Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego^ Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2017 roku” Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos lnvest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar wota i musu nimnu raiuau im. Josepha Conrada Kontniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakov^ 5/6 tT 58 301-48-11 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3(29) 2017 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Stali współpracownicy: Andrzej C. Leszczyński, Andrzej Lubiński, Bogumił Wiśniewski, Jan Chłosta, Wiesław Olszewski, Janusz Namenanik, Adam Langowski, Aleksandra Paprot Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: prace plastyczne Andrzeja Krzemińskiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Zakiewicz Druk i korekta: Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@onet.pl, www.prowincja.com.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OS Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta dziewiąta „Prowincja”............................................5 Poezja Diti Ronen..................................................................6 Zaza Wilczewska............................................................14 Proza Marek Stokowski - Finckenstein, Postolin, Bociany..........................16 Grażyna Kamyszek - Noc duchów..............................................21 Janusz Pierzak - Casting, JO - JO..........................................24 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy...........................................26 Krzysztof Czyżewski - Małe centrum świata..................................31 Andrzej Kasperek - Czyżewski krzepi........................................34 Jacek Albrecht - Etos inteligencji polskiej................................37 Wędrówki po prowincji Joanna Hulanicka - Ocaleni z holocaustu. Drugie pokolenie, Diti Ronen w Sztutowie....................................39 Stanisław Kuprjaniuk- Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej............44 Andrzej Kasperek - Międzynarodowe Spotkania Mennonitów na Żuławach po raz ósmy.................................................55 Janusz Ryszkowski - Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych ....59 Piotr Podlewski - Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 1....72 Wiesław Olszewski - Zatoka Świeża..........................................83 Marta Chmielińska-Jamroz - Rajdy z historią Żołnierzy Wyklętych w tle.......87 Tomasz Jagielski - Strażnik wałowy z Koźlin................................91 Dominik Żyłowski - Sześć grajcarów. Kartka z podróży w czasie..............93 Na tropach historii Bogumił Wiśniewski - Ostatnio odkryte grodziska w Pomezanii................96 Grażyna Nawrolska - Średniowieczne uczty w Elblągu........................102 Adam Langowski - Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy.....................109 Janusz Namenanik - Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności”.................119 Marta Chmielińska-Jamroz - Tajemnicza śmierć milicjanta...................129 Wspomnienia Halina Łukawska - Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde (Grzymała, powiat Sztum) 1942-1945.....................131 Teodor Sejka - Zaproszenie do Moskwy..................................146 Polska z wyboru Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska - Z powodu miłości. Opowieść Chilijki... 155 Rozmowy O ludziach na drodze, poezji, prowadzeniu za rękę i zgodzie na porwanie z prądem, z Łucją Dudzińską rozmawia Dominika Lewicka-Klucznik.......166 Muzyka Wacław Bielecki - Wędrówki muzyczne: Górny Śląsk i Mazowsze...........170 Andrzej Kasperek - Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja”...................................180 Galeria Prowincji Stanisława Wojciechowska-Soja - Staroświecki pan na rowerze, czyli o malborskim plastyku Andrzeju Janie Krzemińskim...............185 Recenzje Janusz Ryszkowski - Mój regał podręczny...............................191 Katarzyna Kuroczka - Wszystko przypomina bluszcz......................194 Andrzej Lubiński - Biografia wybitnego Warmiaka......................197 Jan Chłosta - Monografia parafii we Wrzesinie.........................199 Noty o autorach........................................................202 DWUDZIESTA DZIEWIĄTA „PROWINCJA” Witamy Państwa po kwartalnej przerwie, z nadzieją, że poprzedni numer naszego kwartalnika został już zaczytany. Spieszymy, zatem z nową dawką lektury. Na powitanie kataryniarz z okładki Mariusza Stawarskiego. Spodobał się nam, bo jakoś tak pasuje chyba do naszej działalności. On się stara wygrywać zgrabne melodyjki, a my staramy się umilić Państwu czas lekturą naszych prowincjonalnych różności. Poetycką część otwiera, debiutująca na naszych łamach poetka z Izraela, Diti Ronen, której rodzina zginęła w obozie koncentracyjnym Srutthof. Wraca do tamtych chwil poematem ptaszek. O jej wizycie i spotkaniu z młodzieżą w Sztutowie pisze także Joanna Hulanicka. Nowe wiersze prezentuje znana już naszym czytelnikom Zaza Wilczewska. Proza to dobrzy znajomi - Marek Stokowski, Grażyna Kamyszek i debiutujący na naszych łamach poeta, pieśniarz Janusz Pierzak. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem o ciszy i muzyce w ...rezonansie, o środowisku, sztuczności i sztuce, która ocala. Publikujemy fragment książki Krzysztofa Czyżewskiego Małe centrum świata, bo to naszym zdaniem wyjątkowa rzecz, opowiadająca nieprowincjonalnie o różnych prowincjach, które, jak się okazuje, mogą bywać centrum świata. O tym, że Czyżewskiego warto czytać przekonuje także Andrzej Kasperek. Z kolei Jacek Albrecht zastanawia się nad etosem polskiej inteligencji. W wędrówkach po prowincji śladami przydrożnych kapliczek ziemi malborskiej wiedzie nas Stanisław Kupryjaniuk, po bezdrożach rodzinnej Galicji snuje się Dominik Żyłowski, w nieznane zakamarki ziemi sztumskiej ciągnie nas Piotr Podlewski. Marta Chmielińska-Jamroz relacjonuje z Podlasia, Tomasz Jagielski z Koźlin, Wiesław Olszewski znad Zalewu Wiślanego, Andrzej Kasperek biesiaduje z mennonitami, a Janusz Ryszkowski odprowadzając swoją córkę na pociąg, na stację kolejową w Mleczewie ma widzenia z Sierakowskimi, Sołtanem, Ossowskim i Matejką w tle. Sensacją archeologiczną pachnie tekst Bogumiła Wiśniewskiego, który odkrywa nowe grodziska na ziemi kwidzyńskiej, a inny archeolog - Grażyna Nawrolska zaprasza nas na biesiadowanie w średniowiecznym Elblągu. Adam Langowski kreśli portret wybitnego hrabiego Adama Sierakowskiego z Waplewa i jego myśliwskie pasje, a Janusz Namenanik opisuje dramatyczne czasy w „wyzwalanym” Dzierzgoniu. Pani Halina Łukawska, przy wsparciu swojej córki Alicji, opowiada o swoich młodzieńczych latach spędzonych w czasie ostatniej wojny, na robotach przymusowych pod Sztumem, a Teodor Sejka już po wojnie zwiedza Moskwę. Tekstem o „czarnych wdowach” Khedi Alieva rozpoczęła w poprzednim numerze nasz nowy cykl „Polska z wyboru”, opowieści o ludziach, którzy trafili do naszego kraju i regionu z różnych stron świata. Uciekli przed wojną, szukają korzeni, albo trafili tu z miłości, jak autorka kolejnego tekstu Pamela Palma Zapata z Chile. Ponadto Łucja Dudzińska opowiada o poezji i nie tylko, Wacław Bielecki o swoich muzycznych podróżach, Andrzej Kasperek o festiwalu Jacka Kaczmarskiego, a Stanisława Wojciechowska-Soja w naszej Galerii kreśli portret Andrzeja Krzemińskiego, artysty, społecznika i „staroświeckiego pana na rowerze”. Redakcja Poezja Diti Ronen PTASZEK1 Zacznij od góry powoli, od tego jasnoniebieskiego, bardzo lekkiego i rozległego i ogromnego i białego zacznij, od nieskończoności zacznij od nieba. Od ptaka. Patrz, on się wzbija. Jeden ptak, mały. Patrz. O! Leci. Ma przed sobą całe niebo - Ogromne i otwarte. Zacznij od ogromu, tak, zacznij ogromnym, od góry, ogromnym, zacznij od wszystkowidzącego punktu widzenia niewinnego punktu widzenia punktu widzenia Boga który nie widzi szczegółu. Czy były tam inne ptaki? Czy był szczebiot? Był, na pewno był. O! inny ptak się wzbija. Zacznij od horyzontu. Czy wciąż widzisz na nim jakąś smużkę dymu? Nie, jeszcze nie świta, nic nie widać. I horyzont jest daleko a morze jest blisko a słońce pośrodku nieba. Teraz czubki drzew wyzierają, wyłaniają się. Zacznij od czubków drzew. One wyciągają się, wiecznie zielone, ich palce wzdychają do wysokości, boskości, do Boga który spogląda, do ptaka. 1 Poemat był publikowany w rzeszowskim piśmie literacko-artystycznym Fraza, nr 4/82 z 2013 roku. Poezja Czy słońce rzeczywiście świeciło? I jaki był kształt chmury? Czy Bóg, który patrzy, zauważył ptaka? Zacznij od drzewa. Od gałęzi, zobacz jak się przytula do pnia, opierając się na nim, tak bardzo ufnie. Ona też jest cicho. Lekko poruszana wiatrem. Głaszcze się delikatnie mrucząc dźwięki swoich korzeni. Czy zauważyłaś gniazdo? Czy widziałaś pisklę? Zacznij od drzewa. Od drzewa obok. Pamiętasz ptaka? On opada tutaj, żeby usiąść na gałęzi. Zacznij od niego. Nie. Zacznij od tego drzewa. Nie. Zacznij od drzewa obok. Zacznij od kilku drzew. Wielu drzew. Lasu. Teraz popatrz. Z góry. Czy widzisz polanę? Patrz. Tam są obozowe baraki. Zacznij od baraku. Nieważne którego, wszystkie są podobne. Zacznij od dziesiątego. Popatrz, wychodzi z niego przystojna kobieta. Dumnie kroczy. Narysowałaś ją? Niech będzie ładna, proszę. Ładna, łysa i dumna. Zauważyłaś? Jej okrągła twarz zeszczuplała, podkreślając duże, niebieskie oczy. Patrzy w górę. Widzi niebieskie nieba skradające się pomiędzy czubkami drzew 7 8 Poezja które narysowałaś, i koniuszek chmury w kształcie tęsknoty. Widzi detal. Pamięta zapach i smak, kolor i dźwięk z przeszłości. To musi być wiosna. Widzi przelatującego ptaka szybującego, jego skrzydła otwarte. Zacznij, od oficera. Niech będzie wysoki. Podkreśl jego twarz, proszę. Jest kwadratowa. Narysuj mu mocną szczękę, wystający podbródek. Teraz włosy: starannie ostrzyżone, jego czapka włożona z niedbałą elegancją. Widziałaś jego mundur? Godło na rękawie? Zacznij od karabinu. Oficer trzyma karabin w rękach. Stoi obok baraku. Karabin w ręce. Teraz podnosi broń, celuje w niebo. Opiera policzek na broni zamyka niecelujące oko i szuka. Niech będzie wysoki. I bardzo wyprostowany. Patrzy przez celownik do góry, szuka. Co zaraz zestrzeli? Ptak siedzi teraz na gałęzi. Narysuj oficera jak patrzy, narysuj ten wzrok. Robi ruch, kieruje wzrok na kobietę. Patrz. On zapomina o swojej funkcji. Jego mięśnie puszczają. Narysuj opuszczaną broń, ześlizgującą mu się z rąk. Narysuj zamazywanie pola ostrzału. On patrzy na kobietę. Jej krok taki dumny Poezja 9 ubrana w workowatą sukienkę ściągniętą paskiem. On patrzy na kobietę. Ona go nie widzi, idzie naprzód, do latryny, jej spojrzenie skupione na ptaku. Narysuj jak oficer patrzy na kobietę. Patrzy jak idzie, i rozsiewa szmery pośladków. O! Weszła do latryny. On znów podnosi broń. Zdecydowany. Nieczuły na te szmery, nieczuły na jej pośladki. Widziałaś? On znów opiera policzek co tam wiosna na świecie i może z powodu zimnej stali on zamyka jedno oko. Patrz. Celuje, skupia się, celuje, i ptak, o! ten ptak, to on - i strzał. Narysowałaś to? Czy możesz narysować jak ptak opada? Tam, tutaj, tak blisko, O, tu, jego ciało ląduje miękko jak Bóg, bezdźwięcznie. Zacznij od kobiety. Usłyszała strzał. Jeden, i jego echo walące w skroniach łomocące na skraju lasu i z powrotem. Czy jest ranna? Narysuj dźwięk, huk, narysuj jej lęk. Narysuj jak wstaje i wychodzi z latryny. Idzie. O! idzie, nie jest ranna. Poprawia na sobie workowatą sukienkę. Prostuje plecy. Patrzy, 10 Poezja ptaka nie ma. Rzuca ostrożne spojrzenie. Co to był za strzał? Martwi się o przyjaciółki idzie szybko do baraku, żeby wejść do środka, wrócić. Zacznij od kobiety. Nie, zacznij znów od oficera. Jego spojrzenie wraca do kobiety. Ona przyśpiesza kroku, rozgląda się wokół przestraszona, niespokojna, prawie biegnie. On wciąż na nią patrzy. Zdumiony. Pochyla się, urzeczony, podnosi ptaka z ziemi. Ptak drga, jego ciało wciąż ciepłe. Oficer czuje jego ciężar, jest taki maleńki, i taki ładny, teraz podaje ptaka kobiecie. Teraz narysuj kobietę proszę. Szybko, teraz wszystko dzieje się szybko, ona bierze ptaka jakby to było zaplanowane, jakby było oczywiste, jakby ptak był przeznaczony dla niej, bierze ptaka, do ręki, nie drży, bierze ptaka spojrzenie nic więcej, bierze ptaka, otwiera drzwi baraku, i wchodzi, teraz biegnie, bez tchu, do przyjaciółek, ptaszek w jej dłoni. Drzwi są teraz otwarte i ona widzi że one wszystkie są całe. Teraz wszystkie są w środku. Martwiły się o nią, co to był za strzał? Teraz wszystkie są w środku. I ptaszek, martwy. Teraz wszyscy są w środku. I ptaszek trzymany w dłoni. Poezja 11 Zacznij od przyjaciółki tej kobiety. Nie, zacznij od Blokowej. Ona jest Czeszką. Religijną. Niską. Chowa swoją córeczkę w składziku. Jest dobra. Zacznij od pieca do pieczenia. Nie. Zacznij od ptaka. Zacznij, od garnka. Nie. Zacznij od ptaka. Kto wyrwał pióra? Po co wyrywać pióra? I co ma Blokowa do ptaka? Zacznij, od początku. Zacznij od ptaka. Proszę narysuj mi ptaszka. Nie. Narysuj mi garczek. Nie. Proszę narysuj mi piecyk. Patrz. W brzuchu pieca jest garnek, a w brzuchu garnka jest ptak. Nie musisz tego rysować. Zacznij, zacznij od przyjaciółki tej kobiety. Nie, zacznij od tej kobiety. Kobieta jest wciąż w szoku. Drzwi baraku zamknięte jej oczy przyzwyczajają się do ciemności. Ona patrzy na przyjaciółki, trzyma ptaka. Nie. Zacznij od przyjaciółki tej kobiety. Ona jest starsza. Nie, nie taka stara. Jest wciąż młoda, tylko trochę bardziej dojrzała. Bierze ptaka z rąk kobiety i idzie do Blokowej. Patrz na nią. Jak ona chwyta tego ptaszka, podnosząc go tak lekko, i zerkając na piecyk. Delikatnie. I czeka na zrozumienie. Podnosi, i zerka na garczek. Ma czas. Podnosi, powoli, i zerka na margarynę. Lekko przechyla głowę na prawo. Podnosi, zastyga i zerka na podłogę. 12 Poezja Ma cierpliwość. Zerka w kierunku pieprzu i soli. Patrz na przyjaciółki. Ich słodki sekret. Narysuj spojrzenie. Narysuj głód. Narysuj sekret. Narysuj porozumienie. Narysuj nadzieję. Głód. Zacznij od głodu. Nie. Zacznij od ptaka. Nie. Zacznij od kobiety. Od oficera. Broni. Od baraku. Pieca. Garnka. Ptaka. Od - początku. No, już, zacznij. Zacznij od pamięci. Zacznij od, od, od spokoju. W ciszy. Zacznij od milczenia. Zacznij od ciszy. Cisz. Nie. Nie zaczynaj. Tylko milcz i nie zaczynaj. I nigdy nic nie mów. Nie pisz i nie rysuj. Zapomnij wszystko co powiedziałaś. I milcz. Wymaż wszystko co napisałaś. I milcz. Wymaz i zapomnij. Zapomnij i wymaż. I milcz. Opuść barak. Opuść oficera, opuść kobietę. Opuść głód, opuść spojrzenie, opuść nadzieję. Zostaw ciszę, zostaw głosy. I nie myśl o piecu, ani garnku. I nie ruszaj tej historii, ani piosenki. Usuń ptaka. Boga. Połknij te słowa. I milcz. Zapomnij. Wymaż. I nie mów. A jeśli już musisz, zacznij przynajmniej bezdźwięcznie. W swojej głowie, w szepcie. Szeptając. Zacznij od tęsknoty. Wzdychania. Czy wiesz co to znaczy bechinalt? Jasne, że wiesz. Zacznij od bechinalt. Poezja 13 Narysuj jak unosi się jego zapach i rozchodzi po domu. Unosi się z garnka, wychodzi z kuchni, pełznie do salonu, dociera do dywanu, do radia, do programu „szukaj krewnych”, sprawia że zmysły tracą głowę. Zacznij od popołudnia. Narysuj mieszkanko w Givataim. Słońce przesuwa się po przekątnej i lekki wietrzyk wieje od morza. Zacznij od matki. Zacznij od matki, po południu. Narysuj jak gotuje, drewniana łyżka w ręce, jak mówi mi o mące, i o tym jak przyrządzić zasmażkę. Zacznij od matki, po południu. Niech będzie wysoka, przy piecu. Narysuj ją dokładnie, w zbliżeniu. Narysuj jak mnie dotyka. Zacznij ode mnie. Zacznij od matki, po południu. Nich będzie ładna, na wysokich obcasach. To ta godzina dnia kiedy czasem matka zatrzymuje się w sklepie mięsnym i kupuje kurczaka, żeby przyrządzić bechinalt z ptaszka którego dostała od oficera. O smaku ogromnego, tak ogromnego, tak bardzo ogromnego czasu. Z języka angielskiego przełożyła Krystyna Lenkowska 14 Poezja Zaza Wilczewska CIERPLIWIE na co czeka kamień czego się spodziewa skamielina nieporuszona niewiadomego pochodzenia jej serce ledwo bije i duszę ma jakąś zduszoną mech ją ożywia w chłodnym nicnierobieniu żaden podmuch nie wzrusza ostańca czasem ktoś ogrzeje przysiadłszy trwam w oczekiwaniu cierpliwie jak kamień MODLITWA Jesteś Prawdą niewytłumaczalnie jasną Jesteś Pięknem istniejącym niepostrzeżenie Jesteś Nadzieją dla poszukujących sensu Boże bądź miłościw Boże bądź... Poezja 15 MANIFEST POETYCKI poezja to „duży kłopot” jacyś niektórzy ją lubią niektórzy nawet czytają ci którzy ją uprawiają wolą interpretować cudze wiersze poeta nie zna swojego głosu nie piszę dla poetów nie piszę dla krytyków nie piszę dla wzruszenia nie wiem z kim dzielę zdumienie znawcy twierdzą że poezja powinna być świecka rozmawiać ze światem ale wychodzić z codzienności i nie zrywać z nią kontaktu musi unikać estetyzowania w aktualnie modnej formie wywoływać dreszcz metafizyczny tylko trochę mieszać się z mistyką poezja nie może być śpiewna opowiadam się za jej wzniosłością nie dlatego by na wieczorach poetyckich panowała nabożność i nieruchomość bez poczucia humoru poezja niczego nie rozwiązuje jej źródło w „Pieśni nad pieśniami” jej tajemnica wiecznie (nie) do rozwiązania Proza Marek Stokowski HNCKENS™ Zbyszek kwateruje w kordegardzie przed pałacem Finckensteinów. Ma tu pracę w wielkich stajniach. Jest mu znacznie lepiej niż w Prabutach, skąd przyjechał w październiku i gdzie naharował się przy semaforach, i remoncie torowiska, a w dodatku co sobota śpiewał w knajpie na weselach. Niby miło, niby spokój, lecz do Finckenstein dociera wojna, to znaczy Francuzi. Pierwszego dnia kwietnia do pałacu zjeżdża cesarz z marszałkami, Talleyrandem, starą gwardią i kamerdynerem. Teraz Zbyszek znów haruje, nawet nie ma czasu na posiłek. Dlaczego? Dlatego, że pruski właściciel dał dyla, a za nim pognali przez pola i lasy: pałacowi, ogrodnicy, piwowarzy i stajenni. Więc wszyscy do Zbyszka i pytają po francusku (podajemy w tłumaczeniu): — Ile koni jest pod siodło, a ile do wozu? — Gdzie jest kuchnia? Gdzie wychodek? — Kto przyjechał? Kto wyjechał? - Gdzie jest cesarz? Jak się czuje? I tak dalej, różne sprawy. A Zbyszek rozumie raczej gesty niż gęgania, więc czasami wybuchają nieprzyjemne nieporozumienia. Szczęściem w Finckenstein zjawiają się Polacy - jenerał Dąbrowski i pułk szwoleżerów pod dowództwem Krasińskiego. Chłopaki tłumaczą Zbyszkowi, co trzeba, te wszystkie bonżury, i serdecznie go częstują dobrym winem i tabaką. A potem przybywa Marysia Walewska. Więc nowa robota. Dlaczego? Dlatego, że jej pobyt jest sekretem, dama nie wychodzi z buduaru, trzeba jej przynosić różne rzeczy, zwłaszcza wiadra ciepłej wody, bo ona się myje trzy razy na dobę. Czasem zwierza się Zbyszkowi. On jest oczywiście dżentelmenem, a zatem nie wiemy, co Maria mu szepcze, z tym że chyba coś krępującego, bo słuchając owych zwierzeń, Zbyszek z lekka pąsowieje. Napoleon też go lubi. Zaprasza na karty i uprzejmie prosi, żeby śpiewał jakieś pieśni z polskich wesel. Talleyrand, zazdrośnik i intrygant, chciałby Zbyszka z miejsca otruć, wszakże ten wprost ubóstwiany jest przez służbę, która chroni go przed arszenikiem. W maju sytuacja staje się krytyczna. Dlaczego? Dlatego, że wszyscy Francuzi zwyczajnie głupieją. Cesarz, zamiast tworzyć wielkie plany odwetu za klęskę pod Pruską Iławką i strategię dalszej wojny z przewrotnymi Prusakami i upartym carem Aleksandrem, miast Marek Stokowski 17 rozsyłać adiutantów, wydawać rozkazy i olśniewać swym geniuszem, zajmuje się tylko przepiękną Walewską. Talleyrand przewraca się pod kołdrą, zalewany własną żółcią. Ma zwolnienie od chirurga. Ministrowie, marszałkowie i gwardziści w wielkich czapach przesiadują na ławeczkach i na skrzynkach przed spółdzielnią, czyli sklepem pani Ani w popegeerow-skiej wsi Kamieniec, tuż za bramą Finckensteinu. Grzmocą piwo z miejscowymi, a ci mogą sporo wypić, więc cesarscy chwieją się w posadach. Oprócz piwa, wina z jabłek z wyczuwalną nutą siarki, oprócz salcesonu i bananów, idzie teraz dużo bułek i batonów Prince Polo. Pod spółdzielnią płyną śpiewy i w ogóle jest przyjemnie, tyle że nikt nie dba jakoś o cesarstwo, więc kiedy przybywa delegacja posłów z Persji, to kto ją przyjmuje? Oczywiście, jasne, Zbyszek! Zresztą robi to udatnie. Ustala z Persami, że wydadzą wojnę Rosji. Potem oni zaproszeni są do sklepu, bo tam jada się bez ceregieli i jest bardzo dużo śmiechu. Zbyszek musi zająć się i resztą. Podpisuje stos dekretów, reformuje system sądownictwa i opieki nad weteranami, nie przyjmuje skargi Dąbrowskiego, że ten młokos książę Pepi ma komendę nad naszymi, za to wciąga Pierwszy Pułk Lansjerów-Szwoleżerów do Gwardii Cesarskiej, co chłopaków wbija w dumę. Najważniejsze jednak, że pracuje nad możliwie prędkim odrodzeniem utraconej polskiej państwowości. Jest o mały krok od sporządzenia właściwego dokumentu, kiedy Napoleon krzyczy z piętra (podajemy w tłumaczeniu): — Zbyszek! Chodź tu! Chodź tu prędko! Zbyszek idzie, wchodzi, patrzy, a cesarz wprost z łóżka wskakuje na konia. Koń ma łeb ministra Talleyranda. — Wyjeżdżam. Natychmiast! - wykrzykuje Korsykanin. — Dlaczego? Dlatego — koń parska radośnie - że nareszcie mu się tu znudziło. Napoleon nawet się nie żegna. Zabiera pieczątkę, ministrów i gwardię. Zbyszek siada, zdruzgotany, przed sklepem w Kamieńcu. Pije piwo z bywalcami, a pani Walewska wypłakuje mu się w ramię. I wiadomo, o czym rozmawiają. Dyskutują z pasją, jak odrodzić, odbudować piękną Polskę. POSTOLIN Zbyszek jedzie sobie na rowerze polną drogą za Ryjewem. Wolno zbliża się do Posto-lina. Widzi już kościelną wieżę z wypalonej przed wiekami cegły. Szkoda tylko, że ten obraz tną na strzępy wielkie śmigła. No, bo Zbyszek jedzie wśród wiatraków, wśród turbin wiatrowych, które wyrastają w gęstym zbożu, jak ogromne białe chwasty, nader trudne do plewienia. Wieża się rozpada na kawałki. Zbyszek płacze, ale jedzie.Nagle widzi kogoś w zbroi, dosyć marnej, żelowanej, kogoś z kopią w prawej ręce, z przerdzewiałą tarczą w lewej, 18 Postolin siedzącego na rumaku. Zwierzę woła o weterynarza, a przynajmniej o funt owsa. Za rycerzem człapie osioł, zaś na ośle siedzi giermek. — Senior, ja przepraszam, że przerywam pańskie smętne zapatrzenie — odzywa się rycerz — ale bolą mnie potwornie zęby. — Szlachetny Don Kichot z La Manchy — wtrąca się bezczelnie gruby sługa — pragnie znaleźć cyrulika. Zbyszek staje przy rowerze. — Do stomatologa, tam, w Ryjewie — pokazuje gdzieś za siebie i wyciera łzy rękawem — tak jak wszędzie indziej jest kolejka, przynajmniej do marca... — Niepodobna, żebym czekał - jęczy rycerz. — Ból rozsadza mi łeb z hełmem. Może tam - wskazuje na Postolin — znajdę rutynowanego golibrodę bądź kowala z obcęgami? — Nie sądzę. Odeszli. I chyba nie wrócą — Zbyszek znowu z lekka łzawi. — Może damy radę sami? Może mógłbym panu zajrzeć? Rycerz zsiada z Rosynanta i rozwiera hełm i paszczę. Zbyszek z Sancho zaglądają, obmacują zęby Don Kichota niemytymi paluchami, ostukują pazurami. Zębów w sumie jest niewiele, pewnie większość padła w walkach z hiszpańskimi wiatrakami, więc badanie trwa dość krótko. A Don Kichot skręca się i jęczy. Zbyszek stwierdza: - Nic nie widzę. Nic nie dymi, nie paruje. - A mnie boli, senior, strasznie! — Może by przyłożyć panu zioła — mówi Zbyszek — zrobić okład z jakichś chwastów? Zrywa zielsko na poboczach i upycha je w przyłbicy. Przez chwilę jest lepiej — chłodno i aroma-terapeutycznie — jednak ból powraca po minucie. - Ogromnie mi przykro — bąka zawstydzony nieco Zbyszek-ale nie mam tutaj aspiryny, spirytusu ani lodu... Mam tylko ten rower. Ano właśnie, myśli sobie, może by posłużyć się maszyną? Najważniejsze — działać śmiało. Sancho chętnie włącza się do dzieła. Trzyma rower w taki sposób, żeby Zbyszek mógł swobodnie kręcić pedałami operując ręką, a nie nogą. Rozpędzają tylne koło. Koło działa tak jak wentylator. Pęd powietrza studzi żuchwę zbolałego Don Kichota. To za bardzo nie pomaga; przeciwnie, jest gorzej, bo rycerz się trzęsie i szczęka zębami. A jak szczęka, to go boli jeszcze mocniej niż bolało. A ci dwaj bez przerwy chłodzą. Właściwie powinien ich skarcić ostrym mieczem albo kopią, lecz nie czyni tego, bo spostrzega, mimo cierpień, że dokoła coś się dzieje, coś zupełnie niespodziewanego. Rozpędzają się wirniki wielkich turbin. Śmigła kręcą się z sekundy na sekundę coraz mocniej, tną powietrze jak szalone, jakby się ścigały z kołem Zbyszka. Jak one to robią, skoro wiatr nie wzmaga się, lecz cichnie? Czy popycha je do tego jakiś przymus, coś takiego jak ambicja, by wirować szybciej od wszystkiego, co obraca się na polach? A może to dziki i nieopanowany szał naśladownictwa? Rycerz patrzy, Sancho patrzy, Zbyszek patrzy kręcąc kołem, tak patrzą i widzą, że wiatraki się unoszą, odrywają się od ziemi. Startują wbrew sobie. Marek Stokowski 19 Najwidoczniej chcą tu zostać, w miejscach, gdzie wyrosły nie tak dawno, bo próbują chwytać się w rozpaczy czegokolwiek pod stopami. Wszystko na nic, już za późno, siła ciągu jest przemożna. Odlatują i znikają, za polami i za lasem. Rycerz płacze łzami szczęścia. A dlaczego? A dlatego, że przestały go nareszcie boleć zęby! I nie trzeba być dentystą, cyrulikiem czy kowalem, by postawić w mig diagnozę, że bolały go na widok. A ten widok się ulotnił. Don Kichot dziękuje, Sancho Panasa kinie na osła, chce wymienić go na rower, Rosynant się pasie i młóci jak kombajn, wypalone przed wiekami cegły znów składają się w kościelną wieżę, rośnie zboże, świeci słońce, a Zbyszek się śmieje, bo zapomniał przez to wszystko, po co wybrał się do Postolina. BOCIANY Zbyszek odlatuje z bocianami. Lecą razem, licznym stadem, nad Powiślem, Mazurami, nad Mazowszem, Małopolską i nad wielkim łukiem Karpat. Łączą się po drodze z kolegami i koleżankami z innych stron ojczyzny i okolic. Po drodze gadają: — Skąd jesteście? — My? Z Pierzchowic. — To pod Sztumem? - Między Sztumem a Mikołajkami. — My ciągniemy spod Dzierzgonia, a dokładnie ze Starego Miasta. — Stamtąd zawsze jest gromada. — To prawda, sześć rodzin. I lecą. Szybują. Nad Rumunią łączą się z ptakami z doliny Dunaju, nad Bułgarią — z miejscowymi. A potem jest Bosfor i wybrzeża południowowschodniej Turcji. Nad Libanem robi się gorąco, bo z dołu strzelają. Na szczęście niecelnie, z tym że Zbyszek traci czapkę, urywa mu daszek. Zyskuje uwagę pozostałych ptaków w stadzie. - A pan, panie... — .. .jestem Zbyszek. - Panie Zbyszku, tak pan z nami, bo... — ...bo nie lubię lecieć w samotności. — Naturalnie, zrozumiałe. - Nie miałem zamiaru tak daleko się wybierać, ale w środę, miesiąc temu, patrzę - bocian. Wylądował u mnie na podwórku. Jestem w kuchni i wyglądam. Ten bocian podchodzi na trzy kroki do budynku i wyjmuje mapę Polski. — To musiał być Wojtek, ten przystojny, z Białej Góry— woła młoda bocianica i leciutko pąsowieje. 20 Bociany - Rozwija tę mapę i kładzie na trawie - opowiada dalej Zbyszek. - I pyta, jak lecieć na Bielsko i Zwardoń. Objaśniłem go, pofrunął. Pomyślałem, kurczę blade, on tak może, to dlaczego ja bym nie mógł i w ogóle, i tak dalej. Znam drogę, mam wolne, bo akurat nas zredukowali w fabryce twarogu, na wydziale odcedzania, a Klara od kwietnia nocuje u matki, no i, wiecie, poleciałem. - Bardzo słusznie. Bardzo dobrze. Bardzo ładnie, panie Zbyszku. Przelatują nad Jordanem, nad Synajem, nad zwierciadłem Morza Czerwonego, a za nim - w Afryce - szybują nad Nilem. Wychudzone, docierają do regionu wielkich jezior. Część bocianów się rozprasza, by zimować na sawannach na południe od Sahelu, za to Zbyszek zbiera takie, które chcą pociągnąć jeszcze dalej. One chętnie go słuchają, bo wykazał się odwagą - gonił hieny na popasach, psy pustynne płoszył ogniem. Dolatują wkrótce do dorzecza zielonej Zambezi i modrej Limpopo. Urządzają sobie gniazda, przy czym Zbyszek robi szałas. Od czasu do czasu celebrują wspólny obiad lub kolację przy księżycu. Wcinają szarańczę, a Zbyszek wzbogaca swą dietę jajkami, najchętniej na miękko, chociaż czyni to w sekrecie, żeby nie urazić ptasich uczuć. Są tu boćki spod Paryża, Heidelbergu, Saragossy, Bratysławy i Lizbony, z tym że rządzą raczej polskie, zwłaszcza chłopcy z Postolina i dziewczęta z Krasnej Łąki, ponadto rodziny z Przezmarka i Tulić, które pełnią główne funkcje w samorządach i komisjach o zasięgu międzynarodowym. A królem skrzydlatych przybyszów jest Zbyszek. Nie starał się o to; tak po prostu jakoś wyszło. Wiemy - imponuje ptakom męstwem i potrafi gonić drapieżniki. Okazuje się w dodatku, że on radzi sobie doskonale z tubylcami w lekkich strojach. Zbyszek umie ich przekonać, żeby nie strzelali, kurde, do bocianów. Odwiedza ich w wiosce i mówi: - Przyleciałem z zimnej Polski na jesień i zimę. Proszę o minimum gościnności. Mam ze sobą koleżeństwo ze Straszewa, Kałwy i Klecewa, Benowa, Pułkowic i Zblewa, Jurkowie i Stążek. To robi wrażenie. Tubylcy natychmiast porzucają swoje luki. Przepraszają i jest spokój - aż do wiosny, kiedy Zbyszek uczestniczy w ptasim sejmie pod prastarym baobabem, a potem startuje i leci przez równik, na północ, do Barcic. Grażyna Kamyszek 21 Grażyna Kamyszek NOC , DUCHÓW Ina na długo zapamięta ten moment, kiedy późnym wieczorem, siedząc w fotelu z książką w ręce, usłyszała nagle głuche walnięcie czegoś tępego w dużą szklaną taflę. Znieruchomiała z przerażenia, a potem nabrała odwagi, podeszła do dwuskrzydłowego okna i z lękiem odsłoniła firankę. Na ulicy przed jej domem zdążyła zobaczyć kilkoro niedużych postaci z maskami na twarzach. Wymachiwali w jej kierunku małymi piąstkami, wykrzykując coś, czego nie słyszała, ale z pewnością nie było to nic miłego. Na dowód tego zobaczyła, jak w kierunku domu czyjaś ręka rzuciła coś okrągłego, a ponure i wyrażające złość maski kiwały się w prawo i w lewo, wykrzykując niezrozumiałe słowa. Uznawszy, że zadanie zostało wykonane, gromadka czmychnęła, pozostawiając oniemiałą kobietę, próbującą bezskutecznie zrozumieć, co stało się przed chwilą. Jedno skrzydło okna zalane było jakąś dziwną substancją, drugie, przez które obserwowała ulicę, już teraz opustoszałą, nosiło nieliczne ślady drobnych plam. Gdy otworzyła to zaplamione, zorientowała się, że na szybie zostało rozbite jajko. Świadczyły o tym małe skorupki na parapecie. Nigdy nie przypuszczała, że mały owalny kurzy produkt rozbity z dużą siłą na szkle może wypełnić swoją zawartością prawie całą taflę sporego okna. Stała bezradna, a jednocześnie wściekła na gromadkę dzieciaków, chcących zabawić się kosztem starszej kobiety. Stojąc w otwartym oknie, próbowała zebrać myśli. Tylko ujadające psy, miotające się nerwowo na zamkniętych podwórkach, były jej sprzymierzeńcami, jakby próbowały ją pocieszyć, że one także nie są zachwycone dziwnymi intruzami biegającymi po osiedlowych uliczkach. Uświadomiła sobie, że wieczorem ta sama gromadka już raz pojawiła się przed jej domem z przyjaznym pozdrowieniem; - Halo Ina! Halo Ina! Cukierek albo psikus! Halo Ina! Chcemy cukierków! — z młodych gardeł wydobywały się radosne dźwięki. — Dobry wieczór - odpowiedziała kobieta — chętnie dałabym wam cukierki, ale ich nie mam. Przyjdźcie jutro. Dlaczego tak dziwnie wyglądacie, chcecie mnie przestraszyć? W odpowiedzi na jej pytania dziwni przybysze przyjęli wyczekującą postawę. Stali nieruchomo, wpatrując się w milczeniu w starszą kobietę. Na plan pierwszy wysuwał się ktoś przebrany za rosłego wampira, świadczyła o tym maska z dużymi wystającymi zębiskami. Oprócz niego dwie trupie czaszki straszyły swoim wyglądem. Uwagę kobiety przykuła najmniejsza postać, kilkuletnia dziewczynka o twarzy umazanej sadzą, w wielkim kapeluszu 11 Noc duchów na głowie, spod którego opadały na ramiona splątane, czarne kędziory zbyt dużej peruki. - Kim wy jesteście? Dlaczego wybraliście taką okropną zabawę w straszenie ludzi? Ja się was nie boję! — Pani Ina próbowała nadać swemu głosowi odważne brzmienie, chociaż czuła się nieco zatrwożona. - Halo Ina! Halo Ina! - usłyszała odpowiedź uciekającej gromadki. Pomyślała wtedy, że mimo swojego okropnego wyglądu, miłe są te dzieciaki, pozdrawiające ją jej imieniem. Tylko skąd je znały? Tak było kilka godzin wcześniej. Teraz uczucie sympatii do przebierańców pękło niczym bańka mydlana, gdy zaczęła zgarniać mokrą ścierką rozbite jajko i poczuła pod palcami nierówność, biegnącą prawie przez całą szklaną taflę. Chciało jej się płakać. Nie mogła w to uwierzyć, ale prawda była okrutna. Oto stała się posiadaczką okna z pękniętą szybą, którą należy wymienić jeszcze przed nadchodzącą wielkimi krokami zimą. Zrezygnowana odniosła do łazienki miskę z ciepłą wodą i ścierką, uznawszy, że nie ma sensu po nocy myć okna, skoro rano może to zrobić opiekunka. Długo nie mogła zasnąć, wracając myślami do wydarzeń sprzed kilku godzin. Dlaczego spotkała ją taka przykrość? Dlaczego te dzieci zbiły szybę w jej oknie? Co ona im takiego zrobiła? Przecież przyjaźnie pozdrowiły ją jej imieniem, a potem dokonały dziwnego ataku zemsty? — Ina gubiła się w domysłach. Następnego dnia razem z opiekunką obejrzały dzieło wieczornych gości; wysmarowaną czymś cuchnącym klamkę furtki, ślady keczupu i musztardy na drewnianym ogrodzeniu, a także plamy po kilku rozbitych jajkach na elewacji domu, nie mówiąc o brudnej szybie z zaschniętą szarą mazią i widoczną pośrodku dość wyraźną rysą świadczącą o pęknięciu. - Ależ się pani naraziła dzieciakom, pani Ino! - z rozbawieniem stwierdziła młoda opiekunka, studentka dorabiająca sobie do skromnego stypendium. Trzeba było dać im cukierki i nie byłoby tego całego bałaganu. Biegały wczoraj po osiedlu. Kto nie dał słodyczy, musi dzisiaj sprzątać. Ja przy okazji mam pełne ręce roboty. Najgorsze są te plamy na elewacji budynku, no i pęknięta szyba. Z tym sama sobie nie poradzę, ale tradycji stało się zadość. - O czym ty mówisz? Jaką tradycję masz na myśli? Nie rozumiem. Kilkoro dzieci najpierw grzecznie się ze mną przywitało, by za jakiś czas narobić tyle szkód, i to z jaką zapalczywością! - O jakim powitaniu pani mówi? - Krzyczeli do mnie przyjaźnie: Halo Ina! Halo Ina! Chcemy cukierków! Nie dałam, bo nie miałam. Prosiłam, żeby przyszli następnego dnia. Zdziwiłam się, skąd znają moje imię. - Oni krzyczeli Halloween, Halloween! A pani niedosłyszała i zrozumiała to inaczej -krztusiła się ze śmiechu opiekunka - Halloween to noc duchów. Wczoraj był ostatni dzień miesiąca, i właśnie 31 października, wieczorem, w wielu krajach odbywają się maskarady. Na ulicach miast pojawiają się ludzie przebrani za wampiry, wilkołaki i wiedźmy. Chodzą od domu do domu, prosząc o cukierki, bo słodyczami można obłaskawić złe duchy. Jeśli ktoś zlekceważy ich wizytę, robią psikusa. Ten zwyczaj przybył do nas zza oceanu. Grażyna Kamyszek 23 — Słyszałam o tym, ale czegoś podobnego na naszym osiedlu jeszcze nie było! Gdybyś widziała ich maski! Myślałam, że zawału dostanę. Co za durny zwyczaj! — Pani Ina bardzo emocjonalnie wyrażała swoje odczucia. — A widziała pani wydrążone dynie z wyszczerbionymi zębami i podświetlone od środka? Pełno ich w ogródkach przed domami. To symbol odstraszania złych duchów. — Szkoda, że o tym wcześniej nie wiedziałam. Wyjęłabym protezę i podświetliła się latarką. Wyglądałabym lepiej i straszniej niż niejedna dynia. Już widzę miny tych małych diabłów! Uciekaliby w popłochu, aż by się kurzyło! Śmiały się teraz obie, wykrzywiając twarze i próbując nastraszyć siebie nawzajem. Po chwili wesoły nastrój zakłócił głos pani Iny, pełen niepokoju i smutnej refleksji; — Wiesz, jak pomyślę o tym tak głębiej, ogarnia mnie niepokój. Przecież to były dzieci. Tylko jeden z nich wyglądał na silnego wyrośniętego szesnastolatka. Czuły się bezkarne i bezpieczne, bo schowane za tymi okropnymi maskami, przekonane, że wszystko im wolno. Powinnam chyba zadzwonić po policję. Tyle szkód mi narobili. — Pani Ino, proszę nie przesadzać. Kto ich teraz znajdzie. A poza tym to była tylko zabawa, dzięki której zarówno pani, jak i ja miałyśmy okazję przekonać się, jak jednym jajkiem można zapaskudzić prawie całą dużą szybę. Wiedziała pani o tym? To był tylko psikus. — Studentka próbowała uspokoić starszą kobietę, usiłując wszystko obrócić w żart. — Powiedz mi jeszcze, że to była niewinna zabawa, to chyba cię wyproszę z mojego domu, bo bardzo się różnimy w ocenie zaistniałej sytuacji. Te niewinne dzieci sterroryzowały mnie, nastraszyły i wyrządziły wiele szkód. Może one świetnie się bawiły, ale nie ja. Ib byli mali terroryści, wandale ukryci za maskami, przekonani o swojej bezkarności! I ty mi mówisz, że to była zabawa, niewinny psikus? Nie uznaję takiej rozrywki, kiedy ktoś cierpi. Takie zabawy należy potępiać! Tak rodzi się terroryzm! — Pani Ino, proszę się nie denerwować. Przesadza pani z taką oceną. Zadzwonię do znajomego szklarza, postaram się zmyć plamy z elewacji i zapomni pani o tym incydencie. W przyszłym roku proszę wcześniej zaopatrzyć się w cukierki, tak na wszelki wypadek, żeby uniknąć przykrości. - Nigdy w życiu! Nie będę ulegać małym terrorystom i wandalom! Nie uznaję jakiegoś durnego zwyczaju, przywleczonego nie wiadomo skąd, i na pewno nie przyłożę ręki do jego rozpowszechniania!! — Zrobi pani, jak zechce — skwitowała opinię podopiecznej opiekunka, wznosząc z dezaprobatą oczy ku górze. Rok później, 31 października wieczorem. Pani Ina chodziła od okna do okna, nasłuchując szczekania psów, a te coraz głośniej prześcigały się w przekazywaniu niepokojących wieści. — Nadchodzą — szepnęła z lękiem w głosie i wyszła przed dom z torebką cukierków... 24 Casting Janusz Pierzak CASTING Casting rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem. Zainteresowanie próbnymi zdjęciami przeszło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Tłumy ustawiały się od rana i każdy z przybyłych liczył, że zostanie wybrańcem losu. Do spotkania z realizatorami filmu przygotowałem się starannie. W zaciszu domowej kawalerki usprawniałem się fizycznie. Wykonywałem pompki, pedałowałem na stojącym przy kaloryferze rowerku, podciągałem się na drążku rozpartym w futrynie pomiędzy kuchnią, a pokojem. Szczupłość miejsca nie ograniczała mojej pomysłowości. Stopy wsunięte pod szafę ułatwiały wykonywanie skłonów, a ruchoma ścieżka pozwalała pokonywać kilometry bez wychodzenia z mieszkania. Oczywiście ogólna zaprawa to nie wszystko. Znałem specyfikę roli i do znudzenia ćwiczyłem posługiwanie się mieczem. Komputerowa symulacja ułatwiła mi zadanie. Byłem mistrzem klawiatury. Zanim stanąłem przed kamerą, grupa charakteryzatorów nasunęła na mnie ciężką zbroję. Klaps filmowego ujęcia zbiegł się z opadnięciem przyłbicy, która znacznie ograniczyła mi widoczność. - Do boju zakute łby - krzyknął facet w berecie, po czym zapaliła się czerwona lampka kamery. Casting rozgrywany był systemem pucharowym i aby awansować do drugiej rundy, za wszelką cenę musiałem wygrać. Uniosłem więc miecz i zaatakowałem. Rywal odparował cios, przechodząc do kontrnatarcia. Zablokowałem uderzenie, odpychając napastnika. Przez chwilę krążyliśmy wokół siebie, „czarując” się nawzajem. Pomimo wzmożonej czujności nie ustrzegłem się błędu. Spóźniona garda stała się przyczyną porażki. Przeciwnik cięciem od góry odrąbał mi prawe ramię. - Kamera stop. Koniec ujęcia - usłyszałem, padając na ziemię. W szpitalu przez tydzień przełykałem gorycz porażki. Byłem na siebie wściekły. Rola sir Lancelota przeszła mi koło nosa. Janusz Pierzak 25 Dwa tygodnie po wypadku zacząłem jak dawniej przeglądać filmowe magazyny. Interesowały mnie informacje o castingach, fotograficznych sesjach, pokazach modeli. Już w pierwszym numerze znalazłem właściwą rubrykę: Jutro w stadninie koni odbędzie się casting do produkcji zatytułowanej, „Jeździec bez głowy”. Tytuł nie wzbudził mojego zachwytu. Na kolejnej stronie zobaczyłem informację, która bardzo mnie ucieszyła. Za tydzień w domu kultury rozpoczną się próbne zdjęcia do filmu „Jednoręki bez oka”. Myślę, że mam szansę. Martwi mnie tylko to oko. JO-JO Kobieta parła od pięciu godzin. Lekarz do znudzenia powtarzał, że widzi główkę. W końcu machnął ręką i wyszedł na papierosa. Położna również miała dosyć. Jej cierpliwość skończyła się dużo wcześniej. Nie wypadało jednak wymknąć się przed lekarzem. Mąż rodzącej także poczuł znudzenie. Bez słowa wybiegł z sali, trzaskając drzwiami. Ona tylko na to czekała. W samotności, siłami natury urodziła chłopczyka. Wymęczona porodem właściwie podwiązała przegryzioną pępowinę. Owinęła nią synka, puszczając ku dołowi. Maleństwo zatrzymało się w martwym punkcie, by podciągnięte do góry nawinąć się ponownie. Nikt nie będzie bawił się jej zabawką! Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY CZARODZIEJSKA RURA Możliwe jest milczenie, świadome powstrzymanie się od mówienia, trudno natomiast wyobrazić sobie możliwość ciszy. Cisza nie istnieje, nawet w dźwiękoszczelnej komorze coś słychać, choćby bicie własnego serca. Pamiętam film Philipa Gróninga pt. Wielka cisza (2005), w którym przez prawie trzy godziny nie pada żadne słowo, dzięki czemu słychać było to wszystko, co mówił sam klasztor kartuzów z La Grandę Chartreuse. Krystian Lupa pytany o ciszę porównuje ją z zakorzenioną w przestrzeni muzyką na progu słyszalności. Muzyka ta jest płynna: „Cisza jakby zmierza w naszym kierunku, otula nas i pozwala płynąć razem ”. Do otulania jeszcze wrócę. Zdaniem Johna Cagea cisza to dźwięki niezamierzone. W dawnym eseju pt. Muzyka przyszłości: Credo (1937) pisał o konieczności otwarcia się na wszelkie dźwięki, jakie można usłyszeć w świecie, o włączeniu do muzyki tzw. dźwięków niemuzycznych (szmerów), o rehabilitacji hałasu, który - gdy się weń wsłuchać - jest zupełnie fascynujący. Mówił o kadrowaniu, obramowaniu, zamknięciu przypadkowych dźwięków w ramie uwagi. Ważny był dla Cagea przypadek, który daje oddech muzyce, wyzwala ją, uwalnia od „ja” zarówno twórcy, jak i wykonawcy. Był konsekwentny, komponując, rzucał kostkami (aleatoryzm). Dźwięk ciężarówki jadącej 50 mil na godzinę, zakłócenia przy wyszukiwaniu stacji radiowej. Deszcz. Chcemy te dźwięki opanować i poddać kontrołi, tak, aby używać ich nie jako efektów dźwiękowych, ale jako instrumentów muzycznych. Czytam te słowa i myślę o manifestach Edwarda Stachury mówiących, że wszystko jest poezją (a najmniej napisany wiersz) i że każdy jest poetą (a najmniej poeta piszący wiersze). Myślę o malarzu Anastazym Bogdanie Wiśniewskim, o słowach, które zapisał: Wszystko jest sztuką, oprócz tego, co już jest. Wszyscy są artystami, oprócz tych, którzy już są. Krzysztof Karasek, zapewne dlatego, że pisze wiersze, nie ulega podobnej mistyce, mówi, że wszystko to brednie urągające inteligencji. „Milczącą” (4'33'j kompozycję Cagea określa jako ćwiczenie, które proponuje nam niemowa, udając, że ma nam coś ważnego do powiedzenia. Nie maluję ani nie piszę wierszy, dlatego do ciężarówki i deszczu, o jakich wspomina Cage, dodałbym jeszcze komorę aparatu rezonansu elektromagnetycznego, w której dwukrotnie spędziłem niezapomniane kilkadziesiąt minut. Doznania akustyczne pobudzały wyobraźnię, która tworzyła obrazy nie z tego świata. Dźwięki o określonej wysokości, Andrzej C. Leszczyński 27 które od razu sobie powtarzałem, były brutalnie atakowane przez nieokrzesane stuki, warczenia, odgłosy wściekłej wiertarki korzystającej z pomocy piły elektrycznej oraz - tak jest, słyszałem je wyraźnie — mechanicznych kaczek z obcej galaktyki, które zwracały się do mnie, wyrzucając rytmiczne karta-tartar-karta-tartar... Wsłuchany w niezwykłą opowieść zatraciłem poczucie czasu, nie wiem, kiedy zleciała przydzielona mi godzina, powiem tylko, że gdyby nie ból zesztywniałych rąk, które musiałem trzymać za głową, nie dałbym się tak łatwo wyprowadzić z Czarodziejskiej Rury. Kiedy spytałem pielęgniarkę, czy nie dałoby się nagrać wszystkich tych odgłosów, popatrzyła na mnie z troską. — Nagrać? Chyba skasować! Pan przeczyta — powiedziała, dając mi broszurkę. Rzeczywiście, w Rurze, podobnie jak w filharmonii, niemożliwe jest nagrywanie, można tylko słuchać. Dowiedziałem się, że badanie polega na umieszczeniu pacjenta w stałym polu magnetycznym o wysokiej energii. Powoduje to, że linie pola magnetycznego jąder atomów w organizmie człowieka ustawiają się równolegle do kierunku wytworzonego pola magnetycznego. Dodatkowo sam aparat emituje fale radiowe, które docierając do pacjenta i jego poszczególnych tkanek, wzbudzają w nich powstanie podobnych fal radiowych (to zjawisko nazywa się właśnie rezonansem), które są odbierane przez aparat. W praktyce jako rezonator wykorzystuje się jądro atomu wodoru. Liczba jąder wodoru w poszczególnych tkankach jest różna, co między innymi umożliwia powstawanie obrazu. Szkoda, że z powodu nieszczęsnego pola magnetycznego nie da się nagrać całej tej rezonansowej opowieści. Chyba niewiele różniłaby się od niektórych utworów muzyki konkretnej. Szkoda też, że nie mogę zobaczyć pobłażliwego uśmieszku wytrawnego melomana Wacka Bieleckiego, gdy czyta niniejsze uwagi. Pamiętając o jego opinii, że bez melodii, harmonii i rytmu nie ma piękna w muzyce, wolę nie myśleć o recenzji, jaką napisałby z koncertu w Czarodziejskiej Rurze. ŚRODOWISKO Poszukiwania Johna Cage'a trudno uznać za coś, co zdaniem Karaska urąga inteligencji, skoro podobnymi sprawami — rejestracją dźwięków niemuzycznych i badaniem środowisk dźwiękowych — zajmuje się akademicka dyscyplina nosząca nazwę ekologii akustycznej. Na Uniwersytecie Wrocławskim takie badania prowadzi Pracownia Badań Pejzażu Dźwiękowego, określająca się też jako laboratorium dźwięków niechcianych. Pod hasłem: „Sfonografuj zamiast sfotografować” organizuje warsztaty uczące otwierania uszu — sesje nagrań terenowych i kolekcjonowania wyjątkowych brzmień i odgłosów. Zbliżonym tropem idą muzycy. John Tilbury, członek słynnego tria improwizatorów AMM, w jednym z wywiadów mówi o szukaniu nowych sposobów wydobywania dźwięków, np. o naciskaniu klawiszów śródręczem. Wyobrażam sobie tę technikę jako ugniatanie, wyrabianie ciasta lub gliny. Gram akord, a potem »ugniatam go«, tłumiąc jeden składnik, potem drugi, powtarzając jeden z nich, dodając dźwięk spoza akordu itd. Bardziej radykałny wariant zakłada użycie nadgarstka i łokcia, którymi naciskam kławisze bardzo dełikatnie, bez zamiaru zagrania dźwięku. Jeśli coś zatem się pojawi, stanie się to przez przypadek. O tym, że każde środowisko — społeczne, biologiczne, dźwiękowe itp. — jest czynnikiem, od którego nie sposób się uwolnić, może świadczyć jego grecka nazwa: perivallon 28 Okruchy (7lEptPaXXov). Perivallo (7t€pi[3aX,XxD) znaczy tyle, co obłożyć, objąć, otulić, otoczyć, ogrodzić, zagarnąć, przebić. W jakimś więc sensie — kierować się ku środkowi („środowisko”). Dawno temu doświadczyłem takiego obłożenia, otulenia i zagarnięcia słuchając Zooloka Jeana Michela Jarrea, także Atom Heart Mother Pink Floydów. W obu suitach zbawienna okazywała się partia wiolonczeli łagodząca emocjonalny chaos, zgiełk nakładających się, szarpanych brzmień, przywracająca spokój podszyty melancholią, może rezygnacją. W Zoolooku wiolonczelę z siódmej części (Ethnicolor II) chyba imituje na swoim keyboardzie Frederic Rousseau, nie miało to jednak żadnego znaczenia dla tego, co przeżywałem zafascynowany czarodziejstwem Jarre a (jakiś czas później radykalnie odczarowanego). Muszę przyznać, że sporo zmieniły i dały mi do myślenia przeczytane niedawno słowa buddysty, znakomitego saksofonisty jazzowego, Wayne a Shortera, który odrzuca prostą zależność od środowiska: W buddyzmie mówimy: nasze otoczenie jest odbiciem tego, gdzie sami się znajdujemy w danym momencie. Świat wokół nas świadczy o nas samych. Nasz dom, życie, ludzie dookoła — wszystko pokazuje nam, do jakiego punktu dotarliśmy. No i proszę. Wydawało mi się, że to otaczający mnie ludzie w znacznej mierze ukształtowali moje wnętrze. Ze jakiekolwiek me zalety są dowodem na to, że na ogół miałem szczęście do ludzi, przede wszystkim na studiach — do wykładowców, a jeszcze bardziej do kolegów z roku. Za oczywiste miałem mądrości w rodzaju: z kim (czym) przestajesz, takim się stajesz. Nie budziła mych wątpliwości szkolna interpretacja tzw. literatury obozowej, pokazująca, że w nieludzkim środowisku bardzo łatwo przychodziło tracić ludzkie cechy. Tymczasem Wayne Shorter mówi o czymś zupełnie innym, o tym, że społeczne otoczenie jest odpowiednikiem czegoś wcześniejszego, przestrzeni wewnętrznej człowieka. I przyszło mi do głowy że, niestety, potwierdzałoby się to w odniesieniu do wielu moich relacji i wyborów, o których wołałbym zapomnieć. SZTUCZNOŚĆ Chciałbym umieć tak pisać, jak pisze Dariusz Czaja. Przychodziło mi to głowy niejednokrotnie podczas lektury jego esejów. Także teraz, gdy czytam w „Kwartalniku Filmowym” szkic pt. »Białaprawda myśli«. Elegia szpitalna. Pisze tam o filmie Mikę a Nicholsa z 2001 roku pt. Wit (we współczesnej angielszczyznie słowo to oznacza m.in. inteligentny, cięty dowcip; wcześniej, w XVII wieku określano w ten sposób zabieg literacki naruszający czytelnicze oczekiwania, niespodziewany i zaskakujący). Chodzi mi o to, że film, który widziałem kilka, może kilkanaście lat temu, dzięki lekturze szkicu Czai odsłonił sensy, których nie potrafiłem tak wyraźnie uchwycić. A może ożyły, uchwycone wtedy i zatarte w pamięci? Bohaterka filmu, profesor literatury angielskiej Vivian Bearing (grają Emma Thompson) w pierwszej scenie dowiaduje się, że ma szybko rozwijającego się raka jajników, co w ustach profesora Kelekiana brzmi jak wyrok. Takie orzeczenia zawsze są zaskoczeniem, są wydarzeniem w takim sensie, jaki nadaje temu słowu przywołany przez Czaję Jacques Derrida (Wydarzenie, aby zaistnieć, musi przedziurawić wszelki horyzont oczekiwania). Owszem, prof. Bearing zetknęła się już ze śmiercią - realną (odejście rodziców), przede wszystkim zaś z literackimi jej opisami w poezji Johna Donnę a, jakimi zajmowała się Andrzej C. Leszczyński 29 zawodowo. Jednak dopiero teraz doświadcza umierania w pierwszej osobie, osobie jak najbardziej cielesnej: Czaja: Cierpiąc, zwijając się z bólu, zaczyna uświadamiać sobie, że jej lotny profesorski umysł jest jednak, mimo wszystko, umysłem w-ciełonym. Zauważa — ku swojemu zdumieniu — że »ma ciało«, więcej, że nade wszystko fiest ciałem«. Dociera do niej, że jej profesorskie zajęcie było w istocie poznawczą grą, operowaniem słowami i pojęciami dalekimi od rzeczywistości. W sonetach Johna Donnę a, którymi zajmowała się na uniwersytecie, śmierć jest zdarzeniem słownym, w szpitalu umiera się naprawdę. Dariusz Czaja opisuje scenę kończącą film, w której umierającą Vivian odwiedza jej była mentorka, leciwa prof. Ashford. [...] siada koło niej na łóżku, obejmuje ją ramieniem. Proponuje, że przypomni jej kilka wierszy Donne'a, ale Vivian zdecydowanie odmawia. Te słowa nie są już na tę okazję. [.../ Wtedy Ashford wyciąga z papierowej torby książkę dła dzieci: »The runaway Bunny«, prezent kupiony dla swojego prawnuka. Vivian zwija się w kłębek, jak dziecko. Słowa o uciekającym króliczku będą ostatnimi, które usłyszy. Czytałem elegię Dariusza Czai prawie w tym samym czasie, co fragmenty Dziennika Trzustki Petera Esterhazego drukowane w „Zeszytach Literackich”. Pisarz z własnej choroby {Pod koniec kwietnia poczułem lekki ból pod żebrami, jeśli dobrze pamiętam, po prawej stronie. A może po lewej? Nie przejąłem się tym. Stwierdzono raka trzustki z przerzutami na wątrobę) czyni temat literacki. Nie może inaczej, bo tylko przy biurku jestem na swoim miejscu. Wsłuchuje się w wyrażenia związane z chorobą {trzustka, ładne słowo, kiedy człowiek wypowiada je z uczuciem i w odpowiednim rytmie) tak, jakby odnosiły się do niezwiązanego z nim stanu rzeczy. A jeśli związanego, to relacją właścicielską, oznaczającą posiadanie trzustki i raka w sposób podobny do posiadania komputera czy okularów {rak to coś bardzo biologicznego, więc zastanawiam się, czy też coś odrębnego, co mam z nim wspólnego, na ile jest częścią mnie i jaki mam do niego stosunek). Esterhazy zdaje sobie oczywiście sprawę, że tekst — plecionka znaków — pozostaje tekstem, niczym więcej. Pisanie oddala od rzeczywistości, także od własnej choroby, którą opisując — także oddala, umieszcza w sferze fikcji: Bo w chwili, w której nadajemy rzeczywistości formę — a formułując zdania, nadajemy jej formę — ta forma sama w sobie stwarza stan fikcyjny. Jedynie fikcja {fictió, od: fingere) jest stwarzaniem, twórczością w ścisłym sensie. Esterhazy pyta siebie, czy umiejętność pisania, jaką posiadł, nie zwodzi go, nie prowadzi na manowce, nie zasłania. 1 odpowiada, że tak, zwodzi, zasłania. Ale i odsłania, coś ukazuje. Nie sądzę, by pisanie Dziennika wzięło się z kalkulacji obliczonej na oddalenie cierpienia, na zasłonięcie go, przykrycie formą. Pisze, bo jest pisarzem {tyłkoprzy biurku jestem na swoim miejscu). Zamiana życia na słowa jest dla niego tak samo konieczne, jak oddychanie. Ustaną jednocześnie. Czy istnieje w ogóle coś, co dałoby się określić mianem życia „czystego”, rozumianego w sposób wyłącznie naturalny, biologiczny? Można spotkać wiele opinii negujących taką możliwość. Oskar Wilde pisał, że natura naśladuje sztukę — dana każdorazowo w percepcji, nosi na sobie piętno kultury kształtującej widzenie. Immanuel Kant ujmuje rzecz podobnie - natura naśladuje rozum. Rzeczywistość poznawana, a do innej nie mamy dostępu, to zmysłowość wtłaczana w ramy intelektu {Myśli bez treści naocznej są puste, dane 30 Okruchy naoczne bez pojęć-ślepe. Intelekt nie jest zdolny niczego oglądać, a zmysły niczego myśleć. Tylko stąd, że się one łączą, może powstać poznanie). Może najwyraźniej mówił o tym Werner Heisenberg - że nigdy nie będziemy wiedzieli, czym jest natura: badamy jedynie własne o niej pojęcia. Sztuka jest sztuczna. Myślę, że im bardziej sztuczna, im bardziej zbliżona do czystej formy (Witkacy) - tym lepsza. Sztuka jest fikcją, o której wspomina Esterhazy. To przesada i zniekształcenie, jak określał sztukę inny Madziar, Imre Kertesz. Sztuczność sztuki czyni ją trwałą, pisał Seneka Młodszy w traktacie pt. O krótkości życia: Vita breois, ars łonga. To zakłinanie istnienia, żeby przetrwało (Julia Hartwig) A życie? Życie jest żywe. Więcej w nim chaosu niż formy; sztuczność i gra dowodzą jego martwoty, co opisywał Witold Gombrowicz. IW Mikę a Nicholsa pokazuje umieranie postaci granej przez aktorkę, która wcieliła się potem — i zapewne jeszcze wcieli — w wiele innych ról. Kiedyś przecież spotka się osobiście z Kostuchą. Peter Esterhazy umarł na raka trzustki 14 lipca 2016 roku. Prawda obydwu opowieści związana jest z cielesnością, z ludzkimi narządami (jajniki, trzustka). SZTUKA OCALAJĄCA Stanisław Barańczak {Czym jest poezja?) zestawia ze sobą dwie, można by sądzić, wykluczające się opinie: Wystana Hugh Audena {Poetry makes nothing happen, co tłumaczy jako Nic się nie zdarza za sprawą poezji), i Czesława Miłosza {Czym jest poezja, która nie ocała/ Narodów ani ludzi?). Barańczak opinię Audena opatruje pytajnikiem: Nic się nie zdarza za sprawa poezft - I odpowiada: Nie zdarza się zapewne - w każdym razie jako bezpośredni skutek jej istnienia — w świecie zewnętrznych i publicznych faktów. - Ale wiem - jestem pewien - że zdarzyło się i nadał się zdarza we mnie samym. I ta pewność mi wystarcza, aby uznać, że może nie całkiem jałową zabawą jest to układanie słów i zdań, wokół którego od kilku dziesięcioleci obraca się moje życie: jeżeli ta z pozoru bezproduktywna działalność »oca-liła« mnie jednego, mam wszelkie podstawy, aby sądzie, że podobnie może ocalić innych ludzi. Myślę, że powyższe zdania nie dotyczą tylko poezji, że można je odnieść do sztuki w ogóle. Do sztuki, która nie chce „zmieniać świata” (Karol Marks) - co widzi za swój jedyny cel tzw. sztuka zaangażowana czy krytyczna. Chce czegoś znacznie ważniejszego, trafić do ludzkiego wnętrza, poruszyć ukryte w nim struny. CZTERY AFORYZMY Wybrałem je spośród trzydziestu, zamieszczonych w „Kwartalniku Artystycznym”. Ich autorką jest Tatiana Michałowskaja, przetłumaczył Leszek Szaruga. 1. Pozostać sobą w tłumie? Niemożliwe! 2. Jak wszy na ciele — czołgi na ziemi. 3. Zło i złoto z jednego korzenia. 