jego jest walką i to walką aż do końca 0 polskie Pomorze. (...) Żył skromnie i tak go chowają. Męża z jednej bryły senatora Rzeczypospolitej. Ukochaniem jego była Polska, a celem Bóg — napisał o jego śmierci ks. Wojciech Gajdus. Godna postawa kapłana w chwilach najwyższej próby w miejscu, gdzie księży traktowano gorzej niż zwierzęta wywarła tak mocne wrażenie na więźniach, że w 1943 r. Włodzimierz Wnuk wnioskował na łamach „Ziem Zachodnich Rzeczypospolitej” o przemianowanie po wojnie Sztutowa na Boltowo. Z łatwych do przewidzenia przyczyn ideologicznych postulat ten nie doczekał się realizacji. NA ZACHODNICH KRESACH Bardzo podobnie wygląda życiorys kolegi Bolta z ław Senatu III kadencji, a jednocześnie jego ideowego antagonisty księdza Alfonsa Schulza (1872-1940). On również pochodził z rolniczej rodziny (z Tymawy koło Gniewa), uzyskał święcenia kapłańskie w Pelplinie, posłował na Sejm Dzielnicowy i brał udział w wytyczaniu granic na Pomorzu, łb w dużej mierze jego determinacji wieś Konarzyny, gdzie od 1906 r. był proboszczem, znalazła się na terytorium II RP. Kierował w niej kółkiem rolniczym i oddziałem „Sokoła”, a także Towarzystwem Czytelni Ludowych w powiecie człuchowskim. Próbę organizacji lokalnego samorządu w 1918 r. odpokutował dwoma miesiącami w niemieckim areszcie. W niepodległej Polsce Schulz doszedł do godności dziekana chojnickiego. W 1931 r. °Bjął parafię w Subkowach koło Tczewa. W tym czasie reprezentował w izbie wyższej parlamentu piłsudczykowski Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR). Hitlerowcy aresztowali go już 9 września 1939 r. Zginął w Stutthofie 25 czerwca 1940 r. SS-mani utopili go w wannie, co było dość częstą formą samosądu w okresie, gdy katownia na Mierzei n'e miała jeszcze statusu obozu koncentracyjnego, co ograniczało możliwość organizacji egzekucji przez powieszenie lub rozstrzelanie. W Stutthofie przebywali także dwaj inni Posłowie — księża: endek Bernard Łosiński z Sierakowic (prawdopodobnie zamordowany 122 Parlamentarzyści II Rzeczypospolitej w Sachsenhausen w 1940) i sanator Stefan Downar ze Zbrachlina koło Nieszawy (zginał w komorze gazowej w Dachau w 1942). 7 & WIĘZIEŃ W TRZECH EPOKACH Inny pomorski polityk, który trafił na tzw. listę proskrypcyjną z racji manifestowania swojego patriotyzmu jeszcze pod zaborem pruskim, to Jan Kwiatkowski (1881-1943) rodem z Ocieszyna koło Obornik. On także rozważał poświęcenie się karierze duchownej, ale w realizacji tych planów przeszkodziła mu gruźlica kolana. W 1902 r jako redaktor odpowiedziałny znanego z antygermańskiej publicystyki poznańskiego tygodnika „Praca" orędzia 15 mies.ęcy więzienia we Wronkach za tekst o wizycie cesarza Wilhelma II nad Wartą Następme wyem.grował do Westfalii, gdzie wybrano go wiceprezesem Zarządu „Sokoła na Rzeszę N.emrecką. K.erował też lokalnymi ogniwami tej zasłużonej dla tężyzny fizycznej Polaków organizacji po osiedleniu się w Wejherowie na początku lat dwudziestych. Prezesował tamtejszej Centrali Rolniczej i zasiadał w radzie miejskiej Kwiatkowski posłował na Sejm z ramienia ZL-N w latach 1928-30. W reelekcji przeszkodziło mu bezpodstawne oskarżenie o tzw. podstępne bankructwo - zemsta piłsud-^i™^ d° P°Parda BBW. W latach 1930 - 1932 był więziony w tw.erdzy brzeskiej, gdzie traktowano go tak samo brutalnie, jak aresztantow politycznych następnie zaś w Toruniu i Starogardzie. Ostatecznie został uniewinniony, ale szykany skłoniły go do zaprzestania działalności politycznej Wejhe-row.anm był pierwszym polskim kupcem importującym towary z Belgii za pośrednictwem portu w Gdyni. Po wybuchu II wojny światowej należał do współtwórców tajnej organizacji Biały Orzeł działającej na połnocy Kaszub do czasu dekonspiracji w 1941 r Kwiatkowski podczas przesłuchań w siedzibie gdańskie™ \ 7 i c l c i ° Destapo nie wydał nikogo z to- warzyszy. Zmarł w Stutthofie 12 maja 1943 r. jako więzień nr 19377. 8 NA WARSZAWSKICH SALONACH KL Stutthof był miejscem zakrojonej na szeroką skal? eksterminacji Polaków z pogranicza Kujaw Mazowsza Do najwybitniejszych polskich ziemian południowo-wschodnich krańców III Rzeszy należał Jan Rudowski (1891-1945^ ' • • i c i D • 1.' Jk I I • V Właściciel folwarku Półwiesk pod Rypinem, który odbudował ze zniszczeń w I woinie świat™ • . ■ olwiesK Poa । • • i . 1 iatowej, ozdobił stylowym dworkiem i wyposażył w nowoczesne c ągniki Dziełem k i tyiuwym uwor n i- • z , ,S łem zycia absolwenta Akademii Rolniczei w Berlinie i weterana zmagań z bolszewikami było powstałe w IW 7 c ! dzielni Mleczarskich Powiatu Rypińskiego ROTR kr' ■ R ’rzeszenle SP°*' Wielkiej Brytanii. W uznaniu Jemów orgazm TT"' sem Rady Nadzorczej Związku Spółdzielni Mleczarskich ii TT W r' P^ w latach 1930-31 stał na czele Centralnego Towarzystw ‘ Ja,CZarsklch w W^awie, zaś którego powołania był orędownikiem. a Orgar’>zacj11 Kółek Rolniczych, W latach 1930-35 reprezentujący BBWR Rudowski przewodniczył Komisii Rolnei Sei mu. W kole ne kadencji parlamentu został y komisji Koinej dej Jako właściciel awionetki, prezes Aeroklubu W °Wan^.prZez Prezydenta RP senatorem, towej został wysiedlony do wsi Łubki, a w 1943 niczyc . W czasie II wojny świa-r. aresztowany za działalność w Armii Kordian Kuczma 123 Krajowej, gdzie nosił pseudonim „Czarny”. Przydzielono mu numer obozowy 23747. Zginął 2 lutego 1945 r. koło Sierakowa w ziemi lęborskiej podczas ewakuacji pieszej Stutthofu (tzw. marszu śmierci). Inny zamordowany nad Bałtykiem poseł z tego regionu to Szczepan Sawicki (1870-1944), gospodarz z Kołozębia w powiecie płońskim. Ten endecki poseł na Sejm Ustawodawczy i I kadencji był więziony za wprowadzanie języka polskiego do wiejskich samorządów w 1906 r. przez Rosjan, którym narażał się również goszcząc w mieszkaniu nielegalną szkołę ludową, a dwanaście lat później przez okupanta niemieckiego. Padł ofiarą stutthofskich SS-manów 23 marca 1944 r. MARTYROLOGIA WILEŃSZCZYZNY W pewnym sensie tragizm losów mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej obrazują ostatnie lata życia Włodzimierza Szakuna (1883-1944). Urodzony w Kielewiczach w województwie nowogródzkim absolwent pedagogiki na uniwersytecie petersburskim mógłby znaleźć się na celowniku Gestapo z Komisariatu Rzeszy „Wschód” jako dawny działacz białoruskiej Hramady oraz poseł PSL „Wyzwolenie” i komunizującej Niezależnej Partii Chłopskiej na Sejm I kadencji. Padł jednak ofiarą oczyszczania Pomorza z polskich elit. Podobnie jak Kwiatkowskiego, z politykowania „wyleczyło” go więzienie - w latach 1927-29 odsiadywał na wileńskich Łukiszkach próby stworzenia Radykalnej Partii Włościańskiej Ziem Białoruskich. Ostatnią dekadę dziejów II RP spędził w Suchobrzeźnicy na Kociewiu - rodzinnej miejscowości żony Janiny Cholewskiej. Posiadał tam 10-hektarowe gospodarstwo i zajazd. Zmarł w Stutthofie 1 lutego 1944 r. — oficjalnie na zawał serca. Ostatnim byłym posłem, który trafił w latach okupacji nad Zatokę Gdańską był Józef Małowieski (1892-1944). Brał on udział w obradach Sejmu Ustawodawczego jedynie przez kilka miesięcy - dokooptowany w kwietniu 1922 r. jako wicemarszałek Sejmu Wileńskiego. Pracował w dawnej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego jako naczelnik Wydziału Szkolnego Kuratorium Okręgu Szkolnego. W 1931 r. został radcą takiej samej instytucji w Warszawie. Doszedł do godności prezesa sytuującego się na lewym skrzydle obozu piłsudczykowskiego Związku Postępowej Młodzieży Demokratycznej. W czasie II wojny światowej należał do AK i pracował w Wydziale Wyżywienia Zarządu Miejskiego. W Stut-thofie znalazł się 29 września 1944 r. z transportem ludności cywilnej ewakuowanej w czasie powstania warszawskiego (numer 93427). Zmarł 1 grudnia tego samego roku. Charakterystyczną cechą biografii wielu z opisanych powyżej polityków były ich wcześniejsze więzienne epizody związane z walką o niepodległość Polski. Do pewnego stopnia nodparniały ich one na ekscesy nazistów, z drugiej — były ważnym argumentem za wpisaniem na listę osób przewidzianych do likwidacji. Nawet, jeżeli tak jak Szakun, nie zawsze cierpieli w słusznej sprawie, bliscy bohaterów tego tekstu mogą czuć moralną satysfakcję, Ze ci ludzie umierali tak, jak żyli - jako nonkonformiści. 126 Konny rajd dla Niepodległej Nie od dziś do dwóch moich największych pasji należy historia i jazda konna. Gdybym miał powiedzieć, co fascynuje mnie bardziej, musiałbym przyznać, że nie potrafię wybrać. Najprościej było więc połączyć obie pasje: zgłębiać tajniki polskiej, choć nie tylko, historii z końskiego grzbietu. Wszak to koń, jako nieodłączny towarzysz człowieka, bywał narzędziem pociągowym, środkiem transportu, ale też przyjacielem i współtowarzyszem w bitwie. Po pierwszych nieśmiałych wycieczkach regionalnych przyszedł czas na odważniejsze rajdy konne, uczestnictwa w rekonstrukcjach historycznych i uroczystościach w miejscach pamięci. W zeszłym roku, wobec zbliżającej się okrągłej rocznicy odzyskania przez Ojczyznę niepodległości, zrodziła się idea uczczenia bohaterów narodowych poprzez rajd konny śladami walk powstań narodowowyzwoleńczych. Pomysłodawcą był Andrzej Michalik z Kobyłki. Trasę ustalaliśmy już wspólnie. Jasne było dla nas, że rajd ma odbyć się bez uczestnictwa wozu taborowego, a uczestnicy muszą być stroczeni na koniach, jak drzewiej bywało: co pod tyłkiem i w sakwach tyle twoje Wszak wygody i luksusy w postaci czystych ubrań oraz dostępu do bieżącej wody każdy z uczestników ma w domu. My chociaż przez chwilę i w promilu chcieliśmy odczuć trud podróży niebagatelnej, bo ponad 700-kilometrowej. Ostateczny skład załogi rajdowej to 5 jeźdźców reprezentujących Wielkopolskę Powiśle i Mazowsze: Andrzej Michalik z Kobyłki, Maciej Dubicki z Poznania, Grzegorz Cudny i Robert Rozwód z Radzymina oraz ja, Andrzej Podolski ze Sztumu Wyjechaliśmy zgodnie z planem 20 stycznia. Rozpoczęliśmy wzruszającą Mszą w kościele w Kobyłce, gdzie miejscowy ksiądz udzielił nam błogosławieństwa na dalszą drogę. Andrzej Podolski 127 Pierwszy etap rajdu obejmował 34 km trasę od Kobyłki do Boruczy. W tej niewielkiej miejscowości mieliśmy możliwość przekonać się, że jeździec na koniu budzi sympatię mieszkańców, tym bardziej miło nam było brać udział w uroczystościach upamiętniających walki Powstańców Styczniowych na które zostaliśmy zaproszeni przez władze oraz otwierać drogę wybudowaną przy współudziale funduszy europejskich. Strażacy zaoferowali nam nocleg - ugościli nie tylko jeźdźców, ale zaopiekowali się również naszymi końmi, które nakarmione i wyczyszczone mogły odpocząć przed dalszą drogą. Drugi dzień wyprawy rozpoczęliśmy siodłaniem koni po obfitym śniadaniu. Droga wiodła nas przez Łuków ku miejscowości Drycz (blisko 55 km). Wieść o naszej eskapadzie widać już się rozniosła, albowiem na trasie oczekiwało na nas już trzech konnych jeźdźców, eskortując do przygotowanego już miejsca noclegowego. Zanim jednak udaliśmy się na sutą wieczerzę mieliśmy przyjemność spotkać się z młodzieżą szkolną. Tu mogliśmy opowiedzieć o swoim zamiłowaniu do historii i powodach rajdu konnego. Kolejny dzień rajdu był dniem pomyłek. Rozpoczęło się niewinnie. Obserwując zwierzęta, zauważyliśmy, że koń Grzegorza ma „gorszy dzień”. Postanowiliśmy dać mu zatem nieco odpocząć i skrócić trasę. W rezultacie nadłożyliśmy jedyne 20 km. Aura tego dnia nas nie rozpieszczała, temperatura spadła gwałtownie, termometr wskazywał minus 9 stopni, co w połączeniu z wiatrem dawało odczucie dojmującego zimna. Na oczekujące nas ognisko przybyliśmy mocno spóźnieni. Po krótkiej uroczystości pod mogiłą żołnierzy napoleońskich udaliśmy się ku gościnnej agroturystyce w Pabikrach. Kolacją ugościł nas Burmistrz Ciechanowca pan Mirosław Reczko, który opowiedział nam o zabytkowym drewnianym kościele z XVII wieku, a także o zbiorowych mogiłach z okresu II wojny światowej, jednej przy drodze do Ciechanowca, w której pochowano tu około 200 Polaków, Żydów (106 rozstrzelanych podczas ucieczki), jeńców radzieckich rozstrzelanych w latach 1941-1944, a także tej w której pod granitową płytą spoczęło 80 nieznanych Polaków zamordowanych przez Niemców. Zlokalizowana jest w lesie, między wsią Kozarze i Zaszków. Oprócz mogił pozostałych po II wojnie światowej, znajduje się tu również grób zbiorowy żołnierzy z I wielkiej wojny. Jednym z eksponatów, którymi szczyci się ciechano-wickie Muzeum im. ks. Krzysztofa Kluka jest fragment czółna, tzw. dłubanki z I w. p.n.e., znaleziony nad urwiskiem Nurca, wykonany z drewna dębowego, konserwowany swego czasu w Muzeum Archeologicznym w Biskupinie. Pożegnawszy się z gościnnym Burmistrzem, wyruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się do miejscowości o wdzięcznej nazwie Boćki, w której to okolicach już od 1831 roku pojawiali się powstańcy, czynnie wspierani przez mieszkańców. Mimo, że nasz przyjazd okazał się zaskoczeniem dla Pani wójt, to naprędce zorganizowany nocleg w świetlicy z miejscem dla koni w gospodarskiej stodole, co okazał się dobrodziejstwem wobec aury, która postanowiła nas nie rozpieszczać. Po oddaniu czci Powstańcom Styczniowym we wsi Wygorzewo-Lubiejki, uraczeni nalewką od pani Doroty pożegnaliśmy jednego z “rajdowców”, Grzegorza Cudnego, który udał się jako statysta na plan filmu produkcji USA. W 6 dniu rajdu poznaliśmy, co to znaczy być gwiazdami regionalnej TV. W Hajnówce po 60-kilometrowy etapie, złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Powstańców Styczniowych 128 Konny rajd dla Niepodległej wraz z władzami miasta. Włodarze na ten dzień ofiarowali samochód do naszej dyspozycji. Odpoczywaliśmy w hotelu, niejako wbrew pierwotnym założeniom wyprawy, ale gospodarzowi odmówić gościny nie honor. Na dworze było mokro i zimno, a konie jak ludzie, potrzebują zmiany obuwia. Przyszło nam więc podkuć konia Macieja - Borysa. Z radością powitaliśmy Grzegorza, który zakończywszy „kręcenie” oskarowego hitu powrócił na szlak. Koniec tego etapu był dla nas szczególny. Pilotował nas ksiądz, który doprowadził nas do szkoły w Narwi, gdzie pod pomnikiem wraz z oficjelami, młodzieżą i strażą pożarną uczciliśmy bohaterstwo i poświęcenie Powstańców. By odwdzięczyć się gościnnej miejscowości, ku uciesze mieszkańców przedstawiliśmy pokaz musztry wojskowej oraz bajaliśmy wspólnie przy ognisku. Gościnni mieszkańcy zrewanżowali się nam wspaniałą wycieczką po zakładzie Narew Pronar, zatrudniającym ponad 2 tys. osób, fabryce produkującej ciągniki. Trudno jest rozstawać się z tak gościnnym miejscem, ale komu w drogę. Kolejny dzień nie zaczął się dla mnie zbyt dobrze. Warunki atmosferyczne dały mi się we znaki, przeziębienie, z początku niegroźne, zaczęło nabierać mocy, do tego stopnia że wieczorem w Supraślu musiałem zamienić konia na konie mechaniczne. Zanim jednak zmogła mnie choroba, zdążyłem jeszcze wziąć udział we Mszy Św. oraz złożyć kwiaty w symbolicznym podziękowaniu dla Powstańców Listopadowych, w znakomitym towarzystwie lokalnych oficjeli i mieszkańców. 29 stycznia dojechaliśmy do Lipska, ja niestety w samochodzie. Stan zdrowia nie przeszkodził mi jednak, by wraz z kolegami wziąć udział w krótkiej inscenizacji i udzielić wywiadu dla telewizji regionalnej. Odtąd towarzysze podróży zaczęli lekko dworować ze mnie że nawet nieżywemu wystarczy mi pokazać kamerę, bym powstał gotów do wywiadu. Miejscem naszego noclegu był dom błogosławionej Marianny Biernackiej rozstrzelanej 13 lipca 1943 r. w Naumowiczach koło Grodna, w odwecie za zabicie żołnierza niemieckiego przez partyzantów. Postać to szczególna. Beatyfikowana przez Jana Pawła II w 1999 r wśród 108 męczenników II wojny światowej, Marianna, postanowiła umrzeć w zastępstwie za synową i jej nienarodzone dziecko. Nazywana jest odtąd patronką teściowych. Podążając dalej, ok. 10 km za Lipskiem dotarliśmy do wsi Jesionowo, która przed wojną składała się z 15 doskonale prosperujących gospodarstw, a podczas II wojny światowej słynęła z wyjątkowego patriotyzmu mieszkańców. Niestety, miejscowej ludności przyszło za ów patriotyzm zapłacić słono. W odwecie za pomoc udzieloną partyzantom Armii Krajowej, 23 sierpnia 1943 r. funkcjonariusze specjalnej jednostki operacyjnej z Krasnego oraz gestapo z Grodna dokonali brutalnego mordu na większości mieszkańców wsi Wszystkich obecnych Jesionowczan spędzono do jednego z domów i rozstrzelano kilkoro dzieci wrzucono żywcem do zbiorowej mogiły. Zamordowano 58 osób z czeso większość stanowiły kobiety i dzieci. ’ Po egzekucji dokonano grabieży mienia zamordowanych, rozbiórki i dewastacji zabu dowań. Dziś na miejscu mogiły stoi duży krzyż i murowana kapliczka, postawiona tu pod koniec lat 70. Mimo posiadane, świadomości historycznej, ciągle trudno uwierzyć w tak dalece posunięte okrucieństwo. 7 Andrzej Podolski W zadumie wyruszyliśmy w dalszą podróż. Jadąc dalej przez teren Puszczy Augustowskiej cieszyliśmy się towarzystwem leśników, którzy opowiadając nam historyczne smaczki o powstańczych czasach na tych ziemiach, pokierowali nas ku rezerwatowi Kozi Rynek, na terenie którego rozegrała się jedna z bitew Powstania Styczniowego, a mianowicie potyczka wojsk polskich pod przewodnictwem pułkownika Józefa Konstantego Ramotowskiego-Wawra z oddziałami wojsk rosyjskich. Pod pomnikiem Powstańców mieliśmy okazję spotkać się z po raz kolejny z młodymi miłośnikami historii. Jedenastego dnia wyprawy dojechaliśmy do Augustowa, osiągając tym samym cel wyprawy. Zwiedzając miasto nie mogliśmy nie zaliczyć pozycji obowiązkowych w postaci niewielkiego, acz ciekawego Muzeum Kanału Augustowskiego oraz Izby Pamięci Krechowiaków. Trudy podróży, dojmujący ziąb, zacinający śnieg i wiatr, dały się we znaki nie tylko nam ale i zwierzętom. Postanowiliśmy nieco odpocząć. Wieczór minął nam na przypominaniu sobie żurawiejek. Kto nie słyszał tych zabawnych, rubasznych a częstokroć niesamowicie uszczypliwych piosenek ułańskich, ten nie wie co traci i powinien natychmiast to naprawić. Te wierszowane utwory to swego rodzaju potyczka między dwoma konkurującymi pułkami ułanów, w których śpiewający dworuje z domniemanych negatywnych cech adwersarzy, wychwalając jednocześnie cechy własne, bardziej lub mniej słusznie. Po wieczorze spędzonym na oporządzaniu koni, udaliśmy się na spoczynek, by rano wyruszyć do Rajgrodu. Tu w towarzystwie harcerzy oraz przedstawicie- 129 Przedpomnikiem Powstańców Styczniowych komendant rajdu Rotmistrz A. Michalik, fot. archiwum autora Pomnik Bohaterów Styczniowych z oddziału płk. Romatowskiego, fot. archiwum autora lami władz, oddaliśmy w lesie cześć Powstańcom. Mieliśmy przyjemność stanowić asystę burmistrza miasta, w podróży bryczką pod miejsce pamięci. Opowieść o burzliwych dziejach powstańczej historii tej miejscowości można śmiało rozpocząć od starcia miejscowej szlachty, niestety zakończonego niepowodzeniem, podczas Powstania Kościuszkowskiego, z wojskami pruskiego zaborcy. Przyłączone na mocy traktatu tylżyckiego do Księstwa Warszawskiego miasto, od roku 1815 weszło w skład Królestwa Kongresowego. Zaangażowani mieszkańcy Rajgrodu i okolic podczas powstania listopadowego, zwyciężyli w bitwie z Rosjanami w maju 1831 roku. Wojskami polskimi dowodził wówczas gen. Antoni Giełud. W znanej w annałach historii szarży ułanów poznańskich poległ mjr Franciszek Mycielski. W 1863 roku na Górze Rykowej pod 130 Konny rajd dla Niepodległej Rajgrodem stracono powstańca Józefa Narzymskiego, dramaturga i powieściopisarza. W 1941 roku w Rajgrodzie doszło do pogromu miejscowych Żydów. W wyniku zbiorowych egzekucji, w których brali udział również Polacy, zginęło około 100 osób. W lipcu 1941 Niemcy utworzyli tam getto dla ludności żydowskiej. Przybywało w nim ok. 1200 Żydów z Rajgrodu i okolicznych miejscowości. Obóz zlikwidowano 2 listopada 1942, a jego zostali mieszkańcy wywiezieni do obozu przejściowego w Boguszach. Ciekawostki z historii Rajgrodu opowiadał nam wieczorem przy herbacie niezwykle gościnny pan Krzysztof Kopy-ciński. Droga powrotna przebiegała spokojnie, chociaż pogoda postanowiła nas nie rozpieszczać. Niedogodne, delikatnie mówiąc warunki pogodowe wynagradzały nam krajobrazy Parku Biebrzańskiego, którego dyrekcja ofiarowała nam komfortowy nocleg. / omnik ku czci Powstańców Styczniowych zgładzonych przez Rosjan w 1864 roku, fot. archiwum autora Ugoszczeni, posileni i wypoczęci udaliśmy się w kierunku Stanisławowa, by zwiedzić bunkry i fortyfikacje „polskich Termopil” i powspominać bohaterską obronę Wizny bitwy rozegranej w dniach 7-10 września 1939 r. Pomimo poważnej dysproporcji pomiędzy siłami polskich obrońców pod dowództwem kapitana Władysława Raginisa z Korpusu Ochrony Pogranicza, a siłami niemieckimi gen. Heinza Guderiana (twórcy idei blitzkrieg"), stała się ona jednym z najbardziej bohaterskich, lecz i najmniej znanych epizodów II wojny światowej. Żałowaliśmy, że w okresie powojennym wszystkie schrony odcinka zostały zniszczone Dzisiaj byłyby doskonałym tłem dla inscenizacji historycznych. Nadmienię, że w ruinach obiektu dowodzenia znajduje się pomnik ku czci bohaterskich obrońców Wizny ze wzruszającym mnie osobiście za każdym razem, gdy to czytam, napisem na skromnej tablicy pamiątkowej: Przechodniu, powiedz Ojczyźnie, żeśmy walczyli do końca, spełniając swój obo-wiązek. Oprócz pomnika na Górze Strękowej, w samej Wiźnie jest też pomnik poświęcony polskim obrońcom w 1939 oraz pomnik - armata poświęcony por. Stanisławowi Brykal-skiemu. Walki żołnierza polskiego o Wiznę zostały upamiętnione także na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie napisem na jednej z tablic umieszczonych no 1990 r-„WIZNA 8 - 10 IX 1939”. y P Wizyta w niezwykle gościnnej stolicy dawnej Ziemi Łomżyńskiej, pozostanie zapewne na długo w naszych wspomnieniach, tutaj bowiem na rynku miasta mieliśmy okazję spotkać się z władzami miasta oraz złożyć kwiaty pod pomnikiem postawionym w hołdzie „Bojownikom Nieznanym Straconym przez Najeźdźców - Rosjan w 1831 r ” Władze miasta skierowały nas na nocleg do dworku prałata, w którym według opowieści nocował kiedyś Marszałek Jozef Piłsudski. W.eczor spędziliśmy w towarzystwie kolegów rekon-struktorow z Grunwaldu. ° Andrzej Podolski Miłe złego początki. Niestety, okazało się, że samochód taborowy odmówił posłuszeństwa i musieli-śmy posiłkować się lawetą. Nie przeszkodziło nam to jednak w dalszej podróży do Szumowa, gdzie po nocy krzewiliśmy pasję do historii ojczystej wśród młodzieży szkolnej. Pokaz w naszym wykonaniu obejrzało około 200 uczniów i nauczycieli, a sądząc po żywiołowych reakcjach publiczności widowisko wzbudziło nie lada zainteresowanie, choć tak naprawdę, nie wiem komu sprawiało to większą radość. Z Szumowa udaliśmy się w kierunku Ostrowi Mazowieckiej. Nasz pobyt w tej uroczej miejscowości również nie umknął lokalnej prasie. Zgodnie z prawdą, podczas wywiadu dla portalu internetowego Andrzej Michalik przyznał, że grzechem byłoby nie odwiedzenie Ostrowi, chociażby ze względu pomnik Powstańców Styczniowych. Przywitano nas przy przedszkolu, skąd udaliśmy się pod wspomniany wcześniej pomnik, gdzie zastępca burmistrza, wspólnie z przedstawicielem Muzeum Dom Rodziny Pileckich, Łukaszem Łapińskim, złożyli kwiaty przy naszej asyście oraz harcerzy 29. DH "Pogodni". Zaprezentowaliśmy krótki pokaz musztry powstańczej, a wszyscy mieszkańcy, którzy przyszli na spotkanie mogli wziąć udział w ognisku. Po krótkim odpoczynku na terenie przedszkola wyruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku Broku, a stąd wałem wzdłuż Bugu do pozbawionego praw miejskich najprawdopodob- 131 Pomnik upamiętniający żołnierzy napoleońskich, fot. archiwum autora niej na skutek represji po powstaniu Styczniowym Ka- Obozowisko uczestników rajdu szlakiem „• z i nr • 1 •' • i i • z z i z Powstań Narodowościowych. Od prawej mienczyka. 1 u mieliśmy niekłamaną przy emnosc brać . n .... „ „ , A ~ , ,. / 1 7 . . A. Podolski, G. Cudny, M. Dubtckt, fot. udział w uroczystościach pod pomnikiem poległych archiwum autora w powstaniu styczniowym wraz z delegacją Piłsudczy- ków. Po sutym obiedzie u Beaty i Manfreda, którzy jak miało się okazać zasilą następnego dnia na chwilę nasz skład, i niemniej uroczystej kolacji z władzami, spędziliśmy spokojny wieczór w hotelu w Gaju. W ostatnim etapie, powiększonym składzie i doskonałych humorach, mimo ogarniającego nas zmęczenia przemierzyliśmy drogę do Wołomina, gdzie zakończyliśmy rajd składając kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego, co miało dla nas po dwakroć symboliczne. Zimowy Rajd Konny, podążający śladami polskich powstań narodowo-wyzwoleńczych, zapewne nie będzie ostatnim. Podróż ta, trwająca 19 dni uświadomiła nam jak niewielka i powierzchowna jest nasza wiedza na temat powstań. 132 Konny rajd dla Niepodległej Mając na względzie wiek uczestników zachęcam wszystkich dojrzałych obywateli do podejmowania wyzwań wydających się nieosiągalnymi. Doświadczenia moje w sposób literacki ujęła laureatka nagrody Nobla Wisława Szymborska, co w poniższym wierszu dedykuję Państwu: Co to za życie bywa w MŁODOŚCI!? Nie czujesz serca... wątroby... kości... Spisz jak zabity, popijasz gładko... i nawet głowa boli cię rzadko. *** Dopiero człeku twój wiek DOJRZAŁY! Odsłania życia urok wspaniały... Gdy łyk powietrza, z wysiłkiem łapiesz... Rwie Cię w kolanach... Na schodach sapiesz... Serce jak głupie szybko ci bije... Lecz w każdej chwili czujesz, że ŻYJESZ! Więc nie narzekaj z byle powodu Masz teraz wszystko, czego za młodu nie doświadczyłeś. Ale DOŻYŁEŚ! *** Więc chociaż czasem w krzyżu cię łupie Ciesz się dniem każdym! Miej wszystko w DUPIE!!! Wspomnienia Halina Łukawska DOM NA ŻUŁAWACH1 część 3 GMINA MARKUSY, POWIAT ELBLĄG Po powrocie z wojny w 1945 roku część naszej rodziny, to jest moja matka, starszy brat Stasiek i ja, mieszkaliśmy w Osieku nad Wisłą, w przysiółku Sici-ny. Później zamieszkała też z nami moja starsza siostra Genia z mężem Stefanem Burkiem. Było nam za ciasno w naszym małym, biednym, tymczasowym domu. Nie było co jeść. Nie było w co się ubrać. Nie było się czym nakryć. Żyliśmy w strasznej nędzy. Na początku 1947 roku całą rodziną podjęliśmy wspólną decyzję, że zostawiamy nasze gospodarstwo i nasz dom w Osieku nad Wisłą i wyjeżdżamy na Ziemie Odzyskane. Może tam będziemy lepiej żyć? Może będziemy wspólnie pracować i w końcu wyjdziemy z tej biedy? Od lewej Halina Kowalska (w chustce), Andrzej Kowalski (w czapce), NN. Zdjęcie zrobione w 1947 r. w Malborku, w zakładzie fotograficznym, który mieścił się wtedy w mieszkaniu zajmowanym przez autorkę Wtedy wszyscy mówili o tym, że tam, na tych Ziemiach Odzyskanych, są duże szanse rozwojowe dla Polaków. Pisały o tym gazety, głosiła to ówczesna władza. Na tę przeprowadzkę bardzo namawiał nas wójt Osieka Franciszek Zygnerski, który mówił, że ziemia i domy czekają tam na takich biednych Polaków jak my. 1 że nic za to nie trzeba będzie płacić. Wszystko jest za darmo! Tylko jechać i brać! Mamy tu zostawić wszystko, a tam wybrać sobie lepsze domy i lepszą ziemię, by żyć w dobrobycie. Te jego słowa okazały się jednak potem nieprawdziwe, bo osadnicy na Żuławach musieli potem latami spłacać te gospodarstwa, które pobrali. Jednak w Osieku tak bardzo biedowaliśmy i głodowaliśmy, że nie dało się tam dłużej żyć. Nie mieliśmy innego wyboru. W tamtym czasie na Ziemiach Odzyskanych we wsi Lasowice Wielkie na Żuławach mieszkało już dwóch moich braci: najstarszy Józef, który został organistą w tamtejszym kościele p.w. Andrzeja Apostoła, oraz Tadeusz. Obaj mieli już tam swoje gospodarstwa rolne i byli żonaci. Brat Wacek był jeszcze kawalerem i pracował w Bydgoszczy w nadleśnictwie, a chory brat Stasiek był w domu ze mną i matką. ' Jest to trzecia część wspomnień Haliny Łukawskiej spisanych i zredagowanych przez jej córkę Alicję Łukawską (część 1 - „Prowincja 2017 nr 2; część 2 „Prowincja 2017 nr 4). 134 Dom na Żuławach, część 3 Z kolei Andrzej, z którym byłam na robotach przymusowych u Niemca w Birkenfelde, odsługiwał dwa lata służby wojskowej w milicji. Był najpierw milicjantem w Malborku,’ a potem w Starym Polu. W czerwcu 1945 roku, kiedy brano do wojska jego rocznik (1927) zgłosił się jako ochotnik do milicji, byle tylko nie stawać na komisję wojskową. W tym czasie wszystkich młodych chłopców z naszej okolicy wojsko wprost z poboru wysyłało w Bieszczady, gdzie jeszcze toczyły się ostre walki z Ukraińcami z UPA. Wielu naszych tam poginęło, bo to byli młodzi, niedoświadczeni chłopcy, co to jeszcze nie umieli trzymać broni w ręku, a musieli walczyć z doświadczonymi w bojach banderowcami, którzy urządzali na nich zasadzki. Właśnie w Bieszczadach zginął pierwszy narzeczony mojej siostry Geni, chłopak ze wsi pod Golubiem-Dobrzyniem, który poszedł do wojska zaraz po tym, jak wrócił z robót przymusowych w Prusach. Nasz Andrzej chciał żyć, nie palii się do wojny, więc wołał zostać ć milicjantem w Malborku niż walczyć z Ukraińcami w górach. Wiele osób z Osieka i okolicy wyjeżdżało wówczas na Ziemie Odzyskane. Jedni jechali na szaber i wracali po jakimś czasie z jakąś tam zdobyczą. Inni przeprowadzali się tam na stałe, jak na przykład rodzina Czajów czy Struzików. Struzikowie to byli nasi najbliżsi sąsiedzi sprzed wojny. Byliśmy z nimi bardzo zaprzyjaźnieni. Też byli biedni, więc przeprowadzili się do wsi Grobelno pod Malbork. Zajęli tam dużą poniemiecką chałupę przy samym wale. Niestety, wkrótce potem zdarzyło się im nieszczęście Pewnego dnia do sołtysa Grobelna przyszła grupa żołnierzy i zażądała podwody czyli konia z wozem. Struzik miał wtedy konia i wóz, więc sołtys go wyznaczył, by pojechał gdzieś z tymi żołnierzami. Nie wiadomo, kim właściwie byli ci mężczyźni. Byli w polskich mundurach, ale nie wyglądali na regularne polskie wojsko. Nie przedstawili się Byli uzbrojeni. Mieli ze sobą karabiny i pistolety. Sołtys się ich chyba przestraszył Cóż było robić? Struzik zaprzągł swojego konia do wozu i pojechał z nimi. Jak pojechał tak i zginął Nigdy już nie wrócił do domu. Nie wiadomo, co się z nim stało. Czy to dziwne wojsko” zabiło go po drodze, czy też zdarzyło się coś innego? Może zlikwidowała go jakaś banda bo w tamtym czasie na Ziemiach Odzyskanych pełno było różnych kryminalistów i przestępców? Tu był po prostu Dziki Zachód! Sprawa jego zniknięcia nie została wyjaśniona po dziś dzień. 1 ’ Z tym naszym wyjazdem na Ziemie Odzyskane to był taki kłopot, że nie było właściwie komu tego załatwiać w urzędach. Nasza matka była już bardzo chora na SM i częściowo sparaliżowana. Przez to większość czasu leżała w łóżku. Stasiek też był chory miał ogromną, niegojącą się i ropiejącą ranę na jednej nodze, więc prawie nie ruszał się z domu Było z mm tak źle, że nawet wojskowa komisja poborowa zwolniła go do domu A ja byłam jeszcze za młoda. Miałam wtedy tylko 17 lat, więc wciąż jeszcze liczyłam się jako niepełnoletnia l me mogłam podpisywać żadnych papierów urzędowych. Ustaliliśmy wiec w rodzinie, że Genia z mężem wezmą to całe załatwianie na siebie 7 NOWY DOM W MARKUSACH Postanowiliśmy szukać nowego domu na Żuławach Elbląskich, bo Genia i jej maż Stefim Burek znali te tereny z okresu wojny, gdy byli tam na robotach przymusowych u Niemców. Gema pracowała wówczas u rodziny Mindnerów w Różanach a Stefan był Halina Łukawska 135 u bauera Johanna Froese w Markusach. Zamierzali więc zająć jeden albo drugi z tych domów. Burkowie pojechali na Żuławy pociągiem, wysiedli na stacji w Gronowie i poszli pieszo do Różan. Tam okazało się, że po Mindnerach nie ma już żadnego śladu, choć mieszkali jeszcze u siebie latem 1945 roku, bo Genia ich tam wtedy odwiedzała. Ale wiosną 1947 roku nikt już nie wiedział, co się z nimi stało. Przez polskich osadników zajęty był także dawny dom rodziny Froese w Markusach, czyli ten, gdzie w czasie wojny był na robotach mój szwagier. Trzeba było więc szukać nadal. Ostatecznie, Genia i Stefan wybrali dla nas dom w Markusach, który stał na skrzyżowaniu drogi do centrum wsi i do Jeziora. Był położony mniej więcej naprzeciwko tzw. „starej szkoły” z czerwonej cegły, zbudowanej jeszcze przez Niemców. Później w tym miejscu zrobili przystanek PKS i zatrzymywały się tam autobusy jadące z Malborka do Elbląga i z powrotem. Burkowie obejrzeli dokładnie dom, a potem pozamykali dobrze drzwi i okna, a na drzwiach powiesili kartkę, że tu jest już zajęte przez Polaków. Nasza przeprowadzka na Ziemie Odzyskane odbyła się w kwietniu 1947 roku. Spakowaliśmy się i jechaliśmy wszyscy razem: nasza sparaliżowana matka, Stasiek, Genia z mężem i ja. Jak wyjeżdżaliśmy na Żuławy, to dom, w którym zamieszkaliśmy w Osieku zaraz po wojnie, musieliśmy oddać gminie. Ziemię, którą wzięliśmy po wojnie, także oddaliśmy władzom. Nasza pozostawała jednak ziemia, którą mieliśmy na własność wcześniej, jeszcze przed wysiedleniem przez Niemców. Tę naszą ziemię ktoś z Osieka wziął w dzierżawę, ale nie pamiętam już kto. Natomiast gospodarstwo w Markusach mój szwagier Stefan Burek zapisał na siebie. W przeprowadzce na Żuławy pomagał nam Andrzej, który dostał parę dni urlopu z milicji i specjalnie w tym celu przyjechał ze Starego Pola, gdzie wówczas służył. Na kolei wypożyczliśmy jeden wagon towarowy do przewozu całego naszego dobytku. Ten wagon został doczepiony do pociągu towarowego, który jechał przez Toruń, Chełmżę, Grudziądz i Malbork do Elbląga. Właściwie to była prawie taka sama trasa, jak ta, którą jechaliśmy w czasie na roboty przymusowe u Niemców. Teraz, tak samo jak wtedy, wyruszyliśmy z Czernikowa. Zabraliśmy ze sobą trochę podstawowych narzędzi rolniczych, jakieś łopaty, kosy, grabie, trochę mebli, ubrania, pościel, dwie krowy, psa i kota. Potem się okazało, że ten kot bardzo się przydał w naszym nowym domu, bo na Żuławach na początku była straszliwa plaga myszy, które lęgły się na potęgę, zżerały zboże i w ogóle wszystko, co tylko było do zjedzenia. Nie było jak się przed nimi bronić. Kot to był naprawdę prawdziwy ratunek przed tymi myszami! Nie każdy nowy osadnik miał wtedy kota. Jak wysiedliśmy w Gronowie Elbląskim, to tam wszędzie wokoło było jeszcze zalane. Całe Żuławy wyglądały jak jedno wielkie jezioro. Tylko woda i woda... Powyżej były tylko drogi i niewielkie pagórki, na których stały domy. To wszystko zostało zalane przez wycofujących się Niemców wiosną 1945 roku. Później woda powoli schodziła, jak zaczęły pracować pompy. Najszybciej osuszono południową część Wielkich Żuław, m. in. okolice Lasowic Wielkich, tam, gdzie zamieszkali moi bracia Józef i Tadeusz. Ale jeszcze potem, przez kilkanaście miesięcy, stała woda w okolicach Nowego Dworu Gdańskiego i Elbląga. W Gronowie nasza rodzina została w wagonie, a my z Andrzejem wzięliśmy nasze dwie krowy na postronki i poszliśmy z nimi do Markus pierwsi. Andrzej jak zwykle popisywał 136 Dom na Żuławach, część 3 się, jaki to on mądry. Twierdził, że dobrze wie, gdzie jest ten nasz nowy dom i że na pewno tam trafi. Szliśmy powoli drogą z Gronowa z tymi krowami. To już było pod wieczór, wszędzie było pusto, cicho i bezludnie. Nigdzie nie widzieliśmy żadnych ludzi. Wody było wokół tak dużo, że w niejednych miejscach stała nawet na szosie. Droga była tam asfaltowa, dobra, jeszcze po Niemcach. Z tymi naszymi krowami doszliśmy do kamiennego mostu w Różanach, a dalej to już, niestety, Andrzej się pogubił i nie wiedział, jak iść. W międzyczasie zapadła noc. Zrobiło się ciemno. Nie chcieliśmy w tej sytuacji ruszać dalej, tylko zatrzymaliśmy się na noc w pustym domu, który stał zaraz za mostem w Różanach po lewej stronie. Ten dom był opuszczony, nikt tam wtedy nie mieszkał. Pamiętam, że po prawej stronie mostu był drewniany wiatrak, który później rozebrano. Przespaliśmy się razem z krowami w oborze czy w stodole do rana. O świcie ruszyliśmy dalej. Kiedy było jasno, to Andrzej rozpoznał drogę i już wiedział jak iść dalej. Wkrótce doszliśmy do naszego nowego domu. Wyglądał imponująco. Za Niemców było tam go-spodarstrwo rolne i gospoda. W tym domu mogliśmy się wszyscy pomieścić. Zaraz obok była ziemia, która należała do tego gospodarstwa. Budynek stał wzdłuż drogi do Jeziora. Był drewniany, obszerny, zbudowany tak, że pomieszczenia mieszkalne łączyły się z oborą i stodołą w jednym ciągu. Wszystkie części były nakryte jednym dachem krytym strzechą i pooddzielane drzwiami od siebie. To było bardzo wygodne, bo z domu przechodziło się wprost do obory, a dalej do stodoły. Nie trzeba było ubierać się i latać przez podwórze Całość była bardzo długa. Patrząc od strony skrzyżowania dróg, to najpierw była oszklona weranda z potłuczonymi szybkami w oknach, potem duża sala restauracyjna, a na końcu część mieszkalna. W sumie mieliśmy tam pięć pokoi, kuchnię i obszerną sień’ Sali restauracyjnej nie używaliśmy, bo była naprawdę ogromna, miała chyba ze czterdzieści metrów kwadratowych. Nie było nam potrzebne tak duże pomieszczenie. W sumie, mieliśmy te-raz dosyć miejsca dla naszej rodziny. Na podwórzu stał jeszcze dodatkowy drewniany budynek, gdzie chyba wcześniej był chlew dla świń, do tego były jeszcze drewutnia i wygódka. W tym domu nie było już niczego po poprzednikach, żadnych mebli ani innych rzeczy. Wszystko było wybrane wcześniej przez szabrowników, co tu przyjeżdżali zaraz po wojnie. Nawet w restauracji nie zostały żadne naczynia stołowe. A to, co zostało, to było porozbijane i poniszczone. Dom był zelektryfikowany, ale przewody zostały poprzecinane, chyba przez Niemców jak uciekał, zimą 1945 roku, a może później, przez polskich szabrowników, którzy zabierali kable i instalacje elektryczne. Przez kilka lat żyliśmy tam bez prądu, oświetlaliśmy po-mieszczenia lampą naftową. 