KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ■ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2017 roku” Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i jWitold Zapolski-Downar| WOJHÓDZUIHIEJSU IIIUOTEU FUIOA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT 58 301*48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 4 (30) 2017 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Aleksandra Paprot Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: prace plastyczne Mariusza Stawarskiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku: KIMSO Marcin Żakiewicz Druk i korekta: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Żuławskiemu Ośrodkowi Kultury w Nowym Dworze Gdańskim, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Trzydziesta „Prowincja”.......................................................5 Poezja Radosław Wiśniewski........................................................6 Paweł Nieczuja-Ostrowski...................................................8 Ewelina Dysko.............................................................10 Proza Marek Stokowski — Piszczałka, Ślimak, Łosie...............................14 Agnieszka Korol — Zamczysko............r..................................16 Tomasz Wandzel - Wróble...................................................22 Piotr Napiwodzki - Wilhelm z Modeny i Guglielmo z Piemontu, część 2.......26 Esej ( Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................32 Na tropach historii Arkadiusz Wełniak - Efekt drzewka, albo o genealogii bardzo praktycznej...38 Bogumił Wiśniewski - Klasztorek - wieś bogata w historię..................46 Janusz Namenanik - Cech dzierzgońskich stolarzy w 1900 roku...............52 Grażyna Nawrolska - Dziecięcy świat w średniowiecznym Elblągu.............58 Jan Chłosta - Polski Konsulat w Kwidzynie w latach 1920-1939..............64 Teodor Sejka - Początki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej....................70 Andrzej Lubiński - Z dziejów sztumskiego rzemiosła........................76 Wędrówki po prowincji Andrzej Kasperek - Mój dom 1930...........................................81 Sylwia Stankiewicz - Bana już dawno tędy nie jeździ.......................89 Maciej Grochowski - Kajakowe spływy wodami Żuław..........................95 Piotr Podlewski — Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 2...100 Andrzej Kasperek - Neuteich - Nytych - Nowy Staw.........................107 Janusz Ryszkowski - Kawiarniane życie Rodziewicza........................117 Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski - Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017.122 Wspomnienia Halina Łukawska - Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2...........147 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 3, z Edwardem Hulewiczem rozmawia Leszek Kunda..........................161 Sylwetki Stanisława Wojciechowska-Soja - Jak Ludwik Zamenhof odmienił jej życie..172 Andrzej Kasperek - Wolfgang żuławiak z wyboru...........................181 Galeria Prowincji Agnieszka Albrecht - Księżyc w labiryncie. Malarstwo Mariusza Stawarskiego w malborskim zamku...................189 Muzyka Wacław Bielecki - Klasyka na żywo i z mediów............................193 Rozmowy Od kabaretu do Internetu, z Magdą Mikołajczyk, standuperką i blogerką, rozmawia Agata Kopczyńska....................202 Recenzje Andrzej Kasperek - Nowe książki o Żuławach..............................207 Jan Chłosta - Odkrywanie historii Powiśla...............................210 Krystian Zdziennicki - Sześć wieków Sztumu..............................212 Andrzej Lubiński - Myśliwi z historią...................................216 Noty o autorach........................................................ 218 TRZYDZIESTA „PROWINCJA” Idzie zima. Idą święta. Czas na prezenty. Spieszymy z naszym kwartalnikiem. Dobra okazja, żeby ludziom życzliwym zanieść dobrą nowinę prowincjonalnych treści. A dużo się dzieje. Bo w poezji same nowości: Ewelina Dysko, Paweł Nieczuja-Ostrowski, Bartek Wiśniewski. Sami debiutanci, przynajmniej u nas. Polecamy. Proza to nasz stały bywalec i redakcyjny kolega Marek Stokowski, filozof Piotr Napiwodzki na tropach Wilhelma z Modeny i Guglielma z Piemontu i przyjaciele z ziemi prabuckiej Agnieszka Korol i Tomek Wandzel. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem o aktorstwie, Różewiczu i Rimbaud. W historycznej części Arkadiusz Wełniak o sztuce genealogii praktycznej, Jan Chłosta o konsulacie polskim w przedwojennym Kwidzynie, a Janusz Namenanik i Andrzej Lubiński o rzemieślnikach w powiecie sztumskim. Archeologiczne wieści mają dla Państwa: Bogumił Wiśniewski, o wsi Klasztorek pod Kwidzynem i Grażyna Nawrolska o dziecięcym świecie w dawnym Elblągu. Janusz Ryszkowski nadal śledzi podróżnych na stacji kolejowej w Mleczewie. Sylwia Stankiewicz z rozrzewnieniem wspomina czasy pociągowych podróży do Dzierzgonia przez Waplewo, a Piotr Podlewski wiedzie nas po bezdrożach ziemi sztumskiej w poszukiwaniu historycznego ge-nius loci. Nasz redakcyjny żuławiak Andrzej Kasperek odwiedza przed- i powojenny Nowy Staw, a także nowodworski dorn z 1930 roku. Polecamy szczególnej uwadze nasz nowy cykl autorstwa Krzysztofa Czyżewskiego, który wędrując po prowincjach świata zaprasza nas na swoje bezdroża, słowem i obrazem (fotografią) opisując swoje globtroterskie wrażenia. Kontynuacje to wspomnienia Pani Haliny Łukawskiej z Malborka z robót przymusowych, ale też piórem Leszka Kundy, opowieści bożyszcza tłumów z lata 70-tych, czyli Edwarda Hulewicza, kwidzynianina z urodzenia. Na prowincji wszystko zdarzyć się może, także to, że każdy z Czytelników może stać się autorem czy bohaterem kwartalnika, bo oto Stanisława Wojciechowska-Soja kreśli, jak zwykle dociekliwie, wizerunek naszej stałej Czytelniczki, czyli Heleny Biskup, która dzięki esperanto, odnalazła sens życia. W Galerii Prowincji z okazji trzydziestego (znów mały jubileusz) numeru prezentujemy sylwetkę naszego „nadwornego” malarza, czyli Mariusz Stawarskiego, którego okładki od początku nam towarzyszą w wędrówkach po prowincjach bliskich i dalekich, w poszukiwaniu „uniwersum”. W dziale „Polska z wyboru” tym razem o Niemcu, który postanowił osiedlić się na Żuławach. To Wolfgang Jurgen Naujocks, który podobnie, jak bohaterka naszej opowieści z poprzedniego odcinka Pamela Palma Zapata, trafił do Polski z wyboru serca, choć także rodzinnego sentymentu. Ponadto wiele recenzji o ciekawych książkach regionalnych i rozmowa Agaty Kopczyńskiej z Magdaleną Mikołajczak, blogerką i standuperką. Na świąteczny czas Bożego Narodzenia i na cały przyszły rok życzymy samego dobra każdego dnia, rodzinnego ciepła, wiernych przyjaciół i nieustającego zaczytania w "Prowincji”. Redakcja Poezja Radosław Wiśniewski BRENDAN THE GAWINATOR Gawinowi w ten trudny czas Ostrzegano cię, że tak dłużej się nie da. Ale ty uparcie przestawiasz szyki, plączesz znaki, sylaby i głoski. Prosta droga staje się nieznana, ale czy zyskujesz coś do odkrycia - tego nie wiesz ani ty ani nikt. Zasuwasz owiewkę, odpalasz dopalacz i mkniesz na zabój pomiędzy ścianami kanionu powtarzając pod nosem, że łyżka nie istnieje, czy jakoś tak, być może chodzi tym razem o widelec. Idzie ci nieźle, namierzasz cel, a potem zamiast spustu, naciskasz legendarny przycisk z fosforyzującym napisem „abort mission”. I lecisz dalej, tyle, że w dół. I wtedy odzywa się chrapliwy głos pułkownika Tibbetsa: „Negatwe, vaginate, navigate! Continue mission, continue mission!”. Udajesz, że nie wiesz o co chodzi, ale kiedy przelatujesz nad mostem Aioi nagle otacza cię światło tysiąca słońc i unosi w górę. Zostaje twój idealnie symetryczny profil jak negatyw odbity w żużlu. WROCŁAW 1 SIERPNIA 2017 ROKU. ZENON KAŁUŻA WYCHODZI Z PRACY PUNKT 17:00 I MA NIEJASNE WRAŻENIE, ŻE KTOŚ GO OBSERWUJE. Powstałeś z krzesła. Przez chwilę stałeś w drzwiach. Liczyłeś ślady kul po oblężeniu wokół podwórka rozgrzanego jak wnętrze lufy nebelwerfra. Słychać było głuchy łoskot z jakim cegły spadały na dno komina elektrociepłowni. Demontaż potrwa. Podałeś poprawnie czterocyfrowe hasło. „Czas na opuszczenie miejsca 1 minuta” odpowiedział manipulator i dodał -„Start czuwania”. Klamka zapadła, więc czuwaj. Poezja DZIEŃ FLAGI (BIRD ON THE WIRE) Nagły łopot na drutach trakcji. Chwila niedowierzania, że to już, teraz, tutaj. Spada jak worek na środek mostu. Rusza się. Ktoś zatrzymuje ruch, robi zdjęcia, przenosi umierającego łabędzia na chodnik jak białą płachtę. 7 M.I.A. „Nagi mężczyzna w oknie hotelu Piast” (Karol Maliszewski w nieistniejącym już wierszu o tym samym tytule) Nie ma tamtego wiersza i nie ma Hotelu „Piast”, przy ulicy Piastowskiej. Hotel zamieniono na dom spokojnej starości w mieście, w którym burmistrz bez litości wyrżnął poniemieckie drzewa odbierając im prawo do godnej jesieni. A trzeba wiedzieć, że apetyt na rżnięcie rośnie w miarę rżnięcia. Nagi mężczyzna w oknie Hotelu „Piast” tyle zostało z wiersza, którego nie czytałem. Karol mówił, że pisał w jakimś ciemnym uniesieniu, że go wyśle, bo to taki ślad po poecie. I po mieście którym obecnie rządzi burmistrz o nazwisku Wrębiak. Co wiele wyjaśnia jeżeli chodzi los drzew. Został jeden wers, jak kikut pozostawiony w skrajni drogi wojewódzkiej na znak, że zaszła drobna zmiana. Chciałbym go jeszcze raz przeczytać. Tak jakby coś żyło we mnie z tamtej nocy, kiedy nagi mężczyzna stanął w oknie Hotelu „Piast”. Pewnie palił papierosa, bo wtedy w wierszach wszyscy palili. Ale równie dobrze mógł palić papiery wygrzebane przez ostatni rocznik prowadzony do wojska. Być może nawet były tam jakieś wiersze. Na przykład o tym, że nagi mężczyzna stoi w oknie Hotelu „Piast”. W pokoju za nim czuć było potem, może tam spała naga kobieta, albo nagi mężczyzna. W restauracji dwa piętra niżej przygrywał do Koheleta człowiek - orkiestra na wielkim klawiszu z napisem „Korg” od czoła. Mam ten wiersz na końcu języka, jak obce słowo, które oznacza coś znajomego. Przede mną ściana bez okien. Stoję oparty o nią czołem i czuję się nagi. 8 Poezja Paweł Nieczuja-Ostrowski DOBRE MIASTO NA UMIERANIE przyjacielu ja też przywykłem umierać każdego dnia wysączany beznadziejną szarością chodników klas urzędów i nieba wędrować w śmierci dnia codziennego tak samo jak ty nawykłem później zabijać rozum alkoholem w każdy piątek sobotę każdego wieczora by potem zdychać rzucany o bruk dławiony wymiocinami i przyzwyczaiłem się umierać następnego ranka błagając wodę o ukojenie każdego dnia każdego roku zwykłem umierać tak jak ty przebijany niemocą duszony byletojakością bez końca grabiony z wolności i marzeń nawet na sajtach portalach niecudgazetach tam gdzie wszyscy chodzą w łaknieniu wyzwolenia nauczyłem się umierać tłuczony gniewną zawiścią takich jak my tak samo jak ty więc usłuchaj przyjacielu umierającego nie wyjeżdżaj gdzie znajdziesz drugie tak dobre miasto na umieranie Poezja 9 BAŁAGAN Denerwujesz się. To przeze mnie. Wpuściłem cię pozwoliłem wejść w mój bezmiar nieogarnięty bezładny bezkształtny niekontrolowalny wkurzające niedosprzątany mojego to tu to tam ciągłych przedwstępów przystawania nie dość efektywny i nawet nie efektowny. Nic z tego nie wynika co da się posmarować zapalić przywieźć pomnożyć. Jak zmięta kartka papieru. Więc denerwujesz się przez ten powracający bałagan kartek. SŁOŃCE W ELBLĄGU słońce w Elblągu ma kolor niespiesznie pitego piwa zatrzymane w mokrej szklance na drewnianej ławie obezwładnia nas wyzwolonych na chwilę z szarej wilgoci przeciętnego dnia złowione na ściance butelki kładzie nasze ciała w ustroniu parku tak nagle uwalniając z upartego niedostatku czasu lub wiedzie ostatnim promieniem błądzącym po brzegu puszki na murek na Gęsią Górę by skraść natchniony umysł ach! elbląskie słońce kto cię tylko posmakował już cię nie zapomni 10 Poezja Ewelina Dysko *** tej nocy umarła pierwszy raz z niebem w oczach i pogodną twarzą takiej śmierci zazdroszczą i mówią daj Bóg! o takiej śmierci wszyscy marzą więc umierała powoli a w dłoni w dłoni trzymała brak jego dłoni w sosnowej ramie łóżka zawisła głową nad poduszką i resztką tchu ustami szukała braku jego ust tej nocy umarła pierwszy raz śmiercią głęboką i bezbrzeżną o takiej śmierci marzą poeci daj Bóg! taką śmierć nazywają poezją niedziela, 8 lutego 2015 r. MODLITWA ZAGUBIONEGO Dałeś wolność i czas, dostąpiłem Twych łask, pozwoliłeś mi brać, co bym chciał. Brałem życie jak chleb, czasem wyłem jak pies i niejeden mój grzech budził gniew. A Ty bądź, Miłościw mi bądź i z miłości mnie sądź, a nie z win. Poezja 11 Brałem wszystko coś dał, nie szczędziłeś mi ran, na kolanach nie raz byłem sam. Przeklinałem we łzach, żeś okrutny jest Pan, gdy kolejny mój świat w gruzach padł. A Ty bądź, Miłościw mi bądź i z miłości mnie sądź, a nie z win. niedziela, 14 grudnia 2014 r. klęk dym a ja za tobą jak w dym jak w ogień po ogień po tętent skroni płomienie ud zachłanność dłoni jestem jak żagiew ty drżący płomień i ja za tobą jak w dym jak w ogień piątek, 31 października 2014 r. Proza Marek Stokowski PISZCZAŁKA Zbyszek chętnie grywa na piszczałce, właściwie piszczale — tak trzeba ją nazwać, bo instrument jest ogromny. W gruncie rzeczy to jest drzewo, suchy świerk z tuzinem dziupli. Tkwi samotnie na wyrębie. Nie wolno go ścinać, bo harcują w nim owady, a w dziuplach są dudki. Lub pleszki. Lub pliszki. Albo tracze i włochatki. W sumie nie jest takie ważne, które z ptaków pełnią wachtę, najważniejsze, że jest drzewo z wykutymi otworami — w jednej linii, z góry na dół. Zbyszek lubi sobie na nim zagrać. Dociera na wyrąb, nabiera powietrza i zaczyna dmuchać w dziuplę, tę najniższą, metr sześćdziesiąt ponad gruntem. I od razu rodzi się muzyka. Bije w niebo dźwięk jak kryształ. Zazwyczaj za Zbyszkiem pojawia się Klara. Ona woli czasem sprawdzić, co on broi w dzikim lesie. Kiedy Zbyszek koncertuje, jest w porządku, Klara czuje wielką ulgę, ale gdyby tak w gęstwinie spotkał Lidkę albo inną ładną pannę z upiersieniem rubensowskim, toby Klara się gniewała. Gdyby przyłapała ich w uściskach, to wrzasnęłaby z daleka: — Co ty, Zbyszek, nie wiem, robisz?! No i pewnie by go zawstydziła, lecz gdy Zbyszek gra na instrumencie, to nie grzeszy i jest dobrze. Klara nawet bardzo lubi, jak on dmucha w okno dziupli i jak rodzi się muzyka. Wtedy siada — czy na pieńku, czy kłodzie — i coś robi na szydełku, przepraszam — na drutach; Zbyszek nie do końca to rozróżnia. Więc ona tak siedzi, sztrykuje i słucha. Fujarka jest długa, właściwie podniebna, i niełatwo sięgnąć do tych dziurek gdzieś wysoko, pod chmurami. Mimo wszystko Zbyszek umie na tym świerku wdzięcznie zagrać dość wymyślne melodyjki, a nie tylko i wyłącznie pojedyncze, nudne dźwięki. W jaki sposób? Bardzo prosty. Dmucha w otwór, a zarazem dyryguje. Daje znaki, a sikory, pliszki, pleszki, muchołówki, tracze, dudki, kowaliki lub włochatki, które tam akurat pełnią wachtę, zatykają sobą dziuple lub przeciwnie — wyfruwają, otwierając je na oścież. Tak to Zbyszek gra ptakami, tak palcuje nimi na odległość. A do tego uruchamia jednym gestem perkusyjną sekcję trzech dzięciołów, chór korników, pisk wiewiórek i koszarek, i solową partię kosa. Kos gardłuje unisono z partią fletu, przepraszam - fujarki. Powstają zestroje, przepiękne harmonie, aż Klara się wzrusza i skrobie się drutem — bezwiednie — po plecach. Dzisiaj Zbyszek gra mistrzowsko, jeszcze ładniej niż zazwyczaj, tak naprawdę wyjątkowo, a kos śpiewa niczym anioł. Co się dziwić, że muzyka zwabia z okolicy ładne panny. Ciągną z miast i wsi na skraju boru: Lidka, Danka i Oktawia, Kunegunda i Ismena. Są młodymi samiczkami, które kusi każdy koncert, a szczególnie tak niezwykły. Przemykają wśród listowia, przysiadają na gałęziach starych dębów, które rosną przy wyrębie. Przechylają wdzięcznie łebki. Nawijają loki na paluszki. Prężą łydki, robią dzióbki. Marek Stokowski 13 Zbyszek kwitnie. Dmucha w dziuplę jak natchniony, dyryguje z pasją dzięciołami, sikorami, włochatkami, robalami i ssakami, a muzyka bije w niebo. Tylko Klara jakoś nie rozkwita. Składa druty, zwija wełnę. Zbiera szyszki i zaczyna nimi ciskać w Lidkę, Dankę i Oktawię, Kunegundę i Ismenę, które siedzą na gałęziach, przechylają wdzięcznie łebki, robią dzióbki, prężą łydki. Ciska mocno, bardzo celnie, aż na wyrąb leci pierze. - A co panie tutaj robią?! - krzyczy Klara. - Czego panie, nie wiem, poszukują? Panny wcale nie odpowiadają, tylko rozbiegają się po lesie. Uciekają chyłkiem na skraj boru, a za nimi lecą rozśpiewane samce pliszek, kosów, pleszek, muchołówek, traczy, dudków, kowalików i dzięciołów. Włochatki zostają, bo latają raczej w nocy. I zostaje piękna Klara, bardzo dumna i zadowolona. A Zbyszek nabiera na powrót powietrza i mistrzowsko dmucha w dziuplę. Bije w niebo dźwięk jak kryształ, pojedynczy, lecz nie nudny, dźwięk dla Klary, tylko dla niej. Ona wzrusza się tak bardzo, że — bezwiednie bawiąc się drutami — wije z wełny wspólne gniazdo. ŚLIMAK Zbyszek idzie gęstym lasem. Wiadomo, on lubi - lubi chodzić, zwłaszcza w puszczy. Tylko nie za bardzo lubi burzę, a szczególnie kiedy jest na dworze, bez dachu, bezbronny. Miał kiedyś przykrości - jakiś zabłąkany, głupi piorun wbił mu w stopę bretnal z ognia, więc Zbyszek już nie chce burzowej powtórki ani strzałów w inne miejsca. A tu - chyba łatwo się domyślić - nadciągają czarne chmury, słychać grzmoty, zaś do domu jest daleko, nie tylko do domu - do jakiegokolwiek przytuliska. Zbyszek dał się jakoś tak zaskoczyć, mimo że na ogół jest uważny, studiuje prognozy, wysuwa radary, obserwuje pilnie niebo, nasłuchuje, sprawdza, węszy. No i co ma teraz począć, gdzie się schronić przed elektrycznością? Jest gotowy kopać norę — choćby nawet pazurami. Zaczyna to robić, gdy spostrzega, że po ściółce obok dołu sunie ślimak. Winniczek czy coś tam. On tak ciągnie bez pośpiechu, chyba wcale, nygus, się nie boi. Zbyszek myśli: - Dzielny zwierzak! Choć właściwie, co się dziwić, że on zachowuje taki spokój - czy w ślimaka można trafić z wysokości kilometra? Jest na to za mały, w dodatku za niski, nie wystaje ponad sosny, i ma przecież własny lokal. Faktycznie, ma domek. Za sekundę zacznie padać, skorupiak się schowa i będzie mu dobrze. No i będzie czuł ochronę przed ogniem z przestworzy. O, właśnie się kuli i wpełza do środka. Zbyszek skręca się z zazdrości; on tak pragnie być bezpieczny, tak pragnie, aż woła: - Ty, ślimak, już leje. Mógłbym schronić się u ciebie? Ślimak patrzy przez okienko i mówi do Zbyszka: 14 Piszczałka, Ślimak, Łosie — Pan wejdzie, zapraszam. Proszę trochę schylić głowę i wytrzeć obuwie. I Zbyszek to robi — wyciera podeszwy, pochyla się lekko i wchodzi do muszli, dziękując za grzeczność. Jest cicho, przytulnie. Na westfalce pyrka czajnik, szemrze radio, tyka zegar, a na stole pachnie ciasto. — Pan spocznie, o, tutaj — ślimak pokazuje rogiem krzesło. Zbyszek siada. Jest cudownie, chociaż ślisko, trochę lepko. Za oknem ulewa i potężny huk piorunów, a w kuchni rozmowa o pogodzie i deflacji, kobietach i rządzie. O matko, jak miło — tak błogo i pięknie, że Zbyszek zasypia oparty na blacie. Kiedy budzi się, panuje cisza. Burza przeszła, świeci słońce. Zbyszek wstaje i wychodzi na powietrze, między sosny. Ślimak ciągnie ze swym domem, spełniać swe ślimacze obowiązki. Zbyszek z serca mu dziękuje za gościnę w jego progach. — Bardzo proszę — mówi zwierzak. — Cieszę się, że mogłem jakoś pomóc. Może wziąłby pan na drogę okruch ciasta lub jagodę? Zbyszek bierze, jest wzruszony. Serdecznie pozdrawia. Zaprasza do siebie. Macha ręką na odchodne. Obiecuje sobie uroczyście, że powróci tu z prezentem, by okazać wdzięczność ślimakowi. Da mu sera na pierogi. Z tym że teraz musi pędzić. Drałuje do domu, właściwie do Klary, która mieszka blisko lasu, bo pracuje przy sadzonkach. Narzeczona jest świadoma, że jej narzeczony chadza w puszczy i że nie za bardzo lubi burzę, więc ona z pewnością niepokoi się o niego, może nawet podejrzewa, że on schował się u Lidki. A Klara uważa, że Lidka jest małpa. Ale Zbyszek jej wyjaśni, opowie, jak było, gdzie dostał schronienie przed wodą i ogniem. To Klarę ukoi. Ona kocha takie opowieści o zwierzętach, burzach i wierności. ŁOSIE Zbyszek lubi wszystkie łosie: badylarzy, łopaciarzy, stare klępy, młode łosze i łoszaki w wieku szkolnym. Łosie bardzo lubią Zbyszka. Właściwie dlaczego ma sentyment do tych zwierząt, a one do niego? Zapewne dlatego, że kiedyś się zgubił. Szedł przez las w połowie września i zamyślił się o pięknej Klarze. Ona wtedy była jakaś taka, taka jakaś mu niechętna. Już by wrócił, usiadł sobie, coś przekąsił, ale droga się nie kończy. Czas ucieka, kroczy wieczór, robi się z minuty na minutę coraz chłodniej, coraz głodniej i samotniej. Przez to człowiek staje się nerwowy — nie można się dziwić, że rozmyśla przy okazji i o innych przykrych sprawach, aż go dusi, aż go skręca. Raptem Zbyszek widzi mordę. Obok pierwszej — mordę drugą. Obok drugiej oczywiście trzecią. Byk i łosza, i ich łoszak na badylach, jak na takich cienkich szczudłach. Zbyszek mówi: — Dobry wieczór. Marek Stokowski 15 On jest dobrze wychowany, tak więc czyni to automatycznie, nawet jeśli jest zdenerwowany. Orientuje się, że palnął głupstwo. Po sekundzie okazuje się, że nic nie palnął, bowiem byk odkłania się uprzejmie i odzywa się po polsku: — Dobry wieczór. Łosza kiwa wielką głową. Łoszak dyga cienką nóżką. Zbyszek czuje się zobowiązany, aby poprowadzić konwersację: — Pod wieczór już chłodniej. — Istotnie, już zimniej — odpowiada mąż i ojciec. - Tak, martwimy się o dziecko — mówi matka. - Ono jeszcze nieprzyzwyczajone do przymrozków i oblodzeń. A pan, drogi panie, jest na grzybach? - Nie, łaskawa pani, spaceruję. Mam do przemyślenia trudne sprawy. - Naturalnie. Tak, rozumiem. - Tylko że, jak mi się teraz zdaje, pobłądziłem w okolicy. — To się zdarza. Pan z daleka? — pyta byk z wielkimi łopatami. - Z Kopytnicy. Tam czasowo kwateruję. Mam robotę po sąsiedzku. - Z Kopytnicy! A to trzeba iść w przeciwną stronę. Chodźmy razem, my akurat też idziemy w tym kierunku. Zona chciała zrobić tam sprawunki. Więc idą, we czwórką, a łoszak kuleje. Dlaczego kuleje? Dlatego, że ludzie są durni, wyrzucają śmieci w lesie i mały nadepnął — jak tłumaczą to rodzicie — na szkło po butelce roztrzaskanej przez grzybiarzy. Zbyszek mówi zaraz, zaraz, i wyciąga szklaną zadrę. Z rozpędu usuwa obce ciało z oka łoszy, taki jakiś wredny kolec z robinii czy z czegoś. Jednym ciągiem, póki widno, uważnie przegląda futro całej napotkanej trójki i wyrywa setkę kleszczy. Łosie są po prostu wniebowzięte. Byk powiada: — Drogi panie, tak naprawdę nie wiem... nie wiem, jak możemy się odwdzięczyć. - Zupełnie nie trzeba. Bardzo cieszę się, że mogłem pomóc — mówi Zbyszek i uchyla kapelusza, właściwie czapeczki. - Jednak, wie pan, popróbuję - wystękuje łoś i niebywale sprawnie bierze Zbyszka na poroże. Robi młynek. Zbyszek wrzeszczy, gubi czapkę. Byk przestaje nim obracać i trzyma go teraz nogami do góry. Tak go trzyma i wytrząsa — starannie i długo. A ze Zbyszka lecą świństwa: kamień z serca, bóle z krzyża, ciężkie myśli i wyobrażenia, które pieką albo ranią, gęsty szlam najgorszych wspomnień, i w ogóle jady i trucizny. A jest tego! Szkoda gadać. Byk łopaciarz kończy dzieło. Stawia Zbyszka na podeszwach. Ten lekko się chwieje, lecz po chwili chwyta równowagę. Jest szczęśliwy. Jest tak lekki, że właściwie mógłby latać. Cała gęba mu się śmieje i w tę gębę otrzymuje mokry całus. Tak całuje młoda łosza. Cóż dziwnego, że od września Zbyszek lubi wszystkie łosie: badylarzy, łopaciarzy, piękne łosze i łoszaki - no, a łosie lubią Zbyszka. 16 Zamczysko Agnieszka Korol WKZW Zamczysko trwało w swoich zaklętych murach, złożonych z nieociosanych głazów i wielkich cegieł. Stało ono na górze niedostępnej, obrośniętej lasem i cierniem. Do zamczyska onego wiodła tylko jedna kręta i wąska droga, pokryta szorstkim kamieniem. Tylko nieliczni ją znali Wierzchołek góry obrósł zamkiem tak mocno, że nie odróżniłbyś jego tkanki od podłoża. Twierdza wyrastała przez wieki. Nigdy nie zdobyta, rosła w mury i wieże, coraz bardziej roztyta, coraz wyższa i coraz śmielsza. Dokładny plan zamku był nikomu nieznany. Dołem szły kazamaty - lochy nieprzebyte, w których zapomniani więźniowie byli pilnowani przez zapomnianych na powierzchni strażników i torturowani przez katów. W zamku mieszkało również wojsko, którego zadaniem była obrona zamku i króla. Na jego czele stał rycerz Niegoda, pierwszy do bitki i do wypitki. Póki co, pozostawało mu tylko to drugie, gdyż żaden śmiałek nie ważył się nigdy spróbować uderzyć na tę twierdzę. W ogromnym zamku zamieszkiwali również wszelkiej maści wróżbici, czarodzieje, szewcy, krawcy, czyściciele, urzędnicy, masarze, kucharze i wielu, wielu innych. W przepastnych korytarzach wijących się w labiryncie, schodach krętych i prostych, wieżach, wieżyczkach, przejściach tajemnych, częściej jednak spotkać można było szczura niźli człowieka. Każdy przypisany do swej roli, trzymał się tego zajadle i starał się nie wyściu-biać nosa ze swoich komnat i nor, wszędzie bowiem czyhali rozbójnicy, którzy pod osłoną cieni, którymi zapełniony był zamek, ograbiali, a czasem nawet zabijali nieostrożnych włóczęgów. Innym niebezpieczeństwem była możliwość zagubienia się w nieznanych sobie rejonach zamczyska. Nikt nie znał całego zamku, gdyż ciągle coś dobudowywano, a z braku miejsca pogłębiano lochy lub podwyższano wieże. Niektóre części budowli rozpadały się, na ich miejsce budowano nowe. Kanclerz koronny Derka szurał po posadzce drewnianymi chodakami. Ciągnął za sobą płaszcz dostojny, jak i jego właściciel. Derka twarz miał wielką, pooraną zmarszczkami, niczym ziemia orna, siwe włosy upięte w kok, owinięty wstęgą Maksmalii, w brodę i wąsy miał wplecione perły. Kanclerz szedł dumny, choć co chwila płaszcz oplątywał mu nogi i Derka przechylał się to w lewo, to w prawo. Nie patrząc pod nogi, mało nie potknął się o niewysokiego człowieczka - błazna Bąkajłę. Fragment nowej powieści Agnieszki Korol Zamczysko. Agnieszka Korol 17 — Jak idziesz, niezguło! — wrzasnął Derka. — Jak zechcę — odwarknął błazen, który będąc zaufanym króla, nie bał się nikogo, ani niczego. — Każę ci ukręcić łeb — gadał niczym nie zrażony kanclerz. — Cha, cha, a gdzie ty to też łeb masz. Wszak dosięgasz mi jedynie do brzucha. Błazen chciał odejść, by nie tracić czasu na pogaduszki, ale Derka złapał go za kark i potrząsnął z lekka. - Ty ciągle wszędzie, gdzie się nie obrócę. Czy ty śledzisz mnie, szukasz winy, by donieść do króla? - Skoro jest wina, jest i kara - mruknął ozięble Bąkajło. - Mnie się raczej widzi, że to ty panie chodzisz za mną. Nieustannie mam nieprzyjemność wpadać na pański brzuch. — I czemu nie jąkasz się? I czemu kroku nie ustępujesz? Błazen chciał się wyzwolić z rąk olbrzyma, spieszno mu było i już klął pod nosem, że na tego typka się nadział, niczym jaki żółtodziób na dworze króla. Rzekł więc: — Patrzaj panie, tam za oknem, co za dziwo. Kanclerz puścił błazna i skierował się do wskazanego okna, które to raczej wąską szparą w murze było. — Niczego nie widzę — przetarł oczy. Tymczasem Bąkajło biegł już w swoją stronę, zły jak osa. Żałował w tym momencie, że jego licha postura uniemożliwiała mu na rozprawienie się z tym naburmuszonym typkiem. Gdy był jeszcze dzieckiem, marzył, by zostać rycerzem. Takim prawdziwym, w zbroi po czubek głowy, a że ze względu na wzrost nim nie został, cierpiał i ciężko mu się z tym było pogodzić. Jednak nie poddał się losowi. Dzięki nieustępliwości i pracowitości stał się gibki nad podziw. Będąc niedużym i zwinnym chyżo przeciskał się przez zamkowe tajemne przejścia. Znał również najdziksze sztuczki i figle. By zaś utrzymać się na lukratywnej posadzie królewskiego błazna, musiał trenować nieustannie również swój dowcip i elokwencję. Jednak w zderzeniu z Derką zawsze czuł się, jakby napotkał nosorożca. Z nim nie mógł konkurować ani masą ciała, ani nawet sprytem, który na widok tego wszechwładnego urzędnika, wyciekał z Bąkajły, jak z podziurawionej beczki. Derka tak samo nie znosił błazna, tym bardziej, że poczucie humoru było dla kanclerza obce. Także miłość i przyjaźń zdawały się dla starego, dworskiego wyjadacza pustymi, nic nie znaczącymi słowami. Mieszkał od dawna sam i jego umysł zaprzątały głównie intrygi dworskie i władza, którą kochał najbardziej na świecie, i której wciąż mu było mało. Wciąż pragnął jej bardziej i bardziej. Król z zamkniętymi oczami leżał w wannie z masy perłowej utkanej, w olejku różanym i kozim mleku. Służka kąpielowa, Zuzanna namydlała go, szorowała, masowała plecy. Była to młoda, postawna kobieta. Twarz miała spokojną, nie urodziwą, ale piękną. Oczy miała ciemne, o nieustalonej barwie, nos krogulczy, wyraziste kości policzkowe, brwi ciemne, krzewiaste, usta z lekka zaciśnięte. Czasami o coś pytała, by król Euzebiusz XXVII, władca krainy Maksmalii nie zasnął. Był już prawie wiekowym starcem. 18 Zamczysko Wszystko widział i słyszał jak we mgle, ale koronę wciąż nosił, nawet w kąpieli. Była ona ciężka, złota, ozdobiona niezliczoną ilością klejnotów, które bez żadnej koncepcji, niczym gwiazdy na niebie obsiewały ten cenny przedmiot. Król chrapać zaczął, więc Zuzanna przerwała mu sen, mówiąc prosto do ucha władcy: — Jeszczem panny nie widziała. — Jakiejże panny? — No, przecie przyszłej królowej. — Jak to królowej? — Zona króla, to jak, przecie królowa będzie? Król zamyślił się. — To być może — rzekł. — Piękna jest? A mądra? — Wszyscy to mówią. — A król, jak sądzi? — Ja niby? — Niby tak. — Widziałem, co widziałem, oczy już nie te. Uszy już nie te. — Kiedy ślub? — Dziś chyba... nie jutro. — Już jutro? — Czasu mam mało. - A po cóż żona? W tym wieku? - bezczelnie spytała służka. Król nie dosłyszał jednak i znów zasnął, więc krzyknęła: — A po cóż! - Zawsze byłem żonaty. Najpierw była Roksana, ale żyła krótko, cóż począć. Potem zaś Elsena, ale o zdradę została podejrzana i do lochu ją wysłałem. — Czy żyje? - W lochu ciężko jej było. Żałuję żem ją tam posłał. Zmarło się biedaczce. Kochałem ją najbardziej... Euzebiusz przymknął oczy, by przypomnieć sobie kobietę, której wspomnienie było jednocześnie najsłodszym i najstraszliwszym. Wyrzucał je z pamięci tyle razy, a ono wracało bezlitośnie. Nim stracił Elsenę na zawsze, był innym człowiekiem, tym prawdziwym. Zapominając o niej, mógł oddychać, jeść, po prostu istnieć. — A potem? — Po niej Ismena. Pamiętasz ją pewnie. — Tak, panie. -Już parę lat minęło, jak nie żyje. Agnieszka Korol 19 — Będzie sześć lat. Syna mi dała Mirakla i córkę Mirę. Mira jest żoną króla Antylii, a syna mego znasz dobrze. — Widziałam go kilka razy. — Spokojny nad podziw i cichy. Moim następcą być winien, ale też lat ma wiele, a ja też życia kończyć jeszcze nie zamierzam, dlatego następca młodszym być musi. Będzie nim Rondellus, najstarszy wnuk. Onże się najlepiej nadaje. Zuzanna wzruszyła ramionami. Rondellus ciągle w pobliżu króla chodził, łasił się i na koronę nieustannie zerkał. — Nadaje się? — spytał król służkę łaziebną. — Nie mnie wszak sądzić. — Gadaj! — Jest jeszcze Ateusz i Status. - Niedorajdy. — Może tak, może nie. — Królem winien być ten, kto królem chce zostać, a tylko Rondellus to okazuje. I on będzie, bo ja tak chcę! Zuzanna wzniosła oczy do góry. Jakże nie cierpiała tego Rondellusa! Z całej rodziny królewskiej najbardziej był nieznośny i przemądrzały. Służbę traktował jak bezmyślne i pozbawione uczuć przedmioty. Choć nie był agresywnym człowiekiem, ciężko go było lubić. Również z żoną Zemirą darł nieustanne koty. Zuzannę, choć była zaufaną służką króla traktował z takąż samą butą, co innych, jedynie wobec dziadka zachowywał pozory grzeczności, gdyż bardzo liczył na to, że zostanie jego następcą. Starzec wstał, przy silnym wsparciu Zuzanny i sługi Jaksy. Wytarli go starannie i przywdziali mu szaty. Król, który na starość skurczył się i schudł mocno, w przepastnych szatach wyglądał niczym królik w kapuście. - Gdzie kanclerz? - spytał prawie bezzębnymi ustami. -Już idzie, panie - rzekł Jaksa. Jaksa był słusznej postury. Cichy, silny i wierny. Od lat służył Euzebiuszowi. Ochraniał i wspomagał fizycznie niedomagającego już mocno staruszka. Był na każde zawołanie króla. W cichości ducha pragnął, by król żył jeszcze bardzo długo, by mógł przy nim dokonać swoich lat. Jaksa był niczym pies wierny a posłuszny. Wiedział jednak, że czas jego pana jest już policzony, a najbliższy ślub króla z nieznaną tak naprawdę nikomu dziewoją, napełniał go niepokojem, czy aby nie zostanie przez nią usunięty ze swojej wieloletniej służby. Do komnaty plącząc się w zwojach materii wtoczył się Derka. Z przepastnej kieszeni swoich szat wyciągnął jakiś pergamin i położył go na stole przed Euzebiuszem. - Wszystkom spisał, jak się należy, i tak jak rzekłeś, najjaśniejszy panie, po twojej śmierci, która oby nie nastąpiła nigdy, królem obwołany będzie Rondellus, wnuk twój najstarszy. 20 Zamczysko Kanclerz zamoczył pióro w kałamarzu i wręczył je królowi. — Wystarczy podpisać, ja zaś pieczęć przyłożę. Król udał, że pismo czyta, aczkolwiek żadnej litery nie dojrzał i ostatecznie podpis swój, trzęsącą się dłonią wykreślił. Zuzanna nieopodal przechodziła z miską mydlin. Mydło spadło jej na podłogę, poślizgnęła się na nim i przewróciła. Zawartość miski spłynęła na pergamin Cały zapis, a szczególnie podpis króla, uległ rozmyciu. — Och, błagam o wybaczenie! — zawołała Zuzanna. Król nic nie rzekł, tylko podrapał się w głowę. — Trudno — westchnął — przygotuj drugie, takie samo pismo. Kanclerz skłonił się i wyszedł. — Co też panienka narobiła — zwrócił się Jaksa do służki. — Każdemu zdarzyć się może — mruknął król. - Pilnuj lepiej swojej roboty. — A jakże, pilnuję. Przygotowania do ślubu szły pełną parą. Smyrna leżała na łożu pokrytym puchowymi poduszkami i kołdrami, przyobleczonymi w jedwabie. Nad łożem pysznił się ogromny baldachim. Hrabianka ubrana była w strój nocny pełen falbanek i koronek. Na głowie zaś miała czepiec, który przypominał białą, rozkwitniętą różę. Wydawała się spokojna, a nawet znudzona, ale zwykle trudno było ustalić, o czym tak naprawdę myśli w danej chwili, gdyż twarz miała najczęściej nieruchomą. Teraz w jej rękach będzie leżał los całego imperium, kiedy tylko zostanie koronowana, w razie choroby męża będzie mogła przejąć jego władzę. Wszystko szło tak, jak sobie wymarzyła, wspólnie z rodzicami omotała króla. Nie spodziewała się nawet, że tak szybko się uda - pięć miesięcy. W tym czasie starała się nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi reszty dworu. Nosiła się wtedy skromnie i starała się być ciągle blisko króla. Z nabożnym skupieniem wysłuchiwała jego słów, nawet tych najgłupszych. Często mrugała oczami, trzepocząc niewinnie długimi rzęsami. Wyrażała częsty, ale cichy - tak, by tego inni nie słyszeli - zachwyt czcigodnym królem. Prędko wkradła się w jego łaski. Nawet Derka jeszcze dwa miesiące temu niczego nie przeczuwał. I stało się. Król, jakby tknięty czarodziejską różdżką odmłodniał, nabrał werwy, jaką posiadał jeszcze jako siedemdziesięciolatek. Kazał nawet, by wyszykować mu konia do rannej przejażdżki, ale Smyrna, która przestraszyła się, że starszy pan spadnie z konia, zdołała go odwieść od tego zamiaru. Pragnęła, by przynajmniej dożył ślubu. Mika, służka siedziała w czarnym kącie pokoju, tak, by nikt nie zwracał na nią uwagi. Była drobnej budowy ciała. Miała na sobie prostą, związaną rzemieniem w pasie sukienkę. Bujne, jasne włosy związała w dwa warkocze. Oplotła nimi głowę, tworząc z nich naturalną koronę. Twarz dziewczyny była blada, rysy drobne. Bardzo ciemne, błyszczące oczy sprawiały wrażenie jakby należały do innego człowieka. — Chodź tu! — zawołała jej pani. Mika podeszła do łoża w półukłonie. — Słucham. — Daj mi wody... albo nie, wina. Agnieszka Korol 21 Służka nalała wino do czarki i podała Smyrnie. — Świetnie, a teraz zaśpiewaj. Mika z początku bez przekonania, ale z każdą chwilą lepiej nuciła ludowa piosenkę o ukochanym. Gdy tak śpiewała, jej oczy zmieniały barwę z prawie czarnej szarości na granat, by uzyskać ostatecznie barwę błękitu. Wysoko zarysowane brwi podnosiły się jeszcze wyżej, a ostry podbródek wydawał się pełniejszy. Śpiewając stawała się piękna. Jej nabrzmiałe plecy prostowały się, nawet mocno już sfatygowana suknia, którą miała na sobie wydawała się nabierać kształtu i koloru. Smyrna położyła się na wznak i zamknęła oczy. Długo słuchała piosenki, w końcu rzekła: - Dosyć! Już koniec z miłością, zostaję królową. — Jest pani zmuszona? - To tylko chwila, król jest bardzo stary... Słyszysz to? Hrabianka podbiegła do przeciwległej ściany. Macała cegły, które jedna przy drugiej tworzyły gruby mur. Nadsłuchiwała. Służka patrzyła na panią obojętnym wzrokiem. Już nie raz widziała to samo. Uważała, że Smyrna słyszy nieistniejące głosy, tymczasem hrabianka miała niepospolity słuch. I nie myliła się. Za tym murem siedział Bąkajło. Znał tajemne przejścia do wielu komnat. Mógł podsłuchiwać, a czasem nawet podglądać, co się w nich dzieje. A chciał wiedzieć wszystko. Kierowała nim ciekawość i skłonność do intryg. — Jutro mój ślub - rzekła głośno Smyrna. — Król jest już stary, ale to dla mnie wielki zaszczyt zostać jego żoną. Pokocham go bardziej, niż siebie. Ponure ściany odbijały jej słowa. Błazen śmiał się w duchu z naiwności przyszłej królowej. „Mnie - dumał - mnie myśli oszukać? Największego spryciarza, którego nosiła ta ziemia?” Jednego nie dało się zaprzeczyć, Smyrna miała znakomity słuch. Bąkajło obiecał sobie, że jeszcze ciszej będzie przemykał przez tajemne korytarze, szczególnie te, które przylegały do komnat tej młodej niewiasty. „Kimże jest - dumał - ta pannica? Kto ją tu przysłał? Może państwo jakieś ościenne? Na czyich usługach jest ona? Czyli wróg to, czy może tylko zwykła pomyłka losu? Kimkolwiek jest, trzeba będzie ją poznać, może przypodobać się nie zawadzi?” 11 Wróble Tomasz Wandzel WRÓBLE1 Bladoróżowy świt wisiał nad uśpionymi Prabutami jak teatralna scenografia w podrzędnym małomiasteczkowym teatrze. Trzy czarno-szare wróble siedzące na grubej gałęzi wysokiej brzozy wzleciały w niebo przecinając nieruchome powietrze trzepotem małych skrzydeł. Przefrunęły nad dachami jednorodzinnych niskich domów, minęły czteropiętrowe odnowione bloki z wielkiej płyty. Pastelowe elewacje odmładzały je o dobrych kilkanaście lat. Zostawiły w dole linię kolejową łączącą Trójmiasto z Warszawą i po kilku minutach lotu przysiadły na żeliwnej rzeźbionej balustradzie małego prostokątnego balkonu. To był ich taki codzienny rytuał powtarzany bez względu na porę roku czy pogodę. Niska staruszka o pulchnej twarzy pokrytej setkami zmarszczek wolno otworzyła oczy. Przez ledwie uchylone okno wpadało do mieszkania rześkie wiosenne powietrze. Wstała, wsunęła bose stopy w zamszowe kapcie i szurając przeszła do kuchni. Nastawiła wodę na herbatę, zerwała kartkę z kalendarza. Ostatnimi czasy coraz częściej o tym zapominała. Na odwrocie znalazła przepis na ogórki marynowane z kminkiem. - Po co mi na stare lata ogórki marynowane z kminkiem? - zapytała samą siebie zgniatając kartkę i wrzucając do węglarki obok wysokiego kaflowego pieca. Wyjęła przeźroczystą szklankę z grubego szkła, wsypała do niej trzy szczypty czarnej herbaty i postawiła obok kuchenki gazowej. Z kuchennego stołu przykrytego blado pomarańczową ceratą podniosła pojemnik pełen okruchów chleba, jakie zostały z wczorajszego dnia. Przeszła do pokoju, otworzyła drzwi balkonowe i wysypała okruszki na cementową posadzkę balkonu. Trzy małe wróble siedzące na żeliwnej balustradzie sfrunęły i rozpoczęły ucztę. -Jedzcie i niech wam idzie na zdrowie - powie-działa kobieta zamykając balkon. Wróciła do kuchni, gdzie słychać już było gwizdanie czajnika. Zalała herbatę i przeniosła szklankę na stół. Z chlebaka wyjęła kilka kromek ciemnego pieczywa, a z lodówki talerzyk wypełniony wędlinami i kostkę prawdziwego masła. Jadła wolno z namaszczeniem przeżuwając każdy kęs. Cisza wypełniała każdy skrawek mieszkania. Nie zdołała tylko zagłuszyć jej myśli, co jak dmuchawce uniesione wiatrem wzlatywały w niebo oraz zegara. Stary drewniany czasomierz stał w kącie pokoju, był niemym świadkiem tylu historii, że gdyby tylko mógł mówić opowiedziałby wiele ciekawych wydarzeń, o których staruszka jedząca śniadanie w kuchni już nie pamiętała. Po posiłku zgarnęła wszystkie okruszki chleba do pojemnika i postawiła go obok chlebaka. Dopiero wtedy przeszła do pokoju, uklękła przy łóżku i zmówiła modlitwę. Dawny ksiądz proboszcz powtarzał, że najważniejsze po obudzeniu jest śniadanie, a nie modlitwa, bo nawet do modlitwy trzeba mieć siłę, a modlitwa o pustym żołądku też jest jakby pusta. Po kwadransie wstała, starannie zaścieliła łóżko. Ze starej dębowej szafy wyjęła grubą ciemno zieloną spódnicę i brązowy ręcznie dziergany sweter. Przed wyjściem z domu Fragment nowego zbioru opowiadań Tomasza Wandzia Żółty długopis Tomasz Wandzel 23 założyła jeszcze cienki granatowy płaszcz i brązowe pantofle na płaskim obcasie. Powietrze pachniało s'wieżym pieczywem wypiekanym w pobliskiej piekarni. Szła wolno dokładnie lustrując okolicę. Dzięki temu potrafiła dostrzegać zmiany, których inni po prostu nie widzieli. I nie dlatego, że mieli słaby wzrok, ale z powodu braku czasu i ciągłego pośpiechu. W przeciwieństwie do młodych nie musiała się nigdzie spieszyć. Mimo że jej czas powoli dobiegał końca, wciąż miała go na tyle dużo, by czerpać, ile tylko można. — Znowu ktoś przewrócił kosz na śmieci — po-wiedziała cicho do siebie. Podeszła, z torebki wyjęła dwie cienkie rękawiczki, ubrała i postawiła metalowy pojemnik na swoje miejsce, wrzuciła do niego leżące na chodniku śmieci. Wiedziała, że najdalej za kilka dni sytuacja się powtórzy. Na kamiennym murze ogradzającym kościół wisiały dwie klepsydry. Jedna informowała o śmierci jakiegoś czterdziestoletniego mężczyzny. „Za młody, żebym znała” — pomyślała czytając drugą klepsydrę. Jan Nowak, lat 87. Przeczytała i uroniła kilka łez. Jeszcze kilka dni wcześniej tańczyła z Jankiem na potańcówce w klubie seniora. Należał do tych mężczyzn, którzy potrafili rozbawić towarzystwo. — „Pewnie teraz żartujesz ze świętym Piotrem w niebie” — pomyślała ocierając łzy flanelową chusteczką. Kościół był jeszcze pusty. Uklękła w ławce, z torebki wyjęła różaniec pachnący różanym drzewem, prezent od jej syna z czasów, gdy przyjeżdżał do Polski. Różaniec zawsze przypominał jej dzieci, które rozjechały się po świecie. Było dla niej oczywiste, że kiedyś jej pisklęta opuszczą rodzinne gniazdo, ale nie sądziła, że wybiorą Anglię i Australię. W jej rodzinnych stronach, które teraz były również w innym kraju zazwyczaj szukało się męża czy żony w tej samej wsi lub okolicznych miejscowościach. Ale to było w innych czasach, które nigdy już nie wrócą. Po mszy spotkała Irenę, swoją rówieśniczkę. - Widziałaś Danusiu, Janka już nie zobaczymy na naszym spotkaniu - powiedziała koleżanka autentycznie zszokowana. - A przecież wydawał się najzdrowszy z nas wszystkich. Miał tyle energii, poczucia humoru i tyle planów. To wszystko było prawdą i Danuta wiedziała o tym doskonale. Jeszcze nie dalej niż trzy tygodnie wcześniej wspominał, że chciałby latem odwiedzić Kostopol i szuka chętnych na wyjazd. - Wiesz Irena, jak tak dalej pójdzie to na naszych spotkaniach będą same stare panny i wdowy. Rozstały się przy poczcie. Irena poszła do domu, a Danuta musiała jeszcze wysłać list. Na szczęście tuż po otwarciu w urzędzie nie było prawie nikogo, jeden młody chłopak odbierał zaległą korespondencję, a młoda mama z dzieckiem w wózku adresowała przy stoliku kopertę. - Chciałam jeden znaczek na list lotniczy do wielkiej Brytanii i jeden do Australii - poprosiła Danuta kładąc na ladzie dwie białe koperty. — Pani Danusiu, na te listy to cała emerytura pójdzie - zażartowała urzędniczka pocztowa. Danuta pamiętała ją jak lepiła w piaskownicy babki z piasku. Razem z jej matką, która od kilku lat leżała sparaliżowana chodziły do jednej szkoły, podkochiwały się w tych samych chłopakach. Teraz zaś obie były długoletnimi wdowami. - Basiu, a co tam u mamy? - zapytała Danuta kładąc na ladę odliczoną kwotę. - Tak jak było. Na szczęście humor jej nie opuszcza i ciągle muszę chodzić do biblioteki, bo książki dosłownie pochłania — powiedziała z uśmiechem kobieta za ladą. 24 Wróble — Basiu, przekaż mamie, że Janek Nowak nie żyje, ona na pewno będzie go pamiętała — poprosiła Danuta odchodząc od okienka. W drodze do domu odwiedziła targ. Kupiła kilogram ziemniaków, trochę warzyw i owoców. Wołała kupować od tutejszych rolników, a nie w marketach. Zawsze mogła powiedzieć przy kolejnych zakupach. „Ostatnio sprzedał mi pan zepsute ziemniaki”. A w markecie, komu miała się poskarżyć? Wchodząc do kamienicy, w której mieszkała minęła młode małżeństwo wynajmujące mieszkanie po przeciwnej stronie korytarza. Powiedzieli dzień dobry, mężczyzna nawet przytrzymał jej drzwi wejściowe. Podziękowała, myśląc, że dobre maniery i wychowanie były wśród młodych ludzi coraz rzadziej spotykane. Otworzyła w mieszkaniu wszystkie okna. Dzień był ciepły i wyjątkowo słoneczny jak na kwiecień. Zaparzyła kawę, ale nie taką zmieloną w fabryce, ale w domowym młynku. Usiadła przy stole i zabrała się do pisania następnego listu. Pisanie dawało jej poczucie bliskości z dziećmi, które wybrały inne życie w obcym kraju. Mimo, że ostatnią odpowiedź na swój list otrzymała ponad dwa lata temu wciąż codziennie spisywała myśli i wydarzenia, by raz w tygodniu pójść z nimi na prabucką pocztę. Wierzyła, że jeszcze kiedyś otrzyma odpowiedź, ale najbardziej chciała, choć jeszcze raz zobaczyć swoje dzieci, uściskać wnuki. „Kochany synku! Dzisiaj jak zwykle nakarmiłam wróble okruszkami z poprzedniego dnia. Wiem, w każdym liście to piszę, ale czasami sobie wyobrażam, że te wróbelki to moje dzieci, a jak tu nie nakarmić własnego potomstwa. Niestety są też smutne wiadomości. Zmarł Janek Nowak. Był ode mnie trzy lata starszy. Powinieneś go pamiętać. Taki wysoki w okularach z krzywym nosem, który mu złamali podczas jednej z potańcówek dawno, dawno temu. Czasami wyjeżdżał z ojcem na ryby. U nas wiosna już prawie w pełni. Zastanawiam się, czy nie odmalować mieszkania. Ostatni raz robił to jeszcze Twój ojciec na kilka miesięcy przed śmiercią, a od wtedy minęło już trzynaście lat. Kuchnię pomalowałabym na jakiś jasny kolor na przykład cytrynowy albo blado pomarańczowy. Do dużego pokoju pasowałoby coś ciemniejszego jakiś zielony albo ciemnożółty. Muszę tylko znaleźć kogoś, kto mi to zrobi. Może zapytam mojego sąsiada. Nie wiem, czy ci pisałam, ale kilka tygodni temu to mieszkanie naprzeciw mojego wynajęło młode małżeństwo. Bardzo porządni ludzie. On jeździ takim samochodem dostawczym z reklamą firmy remontowo-budowlanej. Dzisiaj jak wracałam z miasta to nawet ten sąsiad przytrzymał mi drzwi wejściowe. Jutro pójdę na cmentarz zrobić trochę porządku na grobie ojca. Pomnik by się przydało przeszlifować, ale sama przecież tego nie zrobię”. Złożyła kartkę i schowała do koperty. „Na dzisiaj koniec” - pomyślała pijąc letnią już kawę. Ilekroć przy porannej kawie zabierała się do pisania listu tylekroć piła ją wystudzoną. Kiedyś nawet jej przez myśl nie przeszło, aby wypić chłodną kawę, a teraz takie drobiazgi nie miały już większego znaczenia. Podobnie z posiłkami. Kiedyś, gdy jeszcze żył jej mąż każdego dnia musiała ugotować świeży obiad. Nawet po jego śmierci kilka lat nadal pielęgnowała ten zwyczaj, ale od pewnego czasu obiad wystarczał jej na dwa, a bywało, że nawet na trzy dni. Po obiedzie ponownie wyszła do miasta. Szła czując się obco w tłumie ludzi, których nie znała. Gdy ktoś powiedział jej dzień dobry odpowiadała z uśmiechem, mimo że go nie znała. Bywały dni, że podczas wyjścia do miasta nie spotkała nikogo znajomego. Ale czemu się dziwić, skoro osób w podobnym do jej wieku zostało w Prabutach kilkadziesiąt. Na jednym ze spotkań seniorów próbowali nawet te osoby zliczyć, ledwie Tomasz Wandzel 25 uzbierali sześćdziesiąt ludzi. Wstąpiła do małej kwiaciarni naprzeciw kościoła. Sprzedawczyni przywitała ją serdecznym uśmiechem. — Dzień dobry Pani Danuto. — Dzień dobry — odpowiedziała oglądając cięte kwiaty w dużych wazonach. — Chcia-łabym zamówić na jutro wiązankę pożegnalną. Wie pani, taką nie za dużą, ale gustowną. Sprzedawczyni pokiwała głową ze zrozumieniem. — A z jakich kwiatów? - Janek zawsze powtarzał, że najbardziej lubił tu-lipany. Pamiętała, że każdego roku w dniu kobiet obdarowywał nimi wszystkie kobiety z klubu seniora. Pomyślała szukając wzrokiem tulipanów. — Może z tulipanów? Tylko czy to wypada? — Pani Danuto mam tu bardzo piękne tulipany w kolorze ciemnego wina i zapewniam, że taka wiązanka pogrzebowa będzie odpowiednia do okoliczności — uspokoiła sprzedawczyni pokazując kwiaty, o których przed chwilą mówiła. Rzeczywiście tulipany były piękne. I wyglądały na świeże. W ciemnobordowych kielichach ukrywały się żółte prawie złote pręciki. — Dobrze, w takim razie poproszę wiązankę z dziewięciu tulipanów. Do tego będzie jeszcze szarfa z napisem. Sprzedawczyni podała kartkę z prośbą o wypisanie treści szarfy żałobnej. Danuta wyciągnęła z torebki długopis i zamyśliła się nad treścią pożegnania. W tym czasie do kwiaciarni wszedł mężczyzna w policyjnym mundurze. - Dzień dobry, ja chciałem tylko odebrać zamówiony bukiet — powiedział do sprzedawczyni. Danuta zaczęła pisać, ale długopis odmówił posłuszeństwa. — Pewnie się wkład wyczerpał — pomyślała. - Widzi Pani, jak na złość właśnie teraz się wypisał. Sprzedawczyni sięgnęła do szuflady, ale uprzedził ją policjant podając Danucie żółty długopis. — Bardzo proszę, może pani skorzystać z mojego. Danuta podziękowała z uśmiechem i wróciła do pisania. „Rozweselałeś nas tu na ziemi, teraz rozweselaj tych w niebie”. Podała kartkę sprzedawczyni, która po jej przeczytaniu uśmiechnęła się ciepło. - Bardzo pięknie to pani ujęła. Pan Jan był nadzwyczaj wesołym człowiekiem. Teraz nie ma zbyt wielu takich ludzi. Po nim było widać, że cieszy się każdym dniem. Sprzedawczyni miała rację. Janek potrafił rozbawić nawet najbardziej smutne i znudzone towarzystwo. Tego nie można się nauczyć. Z tym trzeba się urodzić i jemu ten dar był dany. Danuta zapłaciła, schowała do torebki portfel oraz żółty długopis i wyszła z kwiaciarni. Postanowiła odwiedzić kilku znajomych. W takich momentach samotność nie była odpowiednim towarzyszem życia. Mimo, że traktowała ją jak przyjaciółkę z konieczności bywały chwile, kiedy była dla niej udręką. 26 Wilhelm z Modeny i Guglielmo z Piemontu Piotr Napiwodzki WILHELM Z MODENY I GUGLIELMO Z PIEMONTU1 część 2 Wilhelm w roku 1239 odbywał jedną ze swych licznych podróży po terenach powstającego Państwa Zakonnego. W drodze do Gdańska, gdzie w czerwcu 1239 miał poświęcić ołtarz w kościele dominikanów, zatrzymał się w niedawno zdobytym przez rycerzy zakonnych grodzie położonym wśród bagien i rozlewisk; w momencie jego zajęcia jedynym mieszkańcem grodu był głuchoniemy cudzoziemiec... - To niesamowite — Wilhelm wpatrywał się w stojącego przed nim człowieka, którego nakazał wezwać do swojego namiotu... - To, że nie jesteś głuchoniemy, jak wszyscy uważali, to drobnostka, ale to, że też pochodzisz de Pedemontis, czyli też jesteś Subalpinus1 i jeszcze do tego nosisz imię Guglielmo, to prawdziwy cud. Nieczęsto mogę rozmawiać w języku mojego dzieciństwa. Wątpię, abym zapisał się w kronikach jako święty cudotwórca, chociaż to, nazwijmy to, „uzdrowienie” głuchoniemego w moim namiocie jest zawsze jakimś początkiem. Jednak fakt, że cię tu spotkałem, jest z pewnością bardziej zadziwiający. Zatem: co tu robisz i dlaczego udawałeś głuchego? - Panie, od trzech lat prowadzę tu żywot pustelnika, chociaż ciągle wśród ludzi, najpierw wśród pogan, teraz chrześcijan... Przybyliśmy do tych północnych krajów we dwójkę. Mój towarzysz zmarł w drodze, ja i tak nie mówiłem w żadnym z tutejszych języków, a milczenie okazało się zbawienne: tu uchodziłem za kogoś, kto, jako chory i niepotrafiący używać wszystkich cielesnych władz, przynosi szczęście. Potrafiłem udawać, gdyż jeden z moich braci był głuchoniemy, wychowywałem się z nim... Tutaj uznano, że dzięki mnie niejaki rycerz Dietrich, który gdzieś tutaj niedaleko ma czy też miał swoją warownię (chyba to się nazywa Insula sanctae Mariae), zabłądził trzy lata temu w lasach niedaleko tego tu oto miejsca i nie mógł go zdobyć... A teraz być może pozostawiono mnie jako znak, że tubylcy powrócą. Nie wiem, nie jest to ani moja wina, ani moja zasługa. Nie zabrali mnie ze sobą, ale też nie zabili. Rycerze również okazali łaskę. Nie interesował się mną nikt, a przywykłem do skromnego życia... — Guglielmo wydawał się być mocno zakłopotany, mówił coraz ciszej... - W każdym razie żadnych czarów nie odprawiałem, ani nade mną czarów nie odprawiano... 1 Ciąg dalszy opowiadania fantastycznego napisanego na podstawie danych biograficznych o życiu i działalności Wilhelma z Modeny zawartych w książce: Gustav Adolf Donner, Kardinal Wilhelm von Sabina, Helsingsfors (Helsinki) 1929. Część pierwsza w: Prowincja 2 (28) 2017. 2 Tak w niektórych dokumentach określano samego Wilhelma, np. Ciacconius-Oldoinus, Vitae Pontificum Romanorum II, s. 116. Sillingardus, Catalogus, s. 87, Ughellus, Italia sacra, I, s. 171. Piotr Napiwodzki 27 — Spokojnie, jestem papieskim legatem, nie inkwizytorem. — Wilhelm pomyślał przy okazji o latach, które spędził jako biskup Modeny i jako inkwizytor właśnie... Ciekawe zresztą, w jakim kierunku rozwinie się ta jakże potrzebna funkcja. Potrzebna by była inkwizycja o najwyższej randze i duchowej władzy, inkwizycja papieska, bo świat potrzebuje porządku i spokoju. Takie działania podjął papież Grzegorz IX osiem lat temu ’ powołując na takie urzędy głównie dominikanów i wzywając ich zresztą przede wszystkim do kaznodziejstwa, do tłumaczenia ludowi chociaż podstaw wiary, a przy okazji do prowadzenia procesów. Bardzo słusznie, bo te ciągłe uganianie się prostego ludu za czarownikami, te podejrzenia o rzucanie uroków, duchowy chaos i bezpodstawne oskarżenia wymagają kompetentnych sędziów, wymagają obrońców, jak było to w prawie starożytnych Rzymian; w przeciwnym razie do głosu dojdzie spontaniczność tłumu, a to oznacza tylko bezsensowne zbrodnie, ciągłą niepewność, zabójstwa motywowane politycznie bądź religijną oprawę dla osobistych wendet. Czy to możliwe, aby kiedyś przyszedł czas, że nikt nie będzie doceniał inkwizycji, bał się jej, a może nawet krytykował tak światłą instytucję? Wilhelmowi wydało się to myślą absurdalną. - Mam już jednak swoje lata i duże doświadczenie, znam ludzi. Ze mną udający głuchoniemego nie ma szans. - Wilhelm po raz pierwszy uśmiechnął się podczas tej rozmowy, wskazał miejsce, aby jego rozmówca usiadł. Ten jednak pozostał w pełnej szacunku postawie stojącej. — Kto wie jednak, czy nie zapisałeś się właśnie w dziejach tych ziem. Zakonni rycerze nazywają to miejsce „U Głuchego”; w języku większości z nich to, jak chyba już wiesz, „taubstumm”. Kto wie, może i taka nazwa tego grodu już zostanie... Bardziej interesuje mnie jednak pytanie, po co przybyliście tutaj z Italii? Jeśli to była ucieczka, to dlaczego aż tak daleko? Mów śmiało, i tak zabiorę cię ze sobą, bo znaleźć rodaka i imiennika na końcu świata to rzecz cenna... - Panie, to nie była ucieczka, ale... misja... - Misja powiadasz? - Wilhelm nie mógł nacieszyć się akcentem swojego rozmówcy, słowami wypowiadanymi w języku jego matki... Wilhelm urodził się w 1184 roku w Piemoncie, nie miał możnych krewnych, szybko wstąpił do kartuzów, aby żyjąc surową regułą tego zakonu móc się kształcić, szukać prawdy i mądrości. W 1209 roku znalazł się w Rzymie jako notariusz kurii papieskiej. 24 lutego 1220 po raz pierwszy składa podpis jako „Sanctae Romanae Ecclesiae Vicecancellarius”, czyli jest już wicekanclerzem Kurii Papieskiej, a więc pierwszym, najważniejszym i najbardziej wpływowym urzędnikiem kurii. Latem 1222 papież Honoriusz III ustanowił Wilhelma biskupem Modeny. - Panie, poznałem Jana Buralliego, to młody człowiek, ale wielki i prawdziwy uczeń Franciszka, z pewnością świat o nim jeszcze usłyszy...4 Z nim i jego przyjaciółmi spędziłem trzy lata w pustelni koło Sieny; jak wiesz, Panie, nasz świat się kończy, czas jest krótki. Pragnęliśmy ukazać, co wynika z Kazania na Górze rozumianego dosłownie jako zasada życia chrześcijańskiego. Chcieliśmy głosić nadejście nowej ery ludzi prawdziwie duchowych, ale nie było dla wszystkich jasne, czy warto to jeszcze robić w Italii. Dla wielu z nas 3 Przyjmuje się, że początek tak zwanej „inkwizycji papieskiej” to dokumenty Grzegorza IX z lat 1231-1233. 4 Giovanni Buralli, znany jako Jan z Parmy (1208-1289), generalny przełożony zakonu franciszkanów w 1247-1257, znany z sympatii dla tez Joachima z Fiore. 28 Wilhelm z Modeny i Guglielmo z Piemontu Italia to bezpowrotnie alumpna tyrannidis et erroris (miejsce tyranii i błędu). Chcieliśmy zdążyć przed końcem świata i ogłosić wszystkim, na krańcach świata, przyjście Antychrysta i drugie przyjście Pana... in fines orbis terrae verba eorum\ prawda? Wilhelm raz jeszcze zachęcił swojego rozmówcę do zajęcia miejsca siedzącego i wskazał na leżącą na niskim stoliku tacę z suszonymi figami. Guglielmo tym razem się zgodził, usiadł i szybko sięgnął po figi rozkoszując się przez chwilę ich smakiem. — Kontynuuj. — O Panie, jak wiesz, trzech wielkich mężów stało u początków Starego Testamentu: Abraham, Izaak i Jakub, ten ostatni w towarzystwie dwunastu patriarchów. Trzech wielkich mężów przewodniczyło nadejściu Nowego Testamentu: Zachariasz, Jan Chrzciciel i Chrystus w towarzystwie dwunastu apostołów. Podobnie trzech wielkich mężów będzie stało u początków trzeciej ery: człowiek odziany w lnianą szatę, czyli Joachim, anioł niosący kadzidło, czyli Dominik... — Stop — Wilhelm uniósł dłoń — Czy to twoja interpretacja z tym Dominikiem? Nigdy tego nie słyszałem, a z kim jak z kim, ale z braćmi Dominika miałem i ciągle mam wiele kontaktów. — Ach, ci, którzy się na niego powołują, na pewno się do tego nie przyznają6. Przeszli zupełnie na inną stronę... Nie wiem, jak jest teraz, ale tych paru, których pzonałem... Wilhelm uśmiechnął się raz jeszcze wspominając żarliwość Dominka, którego znał osobiście i z którym spędził w Rzymie wiele godzin na ważnych rozmowach. Czy to nie Dominik w jakimś stopniu wzmocnił w pragnienie wyruszenia do krajów północnych dla ratowania pogańskich dusz. Zresztą, czyż obecny habit dominikanów przyjęty podczas pobytu Dominika i jego towarzyszy w Rzymie w latach 1219-1220 nie jest wersją habitu kartuzów? — No dobrze, ta trzecia postać to pewnie Franciszek z Asyżu, a ty to pewnie jeden z tych nowych dwunastu... Wilhelm znał także Franciszka. Z dużym sukcesem głosił on nawet Słowo Boże w Mo-denie w roku 1223 i chociaż Wilhelm był wtedy biskupem tego miasta, to nie mógł być obecny. W tym czasie wypełniał misję zleconą przez papieża Honoriusza III polegająca na zachęcaniu możnych do wspierania kolejnej krucjaty. Wymagało to długich podróży i jeszcze dłuższych rozmów. — Ależ nie, Panie! Nigdy nie uważałbym się za godnego, aby tak o sobie mówić. Rzeczywiście jednak, trzecia postać nowej ery to anioł niosący znak Boga żywego, a więc styg-maty, czyli Franciszek, przez którego Bóg odnowił życie apostolskie. Rok 1200 był także rokiem nadejścia nowego człowieka, bo dla nowego świata potrzeba nowego człowieka... Teraz nadeszło królowanie Ducha Świętego, epoka doskonałości i szczęścia, w której znikną podziały i skandale nękające Kościół poprzednich wieków. Dopełni się to już wkrótce. 5 „Po całej ziemi ich głos się rozchodzi” (Psalm 19, 5). 