4. Uciekający czas, stygnące życie. Krzysztof Czyżewski 31 Krzysztof Czyżewski MAŁE CENTRUM ŚWIATA1 Nie byłoby świata, tego zaułka w galaktyce gdzie możliwa jest miłość, bez małych centrów świata. Wielkie centrum kiedyś było, jedno, przed czasem. Pamięć o nim śpi w wygnaniu człowieka, w śmierci zwierząt i w milczeniu roślin, w skorupach rozbitego naczynia, w iskrach światła skrytych w ciemnej materii, w cierpieniu istnienia. Nasz kosmos stał się pyłem mi-krokosmosów i tylko dzięki temu jego rozbicie nie unicestwiło go ostatecznie. Świat przetrwał w tym, co najmniejsze. Świat jest śmiertelnie spragniony małych centrów świata. Wielkiego centrum nie ma. Jeśli powstaje, to jest zaledwie pokusą Historii, szkiełkiem iluzji w oku żądnych panowania. Wtedy rości sobie prawa, potrzebuje ideologii i władzy, wtedy chce być wyłącznie jedno. Niszczy i pożera małe, aż samo popadnie w ruinę. Zawsze się tak kończy: rośnie, zadając śmierć, do czasu aż samo padnie jej ofiarą. Gdy centrum urasta w Wielką Liczbę, naprzeciw niego stanąć może tylko to, co najmniejsze i miłosne. Ziemska pokusa i lęk przed potęgą największego sprawiają, że zamiast panować nad sobą, chcemy panować nad wieloma, uciekając od siebie. W ten sposób przegrywa się bitwy z uzurpatorami wielkości. Goliat nie zostanie nigdy zwyciężony przez drugiego Goliata, tylko przez Dawida. Małe centrum świata nie chce być jedno, postrzega siebie jako cząstkę współistniejącą z innymi. Ich moc jest jego mocą; nie żywi się słabością innych; dla swojego rozwoju nie potrzebuje dominować na(d otoczeniem. Nie rości sobie prawa do wyłączności, wyjątkowości czy przodowania w czymkolwiek, jedynie do dialogu, współ-czucia i współ-odpo-wiedzialności. Sztuką, którą szczególnie pielęgnuje się w małym centrum świata, jest przyjmowanie darów. Mówi ona o tym, że nie jesteśmy samowystarczalni, że życie jest obcowaniem ustanowionym na powinności oddawania daru. Świat zwraca się ku nam poprzez dary. Możemy ich nie przyjąć, nie oddać, albo wykorzystać je wbrew intencjom ich ofiarowania. Da nam to poczucie niezależności i panowania. Ale małe centrum świata nie jest „pępkiem świata”; jest współzależne i wolne dzięki odpowiedzialności za współistnienie. Małe centrum świata istnieje w tej mierze, w jakiej inni mogą składać w nim swoje dary. Małe centrum świata otwiera na świat. Na cały świat. Nie przychodzi to jednak łatwo, a tym bardziej nie staje się to ponad głowami tych, którzy są najbliżej. Kosmopolita czy internauta, legitymujący się paszportami obywateli świata, mogą niespodziewanie znaleźć się w nowych gettach, zamknięci przez ideologie otwartości i upowszechniane globalnie technologie komunikacyjne. Ułatwiają one ponad-graniczne obywatelstwo i kontakt z ludźmi o podobnych upodobaniach i kompetencjach żyjących na różnych kontynentach, ' Fragment najnowszej książki Krzysztofa Czyżewskiego Małe centrum świata, Krasnogruda 2017 r. 52 Małe centrum świata oddzielają nas natomiast od sąsiadów i współmieszkańców z innego kręgu kulturowego, zwłaszcza od tych, którzy nie chcą, nie potrafią lub z różnych innych względów — także materialnych — nie mogą przystąpić do naszego obywatelskiego forum albo sieci komunikowania się. Małe centrum świata otwiera na sąsiada, tego najtrudniejszego do zniesienia, bo najbardziej realnego Innego, wobec którego chce się uciekać w świat, daleko. Tymczasem tutaj „cały świat” staje się dostępny w bliźnim, z którym można się zabliźnić. Dopiero potem przychodzi reszta. Małe centrum świata jest gościnne, obejmuje każdego, kto wstąpi do jego wnętrza, i wszystko, czego dosięga jego promień — każdą drobinę życia i każdy okruch czasu. Nie przyznaje obywatelstwa jednym, a wilczego biletu drugim. Nawet ci, poddani Wielkiej Liczbie i zarażeni panowaniem nad innymi, tutaj mieszkają. Wielkie centrum, tworzone przez ludzi po Wygnaniu, nawet ono jest zaledwie częścią małego centrum świata, gdzie wszystko zaczyna współistnieć, gdzie każda granica przebiega wewnątrz i nie ma żadnej, która byłaby jego granicą zewnętrzną. Ci, którzy burzą i depczą małe, również są częścią małego centrum świata. Jak również ci wykorzenieni i uciekający z domu w poczuciu wyższości i siłowej przewagi nad tym, co pragną zostawić za sobą, bo wstydzą się tego, skąd pochodzą i z kim współżyją - a więc wszyscy ci, których określilibyśmy mianem prowincjuszy — oni też tu zamieszkują. Małe centrum świata jest prowincją zdolną wyzwolić z prowincjonalizmu. Mości się tam, gdzie powstaje nowa przestrzeń do zagospodarowania. Potrzebuje pionierów, organicznego budowania w długim trwaniu, wolności dla czynienia nowego. Tworzą go ludzie głodni podróży poza horyzont swojskości, niesforni wobec sztywnych reguł i absoluty-stycznych racji. Szanuje indywidualne i pojedyncze, ale indywidualistów i „wolne ptaki” prowadzi dalej, poza rubież „ja” i „moje”, ku wolnemu aktowi tworzenia zakorzenionemu w życiu wspólnoty i rozwijającemu się w ciągłym z nią dialogu. Poszukiwacze prawdy i tajemnic świata, w wielkich centrach adorowani za swój geniusz, tutaj odkrywają granicę poznania i mądrości, której nie sposób pokonać samotnie, tylko we współ-byciu z innymi. Cele klasztorne, studia artystów, biblioteki filozofów, warsztaty najrozmaitszych specjalizacji, gniazda i rodzinne siedliska - każda z tych przestrzeni jest tylko przedsionkiem do kręgu wspólnoty, pośrodku którego pali się bezimienny ogień. Małe centrum świata kocha przeszłość dla przyszłości1. Jego fundament położony jest głęboko w warstwach pamiętania, a praca nad archeologią pamięci nie ma tutaj końca. Otwarcie tej prowincji na świat nie jest wyobcowaniem ani budowaniem od zera. Na powierzchni życia istnieje tyle podziałów, ran, nierozstrzygalnych konfliktów i przeciwstawnych racji, że łatwo na tym płytkim gruncie zbudować osobne i zamknięte na siebie światy. Można próbować odciąć się od tego, zatrzeć ślady przeszłości, schować się za parawanem ignorancji i obojętności. Ale małe centrum świata nie jest przystanią dla partaczy, którzy budują na krótko i byle jak, nie bacząc na przyszłość. Tutaj po otwartość i sztukę życia razem zstępuje się w głąb pamięci i do samych trzewi miejsca, palimpsestu różnych losów i kultur. To, co było głębokim podziałem na powierzchni, 2 Napis wyryty na grobie Zygmunta Glogera na Starych Powązkach w Warszawie, kwatera nr 52 głosi: Kochał przeszłość dla przyszłości. Krzysztof Czyżewski 33 w odnajduje wspólny korzeń, jest splecione. Tutaj zakorzenienie jest formą odzyskiwania przyszłości. Małe centrum świata ustanawiane jest w ciągłości tradycji. Nie można zapominać, że to żywa rzeka, a nie strzeżone zbiorniki stojącej wody. Wierność tradycji to nie upamiętnianie, lecz kontynuacja. Jeśli uświadomimy sobie, kim byli ci, którym chcemy dochować wierności, okaże się, że o ciągłości tradycji stanowi nieustanne zmienianie świata, przekraczanie granic oraz bunt przeciw zastygłym formom życia. Tajemnicą małego centrum świata jest to, że zamiast związywać ręce pionierom i innowatorom troską o zachowanie dziedzictwa albo nakazem pielęgnowania pamiątek, daje im szansę poszukiwania i tworzenia, które obejmują również przeszłość, odkrywają jej przyszłościowy potencjał, znajdują dla niej nowe formy wyrazu, a jednocześnie wyzwalają ją ze skostniałych form „uprawiania tradycji”. Małe centrum świata ukształca świat poprzez jego romantyzowanie. Praca organiczna i polskie tradycje pozytywistyczne są autentyczną formą romantycznego zaangażowania się w świat. Tym samym, czym jest tradycja Bildung, której wyraz nadał Novalis: Świat musi zostać zromantyzowany. W ten sposób odnajduje pierwotny sens. Romantyzowanie to jakościowe potęgowanie. (..) Nadając rzeczom pospolitym wyższy sens, zwykłym — tajemniczy wygląd, znanym — godność rzeczy nieznanych, skończonym — pozór nieskończoności — roman-tyzuje je5. Małe centrum świata uzyskuje wyższy sens przez jakościowe spotęgowanie najbliższej nam otuliny życia. Kamieniem węgielnym małego centrum świata jest niewidzialny most. W świecie po rozpadzie i z piętnem wygnania jedyne realne spoiwo dla zerwanych więzi może pochodzić z anty-materii. Wielkie centra potrzebują mostów umożliwiających im ekspansję i panowanie nad innymi. Do dyspozycji mają jedynie materialne budowle, za którymi stoi technologia, coraz bardziej odcięta od warstwy mitu skrywającej prawdę o budowaniu przejścia pomiędzy różnymi brzegami. Ponieważ w małym centrum świata wszystkie granice są wewnątrz, obejmują bardzo różnych ludzi, nie wykluczając nikogo, jego tkanka życia zasadza się na nieustannym wysiłku przechodzenia na brzeg Innego. Nie jest to kwestia wyłącznie życia duchowego, także pragmatyki codzienności. Materialne złącza i drogowe przęsła ułatwiają fizyczną komunikację, ale w żaden sposób nie decydują o przechodzeniu na brzeg Innego. W tym sensie jedynie realne mosty powstają z anty-materii — niewidzialne, budujące tkankę łączną między wszystkimi okruchami życia, wciskającą się we wszystkie szczeliny istnienia, tam, gdzie żywe są pamięć i emocje, cierpienie i utrata, odmienność i brak porozumienia. Małe centrum świata istnieje nie dzięki tym, którzy mają rację, czekając na swoim brzegu, aż inni dołączą do nich, ale dzięki tym, którzy wychylają się ku Drugiemu. Małe centrum świata tworzy się na linii Powrotu. Ocalone w tym, co najmniejsze. Tekst wygłoszony podczas uroczystości wręczenia Nagrody im. Zygmunta Glogera. Łomża, 14października 2016 roku. Novalis, Uczniowie z Sais, w przekładzie Jerzego Prokopiuka. Warszawa 1984, s. 96. 34 Czyżewski krzepi Andrzej Kasperek CZYŻEWSKI KRZEPI Krzysztof Czyżewski, Małe centrum świata. Zapiski praktyka idei. Fundacja Pogranicze i Ośrodek „Pogranicze — sztuk, kultur, narodów”, Sejny/Krasnogruda 2017. Czytelnikom naszego kwartalnika osoba Krzysztofa Czyżewskiego, autora książki pt. Małe centrum świata. Zapiski praktyka idei, jest dobrze znana - drukował u nas („Czas prowincji” nr 8) a w zeszłym roku przeprowadziliśmy z nim długą i ważną rozmowę {Przyjechali »świrowiercy«, czyli jubileusz Pogranicza, „Prowincja” nr 25 i 26). Moje uwagi o jego książce to nie recenzja, ale raczej garść refleksji, które nasunęły mi się przy jej lekturze. Cukier krzepi — przed wojną Melchior Wańkowicz wymyślił takie hasło reklamowe. W odróżnieniu od cukru, mają- cego wiele wad, Czyżewski krzepi bez szkód dla zdrowia. Lektura jego książki Małe centrum świata jest właśnie krzepiąca, bardzo dziś Polakom potrzebna. Jej autor w sierpniu 2017 r. został uhonorowany nagrodą „Neptuna” przyznawaną przez Prezydenta Miasta Gdańska twórcom polskim i zagranicznym, którzy artystyczną działalnością nawiązują do gdańskiej tradycji albo współczesności. Lista osób uhonorowanych „Neptunami” jest dość długa i pełno na niej nazwisk znakomitych. Laureat, odbierając nagrodę, wygłosił przemówienie. Rozpoczął go od słów: Cóż to za miasto Gdańsk, z którego widać Sejny?! Gdyby było wielkie bogactwem, władzą i wyższością nad mniejszym, w żaden sposób nie byłoby zdolne dostrzec miasteczka na prowincji. Gdyby było samochwalcze i gloryfikujące homogeniczną czystość, tyłem odwracałoby się od pogranicza. Musiało tu zadziałać inne prawo, inne od zasad rządzących polityczną fizyką, koniecznością rynkową i hierarchią kulturalnego splendoru. W swym przemówieniu snuł wizję synogarlicy lecącej z Sejn do miasta Solidarności. Ptaka lecącego nisko, bo chciał być blisko Polaków, jak nigdy podzielonych i skłóconych. Który szepcze: nie wzlecisz, jeśli nie przebaczysz. Wybór tego ptaka, który Noemu przyniósł gałązkę oliwną, który jest symbolem pokoju oraz duszy i miłości czystej nie był przypadkowy. Zakończył tak: Widząc na okamgnienie lot synogarlicy nad Polską [...] zrozumiałem, że był czas, kiedy potrzebowaliśmy solidarności, by wywalczyć wolność, ale także i to, że poprzestanie na tym, to zatrzymanie się w pól drogi. Dzisiaj w wolnym i polskim mieście Gdańsk pytam, czy stać nas będzie na takie bohaterstwo, które zdobytą wolność przekuje w solidarność? Przywołuję te słowa, bo nie chodzi mi tylko o podkreślenie uhonorowania Czyżewskiego (a lista nagród na jego koncie jest długa i znacząca), ale raczej o przywołanie jego Andrzej Kasperek 35 sposobu myślenia. W dzisiejszej Polsce potrzebni są ludzie, którzy przypominają prawdziwe znaczenie słów: solidarność, wolność, bohater, inny, obcy... Krzysztof Czyżewski w swej książce kilkukrotnie przywołuje słowo neimar — budowniczy mostów w miejscach i wspólnotach podzielonych rzeką, pamięcią, konfliktem, tożsamością, wyznaniem. To usłyszane przez niego na Bałkanach słowo stało się jednym z najważniejszych w jego słowniku człowieka, który pracuje na pograniczach, wśród ludzi, na których oczach zerwano niejeden most, którzy uczestniczyli w niejednym konflikcie lub wojnie między narodami, religiami czy po prostu najbliższymi sąsiadami. Także synogarlica, ów biały gołąb, pojawia się w jego wypowiedziach kilka razy. W tekście pt. Twarz Grządzielki była stara jak świat. Lekcja Babci Oli drukowanym kilka miesięcy temu w „Gazecie Wyborczej” (dlatego zabrakło go w książce, koniecznie powinien znaleźć się we wznowieniu, bo takie z pewnością będzie) z czułością wspomina swoją babcię Olę, która maleńka ciałem, choć duszą wielka jak synogarlica, zgarniała nas wszystkich. Ta kobieta udzieliła mu dawno temu, w dzieciństwie, wielkiej lekcji tolerancji i szacunku dla innych. To spotkanie chłopca z Inną, z budzącą strach i dziecięce okrucieństwo Slązaczką Grządzielką okazało się decydujące dla jego przyszłego życia. Co by było ze mną? Jakie byłoby moje rozumienie patriotyzmu, lojalności, wierności rodzinie i tradycji? Czy już przez całe życie bałbym się Grządzielki?. Jednak najważniejsza w jego leksykonie jest fraza: „tkanka łączna”. W szkicu pod ta-kimż tytułem opisuje pierwsze spotkanie z Czesławem Miłoszem w roku 1989 dawnym klasztorze kamedułów nad Wigrami. Małgorzata i Krzysztof Czyżewscy opowiadali poecie o swym pomyśle założenia fundacji, byli podekscytowani, pełni pomysłów, a jednocześnie chaotyczni, mało konkretni. Miłosz zamiast przegonić natrętów przeszkadzający mu w odpoczynku, wysłuchał ich, wypytał i zadumał się, a potem stwierdził: Państwo zajmować się będziecie budowaniem tkanki lącznejl Czyż nie tak? Jak gdyby wszystko, co później nastąpiło, cała działalność Fundacji i Ośrodka „Pogranicze” była wywiedziona z tego spotkania. A Miłosz wiernie im kibicował i pomagał, jak mógł w Sejnach i Kra-snogrudzie, gdzie Czyżewscy i ich przyjaciele stali się gospodarzami dworu Kunattów, a tak naprawdę wznieśli go na nowo — tworząc w nim Międzynarodowe Centrum Dialogu. Przed jego uważnym spojrzeniem spod krzaczastych brwi nie mogła się ukryć żadna słabość człowieka. Widział mnie na przestrzał, moje ograniczenia, moje przyszłe probłemy, których ani świat, ani moja własna głupota mi nie oszczędzi, całą moją kruchość wobec spraw, na które się porywam — a jednak nigdy nie powiedział słowa o tym, że nie warto, żebym się opamiętał, zaniechał... Przeciwnie, każde z nim spotkanie, list od niego, nowa książka to pogłębiające się zobowiązanie, żeby sprostać tej wymagającej przyjaźni, żeby nie popełnić grzechu zaniechania. Tkanka łączna według encyklopedycznej definicji ma za zadanie: spajać różne typy innych tkanek, zapewniać podporę narządom i ochraniać wrażliwe części organizmu. Oglądana przez mikroskop przypomina mapę, dlatego porównuje się ją do mikro- i makrokosmosu. Choroba tkanki osłabia środowisko wewnętrzne organizmu. Zanika wytwarzanie przeciwciał, a komórki tracą zdołność radzenia sobie z elementami obcymi. Zagrożone są funkcje odżywcze, regeneracyjne, zapewniające elastyczność i przeciwdziałające krzepnięciu krwi. Widać jak pojemna jest to metafora. 36 Czyżewski krzepi Babcia Ola, Grządzielka, Miłosz, Wajda, Strumiłło — znani i kompletnie nieznani, ale równie ważni ludzie, których spotkał w swym życiu, kształtowali go, bo jak pisał jego ukochany poeta: Lawina bieg do tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach. A jakby potoczyłyby się jego losy, gdyby nie ten nauczyciel WF-u, który powiedział do małego chłopca i klasy na lekcji wychowania fizycznego: A teraz skacze mały ciałem, ałe wiełki duchem. Trudno mu wtedy było wyobrazić sobie, że pokona zawieszoną wysoko poprzeczkę do skoku wzwyż, ale jednak... I już zawsze mierzył wysoko. Książka zawiera czternaście szkiców, odczytów oraz poemat pomysłodawcy i współtwórcy sejneńskiego Ośrodka „Pogranicze — sztuk, kultur i narodów”. Istotny jest tu podtytuł: zapiski praktyka idei. Niektórym wydaje się, że Czyżewski to pięknoduch, który kiedyś wymyślił sobie, że na zapomnianym pograniczu stworzy Kastalię jak z Hermana Hessego czy Prowincję Pedagogiczną Goethego, w której wróci się do Biłdung, czyli ukształcenie, bo tak Maria Janion i Maria Żmigrodzka w swej (często przez autora przywoływanej) książce Odyseja wychowania. Goetheańska wizja człowieka w »Latach nauki i łatach wędrówki Wiłhełma Meistra« przełożyły ten termin. Ale ten intelektualista (nie gabinetowy) jest także praktykiem idei, twórcą tkanki łącznej i budowniczym mostów. W posłowiu Przemysław Czapliński napisał nader trafnie, że choć autor książki opisuje własne doświadczenia animatora kultury i opisuje życiową przygodę tworzenia Ośrodka „Pogranicze”, to w jego opowieści przewijają się probłemy trapiące kułturę połską w ostatnim trzydziestołeciu. W największym skrócie przedstawić je można jako kłopoty z innością — jako powroty nacjonałizmu, nietołerancji, ksenofobii, czyli próby wymuszenia na społeczności, by składała się z łudzi identycznych. W odniesieniu do tych kłopotów Czyżewski pisze zawsze jedno — że to, co inne istnieje i że społeczne współżycie z innością jest warunkiem życia w ogóle. W tym sensie autor „Małego centrum świata” jest domokrążnym apostołem niewygodnej nowiny. Uparcie powtarza, że wszelkie przejawy ksenofobii wynikają z zafałszowania pamięci i niewłaściwego rozpoznania miejsc przez nas zamieszkiwanych. Jeśli chcemy je poznać, mu-simy posłuchać pamięci, jeśli chcemy odkryć pamięć, musimy pozwolić przemówić sąsiadom. To dlatego te teksty, które powstawały podczas ostatniego ćwierćwiecza wolności, są tak ważne i aktualne, tym bardziej, że żyjemy w czasach widocznej i zwiększającej się niechęci wobec inności, wszelkiej inności. Ale nie wolno zapominać, że (jak pisze autor posłowia): Im bardziej ten dorobek się rozrasta, tym bardziej z dzieła przemienia się w działanie, z przedsięwzięcia w instytucję i z pojedynczej osoby w mikrospołeczność. Na tym chyba połega taktyka »Pogranicza«, by przez współpracę wciągać innych do współtworzenia Ośrodka. Cokołwiek zatem Krzysztof Czyżewski robi, nie robi tego sam: przy nim jest Małgorzata Sporek-Czyżewska, [...] Bożena i Wojciech Szroederowie oraz zespół wspaniałych łudzi z Fundacji i Ośrodka. Bo »Pogranicze« to ludzie, a nie jeden człowiek, to zespół, a nie sołista, to współpraca, a nie praca wyizołowana z kontekstu. Im dłużej zastanawiam się nad tą książką i działalnością jej autora, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że określenie domokrążny apostoł niewygodnej nowiny pasuje do Krzysztofa idealnie. Czytajcie jego teksty, bo w zalewie bełkotu taka lektura jest prawdziwie krzepiąca. Jacek Albrecht 37 Jacek Albrecht Etos INTELIGENCJI POLSKIEJ Refleksja po Wspomnieniach o mojej mamie1 Moja mama należała do tych niezbyt licznych, konsekwentnych przedstawicieli inteligencji polskiej, jacy przetrwali wojnę, usiłując żyć, nawet w najtrudniejszych warunkach, zgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami. Tej inteligencji średniej, której niewiele spadało z nieba samo, ale która wierzyła w tworzony przez siebie zbiór norm moralnych i starała się dawać przykład reszcie społeczeństwa, żyjąc według nich na co dzień, ale i w trudnych chwilach wojny i okupacji, także powojennej. Były to normy etyczne budowane na najlepszej tradycji historycznej narodu polskiego. Narodu wspaniałego, chociaż mającego również w ciągu dziejów swoje chwile załamań i słabości. I właśnie poszukiwaniem cech dobrych, ich rozpoznawaniem, nazywaniem oraz popularyzacją, oraz cech złych i ich piętnowaniem zajmowała się prawdziwa polska inteligencja. Ta od biskupa Krasickiego po Herberta. Od Jana z Czarnolasu po profesorów Tatarkiewicza i Kotarbińskiego. Od Piotra Skargi po profesora Legutkę. Pokazywała też owa inteligencja ludzi złych, cynicznych oszustów robiących kariery przy „obcych dworach” i uczyła ich odróżniać, i zwalczać. Ale uczyła również zachowań codziennych, codziennej przyzwoitości, dumy i honoru. Widziała też i piętnowała odstępstwa od zasad we własnych szeregach, tworząc kodeksy zachowań i sądy honorowe. Dlatego warstwa ta potrzebna jest Polsce jak krew. I dlatego stawała się ona głównym wrogiem każdego okupanta. Niemcy zaczęli swoje porządki od mordowania profesorów najpierw w Krakowie, potem we Lwowie, by wkrótce zamknąć wszystkie polskie szkoły wyższe i średnie oprócz najprostszych zawodowych. A każdy kto miał maturę, trafiał na listy rozstrzeliwanych zakładników. W Katyniu zaś zginęli głównie oficerowie rezerwy: lekarze, prawnicy, przedsiębiorcy, urzędnicy państwowi... Wymordowani jeńcy wojenni. Na to nałożyły się masowe wywózki rosyjskie do „nieludzkiej ziemi” inteligencji polskiej według ścisłych list. Niemcy zamierzyli stworzyć z Polaków bezwolną masę niewolniczą, Rosjanie zaś również bezwolnego „nowego człowieka” sowieckiego. Obu nacjom zależało na zniszczeniu samodzielnego państwa i narodu polskiego. W wyniku wojny Niemcy, zmuszeni, zaprzestali bezpośrednich działań w tym kierunku, ale Rosjanie nie. Ci ostatni zagrabiwszy ponad połowę obszaru Rzeczpospolitej i bezpośrednio go wynaradawiając, na pozostałej części usiłowali stworzyć społeczeństwo pozorne. Otóż dzisiaj wydaje się, niestety, że rozpęd nadany tym działaniom nie został dotąd skutecznie powstrzymany i walka nadal trwa. Mimo potwornych strat naród polski nie dał się do końca zniszczyć ani złamać, i to jest piękne. Ale budowanie „nowego człowieka” na sowiecką modłę nie zostało jeszcze całkowicie powstrzymane. Poprzedni ustrój wykuł pojęcie ' Od red. Wspomnienia o mojej mamie zostały opublikowane w poprzednim numerze „Prowincji”. 38 Etos inteligencji polskiej „inteligencji pracującej” — odhumanizowanych inżynierów od wszystkiego mających zastąpić dawną inteligencję narodową. Grupa ta miała stać się nośnikiem wzorców nowych postaw i zachowań dla całego społeczeństwa i, niestety, w dużym stopniu się stała. Jednak obce wzorce oderwane od tradycji narodowej pogłębiały jedynie chorobę i hamowały rozwój społeczeństwa polskiego, spychając je stopniowo coraz bardziej na margines narodów Europy. Dzisiaj powszechnym zjawiskiem są panoszący się w kraju „półinteligenci” — niedo-kształceni absolwenci byle jakich szkół z pretensjami do znania się na wszystkim, odważnie zajmujący każde nadarzające się stanowisko czy funkcję państwową. A ja słyszę wokół ciągle ten „rechot” z wartości, w których zostałem wychowany. Z wartości, w obronie których ginęli ludzie, których szanuję. Wartości, których broniła też moja mama. Trudno mi je nawet nazwać, czy wypunktować. Przyzwoitość, szacunek dla każdej uczciwej pracy, szacunek dla drugiego człowieka, „kindersztuba”, godność, duma i honor. Patriotyzm i uczciwość. Zycie w prawdzie. Te słowa przychodzą mi na myśl. Jeszcze dzielenie się wiedzą i cenienie kompetencji. A tu proszę, mijam na płocie napis Prywatne liceum dla dorosłych w dwa lata. Potem, myślę sobie, jeszcze „zarządzanie” na miejscowej filii byle szkoły i kolejni „półinteligenci” czekają na awans. Tylko że żadna polska uczelnia wyższa nie mieści się dzisiaj w rankingu 500 najlepszych uczelni świata. Żadna. Nawet Uniwersytet Jagielloński, który jeszcze kilka lat temu tam był. Za to doktoraty ASP w Warszawie stały się ostatnio dość modne wśród krajowych celebrytów. A ja bym chciał, żeby wreszcie była jedna matura dla wszystkich z jednym egzaminem zewnętrznym, jak w każdym cywilizowanym kraju i żeby jakaś jedna chociaż polska uczelnia zaczęła zasługiwać na normalny szacunek, także świata. To mój etos. To cień myślenia normalnej polskiej inteligencji sprzed II Wojny Światowej. Ale też inteligencja to nie jest jakaś grupa zamknięta, czy dziedziczna. Ona zasadniczo jest w każdym z nas. Ona czeka i od nas zależy, czy chcemy jej służyć i na ile. Czy jednak zechcemy cały czas się doskonalić, czy zechcemy uczyć się i dzielić się zdobytą wiedzą. Czy zechcemy szanować ludzi prawych i uczciwych, czy może jednak ulegniemy urokowi hochsztaplerów mamiących nas ścieżką łatwego zysku i sukcesu kosztem jedynie swojej duszy, „która przecież tak naprawdę nie istnieje” i kosztem pamięci o tych „naiwniakach” co ginęli za naród i wyznawane wartości. Dzisiaj społeczeństwo polskie musi stworzyć dopiero swoją warstwę prawdziwej inteligencji. Praca jest indywidualna i w zasadzie dla chętnych, a wzorce są zamazane i ośmieszone. Ale każdy może wziąć w niej udział, bo inteligencja to nie tylko profesorowie uniwersytetów. To każdy, kto podejmie zapomniane ideały i spróbuje według nich żyć na co dzień. Kto podejmie trud ustawicznego samokształcenia i pomoże w samokształceniu się innym. Bowiem cechą dominującą prawdziwej inteligencji narodowej jest zdobywanie i dzielenie się wiedzą z resztą społeczeństwa dla podniesienia jego ogólnego poziomu. Cechą natomiast dominującej, niestety, dzisiaj „półinteligencji” jest zdobywanie wiedzy o tym jak oszukać własny naród i powstrzymać jego rozwój, by cynicznie żerować na nim wyłącznie dla własnej korzyści i jak zyskownie sprzedać się wraz z krajem, gdy trafi się taka okazja. Walka więc, jak uważam, trwa, a biorą w niej udział ochotnicy bez względu na swoje pochodzenie społeczne, koneksje, czy stan majątkowy. Wędrówki po prowincji Joanna Hulanicka OCALENI Z HOLOCAUSTU. Drugie pokolenie DITI RONEN W SZTUTOWIE Wy daje mi się, że w momencie, w którym wyrażam swoje uczucia w wierszach, odczuwam ulgę i pojednanie ze światem i losem. Akt pisania nie jest naszym wyborem, jak akt życia nie jest wyborem, oba stawiają nas przed faktem dokonanym. Należę do ludzi, dla których związek pomiędzy nimi jest przyczyną obux. Diti Ronen ONA U NAS Kiedy jest się uczniem, nauczycielem czy pracownikiem szkoły noszącej imię Pamięci Ofiar Stutthofu może się wydawać, że tematyka wojenna jest doskonale znana, stale przywoływana, można rzec: nawet codzienna. Może się też zdarzyć że nadmiar działań związanych z pielęgnacją imienia patrona może wprowadzać pewien rodzaj zobojętnienia. Tym razem usłyszeliśmy, że przyjedzie do nas poetka z Izraela. Nic o jej życiu nie wiedzieliśmy poza tym, że ma jakiś związek z byłym obozem koncentracyjnym Stutthof. ' fraza.univ.rzeszow.pl/numer/nr82-2-Wywiad-z-Diti-Ronen.php 40 Ocaleni z holocaustu. Drugie pokolenie Izraelska pisarka Diti Ronen, bo o niej mowa, do Sztutowa przybyła w poszukiwaniu śladów własnej przeszłości. Tu bowiem w obozie Stutthof w czasie II wojny światowej przebywała jej matka. Dla Diti czas spędzony w naszej miejscowości miał wymiar sentymentalny; dla nas był doskonałą okazją do spotkania z pisarką podejmującą trudny temat tragicznych losów Żydów podczas II wojny światowej. Długo przygotowywaliśmy się na to spotkanie. Opracowaliśmy krótki program artystyczny dostosowany do okazji. Osadzony był on wokół tematyki wojennej, naszej tu, lokalnej. Zaprezentowaliśmy utwory absolwentów naszej szkoły opublikowane w wydanej wcześniej książce Przez szkiełko bursztynu. Diti Ronen i tłumaczka jej utworów Krystyna Lenkowska od pierwszego spojrzenia wzbudziły nasze zaufanie. Od razu poczuliśmy, że przyjechały powiedzieć nam coś ważnego. Bardzo ważnego. Już sam fakt, że to obie Panie były inicjatorkami spotkania, stawiał nas -uczniów, nauczycieli i pracowników szkoły na uprzywilejowanej pozycji. Spotkanie odbyło się w pełnej zadumy atmosferze. Pełnej zadumy, ale pozbawionej nadmiernego patosu. Głównym bohaterem naszego spotkania był poemat Diti Ronen ptaszek oraz przemyślenia na temat rzeczywistości wojennej i relacje naszego gościa z matką-więźniarką obozu Stutthof. Matka Diti, Edith Friedman, trafiła do Stutthofu jako 20-letnia dziewczyna, mając już za sobą doświadczenie Auschwitz, w którym straciła całą rodzinę. Do Auschwitz natomiast trafiła około rok przed zakończeniem II wojny światowej, w czerwcu 1944 roku, kiedy to Niemcy zaatakowali Węgry, skąd pochodziła rodzina naszego gościa. Co prawda znaliśmy już utwór, ale dopiero odczytanie go w naszej obecności i odsłuchanie na żywo w pełni oddało jego charakter. Diti Ronen czytała swój utwór w języku hebrajskim, Krystyna Lenkowska przetłumaczyła go na język polski. Diti Ronen odpowiadała także na pytania uczniów i gości przybyłych na spotkanie. Przybliżyła nam te fragmenty swojego życiorysu, o których jest mowa w prezentowanym utworze. Długo opowiadała o swojej matce i o książce o niej. Wielokrotnie w tym kontekście padały słowa o mocy i sile przyjaźni jako czynniku pozwalającym czy nawet gwarantującym przetrwanie w warunkach ekstremalnych. W subtelny sposób Diti relacjonowała wątki z życia swojej matki. Przybliżyła uczniom relację matki o zderzaniu światów - tego obozowego i tego innego, codziennego, które mogła zauważyć podczas wizyty w klinice w Elblągu (doskonale opowiedziana anegdota, kiedy przyjaciółka Diti chroni ją przed śmiercią z powodu infekcji ręki, czyli niezdolności do pracy, podając za córkę Schopenhauera. Nic to, że Schopenhauer zmarł w 1860 roku). Urzekł nas także wątek pomocy słanej do obozu przez lekarza opiekującego się matką Diti, a wywołanej relacją o życiu w obozie, którego realiów, jak się zdawało, lekarze zupełnie nie znali. Kontekstem tego spotkania w naszej szkole może być wcześniejsza wizyta Alexa Dancy-ga, historyka, współpracownika Instytutu Yad Vashem, który przybliżał naszym uczniom zawiłości historii i kultury izraelskiej. Oba spotkania, choć różne w swoim charakterze, były dla całej społeczności szkolnej ważne. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie - niezwykłe. Uczniowie mieli żywe lekcje historii, wiedzy o społeczeństwie i lekcje poezji. Oba były ważne, bo przeżyte, nie obejrzane Joanna Hulanicka 41 czy tylko przesiedziane. Tłumaczka Krystyna Lenkowska nie dość, że zadbała o świetną atmosferę spotkania, to przybliżyła nam także tajniki warsztatu tłumacza. Wizyta Diti Ronen w Zespole Szkół w Sztutowie towarzyszyła odwiedzinom poetki w Muzeum Stutthof, gdzie zapoznała się ona z oryginalnymi dokumentami związanymi z losami swojej mamy. Goście zwiedzili również teren byłego obozu, w tym były obóz żydowski. DITI RONEN Dr Diti Ronen urodziła się Tel Avivie. Jest znaną w Izraelu poetką, teatrologiem, badaczką kultury i wykładowcą uniwersytetu — The Hebrew University oraz Centrum Studiów Akademickich w Tel Awiwie. Działania twórcze i naukowe łączy z zarządzaniem kulturą. W ciągu ostatnich lat była gościem wielu konferencji i seminariów naukowych na terenie Izraela i za granicą. Wiersze Diti Ronen zostały przetłumaczone na dziesięć języków, analizowane są na wyższych uczelniach i w instytucjach akademickich, adaptowane na scenę, mają formę piosenek i librett utworów muzycznych. Poetka regularnie odwiedza międzynarodowe festiwale poezji i inne imprezy kulturalne w Izraelu i poza jego granicami. Diti Ronen należy do drugiego pokolenia „Ocalonych z Holocaustu”. Sama tak mówi o kwestii shoah w kontekście trudnej pierwszej wizyty w Auschwitz: Przez większość życia nie mogłam i nie chcialam stawiać czoła faktom Holokaustu. (...) Po zakończeniu zwiedzania poczułam, że wizyta w Auschwitz była dla mnie znaczącym doświadczeniem. Bo tylko tam mogłam zobaczyć, że nie ma już tych transportów, tych pociągów, tych dźwięków. Jest cisza. Psy już nie szczekają. To wciąż jest w moim ciełe, w mojej głowie, ale czas minął. Ktoś nadał pamięci kołor i kształt, aby świat nie zapomniał. Ktoś opiekuje się tą pamięcią dła przyszłych pokoleń. Czuję ulgę i spokój. Pamięć ma swój adres2. 2 Ibidem. I 42 Ocaleni z holocaustu. Drugie pokolenie Jak to ważne mówi znów sama autorka: Urodziłam się z Holokaustu, jestem zrobiona z Holokaustu i moje życie jest upamiętnianiem tych, którzy zostali wywiezieni i zamordowani w czasie Holokaustu. Ja TO niosę w swoich komórkach ciała, w swoim imieniu Judyta, w swoim istnieniu5. Imię Judyta, Judith, otrzymała po swojej babce, która zginęła w Auschwitz (Diti upamiętniła ją w wierszu pt. Judyta). W swoich wierszach Ronen mówi o dziedzictwie kobiet w swojej rodzinie, kobiet pełnych energii i witalności, które nie ustają nawet podczas deportacji do obozów koncentracyjnych. Poetka, identyfikuje się ze swoją babką, ofiarą holocaustu oraz ze swoją matką - Edith Friedmann, która ocalała i po wojnie emigrowała do Izraela, gdzie osiadła na stałe. Jak wiele osób z pokolenia dotkniętego ogromną traumą, matka Diti nie chciała w dorosłym życiu wracać do przeżyć obozowych. Po prostu milczała. Historia, ta przez duże H, pozbawiła ją historii rodzinnej, pozbawiła ją jakiejś części tożsamości, a także wiary w Boga. Dopiero Diti zajęła się tworzeniem historii rodzinnej i tożsamości żydowskiej na podstawie opowieści dalszych członków rodziny i znajomych. POEMAT PTASZEK Poemat littłebird (ptaszek) przenosi nas w czas i miejsce okrutne, odczłowieczone, zde-humanizowane, jakim jest obóz koncentracyjny. Jednocześnie, co ważne, jest to miejsce obok nas. Doskonale nam znane. To dla nas tu - gdzie żyjemy, tu dzisiaj. Słuchanie utworów, które odnoszą się do miejsca doskonale nam znanego, ale tak już dziś innego, musi zmusić do refleksji. Poemat skupia się na dramatycznych wydarzeniach, przeżyciach i odczuciach wynikających z pozornie błahego incydentu. Atmosferę obozu, pozory normalności oraz więzy pomiędzy więźniarkami, matką poetki i jej przyjaciółkami, nazywanymi „pięcioma żydowskimi księżniczkami” pokazane są przez pryzmat pojedynczego, zwykłego zdaje się wydarzenia. Pokazuje metaforycznie, jak te więzy pomogły przetrwać horrory obozu. Utwór dotyka spraw bardzo osobistych, ale i takich, które są ważne w kontekście istnienia społeczności. Poemat ptaszek jest formą rozmowy, wywiadu. W takim kostiumie przywoływana jest pamięć starej kobiety, ocalonej z holokaustu. Autentyczność przeżycia śmiertelnego strachu podkreśla język - niedoskonały, surowy, z urwanymi zdaniami, licznymi równoważnikami zdań. Pamięć codzienna i język codzienny. Zwykłe życie?! Czym jest ptaszek dla samej autorki? Znając jej biografię, nie sposób się nie domyślać. Sama jednak poetka w wywiadzie udzielonym swojej tłumaczce Krystynie Lenkowskiej daje taką wykładnię: To jest rzeczywiście potrzeba dokumentowania cudu, zwrócenia na niego uwagi najpierw swojej, a potem świata, opowiedzenie go światu. UZ wierszu ptaszek, proszę czytelnika, aby spojrzał na to, co opisuję i potem to narysował tak, żeby to się dało zapamiętać. Czasownik „narysuj" pojawia się w wierszu 34 razy! Czasem proszę czytelnika, aby narysował sytuacje metaforyczne lub chwile, na przykład moją matkę jako piękną kobietę i udokumentował sposób, w jaki porusza się, idąc. Czasem proszę o narysowanie kompletnie abstrakcyjnej idei, na przykład bólu, głodu czy sekretu. Czy te pojęcia da się narysować tak po prostu? To jest trudne, ałe za pomocą moich próśb, powierzam czytelnikowi pewną odpowiedzialność 3 Ibidem. Joanna Hulanicka 43 aktywności i uczestnictwa w pamięci. Jak inaczej możemy uczyć się czegokolwiek, jeżeli nie ma pamięci przeszłości? Trzeba opowiadać cud, aby istniał w pamięci, bo inaczej go nie będzie, a tym samym nie będzie cudem (.. J4. Z poematem ptaszek doskonale koresponduje wiersz Krystyny Lenkowskiej Gorsety, opowiadający losy rodziny w nieskończenie razy powracającej drodze do Auschwitz. Tu w pamięci przywołane zostają z imienia osoby z rodziny Diti. Pamięć trwa. A my staliśmy się jej częścią. Książki: The Return ofthe House and its Wanderings, (Poems, Hebrew), Hakibutz Ha-meuhad, 2016, Israel (215 pp), Quand ła maison revieni, (Poems, French. Translated by Michel Eckhard), Levant, 2016, France (49 pp), Une maison fissuree des poems, (Poems, French and Hebrew. Translated by Isabel Dotan), Gros Textes, 2014, France (42 pp), littlebird (An epic poem, English and Hebrew. Translated by the poet and edited by Lynn Dion), Bar Han University, 2009, Israel (58 pp), Inner Moon — Notebook, (Poems, Hebrew), Hakibutz Hameuhad, 2002, Israel (62 pp), With the Slip Showing, (Poems, Hebrew), Gva-nim, 1999, Israel (78 pp). Nagrody: Kuggel Literary Award (Israel, 2016), Terra Poetica Award (Ukrainę, 2014), A Special contribution to Literaturę (Macedonia, 2011), Best Poetic Cycle (Macedonia, 2011), The Golden Inkwell (Israel, 2006), Ministry of Cultures General Manager Award (Israel, 2001) Diti Ronen w muzealnym archiwum, fot. W. Leszczyński 4 ibidem Stanisław Kuprjaniuk Kapliczki to budowle architektoniczne, które stanowią wyraźną cechę charakterystyczną wszelkich społeczności katolickich. Są one jednym z podstawowych typów małej architektury sakralnej, do której należą również krzyże, kaplice i figury przydrożne. Sukcesywne powstawanie na przestrzeni minionych wieków oraz stała obecność takich obiektów sakralnych w środowiskach, zamieszkałych przez katolików, było zawsze ściśle złączone z ich religijnymi potrzebami. Do odwiecznych zwyczajów i utartych tradycji wierzących ludzi należało powszechnie ustawianie tych znaków kulturowo--religijnych w różnych miejscach w ich bliższym lub dalszym otoczeniu: dróg, pól, lasów, zabudów kolonijnych. Katolicy sakralizowali, za pomocą architektury, trwałego znaku krzyża, źródeł światła i dźwięku, bezpośrednio miejsca swojego zamieszkania lub miejsca, które, w wierzeniach ludowych, postrzegane były za magiczne (cmentarze, rozdroża i granice wsi oraz miast). Nie ulega wątpliwości, iż tak wzniesione kapliczki, swoją większą bądź mniejszą liczbą, wymowną, stylową architekturą (gotycką, barokową, neogotycką, współczesną), wytworzonymi dziełami sztuki ludowej i profesjonalnej oraz specyficznym, floralnym otoczeniem drzew i krzewów, bardzo pozytywnie wpływały na walor lokalnego krajobrazu geograficznego. Należy zaznaczyć przy tym, że powstałe kapliczki, wpisane kompozycyjnie i trwale w pierwotny oraz surowy krajobraz przyrodniczy, tworzyły nowo ukształtowany i bardzo „ocieplony” krajobraz kulturowy. W naturze katolików od zawsze istniała silna tendencja akcentowania swego przywiązania do religii i dlatego też większa liczba kapliczek lub szerzej ujmując: małych form architektury sakralnej, w krajobrazie geograficznym danego terytorium historycznego nie powinna nikogo dziwić. Tego typu obiekty dają wymowne świadectwo o zamieszkującej niegdyś ten teren ludności katolickiej. Trudno jest zatem wyobrazić sobie obecność kapliczek w większej liczbie na Mazurach czy w Prusach Górnych na tzw. Oberlandzie, które w wyniku hołdu pruskiego w 1525 roku dostały się w orbitę wpływów protestanckich, zakazujących jednoznacznie budowy tego typu budowli. O wiele bardziej kapliczki „rzucają się nam w oczy swoją różnorodnością form 45 Andrzejewo — przydrożna kapliczka neogotycka, fot. autor Bystrze —przydrożna kapliczka neogotycka, fot. autor Cisy — kapliczka przydrożna współczesna, fot. autor 46 Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej architektonicznych i artystycznych na Warmii, Mazowszu, Kurpiach, Kociewiu i Kaszubach, świadcząc tym samym, iż lokalne społeczności charakteryzowały się wiernym trwaniem przy katolicyzmie. Nie inaczej było na Ziemi Malborskiej, która, pomimo skromnej liczby 54 zarejestrowanych obiektów, nie odbiega od krain historycznych przyległych lub leżących w oddaleniu. Kapliczki znajdują się przy tych kościołach i w parafiach, które, w stosunku do istniejących w sąsiedztwie wspólnot ewangelickich, zachowały dawną przynależność katolicką. Obecność tych obiektów w krajobrazie Ziemi Malborskiej może świadczyć o bogactwie kulturowym, zaś ich brak, np. na niegdyś zdominowanych przez mennonitów i ewangelików Żuławach Wiślanych, o ich ubóstwie. Terytorium historycznej Ziemi Malborskiej jest położone pomiędzy rzekami: Wisłą, Nogatem, Dzierzgoń i Liwą a linią Malborka. Jest to bodajże najprostszy opis terenu i w takim rozumieniu to nic innego, jak tylko uszczuplony zasięg dawnego województwa mal-borskiego, które, za czasów Korony Polskiej, dzieliło się na cztery powiaty: dzierzgoński, elbląski, malborski i sztumski. W okresie przedwojennym Ziemia Malborska wchodziła administracyjnie w skład powiatów kwidzyńskiego, malborskiego, suskiego i sztumskiego. Natomiast współcześnie, w wyniku reformy administracyjnej w 1999 roku, dostrzec można pewne zmiany w zakresie nazw, liczby powiatów oraz przebiegu ich granic. Obecnie terytorium Ziemi Malborskiej zawiera się w powiatach kwidzyńskim, malborskim, sztumskim i częściowo elbląskim. Tak ustalony obszar jest, pod względem ukształtowania rzeźby terenu, dosyć zróżnicowany. W jego północnej części od rzeki Wisły po rzekę Dzierzgoń na wysokości Malborka rozciągają się monotonne tereny równinne i depresyjne części Żuław Wiślanych (Malborskich i Elbląskich). Na południe zaś od Żuław widoczne są gołym okiem wypiętrzenia z licznymi, lecz niewysokimi pagórkami, z małymi i większymi jeziorami, rozległymi łanami zbóż lub rzepaku oraz dużymi kompleksami lasów iglastych i liściastych, które składają się, na określaną w literaturze fachowej, północną część geograficznego Pojezierza Iławskiego. Właśnie w tak zróżnicowanym krajobrazie zauważyć można interesujące nas kapliczki, które stanowią kulturową wartość dawnych ziem pruskich Pomezanów. Na marginesie należy zaznaczyć, że wraz z kapliczkami były wznoszone na tym terenie również charakterystyczne krzyże z trójlistnymi zakończeniami ramion, które zostały opisane już w innym opracowaniu (szerzej: S. Kuprjaniuk, Krzyże Ziemi Malborskiej, w: In nomine Domini. Księga Pamiątkowa ku czci Księdza Biskupa Jana Styrny w 50. Rocznicę posługi kapłańskiej, Olsztyn — Elbląg 2015). Istnieją różne kryteria opisywania zjawiska fundacji kapliczek, przyjmując, m.in. klucz usytuowania, wyposażenia, patronów czy też intencji. Można również utrzymywać, iż bardzo praktyczne jest jednak opisywanie kapliczek z uwzględnieniem ich porządku chronologicznego. Tak przyjęty sposób umożliwia tym samym sukcesywne zapoznawanie się z problematyką różnorodnych stylowo kapliczek powstających na przestrzeni wieków. Jak najbardziej w oparciu o takie rozwiązanie można dokładnie prześledzić proces, kiedy i jakie obiekty zostały wzniesione oraz jakie nowe wartości one wniosły? W przeciwieństwie do innych krain etnograficzno-historycznych otaczających Ziemię Malborską w jej krajobrazie geograficznym można dostrzec zarówno kapliczki średniowieczne, jak nowożytne z XVIII—XIX wieku oraz współcześnie wzniesione. Pewna część zarejestrowanych Stanisław Kuprjaniuk obiektów na tym terenie prezentuje pod względem architektury oryginalne i niepowtarzalne wzory (kapliczki skrzynkowe na drewnianym słupie w Kątkach, Pietrzwałdzie i Starym Targu, kapliczka na rzucie koła w Tulicach). Inna część, zwłaszcza ta wyraźnie stylistycznie neogotycka, nawiązuje bezpośrednio do wielkiej architektury sakralnej. W czasach odległego średniowiecza, kapliczki i inne pokrewne im obiekty sakralne, m.in. fundowane kamienie pokutne, zawsze służyły podróżującym, będąc ich nie tylko ziemskim drogowskazem, ale przede wszystkim właściwym miejscem skupienia modlitewnego i zadumy religijnej. Jednak ze względu na ich lokalizację w otwartej przestrzeni na wolnym powietrzu były one zawsze narażone na wszelkie zagrożenia. Niemożliwe jest wobec tego wskazanie wielu przykładów kapliczek, których czas powstania wywodziłyby się z okresu funkcjonowania w latach 1243-1525 dawnej diecezji pomezańskiej. Tego rodzaju zabytków z okresu średniowiecza zachowało się rzeczywiście bardzo niewiele. Na szczęście zostały one dowartościowane w opisach w przedwojennej literaturze konserwatorskiej (szerzej: B. Schmidt, Die Bau- und Kunstdankmaler des Kreises Marienburg, Danzig 1912). Ze względu na szczególną formę wymowy architektonicznej i charakterystyczne cechy stylu późnogotyc-kiego (luki pełne i ostre, różnorodne profile cegły oraz powierzchnie otynkowane i ozdobione wzorem ma-swerkowym) kapliczka w Gnojewie jest najstarsza na Ziemi Malborskiej. Można szacować, że powstała ona ok. 1500 roku Kapliczka została wzniesiona z cegły na rzucie kwadratu w formie dwukondygnacyjnej budowli, o szerokości boku 1,9 m i wysokości 6 m. W dolnej, otwartej części, o otworach zamkniętych lukiem pełnym, zwieńczonej sklepieniem krzyżowym, znajdowała się zapewne w czasach średniowiecza figura świętego. W tej kondygnacji w elewacji zewnętrznej blendy zostały ozdobione łukami typu ośli grzbiet. W fasadzie po bokach blendy znajdują się małe kwadratowe, mniejsze blendy. Górna kondygnacja, oddzielona od dolnej fryzem i gzymsem z okapem, charakteryzuje się głęboką niszą, z łękiem oporowym, i przeznaczeniem na 47 Krasna Łąka -przydrożna kapliczka neogotycka z 1916 roku, fot. autor Minięta — kapliczka przydrożna we wsi, fot. autor 48 Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej umieszczenie w niej krucyfiksu. Nisza została ujęta w ostrołukowe obramienie z profilowanej cegły, zaś w elewacjach bocznych sparowane blendy ujęto łukiem pełnym. Kapliczkę przekryto płaskim daszkiem dwuspadowym, utworzonym z cegieł. Na jednej z nich podczas prac konserwatorskich w 2009 roku natrafiono na napis pierwszych słów modlitwy Pater Noster... Obecnie ten niecodzienny artefakt znajduje się w zbiorach Muzeum Zamkowego w Malborku. Zwieńczenie daszku stanowi centralna, większa sterczyna oraz flankujące ją mniejsze, boczne sterczyny w liczbie po trzy z każdej ze stron. Kapliczka w Gnojewie należy do najcenniejszych przykładów małej architektury w dzisiejszej Polsce i posiada tym samym wyjątkową wartość historyczną i konserwatorską. Można przypuszczać, że druga kapliczka, o rodowodzie średniowiecznym, została wybudowana w Króle-wie Malborskim I w 1468 roku (zapewne w II poł. XV wieku lub na pocz. XVI wieku). Posiada prosty, ceglany korpus o szerokości boku 1,52 m i wysokości 4,82 m, w których widoczne są dwie kondygnacje, bez wyraźnego podziału. W dolnej z czterech stron znajdują się otynkowane i pobielone wnęki o luku pełnym. W górnej kondygnacji umieszczono dwukierunkowy prześwit z otworami o łuku pełnym. Niegdyś w górnej kondygnacji stała rzeźbiona z drewna figura, Matki Bożej z Dzieciątkiem z pocz. XVI wieku, następnie znajdował się w niej krucyfiks. Kapliczka została zamknięta piramidalną, ceglaną ster-czyną, z metalowym kutym krzyżem w zwieńczeniu. W narożach umieszczono mniejsze sterczyny zamknięte piramidalnymi daszkami. W latach trzydziestych XX wieku została przebudowana w stylu neogotyckim i otynkowana. W 1525 roku, w wyniku przejścia Wielkiego Mistrza Albrechta von Hohenzollerna na protestantyzm, dochodzi do kasacji diecezji pomezańskiej na terenie utworzonego wówczas księstwa pruskiego, a w 1578 roku do jej ostatecznego upadku. Pomimo takich niekorzystnych okoliczności część kościołów i parafii Ziemi Malborskiej pozostała „wierna” Kościołowi rzymskokatolickiemu, podporządkowana najpierw jurysdykcyjnie w 1577 roku biskupom chełmińskim, a następnie w 1601 roku inkorporowana do diecezji chełmińskiej. Kątki — przydrożna kapliczka skrzynkowa, fot. autor Stanisław Kuprjaniuk Stan ten trwał tak właściwie do pocz. XIX wieku. Namacalnym przykładem kapliczki z tego okresu jest zachowany obiekt u zbiegu ulic Domańskiego i Pieniężnego w Sztumie. Kapliczka została wzniesiona z cegły, otynkowana i pobielona. Na szerszym i masywnym cokole, na węższym obrysie został ustawiony wysoki korpus, w którego obu elewacjach znajdują się wnęki o łuku odcinkowym. Zwieńczenie kapliczki zrealizowano w formie płaskiego daszku namiotowego z delikatnym okapem, na którym ustawiono trzpień, z kutą z żelaza chorągiewką wiatrową z datą roczną 1742, zakończony krzyżem o dwóch poprzecznicach, przypominającym do złudzenia karawakę. Kształt chorągiewki został wykonany w formie barokowej, w którą wkomponowano rozwartą paszczę smoka. Kapliczka znajduje się w miejscu założenia przy niej w XVIII wieku cmentarza cholerycznego lub dżumy. Jego dawny charakter jest nadal czytelny na podstawie zachowanych nagrobków osób tu pochowanych na pocz. XX wieku. Na mocy bulli papieskiej De salute animarum z 15 lipca 1821 roku Ziemia Malborska, lub precyzyjnie ujmując - oficjalat malborski, została dołączona do rozległej wówczas terytorialnie diecezji warmińskiej. Można utrzymywać, iż pewne tradycje tak bardzo typowe dla Warmii, m.in. powszechna budowa kapliczek oraz wznoszenie krzyży, jak też gorliwe życie religijne przy tych obiektach, mogły zostać w tym czasie zaszczepione i kultywowane z pietyzmem w nowym środowisku. Nie znaczy to jednak, że zjawisko fundacji kapliczek na Ziemi Malborskiej nie mogło mieć znamion swoistej niezależności, stanowiącej efekt kilkuwieczne-go, wiernego trwania społeczeństwa przy katolicyzmie. Na okres XIX i XX wieku przypada bodajże największa liczba zbudowanych kapliczek (Krasna Łąka I - 1916, Krasna Łąka II — 1881, Mikołajki Pomorskie III — 1903, Postolin — 1900, Straszewo I — 1859, Straszewo II — 1913, Trzciano — 1883, Tychnowy II — 1853), których architektura, poza nielicznymi wyjątkami, bezpośrednio nawiązywała do wznoszonych w duchu neogotyckim kościołów. Był to udany zabieg transformacji dostępnych wzorów wielkiej architektury sakralnej do rozpowszechnionych ich mniejszych wariacji. Istnieje bowiem szereg kapliczek, które zostały zrealizowane z zastosowaniem 49 Pierzchowice — kapliczka przydrożna, fot. autor Pietrzwałd — kapliczka skrzynkowa, fot. autor Stary Targ - przydrożna kapliczka skrzynkowa, fot. autor 50 Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej profesjonalnych elementów budowlanych, w wyniku czego zyskały one bogatą dekorację i estetyczny wydźwięk. Do tych detali należy zaliczyć przede wszystkim: otynkowane i pobielone blendy oraz wnęki; naroża opięte przekątniowymi skarpami; obramienia z półokrągłych kształtek ostrołukowych wnęk i blend oraz kolistych oculusów; daszki sterczy-nowe lub daszki dwuspadowe przekryte karpiówką; ozdobne gzymsy i fryzy schodkowe oraz kostkowe; dwukierunkowe lub trójstronnie otwarte prześwity; narożne sterczyny na konsolach; glazurowana cegła; terakotowe kwiatony zwieńczeń. Nie ulega wątpliwości, iż kapliczki ściśle łączyły się z prężnym funkcjonowaniem kościołów oraz parafii katolickich i wskazywały tym samym na fundacje wspólnotowe. Pośród zachowanych kapliczek na Ziemi Malborskiej z tego okresu można wykazać dwie grupy analogicznych obiektów. W jednej grupie powtarzają się w tym lub prawie w tym samym wzorze formy ciężkiej, kondygnacyjnej konstrukcji, murowanej z cegły o akcencie schodkowym, bez cech stylowych (Dąbrówka Pruska, Mikołajki Pomorskie II, Pierzchowice). Ekspozycję wzniesionych kapliczek potęgował szeroki, również schodkowy, trzystopniowy fundament. Zarówno w cokole, jak w środkowej kondygnacji umieszczono szerokie i głębokie blendy, które zamknięto łukami odcinkowymi. W górnej kondygnacji, oddzielonej od korpusu szerokim pasem, znajdował się dwukierunkowy prześwit o otworach zamkniętych łukiem odcinkowym, z umieszczonym wewnątrz żelaznym krucyfiksem. Kapliczki zostały zamknięte płaskim daszkiem blaszanym lub pokrytym dachówką, o krawędziach łukowych. W zwieńczeniu był zatknięty trzpień dźwigający chorągiewkę wiatrową oraz krzyżyk w górze. W drugiej, zbliżonej do siebie architektonicznej grupie obiektów powtarzają się kapliczki neogotyckie (Nowa Wieś, Straszewo IV, Sztum I), których wzór można uznać za reprezentacyjny. Owe kapliczki posiadają zbliżony w trzech przypadkach układ wysokiej, prostej konstrukcji, posadowionej na niskim, granitowym fundamencie. Dolne części kapliczek, w formie zwężającego się ku górze ceglanego cokołu, były oddzielone od górnej kondygnacji ceglanym gzymsem. W cokole z trzech stron oculusy w ceglanym obramieniu. Górna kondygnacja wzniesiona na mniejszym obrysie z ostrołukową, głęboką, otynkowaną i pobieloną wnęką, mieszczącą figurę postaci świętej. Kapliczki były zamknięte sterczynowym daszkiem z metalowymi krzyżami na krawędziach dachu i w zwieńczeniu. Powielanie sprawdzonych wzorów w kilku różnych miejscach w lokalnym środowisku świadczy o akceptacji zamawianego modelu przez fundatorów oraz gotowości budowniczych do realizacji ich sugestii. W najnowszej historii XX i XXI wieku zostały pobudowane kolejne kapliczki, które tak właściwie są kontynuacją dawniejszych tradycji wznoszenia znaków religijnych. Ich powo-jenny rodowód bezpośrednio potwierdzają daty wzniesienia, umieszczone zazwyczaj w ich elewacjach (Andrzejewo - 1974, Cisy - 1948 i inicjały fundatorów UFPB, Laskowice- inskrypcja „Matko prowadź nas do Jezusa, Laskowice 2013”). Można również zauważyć, że proste rozwiązania architektoniczne najnowszych kapliczek (Kończewice, Mątowy Małe, Miłoradz, Piekło, Postolin, Stary Dzierzgoń, Szropy, Złotowo) są daleko odmienne od architektury kapliczek powstałych znacznie wcześniej. Oczywiście rezygnacja z wielości detali architektonicznych, tak bardzo charakterystycznych dla kapliczek neogotyckich, na rzecz zupełnie płaskich i otynkowanych powierzchni kapliczek współczesnych, musiała się Stanisław Kuprjaniuk odbić na ich odbiorze estetycznym. Na podstawie widocznych elementów wyposażenia można łatwo zinterpretować fakt i okoliczności fundacji. O wiele trudniej jest w tym miejscu wykazać dokładne kryteria wyboru wzorców architektonicznych wykorzystanych przez budowniczych. W tym zakresie widoczna jest niczym nieograniczona dowolność doboru materiału, wzoru, elementów doposażenia i aranżacji otoczenia. Czasami w nowo powstałych kapliczkach można dostrzec wyraźne nawiązania do kapliczek z przeszłości. Nie ulega wątpliwości: kapliczki współcześnie powstające stanowią z jednej strony kontynuację dawnych tradycji budowlanych, a z drugiej strony wprowadzają nowoczesne postrzeganie małej architektury sakralnej jako nowych znaków. Poprzez taki zabieg nie tylko Ziemia Malborska, ale również pozostałe terytorium powołanej w 1992 roku diecezji elbląskiej zyskuje na wartości i znaczeniu. Większość starych kapliczek Ziemi Malborskiej w zasadzie stanowi budowle architektoniczne, których konstrukcje zostały wzniesione z cegły na fundamencie z granitowych ciosów. Zaletą tego materiału była trwałość, a poprzez to długowieczne zachowanie powstałych obiektów do dzisiaj. Stosunkowo mniejszą liczb kapliczek i prawdziwą rzadkość na Ziemi Malborskiej stanowią konstrukcje powstałe w wyniku zastosowania tylko drewna. Tu należy wskazać jeden przykład zarejestrowanej kapliczki, która została wykonana w całości z drewna, w formie prostego „domku”, i osadzona bezpośrednio na ziemi (Sztumskie Pole). Kapliczka została założona na rzucie kwadratu w formie prostej, drewnianej budki. W jej konstrukcji da się wyróżnić część dolną, w której widoczne są z trzech stron dekoracyjne, drewniane krzyże oraz górną, z trójstronnie przeszklonym prześwitem, o otworach zamkniętych łukiem odcinkowym. Zwieńczenie kapliczki stanowi daszek dwuspadowy o delikatnym okapie i falistą wiatrowni-cą. O wiele prostsze rozwiązania architektury stanowią zachowane trzy inne kapliczki w formie skrzynek, umieszczonych na masywnych, drewnianych słupach (Kątki, Pietrzwałd, Stary Targ III). Charakterystyczną cechą tych kapliczek był kształt skrzynek, który do złudzenia przypominał kościelne tabernakulum. 51 Stary Targ-przykościelna kapliczka neogotycka, fot. autor Sztum —przydrożna kapliczka neogotycka, fot. autor SI Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej Drewniana kapliczka skrzynkowa w Kątkach nakryta daszkiem dwuspadowym z wysuniętym okapem i ozdobną wiatrownicą została osadzona na masywnym, dębowym trzonie, na którym widoczna jest data roczna 1907. Konstrukcja tej kapliczki jest lekko pochylona do przodu. Być może na wzór pielęgnacji krzyży drewnianych, słup był pierwotnie wysoki, ale stopniowe niszczenie przez czynniki naturalne dolnej części trzonu wymagało cyklicznego wkopywania go w ziemię. Kapliczka skrzynkowa w Starym Targu na czworobocznym słupie została zrealizowana w kształcie podłużnej, czworobocznej skrzynki, z oszkloną, prostokątną okiennicą. Na górze trójkątny szczyt z czterolistną koniczyną w środku, ujęty po bokach przekątniowymi sterczynami, nakrytymi ochronnymi daszkami dwuspadowymi. W podobnym układzie zachowała się kapliczka skrzynkowa na słupie znajdująca się na cmentarzu przykościelnym w Pietrzwałdzie. Być może istniały jeszcze inne przykłady tego typu kapliczek, ale ze względu na właściwości materiału nie dotrwały one do obecnych czasów. Źródła wskazują jedynie na istnienie jeszcze jednej tego rodzaju kapliczki, która znajdowała się niegdyś przy kościele św. Antoniego Padewskiego w Mikołajkach Pomorskich. Usytuowanie kapliczek na Ziemi Malborskiej nie odbiega od lokalizacji kapliczek na innych terenach. Można je zatem sprowadzić do obiektów usytuowanych o charakterze przydrożnym (Andrzejewo II, Bystrze, Dąbrówka Malborska, Dzierzgoń I, Krasna Łąka I i II, Mikołajki Pomorskie III, Minięta II, Oleśno, Ramoty, Stary Targ II, Straszewo III i IV, Trzcianno, Tulice, Tychnowy II), przydomowym (Królewo Malborskie II, Mątowy Wielkie, Minięta I, Mirowice, Postolin I, Straszewo III), przykościelnym (Dzierzgoń II i III, Mikołajki Pomorskie I, Stary Targ I, Straszewo I, Tychnowy I) lub cmentarnym (Mikołajki Pomorskie II, Sztum II). Niekiedy rodzaj parceli w przestrzeni publicznej wyraźnie decydował o ich zachowaniu. Istnieją miejscowości, w których znajdują tylko pojedyncze obiekty, ale również istnieje grono miejscowości, gdzie statystycznie znajdują się dwie lub trzy kapliczki (Mikołajki Pomorskie, Postolin, Straszewo). Pod względem liczbowym daleko jest wsiom Ziemi Sztumskiej do liczby kapliczek we wsiach warmińskich, w których można wykazać nawet do 16 wzniesionych obiektów (szerzej: S. Kuprjaniuk, Mała architektura sakralna na Warmii do 1945 roku ze szczególnym uwzględnieniem kapliczek, Olsztyn 2016). Należy jednak podkreślić, że nie w liczbach istnieje ich wartość, lecz w samych wzniesionych obiektach, jako kulturowych artefaktach. Dla historyków najistotniejsze są źródła archiwalne, ale w przypadku kapliczek jest bardzo wątpliwe, aby zachowały się jakiekolwiek miarodajne doniesienia historyczne o okolicznościach wzniesienia konkretnych obiektów. Niestety, problematyka budowniczych i fundatorów kapliczek jest zagadnieniem bardzo oszczędnym w informacje. W odwołaniu do kapliczek warmińskich, których w latach 1602—1945 powstało 1379, praktycznie żadna nie posiada informacji o budowniczych tych obiektów. Pomimo że bardzo często posiadają one cechy architektury profesjonalnej, to nie ma żadnych informacji mówiących, komu należałoby wyrazić słowa wdzięczności za pobudowanie tych kapliczek na Chwałę Bożą i kogo należałoby upamiętnić. To samo tyczy się kapliczek Ziemi Malborskiej. Ich wspólną cechą charakterystyczną jest to, że stanowią one obiekty anonimowe, bez wyraźnie spisanej historii, bez możliwości wykazania przyczyn ich powstania, bądź podania Stanisław Kuprjaniuk pielęgnowanych przy nich dawniejszych tradycji religijnych. Genezy ich wzniesienia można jedynie tylko się domyślać, łącząc je z zachodzącymi zdarzeniami historycznymi lub sytuacjami losowymi. Ponadto obiekty tego typu, z pominięciem niektórych, jakie zostały ujęte w dawniejszych wykazach i opracowaniach konserwatorskich, nie były przedmiotem wzmiankowania. To znacznie zawęża wiedzę o kapliczkach i należy przyjąć to z pełnym zrozumieniem. Tylko śladowa ich liczba charakteryzuje się na szczęście posiadaniem w części cokołowej pełnych nazwisk (Dąbrówka Pruska — Ploetzing Antoni 1865, Straszewo III — „And. Martha Andreas Knorr”) albo tylko samych inicjałów (Kątki — JB, Postolin — J i R). W wyniku żmudnego procesu badań archiwalnych (warunek zachowanych parafialnych ksiąg chrztów i zgonów) pewne ograniczone treści w postaci inicjałów można byłoby rozwinąć do formy pełnego i wyjaśnionego nazwiska fundatora. Należy jednak zastrzec, że mozolne badania tego typu źródeł nie zawsze przyniosłyby oczekiwane rezultaty, a opinia publiczna, na podstawie nabytych doświadczeń i spostrzeżeń, nie zawsze jest zainteresowana zarówno tym procesem, jak i również niszowym charakterem podejmowanej problematyki. Kapliczki Ziemi Malborskiej były często poddawane różnym przekształceniom i zmianom zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym. Do działania kontrolowanej i gruntownej renowacji należy odnieść się z wielkim szacunkiem, gdyż, poprzez określone inicjatywy, ratuje się kapliczki i zachowuje się w ten sposób dobra kulturowe (Gnojewo — 2009, Trzciano - 2014). Z drugiej zaś strony pewne modyfikacje, bez zgodności z zasadami prawideł sztuki konserwatorskiej, wpłynęły negatywnie na sam obiekt oraz często jego „symbiotyczne otoczenie” (zmiana ogrodzenia, eliminacja asysty drzew i kwiatostanu). Dokonane, niekontrolowane przekształcenia niektórych kapliczek Ziemi Malborskiej naruszyły dawny, historyczny wygląd kapliczek, a przez to osłabiły ich walor estetyczny. Takim przykładem pseudorenowacji i zbyt śmiałej ingerencji w strukturę obiektu oraz jego otoczenia są kapliczki w Królewie Malborskim II i Starym Targu III. Nieumiejętnie przeprowadzona konserwacja obu 53 Szropy — kapliczka przydrożna współczesna, fot. autor Trzciano - przydrożna kapliczka z 1883 r.,fot. autor Tychnowy - przydrożna kapliczka z 1853 r. fot. autor 54 Kapliczki przydrożne na Ziemi Malborskiej kapliczek pozbawiła je całkowicie cech zabytkowych, tracąc bezpowrotnie dawniejsze cechy stylowe. Być może taki los nie spotka innych kapliczek, które według inwentaryzacji i dokumentacji sporządzonej w 2014 roku, kwalifikują się do pilnej renowacji (Krasna Łąka II, Sztum II, Tychnowy II). Świadczą o tym widoczne w elewacjach zewnętrznych ubytki i zarysowania wymagające naprawy. Ponadto można dostrzec przechylenia kapliczek, spowodowane powolnym osiadaniem fundamentów. Szczególną uwagę należy zwrócić na zachowanie przy kapliczkach dawniejszych nasadzeń drzewnych (Kątki — cztery jesiony, Mątowy Wielkie — asysta z tyłu dwóch lip, Minięta — asysta z tyłu jednej brzozy, Stary Targ — asysta z przodu dwóch brzóz, a z tyłu dwóch lip, Tulice — asysta z tyłu jednej lipy). Krytycznie zaś i negatywnie należy ocenić zabiegi eliminacji z otoczenia kapliczek drzew lub krzewów i uzyskiwanie w ten sposób wyczyszczonych przestrzeni wokół kapliczek (Mikołajki Pomorskie III — niegdyś kapliczka w asyście czerech lip, a obecnie tylko trzech, Oleśno — brak w jej pobliżu rosnącej niegdyś lipy, Straszewo I — niegdyś w asyście rosły z przodu dwa kasztanowce). Również czynnik wyposażenia kapliczek jest niezmiernie ważny. Zachowane bowiem figury świętych Pańskich, czy to w formie drewnianej (Kątki — św. Jan Nepomucen, Mikołajki Pomorskie - Matka Boża, Ramoty — Matka Boża z Dzieciątkiem, Stary Targ III — Matka Boża z Dzieciątkiem w typie Matki Bożej stożkowej, Straszewo I — św. Józef i św. Katarzyna Aleksandryjska, Straszewo II — św. Jan Nepomucen, Trzciano — niegdyś św. Anna, św. Jan, św. Roch i Pieta, Tychnowy II — św. Roch) lub kamiennej rzeźby (Dzierzgoń - św. Jan Nepomucen), czy też gipsowej figury (Andrzejewo I — NMP, Bystrze - NMP, Dąbrówka Malborska - NMP, Dzierzgoń — NMP, Krasna Łąka I — Najświętsze Serce Pana Jezusa, Mątowy Wielkie — NMP, Mirowice — NMP, Postolin I - Pieta, Postolin II - Matka Boża z Dzieciątkiem, Stary Targ I — Chrystus i św. Józef z Dzieciątkiem, Straszewo — Matka Boża z Dzieciątkiem, Tychnowy I - NMP) oraz umieszczone krucyfiksy w dwukierunkowych lub trójstronnie otwartych prześwitach (Królewo Malborskie I, Minięta I i II, Oleśno, Ramoty, Trzciano, Tychnowy II) stanowią wyraźny język i źródła określonych komunikatów. Architektura, rękodzieło artystyczne kutych z żelaza chorągiewek i krzyży w zwieńczeniu, sporadycznie zachowana rzeźba ludowa i profesjonalna lub wykonana w sposób manufakturowy w formie odlewów gipsowych oraz przede wszystkim otoczenie przyrodnicze stanowią niewymierną wartość wzniesionych niegdyś kapliczek. Uwypuklając pewne cechy charakterystyczne tych obiektów ma się pewność, że postrzeganie tych obiektów, przez współczesne społeczeństwo Ziemi Malborskiej nabierze nowego wymiaru. Wszystkie bowiem istniejące kapliczki stanowią świadectwa wiary. Są zabytkami kultury i przede wszystkim „dokumentami” lokalnej historii. Umieszczone we wnękach kapliczek figury i inne wyobrażenia plastyczne nadają tym obiektom małej architektury sakralnej cech osobowych. Ich cała konstrukcja wraz z przyległym otoczeniem floralnym stanowi konkretne przesłania dla przechodzących obok nich przechodniów. Wciąż mogą i „przemawiają” zarówno pod względem historycznym, estetycznym, społecznym, ale przede wszystkim religijnym. Andrzej Kasperek 55 Andrzej Kasperek Międzynarodowe SPOTKANIA MENNONITÓW na Żuławach po raz ósmy Pięć lat temu w 13 numerze „Prowincji” relacjonowałem VII Zjazd Mennonitów, w tym roku odbyło się ósme spotkanie. Zastanawiam się, ile jeszcze takich spotkań przed nami? Nieprzypadkowo stawiam to pytanie, bo swój artykuł w 2012 roku kończyłem tak: „Za kilka lat kolejny zjazd. Jaka będzie średnia wieku? To bardzo ważna impreza i warto, żeby przetrwała”. W tym roku średnia była jeszcze wyższa. Mam wrażenie, że dla niektórych gości było to po prostu pożegnanie z krajem dzieciństwa, sentymentalna wizyta i ostatnie spojrzenie na nagrobki na cmentarzach w Stogach i Stawcu. 