7 r Połowę domu od ogrodu i podwórza zajęli Burkowie, a drugą połowę od strony drogi my z matką . Stask.em. W pierwszym roku była jeszcze bieda. Nie mieliśmy wiele do ie-dzenia. Nie mieliśmy też wtedy żadnych pieniędzy, by jechać do miasta i kupować jedzenie w sklepie Przez ten brak pożywienia wszyscy byliśmy wtedy bardzo szczupli, a a to już byłam tak chuda, ze sterczały mi kości biodrowe. Najchudszy z nas wszystkich był Srasiek, który wyglądał wtedy jakby wyszedł z obozu koncentracyjnego. Na początku, jak zamieszkaliśmy w Markusach, to nie mogliśmy jeszcze niczego siać na polach, bo wszystko wokoł było zalane. Potem, jak woda schodziła, to ziemię porastała Halina Łukawska 137 zaraz trawa, która rosła jak głupia. Na początku musiało nam wtedy wystarczyć do jedzenia to, co sami wyhodowaliśmy w ogródku, albo złapaliśmy czy złowiliśmy. W połowie czerwca 1947 roku posialiśmy w ogrodzie trochę ogórków i posadziliśmy kartofle. Sadziliśmy je tylko bliżej domu, tam, gdzie nie było zalane, bo niżej to jeszcze wtedy stała woda. A dom był na takim niewielkim, sztucznie usypanym pagórku, jakby na małej wyspie. Ponieważ wszędzie było pełno wody, więc dzikie kaczki, które bardzo się tam rozmnożyły, porobiły sobie gniazda na wierzbach, które masowo rosły przy rowach. Burek ze Staśkiem wchodzili na te wierzby i podbierali kaczkom jajka z gniazd. Potem robiliśmy z nich jajecznicę, albo gotowaliśmy je na twardo. Kacze jajka są w smaku podobne do kurzych. Pamiętam, że jedliśmy te jajka z czarną, amerykańską fasolą, którą dostaliśmy od kogoś w Markusach. A ten ktoś dostał ją z UNRRY, czyli takiej międzynarodowej organizacji pomocowej, która wtedy przysyłała do Polski różne dary z Ameryki. Od lewej Halina Kowalska, Michał Semków, Janina Kowalska. Z tyłu w oknie siedzi Stanisław Kowalski. Zdjęcie zrobione podczas dożynek gminnych w Zwierz-nie, sierpień 1948 roku, fot. archiwum rodzinne Pewnego razu dowiedziałam się, że właśnie przywieźli jakieś dary z UNRRY do gminy w Zwierznie. No więc tam poszłam, bo miało być też coś z odzieży do ubrania, a my nic prawie nie mieliśmy. Okazało się, że wszystkie najlepsze ciuchy wybrali ci, co byli najbliżej gminy, różni krewni i znajomi ludzi władzy. Zostały tylko jakieś byle jakie szmaty, nie warte uwagi. Wybrałam sobie z nich tylko jedną rzecz. To była taka dziwna, amerykańska spódnica z jedwabiu w kolorze różowym, która nie była zszywana po bokach. Właściwie to był taki długi kawałek materiału, który okręcało się wokół siebie. Nosiłam to potem jako halkę pod spódnicę. Nic innego tam dla siebie nie znalazłam. Zauważyłam też jakieś męskie buty i chciałam je wziąć. Ale to był tak duży rozmiar, że by na pewno nie pasowały ani na Burka, ani na Staśka. A nasz Stasiek miał naprawdę wielką stopę, nosił 45 rozmiar. Więc odłożyłam te buty z powrotem. Tyle skorzystałam osobiście z pomocy UNRRY! WRACAJĄC DO JEDZENIA... Stasiek miał dryg do łowienia ryb i do polowania. Porobił żaki, czyli sieci, i łapał w nie ryby, których wtedy na Żuławach nie brakowało. Niestety, większość z nich to były liny, których mięso śmierdziało błotem i nie smakowało nam. Ale co było robić? Jedliśmy te ryby na okrągło, także te śmierdzące liny, których naprawdę nie lubiłam. Mieliśmy także nasze dwie krowy, które dawały mleko, mieliśmy parę kur, które dawały jajka. I to było właściwie wszystko. Poza tym, Stasiek robił i zakładał pułapki na szczury piżmowe, których tam 138 Dom na Żuławach, część 3 wtedy było pełno. Łapał te zwierzątka, obdzierał ze skóry i suszył ich skórki na takim drewnianym prawidle. Sprzedawał je potem na kołnierze, bo wtedy modne były zimowe płaszcze z kołnierzami futrzanymi. Kołnierze z piżmaków wyglądały naprawdę elegancko Na początku mieszkaliśmy w Markusach z matką, Staśkiem i Burkami. Potem, jak Andrzej odsłużył dwa lata wojska w milicji, to też na krótko przyjechał do nas. Trochę był w domu, ale właściwie nie miał tam co robić, więc zaczął więc rozglądać się za pracą. Kręcił się tu i tam. Jakiś czas był u Józefa w Lasowicach, gdzie pracował w jego gospodarstwie jako parobek, ale nie podobało mu się tam. Andrzej nigdy nie lubił słuchać, jak ktoś mu rozkazuje, co ma robić. Szybko uciekł z tych Lasowic. Przez jakiś czas pracował w PGR--ze w miejscowości Cyganek na Żuławach, gdzie znalazł sobie żonę z rodziny kaszubskiej, która tam osiadła chyba jeszcze przed wojną. W końcu zamieszkał na stałe w Nowym Dworze Gdańskim. Przez resztę życia, aż do emerytury, pracował w punkcie skupu wełny i pierza, gdzie nie miał nad sobą żadnego kierownika. Był zupełnie samodzielny i dobrze sobie tam radził. Z czasem stał się znany w mieście i okolicy. Ludzie nawet mówili, że idą po wełnę „do Kowalskiego”. Jak zamieszkaliśmy na Żuławach, zaczęliśmy zwiedzać okolicę. Markusy to była duża wieś, rozwleczona na długość chyba z siedem kilometrów. Właściwie nie było tam jakiegoś centrum. Domy nie stały w kupie, jeden koło drugiego, tylko były luźno rozrzucone i mocno oddalone od siebie. Przez to nie było widać ani słychać, co dzieje się u sąsiadów. Najgorsze było to, że wszędzie było daleko. W tym pierwszym, trudnym okresie, nie było jeszcze nawet żadnego sklepu na miejscu. Jakieś sklepy były dopiero w Zwierznie i w Gro-nowie. Ludzie jeździli tam przede wszystkim po wódkę, bo to był wtedy towar pierwszej potrzeby. Butelką alkoholu można było wówczas załatwić różne sprawy. Potem zrobiono sklep Gminnej Spółdzielni w Markusach w budynku dawnego dworca kolejowego. Tamtędy kiedyś przebiegała linia kolejowa Elbląg-Zalewo, ale została szyny zostały zdjęte przez Rosjan i wywiezione na wschód zaraz po wojnie. Zwiedzaliśmy także puste domy stojące w sąsiedztwie. Wtedy niewiele z nich było zamieszkałych. Właściwie wszystkie domy położone przy gruntowej drodze w pobliżu nas nie były jeszcze zamieszkałe. Niestety, tam już przed nami byli szabrownicy, więc w tych domach w środku nic już nie było do zabrania. Wszystko zostało wyczyszczone do gołego! My tam wylądowaliśmy w czasie, kiedy przez Ziemie Odzyskane przewaliła się już ta największa fala szabru. Złote czasy dla szabrowników to była wiosna i lato 1945 roku, kiedy było tam jeszcze zupełnie pusto. Niemcy już prawie zupełnie wyszli, a Polacy jeszcze nie przyszli. Władzę sprawowało wtedy wojsko radzieckie, tworzyły się też polskie komitety obywatelskie. Szaber niby był wtedy zakazany prawnie. Groziły za to surowe kary ale kto by tam o tym myślał! Wtedy wszystko było wolno. Nie było żadnej władzy Wtedy rację miał ten, kto miał broń palną i umiał się nią posługiwać. A broni wszelakiej było wtedy wszędzie pełno. Leżała tu i tam porzucona przez Niemców, którzy zostawiali ją kiedy poddawali się Rosjanom. Najwyżej był kłopot z amunicją, ale i tę można było znaleźć iak ktoś potrzebował. Kto chciał, to brał tę broń dla siebie. Poszłam raz sobie do takiego jednego pustego domu stojącego przy drodze gruntowej koło nas. W środku tam już nic nie znalazłam, tylko jakieś kwiatki wiosenne rosły Halina Łukawska 139 w ogrodzie. Wzięłam kij i nakłuwałam ziemię przed domem. Szukałam, czy czegoś tam nie zakopano. W pewnym momencie poczułam, że mój kij natrafił na coś twardego! Zaczęłam tam grzebać rękoma i znalazłam zakopane w ziemi trzy metalowe konwie od mleka. W jednej z nich była schowana pierzyna z gęsiego puchu i jakieś ręczniki, a w drugiej był ozdobny, dwustronny obrus, ładnie haftowany i chyba coś jeszcze. W trzeciej kanie była cebula, smalec i inne produkty żywnościowe. To musieli zakopać Niemcy, którzy tam mieszkali i potem uciekli. Część z tego wzięłam ze sobą, resztę zostawiłam. Potem poszliśmy tam ze Staśkiem czy z Genią i przynieśliśmy resztę tych rzeczy. Później Burek ze Staśkiem zaczęli szukać koło innych domów. Chcieli też coś znaleźć. Kopali szpadlem w ogrodzie. Przy innym domu, przy tej samej polnej drodze, znaleźli zakopaną skrzynię, a w niej było pełno stołowych naczyń porcelanowych. Ucieszyliśmy się z tego znaleziska, bo nie mieliśmy dużo swoich naczyń stołowych i to mogło nam się przydać. Jednak długo ich nie używaliśmy. W domu nie było pieniędzy, więc Genia brała po kolei te naczynia i zawoziła pociągiem do Malborka na rynek, by je sprzedać. Ludzie w mieście kupowali i dawali jej za to prawdziwe pieniądze. To był nasz jedyny zarobek w tamtym początkowym, trudnym czasie. Burek ze Staśkiem dalej szukali i potem, jak już trochę woda opadła, to w tym samym ogrodzie wykopali jeszcze jedną dużą skrzynię. Zobaczyli ją i ucieszyli się! - Co to będzie za skarb!- mówili sobię. Odrywają deski z wierzchu, zaglądają do środka, a tam leży trup! To był jakiś niemiecki nieboszczyk pochowany w ogrodzie! Wyciągnęli stamtąd ludzką czaszkę, obejrzeli i odłożyli z powrotem. Nie rozpoznali nawet, czy to był mężczyzna czy kobieta. Po tym upiornym odkryciu jakoś im się odechciało dalszego kopania w ziemi i szukania skarbów. Ale to nie koniec! W jeszcze innym domu znaleźliśmy na strychu nową, nieużywaną trumnę z drewna. Gdzie indziej w środku były krowie szkielety. Nie mam pojęcia, jak te krowy tam weszły. Ale, jak widać, jakoś wlazły, nie mogły już wyjść i tam zostały. Na początku nie mieliśmy własnego konia, a na wsi koń był zawsze bardzo potrzebny, bo wszędzie było daleko. Trzeba było przecież czymś dojechać do miasta, a autobusy PKS do Elbląga i do Malborka jeszcze nie jeździły. W tym pierwszym okresie, jak ktoś potrzebował coś załatwić w mieście, czy w gminie, to szedł na pieszo. Poza tym, a może przede wszystkim, koń był niezbędny do pracy w polu. W tamtym czasie do Polski przywożono statkami z Ameryki bydło i konie. To była taka pomoc Stanów Zjednoczonych dla Europy zniszczonej po wojnie. Ludzie ze wsi jeździli wtedy do portu w Gdańsku i wybierali sobie piękne konie. Na początku, zaraz po wojnie, te konie z UNRRA były chyba za darmo, ale później już trzeba było za nie płacić. Jesienią 1947 roku mój szwagier Burek pojechał po konia do Malborka i wrócił do domu z potężnym wałachem rasy norweskiej. To był bułanek, czyli miał taką piaskową sierść, a do tego ciemniejszą grzywę i ogon. W ramach UNRRA przywożono te konie statkami z Norwegii do Gdyni czy do Gdańska, a potem wożono je pociągami do Tczewa i Malborka. Tam rolnicy je odbierali. Wcześniej trzeba się zapisać na konia w gminie, a potem spłacało się za niego pieniądze w ratach. Burek tak się zakochał w koniach tej rasy i tej 140 Dom na Żuławach, część 3 maści, że do samego końca swojego gospodarowania na Żuławach trzymał parę dobrze wypasionych bułanych koni. Z wyglądu zdawały się ciężkie, ale były silne i dobrze biegały. Jeździło się nimi w pole, do kościoła, do gminy i wszędzie, gdzie było potrzeba. Doskonale nadawały się do pracy na żuławskich polach. Z tym, że na samym początku, zaraz po wojnie, na Żuławach nie orało się w konie, tylko traktorami. Kiedy ustąpiła woda po tym zalaniu, gleba była tak ciężka, że koń, a nawet dwa konie, nie dałyby rady. Tam była tak ciężka ziemia, że tylko oblepiała wszystko i maszyny rolnicze tonęły w tym błocie. W pierwszym czy drugim roku naszego pobytu na Żuławach nasza gmina zaczęła odgórnie organizować prace w polu. Orka odbywała się za pomocą ciągników mechanicznych. Orano takimi olbrzymimi, ciężkimi traktorami, które tu zostały po Niemcach. Te ciągniki zostały zgromadzone w PGR-ze w Krzyżanowie koło Starego Pola. Na orkę trzeba było zapisywać się w urzędzie, bo była kolejka chętnych. A potem jedni rolnicy pilnowali drugich, by traktory nie były u kogoś na polu zbyt długo. To miało być zrobione równo i sprawiedliwie. Od lewej Genowefa z Kowalskich Burek, Stefan Burek, Halina Kowalska. Dziecko z przodu to maty Wiesiek Burek. Markusy, 1949 rok, fot. archiwum rodzinnne Ten pierwszy okres w Markusach był trudny. Przede wszystkim, nie było u nas komu robić w polu. Matka leżała, Stasiek był chory, a Genia była w ciąży z pierwszym dzieckiem. Do ciężkiej pracy zostawałam właściwie tylko ja i mój szwagier Burek. Byłam wtedy młoda, zdrowa i silna, więc pracowałam, ile tylko miałam sił. Pomagałam Burkowi w polu. Jak już opadła woda i wszędzie w jej miejsce porosła trawa, to wspólnie ją kosiliśmy, suszyliśmy, grabiliśmy i zbieraliśmy jako siano. Potem zawoziliśmy je z Burkiem do Gronowa na stację kolejową, gdzie je skupowano i wysyłano tam, gdzie brakowało paszy dla bydła. Dwa razy wybrałam się ze szwagrem pieszo do Elbląga, by sprzedać na rynku krowę Geni. Wcześniej były u nas dwie krowy, jedna moja, a druga mojej siostry. Ale Burek przyjął jakieś obce bydło na wypas na nasze łąki. W tej sytuacji sprzedaliśmy jedną z naszych krów, bo zaczęliśmy doić te obce krowy. Niby nie wolno było tego robić, bo one miały się tylko u nas wypasać i nabierać ciała. Ale one miały wymiona pełne mleka, więc dlaczego nie mieliśmy ich doić? Więc braliśmy od nich mleko. A tę krowę Geni Burek za drugim razem sprzedał w Elblągu, by mieć trochę pieniędzy. Naszym kościołem parafialnym był kościół pw. świętego Michała Archanioła w Zwierz-nie. Na samym początku, jak przyjechaliśmy, to tam był jeszcze ksiądz niemiecki Potem on wyjechał do Niemiec, a na jego miejsce przyszedł ksiądz Teofil Chrobak Był wówczas bardzo biedny, bo właśnie wyszedł z klasztoru czy z seminarium. Wysiadł w Grono-wie z pociągu i szedł pieszo do Zwierzna z małą walizeczką w ręku, w której mieścił się Halina Łukawska 141 cały jego dobytek. Potem proboszcz ze Zwierzna załatwił w kurii w Olsztynie, by parafia w Zwierznie przejęła też poniemiecki kościół ewangelicki w Jeziorze. Z czasem zaczęliśmy chodzić na msze do Jeziora, bo tam mieliśmy bliżej. W niedziele ludzie wozili tam proboszcza bryczką ze Zwierzna, bo on w tamtym czasie nie miał ani swojego wozu, ani konia. Później ksiądz Chrobak zdobył jakiś rower, by móc jeździć po swoim terenie. Jakiś czas chodziłam w Markusach do szkoły. Z początku ta poniemiecka szkoła naprzeciwko nas stała pusta. W 1948 albo 1949 roku przyszła tam do pracy nauczycielka Nowakowa z Elbląga. Miała ze sobą dwoje dzieci, a jej mąż mieszkał w mieście i pracował w elbląskich zakładach piwowarskich. Ona z tymi dziećmi mieszkała w budynku szkolnym. Tam na dole były dwie klasy i mieszkanie dla kierownika szkoły, a u góry jeszcze dodatkowe pokoje dla nauczycieli. Nowakowa zorganizowała szkołę dla dzieci i dla dorosłych, wieczorową. Przez jakiś czas uczyłam się tam, ale nic z tego nie wyszło. Właściwie to nie miałam kiedy chodzić do szkoły, bo w miałam zbyt wiele pracy w domu i w gospodarstwie. Poza tym, nauka w tej szkole też nie była taka jak powinna być. Przychodzili tam młodzi ludzie, już prawie dorośli, bo w czasie wojny nie mieli możliwości się uczyć. Wszyscy głośno rozmawiali i śmiali się. Przychodzili na lekcje jak nie było roboty w polu, raczej tak dla rozrywki. Szkoda mi było na to czasu. W tamtym czasie w Markusach mieszkali ludzie z różnych stron Polski. To była wielka zbieranina biedaków i różnych uciekinierów. Najwięcej było ludzi z centralnej Polski, gdzieś spod Warszawy, a także z Rzeszowskiego, a może nawet i spod Lwowa. Byli też ludzie zza Buga, chyba z Wileńszczyzny. To był taki czas, że każdy był ciekawy jeden drugiego. Jak pojawiał się ktoś nowy we wsi, to zaraz sąsiedzi interesowali się, kto to jest i skąd przyjechał. Wszyscy byli bardzo otwarci i towarzyscy. Ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi i bez zapraszania, ot, tak zwyczajnie przychodzili do domu posiedzieć i pogadać. Młodzi łatwo nawiązywali kontakty. Dużo rozmawialiśmy, śpiewaliśmy piosenki, były też organizowane jakieś tańce. Spotykaliśmy się też pod krzyżem czy pod figurą przy drodze w Jeziorze, zwłaszcza wieczorami w maju. Tam się modliliśmy i śpiewaliśmy pieśni religijne. Miałam w Markusach koleżankę w moim wieku, Lotkę czyli Ludwikę, która później wyszła za mąż za Tadeusza Przygodę. To był osadnik wojskowy. Osiedlił się w naszej wsi razem z bratem Michałem. Dostali gospodarstwa i przydział ziemi na Żuławach za to, że służyli w armii polskiej w czasie wojny i przeszli szlak bojowy. Oni mieszkali w dwóch domach tuż koło siebie, po sąsiedzku, przy polnej drodze, w pobliżu dawnego cmentarza niemieckiego. Lotka urodziła kilkoro dzieci i całe życie ciężko pracowała w gospodarstwie. Zmarła parę miesięcy temu, dowiedziałam się o tym przypadkiem. Pamiętam córki Marcina Kostusia z Markus, który mieszkał w centrum wsi, tam, gdzie później zrobiono sklep. To byli repatrianci ze wschodu, gdzieś zza Buga, potem mieszkali w Rzeszowskiem, a stamtąd przyszli na Żuławy. Jedna z tych córek, która wcześniej była na robotach przymusowych w Niemczech, wyszła za mąż za Mikołaja Muzyczkę. Później ona bardzo zaprzyjaźniła się z moją siostrą Genią. Pamiętam też takiego trochę tajemniczego młodego chłopaka, który miał na imię Czesiek. Był trochę starszy ode mnie. Mieszkał z młodym małżeństwem w małym domku przy drodze do Jeziora. Oni byli tam wcześniej od nas, a on pojawił się we wsi trochę 142 Dom na Żuławach, część 3 później i zatrzymał się u nich. Czesiek był bardzo towarzyski, często nas odwiedzał. Przychodził porozmawiać i napić się wody. Miał piękny głos i ładnie śpiewał różne partyzanckie piosenki. Nieraz siadał ti nas na progu domu i opowiadał o sobie. Zdaje się, że przyjechał gdzieś ze wschodu, chyba zza Buga. Musiał być tam w jakiejś partyzantce, bo mówił nam o różnych ludziach kryjących się po lasach i walczących ze sobą. - Idziesz sobie przez las, spotykasz kogoś. Pytają, kto ty jesteś i od kogo. Mówisz, że jesteś od tego. No, to w łeb! Idziesz dalej, znowu kogoś spotykasz, mówisz, że jesteś od kogoś innego. I też dostajesz w łeb — opowiadał. Wychodziło na to, że właściwie każdy od każdego mógł dostać w łeb w tamtym lesie. Chyba działały tam różne partyzantki, które się nawzajem zwalczały? Niestety, wkrótce potem Czesiek i ci ludzie, z którymi mieszkał, nagle zniknęli z Markus. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Wtedy zdarzało się, że różni ludzie pojawiali się i znikali bez pożegnania. Przyjeżdżali nie wiadomo skąd, potem wyjeżdżali. Może im się nie podobało? Może życie było za ciężkie? A może prześladowała ich nowa władza? Latem 1947 roku w naszej wsi pojawili się Ukraińcy. Przywieziono ich pod strażą na Żuławy. Zdaje się, że to wojsko organizowało ten ich przyjazd. Od razu było widać, że są jacyś nowi ludzie. Oni byli naprawdę bardzo biedni, nawet jeszcze biedniejsi od nas. To byli Ukraińcy wysiedleni ze swoich domów w ramach Akcji Wisła, czyli walki polskiego rządu z banderowcami. Nasze wojsko paliło ich wsie, bo tam były bazy UPA, a mieszkańców wysiedlano i przewożono na Ziemie Odzyskane. Niektórzy Polacy bali się ich, bo pochodzili z terenów, gdzie szalały bandy UPA. Ale ja wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o zbrodniach banderowców na Wołyniu, bo się o tym nie mówiło. To dopiero później zrobiło się głośne. Dlatego wtedy wcale nie bałam się. Zresztą, czego tu się lękać, skoro to były prawie same kobiety bez mężów, starcy i dzieci’ Nawet było mi ich żal. Przyjechało z nimi tylko dwóch dorosłych mężczyzna, jeden to był syn starego Raczyńskiego, a drugi był starszy, samotny i miał na imię Piotr. Jego żona i dzieci zostali po drugiej stronie granicy, w Związku Radzieckim i dojechali do niego dopiero później, w latach 1960., w ramach łączenia rodzin. Władza kazała Ukraińcom zajmować puste domy w Markusach. Jednak wtedy te lepsze domy były pozajmowane przez Polaków i oni osiedlali się w takich nieco gorszych przy bocznych drogach. Z tym, że te poniemieckie domy były na pewno lepsze niż ich liche, drewniane chałupmy, jakie pozostawili gdzieś tam u siebie. Myślę, że materialnie nic nie stracili na tej przeprowadzce na Żuławy, bo przeważnie dostawali’tutaj lepsze domy i bardziej urodzajne ziemie. Mimo to, oni z początku bardzo tęsknili za swoimi stronami ojczystymi. Na początku wszyscy byli w rozpaczy i ciągle płakali, bo nagle ich zabrano i wywieziono z domów. Stracili swoje domy i ziemię, a także krewnych. Ich rodziny były porozdzielane przez granicę polsko-radziecką. Opowiadali, że jak ich wysiedlali, to dali im do wyboru-mogli iść albo na polską stronę albo na radziecką, to jest na Ukrainę Ci co przyjechali do nas, to mówili, że wybrali Polskę, ale mimo to było im bardzo ciężko rozstawać się ze swoimi stronami ojczystymi. ‘ Halina Łukawska 143 Najbliżej nas, przy drodze gruntowej, zamieszkała Ukrainka Kasia Semkowa z rodziną. Miała dwóch nieletnich jeszcze synów, to jest Władka, na którego wołała „Wladyk”, i trochę młodszego Michała. Z Kasią mieszkała też jej matka i głucha babka. Na początku ktoś od nas poszedł tam do nich zobaczyć, kto przyjechał, zapoznać się i pogadać z nowymi sąsiadami. Oni mówili z nami po polsku, a ze sobą w rodzinie po ukraińsku. Dowiedzieliśmy się, że przyjechali gdzieś spod Hrubieszowa z Lubelskiego. Z Kasią i jej rodziną byliśmy bardzo zżyci, bo mieszkała najbliżej nas. To były takie zwykłe kontakty sąsiedzkie. Ona przychodziła do nas czasem o coś zapytać, bo my tam już dłużej mieszkaliśmy i więcej wiedzieliśmy, znaliśmy też już trochę ludzi w Markusach. Jednego Ukraińca gmina przysłała na kwaterę do naszego domu. To był starszy, samotny człowiek, który nazywał się Bodnar. Skierowano go do nas, bo my mieliśmy duży dom, a dla niego na początku nie było nigdzie wokół miejsca. On był bardzo biedny. Miał ze sobą tylko trochę odzieży i jedną beczkę z solonym twarogiem. Częstowaliśmy go swoim jedzeniem. Nie mieliśmy wtedy wiele, ale podzieliliśmy się tym, co było. On chciał nam się jakoś odwdzięczyć. - Weź twarogu z mojej beczki i nagotuj wszystkim pierogów - powiedział. Zajrzałam do tej beczki i posmakowałam ten twaróg. Wydał mi się strasznie kwaśny, ale zrobiłam te pierogi tak, jak u nas się gotowało. Okazały się niedobre i bardzo kwaśne. Ciężko było je jeść. Potem dowiedziałatn się, że Ukrańcy mieli zupełnie inny przepis na pierogi niż my. Oni mieszali ten swój kwaśny twaróg z gotowanymi ziemniakami i tym nadzieniem napełniali pierogi. Ale ja przecież nie znałam tej ich metody. Po paru dniach ludzie z gminy wyszukali Bodnarowi pusty dom w Wiśniewie przy drodze do Balewa. On tam się zatrzymał i mieszkał tam później zupełnie sam. Hodował sobie krowy, kury i inne zwierzęta. Ukraińców można było poznać z daleka. Odróżniali się od nas wyglądem i ubiorem. Wszyscy chodzili boso, bo nie mieli butów. Nosili płócienne ubrania, szyte z lnu, który sami siali, a potem wyrabiali z niego tkaniny. Przywieźli ze sobą krosna. Sami tkali płótno na tych krosnach, a utkane rozkładali na trawie, na słońcu i polewali wodą, by zbielało. Z tego płótna szyli sobie odzież, bieliznę i pościele. Mieli też płócienne ręczniki wyszywane kolorowo w różne wzory, zupełnie niepodobne do naszych ręczników. Ich kobiety chodziły ubrane po wiejsku, na ludowo, w długich spódnicach, haftowanych koszulach, fartuchach i chustkach na głowach. Miały kolorowe chusty w kwiaty, cienkie i grubsze, jedne na lato, inne na zimę. W sensie wyznania religijnego ci Ukraińcy to byli prawosławni. Na początku oni modlili się w naszym kościele katolickim w Jeziorze. Dopiero później utworzono dla nich cerkiew prawosławną w starym klasztorze w Dzierzgoniu i oni tam jeździli jak były jakieś większe święta religijne. Ale w zwykłe niedziele przychodzili na mszę do naszego kościoła w Jeziora. Ważnym wydarzeniem dla naszej rodziny było to, że ostatniego grudnia 1947 roku, dokładnie w Sylwestra, urodził się Wiesiek, pierwszy syn Geni i Stefana Burków. Poród był bardzo trudny. Genia rodziła chyba ze trzy dni. Najpierw przyszła do niej do pomocy tzw. babka, to jest jakaś kobiecina ze wsi, która zwykle pomagała rodzącym. Zajrzała do Geni i zmartwiła się. 144 Dom na Żuławach, część 3 ~ Oj> ja tu już nd Ne zrobię — załamała ręce. — Nic nie mogę tutaj pomóc. Tu tylko trzeba się modlić! — powiedziała. Usiadła wtedy i zaczęła odmawiać różaniec. Ale Burek chciał za wszelką cenę ratować żonę. Zaprzągł wtedy konia do wozu i zawiózł rodzącą Genię do szpitala miejskiego w Elblągu. Na miejscu okazało się, że potrzebna jest interwencja lekarska. Poród był kleszczowy. Pierworodny Burków, czyli Wiesiek, był bardzo miłym i sympatycznym dzieckiem. Wszyscy wokół go lubili i rozpieszczali. Wkrótce po nim posypały się kolejne dzieci mojej siostry. W tym naszym pierwszym domu na Żuławach urodziło się ich troje. W 1949 roku na świat przyszedł Andrzej, a w 1950 roku pojawiła się Jadzia. Genia w sumie miała aż osiem porodów. Dwoje z jej dzieci zmarło w maleńkości, a szcześcioro dożyło wieku dorosłego. W międzyczasie z naszą matką, a raczej jej zdrowiem, było już tylko coraz gorzej i gorzej. W 1948 czy 1949 roku Samopomoc Chłopska ze Zwierzna na siłę wysłała ją do sanatorium na Dolnym Śląsku, na Ziemiach Odzyskanych. Chcieli ją chyba cudownie uzdrowić? -Jest taka chora, ałe tam ją wyleczą - powiedzieli i przydzielili jej skierowanie. To był taki okres, kiedy nowa władza zmuszała robotników i chłopów, by korzystali z letniego wypoczynku w sanatoriach i domach wczasowych. Moją matkę wysłali do sanatorium w Długopolu na Dolnym Śląsku. Dojechałyśmy tam z wielkim trudem, bo matka była sparaliżowana, a nie miałam dla niej żadnego wózka inwalidzkiego. Trzeba było ją nosić. Musiałam po drodze prosić obcych ludzi, by nam pomogli na dworcach kolejowych w czasie przesiadek. - Pani matce to już tylko ziemia pomoże - stwierdził niemiecki lekarz, który tam był na miejscu i kazał nam jechać z powrotem do domu. Ta podróż na Dolny Śląsk i z powrotem do domu to była dosłownie droga przez mękę. W lutym 1951 roku zdarzyło się nam prawdziwe nieszczęście. Do całej tej naszej biedy doszła jeszcze kolejna katastrofa! Wtedy spalił się nasz pierwszy dom na Żuławach. To było w dzień, było zimno i wiał straszny wicher. Gdzieś na dachu musiało nastąpić jakieś spięcie. Tam były wciąż luźne przewody elektryczne pod prądem, które zostały odcięte pod koniec wojny albo krótko później. Nikt tego nie ruszał i nie naprawiał. 1 tam właśnie coś się zapaliło, prawdopodobnie od tego wiatru. Pierwsza zauważyła ten pożar nauczycielka Nowakowa, która właśnie szła drogą do stacji w Gronowie na pociąg. Wybierała się do Elbląga do męża. Widziałam przez okno, źe stoi na drodze 1 jakoś tak dziwnie przygląda się naszemu domowi. Patrzyła wtedy gdzieś do góry. Popatrzyła z jednej strony, poszła za róg, jeszcze popatrzyła i nas zaalarnowała. - Pali się! - zawołała. A my siedzieliśmy w środku i nic nie wiedzieliśmy. Stasiek poleciał na strych zobaczyć, co się dzieje na górze, a tam już wszystko na dobre buzowało. Pożar zauważyli też chłopaki od Semków i przybiegli nas ratować. Musieliśmy szybko ewakuować się, a w domu była nasza sparaliżowana matka i troje malutkich dzieci (Wiesiek, Andrzej i Jadzia). Najpierw wynieśliśmy na dwór matkę i dzieci, Halina Łukawska 145 a potem ja zostałam w środku i wyrzucałam różne rzeczy na dwór, na śnieg. Ratowaliśmy, co się dało z tego pożaru. Wyprowadziliśmy z obory nasze dwie krowy i jałówkę, ktoś otworzył drzwi do kurnika, a wystraszone kury same rozpierzchły się na wszystkie strony. Spaliło się nam wszystko, co mieliśmy: dom, obora, stodoła, a także całe zapasy zboża, jakie leżały na strychu i siano w stodole. W miejscu, gdzie wcześniej był nasz dom, został tylko niewielki pagórek przy skrzyżowaniu dróg. Udało się nam ujść z życiem, ale po tym pożarze znowu byliśmy bezdomni. Wtedy przygarnęła nas Nowakowa. Zamieszkaliśmy w szkole na piętrze, w pokojach dla nauczycieli, które do tej pory stały puste, a posiłki gotowaliśmy sobie na dole w kuchni Nowako-wej. Nasze bydło znalazło schronienie w obórce przy szkole, połapaliśmy też kury, które przestraszone uciekły na drzewa w pobliżu. Po jakimś czasie gmina zaproponowała nam swoje rozwiązanie i przydzieliła nowe lokum. Wtedy rozdzieliliśmy się z Burkami. Oni z dziećmi poszli mieszkać do centrum Markus, bliżej drogi do Zwierzna. Zamieszkali w takim dużym domu, razem z rodziną Boreckich. To był budynek położony kawałek od bitej drogi. Od szosy dochodziło się do nich taką strasznie błotnistą drogą. Jak było sucho, to tamtędy mógł nawet przejechać wóz, ale jak tylko trochę popadało, to buty tonęły w tym błocie. A my z matką i ze Staśkiem mieliśmy iść do nowego domu w Wiśniewie, wsi w tej samej gminie. Zajęliśmy duży budynek przy drodze gruntowej i też dochodziło się do nas po błocie. Tam również nie było jeszcze podłączonego prądu elektrycznego. W piwnicy został po Niemcach jakiś agregat do prądu, ale nie działał, bo był zalany wodą. Tam również mieliśmy dom, oborę i stodołę w jednym ciągu, połączone ze sobą drzwiami. Całość była drewniana, z wyjątkiem obory, która była murowana. Wszystko razem było kryte strzechą. Jak się tam wprowadziliśmy, to przez jakiś czas mieszkaliśmy z osadnikami z centralnej Polski. Oni przyszli tam wcześniej i zajęli początkowo cały dom. Ta kobieta wcale nie sprzątała w mieszkaniu. Nie wyrzucała śmieci na dwór, ale wrzucała je do największego pokoju, który my mieliśmy zająć. Było tam strasznie brudno, więc najpierw wzięłam łopatę i zaczęłam wyrzucać te jej śmieci przez okno. A potem długo szorowałam drewniane ściany i belkowany sufit szczotką ryżową i wodą z szarym mydłem. Ci ludzie wyprowadzili się po miesiącu i wrócili w swoje strony, bo nie dawali sobie rady na Żuławach. Wiśniewo to była niewielka wieś niedaleko jeziora Drużno. Tam było jeszcze niżej niż w Markusach. Wszędzie tylko same szuwary, trzcina, rowy z wodą i wierzby nad nimi. Podmokło i bagniście. Wszędzie było pełno wody, a jak na złość nasz Stasiek kupił akurat wtedy konia, siwka, który bał się wody. A tu tylko same rowy i rowy! Ten koń płoszył się nawet wtedy, jak musiał przejść przez mały mostek na rowie. Zwykle szedł, jak nie widział wody, ale jak ją już zobaczył, to stawał razem z wozem i nie można go było ruszyć z miejsca. Uparty jak osioł! Bał się też samochodów. Wcześniej służył w wojsku i może przez to miał te różne humory. Jak tam poszliśmy, to w Wiśniewie mieszkała już druga fala osadników. Pierwsza fala, czyli ludzie, którzy zamieszkali tam zaraz po wojnie, już uciekła, bo im za ciężko pracować w tym błocie. A ta druga fala to byli powodzianie z centralnej Polski. W roku 1947 była 146 Dom na Żuławach, część 3 w Polsce wielka powodz i ludzi, których w niej ucierpieli, namawiano na przeprowadzkę na Ziemie Odzyskane. VOększosc z tych osadników się znała, część była spokrewniona lub spowinowacona, bo przeważnie pochodzili z jednej okolicy. Wśród nich była rodzina Łukawskich ze wsi Radziwiłka w powiecie sochaczewskim. Łukawscy mieszkali przy brukowanej drodze w pobliżu szkoły, prawie na końcu wsi. czasie akcji zbierania stonki ziemniaczanej na polach w Wiśniewie, latem 1951 roku, poznałam Stefana Łukawskiego, który został później moim mężem. Władze wtedy ogłosiły, że Amerykanie zrzucają na Polskę stonkę, by atakowała nasze pola ziemniaczane i spowodowała u nas głód. Dlatego latem gmina zarządziła, by ludzie chodzili po polach i zbierali larwy stonki. Z każdego domu miała przyjść na tę akcję jedna osoba. Wszyscy mieliśmy w rękach kije i butelki z naftą. Mieliśmy zbierać stonkę do tej butelki. Cały dzień chodziliśmy całą grupę od jednego gospodarstwa do drugiego i rozglądaliśmy się po polach za stonką, ale nic nie znaleźliśmy, bo w ogóle jej nie było. Pojawiła się dopiero parę lat później. Ostatni okres życia mojej matki w Wiśniewie był trudny. Była już bardzo chora. Nie mogła się poruszać i cały czas leżała. Nie mogła nawet sama się przewrócić na drugi bok. Trzeba jej było wszystko podać, umyć i nakarmić. Nie była w ogóle leczona, nie było wtedy żadnych lekarstw, ani też lekarza. Wiedzieliśmy, że nie było dla niej żadnego ratunku. Byłam już tym wszystkim bardzo zmęczona. W dzień pracowałam w polu, gotowałam, sprzątałam, prałam, prasowałam i pomagałam matce we wszystkim. A nie było wtedy przecież prądu elektrycznego i trzeba było wszystko robić ręcznie. Nasza matka często w nocy miała różne bóle, jęczała i krzyczała głośno. Nie dawała mi spokoju. Mieszkała już wtedy z nami moja nowa bratowa, to jest Jasia, która wcześniej służyła u nauczycielki Nowakowej w Markusach. Liczyłam na to, że ona mi pomoże trochę przy matce, bo tak nam obiecywała, jak się do nas sprowadziła. Ale nic z tego nie wyszło. Z naszą matką było coraz to gorzej i gorzej. Krótko przed śmiercią, wiosną 1952 roku, zaczęła mieć halucynacje. Zdaje się, że widywała wtedy duchy. Leżała wówczas sparaliżowana i bała się zostawać sama w domu. Twierdziła, że jak wszyscy wychodzimy z domu, to do niej przychodzą zmarli członkowie jej rodziny, albo jacyś całkiem obcy ludzie. Mówiła, że chodzą po pokoju, albo stoją w nogach jej łóżka i patrzą na nią. - Władek! Władek! -wołała czasem głośno, bo rozpoznawała wśród nich jednego ze swych starszych braci. Matka zmarła w czerwcu 1952 roku. Nie było jej w czym pochować, bo w czasie choroby bardzo spuchła i mc z ubrania na nią nie pasowało. A nie mieliśmy pieniędzy, by coś jej kupić. Wtedy ksiądz Chrobak ze Zwierzna podarował mi jakiś materiał na bluzkę dla matki, którą uszyła jej na maszynie sołtysowa z Wiśniewa. Matka nie miała butów, więc Genia uszyła jej ręcznie jakieś kapcie z jakiegoś grubego flauszu. W te rzeczy ubraliśmy ją do trumny. Pochowaliśmy matkę na cmentarzu katolickim w Zwierznie. Na pogrzebie było całe moje rodzeństwo, niektórzy bracia już z żonami. Zjawiła się też moja kuzynka Mięcia Budna, która akurat przyjechała do nas w odwiedziny z Elbląga, gdzie uczyła się w szkole Halina Łukawska 147 średniej i mieszkała w internacie. Nie robiliśmy żadnej stypy u nas w domu, bo moja bratowa Jasia, która była teraz tam główną gospodynią, w ogóle o tym nie pomyślała. Zachowywała się tak, jakby ją to nic a nic nie obchodziło. W tej sytuacji Genia z Burkiem zorganizowali u siebie jakiś poczęstunek dla całej naszej rodziny, chociaż też byli wtedy biedni i nie było u nich co jeść. Dwie moje bratowe chodziły wtedy po wsi, by kupić chociaż jakieś jajka do zjedzenia. Z cmentarza wszyscy poszli do Burków w pole, a my ze Staśkiem, Jasią i Miecią wróciliśmy do Wiśniewa. W tamtą noc po pogrzebie w naszym domu coś straszyło. Spaliśmy wtedy wszyscy w sypialni. Ja z Miecią byłam w jednym łóżku, a na drugim łóżku spali Stasiek z Jasią. W środku nocy obudziłam się. Jest ciemno, a ja słucham, co się dzieje... A tu otwierają się drzwi i ktoś wchodzi do pokoju. Nikogo nie widać, ale coś słychać. Potem otwierają się drugie drzwi i ten ktoś wychodzi z pokoju. Potem słyszę, że ktoś otwiera kolejne drzwi, i jeszcze następne. Zamarłam z przerażenia. - Czy to dusza mojej matki przyszła się pożegnać? — zastanawiałam się do rana. Rankiem okazało się, że Stasiek z Jasią w nocy twardo spali i nic nie słyszeli. Mięcia też twiedziła, że nic nie słyszała w nocy. Ale chyba musiała coś słyszeć, bo zachowywała się dziwnie. Od razu po przebudzeniu, nawet bez śniadania, pobiegła na przystanek i odjechała rannym autobusem do Elbląga. Później w ogóle nie chciała rozmawiać o tym, co wydarzyło się tamtej nocy. Ale widocznie coś ją wystraszyło, skoro tak nagle uciekła. Później, przez wiele lat moja matka przychodziła do mnie w snach. Jej pojawienie się było zwykle związane z jakimś ostrzeżeniem przed ważnym wydarzeniem w moim życiu, czy ciężką chorobą. Przyśniła mi się też wtedy, kiedy moja córka Alicja miała wysłać moje wspomnienia z czasów wojny do redakcji kwartalnika „Prowincja”. Córka planowała, że wyśle ten artykuł dokładnie 15 sierpnia 2017 roku, w święto Matki Boskiej Zielnej. No i właśnie w nocy z 14 na 15 sierpnia przyśniła mi się moja matka. Widziałam we śnie, że przyszła do mojego mieszkania w Malborku. Wracała z jakiegoś urzędu. W naszym korytarzu był akurat straszny bałagan, bo leżały tam na podłodze jakieś brudne rzeczy posortowane do prania. Ale ona nie zwróciła na to żadnej uwagi. Weszła do pokoju, wyprostowana jak za życia i zupełnie zdrowa. Przyniosła ze sobą jakieś papiery i położyła je na stole. - Dzisiaj jestem tu po raz ostatni. Więcej już nie przyjdę - powiedziała i znikła. Co mógł oznaczać ten sen? Być może jej dusza doznała ukojenia w zaświatach, kiedy ta historia naszej rodziny wypłynęła na światło