6 Faktycznie, taka interpretacja nie jest obecna w żadnym z zachowanych manuskryptów dzieł Joachima. Dla Ernesta Renana jest to niewątpliwie powiązane z faktem, że cenzorzy dominikańscy nie chcieli widzieć imienia ich patriarchy zamieszanego w niebezpieczne konstrukcje myślowe. Zob. E. Renan, „Joachim z Fiore i Wieczna Ewangelia”, w: Kronos 2 (2014), s. 141-182, tutaj s. 169, przypis 118. Piotr Napiwodzki 29 Niektórzy mówią, że dopiero w 1260 roku, ale i tak trzeba się przygotowywać. Wszystkim będzie dane poznanie, gdyż życie kontemplacyjne będzie dostępne dla wszystkich bez pośrednictwa instrukcji udzielanych przez uczonych doktorów... Wilhelm ze zniecierpliwieniem uczynił znak ręką jakby chciał odgonić natrętnego owada. — Wystarczy, znam to. Uczony doktor, którego niezbyt poważasz, to przecież ja i jednak sporo wiem. Mówisz o, tak zwanej, Wiecznej Ewangelii. Jestem tu teraz daleko od wszelkich nowych trendów, ale wiem, co się dzieje, zwłaszcza w Italii. Żyjemy w ciekawych czasach. I pewnie będzie jeszcze ciekawiej: fratricelli, braciszkowie, binzocchieri, barbozati, freres pyes, bracia dzieł pobożnych, bracia żebracy, bracia ubogiego życia, biczownicy-fła-gelanci, lollardzi, bracia apostolscy... Ale zapewniam cię, nic z tego: nasza epoka będzie czasem umocnienia struktur, prawdziwej konsolidacji chrześcijaństwa bardziej w duchu Innocentego III niż Biedaczyny z Asyżu. Moja praca tutaj właśnie temu służy. To nasze nowe ziemie, umocnione przedpole, pogranicze nie do pokonania. A ty chciałeś tutaj wnieść coś zupełnie przeciwnego: anarchię i chaos. Tu nie trzeba nic odwracać, nie potrzeba nam revolutio — wystarczą nam obroty sfer niebieskich. Czyż niebo nie jest tu, na Północy, wyjątkowo piękne? Zapanowało milczenie. Wilhelm wsłuchiwał się w groźny szum wiatru. Johannes, jego przewodnik i opiekun w drodze, uznał, że nie czas na dalszą podróż i stąd dłuższy niż polanowano pobyt w tym miejscu. Pewnie miał rację. Przebijać się przez te lasy w taką wichurę byłoby niezbyt rózsądne. To też zaleta krajów Północy. Wszystko jest tak bardzo zależne od przyrody; można wprost powiedzieć, że sam Bóg przez przyrodę interweniuje tu częściej niż gdzie indziej... Tak można powiedzieć, ale sam Wilhelm nigdy by się o taką intepretację nie pokusił. Co innego jego rozmówca - „To chyba jego styl” pomyślał w duchu i kontynuował głośno: - Nawet mi się to podoba i rozumiem cię w pewnym stopniu. Jesteś przeniknięty jakimś ideałem ludzkiego życia, protestujesz przeciwko nieuchronnym niedoskonałościom każdego społeczeństwa i marzysz o niemalże idealnym świecie odpowiadającym szlachetnym potrzebom twego serca; jednak czy jesteś w stanie przekroczyć granicę tego, co niemożliwe? Weźmy najprostszą kwestię: czy mówisz w tutejszym języku? Jak chciałeś głosić tu swoją Wieczną Ewangelię? Guglielmo przez chwilę milczał... — Cóż, liczyliśmy na dar języków... W końcu to dzieło Boże miało być, więc... Ale jakoś dar nie przyszedł... — No właśnie. Zobacz, rozmawiamy w naszym języku ojczystym, ale przecież to język w gruncie rzeczy ograniczony do opowiadania i oddawania uczuć. Dla wyrażenia bardziej skomplikowanych treści ciągle posiłkujemy się łaciną. Może kiedyś da się rozmawiać w takich językach o wszystkim, ale do tego trzeba szerszych warstw ludzi potrafiących czytać i myśleć w swoim języku... Od paru lat próbuję nauczyć się języka tutejszego ludu, ale wiadomo, że ciągle będzie chodziło tylko o podstawy komunikacji. Póki co trzeba wysiłku, studiów, kształcenia, aby nauczyć się łaciny. Widać, że przebywałeś z ludźmi, którzy łaciny się po prostu nauczyli. To język specjalny, którego wyrazistość pojęciowa 30 Wilhelm z Modeny i Guglielmo z Piemontu ułatwia zrozumienie skomplikowanych kwestii. Wszelkie związki ideowe, każda kreatywność (także te twoje opowiadania o nowych erach i światach) nie byłyby możliwe bez takiego instrumentu. Na tym polega panowanie nad światem — umiejętność opisywania go, zamykania w słowach tworzących nasze myśli. To prawdziwe zadanie duchowe. Tego chciał Bóg oddając ludziom ziemię. Tego wymaga Kościół... Chociaż oczywiście nikt nie bierze na poważnie możliwości wykształcenia chociażby całego kleru. Nikt na przykład od tych rycerzy zakonnych w białych płaszczach nie wymaga rozwijania subtelnych idei. I dla samych kapłanów zresztą od dawna jest plan minimum: Orationes missarum et canonem bene intelligat; et si non, saltem memoriter ac distincte proferre oaleat'. Trzeba więc patrzeć realnie: każdy ma swoją rolę, jedni wybudują twierdze, inni wykopią kanały i będą uprawiać ziemię, inni będą odprawiać msze i modły, a jeszcze inni nadadzą temu wszystkiemu formę dzięki idei i refleksji. Nie wszyscy muszą myśleć, tak jak nie wszyscy muszą pisać i czytać. Ty potrafisz? — Jestem w stanie przeczytać słowa Pisma. Od lat jednak nie miałem okazji... — Chciałeś budować nowy świat bez narzędzi? — Moje narzędzia nie są z tego świata. - Z niepokojącą gorliwością i gwałtownością odpowiedział Guglielmo — Z tym światem nie mam żadnych duchowych związków. Spokojniej i ciszej dodał: — My, o Panie, jak pozwolę sobie stwierdzić, mamy wiele wspólnego. Ty wybierasz się na koniec świata, by głosić i budować, jesteś aktywny, spieszysz się, bo masz jasną świadomość skończoności... Ja też mam. Ja jednak, z wyboru, a teraz raczej z konieczności, z braku odwagi, z braku zdolności i umiejętności, jestem całkowicie bierny. Czekam na koniec, nie chcę, nie potrafię, ale i nie potrzebuję nic robić. Oddałem się w ręce Boga. Ty zaś, Panie, pragniesz zapobiec nadejściu końca, a więc jesteś tym, który powstrzymuje Antychrysta oraz drugie przyjście Chrystusa. Tworzysz tu państwo, chrześcijańskie królestwo, chcesz stłumić chaos, organizować, nadawać strukturę, układasz się ze światem i jego potęgami... — Spokojnie, bo jeszcze chwila i powiesz, że reprezentuję biblijny Babilon. — Wilhelm nieco zdziwił się zmienionym tonem rozmowy. Przez chwilę zastanawiał się, czy Guglielmo nie recytuje jakiejś antycesarskiej bądź antypapieskiej mowy, którą mógł kiedyś gdzieś słyszeć. Tymczasem jednak ten zaprzeczył zdecydowanie widocznie zmieszany i przestraszony: — Ależ nie, nigdy tak nie myślałem... — Właśnie tak myślisz. Jeśli uważasz, że człowiek ma prawo do poszukiwania wyższej doskonałości niż doskonałość przechowywana w Kościele, to czyż nie mówisz w ten sposób jasno, że Kościół ma się ku końcowi i zrobi miejsce dla społeczności nauczającej nowej doskonałości? Przecież ty jesteś, co by nie powiedzieć, głosicielem tej nowej, nadchodzącej społeczności. Chociażby głosicielem niemym. Nie zdajesz sobie sprawy, ale w głębi serca jesteś przeświadczony, że pojawienie się świętego Franciszka to jak przyjście drugiego 7 Oryginalne zdanie z Synodica biskupa Rathera z Werony (koniec X wieku), tłum.: „Niech dobrze zrozumie modlitwy mszalne i prawo kościelne; a jeśli nie, niech przynajmniej potrafi dokładnie i wyraźnie je wymawiać”. Cytat za: E. Auer-bach, Język literacki i jego odbiorcy w późnym antyku łacińskim i średniowieczu, Kraków 2006, s. 254. Piotr Napiwodzki 31 Chrystusa. Przecież to właściwie inna religia. Czym różnisz się od mahometanina? Czyż Franciszek nie jest według ciebie doskonalszy od Chrystusa ze względu na swoje ubóstwo? Nie zaprzeczaj. Zobacz, tych ziem nie zdobędziemy głoszeniem Ewangelii ubóstwa. Nie zdobędziemy ich też mieczem mnichów-rycerzy - to dobre na początek, aby nie dać się zbyt szybko zamordować. Po prostu zbudujemy nasze twierdze i kościoły, ubierzemy się w nasze najkosztowniejsze stroje, przywieziemy nasze księgi, pokażemy, jak korzystać z ziemi i wody, a wtedy tubylcy sami przyjdą, aby ogrzać się w chwale i potędze. To chwała i potęga odziedziczona z Ewangelią. Mamy prawo i obowiązek tym wszystkim się dzielić. Tak jak dzielić się wiarą. Fides, si non habet opera, mortua est in semetipsaF Zobacz, co wiozę dla braci Dominika, którzy osiedli w Gdańsku. To fragmenty De sacro altaris mysterio, dzieła, które nieodżałowany Innocenty napisał jeszcze przed wyborem na papieża9. Pisze o kolorach w liturgii. Pewnie jesteś przyzwyczajony, że święta celebracja wymaga bieli. Wiem, że się zdziwisz, bo pewnie słyszałeś wiele razy: vestis alba, biała szata, a kapłan to ten alba veste indutus^. K przecież trzeba olśnić lud kolorami. Biały jak szata Zmartwychwstałego i chmury Wniebowstąpienia, czerwony — tak, niech zobaczą krew męczenników i poczują ogień Ducha Swięgo, czarny - niech przerażą się otchłanią purgatorium^, zielony - niech i na ten zielony świat spojrzą pobożnie. Różne szaty, różne okazje. Trzeba zainteresować i pobudzać zmysły, a nie odcinać je od spraw duchowych. W tym nasza siła. Przyszłość należy do nas. — Tak, Panie, der morgige dag ist unsih..., bo to chyba tak by wyszło w języku tych tutaj chrześcijańskich rycerzy. A dla świętego Pawła przyszłości nie było... Było tylko czekanie na Chrystusa już teraz... - Widzę, że jak na głuchoniemego nieźle ci idzie przyswajanie języków. — Wilhelm zbył milczeniem ostatnią uwagę Guglielmo. Nie chciał wchodzić w tematy, w których u swojego rozmówcy wyczuwał niekompetencję. Poza tym, ton wyrzutu dotychczas raczej go bawił, teraz zaczął męczyć: „Jeszcze chwila i zacznie opowiadać o kabale...” pomyślał Wilhelm, a głośno odrzekł: — Cóż, rycerze to tylko konieczny etap. Może rodzaj doświadczenia. Nie dożyjemy czasów, aby zobaczyć, co z tej ich działalności wyniknie. To jednak dla tych ziem najlepsze, co Kościół może dzisiaj zaproponować. Trzeba ich wspierać. Niech zdobywają i budują ku chwale Bożej. Wilhelm dał znak, że kończy rozmowę. - Jak tylko będzie to możliwe, ruszamy do Elbingi, a potem do tego miasta, co go tubylcy Gdanczk nazywają. Chcę, abyś mi towarzyszył. Guglielmo skłonił się i wyszedł. Wilhelm przywykł do różnych niespodziewanych spotkań, ale być może egzotyka miejsca i sama osoba rozmówcy sprawiły, że miał poczucie uczestniczenia w czymś nierealnym, co było zarazem interesujące i niepokojące. Dobrze, gdy od czasu do czasu można ubrać w słowa to, co zwykle milcząco się zakłada. 8 „Wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2, 17). ' Innocenty III, papież w latach 1198-1216. 10 „Ubrany w białą szatę”. Do XII wieku księgi liturgiczne podkreślają biel szat kapłańskich. Epoka gotyku zainteresowała się żywiej kolorami i przeniosła je w przestrzeń celebracji liturgicznej. Por. J. A. Jungmann, Missarum Sollemnia, tom I, 1962, Wien-Freiburg-Basel 1962, s. 148. 11 To określenie czyśćca pojawiło się w teologii w XII wieku. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY AKTORSTWO Tadeusz Łomnicki pisał, że teatr jest najprawdziwszą, najczystszą, najbardziej zmysłową formą przekazywania przez żywego człowieka myśli drugiemu człowiekowi. Jego teatr umarł dwadzieścia pięć lat temu, podczas próby szekspirowskiego Króla Leara w poznańskim Teatrze Nowym. Ze słowami zapisanymi w szóstej scenie IV aktu: Więc jakieś życie świta przede mną./ Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem! wybiegł za kulisę, gdzie zatrzymało się jego serce. Dziwny zawód. Może miała rację Helena Modrzejewska mówiąc, że teatr jest sztuką, która przemija w czasie, a aktor jest jej ofiarą i męczennikiem. W majowym „Teatrze” zamieszczone są dwie rozmowy związane z aktorstwem. Danuta Szaflarska nie ma wątpliwości: aktor ma być postacią, ma wyrażać prawdę, nie grać, nie udawać. Jednak prawdy postaci nie szuka w auto-psycho-analizie. Z niechęcią wspomina dawną, opartą na metodzie Stanisławskiego, pracę z Edmundem Wiercińskim, który doprowadzał do takiego stanu, żeby „być w tym, żyć w tym i zatracić siebie”. Mówi, prawie stulatka, że tak nie można, że pracując w ten sposób człowiek by długo nie pożył. Źródłem prawdy ma być czytanie i wyobraźnia. Kiedy grała - na żywo, w teatrze telewizji - Marię Wisnowską, miała za sobą lekturę wszystkich związanych z nią książek, recenzji, ciekawostek dotyczących jej urazów, kompleksów, natręctw (związanych np. z przymusem chodzenia na pogrzeby). Trzeba czytać, nie nagłos, tylko ciągle myśleć o tym, z jakiego środowiska jest osoba, w jakim wieku. Słowa Szaflarskiej przypomniały mi dawny wywiad z Dustinem Hoffmanem, który wspominał, jak przygotowując się do roli w „Maratończyku” Johna Schlesingera (1976) przebiegał dziesiątki kilometrów, by poczuć prawdziwe zmęczenie. Zaskoczyła go i otrzeźwiła uwaga grającego w tym filmie nie byle jakiego mistrza, Lauren-ce a Oliviera, który zauważył, że przecież można to wszystko po prostu zagrać. Dominika Bednarczyk nie mówi o lekturach. Odwołuje się do doświadczeń ryzykownych, rozdrapujących, uwalniających od stereotypów i wyuczonych form. Do Krystiana Lupy, jego pragnienia, by sięgać głębiej, tak głęboko, jak tylko można. Do Mai Kleczewskiej, z którą pracowały przez kilka miesięcy nad spektaklem jak „zadżumione”, co - przyznaje - nie było zdrowe, ale ważne dla sztuki. Dotknęłyśmy wtedy z Majką pewnej granicy, poza którą robiło się naprawdę niebezpiecznie. Pamiętam, że panicznie bałam się każdego spektaklu, nie wiedziałam, czy to zagram, czy uniosę to, co się wydarzy na scenie i poza nią. Andrzej C. Leszczyński 33 Ale i Szaflarskiej zdarzyło się „zatracić siebie”. Wspomina w innym miejscu, że w jakiejś scenie z Ladacznicy z zasadami Sartrea trzymała w ręku ciężki pistolet: Kiedy skierowałam go w stronę partnera, przeżyłam coś niesamowitego... coś takiego, co chyba czuje się, chcąc zabić drugiego człowieka. Cała aż zesztywniałam. To trwało ułamek sekundy, ałe jednak... Nieczęsto się zdarza takie zatracanie, może na szczęście. Adam Ferency mówi o granicy, której przekroczenie oznaczałoby utratę własnej tożsamości. To są rozpaczliwe próby stania się nieśmiertełnym ze świadomością bycia zwykłym śmiertełnikiem. Powrót do samego siebie zawsze stawia pytanie, czy to się skończy w szpitalu wariatów. Mam nadzieję, że nie, bo już wystarczająco długo ćwiczę. Wchodzi się w inną rzeczywistość, z której trudno czasami wrócić. Janusz Gajos: Mówi się — zdejmuję kaftan i idę na kołację. A jednak jest w tym rodzaj tęsknoty za światem, który się zostawiło. To także rodzi samotność. Tym niemniej trzeba wrócić do codzienności i zacząć załatwiać zwykłe sprawy. Dla Jerzego Stuhra rozstanie z rolą i powrót do siebie wciąż wiąże się ze szczególnym rozczarowanie. Musiał się latami do tego przyzwyczajać, bo chciałoby się: Dalej, wynieście mnie na rękach, gdzie wy jesteście, halo?! A samochody z parkingu wyjechały, siedzisz sam z butelką wody mineralnej. Pytany, co potem, odpowiada: SPATiF, setka, dwie. Krystian Lupa identyfikację z postacią uważa za fundament aktorstwa. Jego zdaniem nie aktor prowadzi postać, ale przeciwnie - postać prowadzi aktora („aktor to koń, jeździec to postać”). Jego aktorzy są z postacią „w ciąży”, dojrzewają do niej, piszą do postaci listy, chodzą z nią na spacery, przewidują jej reakcje. Gustaw Holoubek - przeciwnie: narzuca siebie postaci. Zwraca się do widzów we własnym imieniu - ale jego „ja” jest zdeterminowane tekstem, problemem, postacią. Tak to tłumaczy: Pytanie, które sobie zadaję: co by było, gdybym to ja był Edypem, Hamletem, Konradem, wszystko jedno zresztą, kim. Ale ciągle ja, obciążony tą samą ułomnością fizyczną, psychiczną, dająca jednak szansę przetworzenia, poprawy samego siebie, wzbogacenia o cechy, których nie posiadam. Teatrem, który w ogóle nie zajmował się egzystencjalną metafizyką aktorstwa skupiając się na sprawach przyziemnych - rzemiośle i kompetencjach warsztatowych - był teatr elżbietański. Nazwa ta odwołuje się do Elżbiety I, ostatniej z rodu Tudorów, zwanej też Królową-Dziewicą. W teatrze elżbietańskim, z czasem określanym także mianem szekspirowskiego, dominowała czysta, wyrazista fizycznie gra. Najważniejszy na scenie był tekst, któremu przyporządkowane były takie umiejętności, jak dykcja, impostacja czy celowy gest. Jednak nawet Elżbieta — wielka miłośniczka Melpomeny („Śpiewaczki”) i ponoć nie byle jaki talent aktorski - nie mogłaby wystąpić w takim teatrze, gdyż grali w nim wyłącznie mężczyźni (role kobiece przydzielano ładnym młodzieńcom). Pierwsza aktorka pojawiła się tu (w roli Desdemony) dopiero ok. 1660 roku. Wnętrze aktora - zdolność do pełnego identyfikowania się z postacią - wysunęło się na pierwszy plan dopiero w czasach Wielkiej Reformy, m.in. dzięki wspomnianemu wyżej Konstantemu Stanisławskiemu, jego postulatom „przeżywania”, „wyobrażania sobie” i odwoływania się do podświadomości. W 1969 roku na scenie Teatru Klasycznego zmarła Bożena Kurowska. Śmiertelnej zapaści doznał Moliere grając tytułową postać w swojej sztuce Chory z urojenia (1673). 34 Okruchy Emilia Krakowska oznajmiła niedawno, że też marzy o śmierci na scenie. Wojciech Pszoniak swoje odczucia dotyczące aktorstwa wyraził w formie wiersza (Sztuka A): Sztuka aktorska jest może najpiękniejszą ze wszystkich sztuk — nie potrzebuje niczego dłuta pędzla instrumentu pióra. Jest najpiękniejsza — istnieje sama w sobie w człowieku w długim tajemniczym miłczeniu w niezrozumiałym spojrzeniu w uśmiechu w kąciku ust w samotności. W myśli, która przebiegając wpada gdzieś do drugiego człowieka i zmienia świat zamyka drzwi wbija nóż w serce powoduje, że człowiek przytula się do człowieka do psa. Sztuka aktorska jest łzą, która widoczna gubi się gdzieś w codzienności niezauważona zapomniana. RÓŻEWICZ Pół wieku temu, w 1967 roku zorganizowałem spotkanie z Tadeuszem Różewiczem w klubie „Helikon”, na strychu Studium Nauczycielskiego przy ul. Buczka (obecnie Królowej Bony) w Gliwicach. Mieszkał niedaleko, na Zygmunta Starego 28 (dziś wisi tam piękna narożna tablica pamiątkowa autorstwa prof. Krzysztofa Nitscha). Wkrótce miał przeprowadzić się do Wrocławia. Pamiętam jego dobrotliwy uśmiech, gdy odpowiadał na nasze pytania tak, jak gdyby był z wizytą w przedszkolu. Wiele lat później przeczytałem fragmenty dziennika, prowadzonego w tamtym czasie (Kartki z gliwickiego dziennika). Są tam zdania mówiące o problemach egzystencjalnych, o jakich nie byliśmy w tamtym czasie zdolni myśleć, tym bardziej poruszać je, mówić o nich podczas spotkania w Helikonie. Andrzej C. Leszczyński 35 Tadeusz Różewicz pisze w Kartkach o swej niewierze. Pisze tak, jakby była męką bezustanną, od której nie sposób się uwolnić. Jeśli się nie wierzy, to: nie wierzy się rano i wieczorem, przy obiedzie i przy warsztacie pracy, na spacerze i na zebraniu, w pociągu i samolocie, po obiedzie i przebudzeniu, przed zaśnięciem. Nie wierzy się ciągle, bez przerwy. Czytając i pisząc. Nie wierzy się - rozmawiając i planując podróż. Przy wyjeździć i przy powrocie. Obierając jabłko. Nie wierzy się wiosną, latem, jesienią i zimą. Nie wierzy się, pomagając ślepcowi przejść przez ulicę, dając żebrakowi złotówkę. Pisze się podanie o wyjazd, robi się zdjęcia, obiecuje napisanie czegoś tam - i nie wierzy się. Ciągle, nieustannie. Niewiara siedzi nie tylko w głowie. Jest też w sercu, w rękach, nawet w nogach. Otacza, otacza, zaciska. Plączesz i śmiejesz się, gniewasz się - bez wiary. A więc pusty, biedny. Gdy czytałem słowa: „]a nie wierzę. Współcześni łudzie nie wierzą. Oni myśłą, że wierzą — przychodził mi na myśl Sokrates, który po swoim słynnym sprawdzeniu wiedzy współobywateli doszedł do podobnego wniosku: oni nie wiedzą i ja nie wiem; tyle że oni nie wiedzą, że nie wiedzą, a ja to wiem. Podczas rozmowy z Kazimierzem Braunem (Języki teatru) Różewicz mówi: Jestem człowiekiem, nazwijmy to umownie, »niewierzącym«. W istocie jestem wierzący. Ale nie będę tego rozwijał. [...] Chodzi mi tylko o to, żeby się odciąć od tego płytko pojmowanego słowa »wierzący« czy »niewierzący«. Szczególnie u nas w Polsce jest to dość podejrzane. Być może chodzi poecie o wiarę pozorną, behawioralną, ograniczoną do utartych praktyk i gestów. Coraz bardziej przemawia do mnie taka możliwość, przygnębiający obraz religijnego teatru rodem z szekspirowskiego The Globe, gdzie zgodnie z grecką etymologią (aktor to hipokryta, D7tOKpiTT]ę) wszystko jest odgrywane, udawane, zewnętrzne. Ks. prof. Andrzej Draguła pisze w „Więzi”, że czasami człowiek literalnie niewierzący może bardziej wierzyć niż ten, który uchodzi za wierzącego. Sądzi, że niewiara Różewicza jest doświadczeniem religijnym w pełnym sensie tego słowa - nie jest bowiem bezwia-rą, obojętnością czy pasywną neutralnością. Raczej dramatem utraty czegoś, czego na moment dotknął w dzieciństwie {Małemu chłopcu w białym ubranku! dano poznać! smak Boga! którego nie ma! I zostałem sam). Można sądzić, że była to utrata ostateczna, o czym pisze w jednym z ostatnich wierszy: przegrałem/ walkę o Boga/ moją siedemdziesięcioletnią/ wojnę religijną. Była to, zważmy, walka o Boga, nie z Bogiem. Walka przegrana także w tym sensie, że nic nie zostało rozstrzygnięte {życie bez boga jest możliwe! życie bez boga jest niemożliwe). W gliwickich Kartkach Różewicz zapisuje, że tamto dziecięce doświadczenie wraca do starego człowieka, do umierającego. W wierszu pt. Widziałem Go opisuje spotkanie z Chrystusem. Z ubranym w trzy swetry, purpurowy płaszcz, fioletowe rękawiczki i czapkę uszatkę bezdomnym, który ze zmierzwioną rudą brodą spal na ławce! z głową złożoną! na plastykowej torbie" - spał „spokojnie jak dziecko". I oto wróciło tamto dotknięcie: „a jednak coś mi mówiło! że to jest Syn Człowieczy [.J otworzył oczy! i spojrzał na mnie! zrozumiałem że wie wszystko. Matka Teresa w książce pt. Pójdź, bądź moim światem wyznaje, że niedługo po wieczystych ślubach posłuszeństwa utraciła wiarę i już jej nie odzyskała. Pisze o wypełniających ją pustce i ciemności, co trwało niezmiennie przez kilkadziesiąt lat aż do śmierci. Może 36 Okruchy została poddana duchowej próbie, zwanej czasem „nocą nicości”? Takiej, jakiej poddany został pastor Tomas Ericson z filmu Ingmara Bergmana pt. Goście Wieczerzy Pańskiej? Może i Różewicz został jej poddany? Jedną z ważniejszych przestróg przed religijną teatralizacją i pustym gestem znajdujemy w Kazaniu na Górze: Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie (Mt 6, 18). Różewicz (Kartki): „Moja sytuacja jest taka: mogę pościć w skrytości, mój post nie będzie znany ani ludziom, ani Ojcu. Nie mogę liczyć na to, że Ojciec mi zapłaci. Moi znajomi skłonni są dużo mówić o tym, że poszczą. [...] Nawet o najmniejszym cierpieniu, niedostatku trąbią na cały świat, »cierpienie« opłaca się im. Bardzo to bliskie naukom protestanckim. Mistrz Eckhart - jeden z duchowych inspiratorów Marcina Lutra - pisał: Zewnętrzny człowiek ma zewnętrznego boga, wewnętrzny człowiek ma wewnętrznego Boga. Uczynki są owocem wiary i zbawienia, a nie narzędziem służącym do uzyskania go. Nie powinno dziwić, że w ostatniej woli Różewicz wyraził życzenie, by pochowano go na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy kościele Wang w Karpaczu Górnym. Napisał: Proszę też miejscowego pastora, aby współnie z księdzem kościoła rzymsko-katołickiego (którego jestem członkiem przez chrzest św. i bierzmowanie) odmówił odpowiednie modlitwy. Pragnę być pochowany w ziemi, która stała się bliska mojemu sercu, tak jak ziemia, gdzie się urodziłem. Może przyczyni się to do dobrego współżycia tych dwóch - rozdziełonych wyznań i zbłiży do siebie kułtury i narody, które żyły i żyją na tych ziemiach. Może spełni się marzenie poety, który przepowiadał, że »Wszyscy łudzie będą braćmi«. Myślę teraz o innej jeszcze postaci, o wybitnym historyku filozofii, prof. Stefanie Swie-żawskim, katoliku, który na miejsce swego umierania wybrał protestancki ośrodek Tabita w Konstancinie. BYŁO. NIE MA „Cela s'estpasse” - stało się, to już za mną. Zdanie z Sezonu w piekle Artura Rimbauda — po nocy piekielnej („Nuit de 1'enferj. Oto fragment jej opisu: Przełknąłem tęgi haust trucizny. - Po trzykroć niech będzie błogosławiony zamysł, jaki mnie nawiedził! - Palą mnie wnętrzności. Zaciekły jad skręca mi ciało, zniekształca mnie, zwała z nóg. Konam z pragnienia, duszę się, nie mogę krzyczeć. To piekło, cierpienie wieczne! Spójrzcie, jak wznosi się płomień! Płonę jak trzeba! Zgoda, demonie! (przekład Artura Międzyrzeckiego). Po majaczeniach wywołanych przez jad z odwłoku tarantuli - następuje wyzwolenie: „Je sais aujourd’ hui saluer ła beaute” (potrafię dzisiaj witać piękno). Julien Gracq sądzi, że zdanie to - „Ceła s'estpasse” - może wyrażać coś bardziej istotnego. Może symbolizować odejścia Rimbauda od poezji, jak ją pojmował i w jakiej się zatracał. Jakby w pewnej chwiłi coś w poecie ustało, coś przestało w nim wrzeć i jakby oddałiła się wewnętrzna, naładowana niezwykłą ełektrycznością, burzłiwa konfiguracja. Że się zatracał, nie ulega wątpliwości. Już jako nastolatek odczuwał potrzebę szaleństwa, mądrości szukał w chaosie (Sezon w piekle miał być jego instrukcją) i transie. W jednym z listów do swego nauczyciela retoryki, Georgesa Izambarda, pisze o dokonującej się zatracie Ja: Niesłusznie jest mówić: ja myśłę. Należałoby raczej powiedzieć: mnie myśłą. Andrzej C. Leszczyński 37 Przepraszam za grę słów. Ja jest ktoś inny [Je est un autrej. To ostatnie zdanie utrwaliło się w polszczyźnie w bardziej gramatycznej formie: „Ja to ktoś inny — Rimbaud nie napisał jednak: „Je suis quelquun cPautre”. I oto, w wieku 21 lat, powraca do siebie. Odczuwa gwałtowną potrzebę ładu, życia realnego - nie „w piśmie”, którym teraz gardzi („to okres pijacki”). Pytany w Afryce -gdzie zajmuje się handlem skórami, kością słoniową, bronią, kawą, piżmem; gdzie posiada własną faktorię oraz pałac w Harrarze - odpowiada: to były pomyje [,rinęures ). Z relacji siostry, Izabeli, wynika, że chciał znaleźć w sierocińcu pannę z nieposzlakowaną przeszłością i edukacją. Mówił też o poślubieniu katoliczki rasy abisyńskiej, o synu, którego wykształciłby na inżyniera. Umiera (dom w Roche, szpital w Marsylii) przy matce i siostrze. Matka, Vitalie Rimbaud, każę Izabeli przejąć pieniądze brata, ta jednak odmawia [Wszystko to robiłam dła niego nie z chciwości, lecz dlatego, że jest moim bratem). Poza dwiema żałobnicami we mszy uczestniczyło ośmiu ministrantów, pięciu chórzystów i dawny nauczyciel, który grał na organach. Na tropach historii Arkadiusz Wełniak EFEKT DRZEWKA, albo o genealogii bardzo praktycznej Utrwalane nazwiska, daty chrztów i zgonów bliższych i dalszych przodków, miejsca, wydarzenia, rodzinne powiązania odtwarzane z pamięci stopniowo wobec ich nagromadzenia, wiążą się z coraz większymi problemami lub wspomaganiem zapisów cyfrowych. Potrzebne są też skojarzenia z różnymi wydarzeniami wielkiej rangi wymienianymi we wszystkich podręcznikach do historii, ale też z tymi błahymi, które przetrwały za sprawa opowieści dziadków, ciotki, tudzież za sprawą kilkuzdaniowego listu zachowanego w albumie rodzinnych fotografii. Zawsze próbowałem powiązać nazwiska z konkretnymi miejscowościami, w których mieszkali i pracowali przodkowie, w wyobraźni budując obraz tamtego świata i tamtej konkretnej rzeczywistości. Pojawiały się przy tym pytania, które nierzadko prowadziły do dalszych dodatkowych i szczegółowych badań. Dlaczego bratanek mojej prababki uczył się w latach 1912-1914 w szkole średniej w Elblągu, a nie na miejscu w Tczewie? Dlaczego najmłodsza córka moich pradziadków została ochrzczona wiosną 1893 roku nie w macierzystej a w sąsiedniej parafii? Na większość nigdy nie uzyskałem i zapewne nie uzyskam odpowiedzi. Próby przyporządkowania faktów powodowały, że czytając choćby Psie lata Guntera Grassa sprawdzałem położenie wymienianych Kartka pocztowa z Korzeniewa (Kurzebrack) w powiecie kwidzyńskim, fot. archiwum autora Arkadiusz Wełniak 39 w niej miejscowości na Żuławach Gdańskich i wykazy tamtejszych mieszkańców. Bywając w archiwach państwowych czy diecezjalnych obserwuję podobnych mi pasjonatów pochylonych nad opasłą księgą metrykalną albo wpatrzonych w podświetlony kadr na wysłużonym enerdowskim czytniku mikrofilmowym. Świat wokoło przestaje istnieć, a owe mrówki i zawijasy w metryce ślubu odnotowanej w czasie, kiedy przez Kociewie przechodziła wielka armia francuska nieuchronnie uruchamiają Adalbert Goertz, fot. autor wyobraźnię. Kontakt i rozmowy z pasjonatami genealogii są czymś wyjątkowym. Wystarczy czasami zdawkowe: „jaka parafia?” i wszelkie formy powitalne i początkowy dystans przestaje mieć znaczenie. W jednym z archiwów państwowych poznałem kiedyś przesympatyczną starszą panią o orientalnej urodzie. Była prawnuczką kołodzieja z Mątów Wielkich, który w latach siedemdziesiątych XIX wieku postanowił poszukać lepszego życia w Hamburgu, ostatecznie trafiając stamtąd na Antypody. Mówiła o przodkach ze strony ojca wywodzących się z greckiego Korfu, o prababci, w której żyłach płynęła irlandzka krew i przede wszystkim o polsko-niemieckich korzeniach przodków z linii matki. To ona przed śmiercią opowiadała jej o kraju przodków i zainspirowała do poszukiwań. Z rozłożonymi notatkami i wydrukami drzewa genealogicznego na stole w pracowni archiwalnej użytkowniczka z dalekiej Australii wpisywała odręcznie kolejno ustalane daty i fakty. OSTROŻNIE Z TEZAMI Poruszanie się na polu genealogii i praca bezpośrednio na źródłach archiwalnych Prus Zachodnich nauczyło mnie z czasem ostrożności w przyjmowaniu tez i twierdzeń, którymi operują rozpoczynający swoją przygodę z genealogią. Chociażby przyjmowanie założenia, że polskobrzmiące nazwisko z Powiśla czy Żuław Malborskich musi być jednoznaczne z religią rzymskokatolicką może być niejednokrotnie mylące. Podobnie jest z nazwiskami, które na przestrzeni wieków zmieniały brzmienie. Mój długoletni znajomy dr Robert Schilling, zaangażowany zresztą w działalność Towarzystwa Sztumskiego w Niemczech musiał być zdziwiony, kiedy w księgach metrykalnych kościoła w Dąbrówce Malborskiej i Kałwie z drugiej połowy osiemnastego wieku natrafiał na swoich przodków noszących nazwisko Szeląg. Schilingami stali się dopiero na stałe ponad sto lat później w czasach bismarckowskich, a wariant i brzmienie tego nazwiska był utrwalany we wpisach w rejestrach stanu cywilnego na ziemi dzierzgońskiej. Z kolei inny z moich genealogicznych przyjaciół Michael Palutzki poprzez wielomiesięczne badania źródłowe potwierdził ostatecznie, że jego przodkowie przybyli do podsztumskich Pułkowic z okolic Gronowa koło Gniewa. 40 Efekt drzewka, albo o genealogii bardzo praktycznej Podobnym przykładem są dzieje przodków Willi Drosta urodzonego w 1925 roku we wsi Budzin pod Kwidzynem. Ten niezwykle żywotny i energiczny jak na swój wiek mieszkaniec Berlina w ostatnich latach kilkakrotnie odwiedził powiat kwidzyński. Każda jego wizyta wraz z pogłębianą jednocześnie wiedzą genealogiczną obfitowała w odwiedziny kolejnych miejsc - cmentarzy, kościołów, kapliczek po obu stronach Wisły. Kwerenda genealogiczna prowadzona przez wnuka Willy Drosta bazowała głównie na metrykaliach z Tychnów, Janowa, Wielkiego Garca, Gniewa i Nowego. Udało mu się ostatecznie odnaleźć zapis, że jego przodek Jakub Drozd przybył w okolice Ryjewa dopiero w 1797 roku. Owa migracja na prawy brzeg Wisły przybrała największe rozmiary właśnie na przełomie XVIII i XIX wieku. Często zresztą Powiśle było jedynie punktem przystankowym, a kolejne pokolenie można znaleźć na Żuławach Wiślanych czy we wsiach pod Elblągiem. Tak było chociażby z rodziną Lobjniskich — Lubińskich, którzy przybyli do Nowej Cerkwi z okolic Steblewa, znajdując tu początkowo zatrudnienie na majątku ziemskim. Inna genealog dorastająca w Żelichowie (Petershagen) opowiadała mi szczegółowo o rodzinach mennonickich, którzy jeszcze w latach wojny tłumnie przybywali także z okolicznych wsi do miejscowej kaplicy na nabożeństwo. Po mszy żegnał wszystkich pastor, a dzieci karnie jak po sznurku szły kilka kroków przed rodzicami. Większość właścicieli wielkich gospodarstw rolnych w tej części Żuław Malborskich stanowili właśnie Mennonici. Do 1945 roku kolejne generacje Wiensów, Jantzenów, Quringów, Pennerów i Froese były najbardziej żywotnym i gospodarczo stabilnym elementem miejscowej ludności. W latach 2002-2006 prowadziłem ożywioną korespondencję z Adalbertem Goert-zem1 z USA, nieocenionym popularyzatorem genealogii i wiedzy o historii mennonitów w Prusach Zachodnich. Dzięki efektom pracy Adalberta Goertza i Glenna Penner udało się zindeksować oraz udostępnić większość zachowanych rejestrów i ksiąg mennonickich z obszaru dawnych Prus Zachodnich2. W trakcie badań mogliśmy chociażby potwierdzić, że w jeszcze w połowie XVIII wieku mennonici na Żuławach Malborskich byli wpisywani w osobnych seriach w księgach kościołów ewangelickich, ale czasami także do ksiąg parafii katolickich. Wynikało to z przywileju religii rzymskokatolickiej w okresie przynależności tych ziem do Rzeczpospolitej, stąd rejestracja mennonitów ale i luteran szczególnie zamieszkałych we wsiach z parafia katolicką właśnie w tychże metrykach. Tak jak 1945 rok zapoczątkował niemal całkowitą wymianę ludności na terenie Żuław, tak za pewna datę symboliczną w pomorskiej genealogii można uznać także rok 1920. Wraz ze wskrzeszeniem państwa polskiego i ustaleniem granicy państwowej na odcinku Wisły rozpoczęła się niekontrolowana do końca fala przemieszczeń ludności. Wiele rodzin z powiatów przygranicznych położonych w tak zwanym korytarzu deklarujących się jako narodowość niemiecka wyjeżdżało i przenosiło się m.in. na teren Dolnego Powiśla, do Malborka czy przemysłowego Elbląga. Potwierdzają to zachowane w zasobie archiwum państwowego w Gdańsku kartoteki meldunkowe Tczewa czy Gniewa. Źródła archiwalne 1 Adalbert Emanuel Goertz (*3.12.1928 Langenau/Łęgowo k. Susza +7.05.2011 El Paso, USA) absolwent gimnazjum w Królewcu oraz fizyki na Uniwersytecie we Frankfurcie. W 1960 roku wyemigrował z rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdzie w 1968 roku obronił doktorat na Uniwersytecie Colorado. Największą pasją Adalberta Goertz były studia nad dziejami rodzin mennonickich w Prusach. Autor wielu artykułów, opracowań genealogicznych i edycji źródłowych. 2 Prussian Mennonite Genealogical Resources, http://www.mennonitegeneaJogy.com/prussia/ Arkadiusz Wełniak 41 ze wsi Jaźwiska, Jeleń i Opalenie nad Wisłą dowodzą, że kilkanaście tamtejszych rodzin ewangelickich przeniosło się na niemiecką stronę obejmując przydzielone gospodarstwa m.in. Korzeniewie, Marezie czy w okolicach Sadlinek. PRZYJMOWAĆ FAKTY Z POKORĄ Mój zmarły w Elmshorn przyjaciel Gunter Mauter, elblążanin z urodzenia, od którego uczyłem się metodyki pracy genealoga zwykł mawiać: w tej dziedzinie należy przyjmować wszystkie fakty z pokorą, a przodków kimkolwiek byli trzeba doceniać. Nadmierne ambicje i własne ego są w poszukiwaniach całkowicie niepożądane. Można w tym miejscu przywołać także słowa z utworu Jacka Kaczmarskiego z płyty „Sarmatia Rodowód mój nie sięga bursztynowych szłaków, Mój praszczur się nie najadł na ciele Popiela, I kiedy nie od razu budowano Kraków Zabrakło także mojej krwi przedstawicieła. Czy byli pod Grunwaldem - milczą kronikarze, Jeżeli wzięli Moskwę - to ich tam zjedzono. Brakuje mi pradziadów w głównym nurcie zdarzeń Bym mógł ich dać za przykład pro pubłico bono. Podczas moich genealogicznych wojaży poznałem i takich, dla których badanie rodowodu przodków podyktowane było właśnie nadmiernie rozbuchanymi ambicjami. Nieraz słyszałem od niektórych już na wstępie rozmowy: moi przodkowie byłi ze szłachty. Nieraz mogłem się dowiedzieć podczas rozmowy w archiwum, że przodek tego i tamtego był właścicielem dóbr, burmistrzem albo właścicielem manufaktury. Jeszcze trudniej mi zrozumieć całe zabiegi podporządkowane idei potwierdzania przynależności przodków do stanu wyższego. Często ów motyw wyjściowy skutecznie przesłania podstawowe założenie dokumentowania rodowodu. Miałem okazję spotkać wiele lat temu w jednym z archiwów sympatycznego człowieka, który jako świeżo upieczony emeryt postanowił wykorzystać nadmiar wolnego czasu i dowiedzieć się możliwie jak najwięcej o dziejach swojej rodziny. Bezpośrednią inspiracją miał być jego udział w dorocznym spotkaniu członków jednego z bractw kurkowych i rozmowy z prezesem bractwa - zapalonym genealogiem i miłośnikiem heraldyki. Nazwisko było dość powszechne szczególnie na terenie Powiśla i Ziemi Lubawskiej. Wstępem do rozpoczęcia przygody z genealogią stał się zakup publikacji specjalistycznych w tym kilku herbarzy szlachty polskiej. W tych ostatnich początkujący genealog odnalazł rodzinę, noszącą identyczne jak on nazwisko. To było zapewne dodatkowo naturalnym impulsem do zdwojenia badawczych wysiłków. Poszukiwania wiodły na pogranicze Mazowsza i Prus Królewskich, gdzie miało w siedemnastym wieku znajdować się gniazdo rodowe. Stąd jedna z linii rodowych miała wywędrować na północ stając się już w 1772 roku poddanymi władcy Prus Fryderyka Wilhelma. Podczas następnych wizyt w archiwum spotykałem kilkakrotnie naszego bohatera pochylonego nad kolejnymi rocznikami ksiąg stanu cywilnego. Jak mówił, efekty pracy nie 42 Efekt drzewka, albo o genealogii bardzo praktycznej były najgorsze, znalazł dziadka - robotnika kolejowego i pradziadka murarza, ale szlacheckiej przynależności mimo prób nie mógł na razie potwierdzić. Dodatkowo miejsce urodzenia pradziadka absolutnie nie zazębiało się z dobrami, w których szlachecka linia miała zamieszkiwać. Przyszedł moment zwątpienia. W następnych miesiącach nie widziałem już sympatycznego emeryta w pracowni archiwum, a z forum dyskusyjnego o heraldyce zniknęły z czasem jego posty. Spotkaliśmy się kilka lat później całkiem przypadkiem podczas targu staroci. Ku mojemu zaskoczeniu mój przemiły ekstowarzysz z archiwum wystawiał tam całkiem pokaźną kolekcje monet i znaczków filatelistycznych. Zapytałem mimochodem o postępy poszukiwań genealogicznych i o nową pasję. Mój rozmówca uznał, że wobec ograniczeń czasowych oraz trudu poszukiwań kolejnych generacji w księgach pisanych po łacinie i niemiecku musiał przyjąć, że ujęci w herbarzu to na pewno jego przodkowie. Zrobił nawet rozpiskę i rodowe drzewo genealogiczne, wprawdzie z brakującymi pięcioma pokoleniami między rokiem 1742 a 1847, ale za to z informacjami sięgającymi schyłku wieku piętnastego. Mam nadzieję, że od tego czasu udało się naszemu bohaterowi jednak nieco zweryfikować swoją optymistyczną wizje genealogii. Z drugiej strony może i nieświadomość lepsza jest niż rozczarowanie, które mogłoby spotkać naszego bohatera. Inspirując się taką specyficzną metodą badań można by powiedzieć, że dzisiaj w zasadzie każdy: Lipiński, Bartnicki, Zamojski, Długopolski, Wojciechowski, Chęciński i Chudzicki pochodzi od szlachty, a co trzeci Leszczyński miał wśród przodków króla. Ambicjonalny cel może przybrać także inny jeszcze bardziej skrajny wymiar. Do dzisiaj wspominam sytuację sprzed kilku lat, kiedy bardzo późnym wieczorem zadzwonił do mnie pewien człowiek. — Robi pan jeszcze przy tych drzewach? — usłyszałem w słuchawce telefonu. Zaskoczony pytaniem nie zdążyłem nawet odpowiedzieć „pomyłka”, ponieważ mój rozmówca ciągnął dalej. — Robił Pan tam kiedyś dla mojego kuzyna takie wykresy o dziadkach i pradziadkach i jeszcze dalszych przodkach, a on teraz sobie zamówił takie fajne drzewo. I bardzo ładnie to wygląda i pomyślałem sobie, że i u mnie miejsce w salonie by się na takie piękne genealogiczne drzewo znalazło. Przypomniałem sobie kuzyna mojego rozmówcy nazwijmy go panem Z., którego przodkowie wywodzili się z Kaszub i Ziemi Lęborskiej. Przypomniałem sobie z jakim zaangażowaniem on sam później szukał dalszych linii i związków rodzinnych, z jaką pasją opowiadał mi o odnalezionych na strychu albumach rodzinnych po dziadkach. Jednym słowem zarażony pasją genealogiczną spędzał i zapewne spędza nadal długie godziny w archiwach i przed monitorem komputera. Jego kuzyn, a mój rozmówca pan Z., okazał się zdecydowanie mniej cierpliwy i konsekwentny. W pierwszym mailu przedstawił mi bardzo skromne i mało precyzyjne dane wyjściowe, nie wychodzące poza generację dziadków. W odpowiedzi wskazałem możliwości samodzielnych poszukiwań w dokumentach udostępnianych online, napisałem o źródłach zachowanych w archiwach państwowych i diecezjalnych. Sprawę komplikowała wprawdzie nieco niekompletność źródeł do ewentualnego udokumentowania linii po matce. Nie był to jednak stan beznadziejny. Podczas Arkadiusz Wełniak 43 następnej rozmowy usłyszałem o ograniczeniach czasowych mojego rozmówcy oraz szybkim znużeniu tego typu pracą. Z zapałem natomiast mówił o plastyczce, która zgodziła się już na podstawie zgromadzonych danych namalować takie drzewo genealogiczne oraz o efekcie, który wywoła takie cudo wśród rodziny i znajomych. Dowiedziałem się także, że nawet przy braku danych coś tam można wymyślić, zastąpić i podstawić. — Ważne, żeby był duży efekt, żeby dzieciaki pamiętały dziadków, a rodzina, znajomi i sąsiedzipodziwiałiby z zazdrością rodzinne drzewo namałowane na ścianie — podsumował wywód pan Z. Odmówiłem podjęcia się opracowania genealogii rodzinnej, mówiąc o uczciwości i rzetelności badań. Nie miałem już potem z nim kontaktu. Nie wiadomo, czy ktoś inny podjął się zlecenia. Nie wiadomo, czy plastyczka miała okazję rozrysować gałązki z kolejnymi generacjami, tak żeby sąsiedzi i znajomi mogli podziwiać efekt. Jeżeli tak można przypuszczać, że u podstaw drzewa jako protoplasta figuruje jakiś przedstawiciel miejscowej szlachty. Wtedy efekt przecież mógłby być podwójny. FAKTOGRAFICZNE ŻNIWA W LISTOPADZIE W pierwszych dniach listopada odwiedzamy tłumnie groby przodków, naszych najbliższych i dalszych krewnych, zmarłych przyjaciół i znajomych. Te dni i spotkania z rodziną dają zawsze asumpt do wspomnień i rozmów. W środowisku genealogów mówi się o faktograficznych żniwach przypadających w te dni. Z pewnością niejeden z nas zaczyna pod wpływem tych wspomnień budowanie drzew genealogicznych. Święto Zmarłych i Wszystkich Świętych daje także okazję do refleksji, żeby pomyśleć o miejscach spoczynku 44 Efekt drzewka, albo o genealogii bardzo praktycznej dawnych mieszkańców, żyjących na tych ziemiach wiele lat temu, których potomków trudno dziś wypatrywać wśród mieszkańców Powiśla czy Żuław Malborskich. Zazwyczaj podczas wycieczek po Żuławach zabieram moich, w większości niemieckojęzycznych znajomych, na cmentarz mennonicki w Stogach Malborskich. Punkt obowiązkowy. Bo czyż może być coś lepiej pokazującego specyfikę i wyjątkową skomplikowaną historię tych terenów. Opowiadam zawsze o inicjatywach przywracania cmentarzy mennonic-kich i ewangelickich przez miejscowych pasjonatów historii. Zapalając symboliczny znicz przy nagrobku Pennerów i drewnianym krzyżyku dziecka - bezimiennej ofiary ucieczki ze stycznia 1945 roku, obserwuję za każdym razie wzruszenie na twarzach odwiedzających ze mną to miejsce. Długie godziny poświęcił na odczytywane epitafijnych tekstów z niszczejących płyt nagrobnych i ich fotografowanie Walter Epp, zapalony genealog i potomek tutejszych men-nonitów. Doris Schell nauczycielka z Duisburga, wnuczka gospodarza z podmalborskiego Tralewa, napisała mi, że zabrała w tym roku po raz pierwszy w podróż do Polski swojego nastoletniego syna. — Chciałam mu pokazać, gdzie urodziła się jego babka Marta. Pojechaliśmy zobaczyć dawny kościół ewangelicki w Nowym Stawie, gdzie babka została ochrzczona w marcu 1937 roku. W swoich poszukiwaniach genealogicznych jestem już w połowie XVIII wieku. Zamówiłam w archiwum mikrofilmy z księgami z parafii w Lichnowach. Przerobiłam całość Nowego Stawu i większość Lasowic. Johann Volkmann urodzony w 1696 miał przynajmniej dwie żony, z pierwszą Selmą Rempel miał syna... — czytałem dalej. 1945 rok przerwał gwałtownie wielowiekowy i wielopokoleniowy związek tysięcy rodzin z tymi ziemiami. Skutki wojny i konsekwencje dla tych, którzy ją wywołali - można by tu ogólnie podsumować. Dyskusyjne pozostaje, czy w przypadku wielu dawnych mieszkańców Powiśla Sztumskiego takie podsumowanie ma swoje przełożenie. Właśnie tutaj nierzadko najbliżsi krewni w konsekwencji ucieczki, wysiedleń i wyjazdów zostali rozdzieleni. Powojenna władza i ludność napływowa za Niemców uznawała nierzadko tych, którzy przez lata właśnie byli nośnikiem tej Polskości na tym obszarze. Nie można zapomnieć, że lata pięćdziesiąte ubiegłego stulecia w przypadku mieszkańców Sztumu i okolic to masowe wnioski o zgodę na wyjazd za Odrę. Znakomicie odzwierciedla to zestawienie aktów USC z lat dwudziestych w których ów urzędowo zarejestrowany Paul Pogoschelski podpisuje się własnoręcznie jako Paweł Pogorzelski i tenże sam obywatel we wniosku do władz powiatowych z 1951 roku pisze: — Czuję się Niemcem i pragnę z rodziną na stałe wyjechać do rodziny w NRF. Wracając do poszukiwań genealogicznych i zaskakujących czasami jej efektów muszę na koniec wrócić do wspomnianego już Michaela Palutzki, prawnika i zapalonego genealoga z Neunkirchen w Nadrenii. Pałuccy pojawili się w powiecie sztumskim na początku XVIII wieku. Albrecht Pałucki poprzez drugie małżeństwo stał się właścicielem gospodarstwa w Pułkowicach. Za sprawą kolejnych pokoleń i jednocześnie stosunkowo niewielkiej mobilności drzewo genealogiczne Pałuckich dość szybko się rozgałęziało. W drugiej połowie XIX wieku potomkowie Albrechta Pałuckiego mieszkali i gospodarzyli na obszarze między Pułkowicami, Trzcianem i Laskowicami k. Prabut. Z czasem niektórzy z nich, idąc za przykładem setek innych z tej części Prus Zachodnich, zaczęli wyjeżdżać za pracą Arkadiusz Wełniak 45 i lepszymi perspektywami na teren przemysłowej Westfalii czy Brandenburgii. Dziadkowie Michaela znaleźli się tuż przed Pierwszą Wojną w Berlinie. Inni opuścili Powiśle bezpośrednio przed nadejściem Armii Czerwonej, jeszcze inni wyjechali po wojnie. — Ktoś na pewno został w Polsce, ale po wojnie mój ojciec już nie miał kontaktu — wspominał mi na początku naszej znajomości Michael. Wiadomo było, że w Ramzach Wielkich mieszkał aktywny działacz Związku Polaków w Niemczech Józef Pałucki. Kwerenda prowadzona w zbiorach Archiwum Państwowego w Malborku oraz Archiwum Diecezjalnego w Elblągu w obrębie ksiąg stanu cywilnego, metrykaliów z Postolina i Tychnów potwierdziły wstępnie, że przynajmniej jedna linia Pałuckich została po wojnie w Polsce i mieszka w Pułkowicach. List i odpowiedź, pytania o losy rodziny i kolejne odpowiedzi. Bariera językowa nie stanowiła aż tak dużej przeszkody. We wrześniu 2015 roku Palutzki z Neun-kirchen odwiedził osobiście swoich krewnych Pałuckich we wsi Pułkowice. To spotkanie, w którym i ja mogłem uczestniczyć, było najlepszym przykładem tego jak efektywna może być genealogia. Dziś, gdy odbieram telefon z Neunkirchen, zawsze słyszę Pałucki, z wyraźnym akcentem na „ł”. 46 Klasztorek — wieś bogata w historię Bogumił Wiśniewski i/i w/tadpiz KLAdZ 1 unhK wieś bogata w historię Magdalenie i Pawłowi Buczyńskim w Roku Ślubnym Klasztorek to mała wieś położona w dawnej diecezji pomezańskiej, w południowej części Pojezierza Iławskiego, oddalona około 10 km od Kwidzyna. Osada została założona nad jeziorem Klasztornym (Kloster-See) oraz nad jeziorem Leśnym (Burger-See), które w przeszłości, mogły tworzyć połączony ze sobą większy akwen wodny. Półwysep mógłby być wtedy dostępny jednie od strony południowej. Zespół osadniczy znajdował się na dwóch wyspach oraz półwyspie, na którym znajdują się relikty kościoła z XIII wieku. Na wyspie zachodniej, większej — do dnia dzisiejszego dobrze zachowało się późnośredniowieczne grodzisko, natomiast na mniejszej wyspie wschodniej, ze względu na rozległą działalność człowieka po domniemanym wczesnośredniowiecznym grodzisku niewiele pozostało. Osada musiała być prężna skoro zdecydowano się na wybudowanie murowanego kościoła. Miejsce to, wiąże się z działalnością cystersów na tym terenie. Nie jest wykluczone, że pierwszy biskup Prus - Chrystian, bezpośrednio przyczynił się do lokowania tego wyjątkowego założenia. Pierwsze informacje o Klasztorku (gród w miejscowości Werend) pochodzą z 1285 roku i trzeba go wiązać z grodem na dużej wyspie'. Jednak historia tego miejsca sięga swoimi korzeniami jeszcze głębiej, aż do neolitu. W wodach jeziora została odnaleziona rogowa siekierka T-kształtna pochodząca z przełomu V i IV tysiąclecia p.n.e. Daty radiowęglowe sprecyzowały jej powstanie, wyznaczyły okres, pomiędzy latami 4064 i 3964 p.n.e. Kościaną siekierkę, kształt i wykonanie, wiązać można byłoby ludami naddunajskimi. Były one również powszechne w kulturze Erteblle2. Jednak główny okres rozwoju i rozkwitu osady Klasztornej, przypada na X-XIII wiek. Chociaż w późniejszej historii swojego rozwoju, Klasztorek również był bardzo ważnym 1 Bojarski J. 1997b - Wczesnośredniowieczny zespół osadniczy w Klasztorku, woj. Elbląskie, stanowiska 1 i 4 (badania w 1995 roku), [w:]: P. Urbańczyk (red.), Adalbertus. Tło kulturowo-geograficzne wyprawy misyjnej św. Wojciecha na pogranicze pol-sko-pruskie, tom 2: W Chudziak (red.). Wczesnośredniowieczny szlak lądowy z Kujaw do Prus (XI wiek). Studia i materiały, 187-217. Toruń: Uniwersytet Mikołaja Kopernika, Instytut Archeologii i Etnologii PAN. 2 Pydyn A. 2016 - Wyniki archeologicznych prospekcji podwodnych w jeziorach Pojezierza Iławskiego w latach 2013-2014, s.80. [w:]: Kobyliński Z. (red.) 07 Archeologica Hereditas. Grodziska Warmii i Mazur2. Nowe badania i interpretacje. Warszawa. Prace Archeologii Uniwersytetu Kard. St. Wyszyńskiego w Warszawie. Bogumił Wiśniewski 47 punktem na mapie Pomezanii. W XV wieku właścicielem zespołu, został Ścibor Bażyński von Baysen, u którego bawił wielokrotnie jego brat Jan Bażyński, późniejszy polski gubernator Prus. Syn Scibora, Mikołaj rezydujący w Klasztorku, został wojewodą malborskim. Na półwysep od zachodu można było się dostać, łodzią albo mostem zlokalizowanym przez archeologów, w południowej zatoce jeziora3. Podczas prospekcji dna jeziora został znaleziony bardzo ciekawy dobrze zachowany średniowieczny nóż z dekorowaną kościaną rękojeścią. Podobny nóż, ale o wiele mniej skromny w dekoracji, został wykopany we Wrocławiu. Dzięki badaniom podwodnym odnaleziono liczne drewniane elementy wbite w dno jeziora. Dzięki nim, ustalono dokładną lokalizację drewnianego mostu. Odkryte pale w zatoce miały małą średnicę wręcz kilku centymetrową, były rozsiane nierównomiernie i rozmieszczone na znacznym obszarze badanego akwenu. Zdaje się, że most łączył półwysep z przeciwległym stałym lądem, na wysokości murowanego kościoła, chociaż jedna odnoga pali, biegła przeciwległe do powyższego mostu wzdłuż zatoki. Innym ciekawym wyłowionym z jeziora średniowiecznym artefaktem była odkryta metalowa trójkątna kłódka. Co ciekawe, na innym, ale blisko leżącym klasztornego, w jeziorze Łodygowo - odkryto dwa pomosty łączące wyspę o nazwie Kurhany. Jednak w tym przypadku jeden most drewniany był młodszy od pozostałego, przy czym - miały wspólny przyczółek. Było to rozwiązanie bardzo unikatowe, nie znane z innych przepraw zachodniej Słowiańszczyzny i Prus4. Klasztorek miał szczęśęie do archeologów. Pierwsze prace wykopaliskowe przeprowadzone zostały pod kierunkiem Elżbiety Kuszewskiej w latach 1965-1967 i 1969-1970. Drugie prace na obiektach przeprowadzono pod kierownictwem Jacka Bojarskiego w latach 1995-1996. Wyniku tych prac, wyeksplorowano wiele materiałów ruchomych. W latach sześćdziesiątych dodatkowo przekopano ruiny murowanego kościoła, położonego na półwyspie5. Dzięki tym badaniom na obiekcie, można było precyzyjnie określić wielkość założenia sakralnego na półwyspie. Długość kościoła wraz z prezbiterium przyjmuje się, że wynosiła 27, a szerokość bez przypór 15 metrów. Podczas prac archeologicznych, natrafiono w prezbiterium i na jego zewnątrz, na liczne ułożone rzędowo szkielety ludzkie. Przy czym, czaszki wyznaczały kierunek wschodni. Najbardziej uległa destrukcji wschodnia część kościoła. Dopiero, na mniej więcej drugim metrze głębokości, natrafiono na stopę fundamentową założoną w glinie. Najlepiej zachowaną częścią świątyni jest strona zachodnia. W jej części północnej, przetrwała do naszych czasów murowana narożna przypora, która regulowała siły odśrodkowe, a ponadto przenosiła ciężar sklepienia na podłoże. Dzięki temu nie murowano szerokich murów w świątyni. Pozwalało to, wykonanie w świątyni dużych wysokich okien. Rekonstrukcja kościoła zaproponowana przez Zygfryda Wendta, a wykonana przez Krzysztofa Olchowika, wydaje się logiczna, chociaż szczyt kościoła, może dość znacznie różnić się od rzeczywistej formy. 3 Pydyn A., tamże, s. 80. 4 Pydyn A., tamże, s. 86. Wendt Z., Od Wereny do Klasztorka, Kwidzyn 2014, s. 34-37. 48 Klasztorek — wieś bogata w historię Rekonstrukcja kościoła zaproponowana przez Zygfryda Wendta, a wykonana przez Krzysztofa Olchowika W różnym okresie, podczas badań archeologicznych natrafiono na wiele ciekawych artefaktów. W 1965 roku natrafiono na relikty dwóch studni oraz odkryto jamę, o wymiarach 3,9 x 6,4 m; głębokość 2,7 m, z grobem prostokątnym o wym. 1,25 x 0,5 m, w którym spoczywał szkielet ludzki, z odrąbanymi do kolan nogami. Na wyspie zachodniej, przeważała jednak ceramika gliniana, która była wykonana w różnych ramach czasowych: od neolitu po późne średniowiecze, nie licząc już czasów nowożytnych, po współczesne. W latach 1995—1996 pod kierownictwem Jacka Bojarskiego pozyskano 52 fragmentów naczyń z okresu wpływów rzymskich, 153 ułamków naczyń wczesnośredniowiecznych i 1916 fragmentów naczyń z okresu późno średniowiecznego6. Najwięcej materiału wydzielonego, pozyskano przede wszystkim na wyspie zachodniej. Z wykopów wyeksplorowano i zabezpieczono wiele elementów uzbrojenia: żelazny grot bełtu, topory żelazne z wczesnego i późnego średniowiecza, siekierę z jeziora, żelazny grot włóczni X — XII wieku, fragment żelaznej głowni XIV — XV wieku, nóż żelazny oraz przedmioty codziennego użytku tj. żelazne ogniwo, przęśliki gliniane, rak żelazny, podkowy żelazne z późnego średniowiecza, grzęzidło gliniane z XIII — XIV wieku, fragment sprzączki żelaznej, grudkę ołowiu z XIV -XV wieku, róg ze śladami obróbki, sporo gwoździ z późnego średniowiecza. Prowadzono również zaawansowane badania archeologiczne na małej wyspie wschodniej. Tu odkrytego materiału ruchomego było o wiele mniej jak poprzednio. Powodem tego jest współczesna działalność człowieka. Teren w dużej mierze jest splantowany, obecnie mała wyspa prawie w całości jest wykorzystywana pod rekreację. Mimo tych współczesnych ingerencji, archeolodzy i tu zdołali, odkopać wiele ceramiki glinianej oraz 6 Bojarski J., tamże, s. 202. Bogumił Wiśniewski 49 Artefakty z wyspy zachodniej w Klasztorku, fot. archiwum metalowych przedmiotów. W 1995 roku wyeksplorowano z nawarstwień kulturowych: 4 fragmenty naczyń z okresu wpływów rzymskich, 599 fragmentów naczyń wczesnośredniowiecznych, 422 ułamków naczyń późnośredniowiecznych. Odkopano także dwa przęśliki, trzy szydła kościane7. Bojarski J., tamże, s. 205. 50 Klasztorek — wieś bogata w historię Przyjmuje się, że na wschodniej wyspie od IX wieku, istniało osiedle otwarte o naturalnych walorach obronnych z szeregową zabudową zagłębioną w ziemię. W połowie X wieku osiedle zostało rozbudowane na znacznej powierzchni wyspy. Nie jest wykluczone, że w owym okresie wzniesiono mur - wał kamienno-gliniany. Wymiary odkrytej konstrukcji: szerokość - 1,5 m, wysokość - 0,3 m, który dodatkowo wzmacniał obronność założenia na wyspie8. Powyższe informacje przybliżają nas w historyczną epokę Klasztorka. Płynnie możemy przejść w świat ludzi, którzy zamieszkiwali na półwyspie i dwóch wyspach. Wiemy już jakie przedmioty były używane przez ówczesnych mieszkańców. Wiemy, skąd i dokąd, prowadził most na półwysep, ale czy możemy odkryć coś więcej? Czy zachowały się jakieś pisemne relację z tego interesującego nas miejsca? Czy mamy relacje światków, którzy w tamtym okresie mieli rozmaite uczucia, myśli, lęki? Zapewne podobne do naszych, ale oddalone w czasie. Chciałoby się powiedzieć, gdzie jesteś średniowieczny Klasztorku? Pewnie zaskoczę niektórych czytelników. Otóż, dzięki Janowi z Kwidzyna, będziemy mogli przeskoczyć smugę cienia i wejść na chwilę w średniowieczny klimat do małej wioski, położonej nad lasami i wieloma jeziorami. Jest to relacja Anny Krenclerowej z Torunia, która przybyła wraz z mężem do Klasztorka, w poszukiwaniu utraconego zdrowia, była jak sądził mąż, opętana. Anna wybrała się w podróż starą drogą chełmińską, która biegła z Torunia w kierunku Elbląga. Miała zamiar dojść do Piaseczna pod Gniewem, ale dlaczego wybrała Klasztorek jako miejsce przejściowe? Logika podpowiada, że Anna Krenclerowa powinna wybrać trasę krótszą, która położona była wzdłuż Wisły. Mogła się przecież przeprawić się na druga stronę rzeki, brodem lub łodzią w dogodnym do tego celu miejscu. Wybór dłuższej drogi do pokonania daje i dzisiaj do myślenia. A może kościół w Klasztorku posiadał w swoim skarbcu relikwie świętego, o którym już nikt nie pamięta? Może średniowieczna trójkątna kłódka, która została odnaleziona w wodach jeziora, stanowiła zabezpieczenie relikwiarza? Trudno powiedzieć. Osada była duża, posiadała kościół, dwa grody, dogodne położenie, może dlatego Anna znalazła się w Klasztoru, bo ktoś o tym wyjątkowym miejscu, powiedział jej w rodzinnym mieście. Oto, co sama przeżyła w Klasztorku. Pewna Anna Krenclerowa z miasteczka Toruń, Chełmińskiej diecezji płynąc ze swoim mężem, gdy zerwała się wiełka burza, zaczęła cierpieć na głowę i szaleć jak opętana, jak sama mówiła, nie używając rozumu. Zmartwionemu mężowi wracając do domu swego zamieszkania wydawała się opętana. Z porywczego nękania duchów chwytając swego syna, chciała go zabić, gdyby mąż nie przeszkodził. Ten obłęd był ciągły, łecz od czasu do czasu i tak porywczy, że nie pozwalał jednej Modlitwy Pańskiej dobrze odczytać. Po roku mąż. jej, natchniony przez Boga ślubował zaprowadzić ją do kościoła Błogosławionej Maryi w Piasecznie, diecezji Włocławskiej, w święto jej Narodzenia. I niewiasta przychodząc do pewnej osady Klasztorek, nakłoniona została przez jakieś pobożne niewiasty, by nawiedziła po drodze grób błogosławionej Doroty w Katedrze Pomezańskiej. Gdy zaś ta niewiasta przebywała tej nocy we wspomnianej miejscowości, ukazał jej się zły duch, jak wściekły pies, zakazując jej podróży i chcąc ją zabić, 8 Bojarski J. 1998. Weryfikacja grodzisk wczesnośredniowiecznych na Pojezierzu Iławskim w latach 1995-1997, [w:] 12 Sesja Pomorzoznawcza, Szczecin 23-24 październik 1997 r.. Acta Archaeologica Pomoranica 1: 199-203, s. 201. Bogumił Wiśniewski 51 by nie nawiedziła grobu Doroty. Ona obudzona ze strachu tego widzenia, narobiła wiełkiego wrzasku, tak bardzo, że niewiasty tam będące bardzo się złękły. Gdy zaś zrobił się ranek, w niedziełę przed świętem Narodzenia Błogosławionej Maryi, przybyła do grobu błogosławionej Doroty. Tam pokornie łeżąc krzyżem, gdy odprawiano nabożeństwa, poczuła się przez Boga całkowicie od złych duchów oczyszczona, prośbami i zasługami błogosławionej Doroty*. Relacja powyższa jest plastyczna, wręcz słyszymy jej krzyki trwogi. Czasami wydaje mi się, że będąc w Klasztorku, słyszę czasami krzyk przerażonej kobiety. To była wręcz eksplozja strachu, która obudziła na wyspie śpiące kobiety. Zapewniam, że akustyka w tym miejscu jest bardzo dobra, każdy może to sprawdzić. Jednym słowem, wszystko tu się miesza: Moc Boża ze słabością ludzką. Znam jedna panią, która spędziła noc w Klasztorku. Opowiadała mi, że pewnego razu podczas snu zauważyła kobietę w chuście na głowie i z długim warkoczem, która pochyliła się nad nią z rękami przygotowanymi do duszenia. Jak mówiła, ile musiała walczyć ze snem, aby się obudzić i ujść z życiem. Faktem jest, że nie miałem śmiałości zapytać ową płeć piękną, czy przypadkiem poprzedniego dnia nie spożywała napojów wyskokowych. Ale jedno jest pewne, to miejsce jest ciekawe i do tej pory, niesie w sobie nutkę tajemnicy, która nie jest jeszcze poznana do końca, wszystko więc jest przed nami. Duża zachodnia wyspa jest równie ciekawa, badając ją pod kątem laserowego skanowania terenu. Grodzisko jest bąrdzo dobrze widoczne. Szczegóły dużej wyspy kontrastują z taflą jeziora. Dzięki temu, uczytelnia się podstawa wyspy. Widoczna jest platforma portowa, przy której mogły najprawdopodobniej zawijać większe łódki wypełnione materiałami budowlanymi. Przystań ta, jak wykazały badania - w dużej mierze była wyłożona brukiem. Rozpoznać można również na obiekcie, dwa pionowe zagłębienia po obu stronach wyspy, tworzące rynny, które biegną z góry na dół grodziska. Być może Grodzisko w Klasztorku, fot. geoportal.gov.pl są to miejsca transportu materiałów budowlanych na koronę średniowiecznego obiektu. Różnica wysokości pomiędzy powierzchnia wysoczyzny a lustrem wody wynosi około 20 m (poziom jeziora 19,5 m n.p.m. Napotkałem również w literaturze, że owe zagłębienia - niecka mogła być wykorzystana zarówno do budowy łodzi towarowych, jak późniejszego ich remontu'0. Trudno mi się z tym zgodzić, ale taka hipoteza również istnieje i nie można jej wykluczyć. Klasztorek mała wieś, ale historii w tym miejscu nie brakuje. Dodam tylko, że na części półwyspu i na całej wyspie wschodniej połączonej z półwyspem współczesną groblą, istnieje obecnie ośrodek wypoczynkowy z domkami letniskowymi. 9 Jan z Kwidzyna, Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów od 1394 do 1521, przeł. bp J. Wojtkowski, Olsztyn 2014, s. 78-79. 10 Wendt Z., tamże, s. 45. 52 Cech dzierzgońskich stolarzy w 1900 roku Janusz Namenanik CECH DZIERZGOŃSKICH STOLARZY w 1900 roku W wilkierzu dzierzgońskim z 1673 nie ma prawie mowy o rzemieślnikach. Te grupy zawodowe miały własne przepisy porządkowe, w Prusach Królewskich zwane Rolle. Profesor A. Szorc pisał: dla Dzierzgonia nie udało się odnaleźć ani jednego wilkierza rzemieślniczego'. Taki stan rzeczy istniał do niedawna. Mieszkanka Dzierzgonia Jolanta Felczak-Japełska przypadkowo natrafiła na statut cechu dzierzgońskich stolarzy z 1900 roku2. Najstarsze cechy rzemieślnicze (bractwa, gildie) formowały się w niemieckich miastach w XII i XIII wieku. Pierwszy w Polsce cech stolarski powstał w 1489 roku w Krakowie. Warunki funkcjonowania cechu określały statuty (wilkierze) układane przez mistrzów założycieli, a zatwierdzane przez radę miejską. Najstarszy znany statut cechu stolarzy znaleźć można w aktach miasta Poznania i pochodzi on z 1499 roku3. Dokumenty te określały prawa i obowiązki wszystkich członków cechu. Zgromadzenie poszczególnych specjalności rzemieślniczych nazwano cechem od niemieckiego słowa zeichen - znak, gdyż każdy z cechów charakteryzował się stosowaniem znaku kojarzącego się z wykonywanym przez jego członków zawodem. Cechy miały zwykle własnego patrona i związane były z określonym kościołem. Tradycyjnie patronem stolarzy i cieśli był Sw. Józef. Dzierzgoński cech stolarzy nie był aż tak liczny i bogaty jak cechy w dużych miastach i dlatego też nie wiemy nic o tym, aby pozostawił po sobie ufundowany ołtarz czy kaplicę. Nie mniej, niektóre cechy rzemieślnicze pozostawiły w Dzierzgoniu pewne nikłe ślady. Wiemy na pewno, że do 1882 roku (powstanie dzierzgońskiej straży pożarnej) cechy posiadały pompy i sprzęt gaśniczy, odpowiadając jednocześnie za ratowanie ludzi i mienia w czasie pożaru. W pewnym okresie cechy pełniły rolę wojskową jako pogotowie zbrojne obrony miasta. Na planie Dzierzgonia wyraźnie można dostrzec pewne ulice równoległe do rzeki Dzierzgoń. Wzdłuż tych strategicznie położonych ulic, zapewne uzbrojonych w wały i palisady, odbywać się mogła obrona miasta. Do 1945 roku obecna ulica 1 Szorc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998, s. 104. 2 Statut der freien Innungfur das Tischler- Handwerk zu Christburg, Stuhm Wpr. 1900. 3 http://meble.swarzedz.pl/index.php?id=19 s. 2, dostęp 18.04.2017. Janusz Namenanik 53 Żeromskiego nosiła nazwę ulicy Garncarskiej, a obecna ulica Przemysłowa nazywała się ulicą Straganiarską. Z tego wynika, że garncarze i straganiarze byli w pewnym okresie odpowiedzialni za obronę tych rejonów miasta. Wypracowany w XV wieku model organizacji wewnętrznej cechu, obowiązywał w podobnej formie jeszcze w XIX wieku. Każdy majster musiał należeć do cechu, gdyż inaczej nie mógł wykonywać rzemiosła, ani wyzwalać uczniów. Gwałtowny rozwój przemysłu w XIX wieku wymusił inną organizację rzemiosła, którego rola w gospodarce wyraźnie się zmniejszyła. Jak pisze T. Wiesiołowski4: „Ostatnimi organizacjami samorządu gospodarczego, które pojawiły się w XIX stuleciu były izby rzemieślnicze. Ich geneza dotyczy wyłącznie zaboru pruskiego. Podstawą prawną utworzenia izb była tzw. ustawa procederowa z 1869 r. w brzmieniu noweli z 26 lipca 1897 r. Pierwszymi tego typu organizacjami były izby rzemieślnicze w Poznaniu i Bydgoszczy. Zostały one powołane na podstawie Statutu, który został im nadany przez pruskiego ministra przemysłu i handlu 25 września 1899 roku.” Omawiany dzierzgoński Statut Cechu Stolarzy5 z 1900 roku, w swojej preambule ma odwołanie do wyżej wymienionej ustawy. Stwierdza się tam również, że na zebraniu cechu poprawiono w myśl tej ustawy Statut, a poprawiony obowiązywał od 1 sierpnia 1900 roku. Zawiera on 18 działów rozpisanych na 56 szczegółowych paragrafów. Cech stolarzy z siedzibą w Dzierzgoniu miał znaczny obszar działania, gdyż obejmował miasto oraz miejscowości z powiatu sztumskiego takie jak: Jasna, Stążki, Sporowo i Bruk. Z powiatu pasłęckiego: Kwietniewo, Święty Gaj, Stare i Nowe Dolno oraz Wopity. Z powiatu morąskiego: Najatki, Lubachowo, Stare Miasto, Przezmark, Protajny, Monasterzy-sko, Monasterzysko Wielkie, Monasterzysko Nowe, Stary Dzierzgoń, Martąg, Minikowo i Myślice. Z powiatu malborskiego: Stalewo, Zwierzno, Kępniewo i Rachowo. Zadaniem cechu określonym w statucie na pierwszym miejscu było utrzymanie na odpowiednim poziomie świadomości społecznej, jak również utrzymanie i wzmacnianie standardów stosownych do swojego stanu wśród członków cechu, wymóg ten dotyczył zarówno mistrzów, jak i czeladników. Kolejnymi istotnymi zadaniami była troska o warunki bytowe czeladników oraz kontrola i ewidencja ich czasu pracy. Ponadto cech czuwał nad systemem praktyk zawodowych oraz prowadził nadzór techniczny nad nimi, jak też prowadził szkolenia. Dalej w statucie określa się, że cech czuwał również nad rozstrzyganiem sporów oraz pełnił kontrolę przestrzegania przepisów ustawy o ubezpieczeniu zdrowotnym, która określała charakter stosunków między członkami cechu i ich uczniami. Cech był organizatorem egzaminów czeladniczych i mistrzowskich. Jak określa statut, członkostwo w cechu było możliwe pod warunkiem spełnienia pewnych dość surowych wymogów. Wstęp do cechu miała prawo dorosła osoba, która była stolarzem lub handlowcem, prowadząc niezależną działalność na obszarze cechu, ponadto posiadała prawa obywatelskie i nie dotyczyły jej postanowienia sądu ograniczające dyspozycję swoimi aktywami. Co ciekawe, statut określał również wymogi moralne 4 Wiesiołowski T., Organizacja rzemiosła [w:] Położenie ekonomiczne rzemiosła wielkopolskiego 1918-1939, red. Cz. Łuczak, Poznań 1964, s. 230. 