22 lipca do stolicy Żuław na zaproszenie Klubu Nowodworskiego oraz Stowarzyszenia Miast Partnerskich Nowego Dworu Gdańskiego zjechało ponad sto osób z Polski, Niemiec i Holandii. Byli to mennonici, potomkowie ludzi, którzy przez czterysta lat swą pracą i gospodarnością zmienili oblicze naszej krainy, stając się jedną z jej ikon. W sobotę do południa trwały wykłady i dyskusje w Żuławskim Parku Historycznym. Gości przywitał burmistrz Jacek Michalski, który mówił o znaczeniu wkładu mennonitów w rozwój Żuław Uczestnicy spotkania, pierwszy od prawej J.P. Wiebe,fot. Klub Nowodworski 56 Międzynarodowe Spotkania Mennonitów na Żuławach po raz ósmy oraz o trwającej od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku współpracy dawnych mieszkańców tych ziem ze obecnymi. Pojawiła się także pani Magdalena Pramfelt — honorowy konsul Królestwa Niderlandów w Gdańsku, dobrze znana w naszym mieście. Wspomniano Bolka Kleina i jego zasługi dla ocalenia pamięci o dawnych mieszkańcach tych ziem, a jego żonie Eugenii wręczono kwiaty. Wśród prelegentów znaleźli się m.in. dr Michał Targowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który mówił o mennonitach nad Dolną Wisłą, Wojciech Marchlewski z Fundacji Ochrony Wspólnego Dziedzictwa Kulturowego „Terpa” przedstawiał wpływ wojen szwedzkich na wędrówki mennonitów, a Łukasz Kępski z Klubu Nowodworskiego omówił dziedzictwo mennonickie w działalności Klubu Nowodworskiego. Jan Broere z Doopsgenizge Stichting Nederland — Polen przedstawił szczegółowo historię wzajemnych kontaktów holendersko-polskich od roku 1991, kiedy to zaczęły na Żuławy przyjeżdżać pierwsze grupy, aby ratować zapuszczone cmentarze wyznawców doktryny Menno Simonsa. Sam miałem okazję pracować wspólnie z Piotrem i Markiem Opitza-mi oraz grupą Holendrów przy porządkowaniu cmentarza w Stogach Malborskich, największego i najlepiej zachowanego. Wtedy był zarośnięty, a krowy spacerowały pomiędzy nagrobkami. Pan Jan wspominał pierwsze przyjazdy, problemy techniczne, okradzenie ekipy (!), przywoływał postaci i zasługi — dziś już nieżyjących — Bolka Kleina, Romana Klima i Arkadiusza Rybaka. Przedstawiał dotychczasowe dokonania i plany na przyszłość. Imponuje doskonała organizacja i konsekwencja w działaniu oraz pracowitość ludzi, którzy zaangażowali się w działalność na polu ochrony dziedzictwa mennonickiego. Głos zabrał także Johann Peter Wiebe — przewodniczący Mennonitischer Arbeitskreis Polen, Andrzej Kasperek 57 który przedstawił historię Corneliusa Warkentina - starszego gminy mennonickiej w Ró-żewie. Była to postać wybitna; „starszy” to nazwa funkcji, był wybierany przez członków gminy, nie miał święceń kapłańskich, ale cieszył się wielkim szacunkiem. Warkentin wyruszył do swych braci, którzy wyemigrowali do Rosji (zainteresowanych tym epizodem odsyłam do artykułu o Annie German w „Prowincji” nr 12/2013), aby załagodzić miejscowe spory i pomóc osadnikom w nowym miejscu osiedlenia. Jego zniszczony nagrobek z cmentarza w Różewie będzie odnowiony. Uczestnicy spotkania obejrzeli też kilka filmów dokumentalnych, m.in. „Z dziejów polskiej tolerancji - mennonici na Żuławach” w reżyserii Katarzyny Sędek. Tego dnia odbyły się także wizyty na zadbanych obecnie cmentarzach w Stogach Mal-borskich i Stawcu. Uczestnicy zjazdu zapoznali się z realizowanym projektem restaurowania cmentarzy mennonickich przez Gminę Nowy Dwór Gdański. A wieczorem gości czekała biesiada w domu podcieniowym „Mały Holender” w Cyganku. W niedzielę w Gdańsku odbyło się nabożeństwo ekumeniczne, natomiast w poniedziałek wizyta w Elblągu i pożegnanie z dawną ojczyzną. Dla wielu były to pewnie ostatnie odwiedziny w Polsce. Spytałem, dlaczego prawie nie było młodych ludzi na tym spotkaniu. Okazało się, że zainteresowanie wśród młodych mennonitów krajem, gdzie ich współwyznawcy spędzili kilkaset lat jest nikłe. Ale przecież pamiętam grupy młodych Niemców i Holendrów, które wspólnie z młodzieżą (m.in. z nowodworskiego ogólniaka) przyjeżdżały, aby porządkować cmentarze, ale także aby zwiedzać Żuławy, Gdańsk i Malbork. Warto by wrócić do tych sprawdzonych wzorów. Łukasz Kępski w rozmowie z Janem Broere.fot. Klub Nowodworski 58 Międzynarodowe Spotkania Mennonitów na Żuławach po raz ósmy Podczas konferencji miała się odbyć promocja książki Mennonici na Żuławach. Przeszłość — Teraźniejszość — Przyszłość, ale okazało się, że wydawnictwo, które powstaje z inicjatywy Klubu Nowodworskiego przy współpracy Bethel Colleg (USA), Doopsgezinde Stichting Nederland — Polen (Holandia) oraz Mennonitischer Arbeitskreis Polen (Niemcy) nie jest jeszcze gotowe. Ta czterojęzyczna publikacja porusza wątki historii, ochrony i kultywowania menonickiego dziedzictwa kulturowego na Żuławach. Czekam na nią niecierpliwie i na pewno poinformuję czytelników „Prowincji” o jej ukazaniu się. Gościna w Cyganku, fot. Klub Nowodworski Janusz Ryszkowski 59 Janusz Ryszkowski PRZYSTANEK MLECZEWO i jego cienie sławnych podróżnych Na co liczyłem? Że to miejsce zechce samo przemówić? Otworzyć się, zasugerować początek, którego szukam bezskutecznie od miesięcy? Enrique Vila-Matas, autor Eksploratorów przepaści, aby rozpocząć pisanie jednej ze swoich z ducha eseistycznej powieści, poprosił wydawcę, żeby zawiózł go do zamku w Montaigne, do źródeł eseju. Podróż była konieczna, a i tam, już na miejscu — ponowne odczytanie Prób pana Michała. Wszystko po to, by poruszyć tryby wyobraźni, nadać im tempo i nieoczekiwany kierunek. Bo przecież głównie o to chodzi w pisarstwie, jeśli pominie się miliony męczących stron traktujących o tym, że czegoś opisać się jednak nie da. Vila-Matas mógł sobie na taki gest (kosztem swojego wydawcy) i fanaberie pozwolić, wydawca „Prowincji” wysłałby mnie raczej do diabła. Odwozimy naszą córkę Berenikę, która wraca do swojego studiowania w Toruniu, na przystanek kolejowy w Mleczewie. Późne, wiosenne popołudnie, jeszcze chłodno. Zostawiamy samochód na drodze, która nie tak dawno prowadziła przez tory, a teraz się przed nimi gwałtownie urywa. W trosce o bezpieczeństwo kierowców i pasażerów szybkich pociągów, które od niedawna tędy jeżdżą, kilkadziesiąt metrów dalej wybudowano wiadukt. Ktoś niezorientowany w miejscowych realiach będzie się zapewne dziwił, po co była tamta asfaltowa droga donikąd. Dworzec w Mleczewie i poczta, lata dwudzieste ubiegłego wieku. Pocztówka ze zbiorów Bogdana Popielarza 60 Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych Berenika wyciąga bagaż. Idziemy na przystanek kolejowy przy akompaniamencie kółek ciągniętej przez nią walizki. Oddalamy się od miejsca, gdzie dawniej stał dworzec, na nowo postawione perony. Z megafonu płynie zapowiedź, czy raczej ostrzeżenie, że wkrótce przejedzie tędy pociąg. Za chwilę wszystko w naszym otoczeniu dostaje drgawek; to przemyka pendolino. Potem znowu cisza. Spoglądam w stronę wiaduktu, by zobaczyć scenę jak z sennego widziadła. Dostojnie, w czterotaktowym rytmie, przemierza go koń z amazonką na grzbiecie. Słychać nawet stukot kopyt, jakby odpowiedź natury na superszybki pociąg, który przemknął przed dobrą chwilą. Kolejna zapowiedź. Tym razem wtacza się pociąg z Malborka do Iławy. Machamy jeszcze Berenice na pożegnanie. Kilka kilometrów za Mleczewem mijamy widzianą wczes'niej na wiadukcie amazonkę. Znowu dziwnie to wygląda — koń galopujący tym razem chodnikiem... Przypomina mi się wiersz Richarda Brautigana o centaurze spacerującym w centrum miasta. MĘŻCZYZNA BEZ TWARZY Przyglądam się pocztówce, którą ze swojego zbioru udostępnił mi (w wersji cyfrowej) Bogdan Popielarz. „Gruss aus Mlecewo”, głosi napis. Pozdrowienia z Mleczewa. Stempel pocztowy z roku 1925, ale kolekcjoner zasugerował, że kartka może pochodzie z pierwszej wojny światowej. W lewym górnym rogu widok budynku poczty, ale resztę karty wypełnia dworzec. Przed głównym budynkiem dość tłoczno: mężczyzna w kapeluszu i w garniturze, obok cztery panie także ubrane odświętnie. Jedna z dzieckiem na ręku, druga ściska dłoń chłopca, trzymającego chorągiewkę. Na pierwszy rzut oka karta wygląda zwyczajnie. Może zaskakiwać, że tak wiele osób znalazło się na stacyjce, ale zdecydowana większość oglądających potraktuje ją jak Stendhalowskie, przechadzające się po gościńcu, zwierciadło. Powiększam pocztówkę i wtedy czuję się nieswojo. Ten mężczyzna w kapeluszu jest pozbawiony twarzy, podobnie dziecko bawiące się chorągiewką. Ktoś, kto pracował nad skomponowaniem tej pocztówki, powklejał postacie, ale nie do końca zadbał o szczegóły albo napotkał na jakieś kłopoty techniczne. Nie miał przecież do dyspozycji komputera z programami graficznymi, które pozwalają na uwiarygodnienie wszystkiego. Znowu zapędzam się w niebezpieczne rejony: dokumentu, paradokumentu, prawdy i postprawdy. A przecież pocztówka z Mleczewa (niemiecka nazwa Mlecewo, ale w czasach hitlerowskich Heinrode) miała służyć czemu innemu. Miała mi pomóc, by tę peryferyjną stacyjkę zaludnić niezwykłymi podróżnymi - Janem Matejką, pracującym nad Bitwą pod Grunwaldem, krakowskimi profesorami - hrabią Stanisławem Tarnowskim, historykiem literatury, albo Michałem Bobrzyńskim, wykładowcą prawa polskiego i niemieckiego przyszłym namiestnikiem Galicji. Kilkoma malarzami — Napoleonem Ordą, Elwiro Am driollim, Klemensem Rodziewiczem, nazywanym przez Józefa Ignacego Kraszewskiego Klemrodem, Marcelim Krajewskim. Albo też pokazać hrabiego Adama Lwa Sołtana, kto^ ry po wieści o samobójstwie malarza Aleksandra Gryglewskiego w Gdańsku oczekiw^ tu na pociąg. Z miejscowej poczty przesłał depeszę do Kraszewskiego o tym smutnym zdarzeniu. Janusz Ryszkowski 61 lo tylko kilka faktów, których mała stacyjka była świadkiem. Oczywiście, samo powstanie połączenia kolejowego, przystanek w Mleczewie (zapewne na początku z drewnianą budą jako prowizorycznym dworcem), nie mogły zmusić nikogo do opuszczenia pociągu, bo niby jak i dlaczego? Tym powodem, jak pewnie wiemy, było to, że kilka kilometrów dalej znajdowało się „Pomorskie Soplicowo”, czyli Waplewo Sierakowskich i Buchwald (Bukowo) z Telkwicami Donimirskich. Trudno przecenić te ośrodki życia politycznego, kulturalnego i gospodarczego, bo promieniowały one daleko poza opłotki Ziemi Sztumskiej. Sierakowscy odzyskują miejsce w panteonie pamięci, Donimirscy jeszcze czekają na gruntowne opisanie. WĄSKIM I SZEROKIM TOREM 1 sierpnia 1976 roku uruchomiono linię kolejową z Malborka przez Prabuty i Susz do Iławy. Inwestycję prowadziła spółka Koleje Malborsko-Mławskie. W następnym roku tory zostały doprowadzone (18 sierpnia) aż do Mławy, która leżała już w zaborze rosyjskim. Nieprzypadkowo. Od Mławy rozpoczynała swój bieg Kolej Nadwiślańska (roboty ukończono w lipcu 1877 roku), która przez Ciechanów, Warszawę, Lublin, Chełm prowadziła do Kowla na Wołyniu. W taki to sposób Gdańsk uzyskał bezpośrednie połączenie kolejowe z Warszawą. Jak widać, współpraca spółek kolejowych zaborczych państw kwitła, choć z pewną rezerwą. Rosjanie, obawiając się (i słusznie), że Prusy mogą wykorzystać militarnie dobrze rozwiniętą u siebie kolej, doprowadzili do Mławy (ściślej Woli Łomskiej — 3,5 kilometra do samego miasta) szerokie tory. Ostatnia stacja Kolei Nadwiślańskiej przy l <0 Fotokopia karty wysłanej do Józefa Ignacego Kraszewskiego przez Adama Lwa Sołtana z Mleczewa, fot. archiwum 62 Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych granicy w Prusami łączyła zarazem trasy kolejowe o różnej szerokości torów. Tu docierała Kolej Malborsko-Mławska ze swoim „normalnym” torem, do najbliższej stacji po stronie pruskiej — Iłowa biegł szeroki tor. To wszystko pozwalało na to, by pociągi z Rosji dojeżdżały do pierwszej stacji na terenie Niemiec i na odwrót. Hrabia Tarnowski przestrzegał podróżujących z Warszawa do Gdańska (tom drugi Z wakacyj” — 1888), aby zabierali ze sobą prowiant, bo w Mławie, choć to na granicy „stacja obiadowa”, nie mają na co specjalnie liczyć. Elwiro Andriolli „wypuścił się” z literatem Julianem Łętowskim we wrześniu 1889 roku z Warszawy do Mleczewa, by odwiedzić Jana Donimirskiego w Buchwaldzie. Przenocowali na dworcu w Iłowie, bo pierwszy pociąg do Malborka odchodził stamtąd dopiero o 5 rano. Mogli wynająć za dwie marki pokój z pościelą, ale zdecydowali się na tańsze lokum (nie przelewało się im!), udostępnione przez niemieckich urzędników kolejowych. Skoro świt, jak pisał malarz, podano im jeszcze jakąś „zakazaną kawę”. Kolej Malborsko-Mławska, duża inwestycja przebiegająca także przez teren powiatu sztumskiego, musiała mieć wpływ na lokalne poczynania i miała. Jak donosiła „Gazeta Toruńska”, władze powiatu sztumskiego zdecydowały m.in. o budowie szosy ze Sztumu przez Mleczewo do Kiszporka (Dzierzgonia), a z Kiszporka do Mikołajek. Trudno nie wiązać tego z faktem, że właśnie w Mikołajkach i Mleczewie otrzymały połączenie kolejowe. Dworzec w Mlecewie położony w środku powiatu sztumskiego będzie musiałpołączony być z tym miastem żwirówką, gdyż są tam tak złe drogi, że nie można by na wiosną i w jesieni do niego prawie wcałe dojechać. Nowa linia kolejowa spowodowała, o czym znowu informowała Torunianka, że zmieniono bieg poczty na przestrzeni między Malborgiem a Iławą (...). Ustały (. J poczty osobowe z Malborga do Kwidzyna, z Malborga do Sztumu (.. J, poczta posłańcowa z Starego Targu do Sztumu, w Sztumie zaś zniesiona posthalteria [służąca do obsługi koni i wozów pocztowych, czasem również podróżnych]. Odtąd będą chodziły następujące poczty, łączące się z pociągami na rzeczonej linii: (...) raz na dzień z Kwidzyna do Sztumu, czas jazdy 2 godz. 25 minut, dwa razy omnibus prywatny do przewozu osób z Mlecewa do Sztumu, czas jazdy 50 minut, dwa razy dziennie poczta posłańcowa z Mlecewa do Starego Targu, czas jazdy 40 minut. (...) Wreszcie raz na dzień poczta z Susza do Kiszporka, czas jazdy 2 godz. 40 minut. Jeśli owe 50 inut jazdy pocztą z Mleczewa do Sztumu (5-6 kilometrów) nie jest pomyłką drukarską, to oddaje ówczesne problemy z komunikacją między tymi miejscowościami. Ustanowiono stacje telegraficzne kolejowe w Malborku, Mleczewie, Mikołajkach i Suszu, które od 1 listopada zaczęły przyjmować także korespondencje prywatne. Może uda nam się do jakiejś sięgnąć? MATEJKO I NIESMACZNY OBRAZ Jan Matejko wysiadł na dworcu w Mleczewie 1 października 1877 roku. Jak pisze Soł-tan, towarzyszyły mu żona Teodora i córeczka. Z relacji Dziennika Poznańskiego wynika, że przyjechał z dziećmi. Wizytę u Adama Sierakowskiego w Waplewie poprzedził kilkudniowy pobyt w Warszawie, gdzie witano go jak króla: Niezliczone tłumy, między które' mi bardzo łiczny zastęp młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej oczekiwały go na dworcu kolei Janusz Ryszkowski 63 żelaznej. Iprzy wejściu z dworca i przy wsiadaniu do powozu powitano go okrzykami; Niech żyje! Dla obecnym powitanie króla malarstwa w odwykiem od manifestastacyi mieście naszem robiło wrażenie monarszego prawdziwie przyjęcia. Kilka dni, jakie artysta u nas bawił — dziś bowiem już na wieś wyjechał [czyli do Waplewa] — w zupełności jemu tylko oddane były. Tak pisał w „Dzienniku Poznańskim” korespondent z Warszawy, dodając, że we wszystkich warszawskich gazetach cenzura powykreślała obszerne sprawozdania l przyjęcia na cześć malarza urządzonego w sali resursy kupieckiej. Jakże więc musiało kontrastować tamto warszawskie powitanie z tym w Mleczewie, cichej wsi... Z Waplewa wyjechał po gości powóz, pewnie był i Adam Sierakowski, który to zaprosił malarza w te strony, by ten mógł zobaczyć pola grunwaldzkie, Malbork i Gdańsk. Znowu natrętnie powraca motyw podróżowania do miejsca, które stanie się przedmiotem artystycznego przedstawienia. Bez tej studyjnej wizyty matejkowska Bitwa pod Grunwałdem byłaby taka sama? Nieoceniony profesor Andrzej Bukowski w znanej książce o Waplewie opisał powitanie Matejki przez mieszkańców wsi, którzy tłumnie przybyli pod pałac Sierakowskich. Można dodać coś jeszcze? Choćby powitalny wierszyk, który zapewne wyszedł spod pióra Marii Szremowiczowej, małżonki zarządcy waplewskiego majątku, inicjującej w okolicy różne przedsięwzięcia teatralne: O wyjdź do nas! Tyś mąż chwały Co jak gwiazda świeci. Wszędzie pany cię witały Tu wieśniacy, dzieci. Adam Lew Sołtan, który dał o tym korespondencję do „Dziennika Poznańskiego”, pisał nieco wcześniej do Kraszewskiego, jak ma wyglądać powitanie malarza przez lud: (...) przyjdą pozdrowić Matejkę i ofiarują mu wieniec łaurowy — Niemcy się będą wściekać — szczególnie że to Mistrz co maluje obecnie nie smaczny dla Niemców obraz [Bitwa pod Grunwaldem]. Gospodarze dobrze zadbali o to, by wizyta malarza miała godną oprawę. Trudno bowiem przypuszczać, by okoliczny lud miał świadomość, jakiego to gościa przyjmuje pan na Waplewie. Wizyta Matejki zbiegła się z przygotowywaną z wielką pompą niemiecką uroczystością w Malborku - na 9 października zaplanowano odsłonięcie pomnika Fryderyka II Wielkiego. Malarz odwiedził zamek nieco wcześniej, po drodze do Gdańska (5-6 października) i zapewne widział ostatnie przygotowania. Prof. Jan Tarnowski, oglądając monument cztery lata po Matejce, zanotuje: Posąg jest brzydki; ale brzydki czy ładny wszystko jedno, bo nie o jego kształt i estetyczną wartość chodzi, ale o jego myśl i cel. Stoi stary Fryc, błogosławiony oswobodzicieł ziem pruskich z pod połskiego jarzma, na postumencie otoczonym z czterech stron przez cztery figury Wielkich Mistrzów krzyżackich. Wśród-nich ostatni z mistrzów, pierwszy z książąt, wąż przywrócony do życia przy łatwowiernem dobrodusznem sercu króla Zygmunta, rozkapturzony wywloką Albrecht, wiarołomny Bogu, ojciec wiarołomnych łudziom ełektorów i krółów (...). Jak wygląda? O, tak brzydko, tak wstrętnie, tak nieszlachetnie, jak tylko serce pragnąć, 64 Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych a wyobraźnia wymarzyć potrafi. Matejko był wspaniałomyślnym nieprzyjaciełem, kiedy w swoim „Hołdzie” dał klęczącemu mistrzowi ten pozór szlachetny, rycerski, krółewski, poważny i godny, pod którym głęboko utajony i dobrze zamaskowany kryje się rycerz bez czci, zakonnik bez wiary. (...) A jednak od tego parobka, od tego grubego ciury, podłej wygląda ten na piedestale stary lis ze szpiczastym nosem i szpiczastym harcapem. Kto by ilustrował piekło Dantego i szukał typów na różne rodzaje złych dusz, jak wybornie mógłby użyć tych dwóch przyjaciół: Fryderyka i Woltera! Na tym wykrzykniku może zakończmy. Albo nie: jeszcze przytoczmy życzenie hrabiego Tarnowskiego: by wróżka dala człowiekowi widzieć tę chwilę, jak tu w Malborgu zwali się raz ten posąg Fryderyka i jego praecursorów, zarzucić powróz na jego szyję i ciągnąć go w dół, a potem na obałonym tyłko raz, tyłko na chwiłkę, choćby tyłko jedną nogę postawić. I tak się stało. Na internetowym forum dawnego Malborka zniszczenie pomnika ktoś' określił barbarzyństwem. Czy wypowiedziane marzenie hrabiego Stanisława Tarnowskiego, w czasach rozbiorów, odważyłby się nazwać podobnie? Jeszcze chwilę pozostańmy w cieniu monumentu. Kiedy w 1872 roku, w setną rocznicę pierwszego rozbioru Polski, wmurowywano kamień węgielny pod pomnik Fryderyka II Wielkiego w Malborku, polskie środowiska postanowiły utworzyć fundusz pamiątkowy roku 1872. Przeznaczony był na zupełnie inny pomnik, pomnik świadomości naszej, że oświata łudu jest jedynym z najsilniejszych czynników narodowego bytu naszego. Wśród ofiarodawców z Ziemi Sztumskiej znajdowali się nie tylko hrabiowie z Waplewa i rodzina Donimirskich. Julian Czarliński, zarządzający podówczas majątkiem w Zajezie-rzu, zebrał kwoty wśród tamtejszego ludu. Odsłonięcie pomnika Fryderyka Wielkiego spotkało się z bojkotem miejscowych Polaków. Tak wynika z listu Adama Lwa Sołtana do Kraszewskiego: Landrat wszystkich obywateli Polaków zaprosił na uroczystość, by przedstawić się Następcy [tronu] i prosił u nas i wielu o pojazdy — wszyscy odpisali, że nie będą i pojazdów nie dają. Wracajmy jednak do Matejki, który właśnie wsiada do pociągu w Mleczewie. Wyruszał stąd na ekskursje do Gdańska, a także na pola grunwaldzkie (jechał do Iławy, a dalej konno). Do Malborka, o czym wspominaliśmy, raczej podróżował konno. Z tej małej stacyjki wracał od Sierakowskich do domu, ale po drodze odwiedził jeszcze Toruń (do Iławy, a z niej już do grodu Kopernika). Tam jego pobyt organizował dr Antoni Donimirski, z Ziemi Sztumskiej rodem. GRYGLEWSKI I NAPAD MELANCHOLII Kartka pocztowa z datą 29 sierpnia 1879 roku, którą nadał w mleczewskiej agenturze pocztowej trzeciej klasy Adam Lew Sołtan. Adresat: Hern J. I. Kraszewski, Drezno, Nordstr. 27. Wyraźny stempel tamtejszej poczty - 30 sierpnia. Widać że machina Deustcht Reichpost działa bezbłędnie, choć takie wiadomości lepiej, gdy nie docierają... 28 sierpnia Sołtan, przebywający wówczas w Waplewie, otrzymał telegram z Gdańska, że malarz Gryglewski wyskoczył z okna Ratusza. Jadę tam. Nie donoszą, czy żyje — informuje Kraszewskiego. I dopisek: Doniosę szczegóły listem. Janusz Ryszkowski 65 Aleksander Konstanty Gryglewski, profesor Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie, w Gdańsku miał do wykończenia obraz Sali Czerwonej Ratusza Głównego Miasta. Prace zaczął rok wcześniej. Sołtan w liście do Kraszewskiego (z 31 lipca 1878) pisał z Waplewa: Oczekujemy też malarza Grygłewskiego, którego tu zaprosiłem — stąd zawiozę go do Gdańska — gdzie zabawi trzy lub cztery miesiące, by odmalować ciekawe wnętrza w Gdańsku Ratuszu (...) i inne — do tego go namówił Matejko i wysyła tu i wracając do Krakowa odwiedzi Wapłewo. I rzeczywiście. 10 sierpnia Gryglewski rysuje pałac Sierakowskich, w którym znalazł gościnę, a potem Sołtana mając na przewodnika, jedzie do Gdańska. Pojawia się w Waplewie w październiku, powracając do Krakowa. W następnym roku Gryglewski znowu wysiada na dworcu w Mleczewie, by odwiedzić życzliwe mu Waplewo i jego gospodarzy. Potem udaje się do Gdańska, dokończyć obraz sali gdańskiego Ratusza. Na wieść o jego samobójstwie Sołtan wsiada do pociągu w Mleczewie. W Gdańsku udaje się do mieszkania Marii Róhr, u której zamieszkał w Gryglewski. Zapewne to Sołtan umieścił malarza u dobrze znanej sobie polskiej rodziny. Z Janem Róhrem, prowadzącym po szwagrze Aleksandrze Makowskim skład handlu zbożem, utrzymywał bliskie stosunki, gościł w Waplewie i zlecał różne interesa, choćby takie, jak przesłanie Kraszewskiemu do Drezna węgorzy. Gdy Róhr zmarł, Sołtan pisał o nim jako dobrym Polaku. Na pewno zbliżyły ich wspólne przeżycia związane z udziałem w powstaniu styczniowym. Róhr za pomoc powstańcom w sprowadzaniu broni z Anglii drogą morską przez Gdańsk został skazany na więzienie. O Gryglewskim, o jego ostatnich dniach, także zostawił nam Sołtan sporą relację. Próbował znaleźć motyw jego desperackiego kroku. (...) może strata żony przyczyniła się, że dostał napadu melancholij — zdawało mu się ciągłe, że Go ściga połicya pruska i zaaresztuje — ciągle upatrywał rozmaite osoby, co Go śledzą i czekał lada chwila aresztu, który Go straszył — więc uciekał przed domniemanymi połicjantami. Malarz Gryglewski rzucił się z okna Ratusza - pisał do Kraszewskiego Sołtan, fot. archiwum 66 Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych Próbowano go w Gdańsku uspokoić, zapewniano, że może tu czuć się bezpiecznie. Zaprowadzono nawet do burmistrza, aby ten to potwierdził. Nic nie pomogło — zmora go dręczyła i miał się za ściganego. (.. J spóźnił się na obiad — już uprzednio spakował swoje rzeczy, jakby chciał wyjechać lub się wynieść — mówił że musi zmienić mieszkanie — nie chcąc być ciężarem — po wypiciu kawy pocałował w rękę Panią Robrową i oddał Jej paczkę nieopie-czętowaną z książeczką kassy oszczędności 100 markową, ałe bez łistu — i prawił Robrowej, że gdyby Go aresztowano — to oddać ma paczkę dzieciom — na paczce dał adres do Lwowa szwagra, gdzie są Jego dzieci — oddał paczkę i wymknął się na miasto. Widząc skrajny rozstrój Gryglewskiego, pani Maria podążyła jego śladem. Malarz kierował się w stronę Ratusza. I rzeczywiście, wszedł do środka. Róhrowa, odczekawszy chwilę, także. Kamelarz (skarbnik) wskazał jej siedzącego na ławeczce malarza. Podeszła do niego i rozpoczęła rozmowę. Gryglewski skarżył się, że nie może teraz malować sali Ratusza, bo akurat toczą się w niej jakieś obrady i musi poczekać. Róhrowa odradzała mu pracę, gdy jest zdenerwowany. Wyjaśnił jej, że malowanie mu nie przeszkadza. Trochę popracuje, a o 5. wróci do domu. Uspokojona tym, odeszła. W jakie pół godziny przychodzi policyon i oznajmia, że Gryglewski zabił się, wyskoczywszy z okna 2go piętra w Ratuszu. Winna wszystkiemu była dławiąca malarza melancholia, czyli mówiąc dzisiejszym językiem depresja? Zazwyczaj motywy samobójcze są wielowątkowe, twierdzą kryminolodzy. Czy mogło być tak, że Gryglewski wyskoczył z okna, bo nie mógł doczekać się zakończenie obrad? To był ten ostateczny impuls, kiedy życia miał już dość? Strata żony, problemy z wierzycielami, bo pośredniczył w kupnie gdańskich mebli dla Matejki, chyba też kryzys twórczy, bo jakoś dokończenie obrazu sali Ratusza mu nie bardzo szło... A i niedokończona akwarela pałacu Sierakowskich, ta z 10 sierpnia 1878 roku, o czymś takim świadczyć może... Przepisuję tu niepublikowany wiersz Sylwii Stankiewicz (Markowicz). GRYGLEWSKI Nie dla ciebie są blaski różowych wieczorów. Ty w końcu dokonałeś własnego wyboru, Mój zagubiony i bezradny Aleksandrze, Nie wierzysz już mądrej i starej Kasandrze. Stoisz sam w ratusza sali, z myślą o bogach Jak Statua Wolności w nowojorskich progach. Wszystkie lęki się zbiegły, wróżby, przepowiednie, Ty nie tęsknisz, nie płaczesz, lecz słuchasz, czy biegnie Twój cień w starym żakiecie, dopadł cię u szczytu, Dotyka twoich ramion, sięga już zenitu... Woła... - Skaczl... I ty skaczesz... Janusz Ryszkowski 67 Skoczyłeś w śpiewną przeszłość, w pastele bogatą, Witasz Marię swoją, owianą półszatą. Nic już cię nie trapi, nie boli, nie nęka, Skończyła się już twoja nieziemska udręka. Cień umarłych przyjaciół wita cię i śpiewa, A przy gdańskim ratuszu szumią czarne drzewa. Na waplewskim dworze spuszczono już zasłony. Maria łzy ociera, Adam — niepocieszony... Wiosną tego roku gościli cię u siebie, A ty pozdrawiasz ich z dala, błądząc po niebie. Niech twe serce i duszę boski wiatr oczyści Tam, gdzie szepty harf cichsze od szelestu liści. (2004 r.) OSSOWSKI, PRZYBŁĘDA Z OBCYCH PAŃSTW W drodze do Waplewa Gotfryd Ossowski także wysiadł na przystanku w Mleczewie. Tej ważnej postaci, nie tylko dla naszej mini historii, nie można przeoczyć. Przez trzy lata prowadził badania na terenie Pomorza, a m.in. ich owocem była m.in. rozprawa Prusy Królewskie, pierwsza z serii Zabytki przedhistoryczne ziem polskich, wydana po polsku i francusku przez Komisję Archeologiczną Akademii Umiejętności w Krakowie (187^). Dzieło nie przypadkiem dedykowane było 50-leciu pracy pisarskiej Józefa Ignacego Kraszewskiego, ale o tym potem. Wysiadł w Mleczewie i udał się do Waplewa. Jest tu też Wołynicz [Wołyniak] Ossowski — szukamy pogańskich grobów — dotychczas bezskutecznie — ale może znajdziemy jeszcze — pisał z nadzieją 31 lipca 1878 roku do Kraszewskiego Sołtan. Gotfryd Ossowski sportretowany przez nieznanego autora, fot. archiwum Ossowski przyjechał na Pomorze w 1875 roku. Ściągnął go z Wołynia Zygmunt Działowski (1843—1878), właściciel Mgowa koło Wąbrzeźna, polityk, archeolog i podróżnik. Z jego inicjatywy 16 grudnia 1875 roku powołano Towarzystwo Naukowe w Toruniu. W pracach nad jego powołaniem brał aktywny udział Adam Sierakowski, zresztą brat cioteczny i towarzysz wyprawy naukowej do Algierii (1879). Choroba nie pozwoliła Sierakowskiemu na prace w pierwszych miesiącach działania Towarzystwa Naukowego, ale po śmierci Działowskiego zastąpił go w roli przewodniczącego Wydziału Historyczno-Archeologicznego. Dodajmy jeszcze, że nad statutem Towarzystwa pracował dr Antoni Donimirski. 68 Przystanek Mleczewo i jego cienie sławnych podróżnych Działowski na własną rękę zatrudnił Ossowskiego do badań archeologicznych. Równo-legie z powołaniem Towarzystwa Naukowego kiełkowała myśl, aby stworzyć też polskie muzeum, w którym można by było pokazywać efekty pracy badawczej członków, ale nie tylko. A warto pamiętać, że na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku na terenie dawnej Polski działało tylko kilka placówek muzealnych, oczywiście mowa o tych polskich. Ossowski został zaangażowany do szukania łączników między światem widzialnym i niewidzialnym, czyli semioforów, jak to nazywa Krzysztof Pomian. Przekładając to na zwykły język, chodziło o tworzenie kolekcji muzealnej. Z tej roli wywiązał się dobrze. Zygmunt Działowski w mowie wygłoszonej podczas otwarcia placówki (20 listopada 1876), tak m.in. przedstawiał narodową konieczność jej istnienia: Są tacy, którzy w nienawiści rodowej odmówić by nam chcieli nawet dziejowego prawa mieszkania na tej ziemi i w tendencji swojej posługują się sofizmatami opromienionemi niby to naukową aureolą. Inny ślepo za nimi idąc, nie zgłębiają źródeł i powtarzają bezmyśłnie fałsze i baśnie. Wśród nich przeświadczeni o słuszności naszych przekonań stoimy wytrwałe na strażnicy świętego znicza. To przekonanie wystarczy dla utrzymania nas w naszem stanowisku; lecz obok tego winniśmy zawczasu gromadzić wszelkie dowody, by dać odpór wyczerpujący i naukowy. Ale warto zaznaczyć jeszcze jedno. Mimo „dawania odporu ”, Towarzystwo Naukowe i Muzeum, było otwarte na współpracę z placówkami niemieckimi: Copernicus Verein (Toruń), Historicher Verein fur Ermland (Braniewo), Prusia. Museum fur Nordische Ab therthiimer (Królewiec), Museum fur Schlesische Altherthumer (Wrocław). Wymieńmy także pozostałe: Towarzystwo Przyjaciół Nauk w Poznaniu, Akademia Naukowa i Gabinet Archeologiczny w Krakowie, Biblioteka Ossolińskich i Towarzystwo Archeologiczne we Lwowie i Muzeum Polskie w Rapperswilu. Gotfryd Ossowski przekazał do Muzeum w Toruniu eksponaty ze swoich wykopalisk prowadzonych na Wołyniu. Był też autorem układu i katalogu zbiorów całego działu archeologicznego. Dodatkowo o jego roli dużo świadczy to, że w grudniu 1877 roku wygłosił w Towarzystwie wykład o muzeach publicznych i prywatnych ziem pruskich. Latem 1877 roku Ossowski odwiedził Ziemię Sztumską. W Bukowie gościł u Jana Donimirskiego. (...) znalazłem przy Buchwałdzie słabe tylko pozostałości byłych tu niegdyś wspaniałych mogił, a badanie ich resztek przyniosło jeszcze świetne rezułtaty w zdobyczach ciekawych obrazów bronzów i szczątków ceramiki. Prawdopodobnie to te znaleziska zo' stały wysłane z innymi eksponatami przez Towarzystwo Naukowe na światową wystawę do Paryża (1878). W następnym roku Ossowski był u Sierakowskiego w Waplewie. Choć Sołtan, o czym wspominaliśmy, pisał do Kraszewskiego, że żadnych starożytnych mogił w okolicy nk znaleźli, to jednak nie było tak do końca. W lesie należącym do folwarku Waplewko n^ trafili na krąg kamienny o średnicy 2 metrów, składający się wówczas z pięciu głazów. Śr 1 1 ' • j t- K mionie wisty. lakze po zwy- cięskiej dla Polakow bitwie pod Trzcianą, w czerwcu 1629 roku szańce J 1 • l • niem dla rozbitych wojsk szwedzkich Po prawie 400 latach zabytki nadal sąUdob^m stante. Przetrwały dzięki roślinności leśnej która skutecznie hamuje niszczenie gleby przez deszcze 1 wiatr. Trzy sposrod najlepiej zachowanych fortyfikacji umieszczono w rejestrze zabytków. On_e zabytki zasługują na ochronę, a odpowiednio oznakowane mogą stanowić dużą, unikatową atrakcję turystyczną. Opuszczamy Benowo, omijamy doskonale nam znanv Szr..m • L- • nma, a dokładnie w kierunku Ramz Małych. Wśród Ó1 ' k!erUJemy S1? do Czer' owalny zagajnik. To pozostałość po cmentarzu rodu yon^’ ki° dr°gi widać kiem Czernin-Ramzy w XVIII wieku. 15 października 1786 Rządzil‘ oni mW-Schlemmer otrzymał tytuł szlachecki. Był Radcą Wo ei b' GC°rg ChristoPh von kiem w Malborku. Mówiono o nim, że był wysokin^-ak^ PlUS * ^g° namiestni" nosił się na czarno i wzbudzał strach wśród okolicznych^ CZasX mężczyzną, o ostrych, zakrapianych mocnym alkoholem imprezach Krążyły opowieści dróg na Ramzy i Postolin. Były ognie i tańce. Ile w t ’ °rganłzował na rozjeździe radcy była postrachem jeszcze przed II wojną. Straszl^ PFaWdy? Nie wiadomo. Postać nocą w oknach, przepędzać ludzi z sadu i jeździć po pol"^™^2**1 Miał P°lawiać si? cmentarza. Ród von Schlemmer opuścił majątek w KIK^ k°niu W okolicach z grobowca. Faktem jest, że krewny Radcy Johann Adam^ c 2abiera^c Ze $obą trumny mvon Schlemmer był w 1797 roku Piotr Podlewski 77 komendantem twierdzy Srebrna Góra na Śląsku. Kolejny dowodził artylerią w Munster jako major brygady. Dwór istniejący w Ramzach Wielkich został spalony. Pozostała tylko studnia. Natomiast na cmentarzu wśród pół widać jeszcze resztki fundamentów grobowca rodziny von Schlemmer, który mógł mieć kształt kaplicy podobnej do tej zachowanej w miejscowości Igły. Warto wybrać się do Igieł, zostawić samochód przy gospodarstwie i pieszo przejść się przez pole, docierając do ruin kaplicy grzebalnej dla włościan majątku Zielonki, Gin-tro i Jordanki. Kaplica została wybudowana w stylu neoklasycznym. Wokół otaczały H drzewa i żelazny płot oraz groby służby dworskiej. Zdewastowana została w czasach I RL-u i rozkradziona przez złomiarzy. Podłoga zawaliła się do wnętrza krypty, gdzie powstało gruzowisko, pośród którego widać jeszcze kości ludzkie. Mimo wszystko miejsce jest malownicze, szczególnie podczas zachodu słońca. Wyjeżdżając z Igieł, kierujemy się do sąsiedniej wsi Kałwa, na grodzisko stożkowe zlo-kalizOwane tuż za cmentarzem. Według badań archeologicznych z 1973 roku wzgórze gro-z°stało usypane sztucznie w I poł. XIII wieku z gliny uzyskanej podczas kopania fos. Wał ochraniający wzgórze od wschodu posiadał konstrukcję drewniano-kamienną. Został Zniszczony przez pożar, prawdopodobnie podczas walk. Do dzisiaj zachował się jego frag-H^ent o wysokości ok. 2 metrów. Pomiędzy nim a wzgórzem czytelna jest również fosa. zachodu grodu broniła rzeka, pozostałością której jest niewielki strumień płynący Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 1 78 Kaplica grzebalna w Igłach, fot. P. Podlewski w dawnym korycie rzeki. Budynki, palisada zbudowane zosr.lv no c • j xr dzisiaj wdrapanie się na nasyp grodziska stanowi nie lada wyzwanie^laT ^d^’ ' tym terenie sięgają jeszcze czasów kultury łużyckiej (1700-400 p n e ) °SadniCtWa na We wsi znajduje się gotycki kościół z całkowicie zarh™,™ i , wym wyposażeniem wnętrza, co jest ewenementem na tych teZach^^^ 1 skalę Polską są również zachowane szlacheckie portretv tr • ’ Ewenementem na i Kalksteinów wiszące na ścianie pod chórem Ale o tvm i mienne r°dzin Wałdowskich Lym innym razem. Grodzisko w Kałwie, fot. P. Podlewski Piotr Pocllewski 79 Czas wybrać się do pobliskich Jurkowie obejrzeć krzyżacki geniusz — akwedukt w Jur-kowicach. Kanał Juranda (dawna Młynówka) to genialne dzieło inżynierii wodnej na terenie państwa krzyżackiego. Ciągnie się on na przestrzeni prawie 40 km. Zbudowano go tylko po to, żeby nawodnić fosy zamku w Malborku. Wody pociągnięto z jeziora Dzierzgoń oraz Jeziora Balewskiego. Cały projekt realizowano od 1280 do około 1320 roku. Kanał przepływa przez miejscowości Krasna Łąka, Stary Targ, Jurkowice, Koślinka, Malbork, gdzie wpada do Nogatu. Przy okazji, budując ziemne tamy, stworzono sztuczne jezioro, dzisiejsze jez. Dąbrówka. Imponuje kunszt budowniczych, znajomość topografii i umiejętność wykonywania niwelacji i obliczeń poziomów bez posiadania Akwedukt w Jurkowicach z widoczną datą przebudowy odpowiednich urządzeń. Kanał mimo upływu 1858 roku Jot. aręhiwum autora lat ma się dobrze. W Jurkowicach krzyżowały się dwie rzeki, więc zbudowano akwedukt. Różnica poziomów wynosi w tym miejscu 11 metrów. Akwedukt posiada przepust wodny, którędy płyną wody rzeczki Tyny. Górą (na nim) puszczono wody Młynówki, która okrążając rozlewisko, płynie dalej w kierunku Malborka. Przepust w Jurkowicach remontowano po raz ostatni w 1858 roku, co potwierdza wykuta w kamieniu data. Jurkowice to dawne dobra Georgensdorf. Folwark z dworem nadal pełni swoje funkcje. Znajduje się tutaj jedno z największych gospodarstw rolnych w Polsce - Agrofarm Jurkowice. Jadąc dalej drogą wojewódzką w kierunku Dzierzgonia, w miejscowości Ankamaty, Po prawej stronie drogi, widać pozostałości po wiatraku holenderskim wybudowanym w XIX wieku Polecam zatrzymać się tam na chwilę i wspiąć się na pagórek, z którego roztacza się świetny widok na okolicę. Po wiatraku pozostał tylko trzykondygnacyjny korpus. Nie ma już bryły dachowej ze skrzydłami i środkowej drewnianej konstrukcji, sufit został zakryty betonowym stropem. Na ścianie widać wgłębienia po schodach prowadzących na wyższe kondygnacje. Ciekawostką są sporych rozmiarów żarna leżące na klepisku. Pierwszy tego typu wiatrak skonstruował w północnej Holandii w XVII wieku Jan Andriasz Le-eghwater. W Polsce popularne były w zachodniej jej części no i u nas w Prusach. Podobny °Nekt zachował się we wsi Budzisz. W Dzierzgoniu skręcamy na Pasłęk i jedziemy do niewielkiej wsi Pudłowiec. To niewielka wieś z tartakiem założona jako dobra rycerskie w XVI wieku. Zachowały się w niej ruiny dwo-ry wybudowanego w stylu neogotyku angielskiego. Dworów wokół było i jest wiele, ale ten Podczas zachodu słońca prezentuje się w swojej ruinie jak kadr z Nosferatu. Geneza budowy dworu to rok 1860. W tymże to roku odbył się ślub córki właścicieli folwarku Amelii Popław-ski z lekarzem, Ernstem Jeimke. Pod ich wspólnym zarządem folwark wchodzi w swój złoty °ktes, czego znamienitym podkreśleniem jest budowa pięknego dworu rodzinnego która 80 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 1 została zapoczątkowana na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku. W 1884 roku jedyna córka Amelii i Ernsta Jeimke, Mar-garethe Bierze ślub z Viktorem Fehlauerem, od tego momentu aż do 1945 roku zarówno dwór jak i folwark pozostają w posiadaniu potomków Margarethe i Viktora. Dwór został zdewastowany w czasach PRL-u. Dziś jest praktycznie nie do odbudowania. Jeżeli mamy jeszcze trochę czasu i sił, warto jeszcze odwiedzić wieś Kątki i porozmawiać z mieszkańcami dworu. Leżąca na uboczu mała wieś nie jest obiektem zainteresowania turystów i mieszkańców regionu sztumskiego. Mieszkający we dworze i we wsi ludzie nie pamiętają jej przedwojennej historii, którą zabrali ze sobą uciekający za Odrę jej przedwojenni mieszkańcy. Dzisiejsi przybyli głównie z Lubelszczyzny po 1945 roku i obce są im dzieje dworu. Piotr Podlewski 81 Jednak po dłuższej rozmowie mówią, że niektórzy, nieżyjący już ludzie pamiętali jeszcze przedwojennego pana i opowiadali o nim. Był on Holendrem, bądź Niemcem i budził lęk u mieszkańców wsi swoją postawą, sposobem ubierania się na czarno i tajemniczymi praktykami, których już dziś nie potrafią zdefiniować. Młodsi mieszkańcy dworu, dodają kilka informacji o pokoju, do którego boją się wchodzić, bądź też o nocnych hałasach. Słychać czasem, jakoby przed dwór zajeżdżał powóz zaprzężony w konie lub też włączało się jakieś urządzenie w będącej w ruinie stajni wybudowanej w 1925 roku, przez ówczesnego właściciela Kątek — Ingo Springborna, o czym świadczą widoczne do dziś na zwieńczeniu inicjały IS. Na pewno te niesamowite historie potęgują, bądź też napędzają, dwa kamienie leżące przy dworze, pod starym, rozłożystym kasztanowcem, zwanym przez mieszkańców „kasztelanem”. Pierwszy z nich zwany Diabelskim, według opowieści mieszkańców, ma związek z budzącym strach przedwojennym panem i jego praktykami. Legenda głosi, że chwycił go w swe szpony zdenerwowany diabeł, chcąc cisnąć nim o ziemię. Sam kamień rzeczywiście robi wrażenie. Jest na nim głęboki i demoniczny w swym kształcie, prawdopodobnie wygrawerowany „odcisk stopy”. Drugi kamień zdaje się być frag- Diabelski kamień w Kątkach, fot. P. Podlewski kentem większej części i posiada także relief wykonany ręką ludzką, o trudnym do zidentyfikowania wyobrażeniu. Przy dłuższych oględzinach można postawić hipotezę, że może on być pozostałością po średniowiecznym krzyżu pokutnym (typ łaciński). Pozostały tylko ramiona i „głowa” krzyża. Brak odpowiedniej dokumentacji zmusza jedynie do postawienia hipotezy. Na Pomorzu odnotowano, jak do tej pory, trzy istniejące krzyże pokutne: w Słupsku, Stargardzie Szczecińskim i Trzebiatowie. Również członkowie Bractwa Krzyżowego, zajmującego się odnajdywaniem krzyży pokutnych na terenie Śląska (600 odnotowanych zabytków), nie N w stanie w stu procentach stwierdzić, ze względu na zniszczenie i zwietrzenie kamienia, czy rzeczywiście kamień z Kątek jest krzyżem pokutnym. W czasach średniowiecza karano za zbrodnie na dwa sposoby. Obowiązywało prawo Wendetty”. Można było dokonać zemsty na zabójcy lub też materialnie zadośćuczynić r°dzinie zabitego. Decyzja należała do rodziny ofiary. Samo zrobienie i umieszczenie krzyża w miejscu zbrodni nie było jednak wystarczającą rekompensatą za popełniony czyn. 82 Niekomercyjny przewodnik po Ziemi Sztumskiej, część 1 Zbrodniarz musiał także zadośćuczynić rodzinie swojej ofiary. Zobowiązany był przez prawo do utrzymania sierot i wychowywania ich, przekazania rodzinie poszkodowanego pewnej kwoty pieniężnej lub daru w naturze, a także do zwrotu kosztów leczenia i pogrzebu w wypadku zabójstwa. Czasami osądzony zmuszony był do poślubienia żony swojej ofiary. Wiązało się to z przejęciem obowiązków zmarłego i sumiennym ich wykonywa-niem. Na tym nie kończyło się karanie przestępcy. 7 7 W swej rodzimej parafii musiał zamówić szereg mszy w intencji swojej ofiary, zakupić wosk oraz świece do kosc.oła a także odbyć pielgrzymkę pokutną do miejsc świętych, często do Rzymu , Sant.ago de Compostela lub sfinansować taką pielgrzymkę innemu pątnikowi. Odnotowano tez przypadk. że zbrodniarz w ramach pokuty musiał włożyć ręce do grobu i trzymając zmarłego za dłonie prosić o przebaczenie. Czasami pozwalano na samo leżenie krzyzem na grob.e zabitego lub na przejście nago przez wieś. W XV wieku zaczęto rzezbic na krzyżach narzędzia mordu. Pojawiały się ryte miecze, kusze noże łopaty, sztylety sierpy, widły, nożyce. Wiązało się to z silnym analfabetyzmem ówczesnych mieszczan . chłopow którzy zastępowali pismo symbolem. Zdarzały się także przypadki wyrzeźbienia stopy lub ręki jako narzędzi zbrodni. 7 ? P YP Czy kamienie z Kątek są pozostałościami po prawie średniowiecznym; Brak doku-mentacji . odpow.edn.ch przekazów uniemożliwia jednoznaczną odpowiedź Mieszkańcy dworu parokrotnie juz zapobiegł, wywiezieniu kamieni przez nieznanych nA • L rzy mocno się nimi interesowali. Nam pozostają jedynie legendy i kolejne hipotezyW’ Kamień w Kątkach. Domniemany średniowieczny krzyżypokutny, fot. p. Podlewskt Wiesław Olszewski 83 Wiesław Olszewski ZATOKA ŚWIEŻA Zalew Wiślany jest lagunową zatoką Morza Bałtyckiego wyodrębnioną z Zatoki Gdańskiej przez odcięcie jej Mierzeją Wiślaną. Jako akwen bardzo płytki podatny jest na zmiany hydrograficzne i te naturalne, i te uczynione ręką ludzką. Jego pierwotna linia brzegowa przebiegała zupełnie inaczej. Dzisiejszy jej kształt jest wynikiem naturalnych zmian zachodzących w delcie Wisły oraz celowej działalności człowieka, która zaczęła się już w średniowieczu. Prace nad kształtowaniem tego akwenu trwały przez całe wieki. Zamierzenia były i są (niestety) jeszcze większe. Zmieniała się też na przestrzeni wieków nazwa zatoki. Płynący do Truso ok. roku 90 Wulfstan wymienia nazwę Estmere, co znaczy morze (zalew) Estów, przez nas zwanych Prusami. Współczesna nazwa litewska brzmi bardzo podobnie. W przywileju księcia pomorskiego Sambora I oraz w krzyżackiej kronice Piotra z Dusburga pojawia się łacińska nazwa „Marę Recens” co znaczy Morze Świeże („świeże” w znaczeniu słodkowodne) w przeciwieństwie do występującej w tychże dokumentach nazwy Bałtyku - „Marę alew Wiślany ok. 1300 roku wg II Bertrama. Opr. R. Szyluk 84 Zatoka Świeża Salsum”, czyli „Morze Słone”'. Z roku 1288 pochodzi zapis „Recenti Mari Hab” (Haff) z której to nazwy utworzono późniejszą niemiecką nazwę zalewu Frisches Haff - Zatoka Świeża, Zatoka Fryska - takie nazwy dzisiejszego Zalewu stosowano w literaturze polskiej w wiekach minionych. Pierwsza to tłumaczenie, druga - fonetyczne spolszczenie niemieckiej nazwy Frisches Haff. Przymiotnik Frische = Świeży dotyczył także Mierzei Wiślanej (Frische Nehrung), tak nazywała się również jedna z rzek wpadających do Zalewu. Na mapie Wojskowego Instytutu Geograficznego z 1934 roku przedstawiono zamiennie Zalew Fryski albo Wiślany. Obecną nazwę Zalew Wiślany wprowadzono urzędowo zarządzeniem z 1950 roku, zastępując poprzednią niemiecką nazwę2. Zalew Wiślany to jeden z najbardziej atrakcyjnych wewnętrznych akwenów Morza Bałtyckiego, posiadający status wód morskich. To mulista niecka, która rozciąga się w postaci wydłużonego prostokąta, o długości około 90,7 km (w tym na terenie Polski 35 1 km) i średniej szerokości 9,2 km (zakres od 6,8 do 13,0 km), od Żuław Wiślanych’aż po Półwysep Sambii i ujście Pregoły. Jest zbiornikiem bardzo płytkim, średnia głębokość wynosi 2,5 m. Powierzchnia Zalewu wynosi 838 km2. Mocą uchwał Konferencji Poczdamskiej Zalew został przedzielony granicą państwową. Po polskiej stronie znalazło sie ok. 40% powierzchni, dokładnie 328 km2. Zalew Wiślany to wyjątkowo cenne środowisko przyrodnicze. Cała polska część objęta jest programem ochrony przyrody Natura 2000. Jest siedliskiem wielu cennych chronionych, rzadkich w skali europejskiej, gatunków roślin, ssaków, ptaków i ryb Lokalizacja w ujściu Wisły przez wieki narażała Zatokę na zamulanie a przez to na wypłycanie i zarastanie, zwłaszcza jej południowo-zachodniej części Niewielka ałebo kość akwenu prowokowała też człowieka do ingerencji w jego naturalne ukształtowanie Przyświecały temu 1 nadal przyświecają mniej lub bardziej realistyczne cele gospodarcze' ale również kwestie polityczne. Kilkakrotnie już planowano łączyć Zalew z Bałtykiem przez przekopanie Mierzei. Od średniowiecza zaczęto też prace przy osuszaniu części wód d!a pozyskania terenów rolniczych. Szacuje się, że przez ostatnie 400 lat powierzchnia Zalewu Wiślanego zmmejszyła s.ę o około 20 rys. hektarów, głównie w jego południowo--zachodmej części. W miejsce wypartej wody powstały depresyjne poldery nadzalewowe: w^v, ’ G;°Ch°W° oraz Now°'ki i Nowakowo w delcie Nogatu W XVI weku wyłoniono tzw Terytorium Wybicka. Spolderyzowano płytki akwen ś nieckę porośniętą moczarami . lasem łęgowym w okolicach dzisiejszego Wybicka prawie nieistniejących juz Starych Babek aż po Orłowo po południowe; T - u P f nr 7. Jest to obecnie część dużego polderu Chłodniewo2 ' W latach 1938-1942 powstało tzw. Terytorium Marzecina Ck. 1 (ok. 8,5 km2) Zalewu Wiślanego zwaną Zakątkiem Stobieckim połączoną ? kiem o szerokości 800 m. Obszar ten został włączony wówczaTdo ’ T wego polderu Marzęcina. W 1950 roku założono na nim trwałe • ™1C do Państwowych Gospodarstw Rolnych: Hałdy, Wężownica i Gozdawa^ 1 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich Tom XI i qoa 2 https://pl.wikipedia.org/wiki/Zalew_Wislany ’ 3 Kazimierz Łomniewski, Zalew Wiślany, PWN Warszawa 1958 Kazimierz Cebulak, Żuławy i Mierzeja moje miejsce na Ziemi, Gdańsk 2001 64 5 Aleksander Baranowski, Roczniki Gleboznawczej. XI, Warszawa 1962 S Wiesław Olszewski 85 Już jesienią 1939 roku powołano filię Obozu Stutthof w Przebrnie. Umieszczeni tam więźniowie, głównie Polacy z Pomorza i Wolnego Miasta Gdańska, w nieludzkich, morderczych warunkach budowali wał kolejnego polderu. Główne prace trwały do 1941 roku ale podobóz z przerwami funkcjonował aż do roku 1944. Kosztowało to życie bardzo wielu ludzi6. Pojawiły się też plany inwestycji o znacznie większej skali — osuszenia prawie całego Zalewu Wiślanego. Pierwsza wizja jego osuszenia została przedstawiona już w 1874 roku przez Juliusa Alberta Lichta (1821-1898). Był on przez 30 lat wielce zasłużonym architektem miejskim Gdańska. Nadzorował lub projektował budowę w mieście systemu kanalizacyjnego i wodociągowego, brukowania ulic i chodników. Był także odpowiedzialny za budowę linii tramwajów konnych, szpitali oraz miejskiej rzeźni. W 1871 wybudowano zaprojektowany przez niego gmach teatru. W Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich z 1890 roku czytamy: Zachodnia część Zatoki zarasta i zamuła się coraz bardziej, dlatego istnieje już dawno zamiar cały ten kąt osuszyć, przez co uzyskano by żyzny obszar ziemi. Temat ten pojawił się także na krótko w początkach drugiej dekady XX wieku. Wtedy na przeszkodzie stanął prawdopodobnie wybuch I wojny światowej. Do zagadnienia powrócono w 1928 roku. Niemieckie władze Elbląga postanowiły zbadać techniczne możliwości osuszenia Zalewu. Przesłankami do realizacji tego kosztownego przedsięwzięcia hydrotechnicznego były głównie czynniki ekonomiczne - panujący w drugiej połowie lat dwudziestych kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie w Elblągu oraz potrzeba powiększenia areału ziem uprawnych. W mniejszym stopniu brano pod uwagę ochronę Żuław przed powodziami. Powstało kilka opracowań, w których pozytywnie oceniono możliwości osuszenia Zalewu Wiślanego, powołując się głównie na doświadczenia holenderskie. Za podstawę prac przyjęto projekt inżynierów Herberta Dromtra i Otto Jauera, wydany drukiem przez magistrat elbląski w roku 19327. Przewidywał on budowę kanału żeglugowego o głębokości b metrów jako przedłużenie rzeki Elbląg. Miał biec przez wysuszony i spolderyzowany obszar do Krynicy Morskiej, a w jej pobliżu przekopem przez Mierzeję Wiślaną z wyjściem do Zatoki Gdańskiej. Drugi kanał miał powstać między Elblągiem a Królewcem w krawędzi Wysoczyzny Elbląskiej. Z ogólnej powierzchni Zalewu 860 km2 przewidywano do osuszenia 63% czyli 542 km2. Pozostawiony w stanie naturalnym miał być tylko akwen położony na północ i południowy wschód od istniejącego już kanału żeglugowego między Głębią Pilawską a Królewcem. Obszar ten podzielono na trzy poldery. Projekt określał szczegółowo sposób wykonania prac odwadniających i późniejszego zagospodarowania uzyskanego terenu. Przewidywał budowę pięciu stacji pomp o 14 pompach, 118 km grobli, 9 mostów oraz około 300 km szos biegnących wzdłuż rowów odwadniających. Całkowity koszt prac autorzy oceniali na 45 milionów ówczesnych marek. Czas trwania prac to 6—10 lat po 200 dni w roku. Kazimierz Cebulak, Delta Wisły powyżej i poniżej poziomu morza. Nowy Dwór Gdański 2010, s. 40. Magistrat der Stadt Elbing: Denkschriji iiber die Trockenlegung des Frischen Haffi und den Durchstich durch die Frische Neh-rung be i Kahlberg. 86 Zatoka Świeża Zatrudnienie przy rozłożeniu robót na 7 lat wynosiłoby około 3000 robotników rocznie. Odwodnienie Zalewu miało dać około 218 tys. mórg, czyli ok. 54,5 tys. ha żyznej ziemi, porównywalnej z jakością gleb żuławskich. Przyjmując szacunkowo wydajność z morgi na 200 marek i mnożąc tę liczbę przez 210 600 (obszar uprawny po odjęciu powierzchni dróg, rowów itp.) otrzymano kwotę 42,12 min marek wpływu rocznego. Na odwodnionym obszarze zakładano osiedlić 9792 rolników na 20-morgowych gospodarstwach 2742 rzemieślników i rybaków mających dodatkowo 5 mórg ziemi oraz 522 rodzin innych zawodów. Razem dawało to utrzymanie 13 056 rodzinom. Na przeszkodzie realizacji przedsięwzięcia stanęła najprawdopodobniej zbliżająca się kolejna wojna światowa. Do projektu osuszenia Zalewu Wiślanego wrócono po drugiej wojnie światowej, kiedy jego część przypadła Polsce. Tym razem uzasadnieniem działań miała być ochrona przeciwpowodziowa Żuław Wiślanych - powódź z 1 na 2 marca 1949 roku zatopiła znaczną część polderów. W latach sześćdziesiątych nroiekt stał , . . i . i i i / r stai się czę scią planu zagospodarowania Żuław, ale nie został zrealizowany. Wówczas do realizacji przedsięwzięcia - prócz wysokich nakładów finansowych - konieczna była współpraca w tym zakresie ze Związkiem Radzieckim, co też nie było proste. Osuszenie Zalewu Wiślanego skończyło się na projektach, na szczęście! Wprawdzie zyskalibyśmy ok. 30 tysięcy hektarów żyznych, ale dzisiaj raczej niekoniecznych gruntów rolnych, przestałby jednak istnieć niepowtarzalny akwen wodny. Oby, równie szczęśliwie, nie ziściły się kolejne próby brutalnej ingerencji w ekosystem Zalewu! Marta Chmielińska-Jamroz 87 Marta Chmielińska-Jamroz Rajdy z historią ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH w tle Tradycyjnie już wakacje rozpoczynają się i kończą rajdami historycznymi związanymi z działalnością 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Pierwsza tego typu impreza odbywa się w Borach Tucholskich, druga — na dalekim Podlasiu. W obu wydarzeniach uczestniczą grupy młodzieży z Malborka, Sztumu i okolic. Tym razem mamy dodatkowy powód do dumy, bo to właśnie 3 Malborska Starszoharcerska Drużyna „Uderzenie” im. 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK zajęła pierwsze miejsce w IX Podlaskim Rajdzie Śladami Żołnierzy 5. W BAK. SZLAKIEM WYKLĘTYCH Pomysł na rajdy historyczne wziął się z potrzeby dotarcia do młodych ludzi w sposób inny niż klasyczne wykłady czy słowo pisane. Nie ma chyba lepszego sposobu na poznanie historii jak bezpośredni kontakt z miejscem i świadkami pamiętającymi zdarzenia z przeszłości. Podlaski Rajd Śladami Żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej jest młodszym bratem największego i najstarszego w Polsce Rajdu Pieszego w Borach Tucholskich organizowanego przez Stowarzyszenie Historyczne im. 5. WBAK. Pomysł z Pomorza przyjął się na Podlasiu i od 9 lat co roku odbywa się tu podlaska edycja historycznej imprezy. Podlasie było sceną działań zarówno 5. jak i 6. Brygad Wileńskich Armii Krajowej oraz silnej narodówki z 3. Brygadą NZW na czele. Teren powiatu Wysokie Mazowieckie czy Bielsk Podlaski to miejsca, w których co wieś czy kolonia to wspomnienia o partyzantach. Mieszkańcy gminy Nowe Piekuty, gdzie znajduje się rodzinna miejscowość Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, z dumą wspominają swoje spotkania z tym odważnym żołnierzem, dla nich pobyt partyzantów w ich stronach to powód do dumy. Taki teren służy zatem poznawaniu historii i organizatorzy, czyli Stowarzyszenie Historyczne im. Danuty Siedzikówny „Inki”, wykorzystują tę zaletę. POMORSKI EPIZOD Rajd na Pomorzu rozpoczyna się zawsze w pierwszą sobotę po zakończeniu roku szkolnego. Uczestnicy wyruszają z jednej miejscowości i wędrując różnymi trasami muszą dotrzeć do punktu końcowego, w tym roku było to Lubichowo. Tym razem organizatorzy przygotowali wyjątkowe atrakcje, ponieważ do organizacji dołączyli żołnierze z 9. Warmińskiego Pułku Rozpoznawczego im. płk. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” 88 Rajdy z historią Żołnierzy Wyklętych w tle z Lidzbarka Warmińskiego. Nowoczesna kuchnia połowa oraz zajęcia na trasie stały się niekwestionowanym hitem tegorocznego rajdu na Pomorzu. Trasa wiedzie przez historyczne miejscowości, których na terenie Borów Tucholskich nie brakuje. Trasy i zadania na nich przygotowane są w taki sposób, aby młodzież jak najwięcej osobiście doświadczyła. Niestety brakuje już kombatantów, którzy zwykle towarzyszyli uczestnikom. W tym roku pustkę po zmarłym Józefie Bandzo „Jastrzębiu” miał wypełnić najmłodszy żołnierz 3. Brygady Wileńskiej AK, Jerzy Widejko „Jureczek”. Jego pobyt był dodatkową atrakcją dla młodych ludzi, którzy mogli porozmawiać z „Jureczkiem” i zapytać o jego wojenne losy. Tradycyjnie już od kilku lat w rajdzie na Pomorzu biorą udział grupy z naszego regionu. Szlaki przecierał „Szwadron Powiśle” z Mikołajek Pomorskich, po nich dołączyła 3 Mal-borska Drużyna Starszoharcerska im. 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i 2 Malborska Drużyna Harcerska „Watra”. PODLASKA EPOPEJA Podlaski okres działalności partyzantki niepodległościowej jest niewątpliwie ciekawszy i bogatszy niż pomorski epizod 5. WBAK i nielicznych lokalnych oddziałów działających na Ziemiach Odzyskanych. Powiaty Bielsk Podlaski czy Wysokie Mazowieckie były terenem działania 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Marta Chmielińska-Jamroz 89 6. Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez Lucjana Minkiewicza „Wiktora” i później przez Władysława Łukasiuka „Młota”, a po jego śmierci przez Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”. Ponadto na podlaskiej ziemi walczyli żołnierze formacji narodowościowych na czele z 3. Brygadą Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzoną przez Romualda Rajsa „Burego”. Miejscowości takie jak Perlejewo, Miodusy Pokrzywne, Osmolą, Pobi-kry, Pruszanka Baranki, Liza Stara, Brzozowo Antonie, Brzozowo Muzyły, Kostry Noski czy Nowe Piekuty to tylko fragment mapy partyzantki niepodległościowej tego terenu. Dlatego też organizatorzy starają się jak największą część tych miejscowości przybliżyć uczestnikom. Tym razem odbywała się już IX edycja Podlaskiego Rajdu Pieszego Śladami Żołnierzy 5. WBAK, udział w nim wzięło około sześćdziesięciu uczestników — w tym harcerze z Malborka oraz pojedyncze osoby z Gdańska, Sztumu i innym miejsc w regionie. Tradycyjnie już silną grupą była 3. Malborska Drużyna Starszoharcerska im. 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i grupa nieformalna, w skład której weszła część osób ze „Szwadronu Powiśle”. — Dla naszej drużyny udział w Rajdzie Szlakiem 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej jest najważniejszym wydarzeniem harcerskiego roku, mówi Łukasz Kawicki prowadzący 3. Starszoharcerska drużynę z Malborka. Tematyką rajdu jest historia podziemia niepodległościowego 1944—1963. Jest to nie tylko kilkudziesięciokilometrowa wędrówka przez piękne zakątki Podlasia, ale wydarzenie, które odbieramy duchowo i emocjonalnie. Drużyna sztumsko-malborska na rajdzie na Podlasiu, fot. archiwum 90 Rajdy z historią Żołnierzy Wyklętych w tle Podobnie jak na Pomorzu, uczestnicy podzieleni na grupy, tu zgodnie z tradycją 5. Brygady nazywane szwadronami, poruszali się wyznaczonymi trasami i wypełniali zadania rajdowe. Jednym z najistotniejszych elementów Rajdu było zbieranie wiadomości i relacji od świadków historii. Zadania przygotowane przez Oddziałowe Biuro Edukacji Narodowej IPN w Białymstoku miały za zadanie utrwalić wśród uczestników lokalną historię - zarówno tę związaną z partyzantami, jak i zdarzenia z okresu okupacji niemieckiej, powstań narodowych czy też miejsca ważne dla lokalnej społeczności. Nie zabrakło też spotkań z historykami - o Kazimierzu Kamieńskim „Huzarze” opowiadał Łukasz Lubicz Łapiński z białostockiego Oddziału IPN, a o poszukiwaniach bohaterów narodowych na „Łączce” - Marek Nadolski z Biura Poszukiwań i Identyfikacji z Warszawy - Wykłady historyków IPN oraz rozkazy, które otrzymujemy przed wymarszem, zawierają rys historyczny lokalnych zdarzeń. Dzięki temu, wędrując przez wsie, mamy możliwość odszukania ostatnich żyjących świadków tej zarówno pięknej i bohaterskiej ale i tragicznej historii naszej Ojczyzny - mówią harcerze z Malborka. Spotkanie z tymi ludźmi to najlepsza lekcja historii. Młodzież miała też okazję wziąć udział w rekonstrukcji potyczki pod Brzozowem Antoniami, gdzie rajdowicze wspierani byli przez Grupę Rekonstrukcji Historycznych im. Brygady Kawalerii „Plis”. Zakończenie Rajdu jak zawsze odbyło się w rocznicę zamordowania Danuty Siedzikówny „Inki” 28 sierpnia w Narewce. Reprezentująca nasze strony Drużyna Starszoharcerska z Malborka zajęła pierwsze miejsce w rajdowych zmaganiach. Nagrody naszym harcerzom wręczał między innymi Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej i Piotra Kardela, dyrektor białostockiego Oddziału IPN. - W tym roku nasza drużyna w rywalizacji pomiędzy szwadronami zajęła pierwsze miejsce - podsumowują zwycięzcy. - Bardzo cieszymy sie ze zwycięstwa, tym bardziej, że wygraliśmy po raz pierwszy. Mimo wszystko największą nagrodą dla nas jest możliwość udziału w rajdzie za rok. Organizatorem rajdu w Borach Tucholskich jest Stowarzyszenie Historyczne im. 5. WBAK z Sopotu, a siostrzaną imprezę na Podlasiu przygotowuje Stowarzyszenie Historyczne im. Danuty Siedzikówny „Inki” z Hajnówki. Obie organizacje wspierane są między innymi przez Instytut Pamięci Narodowej. Tomasz Jagielski 91 Tomasz Jagielski STRAŻNIK WAŁOWY Z KOŹLIN Rok 2017 został ustanowiony Rokiem Wisły. Ta królowa polskich rzek jest znana od dziecka każdemu Polakowi choćby z piosenki „Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie”. Piękna i urokliwa bywa także niebezpieczna. Wielu mieszkańców Żuław Gdańskich od wieków sprawdzało jej stan i wysokość. Wały, tamy i zapory, które budowali, miały chronić przed wielką wodą. Najmniejsze zaniedbania i zlekceważenie obowiązków mogło pociągną za sobą straszne konsekwencje. Może warto przypomnieć starą żuławską legendę w tym wyjątkowym roku Wisły, na pamiątkę i jako ostrzeżenie, że ta dumna polska rzeka bywa także bardzo groźna i srogo karze za błędy. Wały rzeczne na Żuławach pełnią niezwykle ważną funkcję. Nie wolno ich zaniedbać, muszą być utrzymane należycie, wciąż ulepszane i niezwykle pilnie strzeżone. Od ich stanu zależy życie mieszkańców Żuław. Przerwanie wału grozi zalaniem krainy. Wówczas woda pochłonie i ludzi i ich majątki. W dawniejszych czasach istniał specjalny urząd głównego wałowego, a podlegali mu strażnicy wałowi. Byli to mężczyźni sumienni, rozsądni i zdecydowani. Tylko tacy mogli strzec ludzi i ich majątków. Ufano im. Takim właśnie człowiekiem był strażnik wałowy z Koźlin. Szczególnie niebezpiecznym okresem dla Żuław była wczesna wiosna, kiedy topniały śniegi i lody. Wtedy wody Wisły i Nogatu podnosiły się znacznie i wszyscy bali się powodzi. Strażnik miał wówczas dużo pracy. Musiał stale czuwać. Którejś wiosny wody podniosły się nadzwyczaj wysoko. Strażnik każdego dnia objeżdżał na swym wspaniałym siwoszu wały i wyszukiwał miejsc szczególnie narażonych na uszkodzenie. Tak było przez wiele dni. Okoliczna ludność błagała Boga, by utrzymał wodę w ryzach. — Módlmy się o wytrwałość dla wałowych i robotników — zachęcał proboszcz. — Od nich wiele zależy. Wałowy również w duchu się modlił. Wody zaczęły powoli opadać. Najgorsze minęło. Mieszkańcy cieszyli się i świętowali. Strażnik raz jeszcze objechał teren, by sprawdzić stan wałów. Pod koniec dnia dojrzał niewielki otwór wydrążony w wale przez wydrę. Pomyślał jednak, że zajmie się tym nazajutrz. Przecież wody opadły i bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło. — Robotnicy świętują, będę wołał ich tylko po to, by załatali tak małą dziurę. A i ja jestem już zmęczony. Jutro z samego rana przyjadę w to miejsce i sprowadzę tu ludzi. Dziś niech się bawią. 