dzienne? A może jeszcze wyjdzie na jaw coś nowego? W czasie pogrzebu matki wszyscy moi bracia nagle zainteresowali się moim losem. Każdy chciał teraz pomóc „biednej” Halince, bo ja byłam najmłodsza z rodzeństwa i zostałam teraz sierotą bez matki i ojca. Wiedzieli dobrze, że nie ma dla mnie przyszłości w domu Stasia i Jasi w Wiśniewie, więc zapraszali mnie do siebie. Józef i Tadeusz kazali mi przyjechać do Lasowic, Andrzej - do Nowego Dworu, a Wacek - do Bydgoszczy. Ale ja czułam się tak wyczerpana i zmęczona, że na razie nigdzie nie chciałam jechać. - Jeszcze za wcześnie na taką decyzję. Muszę teraz odpocząć po tym wszystkim - powiedziałam im. Zresztą było już lato i trzeba było normalnie robić w polu. Mieliśmy 148 Dom na Żuławach, część 3 zakontraktowane konopie, które dobrze rosły w Wiśniewie, było też trochę buraków cukrowych do obrobienia. Musiałam najpierw odpocząć, a potem dopiero pomyśleć o tym, co zrobić dalej ze swoim życiem. W chwili śmierci marki miałam dwadzieścia dwa lata. Wiedziałam jedno: za nic w święcie nie zostanę dłużej na wsi! Aż za dobrze poznałam, jak ciężka jest praca i codzienne życie wiejskiej kobiety. Zostałam w Wiśniewie przez lato, jesień i zimę. Wiosną 1953 roku postanowiłam ruszyć w świat rozejrzeć się za pracą. Wybrałam się wtedy do Wacka do Bydgoszczy. Dokładnie 5 marca 1953 roku wstałam, ubrałam się, wzięłam torebkę i ruszyłam na przystanek PKS. Stasiek wołał jeszcze za mną, bym nie siedziała długo w mieście. - Wracaj szybko do domu, bo jest dużo roboty w gospodarstwie! - krzyczał. Zapamiętałam dobrze tę datę, kiedy pojechałam do Bydgoszczy, bo właśnie wtedy ogłoszono, że umarł Stalin. W Elblągu na dworcu kolejowym usłyszałam wycie syren i głosy z megafonów. Mówili coś o tym, że jest wielka żałoba narodowa, bo Józef Stalin nie żyje. Wiele mnie to nie obeszło. Nie płakałam po nim. Spokojnie dojechałam pociągiem z Elbląga do Tczewa, tam przesiadłam się na pociąg do Bydgoszczy. W Tczewie i w Bydgoszczy na dworcach też mówili o Stalinie. A ja rozpoczynałam właśnie nowy etap w moim życiu. Przez następne lata, z małymi przerwami, mieszkałam i pracowałam wła-śnie w Bydgoszczy. Rozmowy 111 i ; ■ w GRA W ŻUŁAWSKIE DUCHY z Małgorzatą Oliwią Sobczak rozmawia Paweł Wielopolski tSBlilO SOBCZAK ~ NOVAE RES ] TRZY KOBIETY któn ch losy są zc sobą nierozerwalnie połączone. DOM NA ŻUŁAWACH, w kiónm krzyżują się wszwstkic te historie. W & Ona i dom? _ - r r , . . k - KTÓRY TAŃCZY 150 Gra w żuławskie duchy Małgorzata Oliwia Sobczak (ur. 1982 r.)jest młodą pisarką, która w swojej twórczości odwołuje się do romantycznych inspiracji z postmodernistycznym zacięciem. Jej książka „Ona i dom, który tańczy” ukazała się 30 listopada 2017 r. nakładem wydawnictwa Novae Res z Gdyni i spotkała się z życzliwym przyjęciem czytelników. To opowieść z nurtu realizmu magicznego o miłości i poszukiwaniu tożsamości z Żuławami w tle. Paweł Wielopolski: - Co cię skłoniło do napisania książki Ona i dom, który tańczy! Małgorzata Oliwia Sobczak: - Pomysł napisania tej powieści narodził się kilka lat temu. W dniu Święta Zmarłych zapalałam świece na rodzinnych grobach na cmentarzu w Żuławkach, a mama jak co roku opowiadała o osobach, które odeszły. Niesamowitość ich losów zawsze robiła na mnie duże wrażenie. Pomyślałam, że warto by to spisać. Osta-tecznie wyszła zupełnie inna historia! - W twojej książce niezwykle istotna jest przestrzeń. Historia, którą opisujesz nie mogłaby wydarzyć się nigdzie indziej, tylko tutaj na Żuławach. - Żuławy położone są w delcie Wisły na podmokłych, płaskich terenach W związku z tym od wieków ludzie tu mieszkający wkładali dużo wysiłku, żeby ujarzmić przyrodę i przystosować te ziemie pod uprawę. W tym regionie nie można tak naprawdę czuć się bezpiecznie, człowiek nieustannie walczy z żywiołami, szczególnie wodą Rozległe przestrzenie żuław ciągną się na przestrzał przez wiele kilometrów. Hulający po polach wiatr niesie najróżniejsze dźwięki - wycie psów, ludzkie nawoływania, a nawet muzykę Otwarta przestrzeń i pewnego rodzaju odosobnienie siedlisk może wpływać negatywnie na co bardziej nerwowe osoby. Taka przestrzeń to bardzo plastyczna, wdzięczna sceneria dla opowieści. Większość mojej powieści rozgrywa się w Drewnicy, małej żuławskiej wsi z bogatą historią. żuławska przestrzeń wraz ze swoją skomplikowaną historią wpływa na doświadczenie moich bohaterek, czy tego chcą, czy nie, kształtuje ich emocje i myśli Dla mnie Żuławy to kraina, w której odkrywam coraz to nowe tajemnicze, dziwne historie - Książka obejmuje lata 1945-2001, to ponad pół wieku bogatej historii. Czy przygotowałaś się w jakiś sposób do napisania tej powieści? - Nie wyznaczyłam sobie terminu napisania powieści, dlatego dość dużo czasu po-swięciłam na zbierame materiałów do książki. Po przygotowaniu wstępnego szkicu fabuły przystąpiłam do poszukiwania publikacji, w których odnalazłabym interesujące mnie wia-domosci. N.e chciałam, żeby historia żuław zdominowała książkę, chciałam wykorzystać jej najciekawsze - w mojej opinii - elementy, aby nadać rys wiarygodności stworzonej przeze mnie histoni. Nie mogłam dopuścić do tego, żeby w tłoku faktów zaginęło to co naprawdę ważne - opowieść o miłości, stracie i wpływie przeszłości no r • • ’ " ,^.1 i -i • j i . ywic przesziosci na teraźniejszość. Dlatego skupiłam się przede wszystkim na czasie, w którym żyły moje bohaterki oraz na 1 11*1'*1*L1*1 J J J KI, Ol dZ lid legendach i baśniach żuławskich. - Czy zwróciłaś szczególnie uwagę na jakąś historię? - Bardzo mnie poruszyła legenda o żuławskim diable Echo, który igrając z ludźmi, naśladuje dźwięki uderzającej o drewno siekiery. Jak nie czuć podekscytowania, kiedy przez Paweł Wielopolski 151 całe dzieciństwo u dziadków w Drewnicy słyszało się po nocach odgłosy rąbania drwa, choć na podwórzu nikogo nie było? - Dom, który tańczy, istnieje naprawdę - znajduje się w Drewnicy. Jaką rolę pełni w książce? - Pierwowzorem tytułowego tańczącego domu faktycznie stało się gburskie domostwo, w którym mieszkali moi dziadkowie i który po gruntownej przebudowie nadal istnieje. Zawsze miałam wrażenie, że ten dom żyje własnym życiem, ma swoje przyzwyczajenia, upodobania, sympatie i tajemnice. Dom ten zawsze budził we mnie ogromne emocje. Nie był zwyczajnym miejscem. Skrzypiał, zgrzytał, oddychał, straszył i koił smutki. Był też świadkiem wielu pięknych i radosnych okoliczności, jak i tragicznych wydarzeń z życia mojej rodziny, zapewne również innych osób zamieszkujących dom na długo przed nami. Te wspomnienia o domu i niejasne uczucia z nim związane stały się punktem wyjścia dla całej powieściowej historii. Dlatego też „tańczący dom” jest nie tylko miejscem akcji, ale także jednym z bohaterów książki. - Opowiadasz o trzech kobietach, Antoninie, jej córce Józefinie i wnuczce Iwie, trzech reprezentantkach pokoleń, które poszukują miłości, znajdują ją, tracą i tęsknią. - Antonina, Józefina i Iwa to w pewnym sensie postacie tragiczne, naznaczone pewnymi okolicznościami z przeszłości, które sprawiają, że powielają one schematy znamienne dla wcześniejszych pokoleń. Historia miłości Antoniny determinuje postawy nieświadomie przybierane przez Józefinę i Iwę. W tym błędnym kole fabularnym mamy piękną, pierwszą miłość, jej utratę i niemożność pogodzenia się z tym, że ukochany na zawsze odszedł. Z drugiej strony każda z bohaterek przeżywa tę miłość w różnych okolicznościach, w odmienny sposób doświadcza straty i inaczej mierzy się z emocjami, które po tym fakcie następują. W mojej książce stawiam pytania o to, czy miłość można przeżyć tylko raz, czy można przeskoczyć przewrotne koleje losu, oraz czy kolejna miłość może przynieść prawdziwe szczęście. Myślę, że dla wielu osób, które kiedyś straciły kogoś bliskiego, są to ważne i wielce frapujące sprawy. - Opowieść rozpoczyna się w 1945 r. Antonia spotyka się z Józefem, niemieckim dezerterem. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Czy taka miłość ponad podziałami między śmiertelnymi wrogami ma szansę przetrwać w powojennych czasach? - Józef to Niemiec pochodzący z Dusseldorfu, który zupełnym przypadkiem w wyniku zawieruchy wojennych działań przybywa na Żuławy. Ucieka z wojska i ukrywa się w domu w Drewnicy. Jego relacja z Antoniną jest bardzo złożona i mimo że wiele ich dzieli, łączy ich muzyka. To ona sprawia, że Józef i Antonia zakochują się w sobie. To muzyka budzi dom po długim śnie - w ten sposób staje się przestrzenią sprzyjającą narodzinom uczucia. Jednak okoliczności historyczne okazują się silniejsze. - Antonia doczekała się córki Józefiny, żyjącej w innych czasach i zmagającej się z innymi problemami. Jakimi? - Historia Józefiny rozwija się pod koniec lat 60. XX w. To czas przeobrażeń kulturowych, obyczajowych, ale także dynamicznego rozwoju wsi. W tych okolicznościach 152 Gra w żuławskie duchy Józefina poznaje Jakuba Funcika - młodego chłopaka pochodzącego z Wilna, w którym zakochuje się bez pamięci. Historia Józefiny oscyluje ściśle wokół tej miłości. To ona wyznacza dalsze koleje jej losu. - Józefina w pewnym momencie wyjeżdża do Szwecji, w jakim celu? — Wyjeżdża, żeby uciec od świata, w którym wszystko przypomina jej o tym, co straciła. W momencie, gdy Żuławy symbolizują skrajne emocje, duchowość, mistyczność i irra-cjonalność, tak Szwecja w mojej książce stała się ich całkowitym przeciwieństwem - jest racjonalna, nowoczesna, beznamiętna, niełącząca się z żadnymi wspomnieniami. Szwecja to pierwszy zagraniczny kraj, jaki odwiedziłam. To było w 1992 r., czyli w czasach transformacji ustrojowej w Polsce, miałam wówczas dziesięć lat. Szwecja zrobiła wtedy na mnie ogromne wrażenie - nowoczesne wieżowce, budowle ze stali i szkła, światła, banery, reklamy. Stwierdziłam więc, że Sztokholm idealnie nadaje się na przestrzeń, która stanie się w oczach mojej bohaterki doskonałym przeciwieństwem zakorzenionej w przeszłości krainy pełnej duchów. Co więcej, wybór Szwecji podyktowany był także faktem, że to właśnie stamtąd pochodzi jedna z moich ulubionych pisarek Majgull Axelsson. - Iwa i Adam to właściwie postaci nam najbliższe, bo żyjące we współczesnych czasach. - Historia Iwy i Adama rozgrywa się w pierwszej dekadzie XXI w. Powrót Iwy na Żuławy zaburza harmonię świata, który stworzyła bohaterka. Kiedy przybywa do rodzinnego gburskiego domu, ożywają emocje, które starała się odsuwać w dorosłym życiu. Kobieta musi zmierzyć się z przeszłością, a wynik prowadzonego przez nią śledztwa może ją zniszczyć lub pozwolić jej na oczyszczenie. -W powieści przykuwa uwagę imię Kaźmierza. Kim jest ta postać’ - Kaźmierz to książkowa postać, którą darzę ogromną sympatią. To bohater o pięknym, czystym sercu, który żyje zgodnie z wolą Boga i Natury oraz przyjmuje z pokorą wszystkie wydarzenia, jakie niesie ze sobą los. Dziadek Iwy jest dokładnym przeciwieństwem trzech zaprezentowanych w powieści kobiet - tajemniczych, wielowymiarowych, dogłębnie skupionych na targających nimi uczuciach. To człowiek kochający, troskliwy, pracowity, kierujący się jasno określonym kodeksem moralnym. Pierwowzorem tego bohatera stał się mój świętej pamięci dziadek Kazimierz i w sumie to jedyna postać, którą oddałam w książce bardzo wiernie - zarówno pod względem wyglądu, jak i postaw życiowych, ulubionych powiedzonek, żarcików czy osobliwej gwary, jaką się posługiwał. - Inną charakterystyczną postacią jest Jakub Funcik. -Jakub Funcik to młody, przystojny mężczyzna, który mieszka na Żuławach Oczywiście kochają się w nim wszystkie miejscowe dziewczęta. Chłopak przemyca alkohol i papierosy, to typ „bad boya”, postaci, która często pojawia się w romansach i kryminałach. Nie bez przyczyny wyposażyłam więc go w kapelusz, który nosił „na bakier”, papierosa, którego trzymał pomtędzy kciukiem a palcem serdecznym, oraz talizman, którym stał się właśnie „funcik”, czyli metalowy odważnik ważący niecałe pół kilograma. Ten bohater wszędzie ze sobą go nosił, dlatego też ludzie we wsi mówili o nim Jakub Funcik. - Ten przedmiot ma szczególne znaczenie? Paweł Wielopolski 153 - I znowu powracam do mojego dziadka Kazimierza. Za młodu nosił ze sobą zawieszony na łańcuszku taki funcik na potańcówki. Zdarzało się, że podczas rozróby tym ciężarkiem wybijał żarówki pod sufitem i okładał nim swoich konkurentów. Co ciekawe, dziadek na starość bardzo chętnie wspominał swojego funcika, chlubiąc się swoją pomysłowością, charyzmą i siłą. Doszło do tego, że gdy opowiadaliśmy coś znajomym o dziadku Kazimierzu, pytali od razu: „Aaa, ten dziadek od funcika?” (śmiech). - Inną intrygującą postacią w książce jest szeptucha, która posiada moc uzdrawiania. - Podania, legendy i baśnie żuławskie pełne są postaci czarownic. Można choćby wspomnieć o legendzie o wiedźmach, które wchodziły w sieci rybakom, utrudniając im połów ryb. Chciałam przenieść tę ludową wiarę Żuławiaków w czarownice na grunt mojej książki, konstruując postać współczesnej czarownicy czy też osoby o magicznych zdolnościach, posiadającej uzdrowicielską moc. Oczywiście nie istnieją już żadne „czarownice”, dlatego postanowiłam wykorzystać postać szeptuchy. Szeptucha, czyli wiedźma, babina, która posiada moc uzdrowicielską. Choć jest ona związaną z kulturą prawosławną i Podlasiem, to jednak przecież mogła po wojnie znaleźć się przypadkiem na terenie Żuław. Moja szeptucha osiedliła się w domu o holenderskiej zabudowie, cechującej się bezpośrednim przejściem z pomieszczeń mieszkalnych do pomieszczeń gospodarczych, w których trzymano zwierzęta. W domu mojej szeptuchy jest pokój, w którym doznaje się wrażenia zjeżdżania w dół, co symbolizuje'dążenie do odkrywania tajemnic o świecie. Co ciekawe, w trakcie pisania książki, opowiadałam o Drewnicy mojej koleżance. A ona mi mówi, że zna Drewnicę i że kiedyś przyjeżdżała tam do koleżanki. W jej domu był taki mały pokoik, w którym miało się wrażenie, że spada się w dół. - Twoją książkę można czytać na dwa sposoby, co przypomina nieco Grę w klasy Julio Cortazara. - Julio Cortazar to mój literacki guru - odkryłam go w liceum i od tamtej pory nie przestałam się nim fascynować. Zetknięcie się z Grą w klasy było dla mnie momentem przełomowym, zupełnie zaczęłam inaczej postrzegać literaturę. Byłam zaskoczona konstrukcją książki, którą można było odczytywać na wiele sposobów, a także tym, że autor nawiązywał w powieści do innych autorów i odwoływał się do zjawisk kultury. Dlatego postanowiłam, że moją książkę będzie można przeczytać na dwa sposoby, oddając przy tym hołd ukochanemu pisarzowi. - A inne inspiracje? - Na kształt mojej powieści wpłynęła książka Joanny Bator Ciemno, prawie noc. Dzięki niej zrozumiałam, że można wykorzystać potencjał kulturowy przestrzeni, która nas otacza. Po przeczytaniu książki pani Bator od razu przewertowałam cały internet w poszukiwaniu informacji na temat pereł księżnej Daisy, a kilka miesięcy później wybrałam się do Wałbrzycha, by zwiedzić Zamek Książ. Co ciekawe, Wałbrzych, do którego powraca bohaterka powieści Ciemno, prawie noc, to również przestrzeń osobista pani Bator, pełna duchów przeszłości i tajemnic. Bliska jest mi też wrażliwość Majgull Axelsson, o której zawsze myślę jak o bratniej duszy. To od Majgull Axelsson zaczerpnęłam retrospektywność, która przenika książkę Ona 154 Gra w żuławskie duchy i dom, który tańczy. Bohaterki mojej książki, podobnie jak bohaterki powieści Axelsson, nieustannie cofają się w czasie, rozpamiętują to, co było, powracają do doznanych w przeszłości emocji, wydarzeń i traum. Nie potrafią być „tu i teraz”. Drugim najważniejszym tematem w książce jest poszukiwanie tożsamości. Poszukiwanie tożsamości to kluczowy motyw w książce, stanowiący podstawową oś fabularną. Wszystkie postacie kobiece poszukują w książce własnej tożsamości, choć proces ten w każdym przypadku kształtuje się w sposob odmienny. Antonina jest osobą, która przede wszystkim obserwuje, nie wierzy, że może wpłynąć na świat, ponieważ II wojna światowa odebrała jej poczucie, że można zmieniać otaczającą rzeczywistość. Przybywa do Drewnicy i z czasem oswaja obcy jej krajobraz i obłaskawia dom, zakorzenia się w nowym świecie. Józefina, córka Antoniny, doświadcza w swoim życiu bolesnej straty. Przeżywa traumę, której nie jest w stanie przezwyciężyć, jej osobowość pęka. W książce literalnie zobrazowane jest to pęknięcie jako podział jej osobowości, mamy tutaj do czynienia z pewnego rodzaju schizofrenią, czy raczej klasycznym objawem syndromu stresu pourazowego. Józefina, nie mogąc poradzić sobie ze stratą, wyjeżdża. W przypadku Iwy poszukiwanie tożsamości polega na zbadaniu przeszłości babki i matki, które rzucają światło na to, kim jest Iwa, jakie ma korzenie. Iwa musi odkryć tajemnice z przeszłości, by móc na nowo siebie zbudować, by móc ponownie zacząć żyć. - Czy znajomość naszej przeszłości ważna jest dla określenia tożsamości? - Moim zdaniem znajomość naszej przeszłości, naszych korzeni jest bardzo ważna, by móc siebie w jakiś sposób określić. Przeszłość decyduje o przyszłości, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Człowiek nieznający ważnych faktów dotyczących swojego życia lub dowiadujący się tego, że cały świat, w którym żył, był jedynie ułudą, ulega rozchwianiu czy też pewnego rodzaju rozbiciu. Odnalezienie prawdy o tym, co zdarzyło się w przeszłości, pozwala odbudować siebie na nowo. W innym wypadku nie sposób kształtować spójnej, bezpiecznej rzeczywistości, na której można się oprzeć. OD BIKINIARZY I BIGBITU DO... cz. 4 z Edwardem Hulewiczem rozmawia Leszek Kunda Edward Hulewicz współcześnie w Polsce, fot. archiwum EH 156 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 Leszek Kunda: Kiedy PRL zaczął zmierzchać i stawał się coraz bardziej szary i coraz mniej przewidywalny Ty w 1980 roku „świsnąłeś sobie batem i pojechałeś w świat”, dokładnie tak jak ponad dekadę wcześniej wyśpiewałeś sobie w piosence „Obietnice”, utrzymującej się miesiącami na pozycji nr 1 w Telewizyjnej Giełdzie Piosenki. Jak wyglądał Twój pierwszy przylot do Nowego Jorku? Edward Hulewicz: Wyjazdy zagraniczne w owych czasach władze wszelkiego rodzaju, zarówno artystyczne, jak i polityczne, traktowały jako szczególne wyróżnienie. A jako że reprezentować mamy tam nasz kraj, poziom artystyczny musiał być odpowiednio wysoki. Okres poprzedzający to epokowe wydarzenie, to nagromadzenie kłopotów, biegania po urzędach, biurach paszportowych, wdzięczenia się do urzędniczek, dawania nieodzownych prezentów, czyli całej tej ekwilibrystyki, jaką zmuszony był wyczyniać każdy obywatel PRL-u, mający ambicje bywania za granicą. przeddzień wyjazdu, kompletnie wyczerpany, kładę się spać gdzieś około 2 w nocy. Śpię bardzo zle, prawie wcale, aby już 6 wstać ponownie. Przychodzi moja serdeczna przyjaciółka Józefina Pellegrini, potem jeszcze parę osob i już za drzwiami pierwszy zły znak. Urywa się ucho od walizki, potem samochód nie chce zapalić, na lotnisku sprawdzający paszport wopista stwierdza, że nie mam opłaconych znaczków skarbowych — bagatelka za 2 tysiące złotych, których nie mam, bo wyzbyłem się — co zrozumiałe, wszystkich polskich pieniędzy. Moi odprowadzający przyjaciele składają się na biednego turystę, uprzejmy wopista biegnie gdzieś i kupuje te znaczki i wreszcie przechodzę za barierkę. Nie koniec jednak kłopotów, bo celniczka pyta, czy mam dolary? Mam, dwadzieścia. Potrzebny kwit z banku. Pokazuję, ale ten okazuje się nie taki, jaki powinien byc. Łaskawie jednak godzi się mnie przepuścić, wobec tej niewielkiej sumy. Jeszcze tylko prześwietlają mnie w takim małym „luku triumfalnym i oto jestem na ziemi niczyjej. Czekamy tylko godzinę na wyjście do samolotu, jeszcze godzinę na start i ruszamy. Ciasno tu nieprawdopodobnie, siedzi się na baczność, obłożony zdjętymi z siebie ciuchami i podręcznym bagażem. Lecimy. Towarzystwo raczej rodem z polskiej wsi. Siedzę przy oknie, niestety nad skrzydłem, ale bokiem, trochę coś tam widać. Stewardesy, co mnie drażni i dziwi, chodzą jak udzielne księżne, łaskawie pokrzykując od czasu do czasu na pasażerów. Bardzo to swojskie, choć spodziewałem się na międzynarodowej linii trochę światowych manier. Wytłumaczyłem to sobie tym, że prości ludzie stanowiący tu większość pasażerów, przeżyliby szok, spotykając się z salonowym przyjęciem, obsługa musi więc dla nich zachować taki nasz, krajowy klimat. Stewardesa zapowiada, że lądujemy w Berlinie. Rzeczywiście, po 55 minutach lotu, jesteśmy na lotnisku w Berlinie, gdzie ogłaszają zmianę załogi samolotu. Stoimy około godzinie w straszliwej duchocie, bo dziwnym dla mnie, powszechnie praktykowanym w samolotach zwyczajem, w momencie zatrzymania motoru, przestaje również działać klimatyzacja, co przeżyję później wielokrotnie, przynajmniej na socjalistycznych liniach. Można zadusić się w tej hermetycznie zamkniętej puszcze. Znów cukierki i dalsze osiem godzin lotu, tym razem do Montrealu w Kanadzie. Stewardesy jakby milsze, najwyraźniej już bardziej światowe. Tamte, widocznie nie dolarowe, o mentalności obsługi opłacanej walutami niewymienialnymi, nie muszą się wysilać na takie głupstwa. Dolatujemy do Leszek Kunda 157 Montrealu. Znów postój, wielu ludzi wysiada, a my czekamy dalej w samolocie, w potwornej duchocie. Port jakiś taki syberyjski, jakby wielki, pomalowany na czarno barak. Już jestem bardzo zmęczony. Według naszego czasu dochodzi jedenasta w nocy, a tu ciągle jasno jak w południe. Znów zmiana załogi, niestety na gorsze. Znów „królewny”, choć wytapirowane. Boję się, że ta ciągła zmiana temperatury nie wyjdzie mi na dobre. Kiedy stajemy, jest duszno, jak lecimy, przesadzają z klimatyzacją. A za burtą, jak wierzyć stewardesie, jest minus 55 stopni. W Montrealu jeden stopień. Tu jest zima. Podają kolację - polędwica, sery, jarzyny, ciasto. Na wózkach wożą alkohol, ale za dolary. Za oknami robi się szarówka, widać, że ten długi dzień, też się kiedyś kończy. Lot do Nowego Jorku ma trwać 55 minut, w samolocie jest o wiele luźniej, więc obłożony poduszkami, otulony kocami, z braku innego zajęcia obżeram się i opijam tym wszystkim, co tu co chwilę podają. Nowy Jork objawił mi się najpierw jakimiś jarzącymi się kolorowo przednowo-jorskimi miejscowościami, kilometrami oświetlonych dróg dojazdowych do metropolii, upstrzonych całą gamą kolorowych świateł, niekończącymi się rzędami restauracji, barów, stacji benzynowych, ruszających się reklam, itp. Całe to morze kolorów i świateł gęstnieje w miarę zbliżania się do City, żeby w końcu rozlać się jednym wielkim oceanem jaskrawej poświaty. Lądujemy. Mimo zmęczenia, jestem jednym wielkim kłębkiem zdenerwowania i podekscytowania. Samolot kołuje prosto pod wejście do obszernego rękawa, którym długo idziemy prowadzeni strzałkami. Wreszcie rękaw się kończy, jeszcze parę długich korytarzy o przeźroczystych ścianach i otwiera się duża sala z niezliczoną ilością kolejek do facetów w białych koszulach z granatowymi krawatami. To istna wieża Babel. Białe koszule sprawdzają paszporty, jakaś panienka nienaganną polszczyzną głośno objaśnia, gdzie należy udać się po bagaż, albo dokąd na dalszy lot. Ser-geant pyta mnie o zawód, o cel i długość pobytu. Następna kolejka do potężnej machiny wypluwającej bagaże, a obsługiwana wyłącznie przez Murzynów. Jeszcze przejście przez ręce celników, którzy zaglądają mi tylko do nesesera, no i do poczekalni. Dziś, z perspektywy czasu, podziwiam siebie, wybierającego się w nieznane, na drugi koniec świata, sam, z kiepską znajomością języka, nie wiedzącego, co mnie czeka, kto po mnie wyjdzie, jeśli w ogóle wyjdzie. I co wtedy? Kładę to na karb młodości, głodu poznania, potrzeby przygody, zarobienia paru dolarów, a nade wszystko zawojowania swoją sztuką jak największego obszaru świata. To zabrzmiało trochę megalomańsko, ale każdy młody człowiek jest zazwyczaj pewny siebie, a ja swojej sztuki byłem pewny w dwójnasób. W poczekalni podbiega do mnie bardzo ładna, młoda dziewczyna, wita mnie serdecznie, przedstawia swojego chłopca, który okaże się synem właściciela klubu i zaprasza do swojego auta. Są niebywale sympatyczni, proponują przejażdżkę po mieście, na co ja chętnie przystaję i oglądam z wytrzeszczonymi oczami cuda, które dotąd dane mi było widzieć tylko na fotografiach. Manhattan, ze słynną z lokali, za czerwonymi firankami Forty Second Street, Five Ave-nue - aleja milionerów, Broadway, pełen teatrów, rewii, kin i scen najróżniejszych, Har-lem, gdzie o tej porze raczej niebezpiecznie zapuszczać się białemu człowiekowi, a przejeżdżać należy nie zatrzymując się nawet na światłach i to z zablokowanymi drzwiami auta - ryzykują dla mnie, żebym już na początek doznał silnych wrażeń. 158 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 Potem jedziemy pięknie oświetlonym tunelem pod cieśniną Hudson, i wreszcie high-way em, jarzącym się światłami, z obu stron zabudowanym zajazdami, knajpami, barami, do stanu New Jarsey, który właściwie zaczyna się już za rogatkami Nowego Jorku. Celem naszej podróży jest oddalone od NY miasteczko Cliffton, raczej podmiejskie osiedle, jakby żywcem wyjęte z westernu, gdzie mieści się klub. Klub, to duży drewniany barak, z miniaturowym świetlnym napisem „Zodiak”. Z zewnątrz przypominający stodołę, niczym nie zapowiada miłego przytulnego pomieszczenia z dużym barem i kilkoma stolikami, jaki pojawi nam się po otwarciu drzwi. Ściany oklejone koszmarną, błyszczącą lamą, za barem tysiące błyszczących, tanich świecidełek, napisów, bazarowych obrazków, luster, wisiorków itp., no i potężna bateria pięknych butelek z alkoholami. Na środku bufetu stara, zabytkowa, dzwoniąca przy otwieraniu kasa, która choć wydała mi się jeszcze jednym z elementów dekoracji, była sprawna i pracowałaś Kilku ludzi stoi przy barze i pije drinki. Wychodzi szef, łysawy, korpulentny, przysadzisty facet, o tępym wyrazie twarzy, w ciemnych, mimo półmroku, okularach. Merena - przedstawia się i okazuje się człowiekiem miłym i uprzejmym. Proponuje jedzenie, picie, objaśnia wszystko, prowadzi na salę dancingową, która po pokonaniu paru schodków z baru rozpościera się niczym hangar, wyłożony parkietem, z kolejnym barem, niezliczoną ilością stolików, przykrytych czerwona materią, miejscami dziurawą. Merena tłumaczy dlaczego tak długo zwlekał z wysłaniem kontraktu. Nie miał po prostu materiałów reklamowych, potrzebnych do załatwienia permitu pracy, a ja wyczułem, że nie był mnie pewien, nie znał za bardzo moich osiągnięć i zastanawiał się, czy sprowadzenie mnie, opłaci mu się. Jestem już naprawdę zmęczony, bo według naszego czasu jest 4 rano, a Merena widząc to, proponuje pójść do apartamentów. Tak szumnie nazwane, okazują się kilkoma pokoikami nad barem, które łączy wspólna kuchnia, będąca jakby punktem centralnym tego lokum, bowiem z każdego pokoju Leszek Kunda 159 wychodziło się do niej. Ona stanowiła tu centrum życia towarzyskiego, miejscem spotkań, rozmów i jedzenia. Moimi współlokatorami, okażą się: orkiestra, refrenistka i kucharz. Walę się na łóżko i zasypiam natychmiast. Zdezorientowany organizm, jeszcze nastawiony na czas europejski budzi mnie za parę godzin, która tu okazuje się być godziną 4 nad ranem miejscowego czasu. O dalszym spaniu mowy nie ma, włączam więc telewizor i jedyny program zrozumiały wtedy dla mnie to filmy rysunkowe, emitowane na jednej ze stacji przez 24 godzin na dobę. Tak, to wtedy robiło wrażenie. Rano, po obfitym śniadaniu przyrządzonym przez żonę właściciela, przysadzistą, ognistą brunetkę, podobno też piosenkarkę, zabieramy się za próby. Janusz Popławski, były gitarzysta Niebiesko-Czarnych, tutaj szef orkiestry, to typowy tytan pracy. Od lat pracujący na tym rynku, nauczył się, wymaganego tu zachodniego podejścia do pracy, którego cechą zasadniczą jest to, że padasz na mordę, ale z uśmiechem powiadasz: I’m fine. Pracujemy do późnego wieczora, z drobnymi przerwami na zjedzenie przynoszonych przez właściciela przekąsek. Szef pilnie przysłuchuje się próbie i po jego minie sądząc, najwyraźniej sobie kalkuluje, że mu się to opłaci. Przez trzy kolejne dni, od rana do wieczora, nieprzerwanie pracujemy, powtarzając niezliczone ilości razy, a trzeba przyznać, że orkiestra doskonała, wspaniale grają i znakomicie śpiewają chórki. Jak na razie jestem w „szoku geograficznym”. Cliffton, to jakby dalekie peryferie NY, z typową dla Ameryki landszaftową architekturą tekturowych domków, poustawianych na zielonych, wyglądających na plastikowe, trawnikach. Ulice jakby z westernu, przeważnie puste, jak i sąsiadujący z klubem supermarket, który dla mnie był absolutnym Szokiem. Kilkusetmetrowa hala, niczym bajkowy sezam, wypełniona nieprzebraną ilością skarbów, o jakich śni po nocach każdy przeciętny Polak. I co najdziwniejsze i dla mnie nie do pojęcia, po tych nierealnych, bezcennych alejkach, snuje się paru znudzonych ludzi, od niechcenia, co jakiś czas skubiących, to tu, to tam. Profanacja. Na drugi dzień pan Merena zawiózł mnie do sklepu pana Poznakowskiego. Jest to miejscowy potentat rzeźniczy, nawet jak na tutejsze stosunki, uznawany za niebywale bogatego, bywalec klubu Mereny i hojny sponsor. Mały, gruby, prosty człowieczek. Nielicznych klientów nosi się tu niemal na rękach. Najdrobniejszą żyłkę, najmniejszy tłuszczyk wykrawa się z szynki, czy mięsa, na każdy grymaśny gest kupującego. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie do pomyślenia. Poznany już na próbach młody ekspedient po kryjomu sprzedaje mi za pół ceny szynkę, polędwicę, suchą kiełbasę. Później, jak poznam samego szefa, będę od niego dostawać całe torby wędlin za darmo. Wreszcie nadszedł dzień mojego występu. Sala do złudzenia przypomina mi świetlicę w remizie strażackiej, ale oczywiście amerykańskich rozmiarów. Upstrzona dekoracjami z kolorowych papierów, jakimiś napisami, malowidłami, zwisającymi z niskiego stropu papierowymi lampionami. Wzdłuż ścian rzędy poustawianych stolików, duża przestrzeń na środku pozostawiona wolna, na tańce. Pod krótszą ścianą tego wielkiego prostokątnego hangaru, mieści się niskie podwyższenie dla orkiestry, przy przeciwległej ścianie długi bufet baru, tonący w bazarowych dekoracjach. Ludzi niewiele - jutro zaduszki. Nadszedł czas występów. Zapowiada mnie sam Merena. Najpierw jednak on zaśpiewał parę knajpianych kawałków, potem duety z żoną i wreszcie ja. 160 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 Wypadło dobrze, choć długo minie, zanim przyzwyczaję się do rozmów, hałasu w czasie występu, picia, pokrzykiwania i roznoszenia jedzenia. To tutaj normalne i jakże inne od nabożnego skupienia naszych sal widowiskowych. Nie znam tutejszych zwyczajów, wymagań, jakie stawia się występującej tu gwieździe. Nikt mi tego nie wyjaśnił i dopiero później dowiem się, jakie kardynalne błędy popełniałem od samego początku. U nas wymaga się od gwiazdy tajemniczości i niedostępności. Gwiazda ma wystąpić i zniknąć. Tu przeciwnie, powinna zostać po występie, bratać się z ludem, pić z nim, zachęcać do picia, zaprzyjaźniać się z nim, zapraszać do bywania w knajpie, być „swoim chłopem”. Nie wiedząc tego, w dobrej wierze, znikam po swoim występie, jak ten idiota meczę się, siedząc na górze, aby w moim przekonaniu, spełnić swój obowiązek, a w rzeczywistości robię na nich wrażenie bufona i zarozumialca. Będę robił ten błąd jeszcze długo, wywołując wściekłość Mereny, zanim ktoś życzliwy nie wyjaśni mi, o co tutaj chodzi. Dziś wszakże, nie wiedząc tego wszystkiego, upojony sukcesem, przyjmuję gratulacje, zachwyty, siedząc przy stoliku orkiestry, z konieczności będąc tu przez jakiś czas, bo oto po występie Merena ogłasza sprzedaż moich płyt, których, za namową Pagartu, przywiozłem z 50 sztuk. Za chwilę dowiem się, że nie wzbudzi to entuzjazmu Mereny, bo on też o to zadbał i sprowadził przez Artpol - taki odpowiednik Pagartu w Nowym Jorku, ileś tam moich płyt. W dalszym ciągu jednak gra rolę dobroczyńcy, bo z każdej sprzedanej jego płyty daje mi 3 dolary. Wzbraniam się przed braniem tych pieniędzy, ale on się upiera, a z mm nie ma dyskusji. Ustaliliśmy, że sprzedajemy je na przemian, jedną jego, jedną moją. On siedzi i kasuje forsę, ja podpisuje i rozdaję uśmiechy. Płyta kosztuje 6 dolarów, a wielu daje 10, niektórzy więcej. Występ z tego punktu widzenia, uznaję za sukces W sobotę zwalają się tłumy. Taki tu zwyczaj, że w piątki jest pustawo, w soboty tłumy, a w niedziele schodzi się miejscowy high life. Ja pracuję w weekendy, a więc trzy dni w tygodniu za które otrzymuje 350 dolarów i jeden posiłek w dniu, w którym pracuję. Pozostałe dni są wolne i żywię się sam. Dostałem 100 dolarów zaliczki i poczułem się milionerem Chodzę po sklepach i kupuję różne głupstwa, które dla mnie są szczytem egzotyki Tego się nie da opisać, co tu jest w sklepach. Zwiedzam okoliczne magazyny, buszuję po składnicach ma-teriałów, które nie cieszą się tutaj liczną frekwencją, z prostej przyczyny, że szycie u krawca jest piekielnie drogie i kupuje się gotowe rzeczy. W niedzielę schodzą się bonzowie. Jest więc wspomniany Poznakowski, demonstracyjnie rozrzucający pieniądze na lewo 1 prawo - tutaj jest to w dobrym guście Dać komuś z sympatii parę dolarów - to tak jak u nas dać kwiaty. Mnie też chciał zaimponować, ale zmitygował się i poprzestał na wręczeniu mi pięknej zapalniczki. Jest też Michalski osławiony impresario, sprowadzający do Ameryki największe polskie gwiazdy, lest też szef Artpolu pan Marzec z kilkoma swoimi pracownikami. On to decyduje o przedłużeniu kontraktu, czy wysłaniu na dalsze występy do innych miast Ameryki. Poszło wspaniale. Odniosłem sukces. Marzec jest zachwycony, proponuje występy w Chicago, koniecznie. Ja jak ten głupi, powiadam, że się zastanowię, pomny przestróg Kossowskiego, zęby bron Boże, za pierwszym pobytem, nie przedłużać kontraktu, bo będzie to miało wpływ na dalsze wyjazdy. Nikt tego oczywiście nie przestrzega, tylko ja, idiota, chcę byc lojalny i praworządny. Michalski proponuje tournee po Stanach On to Leszek Kunda 161 później, już w Polsce, mamiąc mnie obietnicą zrobienia tego tournee, weźmie ode mnie kilkadziesiąt oryginałów najlepszych moich artykułów prasowych, które przepadną razem z nim podczas stanu wojennego. Przychodzą jacyś znajomi z Polski - najnowsza emigracja, jacyś wielbiciele, bardzo dużo ludzi kupuje płyty. W następny piątek klęska. Przyszła tylko jedna para i kilku pijaków, którzy wkrótce wychodzą. Merena zły jak diabli. Zaśpiewałem na próbę kilka nowych piosenek, mimo że co chwila wpada on i pokrzykiwał: „Nie ma śpiewania”, co ma oznaczać, że nie będzie honorarium za dzisiejszy dzień. Jest mi strasznie głupio i przykro, tym bardziej, że nigdy dotąd nie dane mi było tego przeżywać, a winę tego stanu rzeczy przypisuję sobie, że to na mnie ludzie nie chcą przychodzić, tak przynajmniej mówi wzrok Mereny, kiedy na mnie patrzy. Przychodzą znajomi i proponują pojechać do Skylane. Jest to konkurencyjny polski klub, położony gdzieś na drugim końcu Nowego Jorku. Trafiamy na występ Andrzeja Rosiewicza, który akompaniując sobie na gitarze, śpiewa jakieś śmieszne piosenki, opowiada swoje, znane mi dowcipasy. Wita mnie ze sceny, a na to publiczność długo klaszcze. Do tańca gra świetna orkiestra, a perkusista, Portorykańczyk śpiewa jak młody bóg. Tu publiczność o wiele kulturalniejsza, sala niczym w Las Vegas, amfiteatralna, od położonego najniżej parkietu, wznosząca się kilkoma poziomami w górę. Piękna estrada, jak na rewio-wych amerykańskich filmach. Rosiewicz, po swoim występie dosiada się do nas i bawimy się prawie do rana. Na drugi dzień, w sobotę, zgodnie z tutejszym zwyczajem, o którym pisałem, zwaliły się tłumy, rehabilitując mnie w oczach Mereny i rekompensując mi wczorajsze straty moralne. Podobno, jak przyznał sam Merena, padł rekord frekwencji. Jeszcze nigdy dotąd w dziejach Zodiaku nie było tylu ludzi naraz. Tłok jest przeokropny, straszny harmider, hałas i bałagan. W związku z tym - z mojego punktu widzenia - występ jest taki sobie. To dla mnie nowe środowisko, nowy świat, nie potrafię się skupić, hałas mnie wyprowadza z równowagi, staję się sztywny, przestaję być sobą, odwalam występ byle jak, aby się to jak najszybciej skończyło. To powtarzać się będzie w każdą sobotę, mimo że większość moich występów mogę nazwać sukcesem - dziewczyny piszczą, wiele się zakochuje, a celują w tym takie trzy, które do końca nie opuszczą ani jednego mojego występu. Nie mają jednak odwagi się zbliżyć, onieśmielone stałą obecnością przy mnie Grace i Śnieżki. Systematycznie staram się odwiedzać miejsca warte tego i któregoś dnia daję hasło do zorganizowania wycieczki na wyspę Statuy Wolności. Grupa przyjaciół jak zawsze chętna do takich eskapad załatwia jakieś bilety na łajbę, „zaokrętowujemy się” i płyniemy. Z dala przez cieśninę widać potężną sylwetkę, która ogromnieje w miarę zbliżania się do niej. To cały kombinat o rozmachu