5 Statut der...,o\>. cit. s. 2. 54 Cech dzierzgońskich stolarzy w 1900 roku warunkujące członkostwo. Brane pod uwagę były również szczególne przypadki przynależności do cechu. I tak w przypadku śmierci członka cechu jego obowiązki i prawa przechodziły na wdowę z wyjątkiem prawa głosu na posiedzeniach cechu. Zastrzeżono również, że mogą być powołani do składu cechu członkowie honorowi. Każdy nowy członek cechu jako wpisowe miał wpłacić do funduszu cechu 30 marek. Członkami cechu mogli być mistrzowie i czeladnicy posiadający certyfikaty. Cech mógł obejmować również osoby mieszkające w okręgu cechu, którzy byli stolarzami - handlowcami, jako niezależni przedsiębiorcy lub mistrzowie handlu, albo pracowali na podobnym stanowisku, lub też z działalności tej zrezygnowali i nie wykonywali innej działalności komercyjnej handlowo-gospodarczej. Statut określał również ogólne prawa i obowiązki członków cechu. Każdy członek cechu posiadał prawo czynnego korzystania z majątku i wyposażenia cechu, ale powinien być również zaangażowany w promocję i reklamę interesów handlowych cechu. W działalności tej stosowano się przepisy statutu oraz decyzje, które zarząd i komitety podjęły w ramach swej działalności. Jako objaw nieposłuszeństwa należało uznać naruszenie rozporządzeń, decyzji i uzgodnień, które były istotne i nie podlegały przepisom karnym. Winni naruszeń zasad mogli być ukarani przez Zarząd Cechu, karami porządkowymi w szczególności grzywną w wysokości do 20 marek. Zalecało się, aby każdy członek cechu był zaangażowany w wyborach na członków Rady Nadzorczej Cechu, Zarządu lub Komitetu Cechu. W swoim postępowaniu nie powinien narażać reputacji członków cechu. Za dokuczanie członkowi cechu mogła być wymierzona kara grzywny. Każdy członek cechu płacił roczną składkę członkowską w wysokości pół marki. Statut przewidywał również możliwość wystąpienia z cechu. Rezygnacja z członkostwa w cechu była dopuszczalna na zakończenie każdego roku kalendarzowego. Zastrzeżono, aby rezygnujący z członkostwa powinien przynajmniej na 3 miesiące przed rezygnacją złożyć pisemne oświadczenie do Rady Nadzorczej Cechu. Członkowie występujący ponosili utratę wszelkich roszczeń do cechu, ale winni zapłacić składki oraz uregulować zobowiązania. Istniała również możliwość wykluczenia z cechu. Zgodnie z § 18 Statutu oraz uchwałą Zgromadzenia Cechu mogli być wykluczeni z Cechu: 1. ci, którzy utracili prawa obywatelskie lub na mocy postanowienia sądu ograniczone jest wykorzystanie ich funduszy, 2. ci, którzy mimo wcześniejszych wielokrotnych kar, ponownie dokonywali szkody swoich obowiązków jako członków winnych zobowiązań cechowych, 3. ci, którzy dopuścili się haniebnych czynów lub prowadzili zdeprawowane życie w złej reputacji, 4. osób, które nie działały samodzielnie przez dwa kolejne lata służby, pod warunkiem, że ich włączenie do Cechu nie zostało przeprowadzone w związku z § 2 i 6 Statutu, Janusz Namenanik 55 5. tych, którzy pomimo wielokrotnych przypomnień, nie opłacają składek rocznych lub mają poważne zaległości i nie zapłacili grzywny. Wniosek o wyłączenie z członkostwa złożony do Zgromadzenia Cechu jest ważny, gdy podpisany jest przez co najmniej 5 członków posiadających prawo głosu i nie jest złożony później niż 14 dni przed datą posiedzenia. Główną władzą cechu było Zgromadzenie Cechu, które składało się ze wszystkich dorosłych członków cechu, którzy byli w posiadaniu praw obywatelskich i nie byli objęci postanowieniami sądu ograniczającymi ich zdolności. Prawa głosu nie mieli ci, którzy posiadali roczne zaległości w opłacaniu składek. Gdy zapłacili wszystkie składki, to prawo głosu do nich powróciło. Zastrzeżone dla Zgromadzenia Cechu zagadnienia, na które Zgromadzenie posiadało wyłączność to: 1. zatwierdzenie budżetu Cechu oraz udzielanie zezwolenia na wydatki nieprzewidziane w budżecie, 2. kontrola i zatwierdzenie sprawozdania finansowego, 3. podejmowanie uchwały o ściąganiu roszczeń, 4. ustalanie zasady systemu praktyk zawodowych, 5. uchwalanie zmiany w ustawach i statucie, 6. dokonywanie zmian w statucie i rozwiązywanie cechu, 7. ponadto mógł tworzyć specjalne komisje, rozpatrywał skargi i wnioski, prowadził dyskusje i podejmował decyzje we wszystkich przedstawionych sprawach. Wszelkie decyzje dotyczące czeladników musiały być podejmowane wspólnie z komitetem czeladników. Zebrania cechu odbywają się regularnie w zależności od potrzeb, ale nie rzadziej jak co sześć miesięcy. Członkowie posiadający prawo głosu mieli obowiązek uczestniczenia w zebraniach, a w przypadku nieusprawiedliwionej nieobecności podlegali karze grzywny. Uchwały zgromadzenia podejmowane były głosami bezwzględną większością części obecnych członków. Prowadzone przez cech wybory uzupełniające są jawne lub tajne. W przypadku remisu decydowało losowane. Jeśli nikt nie wnosił sprzeciwu, wybory dopuszczalne były przez aklamację. W skład zarządu wchodził prezes (co prowadziło do tytułu starszego mistrza) oraz 4 członków. Ci ostatni wybierani byli na trzy lata w specjalnych wyborach i wybrani mu-sieli być bezwzględną większością głosów. Jeżeli z pewnych powodów członkowie odeszli, to na ich miejsce wybierani byli nowi niezwłocznie na najbliższym zebraniu. Zarząd wybierał spośród swoich członków na okres jednego roku wiceprzewodniczącego, zastępcę oraz skarbnika. W posiedzeniach uczestniczyli wszyscy członkowie Zarządu, z wyjątkiem przypadków usprawiedliwionych chorobą, a w przypadku braku uzasadnionego usprawiedliwienia nakładało się na nich grzywnę w wysokości 50 fenigów. Zarząd posiadał kworum, gdy obecni byli: przewodniczący lub jego zastępcy i ponad połowa członków. Uchwały podejmowane były większością głosów. Zarząd reprezentował cech wewnątrz i na zewnątrz, we wszystkich sądowych i pozasądowych negocjacjach. Członkowie zarządu 56 Cech dzierzgońskich stolarzy w 1900 roku mieli ustawowe prawo nakładania grzywny na członków cechu. Tak podjęta decyzja mu-siała być przedstawiona w formie pisemnej, w której określało się powód nałożenia kary. Duże znaczenie w funkcjonowaniu cechu odgrywał komitet czeladników, który dbał o warunki bytowe czeladników. Komitet ten składał się z prezesa zarządu cechu lub w zależności od wyboru prezydium, zastępcy jako przewodniczącego i 4 członków, z których połowa pochodziła z wyborów na zebraniu cechu, a druga połowa (2 osoby) z komitetu uczniów będących osobami dorosłymi, którzy uczestniczyli w pracach cechu przez co najmniej 3 miesiące. Wybrani musieli posiadać prawa obywatelskie. Każdego roku ubywało po dwóch członków cechu. Nowych ustalało się poprzez losowanie. Komitet do spraw systemu praktyk był organem rozstrzygającym spory cechowe pomiędzy członkami cechu i ich uczniami. Składał się on z prezesa cechu lub z wyboru drugiego alternatywnego przewodniczącego oraz 4 członków, z których 2 to członkowie cechu, a 2 to czeladnicy. Komitet zajmował się między innymi terminami dobywanych praktyk, rozstrzyganiem korzyści i roszczeń odszkodowawczych powstałych w trakcie praktyki, decydował o pobieraniu opłat i kredytowaniu płatności uczniów na ubezpieczenie zdrowotne. Decyzja komisji, w której oprócz przewodniczącego lub jego zastępcy uczestniczyć musiało, co najmniej dwóch członków, podejmowała decyzje w drodze głosowania większościowego, w przypadku remisu decydował głos przewodniczącego. Jedno z posiedzeń cechu zajmowało się awansem na stopień czeladnika, zatrudnieniem uczniów, pracowników i praktykantów. Przyjmowanie na ucznia było regulowane prawnie i statutowo. Przeprowadzano kwalifikacje warsztatów oraz lokali do zakwaterowania. Trzymano się zasady, że miejsca praktyk, zakwaterowania i wyżywienia powinny być zlokalizowane w pobliżu. Głównym celem było zdobycie wiedzy. Należało interweniować i zapobiegać w przypadku, gdy stwierdzono, że miejsce zamieszkania stwarzało zagrożenie dla fizycznego i moralnego dobra dorastającego ucznia. Członkowie rady cechu zarządzali swoją siedzibą, traktując to jako dobrowolną pracę bez opłat. Komitet czeladników brał czynny udział w funkcjonowaniu cechu. W jego skład wchodziło 3 członków i 3 zastępców. Wybierani byli oni w głosowaniu tajnym lub też przez aklamację, jeżeli żadna z osób obecnych nie wyraziła sprzeciwu. Członkowie komitetu czeladników zarządzali urzędem pracy wolontariatu za darmo, ale na utrzymywanie urzędu udzielało im się dodatkowych nakładów pieniężnych. Komitet brał udział w regulacji układu praktyk zawodowych, a także uczestniczył w zarządzaniu wszystkimi instytucjami, dla których czeladnik był przeznaczony. Powstałe między członkami cechu i społeczeństwem spory należało objąć kontrolą. Dbano o to, aby panowały właściwe stosunki, szczególną uwagę zwracano na warunki pracy. Za robociznę miała być określona stawka, która nie mogła być ustalana przez perswazję, ale przez wspólne konsultacje z cechem i wykonawczym komitetem czeladników. Statut określał zasady kwaterunku czeladników. Skład mieszkańców kwatery podlegał zatwierdzeniu przez Zebranie Cechu. Zastrzegano, że kwatery zbudowane są dla tych czeladników, którzy chcieli prawidłowo identyfikować się jako członkowie cechu i udowadniali swoim postępowaniem, że są czeladnikami pracy. W budynku gdzie są kwatery na tablicy ogłoszeń miał być wykaz zakwaterowanych czeladników. Czeladnicy poszukujący Janusz Namenanik 57 pracy, musieli zgłosić się do urzędu pracy i przedstawić odpowiednie dokumenty potwierdzające kwalifikacje. Jeżeli czeladnik otrzymał na co najmniej cztery tygodnie zajęcie, to musiał zapłacić miesięczną opłatę w wysokości 50 fenigów. Jeden raz w roku zgromadzenie cechu dokonywało oceny zarządzania aktywami cechu. Budżet na dany rok kalendarzowy był uchwalany na pierwszym posiedzeniu w danym roku. Wydatki nieprzewidziane w budżecie musiały podlegać zatwierdzeniu na zebraniu cechu. Zatwierdzenie przez zgromadzenie było wymagane przy nabyciu lub sprzedaży ewentualnym obciążeniu własności ziemskiej. Zgoda była również konieczna przy sprzedaży przedmiotów, które miały wartość historyczną, naukową lub artystyczną oraz do umów najmu i dzierżawy. Bezpośrednim dysponentem funduszy był skarbnik, który prowadził wszystkie dochody i wydatki z funduszu cechu. Odbierał on wkłady członków cechu, a wystawione przez niego i potwierdzone przez mistrza cechu dokumenty księgowe zostały w ten sposób zatwierdzone. Każdy ukarany grzywną członek cechu otrzymywał wydany przez mistrza i skarbnika pisemny dokument określający termin płatności. Każdego roku skarbnik przedstawiał listę zaległych składek i nałożonych przez mistrza grzywien. Gotówka była corocznie przynajmniej raz sprawdzana niespodziewanie przez starszego mistrza. Badanie miało za każdym razem sprawdzenie właściwej alokacji środków. Skarbnik do dnia 1 kwietnia każdego roku musiał dokonać bilansu zarządzanymi funduszami cechu. Musiał wykazać wszystkie dochody i wydatki funduszu, które powinny być zaopatrzone w niezbędną dokumentację. Przyjęcie absolutorium zależało od realizacji budżetu. Przewidywano możliwość zmiany statutu cechu. Wnioski o zmianę statutu i aneksu statutu członkowie zarządu składali na piśmie. Aby nastąpiła zmiana statutu, na zebraniu musiała być obecna więcej niż połowa członków uprawnionych do głosowania. Uchwały za zmianą statutu mogła zapaść jedynie większością 2/3 głosów. W przypadku rozwiązania lub zamknięcia cechu, członków cechu ograniczało się w płaceniu składek za bieżący rok. Złożone nadzwyczajne wkłady, pobrane były od tych, którzy byli odpowiedzialni za rozliczenie transakcji cechu. Statut zawierał również informacje, że wszystkie anonse związane z cechem pojawią się w Kreis=Blatt fur den Kreis Stuhm. Nadzór nad cechem pełniło Starostwo Królewskie w Sztumie. Statut został parafowany przez członków Zarządu: J. Iwaszkiewicz, Schulz, Sokalski, Elsie, F. Iwaszkiewicz, R. Isie, Krisach, Deutschendorf, F. Błock, Hermann, S. Joost, Carl Dorn, Zech, Duerke, Friedrich Sommerfeldt, Wisęhnewski. Stwierdzało się, że projekt Statutu Cechu Stolarzy w Dzierzgoniu jest zgodny z § 84 Krajowego Kodeksu Przemysłowego, zmienionej ustawy z dnia 26 lipca 1897 roku w połączeniu z § 124. Kompetencje ustawy z dnia 1 sierpnia 1883 roku, zgodnie z decyzjami zebrania cechu w dniach 2 stycznia i 8 listopada 1899 roku a także przeznaczeniu upoważnienia z dnia 2 lipca 1900 roku.W imieniu komisji dzielnicowej w Kwidzynie, w dniu 11 sierpnia 1900 statut podpisał Kretschmann. 58 Dziecięcy świat w średniowiecznym Elblągu Grażyna Nawrolska DZIECIĘCY ŚWIAT w średniowiecznym Elblągu Początek życia i wczesne dzieciństwo to czas, do którego wszyscy wracamy we wspomnieniach. Każdy z nas był dzieckiem, posiadał ukochane zabawki, miejsca, do których wracał z nostalgią. Ten początek życia pod opieką kochających rodziców i czas spędzony w domowym bezpiecznym zaciszu, to z pewnością mocno wyidealizowany obraz naszego dzieciństwa, wykreowany stosunkowo niedawno. Zastanówmy się więc jakie było dzieciństwo naszych odległych przodków. Jak wyglądała codzienność, edukacja, czy dzieci miały czas na figle i psoty, zabawę z rówieśnikami. Czy stosunkowo szybko obarczano je domowymi obowiązkami? Czy dawne życie było chociaż trochę podobne do naszego? POCZĄTKI DZIECIĘCEGO ŻYCIA W starożytności życie ludzkie dzielono na sześć okresów a w czasach średniowiecza ograniczono je do trzech podstawowych etapów. Pierwszą fazą w życiu dziecka, od narodzin do siódmego roku życia, było dzieciństwo — infantia — kiedy maluchy były całkowicie uzależnione od pomocy i opieki dorosłych. Panowało wówczas powszechne przekonanie, że „dziecko nie odczuwało bólu, nie opanowało jeszcze mowy i nie wyrosły mu ząbki ”. Następnie wkraczało się w dorosłość ze wszystkimi tego stanu konsekwencjami, a przede wszystkim z możliwością włączenia dzieci do pracy. Ostatnim etapem była starość, do której w ówczesnym świecie zaliczało się już czterdziestolatków. W średniowieczu początek życia (narodziny, niemowlęctwo, wczesne dzieciństwo) upływał pod znakiem wielkiego ryzyka. O tragicznym końcu porodu decydowały czynniki zarówno higieniczne jak i zdrowotne. Po urodzeniu dzieci były narażone na mnóstwo niebezpieczeństw: trudne warunki bytowania, różnorodne infekcje, niedożywienie, brak witamin. Wszystko to było powodem wysokiej śmiertelności wśród najmłodszych mieszkańców miasta. W Elblągu mogło umierać od 30% do 50% niemowląt. Częściowo potwierdzają to wyniki prac archeologicznych przeprowadzonych w północno-wschodniej części cmentarza znajdującego się przy kościele parafialnym pw. św. Mikołaja. Chociaż okazało się, że pochówki dzieci stanowiły tylko od 15% do 20% wszystkich osób pochowanych na cmentarzu. Znacząca różnica może być spowodowana niezachowaniem się szkieletów lub może tkwić w obszarze panujących wówczas zwyczajów i wierzeń. Mieszkańcami Elbląga byli osadnicy z odległych rejonów (Niemcy, Holandia), jak i najbliższych okolic (Pomorze Gdańskie, Prusy). Tylko pełnoprawni członkowie społeczności miejskiej mieli prawo pochowania swoich najbliższych na cmentarzu przykościelnym lub we wnętrzu świątyni. Natomiast dzieci, których rodzice nie otrzymali obywatelstwa były Grażyna Nawrolska 59 chowane poza murami miejskimi, w odludnych miejscach, na rozstajach dróg utożsamianych z granicami światów. Po narodzinach pierwsza kąpiel dziecka była nie tylko zabiegiem higienicznym, ale miała także w pewnym sensie charakter obrzędowy i magiczny. Następnym ważnym wydarzeniem było przyjęcie dziecka do chrześcijańskiej społeczności. Uroczysty chrzest w kościele, wybór imienia oraz rodziców chrzestnych miały zapewnić nowemu członkowi społeczności miejskiej opiekę za życia, jak i również zbawienia po śmierci. Bardzo często znamienici rodzice chrzestni dodawali splendoru odbywającym się uroczystościom. Analizując źródła pisane możemy stwierdzić, że w przeciętnej rodzinie w średniowieczu przychodziło na świat sześcioro dzieci, jednak średnio przeżywało troje. Niestety w księgach bardzo rzadko odnotowywano nadawane dzieciom imiona. W okresie niemowlęctwa powszechnie stosowano powijaki, którymi były długie płócienne paski szczelnie okrywające ubrane w koszulki maluchy. Powijaki miały uchronić dzieci przed zrobieniem sobie krzywdy, a jednocześnie były doskonałym sposobem na utrzymanie niemowlaków w cieple. Takie skrępowanie było dla nich na pewno bardzo niewygodne i z pewnością po całym dniu „mało higieniczne”. Mimo to zwyczaj ten przetrwał wiele setek lat, co znalazło m.in. odzwierciedlenie w XIX-wiecznych wyrobach. Dzieci w zamożnej rodzinie jedno w kołysce w powijakach, drugie trzyma się chodzika, trzecie galopuje na koniku na kiju. Fragment francuskiej miniatur z XV w. 60 Dziecięcy świat w średniowiecznym Elblągu UBIÓR DZIECIĘCY Po wyrośnięciu z powijaków ubiory dzieci przypominały stroje osób dorosłych, naturalnie stosownie do określonych pór roku. Najczęściej było to odzienie wykazujące podobieństwo do sukienki, które nosiły zarówno dziewczynki jak i chłopcy — oczywiście odpowiednio do zamożności i przynależności do grupy społecznej. Bardzo często w średniowiecznej ikonografii możemy zobaczyć zwisające z tyłu maluchów szelki, które były pomocą zarówno dla dzieci jak i opiekunów podczas nauki chodzenia. Również drewniane chodziki służyły temu celowi, a funkcja tych „urządzeń” nie zmieniła się do dzisiaj. W okresie nowożytnym strój dziecięcy był bardziej zróżnicowany i w dużym stopniu odzwierciedlał ubiór osób dorosłych. Podczas prac archeologicznych odnajdujemy fragmenty różnorodnych tkanin, jednak nie jesteśmy w stanie określić czy są one pozostałością ubioru dzieci czy dorosłych mieszkańców. Często odkrywamy fragmenty względnie całe egzemplarze dziecięcego obuwia, stanowiącego bardzo czytelny element ubioru maluchów. Wśród nich dominują proste formy niskich i wysokich skórzanych butów, ale również bywają egzemplarze bogato zdobione. Dzieci nosiły także drewniane patynki. Dziecięcy ubiór i chodzik — rekonstrukcja. Fragment wystawy w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu, fot. G. Nawrolska Elbląg. Stare Miasto. Dziecięcy bucik z XV w., rys. B. Kiliński WYCHOWANIE I NAUKA Niezależnie od epoki przywiązywano dużą wagę do kształcenia i wychowania młodego pokolenia. Mimo że w średniowieczu obejmowało ono stosunkowo wąskie grono osób, edukację młodego człowieka należało zacząć jak najwcześniej. Bowiem, jak pisał Andrzej Frycz-Modrzewski w XVI w., wiek dziecięcy to: mocna podwalina dla późniejszego, nieska-żonego i chwalebnego żywota. Nic bowiem mocniej nie tkwi w duszy ludzi niż to, do czego się od maleńkości przyzwyczaili. Początkowo nauki dzieci pobierały w rodzinnym domu. Pierwszymi nauczycielami mogli być rodzice, a w bogatych rodzinach prywatni nauczyciele. Od siódmego roku życia chłopcy, jeżeli nie kończyli edukacji na nauce domowej, rozpoczynali ją w szkołach lub byli przysposabiani do nauki rzemiosła. Wiązało się to często z opuszczeniem rodzinnego domu, co dla dzieci mogło być zmianą bolesną i chyba trudną do zaakceptowania. Pierwsza elbląska szkoła działająca przy kościele pw. św. Mikołaja jest wzmiankowana w źródłach pisanych pod datą 1319 r. i określana jako schola senatoria. Stanowiła własność Rady Miasta, która ponosiła koszty jej utrzymania, a zarządzana była wspólnie z proboszczem staromiejskiej fary. Poziom nauczania musiał być doskonały (język łaciński, arytmetyka, retoryka), skoro stosowane w niej metody uczenia zostały wykorzystane w szkole w Królewcu założonej w 1381 r. przez kapitułę sambijską. Być może do ucznia elbląskiej Grażyna Nawrolska szkoły parafialnej należały cztery tabliczki woskowe datowane na pierwszą połowę XV w., odnalezione przez nas podczas prac archeologicznych na podwórku działki przy ulicy Kowalskiej 12. Zachowały się na nich wyraźnie zapisane przez elbląskiego ucznia teksty w języku łacińskim z retoryki i gramatyki. Druga szkoła średniowieczna znajdowała się w klasztorze dominikanów, jednak przeznaczona była tylko dla przyszłych zakonników. Należy żałować, że nie powstała w Elblągu wyższa uczelnia (podobnie jak w całym państwie krzyżackim) i wielu młodych elblążan musiało wyjeżdżać na studia do innych miast. ZABAWA Elementem towarzyszącym dziecięcemu życiu była zabawa i cały barwny świat różnorodnych przedmiotów służących igraszkom, figlom i harcom. W trudnych i często ciężkich warunkach w jakich żyły dzieci, była ona radością i oderwaniem się chociaż na chwilę od niełatwej rzeczywistości. Zabawa pomagała poznać inny weselszy świat, a jej akcesoria w postaci różnorodnych zabawek odrywały dzieciaki od realnego świata. Podstawowy zasób zabawek ukształtował się właśnie w okresie średniowiecza, a znacznie powiększył się od XVIII wieku. Podobnie jak w innych miastach hanzeatyckich, również w Elblągu znaleziono podczas wykopalisk bogatą gamę zabawek wykonanych z rozmaitych surowców: drewna, gliny, kory, metali, kości i szkła. Chociaż w zabawach wykorzystywano także rozmaite przedmioty znalezione przypadkowo. Popularnym surowcem używanym do produkcji wielu zabawek było drewno. Wyrabiano z niego szczególnie popularne w średniowieczu bąki, które wprawiano w ruch podcinając je ba-cikami; jak i drewniane kule o zróżnicowanych średnicach i służące do ich toczenia także drewniane kije o zakończeniu w kształcie walca. Elbląskie dzieci bawiły się łódeczkami wykonanymi z drewna i kory, a ich kształty przypominały wręcz małe stateczki. W Elblągu odkryto również 61 Czy tak mogła wyglądać nauka w elbląskiej szkole parafialnej (XV w.) Elbląg. Stare Miasto. Tabliczka woskowa. Zapis ćwiczeń z gramatyki ucznia elbląskiej szkoły, fot. A. Kołecki Nauczanie w szkole klasztornej (XV w.) 62 Dziecięcy świat w średniowiecznym Elblągu Dziecięce zabawy. Fragment miniatury z XVI w. Elbląg. Stare Miasto. Zabawki 1, 3-6 -drewniane 2-gliniane, rys. B. Kiliński Elbląg. Stare Miasto. I-drewniana lalka_ 2-4 — porcelanowe główki, rys. B. Kiliński Grażyna Nawrolska 63 piękny zestaw drewnianych zabawek militarnych — kusz, mieczyków, szabelek. Musiał je wykonać profesjonalny rzemieślnik, gdyż bardzo starannie odwzorowano prawdziwe elementy uzbrojenia osób dorosłych. Nie tylko chłopcy bawili się popularną zabawką jaką były gliniane lub drewniane koniki na patyku. Do najstarszych zabawek należały z pewnością lalki, którymi również bawiły się małe elblążanki. Były one wytwarzane z różnych surowców, m.in. z drewna, słomy, gałganków, fajansu i porcelany. Najstarsze drewniane elbląskie lalki są datowane już na drugą połowę XIII wieku. Nowożytne miały ceramiczne główki, rączki i nóżki, a korpusy wykonywano z tkanin. Dość liczną grupę zabawek stanowiły naczynka ceramiczne o wymiarach od 2 cm do 9 cm wysokości, będące wręcz miniaturkami wyrobów używanych w „dorosłych” gospodarstwach domowych. Były wśród nich garnki, dzbanki, talerzyki, filiżanki, kubki, patelnie, a niektóre były przywożone z zagranicy, m.in. z warsztatów garncarskich w środkowych Niemczech. Dzieci bawiły się też kulkami i płaskimi krążkami wykonywanymi z różnych surowców oraz bardzo specyficznymi kościanymi przedmiotami jakimi są frygi. Zabawki te nawleczone na rzemień i wprowadzane w obrót wokół własnej osi wydawały charakterystyczny dźwięk. Na obrazach m.in. niderlandzkich i flamandzkich mistrzów ukazujących sceny z życia codziennego bardzo często możemy zaobserwować bawiące się dzieci, które czas wolny umilają sobie bączkami, „zabawkami militarnymi”, kulkami lub po prostu figlami i psotami. Archeologia miast średniowiecznych i nowożytnych w połączeniu ze źródłami historycznymi daje nam możliwość odtwarzania życia codziennego w dawnych miastach. Za pośrednictwem zachowanych przedmiotów - zabytków archeologicznych - przenosimy się w przeszłość, próbując odtworzyć nieistniejący już świat, ale jakże kiedyś realny i prawdziwy. Odzyskane źródła archeologiczne ukazują dzieci w dramatycznym aspekcie śmierci i w momencie beztroskiej zabawy. Panujące ciężkie warunki higieniczne, niedożywienie, a nawet głód zbierały w średniowieczu ogromne żniwo, zwłaszcza wśród społeczności dziecięcej. Jednak na przekór wszystkim przeciwnością losu, psoty i igraszki wyzwalały w dzieciach radość. Niestety czas zabaw trwał krótko, bo dzieci szybko wkraczały w świat dorosłych. Dziecięce zabawy kulkami. Fragment obrazu P. Bruegela 64 Polski Konsulat w Kwidzynie w latach 1920-1939 Jan Chłosta POLSKI KONSULAT w Kwidzynie wiatach 1920-1939 Powstanie polskiego konsulatu w Kwidzynie w 1920 roku, podobnie jak w Olsztynie, było możliwe po przybyciu na teren objęty plebiscytem przedstawicieli Komisji Międzysojuszniczej. Władze niemieckie czyniły wszystko, aby odwlec tworzenie stałego przedstawicielstwa Polski w Prusach Wschodnich. Wciąż wyrażały podejrzenia, że urzędy polskie prowadzić będą działalność propagandową i szpiegowską. Zresztą po powstaniu placówek inwigilowano wciąż pracowników, a po głosowaniu 11 lipca 1920 roku podjęto wiele prób, aby poza Generalnym Konsulatem w Królewcu, usunąć pozostałe przedstawicielstwa. W Olsztynie w kilka dni po otwarciu doszło nawet do zerwania flagi polskiej, usunięcia godła i napisu Konsulatu R.P. Sprawców tego czynu nie znaleziono, ale na polecenie szefa Komisji Międzysojuszniczej Anglika Ernsta Renne władze miejskie musiały wszystko przywrócić. Odbywało się to wszystko w uroczystej oprawie, na którą nie przybyli nadpre-zydent Olsztyna Georg Ziilch i dowodzący służbami bezpieczeństwa major Oldenburg--Januschau. Z tego powodu obaj zostali zmuszeni do opuszczenia terenu plebiscytu. Po głosowaniu 11 lipca znów znieważono godło Polski i dokonano nieudanego zamachu na wicekonsula Karola, ale konsulat pozostał do wybuchu II wojny światowej. Placówka w Kwidzynie utworzono równocześnie z olsztyńskim konsulatem, a więc 3 marca 1920 roku w nieistniejącym obecnie budynku Resursy przy Her-renstrasse 11 (teraz Słowiańska). Pierwszym konsulem został hrabia Stanisław Sierakowski (1881-1939), właściciel majątku z Waplewa, który jako ekspert delegacji polskiej na Konferencji Wersalskiej w odniesieniu do Powiśla tylko co powrócił z Paryża1. W pracy dopomagali mu Leon Przybyszewski i Stefan Tabaczyński, przedtem zatrudniony w Poselstwie RP przy Watykanie, a sekretarzem został Stanisław Szymański. Panująca przed plebiscytem na Powiślu atmosfera wroga wobec Polaków nie sprzyjała polskim działaniom narodowym. Konsulat jednak wspierał 1 Por. J. Chłosta, Nad biografią S. Sierakowskiego. Pierwszy między Polakami w Niemczech, w: Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, pod red. J. Ho-chleitnera i W. Szwedowskiego, Malbork 2013, s. 179-194. Konsul Stanisław Sierakowski, fot. ze zbiorów Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim Jan Chłosta 65 miejscową Radę Ludową w różnego rodzaju inicjatywach kulturalno-oświatowych. Sam Sierakowski kilka razy upominał się w Komisji Międzysojuszniczej o sprawiedliwe potraktowanie Polaków na terenie głosowania, krytykował stronnicze traktowanie Niemców, wskazywał na nierespektowanie ustalonych w Paryżu warunków plebiscytu, a więc nie usunięcie urzędników niemieckich i zaniechania działalności niemieckich ugrupowań paramilitarnych.Każde swoje wystąpienia starał się uzasadnić przykładami naruszenia wcześniejszych uzgodnień. W wielu sytuacjach Komisja była bezradna. Nawet wojska sojusznicze nie zdołały ograniczyć panującego terroru. Niemieckie bojówki przeszkadzały w prowadzeniu pracy kulturalno-oświatowej. Mimo tego tworzono biblioteki, rozprowadzano polskie książki, odbywały się spotkania z pisarzami. Ważny był krótki pobyt Stefana Żeromskiego i Jana Kasprowicza na Powiślu. Udało się jeszcze w marcu 1920 roku wyjednać w Komisji Międzysojuszniczej wydanie rozporządzenia o możliwościach otwarcia szkół na Powiślu z językiem wykładowym polskim. Zdołał też doprowadzić do nauczania języka polskiego i religii w 40 szkołach niemieckich na terenie głosowania. W związku z tym trzeba było wielu nauczycieli sprowadzić z kraju. W części z nich nauczanie języka polskiego utrzymano po 11 lipca. Dzięki aktywności żony konsula Heleny Sierakowskiej otwarto piętnaście przedszkoli z 650 dziećmi. Szerzej rozwijano działalność kół Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi. Wyniki plebiscytu, jak wiadomo, wypadły niekorzystnie dla Polski. Pozostali tu jednak Polacy, którym należało zapewnić warunki życia, takie jakie mieli przed głosowaniem. Nie wszyscy przecież zdecydowali się na opuszczenie stron rodzinnych. 1 W Kwidzynie, tak jak w innych placówkach w Prusach Wschodnich, musiano zrezygnować z prowadzenia tradycyjnych zadań przypisanych konsulatom, które sprowadzały się do prezentacji działalności gospodarczej, objętej przez placówkę i przekazywania informacji handlowych. Tutaj ważne były czynności nade wszystko związane z opieką konsularną miejscowych Polaków. Przez to konsulowie poza granicami spełniali rolę rezydentów Polski, gwarantując zachowanie prawa i interesów swych rodaków. Z tego powodu byli więc w latach międzywojnia inicjatorami wielu działań kulturalno-oświatowych, mających na celu poszerzenie związków z kulturą polską i krajem. Utrzymywali kontaktyz miejscowymi organizacjami i próbowali ich członków mobilizować do większej aktywności, często zabiegając w kraju o wsparcie materialne w ich działalności na rzecz integrowania miejscowych Polaków i upowszechniania wartości narodowych. Konsulatowi w Kwidzynie przypisana została działalność w dawnych powiatach re-jencji kwidzyńskiej, a więc sam Kwidzyn, nadto Sztum, Susz oraz Malborka i Elbląg (po prawej stronie Wisły). Zarówno podział terytorialny jak i przedmiotowy (Konsulat RP w Ełku m. in. zajmował się robotnikami sezonowymi), wymagały współdziałania wszystkich placówek. Z tego powodu organizowano konferencje z udziałem konsulów. Najpierw odbywały się one w Królewcu, a od 1929 roku w Olsztynie, odkąd placówkę objął Józef GieburowskU M. Szostakowska, Konsulaty polskie w Prusach Wschodnich w latach 1920-1939, Olsztyn 1990, s. 17. 66 Polski Konsulat w Kwidzynie w latach 1920-1939 Struktura wewnętrzna konsulatu w Kwidzynie, tak jak innych placówek, sprowadzała się przede wszystkim do opieki nad obywatelami polskimi, obrony i popierani interesów gospodarczych Rzeczypospolitej Polski, czuwanie nad wykonywaniem umów międzynarodowych. Obsada personalna wschodniopruskich placówek była raczej skromna. Trzeba je zaliczyć do najmniejszych w Rzeszy. Liczba pracowników kształtowała się od 4 do 7 osób. W przypadku Kwidzyna w latach 1931-1939 było ich zaledwie czterech. W swojej książce profesor Małgorzata Szostakowska zamieściła zakres obowiązków zatrudnionego w latach 1929-1939 Józefa Nowaczyka. Był on dość szeroki. Prowadził więc referaty: ekonomiczny, emigracyjny, prasowy, sportowy, wojskowy. Zajmował się sprawami obywatelskimi, opcyjnymi i paszportowymi, sprawował opiekę nad stowarzyszeniami i harcerstwem. Był intendentem budynku przy Marienburgerstrasse 26 (teraz Braterstwa Narodów 25, w budynku znajduje się Konsul Józef Gieburowski, fot. archiwum przedszkole). Przyjmował też pocztę, prowadził archiwum, był korespondentem Polskiej Agencji Telegraficznej, prasy terenowej i krajowej.3 W trakcie sprawowania funkcji wicekonsula przez Władysława Mierzyńskiego w Kwidzynie, dyrektor departamentu administracyjnego MSZ Wacław Jędrzejewicz przeprowadził tam w czerwcu kontrolę i stwierdził w oddzielnym piśmie do Mierzyńskiego: „MSZ konstatuje z przyjemnością wzorową organizację i porządek charakteryzujące prowadzony przez Pana wicekonsula urząd. ”4 2 Konsulowie wypełniający urząd w Kwidzynie byli do sprawowania swoich funkcji właściwie przygotowani. Każdy z nich (poza S. Sierakowskim) przed objęciem tego stanowiska miał za sobą pobyt w i pracę w innych placówkach dyplomatycznych. Najlepiej sprawy ludzi tej ziemi znał Stanisław Sierakowski z Waplewa, który poza studiami całe życie spędził na Powiślu, brał udział w polskim życiu narodowym, od 1918 roku sprawował wiele funkcji społecznych, wreszcie od sierpnia 1922 roku był prezesem Związku Polaków w Niemczech i posłem do pruskiego Landtagu w latach 1922-1924. Został zamordowany przez Niemców w katowni gestapo w Rypinie. Najdłuższy, bo aż czternastoletni okres pracy w Prusach Wschodnich, miał Józef Gieburowski (1899-1970). Na początku sierpnia 1919 zrezygnował z posady zarządzającego w tym okresie wydziałem handlowym fabryki cementu „Orzeł i skała” na terenie Rosji i przyjął posadę sekretarza Konsulatu RP w Nowosybirsku. W lutym 1920 roku przyjechał do Polski na urlop i zachorował na tyfus. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przedłużyło 3 tamże, s. 197. 4 Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej AAN], Poselstwo BP w Berlinie [dalej Pos.], sygn. 3746, k. 121, Pismo MSZ do w. Mierzyńskiego z 25 VI 1930 r. Jan Chłosta 67 mu urlop i od 1 maja 1920 r. objął stanowisko sekretarza Generalnego Konsulatu w Olsztynie. Od 20 października 1920 r. był kierownikiem Agencji Konsularnej w Olsztynie, zaś 31 grudnia 1921 r. przejął kierownictwo Wicekonsulatu w Kwidzynie. Z początkiem 1929 r. i do końca 1934 r. kierowałja5ko konsul olsztyńską placówką. Podejmował tu wiele ważnych działań kulturalnych jak m. in. wydanie wierszy mazurskiego poety Michała Kajki, druk „Krzyżaków” i innych utworów Sienkiewicza. Opracował też wiele ważnych memoriałów na temat sytuacji materialnej miejscowych Polaków. Postulował wsparcie znajdujących się tu banków ludowych specjalnymi środkami obrotowymi. Tylko w ten sposób można było powiślańskich ziemian uniezależnić od niemieckich organizacji gospodarczych. Wygłaszał też referaty na temat opieki religijnej na Polakami w Niemczech oraz działalności kulturalnejpoza krajem na zjazdach konsulów z Niemiec. Po odwołaniu z Olsztyna Gieburowski krótko pracował w MSZ. Z początkiem 1936 roku został kierownikiem konsulatu w najbardziej polskim regionie Brazylii w Paranie. Tam wykorzystywał doświadczenie wyniesione z Powiśla i Warmii we współpracy z miejscową Polonią.6 Zanim Władysław Mierzyński (1901-1945) objął w 1929 r. kwidzyńską placówkę, pracował w MSZ, był na placówce w Rydze, potem jakiś czas attache kulturalnym w Lipsku, wicekonsulem w Hamburgu. Akurat przyszło mu na Powiślu brać udział, po wydaniu przez sejm pruski ostatniego dnia 1928 r. ordynacji w sprawie szkolnictwa polskiego w Niemczech, w organizowaniu polskiego szkolnictwa. Tu Niemcy wyraźnie w tworzeniu Polsko-Katolickich Szkół Prywatnych robili wszystko, aby te szkoły nie powstały z początkiem rozpoczynającego się w Niemczech nowego roku szkolnego w kwietniu, lecz przekazali te zezwolenia dopiero 3 czerwca 1929 roku. Powstały wówczas szkoły: W Trzcia-nie, Starym Targu i Waplewie. W sprawie szkoły w Trzcianie władze przez dłuższy czas nie reagowały na pisma Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego. Konsul Mierzyński wspólnie z kierownikiem Towarzystwa Janem Boenigkiem zdołali jednak do końca 1930 r. otworzyć jeszcze pięć szkół. Po odwołaniu ostatniego marca 1931 r. Mierzyński pracował w MSZ. W 1933 r. został sekretarzem Ambasady RP w Paryżu, potem kierował konsulatem Lyonie. W czasie ostatniej wojny brał udział we francuskim ruchu oporu. W 1943 r. został aresztowany przez Niemców. Zmarł w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Doktor Jan Kosina (1896-data śmierci nie znana) należał do pracowników konsulatu zanim w 1930 roku został jego kierownikiem. Wcześniej był attache konsularnym w Morawskiej Ostrawie. Kierując urzędem bardzo zabiegał o dofinansowanie banków w Sztumie i Kwidzynie. Chodziło mu bardzo o zapewnienie pożyczek hipotecznych Schreiberom w Mikołajkach Pomorskich i Witoldowi Donimirskiemu w Małych Ramzach. Sam J. Kosina często korzystał z urlopów zdrowotnych. Podczas jego wyjazdu, Poselstwo w Berlinie nakazywało Józefowi Gieburowskiemuz Olsztyna raz w tygodniu odwiedzenie placówki w Kwidzynie. Jana Kosinę zastępował też Jan Jerzy Rapf z Olsztyna. Z początkiem października 1932 r. kierownictwo konsulatu w Kwidzynie objął Mieczysław Rogalski-Dzierżykraj (1888-1952), zatrudniony w polskiej dyplomacji od 1919 r. W latach 1928-1930 był sekretarzem Poselstwa RP w Bukareszcie i od 1932 roku 5 AAN, Pos. w Berlinie, sygn. 3746, k. W Przebieg służby J. Gieburowskiego. Pismo z 1 II 1925 r. 6 Por. J. Chłosta, Życiorysy. Józef Gieburowski, w: Kalendarz Olsztyna na 2016 rok, s. 156-161. 68 Polski Konsulat w Kwidzynie w latach 1920-1939 w Prusach Wschodnich, najpierw jako wicekonsul w Olsztynie, potem kierownik placówki w Kwidzynie do końca stycznia 1936 r. Utrzymywał bliskie kontakty z miejscowymi ziemianami. Jego okres pracy w Kwidzynie zbiegł się z początkowymi działaniami partii Hitlera w Prusach Wschodnich, a więc z dalszym ograniczaniem w pracy narodowej Polaków. W raportach do Poselstwa RP w Berlinie pisał o prześladowaniach Polaków zwłaszcza w powiecie sztumskim, gdzie zamieszkiwało najwięcej członków organizacji spod znaku Rodła: „Hitlerowcy wraz z policją niemal codziennie zaglądają do lokalu Związku Polaków, przeprowadzając rewizje i niby dochodzenia [...] Wpływa to przygnębiająco na miejscową ludność polską, która teraz stroni od organizacji polskich i ukrywa swoją polskość. Na zebrania koła Towarzystwa św. Kingi w niedzielę 19 marca [1933 r.] przybyła zaledwie połowa zwykle zbierających się kobiet. Lekcje śpiewów polskich uległy zawieszeniu z powodu braku frekwencji. [...] Bojówka hitlerowska wtargnęła do domu Jana Kalinowskiego w Nowej Wsi i pobiła go za to, że posyła swoje dzieci do polskiej szkoły”7. Z początkiem lutego 1936 r. Rogalski został przeniesiony na placówkę w Ełku. Zajmował robotnikami sezonowymi. Po 1945 r. przebywając w Lublinie nawiązał kontakty z PKWN, w latach 1946-1948 był posłem RP w Norwegii i Islandii. Potem wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Ostatnim kierownikiem Konsulatu w Kwidzynie był Edward Czyżewski (1895 - data śmierci nieznana). Przejął to stanowisku po kilku latach pracy w MSZ. Od 1933 r. był attache kulturalnym, potem konsulem w Amsterdamie. Od 1 lutego 1936 r. do wybuchu wojny przebywał w Kwidzynie. Nie były to łatwe lata pracy. Następowały w tym okresie wydalenia z Prus Wschodnich, jako osoby rzekomo niebezpieczne dla granic III Rzeszy, ale takżew związku otwarciem Polskiego Gimnazjum. Konsul bardzo liczył na aktywność profesorów szkoły w pracy narodowej. Dyrektor gimnazjum dr Władysław Gębik zresztą podczas otwarcia szkoły 10 listopada 1937 roku zapowiedział taki udział, ale w obawie przed cofnięciem zezwolenia na nauczanie w szkole i usunięciem z Niemiec nauczycieli trzeba było zapomnieć o tych zapowiedziach. Wśród zwykłych pracowników konsulatu w latach 1920-1939 znaleźli się m. in. znany nam już Józef Nowaczyk, Zygmunt Glinka, Stanisław Sierański, Zygmunt Czernicki, Emilia Łappo, Jan Burzyk, Mieczysław Borzeszkowski, Leokadia Pawłowska. Między nimi wyróżniała się swoją biografią Gertruda Bysikiewicz, urodzona 22 października 1896 r. w Kwidzynie, córka Antoniego, wywodzącego się z Gniezna i Heleny Rychter ze Straszewa. Ukończyła miejscową szkołę miejską. Języka polskiego nauczyła się w domu, także ojciec przysposabiał ją do zawodu księgowej, opanowała pisanie na maszynie. Przed głosowaniem 11 lipca 1920 roku pracowała w Warmińskim Komitecie Plebiscytowym jako sekretarka. Od 1 lutego 1922 roku podjęła w pracę w kwidzyńskim konsulacie. Dopiero 5 lutego 1930 r. zwróciła się do Wojewody Poznańskiego z prośbą o nadanie jej polskiego obywatelstwa. Prośbę jej wsparł Stanisław Kosina, który stwierdził: „Okoliczność posiadania obywatelstwa niemieckiego przez p. Bysikiewicz, która jest pracownicą konsulatu jest uciążliwa nie tylko dla niej, lecz do pewnego stopnia także dla urzędu. Pani Bysikiewicz zasługuje na poparcie również jako wzorowa urzędniczka, przy czym AAN. Pos. sygn.1863, k. 50 Pismo konsulatu RP z Kwidzyna z 23 III 1933 r. Jan Chłosta 69 podnieść należy, że po nabyciu obywatelstwa polskiego zostanie ona ubezpieczoną w Zakładzie Ubezpieczeń Pracowników Umysłowych”8. Ostatecznie G. Bysikiewicz obywatelstwo polskie otrzymała 30 czerwca 1930 r. i pracowała w konsulacie do wybuchu wojny. Dalsze jej losy nie są znane. X Nie udało się już wprowadzić w życie propozycji, które konsul Edward Czyżewski zawarł w swoim memoriale do Poselstwa RP w Berlinie w związku ze spisem ludności w Niemczech przewidzianym na 17 maja 1939 roku. Konsul proponował: - wydawanie dwa razy w miesiącu większych numerów „Gazety Olsztyńskiej” i rozsyłanie ich drogą specjalnego kolportażu do rodzin polskich nie biorących udziału w życiu politycznym; - objeżdżanie terenu przez odkomenderowanych z Berlina prelegentów z wykładami ogólnymi i zakresami obrony prawnej; - urządzenie kilku większych imprez; - podjęcie intensywniejszej działalności propagandowej w świetlicach, także podczas zebrań kobiecych i innych.9 Konsulatowi w Kwidzynie przerwano prowadzenie dalszej działalności na pięć dni przed wybuchem II wojny światowej, już 27 sierpnia 1939 roku. Siedziba urzędu została otoczona przez policję, przerwane zostały połączenia telefoniczne z krajem. Personelowi zakazano opuszczenia budynku. Ostatni konsul zdołał jednak wydostać się niepostrzeżenie z Kwidzyna. Do 1 lutego 1940 roku pracował w Konsulacie Generalnym RP w Bukareszcie, a potem znalazł się w Armii Polskiej na Zachodzie. Walczył w dywizji pancernej generała Władysława Maczka. Po zakończeniu wojny pozostał na Zachodzie. M. Szostakowska, Konsulaty polskie, op. cit., s. 73. 70 Początki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej POCZĄTKI HARCERSTWA na Ziemi Sztumskiej Harcerstwo polskie przekroczyło stulecie swojego istnienia. Jego narodziny jeszcze w latach rozbiorowych są na ogół znane i historycznie udokumentowane. O jego patriotyczno-twórczej sile najlepiej świadczy historyczny fakt, że już na 5 lat przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, w roku 1913, 56-osobowa grupa polskich skautów ze wszystkich zaborów, pod wodzą druha Andrzeja Małkowskiego wzięła udział w Światowym Zlocie Skautów w Birmingham w Anglii, gdzie budziła powszechny podziw i zasłużyła na wiele pochwał. Reprezentowali tam Polskę, której nie było w tym czasie na mapie, a powiewająca nad polskim obozowiskiem biało-czerwona flaga była wtedy ostrym wyrzutem i oskarżeniem dla przedstawicieli trzech zaborców, którzy wizytowali zlot. Odzyskanie niepodległości w 1918 roku, a potem proces ugruntowywania polskiej państwowości był dla harcerstwa Henryk Śniegocki, komisarz plebiscytowy na powiat sztumski i malborski w mundurze powstańca wielkopolskiego, fot. archiwum (skautingu) klimatem bardzo sprzyjającym. W scalonej Polsce harcerstwo od razu znalazło swoje miejsce i przydatność w patriotycznym wychowaniu młodzieży. Zgoła inaczej miały się sprawy na terenach poplebiscytowych, które pozostały w granicach Niemiec, aż do zakończenia wojny w 1945 roku. Kierując się uczuciem lokalnego patriotyzmu, chciałoby się dzisiaj zajrzeć za historyczną kurtynę czasu, by opowiedzieć, jak rodziło się harcerstwo na ziemi sztumskiej, nazwiska jakich ludzi wiążą się z jego powstawaniem, tu na Powiślu, w realiach nasilającej się germanizacji, w warunkach ustawicznych zmagań o polską oświatę. Częściowy wgląd w to zagadnienie zawdzięczamy znanej książce Jana Boenigka „Minęły wieki, a myśmy ostali” (Warszawa 1971). Jest to dzisiaj chyba jedyne pisane źródło przybliżające tematykę początków harcerstwa, m.in. na Powiślu. Chociaż autor w swoim cennym dziele poświęcił harcerstwu cały rozdział, większość miejsca poświęcił tam sytuacji na Warmii, zaś Powiśle potraktował dość ogólnikowo i pobieżnie. Jan Boenigk (1903 - 1982) urodził się w Tomaszkowie na k. Olsztyna, jako 12-te dziecko w ubogiej, głęboko patriotycznej rodzinie. Jego przodkowie w XIX wieku nazywali się po polsku: Bieniek, ale uległo ono zniemczeniu przez pruskich urzędników stanu cywilnego, w wyniku czego powstał taki fonetyczny potworek. Jan Boenigk w czerwcu 1928 roku objął stanowisko sekretarza Pol-sko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego z siedzibą w Sztumie. Przez krótki okres był Teodor Sejka 71 nauczycielem w Trzcianie i Postolinie, będąc jednocześnie sekretarzem Związku Towarzystw Młodzieży na Powiślu i działaczem Związku Polaków w Niemczech. Od 1930 roku zamieszkał w Olsztynie, gdzie kierował pracą organizacji polonijnych na terenie całych Prus Wschodnich. W latach 1932 - 1935 powrócił znów na Powiśle do poprzedniej działalności. Jednak wiosną 1935 roku został zmuszony przez gestapo do opuszczenia tego terenu i przeniósł się do Berlina, gdzie do wybuchu wojny redagował miesięcznik dla dzieci „Mały Polak w Niemczech ”. Swoje redakcyjne felietony podpisywał pseudonimem - wuj Franek. Z wybuchem wojny został dwukrotnie aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Po wojnie wrócił na rodzinną Warmię, gdzie zajął się tworzeniem Uniwersytetów Ludowych. Tego zasłużonego działacza polonijnego w roku 1968, już jako sędziwego emeryta, udało się zaprosić do Sztumu na kominek harcerski zorganizowany przez Szczep Drużyn Harcerskich przy Liceum Medycznym w Sztumie kierowany przez hm. Marię Szafrańską (pisałem o tym w „Prowincji” nr 3 z 2015 r.). Jan Boenigk dobrze znał pracę harcerską. Jako uczeń należał do szkolnego hufca ZHP przy Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Lubawie, którego był absolwentem. Znał też sztumskich kolegów z tej uczelni: Maksymiliana Golisza, Konrada Smolińskiego i Franciszka Klajzę, którzy też byli harcerzami. Swoją wypowiedź na temat początków harcerstwa w powiecie sztumskim autor rozpoczyna od kategorycznego stwierdzenia, że na istnienie jakiejkolwiek organizacji harcerskiej na Powiślu przed plebiscytem nie ma żadnych dowodów. Przytacza tylko luźną wypowiedź córki Teofila Porowskiego ze Sztumu - Wandy Gostyńskiej, która opowiadała mu, że jeszcze przed plebiscytem, będąc dzieckiem, w gromadzie zuchowej, założonej przez Henryka Śniegockiego, maszerowała w okolice Sztumu i paradowała po mieście. Opowiadała mu wtedy o atrakcyjnym i porywającym programie zbiórek zuchowych. Autor jednak twierdzi, że po plebiscycie nie było już żadnego śladu po tej działalności, dlatego tę informację potraktował z dużą rezerwą. Okazuje się jednak, że córka Porowskiego miała rację, że postać Henryka Sniegockiego nie była wymyślonym przez nią mitem. Jak czytamy w Wikipedii, był to człowiek wielce zasłużony, nauczyciel, działacz harcerski i powstaniec wielkopolski, żyjący w latach 1893-1971, urodzony w Kościanie, zmarł w Poznaniu. Dowiadujemy się, że w 1912 roku organizował on pierwszą drużynę skautową w Poznaniu, która nieprzerwanie istnieje do dnia dzisiejszego, że w imieniu skautingu witał przyjeżdżającego do Poznania Ignacego Paderewskiego w dniu 26 grudnia 1918 roku. Później pełnił funkcję komendanta Chorągwi Wielkopolskiej ZHP. W lutym 1920 roku został wyznaczony na komisarza plebiscytowego na teren powiatów: sztumskiego i malborskiego. Miał wtedy 27 lat. Na naszym Powiślu zatrzymał się na okres pięciu miesięcy, zanim został wysłany, z tą samą misją, na Górny Śląsk. Czy można się dziwić, że ten entuzjasta sprawy polskiej, pasjonat skautingu i harcmistrz zaznaczył swoją obecność w Sztumie zorganizowaniem gromady zuchowej, którą z takim zachwytem wspominała córka Potowskiego? A zatem byłby to pierwszy sztumski ślad harcerstwa uczyniony tuż przed plebiscytem. Jan Boenigk przyznaje, że w czasie, gdy przybył do Sztumu kierownictwo Związku Polaków w Niemczech nie przywiązywało większej wagi do sprawy tworzenia harcerstwa. Takie było też stanowisko konsula Rzeczypospolitej Polskiej w Kwidzynie Józefa 72 I oczątki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej Gieburowskiego, który stwierdził, że: „Nie ma żadnych szans na powodzenie harcerstwa na tym terenie, a bazą harcerstwa może być wyłącznie szkoła i to szkoła w mieście.” Trudno odmówić realizmu takiej ocenie sytuacji, wszak starania o polską oświatę były bardzo mozolne i pełne utarczek, a szkoły polskie mogły powstawać dopiero po wprowadzeniu Ordynacji rządu pruskiego o szkolnictwie polskim z roku 1928. Nic więc dziwnego, że działacze polonijni borykali się z innymi bardziej podstawowymi zadaniami niż harcerstwo. Problem ten na Powiślu był wciąż sprawą niedojrzałą, nawet wtedy, gdy szkoły polskie już istniały. Maksymilian Golisz, który działał w Związku Polaków na Powiślu w rozmo- ]an Boenigk — działacz polonijny, organizator harcerstwa na Powiślu, fot.archiwum wie z Boenigkiem stwierdził, że „czas już powołać organizację harcerską, wszędzie tam gdzie powstały polskie szkoły”, ale do konkretnej pracy wciąż nie u°Ćó Tak byu° “d° >ZaSU’ gdy Hit'erdoszedt do w‘adzy w 1933 roku. Związek Po-w S ŻyWSZą na Pilni> P°trzebę tworzenia harcerstwa Z™ Zdano sobie bowiem sprawę, że zaistniała teraz konieczność czynne- Si dTZk”’ S,? wcht°nięciu polskich dzieci i młodzieży do złowro- ~za7od sSk ^77 Hitlerjugend. Tworzenie organizacji harcerskiej trzeba było ZuktorsHei UWagi P°Widu nie by'" żadne) r°dzimej kadry w Kons^ S,ę ° PT°r d° Hufca Gdańskiego ZHP i dopiero w 1934 roku " Ohm Gust^ WTWldzyn,e Odby>y się rozmowy z udziałem przedstawiciela tego huf- k™ k.d^ h,„ ™ r1?’'"" 1 ”T“ 1934 roku Po inrpnc u . , h na okres ferii wykopkowych, we wrześniu kUrS W W ^ial polskich szkół Powiśla. Gospodarzem^"^ P° 'Ub dWÓCh Z Z S“ŚC'U polskiej w Sadłukach w powiecie sztumskim py “J10, k'^°wnika prywatnej szkoły CI . ,. , ,P lecle sztumskim - Franciszka Jankowskiego (1904- 1956). nie 3ScXł kuToed ad N°teCiA Studiował i ekonomię w Berlinie. Ukończył kurs pedagogiczny w Poznaniu. Wsnółoracowal „ R i- . mu „Małego Polaka w Niemczech”. Boeniek któr^L IL u Boenigkiem w redagowa-pisze, że mimo dość prymitywnych warunkó I k,lkakrotnie wizytował tczewski kurs Chłopcy byli zainteresowani atrakcyjnym programem^Tan'a W S.chr°nisku szkolny7” mogli jak najszybciej wdziać na siebie mundurek hamerski SziTl' ŻyCZeniem. by relacp o programie kursu nie ma choćby małej wzmiańk ’ “ W legozdawkowe' gramowych, o organizacji dnia kursoweeo bv d • 7 k na temat ramowych zaKć Pro' darzą kursu najważniejsze i w jakim nastroju prz£^ tez listy uczestników kursu, co nie pozwala nam , • 8 'y d kursowe' Aut°t me poda(e te okazały się przydatne w pracy harcerskiej STj"'0'™ S"" na ile w Przyszłości osoby oda, ze nie zachował się przynajmniej Teodor Sejka 73 jeden rozkaz dzienny, który dawałby wyobrażenie o atmosferze kursu. By uczynić zados'ć życzeniom i marzeniom chłopców o mundurkach autor udał się do starosty tczewskiego z prośbą, by ten umożliwił mu zaciągnięcie prywatnej, krótkoterminowej pożyczki. Spotkał się z aprobatą i po podpisaniu weksla na 2 miesiące, odział PKO w Tczewie wypłacił mu 1500 zł. Zapanowała powszechna radość, gdy chłopcom zakomunikowano, że idą do sklepu - Składnicy Harcerskiej w celu zakupu pełnego ekwipunku harcerskiego. „Odtąd ubranka cywilne powędrowały do nowiusieńkich plecaków, a nasi harcerze dumnie spacerowali po Tczewie” - wspomina autor. Następnego dnia przed południem, elegancko umundurowani wyruszyli w drogę powrotną do Sztumu. Jadąc koleją z Tczewa, wysiedli w Kałdowie, na ostatniej stacji na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Do Malborka postanowili iść pieszo przez most nad Nogatem. Chłopcom bardzo imponował ten przemarsz i wprawił ich w prawdziwą euforię. „Zdawało im się, iż są jakąś mini-armią polską, wkraczającą do Malborka. Maszerowaliśmy obok zamku krzyżackiego przez śródmieście w kierunku na Sztum.” Ta zbyt śmiała i ryzykowna manifestacja polskości w niemieckim Malborku zakłócona została przez policjanta i cywilnego agenta gestapo. Padły pytania: „Co my za jedni? Co to za mundurki? Skąd idziemy i dokąd? Na pytanie Jankowskiego ~ „Czy już zostaliśmy aresztowani?” - gestapowiec odpowiedział szorstko: „Kto tu mówi ° aresztowaniu?”. W hallu komendy gestapo przejrzano plecaki chłopców i nakazano im natychmiast zmienić ubiór i puszczono ich wolnymi. Jakieś 100 metrów za gmachem gestapo opiekunowie wprowadzili swoją grupę do bramy jakiegoś domu, gdzie chłopcy w mig zmienili swój ubiór cywilny na harcerski, przywiesili menażki i inny ekwipunek jak należy i „Ruszyliśmy do Sztumu odległego o 10 kilometrów. Dalsza droga odbyła się bez przeszkód i późnym popołudniem zawitaliśmy do Sztumu. Zatrzymaliśmy się w Domu dolskim na Przedzamczu na krótki odpoczynek. Stąd chłopcy wyruszyli już indywidualnie, ale w mundurkach harcerskich, do swoich rodzin”. Autor szczerze przyznaje, że z ramienia Związku Polaków w Niemczech sprawą harcerstwa na terenie Powiśla „miałem się zająć ja”. W tym celu latem 1934 roku uczestniczył °n w kursie instruktorskim dla nauczycieli w Brennie na Śląsku. Ale zaraz obok samo-^tytycznie stwierdza, że „po tczewskim kursie na Powiślu nic się nie działo . Wszędzie, nawet w Olsztynie, tylko mówiono, że trzeba coś zrobić, ale kończyło się na słowach. Chyba dlatego, zamiast informacji o konkretnym działaniu autor mówi dość wymijająco, Zc w tych sześciu miejscowościach drużyny były w stadium organizacyjnym. Dopiero dwa ,ata po kursie tczewskim w roku szkolnym 1936/37 podaje, że w oparciu o przeszkoloną kadrę w 6 polskich szkołach powstały gromady zuchowe - liczące łącznie 61 osób: w Mikołajkach Pomorskich - 6 chłopców, w Dąbrówce Polskiej 6 dziewczynek, w Sadłukach dziewczynek, w Waplewie 8 chłopców, w Postolinie 10 chłopców, w Trzcianie 6 chłopców i 5 dziewczynek. Było to bardzo mało, ale cieszono się i z tego, zważywszy na wrogość 1 szykany niemieckich władz wobec polskich rodziców, którym groziła utrata pracy i inne szykany. Początkujące harcerstwo Powiśla wchodziło wtedy w skład Hufca Wschodnio--kruskiego z siedzibą w Olsztynie. W październiku 1935 roku odbyła się tam pierwsza odprawa aktywu harcerskiego, gdzie podjęto próbę ujednolicenia organizacji na tym obszarze. Na tej odprawie Powiśle reprezentowali: Franciszek Wojciechowski - kierow-n,k Okręgu Związku Polaków oraz nauczyciele: Alfons Kostenski, Franciszek Jankowski 74 I oczątki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej i Leon Wiśniewski. Oficjalnym komendantem olsztyńskiej organizacji harcerskiej został Leon Włodarczak - kierownik Spółdzielni „Rolnik” w Olsztynie. Był to wybór taktyczny, ze względu na to, że druh Włodarczak posiadał obywatelstwo niemieckie, co dawało mu trochę pewniejszą pozycję wobec władz niemieckich. Ponadto nie był on nauczycielem 1 nie otyczył go zakaz angażowania się nauczycieli polskich w działalność poza szkołą. Kierowanie harcerstwem na Powiślu powierzono wtedy Franciszkowi Jankowskiemu, a po mm funkcję tę przejął Alfons Kostenski. W tymże roku w Ciszkach powiat kozelski obozowy kurs instruktorski odbyły trzy harcerki z Powiśla. Wśród nich dobrze nam znana 1 w zięcznie zapamiętanai -nestorka harcerstwa sztumskiego druhna Maria Rajska ze Starego Targu oraz Waleria Wróblewska i Gertruda Kwiatkowska. ranciszek I-ewandowski, kierownik Prywatnej szkoły Polskiej w Sadłukach, fot. archiwum Rok 1937 stał się okresem wzmożonego kształcenia kadry harcerskiej na kursach in-trukrorsk.ch. tak od 31 marca do 8 kwietnia odbył się kurs w Nowym Porcie, w którym z rowisla wzięło udział 9 osób- wz-ari i , 7 wl 1 • 1 d i i Wróblewska, Gertruda Kwiatkowska i Brunon z Polskiej L h 7 ’ Maria Raiska “ Starego Targu, Wanda Śmiechówna Wróbt k ąpr°W^’ JadW‘Sa attÓWna z Sad,uk’ Brunon Kamiński z Waplewa, Albin XVsie kurs 77 'Jan R?szkowkski z WaP'ewa. Od 30 czerwca do 26 lipca 1937 roku odbył się kurs dla wodzow zuchowvcb na z a , * . j i R iz i i orze sw. Anny na Śląsku, w którym z Powiśla udział wzięli: Brunon Krakowski z Waplewa Albin \Y7rAkl i • - • ™ n stoi i no i c !•' 1 • A bln Wróblewski i Erwin Porozynski z Po- stohna, Franciszek Smohnsk. z Nowej Wsi i Lech Żuchowski z Cygus 193TXw 6 dZ Pr<,“V'al,i‘‘ 'iCZeb"y organizacji. Na dzień 1 maja stolin eS 77Ocznie 111 osób. W tym: w Po- stolinie w badłukach 13, w Mikołajkach Pomorskich T • • 1/ w/ 1 • 26, w Starym Targu 10. Liczbę te zasilił t , 13> w 1 ścianie 14, w Waplewie wany w 1937 roku przy Polskim Gimnazjum 77^7 Zny,Szkol"y hufiec zor8aniz°’ Różyckiego. Rozrost liczebny organizacji har dZyn'e’ klerowany Edmunda cerskiej (nie tylko na Powiślu) stał się powodem reorganizacji Hufca Wschodnio-Pruskiego również ze względu na jego rozległość terytorialną. Dlatego podzielono go na 3 jednostki organizacyjne: Hufiec Ziemi Malborskiej Hu fiec Kwidzyński i Hufiec Olsztyński. Tak więc, tych szesc drużyn w polskich szkołach powiatu sztumskiego, o których opowiada Jan Boenigk podlegało teraz Hufcowi Ziemi Malborskiej Niestety, z relacji autora nie dowiadujemy się niczego o żywotności tego hufca. Nie wiadomo kto był jego komendantem, gdzie była jego siedziba czy organizowano jakieś wspólne działania. Byc może, że nasilający się terror hitlerow-sk, . rugowanie wszelkich przejawów polskości paraliżowały wszelką działalność harcerską. Nadciągała pożoga wojenna. Z relacji Jana Teodor Sejka 75 Boenigka oprócz nazwisk nie poznajemy praktycznie żadnych szczegółów dotyczących sylwetek osób prowadzących drużyny, ani żadnych ciekawostek z ich działalności. Swoją skąpą narrację ogranicza on niemalże do suchej statystyki i pozostawia nas w niezaspokojonej ciekawości, czy wymienione nazwiska uczestników kursów harcerskich należy utożsamiać z osobami faktycznie pełniącymi funkcje drużynowych? Jaka była ich aktywność i pomysłowość w codziennej pracy harcerskiej? W tym miejscu należy wspomnieć o postaci, która swoją wytrwałością w służbie harcerskiej na Powiślu zapewniła sobie trwałą pamięć kolejnych pokoleń. Tą postacią jest wielce zasłużona, nie tylko dla harcerstwa, harcmistrz Maria Rajska ze Starego Targu (1915 - 2004). Jej nazwisko w narracji autora przewija się jako uczestniczki kilku kursów instruktorskich. Z jej wspomnień wiadomo, że w ramach Hufca Ziemi Malborskiej prowadziła drużyny harcerskie w Starym Targu i Waplewie, a przetrzymawszy trudy wojny • okupacji, znów stanęła do harcerskiej służby w odrodzonym w 1956 roku Związku Harcerstwa Polskiego. I tylko ona jedna, ze wszystkich ówczesnych kursantów, zdołała przebić się poza milczącą kurtynę czasu. Stała się nam znaną, bliską i kochaną, którą mieliśmy obok siebie i która wciąż wytrwale i nieprzerwanie pracowała z zuchami. Cieszyliśmy się jej obecnością wśród nas, młodych wówczas instruktorów. Była dla nas ogniwem łączącym dawne i nowe harcerstwo, służyła nam swym doświadczeniem w powołanym wtedy do życia Sztumskim Hufcu ZHP. Jej wierność ideałom harcerstwa i czynna służba przez wiele dziesięcioleci sprawiły, że jest Ona dla nas symbolem nieprzerwanej trwałości Związku w ponad stuletniej jego historii. 76 Z dziejów sztumskiego rzemiosła Andrzej Lubiński a SZTUMSKIEGO imiUSU Pierwsze wzmianki o sztumskim rzemiośle pochodzą z późnego średniowiecza. Od połowy XV wieku mieszczanie sztumscy trudnili się warzeniem piwa. Istniały w mieście dwa browary me licząc małych prywatnych pracujących na własne potrzeby. Obok bro-warmkow spotykamy w mieście gorzełników, piekarzy krawców (ci już od 1585 posiadali własne bractwo, które założył starosta sztnm<;H Fok, r \ / , , . ii iii../ ' 11 mSKi rabian Gema), szewców, rymarzy, kusnie- rzy, bednarzy, kołodziejów, zdunów, garncarzy, murarzy. 