92 Strażnik wałowy z Koźlin Niestety, w nocy zerwał się silny północny wiatr. Wody i kry lodowe zaczęły się spiętrzać i cofać. W mgnieniu oka powstał zator lodowy i poziom wody podniósł się jak nigdy dotąd. Nikt początkowo tego nie zauważył. Ale gdy tylko dostrzeżono niebezpieczeństwo, zbudzono wszystkich. Strażnik jak oszalały galopował na swym koniu w kierunku miejsca, w którym wczoraj zauważył dziurę. Było już jednak za późno. Woda przerwała wał i wdarła się na pola, wkrótce miała zatopić domy i zagrody. Strażnik podjechał blisko. Zsiadł z konia. Patrzył, jak woda z olbrzymią siłą wyrywa kolejne ziemne fragmenty wału. Nic już nie mógł zrobić. Oskarżał siebie samego o nieuwagę i niekompetencję, obwiniał się o to, że przez własną niedbałość ściągnął na ten kwitnący kraj spustoszenie. Zatrwożyła go moc zniszczenia. Niewiele myśląc, wskoczył znowu na konia. Ruszył galopem po wale. Pędził, jakby stracił rozum. Ludzie widzieli go, wołali, krzyczeli. On ich nie słyszał. Spiął konia i... skoczył do rzeki. Wody najpierw rozstąpiły się gościnnie, przyjęły konia i jeźdźca, po chwili zamknęły się nad nimi obojętnie. Szare, wzburzone, zachłanne. Od tej pory co roku, gdy nastaje czas wiosennych roztopów, pokazuje się przy Wiśle jeździec. Widać go tam, gdzie wał jest zniszczony, nadwyrężony. Strażnicy wiedzą, że to znak dla nich. Muszą przyjrzeć się tym miejscom szczególnie uważnie. Może warto odwiedzić strażnicę wałową w Koźlinach i wiślane wały, aby przypomnieć sobie dawną żuławską legendę. Wały rzeczne to doskonałe miejsce na piesze i rowerowe wyprawy w ten wiosenny czas. Może ukarze się nam również strażnik wałowy z Koźlin. Strażnica wałowa w Koźlinach dziś, fot. autor Dominik Żyłowski 93 Dominik Żyłowski SZEŚĆ GRAJCARÓW. Kartka z podróży w czasie Sześć grajcarów oferował Flanderka, wachmistrz c.k. żandarmerii w Putimiu miejscowemu głupkowi, zwanemu Pępku Podskocz, za to, że ów natychmiast go poinformuje, gdyby kto źle się wyrażał na temat cesarza pana. Pewnie nikt nigdy by nie usłyszał o Flanderce, gdyby nie to, że na jego drodze pojawił się niejaki Józef Szwejk z Pragi, zmierzający — nieco naokoło - do swego pułku w czeskich Budziejowicach, z którym niebawem wyruszy na front do Galicji1. Sto lat później w starym domu w galicyjskim miasteczku trzymam w ręku austriackiego „szóstaka” — takiego samego, jak ten, ze sceny w powieści Jaroslava Haska — i wyjmuję z drewnianej kasetki zdjęcia. Filipina (wiem, jak ma na imię, bo na odwrocie jest podpis) stoi obok chłopaka w udekorowanym rzędem orderów mundurze cesarsko--królewskiego kapitana. To jest jej brat. Ten sam chłopak jest na innym jeszcze zdjęciu. Musi ono być nieco starsze, bo tu ma jeszcze dystynkcje porucznika i żadnych odznaczeń. Stoi na nim obok kolegi w identycznym mundurze. Ten drugi ma na imię Stanisław i kiedyś ożeni się z Filipiną. Oba zdjęcia wykonał fotograf w atelier. Na trzecim zdjęciu, zrobionym w plenerze, gdzie za tło posłużyła jakaś ściana z desek, Stanisław ma na sobie mundur połowy (nie umiem rozpoznać stopnia). Jest nieogolony, ale postawę ma dziarską. Może zrobiono je gdzieś na froncie? Może było dołączone do listu Widok Przemyśla z wieży zegarowej — dzisiejsze Muzeum Dzwonów i Fajek, fot. D. Żyłowski Sześć grajcarów, fot. D. Żyłowski Witryna sklepowa w Sanoku, fot. D. Żyłowski 1 Jaroslav Haśek, Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej, tłum. Antoni Kroh, Znak, 2009. 94 Sześć grajcarów. Kartka z podróży w czasie do narzeczonej, że ma się dobrze, że niech się nie martwi? W tej samej kasetce jest opatrzony urzędowymi pieczątkami zeszyt w kratkę. To założona w 1946 roku książka meldunkowa domu, w którym właśnie się znajduję. W środku są tabelki, a w rubrykach — imiona, nazwiska, narodowości, skąd i kiedy kto przyjechał itd. Jest i Filipina. Mieszka tu, odkąd się urodziła w 1899. W tym momencie ma już dorosłe dzieci. W 1923 roku - tym samym, w którym umiera autor przygód Szwejka - urodził się jej syn - Wacek. Też będzie tu mieszkał aż do śmierci. Na razie przeżyli wojnę i okupację. Pisali listy, robili sobie zdjęcia, przesyłali życzenia imieninowe i świąteczne. I walczyli. Wacek posługuje się pseudonimem „Cygan”, jest strzelcem, służy w krakowskim okręgu Armii Krajowej. W 1995 roku prezydent RP Lech Wałęsa odznaczy go za to krzyżem AK. Będzie miał już wtedy dorosłe dzieci i prawie dorosłe wnuki. Dziadek śpiewa sprośne piosenki i umie zrobić taką śmieszną „myszkę” z chustki. I jeszcze robi tak, że jak próbuje się ją pogłaskać, to ona podskakuje jak żywa. Będzie zabawiał tą sztuczką dwa pokolenia wnucząt. Wacław Dzieńiewicz, dziadek mojej żony, zmarł 17 lipca 2017 r. Został pochowany, tak jak jego rodzice, na cmentarzu w Łańcucie. W jego komórce na narzędzia, którą nazywał swoim „gabinetem” i gdzie gromadził wszelkie rupiecie, które „mogą się jeszcze przydać”, znajduję wiszącą na gwoździu stronę gazety ze zdjęciem Jarosława Kaczyńskiego wystylizowanego na arystokratę. Trzymając w palcach sześciograj-carówkę przypominam sobie scenę i powieści Haska, jak to niejaki pan Palivec, właściciel praskiej gospody „U Kalicha”, został aresztowany, bo przyznał nieopatrznie, że wyniósł na strych portret cesarza pana, ponieważ srały nań muchy. Wnętrze „gabinetu” Wacława Dzieniewicza, fot. D. Żyłowski Typowa zabudowa Łańcuta, fot. D. Żyłowski Album rodzinny, fot. D. Żyłowski Dominik Żyłowski 95 C.k. porucznicy, fot. D. Żyłowski Prababka Filipina z bratem, fot. I). Żyłowski Stanisław Dzieniewicz, fot. D. Żyłowski Cmentarz w Łańcucie, fot. D. Żyłowski Kartka imieninowa z czasów okupacji (pod nią leży książka meldunkowa domu w Łańcucie), fot. D. Żyłowski Wnętrze domu w Łańcucie — zdjęcie ślubne Wacława i Kazimiery Dzieniewiczów, fot. D. Żyłowski Dobry żołnierz Szwejk na przemyskim rynku, fot. D. Żyłowski Na tropach historii Bogumił Wiśniewski OSTATNIO ODKRYTE GRODZISKA W PONEZANII W archeologii o odkryciu skarbów, grodzisk, bardzo często decyduje zwykły przypadek. Wiele razy słyszy się w mediach, że rolnik podczas prac polowych wyorał artefakt, który od razu zaciekawił specjalistów z branży. Zdarzają się również jeszcze bardziej zaskakujący odkrywcy. Parę lat temu prasa donosiła, że leśniczy natknął się na garnek srebrnych i złotych monet, który został wykopany z ziemi przez ryjące dziki. Takie przykłady można byłoby mnożyć, ale to materiał na inny artykuł. Podejrzewam, że tylko nieliczni znalazcy bezcennych dóbr kultury zgłaszają odpowiednim służbom swoje przypadkowe odkrycia artefaktów. Gros pewnie tego nie robi. Dużo na ten temat można byłoby powiedzieć, ale proszę mi darować, poprzestanę tylko na tym stwierdzeniu. Jedno jest pewne. Osoby, które informują o swoich przypadkowych znaleziskach Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, bez wątpienia pomagają archeologom i bezpośrednio przyczyniają się do zlokalizowania prastarych osad, cmentarzysk lub innych miejsc kultu. Taka obywatelska postawa jest godna pochwały. Dzięki właściwemu podejściu do spawy, tylko takie osoby wpisują się na listę prawdziwych odkrywców. Trzeba chwalić i doceniać ich za bezinteresowność. Proszę tylko nie myśleć, że przypadkowe odkrycie jest jedynym źródłem informacji na temat dawnej historii wyznaczonego obszaru. Przyjmuje się, że jest to uzupełnienie, takie dołożenie drobnej cegiełki do funkcjonujących już wyników z wcześniejszych badań nad osadnictwem pradziejowym lub nowożytnym. Nowe artefakty wyciągnięte z ziemi dopasowuje się do znanych już w literaturze kultur archeologicznych, operujących na danym terenie. Jak się da, to dobrze. Wielokrotnie jednak badacz napotyka na trudności z ich interpretacją. To nie jest tak, że wszystko od razu wiadomo. Gdy nie może ich powiązać z czymkolwiek występującym w danej kulturze, to wtedy przypisuje im, najprościej ujmując, charakter kultowy. Przypomina to żmudną pracę wytrawnego detektywa. Najczęściej rozwiązanie zagadki z przeszłości, przychodzi dopiero wtedy archeologowi, kiedy odsiedzi swoje w bibliotece. Wyniki ze swoich badań przedstawia później na sympozjum naukowym lub w branżowych pismach. Na koniec taki delikwent musi poddać się krytyce naukowej i obronić swoją zaprezentowaną szerokiej publiczności koncepcję. Czasami to nie jest przyjemne zadanie. A jak jeszcze jego ustalenia zaczynają burzyć ustalony stan w nauce, to dopiero zaczyna się przysłowiowa jazda - wszystkich na jednego. Ale to, na inny temat Bogumił Wiśniewski 97 Dzisiaj badaczowi przychodzą z pomocą wyrafinowane programy komputerowe, które odsłaniają w zalesionym terenie anomalie w gruncie, wykonane przez człowieka wieleset lat temu. Są one wręcz namacalne i nie do podważenia. Nowa technologia pozwala zrewolucjonizować warsztat archeologa do takiego stopnia, iż bezpośrednio wpływa ona na jego ostateczny wynik badań. W takim wypadku, archeologowi pozostaje tylko zweryfikować badania gabinetowe przysłowiowym wyjściem w teren. Wiadomo jednak, że tylko wieloetapowe badania archeologiczne dadzą pełną odpowiedz, czy ustalenia z „komputera” i jego oprogramowania nie są mylne. Nowe techniki poznawcze idące w dawne kultury, może zabrzmi to trywialnie, pozwalają wniknąć do ich trzewi bez przysłowiowego skalpela. Parę lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że odkryć archeologicznych można dokonać, siedząc przy biurku. Tak to się teraz dzieje. Nieskromnie mówiąc, autorowi tekstu też przydarzyły się, takie wyjątkowe odkrycia przy biurku. Prowadziłem przez wiele godzin analizę powierzchni interesującego mnie terenu. Dzięki stronie internetowej www.geoportal.gov.pl, zdołałem odkryć nowe, nikomu nieznane obiekty. Aby upewnić się co do ustaleń, udawałem się we wskazane przez komputer miejsca. Chciałem przekonać się naocznie, nabrać pewności, że moje ustalenia są prawdziwe. Przecież nikogo nie mogą wprowadzić w błąd. Dzięki „wizji” lokalnej w terenie, wyodrębniłem, cztery grodziska na wschód od Kwidzyna oraz dwa grodziska za Kisielicami, które nie są jeszcze potwierdzone przez Wojewódzkiego Konserwatora Warmińsko-Mazurskiego. Odkryte grodziska nie były znane Pomprskiemu Wojewódzkiemu Urzędowi Ochrony Zabytków. Mogłoby się wydawać, że takie odkrycia należą do rzadkości w Polsce. Może parę lat temu tak było, ale obecnie - dzięki zastosowaniu nowych technik, typu: Light Detection and Ranging^ skrócie LIDAR, liczba odkrytych grodzisk w kraju przez archeologów i amatorów znacząco wzrosła. Autor tekstu zgłosił swoje odkrycie do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Gdańsku oraz do Instytutu Archeologii UMK w Toruniu w celu zweryfikowania hipotezy o odkryciu nowych nieznanych nauce obiektów. W związku z tym, 24 maja 2017 roku, wyznaczono robocze spotkanie w Kwidzynie. Po zapoznaniu się z lokalizacją grodzisk na przedwojennych mapach, uczestnicy spotkania udali się w wyznaczone obszary leśne, na których widniały grodziska. W spotkaniu udział wzięli: mgr Wioleta Jaskólska i mgr Jakub Mosiejczyk, od Konserwatora Wojewódzkiego w Gdańsku z Wydziału ds. Zabytków Archeologicznych, dr Jacek Bojarski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, natomiast Lasy Państwowe reprezentowali Katarzyna Jaskuła, inż. Artur Pękał oraz wielu życzliwych leśników napotkanych już bezpośrednio w terenie. Nie tylko byli przychylnie nastawieni, ale co najważniejsze - przygotowani do trudnych warunków terenowych. W wyprawie brał udział także autor artykułu. Mimo niesprzyjającej pogody (padał deszcz) udaliśmy się na wyznaczone obszary, aby stwierdzić, czy odkryte grodziska są rzeczywiście grodziskami sensu stricte, czy tylko anomaliami w terenie. Wszystkie obiekty w terenie były porośnięte lasem. Podczas oględzin niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że nie udało się zebrać żadnych ruchomych 98 Ostatnio odkryte grodziska w Pomezanii zabytków, które mogłyby bezpośrednio datować czas powstania obiektów. Ostatecznie jednak „wizja” w terenie potwierdziła, że mamy do czynienia z nowymi grodziskami. Czym jest grodzisko? Krótko mówiąc - jest to ukształtowana w terenie pozostałość po stałym lub czasowym pobycie ludzi w określonym miejscu, w której to wzniesiono obronne lub umocnione osady. W Polsce przyjmuje się, że w zasadzie grody były budowane w trzech okresach: w późnej epoce brązu i wczesnej epoce żelaza (czasy halsztackie). Grody były wznoszone w kulturze łużyckiej, która jest zaliczana do kręgu pól popielnicowych oraz w kulturze kurhanów zachodniobałtyjskiej. Trzeci okres budowania grodów na terenach dzisiejszej Polski, to czasy wczesnego i środkowego średniowiecza. Odkryte grody można podzielić na trzy rodzaje: jednoczłonowe, dwuczłonowe i wieloczłonowe. Oprócz tego grody, bez względu na ich rodzaj, były otoczone częściowo obronnymi elementami terenu np. skraj wysoczyzny, jezioro jak również podmokły teren lub bliskość jeziora. Można było wyróżnić grodziska pierścieniowe lub bez pierścieni. Przejdźmy w takim razie do omówienia odkrytych na Pojezierzu Iławskim grodzisk, które położone były w dawnej Pomezanii. W pierwszej części poinformuję o przybliżonej lokalizacji oraz podam ich wymiary i powierzchnię. W drugiej części zinterpretuję, do jakiej ewentualnie kultury można je zaliczyć. W trzeciej części przedstawię moje przypuszczenia co do grodziska dwuczłonowego spod miejscowości Rozajny Małe. Pierwsze grodzisko pierścieniowe, dwuwałowe, jednoczłonowe - wybudowano je na wyspie: długość jego wynosiła około 61 m, szerokość 40 m. Powierzchnia majdanu zajmowała około 10 arów, natomiast powierzchnia całego grodziska od podstawy wału okalającego majdan wraz z fosą wynosiła około 21 arów. Drugie efektowne grodzisko pierścieniowe, trzywałowe, jednoczłonowe, ulokowano na wysoczyźnie terenu (Fuchsberge). Wzniesiono go od zachodu przy nieznanym z nazwy obecnie osuszonym jeziorze, dalej przy Jeziorze Młotkowskim, a od południa przy Jeziorze Klasztornym. Natomiast od wschodu grodzisko było chronione wzgórzami wzniesień morenowych. Wymiary grodziska: długość - 158 m, szerokość - 95 m> powierzchnia Bogumił Wiśniewski 99 majdanu w kształcie nerkowatym po koronie — około 39 arów, cała powierzchnia wraz z trzema wałami i dwoma fosami w kształcie owalnym wynosi około 1,20 hektara. Grodzisko wieloczłonowe położone jest na półwyspie: długość całego grodziska to 190 m, a szerokość w najszerszym miejscu to około 71 m, natomiast powierzchnia całego grodziska od podstawy wynosi około 1,20 hektara. Odkryłem być może (nie mam jeszcze potwierdzenia od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków woj. Warmińsko-Mazurskiego) również dwa inne grodziska: jedno oddalone 4,5 km, a drugie 5,65 km od Kisielic. Są one bardzo zbliżone do obiektów opisanych powyżej, dlatego uważam, że trzeba również przedstawić je w naszym kwartalniku, z powodu przybliżonego czasu ich powstania oraz ze względu na niedalekie ich położenie w stosunku do wymienionych wyżej grodzisk. Pierwsze grodzisko jednoczłonowe położone jest na północny wschód od Kisielic. Wzniesiono je na dawnym obszarze podmokłym, obecnie teren jest osuszony. Majdan otoczony jest czterema wałami i trzema fosami, długość jego to 110 m i szerokość — 89 m. Grodzisko pierścieniowe o kształcie owalu, powierzchnia majdanu 10,80 ara, a cała powierzchnia od podstawy pierwszego wału wynosi 81,45 ara. Od północnego wschodu wały grodziska częściowo zostały zniszczone przez nowożytną działalność człowieka. Grodzisko pierścieniowe, czterowałowe koło Kisielic, fot. geoportal.gov.pl Drugie grodzisko jednoczłonowe i dwuwałowe ulokowane jest na północny wschód od pierwszego, znajduje się na wysoczyźnie terenu. Obecnie częściowo jest zniszczone, długość jego wynosiła około 70 m, a szerokość około 55 m, powierzchnia owalnego majdanu najprawdopodobniej wynosiła 9, 30 ara. Powyższe grodziska można łączyć z późną kulturą łużycką lub z kulturą kurhanów za-chodniobałtyjskich. Brak materiałów archeologicznych na obiektach nie pozwolił precyzyjnie określić, z jaką kulturą mamy do czynienia. W pradziejach zasięg kultury kurhanów zachodniobałtyjskich obejmował teren odkrytych grodzisk. Kultura ta preferowała osiedla obronne, które wznoszono w naturalnych chronionych miejscach, na przykład na szczytach odosobnionych wzniesień, półwyspach, wyspach, 100 Ostatnio odkryte grodziska w Pomezanii wysokich brzegach rzek i jezior lub w dolinach rzek. Dodatkowo broniono je kamiennymi, kamienno-ziemnymi wałami, rowami, palisadami. Ludność kultury kurhanów zachodniobałtyjskiej wznosiła domy słupowe z kamiennymi paleniskami pośrodku i jamą przypiecową. Znamy tę kulturę również ze specyficznych osiedli budowanych na pomostach rusztowych z pni drzewnych układanych na podmokłych wysepkach, w płytkich zatokach jezior i rzek. Ruszty o powierzchni 2-3 arów mieściły zwartą zabudowę, składającą się z 6-8 budynków mieszkalnych, otoczone były palisadami, z lądem łączyły je pomosty na palach. Natomiast odkryte grodziska z wałami obronnymi raczej nie można łączyć z kulturą pomorską, która w tym okresie również operowała na prawym brzegu Wisły. Kultura pomorska wznosiła jednak osady o charakterze otwartym, w których dominowały domy o konstrukcji słupowej. Przy czym budowała nieliczne, małe osady, które są obecnie trudne do zlokalizowania w terenie. Najbardziej ciekawym i obiecującym grodziskiem jest grodzisko dwuczłonowe, które zostało odkryte także na LIDAR-ze. Obiekt ten można byłoby przypisać do czasów wczesnego średniowiecza (Słowianie) albo - co bardziej prawdopodobne - do początków działalności zakonu krzyżackiego w Pomezanii. Grodzisko dwuczłonowe położenie jest w bliskim sąsiedztwie Rozajn Małych. Wydaje się, że zostało wybudowane na terenie podmokłym. Teren wzmacniał walory obronne grodziska. Otoczone było od strony południowego zachodu jeziorem Łężnem {Lentzruher See\ a od północny zabezpieczone było nieistniejącym już jeziorem (bez nazwy), które się łączyło ze strumieniem wypływającym powyżej z jeziora Rybno (Fischbruch See\ Strona wschodnia była zabezpieczona obniżeniem terenu, w którym znajdowała się woda. Co ciekawe, jedynie wąskim przesmykiem pomiędzy obniżeniem terenu z wodą a grodziskiem przebiegała wąska droga biegnąca z południa na północ, w stronę jeziora Orkusz, Starego Targu i być może jeszcze dalej, aż do Dzierzgonia. Na mapie z 1898 roku, chociaż już na wcześniejszej mapie Schróttera, Berlin 1803-1810, nasze grodzisko widnieje pod nazwą: Blocksberg. Blocksbergw ludowych podaniach germańskich to nic innego jak miejsce zlotu i przebywania czarownic, ale także ich prześladowań1. Oczywiście nazwa taka przylgnęła do wzniesienia o wiele później niż powstało grodzisko. Nie ma się co dziwić - w podaniach ludowych miejsca dziwne zawsze niosły nutkę dreszczyku. Miejsca niezwykłe straszyły okoliczną ludność. Więc wzniesienie jest ciekawe i tajemnicze, chociażby z nazwy. Coś w tym musi być. Wymiary grodziska dwuczłonowego: długość około 170,40 m, a szerokość około 155,60 m, powierzchnia majdanu po koronie wynosi około 1 hektara, cała powierzchnia, licząc od podstawy obiektu, zamyka się w około 2 hektarach. Główny majdan o kształcie owalu ma około 60 arów, natomiast wyodrębnione przez autora „podgrodzie” około 40 arów. Grodzisko musiało być bardzo ważnym punktem strategicznym, które kontrolowało ważną drogę prowadzącą z południa na północ. Jednocześnie stanowiło ważny ośrodek obronny, zabezpieczający wschodnią rubież Pomezanii. Gdybyśmy mogli go powiązać z czasami krzyżackimi, to grodzisko to stanowiłoby bardzo ważny punkt obronny, https://de.wikipedia.org/wiki/Blocksberg_(Berg) Bogumił Wiśniewski 101 który chroniłby Kwidzyn od wschodu przed uderzeniem plemion Pruskich. Stawałby się wręcz, „kluczem” otwierającym bramy do nowo lokowanych miast krzyżackich. Interesująca jest informacja podana przez kronikarza krzyżackiego Piotra Dusburga, żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku, która może się wiązać z naszym grodziskiem. Tytuł podrozdziału: O opuszczeniu zamku Spittenberg w czasie drugiego odstępstwa od wiary (151). W ziemi pomezańskiej znajdował się pewien zamek zwany Spittenberg, w którym mieszkali bracia. Ale gdy w czasie drugiego odstępstwa od wiary wielokrotnie nękali ich Prusowie, i kiedy nie mogli już stawiać oporu z powodu braku żywności, spalili zamek i wycofali się ze swoimi zbrojnymi. I tak do dzisiaj pozostaje on opuszczony1. Być może, powyższa historia zapisana przez kronikarza, rozwiązuje tajemnicę naszego grodziska pod roboczą nazwą Blocksberg. Zamek Spittenberg również ma w koń-cówce-berg, jeden i drugi był położony więc na jakieś nieznanej górze. Do Kwidzyna nie było daleko, bracia ze swoimi zbrojnymi mogli wycofać się do niego. Na wzgórzu zamkowym pozostały zgliszcza, ale czy nie należałoby wiązać pierwszego członu nazwy Blocks z jakimiś powiązanymi ze sobą kamiennymi blokami pod fundament zamku? W tym wypadku czarownic w to bym nie mieszał. Ważny jest Blocks. Gdyby wykopaliska archeologiczne potwierdziły grubą warstwę spalenizny na obiekcie i kamienne umocnienia, to moglibyśmy wtedy powiedzieć, że grodzisko położone pod Rozajnami Małymi jest tym, o którym wspomniał kronikarz, brat zakonny Piotr Dusburg. Jest jeszcze inna możliwość interpretacji. Przyjmijmy, że grodzisko było jednak wcześniejsze i należało do Słowian - czy to nie tędy prowadziłaby do Gniezna ostatnia droga św. Wojciecha, w czasie kiedy panował Bolesław Chrobry? Ciało swojego przyjaciela władca odkupił od Prusów. Wrócę do omawianego terenu, w którym znajduje się grodzisko. Co ciekawe, wspomnę tu o sąsiednim grodzisku, które znajduje się niespełna cztery kilometry na pół-nocny-wschód od Blocksberg. Myślę o już przebadanym przez archeologów grodzisku w Klasztorku. Obiekt ten był zasiedlony przez Słowian w IX wieku, łączony jest bezpośrednio z drogą łączącą Ziemię Chełmińską z Dzierzgoniem. Dwa słowiańskie grodziska w jednym punkcie świadczyć by mogły o wyjątkowej, strategicznie położonej tu drodze, która łączyła we wczesnym średniowieczu południe z północą. O ważności tego miejsca może świadczyć wybudowany trochę później kościół na półwyspie jeziora klasztornego, który przypisuje się cystersom. A jeżeli wrócimy ponownie do mojej pierwszej koncepcji związanej z zakonem krzyżackim, to może się okazać, że odkryte przez autora grodzisko w Blocksberg było najzwyklejszą przeciwwagą krzyżacką dla już istniejącej osady cysterskiej. Zakon krzyżacki w pierwszym okresie swojej działalności konkurował w podboju Prus z cystersami. Na czele cystersów na tych ziemiach stał jego pierwszy biskup Chrystian, założyciel zakonu rycerskiego braci dobrzyńskich. Czy Blocksberg to Spittenbergj Wszystko jest możliwe. Moje przypuszczenia i wątpliwości mogą być rozwiane jedynie za pomocą stacjonarnych badań archeologicznych. P. Dusburg, Kronika Ziemi Pruskiej, tł. Sławomir Wyszomirski, Toruń 2004, s. 132. 102 Średniowieczne uczty w Elblągu Grażyna Nawrolska ŚREDNIOWIECZNE UCZTY w Elblągu Średniowieczna uczta, według Langley 1998, fot. archiwum Grażyna Nawrolska 103 Dawne miasta hanzeatyckie witają dzisiaj przybyszów strzelistymi wieżami kościołów tworzącymi charakterystyczną sylwetkę ośrodków miejskich. Możemy jeszcze spacerować ciasnymi staromiejskimi uliczkami, przechodzić wąskimi bramami usytuowanymi w ciągu potężnych murów obronnych, oglądać kamienice mieszczańskie ukazujące dawną potęgę i świetność średniowiecznej elity miejskiej. Bardzo często możemy także podziwiać piękne ratusze, niezwykłe i wyjątkowe budowle w panoramie miast. Ratusz to symbol znaczenia i niezależności, ośrodek polityki, a kiedyś również handlu. Usytuowany centralnie w rynku lub w jednej z jego pierzei, był także swoistym teatrem dla rozgrywających się różnorodnych wydarzeń. Tutaj bowiem m.in. ogłaszano postanowienia rady miejskiej, wykonywano niektóre wyroki sądowe, przyjmowano dostojnych gości, urządzano różne ważne uroczystości. Elbląski ratusz Starego Miasta (Nowe Miasto Elbląg miało własny ratusz), podobnie jak każdy inny, miał bogatą i fascynującą przeszłość. Wybudowany w połowie XIII wieku funkcjonował do 26 kwietnia 1777 roku, kiedy został strawiony przez ogromny pożar. Nieodbudowany i zapomniany zniknął z przestrzeni staromiejskiej. Dopiero podczas badań archeologicznych przeprowadzonych w 1993 roku, odkryto pozostałości dawnego ratusza i innych budynków tworzących zwarty kompleks ratuszowy. Analizując źródła pisane i wyniki prac Elbląg. Stare Miasto. Ratusz staromiejski na rysunku J.H. Amelunga sprzed 1777 roku, ze zbiorów Archiwum Państwowego w Gdańsku, repr. A. Kołecki archeologicznych, udało się odtworzyć poszczególne obiekty ratuszowego zespołu i usytuowania w ich obrębie różnorodnych pomieszczeń. Wiadomo, że znajdowały się tutaj m.in. archiwum, kancelarie, Dom Kupców, Izba Rady, refektarz, a z gospodarczych - kuchnia. W elbląskim ratuszu odbywały się m.in. uczty wydawane przez Radę Miasta, uświetnia- jące ważne wydarzenia mające miejsce w dawnym Elblągu. Uczty, będące czasem uroczystej konsumpcji, mają istotne znaczenie dla interpretowania społecznych zachowań średniowiecznego mieszczaństwa. Na ich rolę możemy spojrzeć w kilku aspektach. Wspólne jedzenie i picie było w średniowieczu jednym z najistotniejszych elementów łączących grupę i jednocześnie tworzyło swoistą jej tożsamość. Wystawna konsumpcja była jednocześnie formą prezentacji na zewnątrz pozycji społecznej, a zarazem aspiracji politycznej i władczej patrycjatu i bogatej klasy średniej. Bardzo ważnym i interesującym źródłem dotyczącym m.in. konsumpcji w średniowiecznym Elblągu jest Nowa Księga Rachunkowa Starego Miasta Elbląga, w której odnotowywano wszystkie dochody i wydatki rady miejskiej z lat 1404-1414. 104 Średniowieczne uczty w Elblągu Rekonstrukcja uczty średniowiecznej. Fragment wystawy w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu, fot. G. Nawrolska Na podstawie zachowanych rachunków możemy wyodrębnić dwie formy wspólnego jedzenia i picia. Pierwszą z nich była tzw. kolacja - collatio - podczas której uczestnicy spędzali czas na wieczornym, wykwintnym posiłku. Formą drugą była uczta właściwa określana w źródłach jako maltit. Rada Miasta Elbląga organizowała dla swoich członków wieczorne poczęstunki - collatio - w trzech terminach: Zielone Świątki, św. Jana (24 czerwca) i Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (15 sierpnia). Oprócz tego odbywały się kolacje okolicznościowe mające miejsce podczas zjazdów delegatów miast pruskich i przed wyjazdem delegatów rady na zjazdy główne miast hanzeatyckich oraz krajowych. Uroczystą collatio organizowano również z okazji wyboru nowej rady miejskiej i spotkań w ratuszu z wybitnymi gośćmi przybywającymi do miasta. Podczas nich menu było bardzo kosztowne i luksusowe, ale zarazem skromne pod względem ilościowym. W czasie collatio pito importowane wina (włoskie, austriackie, reńskie, małmazje), piwa, miody oraz raczono się cukrami, tzw. crude. Była to słodka mieszanka owoców południowych, korzeni rodzynek i cukrów, często łączona z jabłkami, orzechami i jagodami. Również jako zakąski na collatio podawano jesiotry, dorsze z Bergen, sery i chleb. W porównaniu do wydatków przeznaczanych na uczty, koszty takich spotkań były wielokrotnie mniejsze i sięgały od kilku do kilkunastu grzywien. Uczty (maltit) swoją wystawnością i wykwintnością zdecydowanie przewyższały spotkania określane jako kolacje (collatio). Przyjęcia organizowane przez Radę miejską możemy podzielić na trzy kategorie: przygotowane tylko dla rajców elbląskich, wydawane na cześć wielkiego mistrza lub innych dostojników zakonnych oraz z okazji pobytu w Elblągu delegatów rad innych miast. Warto tutaj dodać, że komtur Elbląga pełniący równocześnie Grażyna Nawrolska 105 funkcję wielkiego szpitalnika zakonu był jedną z kilku najważniejszych osób w radzie Wielkiego Mistrza, a elbląski szpital z kaplicą Ducha Świętego był głównym szpitalem zakonu. W ciągu jednego roku rada wydawała dwie uczty, z których jedna była organizowana przez kamlarzy (skarbników) do spraw wewnętrznych w Radzie, a drugą urządzali szafarze (urzędnicy celni) nadzorujący cieśninę bałgijską i pobierający cła w komorach palowych (graniczny urząd celny). Wydatki na te spotkania nie były znaczące (około dziesięciu grzywien), a duże zróżnicowanie potraw i napojów nie zawsze świadczyło o jakości podawanych trunków i jedzenia. Podczas uczt na stoły podawano wołowinę i baraninę, drób, ryby (szczupaki, jesiotry, dorsze z Bergen), chleby, nabiał oraz owoce (orzechy, jabłka, wiśnie). Naturalnie na ucztach nie mogło zabraknąć trunków, jednak do picia podawano tylko miody oraz wina krajowe i reńskie, nie zawsze najlepszej jakości. Szczególnego znaczenia nabierały uczty wydawane z okazji podejmowania w Elblągu wielkich mistrzów zakonu. Miała na to również wpływ pozycja miasta, które było jednym z najważniejszych ośrodków w państwie krzyżackim i równocześnie ważnym i aktywnym członkiem hanzeatyckiego związku. Wystawne bogate uczty poprzedzały uroczystości uświetniające wjazd do miasta władców z innych krajów. Oprawa i towarzyszące jej ceremonie, jak i sama uczta, były formą publicznego spektaklu, który służył do ukazania potęgi Elbląga i pozycji społecznej zarówno wobec władcy kraju, jak i mieszkańców miasta. Z pewnością przyjmowanie dostojnych gości wymagało znacznych kosztów i niecodziennej oprawy. W Nowej Księdze Rachunkowej Elbląga 1404-1414 zachowały się zapisy wydatków związanych z ucztą zorganizowaną w 1409 roku z okazji pierwszej wizyty w mieście wielkiego mistrza Ulryka von Jungingena. Ze względu na dużą liczbę gości, którzy nie pomieścili się w salach ratusza, uroczystość trzeba było przenieść do sukiennic. Koszt zakupu jedzenia i trunków wyniósł 59,5 grzywien, co stanowiło wówczas bardzo znaczącą kwotę. Większą część tej sumy — aż 34 grzywny, czyli 57% — przeznaczono na napoje. Podawano wina: reńskie, włoskie i krajowe, piwa: wismarskie i elbląskie oraz miody. Kolejną pozycją pod względem poniesionych kosztów stanowiły sumy wydatkowane na szeroką gamę różnorodnych mięs. Raczono się drobiem (gęsi, kapłony, kury), dziczyzną (sarny, dwa niedźwiedzie, pawie), wołowiną, wieprzowiną i baraniną. Ekskluzywność takiego przyjęcia podkreślały niezwykłe i rzadko podawane potrawy, m.in. łapy niedźwiedzia, pasztety z małych ptaszków, gęsi faszerowane bigosem czy smażone pawie. A np. w średniowiecznej Francji przysmakiem były gotowane bociany i żurawie podawane z sosem agrestowym. Jednak o takich „smakołykach” Elbląska Księga Rachunkowa milczy. Na stołach były obecne także owoce: południowe, leśne, gruszki, wiśnie oraz nabiał, masło, sery, jajka, mleko. Na tak wspaniałą i wykwintną ucztę zakupiono nawet otręby, które spożywane po jej zakończeniu miały łagodzić skutki jedzenia ciężkostrawnych wiktuałów. Wiadomo, że ta znakomita uczta otrzymała stosowną bogatą oprawę zewnętrzną. Duża sala w sukiennicach, w której miała miejsce, została należycie ogrzana, udekorowana i oświetlona, czego dowodem mogą być rachunki na zakup świec. Dla podkreślenia rangi dostojnego gościa umieszczono w niej m.in. tarczę herbową wielkiego mistrza zakonu. Wszechobecne w średniowieczu muzyka i taniec nie były obce uczestnikom uczty 106 Średniowieczne uczty w Elblągu elbląskiej. Przygrywali nie tylko muzycy zatrudnieni przez radę miejską - fleciści i puzoniści, ale także muzycy dworscy wielkiego mistrza oraz kilku innych grajków. Biorący udział w spotkaniu na cześć Ulryka von Jungingena rajcy (dwadzieścia jeden osób) otrzymali od rady sukno flamandzkie przeznaczone na przygotowanie dla nich stosownych strojów. Również dla wielkiego mistrza, jego dostojników oraz służby przeznaczono 165 grzywien na zakup sukna i ubrań, co było kwotą dwukrotnie przewyższającą sumę wydatkowaną na zakupy wykwintnych trunków i jedzenia. Była to chyba najdroższa uczta, jaką wydali rajcy Starego Miasta w średniowiecznym Elblągu. Znaczącą uroczystością, ale już nieco skromniejszą niż zorganizowana dla uhonorowania Ulryka von Jungingena, była uczta wydana w sukiennicach w 1412 roku na cześć wielkiego mistrza Henryka von Plauena, z okazji złożenia przez radę miejską przysięgi wierności i hołdu. Chociaż struktura wydatków oraz zestaw zakupionych trunków i pożywienia wykazują wiele podobieństw. Wydano na te cele łącznie 36 grzywien, z czego około 35% przeznaczono na zakup różnych napojów procentowych: wina reńskiego, piwa wi-smarskiego i miodu. Znaczącą kwotę pochłonęły zakupy crude, czyli imbiru, gałki musz-katułowej, szafranu, goździków, pieprzu, cynamonu. Były to przecież drogie importowane delicje, które pojawiły się w Europie po wyprawach krzyżowych, znacząco wzbogacając menu kuchni europejskiej. Następną pozycję w wydatkach stanowił zakup mięs, wśród których dominował drób (90 młodych kur, 15 starych kur, 12 kapłonów). Podano także potrawy z baraniny, wieprzowiny i niedźwiedzia. Nie obyło się bez kilkunastu wykwintnych dań, przyrządzonych z pawi, raków, kiełbasek oraz pasztetu z jaskółek. Tradycyjnie podano na stół ciemny i jasny chleb, nabiał i 1200 jaj, masło, sery oraz owoce. Elbląg. Stare Miasto. Dzbany kamionkowe z Siegburga, „gliniane buty” i drewniane pucharki do picia wina, fot. G. Nawrolska Grażyna Nawrolska 107 Pewną tradycję miały uczty wydawane przez radę miejską, ale już poza obrębem Starego Miasta. Jednym z przykładów może być wieczorne spotkanie o mniej ekskluzywnym charakterze, które urządził w Kmie-cinie kamlarz do spraw zewnętrznych, a uczestniczyli w nim wielki mistrz, komtur elbląski, rajcy elbląscy, burmistrzowie i wójtowie okolicznych wsi. Kosztowała „tylko” 13,5 grzywny, co w porównaniu z kwotami wydatkowanymi na wspomniane uczty, nie było znaczącym wydatkiem dla rady miejskiej. Na stoły podano piwo i miody, różne rodzaje mięsa, drób, ryby (m.in. dorsze z Bergen), nabiał, owoce i warzywa (m.in. jagody, orzechy, pietruszkę). Ucztującym gościom towarzyszyła skromna trzyosobowa grupa muzyków. Podobnie skromny charakter miała uczta, którą rada miejska wydała w 1405 roku na terenie swojego patrymo-nium, mająca uświetnić spotkanie z elbląskim komturem zakonnym. Analizując źródła pisane, możemy uzyskać szereg cennych informacji o ucztach wydawanych przez radę miejską Starego Miasta, przede wszystkim z okazji ważnych wydarzeń w mieście, jak i na cześć znamienitych gości przybywających do miasta. Poznajemy wydatkowane koszty na serwowane jedzenie i trunki, menu podawane podczas uczt, koszty i formy wyjątkowej oprawy pomieszczeń ratuszowych czy zakupy tkanin przeznaczonych na odświętne stroje. Wieloletnie prace archeologiczne prowadzone w obrębie Starego Miasta oraz w zespole ratuszowym dostarczają nam różnorodnych artefaktów, które świadczą o wyjątkowej pozycji ośrodka i oczywiście ratusza. Zestaw naczyń na elbląskich stołach składał się z różnego rodzaju glinianych dzbanów, mis i miseczek. Uzupełniały je drewniane miski klepkowe, cienkościenne toczone talerze i płaskie talerzyki. Używano szkliwionych dzbanów Elbląg. Stare Miasto. Dzbany kamionkowe z Siegburga typu Jacobakanne, fot. G. Nawrolska Elbląg. Stare Miasto. Talerz z połowy XIV wieku z Andaluzji, rys. K. Odya 108 Średniowieczne uczty w Elblągu wyrabianych m.in. w Holandii i Francji. Największą popularnością cieszyły się kamionkowe dzbany wytwarzane w Nadrenii i Saksonii, a zwłaszcza beżowe lub kremowe pochodzące z Siegburga. Szczególnie wyróżniają się cienkościenne dzbany z wyobrażeniami twarzy sprowadzane z Waldenburga. Unikatowym egzemplarzem są talerze typu Lustreware — pochodzące z dalekiej Hiszpanii. Wśród całej gamy szklanych naczyń do spożywanych trunków szczególnie atrakcyjne były szklanice w kształcie fletu, osiągające od kilkunastu do kilkudziesięciu centymetrów wysokości, a także cylindryczne pucharki zdobione barwnymi aplikacjami. W czasie uroczystych spotkań używano również cynowych, a niekiedy srebrnych dzbanów, talerzy, miseczek. Obok toczonych drewnianych pucharków i kielichów zdobionych cynowymi opaskami, spotykamy gliniane naczynia do picia w kształcie buta. Posługiwano się drewnianymi i metalowymi łyżkami oraz żelaznymi nożami. Po skończonej uczcie podawano biesiadnikom brązowe misy z wodą do umycia rąk. Reasumując nasze konstatacje, możemy stwierdzić, że podczas uroczystej konsumpcji organizowanej przez radę miejską wyróżniamy dwie formy uroczystych spotkań w ratuszu. Collatio było wieczornym poczęstunkiem, które zaznaczało się bardzo bogatym zestawem trunków i korzeni z owocami południowymi i przyprawami crude. Maltit, czyli uczta właściwa wydawana z okazji przyjazdu nowo wybranego władcy, była ekskluzywnym przyjęciem z bogato zastawionym stołem i wspaniałą oprawą całego widowiska. Te przyjęcia były odbiciem uroczystych uczt, jakie miały miejsca w miastach południowo-niemieckich i hanzeatyckich, a także w środo- Elbląg. Stare Miasto. Puchar szklany, rys. B. Kiliński wisku dworskim. Charakteryzowały je również kosztowne trunki i cukry, różnorodność i znacząca ilość jedzenia ze zróżnicowanym menu i piękną oprawą wnętrz. Elbląg będąc miastem krzyżackim, a jednocześnie aktywnym członkiem Związku Miast Hanzeatyckich, znakomicie funkcjonował w tym kręgu kulturowym. Adam Langowski 109 Adam Langowski Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy Postać Adama Sierakowskiego (1846-1912) przedstawiana jest przez badaczy przede wszystkim w kontekście jego dwóch największych pasji: podróżowania oraz działalności naukowej1. Również w tradycji rodzinnej utrwalił się wizerunek hrabiego jako podróżnika, nazywanego przez najbliższych „Brahmaputrą”, ze względu na odbyte przez niego dalekie wyprawy do Indii. Syn Alfonsa i Marii z Sołtanów był jednak nie tylko zapalonym podróżnikiem i ambitnym naukowcem, ale także świetnym myśliwym. Zamiłowanie do myślistwa to cecha charakterystyczna całego polskiego ziemiań-stwa, dla którego polowania stanowiły ważny element życia codziennego, mocno osadzonego w tradycji. Potwierdzeniem tego niech będą słowa Eustachego Sapiehy, krewnego Sierakowskich: Wśród ziemian w Polsce jednym z głównych sportów, który wszyscy uprawiali, było myślistwo1. Stwierdzenie Sapiehy, wychowanego już Adam hr. Sierakowski, fot. ze zbiorów Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim w niepodległym państwie (urodził się w 1916 roku), wskazuje, że strzelanie do zwierzyny było w reprezentowanej przez niego warstwie społecznej zajęciem powszechnym i naturalnym. Adam Sierakowski jako typowy ziemianin chętnie uczestniczył w polowaniach, o czym świadczą wzmianki i korespondencje zamieszczane w prasie łowieckiej. Zanim jednak do nich przejdziemy, sięgnijmy do listów pisanych przez hrabiego z licznych podróży. Jego wyprawy miały przede wszystkim charakter naukowy i poznawczy, służyły również poprawie zdrowia. Mimo to w zapiskach adresowanych do żony, Marii z Potockich, odnaleźć można także fragmenty dotyczące myślistwa. Podczas wyprawy na Krym w 1901 roku właściciel Waplewa odbył trzydniową wycieczkę z Jałty do Ałuszty. Zwiedził wówczas carski pałacyk myśliwski, wybudowany 1 Zob. A. Lubiński, Adam Sierakowski - uczony podróżnik, [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, red. J. Hochleitner, P. Szwedowski, Malbork 2014; I. Sakowicz, Pielgrzymka do Ziemi Świętej we wspomnieniach Adama Sierakowskiego i Pawła Orzechowskiego, Studia Historica Gedanensia, t. VII, Gdańsk 2016; E. Malinowska, Adama Sierakowskiego sztuka podróżowania i pisania listów, [w:] Od oświecenia ku romantyzmowi i dalej... Autorzy-dzieła-czytelnicy, red. M. Piechota, J. Ryba, cz. 5, Katowice 2014. E. Sapieha, Tak było... Niedemokratyczne wspomnienia Eustachego Sapiehy, Warszawa 2012, s. 83. 110 Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy w 1856 roku. Obiekt, położony w sąsiedztwie Kozmo-Damianskiego Monastyru, posiadał skromne wyposażenie, a na ścianach nie było żadnych trofeów myśliwskich. Okolica słynęła z dużej liczby jeleni, którymi Sierakowski się zachwycił. Nabył on od stróża pałacyku parę rogów jelenich, płacąc za nie trzy ruble. Zakupione rogi planował pokazać po powrocie najbliższym, aby przekonać ich o wyjątkowości jeleni kaukaskich. Uczestniczył również w małym polowaniu na górze Bink-Łombat, urządzonym specjalnie dla niego przez miejscowego leśniczego. W czasie łowów zauważono jednak tylko jednego młodego rogacza, którego hrabia postanowił oszczędzić. Choć brakowało zwierzyny, Sierakowski był bardzo zadowolony z myśliwskiego wypadu, o czym pisał w liście do żony: [..] śliczne to było polowanie [..]jazda konno na premyk przez niemożliwe urwiska do pięknego bukowego i dębowego lasu [.. .]. Wszędzie na stanowisko podjeżdżałem konno, więc zmęczenia wcale nie było; a z moich niebotycznych stanowisk widziałem pod sobą morze leśnej zieleni i z dala lazur morza. Nade mną naga skała, sam wierzch góry; w oddali dwa olbrzymy: Czatyrdah i Demerdżi!\ W jednym z listów napisanych w trakcie wyprawy na Kaukaz we wrześniu 1902 roku zawarł informację o ustrzeleniu jastrzębia na wysoczyznach gruzińskich, w drodze powrotnej z góry Szchra-Szcharo do Borżomu'. Relacjonując pobyt w Tyflisie, opisał spotkanie z gubernatorem, z którym wymienił uwagi na temat polowań kaukaskich. Hrabia dowiedział się, że polowania z naganką na dziki i jelenie organizowane są w okolicy Eliza-betpola, lecz dopiero w listopadzie, a obecnie poluje się tylko na bażanty i ptactwo wodne. Gubernator chciał zorganizować dla Sierakowskiego atrakcyjne polowanie na muflony na stokach góry Kazbek, oferując gościowi swój sztucer. Do wyprawy jednak nie doszło, co Sierakowski wyjaśnił w taki oto sposób: [..] jakem się dowiedział, że trzeba przy tem polo-waniu drapać się całemi godzinami pieszo po górach, pomny danej tobie obietnicy szanowania się, z krwawiącym odżału sercem myśłiwskiem propozycję całą odrzuciłem!5. Podróżując po Afryce Północnej w 1911 roku, obserwował w Algierze efektowną paradę w stylu bataiłłe des fleurs, czyli tzw. bitwę kwiatów, podczas której zaprezentowano m.in. polowanie ze sforą żywych ogarów, uznane przez hrabiego za najciekawszy punkt pochodu. Uwagę publiczności przykuwały amazonki w zielonych aksamitach i panowie w czerwonych frakach, wygrywający na trąbach, jak zapisał Sierakowski, te prześliczne francuskie fanfares de chasse, znane mi z Montresorub. Mimo częstych podróży zagranicznych oraz problemów zdrowotnych właściciel Waplewa starał się uczestniczyć w polowaniach krajowych. Na łamach wydawanego we Lwowie „Łowca” oraz ukazującego się od 1899 roku warszawskiego „Łowca Polskiego” nazwisko hrabiego jest wielokrotnie wymieniane w korespondencjach i sprawozdaniach myśliwskich, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, kiedy, gdzie i u kogo polował, w jakim towarzystwie to czynił oraz jakie były rezultaty łowów. Aktywność Sierakowskiego jako myśliwego obrazuje tabela zamieszczona w niniejszym artykule, opracowana na podstawie informacji zawartych w dwóch najważniejszych w tamtym czasie specjalistycznych czasopismach 3 A. Sierakowski, Listy z podróży. Podróż na Krym, Kaukaz i do Tunisu, cz. I, Warszawa 1914, s. 48 49 4 Ibidem, s: 76. 5 Ibidem, s. 81. 6 A. Sierakowski, Listy z podróży. Podróż do Tunisu, Włoch i Sycylii, cz. II, Warszawa 1914, s. 202. Adam Langowski 111 Polowanie w Poturzycy w 1906 roku z udziałem Henryka Sienkiewicza. Adam Sierakowski stoi piąty od prawej strony, fot. „Świat”, nr 43 z 23 października 1909 r., fot. ze zbiorów Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim poświęconych myślistwu i łowiectwu. Należy zaznaczyć, że polowań z udziałem hrabiego Adama Sierakowskiego było z pewnością więcej, niż wynika to z przedstawionego zestawienia. Niestety, w sprawozdaniach prasowych nie zawsze wymieniano uczestników łowów, ograniczając się jedynie do podania ich ogólnej liczby. Spośród polowań, na które zapraszano właściciela Waplewa, szczególnym uznaniem cieszyły się spotkania organizowane przez hrabiego Włodzimierza Dzieduszyckiego w Poturzycy. Gospodarz łowów kompletował drużynę myśliwską, wysyłając do poszczególnych osób krótki liścik o następującej treści: Proszę Pana do Poturzycy (lub Pieniak), pojutrze (lub dnia X) poluję, więc jeśli Pan łaskaw ze mną zapolować, to proszę przyjechać1. We wspomnieniu pośmiertnym poświęconym właścicielowi Zarzecza i Poturzycy czytamy: Polowania u hr. Dzieduszyckiego, czy to w dobrach poturzyckich, czy pieniackich, prowadzone w stylu starodawnym polskim, znane były na całą Polskę, a każdy z najwybitniejszych myśliwych naszych, uważał sobie za prawdziwy zaszczyt, jeśli mógł z hr. Włodzimierzem zapolować*. Na potwierdzenie tego przytoczmy słowa Aleksandra Wodzickiego: Od najmłodszych lat moich jedynem mojem marzeniem było polować w Poturzycy [...]. [...] to ostatnie łowy polskie w kraju, łowy, które utrzymują tradycyę dawnych łowów magnatów polskich. Szczęśliwy ten łowiec, który choć raz tam polował i widział, jak w Polsce dawniej polowali — z tym przepychem i tą prawdziwą myśliwską ochotą i znajomością1. Dodajmy do tego jeszcze głos Teofila Żurowskiego: [...] mają wieczory Poturzyckie dziwny urok — ta swoboda, ta pogadanka przy czarnej i po czarnej kawie, to pełne humoru i oryginalności album S. Krogulski, Pół wieku. Zarys działalności Małopolskiego Towarzystwa Łowieckiego 1876-1926, Lwów 1929, s. 66. 8 „Łowiec”, nr 19 z 1 października 1899 r., s. 218. ’ Ibidem, nr 4 z 1 kwietnia 1891 r., s. 58. 112 Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy Poturzyckie, w którem się spotyka liczne grono znajomych, odrysowanych wyłącznie w zabawnych sytuacjach - to drugie album hr. F. pełne dowcipu w rysunku i wierszu, jedyne w swoim rodzaju, ten dobry humor u wszystkich, nastrajają nawet starszych do usposobienia wesołego [...]™. Jan Sztolcman zaś, redaktor „Łowca Polskiego”, w specjalnym numerze czasopisma „Świat” poświęconym myślistwu zapisał: Polowaniapoturzyckie mają w naszym kraju, nie tylko w Galicji, swą kilkudziesięcioletnią historię i tradycję [..J. Poturzyca to typ domu polskiego, o wielkopańskiej, a jednak pełnej prostoty gościnności, domu, który odwiedziwszy, zawsze się opuszcza rozgrzanym na sercu, a podniesionym na duchu". Interesującą pamiątką dotyczącą tych łowów jest okolicznościowa księga zatytułowana Wspomnienia zpołowań poturzyckich. Założona i prowadzona przez hrabiego Dzieduszyckiego zawiera protokoły polowań, dedykacje, anegdoty myśliwskie, wiersze satyryczne oraz ilustracje autorstwa hrabiego Leopolda Starzeńskiego, hrabiego Aleksandra Fredry i Franciszka Tępy. Ta wyjątkowa i efektowna kronika myśliwska, oprawiona w skórę dzika, przechowywana jest w zbiorach Muzeum Przyrodniczego Ukraińskiej Akademii Nauk we Lwowie. Być może wśród materiałów w niej zamieszczonych znajdują się rysunki oraz ciekawostki dotyczące Adama Sierakowskiego, który często gościł w Poturzycy. Przyjazdy właściciela Waplewa do Poturzycy w celach myśliwskich miały również miejsce po śmierci Włodzimierza Dzieduszyckiego, kiedy majątek znajdował się już w rękach następców zmarłego hrabiego: córki Anny i zięcia Tadeusza Dzieduszyckiego. Z tego okresu na uwagę zasługują dwa polowania z udziałem Henryka Sienkiewicza: w roku 1901 oraz 1906. W trakcie drugiego z tych polowań jeden z myśliwych, książę Paweł Sapieha z Siedlisk, dysponował aparatem fotograficznym i wykonał serię zdjęć, którą udostępnił redakcji czasopisma „Świat”12. Poprzez małżeństwo z Marią Potocką Adam Sierakowski wszedł w koligacje ze znakomitym rodem arystokratycznym z Galicji, dlatego często odwiedzał Krzeszowice, biorąc udział w tamtejszych łowach. Mężem młodszej siostry Marii Adamowej Sierakowskiej był hrabia Ksawery Branicki z Wilanowa, znany ze swej pasji myśliwskiej, z którym właściciel Waplewa regularnie polował. Wspólne spotkania odbywały się m.in. w ukraińskich dobrach hrabiego Branickiego, gdzie polowano na głuszce. Podczas łowów zorganizowanych w kwietniu 1904 roku w Nawoźcach i Michałkach Adam Sierakowski strzelił dwa głuszce, zaś hrabia Branicki pięć głuszców, dwie słonki i trzy rogacze. Trzecim myśliwym uczestniczącym w podchodach na tokowisku był Jan Sztolcman, który upolował dwa głuszce, dwie słonki oraz kaczora krzyżówkę. Redaktor „Łowca Polskiego” w relacji z polowania podkreślił specyfikę tego typu łowów: Dziwny to urok ma to polowanie na głuszce. Z góry przewidywałem, że dam nie więcej jak 6, a może 10 strzałów, a mimo to z przyjemnością szykowałem się do tej drogi . Pod koniec pobytu w Nawoźcach doszło do groźnego pożaru, który strawił około trzystu morgów lasu należącego do hrabiego Branickiego, wobec czego myśliwi musieli zrezygnować ze swoich dalszych planów. W Rosi na Grodzieńszczyźnie, innym majątku należącym do Branickich, urządzano łowy na wilki. Zimą 1911 roku Adam Sierakowski znalazł się w gronie czternastu 10 Ibidem, nr 3 z 1 marca 1887 r., s. 58. 11 „Świat”,nr 43 z 23 października 1909 r., s. 10. 12 Ibidem. 13 „Łowiec Polski”, nr 11 z 19 maja (1 czerwca) 1904 r., s. 168. Adam Langowski 113 myśliwych, którzy polowali na te, coraz rzadsze już wówczas, zwierzęta, stosując tzw. fladry. Metodę tę opisał Jan Sztolcman: Polowanie to polega na tern, że otropione drapieżniki otacza się straszakami, to jest wspomnianym sznurem z kolorowemi flagami. Sznury powinny być rozciągnięte na wysokości półtora do dwóch łokci nad ziemią i w pewnej odłegłości od gąszczu, aby go zwierz łatwo mógł spostrzedz. [...] Wilk ma taki paniczny strach przed kolorowymi straszakami, że mimo wszelką łatwość przedostania się nad łub pod sznurem, nie ośmiela się zbliżyć do niego, a tylko krąży wkoło w odległości kilkudziesięciu kroków od tej nikłej zapory}Ą. Odpowiedzialnym za otropienie wilków i ofladrowanie terenu był niejaki Orzechowski, którego specjalnie w tym celu sprowadzono z Białowieży. Emerytowany członek białowieskiej służby leśnej wywiązał się dobrze ze swojego zadania, ponieważ wszystkie wilki otropione przez niego padły od strzałów myśliwych. Redaktor „Łowca Polskiego” podkreślił również wzorowe zachowanie naganki, przygotowanej przez miejscowego nadleśniczego Sobertyna. Warto zaznaczyć, że podczas polowania w Rosi Jan Sztolcman zabił swojego pierwszego wilka. Do ciekawszych polowań z udziałem Adama Sierakowskiego i Ksawerego Branickie-go zaliczyć należy łowy na niedźwiedzie w Nieświeżu u księcia Antoniego Radziwiłła w 1888 roku. W ciągu dwóch tygodni zabito dziewięć niedźwiedzi. Trzy z nich upolował książę Maciej Radziwiłł, w tym jednego w zaskakujących okolicznościach, które sprawiły, że polowanie nieświeskie odbiło się szerokim echem w środowisku myśliwych. Oto szczegóły podane w korespondencji zamieszczonej w galicyjskim „Łowcu”: W Urzeczu, miejscowości powiatu Bobrujskiego, gubernii Mińskiej, o 24 wiorst od Mińska odległej, zdarzył nam się wypadek jedyny w dziejach łitewskich połowań, bo spotkaliśmy się z niedźwiedziem, który miał swą łochwę (gawrę) na wysokim świerku! [...] na 32 stóp ponad ziemią niedźwiedź ułożył się do zimowego spoczynku, utworzywszy sobie coś na kształt bocianiego gniazda, z odgryzionych naokoło łochwy świerkowych gałązek [...]. Gdyśmy pod owe drzewo podeszli, niedźwiedź podniósł się na przednie łapy w swem ziełonem gnieździe bocianiem, i p. Fałat skorzystał z tej chwili, by obfotografować go za pomocą aparatu sekundowego [■■]7 Zachwyceni widokiem myśliwi nie oszczędzili jednak zwierzęcia, które ostatecznie padło od ich strzałów. Największego niedźwiedzia w czasie polowania w Nieświeżu ubił Ksawery Bra-nicki. Z cytowanej wyżej korespondencji dowiadujemy się, że [...] był on czarny i mierzył 1 meter i 85 centimetrów w długości korpusu, a łeb między uszami miał 27 cm szerokości^. Autor relacji, którym być może jest sam Sierakowski, na co mogą wskazywać inicjały A.S. umieszczone pod tekstem, dodał, że niedźwiedź został przeznaczony na wypchanie i miał trafić do Muzeum Branickich w Warszawie. We wcześniejszej relacji, stanowiącej przedruk z warszawskiego „Słowa”, podano, że w barłogach znaleziono także trzy małe niedźwiedzie (piastuny), z których dwa zabrał do Montresoru hrabia Branicki, a jednego podarowano malarzowi Julianowi Fałatowi, który postanowił po powrocie do Warszawy przekazać go do ogrodu zoologicznego. Jednym z kierunków myśliwskich wyjazdów Adama Sierakowskiego był wołyński Po-ryck, gdzie, na zaproszenie hrabiego Stanisława Czackiego, polowano na dziki. W relacji 14 Ibidem, nr 3 z 1 lutego 1911 r., s. 38. 15 „Łowiec ”, nr 5 z 1 maja 1888 r., s. 83. 16 Ibidem. 114 Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy z 1909 roku Jan Sztolcman dokonał ogólnej charakterystyki tych terenów łowieckich: Znaczny kompleks lasów Poryckich i Koniuchowskich rozciąga się na samem pograniczu Ga-licyi, w odległości ledwie kilkunastu wiorst od Sokala i przylega bezpośrednio do osławionych kniei Poturzyckich, gdzie za życia Eksc. Włodzimierza hr. Dzieduszyckiego odbywały się tak świetne połowania. Oddzielone wąskim pasem pola przylega też prawie do lasu Poryckiego las Lachowski Zdzisława ks. Lubomirskiego, gdzie również dozwolone mieliśmy polowanie. Zarówno lasy Poryckie, jak i Lachowskie składają się przeważnie z drzew liściastych, pomiędzy któremiprzeważa dębina j..]'7. Wśród siedemnastu myśliwych polujących wówczas w Po-rycku był również Adam Sierakowski. Królem polowania został jednak sam gospodarz, który miał na rozkładzie dwa dziki, cztery rogacze i siedemnaście zajęcy. Okazją do zaprezentowania przez myśliwych swoich trofeów przed szeroką publicznością były wystawy łowieckie. Hrabia Adam Sierakowski mógł poszczycić się ciekawymi trofeami, które z powodzeniem wystawiał na pokazach. Na Powszechnej Wystawie Krajowej we Lwowie, gdzie myślistwo stanowiło jeden z działów, przedstawił parostki, w których jeden rożek jest łopatowato rozpłaszczony, a drugi z silnemi czterema końcami. Otwarty 5 czerwca 1894 roku w Parku Stryjskim pokaz był, jak zapisał Stanisław Tarnowski we wstępie do monografii wystawy wydanej przez „Przegląd Polski”, [...] wypadkiem bardzo doniosłym i stanowiącym epokę wśród stałego rozwoju Galicyi, datującego się od początku ery autonomicznej™. Profesor krakowskiego uniwersytetu ubolewał przy tym, że tak niewielu Polaków z innych ziem w niej uczestniczyło. W kontekście słów Tarnowskiego udział hrabiego Adama Sierakowskiego nabiera dodatkowego znaczenia i zasługuje na podkreślenie. Dodajmy, że szwagier Sierakowskiego, hrabia Andrzej Potocki, wystawił pawilon prywatny, wyróżniający się napisem „Leśnictwo”, wykonanym z szyszek oraz hasłem „Łowiectwo”, ułożonym z sarnich parostków19. W czerwcu 1899 roku środowisko myśliwych skupionych w Warszawskim Oddziale Cesarskiego Towarzystwa Prawidłowego Myślistwa, chcąc uczcić dziesiątą rocznicę jego powołania, zorganizowało Pierwszą Warszawską Wystawę Łowiecką. Pawilon wystawowy urządzono w siedzibie Towarzystwa przy ul. Nowy Świat 35. Dział trofeów myśliwskich zajmował cały parter lokalu klubowego, a wśród wystawców był również hrabia Adam Sierakowski. Z deklaracji nadesłanej do biura wystawy dowiadujemy się, że przygotował on kolekcję dwunastu par rogów rogaczy20. Zbiór ten, podobnie jak trofea należące do Zygmunta Kurnatowskiego z Przysieki w Wielkim Księstwie Poznańskim, pokazywany był poza konkursem, więc nie podlegał ocenie. Kolekcja waplewska została jednak dostrzeżona, a szczególne zaciekawienie wzbudziła niezwykle oryginalna para rogów mył-kasowych, grajcarkowato skręcona, przyczem każdy róg posiadał skręt w przeciwną stronę-7. Warto odnotować sukcesy osób z bliskiego kręgu Sierakowskiego. Hrabia Ksawery Bra-nicki zdobył cztery wielkie medale złote (dla gospodarstwa łowieckiego Wilanów, za starą broń, za rogi rogacza z Kumejek na Ukrainie, za kolekcję rogów rogaczy syberyjskich) 17 „Łowiec Polski”, nr 4 z 16 lutego 1909 r., s. 58. 18 Powszechna Wystawa Krajowa we Lwowie, Kraków 1896, s. 3. 19 J. Starkel, Łowiectwo [w:] Powszechna Wystawa Krajowa 1894 r. i siły produkcyjne kraju, Lwów 1896 s 13 20 „Łowiec Polski”, nr 3 z 19/1 maja 1899 r., s. 11. 21 Ibidem, nr 7 z 19 czerwca (1 lipca) 1899 r., s. 6. Adam Langowski 115 oraz jeden mały medal złoty (za wykazy statystyczne zabitej zwierzyny). Hrabia Andrzej Potocki z Krzeszowic uzyskał wielki medal złoty (za rogi rogacza ze Staszowa), wielki medal srebrny (również za rogi rogacza upolowanego w Staszowie) oraz podziękowanie za wystawienie poza konkursem wspaniałej kolekcji rogów jeleni karpackich. Dodajmy, że Sierakowski należał do Warszawskiego Oddziału Towarzystwa Prawidłowego Myślistwa, jednak wstąpił do niego dopiero w 1909 roku. Oficjalną decyzję o przyjęciu wydano 5 kwietnia, a oprócz hrabiego Delegacja Wyborcza włączyła w poczet członków Towarzystwa również Zygmunta Borzuchowskiego z Warszawy, Franciszka Pułaskiego z Warszawy, Jana Stempkowskiego z Wilanowa, Stefana Okęckiego z Nowego Dworu, Stanisława Włodkowskiego z Warszawy, Stanisława Węglińskiego z Pruszkowa, Jana Zakrzewskiego z Rudy Talubskiej i Gustawa Horodelskiego z Warszawy. W 1910 roku na wiedeńskim Praterze zorganizowano Pierwszą Międzynarodową Wystawę Łowiecką, a wśród nagrodzonych pojawiło się nazwisko Sierakowskiego. Pokaz stanowił wielkie wydarzenie w świecie myśliwskim, gromadząc, oprócz wystawców z Austrii i Węgier, przedstawicieli Francji, Anglii, Szwecji, Norwegii, Niemiec, Włoch, Rumunii, a nawet Kanady i Persji. Trofeum hrabiego Sierakowskiego należało do zbiorów krzeszowickich wystawianych przez spadkobierców śp. Andrzeja hr. Potockiego22, składających się z olbrzymiego niedźwiedzia, głowy rogacza, dwunastu wieńców jeleni karpackich i dwudziestu pięciu par rożków sarnich na dwudziestu dwóch tarczach. W doniesieniach prasowych czytamy: Wieńce dają należyte pojęcie o wspaniałości jeleni karpackich. Wśród nich wyróżniają się szczególnie dwa nieregularne szesnastaki, umieszczone w środku grupy, wysokością pni i rozwojem gałęzi środkowych. Jeden z nich zdobyty przez A. hr. Sierakowskiego, drugi zaś przez A. hr. Zamoyskiego. Odznaczono je Nagr. II2i. Sala galicyjska, w której prezentowano zbiory krzeszowickie, została ozdobiona elementami przypominającymi krużganki na zamku królewskim na Wawelu. Ściany galerii podzielono na dwadzieścia sześć pól oznaczonych cyframi rzymskimi od I do XXVI. Trofeom z Krzeszowic przypadłe pole IV. Trzynastego czerwca salę galicyjską zwiedzał cesarz Franciszek Józef I i, jak podkreślono, obejrzał dokładnie kolekcję krzeszowicką, zwracając szczególną uwagę na gigantycznego niedźwiedzia oraz wieńce jeleni karpackich. Monarchę oprowadzali członkowie galicyjskiego komitetu wystawy z prezesem księciem Andrzejem Lubomirskim na czele. Warto zauważyć, że właściciel Przeworska był już wówczas teściem starszego z synów Adama Sierakowskiego, Stanisława, który 2 marca ożenił się z jego córką, Heleną. Oprócz cesarza austriackiego salę galicyjską oglądał również władca Niemiec, Wilhelm II, któremu towarzyszyli m.in. arcyksiążę Leopold Salwator oraz książę Furstenberg. Tym razem przewodnikiem był szef sekcji galicyjskiej, Wacław Zaleski. Duże wrażenie wywarł na cesarzu niemieckim okaz niedźwiedzia upolowanego przez śp. Andrzeja Potockiego oraz rogacza z Nienadowej hrabiego Stanisława Mycielskiego24. Odnotujmy, że wspomniany niedźwiedź uzyskał rekord światowy oraz złoty medal, podobnie rogacz hrabiego Mycielskiego. Andrzej Potocki, od 1903 roku pełniący urząd namiestnika Galicji, zginął w zamachu przeprowadzonym 12 kwietnia 1908 roku we Lwowie przez Ukraińca Mirosława Siczyńskiego, studenta III roku filozofii. 