amerykańskim. Wyobrażenie o rozmiarach obiektu, może dać fakt, że w samej podstawie posągu mieszczą się biura, recepcja, muzeum, sklepy z pamiątkami, potężny hall itd. Jedziemy windą kilkadziesiąt pięter, potem już piechotą po stromych schodach. Dochodzimy do wnętrza głowy, gdzie w koronie są okna, przez które rozpościera się wspaniały widok aż po horyzont. Do niedawna wchodziło się do wnętrza ręki, aż do znicza, ale zaczęła się odchylać i dziś jest zamknięta dla zwiedzających. Robimy masę zdjęć. Jeszcze kilka razy będę odwiedzał to miejsce, zapraszany przez coraz to innych znajomych, którzy nie wiedząc, że tu już byłem, chcą się pochwalić tym symbolem Ameryki. Tą samą wodną drogą wracamy do city, i jeszcze niesyci wrażeń wdrapujemy się na 107 piętro jednej z bliźniaczych wież World Trade Center. Winda przyśpiesza 162 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 błyskawicznie i ma się wrażenie startu samolotu. Około pół kilometra wysokości, widok zapiera dech w piersi. Cały Nowy Jork i kawałek oceanu jak na dłoni. Dziś, jak wiemy, niestety wież tych już nie ma. W dni, kiedy jest mniejsza frekwencja, Merena jest wściekły i lekceważący. Aby ukoić swoje smutki, nauczyłem się, tutejszym zwyczajem popijać bezustannie drinki, uciekam też codziennie od rozeźlonego szefa z przyjaciółmi do centrum. Kierujący autem zazwyczaj jest po wielu szklaneczkach, ale tu policja nie zatrzymuje, dopoki nie spowoduje się wypadku. Amerykanie lubując się w gigantomanii, uwielbiają wielkie landary, najczęściej z automatyczną skrzynią biegów. Ja nie zaliczam się do doświadczonych kierowców, nie jeździłem dotąd czymś takim, a przyszło mi wielokrotnie, w stanie mocno wskazującym... prowadzić zatłoczonymi ulicami centrum Nowego Jorku taką landarę, na dodatek wypełnioną po brzegi rozbawionymi pasażerami. To miasto nie spi nigdy, o każdej porze dnia czy nocy, tłumy ludzi biegną gdzieś za swoimi sprawami, tylko nocą są jacyś bardziej kontaktowi, więcej zwracają uwagę na siebie wzajemnie, nieznajomi uśmiechają się, pozdrawiają, często proponują znajomość, a nierzadko z ust zarowno dziewczyny, jak i chłopaka, można usłyszeć bezpośrednią propozycję: Would like to make love with met" Polubiłem te póznonocną atmosferę tego miasta. Często sam wyjeżdżam, powałęsać się po ulicach, posiedzieć w kafejkach, pobłądzić po klubach z „live show”, i choć zdaję sobie sprawę, że to niebezpiecznie, upajam się cudowną atmosferą tego miasta, chłonę jej niepowtarzalny klimat i jakimś cudem nie tylko udaje mi się uniknąć jakichkolwiek niebezpieczeństw, ale często zawieram wspaniałe znajomości, przeżywam wiele cudownych chwil, wtapiam się w fascynujący urok tego wspaniałego miasta. Nadchodzi czas wyjazdu do Polski. Wielka gromada ludzi odwozi mnie na lotnisko. Wszystko za mnie załatwiają, za wszystko płacą, nawet za nadbagaż, spowodowany tą ponadnormatywną walizą. Łzy, wzruszenia, usciski, niekończące się pożegnania. samolocie jadę z Laskowikiem i Smoleniem, którzy upierają się przypomnieć mi, jak to poznaliśmy się w Poznaniu, kiedy ja już byłem wielką gwiazdą, a oni artystami studenckimi. Poczułem się jak Modrzejewska. Polska objawiła mi się z. całym swoim przaśnym urokiem i socjalistycznym folklorem. Już na lotnisku odkrywam, że skradziono mi piękną, pełną ozdób i metalowych okuć, smycz od walizki. Na drugi dzień, chcąc powitać swoich polskich przyjaciół, wybrałem się z nimi na dancing do Adrii. Bawimy się świetnie. Ja nie piję, bo robię za kierowcę. Po dancingu zatrzymuje nas milicja. Każą dmuchać mi w balonik i nie chcą uwierzyć, że jestem trzeźwy. Długo mnie trzymają w swoim samochodzie, kombinując jak mimo wszystko nas przyskrzynić. Nie koniec jednak przygód tego powitalnego wieczoru. Oto po wyjściu z lokalu, w pewnej chwili zorientowałem się, że nie mam na ręku mojej złotej bransoletki. Wracamy do Adrii, ciec nie chce nas wpuścić, wyzywając od pijaków. Błagam go, mówię o co chodzi, na co on odchodzi i wraca po dobrych piętnastu minutach. Powiada, że nic nie ma i dopiero nas wpuszcza. Jasne, że nie ma. Zdążył dokładnie przeszukać, znaleźć ją i obłowić dodatkowym zarobkiem tej nocy. Niedługo nacieszyłem się podarkiem od Grace i Śnieżki. Tak oto, „po sukcesach w Ameryce”, powitała mnie moja ukochana ojczyzna, Polska (socjalistyczna zresztą). Leszek Kunda 163 — Transformacja. Lata dziewięćdziesiąte i początek lat dwutysięcznych czyli młoda, kapitalistyczna Polska w której w końcu osiadasz na stałe. Niemal znika państwowy mecenat kultury. Dawne państwowe impresariaty artystyczne przechodzą do historii. Znikają duże i ważne instytucje: przedsiębiorstwa estradowe, centrala handlu zagranicznego w branży muzycznej czyli PAGART lub takie znaczące miejsca jak owiany legendą klub SPATIF. Ich miejsce zaczyna stopniowo zajmować rozdrobniona, prywatna konkurencja - zazwyczaj bez większego kapitału i infrastruktury. Następuje defragmentacja branży. Dużo łatwiej niż w PRL-u przekroczyć jej próg. Wydaje się, że czasem wystarczy tylko pokazać kawałek lewego pośladka bez cellulitu lub łydki, żeby w niej na chwilę zaistnieć. Dużo trudniej jednak być w niej na dłużej, nie mówiąc już o osiągnięciu skali. Liczba kilkuset koncertów rocznie, które grałeś w PRL-u nawet dla większości top artystów III RP jest nieosiągalna. Dzisiaj zarowno wykonawcy jak i publiczność, z braku dobrego przygotowania, często nie odróżnia zwykłego wycia do mikrofonu od pięknego żeńskiego czy męskiego falsetu. Obecny polski rynek muzyczny charakteryzuje się, używając słownictwa marketingowego, tzw. krótkim cyklem życia produktu tj. zarówno artysty jak i wykonywanych przez niego piosenek oraz nadprodukcją galanterii muzycznej. - Dużym wkładem na progu przemian w naszym rodzimym, już na poły kapitalistycznym show-biznesie był pamiętny bojkot publikatorów przez środowisko artystyczne. I choć w swym zamiarze zrozumiały, miał dla tego środowiska niezbyt korzystne konsekwencje. Wywołał mianowicie zmianę pokoleniową, w tychże środkach masowego przekazu. Starzy nie chcieli, a lukę należało czymś wypełnić. Władza była gotowa zatrudnić 164 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 oto zauważyli, dotąd pogardzanych i niedostrzeganych młodych ludzi grających po garażach, świetlicach i remizach. Nie mieli wyboru, jedyne co im pozostało, to zwrócić się do nich, wykorzystując ich determinację, sfrustrowanie i swoisty bunt i dać im życiową szansę. Młode zespoły znakomicie wykorzystały moment, bo głupotą byłoby postąpić inaczej. Młodzież z gruntu jest buntowniczo nastawiona do wszystkiego, co zastała, a szczególnie do tego, co stworzyło pokolenie „zgredów . Pozwolenie jej, dotąd zbuntowanej i wrogo nastawionej do ustroju, na to wszystko, załatwiało jeszcze jedną ważną dla władzy sprawę. Młodzież miała teraz swoje zajęcie, miała swoją muzykę, odciągała ją od spraw ważniejszych, ba, pozytywnie ustosunkowywała młodych do władzy. Władza jest cacy, bo dała zabawkę. Poświęcę temu tematowi parę zdań. Za czasów radosnego socjalizmu, rynek muzyczny, jak wszystkie inne dziedziny życia, sterowany był odgórnie, utrzymując jako taką stabilizację, dzieląc wszystkim po równo, przez co tworzył się taki przasno-swojsko-siermiężny showbiznes, gdzie liczyły się wprawdzie układy, znajomości, stosunki, była jednak zasada: liczył się też talent. Dziś w dobie drapieżnego kapitalizmu, a szczególnie teraz, obowiązuje zasada: za wszelką cenę zarobić. Zupełnie podobnie jak w czasach, gdy tworzył się amerykański przemysł filmowy skrzyknęła się pewna grupa „przedsiębiorców (tam Żydów) i ustaliła zasady funkcjonowania tego przemysłu, to znaczy podzieliła go pomiędzy siebie. Tu na naszym rynku skorzystało z tych doświadczeń paru zagranicznych spryciarzy. Stworzono parę firm monopolistycznych, opartych na zasadach: my rządzimy, dobieramy sobie uległych naiwniaków, maksymalnie ich sobie podporządkujemy, tworząc im profesjonalne warunki do pracy, obiecując karierę i lansowanie, co dla młodych jest zupełnie wystarczające. Warunki finansowe takie, że znakomita większość zysków idzie do nas i wyciskamy, ile się da. Publikatory opłacane będą w sposób godziwy, tak że tylko nasze utwory będą lansowane, bez względu na ich poziom, wykańczając tym konkurencję w osobach nieidących nam na rękę, a więc starą gwardię artystów, fu nie przewiduje się trudności, bo dziś korupcja to chleb powszedni. Tak się też stało. Talent nie był jedną z ważniejszych kryteriów. Potrzebni byli młodzi zapaleńcy, głodni sławy, naiwni i lojalni. Powstało kilka molochów fonograficznych powiązanych ze sobą więzami interesu, które w niedługim czasie opanowały rynek, skorumpowały wszelkie liczące się publikatory, a stara gwardia, która nie godziła się na drakońskie warunki finansowe, albo miałki poziom produkcji poszła w odstawkę. Doszło do tego, że nawet ojciec znanej piosenkarki młodego pokolenia, która godząc się na ich warunki, dostała się do ich stajni, zmuszony jest pisać dla niej swoje kompozycje pod pseudonimem, bo w przeciwnym wypadku jego prace bez czytania zostają odrzucane. Prezenterzy, czy „oprawcy muzyczni” skarżą się, że mając w jakimś swoim programie do wyemitowania, załóżmy sześć utworów, pięć jest przydzielone przez przekupioną zapewne „górę”, jeden ewentualnie pozostawiając w gestii prezentera i to pod warunkiem, że starczy na to czasu w audycji. Tak więc środowisko artystyczne, postanowiwszy bojkotować komunistyczne publikatory, ukręciło bat na własny tyłek, bo teżże publikatory powiedziały sobie: nie chcecie? To pal was licho, w przedpokoju stoi w kolejce tysiące młodych i tylko przebiera nogami, Leszek Kunda 165 żeby tu wejść, słowem, będziemy mieli na wasze miejsce innych. I otworzyły szeroko swoje bramy dla młodych, którzy tylko na to czekali. Stworzył się wielki boom dla młodych wykonawców wszelkiej maści, gatunku i talentu, najczęściej niewielkiego. Potrzebni byli oni za wszelką cenę, byle było ich dużo, byle byli chętni, dyspozycyjni i niewymagający. A młodzi nie bawili się w politykę. Trzeba grać? Są możliwości? Starych wymiotło? Czegóż więcej trzeba do szczęścia? Garnęli się wszyscy, kto tylko potrafił brzdąkać na gitarze, kto tylko potrafił drzeć gębę, byle głośno i koniecznie inaczej, niż to robili „starzy”. Wtedy to rodziły się dzisiejsze kanony i mody nowoczesnej polskiej muzyki młodzieżowej. Mówię „polskiej”, bo w odróżnieniu do świata, tutaj, te kanony rodzi rewolucja, swoboda „twórcza” młodych, niedokształconych, zbuntowanych pseudo muzyków, którym pozwolono robić wszystko na co mieli ochotę. To tak, jakby wytrzebić wszystkich nauczycieli, wyeliminować autorytety, pozbawić szacunku wychowawców, a młodzieży powiedzieć, cytując Owsiaka: „róbta co chceta”. Na takim podłożu, w tym klimacie powstała dzisiejsza muzyka rozrywkowa. Ster naturalnie natychmiast przejęli spryciarze, organizując firmy impresaryjne i fonograficzne. Mając tak sprzyjający grunt, te firmy gładko przeprowadzają rewolucję, ugruntowując powstałą sytuację, bezwzględnego wyeliminowania „starych”, dyktowania praw na rynku, kontynuowania, z braku nowych wzorów, powstałej mody na nijakość. Stąd zalew „utworów”- koszmarów, gdzie linia męlodyczna, to zestaw przypadkowych dźwięków, gdzie wokal, to coś, czego nie podejmę się opisać, wykonawstwo, to przerażająco nijakie mędzenie - smędzenie, albo wycie nadepniętego na ogon zwierzęcia. Zdezorientowany młody odbiorca przyjmuje to jak dobrą monetę, nie mając skali porównawczej. Młodzieży wystarczy rytm, swoboda w ubiorze wykonawców, którzy identyfikując się z tłumem, ubierają się tak, jak tłum, a więc byle jak i koło się kręci, a kasa leci. Tak więc poczęła się tworzyć moda na antykulturę. Brutalna, ostra muzyka, całkowita abnegacja dotychczasowych wymogów estetycznych w wyglądzie, sposobie ubierania się, śpiewania, zachowania. — Po powrocie do Polski w formule „na stałe”, jesteś aktywny zarówno koncertowo jak i fonograficznie. Z płyt wydanych w nowym millenium dwie osiągnęły status złotej a jedna platynowej. Wydaje się, że cały ten czas „szukasz nowego siebie” w różnych obszarach, próbując wielu gatunków i stylów. Zresztą, robiłeś to chyba przez całe swoje życie, czego najlepszym przykładem może być utwór z okresu Twojej fascynacji jazzem tj. nagrana z orkiestrą Jerzego Miliana, bossa nova „Oj nie idzie to życie”. - Może się powtórzę, ale mimo tego, że nie bryluję na pierwszych stronach kolorowych czasopism, nie jestem zbyt często pokazywany w mediach, ja kierując się hasłem rzuconym ongiś przez naszego środowiskowego guru Wojtka Młynarskiego: „robię swoje”. Wiele koncertuję - wszak moja publiczność wraz ze zmianą ustrojową nagle nie wymarła, więc zapotrzebowanie jest. Nie ma tylko chęci współpracy w tej materii z różnego rodzaju instytucjami organizatorsko-impresaryjnymi funkcjonującymi na rynku. Nagrywam nowe piosenki i nowe płyty, które znów zgodnie z gloryfikacją młodości przez te instytucje, nie docierają do mediów. 166 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 Nieprzerwanie eksperymentuję w różnych obszarach muzyki, a ostatnio najbardziej wdzięczną ku temu okazała się klasyka. Nie wszyscy wiedzą, że ja swoje pierwsze kroki w kierunku tego zawodu, jaki uprawiam, to kształcenie głosu w kierunku śpiewu klasycznego. Później „poszedłem w piosenkarstwo i ten rodzaj wykonawstwa trochę zaniedbałem. Teraz jednak nieśmiało do tego wracam, odkrywając na nowo moją fascynację tego rodzaju muzyką i nie tylko włączam parę pozycji do repertuaru moich koncertów, ale taż nagrałem, na razie singiel z zamiarem nagrania pełnej płyty z muzyką klasyczną, a więc pieśni i arie operowe. Singiel nosi tytuł „Edward Hulewicz klasycznie” i parę pozycji z tej płyty można znaleźć na You Tubę. Choćby „Una furtka lagrami”. Nie narzekam na brak propozycji zarowno koncertowych jak i udziału w różnego rodzaju projektach nawet filmowych. I tak pod koniec zeszłego roku otrzymałem propozycję wzięcia udziału w nagraniu filmu telewizyjnego pt. „Hotel Nostalgia”. Po premierze, film odniósł ogromny sukces i zachęcona tym produkcja postanowiła rozpocząć pracę nad drugą częścią tego filmu z nową obsadą wykonawców, z małym wyjątkiem, bo mnie zaproponowano wzięcie udziału w realizacji tego projektu. Na przełomie lipca i sierpnia rozpoczynamy kręcenie. Do najnowszych sukcesów należy zaliczyć również fakt przyznania mi przez Ministerstwo Kultury prestiżowego srebrnego medalu Zasłużony Kulturze - Gloria Artis. Natomiast w styczniu Prezydent RP odznaczył mnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. - Warto zauważyć, że wspomnianą przez Ciebie arię „Una furtka lagrima” z opery Donizettiego wykonuje współcześnie tenor Andrzej Lampert, który, podobnie jak Ty kiedyś, zmaga się z dokonaniem wyboru pomiędzy muzyką rozrywkową a dostojną klasyką. W 2015 roku nagrałeś z ikoną muzyki disco polo (wcześniej zwanej muzyką chodnikową) Zenonem Martyniukiem w zupełnie nowej aranżacji piosenkę „Za zdrowie pań”. Kawałek ten przez wielu uważany jest za Twoją muzyczną wizytówkę. Przypomnijmy, że w latach PRL-u teledysk-toast z tą piosenką często gościł w Dzienniku Telewizyjnym w Dzień Kobiet, a także z okazji tego święta znalazł się on w Polskiej Kronice Filmowej nr 10 A/74 emitowanej przed seansami w kinach w 1974 roku. Czy ten jednorazowy muzyczny mezalians z Zenkiem Martyniukiem to wypadek przy pracy, czy przemyślany ruch związany z ponownym w Polsce boomem na discopolo po 2012 roku? - Zdecydowanie jednorazowy, bo nawet po tym jednym mam do dziś wystarczający absmak. Nie lubię disco polo, uważam, że to muzyka przemawiająca tylko do nóg, bez udziału głowy. A zdecydowałem się na ten - jak słusznie zauważyłeś mezalians, po rocznym nagabywaniu mnie przez menagerów z tamtego środowiska, roztaczający przede mną miraż świetlanej przeszłości jak to liczeni w milionach ci wszyscy fani pana Zenka, będą moimi fanami. Po części tak się też stało, bo często teraz jak przechodzę koło jakiejś budowy to słyszę z rusztowań nawoływania robotników: „Panie Edwardzie za zdrowie pań!” Niemniej ten utwór, z którym najczęściej kojarzy się moje nazwisko, mam w swoim koncertowym repertuarze, bo jakżeby mógł się odbyć koncert bez tego utworu. Ludzie by mi tego nie wybaczyli. Śpiewam więc go z przyjemnością widząc jak to cieszy moich słuchaczy. Leszek Kunda 167 - Pomimo że niektórzy uważają Ciebie za wykonawcę z zupełnie innej epoki, to po Twoje utwory sięgają muzycy młodsi o kilka pokoleń np. raperzy OS.T.R. i Hades wykorzystali fragmenty utworów „ Było w nas” i „ Zgubiłem się po drodze”. Z głosił się także do Ciebie wykonawca z Holandii DJ Lukas z prośbą o zgodę na wykorzystanie fragmentu utworu do swojej najnowszej kompozycji. A zespół rockowy Czarne Kwiaty w 2014 roku na festiwalu „Młodzi Górą” w Starogardzie Gdańskim wykonał w dynamicznej, rockowej aranżacji przebój Tarpanów „ Siała baba mak”. No i wreszcie polskie gangnam style czyli „Za zdrowie Pań” jako Firefighter Dance w układzie choreograficznym strażaków z OSP z Leopoldowa. Czy nigdy nie kusiło Ciebie żeby wyjść właśnie z raperami czy hip-hopowcami na współczesną scenę? - Zdecydowanie nie kusiło, ponieważ jest to rodzaj muzyki, którą nie darzę zbytnią es-tymą. Powiem więcej - pewnie narażę się, ale uważam że jest to gatunek muzyczny, który powstał jedynie dlatego, żeby dać możliwość zaistnienia tym wykonawcom, którzy mają ambicję zostania piosenkarzami, mimo że nie mają talentu wokalnego. W sumie to takie pyskowanie na tle najczęściej charakterystycznej dla tego gatunku sekcji rytmicznej. Nie mówię o tekstach, które czasami mają określoną wartość. Ale nie powiem, że nie próbowałem. Jako niepoprawny eksperymentator w różnych gatunkach muzycznych (od rocka, poprzez pop, jazz, na muzyce operowej kończąc) mu-siałem i to wyzwanie podjąć. Mimo wszystko zaciekawiony tym gatunkiem, a przede wszystkim zaszokowany jego powodzeniem w muzyce światowej, napisałem utwór spełniający wymogi tego gatunku, zarówno tekst jak i muzykę, nagrałem go i wykonuję na swoich koncertach ku zdziwieniu, uciesze, a potem żywiołowej reakcji mojej publiczności. Na You Tubę można go posłuchać i obejrzeć pod hasłem: „To już przyszło lato”. A fragmenty moich utworów rzeczywiście cytują w swoich kompozycjach młodzi wykonawcy rapu, nie pytając zresztą o moją na to zgodę. Podobno takie dzisiaj obowiązują maniery. - Co bardziej lubisz i sobie cenisz: koncerty czy pracę studyjną ? Przy jakich piosenkach najbardziej lubisz wbiegać na scenę i rozpoczynać koncerty, przy jakich je kończyć ? Czy masz w repertuarze swoich specjalnych faworytów na te okazje? - Zdecydowanie wolę spotkania z żywym odbiorcą, którego reakcja jest natychmiastowa nagrodą za moje wykonania utworów. To mój żywioł, to jest to co kocham najbardziej i co stanowi dla mnie mój chyba główny cel w życiu. Inne odmiany sztuki wokalnej, jak nagrywanie piosenek, płyt, to jakkolwiek twórcze, ale rzemiosło. Praca na scenie to żywa materia, nieobliczalna, kapryśna, czasami groźna, czy niechętna, jak przeciwnik na ringu, bezlitosna i okrutna dla słabego, nieprofesjonalnego przeciwnika, ale oddana, kochająca i entuzjastyczna, kiedy się ją ujarzmi. Studio natomiast to coś nienaturalnego, pozbawione emocji wywołanych reakcją widza, to perfekcyjne cyzelowanie najmniejszych fragmentów utworu dla uzyskania pełnej doskonałości, no przynajmniej zbliżenia do niej, A dzisiejsza technika potrafi niemal wszystko. Ja do studia mam swój specyficzny stosunek, a nawet kompleks powstały podczas mojego pierwszego kontaktu ze studiem za czasów mojego terminowania w zespole Tarpany. Nigdy nie zapomnę chwili mojego pierwszego nagrania w profesjonalnym -na tamte czasy- studiu radiowym, a pamięć tą w dużej mierze zawdzięczam reżyserowi dźwięku panu Zenonowi A. Beształ nas jak smarkaczy, nie przebierał 168 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 4 w słowach określając nasze umiejętności i talenty. Tworzyła się nerwowa atmosfera, braku wiary w siebie, przekonania zgodnie z opinią pana reżysera, że wszystko jest do d... i nic z nas nie będzie. I tak już było do końca naszej współpracy z Radiem Poznań. Każde nagranie rodziło się w bólach, każde wejście do studia łączyło się z nerwówką, strachem i niechęcią do pracy. Każde zaplanowane do nagran utwory realizowane były w atmosferze wrzasków, histerii i wymyślań „nagrywacza”, bo tak tylko można go określić, pana Zenona A. Każda z nim sesja nagraniowa to horror, który kosztuje nas wiele zdrowia. Poniekąd staram się go zrozumieć, człowiek starej daty, wychowany na niemal odwiecznym nagrywaniu szepcząco-wzdychającj głównej gwiazdy ówczesnego Poznańskiego Radia pani VTD., ani nie potrafił, ani nie wie jak dopasować się do zmian, jakie nastały w chwili wejście na rynek muzyki rockowej. Jego piętą achillesową były zmiany dynamiczne wokalu. Nie potrafił tego nagrywać i przy nim należało śpiewać bez jakichkolwiek zmian dynamicznych, z jednakowym natężeniem dźwięku, albo o ironio odskakiwać od mikrofonu w chwili jakiegokolwiek forte. 'Wszystko musiało byc na jednym poziomie. Krzyk to dla niego profanacja, a o chrypie mowy byc nie mogło. Nie pomagały perswazje, tłumaczenia, że tak byc nie powinno, że to inna epoka. Andrzejewski, brutalny, chamski, nie uznający żadnych argumentów, pienił się, wściekał, pokrywając swoją indolencję wrzaskiem i histerią. Z nagran wychodziłem spocony, wściekły, kompletnie wyczerpany i co najgorsze z poczuciem bezsensu tego, co zrobiłem. 'Wymęczone i wyduszone nagrania, raz cichsze, raz głośniejsze w miarę odskakiwania od mikrofonu, powtarzane niezliczoną ilość razy, tracą na interpretacji. Ze zdenerwowania nieczyste, bo człowiek myśli tylko, żeby śpiewać na jednakowym nasileniu dźwięku. Besztany, upokarzany, napociłem się, nabiegałem, a efekt mizerny, nienaturalny głos, szarpanina, nerwowka, brak stylu i wszystko do d..., a kogo za mizerne efekty obwiniano? Oczywiście mnie, bo „fachowiec”, wieloletni radiowiec, swój, zaprzyjaźniony facet nie mógł się mylić, nie jest winien za to, że ten wykonawca tak głupio śpiewa, raz cicho, raz głośno. Winię dziś siebie za to, że mimo to akceptowałem te niedopracowane, wymęczone, i nieczyste knoty, idąc na rękę kierownictwu, któremu zależało za wszelką cenę lansować zespół. Mnie, jak powiedziałem, nadwrażliwcowi, psychicznemu słabeuszowi, pozostał na długo ten strach przed studiem i mimo najbardziej życzliwego personelu w wielu innych studiach, jeszcze przez wiele lat, byłem spięty i niepewny tego, co robię. Jeśli chodzi o drugą część pytania, to program aktualnego mojego koncertu, drogą wielu lat prób, praktyk, doskonalenia, jest w tej chwili optymalny i bez zbędnej skromności powiem, że musi skutkować sukcesem. Dramaturgia koncertu od spokojnych, wspomnieniowych utworów z każdą pozycją programu nabiera tempa, emocjonalnie ewoluuje i kiedy w finale schodzę do widza na salę, doprowadzam publiczność do niebywałego entuzjazmu. Kończy się to zwykle wielokrotnym bisowaniem, owacjom na stojąco, często śpiewaniem sto lat. Rafał Cybulski Polska z wyboru KIJOWI ANKI NA PROWINCJI czyli jak Yana i Ola zostały kwidzyniankami 170 Kijowianki na prowincji czyli jak Yana i Ola zostały kwidzyniankami Przez niemal 20 lat mieszkały w tym samym mies'cie, jeździły tymi samymi autobusami, chadzały tymi samymi ścieżkami, ale do września 2015 roku nigdy nie miały okazji się poznać, co nie dziwi zważywszy, że zamieszkiwały ponad trzymilionową metropolię. Poznały się dopiero za sprawą Wolontariatu Europejskiego. Obie zgłosiły się do międzynarodowego projektu i obie wybrały Polskę. W ten właśnie sposób trafiły do Kwidzyna i od ponad 2,5 roku są niemal nierozłączne, a każdy, kto je poznał wie, że stanowią zgrany, świetnie uzupełniający się duet. Do tego obie są młode, piękne i bardzo radosne. 25-letnia Yana Mosnytska, błękitnooka, bardzo wysoka i szczupła blondynka oraz 22-letnia, nieco niższa od Yany Olga Glebowa, trochę zwariowana brunetka z szerokim uśmie- I o lewej Ola, po prawej Yana, Jot. archiwum chem i błyskiem w oku, wprost tryskają energią i witalnością, więc nic dziwnego, że wszędzie ich pełno. I choć ich misja europejskich wolontariuszek dawno już się zakończyła, to jednak pokochały Kwidzyn na tyle mocno, by w nim zamieszkać na dłużej. - Przed wyjazdem do Polski Yana zadzwoniła do mnie, żebyśmy razem pojechały kupić bilety — tak Ola wspomina dzień, w którym się poznały. Nie tylko z tego powodu jest on pamiętny, bo wieczorem, gdy się już rozstały Yana przez przypadek kopnęła w nogę od krzesła. Na tyle niefortunnie, że złamała mały palec u nogi: - Nie dała go sobie jednak wsadzić w gips, więc pamiętam, że na początku pobytu w Polsce chodziła w japonkach - opowiada Ola (woli, żeby używać takiej właśnie formy jej imienia). *** Dwie kijowianki przyjechały do Polski 23 września 2015 roku. Do Kwidzyna ściągnęło je stowarzyszenie Akwedukt. Za sprawa tej organizacji w ciągu trzech lat na Powiślu gościło już kilkudziesięciu wolontariuszy z kilkunastu europejskich krajów. Wielu z nich pochodzi z krajów będących byłymi republikami Związku Radzieckiego, ale nie brakuje też młodych ludzi, którzy przyjechali z Europy Zachodniej, np. Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, czy Włoch. One po przyjeździe do Kwidzyna pracowały jako wolontariuszki w przedszkolach, Yana w Gardei, a Ola w Kwidzynie. Nie było to dla nich trudne, bo obie łatwo nawiązują kontakt z dziećmi. Przedszkolaki szybko pokochały te dwie radosne panie, które trochę dziwnie mówią po polsku. Po zakończeniu okresu wolontariatu, gdy już zdecydowały się Rafał Cybulski 171 pozostać w Kwidzynie na dłużej, też poszły w tym kierunku zawodowym. Ola pracuje obecnie w żłobku Gama, a Yana w przedszkolu Akuku. Powiedzieć, że są przedszkolankami lub wychowawczyniami, to jednak nic nie powiedzieć. Obie mocno angażują się w życie kulturalne Kwidzyna i nadal udzielają się jako wo-lontariuszki. Pomagają przy Kwidzyńskim Biegu Papierniku, przy organizowanym w pod-ryjewskich Rudnikach Grassroots Festiwalu i Nocy Muzeów oraz wielu innych imprezach organizowanych w mieście, które je przygarnęło lub w okolicy. Wydaje się, że wiele imprez wręcz nie mogłoby się już odbyć bez nich. Pomaga im to, że świetnie opanowały język polski. Zwłaszcza Yana imponuje bogatym słownictwem, choć i ona na początku pobytu w Polsce nie uniknęła wpadek, np. gdy zamiast pomidorowego zamówiła sok pomarańczowy, a potem jeszcze próbowała wykłócać się z kelnerką. Pewnego razu musiała też poprosić polskiego znajomego, by przestał powtarzać, że lubi się z nią droczyć, bo po ukraińsku oznacza to... masturbować. *** Ich wolontariacka działalność dawno już przekroczyła granice Kwidzyna, czy powiatu kwidzyńskiego. Obie Ukrainki przystąpiły bowiem do Pokojowego Patrolu, co było naturalną koleją rzeczy zważywszy, że Uniwersytet WOŚP, w którym Jurek Owsiak szkoli swoje kadry mieści się w podkwidzyńskim Szadowie. Ola jako członek pokojowego patrolu już dwukrotnie była na festiwalu Woodśtock, Yana dołączyła do niej dopiero w ubiegłym roku, ale zapewnia, że teraz będzie już na stałe towarzyszyła swej przyjaciółce. Wtedy, w Kostrzynie, miałem okazję spotkać się z nimi i był to z pewnością jeden z radośniejszych momentów festiwalu. Witaliśmy się jak starzy, dobrzy znajomi z Kwidzyna. Ubiegłoroczny Woodśtock Yana zapamięta także z innego powodu. Stała się bowiem bohaterką jednego z reportaży poświęconych festiwalowi, który był emitowany w głównym wydaniu „Faktów” w TVN. W dodatku sympatyczna i inteligentna Ukrainka dobrze zapadła w pamięć ekipie telewizyjnej, bo TVN przypomniał sobie o niej przez tegorocznym finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Yana i Ola po raz pierwszy były wolontariuszkami WOŚP nie w Kwidzynie, lecz w Warszawie, a wcześniej ekipa TVN przyjechała do Kwidzyna i nagrała materiał o Yanie w przedszkolu, w którym pracuje. Dzięki temu w Kwidzynie stała się jeszcze bardziej rozpoznawalna. - Niedawno byłam w aptece i pani powiedziała do mnie: „A, to pani jest tą Yaną z telewizji. ” *** Obie tęsknią za Ukrainą i często manifestują swoją ukraińskość, np. kibicując ukraińskim sportowcom oraz krytykując wszystko o rosyjskie. Poza tym na Ukrainie zostawiły swoje rodziny. Yana ma młodszego o kilka lat brata, a Ola aż pięcioro rodzeństwa: dwie starsze siostry, dwóch młodszych braci oraz, co najciekawsze, siostrę-bliźniaczkę. — Julia skończyła studia pielęgniarskie, a teraz studiuje fizykoterapię i jednocześnie pracuje w szpitalu kardiologicznym z dziećmi do 7 lat — opowiada Ola. To je łączy, ale poza tym sporo się różnią. 172 Kijowianki na prowincji czyli jak Yana i Ola zostały kwidzyniankami - Wiele osób mówi, że są bardzo podobne, ale ja nie mam problemu, żeby je rozróżnić - mówi Yana, która całkiem niedawno poznała bliźniaczkę Oli, gdy ta odwiedziła siostrę w Kwidzynie. — Różnią się też charakterami. Ola jest szalona i znacznie bardziej samodzielna od siostry, ale trudno się temu dziwić skoro ona w wieku 19 lat ruszyła w świat, a jej siostra nadal mieszka z rodzicami. Od momentu, gdy Ola przyjechała do Polski bliźniaczki nie miały zbyt wielu okazji, by się spotkać, wręcz przyjazd Julii do Kwidzyna był okazją, by nadrobić siostrzane zaległości. - Te dwa tygodnie, gdy u nas gościła, to były chyba najlepsze dwa tygodnie, w ciągu kilku ostatnich lat -mówi Ola nieco rozmarzonym głosem. Mimo mocnych więzi z Ukrainką wolontariuszki przyznają, że są już mocno zasymilowane. Ola z psem, fot. archiwum Ja już naprawdę czuję się kwidzynianką. Zresztą ostatni raz byłam na Ukrainie dwa lata temu mówi Ola oczywiście lekko przesadzając, bo wedle wyliczeń Yany od ostatniej wizyty w Kijowie minęło półtorej roku. — Ja jeżdżę częściej. Ostatnio byłam w styczniu, ale to z powodu wizyty u stomatologa. Na Ukrainie takie usługi są znacznie tańsze, a poza tym wszystko wcześniej miałam umówione, bo mój młodszy brat jest technikiem dentystycznym i pracuje w klinice, gdzie usuwałam moje „ósemki”. Chcesz, dam ci wizytówkę, będziesz miał zniżkę - śmieje się Yana. Gdy opowiedziałem im, że chcę o nich napisać tekst do „Prowincji”, zaprosiły mnie do swego mieszkania. Mieszkamy niedaleko i znamy się od dawna, ale to moja pierwsza wizyta w ich domu. Bo z wami, Polakami, naprawdę trudno się umowie — z pewnym przekąsem mówi Yana. - Z wieloma osobami spotykam się co jakiś czas w Piwnicy Kulturalnej i często bywa tak, że mówią „dawno cię nie widziałem, musimy się spotkać”. I na tym się kończy. Yana i Ola, wspólnie z jeszcze jedną koleżanką wynajmują czteropokojowe mieszkanie w bloku. Czwartą współlokatorką jest kotka, Alaska. Rozmawiam z nimi w salonie, towarzyszy nam moja 9-letnia córka, która po powrocie do domu powie, że było świetnie. Po chwili Ola serwuje mi kawę, a po kwadransie nakrywa do stołu i podaje barszcz ukraiński. - Ale to taki prawdziwy barszcz ukraiński, z Ukrainy, a nie taki jaki wy jecie w Polsce - śmieje się Ola. To ona rządzi w kuchni. Yana, artystyczna dusza, woli się od kuchni trzymać z daleka. Ona sama od kilku lat nie je mięsa. Kocha zwierzęta i nie chce przykładać ręki do ich zabijania. Rafał Cybulski 173 - Dokładnie pamiętam kiedy przestałem jeść mięso. To było 6 lat temu, pod koniec lipca. Jeszcze dzień wcześniej objadłam się mięsem w trakcie rodzinnej imprezy, bo u nas w rodzinie wszyscy jedzą mięso. Następnego dnia koleżanka przysłała mi film o zabijaniu zwierząt i od tamtego momentu zostałam wegetarianką — mówi. Przyznaje jednak, że w Polsce musi czasami iść na kompromis, bo w żłobku czasem trudno o bezmięsny obiad. Jedno jest pewne, gdy jest w towarzystwie Yany, to mięso i kiełbasę oddaje właśnie jej. Choć są młode i piękne, i pokochały Polskę, to na razie trudniej im idzie z pokochaniem Polaków. Obie przyznaję, że od momentu gdy przyjechały do Polski ulegały krótkim zauroczeniom i spotykały się z młodymi Polakami, ale żadna jeszcze nie trafiła na tego jednego, jedynego. - Niektórzy, których poznałam, byli trochę dziwni, zbyt nieśmiałi. Mój pierwszy polski chłopak przez miesiąc miał problem, żeby wziąć mnie za rękę - opowiada Ola. - Niektórzy Yana, fot. archium 174 Kijowianki na prowincji czyli jak Yana i Ola zostały kwidzyniankami wpatrują się we mnie z wywalonym językiem, ale nie potrafią się odezwać i mi tego powiedzieć. Część młodych mężczyzn chciałaby chyba, żeby to dziewczyny wykonały pierwszy krok, ałeja tego nie zrobię, bo nie tak zostałam wychowana. Yana myśli zresztą podobnie. - Polacy są różni, ale niektórzy rzeczywiście mogą ze mną pisać i pisać, nawet przez trzy miesiące, ale nie potrafią zrobić kolejnego kroku - mówi. Mówiąc o naszych polskich wadach wspominają też o tym, że za bardzo żyjemy przeszłością. Rozdrapujemy dawne rany. - Nieraz zdarzało się, że gdy wspominałam o tym, że jestem Ukrainką, to od razu ktoś przypominał: „No, ale wiesz co było w przeszłości między Polską a Ukrainą?” - opowiada nieco rubasznym tonem Ola, a zaraz dodaje już nieco poważniej; — Może nigdy nie doświadczyłyśmy jakichś wielkich przykrości, ale wielu Polaków wypomina trudną przeszłość w naszych relacjach, a niektórzy kierują się stereotypami. Gdy kiedyś chciałyśmy wynająć w Kwidzynie mieszkanie, a właściciel dowiedział się, że jesteśmy Ukrainkami, to odmówił, bo uznał, że jesteśmy...no wiesz..prosty tutkami - tłumaczy Ola zabawnie ściszając głos. *** Yana to prawdziwa obywatelka świata. Gdy tylko ma okazję, podróżuje. Była już w kilkunastu krajach. Często na wypady umawia się przez internet, z nieznanymi, ale sobie podobnymi globtroterami. Artystycznym zapisem tych podroży była ubiegłoroczna wystawa Yany. Młoda Ukrainka pokazała na niej pełne barw obrazy i grafiki. 'Wystawa dokumentująca te swoiste wspomnienia z podróży zatytułowana była „Globtrotyi”. Okazała się zresztą wielkim sukcesem, bo na wernisażu były tłumy, a artystka sprzedała większość prac. - Teraz mam kilka zleceń, ale jakoś nie mogę się zabrać do pracy - mówi Yana. Przyznaje też, że swoją zawodową przyszłość chciałaby związać z grafika komputerową. Szanse rozwoju widzi jednak w większym mieście, więc razem z Olą nie wykluczają przeprowadzki, np. do Gdańska. — Czasami czuję się jakbym mieszkała w łesie — Yana wskazuje na minusy życia w prowincjonalnym Kwidzynie. - Odczuwam wielki głód sztuki, dłatego, gdy jadę do Gdańska czy Warszawy, żeby niczego nie pominąć robię listę wystaw, koncertów czy innych wydarzeń. Gdy tłumaczę im, że życie w wielkim mieście ma też wiele minusów, a za sprawą mostu czy autostrady podróż z Kwidzyna do Gdańska jest krótka i szybka Ola szybko oponuje: — Hello! — mówi z charakterystycznym dla niej akcentem. — My jesteśmy z Kijowa! Byłeś kiedyś w Kijowie?! Krzysztof Czyżewski 175 Krzysztof Czyżewski NOTATKI SŁÓW I OBRAZÓW 176 Notatki słów i obrazów SUCKEWER W KOPENHADZE 15 LISTOPADA 2017 Dworzec kolejowy w Kopenhadze należy do tych, które budowano jak świątynie pod wezwaniem gościnności i otwartości na świat, w których zamiast świętych umieszczano figury mieszczan różnych zawodów. Dzisiaj było to miejsce spotkania podróżnych z książkami Awroma Suckewera w walizkach, tłumaczonych na rozmaite języki. Zaprosił nas tutaj Jan Schwartz z uniwersytetu w Lund, którego przekład „Zielonego akwarium” właśnie ukazał się po dunsku. Razem ruszamy w miasto, najpierw na największy w tym kraju cmentarz żydowski. Inaczej stąd widać życie. Przytułek dla bezdomnych, których sporo błąka się wokoł dworca, sąsiaduje tu z „domami na wieczność”, czasem zalewanymi powodzią, czasem bezczeszczonymi przez wandali, a teraz zasypanymi liśćmi późnej jesieni. Dosłownie dwa kroki stąd, w dawnym kościele, mieści się Dom Literatury. Tego dnia odbył się tutaj pierwszy w historii wieczór poezji jidysz. Od Jana dowiaduję się rzeczy dosc dla mnie zaskakującej w Szwecji nie tak dawno temu język jidysz został uznany jako jeden z pięciu oficjalnych języków mniejszościowych, obok lapońskiego (sami), tomskiego, fińskiego i meankieli (jeden z dialektów fińskiego). W praktyce oznacza to m.in. możliwość głosowania w tym języku, a także uczenia się go w szkołach publicznych, jeżeli jest takie zapotrzebowanie. Niezapomniany to był wieczór, w którym czytaliśmy poezję Suckewera w oryginale, po angielsku, duńsku, szwedzku, litewsku i polsku. I nastąpi to u kresu dni naszych, /1 wreszcie się stanie: syn człowieczy / Uniesie do głodnych ust swoich / Nie chleb i nie mięso / Nie figę i nie miód; /Posmakuje jedynie słowa łub dwóch Ubędzie syty. [mój przekład wiersza „I nastąpi to u kresu...” z 1978 roku z cyklu „Ze starych i nowych rękopisów”]. MIŁOSZ I SUCKEWER W POCIĄGU 16 LISTOPADA Luciano jest lekarzem z Brazylii, z korzeniami rodzinnymi gdzieś w okolicach Kiszy-niowa, kochającym poezję. Razem z przyjaciółmi założył małe wydawnictwo, które szczyci się wydaniem Budowałam barykadę Anny Świrszczyńskiej w przekładzie na portugalski. Krzysztof Czyżewski 177 Przyleciał do Kopenhagi dosłownie na półtorej dnia, by posłuchać poezji i opowieści o Suckewerze. Po dzisiejszym sympozjonie na uniwersytecie w Lund, w niewielkiej, acz wypełnionej po brzegi sali konferencyjnej, ośmielam się stwierdzić, że Luciano, którego jutro czeka transkontynentalny lot powrotny do domu, nie koniecznie oszalał... Konstelacja wspaniałych badaczy i miłośników dzieła autora Zielonego akwarium, dialogujących ze sobą, rozpalonych nowymi ideami i korespondencjami, w istocie wytworzyła coś absolutnie niepowtarzalnego, przypisanego tylko tej chwili i temu miejscu spotkania. Opowieść, którą podzieliłem się z Luciano i innymi „suckewerczykami” chodzi za mną od lat. Wydarzyło się to w pociągu - jakżeby inaczej - linii Rotterdam-Paryż w roku 1972. Biedny Żyd i biedny chrześcijanin spojrzeli sobie w oczy. Po latach wielu. Po raz pierwszy. Dwaj najwięksi poeci języków jidysz i polskiego w minionym stuleciu. Zaślubieni Wilnu, mieście-losie, którego nigdy nie opuścili, choć to nie w nim przyszło im spełnić swoje życie. Ze swoich gniazd rodzinnych w Szetejniach i Smorgoniach, obaj podróżowali do Wilna przez Syberię, a potem stali się legendą awangardowych grup literacko-arty-stycznych zwanych Żagary i Jung Wilne, a potem... Długo by opowiadać. Suckewer znał i czytał Miłosza. Miłosz odkrywał literacki geniusz żydowskiego Wilna dopiero w Ameryce i w bibliotekach Nowego Jorku odrabiał zaległości. I teraz nagle to spotkanie w pociągu. Co się działo w tym przedziale? O czym rozmawiali? Co myśleli? Rozpiliśmy piersiówkę - wspominał potem Miłosz. To spojrzenie w oczy musiało sięgać do dna. Wilno było przecież jak dane sobie słowo, któremu trzeba było dochować wierności. Obaj byli ludźmi wiary, która jest niczym innym, jak dochowywaniem wierności. Gdy myślę o ich spotkaniu, powracam zawsze do tego fragmentu z Dziennika Mesjasza Suckewera: „...ktoś nagle klepnął mnie po ramieniu, jak gdyby moje ramię było drzwiami, do których puka się w umówiony sposób, abym od razu wiedział, kto puka i wpuścił do środka. - Kolego, słowo jest słowem. Przez wszystkie lata pamiętałem o ślubowaniu. I oto jestem. Szołem alejchem! Nie musiałem odwracać głowy. Bez tego przysiągłbym, że to on.” Nie wiem kto pierwszy klepnął drugiego po ramieniu, Miłosz czy Suckewer. Wiem tylko, że w przedziale pociągu linii Rotterdam-Paryż została im dana szansa wejścia do środka, do którego nie mieli dostępu w pojedynkę. Stajemy się sobą tylko dzięki innemu, któremu dotrzymujemy słowa. LUND I STUDENCI „Niebo to miejsce, w którym nigdy nic się nie dzieje”. Na progu naszej Solidarności 80’ to był przebój Talking Heads. Dzisiaj to hasło studentów uniwersytetu w Lund, największego 178 Notatki słów i obrazów w Skandynawii, sąsiadującego z Malmó. Dworce kolejowe obu miast to pierwsze przystanki olbrzymiej fali uchodźców, które latem 2015 roku przyjmowały dziennie po kilka tysięcy przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. I teraz z pewnos'cią to nie jest „niebo”. Ci studenci, dla których dzisiaj miałem wykład, humanis'ci z Centrum Studiów Europejskich kierowanego przez Barbarę Tornquist-Plewę, z przejęciem opowiadają mi o marszu około 500 „nazioli” w Góteborgu, zablokowanym przez blisko 5 tysięcy antyfaszystowskich aktywistów. Marta Kolankiewicz, oprowadzająca mnie po kampusie, cieszy się tym zwycięstwem i podkreśla, że marsz miał przechodzić obok synagogi i to 30 września, w święto Yom Kippur. Na mój wczorajszy wykład przyjechała Ingrid Rasch z Malmó, która kawał swojego długiego życia spędziła w Afryce i byłej Jugosławii jako działaczka na rzecz pokoju. Pisze książkę o swoich doświadczeniach, z myślą o współczesnej Szwecji i nowej generacji bojowników o pokój. Na dworzec odprowadza mnie Salomon Schulman, który w Lund jest postacią podobną do tej, jaką w Krakowie był Piotr Skrzynecki... Zbliżyła nas miłość do Czernowitz i nie tylko. Wspominał coś o swoich jako publicysty ostrych atakach na polski antysemityzm, po czym dodawał coś o swojej miłości do kultury polskiej i o swojej pierwszej wyprawie w świat, autostopem, która - wbrew naleganiom matki - zawiodła go do Polski. Jest synem ocalonych z okolic Łodzi. Opowiadał mi o ojcu, który pojechał na pogrzeb ofiar pogromu kieleckiego. W Malmó, gdzie się urodził, rodzice rozmawiali w domu w jidysz. Był pierwszym, który tłumaczył Suckewera na szwedzki {Zielone akwarium. Pamiętnik Mesjasza), a także Księgę raju Icyka Mangera. Jako publicysta zaszedł za skórę przede wszystkim rodzimym antysemitom; wydawał bezlitosne cenzurki naukowcom i artystom, chyba nie zawsze sprawiedliwie. Ale to od jego listu protestacyjnego nabrała rozgłosu skandaliczna sprawa szwedzkiego artysty, który twierdził, iż namalował obraz popiołem z pieców krema-toryjnych Majdanka. Nie łatwo to wszystko zestawić z jego życiową profesją dziecięcego pediatry. Marta powiedziała mi wcześniej, że trudno byłoby zliczyć ludzi, którzy zawdzięczają mu bardzo wiele, wliczając w to jej męża. W dworcowym starbucksie, gdzie pijemy ostatnią kawę, przysiada się do nas kobieta z Libanu, muzułmanka, której dzieci zostały wyleczone przez Salomona z depresyjnej nerwicy. Przy okazji dowiaduję się, że był też terapeutą, bezinteresownie oddanym pomocy wielu imigrantom. Już w pociągu myślę o tym, że nie często się zdarza w życiu sytuacja kiedy ofiara wyniesionych z domu traumatycznych przeżyć potrafi nieść pomoc ludziom cierpiącym z powodu nowych tragedii. Mam jeszcze czas, podróż powrotna dopiero się zaczęła. Sięgam do przekładów poezji jidysz na polski, które włożyła mi na odjezdnym do plecaka Barbara Kamińska (dokonała tych tłumaczeń za pośrednictwem szwedzkich przekładów Salomona) i odnajduję Icyka Mangera: Chodź mój przyjacielu, mrok zapada nad polem. / Droga jest długa, namiot daleko, a ten szczęśliwy jeszcze nie nadszedł. Krzysztof Czyżewski 179 MLADIĆ 22 LISTOPADA Czuć śnieg w powietrzu. Ziemię powoli skuje mróz, zakrzepnie jak pamięć i zaniemówi na długo, dziewiczo biała. Myślę o matkach i żonach ze Srebrenicy i Sarajewa, o kobietach w czerni, które spotykałem przy śnieżnobiałych nagrobkach, ciągnących się aż po horyzont, ciasno ustawionych na dawnych skwerach między domami, bo w oblężonych miastach cmentarze są bliżej ludzi niż ogrody. Wysłuchały dzisiaj orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii: Mladić skazany na dożywocie. Czekały na ten moment ponad dwadzieścia lat. Niektóre dotarły do sądu w Hadze, inne oglądały „Rzeźnika Bałkanów” przed telewizorami, histeryzującego jak dziecko, rzucającego przekleństwami, siłą wyprowadzanego z sali sądowej. Sędzia Alphons Orie: zbrodnie należą do najpotworniejszych znanych ludzkości, w tym ludobójstwa i eksterminacji. Korespondent „Guardiana” odnotowuje słowa obrony domagającej się wstrzymania rozprawy, bo ich klient, który znany jest z „dobrego charakteru”, źle się czuje... Na sali sądowej był syn Mladicia, z którym wymieniał pozdrowienia zamiast wstać, gdy sąd wchodził. Darko Mladić już wcześniej głosił światu, że każdy wyrok inny niż uniewinniający ojca będzie niesprawiedliwy. Nie daje mi spokoju to „z ojca na syna”. Mam przed oczami scenę z „Le-wiatana” Zwiagincewa, którą najbardziej pamiętam z całego filmu: otwarcie nowej cerkwi, właściwie świątyni na opak, wzniesionej na krzywdzie mechanika samochodowego, na kłamstwie i korupcyjnym sojuszu trond z ołtarzem; władyka łże w kazaniu ile może, a siedzący w pierwszym rzędzie mer, na słowach o tym, że prawda jest najważniejsza, całuje w czółko swojego synka. Wcześniej Zwiagincew zrobił o tym cały, przerażająco smutny film „Elena” - raz zgniłe ziarno nie zdrowieje... Odnajduję fotografię, którą zrobiłem w Sarajewie już po Dayton, i podpisuję ją innymi słowami: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo... 180 Notatki słów i obrazów ZADUSZKI 25 LISTOPADA Za-duszne obcowanie, wczoraj w Krasnogrudzie, dzisiaj w Sejnach. Przytuleni ciasno przy stolikach w Dworze Miłosza, by wszyscy mogli się pomieścić; przy wielkim wspólnym stole, jak to stało się już tradycją w Białej Synagodze. Nasze pograniczne rytuały, w których mieszają się języki, a ludzie z różnych stron granic spotykają się wobec wspólnej wszystkim granicy Przejścia. Sporo czasu poświęconego wyszukiwaniu fotografii, spisywaniu dat, rodzinnych genealogii, opowieści. Sporo wysiłku by wszystkich odnaleźć i zaprosić, by nikogo nie pominąć, pomoc sobie w transporcie, przygotować poczęstunek. Na stołach zapisane kartki, z których przy świetle świec odczytać można słowa pieśni. Na ekranie wyświetlają się nazwy miejscowości, imiona i nazwiska, daty urodzin i śmierci, portrety... Zanim przejdziemy do następnej miejscowości - z Zegar do Dusznicy albo z Rachelan do Radziuc — jest czas na piesn. I wstają by podzielić się słowem — bliscy, najbliżsi, sąsiedzi. Zdarzają się spotkania po wielu latach, rzucają się sobie w ramiona, odkrywają nieznanych krewnych... Zwykle ich słowa są zwięzłe, krótsze nawet od słów umarłych ze Spoon River Edgara Lee Mastersa. Jak Olgierdas zapamiętał matkę? Do kościółka w Zegarach trudno było dotrzeć, bo śnieg wysoki, a ja mały. Ona szła przede mną, wydeptywała ślady, po których do dzisiaj idę. Biruta potrafi zażartować; śmiech przynosi ulgę i chwilę na przetarcie łez, których nikt tutaj się nie wstydzi. Jak mantra, powtarza się: brak mi jej, brak nam go, tak mi brakuje... Nasze życie przepełnione jest brakiem. Po słowie cisza i szepty rozmów w najbliższym kręgu dopełniające portrety zmarłych. Za chwilę kolejne guślarskie przywołanie: Umarła moja mama. Była cicha. Sama prowadziła gospodarkę. Tyle mogę powiedzieć. Dziękuję. POST-PESYMIŚCI 14 GRUDNIA Pasmo wykładów, spotkań autorskich i debat, czasem kilku w ciągu dnia, w Gdańsku, Szczecinie, Stolcu, Poznaniu, Warszawie, znowu Poznaniu, Sztumie, znowu Warszawie... Wracam po dwutygodniowej podróży przez Polskę, tak zmęczony, że w pociągu nie mogę ani czytać ani spać. Aż żal, że nie ma nikogo w przedziale. Wystarczy jednak, że zamknę oczy albo spojrzę w okno, a wokół mnie robi się gęsto od twarzy spotkanych ludzi. Nigdy nie ukazują się osobno, zawsze w otulinie duchowych prowincji, środowisk, małych 182 Notatki słów i obrazów księstw dobrej roboty. Linie frontowe polskich podziałów nie są im obce, ale sami wybrali trzeci front - ku ludziom, kim by nie byli. Wspólnie z nimi tworzą dzieła zbiorowe. Różne są warsztaty pracy, na których opierają swoje działania: sztuka animacji kultury, architektura, teatr, akademia, wiejska świetlica, pismo kulturalne, walka z HIV i narkomanią, szkoła podstawowa, dom spotkań wokół żydowsko-polskiej pamięci, urząd RPO, więzienie... Nabieram coraz większego przekonania, że to w tych księstwach rodzi się nowa kontrkultura, która tym razem nie będzie uciekać od ludzi, tworząc zamknięte komuny na odludziach, ale podejmie wyzwanie odradzania tkanki łącznej, na zanik której choruje organizm tego świata. W rozmowach - czasem było nas pięcioro, czasem pięć setek — powracał temat pesymizmu, z którym najczęściej kazano mi się mierzyć. Nieznośna natrętność słowa o tym, że można. Byłoby lżej przystać na to, że jest się w mniejszości, że za pozno albo bez znaczenia, że ambitne więc nie dla ludzi, że niszowe więc niemedial-ne. Nie ufamy małemu, a więc sobie. To największa siła Goliata. Tymczasem te twarze w moim przedziale budzą zaufanie — w ich robocie nie ma prowizorki ani pustosłowia, są wiarygodni, przeszli nie jedno i dalej na szali przeciwwagi dla niedemokratycznego kładą ufność w drugiego. Post-pesymiści. Po raz pierwszy usłyszałem o nich w Prisztinie, tuż po wojnie w Kosowie. Doruntina, córka moich przyjaciół, opowiadała mi wtedy o ruchu młodych ludzi z rożnych krajów, zainicjowanym na spotkaniu organizacji pozarządowych w Norwegii. Porządek na własnym podwórku, pomoc starszym sąsiadom, kwiaty na balkonach, małe archiwa pamięci w oparciu o wysłuchane opowieści, opieka nad dziećmi uchodźców i mnostwo podobnych drobiazgów, które czymże są wobec destrukcyjnych sił tego świata. Dori była Albanką. Jeszcze przed wojną zaprosili do współpracy swoich rówieśników Serbów, ale nic z tego nie wyszło, za mało czasu. Ale to ona pierwsza po wojnie wyciągnęła dłoń do tych z drugiej strony linii frontu, którzy dalej żyli w jej mieście. Nie było jej lekko z ciężarem zdrady swoich, pięknoduchostwa, daremności podobnych wysiłków, bycia w słabej i nic nie znaczącej mniejszości. Dlaczego to robisz? — pytałem. Jestem post-pesymistką - odpowiadała dumnie. TKANIE 19 GRUDNIA Tkanie. Niedostrzegalne jak oddech. Siedem lat tkania — rzuca mimochodem Biru-ta Raglis, czule muskając dłonią misternie ornamentowaną serwetę, i po chwili dorzuca z uśmiechem. Ale to tylko z jednej strony... Tkanie przenika nasze pogranicze. Gdzie nie wejdziesz serwety, krajki, makatki, kapy, poduchy, kobierce, kilimy, litewskie staltiesy, neriniai... Niewidzialna dla postronnych, acz nie ustająca jak serce praca krosen, niesłyszalne uderzenia płochy i bidła, nieuchwytny szelest snowadeł i motowideł, przeoczony w zabieganiu ruch czułenek i błonki. Kiedyś była to miara bogactwa, dobrze wyważona wiedzą o kunszcie i smakiem piękna. Przed wojną tych, których nie stać było na płacenie podatków za tkanie, karano więzieniem, dobrodusznie zamieniając je na pracę w kopalni. Dla budowniczych mostów to nie tylko metafora, ale też niewidzialna materia ich sztuki. Pierwsze Misterium Mostu osnuliśmy wokół tkania, opierając się na dorobku pracowni od lat prowadzonej przez Urszulę Wasilewską. A teraz Ula zaprosiła nas na prawdziwą ucztę tkaniny. Razem z Birutą i innymi artystkami, a także z młodzieżą sejneńskiego 184 Notatki słów i obrazów gimnazjum. Z Rachelan, Jenorajścia, Żegar, Sztabinek, Bubeli, Radziuć, Puńska i Sejn, ze starych kufrów, izb gościnnych, ścian kuchennych, stołów biesiadnych, małżeńskich łożnic i czego tam jeszcze, wyciągano i gromadzono najpiękniejsze tkaniny, by skomponować je w sutą opowieść o tajemnicy tkania. Biała Synagoga zamieniła się w ogromną nicielnicę, na której rozpięte są struny tkanin, przez które, jak nitki osnowy przewlekają się spojrzenia i muskania zaczarowanych ludzi. Co jest takiego w dotyku utkanej na krosnach materii przez spękaną życiem dłoń człowieka, co tak porusza nas do głębi, w oczach pozostawia świetlistą poświatę, jakby na moment uchylony nam został przesmyk do samej esencji bytu? Spektakl „Wielopole, Wielopole” widziałem dziesiątki lat temu, ale nic nie zaciera we mnie obrazu Tadeusza Kantora ścielącego zgrzebny stół białym obrusem, jego dłoni muskających płotno. Przestrzeń synagogi aż gęsta była od rytuałów dotyku... I cichych rozmow, i urywanych opowieści w odpowiedzi na pytania młodych, których słuchać mógłbym bez końca. O nitce, która będzie twarda, jeśli ze starej owieczki, a przez to barwa będzie inna i z jednego garnka mogą być dwa różne kolory. O wywarze z kory dębu, którym dobrze jest konserwować płótno, bo na nim nigdy kolor nie płowieje. O fioletach zatrwianu i żółciach kocanki albo suchołuski. O bardzo cieniutkiej nitce, która pojawiła się u nas ponad sto lat temu, chyba z wielbłąda... Załączam morze obrazów, dzieło Wiesława Szumińskiego i Michała Moniuszki, które mówią więcej niż potrafią słowa. GRÓB BARAŃCZAKA 26 GRUDNIA Wiosną tego roku z Anią pojechaliśmy na grób Staszka. Często tam bywa. Lubi tam bywać. Tym razem ona wybrała miejsce. Nie do rozstania, raczej do miłosnej schadzki. Żadnych pomników i innych masywów z granitu, w których żywi wykuwają swoje żale. Mówią ptaki i wiatr od stawu. Niewielkie płyty kamienne na nagiej ziemi, zawiane źdźbłami traw. Żadnej granicy oddzielającej są- siada. Nawet ścieżki są w oddali. VCdasciwie łąka na wzgórzu. Otwarta przestrzeń i wstrzemięźliwość pogłębiają ciszę. Musi dobrze mu tu. Już nieosaczony w locie. Nieprzegadany. Tylko te „wystające żebra, co drą aksamit”. Słychać Duszę jak mówi: „Ciao, Ciało: aż do dzisiaj każde wyjście z ciebie - ścianą jednolicie zarastało. Lita skało, poddaj mi się: choć ukrywasz furtki ciemne, jest gdzieś wyrwa w światło dzienne. Ciao, spływam, leż beze mnie. Krzysztof Czyżewski 185 OPOWIASTKA NA 2018 Przemieniał się rok a my słuchaliśmy wyroczni Księgi Przemian i snuliśmy opowieści -trzy pokolenia przy jednym ogniu z kominka. Jedna z opowieści snuła się tak... Będąc młodziankiem ćwiczyłem biegi długodystansowe, mierzone wtedy na tysiąc metrów. Nawet reprezentowałem miasto na wojewódzkiej spartakiadzie. Przegrałem sromotnie, prowadząc pierwsze okrążenie, a potem nie dotrzymując biegu tym, którzy na półmetku nie zbierali aplauzu trybun. Lekcję na życie wyciągnąłem z tego taką, że dążąc do celu trzeba powstrzymać się w pędzie i zbierać siły przez większość dystansu nie zajmując miejsca w pierwszym rzędzie. Ktoś na to odpowie, że życie zna inne przypadki - mistrzów prowadzących bieg od startu do mety. Teraz jednak myślę o tym, że rezygnacja z laurów na krótkim, niepełnym dystansie, nie strategię biegu zmienia lecz jego kierunek. Na moment wyszedłem z pędu, w którym trzymał mnie tłum rytualnie oklaskujący zwycięzcę na podium. Od tej chwili już tylko w rytmie serca szedłem. Stwarzałem pozory uczestnictwa w biegu, dawałem im się uwieść. Nie potrafiłem już jednak uznać linii mety wyznaczonej przez zdobywców medali i ustanawiających reguły gry za ostateczną. Już nie chciałem dogonić. Siły odzyskiwałem powracając do kroku, który słyszy oddech drugiej osoby u boku. Dziś zdumiewam się metą, do której kiedyś pędziłem, i błogosławię lekcję długiego dystansu odrabianą z dala od dorosłych oklaskujących w tłumie kłaniającego się im zwycięzcę. ODSZEDŁ ZBYSZEK OSIŃSKI Odszedł Zbigniew Osiński. Zawiadamia o tym na FB Stefa Gardecka z Wrocławia. Zaraz potem Ewa Oleszko-Molik wrzuca jego fotografię w towarzystwie Reny Mireckiej 186 Notatki słów i obrazów i Zygmunta Molika wędrujących przez Sardynię. Z tejże Sardynii odzywa się Ewa Benesz. Z Rzymu Marina Fabri, dodając świetlistą fotografię Grota i Zbyszka zrobioną w mieszkaniu na Ursynowie przez Marysię Kolankiewicz. Potrzebuję ich komentarzy, mądrze trzeźwych, sięgających do radosnych wspomnień a nawet żartów; potrzebuję tej wiedzy kobiet, którym przyszło już żegnać nie jedną z najbliższych im osób, wiedzy która uśmierza dygot łkania i krzyk czający się w słowach odchodzą nie wiadomo dokąd i dlaczego. Muszę znaleźć sobie coś do roboty tej nocy nie do zaśnięcia - sięgam po książki, przeglądam zdjęcia. Nasza ostatnia fotografia jest z Rzymu, może sprzed dziesięciu lat z okładem. Tłumaczył wtedy Weronice i Staszkowi - mocno mu nie dowierzającym - że to jemu zawdzięczają swoje przyjście na świat. Jest w tym ziarno prawdy. Nie był sam na peronie Dworca Centralnego, gdy odbierał mnie z pociągu z Lublina w okresie pierwszej Solidarności. Tego dnia miałem być gościem na jego seminarium magisterskim. To moja studentka, Małgorzata Sporek. Poznajcie się. w jednym z pomieszczeń, w których dziś mieści się Instytut Kultury Polskiej opowiadałem o naszej pracy w Gardzienicach. Po paru miesiącach Małgosia dołączyła do naszego zespołu. Pracę magisterską napisała o „Gusłach”, spektaklu, który już znała od środka. Zbyszek był jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym teatrologiem, który docenił i mądrze pisał o twórczych działaniach „Gardzienic”. Tekst, który opublikował w „Radarze” w 1979 roku pt. „Gardzienice - więcej niż teatr” zarysowywał kierunek poszukiwań w sztuce, któremu do dzisiaj staram się być wierny. Bywał z nami na wyprawach, brał udział w intensywnych treningach fizycznych, nawet w akrobacjach, co w jego przypadku było ryzykowne; dawał się wciągać w zażarte „me-czyki , rozgrywane przez nas z tyłu gardzienickiej oficyny (kiedyś przyłapali go na tym studenci, którzy przyjechali na „misteryjne widowisko , a tu ich profesor z aktorami za piłką się ugania...). Nic nie było mu bardziej obce niż poza akademika, który z dystansu analizuje zjawiska artystyczne, deatr dla niego był communio. „Wierny pamięcią i przyjaźnią” - odnajduję jego dedykacje w książkach i wiem, że nie rzucał słów na wiatr. „Gardzienice” to nie był jedyny początek, który stał się jego udziałem. Swinarski, Teatr Ósmego Dnia, Laboratorium... Można by długo wymieniać. Było coś w tym naukowcu, który pedantycznie zapisywał ogromne ilości fiszek, zakopywał się w archiwach w poszukiwaniu tysiąca i jednego drobiazgu i męczył studentów szczegółowymi zasadami sporządzania bibliografii, coś absolutnie szalonego, co Osterwa w liście do Limanowskiego (proponując mu konspiracyjną wyprawę do Goetheanum Rudolfa Steinera) nazywa potrzebą „zaczerpnięcia odwagi . To cos sprawiało, że pakował plecak i wyruszał w mało znane i jeszcze nieopisane przestrzenie różnych laboratoriów, stając się oddanym towarzyszem podróży największych „dziwaków” teatru i nie tylko. Nasze ścieżki ponownie przecięły się na przełomie lat 80 i 90. Zbyszek uważał, że wraz z przełomem 89 roku dla twórców teatru alternatywnego nadchodzi czas budowania ośrodków kulturowych. Sam zaangażował się w tworzenie Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu. Napisał wtedy tekst umiejscawiający w tym nurcie również tworzone przez Wojciecha Krukowskiego Centrum Sztuki Współczesnej, powołaną przez Jana Bernada i Monikę Mamińską Fundację „Muzyka Kresów” oraz „Pogranicze”. Przyjeżdżając w tym okresie do Sejn albo zapraszając nas do ^7rocławia wysoko zawieszał nam poprzeczkę, Krzysztof Czyżewski widząc w nas kontynuatorów dzieła „Reduty” oraz Ireny i Tadeusza Byrskich. Miał swój udział w tym, że Weronika to o nich napisała swoją pracę magisterską. Prowadziliśmy debaty o Miłoszu i Grotowskim, Bronisławie Limanowskim i Hermannie Hessem. W październiku przyszedł na spotkanie o „Małym centrum świata” do Instytutu Teatralnego. Zamieniliśmy tylko kilka słów, umawiając się na rozmowę. Tyle chciałem mu opowiedzieć. Tyle chciałem ci powiedzieć, Zbyszku! Czy ja ci kiedykolwiek podziękowałem za wszystko, co dla nas z Małgosią i dla Pogranicza zrobiłeś? Może rzuciłem przy tej lub innej okazji kilka słów. Pisałem w listach, ale też kilka zdań. Nie zdążyłem ci tak naprawdę powiedzieć wszystkiego, nawet namiastki wszystkiego. Dlaczego tak jest, do cholery, 187 że zawsze się spóźniamy z tym, co najważniejsze. Zbyszku, słyszysz? To nie tylko spektakle Teatru Laboratorium - co lubiłeś powtarzać - zmieniały światopogląd, a tym samym nasze życie. Czyniły to też twoje książki, poczynając od „Teatru Dionizosa”, którego lektura dla poznańskiego licealisty była niczym podróż do ziemi obiecanej. Czyniła to twoja przyjaźń i głęboki szacunek, którym potrafiłeś obdarzyć szaleńców często wyśmiewanych na profesjonalnych salonach. Pamiętasz, co Peter Brook mówił o poświęceniu się rzemiosłu, które nie jest celem samym w sobie, o wehikule, który ma prowadzić do dalekiego celu? Teatr nie jest ucieczką, schronieniem. Jest sposobem życia. Czy nie brzmi to jak jakieś hasło religijne? Powinno tak brzmieć. Nie mniej, nie więcej. Otóż chciałem ci powiedzieć, że te słowa odnoszą się nie tylko do aktorstwa, ale i do twojego rzemiosła i tego, jak żyłeś. Zbyszku, słyszysz? MESSIAEN-GOETZE 15 STYCZNIA 2018 Pięć lat temu otrzymałem zaproszenie: Mamy nadzieję, że niniejsza wiadomość będzie niczym smuga światła, która padając na godz. 19.30 w dniu 15 stycznia 2013 roku w Państwa terminarzu, przypomni o zdarzeniu sprzed łat, za sprawą którego, jak co roku, w połowie stycznia spotkamy się w namiocie ustawionym na terenie dawnego obozu jeńców wojennych Stalag VIII a, w dzisiejszej dzielnicy Ujazd położonej we wschodniej części Europy — Miasta Zgorzelec/Górlitz. 72 lata temu, 15 stycznia 1941 roku, w lodowato zimnym baraku teatralnym, jeniec wojenny Ołioier Messiaen i jego trzej towarzysze niedoli wykonali po raz pierwszy, ukończone w obozie, opus magnum KWARTET NA KONIEC CZASU. Ich pierwszymi słuchaczami byli niemieccy strażnicy i kolo 400 współwięźniów. Nadawcą zaproszenia był Albrecht Goetze, prawdziwie niezwykły człowiek, z którym krótko wcześniej się zaprzyjaźniłem i którego los związał z miejscem i historią jednego z najbardziej niezwykłych koncertów jakie wydarzyły się w XX wieku. Dzisiaj, dwa lata 188 Notatki słów i obrazów po jego śmierci, nadesłane zaproszenie informuje o Międzynarodowych Dniach Messiaena Górlitz-Zgorzelec i kończącym je wykonaniu opus magnum przez Kwartet Lutosławskiego w niedawno wybudowanym na terenie dawnego stalagu Europejskim Centrum Pamięć, Edukacja, Kultura. To było marzenie Albrechta, którego dopiął, zaczynając od słabo ogrzewanego namiotu w środku siarczystej zimy. Potrafił do niego sprowadzić wybitnych muzyków z całego świata. Wtedy występował między innymi pianista Roger Muraro, który grywał na cztery ręce ze swoją mistrzynią Yvonne Loriod, żoną Messiaena. Od tamtego czasu trudno mi słuchać tego utworu na płycie czy w sali koncertowej, choć czymże jest moje doświadczenie w porównaniu z tym, co musiało wydarzyć się owej zimy 1941 roku. Messiaen był w obozie już od maja 1940 roku, pojmany do niewoli pod Verdun. Przyjechał razem ze wspaniałym klarnecistą Henri Akoką, algierskim Żydem, który suszył mu głowę twierdzeniem, że skoro jest tak głęboko wierzącym w chrześcijańskiego Boga, to powinien coś dla niego, a przy okazji i dla towarzyszy niedoli, skomponować. W obozie spotykają Karla-Alberta Briilla, belgijskiego strażnika, mówiącego po francusku równie dobrze jak po niemiecku, na dodatek kochającego muzykę antyfaszystę. Pomaga im zdobyć papier i coś do pisania, instrumenty (poza klarnetem, z którym Akoka nigdy się nie rozstawał), a także odosobnione warunki do pracy. Dołączają do nich skrzypek Jean le Boulaire i wiolonczelista Etienne Pasquier. Początkowo powstaje kompozycja dla tria, ale utwór w pełni zabrzmi dopiero po dodaniu partii fortepianu, wykonywanej przez Messiaena na instrumencie, którego klawisze po wciśnięciu nie odchodziły z powrotem. Wiolonczela Pasquiera ma tylko trzy struny. Grają w drewniakach i zielonych, podartych łachmanach, trzęsąc się z zimna. Potęguje się, zdiagnozowana u niego już przed wojną synestezja i widzi muzykę poprzez kolory, nawiedzany chmurą przypominającą zorzę polarną. Nawiedza go też Apokalipsa: I widziałem innego mocnego anioła zstępującego z nieba, odzianego w obłok, tęcza na głowie jego, twarz jego jak słońce i nogi jego jak słupy ognia... 1 poprzysiągł, że czasu już nie będzie, (wg św. Jana i Miłosza). Messiaen o koncercie 15 stycznia: Pamiętam przerażłiwe zimno i głód. Byliśmy tak głodni, że nasze zmysły wyostrzyły się do granic możliwości. A publiczność, czy wiedziała, że słucha jednego z największych arcydzieł muzyki XX wieku? Potem już nigdy nie byłem słuchany z tak wytężoną uwagą i zrozumieniem. Po koncercie Brull, posługując się pieczątką zrobioną z kartofla, wyrabia im papiery umożliwiające ucieczkę. Akoka szybko zostaje rozpoznany jako Żyd i będzie jeszcze kilkakrotnie wyskakiwał z pociągu z klarnetem pod pachą, zanim - cudem ocalony - powróci do Paryża. Tymczasem Messiaen szybko dostaję posadę profesora harmonii w Konserwatorium Paryskim, w miejsce Andre Blocha, którego wyrzucono na mocy prawa obowiązującego za rządów Vichy, zakazującego Żydom piastowania stanowisk publicznych. Po wojnie Brull specjalnie przyjechał do Paryża by odwiedzić Messiaena, ale w odpowiedzi na pukanie do drzwi usłyszał, że meastro nie życzy sobie spotkania. Historię koncertu i powojennych losów jego bohaterów fascynująco opisała w swojej książce Rebecca Rishin. A Albrecht Goetze, skąd się wziął w zarośniętym trawą i zapomnieniem stalagu VIII a? Opowiadał mi o tym momencie swojego życia w Monachium, kiedy sześćdziesięcioletniemu facetowi wszystko się wali, przez przypadek słucha utworu Messiaena, dociera do niego, że można przejść najgorsze koncentrując się na sile wewnętrznej i rzemiośle, zaczyna poszukiwać partytury „Kwartetu na koniec czasu , a kiedy odczytuje na jej końcu Krzysztof Czyżewski 189 miejsce powstania, decyduje się rzucić wszystko i dotrzeć do Zgorzelca. Wiele zostawiał za sobą. Był docentem historii literatury niemieckiej, godzinami mogłem rozmawiać z nim o Miłoszu i Hólderlinie. Pracował w college u pod Nowym Jorkiem, ale szybko wrócił do Europy, zajął się teatrem, reżyserował i wykładał w Royal Shakespeare Company, zaczął intensywnie podróżować po świecie, aż rzucił to wszystko i stał się mechanikiem z dyplomem mistrza, który dla BMW projektował jakieś odkrywcze urządzenia... A potem zaczął komponować. Dojechawszy pociągiem do Zgorzelca, pieszo ruszył do stalagu. W drodze powrotnej wiedział już, że tu jest jego miejsce na resztę życia. Z młodymi ludźmi po obu stronach granicy założył stowarzyszenie Meetingpoint Musie Messiaen. Był rok 2005 kiedy mieszkańcom tego pogranicza zaczął zawracać głowę wizją zbudowania w dawnym stalagu europejskiego centrum. Na szczęście nie wszyscy pukali się w czoło. Zaproszenie sprzed pięciu lat kończył tak: „Słuchanie każdego koncertu jest pracą twórczą. Prosimy Państwa o kreatywną obecność poprzez swoją uwagę i wysłuchanie... ” Tak rozumiał tworzenie wspólnej Europy, i tak wsłuchiwał się w kultury polską i czeską, które stały się dla niego swoje. „Muzykę na koniec czasu ’ otwiera solo klarnetu imitującego śpiew kosa. Tą część Messiaen poprzedził słowami: „Jest między czwartą a piątą rano, budzą się ptaki... ” 29 STYCZNIA Co się z nami stało, skoro: na bezmyślną osobę o dużej urodzie mówimy „piękna”? na nikczemnego polityka o dużej skuteczności mówimy „genialny”? na siejącego nienawiść dziennikarza o dużej klikalności mówimy „dobry”? na sprzedajnego profesora o dużej wiedzy mówimy „mądry”? na niegodziwego artystę o dużym talencie mówimy „wielki”? Dla spokoju sumienia dodajemy czasem „ale”. Jest w tym śmiertelna dla naszego języka trucizna, która sprawia, że nie wystarczy nam powiedzieć: przystojny, skuteczny, sprytny, 190 Notatki słów i obrazów przebiegły, zdolny... Co się z nami stanie, jeśli oderwiemy piękno od mądrości, dobro od miłości, geniusz od empatii? O LIDII OSTAŁOWSKIEJ 21 STYCZNIA Odeszła Lidia Ostałowska. Była piękna. Nie w sensie, jaki dzisiaj się temu przypisuje -piękna, ale... Była piękna w duchu greckim, bez żadnego ale. Współ-czująca i gościnna, z naturalną urodą szarej świetlistości dobra, bez makijażu. Zawsze jestem obca - powiedziała kiedyś w rozmowie z Remigiuszem Grzelą. W tym mini-autoportrecie skrywa się sekret jej bliskości z ludźmi i ciepłej intymności jej pisarstwa. Spotykając innych była czystą, nie zapisaną kartką papieru; nie pretendowała do swojości, nie epatowała wiedzą o innych, nie pisała „reportaży wcieleńiowych”, nie zacierała granic, niczego nie udawała. Była zawsze jak gość stojący na progu nieznanego domu, wsłuchany w głosy wewnątrz i cierpliwie czekający aż przekroczenie progu będzie możliwe. To właśnie dzięki temu stawała się tak bardzo swoja dla „Bezprizornych” z Petersburga, Cyganów, dzieci z „Kronik sejneńskich” i budowniczych Niewidzialnego Mostu w Krasnogrudzie. I to właśnie dlatego jej teksty tak są gościnne dla innych, głęboko wsłuchane w materię ich codziennego życia, czułe na poezję ich wyobraźni. Towarzyszyła Pograniczu niemal od samego początku, od Cygańskiej Wioski Artystycznej, po której wyruszyła w jedną z najważniejszych podróży swojego życia, ku Krzysztof Czyżewski 191 Cyganom. Używała tego wycofanego ze słownika poprawności politycznej słowa za swoim przewodnikiem Jerzym Ficowskim, dla którego od zawsze słowo to brzmiało godnie. W podróży tej napisała wiele wspaniałych opowieści, aż po książkę „Farby wodne”, jedno z największych osiągnięć polskiej szkoły reportażu. Jej teksty z magazynu Wyborczej „Dach, który nie przesłania nieba” i „Chodź bliżej, to o nas” należą do najlepszych jakie kiedykolwiek o Pograniczu napisano. Opowieści o budowaniu Niewidzialnego Mostu nadała tytuł „Medea, czyli most”, który wiele mówi o niej samej — miała wielki dar przemieniania obcości w podróż ku drugiemu. SILVA RERUM 4 LUTEGO Dwór w Krasnogrudzie poszerza swoją opowieść o brakujące ogniwo - sąsiadów z oko- licznych wiosek polsko-litewskiego pogranicza. W niedzielny wieczór pod dwór bez końca zajeżdżały samochody, z których wysiadały czasem trzy pokolenia mieszkańców Krasnogrudy, Zegar, Dusznicy i Ogrodnik. Byli tacy, co przyjechali z Ameryki, Warszawy, Suwałki... Wspólnie świętowaliśmy otwarcie wystawy „Sika Rerum”, pierwszego etapu tworzenia sąsiedzkiej biblii domowej. Pod przewodem (czytaj: sercem) Małgorzaty Sporek-Czyżewskiej, dokonali ogromnego dzieła: zawiązania nitek pozrywanych wspomnień, pieczołowitego zgarnięcia okruchów ze stołu pamięci i przywrócenia życiu rodzinnych mikroopowieści w słowach, fotografiach, pieśniach, dokumentach... W odróżnieniu od historii dworu i jego mieszkańców, zatrzymanej w archiwach i dziełach literackich, w tym samego Czesława Miłosza, dzieje mieszkańców okolicy i ich życie duchowe, piętno odciskane tu przez historię, nigdy nie znalazły dla siebie trwałej formy wyrazu, istniały jedynie w metaprzestrzeni intymnej pamięci, z każdym rokiem kurczącej się. W progu każdego pomieszczenia ekspozycyjnej części dworu wypalone jest słowo wprowadzające w przestrzeń kolejnego rozdziału opowieści zatytułowanej „Miłosz. Szukanie ojczyzny”: Podróżny, Wygnany, Miłosny, Gościnny, Filolog, Przyrodnik, 192 Notatki słów i obrazów Powracający. Wystawa o sąsiedzkiej biblii rodzinnej miała tylko czasowo zainstalować się w sali Podróżnego, ale jeden rzut oka wystarczył, aby zdać sobie sprawę, że powinna tu zagościć na stałe, przenosząc Podróżnego w przestrzeń pomiędzy - hallu i dwóch ganków. Za drugim swoim powrotem do Krasnogrudy w 1992 roku Miłosz zaskoczył nas prośbą odwiedzenia sąsiadów, których pamiętał sprzed wojny, rodziny Dapkiewiczów. Odwiedziliśmy też Czeropskich, a ponadto wypytywał o losy innych, których nazwiska doskonale pamiętał. To o nich pisał: Wy, pokonani i wygnani, / rok za rokiem wpatrzeni w fotografię białego dworu (. J Przebaczcie mnie, paniczowi z dobrej rodziny, / Że jeszcze w szkole zdradziłem was, / Wybierając się na karkołomną wyprawę do krain intełektu, / W których nie posuwa się nad tłumem wiernych baldachim na Boże Ciało, /I girlandy z liści nie ozdabiają parafialnego kościoła. / Księżycowe jałowizny, samotność i gniew / Okazują się jednak potrzebne / Po to, żebym mógł podnieść do drugiej potęgi / Mój powiat i was, moje cienie, / Którzy przybywacie na moje wezwanie... Pełno ich teraz we dworze, gęstym od opowieści, jak ta o chlebie Teresy Klimasary: ...to się robiło tylko na wyczucie. Nie potrzebna była żadna receptura, dodaje się tyle wszystkiego, co trzeba, ręce to czują, po prostu. A ręce muszą być cieple, w domu musi być ciepło, spokojnie, nie nerwowo. I to mieszanie rękami... Jak już chleb zamieszany jest, wtedy palcem, o tak o, na chlebie zawsze krzyż. I jak rośnie chlebek, to ten krzyż znika, a śladzostaje. Czułem tego wieczoru obecność Pana Czesława - mocno mrugał brwiami i słuchał opowieści tej sąsiedzkiej biblii rodzinnej z taką samą uwagą, z jaką wczytywał się w „Pamiętniki” Jakuba Gieysztora czy opowieści pana Guze, na kanwie których napisał „Szukanie ojczyzny”. Ważny most zbudowaliśmy tego wieczora, jeden z tych najtrudniejszych, bo w najbardziej intymnej tkance ludzkiej, rozerwanej dawno temu między dworem a wsią, artystą a wiernymi parafialnego kościoła, żywymi a umarłymi. Nie byłoby tego święta, gdyby nie forma transpozycji zebranej dokumentacji pamięci w artystyczną formę wystawy. Zespół „Pogranicza”, kierowany przez Małgosię, wsparli w tym dziele młodzi, niezwykle wrażliwi artyści z Ukrainy: Anastazja Łysiuk i Wasyl Sawczenko. Cała podłoga to mapa, po której chodzimy wybranymi ścieżkami, a której oś stanowi Dvarakelias — Trakt Dworski między kościółkiem w Zegarach a dworem Krzysztof Czyżewski 193 Kunatów. Wokół jeziora, gospodarstwa ludzi, sąsiedzkie drogi. W powietrzu unoszą się napełnione światłem - ciepłe tak, żeby chleb można było w nich piec — miniatury domów dokładnie odzwierciedlające architekturę każdego rodzinnego siedliska. Na ścianach instalacja przywołująca na myśl drzewo starowieku, na której wyobraźnia może dokładać i przekładać małe domki, niepowtarzalne jak losy ludzi. Dalej opowieści spisane na planszach i ekrany, na które można rzucać fotografie obrazujące zmienne na przestrzeni dziejów losy dworu i kościoła, który po pożarze w 1984 roku trzeba było odbudowywać od nowa. Są też do posłuchania pieśni Jonasa Jakubauskasa, które nagrywałem jeszcze w roku 1982, przygotowując wyprawę Gardzienic do wiosek Litwinów i staroobrzędowców. Kronikarze sąsiedzkiej biblii rodzinnej pracowali nad wystawą ponad rok. Do starszych mieszkańców dołączyli młodzi. Poznawali starodawne Sylwy zgromadzone w Zamku Królewskim w Warszawie i Muzeum Narodowym w Wilnie. O ich podróżach i przygotowaniach opowiadał film dokumentalny Piotra Fiedorowicza, który stanowił introdukcję do wystawy. Zafascynowała ich wystawa „Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu” poświęcona Podziemnemu Archiwum Getta Warszawy w ZIH-u, mieli warsztaty w Domu Spotkań z Historią, poznawali pracę nad rekonstrukcją pałacu Tyszkiewiczów w Zatro-czu, nad zachowaniem architektury karaimskiej w Trokach, nad muzyką współczesną inspirowaną pieśnią tradycyjną... Przed nimi drugi etap - dopełniania wystawy, która nigdy nie będzie miała formy zamkniętej, i przygotowywania do druku księgi Silva Rerum. OPOWIEŚCI POGRANICZA. PAMIĄTKI 12 LUTEGO Przywrócić czas kulturze... Do tej myśli powracałem uczestnicząc w premierze „Pamiątek”, nowej kolekcji filmów animowanych przygotowanej pod przewodem (czytaj: sercem) Bożeny Szroeder. Wędrując wiele miesięcy naszym taborem „Podróży na Wschód” w 1990 roku żegnaliśmy się z kulturą eventów i festiwali. Pogranicze potrzebuje długiego trwania. 