7°“° TąZane by*° bednarstwo. Pierwsi bednarze pojawiają się ooddml d 17^ XV WiekU' Kołodzieje - pod koniec XV wieku. Stolarze podejmują działalność gospodarczą pod koniec XVI wieku nalezaldo n^"™ h O<1 P0*0^ XV “ garncarza-zduna wał sie mze7 7 ’ “ “7*7 duŻą stabil"°ścią materialną, ponieważ znajdo-rechXbucZ Oh\7 7^ rOdZiny- Ga“e ‘ -tumscy należeli do cechu prabuckiego. Obok zdunów ewangelickich byli też katoliccy. W Sztumie w ciągu cechu Andrzej Lubiński 77 XVI-XVIII wieku występowało zjawisko wielozawodowości. Gdy pojawiała się koniunktura w danej grupie rzemiosł dochodziło do specjalizacji zawodowej. Przedstawiciele różnych zawodów zasiadali w radzie miejskiej, sądzie ławniczym, trzecim ordynku jako witryny kościelni, prowizorzy szpitalni. Na początku XIX wieku rzemiosło sztumskie było w stanie zastoju. W roku 1810 działały jedynie dwa cechy - szewców i krawców. Gdy miasto stało się siedzibą władz powiatowych, było już 55 zakładów rzemieślniczych: szewców - 19, krawców - 10, stolarzy - 8, piekarzy i cukierników - 5, rzeźników - 2, kowali i ślusarzy - 5, bednarzy - 2, grabarzy - 2, po jednym kołodzieja i powroźnika. Rzemiosło mogło zaspokoić istniejący popyt dzięki zmianom w strukturze branżowej powiększaniu warsztatów oraz czeladników i uczniów. Pojawiły się: warsztaty kapeluszniczy, ciesielski, tokarski, blacharski, rymarski - 3, kuśnierski - 2, introligatorski, balwierski, zduński - 2, szklarski, malarski - 2, farbiarz, brukarz, gwoździarz, drukarz. Wiatach 1853-1855 w Sztumie opracowano statuty Cechu Ślusarzy i Kowali, Stolarzy 1 Kołodziejów, Krawców, Rzeźników. W 1859 opracowano statut Cechu Młynarzy, który skupiał rzemieślników ze Sztumu i okolicznych miejscowości. W roku 1899 rozwiązane zostały dotychczasowe cechy i 1 lipca utworzono Przymusowy Cech dla Rzemiosł Stolarskiego, Kołodziejskiego i Bednarskiego, a od 15 lipca 1899 Cech Rzemiosła Młynarskiego, Krawców i Rzeźników. H Na przełomie XIX i XX wieku zakłady rzemieślnicze z trudem konkurowały z rosnącym w siłę przemysłem. Występowała rywalizacja narodowościowa, niekorzystna dla rzemiosła niemieckiego. Starsi niemieccy rzemieślnicy: krawcy i szewcy przegrywali z młodszymi rzemieślnikami polskimi. W okresie międzywojennym po dojściu do władzy NSDAP utworzono w maju 1933 roku nową organizację podporządkowaną władzom nazistowskim o nazwie Stan Rzeszy Niemieckiego Rzemiosła. Cechy sztumskie były częścią teJ struktury, pozostając w bezpośredniej zależności od jej organu powiatowego. RZEMIEŚLNICY PO WOJNIE Ważnym wydarzeniem w dziejach sztumskiego rzemiosła jest data 23 września 1945 roku. W domu przy ul. Jagiełły 22, przeznaczonym na rozbiórkę z powodu groźby zawa-lenia, ponieważ miał prawie już sto lat, odbyło się zebranie założycielskie cechu. Inicjatorami zebrania byli Teodor Górski i Edmund Kreński. Na zebranie przybyło 34 samodzielnych rzemieślników z terenu Sztumu i okolic. Podołano organizację rzemieślniczą zrzeszającą rzemieślników z całego powiatu pod nazwą: Powiatowy Cech Rzemiosł Różnych w Sztumie. Powstałą organizację cechową zatwier-rKiła Izba Rzemieślnicza w Gdańsku 12 października 1945 roku. Teodora Górskiego wybrano starszym cechu, Michała Zaremskiego podstarszym, Teo-Porowskiego skarbnikiem, Edmunda Kreńskiego sekretarzem. Kierownikiem biura został Jan Pawlak. Przez pierwsze miesiące biuro Cechu mieściło się przy ulicy Jagiełły nr 22, w następnych znalazło siedzibę w zamku. Pierwsze miesiące po wyzwoleniu były bardzo trudne we wszystkich dziedzinach życia sPołeczno-gospodarczego. Jako przykład można podać, że jeszcze w październiku 1945 nie 78 Z dziejów sztumskiego rzemiosła ba k^T TT?0 ePÓW 6 warsztatów krawieckich, 31 ko- 7o z k b wZ t ’k P^^h, 20 stolarskich, 5 ślusarskich, 3 rymarskich, 0 szewsk.ch 10 fryzjerskich, 12 restauracji oraz olejarni, warsztatu samochodowo-me-chanicznego. Były one zniszczone lub mocno zdewastowane. Z^h^Z^M w Pierwszych latach po zakończeniu wojny, wadzona 27 Ti ‘ Sk‘ePU R°zdz^ego w Sztumie przepro wadzona 27 maja 1946 roku przez komisję w składyip- ' i • H l i Leonard Chyła. Lustratorzy podają że mleczarnie ń 7 “ a hndvnki ktrł ' • r M’ Czarnię przejęto w stanie zdewastowanym, S£r"’W° ““-Maszyny i urządzenia techniczne zostały wymon-LZwnictwem ^-1-3 kierował Konrad Klein Pod jego pocZku lutX Z°T re"^°7 U^dzeń> które początkowo obsługiwano ręcznie Na Z40liS W t Z Pr—'-'-tylko 150 litrów mleka dzienni, pod koniec maja w 77%. p Z d° "^czarni 4456 litrów mleka, w marcu - 7025, nego, a także elektryczności” 6 3 m°S WyZSZy’ ale brakowało nie tylko bydła mlecz- LZt Z*26™051 świętował nadanie mu sztandaru, ny sZtarz ZuiT SUrSZy “chu> P°d«arszy Jan DoL Zn G aza IM Leon Glaza, Jozef Wardel, Janina Kozłowska, a kierownikiem biura Edmund Kreński. częto odgórnieZntralZwać^Zdb ™m'eŚln‘CZe “ Sztum“’ Malborka, Kwidzyna za-Cech Rztniczo-WędliZski TZ ac 30™°,"° w &tUmie na. W Kwidzynie działał Cech Krawców i C &tUmU’ Ma'b°rka * Kwidzy’ i Malborka. Cech podlegał Okręgowemu Zwi T’ rzeml“lników ze Sztumu niczo-Wędliniarskim w Sztumie kierował Józef KiT ^7 W J”*™’ Cechem RzeŹ' w roku 1950, tworząc Powiatowy Cech Rzem' ł skl|ako Podstarszy. Rozwiązano go warsztatów wzrosła do 214 i W SZtUmie' W r°ku 1953 Trudności finansowo-gospodarcze iakie " UP'°nycb w Cechu Rzemiosł Różnych, liczba uczniów w roku 1956 wynosiła 35 f01™' 7 * T? 1953‘1956’ spowodowały, że nych ekonomicznie likwidacji zakładów rzeZtólnkTh7 ° '01’nieuzasadni°' Odbudowa rzemiosła rozpoczęła si ZZ 1 " 7 “ P"™'" 1956 istniały ponownie oddzielnie V P e tomiepazdziernikowym 1956 roku. W roku Cechem będą kierowali Aleksy Burzacki Aloiz1"?6 Ze' Kwidzynie> Od teg° czasu W września 1961 roku władze Zn L ’ " D°mańSki ‘ ludności postanowiły przyjść z nnmn °Cenia^c konieczność zwiększenia usług dla w Sztumie do zagospodarowania dom ZZjZ^^ZZ Różnych kwadratowych. W tym czasie w C h • Powierzchni użytkowej 1689 metrów mieślniczych. Budowa Domu RzemZ pZZTaku 1963 Sf5 26 czerwca 1966 roku, gdy w krain nb k u ‘ J°°' stwa Polskiego, nastąpiło uroczyste oLrcLwZ ,00°’leCie iStnienia Pań" „z, “ R"m“ ’ ym nowe województwo elbląskie, Andrzej Lubiński 79 decyzją wojewody gdańskiego i elbląskiego Izba Rzemieślnicza w Gdańsku zobowiązana została do powołania nowej siatki cechów oraz likwidacji niektórych organizacji cecho-wych. Cech sztumski został przejęty z całym majątkiem ruchomym i nieruchomym przez Cech Rzemiosł Różnych w Malborku. Przez dziesięć lat, do 1985 roku, sztumscy rzemieślnicy należeli do Cechu w Malborku i byli reprezentowani tu przez starszego cechu kdrnunda Hoppe, Gerarda Zajdowskiego, Zenona Nastałego i Józefa Sejkę. Ten ostatni pracował w biurze Cechu w Sztumie zajmując się przyjmowaniem zleceń. 30 marca 1985 roku w sali komitetu PZPR (dzisiejsza siedziba starostwa powiatowego) w Sztumie wybrany został nowy zarząd w składzie: Edmund Hoppe, starszy cechu, Stanisław Czarnik, podstarszy, Gerhard Radtke, podstarszy, Stanisław Wudarczyk, sekretarz, Maciej Ratusznik, skarbnik, Brunon Gussmann, członek, Józef Nadolski, członek. Administracją Cechu kierował Józef Sejka. Inspektorem do spraw ekonomicznych była Teodozja Chmielewska, inspektorem do spraw oświaty i księgową była Grażyna Balbuza. Podczas wizyty papieża Jana Pawła II w Gdańsku w 1987 roku rzemiosło sztumskie przekazało 46 500 zł dla Izby Rzemieślniczej w Gdańsku w celu ufundowania monstrancji z bursztynu, złota i srebra. Na Walnym Zebraniu Cechu Rzemiosł Różnych, jaki odbył się w 1989 roku, został wybrany zarząd, do którego weszli: Edmund Hoppe - starszy cechu, Stanisław Czarnik - podstarszy, Stanisław Wudarczyk - podstarszy, Brunon Gussmann ~ sekretarz, Iwona Szarycka - skarbnik i członkowie - Lech Kuczyński, Józef Zabojszcz. Zarząd Cechu w roku 1992 wystąpił do Izby Rzemieślniczej w Gdańsku o złote odznaczenie za szkolenie uczniów dla Jana Krupy, Stanisława Wudarczyka, Stanisława Czarnika oraz srebrne dla Zdzisława Gorczycy, Brunona Gussmanna, Ryszarda Kozakiewicza, Edwarda Trybańskiego. Medal srebrny im. Jana Kilińskiego miał otrzymać Gerhard Radtke i Stanisław. Wudarczyk. Prezes Izby Rzemieślniczej w Gdańsku udzielił pełnomocnictwa do wręczenia tych odznaczeń starszemu cechu w Sztumie Edmundowi Hoppe. Mimo że inflacja występowała w dalszym ciągu, obroty cechu w roku 1993 doszły do kilkudziesięciu milionów złotych. Opłata mistrza szkolącego ucznia wynosiła 60 000 tys. zł. Jakich mistrzów było 64, a uczniów, w dziewiętnastu zawodach, 192. Na początku roku 2000 doszło do spotkania noworocznego rzemieślników należących do Stronnictwa Demokratycznego w sali „Kwadro ”. Od momentu powstania Zasadni-CZeJ Szkoły Zawodowej w Sztumie współpraca z Cechem Rzemiosł Różnych układała się dobrze. Od XXI wieku jaszcze bardziej zacieśniły się wzajemne kontakty, dzięki czemu wyszkolonych zostało dla rzemiosła bardzo dobrych fachowców. Uczniowie pod nadzorem Lucjana Lewandowskiego wykonywali prace na rzecz szkoły podczas modernizacji sal wykładowych. Podczas przekazywania pomieszczeń szkolnych uczestniczyli nauczyciele przedmiotów zawodowych i ogólnokształcących, członkowie Cechu Rzemiosł Różnych ze starszym cechu Stanisławem Wudarczykiem, władzami samorządowymi Miasta i Gminy Sztum oraz dziennikarzami lokalnej prasy. Na Walnym Zgromadzeniu Członków Cechu 18 czerwca 2002 roku uchwalono zmia-ny w statucie. Zakładów rzemieślniczych było 43, uczniów 121. Spadek uczniów wiązał Sl? z reformą edukacji, ponieważ wprowadzone zostały gimnazja i nie było naboru do 80 Mój dom 1930 SZ Ch! tT WPrOWad“»y został obowiązek zrzeszania si? rze-zawod C-hu lub Pomorskiej Izbie Rzemieślniczej. Nadzór nad przygotowaniem zawodowym miała rowmez sprawować Izba Rzemieślnicza. Podkreślano, że występują s~PNanier '"T firm’ niePosiad Wh wystarczającego zaplecza finan-nvch z zauudn WPrOWadz‘ć ™any legislacyjne służące obniżeni! kosztów związa-X źródło fi™ Z/mÓWień Publi“"ych. Drobne firmy są traktowane jako zrodio finansowania lokalnych budżetów nr7f>7 • , . , , R7emipdnirv mr-z • i i . W Przez podnoszenie czynszów 1 podatków. Rzemieślnicy przenoszą swoje zakłady do mnieis7vcb nnm;« ' . .. . • 1 • ' • 1.11 ' mejszych pomieszczeń, niekiedy nie spełnia- jących wymogow sanitarnych i bhp. 7 E ne mSle ^'3^ ^^ów odbytego 28 maja 2004 roku złote i srebr- Lech Dębski, Henryk RacTrXne)S °WS ' ' KrUpa (zł°te)’ Pi°" Nadarzyński’ włalz ctu^sz^ Członków Cechu dokonano wyboru ^wski, podsrarszym ZbignZ La- Izby Rzemies1rócz^aldemar Wmew,kl został wybrany na członka zarządu Pomorskiej w^a^mSr^ł P°m°rSkiej R“lniczej 18 października 2015 ska wraz z pocztem Gniewski i Elżbieta Kozłow- cowaną przez Jacka Sieńskiego pracę 70 lat P uroczysrości otrzymali opra- Różnych w Sztumie należało jak wy JkateT^ °° CeChU RZemiOS‘ cianych uczniów było szkolonych w 31 zakładach D9'’ / nat°miaSt 209 mtod°' ci miodu wręczyli arcybiskupowi Leszkowi Cł‘ d ’’ sztumskiego w posta- Kozłowska. Wręczanie dyplomów czeladniczy h Z‘OWI Waldemar Wiśniewski i Elżbieta się 5 listopada. Na uroczystość te przybyli n ltUnentOm szkół zawodowych odbyło mieślniczych, licznie młodzież klas nierw S SZtUmski mtodzi adepci zawodów rze-samorządów, szkół, Urzędu Pracy Po i°l>Z zaProszeni Przez cech przedstawiciele 4 , urzędu 1 racy, Pomorsk,ej Izby Rzemieślniczej i rodzice. śniewski złożyTTprawi^ S'ę 16 ma)a 20’7 r. Waldemar Wi- i projekt obchodów 70-lecia ufundowaćsZndU "r0'! PrZedstawil Propozycję mie, które przypadną na 23 listopada 2017 roku Cechu.Rzemlosł Różnych w Sztu-hcznościowej publikacji. Zebrani jednogłośnie wyr r r°WProPozyc)a wydania oko- Członkini cechu Elżbieta Kozłowska uczestniczyła ' ? °bchodÓW' stwie we Frankfurcie. Jej uczennica Dominika SznrL 1 n?1S'rzostwacl1 swlata we fryzjer-niec roku 2016 funkcjonowało 30 zakładów rzemieślni m'Strzostwo PoIski- Na ko‘ czych, uczyło się zawodu 98 uczniów. Wędrówki po prowincji Andrzej Kasperek Mój dom 1930 W Żuławskim Parku Historycznym w Nowym Dworze Gdańskim od 15 do 21 października 2017 r. można było podziwiać zorganizowaną przez Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu - Klub Nowodworski wystawę fotografii zatytułowaną „Mój dom 1930”. Zwyczajowo przy takiej okazji piszemy: „podziwiać”, ale tym razem słowo to użyte jest całkowicie zgodnie ze swym znaczeniem. Po raz pierwszy mieszkańcy żuławskiego miasta mieli okazję obejrzeć tak dużą kolekcję zdjęć z przedwojennego domu w Tiegenhofie. Kiedyś z Markiem Opitzem, szefem Klubu Nowodworskiego, rozmawialiśmy o domu, w którym stał piękny piec z kaflami, na których wymalowano sielski krajobraz z wiatrakiem. Budynek przetrwał wojnę, stoi niedaleko zwodzonego mostu, za nim jest dom Opitzów, w którym mieści się zakład fotograficzny. Obecnie mieszka w nim osiem rodzin, dawniej była w nim siedziba Związku Harcerstwa Polskiego, Związku Nauczycielstwa I olskiego, Ludowy Klub Sportowy „Żuławy” i Urząd Stanu Cywilnego. Z czasów, kiedy byłem harcerzem zapamiętałem ów zabytkowy piec, który później „zniknął”... Mam na-dzieję, że nie został zniszczony, że cieszy kogoś swym widokiem i ciepłem. Niezawodny z wystawy przed wojną, fot. archiuwm ŻPH 82 Mój dom 1930 Marek przysłał mipozmej maila ze starymi fotografiami, przedstawiającymi wnętrze tegoż domu. Sprawdzam, był to styczeń 2012 r. Zapamiętałem wzruszenie, jakie mnie ogarnęło, k.edy oglądałem te zdjęcia. Szczególnie piękna była sepiowa fotografia przed-stawiająca dwie dziewczynki stojące w ogrodzie przy ganku domu obrośniętego dzikim ~ńt"! f y W 7 marynarskimi kołnierzami, stały wśród listowia ■ kwiatów, lo był zaczarowany ogród, niczym ten z powieści „Tajemniczy ogród” an-gielskiej pisarki Frances Hodgson Burnett 7^^-^^ z . . 7 , trudno - • i , . . ' . ' aczar°wany ogrod i zaczarowany dom. Aż trudno uwierzyć, ze istniały tak niedaleko, obok nas, kiedyś.. Minęło pięć lat i te zdjęcia (w towarzystwie kilkudziesięciu innych) trafiły na wystawę w naszym mieście. Okazało się, że wiemy całkiem snom „ 1 • ■ - , , c Należał on do rodziny Markfeldów. Głowa rodu - Uo Mart^k 7° siał być dobrym fachowcem, bo jako adwokat i nor ^ 7 Pukiem, mu- Kancelaria adwokacka oraz biuro notarialne mieśc ił d°r°bl SP°re8° ma'ątku' dawnej ulicy Vorhofstral?e 49, obecnie- Władysła W dużym domu Przy czterech osób onróo, mń • i ™ bd>slawa Sikorskiego 26. Rodzina składała się czterech osob, oprocz rodź cow, Leo i Lilii, były dwie córki - dziewczynki ze zdjęcia- Ine-borga i Gerda (młodsza). Na rodzinnym zdieciu wid,im 1 ewczynK1 ze ujęcia. me durzę, z wilhelmińskim wąsem, stoi pewn e w ' 8 ,r°dZlny W Pruskim mun' żona i kuzynka ubrane bogato (futrzane kolnie emrU™’. coreczkl trzymają go pod rękę, należała do ówczesnej elity miasta Starsza c ' ""^-i kape’USZe) sto« obok- Rodzina gdańskiej Victoriaschule (Ljle^ P° sk<“ na cześć Wiktorii, matki cesarza Wilhelma II) nosr * dZ‘eWCZąt’ nazwane) Kształciła się w Gdańsku i w Berlinie, gdzie w j "°W‘U S1? za™d^ i otworzyła zakład. Wyszła za mąż za Josepha Hall 38 U,k°,nCZy 3 szkoł? fotograficzną tograficzne zostało zniszczone w czaL wofny ' k 7^ W fo' i nadal pracowała w zawodzie. y 945 E mieszkała w Berlinie Zachodnim Andrzej Kasperek 83 W 1975 r. wraz ze swym synem przyjechała na Żuławy odwiedzić kraj lat dziecinnych. Przejeżdżając przez most w Rybinie, Peter zauważył żaglówkę i postanowił ją wypożyczyć. W domu przy mleczarni, nad Wisłą Królewiecką, mieszkała wówczas Danuta Wylęgała (później: Gnyś) z bratem i rodzicami. Była w ostatniej klasie nowodworskiego liceum, wybierała się na germanistykę, więc znała niemiecki. Peter skręcił na podwórko i tak się poznali. Banalna rozmowa rozpoczęła coś bardzo ważnego - przyjaźń na całe życie. Peter przyjeżdżał do Polski w późniejszych latach wielokrotnie, był na weselu Danusi1, w stanie wojennym przysyłał paczki. Ona sama wielokrotnie odwiedzała go w Berlinie (na zdjęciu w okolicznościowym katalogu wystawy2 jest uśmiechnięta Danusia i Peter), raz nawet, zaraz po upadku muru, wybrała się w gości całą rodziną. Ania Gnyś, córka Danusi, w 2012 r. będąc przez kilka tygodni w Berlinie postanowiła odwiedzić Petera. Poprosiła, by pokazał jej na komputerze swe wspólne zdjęcia z Mamą. Wśród różnych plików dojrzała zdjęcie kamienicy z Nowego Dworu. Widząc jej zainteresowanie Peter pokazał album swej matki. Wtedy zeskanowano jego część. Resztę materiałów i skany pozostałej części albumu udało jej się uzyskać dzięki pomocy Juliana Haydeckera, partnera syna Ineborgi, który dziś pomaga Peterowi mieszkającemu już w Domu Seniora. Anna, sama parająca się zawodowo fotografią, wpadła na pomysł zorganizowania wystawy. Jej tytuł nie jest przypadkowy. Trzon ekspozycji stanowią zdjęcia z albumu, który 24-let-nia Ineborga podarowała (prawdopodóbnie na Gwiazdkę) swemu ojcu. Na jego płóciennej okładce jest napis: „Mein Heim”, czyli „Mój dom”. Pięknie kadrowane czarnobiałe fotografie powstały z miłości do tego domu, do tego miejsca. On jest niczym Mickiewiczowski: „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie, [...] Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał, [...] Kraje dzieciństwa, gdzie człowiek po świecie Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie...”. Album, przechowywany dziś przez Petera Hallera jako najcenniejsza pamiątka po matce, pewnie kiedyś trafi w oryginalnej wersji do naszego muzeum, które dla dawnych nowo-dworzan i Żuławiaków staje się rodzajem Muzeum Stron Ojczystych (Heimatmuseum)3. Te zdjęcia są nie tylko rodzinną pamiątką, dziś to cenny zabytek. Są niczym kapsuła czasu, która pozwala się nam przenieść do przedwojennego Tiegenhofu, aby zobaczyć, jak żyli zamożni nowodworzanie sprzed prawie stu lat. Ówczesny Tujski Dwór był miasteczkiem zyjącym z bogactwa regionu. Żyjącym bardzo dobrze. Gdybyśmy zajrzeli do albumów Używam tego zdrobnienia, bo tak wszyscy się do niej zwracali i tak o niej mówili. Była moją koleżanką z czasów nauki w LO i później z pracy, bo po studiach została germanistką w naszym starym ogólniaku. Zmarła kilka lat temu po heroicz-n9 walce z rakiem. Była dobrym człowiekiem. I miała niecodzienny dar do poznawania ciekawych ludzi. Oprócz Ineborgi 1 Petera Hallerów, o których tu piszę, spotkała się w Nowym Dworze Gdańskim z wybitnym niemieckim rysownikiem - Friedrichem Karlem Waechterem. Zupełnie przypadkowo pomogła mu w kupnie gruszek u ulicznej handlarki. Ta znajomość doprowadziła do zorganizowania w październiku 1995 r. wystawy prac Waechtera w Muzeum Żuławskim. Warto 2 Pomyśleć o nowej wystawie tego nowodworzanina. Na wystawę przygotowano starannie przygotowany katalog, w którym pomieszczono zdjęcia, towarzyszące im wiersze 3 (w przekładzie) oraz słowo wstępne Łukasza Kępskiego. To piękne wydawnictwo otrzymywał gratis każdy zwiedzający. Fisałem wcześniej („Prowincja” nr 26) o przekazaniu do „Księgi Pamiątkowej miasta Nowy Dwór i powiatu Wielkie Żułaby („Gedenkbuch der Stadt Tiegenhof + Kreis Gro Re Werder ). 84 Mój dom 1930 rodziny Srobbe producentów słynnego machandla, to pewnie zobaczylibyśmy luksusy mi lonerow. e otogra e pokazują, że miasteczko nad Tugą nie było zapyziałą dziurą, skąd mieszkańcy pragną czym prędzej wyjechać. Piękny ogród, urządzone ze smakiem wnętrza domu.. Na wystawie czujemy się, jakbyśmy byli gośćmi zaproszonymi do wnętrza jakbysmy chodzili po pokojach, zaglądali do kuchni, przechodzili przez westybul, zerkali przez uchylone drzwi do dziewczęcego pokoiku Niektóre zdjęcia zostały w albumie opatrzone wierszami. Czarny brystol, do którego przyklejono fotografie a na odwrocie wypisany białym tuszem wierszyk. Zdjęciu wzmian-kowanego pieca towarzyszy taki tekst: „Nie zawsze chłodne strugi4 Śpiewają tak pięknie... Pozostawiam je, te chłodne rzeczki, Chcę bliskości pieca... Przy nim spędzam wiele cennego czasu. Siedzę w szczęśliwej godzinie, Gdy wy, w większym gronie, przy stole Gawędzicie, ja spoglądam...”5. de poetyckie refleksje są dowodem wielkiei wrażliw^ć ; i • i . . . . -J w knltnr-zA knn , i • wrażliwości autorki, ale także jej zanurzenia w kulturze, bo początek tego wtersza nawiązuje do pieśni Glucka. Na otwarcie wystawy zabrzmiała pieśń Schuberta i bvG t ' • i i • j mieckipi ' • i . , uoerta i było to świetne odwołanie do nie* mieckiej tradycji, choc może należało zaśpiewać In pi1 -ki rvr7np ai • i 1 P ”ln cinem kuhlen Grunde — piesn romam W sobotę 14 październikaXwUe^Xbt wystawy zadbali o oprawę, wała Anna Federowicz, której akompaniował Tomasz St^“ zał, ze pani Anna, znana z kongenialnvch ™,1^ ' • Y OWSKL len mini reclta‘ Poka wszechstronna uralenm • k i 7 nan Plosenek Anny German, jest artystką blicznościzZSw M ? ę 1 ° u W niedzie1^ kiedY “warto wystawę dla pu-Dncznosci, zaśpiewały: Marta Szyhn i Ewelina Szu Ir 7 11 j z. 7 , , że w NDG pojawił się świetny muzyk którv bod Z a rfdosc'ą mogę odnotować, nionych amatorów i nr i „ c uje tu środowisko wykonawców — uzdol' towanych osob, które może kiedyś zrobią karierę... Autorzy ekspozycji: Anna Gnyś, Mariola \4ik-, ■ u i sposób, że przechodzimy przez autentyczne stare drzw^S I W dzimy do salonu. Zdjęcia są w czarnvrh A' • i kolorowymi szybkami 1 wcho' ramą a na środku stoi stół. Przykryty białym gablotach, jedno za okienną piękne srebrne sztućce, waza z parującą jeszcze zi T™ P°rCelanOwe talerz£’ dzo silne! Jakby domownicy ledwie co ww 1* • iPr ' naft°Wa' Wrażenie jest bar Chodziło o efekt. W pamiętnikach 7 *’ ySmy weszli do cudzego mieszkania-ziemiach poniemieckich stół był jeszcze zastaw^ k^87- W f^mowanym domu n3 «ony, jakby mieszkańcy opuścili swe lokuin * W oryginale: „kuhlen Grunde”. Jest to odwołanie do słów In .i i -u. arny wiersz niemieckiego poety romantycznego losenha nn od których rozpoczyna się popU' And^eja Lama początek Xa -brochene (>810).^ jego słów skomponował Friedrich Gliick Pierścionek brzmi: „Gdzie chłodna płynie struga”. Muzykę do ’ ™ z odWTCi dokonali; Andrzej Kasperek 85 6igebog i Gerda Markfeldprzed swoim domem przedwoną, fot. archiwum ŻPH w pośpiechu. Takie opisy znajdziemy także w relacjach Polaków wyganianych ze swych Sledzib przez Niemców czy Sowietów. fotografie przedstawiają piękne wnętrza, urządzone ze smakiem, będące dowodem za-o^ożności, statusu społecznego i dobrego gustu. Dziś pewnie uznalibyśmy je za przełado-Wane, ale wtedy takie były sposoby budowania prestiżu i podkreślania swego bogactwa. Nie powinno nas to dziwić, jesteśmy wszak na bogatych Żuławach. Dziś wielu mieszkańców regionu nie jest w stanie uwierzyć w opowieści o miejscowym bogactwie. Nic dziwnego - po wojnie Żuławy - zalane, zdewastowane, rozkradzione i opustoszałe - stały si„ r°ZUmną Pa 7 ? ek°nOm‘Czną ków cukrowych. Czasem prowadziło to wręcz do zbytk^^n * T wędrówek po delcie Wisły opowiada o h? c Ludwig Passarge w opisie swych córek kupił w posagu fortepianZfl Aż 8 gk“dei ™ SW^h "“ch ..fonepianymusiały powędrować do spichZ j ludziom ię tu dobrze i wid. i,..,.* p„dmk,X stawia wspomniany wcześniej piec Jeden z wiel UrZekły dwa zdjęcia. Jedno przed-wy, bo nie tylko ozdobiony j^ Ż^Ł kT” sposób, że ma kaflową ławeczkę, ktoś zmarznięty m ' ł’ 6 zbudowano 8° w ten w swym wierszyku Ineborga: ? 7 Przytudć się do niego i jak pisze ' Wincenty Pol Na lodach. Na wyspie. Na groblach k w Zob.: Melchior Wańkowicz Walący ^f^^ oprać. Józef Bachórz, Gdańsk 1989. Zob.: „Pomorze Gdańskie 1807-1850. Wybór źródU” * . 10 W cytowanym tu tekście znajdziemy taki passus: „ZwraJTn Buk°Wski’ Wrocław 1958. n yZ h--l 7 mieszka w pokaźnym miasteczku Nowy Dwór 1 1” Znal^ule sk wśród nich 14 zegarmistrzów, Ludwig Piargu Z , oprać. Jacek Borkowicz, Gdańsk 2016. ' S hce z Podróży 1856, przeł. Wawrzyniec Sawicki, Andrzej Kasperek 87 „W długi zimowy czas, Gdy na zewnątrz burza i śnieżyca szaleją, Jeśli człowiek chce być bezpieczny I znaleźć się w domu przed nocą To czeka nań ów ciepła stróż”. Piec zawsze kojarzy mi się z ciepłem domu rodzinnego. Tak to zapamiętałem ze swego domu. Po latach nie chce się pamiętać niewygody wybierania popiołu, trudów rozpala-nia, szczególnie wtedy, gdy brakowało cugu, chłodnych poranków... Pozostało w pamięci wspomnienie ciepłych kafli, przy których rozgrzewało się zmarznięte dłonie i ciepła, którym emanował. Drugie zdjęcie przedstawia widok z okna na zwodzony most na Tudze. Zwano go — Galgenbrucke, czyli Most Wisielca, ze względu na jego konstrukcję. Bardzo przypomina ów słynny most Langlois w Arles malowany wielokrotnie przez Vincenta van Gogha12. Podobne konstrukcje znajdziemy w Tujsku, Rybinie i Sztutowie. Opisałem go w opowiadaniu „Są klucze, ale nie ma drzwi...” z tomu „Koronczarka”. Na most wjeżdża furmanka, w oddali jest puste pole. Dziś jest tam osiedle Wyszyńskiego, wtedy zaś bezkresny krajobraz: „Będący takim, jakim jest. Po horyzont, na rozległej zaśnieżonej połaci... Jesteś smutny, wpadasz w melancholię, Ale zapominasz o niej patrząc na pełen ruchu most”. Rzeczywiście trudno oprzeć się wrażeniu melancholii patrząc na to zdjęcie. To uczucie Jest dla mnie na zawsze związane z Żuławami, tak postrzegam tę krainę. Za mostem był Przystanek autobusów firmy Zink & Co, które jeździły do Gdańska, a stamtąd można wyruszyć do Berlina, w wielki świat. Inegorga opuściła swoje miasteczko, pozostał •Abum, stoi dom, ale nie ma bramy i ogrodzenia, za którym roztaczał się wspaniały ogród. Oglądając wystawę możemy się zadumać nad dawnymi czasami i patrząc na te wspaniałe wuętrza przypomnieć sobie wiersz Wisławy Szymborskiej pt. „Muzeum”, w którym opisała ona triumf rzeczy nad ich właścicielami: „Korona przeczekała głowę. Przegrała dłoń do rękawicy. _ Zwyciężył prawy but nad nogą. Go do mnie, żyję, proszę wierzyć. Mój wyścig z suknią nadal trwa. A jaki ona upór ma! A jak by ona chciała przeżyć!”. Ten świat minął bezpowrotnie. Na wystawie podeszłą do mnie pani, która kiedyś mieszkała w tym domu i opowiedziała, że jako dziecko bawiła się w ogrodzie. Zapamiętała, że wykopywała kawałki pokruszonych kafelków z niebieskimi obrazkami... Nie wiedziała, /e to były słynne flizy z holenderskiego miasta Delft. Na wystawę zaproszono pana Petera, 12 7-1 । https://pl.wikipedia.org/wiki/Most_Langlois_w_Arles 88 Mój dom 1930 niestety obecny stan zdrowia uniemożliwił mu obecność, przyjechał jego partner: Julian Hey-decker. Od niego dowiedziałem się, że zegar, wygrywający melodię z bajki o Jasiu i Małgosi’, wisi w pewnym berlińskim mieszkaniu. My zaś możemy się cieszyć, że ocalały te piękne fotografie. Piec w domu Markfeldów, fot. archiwum ŻPH Ale ktoś może zapytać - co nas to wszystko obchodzi, dlaczego mamy zachwycać się jakimiś starymi fotkami? Co to ma z nami wspólnego? Otóż ma i to bardzo dużo. Wierzę, że doczekaliśmy czasów, kiedy po latach bylejako-sci, niedbalstwa i lekceważenia depozytu, który przejęli nasi ojcowie i dziadowie osiedlając się w tym płaskim kraju coś się zmienia w myśleniu i działaniu jego mieszkańców. Miał rację Jan Jozef Lipski pisząc przed laty: „przypadł nam w wyniku historycznych przemian bogaty spadek architektury i innych dzieł sztuki oraz " "J-— robku. ZobowiJujeLsXIbj^^^ 'Udzk°ŚC' depozytariuszami tego do- bez zakłamań i przemilczeń w tei dzied ' C'ą’ StrZeZemy dorobku kultury niemieckiej, naszej- Dobrzeje zaczynamy “ skaAy dU PrZy^> Taka wystawa może być powodem do 1 -j należy szczególnie osobom zaangażowanym w iii mUZeUm’ a wi?c podziękować Markowi Opitzowi, Łukaszowi Kępskiemu K Or8an,zacK: An™e Gnyś, Marioli Mice, ludzi prowincja pozostanie tylko smętna krain rZySZt°f°W1 Danielewskiemu. Bez takich / Mamą, w której: „Ni wyżyna, ni nizina, Ni krzywizna, ni równina - Taka gmina. Spotkasz chłopa - gęba sina, Oj, nie wraca ci on z kina -Taka gmina. Miast kobiety, śpiewu, wina - Wóda, czkawka, Gwiżdż Janina - Taka gmina”14. Cieszmy się, że możemy ogladać « pięknieje a jego ozdobą jest to muzeum i naZ^’ 1^ N°Wy Dw°r P° ,atach wegetac^ tę ekspozycję dziękuję! P l°naci, którzy w nim pracują. Pięknie im za " Jan Józef Lipski Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy, cyt za- httn-// < ojczyzny-dwa-patriotyzmy-lekkieS.pdf http7/otW^a°^^ 1/J-Lipski-Dwie' Jeremi Taka gmina. Nieprzypadkowo wydawca Prowin •” e używa w swej nazwie tych słów: TAKA GMINA. ” P “ ^^zenie Inicjatyw Obywatelskich przekornie Sylwia Stankiewicz 89 Sylwia Stankiewicz Bana już dawno tędy nie jeździ Wynalezienie kolei żelaznej w poważnym stopniu wpłynęło na rozwój ludzkiej cywilizacji- „Pędzące smoki” niejednych przerażały, ale większość szybko doceniła walory nowego środka transportu i cieszyła się z takiego udogodnienia. Radowali się również mieszkańcy Powiśla, kiedy i na ich terenie rozpoczęto budowę sieci kolejowej. Dziś pragnę przypomnieć, w wielkim skrócie, historię budowy drogi żelaznej na trasie Malbork - Małdyty. Z pozycji Ernsta Deegena Geschichte der Stadt Saalfeld in Ostpreussen1 (Mohrungen 1905, wydawca - C. L. Rautenberg) możemy się dowiedzieć, że „po wieloletnich przygotowaniach [które zostały zapoczątkowane już w roku 1881 — dop. autora] rozpoczęto Wiosną 1891 roku budowę linii kolejowej Elbląg — Zalewo — Ostróda — Olsztynek, a także krzyżującej się z nią trasy Malbork — Myślice — Małdyty. Jedno z biur budowy mieściło S1ę w Zalewie, a drugie w Ostródzie. Budowniczymi tych odcinków byli: Teichgriiber, Wickrnan i Bergman. Dwa lata później, 17 czerwca 1893 roku, na stacji w Janikach Wielkich nastąpiło spotkanie budowniczych tychże odcinków. Na zaaranżowanej z tej okazji uroczystości wbicia złotego gwoździa zjawiło się sporo okolicznych mieszkańców. POETA PRZY TORACH Budowa w/w linii była okazją do zarobku dla okolicznej ludności posiadającej transport konny, dla robotników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Za dniówkę robot-nik wykwalifikowany otrzymywał 2 marki i 20 fenigów a niewykwalifikowany 1 markę 1 h0 fenigów, a więc był to całkiem niezły zarobek. Za udostępnienie wozu i koni zarobek M znacznie wyższy. Ciekawostką jest, że przy budowie tej linii pracował poeta ludowy i zasłużony działacz Warmiński, gorliwy obrońca mowy polskiej, uczestnik akcji plebiscytowej 1920 r., działacz Związku Polaków w Niemczech, Michał Lengowski. Wspomnienia z tego okresu, miał w°wczas 16 lat, zawarł w książce „Na Warmii i w Westfalii”, wydanej w Warszawie 1972 r. Była to praca bardzo ciężka, ale dawał sobie radę. Jego dniówka wynosiła tyle, ile zarabiał r°botnik niewykwalifikowany. Pracował przez całe lato. Zarobił na nową odzież i buty, a dla rodziców na zakup siana, którego we własnym gospodarstwie nie mieli. Linia elbląsko-ostródzka i szlak Malbork - Myślice - Małdyty zostały włączone do ru-chu kolejowego 1 września 1893 r. Jak widać tempo budowy jest godne do naśladowania dla współczesnych. Przedsiębiorstwem eksploatacyjnym na tej trasie były Pruskie Koleje i z/7 • ' Gloria miasta Zalewo w Prusach Wschodnich. 90 Bana już dawno tędy nie jeździ Państwowe (PKP). Połączenie kolejowe Elbląg — Ostróda stanowiło ważną łącznicę poprzeczną, która wiązała dwie wielkie magistrale: Elbląg — Królewiec i Iława — Wystruć. Linia ta wraz z trasą Malbork — Małdyty, obie o dużym znaczeniu strategicznym, miały funkcjonować w roli rokad w przyfrontowym pasie po Olsztyn i Nidzicę. Z książeczki A. Bludaua „Ostpreussen Land und Volk” (Stuttgart 1907) dowiadujemy się, iż przejazd z Malborka do Ostródy (z przesiadką w Myślicach) trwał 2 godziny, a cena biletu wynosiła w klasie II 3,29 marki, a w kl. III - 4,70 marek. Długość linii Malbork -Małdyty wynosiła 55, 49 km. Na fotografii u góry stacja Waplewo Wielkie z 1910 r. Widać wjeżdżający pociąg z kierunku Dzierzgonia a na torze 3 stoi osobowy do Małdyt. Prawdopodobnie jest południe ok. godz. 13-tej. Budynek stacyjny nie miał w tamtym okresie wysuniętej dyżurki. Widać rampę, załadunek lub rozładunek z wagonu. Za wagonem widnieje dach wieży ciśnień. Na stacji był jeszcze tor 4, który głównie był wykorzystywany przez cegielnię i tartak umiejscowiony dawniej za torami i za drogą do 7'ulic. Po II wojnie światowej tory do Małdyt szczęśliwie nie zostały rozebrane, jak stało się w przypadku linii Elbląg — Zalewo, nigdy już nie odbudowanej. W ostatnich rozkładach jazdy PKP, przed zawieszeniem kursowania pociągów, linia Malbork - Małdyty nosiła numer 504. W jednym i drugim kierunku kursowały po 4 pocią-gi. Na przykład w rozkładzie jazdy z roku 1988/1989 pociągi - wyłącznie osobowe klasy 2 -z Malborka do Małdyt, odjeżdżały o godz. 4.42, 8.12, 16.40 i 20.40, w kierunku przeciwnym zaś o godz. 6.20, 13.40, 18.12 i 22.25. Podróż trwała od 72 do 80 minut, co jak na trasę długości 56 kilometrów nie było nawet przy trakcji spalinowej imponującym wynikiem-Po drodze znajdowało się niewiele stacji kolejowych: Szropy, Tropy Igły, Waplewo Wielkie, Morany, Dzierzgoń, Prakwice, Myślice, Połowite i Budwity. Ruch pociągów na tej trasie ostatecznie wstrzymano w 2001 r. Przez wiele lat służyła poczciwa bana (jak nazywali pociąg niektórzy mieszkańcy Waplewa i okolicznych miejscowości) przede wszystkim dojeżdżającej do szkół młodzieży i ludziom, udającym się do pracy. Sylwia Stankiewicz 91 Marienbura (Westpr) — Allenstoin Nr-ŹuaHrl yOB.|.930 1900.190 206 20.48 20.54 21<03 2105 21.30 121.42 21.52 ;22.0ł 122.07 m |2ugNr RQb Danz^ 0,0 ab Marlenbg (Wpr) 13$ ZugH?| -JOB I on $2.18 122.26 ■% O/u 13,4 19,3 Sohroop ..... Troop-lggeln GroBwapHtz 301 cml M^ w niektórych miejscach wyrównać) dawnym nasypem kolejowym. Tam, gdzie zlikwidowano wiadukty nad drogami, nietrudno wyznaczyć przejścia. Cała trasa powinna być oznakowana zgodnie z międzynarodowymi standardami (wC' dług Jerzego Jakubowskiego sporym minusem już istniejących szlaków jest panujący chaos w oznakowaniu). Co kilka kilometrów należy urządzić punkty odpoczynku z za' daszeniem, ławkami, może nawet miejscami do grillowania. Jeżeli takie punkty zloka' lizować w pobliżu dawnych przejazdów kolejowych przez drogi, mogą z nich korzysta^ również zmotoryzowani. Na trasie powinny się pojawić tablice informacyjne z wiado' mościami o dawnej linii kolejowej oraz o pobliskich miejscowościach. Przecież choćby z dawnej stacji w Waplewie przysłowiowy krok do dawnego pałacu Sierakowskich. Na szlaku pozostało jeszcze sporo zabytków techniki, np. wieże ciśnień. W taki sposób szlak turystyczny mógłby spełniać również rolę ścieżki dydaktycznej. Niemożliwe do realiza' cji? Absolutnie możliwe! Tyle z artykułu Piotra Piesika. Jak widzimy dziś, stanęło na projektach. Od czasu tej dyskusji minęło siedem lat. „Absolutnie możliwe” stało się, jak na razie, niemożliwe... Maciej Grochowski 95 Maciej Grochowski KAJAKOWE SPŁYWY WODAMI ŻUŁAW Wiosną 1968 roku zamieszkaliśmy z żoną w Nowym Dworze Gdańskim. Przeprowadziliśmy się tutaj z Górnego Śląska. Moja żona była wilnianką i po zawierusze wojennej wraz z rodzicami i siostrą zamieszkała w Bytomiu, ale klimat śląski (czytaj: brud i fatalne powietrze, jakie wówczas tam panowały) wyraźnie jej nie służył, więc skorzystała z oferty pracy w nowodworskiej służbie zdrowia. Oboje należeliśmy do Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego i od dawna uprawialiśmy turystykę kajakową i górską — była to znakomita odskocznia od codzienności i możliwość wyrwania się poza „skażony” obszar. Ja miałem już za sobą pokonanie kajakiem sporej ilości kilometrów po polskich rzekach i jeziorach oraz uzyskane uprawnienia Przodownika Turystyki Kajakowej oraz pewne doświadczenie w organizacji i prowadzeniu spływów. Ku memu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że w Nowym Dworze istniał Oddział PTTK, a jego społecznym prezesem był pan Zapolnik, dyrektor Narodowego Banku Polskiego. Zgłosiłem się do niego i zaoferowałem swoją pomoc w działaniach na rzecz turystyki realizowanych przez Oddział. 96 Kajakowe spływy wodami Żuław Nie pamiętam, czy w roku 1969, czy w 1970 zaproponowałem zorganizowanie tygodniowego spływu na trasie: Tugą z Nowego Dworu Gdańskiego - Szkarpawą do ujścia - Nogatem do Białej Góry - Wisłą do Gdańskiej Głowy - powrót Szkarpawą i Tugą do Nowego Dworu. Nowodworski Oddział nie posiadał żadnego zaplecza, a tym bardziej jakiegokolwiek wyposażenia. Toteż mój pomysł został przyjęty dosyć sceptycznie, gdyż opierał się na założeniu, że uczestnicy spływu zjawią się z własnym sprzętem. Mimo to został opracowany program i rozesłany do kilku oddziałów PTTK. Niestety, zgłoszenia nie napłynęły i spływ nie doszedł do skutku, a ja zrezygnowałem z dalszego dążenia do organizacji imprez kajakowych. Szczerze mówiąc uznałem, że nie ma na Żuławach kii' matu dla tego typu turystyki. 1 pomyśleć, że po czterdziestu latach od tamtych wydarzeń powstała koncepcja utworzenia podobnej trasy - Pętli Żuławskiej wpisanej w międzynarO' dowy szlak turystyki wodnej. Jeszcze pewnego razu oboje z żoną popłynęliśmy z Nowego Dworu do Elbląga i dalej do Iławy, a stamtąd Iławką i Drwęcą dotarliśmy do Torunia i p° tym doświadczeniu uznałem, że na tym zakończę kajakowe wędrówki. Zresztą niedług0 po tym wydarzeniu dotychczasowy prezes oddziału został służbowo przeniesiony do Lę' borka a oddział PTTK uległ likwidacji. I oto po wielu latach, w roku 2000, wraz z Jerzym Filą, zainicjowaliśmy utworzeni stowarzyszenia o nazwie Towarzystwo Kulturalne IWA. Zgodnie ideą powołania IW^ zaczęliśmy organizować wieczorki poetyckie, koncerty, spotkania, ale po jakim czastf powstało zapotrzebowanie na imprezy związane z historią i zabytkami Żuław. Wówczas wyłoniła się grupa osób wędrujących pieszo w celu odwiedzania miejsc i obiektów maj^' cych historyczne znaczenie. Kolejnymi etapami były organizacja wycieczek rowerowych, Maciej Grochowski 97 a następnie kajakowych. I tak odżył mój pomysł z przed 30 lat organizacji spływów kajakowych po żuławskich wodach. Pierwszy spływ, na pożyczonym sprzęcie, miał miejsce w 2003 roku. Grupa osób pod wodzą wytrawnego wodniaka Mariusza Majewskiego i Andrzeja Grabowskiego wypłynęła z Nowego Dworu do Gdańskiej Głowy, a stamtąd dalej do Kątów Rybackich i Krynicy Morskiej. Wprawdzie w planie było dopłynięcie do Piasków, ale silny wiatr na Zalewie Wiślanym zmusił kajakarzy, ze względów bezpieczeństwa, do skrócenia wyprawy, ponieważ większość uczestników, to były osoby, które po raz pierwszy wsiadły do kajaków. Ja w tej wyprawie nie uczestniczyłem, gdyż nabawiłem się kontuzji barku i nie byłem w stanie wiosłować. W następnym roku przypadał jubileusz dziesięciolecia Muzeum Żuławskiego. Postanowiliśmy to uczcić organizując spływ rzeką Swiętą-Tugą z Nowego Stawu do Nowego Dworu. W tym celu Andrzej i ja w pożyczonym kajaku popłynęliśmy do Nowego Stawu, aby sprawdzić możliwość organizacji takiej imprezy. Okazało się, że mogliśmy dopłyną tylko do stacji pomp w Chlebowce. Dalej rzeka była zarośnięta wikliną i o przebiciu się do miasta nie było mowy. Wybraliśmy się na spotkanie z burmistrzem Nowego Stawu i tam zaproponowałem, aby uroczyste rozpoczęcie spływu odbyło się w mieście, a potem uczestnicy zostali przewiezieni do stacji pomp i tam rozpoczęli spływ. Pan burmistrz postanowił jednak, że spływ ruszy z okolic mostu w centrum miasta, uruchomił Ochotniczą Straż Pożarną, a strażacy udrożnili rzekę na tyle, aby mogły przepłynąć kajaki. Zresztą burmistrzowie Nowego Stawu i Nowego Dworu wspólnie pokonali w kajaku 12-kilome-trowy odcinek rzeki łączący oba miasta. Mam wrażenie, że nasza inicjatywa dała impuls do nawiązania bliższej i trwałej współpracy obu miast, której rezultaty nadal obserwujemy. Ponadto burmistrz Nowego Stawu wykorzystał sytuację i wywalczył w Rejonowym Zarządzie Dróg Wodnych wyczyszczenie koryta Świętej, a przy Stadionie Miejskim powstała przystań, zakupiono kajaki i urządzono kajakarnię. W następnym roku w rewanżu odbył się spływ z Nowego Dworu do Nowego Stawu. Trzeba przyznać, że nowostawianie okazali się bardzo gościnni i serdecznie powitali uczestników spływu. Przygotowany był pomost, pomagano w wynoszeniu kajaków, a na stadionie podjęto nas poczęstunkiem i występami estradowymi. Zresztą ilekroć spływy kończyły się w Nowym Stawie zawsze powitanie było podobne. W roku 2006 postanowiliśmy wydłużyć trasę spływu, aby bardziej rozpropagować turystykę wodną. Wyruszyliśmy z Nowego Stawu i pierwszego dnia dotarliśmy do Nowego Dworu. Kolejne dwa dni to dotarcie do Sztutowa i powrót do Nowego Dworu. Do udziału w spływie zaczęły się zgłaszać grupy z Elbląga, Gdańska, Gdyni, Łeby a nawet Łowicza. Chyba właśnie w tym spływie uczestniczył Niemiec goszczący w Nowym Stawie. Był to były zawodnik - kajakarz, toteż tempo spływu było dla niego stanowczo za wolne. Potem żartowaliśmy, że spływ stał się już spływem międzynarodowy. Naszym celem było pokonania jak największej ilości żuławskich rzek i kanałów oraz pokazanie uczestnikom spływu wyjątkowości tych wód, a także otaczającej je przyrody. Toteż w 2007 roku spływ rozpoczął się w Półmieściu nad Nogatem i poprzez Kępki i Rybinę dotarliśmy do Nowego Dworu. 98 Kajakowe spływy wodami Żuław Wszystkie dotychczasowe spływy odbywały się w oparciu o wypożyczane kajaki i ka-nadyjki. Doszliśmy do wniosku, że pora zabezpieczyć się w własny sprzęt. Znaleźliśmy producenta, który wykonał nam na prywatne zamówienie kajaki. Przyznam, że nie były to produkty w pełni udane, ale niedrogie i na początek wystarczające. Przy okazji spływu na Krutyni sfotografowałem używaną tam przyczepę do ich przewozu i na tej podsta' wie zbudowaliśmy własną. Potem w czasie eksploatacji trzeba było dokonać poprawek, ale mogliśmy wędrować z kajakami na dalsze odległości. Ponadto burmistrz Nowego Dworu wyasygnował pieniądze na zakup 4 kajaków. Tak więc nasza flota składała się z 10-12 jednostek. Działalność turystyczna, jak już wspomniałem, nie ograniczała się wyłącznie do spły' wów wodami Żuław, organizowane były spływy na innych rzekach, rozwijała się turysty' ka piesza i rowerowa. Coraz więcej osób zgłaszało swój akces udziału w organizowanych imprezach. W tej sytuacji pojawiła się inicjatywa utworzenia samodzielnej organizacji zaj' mującej się turystyką. I tak w lutym 2008 roku został powołany Klub Turystyczny PTTK „Szuwarek”, który przejął od IWY działalność na niwie turystyki. Postanowiono, że klub będzie kontynuował organizację spływów i dlatego odbył się kolejny VI Spływ Wodami Żuław na trasie Gdańska Głowa - Rybina - Nowy Dwór Gdański - Nowy Staw. VII Spływ Wodami Żuław wystartował z Kątów Rybackich i wiódł do Rybiny i dalej do No' wego Dworu i Nowego Stawu. W tym miejscu chciałbym podkreślić zaangażowanie pani Mirosławy Komorowskiej z Rybiny. Prowadzi ona gospodarstwo agroturystyczne położone na brzegiem Wisły Kró' lewieckiej. Korzystaliśmy wielokrotnie z jej gościnności i jestem pełen podziwu i uznania Maciej Grochowski 99 dla jej ofiarności przy podejmowaniu uczestników spływów. Zawsze było ognisko, kiełbasa z grilla, gorące napoje i ciasta własnego wyrobu. Na wodniaków czekały miejsca noclegowe, a gdy ich było za mało, prosiła sąsiadów o pomoc. Cała jej rodzina starała się gości maksymalnie zadowolić. Ta nieudawana gościnność i serdeczność bardzo pozytywnie wpływała na atmosferę całego spływu. Większość spływów przebiegała po akwenach żuławskich, a więc po wodach stojących lub z minimalnym nurtem, co wymaga od uczestników wzmożonego wysiłku, więcej niż podczas spływu na „normalnej” rzece, toteż poszczególne etapy nie mogły być zbyt długie. Przeciętnie na każdym spływie pokonywano trasę o długości około 50 kilometrów. Gwoli kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować, że impreza była kontynuowana przez kolejne lata i to zawsze w czerwcu. • W 2010 roku odbył się kolejny VIII Spływ na trasie Krynica Morska - Kąty Rybackie — Rybina. • Uczestnicy IX Spływu pokonali trasę z Nowego Dworu Gdańskiego przez Rybinę i Drewnicę do Wiślinki na Żuławach Gdańskich. • X Jubileuszowy Spływ Wodami Żuław przemierzył trasę Kąty Rybackie - Rybina — Nowy Dwór Gdański — Nowy Staw. • W 2014 roku Spływ odbył się prawie w całości na Wiśle, bo uczestnicy pokonali trasę z Białej Góry przez Mątowy i Leszkowy do Drewnicy. • XII Spływ wystartował z Elbląga i Kanałem Jagielloński dotarł do Kępek, a dalej Nogatem i Szkarpawą do Rybiny, aby po pokonaniu „pod prąd” 14 kilometrowego odcinka Tugi dotrzeć do Nowego Dworu. • Kolejny spływ w 2016 roku odbył się w całości na wodach Żuław Gdańskich. Miejscem startu była Grabina Zameczek i trasa wiodła Motławą do Gdańska a stamtąd Martwą Wisłą do śluzy w Przegalinie i Wisłą do Drewnicy. • XVI Spływ powrócił na wody Żuław Wielkich. Kajakarze wystartowali w Solnicy na Kanale Panieńskim i poprzez Marzęcino dotarli do Osłonki na Kanał Drzewny i po przeniesieniu kajaków na Tugę do Nowego Dworu, by zakończyć spływ w Nowy Stawie. Udział uczestników był zróżnicowany bywało, że płynęło tylko ok. 20 osob, ale też jak to miało miejsce w czasie X Spływu uczestniczyło w nim 100 kajakarzy. Można przyjąć, że średnia frekwencja wynosiła około 40-50 uczestników. Na koniec chciałbym podkreślić ogromną pomoc jaką, zwłaszcza w czasie pierwszych spływów, otrzymaliśmy od Państwowej Straży Pożarnej z Nowego Dworu, ale również od Ochotniczych Straży z Nowego Stawu, Sztutowa i Nowego Dworu. Asekuracja płynących załóg podczas pierwszych spływów wydawała się konieczna z uwagi na brak doświadczenia uczestników w bezpiecznym zachowaniu się na wodzie. Na całe szczęście w czasie wszystkich 14 spływów nie wydarzył się żaden poważniejszy wypadek. W czerwcu 2018 roku odbędzie się kolejny - XV Jubileuszowy Spływ Wodami Żuław. Zapraszamy do udziału. 100 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 2 Piotr Podlewski Niekomercyjny przewodnik po ZIEMI SZTUMSKIEJ część 2 i STĄŻKI Na południowym krańcu Ziemi Sztumskiej, pomiędzy jeziorami Balewskim i DzierZ' gońskim, nad ciekiem wodnym łączącym oba jeziora, znajduje się wieś Stążki - prze^ wojenny Stangenberg. Głównym elementem tej wsi jest dwór, mający swoje początki w czasach średniowiecznych. Obecny wygląd, stylizowany na włoski renesans uzyskał p° przebudowie, która miała miejsce w roku 1866. Za istniejącym dworem wznosi się dawne wzgórze zamkowe porośnięte starodrzewem' Od dworu oddziela je wąwóz, dalej otacza je dawna rzeka młyńska oraz staw. Wzgórze je$( najlepiej dostępne od strony południowej. W XIX wieku prowadził tam badania dr Guventz, który ustalił, że ułożone eliptyczni na górze grodzisko mierzy 62 i 90 kroków średnicy. Znaleziono wtedy także kości zwk' rząt domowych, skorupy garnków oraz fragmenty wałów. Ciekawym znaleziskiem byty niewątpliwie ostrogi rycerskie z czasów krzyżackich. Zamek zbudowano prawdopodobnie, jako założenie o konstrukcji drewniano- ziemnej’ możliwe, że także z elementami architektury murowanej. Na pewno w obrębie wało'* znajdował się budynek mieszkalny, a także stajnie i budynki gospodarcze. Wały mogty wzmacniać typowe dla warowni z tego okresu podboju Prus drewniane wieże. Nazwa Stangenberg pojawiła się po raz pierwszy w dokumencie z 10 kwietnia 1285 f-’ dotyczącego dóbr Rodan - Dakaeur (rodowsko-gdakowskich). W tym dniu przybyły z M1' śni, rycerz Dietrich Stango zawarł umowę z kapitułą pomezańską w Kwidzynie. Otrzym^ znaczne ziemie od kapituły w zamian za rezygnację z dotychczasowego zarządu dominim11 biskupim. Kapituła w zamian za 50 grzywien długu oddała także Dietrichowi 50 włó^ ziemi w Gdakowie i Rodowie mierzonych w kierunku Stangenbergu. Tym negocjacjom pośredniczył mistrz krajowy zakonu krzyżackiego Konrad von Tyrberch- Dietrich Stango przybył do Prus w ramach akcji kolonizacyjnej Pomezanii organik wanej przez Krzyżaków, którzy powierzali przybyłym rycerzom zagospodarowanie ty^ terenów. Dwa tygodnie później 26 kwietnia ten sam mistrz krajowy nadał Dietricho^1 w Elblągu w dziedziczne posiadanie, według prawa chełmińskiego, castrum Stangenbt^ wraz ze 100 włókami i jeziorem Balewskim. Ten zapis świadczy o istnieniu w Stążka^ zamku, wybudowanego na miejscu grodu pruskiego zapewne przez DietrichaStango, ktoz ry nazwał go swoim nazwiskiem - Stangenberg i uczynił stolicą rozległych włości. Piotr Podlewski 101 Dietrich Stango zmarł około 1313 roku. Jego spadkobiercy wybudowali istniejący do dzisiaj dwór, a zamek opuścili. Drewniano-ziemna warownia stała się mieszkaniem zapewne dość prymitywnym. W dokumencie z 1453 r. wymieniony jest już sam dwór z wsią. Zachowany zabytek, posiada ślady swojej pierwotnej, średniowiecznej architektury w postaci gotyckiej piwnicy datowanej na XIV w., znajdującej się w części wschodniej budowli. Piwnica składa się z dwóch pomieszczeń i posiada sklepienia: krzyżowe i beczkowe. Stążki. Widok ogólny założenia dworskiego. Od lewej grodzisko, jar i dwór, fot. P. Podlewski Jednym z właścicieli Stążek w okresie nowożytnym był Karol Albrecht Schack von Wit-tenau urodzony w 1711 roku. To barwna i praktycznie nieznana na naszej ziemi postać. Był synem generała majora Wilhelma Albrechta, który służył w duńskiej armii. Jego matką była Henrietta Sybilla Truchsess von Waldburg. Ojciec, który urodził się w pobliskim Bale-wie pełnił także godność pułkownika gwardii przybocznej króla Danii i Norwegii. Został pochowany w kościele w Suszu, gdzie znajduje się jego płyta nagrobna oraz miedziana chorągiew nagrobna z jego wizerunkiem. Dziadek Karola Albrechta, Albrecht Schack von Wittenau wzniósł w Stążkach drugi, reprezentacyjny dwór zniszczony w 1945 r. Rodzina była wyznania ewangelicko-ausburskiego i osiedliła się w Prusach pod koniec XV wieku. Młody Karol Albrecht w wieku 22 lat zaczął studia na uniwersytecie w Królewcu w słynnej Albertynie, największym ośrodku akademickim w Prusach V7schodnich istniejącym w latach 1544 - 1945. Po uzyskaniu dyplomu poszedł w ślady ojca i wstąpił do wojska służąc wpierw w armii pruskiej. Dorobił się stopnia majora i w okolicach 1753 roku przeszedł na służbę do armii polskiej awansując na pułkownika a następnie na generała majora. Dowodził regimentem stacjonującym w Poznaniu. Jeden batalion umieścił natomiast w Kamieńcu. Był dobrym dowódcą trzymającym dyscyplinę i troszczącym się o swoich ludzi. Regularnie zdawał raporty hetmanowi wielkiemu Janowi K. Branickiemu. Ulepszył sposób wypłaty żołdu, postarał się o nowe mundury i karabiny dla swoich żołnierzy. 102 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, rz^ść 2 19 lutego 1743 roku ożenił się z Henriettą Elżbietą Goltz z którą miał syna i dwie córki. Niestety syn i spadkobierca Karola Albrechta zginął podczas walk z konfederatami barski-mi w 1769 roku w Piotrkowie. Poza służbą w armii nasz bohater był aktywnym działaczem politycznym, twardym i bezkompromisowym. Został członkiem pruskiej partii patriotycznej, która w Grudziądzu podpisała manifest przeciwko dekretom Trybunału Koronnego. W Sztumie osobiście złożył manifest przeciwko wyborowi członków „familii” na deputatów do Trybunału Miało to miejsce 14 września 1762 r. Został za to skazany na 6 tygodni kary wieży oraz grzywnę. Razem z pozostałymi członkami swojego stronnictwa złożył natychmiastową apelację od wyroku. W następnym roku pojawił się w Warszawie rozmawiając na dworze o możliwości zwiększenia poparcia dla sprawy patriotów pruskich. Podjął także zabiegi o połączenie swojego ugrupowania z wielkimi miastami Prus Królewskich. Kolejny manifest złożył w Nowem przeciwko próbie wywołania konfederacji w Pru-sach, której głównym motorem był m.in. Czartoryski. 12 września 1763 roku był aktywną postacią na sejmiku deputackim w Sztumie, który zakończył się sukcesem patriotów. Uczestniczył w sejmie konwokacyjnym w Warszawie oraz w konfederacjach działaczy dysydenckich i patriotów pruskich w celu obrony przywilejów Prus Królewskich i przywrócenia równouprawnienia wyznaniowego w Rzeczy-pospolitej. 7 Pojawiał się w Gdańsku na naradach dotyczących przyszłości Prus Królewskich walczy o prawa różnowierców. Otrzymał podziękowanie na sejmiku generalnym w Malborku jako członek patriotów za obronę swobód prowincji pruskiej. Jego podpis widnieje na memoriale wręczonym 2 listopada 1766 roku królowi Stanisławowi Poniatowskiemu dotyczącemu rownosci wyznaniowej. 20 marca 1767 roku został konsyliarzem w zawiązanej w Toruniu konfederacji dysydentów. Był aktywnym członkiem sejmików, zjazdów, posiedzeń w kwestii religii i polityki Prus. Czas wolny spędzał głownie w Stążkach. h 7 Podczas konfederacji barskiej walczył po stronie jej przeciwników dowodząc swoimi odd-ałam> oraz dwoma dodatkowymi regimentami dragonii osłaniając trybunały w Bydgoszczy i Piotrkowie. Częsc sił została rozbita pod Piotrkowem, gdzie stracił syna 30 września 1769 roku zawiązano w Sztumie konfederację województwa malborskiego. Schack von Wittenau obawiając się szykan a nawet ataków członków •• u l się w Stążkach. W Elblągu podjęto decyzję o zaciągnięciu kordon^^ cego Prusy przed wejściem wojsk konfederacji barskiej. $ W 1772 r. w Malborku złożył hołd królowi Prus Fryderykowi II Wielkiemu prosząc go jednocześnie o dalszą możliwość służby w armii polskiej Po , prosząc g ’ S*-* wyjeźdź « „ Był majętnym człowiekiem. Dobra w Stążkach liczyły 7 wsi Mo 1.4 ł • j majątki m.in. w Rodowie i Jeziornie. Dzierżawił także Starost ’ n • Za y teZ do nieg° Zmarł około 1782 roku. Wa W Dz,erzgoniu > Gniewie. Piotr Podlewski 103 ‘łżki. Pozostałość po grobowcu z widocznymi szczątkami dawnych właścicieli, fot. P. I odlewski Majątek przeszedł w ręce wnuków z małżeństwa jego córki Anny Elżbiety z Albrec v°n Rittberg. W 1874 roku zarządzał Stążkami potomek rodu Schack von Wittenau He-•H^ich Graf von Rittberg, który był starostą sztumskim. Z kolei Edward von Ritt erg y porucznikiem armii Prus Królewskich. Dowodził 17 regimentem piechoty. GRODZISKA I WZGÓRZA Jedziemy teraz do Nowej Wsi Sztumskiej. Jednym z najstarszych ośrodków osadniczych na naszej ziemi sztumskiej jest właśnie grodzisko w Nowej Wsi. Dojście do grodziska jest proste. Należy za kościołem kierować się P°km w kierunk asu. Na miejscu mogą zacząć się problemy, gdyż wał grodu oraz fosa są ośćsa o y terenie. Miejsce jest mocno zarośnięte dlatego najlepiej wybrać się tam wczesną j< ą aprawdę warto. Jest to grodzisko cyplowe z poprzecznym wałem o strony wsc o 1 Z Pozostałych stron nie ma już tego typu umocnień, gdyż miejsca strzegą naturalne s arpy stromo opadające w kierunku rzeczki zwanej Postolińską Strugą płynącej malowniczym larem. Miejsce było już zamieszkałe przez kulturę łużycką, czyli jeszcze w czasach prze na«ą erą. Osadnictwo trwało aż do średniowiecza co potwierdzają znalezione fragmenty yamiki. Prowadzone niedaleko osady badania archeologiczne odsłoni y fragmenty udowań wczesnośredn iowiecznych oraz trafiono na dawne cmentarzyska. Teren wo o Spiska jest bardzo urozmaicony. Polecam wybrać się do Nowej Wsi, dotrzeć do m.ejsca P°delektować się przyrodą i historią. 104 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 2 Ceramika wczesnośredniowieczna z grodziska w Nowej Wsi, fot. P. Podlewski Fragment grodziska, fot. P. Podlewski W toponimii Powiśla gdańskiego można znaleźć wzmianki dotyczące wzgórz zwanych Galgenberg, czyli góry szubienic. Według przekazów są to miejsca, na których znajdowały się od czasów krzyżackich szubienice. Podobne nazwy wzgórz istnieją również na Śląsku, gdzie odkryto fragmenty murowanych szubienic. Wzgórze o nazwie Galgenberg istniało także w Sztumie. Po drugiej wojnie światowej, kiedy to ówcześni mieszkańcy ziem pruskich musieli uciekać za Odrę, na te tereny napłynęła ludność głównie z ziem: mazowieckiej i lubelskiej, która nie przywiązywała zbyt dużej wagi do historii i nazw własnych. Dawne nazwy poszły w niepamięć. Na podstawie przedwojennych publikacji i map topograficznych udało Piotr Podlewski 105 mi się ustalić, gdzie znajdowało się wzgórze wykorzystywane jako lokalne miejsce kaźni. Wznosi się ono dokładnie naprzeciwko dzisiejszego cmentarza miejskiego zwanego po tocznie Parletą (jest to nazwa pruska odnosząca się do pobliskiego jeziora), po drugiej stro me drogi dojazdowej. Dziś jest tam pole, na którym rosną jak przysłowiowe „grzyby po deszczu domki jednorodzinne. Wzniesienie, dawna Góra Szubienic o wysokości 64,5 rn jest najwyższym punktem krajobrazu. W XVII-wiecznych archiwaliach zachował się opis mówiący o rybakach, którzy z wspomnianego jezioro Parleta widzieli szubienice. Warto dodać, że dzisiejsza droga prowadząca do cmentarza, była przed wiekami głównym trak tem prowadzącym do Benowa i Białej Góry, gdzie istniała przeprawa przez Wisłę. Wy bór miejsca miał więc swoje topograficzne i psychologiczne uzasadnienie. Galgenbergiem Zwano niegdyś także najwyższe wzniesienie na Ziemi Sztumskiej (105,2 m), znajdujące si? pomiędzy Starym Targiem a Ramotami. Według legendy w średniowieczu Krzyżacy wieszali tam Prusów i Polaków podczas podboju Prus.Także w Dzierzgoniu, na południe °d miasta jest wzniesienie mające dawniej taką samą nazwę. FRANCUSKA MOGIŁA W uśnickich lasach, niedaleko Wisły znajduje się mogiła, w której spoczywa, zdaniem miejscowych, francuski oficer. Miejsce to nazywa się koło zabitego Francuza. Udało mi się potwierdzić te informacje, a nawet znaleźć osobę, która jest potomkiem sprawcy śmierci Francuza. Według niej, do tragedii doszło w drugiej połowie XIX wieku. Francuski zoł-nierz przebywał, jako jeniec, w tej okolicy i pomagał w gospodarstwie niejakiego Gretz w Sztumskim Polu. W sposób nachalny dobierał się do jego żony i w bójce został za ity przez gospodarza. Pochowano go w lesie niedaleko Uśnie, gdzie do dziś dnia wi ac s a y mogiły. Gospodarz o nazwisku Gretz był bratem prababki mojego informatora. Jeniec był z pewnością uczestnikiem wojny pomiędzy Niemcami i Francja, rozpo ę lipca 1870 r., a zakończonej 28 stycznia 1871 r. Unia 2 września 1870 r. rozegrała się bitwa pod Sedanem, gdzie 100 tys. francus żołnierzy dostało się do niewoli-niemieckiej. Być może zostali oni przy n,ewoli do pomocy na niemieckich gospodarstwach. francuskim cmentarzem nazwano także, pole znajdujące się ok. 800 m na południo y " zachód od wsi Pierzchowie. W tym miejscu był cmentarz żołnierzy napoleońskich. JASNA W Prezbiterium kościoła w Jasnej, wsi leżącej w północno-wschodniej części ziemi tumskiej znajduje się płyta nagrobna proboszcza ewangelickiego. Wykonana z czerwo nego wapienia posiada wymiary: 1,20 x 1,87 m. Pokryta jest łacińską majuskulą. ^eorgius Severus P.. E.. Liber. Neapol. Siles. Super Parentis HonestisPatreGeorg^ Vol^lina Anno Christi M.D.C.Ii. August. V. Styl, nooidenatus^.C. ■ ■ An»°rOfficiiFide^^^ &[Jchtenfeldenes XXVI Aetatistotius L Justus cev Palma Yirebit. Psalmo 92 v. 13. 106 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 2 Jak wynika z treści inskrypcji GeorgiusSeverus urodził się w 1602 r. w Neapolu. Jego ojcem był Georgio Severo, a matką Magdalena Volcelina. Zmarł w wieku 50 lat - 16 października 1652 r. Monogramy P E mogą określać funkcję pastora ewangelickiego (ParochusEwangelicus), którą GeorgiusSeverus sprawował, jak wynika z napisu na płycie w miejscowościach Jasna (Lichtfelde) i Zwierzno (Thiergart). Obecnie na płycie pastora stoi chrzcielnica. Wybudowany w latach 1320-1330 kościół w Jasnej, w roku 1552 król Zygmunt August przekazał protestantom, których protektorem był wtedy Fabian Czerna (+1605) Odprawiali w nim nabożeństwado roku 1668. W tym to roku na mocy wyroku sądu kościół zwrócono katolikom, a protestanci rok później wybudowali własną świątynie która nietrwała do roku 1945. P Zachowała się także wykonana z białego wapienia płyta nagrobna jego żony Anny zmarłej w 1640 r„ w wieku 56 lat 8 tygodni, bez 2 dni, przysłonięta w połowie drewnia-nym podwyższeniem prezbiterium. Inskrypcja brzmi: 1640am 7Octobris Frau Anna gebohrne Meynin H. GeorgSeneri Pfarrers In Lichtenfeldeeheliche Hauszfrau Ihres Alters Sechsundt Funffztg Jahrachtwoche-nohnzweentage. Płyty nagrobne Georgiusa Severusa (u góry) i jego żony Anny, z domu Meynin w posadzce kościoła w Jasnej, fot. P. Podlewski Andrzej Kasperek Andrzej Kasperek Neuteich - Nytych - Nowy Staw Na Żuławach Wielkich są dwa miasta, a może raczej miasteczka: Nowy Dwór i Nowy Staw. I choć oba mają w swych nazwach słowo: nowy, to Nowy Staw jest miastem o dużo dłuższej historii. Sięga ona roku 1329, kiedy Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego Werner von Orselnpostanowił założyć „stat cum nuventiche . Niemieckie słowo Teich (staw) brzmi podobnie do słowa Deich (grobla, wał przeciwpowodziowy). Nikt nigdy nie widział tern stawu rybnego, ryb było dosyć w okolicznych rzekach i kanałach, za to faktem jest, Ze miasteczko powstało przy wielkim wale zabezpieczającym je od powodziowych wód Wisły albo zabezpieczających port1. Widać z tego, że najpewniej i niemiecka, i polska nazwa jest wynikiem omyłki. Taki błędny zapis pojawił się na pierwszej pieczęci miejskiej z roku 1395, na której widzimy herb miasta okolony łacińskimi słowami: SIGILLUM CI-VITATIS NOVE PISCINE, czyli PIECZĘĆ MIASTA NOWY STAW. Później nikt już teg° nie prostował. Po II wojnie światowej zaczęto najpierw używać spolszczonej nazwy ' Nytych, a od 14 lutego 1947 r. - Nowy Staw. ' Z°h Klaus Dirschauer, Neuteich hi altenAnsichlen. GesichtundGeschichte der Siadł Nauteich / No^ Staw w dawnym spoj-tZeniu, Oblicze i historia Nowego Stawu, tłum. Katarzyna Baranowska [Nowy Staw / Malbork] 1 ))). 108 Neuteich — Nytych — Nowy Staw Miasto lokowano, bo Krzyżacy, którzy władali tą podmokłą i opuszczoną krainą, uznali, że ma ona wielką wartość - po osuszeniu i zasiedleniu może stać się prawdziwą kurą znoszącą złote jajka i postawili na rozwój rolnictwa na Żuławach. WXIV wieku istniało na tym terenie ponad 30 wsi i osad - w ciągu stulecia ich liczba zwiększyła się o setkę, wybudowano wiele tam i grobli. Jednak okazało się, że miejscowi kmiecie mieli do Malborka, Elbląga, Tczewa czy Gdańska zbyt daleko, stąd podjęto decyzję o założeniu miasta, tak ulokowanego, aby okoliczni chłopi mogli przybyć do niego rano i po sprzedaży swego towaru wrócić do swych domów jeszcze tego samego dnia1. Można więc powiedzieć, że o lokacji Kolegiata św. Mateusza w Nowym Stawie, fot. A. Kasperek 1 Wiesław Jedliński, Roman Klofczyński, Dzieje Nowego Stawu, Nowy Staw 2010. Andrzej Kasperek 109 miasteczka zdecydowała logistyka. To ona sprawiła, że usadowi-ł° si? ono nad brzegiem rzeki Die Schwente, czyli: Święta. Rzeki, kanały i rowy na Żuławach odgrywały rolę gościńców - dosko-nale służyły do transportu wszelkich towarów. Być może ten ścisły związek z rzeką i jej roślinnością sprawił, że w herbie znalazła się ro-^ina, zdaniem historyków, wzorowana najprawdopodobniej na trój-lstnym wodoroście występ ującym powszechnie w stawach, jeziorach 1 rzekach, była jednakże styłizowa-na i nie jest wierną kopią owego wodorostu. Zielony trójliść tej wod-bylinyy osadzony na jednej łody-Ze’ umieszczony na kwadratowej tarczy zakończonej w dolnej części półkolem, posłużył za herb miasta Ołtarz w Kolegiacie św. Mateusza, fot. Kasperek w prawie niezmienionej formie u^ywany jest do dziś5. Specjaliści nie mogą się dogadać, czy ° zi o salwinię, czy raczej jest to gr^żel. Dla ignorantów jest to po prostu koniczyna [sic!]. Inna sprawa, że trzeba y wresz cie Wyjaśnić, dlaczego nieduża żuławska rzeka, płynąc do Nowego Dworu nosi nazwę w*ęta, a od rogatek miasta staje się.Tugą. Ale to temat na osobny artykuł. historia Nowego Stawu to po prostu historia Żuław - panowanie Krzyżaków, czasy gadania królów polskich, wojny szwedzkie, rozbiory Polski i okres panowania Prusaków, Wolne Miasto Gdańsk, zdobycie miasta przez Armie Czerwoną i przejęcie go przez Pol-l " dowolny rozwój. Powodzie - aż 35 razy miasto było zalewane. Pożary też ic nie rakowało, odnotowano aż dziesięć w historii miasta, jeden z początku XIX w. stra J0% zabudowy, w tym średniowieczny ratusz. Przemarsze wojsk krzyżackich,szwedzkich, [Osyjskich, polskich, pruskich i francuskich, grabieże i kontrybucje. Jakby tego jeszcze było mało, to gród nawiedziła na początku XVIII w. dżuma i zabrała 316 mieszkańców. Ciasteczko od początku nastawione było na obsługę rolnictwa. W XIV w. pracował tllm olejarnia, było 30 jatek rzeźniczych, już ta ilość pokazuje, jak wielka ho °w a 7 yła w okolicy. Działało wiele zakładów rzemieślniczych. To wszystko sprawiało, ze to nieduże miasto płaciło Zakonowi dwa razy większy czynsz niż Malbork. Okres prospe-rity otrzymywał się także pod berłem królów polskich - w XVI w. Nowy Staw otrzyma 3 h 7----------------- tP-//nowystaw.pl/cms/7481/herb [dostęp: wrzesień 2017 r.] 110 Neuteich — Nytych — Nowy Staw Wiatrak Petersa z książki Nowy Staw w dawnym spojrzeniu, fot. archiwu przywilej wyłączności żeglugi na rzece Świętej. Dla miasta w 1584 r. ułożono wilkierz, czyli rodzaj statutu, który w 79 paragrafach regulował sprawy handlu, działalność cechów, bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz sprawy z zakresu prawa cywilnego i karnego. Wybrane postanowienia wilkierza przedrukowano w „Dziejach Nowego Stawu” Wiesława Jedlińskiego i Romana Klofczyńskiego. Bardzo to pouczająca lektura. Opisano w niej z wielką dokładnością wszelkie powinności obywateli, mnóstwo w nim zakazów i nakazów, ale bez biurokratycznej marudności i zrzędliwości. Przede wszystkim zdrowy rozsądek dyktował te postanowienia i myślenie o dobru wspólnym. Czasy pruskie nie były dla miasta pomyślne, wyraźnie zaczyna się utrata prestiżu i znaczenia, czego dowodem jest przeniesienie w 1824 r. do Nowego Dworu, wówczas jeszcze osady bez praw miejskich, królewskiego Sądu Miejskiego i Ziemskiego. Dziewięć lat później Nytych utracił na pół wieku prawa miejskie, oznaczało to stagnację ekonomiczną i regres. Upada rzemiosło, co jest związane z rozwojem przemysłu. Zbudowanie bitej drogi z Malborka do Tczewa oznacza odpływ wiejskich klientów, którzy wolą jechać do tych większych miast. Zły los się odwraca i w 1873 r. władze decydują o zwróceniu Nowemu Stawowi praw miejskich.Wybudowano drogi bite łączące go z Malborkiem i Tczewem.Kilka lat później wybudowano w mieście cukrownię, która na okres przeszło stu lat stanie się najważniejszym ośrodkiem przemysłowym w okolicy. W mieście zamieszkiwało 1725 osób - 930 katolików, 680 ewangelików, 55 mennonitów, 59 żydów i 1 dysydent (sic!)4. Wybudowano cegielnię, słodownię, dworzec kolejki wąskotorowej a później szerokotorowej-Miasto zostało poddane gazyfikacji, zbudowano wodociągi i kanalizację, doprowadzono 4 Zob.: Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, tom VII, Warszawa 1886. _______________________________________________Andrzej Kasperek prąd elektryczny. Powstała nowa szkoła, poczta, stadion i łaźnia miejska. Nawet w gorszych czasach, kiedy miasteczko wchodziło w skład Wolnego Miasta Gdańsk, jego mieszkańcom powodziło się całkiem nieźle. Tb wszystko skończyło się w marcu 1945 r. Nowy Staw zdobyły oddziały Armii Czerwo-neJ- I choć uszkodzono lub zburzono 25 procent miasta, to w porównaniu z Nowym Dworem miasto pozostało we względnie dobrym stanie. To sprawia, że dziś jest w nim wiele zabytków: kościołów, kamieniczek przy rynku, domów prywatnych i budynków przemysłowych w stanie prawie nienaruszonym °d stu i więcej lat. Nie ma chyba w Polsce in-nego takiego miasteczka, które by tak przypominało Niemcy, niemieckie miasteczka, takie mocze, zadbane, ukwiecone, takie gemutlich. 