23 „Łowiec Polski”, nr 18 z 16 września 1910 r., s. 280-281. 24 „Łowiec Polski”, nr 19 z 1 października 1910 r., s. 303. 116 Hrabia Adam Sierakowski jako myśliwy Zaangażowanie Adama Sierakowskiego w sprawy związane z myślistwem i łowiectwem obejmowało również współpracę z czasopismem „Łowiec Polski”, do którego hrabia pisywał korespondencje. W lipcu 1903 roku udzielił informacji na temat stanu zwierzyny wraz z prognozą dotyczącą nadchodzących polowań. Była to odpowiedź na prośbę redakcji, która zbierała od przyjaciół pisma wiadomości w celu monitorowania trudnej sytuacji spowodowanej ulewami i powodziami. Oto raport Sierakowskiego: W okolicy naszej, to jest w Malborskiej i Chełmińskiej ziemi, ani ulewnych deszczów, ani zalewów nie było. Lęgi kuropatw i bażantów pomyśłne wydały rezultaty; zajęcy będzie sporo, bo marcowe się uchowały, w ogóle widoki polowania na drobną zwierzynę już dawno nie byty tak obiecujące, jak tego roku75. W 1906 roku relacjonował przebieg wyprawy myśliwskiej do Indii swoich synów, Stanisława i Jana, którym towarzyszył daleki kuzyn Oswald Potocki. Ojciec podróżników przekazał redakcji „Łowca Polskiego” list Jana, zawierający opis polowania na krokodyle. W kwietniu, przebywając w San Remo, powiadomił redakcję o upolowaniu tygrysa przez Stanisława: Donoszę Wam, że syn mój, Stanisław, zabił d. 6 marca pysznego tygrysa bengalskiego w górach Santal, o 40 mil angielskich na poludnio-zachód od Rajgangpur, w prowincyi Calcutta. Zrobił najprzód 40 mil angielskich pieszo przez straszną dżunglę, doszedł do misji katolickiej belgijskiej wśród pustyni i tam trzy noce z kozą czatował na dzikiego zwierza, ale bezowocnie. Potem trzy dni naganek ze 150 do 200 zupełnie nagimi krajowcami szczepu Uriasów, strasznie cuchnącymi i wreszcie szóstego dnia po dwóch bezowocnych nagankach zoczył schodzącego ze skały prosto ku niemu, majestatycznego tygrysa. Strzelił na 40 kroków z pożyczonego sztucera cal. 577. Tygrys ryknął i w gąszczu uszedł. Dopiero o 150 kroków od strzału była kropelka farby, a o 300 kroków tygrys leżał martwy, ze sercem, wątrobą i płucami przestrzelonymi przez tę samą kulę. Cały dzień następny obdzierał tygrysa ze skóry i popiołem nacierał. Jest to niezmiernie rzadki wypadek myśliwski, by ktoś pieszo, z naganką z ludzi tylko złożoną, tygrysa zabił26. Opisując hrabiego Adama Sierakowskiego jako myśliwego, możemy stwierdzić, że należał on do ówczesnej elity, polował bowiem w znakomitym towarzystwie i był zapraszany na najsłynniejsze łowy organizowane w znanych i cenionych kniejach należących do wybitnych przedstawicieli polskiego ziemiaństwa i arystokracji. Na polowaniach spotykał się z reprezentantami świata kultury i sztuki, malarzami i pisarzami, co dla niego, jako człowieka nauki, miało z pewnością duże znaczenie. W relacjach i sprawozdaniach prasowych jego nazwisko nigdy nie było łączone z tytułem króla polowania, nadawanym myśliwemu, który strzelił największą liczbę zwierzyny. Myślę, że nie świadczyło to bynajmniej o małych umiejętnościach strzeleckich hrabiego, lecz wynikało raczej z pewnej postawy polegającej na odrzuceniu rywalizacji sportowej w myślistwie. Wydaje się, że właściciel Waplewa nie był typem myśliwego-sportsmena nastawionego na uzyskiwanie efektownych rezultatów i zdominowanie, dzięki indywidualnym popisom, pozostałych uczestników łowów. Adam Sierakowski zmarł 12 marca 1912 roku w VC^aplewie, a tradycje myśliwskie rodu z powodzeniem kontynuowali i rozwijali jego synowie, Stanisław i Jan. 25 „Łowiec Polski”, nr 15 z 19 lipca (1 sierpnia) 1903 r„ s. 231. lh Ibidem, nr 8 z 16 kwietnia 1906 r., s. 124—125. Adam Langowski 117 Tabela. Wykaz polowań z udziałem hrabiego Adama Sierakowskiego 3 N c 2g & 3 I § & Ł £ 0 5 &' - —Ł (LH 5 S ‘8 . 12 « 'O co 00 0 d 12 .2 & _y 'S •□ P P xr 0 $ >> .. > Ol > ”S . - d 'O 3 Śó ii -o X < cc co 0 S £ s- p — y — >c £= g 5 5 2 § s fS §■£ s5 h uucSi_cSu.OCl_,cdP •- OD -ę 60 -5 O -o 60 5 ai to a! c\ £ 01 as co od ■5 CC C J 12 0 N CG SL O Bt 'O ~N £ - £ u" 3 .łt: -8 8 0 ‘”* r~' 'co 1 ’ćo 0 '2 5 oT N *2 co 8 □ 13 12 (i co •g * p £ 22 JE " -N 13 $ a u E 2 .5 12 C-< ✓ CO O §5 E < 1 U* ' E -0 0 => cd -J 0 - £ § £ S 5 hI iiais <0 co 0 _J 3 — 'C -O . "o « C"^ T ° 3 i £ 12 O 8 £ .2 x « c C S co '5! rt « 3 -W on -Q ’n -P p N c 3 ? 12 « 5 J H 3 1 h > -0 - 11 -2 5 B Ś co cG cG •1 12 c .12 2 •4 $ ^0 O -g 3 0 $ 2 .2 Z f 2 £ Q J 2 £ J § u < E < -g < £ 1S 2 r8 12 -C “ -C r^ co ^0 £ 12 § 0 a 15 J cc N 12 'a 0 1 c 2 8 CQ ł-s i - £ -N 1 s « H -5; 'C -2 2> c 0 S 12 2 H S"S u "9 3 ._: .-; 00 _q t3 _c .<2 _2 -2 ,. £ 0 „ c g N' . 3 60 _Q ł. N _|-5£-££ E-S £ O o> - c O — C > .2 12 < p .2 £ 5> > to - .E E f g N 12 J I 12 3 0 0 CS^ >-? -3 -g '3 i f J ~ _£ 2 12 >. Ć2 S 3 E -c -S -0 > 00 _2 12 £ g -S g £ ”S1 "2 'P 3 2 72 H « E ® S -3 Q Eu 3 .y 1 -B 12 * < Id J .0 g^ 5 ^12 0 | Ą u E ,2 2 w J; _S ^0 j2 •> •E -rt > 9 -i - ; ~ 5 0 -n c -2 _* g -2 & E C £ y. 3L>-c^cgcco a -N 12 CO 'C & i 8 U N 1.8 -rt * ^1 < rt _g ■; a _E £ a =S CS § ca - £ :n -o S 1 u 12 'E ca 12 E 0 3 12' ? 0 c 13 UŚ 12 0' Ę 2 u £ CG co u ■g 0 N g 12 N 3 12 i 1 ^8 -S ;o ca c 12 CS 2 ,—? 'O -C C? 12 12 0 .8 Ja 3 'E j I •A _2 5 2 > 1E 2 C cs ,_r 0 3 _2 — — CO . a 'a i £ co £ 'O §30 £ p > 'O p N 0 C 3 rt p 2 £ 8 C 12 T U .Sp vg y "y N E >£ - c£ 8 >2 s U U 0 OJ s 12 P g .p & 0 - >. K 12 -N Ł- c «> -£ 0 £ 'C ~ es c — a = 1^ CG CG -rt S £ s < s £ -0 0 o. co 0 u 12 0 ^0 3 < U g E ^3 N 3 3 8 . • N Q 0 g E 43 3 3 . • N _c Q E -x ! «-s cS e . 3 "S < £ u ^0 - d g i <0 CS 3 Tl 3 -2 S a u ^o Jo ź U £ O co 1 12 CO h li O ^2 8 S 12 n > 0 e < 3 £ £ Ł T 'CO 'o 3 ’n aj N 'O n' ai ÓD O OO -g ’n 00 £ aj 2 5 7 a-c^2 g, £ -o 1 &-S - 4 1 fi ? •3 —1 ę y \o N ’—1 -T3 --1 -2 < is 22 8 vs sr o 2 2 £ £ u' U -g -p 22 3 a ■• -Si | S 5 & E S £ 33 X OZ rt n 2 ._ 1JO 3 3 r-. rt 8 O p 7 8 8 P 7 7 J § . ~ 3 s? cc g S 7 7 N - S J > g - 2 u o g « -5-8 N £ n 7 2 22 2 « a 8 0 ? * 7 3 1 > H *3 o O .-O >,42 3 00 9 oj N 00 > CC Uh > Oj Is^^Z 7 | I * Q j u cc g -85 3 'o 4 4 ’5 S 6 a 7 7 § J 3 ■? * ? H < 8 7 B 8 j ^'>0 j J 7 * N 2 7 g,l 22 3 J 7 £ g g g U -2 2 2 g " .2 3 7 £ 5 22 7^800 £ a*-. 3 ,4 N 'G r' ——* o cc < N 5 •§ d 3 S e ~o a aJ 22 p co £> U £ u C -C § g £ -S 22" .2 3 >. u 3 3 N — o 3 N 2 a .3 u 25 3 Ł! "□ 2 3 a u E 4! a ó w pP, 3 -£ co o ■ 1 B g -1 J^3 ’£ u 8 N 2 2 S 2 3 3 22 0 3 cNi 1 P- c U o >? Ł -S N 7 cd o 22 . 7 Q o ^o 77 cc O -2 aJ 7/ > 42 > •— 0 O s s § (U aj S r^ *3 N rc h 2 0^7 7 3—8 ® 2 7 3 J c 4 7 „ 7 -0 23 6 S 2 ? 0 ? s P 0 3 2 > . 34 cc P CC --H N 0 a 0 £ s •y n 0 © £ 22 -P l2 u -S 0 H -3^3—, c 0 -7 -2 y a *0 2^ -p >k c 3 i« 'c H-j-H .Z4 N > cc Uh N 03 ” n "“O 2x 2 N s O j- « u? 3 - 1 p -s a > -ś P N ó cc P -O 3 -£ — <^ (U .22 ca -0 c cc M-s 22 -8 0 I •a 3 $ ^2 gl 5-g 111 E < .3 -8 < § c a - s ’5 u -g 0 7 w "o 7 E rK ? E 7 8 1 7 j 0 i y cc < 0 3 5 3 8 2 i S 8 3 8 22 £7 Eg? 3 0 0 Ol N r- 4^3 7 7 O 'E 22 N 0 E 'C 3 2 Cd —■ 0 N ^7 U 8 . G N Oj £ p2 ?§ . • Q aj m 'S b £ <-5 y 3 7 -3 « S p S $ 22 JS c -2 c § 22 -8 2 N S ^2 U N 0 3 K' -01 raj 73 .3^ ,. ’n 7 0 J Z s .8 U '9 Ol CQ 1 | s a S JE u .cc 4 z Oj - £ 3 £ 5 Ł p- 07 e o 8 22 'SI -3 >-, £ -5 | _ Z2^2 8 . 7 .22 £ 1 cc . 'P Ł- pś c 2 S CC O Oj 23 P 3 8 0 p « 3 3 cc 'C 1 s 1 0 bh csS^ 3 -Q "o 1 s 3 Q aj <3 S o bp 5 g (N 2 xr 'C o § c "o 0 bD | -S 12 -o -a 3 .3 8j 0 ”3 2“ ’0 7 - a 5 M ■23 J p -* "S y ^'5 £ 7 m n 0 - a 0 S -g Źródła: „Łowiec”, nr 2,311886; nr 2,3/1887; nr 4,5/1888; nr 3/1891; nr 3/1900; „Łowiec Polski”, nr 1/1900; nr 11,24/1904; nr 4/1909; nr 3/1911; „Świat”, nr 43/1909; „Gazeta Lwowska”, nr 54/1901. Janusz Namenanik 119 Janusz Namenanik DZIERZGOŃSKI „PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI” Zanim 24 stycznia 1945 roku do Dzierzgonia weszli Rosjanie, pewne wydarzenia poprzedzały ten moment, jak i w wyniku tego wejścia nastąpiły kolejne. Opis tych wydarzeń zawdzięczamy spisanym wspomnieniom, których autorami są byli mieszkańcy Dzierzgonia i okolic. Wspomnienia te są tym bardziej wartościowe, ponieważ ich autorzy byli osobami znaczącymi w ówczesnym społeczeństwie, co powodowało, że mieli znacznie większą wiedzę na poruszane tematy niż szary obserwator, który wiedział tylko tyle, co zaobserwował lub doświadczył. Jak piszą byli wysocy niemieccy oficerowie K. Dieckert i H. Grossmann': Prusy Wschodnie do lata 1944 roku były oazą spokoju. Tereny te tworzyły most łączący resztę kraju z północną częścią frontu wschodniego. Całymi dniami i nocami toczyły się na wschód, przede wszystkim na głównej trasie między Tczewem a Iławą transporty z zaopatrzeniem oraz jadące Zaświadczenie wystawione dla sanitariuszki Klat Jadwigi wydane przez Białostocki Pułk Aprowizacyjny 12 maja 1945 roku. 1 Dieckert K., H.Grossmann, Bój o Prusy Wschodnie. Kronika dramatu 1944—1945, Gdańsk 2 011, s. 3 3. 120 Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności” z powrotem długie pociągi z rannymi i chorymi, które częściowo pozostawiały swych pasażerów we wschodniopruskich szpitałach. Ulice Dzierzgonia dopasowały się do nędzy i biedy czasów wojny. Przed sklepami, mogącymi zaoferować klientom coś interesującego, formowały się kolejki. Artykuły żywnościowe były reglamentowane. Prowadzono sprzedaż na kartki. Widać było mężczyzn w różnego rodzaju mundurach, żołnierzy na urlopach i ozdrowieńców z medalami na piersiach, ale też dużo kobiet z wychudłymi i smutnymi twarzami; kobiet, którym wojna zabrała mężów, synów i braci. W okresie wojny mieszkańcy rolniczego Dzierzgonia jakoś radzili sobie z zaopatrzeniem w produkty rolne. Bardzo wielu uprawiało działki, prowadziło małą hodowlę. Tradycyjny sobotni rynek (który funkcjonował przez całą wojnę) znacznie ułatwiał zaopatrzenie. Ponieważ mężczyźni zdolni do noszenia broni przebywali na froncie, obowiązki związane z utrzymaniem domu, sklepów czy gospodarstwa rolnego spoczywały na barkach starszych wiekiem mężczyzn i kobiet. Zakłady produkcyjne musiały zatrudnić zagranicznych robotników (jeńców). I tak majątek ziemski w Prakwicach zatrudniał jeńców rosyjskich, Zakłady Betoniarskie Pennera w Dzierzgoniu zatrudniały między innymi jeńców francuskich. Duży obóz jeniecki znajdował się w pobliskim Malborku. Październik 1944 roku przyniósł dla niemieckiej machiny wojennej szereg klęsk. Po początkowych sukcesach tempo ofensywy zmalało. Niemcy rzucili do walki znaczne siły, przechodząc często do kontrataków. Niemcy powołali jednostki Yolkssturmu, do których Przepustka zezwalająca na opuszczenie koszar w dniu 26 czerwca 1945 roku i wyjście na miasto Christburg (Dzierzgoń) dla szeregowca Klat Jadwigi. Przepustka podpisana przez Antoniego Zwierza (ojca Adama Zwierza, piosenkarza). Pieczęć III Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego. Janusz Namenanik 121 wcielono wszystkich mężczyzn w wieku od 16 do 60 lat, niewystarczająco uzbrojonych, niewyszkolonych i dowodzonych przez funkcjonariuszy partyjnych. Wartość bojowa takich jednostek była znikoma, stanowiąc jedynie dowód rozpaczy ginącego hitleryzmu. Gdy 5 listopada wyzwolono Gołdap, na froncie zapanował ogólny spokój, rosyjskie dowództwo zmuszone zostało do zaprzestania ofensywy. Front stabilizuje się na ponad dwa miesiące. Przeciwnicy mieli czas na przygotowania. Rosjanie potrzebowali czasu na wzmocnienie przed decydującym uderzeniem na Prusy Wschodnie 2 Frontu Białoruskiego pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego. Jak wspominają niemieccy wyżsi oficerowie2, starannie wyliczony przez niemieckich sztabowców stosunek sił między Niemcami i Rosjanami wynosił w przypadku piechoty 1:11, czołgów 1:7, artylerii zaś 1:20. Szczególnie niekorzystnie wyglądała sytuacja w powietrzu. Kiedy rozpoczęła się ofensywa rosyjska zapasy armii niemieckiej w Prusach Wschodnich w amunicji i paliwie mniej więcej wystarczały na trzy dni’’. Rosyjski szturm na wschodnią granicę Prus Wschodnich rozpoczął się 12-13 stycznia 1945 roku. Rosjanie, zdobywając tereny dawnych Niemiec, prowadzili działania odwetowe, nacechowane szczególnym okrucieństwem wobec ludności cywilnej, wśród której nie starano odróżniać innych narodowości; zdobywcy wszystkich mieszkańców Prus traktowali jak Niemców. Tereny zdobyte były niszczone, łupione, a ludność mordowana lub wywożona. Główną winę za los ludności Prus Wschodnich ponosił nadprezydent, gauleiter i Komisarz Obrony Rzeszy, Erich Koch, który miał władzę rozkazodawczą i groził karami za przygotowanie nie mówiąc już o samej ewakuacji. Nikt więc nie wydał rozkazów ewakuacji w odpowiednim czasie. Warunki atmosferyczne były w tym okresie dość srogie, temperatura powietrza utrzymywała się w okolicach - 20° C, były duże opady śniegu. Miało to znaczny wpływ na przebieg działań wojennych. Podmokły teren zamarzł, co pomagało wojskom pancernym w przemieszczaniu się, natomiast zamarznięte okopy nie dawały się pogłębiać. Transport z powodzeniem odbywał się po zamarzniętych rzekach i wodach przybrzeżnych. Wojska, które wkroczyły kilkanaście dni później do Dzierzgonia, rozpoczęły swój szlak bojowy pod Pułtuskiem nad Narwią. W dniu 21 stycznia Rosjanie zdobyli Olsztynek i Ostródę, następnego dnia byli już w Miłomłynie, Iławie, Morągu, Małdytach i Zalewie, 23 stycznia zajęli Pasłęk, Susz, Kisielice i rozpoczęli oblężenie Elbląga, w dniu 24 stycznia zajęli łącznie na froncie wschodnim około 600 miejscowości w tym Prabuty, Dzierzgoń, Stary Targ, Żuławkę i Stare Pole. Rosyjskie oddziały zaatakowały wzdłuż linii kolejowej łączącej Królewiec z Elblągiem i Malborkiem, przecinając w ten sposób na południowy wschód od Elbląga szlaki komunikacyjne łączące z Rzeszą Grupę Armii „Środek ”. W okresie od 14 do 23 stycznia 2 Front Białoruski odciął Prusy Wschodnie od pozostałych terenów Rzeszy. Teren powiatu sztumskiego przejmowała 2 armia uderzeniowa generała Fieduniń-skiego wchodząca w skład 2 Frontu Białoruskiego. Powiatowy Sztum zajęto 25 stycznia. Kilka dni wcześniej sytuacja w powiecie była taka, że ludność zapewniały władze powiatu, że każdy powinien trwać. Starostwo powiatu plan ewakuacji utrzymywało w tajemnicy. Jak twierdzi O. Piepkorn4: W dniu 11 stycznia wsie w powiecie sztumskim Ibidem, s. 94. 3 Ibidem, s. 123. 4 Piepkorn O, Die Heimatchronik der westpreu^ischen Stadt Christburg und des Landesam SorgefluJ?, Detmold 1962, s. 192. 122 Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności” przygotowane były do ewakuacji. Jasna odwołała swoją nocną eksmisję, Ty węzy pojechały nocą w kierunku Nowego Targu, gdzie zostały zawrócone przez Wermacht. Wyczerpani podróżni byli o godzinie 22 na powrót w domu. Po ofensywie Rosjan w Dzierzgoniu pierwsze ałarmy były w dniu 15 stycznia, ałe nie były one traktowane poważnie. Jeżeli to było konieczne, to miejscowe władze wydawały certyfikaty podróży ewakuowanym. Administracja miasta od 1 kwietnia 1943 roku należała do burmistrza Kryspina. W skład ścisłego grona osób rządzących w Dzierzgoniu należeli również: architekt Widy Schwencke, lekarz Schulze (jako miejscowy szef NSDAP), oraz Otto Piepkorn (właściciel tartaku i wytwórca mebli), który dalej wspomina5: W niedzielę 21 stycznia poszedłem o ósmej rano do mojego biura w tartaku przy ulicy Dworcowej (obecnie Zawadzkiego), aby pracować. Nadjechała od strony Starego Dzierzgonia ciężarówka, wyszedł z niej łekarz i zapytał mnie, dlaczego tutaj w Dzierzgoniu wszyscy jeszcze śpią. Nie wiedział, że wojnę przywiózł teraz tu do Dzierzgonia. Zajrzałem do przestrzeni ładunkowej ciężarówki, gdzie po sufit łeżały zmasakrowane ciała. Byli to ranni w cienkiej odzieży szpitalnej ewakuowani w pospiechu ze szpitala w Iławie. To spotkanie było kłuczowe dla Dzierzgonia. Udałem się od razu do ratusza, aby zebrać niezbędne wiadomości. Kierownictwo powiatu uspokajało mnie, oraz zaznaczało, że urzędowy nakaz ewakuacji jeszcze nie nadszedł. Połączenia z Iławą nie mogłem uzyskać. Rozmawiałem telefonicznie z burmistrzem Prabut, który potwierdził znaną mi od łekarza sytuację w Iławie, oraz wyjaśnił i opisał ruchy wojsk na froncie. Pan Schulze zadzwonił do burmistrza Godziszewa (okolice Starogardu Gdańskiego), gdzie była zaplanowana ewakuacja mieszkańców Dzierzgonia. Burmistrz za Wisłą się zgodził i był gotowy na odbiór uchodźców. W przypadku ogłoszenia alarmu ewakuacyjnego, mieszkańców mieli powiadomić łącznicy Hitlerjugend. Pojazdy transportowe zabezpieczone do ewakuacji w niedzielę po południu załadowane wysłano w drogę. Część z nich została zawrócona do Dzierzgonia, a część jechała dalej skonfiskowana przez Wermacht. Piepkorn dalej wspomina6: O godzinie 19 wieczorem dostałem telefon od burmistrza Godziszewa i dowiedziałem się, że przyjmowanie uchodźców nie ma sensu, gdyż miał ich więcej niż płanowano. W porozumieniu z panem Schułze ustaliliśmy dalsze poczynania. W nocy z niedzieli na poniedziałek prowadziłem negocjacje z dyrekcją kolei w Gdańsku. Moje pierwsze rozmowy zostały zignorowane. Dla gdańskiej dyrekcji było niejasne położenie Dzierzgonia, który leżał w Prusach Wschodnich, ale dworzec kolejowy leżał „za granicą”. W końcu otrzymałem zgodę do świadczenie transportu specjalnym pociągiem. W dniu 22 stycznia (poniedziałek) kolumna pancerna opuściła Sztum i udała się w kierunku Pasłęka. Sztum był wyludniony. Dzierzgoński architekt Schwencke wspomina7: Społeczeństwu Dzierzgonia ogłoszono, że można oczekiwać na specjalny pociąg ewakuacyjny. Teraz ludzie zbierają się przed Ratuszem z dużą ilością artykułów gospodarstwa domowego, walizek i pudelek. Drogi zostały zablokowane przez pojazdy wojskowe i ludzi. W siarczystym mrozie siadali i wstawali, długo czekali i czekali, gęsty śnieg padał. Przyszedł komunikat z Kisielic, że 30 czołgów rosyjskich już przełamało front. Charakterystyczne było to, że mało powagi przywiązywano do aktualnej sytuacji. Bardzo mało ludzi poszło spacerkiem do 5 Ibidem, s, 193. 6 Ibidem, s. 193. Ibidem, s. 194. Janusz Namenanik 123 stacji kolejowej. Pozostali czekali pod Ratuszem, że ktoś po nich przyjedzie. Wponiedziałek tj. 22 stycznia o godzinie 5 rano przybył oczekiwany pociąg. Ewakuacja do tej pory przebiegała dość spokojnie i zgodnie zplanem, Specjalny pociąg załadowano do godziny 11 rano i wyjechał on w stronę Malborka około południa. Kierownikiem transportu (pociągu) był rektor Mielke. O. Piepkorn dalej wspomina8: Tymczasem ja telefonowałem ciągle do dyrekcji kolei, apelując o następne pociągi ewakuacyjne. Decyzja zapadła taka, że jeden pociąg zastąpi dwa pociągi. W wyniku czego w nocy z poniedziałku na wtorek (tj. z 22/23 stycznia) pojawił się pociąg liczący 15 wagonów, który opuścił Dzierzgoń o godzinie 5 rano. Szefem transportu (pociągu) był nauczyciel Fuhłbrugge. Podczas ewakuacji ludność zachowywała się dobrze, za wyjątkiem kilku nielicznych przypadków. Nie dokonywano zniszczeń pozostawionego majątku trwałego. Zaopatrzenie ludności w pieczywo, mleko i produkty mięsne odbywało się jeszcze we wtorek po południu. W nocy z poniedziałku na wtorek rozeszła się wiadomość, że rosyjska grupa pancerna maszeruje z Prabut na Dzierzgoń. Podczas ewakuacji miejscowym szefem Volkssturmu był mistrz krawiecki Jaschiński. W budynku byłej szkoły rolniczej na ul. Traugutta stacjonowała kompania motoryzacyjna, która w niedzielę dostała rozkaz opuszczenia Dzierzgonia. Zabrali oni na swoje pojazdy wiele kobiet i dzieci. Podczas ewakuacji dobrze pracowała młodzież Hitlerjugend pod kierownictwem Hansa Teschke, informując ludność poprzez zorganizowaną służbę o aktualnej sytuacji. Chłopcy w poniedziałek po południu wyjechali drugim specjalnym pociągiem. Od tego czasu mała grupa mężczyzn była gotowa do poleceń w zakresie dalszych prac eksmisyjnych. W poniedziałek (22 stycznia) administracja miasta została rozwiązana. Ważne dokumenty zostały załadowane do dwóch wozów strażackich, a były to dokumenty kasy miejskiej, urzędu stanu cywilnego i biura z kartkami żywnościowymi. Po kilku tygodniach udało się nawiązać kontakt z byłym komendantem straży pożarnej z Dzierzgonia Panem Tollickiem, który dotarł do Ueckermunde, a wozy strażackie dotarły do Szczecina. W Mikołajkach Pomorskich zatłoczony pociąg transportowy oczekiwał 4 doby, aż puszczono go o godzinie 23. 23 stycznia 5 większych miejscowości uzyskało zgodę na ewakuację. W nocy było jasno jak w dzień, od południowo-wschodniej strony widać było łuny pożarów wsi. Mieszkańcy wspominają, że nadeszła godzina wyjazdu i było gorzko zostawiać w mieście i na wsi to, co całe generacje tworzyły dzięki ciężkiej pracy. Volkssturm na terenie Dzierzgonia został rozwiązany. W okolicach Malborka wszystkie drogi były zablokowane. Warunki ciężkie, bo 25 stopni mrozu. Na drogach oprócz miejscowej ludności to jeszcze uciekinierzy ze wschodu. W nocy z poniedziałku na wtorek widać było jasne pożary z kierunku Zalewa. W dniu 23 stycznia o ósmej rano zakończono załadunek trzeciego ostatniego pociągu z Dzierzgonia. Do południa przychodzą na stacje jeszcze grupy maruderów. Uchodźcy z rejonu Starego Dzierzgonia szturmują stację i bez tchu donoszą: Rosyjskie czołgi przejechały nasze grupy i zepchnęły do przydrożnego rowu, w Starym Dzierzgoniu Rosjanie mordują i pałą. Pociąg ruszył o godzinie 12.30 i siedem godzin po wyjeździć dotarł do zatłoczonego Malborka. x Ibidem, s. 194. 124 Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności”______ W pociągu było tak dużo pasażerów, że w trakcie podróży kilka kobiet się udusiło. W tym czasie Rosjanie, zmierzając do Dzierzgonia, w pobliskim Przezmarku zmasakrowali 200 pozostałych tam wieśniaków. Wracając do Dzierzgonia, architekt Schwencke wspomina9: Byliśmy bardzo szczęśliwi, że trzeci pociąg odjechał załadowany. Miasto prezentowało ponury obraz. Drzwi i okna były otwarte i poruszały się na wietrze. Wyludnione ulice, zimno, to wszystko było nierzeczywiste i niewiarygodne. We wtorek (23 stycznia) około godziny 15 byliśmy zmuszeni do opuszczenia Dzierzgonia na piechotę. Grupa nasza składała się z: pana Dr Schulze i jego żony, Pana Dr Meissera i jego gospodyni domowej, panny Marthy Berger z ciotką, pana Waltera Korba, pana Nitschke ze Starej Wsi (kolo Miniąt) i ja. Dwaj lekarze zabrali ze sobą torby lekarskie. Uchodźcy z kierunku Prakwic opowiadali, że Rosjanie są już w Myślicach. Nasz ekwipunek mieścił się na dwóch sankach i w plecakach. Zdecydowaliśmy się na marsz prosto na północ w kierunku wybrzeża, idąc bocznymi drogami, gdyż główne drogi przeznaczone były dła wojska. Idąc, zauważyliśmy nieracjonalny widok. Otóż nauczyciel Zswillus, stal z Pancerfaustem na górze zamkowej. Trudno się dziwić, że rosyjskie czołgi tak szybko zajęły miasto, skoro była to jedyna obrona przeciwpancerna, jaką dysponował Dzierzgoń. Poszliśmy na most prowadzący do Pachoł. W Bocianowie już słyszeliśmy jak pozostawione bydło ryczy w stajniach. Ten specyficzny hałas towarzyszy nam w innych napotkanych po drodze wsiach. Dwaj chłopcy z Hitlerjugend, którzy powrócili ze szkoleniowego obozu, zastali wioskę pustą i byli obecnie jedynymi jej mieszkańcami. Następnie udaliśmy się do Świętego Gaju, gdzie tylko kilka psów biegało. Widać było, że mieszkańcy pośpiesznie opuszczali miejsce zamieszkania, światło elektryczne zapomniano wyłączyć. Udaliśmy się w kierunku Starego Dolna. Po prawej stronie usłyszeliśmy sporadyczne strzelanie i dlatego postanowiliśmy nie iść w kierunku Elbląga. Mijamy Brudzędy, nienaruszony sklep, starą karczmę, wszędzie widać pośpieszne opuszczenie. Dwaj niemieccy żołnierze bez broni stwarzają uspokajający widok rzekomych maruderów. O zmierzchu docieramy do Zwierzna. Zona lekarza weterynarii Doktora Kleinerta zaprasza nas do swojego domu. Nie wiedzieli oni, czy pakować się czy nie. Posiadaliśmy papiery uchodźców wydane przez burmistrza Dzierzgonia opatrzone pieczęcią miasta. Gdy wyszliśmy następnego dnia rano ze Zwierzna, nasi gospodarze również otrzymali nakaz eksmisji. Przekroczyliśmy linię kolejową Elbląg-Malbork i zobaczyliśmy bardzo długi pociąg z uchodźcami przeważnie na odkrytych wagonach. W Nowym Dworze Gdańskim roiło się od ludzi. W Swibnie odkryliśmy, że przebywa tam około 25 mieszkańców Dzierzgonia, w tym nasi sąsiedzi Kroll. Wszyscy oni odnaleźli rodziny i doszli bezpiecznie do Zachodu. Nasza dalsza podróż odbywała się nieogrzewanym pociągiem oraz duńskim frachtowcem węglowym Lotte. Dotarliśmy do miasteczka Visselhówede (Niemcy, Dolna Saksonia) w powiecie Rotenburg. Tylko około 300 mieszkańców Dzierzgonia, czyli 8% pozostało w mieście i częściowo czekało w ukryciu na rzeczy, które mogą się wydarzyć. Pozostało dużo katolików wraz ze swoim dziekanem i kanonikiem Poschmannem. Dziekan pozostał na prośbę frombor-skiego biskupa. Grupa schorowanych starców pozostała w „okrągłym” domu opieki (ulica Wojska Polskiego), gdzie pozostały dwie siostry katolickie i jedna protestancka. Wszystkich .czeka wkrótce morze krwi i łez, a tylko nieliczni przeżyli rzeź. Prawie do samego 9 Ibidem, s. 195. Janusz Namenanik 125 końca funkcjonowała łączność telefoniczna, a to dzięki dwóm mężczyznom z Volkssturmu, a mianowicie krawca Jasińskiego i mistrza kominiarskiego Geruuda, którzy utrzymywali działanie centrali telefonicznej w nocy z 23 na 24 stycznia, aż do momentu wkroczenia Rosjan. Zostali oni deportowani przez Rosjan. W dniu 24 stycznia (środa) około godziny 9 rano do Dzierzgonia weszli Rosjanie10. Ubrani, jak określili to miejscowi Niemcy, w „pikowane mundury”, a był to po prostu rosyjski wynalazek odzieżowy tzw. kufajki. Obserwatorzy twierdzą, że nie mogli uwierzyć własnym oczom, jak wielka liczba Rosjan weszła w dół obecną ulicą Zawadzkiego. Wszędzie gdziekolwiek spojrzysz: Rosjanie, Rosjanie i ponownie Rosjanie. Tylu żołnierzy nie było widać w 1939 roku. Nasz Rynek mógł pomieścić tylko część z nich. Nastąpiło pośpieszne przeglądanie domów i poszukiwanie niemieckich żołnierzy. Rosjanie ze sklepów wychodzili z wypchanymi kieszeniami, ze wszystkim co było im potrzebne. We wczesnych godzinach porannych wyruszyli mieszkańcy wsi: Tywęzy, Żuławka i Budzisz oraz liczni maruderzy z terenu powiatu. O godzinie dwunastej Żuławka zostaje zajęta, a wkrótce o godzinie 15 Stare Pole. Nadal trwają wędrówki uciekinierów w stronę Malborka. Wieczorem zostali oni dogonieni przez rosyjskie czołgi. Ostatni w kolumnie byli zastrzeleni lub rozjechani. Dla wielu ratującym życie przedsięwzięciem było przejście po lodzie na Nogacie. Wielu w czasie tej przeprawy utonęło. W porze obiadowej rosyjscy żołnierze obsadzający Stary Targ pod wpływem alkoholu wywołali strzelaninę. W czasie ucieczki wielu mieszkańców naszego miasta zginęło. W dniu 30 stycznia Rosjanie zatopili statek Wilhelm Gustloff wywożący z Gdyni około 6 tys. osób, z czego 5 tys. zatonęło w Bałtyku. Wśród tych pasażerów były między innymi z Dzierzgonia pani Dreger z córką oraz pani Irmegard Rohde. 25 stycznia 1945 roku nasz piękny Dzierzgoń zostaje spalony przez Rosjan. Ogień według opisów11 rozprzestrzenił się od obecnej ulicy Reja, docierając do ulicy Limanowskiego, aby następnie pokonać ulicę 1 Maja i dotrzeć na Rynek. Palący się Rynek wytworzył tak dużo ciepła, że Rosjanie wycofali się z Rynku i maszerowali ulicą Przemysłową. Od wysokiej temperatury więdły kasztany przy kościele katolickim. Wielu Niemców pochowanych w piwnicach oraz chorzy w łóżkach, uciekają, próbując się ratować. Tak jak np. żona pana Turka z córką i siostrą Orturd (zastrzelone), pani Schulz, panna Passlade. Zapalił się również od iskier dom w południowo-zachodniej części ulicy Słowackiego. Ponadto spalono dwór Schmidta na Słonku, dom Krausego, stajnie Wedel, dom nauczyciela Ostena. Sąd okręgowy wraz z mieszkaniami przy sądzie i więzieniem, dom strzelecki (strzelnica). Zapalono pojedyncze domy na ulicy Zawadzkiego, oraz budynek straży pożarnej. W Dzierzgoniu pozostało tylko 20% zabudowy. Trwały aresztowania i przesłuchania. Rosjanie mieli dwóch Ukraińców, władających językiem niemieckim, którzy służyli im jako tłumacze. Niektórzy mieszkańcy Dzierzgonia zostali zesłani niewinnie na Syberię. Aby dokonać grabieży bez świadków, mieszkańcy Dzierzgonia zostali zamknięci w dwóch domach: jednym z nich był dom wielorodzinny na ulicy Słowackiego obok cmentarza oraz dom Wantoch-Rykowskiego przy ulicy Traugutta. Budynki 10 Flottwell G., Die Riiumungdes Kreises, | w:] Der Kreis Stuhm, Osnabriick 1975, s. 248. 11 Piepkorn, op. cit., s. 200. 126 Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności" były wypełnione mieszkańcami od piwnicy po strych. Ludzi zamknięto i odizolowano od świata zewnętrznego. W czasie tej wojny jedna jak i druga strona barbarzyńsko traktowała ludzi z podbitych terenów. Stare kobiety bito i tratowano końmi. W czasie wojny zginęło około 500 mieszkańców miasta. Na niezliczonych bitwach zginęło około 300 żołnierzy pochodzących z Dzierzgonia. Wielu żołnierz zmarło z głodu i tyfusu w obozach na wschodnich stepach Rosji. Każdy z Niemców miał zakaz poruszania się po mieście. Liczne strzelaniny w Dzierzgoniu spowodowały śmierć 90 osób. Miejsca prowizorycznego pochówku były trzymane w tajemnicy. Dwaj starsi panowie Holsztyn i Kwaśny i pewien obcy z Ankamat zostali zabici na poddaszu domu Wantoch-Rykowskiego przy ulicy Traugutta. Później w gnojowisku znaleziono zakopane zwłoki innych Niemców. Wszędzie w mieście i na wsi szalały morderstwa. Głuchoniema para Grossmann i rolnik Richard Wólk zginęli od kul. U rzeźnika Lau zastrzelono jedną osobę, której ekshumacji dokonano w momencie budowy nowego Banku Spółdzielczego. Ponadto zabito panią Seelig oraz panią Kuger, gdy broniła córki przed wywózką. Murarz Wagnez, zagorzały socjalista, został zastrzelony po tym, jak jego żona została porwana. Właściciel młyna ze Stanowa Max in Klein, zastrzelony obok swego psa myśliwskiego. Pan Drossel z Prakwic i wielu innych nieznanych w mieście musiało oddać swoje życie. Pracownikami rolnymi w Prakwicach byli jeńcy rosyjscy, którzy z radością czekali na wyzwolenie przez rodaków. Niestety, zostali przez swoich potraktowani jako zdrajcy i rozstrzelani. Ich zwłoki długo leżały na prakwickich polach, ponieważ nie miał kto ich pochować12. Robotnik fabryczny Isoket, który był liderem dzierzgońskich komunistów i czekał 12 lat na wyzwolenie, teraz ujrzał radykalny kierunek doktryny, gdy przyszli sowieci i zabili go wraz z jego dziećmi. Niewielu mieszkańców Dzierzgonia pozostało do złożenia zeznań, ci co zostali, ze strachem przechowywali wiedzę o tym, co się stało. Z obozów przejściowych szybko zostali wybrani niemieccy mężczyźni, kobiety, chłopcy i dziewczęta i pilnie strzeżeni przez Rosjan udali się w długą drogę na Syberię. Pewna liczba przetrzymywana była w obozach deportacji. Zachowali swoje życie: pani Gawroński, pani Kruger, panna Olsen, spedytor Jansen, sklepikarz Kunigh, kupiec Erich Dost, pani Redmer. Nigdy więcej nie usłyszano nic o sierżancie policji Buchholzu i ślusarzu Damerau. Katolicy i ewangelicy dzierzgońscy zawsze żyli w najlepszych stosunkach. Nawet teraz, jak tajne stowarzyszenie, zebrali się wokół chorego, 75-letniego dziekana Poschmana. Rosjanie wyprowadzili go na cmentarz przy kościele św. Ducha, gdzie na ścianie musiał rozkrzyżować ręce, wówczas strzelali do niego z pistoletów tak, aby go straszyć (opowieść jego siostrzenicy moim rodzicom). W murach klasztoru mieścił się dom starców. Jedna z katolickich sióstr, stając w obronie młodszej siostry, została zastrzelona. Tablica upamiętniająca ten fakt jest na murach klasztoru. Armia rosyjska swoją siedzibę Komendantury umieściła w domu nauczyciela bróschke przy ulicy Odrodzenia 13. Kompania pancerna stacjonowała na ulicy Wojska Polskiego w domu doktora Schulze i poczyniła duże szkody w otoczeniu. W domu Maagesche (ulica Wojska Polskiego) mieszkali rosyjscy oficerowie i 2 niemieckojęzycznych Ukraińców. 12 Relację przekazał pan Andrzej Czapliński z Dzierzgonia. Janusz Namenanik 127 W szkole miejskiej (ul. Krzywa) oraz domu starców (klasztor) zainstalował się szpital. Części ciała po amputacji wyrzucano przez okna w śnieg na plac zabaw. Dziekan Poschman ze swoją siostrzenicą dostali pokój u rzeźnika Lau na ul. Wojska Polskiego. Zamordowanych Niemców do końca marca nie pochowano. Wybuchł tyfus. Zmarło wielu Rosjan i pochowano ich na dwóch cmentarzach: w ogrodzie Preikschata ul. Zawadzkiego (tam, gdzie stoi blok mieszkalny osiedle Krasickiego 1), a drugi był na Rossgartenstrasse (część Żurawiej) koło szklarni Schmidta. W końcu lat czterdziestych podjęto decyzję o ekshumacji rosyjskich pochówków. Ale kto miał tego dokonać? Zatrudnił się do tego dzierzgoński ogrodnik pan S., który po to, aby zdobyć fundusze na trunki, nie bał się żadnej pracy. W związku z tym po odkopaniu mogiły resztę prac wykonał widłami od gnoju, ładując zawartość na furmankę, która przewiozła szczątki w miejsce godnego pochówku. O tym fakcie dowiedziały się ówczesne władze i pan S. musiał wielokrotnie udawać się na przesłuchania do miejscowego komisariatu milicji, w którym to śledczy UB (przyjeżdżali ze Sztumu) ciągle dopytywali go, dlaczego bohaterów radzieckich ładował na wóz widłami od gnoju. Ale w końcu jakoś się wykręcił od odpowiedzialności. Pani Hedwig Poschmann wspominała15, że od stycznia do marca trwały chwile grozy, ona wraz księdzem Poschmannem przebywali w pokoju u pana Lau niczym chrześcijanie za Nerona skryci w katakumbach. Na początku marca rozpoczęła się rejestracja mieszkańców prowadzona przez rosyjską komendanturę. Mogliśmy w pewien sposób poruszać się po mieście. Te nieludzkie bestie zaoferowały nam wstrząsający widok naszego pięknego kościoła. Po raz pierwszy w końcu marca z panem Domherrem udaliśmy się do kościoła. Widok wnętrza był przerażający. Tabernakułum rozbite. Poświęcone hostie rozrzucone na ziemi w kałe i brudzie. W zakrystii wszystko było zdeptane na podłodze, podarte i brudne, między stertami ludzkich ekskrementów. Znikły najcenniejsze rzeczy. Figura Świętego Antoniego rozbita na tysiąc kawałków. Piękna statua Najświętszego Serca Jezusa przestrzełona w kilku miejscach. Zniszczone również organy, podobny los spotkał lampy. Wszystkie obrusy ołtarzowe i lichtarze zostały skradzione. W nawie głównej stos śmieci sięgał prawie do chóru. Codziennie przez trzy tygodnie sprzątamy kościół w towarzystwie dwóch polskich żołnierzy, gdyż w przeciwnym razie nie było to możłiwe. W ewangelickim kościele parafialnym — podobnie jak w katolickim. Żyrandol został zerwany z sufitu, ołtarz i zakrystia okradzione, organy zniszczone. Korytarze mocno zanieczyszczone, tylko tablica pozostała nienaruszona. Po wejściu do Dzierzgonia Rosjanie zaczęli wywozić zdobyte na Niemcach mienie. W pierwszej kolejności usuwali rzeczy, które nie były umocowane. Z zakładu Pennera wywieziono 38 samochodów, maszyn i urządzeń. Ładowano meble, szczególnie pożądanymi rzeczami były fortepiany, meble tapicerowane i kryształy. Wszystko wysyłano do Rosji. W fabryce myjnia samochodów została zlikwidowana. Duże maszyny z młynów rozebrano i wywieziono. Zachował się tylko mniejszy młyn na ulicy Żeromskiego, który jeszcze kilka lat pracował dla naszych mieszkańców. Wszystkie produkty rolne ze wsi oraz zwierzęta były transportowane na wschód. Rzadko pozostawiano sprzęt rolniczy. Wywożono większość ludzi, szczególnie tych zdolnych do pracy. Most kolejowy koło Stanowa 1' Ibidem, s. 203. 128 Dzierzgoński „pierwszy dzień wolności” został wysadzony. Tory i wyposażenie stacji zniknęło. Jeńcy (żołnierze niemieccy) musieli to rozbierać i ładować na transport. Jak już wspominano, wojska rosyjskie wkroczyły do Dzierzgonia w dniu 24 stycznia 1945 roku, nie mniej jednak jako dzień wyzwolenia Dzierzgonia przyjmuje się datę 25 tycznia 1945 roku, ponieważ od 25 stycznia w Dzierzgoniu administrację miasta zaczął prowadzić rosyjski zarząd wojskowy. Dopiero pod koniec maja 1945 roku miasto przekazano pod polską administrację. 25 lutego 1945 roku przybyło do Dzierzgonia Polskie Wojsko wchodzące w skład III Białostockiego Pułku Aprowizacyjnego sformowanego na bazie IV Pułku Zapasowego występującego początkowo jako Pułk Aprowizacyjny Prus Wschodnich'4. Znaczna część tych żołnierzy osiedliła się na stałe w Dzierzgoniu. l4Szorc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998, s. 16 9. Marta Chmielińska-Jamroz 129 Marta Chmielińska-Jamroz TAJEMNICZA ŚMIERĆ MILICJANTA W kamienicy na rogu, tuż przy dawnej wieży ciśnień i budynku starostwa w Malborku, dziś mieści się sklep spożywczy. Starsi mieszkańcy pamiętają zapewne, że dawniej znajdowała się tu restauracja. Lokal będący w 1946 roku własnością Romana Janowczyka stał się w czerwcu tamtego roku sceną niespodziewanych wydarzeń. W korytarzu restauracji został zastrzelony jeden z bawiących się tam gości, milicjant z komendy w Malborku, plutonowy Stanisław Stosik. Plutonowy Stanisław Stosik wraz ze swym kolegą Bronisławem Nadolskim, również milicjantem komisariatu MO w Malborku, pojechali 12 czerwca 1946 roku do Elbląga konwojować więźniów. Ludzie, których mieli pilnować, znajdowali się w więzieniu w Malborku. Plutonowy Stanisław Stosik, fot. archiwum Nie ma informacji, ilu ich było, ani kim byli. Wiemy, że trafili do elbląskiego Zakładu Karnego około godziny 14. Milicjanci zaś postanowili zjeść obiad. Do posiłku zamówili wódkę. Zanim zdążyli wyjść, jacyś nieznani mężczyźni podający się za sokistów, pracowników kolei oraz księgowy stoczni w Elblągu, zaprosili Nadolskiego i Stosika do swojego stolika. Milicjanci z zaproszenia skorzystali i alkohol polał się szerszym strumieniem. Po paru godzinach mocno podpici mężczyźni dotarli na dworzec kolejowy i odjechali w stronę Malborka. Bronisław Nadolski był tak pijany, że nie potrafił w czasie późniejszego przesłuchania podać, o której i jakim pociągiem przyjechali, pamiętał jedynie, że na dworcu w holu spotkali innego milicjanta, który polecił im udać się na komisariat. Do komisariatu jednak nie dotarli, bo zaszli na piwo. Postanowili za to dalej bawić się w restauracji „Nad Strumykiem”. Po kolejnej, tym razem godzinnej, nasiadówce i wypiciu kolejnej butelki wódki dwaj zataczający się funkcjonariusze MO dotarli do restauracji Janowczyka przy ulicy Michała Roli-Żymierskiego. W lokalu tym siedzieli już goście, kobieta i mężczyzna, którym był prawdopodobnie zawiadowca stacji kolejki wąskotorowej 130 Tajemnicza śmierć milicjanta w Kałdowie. Kolejarz zaprosił nowych gości do swojego stolika, wraz z nimi biesiadował także właściciel restauracji. Cała grupa świetnie się bawiła, alkohol lał się strumieniem, mężczyźni tańczyli z towarzyszącą im kobietą. Po kolejnym litrze wódki, około północy, grupa wyszła na podwórko. Wyszli do pobliskiego parku znajdującego się około 150 metrów od restauracji. Milicjant Stosik i Nadolski natomiast pozostali sami w restauracji - czytamy w sprawozdaniu milicyjnym sporządzonym na potrzeby dochodzenia. W pewnym momencie plut. Stosik Stanisław wyszedł z lokalu na korytarz, gdzie nieznany do tej pory sprawca oddał do niego serię strzałów, trafiając go w brzuch, głowę i ręce, w skutek czego poniósł śmierć na miejscu. Towarzyszący Stosikowi Bronisław Nadolski po usłyszeniu strzałów wytoczył się na korytarz i zapalił światło. Ujrzał Stosika leżącego na ziemi i więcej nie pamiętał. Obudził się w areszcie Urzędu Bezpieczeństwa, znajdującym się wówczas w kamienicy przy ulicy 17 Marca. Ubowcy odebrali mu broń i po wytrzeźwieniu przesłuchali. Nadolski niewiele mógł pomóc. Nic nie widział, a z powodu upojenia alkoholem, niewiele pamiętał. Wspomniał w protokole przesłuchania o tym, że towarzyszący im przy stoliku mężczyzna (imienia którego nie pamiętał) przyglądał się z dziwnym wyrazem twarzy Stosikowi, tańczącemu z będącą w ich towarzystwie kobietą. Nie wiadomo dziś, czy motywem zabójstwa stała się zazdrość? Czy może były to porachunki osobiste, albo też może dzielnicowy dał się we znaki mieszkańcom Malborka i sami postanowili wymierzyć mu sprawiedliwość? A może żołnierze 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, którzy bywali wtedy w Malborku, wykonali wyrok na aktywnym funkcjonariuszu? Tego zapewne dziś się nie dowiemy i zagadka pozostaje wciąż do rozwiązania. Sprawa prowadzona przez Prokuraturę Okręgową w Elblągu z powodu niewykrycia sprawcy została umorzona 26 lipca 1946 roku. Wspomnienia Halina Łukawska BYLIŚMY OZNAKOWANI JAK BYDŁO Na robotach przymusowych w Birkenfelde (Grzymała, powiat Sztum) 1942—1945' Nazywam się Halina z Kowalskich Łukawska. Mam 87 lat. Mieszkam w Malborku. Przed wojną mieszkaliśmy w Osieku nad Wisłą, koło Torunia, gdzie mieliśmy gospodarstwo rolne. Mój ojciec pracował w tamtejszym kościele jako organista. Niestety, zmarł, kiedy miałam dwa lata i wcale go nie pamiętam. W czasie II wojny światowej, jeszcze jako dziecko, zostałam wraz z całą rodziną wypędzona z własnego domu i wywieziona na roboty przymusowe do Prus, gdzie przebywałam do stycznia 1945 roku. Po wyzwoleniu z niemieckiej niewoli przez Armię Czerwoną poszłam wraz z innymi ludźmi pieszo pod Toruń, przekradając się pomiędzy wojskami radzieckimi i niemieckimi. Kiedy W 1942 roku zaczęła się bitwa O Stalingrad, ^arta Kowalska, matka Haliny, w czasie 1 ° pobytu na robotach przymusowych. Na Niemcy na gwałt potrzebował i nowych żołn ierzy. Wtedy piersi pożyta litera P oznaczająca właśnie najbardziej naciskali na Polaków, żeby podpisy- Polaka, fot. archiwum rodzinne wać volkslistę. Ponieważ mieszkaliśmy na terenach wcie- lonych do Rzeszy, więc chcieli koniecznie zrobić z nas Niemców. Wielu sąsiadów z Osieka uległo Niemcom i zrzekło się polskości. Niemcy naciskali także na naszą rodzinę. Nasza matka, Marta z Budnych Kowalska, byłaby dla nich cennym nabytkiem, bo była wdową i miała pięciu synów. Gdyby podpisała volks-listę, wówczas wszyscy moi bracia zostaliby uznani za Niemców i wcieleni do Wehrmachtu. Matka jednak nie chciała, by jej synowie jechali walczyć na „Ostfront” i ginąć za Hitlera. Poza tym, a może przede wszystkim, czuła się Polką, polską patriotką, a nie Niemką. Była dumna i miała twardy charakter. Wiem, że dużo ryzykowała, nie podpisując tej volkslisty. Nie chodziło tylko o stratę domu, ziemi i całego majątku. Niemcy mogli nas przecież za to zesłać do obozu koncentracyjnego w Potulicach czy w Stutthof lub do obozu w Smukale koło Bydgoszczy, albo do obozu w Szmalcówce w Toruniu. Tam właśnie trafiali ludzie z naszej okolicy, których Niemcy wysiedlali z ich domów. Panowały tam straszne warunki, ludzie marli w tych obozach z głodu i chorób. 1 Relację spisała i zredagowała Alicja Łukawska, córka Haliny Łukawskiej. 132 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfeldc Papiery na volkslistę przysyłano nam do domu chyba ze trzy razy, aż w końcu nas wysiedlono i wywieziono. Kiedy nas wysiedlano, zebrali się nasi sąsiedzi ze wsi i zabierali, co się dało od nas z domu, wynosilili różne przedmioty, łapali na podwórzu nasze kury. Straciliśmy wtedy wszystko, co mieliśmy, dom, gospodarstwo, wszystkie zwierzęta, meble i całe wyposażenie domu. Dosłownie cudem udało się uratować kilka naszych zdjęć rodzinnych, w tym jedyną fotografię mojego nieżyjącego ojca. Nasze wysiedlenie z Osieka odbyło się jesienią 1942 roku. W tym dniu w domu była nas tylko trójka, to jest moja matka, ja (najmłodsza z rodzeństwa) i mój starszy o trzy lata brat Andrzej. W tym czasie reszta moich braci i siostra byli już poza domem. Stasiek i Tadeusz pracowali przymusowo u Niemców w pobliżu Osieka, Wacek na kolejce wąskotorowej w Toruniu, a Józef i Genia byli na robotach przymusowych w Prusach Wschodnich (Józef w Nowym Stawie, Genia w Różanach pod Elblągiem). Przed wysiedleniem niemiecki sołtys kazał nam się spakować i wziąć ze sobą żywność na trzy dni. Matka przygotowała jakieś jedzenie, trochę odzieży, poduszkę, pierzynę i koc. Nie było tego dużo, bo byliśmy wtedy biedni. Najpierw sąsiad zawiózł nas konnym wozem gminy do Czernikowa, gdzie już była duża grupa wysiedlonych Polaków z całej gminy. To wszystko byli ludzie, którzy nie podpisali volkslisty. W Czernikowie była komisja niemiecka, czyli trzech gestapowców i jeden lekarz. Wzywali wszystkich Polaków po kolei i pytali o stan zdrowia. - Nie mam już zdrowia do roboty - mówiła matka - Co ty wiesz? Jesteś zdrowa jak koń! Do roboty! - powiedzieli Niemcy bez żadnego badania mojej matki. To była jakaś fikcja, a nie komisja lekarska! Potem siedzieliśmy w Czernikowie przed urzędem gminy i czekaliśmy, aż nas zaprowadzą do pociągu. Siedzieliśmy tam na peronie na naszych tobołkach, razem z innymi ludźmi z okolicy. Było ich bardzo dużo. W końcu wsadzili nas wszystkich do towarowego wagonu i zawieźli do Torunia. Później nasz wagon dołączyli do pociągu, który jechał z Lipna i stał na stacji w Toruniu. Tam dali nam do picia gorącą wodę z owocowym sokiem. Pociąg w końcu ruszył, ale ciągle stawał po drodze. Wtedy po raz pierwszy w życiu jechałam pociągiem. Podróż trwała dość długo, chyba kilkanaście dni. Jechaliśmy tak w nieznane, siedząc na swoich tobołkach. Po drodze Niemcy wysadzali kolejne grupy ludzi. W końcu i nas wysadzono z tego pociągu. Wysiedliśmy na dworcu w Sztumie i stamtąd szliśmy pieszo na zamek sztumski, gdzie mieścił się Arbeitsamt. Była nas spora grupa Polaków. Szliśmy całą kolumną pod strażą funkcjonariuszy Gestapo. Do dzisiaj pamiętam te ich czarne mundury, czapki z trupią czaszką i długie, błyszczące buty. Wydawało mi się wtedy, że szliśmy dość długo. Byliśmy bardzo zmęczeni, tym bardziej, że nieśliśmy w ciężkich tobołkach swoje rzeczy. W tym zamku ludzie posiadali na swoich bagażach i czekali, co będzie dalej. Do Ar-beitsamtu przyjeżdżali Niemcy z okolicy i wybierali sobie Polaków do roboty jak na targu niewolników. Najpierw, oczywiście, brali tych młodych, silnych i zdrowych. Nas długo nikt nie chciał wziąć. Moja matka była już niemłoda, miała przeszło 50 lat, ja miałam wtedy skończone 12 lat, a brat 15. W końcu zabrał nas jakiś bauer z Żuławki Sztumskiej Halina Łukawska 133 albo z Jasnej, dobrze już nie pamiętam. Byliśmy tam miesiąc albo dwa. Potem trafiliśmy do majątku Arthura Radtke do Birkenfelde (dzisiaj Grzymała) koło Malborka2. Najpierw byłam w niewoli w Birkenfelde we trójkę z mamą i bratem Andrzejem, a potem tylko z bratem. Początkowo mieszkałyśmy z mamą w drewnianym domu, koloru zielonego, stojącym obok pałacu. Z jednej strony mieszkał w nim niemiecki rządca ze swoją rodziną, z drugiej były dwa pomieszczenia dla „niewolników” z zakratowanymi oknami. W pierwszym przebywali Rosjanie i Ukraińcy, jeńcy wojenni, na których mówiono „plenni”. Z ich pomieszczenia przechodziło się do drugiego pokoju, który był przeznaczony dla kobiet. Były tam zakwaterowane robotnice przymusowe z Ukrainy, no i my z mamą. Obie z matką spałyśmy na jednym łóżku. Nakrywałyśmy się pierzynką, którą matka zabrała z domu z Osieka wraz z pościelą. Potem nasza pościel podarła się od ciągłego używania. Trudno było tak spać. Były też kłopoty z myciem, bo w ścianie łączącej nasz pokój z pokojem rosyjskich jeńców była u góry dziura. Jeńcy mieli łóżka piętrowe, więc jak chciałyśmy się myć, to oni wchodzili na te łóżka i podglądali nas. Często więc chodziłyśmy brudne, w końcu zaatakowały nas różne insekty, a najbardziej to wszy. Mój brat Andrzej trafił do obsługi koni w stajni i mieszkał gdzie indziej w tym samym gospodarstwie razem z chłopakami stajennymi. Radtke hodował dużo koni. To były rasowe, silne, mocne konie, klacze, wałachy i ogiery. Trzeba było je codziennie ujeżdżać, czasem także pławić w wodzie. Andrzej miał tylko 15 lat, ale był bardzo sprawny i niczego się nie bał, więc i te konie nie były mu straszne. Ja z matką przez całą wiosnę i lato 1943 roku pracowałyśmy na polu, m.in. na folwarku Niederung, który Radtke kupił krótko przed wojną. To było gdzieś niedaleko lotniska w Królewie Malborskim. Mieszkaliśmy w dwurodzinnym, nowym domu z cegły. Ten budynek był zupełnie nowy, jeszcze niewykończony, nie było tam podłóg, a schody z kolorowego betonu dopiero przy nas wylewano. Na miejscu mieszkało niemieckie małżeństwo, które tym folwarkiem zarządzało. Pracowałam tam wraz z mamą i innymi ludźmi w polu, m.in. przy burakach, które trzeba było przerywać i plewić. To była ciężka praca. Bardzo źle się wtedy czułam, byłam słaba i niedożywiona. Często chodziłam głodna. Jedzenia było bardzo mało. Było tylko na kartki. Radtke zabierał nam kartki żywnościowe i robił chleb z mąki z własnego zboża. A ja wciąż czułam, że nie jestem najedzona do syta. Miałam wtedy 13 lat i wciąż jeszcze rosłam, więc pewnie potrzebowałam tego jedzenia więcej, niż nam dawano. Na kolacje codziennie była kasza z chudym, odciąganym mlekiem. Poza tym, ziemniaki w łupinach, parowane jak dla świń, gotowane w kotle na dworzu i kawałek chleba do tego. ' W niemieckich księgach wieczystych (Grundbuch) dotyczących powiatu sztumskiego z początków XX wieku znajdujących się w Archiwum Państwowym w Elblągu z siedzibą w Malborku znalazłam zapis, że Arthur Radtke był ostatnim właścicielem dóbr rycerskich Birkenfelde. W dniu 6 maja 1910 roku urzędnik nazwiskiem Sowiński pracujący w biurze notariusza sztumskiego Artura Nadarowskiego wpisał do tej księgi: „Dr Rittersguts besitzer Artur Radtke, Titulus possesionis 6 mai 1910". Czyli, że od tej daty począwszy, właścicielem Birkenfelde stał się Arthur Radtke. Majątek składał się wówczas z 26 hektarów ziemi, w tym były pola uprawne i dworek. Radtke kupił tę posiadłość za sumę 119 300 marek. W tej samej księdze znajdują się inne zapisy: z 1929 roku oraz 22 lutego 1933 roku (nieczytelny). Zdaje się, że chodziło o to, iż Radtke stopniowo dokupował ziemię, bo 7 czerwca 1929 roku jest wpis następującej treści: „Grosse 39 ha, 88 a, 10 m kw”, a przy nim podpis niemieckiego urzędnika Bergmanna. Kilka lat temu znalazłam też w sieci informację w, że w latach trzydziestych majątek Radtkego obejmował 261 hektarów ziemi, w tym Birkenfelde oraz folwark Niederung. 134 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde Jesienią 1943 roku podczas pobytu na tym folwarku w pobliżu lotniska w Królewie Mal-borskim widziałam nalot angielskich czy też może amerykańskich bombowców. W Królewie było wtedy niemieckie lotnisko i zakłady produkujące samoloty wojskowe. Nasz dom był niedaleko i wszystko było doskonale widać. Kopaliśmy wtedy buraki na polu. Jak zaczęło się to wielkie bombardowanie, to pobiegłam do domu i popędziłam schodami na pierwsze piętro, gdzie mieszkałyśmy z mamą. Być może nie było to za mądre, ale byłam bardzo ciekawska. Stałam tam sobie w oknie na górze i patrzyłam na to widowisko na niebie. Bardzo mnie to zaciekawiło i wcale się nie bałam. Samolotów alianckich było bardzo dużo. Nadlatywały grupami i leciały w szyku. To były ogromne, ciężkie bombowce. Do dzisiaj mam w uszach głośne buczenie ich silników. Te samoloty wyrzucały bomby i leciały dalej, a potem zawracały i jeszcze raz bombardowały. Zostało wtedy mocno zniszczone niemieckie lotnisko w Królewie, a tam podobno były samoloty niemieckie przygotowane, by lecieć na wschód, na Ostfront. Te samoloty też się podrywały do góry, ale to na nic, widziałam, jak zostały zbombardowane. Udało się je zniszczyć! Na szczęście ten nalot dotyczył tylko lotniska, nikomu z cywilnych ludzi nic się nie stało. Te wielkie samoloty nie spuszczały bomb na domy mieszkalne. Nikt z naszych ludzi nie ucierpiał. Baliśmy się o tym głośno rozmawiać, ale po cichu cieszyliśmy się, że Niemcy dostali w skórę3. Drugi raz widziałam angielski nalot wiosną 1944 roku, jak już mieszkałam w Birkenfelde. To była chyba Wielkanoc. Wtedy zauważyłam, że prócz bomb z samolotów lecą jakieś białe papierki, ale nie wiem, co to było, bo nie wolno było tam podchodzić i ich zbierać. Potem dowiedziałam się, że Anglicy prócz bomb zrzucali też jakieś ulotki po niemiecku. Późną jesienią 1943 roku, kiedy skończyły się już roboty połowę, Arbeitsamt zabrał moją matkę od Radtkego i skierował do pracy w fabryce amunicji w Hanau, w głębi Niemiec. Nie było od tego odwołania. Ja i Andrzej mieliśmy zostać sami w Birkenfelde. Jak wspomniałam, Andrzej w tym czasie pracował przy koniach, mieszkał z innymi chłopakami w pokoju nad stajnią i jakoś dawał sobie radę. A ja miałam zostać sama z dorosłymi i chodzić z nimi na pole. Wtedy mama kazała mi się zbuntować. Powiedziała, że nie mam iść do tej pracy w polu, bo według ówczesnego prawa niemieckiego taki obowiązek dotyczył dzieci od lat czternastu, a ja miałam dopiero trzynaście. Mówiła, że mam zamknąć się w pokoju i nie wychodzić rano do pracy z innymi. Bałam się tam zostać bez mamy. Chciałam jechać do tego Hanau razem z nią, ale Niemcy nie pozwolili. Mama wyjechała do Hanau transportem z Malborka, pociągiem, pod strażą, razem z innymi ludźmi skierowanymi tam do pracy i nie widziałyśmy się już więcej aż do końca wojny. Na szczęście wolno było pisać listy, więc korespondowałyśmy ze sobą. Po jej wyjezdzie zrobiłam tak, jak mi przykazała. Kiedy rano wszyscy pracownicy połowi szli o siódmej rano na zbiórkę, zostałam w pokoju i zamknęłam drzwi. Jak 3 Chodzi o nalot bombowców amerykańskich na lotnisko i fabrykę samolotów Focke Wulf w Królewie pod Malborkiem, jaki miał miejsce 3 października 1943 roku. Wzięło w nim udział 96 samolotów bombowych typu B-17 (tzw. latające fortece), które wystartowały tegoż dnia rankiem z lotniska w południowej Anglii. Generał Henry Arnold, ówczesny szef amerykańskich sił lotniczych, nazwał tę akcję najlepszym przykładem precyzyjnego i skutecznego bombardowania na święcie. Wypowiedź ta została zacytowana w artykule US Bombing: Arnold calb the Marienburg raid the best exemple ofprecision bombing, jaki ukazał się na łamach pisma “Life” 8 listopada 1943 roku. W czasie tej akcji Amerykanie nie tylko zniszczyli fabrykę niemieckich samolotów w Królewie, ale także - w drodze powrotnej do Anglii - zbombardowali Gdynię, Gdańsk i Anklam. Halina Łukawska 135 się okazało, że mnie nie ma na zbiórce, to dwa razy przychodził po mnie niemiecki rządca i wołał aufmachenl aufmach en, czyli żebym otworzyła mu te drzwi. Wtedy znałam już na tyle niemiecki, że dobrze rozumiałam, co to znaczy. Ale nie otworzyłam mu drzwi. Potem przyszedł sam Radtke i jemu też nie otworzyłam. Tego dnia za karę nie dostałam nic do jedzenia ani obiadu, ani kolacji. Następnego dnia nie dali mi śniadania. W końcu Radtke wezwał w mojej sprawie policjanta z Dąbrówki Malborskiej. Ten niemiecki policjant zaczął ze mną spokojnie rozmawiać. Powiedziałam mu, że bardzo się boję Radtkego, bo on chodzi z kijem, krzyczy i bije ludzi. Boję się, że może mnie też uderzyć. On zaś odpowiedział, że mam się nie bać, bo jak Radtke będzie mnie bił, to on przyjdzie i mnie weźmie do siebie do domu. W wyniku interwencji policjanta Radtke przeniósł mnie do pałacu, gdzie miałam pomagać w kuchni. Z początku całymi dniami siedziałam tam i tylko obierałam ziemniaki. Siedziałam tam tak długo, aż cała zesztywniałam. Nogi mi ścierpły i tyłek rozbolał od tego siedzenia. Źle się z tym czułam, marzyłam, aby choć trochę móc się poruszać. Potem pracowałam w kuchni jako pomoc kuchenna i przy drobiu. Miałam teraz inne koleżanki w pokoju. To były same Polki. Mieszkałyśmy tam w dwóch pokoikach na górze w pałacu, w tej trzeciej części budynku, patrząc od strony drogi. Nasz pokój wychodził na ogród. W jednym pokoju byłam ja, to jest kleine Halina, druga Halina (nazywała się Krajewska), na którą mówiono grosse Halina i Frania. W drugim pokoju mieszkała Monika, Łodzią i Joanna. Wstydziłam się ich, bo w tym poprzednim pokoju, gdzie nie można było się normalnie umyć, zaraziłam się wszami od Ukrainek. Jedna z moich nowych sąsiadek, duża Halina, zauważyła, że stale się drapię i sprawdziła mi głowę. Kiedy znalazła wszy, obcięła mi Osiek nad Wisłą, lata trzydzieste. Od lewej Tadeusz, Andrzej, Marta i Halina Kowalscy, fot. archiwum rodzinne 136 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde warkocze. Miałam teraz krótsze włosy, tylko do ramion. Kazała mi polewać głowę naftą, żeby zniszczyć te wszy. Nafta wypaliła mi dziury w skórze, potem leczyłam je jakąś maścią, ale potem już żadnych insektów w głowie nie miałam. Tam, w pałacu, były lepsze warunki, niż miałam wcześniej. Dostałam swoje łóżko, siennik wypchany słomą, pościel, pierzynę, poduszkę i ręcznik. Pościel i ręczniki były zmieniane raz na miesiąc. Moje starsze, polskie koleżanki były dla mnie bardzo dobre i opiekowały się mną aż do końca wojny. Nie wiem, jak bym przetrwała ten pobyt w Prusach Wschodnich, gdyby nie one. Bardzo wiele im zawdzięczam. W majątku zatrudnieni byli pracownicy przymusowi z różnych krajów. Tam było w sumie około stu osób. Prócz nas, Polaków, byli też Rosjanie, Ukraińcy, dwóch Serbów i „Italiano”, czyli Włosi. Jeńcy włoscy zjawili się w majątku pod koniec wojny. To byli żołnierze wzięci przez Niemców do niewoli. Mieli swojego niemieckiego wachmana, który wyprowadzał ich do roboty w polu. Pewnego razu byłam świadkiem tragicznego wydarzenia. Na własne oczy widziałam, jak ten wachman zatłukł jednego z nich na śmierć kolbą od karabinu. Nie wiem, o co tam poszło i dlaczego on to zrobił. To było na podwórzu w Birkenfelde. Jak się o tym Radtke dowiedział, to zaraz złapał za telefon i dalej gdzieś dzwonić. Chyba do jakiegoś urzędu? Strasznie się wydzierał do słuchawki, że nie chce tu takich kłopotów i żeby zabrali od niego tego wachmana, który znęca się nad Włochami. Ten chłopak zmarł zaraz po tym pobiciu. Nie udało się go odratować. Włosi w ogóle byli Halina Łukawska 137 najgorzej traktowani z tych wszystkich jeńców wojennych. Niemcy uważali ich za zdrajców, bo w czasie wojny przeszli na stronę aliantów. Najlepiej traktowani byli Anglicy, to była taka jeniecka arystokracja. Czasem widzieliśmy jak niemieccy wachmani prowadzą grupę Anglików drogą, gdzieś do pracy w polu. To byli jeńcy przysłani ze stalagu, którzy mieszkali i pracowali gdzieś w pobliżu. Zawsze szli pod strażą i zorganizowaną grupą. Wszyscy ich lubili, bo jak szli, to często rzucali dziewczynom mydełka i czekolady, które chowali sobie wcześniej po kieszeniach. Anglicy dostawali paczki poprzez Czerwony Krzyż i byli zawsze nieźle zaopatrzeni. Dostawali nawet mleko w puszkach czy prawdziwą kawę. No i często dzielili się z innymi. To były bardzo dobre, wysokiej jakości angielskie mydełka i naprawdę smaczne czekolady. Anglicy jednak nie pracowali u nas. Radtke nie chciał ich brać do siebie. Miał inną politykę. Uważał, że skoro oni tacy „bogaci”, to nasze dziewczyny będą za nimi latać, żeby dostać te mydełka i czekoladki, zamiast skupić się na pracy dla niego. Paczki z Czerwonego Krzyża dostawali też dwaj Serbowie, którzy mieszkali w Birken-felde nad kurnikiem, w tej wysokiej wieży koło pałacu. Jeden z nich, miał na imię Miłosz, zawsze mnie wołał, jak karmiłam kury na podwórzu. Prosił, żeby zawołać „dużą” Halinę z mojego pokoju, bo ona mu się bardzo podobała. Chyba był w niej zakochany? Dawał mi za to rodzynki, które dostawał w paczkach. Mówił na nie „winołki”. Halina była naprawdę ładną dziewczyną, blondynką, i podobała się mężczyznom. Miała już jednak swojego polskiego chłopaka i nie chciała spotykać się z Miłoszem. Ci dwaj Serbowie byli kowalami, pracowali w kuźni, która stała na środku podwórza. Podkuwali tam konie, robili też różne ręczne narzędzia metalowe, jak motyczki, grabie czy łopaty. A po kryjomu wykuwali dla dziewczyn śliczne pierścionki z niemieckich fenigów. Pracowali tam też i mieszkali stali pracownicy niemieccy, normalnie zatrudnieni, którzy dostawali pensję. Była tam gospodyni, starsza już kobieta, ślepo wpatrzona w Radtke-go. Służyła mu wiernie, dbała o niego i gotowała mu dobre rzeczy z mięsa i różne sosy do tego. Była też druga kobieta, młodsza, która pracowała jako zootechnik przy koniach; był też mężczyzna do koni, chyba to był inseminator, bo zajmował się rozrodem klaczy. Był też jeszcze jeden Niemiec, inwalida wojenny, którego gdzieś zabrali pod koniec 1944 roku. Oni wszyscy mieszkali w pokojach u góry w tej pierwszej części budynku (patrząc od strony drogi), z wyjątkiem tej starszej gospodyni, która miała swój pokój na parterze. Radtke nie doceniał tego jej oddania, bo w pewnym momencie zwolnił ją z pracy, a na jej miejsce przyjął inną, młodszą Niemkę, która przyjechała z Hamburga i rżnęła wielką damę. To była chyba jakaś jego dawna znajoma, bo wcześniej przyjeżdżała do Birkenfelde jako gość. Chodziła zawsze elegancko ubrana, miała futra i jedwabne suknie. Ta młodsza gospodyni była jednak tylko pół roku. Potem ją też wyrzucił, bo chyba mu nie odpowiadała. W majątku było też dwóch niemieckich rządców. Jeden z nich nazywał się Kulis i choć był Niemcem, to pod koniec wojny, w ostatnim roku, zaczął pić bimber z buraków cukrowych z Polakami i Ukraińcami. Oni pędzili go w tej wieży przy pałacu, tam na dole była zrobiona łaźnia męska i tam właśnie mieli całą aparaturę do robienia bimbru. Zaś drugi niemiecki rządca, ten z folwarku Niederung, to był taki wysoki, potężny facet, który miał żonę malutką i drobną, ale zrobił jej aż 18 dzieci. Mieli chyba 12 lub 13 synów, Halina Łukawska 139 Na plus mogę powiedzieć tylko to, że Radtke nie był chyba nazistą. Zdaje się, że nie był członkiem NSDAP ani też nie popierał tej partii. Nie zauważyłam u niego w pałacu żadnego „ołtarzyka” Hitlera, czyli portretu Fuehrera, przed którym Niemcy stawiali wazony z kwiatami. A to było wówczas normalne w innych niemieckich domach. Wszędzie u nich były takie nazistowskie „kapliczki”. Niemniej jednak korzystał z darmowej siły roboczej, jaką byliśmy my, robotnicy przymusowi z narodów podbitych przez Niemców. Przez kilka wojennych lat setka robotników przymusowych pracowała u niego za darmo, właściciwie tylko za dach nad głową i wyżywienie. Jeśli faktycznie zadziałał tam diabeł, to Radtke przez pewien czas miał to swoje bogactwo, ale potem musiał za to zapłacić temu diabłu swoim życiem. Pałac w Birkenfelde pochodził z XIX wieku i był otoczony ogrodem. To był jednopiętrowy budynek ze strychem mieszkalnym. Całość składała się jakby z dwóch części połączonych niższym łącznikiem. Radtke mieszkał na parterze, w łączniku pomiędzy dwoma częściami pałacu. Miał tam swoją sypialnię i gabinet urządzone z pewnym przepychem. Tam były jakieś meble drewniane, do tego czarne, skórzane kanapy, a także radio i telefon. Z pokoi Radtkego na parterze można było przejść na pierwsze piętro, bo tam były takie kręcone, metalowe schody do pokoju na górze. Obok jego apartamentu była łazienka, jedyna na cały dom. Mógł z niej korzystać tylko on i jego gospodyni. Wszyscy inni biegali do wygódki na podwórzu. Myliśmy się w pokojach w misce, albo w piwnicy w pralni, gdzie można było urządzić takie większe mycie. Na dole w piwnicy była też kotłownia, w której się paliło, by ogrzać cały dom. Wszędzie były pozakładane kaloryfery. W tamtym czasie, my, robotnicy przymusowi, sami na siebie mówiliśmy „niewolnicy”, bo tak właśnie nas traktowano i tak się czuliśmy. Właściwie to byliśmy więźniami. Nie było nam wolno oddalać się od miejsca, do którego nas przydzielono. Pracodawca mógł nam wypisać przepustkę, która należała się tylko raz na dwa tygodnie. To było kilka godzin naszego czasu wolnego, kiedy mogliśmy np. pójść na spacer. Poza tym obowiązywała nas godzina policyjna, kiedy nie wolno było nam nawet wyjść z mieszkania. Tyle było naszej wolności na robotach przymusowych. Naszym losem rządził Arbeitsamt, to jest niemiecki urząd pracy, który rozsyłał nas po różnych miejscach. W każdej chwili mogliśmy być przerzuceni z jednej miejscowości do drugiej. Niemcy nie zwracali uwagi na powiązania rodzinne i rozdzielali rodziny. Potrafili oderwać męża od żony, matkę od dziecka czy rozdzielić rodzeństwo. Musieliśmy być Niemcom absolutnie posłuszni i wykonywać wszystkie ich polecenia. Za nieposłuszeństwo Niemiec mógł nas zbić, oddać z powrotem do Arbeitsamtu, albo nawet wysłać do obozu koncentracyjnego. Wszyscy Polacy, którzy przebywali w Prusach, słyszeli o obozie w Stutthof i bardzo bali się tam trafić. Obowiązywały nas też inne surowe zakazy i nakazy. Na przykład, był zakaz rozmawiania z Niemcami oraz z robotnikami przymusowymi z innych krajów. Nie wolno było nawiązywać z nimi żadnych kontaktów towarzyskich. Z robotnikami z innych krajów porozumiewaliśmy się przeważnie na migi i tylko ukradkiem. Za swoją pracą dostawaliśmy niby jakieś wynagrodzenie, ale to była zupełna fikcja. Po pierwsze, to były bardzo niewielkie pieniądze, a po drugie - prawie nic nie można było za nie kupić, bo prawie wszystko było na kartki. A nasze kartki żywnościowe zabierali 138 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde a reszta córki. Synowie poszli do wojska, a jedna z córek miała romans z Polakiem, robotnikiem przymusowym i zaszła z nim w ciążę. Wybuchł skandal, bo to było surowo zakazane. Polak złapany na romansie z Niemką miał do wyboru albo podpisanie volkslisty i wyjazd na niemiecki front wschodni, albo obóz koncentracyjny. Chłopak wybrał Wehrmacht. Ożenił się z tą Niemką i pojechał na wschodni front. Więcej go już nie widziałam. Niemieccy brygadziści od robót polowych, zatrudnieni na stałe, mieszkali w czworakach, takich domkach z cegły zaraz koło drogi. Stały tam cztery takie domy. Dwa z nich zostały zbombardowane i zniszczone w styczniu 1945 roku. Podobno niektórzy z tych pracowników byli pochodzenia polskiego, nawet mówili po polsku, a na pewno dużo rozumieli. Arthur Radtke to był stary kawaler, Niemiec, ale miał chyba jakieś polskie pochodzenie. Być może pochodził z mieszanej rodziny polsko-niemieckiej. Trochę rozumiał po polsku, a czasem nawet próbował mówić, ale z niemieckim akcentem. Miał siostrę w Grudziądzu, brata w Niemczech i drugiego w Starym Targu, ale nie utrzymywał z nimi kontaktów. W czasie I wojny światowej walczył gdzieś na froncie, chyba we Francji i tam dostał kulą w łeb, w potylicę. Był ranny w głowę, ale przeżył. Podobno miał w głowie metalową płytkę. Na dowód tego w holu pałacu wisiał na ścianie jego żołnierski hełm z czasów I wojny światowej z okrągłą dziurą z tyłu, niby po tej kuli. Był okropnym cholerykiem, stale chodził z taką wielką, drewnianą lagą, krzyczał o byle co i bił kogo popadło. O wszystko się wykłócał, nie tylko z Polakami, ale także z Niemcami, szczególnie jak załatwiał różne sprawy urzędowe przez telefon. Jak gdzieś dzwonił, to z daleka było słychać ten jego krzyk. Choć był mały i gruby, wszyscy się go bali, ja także. Radtke to nie był żaden tam niemiecki czy pruski dziedzic, tylko zwykły, wzbogacony niemiecki chłop, dość prostacki w obejściu. To był trochę dziwny i tajemniczy człowiek. Miejscowi Niemcy gadali o nim niesamowite rzeczy. Powiadali, że był masonem i czarownikiem i że pomagają mu siły nieczyste. Słyszałam od nich, że niby podpisał pakt z diabłem i ten diabeł pomaga mu się bogacić. I że ma także „diabelskie” konie, bo jak jechał szybko swoim powozem zaprzężonym w dwójkę koni, to spod końskich kopyt aż leciały iskry. Podobno widywano go na raz w dwóch różnych miejscach. Kiedyś wszyscy myśleli, że pojechał do Malborka, a on nagle w tym samym czasie zjawił się w domu. Nikt nie wiedział, jakim cudem to się stało. Dlatego, jak gdzieś wyjeżdżał, to wszyscy dobrze się rozglądali, bo bali się, że on w każdej chwili może nieoczekiwanie wrócić. Obawiali się, że nawet jak go nie ma, to on i tak wszystko słyszy i widzi. Mówiono też, że Radtke stopniowo bogacił się, aż doszedł do tego, co miał w czasie II wojny. Zaczął od tego, że jeszcze przed I wojną kupił pałac w Birkenfelde i przylegający kawałek ziemi, czyli przeszło dwadzieścia hektarów. Potem po kawałku dokupował ziemię. W czasie, kiedy tam trafiłam, Radtke miał chyba ponad sto hekatarów ziemi, a może nawet ponad dwieście. To było naprawdę duże gospodarstwo rolne, chyba największy majątek w całej okolicy. Wiele lat później, już po wojnie, dowiedziałam się, że prócz posiadłości Birkenfelde Radtke miał też kamienicę w Malborku, na dzisiejszej ulicy Sienkiewicza. Ten dom stoi do tej pory, to jest obok sklepu z artykułami dla dzieci. 