194 Notatki słów i obrazów Tutaj wiedza zna się na różnicy i konflikcie, ale tylko mądrość na tkance łącznej. Dlatego tak budujemy swój warsztat, by rzeczom małym dać ciągłość, a rozsypanym przez historię i pośpiech codzienności drobiazgom dać uwagę medytacji, osadzającą na życiu esencję nie do starcia. Dlatego nasz spektakl „Kroniki sejneńskie” trwa już ponad dwadzieścia lat. „Ja mam czas” - tak o tajemnicy swojego warsztatu mówiła w teatrze La MaMa Bożena, a Tim Snyder uznał jej wypowiedź za jedną z najbardziej rewolucyjnych jakie w ostatnim czasie pojawiły się w Nowym Jorku. „Kroniki sejneńskie” opowiadane już przez piąte pokolenie młodych Sejneńczy-ków otwierały kilkudniowe „Opowieści w Pograniczu”, na które niektórzy nasi goście jechali przez całą Polskę, ze Szczecina czy Poznania. Żartowaliśmy na temat lotniska w Sejnach, które kiedyś pojawiło się jako warunek w kontrakcie z Hilliard Ensemble, gdy przyjechali do nas spotkać się z Arvo Partem i śpiewać jego muzykę. Podobnie jak wtedy, i tym razem „uciążliwość techniczna” przemieniła się w podróż--medytację. Na ścianach Białej Synagogi rozpostarte są tkaniny, które potrzebowały siedem i więcej lat pracy na krosnach. Kobiety z polsko-litewskiego pogranicza rozpoczynały tkanie jako dziewczynki przygotowujące swój ślubny posag, a kończyły jako staruszki z trudem zawiązujące nici osnowy. Płótno, które zaczęliśmy tkać podczas pierwszego „Misterium Mostu”, nieprzerwanie się powiększa, a Urszula Wasilewska ma coraz więcej młodych ludzi, w tym chłopców, w swojej pracowni, którzy na całe godziny odkładają na bok komórki i zanurzają się w medytacji tkania. „Pamiątki” to trwające kilkadziesiąt, najwyżej kilkaset sekund filmy, tworzone w pracowni animacji Pogranicza pod okiem współpracujących z nami od lat mistrzyń Darii Kopiec i Joanny Polak. Powstało ich dziesięć, więc ich prezentacja mogła trwać mgnienie zaledwie. Tymczasem siedzieliśmy jak zaczarowani w synagodze blisko dwie godziny, słuchając opowieści Bożeny, a potem autokomentarzy twórców. Każdy film poprzedzało spotkanie z dwu- lub trzypokoleniową rodziną pracującą nad jego powstaniem. Po historiach sejneńskich, bajkach i pieśniach pogranicza, opowieściach krasnogrudzkich i wspomnieniach sąsiadów, po misteriach dzieciństwa i prawie półgodzinnym „Guciu zaczarowanym”, przyszedł czas na rodzinne pamiątki, przekazywane z pokolenia na pokolenie: złoty dzwoneczek darowany córce przed zamążpójściem; porcelana cioci, która w czasie wojny zakochała się w Niemcu; biurko dziadka stojącego na straży rodowej i narodowej tradycji; narzuta dziadków, którą ich żydowscy sąsiedzi spłacili swój dług, zanim zagarnęła ich Zagłada; krzyż misyjny babci; fotografia dziadka, powstańca styczniowego, który poszedł do lasu razem z litewskimi, żydowskimi i białoruskimi sąsiadami; poszewki wyszywane w rajskie kwiaty przez babcię, co smutkom żywota poddać się nie chciała; wymuskany dłońmi kolejnych pokoleń stary obrus albo obraz babci skrywające historie, które dopiero podczas pracy nad filmem przywrócone zostały pamięci dzieci; papierośnica, w której zapieczętowana jest przyjaźń przybyłego z głębi Polski wujka z tutejszym Litwinem. Starsi opowiadali o znaczeniu tych pamiątek dla rodzinnej tożsamości, młodsi najwięcej o tym, dlaczego w porze lata, gdy kusiło słońce i wakacje decydowali się całe dnie i noce poświęcać żmudnej pracy nad filmem - 60 sekund animacji to blisko półtora tysiąca klatek, które trzeba stworzyć nieznacznie przekształcając obiekty tworzące filmową opowieść. Krzysztof Czyżewski 195 Różne, czasem bardzo wyrafinowane i czasochłonne techniki, własna narracja, wspaniałe opracowanie graficzne i dźwiękowe. Każdy film to małe dzieło sztuki. Wacław Stankiewicz, nasz litewski konsul, szepnął mi w czasie projekcji, że niektóre z tych filmów zasługują na małego Oskara, a ja nie mam wątpliwości, że - podobnie jak w przypadku poprzednich kolekcji — „Pamiątki” zdobywać będą nagrody na festiwalach w całym święcie. Najważniejsze jednak jest to, co powiedział nasz leśniczy Grzegorz Myszczyński: Tam w świecie ludzie obejrzą je z zainteresowaniem i pójdą dalej swoją drogą, tymczasem dla nas to są skarby, które już na zawsze staną się częścią rodzinnej tożsamości. Wychodząc z Białej Synagogi, każdy trzymał w dłoni płytę ze złotym dzwonkiem na okładce - kolejne ogniowo kolekcji, które ustawią na półkach obok innych cennych pamiątek i które z dumą będą pokazywać krewnym i znajomym - oni, współtwórcy małych arcydzieł pamięci: Gryguciowie, Tomalowie, Szroederowie, Sawiccy, Kukolscy i Koronkiewicze, Janczewscy, Miszkielowie, Bagińscy i Czarkowscy, Myszczyńscy, Masłowscy i Oskrobowie... uaieria rrowincji Jarosław Denisiuk ZANURZONE W WODZIE -ODINDYWIDUALIZOWANE O malarstwie Aleksandry Hońko Jarosław Denisiuk 197 Malarstwo Oli Hońko jest na tyle charakterystyczne, że rozpoznaje się je na pierwszy rzut oka. Artystka związana od dekady z gronowskim Liceum Plastycznym jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych malarek elbląskiego środowiska plastycznego. Dzieje się tak, odkąd artystka rozpoczęła cykl prac przedstawiających zanurzone, nurkujące w wodzie postacie. Kilkakrotnie eksponowane w elbląskiej Galerii EL w ramach środowiskowych wystaw, za każdym razem budziły duże zainteresowanie publiczności, wnosząc powiew świeżości i nowości. Uważnym obserwatorom tej twórczości zarysowuje się kierunek ewolucji twórczości zapoczątkowanej przez malarskie, operujące płaską, agresywną plamą barwną aż po prace inspirowane i malowane z fotografii - aktualnie dla artystki najbardziej charakterystyczne i reprezentatywne. Prace te powstają dzięki fotograficznemu rejestrowi scen zaaranżowanych przez artystkę podczas wizyt na basenie lub w podróży. Punktem wyjścia malarstwa Oli Hońko jest zatem fotografia podwodna, która ujawnia intuicję, zarodek pomysłu rozwijanego później na płótnie. Historia sztuki zna i obserwuje twórczość kierunku zwanego fotorealizmem, zwracając uwagę na właściwości i różnice mediów (fotografia vs. malarstwo). Artystka nie daje nam w publicznych pokazach swych prac możliwości porównania tego, jak pracuje malarsko nad zapisem fotograficznym, gdzie stawia akcent malarski i jak przetwarza materiał zdjęciowy na właściwości już stricte malarskie. Widzowi ukazuje finalny punkt dojścia - obraz, który jest już trawestacją zapisu óbiektywu. Musimy mieć jednak świadomość tego, obcując z malarstwem Oli, że oko widzi inaczej niż obiektyw i przełożenie zapisu fotograficznego na język form malarskich ma swoje prawa, ma też swoje problemy do rozwiązania. Dodatkowym problemem optycznym, z którym zmierzyć się musi artystka, jest kwestia znalezienia sposobu przeniesienia na płótno i modyfikacji tej podstawowej różnicy pomiędzy widzeniem nieuzbrojonym okiem a tym zaopatrzonym w obiektyw, przy wzięciu pod uwagę problematyki załamań optycznych pod wodą, gdzie powstają ważne dla twórczości Hońko rejestracje. Zdjęcie fotograficzne zawsze łudzi głębią i namacalnością kształtów. Z punktu widzenia fotorealizmu najistotniejszym wydaje się więc pogodzenie sprzeczności pomiędzy tym, co w zdjęciu jawi się jako głębia, a tym czym jest podstawowa właściwość malarstwa - a więc płaszczyzna. Obraz malarski jest efektem prób podążania ku spłaszczaniu przestrzeni - poprzez zatrzymanie chwili, zamrożenie dynamiki i takie uformowanie powierzchni, by stworzyć u widza wrażenie braku modyfikacji. W zasadzie każdorazowo winniśmy, stając przed płótnem Oli, pytać o stopień tych modyfikacji. Ale o tym, że artystka umiejętnie zachowuje proporcje między tym, co fotograficzne a tym, co malarskie przekonujemy się obserwując każdą kolejną jej pracę. Postaci nurkujące w wodzie nie tracąc wiele ze swej swoistości malarskiej zachowują wiele z estetyki fotografii. W lekturze tych prac obserwujemy również bardzo silny pierwiastek autotematyzmu. Większość malarskich dzieł Oli Hońko to autoportrety lub portrety podwodne jej męża. W sztuce współczesnej można dostrzec zjawisko dekonstrukcji autowizerunku, którego podłożem jest refleksja nad płynnością i zmiennością i nieuchwytnością tożsamości podmiotu (por. Martina Weinhart „Selbstbild ohne Selbst“, 2004). Portretowanie postaci 198 Zanurzone w wodzie — odindywidualizowane w malarstwie Hońko ujawnia zabiegi, które służą zatarciu tożsamości i oczywistego charakteru portretowania postaci. Ciało zanurzone w wodzie przestaje być dzięki najpierw fotograficznemu ujęciu, potem trawestacji malarskiej ciałem konkretnej osoby, staje się odindywidualizowane. Budzi to refleksje dotyczące natury medium malarskiego - na płótnach wizerunek rozbijany jest jak w roztrzaskanym lustrze - zwielokratnia się i tym samym widz zmuszony jest stawiać pytanie co jest prawdą w tym malarstwie. Efekt ten uzyskuje artystka dzięki zakryciu goglami pływackimi rysów twarzy i stworzeniem wokół głowy czy wręcz zastąpienie jej pulsującą strukturą rozbijających wizerunek postaci pęcherzyków powietrza pod wodą. Wyraz twarzy przestaje być u Hońko kształtowany podobieństwem do konkretnej osoby, wewnętrznymi uczuciami, ale zaczyna odzwierciedlać to, co zewnętrzne, przychodzące spoza. Jest fizjonomią, która utraciła integralność z osobą. Widzowi uświadomione zostają materialne własności cieczy - portretowana twarz traci tożsamość, stając się materią podlegającą obróbce - miękkim surowcem, jakby tworzywem poddającym się nietrwałym przekształceniom, czymś czego granice są trudne do zdefiniowania. Kieruje to uwagę widza w stronę rozważań na temat groteskowości naszego wizerunku, często próżnych starań o „zachowanie twarzy”. Zabawa ludzką twarzą jest ciekawa dopóki nie uświadomimy sobie, na ile i czy w ogóle, człowiek we współczesnym świecie jest panem/panią własnej twarzy, na ile zaś jego oblicze staje się polem manipulacji. Ważnym aspektem, wielokrotnie wspominanym w wywiadach udzielanych przez autorkę różnym mediom, jest element autoterapii realizowany przez Olę w sztuce. Autorka przyznawała w nich, że odkąd jako dziecko topiła się w falach jeziora, boi się wody. Trwoży ją zanurzenie głowy pod wodę. Przyznaję tej deklaracji istotę ważności, bo ona naprowadza nas na rozumienie postawy artystki o nieco szerszej naturze. Sztuka - szczególnie ta dobra - zawsze próbuje dokonać rzeczy niemożliwej - zamieszkać w przeszłości, by odrzeć ją z jednorazowego doświadczenia i zakotwiczyć moment w uporządkowanym szeregu doznań. Malarstwo Oli przetwarzając obraz tego, co przeminęło - w tym przypadku lęk - przeżytą chwilę, konfrontuje z jej obecną interpretacją i w ten sposób nadaje znaczenie przeszłości. Obraz fotorealistyczny choć odnosi się do rzeczywistości w sposób wiarygodny i dosłownie go powtarzający, nie tylko nie oznacza repetycji - kopiowania, lecz akt twórczy, który może stanowić metaforę - która sama w sobie nie jest jednoznaczna i nigdy nie wyczerpuje tego, do czego się odnosi. Najbliższa według mnie autorce jest taka wzajemna relacja rzeczywistości i dzieła, która uwzględnia kategorię mimesis rozumianą jako naśladowanie i odautorskie przetwarzanie wybranych elementów świata by powołać zjawisko będące równocześnie wypowiedzią na temat poważniejszy. Dlatego Ola Hońko tworząc przedstawienie - obraz przeszłości - występuje przeciwko czasowi, ale godzi się na ulotność doświadczenia, a odzyskany w ten sposób czas pozwala jej podróżować w głąb siebie, by przezwyciężyć lęk i by zaświadczyć o harmonii między człowiekiem a naturą. Muzyka Wacław Bielecki Zapiski melomana Dość łagodna, tegoroczna zima umożliwiała wyjazdy na koncerty do nieco odleglejszych miejscowości, a w mediach nie zabrakło wydarzeń muzycznych. Kilka z nich opisuję na niniejszych stronach „Prowincji”. „LEGENDA BAŁTYKU” NA ZAKOŃCZENIE ROKU FELIKSA NOWOWIEJSKIEGO W grudniu ubiegłego roku zakończył się rok Feliksa Nowowiejskiego. Tak naprawdę to nie był rok, tylko całe dwa lata, bo tak się zdarzyło, że w 2016 r. obchodzona była 140 rocznica urodzin, a w 2017 r. - 70 rocznica śmierci tego kompozytora. Dla mnie uwieńczeniem roku Nowowiejskiego był grudniowy wyjazd do Poznania na „Legendę Bałtyku”. Opera miała swoją premierę w tamtejszym Teatrze Wielkim w 1924 r. Przedstawienie zostało bardzo dobrze przyjęte, bo w ciągu jednego sezonu wykonano je aż 50 razy, co w obecnych czasach jest wydarzeniem niewyobrażalnym. Po wojnie wznowiono operę w stolicy Wielkopolski w 1955 oraz 1975 r., w sumie zagrano ją tutaj 150 razy. „Legenda Bałtyku” wystawiana była też we Wrocławiu i Gdańsku. W niedzielą 10 grudnia ubiegłego roku, byłem na tzw. drugiej premierze tego dzieła w Poznaniu. Muzyka z tej opery nie była dla mnie obca, bo w 2011 roku słuchałem jej wykonania, ale tylko w wersji koncertowej, w Studio Nagrań Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Radiową Orkiestrą Symfoniczną i Chórem Filharmonii Narodowej dyrygował wtedy maestro Łukasz Borowicz Z solistów wówczas śpiewających główne role męskie aż trzech pojawiło się teraz w Poznaniu: Pavlo Tolstoy, tenor, jako Doman, Aleksander Teliga, bas - Mestwin i Robert Gierlach, bas-baryton - Lubor. W roli Bogny wystąpiła Wioletta Chodowicz, sopran, (w Warszawie Bogną była Ewa Biegas). Orkiestrą i Chórem Teatru Wielkiego w Poznaniu dyrygował Tadeusz Kozłowski, a reżyseria i choreografia należała do Roberta Bondara. Bilety na spektakl udało mi się w ostatniej chwili kupić przez internet. Jakież było moje zdziwienie, kiedy tuż przed rozpoczęciem spektaklu spotkałem znanego mi organistę i or-ganmistrza z Lublina Jerzego Kuklę, który koncertował w Sztumie w 2011 r. Okazało się, że wykupił bilet z miejscem... obok mojego fotela. To zdumiewający przypadek, że w sali mającej tysiąc miejsc znaleźliśmy się obok siebie, akurat w tym dniu, nie umawiając się. Libretto opery napisała mało znana pisarka Waleria Szalay-Groele. Opowiada ono o miłości dwojga młodych z rybackiego sioła leżącego nad Bałtykiem - ubogim rybaku Do-manie i Bognie. Mestwin, ojciec Bogny woli ją wydać za starego, ale bogatego handlarza bursztynu Lubora, dlatego wysyła Domana po koronę królowej Juraty, którą raz w roku w Noc Kupały można znaleźć w zatopionym mieście Wineta. Mestwin jest przekonany, że Doman nie wróci z tej niebezpiecznej wyprawy w głąb morza... 200 Zapiski melomana Opera składa się z trzech aktów, przy czym akt drugi, tzw. podwodny jest przerywnikiem baletowym, jeśli nie liczyć krótkiej partii chóru śpiewającego na jego końcu. Osobliwością poznańskiej inscenizacji jest to, że postacie Domana i Bogny są dublowane przez parę tancerzy. Na niedzielnym, drugim przedstawieniu byli to Gal Trobentar Żagar i Julia Korbańska. Wykonawcy „Legendy Bałtyku" w środku dyrygent Tadeusz Kozłowski, a po jego prawej ręce - Pavlo Tolstoy (Doman) i Wioletta Chodowicz (Bogna), fot. W. Bielecki Co można powiedzieć o tej realizacji? Moim zdaniem, była udana i pod względem muzycznym, i w warstwie wizualnej. W muzyce opery można zauważyć wpływy innych kompozytorów, np. Wagnera przejawiającego się w metodzie komponowania z wykorzystaniem motywów przewodnich. Mamy więc motywy głównych postaci - Domana i Bogny, a także motyw „legendy” i „zatopionego miasta Wineta”, i in. Część znawców doszukuje się w dziele Nowowiejskiego także wpływów Pucciniego, choćby w najsłynniejszej w tej operze arii Domana „Czy ty mnie kochasz, o dziewczyno”, którą w stałym repertuarze miał Jan Kiepura, a ostatnio nagrał ją Piotr Beczała. Piękna jest także aria Bogny z końca I aktu „Kocham Bałtyku wody” (jej melodia pojawia się na początku i końcu opery i stanowi jeden z głównych motywów przewodnich). Mocnym punktem przedstawienia były partie w wykonaniu chóru. Choreografia, scenografia i ubiory oraz projekcje też mi się podobały. Już przed rozpoczęciem opery słuchacze mogą zobaczyć i usłyszeć fale Bałtyku na olbrzymim ekranie wypełniającym cała scenę, a cały akt drugi - podwodny jest właściwie filmem, ale z żywą muzyką dochodzącą z kanału orkiestrowego. Nie będę zbytnio rozpisywał się o tej inscenizacji, bo przedstawienie z niedzieli 10 grudnia 2017 r. zostało nagrane na płytę DVD dla kanału: operavision.eu. Na YouTube można oglądać „Legendę Bałtyku” za darmo do 9 czerwca 2018 r. Wacław Bielecki 201 Przy okazji, poruszę jeszcze parę kwestii na temat Roku Nowowiejskiego z perspektywy melomana z prowincji. W minione dwa lata udało mi się znacznie więcej posłuchać na żywo muzyki mistrza z Barczewa. W styczniu 2016 r. byłem w Filharmonii Warmińsko--Mazurskiej w Olsztynie na koncercie otwierającym to wydarzenie (zob. moją recenzję z tego koncertu w „Prowincji” 2016, nr 1). W maju ubiegłego roku w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku wysłuchałem dwóch symfonii organowych z op. 45: nr 5 e-moll oraz nr 6 a-moll F. Nowowiejskiego w wykonaniu niemieckiego organisty Rudolfa Inniga. Ten organista zapisał się jako muzyk, który jako pierwszy nagrał na trzech płytach CD wszystkie, dziewięć symfonii mistrza z Barczewa. Dokonał tego dwadzieścia lat temu w Bremie na organach tamtejszej katedry. W Polsce zostało to wtedy przyjęte jako... skandal, albowiem na płycie jest informacja, że należy ona do „Antologii Muzyki Niemieckiej na Wschodzie”. Nowowiejski został więc zaliczony przez wydawcę do kompozytorów niemieckich. Dużym przeżyciem muzycznym było dla mnie wysłuchanie na żywo w Barczewie, a więc w miejscu urodzenia kompozytora jego najsłynniejszego dzieła - oratorium „Quo vadis”. Utwór zaprezentowała Filharmonia Warmińsko-Mazurska z Olsztyna, której Nowowiejski jest patronem. Koncert odbył się w kościele św. Anny w ostatnią niedzielę sierpnia 2016 roku. Dyrygował szef olsztyńskich filharmoników Piotr Sułkowski związany z Krakowem i pewnie dlatego do wykonania zaprosił Górecki Chamber Choir z Krakowa przygotowywany przez prof. Włodzimierza Siedlika. Trochę to było dziwne, bo przecież przy filharmonii olsztyńskiej działa .niezły chór prowadzony przez prof. Benedykta Błońskiego. Wśród solistów byli: Olga Rusin (sopran) - Ligia, Sebastian Szumski (baryton) — Piotr apostoł, Jacek Ozimkowski (bas) — dowódca Pretorianów. Oprócz koncertów na żywo pojawiały się liczne wykonania utworów Nowowiejskiego w mediach, głównie w radiu i - internecie. Jednym z ciekawszych było oratorium „Powrót Syna Marnotrawnego” przedstawione pod batutą dyrygenta Sebastiana Perłowskie-go. Młody maestro jest wyraźnie zafascynowany Nowowiejskim, bo w wywiadzie mówił o nim jako o polskim Mahlerze. Wielkim owocem Roku Nowowiejskiego jest wydanie nut tego kompozytora, bo bez nut nikt nie zagra jego utworów, a wiele z nich było znanych dotychczas tylko w postaci rękopisów. Dla melomana jeszcze cenniejsze są nagrania. Nareszcie mamy nagranie jego głównych dzieł. Oratorium „Quo vadis” doczekało się aż dwóch albumów płytowych. Jako pierwsza nagrała „Quo vadis” Filharmonia Poznańska pod dyrekcją Łukasza Borowicza. Tekst śpiewany jest po polsku: Wyraźnie rywalizujący z nią filharmonicy z Olsztyna także nagrali to oratorium na płytę w języku oryginału, czyli niemieckim. W tym współzawodnictwie lepiej wypadli poznaniacy, chociaż wydawać się by mogło, że olsztyniacy dysponując światowej sławy sopranistką Aleksandrą Kurzak i barytonem Rutkowskim mieli więcej atutów. W rezultacie ich nagranie dokonane w wytwórni DUX zostało tylko nominowane, ale nie zdobyło nagrody polskiej branży fonograficznej w 2017 r.: „Fryderyk” w kategorii „Muzyka poważna”. Natomiast poznaniacy zostali zauważeni przez media zachodnie i doczekali się świetnych recenzji. W połowie stycznia tego roku doszła wiadomość, że Filharmonia Poznańska została zwycięzcą jednej z najbardziej prestiżowych nagród płytowych świata ICMA 202 Zapiski melomana — International Classical Musie Awards 2018 (Międzynarodowe nagrody muzyki klasycznej) za album „Quo vadis” Feliksa Nowowiejskiego. Oratorium zostało zarejestrowane „na żywo” podczas koncertu, który odbył się 29 czerwca 2016 roku w Auli UAM. Dwupłytowy album, będący rejestracją tego koncertu, wydany został w 2017 roku przez renomowaną niemiecką wytwórnię cpo. Nie ma go w sprzedaży, ale udało mi się otrzymać to nagranie z Filharmonii Poznańskiej, której dyrektor Wojciech Nentwing, w swoim czasie bywał w Sztumie. W gronie polskich muzyków, zwycięzców tej nagrody znaleźli się także: pianista Krystian Zimerman oraz dyrygent Krzysztof Urbański. Nagrody specjalne zdobyli: młody polski pianista Szymon Nehring oraz Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, tudzież Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. No koniec, zadajmy pytanie: Czy w Roku Nowowiejskiego udało się osiągnąć główny cel, jakim było przypomnienie postaci i muzyki skomponowanej przez mistrza z Barczewa rodem? Na ten temat można przeczytać interesujące informacje z Instytutu Muzyki i Tańca (IMiT) z Warszawy. Na stronie internetowej IMiT znajduje się raport o prawie wszystkich imprezach, które odbyły się przez te dwa lata. Czytamy tam, że: zrealizowano 33 projekty o łącznym budżecie w wysokości niespełna 900 tys. zł, w których uczestniczyło blisko pół miłiona odbiorców. Odbyły się 663 wydarzenia, podczas których utwory Nowowiejskiego wykonano 347 razy. W grudniu ubiegłego roku przeprowadzono także 925 wywiadów domowych na temat rozpoznawalności Feliksa Nowowiejskiego i częstości słuchania muzyki poważnej. Badacze zadali tylko trzy pytania. Odpowiedzi na nie napawają smutkiem. Na pytanie: Czy wie Pan(i) kim był Feliks Nowowiejski? — dobrej odpowiedzi udzieliło niespełna 14% badanych, aż 80% odpowiedziało, że nie wie. Równie dołujące są odpowiedzi na pytanie: Jak często w ciągu ostatniego roku słuchał(a) Pan(i) muzyki poważnej biorąc udział w koncercie “na żywo” czyli w filharmonii, na sali koncertowej, itp.? Okazuje się, że aż 86% ankietowanych ani razu nie była w filharmonii. Jak często w ciągu ostatniego roku słuchał(a) Pan(i) muzyki poważnej za pośrednictwem radia, telewizji, Internetu lub płyty? Tutaj odpowiedzi nie są pocieszające, bo prawie połowa badanych nigdy nie słuchała muzyki poważnej, a do częstego słuchania muzyki poważnej w mediach przyznaje się tylko 13%. No cóż, miłośnicy klasyki muzycznej nie są zbytnio widoczną częścią polskiej społeczności. JAK OCENIĆ, KTO NAJLEPIEJ DYRYGUJE? Ze swojego obserwatorium muzycznego położonego na sztumskim Osiedlu Różanym miałem możliwość usłyszenia dużej dawki muzyki za pośrednictwem mediów. Wiele osób uwielbia oglądać różnego rodzaju transmisje, np. sportowe, ja zaś lubię przysłuchiwać się zmaganiom konkursowym muzyków. Pierwszym z nich był odbywający się co pięć lat w Katowicach - X Konkurs dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga, zaś drugim - XI konkurs wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Nie będę szczegółowo relacjonował ich obu, bo zabrakło by tutaj miejsca, zajmę się tylko problemem przed którym na każdym konkursie muzycznym stoi jury, wykonawcy oraz melomani. Chodzi mi tutaj o kryteria oceny i trafność wyboru zwycięzców. W konkursach sportowych jest to dosyć proste. Prawie zawsze widać, kto jako pierwszy dobiegł do mety, a kto najdalej skoczył na nartach. W muzyce wskazanie, Wacław Bielecki 203 kto najpiękniej zagrał na fortepianie, skrzypcach, wiolonczeli, czy najlepiej zadyrygował, bywa wręcz niemożliwe. Międzynarodowy Konkurs dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach jest po konkursach - Chopinowskim i Wieniawskiego - najbardziej znanym konkursem muzycznym organizowanym w Polsce. Zaliczany jest do najtrudniejszych ze względu na bardzo szeroki repertuar. Aby znaleźć się w grupie laureatów trzeba przejść przez trzy etapy. W tym roku swoje nagrania, na podstawie których jury wybiera uczestników, przysłało ponad 270 młodych dyrygentów z całego świata. Po ostatecznej kwalifikacji do udziału w konkursie o złotą, srebrną i brązową batutę dopuszczono 47 dyrygentów do 35 roku życia. Zmaganiom młodych muzyków mogłem przyglądać się i przysłuchiwać dzięki transmisjom internetowym na żywo. Obejmowały one całość konkursu trwającego dziesięć dni od godzin porannych do wieczornych. Trzeba tu przypomnieć, że polscy dyrygenci nie mają szczęścia w tym konkursie. Najwyższe, drugie miejsce zdobyła w poprzedniej edycji Marzena Diakun rodem z Koszalina. Było to w 2012 r. W tym roku skończyło się podobnie: tylko dwóch naszych reprezentantów zakwalifikowano do dwunastki w drugim etapie, a w finałowej szóstce - Polaków już nie było. Dlaczego? Su-Han Yangz Tajwanu zwycięzca konkursu Fitelberga, fot. internet Pytanie, jakie kryteria stosują jurorzy (a było ich w tym międzynarodowym gremium roku jedenastu) w wyłanianiu najlepszych, nurtowało mnie przez cały czas konkursu. Te kryteria są niezmiernie trudne do określenia. Mają z nimi problem sami jurorzy. Na przykład, przewodniczący jury Juozas Domarkas z Litwy mówił tak: Nie da się w krótkim konkursowym występie ujawnić koncepcję interpretacji wielkiego dzieła, jakie są w programie katowickiego konkursu, ale pogląd jakie mogłyby być rezultaty, na co można liczyć — z tego, jak dyrygent pracuje — choć nie do końca, da się wyrobić. W drobiazgach daje się wyczytać znajomość literatury muzycznej dyrygenta, jego pojmowanie utworu, muzykalność, czy wie, 204 Zapiski melomana co zamierza osiągnąć, czy dopiero z orkiestrą próbuje różne możliwości. W drobiazgach — to trudność dla jurorów. Można się pomylić. Ale jurorów jest więcej. To daje szansę na uniknięcie pomyłek. (Gazeta Dyrygencka Batuta nr 1) Te pomyłki zdarzają się. Największa wpadka jury miała miejsce na poprzednim konkursie, który obserwowałem przed pięciu laty. Po drugim etapie został wtedy wyeliminowany Australijczyk Daniel Smith. Kiedy jeden z sześciu uczestników finału nie mógł wziąć w nim udziału, wtedy jury zaprosiło doń Daniela Smitha. I co? Okazało się, że został on zwycięzcą konkursu. Jak to jest możliwe, że wygrywa ktoś, kto pierwej nie dostał się do finału? Od czego to zależy? O problemach związanych z ocenianiem występów młodych dyrygentów wypowiadali się wybitni krytycy muzyczni. Ich nestor Józef Kański zauważył, że: (...) jury bardzo często przerywa wykonanie utworu w połowie albo i wcześniej, prosząc uczestnika o prezentację następnego utworu, bądź kolejnej jego części. Czy zatem w regulaminie... nie brakuje pewnego punktu, pozwalającego pełniej poznać i ocenić osobowość kandydata.. .(„Batuta” nr 4). Podobnie wypowiedział się inny muzykolog Jakub Puchalski: Tak się zresztą złożyło, że z grupy, którą wytypowałem na podstawie fragmentarycznych przesłuchań etapu pierwszego, nie doszedł już praktycznie nikt — choć kilku nieznanych mi dotąd dyrygentów z Dalekiego Wschodu zaprezentowało się od możliwie dobrej strony. („Batuta” nr 4) Po tych wypowiedziach fachowców można dojść do wniosku, że kryteria oceny pracy dyrygenta występującego w konkursie są bardzo nieokreślone i tak naprawdę wyborem najlepszych kieruje intuicja, przypadek i szczęście. Próbował to usprawiedliwić znany dyrygent Tomasz Bugaj, wiceprzewodniczący jury: Tu zawsze jest subiektywna ocena. Staramy się być tak obiektywni jak to tylko jest możliwe, ale jesteśmy tylko ludźmi. A to jest wyłącznie sztuka muzyczna i ten margines „pomyłki” zawsze powstanie. Trzeba się z tym liczyć. Każdy przystępujący do konkursu musi brać to pod uwagę i każdy, kto przychodzi obserwować konkurs, musi zdawać sobie z tego sprawę („Batuta” nr 5). Niby to racja, ale niedosyt pozostaje. Przejdźmy zatem do lakonicznego podania wyników konkursu. Można je krótko podsumować tak: górą byli młodzi dyrygenci z Azji. Zwycięzcą został Tajwańczyk Su-Han Yang (Złota Batuta i 25 000 €). Dorota Szwarcman, redaktorka muzyczna tygodnika „Polityka” i autorka najbardziej znanego błoga muzycznego pn. „Co w duszy gra”, umieściła na nim tekst podsumowujący konkurs pod znamiennym tytułem: „Pierwsi zostali ostatnimi”. Polemizuje w nim z wynikami ustalonymi przez jury: Ze najlepsi i najbardziej profesjonalni dyrygenci na tegorocznym Konkursie im. Fitelberga dostaną tylko wyróżnienia, trudno było się spodziewać. Podobne wątpliwości dotyczące trafności ocen poszczególnych uczestników mogłem zaobserwować na XI konkursie wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie, który śledziłem przez kilka dni na antenie Programu II Polskiego Radia w lutym 2018 r. Nie będę ich rozwijał. Wspomnę tylko, że zwycięzcą został, a jakże by inaczej, muzyk z Dalekiego Wschodu - Haruma Sato z Japonii. Wacław Bielecki 205 „RUSAŁKA” W GRODZIE NAD BRDĄ Chociaż Rusałkę Antonina Dvoraka wystawiają tutaj od 6 lat, to sala Opery Nova w Bydgoszczy była całkowicie wypełniona. Dlaczego? Może dlatego, że Kristina Wuss, niemiecka, młoda reżyserka wykorzystała jako najważniejszą dekorację na scenie - bydgoski most prowadzący na stare miasto nad rzeką Brdą. To koło niego odbywa się akcja. Co więcej, jedna z głównych postaci opery - Wodnik, ojciec Rusałki (Jacek Greszta, bas), został ucharakteryzowany na powszechne znaną bydgoską rzeźbę: „Przechodzącego przez rzekę”. Przedstawia ona młodego mężczyznę z przepaską na biodrach przechodzącego na linie rozpiętej nad rzeką. W jednej ręce trzyma żerdź, w drugiej - strzałę, a na ramieniu niesie rzymskie sandałki. Obok dyrygenta Macieja Figasa Rusałka - Anna Wierzbicka i Książę - Łukasz Załęski, fot. W. Bielecki Bydgoska opera uznawana jest za scenę nieskłonną do awangardy. Wystawiane tutaj opery zazwyczaj mają tradycyjną scenografię, a reżyserzy nie zmieniają brutalnie miejsca i czasu akcji, trzymają się tradycji.-Jeśli chodzi o „Rusałkę”, to jej baśniowa akcja w pierwotnej wersji dzieje się nad jakimś leśnym jeziorem. Zmiana miejsca na Bydgoszcz nie była czymś co radykalnie wpływało na akcję tego lirycznego dramatu. To dobrze, bo znana mi jest historia pewnego lekarza - melomana, który aby zobaczyć jakieś ciekawe przedstawienie potrafi polecieć samolotem do Mediolanu, Berlina czy Pragi. Zachęcony świetnym spektaklem „Rusałki” w czeskiej Pradze postanowił po latach pojechać na nią ze swoimi dziećmi, ale już bliżej, do Łodzi. Nie wytrzymał tam nawet do końca pierwszego aktu i opuścił z dziećmi widownię nie czekając na więcej. Co się stało? Otóż reżyser Tomasz Cyz przeniósł akcję do... szpitala psychiatrycznego. Główni bohaterowie przebrani są w białe, lekarskie fartuchy, a Rusałce podają kroplówkę. Nie tylko opisywanemu lekarzowi nie 206 Zapiski melomana podobała się ta koncepcja. W prasie pojawiły się recenzje z wybitymi tytułami: „wielki niewypał”, „inscenizatorski bełkot”, „miłość zamknięta w psych iatryku”. Jeden z krytyków napisał, że najlepiej opery słuchać z przymkniętymi oczami, bo muzyka jest świetna. W Bydgoszczy publiczność oczu nie zamykała, tylko szeroko otwierała, zachwycając się dekoracjami, strojami, tańcami (np. zaczynającym się fanfarami „Polonezem” na początku II aktu), no i co najważniejsze — przepiękną muzyką Dvofaka. Najbardziej znaną arię — „Mesfćku na nebi hlubokem” („Księżycu na niebie głębokim”) zaśpiewała po czesku (cała opera jest śpiewana w tym języku) wykonawczyni tytułowej roli sopranistka, Anna Wierzbicka. W roli zdradliwego księcia udanie zaprezentował się Łukasz Załęski, tenor, a dyrygował, jak zwykle pewną ręką Maciej Figas, dyrektor Opery Nova. Śmiało mogę polecić to przedstawienie wszystkim, bez ograniczeń wiekowych, dorosłym i dla dzieciom. HITY OPEROWE Z BRUKSELI, PARYŻA I LOZANNY Jak mówimy o operze, to niedawno odkryłem nowy portal w internecie: arte.tv/pl. Przeważają na mim zdecydowanie filmy na tematy nie muzyczne, ale są także zarejestrowane najnowsze spektakle operowe i koncerty. Znalazłem tam sfilmowane opery: Aidę i Brukseli, Cyrulika sewilskiego z Paryża i Łucję z Lammermoor z Lozanny. Wszystkie opery wystawione zostały niedawno, bo w ubiegłym roku. Są to więc nowe inscenizacje w przeciwieństwie do tych z kanału YouTube, gdzie można zazwyczaj znaleźć produkcje sprzed kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Wystawiona w La Monnaie (Opera Królewska w Brukseli) Aida G. Verdiego jest pierwszą inscenizację operową Stathisa Livathinosa, dyrektora artystycznego Teatru Narodowego Grecji. Scenografia nie jest najlepsza - prawie wszystko dzieje się na symbolicznym kawałku pustyni. Aktorzy przebrani są w proste stroje w dwóch kolorach: Egipcjanie w kolorze piasku, Etiopczycy w niebieskim. Główni wykonawcy są znakomici, szczególnie sopranistka Adina Aaron kreująca postać Aidy. Podczas oglądania tego dramatu przeżyłem chwile niezaplanowanej radości, albowiem rozśmieszył mnie, i to bardzo, słynny „Marsz tryumfalny”, a właściwie to nie sam marsz, tylko chórzyści, ucharakteryzowani na lud egipski. W przekomiczny sposób reagują na wejście zwycięskich wojsk egipskich. Realizator nie pokazuje wojsk, tylko ich twarze i zachowania, jak w farsie. Przypomniało mi to od razu, jak przed kilkunastu laty oglądałem Aidę w Bratysławie. Tam też było śmiesznie, także z powodu tego marsza. Kiedy Egipcjanie rzucają zdobyte chorągwie przed faraonem, ich stroje i zachowania zamiast odczuć tryumfu, wzbudzały serdeczny śmiech, na pewno nie zamierzoną przez reżysera reakcję publiczności. Cyrulik sewilski G. Rossiniego został wystawiony w paryskim Theatre des Champs-Ely-sees także w ubiegłym roku. Powszechnie wiadomo, że ta opera buffa (komiczna), jest jedną z najczęściej wystawianych w teatrach operowych na świecie. W Paryżu dyrygował spektaklem młody mistrz batuty Jeremi Rhorer. Wśród głównych postaci także dominowali młodzi śpiewacy. W tytułowej roli wystąpił francuski baryton Florian Sempey. W Cyruliku jest kilka ważnych ról i wszyscy śpiewali pięknie. Chociaż aktorzy występują we współczesnych strojach, a dekoracje są minimalistyczne, to ta inscenizacja może się podobać. Wacław Bielecki 207 Scenografia w Łucji z Lammermooru G. Donizettiego wystawionej w szwajcarskiej Lozannie była fatalna: jakieś piętrowe rusztowania i brzydkie stroje aktorów. Oglądałem ten spektakl kilka razy, ale z zamkniętymi oczyma, bo nie mogłem patrzeć na scenę, ale przyciągała mnie przepiękna muzyka i wykonanie. No, może solo zagrane na harfie przed słynną arią Łucji Regnaoa nel silencio (Wśród ciszy niezmąconej), nie było najwyższego lotu, ale zachwyciła mnie słynna scena obłąkania Łucji. Nie tylko z powodu kreacji holenderskiej śpiewaczki Lenneke Ruiten w roli Łucji, ale i akompaniamentu orkiestry. Zwykle jest tak, że podczas sceny obłąkania towarzyszą partii Łucji dwa flety, a w oglądanym spektaklu był to bardzo rzadko używany instrument - harmonika szklana. Niezwykła barwa dźwięku tego instrumentu znakomicie pasowała do głosu śpiewaczki. Coś pięknego. POŁAWIACZE PEREŁ W KINIE POWIŚLE W SZTUMIE Jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, aby nie wyjeżdżając ze Sztumu można było zobaczyć transmisję z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Trzeba było udać się do innych miast. Pamiętam, że przed kilkoma laty na taką transmisję musiałem pojechać aż do Filharmonii Łódzkiej. Wtedy oglądałem tam Łucję z Lammermooru G. Donizettiego. Ostatnio najbliżej było do kina „Światowid” w Elblągu, a od początku tego roku taka możliwość istnieje dzięki inicjatywie pracowników kina „Powiśle” w Sztumie. W połowie stycznia można było oglądać tutaj retransmisję opery „Carmen” Georga Bizeta, a w marcu br. „Poławiaczy pereł” tego kompozytora. Oglądanie retransmisji spektakli z Metropolitan Opera odbywa się według przyjętych reguł. Zaczynają się one punktualnie o godzinie 18.00. Spektakle są śpiewane w języku oryginalnym, a widzowie nie znający danego języka mogą czytać tłumaczenie w języku polskim wyświetlane na ekranie. W czasie obowiązkowej przerwy między aktami melomani są częstowani kawą i herbatą, tak jak to jest w prawdziwej operze, gdzie podczas antraktu można korzystać z bufetu. Kino „Powiśle” zapewnia bardzo dobry dźwięk i obraz, więc zawsze znajdzie się grupa osób chętnych do oglądania opery w tej, nowoczesnej, filmowej formie. I tak było na ostatniej retransmisji Poławiaczy pereł. W rolach głównych wystąpili: sopranistka Diana Damrau jako Leila, tenor Matthew Polenzani jako Nadir i nasz baryton Mariusz Kwiecień jako Zurga. Orkiestrą i Chórem Met dyrygował Gia-nandrea Noseda. W przerwie i po zakończeniu opery rozmawiałem z kilkoma osobami. Wszystkim spektakl podobał się i to bardzo. Rozmówcy zachwycali się głosami solistów i ich strojami oraz dekoracjami. Oczywiście, najlepiej w ucho wpadła i zapadła w pamięci tęskna aria Nadira z I aktu Una furtwa łagrima. Ponieważ jest to rejestracja filmowa trzeba podkreślić znakomitą reżyserię Penny Woolcocka. Myślę, że nie zabraknie chętnych na kwietniową retransmisję opery MakbetNec&iego. „KAPELA NON GRATA” Z KONCERTEM MUZYKI DAWNEJ W KARWANIE Pierwszy w tym roku koncert w ramach cyklu "Malborskie Kameralia" odbył się w sali zamkowego Karwanu w czwartek 22 lutego 2018 r. Kilkudziesięcioosobowej publiczności, która przybyła na koncert w ten zimny wieczór, zaprezentowała się trójka młodych muzyków tworzących od roku Kapelę Non Grata. Nazwa zespołu związana jest z królewną Anną 208 Zapiski melomana Wazówną, siostrą króla Zygmunta III Wazy, odsuniętej od dworu królewskiego, jako osoba niepożądana, czyli non grata. Zamieszkała ona na zamku w Golubiu-Dobrzynie, a pochowana jest w kościele Najświętszej Marii Panny w Toruniu. Kapela Non Grata ściśle współpracuje z zamkiem w Golubiu-Dobrzyniu, na którym od trzech lat odbywa się, zwykle w czerwcu, festiwal o ciekawej nazwie: "Nadworny Lutnista Królewny Anny Wazówny". Kapela Non Grata, od prawej Tomasz Kurjata, Tomasz Leszczyński i Pola Berensdorff, fot. W. Bielecki Kapela specjalizuje się w muzyce dawnej: średniowiecznej, renesansowej i barokowej. Muzycy, absolwenci Akademii Muzycznych, m.in. w Bydgoszczy i Gdańsku, grają na kopiach dawnych instrumentów ze strunami z baranich jelit, co wymaga częstego ich strojenia. Lutnista Tomasz Kurjata, muzykuje na kilku odmianach tego instrumentu: lutni średniowiecznej, renesansowej, barokowej i olbrzymiej teorbie oraz gitarze barokowej . Tomasz Leszczyński zaprezentował się w odmianach violi da gamba (przodka wiolonczeli). W rękach Poli Berensdorff widzieliśmy instrumenty perkusyjne: bęben obręczowy, kastaniety oraz monochord (prymitywny instrument strunowy), gitarę barokową i teorbę. Na program półtoragodzinnego koncertu złożyło się kilkanaście miniatur na instrumenty solo, w duecie lub tercecie. Muzycy nieco zmienili program, który był podany na stronie internetowej. I to dobrze, bo początkowo wśród obcych kompozytorów: Petro-inusa, Girolamo Kapsbergera, G. F. Haendla, Alessandro Piccininiego, Johna Dowlanda, Tobiasa Hume'a, Santiago de Murcia, czy francuskiego trubadura Guiraut d'Espanha -był tylko jeden Polak - Wojciech Długoraj, kompozytor Villanellii i Fantazji na jej temat. Po zmianie usłyszeliśmy drugiego Polaka i to z pobliskich stron - Piotra z Grudziądza. Dziwne trochę, że w programie zespołu nie było utworów najsłynniejszego lutnisty z tamtych czasów Bekfarka, w latach 1549-1566 przebywającego na dworze króla polskiego Zygmunta II Augusta. Jego grą zachwycali się wszyscy, a Jan Kochanowski pisał o nim fraszki, m.in., zakończoną słowami: Nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej. Koncert przybrał formę bardzo dydaktyczną. Właściwie była to lekcja z historii muzyki i instrumentoznawstwa. Lutnia i viola da gamba były najpopularniejszymi instrumentami Wacław Bielecki 209 w okresie Renesansu. Artyści przed wykonaniem każdego utworu dużo mówili o starych instrumentach, na których grali oraz o epokach, w których używano tych instrumentów. Niewątpliwie było to słuszne założenie, bo znawców i miłośników muzyki, szczególnie średniowiecznej, czy renesansowej jest niewielu. Słuchacze wysłuchali wielu ciekawostek, np. o tym, że krzyżacy na zamku malborskim byli wielkimi mecenasami muzyki. Wiadomo, że w 1351 r. na uroczystość zaprzysiężenia na Wielkiego Mistrza Winricha von Kniprode zaproszono na zamek miejscowego pieśniarza, który wykonał pieśń w języku staropruskim, której nikt nie rozumiał. Było to jednak wiele znaczące wydarzenie, albowiem odnotowały je różne ówczesne kroniki. Artyści, jak to sami mówili, uprawiają muzykę należąca do tzw. nurt wykonawstwa historycznie poinformowanego, to znaczy taką muzykę, której nie da się już w oryginale usłyszeć, nie da się do niej wrócić bezpośrednio. Pozostały po niej tylko uczone traktaty oraz zachowały się instrumenty. Na tej podstawie poszukuje się odpowiedzi na pytania: jak ta muzyka mogła brzmieć w tamtych czasach, bo przecież nagrań nie było. Zatem to, co usłyszeliśmy na koncercie w Karwanie jest rodzajem rekonstrukcji opartej na historycznych źródłach i na wiedzy różnych specjalistów - pedagogów, którzy grają tę muzykę. Muzycy prezentując utwory wykorzystywali współczesne środki techniki służące do wzmacniania dźwięku: mikrofony, wzmacniacze i głośniki. Było to konieczne w dość dużej sali Karwanu z marną, moim zdaniem, akustyką. Pozbawiło to słuchaczy możliwości posłuchania oryginalnych barw brzmienia dawnych instrumentów. Naturalny dźwięk lutni jest przecież nieco inny, niż dźwięk tego samego instrumentu słyszany z głośnika po wzmocnieniu. Moim zadaniem, można było zaprezentować oryginalne, nie wzmacniane, brzmienie starych instrumentów, ale wymagałoby to przeniesienia koncertu do innej, mniejszej sali z dobrą akustyką, a takich nie brak na zamku. Wtedy wzmacniacze i głośniki nie byłyby potrzebne. Myślę też, że można byłoby trochę udoskonalić program koncertu według do dawna stosowanej i w praktyce sprawdzająca się zasady: po wolnej - szybka muzyka, a po smutnej - wesoła. Prezentowana przez artystów muzyka średniowieczna i renesansowa była najczęściej wolna i smutna. Dobrze się więc stało, iż w ostatniej części muzycy zagrali żwawe utwory celtyckie i hiszpańskie, m.in. „Fandango” (taniec kochanków) skomponowany przez Santiago de Murcia przypominający już żywiołowe flamenco. Sadzę, że wzorem dla Kapeli Non Grata mogłoby być koncerty słynnego hiszpańskiego muzyka zajmującego się muzyką dawną, Jordi Savalla. Na grudniowym koncercie w Berlinie pod nazwą „Jerusalem”, którego retransmisję miałem okazję oglądać na portalu www.www.arte.tv/ pl/ słychać i widać było, jak przestrzegana jest wymieniona przed chwilą zasada. Nawet po bardzo smutnej pieśni opisującej dramatyczne losy Żydów w Auschwitz, po krótkim przerywniku, zabrzmiały utwory wesołe i skoczne. Zamkowy koncert został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność. Gromkie oklaski zachęciły wykonawców do zagrania na bis utworu hiszpańskiego kompozytora Gaspara Sanza pt. „Canarios”. Czekamy na następne koncerty w Karwanie i życzymy osobom je przygotowującym na czele z panem Waldemarem Klawińskim, koordynatorem projektu "Zamkowe Kameralia", dużo wytrwałości, szczęścia i licznych sponsorów. Zaczytana Prowincja Leszek Sarnowski POLSKA CZYTA, NIE CZYTA? PROWINCJA CZYTA Z ankiet przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową na próbie trzech tysięcy osób wynika, że 63% respondentów w 2016 roku nie przeczytało ani jednej książki. Zaledwie co dziesiąty Polak sięgnął po więcej niż siedem pozycji. W 2000 roku takich osób, których w badaniach nazywa się „czytelnikami intensywnymi” było 24%. W latach 2010-16 zaledwie 46% respondentów rocznie przeczytało tekst zawarty na przynajmniej trzech stronach maszynopisu. W ciągu czterech lat ten odsetek spadł o 12%. 41% pytanych przyznaje się, że poza podręcznikami na domowych półkach nie ma żadnej innej książki. Co piąty Polak ma przynajmniej kilka pozycji w swojej biblioteczce, a 44% - nawet 20 sztuk. Dwie trzecie Polaków w badanym roku nie dokupiło do swojego księgozbioru ani jednej książki, a 48% nie czyta nic, poza programem telewizyjnym czy pojedynczymi artykułami w kolorowych gazetach. Zaledwie 13% czyta systematycznie książki i poważną prasę. To najczęściej osoby lepiej wykształcone. Polacy czytają najczęściej romanse i kryminały. Dominuje Henryk Sienkiewicz, Adam Mickiewicz (pewnie szkolne lektury), a ponadto E. L. James (m.in. „50 twarzy Greya”), Paula Hawkins („Dziewczyna z pociągu”), Stephen King, J. K. Rowling, Joanna Chmielewska, Daniele Steel, Stephenie Meyer i Ka- Bookcrossing czyli półka z Wędrującymi książkami w sklepie osiedlowym w Czerninie pod Sztumem, fot. L. Sarnowski tarzyna Bonda. Z najnowszych badań, dotyczących ubiegłego roku wynika, że przynajmniej jedną książkę przeczytało 38% respondentów, zatem ten poziom jest podobny w ciągu ostatnich kilku lat. Naukowcy potwierdzili, że czytaniu sprzyja otoczenie. Jeśli w rodzinie się czyta, to 82% badanych także czyta, a jeśli nie ma w rodzinie zwyczaju czytania, to zaledwie 5% osób z takich środowisk sięga po książkę. Dramat? Moim zdaniem, zdecydowanie tak. Nie można jednak powiedzieć, że w Polsce nic się nie robi, by tę sytuację zmienić. Kampanie na rzecz czytelnictwa są bardzo liczne: Cała Polska czyta dzieciom. Narodowe czytanie, Czytaj.pl, Bookcrossing, przekraczające mury więzień Książki w pudle, czy nawet dość swawolne - Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka. Mamy do dyspozycji błogi i fora: Książki młodzieżowe. fora.pl, Czytajmy wszyscy, Książki na czacie, Czytajmy literaturę skandynawską, Zaczytuj się.pl, Liternet.pl, czy w końcu strony na portalu społecznościowym facebook, jak choćby: Czytam Leszek Sarnowski 211 gdzie popadnie, Book z nami, Nie śpię, bo czytam książki, Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki, Czytanie. To działa, Książkoholicy. I wiele, wiele innych miejsc, działań, wydarzeń, których celem jest promocja czytelnictwa. Jako kwartalnik Prowincja staramy się w ten nurt wpisywać, wydając od ośmiu lat nasze pismo, w którym Czytelnik ma do dyspozycji ponad dwieście stron co kwartał i tyle samo mniej więcej raz w roku, w postaci kolejnego tomu naszej Biblioteki. Czytają nas w powiecie kwidzyńskim, sztumskim, malborskim, nowodworskim, starogardzkim. Czytają nas w Trój-mieście, Niemczech, Szwecji, Belgii i najważniejszych bibliotekach w całym kraju. Myśl wydawania w małym miasteczku kwartalnika kulturalnego wzięła się z pasji do czytanie i dzielenia się nią. Czytelnicy Prowincji są dowodem na to, że jest nadzieja. Od wielu lat obserwuję ożywienie na lokalnym rynku wydawniczo-czytelniczym. Kolejne książki wydaje „Klub Nowodworski” pod egidą Marka Opitza, Piotr Szwedowski z determinacją rozwija cykl wydawniczy pod nazwą „Biblioteka Malborska”, Justyna Liguz w Kwidzynie rozpisuje kolejne edycje „Schodów Kawowych”. Wydawnictwo „Region” Jarka Ellwarta, choć z Gdyni, bardzo głęboko zapuszcza się w prowincjonalne ostępy, szukając inspiracji i nowych autorów. Dzieje się, dzieje. Niemal każde miasteczko, a nawet niewielkie wioski, chcą mieć dziś swoją monografię. Tylko w ostatnich latach pojawiło się kilkanaście książek o Sztumie, Dzierzgoniu, Kwidzynie, Nowym Dworze Gdańskim, Malborku, Nowym Stawie, czy niewielkiej Kościelnicy. Pisze się, a zatem i czyta, jak Pomorze długie i szerokie. MOJE KSIĄŻKI Mój księgozbiór tworzyłem świadomie w zasadzie od czasów studenckich. Czytałem sporo różności, od poezji i prozy po reportaże czy książki historyczne. W liceum byłem chyba jedynym w klasie facetem, który przeczytał „Nad Niemnem”, nie mówiąc o „Chłopach”. Przydało się, bo dzięki temu nie miałem wątpliwości, żeby na pisemnej maturze z polskiego wybrać temat: „Filozoficzne ujęcie związku człowieka z ziemią” (pamiętam jak dziś). I poszło nieźle. Studia to przede wszystkim czytanie, bo na dziennych jest na to czas. Czasem aż za dużo, bo nie zawsze udawało się trafić na zajęcia, jak lektura (i nie tylko) wciągała. Tym bardziej, że na przełomie lat 70-tych i 80-tych, oprócz oficjalnej literatury czytało się też literaturę podziemną tzw. drugiego obiegu (drukowane w kraju lub przywożone z Paryża). Mieszkałem wtedy z rodzicami w Barcinie na Kujawach, a studiowałem w Gdańsku. Przynajmniej raz w miesiącu bywało się w domu, po wikt, opierunek no i pieniądze. Jeździłem wtedy autobusem z Barcina do Bydgoszczy i dalej pociągiem do Gdańska, do akademika. Przesiadka w Bydgoszczy bywała niestety bolesna, bo w drodze z dworca PKS na dworzec PKP była Księgarnia Współczesna, w której wtedy można było kupić niemal wszystkie nowości, no i niestety się kupowało - filozofię, literaturę, poezję, historię. Czasem połowa kasy od rodziców szła właśnie na książki. No ale w Gdańsku można było to odrobić pracując w spółdzielni studenckiej „Techno-Service”, czy pisząc prace dyplomowe dla „pomaturalnych” (złoty interes). Niestety, byłem dla rodziców dość bezwzględny, bo jeszcze zamawiałem książki w Wydawnictwie Znak, które przychodziły na adres domowy i rodzice musieli za nie płacić. A w Znaku bywały rarytasy, bo to wtedy był taki wentyl bezpieczeństwa stworzony przez komunę, że niby nie cenzurujemy, ale na wszelki wypadek wydajemy w niewielkich nakładach, w wydawnictwach niszowych. Oj, czytało się wtedy niemal wszystko. Do dziś jestem dumny z Kierkegardów, Platonów, Arystotelesów i całej filozoficznej klasyki. Pamiętam jak moja Mama wiele lat po studiach, odwiedziła nas 212 Polska czyta, nie czyta? Prowincja czyta w Sztumie i była świadkiem jak listonosz przyniósł paczkę z książkami. Powiedziała wtedy do mojej żony ze współczuciem w oczach: Boże, dziecko. Te książki jeszcze przychodzą. Moja żona do dziś wspomina, jak to na studiach kupowałem jej w prezencie, książki (prawda jest taka, że może raz czy dwa się to zdarzyło), które sam chciałem przeczytać na studiach historycznych. A to historię Irlandii, Włoch czy Niemiec, co dla studentki psychologii nie było specjalnie ekscytujące. Dziś staram się ten niecny proceder rewanżować nowościami, które sobie zażyczy. Jednym z rarytasów wydawniczych w 80-tych latach była seria Biblioteka Myśli Współczesnej (potocznie zwana, ze względu na graficzny znak na okładce: plus, minus nieskończoność, sygnowana przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Zdobyć nie było łatwo, ale z dumą posiadam takie publikacje jak E.F. Schumachera „Małe jest piękne”, ze wstępem wybitnego socjologa Jana Strzeleckiego. Ponadto „Oddalający się kontynent” Stefana Bratkowskiego, „Nerwica a rozwój człowieka” Karen Horney. Ale przede wszystkim Hoimar von Ditfurth i jego „Na początku był wodór”, „Duch nie spadł z nieba” czy klasyczne już „Dzieci wszechświata”, niełatwa, kosmologiczna, ale z takim ważnym zdaniem aktualnym dla nadal poszukujących i wątpiących, że: Cała Droga Mleczna ze swymi 100 miliardami słońc była potrzebna, aby narodziło się to, co nas otacza każdego dnia. Lata osiemdziesiąte to też wyjątkowa seria światowej humanistyki wydawnictwa „Czytelnik”. I tu przede wszystkim mocno zaczytana „Dehumanizacja sztuki i inne eseje” wybitnego Jose Ortegi y Gasseta czy „Homo ludens” Johana Huizingi, holenderskiego historyka kultury, który kulturę właśnie widział jak formę gry i zabawy. Tuż obok, także „czytelnikowska” seria z Nike (częściowo z antykwariatu) z takimi tuzami jak Canetti, Steinbeck, Babel, Gide, Bellów, Bieły, Frisch, Handke, Carpentier, Faulkner czy nasz Konwicki i Brandys. Nie mogło zabraknąć nieśmiertelnych i ulubionych: Hrabala, Kundery, Lowryego, Camusa, Bułhakowa, Manna, Hessego, Grassa, Kazantsakisa, Dostojewskiego czy z trudem zdobytych „dżinsowych” tomów Stachury. Z sentymentem zaglądam (z dużą ostrożnością, bo od zaczytania i kiepskiego wydania się rozsypują) do cyklu Transgresji. To „Galernicy wrażliwości”, „Odmieńcy”, „Osoby”, czyli wydawniczy plon konwersatoriów, ważkich debat, spotkań, lektur, studiów, prowadzonych na przełomie lat 70-tych i 80-tych na Uniwersytecie Gdańskim przez prof. Marię Janion. Tuż obok plejada gdańskich autorów: Stefan Chwin, Paweł Huelle, Aleksander Jurewicz, Anna Janko, Antoni Pawlak, Daniel Odija, no i „nasz” Andrzej Kasperek. Same cymesy. Nie mówiąc już o wyjątkowych publikacjach „Krasnogrudy” z Sejn. Kiedyś sporo miejsca zajmowała literatura iberoamerykańska. Dziś zostało z nich trochę Cortazara, Marqueza, Borgesa, Llosy, do ewentualnych powtórek, szczególnie Gra w klasy. Szczególnie dumny jestem ze swojej półki (właściwie już półek) poświęconych książkom regionalnym. To jednak kwestia ostatnich lat, bo wcześniej takiego boomu nie było. Dziś to pocieszające, bo świadczy o tym, że mieszkańcy szukają lokalnych historii, szukają korzeni i tożsamości. W związku z tym, że na studiach pisałem pracę magisterską poświęconą Żydom, w mojej bibliotece sporo udało zgromadzić się publikacji na ten temat. Nie było ich wiele w połowie lar 80-tych, stąd ważnym miejscem na ich pozyskanie były antykwariaty (których dziś jak na lekarstwo) czy paryska „Kultura”. Ale nie wyobrażam sobie lektury judaiców bez Mange-ra, Pereca, Singera, Alejchema, Asza, współczesnych Hanny Krall, Grigorija Kanowicza, czy słynnych żydowskich numerów Znaku i Literatury na świecie z lat 80-tych. A do tego jeszcze wyjątkowa Antologia poezji żydowskiej pod redakcją Artura Sandauera. Leszek Sarnowski 213 W zasadzie nie czytałem i nie kupowałem kryminałów. Ostatnio wpadłem jednak w ich sidła i za nic nie mogę się wyplątać, czasem kosztem nocy. Sporo tego się uzbierało, począwszy od skandynawskich serii Jo Nesbo, Camili Lackberg, a skończywszy na niezwykle płodnym rodzimym Remigiuszu Mrozie czy Katarzynie Bondzie. To jednak mimo wszystko książki jednorazowego użytku, no bo jak za pierwszym razem wiadomo już kto zabił czy intryga rozwikłana, to czegóż tam szukać. Można wtedy książkę puścić w ruch lub przekazać jakiejś bibliotece. Zresztą dotyczy to także innych książek o których wiadomo, że się do nich nie wróci, nie mówiąc już o tym, że miejsca coraz mniej, a nowości sporo. Dzięki temu sporo moich książek trafiło do biblioteki zakładu karnego w Sztumie, gminnej biblioteki w Starym Targu, Sztumie, Dzierzgoniu czy biblioteki parafialnej w Sztumie. Nigdy na makulaturę, bo książkami można i trzeba się dzielić. Z takiego założenia wychodzą też pewnie właściciele małego sklepiku osiedlowego w Czerninie pod Sztumem, gdzie zrobiono niewielką półkę, z której można się częstować bezpłatnie książkami, pożyczać, wymieniać, dokładać. Trafiła tam także nasza Prowincja czy pierwszy tam naszej Biblioteki „Koronczarka” Andrzeja Kasperka. W swojej książce „Sztumska droga do wolności” wspominałem Andrzeja Grześkowa, właściciela księgarni Bestseller na Placu Wolności w Sztumie. To był wybitny znawca dobrej książki. Doradził, a czasem i przechował rzadką pozycję, bo mimo że wydawało się wówczas sporo, to o dobrą książkę nie było łatwo. Jak było wiadomo kiedy i co „rzucą”, to i kolejki przed księgarniami się ustawiały. Sztumska księgarnia istnieje nadal, choć w innym miejscu i pełni funkcję sklepu wielobranżowego, choć miło, że są tam jeszcze książki, w tym także te dotyczące lokalnej historii i tożsamości. Z księgarniami w małych miejscowościach nie jest jednak najlepiej. No, ale jak wynika ze wstępu, jak ma być dobrze, skoro czytających niewielu. I tu nie pomoże wybitna promocja placówki lecz szeroki program na szczeblu ogólnopolskim dotyczący czytelnictwa. Może przydała by się w tym względzie jakaś aktywność samorządu, jak choćby zwolnienie z podatku od nieruchomości, czynszu, etc., by zachęcić księgarzy do aktywności w tej misyjnej branży. Marzę o księgarniach z prawdziwego zdarzenia w małych miasteczkach, choć pewnie, jak to z marzeniami bywa, zajęcie dość naiwne i wątpliwe. Nie musi być zaraz taka historia jak w słynnym filmie „Masz wiadomość”, gdzie Meg Ryan prowadzi małą księgarenkę o nazwie „Sklepik za rogiem” (choć w Nowym Jorku). Zna wszystkie książki, umie doradzić, do wieku i zainteresowań, prowadzi zajęcia animacyjne, spotkania z pisarzami, etc. Zatem wszystko co dziać się powinno w dobrej księgarni. Chce ją zniszczyć bezwzględny (na pozór) biznesmen Tom Hanks budując bezosobową sieciówkę księgarnianą. Kończy się, jak to w romantycznej komedii dobrze. U nas na to się nie zanosi. SKANDYNAWOWIE POTRAFIĄ W ubiegłym roku Wydawnictwo Krytyki Politycznej wydało bardzo ciekawą książkę Szwecja czyta. Polska czyta pod redakcją Katarzyny Tubilewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej. Z lektury wynika, że Skandynawowie mają ogromne doświadczenie i wymierne efekty w propagowaniu czytelnictwa. Przeciętny Szwed czyta dziennie przez dwadzieścia minut. Biblioteki, z najnowszymi publikacjami na półkach, są pełne dzieci i dorosłych, a literatura szwedzka (i w ogóle skandynawska, a i dalej na północ - patrz choćby tegoroczna islandzka laureatka Nagrody Literackiej Miasta Gdańska - Europejski Poeta Wolności - Linda Vilhjalms-dóttir) święci tryumfy na świecie. Nasi północni sąsiedzi dbają i rozwijają biblioteki nawet 214 Polska czyta, nie czyta? Prowincja czyta w najmniejszych miejscowościach, stawiają od lat przede wszystkim na czytelnictwo wśród dzieci i młodzieży. Ich zdaniem, zachęcanie dzieci do czytania ma olbrzymią wartość społeczną. Z badań wynika na przykład, że biblioteki rocznie zwiększają PKB Danii w przybliżeniu o dwa miliardy koron duńskich. Dzieci czytające rozwijają swój język, w konsekwencji zdobywają lepsze wykształcenie, a w przyszłości dobrze płatną pracę. Dzięki temu więcej wydają też na dobra wyższego rzędu, czyli na przykład na książki i w ogóle kulturę. Nie chodzi przy tym, aby dzieci czytały wyłącznie ambitną literaturę. Na początek mają czytać co ich zainteresuje, by czytanie stało się nawykiem. Nowopowstała biblioteka TioTretton (DziesięćTrzynaście) w Kulturhuset w Sztokholmie, dla dzieci od dziesięciu do trzynastu lat, zachęcała do współpracy takim sloganem: Nareszcie biblioteka dla ciebie! Nawet jeśli nienawidzisz książek! Biblioteka powstała na podstawie ankiet wśród dzieci. Pytano je o wymarzone miejsce w którym chciałyby spędzać wolny czas. Bo w tej bibliotece młody człowiek jest najważniejszy. Może przyjść, odpocząć na wygodnych pufach, zrobić sobie herbatę w kuchni bibliotecznej, włączyć się w działania grupy teatralnej, nagrać piosenkę, a nawet zrobić własny film (wcześniej musi powstać scenariusz, więc trzeba poczytać i coś napisać). Mają do dyspozycji wrażliwych pracowników (niekoniecznie bibliotekarzy, częściej pedagogów, animatorów kultury, etc.), którzy nie nakazują, a raczej wczuwają się w potrzeby dzieci, czasem je inspirując. To miejsce gdzie można dyskutować o wszystkim, bo nie ma tematów tabu. Dzięki temu młodzi ludzie często konstatują, że to „moje miejsce” i w miłej atmosferze sięgają po książki. Dorosłym, poza pracownikami biblioteki, wstęp wzbroniony. Cieszę się, że niebawem w Sztumie powstanie nowoczesna biblioteka, może na początek niekoniecznie na wzór tej ze Sztokholmu, ale choćby tej z Rumii, czy mojego rodzinnego Barcina, która od kilku lat znajduje się w czołówce tego rodzaju placówek w Polsce. Wydając nasz kwartalnik nie ustajemy w codziennej promocji czytelnictwa. Tym razem proponujemy Państwu podzielenie się swoim księgozbiorem, czy bardziej słowem o swoim księgozbiorze. Poza moimi uwagami, poprosiliśmy o taki tekst profesora Mariana Szarmacha, sztumianina z wyboru, emerytowanego profesora filologii klasycznej w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Czytajmy i dbajmy o biblioteki, księgarnie i miejsca, gdzie można czytać piękne książki. Refleksje o swoim czytaniu i księgozbiorze prosimy przesyłać na adres: prowincja@onet.pl Marian Szarmach 215 Marian Szarmach Życie bez książek JEST ŚMIERCIĄ Petrarka (1304-1374) w jednym z listów napisał: Złoto, srebro, drogie kamienie, odzież purpurowa, domy z marmuru, uprawne pola, malowane obrazy, konie w ozdobnych rzędach i innego rodzaju rzeczy użyczają powierzchownej przyjemności. Księgi zaś przejmują do szpiku kości radością, rozmawiają z nami, doradzają i, jak przyjaciel, biorą żywy i bliski udział w naszym życiu... Profesor Marian Szarmach przy swoim księgozbiorze, fot. S. Lipski W kilkadziesiąt lat później Anglik Richard de Bury, zbieracz książek i twórca biblioteki, którą zapisał Uniwersytetowi w Oxfordzie, wydał łaciński traktat De amore librorum - O miłości do ksiąg, który został wydrukowany w 1473 roku w Kolonii. Jeden z egzemplarzy trafił do Biblioteki Senatu Gdańskiego, dzisiejszej Biblioteki PAN w Gdańsku. Do naszych czasów zachowały się one jeszcze w Polsce w Bibliotece Jagiellońskiej i Bibliotece Uniwersytetu we Wrocławiu. W 1921 roku przetłumaczył i wydał tekst po polsku Jan Kasprowicz, godny patron sztumskiego liceum (który zastąpił mało chwalebną Brygadę Grunwald). W 1992 roku gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Książek druk ten wznowiło jako wyraz miłości do książek, jako wiełką ich pochwałę. Jako, że jestem filologiem klasycznym i zajmuję się starożytnymi tekstami greckimi i łacińskimi, podstawą mojej pracy są najrozmaitsze słowniki i encyklopedie specjalistyczne. Mam ich całą szafę. Tylko filolog wie, jakie zasadzki kryją się czasem w jakimś słowie i jak często trzeba sprawdzać i porównywać, co znaczy ono w kilku językach. Jako bardzo cenne wymienię tu dwutomowy słownik łacińsko-niemiecki R. Klotza, wydany w Brunszwiku w 1866 roku, do dziś przedrukowywany w krajach niemieckojęzycznych. Każdy z tomów liczy 1700 stron. Biblioteki uniwersyteckie bardzo go strzegą. Mój egzemplarz dostałem w spadku po prof. Z. Abramowiczównie, z Jej exlibrisem. Jest to słownik po prostu doskonały, bo odnotowuje nie tylko oboczne znaczenia różnych słów, podając dokładnie ich miejsce w tekście, ale też różne oboczności gramatyczne. Ostatnio pewne wydawnictwo naukowe zwróciło się do mnie, bym sprawdził do druku 230 stron łacińskiego tekstu, co ten słownik bardzo mi ułatwił. Drugie miejsce w mojej bibliotece zajmują podstawowe historie literatury greckiej i łacińskiej. Tę pierwszą, dwutomową (2000 stron) wydaną w 2005 roku na KUL-u 216 Życie bez książek jest śmiercią przygotował cały zespół, w którym również się znalazłem. Była to interesująca praca. Te dwa tomy są podstawowym instrumentem naukowym, do którego sięgają wszyscy zajmujący się w Polsce literaturą grecką. Obok nich stoi pięć tomów literatury łacińskiej. Ostatni ukazał się w 1994 roku. Miałem zaszczyt być opiniodawcą dwu. Muszę też wymienić wydanie ważnych greckich i łacińskich tekstów przygotowane przez renomowane zagraniczne domy edytorskie. Te z Berlina, wówczas wschodniego oraz Lipska kupowałem kiedy byłem w NDR. Gorzej było z „kapitalistycznymi”. Tu pomógł mi starszy ode mnie o dziesięć lat profesor z Berlina Zachodniego, którego poznałem w latach sześćdziesiątych na kongresie w Bukareszcie. Wspierał mnie, jak tylko mógł. Obecnie osiadł w Durbanie w RPA. Zatelefonował do mnie, czytając w tamtejszych gazetach o odzywającym się u nas antysemickich hasłach pytając, czy to prawda. Przed paru dniami przysłał mi wielkanocną kartkę w scenerii jesiennej, która tam się zaczyna. Kiedy byłem w 1985 roku na stypendium w Padwie, miałem okazję znaleźć się w Brescii w dużym renomowanym, specjalistycznym wydawnictwie. Jego dyrektor widząc, jakie pozycje mnie interesują, a były to głównie teksty Seneki z włoskim komentarzem, kazał mi wybrać, co potrzebuję i tę dużą paczkę polecił wysłać na mój adres do Polski. Część tych książek miała u nas jedynie Biblioteka KUL-u. O takich drobnych życzliwościach mógłbym pisać wiele. Sporo książek otrzymuję od moich kolegów, których prace recenzowałem i od tych, których doktoraty lub habilitacje oceniałem. Prawdziwą przyjemność sprawiają mi umieszczane w nich serdeczne dedykacje. Miłość do książek jest jednak kosztowna. Jako członek naukowego Komitetu Antycznego PAN-u bywam raz w miesiącu w Warszawie na jego posiedzeniach. Odbywają się one w Uniwersytecie Warszawskim, w którego pobliżu znajdują się dobrze zaopatrzone księgarnie. Zawsze do nich zaglądam, zostawiając tam pieniądze. Ostatnio kupiłem przetłumaczoną z angielskiego ważną książkę o tragedii greckiej i Eurypidesie, z którego pisałem przed pięćdziesięcioma laty doktorat. Ponieważ interesowałem się zawsze sztuką starożytną, którą wykładałem przez wiele lat studentom, mam też cały regał polskich i obcojęzycznych książek i albumów na ten temat oraz kilka tysięcy reprodukcji antycznych dzieł sztuki, jakie przywoziłem z moich wielu podróży. Mieszczą się one w kartonach po butach i jest im w nich wygodnie. Są oczywiście należycie uporządkowane, bo inaczej byłyby nieużyteczne. Często są wykorzystywane przez różne wydawnictwa jako ilustracje. Nic dziwnego, że wszystko to nie mieści się w moim małym mieszkaniu. Odpowiedni regał stanął więc w kuchni, a trzy w piwnicy. Muszę się jednak niektórych książek pozbywać, co przychodzi mi z trudem. Otrzymują je więc uczniowie i przyjaciele, a ostatnio dwudziestotomową Encyklopedię Katolicką KUL przekazałem bibliotece parafialnej. W ich miejsce pojawią się nowe, toż moja uniwersytecka mistrzyni mawiała, że kto kocha książki, tego i książki kochają. Nasze książki Andrzej Kasperek Kilka uwag o książce „Sztumska droga do wolności” z elementami laudacja dla jej autora Leszka Sarnowskiego' Znamy się z Leszkiem od lat przeszło trzydziestu. To, że tu jesteśmy - cali i (co daj Boże) zdrowi to zasługa nasza oraz naszych mądrych i pięknych żon; Małgosia jak zwykle krząta się tu, jak na dobrą gospodynię przystało. Kłaniam się jej nisko! To właśnie Małgosi Leszek zadedykował swą pierwszą książkę. Sztum ma prawdziwe szczęście, że to tu (za żoną) kilkadziesiąt lat temu przywędrował Leszek Sarnowski. Mówiąc językiem komentatorów sportowych - to był kapitalny transfer. Bo ilość pomysłów, inicjatyw i rozmaitych dobrych rzeczy, które Leszek zrobił dla tego miasta i Ziemi Sztumskiej jest niemała. Ale nie mnie, gościowi przecież, wypada wypowiadać się w tej materii. Niech Sztumiacy sami to ocenią... Kiedy Leszek przysłał mi swą książkę do redakcji ogarnęła mnie trwoga i panika. Tak właśnie, bo mówił o 200 stronach do przeczytania i poprawienia przecinków, ale po sformatowaniu tekstu wyszło stron 380. Mocno się zafrasowałem widząc, że słowo „Solidarność” użyto w tekście prawie 900 razy, w większości przypadków bez koniecznego cudzysłowu lub z nieprawidłowym (" "), gdyż symbol " oznacza cal lub sekundę. Nerwica i zespół cieśni nadgarstka murowane - pomyślałem wtedy. Dodatkowo na biurku miałem kilka terminowych robót, których żadną miarą nie mogłem odłożyć. Ale czy mogłem Leszkowi odmówić? Mojemu staremu druhowi, towarzyszowi serdecznemu niejednej życiowej wycieczki? Nie odmówiłem, zrobiłem, a jeśli jakiś przecinek łub literówka czy inny chochlik drukarski mi umknęły, to proszę Autora i Szanownych Państwa o wybaczenie. „Sztumska droga do wolności” po redakcji schudła tylko trochę. Może 10 stron skreśliłem. Uznałem bowiem, że ogromna ilość dat, nazwisk, faktów i nazw muszą tu pozostać, nie mam prawa ich wyrzucić. Ta książka bowiem, choć synkretyczna gatunkowo - jest czasem reportażem z przeszłości, czasem wspomnieniem, to jest przede wszystkim książką historyczną. To 80% gotowego doktoratu, gdyby Autor chciał kiedyś skrócić mgr na dr przed swym nazwiskiem... Widać, że Leszek czasu studiów historii na Wydziale 1 Tekst wygłoszony podczas promocji książki Leszka Sarnowskiego „Sztumska droga do wolności” 27 grudnia 2017 r. Andrzej Kasperek 219 Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego nie zmarnował. Szukał wytrwale źródeł, odbył niezliczone kwerendy archiwalne i biblioteczne, wertował katalogi, przedzierał się przez zakurzone zszywki starych gazet i partyjnych dokumentów, rozmawiał ze świadkami. I tak powstała ta książka: opowieść o sztumskiej drodze do wolności - od żołnierzy wyklętych walczących tu zaraz po wojnie do Komitetu Obywatelskiego z lat 90. Książka pozwalająca lepiej zrozumieć, co się w Polsce po wojnie działo, pokazująca to na przykładzie Polski powiatowej, kraju małych ojczyzn, w mikroskali. Mamy tu bowiem do czynienia z mikrohistorią, czyli opracowaną przez francuskiego historyka Emmanuela Le Roy’a Laduriego techniką „zadawania wielkich pytań w małych miejscach”. Tradycyjna historiografia interesowała dotychczas tylko wielkimi procesami historycznymi i wybitnymi jednostkami, teraz przyszedł czas, żeby pokazać lokalnych bohaterów. Autor książki „Montaillou. Wioska heretyków 1294-1324”) udowodnił, że historia średniowiecznych wieśniaków może być bardzo ciekawa a jej opis stać się bestsellerem. Ta mikrohistorią okazała się odkryciem, historyczny opis niewielkich przestrzeni terytorialnych i czasowych, silne „zainteresowanie problemami życia codziennego, świadomości, przekonań, obyczajów członków społeczności lokalnych” okazały się bardzo ciekawe. Dotychczas te zagadnienia były najczęściej pomijane przez historyków. Autor bardzo słusznie poszedł tropem francuskiego badacza i wykorzystał jego metodę. Taką właśnie skalę - małą, lokalną, prowincjonalną zastosował. Według mnie z sukcesem. Ta książka to dla mnie także wyjaśnienie genezy i fenomenu „Prowincji”, kwartalnika, który Leszek stworzył i redaguje od 7 lat. Właśnie ukazał się jego 30 numer. Mam zaszczyt współtworzyć ten „tołstyj żurnał”. Nasz kwartalnik to pismo, które buduje środowisko lokalnych autorów, historyków, społeczników - ludzi, dla których prowincja to stan umysłu a nie miejsce. Dziś z lektury książki Sarnowskiego wiem, że bez pism „Sztumska Solidarność” i „Gazeta Sztumska” nie byłoby „Prowincji”. Bez ludzi takich jak (wymienię tylko kilku), jak Wacław Bielecki, Mirosław Melerski, Andrzej Lubiński czy prof. Marian Szarmach, którzy tworzyli wolną prasę w Sztumie nie byłoby fundamentu, na którym dziś budujemy nasze pismo. A jak trudne były początki wolnego słowa, z jednej strony przaśne (prymitywny powielacz) a drugiej wręcz heroiczne (zatrzymania, rewizje i groźby wobec redaktorów w stanie wojennym) możemy przeczytać w specjalnym rozdziale, który autor poświęcił tym sprawom. Fakty, nazwiska, miejsca - Leszek z cierpliwością i dociekliwością kronikarza śledzi, jak Sztumiacy walczyli o wolność. Najwięcej uwagi poświęca okresowi po Sierpniu 1980 r. - relacjonuje dzień po dniu, jak powstawały komórki NSZZ „Solidarność” w regionie, opisuje losy ludzi, wymienia działaczy (dziś często zapomnianych). Pisze o ludziach, którzy ryzykowali życiem i zdrowiem, poświęcali swe kariery, życie osobiste i rodzinne... Właściwie po co? Jaki cel im przyświecał? Co to jest wolność? I czym wolność jest dziś? Ta książka oddaje hołd tym wszystkim bojownikom o wolność, prawdę, prawa pracownicze. Najczęściej nie żadnym herosom, tylko skromnym ludziom, którzy odważyli się wyprostować swe plecy i podnieść czoła. Ryszard Kapuściński nazwał ten okres nader trafnie: „Świętem Wyprostowanych Ramion i Podniesionych Głów”. Dostrzeżenie i przypomnienie a nade wszystko wprowadzenie do historii tych bohaterów to ogromna zasługa 220 Kilka uwag o książce „Sztumska droga do wolności” „Sztumskiej drogi do wolności”. Ale nie tylko, bo książka przynosi także trudne pytania o to, jaka zmiana się dokonała pomiędzy okresem 1980-81 a dniem dzisiejszym. Pyta jak my sami się zmieniliśmy. Jak rozumiemy dziś słowo solidarność, to pisane małą literą. Wtedy można było je zdefiniować przy pomocy cytatu z Nowego Testamentu: jeden drugiego brzemiona noście (Ga, 6,2). Karol Modzelewski w swej książce „Zajeździmy kobyłę historii” wspomina, jak hutnicy strajkowali w imieniu pielęgniarek, bo one przecież nie mogły odejść od łóżek chorych... Tak, takie rzeczy wtedy się zdarzały. Dziś trudno w to uwierzyć. Solidarność to jedno z najpiękniejszych słów, ale ile z niego dziś zostało? Z tamtej czystości, szlachetności, bezinteresowności, braku przemocy, czasem naiwności, czasem głupoty. Zawsze się wzruszam, kiedy po raz kolejny oglądam film „80 milionów”, który dobrze to opisuje. Tę naszą młodość, ten szczęsny czas... Przypomniał mi się tu wiersz Juliusza Słowackiego, który jakoś dziwnie mi tu pasuje. I nie dziwota, bo wielka literatura potrafi nawet po stuleciach powiedzieć nam coś mądrego: Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli, Bośmy się duchem bożym tak popili, Ze nam pogórza, ojczyste grobowce Przy dźwięku fletni skakały jak owce, A górom onym skaczącym na głowie Stali olbrzymy - miecza aniołowie. Ustały dla nas bić godzin zegary, Duch nie miał czasu, a czas nie miał miary; Szedł błyskawicą do wieczności progu Duch - a stał wieczność - kiedy stanął w Bogu. Zaprawdę powiem, bracia moi mili, Żeśmy się duchem przeświętym popili. Teraz jesteśmy z ducha wytrzeźwieni, Bracia rozumni - czciciele pieczeni... W głowach się nie ćmi, jak pierwej, słonecznie, Fletnie nie grają, mogiły śpią wiecznie, Czas nasz zgodzony z ziemi zegarami -Stoim i spiemy... a świat spi pod nami. 1 to jest pytanie do nas, nie do Autora: Jacy wtedy byliśmy - wielcy i śmieszni zarazem (albo mówiąc słowami innego wieszcza: „górni i durni”) i jacy jesteśmy dziś - z ducha wytrzeźwieni czciciele pieczeni. Materialiści, którzy zapomnieli o dawnych ideałach... Sztum ma to szczęście, że oprócz uczonych książek o historii miasta ktoś spisał kilka jego chwil z okresu „burzy i naporu” i przywrócił pamięć wielu zapomnianym bohaterom tamtych lat. PODZIĘKUJMY ZA TO LESZKOWI! 221 Andrzej Lubiński SZTUMU DZIEJE NAJNOWSZE W grudniu 2017 roku ukazała się książka Leszka Sarnowskiego „Sztumska droga do wolności”. To już piąty tom Biblioteki Kwartalnika Prowincja. Przez dłuższy czas autor zbierał materiały do tej publikacji. Wykorzystał nie tylko lokalną prasę, relacje świadków wydarzeń, ale również jako pierwszy sięgnął do źródeł archiwalnych, jakie znajdują się w Archiwum Państwowym w Elblągu z siedzibą w Malborku: Inwentarz nr 454 Komitet Miejsko Gminny PZPR w Sztumie 1975-1986 oraz dokumenty MKZ, TKP NSZZ „Solidarność” w Sztumie, dokumenty NSZZ Solidarność Pracowników Oświaty i Wychowania w Sztumie, dokumenty KZ NSZZ Solidarność Zakładu Przemysłu Rolnego w Czerninie. Ostateczny kształt praca, której fragmenty ukazywały się w „Prowincji”, nabrała w ubiegłym roku. W części wydarzeń autor osobiście uczestniczył, stąd też nie dziwi emocjonalny stosunek w ich opisach. Praca składa się ze wstępu, dziewięciu rozdziałów, bibliografii, indeksu nazwisk. Rozdział pierwszy - „Konspiracja niepodległościowa na ziemi sztumskiej” przybliża czytelnikowi wyzwolenie ziemi sztumskiej, zachowanie Rosjan wobec miejscowej ludności, początki administracji polskiej. Sporo miejsca poświęca działalności oddziału majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” na ziemi sztumskiej. Tu autor sprostował, dzięki moim ustaleniom, nazwisko osoby, jaka do tej pory w opracowaniu Tomasza Łabuszew-skiego i Kazimierza Krajewskiego „Od Łupaszki do Młota 1944 - 1949” występowała, jako Lepisza (właściwie Teodor Lepiesza) oraz podał imię inż. Hoffmana (Alfons). Pierwszy raz obszerniej przedstawia losy innej organizacji konspiracyjnej o kryptonimie „248” i grupę Sałka. Drugi rozdział „Ostatnia dekada PRL w Sztumie” pokazuje Polskę i Sztum w okresie propagandy sukcesu lat siedemdziesiątych. Czytelnik dowiaduje się, kto kierował wtedy w Sztumie komitetem gminnym PZPR i egzekutywą. Ważnym wydarzeniem była „gospodarska” wizyta Edwarda Gierka w Czerninie 26 sierpnia 1974 roku. Dwa lata później, 24 października 1976 roku Sztum konkurował w ramach Banku 440 ze Skwierzyną i zakwalifikował się do finału, który rozegrano we Wrześni w roku 1978. Partia kontrolowała i rozliczała wszystko i wszystkich, np. za niewykonanie planu w rolnictwie za pierwsze półrocze z powodu mrozów (zima stulecia), złe wyniki nauczania w szkole w Nowej Wsi, za brak w szkole w Barlewiczkach organizacji ZSMP dyrektor otrzymał naganę. Po Waldemarze Tyszyńskim I sekretarzem PZPR został 20 listopada 1979 roku Marian Karzar-nowicz. Pierwsze przejawy niezadowolenia społecznego pojawiły się w lipcu 1980 roku, nie spodziewano się, że w połowie sierpnia rozpoczną się strajki, które zmienią sytuację w kraju w różnych dziedzinach życia. Trzeci rozdział opisuje „Narodziny „Solidarności” na ziemi sztumskiej”. Już 15 sierpnia 1980 roku zaprotestowała masarnia w Sztumie, a dzień później Gdańska Fabryka Mebli w Sztumie nr 3. Postulaty były skierowane do dyrekcji zakładu i władz miasta 222 Sztumu dzieje najnowsze i miały one charakter socjalny. 19 sierpnia nie pracowała pierwsza zmiana w POM Górki, Centrala Nasienna, Mieszalnia Pasz i Ferma Tuczu chlewnego. Między 25 a 27 sierpnia zapowiedź strajku zgłosił Zakład Odzieżowy Jantar, Kombinat Rolny Powiśle, Oddział Rejonowy Ruch. O przerwach w pracy dowiadywano się z Radia Wolna Europa i od ludzi pracujących w Gdańsku. W Dzierzgoniu wiadomość o wybuchu strajku w Gdańsku dotarła już 14 sierpnia. Akcje solidarnościowe obok Prefabetu podejmowano w Polarnie, PKS Dzierzgoń, PGKiM. 31 sierpnia 1980 roku odbyła się narada dyrektorów zakładów sztumskich z sekretarzem PZPR, który powiedział, że władze krajowe nie zgodzą się na niezależne związki zawodowe. Pierwsze komisje zakładowe nowych związków powstały we wrześniu, kolejne w październiku. Niektóre organizacje związkowe afiliowały się przy MKZ Gdańsk, inne przy MKZ Elbląg. W Sztumie MKZ powstał 9 października i miał reprezentować Solidarność wobec władz terenowych. W Dzierzgoniu struktury Solidarności organizowali pracownicy Prefabetu. Pod koniec października w Dzierzgoniu powstał Oddział Terenowy podległy MKZ Elbląg. Ważną rolę odgrywał Lech Lepka jako przewodniczący. Bardzo aktywna była „Solidarność” pracowników oświaty i wychowania w Sztumie, która najszybciej się zorganizowała. Liderami byli: Wacław Bielecki, Ryszard Maciejewski, Wanda Bura, Janusz Baranowicz, Barbara Slizień. Wielu nauczycieli było zaangażowanych w tworzeniu i redagowaniu biuletynu „Sztumska Solidarność”. Bardzo aktywną działalność prowadzili członkowie „Solidarności” w Kombinacie Rolnym Powiśle w Czerninie, wymienić tu można Antoniego Filę, Marka Zaleskiego, Ryszarda Orłowskiego, Benedykta Nowaka, Tadeusza Liperta. W rozdziale czwartym „Reporterskim okiem, czyli Sztumska Solidarność 1980-1981” autor przedstawia rolę, jaką odgrywał związkowy biuletyn od powstania nowego ruchu związkowego do stanu wojennego. Poruszano w niej problematykę związkową, kulturalną i oświatową, prowadzono działalność interwencyjną. Sporo miejsca poświęcono I Zjazdowi Solidarności. Ukazały się artykuły o sztumskim periodyku w „Głosie Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Wiadomościach Elbląskich”, „Trybunie Ludu”, „Tygodniku Samorządność” (wcześniej był dodatkiem do „Dziennika Bałtyckiego”). W piątym rozdziale „Nowe przyszło ale stare nie odchodzi” Leszek Sarnowski koncentruje się na pokazaniu, jakimi problemami zajmowała się Terenowa Komisja Porozumiewawcza w Sztumie. Ciekawa jest informacja mówiąca o liczebności „Solidarności”. Na dzień 1 lutego 1981 r. wynosiła 3752 członków, a 15 października 3663. Wydarzeniem o dużym znaczeniu była wystawa zorganizowana 22 lutego 1981 r. pt. „Zapis - Sierpień 80”. Sporo miejsca poświęca autor zjazdowi elbląskiej „Solidarności” (6 czerwca 1981 r.) . Członkiem Zarządu Regionu Elbląskiego wybrano Benedykta Nowaka z Czernina. W Sztumie zostały przeprowadzone wybory do Terenowej Komisji Porozumiewawczej (TKP), gdyż dotychczasowy przewodniczący opuścił Sztum, a kilku członków zrezygnowało. Nowym przewodniczącym został Mirosław Melerski, który zrezygnował z funkcji dyrektora Sztumskiego Ośrodka Kultury. Sporo czasu w pracy TKP zajmowała kwestia poprawy warunków życia mieszkańców. Mirosław Melerski zorganizował w maju festyn, gdzie licytowano „przeżytki socjalizmu”. Jerzy Wesołowski jako święty Mikołaj rozdawał kwiatki na festynie, to wszystko nie podobało się miejscowej władzy. Andrzej Lubiński 223 Sporo miejsca autor poświęcił relacjom władze lokalne a „Solidarność” w roku 1981 oraz wyborom nowych władz partyjnych w gminie. Niektórzy członkowie partii, jednocześnie aktywni związkowcy „Solidarności”, mieli się jednoznacznie określić ideologicznie. Od jesieni obserwuje się zjawisko dążące do siłowych rozwiązań na linii PZPR - związek zawodowy. 8 grudnia rzecznik rządu stwierdził, że NSZZ złamał porozumienia sierpniowe, bo podejmuje walkę z władzą socjalistyczną i walkę o władzę w państwie. Za tydzień wprowadzono stan wojenny. Szósty rozdział opisuje „Stan wojenny w Sztumie”. 13 grudnia stanowił zaskoczenie dla wielu działaczy. Internowani zostali Jan Chojnacki, Benedykt Nowak i Leszek Koszyt-kowski. Z niektórymi działaczami przeprowadzano rozmowy ostrzegawcze, inni byli pod stałą obserwacją organów bezpieczeństwa. Kilku próbowało podjąć działalność konspiracyjną, wydawać pismo „Solidarność Powiśla”, którego żaden numer się nie zachował. Niektórzy działacze związku „Solidarność” oddali legitymacje partyjne, podobnie jak sporo członków partii po wprowadzeniu stanu wojennego. Władze partyjne, chcąc aktywizować społeczeństwo, popierały Obywatelskie Komitety Ocalenia Narodowego, później Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego. Nastąpiły też zmiany na stanowisku I sekretarza: Zbigniewa Wierzbickiego zastąpił Adam Wiśniewski, kolejnym został Bolesław Grabowski. Od czerwca 1983 roku nowym naczelnikiem miasta i gminy została Emilia Kotulska. Do nowych związków zawodowych OPZZ należało 46 proc, pracowników. Autor przybliża czytelnikowi postać Leszka Koszytkowskiego, który był inwigilowany przez Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa w latach 1980-1990. Służby nadały mu kryptonim „Gazeciarz”. Ciekawe są też wspomnienia Leszka Sarnowskiego, kiedy studiował na Uniwersytecie Gdańskim. Rozdział siódmy nosi tytuł: „1989. To był rok”. Autor przedstawia w nim, jak rządzący z oporami dochodzą do przekonania, że należy podjąć rozmowy ze społeczeństwem. Efektem będzie „Okrągły Stół” i jego ustalenia. Dla Sztumu wydarzeniem będzie dzień 18 kwietnia, kiedy nastąpiła ponowna rejestracja „Solidarności” oraz zaczęło się tworzenie się struktur Komitetu Obywatelskiego, powstałego ostatecznie 14 maja. Kierował nim autor książki. Sukces czerwcowych wyborów był oszołamiający i stanowił zaskoczenie również dla tych, co byli w komisjach wyborczych przy liczeniu głosów. Sam w warunkach na wpół konspiracyjnych przekazywałem autorowi wyniki z komisji wyborczej w Postolinie. Były obawy, że mogą być próby sfałszowania wyniku wyborczego. Rozdział ósmy omawia „Wybory samorządowe w 1990 roku”. Relacje między naczelnikiem miasta i gminy Sztum a Komitetem Obywatelskim były życzliwe, wzajemnie uczono się samorządności. Głównym zadaniem było przygotowanie się do wyborów samorządowych wyznaczonych na 27 maja 1990 roku. Zwyciężył Komitet Obywatelski, wprowadzając 12 radnych do Rady Miasta i Gminy (na 24). Do KO dołączy jeszcze dwóch radnych z „Solidarności” Rolników Indywidualnych. W czerwcu 1990 roku odbył się wybór nowego burmistrza zgłosiło się czterech kandydatów. Burmistrzem został Antoni Fila, jego zastępcą Waldemar Wnuk. Przewodniczącym Rady został Wacław Bielecki. Pierwszy burmistrz po 9 miesiącach zrezygnował z tej funkcji i wybrano Waldemara Wnuka. Jednym z ważniejszych zadań, jakie stanęły przed nową władzą było wprowadzenie nowego 224 Sztumu dzieje najnowsze podziału administracyjnego kraju, czyli powstanie powiatów. Autor nie ukrywa, że w łonie KO były spory, które doprowadziły do jego upadku. W nowych wyborach samorządowych w roku 1994 władzę przejęła koalicja PSL-SLD i część niezależnych, a burmistrzem został Krzysztof Mroczkowski, zastępcą Leszek Tabor, przewodniczącym Rady Zbigniew Zwolenkiewicz. W rozdział dziewiątym „Prasa samorządowa w Sztumie 1989 - 1994” autor przedstawia, jakie problemy nurtujące społeczeństwo były podejmowane na łamach prasy. Obok problematyki lokalnej pojawiała się też ogólnokrajowa - przy okazji pierwszych wyborów prezydenckich w listopadzie 1990 r. oraz wyborów o sejmu 27 października 1991 i 19 września 1993. W tych latach były wydawane dwa tytuły „Sztumska Solidarność” oraz jej następca „Gazeta Sztumska”. Redaktorem naczelnym obydwu pism był Leszek Sarnowski, a od maja 1993 Barbara Nehring, po niej Maciej Klewicz. Ale były też inne wydawnictwa. Sztumski Ośrodek Kultury zaczął wydawać od 1991 roku „Nowiny Kulturalne”. Leszek Michalik z bratem Sławomirem czasopismo „Kayas Ochi”. W 1993 pojawił się jako efemeryda Kwartalnik Artystyczno-Literacki „Mucha”. Od roku 2010 ukazuje się nieprzerwanie „Prowincja. Kwartalnik Społeczno-Kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław”. Prezentowana publikacja po raz pierwszy przedstawia najnowsze dzieje dotyczące Sztumu, a kolejni autorzy będą musieli się do niej odwoływać i pewnie wprowadzą uzupełnienia czy korekty. Z niektórymi ocenami autora można polemizować, choćby, gdy pisze, z jaką to łatwością władze pozbywały się ze Sztumu ludzi kreatywnych i twórczych. Np. redagującą gazetę Barbarę Nehring nikt nie zmusił do wyjazdu, po prostu jej mąż Przemysław otrzymał asystenturę na uniwersytecie w Toruniu (dziś jest tam profesorem). Inicjatorką Przeglądu Sztuki Więziennej była Krystyna Błaszczyk-Ryszkowska, o czym można przeczytać w kilku katalogach. W wykazie literatury zabrakło pozycji wydanej w roku 2006 r. pt. „Szesnaście miesięcy wolności -„Solidarność” w województwie elbląskim” pod red Janusza Hochleitnera oraz „Materiałów na XVI Powiatową konferencję sprawozdawczo wyborczą, Sztum styczeń 1975 r.” W indeksie osób ta sama osoba występuje pod dwiema postaciami raz jako nauczycielka z Ryjewa Jadwiga Hresiukowicz (strony 181, 274), drugi raz jako Hresiukiewicz (strony 180, 191). W rozdziale drugim na stronie 53 na zdjęciu nie wszystkie osoby są prawidłowo zidentyfikowane. Pierwsza od lewej to dyrektorka przedszkola Danuta Wilczyńska, obok niej mgr inż. Andrzej Wójcicki, dyrektor Kombinatu Jan Grzywacz, z tyłu częściowo zasłonięci to inż. Brunon Sarnowski i Eugeniusz Rykowski, przewodniczący Związków Zawodowych i Henryk Sliwowski, wojewoda gdański, nie ma tam Tadeusza Bejma. Na stronie 83 widnieje tylko podpis „Zbudujemy drugą Polskę”, a na zdjęciu są: Piotr Migacz, przewodniczący powiatu, Wiktor Sycz, przemawia I sekretarz Michał Banaszewski, Zdzisława Nowak i Jan Oleksa. I jeszcze jedno uzupełnienie - ciekawostka. Udało mi się rozszyfrować jednego z redaktorów Gazety Sztumskiej. Drukowane były tam teksty pod tytułem „Blagi myśliwskie”, podpisywane przez tajemniczego Chłysta. Okazuje się, że pod tym pseudonimem skrywał się wówczas Zbigniew Zwolenkiewicz, sztumski nauczyciel i myśliwy. Mimo tych drobnych uwag warto polecić czytelnikom tę pozycję. Recenzje Aleksandra Buła PRZYSZŁA PORA NA „PORWANIE” Agnieszka Pietrzyk, Porwanie, Poznań 2018, Czwarta Strona. Para śledczych - prokurator Milena Łem-picka-Krol i komisarz Kamil Soroka, powraca w najnowszej książce Agnieszki Pietrzyk pt. „Porwanie”. Po „Śmierci kolekcjonera” to drugi kryminał autorki, którego akcja rozgrywa się w Elblągu, a jednocześnie trzecia jej książka dzicjąca się w tym mieście. Pomiędzy tymi dwoma kryminałami Elbląg stał się jeszcze tłem wydarzeń w thrillerze psychologicznym Czas na miłość, czas na śmierć. We wcześniejszych książkach Agnieszka Pietrzyk akcję swoich powieści umieszczała a to na Mazurach, a to na niedalekiej Mierzei, jakby dojrzewając powoli do decyzji, żeby dać w końcu szansę swojemu rodzinnemu miastu. Tak się wreszcie stało i teraz również Elbląg - wzorem Skandynawii, gdzie prawie każde miasto i miasteczko ma swój kryminał - może się szczycić “swoją” kryminalną serią. Wielu autorów kryminałów, jak Katarzyna Bonda, Wojciech Chmielarz czy Zygmunt Miłoszewski, stawia na lokalność i umieszcza akcję swoich książek poza dużymi aglomeracjami, także na prowincji. Cieszą się one niesłabnącą popularnością. Czy seria z prokurator Mileną Łempicką-Krol i komisarzem Kamilem Soroką rozsławi Elbląg? Fabuła Porwania została zarysowana wokół porwania siedmiomiesięcznego Tymka - dziecka przedsiębiorcy Seweryna Maja i jego małżonki Marty. Ojciec dziecka, borykający się z problemami finansowymi postanawia upozorować porwanie syna i wyłudzić pieniądze na okup od swojego brata Roberta, właściciela tartaku, któremu powodzi się dużo lepiej. Cała historia zaczyna się jednak coraz bardziej komplikować i wymykać spod kontroli. W trakcie prowadzonego dochodzenia poznajemy całą rodzinę Majów i relacje panujące między nimi. Oprócz wątku kryminalnego, na plan pierwszy wysuwają się skomplikowane stosunki rodzinne i sprawy z przeszłości każdego z bohaterów. Autorka zastosowała tu koncept z poprzednich książek, zawężając krąg podejrzanych do paru osób. „Statystyki były nieubłagane, mówiły, że motywu porwania trzeba szukać w rodzinie ofiary”. Pomysł na fabułę z wykorzystaniem motywu porwania, choć wydawał się bardzo oklepany, wyszedł autorce naprawdę dobrze. To dzięki wątkom z pościgiem za porywaczami i przekazywaniem okupu, poznajemy nic tylko topografię Elbląga, ale i jego okolice. Akcja dzieje się na Wysoczyźnie Elbląskiej, w pobliskich Raczkach Elbląskich, ale i samego miasta jest tu dużo więcej niż w Śmierci kolekcjonera. Jak wypada Elbląg? Chyba całkiem nieźle: „W czarnej wodzie odbijało się światło lamp ze zwodzonych mostów i nadrzecznej promenady. Iluminacja godna Rotterdamu”. 226 Recenzje Agnieszka Pietrzyk nie boi się poruszać trudnych tematów, w Czas na miłość, czas na śmierć to eutanazja, w „europejskiego miasta portowego, chociaż nocą kawałek Elbląga przypominał Rotterdam”. Autorka, tak jak w poprzedniej częs'ci, próbuje przemycić trochę historii Elbląga - tu za sprawą jednego z bohaterów, Jerzego Maja, niegdyś funkcjonariusza SB, pojawia się m.in. wątek strajku w Zakładach Mechanicznych Zamech z roku 1976. Porwaniu” pojawia się temat przemocy domowej, wykorzystywania seksualnego i porywania dzieci dla okupu, ten ostatni ważny też z uwagi na osobę prokurator Mileny Łempickiej-Krol, której dziecko w przeszłości zostało uprowadzone przez jej męża. Dynamicznie tocząca się akcja, bardzo ciekawie rozwinięte wątki z poprzedniej części, związane z parą śledczych, jak i innymi postaciami (choćby sędzią Edwardem Lasockim i jego synem Patrykiem) - to tylko niektóre z powodów, dla których wraz z zakończeniem książki, chce się poznać ciąg dalszy losów jej bohaterów. Na całe szczęście wszystko wskazuje na to, że będą one kontynuowane i oby tylko autorka nie kazała nam zbyt długo czekać. Andrzej Kasperek TIEGENHOF | NOWY DWÓR GDAŃSKI |1945 Marcin Owsiński „Tiegenhof | Nowy Dwór w 1945 roku. Koniec i początek miasta na Żuławach", Sztutowo 2017, s. 184 (ponad 70 ilustracji). Dzięki książce Marcina Owsińskiego biblioteczka książek o Nowym Dworze Gdańskim powiększyła się o nowy tom. W 2001 r. ukazał się Tiegenhof — Nowy Dwór Gdański" Grzegorza Goli i Marka Opitza a w 2015 r. Łukasz Kępski opublikował „Historię nowodworskiego herbu”. Pierwsza publikacja w przystępny sposób opowiadała historię miasta, zajmowała się mieszkańcami (rozdziały: „Dom”, „Religia”, „Wypoczynek”), przemysłem, szkolnictwem... Wielką zaletą tej książki było udostępnienie ogromnej ilości ilustracji. Ale to dwujęzyczne wydawnictwo kończyło się na okresie przedwojennym. Była to jak gdyby polska kontynuacja wydanego w 1985 r. w RFN albumu Guntera Jeglina „Tiegenhof und der Kreis Grosses Wer-der in Bildern”1. 1 „Nowy Dwór i powiat Wielkie Żuławy w ilustracjach Marcin Owsiński Tiegenhof | Nowy Dwór w 1945 roku Koniec i początek miasta na Żuławach Stutthof Recenzje 227 We wstępie autor pisze, że ogrom zebranego przez niego materiału (czytelnicy „Prowincji” już w 2013 r. mogli przeczytać jego artykuł o Pionierskich czasach Nowego Dworu Gdańskiego) i przekonanie o zapotrzebowaniu na książkę o najnowszej historii miasta i regionu spowodowały, że sięgnął po ten temat. Okazało się, że miał nosa, bo książka cieszy się ogromna popularnością - sprzedano cały nakład. Brawo! Marcin Owsiński przyzwyczaił nas do swego solidnego warsztatu historyka. Autor sięgnął do źródeł z dziesięciu archiwów, przekopał się przez powojenne roczniki „Dziennika Bałtyckiego” i pisma ziomkostwa Żuławiaków i no-wodworzan „Tiegenhófer Nachristen” a także kilkadziesiąt tomów opracowań, wspomnień, dzienników. Przygotowania wymagały licznych lektur po polsku, niemiecku i rosyjsku. Żałuję, że dr Owsiński nie uwzględnił w bibliografii „Wspomnień żuławskich” Stanisławy i Andrzeja Doleckich (1989). To małżeństwo przybyło do miasta już lipcu 1945 r. i pozostało w nim. Ich opis „republiki żuławskiej” jest doprowadzony do Wielkanocy 1946 r. To bardzo ważna i ciekawa relacja; być może kiedyś napi-szę o niej dla czytelników „Prowincji”. Autor przyzwyczaił nas już do swej metody, żeby pokazywać wielką historię przez losy zwykłych ludzi. Pierwsza (niemiecka) część jest zbudowana nie z dokumentów urzędowych (zostały zniszczone w czasie wojny), ale z relacji mieszkańców — autor korzysta ze wspomnień byłych nowodworzan drukowanych w „Tiegenhófer Nachristen”. Nie rozumiem jednak, dlaczego pozbawia często nazwisk ich autorów i zamiast nich używa pe-ryfrazy np. „jedna z miejscowych nauczycielek”. Bardzo ciekawe okazały się wspomnienia Alfreda Rosę2, opublikowane dopiero 41 lat po wojnie przynoszą świetny zapis zdobywania miasta, wypędzenia jego mieszkańców 2 Relacja jest dostępna w oryginale w numerze 27 z 1986 r, można ją znaleźć pod adresem: https://www.tiegen-hof.de/archiv/mitteilungen-und-tiegenh%C3%B6fer--nachrichten/von-1985-bis-2015-die-tn-26-bis-tn-56/. Może warto ten ciekawy tekst przetłumaczyć i opublikować w „Prowincji”. Zawiera on wiele interesujących informacji. i powrotu do miasteczka; widziane jest to oczyma czternastoletniego chłopaka, który horroru wojny doświadcza tylko z bratem, ojciec gdzieś na froncie, matka aresztowana przez niemiecką policję za zabranie żywności z rozbitego sklepu. Najkrótszy jest 2. rozdział poświęcony kilku miesiącom władzy zwycięzców. Największym problemem jest tu brak źródeł - Rosjanie niechętnie udostępniają je obcym historykom; badacze zmuszeni są posiłkować się rozproszonymi w internecie odpryskami, czasem ktoś napisał wspomnienia, ktoś wrzucił ciekawe zdjęcia do sieci, np. Facebook jakiś czas temu opublikował zdjęcia zalanych Żuław zrobione przez rosyjskich żołnierzy. Dla dzisiejszych czytelników najciekawszy okazał się ostatni, polski, rozdział, bo to historia ich dziadków i ojców. To emocje, które sprawiają, że tak dobrze przyjął się w Nowym Dworze Dzień Osadnika. Od autora wiem, że po spotkaniach często podchodzili do niego czytelnicy i oferowali, że udostępnią mu stare zdjęcia i dokumenty. Może będzie więc wydanie drugie poszerzone? Warto o tym pomyśleć. Autor z cierpliwością archeologa rekonstruuje z małych skorupek obraz tych miesięcy. Śledzi dokumenty urzędowe, kroniki szkolne i parafialne... Pisze o pierwszej mszy, śledzi losy ostatniego niemieckiego proboszcza i pierwszego polskiego, opisuje pierwszą lekcję w tutejszej Szkole Powszechnej, dokumentuje skrupulatnie procesy demograficzne (ubywa Niemców - przybywa Polaków). Wspomina o pladze szabrowników, o przybywaniu i ucieczce (przerażonych trudnościami) osadników. Odnotowuje pierwsze urodziny (mała Jadzia urodziła się 14 października 1945 r.) i pierwszy pogrzeb. W zasadzie wszystko było wówczas pierwsze... Książka ma charakter kroniki - rzetelny kronikarz zapisuje sumiennie każdy dzień i kończy 3 stycznia 1946 r., to data z dokumentu, sprawozdania za mijający rok, złożonego przez starostę gdańskiego. To w nim znajdzie-my pierwsze podsumowanie rodzącego się polskiego życia na Pomorzu. 228 Recenzje Mimo drobnych uwag, które zgłaszałem wcześniej, uważam, że pojawiła się dobra książka, która w ciekawy sposób opisuje skomplikowaną historie żuławskiego miasteczka. Takich miejscowości na tzw. Ziemiach Odzyskanych było bardzo wiele, ale nie każda miała szczęście trafić na dobrego historyka. Jan Chłosta BIOGRAFIA WOJCIECHA KĘTRZYŃSKIEGO Stanisław Achremczyk, Wojciech Kętrzyński. Kustosz narodowej pamięci, Kętrzyn 2018, s. 320. Stanisław Achremczyk, w wydanej z okazji setnej rocznicy śmierci Wojciecha Kętrzyńskiego (15 stycznia) książce, ujął pracowite życie i nadzwyczajne dokonania tego wybitnego historyka. Wykorzystał w niej wszystko to, co dotąd napisano o nim i potrafił to przedstawić w sposób nadzwyczaj komunikatywny. Wyraźnie wskazał na kolejne etapy stawania się przez Kętrzyńskiego historykiem: od lat szkolnych w rodzinnym Giżycku, wtedy jeszcze Lecem zwanym, po naukę w dawnym Rastenburgu, które to miasto na jego cześć nazwano Kętrzynem, gdzie dowiedział się z listu siostry Wilhelminy o swoim polskim rodowodzie: jak z von Winklera stał Kętrzyńskim i zaczął się uczyć języka polskiego, po lata studiów na Uniwersytecie Królewieckim, naruszone zaangażowaniem w powstanie styczniowe. Przez to spędził cały rok uwięziony w twierdzy kłodzkiej, co następnie przekreśliło pozyskanie przez niego katedry historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, niełatwą drogę bibliotekarza i wędrownego nauczyciela, wreszcie owocne lata pracy w Zakładzie Naukowym im. Ossolińskich we Lwowie, poczynając od sekretarza do dyrektora tej zasłużonej dla kultury polskiej placówki. „Piastując stanowisko [dyrektora] stał się jednocześnie strażnikiem narodowej spuścizny. Za jego czasów zbiory biblioteczne i muzealne powiększyły się kilkakrotnie. Napływały dary Stanisław Achremczyk WOJCIECH KĘTRZYŃSKI kustosz narodowej pamięci nie tylko szlachetnych rodów, ale i z zagranicy. Gromadzono w Ossolineum ważne dokumenty i książki o historii Polski, ale i krajów ościennych. Sam Kętrzyński każdego roku wyjeżdżał na kwerendy archiwalne, odkrywał niezwykłej wagi dokumenty, książki, kopiował, by wszystko było w Ossolineum. Kętrzyński to człowiek niezwykle pracowity, systematyczny w działaniu, sumienny, oddany instytucji. Był wydawcą źródeł, autorem licznych artykułów, książek ”. Recenzje 229 Nigdy nie zapomniał jednak o swej mazurskiej ojczyźnie. Nie tylko ogłaszał naukowe rozprawy i artykuły dotyczące pruskich ziem, ale w publikacjach prasowych zwracał uwagę na położenie ludności mazurskiej. Jego publicystyka i reportaże historyczne sprawiły, że Polacy pod zaborami: pruskim, rosyjskim i austriackim dowiedzieli się, że w dawnych Prusach Wschodnich nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi żył lud mówiący po polsku i nakłaniał do wspierania tam tracących swoją narodowość. Próbował nakłonić Marcina Giersza do wydawania polskiej gazety, a kiedy ten odmówił, to wspierał Jana Karola Sembrzyckiego w wydawaniu „Mazura”. Przez to nazywano Kętrzyńskiego rewindykatorem polskości na Mazurach. Wojciech Kętrzyński był i jest dotąd uznawany za wybitnego mediewistę, zajmującego się dziejami średniowiecza. Został historykiem z zamiłowania i wyboru. Był bibliotekarzem, edytorem źródeł i wydawcą. Placówką lwowską kierował przez 42 lata. Swój dorobek zamknął aż 245 rozprawami, artykułami recenzyjnymi i wydawnictwami. Przez liczne podróże naukowe stał się nieocenionym znawcą zasobów prawie wszystkich archiwów i bibliotek nie tylko na ziemiach polskich. Dla współczesnych, moim zdaniem, wciąż wyjątkowe znaczenie posiadają dwa jego dzieła: Nazwy miejscowe Prus zachodnich, wschodnich i Pomorza wraz z przezwiskami niemieckimi (1879), którego wydanie tak uzasadnił: „Rządy niemieckich krzyżaków wycisnęły piętno niezatarte krajom ich berła podległym. Osiedlając Niemców i zaprowadzając język niemiecki jako urzędowy, nadały nie tylko ziemiom zajętym przez Prusaków, ale i ziemiom odwiecznie polskim pewien charakter niemiecki, który objawił się mianowicie w nazwach miejscowych. W mowie niemieckiej i w pismach niemieckich nazwy polskie przejęły formy i zakończenia niemieckie i często zastępowano je nazwami czysto niemieckimi. Co wieki uświęciły, nie dało się od razu usunąć, gdy rządy znów polskie nasrały, a choć nazwy miejscowe polskie w życiu prywatnym i publicznym odzyskały pierwszeństwo, to jednak światu były nieznane, bo i po upadku krzyżaków głównie Niemcy zajmowali się dziejami tych krain, wydawali mapy i w ten sposób ustalili charakter niemiecki okolic polskich.”1 Przyznał przy tym, że pracując nad rozwojem kolonizacji na obszarze prowincji wschodniej miał trudności z identyfikacją nazw polskich i niemieckich wsi. Do tej pracy wciągnął wielu swoich korespondentów, którzy mu przekazywali dawne i współczesne nazwy miejscowość. Drugim to obszerne studium: 0 ludności polskiej w Prusiech niegdyś krzyżackich (1882). Ta obszerna źródłowa praca została zresztą w opracowaniu Grzegorza Białuńskiego powtórnie wydana w 2009 roku przez Ośrodek Badań Naukowych w Olsztynie. Wiele zawartych w niej ustaleń Kętrzyńskiego nie straciło aktualności. Wykorzystał tysiące dokumentów. Autor potwierdził w tej książce, że Krzyżacy zdobyty kraj następnie skolonizowali, sprowadzając na te ziemie nie tylko osadników z Niemiec, lecz również z Polski i Litwy, a tubylców, czyli pogańskich Prusów nie tylko wytępili, ale też zasymilowali z większością niemiecką lub polską. Poza tym z całą otwartością napisał, że Zakon nie germanizował osiadłych tu Polaków i Litwinów. Proces germanizacji mieszkańców tych ziem nastąpił znacznie później, u schyłku XVIII i przede wszystkim w XIX wieku. Bogato ilustrowaną (ponad 140 fotografii) książkę profesora S. Achremczyka o Kętrzyńskim można uznać za nadzwyczaj trafne wprowadzenie do obchodów 180 rocznicy urodzin tego wielkiego historyka (11 lipca). Z tej okazji w Olsztynie zapowiedziana została sesja naukowa połączona z półwieczem istnienia Towarzystwa Naukowego i Ośrodka Badań Naukowych, którym przecież Wojciech Kętrzyński patronuje. 1 W. Kętrzyński, Przedmowa, w: Nazwy miejscowe polskie Prus zachodnich, wschodnich i Pomorza wraz z przezwiskami niemieckimi, Lwów 1879, s. 5. 230 1. 2. 3. „Wielorzecze” II OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI "WIELORZECZE” REGULAMIN Organizatorem Konkursu jest Stowarzyszenie „Alternatywni” z siedzibą w Elblągu. W Konkursie mogą wziąć udział autorzy, którzy ukończyli 15 lat niezależnie od przynależności do związków i stowarzyszeń twórczych. Warunkiem uczestnictwa jest nadesłanie listem zwykłym zestawu trzech wierszy w formie wydruku komputerowego w języku polskim w trzech egzemplarzach każdy opatrzonych godłem (pseudonimem) z dopiskiem na kopercie „Konkurs poetycki” oraz obowiązkowym oznaczeniem kategorii (I; II lub IR; IIR) do 15 czerwca 2018 (decyduje data stempla pocztowego). W załączo- nej kopercie opatrzonej tym samym godłem należy umieścić: imię i nazwisko, adres, adres e--mail, numer telefonu oraz podpisane oświadczenie: „Oświadczam, że jestem autorką/autorem wierszy nadesłanych na Konkurs. Wiersze nie były wcześniej publikowane w wydawnictwach zwartych i nagradzane na innych konkursach”. UWAGA! W przypadku osób niepełnoletnich - oświadczenie musi być podpisane przez opiekuna prawnego. 4. Zestawy należy przesłać na adres Organizatora: Stowarzyszenie „Alternatywni” Izabela Kor-dalska, ul. Chrobrego 32D, 82-300 Elbląg 5. Wiersze będą oceniane w następujących kategoriach: I - młodzież, czyli osoby w wieku 15-19 lat II - osoby dorosłe R - poeci regionu, czyli twórcy mieszkający na terenie Warmii, Żuław, Powiśla (ta kategoria jest elementem dodatkowym, uściślającym dwie pozostałe) 6. Pula nagród wynosi - 6000 zł 7. Rozstrzygnięcie Konkursu nastąpi w trakcie VI Festiwalu Literatury „Wielorzecze”, który odbędzie się w Elblągu w dniach 21-23 września 2018. 8. Uczestnicy Konkursu wyrażają zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych w zakresie koniecznym do prawidłowej współpracy z Organizatorem, zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 r. o ochronie danych osobowych Dz. U. nr 101 z 2002 r., poz. 926 z późniejszymi zmianami. 9. Pełna treść regulaminu dostępna jest pod adresem https://goo.gl/YKUdaK 10. Na wszelkie pytania odpowiada Sekretarz Konkursu, Izabela Kordalska stowarzyszenie.alter-natywni@gmail.com Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Aleksandra Buła - z wykształcenia filolog polski, od zawsze z głową w „książkach”, zawodowo związana z Bibliotekę Elbląską im. C. Norwida, gdzie pracowała jako bibliotekarz, a od paru lat zajmuje się promocją i organizacją wydarzeń. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995} leksykonów — Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’i ludziach z nią związanych. Rafał Cybulski — ur. w 1975 r. w Golubiu—Dobrzyniu. Studiował historię na UG. Dziennikarz „Kuriera Kwidzyńskiego”, „Kuriera Powiatu Kwidzyńskiego” i „Dziennika Bałtyckiego”. Mieszka w Kwidzynie. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Jarosław Denisiuk - absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL, historyk i kurator sztuki. Redaktor przewodnika „Otwarta galeria. Formy przestrzenne w Elblągu” oraz publikacji Elbląg konceptualny i Notatnik Robotnika Sztuki. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskirp. Kordian Kuczma - doktor nauk politycznych, publicysta „Skarpy Warszawskiej” i „Koncept - Gazeta Akademicka”, przewodnik po Muzeum Stutthof. Leszek Kunda - ur. w 1964 r. w Grudziądzu, absolwent London College of Printing and Distributive Trades przy London Institute (dziś: University of the Arts, Londyn), Wydziału Prawa i Finansów Uniwersytetu Bournemouth (Wlk. Brytania), Politechniki Warszawskiej (eBiznes). W latach 1987-1990 współpracownik magazynu muzycznego „Non Stop”. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie. Absolwent historii na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Autorksiążki W ich snach powracała Polska. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku. Mieszka w Malborku. Halina Łukawska - emerytka, pochodzi z Osieka nad Wisłą, od przeszło 30 lat mieszka w Malborku. Dorota Maluchnik - ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na UJ w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Publikacje w „Regionach elbląskich”. Nagroda poetycka w 2001 w Kaliszu oraz amerykańskiego portalu critics award. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Grażyna Nawrolska — ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście 232 Noty o autorach w Elblągu. Od 2010 roku pracowała w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski — ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa T urystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Andrzej Podolski — ur. w 1950 roku w Sztumie. Ojciec Bartosza i Magdaleny, dziadek czterech wnuczek. Aktywny emeryt interesujący się historią i turystyką. Uczestnik licznych wypraw konnych i rowerowych, zarówno krajowych jak i zagranicznych. Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy — pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806—1945 (2014). Bogumiła Salmonowicz — zawodowo związana jest z Elblągiem. Z wykształcenia i zamiłowania pedagog i te-rapeutka. Pracuje jako nauczyciel akademicki w PWSZ w Elblągu. Od kilku lat aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. Autorka kilku książek poetyckich: BoSa, (2014), Abrazje (2016), Femoglobina. (2018). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Autor książki Sztumska droga do wolności. Jacek Schirmer — ur. w 1947 r. w Olsztynie. Absolwent (1971) Wydz. Handlu Zagranicznego SGPiS. Pracownik naukowy Instytutu Geografii PAN w Warszawie w 1. 1971-79 i 1986-94, gdzie w 1977 r. uzyskał stopień doktora n. geograficznych. W latach 1979-1986 wykładał na Uniwersytecie Houari Boumediena w Algierze. Od 1994 roku na Uniwersytecie w Liege (Belgia) — profesor i kierownik Katedry Geografii Człowieka. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Liege. Związany rodzinnie i sentymentalnie z Ziemią Sztumską Teodor Sejka— ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w „Slavia Orientalis”, „Rycerzu Niepokalanej” i „Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Andrzej Stachowiak — ur. w 1972 r. w Poznaniu, etnolog i filozof, absolwent UAM w Poznaniu, badacz niezależny, związany z Polskim Towarzystwem Ludoznawczym w Gdańsku. Zainteresowania badawcze: kultura Łemków, religijność Polaków i Europejczyków, dziedzictwo kulturowe i sztuka ludowa na Pomorzu, zapomniane cmentarze Ziem Zachodnich (w szczególności na Powiślu). Łukasz Staniszewski — ur. w 1975 r. w Olsztynie. Absolwent filologii polskiej na UMK w Toruniu. Autor sztuk teatralnych, opowiadań, reportaży radiowych, słuchowisk, wywiadów i błoga artystycznego. Autor zbioru opowiadań Małe Grozy, poświęconego tematyce warmińskiej. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marian Szarmach - ur. w 1939 r. w Łasinie. Filolog klasyczny. W 1971 obronił na UMK doktorat z tragedii greckiej pod kierunkiem prof. Zofii Abramowiczówny, a w 1978 uzyskał habilitację. W 1990 uzyskał tytuł naukowy profesora nauk humanistycznych. Był wykładowcą w Katedrze Filologii Klasycznej UMK w Toruniu. Jest autorem monografii, wielu przekładów, a także ok. 130 artykułów w czasopismach polskich i zagranicznych. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Sztumie. Czesław Mirosław Szczepaniak — ur. w 1954 r. Debiutował tomem poezji Mieliśmy białe ściany w 1977 roku, dobrze przyjętym przez krytykę. Od tamtej pory wydał ponad 150 książek, z czego większość nakładem własnym. Honorowy Obywatel Miasta Tarczyna. Paweł Wielopolski — ur. 1988. Ukończył filologię polską i etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest redaktorem językowym i freelancerem. Współpracuje z takimi wydawnictwami, jak Wydawnictwo Naukowe PWN, Wydawnictwo Sine Qua Non i Wydawnictwo BOSZ. Miłośnik literatury o tematyce filozoficznej i fantastycznej. W wolnych chwilach pisze i zwiedza Żuławy. Bogumił Wiśniewski — ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Dominik Żyłowski - absolwent filozofii, bibliotekarz, fotografik z zamiłowania. Pracownik Biblioteki Elbląskiej. Mieszka w Elblągu.