111 Dom w rybią łuskę w Nowym Stawie, fot. A. Kasperek przytulne, swojskie... Czy taki jest dzisiejszy Nowy Staw? Niekoniecznie, ale ma duże szanse, aby takim się stać. Kiedy ogląda się album „Nowy Staw w dawnym spojrzeniu” Klausa Dirschauera5, wy-dany w wersji niemieckiej i polskiej, ogarnia czytelnika nostalgia. Kolekcja dawnych pocz Gwek i zdjęć z rodzinnych albumów ukazuje miasteczko, żyjące swoim rytmem pracy ' Wypoczynku. Dzieci bawią się na łące przed wiatrakiem Petersa, tętni życiem kąpie sko podmiejskie, stacja benzynowa (wówczas nowość!) pyszni się na rynku przed hotelem ^stzkuhna, a w sobotę i niedzielę można pójsc do sali balowej w strzelnicy na tańce, przy dobrej pogodzie tańczy się na parkiecie na wolnym powietrzu. Na Świętej pływają za ^'Mąco wielkie barki i łodzie, za chwilę zabiorą ładunek z cukrowni, przy tartaku piętrzy SK drewno do przetarcia. Zimą przez rynek koło Ołówka pędzi kulig. Maszerują poc o y z okazji 1 Maja, rocznic i festynów... Powojenna rzeczywistość była przaśna. Po wojnie różne rzeczy się działy na tzw. miach Odzyskanych. Szukam w bibliotekach reportaży z miasteczka. Mało jest tego, znaj-jeden w nieistniejącym od dawna miesięczniku. W 1962 roku dziennikarz gdańskiego P>sma „Litery” wybrał się do miasteczka i opisał, jak: jeden z ojców miasta, przejęty i eą ludności grodu, żali się, że nie ma tu nawet możliwości terytorialnych na tyle swm, krów 1 ^óz, ile hodują mieszkańcy. - Panie, chcieliśmy stworzyć z ulicy Matejki czystą arterię, a Zachęty innym. Nawet od frontu schludnie to wyglądało, ale oni obornik wyrzucali za swoje chlewy, p0(j nos mieszkańcom innej ulicy6. Dla niewtajemniczonych ulica Malej * wie Przez centrum. Trudno nie zadumać się nad tym, jak mądre i zwyczajne jednocześnie by y Stowarzyszenie zrzeszające los dawnych mieszkańców K ^irschauer, op. cit. Autor książki to ówczesny przewodniczący Heimatbund der Ne awnych mieszkańców miasta w 2009 r. zostało rozwiązane po 56 latach istnienia. mutny 6 'ubw, którzy nie znaleźli następców gotowych kultywować pamięć po ich ma ej oj yz Tstyd Klonowicz, Nad rzeką Świętą, „Litery” 1962, nr 4. 112 Neuteich — Nytych - Nowy Staw postanowienia z wilkierza. Wystarczy przeczytać jego paragraf 30: Nikt nie ma prawa zanieczyszczać odpadkami (gnojem, śmieciem) terenów swego sąsiada lub innych mieszkańców pod karą 10 guldenów. Wszelkie odpadki trzeba wywozić szczelnymi wozami w miejsca wyznaczone przez Radę. Zestawienie tego przepisu z rzeczywistością powojenną wywołuje śmiech. Zycie w ospałym mieście zaczynało się wraz z kampanią cukrowniczą, do miasta przyjeżdżali robotnicy sezonowi, pojawiały się pieniądze, był ruch... Liczba mieszkańców zwiększała się wtedy o kilkaset osób. Gdy kończyła się praca w cukrowni można było zahaczyć się w słodowni lub oczyszczalni nasion. Wybudowano nowe bloki mieszkalne, internat Szkoły Rolniczej, w planach było przebudowanie kościoła ewangelickiego na dom kultury. Zycie tu niczym nie różniło się wówczas od tego w setkach polskich miasteczek. Odpadający tynk na kamieniczkach przy rynku i powybijane okna w „Ołówku”, czyli gmachu opustoszałego kościoła były pamiątką po dawnym Neuteich. Święta zarastała, dawna arteria wodna stała się po Zarośnięte tory kolejki wąskotorowej pod Nowym Stawem, fot. A. Kasperek prostu bajorem, do którego cukrownia wylewała swe cuchnące ścieki. Ponoć trójlistna ro-ślina z herbu miała przypominać ojcom miasta, że co 3 lata trzeba nurt oczyszczać z zarośli, a co 7 - pogłębiać. [Reporter pyta:] Korzystacie z tej recepty? - Nie, bo nas nie stać...7. W czasie wojny Nowy Staw „miał szczęście”, bo został zrujnowany mniej niż okolica i nie był zalany jak reszta Żuław. Pierwsi osadnicy tu właśnie przybywali. Wójtem został Alojzy CyrklafF, który organizował budował fundamenty władzy polskiej. Już we wrze' śniu 1945 r. otwarto szkołę, przyjechał ksiądz Stefan Kinka, który zaczął organizować parafię. Co ciekawe na początku msze odbywały się w wyświęconym kościele po-ewange-lickim, ponieważ był w lepszym stanie niż katolicka kolegiata św. Mateusza. Organistą zo' stał Tadeusz Cymański’. Uruchomiono cukrownię. Ciekawie pisze o tych czasach Andrzej Brochocki10. Był synem dyrektora cukrowni, miał 7-8 lat i buszował po opuszczonym mieście, zjeżdżał po wyślizganych metalowych ślimacznicach do spuszczania worków z cukrem do barek.Opisuje swych kolegów, szkołę, kino i zachwyca się podcieniowym do' mem (istniejącym do dziś), w którym zakwaterowano jego ojca. Pięknie pisze o stojącym 7 Ibidem. Ciekawe wspomnienie o ojcu napisał Edward Cyrklaff; opublikowano je w tomie Dzieje Nowego Stawu i przedrukowano (we fragmentach) w „Prowincji” 2011, nr 3. Krewny i ojciec chrzestny posła Tadeusza Cymańskiego. Andrzej Brochocki, Kartki z dziennika [w:] „Podkowiański Magazyn Kulturalny”, 2007, nr 54-55. Został on udostępniony na stronie: http://www.nowystaw.fora.pl/nowy-staw-w-ksiazkach-i-prasie,8/prasa,28.html, tam też autor opublikował ciąg dalszy swych wspomnień. Andrzej Kasperek 113 w środku miasta Ołówku: Od początku fascynowała mnie ta budowla duch, zamknięta niezmiennie od 60 lat na solidne łańcuchy i kłódki, płynąca przez rynek jak jakiś Latający Hołen-der z masztem bez żagli i jakby oczekująca powrotu innych duchów, które jak dawniej wyłonią dę z sąsiednich ułiczek i znowu zasiądą w drewnianych ławach. Na starych fotografiach widać te ławy zadaszone drewnianymi bałdachimami, w głębi ołtarz z umieszczoną ponad nim amboną oraz piękne, pięciopolowe, rokokowe organy. Pojęcia nie mam, co z tego się zachowało, ba, nie wiem nawet, jak to wnętrze wygłądało tuż po wojnie. Nigdy nie udało mi się sforsować kłódek i łańcuchów". Po latach, kiedy odwiedził miasto zasmucił się, że zbór jest wciąż w ruinie a Święta zamieniła się w jakieś zabagnione bajoro. Na szczęście dziś to już nieaktualne spostrzeżenia. W tym numerze „Prowincji Maciej brochowski opisuje organizację spływu kajakowego z Nowego Stawu do Nowego Dworu w 2005 r. Dopiero dzięki inicjatywie wodniaków i zdecydowaniu burmistrza Jerzego Szałachaudało się udrożnić Świętą. Sam pamiętam, bo płynąłem wówczas kajakiem, że środku miasta był ledwo przesmyk wycięty w zaroślach i trzcinach wielkości rowu. Kiedy siedem lat później byłem w mieście na wycieczce zorganizowanej przez Stowarzyszenie Miłośników Nowego Stawu oraz Kochamy Żuławy zaproszono nas do przystani zlokalizowanej koło stadionu miejskiego, obejrzeliśmy świeżo zakupione kajaki i nową kajakar-nię. Oprowadzający nas nowostawianie pękali z dumy i całkiem słusznie. Jeszcze większe powody do dumy mieli pokazując nam zbór — po gruntownym remoncie, którego koszt wyniósł 6 milionów złotych, w tym 4 miliony gmina pozyskała od Unii Europejskiej, ^rzez lata niszczał i straszył, stał się symbolem zaniedbania i inercji, zamieniony w maga-zyn i sklep meblowy ulegał stopniowej degradacji... Miałem wówczas okazję zwiedzenia go, świeżo po remoncie, od zabytkowych średniowiecznych piwnic aż po szczyt 50-me-trowej wieży, z której rozpościera się piękny widok, zepsuty niestety przez farmę wiatrową ble o tym później). Nie dziwię się wcale, że wyremontowany obiekt nazwany Galerią Żuławską stał się nieoficjalnym centrum miasta. Ołówek stał się symbolem Nowego Stawu, zaczynem po-Wwnych zmian w mieście, które pó 1989 r. pozbawiono zakładów pracy i skazano na Wegetację. Dziś widać, jak ważne są symbole - świetnie odnowiony, wręcz elegancki stał si? wizytówką miasteczka a dla jego mieszkańców powodem do dumy, a wręcz pomógł irn uwierzyć we własne siły. Wiele się w nim dzieje: koncerty, występy artystów, wystawy Przyciągają miejscowych i przyjezdnych, tętni w nim życie. Okazało się, że można. Dziś Zaczyna się jakby nowe życieNowego Stawu. W sierpniu w czasie spaceru po mieście pod-szedłem pod wysoką wieżę i zobaczyłem zamknięte drzwi. Tabliczka informowała, że jest czynny tylko przez kilka godzin. Ale po chwili pojawił się pan Zdzisław Klejnowski, który łest opiekunem tego miejsca i jego dobrym duchem. Otworzył drzwi, opowiedział mi o hi-st°ni zabytku, wymienił, kto tu ostatnio występował (Wodecki, Santor, Majewska - lista lest długa). Sala z wielkimi emporami może pomieścić nawet 500 widzów. Nowy Staw rozpoczyna II etap rewitalizacji12. Od lat systematycznie odnawiana Jest Piękna kolegiata św. Mateusza, największy kościół żuławski, który dofinansowano ibidem. I isałem o tym szczegółowo w artykule Nowa szansa dla żuławskich zabytków w „Prowincji 2016, nr 114 Neuteich — Nytych — Nowy Staw 2 milionami zł dotacji.Kilka lat wcześniej podziwiałem jej wnętrze, teraz zobaczyłem, że zmieniono dachówki, oglądałem prace przy piaskowaniu ceglanego kolosa. Miasto czekają spore prace przy budowie obwodnicy, pozwoli ona uwolnić zabytkowe centrum od ciężarówek a oba rynki (tak — Nowy Staw ma podwójny rynek, złośliwi mówią, że przez to Nowy Dwór nie ma żadnego) staną się wizytówką miasta. Już dziś warto powoli przejść się po Rynku Kościuszki i Puławskiego i podziwiać detale kamieniczek — wspaniałe kla-sycystyczne drzwi z XVIII wieku, niedawno odnowione czy poddaną konserwacji rzeźbę Diany (niektórzy twierdzą, że to alegoria cierpliwości), secesyjny dom czy dom pokryty gontem niczym rybią łuską. Coś trzeba zrobić ze słodownią (nieczynną cukrownię rozebrano), ale problemem są sprawy własnościowe i dworcem kolejowym. Pociągi już nie kursują, choć linia istnieje i okazyjnie przejedzie tędy jakiś skład, np. latem nad morze. Nowy Staw położony blisko Malborka od zawsze żył w jego cieniu i tak pozostało. Tam się jeździ do pracy i do szkoły, po zakupy i do lekarza. Zamknięta cukrownia i słodownią, zlikwidowane Technikum Rolnicze, zarośnięta linia kolejowa to symbole kiepskiej koniunktury, ale pisałem o pozytywnych zmianach. Wiatraki mogą się nam nie podobać, psują krajobraz, szkodzą otoczeniu — ale przynoszą konkretne dochody. Kiedyś w dyskusji na ten temat mój kolega zauważył, że na Żuławach nie stać nas na ten krajobraz. Jesteśmy na to za biedni. Wymierne korzyści z obecności wiatraków odnosi samorząd. W 2016 roku do budżetu gminy tra-fiłoprawie 5 min zł tytułem podatku od nieruchomości z Parku Wiatrowego Nowy Staw II. Co byśmy powiedzieli o burmistrzu i radnych, którzy powiedzieliby wiatrakom - veto? Tym bardziej, że w naszej pięknej krainie alternatywnych źródeł dochodu brak. Miasteczko było zawsze związane z rolnictwem, ale dziś, kiedy struktura przemysłu przetwórczego się zmieniła, życie z rolnictwa nie jest ani oczywiste, ani łatwe. Czy w takim razie będzie to tylko sypialnia dla Malborka a może nawet Trójmiasta, bo po zakończeniu budowy trasy ekspresowej do Gdańska zajedzie się stąd w 30 minut? Cittaslow, powolne życie miejskie jako alternatywa do pędzących wiecznie aglomeracji, jest jakimś pomysłem. Ja chciałbym, żeby Nowy Staw (ale dotyczy to całych Żuław) umiał sprzedać swe walory turystyczne. Ciekawe zabytki, o których tu pisałem, rejs po Świętej, koncert w Ołówku i deser w cukierni „Jędruś ”. W tym miasteczku można by spędzić kilka ciekawych godzin. Na pewno warto doń się wybrać. A jak trafimy na pogodę i będziemy mogli powoli spacerować po jego uliczkach, spoglądać z mostu na rzekę, to pomyślimy, że czas płynie tu wolniej. I niech tak zostanie. Na zakończenie kilka refleksji Feliksa Tomaszewskiego, kiedyś nauczyciela Technikum Rolniczego, a od wielu lat profesora Uniwersytetu Gdańskiego. Poprosiłem go o opinię o swoim miasteczku, gdzie się urodził, pracował i dokąd chętnie powraca. Zamiast tego przesłał mi tę garść wspomnień. Ich ciepło i osobisty ton są ujmujące. Myślę, że warto je tu opublikować. Oto one: Nowy Staw to smak pierwszych lodów w waflu, to świat pierwszych przyjaźni i zauroczeń, zdziwień i wtajemniczeń. Pamiętam swoje chłopięce zaskoczenie, gdy w stojącym na rynku dawnym kościele ewangelickim zobaczyłem stojący jacht — później wnętrze nieczynnej świątyni „zaadoptowano na potrzeby skłepu meblowego. Pamiętam starą „podstawówkę” i uczących Andrzej Kasperek 115 w niej nauczycieli: Helenę Skórę - ukochaną nauczycielkę języka polskiego, Józefa Klajdę -groźnego nauczyciela biologii i prac ręcznych, Barbarę Wysocką — nauczycielkę chemii, Piotra ^Wysockiego - młodziutkiego nauczyciela wychowania fizycznego (och, jak tych dwoje tańczyło na szkolnej zabawie). Pamiętam zimne, ciemne wnętrze kościoła św. Mateusza i basowy głos Organisty, pamiętam salkę katechetyczną i księdza grającego z nami w pitkę nożną, pamiętam bitwy toczone z chłopakami z innej uticy, chłopięce rywałizacje z nastolatkami z „kopyta (Państwowe Technikum Rolnicze), pierwszą złowioną w Świętej rybę, smak chłeba upieczonego przez mamę i chłód wody ze studni. Pamiętam wnętrze maleńkiej księgarni i sklep „metalowy ’ pamiętam młyn, w którym z ojcem mieliliśmy zboże na mąkę, rozgrzaną kuźnię i ogorzałego od ognia kowala. Pamiętam świst pary z lokomotywy stojącej na stacji i grzyby z cukru " Jak prawdziwe” - pokątnie wyrabiane przez pracowników miejscowej cukrowni. Pamiętam karuzele wirujące na placu w parku miejskim i motocyklistę pędzącego w beczce śmierci. Dla mnie i dla moich rówieśników Nowy Staw istniałjakby poza historią. Po prawda, były 'przeplatały się z procesjami Bożego Ciała i ważnymi uroczystościami kościełnymi —pochody l-majowe, były kolejne rocznice (koniecznie Wielkiej i Socjalistycznej) Rewolucji Październikowej, uroczyście obchodzono rocznice wybuchu i zakończenia II wojny światowej, ale nie °ne byty wtedy ważne. Ważny był pies na podwórku, sad podchodzący pod dom, zapach bzu i jaśminu, wieczorne - sobotnie - muzykowanie sąsiadów na drewnianych schodach naszego domu. Ważna była seria „Poczytaj mi mamo”, strzępy kolorowych zachodnich komiksów, 116 Neuteich - Nytych - Nowy Staw zbójca z lasu Sherwood, kapitan Nemo, ważne były nocne wyprawy— bez zgody rodziców - do opuszczonego domu i zdziczałego ogrodu, ważne były występy łokałnego zespołu. Później zostałem nauczyciełem, nawet kierowałem „podstawówką”, której kiedyś byłem uczniem, a potem przeniosłem się do innego - nieco większego - miasta. Kiedy odwiedzam - a czynię to dość regułarnie - Nowy Staw, widzę, iłe się zmieniło. Wiełu miejsc, tak mocno wpłecionych w moją młodość, właściwie już nie ma: złikwidowano ałbo zmodyfikowano wiele zakładów pracy, w „mojej szkołę nikt już od dawna nie uczy, w cukrowni nie przemienia się - „magia - buraków w cukier, a w dawnym (słynnym!) browarze królują pająki. Jednakże to niewielkie i nieco senne miasteczko -pochwyconeprzez deltę Wisły i Nogatu - trwa i uparcie zmienia się. Zrzuca skórę jak wąż. I nie wiem, czy to dawne światła, dawne zapachy i dawne smaki sprawiają, że widzę, jak ono młodnieje, czy też jego młodość jest zasługą tych, którzy w nim mieszkają. Jedno wiem na pewno - pozostały zadzierzgnięte niegdyś przyjaźnie. Bo to one są najważniejsze. Janusz Ryszkowski 117 Janusz Ryszkowski KAWIARNIANE życie RODZIEWICZA Józef Ignacy Kraszewski 1. Klemens Rodziewicz w dość już sfatygowanym paltociku wysiadł z pociągu na stacji w Mleczewie... •••' Wiadomo, malarz, klepiący często biedę. Kto ° nim w ogóle by pamiętał, gdyby październikowego dnia 1878 roku nie przyjechał do Waplewa z zdaniem opisania zbiorów hrabiów Sierakowskich? Owocem był katalog, który „nakładem i drukiem J. I- Kraszewskiego (dr. W[ładysław] Łebiński)” uka-zał się w Poznaniu w 1879 roku. Przetrwał w biblio-tekach i jest nieocenionym źródłem związanym po części z zaginioną i rozproszoną, a dziś scalaną ko-lekcją panów na Waplewie. Mocno niesprawiedliwe, Ze to nie malowane przez niego obrazy, ale praca, do której nie przywiązywał pewnie większej wagi, pozwoliła mu na pośmiertne trwanie. Trochę może przesadzam z tym niebytem, bo Kdnak Klemens Rodziewicz pojawia się wielokrot-nie także w „Kartkach z podróży 1858-64” Józefa Ignacego Kraszewskiego. Wydawano je w formie książkowej trzykrotnie, w tym raz za życia autora (1866 - księga pierwsza, 1874 - księga druga). Nie była czytelniczym sukcesem. Pisano o niej skąpo, choć to autor „Starej baśni jako jeden z pierwszych w tak dojrzałej artystycznie formie przeszczepiał na krajowe podwórko gatunek kwitnący na Zachodzie - czyli podróżopisanie. O tym, że mimo upływu I^t, rzecz Kraszewskiego wcale się oblekła patyną starości, świadczy to, że ukazała się w 1977 roku w „podróżniczej” serii pod redakcją Pawła Hertza nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Zaznaczam to dokładnie, bo właśnie opracowaniu Hertza zawdzięczam sporo szczegółów. Po „Kartki z podróży” warto sięgnąć nie tylko dla faktograficznego bogactwa i przenikliwego widzenia świata przez pisarza-podróżnika. Peregrynował z Żytomierza przez ^hełm, Lublin, Warszawę, Kraków, Wiedeń, Włochy i Francję do Berlina. Jeśli ktoś miał jedynie Kraszewskiego za masowego producenta literackiej popeliny (wystarczy tylko ' kontynuacja szkicu „Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych” z nr 29 „Prowincji”. 118 Kawiarniane życie Rodziewicza wspomnieć o ponad 220 powieściach w 400 tomach!), to po tej lekturze zapewne zmieni zdanie. Tak było - przyznam ze wstydem - w moim przypadku. Bo nie najgorzej czyta się tę prozę dokumentalną sprzed ponad półtora wieku i - gdyby nie język epoki - mogłaby uchodzić za współczesną2: Pisał przed ponad 40 laty Hertz: „Kartki z podróży” są tak' że świadectwem głębokiego, choć krytycznego pojmowania ducha wspólnoty europejskiej. Dla Kraszewskiego zwiedzane przez niego kraje - Austria, Wiochy, Francja, Belgia czy Niemcy - są taka samą częścią składową jak utracona Rzeczpospołita. Podstawową więzią owe współnoty, jednołitej w swej różnorodności, są dła niego zarówno normy etyczne i morałne, jak intełektU' ałne i estetyczne, które z biegiem stuleci wytworzyły się tutaj w kręgu kułtury chrześcijańskiej, opartej o tradycje antyczne. Kraszewski-Europejczyk! Chyba rzadko przychodzi komu takie skojarzenie. 2. W 1858 roku Kraszewski, mieszkający w Żytomierzu, zabrał Klemensa Rodziewicza, zdolnego dekoratora w tamtejszym teatrze, w swoją pierwszą, trwającą około pół roku, wyprawę za Zachód. Na stronicach „Kartek...”, które są sumą nie tylko tej podróży, ale i następnych, a także dogłębnych i szerokich lektur, pojawił Rodziewicz pod kryptoni-mem Klemrod jako m.in. „nieprzyjaciel wielki wszelkiego cudzoziemskiego rodzaju, osobliwie zaś Niemców, którzy barszczu nie jadają, sztukamięsy używają skromnie (...) Posłużył Kraszewskiemu, jak pisze Hertz, „do urozmaicenia akcji i udramatyzowania wypowiedzi , a czasem jako polemista w sprawach estetyki i sztuki. Oczywiście Klemrod jest jedynie (aż) literackim zwierciadłem Rodziewicza, ale z pewną ostrożnością można sięgnąć po te opisy, by wykorzystać je do jego pośredniej charakterystyki. Wśród podróżniczych przygód obu panów jest i przemytnicza. Przy wjeździe do Wiednia Klemrod wyręcza Kraszewskiego przy odprawie celnej i zgłasza posiadanie kilku funtów „tureckiego tytuniu”. Celnicy, nie bacząc na zasługi Jana III Sobieskiego w ocaleniu ich stolicy, bynajmniej nie przymykają oczu, ale przeprowadzają kilkugodzinne śledztwo. „Klemrod wziął zbrodnię na swoje imię, musieliśmy sowicie się opłacić, zapisano w księ' gach ku wiekuistej pamięci fakt przeszwarcowania, wydano Klemrodowi ohydne świadectwo jego występku za numerem i pieczęcią i dopiero po tym wszystkim nas i pakunki nasze wpuszczono do stolicy, którą już głęboka noc niegwiaździstą pokryła szatą... Szata wyglądała na mokrą ścierkę.” Zaiste, mocna pointa z tą ścierką nad Wiedniem. A czy pieczątka wbita w papiery podróżne Klemroda, nie tak dawno u nas nazywana „misiem”, nie przywołuje różnych niedawnych wspomnień, zwłaszcza z naszej zachodniej granicy? Niemal przemilczane w momencie wydania, współcześnie „Kartki...” spotykają się dziś z zainteresowaniem badaczy literatury. Wymieńmy przykładowo: J. Kamionka-Straszakowa, Grand Tour Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tematyka i poetyka „Kartek z podróży 1858-1864, [w:] „Kraszewski - pisarz współczesny”, red. E. Ihnatowicz, Warszawa 1996; D. Rzepecka, Podrozjako weryfikacja-„Kartki z podróży”Józefa Ignacego Kraszewskiego, [w:] „Podróż i literatura 1864-1914”, red. E. Ih-natowicz, Warszawa 2008; O. Płaszczewska, Józef Ignacy Kraszewski wobec tradycji europejskiej „podróży" literackiej, [w:] „Europejskość i rodzimość. Horyzonty twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego”, red. W Ratajczak, T. Sobieraj, Poznań 2006, P. Chlebowski, Spotkania Józefa Ignacego Kraszewskiego z Ostatnią Wieczerzą, czyli trzy epizody z włoskiej podróży, VT-„Kraszewski i nowożytność: studia”, red. A. Janicka, K. Czajkowski, P. Kuciński, Białystok 2014-2015, J. Stożek, O ek-frazie w Kartach z podróży Józefa Ignacego Kraszewskiego. Próba syntezy, „Zaszyty Naukowe Towarzystwa Doktorantów UJ Nauki Humanistyczne”, nr 17 (2/2017). Janusz Ryszkowski 119 A to zostawmy. Kraszewski daje uniwersalną radę wszystkim podróżnikom. „Najgorszym sposobem (...) jest chęć pochwycenia (...) w krótkim czasie wszystkiego co zajmującym być może, umysł się nuży, pamięć nie starczy, zaspokaja tylko próżność tym, że się obejrzało wszystko, ale pozornie, w rzeczy nie pozostaje z tej pracy nic nad mętne Wspomnienie”. Podczas zwiedzania Wenecji pisarz pragnął zobaczyć kilkakrotnie tamtejsze sławne arcydzieła, ale też - nie ryzykując znużeniem - także i „nowości . Tu zarysowały się różnice upodobań malarskich. „Dla niego [Klemroda] koloryści i szkoła pogańska malarstwa, jak ja ją nazwałem, była najponętniejszą, dla mnie stara, natchniona, przejęta i prostoty pełna, która ją uprzedziła. Cenił on Bellinich, Vivarinich i Carpaciów, ale wołał Tycjana i Palmę, a nawet Tintoretta, widział w nich pełniejszą sztukę, jeno jej był spragniony, ja wołałem badać mniej dotąd znanych i nie dość pojętych dawnych mistrzów, w których świetniała najpiękniejsza epoka prawdziwie chrześcijańskiego malarstwa. Hertz dopowiada: „Patrząc na dzieła sztuki, hierarchizuje je według owej zasady jedności moralnej i estetycznej, którą u zenitu Odrodzenia zaczęto usuwać w cień. Woli np. malarstwo przedrenesansowe, technicznie mniej wyszukane, mniej biegłe, oszczędniejsze w środkach wyrazu, lecz za to tnądrzej i głębiej ukazujące tło duchowe przedstawianego świata . Kraszewski zarazem nie poddaje się terrorowi opinii, chce, jeśli to możliwe, wyrobić sobie własne zdanie o dziełach, po swojemu je przeżyć (i opisać). Nie przypadkiem zamieszcza takie zdanie Francuza spotkanego we Florencji, ale trudno nie identyfikować go z opinią samego pisarza. „W ogromnym lesie dzieł sztuki połowa sławę winna szczęściu * ludzkiej głupocie...(...) Klemrod śmiał się serdecznie (...). Co nieco o Rodziewiczu chyba z „Kartek... wyczytaliśmy. Dodajmy, że Klemrod nie przepadał za włoską kuchnią. A jednak... zdecydował się na dłużej związać się z Florencją ' nie wrócił już do Żytomierza. W przypisie do I tomu „Kartek... , przy okazji krążących po florenckiej galerii Uffizi kopistów, Kraszewski podaje: „Znam tylko jednego (...), którego prace w tym rodzaju, z Fra Agelica (...) zadziwiają sumiennością i przejęcie się jego charakterem, tym jest zamieszkały we Florencji od lat kilku ziomek nasz Klemens Rodziewicz.” Można powiedzieć, że to przyjacielska opinia. Ale Kraszewski, który także studiował malarstwo i posługiwał się sprawnie pędzlem 1 ołówkiem, nie był odosobniony w docenianiu umiejętności Rodziewicza. W^ artykule Stanisława Okraszewskiego „Żytomierz i jego teatr jak temu lat trzydzieści a teraz („Ga-zeta Warszawska”, nr 226 z 1875 roku) czytamy, że „dekoracye malował utalentowany malarz p. Rodziewicz, a są między niemi takie, których nie powstydziły się i najwykwint-dejszy teatr.” I dalej: „Zganię kortynę. (...) Wiem ja, że jest w tern ze strony p. Rodziewicza dobry kawał chytrości... bo za podniesieniem szaro-burej płachty, każda dekoracja lepiej się wyda...”. Opiekunem artystycznym żytomierskiego towarzystwa teatralnego 1 fundatorem był autor „Starej baśni”. 3. Kraszewski, wytrawny podróżnik, przywykły do pokonywania mil rzemiennym dy-Szlern, cierpiał katusze, gdy przychodziło mu korzystać z kolei żelaznej. Uważał ją za 120 Kawiarniane życie Rodziewicza najniewygodniejszy sposób przemieszczania się. Narzekał, że „ściśnięty w wagonie, za-numerowany jak rzecz, którą z miejsca na miejsce mniej więcej całą przewieźć się obowiązano, (...) zdegradowany do roli tłumo-ka, ledwie śmiąc spojrzeć przez okno. Jest to już nie podróż, ale przenoszenie się z miejsca na miejsce, które w przyszłości powinno być ulepszone z pomocą chloroformu. Ludzie będą zasypiać, administracja kolei naładuje nimi wozy, a wedle kartek poprzyklejanych na czole konduktorowi wydawać ich będą na stacjach (...).” Na stacyjce w Mleczewie, dwadzieścia lat po wyjeździe z Żytomierza, pojawia się Klemens Rodziewicz. Były poddany carski zamieszkał we Florencji, a teraz celem jego podróży jest Waplewo. Można sądzić, że głównie po to, aby sporządzić katalog zbio- Karta tytułowa katalogu kolekcji hrabiów Sierakowskich rów Sierakowskich. Plan ten musiał powstać w Poznaniu. Adam Lew Sołtan pisał stamtąd do Kraszewskiego w 16 maja 1878 roku: „Kilka dni byłem zajęty pewnym zbiorem starożytności u Żyda - kupiliśmy do 50 sztuk różnych rzeczy starych ślicznych i kilkanaście starych bardzo polskich książek - a też dwa ślicznie zachowane rękopisma łacińskie z aprobatą cenzury, zdaje się, że to wszystko ze zbiorów po Grabowskim i z Rydzyny - w tern co kupiliśmy są cenne rzeczy - oglądaliśmy z Rodziewiczem - Rodziewicz często u nas bywa - Muzeum Tow-[arzystwa] Przyj, [aciół] Nauk zachwyciło Rodziewicza - mówi, że Mu ani się śniło, na ziemi polskiej tyle skarbów znaleźć - nie wyłączając galery i obrazów, którą też zachwycony. ” O pobycie malarza w Waplewie i jego wspominkach z Poznania donosił zaś w liście z 12 października 1878. „Rodziewicz już czwarty dzień w Waplewie - stęka ciągle i opowiada zabawne sceny wy' noszenia się z Wildy do Poznania - oryginalność i niepraktyczności Cieszkowskiego [Augusta, filozofa] okazała się w całej swojej okazałości - aż do ostatniej chwili nie miał wynajętego mieszkania nareszcie musiał wziąć ciupę u Żyda a obrazy i rupiecie poskładać jedne na drugi? w ciasnych miejscach wilgotnych; zresztą nasłuchacie się i naśmiejecie, bo stąd wprost do Was [do Drezna] jedzie Rodziewicz. ” 26 października informował pisarza, że jego przyjaciel „(...) dłużej tu zabawił - zrobi' liśmy Katałog obrazów waplewskich - każdy obraz studyował - katalog przywiezie, by Wam pokazać - my Go wydrukujemy, bo i Rodziewicz twierdzi, że należy dać przykład, by kto ma zbiory to samo zrobił - tak by się wiedziało co jest w kraju.” 29 października też z Waplewa: „Rodziewicz jeszcze u nas... (...) stęka, kinie i kończy szkic do emalij . Prace nad katalogiem, jak wynika z strony tytułowej, kończą się w listopadzie. Janusz Ryszkowski 121 Zima to pora, którą Adam Lew Sołtan spędza tradycyjnie w Poznaniu. Stamtąd 4 stycznia 1879 pisał: „Kiedy Rodziewicz wyjedzie, tego nie wiem - propaguje emigrację do Włoch, a jakoś tam się nie spieszy, nie podejmując i tu żadnych robót a miał kiłka - dziwak przeżyty - sam nie wie, czego chce - łudzi kłnie i podejrzewa - to oznacza słabości charakteru. W lutym tegoż roku z Pluskowęs, majątku Kalksteinów, donosił Kraszewskiemu: „Go do Rodziewicza, mógłby śmiało siedzieć ze swoim starym paszportem szwajcarskim - miałby zarobek tu i... bo ta włóczęga i kawiarniane życie włoskie Go zupełnie w uczuciu obowiązkowości dła kraju wyziębiło - niechby łatem wracał - zarobek ma i mimo Jego dziwactw wiełu Gło połubiło - radzę mu przyjazd." Widać pisarz sondował, gdzie jego stary przyjaciel mógłby znalezć bezpieczną przystań. Ale widać pisany był mu los wiecznego wędrowca, jawiącego się jako człowiek znikąd. Na oficjalnej stronie Stowarzyszenia Rodu Rodziewiczów można przeczytać, że zmarł po 1886 roku, a daty urodzin i śmierci oraz miejsca - nieznane. „Katalog zbioru obrazow oraz innych przedmiotów sztuki znajdujących się w posiadaniu hrabiów Sierakowskich w Waplewie (Prusy Zachodnie)” sygnował jako autor z Florencji, ale paszport miał szwajcarski. Przebywał w Genewie, w kilku miastach włoskich... XXX Za wstęp „Katalogu...” posłużył list J. I. Kraszewskiego do Alfonsa Sierakowskiego, który położył wielkie zasługi dla rozwoju rodowej kolekcji. Warto zacytować z niego fragment: „Jest obowiązkiem tych co miłują sztukę i pamiątki domowe, dzielić się po trosze skarbami temi z ogółem, który ich nie ma. - pisał autor „Starej baśni . Izabella Sierakowska Tomaszewska, przekazując rodzinne pamiątki Muzeum Narodowemu w Gdańsku z rnyślą o filii w Waplewie, pięknie tę ideę wcieliła w życie. Akacja Józefa Ignacego Kraszewskiego dla Klemensa Rodziewicza: Warszawa 24 marca 1862 ro k Fo tografia została Ulnieszczona naTrudno Ustalict czy faktycznie malarz i pisarka byli ze sobą spokrewnieni. Źródło, https. Hra ima.org Prowincje bliskie i dalekie Krzysztof Czyżewski NOTATNIK SŁÓW I OBRAZÓW wrzesień-październik 2017 Był czas, kiedy wyprawę rozumiałem jako podróż ku temu, co najdalsze, najwyższei najtrudniejsze do zdobycia. W konsekwencji nie każdy mógł mi w niej towarzyszyć, a i ja dobierałem tak towarzystwo, by nie tracić czasu na maruderów. Była to jakaś forma oderwania się od ludzi z gronem osób, które potrafiły więcej i zaspakajały swoje ambicje na szczytach niedosiężnych dla słabiej przygotowanych, wykluczonych przez los albo inną przypadłość. Dzisiaj wędruję inaczej. Zwalniam i staram się dostosować rytm podróży do możliwości osoby najsłabszej, z którą życie związuje mnie obcowaniem. Najważniejsze, że ten Drugi i ta Druga chcą iść. Słabości ciała, podeszłość wieku, obolała pamięć i nadwrażliwość psychiki, status obcego, któremu na różne sposoby rzuca się kłody pod nogi — wszystko to da się przekroczyć, trzeba tylko inaczej iść. A wtedy, na koniec dnia, kiedy siadamy w kręgu przy wieczornym ognisku, tli się ciche szczęście zrodzone z tego, co wspólnie udało się osiągnąć. Nigdy nie poznają go ci, którzy zostawili nas w tyle, bo szkoda im było czasu... Nigdy też nie będzie im dane wspiąć się na wysokość tych Himalajów, które piętrzy przed nami samo życie. Dotarłem właśnie do Czerniowiec. Powróciłem do miasta mojego wtajemniczenia w pogranicze. To już 25 lat upłynęło od chwili, kiedy czekał tu na mnie Czernowitzer — tak się przedstawił na powitanie. Po chwili spaceru powiedział: A tu jest nasza synagoga. — Więc jest pan Żydem? — pytałem, a on się tylko milcząco uśmiechał. Za chwilę usłyszałem: A tu jest nasza cerkiew... a tu nasz kościół... nasza kircha... Jego był też Celan, Eminescu i Kobylańska. Pomagał mi odkrywać pod sowiecką patyną skarby „ostatniej Aleksandrii Europy”. Pak o Czerniowcach mówił Herbert, i tak zatytułowałem numer „Krasnogrudy” z 1999 roku. O Celanie wtedy mało kto tu słyszał. Gdzieżby przyszło mi do głowy, że kiedyś przyjadę tu na Międzynarodowy Festiwal Poezji „Meridian”. I że w Centrum Literatury im. Paula Celana będzie mi dane wygłosić wykład o przyszłości Europy z perspektywy Czerniowiec, a więc już nie o „ostatniej Aleksandrii”, ale tej, którą dopiero musimy zbudować... Sadagóra... Buber, a za nim Celan mówili: Czerniowce pod Sadagórą, a Rosę Auslan-der pisała o Jordanie wpadającym tu do Prutu. Po wojnie to miasteczko leżące po drugiej stronie rzeki przyłączono do miasta, co nie wyszło mu na dobre. Gdy tu przyjechałem Krzysztof Czyżewski 123 po raz pierwszy, we wnętrzu słynnej synagogi, wzniesionej na ziemi przywiezionej z Jerozolimy, stały traktory. Dzisiaj lśniący marmur odbija świeżo wstawione witraże, a Misza przekonuje, że — jeśli nie będzie wojny — za rok może być otwarcie. Fundusze napływają z Ameryki, ale w Czerniowcach wiedzą, że jeśli Mosze Kreis nie oddałby tej odbudowie serca, nic by z tego nie było. Na kirkucie dziura po macewach, które „poszły na budowę pobliskiej szkoły... Ohel cadyka Friedmana z Rożyna zasypany karteczkami pielgrzymujących tu z całego świata wyznawców. Chasydzi wierzyli, że to tutaj o ziemię opiera się drabina sięgająca nieba, widziana we śnie przez Jakuba. Do nocnego baru w Czerniowcach, gdzie spotykają się poeci, kolejka jak do Nuyorican Poets Cafe w East Village... Tej nocy czytał będzie Serhij Żadan. Jego nowa książka „Internat” ukazała się — przy współpracy z festiwalem Meridian Czernowitz — w wydawnictwie 21, które jest małym cudem na literackiej mapie Europy Środkowej. W^ niewielkiej, z pięterkiem kafejce, położonej po tej stronie wzgórza co polski kościół i — jak tu się rnówi — „kinogoga” (w zaprojektowanej przez Juliana Zachariewicza synagodze Tempel mieści się kino), gospodarzą ambitni wydawcy, a przy stolikach spotkać tu można znakomitych pisarzy, tłumaczy i ilustratorów. Wpadam w ekstazę przeglądając półki z książkami. Eseje Stempowskiego po ukraińsku! Dzieło poetyckie Celana tłumaczone przez ^etro Ruchło i publikowane tom po tomie, pozostała klasyka bukowińska (Auslander, 124 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 125 Meerbaum-Eisinger, Rezzori, Burg, prawie nieznany w Polsce Alfred Gong), młoda Bukowina (Ołeksandr Bojczenko, Lesia Woroniuk) i Zakarpacie (Andrij Ljubka). Są odważne książki o Zagładzie w Ukrainie (Kacia Pietrowska), są Martin Pollack i Dorian Florescu, Hłasko i Kapuściński, „Rozmowy z katem” Moczarskiego... Jest wreszcie wspaniale ilustrowana literatura dla dzieci („Czarne owce”). Nie uniosę wszystkiego, co zakupiłem; gospodarze obiecują dostarczyć książki do hotelu, martwię się tylko o odprawę mojego bagażu na lotnisku we Lwowie, którego waga — jak się okaże — dwukrotnie przekraczać będzie limit, ale tam słyszę: laptop i książki do wagi się nie liczą. W końcu to Paul Celan nazwał Bukowinę krainą „ludzi i książek . Ale kto by przypuszczał, że dzisiaj te słowa nadal coś realnego mogą znaczyć... Przebudziłem się w pociągu z Czerń iowiec do Lwowa i przez moment myślałem, że fo sen był... Mieszkanie gdzieś pomiędzy cerkwią ormiańską a z ruin odbudowaną synagogą. Idąc stąd do hotelu „Bukowina” przechodzi się obok kliniki, w której pracował młody chirurg Michaił Bułhakow. Jest blisko północy. Śpiewamy w kuchni, na stole »czym chata bogata”. Więc jest tish nigun, ale są też pieśni huculskie i łemkowskie, jest Okudżawa i Dylan. Riznych mow bohato, aż język ugina się od ukraińskiego, polskiego, jidysz, rosyjskiego, hebrajskiego, niemieckiego... Misza kończy rozmowę przez komórkę 126 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 po rumuńsku i na moje pytające spojrzenie mówi: „Normalnie, moi rodzice w tym języku rozmawiali, jeśli nie chcieli by dzieci ich rozumiały”. „Normalnie” — pierwsze słowo, którego tutejsze znaczenie trzeba zrozumieć, by cokolwiek zrozumieć. Racjonalny świat Zachodu posługuje się pojęciem „protokół rozbieżności” próbując znaleźć konsensus dla nierozstrzygalnych konfliktów i sprzeczności, co w życiu przekłada się na „każdy przy swoim”. Tutaj do głosu dochodzi horacjańska zasada: „Concordia discors”, czyli rozbieżna jednomyślność, co Leś pomagał mi przełożyć na ukraiński jako „zhoda niezhod”. Przydaje się kiedy trzeba objaśnić skąd wzięły się gwiazdy Dawida w sklepieniu wspaniałej cerkwi w dawnej rezydencji metropolity Bukowiny i Dalmacji (dziś uniwersytet), skąd wziął się krzyż (czerwony) namalowany na ścianie sadagórskiej synagogi, albo dlaczego słynna pierwsza w świecie konferencja języka jidysz nie odbyła się w okazałym Domu Żydowskim tylko w Domu Ukraińskim. Tymczasem Sasza odkłada gitarę i zaczyna opowiadać kolejną anegdotę, tym razem o księdzu i batiuszce jadących w jednym przedziale sypialnym; batiuszka wysiadał wcześniej, więc poprosił konduktora żeby go obudził; pogadali, popili i posnęli; wstając, batiuszka ubrał się w sutannę księdza, wyszedł na peron, spojrzał w lustro i woła: Hospody, nie tego obudził!... Trzeci dzień spędzam z Saszą i Miszą, więc śmiać się do rozpuku już nie mogę, wszystkie mięśnie brzucha mam obolałe. Kto wie, czy śmiech nie jest tu ważniejszą zasadą od niezgodnej zgody. Zresztą jedno bez drugiego się nie obędzie. Salwa śmiechu wybucha na wspomnienie o tym, jak Misza vel Mojsze został członkiem rady miasta i dyrektorem wydziału wodociągów i kanalizacji. „Cóż w tym śmiesznego”, dopytuję, pamiętając, że brak wody to odwieczny problem miasta nad Prutem. „Nie znasz tego powiedzenia? — odpowiada ze zbolałym uśmiechem Misza — Kiedy w kraju niet wady, znaczyt’ wypyli Żydy! Co ja się z tym miałem, nawet gazety mi tego nie przepuściły”. Marianka nuci kołomyjkę z rodzinnej wioski i częstuje „sałem” własnego wyrobu, Oksana chce jeszcze wina... Śpiewam im w podzięce nigun Nachmana z Bracła-wia „Lomir... Obyśmy następnego dnia pamiętali przysięgi, które składaliśmy tej nocy...’ Będę się starał, moi napotkani na ścieżce „południka duszy”. Krzysztof Czyżewski 127 Tomas Venclova kończy dziś 80 lat. Przed oczami mam obraz z centrum handlowego w pobliżu Grand Central. Niedługo mamy się rozjechać w różne strony. Tanja stwierdziła stanowczo, że potrzebny jest nowy płaszcz... i przepadła w czeluściach shopping. „Wiesz - mówił Tomas - jak byłem w Dublinie, przechodziłem obok biura turystycznego, które reklamowało podróże do Albanii, w której jeszcze nie byłem. Oczywiście wszedłem do środka... Z tej podróży ledwie uszliśmy z Tanją z życiem. Jedyne miejsce, gdzie mogliśmy przysiąść, znaleźliśmy w stoisku z butami. „Byłeś na Wyspie Wielkanocnej? Trzeba zobaczyć Moai. Opowiedz o Bhutanie...” Mijała godzina, ekspedienci wyrozumiale nie pytali nas czy chcemy przymierzyć buty, a myśmy wędrowali, wędrowali... Dobrych wiatrów 1 szczęśliwych powrotów, Globtroterze Zawiany! 128 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 LIMERYK NA 80-LECIE Ach, ten nasz Tomas Venclova to jest taka wielka głowa, którą zawsze miał na karku, nawet w sowieckim folwarku. Honoris causa otrzymał, choć się wiecznie żartów imał i na świat spozierał z boku, by prawdzie dotrzymać kroku. Pierwsza rocznica śmierci Leonidasa Don-skisa. Śmierć przyjaciela — wydarzenie wyzwalające uwięzioną w myślach książkę” — to jeden z jego poruszających aforyzmów. Często powracał do tej postawy przemieniającej utratę w tworzenie, starając się powiedzieć, że śmierć naszych najbliższych — aby nie zasiała w nas pustki absurdu — jest swoistą ofiarą na rzecz naszego dalszego budowania. „Umierając, przyjaciel przedłużył moje życie — przedarł mapę myśli i stał się wydarzeniem dla nowej książki.” Wierność przyjaźni to nie upamiętnienie, lecz kontynuacja. Podwórko, które jest małym centrum świata... Wystarczyło kilka chwil by wpaść w kaukaską studnię opowieści bez dna. Jestem już daleko w górach, ale spać mi nie dają myśli, którymi powracam do dzisiejszego poranka i podwórka w Avlabari, ormiańskiej dzielnicy Tbilisi. Trafiliśmy do niego przypadkiem, zatrzymując się w drodze na gruzińsko- -azerskie pogranicze, by wymienić walutę. Rozmowę zaczął pan Irakli, który obok kantora ma sklepik z butelkami na wino o wyszukanych kształtach. Jego stryj był oficerem w armii Piłsudskiego. Z warzywniaka podbiega pani Świetlana. Napisała kiedyś książkę o gruzińskim renesansie. Historią sztuki dalej się interesuje, ale bez tej budki ze stałą klientelą żyć by się nie dało. Wyrosła i studiowała w Rosji, ale na pewno tam nie wróci. Do rozmowy przyłącza się pan Dawid, wiecznie poważny i przygarbiony emerytowany księgowy, z ojca Żyda i matki Ormianki. To on ciepłym uśmiechem zaprasza w głąb podwórka. Z piętra po skrzypiących schodach zstępuje pani Rutylia, cała na czarno odziana ormiańska matrona, która bez zbędnych wstępów raczy nas opowieścią o tym, że kiedyś to był pałac ormiańskiego kupca, i że ten budynek, na górce którego są teraz małe mieszkanka, to stajnia była... Są u schyłku życia, niewysłuchani — jakby latami czekali na gości z dalekiego kraju, którzy przypadkiem zawitają na ich podwórko, by mógł się rozwiązać worek z opowieściami i by ślepy i głuchy świat dokoła mógł odkryć skarby ukryte tu pod łuszczącą się farbą. A podwórko zaiste jest czarodziejskie. Tylko tu przycupnąć na dłużej, nie odmawiać wina, którym częstuje pan Irakli i pisać książki... Krzysztof Czyżewski 129 130 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Tu* Krzysztof Czyżewski 131 Zobaczyłem cię z oddali, pasterzu indyków, w dolinie słonego jeziora, Po którym zostało tylko wypalone suchotą oko zie-rni. W południowej Ka-cheti od trzech miesięcy nie spadła kropla deszczu. Nie mogłem pojąć skąd 1 dokąd zmierzasz. W promieniu kilkunastu kilometrów nie ma tutaj ludzkiej osady. Pustynne stepy ciągną się aż do trójstyku granic Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu, a potem jeszcze dalej... Na horyzoncie mogłeś czasem widzieć pojazdy pielgrzymów zmierzających do klasztoru Dawit Goredża. Reszta pozostawała czystą poezją. Byłeś tylko ty i niewielkie stado indyków. Z wami duże jaszczurki dżodżo, których kobiety się brzydzą, więc o brzydkiej jak noc mówi się tu jej imieniem... Niepokoić cię musiał sokół na niebie albo kakacza. I jeszcze cienie gazeli, o których na tym pograniczu mówiono kurcyki albo dżejran, wymordowane przez myśliwych jak tylko w latach sześćdziesiątych minionego wieku przesiedli się z koni na samochody. Reszta to ocean traw, czasem wzburzony siwą bryzą drogi albo ostańcami krępych drzew. Niczego tak nie pragnąłem, jak zanurzyć się z tobą w tym żywiole. Potrzebowałem czasu, 132 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 zmieniających się pór dnia, różnych odcieni światła przenoszonych suchym wiatrem, aby dotrzeć do obrazów, które nosisz w oczach od zarania po zmierzch. Potrzebowałem napić się choć kilku kropel nektaru, którym żywi się twoja dusza, pasterzu indyków... Krzysztof Czyżewski 133 134 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 135 W każdy poniedziałek kino pod gwiazdami, galeria sztuki, koncerty, na półkach książki w różnych językach o sztuce i literaturze, „Ludzie i ptaki” Archila Kikodze... A do tego bar i restauracja, dobra kuchnia lokalna i europejska, hostel, konie, rowery, hamaki... Dookoła step i walące się zabudowania po byłych kołchozach. Kilka kilometrów od granicy z Azerbejdżanem, zaledwie 70 kilometrów od Tbilisi. W 1987 roku w górskiej Swaneti lawiny zniszczył dorobek życia wielu ludzi; w kolejnym roku przesiedlono ich do południowej Kacheti, w okolice miasta Sagaredżo. Udabno (pustelnia, skit) jest jedną z wiosek przesiedleńców, ma około 300 mieszkańców. Ich sąsiedzi, Gruzini i Azerowie mówią o tutejszych Swanach, że nie są łatwymi ludźmi, żartując: „Jeśli nas nie najdut, drug druga bijut”. Innego zdania jest Ksawery, człowiek, który stworzył tutaj oazę kultury i prosperującą przystań dla wędrowców i pielgrzymów do świętego miejsca Gruzinów - archipelagu monasterów Dawit Garedża. „Polakom się wydaje, że chłopi przyjdą ze sztachetami mnie pogonić. Nic podobnego. Z tymi ludźmi można zrobić wszystko.” I robi. Po tym, jak stracił pracę na Śląsku, ruszył w świat w poszukiwaniu swojego miejsca. Jego „Oasis Culb” wygląda trochę jak z surrealistycznego filmu. Tymczasem wszystko tu jest realne. Zatrudnia mieszkańców, promuje ich domowej produkcji ser, który uchodzi za jeden z najlepszych w Gruzji, rozbudowuje hostel, zdobywa granty na sztukę, która dokonuje zmiany społecznej. Tak działa Fundacja Udabno, ważny punkt na mapie Wędrowców Wschodu. 136 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 137 Dlaczego Ormianie nie latają w kosmos? — z zawadiackim uśmiechem zapytuje Ar-czil. Dotarliśmy do miejsca, które jest symbolicznym spoiwem Gruzji. Legenda mówi, że dawno temu władcy trzech walczących ze sobą królestw Imereti, Kartli i Kacheti uradzili Wspólnie zbudować świątynię. Miejsce miał wybrać mądry kruk, którego wypuścili z kością z krowiej łopatki w dziobie. Dwa razy w drodze odpoczywał w miejscach, gdzie potem pobudowano małe cerkwie, aż doleciał do stóp góry Kazbek i kość złożył na brzegu rzeki 138 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Terek, w pobliżu wioski Gergeti. W XIV wieku wzniesiono tu, na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów cerkiew pod wezwaniem Trójcy Świętej — Cminda Sameba. No więc dlaczego Ormianie nie latają w kosmos? Bo Gruzini umarliby z zazdrości, a wtedy Ormianie umarliby z radości i cały Kaukaz pozostałby w rękach Azerów... Ktoś rzucił: Kapitalny azerski dowcip! Ar-czil: Gdyby był azerski, to bym wam go nie opowiadał... Myślami powędrowałem do pamiętnego spotkania liderów działań społecznych i kulturowych z Armenii, Azerbejdżanu i Gruzji, które zorganizowaliśmy w latach 90 w Tbilisi. W Górnym Kara-bachu toczyła się wojna, Gruzja była jedynym krajem, do którego mogli przyjechać wszyscy. Oto uczestniczymy w początkach pracy nad dialogiem międzykulturowym na postsowieckim i rozrywanym nowymi wojnami Kaukazie. Jednym z pierwszych mówców jest humanista, członek gruzińskiego parlamentu, Lewan Berdzeniszwili. „Tradycyjną tolerancję” swojego narodu, na którą bez skrupułów powołują się rodzimi politycy i inżynierowie polityki historycznej nazywa atrapą samo ułudy, za którą ukryte są większe i mniejsze grzechy wobec sąsiadów, po czym podaje konkretne przykłady krzywd, których od Gruzinów doznali Ormianie i Azero-wie. Wprawdzie nikomu z nas nie przychodzi do głowy nazwać etosu, któremu wierności dochowuje Lewan, praktykowaniem „pedagogiki wstydu”, ale dramatyczną ciszę przed burzą wywołuje reakcja gości z Erewania i Baku: „To wszystko prawda!” — przyklaskują i na tym naszą debatę w tych kwestiach zamierzają zamknąć. Ich satysfakcja jest odwrotnie proporcjonalna do żalu i pełnych wyrzutu spojrzeń kierowanych ku mówcy przez Gruzinów. Tak rozpoczęła się jedna z pierwszych „Szkół Pogranicza” — pedagogika „nie zamykania w tej kwestii debaty” i nie pozostawiania Lewana ani też kogokolwiek innego w tym sąsiedzkim kręgu samemu sobie. Dzisiaj podróżuję do miejsc, w których na rzecz budowania „tkanki łącznej” zaangażowali się adepci tej pierwszej i kolejnych szkół pogranicza, a także Wędrownej Akademii „Nowa Agora” i programów Międzynarodowego Centrum Dialogu w Krasnogrudzie. Moja pomoc wydaje mi się coraz mniej istotna, coraz bardziej podziwiam ich pracę i uczę się od nich. Jeżeli mówić o wstydzie w ich przypadku, to jedynie z powodu reakcji na słowa Lewana. Czasem im się nie udaje i zmuszeni zostają do wycofywania się, jak z Wąwozu Pankisi, gdzie różnej maści i narodowości zbóje z biznesu narkotykowego grozili im śmiercią. Czasem emigrują na Zachód. Większość jednak umościła się na kaukaskich pograniczach. Nauczyli się doceniać siłę małych kroków i wytrwałość, a także to, co najtrudniejsze — nie uciekać od ludzi. No i mają coś z zawadiackiego uśmiechu Arczila — trzeźwy, podszyty autoironią dystans do samych siebie. Krzysztof Czyżewski 139 Wachtang i Cijala są Chewsurami. Urodzili się w wiosce Dżuta, położonej na wysokości 2200 metrów n.p.m. Pokochali się, założyli rodzinę, córka ich obumarła, syn im na starość pomaga. Za pracą i lżejszym życiem powędrowali na południe, do Tbilisi. Całe życie pracowali „na zawodie”. Zakład rozwiązano, emerytury dostali tyle co kot napłakał, ledwo wiązali koniec z końcem. Na starość powrócili w góry, by przeżyć. Kupili dwa osiołki, które każdego dnia o świcie objuczają piecykiem gazowym i żywnością. Blisko dwie godziny wspinają się wąwozem ostro pod górę. Tam, na wysokości około 2500 metrów, u stóp góry Czauchi syn pobudował im budkę. I tak otworzyli swój mały interesik. Stół, zgrzebne ławy, siedziska wyciosane z drzewa. Przy dobrej pogodzie widać stąd Kazbek. Wędrowcom na szlaku oferują chaczapuri z serem, kawę, herbatę, miód, czaczę i wino w rogach tura dagestańskiego. Ta wspaniała kozica królowała na niedostępnych stokach skał tej okolicy do czasu, gdy padła ofiarą myśliwskiej turystyki zabawiającej się strzelaniem z helikopterów. Czuć już śnieg w powietrzu. Za kilka dni skończy się dla nich sezon. Powrócą do Tbilisi, gdzie spokojnie przeżyją zimę za urobek w rodzinnej Chewsureti. Będą się modlić, żeby budka przetrwała lawiny i zawieruchy. Następnego roku Cijala zamierza hodować tu kury, gotować,chinkali z mięsem i serem, rozbudować budkę o miejsca noclegowe... A Wachtang? „Ja to chciałbym mieć drugą kobietę.” Oboje zataczają się śmiechem. Byli, żyli sobie Wachtang i Cijala. 140 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 141 142 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 143 Białe rzeźby. Tak nazywam instalacje tworzone przez życie. Jest w nich piękno nie tknięte ręką artysty, piękno, którego nie zna ani natura ani sztuka, odciskające się jedynie na tkance egzystencji. Białe rzeźby są natychmiastowe, ujawniają się w jednym tylko mgnieniu. Zbierają swoją esencję latami: ze światła, korozji, przekwitania, bezużyteczno-ści, obumierania... Wymuskane przez wiatr i czas, ciała ludzi i zwierząt, czekają aż w oku przechodzącego mimo zestrzeli się konstelacja okruchów życia, przemieniając je w epifanię. Wystarczy dotknięcie ręki, która chciałby je ustawić, udoskonalić lub przenieść do galerii albo innej sztucznej przestrzeni dla sztuki, a momentalnie gasną, znikają. Choć mam zaledwie parę sekund na ich uchwycenie, pozostają ze mną na długo i w dużo większym stopniu niż inne elementy postrzeganego świata decydują o fakturze mojej pamięci. Są kraje i ludzie, pośród których niezmiernie rzadko napotkać można białą rzeźbę. W Gruzji zdarzało mi się to niemal na każdym kroku... 144 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 Krzysztof Czyżewski 145 Miałem przyjaciela, który wtajemniczał mnie w Gruzję, góry, pogranicze... Zaliko Ki-kodze był archeologiem, wysokogórskim wspinaczem i wędrowcem, negocjatorem w konfliktach etnicznych, wspaniałym opowiadaczem, którego ciepły dowcip potrafił rozmrozić najbardziej zatwardziałe serce. Gdziekolwiek z nim dotarłem, był u siebie: u mołokanów, którzy przybyli na Kaukaz z misją budowania Nowego Jeruzalem, u azerskich pasterzy, u wiecznie skrywających jakąś tajemnicę Swanów, u Żydów odbudowujących swoją świątynię na starym tyfliskim Majdanie, u sunnitów i szyitów modlących się w tym samym meczecie w Tbilisi, u zoroastryjskich jezydów praktykujących święte rytuały w domowym zaciszu... Nigdy nie miał czasu na pisanie. Jego tekst, a właściwie spisana przez nas opowieść zamieszczona w „Podręczniku dialogu: Tożsamość i zaufanie” to rzadki ślad po nim zachowany na piśmie. Zamarzł wysoko w górach, w jakiś tragicznych, nie wyjaśnionych do końca okolicznościach. Od chwili otrzymania tej wiadomości nie było takiej siły, która przezwyciężyłaby mój opór przed ponowną wędrówką w Wysoki Kaukaz. Aż tu... Jak mogłem nie wiedzieć, że autor „Ptaków i ludzi”, powieści wydanej w moim „Meridia-nie”, jest jego synem? Magda Nowakowska, tłumaczka, która pierwsza opowiedziała mi o Arczilu Kikodze, znała Zaliko już tylko z legendy i nie miała pojęcia o naszej przyjaźni. Wędrowałem teraz z Arczilem przez Gruzję już dobrych kilka dni, kiedy droga zawiodła 146 Notatnik słów i obrazów wrzesień-październik 2017 nas do domu jego ojca w winnej dolinie Azalani. Kupił ten dom na rok przed śmiercią. Kiedy syn rozpalał w ogrodzie ognisko i układał przy nim ruszta z szaszłykami, wszedłem do kuchni i gdziekolwiek spojrzałem były fotografie i plakaty ojca. Tej nocy nie zmrużyłem oka, jakbym stał nieruchomo pod wodospadem wspomnień i obrazów, które nakładały się na siebie, sklejały, rozmawiały ze sobą... A teraz Arczil na kilka dni zamieszkał w Krasnogrudzie. Każdego wieczora jest gościem u innej rodziny członków naszej „pracowni opowieści ”, w której podróżujemy tropami różnych inkarnacji mitu Medei. Dzisiaj wieczorem w „Piosence o porcelanie’” czeka nas długa rozmowa. Arczil to niewyczerpany gejzer opowieści. Przesada? Wolne żarty. Odziedziczył to po ojcu, ale w odróżnieniu od niego, wykroił czas na pisanie. Ukończył orientalistykę i ormianistykę, ale żyje z jednego z najpiękniejszych zawodów świata — wędrowania z ludźmi (nie tylko ornitologami) ku ptakom i snucia w drodze opowieści. Jego książki zdobywają nagrody, są tłumaczone na różne języki, zostanie jednym z bohaterów przyszłorocznych targów książki we Frankfurcie, których Gruzja będzie gościem honorowym... W jego jednak przypadku książka powstaje niejako przy okazji niesfornego życia, podążającego za lotem wyobraźni. Wyciągnięcie go z matecznika opowieści połączonych z wędrowaniem, z współistnieniem z ludźmi i naturą, z duchową tkanką pamięci, po to by zaistniał i stał się częścią życia literackiego, jest jak ubogacenie stanu posiadania ogrodu zoologicznego o tura dagestań-skiego albo jak zawieszenie ikony z domu duchoborców w galerii sztuki. Tym żywi się kultura współczesna. Ważne, by mieć świadomość, że to zaledwie cząstka oderwana od całości, której nie mieszczą sztuczne przestrzenie zarezerwowane dla obcowania z literaturą czy sztuką. Ważne, aby spotkanie z książką Arczila albo z jego żywą opowieścią budziło tęsknotę za utraconym współbrzmieniem cząstek życia, które specjalizacja i wyobcowanie rozbiły jak mozaikę na drobne kawałki. Pojawił się syn, by głos ojca wybrzmiał w pełni... Wspomnienia Halina Łukawska UCIECZKA Z PRUS WSCHODNICH DO DOMU1 część 2 Nazywam się Halina z Kowalskich Łukawska, mam 87 lat, mieszkam w Malborku. Jesienią 1942 roku zostałam wysiedlona z domu przez Niemców i znalazłam się na robotach przymusowych w III Rzeszy, a dokładnie w Bir-kenfelde (obecnie Grzymała, powiat Sztum), w majątku Arthura Radtkego. W styczniu 1945 roku widziałam całą tę wielką ucieczkę Niemców z Prus Wschodnich. Około 20 stycznia 1945 roku przypędzono do Birkenfel-de duże stada bydła z niemieckich majątków na wschodzie. Wszystkie te krowy bardzo cierpiały, bo były głodne, nie pojone, nie dojone i bolały je wymiona. Stały na podwórzu i strasznie ryczały. Zima była wtedy bardzo ostra. Był wielki śnieg i mróz dwadzieścia stopni poniżej zera. Kiedy zbliżał się front radziecki, władze niemieckie nie ogłosiły ewakuacji cywilów. Każdy musiał się martwić sam o siebie. Nikt nikomu nie pomagał i niczego nie organizował. Marta Kowalska, matka Haliny, w czasie pobytu na robotach przymusowych. Na piersi przyszyta litera P oznaczająca Polaka, fot. archiwum rodzinne Nasz właściciel, Arthur Radtke, przygotowywał się do ucieczki na zachód już latem 1944 roku. Pakował różne swoje cenne rzeczy i wysyłał je do Niemiec, albo gdzieś chował. Przygotował też specjalne wozy konne z daszkami z brezentu, które wyglądały jak z filmów o Dzikim Zachodzie. Tych wozów było potrzeba dużo, bo Radtke zabierał ze sobą wszystkich robotników przymusowych, którzy u niego pracowali. A to była przecież kupa ludzi! Nasza ucieczka z Birkenfelde zaczęła się we wtorek, 23 stycznia 1945 roku. Zjedliśmy w tym dniu obiad i wyruszyliśmy. Najpierw jechaliśmy jakąś drogą przez pola, potem przez las. Być może była to droga w kierunku Sztumu, a potem na Białą Górę? Ale nie wiem tego dokładnie, nikt nam nie powiedział, gdzie właściwie jedziemy. Nie pamiętam dokładnie, którędy jechaliśmy. Jechaliśmy w szeregu wozów zaprzężonych w dwa konie. Ja wraz z innymi dziewczętami, które pracowały w kuchni, jechałyśmy na pierwszym wozie. Miałyśmy ze sobą kuchnię połową i duże zapasy jedzenia dla całej naszej grupy. Sam Radtke jechał na wozie gdzieś z tyłu. 1 Jest to druga część wspomnień Haliny Łukawskiej spisanych i zredagowanych przez jej córkę Alicję Łukawską. (Część 1 - zob. „Prowincja” nr 29 z 2017 r.) 148 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 Była zima, a mróz był tak silny, że drzewa trzaskały. Było ze dwadzieścia stopni Celsjusza poniżej zera. A może jeszcze zimniej? Wszędzie leżało pełno śniegu i ten śnieg wciąż padał i padał. Całe drogi były zapchane ludźmi. Większość to byli Niemcy, ale było też wielu robotników przymusowych różnej narodowości. To wyglądało jak wielka wędrówka ludów. Ludzie jechali na wozach i szli pieszo, a niektórzy mieli ze sobą małe sanki lub dziecięce wózeczki. Najbardziej było mi żal dzieci, bo był taki straszny mróz, a te niemieckie dzieci szły w krótkich spodenkach i pończoszkach, nie miały żadnych ciepłych, długich spodni. Tymi samymi drogami uciekało na zachód niemieckie wojsko i jak jechały czołgi lub samochody wojskowe, to spychały całe masy cywilnej ludności z drogi do rowu albo na pole. Normalni ludzie musieli wtedy ustępować żołnierzom. Byłam dobrze przygotowana do drogi i ciepło ubrana. Miałam na sobie aż dwa wełniane, męskie płaszcze; ciepłe, sznurowane buty do kostki, grube pończochy, jakąś chustkę, bluzkę, a także sweter, szalik i czapkę, które zrobiłam sobie sama na drutach z bawełnianych nici wyciągniętych z worków na zboże. Inni też byli poubierani w to, co mieli najcieplejszego. Mieliśmy na wozie zapasy jedzenia, więc czuliśmy się na tyle bezpiecznie, że nie umrzemy z głodu podczas drogi. Jechaliśmy i jechaliśmy, trwało to dość długo. Nie wiedziałam, gdzie jesteśmy, bo siedziałam pod tą budą i niewiele widziałam. Poza tym, zapadła noc i zrobiło się całkiem ciemno. A w końcu okazało się, że w tym tłoku i chaosie nasza kolumna wozów pogubiła się. W pewnym momencie rozdzieliliśmy się z innymi wozami z Birkenfelde i straciliśmy z nimi kontakt. Część z naszych została gdzieś z tyłu, prawdopodobnie w Dąbrówce Halina Łukawska 149 Malborskiej. W końcu nie wiedzieliśmy już, gdzie jest Radtke i inni Niemcy. Zostali tylko sami robotnicy przymusowi na dwóch wozach. Reszty naszych nie było nigdzie widać. Nikt z Niemców już nas nie pilnował. Zostaliśmy sami bez naszego właściciela. Wokół było pełno Niemców, ale to byli jacyś obcy, którzy nas nie znali. Wcale ich nie obchodziliśmy. Byli zajęci swoją ucieczką przed Rosjanami. W tej sytuacji powstało pytanie, co dalej robić. - Gdzie jest Radtke? Co teraz? Mamy jechać dalej sami, bez Radtkego? — Ale nawet nie wiemy, dokąd jechać... — A może zawrócimy do Birkenfelde? — zastanawialiśmy się. W końcu nasi dwaj woźnice, polscy chłopcy, podjęli męską decyzję. — Wracamy do Birkenfelde! — stwierdzili. — Tam poczekamy na Ruskich! Będzie chociaż ciepło i pod dachem! Nie będziemy tu siedzieć na tym mrozie, ani jechać dalej z Niemcami. — Nikt nas do tego nie zmusi — zadecydowali. Wszyscy się z nimi zgodziliśmy. W tym momencie Niemcy nie mieli już nad nami żadnej władzy. A my nie mieliśmy przecież żadnego interesu w tym, by uciekać na zachód razem z nimi. Byliśmy panami własnego losu! Byliśmy już wolnymi ludźmi, choć w tamtym momencie chyba jeszcze o tym nie myśleliśmy. Nadchodzący ze wschodu Ruscy nie wydawali się nam tacy straszni jak Niemcy, których zdążyliśmy już do tej pory poznać jak zły szeląg. Ponieważ droga była bardzo zapchana ludźmi i innymi wozami, więc nasi woźnice skręcili tymi dwoma wozami w bok i wjechali gdzieś na pole. Ruszyliśmy na przełaj. Pole nie było płaskie, tylko lekko pagórkowate, jak to się zdarza w okolicach Dzierzgonia i Sztumu. Wszędzie leżał śnieg. Czasem konie nie mogły pociągnąć i wtedy chłopcy od-przęgali dwa konie od jednego wozu i zaprzęgali do drugiego. Jechaliśmy wtedy we dwa wozy, każdy z nich był zaprzężony w dwa konie. I te cztery konie razem już dawały radę pociągnąć jeden wóz. I tak dalej, na przemian. Trwało to dość długo. Do Birkenfelde wróciliśmy późnym wieczorem tego samego dnia, czyli 23 stycznia. Budynek był ciemny i opuszczony. Wokół było pusto i cicho. Byliśmy strasznie zmęczeni i przemarznięci, jednak poszliśmy wszyscy doić krowy, bo było nam żal tych biednych zwierząt. One tak strasznie ryczały. Radtke zostawił swoje krowy w oborze, ale nie były przywiązane łańcuchami i wałęsały się swobodnie po budynku. Trzeba było je wydoić i napoić. Ale wydoiliśmy tylko „nasze” krowy, to jest Radtkego. Nie braliśmy się za te, które przypędzono ze wschodu, bo było ich zbyt wiele. Przy tych obcych krowach kręcili się jeszcze jacyś nieznajomi gestapowcy, ale później oni gdzieś zniknęli w ciemnościach. Pewnie też uciekli na zachód. Potem coś zjedliśmy i położyliśmy się spać. Następnego dnia, to jest 24 stycznia (środa) był wielki spokój. Taka cisza przed burzą. Niemcy już odeszli, a Rosjanie jeszcze nie przyszli. Nie wiedzieliśmy, co się wokół dzieje. Mieliśmy jednak dach nad głową i czekaliśmy, co będzie dalej. Było nam ciepło, bo napaliliśmy w piecu i kaloryfery w budynku już grzały. Tego dnia przyszli do Birkenfelde żołnierze niemieccy. To byli maruderzy, a może dezerterzy. Było ich dwóch, a na wozie wieźli trzeciego, ciężko rannego. Chcieli, by im dać 150 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 jakieś bandaże lub opatrunki dla tego rannego, ale nie mieliśmy nic takiego, więc odjechali. Potem przyszło jeszcze trzech niemieckich żołnierzy w mundurach Wehrmachtu, ale to nie byli Niemcy tylko Polacy, których powołano do niemieckiego wojska. Rozmawiali z nami po polsku. Szukali cywilnej odzieży, chcieli zrzucić te swoje mundury i jakoś się przebrać, by mogli udawać cywilów. Ale też nie mogliśmy im pomóc, bo była wojna, a my byliśmy biedni. Naprawdę nie mieliśmy żadnego zbędnego cywilnego ubrania męskiego, by im dać. Tego dnia, kiedy była taka cisza i znaleźliśmy się pomiędzy frontami, my sami, wczorajsi niewolnicy, gospodarzyliśmy sobie sami w majątku Radtkego. Na podwórzu ryczały te wielkie stada niemieckiego bydła ze wschodu. Żal było patrzeć na te zwierzęta. Nie dojone, nie pojone, głodne, przemarznięte. Stały na tym mrozie, niektóre krowy były cielne. Rodziły tam na podwórzu cielaki, męczyły się strasznie; a te ich cielaki zaraz potem zamarzały na śmierć. Ale nie zajmowaliśmy się tymi krowami. Tego bydła było przecież tak dużo, że nie dalibyśmy sobie z nim rady. W tamten dzień gotowałam razem z innymi dziewczętami dobry obiad dla wszystkich. Pytałyśmy wcześniej naszych ludzi, co chcieliby zjeść smacznego i jakoś tak wszyscy zgodnie chcieli na obiad kluski ziemniaczane ze skwarkami. Więc tarłyśmy surowe ziemniaki i gotowałyśmy te kluski. Wędzony boczek na skwarki też był, bo mieliśmy te niemieckie zapasy przygotowane do ucieczki. Wszyscy się dobrze najedli do syta i czekali, co będzie dalej. Wieczorem tamtego dnia przyszli pierwsi Rosjanie. Najpierw szli zwiadowcy wojskowi w takich białych, brudnych kombinezonach założonych na mundury. Byli bardzo zmęczeni i brudni. Przepytali nas, kto jesteśmy. — Germańców niet? — pytali. Jak powidzieliśmy, że my Polacy