140 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde przecież nasi „właściciele”. Jedyne, co mogliśmy sobie kupić na te kartki, to zapałki, piwo, papierosy i jakieś inne drobiazgi. Niemcy dawali nam wyraźnie odczuć, że traktują nas jako podludzi. Byliśmy oznakowani jak bydło. Kazali nam nosić specjalne znaczki na ubraniu. Polacy nosili nieduży skośny kwadrat z materiału z literą „P”. To była fioletowa litera „P” na żółtym tle, z fioletową obwódką. Ten znaczek musiał być porządnie i mocno przyszyty do ubrania z prawej strony, na piersi. Jakby kogoś złapali bez tego znaczka, to byłoby z nim źle! Groził mu areszt i inne surowe kary. Ludzie ze wschodu nosili znaczek z napisem „ost ”. Na robotach przymusowych w Birkenfelde byłam od grudnia 1942 roku aż do końca wojny, która dla mnie skończyła się w styczniu 1945 roku. W sumie to było przeszło dwa lata. W tym czasie pracowałam dla Niemców, zamiast chodzić do szkoły i mieszkać we własnym domu z rodziną, jak normalna dorastająca dziewczynka. Niemcy właściwie zabrali mi dzieciństwo i wczesną młodość. Jak wyglądało moje życie codzienne na robotach przymusowych? Musiałam wstawać bardzo wcześnie. Latem pobudka była o 4.30, a zimą o 5.00. Myłam się, ubierałam i pędem do kuchni. Musiałyśmy z koleżankami przygotować śniadanie dla około stu osób. Kocioł z wodą na kawę, do którego mieściło się 40 litrów, stawiałyśmy na kuchni już wieczorem. Do kotła sypało się paczkę kawy, zalewało wodą i gotowało razem. Do rana kawa była gotowa. Ta kuchnia była opalana brykietami węglowymi. Był też elekryczny piec do pieczenia chleba i ręczna maszynka do krojenia chleba. Moim zadaniem było krojenie chleba i smarowanie go margaryną i marmoladą owocową. Na samym początku okazało się, że ja źle smaruję ten chleb. Gospodyni stwierdziła, że robię to za grubo i pokazała mi, jak to należy robić właściwie. Brało się na nóż marmoladę i rach, ciach - jedna kromka posmarowana. Brało się na nóż margarynę - i tym szybko smarowało się drugą kromkę. Potem zlepiało się te kromki razem. Każdy dostawał miskę kaszy, kubek kawy i taką właśnie podwójną pajdę chleba, mówiło się na to dwie „sztule”. Śniadanie było wydawane o 6.00, potem wszyscy szli na zbiórkę na dziedzińcu, a ja wracałam do kuchni. Wtedy dopiero sama jadłam śniadanie z innymi dziewczętami. Nie było jakiejś wspólnej jadalni, wszyscy robotnicy jedli u siebie, w swoich kwaterach. Przychodzili po porcje ze swoimi wiaderkami. Obiad był wydawany o godzinie 13.00. Był rozpisany stały jadłospis na cały tydzień. Pamiętam go po dziś dzień. Poniedziałek: krupnik na kościach (albo troszkę mięsa pokrojonego w kosteczkę) z warzywami. Do tego 10 dkg chleba. Wtorek: grochówka z czymś tam mięsnym, warzywa, kawałek chleba. Środa: zimą był kapuśniak, a latem - zupa szpinakowa lub jarzynowa, kawałek chleba. Czwartek: zimą zupa z brukwi, latem - zupa „nudel” (z makaronem), kawałek chleba. Piątek: grochówka — jak we wtorek Sobota: nie pamiętam, jakaś zupa była na pewno i chleb. Niedziela: „nudelzupa” (makaronowa) albo „kartofelzupa” (kartoflanka), chleb. Halina Łukawska 141 Kolacja była o godzinie 18.30. Na kolację codzinnie była kasza jęczmienna z chudym, odciąganym mlekiem. Do tego ziemniaki w łupinach gotowane na dworze w parniku, jak dla świń i 10 dkg chleba. Jak widać, w tym wojennym jadłospisie brakowało mięsa, nabiału i jajek. Dostawaliśmy naprawdę niewiele białka. To było wyżywienie prawie wegetariańskie, dobre dla osób, które nic nie robią i mało się ruszają, a my naprawdę ciężko pracowaliśmy fizycznie i byliśmy stale głodni. Aż do końca wojny mięso, jajka i nabiał były jednak tylko dla Niemców. Właściwie to jedzenie, które gotowałyśmy w kuchni, było w pewnym sensie dla wszystkich, bo niektóre nasze potrawy jedli też Niemcy, dotyczyło to zwłaszcza zup. Na przykład Radtke bardzo lubił zupę z brukwi i grochówkę. Obierałam też dla niego ziemniaki do obiadu, bo dla niego gotowane były osobno. Z tym, że on jadł tylko takie malutkie kartofelki, które wyglądały na młode. A jak nie było małych, to musiałam mu je „rzeźbić” z tych dużych. Wykrawałam je tak dokładnie, że nigdy się nie połapał, że zjadł duże kartofle. Zawsze myślał, że to są te małe. Pozostałe jedzenie dla Radtkego i innych Niemców przyrządzała niemiecka gospodyni. Gotowała dla nich osobno, robiła też różne przetwory z owoców i warzyw w słoikach Wecka. Oni jedli różne mięsa, sosy i tak dalej, na które my mogliśmy tylko sobie popatrzeć. Posiłki spożywali wspólnie w jadalni, która była w tej pierwszej części budynku na parterze. Obsługiwały ich dwie polskie pokojówki, duża Halina i Łodzią. Podawały im jedzenie, a potem zmywały ich porcelanowe talerze. Pozostałym robotnikom nie było wolno wchodzić do tej jadalni. Mój dzień pracy wyglądał tak, że rano pomagałam w kuchni, po śniadaniu szłam do wieży, do kurnika, tam sprzątałam, zamiatałam podłogę i macałam wszystkie kury. Te, które miały jajko, trzeba było odzielić od innych i skierować do klatki, gdzie mogły je znieść. Resztę kur wypuszczałam na dwór po drabince. Kury mieszkały w tej wieży na pierwszym piętrze. W tej samej wieży na parterze mieszkał stróż Jan Wesołowski i polski świniarz, nie pamiętam już, jak się nazywał. Po macaniu kur wracałam do kuchni i pomagałam przy obiedzie. Potem był wydawany obiad, później sama jadłam. W końcu szłam do pokoju odpocząć na godzinę. I znowu z powrotem szłam do kur. Teraz musiałam pozbierać jajka, nakarmić kury, policzyć je i wszystko pozamykać. Kury karmiłam zbożem, ziemniakami obsypanymi jakąś krojoną zieleniną (krwawnik, pokrzywy itp.), zimą dawałam im kapustę do dziobania. Dzięki tej mojej pracy przy drobiu miałam nieco więcej swobody niż inni Polacy, bo mogłam oficjalnie chodzić w różne miejsca. Chodziłam więc po podwórzu, do stodoły, kręciłam się i tu i tam. Przez to dużo widziałam i dużo wiedziałam. Zdarzało się też, że otrzymywałam różne dodatkowe polecenia od Radtkego albo od jego stałych, niemieckich pracowników. Dobrze rozumiałam, co do mnie mówią po niemiecku, lecz nie chciałam z nimi rozmawiać, bo nie lubiłam tego języka. Prawie nie mówiłam po niemiecku. Do dzisiaj, kiedy słyszę ten język, to po plecach przechodzą mi ciarki ze strachu. Kojarzy mi się głównie z krzykiem i z biciem. Dzięki temu, że mogłam wszędzie chodzić, miałam też okazję, by czasem podrzucić trochę dodatkowego jedzenia mojemu bratu Andrzejowi, który był wtedy podrastającym chłopakiem i potrzebował więcej zjeść, niż mu dawano. Nieraz udawało mi się wynieść 142 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde z kuchni kawałek chleba dla niego. W 1944 roku razem z moim bratem pracował przy koniach jeden taki „Italiano”. On mnie bardzo lubił, bo Andrzej dzielił się z nim tym chlebem, który ja przynosiłam. Jakoś się dogadywali, choć tamten nie znał polskiego, a mój brat włoskiego. Kiedyś poszłam po plewy i poprosiłam tego Włocha, by mi ich nasypał z worka. Mnie samej było ciężko to zrobić, bo to był naprawdę duży i ciężki worek. Ale on nie miał czasu, więc pokazał mi na migi, bym przyszła trochę później. Wróciłam do kuchni, a tam było tyle roboty, że nie mogłam się wymknąć po te plewy. No i ten włoski chłopak przyniósł mi ten worek z plewami do kuchni. Pech chciał, że akurat wtedy nadszedł Radtke. — Was ist das?! Was ist das?! Co on tu robi?! - darł się na cały głos, pokazując na tego biedaka. A jemu przecież nie wolno było w ogóle wchodzić do domu. Chłopcy od koni mogli przebywać tylko w stajni, stodole i na podwórzu. Zresztą, co ja bym zrobiła z tymi plewami w kuchni? One były przecież dla kur! Zaczęłam pokazywać temu Włochowi, by szybko uciekał, bo nam obojgu może się oberwać. Radtke nieraz pobił kogoś tym swoim grubym kijem. Ale wtedy nam się upiekło. Poza tym przy koniach pracowało także paru naszych polskich robotników. Wszyscy stangreci Radtkego to byli Polacy. Do tej pracy wybierał sobie wysokich, przystojnych i silnych chłopaków. Oni nosili specjalne stroje, taką liberię z metalowymi guzikami. Jeden z tych stangretów miał na imię Józef, imion innych nie pamiętam. Radtke w ogóle lubił mieć ładną służbę w domu. Wszystkie jego pokojówki, a nawet dziewczyny kuchenne musiały być reprezentacyjne. Brzydkie wysyłał do pracy w polu, a ładniejsze zatrzymywał do prac domowych. Ponieważ ja nie miałam w co się ubrać, to mi moje starsze koleżanki zorganizowały od tych stangretów najpierw jeden płaszcz, a potem drugi. Jeden był granatowy, a drugi czarny, oba z metalowymi guzikami z przodu, na rękawach i jeszcze dwa na takiej patce z tyłu na plecach. Właśnie w tych płaszczach wróciłam do domu zimą 1945 roku. Poza tym z odzieżą na robotach przymusowych było bardzo krucho. A ja przecież rosłam i wciąż potrzebowałam czegoś nowego do ubrania, bo wyrastałam ze starych rzeczy. Największy kłopot był z bielizną, bo my, dziewczyny, nie miałyśmy majtek, halek, koszul, staników i pończoch. Nie mogłyśmy też tego w żaden sposób kupić. Wierzchnią odzież zapewniał nam Radtke. Raz na jakiś czas przywoził wozem konnym całą kupę używanych rzeczy, chyba po Żydach z obozu koncentracyjnego. To była zwykle dobra Wieża koło pałacu w Grzymale, czasy współczesne, fot. B. Jesionowski Halina Łukawska 143 odzież, wysokiej jakości, z dobrych materiałów. Nie wiedzieliśmy dokładnie, skąd ją brał. A nikt nie śmiał go o to pytać. Dlatego z ubraniem kombinowaliśmy jak mogliśmy. Ot, taki przykład... Niemcy mieli takie worki na zboże, które były tak zrobione, że składały się z jednej nitki bawełnianej i drugiej papierowej. Trzeba było zorganizować taki worek ze spichlerza, po kryjomu go spruć, papierową nitkę wyrzucić, a bawełnianą zwinąć w kłębek. W ten sposób pozyskiwano jasną, bawełnianą włóczkę. Z takiej właśnie włóczki zrobiłam sobie na drutach ciepły, ażurowy sweterek. Druty do robótek pozyskiwano z metalowych szprych do roweru. Umiałam dziergać na drutach, bo nauczyła mnie mama jeszcze w domu. To moje rękodzieło było tak chyba bardzo ładne, bo jak się ubrałam, to podeszła do mnie jedna z tych Niemek, które pracowały u Radtkego. - Och, jaki ładny sweterek! Schoen! Schoen! A skąd go masz, dziecko? — spytała podejrzliwie. — Mama mi przysłała w paczce z domu — odpowiedziałam. Skłamałam, bo za kradzież worka Niemcy na pewno by mnie surowo ukarali. Z tej samej bawełnianej włóczki z worków zrobiłam sobie też czapkę i rękawiczki. Ta ciepła odzież bardzo mi się przydała potem, jak uciekałam z Prus Wschodnich do domu, bo był wtedy straszny mróz. Ogromny problem był z butami. Niemcy nie pozwalali kupować podludziom normalnego obuwia ze skóry. Buty skórzane były, tylko dla Niemców. Nam należały się tylko tzw. „holcbuty”, to jest drewniaki. Były w wersji letniej (sandałki z pasków), a także zimowej, czyli robione z zakrytymi palcami i piętą. Działały w ten sposób, że podeszwa tych butów była w jednym miejscu przecięta, a to przecięcie było potem złączone kawałeczkiem skóry. Dzięki temu ta podeszwa była ruchoma. Przysługiwała nam chyba tylko jedna para butów na pół roku. System był taki, że raz na pół roku dostawaliśmy tzw. „bycugszajn”, czyli kartki na odzież lub buty. Aby wykupić te kartki za te niewielkie pieniądze, które dostawaliśmy od Radtkego, jeździło się autobusem do Malborka. Kupowałam swoje „holcbuty” m.in. w sklepach na dzisiejszej ulicy Kościuszki. Dopiero pod koniec wojny koleżanki załatwiły mi jakieś normalne buty, sznurowane i ocieplane, z zamszu, do kostki. I w nich właśnie doszłam pieszo z Prus Wschodnich pod Toruń. Ale wcześniej to stale chodziłam w drewniakach, które były naprawdę niewygodne i obijałam sobie w nich kostki. Później to tak nienawidziłam drewniaków, że nie chciałam ich nosić, nawet jak były naprawdę modne. Problem był też z mydłem. Nie dostawaliśmy normalnego mydła do mycia, tylko takie brzydkie, które bardzo źle się mydliło. Ludzie gadali, że to pewnie mydło z Żydów ze Stut-thofu, ale tego na pewno nikt nie wiedział. Co drugą niedzielę, wtedy, kiedy należało się nam wychodne, braliśmy od Radtkego przepustki i wychodziliśmy gdzieś dalej. Czasem chodziliśmy na mszę świętą do Dąbrówki Malborskiej. Tam był kościół katolicki dla Niemców i wolno nam było w nich uczestniczyć. Msze odprawiano wtedy po łacinie, więc były dla nas wszystkich zrozumiałe. Spowiedzi ksiądz słuchał tylko po niemiecku. Chodziły plotki, że w Elblągu, w tym dużym, 144 Byliśmy oznakowani jak bydło. Na robotach przymusowych w Birkenfelde starym kos'ciele nad rzeką, jest jakiś ksiądz, który słucha spowiedzi po polsku. Byliśmy zdziwieni, bo to było surowo zakazane. Przecież za takie coś kapłan mógł trafić do obozu koncentracyjnego! Nikt jednak tego nie sprawdził. Przez ten niemiecki język na spowiedzi, Polacy w czasie wojny trzymali się z dala od konfesjonałów. Nikt nie znał na tyle dobrze niemieckiego, by się spowiadać w tym języku. Poza tym w Dąbrówce prócz kościoła była też knajpa. Tam Polacy mogli kupować pewne drobne rzeczy bez kartek. Było tego niewiele, np. piwo czy zapałki. Ja byłam wtedy za młoda, by pić czy palić, więc te zapałki czy piwo były mi zupełnie niepotrzebne. Marzyłam wtedy o tym, by kupić sobie jakieś cukierki, ale nie mogłam, bo były przecież na kartki i tylko dla Niemców. Przychodziło tam wielu Polaków, którzy pracowali w Dąbrówce u różnych bauerów. Siedzieli tam w niedziele i rozmawiali. W tamtym czasie Polacy przebywający na robotach u Niemców bardzo garnęli się do siebie. Jak ktoś słyszał, że gdzieś jest jakiś Polak czy Polka, to zaraz tam szedł, sprawdzić, kto to jest, zapoznać się i porozmawiać. Ludzie, którzy znaleźli się na obczyźnie, na tych robotach przymusowych, tęsknili za rozmową w języku polskim, za kontaktem z rodakami, za jakimiś wiadomościami. Polacy pomagali sobie nawzjem i często nawiązywali romanse. Byłam w tej knajpie chyba raz z koleżanką latem 1944 roku. To była młoda Polka, która przyjechała na roboty z rodzicami, ale nie chodziła do pracy, bo pilnowała młodszego rodzeństwa. Miała pod opieką małe dziecko w wózku. Opowiadała nam, że to jest dziecko Radtkego. Z tym wózkiem chodziła w pole. Szła zwykle tam, gdzie pracowali Anglicy, żeby coś od nich dostać. W inną niedzielę tego lata 1944 roku wybrałam się do Malborka z „dużą” Haliną. Zapamiętałam ten dzień jako najbardziej pogodny z całej tej mojej niewoli u Niemców. Wcześniej kupiłam sobie na kartki śliczną, letnią sukienkę. Była w kolorze czerwonym, z przodu sznurowana, z małym dekoltem. Do tego miałam te „holcbuty”, czyli drewniaki na obcasie. Wyszykowałam się, ubrałam tę sukienkę i buty. Do miasta pojechałyśmy autobusem. Pamiętam, że wtedy w Malborku wszystko było ładne, czyste i zadbane. Bardzo mi się to podobało. Koło dworca kolejowego rosły kwiaty w klombach i pnące róże na drabinkach. Szłyśmy pieszo przez całe miasto aż na Starówkę. Przechodziłyśmy dzisiejszą ulicą Kościuszki, mijając też dom, gdzie obecnie mieszkam. Po drodze, po prawej stronie ulicy, było kino, późniejszy „Capitol” i koniecznie chciałyśmy z koleżanką pójść na jakiś film. Nigdy wcześniej nie byłam w kinie, tylko słyszałam o tym. Ale niestety, w kasie nie chcieli mi sprzedać biletu, bo byłam za młoda. Byłam wtedy wysoka, szczupła i bardzo wyrośnięta. Wyglądałam na starszą, ale miałam tylko 14 lat, co z łatwością rozpoznała kasjerka w kinie. A film był od lat szesnastu! Stanęło więc na tym, że „duża” Halina wejdzie do kina i obejrzy film, a ja poczekam na nią w mieście. Poszłam więc jeszcze dalej, na Stare Miasto. Tam były różne sklepy. Miałam wtedy jakieś pieniądze, ale też niewiele mogłam kupić bez kartek. Trochę się tam pokręciłam, popatrzyłam, a potem wróciłam do kina, usiadłam na fotelu w poczekalni i czekałam na Halinę. Myślałam, że może kasjerka pozwoli mi wejść na salę i zobaczyć chociaż kawałek filmu, ale mówiła nein, nein i kręciła głową. Halina Łukawska 145 Kiedy indziej w niedzielę dostaliśmy przepustki razem z bratem i pojechaliśmy do naszej starszej siostry Geni, która była na robotach przymusowych w wiosce Alt Rozengart (Różany) na Żuławach u Niemców nazwiskiem Mindner, którzy mieli dużą hodowlę krów i gospodarstwo mleczarskie. Jechaliśmy pociągiem z Malborka do Gronowa, a potem szliśmy pieszo parę kilometrów do mostu w Różanach i dalej po wale nad rzeką. Dobrze pamiętam lato 1944 roku, bo wtedy zaczęli pojawiać się w majątku Radtkego niemieccy uciekinierzy ze wschodu. Jechali na wozach całymi rodzinami, uciekając przed Armią Czerwoną gdzieś z Łotwy, Litwy czy Białorusi. Władze przysyłały ich do gospodarstw w Prusach, gdzie przez jakiś czas mieszkali i odpoczywali, a potem jechali dalej. Część z nich była zakwaterowana w tym domu w majątku Niederung, gdzie ja wcześniej przebywałam z matką. Tutejszym Niemcom nie wolno było w tamtym czasie rozmawiać o ucieczce na zachód, ani nawet jej planować. Jakby ktoś coś mówił, to zaraz interesowało się nim Gestapo. Mimo to, Radtke już od lata 1944 roku zaczął się pakować. Wysyłał różne cenne rzeczy w paczkach gdzieś w głąb Niemiec, ale nie wiem gdzie i do kogo. Być może część tych rzeczy zakopał gdzieś na miejscu? W sierpniu 1944 roku dowiedzieliśmy się z radia, że wybuchło Powstanie Warszawskie. Radtke miał u siebie w gabinecie radio i jak go nie było w domu, jedna z naszych dziewczyn, która była pokojówką, nastawiała je na stację angielską BBC, skąd nadawano wiadomości po polsku. Ona słuchała, a inna dziewczyna w tym czasie pilnowała, czy Radtke nie wraca. Ja najczęściej stałam na straży, bo jak wspomniałam, miałam prawo poruszać się swobodniej niż inni. Słuchanie radia przez Polaków i po polsku było wtedy zakazane. Groziły za to surowe kary. Ale i tak wszystko wiedzieliśmy. Ludzie po cichu przekazywali sobie te wiadomości z radia. Cieszyliśmy się, że wybuchło to powstanie i że nasi leją Niemców. Jesienią 1944 roku stosunek Niemców do Polaków zaczął się trochę zmieniać. To znaczy, jak już wspomniałam, niemiecki rządca zaczął popijać z naszymi chłopakami bimber i trochę się z nimi spoufalał. W Boże Narodzenie 1944 roku mnie także poczęstowano bimbrem, ale ja wtedy miałam niecałe 15 lat i pierwszy raz w życiu piłam alkokol. To było coś okropnego! Paliło mnie potem w gardle. Później już nigdy wódka mi nie smakowała. Pod koniec 1944 i na początku stycznia 1945 roku Radtke przygotowywał się do ucieczki przed Armią Czerwoną. Krążyły już wówczas przerażające historie o rosyjskich „Iwanach”, którzy idą ze wschodu. Niemcy strasznie się ich bali. Mówili o Ruskich ze strachem. W majątku pakowano rzeczy, przygotowywano też wozy konne do dalekiej drogi. Robiono do nich takie okrągłe daszki z drewna i materiału, jakie widać na filmach o Dzikim Zachodzie. W tym czasie też powoływano do wojska prawie wszystkich Niemców, w tym bardzo młodych chłopców i starszych mężczyzn w wieku emerytalnym, którzy służyli do Volkssturmie, takiej niemieckiej samoobronie. I to już był prawie koniec Niemców w Prusach Wschodnich. I koniec mojej tam niewoli. Dokładnie 23 stycznia 1945 roku po południu Radtke spakował te swoje wozy i swoich niewolników. Chciał umknąć przed „Iwanami” na zachód, ale mu się to nie udało. Armia Czerwona go dogoniła. Nadeszła szybciej, niż się spodziewano. Wtedy wszystko w Prusach się zmieniło. 146 Zaproszenie do Moskwy Teodor Sejka ZAPROSZENIE DO MOSKWY W roku 1977 miałem okazję spędzić 6 tygodni w Moskwie. Jako nauczyciel języka rosyjskiego w sztumskim LO zostałem wytypowany do udziału w kursie doskonalenia zawodowego na tzw. stażyrowkę. Dziś, po sześćdziesięciu latach, pragnę zaproponować czytelnikom „Prowincji” krótki spacerek po tamtej czasoprzestrzeni, jaką stanowiła ówczesna Moskwa - stolica politycznego mocarstwa - centrum światowego komunizmu. Było się z czego cieszyć, bo perspektywa pobytu w sercu ZSSR, obcowanie z żywym językiem Rosjan, z realiami wyidealizowanego przez propagandę życia tzw. ludzi radzieckich, a także możliwość naocznego kontaktu z ich kulturą i obyczajowością, słusznie uważało się wtedy za spełnienie wielkiego marzenia i za szczególne zawodowe wyróżnienie. W dodatku uczestnik moskiewskiego kursu otrzymywał płatny urlop w swojej macierzystej szkole, a na wyjazd do Moskwy otrzymywał stypendium pozwalające utrzymać się na kursie. Czego więc można było więcej pragnąć? Ależ z ciebie szczęściarz - mówiono o mnie w gronie nauczycieli. Koleżanka żartowała sobie, że na takich warunkach chętnie pojedzie ze mną, by nosić mi teczkę i długopis. Organizatorem kursów był Uniwersytet Moskiewski im. Łomonosowa oraz Międzynarodowa Asocjacja Wykładowców Języka Rosyjskiego i Literatury (MAPRJŁ), obejmująca nauczycieli tego języka w krajach demokracji ludowej. Jest rok 1977. Władza radziecka po różnych zachwianiach ma się jeszcze nieźle. Leonid Breżniew i jego ekipa wyraźnie próbuje umocnić swoją pozycję polityczną. Wykorzystuje do tego przypadającą akurat w tymże roku sześćdziesiątą rocznicę Wielkiego Października. Wyjeżdżamy do Moskwy tuż po zakończeniu obchodów tej doniosłej dla Kraju Rad rocznicy. W dniu wyjazdu mamy jeszcze odprawę w Ministerstwie Oświaty w Warszawie. Otrzymujemy tu pewne wskazówki odnośnie dyscypliny pobytu i zabrania ze sobą drobnych upominków przeznaczonych dla odwiedzanych tamtejszych szkół. Na tej odprawie przekonujemy się, jakim łakomym kąskiem jest zakwalifikowanie się na moskiewski kurs. Pani z Ministerstwa z przykrością mówi nam o incydentach, jak to polscy nauczyciele pi-szą skargi do Moskwy na polskie władze, które odrzuciły ich prośby wyjazdu na taki kurs, jak nasz. Zaraz po odprawie udajemy się na dworzec Warszawa Centralna i pociągiem radzieckim jedziemy do Moskwy. Moskwa wita nas listopadowym chłodem i wilgocią. Wszędzie widoczne są jeszcze rocznicowe dekoracje. Jedziemy metrem do stacji Oktiabrskaja, gdzie przy ulicy Szaba-łowka mamy zakwaterowanie w akademiku. W świetlicy akademika przyjmuje nas starszy pan w tonie dość chłodnym i służbowym. Przedstawia się jako weteran wojny, który walczył na terenie Polski. Wyczuwamy, że organizuje nam pogadankę dydaktyczną, byśmy Teodor Sejka 147 właściwie docenili zasługi Armii Czerwonej w wyzwalaniu naszego kraju. Stąd oczekuje wdzięczności podczas naszego tu pobytu, dlatego czujemy się trochę jakby postawieni do kąta, czemu towarzyszy kłopotliwe milczenie. Potem informuje nas, że w akademiku są dwa warianty mieszkań; albo dwa pokoje dwuosobowe z łazienką i kuchnią, albo jeden pokój trzyosobowy z łazienką i kuchnią. Jako grupa spotkaliśmy się już w Warszawie, ale wcale się nie znamy. Trwa więc dość żywiołowe dobieranie się współlokatorów. Trafiam do pokoju trzyosobowego, razem z kolegami ze Zduńskiej Woli i z Suchej Beskidzkiej. Dla mnie bardzo ważnym kryterium jest, aby moi współlokatorzy nie okazali się palaczami. Na moje zapytanie w tej sprawie, jeden z nich żartuje, że zamiast palenia papierosów, możemy pić wódkę, wtedy obędzie się bez dymu. Oczywiście, to był tylko żart i dobrze się nam wspólnie mieszkało. Przydzielone nam lokum na drugim piętrze nie jest luksusowe, ale dość przyzwoite: łazienka z ciepłą wodą, kuchnia z gazową płytą, w budynku jest winda. Rozpakowujemy się i zaczynamy wspólne pomieszkiwanie. Wkrótce do naszego pokoju pukają koledzy z Bułgarii, potem Węgrzy. Jak nigdy dotąd mamy teraz okazję przekonać się o praktycznej przydatności języka, którego nauczamy w swoich krajach. Bo, może Bułgara by się trochę zrozumiało, ale już Węgra w jego własnym języku - ani trochę. Toteż gawędzimy i żartujemy sobie po rosyjsku. Na początku każdy opowiada: u nas tak, a u nas jest tak. Wkrótce jednak dochodzimy do konkluzji, że wszędzie jest podobnie. Zajęcia kursowe odbywają się w innym budynku — około 30 min. jazdy tramwajem. Tramwaje na ogół są bardzo przepełnione. O miejscu siedzącym nawet nie ma co marzyć. Przejazd kosztuje 3 kopiejki. Wagony są bez konduktora. Pasażer wchodzi do wagonu, wrzuca do przezroczystej skrzynki 3 kopiejki i z umieszczonego nad skrzynką rulonu odrywa sobie bilet. Wszyscy widzą, że zapłacił, bo skrzynka jest przezroczysta. Kto ma bilet miesięczny lub tygodniowy, ten zaraz po wejściu podnosi swój bilet wysoko — tak by wszyscy widzieli, że nie jedzie na gapę. Wiadomo — moralność socjalistyczna jest w tym kraju wielką cnotą. Wsiadających pasażerów wita komunikat, że „obsługuje was brygada pracy socjalistycznej” (socjalisticieskogo truda). W pierwszym dniu zajęć uroczysta gala. Sala ustrojona proporcami wszystkich krajów uczestniczących w kursie. Powitanie, przedstawienie kadry i podział na grupy ćwiczeniowe. Wykłady monograficzne odbywają się na forum ogólnym, zaś ćwiczenia praktyczne z języka rosyjskiego w 10-osobowych grupach. Znalazłem się w grupie pani Tatiany, z którą szybko nawiązujemy nić sympatii. Zajęcia trwają od godziny 8 do 14. Reszta dnia należy do nas. Na miejscu jest stołówka, której standard oceniam jako dostateczny. Panuje w niej na stałe zatęchły zapach baraniego tłuszczu, a na brzegu każdego talerza zupy rozpływa się ok. 50 gram śmietany, która rozlana w gorącej zupie tworzy nieapetyczny zaciek. Mimo wszystko wyżywienie jest tu tanie i wygodne, bo oszczędzamy swój wolny czas. Bardziej wybredni mają do wyboru po zajęciach: robić zakupy i gotować sobie potrawy w akademiku. My spróbowaliśmy tego tylko jeden raz, by szybko przekonać się o dobrodziejstwie korzystania ze stołówki. Postanowiliśmy więc nie wybrzydzać na zapach baraniny i nie dostrzegać innych jej mankamentów. Na trzeci dzień odbywa się zapowiedziany wcześniej wieczorek zapoznawczy, na którym mają się zaprezentować grupy z poszczególnych państw, potem tańce i konsumpcja. Pośpiesznie zbieramy naszą grupę, by dobrać repertuar i przećwiczyć wspólne 148 Zaproszenie do Moskwy śpiewanie polskich piosenek, by wypaść przynajmniej średnio. Wśród wytypowanych pieśni znalazła się bardzo modna wtedy sentymentalna partyzancka dumka: Dziś do ciebie przyjść nie mogę, zaraz idę w ciemny las. Po co ci kochanie wiedzieć, że do lasu idę spać. Dłużej tu nie mogę siedzieć, na mnie czeka leśna brać. Na scenie grupa z Czechosłowacji (ok. 12 osób) zaprezentowała zabawę ze śpiewem, czyli tzw. pląs. Kierownik grupy węgierskiej zapowiedział solowy występ akordeonisty (grał na bajanie) oraz recytację fragmentu poematu największego poety węgierskiego Pe-tofiego. O ile występ akordeonisty mógł być dla nas przyjemną rozrywką, to przeciągająca się recytacja węgierskiego poematu w języku oryginału była prawdziwą torturą. Gdy przyszła kolej na naszą prezentację i zaczęliśmy się gromadzić na scenie, ogarnęła nas prawdziwa konsternacja, jakby swoiste zawstydzenie, że jest nas tak wielu w porównaniu z innymi delegacjami. Nasza grupa wypełniła całą scenę. Ta dysproporcja obudziła w nas niewesołą refleksję, że liczba uczestników kursu z poszczególnych krajów przekłada się wprost na stopień politycznej uległości naszych rządów wobec mocarstwowej polityki ZSSR. Kraje, które próbowały zachować chociażby symboliczną namiastkę niezależności, nie przysyłały do Moskwy tak licznych grup kursantów. Nas z Polski było tu ponad 50 osób, z NRD -ok. 40, z innych państw średnio po 15 osób. Opozycyjna wtedy wobec reżimu radzieckiego Rumunia przysłała 6 osób, a rządzona przez prezydenta Tito Jugosławia - tylko 2 osoby. A nasz ponad 50-osobowy tłum stoi na scenie, wyraźnie czując swój psychiczny dyskomfort, ale napinamy gardła, śpiewamy, by choć trochę zamazać to wstydliwe uczucie narzucania się hegemonowi. Wyczuwamy jednak, że nasze patriotyczne śpiewy słabo trafiają do zgromadzonej publiki. Na sali słychać rozmowy, a brawa są zbyt anemiczne. A przecież my się tak staramy przekazać im swój sentyment do naszych patriotyczno-partyzanckich tradycji. No cóż, klapa, trzeba było dobrać kilka wokalnie uzdolnionych osób, starannie przećwiczyć śpiew, a nie gramolić się całym tłumem na scenę. Już przepadło. Nasz występ zakończony - ale co to? Stojąca w pierwszym rzędzie, jedna z naszych pań, wysoka postawna kobieta, całkiem swobodnie, pełną piersią, pięknym góralskim sopranem intonuje pasterską pieśń pełną rozlewnych lirycznych wokaliz, co wyraźnie przykuwa uwagę widowni. Miłosne wyznanie góralskiej pasterki brzmi z taką szczerością i ekspresją, że sala zamienia się w słuch, a po burzliwych brawach nasza niespodziewana solistka zwraca się po rosyjsku do widowni z zapytaniem: Kto wie, skąd pochodzi ta pieśń? wtedy wstaje Niemiec z NRD i odpowiada, że to jest pieśń góralen folk. To nieprzewidziane zdarzenie choć trochę rehabilituje nas w naszych oczach i poprawia nam samopoczucie. Po prezentacjach grup następuje zabawa taneczna przy muzyce z magnetofonu. Spodziewałem się, że tu w sercu ZSSR będzie dominowała nuta dumnego rosyjskiego folkloru. Było wtedy przecież, szereg wspaniałych rosyjskich przebojów, robiących karierę również na Zachodzie, chociażby słynne Podmoskownyje wieczera. Ale nic z tych rzeczy, nic rosyjskiego, nic słowiańskiego — niepodzielnie królowały przeboje w języku angielskim. Teodor Sejka 149 Wszędzie udziela się nastrój ważnego państwowego jubileuszu. Ojczyzna światowego proletariatu świętuje sześćdziesiątą rocznicę zwycięstwa Rewolucji Bolszewickiej. Po wielu zawirowaniach Komunistyczna Partia jakby łapie nowy wiatr w żagle. Próbuje nawiązać do źródeł swojego dziejowego sukcesu. A więc Lenin i Partia — to znów sztandarowe wartości komunistycznej propagandy. Zresztą od powstania tego państwa cała radziecka rzeczywistość nosi na sobie znamię, jakby pieczęć Lenina. Wszechobecne są jego pomniki. Imię Lenina ma moskiewskie metro, Narodowa Biblioteka, ulice, fabryki i instytucje. Dobrze, że Uniwersytet Moskiewski pozostawiono Łomonosowowi. W kioskach i na straganach wszędzie pełno postumencików tego dobroczyńcy ludzkości — Wodza Rewolucji. Wśród rocznicowych haseł najpopularniejsze brzmi krótko Sława KPSS (Komunisticzeskoj Partii Sowietskogo Sojuza). Wiadomo przecież kogo uosabia się tu teraz z partią — to przecież Leonid Iljicz Breżniew. To nic, że doktryna Breżniewa wyznaje ograniczoną suwerenność państw socjalistycznych, że za jego rządów Związek Radziecki dokonał zbrojnej interwencji na Czechosłowację (1968). To przecież on jest w prostej linii sukcesorem władzy zdobytej przez Lenina. Nie przypadkowo przecież propaganda tak skwapliwie eksponuje jego otcziestwo (patronimium) — to już drugi Iljicz w historii Kraju Rad. On właśnie teraz ma ambicję dorównać oryginałowi. Dlatego propaganda chce przekonać świat, a nade wszystko własną młodzież, że idea komunizmu się nie starzeje, że ma przed sobą zawrotną przyszłość, że wciąż jest synonimem świeżości, młodości i szerokich perspektyw. To dlatego z głośnika w naszym pokoju płyną rocznicowe audycje, w których, po kilka razy dziennie słyszymy lansowaną rocznicową pieśń z refrenem: a Lenin takoj mołodoj (a Lenin taki młody),/1junost opiat wpieriedi (i młodość wciąż przed nami). Wyraźnie wyczuwa się, że w obecnej sytuacji sukcesorowi Lenina pilnie potrzebne są zasługi, nieważne czy autentyczne, czy przypisywane. Więc propaganda nie próżnuje. Trzeba swego przywódcę uczynić zasłużonym dowódcą wojskowym, który wsławił się obroną części terytorium kraju w Wojnie Ojczyźnianej z faszyzmem. Trzeba z niego zrobić wybitnego polityka, miłośnika światowego pokoju. Dlatego lansuje się go jako osobistość nadzwyczajną. Nawet w Trietiakowskiej Galerii w Moskwie, w niedalekim sąsiedztwie jedenastowiecznych ikon Andrieja Rublowa, nie może zabraknąć ogromnego portretu tego drugiego Illicza — Sukcesora. Gdy w 1924 roku umarł Lenin i rozpisano konkurs na projekt kształtu jego mauzoleum, konkurs wygrał projekt architekta Alek-sieja Szczusiewa (1873—1949), który zaprojektował grobowiec w formie ściętej piramidy, wzorując się na grobowcu króla perskiego — Cyrusa II z VI wieku p.n.e. oraz piramid faraonów egipskich. Nic dziwnego, bo piramidy są symbolem wiecznej trwałości i nie-zniszczalności. Mówi się, że piramidy nie poddają się wiekom. Sięgnięto więc po sławę na miarę starożytności, by z marksistowskiej, szaleńczej utopii społecznej uczynić nową świecką religię i nacechować ją walorem ponadczasowości i wiecznej aktualności. Dlatego z okazji Jubileuszu trwa reanimacja Lenina jako wzoru dla młodych. Mauzoleum — piramida, powinna uchronić go przed pogrążeniem się w nicości, bo przecież ten drugi Ilicz musi mieć oparcie na trwałym fundamencie. lo właśnie z tego zamiaru propagandy radzieckiej biorą się obecne pienia opowiadające o tym, że Lenin wciąż młody, przed nami tylko młodość, młodzi chodźcie z nami! 150 Zaproszenie do Moskwy Większość zajęć na kursie to ćwiczenia praktyczne z języka rosyjskiego. Składają się one z konwersacji i samodzielnej pracy na maszynach — egzaminatorach. Każdy opowiada tu o mieście, z którego przyjechał. Zajęcia przebiegają w sympatycznej i serdecznej atmosferze. Nasza pani Tatiana co dzień pyta o nasze samopoczucie, czy przychodzą do nas listy z kraju. Mamy dla niej upominki w postaci płyt gramofonowych, albumów i wyrobów sztuki ludowej. Szczególne jej zainteresowanie wzbudzają kolorowe herby polskich miast. Wyjaśniamy ich symbolikę, czasem opowiadamy związaną z tym legendę. Pani Tatiana z uznaniem przyznaje, że: Wy Polaki mołodcy, potomu szto wy sochranili starinu (wy Polacy jesteście zuchy, dlatego że zachowaliście zabytki) i opowiada nam o kolejnej partyjnej dyrektywie, według której Moskwa ma ulec kolejnej przebudowie z wyburzeniem starych dzielnic i postawieniem w to miejsce wieżowców. Ta nadmierna mania niszczenia zabytków towarzyszyła komunistycznej władzy od zarania jej istnienia. Jej ambicją było, by nad bolszewicką Moskwą nie górowały złocone kopuły i krzyże prawosławnych cerkwi. Dlatego, gdy zbliżała się rocznica 800-lecia istnienia Moskwy, która przypadała na 1947 rok, władza radziecka postanowiła uczcić to wydarzenie wybudowaniem 8 monumentalnych pałaców. Miały one całkowicie zmienić panoramę radzieckiej stolicy. Projekt ten zrealizowano za rządów Stalina, ale w Moskwie stanęło tylko 7 takich pałaców. Ten ósmy stanął w Warszawie, jako propagandowy dar narodu radzieckiego dla Polski. Jest to wybudowany w latach 1952-1955, 42-kondygnacyjny Pałac Kultury i Nauki, któremu nadano imię Józefa Stalina. W Moskwie tamtych czasów budowle sakralne są już tylko rzadko spotykanym reliktem, a tych czynnych jest jak na lekarstwo. W kraju, gdzie re-ligię i wiarę w Boga uważano za opium dla ciemnego ludu, gdzie przy pomocy terroru niszczono wszelkie przejawy życia religijnego, gdzie nawet w pisowni rosyjskiej słowo Bóg (Boh) pisze się małą literą, smutny wyrok padł na budynki cerkiewne. Wiele zabytkowych perełek architektury cerkiewnej wysadzono w powietrze, niektóre przebudowano na sale gimnastyczne, magazyny, galerie sztuki, a czasem na muzeum ateizmu. Spacerując z kolegami po Moskwie opuszczamy plac Czerwony i błądzimy po okolicznych uliczkach, gdy naszym oczom ukazuje się przepięknej urody cerkiewka. Wśród szarych bloków wygląda, jakby ktoś przypadkowo zgubił tu piękną kryształową cukiernicę, odcinającą się bielą ścian i zielenią kopuł ozdobionych złotymi gwiazdkami. Serca zabiły nam radośniej, że nareszcie doświadczymy jakiegoś przejawu żywej wiary, gdyż wszystkie cerkwie w obrębie Kremla i ta przecudna cerkiew Wasyla Błogosławionego na placu Czerwonym są już tylko muzeami. Wchodzimy i odruchowo zdejmujemy czapki przez uszanowanie dla Domu Bożego — i tu konsternacja — cała przestrzeń świątyni wypełniona jest wielkimi akwariami z pływającymi w nich różnymi gatunkami ryb. No cóż - myślę sobie - może to dobry znak - wszak symbol ryby był znakiem rozpoznawczym pierwszych chrześcijan, może kiedyś coś z tego wyniknie pozytywnego. Innym razem jedziemy całą grupą do Uglicza na zwiedzanie słynnego kompleksu klasztorno-cerkiewnego. Przewodniczka opowiada nam m.in. o niepowtarzalnym brzmieniu dzwonów zwołujących mnichów na modlitwę. Jestem pewien, że z cerkiewnych wież zaraz zabrzmi ta muzyka. Ale nic z tych rzeczy, bo okazuje się, że dawno nie ma tu żadnego klasztoru ani mnichów, a pani bez ceregieli naciska przycisk magnetofonu i mamy to, czego oczekiwaliśmy, bo samych dzwonów też już nie ma na tych wieżach. Teodor Sejka 151 Stolica Kraju Rad tamtych lat była miastem 9-m ikonowym z szeroko rozbudowaną siecią stacji metra. Połączenie 93 stacji metra tworzyło jedną linię okólną (kalcewaja) i liczne linie przecinające ten okrąg na różnych głębokościach pod ziemią. Stąd przesiadanie się z jednej linii na drugą, dla niezorientowanych przybyszów, przynajmniej na początku, było prawdziwą pułapką — zagadką, jak trafić na tę właściwą stację. Moskiewskie metro, które budowano w latach trzydziestych ubiegłego wieku z wielkim wysiłkiem i przy bardzo prymitywnej technice jest prawdziwą dumą moskwiczan. Liczne stacje odznaczają się przepychem i elegancją: ozdobne kandelabry, podświetlane witraże, kolorowe marmury robią wrażenie prawdziwych podziemnych pałaców. Za to w sklepach jest już mniej elegancko. Śnieżne opady późną jesienią powodują, że w sklepach brniemy po kostki w mazi utworzonej z przyniesionego na butach klientów śniegu. Dziwimy się, że nikt nie sprząta tego błota. Sama procedura kupowania też jest dla nas jakaś anachroniczna i pozbawiona logiki. Po wejściu do sklepu najpierw trzeba stanąć w kolejce do kasy i powiedzieć, ile czego chce się kupić. Po zapłaceniu, z otrzymanym czekiem ustawić się w drugiej kolejce przy ladzie, by otrzymać żądany towar. Pakowanie zakupów bywa tu czasem, wprost skandaliczne. Stojąca przede mną kobieta kupuje kiszoną kapustę i mandarynki, które to artykuły ekspedientka wkłada jej do jednego woreczka foliowego. W sklepach przemysłowych też łatwo natrafić na nieuprzejmą obsługę. Na moją prośbę, czy może mi podać do obejrzenia wystawioną za ladą wędkę, pani wskazała ręką na wędkę i powiedziała: Wot, smotritie!, co oznaczało, że mogę sobie popatrzeć zza lady. Szczególną atrakcyjnością w Moskwie odznaczał się sklep Dietskij Mir (Świat Dziecka). Pięknie i pomysłowo ozdobione wnętrze sklepu tworzyło nastrój ludowej bajki rosyjskiej. Klienta witały tu ruchome i gadające postacie z bajek: Doktor Ojboli, Krokodyl Gena, Miś Czeburaszka, mogły zauroczyć nie tylko dzieci. Zgromadzono tu ogromny wybór zabawek, w tym rewelacyjne jak na tamte czasy zabawki zasilane bateriami: ruchome szczekające pieski, kolejki, samochody. Znaczną część zabawek stanowiły militaria: karabiny, czołgi, czapki budionnówki z czerwoną gwiazdą. Była tam nawet armata, z której można było strzelać grochem. Nic dziwnego, były to bowiem lata polityki wyścigu zbrojeń, do której przyzwyczajano najmłodsze pokolenia. Wizyta w restauracji pozwalała zaś odczuć pewną nutę, jakby dawnej, przedrewolucyjnej Rosji. Klientów witał starszy jegomość w odpowiednim mundurze, pomagał zdjąć płaszcze, odnosił je do szatni, następnie prowadził klientów na salę, wskazując im stolik. Do folkloru moskiewskiej ulicy należały też kobiety sprzedające na ulicy gorące rosyjskie specjały: nadziewane mięsem, kaszą lub marchwią oładki i pielmieni, które w chłodne listopadowe i grudniowe dni były dla zziębniętego przechodnia prawdziwym ratunkiem chroniącym go przed przemarznięciem. Wielkim walorem naszego pobytu w Moskwie był powszechny, niezwykle łatwy dostęp do teatru. Ogromna ich ilość dawała szerokie możliwości wyboru spektakli. Na każdej stacji metra była kasa teatralna, gdzie można było sprawdzić w którym teatrze i na jakie przedstawienia są jeszcze wolne miejsca. Bilety do teatru nie były drogie i można było je kupić tu na miejscu w kasie metra. Odczuwało się, że polityka kulturalna w Moskwie prowadzona jest faktycznie dla świata pracy. Na zajęciach kursowych mówiono nam, że 152 Zaproszenie do Moskwy priorytetem władzy radzieckiej jest utrzymanie jak najniższej ceny chleba i mieszkań. Tu miało się wrażenie, że partia dorzucała jeszcze do tego kulturę, wszak życie w stołecznej Moskwie miało pokazywać wzorcowy, zbliżony do ideału standard życia radzieckiego proletariatu. Bezpośrednio po pracy ludzie mogli przyjść do teatru na odpowiednią godzinę, posilić się w teatralnym bufecie i zostać na przedstawieniu. Charakterystyczne były sprzedawane w tych bufetach olbrzymich rozmiarów cukierki. Kiedyś na stacji metra udało nam się kupić bilet do teatru im. Jermołowej na sztukę Gramatyka miłości według opowiadania Iwana Bunina, ale pani w kasie zaznaczyła, że są tylko odkidnyje miesta. Odkinuć, znaczy po rosyjsku - odrzucić. Szliśmy więc na przedstawienie z wielką ciekawością, co to będą za miejsca. Okazało się, że były to miejsca uchylne, przytwierdzone do bocznych ścian widowni. Wiadomo, były najtańsze. Teatralna Moskwa dała nam sposobność obejrzenia takich znanych dramatów jak np.: Wiśniowy sad Antoniego Czechowa i Na dnie. Pewnego razu udało nam się kupić bilet do teatru Na Tagance. Wśród wielkich gwiazd rosyjskiej estrady wystąpił tam artysta wielkiej klasy, znany ze swojej zdecydowanej, niekonformi-stycznej postawy wobec polityki partii komunistycznej Władymir Wysockij (1938-1980). Poeta, aktor, pieśniarz - niezwykła osobowość. Artysta, którego śpiewane monologi i dialogi wyrażały bezkompromisowość wobec zdrady, oszustwa i niesprawiedliwości. Krytyka wyrażała się o nim, że gdy śpiewa Wysockij, można zaobserwować, jak ludzki głos dąży do rozerwania cielesnej powłoki, by wyrazić zarówno zgrzyt żelaza, pisk hamulców, dźwięk trąb, jak i przedśmiertelne westchnienie. Wysockij przy akompaniamencie gitary wykonał wtedy m.in. Pieśń o Ziemi, o Ziemi okaleczonej przez wojnę: Kto powiedział: że wszystko spalone do dna I nie wrzucicie już w Ziemię zasiewu... Kto powiedział, że Ziemia umarłaś Nie, ona tylko przyczaiła się na tym czasem... Macierzyństwa nie da się Ziemi odebrać, Wyrwać jej, jak nie da się wyczerpać morza. Kto uwierzył, że Ziemię spalili? Nie, ona tylko poczerniała ze smutku. Szczególne mocne wrażenie zrobiła jego pieśń o narowistych koniach {Konipriwierie-dliwyje). Za poetycką metaforą kryje się tu charakterystyka własnego stylu życia poety, w którym nie ma miejsca na odpoczynek i oglądanie się za siebie. Bułat Okudżawa pisał o niezwykłej jego żywiołowości otrzymanej od natury i od Boga, która rozrywała i niszczyła jego życie. Poeta wiedział przecież, że nie potrafi powstrzymać pędu życia. Dlatego z tej pieśni rozpaczliwie woła do pędzącej trojki: Trochę wolniej konie, trochę wolniej. Błagam was, nie biegnijcie cwałem, Co za narowiste konie mi się przytrafiły! Skoro nie jest mi dane dożyć, Niech przynajmniej dośpiewam! (Obydwa fragmenty podaję w moim amatorskim tłumaczeniu). Teodor Sejka 153 Ulubionym naszym zajęciem było odwiedzanie miejsc związanych z życiem pisarzy rosyjskich. Większość z nich miała charakter muzealnych ekspozycji, jak np. Dostojewskiego i Majakowskiego, za to dom — muzeum Lwa Tołstoja w dawnym zaułku Długocha-mowskim (obecnie ulica Lwa Tołstoja) dawał niepowtarzalne wrażenie żywej obecności wielkiego pisarza. Lew Tołstoj mieszkał tu z liczną rodziną w latach 1882—1901. lu napisał m.in. powieść Zmartwychwstanie, nowelę Kreutzerowska sonata i dramat Żywy trup. Mieszkanie składa się z 16 pokoi, w tym gabinet z biurkiem pisarza. Znalezienie się w otoczeniu przedmiotów i sprzętów, których dotykał i którymi posługiwał się słynny pisarz, pozwalało poczuć atmosferę tołstojowskiej epoki. Byliśmy także na Kremlu w gabinecie Lenina. Gabinet musiał pewnie spełniać też rolę mieszkania, gdyż w przeszklonych szafach znajdowały się naczynia stołowe, a nawet zachowała się sól w solniczce. Idąc kremlowskimi korytarzami można było odczytać tabliczki z nazwiskami urzędujących tam prominentnych urzędników. Na jednej z nich widniało nazwisko głównego ideologa partii, sekretarza Komitetu Centralnego — Michaiła Susłowa. Obok wyżej opisanych aspektów pobytu w Moskwie nie mogę tu pominąć bardzo prozaicznej, a przecież mocno zajmującej naszą psychikę działalności handlowej. Wszak wiązała się ona z naszą niezwykłą konspiracyjną aktywnością. Przywieziony z Polski towar, trzeba było gdzieś pokątnie, korzystnie sprzedać i nie dać się oszukać. Miejscem transakcji była czasem pusta brama, czasem winda lub budka telefoniczna. Najbardziej chodliwym towarem były wtedy jeansy, kolorowe koszulki polo, bielizna damska i guma do żucia. Po spieniężeniu towaru można było włączyć się w gorączkową pogoń za radzieckim złotem, którego sprzedaż była już wtedy w Moskwie mocno limitowana. Kolejki przed sklepami jubilerskimi ustawiały się na długo przed ich otwarciem. Wykupywano wszystko. Dla stojących dalej — już nie starczało. Kolejkowicze często stali, jakby na rozżarzonych węglach, czy jeszcze się załapią. Zdarzały się kłótnie i przepychanki, albo niespodzianie zjawiał się bez kolejki np. jakiś miejscowy artysta czy prominent. By uniknąć przepychanek i kłótni zdarzało się, że obsługa sklepu stojącym ludziom wypisywała na dłoniach numer zajmowany w kolejce. W roku sześćdziesiątej rocznicy istnienia Związku Radzieckiego Moskiewski Państwowy Uniwersytet im. Łomonosowa zorganizował też trzydniową, międzynarodową, studencką konferencję naukową zatytułowaną „Wielki Październik i współczesny świat 1917-1977”, na otwarcie której także nas zaproszono. Odbywała się ona w gmachu fakultetu humanistycznego położonego na Wzgórzach Leninowskich. Ogromna amfiteatralna aula zgromadziła studiującą w ZSRR młodzież wielu krajów świata. Wśród referentów licznie reprezentowani byli przedstawiciele krajów Azji i Afryki. W referatach dominowała afirmacja osiągnięć komunistycznych partii. Na przykład, student z Wybrzeża Kości Słoniowej w swym wystąpieniu krytykował życie mnichów buddyjskich w swoim kraju, którzy prowadzą pasożytniczy nikomu niepotrzebny tryb życia. Mogę dziś stwierdzić, że mój sześciotygodniowy pobyt w Moskwie był doświadczeniem poznawczo atrakcyjnym i kształcącym. Dał mi okazję codziennego obcowania z językiem rosyjskim w naturalnych, często prozaicznych sytuacjach, jak na np. sprzeczka w tramwaju o miejsce siedzące albo targowanie się tragarzy na dworcu o stawkę za przeniesienie 154 Zaproszenie do Moskwy naszych bagaży. Wizyty w szkołach moskiewskich, wycieczki krajoznawcze oraz codzienne życie w realiach stolicy ZSSR pozwoliły mi na konfrontację moich dotychczasowych wyobrażeń ze stanem faktycznym. Pobyt ten pozostawił jednak niezaspokojonym jedno z moich ważnych oczekiwań. Zabrakło w nim miejsca na szerszy kontakt z miejscowymi ludźmi, z moskiewską rodziną w jej domowym środowisku, nie było okazji, by pobyć z ludźmi dłużej, porozmawiać, odczuć ich rosyjską czy też radziecką, mentalność. Idąc wieczorem przez miasto, czasem spoglądałem w oświetlone okna mieszkań, zadając swej wyobraźni pracę: kim są mieszkający tam ludzie, o czym myślą, jakie przeżywają kłopoty i radości. Zastanawiałem się, na ile są tymi ludźmi z podręczników języka rosyjskiego dla polskich szkół. Niestety, ten aspekt naszego pobytu nie był w ogóle przewidziany, ba, jestem głęboko przekonany, że był nawet zakazany, o czym świadczyły postawy i wypowiedzi niektórych moskwian, świadczące o tym, że ich kontakty z cudzoziemcami nie są tu dobrze widziane, że mogą być powodem ich poważnych kłopotów. Władza, zachowując pozory, wciąż jeszcze grała rolę dobroczyńców ludzkości i miała wiele do ukrycia. Był to bowiem czas, kiedy mogło się jeszcze wydawać, że całkiem realnie brzmią słowa radzieckiego hymnu: Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich, Ruś Wielka na setki złączyła je lat. I nikt wtedy nie uwierzyłby, że nie minie 20 lat od naszego tam pobytu, a cała ta nie-złomność rozpadnie się, nie przeżywszy nawet jednego pełnego stulecia. Polska z wyboru Pamela Palma Zapata Dorota Jaworska Z POWODU MIŁOŚCI Opowieść Chilijki I \fot. Pamela Palma Zapata 156 Z powodu miłości. Opowieść Chilijki TAKA MIŁOŚĆ SIĘ NIE ZDARZA W Polsce dla opisu takich związków, unikalnych, głębokich, niezwykłych używamy określenia: taka miłość się nie zdarza. Pamela przyjechała do Polski sześć lat temu na 81 dni, żeby odwiedzić swoich polskich przyjaciół i poznać kraj. Z Lechem spotkali się w barze piwnym na gdańskiej Żabiance. Od razu zwróciła na niego uwagę. On na nią też. Oboje słabo mówili po angielsku, więc więcej niż słowami opowiedzieli sobie poprzez fotografie w telefonach. Wychodząc z baru, powiedziała głośno do właścicielki, że będzie przychodziła przez następny tydzień codziennie o tej samej porze. Po zakończeniu projektu wróciła do Chile, do pracy, do córki. Przez internet wysłała mu zdjęcie z imprezy z przyjaciółmi, z zaproszeniem, żeby przyjechał do Chile. Powoli zaczęły docierać do niej szczegóły jego życiowej sytuacji. Matka Lecha chorowała od kilku lat. Był jedynym synem, sam się nią opiekował. Podjęła decyzję, zlikwidowała swoje mieszkanie, rozwiązała umowę o pracę i kupiła bilet do Polski. Dwa miesiące od wyjazdu była z powrotem. Na lotnisku w Warszawie nie znaleźli się od razu, przez moment pomyślała, że może się pomyliła... Nocą przyjechali do Gdańska, pamięta puste ulice i przeczucie nieznanej przyszłości. Nasze ostatnie wspólne popołudnie przed moim wylotem do Chile 2011, fot. Pamela Palma Zapata SPLOT ŻYCIOWYCH PRZECIWNOŚCI Wynajęli mieszkanie w pobliżu domu matki Lecha. Ich angielski był bardzo niedoskonały, lecz na razie był to jedyny wspólny język. Do dziś nauczyła się go w stopniu pozwalającym na swobodną komunikację i adekwatne wyrażenie siebie. Nagle stan zdrowia matki pogorszył się na tyle, że zdecydowali natychmiast - zamieszkamy razem z nią. Po zaledwie dwóch miesiącach ich wspólne życie zmieniło się w życie rodziny z ciężko chorym bliskim człowiekiem. Działali jak zespół, uzupełniali się, wspomagali, wymieniali obowiązkami. Tak naprawdę tylko pierwsze dziewięćdziesiąt dni spędziła w Polsce legalnie. Następne trzy i pół roku przeżyła bez prawa pobytu. Złożyło się na to wiele okoliczności zewnętrznych: przepisy, które niezwykle limitowały możliwości uzyskania prawa do legalnego pobytu, brak dostępu do informacji i pomocy prawnej, choroba w rodzinie, która pochłonęła całkowicie uwagę, czas i energię. — Mogłam wrócić, miałam biłet powrotny. Wybrałam rodzinę. Ani przez chwiłę nie wątpiłam. Jestem osobą niezwykłe racjonalną, do przesady zorganizowaną i starannie planującą strategiczne decyzje. Ale najważniejsze decyzje płynęły z głębi mojego serca. Nielegalne życie było ogromnym obciążeniem. Zawsze była legalistką. W swoim kraju miała dobrą pracę, ludzie zabiegali o współpracę z nią. Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska 157 Moja pierwsza zima w Polsce 2011, fot. Pamela Palma Zapata Straciłam kontrolę nad swoim życiem. Musiałam być niewidoczna, nie stwarzać problemów. W Chile byłam wojowniczką, broniłam innych łudzi, a teraz nie mogłam obronić siebie. Bałam się nawet w swoim domu. Deportacja czaiła się wszędzie. Kiedy podjęli starania o zawarcie małżeństwa, dowiedzieli się, że potrzebne jest zaświadczenie, że ona nie pozostaje w związku małżeńskim w kraju pochodzenia. Niestety, Chile nie wydaje takiego dokumentu. Sprawa w sądzie zajęła rok. Po pięciu rozprawach otrzymali zgodę. Ciągły stres odbił się na jej stanie zdrowia. Czuła się coraz gorzej, ale nie wiedziała, czy ma prawo do leczenia. Kiedy wreszcie trafiła do szpitala, okazało się, że konieczna jest natychmiastowa transfuzja krwi. Przez tydzień była bliska śmierci. Pól roku po ślubie procedura legalizacji pobytu dobiegła końca. — Pierwszy dzień mojego łegałnego życia w Polsce. Wybieraliśmy się na przedświąteczne spotkanie u męża w pracy. Czekałam na taksówkę. Włączyłam kamerę, żeby nakręcić pierwszy śnieg. Ten człowiek zaatakował mnie na klatce mojego domu. Do dziś nie jest pewna, jakie było podłoże napaści. Nie poszła na policję. Była wyczerpana ponad trzyletnią szarpaniną, nie mogła uwierzyć, że to się wydarzyło pierwszego dnia po uzyskania prawa pobytu w Polsce. Po tym zdarzeniu ochrona praw kobiet stanęła w centrum jej społecznego zaangażowania. — W Polsce stałam się feministką. 158 Z powodu miłości. Opowieść Chilijki STRATEGIE PRZETRWANIA — Cale moje życie przygotowało mnie do stawienia czoła trudnościom, które mnie spotkały. Uruchomiłam świadomie różne strategie przetrwania. Udzielanie bezpłatnych lekcji hiszpańskiego było sposobem na to, żeby mieć życie towarzyskie, kiedy byłam w nielegalnym położeniu. Zawsze, gdy spotykają się migranci, pytają cię o procedurę, więc było dla mnie bezpieczniej spotykać się tylko z osobami z Polski. Częścią strategii było organizowanie „lunchów w języku hiszpańskim”, na które zapraszałam zwykle sześć osób, które chcialy praktykować swój hiszpański. Kilkoro moich uczniów zostało moimi przyjaciółmi do dziś. Od początku chciała nauczyć się języka polskiego. Znowu uruchomiła całą strategię działań: Klasyczne samoprzylepne karteczki na wszystkich sprzętach w mieszkaniu. Głośne czytanie szyldów, reklam i napisów podczas jazdy samochodem. Czytanie gazet razem z Lechem. Systematyczny przegląd słownika hiszpańsko-polskiego, wyłuskiwanie słów podobnie brzmiących i zapisywanie ich w specjalnym notesie, żeby przyswoić sobie minimalne słownictwo. Pięć edycji kursu języka polskiego dla cudzoziemców, w grupach Ukraińców, Filipińczyków, osób hiszpańskojęzycznych i Rosjan. Ten ostatni był najbardziej pomocny, bo na zajęciach panowała cisza i można było dokładnie usłyszeć nauczyciela. Na początku Lech chodził na lekcje razem ze mną, żeby mi pomóc. Dzięki niemu mogłam coś zrozumieć. Polski to bardzo trudny język, w dodatku niejednokrotnie była świadkiem nieprzychylnych reakcji na językowe zmagania cudzoziemców. Ostatnio wymieniła na ulicy kilka zdań ze znajomą z Ukrainy. Porozumiały się, Natasza była zaskoczona tym, jak dobrze mówi po polsku. Ale chciałaby mówić prawidłowo, swobodnie, doskonale. Pierwsze kontakty z Polakami były niejednoznaczne, niezrozumiałe, czasami wprawiały ją w konfuzję. Na jej emocjonalny styl bycia i spontaniczną otwartość reagowali z rezerwą. Najbardziej zadziwiające były dla niej bezpardonowe pytania o status, dochody, osobiste decyzje oraz rady i komentarze wkraczające w prywatność. Zastanawiała się, czy to są zachowania przyjęte wśród Polaków, czy raczej element osobistej kultury niektórych znajomych. Z biegiem czasu zaczęła rozumieć, że w stosunku do cudzoziemki pozwalają sobie na przekraczanie granic prywatności, na co nie zdecydowaliby się w relacjach z rodakami. Odbierała ten nieprzyjemny paternalizm jako nieświadomą demonstrację przewagi albo po prostu brak międzykulturowej wrażliwości. Przejęła inicjatywę i zaczęła sama budować swoje społeczne relacje. Ich dom stał się miejscem otwartym dla gości z całego świata. Przy ich stole zaczęli spotykać się Polacy i migranci z różnych powodów żyjący w Polsce, działacze społeczni i artyści. Trafiają tu wszyscy Chilijczycy, którzy pojawią się w Trójmieście, a także ci, którzy zechcą przyjechać z całej Polski. Pamela mówi, że w Polsce rozwinęła swoje kulinarne zdolności. Każde przyjęcie to mała uczta Babette. Przygotowuje je starannie, dobiera kolory potraw, zastawę, ozdoby. Serwując dania z chilijskiej kuchni, których przygotowanie zajmowało jej na początku dwa dni, chce sprawić, żeby goście poczuli smak jej kraju. Lech wiedział, że poza miastem czuje się bardziej bezpiecznie i w wolne dni zabierał ją na wycieczki, żeby mogła się rozluźnić, zrelaksować i na chwilę zapomnieć o nielegalnym statusie. Ponieważ oboje interesują się historią, architekturą i sztuką, te wyprawy były okazją do coraz głębszego poznawania polskiej kultury, nie tylko dla niej, dla niego także. Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska 159 Dzień przed ślubem pojechaliśmy na Hel, zdjęcie zrobiła moja córka, fot. Maria Francisca Tassara Tak zwiedzili okolice Trójmiasta i województwo pomorskie, a także całą północno--wschodnią Polskę, aż po Podlasie, gdzie co roku jeździli na święta do rodziny Lecha. Pouczającym doświadczeniem było roczne zaangażowanie we współpracę z organizacją społeczną działającą w obszarze migracji: - Uczestniczyłam w wielu spotkaniach z władzami i pracownikami instytucji publicznych w ramach pracy grupy przygotowującej model integracji imigrantów. Zajmowałam się wsparciem dła Chilijczyków w Trójmieście oraz udzielałam pomocy prawnej innym społecznościom hiszpańskojęzycznym. Reprezentowałam organizację w Europejskiej Sieci Kobiet Migrantek. Prowadziłam kampanie przeciwko nienawiści, na rzecz uchodźców i migrantów. Pełniłam role graficzki oraz fotografki i jako osoba odpowiedzialna za stronę organizacji na Facebooku, zwiększyłam o 400% jej oglądalność. Zorganizowałam wielojęzyczne karaoke, a także otwarte wydarzenie poświęcone Chile, pokazujące naszą obecność, naszą kulturę oraz nasze jedzenie. Wzięłam udział w wielu warsztatach, szkoleniach i konferencjach związanych z migracjami. Ostania, lecz nie najmniej ważna strategia przetrwania, to poczucie humoru. Przywiozła je z Chile. Nawet w najbardziej krytycznych chwilach i naprawdę dramatycznych momentach MIGRANCI W TRÓJMIEŚCIE Film dokumentalny Pameli Palmy czas IW min. _______ __________ Mój wkład w otwarcie budynku Europejskiego Centrum Solidarności, sierpień 2014, fot. Pamela Palma Zapata 160 Z powodu miłości. Opowieść Chilijki przez humor i śmiech tworzyła dystans wobec problemów, budowała strefę bezpieczeństwa. — To zdjęcie obok zrobiłam podczas zwiedzania wystawy, kiedy zainscenizowałam scenę pochwycenia mnie przez policjanta. Śmiech z głębi duszy możliwy jest podczas spotkań w gronie Chilijczyków. To rodzaj terapii, relaks, rozmowa w kodach komunikacyjnych, które dobrze zna. Jest wielbicielką stand-up comedy, formy artystycznego monologu, opartego na charyzmie wykonawcy oraz kontakcie z publicznością. Planuje stworzenie programu na kanwie swoich imigranc-kich perypetii. Wystawa policyjna w Gdańsku, wrzesień 2012, fot. Pamela Palma Zapata Jednorożce w lesie — just for fun, fot. Pamela Palma Zapata LEPSZA CZĘŚĆ MNIE Pamela mówi, że pobyt w Polsce dał jej szansę na rozwinięcie lepszej części siebie. Od dzieciństwa najważniejszą wartością było dla niej pomaganie. Wyznawała zasadę „nieważne ile posiadasz, zawsze możesz coś dać”. Trudne doświadczenia przekształciła w obszary pomocy innym. Zmagania związane z legalizacją pobytu, zdobyciem pozwolenia na małżeństwo oraz innymi aspektami życia migrantki sprawiły, że stała się specjalistką od Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska 161 polskiego prawa migracyjnego. Stworzyła grupę na Facebooku „Chilenos en Polonia”, przeznaczoną jak mówi opis: dla chilijskich mieszkańców Polski i dla wszystkich rodaków, którzy chcą odwiedzić ten piękny kraj. Wkrótce nawiązała z nią kontakt Ambasada Chile w Polsce i odtąd jest jej stałą współpracowniczką, specjalistką od problemów Chilijczyków z polskim prawem, przepisami procedurami. Głęboka trauma, której doznała, uwrażliwiła ją na położenie kobiet, na przemoc i dyskryminację związaną z płcią, która może zdarzyć się pod każdą szerokością geograficzną. Jest członkinią European Ne- Kampania Ni Una Menos w Ameryce Południowej przeciwko przemocy wobec kobiet, fot. Pamela Palma Zapata tWork of Migrant Women - platformy organizacji pozarządowych, działających w duchu feminizmu, na rzecz praw migrujących kobiet. Kiedy w Chile kobiety wyszły na ulicę w marszu przeciw przemocy, przesłała im na Twiterze swoje poparcie. Srebrny wieszak 2017, fot. Pamela Palma Zapata Kilka miesięcy temu poprosiła męża, żeby zrobił dla niej srebrny wieszak, zainspirowany Czarnym protestem. Od tej chwili dostaje kolejne prośby o wisiorek od feministek z Polski i Europy. Zrobił ich już trzydzieści. Z przyjaźni, która połączyła ją z uchodźczyniami żyjącymi w Gdańsku, zorganizowała kampanię medialną w celu znalezienia mieszkań dla nich. Kampania zaowocowała fantastycznymi zdarzeniami międzyludzkimi, o zasięgu od lokalnego po międzynarodowy. 162 Z powodu miłości. Opowieść Chilijki W domu uchodźczyń poprowadziła warsztaty pt. Postaw granicę. Kobieta z Chile z kobietami z Kaukazu na polskiej ziemi, przy użyciu indywidualistycznego konceptu „asertywności”, potrafiła wydobyć z tego pełnego sprzeczności i różnic spotkania głębokie porozumienie, przyjmując z wyobraźnią i szacunkiem całą tę kulturową, momentami ekstremalną różnorodność. Uczestniczki wychodziły wzruszone, w poczuciu, że ktoś je wysłuchał i zrozumiał. Warsztat Draw the linę 2017, fot. Pamela Palma Zapata Aktualnie realizuje film o uchodźcach, oddając głos im samym. Taka koncepcja filmu zrodziła się z protestu wobec obserwowanych i doświadczanych niejednokrotnie sytuacji, kiedy los ludzi w dramatycznym życiowym położeniu jest zawłaszczany przez tych, dla których stanowi tylko pretekst do realizacji własnych celów i ambicji osobistych czy politycznych, a nierzadko również interesów finansowych. W maju 2017 roku jako członkini European NetWork of Migrant Women wzięła udział w zjeździe, który odbył się w Grecji i był połączony ze wsparciem dla organizacji pomagającej uchodźcom. Podczas odwiedzin w obozie dla uchodźców poczuła: - Jestem dokładnie tam, gdzie chciałam być od dziecka, otoczona przez międzynarodowych działaczy, starając się dać światu mój najlepszy wkład, po mojej długiej podróży, którą przebyłam jako kobieta, jako matka, jako żona, jako imigrantka, jako istota łudzka. FOTOGRAFKA ZAANGAŻOWANA W trakcie poszukiwań edukacyjnych studiowała 2 lata psychologię, 4 lata prawo i 3 lata film i telewizję. Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska 163 Wizyta European NetWork of Migrant Women w obozie dla uchodźców w Atenach 2017, fot. Pamela Palma Zapata — Kiedy byłam studentką psychologii i prawa miałam możliwość pracy z ludźmi potrzebującymi pomocy. Zawsze kończyło się tak samo. Po próbach udziełenia pomocy wpadałam w depresję, że nie mogę zrobić niczego więcej. To było powodem kolejnych zmian na mojej drodze zawodowej, dlatego zaczęłam studia telewizyjne i filmowe. Jednego dnia nasz reżyser telewizyjny zapytał nas: Ile lat musi studiować lekarz? Ile lat następnie potrzebuje, żeby zdobyć specjalizację? Ilu pacjentów może przyjąć codziennie przez cale zawodowe życie? Wy poprzez telewizję możecie dotrzeć w ciągu minuty do tysięcy ludzi. Musicie zdawać sobie sprawę ze swojej społecznej odpowiedzialności. W tym momencie zrozumiałam, po co tam jestem. Moja motywacja się nie zmieniła, zmieniłam tylko metodologię. Jest człowiekiem mediów z wieloletnim doświadczeniem pracy w chilijskiej telewizji. Dzięki umiejętności syntetycznego wyrażania myśli, często zapraszano ją do udziału w programach poruszających kwestie społeczne. Zaczyna dzień od profesjonalnego researchu mediów na interesujące ją tematy: ochrona prawa człowieka, feminizm, historia, sztuka, podróże i kuchnia. Dzieli się wiadomościami, rozpowszechnia posty, adresuje informacje do znajomych i przyjaciół. Doskonała orientacja w polskim życiu społecznym i politycznym i świadome uczestnictwo w różnych wydarzeniach zaowocowało setkami, tysiącami zdjęć ze spotkań, manifestacji, marszów, w których energię społecznego zaangażowania i ducha protestu chwyta w scenach, w gestach i mimice uczestników. Mówi o sobiephoto actioist— to dla niej najważniejsza identyfikacja, jej sposób odbioru i opisu świata, wywierania wpływu i dokładania swojego wkładu. 164 Z powodu miłości. Opowieść Chilijki Zdjęcia ze spotkań, marszów, demonstracji, 2014—2017, fot. Pamela Palma Zapata Pamela Palma Zapata, Dorota Jaworska 165 TAKA MIŁOŚĆ SIĘ ZDARZYŁA DJ: Na początku była po prostu miłość, spontaniczna decyzja o przyjeździe do Polski, nagła ciężka choroba w rodzinie, ponad trzy lata nielegalnego życia, wszechobecny lęk, dramatyczne problemy zdrowotne, brutalna napaść w pierwszym dniu legalnego pobytu — to wydaje się zbyt wiele jak na jednego człowieka, a nawet na parę kochających się ludzi. Stanęłaś na własnych nogach, masz wielu przyjaciół, pomagasz ludziom, rozwijasz się i realizujesz swoje pasje. Wytrwałaś, stawiłaś czoła i przekroczyłaś pasmo życiowych przeciwności. Czas rozpamiętywania moich doświadczeń w Polsce na rzecz tego artykułu dał mi możłi-wość zobaczenia, że w ciągu tych lat Lech był zawsze ze mną, w tej nauce i w tej przygodzie. „Mi Lech" („Mój Lech"po hiszpańsku) trzyma mnie za rękę i kocha mnie. Wspierał mnie bardzo, kiedy nie miałam siły, kiedy się bałam, świętując moje triumfy, nawet te najmniejsze. Lech dał mi wolność rozwoju siebie jako aktywistki i lepszego człowieka. Jest kimś więcej niż tylko moim mężem. Ciągle uczę się od niego życzliwości i mądrości. Jest moim przyjacielem, moim kochankiem, moim partnerem, jest miłością mojego życia. * Pamela Palma Zapata i Dorota Jaworska spotkały się trzy lata temu w projekcie integracji imigrantów, współpracują w tworzeniu przestrzeni społecznych dla imigrantek i uchodźczyń oraz ochronie ich praw. Od redakcji W poprzednim numerze „Prowincji” w tekście Khedi Alieva — Czarne wdowy zamieściliśmy zdjęcia, które zostały podpisane jako zdjęcia archiwalne. Były to jednak zdjęcia autorstwa Pameli Palmy Zapata. Za pomyłkę przepraszamy autorkę zdjęć. Przy redakcji i tłumaczeniu tekstu współpracowała Dorota Jaworska. Rozmowy O LUDZIACH NA DRODZE, POEZJI, PROWADZENIU ZA RĘKĘ I ZGODZIE NA PORWANIE Z PRĄDEM Z Łucją Dudzińską rozmawia Dominika Lewicka-Klucznik Dominika Lewicka-Klucznik: - Łucjo, powiedz mi, po co w ogóle to wszystko — Grupa Literyczna na Krechę, akcja AntyWalentyn-kowa oraz kartki, wydawnictwa, promowanie siebie i innych? Łucja Dudzińska: - A bo tak! (śmiech) Pomyślałaś, że można coś robić bez zastanawiania się po co, a także mimo wszystko — to dopiero nadaje sens naszemu życiu. Są osoby, które kochają mimo wszystko, bo kochają, a są tacy, co kochają za coś tam. Podobnie jest z działaniem. Teraz wypada się rozpisać, po ludzku ciut ponarzekać, a właściwie to po polsku, bo my Polacy tak mamy - chociaż ja lubię iść pod prąd (śmiech). Jak literyczna, to tylko na krechę — to nie jest samodzielne słowo i jako słowotwórcza kontami-nacja słów (literacko-artystyczna) zaistniało pod- Łucja Dudzińska, fot. J. Osewska czas burzy mózgów właśnie w naszej grupie (wpadł na to Grzegorz Janoszka). Po prostu istotne horacjańskie Carpe diem. O! Poznałam wspaniale działającą grupę ludzi pod hasłem „dzisiaj jest nasze” — właśnie po to się działa... — A wydawnictwo? - To jest nieodłączne przy kompleksowym profilu działania i znów nie sądziłam, że to się rozwinie. Wydawnictwo jest otwarte na ciekawie piszących i nie tylko dla członków grupy. Teraz mogę stwierdzić, że sprawdziłam się, wydając 11 książek poetyckich jako nieformalny samodzielny wydawca - organizator od początku do końca cyklu wydawniczego i promocyjnego, w tym redaktor tomików. W ramach utworzonej Fundacji Otwartych Na Twórczość (akronim FONT) do kwietnia wydałam kolejne 4 pozycje. Kto ze mną współpracował, wie, że poświęcam na to mnóstwo czasu, gdyż dbam o każdy detal i jestem upierdliwa. Współpracuję z profesjonalistami i wydanie w FONT oznacza przyzwoity poziom i jakość, a jednocześnie (w miarę możliwości) spełnianie marzeń i oczekiwań autorów. Kontynuowana tutaj Seria Wydawnicza Grupy Literycznej Na Krechę oznacza też bogatszą edytorsko szatę. Jak nie otrzymałam wsparcia finansowego, choćby minimum na oczywiste koszty działania, które od lat pokrywam we własnym zakresie, nie ukrywam, że znów Dominika Lewicka—Klucznik 167 zwątpiłam, ale z drugiej strony zmotywowano mnie. Jeśli moje propozycje nie są atrakcyjne lokalnie, pójdę w innym kierunku, gdzie ktoś lub coś oczekuje naszych działań — w końcu aktywność Grupy Literycznej Na Krechę od kilku lat jest znana w Polsce, czasem wykracza też poza granice - to jest trudniej osiągnąć niż dobrą lokalną pozycję. Zawsze powtarzam, nie sztuką jest działać na etacie, czy za dofinansowania tworzyć tzw. parnas, korzystać z profesjonalistów, prezentować uznane nazwiska... W życie społeczne, kulturowe, literackie są również wpisane takie działania jak nasze. A jako poeci, literaci, artyści — potrzebujemy czasu na osobisty rozwój i tworzenie — bo z tego nas bardziej rozliczają niż z tego, co zrobiliśmy dla innych, czy dla naszego środowiska literackiego, artystycznego. Ale to jest proza życia, a my przecież dążymy do poezji — dosłownie i w przenośni (śmiech). W takich okolicznościach lubię mieć poczucie wolności i np. za miesiąc pracować nad nową akcją albo zdecydować o zmianie profilu działania. Jak wiesz, Grupa Literyczna Na Krechę również zapewnia poczucie wolności, tutaj nie ma zobowiązań, chyba że każdy sam z siebie chce coś robić na swój rachunek, identyfikować się, wspierać moje działania. Daję możliwości i przestrzeń, a czy ktoś to wykorzysta i jak to wykorzysta, to już zależy od uczestników i oni mogą odpowiedzieć po co to wszystko. — Promowanie siebie i innych? — Nie wydaje mi się, bym robiła coś wyjątkowego, odmiennego niż wszyscy dookoła, przecież jeśli nie ja, to zrobiłby to ktoś inny. Również po naszych nakrechowych prezentacjach sporo twórców jest prezentowanych wśród innych animatorów. Nie ma w tym mojej zasługi, każdy sam jest kowalem swojego losu i swojej twórczości. To wspaniali utalentowani poeci, którzy się rozwijają i nabierają świadomości poetyckiej; samodzielnie pozyskują swoje miejsce w środowisku albo nie pozyskują nawet, jeśli tych możliwości będzie więcej. Wiadomo, że grupa to większa siła niż jednostka, ale każda grupa, klub to tylko dodatek. Zawsze to porównuję do narciarstwa, gdzie każdy jest odpowiedzialny za siebie i swoje umiejętności oraz chęci jeżdżenia, ale fajniej, jak na taki wyjazd w góry jedzie się w większej grupie, a nie samemu. Na Krechę może być zapleczem i miejscem dodatkowej promocji, informacji o sukcesach i działaniach, jest otwarta na każdego, kto ma chęci do udziału w akcjach czy spotkaniach, chce się rozwijać i kto prezentuje dobry poziom. Piszę od lat, teraz mogę trochę działać, animować innych dla samego wspierania pozytywnych zjawisk, zachowań, gdyż dostrzegam ich coraz więcej — nie jestem jedyna w takim podejściu i to jest najwspanialsze. Naszą grupę tworzą indywidualiści i bardzo to sobie cenię. To członkowie tworzą grupę, artyści, poeci - liderzy, osoby chętne i aktywne, obecne na spotkaniach, obecne w akcjach, a nie ja — ja jestem tylko kuratorem. — No i w końcu antyWalentynki... - Akcja anty Walentynkowa to pomysł Romka Franczyka, który od początku, tzn. od 2012 roku, organizuję non profit. Szczerze? Moment otwierania paczek z drukarni jest wprost bezcenny. Akcja daje ogromną satysfakcję, gdyż oznacza mnóstwo pracy od momentu pozbierania materiału, uzgodnienia, przygotowania projektu, pozyskania akceptacji, po fizyczne prace typu: rozkładanie, pakowanie i rozsyłanie, czyli dźwiganie ponad 100 kg przesyłek na pocztę, a akcja zakreśla szersze kręgi. Nieoceniona jest tutaj praca grafików, często po nocach - na już. Czasem zdarzają się wielokrotne korekty i dotyczy 168 O ludziach na drodze, poezji, prowadzeniu za rękę i zgodzie na porwanie z prądem to zarówno opracowania kartek, jak i mozolnego przygotowania do druku i tutaj wielkie dziękuję za bezinteresowną pracę dla Joanny Kulhawik i Marii Kuczary. Owszem, miałam kilka razy myśli, aby za rok już się w to nie angażować, zwłaszcza, gdy pojawiały się problemy w postaci choroby, wysokiej temperatury albo gdy nie przewidziałam wzrostu cen, a akcję jak się zaczęło, to do końca trzeba przeprowadzić i rozłożyć, rozesłać kilkanaście tysięcy kartek w określonym terminie (wg jakichś ustaleń, czasem innych dla wielu autorów, więc trudno to całkowicie scedować na wolontariuszy). Rozwożenie i rozdawanie kartek to już wielka radość. Rozdaliśmy już 64 000 pocztówek i co jest istotne to w 320 wzorach o nakładzie 200 sztuk każdy, drukując to własnym sumptem. Sam pomysł uważam za ciekawy zarówno dla odbiorców, jak i dla uczestników - przecież z reguły obejmował około 100 twórców: poetów, grafików, fotografów, malarzy. Kiedyś negacja formy i komercyjności 14 lutego nie była tak znana i powszechna jak obecnie. Natomiast idea rozdawania wierszy, zwłaszcza mieszczących się w kategorii miłosnych, zawsze będzie aktualna i będzie sprzyjać przede wszystkim popularyzacji czytelnictwa poezji. Ludzie czytają mało książek, a tomiki poetyckie w ogóle nie budzą zainteresowania. Odbiorca nie szuka wierszy, więc to jedna z metod, gdzie wiersz znajdzie odbiorę, skusi go grafiką, obrazem, ciekawą fotografią. Może sprowokuje do zainteresowania się poezją w ogóle - stanie się to w jakiś tam sposób nobilitującym, ciekawym zajęciem. - Jaka, według ciebie, jest największa wartość dodana antyWalentynek? - Wartość dodana akcji antyWalentynkowej Na Krechę to na pewno synteza sztuk. Integracja twórców, środowisk i ich promocja oraz prozaiczne zaskoczenie, że można podarować wiersz i nie oczekiwać „składki” do puszki. Istotne są również wydarzenia towarzyszące: Ogólnopolski Konkurs Poetycki „erotyk na krechę” im. Tadeusza Stirmera, organizowane przez nas wystawy - WierszYstawki, spotkania typu Integracje Literackie Hyde Park i rozdawanie pocztówek w nietypowych miejscach, gdzie nie można się spodziewać poezji. Motywujące i bardzo cenne są akcje naszych partnerów i osób chętnych do rozdawania w swoim mieście, miasteczku, środowisku - w tej VI edycji na nasze kartki można było trafić w ponad 35 miastach. Bardzo dziękujemy - to dzięki Wam akcja zyskuje sens i popularność. Głęboki ukłon w stronę Stowarzyszenia Alternatywnych z Elbląga, NZS i poetów z Krakowa, poetów z Drezdenka, Nowego Tomyśla. Bytomia, itd. Powinnam tutaj wymienić mnóstwo nazwisk... i aż się boję, że kogoś pominę. Aktywny udział członków Grupy Na Krechę oraz zaangażowanie naszych partnerów i zaprzyjaźnionych artystów jest największą wartością dodaną tej akcji. Przypominam jako kurator akcji, że celem jest popularyzacja czytelnictwa poezji, reminiscencja tej niszowej dziedziny sztuki, aby znalazła swoje miejsce w naszej tzw. kulturalnej codzienności, aby nas zaskakiwać intelektualnie grą słów i znaczeń. Można czytać poezję, można rozwiązywać krzyżówki - to się nie wyklucza (śmiech). — Co we współczesnej poezji najbardziej Cię inspiruje, a co drażni? - Nie odbieram poezji poprzez pryzmat tego, co mnie drażni. Że banalność, powtarzalność... A to wynika z braku chęci rozwoju zgodnie z nabywaną dookoła świadomością, z egzaltacji nad sobą - ale to nie dotyczy poezji tylko raczej twórczości - nietykalnej i nieomylnej w swojej wypowiedzi. Niech sobie będzie, i aż kusi mnie, aby porównać do disco polo. Dominika Lewicka—Klucznik 169 Zawsze inspiruje mnie przede wszystkim to, co jest zawarte między słowami, wersami i wierszami. — Co dalej, co za rok? Więcej? Lepiej? Poza Polskę? — Czas pokaże, ale sądzę, że organizując akcję już jako FONT, zależałoby nam na okiełznaniu tej nakrechowej spontaniczności twórców, grafików i poetów. Owszem z jednej strony to była metoda, aby dotrzeć do odbiorcy. Z drugiej strony, aby dać szansę większej ilości chętnych. Chcemy spróbować inaczej i do tego trzeba przygotować się dużo wcześniej. - Czym jest FONT i jakie masz plany fundacyjne? — Fundacja Otwartych Na Twórczość, czyli wg akronimu FONT, jest potwierdzeniem i zalegalizowaniem mojego wkładu oraz zaangażowania od 5 lat w animację kulturalną. Wspiera mnie w tym jako wiceprezes Ewa Witkę. Zakres celów FONT jest dość szeroki (przy okazji odsyłam do naszego statutu). Chciałam dać możliwość prowadzenia wszechstronnej aktywności w ramach fundacji (również beze mnie). Fundacja to jednostka prawna. Uważam, że też powinna być inicjatywą, dobrem ogólnospołecznym. Stąd przewidywałam wszelkie możliwości, aby nie tworzyć ograniczeń dla chętnych do działania. Plany? Nie lubię planować, a jeśli już muszę (gdyż to jest wpisane w profesjonalną działalność), to nie lubię ich zdradzać. Na pewno wydamy kilka ciekawych książek po- etyckich, w tym dwujęzyczne. Odbędą się promocyjne spotkania. W tej chwili istotnym jest wypuszczenie w eter kwartalnika — Pisma literacko-społecznego „e—font” przy współdziałaniu ponad dwudziestu osób i liczymy na kolejnych chętnych do współpracy. Jako wicena-czelna redaktorka wspiera mnie w tym przedsięwzięciu Ewa Olejarz. — O czym marzysz, zarówno w planach literackich, jak i prywatnych? — Zdecydowanie wolę działać niż marzyć. Może o zwykłej ludzkiej uczciwości, szczerości, neutralnej życzliwości czy obiektywizmie. Wciąż mam nadzieję, że uda się gdzieś poznać pasjonatów czy filantropów, dzięki którym będziemy mogli rozwijać przedsięwzięcia i wydawnictwo. Ciekawe czy pamiętasz od kiedy przestałaś go kochać jeszcze przed miesiącem wasze oczy szukały siebie pośród słów zawieszonych w powietrzu miedzy rzędami teatru cieni Szekspira jak to sie stało że przestałaś go kochać jakieś wczoraj temu jego imię pachniało wspólnym słońcem gubiło pocałunki a te spadały piegami na skórę na nietknięte dotąd serce czas sie ulotnił a równoległość kalendarzy przestała oznaczać jednakowość drogowskazów — Dziękuję za rozmowę. Antywalentynkowa kartka Bogumiły Salmonowicz Muzyka Wacław Bielecki WĘDRÓWKI MUZYCZNE: GÓRNY ŚLĄSK I MAZOWSZE Tuż przed rozpoczęciem wakacji udało mi się odbyć muzyczną wędrówkę po Górnym Śląsku, regionie, który znałem bardzo słabo. Przed dwoma laty byłem w Katowicach na „Nocy Kilara”, koncercie z muzyką tego kompozytora w pięknej sali tamtejszej Akademii Muzycznej. Wtedy, m.in. słynnym poematem Krzesany dyrygował Michał Klauza, obecny dyrektor Polskiej Orkiestry Radiowej w Warszawie. AIDA W OPERZE ŚLĄSKIEJ W BYTOMIU Wykonawcy „Aidy ” kłaniają się publiczności. W środku dyrygent Tadeusz Kozłowski, fot. W. Mielecki Pierwszą instytucją, do której dotarłem, była Opera Śląska w Bytomiu, gdzie na koniec sezonu wznowiono Aidę Verdiego. Opera zajmuje stylowy budynek, przypominający mi trochę Teatr Wiliama Horzycy w Toruniu. Do zakończenia wojny działał tutaj niemiecki teatr. Przed gmachem znajdują się pomniki Fryderyka Chopina i Stanisława Moniuszki oraz niewielki parking, gdzie cudem udało mi się znaleźć miejsce przed spektaklem. Sala koncertowa i scena są małe, co, jak się przekonałem, siedząc w VI rzędzie, przekłada się na znakomitą słyszalność. Jeszcze nigdy w życiu nie odczułem tak wielkiej siły głosów występujących na scenie śpiewaków. Oglądane przedstawienie było wznowieniem scenicznym spektaklu z 2003 roku, oczywiście, w innej obsadzie, w reżyserii Laco Adamika z Krakowa. Dyrygował znakomity maestro ladeusz Kozłowski, który w swoim życiorysie ma dwuletni epizod jako dyrektor muzyczny Opery Bałtyckiej w Gdańsku. W roli Aidy wystąpiła sopranistka Anna Wiśniewska-Schoppa. Śpiewała ładnie, ale jak dla mnie jej głos był trochę za mocno rozwibrowany. Jej konkurentką sceniczną, córką Wacław Bielecki 171 faraona Amneris, była Iwona Noszczyk, niezły mezzosopran. W postać Radamesa wcielił się starszy już tenor Sylwester Kostecki, dysponujący bardzo silnym głosem i tradycyjnym, statycznym sposobem zachowania się na scenie. Moim zdaniem, przez cały czas śpiewał zbyt siłowo, ciągle forte. Rolę króla Etiopów, Amonastra, kreował Adam Woźniak, baryton dorównujący lub nawet przewyższający siłą głosu wymienionych poprzedników. Od strony muzycznej przedstawienie było znakomicie poprowadzone przez dyrygenta, który dbał o odpowiednie tempa i pilnował, aby orkiestra nie zagłuszała śpiewaków. Ciekawy byłem, jak zostanie rozwiązana najsłynniejsza scena z tej opery, czyli „Marsz tryumfalny”. Na szczęście obyło się bez przemarszu wojsk i rzucania faraonowi pod nogi zdobytych sztandarów. Myślę, że wymusiła to mała scena. Nie pozbawiono widzów wstawek baletowych. Tych było sporo i ładnie wykonanych. Reżyser i scenarzysta nie przenieśli, jak to teraz jest modne, czasu akcji do bliższej nam epoki. Scenografia i stroje były tradycyjne. Słuchając tej czteroaktowej opery już po raz któryś, skonstatowałem, że właściwie mogłaby ona się skończyć po drugim akcie, bo wszystko co najlepsze — arie, chóry i balet znajduje się w dwóch pierwszych. Było to bardzo ładne przedstawienie na zakończenie tegorocznego sezonu artystycznego Opery Śląskiej w Bytomiu. Nie zabrakło więc rzęsistych oklasków, a kłaniający się publiczności śpiewacy, tancerze i realizatorzy z trudem mieścili się na niewielkiej scenie. RECITAL POGORELIĆA Salę koncertową NOSPR zbudowano na wzór wnętrza pudła rezonansowego skrzypiec, fot. W. Bielecki Recital znanego pianisty Ivo Pogorelića odbył się w oddanej trzy lata temu sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, w skrócie NOSPR. Budynek NOSPR-u jest bardzo nowoczesny i po prostu imponujący. Zewnętrzna bryła obiektu 172 Wędrówki muzyczne: Górny Śląsk i Mazowsze wykonana z czerwonej cegły jest inspirowaną architekturą robotniczego Nikiszowca — dzielnicy Katowic wybudowanej przed stu laty. Znajduje się tutaj sala koncertowa na 1800 miejsc i sala kameralna z trzystoma fotelami. Na otwarciu NOSPR-u w październiku 2014 r. zagrał Krystian Zimerman, który został zwycięzcą Konkursu Chopinowskiego w 1975 roku. Wielka sala koncertowa ma znakomitą akustykę. Jej kształt przypomina wnętrze pudła rezonansowego skrzypiec. Cała sala obita jest drewnem w kilku gatunkach, drewniane są też balustrady balkonów. Fotele otaczają scenę także od tyłu, jak na ringu. O akustykę sali zadbał światowej sławy specjalista, Japończyk Yasuha Toyota. Widownia na recitalu Ivo Pogorelića była wypełniona do ostatniego miejsca. Pianista ten przyciąga publiczność od 1980 roku, kiedy to niespodziewanie nie został dopuszczony do finału na X Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Wtedy to jurorka konkursu, argentyńska pianistka, słynna i nieco kapryśna Martha Argerich, uznała go za pianistycznego geniusza i na znak protestu zrezygnowała z udziału w jury. Od tamtych lat Pogorelić z dużym powodzeniem kontynuuje swoją pianistyczną karierę, występując z koncertami i recitalami na całym świecie oraz nagrywając płyty dla wytwórni Deutsche Grammophon. Recital w Katowicach składał się z dwóch części. Pierwszą zaczął pianista od utworów Chopina — Ballady f-dur i Scherza cis-moll oraz Karnawału wiedeńskiego Roberta Schumanna, a po przerwie wykonał Fantazję c-moll KV 475 Wolfganga Amadeusza Mozarta i II Sonatę fortepianową Siergieja Rachmaninowa. Wykonanie tych utworów przyjąłem z rozczarowaniem i nie chodzi mi o technikę wykonawczą, bo tę pianista ma znakomitą. Najbardziej spodobało mi się chopinowskie Scherzo, pozostałe utwory już mniej. Dlaczego? Pogorelić prezentował je w wolnych i bardzo wolnych tempach, co szczególnie jaskrawo było słychać w wykonanym na bis Walcu triste (smutnym) Jana Sibeliusa. Nie mogłem też pojąć, dlaczego wszystkie utwory, łącznie z bisem, wykonywał z nut. Przez cały czas na estradzie siedział tuż za nim młody asystent przewracający karty. Artysta nie mógł się obyć bez nut i nawet podczas oklasków i kłaniania się publiczności trzymał je kurczowo oboma rękami za sobą. Może to wszystko było przyczyną, że recital Pogorelića został przyjęty dość powściągliwie i nie wzbudził entuzjazmu wśród katowickiej publiczności. Owacji na stojąco i drugiego bisu nie było. Może artysta na rok przed sześćdziesiątką przeżywa jakieś kłopoty z pamięcią lub załamaniem formy? MUZEUM ORGANÓW ŚLĄSKICH W Akademii Muzycznej w Katowicach udało mi się zwiedzić unikatową placówkę — Muzeum Organów Śląskich utworzone przez byłego rektora, prof. Juliana Gembalskiego. Po muzeum początkowo oprowadzał mnie i dwie studentki kulturoznawstwa jego asystent Stanisław Pielczyk, a później sam profesor. Twórca muzeum jest osobą łatwo nawiązującą kontakt i bardzo rozgadaną. Prezentując niektóre instrumenty, po prostu siadał za klawiaturą i grał. W muzeum można było zapoznać się z historią i budową organów oraz pograć na specjalnych piszczałkach opatrzonych nazwami w języku niemieckim, jak to jest powszechnie przyjęte. Zadziwiły mnie fotografie niektórych firm produkujących organy, bo były to w istocie fabryki zatrudniające po kilkaset osób, np. Schlag & Sóhne w Świdnicy, czy Wilhelm Sauer we Frankfurcie nad Odrą. Wacław Bielecki 173 Prof. Julian Gembalski gra na organach wykonanych całkowicie z drewna, fot. W. Bielecki Na zakończenie zwiedzania prof. Gembalski podarował mi V tom wydawnictwa Organy na Śląsku z dedykacją , a ja zaprosiłem go do wykonania koncertu w Sztumie w przyszłym roku. Profesor nie odmówił, ale prosił abym przysłał, mu e-maila z datą koncertu, bo musi sprawdzić, czy ma wolny termin. DUET GITAR JAZZOWYCH Duet gitar jazzowych: Marek Napiórkowski & Artur Lisicki (z lewej), fot. W. Bielecki 174 Wędrówki muzyczne: Górny Śląsk i Mazowsze Jazzowy duet gitar akustycznych: Marek Napiórkowski & Artur Lisicki wystąpił w sali kameralnej NOSPR w ramach tzw. wtorków jazzowych. Na program koncertu nagranego wcześniej na płycie pn. Celuloid złożyły się utwory znane z polskich filmów, skomponowane m.in. przez Andrzeja Korzyńskiego (z filmu Wojna domowa), Krzysztofa Komedy (ballada z filmu Prawo i pięść), Tomasza Stańki, Andrzeja Kurylewicza, Wojciecha Kilara oraz własne utwory obu gitarzystów napisane do jeszcze nieistniejących filmów. Muzycy, panowie w wieku ok. 40 lat i obaj pozbawieni fryzury, przedstawiali znane tematy na swój sposób, mocno improwizując. Marek Napiórkowski często zmieniał gitary, a miał ich pięć, w tym dwunastostrunną i elektryczną. Większość prezentowanych melodii była smutna, a nawet nostalgiczna. Na swój użytek podsumowałem ten koncert określeniem: „dwaj panowie w sile wieku grają fado”, bo wytworzyli taki nastrój, jak w portugalskim fado. Okazuje się, że nie tylko Portugalczycy lubią się smucić przy muzyce. HARFY PAPUSZY Soliści i orkiestra po wykonaniu oratorium „Harfy Papuszy", fot. W. Bielecki Wystawione w wielkiej sali NOSPR oratorium Jana Kantego Pawluśkiewicza pt. Harfy Papuszy zostało skomponowane w 1993 roku do wierszy słynnej cygańskiej poetki Bronisławy Wajs - Papuszy. Fascynacja kompozytora jej wierszami dała początek wielkiej formie wokalno-instrumentalnej na głosy, chór i orkiestrę, w której Jan Kanty Pawluśkiewicz obrazuje świat Romów oraz uwydatnia sens poezji Papuszy. Solistami koncertu byli: Iwona Socha (sopran), Elżbieta Towarnicka (sopran), Magdalena Idzik (mezzosopran) i Andrzej Biegun (baryton) oraz Orkiestra NOSPR-u i Chór Filharmonii Krakowskiej, wszystko pod dyrekcją Ewy Strusińskiej. Soliści i chór śpiewali w języku cygańskim, a widzom wyświetlano tłumaczenie w języku polskim. Dla niektórych słuchaczy muzyka ta mogła być bardzo wzruszająca ze względu na treść. Ja nieco chłodniej przyjąłem to dzieło, moim zdaniem nieco monotonne i z wieloma, Wacław Bielecki 175 powtarzającymi się nieustannie wersami: o podróży Cyganów, ucieczce do lasów i smutnym losie cygańskich dzieci. Najbardziej spodobał mi się pojawiający się pod koniec dzieła fragment instrumentalny skomponowany na wzór muzyki cygańskiej. Wszyscy soliści śpiewali pięknie. Mnie najbardziej zadziwił niski, nieomal altowy głos Magdaleny Idzik, niby mezzosopranu. Świetnie śpiewał też Andrzej Biegun, baryton. Oratorium Harfy Papuszy, jak to mówi sam jego tytuł, zaczyna się od dźwięków harfy, który to instrument często pojawia się w osiemdziesięciominutowym dziele. Dyrygowała młoda, filigranowa Ewa Strusińska, niegdyś szefowa Filharmonii Szczecińskiej. Jej zachowanie na podium było nieco dziwne, bo dyrygowała nie tylko rękoma i batutą, ale całym ciałem, często wykonując niespotykane ruchy i przysiady. Na tym koncercie zakończył się mój pobyt na Górnym Śląsku. MŁODZIEŃCZE NATCHNIENIE CHOPINA Fragment nagrobka Konstancji Gładkowskiej na cmentarzu w Babsku, fot. W. Bielecki W drodze powrotnej w kierunku Warszawy zatrzymałem się za Rawą Mazowiecką we wsi Babsk. Tutaj na maleńkim cmentarzu pochowana jest Konstancja Grabowska z domu Gładkowska (1810—1889) — młodzieńcze natchnienie Fryderyka Chopina — jak to napisano na nagrobku wykonanym z piaskowca. Melomani wiedzą, że była to koleżanka Chopina z konserwatorium, śpiewaczka. Kompozytor zainspirowany młodzieńczą miłością poświęcił jej drugą, wolną część Koncertu fmoll, przesławne Larghetto, określane jako apoteoza romantycznej miłości oraz znaną pieśń Życzenie, zaczynającą się od słów Gdybym ja była... Jak podają biografowie, w 1829 roku oboje wystąpili na wspólnym, pożegnalnym koncercie w ówczesnym Teatrze Narodowym przy placu 176 Wędrówki muzyczne: Górny Śląsk i Mazowsze Krasińskich w Warszawie. Konstancja wykonała arię Och, ileż łez przez ciebie wylałam z mało znanej obecnie opery Rossiniego Pani Jeziora, a Fryderyk — Fantazję na tematy połskie. Niespełna miesiąc później kompozytor opuścił stolicę, by nigdy już tutaj nie wrócić. Niebawem Konstancja wyszła za mąż za zamożnego ziemianina, Józefa Grabowskiego, który zakupił majątek w Raduczu niedaleko Babska. W ten sposób kariera śpiewaczki zamieniła się w żywot mazowieckiej ziemianki. Gładkowska doczekała się kilkorga dzieci. W 1845 roku pomimo leczenia u najlepszych lekarzy w Europie, Konstancja ociemniała. Przeżyła Chopina o 40 lat. Liczne listy od niego kazała spalić przed śmiercią. CAPPELLA GEDANENSIS NA ZAMKU KRÓLEWSKIM Soliści, dyrygent i muzycy Capelli Gedanensis na Zamku Królewskim w Warszawie, fot. W. Bielecki Na Zamku Królewskim w Warszawie odbył się koncert Cappelli Gedanensis w ramach Tl. Festiwalu Mozartowskiego zorganizowanego przez Warszawską Operę Kameralną i jej nową, kontrowersyjną, p.o. dyrektor, śpiewaczką, dr Alicją Węgorzewską, która przybyła do Sali Wielkiej i otwierała koncert. Program koncertu był bardzo urozmaicony, albowiem obejmował aż trzy koncerty solowe Mozarta na trzy różne instrumenty: klarnet, skrzypce i waltornię, przedzielone utworami na sopran i chór. Konkretnie wyglądał on tak: - Koncert na klarnet i orkiestrę" A-dur KV 622 — Szymon Laskiewicz, klarnet (w tym roku zdobył dyplom na Akademii Muzycznej w Gdańsku, wykonując, m.in. ten koncert); - Laudate Dominum z Vesperae solennes de confessore KV 339 na sopran solo, chór i orkiestrę - Klaudia Trzasko, sopran (ubiegłoroczna absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku); Wacław Bielecki 177 - Koncert na skrzypce i orkiestrę nr 4 D-dur KV 218 — Michał Lisiewicz, skrzypce (absolwent Akademii Muzycznej w Łodzi); - Alleluja z Exsultate Jubilate KV 165 — Klaudia Trzasko - sopran; - Koncert na waltornię i orkiestrę Es-dur KV 417 — Krzysztof Stencel, waltornia (tytuł magistra sztuki w Akademii Muzycznej uzyskał w Katowicach, muzyk kameralista i wykładowca Akademii Muzycznej w Poznaniu); - Sancta Maria, mater Dei KV 273 na chór, smyczki i organy(w rzeczywistości były to elektroniczne, małe organy firmy Roland). Dyrygował młody i bardzo sympatyczny Hiszpan z Barcelony, Alfons Reverte Casas, który zanim został dyrygentem studiował klarnet. Koncert był bardzo udany, chociaż akustyka Sali Wielkiej nie jest najlepsza. Dźwięk odbija się od licznych luster i złoceń i jest nieco zagłuszany z zewnątrz przez odgłosy dochodzące z ulicy — tramwaje i samochody. Publiczność była niewyrobiona i klaskała po każdej części koncertu. Całość trwała około półtorej godziny bez przerwy. Na bis chór z orkiestrą wykonał znany motet Mozarta Ave verum corpus. 7 solistów najbardziej spodobał mi się klarnecista Szymon Laskiewicz. Chętnie posłuchałbym, jak wykonuje koncert klarnetowy naszego Karola Kurpińskiego, który moim zdaniem, dorównuje koncertowi klarnetowemu Mozarta, a może nawet jest ładniejszy. LETNI FESTIWAL IM. JERZEGO WALDORFA W RADZIEJOWICACH Sinfonia Varsovia podczas próby przed koncertem w Radziejowicach, dyryguje Massimiliano Caldi,fot. U7 Bielecki 178 Wędrówki muzyczne: Górny Śląsk i Mazowsze Zgodnie z planem muzycznej wędrówki pojechałem z Warszawy w kierunku zachodnim do podwarszawskich Radziejowic. Przed pięknym pałacem Radziejowskich rozpoznałem Jerzego Kisielewskiego, który pełnił funkcję gospodarza na IX Letnim Festiwalu im. Jerzego Waldorfa. W wielkim namiocie festiwalowym na około 700 miejsc orkiestra Sinfonia Varsovia miała właśnie próbę przed wieczornym koncertem. Dyrygował Massi-miliano Caldi, Włoch, który przed kilkoma laty zdobył I miejsce w konkursie dyrygenckim im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach i zakochał się w polskiej muzyce. Obecnie dość często można go spotkać w Gdańsku, gdyż jest i dyrygentem gościnnym Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. W Radziejowicach zastałem maestra podczas próby przed koncertem. Ćwiczono Uwerturę do opery Hrabina Stanisława Moniuszki oraz poemat symfoniczny Step Zygmunta Noskowskiego. Dyrygent nie przerywał utworów, więc wysłuchałem ich prawie w całości, fotografując przy tym orkiestrę i muzyków. Późnym wieczorem o godzinie 21 zaczął się koncert nazwany „uwerturą do festiwalu”, bo tak naprawdę festiwal zaczął się za tydzień. Namiot festiwalowy był szczelnie wypełniony przez publiczność, więc było dość ciepło, mimo że na dworze panował lekki chło-dek. Orkiestra wykonała na wstępie Uwerturę fantastyczną „Bajka” Stanisława Moniuszki, a potem główny utwór wieczoru: II koncert fortepianowy G-dur op. 83 Raoula Koczalskie-go skomponowany w 1914 roku, a więc roku w którym kompozytor miał 30 lat. Było to polskie prawykonanie. Partię solową zagrała prof. Joanna Ławrynowicz. Koncert składa się z trzech części, przy czym dwie pierwsze są grane w wolnych tempach, trzecia jest nieco szybsza, szczególnie pod koniec utworu. Cały koncert trwa niecałe pół godziny, najdłuższa, bo trwająca ponad kwadrans jest część pierwsza. Druga część trwa zaledwie pięć minut i w konstrukcji melodii, harmonii i instrumentacji jest bardzo podobna do pierwszej. Wszystkie części są bardzo melodyjne i ciekawie zinstrumentowane. Przez cały czas fortepian prowadzi dialog z orkiestrą, polegający na tym, że różne instrumenty solowe lub grupy instrumentów, najczęściej smyczki, powtarzają melodie zaczęte przez fortepian. Koncert jest utrzymany w konwencji neoromantycznej. Sam kompozytor, obecnie prawie zapomniany, był cudownym dzieckiem. Koncertować zaczął w czwartym roku życia, grając utwory mazurki i walce Chopina. Nie chce się wierzyć, ale w wieku 12 lat obchodził uroczystość wykonania tysiąca koncertów. W historii muzyki jest uznawany za świetnego wykonawcę, szczególnie utworów Chopina, gdyż uczył się m.in. u Karola Mikulego we Lwowie, ostatniego ucznia Chopina. W ten sposób stał się kontynuatorem żywej tradycji wykonawczej pochodzącej od naszego największego pianisty. Wśród licznych miast, w których koncertował Koczalski, był także Elbląg. Tutaj w styczniu 1913 roku w wielkiej sali Kasyna zagrał dwa recitale z muzyką Chopina i Liszta. Koczalski był także płodnym kompozytorem. Napisał m.in. 6 koncertów fortepianowych i wiele innych utworów na ten instrument, a oprócz tego koncert skrzypcowy i wiolonczelowy, 6 suit, 4 sonaty, operę oraz 250 pieśni. Obecnie jego twórczość jest zupełnie zapomniana. Dobrze więc, że jego koncert fortepianowy ma być nagrany i wydany na płycie przez wytwórnię Jana A. Jarnickiego Ac te Prealable, znanego, ale niezbyt uznawanego przez środowisko muzyczne propagatora zapomnianych polskich kompozytorów Wacław Bielecki 179 i utworów. Wydawał on miesięcznik muzyczny Muzyka 21, ale w tym roku po numerze 200., nagle zakończył jego wydawanie, by skupić się - jak to sam napisał na pożegnanie - na wydawaniu płyt. Pianistka, prof. Joanna Ławrynowicz jest jego ulubioną wykonawczynią. Artystka zagrała na koniec dwa bisy, tym razem z pamięci, Walca i Mazurka Chopina. W tym czasie, gdy wędrowałem po Górnym Śląsku i Mazowszu, sporo się działo na naszej prowincji. W Waplewie Wielkim w ramach XI Dni Chopinowskich dała recital prof. Katarzyna Popowa-Zydroń, nauczycielka m.in. Rafała Blechacza i przewodnicząca jury ostatniego Konkursu Chopinowskiego w 2015 roku W drugim dniu wystąpił Zagan Acoustic - jazzowy kwartet instrumentalny z Gdańska, w którym na akordeonie gra znany wirtuoz dr Paweł Zagańczyk, adiunkt z Akademii Muzycznej w Gdańsku. W Sztumie z okazji inauguracji XIV Międzynarodowego Przeglądu Sztuki Więziennej aż dwa koncerty zagrał wybitny pianista jazzowy Leszek Możdżer. Pierwszy koncert dla osadzonych odbył się w Zakładzie Karnym, a drugi w sali kina na przywiezionym przez muzyka własnym fortepianie. W ostatnią niedzielę lipca w kościele św. Anny w Sztumie odbył się VIII koncert organowy z okazji 97. rocznicy pobytu Feliksa Nowowiejskiego przed plebiscytem na Warmii, Mazurach i Powiślu. Jako solista wystąpił dr Jakub Kwintal, asystent w Katedrze Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. 180 Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” Andrzej Kasperek Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „NADZIEJA" Kołobrzeg kojarzy się osobom pamiętającym PRL z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej, który odbywał się w tym mieście. Występowała w nim czołówka polskich wokalistów. Festiwal zniknął i chyba niewielu go żałuje. Dziś miasto nie kojarzy się już z krwawymi walkami w marcu 1945 roku, które go kompletnie unicestwiły. Obecnie to tętniący życiem kurort, pełen turystów i kuracjuszy. Nie do wiary, ale jeśli idzie o liczbę noclegów, to przekracza ona trzy miliony, co plasuje Kołobrzeg na 3. miejscu w Polsce po Warszawie i Krakowie. To właśnie w tym nadmorskim mieście od roku 2004 odbywa się Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja”. Bard zawitał do Kołobrzegu, zaproszony na „Herbertiadę”, czyli odbywający się corocznie ogólnopolski przegląd twórczości Marcin Kunicki i Andrzej Kasperek podczas wykładu na Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego, fot. J. Halczewski Andrzej Kasperek 181 autora Potęgi smakw, jest on organizowany przez Katarzynę i Jacka Pechmanów, miejscowych animatorów kultury. J. Pechman wspominał o swej rozmowie z Kaczmarskim, był on zadowolony, że młodzi ludzie recytują Herberta i wyraził nadzieję, że może zechcie-liby śpiewać jego piosenki. Jednak choroba poety odsunęła na bok plany festiwalowe. Dopiero śmierć autora Murów była impulsem do tego, aby wrócić do pomysłu konkursu interpretacji jego piosenek. Po kilku latach koncepcja się zmieniła. Pomysłodawca, twórca i dyrektor artystyczny festiwalu mówi: razem z prowadzącym pierwsze festiwale Andrzejem Poniedzielskim uznaliśmy, że musimy ukierunkować się także na własne kompozycje wykonawców. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, bo ściągnął do Kołobrzegu młodych ludzi, którzy śpiewają, piszą teksty i komponują do nich muzykę. Konkurs daje im szansę nie tylko sprawdzić się w trudnym repertuarze Kaczmarskiego, co bywa dla nich prawdziwym wyzwaniem i próbą umiejętności, ale także przedstawić swe własne kompozycje. Początki były bardzo skromne - przez pierwsze lata występy odbywały się na plaży, co może brzmi romantycznie, ale dla organizatorów było wielkim problemem. Później siedziba była w hali „Łuczniczka”. Od dwóch lat festiwal przeniósł się do wspaniałego nowego budynku Regionalnego Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta. Na imprezie występowali m.in. Andrzej Poniedzielski, Elżbieta Adamiak, Jacek Kleyff, Mirosław Czyżykiewicz, Artur Andrus, Mirosław Baka, Kuba Sienkiewicz, Piotr Bukartyk, Alosza Awdiejew, Filip Łobodziński, Jarosław Gugała, Jaromir Nohavica, Krzysztof Globisz, Wojciech Wysocki, Tadeusz Woźniak i Katarzyna Groniec. Zwyczajowo imprezie towarzyszy Ogólnopolski 4 umiej Wiedzy o Twórczości Jacka Kaczmarskiego przygotowywany przez Krzysztofa Nowaka, który o patronie festiwalu wie wszystko. Muszę przyznać, że poziom trudności pytań był bardzo duży - to zawody dla wytrawnych „kaczmarologów” czy wręcz „kaczmaromaniaków”. Organizatorem imprezy jest Fundacja im. Jacka Kaczmarskiego z siedzibą w Gdańsku, kierowana przez Alicję Delgas. To pomysłodawczyni i organizatorka koncertów, wystaw oraz wydań płytowych i książkowych Kaczmarskiego. Prywatnie towarzyszka życia i spadkobierczyni twórczości Jacka Kaczmarskiego. To ona wraz z dyrektorem artystycznym Jackiem Pechmanem przez cały rok przygotowuje program, walczy o środki na festiwal, zaprasza wykonawców. W przygotowania zaangażowany jest również Marcin Kunicki - członek rady fundacji. Wspomaga go od samego początku Piotr Kajetan Matczuk - opiekun muzyczny konkursowiczów. Nie sposób nie wspomnieć o Krzysztofie Gajdzie. On również czynnie uczestniczy w festiwalu - przygotowuje wykłady, pisze do „Raptularza”, uczestniczył w jury. Wspomniany „Raptularz nadzwyczajny” to wydawnictwo towarzyszące każdej „Nadziei”, ale nie jest to zwykły program, to nieocenione wprost źródło wiedzy o Jacku - artykuły, wspomnienia, szkice a nawet krzyżówka. Przygotowanie tego wszystkiego to ogromna praca. Ale rezultat jest olśniewający. Mogłem to ocenić w tym roku, bo przez trzy dni - od 14 do 16 lipca odbywał się kolejny, już 14. festiwal. Miałem wielką przyjemność na nim gościć. Zwyczajowo każda nowa edycja ma wspólny temat, wcześniej były to m.in.: film, literatura, Sarmacja, a w tym roku motywem przewodnim była ekfraza, czyli poetycki opis dzieła malarskiego. Poproszono mnie 182 Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” o wygłoszenie wykładu na ten temat i dzięki temu mogłem uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach festiwalu. Chciałbym więc zdać z niego krótką relację. XIV Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” był dzięki determinacji organizatorów oraz apetytowi publiczności o jeden dzień i kilka wydarzeń dłuższy niż poprzednie edycje. Rozpoczął się w piątek 14 lipca konkursem, do którego stanęły 24 podmioty wykonawcze (bo nie tylko soliści, ale także duety i tria). Jury w składzie: Marcin Kunicki (przewodniczący), Elżbieta Adamiak, Grzegorz Tomczak i Magdalena Kawczyńska miało trudne zadanie, bo poziom był nadzwyczaj wysoki. Miał rację prezydent Bronisław Komorowski, który kilka lat temu w liście do konkursowiczów napisał, że jest pełen uznania dla ich umiejętności oraz dla odwagi i dojrzałości, jakich potrzeba by publicznie mierzyć się z repertuarem patrona Festiwalu. Każdy z widzów dostał kartkę i mógł wytypować wykonawcę godnego nagrody publiczności. Okazało się, że moje typy nie dostały nagród, z typowanych przeze mnie tylko Marcin Gąbka z Krakowa zdobył wyróżnienie. Jego piosenka Vanitas (można jej posłuchać na You Tubie) porwała publiczność i jak stwierdził Jarosław Gugała, który prowadził wszystkie koncerty, jest materiałem na hit (oczywiście w kategorii piosenki poetyckiej). Po trzygodzinnych przesłuchaniach konkursowych publiczność mogła obejrzeć premierowy spektakl Galeria sztuki — Kaczmarski w wykonaniu artystów Teatru Muzycznego w Gdyni: Aleksandry Meller, Sandry Brucheiser, Rafała Ostrowskiego i Jakuba Badurki, wyreżyserowany przez Bernarda Szyca. Piosenki autorstwa Jacka Kaczmarskiego porwały publiczność festiwalową „w podróż po zmaganiach człowieka z odwiecznymi dylematami moralnymi zarówno w czasach stabilizacji, przełomów, jak i kryzysów wartości”. Był to znakomity początek malarsko-muzycznej przygody na tegorocznym festiwalu. W sobotę nastąpiło rozstrzygnięcie konkursu i wręczenie nagród. Nie znam innego festiwalu, na którym zwyciężyłaby piosenkarka, która pomyliła tonację i mimo tego zdobyła najwyższą nagrodę. Jury nie tylko wspaniałomyślnie pozwoliło jej zaśpiewać po raz drugi, ale też doceniło Zuzannę Wiśniewską z Torunia za znakomitą, pełną werwy, wręcz aktorską, interpretację trudnego utworu Obłomow, Stolz i ja oraz jej własną Litanię. K było w tym roku o co walczyć, bo nagroda główna wynosiła 17 tysięcy zł. Mam nadzieję, że laureatka podzieliła się ze swym świetnym akompaniatorem. Pełna lista nagrodzonych i fundatorów nagród jest dostępna na stronie fundacji1. Chciałbym napisać o jeszcze jednym ważnym wydarzeniu. Tuż przed ogłoszeniem wyników i wręczeniem nagród miała miejsce wzruszająca uroczystość. Na scenie pojawił się wicewojewoda zachodniopomorski Marek Subocz, by w imieniu ministra kultury prof. Piotra Glińskiego odznaczyć twórców festiwalu - Katarzynę i Jacka Pechmanów srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Dekoracja odbyła się przy długiej i serdecznej owacji na stojąco. Niestety, nie zawsze ludzie zasłużeni dla kultury są doceniani, tym cenniejszy jest ten laur przyznany osobom, bez których nie byłoby „Herber-tiady”, „Nadziei” i wielu innych imprez. Jeśli polska kultura trzyma się wciąż mocno na prowincji, to dzięki takim pasjonatom, ludziom, którzy nie liczą godzin pracy, czasami płacąc za to zdrowiem... 