i nie ma tutaj Niemców, to tylko obejrzeli posiadłość i polecieli dalej. Tej nocy widzieliśmy jeszcze innych radzieckich żołnierzy, którzy nie wchodzili do nas, do budynku, tylko lecieli gdzieś dalej drogą. Dwa razy podpalili miotaczami ognia zielony, drewniany budynek, który stał na podwórzu i w którym wcześniej mieszkała większość robotników przymusowych oraz jeńcy ze wschodu. Widzieliśmy to przez okno, bo nie spaliśmy tej nocy. Za każdym razem udało się nam stłumić ten pożar. Lecieliśmy szybko i gasiliśmy płomienie, polewaliśmy je wodą z wiader. Baliśmy się, że od tego drewnianego budynku może zająć się pałac, w którym przebywaliśmy. Udało się nam zgasić te pożary, bo ogień nie był jeszcze zbyt duży. Kolejnego dnia rano (czwartek, 25 stycznia) od strony Dzierzgonia nadjechało wojsko radzieckie. To była chyba artyleria. Mieli ze sobą bardzo dużo różnego sprzętu, głównie działa przeciwlotnicze, a także samochody ciężarowe, a na nich stały słynne „katiusze”. Ten cały sprzęt został zaparkowany koło pałacu. Ze sprzętem przyjechało ciężarówkami bardzo wielu żołnierzy. Powiedzieli nam, że w Birkenfelde będzie radziecki sztab wojskowy na całą okolicę. Jeśli chodzi o kontakt osobisty z Rosjanami, to oficerowie radzieccy byli dość kulturalni, ale prości żołnierze byli brudni, śmierdzący i tylko szukali zdobyczy. Chodziło im przede wszystkim o kilka rzeczy. Pytali o „czasy”, czyli zegarki na rękę, rowery, papierosy, wódkę i „baby”. Znalezione zegarki zakładali po kilka na rękę. Zapinali je sobie na przedramionach. A liczbę ubitych „Germańców” znaczyli sobie nacięciami na drewnianych kolbach karabinów. Pokazywali nam te karabiny z nacięciami i opowiadali, ilu wrogów ubili. Halina Łukawska 151 Rosjanie szybko opanowali cały majątek. Z początku pytali nas, kim jesteśmy. Kiedy powiedzieliśmy, że my Polacy, robotnicy przymusowi, to nic nam nie zrobili. Kazali tylko przynieść nasze dokumenty, czyli niemieckie dowody osobiste i książeczki pracy. Zebraliśmy to wszystko do dużego kosza na bieliznę i zanieśliśmy im, a oni zaczęli strzelać do tych papierów, tak że nic z nich nie zostało. — Niet już Germańców! Te papiery nie będą już wam potrzebne — mówili. Kiedy byłam w kuchni, weszli tam dwaj rosyjscy oficerowie. Usiedli przy stole, na którym przygotowywałyśmy posiłki dla robotników przymusowych. Jedli i pili. Pytali mnie, ile mam lat. Powiedziałam, że piętnaście. — Moja doczka (córka) ma tylko szesnaście lat, a już służy w wojsku i lata na samolotach - mruknął jeden z nich. Z początku Rosjanie biesiadowali. Mieli ze sobą dużo alkoholu. Zawołali mnie do siebie i kazali mi pić z nimi wódkę. Potem przyszedł po mnie żołnierz i kazał iść obierać ziemniaki razem z innymi dziewczynami. Wszystkie obierałyśmy te ziemniaki dla nich, bo było dużo potrzeba. Oni mieli ze sobą swoich kucharzy, którzy potem gotowali im obiad w dużych kotłach Radtkego. Mieli też ze sobą własną kuchnię połową. Pamiętam, że razem ze mną obierał te ziemniaki pewien starszy już żołnierz radziecki. Jak mnie zobaczył, to bardzo się wzruszył i zaczął strasznie płakać. Okazało się, że przypominam mu z wyglądu jego kilkunastoletnią córkę, którą Niemcy zamordowali w czasie wojny. - Miałem taką doczkę — mówił. — Miała same czarne warkocze jak ty - płakał, wskazując na mnie. — Ubili, ubili, moją doczkę... Inny żołnierz radziecki rozpoznał wśród nas swojego syna. Okazało się, że to był jeden z ukraińskich robotników przymusowych. Cóż to było za spotkanie ojca z synem! Płacz, łzy, ściskanie się i tak dalej. Ten ojciec natychmiast załatwił ze swoim dowództwem, że jego syna od razu wcielono do radzieckiego wojska i poszedł z innymi na Berlin. Rosjanie bardzo interesowali się kobietami. Zaczepiali je i zagadywali. Jedna z moich koleżanek poszła załatwić się do wygódki, a jak wróciła, to miała rękawy wydarte z płaszcza, widocznie z kimś się szarpała i mu uciekła. Ktoś napadł też chyba na panią Przychodną, bo bardzo płakała. Spytałam, co się stało i dlaczego płacze, a ona powiedziała, że z radości. Ale to nie była żadna radość... Myślę, że jeśli nawet którąś z naszych kobiet tam zgwałcili, to bała się o tym mówić, bo ci żołnierze tutaj rządzili i mogli wszystko z nami zrobić. Przeżyliśmy wtedy pierwsze i ostatnie bombardowanie Birkenfelde. Nagle, nie wiadomo skąd, nadleciały niemieckie samoloty i zaczęły zrzucać na nas bomby. I my, i ruscy sołdaci razem pobiegliśmy do piwnicy, by tam przeczekać ten ostrzał z nieba. Jak lecieliśmy na dół, to za nami sypały się kawałki szkła. W holu w pałacu, w pobliżu drzwi od piwnicy była taka ściana z kolorowych szybek i od podmuchu powietrza, od tych bomb, ta ściana się zbiła. Szkło latało w powietrzu. Wyglądało to niebezpiecznie, ale nikomu nic się nie stało. W tym dniu do Birkenfelde wrócił z innymi chłopakami od koni mój brat Andrzej, z którym zostaliśmy rozdzieleni w pierwszym dniu ucieczki. On jechał na wozie gdzieś 152 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 z tyłu, w pobliżu Radtkego. Okazało się, że spotkali radzieckie wojsko już w Dąbrówce Malborskiej. Żołnierze ich tam zatrzymali do kontroli. Potem Radtke i jego niemiecki rządca Kulis zostali wywołani z wozów i odprowadzeni na bok. Obaj dostali od razu kulę w łeb. Rosjanie zastrzelili ich na miejscu, tam w Dąbrówce. Ich trupy zostały gdzieś przy drodze. Polaków Rosjanie puścili wolno. To była prawdziwa wojna. To był front. Rosjanie nie brali wtedy jeńców. Było tak, że albo od razu pozwalali komuś odejść, albo zabijali bez zbędnych dyskusji. W czwartek pod wieczór Rosjanie kazali nam opuścić Birkenfelde. — Nie możecie tu zostać! Uchoditie domoj! Bystro uchoditie! — mówili, machając rękami. Co mieliśmy robić? Ruszyliśmy całą grupą do domu. Było nas w sumie kilkanaście osób. Większość pochodziła z tych samych terenów, co ja z bratem. Byli tam ludzie z okolic Lipna, Rypina i Torunia. Były wśród nas także dwie matki z małymi dziećmi. Jedna z nich była do tego w ciąży. Zabraliśmy ze sobą jeden wóz z zapasami jedzenia zaprzężony w dwa konie i ruszyliśmy pieszo do domu. Tylko te kobiety z dziećmi jechały na wozie. Odchodząc z Birkenfelde zauważyliśmy, że tuż obok budynków folwarcznych radzieccy żołnierze kopią jakiś dół swoimi saperkami. Wszyscy mieli ze sobą takie małe łopatki. Okazało się, że oni kopią właśnie groby dla swoich kolegów. W tym dniu zginęło dwóch sołdatów, którzy zginęli w czasie tego niemieckiego bombardowania. Zostali ostrzelani z samolotów. Rosjanie padli trupem dokładnie w tym miejscu, gdzie droga na Dzierzgoń skręca na Szropy. Właśnie tam, po lewej stronie, koło pierwszego domu, który tam stał, zostali pochowani. Być może ich kości leżą tam do dzisiaj. Ten grób był dość płytki, bo ziemia była bardzo zmarznięta i nie można było kopać głęboko. Żołnierze byli naprawdę wściekli, mówili, że ich towarzysze zginęli przez nas, Polaków, bo niepotrzebnie się tam kręciliśmy i przeszkadzaliśmy im. Bałam się, że coś nam zrobią i nie przepuszczą dalej. Ale jakoś udało się ich wyminąć i poszliśmy szybkim krokiem w stronę Dzierzgonia. Mróz był nadal poniżej dwudziestu stopni. Lód na drodze. Droga pusta. Ciemno. Szliśmy szybko, byle prędzej dostać się do domu. Kierowaliśmy się tak mniej więcej na południe, z tym, że nie mieliśmy żadnej mapy, ani nic w tym rodzaju. Jeszcze przed Dzierzgoniem spotkaliśmy żołnierzy radzieckich, którzy zabrali nam nasze wypoczęte i dobrze odkarmione konie z Birkenfelde i w zamian zostawili swoje, wyczerpane i zmęczone. Zabrali nam też tą budę z brezentu, którą mieliśmy na wozie. Wkrótce doszliśmy do Dzierzgonia. Tam zobaczyłam na własne oczy, co naprawdę znaczy wojna. Było strasznie. Miasto wyglądało jak jakieś piekło. Szliśmy środkiem jezdni, rozglądając się na boki. Część domów płonęła podpalona przez Rosjan. Radzieccy żołnierze w białych kombinezonach kulali się z górki, od strony kościoła, coś krzyczeli i strzelali z karabinów w powietrze na wiwat. Chyba byli już mocno pijani. Wyglądali jak jakieś diabły z piekła rodem. W powietrzu latały pióra z rozprutych pierzyn i poduszek. Baliśmy się okropnie. Jeszcze bardziej bały się nasze konie przy wozie. Przeraziły się ognia i tych wystrzałów. Co jakiś czas stawały i cofały się spłoszone. Z wielkim trudem przejechaliśmy przez płonące miasto. Tych wojennych obrazów z Dzierzgonia nie zapomnę do końca życia. Halina Łukawska 153 Dalej ruszyliśmy na Iławę. Nie potrafię już dzisiaj powiedzieć, jakie miejscowości mijaliśmy. Na drogach nie było już żadnych Niemców, za to było pełno radzieckiego wojska. Na skrzyżowaniach dróg stały młode dziewczyny, radzieckie żołnierki w papachach na głowach i w mundurach, które kierowały ruchem. Trzymały w rękach małe chorągiewki i nimi machały. W trakcie drogi parę razy zatrzymywali nas mijani żołnierze radzieccy. Za każdym razem zabierali nam nasze konie i zostawiali nam swoje. Pamiętam, że mijaliśmy jakieś opuszczone wioski, a później był las. Wędrowaliśmy tak przez całą noc z czwartku na piątek (z 25 na 26 stycznia) i jeszcze następny dzień. Byliśmy niesamowicie zmęczeni. W piątek (26 stycznia) wieczorem dotarliśmy do jakiegoś dużego gospodarstwa, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Był tam duży budynek mieszkalny, obora i stodoła. Wszystko opuszczone. Nikogo tam nie było, ani ludzi, ani zwierząt. Po podwórku biegało jeszcze tylko kilka żywych kur. Połapaliśmy je szybko, zabiliśmy i wrzuciliśmy do wielkich kotłów do gotowania bielizny, bo nie mogliśmy tam znaleźć dostatecznie dużych garnków. Rozpaliliśmy pod kuchnią i gotowaliśmy w tych kotłach rosół dla wszystkich. Potem rzuciliśmy się spać, gdzie kto tylko mógł. Byliśmy okrutnie pomęczeni. Nogi nas bolały tak, że nie można było wytrzymać. Szliśmy pieszo półtorej doby i zrobiliśmy chyba kilkadziesiąt kilometrów. Wszyscy szybko zasnęliśmy. Ktoś się obudził, podszedł do kotła z rosołem i zajrzał do środka. Okazało się, że te niemieckie kury już się rozgotowały. Powyciągaliśmy je z kotła i zaczęliśmy jeść. Bardzo nam smakowała ta kolacja, bo byliśmy głodni i zmęczeni. Od dawna nie jedliśmy niczego gorącego. Nie braliśmy już żywności z naszego wozu. Chłopaki tylko wyprzęgli konie i zaprowadzili je gdzieś pod dach. Po jedzeniu znowu poszliśmy spać. Przebudziło nas głośne walenie do drzwi. Była późna noc. Myśleliśmy, że to znowu Ruskie, a to byli Niemcy. W drzwiach pojawiło się regularne wojsko w mundurach Wehrmachtu, a nie żadni maruderzy. Pomęczeni i przemarznięci tak jak my. Niemcy weszli do środka. Było ich naprawdę dużo. Chyba cały oddział żołnierzy. - Kto wy jesteście? — pytają. - My jesteśmy Polacy! Ruscy nas wygnali do domu. Wracamy do siebie - odpowiadamy. Najlepiej z nas mówił po niemiecku nasz ogrodnik. Tłumaczył im, że zaraz opuścimy ten dom, bo oni są na pewno zmęczeni i chcą odpocząć. A my pójdziemy sobie dalej. Ale Niemcy nie zgodzili się, byśmy stamtąd odeszli. Kazali nam wszystkim pójść do jednego pokoju i tam zostać, a oni zajmą resztę pomieszczeń. Zakazali nam kręcić się po całym domu. Potem oni zaczęli się gospodarzyć w kuchni. Zjedli resztę tego naszego rosołu z kur, który jeszcze został w kotłach. My w tym czasie cicho siedzieliśmy w jednym dużym pokoju, gdzie stały dwa albo trzy łóżka i inne meble. Było mało miejsca dla nas wszystkich, więc ja wdrapałam się na szczyt jednego z tych łóżek i tam usiadłam. Ale żadnego spania już nie było. Wiedzieliśmy, że oni mają broń i mogą nas w każdej chwili pozabijać. Baliśmy się nawet rozmawiać ze sobą. Jak tam siedzieliśmy, przyszedł do nas jeden żołnierz niemiecki, który bardzo grzecznie spytał naszych chłopaków, jakie mają buty i skarpety. Bo są im potrzebne. Interesowały 154 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 go zwłaszcza wełniane męskie skarpety. Nasi chłopacy i mężczyźni bardzo szybko, jeden przez drugiego, zdejmowali buty i oddawali mu skarpety. Potem za nim przyszli inni Niemcy. Kilku z naszych musiało zamienić się z nimi na buty. Tamci mieli stare wojskowe buty, bardzo zdarte na podeszwach. Poodmrażali sobie stopy. Mówili, że idą z frontu. Ale gdzie był ten front? Tego nie wiedzieliśmy, a baliśmy się zapytać. W sobotę (27 stycznia) około godziny 7 rano, Niemcy pozwolili nam wyruszyć w drogę. Było już całkiem jasno. Po podwórzu kręcili się niemieccy żołnierze. Było ich wszędzie pełno. Okazało się, że spali też w budynkach gospodarczych i w stodole. Oni byli pieszo, nie było widać żadnych samochodów. Zbieraliśmy się już do odjazdu. Nasi chłopcy poszli po konie i zaczęli zaprzęgać je do wozu. Dwie matki z małymi dziećmi wdrapały się na wóz. Mieliśmy zaraz ruszać. I dokładnie w tym momencie, nie wiadomo skąd, pojawił się niewielki patrol rosyjski. To było czterech żołnierzy w białych kombinezonach, którzy nadeszli od strony drogi. Jak zauważyli Niemców, to któryś z nich krzyknął, że mamy natychmiast zejść na bok. I wtedy zaczęła się ostra strzelanina. Nie wiem, kto właściwie pierwszy zaczął strzelać: Rosjanie czy Niemcy? W czasie tej strzelaniny jeden z Ruskich padł pod bramą, zastrzelili go Niemcy. A my, jak te sieroty, byliśmy w środku pomiędzy dwoma walczącymi stronami. Zrobiło się naprawdę gorąco! Tu strzelają Ruskie, tu strzelają Niemcy! Te kobiety z dziećmi, które siedziały już na wozie, rzuciły swoje dzieci na śnieg i same skakały za nimi, także ta ciężarna. Dziewczyna, która stała obok mnie, została postrzelona w rękę. Kula przebiła jej dłoń na wylot, tak że zrobiła się dziura i czerwona krew tryskała na śnieg. Dziewczyna z drugiej strony została ranna w skroń. To było lekkie draśnięcie, ale o mało oka nie straciła. A ja stałam w środku pomiędzy nimi i nic mi się nie stało. Chyba sam Pan Bóg mnie obronił! Potem ktoś zaczął strzelać do koni przy wozie. Nie wiem, kto wtedy strzelał, Rosjanie czy Niemcy. Te konie nie były jeszcze dobrze zaprzęgnięte, ale spłoszone ruszyły do przodu z całym tym wozem. Przebiegły kilkanaście metrów i przewróciły się martwe na ziemię. Później my wszyscy uciekaliśmy w stronę szosy. Pędziliśmy, ile sił w nogach, byle prędzej, byle dalej od tych Ruskich i Niemców! Skoczyliśmy za szosę, do rowu, w głęboki śnieg. Wpadliśmy i leżeliśmy tam w tym rowie. Niemcy byli dobrze uzbrojeni, więc zaczęli ostro strzelać z karabinów maszynowych. A te ich kule zaraz za naszymi piętami robiły takie „wiuuuu, wiuuuu” i wpadały w śnieg. Widziałam, jak dwóch Ruskich padło trupem pod bramą tego gospodarstwa. Jeden z nich w pewnym momencie skoczył do rowu i chciał biec dalej. Próbował przeskoczyć przez przepust drogowy, ale niemiecka kula trafiła go w locie. Tylko podskoczył do góry i upadł. Więcej się już nie podniósł. Padł martwy dosłownie kilka kroków ode mnie. W tym patrolu było czterech radzieckich żołnierzy i oni wszyscy zostali tam zabici. Dwóch pod budynkiem, jeden nad przepustem, a ten czwarty to nie wiem gdzie, bo dokładnie tego nie widziałam. Leżymy już w tym rowie, oni jeszcze strzelają, a ja patrzę i co widzę? Mój brat Andrzej leci do nas ze zdobycznym niemieckim rowerem. Znalazł go w tym domu, gdzie Halina Łukawska 155 nocowaliśmy. To był męski rower, a przy bagażniku była przyczepiona metalowa kasetka z pieniędzmi. Może zostawił go jakiś goniec czy urzędnik w czasie ewakuacji? — Rzuć, głupi, ten rower i uciekaj! Ratuj się! — krzyczę. Wtedy Andrzej rzuca rower i też skacze do nas, do rowu. Leżeliśmy tam dość długo. Czekaliśmy co będzie dalej. Niemcy jeszcze jakiś czas strzelali, a my cały czas leżeliśmy w tym śniegu. Jak przestali strzelać, to ktoś z nas podniósł się i wyjrzał z rowu. To oni znowu zaczęli strzelać. Po pewnym czasie uspokoiło się zupełnie. Zrobiło się całkiem cicho. Wtedy już słońce dobrze świeciło, więc trochę czasu musiało minęło. Zdaje się, że przeleżeliśmy w tym śniegu ładnych parę godzin. Baliśmy się ruszyć. Dopiero później, jak całkiem ucichło, to wszyscy podnosili głowy i wyglądali z rowu. Patrzymy, że jest spokój. Niemcy już nie strzelają, żadnych Ruskich nie widać, a na szosie jest cicho i pusto. Ludzie powstawali i wyszli na drogę. Wyszliśmy z tego rowu. Niemcy chyba uciekli do lasu, który rósł tam zaraz za domem. Zresztą, po drugiej stronie też był jakiś las. No i ta szosa była przez środek. Oni może się wycofali tyłem? Okazało się, że są wśród nas ofiary tej strzelaniny. Został ranny nasz ogrodnik, co to znał język niemiecki. Miał całą łydkę rozerwaną przez kulę. Trzeba było mu pomagać, by szedł. On był z Lipna. Okazało się wtedy, że on nie tylko zna niemiecki, ale też wie, którędy trzeba iść do domu, w nasze strony. Był więc dla nas bardzo cenny jako przewodnik. Była też z nami taka rodzina Jędrzejewskich: matka, ojciec i córka w ciąży z dwuletnią córką. No i ta matka została ranna. Mąż próbował ją prowadzić, ale ona nie mogła iść. Nie wiem, gdzie dostała kulą. On ją ciągnął i ciągnął po drodze, nie wiem, co się z nimi stało, bo oni zostali gdzieś z tyłu. Ale ta ich ciężarna córka poszła dalej z nami. Położyła swoje dziecko na małe saneczki, które chyba gdzieś znalazła porzucone po Niemcach i je ciągnęła za sobą. Ustaliliśmy, że idziemy dalej do domu. I że trzeba jak najszybciej powiadomić Ruskich, że tu jeszcze są Niemcy. Ruszyliśmy tak jak staliśmy. Szliśmy kompletnie bez niczego, bez żadnych zapasów, bez jedzenia, odzieży, praktycznie z gołymi rękami. Wszystkie nasze rzeczy zostały na wozie, a my baliśmy się do niego podchodzić. Nie byliśmy pewni, czy gdzieś jeszcze nie kryją się Niemcy. A jeśli znowu zaczną strzelać? Jako pierwsze z naszej grupy szły dwie kobiety. Była to pani Przychodna i Marysia Bujalska z Obrowa. One były całkiem na przedzie. W pewnym momencie pokazało się ruskie wojsko na czołgach. Jechali z naprzeciwka. - Nie ma tu gdzieś Germańców? - pytali Rosjanie. - Są, są tu Germańce! Tam w lesie! Uciekamy od nich! - krzyknęły Marysia i pani Przychodna. - To chodźcie tutaj! Siadajcie na czołg i pokażcie, gdzie oni są! - wołali Rosjanie. Wciągnęli je na czołg i pojechali. One już do nas nie wróciły. Nigdy więcej ich nie widziałam, ani też nie słyszałam o nich. Przepadły jak kamień w wodę. Marysia Bujalska miała 22 lata. Pani Przychodna była trochę starsza, ale nie była też taka całkiem stara. Mogła mieć około czterdziestu parę lat. Myślę nieraz, że albo je zgwałcili, albo zastrzelili po drodze, bo różnie to bywało. A może wywieźli gdzieś na Sybir? Po wojnie ich rodziny długo szukały ich przez Czerwony Krzyż, ale okazało się, że obie kobiety przepadły bez wieści. 156 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 Idziemy dalej drogą, a tu czołgi ruskie znowu jadą. — Germańce są? — pytają. — Byli tam w lesie — pokazujemy za siebie. — Pokażitie gdie — mówią oni. Nikt nie chciał z nimi pojechać z własnej woli. Wtedy Ruskie zabrali ze sobą jednego z naszych chłopaków, to był Orłowski z Kawęczyna. Miał im pokazać drogę. Ten to miał szczęście, bo udało mu się uciec od nich. Opowiadał potem, że po drodze Rosjanie zastanawiali się, co z nim dalej zrobić. Mówili, że najlepiej go ubić. Jak on usłyszał, że czeka go śmierć, to zaraz wymknął się im po cichu. Potem Orłowski dogonił nas i dalej szedł z całą grupą do domu. W końcu doszliśmy do jakiejś wioski. To już było chyba gdzieś bliżej Iławy. Tam był zakwaterowany sztab wojska ruskiego. Cała wioska była zajęta przez żołnierzy. Rosjanie przyjęli nas tam dobrze. Opróżnili dla nas jeden budynek, chyba jakieś czworaki. Kazali nam tam iść na noc. Powiedzieli, że nie mamy się nigdzie rozchodzić, bo tu są Germań-cy, jest front i bardzo niebezpiecznie. Postawili nawet jakiegoś sołdata na warcie, żeby nas pilnował. Dali nam do jedzenia swojego wojskowego kapuśniaku. To był tak dobry kapuśniak, że lepszego w życiu nie jadłam! Do dzisiaj pamiętam ten smak! Oni zabijali w tej wsi świnie, co tam zostały po Niemcach. Potem je opalali, ćwiartowali i gotowali, by wszyscy się dobrze najedli. W tym gospodarstwie były też owce. Widziałam przez okno, jak Rosjanie podpalili oborę, a te owce całkiem zgłupiały, biegały wciąż w koło, a potem wpadły w otwarte drzwi obory, w ten ogień i już stamtąd nie wyszły. Byliśmy tam trzy dni. Żołnierze codziennie dawali nam jakąś zupę z kotła, ale to było dla nas za mało. Stale byliśmy głodni. W końcu, po namyśle, stwierdziliśmy, że trzeba się cofnąć do naszego wozu, który wcześniej porzuciliśmy, jak wybuchła ta strzelanina Niemców z Ruskami. Przecież tam zostały nasze zapasy jedzenia i różne rzeczy osobiste, które wieźliśmy ze sobą do domu. Nie wszyscy poszli, bo się bali zarówno Niemców, jak i Ruskich. My z bratem Andrzejem stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia. Wracamy po nasze rzeczy i już! Uciekliśmy przecież stamtąd tak, jak staliśmy. Poszła też z nami Irka z Kawęczyna i kilka innych osób. Wróciliśmy tą samą drogą. Na miejscu okazało się, że te zabite konie od naszego wozu leżą nadal przy tym domu. Były już trochę przysypane świeżym śniegiem, który padał w międzyczasie. Wszystkie rzeczy z wozu były pozrzucane na ziemię. Widocznie wcześniej byli tam Rosjanie i przekopali już zawartość naszych tobołków. Oni szukali różnych cennych rzeczy „trofiejnych” i zabierali je ze sobą. Zaczęliśmy tam grzebać. Całe jedzenie było powyrzucane na śnieg i przysypane śniegiem. Zobaczyłam tam dużą, mocno zmarzniętą szynkę wołową i różne sery. Były tam całe bochenki żółtych serów dużych i małych, bo takie były robione w gospodarstwie Radtkego, tylko my ich nie dostawaliśmy do jedzenia, bo były przeznaczone tylko dla Niemców. Były tam też malutkie serki topione, takie do smarowania. Wzięliśmy ich ze sobą do kieszeni, ile się dało. Niestety, w ogóle już nie było chleba, widocznie ktoś go musiał zabrać wcześniej. Pewnie Rosjanie. Potem grzebaliśmy jeszcze w szmatach i odzieży wyrzuconej z wozu. To nie było już ładnie zapakowane, jak wcześniej, ale wybebeszone, porozciągane i wysypane na śnieg. Halina Łukawska 157 Widziałam dużo ubrań i innych rzeczy. Wybrałam sobie stamtąd ze dwie, czy trzy bluzki, jakiś worek i duży ręcznik kąpielowy, bo pomyślałam sobie, że przecież w domu nic nie ma, to będzie do wycierania jak wrócę z wojny. Znalazałam też piękne, ręcznie haftowane firanki i obrus, i to też wzięłam. Andrzej rozglądał się za tym rowerem, który wcześniej znalazł i musiał porzucić jak zaczęła się strzelanina, ale go już nigdzie nie było. Wybrał więc sobie coś z tych rzeczy z wozu. Wszystko, co znaleźliśmy, zapakowaliśmy z Andrzejem do worków i zarzuciliśmy je sobie na plecy. Potem wróciliśmy z powrotem do tej wsi, gdzie był ruski sztab wojskowy. Jak przyszliśmy z tymi zdobyczami, to każdy pokazywał, co przyniósł. Jedna kobieta, której mąż pracował u Radtkego, zobaczyła te firanki z obrusem, które znalazłam i mówi, że to jest jej własność. — To mogła pani iść z nami do wozu i zabrać to sobie — powiedziałam jej. Ale ona mówiła, że się bardzo bała, że ją zabiją. Ale żeby jej to oddać. No, to wzięłam i jej oddałam. Potem chciała jeszcze inne rzeczy, mówiła, że to wszystko należało do niej. - Mogła pani sama pójść i sobie pozbierać swoje rzeczy — powtórzyłam i nic więcej jej nie oddałam. To był mój cały łup wojenny, który przyniosłam do domu z robót przymusowych w Rzeszy. Uważałam, że to, co znalazłam przy wozie, należy do mnie. Poszłam tam sama, zaryzykowałam i sobie to wzięłam. Zaraz potem jak wróciliśmy, to radziecki sztab wojskowy odjechał z tej wioski. Jechali dalej, a nam kazali jeszcze zostać na miejscu i nie ruszać się, bo wokół kręci się pełno Niemców. Zaraz potem przyszli inni Rosjanie. To była nowa fala frontowych żołnierzy, takich zabijaków, co to „hulaj dusza, piekła nie ma”. Ci to chcieli się przede wszystkim zabawić. W jednym domu byli zakwaterowani ich oficerowie. Oni mieli trochę wolnego czasu na odpoczynek, więc wysłali do nas żołnierza, by przyprowadził im jakieś dziewczyny do towarzystwa. Żadna z nas nie chciała tam do nich iść. Ale żołnierz twierdził, że któraś musi pójść, bo tam już towarzysze czekają i zapraszają. Mają wódkę i wszystko inne, chcą się razem bawić. I tam chyba ze trzy nasze dziewczyny poszły. W nocy wróciły z powrotem. Nie wiadomo, czy je zgwałcili, czy nie. Nie rozmawialiśmy z nimi o tym, bo każdy się trząsł ze strachu. Potem przyszła do tej wsi jeszcze jedna fala żołnierzy z frontu. Zakwaterowano ich do nas, bo nie było już wolnych domów w wiosce. Byli tak zmęczeni, że nawet na podłodze spali, na słomie. Każdy kładł się, gdzie mógł, i ci żołnierze, i my, wszyscy razem. W tej wiosce byliśmy kilka dni. Potem wszyscy Ruscy polecieli razem dalej na Berlin i znowu zrobiło się cicho. Nie było ani Niemców, ani Rosjan. Ale nie ruszaliśmy się stamtąd, bo ci ostatni żołnierze też przykazali nam, żeby nigdzie nie odchodzić i siedzieć cicho, bo wszędzie wokół jest niebezpiecznie. Mówili, że w okolicy są i Rosjanie, i Niemcy. Nie wiedzieliśmy, co dalej robić. Ten ogrodnik, który znał drogę do domu, czuł się coraz gorzej z powodu swojej rany. W końcu starsi z naszej grupy uradzili, że nie ma na co dłużej czekać, idziemy dalej i to od razu. Bo jak przyjdą Niemcy, to mogą nas sprzątnąć jako Polaków. A z Ruskimi też nie jest za bezpiecznie. 158 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 Zastanawialiśmy się, dokąd iść. W którą stronę? Staliśmy gdzieś na krzyżówkach, rozglądaliśmy się na prawo i na lewo. W końcu ruszyliśmy prosto. Szliśmy długo. Gdzieś tam jeszcze nocowaliśmy po drodze. W końcu doszliśmy do Iławy. Po drodze były jeszcze nieszczęścia. W tej wsi, gdzie byli Ruskie, przyłączyło się do nas małżeństwo polskich robotników przymusowych z małym synkiem. Dzieciak miał około pięciu, sześciu lat. Oni też szli z Prus do domu na południe. Ten chłopiec był chory i zmarł po drodze. Nie było komu nieść tego trupka. Rodzice byli zrozpaczeni. Wkrótce potem zmarło kolejne dziecko z naszej grupy. To była mała dziewczynka, dwuletnia córeczka tej ciężarnej Jędrzejewskiej. Ona położyła małą na saneczkach i przykryła poduszką, by nie zmarzła. Był straszliwy mróz. Szliśmy w strachu, pośpiesznie, bardzo szybko, właściwie prawie biegiem. Co jakiś czas młoda Jędrzejewska zaglądała do swojej córeczki pod tą poduszkę. Dziecko przeżyło jeden dzień takiej drogi. Na drugi dzień idziemy bardzo szybko, ona w pewnym momencie pochyla się, zagląda do dziecka, a tam już zimny trupek! Mała nie żyje! Udusiła się! No i w ten sposób mieliśmy ze sobą dwoje martwych maleńkich dzieci. Ich rodzice za nic w świecie nie chcieli ich tam zostawić. Bo to były jeszcze Prusy, czyli Niemcy. To była obczyzna! A oni koniecznie chcieli pochować swoje dzieci w polskiej ziemi. Pierwsza polska miejscowość, do której dotarliśmy, to było Nowe Miasto Lubawskie i tam właśnie, na cmentarzu, pochowali dwoje malutkich dzieci. Tam już mieszkali Polacy. Mieli też sołtysa, czy wójta polskiego. Ci ludzie z Nowego Miasta Lubawskiego bardzo nam pomogli. Wzięli nas do siebie do domów, zapraszali po dwie, trzy osoby. Mnie z Andrzejem przypadła jedna kwatera, bo byliśmy rodzeństwem. Ktoś zaprowadzili nas do domu, gdzie ludzie byli chorzy na tyfus. Leżała tam w łóżku chora kobieta. Mówiła, że lepiej, byśmy nie zostawali tam u niej, bo w domu jest tyfus i możemy się zarazić. Ale tak nas nogi bolały od tej wędrówki, że naprawdę nie mogliśmy już iść dalej i zostaliśmy tam u nich. A ci ludzie byli naprawdę bardzo dobrzy. Zagotowali nam mleka i podzielili się chlebem, a to znaczyło bardzo wiele w tamtym czasie. My nie jedliśmy chleba przez cały czas tej podróży. Do picia też nic nie było po drodze. Nie mogliśmy znaleźć wody. Ratowaliśmy się śniegiem. Odgarniało się go z wierzchu, bo był brudny, a pod spodem już leżał był czysty. I ten śnieg jedliśmy zamiast wody. Najgorzej było w tych bezludnych Prusach. Tam naprawdę było strasznie. To gorące mleko i chleb w Nowym Mieście Lubawskim bardzo nam smakowały. Ci ludzie nie kazali nam też spać na podłodze, ale dali nam prawdziwe łóżko. Rano dostaliśmy jeszcze jakieś śniadanie. Potem była zbiórka i ruszyliśmy dalej. Zostali tylko ci, którzy chcieli pochować dzieci na cmentarzu. Poszli do księdza załatwiać formalności i to trochę trwało. Zostali tam jeszcze jedną noc i dopiero następnego dnia ruszyli dalej. A my szliśmy już w stronę Brodnicy. lam, na polskiej ziemi, wstępowaliśmy już do różnych domów, by odpocząć i przenocować. Obcy ludzie przyjmowali nas, karmili, dawali jakiś obiad czy mały poczęstunek. Był już koniec lutego. Ta cała nasza wędrówka do domu trwała prawie miesiąc. Halina Łukawska 159 Od Brodnicy kawałek jeszcze szlis'my całą grupą, a potem były rozstajne drogi. Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy. Jedni z nas poszli na Lipno, a drudzy jeszcze gdzieś tam dalej w swoją stronę. W naszym kierunku, to jest pod Toruń, szliśmy tylko my z Andrzejem i jeszcze jeden chłopak z Czernikowa. My z Andrzejem nie szliśmy do naszej rodzinnej wsi, czyli do Osieka nad Wisłą, bo tam nie było już do czego wracać, bo przecież Niemcy zabrali nam dom i nas wysiedlili. Nie mieliśmy tam czego szukać. Skierowaliśmy się do Łążyna, bo wiedzieliśmy, że tam jest nasza matka. Ona została jesienią 1943 roku zabrana z Birkenfelde do Arbeitsamtu i wysłana na roboty przymusowe do fabryki amunicji w Hanau w głębi Rzeszy. A tam ciężko zachorowała. Robiła się coraz słabsza, nie już mogła samodzielnie chodzić i poruszała się przy kijku. Była zupełnie nieprzydatna do pracy i niemiecki lekarz, widać jakiś porządny człowiek, zwolnił ją z tych robót. Pytał, czy ma dokąd wrócić. — Mam brata w Łążynie pod Toruniem. Mogę tam pojechać — powiedziała. Później okazało się, że ta choroba matki, która zaczęła się w Hanau, to było stwardnienie rozsiane. Jakieś dziesięć czy piętnaście kilometrów przed Łążynem nocowaliśmy w domu, gdzie akurat było świniobicie. Ludzie zabili wieprzaka, jedzenia było bardzo dużo. Mieli swojską kiełbasę i salceson. Ja dużo nie jadłam, ale Andrzejowi tak wszystko smakowało, że obżarł się tych świeżych wędlin i popił wszystko mlekiem. Jeszcze rano następnego dnia coś jadł. Z tego wszystkiego dostał w końcu rozwolnienia. Jak wyszliśmy od tych ludzi, to Andrzej co kawałek przysiadał przy drodze i się załatwiał. To już było chyba pod koniec lutego, śnieg już topniał. Zrobiło się cieplej. Ale Andrzej tak osłabł od tej biegunki, że bałam się, że nie dojdzie do Łążyna. Po drodze wstąpiliśmy do jakichś ludzi, tam kobieta zagotowała wodę i zrobiła mu herbaty. Chyba jeszcze dała mu jakieś lekarstwo na rozwolnienie. Do Łążyna dotarliśmy przed wieczorem. Na progu chałupy wujostwa Adama i Stasi Budnych stało trzech mężczyzn. To był nasz kuzyn Bronek Budny z dwoma kolegami. Podeszliśmy z Andrzejem i zagadujemy, czy tu można przenocować. Oni nas nie poznali, bo trzy lata minęły od czasów jak nas Niemcy wywieźli. Wtedy byliśmy dziećmi, a teraz już podrośnięci, brudni, z workami na plecach. Wyglądaliśmy jak jakieś włóczęgi. — A co, z Niemiec wracacie? — pytają. — Tak, z Niemiec, i chcieliśmy do was na noc - odpowiadamy. — My sami nie możemy ludzi na nocleg przyjmować. Trzeba iść do sołtysa i sołtys rozdziela, gdzie kto ma iść spać. — O, widzita, to jest sołtys! — mówi Bronek i pokazuje na jakiegoś chłopa po drugiej stronie drogi. - Idźcie zaraz do niego! Zaczęłam się śmiać. — Bronek, nie poznajesz nas? Naprawdę? - mówię. — Skąd miałem poznać? — on na to, ale widzę, że już wie, kto przed nim stoi. - A nasza mama jest u was? - pytam. — A jest — odpowiada. Wtedy ich zostawiłam i szybko weszłam do środka. Nasza mama siedziała w izbie przy stole. Mówię jej „dobry wieczór” i znowu udaję nieznajomą. Pytam, czy można nocować tutaj. 160 Ucieczka z Prus Wschodnich do domu, część 2 - O, gdzie tam! Trzeba iść z tym do sołtysa! Ludzie już wracają z tych Niemiec. A moje dziecko żadne jeszcze nie wróciło — smutno powiedziała. — To mama mnie nie poznaje? — wołam. - No, nie... To wy, moje dzieci???!!! - mama aż krzyknęła z wrażenia. Rozstałyśmy się przeszło dwa lata temu. Przez ten czas bardzo wyrosłam. Wyglądałam prawie jak dorosła dziewczyna. Zaraz za mną wszedł Andrzej. Mama bardzo się ucieszyła, że chociaż my wróciliśmy z wojny. Ale nie wiedziała, co się dzieje z resztą naszego rodzeństwa. Co z Tadeuszem, który na robotach był w sąsiedztwie u Niemca? Co z Józefem, Wackiem, Staśkiem i Genią? Nikt więcej z naszego rodzeństwa jeszcze się nie odzywał. Matka mieszkała u swojego brata i strasznie się zamartwiała o całą naszą rodzinę. Gdzie wszyscy są? Gdzie będziemy mieszkać, skoro straciliśmy dom? I co będzie dalej? Z czego będziemy żyć? W ten właśnie sposób wróciłam z wojny. Miałam wtedy dokładnie piętnaście lat, bo pod koniec lutego są moje urodziny. Wiedziałam, że teraz trzeba było myśleć o tym, jak odzyskać dom i gospodarstwo, które zabrali nam Niemcy. To zadanie czekało na mnie i na Andrzeja, bo matka była już częściowo sparaliżowana z powodu choroby i nie mogła już nigdzie sama chodzić. Ale najważniejsze było to, że dla mnie wojna już się skończyła. OD BIKINIARZY I BIGBITU DO... cz. 3 Z Edwardem Hulewiczem rozmawia Leszek Kunda Leszek Kunda: — Jesteś wielbicielem kultury antycznej. Odbyłeś podróż szlakiem Odyseusza. Zarówno Odyseusz - mityczny król Itaki jak i Orfeusz - wybitny tracki śpiewak i lutnista zstąpili do Hadesu i z niego powrócili do swego dotychczasowego życia. Hades, podobnie zresztą jak hebrajski Szeol, jest w kulturze starożytnej symbolem śmierci, ciemności i wszelkiego zwątpienia. Czy w ciągu tylu lat swojej kariery muzycznej miałeś taką chwilę totalnej ciemności, kompletnego zwątpienia? A może było to wówczas, gdy w latach 70. szukałeś innej - pozaartystycznej - formuły na swoje życie. Nagle przecież zniknąłeś na ponad rok, kończysz studium dla wychowawców pracujących w domach dziecka i zatrudniasz się w sierocińcu w Lęborku. Jednakże, w końcu, z powrotem wracasz do życia estradowego. Edward Hulewicz: — Kraje kolebki naszej cywilizacji, a więc Grecja, kalia to moje wyspy szczęśliwe. Każdy dłuższy wolny czas w pracy to wypad w tamte rejony. Także mój pobyt w Stanach Zjednoczonych nie był permanentny, jak to robili niektórzy moi koledzy. Artysta z Polski jest atrakcyjny tylko przez parę miesięcy. Potem następuje poklepywanie po plecach, frekwencja na występach maleje, a właściciel klubu zaczyna cię lekceważyć. Postanowiłem więc zastosować taki sposób na Amerykę, ic popracowałem tam przez parę miesięcy, zarobiłem odpowiednią sumę, po czym jechałem do moich wysp szczęśliwych, gdzie każdy kamień opowiada swoją historię, gdzie zabytki krzyczą o rozgrywających się tu ongiś dramatycznych wydarzeniach, gdzie każdy ślad, to odciski stóp antycznych herosów. Tak, jestem fanatykiem historii kultury antyku. Pytasz o okresy zwątpienia. Owszem były, bo zawód ten, to nie tylko marchewki od losu, ale też i kije. Ale jeśli były przerwy w wykonywaniu mojego zawodu, to nie z tego powodu. Będę zarozumiały, jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mówiąc nieskromnie, natura obdarzyła mnie kilkoma talentami, a więc nie tylko głosem, ale też jakimiś tam uzdolnieniami malarskimi, tanecznymi, poetyckimi. Nie trzymam się więc kurczowo jednej z tych dziedzin twórczości, bo po pierwsze kiedyś tam na górze trzeba będzie rozliczyć się z tego, jak je wykorzystałem, po wtóre szkoda by było każdej z nich, gdybym kosztem 162 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 2 uprawiania jednej, poświęcił inne. I tak wydaje mi się zbyt wiele poświęciłem śpiewaniu, choć na pewno śledzący pilnie moją drogę artystyczną zauważyli, że znikam co jakiś czas z pola widzenia publikatorów właśnie dlatego, że zatęskniłem, czy to za pisaniem, czy malowaniem.I w każdej z tych dziedzin sztuki mam jakieś osiągnięcia, każdą z nich traktuje jednakowo poważnie i z chwilą, kiedy której się poświęcam, oddaję się bez reszty. I tak w dziedzinie malarstwa nie zasiadłem, ot tak, po prostu za sztalugami i zacząłem malować, tylko na początku załatwiłem sobie możliwości chodzenia na wykłady i warsztaty jako wolny słuchacz do Akademii Sztuk Pięknych, żeby poznać podstawy malarstwa, popracować pod okiem fachowców, zmarnować kilkadziesiąt płócien, żeby poczuć się swobodnie w operowaniu pędzlem, poznać choćby w zarysie podstawy technik malarskich i historii sztuki. Pisanie. Właściwie zaraził mnie tym i odkrył we mnie jakieś zadatki na człowieka pióra mój późniejszy serdeczny przyjaciel, kiedyś przypadkowo poznany, młody, znakomity poeta, członek Związku Literatów Polskich, niestety zmarły przedwcześnie tragiczną śmier- cią. On mnie wprowadził w środowisko literackie, rozkochał w poezji, zaszczepił bakcyla poetyckiego, zaraził potrzebą pisania. Okres ten zaowocował w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku dwoma tomikami poezji: „Byłem ptakiem” i „To tylko”. Taniec. Pociąg do tańca odczuwałem zawsze, już w gimnazjum stworzyłem zespół baletowy i nie, jak to wtedy było w modzie, tańca ludowego, ale zespół tańca klasycznego. Sam pod okiem profesorki języka polskiego, wspaniałej humanistki, istnego człowieka renesansu o szerokich horyzontach, której wiele zawdzięczam, tworzyłem układy taneczne ilustrujące utwory poetyckie, które prezentowaliśmy potem na akademiach szkolnych. Później, i to wiele lat później, kiedy doskonaliłem swoje umiejętności estradowe, zrobiłem sobie długą przerwę w pracy, żeby chodzić na kursy baletu nowoczesnego, bo miałem Leszek Kunda 163 potrzebę udoskonalenia tych skromnych umiejętności, które posiadałem, ukierunkowania pod okiem fachowców ruchu scenicznego, umiejętności ilustrowania ruchem tanecznym wykonywanych utworów, wreszcie swobody bycia na estradzie. Ta niechęć do przywiązywania się do jednej z tych dziedzin była też kierowana potrzebą wielokierunkowego działania, odkrywania siebie, czy nowych obszarów tego działania. Miałem na przykład taki okres w życiu, w którym czułem potrzebę poświęcenia się istotom najbardziej potrzebującym opieki, pozbawionym miłości osób bliskich - dzieciom sierocym. Nieważne dla mnie stawało się wtedy śpiewanie, taniec, czy pisanie. Poświęciłem się wtedy temu i tylko temu. Wykroiłem sobie rok na studia w Studium Kształcenia Wychowawców Domów Dziecka i byłem przez jakiś czas wychowawcą. To było wspaniałe doświadczenie. Dziś chętnie i bardzo często daję charytatywne koncerty na rzecz dzieci potrzebujących pomocy, współpracuję z Fundacją „O Uśmiech Dziecka”, czy „Gwiazdy dzieciom”, byłem sponsorem jednego z Domów Dziecka w podwarszawskiej miejscowości, chodziłem na dyżury jako asystent wychowawcy. Tak więc odchodzę od śpiewania wtedy, kiedy czuję potrzebę działania w innych dziedzinach, czy to sztuki, czy życia, a wracam wtedy, kiedy albo zatęsknię do niego, albo też mam coś nowego w nim do powiedzenia, czy odkryłem nowych obszar muzyki do eksperymentowan ia. Wspominając o pasjach i talentach zapomniałeś o jednej z najwcześniejszych - teatrze. Kilku artystów z Twojego pokolenia, którzy wyszli w świat z Kwidzyna a mianowicie: Ty, późniejszy jazzman Włodzimierz Nahorny i filozof, poeta-au-tor piosenek Bogdan Chorążuk byliście w latach szkolnych mocno zaangażowani w amatorski ruch teatralny, który wówczas prężnie rozwijał się w Kwidzynie, znany był w terenie i wystawiał poważne pozycje dramatyczne. Istotnie, w dzieciństwie już były u mnie pierwsze oznaki zainteresowania sztuką. Na strychu urządziłem sobie teatr. Z poprutych worków uszyłem kurtynę. Gazety, na których wymalowałem prymitywne wyobrażenia natury, jakieś drzewa, płoty i krzaki, stanowiły dekorację. Nie pamiętam już dziś widowni, czy był to teatr jednego aktora i jednego widza, czy też przychodził ktoś na te moje popisy. Zapewne zwoływałem zaprzyjaźnione dzieciaki i coś tam przedstawiałem, bo nie sądzę, żebym robił to wszystko sobie a muzom. O repertuarze też nie pamiętam, czy był to teatr wyobraźni, wielkiej improwizacji, czy też wystarczyła mi sama atmosfera tego wyimaginowanego przybytku sztuki. Fakt, że taki teatr na strychu istniał i do dziś mam go przed oczami W czasach szkolnych, a nawet przez jakiś czas poszkolnych, czas wolny najczęściej spędzałem w Domu Kultury. To osobne i bardzo fascynujące zagadnienie. Udzielałem się tam w sekcjach estradowej i dramatycznej. Sekcja teatralna w amatorskiej działalności to dzisiaj zajęcie dla bardzo młodych ludzi, wtedy w ramach ukulturalnienia narodu, preferowano w tego rodzaju zespołach ludzi raczej, no powiedzmy dojrzałych. Doznałem więc swego rodzaju nobilitacji, bo w zespole tym udzielali się nauczyciele szkół średnich, inteligencja pracująca itd. W okresie szkolnym byłem wprawdzie smarkacz, a mimo to dostawałem znaczące role. Robiliśmy przedstawienia teatralne z wielkimi ambicjami, bo z repertuarem klasycznym, a to dramat Juliusza Słowackiego „Mazepa”, a to „Igraszki z diabłem” J. Drdy. 164 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 2 Wszystko to z rozmachem, z pełnymi dekoracjami i stylowymi kostiumami. Przedstawienie odbywało się oczywiście z wielką pompą, z udziałem miejscowych władz, z nagłośnieniem w miejscowej prasie i tzw. kołchoźnikach, o których będę jeszcze mówił. Spośród kolegów o znanych dzisiaj nazwiskach, którzy udzielali się wtedy w tej amatorskiej teatralnej działalności, pamiętam Włodka Nahornego. Dziś to znakomity multiin-strumentalista, kompozytor, aranżer, twórca muzyki teatralnej i filmowej, jazzman światowego formatu. Zresztą lista jego sukcesów i nagród jest przeogromna, bo i powodów po temu jest bez liku. Powszechnie znany m.in. jako kompozytor znakomitej piosenki „Jej portret”. Prywatnie, ogromnie sympatyczny, ciepły, uroczy gawędziarz. Także intensywnie działa tu Bogdan Chorążuk, artysta w pełnym tego słowa znaczeniu, jak niewielu innych, zasługujący na to miano. Artysta wszechstronny: poeta, malarz, filozof, autor tekstów piosenek, były: lekarz, aktor, dyrektor Estrady, właściciel fabryki wyrobów ceramicznych. Człowiek niebanalny i wyjątkowy, o niebywale bogatej przeszłości i takimże dorobku artystycznym w wielu dziedzinach sztuki. Magister filozofii, wydał osiem książek poetyckich, znaczące wystawy malarskie, wielkie hity w show biznesie (m.in. „Zegarmistrz światła”, „Muminki”, „Kubuś Puchatek”, piosenka wiodąca w serialu „Plebania”). Z obydwoma panami do dziś utrzymuję przyjazne stosunki, spotykamy się od czasu do czasu, piszemy do siebie, czy dzwonimy. Z Bogdanem natomiast najczęściej spotykamy się na różnych imprezach organizowanych przez ZASP, a czasami zaprasza mnie na koncerty Tadeusza Woźniaka, któremu obok wspomnianego „Zegarmistrza” napisał wiele poetyckich tekstów. Dom kultury w Kwidzynie. Sztuka „ Igraszki z diabłem ”, pierwszy z prawej Edward Hulewicz, jako radca piekieł Belial, fot. archiwum E. Hulewicza Leszek Kunda 165 Moje osobiste sukcesy na tym amatorskim polu dramatu w Kwidzyńskim Domu Kultury, prócz udziału we wspomnianych przedstawieniach, nie ograniczą się do tego, bowiem brałem udział w Wojewódzkim Konkursie Recytatorskim i po przejściu powiatowych eliminacji, wygrałem konkursie finałowy w Gdańsku. Te moje teatralne amatorskie eksperymenty będą miały potem w mojej najbliższej przyszłości poważniejsze konsekwencje, bo jako bardzo młody, niedojrzały całkowicie i zielony marzyciel o scenie, postanowiłem zdawać egzamin do popularnej łódzkiej filmówki. Matura była wielkim stresem, dziś chyba zresztą także jest dla każdego młodego człowieka. Jakoś ją zdałem. A do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi pojechałem niezbyt dobrze przygotowany, bo pojęcia nie miałem, jak się należało do tego zabrać. Bez jakiegokolwiek poparcia, protekcji, czy choćby rodzinnych koneksji, a to kierunek, na którym taka rzecz to podstawa. Ot, młody chłopak z małego miasteczka z pełną głową ideałów, w zderzeniu z brutalną rzeczywistością. Stanąłem w szranki obok dzieci aktorów, odpowiednio przygotowanych, ustosunkowanych, polecanych, spokrewnionych. Byłem wprawdzie obkuty zarówno w teorię, jak i teksty, ale to okazało się nie wystarczające. Przed salą egzaminacyjną tłumy elegancko ubranych młodych ludzi, seksowne pannice, wymakijażowane, pewne siebie, a ja... szkoda gadać. Zdałem - jak mi powiedziano, ale nie dostałem się - jak mi napisano - z braku miejsc. Na egzamin pojechałem namówiony przez kolegę z liceum, choć o swojej przyszłości miałem bardzo mgliste pojęcie. Ojciec widział mnie jako skrzypka-wirtuoza i pędził do szkoły muzycznej na lekcje skrzypiec i fortepianu. Ja natomiast w miejscowym Domu Kultury rozdarty jakby miedzy dwoma rodzajami sztuk - drę gębę i jeżdżę na koncerty z zespołem rockowym, intensywnie działając równocześnie w sekcji dramatycznej, która jak dziś widzę, miała bardzo duże ambicje, bo jak już wspomniałem, wystawiliśmy i to z sukcesami takie sztuki. Jednak jak przyszłość pokaże, los wybrał za mnie i nie żałuję. Dziś na co dzień z aktorami spotykam się, koleguję, przyjaźnię, czy to w ZASP-ie, czy w pracy na różnego rodzaju imprezach. Natomiast z matecznikiem, fabryką, czy kuźnią tego zawodu i jej kowalami, czyli ciałem pedagogicznym tej Akademii, które swego czasu decydowało o losie młodego i bezbronnego żółtodzioba, przekorny los, jakby dla zamknięcia tego koła wydarzeń, i czy ja wiem, zadrwienia, czy usatysfakcjonowania, wiele lat później zechce mnie zetknąć, choć już jako pełnoprawnego i zasiedziałego członka tego artystycznego światka. Jako członek Zarządu Sekcji Estrady Związku Artystów Scen Polskich otrzymałem zaproszenie do Akademii Teatralnej na wieczór poświęcony kolejnej aktorce z cyklu „Heroina polskiego kina”. I nie chodzi tu wcale o popularną używkę, a o gwiazdy naszej kinematografii. Wieczór ten poświęcony jest nie tylko gwieździe kina, ale pośrednio środowisku akademickiemu. Na scenę bowiem wchodzi młoda, zgrabna, urodziwa i jak się dowiadujemy nie tylko aktorka, ale od kilkudziesięciu lat szanowna pani profesor Akademii Teatralnej Dorota Kolak. I żeby tego nie było dość, to jest to pani doktor. Nie wiem jak to się określa, doktor sztuki? Jest akademicko nawet wokół mnie, bo siedzę obok prof. Zbigniewa Rymarza i popularnego aktora serialowego - też nauczyciela akademickiego w PWST Stanisława 166 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 2 Górki. Pani profesor jawi się nam jako osoba niezwykle inteligentna, elokwentna, barwnie i zajmująco opowiadająca o swoich sukcesach scenicznych, ekranowych i nauczycielskich. Sporo tego i imponująco. Po imprezie, kuluarowe rozmowy, wspominki... Dla mnie osobiście to spotkanie ma specjalny wydźwięk. Spotykam się bowiem z przedstawicielami, a nawet nauczycielami zawodu, którzy przez wiele lat szkolnych byli dla mnie obiektem podziwu, nieosiągalnego świata magii, a także strachu w momencie podjęcia decyzji o przystąpieniu do egzaminu na tę uczelnię. Zatrzymując się jeszcze przy Twoich młodzieńczych latach w Kwidzynie. Zanim zacząłeś śpiewać publicznie w szkole na akademiach, to ćwiczyłeś ze szkolnym kolegą Józkiem Kołakowskim, który miał w domu pianino. Ciekawostką jest, że zanim zdecydowałeś się bardziej skoncentrować na pasji śpiewania postanowiłeś niejako upewnić się co do swego talentu i w dniu 27 października 1960 r. wziąłeś udział w ogólnopolskim konkursie piosenkarskim Polskiego Radia pod nazwą „Mikrofon dla wszystkich”, który się odbył w Teatrze Buffo w Warszawie. W konkursie tym zająłeś drugie miejsce. Najpierw więc był solowy sukces krajowy, powrót do Kwidzyna w aureoli zwycięzcy a dopiero potem występy publiczne w Twoim pierwszym lokalnym zespole, tj. Jazz and Song. W sekcji estradowej Domu Kultury w Kwidzynie pracuję wtedy bardzo intensywnie. Jak to młodzi ludzie, waląc głośno w bębny, szarpiąc druty, aż do sprzężenia na gitarach i rycząc do mikrofonów, bo rozpoczyna się era rock and roiła. Ukazują się pierwsze piosenki Billego Haleya, i całe to big-bitowe szaleństwo. I tu znowu „ale”, bo koncerty w okolicznych wiochach i przyległych mieścinach, to nie jest to, o czym marzy młody roc-k’n’roll-owiec. Zresztą nasz repertuar nie całkiem jest po myśli nobliwego kierownictwa, są bezustanne nieporozumienia, kłótnie, wzajemne szykanowanie, jak choćby nagły brak sprzętu na próbie, a to magazyn zamknięty, a to człowieka odpowiedzialnego za to nie ma. Zdenerwowani tym stanem rzeczy przechodzimy na jakiś czas pod skrzydła Zarządu Powiatowego ZMW, co odbija się echem najpierw w miejscowej prasie, potem interwencją odpowiednich władz i skutkuje tym, że wracamy na stare śmiecie. Przez jakiś czas jest lepiej, jak to zwykle, a potem znów to samo. W międzyczasie pojawia się jakiś Wojewódzki Festiwal Zespołów Rozrywkowych, na którym zajmujemy pierwsze miejsce, wiele jakichś mało znaczących chałtur i jedyne co nas najbardziej satysfakcjonuje, to próby zamieniające się w koncerty, bo zawsze na nich jest pełna sala miejscowych naszych wielbicieli, reagujących jak na prawdziwych koncertach młodzieżowych. Z wielkim hukiem otwarto wreszcie przy teatrze kawiarnię. Zaangażowano orkiestrę, która grała na popołudniowych potańcówkach dla młodzieży i wieczorem na dancingach. Orkiestra zaproponowała mi śpiewanie z nimi. Postawiłem warunek, że nie za darmo, bo w końcu to już praca. Podpisałem nawet umowę, ale rozpoczęcie tej pracy jakoś odwlekało się, a to z powodu małej frekwencji, a więc oszczędzanie, a to z powodu zawistnego działania „konkurentów”, którzy też by się chcieli załapać na tę fuchę, w czym przodował szczególnie pewien instruktor organizacyjny Domu Kultury, niejaki M., mający więcej ambicji zostania piosenkarzem, niż talentu, słowem zanim doszło do mojego tam śpiewania, jakiś czas minął. Leszek Kunda 167 Tenże M. wiele mi napsuł nerwów, najczęściej psując aparaturę nagłaśniającą, abym nie mógł pracować, poza tym donosił do dyrektora na mnie jakieś niestworzone rzeczy, ten w to niestety wierzył. Raz, kiedy znów nie działała aparatura nagłaśniająca, a ktoś mi powiedział, że to robota M., wkurzyłem się, poszedłem do kierownika żeby coś z tym zrobił. Kierownik nie przejął się zbytnio tą sprawą, podziękowałem więc za współpracę, oświadczyłem, że zrywam umowę i wyszedłem trzaskając drzwiami. Rozżalony na cały Dom Kultury, podzwoniłem po innych sekcjach zawiadamiając ich, że też już do nich nie należę. Niezbyt to długo trwało, bo za parę dni kierownik był zmuszony zadzwonić do mnie i kajać się, bo Polskie Radio z Gdańska zapowiedziało się z wizytą, żeby nagrać coś o działalności DK w Kwidzynie. Istniał zaniedbywany i lekceważony zespół estradowy, który teraz okazał się ważny. Korciło mnie strasznie, żeby mu odmówić, ale szkoda mi było tej okazji nagrania po raz pierwszy coś dla Radia. Osobnym rozdziałem w moim życiu licealnym był Józek Kołakowski. Wydawał mi się wtedy rozpuszczonym kuzynem profesorki od „pedałów (to słowo nie miało wtedy dzisiejszej konotacji), bo tak nazywaliśmy Średnią Szkołę Pedagogiczną, który został w klasie na następny rok. Trafił w ten sposób do naszej klasy i zaczął w niej „rządzić”. W nowo otwartej kawiarni oprócz moich występów, usiłowaliśmy z Józkiem stworzyć jakiś kabaret, napisałem nawet scenariusz, zrobiliśmy z Józkiem konkurs na wykonawców. Wszystko to dobrze szło, ale kierownictwo Domu Kultury po przeczytaniu tekstów uznało je za zbyt śmiałe, zbyt ostro krytykujące władzę, słowem na tym się skończyło, że rozgoryczony wrzuciłem scenariusz do kosza i obraziłem się na cały świat. 168 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 2 Józek był człowiekiem ogromnie wrażliwym na muzykę wszelkiego rodzaju, a najchętniej grał muzykę rozrywkową, być może dlatego, że najczęściej go o tę prosiliśmy. Bezustannie namawiał mnie do śpiewania, co chwile wyłapywał z radia jakieś nowe przeboje i akompaniując mi na pianinie kazał mi je śpiewać. On zaszczepił we mnie miłość do śpiewu, bo ja dla siebie, o całkiem innej myślałem przyszłości. Najpierw chciałem być księdzem, potem aktorem, do szkoły muzycznej ojciec zapisał mnie na skrzypce a śpiewanie? Cóż to może być za przyszłość? Można sobie pośpiewać przy goleniu, no w najlepszym wypadku u cioci na herbatce. To były całkiem inne czasy. W szkolnym ruchu artystycznym przechodziłem różne etapy w angażowaniu się do pracy. Nasza polonistka prof. Sienkiewicz namówiła mnie najpierw do recytacji poezji, potem jakiegoś baletu, ilustrującego ballady Mickiewicza, aż wreszcie Józek namówił mnie do publicznego śpiewania. Miał w domu pianino, przez te nasze domowe koncerty poznał na tyle mój głos, że uznał autorytatywnie, że się nadaje i nadszedł oto czas do publicznego jego pokazania. Dołączyłem więc do grona występowiczów na akademiach, choć jak pamiętam niewiele tego było, bo organizatorzy tych imprez najwidoczniej nie podzielali entuzjazmu Józka. Do zespołu muzycznego w Domu Kultury dostałem się po moim pierwszym sukcesie ogólnokrajowym. Tak, ogólnokrajowym, bo zgłosiłem się do ogólnokrajowego konkursu piosenkarskiego organizowanego przez Polskie Radio po nazwą „Mikrofon dla wszystkich”. Pojechałem do Warszawy, zatrzymałem się u siostry, która mieszkała wtedy w Górze Kalwarii i wystąpiłem w Teatrze Buffo, bo tam się ten koncert odbył. Przedtem były eliminacje w studiu radiowym na Myśliwieckiej, gdzie później wielokrotnie będę nagrywał, a akompaniował mi początkujący wtedy Bogusław Klimczuk, później znakomity i sławny kompozytor, dyrektor orkiestry Polskiego Radia, mój serdeczny przyjaciel. Zaśpiewałem parę standardów jazzowych, wybrano „I can t give you”. Na koncercie, piosenkarzom towarzyszyła radiowa orkiestra Edwarda Czernego. Był to konkurs, więc i były noty. Zająłem drugie miejsce, po Murzynie, który już swoją fizjonomią i strojem (jego kostiumem była jedynie przepaska na biodrach z afrykańskich traw) stanowił niebywałą wtedy dla nas egzotykę, a do tego zaśpiewał jakąś folklorystyczną pieśń murzyńską z tańcem egzotycznym, minami i tego typu atrakcjami. Ja jedyny bisowałem (wiadomo jazzowy angielski standard), a konferansjerzy „Dwaj panowie w okularach”, jak siebie zawodowo tytułowali, a prywatnie Wacław Przybylski i Andrzej Rokita, przekrzykując owację powiedzieli: - Jeden przedstawiciel Wybrzeża, a reakcja, jakby sala wypełniona była samymi marynarzami. Do ciuchci jadącej do Góry Kalwarii nie szedłem, frunąłem na skrzydłach, z nosem w chmurach. W jakiś czas potem była transmisja na antenie radiowej, tak że uważałem się już za wielką gwiazdę. Zajrzałem potem kiedyś na próbę zespołu muzycznego w Domu Kultury z miną: „No, pokażcie, co wy umiecie”. Zespół zaproponował mi współpracę i odtąd jemu poświęciłem całe moje zainteresowanie artystyczne. Śpiewaliśmy standardy jazzowe i startując kilka razy w konkursach regionalnych zajmowaliśmy czołowe miejsca. To był przełomowy okres w mojej działalności i zainteresowaniach artystycznych, bo kierownik zespołu Bogdan Szelugowski zarówno często będzie się odtąd pojawiał w mojej biografii artystycznej, jak i też będzie wielokrotnie inspiratorem moich poczynań na tym Leszek Kunda 169 polu. Z czasem po wielu próbach, ćwiczeniach nad repertuarem, składem zespołu, tworzymy kapelę z prawdziwego zdarzenia nazywając ją Jazz and Song. Powróćmy do punktu w naszej podróży, w którym zatrzymaliśmy się na kwidzyńskie retrospekcje. W tychże latach 70. podjąłeś także wielkie wyzwanie, koncertując z orkiestrami Polskiego Radia i Telewizji Bogusława Klimczuka w Warszawie i Jerzego Miliana w Katowicach oraz symfonicznymi Filharmonii Olsztyńskiej i Filharmonii Rzeszowskiej. Śpiewać, mając takie zaplecze instrumentalne za sobą, to już nie tylko przyjemność, to rozkosz, o czym marzy każdy ambitny wokalista. A jeśli już jest to orkiestra symfoniczna to otwiera się niebo. Miałem przyjemność i zaszczyt śpiewać przy ich akompaniamencie, nagrywać z nimi piosenki, a z orkiestrami symfonicznymi występować na wspólnych koncertach z najwybitniejszymi polskimi śpiewakami. Dawniej do nagrań używało się wyłącznie żywe instrumenty, a nie tak jak w większości teraz jakieś elektroniczne substytuty. Orkiestra Bogusława Klimczuka była wtedy etatową orkiestrą Radia i Telewizji w Warszawie, tak więc jak wspomniałem nagrywałem z nią utwory dla Radia i Telewizji, a także koncertowałem podczas zagranicznych wojaży po krajach tzw. demoludów, w ZSRR, a nawet w Mongolii. O jednym takim tournee wspomnę, tym bardziej że łączy się on z ciekawym wydarzeniem. Trasa po krainach azjatyckich, jak zwykle paromiesięczna, przebiegała dość 170 Od bikiniarzy i bigbitu do... cz. 2 sprawnie, oczywiście jak na możliwości rosyjskiej machiny organizacyjnej. Drugą część tournee mieliśmy odbyć w zaprzyjaźnionej Mongolii - wszystkie kraje obozu socjalistycznego, to oczywiście przyjaciele. Tak więc na lotnisku w Irkucku siedzimy parę godzin, bo są jakieś trudności z załadowaniem naszego sprzętu. Sprzętu mieliśmy wyjątkowo dużo, bo to duży big band, a więc masę instrumentów, sprzętu nagłośnieniowego, naszych strojów i kostiumów. Wreszcie postanowiono, że na ten cel wyekspediują dwa samoloty, w jednym my, a w drugim sprzęt. Co bardziej zapobiegliwi, znając tutejsze realia, wzięli swoje instrumenty ze sobą i to, choć w pewnym stopniu nas uratowało. Jak się należy domyśleć, drugi samolot nie doleciał, jakaś awaria, czy coś, krótko mówiąc nadchodzi dzień koncertu w Ułan Bator stolicy Mongolii w sali Teatru Wielkiego z udziałem całego rządu i korpusu dyplomatycznego, a my jesteśmy w krótkich spodenkach i klapkach na nogach. Mimo interwencji najwyższych czynników, technika, a właściwie jej zawodność okazała się silniejsza i postanawiamy za zgodą oczywiście tychże „najwyższych czynników” wystąpić tak jak stoimy. Trudno było powstrzymać śmiech, kiedy na widowni suknie balowe pań i smokingi panów, a na scenie hipisi. Dzisiaj pewnie byłoby to rzeczą normalną, ale wtedy... Inna scenka, krańcowo różna. Leningrad ze swoją wspaniałą, doskonale zachowaną przedrewolucyjną architekturą, z prawdziwą perłą „Zimnym Dworcom” a w nim Ermitaż, w którym spędzam chyba z tydzień. Łażę tu od rana do wieczornego koncertu, ale udało mi się zobaczyć zaledwie część zbiorów. Cudowne, wielkie i komfortowe sale koncertowe w niemniej zabytkowo wyposażonych „dwarcach kultury”. Inne miasto, Akademgorodok, zbudowane i przeznaczone wyłącznie dla uczonych różnych specjalizacji, którzy tu mieszkają, pracują i mają pomnażać sławę Sowietskowo So-juza. Przeważnie to ludzie związani z dziedziną podboju kosmosu. Miałem przyjemność poznać tych ludzi, dla nich śpiewać, rozmawiać z nimi. Normalni, europejscy ludzie. Na koncertach miałem opracowany taki greps, który przysparzał mi sympatię tubylców. W każdej nowej republice zasięgnąłem języka u hotelowych uborszczyc, jak brzmią takie podstawowe wyrażenia w miejscowym języku, jak „dzień dobry”, „miło mi spotkać się z wami”, „witam was”, czy „jak się czujecie?”. Wykuwałem na pamięć te najczęściej dla mnie łamańce językowe, a potem dukałem je specjalnie nieporadnie po wyjściu na scenę. Reakcja wiadoma. Dla odmiany przy PRiTV w Katowicach działała w tym czasie znakomita orkiestra pod batutą niemniej znakomitego dyrygenta Jerzego Miliana, który po odejściu z Poznania tu właśnie osiadł, podjął współpracę z miejscową rozgłośnią i założył orkiestrę. I z nią właśnie przyszło mi śpiewać na koncertach, co robiłem z prawdziwą przyjemnością i satysfakcją. Wśród wykonawców koncertów m.in. Koterbska, Łazuka, Bychowski, koncert prowadzi znakomity, nieżyjący dziś Janusz Budzyński. Ja z Bychowskim pracujemy jeszcze potem w katowickim Variete, więc żeby zdążyć na ten wieczorny występ, jeżdżę z nim, jego daczią, starym gruchotem, psującym się bez przerwy, co w konsekwencji powoduje to, że wiecznie się spóźniamy, a dowcipny zespół nazywa nas „Grupą pościgową”. To spotkanie z Milianem zaowocuje później kilkoma sesjami nagrań z jego orkiestrą, co szczególnie sobie cenię, bo w efekcie powstało kilka naprawdę wartościowych nagrań, jak choćby jeden z najbardziej wartościowych utworów w moim repertuarze „Zgubiłem Leszek Kunda 171 się po drodze” (muzyka: Edmund Berg do pięknego wiersza Zbigniewa Staweckiego), czy kompozycja samego maestro Miliana, piękna bossa nova „Oj nie idzie to życie”. Jak już wspominaliśmy, po maturze chciałeś zostać aktorem ale nie dostałeś się do łódzkiej filmówki. Po wielu latach, w 1977 roku przychodzi okazja posmakowania planu filmowego. W scenie finałowej filmu Feliksa Falka, zawsze świetny w rolach naturszczyka Jerzy Stuhr - tytułowy „Wodzirej” - brawurowo Ciebie zapowiada, a Ty potrząsając plerezą robisz hop na scenę i grając samego siebie śpiewasz lejtmotyw filmu „Ritm Carnaval”. Jak oceniasz to, właściwie epizodyczne, doświadczenie które stało się Twoim udziałem po przeszło 20 latach od młodzieńczych planów zawodowych? Rzecz o angażu do filmu to o jedno więcej z dos'wiadczeń w mojej pracy artystycznej. Zaczęło się bardzo obiecująco. Zadzwoniła do mnie Wytwórnia Filmów Fabularnych z propozycją wystąpienia w filmie. Ma być to niewielka rólka: gwiazda showbiznesu, występuje na jakimś wielkim balu, śpiewa piosenkę, będącą aktualnym szlagierem i to wszystko. Piosenkę tę napisali zresztą wybitni twórcy, bo Jan Kanty Pawluśkiewicz i Jonasz Kofta. Czyż potrzebne tu są jakieś rekomendacje? Scenariusz? Po co Panu scenariusz. Rola ogranicza się wyłącznie do Pańskich produkcji muzycznych, nie ma to nic wspólnego z akcją filmu, po prostu będzie Pan takim - przepraszam za wyrażenie, elementem przyciągającym potencjalnych widzów. Jeszcze parę komplementów o mojej atrakcyjności, popularności i dałem się namówić. Wszystko odbyło się w jakimś koszmarnym tempie, bo w ciągu jednego dnia, a właściwie nocy, zmuszony byłem opanować cały materiał, późną nocą go nagrać, żeby rano już być na planie. Kręcono w Krakowie, w jakimś hotelu, gdzie według scenariusza odbywał się ten bal. Miałem do dyspozycji wspaniały apartament, z którego niewiele korzystałem, bo noc spędziłem w studiu, nagrywając tę pieśń, a skoro świt trzeba już było być na planie. Przysłowiowe czekanie w czasie kręcenia filmu, to udręka wszystkich aktorów, a zatrudnionych do epizodów w szczególności. Trzeba być w gotowości przez cały dzień w tropikalnym od potężnych reflektorów klimacie planu, w pełnej charakteryzacji, która bardzo szybko przemieniała się w nieokreślonej barwy breję na twarzy. Pracowici charakteryzatorzy co chwilę starają się to naprawić, dodając kolejną warstwę mazideł i pudru na twarz, w efekcie czego ta twarz traci wkrótce cechy charakterystyczne właściciela, a coraz bardziej przypomina oblicze cyrkowego klauna. Któraś już z kolei kawa i dziesiątki papierosów (wtedy jeszcze paliłem), zaczynają powodować lekką drżączkę, niczego już się nie chce, jak tylko iść stąd wreszcie i mieć w nosie ten kosmiczny bałagan. To czekanie urozmaica jakaś absurdalna aura tego aktu twórczego, gdzie to latają w powietrzu muzy, przywoływane geniuszem talentu aktorów, a przepłaszane z kąta w kąt wrzaskami reżysera, oświetleniowców, kierownika produkcji, rekwizytora i całego szeregu pomniejszych speców od tej sztuki. Gdzieś pod wieczór przyszedł jednak na mnie czas. Główny bohater, tu grany przez Jerzego Stuhra, zapowiada mnie jako główną gwiazdę wieczoru na tym balu. Premiera filmu w kinach odbyła się z poślizgiem paru lat, jako że film ten okazał się dla władz „niebezpiecznym”, stając się automatycznie tzw. "półkownikiem”, czyli dziełem odłożonym do leżakowania na półce. Dziś jest filmem kultowym. Dziękuję za rozmowę. Sylwetki Stanisława Wojciechowska-Soja Jak LUDWIK ZAMENHOF odmienił jej życie Helena Biskup przy pomniku Zamenhofa w Parku Świata Stanisława Wojciechowska-Soja 173 Nie jest bohaterką łzawej tragedii ani dramatu bez szczęśliwego zakończenia. Jej życie ma wszystkie barwy jesieni, a te najpiękniejsze pojawiły się w tzw. trzecim wieku, kiedy już przestała liczyć na cud. Za nią był czas zasiewu, czas dojrzewania i owocobrania. Jak u Koheleta, choć to nie była ,,marność nad marnościami”. Ona ciągnęła po wertepach życia za sobą długi cień w kolorze sepii. Czasem falował jak domino, a czasem odradzał się jak Feniks. Dziś jest utrudzoną i radosną wędrowniczką. To Helena Biskup, wcześniej mieszkanka Żuław, a obecnie Powiśla. PROLOG Pochodzi z wielodzietnej rodziny. Jej rodzice to repatrianci ze Wołynia, którzy z niewielkim dobytkiem tuż po wojnie dotarli do Malborka. Zamieszkali w małym poniemieckim domku przy mocno odgałęzionej uliczce od centrum Malborka. Początkowo żyli jak wszyscy w tym czasie. Rodzice ciężko pracowali na roli, by utrzymać gromadkę dzieci, którymi los ich hojnie darzył. Wielka bieda nastała, kiedy ojciec stracił nogę. Mała Helenka na chwilę trafiła do cioci na Śląsku, siostry taty. — Był to radosny czas. Tam zawsze był chłeb na stole. Bardzo zżyłam się z moimi starszymi kuzynkami — mówi. Wróciła do Malborka. Chciała zmienić swoje życie. Zawsze ciągnęło ją do nauki. W niej widziała możliwość odmiany swego losu. — Bardzo chciałam być nauczycielką. Szczytem moich marzeń było dostanie się do łiceum pedagogicznego. 1 tak stało się. Po latach nauki trafiłam do Miłoradza. Od razu pokochałam to miejsce. Byłam pełna entuzjazmu dla misji pedagoga — wspomina. Z tego okresu datuje się jej znajomość z Haliną Wierzbicką, późniejszą wychowawczynią Domu Dziecka „Na Skarpie” w Malborku. — Rozpoczęłam pracę nauczyciełki w Pogorzałej Wsi. W latach 1974—76po reorganizacji w oświacie przeniesiono mnie do Miłoradza. Uczyłam tam prawie wszystkiego, najpierw języka rosyjskiego, a potem historii, z której zrobiła magisterium na Uniwersytecie Gdańskim. Już wcześniej polubiłyśmy się, czego dowodem jest fakt, że zaprosiła mnie na swój ślub i wesele z Jankiem. Wspólnie spędzaliśmy zabawy sylwestrowe. Potem na świecie kolejno pojawili się im synowie: Jacek i Radek. Bardzo dbała o ich edukację. Obecnie Jacek jest bankowcem, a Radek — doktorem habilitowanym na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jak pamiętam, zawsze starannie i czyściutko utrzymywała mieszkanie. Można powiedzieć, że była i jest,,perfekcyjną panią domu". Odwiedzałam ją we wszystkich jej mieszkaniach, a było ich kilka. W szkole uczniowie ją uwielbiali, bo miała wesołe usposobienie. Była też doskonałą nauczycielką. Spod jej reki wyszło wielu laureatów konkursów i olimpiad. Sama też była wielokrotnie nagradzana przez władze oświatowe. Ten czas spędzony w Miłoradzu upływał jej spokojnie i pracowicie. Z Jankiem tworzyli w moich oczach przez wiele lat dobrą parę. Nic nie zapowiadało w tym związku trzęsienia ziemi. Aż nadeszła choroba — opowiada koleżanka. EFEKT DOMINA W 1997 r. jej uładzone życie legło w gruzach. Diagnoza lekarska nie pozostawiała złudzeń: nowotwór. Poczuła wtedy twardą, choć zbawczą rękę Eskulapa. Może dlatego lubi 174 Jak Ludwik Zamenhof odmienił jej życie oglądać seriale medyczne? - Ale najgorsze były bezsenne noce spędzone w szpitalach i przerażająca samotność. Opuścili mnie najbliżsi. Nie wspierali mnie w terapii. Byłam dla nich osobą zadżumioną. Nie chcialam żyć. Szkoda, że mój wybawca lekarz, nie przepisał mi recepty na dalsze życie — mówi z trudem. Jej dom stał się roztrzaskanym gniazdem, z którego chłopcy na dobre wyfrunęli. Z każdego kąta zionęła żałość. Z mężem milczeli jak kamienie lub ciskali w siebie dotkliwymi epitetami. Musiała zmierzyć się z własnym wstydem (co ludzie powiedzą?) i szukać odwagi, by nie pozwolić na deptanie resztek godności. W 2005 r. odeszła od męża. Trzykrotnie zmieniała swój adres. — Najtrudniej było w ,, Agape”, w niedalekim Nowym Stawie, gdy spałam pod jednym dachem z samotnymi matkami. Dochodził do mnie nocą płacz ich nieszczęśliwych dzieci. Na dodatek musiałam sama jeździć do Gdańska na chemię i radioterapię, bo zaczęły pojawiać się przerzuty. Ale tu przynajmniej miałam opiekę medyczną — wyznaje. Dwa pozostałe adresy to wynajmowane mieszkania w Malborku. Jedno z widokiem na grającą fontannę i zamek, a drugie na ósmym piętrze, na panoramę miasta z parkiem i Nogatem w tle. Ale nie cieszyły jej te obrazy, bo serce trawiła rozpacz, a ciało ból. Wszystko posypało się jak domino. Rozwód uzyskała w 2006 r. Niełatwo. PRZEBUDZENIE Wszystkie te przeżycia sprawiły, że pogubiła się w życiu. Unikała ludzi, nikomu nie ufała. Popadła w odrętwienie. Tak trwało do 2009 roku. Nieoczekiwanie otrzymała ciekawą propozycję. Stanisława Wojciechowska-Soja 175 — Przyszła do mnie koleżanka, z którą chodziłam do szkoły podstawowej z monodramem o Ludwiku Zamenhofie. — wspomina. — Wyjaśniła mi, że tego roku przypadała 150 rocznica jego urodzin w Białymstoku, gdzie miał odbyć się Światowy Kongres Esperanto. Potem uczestnicy tej uroczystości miełi przyjechać do Malborka, gdzie prężnie działali wówczas miejscowi esperantyści z Edwardem Kozyrą na czele. Jego zadaniem było poszukać wykonawcy tego monodramu i on zwrócił się do tej koleżanki, a ta do mnie. Dała mi trzy dni na odpowiedź. Kiedy wieczorem pochyliłam się nad maszynopisem nieznanego mi autora, Włocha Maria Migliucciego, przetłumaczonego z języka esperanto na język polski przez redaktora z Warszawy, Romana Dobrzyńskiego, szamotały mną sprzeczne emocje. Przewracałam kartki jedną po drugiej. Policzki miałam pełne ognia. Zaczęłam popadać w popłoch. Tyle w tym monodramie dla mnie było nowych rzeczy. Niewiele wiedziałam o Zamenhofie. Gubiłam się w określeniu narratora. Tekst wydał mi się ciekawy, ale trudny i długi. Ponad 15 stron. Pytałam siebie, czy dam radę nauczyć się tego na pamięć? A może to dla mnie jakiś dobry znak? Nazajutrz pobiegłam do biblioteki i szukałam wiedzy o Zamenhofie. Dowiedziałam się, że był wielkim człowiekiem, znanym na całym świecie jako twórca międzynarodowego języka, nazwanym później esperanto od jego pseudonimu, którym posługiwał się: Doktor Esperanto, czyli niosący nadzieję. Nadzieję na pojednanie zwaśnionej ludzkości od czasów Wieży Babel. Resztę wyczytałam z monodramu. Zafascynowałam się Zamenhofem, z wykształcenia lekarzem okulistą, który okazał się lekarzem mojej duszy. Kilkakrotnie odwiedziłam malborski Park Świata, który znajdował się w pobliżu mojego wówczas domu. Byłam zdumiona, że ma tylu zwolenników na całym świecie, także wielu laureatów Nagrody Nobla. Wstąpił we mnie nowy duch. Zadzwoniłam do koleżanki po trzech dniach, że podejmuję się nowego wyzwania. Powiedziałam: — „Biorę ten tekst”. A ona na to: — „Wiedziałam”. ESPERANTYŚCI O JĘZYKU ESPERANTO — To nie tylko piękny i melodyjny język, ale piękna idea promująca przyjaźń, tolerancję między narodami bez względu na opcje polityczne , inną religię, czy orientacje seksualne, aprobująca różnorodność kulturową i pomoc w nawiązywaniu znajomości ludzi mieszkających w innych krajach — ocenia Jadwiga Wasiuk z Pelplina, wcześniej aktywna działaczka ruchu esperanckiego. — Ten język jest dla mnie sposobem na życie. Pracuję w bibliotece ze zbiorami esperanckimi „Esperanto-Libraro” w Centrum im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku i każdego dnia przeżywam fascynacje z tym związane — zapewnia Elżbieta Karczewska, była przewodnicząca Białostockiego Towarzystwa Esperantystów. — Język ten, to głębokie humanistyczne wartości. Jest marzeniem o lepszym, pokojowym, sprawiedliwym, pełnym szacunku dla ludzi świecie, wspaniała sieć społeczna! — dodaje Ewa Tracz z Wrocławia, aktywnie działająca w ruchu esperanckim od 2013 r. — Esperanto jest dla mnie czymś fajnym i miłym, co spotkało mnie w ostatnim 40—leciu mojego życia. Interesuję się tym fenomenem, tym zjawiskiem. Wszystko, co w tym okresie przeżyłem, jest i było związane z językiem esperanto. Żałuję, że wcześniej nie poświęciłem się temu językowi, bo stało się to dopiero po zakończeniu studiów i założeniu rodziny — mówi Stanisław Mandrak z Gliwic, były przewodniczący Polskiego Związku Esperantystów. 176 Jak Ludwik Zamenhof odmienił jej życie —Jest to jeden z 5 języków obcych, którymi potrafię się posługiwać. Francuskiego i rosyjskiego uczyłem się po 12 lat, lecz najlepiej mówię po hiszpańsku; używam też portugalskiego i niemieckiego. Radzę sobie z angielskim w wersji „podróżnej ”. Słowem, mam świadomość, co to znaczy znać język. Toteż gdy ktoś się chwali, że zna perfektjęzyk obcy (dziś angielski), to odbieram ten pogląd z milczącym politowaniem. Ludwik Zamenhof, który był poliglotą, na pytanie ile zna języków odpowiadał: rosyjski, polski i niemiecki. Ja ośmielam się oświadczyć, że znam tylko polski i esperanto. Polski znam jako język ojczysty, w którym zostałem wykształcony, i który praktykowałem zawodowo jako dziennikarz. Natomiast esperanto naprawdę znam, gdyż jest to język znormalizowany i z tego powodu możliwy do pełnego opanowania. Każdy tekst po esperancku piszę z pełną świadomością, że jest poprawny. Druga wartość esperanta polega na tym, że rozmawiam w tym języku bez kompleksu, z poczuciem równości, niezależnie, czy moim rozmówcą jest Anglik, Francuz, czy Chińczyk, i nie młynkuję ramionami. Powiedział mi kiedyś profesor Uniwersytetu Londyńskiego: kiedy rozmawiam z cudzoziemcem po angielsku, to mnie bolą uszy a jego ręce— oświadcza Roman Dobrzyński, polski dziennikarz i esperantysta, honorowy członek Światowego Związku Esperantystów od 2005 roku — Esperanto jest sposobem na ciekawe życie. Właśnie skończyłam w ubiegłym, miesiącu 80 lat, a żyję tak, jakbym miała o połowę mniej — przekonuje Halina Komar, z Nowego Sącza, wieloletnia przewodnicząca Polskiego Związku Esperantystów — Interesuje mnie tak wiele tematów, miejsc, ludzi, że obawiam sie tylko jednego — zbyt małe zostały zakreślone granice ludzkiego żywota i nie zdążymy wszystkiego zobaczyć i przeżyć... Esperanto otworzyło mi świat w stopniu ongiś niewyobrażalnym — swobodne poznawanie ludzi z różnych stron świata, egalitaryzm, który pozwala na koleżeństwo z wybitnymi postaciami ze świata nauki i kultury, uczucie przyjaźni do tak wielu osób z zupełnie innych kultur. Mogę się dogadać z każdym, nie jest potrzebna mi nauka dziesiątków różnych języków! PREMIERA — Zabrałam się do przyswajania tekstu. Moja ,,koleżanka od monodramu”, udzielała mi wskazówek reżyserskich. Udało się nam pozyskać wykonawcę do tła muzycznego, bo znani nam możliwi wykonawcy pojechali na urlopy. Był nim Polak, Wacek Król, który na wakacje do Malborka przyleciał z Australii. Kiedyś był nauczycielem w szkole muzycznej. Pięknie grał na akordeonie. I naszedł mój dzień —prapremiera sztuki dla miłośników esperanta, ale po polsku. Miałam ściśnięte gardło, serce nieznośnie rozdygotane i nogi z waty. Bardzo bałam się, że pomylę tekst lub zapomnę niektórych jego fragmentów. Jednak szybko pozbyłam się tremy, gdy ujrzałam zasłuchane twarze i wpatrzone we mnie oczy. Cisza wśród zebranych wzmacniała mój głos. I w końcu ulga — ostatnie akordy muzyki. Sala zareagowała na mój występ z życzliwością i zainteresowaniem. Były kuńaty i gorące brawa. Podchodzili do mnie nieznani ludzie i składali mi gratulacje. Miło było. Po mnie wystąpił autor sztuki, Mario. To był nasz wspólny wielki dzień. I Zamenhofa — wspomina Helena. - Ten monodram o Ludwiku Zamenhofie okazał się być wspaniałym wytrychem do serc młodych i starych. Pamiętam jej pierwszy występ w Białymstoku w Centrum im. Ludwika Zamenhofa. Stolik, zdjęcie Ludwika i moment niepewności co do intencji aktorki, kiedy na Stanisława Wojciechowska-Soja 177 zakończenie monodramu pochyliła się, wzięła z koszyczka kamyk i położyła go przed portretem. Pubłiczność podchwyciła pomysł i widzowie podchodziłi kołejno, aby zrobić to samo. Hełenka też prezentowała postać Zamenhofa w VII LO o profilu artystycznym w Białymstoku. Młodzież jest kapryśna i miałam wrażenie, że Hełenka jest zdenerwowana. Nauczyć się godzinnego tekstu na pamięć to sztuka, której jej szczerze zazdroszczę. Siedziałam cełowo w ostatnim rzędzie i obserwowałam ich reakcje. Hełence udało się utrzymać uwagę młodzieży przez całą godzinę! — podziwia Elżbieta Karczewska. — Byłam pod wiełkim wrażeniem jej występu podwójnie. Nie znałam wcześniej tekstu Włocha, który mnie zafascynował, a poza tym — sposobem jego przedstawienia przez Hełenę. Była tak zaangażowana emocjonałnie, tak pięknie, jasno interpretowała tekst, że wszyscy słuchali z zainteresowaniem. Dodać należy, że jej słuchaczami byli pensjonariusze Domu Pomocy Społecznej w Damaszce koło Pelplina — podkreśla Jadwiga Wasiuk. — Występ Helenki to wielkie przeżycie nie tylko dla mnie. Wiem, że nie jest profesjonalną aktorką, ale to, co robi dla promocji języka, jest wspaniałe. Ponieważ widziałem ten występ 7—8 razy, to Hełenka zawsze mnie dopytuje, czy to mnie już nie nudzi. Za każdym razem odnajduję coś ciekawego. Oprawa i towarzyszący temu łudzie, wnoszą nowe niepowtarzałne wrażenia — uważa Stanisław Mandrak. JAK FENIKS Z POPIOŁÓW Helenę Biskup zaczęto zapraszać na różne spotkania związane z Zamenhofem. Glejtem do udziału w nich był spektakl Maria Migliucciego. - Myśłałam, że moja przygoda z tym monodramem zakończy się w Malborku. Jeszcze tego samego roku byłam w Poznaniu, gdzie podczas Arcones, czyli Międzynarodowych Spotkaniach Esp er anty stów, odegrałam swoją rołę bez scenografii, muzyki. Mimo to posypały się propozycje wyjazdów. I tak trafiłam do Gdyni, Wągrowca i Nowego Sącza. Tam poznałam Halinę Komar i od razu polubiłyśmy się. W przyszłości jeszcze kilka razy spotkamy się, bo dzięki moim scenicznym wędrówkom nawiązałam wiełe trwałych przyjaźni. W 2010 r. byłam powtórnie w Wągrowcu, gdzie dowiedziałam się, iż mieszkańcy gremiałnie uczęszczali na kurs esperanta. Byłam też w Sopocie, gdzie po raz pierwszy dostałam honorarium. Nie były to duże pieniądze, ale cieszyły. Wystąpiłam dla studentów Trzeciego Wieku, głównie po to, by pokazać na moim przykładzie, że jesień życia może zaskoczyć ciekawymi wyzwaniami. Niezapomnianych wzruszeń dostarczył mi występ w Damaszce, wsi kociewskiej, dla mieszkańców Domu Pomocy Społecznej, często psychicznie chorych i niepełnosprawnych. Obawiałam się, że ten tekst może do nich nie dotrzeć. Z mieszanymi uczuciami przyjęłam zaproszenie do tego miejsca, ale nie mogłam odmówić, bo wiedziałam, że najbliżsi ich opuścili i los z nich mocno zakpił. Okazało się, że mój występ był dla nich świętem. Widziałam łzy w ich oczach. Dziękowali mi bardzo spontanicznie. Myśłałam, że mnie zgniotą swoją wdzięcznością. Jeden z pensjonariuszy powiedział: „ Szkoda, że pan doktor nie żyje. Może moje oczy by wyleczył?”. O tym występie dowiedziała się Jadwiga Wasiuk i mnie zaprosiła do pobliskiego Pelplina. W Pelplinie usłyszał mnie Stanisław Mandrak i zaproponował mi pokaz w Gliwicach, gdzie mieszka. W międzyczasie byłam w Berlinie z miłośnikami esperanta, gdzie poznałam Teresę Pomorską i dzięki niej zagrałam we Wrocławiu. I tak, nie należąc do żadnej agencji menadżerskiej, miałam 178 Jak Ludwik Zamenhof odmienił jej życie kalendarz spektakli harmonijnie ułożony i dość pokaźny. To był wynik sprawdzonej metody przekazu ustnego jednych drugim o istnieniu tego przedstawienia. Czasem odbywało się to drogą listowną. W 2012 roku otrzymałam list od pani z Olsztyna, która słyszała mnie w Nowym Sączu, a w Olsztynie spotkałam Elżbietę Karczewską z Białegostoku i miałam zaszczyt wystąpić w mieście urodzenia Zamenhofa — mówi Helena Udało jej się rozwiązać problemy techniczne w ten sposób, że zapraszający zobowiązani byli do przygotowania elementów scenografii (portret Zamenhofa, świece, kamyczki) oraz przygotować fragmenty muzyczne przez kogoś ze środowiska. Zdarzali się pianiści, skrzypkowie i akordeoniści. To wszystko wcześniej uzgadniała telefonicznie. I zadziałało! - Jeśli spotykałam się z miłośnikami esperanta, to nie otrzymywałam żadnego honorarium, ale miałam opłacony nocleg i wyżywienie oraz zwrot kosztów podróży. Nie zarabiałam nic na tym i nie traciłam, a zyskiwałam wiele satysfakcji i bezcennych przeżyć. Zawiązałam kilka ważnych przyjaźni, na przykład z Elżbietą Karczewską z Białegostoku. Moje życie uległo wielkiej dynamice. Bywałam ciągle w rozjazdach. Oczywiście, najczęściej z monodramem. Dochodziły nowe miejsca: Warszawa, Szczawno Zdrój, Wołów, Toruń, Duszniki Zdrój, Mielno. Niektóre powtarzały się. Występowałam też w swoim regionie: w Sopocie, Gdyni, Sztumie, Malborku, Tczewie, Starogardzie Gdańskim. Jako sympatyk esperanta odbyłam podróże na Sycylię, Litwę, Łotwę, Słowację, Ukrainę. Byłam we Francji i w Gruzji. Tak jest do obecnego roku — 2017. Jak łos pozwoli, to 1 grudnia wystąpię z tym monodramem po raz pięćdziesiąty! I to w Roku Zamenhofa ogłoszonym przez UNICEF z okazji 100 rocznicy śmierci patrona — cieszy się Helena. Helena na scenie odżywa. Przypomina Feniksa, który odrodził się z popiołów. Rak zmusił ją do zastanowienia się nad sensem istnienia. Zrozumiała, że paradoksalnie stał się jej sprzymierzeńcem. Pomógł jej dokonać najważniejszego wyboru w życiu. — Umarła kobieta samotna, przyklejona do rodziny, zagubiona wewnętrznie i bezradna. Na jej miejsce pojawiła się istota silna, z głową pełną marzeń. Dała radę zmienić swój los. Sama — mówi z triumfem w głosie. HELENA W KRĘGU ESPERANTYSTÓW - Rok 2012 był dla mnie wyjątkowy. Straciłam moją mamę, ale też poznałam kogoś absolutnie nietypowego. W naszym esperanckim środowisku wszyscy na nią mówią zdrobniale — Helenka. Nie trzeba wymieniać nazwiska, aby było wiadomo, o kogo chodzi. Nie spotkałam ani jednej osoby, która by powiedziała o niej coś niemiłego. Helenka jest jak plasterek na rankę. Zawsze uśmiechnięta i skora do pomocy, niestrudzona w trakcie wypraw, ciekawa świata. Helenka jest uczynna i zawsze gotowa do włączenia się do pracy organizatorów, co w działaniach społecznych jest nie do przecenienia. Obserwowałam jej „obywatelskie zaangażowanie” i wielokrotnie sama z niego korzystałam. Nie widać w niej potrzeby błyszczenia. Owszem jest gadatliwa podobnie jak ja, ale jej cudne powiedzonka i parafrazowane przysłowia wywołują uśmiech w każdym środowisku. Należy do ludzi, którzy chętniej dają niż biorą. Wzruszają mnie jej oryginalne prezenciki, które dostaję przy każdym spotkaniu. W trakcie roku kilkakrotnie wyjeżdżam za granicę na imprezy esperanckie. W Gruzji obiecałam Helence, że tylko od niej będzie zależało, czy pojedziemy gdzieś razem. Na Światowych Kongresach ciekawią Stanisława Wojciechowska-Soja 179 nas różne pozycje programu. Ja biegam na wykłady letniego uniwersytetu - ona na spektakle teatralne, ale zawsze spotykamy się w nocy w tym samym hotelu, często w tym samym pokoju. W Armenii jej znajomość języka rosyjskiego i uśmiechnięta buzia przełamywały pierwsze lody w kontaktach z tubylcami. W roku ubiegłym przeżyłam ciężkie chwile w związku z wypadkiem, który uwięził mnie na 6 miesięcy w łóżku ortopedycznym. Hełenkaprzyjechała na 8 dni do Białegostoku i „dyżurowała”przy mnie na zmianę z innymi. Kiedy jej wylewnie dziękowałam stwierdziła, że tylko zwraca to, co wcześniej sama dostała. Helenka jest człowiekiem renesansu. Posiada wielką wiedzę historyczną, jest aktywna w wielu dziedzinach, elegancka w stosunkach międzyludzkich, skromna w oczekiwaniach. To dla mnie zaszczyt, że nazywa mnie swoim przyjacielem — opowiada Elżbieta Karczewska. - Helenkę poznałem, gdy po raz pierwszy byłem na jej występie w Domu Zdrojowym w Szczawnie Zdroju z monodramem „Dr Esperanto”. Słuchałem ze szczegółnym zadowoleniem, gdyż tekst tego monologu przełożyłem na język polski z wersji esperanckiej. Przy spotkaniach gratuluję jej godności pierwszego biskupa Rzeczypospolitej płci żeńskiej, co powtarzam jako staruszek, który zapomina, że już to mówił wielokrotnie - śmieje się Roman Dobrzyński. -Jest bardzo utalentowaną osobą, inteligentną i dowcipną. Posiada niezwykły hart ducha. Jest serdeczna i ciepła. Ma miękkie serce. Przejmuje się innymi ludźmi. Czasem w związku z tym odniesie się do ich działań z dełikatną dezaprobatą i niestety, najczęściej ma rację (choć nie zawsze może się to innym podoba). NIGDY SIĘ NA HELENCE NIE ZAWIODŁAM. Zawsze to co zostało umówione - zostało dotrzymane. Wiełe też razy występowała bez honorarium, a nawet sama przy tym ponosiła koszty związane z przejazdami. Pamięta o łudziach i ich większych lub mniejszych świętach. Dla mnie zawsze cudowne jest otrzymanie od Niej 180 Jak Ludwik Zamenhof odmienił jej życie życzeń — są piękne! Helenka docenia ludzi (może aż za bardzo!) — zawsze dziękuje za najmniejszy wkład i uśmiech drugiej osoby. Uwielbiam Jej poczucie humoru i refleks w rozmowie. Jest pięknym człowiekiem — wyznaje Ewa Tracz. - Ma bardzo dobre przygotowanie pedagogiczne, dobrą pamięć, ciekawość świata i ludzi. Uczestniczy w licznych podróżach i wycieczkach. Z nią kojarzy mi się pewna anegdotka. Helenka opowiadała, jak krzątała się na podwórzu przylegającym do plebanii w Miłoradzu, gdzie mieszkała. Podszedł do niej nieznajomy mężczyzna i zapytał się, czy ona jest gospodynią księdza proboszcza, bo ma dła niego pieczywo z nowo otwartej piekarni jako reklamę towaru. Helenka mu odpowiedziała: — Nie, jestem żoną Biskupa — uśmiecha się Bogdan Dembiec, wieloletni zaangażowany esperantysta z Wrocławia. - Połączyła nas - odpowiem żartobliwie - wspólna nocka w łożu małżeńskim w schronisku w Berlinie. Polubiłyśmy się od razu. Jest sympatyczna i szczera. Prezentuje wartości, które w obecnym świecie są trudne do znalezienia: ona poświęca czas, aby komuś sprawić przyjemność! W erze pośpiechu i elektronicznych kontaktów, kiedy większość z nas (ja także) załatwia życzenia świąteczne czy jubileuszowe taśmowo, klikając równocześnie na wiele adresów, to ona wybiera starannie kartki, koperty, znaczki i pisze odręcznie (kaligraficznie) piękne, serdeczne teksty. Człowiek, który otrzymuje takie życzenia a nie kartkę z automatycznie wydrukowanym tekstem, ma poczucie, że jest dla niej ważny, że jest przez nią szanowany, łubiany. Jest po staroświecku przyzwoita, ceni wiedzę, zaimponowała mi łatwością tworzenia konkursów dla dzieciaków na tematy literackie. Na pewno ma dużą wrażliwość artystyczną i posiada zdolności aktorskie. Szanuje ludzi i ludzie ją szanują. W obecnym skłóconym świecie to cecha rzadka — snuje refleksje Halina Komar. EPILOG Jesień życia dla Heleny Biskup stała się czasem wielce łaskawym. Pokonała chorobę nowotworową, choć nadal jest pod kontrolą lekarzy. Ma własne mieszkanie, które odwiedzają jej upragnione wnuczęta. Żuławy zamieniła na Sztum. W to miasto coraz silniej wrasta. A jeśli je opuszcza to najczęściej na zaproszenie esperantystów. Albo jedzie do Malborka i tam w Parku Świata zatrzymuje się w kamiennym kręgu, pośrodku którego stoi Zamenhof. Dziękuje mu z cud. Cud powrotu do pięknego życia, do świata z bramą otwartą na oścież. Pilnie uczy się esperanta. Mówi o sobie: Mi estas felica (jestem szczęśliwa - przyp. red.). Innego epilogu być nie może. Andrzej Kasperek 181 Andrzej Kasperek WOLFGANG żuławiak z wyboru Kilka lat temu na spotkaniach Klubu Nowodworskiego zaczął się pojawiać Niemiec w sile wieku z siwą czupryną, raz brodaty, to znowu bez zarostu. Gdy mi go przedstawiono zapamiętałem tylko imię - Wolfgang, pewnie przez skojarzenie z największym niemieckim poetą; nazwisko było zbyt trudne i natychmiast je zapomniałem... Wolfgang Jurgen Naujocks, czyż może być bardziej niemiecko brzmiąca zbitka? Co do jego pochodzenia nie można mieć żadnych wątpliwości. Jego imienia nie da się w żaden sposób spolszczyć, ktoś kiedyś próbował i wyszedł: Wilczychód (sic!). Tak po prawdzie etymologia imienia jest pragermańska i oznacza „tego, który (idzie) walczyć z wilkami”, czyli człowieka odważnego. W ostatnich latach, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej na Żuławy przyjechało trochę cudzoziemców. Kilku holenderskich rolników, którzy w swoim kraju, gdzie obowiązują bardzo surowe limity produkcji rolnej, kwoty mleczne czy ograniczanie liczebności stad, przez co nie mogli rozwinąć swych gospodarstw, przeprowadziło się do krainy, w której kiedyś ich przodkowie znaleźli dobre warunki rozwoju. Tutaj natrafili na podobne warunki atmosferyczne i krajobraz bardzo zbliżony do pozostawionego w ojczyźnie. A czasem przybywali tu za piękną Polką, która okazywała się największym magnesem. 182 Wolfgang żuławiak z wyboru Pomyślałem więc, że także Wolfgang przybył tu za żoną. Okazało się, że owszem znalazł w Gdańsku swą drugą połowę, ale Kinga (bo o niej tu mowa) wcale nie jest mieszkanką ani fanką Żuław. To, że Wolfgang postanowił spędzić jesień swego życia na północy Polski nie było kaprysem emeryta, lecz bardzo przemyślanym i świadomym wyborem. W telewizji można obejrzeć angielskie programy o tym, jak emeryci „uciekają” na wieś lub na kontynent. Kupują domy we Francji lub Hiszpanii, bo tam ciepło i słonecznie, a czasem taniej. Podobnie Niemcy i Skandynawowie na emeryturze pół roku spędzają na Wyspach Kanaryjskich czy Balcarach. Tyle, że delta Wisły to nie Ibiza czy Gran Canaria. Szkoda, ale nie jest. Kiedy jadę na spotkanie do bohatera mojego artykułu do Przemysławia mijam zalane pola i łąki wyglądające niczym bajora. Tegoroczne lato i jesień były tak mokre, że Robert Woyke i Wilhelminę Janzen.fot. archiwum rodzinne ziemia już nie przyjmuje wody. Zastanawiam się, czy podobne widoki oglądał Czesław Miłosz, kiedy w listopadzie 1945 r. przyjechał do pobliskiej Drewnicy na spotkanie ze swą rodziną zmuszoną do opuszczenia Litwy. „Posłuchajcie, jak śpiewa / Ten płaski kraj, który jest mój”. Tak o swej płaskiej krainie, czyli Flandrii śpiewał Jacques Brel. Kocham mój płaski kraj, ale w listopadzie i na przedwiośniu chętnie bym stąd zwiał i zamienił ołowiane niebo na błękit. Ilu znajdziemy chętnych, żeby się tu dobrowolnie osiedlić i to jeszcze takich, którzy mogliby bez problemu zamieszkać w Prowansji czy Toskanii? Pytam Wolfganga o jego miejsce urodzenia. Polacy z nazwą Dachau mają negatywne skojarzenia - to jeden z pierwszych obozów koncentracyjnych. Po wojnie wykorzystywano jego zabudowania jako miejsce pobytu „dipisów”, czyli więźniów, jeńców i robotników przymusowych (to m.in. przypadek pisarza Tadeusza Borowskiego, opisany przezeń w opowiadaniu „Bitwa pod Grunwaldem”). Później trafili tam niemieccy wygnańcy, zmuszeni do porzucenia Prus Wschodnich, Pomorza czy Sudetów. Po wojnie na terenie Niemiec, a szczególnie jego zachodniej części, znalazły się miliony uchodźców. To, że byli oni Niemcami wcale nie oznaczało, że chętnie ich przyjmowano. Traktowano ich jako obcych, chcieli pracy i mieszkań, oczekiwali pomocy, zajmowali miejsce w kolejkach do lekarza i w klasach szkolnych. Opowiada: „Uchodźcy byli zazwyczaj niepożądanymi osobami. Nikt ich nie chciał, nikt nie chciał z nimi dzielić mieszkania czy jedzenia. Pierwsze lata były niewiarygodnie Andrzej Kasperek 183 trudne. Większość z nich, gdy przybyła do Niemiec, nie miała niczego. Bez dokumentów, bez zdjęć, bez pracy, nic z wyjątkiem ubrania, które mieli na sobie. Byli cudzoziemcami. Moja matka i mój ojciec poznali się, gdy byli młodzi. Oboje byli z Gdańska... zakochali się w sobie. Urodziłem się w [...] południowych Niemczech w 1953 roku. Tam poszedłem do szkoły, ale także byłem uważany za cudzoziemca. Zawsze byłem dzieckiem uchodźcą. Był jeszcze jeden problem: byłem protestantem w katolickiej Bawarii. W latach 50 i 60 ubiegłego wieku, nie zawsze było miło nie być katolikiem”1. Od dziecka czuł się inny, wyobcowany, nie mógł o Bawarii powiedzieć, że to jego He-imat. Tak samo, kiedy przeniósł się do Badenii - Wirtembergii, gdzie zaczął pracę jako bankowiec a potem informatyk. Rodzice nie mówili o tym, skąd pochodzą. To za bardzo bolało, trzeba było żyć, rozpamiętywanie przeszłości nie pomagało. Matka, mając 15 lat, uciekała samotnie w styczniu 1945 - przez Szczecin i Drezno, gdzie widziała bombardowanie miasta. Jej matkę wypędzono z Gdańska w maju lub czerwcu 1945 r. Ojciec został ranny w czasie wojny w Rosji, przewieziony na zachód Niemiec, gdzie schwytali go Amerykanie i został jeńcem wojennym. Jego matka przeżyła oblężenie Gdańska i pod koniec 1945 r. została wygnana. O korzeniach rodziny dowiedział się z opowiadań babci. Słuchał jej opowieści o mieście nad Motławą, o Bałtyku i robił wielkie oczy. Postanowił dowiedzieć się więcej, szukał, 1 Cytat z wywiadu przeprowadzonego przez Martę Antoninę Łobocką. Zob.: https://kochamyzulawy.wordpress. com/2013/05/26/wolfgang-naujocks-wywiad/ 184 Wolfgang żuławiak z wyboru dopytywał się krewnych. Wreszcie dał ogłoszenie do gazety, że poszukuje krewnych. Ktoś się odezwał, jeden list, telefon, jakiś trop, potem następny. Okazało się, że w Gdańsku nadal mieszkają krewni o tym nazwisku... Kinga, przerywa te opowieść i mówi o zabawnym zdarzeniu. Pracuje jako ortodontka i przed wielu laty miała pacjenta o takim dziwnym (nawet dla Niemców) nazwisku. Przypomniała sobie o tym, kiedy poznała Wolfganga, sprawdziła w kartotece i uśmiechnęła się, że miała kontakt z gdańską gałęzią rodziny Naujocks dużo wcześniej niż on. Poszukiwania genealogiczne w erze sprzed Internetu nie były łatwe, ale determinacja Wolfganga była wielka. Przyjechał wraz z ojcem w odwiedziny do Gdańska, spotkał się z rodziną i pojechał na Żuławy. Kiedy szedł wałem Wisły poczuł dziwną energię, poczuł się wreszcie u siebie, znalazł swój dom. Przypomina mi się, jak Jerzy Stuhr opowiadał o swoich austriackich korzeniach. Nigdy wcześniej nie szukał wiedzy o przodkach, ale wspominał, że choć nie znam niemieckiego, gdy przekraczałem austriacką granicę, zawsze czułem się jak u siebie. [...] jak w domu1. Zastanawiało go to, a później okazało się, że to stąd, z Dolnej Austrii wywodził się jego ród. Stąd Stuhrowie wyjechali do Krakowa, była to wszak jedna monarchia. I jak tu nie mówić o genius loci, czyli duchu opiekuńczym danego miejsca, owej dziwnej sile, która sprawia, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju. Postanowił wówczas, że tu zamieszka. Genealogia rodziny, Gdańsk i Żuławy i ich dzieje, stały się dla niego pasją. Szperanie w starych księgach metrykalnych (nauczył się XIX-wiecznej kaligrafii), książkach (tu potrzebna była znajomość szwabachy, czyli dawnego niemieckiego pisma drukowanego), przeglądanie zbiorów antykwariatów, szukanie rzadkich map, pocztówek, dokumentów. Żona miała tego dość, historia rodziny i jego zainteresowania jej nie pociągały. Po rozwodzie i przejściu na wcześniejszą emeryturę zaczął często jeździć do Gdańska. Odnaleziony Dziadek Theodor Naujocks i ojciec Wolfgangaa, Siegfried w 1927 w Gdańsku, fot. archiwum rodzinne 2 http://www.newsweek.pl/polska/ludzie/)erzy-stuhr-o-rodzinie-przodkach-i-korzeniach-genealogia,artykuly,409471,l. html Andrzej Kasperek 185 po latach kuzyn opowiedział mu swoją historię. Po wojnie znalazł się w zachodniej części Niemiec, ale rodzina przebywała wciąż na Pomorzu. Przyjechał, żeby ich zabrać, ale władze PRL-u już go nie wypuściły. Pozostał przymusowo w Polsce, nie uczył się polskiego, demonstracyjnie mówił tylko po niemiecku. Takich historii usłyszelibyśmy wiele na Pomorzu, Śląsku, Warmii i Mazurach. Dopiero po normalizacji stosunków polsko-niemieckich za czasów Gierka pozwolono wyjeżdżać tym, którzy chcieli w ramach akcji łączenia rodzin, ale często mieli już polskie rodziny, które wcale nie chciały szukać szczęścia w Reichu. W liceum miałem kolegę, którego ojciec wyjechał do NRF (takiego skrótu się wówczas używało) a on z matką i siostrą nadal mieszkał w PRL. Na szczęście tacie dobrze się powodziło, przysyłał bogate paczki, a my skrzętnie z tych niemieckich luksusów korzystaliśmy w trakcie odwiedzin w jego domu. Na emeryturze Wolfgang zdecydował się na osiedlenie się na Żuławach. Jego matka poszła za marzeniem syna (a może uległa jego namowom) i także zdecydowała się na emigrację do Polski. To był rok 2011. Sprzedali mieszkania i za uzyskane pieniądze zaczęli budowę domu nad Szkarpawą w Przemysławiu. Wolfgangowi marzył się dom podcieniowy, a dodatkowo miał to być dom pasywny, czyli ekologiczny i energooszczędny, w którym zminimalizowano zużycie energii w trakcie eksploatacji. Niestety trwająca bardzo długo budowa była prawdziwą drogą przez mękę. Spory z architektem, nieustanne dyskusje z urzędnikami, niesolidne (to eufemizm) ekipy budowlane, cwany kierownik budowy - to wszystko sprawiło, że kiedy dom wreszcie stanął nie potrafił już tak cieszyć, jakby się chciało. Nieustanne poprawki, sknocone ogrzewanie, usterki... Ważne, że mama zamieszkała z nim. Ma swoją część domu. Skończyła 87 lat, zdrowie jej niedomaga. Ale 186 Wolfgang żuławiak z wyboru w tym wieku, to nie dziwi. Jednak najbardziej brakuje jej koleżanek, rozmów ze znajomymi. Dobrze chociaż, że mieszkająca po sąsiedzku pani, która zna niemiecki i wywodzi się z tych stron, autochtonka, która nie chciał nigdy opuścić miejsca urodzenia i to ona często ją odwiedza. Jednak, kiedy chodzę po domu nad Szkarpawą, jestem zachwycony. Nawet w pochmurny listopadowy dzień widok z tarasu na rzekę i okolice robi wrażenie. Na podcieniu (choć innym, z rozmaitych powodów, od tych z żuławskich domów) Wolfgang urządził swą bibliotekę i pracownię. Zaglądam na półki, przeglądam szeregi książek, starych i nowych, stosy czasopism historycznych dotyczących dawnych Prus, oglądam pocztówki, stare mapy, pamiątki z Gdańska i Żuław - z wrażenia odbiera mi mowę. Nie znam innych, tak bogatych zbiorów dotyczących naszego regionu. Wiele lat kolekcjonowania, szukania na aukcjach, spotkań z dawnymi mieszkańcami dało fascynujący rezultat. Czuję się tam, jak dziecko w fabryce czekolady. Wolfgang wyjmuje szary pakiet i wręcza mi. Delikatnie rozrywam papier a w środku znajduję, reprint bezcennej dla każdego miłośnika Żuław książki, to: „Das Weichsel - Nogat - Delta” Hugo Bertrama, Wolfganga La Baume i Otto Klóppela, wydanej w Gdańsku w 1924 r. Na szczęście mogłem się zrewanżować niemieckim tłumaczeniem opowiadań Pawła Huellego: „Schnecken, Pfutzen, Regen und ande-re Geschichten aus Gdańsk”, w którym jest cudowne żuławskie opowiadanie pt. „Stół” (nb. zainspirowane pobytem autora „Weisera Dawidka” u autora artykułu dawno, dawno temu; skojarzenie występującego tam stolarza Kaspara z Kasperkiem jest nieprzypadkowe). Przypominam sobie, że kilka lat temu na allegro.pl pojawiła się wspaniała mapa Żuław z XVII w. Aukcja trwała, nawet raz nacisnąłem przycisk LICYTUJ, ale cena szybko poszła wysoko w górę. Przy spotkaniu powiedziałem Wolfgangowi o licytacji. Uśmiechnął się i powiedział, że okaz jest rzeczywiście wyjątkowo piękny; okazało się, że licytował i wygrał. Cóż, można tylko westchnąć i stwierdzić, że mapa trafiła we właściwe ręce. Wieloletnie badania i studia pozwoliły Wolfgangowi na stworzenie drzewa genealogicznego swej rodziny. Opowiada: Gdzie i kiedy powinienem zacząć? To fascynująca rodzinna saga - jaką wielu z nas posiada. Mam to szczęście, że w niektórych odgałęzieniach mojej rodziny mogę podążać za moimi korzeniami 400 lat wstecz. To historia o zwykłych ludziach, biednych ludziach, w większości wielodzietnych, muszących walczyć o przetrwanie, jednak zbudowali oni ten region, ten krajobraz. Moi rodzice urodzili się w Wolnym Mieście Gdańsku, oboje we Wrzeszczu (Langfuhr). Rodzina Naujocks przez wiele pokoleń żyła w Gdańsku. Matka mojego ojca, moja babcia pochodziła z Susza (Rosenberg). Większość korzeni rodzinnych mojej matki można znałeźć tutaj, na Żuławach. Pierwsze wskazówki znalazłem w księgach kościelnych w Sobieszewie (Bohnsack) i w Tujsku (Tiegenort). Przodkowie żyli w tych wsiach już w około 1620 roku. Moi przodkowie zamieszkiwali całe wybrzeże Bałtyku, od Sobieszewa do Stegny (Steegen) oraz na wsiach, od Ostaszewa (Schóneberg), Nowego Dworu Gdańskiego (Tiegenhof) — tutaj żyli, pracowali i umierali. Było kilka bardzo ciekawych ludzi, jak na przykład Peter Grasske, który w 1687 roku zbudował pierwszy młyn do kukurydzy w Mikoszewie (Nickelswalde). W naszym rodzie, w szczególności od strony ojca, mam na pewno także polskie korzenie. W innych, przypuszczam, że nazwiska mają polskie pochodzenie — na przykład Woyke (nazwisko panieńskie matki mojej matki). Oczywiście, jeśli się cofnąć Andrzej Kasperek 187 jeszcze dalej, niż 10 pokoleń, jest niemalże pewne, że w mojej rodzinie znajdą się mennonici, przykład Lebbe i Pauls\ Konsekwentnie używa podwójnych nazw miejscowości, dawnych niemieckich i współczesnych polskich. Mnie to nie dziwi, ma przecież inną niż my perspektywę, która każę mu pamiętać o historii tych ziem. Siedzimy w jego pracowni, jasnej, pełnej zabytkowych książek, map, obrazów i rycin, popijamy pyszną herbatę, którą zaparzyła Kinga (jeśli jest tak dobrym stomatologiem, jak dobrze parzy herbatę, to tylko mogę zazdrościć jej pacjentom!) i rozmawiamy o jego marzeniach. Pytam o te dawne; chciał nauczyć się języka polskiego. Wznosi oczy do góry i stwierdza, że choć wiele rozumie, to do znajomości języka jeszcze daleko. Z Kingą rozmawia po angielsku, ale słyszę, że kiedy żona mówi do niego powoli i wyraźnie w naszej mowie, to łapie sens jej słów. Przypominam mu drugie marzenie, to spisanie kronik żuławskich wsi, tych istniejących i nieistniejących. Smutnieje i stwierdza, że ten temat nikogo w Niemczech nie interesuje. Albo może - mało kogo interesuje. Wspomina, że pisze artykuł o Gdańskiej Głowie, czyli miejscu rozwidlenia się Wisły na dwa ramiona: Wisłę Gdańską (Martwą Wisłę) i Elbląską (Szkarpawę), w pobliżu wsi Drewnica. W XVII wieku był to ważny posterunek obronny Gdańska. Wybudowana tam forteca odegrała ważną rolę podczas wojen polsko-szwedzkich. Rozkłada mapy owej Danziger Haup. Z XVI, XVII wieku, kolorowe, czarnobiałe, duże i mniejsze - pewnie gdańska Biblioteka PAN nie ma ich tyle. Mówię mu, że „Prowincja” chętnie wydrukuje taki artykuł. Obiecuje skończyć go rychło i wysłać. Ale jego ogromna wiedza o regionie nie marnuje się — kiedy wydawaliśmy „Dziennik żuławski 1878” Heinricha Dycka wielokrotnie prosiłem go o pomoc w ustaleniu nazw dawnych wiosek i przysiółków. Zasze był niezawodny, choć skromnie mówi, że nie zna każdego wybudowania i każdej zagrody... Wolfgang to idealista, pewnie ktoś inny po bataliach związanych z budową domu Kinga i Wolfgang, fot. A. Kasperek 3 Ibidem. 188 Wolfgang żuławiak z wyboru zwątpiłby w czystość intencji (niektórych) Polaków. On wierzy, że jednak warto się trudzić w budowaniu mostów porozumienia. Od wielu lat prowadzi portal danzig.de. Jest tam moderatorem. Mówi o tysiącach postów, setkach zarejestrowanych uczestników z całego świata, o dyskusjach na forum. Widać, że połączenie informatyka z historykiem w tym wypadku dało świetny rezultat. Poza tym działa w gdańskim Towarzystwie Polska-Niem-cy, jest członkiem zarządu. Jego działalność została doceniona, bo w zeszłym roku okazji jubileuszu 25-lecia tego towarzystwa „w dowód uznania i w podziękowaniu za wieloletnią pracę na rzecz społeczności naszych miast i pojednania polsko-niemieckiego” otrzymał pamiątkowy medal z rąk Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza. Rozmawiamy o mennonitach i Wolfgang zauważa, że mamy trochę niepełny obraz tej wspólnoty. Mówimy o nich, że byli Holendrami, a przecież nie wszyscy. 1/3 z nich pochodziła z Fryzji, byli więc Niemcami. Cieszy go, że mennonickie cmentarz są zadbane, ale smuci, że niemieckie zniknęły lub zostały zdewastowane, wspomina o starym cmentarzu w Drewnicy. Ja zapamiętałem z dzieciństwa poniemiecki cmentarz w Stegnie, opisałem go w opowiadaniu „Mała Apokalipsa w zakrystii”: Zarośnięty zielskiem i krzakami, opuszczony i zdziczały, straszył za kościołem. Przybywało nagrobków i nowi zmarłi wypierałi starych umarłych. Mijają lata i ciągle nie załatwiliśmy porządnie tej sprawy, oburzamy się na Ukraińców, że nie szanują naszych cmentarzy, ale nie zawsze stać nas na choć symboliczny gest — na postawienie pamiątkowego kamienia, tak jak to zrobiono w parku nad Tugą w Nowym Dworze Gd., gdzie na obelisku wyryto po prostu po polsku i niemiecku napis: „Pomnik pamięci zmarłych - pokój temu miastu”. Lub zebranie starych nagrobków w jednym miejscu, w lapidarium, tak jak zrobiono to w Cyganku. Wielokrotnie pisaliśmy w naszym kwartalniku, jak wiele uczyniono już dla lepszego porozumienia polsko-niemieckiego. Okazuje się jednak, że wiele rzeczy jeszcze pozostało do wykonania. Żegnam się z Wolfgangiem i mam nadzieję, że w następnym numerze przeczytacie państwo jego artykuł. Będzie to dowodem na to, że współpraca jest możliwa. Zaczyna się zawsze od takich niewielkich wydarzeń, od budowania relacji. Galeria Prowincji Agnieszka Albrecht KSIĘŻYC W LABIRYNCIE1 Malarstwo Mariusza Stawarskiego w malborskim zamku Średniowieczne zamki to miejsca szczególne. Przestrzeń „inter muros”, świat zamknięty za szeregiem bram, można porównać do okrętu dryfującego w czasoprzestrzeni, zawieszonego gdzieś między teraźniejszością a owym nieokreślonym „dawno, dawno temu...”, którym nianie rozpoczynały baśnie. Ten okręt nigdy nie dopłynie do portu. Jego burty ugrzęzły na zawsze w wodorostach martwego oceanu i nie należy już ani do przeszłości, ani do jutra. Wciąż jednak nie tonie — a co najważniejsze, nadal ma serce, czyli załogę. To ludzie którzy związali z zamkiem swój los. Świadomie lub przypadkiem, chwilowo lub na całe życie. Pracują tu, mieszkają lub tylko bywają. Odchodzą i wracają. A gdy wrócić nie mogą, unoszą ze sobą obraz, zapach, atmosferę tego miejsca i tęsknią za nim jak wilki morskie rzucone na ląd. Mariusz Stawarski, fot. archiwum własne Mariusz Stawarski jest jednym z nich. Od niemal trzydziestu lat pełni honory zamkowego plastyka, aranżuje przestrzeń, projektuje grafikę, ale przede wszystkim maluje obrazy. Gdyby zgromadzić je w jednym miejscu, wywołać z zakątków świata i mroków przeszłości, wypełniłyby mury warowni od piwnic po strych. Niniejsza wystawa ukazuje jedynie drobny fragment tego dzieła. Czy powstałyby w innym miejscu? Niebezpieczne pytanie. Odpowiedź przecząca wy-daje się zbyt łatwa a przez to fałszywa. A jednak nie sposób oprzeć się pokusie tropienia śladów Geniusa Loci, delikatnych nici łączących malarstwo tego artysty ze średniowieczem. Niniejszy tekst jest ich subiektywnym poszukiwaniem. ' Z albumu Mariusz Stawarski. Malarstwo, Muzeum Zamkowe w Malborku, 2017 r. 190 Księżyc w labiryncie. Malarstwo Mariusza Stawarskiego w malborskim zamku WARSZTAT - MODUS OPERANDI Średniowieczni artyści najchętniej posługiwali się temperą, malując na drewnie, tynku lub pergaminie. Sztywne podłoże umożliwiało im osiągnięcie wysokiej precyzji, a medium wodne - przejrzystości barw. Pigmenty były niezwykle kosztowne, ultramarynę i zieleń szmaragdową pozyskiwano z kamieni szlachetnych, purpurę z morskich mięczaków, powszechnie stosowano też płatki czystego złota. Pociągało to za sobą absolutną celowość każdego gestu. Malarstwo średniowieczne to królestwo dyscypliny. Po pierwsze, artysty zwyczajnie nie stać na spontaniczność, po drugie wierzy on głęboko w to że chaos - podobnie jak noc, głód i wojna - są dziełami Szatana. W sposobie pracy Mariusza Stawarskiego odnajdujemy wiele cech wspólnych. Wprawdzie jego ulubionym medium jest olej, jednak traktowany jest on jak technika wodna, lekko i laserunkowe. Nie ma tu gęstych faktur, śladów pędzla czy szpachli, brak impasto. Dominują jasne, dźwięczne barwy przywodzące na myśl akwarelę lub litografię. Twarde podłoża, jak płyta drewniana lub tektura, sprzyjają starannemu opracowaniu szczegółów. Rola przypadku zostaje ograniczona do minimum. Obraz powstaje zgodnie z planem jak budynek tworzony od fundamentów. Nie jest to chwila natchnienia, lecz proces. CZAS I RYTM W malarstwie średniowiecznym czas nie płynie liniowo lecz cyklicznie. Powracając wciąż do tych samych wydarzeń podkreśla ich rangę, umieszczając je niejako poza czasem. Możemy je tam odwiedzać i przeżywać na nowo, celebrować jako wspomnienie, przestrogę, wskazówkę lub źródło pocieszenia. Czas ten tworzy wyspy, oazy ciszy i piękna pośród chaosu i lęku. Panuje na nich spokój i harmonia, nawet gdy opowiadają o męczeństwie Chrystusa, ponieważ wiemy że to tylko jedna z wielu wysp, a wszystko dobrze się skończy. Doskonałym przykładem są wyobrażenia Hortus Conclusus, w których podglądamy Marię przed Zwiastowaniem, w zagadkowym ogrodzie otoczonym murami, niekiedy w sercu labiryntu. To scena pełna napięcia, pozornie statyczna, lecz przesycona atmosferą oczekiwania i najwyższej koncentracji. Czasem Maria głaszcze jednorożca, gra na lutni, zawsze jednak jej aktywność ogranicza się do gestu. I to właśnie gest malarze średniowieczni ukazują najchętniej, pozostawiając resztę ciała w bezruchu. Nawet w diagonalnych przedstawieniach Świętego Jerzego kompletnie brak dynamiki - jego batalia ze smokiem przypomina senny balet. Obrazy Mariusza Stawarskiego cechuje podobny rytm. Ma on swój początek w statycznej kompozycji, i samym sposobie malowania, starannym i precyzyjnym. Czujemy, że obraz powstawał bez pośpiechu. Nastrój skupienia towarzyszy też jego bohaterom, którzy z najwyższą troską oddają się drobnym, pozornie błahym czynnościom - jak podlewanie róży, kolekcjonowanie gwiazd czy chwytanie kropel deszczu. Zajęcia te nie wymagają wysiłku, lecz cierpliwości. Roślina rośnie długo a kolekcja gwiazd może rozszerzać się bez końca. Wszechobecny księżyc i surrealizm scenerii wprowadzają nas w świat sennych marzeń, legend, alegorii i wspomnień, wprost do królestwa podświadomości, gdzie czas subiektywny kpi z naszych zegarów. Agnieszka Albrecht 191 KOLOR I BLASK Malarstwo średniowiecza rozbrzmiewa feerią barw i tętni blaskiem. Blask ten nie ma określonego źródła, lecz wypełnia całość powierzchni jak światło Słońca przebijające przez szkła witrażu. Witraż stanowi najdoskonalszą ze sztuk, a malarstwo przejmuje wiele z jego cech. Chętnie sięga po czyste złoto, widząc w nim materializację światła, a barwy nasyca i rozjaśnia, za wzór biorąc szlachetne kruszce i minerały. Unika modelunku, mieszania tonów i perspektywy. Zdejmując z dzieła sztuki ciężar naśladownictwa, nasyca je znaczeniami i treścią, o jakich nie śniło się greckim filozofom. Podobnie dzieje się w malarstwie Mariusza S. Jego obrazy przypominają okna witraży w pogodny dzień. Czyste, dźwięczne barwy doskonale wpisują się w estetykę Średniowiecza, z jej gorącym umiłowaniem złota i błękitu, bowiem artysta najchętniej stosuje te właśnie tonacje, łącząc słoneczne ochry z głębokimi turkusami, kobaltami i ultramaryną. Nawet scenerie nocne wypełnia łagodny blask, odczarowując ich ponurą sławę. Cała przestrzeń obrazu zdaje się delikatnie fosforyzować, tworząc nastrój fascynująco tajemniczy. ŚWIAT PRZEDSTAWIONY Sztuka średniowieczna nie odzwierciedla natury. Nie opisuje jej, nie komentuje, nie jest nią w najmniejszym stopniu zainteresowana, ponieważ to co nas otacza należy do strefy profanum. Jedynym światem wartym uwagi jest świat duchowy, sacrum, a zadaniem artysty jest ukazanie go w sposób zachwycający, przerażający lub wzruszający, by pouczać, pocieszać lub przestrzegać. To rzeczywistość paradoksalna. Rządzi się własnymi zasadami logiki, proporcji, oświetlenia i perspektywy. Czas nie jest tu liniowy, lecz koncentryczny, zatacza koła, powracając wciąż do tych samych scen i wydarzeń zaklętych w nim jak inkluzje w bursztynie. Świat ten wypełniają sceny z Biblii, legendy i mity, miracula i exempla, hagiografie i apokaliptyczne wizje. Toczy się w nim cicha lecz nieustająca walka dobra ze złem, a stronami w batalii bywają nawet zestawienia barw. Każda postać, przedmiot, kolor posiada wielorakie znaczenie, rozkwita bogactwem symboli, dla nas niewidzialnych, dla ówczesnego widza - przejrzyście czytelnych. Obraz zatem nie jest zwierciadłem, lecz oknem. Oknem traktowanym w sposób nieomal dosłowny. Skrzydła ołtarza w katedrze na co dzień pozostają zamknięte, by olśnić wiernych podczas święta, przy blasku świec i dźwiękach organów. Malowidła w zamkach królów i pałacach książąt na co dzień ukryte są pod aksamitnymi kotarami. Odsłania się je rzadko i niechętnie, a towarzyszy temu kameralny koncert, wykwintna uczta, czytanie poezji. Obraz kontempluje się długo, w całym jego bogactwie i wielowymiarowości, odgadując i rozpoznając kolejne ze znaczeń. Mariusz S. również nie odtwarza rzeczywistości lecz tworzy nową. Oparta jest ona o świat realny, lecz została wzbogacona i poszerzona. Zasady perspektywy, proporcji i logiki uległy w niej zachwianiu i zastąpione zostały przez logikę paradoksu, typową dla marzeń sennych, baśni, mitów i wierzeń religijnych. Artysta nie koncentruje się jednak 192 Księżyc w labiryncie. Malarstwo Mariusza Stawarskiego w malborskim zamku (jak miało to miejsce w Średniowieczu) na określonej kulturze i wyznaniu, lecz swobodnie czerpie z ich bogactwa, odwołując się do podświadomości zbiorowej przemawiającej językiem symboli. Najważniejszym z nich jest Księżyc. Powraca w nieskończenie wielu odsłonach i to nie zawsze in situ. Na przykład w pracy „Powrót Odysa” jest łodzią, która niesie wędrowca do domu. Oznacza siłę intuicji i wyobraźni, w odróżnieniu od solarnej zasady rozumu (choć i ona się pojawia, jako światło latarni, przy którym czuwa Penelopa). Latarnia prowadzi z kolei do przypowieści o Pannach Mądrych, symbolizuje świadome oczekiwanie i jasność umysłu, która pomogła małżonce Odysa sprytnie zwodzić zalotników. W innej pracy zatytułowanej „W labiryncie” Księżyc spoczywa w koronie jabłoni wyrastającej z centrum labiryntu. W tym miejscu w legendach umieszczano skarb. Dotrzeć doń było łatwo, lecz powrót okazywał się niemożliwy. Sam labirynt - jak każda budowla - symbolizuje racjonalną, solarną zasadę męską z jej sztywnością i zasadzkami abstrakcyjnego myślenia. Jednak ten, kto odnajdzie księżycowy skarb, odkryje w sobie intuicję i wyobraźnię, które wyprowadzą go z pułapki. Udaną ucieczkę symbolizuje niewielka drabina. Co ciekawe, drzewo w sercu labiryntu jest rodzącą owoce jabłonią - kwintesencją życia i twórczej kobiecości. Nawiązanie do mitu o Ariadnie i Tezeuszu wydaje się nieprzypadkowe, i pociąga za sobą wciąż kolejne i nowe odkrycia i skojarzenia. Każdy następny obraz Mariusza Stawarskiego to niekończąca się wędrówka szlakiem wielkiej przygody, pełna tajemnic i niespodzianek, a i cena nie wydaje się wygórowana. Odrobina czasu. Chwila uwagi. Muzyka Wacław Bielecki KM na żywo i z mediów Życie miłośnika muzyki klasycznej na prowincji nie jest usłane różami. Powód jest oczywisty: chroniczny brak możliwości słuchania muzyki na żywo. Meloman z metropolii w każdy weekend może pójść na koncert do filharmonii lub obejrzeć spektakl operowy, miłośnik klasyki z prowincji już tak łatwo nie ma. Od najbliższej filharmonii lub opery dzielą go dziesiątki, a nawet setki kilometrów. W niektórych porach roku wyjazd do metropolii jest szczególnie uciążliwy. Powstaje zatem pytanie: czy można być melomanem żyjąc na prowincji? Oczywiście, że można, tym bardziej, iż z pomocą przychodzą media: transmisje radiowe i telewizyjne oraz te najnowsze - transmisje na żywo przez internet, które można odbierać na komputerach, tabletach a nawet na telefonach komórkowych. Trochę o tym sposobie dotarcia do muzyki klasycznej będzie można przeczytać poniżej. Zacznijmy jednak od relacji z koncertu na Powiślu wysłuchanego na żywo. DNI CHOPINOWSKIE W WAPLEWIE Jak co roku w pałacu Sierakowskich w Waplewie rozbrzmiewa muzyka, najczęściej jest to muzyka Chopina. Tak było w połowie października 2017 r. W tym roku okazja była szczególna, bo koncertami uczczono 190 rocznicę pobytu Chopina w Waplewie. Niewielka sala koncertowa znajdująca się w byłej oranżerii pałacowej nie zdołała pomieścić wszystkich słuchaczy, część z nich musiała słuchać muzyki zza drzwi, w sąsiednim pomieszczeniu. Na pewno magnesem przyciągającym publiczność była osoba znakomitego pianisty - prof. Piotra Palecznego, zdobywcy III nagrody na Konkursie Chopinowskim w 1975 r., oraz dotychczas niewykonywany tutaj program: oba koncerty Chopina. Jeśli chodzi o pianistów, to w ciągu jedenastu lat trwania „Pomorskich Dni Chopinowskich w Waplewie Wielkim”, było ich sporo i to świetnych. Do tych najświetniejszych zaliczyć trzeba Dinę Joffe, laureatkę II miejsca na konkursie chopinowskim w 1975 r. Wystąpiła ona w Waplewie z recitalem złożonym z utworów Bacha i Chopina w 2011 roku. Do dzisiaj pamiętam, jak przepięknie wykonała cztery Mazurki z op. 67 na specjalnie dla niej sprowadzonym fortepianie marki Steinway (relację z tego koncertu można znaleźć w 6 numerze „Prowincji”). Gdy zaś chodzi o koncerty Chopina, to jeśli mnie pamięć nie myli, tutejsi melomani mieli możliwość wysłuchania tylko jeden raz Koncertu e-moll op. 11 Chopina. Zagrała go w czerwcu 2010 r. Japonka Reiko Fezu, finalistka XV Konkursu Chopinowskiego z roku 2005. Był to koncert plenerowy. Przed pałacem zbudowano specjalną estradę, która 194 Klasyka na żywo i z mediów pomieściła fortepian i Polską Orkiestrę Kameralną z Sopotu z jej dyrygentem Wojciechem Rajskim (zob. relację w „Prowincji” nr 2). W orkiestrze tej były tylko same instrumenty smyczkowe, więc trzeba było do jej potrzeb przystosować partyturę. W tym roku także trzeba było odpowiednio przygotować partyturę, albowiem pianiście towarzyszył „Kwartet Prima Vista” w składzie: Krzysztof Bzówka (skrzypce), Józef Kolinek (skrzypce), Piotr Nowicki (altówka) i Zbigniew Krzymiński (wiolonczela). Nazwa kwartetu pochodzi od terminu muzycznego „prima vista” lub „a vista”, co oznacza umiejętność czytania nut na pierwsze spojrzenie i wykonania utworu, od razu, bez uprzedniego przygotowania. W historii muzyki znana jest anegdota na ten temat. Otóż sławny pianista Franciszek Liszt potrafił zagrać a vista najtrudniejsze utwory w brawurowych tempach, co więcej, umiał nawet szybko odczytywać nuty odwrócone do góry nogami. Tylko jeden raz Liszt nie odważył się zagrać natychmiast pewnych kompozycji. Były to piekielnie trudne etiudy Chopina. Po ich przećwiczeniu Liszt grał je tak, że zazdrościł mu sam kompozytor. W przypadku tegorocznego koncertu nie można mówić o grze „prima vista”. Bo zarówno pianista, jak i członkowie kwartetu grają oba koncerty od kilkunastu lat. Nagrali je na płytę i otrzymali nagrodę tzw. Platynowej Płyty. Jak zabrzmiały koncerty Chopina w Waplewie? W swoich notatkach odnalazłem informację o tym, że pierwszy raz słyszałem Piotra Palecznego w Koncercie f-moll Chopina bardzo dawno temu. Było to w 1974 roku w Toruniu, gdzie młody wówczas pianista grał tę muzykę w sali koncertowej Dworu Artusa z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy pod dyrekcją litewskiego dyrygenta Juozasa Do-markasa. Koncerty Chopina słyszałem wiele razy, w różnych wykonaniach, ale nigdy nie Wacław Bielecki 195 z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. Okazuje się z resztą, że koncerty Chopinowskie można grać nawet bez jakiegokolwiek towarzyszenia. Próbowała to zrobić Dina Joffe w 2013 r. podczas warszawskiego festiwalu „Chopin j jego Europa”. O to, kto jest autorem transkrypcji koncertów na fortepian z kwartetem smyczkowym zapytałem prof. Palecz-nego w chwili odbierania autografu. - Hoffman, Richard Hoffman, a nie Józef Hofman znany pianista - odpowiedział. Koncerty z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego przypadły mi bardzo do gustu. Mała ilość wykonawców powoduje, że partia fortepianu wybija się na plan pierwszy i lepiej słychać pianistę, niż z towarzyszeniem dużej orkiestry symfonicznej. Trzeba przyznać, że Piotr Paleczny jest znakomitym wykonawcą muzyki Chopina. Dźwięki fortepianu (Yamaha) pod jego palcami miały miękką, aksamitną barwę. Nie było wahań i żadnych problemów z wykonaniem z pamięci szybkich przebiegów dźwiękowych, rozłożonych akordów itp. Pianista znakomicie rozumiał się z muzykami kwartetu, więc najróżniejsze zmiany dynamiczne i agogiczne (dotyczące tempa) wykonywane były w idealnym zespoleniu. Szczególnie świetnie pokazane było zmienne tempo, tzw. chopinowskie rubato. Nie zawiedli członkowie kwartetu, którzy towarzyszyli soliście w grze z wielkim zaangażowaniem. Oba koncerty zostały wykonane bez przerwy między nimi. Najpierw zabrzmiał Koncert fortepianowyf-moll op. 21, potem Koncert fortepianowy e-moll op. 11. Nie ma sensu opisywania tych znanych utworów, ale podam w największym skrócie najważniejsze informacje, jak je odróżniać, bo są to utwory bardzo podobne, niektórzy nawet określają je jako bliźniacze. Koncert e-moll jest nieco dłuższy (ok. 40 minut) od Koncertu f-moll (ok. 30 minut). Oba składają się z trzech części: szybkiej - wolnej - szybkiej. Część wolna ma tempo „Larghetto”, czyli szeroko, powoli. Bardziej słynne jest Larghetto z Koncertu f-moll, określane jako apoteoza romantycznej miłości. Wiadomo, że młody Chopin podczas komponowania koncertów był zakochany w koleżance ze studiów, śpiewaczce Konstancji Gładkow-skiej. W ostatnich częściach obu koncertów słychać rytmy tańców narodowych, w Koncercie f-moll jest to mazur, a Koncercie e-moll krakowiak. Bardzo ciekawym momentem jest króciutkie solo rogu w trzeciej części Koncertu f-moll. Oczywiście ta solówka została w Waplewie zagrana przez smyczki. Na bis artysta pięknie zagrał „Lento eon gran espressione cis-moll op. posthf czyli z tzw. opusu pośmiertnego, zwane czasem Nokturnem nr 20 (według prof. Mieczysława Tomaszewskiego Chopin napisał 18 nokturnów). Następnego dnia w sobotę w Waplewie odbył się koncert jazzowy. Grał kwartet „Almost Jazz Group” z Gdańska z składzie: Ignacy Jan Wiśniewski, fortepian, Paweł Nowak, akordeon, Maciej Sadowski, kontrabas i Antoni Wojnar, perkusja. Muzycy przedstawili repertuar z albumu „Fade Out”, który mieli zaprezentować za dwa tygodnie później w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku. Są tam tematy wzięte z ludowych pieśni kaszubskich oraz własne kompozycje członków zespołu. Publiczności najbardziej spodobał się utwór perkusisty Antoniego Wojnara pt. „Ona”. Tak jak to często bywa na koncercie jazzowym, muzycy „rozkręcali się” w miarę upływu czasu i grali coraz lepiej, poczynając od stylowo wykonanego „Rumcajs bluesa”, przez „Kołysankę” Krzysztofa Komedy z filmu „Dziecko Rosema-ry” w reżyserii Romana Polańskiego. Godzinny koncert zakończył się dwoma bisami. 196 Klasyka na żywo i z mediów Kwartet Almost Jazz Group, fot. W. Bielecki W sumie tegoroczne „Dni Chopinowskie” trzeba uznać za bardzo udane. Cieszy fakt, że na początku drugiej dekady działalności koncertowej organizatorzy mogą się pochwalić niewątpliwym dorobkiem, jakim jest wierna publiczność, która niezawodnie przyjeżdża na koncerty do pałacu w Waplewie. Trzeba też podkreślić dbałość o melomanów wyrażająca się tym, że po każdym koncercie - pan Maciej Kraiński, gospodarz na Waplewie, zaprasza wszystkich, wykonawców i publiczność, na lampkę wina, kawę i ciasto. Nie tylko zatem przez uszy, ale i przez żołądek wytwarza się tutaj niemal rodzinna atmosfera. Szkoda tylko, że waplewski pałac nie ma swojego fortepianu i na każdy koncert musi wypożyczać, czy to jakiegoś Steinwaya, czy ostatnio częściej fortepian Yamahy. Myślę, że „Dni Chopinowskie” zasługują na własny instrument. I tego im życzę w drugiej dekadzie działalności. GOPLANA Na stronie internetowej Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie można było przez cały rok oglądać operę „Goplana” Władysława Żeleńskiego na motywach „Balladyny” Juliusza Słowackiego. Kompozytor ten należy do twórców obecnie prawie zapomnianych. Urodzony w podkrakowskich Grodkowicach, po studiach muzycznych najpierw pracował w Krakowie, a potem w Warszawie, gdzie po śmierci Stanisława Moniuszki objął klasę harmonii i kontrapunktu w Konserwatorium. Po dziesięciu latach pobytu w stolicy w 1881 roku powrócił na stałe do Krakowa. To jemu miasto pod Wawelem zawdzięcza powstanie konserwatorium, w którym aż do śmierci w 1921 r. pełnił funkcję dyrektora. W swoim czasie opery Żeleńskiego: „Konrad Wallenrod”, „Goplana”, „Janek” i „Stara Baśń”, cieszyły się dużą popularnością. Na przykład, „Konrad Wallenrod” był wystawiany w 1910 r. w Krakowie w okresie uroczystości odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego. Nie Wacław Bielecki 197 brakowało wszakże krytyków, którzy twierdzili, że największym osiągnięciem kompozytora jest... jego syn Tadeusz Boy-Żeleński, z zawodu lekarz, ale lepiej znany jako pisarz, satyryk i tłumacz literatury francuskiej. Dobrze się stało, że Opera Narodowa wystawiła „Goplanę”. Oglądałem ją z nagrania na wideo pod dyrekcją Grzegorza Nowaka (od tego sezonu dyrektora muzycznego) w reżyserii, scenografii i z kostiumami Janusza Wis'niewskiego, w obsadzie: Goplana - Edyta Piasecka, Balladyna - Wioletta Chodowicz, Grabiec - Rafał Bartmiński, Kirkor - Arnold Rutkowski, Wdowa - Małgorzata Walewska i in. Było to bardzo ładne, klasyczne wykonanie, bez przenoszenia akcji w inne czasy, z wyrazistymi postaciami. Jest to baśń, ale reżyser nie fantazjował zbyt mocno. Śpiewacy kreujący główne role są świetni głosowo. Wśród solistów trudno mi kogoś wyróżnić, bo wszystkie głosy są piękne. Aktorsko bardzo podobał się Rafał Bartmiński w trywialnej roli Grabca oraz Edyta Piasecka z przepięknym sopranem koloraturowym w tytułowej roli Goplany. Opera zaczyna się tajemniczą uwerturą, gdzie muzyka stara się zilustrować pluskanie fal jeziora Gopło. To piękna muzyka neoromantyczna, świetnie, bogato zinstrumentowana, w której słychać wpływy Wagnera, ale w wielu tematach wykorzystywane są rytmy tańców polskich: kujawiaka, mazura, oberka. Moją uwagę zwrócił chór rozpoczynający i kończący operę w wielkiej scenie zbiorowej. Reżyser Janusz Wiśniewski, który jest jednocześnie scenarzystą i twórcą' kostiumów bardzo zróżnicował chórzystów, szczególnie w scenie korowodu duchów i elfów przychodzących z Grabcem na zamek w akcie III. To nie jest jakaś jednolita masa, ale zbiór indywidualnie wyróżniających się postaci, nie bardzo przystających do siebie, ubranych w diametralnie różne kostiumy i poddanych kontrastowej charakteryzacji twarzy. Są tutaj: dworki Goplany, matki karmiące - niebieska, żółta i zielona, jedzące kartofle (!), węglarz z rodziną, osoby z paryskiej kawiarni, niemieccy oficerowie, regentki domu staruszek, piękne mundurowe, nauczycielki kolorowej klasy, dziewczynki i chłopcy kolorowej klasy, demoniczne zakonnice, dżentelmeni w cylindrach i inni. Nie tylko ubiór i twarze, ale i sposób poruszania się jest surrealistyczny. Jest na co patrzeć. Moją uwagę zwróciły także przepiękne intermezza orkiestry: pierwsze, przed modlitwą Aliny, drugie, po scenie jej zamordowania przez Balladynę w tempie rzewnego kujawiaka z solem rożka angielskiego oraz trzecie, w końcowym akcie w rytmie walca do sceny surrealistycznego niby baletu. Niestety, możliwość oglądania „Balladyny” ze strony Teatru Wielkiego - Opery Narodowej ustała z dniem 2 listopada br. Na żywo opera będzie wystawiana w tym sezonie tylko cztery razy - w marcu i kwietniu przeszłego roku. Teraz można tam oglądać tylko: „Krakowiaków i górali” oraz spektakl dla dzieci „Bajko gdzie jesteś” i konkurs moniuszkowski z 2016 r. To stanowczo za mało, jak na instytucję nazywającą się „narodową”, powiem więcej, to wstyd, że melomani nie ma dostępu do żadnej z oper wystawianych na tej scenie. Pozostaje zatem... Metropolitan Opera z Nowego Yorku z co miesięcznymi transmisjami. Dlaczego takich transmisji nie ma z polskich scen operowych? Hasło: „Oglądaj gdzie chcesz i kiedy chcesz” - ze strony TW-ON jest pustym sloganem. 