1 http://www.fundacja-kaczmarski.org/index.php?tresc=nadzieja Andrzej Kasperek 183 Po koncercie laureatów rozpoczęła się druga częs'ć wieczoru: koncert pt. Trwaj chwilo. Jako pierwsza wystąpiła Elżbieta Adamiak, która mimo problemów z gardłem nawiązała słowny i muzyczny dialog z widownią, którą poprosiła o podanie żeńskiej wersji rzeczownika bard. Oj działo się - padły propozycje: bardka, bardessa a nawet bardotka... Potem wystąpił Grzegorz Tomczak, który dał popisowy koncert pełen wzruszeń, dowcipu i delikatnej ironii. W czasach, kiedy telewizja karmi nas maratonami kabaretów (pożal się Boże) i disco polo taki recital to prawdziwy plaster na duszę. Błyskotliwymi, pełnymi dowcipu i literackich aluzji recytacjami ubarwiał swoje śpiewanie także następny wykonawca — Szymon Zychowicz. Koncert zakończyła Dominika Świątek - w jej wykonaniu usłyszeliśmy wiele śpiewanych ekfraz. W niedzielę, w ostatnim dniu festiwalu, miałem swój wykład pt. Ambasadorowie według Hansa Hołbeina i Jacka Kaczmarskiego. Pierwszy raz występowałem przed tak dużą i szczelnie wypełnioną salą. Przyznam się, że miałem tremę - przeszło dwustu znawców Kaczmarskiego na sali... Ale życzliwe przyjęcie przez audytorium moich słów, w których starałem się choć trochę odsłonić tajemnice i zagadki obrazu i piosenki, sprawiło, że miałem sporo satysfakcji. Chciałoby się częściej występować przed taką widownią! Ostatnim akordem festiwalu był spektakl Teatru Ateneum Jacek Kaczmarski - łekcja historii w reżyserii Jacka Bończyka. Miałem okazję usłyszeć i obejrzeć go 13 grudnia 2014 roku w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku (pisałem o tym w 19 numerze „Prowincji”)- Muszę przyznaę, że przez ten czas przedstawienie doszlifowano i jest wręcz perfekcyjne. Nic dziwnego, po jego zakończeniu miałem okazję porozmawiać z Jackiem Bończykiem i wykonawcami - okazało się, że spektakl idzie wciąż przy kompletach 184 Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” a w Kołobrzegu zagrano go po raz 99! Artyści kilka razy bisowali, a publiczność oklaskiwała ich na stojąco. Sukces tego przedstawienia pokazuje, jak twórczość Kaczmarskiego jest wciąż żywa i dowodzi, ile potrafi on powiedzieć — pięknie i mądrze o Polsce, sztuce, człowieku. XIV edycja Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” dowiodła, że songi autora Murów, Obławy czy Źródła wciąż działają z dawną mocą, że dzięki ałchemii słowa urzekają kolejne pokolenia. Festiwal dorobił się własnej wiernej publiczności, która stale na niego przyjeżdża. Nic dziwnego, że pytany o to, co jest największą wartością tego festiwalu jego szef odpowiedział: Przede wszystkim publiczność. Dzięki niej [...] »Nadzieja« jest festiwalem z duszą. Nasza publiczność tworzy niesamowitą atmosferę, zawiązują się przyjaźnie, a z czasem zawierane są nawet związki małżeńskie. Wartością są także konkursowicze. Są fantastyczni — część z nich po zdobyciu łaurów na »Nadziei« — kontynuuje swoją artystyczną karierę, nagrywa płyty i zdarza się ich zobaczyć na małym ekranie. Trzecią wartością są programy artystyczne prezentujące dorobek twórczy Jacka Kaczmarskiego. [...] Obciąłbym także podkreśłić, że przez te łata udało się stworzyć markę festiwalową, która stała się solidną częścią polskiej kultury. To też jest bardzo ważną wartością. Dlatego nie dziwię się, że po ostatnim koncercie w niedzielę pewna pani z widowni westchnęła (prawie z bólem): I znów trzeba czekać cały rok! Warto czekać! Rezerwujcie sobie czas w lipcu 2018 i przybywajcie do Kołobrzegu. Galena Prowincji Stanisława Wojciechowska-Soja Staroświecki pan na rowerze, czyli o malborskim plastyku ANDRZEJU JANIE KRZEMIŃSKIM Bardziej przypomina mentora niż artystę. Może to za sprawą zadbanej brody i okularów na nosie, wnikliwego spojrzenia? Zachowuje się dość niekonwencjonalnie. Można często ujrzeć go mknącego ulicami Malborka na rowerze. Zupełnie nie przylega do stereotypu artysty skupionego na sobie, izolującego się od świata. Lubi ludzi i pomaga im. Jest trochę staroświecki w życiu codziennym. Stroni od nowinek technicznych. Ale to nie jedyny rodzaj jego staromodności... HOMO SUI IURIS... Kiedy przegląda się dokumentację dokonań życiowych i twórczych artysty, można dostać zawrotu głowy. Fakt, jest w słusznym wieku, ale jak dotąd nadal pracuje i tworzy. Jego zdarzeniami i osiągnięciami można by obdarować kilka biografii. Daje się zauważyć w tej osobliwej kartotece trzy ważne zaistnienia. Andrzej Krzemiński, fot. archiwum artysty Pierwsze to ogromna ilość projektów, drugie - to sukcesy malarskie i trzecie zaskakujące -pasja społecznikowska. We wszystkich trzech jest homo oiatorem, człowiekiem poszukują- cym, niesłychanie twórczym. - Jestem przede wszystkim projektantem, zgodnie z wykształceniem. W1969 roku uzyskałem dyplom na Wydziale Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Gdańsku. Zaczynałem dość nietypowo. Jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej zaprojektowałem i wykonałem pocztówki świąteczne. Zaniosłem.je do sklepu cioci w Starogardzie Gdańskim, gdzie się zresztą urodziłem w 1939 roku. Tak więc z pochodzenia jestem Kociewiakiem. Kartki zeszły. Pierwsze „dorosłe"projekty dotyczyły kiosków na Przedzamczu, także w dzielnicy Piaski. Taka była potrzeba chwili. Później pojawiały się projekty „poważniejsze ”, wymagające pracy zespołowej, np. rewitalizacja zamku w Bytowie, by przygotować go dla turystów. To mój ukochany projekt. Zamek wówczas był w kompletnej ruinie. Do mnie należało pierwsze piętro. Miałem zaprojektować posadzkę, mając do dyspozycji określoną ilość kafelków o kształtach: rombów, kwadratów i trójkątów. Kafelki posiadały trzy kolory: niebieski, szary i żółty. Było to trudne, ale udało się. Do mnie też należało zaprojektowanie drzwi na tym piętrze. Miały być drewniane z metalowymi okuciami na zewnątrz. Taka praca dla młodego architekta wnętrz była nie lada wyzwaniem. Zadowolony też jestem z projektu herbu dla Kolbud koło Gdańska, który został 186 Staroświecki pan na rowerze, czyli o malborskim plastyku Andrzeju Janie Krzemińskim zatwierdzony w 1993 roku Oparty on jest na tarczy zakonu kartuzów z piecem do wytapiana metalu. Wykonałem też wiele projektów wystaw, folderów, katalogów, listowników. Od kilku lat wielką radość daje mi tworzenie logów, znaku nowych czasów. -Jeśli chodzi o malarstwo, muje opowieść artysta, to nie jest ono czymś dodatkowym, obok czy zamiast. Ono cały czas we mnie tkwi. Zaszczepił mi je profesor Kazimierz Ostrowski, słynny „Kachu”, pod którego kierunkiem studiowałem dwa łata w PWSSP w Gdańsku. Obecnie posługuję się techniką akrylową, sięgam też do collage’u. Pierwsze prace robione tą metodą wykonywałem w Państwowym Liceum Technik Plastycznych w Gdyni-Orłowie, dla kolegów z rybołówstwa. Były to najczęściej ośmiorniczki zrobione z różnych wycinanek. Potem doszły elementy sznurka, tasiemki, itp. Za niektóre prace zostałem doceniony, np. w Elblągu, Fromborku czy w Szwecji. Doczekałem się wystaw zbiorowych i indywidualnych w kraju i za granicą. Ostatnio byliśmy w z kolegami malarzami z Malborka w Margny-Les-Compiegne (Francja). Pracuję też przy wielu wystawach społecznie, organizuję je. Bywam jurorem nie tylko w konkursach resortowych, ale w akcjach społecznych, gdzie obecna jest plastyka, np. „Boże Narodzenie w Sztuce”. Pasję działalności społecznej wyniosłem z harcerstwa. Za te wszystkie działania został uhonorowany nagrodą indywidualną III stopnia Ministra Kultury i Sztuki (1982), Medalem Komisji Edukacji Narodowej (2001) oraz nagrodą specjalną Marszałka Województwa Pomorskiego (2016). * We wszystkich z tych działań jest Panem samego siebie, niezależny, czyli homo sui iuris. Nie ulega nowym tendencjom, modom. Może jedynie w przypadku logo, bo do tego ma słabość. Sam poszukuje tematów, dobiera formę przekazu, bo - jak przekonywał uczniów - tematy leżą pod łokciami każdego ... GALERIE BRAMĄ WYJŚCIA DLA ARTYSTÓW Był inicjatorem i współzałożycielem trzech galerii. Na pomysł pierwszej Pod Zwornikiem (nazwa wywodzi się od elementu architektonicznego na zamku) wpadł przy okazji Czwartkowych Koncertów Muzycznych na Zamku w latach 1988-1989 Prowadził je nieżyjący już dyrygent malborskich chórów, Wawrzyniec Zamkowski. - Pomyślałem, wspomina Krzemiński, że te koncerty są dobrą okazją do zaprezentowania malborskiej wysmakowanej publiczności dorobku miejscowych plastyków. Więc zorganizowaliśmy wystawy. Melomani mogli w ten sposób do muzyki dodać obraz, a nasi malarze mieli okazję do wzięcia udziału w wystawach. Głównie były to wystawy zbiorowe. Zorganizowanie wystawy wymagało sporo wysiłku (dotarcia do chętnych zaprezentowania prac, potem cała techniczna strona ze sprowadzeniem obrazów, ustalenie koncepcji pokazu itp.). Pozostała jeszcze ważna sprawa — informacja o wystawie. Na początku sam tioorzyłem jednostkowe plakaty, później jeden plakat byl powielany wielokrotnie i docierał do większych rzesz mieszkańców. Poza tym do każdego zaproszenia dodawaliśmy ulotkę o wystawie. Okazało się, że był to trafiony pomysł, bo melomani chętnie zatrzymywali się przy eksponowanych pracach. Z czasem do prezentowanych wystaw tworzyłem foldery i katalogi. Gdy skończyły się koncerty na zamku, trzeba było pomyśleć o przeniesieniu galerii w inne miejsce, aby nasi Stanisława Wojciechowska-Soja 187 malarze nie tracili kontaktu z odbiorcami. Pomysłpadł na Miejski Dom Kultury. I tak powstała kolejna galeria — Na Lewo (1992-2012). Przed salą wystawy zostało umieszczone wykonane przeze mnie logo, pełniące funkcję drogowskazu: na ciemnym kwadracie znajduje się białe koło, które razem tworzą literkę „G”. Z prawego dolnego rogu kwadratu i na promieniu kola jest czarna wskazówka w lewą stronę. Tak pojawił się czytelny komunikat i jednocześnie nazwa galerii. Kiedy Dom Kultury zmienił lokum na Szkołę Łacińską, wystawy w starym miejscu nie miały racji bytu. Wtedy też był już wyremontowany Szpital Jerozolimski przeznaczony dla celów kultury. Znajdowało się tam dobre pomieszczenie na wystawy obrazów, choć trochę na uboczu centrum. I tak powstała Nova Galeria. Uczestniczę w każdym wernisażu — mówi. * Galerie dzieł sztuki na stałe wtopiły się w obraz kultury miasta. Nadal realizują idee Andrzeja Krzemińskiego i sprawnie funkcjonują. Są szansą dla młodych ludzi na zaistnienie w środowisku. AZYMUT NA LOGO Jest niekwestionowanym mistrzem tej formy grafiki wśród malborskich plastyków. - Logo to znak graficzny firmy, instytucji, stowarzyszenia. Musi być czytelnym środkiem przekazu dla odbiorcy, nie tracąc specyfiki nadawcy. Jednocześnie musi być tak skomponowany, by wnosił świeżość pokazu, nowe skojarzenia. To jest prawdziwe wyzwanie dla twórcy i to mnie najbardziej zainspirowało do pracy nad nim. Samo stworzenie pod względem technicznym nie jest najtrudniejsze. Wiele męki przynosi dojrzewanie do pomysłu. Czasami długo chodzi się i śpi z nim, nim ujrzy światło dzienne. Pamiętam, że długo dochodziłem do pomysłu nad logiem do folderu z okazji półwiecza powstania Liceum Ogólnokształcącego w Malborku. Okazuje się, że byt bardzo blisko - bo na portalu zamkniętych drzwi szkoły, obok głównych, wejściowych. Był to detal ceramiczny, na który składały się: kwadrat, koło i rozeta. Dla mnie to była symbolika szkoły: kwadrat - buda, koło - zespół, krąg uczniowski i rozeta - cztery lata nauki w szkole. Z kolei przy robieniu loga dla Międzyszkolnego chóru Mieszanego „Rezonans” wykorzystałem motyw partytury. Zapisana ona została na dwóch literkach „m” (międzyszkolny, mieszany) i spięta klamrą w kształcie „ch chór. Pod spodem umieściłem napis: Rezonans. Nazwa dotyczy chóru, ale ma też nośność symboliczną — może też być znakiem pogłosu. Sporo doświadczenia nad tą formą pracy wyniosłem z „Bożego Narodzenia w Sztuce”. Jak zwykle i w tym przypadku zadecydował traf, a może jednak znaki Było to podczas zajęć z młodzieżą na Zamku Wysokim. Na portalu zauważyłem detal architektoniczny w postaci płaskorzeźby o tematyce bożonarodzeniowej. Wiedziałem, że kiedyś mi się przyda! Płaskorzeźbę przetransponowałem na płaski znak. Z ornamentu wyciąłem łby osiołka i wołu. Pomysł ten naszkicowałem i został przyjęty przez organizatorów jako znak rozpoznawczy tej corocznej imprezy. Odtąd pojawia się na wszystkich afiszach, ulotkach, dyplomach, podziękowaniach, folderach, plakatach związanych z tą cykliczną prezentacją - mówi. - Andrzej maluje i jego prace gościły w naszej galerii, ale jego konikiem, tak mi się wydaje, jest znak graficzny - logo. Zaprojektował wiele ich dla różnych instytucji, min. loga naszych galerii, Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Malborku, czy Chóru Lutnia jeszcze pod dyrekcją 188 Staroświecki pan na rowerze, czyli o malborskim plastyku Andrzeju Janie Krzemińskim Wawrzyńca Zamkowskiego - podsumowuje Mariusz Długosz, specjalista do spraw marketingu i promocji w Centrum Kultury i Edukacji w Malborku. W 1989 roku Elbląskie Towarzystwo Socjopatologiczne w konkursie na logo przyznało mu I nagrodę. * Ma szczególną przypadłość każdego artysty „notowania” tzw. chwilówek. Są to elementy rzeczywistości dające się przekształcić na pracę plastyczną i mogące być w przyszłości wykorzystane. Pojawiają się one jak olśnienie. Andrzej Krzemiński w ubiegłym roku namalował ich 16. Kiedy je wykorzysta? W PRACOWNI MISTRZA Pracownia Andrzeja Krzemińskiego powstała niedawno. Usytuowana jest w centrum, ale z dala od zgiełku miasta. Wokół niej przysiadły stare przedwojenne kamieniczki, które widać z wszystkich okien. Można wyjść na balkon, postawić na nim rower. Tam przekuwa zwykłe życie na sztukę. Tu jest jego samotnia. Kiedy otwierają się drzwi do niej, już wiadomo, że nie jest to zwykłe lokum. Ściany obłożone są obrazami i różnymi bibelotami. Nie dziwi gipsowy aniołek ze złotą zawieszką na czerwonej szarfie, czy plakat „Koński pysk” z ludzką twarzą, tyle że z pędzlem w zębach. Jest to zapowiedź projekcji filmu Ronalda Neamea. W pomieszczeniu, gdzie stoi sztaluga z ostatnim obrazem zdominowanym jaskrawą czerwienią i figurami geometrycznymi, pełno słoiczków, tubek z akrylowymi farbami i cztery opasłe flakony z pędzelkami. Jest też biały talerz z resztami farb. - To moja paleta - informuje gospodarz. Ukończone obrazy znajdują się w kolejnym pomieszczeniu. Są w nim z motywami morskimi, architektonicznymi, sakralnymi. Uwagę przykuwa dzieło Przygoda rzymska. — To efekt mojej podróży do Wiecznego Miasta, zwierza się artysta, dokąd wybrałem się z żoną. Wymknąłem się poza miejsce zwiedzania i natknąłem się na bramę. Brama dła mnie ma wymiar symboliczny, jest otwarciem na coś, kogoś. A za nią ujrzałem szereg figurek rzymskich, popiersie Beethovena, ceramiczne kolekcje, postumenty, muszle. Był to sklep „Filonzi”. Zanotowałem sobie ten obraz i przetworzyłem go na swój . Dorzuciłem do niego kilka ptaszków z mojej ceramicznej kolekcji. Podróże były zawsze inspiracją dla mnie do tworzenia obrazów. Chętnie też sięgam do tematyki morskiej, bo często tam zaglądam. -Zauważyłem w pracach Andrzeja dążenie do nowego, osobistego typu malarskiego liryzmu. Kolor rywalizuje z formą. Brawurowo Andrzej łączy abstrakcyjną formę z jaskrawymi płaszczyznami kołoru. Artysta zachwyca się w swoich obrazach harmonijnym związkiem człowieka z architekturą. Obrazy Andrzeja wydają się abstrakcyjne, a jednak jest w nich dużo realizmu Na pewno na malarstwie Andrzeja Krzemińskiego odcisnęły się korekty i spotkania w pracowni z prof. Kachem Ostrowskim. Profesor był uczniem francuskiego malarza Fernanda Legera, od profesora pochodziły informacje o światowej awangardzie malarskiej — tak ocenia jego twórczość malarską Benedykt Kroplewski, malarz z Malborka z dużym dorobkiem twórczym. Wspomniana przez artystę kolekcja ptaszków to ceramiczne gwizdki, które przez całe życie zbiera od chwili, gdy w ogrodzie rodziców natknął się na pierwszego w czasie Stanisława Wojciechowska-Soja 189 kopania. Tak się nim zauroczył, że z każdej podróży stara się takie cacko przywieźć. Dziś to całkiem okazała kolekcja. Nie tylko ptaszków. Obecnie jest na ekspozycji w Starogardzie Gdańskim. Tylko nieliczne zdobią jeden z parapetów w jego pracowni. Klimat tej pracowni sprzyja pracy twórczej. Cisza taka, że aż w uszach dzwoni. Można w niej poskładać myśli i położyć na nie akryl. ANDRZEJ NA SZTALUGACH INNYCH. Wszędzie, gdzie pojawia się, wnosi życzliwość i spokój. To utrudzony i radosny wędrowiec. Mogą o tym świadczyć jego „portrety” wykonane słowem innych ludzi. — Wcześniej znałam Jasia, Andrzeja brata, dzięki mojemu ojcu, z którym razem pracowali na zamku. Spotkałam g o na stażu na Wydziale Architektury Wnętrz. Siadaliśmy przy wspólnym stole z profesorami Padlewskmi, Kadłubowskim. Ja siedziałam cichutko. Andrzej nigdy nie wysuwał się na pierwszy płan. Był skromny. A i tak wyczuwało się sympatię wszystkich do niego - twierdzi dr Grażyna Kilarska z Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. - Prywatnie ostatnio spotkamy się na wystawach, choć znamy się od wieków. Kiedyś uczyłam jego uzdołnione artystycznie dzieci. Jest artystą i zwykłym człowiekiem. Troszczy się o rodzinę, dba ojej bezpieczeństwo. Jest pokorny wobec życia i bardzo skromny. Nie ma nic w sobie z egoizmu, tak charakterystycznego dla wielu artystów. Nie przebija się ponad innych. Nie zabiega o zaszczyty i sławę. Chętnie pomaga innym i cieszy się z tego. Jest może trochę staroświecki, bo nie zabiega o wygodne życie z gadżetami w ręku. Ma swój system wartości i to w nim cenię szczególnie - zapewnia malarka Teresa Bekier, długoletnia nauczycielka w Ognisku Plastycznym w Malborku. -Andrzej nie korzysta z komputera, więc kiedy przychodzi do mnie z gotowym pomysłem na Jolder, staram się dokładnie to stworzyć w formie elektronicznej. Zawsze uczestniczy w moim procesie twórczym. Często zachodzi do mnie do biura i zawsze z ciekawością zagląda przez moje ramię, co nowego mam na monitorze. Autentycznie jest zainteresowany każdym moim nowym projektem i niejednokrotnie udzieli jakiejś dobrej rady - mówi Mariusz Długosz. -Andrzeja Krzemińskiego poznałam jako uczennica, wspomina Agnieszka Daniłów, dyrektor Powiatowego Ogniska Plastycznego w Malborku. Byłnauczyciełemplastyki w Liceum im. Henryka Sienkiewicza w Malborku. Pamiętam, że zabierał nas w plener. Szkicowaliśmy detale architektoniczne naszego miasta. Zrealizował też bardzo ciekawy pomysł, zorganizował w auli szkoły wystawę rysunków z marginesów zeszytów. Bazgroły i nie tylko, za które trochę nam się „obrywało”, stały się przedmiotem wystawy. Później, kiedy rozpoczęłam pracę w Powiatowym Ognisku Plastycznym w Malborku, współpracowaliśmy z innymi osobami przy Festiwalu Boże Narodzenie w Sztuce i tak jest do tej pory. Planujemy i rozstrzygamy kolejne konkursy plastyczne w ramach Festiwalu, ale i inne konkursy organizowane przez różne instytucje. Andrzej jest bardzo uważny i wnikliwy przy ocenie prac. Jako twórca wykazał się różnorodnością. Projektował wnętrza, znaki graficzne, loga dła instytucji czy wydarzeń. Oprawa graficzna Festiwalu Boże Narodzenie w Sztuce w całości jest dziełem Andrzeja — logo, wszystkie publikacje: plakaty, katalogi. Podobnie z galerią „Na Lewo”, której bylpomysłodawcą i opiekunem. — Również małuje od łat, kontynuuje opowieść Agnieszka Daniłów, posługuje się świetnym warsztatem, podejmuje często motywy związane z architekturą. Bawi się różnymi konwencjami, narzuca sobie wyzwania formalne: nietypowy format, określony rodzaj kompozycji, 190 Staroświecki pan na rowerze, czyli o malborskim plastyku Andrzeju Janie Krzemińskim kolorystyka, np. czerń i biel... Ma twórczą naturę i wciąż nowe pomysły. Sam je z powodzeniem realizuje, ale też angażuje i motywuje innych plastyków do wspólnych działań: wystawy pod wspólnym tytułem, plenery, spotkania twórców. W ubiegłym roku współpracowaliśmy przy wystawie konkursowej „Pejzażowe koncepcje malarskie powiatu malborskiego 2016”. Andrzej wymyślił ideę tego konkursu, skierowanego do twórców profesjonalnych i amatorów z terenu naszego powiatu. Powstała wystawa objazdowa, która odwiedziła lokałne ośrodki kultury. Regulamin konkursu narzucał wysokość obrazu, przy dowolnej szerokości, aby w przestrzeni galerii uzyskać układ horyzontalny, nawiązujący do pejzażu Żuław. Jest bardzo pracowitym człowiekiem i niezawodnym. Angażuje się we wszelkie wydarzenia związane ze sztukami plastycznymi, a wiele z nich inspiruje. Jako człowiek, kolega, jest bardzo przyjacielski, bezpośredni w kontaktach. — Widzimy się dość często. Odwiedza ognisko plastyczne. Zawsze interesuje go, nad czym pracujemy z młodzieżą. Często też mijamy się „w drodze”, bo Andrzej rowerem przemierza miasto kiłka razy dziennie. Widziałam nawet kiedyś jak wyprzedzał samochody! Zwykłe spotkanie z nim, to kiłka słów o sprawach codziennych, a przede wszystkim rozmowy o wystawach, które warto zobaczyć i o nowych pomysłach, nad jakimi pracuje. Mówi o nich z dużym zapałem i chyba ten zapał napędza jeden z najszybszych rowerów w mieście! Andrzej, przy bardzo dużym dorobku twórczym (mam nadzieję, że dobrze udokumentowanym), pozostaje bardzo skromnym człowiekiem. Po ukończeniu jednego projektu, już planuje następny. Jest wyjątkową osobowością w malborskiej kulturze od kilkudziesięciu lat, takim filarem wszelkich wydarzeń związanych ze sztukami plastycznymi. Chętnie dzieli się bogatą wiedzą o tym, co wokół kultury działo się w naszym mieście i nie tylko, o twórcach, kulisach wystaw - podsumowuje Agnieszka Daniłów. - Kiedyś przypadkowo siedzieliśmy obok siebie na nabożeństwie. Ja wiedziałam, kim jest pan Krzemiński. On mnie nie zna. Jak on śpiewał! To człowiek wielu talentów. Byłam wzruszona i oczarowana — mówi Maria Uzdowska, mama Agnieszki Daniłów. - Panu Andrzejowi Krzemińskiemu za to, że 40 łat temu otworzył na nas swoje serce i zapałił w nas pochodnię, która płonie do dziś. Tak dziękowali swojemu nauczycielowi uczniowie byłej klasy Id (1969/1970) LO w Malborku na jubileuszu szkoły w 2009 roku. Tekst podziękowania został poprzedzony mottem: Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć (Ludwik Hirszfeld). * Z wieloma bardzo młodymi ludźmi jest po imieniu. Jest takim bratem łatą w pozytywnym tego słowa znaczeniu: bratnią duszą, dobrym kolegą, osobą serdeczną o łagodnym usposobieniu, łatwo nawiązującą kontakt z innymi, umiejącą odnaleźć się w każdym środowisku. Taki jest. Ale to nie znaczy, że młodzi go klepią po plecach. Oni go bardzo szanują i za nic w świecie nie zrobiliby mu najmniejszej przykrości. ZAMIAST ZAKOŃCZENIA - Bez wątpienia Andrzej jest staroświecki. Tak. A to z racji jego życzliwości, skromności, taktu, społecznikowskiej pasji, kindersztuby. Słowa te dawno wyszły z użycia... — snuje refleksje Teresa Bekier. Recenzje Janusz Ryszkowski MÓJ REGAŁ PODRĘCZNY LECH M. JAKÓB, Rzeczy, Wydawnictwo FORMA, Szczecin, Bezrzecze 2017. Ostatni tom wierszy Lecha M. Jakóba (1953), goszczącego także na naszych łamach jako aforysta i prozaik, ukazał się w 2003 roku. Po dość długim poetyckim milczeniu pojawiają się Rzeczy, książka, która mnie przynajmniej zaskakuje. Nie jest to zbiorek wierszy napisanych w ciągu ostatnich lat przy różnych okazjach, ale -użyję modnego terminu - projekt pisarski. Oczywiście ma rację, ale ja widziałbym także w tej książce możliwości i style bycia samego pisarza, ujawniające się także przez jego rzemiosło. Nie jest kołobrzeski twórca radykalny w swoich poszukiwaniach, jak niegdyś Białoszewski, począwszy od Obrotów rzeczy. Można powiedzieć, że szukając dla swoich przedmiotów właściwego języka, trzyma się głównego nurtu. Czasem bywa przewidywalny, nie boi się posądzenia o banał, bo przecież i tak się rzeczy mają. Kończy wiersz pointą, albo zostawia jego otwartą furtkę, aby czytelnik dalej, już samodzielnie, powędrował ku znaczeniom. Ile w tym zabawy, persyflażu, prowokacji, ile prawdziwej (jeśli to jeszcze coś znaczy) poezji? Pamiętajmy, że Lech M. Jakób to także autor Poradnika grafomana. ANNA NAWROCKA, Cztery czwarte, Stowarzyszenie Alternatywni, Elbląg 2017. Ponad trzydziestu przedmiotom dał Ja-kób sposobność przemawiania. Tym zwykłym (agrafka, packa na muchy, czy tutka), czasem mocno nacechowanym symbolicznie (buty, klucz, kaganiec, zegar), ale także niecodziennym (rapier), albo trywialnym jak muszla klozetowa. Dał im prawo głosu, a po co, można zapytać? Bo zostały uprzedmiotowione i — jak same mówią -(...) dusze nam się odbiera!. Na okładce Bartosz Suwiński napisał o tych wierszach w duchu fenomenologii, że tom Jakóba reprezentuje możliwości i style bycia rzeczy. Debiutancki tomik Anny Nawrockiej (1974) z Zawidowa, miasteczka, z którego niedaleko do granic niemieckiej i czeskiej, 192 Recenzje laureatki konkursu poetyckiego im. Stanisława Filipowicza, organizowanego przez „Prowincję”, utwierdza tylko, że laur przy-padł jej nie przypadkiem, a jury dostrzegło ciekawą indywidualność. Książkę otwierają fragmenty listów dziadka autorki, który w 1945 roku trafił na tzw. Ziemie Odzyskane, na ich część zachodnią. Są także fotokopie tej korespondencji. To oczywiście sygnał, odsyłający do mitologii rodzinnej. Kobiety z tego rodu przychodzą na świat zwykle jesienią, ostatnio/ z początkiem zimy ~ czytamy w otwierającym wierszu, z rozciągniętą do granic epicką frazą. Tak rozpoczyna się wciągającą opowieść. Nie będzie, jednak historia rodzinna wywiedziona wprost, ale taka snuta trochę na marginesie, złożona z fragmentów, powidoków, lśnień, tego, co się zdarzyło. Trudno doszukiwać się tu „poezji faktu”, to już doświadczenie przodków przepracowane przez trzecie pokolenie dawnych osadników. Zagłębiając się w tom, rozmywa się powoli perspektywa opisowa, coraz częściej do głosu dochodzi kobiece „ja”. Czasem drapieżne, czasem delikatne, bez fałszywych tonów, tanich efektów. Zastanawiam się, jaki byłby odbiór tych wierszy, gdyby pozostawione były same sobie, bez listów dziadka. Oczywiście świetnie by się obroniły, ale ów rodzinny dokument nadaje całości emocjonalny i intymny koloryt. Warto trochę się potrudzić, by wczytać się w zamieszczone fotokopie listów. Treści proste, szczere, użytkowe, ale i iskrzące czymś niezwykłym. Cieszy dojrzały debiut książkowy naszej laureatki, Anny Nawrockiej i to, że ukazał się staraniem elbląskiego Stowarzyszenia Alternatywni. KATARZYNA KUROCZKA, Literatura światów planowanych. O prozie socrealistycznej na Górnym Śląsku, Cieszyn 2017. Przyjmowanie doktryny [socrealizmu] i jej wytworów byl to przede wszystkim wspólny akt uległości, akt samoponiżenia w tym, co społeczeństwo uznawało za swoją rację bytu. Za pośrednictwem literatury miał to być akt wyrzeczenia się innych trwałych wartości, np. narodowych czy religijnych. (...) Wysunąłbym za to hipotezę, że główna funkcja literatury realizmu socjalistycznego, przynajmniej w PRL, była przygotowawcza. Zanim wpoi się nowe wartości, trzeba obalić stare. Obalić nie na drodze perswazji, lecz wymuszając zewnętrzny udział w obrzędzie profanacji - pisał Zdzisław Łapiński w szkicu Jak współżyć z socrealizmem, publikowanym w 1984 roku. Po prawie trzech dekadach Katarzyna Kuroczka (jej praca doktorska została obroniona przed 5 laty, teraz na jej podstawie ukazała się książka) przebadała współżycie z socrealizmem pisarzy Górnego Śląska. Recenzje 193 Ich nazwiska (np. Maria Klimas-Błahuto-wa, Aleksander Baumgardten, Jan Brzoza, Wilhelm Szewczyk, Albin Siekierski), poza Gustawem Morcinkiem i Alfredem Szklarskim, nic już raczej nie mówią, tym bardziej tytuły ich soc-prozy. Czy zatem warto sobie zadawać trud lektury tego, co było - jak autorka zaznacza już na wstępie — pomyłką literatury i noszącym znamiona obłędu eksperymentem?. Zdecydowanie tak. Socrealizm, który zapanował w Polsce w latach 1949-1955, na Górnym Śląsku, jak wynika z jej badań, przetrwał jeszcze latach siedemdziesiątych w powieści produkcyjnej. Czynniki partyjne i krytyka literacka (np. prof. Witold Nawrocki reprezentował jedno i drugie), polityka wydawnicza i redakcyjna wpływały na to, że powstawała masa utworów utrwalających stereotyp Górnego Śląska jako miejsca górniczego trudu i klasy robotniczej. Nie byłoby może nic złego w inspirowaniu twórców tematem pracy, gdyby nie to, że miały to być powieści wyłącznie (po)słuszne, całkowicie wprzęgnięte w służbę obowiązującej ideologii. Katarzyna Kuroczka dogłębnie analizuje, jak pisarze śląscy ulegali socrealizmowi. Korzysta także ze źródeł IPN. Stara się nie oceniać, pokazuje fakty. Wilhelm Szewczyk był posłem do Sejmu PRL kilku kadencji, redaktorem naczelnym kilku periodyków. Jego książki były prawomyślne do bólu. A z drugiej strony prywatnie głosił inne poglądy, o czym donosili, gdzie trzeba, informatorzy wiadomych służb. Władze miały na niego haka - służył w czasie drugiej wojny światowej w Wehrmachcie, z którego uciekł. Jak wiadomo, służba w niemieckim wojsku nie była w przypadku Śląska czy Pomorza czymś wyjątkowym, ale władza mogła ten fakt odpowiednio wykorzystywać. Szewczyk czuł to na własnej skórze. W 1946 roku został zwolniony z pracy w oddziale Polskiego Radia za „niedemokratyczne” treści audycji, podejrzewano go o związki z narodową organizacją Ojczyzna. Dlatego wziął udział w tym, jak nazywał cytowany na początku Zdzisław Łapiński, obrzędzie profanacji. Badaczka śląskiego wydania socrealizmu naświetla dramat regionalnej literatury, która wtłoczona w ramy doktryny dogorywała, nie mogąc swobodnie sięgać do swoich naturalnych korzeni i przedwojennych tradycji. Może i o to głównie ideologom nowej epoki chodziło - zdegradować regionalizm (zresztą każdy, nie tylko śląski) i sprawić, by stał się własną karykaturą, a końcu zniknął. Przeszkadzał bowiem w modelowaniu „nowego człowieka” epoki. Książka Katarzyny Kuroczki, o czym wspominali jej naukowi recenzenci, imponuje szeroką perspektywą spojrzenia i głębią analiz. A przy bogactwie autorskich przywołań, można dosłyszeć jej głos. Bywa, że zaskakuje, jak z paralelami - socrealizm w Polsce i na drugim biegunie rozwijająca się w tym czasie nowa powieść we Francji. Zestawienie Odmian czasu Michela Butora czy Żaluzji Alaina Robbe-Grilleta z produktami socu Przy budowie Konwickiego, braktory zdobędą wiosnę Zalewskiego albo Numer 16produkuje Jana Wilczka pokazuje, jak głęboki był to upadek. Korzystający ze swobód pisarze francuscy mogli eksperymentować w swoich antypowieściach, nasi, uwikłani w system, byli zmuszani do brania udziału w grze, kształtującej myślenie społeczeństwa zgodnie z wymogami doktryny. Po Literaturę światów planowanych warto sięgnąć jeszcze z jednego, jak sądzę, powodu. Aby wzbudzić refleksję, czy czasami i dziś nie uczestniczymy w jakimś nowym, znacznie poprawionym, efektowniejszym, ale przecież już znanym wydaniu zaplanowanego świata. 194 Recenzje Katarzyna Kuroczka WSZYSTKO PRZYPOMINA BLUSZCZ Małgorzata Południak, Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu. Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy. Szczecin, Bezrzecze 2017, s. 69. Lekturze tomiku poezji Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu Małgorzaty Południak towarzyszyła mi stale myśl, od czego autorka rozpoczyna swoje fantasmagorycz-ne, pełne zwodniczych wizji i zaskakujących zwrotów opowieści. Co kaleczy jej oko, ucho, serce jako pierwsze, by potem drążyć tunel do coraz głębszych pokładów myśli, znaczeń, obrazów? I dopiero w wierszu Metamorficznośćodnalazłam cząstkową odpowiedź. Zrozumiałam, że [...] Wszystko przypomina bluszcz. | Rozgałęzione w nieskończoność perikariony, wahanie. Nie ma zatem żadnego zaczynu, choć równocześnie poetka w utworze Od początku wskazuje na jakiś przedtakt, prolog swej lirycznej i zarazem życiowej wędrówki, jednak sama poezja nie ma progu - ani otwierającego, ani zamykającego. Przypomina raczej bluszcz, który rozrasta się, płoży wokół, obejmując swoją obecnością wszystkie zakamarki naszego życia i umysłu; staje się rozbudowaną siecią na podobieństwo układu nerwowego i analogicznie jak on gromadzi w sobie rozmaite odciski - bibelotów, pejzaży, wspomnień, książek, wierszy, notatek, listów, zdjęć, najdrobniejszych szczegółów dnia codziennego, potraw, zapachów, odczuć. Z tego powstają wiersze, w których [...] Mnóstwo [...] | nierozpoznanego piękna, odwróconej perspektywy. Przewrotnych | pojęć [.. J; powstają wiersze pełne wahania, niepokoju, poszukiwań sensów; wiersze, które próbują opowiedzieć świat i siebie po swojemu, własnym językiem, niemal osobnym, który niczego nie ułatwia odbiorcy. Inaczej jednak poetka nie potrafi: Gdybym pisała o żabkach albo paniach w odpowiednim wieku, | byłabym jak miedź w kieszeni. Ogromnie przygnębiona. | Wytarta, zarysowana z każdej strony [..]. Autorka ucieka przed dosłownością, prostymi asocjacjami i sentymentalizmem, o czym podmiot liryczny przekonuje nas wyznaniem: [...] Nie jestem od tego, by gładko przechodzić przez sny [...]. Recenzje 195 I właśnie sen jest kolejnym pojęciem, jakie pojawia się w czytelniku Pierwszego wspomnienia... Już od inicjalnego utworu towarzyszyło mi przekonanie, że poetka zaprasza mnie do wspólnego śnienia, że wszystko, co napływa pod jej pióro, ale także jej własne realne życie, z którego wypłynęły liryczne rzeki, jest snem, tęsknotą, rojeniem, fantazją: [...] jakbyśmy w półśnie dryfowali pomiędzy cierpliwością a echem migotania przedsionków [...]. Poezją Południak rządzi zatem Mor-feusz. A skoro [...] sny przenoszą z miejsca na miejsce, | byle w nich nie dorosnąć [...] to i wiersze Małgorzaty zaskakują ciągłym przepływem narracji od wizji do wizji, od barwy do barwy, od skojarzenia do skojarzenia, od sceny do sceny, często bez jakiejkolwiek logiki albo wbrew rozsądkowi i zimnej kalkulacji, które dobre są w święcie ekonomii, ale nie słowa. I cała sztuka w tym, by poddać się temu przenoszeniu jak dziecko, być gotowym na nieracjonalność i rozwiązania zupełnie zaskakujące lub nawet ich brak. W końcu, jak głosi jeden z tytułów, Nie wszystko musi być zrozumiale. Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że lektura Pierwszego wspomnienia... to doświadczenie przyjemne, sielankowe, dające odpoczynek od wyczerpującej jawy. Południak zaprasza nas raczej do snów, które budzą niepokój, a nawet wywołują burzę myśli, do snów, w których bezlitośnie rozlicza współczesność. Nic dla was. Jedynie więcej złudzeń, że będzie dobrze, | zanim się obudzę [...] | [...] Nie będzie miło [...] | Rozerwie komuś rękę, ramiona, może nogi. Zemsta | za śmierć [...]. Jej wiersze wypominają kłamstwa i manipulacje: [...]Jedni nie mówią prawdy, inni zamykają usta cukierkami [...]. W Ringu zaś podmiot łiryczny konstatuje, że nie ma innego stanu jak tylko głód: [.. .7 Ludzie głodują albo kłamią [...]. Nie ma zatem sytych, są tylko tacy, którzy ich udają. W rzeczywistości zaś wszyscy chodzimy głodni — jeśli nie wprost chleba, to czyjejś uwagi, dobrego słowa, pochwał, miłości, sukcesów. I albo umieramy, jak niegdyś Irlandczycy podczas zarazy ziemniaczanej, albo uciekamy, jak ci, co w połowie XIX wieku emigrowali z Zielonej Wyspy do Ameryki, a [...] Ocean oddzielił przerażonych od słabych [...]. Diagnozy Południak są bezkompromisowe. Człowiek współczesny - lub jak kto woli: ponowoczesny — ukręcił bicz na samego siebie. W Chwilach podmiot liryczny stwierdza bowiem: [...] Można nas zabić. Bez zająknięcia. | Za sprawą wymyślnych bajek, obcych nazw, akcentu. Daliśmy sobie wmówić jurydycznym językiem dyplomatyczne bajki o tym, że powinniśmy być gotowi do wszelkich poświęceń w imię jakiegoś wyimaginowanego wspólnego dobra. W imię tego dobra tysiące giną w zamachach, a miliony żyją w niepewności. Czym to się różni od czasów, gdy kamienie ciążyły [...] na połamanych kościach [.. J, by mógł stanąć okazały zamek? Nie różni się zasadniczo niczym, dlatego dla podtrzymania pozorów maluje się temu współczesnemu niewolnikowi jakąś ikonę na murze albo stawia pomnik narodowego czy lokalnego bohatera. I jak w Wyborze opowiadań, [...] Murale z Yeatsem podtrzymują hrabstwo na duchu [...], [...] w powietrzu czuć celtycki patos a nas nadal można zabi- jać bez zająknięcia. Poezja Małgorzaty to również świadectwo trudu poznawania obcego języka, literatury, sentencji, krajobrazów, które nigdy nie staną się w pełni częścią imigranta, na zawsze bowiem pozostanie [...] codzienny opór do pokonania. I chociaż tomik 196 Recenzje Pierwsze wspomnienie... wchodzi głęboko w duszę Irlandii, a podmiot liryczny wykonał ogromny wysiłek, by zrozumieć Zieloną Wyspę: [...] Szukałam potwierdzenia w opowieściach o bagnach, | zawiłości deszczu, liczyłam samogłoski u Heaneya [.. J; to jednak czytelnik wyczuwa ostatecznie nutę porażki w wyznaniu: [...] Słowa jak upiory, kładą cienie, zarządzają oddechami | gdzieś w środku nie mojej wyspy [...]. | Zastanawiam się, co możemy tu zostawić, rozsupłać. Spalić-, a w wierszu Kilka ostrych krzyków natrafia na wyrzut pod adresem miejscowych poetów: [...] Nie wiedzą, że w dusznym powietrzu ustawiam w sobie zapory, | nie rozumiem ich strapień i wspomnień z Ulster [...]. To, co jeszcze przyciągnęło moją uwagę w poezji Południak, to nawracające dwa motywy. Po pierwsze, spodobał mi się sposób, w jaki mówi o starości - zarówno jako takiej, jak i swojej własnej. Oczywiście w tym drugim przypadku jest pewna przesada, bo o jakiej starości może być mowa po czterdziestce, ale rozumiem, że można już wówczas dostrzec pierwsze subtelne jej oznaki, o czym zresztą autorka pięknie pisze w Bibelotach: [...] Jesień życia zapowiada się zręcznie [...]. Poetka nie jest jednak naiwna i zauważa też mankamenty wieczoru życia. Nie histeryzuje natomiast z ich powodu, ale ze spokojem stwierdza: J.J Gdybym potrafiła zrozumieć wodę, która wypełnia | ciało. Nie musiałabym więdnąć [...]. Ot, tyle. Takie proste, a jakie głębokie! I drugie spostrzeżenie: [...] wsłuchaj się w zadyszkę | starych łudzi. Ciągną w przepaść legendy i tobołki [...]. Starość dyszy, bo ciągnie za sobą ogromny bagaż mitów, wspomnień, opowieści, tobołków. Ten balast ponad siły staje się też przyczyną śmierci, bo ściąga w przepaść. Może zatem, gdybyśmy sobie odpuścili, gdybyśmy uwolnili ręce i pamięć, żylibyśmy wiecznie? Niestety ludzkość nie tylko nie odpuszcza sobie, ale dotąd nie odkryła też tajemnicy wody, dlatego nadal wszyscy [...] wysychamy od pierwszego krzyku I znowu prosty obraz, ale jakże trafna metafora -tym razem śmierci. Umieramy od chwili narodzin, właściwie od chwili poczęcia. Po co zatem przychodzimy na ten świat i skąd? Czy możliwe jest wyjście poza tę ograniczoną kondycję? Czym jest moje istnienie? Czym ono się objawia? Oto drugi nawracający motyw, który Południak przetwarza na wiele rozmaitych sposobów. Tę opowieść o życiu i śmierci podmiot liryczny rozpoczyna od dosadnego i dramatycznego w swym wydźwięku wyznania: Trochę trwało zanim zrozumiałam, że jestem | znikąd [...]. Wszystko, co podmiot wie o sobie, cała wiedza, jaką posiada, [...] ciężar | płecaka [...], jaki niesie w sercu i w głowie, pozwalają mu ostatecznie stwierdzić, że jest znikąd. Nie ma początku, korzenia, źródła. Po prostu jest tu i teraz. I tyle. Aby nie trwać jednak tylko w takim tu-byciu, które może nie mieć smaku, poetka próbuje wiele razy [.. .j przejść przez siebie [...], [...] wyjść poza siebie, ałe nikt nie wie, jak to się robi [..], więc i jej się to ostatecznie nie udaje, dlatego proces samo-poznania doprowadza ją do jeszcze bardziej radykalnego stwierdzenia: [...] I jestem, i nigdzie mnie nie ma [...]. Wtedy przypomina się czytelnikowi, że przecież śni razem z podmiotem lirycznym, a w marzeniu wszystko jest możliwe, pojęcia są przewrotne, a perspektywy odwrócone, więc nie należy tak do końca wierzyć poetyckim wyznaniom. One mogą kłamać, mamić, bo [...] Co we śnie jest snem, a co ucieczką [. Kto mi odpowie? Coś o tym dylemacie wiedzą bohaterowie wiersza Po północy, którzy przestrzegają Recenzje 197 nas, by nie spędzać zbyt wiele czasu na roztrząsaniu błędów w poezji, na dyskusji o podziale słów, na analizie podtekstów i kontekstów, bo z powodu takich gorączkowych poszukiwań nasze życie może nagle przejść [..] do wnętrza dramatu A tymczasem [...] może na wyspie wysp nie ma haczyków [...fi. Po co więc te kłótnie o znaczenie, sens, interpretację? Może lepiej oddać się zwykłym dniom nastawianym budzikiem? Zabarykadować się świeżym drewnem, zapachem cedru i szumem pszczół, póki nie musimy użyźniać gleby jak dziesiątki wielkich i małych poetów przed nami? Andrzej Lubiński BIOGRAFIA WYBITNEGO WARMIAKA Jan Chłosta, Z Gryźlin do Berlina i polskiego Dębna. Nad biografią Jana Baczew-skiego 1890—1958, Olsztyn 2017, Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne, I Jan Chłosta znany czytelnikom „Prowincji” autor o dziejach Polonii Polskiej na ziemi sztumskiej w okresie międzywojennym wydał ostatnio książkę poświęconą Janowi Baczewskiemu urodzonemu na Warmii. Zamiarem autora jest przybliżenie współczesnym mieszkańcom Warmii i Mazur postać wybitnego przedstawiciela ruchu polskiego w okresie międzywojennym. Była to nietuzinkowa postać odgrywająca znacząca rolę w Prusach Wschodnich. Jak pisze autor Baczewski był człowiekiem z krwi i kości, czasem apodyktyczny, surowy ale i ciepły nie odmówił nikomu pomocy. Wymagał dużo od siebie i innych. Już po zakończeniu I wojny włączył się w działalność polskiego ruchu narodowego. Mimo że miał dopiero 28 lat w krótkim czasie stał się najwybitniejszym działaczem na Warmii. Postać tego działacza jest w literaturze dobrze opracowana ale nie doczekała się osobnej monografii co uczynił Jan Chłosta Z GRYŹLIN DO BERLINA I POLSKIEGO DĘBNA Nad biografią Jana BaCzewskiego " (1890-1958) dopiero dr Jan Chłosta. O ile sporo wie się o latach 1919—1939 to stosunkowo mało o czasach II wojny oraz pierwszych lat Polski Ludowej. Tę lukę wypełnia akurat autor biografii Jana Baczewskiego. Urodzony w roku 1890 Jan Baczewski uczęszczał do niemieckich szkół. Ale nie 198 Recenzje zdobył średniego wykształcenia, ponieważ został usunięty z progimnazjum w Ornecie za złe sprawowanie. Podjął naukę w szkole rolniczej w Olsztynie. Od 1912 do 1918 roku odbywał służbę wojskową. Po zakończeniu I wojny wrócił do Gryźlin w stopniu sierżanta. Mając 28 lat zaangażuje się w działania polskie na Warmii i szybko zwróci na siebie uwagę innych działaczy polonijnych. W jego ślady pójdą również bracia. W krótkim czasie wyrośnie na najbardziej rozpoznawalnego działacza polskiego przez plebiscytem. Niemcy próbowali za korzyści materialne skłonić go do zdrady sprawy polskiej. Po plebiscycie włączył się w powołanie reprezentacji ludności polskiej, która miała wyrażać postulaty wobec władz niemieckich, czego wyrazem było utworzenie Związku Polaków w Prusach Wschodnich i Związku Polaków w Niemczech. Współpracował z działaczami z Powiśla Stanisławem Sierakowskim, Kazimierzem Donimirskim podczas wyborów do sejmu pruskiego, do którego zdobył mandat dwa razy; jako poseł reprezentował tam ludność polską. Należał do jednych z najbardziej aktywnych posłów, domagając się utworzenia polskich szkół w Prusach Wschodnich. Reagował na głośne uwagi posłów, gdy sam stał na mównicy, a następnie wracał do właściwego tematu wystąpienia. Jako lojalny obywatel państwa niemieckiego nie mógł sobie pozwolić, aby oskarżano go o działalność antypaństwową. Kierując IV Dzielnicą Związku Polaków był pracowity sumienny i dobrze przygotowany do wystąpień publicznych. Niekiedy był apodyktyczny, gdy rozmówca nie był w stanie obalić jego racji. Największym jego sukcesem była zgoda Niemców na otwarcie polskich szkół mniejszościowych z językiem polskim wykładowym w 1929 roku. Po roku 1928 zamieszkał w Berlinie w dzielnicy Char-lottenburg, gdzie kierował tylko Związkiem Towarzystw Szkolnych w Niemczech. Odsunięty natomiast został od kierownictwa ruchu polskiego w Niemczech przez sekretarza generalnego ZPwN dr. Jana Kaczmarka. W roku 1934 kierował majątkiem A. Henniga w Rangsdorfie, gdzie parcelował ziemie na działki letniskowe. Na bieżąco był informowany, co działo się w kierownictwie Związku Polaków. Jan Chłosta wprowadził sporo nowych informacji do biografii Jana Baczewskiego i rodziny w czasie II wojny i po jej zakończeniu. Baczewski zamieszkał na ziemi lubuskiej, gdzie pełnił funkcję burmistrza w Dębnie. Zasiadał też jako poseł w Sejmie Ustawodawczym RP. Otrzymał gospodarstwo rolne które dawało środki na utrzymanie rodziny. Zbierał podniszczone maszyny rolnicze i je remontował następnie przekazywał Samopomocy Chłopskiej. W 1949 pozbawiony został gospodarstwa, które włączono do PGR. Podejmowano przeciwko niemu wrogie akcje, bo nie pasował swoimi poglądami i postawą do tamtych czasów. Dla niektórych niezrozumiały był jego polski rodowód, posłowanie do sejmu pruskiego, walka o zachowanie języka polskiego. Wytykał władzom kumoterskie stosunki, nie należał do żadnej partii, obserwowany był przez Urząd Bezpieczeństwa, oskarżano go o współpracę z Niemcami i narodowość niemiecką. Należał do aktywnych działaczy Polskiego Związku Zachodniego, uczestniczył w Kongresie Autochtonów w 1946 roku. Gdy odebrano mu gospodarstwo, utrzymanie zawdzięczał pasiece pszczół. Otrzymał skromną emeryturę w kwocie 500 zł. W roku 1955 zaczął spisywać swoje wspomnienia, które zostały wydane ostatecznie w roku 1961. Po październiku 1956 roku zaczął publikować Recenzje 199 artykuły w Gazecie Olsztyńskiej. Jan Ba-czewski zmarł 20 czerwca 1958 w Gdańsku, spoczął w Olsztynie. Bardzo interesujące są załączniki jakie publikuje autor. Pierwszy to memoriał Górszczyk i Wandy Pomianowskiej do marszałka sejmu Władysława Kowalskiego, drugi - List do przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego, trzeci to fragmenty wspomnień Jana Boenigka. Autor najnowszej publikacji wykorzystał dostępną literaturę i źródła archiwalne. Książka Jana Chłosty przybliża współczesnemu czytelnikowi postać Jana Baczew-skiego, która zasługuje na to aby współcześni mieszkańcy Warmii, Mazur, Powiśla w swoich działaniach na niwie politycznej, samorządowej, kulturalnej, oświatowej czerpali z ogromnego dorobku tego zasłużonego dla sprawy polskiej działacza. Jan Chłosta MONOGRAFIA PARAFII WE WRZESINIE Andrzej Kopiczko, Dzieje kościoła i parafii we Wrzesinie do 1945 roku. Instytut Historii i Stosunków Międzynarodowych UWM w Olsztynie, Olsztyn 2016. Wydana w końcu 2016 roku monografia Dzieje kościoła i parafii we Wrzesinie do 1945 roku, nie jest pierwszym omówieniem tego rodzaju napisanym przez księdza profesora dr. hab. Andrzeja Kopiczkę. Wcześniej opublikował nadzwyczaj bogate opracowanie historii Purdy Wielkiej oraz blisko stustronicowym szkicem znacznie wzbogacił zbiorową książkę o Butrynach. We wszystkim opracowaniach starał się wiązać rozwój tych miejscowości z życiem religijnym całej parafii. Oprócz tego ksiądz profesor doprowadził do druku również monografie parafialne podolsztyńskich Dywit, Barczewa i Klewek, powstałych na seminariach magisterskich. Książka o Wrzesinie wyróżnia się od wszystkich dotąd wydanych: objętością i zakresem zebranego materiału oraz Andrzej Kopiczko Dzieje kościoła i parafii we Wrzesinie do 1945 r. wnikliwością spojrzenia na przeszłość tej stosunkowo niewielkiej parafii, utworzonej 19 maja 1352 roku, której prawie nie 200 Recenzje zmieniły się granice. Dalej w jej skład wchodzą wsie, utworzone wcześniej lub później, a więc poza samą Wrzesiną, nazywaną przez Warmiaków Szombarkiem: Bałąg, Giedajty, Godki, Porbady, Stęki-ny, Szelągowo, młyn w Trojanie, Warkały i Wołowno. Tak jak w większości parafii na południowej Warmii jej mieszkańcy zachowali polski język i obyczaje. Nie zdołano tego zmienić, mimo prowadzonej w drugiej połowie XIX i pierwszej XX wieku akcji germanizacyjnej, z udziałem niekiedy także duchownych, lecz w praktyce, jak napisał autor, okazało się to mało skuteczne. Polskość utrzymała się dzięki takim proboszczom, jak m.in. wywodzący się z Klebarka Wielkiego ks. Jan Kensbock (1863-1935), który duszpasterzował we Wrzesinie od 1905 roku przez prawie trzydzieści lat i dbał o utrzymanie polskiego dziedzictwa narodowego. Zawsze uważał, że należy uszanować język ojczysty parafian. Jak zanotowano w protokole wizytacyjnym z 1839 roku: na pytanie w jakim języku głoszone są kazania i wykonywane wspólne śpiewy w czasie nabożeństw, proboszcz ks. Andrzej Ludwik Braun podał jedynie polski. W następnym 1840 roku odpowiedział, że jeden raz w roku głosił niemieckie kazanie. Już jako proboszcz parafii wspomniany już ks. Kensbock, podobnie jak w 1895 roku ks. Walenty Barczewski w Brąswałdzie, wykorzystał zwyczaj składania kartek z odbycia spowiedzi wielkanocnej do określania jakim posługują się językiem. W 1911 roku na kartce zawarł to pytanie, skierowane do 1476 parafian, z których aż 1186 było polskojęzycznych (czyli 80,35 procent parafian), 91 osób spowiadać się mogło po niemiecku i po polsku, a tylko 199 osób wyłącznie niemieckojęzycznych (a więc zaledwie 13,5 procent). Wyniki tego osobliwego parafialnego referendum zapisał w księdze parafialnej. Stąd nikt z wizytujących parafię nie mógł proboszczowi zarzucić, że preferował w posłudze religijnej język polski. Do plebiscytu (11 lipca 1920 roku) zatem głoszono tylko w pierwszą niedzielę miesiąca i święta nakazane zarządzeniem biskupa warmińskiego kazania w języku niemieckim. Dalej w opracowaniu znalazła się informacja, że w 1907 roku na 63 dzieci przystępujących do pierwszej Komunii świętej, aż 52 uczęszczało na polskie nauki przygotowawcze, w 1913 roku - na 47 dzieci, było 33 z polskich rodzin. Stąd nie pozbawione podstaw było upomnienie w 1923 roku wyrażone przez Prezesa Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Niemczech posła Jana Baczewskiego, aby właśnie we Wrzesinie w niemieckiej szkole, zgodnie z wydanymi przez Niemców zarządzeniami jeszcze w 1918 roku, wprowadzić w miejscowej szkole, podobnie jak to uczyniono w Wymoju, Unieszewie i Gietrzwałdzie, naukę pisania i czytania po polsku w godzinach popołudniowych. Sprzyjali tej inicjatywie ks. Kensbock i kościelny Antoni Kollender. Chęć prowadzenia nauki wyraził nawet nauczyciel Grunwald, ale sprzeciwił się temu olsztyński landrat, argumentując brakiem środków na opłacenie nauczyciela. Do śmierci ks. Kensbock (6 stycznia 1935 roku) księgi parafialne były prowadzone w języku polskim. Autor opracowania wyeksponował w obszernym opracowaniu (aż 430 stron): początki wsi kościelnej Wrzesiny, przed 1416 roku podzielonej na część, która przyjęła nazwę Porbady, historię samego kościoła pod wezwaniem Marii Magdaleny i jego wielokrotnej rozbudowy, zajął się wystrojem wewnętrznym świątyni, do tego też plebanią i wikarówką, również założonym za probostwa ks. Mateusza Sicha Recenzje 201 w latach 1716-1731 jedynym wiejskim szpitalikiem w tej części diecezji warmińskiej, przedstawił znajdujące się w parafii liczne kapliczki, nadto cmentarze, omówił życie sakramentalne mieszkańców, zwrócił uwagę na istniejące bractwa i towarzystwa przykościelne. Wiele miejsca poświęcił szkolnictwu. Podał krótkie biografie nauczycieli i wymienił imiona ich dzieci. Przy nazwisku Franciszka Preuschoffa z Giedajt wspomniał o jego synu Janie urodzonym w 1905 roku (s. 283), ale pominął to, że Hans Preuschoff w 1924 roku ukończył gimnazjum w Braniewie i studiował filozofię oraz teologię na uniwersytetach w Munster, Berlinie, Królewcu i Wrocławiu, obronił pracę doktorską na temat sporu biskupa Jana Stanisława Zbąskiego (1639-1697) z Kapitułą Warmińską. Opublikował wiele artykułów naukowych i publicystycznych o przeszłości Warmii, m.in. o kardynale Stanisławie Hozjuszu, biskupie Andrzeju Thielu. Drukował je w „Zeitschrift fur die Geschichte und Altertumskunde Erm-lands” i również w kalendarzach warmińskich. Zmarł 16 października 1986 roku w Neuenrade. Poza tym, wymienił wszystkich proboszczów i wikarych, niosących posługę religijną. Wśród nich większość stanowili Polacy. Ksiądz Profesor Kopiczko wskazał na wyjątkowość tej warmińskiej parafii. Posiada ona do dnia dzisiejszego zachowane, a prowadzone od XVII wieku, księgi metrykalne chrztów, małżeństw i zgonów. Znajdują się one w trzech miejscach: kancelarii parafialnej we Wrzesinie, Archiwum Archidiecezji Warmińskiej w Olsztynie, której autor jest dyrektorem oraz w Ermlandhaus w Munster. Przez to autor mógł wzbogacić opracowanie aż 90 sporządzonymi tabelami, poza tym w książce znalazły się 34 aneksy. Wśród nich także wyniki wyborów parlamentarnych z 1911 roku, kiedy do parlamentu niemieckiego ubiegał się o mandat poselski ks. Walenty Barczewski i uzyskał w tej parafii 239 głosów, a właściciel majątku Studzianki Karl Orłowski - 164, jednak posłem w okręgu Olsztyn — Reszel został Orłowski. Podał też wyniki wyborów do Sejmu Prowincjonalnego w Królewcu 12 marca 1933 roku, gdzie partia Hitlera NSDAP w tej parafii zdobyła aż 550 głosów, a dotąd zawsze popierająca niemiecką partię Centrum tylko 255. Polacy uzyskali 129 głosów. Książka została wzbogacona aż 120 mało znanymi dotąd fotografiami. Bardzo polecam lekturę tej monografii historykom, zajmującym się przeszłością Warmii. W wielu dokumentach znajdą w niej nadzwyczaj interesujące zapisy o przeszłości parafii we Wrzesinie. Noty o autorach Jacek Albrecht - ur. w 1951 r. w Łodzi. Konserwator zabytków architektury i artysta plastyk, autor książki popularno-naukowej Tajemnice Malborka i szeregu artykułów o tematyce konserwatorskiej. Absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Koszalińskiej, Podyplomowego Studium Konserwacji Zabytków Politechniki Warszawskiej i Wydziału Edukacji Artystycznej ASP w Gdańsku. Autor kilkunastu wystaw plastycznych w różnych miastach Polski. Uprawia malarstwo, grafikę i grafikę komputerową. Mieszka w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/1981 roku redaktor naczelny tygodnika „Sztumska Solidarność”, a na przełomie lat 1989/1990 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995} leksykonów - Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej ’ i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka „Kuriera Porannego” i „TV Podlasie”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Malborskiej”. Jej teksty ukazywały się w „Niedzieli” i „Piśmie Kulturalnym”. Od 2010 roku mieszka w Malborku. Krzysztof Czyżewski - eseista i animator działań międzykulturowych; twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” w Sejnach; redaktor naczelny pisma „Krasnogruda” i szef Wydawnictwa Pogranicze, w którym redaguje m.in. serie „Meridian” oraz „Sąsiedzi”. Autor książek Ścieżka pogranicza (2001), Linia powrotu. Zapiski z pogranicza (2008), Małe centrum świata (2017). Wykładowca m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wileńskiego, New School University (Nowy Jork), Trans-regional Center for Democratic Studies (Kraków), Salzburg Seminar, Instytutu Nauk Humanistycznych przy Uniwersytecie Lwowskim, Boston University. Laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia, nagrody Forum Ekonomicznego w Krynicy „Nowa Kultura Nowej Europy”. Laureat nagrody NEPTUNA, przyznawaną przez miasto Gdańsk. Joanna Hulanicka - absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego i podyplomowych studiów Wiedzy o Kulturze. Od 21 lat nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkół w Sztutowie. Zainteresowania: teatr, podróże, kultura lokalna, kultura żydowska. Mieszka w Stegnie. Tomasz Jagielski - absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim i studiów podyplomowych z politologii na UG. Jest nauczycielem w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Interesuje się przeszłością ziemi pomorskiej, Kociewia i Żuław. Napisał kilka publikacji o charakterze regionalnym. Prezes Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie. Noty o autorach 203 Dorota Jaworska — mieszka w Sopocie. Z wykształcenia psycholożka, pracuje na Uniwersytecie Gdańskim. Prowadzi zajęcia dla studentów pedagogiki i pracy socjalnej na temat edukacji i integracji imigrantów i rozwoju kompetencji międzykulturowych. Badawczo zainteresowana procesami transformacji tożsamości w warunkach zmiany społecznej i kulturowej. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka sztumskiego LO i Uniwersytetu Gdańskiego. Nauczycielka i bibliotekarka związana zawodowo z Postolinem i Ustką, gdzie mieszka. Obecnie na emeryturze. Zadebiutowała w 2012 r. krótkimi formami prozatorskimi na łamach „Prowincji”. Potem doganiała marzenia powieściami obyczajowymi: Zobaczyć iskry. Zatrzymać iskry, W cieniu iskier. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książkę poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Leszek Kunda- ur. w 1964 r. w Grudziądzu, absolwent London College of Printing and Distributive Trades przy London Institute (dziś: University of the Arts, Londyn), Wydziału Prawa i Finansów Uniwersytetu Bournemouth (Wlk. Brytania), Politechniki Warszawskiej (eBiznes). W latach 1987-1990 współpracownik magazynu muzycznego „Non Stop”. Stanisław Kuprjaniuk - dr historii, fotografik, grafik, licencjonowany przewodnik po Warmii, Mazurach i Ziemi Elbląskiej. Autor wystaw fotograficznych, artykułów naukowych dotyczących historii i kultury regionalnej, a także przewodników turystycznych, współautor katalogu Warmińskie kapliczki i autor cennego studium Mała architektura sakralna na Warmii do 1945 roku ze szczególnym uwzględnieniem kapliczek. Katarzyna Kuroczka - doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, poetka, stypendystka ministra kultury oraz redaktorka miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk”. Publikowała w takich periodykach, jak: „CzasyPismo”, „Euphorion”, „Górnik Polski”, „Guliwer”, „Konspekt”, „Latarnia Morska”, „Metafora”, „Migotania”, „Orbis Lin-guarum”, „Szafa”, „Szkice Archiwalno-Historyczne”, „Zalew Kultury”, „Zwrot”. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Dominika Lewicka-Klucznik- polonistka, recenzentka i instruktorka teatralna. Wydała tomiki poetyckie: Samopas (2013) i Limit na cuda (2016). Aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. Organizatorka Festiwalu Literackiego „Wielorze-cze” w Elblągu. Mieszka w Elblągu. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. 204 Noty o autorach Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”, „Roczniku Elbląskim”, „Studiach Elbląskich”, „Z dziejów Sztumu i okolic”. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Alicja Łukawska - absolwentka filologii polskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy i pracownik naukowy tejże uczelni, dziennikarka pism lokalnych. Pracowała m.in. w prasie bydgoskiej, gdańskiej, malborskiej i tczewskiej. Od kilkunastu lat stały współpracownik miesięcznika „Czwarty Wymiar”. Autorka książki Duchy kresów wschodnich. Zjawiska paranormalne na dawnej Łotwie, Litwie, Białorusi i Ukrainie, która ukaże się w tym roku w wydawnictwie „von borowiecky”. Mieszka w Malborku. Halina Łukawska - emerytka, pochodzi z Osieka nad Wisłą, od przeszło 30 lat mieszka w Malborku. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Grażyna Nawrolska - ur. w Chodzieży. Absolwentka archeologii UAM w Poznaniu i Studium Podyplomowego Muzealnictwa na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1977— 1980 prace archeologiczno-architektoniczne w Zamościu. Od 1980 do 2010 roku badania archeologiczne na Starym Mieście w Elblągu (do 1994 roku razem z mężem). Do 2000 roku w Pracowni Konserwacji Zabytków, potem w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych w Polsce i Belgii, Irlandii, Szwajcarii, Niemczech. Redaktorka i współredaktorka dwóch książek. Jedna z nich Ar-chaeologia et Historia Urbana otrzymała nagrodę „Sybilla 2004”. W 2010 roku obrona doktoratu na Uniwersytecie we Wrocławiu. Mieszka w Elblągu. Wiesław Olszewski - ur. 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur PTTK w Nowym Dworze Gdańskim. Przewodnik po Muzeum Stutthof oraz Muzeum Zamkowym w Malborku. Janusz Pierzak- ur. w Gdańsku w 1958 r. Bard, poeta, satyryk, mieszkaniec Gdyni. Jego proza i wiersze publikowane były w pismach literackich oraz w prasie lokalnej. Autor tomików poezji, m.in. Krawędź mijania, Poetycki Grabówek. Wydał cztery autorskie płyty z piosenkami o zabarwieniu poetyckim: Bilet do bezsenności (1997), Niewidzialne znaki (1999), Na ulicy Sztormowej (2004) oraz Ballady utkane z piasku i mgły (2010). Od 2013 roku współpracuje z Mirellą Hinc, toruńską pieśniarką, aranżerką, autorką tekstów i muzyki. Piotr Podlewski - absolwent historii UMK w Toruniu. Nauczyciel historii. Publikował teksty historyczne w” Dzienniku Bałtyckim . Mieszka w Sztumie. Diti Ronen - urodziła się w Tel Awiwie w Izraelu. Poetka. Opublikowała sześć książek poetyckich oraz wiele tekstów prozatorskich. Jej wiersze w przekładach ukazały się na świecie w wielu pismach i antologiach literackich. Otrzymała trzy międzynarodowe Noty o autorach 205 nagrody poetyckie, między innymi w Ukrainie i Macedonii oraz wiele izraelskich nagród i stypendiów. Jej najnowszy zagraniczny tom poezji Quandla maison reuient został wydany w roku 2016 we Francji. W tym samym roku wydano też w Izraelu The Return ofthe House and its Wanderings. Do niedawna pracowała w izraelskim Ministerstwie Kultury jako dyrektorka Departamentu Polityki Kulturalnej, Teatru i Literatury. Ma pięcioro dorosłych dzieci i mieszka z mężem pod Tel Awiwem. Jej matka była więźniarką obozu koncentracyjnego Stutthof. Janusz Ryszkowski — ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzysz-kowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806—1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Dziennikiem Bałtyckim”, „Radiem Gdańsk”, „Radiem Plus”, „TVP Olsztyn”, „TVP Gdańsk”. Redaktor naczelny „Sztumskiej Solidarności” i „Gazety Sztumskiej” w latach 1989—1993. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski — ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 r. pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 r. zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - poeta i prozaik, kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Wydał m.in.: Dzień nad ciemną rzeką (1996), Sny dla dorosłych i dla dzieci (1998), Legendy i opowieści zamku Malbork (2002, 2005), Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-łoty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Zaza Wilczewska - ur. w Inowrocławiu, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1976-1991 wicedyrektor i dyrektor Biura Wystaw Artystycznych w Sopocie. Opublikowała zbiory wierszy: Szelest czasu (2001), Między słowami (2006), Fragmenty (2009)., powieść Lutnia (2004), zbiór opowiadań Wyjęte z milczenia (2008), wspomnienia Szkice sopockie (2012). Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994-1998 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001—2002 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja — absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w „Dzienniku Bałtyckim”. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. Pamela Palma Zapata — Chilijka. Od sześciu lat mieszka w Gdańsku. Reżyserka, fotografika, aktywistka społeczna. Urodziła się w Arica, najbardziej wysuniętym na północ mieście Chile, zaledwie godzinę drogi od Peru, dlatego wielokulturowość jest istotną częścią jej doświadczenia życiowego. Pracowała przez 10 lat w Santiago de Chile, przy realizacji filmów telewizyjnych i dokumentalnych, uczestniczyła w prestiżowych produkcjach: Mi vida eon Carlos Germana Bergera, Chile Intimo, Viviana Flores, Lado Cz Marcelo Comparini, 33 Reinaldo Sepukeda i Eduardo Bertran. Dominik Żyłowski — absolwent filozofii, bibliotekarz, fotografik z zamiłowania. Pracownik Biblioteki Elbląskiej. Mieszka w Elblągu. Piszą o nas Tygodnik Olecki 8 Tygodnik Olecki 22/1009 - 2017 r. to@borawski.pl 'Felie-teri Powidoki W filmie w rcż. Andrzeja Wajdy nic zdefiniowano, co to są powidoki. Prof. Stanisław Fijałkowski, rocznik 1922, malarz i grafik, wyjaśnił na łamach łódzkiej przeglądu prasy krajowej i światowej ANGORA (nr 21): „(...) aby światło było prawdziwe, to musi być kontrast między zimnym, a ciepłym. Między błękitem, a pomarańczowym. To są dwa kolory uzupełniające. Jak pan widzi, kolor niebieski i przeniesie pan wzrok na białą ścianę lub szarą powierzchnię, to widzi pan pomarańczowy jako kontrast następczy. To jest właśnie definicja powidoku. To jest kontrast następczy.” Były pracownik Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi przypomina o tym, jak ważne są kolory dla kobiet i „dlatego odpowiednio się ubierają, by ich twarz wyglądała właściwie. Tc, które są bardzo czerwone na twarzy, starają się złagodzić to przez odpowiednią suknię, a te, które są blade, to wiedzą, że jeśli włożą zieloną suknię, to twarz będzie różowa, jak włożą czerwona, to twarz, zrobi się bladozielona. Pomarańczowa kreacja spowoduje, że twarz, stanie się fioletowa.” Z okolic „Kwitnęcej Jabłoni" Nieraz cytuję fragmenty z listów, jakie otrzymuję od Pani Jolanty Sas, która mieszka w Starej Kopanie, w tzw. okolicacli „Kwitnącej Jabłoni”.i Moja sąsiadka piszc świetne noty. Oto garść słów jak wiosenny oddech: (...) mamy upragnioną po zimie wiosnę. Wszystko się zazieleniło. (...), zakwitły czereśnie, morele i brzoskwinie, nawet jabłonie zaczynają rozwijać swoje pąki. Tylko znikła radość i nadzieja na soczyste owoce, które cieszyły oko i podniebienie. Jedna noc z minusową temperaturą i wszystko zamarzło. Czarne słupki kwiatów, nic dobrego nie wróżą. A szkoda. Opadną kwiaty i zostaną puste drzewa. Tak na wsi bywa. Tu nie wszystko zależy od dobrej pracy gospodarzy. Bądźmy jednak dobrej myśli, może nic wszystko stracone. A jeżeli nawet. To nic koniec świata. W przyszłym oku możemy mieć klęskę urodzaju”. Na koniec listu dodajc: „okolice «Kwitnącej Jabłoni»wyglądają obecnie pięknie, obsypane białym i różowym kwieciem. Jest uroczo”. Cytuję, bo robię literaturę na 55 chałup albo 59, jakie były w Kopanie. Za pomocą naszej wsi opisuję świat. Kopana jest lustrem, do któ- rego zerkają wsie, miasteczka, miasta, metropolie całego świata. PROWINCJA Nr 1(27) 2017 To kwartalnik społeczno-kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław. Jest wydawany przez Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA" w Sztumie, 11-tysięcz-nym mieście. Szefem Zespołu Redakcyjnego jest Leszek Sarnowski. Pismo o formacie 16,5x23,5 cm ma nakład 400 egz. W spisie treści edytorial zgrabnie napisany, poezja, proza, esej, wędrówki po prowincji, na tropach historii, wywiady, wspomnienia, muzyka, galeria, recenzje i notki o autorach. Stron 204. Z charakterystyczną okładką kolorową, którą projektuje MS (Mariusz Stawarski). W województwie pomorskich raz na kwartał ukazuje się tytuł nic byle jaki. Redagowany z pasją. Wedle definicji prowincji, ale... Cypriana Kamila Norwida, Adama Mickiewicza, Józefa Czechowicza, Isaaca Bashcvisa Singcra, Brunona Schulza. W 2017 roku mija 8-lecie, jak ukazuje się PROWINCJA. Podczas sztumskiej promocji kolejnego numeru, gości częstuje się słynnymi rogalikami prowincjonalnymi, które wypieka pani Inka Murawska, emerytowana nauczycielka. Są niewielki, kruche, na 3. gryzy. Z przyjemnością podaję przepis na rogaliki „prowincjonalne” Pani Inki, bo łasuchów przybywa na całym świccic. Produkty: 500 g mąki typu „Basia”, 200-250 g masła, 150-200 gęstej, kwaśnej śmietany (najlepiej wiejskiej), I jajko, 50 g drożdży (pół kostki), odrobina soli, kilka kwaskowatych jabłek (an-tonówki, renety). Drożdże rozetrzeć w śmietanie, po czym trzeba dodać odrobinę mąki i cukru, i odstawić w ciepłe miejsce, żeby ciasto wyrosło. W tym czasie należy tłuszcz rozetrzeć w mące i dodać szczyptę soli. Kiedy drożdże zaczną pracować, należy w nich rozbełtać jajko, następnie wlać do mąki i wyrobić ciasto, które powinno być luźne. Ciasto dzielimy na 3 albo 4 części. Następnie każdą część należy rozwałkować i podzielić na 6 albo 8 trójkątów krzywoliniowych, do którego wkładamy cząstkę jabłka i zawijamy od podstawy do wierzchołka. Rogalik przed włożeniem do piekarnika należy posmarować żółtkiem rozcieńczonym dwiema łyżkami mleka. Nadajc się do tego pędzelek. Delikatnie wkładamy do pieca rozgrzanego do temperatury 200 CO, przy termoobiegu 180 CO , przez 20 minut pozostają w piekarniku. Ciasteczka po ostygnięciu lakierujemy lukrem (z cukru pudru i soku z cytryny). Rogaliki prowincjonalne są tak pyszne, że niektórzy nic mogą się doczekać, kiedy ukażc się kolejny numer PROWINCJI. Jakie to miłe i sympatyczne. KRONIKI 2017 nrl Ukazał się 30. numer KRONIKI WEDŁUG MUZEUM im. MARII KONOPNICKIEJ w Suwałkach. Zbyszek Fałtynowicz, kolejny raz, zadbał o to, żeby Suwalszczyzna oraz Warmia i Mazury nic były rozproszone. Kronikarski zapis, wydnikowany 9-puntową czcionką, opracowany przez kustosza z Suwałk, budzi dziw. Odnotowano to, co się wydarzyło w Suwałkach, Augustowie. Gołdapi, Ełku, Białymstoku, Olsztynie, Praniu, Piszu, Olecku... To chwalebne, że nie odleciało na jaskółcze szlaki. W spisie treści wiersze, wspomnienia, eseje, noty i recenzje esencjonalne. Redaktor dokonał wyboru z gazet i czasopism, opatrzył lapidarnym komentarzem, ułożył tak. żeby by wstęp, środek i koniec. Wykonał pracę, do której zapewne kiedyś zajrzy ktoś, kto będzie zajmował się kulturą Suwalszczyzny, Warmii i Podlasia. KRONIKI - kwartalny dokument wewnętrzny Muzeum im. Marii Konopnickiej Oddziału Muzeum Okręgowego w Suwałkach. 32 strony A4 nic spięte zszywaczem. Osiem bitych kartek formatu A3, dobrze zaczernionych. Piszę o tym fakcie z kronikarskiego obowiązku, tzn. szerzej otwieram furtkę, która jest strażnikiem bramy. Czesław Mirosław Szczepaniak Postscriptum Marek Karpowicz. Skrzynka na listy na płocic drewniany przy furtce, rysunek cienkopisem. Biblioteka Kwartalnika Prowincja Prowadzimy sprzedaż wysyłkową: prowincja@onet.pl