198 Klasyka na żywo i z mediów JAKIE HOBBY MIAŁ TADEUSZ KOŚCIUSZKO? W tym roku mija 200 rocznica śmierci Tadeusza Kościuszki. Z tej okazji w pałacu prezydenckim w Warszawie odbył się w październiku okolicznościowy koncert. Niestety, w pałacu nie byłem, ale mogłem wysłuchać i oglądać zapis koncertu ze strony internetowej Programu II Polskiego Radia. Koncert zaczął się on od wykonania trzech miniatur samego... Kościuszki. Były to dwa polonezy i walc na fortepian. Okazało się bowiem, że nasz i amerykański bohater, potrafił komponować utwory muzyczne. Wykonane na fortepianie miniatury były całkiem, zgrabne i melodyjne. Zagrał je z pamięci młody pianista Łukasz Krupiński. Potem tenże artysta zagrał Fugę na temat „Jeszcze Polska nie zginęła ” Karola Kurpińskiego. Kolejnym utworem wykonanym przez studentów Uniwersytetu Muzycznego im. F. Chopina w Warszawie była III część - Elegia. Andante espresswo e sostenuto z Sekstetu smyczkowego Es-dur op. 39 Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego. Ten kompozytor to kolega F. Chopina z konserwatorium. Trzeba z zadowoleniem zauważyć, że jego dzieła coraz częściej są przypominane w salach koncertowych. Ciekawym utworem była dobrze dobrana ze względu na osobę, której poświęcono koncert: Elegia na śmierć Tadeusza Kościuszki na orkiestrę kameralną i recytującego aktora skomponowana przez Karola Kurpińskiego, długoletniego dyrektora Teatru Wielkiego w Warszawie i kompozytora wielu oper i utworów symfonicznych, a na dodatek samouka. W roli recytującego aktora wystąpił Paweł Królikowski znany choćby z serialu „Ranczo ”. Piotr Krupiński pianista i orkiestra studencka, U Program Polskiego Radia Ostatnim utworem wykonanym w pałacu prezydenckim była Fantazja na tematy polskie A-dur na fortepian i orkiestrę Fryderyka Chopina wykonana przez Orkiestrę Kameralną Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina pod znakomitą batutą Marcina Wacław Bielecki 199 Nałęcz-Niesiołowskiego (niegdyś dyrektora Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku, a obecnie dyrektora Opery we Wrocławiu). Fantazja to młodzieńczy utwór Chopina w którym pobrzmiewają polskie melodie i pieśni, z tą najbardziej znaną: „Laura i Filon” do słów Franciszka Karpińskiego zaczynającą się od słów „Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły, i coś tam klaszcze za borem.” Na fortepianie Fantazję zgrał z pamięci z polotem i wdziękiem Łukasz Krupiński, półfinalista ostatniego konkursu chopinowskiego z 2015 r. Ciekawostką, którą usłyszałem w zapowiedzi koncertu jest to, że Kościuszko nie tylko lubił komponować utwory muzyczne ale sporo robił na drutach oraz zajmował się haftem krzyżykowym. Trochę to dziwne hobby, jak na żołnierza i dowódcę armii, ale podobno przy tych zajęciach po prostu odpoczywał i relaksował się. OPEROWA OPOWIEŚĆ O „SĄDZIE OSTATECZNYM” MEMLINGA Najnowsza opera z muzyką Krzysztofa Knittla pt. „Sąd Ostateczny” powstała jako trzecie zamówienie kompozytorskie złożone Operze Bałtyckiej przez Miasto Gdańsk w ramach cyklu „Opera Gedanensis”. Chodzi w nim o inspirowanie powstawania nowych dzieł operowych związanych z grodem nad Motławą. Pierwsza z nich - „Madame Curie Elżbiety Sikory została zaprezentowana w 2011 roku najpierw w Paryżu, potem w Gdańsku i w końcu w Chinach. Mieszkająca w Paryżu kompozytora ukończyła w Gdańsku liceum muzyczne. Byłem na tym przedstawieniu w marcu 2012 r. Tytułową rolę śpiewała świetna sopranistka Anna Mikołajczyk-Niewiedział wywodząca się z Lidzbarka Warmińskiego. W 2015 roku gdańszczanie mogli słuchać i oglądać „Olimpię z Gdańska” Zygmunta Krausego o Stanisławie Przybyszewskiej. W bieżącym roku jesteśmy po listopadowej prapremierze opery opisującej zmienne i burzliwe losy najsłynniejszego obrazu znajdującego się w Muzeum Gdańskim: „Sądu ostatecznego” Hansa Memlinga. Byłem na trzecim przedstawieniu tego dzieła w piątek 10 października 2017 r. Zaczęło się bardzo nietypowo, bo od protestu pracowników opery polegającym na tym, że z chwilą wygaszenia świateł na widowni orkiestra siedząca w kanale pod sceną nie grała przez 15 minut. Przedstawienie zaczęło się z kwadransowym opóźnieniem. O tej zwłoce mówił publiczności najpierw dyrektor opery Warcisław Kunc, informując o trwającym sporze sądowym ze związkami zawodowymi, potem związkowcy w krótkich słowach wyjaśniali, dlaczego strajkują. - Zwalniani są najlepsi artyści, sytuacja w operze jest dramatyczna, „dlatego postanowiliśmy wyrazić swój sprzeciw i powiedzieć: Stop niszczeniu Opery Bałtyckiej”. - I dyrektor, i związkowcy przekonywali jednocześnie o olbrzymim szacunku, jakim darzą „naszą wierną publiczność, bez której nasza praca nie miałaby żadnego sensu.” To ostatnie stwierdzenie wywołało nieoczekiwaną dyskusję, bo z sali odezwał się donośny, męski głos, że to jest dowodem na „brak szacunku” dla publiczności. Wykrzykujący ten tekst mężczyzna rozpoznany został natychmiast przez moich sąsiadów z sąsiedniego rzędu jako trójmiejski przedsiębiorca i nazwany prowokatorem. Zwrócił się on do publiczności z pytaniem, czy podzielają jego odczucia. Większość widzów, jak można było sądzić po głosach, nie podzieliła jego opinii i solidaryzowała się z pracownikami opery. Tak więc przez kwadrans czekaliśmy w półmroku na rozpoczęcie spektaklu. 200 Klasyka na żywo i z mediów Opera „Sąd Ostateczny” składa się z dwóch aktów, trwających po około 45 minut. Libretto do niej napisał Mirosław Bujko, warszawski pisarz, dziennikarz i wykładowca, „człowiek wielowarsztatowy”, jak określono go w wydrukowanym programie. Treść opery w miarę dokładnie przedstawia losy malarza Hansa Memlinga oraz jego najsłynniejszego obrazu, przechodzącego w ciągu kilku wieków przez wiele miejsc. Najpierw zostaje on zrabowany przez gdańskiego kapra Pawła Benecke i podarowany kościołowi Mariackiemu. Potem dowiadujemy się o chęci posiadania tego dzieła przez cara Piotra I oraz o zrabowaniu go przez Napoleona w wywiezieniu do Paryża. Po upadku cesarza Francuzów obraz znalazł się w posiadaniu Prusaków w Berlinie. Wrócił do Gdańska, ale w czasie II wojny światowej Niemcy wywieźli go i ukryli w górach Turyngii. Tam został odkryty przez Armię Czerwoną i trafił do Ermitrażu w Leningradzie. W Polsce znalazł się dopiero w 1956 r., gdzie po dzień dzisiejszy można go oglądać w Muzeum Narodowym w Gdańsku. Trzeba powiedzieć, że najsłabszym ogniwem oglądanego spektaklu jest jego libretto w bardzo „łopatologiczny” sposób przedstawiające historie związane z obrazem Memlinga. Brak mu potrzebnej głębokości. Dialogi są mocno uproszczone i pobieżnie omawiają wielkie problemy religijne związane z tematyką obrazu, niemalże komiksowe. Na dodatek, ciekawa muzyka skomponowana przez siedemdziesięcioletniego kompozytora Krzysztofa Knittla, jest zdominowana przez słowo. Odebrałem ją jako muzykę ilustracyjną, taką, jaką można słyszeć w teatrze, czy w filmie. Oczywiście, jak to jest w operze współczesnej, nie ma tu typowych arii, duetów. Zastępują je recytatywy, czyli śpiewy o charakterze deklamacyjnym lub po prostu kwestie mówione. Meloman nie znajdzie w tym dziele melodii, którą mógłby zanucić po wyjściu z przedstawienia. Do najciekawszych fragmentów muzycznych można zaliczyć instrumentalne wstępy do I i II aktu. Pierwszy, to ilustracja muzyczna burzy z wykorzystaniem nagrań elektronicznych w połączeniu ich z instrumentami perkusyjnymi orkiestry, drugi, z dominującymi instrumentami dętymi. Jeśli chodzi o śpiewaków, to w moim odczuciu, znakomicie zaprezentował się i wokalnie, i pod względem aktorskim Robert Gierlach (bas-baryton) w roli Hansa Memlinga. Dobrze wykonali swoje role Jan Jakub Monowid (kontratenor) w roli Tomasa Portina-riego, tudzież Piotr Lempa (bas) jako ojciec Arago ze szpitala św. Jana. W podwójnie roli Katarzyny Tangali i barona Vivant Denon mogła się podobać Anna Mikołajczyk (sopran). Grała ona tutaj pomniejszą postać, niż przez sześcioma laty, kiedy kreowała główną rolę w „Madame Curie”. Na scenie wystąpiły dwa chóry - operowy oraz dziecięcy - ale ich udział nie był zbyt wielki. Chórzyści zachowywali się dość statycznie, pomijając dość oklepany chwyt reżyserski: na początku spektaklu wchodzą na scenę z widowni. Podobała mi się scenografia i ciekawe projekcje. Jeśli chodzi o stroje, to część była całkiem niezła, ale w drugim akcie były też stroje groteskowe. Aktorzy grający rolę np. Hitlera czy Stalina ubrani byli tylko do połowy, chodzili po scenie bez spodni i na boso. Spektakl prowadził dyrygent Szymon Morus, specjalizujący się w operze współczesnej. W ubiegłym roku widzieliśmy go w przedstawieniu „Czarnej maski” Krzysztofa Pendereckiego. Dyrygował tym przedstawieniem w Gdańsku oraz na cenie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie. Jestem pełen słów uznania i podziwu dla Wacław Bielecki 201 młodego maestra. Wydaje mi się bowiem, że dyrygowanie operami współczesnymi jest znacznie trudniejsze, niż operami romantycznymi z typowymi ariami, duetami i chórami. Szymon Morus prowadził cały spektakl od początku do końca pewną ręką, precyzyjnie wskazując śpiewakom i chórzystom początki wejść wokalnych. Panował nad tempami i dynamiką gry orkiestry, tak aby nie zagłuszała śpiewaków, chociaż akurat w tym względzie miał ułatwione zadanie, bo soliści posługiwali się małymi mikrofonami więc ich śpiew był nagłośniony, co jest normą np. w Teatrze Muzycznym w Gdyni, a na scenie operowej rzadkością. Czy „Sąd Ostateczny” zachowa się i będzie grany na scenach operowych? Bardzo w to wątpię, mając w pamięci poprzednie opery współczesne „Madame Curie” Elżbiety Sikory oraz „Olimpię z Gdańska” Zygmunta Krausego wystawiane nie tak dawno w Gdańsku. Po kilku przedstawieniach słuch o nich zaginął. Pamięć ludzka potrafi płatać figle i powoduje, że spośród wielu kompozycji Krzysztofa Knittla najbardziej znana jest przepiękna piosenka z 1970 r. pod tytułem „Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie” ze słowami Wojciecha Niżyńskiego śpiewana przez Magdę Umer. Niestety, wiele osób nie wie, kto do niej skomponował muzykę. Bardziej niż o „Sąd Ostateczny” obawiam się o los Opery Bałtyckiej. Od kilku lat trwa tam permanentny spór pracowników z dyrektorami, najpierw z Markiem Weissem, a po jego odejściu, z nowym dyrektorem Warcisławem Kuncem, profesorem dyrygentury w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Nie chcę wnikać w jego szczegóły, ale odbija się to bardzo mocno na repertuarze Opery Bałtyckiej. Gra się tutaj bardzo niewiele. Miłośnicy tej formy sztuki muzycznej w październiku br. w zasadzie nie mieli w ogóle na co pójść, a w listopadzie po kilku spektaklach „Sądu Ostatecznego” można będzie obejrzeć tylko „Dziadka do orzechów”, w grudniu - tylko ten balet. Rozmowy OD KABARETU DO INTERNETU, z Magdq Mikołajczyk, standuperkq i blogerkq, rozmawia Agata Kopczyńska Magda Mikołajczyk - artystka kabaretowa, standuperka, blogerka (www.matkojedyna. com), youtuberka. Mama dwóch córek, które są (jak sama pisze): „zabawne, mądre i bystre, jak ich mama, albo bardziej”. W 2015 roku odebrała nagrodę za Video Roku 2015 za „Weź niepierdol - parodia reklamy”. Jej tekst „Anatomia matki” został uhonorowany tytułem Tekst Roku 2014 - również w konkursie Blog Roku, organizowanym przez Onet, pl. Rok 2017 zaczął się dla niej kolejnym sukcesem, gdyż otrzymała statuetkę ósmego plebiscytu kulturalnego lubuskich mediów Ale Sztuka! Kocha ją jednak nie tylko lubuskie, ale cała rzesza internautek, które codziennie ją czytają, oglądają, a następnie w tysiącach komentują i reagują na Facebooku. Tymczasem ona opowiada po prostu o codzienności -często groteskowej, trudnej, a czasami również szpitalnej. Agata Kopczyńska 203 Agata Kopczyńska: Kiedy przeczytałam ostatnio tekst pt. „Przestańcie jęczeć, idźcie na oddział onkologii dziecięcej” na Ohme.pl to wgniotło mnie w ziemię, ale nie tylko mnie. Tekst z Tobą w roli głównej udostępniły Krystyna Janda i Magdalena Różczka na swoich Fanpageach. Czy jesteś świadoma swojego zasięgu? Zasięgu, dosłownie i w przenośni. Generujesz zasięgi internetowe, o których pomarzyć może wielu blogerów. Przy tym, jako mama zdrowiejącej córki, dajesz siłę innym rodzicom. Mam nadzieję, że wiesz. Magda Mikołajczyk: Nie mam świadomości. Po części mam, a po części nie mam. Jest to dziwne, bo ja cały czas mam się za zwyczajną, anonimową dziewuszkę, a tu ani ze mnie dziewuszka, ani anonimowa. Ostatnimi czasy często spotykam się z tym, że ludzie wiedzą, kim jestem. Jest mi wówczas bardzo miło, bo często kończy się to zdaniem: „pomogła mi pani”, albo „dzięki pani zrozumiałam, że...”. Porównuję to do „popularności” kabaretowej - tam ktoś kojarzy postać, którą odgrywasz, jeśli cię lubi, to lubi twoje role. W przypadku błoga lubi po prostu mnie, moje poglądy, nie wymyśloną osobę, tylko to, co tak naprawdę sobą reprezentuję. Cieszę się ze społecznej roli, jaką od jakiegoś czasu odgrywam, jestem taką matką - wsparciem, staram się mimo wszelkich przeciwności znaleźć zawsze coś do uśmiechu, choć jestem straszliwą pesymistką. A może byłam. Bo teraz narzucam sobie inne myśli. Co do udostępnień przez Krystynę Jandę i Magdalenę Różczkę rozmowy ze mną - byłam wielce zaskoczona i podekscytowana. To najwyższa półka. Schlebia mi to. Wyrazy uznania należą się tu autorce tego artykułu, Kasi Troszczyńskiej, bo w mistrzowski sposób wykonała swoją pracę. Dziękuję. Od jakiegoś czasu dostaję listy w jednym tonie i chcę o tym wkrótce napisać, tylko potrzebuję trochę zebrać się w sobie, bo to będzie swoisty przewodnik dla potrzebujących wsparcia w związku z chorobą dziecka. To, że mówię o tym głośno, przeżyłam, czy też przeżywam wciąż to, że jestem z dzieckiem w szpitalu ośmiela mamy i ojców w podobnej sytuacji, będących na początku drogi. Często nie wiedzą, co ze sobą zrobić, chcę im jakoś pomóc. A przynajmniej o tym mówić. W naszym otoczeniu unikamy mówienia o chorobie. Moje dziecko raczej zdrowieje, niż choruje, nie prowadzi żadnej walki, żyjemy najnormalniej na świecie i przeżywamy to, co każdy rodzic plus jakieś gratisy. Nie chcemy, by choroba miała miejsce w naszych głowach i sercach. Trzeba żyć. Wróćmy do początków Twojej aktywności twórczej. Wywodzisz się z zielonogórskiego zagłębia kabaretowego. Kabaret Słoiczek po Cukrze, nieistniejący już żeński Kabaret Szum, szereg nagród i wyróżnień, które masz na swoim koncie. Jak do tego doszło? Jak zaczęła się Twoja przygoda z kabaretem? To jest bardzo stara historia, która swój początek ma w liceum. Zawsze dobrze pisałam, nigdy nie wiedziałam, kim chcę być, byłam też tzw. klasowym głupkiem, który za sarkazmem, ironią i fałszywym dystansem do siebie chował się ze swoją wrażliwością. Byłam zawsze zbuntowana i buńczuczna. No i tak się losy potoczyły, że nie zdałam matury w pierwszym podejściu. Dodam tylko, że nie wynikało to z głupoty, a z tego, że byłam krnąbrna. Ponieważ oczywistym było, że pójdę na studia, więc tata dał mi do wyboru 204 Od kabaretu do Internetu wszystkie studia, na które był drugi nabór w Zielonej Górze, bo chciał mnie mieć blisko. Tak trafiłam na filologię polską. W pierwszym tygodniu studenci działający w klubie „Gęba” robili otrzęsiny sami z siebie na korytarzu uczelni, wyłapali mnie do różnych zadań, na koniec zaprosili na wieczorną potańcówkę do klubu. Jak tam weszłam, wiedziałam już, że stamtąd nie wyjdę przez kilka lat. W tym roku mija 20. Czym jest dla Ciebie kabaret? Jak jesteś w stanie połączyć działalność kabaretową z pisaniem, ogarnianiem domu, częstymi wyjazdami z córką do szpitala? To wszystko brzmi, jakby Twoja doba miała 48 godzin. Wszystko łączę. Czasem czegoś się nie da, to odpuszczam to najmniej w danym momencie ważne, na szczęście rzadko takie rzeczy się dzieją. Od jakiegoś czasu coraz mniej mnie pociąga kabaret. Ale za to bardziej YouTube. Mam też ogromne wsparcie ze strony rodziny - męża, teściowej, taty, rodzeństwa. Jak Nataszka była malutka, jeździła w trasy ze mną i z teściówką. Teraz myślę, że to było odważne posunięcie. Ale chciałam pracować, karmić piersią, być z dzieckiem i na scenie, a mama była chętna do pomocy, więc wspólnie połączyłyśmy te kropki. Gdzie czujesz się lepiej: w Internecie czy na prawdziwej scenie? To są dwie różne sceny. Paradoksalnie, jak zaczęłam odpuszczać scenę, to poczułam się na niej o wiele swobodniej. Internet ma to do siebie, że możesz to robić zewsząd, praktycznie bez nakładów finansowych, formy są krótsze i nie trzeba nigdzie jechać. Choć ja bardzo lubię jeździć. W kabarecie uwielbiam grać postaci brzydkie, tępawe i „biedne” - czuję się wówczas jak ryba w wodzie. Jakbym miała zagrać, że jestem sexy to bym nie dała rady. Uwielbiam się obrzydzić. Wtedy mogę wszystko, bo to nie ja, tylko postać. Nie mam też problemu z wystawieniem się na pośmiewisko, wszak to nie prawdziwa ja, tylko ktoś, kogo wymyśliłam na potrzeby czegoś. A śmiech jest fajny, oczyszczający, przy śmiechu musisz oddychać pełną piersią, a wówczas, jak się dotlenisz, zmienia się perspektywa. Uwielbiam sprawiać, że ludzie się śmieją. Jak powstał blog? Zakładam, że nie byłaś w stanie przewidzieć, jak popularny się stanie. Jestem jednak ciekawa, co było motorem napędowym jego założenia. Byłam w ciąży, miałam już jedno dziecko, utknęłam scenicznie, a wylewały się ze mnie jakieś słowa. Zamieszczałam je na Facebooku, zaczęłam dostawać sygnały: pisz blog! I pod wpływem impulsu założyłam matkęjedyną. Bez planu, bez zastanawiania się, zdałam się na instynkt i oto jestem, hehe. Był to mój artystyczny wentyl. Zawsze lubiłam słowa, słowa lubią też mnie. Postanowiliśmy coś wspólnie porobić. I tak porabiamy już kilka lat . Skąd właśnie taki pomysł na Twoje pisanie? Brak wielkich liter, dosadność, wulgaryzmy, ironia. Wszystko tworzy wybuchową mieszankę. Nie sposób czytać Twoich tekstów bez zachwytu nad grą słów i (jednocześnie) prostotą i uniwersalnością przekazu. Ta maniera pisania małymi literami przyszła nagle i nieoczekiwanie. Bardzo mi się spodobała. Czułam, że to właśnie ja. Potok słów, wszystkie jednakowo ważne i jednakowo nieważne, bo to tylko aż słowa. Kiedy piszę, otwiera mi się jakaś zapadka w głowie i czasem Agata Kopczyńska 205 nie zdążę pomyśleć, co zapisałam. Czasem siadam do wpisu, o którym myślałam, a po pierwszym zdaniu jest to zupełnie inny wpis. Z tamtego przemyślenia zostaje jedno słowo, jedno skojarzenie. Daję się prowadzić słowom, to one układają mnie, a nie ja je. Zawsze dużo czytałam. Mój tata wymyślił sobie, że będziemy mieli zakaz oglądania telewizji i tak było. Jak już się wylataliśmy na dworze, rzucaliśmy się z rodzeństwem na książki. Do tej pory czytamy wiele. Ja się zresztą bardzo szybko nauczyłam sama czytać, miałam około 4 lat. Czytałam wszystko, tak jak teraz moja starsza córka. Słowa są dla mnie ważne. Kiedy słucham piosenki, to nie dla muzyki, a dla treści. Jestem wrażliwa na dobre i złe teksty. Mam zdolność zapamiętywania tekstów, prawdopodobnie znam trzy tomy fraszek Sztaudyngera na pamięć. Kocham słowo, a doskonałe operowanie nim jest dla mnie przejawem najwyższej inteligencji. Kiedyś czytałam Gretkowską i stwierdziłam - dopóki nie pisała o kościele - że mogłabym to ja napisać. Moje słowa, moje przemyślenia. Uwielbiam literaturę polską. Jaram się Chutnik, Bator, Twardochem, Żulczykiem, Dukajem. Jestem niezwykle dumna, że mamy takich wspaniałych twórców w kraju. Co do wulgaryzmów - nie hamuję się. Jeśli wyleciał, to widocznie miał. Nie dopieszczam swoich tekstów, najczęściej wypadają ze mnie gotowe. Napisałaś kiedyś, że zarabiasz pisząc teksty. Czy język czasem Cię uwiera? Bo czytając Cię mam wrażenie, że urodziłaś się z hashtagami na ustach i wspaniale żonglujesz językiem współczesności. Może dlatego jesteś w stanie dotrzeć do tak wielu odbiorców? O rany, to niezwykły komplement, dziękuję! Tak bardzo nie wiem, o co chodzi z haszta-gami, że używam ich do zupełnie czegoś innego, niż są przeznaczone. Jestem stara, nie po hasztagach mnie ludzie odnajdują, dlatego pozwalam sobie z nich dworować. Trochę gonię współczesność, ale trochę zasapana za nią nie nadążam. Wychodzi śmiesznie. Lubię Internet. Takie perły, jakie w nim można znaleźć, to doprawdy, ze świecą szukać. Nie czytam w necie zbyt wiele, ale czuję, że jest to idealne medium dla mnie. Młodzież używa Internetu do czegoś innego, niż moje pokolenie, blogerzy robią z blogów maszynki do zarabiania pieniędzy, ja zaś nie mam ciśnienia i wrzucam raz po raz coś, co czuję, że chcę napisać i to działa. Ja w zasadzie wszystko robię na czuja. „Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”. Bonzowie od Internetu pytają jak ja to robię, a ja nie wiem, intuicja. Kiedy oglądam internetowe nagrania z Twoim udziałem to mam wrażenie, że niezwykle trudną dla polskiej mentalności sztukę stand-up’u przeniosłaś do Internetu. Tylko pytanie brzmi, na ile stand-up przeniesiony do Internetu, dalej pozostaje stund-upem? Ja nie lubię szufladkować, zamykać się. Robię coś. A jak to nazwać i czy w ogóle trzeba? Hm. Ostatnio zapytano mnie jak mnie nazwać, jak mnie przedstawić, kim ja jestem? O rany, z przerażeniem stwierdziłam, że jestem artystką i nie da się mnie określić lepiej jednym słowem. Wymykam się spod wszelkich określeń - kabareciara? Też. Stand-uperka? Też. Autorka? Też. Blogerka? Też. Jutuberka? Też. Aktorka? Też. Taki kurna, McGyver. Jakby do tego dodać, że zwyciężyłam w kilku konkursach piosenki, to już w ogóle człowiek orkiestra. Dlatego lubię słowo „twórca”. 206 Od kabaretu do Internetu Czytając Ciebie i rozmawiając z Tobą miałam nieodparte wrażenie, że jesteś niebywale skromną osobą. Czy nie masz w sobie za grosz egocentryzmu, który zwykle przypisywany jest artystom? Jeśli go zauważasz to przyznaj się, gdzie się schował? Mam go całe mnóstwo. Trzymam go na wodzy, bo jest tylko mój, czasem się w nim tarzam, najczęściej w samotności, a potem wracam. Ludzi jest dużo, nie wyróżniam się niczym szczególnym spośród innych, poza tym, że już odkryłam swój talent. Tego życzę każdemu. Wszyscy wiemy, że Instagram to miejsce dla fitnessowych guru, pięknych krajobrazów, apetycznie wyglądającego jedzenia. A Ty wrzuciłaś tam swoje zdjęcie z workami pod oczami. I już za chwilę pojawiły się głosy oburzenia, że jak to tak? Należy iść do kosmetyczki, do fryzjera. Przecież, według jednej z komentatorek, bycie matką nie powinno przeszkadzać w byciu piękną. Czy dalej uważasz, że jesteś w stanie „odfoto-szopować Internet”? Kurde, robię, co mogę! Nie jestem pięknością, ani zadbałością, czystością mieszkania, wyprasowanością, sztucznością rzęs czy paznokci. Czasem długie minuty spędzam na obserwowaniu kobiecych rąk w nieskazitelnym manikiurze i próbuję się doszukać prawdziwego kształtu palców, człowieczeństwa, brudu, który wlazł pod ten równiuśki paznokieć. Jestem całkowicie zwyczajna. I to jest piękne. Kiedyś Krzysztof Ibisz w jakimś wywiadzie mówił, że jechał w centrum handlowym w windzie z jakąś kobietą, która - jak zobaczyła, że on niesie pod pachą dopiero co zakupiony papier toaletowy - powiedziała: „no wie pan!”, Otóż kupuję papier toaletowy, ba, używam go. I te guru od fitnessu też, zwłaszcza po tym apetycznym jedzeniu, czasem być może nawet na tle tych pięknych krajobrazów. Miałam okazję posłuchać tego, co masz do powiedzenia na temat hejtu i hejtowania w dyskusji panelowej na ubiegłorocznym spotkaniu blogerów See Bloggers. Wyraźnie stwierdziłaś, że nie dajesz mu racji bytu na swoim „terenie”. Czy tak się w ogóle da, skoro Twoja główna przestrzeń wypowiedzi to jednak Internet pełen (niejednokrotnie) zgubnej wolności słowa? Da się. Na moim podwórku się da, a tylko tam sprzątam. Na szczęście jest tego na tyle mało, że spokojnie to opanowuję. Wiesz, osoba publiczna składa się z dwóch członów - „publiczna”, ale i „osoba”, żywy człowiek, nie robocik, który ma przyjąć na swą metalową, nieczułą klatę opinię wszystkich tych, którym się nie podoba to, co robisz. Zawsze myślę: załóż blog, zdobądź czytelników, zrób coś i wtedy może zapoznam się z twoja opinią. Publiczną. Rzadko pamiętamy o tym, że powiedzenie: „Czuj się jak u siebie w domu” ma dalszy ciąg: „ale nie zapominaj, że jesteś gościem”. Ja się czasami siedem razy zabieram za jakiś komentarz i w końcu go nie zamieszczam. Kluczowe pytanie: po co? Jakie masz plany twórcze na niedaleką przyszłość? Mam plany, a jakże. Książka czeka na ukończenie, w głowie kolejna, tym razem powieść. Pisanie błoga cały czas, filmiki chyba na stałe wejdą do mojego repertuaru. Kabaret na razie idzie trochę na bok, ale być może to nie jest moje ostatnie słowo. Niech no tylko dzieci wyjdą z ospy, kataru, kaszlu, gorączki i tym podobnych atrakcji. Dziękuję za rozmowę. Recenzje Andrzej Kasperek NOWE KSIĄŻKI O ŻUŁAWACH Z niekłamaną satysfakcją odnotowuję, że biblioteka dzieł poświęconym Żuławom staje się coraz bogatsza. W tym roku ukazały się trzy nowe książki: „Menonici w Polsce i Prusach wXVI-XIX w.” Petera J. Klas-sena, „Żuławy Gdańskie w XVII wieku” Przemysława Szafrana i „Żuławy - niezwykła kraina” Józefa Golickiego1. Peter J. Klassen jest w naszym kraju dobrze znany wszystkim, którzy zajmują się mennonitami. Proszę korektę o niepopra-wianie tego zapisu, słownik ortograficzny dopuszcza obie wersje pisowni — przez jedno i dwa n. Dla mnie oczywiste jest, że 1 Peter J. Klassen Menonici w Polsce i Prusach w XVI-XIX w., przeł. Edyt Pawlikowska, oprać. Michał Targowski, Toruń 2016, Przemysław Szafran „Żuławy Gdańskie w XVII wieku. Studium z dziejów społecznych i gospodarczych”, Gdańsk 2017, Józef Golicki Żuławy — niezwykła kraina, Pelplin 2017. skoro nazwa wyznania pochodzi od jego twórcy, czyli Menno Simonsa, to powinniśmy zachować owo podwojone n, tak robią Rosjanie, Niemcy, Anglicy i Francuzi. Obecna dowolność ortograficzna jest irytująca, bo w wydaniu wcześniejszej książki tegoż autora pt. „Ojczyzna dla przybyszów. Wprowadzenie do historii mennonitów w Polsce i Prusach”2 zastosowano postulowaną przeze mnie formę a w nowej książce używa się wersji z pojedynczym n. Profesor Klassen wielokrotnie przyjeżdżał do Polski, bywał na Żuławach. Miałem okazję spotkać go w Nowym Dworze i poprosić o dedykację na „Ojczyźnie dla przybyszów...”. Jego książkę wydało Muzeum Etnograficzne im. Marii Znamierowskiej-Pruffe-rowej w Toruniu. Jest to cenna publikacja dotyczącą dziedzictwa kulturowego Polski. Osadnictwo olęderskie sięgało wszak aż za Warszawę, nie było związane tylko z deltą Wisły. To, że toruńskie muzeum zdecydowało się na edycję tej ważnej książki nie jest przypadkowe, wiąże się ściśle z tym, że muzeum stworzyło Olęderski Park Etnograficzny w Wielkiej Nieszawce, wsi związanej z mennonitami od początku XVII w. do końca II wojny światowej, będącej jednym z głównych ośrodków życia tej społeczności, która założyła tu gminę wyznaniową wraz z domem modlitwy. Odnotowuję wydanie tłumaczenia tej książki w mym przeglądzie, bo chociaż nie jest ona stricte poświęcona Żuławom, to jednak stanowi pozycję obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych historią 2 Peter J. Klassen Ojczyzna dla przybyszów. Wprowadzenie do historii mennonitów w Polsce i Prusach, przeł. Aleksandra Borodin, Warszawa 2002. 208 Recenzje regionu. Autor omawia historię powstania wyznania w Niderlandach, prześladowanie jego wyznawców i przybycie ich na tereny północnej Polski. Profesor Klassen dzięki licznym wielojęzycznym lekturom oraz badaniom dokumentów w archiwach polskich, niemieckich i holenderskich stworzył monografię obecności mennonitów na terenie Polski i Prus od XVI do XX wieku. Interesuje go ich osiedlanie, życie gospodarcze i religijne, szkolnictwo, tolerancja i przypadki nietolerancji wobec wyznawców doktryny Menno Simonsa. A także ich stosunki z sąsiadami, problem odmowy służby wojskowej, emigracja do Rosji i do obu Ameryk. W zakończeniu znajdziemy niewielki wybór tekstów źródłowych dotyczących wolności religijnych w Polsce. W wydaniu zabrakło mi podania tytułu oryginału3. Można też dyskutować o pewnych aspektach przekładu, m.in. używaniu słowa ‘nonkorfomista’ w znaczeniu: „człowiek wyznający inną religię chrześcijańską niż katolicka”. Wydaje mi się, że bardziej pasowałoby tu zadomowione przecież w polsz-czyźnie słowo: ‘dysydent”. Zamiast określenia „przysięgły wałowy” wołałbym: strażnik wałowy. Takoż wieś: Stare Babki niepotrzebnie tytułuje się Babki (po niemiecku: Altebabke). Ale to drobiazgi. Najważniejsze, że ta bezcenna publikacja ukazała się po polsku. Brakowało takiego studium. Cieszy wznowienie dzieła prof. Przemysława Szafrana o Żuławach Gdańskich. Książkę wydano w 1981 r. w niewielkim nakładzie. Dziś to prawdziwy rarytas, sam szukałem jej długo i słono zapłaciłem zań w antykwariacie. Autor pracował w Bibliotece Gdańskiej Polskiej Akademii Nauk, 3 Mennonites in Early Modern Poland and Prussia. Wydanie z roku 2010 ma na okładce zdjęcie żuławskiego domu podcieniowego, co wyraźnie podkreśla związki mennonitów z Żuławami. od wielu lat (dawno skończył dziewięćdzie-siątkę) jest na emeryturze. Jego studium z dziejów społecznych i gospodarczych to praca iście benedyktyńska - autor przekopał się przez archiwa i biblioteki, badał księgi gruntowe i wyciągi urzędowe z lat 1579-1700. Powstała bardzo rzetelna praca przedstawiająca „nietypowe jak na warunki Rzeczpospolitej, do której formalnie należał wówczas Gdańsk, położenie tutejszych chłopów, którzy osiągnęli pozycję społeczną dalece odbiegającą od chłopów mieszkających w innych Polski”. Autor skrupulatnie omawia strukturę ludnościową i majątkową (gospodarze i parobkowie, zaludnienie, wielkość gospodarstw, obrót ziemią, działy rodzinne), uprawę ziemi, hodowlę, rzemiosło i handel, samorząd wiejski, budownictwo, strój, szkolnictwo... Książkę wyposażone w szczegółowe tabele (jest ich aż 27!), mapki, ilustracje i pokaźną bibliografię. Kiedy się studiuję to dzieło ogarnia mnie żal, że Żuławy Wielkie nie doczekały się takiej monografii. Może kiedyś znajdzie się równie sumienny i pracowity historyk, który podejmie ten temat... Pomysłodawcą reedycji był pan Grzegorz Bogun z Błotnika, miłośnik regionu, Recenzje 209 który zdołał namówić Stowarzyszenie Żuławy do wznowienia książki. Chwała mu za to. Oglądając nowe wydanie nie mogłem wyjść ze zdumienia, że Wydawnictwo Agni z Pruszcza Gdańskiego zamiast stosowanej zwykle w reprintach faksy mile, czyli kopii oryginału dało nam nowy skład, z całkowitą dokładnością naśladujący pierwodruk. Wyszło to książce na zdrowie, czcionka jest czytelniejsza, tabele bardziej przejrzyste. Jest jedno „ale”. Mianowicie przedrukowując ilustracje zamiast sięgnąć po odstępne w bibliotekach i archiwach oryginały skopiowano dość kiepskie obrazki z wydania z 1981 r. Kiepskie, bo takie były ówczesne realia wydawnicze. Jaka może być kopia słabego zdjęcia? W rezultacie jakość owych ilustracji częstokroć jest słabsza niż w wydaniu sprzed 35 lat. Szkoda, bo dzisiejsze techniki drukarskie pozwalają reprodukować zdjęcia i ryciny z wielką dokładnością. Chciałbym, żeby to była dla wydawcy nauczka na przyszłość. Książka trafiła przede wszystkim do pomorskich bibliotek i do samorządowców. Nie pomyślano o sprzedaży, może warto by pomyśleć (jeśli przepisy i umowy wydawnicze na to pozwalają) o dodruku przeznaczonym do dystrybucji, wszak zainteresowanie naszym regionem wciąż rośnie. Dowodem na to może być trzecia z omawianych tu książek - wydany w zasłużonej oficynie Bernardinum z Pelplina album o Żuławach. Ta edycja jest owocem fascynacji autora regionem. W słowie wstępnym pisze, że pisał ją z „nie z perspektywy autochtona, ale obcego”, który zainteresował się nizinna krainą kilka lat temu. To spojrzenie z zewnątrz wyszło książce na dobre. Miejscowi chyba już pewnych rzeczy nie dostrzegają - traktują je jako oczywiste. Wędrówki z aparatem fotograficznym, przemierzanie „zapomnianych osad Przemysław Szafran ŻUŁAWY GDAŃSKIE w XVII wieku i wiosek”, odkrywanie piękna tej krainy przyniosło album zdjęć, na których zobaczymy wiejskie kościoły, domy podcieniowe i mennonickie cmentarze. Fotografii jest dużo - bardziej surowy edytor zdjęć niektóre by pewnie usunął. Ale ten nadmiar okazuje się fortunny, bo w żadnym z dotychczas wydanych albumów nie mieliśmy tylu zdjęć kościołów. Ciekawe efekty daje na przykład pokazanie obok siebie ścian szczytowych żuławskich świątyń, ich wież lub konstrukcji szachulcowych. Takie zestawienia dają do myślenia, zmuszają do szukania podobieństw i różnic. Autor wybrał najbardziej oczywiste symbole z delty Wisły. Jego fotografie są sumienną dokumentacją tychże emblematów. I nie ma w tym nic złego, dostaliśmy „Żuławy dla początkujących”. Sympatyczną książkę, która może zachęcić kogoś do zainteresowania deltą Wisły, zaciekawić jej innością. Poza tym zdjęcia są dokumentem swych czasów - pokazują np. 210 Recenzje dom podcieniowy państwa Wasielewskich w Orłowie w trakcie remontu. Ten walor dokumentacyjny jest nie do przecenienia. Można pomarzyć, jakie wrażenie robiłby dziś taki album z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych itd. Ileż z żuławskich zabytków do tej pory zniszczało, spłonęło lub zostało bezmyślnie przebudowanych. Na pewno w innych albumach znajdziemy piękniejsze fotografie, ale w tym odnajdziemy solidną dokumentację zabytków regionu. Bardzo mnie cieszą te książki - tłumaczone, wznawiane i zupełnie nowe. Nie jestem w stanie śledzić nowości, które dotyczą innych regionów Polski, ale mam wrażenie, że „Biblioteka Żuławska” rośnie w zawrotnym tempie. Na biurku mam już najnowszą książkę wielokrotnie tu drukowanego i przywoływanego autora - dra Marcina Owsińskiego pt. Tiegenhof Nowy Dwór w 1945 roku. Koniec i początek miasta na Żuławach. Jej omówienie zamieszczę w następnym numerze „Prowincji”. Jan Chłosta ODKRYWANIE HISTORII POWIŚLA Andrzej Lubiński, W ich snach powracała Polska, Sztum 2017, s. 251. Autor tylko co wydanej książki W ich snach powracała Polska - Andrzej Lubiński, rocznik 1952, należy do nauczycieli historii, którzy w sposób szczególny zainteresowali się przeszłością ziemi, z jaką byli i są pracowniczo związani. Nawiązywał w opisywaniu historii Powiśla do nieco starszych nauczycieli-kronikarzy Warmii i Mazur, takich jak: Jan Kawecki ze Starych Juch, Eugeniusz Bielawski z Wej-sun, Tadeusz Młodkowski z Mrągowa, Karol Małłek z Działdowa, Paulina Ar-dzińska z Bukwałdu pod Olsztynem, czy też Augustyn Klimek w Nowego Miasta. Książka ma charakter trochę okazjonalny: mniej więcej 40 lat Andrzej Lubiński, po ukończeniu studiów na UMK w Toruniu, podjął pracę w Sztumie na Powiślu i poza pracą nauczycielską, w tym przez wiele lat Recenzje 211 w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym, starał się pogłębiać wiedzę o polskim trwaniu mieszkańców tej ziemi. Organizował sesje naukowe poprzedzające ważniejsze rocznice narodowe, m.in. wybuchu powstań w XIX wieku, narodzin Związku Polaków w Niemczech, zawsze z udziałem bardziej znanych w kraju historyków. A i sam w swoich wystąpieniach starał się odnieść do postaw miejscowych Polaków, pokazywał ich udział w narodowych zrywach niepodległościowych, ukrywaniu powstańców, pokazywał sylwetki i działalność powiślańskich Polaków. Wydawał też wspomnienia miejscowych ziemian, m.in. Marii Donimirskiej Bóg dał nam czas próby (2012), czy wcześniej w 2000 roku, wspomnienia Franciszka Baumgarta (1914-1979) i Bronisława Lubińskiego (1915-1989). Starał się też pogłębiać nie zawsze ścisłe ustalenia profesjonalnych historyków w odniesieniu do Powiśla. Tak było w przypadku wydanego opracowania Bohdana Łukaszewicza i Wojciecha Wrzesińskiego, ujmującego nazwiska członków Związku Polaków w Niemczech w IV Dzielnicy. Podali oni w książce IVDzielnica Związku Polaków w Niemczech 1922-1939 nazwiska zaledwie 260 członków, a tymczasem A. Lubiński powiększył tę liczbę o 282, czyli do 542 osób. W oparciu o akta Starostwa Powiatowego w Sztumie uzupełnił też opisy pobytu oddziału Zygmunta Szendziela-rza na Powiślu w kwietniu 1946 roku. Dalej sam odkrywał działalność istniejących na Powiślu organizacji polskich, takich jak koła Towarzystwo Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem w świętej Kingi, które historycy ze względu na ich religijny charakter, pomijali, ale też pisał o roli banków i organizacji spółdzielczych w rozwoju rolnictwa, ukazywał formy pracy narodowej podjęte przez koła Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich w Mi-chorowie, Miranach, Pierzchowicach i Po-stolinie. Kilka tematów dotyczy czasów dawniejszych, jak omówienie wilkierza Szpitalnej Wsi z 1749 roku. Wielką wartość tomu, moim zdaniem, stanowią wykazy nazwisk mieszkańców Powiśla, pomordowanych i deportowanych przez Armię Czerwoną do pracy w głąb Związku Radzieckiego w okresie od stycznia do marca 1945 roku w podziale na poszczególne wsie. Dane te autor ustalił w oparciu o akta znajdujące się w Archiwum Państwowym w Elblągu z siedzibą w Malborku oraz wspomnienia miejscowej ludności. Lista tych pozbawionych życia jest bardzo krótka i obejmuje zaledwie 28. Jestem przekonany o tym, że wielu zamordowanych przez Rosjan zostało pominiętych. Ważne natomiast są ustalenia aż 267 nazwisk deportowanych przez NKWD do Związku Radzieckiego z 45 miejscowości, w tym najwięcej ze Starego Targu (45), Postolina (34), Mikołajek Pomorskich (18), majątków w Koniecwałdzie i Węgrów po 19 osób. Akurat z tych wywiezionych powróciła zaledwie połowa. Wielu nie zdołało wytrzymać trudów ciężkiej pracy przy skromnych racjach żywnościowych, jeszcze pomniejszanych z powodu nie wykonania dziennych norm pracy. Nadto wśród artykułów poświęconych czasom po drugiej wojnie światowej na uwagę zasługują tekst poświęcony Liceum Pedagogicznemu w Starym Targu oraz szersze omówienie działalności nauczycielskiej „Solidarności” w latach 1980-1981. W końcu zbioru znalazło się obszerne studium historyczne, poświęcone przodkom matki autora, Heleny z Bartkowskich, wywodzącej się z Gniewu, oparte na także na relacjach drukowanych w „Nadwiślaninie”, pelplińskim „Pielgrzymie” i „Gazecie Toruńskiej”. 212 Recenzje Swoje prace A. Lubiński drukował w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Pomeranii” , „Kociewskim Magazynie Regionalnym”, „Studia Elbląskich”, w kilku tomach „Z dziejów Sztumu i okolic”, wydawanych przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Sztumskiej, którego od 1993 roku jest prezesem, wreszcie w „Kwartalniku Społeczno-Kulturalnym Dolnego Powiśla i Żuław ”. Wszystkie te podjęte tematy zostały zaprezentowane w tej książce i trzeba powtórzyć to, co w przedmowie napisał profesor Józef Borzyszkowski, że „dotyczą szeroko pojętych naszych pomorskich dziejów XIX i XX wieku, okresu narodzin i rozwoju nowoczesnego narodu, społeczeństwa polskiego, obywatelskiego, niestety wciąż in status nascendi. Taki jest dodatkowy walor niniejszego tomu, przeznaczonego nie tylko dla historyków i nauczycieli historii, ale dla ogółu Czytelników - jako podręcznika w zakresie kształcenia obywatelskiego”. Książka została wzbogacona wieloma mało znanymi fotografiami, notami oraz indeksem. Jest to wyjątkowy tom history-ka-regionalisty, a zarazem dokumentalisty, który powinien się znaleźć w bibliotekach mieszkańców nie tylko Powiśla. Krystian Zdziennicki SZEŚĆ WIEKÓW SZTUMU 600 lat Sztumu. Studia z dziejów miasta i parafii św. Anny, pod red. R. Biskupa, A. Starczewskiego, Pelplin 2017. Miasto Sztum cieszy się już 600-letnim rodowodem. Wielki mistrz zakonu krzyżackiego Michał Kuchamaister von Stern-berg nadał 23 września 1416 roku prawa miejskie oddalonemu zaledwie o kilkanaście kilometrów od stolicy Państwa Zakonnego - Sztumowi. Od tego roku datuje się też istnienie parafii katolickiej w Sztumie. Z tego powodu 3 czerwca 2016 roku zorganizowano konferencję popularno-naukową, podczas której zawodowi historycy reprezentujący różne ośrodki naukowe oraz pasjonaci dziejów ziemi sztumskiej wygłosili referaty poświęcone dziejom miasta i parafii. Redakcji zbioru artykułów podjął się historyk Radosław Biskup i proboszcz 600 lat Sztumu Pod redakcją ks. Andrzeja StarctewsWego i Radosława Biskupa Recenzje 213 parafii św. Anny w Sztumie ks. Andrzej Starczewski. Jak zauważyli we wstępie redaktorzy, nie była to pierwsza konferencja poświęcona dziejom Sztumu, wymieniając trzy z nich jako jubileuszowe. Szkoda jednak, że nie zaznaczyli faktu, iż w ostatnich 20 latach odbywały się w Sztumie też inne konferencje, których efektem również były publikacje pokonferencyjne poszerzające wiedzę o dziejach ziemi sztumskiej1. Zbiór szkiców z dziejów rozpoczyna artykuł napisany przez Adama Kromera, który przedstawił sztumskie tradycje heraldyczne oraz weksylologiczne na przestrzeni wieków. Jak podkreślił autor tekstu, ich początek sięga XIV stulecia, tj. okresu przed-kolacyjnego. Plusem artykułu jest opisanie herbów, pieczęci i flag zarówno miasta, jak i jednostek administracyjnych związanych ze Sztumem (wójtostwa sztumskiego z okresu krzyżackiego i powiatu sztumskiego). Autor pokusił się również o własną propozycję nowej flagi miejskiej, ewentualnie urzędowej. Przed wdrożeniem z całą pewnością projekt będzie wymagał debaty publicznej z mieszkańcami gminy. Kolejny tekst napisali wspólnie dwaj historycy Sławomir Jóżwiak i Janusz Tru-pinda. Jego autorzy na podstawie badań źródeł pisanych dotyczących średniowiecznego sztumskiego zamku podważyli kilka utrwalonych w nauce polskiej i niemieckiej tez dotyczących sztumskiej warowni. Artykuł z całą pewnością pokazuje, że konieczne są badania architektoniczne oraz archeologiczne, aby lepiej poznać dzieje zamku. W tekście m.in. stwierdzili, że murowany zamek nie miał powstać w latach 1326-1335, a czterdzieści lat później. Wydarzenie to według historyków powinno 1 Zob. A. Lubiński, Działalność Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej w latach 1993-2007, [w:] Z dziejów Sztumu i okolic, cz. K Sztum 2007, s. 129-137. być powiązane z wizytą księcia austriackiego Albrechta III Długowłosego, który w 1377 r. miał ufundować Sztumowi fortalicium. Dotychczas zapis źródłowy interpretowano jako wieżę, zaś autorzy twierdzą, że określenie to dotyczy najstarszego skrzydła południowo-zachodniego. Kolejnym dowodem ma być architektoniczna analiza porównawcza z innymi zamkami na terenie Prus. Ponadto autorzy negują określenie zamku jako letniej rezydencji wielkich mistrzów, gdyż gościli oni w Sztumie w różnych porach roku. Historycy również zaproponowali tezę, w której przedstawiają możliwość istnienia dwóch kaplic w sztumskim zamku. Plusem publikacji jest wykorzystanie licznych źródeł i literatury niemieckojęzycznej. Jednak szkoda, że autorzy pominęli kilka ważnych polskojęzycznych publikacji dotyczących sztumskiej warowni. Należy przytoczyć tu monografię popularno-naukową Mieczysława Haftki2, zważywszy, że jej autor był archeologiem, który przez lata również naukowo zajmował się odkrywaniem przeszłości Pomorza, w tym ziemi sztumskiej. Warto, aby autorzy przynajmniej ustosunkowali się do powyższej publikacji. Zadziwiający też jest fakt, iż pisząc o kaplicy (kaplicach) na terenie zamku nie odnieśli się do artykułu Agnieszki Błażewicz3. Ponadto historycy nie skorzystali z dokumentacji historyczno-architektonicznej4. 2 M. Haftka, Zamki krzyżackie Dzierzgoń-Przezmark--Sztum, Gdańsk 2010. 3 A. Błażewicz, Wyposażenie kaplic krzyżackich zamków wójtowskich w Grabinach-Zameczku, Laskach i Sztumie, [w:] Komturzy, Rajcy, Zupani, „Studia z dziejów średniowiecza”, nr 11, pod red. B. Śliwińskiego, Malbork 2005, s. 21-43. 4 H. Domańska, Sztum (woj. Gdańskie, pow. Sztum), Zamek. Dokumentacja historyczno-architektoniczna wykonana na zlecenie: PWRN — Wydział Kultury. Wojewódzki Konserwator Zabytków w Gdańsku, Gdańsk 1971 [maszynopis]. 214 Recenzje Tekst Radosława Biskupa przedstawia parafię sztumską w średniowiecznych dziejach biskupstwa pomezańskiego w Prusach Krzyżackich do 1466 roku. Historyk przedstawia dzieje parafii umiejscawiając ją w ramach struktury kościelnej Prus. Sporo informacji na temat Sztumu i okolic autor tekstu czerpie ze źródeł związanych z bł. Dorotą z Mątów, która miała ogromny wpływ na kształtowanie religijności m.in. mieszkańców ziemi sztumskiej. W tekście odnajdujemy zapis z Mątowów. Jest to jednak forma staropolska, która została poddana krytyce przez wybitnego badacza dziejów diecezji pomezańskiej ks. Jana Wiśniewskiego5. Wojciech Szramowski, autor monografii Sztumu (1416-1772), oparł się na swoich dotychczasowych badaniach prezentowanych w powyższej publikacji zamieszczonej w rozdziale dotyczącym szpitalnictwa6. Na uwagę jednak zasługuje fakt, iż historyk naświetlił nowe fakty dzięki interpretacji kolejnych źródeł historycznych. Temat ten jest bardzo istotny, gdyż z jednej strony powiązany jest on z dziejami religijnym Sztumu, ale również porusza kwestie związane z szeroko pojętą historią społeczną miasta od średniowiecza do XIX wieku. Warto dodać, że przy szpitalu znajdował się nieistniejący kościół. Wiesław Nowosad przedstawił jedno niezwykle ciekawe, choć tragiczne w skutkach wydarzenie jakie miało miejsce 4 czerwca 1677 roku w sztumskim kościele podczas sejmiku partykularnego województwa malborskiego. Sztum w okresie I Rzeczpospolitej był miastem obrad sejmików szlacheckich. Jak się okazuje nawet w miejscu świętym, jakim jest świątynia, mogła rozegrać się rozróba, w której 5 J. Wiśniewski, Pomezania. Z dziejów kościelnych, Elbląg 1996, s. 76-77. 6 W Szramowski Dzieje miasta Sztumu 1416-1772, Toruń 2011. uczestniczyła szlachta. Na miejscu zginął Stefan Szeliski, a po miesiącu w wyniku odniesionych ran zmarł Andrzej Gosław-ski. Jak zauważył autor, było to najprawdopodobniej wydarzenie będące największym zamieszaniem w mieście w czasach pokoju doby I Rzeczypospolitej. Należy zaznaczyć, że cenne jest przedstawienie praktycznie nieopisanego przez historyków zdarzenia. Niezwykle wartościowy tekst napisał ks. Jan Wiśniewski, autor kilku monografii traktujących o dziejach diecezji pomezańskiej, w tym wydanej w ubiegłym roku pracy pt. Wyposażenie świątyń diecezji pomezańskiej świadectwem pobożności wiernych (XVI-XVIII). Zapewne badania do ostatniej publikacji książkowej były podstawą do napisania artykułu poświęconego właśnie wyposażeniu kościoła św. Anny w Sztumie w okresie nowożytnym. Ks. J. Wiśniewski na podstawie źródeł historycznych, w tym w głównej mierze wizytacji biskupich z okresu od XVI do XVIII w., opisał bryłę świątyni, stałe wyposażenie wewnętrzne kościoła, przedmioty kultu oraz sprzęt liturgiczny. Jest to o tyle ważne, gdyż tylko cześć wyposażenia się zachowała. Przebudowany w latach 1899-1901 kościół pw. św. Anny współcześnie ma wyposażenie w znacznej mierze neogotyckie z początku XX wieku. Z poprzedniej świątyni przeniesiono m.in.: Grupę Ukrzyżowania (z końca XV w.), stalle kola-torskie (z XVII w.), chrzcielnicę i konfesjonały (z XVIII w.). Ks. Wojciech Zawadzki w zarysie opisał sztumskie duchowieństwo w latach 1525-1945. Jako badacz dziejów kościelnych Pomezanii opracował m.in. słowniki ' J. Wśniewski, Wyposażenie świątyń diecezji pomezańskiej świadectwem pobożności wiernych (XVI-XVI1I), Olsztyn 2016. Recenzje 215 duchowieństwa8. Artykuł zbiera zebrane informacje w sposób syntetyczny. Ułatwieniem dla szukających posługujących w poszczególnych okresach w Sztumie kapłanów jest tabela wymieniająca proboszczów, komendariuszy i wikariuszy. Warto podkreślić, że w artykule zamieszczono zdjęcia kilkunastu duchownych posługujących w Sztumie w okresie przedwojennym. Sztumski sierociniec dotychczas był niemalże białą plamą w dziejach miasta. Za sprawą Danuty Thiel-Melerskiej został on przedstawiony dzięki wnikliwej kwerendzie materiałów źródłowych. Pod koniec XVIII w. proboszcz Starego Targu Kazimierz Zabłoński w swoim testamencie zapisał znaczną sumę na założenie domu dla osieroconych dzieci. Zobowiązał do tego Augusta von Kalk-steina. Następnie żona Augusta - Wiktoria przeznaczyła kolejną sumę na wsparcie inicjatywy. Ich syn Michał postanowił kontynuować działania mające spełnić wolę księdza i rodziców tworząc fundację. Po korespondencji z władzami otrzymał on nawet zgodę na założenie sierocińca i domu wychowawczego w Sztumie. Placówka jednak w połowie XIX w. jeszcze nie powstała. Dopiero pod koniec stulecia, biskup warmiński w korespondencji do sztumskiego proboszcza powrócił do pomysłu fundacji Kalksteina. Sierociniec w Sztumie otwarto w 1900 roku w jednym ze skrzydeł sztumskiego zamku. Warto zaznaczyć, że za sprawą placówki udało się ściągnąć do Sztumu siostry zakonne - katarzynki, które służyły tam do 1945 roku, kiedy nadszedł kres tego sierocińca. Plusem pracy jest zamieszczenie 3 fotografii 8 W. Zawadzki, Duchowieństwo katolickie z terenu obecnej diecezji elbląskiej w latach 1821-1945, Olsztyn 2000; tenże, Duchowieństwo katolickie oficjalatu pomezańskiego w latach 1525-182. Słownik, t. II, Elbląg 2009. prezentujących obiekt oraz wychowanków wraz z opiekunkami. Andrzej Lubiński opisał jedno ze sztumskich stowarzyszeń funkcjonujących w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Była to polska organizacja - Towarzystwo św. Kingi. Autor w sposób szczegółowy przedstawił poszczególne inicjatywy stowarzyszenia skupiającego kobiety wyznania katolickiego. Plusem jest wykorzystanie prasy regionalnej, tj. „Gazety Gdańskiej” i „Gazety Olsztyńskiej”, których kwerenda zapewne zajęła sporo czasu. Artykuł ilustrują dwie archiwalne fotografie. Publikację zamyka tekst o charakterze popularno-naukowym ks. Marka Karczewskiego o dialekcie sztumskim (oficjalna nazwa dominująca w nauce to dialekt malborski). Choć autor na co dzień naukowo zajmuje się kwestiami teologicznymi, to jako osoba pochodząca z rodziny autochtonicznej popularyzuje sztumską mowę. Sam w młodości nauczył się miejscowego dialektu właśnie domu rodzinnym. Przed kilku laty podjął się redakcji trzech publikacji o Mikołajkach Pomorskich i okolicach. Jeden z woluminów poświęcony był m.in. dialektowi sztumskiemu, gdzie zamieszczono popularny jego słownik9. Ks. Karczewski niezwykle trafnie zatytułował artykuł w recenzowanej publikacji po-konferencyjnej nazywając miejscową mowę naszym wspólnym dziedzictwem. Każda książka prezentująca dzieje lokalnej społeczności jest cenną inicjatywą. Będzie ona wykorzystywana zarówno przez mieszkańców chcących zapoznać się z historią swojego regionu jak i naukowców zajmujących się dziejami Pomorza Nadwiślańskiego. Liczę, że napisane artykuły 9 Nasz dom. Mieszkańcy Mikołajek Pomorskich i okolic, ich historie i wspomnienia oraz słownik dialektu sztumskiego, pod red. M. Karczewskiego, Mikołajki Pomorskie 2013. 216 Recenzje będą przyczynkami do dalszych badań, również miejscowych historyków. Być może podejmowane będą też polemiki naukowców, które wzbudzą zainteresowanie historią Sztumu i okolic. Z całą pewnością warto organizować konferencje, których efektem są publikacje pokonferencyjne. Miejmy nadzieję, że w najbliżej przyszłości podejmowane będą kolejne tego typu inicjatywy. Andrzej Lubiński MYŚLIWI Z HISTORIĄ Zbigniew Zwolenkiewicz, 70 lat Koła Łowieckiego „Darz Bór” w Sztumie. Zarys historii i wspomnienia, Sztum 2017, Wydawnictwo „Precjoza” Częstochowa. Zbigniew Zwolenkiewicz jest emerytowanym nauczycielem oraz znanym działaczem samorządowym, politycznym i społecznym w gminie Sztum. Na 70-le-cie istnienia Koła Łowieckiego „Darz Bór” przygotował album książkowy. Autor jest do tego jak najbardziej predestynowanym, bo jako członek tego koła już 10 lat temu w tomiku „Z dziejów Sztumu i okolic” cz. V, opublikował tekst „Łowiectwo w powiecie sztumskim”. Na początku książki znajdziemy syntetyczne informacje o odbudowie łowiectwa krótko po II wojnie światowej. Miało to specyficzny charakter, albowiem wtedy polowali wyłącznie żołnierze polscy i radzieccy, którzy tu stacjonowali oraz funkcjonariusze milicji i Urzędu Bezpieczeństwa. Historia koła „Darz Bór” rozpoczyna się w roku 1947, po wpisaniu do rejestru w województwie gdańskim. Autor obficie wykorzystuje tu wspomnienia Franciszka Baumgarta i Andrzeja Rozkwitalskiego. Myśliwi w tamtym okresie w chałupniczy sposób wyrabiali naboje, zdobywali proch strzelniczy, spłonki. 70 LAT Koła Łowieckiego Darz Bór w Sztumie W roku 1949 utworzone zostało drugie koło, działające poza strukturą Polskiego Związku Łowieckiego, którego członkami byli początkowo wyłącznie pracownicy UB, milicjanci, funkcjonariusze służby więziennej i żołnierze miejscowej jednostki. Decyzją zarządu wojewódzkiego z 1955 roku rozwiązano je po przeprowadzonej kontroli. Trzynastu członków tego koła przeszło do „Darz Boru”, który liczył 39 członków. Podczas walnego zebrania w dniu 28 kwietnia 1957 roku padła propozycja podzielenia koła na dwa. Nowe koło „Cyranka” miało gospodarować w obwodach łowieckich numer 34 i 36 (Tulice, Recenzje 217 Kątki), a „Darz Bór” w obwodach 35 i 37 (Postolin Cieszymowo). Podział umożliwił dobre zagospodarowanie łowisk. Oba koła rozpoczęły małą rywalizację o nowe obwody, zwiększanie pozyskiwania zwierzyny i nowych członków. Autor przywołuje nazwiska kilku najbardziej znanych starych, wytrawnych i zapalonych, myśliwych, określanych mianem „nemrodów”. Są to: Franciszek Baumgart, Aleksander Dąmbrowski, Włodzimierz Głuszko, Jan Czajka, Witałiusz Parafiano-wicz, Florian Domański, Ignacy Domański, ks. Klemens Majewski, Tadeusz Du-najski, Jerzy Pronin, Walenty Jurkiewicz, Wacław Reducha, Adam Lubowiecki, Zbigniew Kłopotowski. Bardzo interesujące są wiadomości o najstarszych nemrodach, jakie zanotował w swoich wspomnieniach A. Rozkwitalski, a autor wykorzystuje je w prezentowanej publikacji. Zbigniew Zwolenkiewicz powołując się na wspomnienia F. Baumgarta podaje, że w ciągu pierwszych 10 lat, od 1954 roku prezesami byli: A. Pelowski, F. Domański, F. Baumgart, W. Leman. Początkowo kadencja trwała dwa lata, potem trzy, a ostatnia pięć lat. Od roku 1964 do dziś autor podaje wykazy członków zarządu. W rozdziale „Obwody Łowieckie” przedstawia dokładne dane: ile liczyła powierzchnia leśna, powierzchnia pól i całkowita poszczególnych obwodów na jakich urządza polowanie „Darz Bór”. Obok starych obwodów łowieckich doszedł w ostatnich latach obwód Pierzchowice i Szkaradowo. Bardzo ciekawe są tradycje łowieckie jakie kultywuje koło, na przykład kult św. Huberta. Z książki można się dowiedzieć, jak w ostatnich dziesięciu latach koła pozyskiwały zwierzynę z podziałem na jelenie - byk, łania, cielak, sarny - rogacz, koza, koźlę oraz dziki. Autor podaje także wykaz szkód, które są wypłacane rolnikom. Od roku 2005 członkowie koła mają obowiązek noszenia strojów galowych na uroczystości myśliwskie, a od 2007 koło posiada własny sztandar. Obecnie koło liczy 80 członków. Można dodać, że zakończenie sezonu łowieckiego 1965/66 odbyło się w gospodzie Postolin, której właścicielem był Maksymilian Groszewski. Autor, co jest bardzo cenne, przedstawił wykaz wszystkich członków koła od 1947 do 2017 roku wraz z ich miniaturowymi fotografiami. Szata graficzna i dużo zdjęć z różnych uroczystości oficjalnych, polowań, stanowi uzupełnienie tej wartościowej publikacji. Miłośnikom przebywania na łonie przyrody gorąco polecam tę książkę. Noty o autorach Agnieszka Albrecht — ur. w 1974 r. w Malborku. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Zajmuje się grafiką użytkową i malarstwem akwarelowym. Nauczycielka rysunku, w wolnych chwilach przewodnik po Muzeum Zamkowym w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu {Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945—1995} leksykonów - Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’ i ludziach z nią związanych. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogru-da” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Transregional Center for Democratic Studies (Kraków), Salzburg Seminar, Instytutu Nauk Humanistycznych przy Uniwersytecie Lwowskim, Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Ewelina Dysko - ur. w 1974 r. w Sztumie. Mieszka w Ryjewie. Ukończyła pedagogikę o specjalności resocjalizacja. Od 20 lat pracuje w DPS „Słoneczne Wzgórze” w Ryjewie. Pasje to fotografia, czytanie książek, pisanie wierszy i podróże. Maciej Andrzej Grochowski - ur. w 1938 r. w Dąbrowie Górniczej, od blisko dziesięciu lat na emeryturze. W Nowym Dworze mieszka od 44 lat. Przedtem mieszkał w Bytomiu na Śląsku. Ma uprawnienia Przodownika Turystyki Kajakowej PTTK uzyskane w 1966 roku. Działacz Klubu Nowodworskiego. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Agnieszka Kopczyńska — ur. 1983 w Elblągu. Z wykształcenia germanistka, kulturoznawczyni i specjalistka ds. żywienia. Z zawodu edukatorka, trenerka i tłumaczka. Można ją znaleźć na: www. agamasmaka.pl. Bierze udział w działaniach na rzecz kultury, a także działaniach na rzecz polsko--niemieckiego dialogu. Agnieszka Korol - ur. w 1964 r. Absolwentka pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczycielka, animatorka kultury, autorka książek dla dzieci, powieści: Listy z jeziora (2011), Zamczysko (w trakcie), scenariuszy filmowych i teatralnych. Jej sztuka Kimkolwiek jesteś o błogosławionej Dorocie z Mątów została wystawiona w Kwidzynie, Sztumie, Prabutach i Mątowach Wielkich w reżyserii Adama Karasia. Mieszka w Gontach pod Prabutami. Leszek Kunda - ur. w 1964 r. w Grudziądzu, absolwent London College of Printing and Distri-butive Trades przy London Institute (dziś: University of the Arts, Londyn), Wydziału Prawa i Finansów Uniwersytetu Bournemouth (Wlk. Brytania), Politechniki Warszawskiej (eBiznes). W latach 1987-1990 współpracownik magazynu muzycznego „Non Stop”. Noty o autorach 219 Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku w wydawnictwie „von borowiecky”. Mieszka w Malborku. Halina Łukawska - emerytka, pochodzi z Osieka nad Wisłą, od przeszło 30 lat mieszka w Malborku. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1977-1980 prace arche-ologiczno-architektoniczne w Zamościu. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu (do 1994 roku razem z mężem). Do 2000 roku w Pracowni Konserwacji Zabytków, potem w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. Redaktorka i współredaktorka dwóch książek. Jedna z nich Archaeołogia et Historia Urbana otrzymała nagrodę „Sybilla 2004”. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Paweł Nieczuja-Ostrowski - ur. w 1975 r. w Elblągu. Absolwent Politologii i Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 2005-2011 pracował jako nauczyciel historii i WOS. W 2010 uzyskał doktorat w zakresie nauk o polityce na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2011 adiunkt w Instytucie Historii i Politologii Akademii Pomorskiej w Słupsku. Badacz mniejszości ormiańskiej w Polsce i diaspory ormiańskiej na świecie. Autor m.in. monografii „Ormianie w Polsce: przeszłość i teraźniejszość” (2011). Poza pracą zawodową poświęca się malarstwu i poezji. Jest autorem błoga poetyckiego „Wierszo-atak” (www.wierszoatak.com). Piotr Podlewski — absolwent historii UMK w Toruniu. Nauczyciel historii. Publikował teksty historyczne w” Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806-1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989-1993. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Mieszka w Sztumie. 220 Noty o autorach Teodor Sejka — ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w „Slavia Orientalis”, „Rycerzu Niepokalanej” i „Dzienniku Bałtyckim”. Mieszka w Sztumie. Sylwia Stankiewicz - ur. 1952 r. w Warszawie. Nauczycielka w Szkole Podstawowej w Ankama-tach, Waplewie Wielkim. Od 2005 na emeryturze. Autorka opracowania Od Heleny do Izabelli. Losy Rodziny Sierakowskich patronów Szkoły Podstawowej w Waplewie W. oraz publikacji Związki Fryderyka Chopina z Waplewem Wielkim na Pomorzu Nadwiślańskim. Pomysłodawczyni Pomorskich Dni Chopinowskich w Waplewie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski — poeta i prozaik, kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Wydał m.in.: Dzień nad ciemną rzeką (1996), Sny dla dorosłych i dla dzieci (1998), Legendy i opowieści zamku Malbork (2002, 2005), Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-łoty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Tomasz Wandzel - ur. w 1975 r. w Głuchołazach. Od najmłodszych lat zapalony turysta górski. W 1998 roku traci wzrok. Cztery lata później rozpoczyna studia na UMK w Toruniu i angażuje się w działalność studenckiej gazety. Od 2004 roku mieszka wraz z żoną i dziećmi w Prabutach. W 2010 roku zajął I miejsce w ogólnopolskim konkursie na reportaż prasowy im. Macieja Szumowskiego. Opublikował do tej pory powieści: Hycel, Dom w chmurach, Grzeczna dziewczynka i Żółty długopis. Arkadiusz Wełniak — ur. w 1973 w Tczewie. Historyk, archiwista, genealog. Właściciel firmy, współpracownik firmy GEN Erbenermittlung w Berlinie. W latach 1999-2011 pracownik Archiwum Państwowego. Aktywny i jedyny polski przedstawiciel w Towarzystwie Genealogicznym Prus Wschodnich i Zachodnich (VFFOW). Autor przewodnika po zasobie archiwalnym, inwentarzy archiwalnych i opracowań z zakresu archiwistyki i genealogii. Publikował m. in. na łamach Przeglądu Zachodniego, Rocznika Elbląskiego, Studiów Elbląskich, Altpreussische Geschlechterkunde, Der Westpreusse i Archiwisty Polskiego i w „Prowincji”. Bogumił Wiśniewski — ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994—1998 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001—2002 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Radosław Wiśniewski - ur. 1974 r. Absolwent psychologii UJ. Były urzędnik, dyrektor wiejskiego domu kultury, wykładowca, pizza driver, obecnie sprzedawca hurtowy urządzeń niskoprądowych. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu, związany z Brzegiem. Pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami: Inne Bluesy (Olkusz 2015), Psalm do św. Sabiny (Brzeg 2016), Dzienniki Zenona Kałuży (Łódź 2017). Współzałożyciel Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, redaktor naczelny ex-kwartalnika „Red.”, wieloletni współpracownik „Odry”, „Studium”, „Undergruntu”. Stanisława Wojciechowska-Soja — absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w „Dzienniku Bałtyckim”. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze.