Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2017 roku” wuralozu i hiusu iiuiohu niuuu Im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT 58 301-48-11 w. 227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1(27) 2017 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Iwona Czeszejko-Sochacka Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(a)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OS Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Sklep papierniczo-biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(fi)onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta siódma „Prowincja”.................................................5 Poezja I Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza.................6 Anna Nawrocka..............................................................7 Dorota Ryst................................................................9 Dominika Lewicka-Klucznik.................................................11 Karolina Manikowska.......................................................13 Kamila Łyłka-Kosińska.....................................................15 Anna Piliszewska..........................................................17 Stanisława Wojciechowska-Soja.............................................20 Krzysztof Łaszuk..........................................................22 Proza Janusz M. Moździerz - Lekcja savoir-vivre’u...............................23 Anna Peplińska - Andzia...................................................26 Krzysztof Bochus - Czarny manuskrypt......................................31 Krzyżackie warownie ze zbrodnią w tle - z Krzysztofem Bochusem, autorem kryminału „Czarny manuskrypt” rozmawia Arkadiusz Kosiński..............34 Grażyna Kamyszek - W cieniu iskier........................................39 Iskierki są zarodkiem ognia - z Grażyną Kamyszek, autorką książki „W cieniu iskier”, rozmawia Leszek Sarnowski...........................43 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy..........................................47 Katarzyna Kuroczka - Morcinek znany i nieznany, uwagi rozproszone o życiu i twórczości...................................................52 Kongres Kultury Pomorskiej Piotr Wyszomirski - Kongres Kultury Pomorskiej - Kultura porozumienia.....62 Wędrówki po prowincji Dobromiła Rzyska-Laube - Z rodzinnego albumu Sierakowskich................65 Grzegorz Gola - Nepomuk nowodworski.......................................72 Arkadiusz Kosiński - DAJATI, czyli młodzi kwidzyniacy w natarciu..........75 Na tropach historii Agata Janik - Bursztynowa droga Gotów.....................................78 Piotr Podlewski - Pochówek Achacego Czerny (von Zehmen) w kościele parafialnym św. Anny w Sztumie.........................................82 Bogumił Wiśniewski - Zaginiony relikwiarz kwidzyński...................86 Adam Langowski - Polowania braci Sierakowskich w Montresorze..............94 Janusz Namenanik - Heinrich i Oskar Penner. Dzierzgońscy przemysłowcy.....102 Tomasz Jagielski - Ksiądz, który powiedział „nie” Hitlerowi............108 Marta Chmielińska-Jamroz - Represje po ucieczce pilota z Malborka na Bornholm w 1953 r....................................................110 Prowincje bliskie i dalekie Teodor Sejka - Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana...115 Wiesław Olszewski - Rowerem do rosyjskiej części Puszczy Rominckiej....125 Aforyzmy Lech M. Jakób - Do góry nogami. Aforyzmy..................................132 Rozmowy Fotografowanie to porządkowanie świata - z Dominikiem Żyłowskim, elbląskim fotografikiem i filozofom, rozmawia Leszek Sarnowski.........135 Dbałość o zabytki to wyraz kultury i wrażliwości duchowej -z ks. Andrzejem Starczewskim, proboszczem parafii Sw. Anny w Sztumie oraz diecezjalnym konserwatorem zabytków rozmawia Leszek Sarnowski..............................................142 Wspomnienia Marian Szarmach - Zapiski z roku 1988..................................148 Stanisława Wojciechowska-Soja - Legendy Macieja Kilarskiego ciąg dalszy.157 Od bikiniarzy i bigbitu do...,cz. 1 - z Edwardem Hulewiczem rozmawia Leszek Kunda..................................................163 Muzyka Wacław Bielecki - Gdańska premiera „Quo vadis?” Feliksa Nowowiejskiego (7 grudnia 1910).......................................................173 Galeria Prowincji Cieszę się każdym dniem - z Iwoną Czeszejko-Sochacką, malarką ze Sztumu , rozmawia Leszek Sarnowski,...........................................184 Recenzje Jan Chłosta - Zwyczaje pogrzebowe na południowej Warmii................186 Janusz Ryszkowski - Mój regał podręczny................................188 Andrzej Kasperek - Dwie książki o Sztutowie............................194 I Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Wielorzecze” Nasze smaki Andrzej Kasperek - Rogaliki „prowincjonalne” pani Inki.................199 Noty o autorach..........................................................201 DWUDZIESTA SIÓDMA „PROWINCJA” Witamy w 2017 roku. Rozpoczynamy ósmy rok naszej wspólnej działalności - piszących i czytających, z nadzieją, że będzie nas coraz więcej. Na początek duża dawka literatury. Rozstrzygnęliśmy I Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza, poety działającego i tworzącego w Dzierzgoniu. Wiersze nagrodzonych autorów publikujemy w tym numerze. Są to - Anna Nawrocka, Dorota Ryst, Dominika Lewicka--Klucznik, Karolina Manikowska, Kamila Łyłka-Kosińska, Anna Piliszewska oraz wyróżnieni nagrodą specjalną za wiersz o Dzierzgoniu - Stanisława Wojciechowska-Soja i Krzysztof Łaszuk. Polecamy kolejną książkę sztumianki Grażyny Kamyszek, która debiutowała kilka lat temu na łamach naszego kwartalnika, a dziś wydaje już swoją trzecią książkę. Brawo. Poza tym opowiadanie Janusza Moździerza, fragment powieści Anny Peplińskiej, a także debiutancki kryminał kwidzynianina Krzysztofa Bochusa. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem dzieli się z nami refleksją nad istotą człowieczeństwa, przywołując nie nazbyt w tej kwestii optymistyczne myśli Jean Paul Sartrea, Jonathana Littela, Zygmunta Baumana, Dubravki Ugreśić, Thomasa Hobbesa, Antoniego Czechowa czy dominikanina ojca Innocentego. Bardziej optymistyczne są wędrówki po prowincji. Tym razem Dobromiła Rzyska-Laube opowiada o rodzinnym albumie Sierakowskich z Waplewa, Grzegorz Gola o wizerunku św. Nepomucena, a Arkadiusz Kosiński o młodych twórcach nowego portalu społecznościowego z Kwidzyna. W części historycznej Agata Janik sięga czasów starożytnych Gotów, Piotr Podlewski opowiada o pochówku Achacego Czerny, wojewody malborskiego z XVI wieku, Bogumił Wiśniewski tropi ślady zaginionego relikwiarza kwidzyńskiego, a Adam Langowski odkrywa francuskie polowania braci Sierakowskich. Janusz Namenanik przypomina dzieje dzierzgońskich przemysłowców, a Marta Chmielińska-Jamroz wraca do ucieczki pilota z Malborka na Bornholm w 1953 roku. Teodor Sejka opisuje misyjną pracę siostry Maksymiliany na rosyjskich stepach, a Wiesław Olszewski rowerową wyprawę po rosyjskiej części Puszczy Rominckiej. Dominik Żyłowski opowiada o swoim fotografowaniu świata, który znika z roku na rok, a ks. Andrzej Starczewski o ratowaniu sakralnych zabytków w diecezji elbląskiej. Swoje osobiste zapiski udostępnił nam prof. Marian Szarmach, w których wspomina wyjątkową postać profesor Zofii Abramowiczówny z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Stanisława Wojciechowska--Soja kontynuuje swoją opowieść o Macieju Kilarskim, legendzie malborskiego zamku. Gdańską premierę „Quo vadis?”, oratorium Feliksa Nowowiejskiego sprzed ponad stu lat, przypomina Wacław Bielecki, a Edward Hulewicz, legenda polskiej muzyki rozrywkowej lat 70-tych, wspomina swoje artystyczne początki w Kwidzynie. To pierwsza część jego opowieści, którą będziemy kontynuować w następnych numerach. W naszej galerii prezentujemy baśniowy świat malarski Iwony Czeszejko-Sochackiej, młodej malarki ze Sztumu. Ponadto, recenzje autorstwa Janusza Ryszkowskiego, Andrzeja Kasperka i Jana Chłosty oraz - gościnnie - garść aforyzmów Lecha M. Jakóba, poety z Kołobrzegu i redaktora Latarni Morskiej. Kolejne artystyczne oblicze naszej prowincji na okładce odsłania Mariusz Stawarski. No i na koniec coś dla smakoszy, czyli słynne rogaliki prowincjonalne, dostępne do tej pory wyłącznie na sztumskiej promocji kwartalnika. Można spróbować samodzielnie. Polecamy, życząc także smakowania naszego kwartalnika, bo dni coraz dłuższe. Redakcja Poezja I OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI IM. STANISŁAWA FILIPOWICZA Na I Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza, zorganizowany przez kwartalnik „Prowincja”, zestawy wierszy nadesłało około pięćdziesięciu autorów z całej Polski. Jury w składzie - Janusz Ryszkowski, Andrzej Kasperek, Leszek Sarnowski, oceniło wszystkie wiersze i przyznało następujące nagrody: I nagroda Anna Nawrocka (Zawidów) II nagroda Dorota Ryst (Warszawa) III nagroda Dominika Lewicka-Klucznik (Elbląg) Wyróżnienia Karolina Manikowska (Malbork) Kamila Łyłka-Kosińska (Elbląg) Anna Piliszewska (Wieliczka) Nagroda specjalna za wiersz o Dzierzgoniu - ex equo Stanisława Wojciechowska-Soja (Malbork) Krzysztof Łaszuk (Malbork) Patronat honorowy: Mieczysław Struk, Marszałek Województwa Pomorskiego Wojciech Cymerys, Starosta Sztumski Elżbieta Domańska, Burmistrz Dzierzgonia Poezja 7 I NAGRODA Anna Nawrocka PRZESIĄKANIE Dom został sam, z pustką zamiecioną w szpary podłogi. Od dawna nikt nie wnosi do środka błota i śladów psich łap. Pozbieraj szepty i znaki krzyża, ukradkowe spojrzenia spod ukwieconej chusty, może doprowadzą pod drzwi. Za progiem natkniesz się na historię o kobiecie, co trochę za mocno kochała, za dużo piła, za głośno śpiewała. Boso tańczyła wśród drzew w sadzie, za bardzo lubiła cudzych. Chłopów z okolicznych wiosek było wtedy jak na lekarstwo, a takie gorzkie, takie pomarszczone. Wiedziała, jak posłodzić i rozmiękczyć. Schować na noc pod językiem. Zapamiętać smak. „kim jesteś, dziewczynko, która straciłaś matkę, ojca, dom, całą wieś, słońce i księżyc, i wszystkie bajki." Anna Janko, Mała Zagłada 214 Babce krzywią się palce, gdy kartkuje pamięć, strzyka w stawach. Milcząc, podkłada szczapy drewna do kuchni, w tej iskrzącej ciszy podsyca ciekawość. Najstraszniejsze historie i piękne królewny mieszkają w grubej zielonej książce. Wszystkie dzieci to wiedzą, wszystkie lubią się bać. Ta dziwna pora dnia, kiedy umiera dzień, a matka noc jest tuż przed rozwiązaniem. Jeszcze kilka tyknięć i urodzi się sierota księżyc. Słabowity, chorowity, bladzieńki. Za szybą nic nie widać, nawet jeśli przyciśniesz do niej twarz, zasłonisz dłońmi z obu stron. Zostaje jeszcze ucho chłodno rozpłaszczone na szkle. To drugie parzy, wychwytując z milczenia w kuchni kwilenie dzieci, trzask płonących polan, wycie w kominie. 8 Poezja TFU Żadna z nich nie zaprosi takiej do domu, tylko splunąć, gdy przejdzie obok. Trzy razy znak krzyża. Tfu, tfu, tfu! Takie nic, takie chude, takie brudne, takie brzydkie. Niech nie zaskrzypi furtka, byle nie słyszeć stukania do drzwi. Masywne, na prawdziwy klucz, jak w jakim dworze. Ona lepiej stąd pójdzie za rzekę, tam za lasem jest bród, się umyje. Tu ma tobołek ze szmatkami, kawałek chleba. Nikt tu takiej nie przygarnie. Niech już idzie. Tfu, tfu, tfu! SOBAKA Bezpańskie suki nie szczenią się w ciężkich czasach, gdy puste kości grzechoczą w przydrożnych rowach. Z matowej sierści wylizują zakrzepłą krew i suche liście. Zanim dadzą się oswoić, będą kulić pod siebie ogon, niepewnie stawiać łapy, gdy podejdziesz za blisko, obnażą kły. Z gardła przedrze się warczenie, we wszystkich językach brzmi tak samo. Dla bezpańskich suk słowo buda znaczy tyle co pełna miska, miękkie palce tuż za uchem. Dom. Zanim podniosą sztywno ogon, zardzewieją łańcuchy. STOPNIE O Alce gadali po wiosce, że jak stała w drzwiach lekko przechylona do pocałunku, z obrzmiałymi wargami i sutkami bezwstydnie rysującymi koszulę, tak w tej koszuli pokrzywiło ją pod schodami. Wspinała się co wieczór po stromych stopniach, z pomocą niecierpliwych dłoni, na sam szczyt. Wszystko tam było niebieskie, szeptali o tym w wiosce. Groźne pomruki z pustych sypialni wypełzały pod płot, parowały w krzakach, pod jej oknem mnożyły się w złość. W zimnych łóżkach dojrzewała nienawiść. O Alce chłopy nie mówiły przywódcę, czasem tylko przez sen. O Alce szeptali po wiosce, że spadając, przygryzła sine wargi do krwi. Poezja 9 II NAGRODA Dorota Ryst POLSKA KRONIKA FILMOWA. LIPIEC - SIERPIEŃ 1980 przelewa się. kto może ucieka przed deszczem nad adriatyk. może niewielu, na wakacje poleca się wczasy w siodle i grę w piłkę podwodną, zasady są jasne - przytrzymać przeciwnika pod wodą, a potem strzelić bramkę, w moskwie biją rekordy, wyniki zostają w tabelach, gest kozakiewicza w pamięci, tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu bez debitu męczy oczy, kurom w zasadzie jest wszystko jedno, ludziom nie. po wyjątkowo mokrym lipcu zapowiada się gorący sierpień. SEEBAD AHLBECK 1977 wycieczka była krótka, ze Świnoujścia zaledwie rzut beretem, ten sam bałtyk. to samo powietrze, nie wiem po co właściwie tam pojechaliśmy, formułka kochane pieniążki przyślijcie rodzice nie obejmowała marek, nawet tych wschodnich. nie stać nas było nie tylko na buty salamander ale nawet na gumę do żucia i enerdowską czekoladę, jak zawsze paskudną, na promenadzie zbieraliśmy patyczki od lodów, były kolorowe a na każdym widniało imię, ulryka stejfi hans. przez chwilę morze wydawało się bardziej niebieskie. CHOPINSTORE 2016 w ofercie chopinstore znajdziecie państwo duży wybór bidonów kart do gry podkładek i toreb, kuszą także naparstki długopisy oraz smycze, nie trzeba jechać na warsaw chopin airport by odlecieć, zobaczycie jak to przyjemnie usiąść na jednej z ławeczek umieszczonych na trakcie królewskim (na przykład tej pod pałacem Staszica) wcisnąć przycisk i przy dźwiękach lekko tylko zacinającej się 10 Poezja etiudy rewolucyjnej z kubka ozdobionego portretem młodego frycka napić się wódki, pytacie państwo co dla dzieci. jest czekolada chopin. niestety gorzka. ZIMNA WOJNA 1999 to było ostatnie lato, tysiąclecie niespokojnie odchodziło do historii, morze było zimne, pracowite dni wypełnione budowaniem zamków z piasku mijały i słońce w dół wciąż spadało nie mogąc spaść. sny nie chciały się śnić, noce były zimniejsze niż bałtyk. spędzaliśmy to lato jak niechciane dziecko, na koniec nadjechały czołgi, ziemia zadrżała. ale to był tylko zlot miłośników militariów, wielki początek naszej małej wojny. LISTOPAD 1978 tego lata hermaszewski poleciał w kosmos i wrócił, żaden wyczyn, w serialu kosmos 1999 komandor koenig w każdą wolną sobotę ratował ludzkość, jesienią był biały dym i polak został papieżem. nawet moja niewierząca matka mówiła że to cud. poza tym było zwyczajnie, dżdżysty listopad przeciekał jak pralka frania (model bez wyżymaczki), basen miał twarde dno ale złamany nos zrósł się szybko, kolejna próba języka okazała się nieudana, niemiecki dławił w gardle, do dziś nie wiem skąd pomysł żeby napisać pierwszy wiersz. Poezja III NAGRODA Dominika Lewicka-Klucznik NIE MA WYJĄTKU po kilku latach bez cichego wsparcia zrozumiała że śmierć niczego jej nie nauczyła dalej nie umie swobodnie oddychać czerpać z życia a o szyby nie deszcz dzwoni tylko jesień dojrzewa między żebrami ciała ściśniętego obowiązkami kolejne rocznice przypominają o obietnicach bez pokrycia miejscach nie do zdobycia po kolei zostawia sprawy jak paciorki różańca a ten okazuje się być zbyt długi jak na jakąkolwiek religię na jakiegokolwiek boga w niej dzwoni deszcz TO BYŁO NA SLAJDACH po latach nie zmieniają się tylko góry. ośrodek wygląda inaczej i dzieci na kolonii jakby inne. nasze nie gapiły się bez przerwy w telefony tylko w nas. drzewa urosły a ubiegłoroczna powódź zabrała część wsi. umarł właściciel pensjonatu który przyłapał ciebie jak czuwałeś nad nagim ciałem, tak się zabiera tajemnice, jest cmentarz gdzie po raz pierwszy poczułam świat twoimi ustami i szczyty które zdobywaliśmy nocą wychodząc przez małe okno w kuchni. może to niesprawiedliwie że jak każdy przed i po kochałeś mnie mocniej niż umiałam strawić i być może nadal pierś idealnie mieściłaby się w twojej dłoni ale nie byłeś wyborem ani na miłość ani na życie. wiem że jesteś najważniejszym mężczyzną na nieżycie i niemiłość. tylko nie mam czasu na przerywane rozmowy, ciepłe gesty są ważniejsze niż setki słów, więc wciąż jesteś. 11 12 Poezja SZCZĘŚCIA NIE BIERZE SIĘ NA ZESZYT dzień zaczynał od mocnej kawy ruskiego papierosa i klina na dobry początek, potem już tylko prasówka ograniczona do jednostronnych komentarzy w internecie. utwierdzały go w przekonaniu, że jedyna słuszna jego racja kiełkować będzie w następnych pokoleniach. historia pokazuje, że okrutniej zabija sąsiad niż umundurowany wróg, w milionach skazanych na szybką lub męczeńską śmierć jest kilka milionów bijących się myśli, czy nie lepiej byłoby zachować się nieetycznie. a może etyki nie ma, gdy szczęściem dziecka okazuje się zginąć razem z rodzicami bez przyszłych traum, medali dla sprawiedliwych wśród nieżyjących, historia najbardziej wstrząsa z ekranu lub książki tylko pokoleniem ofiar rzadko kiedy oprawców. krwawe lekcje toczą się kwadratami, zahaczając o prywatne patriotyzmy, wielkie idee. a my tkwimy zawsze w nienawiści do tych, którzy głosowali nie tak. wierzą inaczej, kochają na opak. Poezja 13 WYRÓŻNIENIE Karolina Manikowska ŻUŁAWY niżej już być nie można nieba większego też nie ma roztapiam się z zachwytu w płytkiej wodzie rowu -błękitne żaby rechoczą mi requiem PROŚBA zostaw mnie Panie tam gdzie w zieleni rozłożona szachownica krów podbrzusze nieba kędzierzawe od chmur gęste ciało ciemnej ziemi przekrwione wodą jabłoń ciężarna do utraty rąk zostaw mnie tam gdyż w moich żyłach płynie krew Tiny i Abdauny serce zarasta mi Druznem ŚWIADOMOŚĆ JESIENI smutno mi nie byłam przy tobie gdyś zezłociało jako pierwsze w tym sezonie nagle olśniona poczułam żal jak matka której dziecko nie wyrzekło mama 14 Poezja WOLA ciało dobrze mi przykryjcie w sercu szerokiego pola skibą ciemno lśniącą niech sąsiadem rów mi będzie z wodą ciemną w której żyją żaby śpiewające nie krzyż ale wierzba biała niech ramiona rozpościera gdzie złożycie głowę niech mi usta zbożem wzejdą które szumi i tak z ciała niech się stanę słowem Poezja WYRÓŻNIENIE Kamila Łyłka-Kosińska OJEJ czas przestał mieć znaczenie teraz tylko my mamy je w kalendarzach bo tam nikt nie zagląda pocą nam się dłonie i oczy tęsknota nie ma przyjemnego zapachu nie ma nawet dobrego gustu by wybierać muzykę i wartościowe kino o którym przecież nie mamy pojęcia dlaczego tak się stało i kiedy koniec zaczął być początkiem teraz każda ucieczka jest małym powrotem do przeszłości wrócę do ciebie za kilka dni albo kilka lat nieważne przecież będziesz czekał a cierpliwość opanowałeś do perfekcji w przeciwieństwie do mnie wierzysz w coś czego jeszcze nie umiem nazwać APPLE OF MY EYE z dziewiętnastolatki zrobiłeś kobietę zamiast ubierać podarte spodnie wołałam zdzierać policzki na ścianach świadomie zdzierać wstyd jak etykiety z butelek nigdy nie wyszłam od ciebie głodna przeważnie zmęczona nocą z czerwonymi śladami na nadgarstkach i śladami zębów na pośladkach nikt się nigdy nie dowiedział przeważnie z jakąś pamiątką czasami był to pocałunek za uchem innym razem różowy wibrator który schowałeś do mojej torby wychodziłam pełna chociaż ciebie już we mnie nie było tylko pewność w klatce piersiowej że czekasz w bloku numer dwadzieścia 16 Poezja NA TRAWNIKU tej nocy nie spad! deszcz chociaż chmury wisiały nad nami nisko coraz niżej upadały ideały i powieki aż wreszcie zostaliśmy sami tylko bezsenni sąsiedzi słyszeli co szeptaliśmy na czym zatrzymywały się nasze myśli dłonie i dwie taksówki którym odpowiedzieliśmy że jednak nie wracamy do domów WALLZ czujesz przecież że już nie drżę oparta o ścianę nabieram piwa w usta i dzielę się z tobą ostatnimi łykami okulary schowajmy do kieszeni ręce też zaraz będzie ciemno wtedy poczujesz się swobodniej jakbyś rozpinał koszulę w wierszu a nie w rzeczywistości zaglądasz do ucha nie jestem chłodna jest mi zimno mógłbyś zrobić tak jeszcze raz tylko mocniej Poezja 17 WYRÓŻNIENIE Anna Piliszewska DEPESZA DO SOKRATESA wiem: nic nie wiem na temat kwantów i kwarków, ani teorii strun. nie umiem nawet prowadzić rakiety, biznesu, tłumów... nie znam ilości wody w morzu, garści piasku na Gobi, ani liczby galaktyk. nie widzę sensu wojen, głodu i okrucieństwa. lubię spokój i koty, jaśmin w starym ogrodzie. wolę Bacha od Dody, a od hałasu mediów poczciwego Platona. wącham aromat kawy, mielonej w młynku Żarnowym. podobno nic nie jest takie, jakie nam się wydaje. wiem, że nic nie wiem... JĘZYK SERCA jak mam ci opowiedzieć dobro, piękno i prawdę - masz ledwie siedem lat, kilka piegów i marszczysz nos, i wyginasz pulchne usta w podkówkę, kiedy mi pokazujesz ulubioną zabawkę z utarganym uchem. 18 Poezja jak mam mówić, by dotrzeć - żeby myśl twa dotknęła tego, co pod powierzchnią gestu, słowa, litery, w zapuszczonym ogrodzie znów poderwał się wicher - zdmuchuje z drzew kolory kruchych, różowych płatków, w gniazdach prostują skrzydła ślepe jeszcze pisklęta, posłuchaj tętna sadu, połóż rękę na sercu. jak szeptać, by to, co poza łzą, mogło istnieć i jaśnieć niby rogal księżyca, niby rozbłysk żywiołów - kołatało i grało jak cierpliwy instrument, abyś mogła usłyszeć drzewa dzwon i okarynę ciepłego, letniego deszczu i buczenie szerszenia, gwizd rześkiego powietrza. jak mam uczyć cię patrzeć, kiedy Artysta Świata rozpościera migoty tęcz i wód; pajęczyny kolorów, mahoniowe warkocze roślin, mgieł i ruchome archipelagi chmur... jak mam wychwalać miękkość burej sierści kocura , który umie na pamięć twoje dziecięce „ jestem”. jak mam opisać Kosmos i czerstwą pogodę ziemi; świat i zaświat tłumaczyć, jak mogę ci opowiedzieć dobro, piękno i prawdę - masz ledwie siedem lat, kilka piegów - jakimi sylabami, córko, w jakim języku... ? TEMPUS BONUS tempus opportunum nosce... dobry czas jest aprioryczną formą naszej zmysłowości; ma swe źródło w podmiocie, lecz zawsze jest teraźniejszy. Poezja 19 dobry czas jest jak dobrze napisany sonet o istnieniu, kiedy moment wzruszenia przeobraża się w wersy - gdy wszystko jest poezją i gdy każdy poetą. to cierpliwa liryka o byciu i odpominaniu gestów, dźwięków, czułości. mchu i plamki na korze, szelestu pojedynczego liścia i zielonej jedności, jeżeli wstępujesz boso w drzew lustrzany korytarz. to apologia serca. to milcząca modlitwa o wymiar transcendentalny: piękno, prawdę i miłość. dobry czas jest jak łąka musująca w zdziwionych, światłoczułych źrenicach dziecka, i jak nietrwałe krocie gwiazd, które przynależą do przestrzeni nieba. o czas dobry, spokojny, Boże!, pozwól poetom... ... pozwól modlić się wierszem! 20 Poezja NAGRODA SPECJALNA (EX EQUO) ZA WIERSZ O DZIERZGONIU Stanisława Wojciechowska-Soja DZIERZGOŃ. Z KAJETU WĘDROWCA Dzierzgoński krajobraz otwierają pagórki Namalowane boskim piórem w powietrzu. Daleko im do nieba, do ziemi blisko. W sam raz, aby Wieża Babel nie sięgnęła Niebiańskich przestworzy. Co boskie, to Bogu! Jego dzieło wypełnili stroiciele -Aaron rozrzucił gałązki pełne kwiecia, Noe nie poskąpił zwierza ze swej arki. A z laski Mojżesza wytrysła Dzierzgonka. Dali raj ludziom - manna leciała z nieba. Ten edeński pejzaż mąciły demony. Nie miały twarzy, nie miały serca, uszu. Szarpały karki jak dotyk tępej gilotyny. Autochtonów pognały hen za Odrę. Otwierały Żydom bramy exodusu. Demony tłukły za polską mowę i wiarę. Rozpustnie strzelały spod czerwonej gwiazdy Do kobiet czystych jak dziecięce kochanie. Stwórca stracił czujność. Raj wchłonęła nicość. Był bezradny wobec spopielalych zgliszczy. To nie Deus Creator zniszczył świat ładu. To nie Deus Creator poplątał ludziom języki. To nie Deus Creator wyganiał ludzi z Edenu. * Przeszłość Dzierzgonia najlepiej czyta się z tablic, pomników i cmentarzy. Siostra Teodora Witkowska na czarnej tablicy zawisła w piekle 1945 r. Niosła w sobie oddech Boga. Niestraszna jej była kula sołdata w obronie dziewiczej siostry. Poezja 21 Ta śmierć nie ma ceny. Wie o tym jedynie ojciec Kolbe. Katarzyna Aleksandryjska z mieczem i kołem spiżowa panna zeszła z pieczęci na cokół. Była boska do końca. Modlitwą złamała koło. Zgasła od miecza, choć ciągle płonie. Filipowicz - utrudzony Syzyf na nagrobku ma złote serce. Z precyzją ciosał słowa. Po „amputacji” odrzucał derywaty. Zostawiał nagie rdzenie. W bólu podnosił pointy. Ciskał nimi w Generała głosem pana Cogito. Epitafium na grobie matki i syna: Kiedy łzy będą w stanie wybudować schody, a wspomnienia most, wtedy wspniemy się wysoko do nieba i sprowadzimy tu gdzie was potrzeba Dialog żywych z umarłymi wciąż trwa... Pamięć zmarłych w Dzierzgoniu przeskakuje groby. Pod powierzchnią pejzażu czuć pulsujące wnętrze. Pamięć domaga się światła. W Dzień Zaduszny na cmentarzach łuny ognia. Chryzantemy mają batuty z księżyca. To w nich napisana jest partytura rzewnych dumek. Z płatków wylatuje Wolków tyrolskie jodłowanie. Poczciwy Kohn jak w Gosthaus nuci Havę Nagilę. Nawet Chopin z Pere-Lachaise posłał tu nokturny. Zaduszkowa symfonia to multi-kulti? Pora iść dalej... Do żywych. 22 Poezja NAGRODA SPECJALNA (EX EQUO) ZA WIERSZ O DZIERZGONIU KrzysztofŁaszuk DZIERZGOŃSKA PANI (Jadąc rowerem przez Dzierzgoń zatrzymałem się przy figurze św. Katarzyny, czerwiec 2015) Aleksandryjska Męczennico W Christburgu W mieście Chrystusa Patronujesz od wieków Na dzierzgońskiej ziemi. Miecz twój wciąż połyskuje srebrem Twoja mądrość urzeka przechodniów. Wciąż trwają dysputy Na dzierzgońskim targowisku. Cesarz Maksencjusz wysyła Pięćdziesięciu filozofów, łamiąc głowy Jak żyć? A ty modlitwą łamiesz koła Naszej głupoty. Oto skarby dzierzgońskiej ziemi: Chrystus Piasek w żwirowni się sypie, Las grzybami i żywicą pachnie. Znad pagórków Czapla kroczy dumnie Sarna wychyla głowę, Urzeczona pięknem Dzierzgonia Proza Janusz M. Moździerz LEKCJA SAVOIR-VIVRE’U‘ Niepijący puścił pierwszego pawia bez wyraźnej zapowiedzi. Ostro i zdecydowanie. Chlusnął celnym lukiem przez frontowe okno barakowozu. Trafił prosto do emaliowanego wiaderka - spadku po wylanych na zbity pysk w środku sezonu nieudacznikach -służącego do gaszenia petów bez wychodzenia z budy. Z drugim nie zdążył dowlec się ponownie w bezpieczny kąt i poczęstował obficie własne posłanie. Paskudnie zrobił. Po akcji kraciasty pled okrywający wyrko nadawał się do natychmiastowego wysortu. Pozostali odsunęli się z niesmakiem od słabowitego kolesia, który ledwie co doszlusował do zespołu i już przedstawił się z najgorszej strony; faceta bez pozytywnego charakteru do flaszki. Właściwie jej zawartości. Po prostu skiepścił się na początku współpracy, a ona wymaga zespołowości pełnej i zgodnej, bez przekrętów i pospolitych matactw. Oczekuje od człowieka lotności w obchodzeniu się z tak niestałym otoczeniem, jakim jest bliskie sąsiedztwo lotnych piasków wędrującej wydmy. Wymaga bezwzględnego szacunku i zrozumienia. A ten chudoszyi flaming rzyga już po pierwszej flaszce na głowę. Żeby była jasność: pierwszej na jego pysk, bo oni stali już wtedy przed kolejną turą dudlenia. Tak się nie robi. Tak nie wolno. Ta zniewaga krwi wymaga. Co prawda, na korzyść winowajcy przemawiały okoliczności łagodzące; niesympatyczny incydent miał miejsce grubo po fajrancie. W prywatnym czasie, a to zmienia postać rzeczy radykalnie. Chlanie w robocie w tym zespole nie uszłoby płazem. Chłopak trafił do nich w miejsce Pornografii, którego wcięło po pierwszej wypłaconej terminowo tygodniówce i już żadne przyjazne wichry nie zdołały faceta przywiać w zapomniane przez Boga zadupie, gdzie nikt zresztą nie wypatrywał powrotu fagasa obnoszącego z dumą szpanerski długopis z gołą kobitką w erotycznej pozie, zanurzoną w przezroczystym płynie nieznanego pochodzenia, wykonującą na żądanie delikwenta wygiby i igraszki w towarzystwie dwóch żigolaków w strojach Adamowych coraz mocniej zaangażowanych w kolejny numer. A stała ich do wyboru równa dziesiątka. Taki był frymuśny ten długopis kupiony podobno w portowej knajpie od obcokrajowca marynarza Pornografia brał od każdego pokazu dość drogo, piątala, ale chętni napaleńcy zawsze się trafiali, dopóki nie naciął się na ekipę Czubatego Belfra i zdrefił po pierwszej fandze między oczy zadanej precyzyjną pięścią najstarszego rangą. A roboty ziemne goniły terminami, więc przyjęli niezdarnego - mało i delikatnie powiedziane - w piciu, jak się okazało poniewczasie, prawie z otwartymi rękami, choć wyglądem nie powalał. Raczej przypominał gościa niedzielnego, absztyfikanta, który popędzony fizjologią w trakcie sumy zamiast gnać do wychodka trafił gołą dupą na wściekłego jeża buszującego w parafialnym sadzie i ledwie zdążył zwiać z portkami w garści. Prawdopodobnie był uciekinierem - przynajmniej z wymizerowanego wyglądu. Na portret bohatera czy przodownika pracy nie zakrawał z pewnością. Ale lepszy taki rydz, niż nic - zawyrokował szefujący brygadzie Czubaty vel Belfer i dopuścił przybyłego do kilofa w próbnym wykopie. Facet fragment opowiadania. 24 Lekcja savoir-vivre’u z zarękawkami nie powiedział - nie! Wołano na niego Dziurkacz; kiedyś zajmował skrajne biurko w kantorku magazyniera spirytualiów w zapadłej gminie, mając za pomagiera w spódnicy damską rączkę, więc się skusił; dziurknął niefartownie, potem już długo tam nie zabalował. I stamtąd trafił na to pustkowie - zanim rączka zdążyła zaciągnąć go do ołtarza, nie tłumacząc nikomu, dlaczego wyrwał od razu na kraniec kraju, nie próbując zatrzeć kiepskiego wrażenia innym sprytnie pomyślanym gestem czy bałamuceniem do tak zwanego czasu. Teraz też nie oponował. Po prostu nie otworzył gęby na takie przyjęcie, a trzeci nawet nie uniósł głowy z wyrka, kiedy po trzech trzeszczących stopniach zawitał do ich barako-domu chuderlawy nabytek. Trzecim był Oczajdusza, którego oczy - kiedy je zatapiał w głębi duszy i milkł przy tym na długie godziny fajrantu - biły na łeb błękit najczystszego nieba. Do niego należał rower trudnej do wymówienia zachodnioeuropejskiej marki. Jedyny skuteczny i bardzo pożądany łącznik z odległym o szesnaście kilometrów sklepem. Taki rower w takim miejscu, przy tak skrojonej ekipie, to skarb nieoceniony i tego skarbu pilnowali, ale - jak uczy sprawdzone wielekroć przysłowie - ostrożności nigdy za wiele. Do skarbu należy podchodzić z pełnym szacunkiem i nie szastać nim bez ważnej potrzeby. W ogóle nim nie szastać - szanować i już! Bezwzględnie. Oczajdusza kiedyś bez wyraźnego powodu powiedział o jednym znajomym: „Śmierdzisz facet teatrem” , co by znaczyło w tzw. zbliżeniu kadrowym: potrafisz zagrać małpę, ale świnią jesteś na co dzień i zapaszku nie zmyjesz żadnym makijażem! I musiał się niezwłocznie ewakuować w bezpieczny kąt, gdzie nie dopadliby go zagorzali fani zbluzganego artysty. I właśnie w tej - można rzec: małoobrazkowej - historii, wolnobieżka wykazała istotną przewagę swej sprawności nad metodą pościgu sprintem określanej ostatnio mianem: z buta czy glana. Uniosła głowę i dupę wolnomyśliciela głoszącego bezpodstawne epitety, obie całe i zdrowe; ta druga nawet wydawała się być w lepszym stanie i kondycji - w leśne ostępy. Tam nikt nie zamierzał szukać Oczajduszy, bo trupa wędrowna uznała go za człowieka niespełna rozumu, rzucającego w czorty głupawą odzywką, dopiero co rozkwitającą karierę cicerone cudzych wzruszeń. Więc wiadomo było, że karty kto inny będzie od tej pory nadmiaru szczerości rozdawał, choć on był dla wszystkich jokerem i teraz mieli głupie miny i myśli i zmuszeni byli wyszukać nowy obiekt uwielbiania za kulisami spraw o jakich niewielu ma pojęcie. Czubaty vel Belfer - dowodzący od początku ekipą - mógłby i może czegoś więcej się domyślać o podwładnym podpytywaniem za plecami, wedle popularnej metody uzyskiwania lub potwierdzania sensacyjnych wiadomości. Jednak nie znosił organicznie kapowania, o czym świadczyły dawno zabliźnione sznyty widoczne przy podwiniętych rękawach flanelowej koszuli na obu przedramionach. Nikt nie próbował zagadać na ich temat; każdy wiedział, że nie są oznakami miłości bliźniego ( jak i siebie samego) i woleli bez wychylania się uznawać, że nic niepokojącego w przeszłości szefa się nie zdarzyło, a że nie uznaje wścibiania nosa w cudze problemy widać z samego fizis więc i nie warto mu dawać pretekstu do interwencji. Oj nie warto! Po prawdzie, każdy wreszcie ma prawo do cięcia czy dziargania albo innych mało zrozumiałych przez ogół szpasów, byle nie za bardzo afiszował się ze swoimi problemami. Wtedy wszystko wydaje się do przyjęcia Janusz M. Moździerz 25 i akceptacji, chociażby milczącej. A zadupie wybacza więcej niżby się na pozór wydawało. Buduje cierpliwie lepszą perspektywę; dalszą i bez zachwiania proporcji, co nader często trafia się w innych bardziej ekskluzywnych miejscach, odwiedzanych tłumnie w towarzystwie zalewu produkowanych na potrzeby zainteresowanych fałszywych prawd. Mieli fart. Poprzednicy okazali się dupkami w zawodzie, przegapili strefę wzdychającej wydmy stawiając wóz w zagrożonej zonie, i oni teraz mogli z okna — które zanieczyścił właśnie niepijący neptyk - oglądać dach starego barakowozu zasypanego po sam czubek piaskiem, przez niedbałość i brak czujności, a nawet podstawowej przezorności ekipy pseudokopaczy w poprzednim rozdaniu. Rzecz oczywista o tamtych niezgułach słuch niesławnej pamięci już dawno zaginął. Wykopsano ich bez żalu i premii za ostatnie metry wykopu, choć zgodnie z ustaleniami mieli podciągnąć rów w pobliże skrzyżowania duktów zmierzających prosto ku leśnej wieży przeciwpożarowej. Tamci głupole nie dość, że spartolili odcinek, stracili w ciągu kilkunastu godzin nieobecności w trakcie weekendowych baletów w bazie, nowiuteńki barakowóz. Pies z nimi tańcował! I te małe pieski też... Teraz im przyszło dokończyć dzieła i dotrzeć przed końcem sezonu do podnóża wzniesienia z ażurowym obserwatorium. Zanim wbili w pobocze pierwszy kilof, opierając się na wskazówkach obeznanego z terenem nadzorcy, opalikowali strefę czołgającej się podstępnie wydmy, zaznaczając nieprzekraczalną granicę zdradliwego piasku rozciągniętą w poprzek ostrzegawczą taśmą budowlaną. Czasem silniejsze wiatry targały luźnym dwukolorowym paskiem, wyczyniając nieskoordynowane harce, jakby dawały zapraszający sygnał do wspólnej zabawy. Hej chłopy, dalejże w tany!!! Pobujajmy się wspólnie!!! Kopacze wieczorami po robocie, kiedy ostro wiało, wpatrywali się w zamyśleniu w te dziwaczne podrygi; Bogiem a prawdą, nie mieli wtedy lepszego zajęcia, zwłaszcza, gdy flaszki stały puste na baczność - dla niepoznaki i pewnego ładu powszechnie przestrzeganego przechowywane przed oddaniem do skupu w cholewach zapasowych gumo-filców - a do wypłaty brakowało jeszcze sporo dni. Rowerowi w trakcie posuchy także przysługiwał luzik. Wisiał wówczas elegancko, z widocznym fantazyjnym fasonem, kierownicą typu baran zadartą do góry, jakby zamierzał lada moment wskoczyć szpurtem na szlak niebieski, przytroczony solidnie na zachodniej ścianie barakowozu. Nie było obawy, że słońce podgrzeje zanadto dętki i skruszy nie pierwszej młodości gumę opon. Co prawda Oczajdusza przechowywał w rowerowym niezbędniku zestaw pierwszej pomocy technicznej, z czym się któregoś wieczora wygadał, i w razie co mógł w miarę szybko załatać przebicie czy nawet niewielkie wykruszenie, ale on wołał dmuchać na zimne i dbał o cenny sprzęt z należytą troską, więc wolnobieżki bez potrzeby nie wystawiał z cienia, ale oliwił systematycznie i czyścił z wszelkich paprochów i nawianego piachu. Lubił się cackać ze swoim - co by nie mówić - ekstrawaganckim sprzętem niespotykanym w środowisku kopaczy. I czasem, kiedy nie było w pobliżu nikogo z ekipy, potrafił pogłaskać po ramie i czule szepnąć parę słów pochwały. Rower rozumiał starania i odwdzięczał się po swojemu; nie łapał gumy vel dawał plamy, kiedy kopacze byli naprawdę w pilnej pitnej potrzebie. Takiej, co to wygania człowieka w podróż nawet w najgrubszą szarugę i najgorszą śnieżycę... 26 Andzia Anna Peplińska ANDZIA1 Bezszelestnie ominęła śpiącego na ganku psa. Zbędna konfrontacja. Przed chwilą z domu wybiegł Piotr, więc będzie sama. Coś się musiało wydarzyć, bo wypadl jak oparzony. Na kuchennym stole otwarty laptop, a na ekranie grubą czcionką: „Piotrze, pod-daję się, to dla mnie zbyt trudne. Próbowałam spać, jeść, wypłakałam morze... Teraz to już tylko staram się przywrócić mu jego poziom - Twoje zdrowie. Ja nie wrócę. Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia... Zegnaj. Z” O matko, nasza Zofia..., ale bełkot. Co to ma być? Wielka mi literatka. Zamiast zwyczajnie, że kocha, tęskni i czeka, bo czyż tak nie jest? Na pewno wybiegł na łąkę, tam, gdzie zwykle chadzali razem, trzymali się za dłonie, zapatrzeni, piękni, szczęśliwi. Obok spokojnie pasły się sarny, w zaroślach postękiwały dziki, a ptaki akompaniowały im do miłosnego parlanda. 1 pocałunki, pocałunki. Może nie powinnam tego przeczytać, lecz jeśli nie ja to kto? Trzeba zadziałać, przecież on cierpi, choć udając twardziela sam się przed sobą do tego nie przyzna. Warczek niespokojnie pomerdał ogonem i zaszczekał przez sen. Śpi psiajucha, wykar-miony, dopieszczony; a powinien nieźle oberwać za Magdę. Nie dość, że wpuścił obcego, to jeszcze pozwolił na takie coś. Wycofując się, spojrzała na stojący za drzwiami kosz do wina. Nadal leżała w nim słoma i tamta szara derka. Przypomniała sobie pierwsze spotkanie z Zofią, tu w przedsionku, kiedy zaszła do sieni, a ta na jej widok klasnęła w dłonie: - O Jezusie, jak cudnie, kura domowa... To może jeszcze jajeczko nam zniesiesz! W pierwszej chwili mnie dotknęła, takie coś! Ale że byłam naprawdę szczerze jej przywitaniem uradowana, mnie również udzielił się ów entuzjazm i jak na życzenie usiadłam w koszu. Zofia przycupnęła obok, gładziła po grzbiecie, stękała ze mną, parła... i wyszło. -Jak przepięknie. Na Małysza. Ona jest super! - pokrzykiwała entuzjastycznie, aż poruszony tą radością Piotr podszedł i mocno ją przytulił, a mnie pogładził po grzebieniu. Zanim doszłam, zabrała wilgotne jeszcze jajo i wodoodpornym pisakiem zaznaczyła na nim datę zdarzenia, czyli zniesienia i moje nowe imię: Andzia. - Andzia, jak mam to rozumieć? - Kuk wodził oczami za kaczą czeredą podążającą za mamą. Tego jeszcze nie było. Czyżby działo się coś poza jego plecami? Wydaje się być ze swojego macierzyństwa wręcz dumna, co jest... Mało to ptactwa siadało na podwórzu, czyżby jeszcze jeden wielbiciel, nie dość że Nurek? O właśnie, o wilku mowa. Siedzi na gruszy i wodzi za nią bystrym okiem. - A sio! Poszedł! - Oj, tam - cala to była odpowiedź Andzi. Winni się tłumaczą. Ale widząc, że zazdrosny bardziej niżby się mogła po nim spodziewać, dodała: Fragmenty przygotowywanej do druku powieści. Anna Peplińska 27 - Dzieci jak dzieci, wszystkie nasze są, prawda? Wypięknieją. Znasz bajkę o brzydkim kaczątku? Nigdy nie wiadomo, czy z któregoś nie wyrośnie cud niezwykłej urody- i obeszła go z karną gromadką po trzykroć, aż zakukurykał z satysfakcją. - No... Ty się lepiej Kukuś nad Agatą zastanów. Jak już o numerach mowa, to lepszego zrobić nie można. Trzeba z nią porozmawiać na przyszłość, bo może sama nie potrafi właściwych wniosków wyciągnąć. Tymczasem jest nawet z siebie dumna. Taka zadyma - Andzia mówiła z przekąsem, bo strasznie jej żal było małego Kaskaderka. Zginął biedaczek, wypadając z gniazda, które obrała sobie do niesienia i wysiadywania wariatka Agata w szczelinie pod dachem stodoły, na wysokości około trzech metrów. - Takie coś! Zaskoczyła nas wszystkich. Piotra to nawet przyprawiła o ból głowy, bo czuwał nieustannie, by nie przegapić wylęgu i gdyby nie spostrzegł w porę Kaskaderka, wszystkie by się zabiły. Cała dziesiątka. No i dobrze, że kuna ich tam nie wyniuchała. Oryginalna, nie powiem... Kuk słuchał zatroskamy i spoglądał na Andzię z coraz większym zdziwieniem. Wiedział, że Agata wysiaduje, czasami widywał ją poza gniazdem, ale w tym okresie była dla niego niedostępna, czyli nie wykazywał nią większego zainteresowania. Skąd mógł wiedzieć. Rzeczywiście niezła historia. - No i jakim sposobem znalazły się na dole? - Piotr wszedł po długiej drabinie, wybrał po jednym do kartonika i ją na końcu, bo może siedziałaby dalej na pozostałych niewylęgniętych jajach i osierociła maleństwa. Strasznie go przy tym podziobała. Wchodziła tam i schodziła pokonując pionowe przeszkody, ale jak sprowadzi maluchy już nie pomyślała. Przygotował kosz, umieścił w nim całą rodzinkę i byłoby wszystko dobrze, gdyby po trzech dniach walki o życie nie odszedł Kaskaderek. Niestety. Spłakana Zofia zaniosła go jako ofiarę dla lisa, by oszczędził pozostałe przy życiu kurczątka i... w ogóle, nas. Zofia zaraz po świętach wyjechała. Ma tam swojego pieska, który za nią tęskni. Na pożegnanie pogłaskała chorego Warczka i opowiedziała mu o swojej suni. Laska się wabi, a to z kilku powodów: bo biała, wyprowadza ją na spacer i niezła z niej „laska”- tak się określa wyjątkowo urodziwe samiczki. To Bolonka. Tłumaczyła, że musi do niej jechać, gdyż psina coraz gorzej znosi długie rozstania, a i zaprzyjaźniony pan z parku nie zawsze jest na tyle dyspozycyjny, aby sobą nieustannie służyć. Czy coś tam... Dotąd jej tu nie przywoziła z obawy o brak tolerancji, ale kiedyś na pewno się poznają i będzie to zabawne zderzenie skrajności - czarny psi olbrzym i malutka, biała sunia. Sądzę, że powody jej wyjazdu miały podłoże stricte inne, ale miło słyszeć, że liczymy się w jej życiu aż tak bardzo. * Na podwórzu granda. Warczek poleguje w domu, lisy myszkują, jastrząb czyha... Na-szedł czas odchowu młodych, wiosna. Już po Jarzębinie, dała się uprowadzić do ciemnego lasu. Jak tak dalej pójdzie, koniec naszego świata nastąpi nieuchronnie. Na szczęście instynkt macierzyński wyostrza odpowiedzialność i moja czwóreczka całkiem-całkiem. 28 Andzia Co prawda mam pod górę, bo inne one trochę od dzieci Agaty i zamiast grzebać wolą brodzić, ale daję radę. Piotra mi szkoda, jak on o tym wszystkim opowie Zofii. Cała ta awantura z Agatą nie przeszkadzała Kukowi w wypełnianiu codziennych obowiązków. Właśnie zagarnął pod siebie Alicję, spełnił się jak należy i już miał podziękować, gdy ta niespodziewanie zaprotestowała: - Kukurysiu, a dlaczego w naszych obyczajach nie ma takich przeżyć jak u ludzi, tej gry uczuć. Raz dziennie wskoczysz mi na grzbiet, dziobem stukniesz, pstrykniesz i zeskoczysz nim dojdę. Otrzepiesz potem skrzydła i po wszystkim. Żebyś ty widział jak oni to robią - rozmarzona Alicja w końcu powiedziała co chodziło jej po głowie od chwili, kiedy zobaczyła jak Piotr pod czereśnią kochał się z Zofią. - Ba, żebym ja was jedną tylko miał. Myślę raczej, by którejś nie przegapić; ciągle do ośmiu liczę - a nawet do pięciu, bo Andzia i Agata małe wodzą. To prawda, w końcu może i mógłbym... Za Uryka nieustannie trzeba było się o was licytować, żeby żadnej przez niedopatrzenie kilka razy nie brać, a i nie pominąć. To wielka odpowiedzialność. Wiesz przecież, że za niedopełnienie obowiązków kogut traci łeb... A ty mi tu o jakichś pierdołach. Wydawał się być jednak pretensjami Alicji nieco poruszony, bo lekko spasował. - No dobrze, jestem otwarty, jak to robią? Widziałaś? - Tak - Alicja na wspomnienie pokraśniała na policzkach i grzebieniu. - Robią to na leżąco. - Co? Jak to sobie wyobrażasz? - Oj, przestań, przecież szczegóły można modyfikować - spojrzała z wyrozumiałością na jego wieśniactwo. - Całowanie, wiesz co to jest? - zaczęła wywód tonem wielce obiecującym. - Całowanie? - Wargami się łączą i tak jakby siebie zjadali. To się nazywa całowanie. A nie dziobanie - tu spojrzała na Kuka z wyrzutem. - Potem zdejmują z siebie ubranie i dalej całują wszędzie. I rękami dotykają; ona układa się na plecach, a on na niej. Potem bujanie na leżąco, z początku pomalutku, coraz szybciej, aż tak jakby się lokomotywa miała wykoleić. Nie dość tego, po chwili ona siada na nim. Kamasutra, wiesz? Potrafią tak zabawiać się godzinami. Są przy tym niezwykle czuli, oczami przewracają, dziwne wydają odgłosy. -1 przy tobie tak? - No, nawet kilka razy. Ludzie traktują nas pogardliwie i postrzegają wyłącznie jako inwentarz do produkcji jaj. Przyjęli chyba zbyt płaską perspektywę w próbach oceny i mogłam popatrzeć nie wzbudzając w nich skrępowania. - Ech, przecież nie mam rąk - Kuk załamany nowym wyzwaniem oddalił się w stronę zarośli w poszukiwaniu ochłody i kontemplacji. Agata z pisklakami też tam była. - Agata, ty wiesz co to Kamasutra? - Nie - odpowiedziała. Anna Peplińska 29 - A ty? - zapytał podążającą za nim w krzaki Jagodę? - Też coś! - spojrzała na niego zdziwiona i uniosła lekko kuperek przywracając porządek rzeczy. -1 bardzo dobrze, nie było pytania - odrzekł i obrócił ją sprawnie wzdychając z ulgą, że na tym dziwnym świecie jest jeszcze jego kawałek podłogi. Ni stąd ni zowąd zadzwoniła Bożena: - Pani Zofio, to ja, córka Piotra - zawiesiła na chwilę głos, bo prawdopodobnie z trudem przechodził jej przez gardło - dzwonię w imieniu taty. Pozwoli pani, że najpierw panią przeproszę za tamten incydent a raczej dwa... To była podłość z mojej strony, ale niech pani spróbuje mnie zrozumieć i wybaczy. Jeszcze raz przepraszam. O matko, pomyślałam sobie, że chyba ksiądz po spowiedzi kazał jej przeprosić bliźniego swego... Zosia zrobiła wielkie oczy, była zmieszana, ale musiała się zebrać do kupy i korzystając z tego, że tamta w oczekiwaniu na odpowiedz zamilkła na chwilę, wydusiła z siebie: -Jakże bym śmiała gniewać się na panią, córkę Piotra. Rozumiem pani zachowanie i chociaż było mi przykro, nie gniewam się. Ale zaczęła pani od słów, że dzwoni w imieniu taty, więc co? Stało się coś? - zadrżał jej głos, bo przecież powód musi być wielki? Usiadła ciężko w fotelu i złapała się za serce. - Stało, zaraz powiem, ale przedtem jeszcze coś a propos przeprosin. Dotyczy to pani komputera. Otworzyłam go chcąc sprawdzić czyj i na pulpecie była ikonka z podpisem „list do Bożeny”. Już w pierwszych słowach zorientowałam się, że to do mnie. Nie od razu go przeczytałam, bo miałam na panią nerwy i nie obchodziło mnie, ale wróciłam do niego teraz niedawno, po tym jak to się stało. - Ale co się stało? - Zaraz, muszę wszystko opowiedzieć, jako istotne w obecnej sytuacji. Ten list pozwolił mi wiele zrozumieć i przełamał lody. Szkoda pani Zosiu, że nie wysłała mi go pani tak jak zamierzała, moja złość wcześniej rozeszłaby się po kościach. Teraz kiedy to wszystko wiem, łatwiej mi panią zrozumieć i tatę. Zosia słuchała z niepokojem, jakby bała się, że za chwilę na jej głowę spadnie grom. Domyślała się, że Bożena chce powiedzieć o tacie, że się zszedł z Wandą, i żal jej, bo zrozumiała, że Zosia go kocha? Żeby zakończyć jej tyradę zapytała wprost: - Tata jest z moją koleżanką Wandą, tak? - i zamarła w oczekiwaniu. - Nie, pani Zofio, nie ma takiej opcji, ani z tą panią żadnego kontaktu. Wręcz nie chce o niej słyszeć. W czasie jego ucieczki, bo tak chyba można nazwać to co zrobił - ucieczki od problemów - ona go trochę szkalowała przed ludźmi, czuł się zawiedziony jej przyjaźnią. Wydzwaniała nawet do mnie, bo szukała kontaktu z tatą. Sama nie miałam, więc nie mogłam go jej podać. Wiem, że nigdy się nie spotkali, bo przywieziono go z Bieszczadów prosto do mojego domu, w stanie strasznym. Pewnie słyszała pani o śmierci mojej mamy i że tata na pogrzebie nie był? 30 Andzia -Jezus Maria, a co się mu stało? - krzyknęła do słuchawki aż podskoczyła, jakby ignorując wiadomość o Zycie. - Poznałam jego kolegę, który mieszkał tam na miejscu, we wsi. Obiecał mi swego czasu, że się tatą zaopiekuje, bo sam na takim odludziu, różnie to może być. Całkiem sam, bo Warczek odszedł, tuż po wyprawie do pani... I któregoś razu go odwiedził, w samą zresztą porę, jakby opatrzność. Tata leżał na podłodze. Miał wylew. Krew odpłynęła Zosi z twarzy i nagle taki szloch wyrwał się jej z piersi, że rozmowa musiała być na chwilę zawieszona. Jednak oprzytomniała, bo przecież musiała się dowiedzieć czy żyje, jak się czuje. Kiedy troszkę się uciszyła Bożena kontynuowała: - Pani Zosiu, pani Zosiu, słyszy mnie pani. Proszę się uspokoić, tata żyje i ma się coraz lepiej. Kolega przewiózł go do szpitala a stamtąd za kilka dni do mnie. Samochodem taty. Posiedział jeszcze kilka dni i wrócił do siebie pociągiem. Jakże jestem mu wdzięczna. Bożena chlipała do słuchawki, obie płakały. - Tata już mówi, ale rehabilitacja potrwać może cały rok, bo ma lekki niedowład. Zamieniliśmy się na mieszkania i teraz on mieszka w moim, a ja po mamie. Zachodzę do niego codziennie, niestety, wymaga opieki, ale słyszeć o tym, że miałby mieszkać ze mną nawet nie chce. Łatwo nie jest. Zresztą pani go zna i wie to najlepiej. Dużo rozmawiamy, nigdy tak blisko z tatą nie byliśmy. O pani też... W związku z tym dał mi zadanie, trudne, bo nie chciałabym pani urazić, ale muszę dla niego to zrobić. Pozwoli pani zadać sobie niedyskretne pytanie? Ja już domyślałam się, o co chodzi. Stało się, nawet wiem, co Zosia jej odpowie. A niech się dzieje wola boska. Coś mi się wydaje, że wyjedziemy, stąd razem. I niczego mi nie braknie. Szczęście mojej Zosi jest moim szczęściem, a ja jej. Żegnaj Gadżet, żegnajcie chłopaki! - Tata mi opowiedział, że był u pani, żeby zaprosić ją do swojego życia. Bo choć sam nie sprostał wyzwaniu, los rozstrzygnął za niego... - przerwała na chwilę i tylko cicho za-chlipała; pewnie na wspomnienie mamy, niełatwo jej przez gardło te słowa przechodziły, wysmarkała nos i kontynuowała: - W końcu był wolny, a przecież pani na tym tak bardzo zależało... I wtedy zobaczył panią w parku, taką spokojną, radosną... Z mężczyzną. Strasznie to przeżył i kto wie, czy to ta właśnie chwila nie zadecydowała o tym, co się później z nim stało. O, tu już chyba ją trochę poniosło... Zaraz się okaże, że Zosia wszystkiemu winna. - Proszę się nie krępować, po tym wszystkim, co panią spotkało z naszej strony, ma pani prawo powiedzieć, że nie chce o niczym słyszeć i ma pani pełne prawo ułożyć sobie życie po swojemu, ale nie mogę go zawieść... I teraz pytanie pierwsze: czy kogoś pani ma, a drugie, czy nie zechciałaby pani przyjechać do mojego taty, przynajmniej na trochę. On tak bardzo za panią tęskni. Ja też proszę. Bo widzi pani, w liście było, że chce pani zostać z nim do końca, bez względu na wszystko, więc tak pomyślałam... Krzysztof Bochus 31 Krzysztof Bochus CZARNY MANUSKRYPT1 Bohn pochylił ku niemu głowę i Abell, niczym spowiednik, zaczął wysłuchiwać długiej opowieści starszego człowieka. Ktoś obserwujący ich z boku mógłby odnieść wrażenie, że ci dwaj ludzie, nachyleni ku sobie, uczestniczą w jakimś tajemniczym, zespalającym ich misterium. W rzeczywistości łączyły ich odraza, lęk i przerażenie, jakie budziła ta opowieść. - To było piętnastego sierpnia, w czwartek. Daniel wracał do domu z naszego drugiego biura, które znajduje się nieopodal cmentarza miejskiego. Jak pan wie, nasza rodzina posiada niewielką sieć sklepów ze spirytualiami, największy w Gdańsku przy Lange Markt. Ale jedna odnoga naszej familii od dawna mieszka w Kwidzynie. Mamy tu duży dom towarowy, kilka sklepów. Urodziłem się tutaj. Czuję sentyment do tego miasta, a właściwie czułem... Bohn zamilkł. Położył bezwładnie ręce na blacie stolika. Miał wysmukłe dłonie pianisty, choć ciemne plamy na skórze mówiły o jego wieku. - Interes rodzinny miał przejąć pański syn, Daniel. Może komuś z rodziny się to nie podobało? A może ktoś pana szantażował? - zapytał radca. Bohn spojrzał na niego z odrobiną niedowierzania. - Naprawdę pan tak sądzi, panie radco? Mam tylko jednego syna. Ma dopiero siedemnaście lat, ale nigdy nie było w rodzinie żadnych wątpliwości, kto przejmie po mnie zarządzanie firmą. Jesteśmy tymi biedniejszymi Bohnami. - Uśmiechnął się blado. - Prawdziwe zyski są w Gdańsku. - Rozumiem. Wspomniał pan, że miasto się zmieniło. Nie ma pan tutaj jakichś wrogów? Przeczytałem uważnie zeznania pańskiego syna. Pamięta, że wkrótce po wyjściu z biura usłyszał za sobą kroki. Potem prawdopodobnie otrzymał w tył głowy cios, który pozbawił go przytomności. Złoczyńcy zawlekli go na cmentarz, nie było to trudne, znajduje się tuż przy ulicy. Tam go skatowali. Daniel nie widział ich twarzy. Nie pamięta żadnych szczegółów, które pozwoliłyby ich zidentyfikować. Raczej nigdy wcześniej ich Fragment powieści Krzysztofa Bochusa, która w marcu 2017 roku ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza SA. 32 Czarny manuskrypt nie widział. Wie tylko, że było ich dwóch... tak sądzi. To nie pomogło w policji w poszukiwaniu sprawców... - Śledztwo nic nie ustaliło... Mam wrażenie, że policja niespecjalnie się starała... - Niestety... może dlatego, iż tutejsza policja zaaferowana jest morderstwami księży, słyszał pan o nich zapewne, panie Bohn. Ale mnie interesują słowa, jakie usłyszał Daniel pod koniec tej, proszę wybaczyć, egzekucji: „To wiadomość od starego ”. Tak zeznał, choć z pewnym wahaniem. - Tak, zaiste. - Słowa te sugerowałyby, że złoczyńcy zmasakrowali Daniela na zlecenia swojego herszta, owego „starego”. Z tego, co wiem, policja poszła tym tropem. Zasięgnięto języka u policyjnych szpicli i informatorów, przesłuchano kilku tutejszych rzezimieszków. Ale w takim miasteczku jak Kwidzyn trudno o jakieś zorganizowane grupy przestępcze. Tutaj nie ma żadnego capo di tutti capi. Nikt nie słyszał o żadnym „starym”. Zresztą czemu miałoby służyć bezlitosne zmasakrowanie i okaleczenie pańskiego syna? Przecież jeśli chodziłoby o pieniądze, mogli porwać Daniela, schować w jakiejś szopie na wsi i zażądać okupu, prawda? A gdyby szło o jakiś rodzaj zemsty, mogli go śmiało zabić i zostawić na tym cmentarzu. A jednak nic takiego nie zrobili. Wybryk antysemicki? Wątpię. Po cóż mieliby zostawiać jakąś wiadomość? Poza tym, jak ustaliłem, w mieście dotychczas nie dochodziło do aż tak dramatycznych zdarzeń. Moim zdaniem motyw tych bandziorów musiał być inny. Bohn słuchał ze wzmożoną uwagą. To, co wziął początkowo za rutynową wizytę kolejnego policjanta, pogardzającego bogatym kupcem, przybierało zgoła odmienny charakter. Ten dziwny oficer, znający się na malarstwie Anselma Feuerbacha, bardzo różnił się od radcy Mehringa, który nawet nie skrywał swej niechęci do Bohna. Co więcej, najwyraźniej naprawdę chciał pomóc. Zamierzał odnaleźć ludzkie bestie, które próbowały odebrać mu jedyne światło jego źrenic. Obrzucił zmęczonym wzrokiem swoją Kunstkammer, domową jaskinię skarbów, do której eksponaty zbierał przez lata po aukcjach w Wiedniu, Berlinie, Gdańsku czy w salonach Haberstocka2. Oddałby wszystkie te dzieła sztuki, bez wahania, za powrót do zdrowia tego okaleczonego, bezwolnego ciała, które leżało w sypialni i które jeszcze niedawno było jego roześmianym, pełnym życia synem. Złożył dłonie, jak zawsze wtedy, gdy musiał podjąć decyzję. - Co pan ma na myśli, panie radco? - Zanim odpowiem, panie Bohn, czy mogę mieć jedną prośbę? Czy mógłbym zajrzeć do Daniela? To ważne, a ja obiecuję, że zabawię tam tylko parę minut i będę bardzo delikatny. Bohn wyraźnie się wahał, ale wreszcie wyraził zgodę. Wezwał pokojówkę, która poprowadziła Abella do sypialni chłopca. Sam ciężko opadł na fotel. Sypialnia, w której leżał Daniel, znajdowała się na piętrze. Służąca po cichu otworzyła drzwi. Chory spał. Lekko przekrzywiona głowa spoczywała na śnieżnobiałej poduszce, 2 Karl Haberstock - znany niemiecki handlarz dziełami sztuki. Krzysztof Bochus 33 w aureoli rudych włosów, jakie zapewne odziedziczył po ojcu. Gdyby nie krwawe wybroczyny na wychudzonej twarzy i wystający spod kołdry gips, można by sądzić, że młody Bohn odsypia jakąś szaloną gimnazjalną imprezę. Abell rozejrzał się po pokoju. Wystrój nie pasował do siedemnastolatka. Ściany pokryte były tkaniną w kolorze miodu, wytłaczaną w marokańskie arabeski. Nad wezgłowiem łóżka wisiał skromnie oprawiony portret Erazma z Rotterdamu, przenikliwie spoglądającego w dal, zapewne w kierunku swojej krainy wiatraków. Na biurku w stylu boulle piętrzyły się stosy map, podręczników i zeszytów szkolnych. Obrazu stonowanej elegancji dopełniał leżący na podłodze wspaniały dywan perski w regularne geometryczne wzory. Jedynym młodzieżowym akcentem była biblioteka wypełniona książkami Jamesa Feni-morea Coopera i Karola Maya. Radca pochylił się nad chłopcem. Uważnie wpatrywał się w dziwną kolistą krzywiznę, jaką pozostawił na jego czole nóż napastnika. W raporcie policyjnym z przesłuchania Daniela wyczytał, że rana wygląda jak wycięta w skórze litera O lub cyfra 0. Widocznie ktoś postanowił chłopca nie tylko skatować, ale i oszpecić na całe życie. Abell drgnął. Od przesłuchania minęło kilkanaście dni. Zauważył, że brzegi rany zdążyły się już lekko zasklepić, a tam gdzie nóż wodził płyciej, nawet zabliźnić. To, co widział teraz, zdecydowanie wyglądało na inną literę. Wrócił do salonu, tak jak obiecał, po kilku minutach. - Dziękuję panie Bohn, wiem, że to nie było dla pana łatwe. Chłopiec spał. Nie miał świadomości, że w pokoju jest ktoś obcy. A teraz wróćmy do możliwego motywu sprawców. Oczywiście, to tylko hipoteza - zastrzegł się Abell. - Załóżmy, że Daniel nieprecyzyjnie powtórzył słowa, jakie usłyszał od swoich prześladowców, co byłoby zresztą zrozumiałe w jego stanie. Przyjmijmy także, że wypowiedziano je właśnie po to, by syn je powtórzył. - Powtórzył komu? - zapytał zbielałymi ustami Bohn. - Panu, panie Bohn. Myślę, że te słowa brzmiały: „Wiadomość DLA starego”. Przyjrzałem się także ranie na czole pańskiego syna. Jestem pewien, że wyryto tam literę C. To może być dalsza część tego przekazu. Domyśla się pan, kto i po co mógł to zrobić? W zapadłej ciszy słychać było tylko ciche tykanie zegara stojącego na rzeźbionej konsoli. Dwa metalowe ptaki na jego koronie czujnie spoglądały z góry na cyferblat, jakby pilnując tego szafarza czasu. Stary zmęczony człowiek przez kilka minut kołysał się na fotelu w przód i w tył. Przez jego twarz przepływały na przemian fale zmieszania i wzburzenia. Wreszcie pochylił się ku Abellowi i powiedział: -Jak mogłem być taki ślepy! Taki głupi! Gdyby nie moja pycha i chciwość, Daniel nadal byłby tym dawnym szczęśliwym, niewinnym i słodkim dzieckiem. „Wiadomość dla starego”! I to C! C! To wszystko zmienia, panie Abell. Wszystko zmienia! Jeśli było tak, jak pan mówi, to jest tylko jeden człowiek, który mógłby pragnąć mojej zguby. 34 Krzyżackie warownie ze zbrodnią w tle KRZYŻACKIE WAROWNIE ZE ZBRODNIĄ W TLE Z KRZYSZTOFEM BOCHUSEM, AUTOREM KRYMINAŁU „CZARNY MANUSKRYPT” ROZMAWIA ARKADIUSZ KOSIŃSKI Kostiumy historyczne się zmieniają. Ludzie - ze swoją mroczną naturą i słabościami - po-zostają ciągle tacy sami - mówi Krzysztof Bochus, autor „Czarnego manuskryptu ”. Arkadiusz Kosiński - „Czarny manuskrypt” to pański literacki debiut. Do tej pory realizował się Pan raczej na niwie dziennikarskiej, publicystycznej. Skąd zatem pomysł na książkę? Krzysztof Bochus - Rzeczywiście, przez wiele lat byłem zawodowym dziennikarzem. Napisałem wiele tekstów i artykułów, ale wszystko to były formy krótsze i bardziej ulotne. Pomysł napisania rasowego kryminału w scenerii krzyżackich zamków chodził mi po głowie od lat, ale zawsze brakowało mi czasu na realizację tego zamierzenia. Nie marnowałem jednak czasu i przez kilka ostatnich lat czytałem literaturę fachową, budowałem zręby fabuły. Właściwy moment nadszedł ... . . ,, i» . i ■ Krzysztof Bochus, fot. archiwum autora w ubiegłym roku. W moim przypadku „zagrał także katalizator innego rodzaju, o bardziej subiektywnym charakterze. W minionym roku przygotowywałem się do bardzo skomplikowanej operacji serca. Wiedziałem, że może być różnie. Czekając na zabieg zacząłem pisać, aby nie myśleć o złych rzeczach. I książka wreszcie powstała. Jak wyglądała praca nad powieścią? Rozmawiał Pan z historykami, studiował archiwalne materiały, publikacje...? Praca nad książką zajęła mi ponad dwa lata, oczywiście włącznie z pisaniem. Miejsce szczególne w tych przygotowaniach zajęła historia zakonu niemieckiego. Od początku chciałem, aby scenerią mojej powieści były krzyżackie zamki w Malborku i Kwidzynie, być może dlatego, że moim zdaniem nadal nie doceniamy tych gotyckich skarbów. Rycerze z krzyżami na płaszczach nieźle nabroili w naszej historii, ale przynajmniej pozostawili nam po sobie wspaniałe zabytki kultury materialnej. Jeśli to była jakaś forma przeprosin po latach - to ja ją przyjmuję. W książce pojawia się wątek historyczny, więcej zdradzić nie mogę, ze zrozumiałych względów... Uwiarygodnieniu tego wątku służył niezbędny research, przygotowywanie stosownej dokumentacji, czytanie literatury naukowej o zakonie krzyżackim. Studiowałem także archiwalne materiały i filmy Arkadiusz Kosiński 35 o Marienwerder i Marienburgu, oglądałem stare mapy, widokówki i zdjęcia obu miast. Tylko wtedy bowiem, gdy uwiarygodnione jest społeczne tło powieści - Czytelnik uzna-je, że opisywana historia mogła się zdarzyć. Ale chcę wyraźnie zaznaczyć: „Czarny manuskrypt” to powieść kryminalna, która ma zaciekawić czy uwieść Czytelnika - ale na pewno nie praca naukowa. Ile w książce jest fikcji, a ile odniesień do rzeczywistości? Przedwojenny Kwidzyn jest tylko scenerią do wydarzeń, które nie wydarzyły się przecież naprawdę. Moją ambicją było napisanie wciągającego kryminału o frapującej fabule i dobrze zarysowanych portretach psychologicznych bohaterów. O tym czy mi się to udało, zdecydują Czytelnicy. Odniesienia do rzeczywistości? Kostiumy historyczne się zmieniają. Ludzie - ze swoją mroczną naturą i słabościami - pozostają ciągle tacy sami. Tak samo wieczna i nieprzemijalna jest żądza władzy i pieniądza czy też fascynacją obłąkańczymi ideami. O tym także jest ta książka. Oczywiście, pisarz powinien dbać o prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń i unikać rażących błędów. Ale najważniejsza jest fabuła i dobrze skonstruowana, wciągająca opowieść. Jeśli coś mi przeszkadza, to dopuszczam odstępstwa od rzeczywistego stanu rzeczy. W mojej książce starałem się możliwie wiernie oddać realia opisywanych miast i zamków krzyżackich. Z jednym wyjątkiem: ze względów fabularnych katolicką parafię, z której wywodzili się mordowani księża świadomie „przeniosłem” bliżej kwidzyńskiej katedry, chociaż w rzeczywistości świątynia ta pozostawała w owym czasie we władaniu ewangelików, co zresztą zaznaczam w przypisach do książki. Mam nadzieję, że czytelnicy z rodzinnego miasta wybaczą mi tę licentia poetica, rozumiejąc, że „Czarny manuskrypt” to fikcja literacka. Fałszywi chrześcijanie, samobójcy, fanatyczni nacjonaliści, członkowie tajemnego bractwa. Wybuchowy i odważny zestaw. Dodałbym do tego spektakularne zabójstwa, chociaż staram się nie epatować okrucieństwem. Ale nie ma takiej zbrodni, takiego bestialstwa, którego ludzie nie popełniliby w tak zwanym reału. W naszym życiu nie na co dzień stykamy się ze zbrodnią - ale stale żyjemy w obawie, aby nic złego nie przydarzyło się nam i naszym najbliższym. Zwłaszcza, że świat za oknem jest coraz bardziej wrogi i niezrozumiały. Na co dzień doświadczamy kłamstwa, jesteśmy oszukiwani i krzywdzeni, a przede wszystkim -ulegamy mniejszym i większym strachom. Kryminał pełni rolę swoistego katharsis, oswaja lęki, pozwala je trzymać na dystans. To dlatego - tak sądzę - ta literatura gatunkowa ma tak wielu admiratorów. Wszystko inne możemy przecież odwrócić. Jeśli nas ktoś oszuka - możemy się odegrać, jeśli ktoś rzuci na nas potwarz - możemy się zrewanżować. Ale śmierci nie da się odwrócić. Zmienia ona nieodwracalnie nie tylko życie samej ofiary - co oczywiste - i jej najbliższych, przynosząc ze sobą ból i cierpienie. Zmienia się także życie mordercy. Literatura to dobre medium na opisanie tej fascynującej relacji. Montaigne w „Próbach” twierdził, że umieramy dwukrotnie -— za pierwszym razem wtedy, gdy tracimy młodość, a wraz z nią to, Co współcześnie nazywamy „jakością” życia. Dlatego druga, ostateczna śmierć jest właściwie mniej straszna. Mój bohater, Christian Abell jest właśnie w wieku, kiedy umiera po raz pierwszy. Ulatują młodość i złudzenia. Samo życie. 36 Krzyżackie warownie ze zbrodnią w tle To główny bohater niesie powieść, sprawia, że Czytelnik poddaje się narracji? To prawda, dlatego jako autor staram się nie zapominać o dwóch podstawowych prawdach. Po pierwsze - kryminał to tylko rozrywka. Dlatego musi być dobrze „opowiedziany”, z frapującą fabułą, bez dłużyzn i dramaturgicznych mielizn. I po drugie - książkę niesie przede wszystkim główny bohater. Czytelnik musi go polubić, aby poddać się narracji. Bohater mojej powieści, Christian Abell jest oficerem policji kryminalnej (Kripo). Ma trzydzieści parę lat, jest wysokim, szczupłym blondynem o hipnotyzujących oczach. Lubi eleganckie garnitury, ceni dobre zegarki Omegi. Jest bardzo skupiony na swojej pracy, wnikliwy i inteligentny. Dostrzega rzeczy niewidoczne dla innych. Wewnętrznie bardzo uczciwy i lojalny, nawet jeśli przychodzi mu za to przywiązanie do zasad, zapłacić służbową niełaską. W planie osobistym bardzo oddzielny. Małomówny, wstrzemięźliwy, a jeśli chodzi o wyrażanie emocji, nawet lekko wycofany. Zgorzkniały, ale nie cyniczny. Mimo tych znamion szorstkiej męskości można w nim wyczuć duszę romantyka. Prowadzi skomplikowane, złożone śledztwo w sposób niesztampowy, nie zawsze zgodny z oczekiwaniami przełożonych. Kilka razy myli trop, ale kierowany instynktem rasowego gliniarza i nieubłaganą logiką zbliża się krok, po kroku do rozwiązania zagadki. Czytelnik może odnieść wrażenie, że gdyby nie jego nieskrępowana wyobraźnia i wytrwałość - policja dałaby się wywieść w pole. Pomagają mu na pewno szerokie horyzonty i zainteresowania. Abell lubi to, co robi, ale jednocześnie rozumie, że świat nie kończy się na areszcie śledczym i izbie przesłuchań. Z całą pewnością trudno go uznać za bohatera ze spiżu. Budzi sympatię, ale trudno przewidzieć jego decyzje. Niektóre jego posunięcia czy wybory - zwłaszcza wżyciu uczuciowym - mogą wydawać się kontrowersyjne. Jest sprawny fizycznie, ale niepozbawiony słabości. Nie jest niezniszczalny. Jego życie kilka razy znajduje się w niebezpieczeństwie. Abell cierpi fizycznie, ulega napadom paniki. Jego przeciwnicy próbują go kolejno utopić, udusić, spalić, a nawet rozjechać. Dodatkowo cierpi na klaustrofobię, co nie sprzyja rozwiązaniu zagadki, ukrytej w podziemnych korytarzach i kryptach miasta, które sam nazywa „kretowiskiem”. Dzięki swojej inteligencji i sile woli zawsze wychodzi jednak z opresji. Czy książką celuje Pan bardziej w lokalnego odbiorcę, czyli z Kwidzyna, Malborka czy całego Pomorza, czy może treść jest na tyle uniwersalna, że lektura książki z powodzeniem przypadnie do gustu również czytelnikom, którzy w Kwidzynie czy Malborku nigdy nie byli? W „Czarnym manuskrypcie” nieustannie przewijają się moje ulubione wątki: mroczne strony natury ludzkiej, gotyckie tajemnice, zagadki historii i dzieła sztuki. Jeśli ktoś lubi te klimaty, tak jak ja - zapraszam do klubu, niezależnie od tego czy pochodzi z Kwidzyna, Gdańska czy z Warszawy. Dla mnie literatura to przede wszystkim zajmująca opowieść, nieważne czy z elementami kryminału, horroru czy melodramatu. Uważam, że kryminał, chociaż jest literaturą gatunkową o wyraźnie sprecyzowanych regułach - jest jednocześnie rodzajem dziurki od klucza, przez którą można ukazać szersze tło i „przemycić” ważne treści społeczne. Myślę, że na tym polega fenomen kryminału skandynawskiego. Bohaterowie książek Stiega Larssona czy Henninga Mankella muszą zmierzyć się Arkadiusz Kosiński 37 z dyskryminacją kobiety brutalizacją stosunków międzyludzkich, afirmacją przemocy, często wywoływanej przez kulturę masową. To także powód, dla którego ja sam wybrałem właśnie kryminał jako środek własnej ekspresji. Zresztą, zaciera się wyraźnie różnica pomiędzy literaturą wysoką a kryminałem, traktowanym wyłącznie jako rozrywka. Mój ulubiony Pierre Lemaitre dostał nagrodę Goncourtów. Ludzie generalnie poddają się dyktaturze cywilizacji obrazkowej, wiedzę o świecie coraz częściej czerpią z internetu, czytają coraz mniej książek. Jeśli dzięki erudycyjnym kryminałom ten proces zostanie choćby trochę spowolniony - to chwała kryminałom! Pochodzi Pan z Kwidzyna. Jak Pan wspomina „kwidzyńskie” czasy? To moje miasto rodzinne, tutaj wzrastałem i formowałem się jako młody człowiek. Kwidzyn był niegdyś całym moim światem. Z domu, w którym mieszkałem, przy obecnej ulicy Hallera 27 wędrowałem przez całe miasto do szkoły podstawowej numer 4, zwanej „ćwiczeniówką”. Przy samej ulicy, przed szkołą podstawową nr 5 znajdował się cmentarz. Każdorazowo podziwiałem niezwykły grobowiec niemieckiego admirała, który zmarł na zachodniej Samoa w 1898 roku. Później ten cmentarz zrównano z ziemią i na tym terenie urządzono... park. Pamiętam, że jako mały chłopak stopniowo odkrywałem niemiecką przeszłość Kwidzyna. Odnajdywałem zatarte napisy na elewacjach i na studzienkach kanalizacyjnych. Kiedyś odkryłem, że sadzawka w tzw. małpim gaju, niedaleko mojego domu, którą wykorzystywaliśmy do jazdy na łyżwach, pod warstwą szlamu i błota ukrywa ocembrowane brzegi i dno. Po prostu w czasach niemieckich była tam uporządkowana zadbana sadzawka, może lodowisko. Jako dziecko zrozumiałem, że przed Kwidzynem był Marienwerder, że jeszcze niedawno w małpim gaju bawili się chłopcy, mówiący w innym, twardym języku. Swoje kwidzyńskie reminiscencje opisałem zresztą w pracy zbiorowej „Kwidzynia-nie ptakom podobni”. Później mieszkałem 50 metrów od kwidzyńskiej katedry, często odwiedzałem celę bł. Doroty. Pamiętam pasterki w katedrze. Przeżyłem cztery niezwykłe lata w Liceum im. W. Gębika... Pokonywałem codziennie ulicę Braterstwa Narodów, która od XIX wieku była główną arterią miasta. Tymi samymi ulicami chadza mój bohater radca kryminalny Christian Abełl. Z oczywistych względów łatwiej mi było bowiem umieścić akcje w miejscu, które dobrze znam, chociaż obraz Marienwerder widoczny na stronach mojej książki jest tylko moim subiektywnym wyobrażeniem. Tego „zaginionego miasta” już przecież nie ma. Do dzieła zniszczenia przyłożyli rękę nie tylko pijani czerwonoarmiejcy, palący miasto już po zakończeniu działań wojennych, ale także socjalistyczni włodarze Kwidzyna rozbierający kamienice, które dałoby się jeszcze uratować. Ale to już zupełnie inna historia... Ważny jest dla mnie także szerszy, społeczny plan w jaki wpisana jest akcja powieści, ów kostium historyczny, w jaki ubrałem swoją powieść. Ukazuje ona opozycję dwóch światów: starego ładu weimarskiego, który na początku lat 30. ubiegłego stulecia odchodził w przeszłość - oraz rodzącej się ery nazistowskiej. To był szczególny, ze wszech miar ciekawy okres w historii nie tylko Niemiec i Polski, ale całego świata. Bardzo ciekawiący mnie, jako autora. Pragnąłem opisać ten mikrokosmos na przykładzie mniejszych społeczności. Wybrałem przedwojenny Kwidzyn i Malbork. 38 Krzyżackie warownie ze zbrodnią w tle „Czarny manuskrypt” to jednorazowa przygoda z literaturą, czy planuje Pan już kolejną powieść? Oddałem już kolejny tom z radcą kryminalnym Christianem Abellem w roli głównej. Nazywa się „Martwy błękit”, jego akcja toczy się w Wolnym Mieście Gdańsku i Sopocie. Ukaże się nakładem wydawnictwa Muza w październiku tego roku. Rozpocząłem także przygotowania do części trzeciej i ostatniej. Na koniec proszę opowiedzieć trochę o sobie. Czym się Pan zajmuje na co dzień? Jakie ma hobby, pasje? Do niedawna byłem udziałowcem spółki deweloperskiej budującej apartamenty na warszawskim Wilanowie. Ale obecnie moim głównym zajęciem jest pisanie. Wstaję o świcie, gdy porządni ludzie jeszcze śpią. Moja norma to 5 - 7 stron dziennie. Staram się unikać przerw w pracy. Każda zbyt długa pauza wytrąca mnie z uderzenia, gubię rytm i temperaturę pisania. Potem wsiadam na rower i pedałuję do tchu ostatniego. Lubię dalekie podróże i mam fioła na punkcie moich dwóch wnuków. Zadedykowałem im zresztą swoją książkę. Poza tym dużo czytam, mam swoich mistrzów, jak każdy. Żałuję, że nie przeczytam już nowego Umberto Eco. Przeklinam Stiega Larssona, że musiał wbiegać na to swoje feralne siódme piętro. Czytam dużo, ale niekoniecznie są to kryminały. Raczej fachowe książki i opracowania historyczne. Sam jestem współautorem kilku książek o profilu historycznym. Zgłębiam dzieje mojego rodzinnego Pomorza, mimo iż od czasów matury jestem warszawskim słoikiem. I szukam pomysłów na nową książkę, już bez Christiana Abella. Idzie mi ciężko, przyzwyczaiłem się do niego. Dziękuję za rozmowę. Grażyna Kamyszek 39 Grażyna Kamyszek W CIENIU ISKIER1 Po nieoczekiwanym odejściu Maćka, moje życie w Niemczech, z dala od najbliższych, nabrało nieco innego wymiaru. Zastanawiałam się często, co ja tu robię, w Gelsenkirchen, w Zagłębiu Ruhry, w jednym z największych w Europie okręgu przemysłowym zachodniej części Niemiec, w Nadrenii Pół- nocnej Westfalii, między rzeką Ruhr i Lippe. Kiedy znajomi w Polsce pytali mnie, gdzie mieszkam, podawałam trudne nazwy i miałam niekiedy wrażenie, że recytuję wierszyk na imieninach cioci, oczekując zasłużonych oklasków, a wcale nie liczyłam na entuzjazm słuchaczy. Informację przekazywałam sucho, encyklopedycznie, bez cienia emocjonalnego zaangażowania. Miałam świadomość, że nie powinnam w ten sposób myśleć i postrzegać przyjaznego mi otoczenia, ale był to dla mnie ciągle obcy kraj, mimo że stworzyliśmy tu z Thomasem ciepły, rodzinny dom, wypełniony miłością i gwarem naszych dzieci. Tęsknota za rodziną i moim miasteczkiem, podsycana wspomnieniami z dzieciństwa, wywoływała u mnie przygnębienie i wiele znaków zapytania. Karmiłam się wątpliwościami jak świeżym chlebem, kupionym w małej osiedlowej polskiej piekarence. Pachnący bochen wzmagał apetyt na kolejną kromkę, którą smarowałam grubą warstwą tęsknoty, aby postawić kolejny znak zapytania: „Co ja tu robię, do cholery?! Dlaczego opiekuję się niemieckimi Hildami, Irmami, Wernerami, tudzież Wolfgangami, zamiast uśmiechać się do Julek, Danusiek czy Tomkowi Bartków w polskiej szkole?” Częstym podsumowaniem moich przemyśleń było stwierdzenie: „Co za popieprzony świat”. Najgorsze, że w tym świecie odnajdowałam siebie, trzydziestoletnią kobietę, jako istotę beznadziejnie głupią, o wielkich pokładach indolencji, której niezaradność życiowa w znalezieniu pracy w Polsce, była wyjątkowo widoczna tu, w Niemczech, kiedy zmieniałam niektórym staruszkom pampersy. Co ja tu robię...? Moje wątpliwości niczym wędrowne ptaki wracały do miasteczka w Polsce, gdzie oczami wyobraźni przechadzałam się znajomymi uliczkami, a także odwiedzałam miejsca przywołujące wiele wspomnień, tych dobrych i tych złych. Dawna szkoła, niegdyś moje miejsce pracy, przekształcana na nowoczesny hotel mający spełniać światowe standardy, za każdym razem wywoływała we mnie złość. Najchętniej omijałabym ją szerokim lukiem, ale chcąc cokolwiek załatwić w centrum, należało Fragment nowej książki Grażyny Kamyszek IV cieniu iskier, która ukazała się pod koniec 2016 roku. 40 W cieniu iskier przejść obok niej. Za każdym razem, gdy widziałam ten pokiereszowany budynek, odradzał się we mnie najwyższy poziom podkurzenia. Wołałam przywoływać w pamięci miejsca, o których wiedziałam, że na pewno są takie same, niezmienione urzędniczą ręką ważnego decydenta, bo cóż można byłoby zrobić na przykład z moimi ukochanymi jeziorami, aby zaspokoić czyjeś chore ambicje? Spuścić z nich wodę, by przekonać się, co kryje dno? A z amfiteatrem w parku? Zburzyć i zamiast niego postawić kolejny market handlowy? A z cmentarzem? Można go było zrównać z ziemią, a resztki szczątków przenieść w jakieś bliżej nieokreślone zapadlisko, żeby ewentualny deweloper miał teren pod budowę domów. To były, na szczęście, niedorzeczne pomysły mojej wyobraźni. A wszystko to przez niewybaczalną likwidację szkoły jako instytucji oświatowej i budynku, będącego wizytówką i chlubą naszego miasta. Za każdym razem, gdy myślałam o mojej dawnej szkole, przed oczami jawił mi się nasz ukochany dyrektor, Stanisław Orzeł, znany bardziej jako Wąsacz, który walkę o budynek przypłacił ciężką chorobą. O amfiteatr i cmentarz byłam dziwnie spokojna. Wiedziałam, że jeśli wrócę nawet po wielu latach, zastanę je niepokonane, a szmer jezior dotykających mulistego brzegu i stado łabędzi proszące o kolejny kęs chleba, wyciszą mój niepokój. Wiedziałam także, że na pewno zastanę w tym samym miejscu więzienie znane w całym kraju chociażby z faktu, że swego czasu „gościło” znanych ludzi, ale tam nie ciągnęło mnie w jakiś szczególny sposób. Byłam także spokojna o skupisko dębów, których zapewne nikt nie odważyłby się tknąć, bo były pomnikiem przyrody wpisanym w historię miasta. Zawsze podziwiałam, z jaką dumą i wyniosłością patrzyły z góry te wspaniałe drzewa na toczące się życie, codzienną bieganinę mieszkańców, głośne rozmowy i szum przejeżdżających samochodów. Odkąd pamiętam, dęby, świadkowie naszego przemijania, były tu od zawsze. Dawno temu ocieniały starą karczmę, do której bardzo często zaglądał mój pradziadek, przechylając z kompanami kufel piwa po ciężkiej pracy w kuźni. W dni wypłaty prababcia mu-siała pilnować swojego męża, aby nie zostawił całej pensji pod dębami, bo tak się zatracał w przechylaniu piwska, że któregoś dnia, niedopilnowany przez swoją połowicę, wrócił do domu bez butów i marynarki, którą ktoś życzliwy powiesił następnego dnia na furtce. Kieszenie marynarki, przeszukane kilkakrotnie przez prababcię, nie oddały upragnionego portfela z całomiesięczną pensją. Babcia Zofia, będąca wtedy małą dziewczynką, odważyła się i weszła do karczmy z nadzieją naiwnego dziecka, że znajdzie gdzieś portfel z pieniędzmi ojca, ale nic takiego się nie stało. Pamięta, że przeraził ją gwar podniesionych głosów i smród wszechobecnego piwska zmieszanego z tumanami siwego dymu tytoniowego. Podeszła do kontuaru, za którym gruby jegomość napełniał kolejne kufle i zapytała cieniutkim głosikiem, czy ktoś nie znalazł portfela z pieniędzmi tatusia, bo wczoraj chyba go tutaj zgubił. Karczmarz uśmiechnął się pobłażliwie, położył na ladzie cukierka i kazał jej wracać do domu. Od tamtego incydentu pradziadek rzadziej zaglądał na piwko. Miał ogromny żal do swoich kompanów o nieuczciwość, ale nie zrezygnował zupełnie z przyjemności i od czasu do czasu moczył spragnione usta w białej piance wystającej ponad brzeg szklanego naczynia. To było ponad jego siły, a wszelkie zaklęcia i obietnice poprawy spełzły na niczym. Babcia Zofia twierdziła uparcie, że zamiłowanie do tego napoju odziedziczyłam po Grażyna Kamyszek 41 jej ojcu, a moim pradziadku, co było półprawdą. Owszem, miałam w swoim życiorysie kilka alkoholowych wpadek, ale przesadą było szukanie powiązań genetycznych z moim przodkiem. Tylko wrodzona złośliwość babci mogła pokusić się o taką interpretację moich niewinnych wyskoków na niewielkim „gazie”. Szkoda, że nie zapamiętałam mojego pradziadka, nawet na starych fotografiach nie rozpoznaję jego twarzy, a ponoć powinnam, bo gdy zmarł, byłam kilkuletnią dziewczynką, ale trzy- lub czteroletnie dziecko nie wszystko koduje w zakamarkach pamięci. Z czasem karczmę, niecne miejsce pradziadkowych ekscesów, zburzono, a dębom wyznaczono nowe zadanie. Miały odtąd stać na rondzie, strzegąc bezkolizyjnego ruchu na skrzyżowaniu, znalazły się bowiem na kolistym placu, od którego rozchodziły się promieniście dwie ulice. Babcia Zofia uważała je za drogowskaz będący wskazówTą, w którym kierunku należy pójść, aby wybrać właściwą drogę. Idąc główną ulicą w stronę ronda z dębami, można było pójść w prawo lub w lewo. Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia zawsze mi powtarzała, abym wybrała lewą stronę, bo ta wiodła do dworca kolejowego, skąd można było wyruszyć w świat, poznać życie, zdobyć wykształcenie i wrócić jako doświadczony młody człowiek z dyplomem w ręce. Wybierając prawą stronę, istniała groźba otarcia się o więzienie, którego gmach górował w tej części miasta. To był straszak kierowany pod moim adresem, a należało go odczytać - jeśli będziesz niegrzeczna i nie będziesz się uczyła, zamkną cię w więzieniu. Często słyszałam taką przestrogę z ust babci i ojca. Nie przejmowałam się proroctwami, uznając je za szczyt głupoty dorosłych ludzi. Wprawdzie wybierałam kierunek rekomendowany przez nich, ale tylko po to, aby poznać życie w jeziornych chaszczach podczas szkolnych wagarów, przechylając butelkę taniego wina, podawanego sobie z ust do ust niczym fajkę pokoju i utrwalanego najgorszym gatunkiem papierosów, w które zaopatrzeni byli koledzy z klasy. Kiedy zaciągałam się dymem papierosowym, udawałam osobę doświadczoną w paleniu, a w gruncie rzeczy nie znosiłam ani zapachu, ani cierpkiego smaku, który na długo pozostawiał uczucie nieświeżego oddechu, ale czegóż nie robi się dla szpanu. Nie chciałam uchodzić za wymuskaną lalunię, gorszącą się upodobaniami ogółu. Weszłam między wrony, więc krakałam jak one, a że śmierdziałam jeszcze przez dwa dni jak stara popielnica, to nie miało znaczenia. Liczyło się uznanie, które działało jak balsam: „Z tej Renaty to równa babka, nie zakabluje matce (zastępcy dyrektora szkoły), bo sama musiałaby na siebie donieść”. Nie przypominam sobie, aby między nami krążyły narkotyki, ale po zachowaniu niektórych osób, co uświadomiłam sobie dużo później, doszłam do wniosku, że musiało być coś bardziej „dopalającego”. Nie pytałam i nie dociekałam. No i co z tego, kiedy i tak czułam się wyobcowana i często spychana na aut, z którego rzadko udawało mi się zająć ważną pozycję w klasowej hierarchii. Wracając z wagarów, nie szliśmy zwartą grupą, lecz przemykaliśmy do swoich domów pojedynczo lub parami. Niektórzy kierowali się w stronę dworca, nie po to, aby ruszyć w wielki świat, ale chyłkiem dotrzeć pod swój adres i udawać zmęczenie szkolną harówką. Inni, tak jak ja, wracali w kierunku dębów. A one? Patrzyły na nas z dobrotliwym przymrużeniem zielonych liści, jakby rozumiały prawa młodości. Miałam do dębów, 42 W cieniu iskier świadków mojego dzieciństwa i młodości, szczególny szacunek. Przemijały razem z nami, z Wąsaczem i z Maćkiem, których nie było już wśród żywych. Ilekroć mijałam rondo wypełnione grubymi dębowymi pniami, tylekroć spoglądałam ku górze, aby dostrzec, czy nie pojawiły się kolejne suche gałęzie, świadczące o niezbyt dobrej kondycji drzew. Z roku na rok przybywało ich coraz więcej, wzbudzając mój niepokój, wszak drzewa umierają w bezgłośnym oczekiwaniu, aż jakieś wrażliwe oko zauważy martwe odnogi żałośnie wołające o ratowanie tych jeszcze żywych. Gdy w Niemczech myślałam o moim mieście i rodzinie, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Nigdy nie rozumiałam tych, którzy za wszelką cenę chcieli uciekać ze swoich małych mieścin, plotkarskich grajdołów, jak je pogardliwie nazywali, do miejsc kuszących lepszymi perspektywami. Mnie nigdy nie ciągnęło do wielkich metropolii. Wiedziałam, że po studiach wrócę do miasteczka i w nim będę budować swoje dalsze życie. Tutaj czułam się najlepiej, najpewniej i najbezpieczniej, a niepowtarzalna prowincjonalna atmosfera tkwiła w pamięci i oddychała wydarzeniami z dzieciństwa, pielęgnując je z ogromnym pietyzmem. Tylko tutaj można było z uśmiechem na ustach przyglądać się identycznym koszulom nocnym, które powiewały dumnie na małych balkonach. Wielkie grochy biły po oczach ostrymi kolorami, informując przechodniów, że akurat w domu towarowym była swego czasu dostawa tanich, ale jakościowo dobrych tekstyliów. Na naszym balkonie też suszyły się od czasu do czasu kolorowe grochy. Upolowane z trudem przez babcię, walczącą dzielnie w kolejce o przydziałowe dwie sztuki, powiewały triumfalnie, nadymając się dumnie jak kolorowe balony. Podobnie rzecz się miała z męskimi koszulami. Pamiętam, jak w kościele liczyłam panów, którzy mieli na sobie to samo odzienie. Pamiętam także wściekłą minę babci i ostrego kuksańca, przywołującego mnie do porządku, gdy szczerzyłam swoje szczerbate uzębienie i krztusiłam się ze śmiechu na widok mężczyzn paradujących dostojnie, aby przyjąć komunię świętą. Wyglądali jak drużyna sportowców jednakowo ubranych w kraciaste koszule. Wśród moich znajomych byli i tacy, którzy przyjechali do miasteczka z wielkich metropolii. Wskoczyli tylko na chwilę, zboczyli z drogi i zostali już na zawsze, jak nasz ukochany Wąsacz, prowincjonalny wojownik, walczący bezskutecznie o przetrwanie szkoły. W Niemczech brakowało mi wszystkiego, co wiązało się z małomiasteczkowymi klimatami. Tęskniłam i z tego powodu często byłam rozdrażniona. Sama czułam się z tym źle, bo otoczenie obdarzało mnie uśmiechem, miłym słowem, a ja w zamian odwdzięczałam się chmurną miną. Zanudzałam ich nostalgicznymi smętami, bo tak niektórzy odbierali moją tęsknotę. Leszek Sarnowski 43 ISKIERKI SĄ ZARODKIEM OGNIA Z GRAŻYNĄ KAMYSZEK, AUTORKĄ KSIĄŻKI „W CIENIU ISKIER”, ROZMAWIA LESZEK SARNOWSKI Leszek Sarnowski: - Mówią, że późny debiut, ale to chyba przesada, bo można też powiedzieć, że dojrzały. Można, posiłkując się Stachurą, że „się pisało” pewnie wcześniej, tylko, no właśnie, zabrakło odwagi, pewności siebie, determinacji? Czego? Grażyna Kamyszek: - Pisało się, pisało... W szkole podstawowej były to rymowanki, pokusiłam się nawet o powieść, której chyba jeszcze nie zniszczyłam. Może znajdę ją kiedyś przy o było sztumskie liceum i prof. Jan Grażyna Kamyszek, fot. archiwum autorki miał szczególny dar do zainteresowania kazji jakichś generalnych porządków w domu. Potem Ziarko, który uczniów literaturą. W tajemnicy wysyłałam swoje prace na różne konkursy. Otrzymy walam nagrody, najczęściej w postaci bonów, za które kupowałam słowniki językowe. Potem studia, praca w szkole, rodzina i... emerytura. Przemijanie przyjęłam z pokorą. Żegnając się z gronem nauczycielskim zacytowałam fragment wiersza H. Poświatowskiej „Koniugacja (ja minę, ty miniesz ...). Miałam sporo wolnego czasu, więc zaczęłam zaglądać do starych notatek i wtedy zbuntowałam się, dotarło do mnie, że ja jeszcze nie minęłam, i może warto wrócić do tego, co kiedyś sprawiało mi dużą frajdę. Wreszcie miałam czas na realizację marzeń, ale ciągle brakowało mi odwagi. Opowiadania, które wysyłałam do „Prowincji były okupione niezłą dawką nerwów, ale też apetytu, aby zmierzyć się z czymś poważniejszym. No i zmierzyłam się. Gdybym była młodsza, chyba nie pootwierałabym szuflad z rękopisami. Odwaga przyszła z wiekiem. Żartuję, że musiałam dojrzeć, przekwitnąć, żeby urodzić. Chciałam udowodnić sobie i moim bliskim, że ludzie starsi, jakimi uczynił nas czas, mogą jeszcze wykrzesać z siebie iskry i spełniać swoje marzenia. - Zajmować się dziś literaturą to nie lada wyzwanie i determinacja, kiedy z badań wychodzi, że niewielki odsetek naszych rodaków czyta książki, bo nawet ci, którzy się do tego przyznają, że przeczytali np. jedną-dwie w roku, mogli np. przeczytać książki kucharskie, przy całym szacunku do tych książek. Zatem czy jest dla kogo pisać? - Zdawałam sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jest więcej osób piszących niż czytających, a powieści obyczajowe wiodą prym na rynku księgarskim. To było nie iada wyzwanie z mojej strony, a jeszcze świadomość, że jakaś Kamyszek, nikomu nieznana emerytka dorzuca do obyczajówki swoje trzy grosze, by koniecznie zaistnieć na rynku wydawniczym, było dla mnie dużym aktem odwagi. Mimo to podjęłam ryzyko, któremu 44 Iskierki są zarodkiem ognia nie przyświecała chęć wzbogacenia się ani wielkiej sławy. Chciałam po prostu urzeczywistnić swoje marzenia. Nie ukrywam, że urodziłam się w połowie ubiegłego wieku, więc nie mam zbyt wiele czasu na realizację swoich zamierzeń. Czy jest dla kogo pisać? Gdyby tak nie było, nie wydałabym drugiej, a potem trzeciej części „Iskier”. Zmotywowali mnie do tego czytelnicy bibliotek, w których miałam spotkania, a także moi przyjaciele i rodzina. Zachęcali do kontynuacji losów bohaterów, sugerowali, jakie widzieliby zakończenie. Kiedy dzielili się ze mną swoimi emocjami, wiedziałam, że ich przeżycia związane z poszczególnymi wydarzeniami i bohaterami są prawdziwe. Na jednym ze spotkań w domu sanatoryjnym, gdy zaczęłam opowiadać o moich książkach, jedna z pań przerwała mi mówiąc, że zna treść powieści, dzięki koleżance, która na siłę wcisnęła jej 2 tomy, wiedząc że interesują ją wyłącznie kolorowe czasopisma. Gdy przeczytała moje książki, zaczęła częściej korzystać z biblioteki, a mniej z plotkarskich czasopism. Czyż może być piękniejszy komplement dla autora? - Cztery lata i trzy książki to niezły wynik. Jak to się robi? - Miałam sporo wolnego czasu i wiele pomysłów na budowanie poszczególnych wątków. Każdy autor ma swój sposób na pracę z tekstem. Zanim zaczęłam pisać, miałam w głowie pierwszą i drugą część. Korzystałam z niewielu notatek, które kiedyś robiłam podczas kolejnego pobytu w Gelsenkirchen, gdzie jest szczególnie wielu emigrantów z Polski. Często byli to przypadkowi ludzie, którzy wyjechali z kraju w różnych okresach swego życia. Prawie wszyscy mówili o tęsknocie za krajem, chociaż byli i tacy, z którymi rozmowy nie należały do przyjemnych. Wiedziałam, o czym będą poszczególne rozdziały. Zrobiłam konspekt, ale nie trzymałam się go, bo stwierdziłam, że sama siebie ograniczam, więc pisałam trochę na żywioł. Miałam taki zamysł, aby wydać jeden tom składający się z dwóch części. Jednak doszłam do wniosku, że zrobię to w rozbiciu na dwa tomy, tym bardziej, że drugi wymagał wielu poprawek. Trochę dłużej pracowałam nad trzecią częścią. Gdy postawiłam ostatnią kropkę, zamknęłam komputer z tekstem i nie zaglądałam do niego przez 3 miesiące. Leżakował i dojrzewał jak zielony pomidor. Chyba dobrze mu to zrobiło, bo spojrzenie z dystansu pozwoliło na dokonanie kilku istotnych poprawek. - Zobaczyć iskry, Zatrzymać iskry, W cieniu iskier. Skąd te iskry? - Iskierki są zarodkiem ognia, który odpowiednio podsycany może dać człowiekowi dużo energii, otuchy i optymistycznego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. Taką symboliczną wymowę mają iskry w moich powieściach. Najpierw ma zobaczyć je Renata, główna bohaterka, która po utracie pracy powinna, zdaniem ojca, szukać jakiegoś zajęcia tak intensywnie, aż będą iskry sypać się spod butów. Maciek, przyjaciel Renaty, w dniu jej wyjazdu do pracy do Niemiec, wręcza jej mały płaski kamień i prosi, aby rzuciła nim na niemieckim bruku, pod warunkiem, że dostrzeże sens życia w tym obcym kraju. Ma rzucić kamieniem tak mocno, żeby dostrzegła sypiące się iskry. Jeśli tak się stanie, niech dba o nie, nie pozwoli im zgasnąć, niech je przygarnie i pielęgnuje. Nieraz bywa tak, że w naszym poukładanym życiu pojawiają się zadry, które burzą nasz spokój. O tym jest trzecia część „iskier”. Mam nadzieję, że czytelnicy dostrzegą symbolikę i metaforyczne znaczenie iskier. Ja zobaczyłam iskierki, gdy próbowałam swoich sił na Leszek Sarnowski 45 łamach „Prowincji” zatrzymałam je i pielęgnowałam, wydając powieści z nadzieją, że nie znajdę się w ich cieniu. A jeśli nawet, to radość ze spełnienie marzeń i tak jest wielka. - Każdy autor jest jakoś zakorzeniony, mimo że stara się być uniwersalny. Na kartach Pani powieści wraca Pani do dawnego Sztumu. Jaki on był, jaki jest w Pani wspomnieniach i książkach? - Sztum na stałe zagościł w moim sercu, mimo że w Ustce mieszkam już 43 lata. To piękne nadbałtyckie miasto przygarnęło mnie z ogromną życzliwością, ale zawsze w jego cieniu pozostawał Sztum. W każde wakacje wracałam tu i ciągle jeszcze wracam, do rodziny, przyjaciół, znajomych i do „Prowincji”. Czytelnicy, którzy znają moje książki, na pewno zauważyli, że są dwie główne bohaterki powieści - Renata i towarzysząca jej nieustannie nostalgia. Ja zawsze tęskniłam za miastem mojego dzieciństwa i młodości. Pielęgnowałam i nadal pielęgnuję wspomnienia związane z wczesnym dzieciństwem na zydlungowych podwórkach, zabawy z polskimi i niemieckimi rówieśnikami, którym obojętne było jaki naród reprezentują. Nieco później były inne atrakcje, kryjące się za dwoma rzędami drutów kolczastych. Byli to więźniowie, którym trzeba było przerzucić od czasu do czasu trochę owoców z naszego ogrodu lub poratować paczką papierosów. Dzisiaj, kiedy chodzę po pięknym miejskim parku, zawsze przywołuję w pamięci stary cmentarz, po którym biegaliśmy, potykając się o rozwalone nagrobki, a także cygański tabor, będący nie lada atrakcją dla uczniów trójki (dzisiaj jest tam sąd). Mimo że Sztum bardzo się zmienił, wypiękniał, nie stracił swojego dawnego klimatu. Czuję go, mijając skupisko dębów przy rozwidleniu ulic, wdychając zapach jezior, patrząc na budynki, które ciągle są w tym samym miejscu: kino, szkoły, przychodnie, zakład karny. O wielu tych miejscach piszę w moich książkach. Ustczanie muszą mi wybaczyć, że akcji nie umieściłam w mieście, w którym spędziłam większość życia. Jestem ukorzeniona nad sztumskimi jeziorami i przywołane epizody z mojego życia niech będą podziękowaniem dla mojego miasta za to, że ciągle jest w moim życiu, za wspaniałe dzieciństwo i młodość, za życzliwych ludzi, których spotkałam i ciągle spotykam na swej drodze. -Jedna z recenzentek Pani książki „Zobaczyć iskry” napisała, że jest to książka „w nienatrętny sposób zmuszająca do przemyślenia sobie pewnych spraw”. No właśnie, na jakich sprawach Pani najbardziej zależy? O jakich sprawach chce Pani swoim Czytelnikom opowiedzieć czy skłonić do refleksji? - Zanim zaczęłam pisać powieść, udało mi się posiąść pewną wiedzę na temat rozterek, które towarzyszą Polakom na obczyźnie. Rozmawiałam z wieloma rodakami w różnym wieku i o różnym stosunku do naszego kraju. Wielu z nich, tak jak moja bohaterka, tęskni za krajem, nie może zasymilować się ze środowiskiem, w którym przyszło im żyć. Tęsknota jest wpisana w emigrację, ale nie należy zapominać o ludziach i miejscach bliskich naszemu sercu, a z tym bywa różnie. W Ustce mieszkam na osiedlu, gdzie otaczają mnie smutne domy. Tylko starzy rodzice pozostali i czekają z utęsknieniem na dzieci, które być może zawitają latem na urlop z Anglii, Holandii czy Niemiec. Tam rodzą się polskie dzieci, tam będą chodzić do szkoły. Przykre to, że sytuacja ekonomiczna zmusza wielu Polaków do wyjazdu. Nie mam 46 Iskierki są zarodkiem ognia nic przeciwko emigracji zarobkowej. Przyszło nam żyć w trudnych czasach, ale dobrze by było, aby nie zapominać o swoich korzeniach, rodzinach i polskich tradycjach. Jedna z moich znajomych, mieszkająca w Holandii, opowiadała mi, jak bardzo była zawiedziona, że nie mogła w kościele katolickim poświęcić koszyczka wielkanocnego, aby podtrzymać tradycję wyniesioną z polskiego domu. To wszytko powinno skłaniać do refleksji. - Uczestniczy Pani w wielu spotkaniach z Czytelnikami promując swoje kolejne książki. Jak reagują na Pani powieści obcy, przyjaciele, uczniowie rodzina? - Bardzo bałam się spotkań z Czytelnikami, ale umowa z wydawnictwem obliguje mnie do promowaniu moich książek, więc nie mam wyjścia. Każde spotkanie jest dla mnie stresujące, ale każde wnosi dużo sympatii, wiele ciepłych słów i przekonanie, że warto było się odważyć, aby wydać powieści. Są i tacy, u których dostrzegam szczere zdziwienie, że w moim wieku mam jeszcze ochotę na emerycką pisaninkę. Niektórych interesuje głównie, ile na tym biznesie można wyciągnąć. Ignoruję takie pytania i mówię, że jest dzisiaj brzydka pogoda. Cenię sobie pytania typu; jak ma się fikcja do rzeczywistości, skąd czerpię pomysły, dlaczego obdarzyłam takimi a nie innymi cechami charakteru niektóre postaci. Niektórzy mają mi za złe, że uśmierciłam jednego z bohaterów, inni nie mogą mi wybaczyć, że nie rozwinęłam wątku dotyczącego Ryfki. Pytają także o pierwowzór seniorki rodziny, babcię Zofię i inne „moherowe panienki”. Z ogromną sympatią podchodzą do moich poczynań moi dawni uczniowie. Czytelnicy uświadamiają mi, że moje książki uczą, bawią, wzruszają i zmuszają do refleksji. Najwięcej uszczypliwych uwag słyszę od rodziny i przyjaciół, ale nie obrażam się, bo niejednokrotnie mają rację, chociaż z zarzutem, że w moich książkach jest za mało seksu nie mogę się pogodzić. Piszę o tym bardzo subtelnie, spuszczając zasłonę, aby pobudzić wyobraźnię niektórych, ale nie wszystkich to satysfakcjonuje. Może niektórym brakuje wyobraźni? - No to w takim razie co dalej? - Na razie spokój w komputerze. Palce nie biegają po klawiaturze, ponieważ sprawy rodzinne przesłoniły nieco moją pisaninkę, ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Może znowu zobaczę iskierki i spróbuję je zatrzymać... - Dziękuję za rozmowę. Esej Andrzej C. Leszczyński i OKRUCHY I ■ JESTEM ŻYDEM Kazimierz Brakoniecki, omawiając w olsztyńskiej „Borussi” książkę Piotra Zychowicza pt. „Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie”, wspomina swe młodzieńcze wyzwalanie się z ojcowsko-łomżyńskiego antysemityzmu. Lektura wierszy Allena Ginsberga, Bolesława Leśmiana i Aleksandra Wata, żydowskość Jezusa, Marksa czy Einsteina, wstrząs po Holokauście - wszystko to kształtowało postawę ńlosemicką. Zatęchły, narodowo-komu-nistyczny klimat Olsztyna, do którego pisarz wrócił po studiach, kazał mu rozpowiadać gdzie tylko się dało, że sam ma pochodzenie żydowskie. O tym, że wzięto na poważnie te wyznania, świadczyły przygody nieświadomej niczego matki pisarza (wilnianki, z domu Sokolskiej), którą jakiś śledczy dopytywał o prawdziwe, czyli żydowskie nazwisko. Przychodziły mi do głowy podobne pomysły. Gdy w towarzystwie zaczynano mówić o syjonistycznych mackach i rechotać na temat żydków, mówiłem, że czuję się obrażony, ponieważ jestem Żydem. Na nerwowe wyjaśnienia ówczesnej żony („Andrzej tak tylko żartuje”) odpowiadałem, że wcale nie żartuję i że od dawna chciałem jej to wyznać. Patrzyła na mnie lekko zdezorientowana. W innej sytuacji, gdy usłyszałem o czarnuchach obłażących europejskie miasta (dotyczyło to Paryża), ujawniłem, że też jestem czarnuchem, tyle że białoskórym. Na dowód, że jest to możliwe, przywołałem film „Piętno” Roberta Bentona (oparty na prozie Philipa Rotha). Bohater, grany przez Anthony'ego Hopkinsa, jest białoskórym Afroamerykani-nem skrywającym swą tożsamość przed rasistowskim otoczeniem (uchodzi za Żyda). Piotr Zychowicz odrzuca wszelkie uogólnienia i stereotypy tyczące Żydów. Nie dostrzega rasy, narodu, religii - lecz poszczególnych ludzi, szlachetnych, niegodziwych, mądrych, głupich, itp. Kazimierz Brakoniecki tak samo. Nie szuka Żyda w Żydzie, Niemca w Niemcu czy Polaka w Polaku - lecz Człowieka w każdym z nich. Zychowicz widzi jedną tylko cechę wspólną Żydów: są niezwykle interesujący. Brakoniecki podpisuje się pod tym stwierdzeniem. Ja też. CZŁOWIEK, CZŁOWIECZEŃSTWO „Furia i chłód”: pod takim tytułem snuje fascynujące i - trudno ukryć - przygnębiające rozważania Jan Tokarski w„Kronosie” (2, 2016). Rozważania o zbrodni. Najpierw szekspirowski Makbet, nieszczęsny aktor w theatro malum reżyserowanym przez własną żonę. To ona jest architektem - on ledwie wykonawcą. Ona kalkuluje na zimno, on miota się, działa w gorączce targany pozostałościami moralnych poczuć, zadręcza się tym, co zrobił („Gdybym był umarł wcześniej o godzinę,/ Miałbym szczęśliwe życie”), Lady M. z chłodną rzeczowością tłumaczy mu, że „Co nieodwracalne,/ Niewarte troski. Już się nie odstanie”. Makbet, zauważa Tokarski - jak bodaj każdy z ludzi, gdy pchnąć go w odpowiednią stronę - zdolny jest do wszystkiego. 48 Okruchy Z takiej właśnie konstatacji wziął się dwudziestowieczny egzystencjalizm, pokazujący człowieka nie chronionego przez jakiekolwiek niezależne od niego bezpieczniki („istota”, „esencja”, „natura”). Jak pisał Jean-Paul Sartre („Egzystencjalizm jest humanizmem”), „[...] człowiek najpierw istnieje, zdarza się, powstaje w świecie, a dopiero później się definiuje. Człowieka w pojęciu egzystencjałisty nie można zdefiniować dlatego, że jest on pierwotnie niczym. Będzie on czymś dopiero później, i to będzie takim, jakim się sam uczyni”. Coś podobnego mówi Bóg do Adama w piętnastowiecznej mowie o godności człowieka („De hominis dignitate”) Giovaniego Pico della Mirandoli: „Nie uczyniłem cię ani niebiańskim, ani ziemskim, ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś sam w sposób wolny i godny ciebie tworząc siebie, nadał sobie kształt, jaki zechcesz”. Druga wojna światowa najpełniej chyba ujawniła, do czego zdolny jest człowiek będący bytem otwartym - obdarzonym wolnością (skazanym na wolność?). Pokazała, że może wspiąć się na wyżyny doskonałości moralnej, może też osunąć się w przepaść niewyobrażalnego znikczemnienia. Tą drugą możliwość egzemplifikuje Tokarski odwołują się do „Łaskawych” Jonathana Littella. Bohaterem powieści jest Maksymilian Aue, uczestnik zbrodniczych aktów i ich racjonalny komentator, odsłaniający łatwość udziału w ludobójczej strukturze. „Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo. [...] Jeżeli urodziliście się w kraju lub w epoce, w której nie tylko nikt nie zabija waszych żon i dzieci, lecz także nikt nie każę wam zabijać żon i dzieci innych ludzi, chwalcie Boga i idźcie w pokoju. Ale w głowach niech na zawsze pozostanie wam ta myśl: macie może więcej szczęścia ode mnie, ale nie jesteście ode mnie lepsi”. Podobne przekonanie wyrażał Zygmunt Bauman w „Nowoczesności i Zagładzie”. Jego zdaniem doświadczenie Holocaustu - będącego konsekwencją oświeceniowej wiary w możliwość budowania świata według racjonalnych projektów - pokazuje, że istnieje gorsza możliwość od bycia na miejscu ofiar. Jest nią możliwość znalezienia się na miejscu oprawców. Maksymilian Aue, poirytowany powojennymi rozważaniami na temat braku człowieczeństwa u oprawców, mówi: „Cóż, wybaczcie, nie ma czegoś takiego, jak brak człowieczeństwa. Jest tylko człowieczeństwo i raz jeszcze człowieczeństwo”. Być może należałoby, idąc tym śladem, zamienić tytuł książki Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi” na bardziej adekwatny, mówiący o ziemi okrutnej, ludzkiej. Cezary Wodziński („Światłocienie zła”) prawdy o człowieczeństwie szukał nie „nad”, ale „pod”: „Zanim skieruje się wzrok ku gwieździstemu niebu, trzeba się zmierzyć z transcendencją »otchłani«”. O dotykalnej obecności zła i wypadnięciu świata z kolein („Ihe time is out of joint”) świadczy doznanie śmierci Boga, które jest równoznaczne z doznaniem własnej śmierci. Wodziński przytacza wypowiedz Richarda P. Rubinsteina, producenta wielu znanych horrorów filmowych: „Kiedy twierdzę, że żyjemy w czasach śmierci Boga, mam na myśli to, że więź łącząca Boga i człowiek, niebo i ziemię, została zniszczona. Stoimy w obliczu zimnego, milczącego, pozbawionego uczuć kosmosu, bez wsparcia ze strony żadnej teologicznej mocy poza naszą własną. Po Auschwitz - co więcej może Żyd powiedzieć o Bogu?”. Andrzej C. Leszczyński 49 Wodziński widzi w Zagładzie („Holokaustu dokonało człowieczeństwo człowieka”) świadectwo metafizycznego (i fizycznego także) samounicestwienia gatunku. „Ludobójstwo - największy, bezprecedensowy, epokowy i ostateczny wynalazek XX wieku - nie jest zabójstwem ludu, jednego pośród innych, lecz jest samobójstwem ludzkości”. Jakiś czas temu w krakowskim „Znaku” ukazał się list otwarty rumuńskiego myśliciela Gabriela Liiceanu dojacquesa Derridy, zatytułowany „Zstąpienie filozofii do piekieł”. Autor nie może wyjść z osłupienia spowodowanego tym wszystkim, co było możliwe i rzeczywiście zdarzyło się w Europie Wschodniej. Pisze, że zamiast pytać (jak robił to Immanuel Kant) o możliwość sądów syntetycznych a priori, trzeba pytać, jak możliwe jest ludobójstwo, terror, kłamstwo, obojętność. „W tego typu pytaniach oryginalna fraza »jak jest możliwe?« traci swą »neutralność« i staje się natarczywa, uruchamia cały rejestr niuansów emocjonalnych, takich jak zdumienie, wstyd, pokora. Zdumienie staje się zdumieniem w obliczu niewyjaśnianej zagadki, którą jest samo człowieczeństwo, zdumieniem wobec zgrozy, potworności, i braku jakiejkolwiek miary”. KWIAT, KTÓRY TRZEBA SPALIĆ Właściwie nie powinno to aż tak bardzo dziwić. Wystarczy pamiętać, że pierwszymi urodzonymi na ziemi ludźmi byli Kain i Abel - i od razu okazało się, do czego są zdolni. Annę Sexton w wierszu pt. „Po Auschwitz” mówi to, czego w pewnych sytuacjach nie sposób nie zauważyć. „[...] Człowiek jest złem,/ mówię głośno./ Człowiek jest kwiatem,/ który należy spalić,/ mówię głośno./ Człowiek/ jest ptakiem pełnym mułu,/ mówię głośno. [...] Człowiek z małymi różowymi palcami,/ ze swoimi cudownymi palcami/ nie jest świątynią,/ lecz wychodkiem,/ mówię głośno. [...] Błagając, by Pan nie usłyszał” (przekład Ninette Nerval). Dubravka Ugreśić, chorwacka pisarka i eseistka, spośród wielu podobnych zapamiętała to zdarzenie: „Podczas bombardowania Sarajewa dziewczynka trafiła do szpitala, na oddział psychiatryczny, »Czego najbardziej się boisz« - pytali ją lekarze. »Ludzi« - odpowiedziała. [...] Ludzie to nieszczęście, ludzie budzą niepokój, ludzie są rzeczywistym źródłem każdego strachu - i to jest pierwsze założenie, jeśli chodzi o życie wśród nich”. Muszę przyznać, że podczas lektury książki Karen Farrington pt. „Historia kar i tortur. Ciemna strona wymiaru sprawiedliwości” (dziś nie wziąłbym jej do ręki) stopniowo traciłem przechowywane z uporem złudzenia. Wymyślne, planowane na zimno i metodycznie wykonywane czynności mające przysporzyć ofiarom jak najwięcej cierpień pokazują cechy, jakich nie sposób znaleźć u innych istot, cechy diabelskie. Nie miał też najwyraźniej złudzeń dominikanin, o. Innocenty (Józef Maria Bocheński). W posłowiu do niewielkiej książeczki pt. „Ku filozoficznemu myśleniu”, w której opisywał duchową wyjątkowość człowieka, odcina się od swoich wcześniejszych stwierdzeń: „Jestem teraz przekonany, że zgodnie z wynikami wszystkich nauk, od astronomii do psychologii, człowiek nie jest wyjątkiem w przyrodzie, ale jej częścią. Widzę też jaśniej niż dawniej, że człowiek jest wyjątkowo złym i okrutnym stworzeniem”. Człowiek - to brzmi dumnie („Hcaobck - oto 3ByunT ropAo”), pisał Maksym Gorki, który zapewniał też, że wystarczy eksterminować wszystkich homoseksualistów, by 50 Okruchy zniknął faszyzm. Niestety, bliższy jest mi Anton Czechow, którego zdaniem łatwiej jest wierzyć w Boga niż w człowieka. Barbara Skarga swój bardzo podobny pogląd wyraża w tytule zbioru esejów: „Człowiek to nie jest piękne zwierzę ”. Człowiek, można powtórzyć za Thomasem Hobbesem, to zwierzę drapieżne i okrutne („homo homini lapus”). Jest - pisze Wisława Szymborska - „[...] zawzięty./ Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo./ Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze./ Sto pociech, bądź co bądź./ Niebożę./ Istny człowiek.” Książka Farrington mogłaby nosić bardziej zwyczajny tytuł „Historia powszechna”, bo dzieje ludzkości - rozumiane zarówno jako „res gestae” (przeszłość), jak i „res gestarum” (relacje o przeszłości) - są jednym pasmem wojen i okrucieństw. Metafizyczna myśl Heraklita z Efezu („Walka jest ojcem wszystkiego, wszystkiego królem”) urzeczywistnia się w postaci zwyrodniałe konkretnej. Od czasów sumeryjskich do współczesnych zliczono 15 tysięcy wojen (trzy rocznie). Barbarzyństwa Attyli i Czyngis-chana bledną przy tym, czego dopuścili się współcześni ich spadkobiercy. Wystarczy pomyśleć o rzezi Ormian, bestialstwach absolwenta Sorbony Pol Pota (w Kambodży znanego jako Brat Numer Jeden), rwandyjskich Hutu czy ugandyjskiej Armii Bożego Oporu (o której Jonathan Littel zrobił właśnie film pt. „Szkodliwe jednostki”). Przede wszystkim - o dokonaniach Lenina, Stalina i Hitlera. Nie tak dawno pisałem w tym miejscu o poglądach uznających dobrą naturę człowieka, która psuje się w źle urządzonym świecie, i takich, które mówią o ludzkiej naturze zepsutej nieodwracalnie od samego początku. Bliższy wydawał mi się pierwszy pogląd, czego obecnie nie jestem już pewien. Wiem oczywiście, że można znaleźć wiele przykładów ludzkiej szlachetności. Jednak nie potrafię o nich myśleć w chwili, gdy patrzę na zdjęcie pięknej, uśmiechniętej czteroletniej dziewczynki, jakiś czas później katowanej i zakatowanej przez zwyrodnialca, przed którym nie uchroniła jej, nie próbowała uchronić, własna matka. Nie potrafię szukać ludzkiego dobra myśląc o matkach kryjących podobnych zwyrodnialców, mówiących, że ich katowane dziecko uderzyło się grzechotką, wypadło z łóżeczka, poturbowało na huśtawce. „Łaskawe” Littela stoją na mojej półce z zakładką niepotrzebnie włożoną po dwustu kilkudziesięciu stronach. Nie sądzę, żebym wziął to grube tomiszcze kiedykolwiek do ręki. Uciekam przed obrazami okrucieństwa, którymi epatuje dzisiejsza kultura. Przed takimi filmami, jakie kręci Wojciech Smarzowski (pornograficznymi scenami w „Wołyniu”, np. obrazem rozrywania polskiego oficera końmi, dorównał równie pornograficznej „Pasji” Mela Gibsona). Szukam książkowych i filmowych baśni, ot, choćby takich, jak „Ukryte piękno” Da-vida Frankela. ZEZWIERZĘCENIE? O zwierzętach pisano zazwyczaj po to, by podkreślić wyższość samych piszących, istot obdarzonych rozumną duszą. Gatunkowy szowinizm homo sapiens wiązał się z ekspansją człowieka, pana wszystkiego co żyje. Tak pyszne poczucie wyższości podważali m.in. Pitagoras, Budda, Plutarch, Wolter, Jeremy Bentham, Artur Schopenhauer, Lew Tołstoj czy Isaak Bashevis Singer - jednak ich głos pozostawał odosobniony. Andrzej C. Leszczyński 51 Odosobnione w tej sprawie są teżpoglądyjerzego Nowosielskiego. Zwierzęta - traktowane powszechnie jako stworzenia albo do głaskania, albo do zabijania - to jego zdaniem „byty subtelne” czyli anioły biorące udział w kosmicznej ofierze. Chrześcijaństwo, mówi artysta, zagubiło sakralny stosunek do ofiary z krwi zwierzęcia. Mówi: „Nasz stosunek do zwierząt jest straszliwy, po prostu straszliwy. Istoty, które bardzo nas przypominają - posiadają bowiem podobne odruchy emocjonalne, podobne nawyki, podobne sposoby komunikowania się nie tylko między sobą, ale również z nami [...], skazywane są na przebywanie w obozach koncentracyjnych i masowo tam mordowane”. Pytany, czy nie widzi różnicy między pegeerowską farmą tuczników a Oświęcimiem, odpowiada że nie widzi, a jeśli tak, to na korzyść Oświęcimia, bo tam pędzeni na rzeź mieli choć nadzieję na życie pozagrobowe, natomiast zwierzęta - mimo że obdarzone duszą - są takiej metafizycznej nadziei pozbawione. „Status człowieka po upadku rajskim, po grzechu pierworodnym jest statusem zbrodniarza par excellence. Jego religia musi więc być zbrodnicza. I religia abrahamiczna, i wszystkie inne religie, były religiami, które polegały na eksterioryzacji czynów zbrodniczych w obręb sacrum”. Barbara Borzymska, „To tylko pies”: To tylko pies, tak mówisz, tylko pies... A ja ci powiem Ze pies to czasem więcej jest niż człowiek On nie ma duszy, mówisz... Popatrz jeszcze raz Psia dusza większa jest od psa My mamy dusze kieszonkowe Maleńka dusza, wielki człowiek Psia dusza się nie mieści w psie I kiedy się uśmiechasz do niej Ona się huśta na ogonie A kiedy się pożegnać trzeba I psu czas iść do psiego nieba To niedaleko pies wyrusza Przecież przy tobie jest psie niebo Z tobą zostaje jego dusza. 52 Morcinek znany i nieznany Katarzyna Kuroczka MORCINEK ZNANY I NIEZNANY UWAGI ROZPROSZONE O ŻYCIU I TWÓRCZOŚCI Augustyn Morcinek był czwartym żyją-cym dzieckiem Marianny z domu Smusz i Józefa Morcinka. Przed nim urodzili się Joanna, Teresa i Rudolf oraz czwórka rodzeństwa, która nie przeżyła okresu dziecięcego. Późniejszy prozaik przyszedł na świat 25 sierpnia 1891 roku w dzielnicy Karwiny — Żabkowo, na Śląsku Cieszyńskim. Gdy miał kilka miesięcy, jego ojciec uległ wypadkowi, na skutek którego zmarł po dwóch tygodniach cierpień. Nie była to jed- Pomnik Morcinka w Skoczowie, fot. K. Kuroczka nak śmierć na kopalni, która utrwaliła się jako jeden z elementów Morcinkowej mitologii. Józef usnął bowiem na wozie podczas przewożenia beczek z piwem z browaru Larischa do Frysztatu i osunął się pod koła. Mały Gustlik, jak zwykło nazywać się w domu przyszłego autora Wyrąbanego chodnika, nie mógł zatem pamiętać ani ojca, ani jego zgonu, chociaż motyw śmierci rodzica nawracał później w jego twórczości. Był prawdopodobnie efektem zasłyszanych od rodzeństwa i matki opowieści. Osobami, z którymi zżył się w życiu bodaj najbardziej, były matka i siostra Teresa. Ciche i wierne towarzyszki jego wędrownego trybu życia, zawsze czekające na powrót Gustawa do domu z kolejnej wyprawy górskiej, podróży po Polsce czy zagranicy, ze szkoły i z coraz liczniejszych spotkań autorskich. Najtrudniejsze i najdłuższe było oczekiwanie Teresy na szczęśliwy powrót brata z obozu w Dachau i z powojennej wędrówki po Francji, Włoszech i Belgii. Matka Marianna nie dożyła bowiem II wojny, umierając w 1937 roku, w wieku 84 lat. Jak bliska była Gustawowi postać rodzicielki dowodzą nie tylko liczne wspomnienia rozsiane w bogatej epistolografii, ale nade wszystko nawracające w prozie motywy matki, niewątpliwie wzorowane na spracowanej, prostej, ale i mądrej życiowo Mariannie. Powieścią w całości poświęconą matce autora Ondraszka jest książka Po kamienistej drodze, która po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1936 roku. W przedmowie do wydania z 1955 roku Morcinek zanotował: „Postanowiłem przeto napisać o swej matce skromną książkę, w sposób bardzo prosty. Ot tak, jak umiałem. I postanowiłem ją nazwać również bardzo prosto, niewymyślnie. „Po kamienistej drodze”. Pragnąłem, by ów tytuł mówił czytelnikowi jeszcze przed otwarciem książki, że będzie to bohaterska historia o bohaterskim człowieku, który przez całe życie mozolił się idąc „po kamienistej drodze” - i by go przekonał po jej przeczytaniu, że kamienista droga nie może tworzyć Katarzyna Kuroczka 53 dla nikogo zapory w dążeniu do zbożnego celu. Zwłaszcza dla matki” (G. Morcinek: Po kamienistej drodze. Warszawa 1955, s. 6). Dzięki obrazowi utrwalonemu w tej powieści oraz w Czarnej Julce, jak również dzięki zachowanej fotografii, na której Marianna ma założone okulary i czyta książkę, możemy obalić mit o jej analfabetyzmie. Największym jednak świadectwem przywiązania i szacunku do matki jest chyba fragment z Judasza z Monte Sicuro, w którym Inżynier opowiada historię Staszka, jednego ze współwięźniów w Dachau, pomagającego dobijać chorych fenolem. Podczas jednego z takich „zabiegów” umierający Włoch krzyknął: „Mamma! Mia mamma!” i wtedy coś pękło w obojętnym już człowieku. Wyznał Inżynierowi, że w tamtej chwili dotarło do jego świadomości wciąż żywe wspomnienie własnej matki: „To była jedyna jeszcze świętość, której nie zniszczyło życie w obozie. Wszystkie inne świętości zbankrutowały, matka pozostała” (G. Morcinek: Judasz z Monte Sicuro. Wyd. 4. Katowice 1981, s. 97). Analfabetyzm Marianny był elementem legendy, która pasowała do kreowanego wizerunku pisarza — człowieka z ludu, z rodziców niewykształconych, górnika, niedouczonego samouka, syna wyrobnicy, którego dzieciństwo w nędzy zaprawione było goryczą i pomalowane sadzą z karwińskich kominów. Takie przecież musiały być korzenie proletariackiego literata, piewcy pracy, twórcy, który „Śląsk przybliżył do Polski, a Polskę do Śląska” (por.J. Nowak-Dłużewski: Rozmowa z Gustawem Morcinkiem. „Słowo Powszechne” 1949, nr 55). Tak jednak chcieli postrzegać autora Łyska z pokładu Idy głównie peerelowscy włodarze i „animatorzy” kultury, którzy podobnie jak w Górnym Śląsku widzieli region idealnie pasujący do socjalistycznego zagłębia przemysłowego, tak w Morcinku widzieli przede wszystkim dawnego górnika i twórcę proletariackich fabuł, co postanowili wyeksponować i wykorzystać do własnych ideologicznych celów. Stwierdzenie bowiem, że był górnikiem, jest nieco na wyrost, a także — śmiem przypuszczać — mogłoby urazić niejednego zjeżdżającego na kopalnię przez dziesiątki lat. Gustaw pracował bowiem pod ziemią zaledwie trzy lata (1907-10), pełniąc po kolei funkcje: polewacza (spłukiwał pył ze ścian, aby się nie zapalił), taczkarza (wywoził węgiel z przodka do szybu), ładowacza i maszynisty w szybie wentylacyjnym. Jego pierwsze wrażenia nie były ani pełne pastelowych barw, ani nie budziły w nastolatku jakiejś szczególnej atencji do kopalni. Zderzenie młodzieńczych marzeń o pracy w górniczych podziemiach z jej rzeczywistym trudem, z wysiłkiem nad wątłe siły chudego chłopaka w pierwszym odruchu wywołało szok. Fascynacja i zauroczenie przyszły dopiero potem. Prawdopodobnie dzięki temu tak autentycznie opisywał pierwsze dniówki i początki górniczej pracy swoich bohaterów -poczynając od Gustlika z Wyrąbanego chodnika, a na Henryku z Górniczego zakonu skończywszy. Stąd powieściowemu „żółtodziobowi” czy „nieopierzonemu kanarkowi” towarzyszy lęk przed zawaleniem się ogromnej masy węgla, pod którą nagle znalazł się niczym uwięzione w klatce zwierzę; lęk przed tym, że na zawsze pozostanie pod osuwiskiem. Autor musiał znać to uczucie z autopsji. Niewątpliwie staje się ono udziałem każdego, także zjeżdżającego na wycieczkę do skansenowych już chodników. Nie był również Morcinek żadnym literackim analfabetą. W 1907 roku ukończył sze-ścioklasową szkołę powszechną. W 1910 roku, najprawdopodobniej dzięki finansowemu 54 Morcinek znany i nieznany wsparciu górników, rozpoczął naukę w Seminarium Nauczycielskim Męskim Towarzystwa Szkoły Ludowej w Białej. Ukończył je w 1914 roku, wynosząc wraz z wiedzą merytoryczną (m.in. bardzo dobrą znajomością języka niemieckiego, która pozwoliła mu podjąć się w międzywojniu tłumaczenia niemieckiego tekstu dramatycznego na język polski) i metodyczną także umiejętność rzetelnej pracy społecznej. Społecznikostwa uczył się poprzez udział w amatorskim teatrze, odczytach, wędrówkach krajoznawczych i turystycznych, które łączyły w sobie cele poznawcze i wychowawcze, jak pisze Krystyna Heska-Kwaśniewicz (por. K. Heska-Kwaśniewicz: Pisarski zakon. Biografia literacka Gustawa Morcinka. Opole 1988, s. 48). Ponadto pozostawał przez długi czas pod silnym wpływem prozy Stefana Żeromskiego. W latach 1923-25 odbył dwuletni Państwowy Wyższy Kurs Nauczycielski o profilu językowo-historycznym, który ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Nade wszystko jednak autor Wyoranych kamieni całe dorosłe życie czytał niezliczone ilości książek. Czytał je również jako uczeń karwińskiej szkoły, a reminiscencje z tych lektur zawarł w wielu fragmentach własnej prozy. Czasami były to bezkrytycznie wybierane tytuły, wśród których znaleźć można było również jarmarczną powieść zeszytową dwudziestolecia międzywojennego Piękna dziewczyna fabryczna, czyli cnota zwycięża' autorstwa Witolda Gutowskiego {Słownik literatury popularnej wymienia inny tytuł: Dziewczę fabryczne). Jednak wiele pozycji było niezwykle wartościowych i świadczyło zarówno o szerokich zainteresowaniach literackich pisarza, jak i o pragnieniu ciągłego poszerzania wiedzy i umiejętności niezbędnych przy kreacji kolejnych fabuł. Obok utworów Stefana Żeromskiego i Henryka Sienkiewicza można by wskazać publikacje Zofii Nałkowskiej, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Jerzego Szaniawskiego, Bru-ce’a Marshalla, Jerzego Zawieyskiego, Marii Rodziewiczówny, Josepha Conrada, Jacka Londona, Charlesa Dickensa, Luisa Aragona, Anny Swirszczyńskiej czy Johana Huizin-gi. W obozie z kolei wielokrotnie czytał Dzieje duszy św. Teresy z Lisieux, a jego ulubioną lekturą przez wiele lat był Słownik języka polskiego, z którym został nawet utrwalony na fotografii. Chociaż pisarz rzeczywiście wychował się w niełatwych warunkach, a jego matka samotnie troszcząca się o dzieci i do tego ciężko pracująca fizycznie musiała z pewnością wzbudzać troskę kochającego ją syna, to jednak obraz dzieciństwa, jaki utrwalił chociażby w Czarnej Julce, przeczy jakoby „kraj lat dziecinnych” miał być szary i ponury, smętny i żałosny. Zamówiona przez Wydawnictwo „Czytelnik” powieść o dzieciństwie i dorastaniu przyszłego literata w Karwinie - Czarna Julka - opisuje „chmurne i durne lata” karwińskie z lekkim uśmieszkiem chuligańskim, jak 1 maja 1958 roku pisał sam autor do Janiny Gardzielewskiej z domu Czarneckiej, którą poznał w 1947 roku w Toruniu, w pracowni fotograficznej jej ojca (por. Morcinek do Dziewczyny ze Wschodniej Ballady. Listy Gustawa Morcinka do Janiny Gardzielewskiej. Wstęp, oprać, i komentarz K. ' O powieści tej wspomina Morcinek w Czarnej Julce, pisząc, że jako chłopcy rozczytywali się w podobnych utworach i oszczędzali pieniądze na zakup kolejnego zeszytu co tydzień. W Czarnej Julce jarmarczna powieść nosi tytuł: Piękna dziewczyna fabryczna, czyli uciemiężona niewinność. Z kolei w socrealistycznym Wskrzeszeniu Herminy tę samą publikację autor wplata w treść na zasadzie żartu i wykorzystuje ją jako element kodu czopowego. Tytułowi w nieco zmienionym brzmieniu: Piękna dziewczyna fabryczna, czyli miłość zwycięża cenzor najprawdopodobniej pozwolił pozostać w fabule, gdyż uznał go za jakiś nieznany mu produkcyjniak. Tymczasem pisarz chciał w ten sposób wyrazić swoją niechęć do estetyki i tematyki powieści produkcyjnej lat 1949-55 i zadrwić z niej. Katarzyna Kuroczka 55 Heska-Kwaśniewicz. Katowice 1983, s. 225). Oczywiście narracja taka może być efektem tęsknoty za czasem, który przeminął, może być wynikiem procesu mityzacji okresu ado-lescencji, któremu to procesowi ulega pamięć każdego z nas. Niemniej w korespondencji skierowanej do Władysławy Ostrowskiej 17 lipca 1948 roku utrwalił taki obrazek rodzinnego miasteczka: „Podobnie ja patrzę na swoją Karwinę z hałdami, dymami, wądolcami, rudymi domami, usypiskami, wydmuchowiskami, nędzą estetyczną, i wydaje mi się, że piękniejszej miejscowości nie ma na świecie” (Gustawa Morcinka „Listów spod morwy” ciąg dalszy. Listy Gustawa Morcinka do Władysławy Ostrowskiej. Wstęp, oprać, i komentarz K. Heska-Kwaśniewicz. Katowice 1986, s. 138). W Czarnej Julce zaś opisuje: „Naokoło Żabkowa były tylko kominy i dymy. By dojrzeć niebo stykające się z ziemią, trzeba było pójść za browar grafa Larischa, minąć duże stawy, w których baraszkowały utopce i karpie, przejść w bród rzeczkę Stonawkę, wyjść na wysoki pagórek i patrzeć pilnie na wszystkie strony. Z jednej strony były dymy. W tamtych dymach był Żabków i cała Karwina. Z drugiej strony był ogromny zamek grafa Larischa. W zamku było bodaj z tysiąc pokoi, a na pewno trzysta łaciatych psów, z którymi graf Larisch wybierał się na polowanie. Z trzeciej strony czernił się Suski Las. Ludzie mawiali, że przebywają w nim chacharzy, którzy napadają na górników. Na dziewczyny też. Poza tym często ktoś wieszał się w nim i dlatego tam straszyło. Z czwartej strony zaś, od wschodu słońca, oczy mogły lecieć bardzo daleko i tak długo, aż potykały się w tym miejscu, gdzie ziemia dochodziła do nieba. Biegły w tamtym kierunku ogromne łany (...). Ciepły wiatr płynął tymi zbożami, ajulka twierdziła, że te łany są podobne do morza” (G. Morcinek: Czarna Julka. Warszawa 1962, s. 23). Z tego opisu wybijają się cztery cechy rodzimego krajobrazu Morcinka. Na jednej ziemi znalazły się obok siebie: ciężka górnicza praca (kominy i dymy), bogactwo i wyzysk (zamek Larischa), ludzka podłość, grzeszność, słabość (lasek z chacharami i wisielcami) oraz bezkresna i piękna przyroda (łany zboża). Pośrodku tego stoi woda z tajemniczymi utopcami, które reprezentują piątą cechę - baśniowość i niezwykłość Śląska Cieszyńskiego, który według Morcinka powstał z uśmiechu Boga. Wszystkie wymienione cechy znalazły swoje liczne odbicia w literackiej twórczości karwinianina. Można powiedzieć, że prawie każdy utwór to historia spleciona z pracy górniczej, hutniczej lub nauczycielskiej, biedy, „lepszego świata” gdzieś na zamku czy w bogatym domu, podłości ludzi, zachwytu nad naturą oraz elementów baśniowych, mitycznych, niewiarygodnych. Oto przepis Morcinka na powieść - czerpać z bogatego skarbca własnych doświadczeń, z tego, co się widziało, przeżyło, czuło, w co się wierzyło, za czym tęskniło, bo życie każdego z nas jest bardzo podobne: każdy czegoś doświadczył, do czegoś tęskni, czegoś pragnie. Proza, która odwołuje się do tych trzech stałych, przykuwa uwagę i porusza serce. Szczególnie silnie oddziałuje na emocje twórczość nawiązująca do pobytu w Dachau. Trzeba tu wymienić przede wszystkim wstrząsający zbiór literackiej korespondencji zatytułowany Listy spod morwy, adresowany do Władysławy Ostrowskiej primo voto Har-twiżanki, wieloletniej przyjaciółki, polonistki z Warszawy, poznanej w 1935 roku podczas pobytu na Kubalonce. Drugą książką są eseistyczne Listy z mojego Rzymu, skierowane 56 Morcinek znany i nieznany głównie do Jana Kuglina, artysty typografa pochodzącego z Bogumina, którego autor poznał w 1926 roku, a który później był redaktorem i typografem niektórych książek Morcinka, nade wszystko zaś jednym z ważniejszych jego przyjaciół. Nota bene jego wnukiem Maciejem i synową Wałerią zaopiekował się pisarz po śmierci Tereski w 1959 roku. Pani Kuglinowa zajmowała się domem i ogrodem, a Maciej stał się w pewnym sensie przybranym synem prozaika. Z powodu decyzji autora Ondraszka o zapisaniu swej spuścizny literackiej oraz skoczowskiego domu wnukowi Jana wywiązała się kłótnia pomiędzy przyjaciółmi. Konsekwencją tej może nieco pochopnej decyzji o uczynieniu Macieja swoim spadkobiercą jest do dziś toczący się spór o prawa do wznowienia dzieł Morcinka, jak również utrata wielu cennych dokumentów, które Kuglin wnuk przywłaszczył sobie lub zniszczył, gdy powstawało muzeum poświęcone twórczości skoczowskiego literata. Powróćmy jednak do powojennych listów. Pierwszy zbiór, napisany w Biviers we Francji, to można powiedzieć swego rodzaju spowiedź, purgacja polegająca na utrwaleniu swobodnie napływających wspomnień z obozu koncentracyjnego. Autor pisze po raz pierwszy prawdę o ponadpięcioletniej gehennie, którą rozpoczął w Sachsenhausen po aresztowaniu przez gestapo 6 października 1939 roku, a zakończył w Dachau 29 kwietnia 1945 roku, kiedy to Amerykanie wyzwolili obóz. W korespondencji obozowej do Tereski przedstawiał wyidealizowany obraz życia za drutami. Po części dlatego, by chronić siostrę przed zbyt drastycznymi opisami, po części dlatego, że taki był nakaz.Jednak w listach do Ostrowskiej mógł i musiał wreszcie „wygadać się”, powiedzieć prawdę o „człowieku w obozie”, którego tak znienawidził. Pisarz tłumaczy, że to szczególna „odmiana” człowieka, ukształtowana pod wpływem prześladowań, tortur i wyrafinowanego systemu zabijania godności ludzkiej w osobie. To człowiek-potwór, stający się nim po latach pobytu za drutem kolczastym. Morcinek wyznaje, że nienawidzi „człowieka w obozie”, ale nie ludzi w ogóle. W tym pierwszym dostrzega coś rozklekotanego, jakiś skrzywiony kręgosłup, wykoszlawiony sposób myślenia i czucia, przemożną chęć zemsty, a także pustkę w sercu oraz życie marzeniami. Swoją diagnozę stanu psychiki wyzwolonych dachauowców autor podpiera zdaniem jednego ze współwięźniów: „(...) podobni jesteśmy do ludzi, którzy wypadli z pociągu na zakręcie, połamali sobie nogi i teraz usiłują go dopędzić na szczudłach” (G. Morcinek: Listy spod morwy. Katowice 1946, s. 88). Z tego powodu Morcinek po odbyciu kwarantanny nie udał się od razu do Polski, ale rozpoczął uzdrawiającą podróż w poszukiwaniu normalności, samego siebie, dawnej wiary w Boga i w ludzi, podróż, podczas której czekał, aż zrosną się te połamane nogi, by można było na nich wrócić do skoczowskiego „Domu w Słońcu”. Drugi zbiór - Listy z mojego Rzymu - to opis odkrywania świata na nowo, zapis drogi dojrzewania do powrotu do Polski. Wreszcie to świadectwo fascynacji Rzymem, dowód ogromnej wrażliwości artystycznej i ludzkiej. Świadomie wybrana samotna włóczęga po kościołach Wiecznego Miasta bez przewodnika i czasami bez świadomości co ogląda i kto jest patronem danej świątyni to swego rodzaju odtrutka na utratę wiary, zagubienie Boga i człowieczeństwa za drutami kolczastymi. Świadectwo bardzo osobistych, głębokich, prawdziwych, a zarazem uniwersalnych w swej wymowie rekolekcji. Chyba najpiękniejsze są trzy korespondencje do Alli Naumov, jedyne nieskierowane do Jana Kuglina. Wyjątkowa jest zwłaszcza ta z 2 lutego 1946 roku o oczyszczającej i uzdrawiającej mocy Katarzyna Kuroczka 57 muzyki. Należy podkreślić, że bez lektury Listów z mojego Rzymu nie można zrozumieć socrealistycznej twórczości Morcinka, nie wydobędzie się całej głębi Judasza z Monte Sicuro i Siedmiu zegarków kopidoła Joachima Rybki, nade wszystko podda się symplifiku-jącym osądom decyzję powrotu autora Wyrąbanego chodnika do kraju oraz jego postaw i wyborów w peerelowskiej rzeczywistości. A powrót nie był wcale taki łatwy jakby chcieli niektórzy. Nie była prosta decyzja o wyruszeniu do Ojczyzny i nie były proste początkowe miesiące, lata. Można powiedzieć, że nie było łatwo aż do październikowego przełomu. Dopiero gdy przestał być posłem, znowu poczuł, że jest pisarzem; zobaczył, jak wiele utracił przez te cztery lata, jak wiele fabuł mógł wykreować i jaka byłaby jakość jego literatury, gdyby nie przymus posłowania. Dopiero wtedy zaczął pisać dla samej przyjemności tworzenia i zdobył się na odwagę obrony swoich tekstów przed cenzorem. Powstały wówczas najwartościowsze książki: Czarna Julka, Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki, Judasz z Monte Sicuro czy Opowieść o ludziach w pociągu. W liście z 16 grudnia 1956 roku, zaadresowanym do Jana Kuglina, Morcinek porównał koniec kadencji do wyzwolenia z obozu: „Gdy wylazłem z obozu w Dachau i przebywałem w Biviers koło Grenoble, to wyczuwałem tę samą ulgę, gdy uprzytomniłem sobie, że koło mnie nie ma Esmana z karabinem” (K. Heska-Kwa-śniewicz: Pisarski zakon..., s. 181). Co zatem zadecydowało, że wyruszył w powrotną drogę do kraju? Lektura Listów z mojego Rzymu oraz Judasza z Monte Sicuro daje jedną ważną podpowiedź. Tak, podpowiedz, bo odpowiedź została na zawsze zabrana do grobu. Bohaterowie Judasza... przeżywają rozmaite rozterki, walczą z chęcią i niechęcią do powrotu, który różnie sobie wyobrażają — raz chcieliby być ptakiem lecącym na skraj świata, gdzie będzie Polska, kiedy indziej chcą po prostu wędrować przed siebie tak długo, aż dojdą. Towarzyszący im obraz Ojczyzny jest jednak zawsze jednakowy - romantyczny, patriotyczny, pełny wzruszających wspomnień matki, żony, dzieci, przyjaciół i krajobrazów. Niezwykle ważna w tym procesie dojrzewania jest postać pułkownika, który na początku powieści wygłasza znamienną klątwę: „Ten będzie Judaszem, kto pierwszy opuści Monte Sicuro po to tylko, by wracać do bolszewickiej Polski” (G. Morcinek: Judasz..., s. 18). W tym zdaniu kryje się niepokój prawdopodobnie samego autora, ale i wielu byłych więźniów czy żołnierzy, którzy słysząc o komunistycznych rządach w kraju, obawiali się, że ich powrót może być zdradą tego, o co blisko 6 lat walczyli, może być zdradą samych siebie, poddaniem się pod kolejną - duchową - niewolę. Ten sam pułkownik kilkadziesiąt stron dalej jednak stwierdza: „Wrócimy wszyscy do Polski, gdy nadejdzie czas” (G. Morcinek: Judasz..., s. 86). A zatem powrót to także kwestia właściwego czasu, to sprawa osiągnięcia odpowiedniej dojrzałości duchowej, emocjonalnej, moralnej, odnalezienia właściwych argumentów za. 1 na ten czas czekał również Morcinek. Po ciszy w Biviers pod Alpami oraz mistycznych wzlotach w Rzymie przyszła kolej na Brukselę, która wydała się Morcinkowi szara i nudna, ale to w niej uczył się życia od nowa. To była typowa wielkomiejska aglomeracja, która przypomniała mu o Warszawie - Warszawie odbudowującej się. W Belgii podjął więc ostateczną decyzję o powrocie. Od tej chwili czuł głęboki pokój i wzruszał go patos budowania wszystkiego od nowa. Jednak nie było w tym nic z socjalistycznej 58 Morcinek znany i nieznany budowy „nowego” społeczeństwa. To była radość z perspektywy zbierania rozproszonego księgozbioru, z odnajdywania i spotykania ponownie przyjaciół i w tym sensie należy rozumieć jego wypowiedź dla „Trybuny Robotniczej”: „(...) należy wracać do kraju, aby mu służyć dalej w nowych warunkach” (Gustaw Morcinek piewca pracy. Warszawa 1979, s. 68). Był pełen zapału i planów twórczych, ale konfrontacja z peerelowską rzeczywistością jesie-nią 1946 roku obnażyła przed nim szarość polskich miast, zmęczenie i bezbarwność ludzi. Autor Ondraszka dostrzegł różnicę pomiędzy Ojczyzną a Zachodem. Mimo tego próbował ułożyć sobie pisarskie życie, gdyż nade wszystko chciał być po prostu literatem. Nie od razu włączył się jednak w nurt rodzącego się powoli realizmu socjalistycznego, który formalnie proklamowano w styczniu 1949 roku. Początkowo był sceptycznie nastawiony do zamieszania, jakie na łamach prasy Dachau. Miejsce po baraku nr 14, w którym Morcinek spędził prawie całą II wojnę światową, fot. K. Kuroczka wywoływali co rusz krytycy, o czym pisał do Władysławy Ostrowskiej 19 stycznia 1947 roku: „Czytam wszystkie «Kuźnice» i «Odrodzenia», i «Odry» i mierzi mnie czczość ich ducha (...). Mierzi mnie to błazeńskie wygłupianie się Gałczyńskiego w «Przekroju» i silenie się na dowcipy w polemikach między jednym a drugim pismem (...). Humor Gałczyńskiego w «Przekroju» i humor polemizujących ze sobą Kortów, Jaszczów, Żółkiewskich jest beznadziejnie ponury, jałowy, rachityczny, obumarły (...)” (Gustawa..., s. 69). Bardzo wolno przekonywał się, że nie warto płynąć pod prąd, jednak proces ten w końcu zwieńczył zdaniem wysłanym 19 stycznia 1950 roku do Zofii Degen-Ślósarskiej - wieloletniej przyjaciółki poznanej w 1932 roku, byłej dyrektorki gimnazjum we Włocławku, właścicielki willi „Zdrój”, zwanej „Gospodą Poetów” w Wiśle-Głębcach: „Lepiej być sceptykiem, machnąć na wszystko dłonią, a powiedzieć sobie, że trudno płynąć pod prąd (...). Dzisiaj już bowiem nie czas na tego rodzaju sielankowe sentymenty regionalne. Ludzie domagają się materializmu dialektycznego, czasem eklektyzmu, romantyzm już przeminął, postrącali starych bogów z tronu i z marmurowych piedestałów, wystawili sobie nowych i wszystko w porządku” (K. Heska-Kwaśniewicz: Pisarski..., s. 150). W tej i podobnych jej wypowiedziach, zawartych w prywatnej korespondencji, Morcinek wyrażał się w zupełnie innym tonie niż w oficjalnych wywiadach czy artykułach dla prasy. W tych drugich „spalał zuchelek kadzidełka na ołtarzu nowego boga” (por. Gustawa..., s. 161), w tych pierwszych krytykował konieczność takiego postępowania, dystansował się do wymogów czasu i wielokrotnie drwił z ideologii, której oficjalnie musiał być posłuszny, jeśli chciał być drukowany. A skoczowski prozaik chciał i to bardzo nie Katarzyna Kuroczka 59 utracić przedwojennej pozycji, chciał być czynnym pisarzem - po to wrócił do Polski. Równocześnie widział coraz wyraźniej, że może te pragnienia spełnić tylko „poświęcając traktat Ludwikowi XIV”, jakby powiedział Pan Bóg do Barucha Spinozy. Nie oznacza to bynajmniej, że taka postawa uległości była dla niego prosta, że nie przeżywał ideologicznego zamętu, że nie śmieszyły go te wszystkie wytyczne, którym próbował sprostać, że nie widział daremności zrewolucjonizowania świata przez komunistów. 20 grudnia 1950 roku pisał do Jana Kuglina: „Boga nie ma, gdyż czego nie udało się ponuremu i brodatemu Herodowi, gdy godził na niewiniątka betlejemskie, udało się pozornie twórcom materializmu dialektycznego. Lecz to jest czcza zabawka małego dziecka, które dłonią usiłuje wstrzymać jedno z wykapów Wisełki, tusząc, że nie będzie wcale Wisły” (K. Heska-Kwa-śniewicz: Pisarski..., s. 155). W Czarnej Julce zaś odważył się wprost zażartować z socjalizmu, który miał go zrazić do siebie w dzieciństwie. Podobnie drwił Igor Newerly w Pamiątce z Celulozy czy w Archipelagu Ludzi Odzyskanych, chociaż kod ezopowy białowieżanina był bardziej wycyzelowany. Niemniej poniższy fragment autorstwa skoczowskiego pisarza to perełka wśród wielu jego literackich kpin z „jedynego słusznego systemu”: „Ponieważ (...) księża na kazaniu krzyczeli na socjalistów jako na heretyków i nieznabogów i ponieważ najjaśniejszy pan cesarz Franz Josef der Erste gniewał się na socjalistów (...), i ponieważ karwińscy i orłowscy żandarmi towarzyszyli owym socjalistom, gdy mieli wiece pierwszomajowe, i patrzyli na nich spode łba, a pobożny nasz kolega, Władek Smolorz, twierdził za swoim ojcem, że wszyscy socjaliści pójdą po śmierci do piekła na wieczne potępienie - mając więc tyle ponurych wiadomości o socjalistach, nie garnąłem się do nich zbyt ochoczo” (G. Morcinek: Czarna Julka..., s. 223). Powyższy cytat wszakże stanowi ocenę działań socjalistów na początku XX wieku, jednak wpisany w narrację powieści przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tego samego stulecia nabiera wyraźnie cech drwiny i ukazuje rezerwę piszącego do politycznego zaangażowania. Balansowanie na krawędzi przepaści — pomiędzy wymogami realizmu socjalistycznego a osobistym dystansem, który z konieczności musiał być kamuflowany w powieściach i wyrażany jedynie w listach - odbijało się na jakości socrealistycznej twórczości. Większość utworów jest słaba lub bardzo słaba. Należy tutaj wymienić Urodzaj ludzi - pisane wbrew sobie dzieje alowskiej partyzantki na Górnym Śląsku, podczas gdy autor chciał napisać historię podziemia akowskiego, ale dowiedział się od recenzentów, że takowego nie było w tym regionie! Bardzo słabe były publikacje: Wskrzeszenie Herminy, Victoria, poprawiane kilkakrotnie Zabłąkane ptaki oraz zbiór Odkryte skarby, zawierający m.in. socrealistyczną przeróbkę Łyska z pokładu Idy, odbierającą międzywojennej noweli jej pierwotne piękno i dynamikę. Jedyna powieść, która odznacza się pozytywnie w tej grupie, to Pokład Joanny. Morcinek z jednej strony był krytykowany, że jest w niej za mało partii, z drugiej chwalony za wyjątkową atmosferę kopalni, wreszcie uhonorowano go w 1951 roku Nagrodą Państwową II stopnia. Dlaczego autor Listów spod morwy zdecydował się pójść na kompromis z „nową” rzeczywistością i „spalić zuchelek kadzidełka na ołtarzu nowego boga”? Po części z powodu 60 Morcinek znany i nieznany silnego pragnienia, by nadal być wydawanym. Widział, że nikt nie opublikuje tego, co chciałby naprawdę napisać, a interesowały go reminiscencje obozowe i literatura misty-cyzująca, za co został wyśmiany i pokazano mu, gdzie jest miejsce Morcinka w panteonie polskich twórców. Jest pisarzem-górnikiem i takim ma pozostać, bo takiego potrzebuje władza. Poza tym odczuwał silny lęk przed krytyką. Uczucie to było utrwalane przez takie sytuacje, jak chociażby reakcja na próbę odmowy przyjęcia godności posła z ramienia Stronnictwa Demokratycznego, która zakończyła się „dyskretną” sugestią Leona Chaj-nego: „(...) że nie warto się wzbraniać, gdyż to postanowione „u góry” i w razie sprzeciwu z mej strony, może to być bardzo łatwo uważane za — jeżeli już nie sabotaż — chęć wycofania się z życia społecznego, za opozycję, za reakcję i wiele innych niemiłych rzeczy. A wtedy trudno liczyć, czy by jeszcze mogła wyjść jaka moja książka” (K. Heska-Kwaśniewicz: Pisarski..., s. 164-165). Tak pisał autor Czarnej Julki do Jana Kuglina 6 września 1952 roku. Ponad miesiąc później został posłem z ramienia SD. Rozpoczął okres płacenia za możliwość „porastania w pierze”, czego zupełnie nie rozumiał. Najtragiczniejszym wydarzeniem z okresu zasiadania w poselskiej ławie była sprawa przemianowania Katowic na Stalinogród. W potocznej opinii skoczowski prozaik był inicjatorem tej akcji zarówno na szczeblu wojewódzkim, jak i państwowym. Prawda jest jednak zgoła odmienna. 5 marca 1953 roku zmarł generalissimus Józef Wissarionowicz Dżu-gaszwili „Stalin”. 7 marca Rada Państwa i Rada Ministrów podjęła uchwałę o uczczeniu pamięci „Wodza Ludzkości”. Dokument został podpisany przez Bolesława Bieruta i Aleksandra Zawadzkiego. Nie był to zresztą jedyny akt, mający na celu upamiętnienie zmarłego przywódcę światowego komunizmu. 12 marca „Trybuna Robotnicza” wydrukowała opinię jakoby wszystkich Polaków, którzy mieli być dumni z tej zmiany. Dopiero 28 kwietnia odbyło się posiedzenie sejmu, na którym wręczono Morcinkowi kartkę i nakazano ją odczytać. Autor Ondraszka drżącym głosem i blady na twarzy przedstawił dzieje Śląska i opisał oswobodzenie go w 1945 roku przez Armię Radziecką. Dekret był przyjęty jednomyślnie i wśród gorących oklasków. Warto dodać, że nie był on jedynym pisarzem na sali ani jedynym posłem ze Śląska. Dlaczego zatem on? Z wiele kosztującego go w przyszłości posłuszeństwa usprawiedliwił Morcinka Kazimierz Wyka, będący wówczas w sejmie. Powiedział swojej magistrantce - Annie Gutmajerównie, że wszyscy głosowali ze spuszczonymi głowami, ale co mieli robić? Co miał robić autor Pokładu Joanny? Był schorowany i zmęczony. Miał 62 lata i ponad pięć lat obozów koncentracyjnych za sobą, doświadczył syndromu „człowieka w obozie”, a metody zastraszania ludzi, odbierania im godności i wymuszania posłuszeństwa w Polsce stalinowskiej były momentami niewiele odbiegające od faszystowskich. Fakt jest jednak taki, że nie on zgłosił wniosek o zmianę nazwy, nie on zainicjował tę degrengoladę. Był jej ofiarą. Dlaczego on? Może dlatego że chciano go upokorzyć - tego, któremu wcześniej umożliwiano tak częste i liczne publikacje, którego hołubiono za „wprowadzenie Śląska do Polski”. Równocześnie chciano upokorzyć Katowice - miasto, z którego wcześniej dzięki propagandzie uczyniono socjalistyczno-proletariackie serce kraju. Czasy posłowania nie są jednak li tylko epoką wstydliwą, godną potępienia i wymazania z życiorysu, albowiem wykonał w tym czasie Morcinek ogromną pracę społeczną. Katarzyna Kuroczka 61 Pomógł wielu ludziom i to w tak różnych sprawach, jak: odzyskanie prawa jazdy (1953) czy stanowiska dyrektora szkoły podstawowej i liceum ogólnokształcącego (1956), przywrócenie rodowego brzmienia nazwiska (1953), wreszcie uzyskanie prawa łaski dla kobiety skazanej na 18 miesięcy obozu za zakupienie 10 kg cukru (1953). Pisał, chodził, prosił, interpelował na wszystkich szczeblach, chociaż nie zawsze z pozytywnym skutkiem. Opasłe segregatory w skoczowskim muzeum przechowują świadectwa nie tylko sukcesów, ale i porażek, odmowy władz do zastosowania prawa łaski, udzielenia paszportu itp. Ponadto autor Zagubionych kluczy pomagał anonimowo, np. łożąc na naukę. Potrafił także zaangażować innych w pomoc swoimi felietonami o dzieciach. Choć po traumie obozów zachwiała się jego wiara w to, że ludzie są dobrzy, chociaż żalił się Kugli-nowi, że go ta jego „charytatywna” działalność posła męczy, bo nieraz zbiera za nią burę, a rzadko podziękowanie, jednak sam był naprawdę dobrym człowiekiem i tytanem pracy. Dowodem tego ostatniego są niezliczone publikacje, jakie pozostawił po sobie, prywatna korespondencja, listy poselskie, setki odbytych spotkań autorskich. O jego dobroci świadczy nie tylko wspomniana aktywność społecznikowska, ale także liczne odruchy serca w obozie i umiłowanie dzieci i zwierząt. Kto je kocha, nie może być zły, a do nich najchętniej uciekał ten skoczowski eremita, gdy mu świat nazbyt zaszedł za skórę. W liście z 17 lipca 1948 roku wyznał Władysławie Ostrowskiej: „Jeszcze mi najmilej wśród dzieci i wśród ludzi prostych, jeżeli nie są pijani” (Gustawa..., s. 139). Z konieczności przedstawiłam jedynie wybrane fakty, tylko kilka rozproszonych uwag o życiu i twórczości, mam bowiem świadomość, jaką kopalnią wiedzy i tematów jest zarówno literacka spuścizna, jak i biografia Augustyna „Gustawa” Morcinka. Zakończył swą ziemską wędrówkę 20 grudnia 1963 roku, w wieku 72 lat. Przyczyną zgonu była białaczka limfatyczna. Spoczywa na cmentarzu w Cieszynie. Trzy miasta rościć sobie zatem mogą pretensje do autora Siedmiu zegarków kopidoła Joachima Rybki - Karwina: miasto początku, Skoczów: miasto środka i Cieszyn: miasto końca; a o kolejnych czterech można by powiedzieć - Dachau: miasto cierpienia, Biviers: miasto ciszy i oczyszczenia, Rzym: miasto uniesienia i ukojenia, Bruksela: miasto powrotu. Właściwie był jeszcze Paryż, ale z niego pisarz szybko uciekł, gdyż francuski długi chleb (zapewne bagietki) wywoływał bolesne wspomnienia obozowego głodu. Kongres Kultury Pomorskiej Piotr Wyszomirski KONGRES KULTURY POMORSKIEJ - KULTURA POROZUMIENIA Trwający od roku 2015 projekt wszedł w fazę finałową pierwszego etapu. 18 wydarzeń od 20 marca do 20 kwietnia 2017 roku obejmuje mapą tematów obszar kultury artystycznej i systemu oraz mechanizmy rządzące w kulturze. Po raz kolejny Kongres wyrusza do Regionu, przygląda się także historii i... przyszłości. Prowadzącymi spotkania są specjaliści, badacze, dziennikarze, aktywiści, praktycy i prosumenci kultury. Finał w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim zapowiada się niezwykle interesująco. Partnerem medialnym Kongresu jest także kwartalnik „Prowincja”. DLACZEGO KONGRES KULTURY POMORSKIEJ? Dwa lata temu powstał pomysł zorganizowania Kongresu Kultury Pomorskiej. Od tego momentu przeprowadziliśmy setki rozmów, wykonaliśmy wiele działań i, przede wszystkim, zyskaliśmy pewność, że Kongres jest potrzebny. Głównym hasłem, które przyświeca tej inicjatywie jest „Kultura porozumienia”. Nie ulega wątpliwości, że kultura jest najważniejsza. Nie tylko gospodarka i polityka wynikają z kultury. Najpierw muszą być wartości, które powinny stanowić bazę, na której się buduje gospodarkę, politykę i relacje międzyludzkie. Gdy tak się dzieje, możemy mówić o synergii społecznej. Pomorze to fascynujący Region obfitujący w miejsca, w których powstawała Historia. Mówiąc o kulturze naszego Regionu, nie można zapominać o skomplikowanej, ale i różnorodnej spuściźnie, która powinna nas wzbogacać, a nie dzielić. Kultura, dzięki wartościom, powinna prowadzić do konsensusu i wyznaczać standardy w komunikacji społecznej. Region i Centrum nie powinny stanowić antynomii, tak jak kultura instytucjonalna i pozainstytucjonalna (pff). Tematów, które już podjęto podczas debat, jest wiele. Suma zebranych głosów będzie stanowić bazę, na której nadbudowywane będą wnioski i postulaty. Mamy nadzieję, że Kongres będzie nie tylko ich depozytariuszem, ale stworzy trwałą platformę wymiany poglądów i budowy najlepszych rozwiązań. CO TO JEST KULTURA POROZUMIENIA? To w największym skrócie proces i metoda komunikacji. W kulturze porozumienia nie chodzi o to, by mieć rację za wszelką cenę. Można, a często wręcz należy, być wiernym swoim poglądom. Jednak są wartości, wokół których należy tworzyć konsensus. Taką sumą wartości jest dla nas kultura. Rozumiana szeroko - od elementarnego aktywizmu do kultury wysokiej, od nieskrępowanej twórczości amatorskiej przez główny nurt po wyrafinowaną awangardę. Piotr Wyszomirski 63 Kongres Kultury Pomorskiej został wymyślony i zaprojektowany w środowisku organizacji pozarządowych - tych z Centrum, i tych z Regionu. Partnerami Organizatorów są organizacje społeczne oraz instytucje kultury. Projekt został wsparty przez administrację wszystkich szczebli. Patronatem objęli go przedstawiciele władz centralnych, regionalnych i lokalnych. Spotkania prowadzą specjaliści z różnych ośrodków, pokoleń i estetyk. I to jest przejaw właściwego pojmowania kultury porozumienia. Powstał fundament, jest na czym budować. Zapraszamy budowniczych. ANKIETA „KULTURA NA POMORZU” (2016-2017) Do wszystkich gmin i starostw województwa pomorskiego została przesłana ankieta zbierająca informacje nt. stanu kultury na Pomorzu. Wyniki ankiety zostaną przedstawione podczas obrad stolikowych i będą dostępne w materiałach przygotowywanych na obrady plenarne. MAPA KULTURY POMORSKIEJ (OD 2016) Zapraszamy do korzystania, opiniowania i uzupełniania „Mapy kultury pomorskiej”. Mapa obejmuje wszystkie powiaty, miasta na prawach powiatu i gminy województwa pomorskiego. Z czasem, również dzięki Państwu, ma powstać jak najbardziej funkcjonalny i przyjazny zbiór praktycznych informacji dotyczących instytucji, organizacji pozarządowych, ludzi i wszelkich działań kulturalnych ważnych dla naszego Regionu. Strona: mapa.pomorzekultury.pl. OBRADY STOLIKOWE I PLENARNE Obrady stolikowe odbędą się w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie, Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku (Nowa kultura, Polityka i strategie kulturalne), Stacji Kultura w Rumi, na Scenie Lalkowej im. Jana Wilkowskiego w Kwidzynie, Uniwersytecie Gdańskim (Edukacja kulturowa i kulturalna, Literatura na Pomorzu), w Muzeum Narodowym w Gdańsku (Tradycja i dziedzictwo. Materialny i niematerialny dorobek kulturalny Pomorza), ASP w Gdańsku (Sztuki wizualne), SPATiF w Sopocie (Muzyka alternatywna), w Gdyńskim Centrum Filmowym (Kultura filmowa), Teatrze Wybrzeże Scena Malarnia w Gdańsku (Teatr i taniec), Nadbałtyckim Centrum Kultury (Muzyka poważna), Regionalnym Centrum Informacji i Wspomagania Organizacji Pozarządowych Kultura porozumienia 20 marca / 24 kwietnia www.kongres.pomorzekultury.pl 2017 congres cultury oomorskie 64 Kongres Kultury Pomorskiej - Kultura porozumienia w Gdańsku (Obywatele w kulturze), w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym w Wieżycy (Kultura na wsi) i Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie (Ofł, czyli poza instytucjami). Obrady plenarne odbędą się 24.04.2017 w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. W panelu „Kultura na nowe czasy” udział wezmą: prof. dr bab. Małgorzata Omilanowska (była minister kultury i dziedzictwa narodowego), Robert Biedroń (prezydent Słupska), Artur Celiński (Res Publica), prof. dr bab. Przemysław Czapliński (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), prof. dr bab. Cezary Obracht-Prondzyński (prezes Instytutu Kaszubskiego), Władysław Zawistowski (dyrektor Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego). Kongres Kultury Pomorskiej nie kończy się 24 kwietnia. Do 30 czerwca opublikowane zostaną materiały kongresowe, po czym Kongres rozpocznie proces realizacji haseł i rekomendacji wypracowanych przez uczestników spotkań oraz stanie się monitorem kultury pomorskiej. Honorowe patronaty nad Kongresem Kultury Pomorskiej objęli: Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jarosław Sellin Wojewoda Pomorski, Dariusz Drelich, Marszałek Województwa Pomorskiego, Mieczysław Struk i Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz. Wszystko o Kongresie Kultury Pomorskiej (m.in. formularze rejestracyjne) na stronie: www.kongres.pomorzekultury.pl Patroni medialni: Pomorskie.eu, ngo.pl, Dziennik Bałtycki, Nasze Miasto, e-teatr.pl, Nowe Idzie od Morza, Pomorze Kultury, Kwartalnik Prowincja, Pitu Pitu Trójmiasto, My3miasto.pl, Sztuka Trójmiasta, Miasto Kultury, Radio Kaszebe, TV Kamena, TV Kwidzyn, Puls Kwidzyna, Kurier Kwidzyński, Portal Pomorza.pl, Kuryer Sopocki, gdansk.pl, Nasz Gdańsk Wędrówki po prowincji Dobromiła Rzyska-Laube Z RODZINNEGO ALBUMU SIERAKOWSKICH Wystawa w Waplewie,Jot. D. Rzyska-Laube 66 Z rodzinnego albumu Sierakowskich Niecodziennie zdarza się, by tak cenny zbiór archiwalnych fotografii powracał do miejsca swego pochodzenia. Dar Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej dla Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim w postaci zbioru rodzinnych fotografii stał się bardzo wartościowym nabytkiem, ale jednocześnie wielkim zobowiązaniem. Zdjęcia ukazujące dawnych właścicieli i ich gości bywających w Waplewie oraz wnętrza pałacowe z zaginionymi dziełami sztuki ilustrują miniony świat - miniony świat, który muzealnicy z Waplewa postanowili ożywić. Ożywić to wiele powiedziane, ale starli się jak najlepiej przybliżyć postaci i miejsca tworzące niegdyś tętniące życiem dworskim Waplewo. Fotografie są pierwszy raz prezentowane publicznie. Koncepcja wystawy została zbudowana na 33 planszach ze 198 reprodukcjami zdjęć. Plansze uporządkowane tematycznie zaznajamiają widzów z członkami rodziny Sierakowskich, ich życiem codziennym i od święta, dalszymi krewnymi ze znamienitych rodów, otoczeniem pałacowym oraz losami powojennymi właścicieli Waplewa. Ekspozycję poprzedzają wielkoformatowe zdjęcia członków rodziny Sierakowskich i ich krewnych. Forma prezentacji nawiązuje do dnia zaślubin Heleny z książąt Lubo-mirskiej z hrabią Stanisławem Sierakowskim w 1910 r. Dostojeństwa pary młodej do-daje narodowy polski strój szlachecki narzeczonego. W tle ustawiono zdjęcia rodziców pary młodej: Adamów Sierakowskich i Andrzejów Lubomirskich. Po prawej stronie od wejścia zwiedzający mają okazję zapoznać się z drzewem genealogicznym, objaśniającym koligacje rodzinne. Kontynuując zwiedzanie, w oranżerii ustawiono urocze zdjęcie trzech młodych panienek w strojach balowych. To kuzynki: Maria Lubomirska, Helena Skrzyńska i Maria Tyszkiewiczówna. Zdjęcia pochodzą z albumów rodzinnych, które przetrwały w zbiorach Izabelli Sierakowskiej-Tomaszewskiej i jej ciotki Róży z Sierakowskich Carton de Wiart. Drugi album został zakupiony w antykwariacie i prawdopodobnie trafił do rąk jednego z gości waplewskich przed wojną jako pamiątka wizyty w Waplewie. Uzupełnieniem są fotografie z Archiwum Państwowego w Krakowie, gdzie przechowywane są zdjęcia ze zbiorów Potockich z Krzeszowic1. Związki z Potockimi przez Marię Potocką, żonę Adama Sierakowskiego, sprawiły, że w tak odległym miejscu znalazły się wcześniej nieznane fotografie członków rodziny Sierakowskich i piękne ujęcia wnętrz waplewskich. Najliczniejsza grupa zdjęć przedstawia pokolenie Stanisława i Heleny z książąt Lubomirskich oraz ich siedmioro dzieci. To oni tworzyli niepowtarzalną atmosferę dworu wa-plewskiego. Otwarci na bliższych i dalszych krewnych, oddani życiu społecznemu, a przy tym pełni fantazji i serdeczności przyciągali do swej siedziby tchnącej duchem patriotycznym. Przeświadczenie o konieczności promowania wartości patriotycznych właśnie w tym miejscu wyrosło z działalności poprzednich pokoleń. Już dziadkowie Stanisława - Alfons i Maria z Sołtanów Sierakowscy, rozwijając świetnie prosperujący majątek, dbali o utrzymanie dóbr w polskich rękach i mogli pozwolić sobie na kontynuację zamiłowań kolekcjonerskich przodków: Antoniego i Kajetana Sierakowskich. Powołanie kolekcji artystycznej 1 Krzeszowice - pałac hr. Potockich pod Krakowem. Dobromiła Rzyska-Laube 67 w Waplewie było wyrazem świadomości nowych trendów kulturowych oraz potrzeby edukowania społeczeństwa, a tym samym utrwalania tożsamości narodowej na terenie o słabszej pozycji żywiołu polskiego. Dzieło kolekcjonerskie Alfonsa i Marii podtrzymał syn Adam Sierakowski oraz wnuk Stanisław Sierakowski. Stąd wśród starych fotografii sporo zdjęć wnętrz waplewskich i dzieł sztuki będących chlubą kolekcji artystycznej. Sala Gdańska w pałacu w Waplewie w 1896 r.,fot. archiwum rodzinne Przekonanie o potrzebie patriotycznych działań na rzecz Powiśla zaowocowało politycznym zaangażowaniem Adama Sierakowskiego i jego syna Stanisława. Szczególnie ten ostatni był bardzo aktywnym członkiem organizacji polonijnych i reprezentantem Powiśla na konferencję pokojową w Paryżu 1919 r., a jego żona Helena z książąt Lubomirskich wspierała rozwój przedszkoli w regionie, wprowadzanie języka polskiego do szkół oraz przewodniczyła różnym organizacjom kobiecym. Zaangażowanie w działania społeczne Sierakowskich szły w parze z gościnnością. Waplewo było miejscem częstych spotkań rodzinnych, na których pojawiali się zarówno kuzynowie, ciocie i wujowie ze strony Sierakowskich, jak i Lubomirskich. Zdjęcia dokumentują letnią beztroskę podczas gry w tenisa z rodzeństwem ciotecznym z rodziny Sapiehów i Stadnickich, ćwiczeń myśliwskich w Przeworsku, pod okiem Dziadzi Lubomirskiego czy wakacyjną wizytę w Elzanowie u kuzynostwa Gajewskich. Wyrazem otwartości było goszczenie kilka lat dalekich krewnych z rodziny Wańkowiczów. Po traktacie ryskim Wańkowiczowie stracili majątek na Łotwie. Dawne fotografie są świadkami 68 Z rodzinnego albumu Sierakowskich Towarzystwo Kobiet św. Kingi, w białym stroju Helena Sierakowska, okolice Sztumu, około 1924 r.,fot. archiwum rodzinne Gra w tenisa, dzieci Sierakowskich, Stadnickich i Sapiehów, Przeworsk 1930 r., Jot. archiwum rodzinne Dobromiła Rzyska-Laube 69 modnej w owych czasach zabawy, tzw. „żywych obrazów” kreowanych przez młodziutkie siostry Sierakowskie i Wańkowiczówny, przebierane we wschodnie stroje. Podtrzymywanie kontaktów z krewnymi zaowocowało pokaźnym zbiorem zdjęć poświadczających koneksje rodzinne. W tym miejscu bowiem należy podkreślić, że Sierakowscy otrzymując pod koniec wieku XVIII tytuł hrabiowski weszli w krąg polskiej arystokracji i od kilku pokoleń dbali o zawieranie małżeństw z pannami ze znamienitych rodów polskich. Dzięki tej swoistej „polityce dynastycznej” na zdjęciach pojawiają się przedstawiciele znanych rodów: Potockich, Branickich, Lubomirskich, Sapiehów, Stadnickich i Hussarzewskich, co pozwoliło autorom wystawy stworzyć blok poświęcony koligacjom rodzinnym. Przedstawienie powiązań rodzinnych nie tylko wskazuje na środowisko w jakim przebywali Sierakowscy, ale także tłumaczy dlaczego w zbiorach waplewskich znajdowały się nieraz bardzo cenne przedmioty będące schedą po Potockich, Branickich czy Lubomirskich. Wystawna zastawa stołowa na 24 osoby, wykonana ze złoconego srebra (tzw. ver-meil) została oddziedziczona po Katarzynie II, której nieślubna córka Aleksandra Engelhardt, żona Ksawerego Branickiego, była praprababką Stanisława Sierakowskiego. Zaginęła, niestety, wywieziona do Spuszy Sapiehów na Litwie2. Wystawa prezentuje wiele fotografii wykonanych w technice kolodionowcj, poprzedzającej masową produkcję zdjęć srebrno-żelatynowych. Fotografie pozowane, zaaranżowane w znanych atelier fotograficznych, pełne są elegancji i dostojności, a jednocześnie nie pozbawione uroku i ciepła rodzinnego. Ich twórcami są m.in. mistrzowie ówczesnej fotografii z Krakowa Walery Rzewuski i Józef Sebald oraz z Przemyśla: bracia Bernard i Jakub Hennerowie, których ojciec uczył się fotografii u Louisa Lumierea, pioniera francuskiej kinem atografi i. Helena i Jerzy Lubomirscy, Lwów ok 1889, fot. Jakub Henner Maria Potocka z bratem Andrzejem, Kraków, lata 70. XIX w., fot. Walery Rzewuski 2 Spusza, majątek Eustachego Sapiehy, ożenionego z Teresą Lubomirską, siostrą Heleny Sierakowskiej. 70 Z rodzinnego albumu Sierakowskich Zdjęcia powstałe w zagranicznych pracowniach fotograficznych są świadectwem podróży i częstego przebywania w granicach państw ościennych i nie tylko. Podróżowano w interesach, celach tury-styczno-kulturalnych, dla odbycia studiów w renomowanych uczelniach i dla zasmakowania życia artystyczno-towarzyskiego w uznanych stolicach kulturalnych Europy. Sierakowscy, Lubomirscy i Hussarzew-scy bywali w Berlinie, belgijskiej Brugii i Ostendzie oraz w Wenecji i Wiedniu. W stolicy Austrii Hussarzewscy i Jabłonowscy jako wysoko postawieni urzędnicy mieli swoje rezydencje. Wyjazdy do wód dla podreperowania zdrowia wiązały się z nowymi znajomościami oraz poznaniem życia kulturalnego. W owym czasie rodziny szlacheckie często odwiedzały miejscowości kuracyjne południowej Europy. Popularnym miejscem uzdrowiskowym była Abacja, położona w Chorwacji nad Adriatykiem. Fotografie są interesującym . ' ŻYRAKÓW Adam Sierakowski z wnuczętami Jaroszyńskimi, fot. Józef Sebald, zbiory Archiwum Państwowego w Krakowie zapisem życia codziennego. Kilka ujęć dokumentuje zajęcia szkolne, zorganizowane we wnętrzach waplewskich, w jakich uczestniczyło rodzeństwo Sierakowskich i Wańko- wiczówien. Kolejne to zbiorowe portrety uczennic ze szkół gimnazjalnych, do których uczęszczały siostry Sierakowskie. Można zaobserwować jak spędzano wolny czas w rodzinach arystokratycznych; podejrzeć popularne w owym czasie zabawy: grę w tenisa, „żywe obrazy”, przejażdżki konne i wprawki do myślistwa. Nie brak tu także towarzyszy zabaw dziecięcych, czyli psów i koni, a nawet i sowy. Wiele uroku mają zdjęcia dokumentujące uroczystości rodzinne oraz gry i zabawy. Odświętnie ubrani uczestnicy jubileuszów, ślubów, dnia pierwszej Komunii Świętej oraz balów wprowadzają widzów w świat, który już nie istnieje, ale być może stanie się dla niektórych inspiracją do zainicjowania własnych spotkań rodzinnych w dobrym guście. Nieodzownym elementem wystawy w Muzeum Tradycji Szlacheckiej wydał się temat „noblesse oblige”. Przedstawiane zdjęcia są świadectwem aktywnego zaangażowania Sierakowskich i ich krewnych w różnorakie przedsięwzięcia społeczne i niepodległościowe. Według dewizy szlachectwo zobowiązuje Sierakowscy i Lubomirscy wspierali szkolnictwo, formowanie się legionów polskich, czy uczestniczyli w mającym wielkie znaczenie symboliczne, sprowadzeniu do Polski zwłok św. Andrzeja Boboli. Oddzielnie potraktowano temat myślistwa, który podobnie do poprzedniego zagadnienia, jest nieodłącznie związany z tradycją szlachecką. Przywilej łowów pociągał za Dobromiła Rzyska-Laube 71 sobą wiele obowiązków związanych z odpowiednią gospodarką łowiecką, przestrzeganiem okresów ochronnych zwierzyny płowej, grubej i ptactwa oraz stosowania kodeksu łowieckiego. Najbardziej barwną stroną kultury myślistwa były same polowania będące okazją do spotkań towarzyskich i zaprezentowania umiejętności łowieckich. Zdjęcia świadczą o kultywowaniu tradycji myśliwskich w rodzinie Sierakowskich i częstym uczestnictwie w polowaniach organizowanych przez zaprzyjaźnione rodziny. Zbiór fotografii jest też okazją do zapoznania się z widokami pałacu i jego wnętrz jeszcze z końca XIX wieku. Te najstarsze pochodzą ze zbiorów krakowskich. Pozostałe zdjęcia przywołujące gustownie urządzone pokoje i prosperujący majątek z pięknym parkiem są świadectwem tego, co przeminęło, Dzieci Sierakowskich i Wańkowiczów z psem Lordem, Waplewo lata 20. XX w., fot. archiwum rodzinne a jednocześnie dają nadzieję na odtworzenie atmosfery dawnej rezydencji. Wystawę kończy temat „Wyrzuceni z gniazda” opowiadający o losach rodziny Sierakowskich od momentu opuszczenia Waplewa w 1929 r. do czasów dzisiejszych, prezentujący zdjęcia powojenne będące zapisem życia na emigracji potomków dawnych właścicieli Waplewa oraz te współczesne dokumentujące powroty do domu przodków. Wystawie towarzyszą książki wspomnieniowe, w których rodzina Sierakowskich lub jej poszczególni członkowie niejednokrotnie wymieniani są na kartach publikacji, a autorzy pamiętników nierzadko przebywali w otoczeniu właścicieli Waplewa. O projekt graficzny plansz prezentujących dawne fotografie zadbała znana gdańska graficzka Dominika Gzowska. Wystawa zorganizowana w Muzeum Tradycji Szlacheckiej, mieszczącym się w pałacu waplewskim, będzie trwała do 9 czerwca 2017 r. 72 Nepomuk nowodworski Grzegorz Gola NEPOMUK NOWODWORSKI Jeden z nowych witraży w kościele pw. Przemienienia Pańskiego będzie poświęcony św. Janowi Nepomucenowi. Postaci w tej części świata katolickiego prawie nieznanej. Tymczasem św. Jan Nepomucen przez wiele dziesiątków lat patronował nowodworskim katolikom, w czasach, kiedy w rozwijającej się dynamicznie osadzie nie było nawet katolickiej kaplicy. Jan Nepomuk był Czechem żyjącym w XIV wieku. Zasłynął wielką pobożnością jako kapłan i kanonik katedry na Hradczanach. Zakończył życie po ciężkich torturach, zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze na rozkaz czeskiego króla. Polacy mogą powiedzieć, że był to taki Popiełuszko czasów średniowiecza. Według tradycji, Jan Nepomucen miał odmówi władcy Czech, Wacławowi IV, ujawnienia spowiedzi jego żony, Zofii Bawarskiej, podejrzewanej o niewierność. Kult Jana Nepomucena rozwijał się spontanicznie w Czechach dużo wcześniej zanim papież Benedykt XIII ogłosił go 19 marca 1729 roku świętym Kościoła katolickiego. Potem rozprzestrzenił się na sąsiednie ziemie, w tym również na ziemie polskie. Grzegorz Gola Tradycja nakazuje widzieć w św. Janie Nepomucenie orędownika podczas powodzi. Jest także patronem mostów oraz chroniącym pola i zasiewy przed powodzią. Wydaje się zatem, że to „idealny święty” dla Żuław. O ile jednak na Południu Polski bardzo często można znaleźć figury i kaplice poświęcone świętemu (chronił także przed suszą, patronował pielgrzymom i podróżującym - stąd jego częsta obecność na rozstajach dróg), o tyle na Północy „nepomuki”, czyli wizerunki świętego Jana Nepomucena, są raczej rzadkie.1 Wyjątkiem był nepomuk, który stał do 1840 roku na jednym z najważniejszych placów Tiegenhofu, czyli współczesnego Nowego Dworu Gdańskiego, przed zamkiem (po 1833 roku przed zborem ewangelickim zbudowanym na jego fundamentach). Dziś to prawdopodobnie miejsce u zbiegu ulic Chrobrego, 3 Maja i Drzymały. Nepomuk nowodworski miał charakter pomnika - kamiennej kolumny o wysokości przeszło 4,5 m. Baza (piedestał) kolumny była zbudowana z marmuru i miała wysokość około 81 cm. Trzon wysoki na około 167 cm oraz głowica (kapitel) wysokości blisko 74 cm były wykonane z jasnoszarego piaskowca. Kolumna była zwieńczona figurą świętego wysokości około 135 cm wykonaną także z piaskowca. Święty został przedstawiony prawdopodobnie na tradycyjną ówczesną modłę. Stojący w kontrapunkcie brodaty kapłan z wydatnymi kościami policzkowymi, ubrany w sutannę i komżę, mający na 73 Projekt witraża Św. Nepomucena dla kościoła Przemienienia Pańskiego w Nowym Dworze Gdańskim, autorstwa Renaty Rydzowskiej z pracowni PM Witraż, fot. archiwum głowie biret, trzymający w lewej ręce pozłacany, wzniesiony w górę albo adorowany przy piersi krzyż. Na bazie kolumny, od strony północnej widniała łacińska inskrypcja. Nie wiadomo, co zawierała. Może to były informacje o fundatorach, a może tylko jedno łacińskie słowo: tacui (milczałem, dotrzymałem tajemnicy). Figura już w 1824 roku była w złym stanie. Zasugerowano pokrycie kosztów renowacji kolumny przez parafię katolicką z Żelichowa-Cyganka (dawniej Tiegenhagen). Ta jednak odmówiła, powołując się na fakt, że kolumna, jako nieruchomość zamkowa, jest własnością państwa. W 1840 roku zarządzający nowodworskim mieniem pruskiego króla porucznik Taegen wykorzystał katastrofalny stan pomnika, aby pozbyć się symbolu katolicyzmu, który raził uczucia tutejszych ewangelików uczęszczających do pobliskiego zboru. Zaproponował sprzedaż kolumny proboszczowi Muellerowi z Żelichowa-Cyganka. Ten kupił pomnik świętego w częściach, za 15 talarów pruskich (1 talar można było wówczas zamienić na 10 dużych bochenków chleba, a za 15 talarów kupić 5 beczek, Od Redakcji. Znany pomnik św. Jana Nepomucena znajduje się w Olsztynie na moście na rzece Łynie w południowej części Starego Miasta. Kamienną figurę tego świętego postawiono w 1869 roku w miejsce likwidowanej kapliczki. Pomnik zaginął po drugiej wojnie światowej. W 1996 wraz z remontem mostu ufundowano kopię historycznej kapliczki oraz postawiono kopię zaginionego pomnika. Informacje o nepomukach na Pomorzu można znaleźć pod adresem - http:// nepomuki.pl/nepomuk/pomorze.htm 74 Nepomuk nowodworski czyli około 1000 litrów, piwa). W planach było ustawienie kolumny na nowo na cmentarzu przed kościołem, do czego jednak prawdopodobnie nigdy nie doszło, mimo iż pomnik został przetransportowany do Cyganka. Niestety, nie są znane dalsze losy nowodworskiego nepomuka. W 1845 roku proboszcz Borowski z cygankowej parafii otrzymał zgodę na budowę filialnej świątyni niedaleko miejsca, gdzie jeszcze parę lat wcześniej stała kolumna. Nieodgadnione pozostaje, kto był fundatorem kolumny św. Jana Nepomucena na nowodworskim zamku. Figura powstała zapewne jeszcze w czasach katolickiej II Rzeczypospolitej, czyli przed 1772 rokiem. Najbardziej prawdopodobne są dwie możliwości. Nepomuk w kościele w Kończewicach, fot. archiwum autora Fundatorem mógł być królewicz Jakub Ludwik Sobieski (zwany w młodości Fanfani-kiem), najstarszy syn Jana III. Ostatni właściciel dóbr nowodworskich z rodu Sobieskich jako książę oławski na pewno zetknął się na Śląsku z bogatym kultem świętego związanym z rzekami i powodziami (np. dziś już bardzo rzadkimi wodnymi procesjami). Do tej pory na rynku w Oławie stoi, bodaj najstarsza w Polsce, figura św. Jana Nepomucena z 1706 roku. Druga, równie prawdopodobna możliwość, to ufundowanie kolumny przez warszawski Zakon Kanoniczek Świeckich, dla którychjózefina Antonina z Zaborowskich Zamoyska zakupiła w Warszawie od Sobieskich Mary wił (dziś w tym miejscu jest plac Teatralny i stoi Teatr Wielki), ale także „kilka wiosek za Wisłą”. Dobrami nowodworskimi zgodnie z wolą ordynatowej Zamoyskiej zarządzała ksieni zakonu prawomocnie od 1762 roku (po uznaniu testamentu). Być może to wtedy powstała nowodworska kolumna. Inspiracją dla przełożonej zakonu mógł być warszawski nepomuk stojący do dziś przy ul. Senatorskiej, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie kiedyś istniał klasztor kanoniczek. Stołeczna figura św. Jana Nepomucena została ustawiona przed bramą pałacu marszałka koronnego Józefa Wandalina Mniszcha w 1733 roku. Należy jeszcze dodać, że na Żuławach można znaleźć zaledwie trzy nepomuki, wszystkie wewnątrz kościołów. W Pogorzałej Wsi znajduje się witraż z początku XX wieku. W Kończewicach, na konfesjonale, święty występuje jako patron spowiedników. W Starej Kościelnicy na zwieńczeniu ołtarza, razem ze św. Krzysztofem, patrzą z wysoka, zapewne jako patroni podróżujących. To chyba wszystko. Witraż z wizerunkiem św. Jana Nepomucena w kościele pw. Przemienienia Pańskiego w Nowym Dworze Gdańskim to piękne nawiązanie do starej tradycji. Będzie w szczególny sposób chronił miasto i okolice przed powodzią. Kto wie, czy nie lepiej, niż obiecane wrota przeciwpowodziowe na ujściu Tugi. Arkadiusz Kosiński 75 Arkadiusz Kosiński DAJATI, CZYLI MŁODZI KWIDZYNIACY W NATARCIU Choć mogłoby się wydawać, że stworzenie zupełniego nowego, niepowtarzalnego portalu społecznościowego to dziś porywanie się z motyką na słońce, to jednak właśnie taki cel postawili przed sobą czterej młodzi mieszkańcy Kwidzyna. Dajati ma być czymś w rodzaju hybrydy Facebooka i Linkedlna, zupełnie nowym rodzajem portalu społecznościowego, który umożliwi łatwe nawiązywanie kontaktów oraz współpracy zarówno w sferze prywatnej jak i biznesowej. „Dzięki poznanym osobom rozwiniesz swój biznes lub razem z innymi stworzysz coś zupełnie nowego. Poznasz ludzi, którzy będą Cię wspierać i motywować, a w wolnych chwilach odkryjesz zupełnie nowe możliwości wykorzystania swojego czasu” - zachęcają twórcy pomysłu. Za Dajati stoi czterech młodych i ambitnych mieszkańców Kwidzyna: Piotr Majda, Mateusz i Paweł Rettig oraz Leszek Fuhrman. Pomysł utworzenia portalu w ich głowach zakwitł rok temu. Twórcy nowego portalu społecznościowego Dajati, od lewej Leszek Fuhrmann, Piotr Majda, Paweł Rettig, z tyłu Mateusz Rettig, fot. archiwum 76 DAJATI czyli młodzi kwidzyniacy w natarciu - Ciężko pracowaliśmy nad tym projektem, zaniedbaliśmy przez to wiele innych spraw, ale idea, którą zobaczyliśmy w tym portalu powodowała, że cały czas poruszaliśmy się zdecydowanie naprzód. Pomogło nam mnóstwo osób, których ze względu na ilość nie sposób tu wymienić, ale każda nawet mała uwaga, ciche wsparcie, słowo otuchy, były cegiełkami, które budowały ten projekt - mówi Piotr Majda, spiritus movens całego przedsięwzięcia i pomysłodawca portalu. Dajati to przede wszystkim miejsce nowych możliwości, które każdy może wykorzystać na swój własny, unikalny sposób. „Nie jest ważne czy chcesz otworzyć firmę, zorganizować akcję społeczną, znaleźć ludzi, którzy będą z tobą tworzyć ciekawe rzeczy, dowiedzieć się jak schudnąć czy pójść z kimś na łyżwy. To właśnie tutaj otwierają się przed tobą zupełnie nowe możliwości” - reklamują autorzy pomysłu. - Tworzymy ten portal ponieważ zauważyliśmy, że wiele problemów w codziennym życiu dałoby się rozwiązać gdyby tylko każdy z nas mógł dotrzeć do odpowiednich osób, zdobyć potrzebne informacje lub po prostu uzyskać wsparcie w swoich działaniach -mówi Majda. - Wyszliśmy z założenia, że jakość życia każdego z nas mogłaby podnieść się w znaczący sposób, gdybyśmy tylko zaczęli ze sobą współpracować i wzajemnie się wspierać. Portal składa się z 7 podstawowych funkcji, dzięki którym użytkownicy mogą w łatwy sposób poznać nowe osoby lub nawiązać z kimś współpracę. " Wygląda to tak, że użytkownik może albo przejrzeć oferty osób, które wychodzą z określoną inicjatywą i zgłosić swoje zainteresowanie daną aktywnością albo stanąć po drugiej stronie i samemu utworzyć coś na wzór ogłoszenia. Dzięki temu każdy sam może wybrać z kim chcę nawiązać kontakt. Brzmi co prawda prosto, ale od zaplecza to cała masa algorytmów i schematów - opisuje Majda. Uruchomienie portalu planowane jest na maj tego roku. By jednak pomył wypalił, kwidzyński start-up potrzebuje finansowego wsparcia. I to niemałego, bo aż 450 tys. zł. Pieniądze próbowali zbierać za pośrednictwem strony Polak Potrafi - niestety bez efektu. Piotr Majda przyznaje, że portal owszem od strony technicznej udałoby się stworzyć za znacznie mniejsze pieniądze, bo 40 tys. zł, ale wystarczy porozmawiać z osobami, które tworzą tego typu projekty, żeby szybko uzmysłowić sobie, że za takie pieniądze taki portal nie będzie prawidłowo funkcjonował. Dobrze pokazuję to doświadczenie Piotra, który kilka lat temu tworzył serwis z kursami internetowymi. Większość wycen wskazywała na 15 - 20 tys. zł, ale znalazła się firma, która zaproponowała stworzenie tego serwisu za 2 tys. zł. Po kilku konsultacjach umowa została podpisana. Wszystko przebiegało prawidłowo do momentu uruchomienia serwisu. - Strona ładowała się bardzo długo, dostęp do niektórych funkcji stawał się coraz trudniejszy. Po kilku dniach strona została zupełnie wyłączona. Pieniądze przepadły, a serwis oficjalnie nawet nie rozpoczął swojej działalności - wspomina Majda. - Z czasem okazało się, że niemożliwe jest, by stworzyć zaawansowany serwis informatyczny tanim kosztem. Kolejnym kosztem jest pełna opieka nad portalem przez najbliższe 12 miesięcy uwzględniająca całodobową pomoc techniczną w razie awarii lub problemów Arkadiusz Kosiński 77 w prawidłowym funkcjonowaniu oraz wprowadzanie ulepszeń informatycznych przez ten rok. To równie istotna kwestia ze względu na kruchość wszelkiego typu systemów informatycznych. W grę wchodzą także koszty związane z podatkami i prowizjami oraz koszty związane z prowadzeniem firmy oraz z utrzymaniem strony na serwerze. - Pieniądze pochłania również marketing, bez którego strona będzie rozwijać się w tempie, które uśmierci ją po mniej więcej 18 miesiącach i przez ten czas nigdy nie osiągnie żadnego istotnego miejsca w umysłach internautów - mówi Majda. - Rozumiemy, że przedstawione kwoty mogą wydawać się wysokie, ale mamy również świadomość, że albo wszystko będzie zrobione tak jak powinno być zrobione i dopięte na przysłowiowy ostatni guzik albo portal prędzej czy później upadnie nie zostawiając po sobie żadnego śladu. I choć internetowa zbiórka nie wypaliła, to młodzi start-upowcy się nie poddają i nadal dążą do realizacji swojego pomysłu. Niedawno dotarła do nich informacja, że zostali zaproszeni na prestiżowe wydarzenia Wolves Summit, które odbędzie się 28-29 marca w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Oznacza to, że ich pomysł został wyselekcjonowany ze zgłoszeń, które napłynęły z 47 krajów i jest w ścisłym gronie 350 startu-pów, które zostały zaproszone na to wydarzenie. To istotne z tego względu, że udział w tym wydarzeniu to spotkanie z 250 znaczącymi inwestorami i duża szansa na otrzymanie propozycji inwestycyjnej. Bo właśnie na wsparcie biznesu młodzi i ambitni kwidzynianie również liczą. - Nie tak dawno w restauracji Miła dzięki uprzejmości Urzędu Miasta mogliśmy zaprezentować nasz projekt przed 140 przedsiębiorcami z Kwidzyna i obecnie prowadzimy rozmowy z 3 firmami, które wyraziły wstępne zainteresowanie możliwą inwestycją w ten projekt - mówi Majda. Więcej o Dajati przeczytacie na www.facebook.com/Dajati Na tropach historii Agata Janik BURSZTYNOWA DROGA GOTÓW Zapewne byli po trochu kupcami, rolnikami, rzemieślnikami. Potrafili budować lodzie, wytwarzać naczynia gliniane, do mistrzostwa doszli w złotnictwie. Tyle wiemy o Gotach, którzy mieszkali na Wysoczyźnie Elbląskiej, zanim wyruszyli w drogę do Rzymu. Skąd wiemy? Z badań, jakie były prowadzone na terenie cmentarzyska w Weklicach. Skarby wydobyte w ziemi, w nowej odsłonie, prezentowane są na wystawie w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. Goci był to lud pochodzenia germańskiego zamieszkujący początkowo południowo-wschodnią Skandynawię, który wraz z falą Germanów przewędrował na tereny Europy Środkowej. W drugiej połowie I w. n. e. grupki ludności skandynawskiej - żeglarzy, wędrowców, handlarzy czy rzemieślników - zaczęły docierać do Pomorza, stąd przesuwały na południowy wchód. Okolice obecnego Elbląga były strategicznym miejscem dla wymiany handlowej i kulturowej. Tu krzyżowały się wówczas główne szlaki handlowe północ-południe i zachód-wschód, panował ciepły i łagodny klimat, była bujna roślinności, nie brakowało wody i pożywienia. Z tych powodów w 11 i III w. n. e. południowo-zachodnie i południowe obrzeża Wysoczyzny Elbląskiej licznie zasiedlała bogata społeczność, częściowo pochodzenia skandynawskiego. BURSZTYNOWA DROGA O tym, jak się Gotom żyło u nas opowiada wystawa, która wróciła do elbląskiego muzeum w nowej odsłonie. Osią ekspozycji pn. „Goci. Znad Bałtyku do Rzymu” jest - jak sama nazwa wskazuje - droga. - Zaczynamy drogą wielbarską, pomostami bągardzkimi, do czego użyliśmy oryginalnych belek wydobytych w latach 90. XX w. - opowiada Grzegorz Stasiełowicz z Muzeum Agata Janik 79 Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. - Dalej jest dukt czy trakty a kończymy słupem milowym tuż przed Rzymem. Jak przyznaje archeolog, przed wiekami była to polna droga, w miejscu której dziś istnieje nowoczesna. Autostradę Al słusznie nazwano „Bursztynową”, bo pokrywa się ze Szlakiem Bursztynowym. - Dróg wędrówki bursztynu na południe było sporo, na terenie Polski zapewne istniały ze trzy - kontynuuje Grzegorz Stasiełowicz. - W zależności od tego, jakie jeszcze interesy chcieli ubić kupcy. Ale na pewno bursztyn był najważniejszy. CO WIEMY O GOTACH? - Zapewne byli po trochu kupcami, rolnikami, rzemieślnikami - mówi Grzegorz Stasiełowicz. - Niestety, badania osad gockich są słabe, a wszystko, co o nich wiemy pochodzi z cmentarzysk. Pochówki łodziowe świadczą o tym, że potrafili budować łodzie - wskazuje muzealnik. - Na pewno doszli do mistrzostwa w złotnictwie. Mieli niesamowite pomysły na tworzenie ozdób, na wystawie pokazujemy wiele przykładów niezwykłych brosz czy bransolet. Precyzja wykonania wskazuje, że metalurgia była u nich na wysokim poziomie. Wytwarzali naczynia gliniane i to nie byle jakie, bo toczone na kole. Kwitł handel - kontynuuje. - Za bursztyn Goci dostawali srebro, rzymskie naczynia importowane, płacono im też w monetach. Coś musieli jeść, więc zajmowali się na pewno uprawą roli, hodowlą bydła, rybołówstwem. Odpowiedzi na wiele pytań uzyskalibyśmy po przebadaniu osady, ale cóż, na razie musi wystarczyć cmentarzysko. Wnętrze domu gackiego, fot. M. Skroboszewski, portEL 80 Bursztynowa droga Gotów WIEDZA ODKOPANA Cmentarzysko w Weklicach (między Elblągiem a Pasłękiem), skąd pochodzą zabytki prezentowane na wystawie, zostało odkryte na początku XIX w. Przez wiele lat nikt się nim nie interesował, zapomniano o nim. Dopiero w 1923 r. nauczyciel z Weklic poinformował niemieckich naukowców o wykopywaniu w miejscowej żwirowni niezwykłych przedmiotów. W 1925 r. przybył tu archeolog F. Jacobsen, który wykonał niewielkie badania sondażowe, a wyniki swych prac opublikował. Znowu przez dziesięciolecia nic się w Weklicach nie działo. Dopiero w 1984 r. prof. Jerzy Okulicz-Kozaryn wraz z żoną, prof. Łucją Okulicz-Kozaryn, rozpoczęli systematyczne badania archeologiczne. - Od lat badania prowadzone są w Weklicach przez Instytut Archeologii i Etnologii PAN w Warszawie - zauważa Grzegorz Stasiełowicz - ale i w Elblągu też są przynajmniej dwa cmentarzyska gockie, zapewne też i tu istniała osada. Cmentarzyska badane były przez badaczy niemieckich jeszcze w XIX w. i w latach 30. XX w. - mówi muzealnik. Co znaleziono? - Przedmioty najbardziej codzienne - wyjaśnia Grzegorz Stasiełowicz. - Na pewno ozdoby, które gackie panie chętnie nosiły. Czymś codziennym był także pas, za którym nosiło się sakiewkę, nożyk, klucze. Będą też szpile czy przęśliki. Nie możemy zaprezentować żadnych narzędzi, bo na cmentarzysku nie znaleziono nic poza sztylecikami, o których dziś można by powiedzieć: scyzoryki. Wykwintne, srebrne ozdoby księżniczki gockiej, jot. M. Skroboszewski Agata Janik 81 TAJEMNICE GROBOWCA KSIĘŻNICZKI Wystawa pn. „Goci. Znad Bałtyku do Rzymu” jest jedną z najciekawszych kolekcji archeologicznych elbląskiego muzeum. Przearanżowana, bogata scenograficznie wróciła na Podzamcze. Obok drogi można obejrzeć częściowo zrekonstruowany wóz taborowy, na którym Bursztynowy Szlak przemierzali kupcy, fragment wnętrza chaty gockiej, ale bez wątpienia duże zainteresowanie wzbudza zrekonstruowany grób tzw. księżniczki gockiej. Była ona kobietą niezwykle elegancką: na każdej ręce po dwie bransolety różnego typu, wykonane ze srebra. W swoją ostatnią drogę podążyła wyposażona w liczne, rzadko spotykane przedmioty. Do dzisiejszych czasów zachowała się w całości - gliniana misa, tzw. terra sigillata. Księżniczce gockiej można przyjrzeć się z bliska, bo i cała postać została zrekonstruowana i umieszczona w odtworzonym grobie. Według archeologów, cmentarzysko w Weklicach przestało funkcjonować w połowie IV w., ale czy na pewno? Kolejne badania mogą przynieść zaskoczenie.Wystawie towarzyszy polsko-angielski, bogato ilustrowany katalog. Wystawa została zaaranżowana w odnowionej części elbląskiego Muzeum, która została zrealizowana w ramach projektu „Muzea ponad granicami”, finansowanego przez Unię Europejską z programu Współpracy Trans-granicznej Litwa-Rosja-Polska. Dzięki temu dziś ta część Muzeum elbląskiego z powodzeniem może konkurować z innymi nowoczesnymi placówkami tego typu w kraju i Europie. 82 Pochówek Achacego Czerny (von Zehmen) w kościele parafialnym św. Anny w Sztumie Piotr Podlewski POCHÓWEK ACHACEGO CZEMY (VON ZEHMEN) W KOŚCIELE PARAFIALNYM ŚW. ANNY W SZTUMIE Płyty nagrobne były swego rodzaju hołdem złożonym zasłużonym osobom. Rzeźbione na nich postacie, symbole, a także inskrypcje pełniły rolę „wizytówki”. Częstą praktyką było dodawanie fragmentów z Biblii, głównie z Księgi Psalmów i Księgi Hioba. Są bardzo wartościowym zabytkiem sztuki sepulkralnej. Inskrypcje nagrobne opisujące czyny zmarłego, jego fundacje, czy bogobojną postawę były gwarantem na to, że potomni będą pamiętali o jego życiu i zasługach. Na przestrzeni wieków płyty nagrobne przestały być jedynie kamieniem przykrywającym miejsce spoczynku, symbolizującym poświęcenie się ziemi. Stały się narzędziem dzięki któremu człowiek nadal po śmierci zapewniał sobie pamięć i modlitwę kolejnych pokoleń, podkreślając delikatnie kim był. Tylko wysoko urodzeni mogli pozwolić sobie na pochówek pod posadzką kościoła. Oni również pragnęli zachować dla potomnych swój arystokratyczny wizerunek. Za życia kazali malować swoje portrety, przedstawiające ich w zbroi, z mieczem lub buławą, herbami rodowymi łub chorągwią, na koniu lub w rycerskiej pozie. Po śmierci miało to swoją kontynuację na płytach i rzeźbach grobowych. Wapienne obrazy, jakimi stały się kamienie przykrywające groby, nie pozwalają zapomnieć o szacunku dla dawnych gospodarzy ziem. Oznajmiają kim była i co znaczyła osoba spoczywająca. Achacy Czerna, wojewoda małborski, starosta sztumski, dzierzgoński, człuchowski i gniewski zmarł 24 maja 1565 r. w Królewcu. Pochowany został w Sztumie w kościele parafialnym, tym samym, w którym 9 lat prędzej w roku 1556 pochowano jego żonę Helenę v. Merklichenrade. Jej płyta nagrobna znajduje się w północno-zachodnim narożu kościoła w Sztumie i jest całkowicie starta1. Nie zachowały się fragmenty inskrypcji. Niewielkie zagłębienia świadczą o tym, że płyta mogła być ozdobiona symbolami lub motywami heraldycznymi. Niestety, nie posiadamy na dzień dzisiejszy żadnych przekazów, zdjęć lub opisów zabytku z poprzednich wieków. Płyta nagrobna Achacego Czerny została wmurowana w roku 1904 w północną ścianę kościoła, od 1 B. Schmid, Kreis Stuhm, s. 125. Płyta nagrobna Achacego Czerny (von Zehmen) na ścianie kościoła parafialnego w Sztumie, fot. P. Podlewski Piotr Podlewski 83 zewnątrz. Dwa lata później umieszczono nad nią daszek mający zabezpieczać ją przed działaniami warunków atmosferycznych, co w niewielkim stopniu zdało swój egzamin. Prace były następstwem rozbudowy kościoła według projektu Reinbotha z Iławy, która miała miejsce w latach 1900-19012. Nie jest znany warsztat, w którym wykonano z wapienia szwedzkiego białą płytę, przykrywającą grób starosty sztumskiego. Posiada ona wymiary 2,0 x 2,56 m. Głównym jej elementem zdobniczym jest słabo już dziś czytelna, wypukło rzeźbiona postać zmarłego, stojącego w zbroi. W prawym ręku trzyma on turniejową kopię, a w lewej kartusz z herbem. Wzdłuż boków kamienia nagrobnego, w bordiurze, przebiegała inskrypcja wykonana techniką polegającą na wycinaniu tła wokół zaplanowanych linii tekstu. W narożach, w medalionach, znajdowały się symbole czte- Płyta nagrobna z herbem rodu Bażyńskich (von Baysen). Przypuszczalne miejsce pochówku Doroty Bażyńskiej, córki Jana Bażyńskiego, matki Achacego Czerny, fot. P. Podlewski rech ewangelistów. Dziś można dostrzec tylko fragment napisu „May Ao 1565” (data śmierci Czerny) oraz mocno starty symbol Jana Ewangelisty (orzeł). Oba fragmenty znajdują się w lewym, górnym rogu płyty. Sugerując się jednakowym ułożeniem symboli Ewangelistów na innych zabytkach tego typu można przyjąć, że w prawym, górnym rogu widniał symbol św. Mateusza (anioł), pod nim św. Marka (lew) i symetrycznie do niego w lewym, dolnym rogu św. Łukasza (byk). Boki i spodnia strona płyty pozostały nieobrobione. Pełna treść inskrypcji zapisanej niemiecką minuskułą brzmiała: MAGNIF. DNS.ACHATIUS CZEMEPALATIN MARIENBURG, CAPITAN STHU-MENS AC MEYENS ET HAERES IN CHRISTBURGK OBIIT 24. MAYAO 15653 Herb Czemów Zemście (Pomście), składa się z trzech pasów szachownicy, które poprzecznie przecinają pole koloru niebieskiego. Jest on odmianą herbu Wczele. Z jego powstaniem wiąże się historia, którą w następujący sposób przedstawił w swoim dziele Kasper Niesiecki: Gema herbu Zemście a to z tej racyi, że się przodek tego domu w szachy zagrawszy, gdy mu szczęście nie służyło, zirytowany, rzucił szachownicę o swego antagonistę, która jak się na troje rozpadła tak się też nią herbowaćpoczęto4. Achacy Czerna urodzony ok. roku 1485 był synem Mikołaja, rycerza krzyżackiego 2 Ibidem, s. 120; M. Biskup, M. Zdzitowiecka, op. cit., s. 250; F. Mamuszka, Sztum i Ziemia Sztumska, Gdańsk 1985, s. 20; J. Wiśniewski, Kościoły i kaplice ..., s. 427. ’ Bernhard Schmid widział rysunek płyty Achacego Czerny z inskrypcją w archiwum Czemów w Stauchitz (Saksonia). B. Schmid, Kreis Stuhm, s. 125. 4 K. Niesiecki, I{ERBARZ POLSKI ks. Kaspra Niesieckiego S.J. powiększony dodatkami z późniejszych autorów, rękopisów, dowodów urzędowych i wydany przez Jana Nep. Bobrowicza w Lipsku, nakładem i drukiem Breitkopfa i Hertela, T. III, s. 4. 84 Pochówek Achacego Czerny (von Zehmen) w kościele parafialnym św. Anny w Sztumie i Doroty z. d. Bażyńskiej. Pochodził z gałęzi saskiej rodziny szlacheckiej von Zehmen osiadłej w Prusach w XV w. Był zaufanym królów polskich Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Był też bliskim współpracownikiem i przyjacielem księcia Albrechta Hohenzollerna. Jego kariera była błyskotliwa. Od podkomorzego pomorskiego, senatora pruskiego, kasztelana gdańskiego, wojewody malborskiego prędko stał się jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych magnatów z terenów Prus Królewskich. W posiadaniu Czerny znalazły się następujące starostwa: starogardzkie (1515-1528), dzierzgońskie (1517-1565), człuchowskie (1523-1530), sztumskie (1531-1565), gniewskie (1548-1565). Podczas ostatniej wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1519-1521 pełnił funkcję rotmistrza królewskiego na czele oddziału jazdy, prowadząc jednocześnie na polecenie króla rokowania z wrogiem. Od roku 1523 Achacy Czerna pełnił poselstwa do cesarza Karola V oraz książąt Rzeszy reprezentując królów Zygmunta I, Zygmunta Augusta, a także księcia Albrechta. Obowiązkiem Czerny było również utrzymywanie w wojennej gotowości Prus Królewskich na wypadek konfliktów. W roku 1526 mianowano go członkiem komisji, której zadaniem było uspokojenie buntu w Gdańsku. Pozostał w Gdańsku jako namiestnik, po odjeździe z miasta króla Zygmunta I, z zadaniem utrzymania mieszczan w posłuszeństwie. Zaprowadził jednocześnie porządek w Elblągu. W życiu politycznym Prus Królewskich stał się prawdziwym przywódcą stanów. Był zagorzałym obrońcą odrębności i przywilejów tego terytorium. Działał w tej sprawie na sejmach krajowych i koronnych kierując opozycją Pruską. Z powodu tego oporu utracił pod koniec życia dawne względy Zygmunta Augusta. Achacy Czerna wspierał protestantyzm w Prusach, ujawniając swoje poglądy religijne dopiero podczas pogrzebu żony Heleny v. Merklichenrade w roku 1556, pochowanej przez luterańskiego pastora5. Była ona matką jego trzech synów: Krzysztofa, Achacego i Fabiana oraz sześciu córek. Płyta nagrobna Achacego Czerny trafiła na ścianę kościoła na początku XX wieku. W tym miejscu warto zastanowić się nad jej pierwotnym umiejscowieniem. Nie zachował się prawdopodobnie żaden przekaz informujący o czynnościach związanych z przeniesieniem płyty nagrobnej z posadzki na ścianę kościoła w 1904 r. Rozbudowa świątyni, jak pisałem powyżej, trwała w latach 1900-1901. Przedłużono wtedy kościół w kierunku wschodnim o prawie 10 metrów, dobudowując nawy boczne oraz prezbiterium. Z pierwotnego kościoła zbudowanego pod koniec XV w. w stylu gotyckim pozostała jedynie mocno zmieniona cześć zachodnia. W tej części, w posadzce, zachowała się płyta nagrobna Heleny - żony Achacego. Czerna mocno przeżył śmierć żony. Wkrótce po jej zgonie jego stan zdrowia uległ pogorszeniu. Miał już wówczas około 71 lat. Zmarł w Królewcu o godzinie 20 wieczorem i został pochowany wpierw w miejscowej katedrze, a następnie w sztumskim kościele6. Zastanawiający jest fakt przeniesienia ciała Czerny do Sztumu. Może wolą zmarłego było spoczywać obok żony? Próbę odpowiedzi na to pytanie może dostarczyć nam obserwacja układu posadzki w kościele w okolicy płyty nagrobnej jego żony. Zmodernizowany kościół otrzymał nową posadzkę. Pierwotna z wapienia olandzkiego zachowała się 5 A. Szorc, Dzierzgoń. Od początku do dni naszych 1248- 1998, Dzierzgoń 1998, s. 62. 6 W. Szramowski, op. cit., s. 96-98. Piotr Podlewski 85 jedynie w części zachodniej - pod chórem. Ciągnie się ona przez całą szerokość budowli. Jest jednak w tej części kościoła miejsce wyłożone odmiennymi kaflami, niemającymi odpowiednika na terenie całej świątyni. Tym miejscem jest sporych rozmiarów prostokąt przylegający od południa do płyty nagrobnej Heleny Merklichenrade. Wymiary tego prostokąta są niewiele większe od rozmiarów płyty przykrywającej grób Achacego Czerny. Czy jest to miejsce spoczynku starosty sztumskiego przykrytego w XVI wieku wapienną płytą nagrobną? Jedynie gruntowne badania przeprowadzone w tej części kościoła pozwolą w przyszłości dać odpowiedź na te pytania. Dodatkową wskazówką jest praca niemieckiego historyka sztuki Georga Dehio: „Handbuch der Kunstdenkmaler West- und Ostpreussen” z 1882 r., wielkiego „inwentarza” historycznego zabytków obszaru niemieckiego, w którym autor opisując sztumski kościół wspomniał o istnieniu w nim kaplicy grzebalnej rodziny Czemów. W sztumskim kościele pod chórem znajdują się także dwie kolejne płyty nagrobne pomijane dotychczas w inwentarzach, zarówno polskich, jak niemieckich. Przylegają one od wchodu do filarów na których opiera się chór i są zasłonięte przez rokokowe konfesjonały. Płyta leżąca przy północnym filarze jest całkowicie starta, z kolei po odsunięciu konfesjonału przy filarze południowym widzimy zniszczoną płytę z mocno startym herbem rodziny Bażyńskich. Ale to już temat na kolejną historię. Płyta nagrobna Heleny Tolck von Merklichenrade, fot. P. Podlewski 86 relikwiarz kwidzyński Bogumił Wiśniewski ZAGINIONY RELIKWIARZ KWIDZYŃSKI Zaginiona szafka na paramenty, inaczej mówiąc - relikwiarz kwidzyński, w dalszym ciągu nurtuje kwidzyńskich historyków oraz poszukiwaczy skarbów. Na pewno, nie jest to taki wielki kaliber, co tzw. złoty pociąg ze Śląska, ale dla mieszkańców Kwidzyna podejrzewam, że więcej znaczy - niż ta ulotna gorączka za złotem, która ma miejsce na południu Polski. Dla nas średniowieczna szafa, stała w konkretnym miejscu, była namacalna. Znajdowała się w kwidzyńskiej katedrze przez wieki. Towarzyszyła mieszkańcom różnej narodowości miasta w dobrych i złych czasach. Co tu dużo mówić, była po prostu nasza. Wojna zawsze niesie ze sobą brak szacunku dla ludzkiego życia, kradzieże, lub nieodwracalne zniszczenia w substancji zabytkowej każdego miasta. Obecne czasy tak naprawdę niczym się nie różnią od poprzednich, proszę zobaczyć - co się dzieje na Bliskim Wschodzie. W szczegóły nie ma co wchodzić. Każdy zainteresowany tą tematyką, może zajrzeć do wiele artykułów w prasie, a nawet zobaczyć w telewizji skutki tych konfliktów. Z muzeów giną dzieła sztuki, z prywatnych mieszkań giną kosztowności. Po wojnie, czasami się odnajdują na aukcjach lub w prywatnych zbiorach. Ktoś później je sprzeda-je, ktoś je przypadkiem kupuje, a najczęściej rozpływają się po prostu w otchłani cza- su. Tak było od wieków. Zabójca ograbia swoją ofiarę, a potężna machina wojenna kończy ogrom zniszczenia, zamazując odpowiedzialność za popełnione przestępstwa. Polska ma to nieszczęście, że zawsze komuś przeszkadzała. Niektórzy znawcy tematu mówią, że wiąże się to ze złym położeniem geopolitycznym. Leżymy ponoć w nieodpowiednim miejscu Europy. Ja się z tym nie zgadzam, uważam że miejsce położenia kraju jest jak każde inne. Przyczyną najazdów przez inne państwa na Polskę, leżały w realiach polityczno-gospodarczych, które sami na swoje nieszczęście, stwarzaliśmy jako naród, zła polityka, liberum veto i inne, przyczyniały się do anarchizacji państwa. Na przykład, król czeski Brzety-slaw w 1038 roku, wypuścił swoich Autor artykułu pod czas prac archeologicznych, fot. archiwum Bogumił Wiśniewski 87 uzbrojonych wojów na Polskę, aby zdobyć relikwie męczennika św. Wojciecha. Królowi czeskiemu były one potrzebne dla wzmocnienia władzy i utworzeniu metropolii. Jak pisał Gall Anonim: / tak długo wspomniane miasta pozostawały w opuszczeniu, że w kościele św. Wojciecha Męczennika i św. Piotra Apostoła dzikie zwierzęta znalazły legowiska. Czy w tym wypadku, można mówić o złym położeniu kraj? Ale dzięki temu wydarzeniu historycznemu, zachowały się dwie czaszki świętego. Trochę to dziwne, ale jak widać, wszystko wydarzyć się może. Jedna z nich jest przechowywana do dzisiaj w kościele św. Witta na Hradczanach. To tak na marginesie, tematu. II wojna światowa, była wojną totalną. Tu już nie chodziło o doczesne szczątki świętego. Ta wojna nastawiona była na totalną zagładę i grabież. Wszystko, co miało wartość trafiało do okupanta kieszeni. Nikt nie liczył się z niczym. Człowiek podbitego kraju był zbędny. Zamieniał się w dane statystyczne umieralności, i to nie zawsze był ujęty. Najważniejszą wtedy sprawą dla zdobywców, było przywłaszczenie jak największej ilość skarbów dla siebie. Kiedy historia się odwracała, wtedy najeźdźcy stawali się ofiarami. Tym razem, byli grabieżcy, musieli ukrywać przed idącą ze wschodu armią, swoje zrabowane kosztowności i dzieła sztuki. Z chwilą zbliżania się wojsk rosyjskich do granic niemieckich, władze III Rzeszy wydały rozkaz, ukrycia cennych dzieł sztuki w różnych miejscach w kraju. Ponoć te rozporządzenie, było wydane już w 1939 roku, na wypadek nieudanej kampanii wrześniowej. Właściciele wszelakich dóbr, starali się ukryć w bezpieczne miejsce swój majątek, aby po wojnie mogły im ponownie służyć i cieszyć oczy. Znikały, więc zabytki w skrytkach, a za nimi znikali ich właściciele. Wszystko jak z początku sądzili, było pod pełną kontrolą. Chowający uważali, że wojna szybko się skończy i wrócą po swoje. Nie zawsze wszystko szło jak po maśle. Wojska radzieckie parły szybko do przodu, zyskiwały przewagę nad wrogiem. Lokalna władza, nie miała już czasu na ukrycie swojego mienia, w panice pozostawiała je na pastwę losu, ratując się przed niechybną śmiercią, szybką ucieczką z miasta. Zbliżająca się do Kwidzyna, 46 dywizja piechoty, gen. N. S. Borszczewa (Armia Uderzeniowa) i gen. płk Iwana Fiediunińskiego z 2 Frontu Białoruskiego, wprowadzała mieszkańców miasta w oszołomienie i strach. Słyszeli od innych uciekających, co mogą im zrobić Zamknięty relikwiarz kwidzyński, fot. archiwum 88 Zaginiony relikwiarz kwidzyński czerwonoarmiści, wiedzieli, że są w niebezpieczeństwie. Nikt już nie wierzył w propagandowe obietnice Wermachtu o powstrzymaniu wroga na granicy państwa. Okoliczna ludność w pośpiechu pakowała najważniejszy dobytek i uciekała przed najeźdźcą, czując oddech śmierci, gubiąc po drodze nawet swoje noworodki. „Walec ze Wschodu” pałał żądzą odwetu. Głodni i wyposzczeni seksualnie sołdaci, byli spragnieni wszystkiego. Chcieli oddać z nawiązką swoim wrogom to, co otrzymały ich rodziny od okupanta. Po raz pierwszy widmo śmierci, realnie zajrzało w oczy tubylców znad rzeki Liwy. W dniu 20 stycznia 1945 roku, rozpoczęła się masowa i przymusowa ewakuacja ludności cywilnej. Trwała tylko dziewięć dni. To za mało, aby wszystko spakować i wywieźć. Pod koniec stycznia wojska radzieckie przekroczyły granice miasta. W omawianym czasie, Niemcy ewakuowali około 98% mieszkańców. Z 21 tysięcznego miasta, pozostało najprawdopodobniej 320 osób. Ci, którzy pozostali, pochowali się w piwnicach. Przeważnie byli to starcy i matki z małymi dziećmi. Wojsko niemieckie nie miało czasu pomagać cywilom. Mieli, co innego na głowie -w tym czasie wywozili pokaźne archiwa miejskie. Kwidzyn to dawna stolica prowincji, obejmowała swoim zasięgiem duże tereny po obu stronach Wisły. Priorytetem, więc dla władzy, stały się archiwalia spoczywające w urzędach, garnizonach wojskowych, oraz w sądach. Nie zapomniano o aktach nowych, które zalegały siedzibę Narodowosocjali-stycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei) w budynkach SS (Die Schutzstajfel der NSDAP) i Gestpo (Geheime Staatspolizei). W takich okolicznościach ludność cywilna musiała liczyć tylko na siebie. Zima nie rozpieszczała ludzi, a o mechanicznych środkach transportu, mogli tylko pomarzyć. Były nie do osiągnięcia. Ludność tubylcza zmuszona została do ucieczki na piechotę, przez zamarzniętą Wisłę. Jak zawsze w takich okolicznościach, mieszańcy przezywali wielki dylemat. Nie wiedzieli, co ze sobą zabrać. Większość dobytku gromadzonych przez pokolenia nie nadawała się do szybkiego transportu. Przeważały przedmioty ciężkie i duże. Czas uciekał, już go nie mieli. Z oddali miasta słyszeli wybuchy bomb i ryk nadlatujących nad głową samolotów z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. Musieli wybrać, życie albo śmierć. Więc wybierali życie i ucieczkę, woleli znaleźć się możliwie jak najdalej od linii frontu. W panice, nikt nie myśli o zgromadzonych w muzeum przez lata mało wartościowych eksponatach. Historia narodu już nie było ważna. Liczyły się tylko partykularne interesy i wielkie dzieła. W kwidzyńskim muzeum według księgi zabytków, z dnia 31 sierpnia 1939 roku, było 3 129 zabytków. Natomiast do 1943 roku, zasób powiększył się o 746 muzealiów. To efekt rabunku dzieł sztuki z polskich miast: Lipna, Rypina, Wąbrzeźna. Nieliczna cenna tylko część eksponatów z muzeum, została wywieziona w skrzyniach lub ukryta do 1944 roku. Zbiory upychano w wiejskich szkołach i kościołach: w Rozaj-nach, Nowej Wiosce, w Baldramie. Do reszty wielkogabarytowych eksponatów, nikt nie Bogumił Wiśniewski 89 miał już głowy. Były za duże i ciężkie. Małymi dziełami sztuki nie było problemu, uciekinierzy zabierali je ze sobą do nowej Rzeszy. Rosjanie wkraczając do Kwidzyna, dnia 29 stycznia 1945 roku, około godziny 17, praktycznie zastali wymarłe miasto. Większość mieszkańców została ewakuowana na zachód przez lodowy most ułożony na zamarzniętej Wiśle. Zostawione mienie, aż się prosiło, aby znaleźć nowych właścicieli. Po wojnie, moi znajomi pochodzący z centralnej Polski opowiadali mi, że Rosjanie okradali porzucone mieszkania, plądrowali muzeum miejskie mieszczące się na dzisiejszej ul. Słowiańskiej, chwilowo służyło nawet im za kwaterę. Jak mówili świadkowie: Pijani żołnierze, którzy byli już podłeczeni ze swoich urazów wojennych, wyrzucali przez okna mieszkań wszystkie sprzęty, które nie przedstawiały dla nich wartości. Głównie szukali złota, alkoholu i zegarów. Były niszczone stare garnki, urny, brązowe fibule, wykopane jeszcze przed wojną podczas wykopalisk archeologicznych. Z cennych zabytkowych książek, pozostawały tylko okładki. Wspominali również, że: kartki z książek służyły Ruskom do wszystkiego. Przeważnie papier puszczano z dymem, szedł na skręty. Wierzący świadkowie zbulwersowani byli zachowaniem żołnierzy, ponieważ: zabytkowe liturgiczne ornaty wyszywane złotą nitką z kwidzyńskich kościołów, służyły pijanym żołnierkom za ekskluzywne kreacje, na wojskowych balach organizowanych przy Poczcie na ulicy Brat Narodów. W tamtym okresie wiele roztrzaskanych mebli, szmat, butelek i książek, walało się na ulicach, to była normalna rzecz. Takie praktyki były codziennością, nie tylko w Kwidzynie, ale i we wszystkich powojennych miastach. W Kwidzynie panował chaos - jak w filmie pt. Prawo i pięść, który został wyreżyserowany przez Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Do tego bałaganu, przyczyniali się jeszcze szabrownicy zza Wisły i centralnej Polski, którzy wywozili mienie poniemieckie do swoich domów. We wspomnieniach z tamtego okresu, Halina Donimirska-Szyrmerowa - opisuje Olsztyn, w którym widziała zniszczoną książkę o wielkiej wartości pt.: „De revolutio-nibus orbium coelestium” - O obrotach ciał niebieskich, która porzucona została w fosie zamkowej. Odkrywcze i unikatowe dzieło Mikołaja Kopernika, najwidoczniej nie przy-padło do gustu żołnierzom radzieckim. Kwidzyńską katedrę z XIV wieku, Rosjanie przekształcili w stajnie, a kościół pw. św. Trójcy w magazyn wojskowy. Stajnie i magazyny były pilnowane przez wartowników. Być może dzięki temu, coś niecoś z zabytków, pozostało w katedrze. Ciekawe, co Rosjanie zastali w katedrze kwidzyńskiej? Już przed wojną z wyposażeniem było krucho. Protestanci usunęli wszystkie religijne dzieła sztuki, zamalowali nawet freski w nawach bocznych kościoła, a mozaikę na głównym wejściem zasłonili deskami. Zabytki ruchome można było dosłownie policzyć na palcach. Przed wojną do wyposażenia katedry można zaliczyć: drewniany późnogotycki tron biskupi Hioba von Dobenecka z 1501-21 roku, renesansową ambonę z 1634 roku, kielichy mszalne z różnego okresu od średniowiecza do renesansu (zaginione), tacę na ofiary z XVII wieku 90 Zaginiony relikwiarz kwidzyński (zaginiona), renesansowy tryptyk z 1570 roku tzw. ołtarz z kościoła polskiego, dwa konfesjonały archidiakona z 1716, epitafia Augusta Mildego z 1601 i Jerzego von Rembau z 1619 roku, a w kaplicy grzebalnej malowidła trumienne na metalowej blasze rodziny von der Groebenów. Była jeszcze zaginiona szafka na paramenty tzw. relikwiarz kwidzyński. Skąd ta nazwa się przyjęła? Przypuszcza się, że z tej szafy wyjmowano komunię świętą dla przyszłej błogosławionej Doroty z Mątów. Nawet but skórzany, który jakiś czas w niej się znajdował, był traktowany, jako swoista pamiątka po Dorocie. Były to tylko przypuszczenia mieszkańców Kwidzyna. Niesprawdzone powyższe opowieści, żyły wśród ludzi pobożnych jako legendy. Do naszych czasów zachowały się fotografie relikwiarza z końca XIX w. Jego stan techniczny, pozostawiał wiele do życzenia. Przed remontem szafa wyglądała bardzo źle. Wnętrze szafy było zabrudzone, a malunki ledwo widoczne. Ogólne zniszczenia średniowiecznego zabytku, owym czasie mogły sięgać nawet do 60%. W niektórych miejscach malowidła były prawie nieczytelne. Na dodatek na wyblakłych malowidłach, nakładano w czasach nowożytnych rysunki i napisy, a la współczesne graffiti. Z opublikowanego zdjęcia można rozpoznać w niektórych kwartałach, wyżłobienia wykonane ostrym narzędziem przez wandali. Na ratunek zabytkowi na początku XX wieku, przyszły władze kościelne. Restaurację szafy dokonał w latach 1901-1902 Paul Klinc. Relikwiarz odrestaurowano w stopniu zadawalającym. Po latach w końcu ją doceniono i uratowano przed zniszczeniem. Po renowacji najprawdopodobniej obiekt ustawiono na górnym chórze, naprzeciw dębowego tronu biskupa Hioba von Dobenecka. Nie jest wykluczone, że przed zbliżającym frontem, oba te zabytki, zostały zniesione z górnego chóru do prezbiterium kościoła. Ciśnie się przy tym pytanie, dlaczego Niemcy, zdecydowali się w świątyni przestawiać zabytki? Wytłumaczenie przemeblowania może leżeć w chęci ukrycia lub wywiezienia ich z kościoła. Próba ukrycia, nastąpiła za późno. Nie zdążyli uporać się z zaistniałym problemem. Zabytkowy tron biskupa przetrwał wojenną zawieruchę. Stoi do dnia dzisiejszego przy tabernakulum, możemy go podziwiać, ozdabia katedrę. Niestety, wyjątkowy relikwiarz zniknął z wnętrza katedry, znalazł innego właściciela, do którego niestety nie mamy adresu. Szafa na paramenty, została wykonana najprawdopodobniej w przedziale lat od 1380 do 1390. Nie był to mały mebel. Wymiary: wysokość to: 2,3 m, szerokość: 1,1 m, głębokość: 0,55 m. Na zewnątrz drewno dębowe było obite blachą żelazną, które wzmocnione dodatkowo było sztabami metalowymi. Przez te zabezpieczenie sporo musiała ważyć. Z dwóch stron znajdowały się drzwiczki, które otwierały się na zewnątrz, co czyniło ją przewiewną. Można było z niej korzystać z obu stron, otwierając ją z przodu i tyłu. Szafa spoczywała na podstawie, w której znajdowała się szuflada na puszki na ofiary. Wewnętrzna strona drzwiczek były podzielone na trzy kwartały. W każdym polu znajdowało się średniowieczne malowidło przedstawiające inną scenę Biblijną. Ale nie wszystkie miniaturki były bezpośrednio związane z Biblią. W dwóch z nich znajdowały się sceny nawiązujące do zakonu krzyżackiego. Pierwsza ukazywała biskupa Jana Bogumił Wiśniewski 91 I fundatora szafy wraz ze św. Janem Chrzcicielem. Drugi obraz uwypuklał scenę klęczących rycerzy krzyżackich w zbroi, którzy czekali na przyjęcie komunii świętej przed ołtarzem. Dodatkowo ostatnie dolne malowidła szafy, oddzielone zostały od pozostałych bordiurą z orłami świętego Jana Ewangelisty, godłem diecezji pomezańskiej. W górnej części relikwiarza, znajdował się dekoracyjny wzór maswerku wykonany w drewnie. Badacze katedry kwidzyńskiej dr Liliana Krantz i dr Jerzy Domasłowski twierdzą, że korony świętych, były pierwotnie wykonane w metalu i ozdobione drogimi kamieniami. Szafa powstała najprawdopodobniej w warsztacie pomorskim, w najlepszym okresie rozkwitu państwa zakonnego, w dziedzinie rodzimego malarstwa. Autor teksu, przeprowadzając rozpoznanie wykrywaczem metali w katedrze, natknął się w głównej nawie kościoła na regularną anomalię, która znajdowała się przed zachodnim chórem organowym. Długość anomalii i szerokość odpowiadała wymiarom zaginionej szafy. Ukrycie w tym miejscu zabytkowego przedmiotu, uprawdopodobniały idące w nawach bocznych tunele ciepłownicze z początku XX, w których również można też było coś ukryć, na wypadek zbliżającej się nawałnicy wojennej. Wykrywacz metali wyraźnie sygnalizował przerywanym dźwiękiem nieokreślony przedmiot. Urządzenie wskazywało prostokątny obiekt metalowy o długości do 3,5 m., który zalegał pod powierzchnią płyt marmurowych, na głębokości około 0,8 do 1,5 m. Zachodziło, więc duże prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z poszukiwanym przez wiele lat cennym relikwiarzem. Wymiary anomalii pokrywały się z wymiarami szafy. Wiele przecież cennych zabytków Niemcy chowali w skrytkach pod posadzką kościołów. Pozostało mi tylko sprawdzić śmiałą postawioną hipotezę, jedynie wytyczając wykop archeologiczny w katedrze. W 2011 roku za zgodą ks. proboszcza Ignacego Naj-mowicza, i po uzyskaniu 19 197 Reliaulenschrein _ rci t suf Goidgrund, 2nde 14 Genui 1 den 6 Relikwiarz kwidzyński po konserwacji, fot archiwum 92 Zaginiony relikwiarz kwidzyński pozwolenia na prace archeologiczne od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków / Gdańska, podjąłem działania zmierzające do wyjaśnienia przyczyn, występowania w tym miejscu anomalii. Autor teksu, przystąpił do badań archeologicznych we wnętrzu katedry z wielkim optymizmem. Sądził, że namierzył zabytkową szafę, poszukiwaną przez badaczy od wielu lat. W pierwszej kolejności poluzowano, a następnie wyjęto z posadzki marmurowe płyty, które przylegały bezpośrednio do lica podstawy ławek. Wykop sondażowy, został poprowadzony w części zachodniej katedry, przy przedostatnich filarach arkady w głównej nawie. Od samego początku zakładałem, że wykop nie będzie duży, aby nie dezorganizować życia religijnego parafianów w kościele. Gdyby potwierdziło się, że pod posadzką znajduje się szafa, to wtedy dopiero wykop zostałby przeprowadzony na całej powierzchni występowania anomalii, aby odsłonięć w zabytek. Miejsce wbicia pierwszej łopaty wybrano nie przypadkowo, prace rozpoczęto przy środkowym boku występowania anomalii. Chciano w ten sposób, mieć większe pole badawcze w jedną jak i drugą stronę. Wymiary wykopu sondażowego nie były duże, ponieważ miały one, odsłonić zewnętrzną ścianę skrytki lub bezpośrednio brzeg poszukiwanej szafy, tak, aby jej ewentualnie nie uszkodzić. Długość wkopu wynosił: profil zach. 1 m, profil wsch. 0,50 m, a szerokość: profil pin. 0,62 m, płd. 0,50 m. Głębokość względna wykopu (spąg) wynosiła 0,82 m, licząc od górnej krawędzi posadzki katedry. Pod płytami posadzki o grubości 2 cm, natrafiono na wylewkę betonową, która ciągnęła się na całej powierzchni odsłoniętego wykopu. Po wstępnej analizie zaprawy, na początku ręcznie, a następnie mechanicznie, młotem udarowym, usunięto nowożytną wylewkę betonową. Już przy pierwszej warstwie wykutego betonu pojawiło się stalowe zbrojenie. Owalne metalowe pręty miały grubość 0,5 cm. Po rozebraniu reszty wylewki w wykopie, natrafiono na kolejne pręty stalowe, które były oddalone od siebie równomiernie w odległości od siebie mniej więcej o 0,26 m. Po skuciu betonowej wylewki o grubości około 0,20 m i pod prętami, które zostały nienaruszone, natrafiono na luźną ziemię w kolorze ciemno brązowej. W zawartości jej, znajdowały się duże ilości pokruszonych fragmentów cegieł i dachówek oraz nieliczne fragmenty ceramiki glinianej z polewą. Ponadto, wyeksplorowano potłuczone szkło z butelek, dwa kute gwoździe oraz kość ludzką - żebro dziecka. Miąższość pierwszej badanej warstwy wynosiła 0,38 m. W drugiej warstwie sondażowego wykopu, natrafiono na drobną zaprawę murarską z fragmentami ułomków ceglanych. W tej warstwie nie stwierdzono żadnych zabytków ruchomych. Wykop zakończono na głębokości 0,82 m mierząc od górnej krawędzi posadzki. Na tej głębokości wykopu eksplorację zakończono. Na koniec poszukiwań relikwiarza kwidzyńskiego, przeprowadzono w celach sprawdzających, także nakłucia prętem stalowym. Głębokość nakłuć sięgała do 1,50 m od spągu drugiej warstwy. Jednak podjęte działania wyjaśniające, nie przyniosły żadnego rezultatu. Nie natrafiono na żaden przedmiot, który by stawiał opór zagłębiającemu się Bogumił Wiśniewski 93 w ziemię prętowi stalowemu. Brak było jakiegokolwiek większego przedmiotu, a tym bardziej wymurowanego schowka na zabytki. Trzecia warstwa, która była badana szpikulcem, była bardzo luźna, co pośrednio świadczyło o wykonanym w czasach nowożytnych zasypisku, które pochodziło najprawdopodobniej z I połowy XX wieku. Reasumując, wykrywacz metali odkrył pod posadzką tylko ułożone w celach konstrukcyjnych pręty stalowe. Stanowiły one wzmocnienie nowożytnego betonu, przedmioty pod posadzką kościoła, które jednocześnie wprowadziły w błąd poszukującego relikwiarza. Nie jest wykluczone, że w tym miejscu, był poprowadzony kanał grzewczy, który później jednak został z niewyjaśnionych przyczyn, zasypany przez wykonawców. Zdaje się, że konstruktorzy ogrzewania wewnątrz kościoła, odstąpili od jego realizacji, ze względu czysto technicznych. Być może doszli do wniosku, że jest on zbędny, ponieważ ciepło rozprowadzane w nawach bocznych, w zupełności wystarczyłoby do ogrzania kubatury katedry. Wyjaśniałoby to, zatem, dużą ilość odkrytych połamanych nowożytnych fragmentów dachówek i cegieł z końca XVIII i do początku XX w. W latach 80 i 90 ubiegłego stulecia, jeden z lokalnych dziennikarzy, podjął próbę zlokalizowania w muzeach polskich zaginionego relikwiarza. Jednak i jemu nie udało się dość rozwiązania tajemnicy. Niektórzy z historyków poprzednio sądzili, że średniowieczna szafa na paramenty, znajduje się w magazynie warszawskiego Muzeum Narodowego. Przypuszczenia powyższe jednak nie potwierdziły się. Uważam, że na nowo trzeba byłoby podejść do tematu odnalezienia zaginionej szafy, być może nowe ustalenia, które by wyszyły podczas wznowionych badań, odpowiedziały by nam, gdzie znajduje się ona naprawdę. Jednak wiele przesłanek wskazuje na to, że relikwiarz nie został wywieziony przed zakończeniem wojny przez ówczesnych mieszkańców miasta. Pozostawili przecież inne zabytki ruchome w kościele, były to również unikatowe dzieła. Wydaje się, że Niemcy nie mieli już czasu na bezpieczną wywózkę zabytków, drogi w kierunku północnym i południowym były odcięte od reszty kraju przez wojska radzieckie, a przeprawa z tak dużym i ciężkim ładunkiem przez most łodowy ułożonym na Wiśle, wiązałaby się z dużym ryzykiem. Dlatego działająca przy II Froncie Białoruskim tzw. „Brygada trofeum”, dowodzona przez Lwa Charko i Leonida Denisowa, z łatwością mogła wyłuskać najbardziej cenne okazy pozostawione w katedrze i wywieźć je w głąb ZSRR. Poszukiwania relikwiarza nie zostały jeszcze zakończone. Dalej wysuwa się nowe teorie o miejscu jego składowania. Obecnie wśród naukowców i kolekcjonerów przeważa opinia, że nasz kwidzyński zabytek jest złożony, i jeszcze nawet nie skatalogowany, w jakimś rosyjskim magazynie. 94 Polowania braci Sierakowskich w Montresorze Adam Langowski POLOWANIA BRACI SIERAKOWSKICH W MONTRESORZE Dwudziestego piątego lipca 1876 roku Adam Sierakowski, syn Alfonsa i Marii z Sołtanów, poślubił w Krzeszowicach Marię Potocką, córkę Adama Potockiego oraz Katarzyny Branickiej. Sześć dni później małżonkowie przybyli do Waplewa, gdzie przygotowano na ich cześć wielkie powitanie. Adam Lew Sołtan, wuj pana młodego i główny organizator uroczystości, zapisał: „Przyjęcie udało się znakomicie, bo pogoda była śliczna”. Ślub Adama Sierakowskiego z przedstawicielką znanego i zamożnego rodu arystokratycznego z Galicji otwiera nowy rozdział w dziejach Waplewa, na które, dzięki koligacjom jego właścicieli, zaczęły oddziaływać tak ważne ośrodki, jak Krzeszowice Potockich czy Wilanów i Montresor Branickich. Związki Sierakowskich z Branickimi umocniły się w 1886 roku, kiedy to Anna Potocka, młodsza siostra Marii Adamowej Sierakowskiej, wyszła za mąż za Ksawerego Branickiego, właściciela wymienionego wcześniej podwarszawskiego Wilanowa oraz Montresoru we Francji. Dodajmy, że Ksawery Branicki herbu Korczak był dla sióstr Potockich bliskim kuzynem, ponieważ jego ojciec, Konstanty Branicki, to brat Katarzyny z Branickich Potockiej, czyli teściowej Adama Sierakowskiego. Ważnym elementem podtrzymywania więzi rodzinnych i towarzyskich były polowania. Adam Sierakowski, często przebywający poza Waplewem, chętnie w nich uczestniczył, spotykając się m.in. z Ksawerym Branickim, co wielokrotnie zostało odnotowane na łamach prasy łowieckiej. Również synowie właściciela Waplewa, Stanisław i Jan, rozwijali swoje pasje myśliwskie, a jednym z miejsc, które odwiedzali w tym celu, był Montresor. Zamek i miasteczko Montresor leżą w Turenii, w dolinie rzeki Indrois, w departamencie Indre-et-Lo-ire. Chcąc dotrzeć tu z Paryża, należy pokonać prawie 250 km. Odległość od Tours, największego miasta departamentu, wynosi 64 km. W połowie XIX wieku Jan Sierakowski, fot. ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie Ksawery Branicki na polowaniu w Montresorze, rysunek Karla Reille,fot. ze zbiorów Adama Rybińskiego Adam Langowski 95 Montresor znalazł się w posiadaniu Branickich, a następnie Reyów, opiekujących się nim do dziś. Autorzy książki „Wyspa Montresor”, na którą składają się wywiady z członkami wspomnianych rodów oraz mieszkańcami miasteczka, piszą we wstępie: „To ważny punkt na mapie, nie tylko dla rodziny, ale i dla polskiej emigracji, która od czasu rozbiorów przemierzała Europę w poszukiwaniu swojego miejsca”. Obecność Polaków jest tym, co wyróżnia niespełna półtysięczny Montresor wśród innych francuskich miasteczek. Mieszkańcy okolicznych miejscowości: Chemille, Beaumont, Villeloin nazywają Montresor „La petite Pologne”, czyli Małą Polską. Polsko-francuską przeszłość i teraźniejszość miasteczka podkreśla biało-czerwona flaga wywieszona na budynku merostwa Montresoru. Według legendy Montresor powstał w pobliżu miejsca, w którym król Gontran IV odpoczywał podczas polowania. Przerwę w łowach zakłóciła władcy mała jaszczurka - poprowadziła go ona w kierunku wzgórza, gdzie miał się znajdować wielki skarb. Wskazana przez jaszczurkę góra została nazwana „Monsthesauri” - „Monsthesaur” - „Montresor”, co z francuskiego oznacza «mój skarb». Andrzej Ryszkiewicz, historyk opisujący zbiory sztuki zgromadzone na zamku, skłania się ku innej koncepcji. Uważa, że nazwa „Montresor” nawiązuje raczej do potrójnego systemu obronnego utrudniającego dostęp do twierdzy. Pierwszym polskim właścicielem zamku i, jak pisze Ryszkiewicz, tym, który „polski Montresor” założył i ukształtował, był Ksawery Branicki, nazywany Panem Ksawerym. W 1849 roku zamek i połowę domów w miasteczku oraz 2300 ha ziemi kupiła dla niego matka Róża z Potockich Władysławowa Branicka, córka Szczęsnego Potockiego. Po śmierci Pana Ksawerego w 1879 roku dobra montresorskie przejął jego bratanek oraz imiennik, Ksawery Branicki młodszy, ożeniony później z Anną Potocką, siostrą żony Adama Sierakowskiego. Oprócz francuskiej rezydencji wuj Stanisława i Jana Sierakowskich posiadał również znaczne dobra na Kijowszczyźnie, Wilanów pod Warszawą oraz Roś na Grodzieńszczyźnie, co stawiało go w gronie największych i najbardziej wpływowych polskich właścicieli ziemskich. Ksawery Branicki, dla odróżnienia od stryja Pana Ksawerego tytułowany Ksawerym Branickim II, był postacią wyróżniającą się pod względem wyglądu. Członkowie rodziny i znajomi opisują go następująco: „[...] był dużych rozmiarów i posiadał wspaniałą siwą brodę, co sprawiało, że inni w jego obecności czuli się bardzo mali ” (Konstanty Potocki); „Patapuf, gruby nad wiek, szerszy w kłębach niż w plecach, ale pięknej twarzy i z ogromną brodą [...]” (Konstanty Podhorski); „Długa siwa broda, dewizka od zegarka, którą się bawił, i łańcuszek w kieszonce - tak jak to wtedy panowie nosili. To jest właśnie dziadzio” (Cecylia Szerauc). Jako gospodarz Montresoru zapisał się dobrze w pamięci potomnych. Powiększył tamtejsze dobra, dokupując nowe ziemie, dawał zatrudnienie wielu mieszkańcom miasteczka. Liczba pracowników dochodziła do stu, a na zamku funkcjonował system kasy emerytalnej kadr. W 1897 roku hrabia założył ochronkę, o czym przypomina tablica pamiątkowa. Pomyślny i długi, bo niemal pięćdziesięcioletni, okres gospodarowania Ksawerego Branickiego we francuskim majątku nazywany jest „czasami splendoru”, a ich symbolem były wspaniałe polowania organizowane przez hrabiego, dla którego myślistwo stanowiło wielką pasję. 96 Polowania braci Sierakowskich w Montresorze Stałym uczestnikiem montresorskich polowań w czasach Ksawerego Branickiego był Jan Sztolcman. Ten znany ornitolog, podróżnik i zasłużony działacz ochrony przyrody należał do najbliższych współpracowników hrabiego. W 1887 roku został dyrektorem prywatnego Muzeum Zoologicznego Branickich w Warszawie, a w 1919 roku, gdy połączono je z Gabinetem Zoologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, tworząc Polskie Państwowe Muzeum Przyrodnicze, objął stanowisko wicedyrektora nowej instytucji. W zbiorach malarstwa i rzeźby przechowywanych w Montresorze można odnaleźć brązową plakietę portretową z jego podobizną, wykonaną w 1913 roku przez Czesława Makowskiego. Po raz pierwszy Sztolcman wziął udział w tamtejszych polowaniach w 1885 roku, co odnotowano w zamkowej księdze gości. Odtąd co roku część października i listopada spędzał we Francji i oddawał się ulubionej rozrywce. Swoje wrażenia opisywał w korespondencjach dla „Łowca Polskiego”, którego był założycielem i redaktorem. Artykuły Sztołcmana stanowią ciekawe źródło do poznania organizacji i przebiegu łowów we francuskim majątku hrabiego Ksawerego Branickiego. Teksty obfitują w anegdoty i oddają atmosferę polowań z „czasów splendoru”. Wśród wielu postaci przywoływanych w opowieściach redaktora „Łowca Polskiego” są również Stanisław i Jan Sierakowscy. Sięgnijmy więc do opisów montresorskich polowań autorstwa Jana Sztołcmana, aby dowiedzieć się, jak radzili sobie na nich młodzi hrabiowie z Waplewa. Adam Langowski 97 W korespondencji z listopada 1907 roku, która ukazała się w noworocznym numerze „Łowca Polskiego”, Sztolcman zanotował: „Tegoroczny nasz pobyt w Montresorze urozmaicony był obecnością bardzo miłych gości, a mianowicie dwóch hr. Sierakowskich, Stanisława i Jana, znanych czytelnikom naszym z opisu ciekawej wycieczki do Indyj Wschodnich”1. Oprócz synów Adama Sierakowskiego w łowach brał udział kapitan Barbier de Mon-teault z Niort, dawny sąsiad montresorski hrabiego Ksawerego Branickiego. Sztolcman pisze dalej: „Trzej ci panowie, zapamiętali myśliwi, towarzyszyli nam stale we wszystkich naszych wyprawach, a wieczorem stanowili miłych partnerów, gdy się do bridgea zasiadało”. Skład myśliwych uzupełniał pan Paweł Trofea myśliwskie eksponowane w zamkowej jadalni, . i . . • • j • i i fot. Adam Rybiński Grazon, który prawie codziennie zjezdzai do J - Montresoru. Z wcześniejszych relacji Sztolc- mana wynika, że pan Grazon to były oficer spahisów, zamożny właściciel ziemski w prowincji Loches, a także prezes stowarzyszenia myśliwych francuskich w okręgu Loches. Dwa razy w tygodniu polowano na grubego zwierza z gończymi w rządowym lesie Foret de Loches oraz w lasach hrabiego Branickiego: la Rairie, le Courday i la Niverdiere. W pozostałym czasie urządzano mniejsze polowania na zające, króliki, bażanty i kuropatwy. Pogoda dopisywała, było ciepło, jedynie na początku pobytu oraz na jego zakończenie padało i było wietrznie. Myśliwi otrzymywali również zaproszenia na polowania sąsiedzkie, odbywające się we Francji zazwyczaj w niedziele i święta. Miejscowi najpierw uczestniczyli we mszy, a około godziny jedenastej przybywali do gospodarza łowów, godząc w ten sposób obowiązki wynikające z przekonań religijnych z pasją myśliwską. Jak zapewniał Sztolcman, u hrabiego Branickiego istniały inne zasady: „W Montresorze jednak panują w pełni staropolskie tradycje, pod wpływem których wykluczone są w dni świąteczne wszelkie, nie tylko gremialne, polowania”. Goście hrabiego Branickiego skorzystali z zaproszeń od państwa Raoul-Duvalów z Marołles, pana Johana z Lestang i od państwa de la Motte St.-Pierre z Monpoupon. Redaktor „Łowca Polskiego” był pod wrażeniem pani Raoul-Duval, Amerykanki z pochodzenia, o której już kilka lat wcześniej pisał: „[...] jest zapaloną adeptką S-go Huberta i doskonale strzela, co się w ogóle rzadko trafia między niewiastami”. Wspomnianą wyprawę do Indii Stanisław i Jan Sierakowscy odbyli w towarzystwie Oswalda Potockiego z Piątkowa. Jej przebieg opisałem w artykule: Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii (1906 r.), „Prowincja”, nr 2 (20), 2015. 98 Polowania braci Sierakowskich w Montresorze Spośród polowań sąsiedzkich rozczarowaniem zakończył się wypad do Monpoupon, gdzie w dziesięć strzelb zabito zaledwie sześć bażantów. Dla porównania rok wcześniej w tym samym rewirze, położonym w bezpośrednim sąsiedztwie zamku, upolowano ich osiemdziesiąt. Zawstydzony gospodarz wyjaśnił, że brak zwierzyny to najpewniej efekt zemsty jednego z gajowych, którego niedawno zwolnił. Zdecydowanie lepiej wypadły polowania w lasach z gończymi na grubego zwierza. Ogółem padło dziewięć dzików, jedna łania, cztery sarny i dwa zające. Rezultat dotyczący dzików Sztolcman uznał wręcz za rekordowy, ponieważ zdobycz stanowiły tylko większe sztuki, w tym trzy bardzo piękne odyńce. Dodatkowym powodem do zadowolenia było to, że podczas tych polowań żaden pies nie został poraniony. Jednego z odyńców upolowałjan Sierakowski w lesie rządowym Foret de Loches, dzierżawionym w części przez hrabiego Branickiego. Dzika wytropiono w miocie przylegającym do zabudowań domku myśliwskiego w miejscowości Beau-Chene, w którym uczestnicy polowania spotykali się i jedli wspólne śniadanie przywiezione w formie szwedzkiej kuchni. Po otrzymaniu informacji o dużym odyńcu zaległym w pobliżu domku myśliwi obstawili miot. Jedno ze stanowisk zajął kapitan żandarmerii Sibre, o którym Sztolcman napisał, że „[...] nigdy jeszcze do grubszego zwierza nie strzelał, miał lichą strzelbę, a jak się później okazało - jeszcze lichsze ładunki”. Sibre strzelił do dzika z odległości piętnastu kroków, trafiając go w pachwinę, jednak kula przebiła tylko skórę i uwięzła na mięsie. Dalszy przebieg polowania wyglądał następująco: „Wówczas stojący najbliżej Jan hr. Sierakowski i kap. Barbier, wybiegli na szosę i puścili się za dzikiem, który sunął ciągle gąszczem równolegle do drogi; szedł jednak widocznie wolno, a może nawet przystawał, rozjuszony prawdopodobnie raną, jaką mu kap. Sibre zadał. Następnie strzelał jeszcze do niego z szosy kap. Barbier, ale bezskutecznie, a tymczasem hr. Sierakowski zdołał go wyprzedzić i wpadł na niewielką polankę, obok drogi położoną. Ledwie na niej stanął, gdy wypadł nań dzik i prosto ku niemu sunął. Młody myśliwy strzelił pierwszy raz na dziesięć kroków, a drugi a bont portant2 i tym drugim strzałem powalił go, lecz rulujący dzik przewrócił go jeszcze, tak jednak szczęśliwie, że go szablą nie zawadził. Dzik, padając, wytrącił strzelbę z rąk myśliwego i na nią się powalił. Gdyśmy przybiegli, żył jeszcze, ale były to już ostatnie jego chwile. Pierwsza kula hr. Sierakowskiego weszła trochę z boku do jamy płucnej; druga, strzelana z góry, strzaskała krzyże i przebiła płuca. Zebrawszy się wokoło dogorywającej sztuki, która okazała się bardzo pięknym, jak na francuskiego dzika - odyńcem, winszowaliśmy młodemu myśliwemu tak szczęśliwego zakończenia całej tej awantury, bo każdy z nas doskonale rozumiał, że gdyby hrabia S. nie był zatrzymał szarżującego pojedynka swą drugą kulą, byłby co najmniej silnie okaleczony, jeśli nie zabity”. Sztolcman nie szczędził pochwał pod adresem młodszego z synów Adama Sierakowskiego, podkreślając, że uniknięcie tragedii stało się możliwe „[...] dzięki przytomności umysłu i zimnej krwi głównego aktora tej awantury”. Po niedługim czasie rozpoczęto pogoń za następnym dzikiem. Również i w tym zdarzeniu jedną z głównych ról odegrałjan Sierakowski, który wraz z hrabią Branickim, kapitanem Barbierem oraz Janem Sztolcmanem wskoczył do powozu, aby dogonić odyńca. 2 a bout portant (fr.) - z bliska, z przyłożenia. Adam Langowski 99 Myśliwych wspierał konno Louis Chauveau, pełniący na zamku funkcję piquera, czyli łowczego, odpowiedzialnego za przebieg polowań oraz sprawującego nadzór nad mon-tresorską psiarnią. Gdy dzik przecinał szosę, kapitan Barbier, który w tamtym momencie jako jedyny z czwórki myśliwych miał w strzelbie ładunki, wychylił się z pędzącego breku i oddał dwa strzały. Później Barbier jeszcze dwa razy strzelał w kierunku dzika biegnącego środkiem szosy. Następnie, jak pisze Sztolcman, „[...] dzik skręcił do lasu, a wtedy ja i hr. Jan Sierakowski wypaliliśmy do niego, ale strzały mieliśmy dalekie i trudne, bo las był gęsto w tern miejscu paprociami podszyty”. Ostatecznie odyniec, goniony jeszcze przez jakiś czas, padł od strzałów piquera Louisa Chauveau. Pełne emocji polowanie w Foret de Loches usatysfakcjonowało myśliwych, o czym świadczą słowa Sztolcmana: „Tak się zakończył ten dzień urozmaiconych łowów, który niewątpliwie należy do najpiękniejszych z pomiędzy całego szeregu montresorskich polowań”. Kilkanaście lat później w jednym ze swoich tekstów poświęconych pobytom we Francji, przypomniał wypadek Jana Sierakowskiego: „Innym znów razem polował z nami ś.p. Jan hr Sierakowski. Postawiono go na niewielkiej halawce wśród wysokich wrzosów zasłaniających widok na najbliższe przedmioty. Goniony przez psy pojedynek wypadł na halawkę w odległości jakich 15 kroków od myśliwego. Ten strzeli! z prawki i chybił, a gdy dzik rozjuszony strzałem sunął na niego, poprawił z lewki, ale już z odległości paru kroków. Śmiertelnie rażony dzik wywrócił myśliwego, przywalając mu nogi swem cielskiem i dzięki tylko szczęśliwemu trafowi nie zawadził szablą nawet ubrania, nie mówiąc już o ciele myśliwca”. Warto zaznaczyć, że w historii obu rodzin zdarzyło się polowanie, na którym doszło do nieszczęścia. W 1913 roku podczas łowów w lasach waplewskich zmarł na zawał serca Władysław Branicki, najmłodszy syn Ksawerego Branickiego. Aby uczcić pamięć zmarłego kuzyna, Stanisław Sierakowski ufundował w miejscu tragedii kamienny krzyż3. Również w Montresorze pamiętano o młodym Władysławie. Jak informuje Adam Rybiński, prawnuk Ksawerego Branickiego, w lesie montresorskim do dziś istnieje pomnik, tzw. piramida Świętego Huberta, wystawiona przez hrabiego na pamiątkę śmierci syna. Jest to tradycyjne miejsce spotkań myśliwych. Jan Sierakowski ponownie wyróżnił się na polowaniu we francuskich dobrach wuja Ksawerego Branickiego w 1911 roku, kiedy, jak zaznaczył Sztolcman, chwilowo bawił w Montresorze. Redaktor „Łowca Polskiego” narzekał na pogodę, która nie sprzyjała łowom. Myśliwi często wracali zmoknięci i zawiedzeni rezultatami, a gdy opady były zbyt intensywne, zostawali w domu, gdzie pisali listy i grali w brydża. Pobyt mógł okazać się zupełnie nieudany, gdyby nie polowania na dziki, których padło dziewiętnaście, a więc o jednego więcej niż w poprzednim sezonie. Jednak i tu radość gości hrabiego Branickiego nie była pełna, ponieważ aż siedemnaście z upolowanych dzików stanowiły maciory4. Jedna z nich została zabita przez hrabiego Jana Sierakowskiego w zaskakujących okolicznościach. ' Więcej na ten temat piszę w artykule: Krzyż hrabiego Władysława, „Prowincja” nr 1 (19), 2015. 4 Samica dzika to locha, jednak Sztolcman najczęściej używał określenia maciora. 100 Polowania braci Sierakowskich w Montresorze Pewnego dnia na teren parku mon-tresorskiego wdarła się maciora z czterema warchlakami. Dzik, goniony przez psy, dostał się do bażantarni, oddzielonej od parku murem zwieńczonym potrójnym drutem kolczastym. Zwierzę prawdopodobnie przeskoczyło niemal dwumetrową przeszkodę, czym wprawiło myśliwych w zdumienie. Bażantarnia posiadała kształt kwadratu o powierzchni prawie jednej morgi, gdzie postawiono klatki, woliery i kurniki, a częściowo obsadzono świerkami. W jej pobliżu znajdował się wówczas Jan Sierakowski, który razem ze strzelcem Czarkowskim i dojeżdżaczem Arturem Chauveau, synem znanego nam już piquera Louisa Chauveau, wkroczył za dzikiem do bażantarni. Oto finał tego polowania w relacji Jana Sztolcmana: „Dzik party przez nich, przesadził druciane ogrodzenie kurnika, mające około 1 i pół metra wysokości i znalazł się w niewielkiem ogrodzeniu, jeden kąt Piramida Świętego Huberta w Montresorze,fot. Adam Rybiński którego zajmuje mała sadzawka ocembrowana. Hr. Sierakowski i Czarkowski, nie namyślając się długo, wkroczyli do ogrodzenia przez drzwiczki, które za sobą zamknęli. Dzik, widząc się przyciśniętym do muru w calem tego słowa znaczeniu, szarżował na hr. Sierakowskiego, który ze swego mauzera strzelił do niego na kilka kroków i roztrzaskał mu ryj wraz z dolną szczęką. Nie wstrzymało to rozjuszonego zwierza, który wywrócił odważnego myśliwego, to samo uczynił z Czarkowskim, lecz hrabia już się zerwał i zmieniwszy nabój z magazynu, osadził wreszcie dzika śmiertelnym strzałem. Był to więc niezwykły wypadek zabicia dzika w ogrodzonym kurniku, mającym kilkadziesiąt metrów powierzchni. Całej tej scenie przyglądało się pięć bab, z żoną bażantarnika na czele, z odległości 15 kroków”. Tradycyjnie polowano również u sąsiadów. Ciekawy przebieg miało polowanie u pana Rene Raoul-Duvala w Marolles, gdzie zabito żbika. W tamtym czasie było to już zwierzę rzadko spotykane we Francji. Upolowany żbik został oddany do wypychacza w Paryżu, a później miał trafić do Montresoru i wzbogacić tamtejszy zbiór trofeów myśliwskich. Hrabiajan Sierakowski, którego dokonania na montresorskich polowaniach opisałjan Sztolcman, zmarł w Nicei dziewiątego kwietnia 1920 roku w wieku trzydziestu ośmiu lat. Jak się wydaje, jego pobyty w Montresorze miały nie tylko charakter towarzyskich spotkań w gronie myśliwych, ale wiązały się także z innymi obowiązkami. Wskazuje na to fragment wspomnień Hipolita Korwin-Milewskiego, goszczącego w dobrach hrabiego Adam Langowski 101 Branickiego w 1918 roku: „W drugiej połowie czerwca ś.p. Jan Sierakowski, który miał nadzór nad pysznym majątkiem Montresor (przeszło 1500 hektarów w przepięknej Touraine) swego wuja Ksawerego Branickiego, zaproponował mi pojechać tam z nim na tydzień, com chętnie uczynił Jan Sierakowski został pochowany w Montresorze, spoczywa w dziewiętnastowiecznej kaplicy cmentarnej, mauzoleum rodziny Branickich, położonej na wschód od zamku. Jego grób sąsiaduje z grobem Edwarda Jaroszyńskiego, syna Edwarda i Wandy z Sierakowskich. Wykaz źródeł i literatury: Łowiec Polski, nr 2/1900; nr 1,8,24/1903; nr 1,2/1908; nr 2/1912; nr 15/1925; Kłosy, 1.19/1874; Bukowski A., Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim, Wrocław 1989; Dacka-Gó-rzyńska I. M., Górzyński S., Ugniewski P., Polacy pochowani na cmentarzu w Montresor, Warszawa 2008; Grafa K., Mazuś M., Rybiń- Artur Chauveau z psem Austerlitz,fot. ze zbiorów Adama ski W., Wójcik M., Wyspa Montresor, Wydaw- Rybińskiego nictwo LTW; Kraiński M., Panowie na Waple- wie. Ród hrabiów Sierakowskich z Ziemi Malborskiej [w:] Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Ludzie, miejsce, kolekcja, „Gdańskie Studia Muzealne” 8, Gdańsk 2015, s. 16-33; Milew-ski-Korwin H., Siedemdziesiąt lat wspomnień... 1855-1925, Poznań 1930; Ryszkiewicz A., Ksawery Branicki i polonica na zamku w Montresor [w:] Idem, Kolekcjonerzy i miłośnicy, Warszawa 1981, s. 102-196; Ryszkiewicz A., Polonica na zamku w Montresor, Poznań 1975; Sroka T.S, Sztolcman Jan Stanisław (18S4-1928) [w:] PSB, TXLIX/1, s. 110-112; Relacja Adama Rybińskiego z 20 września 2016 roku. Janusz Namenanik HEINRICH I OSKAR PENNER. DZIERZGOŃSCY PRZEMYSŁOWCY H, PENNER, CHR1STBURG 1Q0B inh. Ing. OskarPenner 1O9R I wY/kO Fernspre-ciw : 256 — Fabrik 265 * Betonwaren- u. Betonwerksteinfabrik Beste materialgerechte Kom- r-fW^wwwtzur^ sorgfóltigste Nochbehandlung bpęMte Betonfestigkeit Kiesgruben-Betneb Unternehmung fur Beton-, Eisenbeton- und Tiefbau Holzwolie - Leichtbauplatten - Fabrik H* PeC - Leichtbau p I atten Plattenstarke I1; 2^/2 3'/2 5 7>/2 10 cm Gewicht einer Platte c o 8 10 H 18 25 30 kg z - Lange2rn, Bf*tt»0,50m = 1,-qm Ha Sonderdnęebot Hohes łsoliervermógen gegen Kćlte und Wdrme GroBe Fesbgkeit, da Port landzement ais Bindemittel verwendet wird Feuerhemmend Geringes Gewicht, Leichte Verar-beitung. Bilbg im Preis u. Probeabschnitt bostenlos Laboratorium / Projektierung sdmtl. hr^emp^bauten / Vollbahnanschlu6gleis Reklama firmy HaPeC z okazji 30-lecia istnienia fabryki w 1935 r.,fot. archiwum 103 Heinrich i Oskar Penner byli twórcami i właścicielami największego pod względem zatrudnienia w historii Dzierzgonia zakładu przemysłowego. Zakład ten, popularnie zwany przez mieszkańców „betoniarnią”, w okresie przedwojennym jak i powojennym przez długie lata dawał zatrudnienie, a zarazem i środki do utrzymania wielu mieszkańcom miasta. W roku 1939 firma Pennera dawała stałe zatrudnienie około 400 pracownikom, do tego dochodziło około 300 pracowników sezonowych1. Po wojnie betoniarnię uruchomiono 1 stycznia 1949 roku i zatrudniała ona wówczas 92 osoby, zaś w 1965 roku było już zatrudnionych 340 osób2, aby w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku osiągnąć maksymalną w okresie powojennym liczbę 465 pracowników2. Pewien splot okoliczności spowodował, że autor tego opracowania urodził się wDzierz-goniu właśnie dzięki istniejącej tu betoniarni. Z tego związku przyczynowo-skutkowego wynika, że teksty, które pisze autor o Dzierzgoniu, zaistniały dzięki dawnej działalności Heinricha i Oskara Pennerów. Henrich Penner był członkiem społeczności menonitów. Nazwisko to wśród menoni-tów było dość popularne. Większość w drugiej połowie XVI wieku przybyła z Holandii. Przodkowie Pennera przybyli z północnych Niemiec i osiedlili się w delcie Wisły i No-gatu. Trójkątny obszar pomiędzy Gdańskiem, Elblągiem i Malborkiem stał się nową ojczyzną menonitów na okres od 4 dekady XVI wieku do 1945 roku. Był to obszar rolniczy podobny do tego, który musieli opuścić. Ich pola, jak tam, także tu były często zalewane przez wodę, którą nauczyli się usuwać, teren meliorować oraz na takich warunkach glebowych prowadzić gospodarkę rolną. Heinrich Penner urodził się 27 maja 1869 roku w Zwierznie, należącym wówczas do powiatu malborskiego w Prusach Zachodnich. Jego rodzicami byli Heinrich Penner i Marie Penner z domu Edse, właściciele małej farmy w Zwierznie. Był jedynym synem, gdyż miał cztery starsze i trzy młodsze siostry. Uczęszczał do jednoizbowej szkoły podstawowej w Zwierznie. Ochrzczony w wierze menonitów w wieku 14 lat, jako dziecko pomagał rodzicom w gospodarce. Pracując ciężko fizycznie, nabrał szacunku do wiedzy. W dniu 13 stycznia 1896 roku kupił największą farmę w Zwierznie za 50 tys. marek w zlocie, a 17 września 1897 roku zawarł związek małżeński w Rogowie koło Pasłęka z Elise Enss (ur. 20.08.1872 r.) w Rakowiskach. Małżeństwo miało 8 dzieci, a jednym z synów był Oskar. Żyli według tradycji menonickiej. W 1905 roku Henrich znalazł żwir na jednym ze swoich pól w Guldenfelde (północno-zachodnia część Zwierzna) i założył mała firmę, wytwarzającą produkty cementowe. Miejscowe złoże nie nadawało się do wytwarzania produktów wysokiej jakości. W Dzierzgoniu rolnik Broda na swym polu posiadał złoże żwiru, który był użyty pod koniec XIX wieku do budowy linii kolejowej Malbork - Małdyty. Jak pisze K. Friczewski, Henrich Penner wspólnie z Hermanem Krause kupili tę ziemię. Następnie Henrich przeniósł w 1910 roku wytwórnię do Dzierzgonia. Początek działalności był powiązany ze spółką z Malborka, ale szybko Henrich Penner został jedyny właścicielem, rozbudował zakład za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ' Friczewski K., Die Firma Penner Betonwerke in Christburg, [w:] Der Kreis Stuhm, Osnabriick 1975, s. 237. 2 Szorc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248 1998, Dzierzgoń 1998, s. 175. ’ Informacja uzyskana od Pana Lecha Lepki, ówczesnego ekonomisty przedsiębiorstwa Trójbet w Dzierzgoniu. 104 Heinrich i Oskar Penner. Dzierzgońscy przemysłowcy części ziemi gospodarstwa w Zwierznie. Rodzina Pennerów przeniosła się wkrótce do Dzierzgonia, gdzie na początku mieszkali w wynajętym mieszkaniu przy obecnej ulicy Zawadzkiego, aby w 1916 roku kupić nieruchomość przy ulicy Schlossvorstadt 20 (obecnie ul. Limanowskiego 31), do której należało 7,5 hektara dobrej ziemi. Nieruchomość ta uchroniła rodzinę przed panującym głodem w czasie I wojny światowej i pozostała w posiadaniu Heinricha Pennera do 1945 roku. W 1910 roku Wytwórnia Wyrobów Betonowych w Dzierzgoniu produkowała między innymi: rury, dachówki, płytki chodnikowe, pustaki. Dobrze szła sprzedaż produktów - poza powiatem sztumskim wyroby trafiały w rejon Grudziądza, Tczewa i Gdańska. W czasie I wojny światowej (1914 - 1918) produkcja firmy została poważnie ograniczona. Po wojnie nastąpił nowy podział terytorialny. Gzęść rynku zbytu znalazł się w Polsce. Rozpoczął się bardzo trudny okres gospodarczy. Nie było fabryki cementu w Prusach Wschodnich. Surowce sprowadzane z Rzeszy koleją przez terytorium Polski, gdzie na bocznicy ładunek stał i kilka tygodni. W Dzierzgoniu oczekując na niezbędne surowce robotnicy musieli „świętować”. Przez te wszystkie przeciwności losu Henrich Penner założyciel firmy zrezygnował i wrócił do swojego rolnictwa. Około 1919 roku rozpoczął handel drewnem. Kupił w Dzierzgoniu przy obecnej ulicy Odrodzenia hotel Berliner Hof, który początkowo przekazał bratu żony Heinrichowi Enss i jego żonie Marii Schóneberg, którzy to dochody z hotelu przeznaczali głównie na to, aby utrzymać swój wysoki poziom życia. Henrich odebrał im hotel i przekazał swojej najstarszej córce, wówczas 21-letniej Kathe oraz podpisał dokument własności dla niej. W lecie 1923 roku produkcja w Wytwórni Betonów została zatrzymana, a pracownicy zwolnieni, pozostał tylko majster Gruhn w celu utrzymania i ochrony obiektu. Wiosną 1930 roku była 25 rocznica firmy, której wówczas groziła ruina finansowa. Żona Heinricha Penera, Elise zmarła 17 lutego 1931 roku szpitalu katolickim w Malborku. Przyczyną zgonu była choroba nerek. Wszystkie dzieci były w szpitalu, gdy zmarła matka (z wyjątkiem Heinza, który przebywał w USA). Na żądanie ojca, dzieci trzymając się za ręce obiecały trzymać się razem i wspierać się oraz pomagać sobie nawzajem. Pochowano ją na cmentarzu w Guldenfelde blisko Zwierzna, gdzie mieszkała przez 13 lat jako żona Heinricha Pennera. Na cmentarzu tym pochowany był syn Emil i córka Olga Pener. Według starej tradycji menonickiej jej dawni sąsiedzi opuszczali trumnę do grobu. Nagrobek wyprodukował jej syn Oskar w Dzierzgoniu. Heinrich Penner był oszczędny dla żony, ale bardzo hojny dla niektórych swoich dzieci, których jak wspomniano miał ośmioro. Były to córki: Kathe (rocznik 1898), Hermine (1901), Erna (1902), Olga (1906), oraz synowie: Emil (ur. i zm.1900), Oskar (1903), Heinz (1908) i Reinhold (1910). Hermine kształciła się artystycznie w Królewcu i Berlinie. Erna chodziła do szkoły z internatem dla dobrze sytuowanych rodzin. Kathe uczęszczała do prywatnej szkoły biznesu w Królewcu, aby w przyszłości pomóc ojcu w prowadzeniu księgowości. Penne-rowie mieli pokojówkę, ale ze względów ekonomicznych musiała odejść. W domu pomagała córka Olga. Synowie Heinz i Reinhold uczęszczali do liceum w Malborku. Janusz Namenanik 105 Oskar uczęszczał do Szkoły Rolniczej, ale w przyszłości nie widział się w rolnictwie. Henrich Penner uważał, że 8 klas nie było odpowiednim wykształceniem, aby dzięki niemu móc osiągnąć odpowiednią pozycję w życiu. W roku 1921, 19-letni wówczas syn Oskar pracował jako nadzorca rolny na dworze Neusorge w okręgu Darkehmen. Powrócił do Dzierzgonia i zatrudnił się w ojcowskim przedsiębiorstwie. Udało mu się zwiększyć produkcję i zatrudnić więcej ludzi. Poszukiwał i znalazł nowe rynki zbytu w powiatach: Morąg, Elbląg i Malbork. Od 1926 roku uzupełniał poprzez samokształcenie zaległości z zakresu wiedzy szkolnej przy pomocy rektora miejscowej szkoły Dencke. Zdał egzamin wstępny do Inżynierskiej Szkoły w Neustrelitz w Meklemburgii, oraz szereg kursów kwalifikacyjnych. Odbył 5 semestrów studiów i już w 1928 roku zdał inżynierski egzamin końcowy. Łutem szczęścia było to, że jesienią 1928 roku w Wydziale Budownictwa ówczesnego Urzędu Powiatowego w Sztumie były miejsca pracy dla 20 inżynierów. Od 1 października 1928 do 31 marca 1929 Oskar Penner pracował w Wydziale Budownictwa, zajmując się projektowaniem dróg: z Białej Góry przez Parpary, Uśnice do Sadlna. Projektował wykonanie systemu kanalizacyjnego w Sztumie oraz konstrukcję żelbetową mostu nad kanałem łączącym obydwa jeziora sztumskie. W dniu 1 kwietnia 1929 roku Oskar Penner rozpoczął zarządzanie ojcowską wytwórnią betonów w Dzierzgoniu. Ojciec Oskara znowu utknął z produkcją, posiadał tylko czterech pracowników zatrudnionych w fabryce betonu. Syn Oskar po przejęciu fabryki utworzył branżę budowlaną i natychmiast otrzymał pierwsze kontrakty na małe dzieła z biura technicznego kolei w Malborku. Wykonał pewne prace na stacjach kolejowych w Dzierzgoniu i w Waplewie Wielkim. W tym okresie, kryzys gospodarczy, inflacja i bezrobocie sięgnęły punktu kulminacyjnego. W Dzierzgoniu prowadzono prace interwencyjne związane z zaopatrzeniem miasta w wodę oraz budową sieci kanalizacyjnej. Inwestycja warta była około jednego miliona marek. Praca ta została zlecona bez przetargu na rzecz spółki Windschilld & Langelott z Królewca. Penner ubolewał, że nie otrzymał zamówienia na rury betonowe do kanalizacji, a sprowadzano je z Królewca. Prawdopodobnie dzierzgoński żwir nie nadawał się do produkcji dobrej jakości rur. Po długich staraniach i konfrontacji z burmistrzem dr Meyerem firma otrzymała zlecenie na naprawę płyt chodnikowych, po zniszczeniach, jakie powstały przy prowadzeniu instalacji wodociągowo-kanalizacyjnej. Mimo trwającego kryzysu ekonomicznego, firma uzyskała z wewnątrz wiele niewielkich zleceń, głównie z okręgów: Morąg, Pasłęk i Sztum. W 1931 roku Oskar Penner uruchomił żwirownię, która od 1900 roku ze względu na nieopłacalność była zamknięta. Początkowo używał bardzo prymitywnych środków, transport stanowiło bardzo obciążonych siedem konnych wózków. Dostawy żwiru dla Krajowej Dyrekcji Dróg w Królewcu oraz innych firm przesądziły o tym, że firma Pennera w 1932 roku wyszła z ram małych przedsiębiorstw. Przy wydobyciu żwiru i pracach betoniarskich pracowało wówczas 80 pracowników. Budowa kilku udanych mostów żelbetowych dala firmie dobrą reputację. W1933 roku spółka prowadziła „bitwę o pracę”, a obszar Prus był wolny ód plagi bezrobocia. Liczba pracowników wzrosła do kilkuset. W latach 1934/35 Oskar Penner zbudował pierwszą w Prusach Wschodnich fabrykę lekkich paneli budowlanych z drewna 106 Heinrich i Oskar Penner. Dzierzgońscy przemysłowcy i wełny. Zaprojektowano nowy, potrzebny sprzęt do fabryki, którego wykonawcą była dzierzgońska firma Fritz & CO. oraz inż. Karl Mairose. W 1936 roku wybudowano własny tartak, który był zlokalizowany z lewej strony zaraz za bramą wjazdową do fabryki. Tartak tradycyjnie miał napęd parowy, a parę uzyskiwano, spalając odpady drewna. Przy produkcji wyrobów betonowych niezbędne było posiadanie własnego ujęcia wody. Pen-nerowie doskonale znali takie konstrukcje. Zbudowano wiatrak, który napędzał pompy tłoczące wodę z pobliskiej rzeki Dzierzgoń do zbiornika zainstalowanego na zakładowej wieży ciśnień. W 1937 roku z inicjatywy Oskara Pennera w Królewcu powstało stowarzyszenie gospodarcze. Pomysł urodził się już w 1930 roku, gdy wystąpił problem sprowadzania rur kanalizacyjnych z Królewca do Dzierzgonia. Stowarzyszenie miało za zadanie prowadzenie ogólnej kontroli jakości betonu, ustalono normy oraz sposoby ich egzekwowania. Należało również opracować i stosować tzw. znaki towarowe na wyrobach zawierające identyfikację firmy oraz pewne cechy wyrobu. Powstałe w Prusach Wschodnich Stowarzyszenie Ochrony Norm Betonowych funkcjonowało jeszcze po wojnie w 1950 roku w landach Republiki Federalnej Niemiec. Firma się rozrosła, jak już wspomniano, w sezonie w roku 1939 miało tam zatrudnienie około 700 osób. Na swym terenie oprócz bocznicy kolejowej posiadała 8 hal produkcyjnych o łącznej powierzchni 10 000 m2, w tym niektóre z nich były wielopiętrowe. Jak na niewielką miejscowość był to duży zakład przemysłowy. Dla Dzierzgonia i jego znacznej ilości mieszkańców dawał pracę i łączył przemysł z rolnictwem. Sama firma Pennera posiadała 191 ha ziemi jako indywidualna własność i około 50 ha dzierżawiła. Niezwykły rozwój firmy stał się możliwy, ponieważ oprócz dobrych robotników i pracowników rolnych z Dzierzgonia i okolic kierowanych przez inż. Oskara Pennera, w procesie produkcji zachowali się tak jakby to były ich własne wyroby. Między członkami rodziny Pennerów istniała duża zażyłość, która zapewne była wynikiem menonickich zasad wartości. Jak pisze wnuk Henricha Penera, Wolf Doerry4: „Moja ostatnia wizyta w Dzierzgoniu była w 1939 roku, kiedy 27 maja 1939 roku obchodziliśmy 70-urodziny dziadka. Na uroczystości obecnych była znakomita większość członków rodziny. Jego syn, wujek Oskar, dał ojcu prezent urodzinowy w postaci motocykla (z silnikiem o pojemności 99 cm') w celu zwiększenia jego mobilności. Dziadek spojrzał na ten prezent z nieznanym uczuciem, a jednocześnie z dystansem, jak do rzeczy zbyt technicznie nowoczesnej, do której trudno by mu było się przyzwyczaić. Po namowach rodziny, dziadek przejechał na nim jedna pętlę. Myślę, że on nigdy nie próbował tego ponownie.” W czasie II wojny światowej fabryka produkowała bez ograniczeń, chociaż połowa pracowników została zabrana do wojska, a brakujące siły zostały zastąpione przez jeńców kierowanych przez pracowników etatowych. Na froncie w Rosji 16.09.1941 roku zginął Reinhold Penner najmłodszy brat właściciela, który przyczynił się znacząco dla rozwoju firmy. Drugi brat, Heinz Penner spędził 9 lat w USA, uzyskał amerykańskie obywatelstwo, a następnie powrócił do Dzierzgonia i przejął hotel Berliner Iloj należący do 4 Doerry W. T. , ’lhe story of my life, t. I, by Wulf. T. Doerry 2003, s. 7. Janusz Namenanik 107 rodziny. Pod jego kierownictwem ten obiekt został wyremontowany i zmodernizowany i w ciągu kilku lat został przekształcony w hotel - restaurację. Choć był obywatelem amerykańskim, wstąpił do armii niemieckiej. W dniu 18 lipca 1943 roku zginął na froncie w Rosji. Oskar Penner w 1942 roku został wcielony do służby i wysłany do Rosji, gdzie zajmował się kruszywami naturalnymi i glebami oraz budowlami militarnymi w organizacji Todt. Nie popracował tam zbyt długo, gdyż w wyniku wybuchu miny w rejonie Mińska został ciężko ranny. Stracił nogę, a druga została złamana w kilku miejscach. Doznał poważnych obrażeń wewnętrznych. Dziesięć miesięcy się kurował. Gdy wrócił do domu, to do pracy musiał być noszony. Mimo swojego cierpienia i niepełnosprawności opracowywał nowe metody produkcji gotowych części mieszalnych i schronów przeciw lotniczych dla mieszkańców bombardowanych miast. Między innymi w Dzierzgoniu w 1943 roku opracowano i wdrożono produkcję wolną od ciężkiego betonu płytę budowlaną, która była wytrzymała i wysoce izolująca przepływ ciepła. Produkt ten (tzw. suprema) został opatentowany po wojnie przez inne firmy budowlane w Republice Federalnej Niemiec. W dniu 23 stycznia 1945 roku Oskar Penner wraz z ojcem i ostatnimi jego pracownikami jako uchodźcy opuścili zakład w Dzierzgoniu. Jak pisze Erna Doerry w swych pamiętnikach: „Na wozach zaprzężonych w konie wywieźli to, co można było uratować. Podróżowali na wozach i wagonami kolejowymi. Ruszyli przez Goleniów na Pomorzu, Meklemburgię do bram Lubeki. Dojechali do Selmsdorf, gdzie wojsko skonfiskowało część koni. Oskar i niektórzy ludzie z Dzierzgonia zbudowali awaryjny zakład w Ballen-stedta, w Harz. Już pod koniec 1944 roku Oskar Penner wysłał niektóre ze swoich maszyn do tego miejsca, wysłał tam również żonę oczekującą drugiego dziecka.” Heinrich Penner wraz z ciotką podróżowali końmi i przebyli 300 kilometrów w ciągu 14 dni docierając w ten sposób do Ballenstedta. Konie i kilka urządzeń Oskar dał ojcu, który dzięki temu zarabiał na życie. Po kapitulacji Niemiec w maju 1945 roku Meklemburgia i inne części Niemiec zostały oddane przez aliantów armii rosyjskiej w zamian za zachodnie sektory Berlina. Henrich Penner mieszkał w Ballenstedt koło Hartzu, gdzie zmarł 31 grudnia 1959 roku. Oskar Penner za zgodą zachodniego okupanta przejmował różne samochody porzucone przez Wehrmacht i rozprowadzał je, współpracując w tym zakresie z Starostwem Powiatowym. Brakowało benzyny, rozwinięto więc produkcję samochodów na gaz drzewny. Ledwie Armia Gzerwona przejęła ten obszar Amerykanów na początku lipca 1945 roku, to był jednocześnie koniec działalności Oskara Penera. Po pewnym czasie przejął w Rauhen Alb fabrykę materiałów budowlanych, która ogłosiła upadłość. I stało się po raz trzeci w życiu Oskara Pennera, że udało mu się doprowadzić do rozwoju upadające przedsiębiorstwo. W Kónigsbronn w Wirtembergii zatrudnił 40 pracowników, wśród których było wielu z jego starego zespołu. Nowy dom Oskara Pennera w Kónigsbronn nazywał się: Haus Christburg (Dom Dzierzgoński). Zmarł 5 września 1972 roku. 108 Ksiądz, który powiedział „nie” Hitlerowi Tomasz Jagielski KSIĄDZ, KTÓRY POWIEDZIAŁ „NIE” HITLEROWI W tym roku mija 78. rocznica śmierci bohaterskiego księdza Johannesa Paula Aelter-manna z Mierzeszyna na Gdańskich Wyżynach, duchownego, który swoją postawą i życiem zasługuje na pamięć i uhonorowanie. Aeltermann urodził się 26 czerwca 1876 r. w Gdańsku jako najstarsze z siedmiorga dzieci Elisabeth z domu May i Franza Aeltermanna, mistrza szewskiego. Uczył się w gimnazjum w Gdańsku, potem w Chełmnie, gdzie zdał maturę w roku 1899. Po egzaminie dojrzałości wstąpił do Seminarium Duchownego w Pelplinie, gdzie 13 marca 1904 roku przyjął święcenia kapłańskie z rąk biskupa Augustyna Rosentretera. 6 września 1912 roku biskup powołał go na proboszcza parafii katolickiej w Mierzeszynie, która po roku 1920 znalazła się w granicach diecezji gdańskiej. Ksiądz Aeltermann był człowiekiem odważnym, wypełnionym głęboką wiarą. Jego troska o godziwe warunki życiowe roztaczała się w równym stopniu na katolików i ewangelików. Walczył m.in. o lepszą opiekę lekarską, zaopatrzenie mieszkańców wsi, organizował kursy dokształcające dla młodzieży. W 1933 r. zredagował broszurkę w języku niemieckim „Hakenkreuz oder Christen-kreuz” - „Swastyka albo krzyż Chrystusa”. Niedziela 21 września 1933 roku poprzedzała wybory do parlamentu Wolnego Miasta Gdańska - Yolkstagu, pierwsze po dojściu Tomasz Jagielski 109 Hitlera do władzy. W piśmie tym ostrzegał przed nadchodzącym socjalizmem narodowym. Ulotka zaczyna się od motta biblijnego pochodzącego ze Starego Testamentu: „Kogo Bóg chce ukarać, razi go ślepotą”. Proboszcz z Mierzeszyna prosi swoich parafian, by nie głosowali na NSDAP, używając przy tym argumentów najprostszych trafiających wprost do serca: Swastyka czy krzyż Chrystusowy? (...) Swastyka jest w sprzeczności z zasadniczym prawem chrześcijaństwa. (...) Mówią niektórzy:,Błędną naukę tego ruchu przeciw mojemu Kościołowi odrzucę, ale myślę o politycznym kierunku i o dobru, jakie mógłby on zrobić . Ach jaki mądry się nagle zrobiłeś! Przecież jesteś i zostaniesz odpowiedzialny za wszystkie następstwa! (...) Pomyśl sobie, unosisz ramię z opaską, zdejmujesz czapkę przed krzyżem na wiejskiej uliczce i modlisz się ,Bądź pochwalony...’. Przecież to absurd! W pewnym domu stoi krucyfiks wśród kwiatów, a na domu jest flaga ze swastyką. Czy to nie absurd!? Aa swoje kazanie proboszcz z Mierzeszyna został aresztowany za „obrazę kanclerza Adolfa Hitlera”. Pod plebanią zbierał się tłum mężczyzn, którzy groźbami i krzykiem starali się zastraszyć księdza. W 1937 r. doszło do dalszej eskalacji wrogości wobec Kościoła. Dwa krzyże przydrożne w tej wiosce zostały w nocy ścięte i wrzucone do miejscowego stawu. Ksiądz proboszcz postawił nowe krzyże i uroczyście je poświęcił. Pomimo przeszkód przybyło na poświęcenie około 5 tys. osób. 1 września 1939 r., w dniu aneksji Wolnego Miasta do Niemiec zaplanowano aresztowanie księdza. Przez pomyłkę jednak aresztowano jego bratanka. Proboszczowi udało się przez kilka dni ukryć. Po powrocie 21 listopada 1939 roku o 4 rano SS i Gestapo szturmem ruszyło na plebanię i aresztowało księdza Aeltermanna. Przez pewien czas aresztowany przetrzymywany był w budynku szkoły podstawowej w Mierzeszynie, następnie przewieziono do kościoła w Wysinie i do majątku ziemskiego rodziny Wieckich, położonego w Nowym Wiecu. Zamknięto go w piwnicy, gdzie dołączył do Polaków z sąsiednich powiatów, aresztowanych na podstawie listy sporządzonej przez V Kolumnę. Ks. Jan Paweł Aeltermann zastrzelony został w dniu 22 listopada 1939 roku wraz z 60 innymi polskimi rolnikami, niezaangażowanymi politycznie ludźmi, wśród których byli jeszcze dwaj polscy księża. To wszystko działo się na posesji rodziny Wieckich, na terenie przedwojennej Polski, ok. 10 km od Mierzeszyna. Księży zastrzelono na końcu. Wpierw musieli oni dla wszystkich wykopać grób. Ostatnim zamordowanym był ks. Aeltermann. Zwłoki księdza ekshumowano w czerwcu 1945 roku. Tożsamość księdza potwierdziła jego gospodyni. Poznała go po buteleczce od tabletek na nadciśnienie. Uroczystość pogrzebowa odbyła się w dzień urodzin ks. Aeltermanna dnia 26 czerwca 1945 roku. Doczesne szczątki złożono przed kościołem parafialnym p.w. Sw. Bartłomieja w Mierzeszynie. Jego imieniem nazwano 13 X 2003 szkołę podstawową w Mierzeszynie. Plac przed świątynią w Mierzeszynie również nosi imię bohaterskiego duszpasterza. W planach jest szlak historyczny imienia księdza Aeltermanna przebiegający przez gminy Przywidz, Skarszewy i Trąbki Wielkie. Kościół niemiecki uznaje go za jednego z męczenników wiary XX wieku, czyniąc starania o beatyfikację. Warto pamiętać o bohaterskim księdzu z Mierzeszyna, który miał odwagę powiedzieć „nie” hitlerowcom. Pamiętajmy o tym dzielnym duchownym nie tylko 22 listopada w rocznicę jego śmierci. 110 Represje po ucieczce pilota z Malborka na Bornholm w 1953 r. Marta Chmielińska-Jamroz REPRESJE PO UCIECZCE PILOTA Z MALBORKA NA BORNHOLM W 1953 R. Poszukując kilka miesięcy temu materiałów i informacji dotyczących ucieczki pilota z malborskiego lotniska, nie spodziewałam się ewolucji tego tematu. Wyszłam od arcy-ciekawej informacji o spektakularnej ucieczce na Bornholm, skończyłam zaś na represjach, jakie dotknęły trzech innych pilotów, którzy służyli w Jednostce Wojskowej 4976 [„Prowincja” 2016, nr 1 (23)]. W toku przesłuchań trzej piloci kilkakrotnie opowiadali swoje życiorysy. Ci młodzi mężczyźni opisywali kolejno jednostki, w których służyli. Uderzające było to, że wśród ich przełożonych dominowali Rosjanie... Dowódca JW 1583 w Warszawie - ppłk By-strow, dowódca innej, której numeru oskarżony nie pamiętał - mjr Piepielin, wreszcie dowódca malborskiej JW 4976 - mjr Babunow. Niby rzecz wiadoma, a jednak chyba nie dla wszystkich. Także jeden ze świadków w sprawie pilotów zeznawał po latach: „Stosunki w jednostce były złe. Radzieccy dowódcy, atmosfera podejrzliwości i wszechmoc Informacji Wojskowej.” NIEFORTUNNY RAPORT Wydaje się, że cała sprawa trzech malborskich pilotów rozpoczęła się od luźnej rozmowy, w której jeden z nich zaproponował koledze z jednostki wspólną ucieczkę na Bornholm. Tadeusz Szyperski w latach 90. zeznawał, że żyjąc w ówczesnych wojskowych realiach uznał tę propozycję za prowokację. „Przez 2-3 dni nie wiedziałem co robić, a następnie o fakcie rozmowy powiedziałem koledze Henrykowi Bulskiemu. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że dla własnego bezpieczeństwa należy zameldować o tym przełożonym. Napisałem więc raport do dowódcy Wojsk Lotniczych ”. Nie jest do końca pewne, czy tak było w istocie, ponieważ do dowódcy Wojsk Lotniczych wpłynęły w tej sprawie dwa raporty - Szyperskiego i Bulskiego. Obaj donosili przełożonemu o planach ucieczki kolegów, o których usłyszeli osobiście w czasie zabawy w świetlicy wojskowej 23 maja 1953 roku. Oczywiście jest równie prawdopodobne to, że bali się prowokacji, jak i to, że wykazali się „obywatelską postawą”. Jeden z nich w raporcie napisał: „Jako kandydat partii i odrodzonego Wojska Polskiego uważam za swój obowiązek zameldować Wam (dowódcy Wojsk Lotniczych - przypis M.C-j) o fakcie z jakim się spotkałem 23.05.1953 r.”. W czasie procesu obaj panowie byli świadkami, jeden z nich w czasie przesłuchania dodał na zakończenie protokołu, że „jako oficer LWP doceniając wrogą wypowiedź por. Skrzydłowskiego postanowiłem zameldować o tym moim przełożonym”. Drugi ze świadków szczegółowo przedstawiał nieprawomyślne wypowiedzi Sosnowskiego i Ławniczaka. Przytaczał słowa krytyki dowódców i władz wojskowych złożonych z rosyjskich Marta Chmielińska-Jamroz 111 oficerów. Mówił dużo i czasami poza tematem planowanej przez kolegów ucieczki, dodawał informacje z własnej woli i pogrążał aresztowanych pilotów. Czy robił to ze strachu, czy z poczucia obowiązku lub wrodzonych cech? Trudno powiedzieć, pewne jest jednak, że oskarżeni uważali go za „swojego”, wtajemniczali go w pomysł ucieczki i nie kryli słuchania zabronionej „imperialistycznej” stacji radiowej. Raporty, które trafiły na biurko dowódców spowodował rozpoczęcie dochodzenia, a następnie decyzję o aresztowaniu pilotów. Zatrzymani zostali trzej mężczyźni: por. Kazimierz Ławniczak - dowódca 2 eskadry, ppor. Franciszek Sosnowski, pomocnik dowódcy 3 eskadry ds. pilotażu i por. Zdzisław Skrzydlewski - dowódca 1 eskadry. Wszyscy z JW 4976 w Malborku. Aresztowania przeprowadzono w pierwszych dniach czerwca. Wszyscy zatrzymani poddani zostali rewizji osobistej, a następnie mieszkaniach przez nich zajmowanych dokonano rewizji domowych. Przeszukania nie przyniosły odnalezienia jakiegokolwiek śladu planowanej ucieczki. POD POZOREM PRZENIESIENIA Po niemal 40 latach od aresztowania, jedyny już żyjący wówczas pilot wspominał, okoliczności zatrzymania. Pamiętać należy, że po ucieczce na Zachód por. Zdzisława Jaźwiń-skiego, Pułk Lotniczy w Malborku poniósł tego konsekwencje. Poza odebraniem Polakom nowoczesnych samolotów Mig-15 Bis, zdegradowano dowództwo i rozproszono kadrę. 8 czerwca 1953 roku por. Sosnowski wraz z kilkoma innymi pilotami z Malborka - w tym z por. Ławniczakiem - zgłosił się w Dowództwie Wojsk Lotniczych w Warszawie. Tam otrzymał oficjalne przeniesienie do 5 Dywizji Lotniczej w Warszawie. „W pokoju kadr Dowództwa nieznany mi z nazwiska oficer w lotniczym mundurze w stopniu kapitana zaproponował mi podwiezienie do 5 Dywizji. - zeznawał w 1992 roku Franciszek Sosnowski. - Zgodziłem się na to. Podwiózł mnie jednak do budynku Zarządu Informacji, o czym, nie znając War- szawy, początkowo nie wiedziałem. Tam w/w kapitan, który prawdopodobnie był pracow- nikiem tego urzędu oświadczył mi, że jestem zatrzymany „do wyjaśnienia” i zawiózł mnie do budynku Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego. Tam zatrzymano mnie naru- szając zasady regulaminu, a siei śmy instytucją, która nadaje stopnie i odbiera”. Wtedy ja zdjąłem dystynkcje i oświadczyłem, że jestem do dyspozycji. Uznano to za arogancję z mojej strony i osadzono mnie w pojedynczej celi dwie kondygnacje pod ziemią na okres 3 miesięcy. Ze względu na brak okna cela ta była co 2 godziny wietrzona. (...) Jako pierwszy przesłuchiwał Kazimierz Ławniczak, zdjęcia sygnalityczne wykonane przez Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego w 1953 roku, fot. archiwum IPN mnie por. Pomorski, przynajmniej tak się przedstawił. 112 Represje po ucieczce pilota z Malborka na Bornholm w 1953 r. Nie pamiętam, ile razy byłem przesłuchiwany. Przesłuchiwano mnie o różnych porach dnia i nocy. Przez okres około tygodnia przesłuchiwał mnie por. Pomorski. Nie przedstawił mi żadnego zarzutu. Chciał, abym sam się do wszystkiego przyznał, a ja nie wiedziałem, o co chodzi, w związku z czym raz częstował mnie papierosem, a raz uderzał kastetem w żebra. Nie sporządzał protokołów z przesłuchań. Oprócz bicia kastetem stosował tortury psychiczne, to znaczy wzywanie w nocy, zrywanie z pierwszego snu, świecenie lampą w oczy, wyzywanie obelżywymi słowami mojej rodziny”. Por. Sosnowski doświadczył także zastraszania i grożenia rozstrzelaniem, i właśnie to sprawiło, że załamał się zupełnie. Postanowił wówczas, że dla ratowania życia będzie mówił to, co chcą usłyszeć śledczy, podpisze także wszystko, co każą. Planował, że w czasie procesu powie prawdę i opisze metody, jakimi wymuszono na nim zeznania. CIEŃ UCIECZKI POR. JAŻWIŃSKIEGO Śledczy dociekali, czy oskarżeni mieli kontakt ze Zdzisławem Jaźwińskim przed jego ucieczką, czy przyjaźnili się. Wypytywali o okoliczności tego zdarzenia. Protokoły przesłuchań trzech podejrzanych dostarczają wiele ciekawych informacji na temat brawurowego lotu z maja 1953 roku. Rozkazem dziennym z 19 maja 1953 roku por. Zdzisław Jaźwiński i por. Romanem Lachcikiem zostali wyznaczeni do klucza dyżurnego na następny dzień. W drugiej parze wyznaczeni zostali por. Mieczysław Gąsiorowski i por. Kazimierz Wachnicki. Pierwsza para został „poderwana na przechwycenie w celach ćwiczebnych przeciwnika”. Jaźwiński i Lachcik wystartowali o 7.10 z lotniska w Malborku. Po około 25 minutach por. Roman Lachcik wylądował sam. Jak mówił, zaraz po wyjściu z maszyny nie zwracał uwagi na to, gdzie znajduje się Jaźwiński. Lachcik był prowadzącym pary odrzutowców i musiał utrzymywać warunki lotu podawane przez stanowisko dowodzenia. W 5 minut po wylądowaniu Lachcika w powietrze poderwane zostały samoloty - w jednym z nich znajdował się późniejszy oskarżony o planowanie kolejnej ucieczki zagranicę, Zdzisław Skrzydłowski. W protokole jego przesłuchania z 9 czerwca 1953 roku czytamy: „Otrzymałem rozkaz od dowódcy Pułku, majora Lazara, abym natychmiast siadał na samoloty będące na dyżurnym kluczu wraz z por. Nadowskim i abyśmy skontrolowali rejon między Malbork - Olsztyn - Grudziądz - Malbork. W trakcie kontroli tego rejonu kilkakrotnie przez radio nawoływaliśmy Jaźwińskiego, zwracając również uwagę na ziemię i w powietrzu. Będąc w powietrzu 52 minuty, żadnych rezultatów nie osiągnąwszy, na rozkaz ze stanowiska dowodzenia wylądowaliśmy. W początkowym okresie było przypuszczenie, że por. Jaźwiński usiadł gdzieś w polu na skutek utracenia orientacji lub przy energicznych zwrotach wpadł w korkociąg i zabił się lub wyskoczył na spadochronie. Dopiero w godzinach między 15.00 a 17.00 w tym samym dniu przyleciał dowódca Wojsk Lotniczych gen. broni Jan Turkiel, który w rozmowie ze mną, jak też na odprawie powiedział, że Jaźwiński wylądował na Bornholmie i rozbił samolot.” Po około 4 dniach od ucieczki Jaźwińskiego przyleciała do Malborka grupa 12 samolotów Mig-15 w celu zabrania wszystkich 11 nowoczesnych Migów-15 Bis. Wraz z grupą polskich pilotów przyleciał Rosjanin, mjr Krymski. „W czasie odlotu do Warszawy Marta Chmielińska-Jamroz 113 samolotów Mig-15 Bis, który się odbył w tym samym dniu, ja wraz z pilotami całego naszego Pułku byłem na lotnisku. - zeznawał w 1953 roku Skrzydłowski. - Przed wystartowaniem całej tej ekipy, na jakieś 2 minuty wcześniej wystartował mjr Krymski, oficer radziecki z Dowództwa Wojsk Lotniczych, odlatując w kierunku morza. Za nim wystartowała cała Zdzisław Skrzydłowski, Zdjęcia sygnalityczne wykonane przez Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego w 1953 roku, fot. archiwum IPN ekipa 11 samolotów Mig-15 Bis”. PLANOWALI UCIECZKĘ ESKADRĄ Udana ucieczka dwóch polskich pilotów - Jareckiego ze Słupska, a później Jaźwiń-skiego z Malborka, spowodowały zainteresowanie pilotów z malborskiego pułku. Młodzi wojskowi rozmawiali ze sobą na ten temat, niektórzy - jak Sosnowski, Skrzydłowski i Ławniczak, słuchali Wolnej Europy i snuli plany. Czy dla żartu, czy też całkiem poważnie w czasie rozmów na spotkaniach zakrapianych alkoholem planowali ucieczkę całą eskadrą, Skrzydłowski nie zamierzał lecieć z kolegami, mówił, że nie może zostawić żony i dziecka, pozostali piloci byli kawalerami i niewiele ich w Polsce trzymało. Z protokołów przesłuchań zarówno oskarżonych, jak i dwóch świadków wynika jednak, że cała afera zamykała się w kilku luźnych rozmowach. Raz w czasie słuchania audycji poświęconej w Wolnej Europie Zdzisławowi Jaźwińskiemu rzucili pomysł wspólnej ucieczki - dla większej sensacji dokonanej całą eskadrą, innym razem w czasie zabawy w klubie wojskowym przy wódce jeden z oskarżonych wspomniał, że „Jaźwiński pewnie pije teraz dobre gatunkowe wódki i coca-colę a my?” Oficerowie śledczy nie udowodnili oskarżonym pilotom zaawansowanych planów ucieczki. Nic poza rozmowami. To jednak wystarczyło do skazania wszystkich trzech na długoletnie więzienie. 12 LAT ODSIADKI Śledztwo zamknięte zostało 1 sierpnia 1953 roku, akt oskarżenia gotowy był 3 sierpnia i rozprawa odbyła się 7 września o 9.00 w Głównym Zarządzie Informacji Wojskowej MON. Sąd skazał por. Franciszka Sosnowskiego i Kazimierza Ławniczaka na 12 lat więzienia, Zdzisława Skrzydłowskiego na 4 lata. Żaden z nich w czasie rozprawy nie wspomniał o wymuszaniu zeznań, jak wyjaśniał po latach Sosnowski, podpisali zobowiązanie do nieujawniania okoliczności śledztwa. Złamanie zakazu groziło pięcioletnią odsiadką. Po ogłoszeniu wyroku matka por. Sosnowskiego i żona por. Skrzydłowskiego pisały prośby o łaskę dla swoich bliskich do Bolesława Bieruta. Prośby zostały nieuwzględnione. 114 Represje po ucieczce pilota z Malborka na Bornholm w 1953 r. O zmniejszenie lub darowanie kary pisał sam Skrzydłowski do Konstantego Rokossowskiego - również bezskutecznie. Dopiero 4 lipca 1955 roku do Obozu Pracy w Bytomiu, gdzie karę odbywał por. Skrzydłowski, wpłynęła decyzja o przedterminowym warunkowym zwolnieniu więźnia. Skrzydłowski wyszedł na wolność 9 października 1955 roku. Dwaj pozostali Franciszek Sosnowski, Zdjęcia sygnalityczne wykonane przez Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego w 1953 roku,fot. archiwum IPN skazani na zwolnienie z dalszego odbywania kary musieli czekać jeszcze rok - Sosnowski wyszedł 24 września 1956 roku, a Ławniczak dwa tygodnie później - 4 października. UNIEWINNIENIE PO LATACH Powrót do procesu i jego wznowienie możliwe było dopiero w 1992 roku, nie żyli już wtedy Kazimierz Ławniczak i Zdzisław Skrzydłowski. O sprawiedliwość upomniał się ostatni z trójki pilotów - Franciszek Sosnowski. Wniósł on wniosek do Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego o unieważnienie wyroku z 1953 roku. Wniosek opierał na przepisach o uznaniu za nieważne wyroków orzeczonych w stosunku do osób działających na rzecz niepodległego państwa polskiego. Sąd nie uznał tego wniosku, ze względu na to, że plany ucieczki nie były walką o niepodległość państwa, tym niemniej wniosek o wznowienie postępowania uznał za słuszny ze względu na okoliczności sprawy i metody śledcze stosowane wobec Sosnowskiego. Wznowienie postępowania wiązało się z odszukaniem zarówno świadków w procesie z 1953 roku, jak i oficerów śledczych prowadzących wówczas przesłuchania aresztowanych pilotów z Malborka. W toku postępowania ustalono adresy zamieszkania oficerów Informacji Wojskowej prowadzących postępowanie przygotowawcze w 1953 roku: Władysława Antolaka, Kazimierza Turczyńskiego, Leonarda Kuźniaka, Antoniego Łatki i Stanisława Banaszka. W 1992 i 1993 roku Sosnowski i Ławniczak piloci z malborskiej jednostki J W 4976 zostali uniewinnieni. W aktach sprawy brak jest wznowienia sprawy Skrzydlowskiego, który zmarł prawdopodobnie w 1965 roku. Bibliografia: IPN BU 749/158 Prowincje bliskie i dalekie Teodor Sejka TAM, GDZIE ŚLADY ZESŁAŃCÓW, NASZA SIOSTRA MAKSYMILIANA Służyć Bogu w ludziach i być ambasadorem Boga wśród ludzi (Antoine de Saint-Exupery „Pilot wojenny”) Na najdalszym krańcu Imperium Carskiego w 1735 roku powstało rosyjskie miasto Orenburg. Początkowo miało ono charakter obronnej twierdzy broniącej Rosję przed napadami Baszkirów. Założono je na wysokim brzegu rzeki Ural, u stóp południowego górskiego pasma Uralu. Jednak nie widać stąd uralskich szczytów, bowiem od miasta dzieli je odległość ok. 200 kilometrów. Orenburg leży wśród stepów, miasto przecina rzeka Ural, która symbolicznie dzieli je na część europejską i azjatycką. Od XVIII wieku było to miasto gubernialne, które odgrywało też rolę wschodniego przedmurza chrześcijaństwa w prawosławnej Rosji. W okresie rozbiorów dla polskich patriotów było to miejsce przymusowych zsyłek. Katarzyna II zesłała w te strony pokonanych w 1772 Siostra Maksymiliana w mieszkaniu pani Wiktorii, fot. archiwum r. konfederatów barskich. W 1824 r. na dożywotnie zesłanie w te okolice był skazany bliski przyjaciel Adama Mickiewicza - Tomasz Zan, oraz inny polski filareta Andrzej Suzin. Później odbywali tu carskie wyroki, kolejno uczestnicy powstań - listopadowego i styczniowego. Oczywiście, wobec zesłanych Polaków car stosował politykę narodowej asymilacji. Nic dziwnego, że osiedleńcze rozproszenie zesłanej polskiej młodzieży przynosiło oczekiwane skutki, które do dziś są widoczne i odczuwalne w społecznej tkance tego regionu Rosji. W tej trudnej dla Polaków sytuacji, ostoją polskości mógł być tylko Kościół katolicki. Doskonale rozumieli to Polacy, gromadząc się na modlitwie w prywatnych domach, marząc wciąż o wywalczeniu sobie prawa na budowę własnej świątyni. W urzeczywistnieniu tego śmiałego marzenia dużą rolę odegrał polski zesłaniec ksiądz Michał Zielonko (1799-1860), któremu udało się u władz carskich uzyskać zezwolenie na budowę, najpierw kaplicy, a później kościoła. Owocem długotrwałych starań i wysiłków finansowych była w 1847 r. konsekracja kościoła katolickiego pod wezwaniem Matki Boskiej Loretańskiej. Odtąd zbudowany przez Polaków kościół był dla nich namiastką utraconej Ojczyzny, centrum katolickiej i narodowej duchowości. Po rewolucji bolszewickiej ateistyczny rząd przyjął polityczny kurs na totalne zwalczanie wszelkiego kultu religijnego. Mimo to, rzymsko-katolicki kościół w Orenburgu przetrwał do roku 1933, kiedy to 116 Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana władza radziecka odebrała Polakom ich własność i przebudowała go na fabrykę obuwia. Dla Polaków nadchodziły trudne lata, były to lata stalinowskiego terroru, kiedy bardzo niebezpieczne było obnoszenie się ze swoją polskością. Władca Kremla dobrze pamiętał haniebną porażkę w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r. i brał teraz odwet za tę hańbę. Dlatego nie ma żadnej przesady w powiedzeniu, że „ strach było być Polakiem w tamtych czasach”. W latach 1936-37 rozstrzeliwano całe polskie rodziny, albo zabijano rodziców, a dzieci zabierano do domów dziecka. Zdarzało się, że zdesperowane młode Polki z dnia na dzień wychodziły za mąż za Rosjan, by ukryć swoją narodowość i ocalić własne życie. Nowy napływ ludności polskiej do rejonu Orenburga nastąpił w okresie II wojny światowej. Przywożono tu Polaków z terenów zajętych w 1939 r. przez Armię Czerwoną z Zachodniej Ukrainy, a potem w 1944 r. dobrowolnie zdążali tu Polacy zesłani do Kazachstanu i na Syberię, by tu, na orenburskiej ziemi, w Buzułuku zapisać się do tworzonej przez generała Andersa Armii Polskiej i, by w ten sposób, przynajmniej duchowo, być bliżej utraconej Ojczyzny. Trudno tu opisać jakie polityczne wichry wiały wtedy dla zamieszkujących tu Polaków. Pewne jest jedno, że w ich sercach i umysłach płonęła patriotyczna myśl o powrocie do Polski. Do dziś żyją tu liczni ich potomkowie, którzy do dziś z pietyzmem przechowują wspomnienia i materialne pamiątki po swoich przodkach. Ktoś tam do dziś przechowuje polskie znaczki, ktoś pamięta strofy poezji Mickiewicza, ktoś modli się na przechowanym polskim modlitewniku. Najczęściej nośnikiem polskości jest tu tylko jedno z rodziców, bo wiadomo, polityka asymilacji musiała zrobić swoje, a jej konsekwencją musiały być małżeństwa mieszane. W 1993 r. pomyślny powiew politycznego wichru przyniósł Polakom, a także katolikom innych narodowości Orenburga odzyskanie odebranego im kościoła pod Teodor Sejka 117 wezwaniem Matki Boskiej Loretańskiej. Wydarzenie to wydaje się dość paradoksalne, bo sam budynek kościoła przetrwał całe te 60 lat tylko dzięki temu, że władza radziecka przekształciła go w fabrykę obuwia i w ten sposób nie podzielił on losu wielu świątyń w Rosji Radzieckiej. Sam budynek zachował się, ale wewnątrz był bardzo zniszczony i przebudowany w konstrukcję dwupiętrową, wymagał więc poważnej rekonstrukcji. Miejscowi katolicy z zapałem przystąpili do jego odbudowy, w której główną siłą fizyczną były kobiety wożące na taczkach gruz i cegły. Prace remontowe i rekonstrukcyjne trwały cztery lata i uwieńczone były ponownym poświęceniem kościoła, którego dokonał arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz w dniu 23 listopada 1997 roku. Mógłby ktoś zapytać, co tak odległe miejsce w Rosji może mieć wspólnego z naszym regionem i z tematyką kwartalnika „Prowincja”. Okazuje się, że czynnikiem łączącym rejon Powiśla z Orenburgiem jest rodowita sztumianka, siostra zakonna ze Zgromadzenia Sióstr Wynagrodzicielek Najświętszego Oblicza - Elżbieta Tadajewska (imię zakonne - siostra Maksymiliana), która właśnie niedawno, po 15 latach powróciła ze służby w parafii rzymsko-katolickiej w Orenburgu i obecnie pełni posługę w Częstochowie. Oto zdarzyło się, że proboszcz tamtejszej parafii - polski redemptorysta ojciec Grzegorz Ruksztełło przyjechał do Polski na pogrzeb księdza, który w tajemniczych okolicznościach zginął w Rosji. Będąc w Warszawie o. Grzegorz odwiedził przełożoną Zgromadzenia sióstr, skrótowo nazywanych Obliczankami, by zachęcić je do podjęcia Służby Bożej w Rosji. No i udało mu się zwerbować dwie siostry: s. Albertę i s. Maksymilia-nę . Nie bez znaczenia przy podejmowaniu tak odważnej decyzji był fakt, że to właśnie w Orenburgu urodziła się założycielka ich Zgromadzenia, córka polskiego zesłańca s. Eliza Cejzik (1858-1898) . Tak więc zimą 2001 r. siostry pojechały na tygodniowy zwiad do Orenburga, a już we wrześniu tego roku pojechały tam na dłużej, przeczuwając dla siebie poważne wyzwanie misyjne. Podróż w towarzystwie 2 księży, samochodem, trwała 3 dni. W Orenburgu powitało ich żarliwe wrześniowe słońce, nieogarniona przestrzeń stepów, zapach arbuzów i melonów. Proboszcz o. Grzegorz dla sióstr wykupił 3-pokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze, w bloku, przy ulicy Dzierżyńskiego. W największym pokoju urządzono kaplicę, udostępnianą także dla wiernych z miasta. Na początku pobytu o. proboszcz wywiózł obie siostry za miasto w step, rozłożył przed nimi mapę i wskazał na niej terytorium orenburskiej parafii, a potem szerokim gestem zakreślił ogromną przestrzeń wokół nich i powiedział: „To wszystko jest wasze apostolstwo”. Zaiste był to obszar zdumiewający, mniej więcej po 150 kilometrów wzdłuż i wszerz. Gałę to obszerne terytorium parafii obsługiwane było przez 2 polskich redemptorystów, 2 siostry habitowe (Służebniczki Dębickie) oraz 2 siostry bezhabitowe Obli-czanki. Społeczność katolicka jest tu nieliczna, by nie powiedzieć szczątkowa, składająca się głównie z Polaków, Niemców, Ukraińców i Rosjan. W samym Orenburgu, mieście liczącym ok. 600 tysięcy mieszkańców ich liczbę szacuje się, według udzielonych chrztów, na ok. 500 osób. Jednak w coniedzielnych mszach świętych uczestniczy zaledwie około 60 osób, co nie świadczy dobrze o religijnej gorliwości parafian. Ale terytorium parafii to także liczne odległe wioski, których duchowych potrzeb nie może zaniedbać personel 1 18 Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana parafii. Są to najczęściej samotne, stare kobiety, które z utęsknieniem oczekują religijnej pociechy, życzliwej rozmowy, wysłuchania życiowych skarg. Zważywszy na ogromne odległości do pokonania i mało liczne wspólnoty, odwiedziny mogą się odbywać tylko raz w miesiącu. Jadą więc, kapłan z siostrą zakonną samochodem - busikiem, głęboko w step, by, np. w wiosce Fiodorowce odprawić Mszę świętą i wygłosić katechezę. Razem z dziećmi zabranymi po drodze z niemieckiej osady Blumental weźmie w niej udział około 25 osób. Nic dziwnego, że po prawie stu latach ateistycznego terroru, katolicyzm w Rosji ostał się w tak szczątkowym kształcie i że próba jego odrodzenia przebiega niezwykle opornie, bo też liczne pokolenia doznawały tu niewyobrażalnych psychicznych i moralnych spustoszeń, których owocem jest dziś postsowieckie społeczeństwo, charakteryzujące się totalnym zanikiem odpowiedzialności za siebie i bliskich, zanikiem potrzeb duchowych, zanikiem poczucia sacrum, negacją potrzeby stałości w uczuciach i pracy nad sobą. Dominują za to postawy roszczeniowe egoistyczne i utylitarne. Tamtejsze młode małżeństwa często rozpadają się, gdy po urodzeniu się dziecka, ojciec porzuca rodzinę, uwalniając się od ciężarów jej utrzymania, bo nie czuje swej odpowiedzialności za żonę i dziecko. Podobny brak stabilności obserwuje się także w obrębie wiary, bywa, że nawet gorliwy katolik przestaje przychodzić do kościoła bez istotnej przyczyny. Po prostu znudziło mu się i już. Młodzi nie mają poczucia obowiązkowości, a wiary w Boga nie uważają za ważną życiową sprawę, toteż łatwo im wyszukać wymówkę od udziału w praktykach religijnych. Może to być dla nich zarówno deszcz, słońce, wiatr i wszystko inne. Nie trudno się domyślić, że duszpasterska posługa w tak mało stabilnym emocjonalnie środowisku nie należy do łatwych i obiecujących, że osoby duchowne muszą bronić się przed tzw. syndromem wypalania się osobowości, bowiem trudno tu liczyć na sukcesy w umacnianiu wiary i w pozyskiwaniu nowych ludzi dla Chrystusa. By nie dać się zniechęceniu i frustracji potrzebna jest im silna, wyższa motywacja, miłość i pokora, które to dary z pewnością wymagają od całego duszpasterstwa stałego umacniania w przekonaniu, że jest się tu prawdziwym Ambasadorem samego Boga. Przyjrzyjmy się zatem jak w orenburskich warunkach mniej więcej przebiegały zakonne dni naszej siostry Maksymiliany: Godzina 8 - modlitwa. Godzina 10-12 - dyżur w kościele parafialnym, oddalonym od miejsca zamieszkania o 10 km, dojazd autobusem miejskim ok. 20min. Kościół jest cały dzień otwarty, zimą ogrzewany, s. Maksymiliana zajmuje miejsce w jednej z ławek i modli się przed Najświętszym Sakramentem, snuje swoje religijne medytacje, ale w gruncie rzeczy jest tutaj do dyspozycji potencjalnego człowieka, który mógłby tu w każdej chwili zawitać, chociażby z ciekawości i zechciałby przy okazji o coś zapytać, zagadnąć, czegoś się dowiedzieć, np. jaka jest różnica między katolicyzmem a prawosławiem. Jest to jakby stan podwójnego czuwania przed Panem Bogiem i nieznanym, spodziewanym bliźnim. Osoba s. Maksymiliany jest tu swoistą, czuwającą przy ołtarzu „wieczną lampką”, gotową swoją postawą dać świadectwo o dobroci Boga. W czasie jej dyżurów wstępowali tu różni ludzie, np. muzułmanin, który przyszedł pokłonić się naszej Matce Bożej w jej loretańskim wizerunku. Albo młody podpity Rosjanin który najpierw zaczął się żalić siostrze, a potem Teodor Sejka 119 chciał się pomodlić. Stanął przed krzyżem i rozpoczął kłótnię z Ukrzyżowanym, wylewając swoje pretensje: „to ty zabrałeś mi najlepszego kolegę, taki młody zginął w wypadku, czemu nie zabrałeś mnie razem z nim”. Pełna oburzenia i wrogości wypowiedź zdesperowanego, pijanego człowieka przechodziła stopniowo w szczerą skargę a potem w rodzaj spontanicznej modlitwy. Tę dość spektakularną scenę zakończyło mocowanie się pijanego z zatrzaśniętymi drzwiami kościoła i jego słowa: „a teraz jeszcze nie chcesz mnie stąd wypuścić”. Godzina 13 - obiad. Godzina 14-18 - znowu dyżur w kościele albo wizyta w domu jednej z trzech babć, nad którymi s. Maksymiliana sprawowała stały patronat. Były to babcie zamieszkałe w Oren-burgu. Odwiedziny odbywały się dwa razy w miesiącu. Z okazji większych świąt lub urodzin babci s. Maksymiliana szła w towarzystwie innej siostry, by wizyta wypadła bardziej odświętnie, by pośpiewać np. kolędy. Oto jedna z wizyt: babcia Wiktoria ma 85 lat. Jej ojciec był Polakiem. Szczegółowo pamiętała orenburski kościół sprzed roku 1933, kiedy to sowiecka władza odebrała go katolikom. Jako dziewczynka podczas procesji sypała tu kwiatki na Boże Ciało, opowiadała jak wyglądały witraże, z goryczą mówiła o aresztowaniu i rozstrzelaniu przez sowietów jej ojca. Sama już po polsku nie mówiła. Jej dzieci ochrzczone były jako prawosławne, ale w sercu wciąż chroniła serdeczną pamięć o swoim polskim pochodzeniu. Jeśli nie było odwiedzin u którejś z babć s. Maksymiliana przygotowywała w tym czasie katechezę dla dzieci I komunijnych i szkolnych. Przez 10 lat prowadziła wykłady w parafialnym college u dla dorosłych, gdzie głosiła nauki z zakresu dogmatyki katolickiej o prawdach wiary. Godzina 19 - msza święta w kościele z udziałem obydwu ojców redemptorystów, 2 sióstr habitowych i 2 sióstr Obliczanek, oraz kilku osób które zachciały przyjść z zewnątrz. W ciągu 15-stu lat posługiwania na parafii w Orenburgu s. Maksymiliana była blisko ludzi i ich rodzin. To zanurzenie się w tkankę społeczną miejscowego środowiska nie raz dostarczało jej przykrych rozczarowań związanych z odwracaniem się parafian od kościoła. Oto przykład Tatiany i Aleksieja, obydwoje ok. 50-tki, on taksówkarz, ona pracująca dorywczo. Synowie Kirył i Ilia, obaj byli ministrantami. Przez 15 lat cała rodzina była przykładem gorliwej religijności i wiernego trwania przy kościele. Sakramentu małżeństwa jednemu z synów udzielił sam bp. Klemens Pikiel. Obydwaj byli lektorami podczas liturgii. Byli pięknym wzorem i nadzieją parafii, aż tu pewnej niedzieli nie przyszli i już nigdy nie pokazali się w kościele. Albo przykład rodziny Wasjaninów. Obydwoje ok. 45 letni. On majster do wszystkiego, „złota rączka”, człowiek szczery, uczynny i bezinteresowny. Mimo że nie był ochrzczony, przychodził z dziećmi do kościoła. Przez 10 lat za darmo dokonywał wszelkich napraw i remontów w kaplicy zakonnej, w mieszkaniu sióstr. Dla ich córki Tani wiara w Boga była bardzo ważną życiową sprawą, ale wszystko urwało się, gdy Tania ukończyła 16 łat . Wtedy całkiem odwróciła się od kościoła. Zdesperowana matka próbowała jakoś ratować sytuację i zafundowała jej wspólny wyjazd z grupą parafialną na Światowe Dni Młodzieży do Polski. Dziewczyna powróciła bardzo zadowolona i pełna wrażeń, ale do kościoła już nie wróciła - cała jej dawna gorliwość 120 Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana gdzieś się podziała - z jakiegoś powodu po 10 latach wszystko to uschło. Małżeństwo Wasjaninów rozpadło się. Brak stałej pracy ojca był przyczyną najpierw kłopotów materialnych, potem konfliktów z żoną, te zaś doprowadziły go do pijaństwa, które stało się przyczyną rozwodu. Przy kościele pozostała tylko matka. Duszpasterstwo boryka się więc z poważnym problemem, jak zahamować powszechną płynność i relatywizm swoich parafian w wierze. Księża i siostry świadomi swojego misyjnego zadania próbowali m.in. wysyłać imienne papierowe zaproszenia na większe święta lub na rekolekcje. Zaproszenia te pod wskazany adres roznosiły siostry i świeccy parafianie. Osoby zapraszane typowano według listy ochrzczonych parafian, którzy kiedyś chodzili do kościoła, a potem przestali. W większości domów zaproszenia były przyjmowane, ludzie obiecywali, że przyjdą. Na 100 doręczonych zaproszeń na ostatnie rekolekcje przyszły 2 osoby. Być może wielu zaproszonych ukrywało swoje niezadowolenie, że ktoś sprawami kościoła zakłóca im ich spokój sumienia u innych może zadziałała lekceważąca przekora wyrażona np. w słowach 50-letniej kobiety: „Wy możecie robić wszystko, a jak ja nie będę chciała, to i tak nie przyjdę”. Sytuacja jest więc kryzysowa, bo cóż można zrobić, by odzyskać własnych parafian, gdy problem wiary w Boga przegrywa z materią codzienności. Ale duszpasterstwo katolickie jest tam po to, by nie ustawać w wysiłkach, bo nawet na tak kamienistej glebie trzeba siać. Duszpasterze zdają sobie sprawę, że wymogi stawiane przez katolicyzm są konkretne, wymierne, wymagają od wyznawców pewnego minimum osobistego zaangażowania, gdy tymczasem od tamtejszych wyznawców prawosławia nie wymaga się nawet obowiązkowego uczestnictwa w coniedzielnej mszy świętej, którą można zastąpić spełnieniem dobrego uczynku w danym dniu. Nie wymaga się też znajomości zasad wiary, nie ma też nakazu by przynajmniej raz w roku spowiadać się i Komunię świętą przyjmować. Nic też dziwnego, że ogromna część mieszkańców Orenburga to tylko nominalni prawosławni, którzy swój konfesyjny status nabyli mocą przyjętego chrztu w cerkwi prawosławnej. To im wystarcza, by uważać się za prawosławnych chrześcijan i nie myśleć o zaangażowaniu i o zobowiązaniach. Wiadomo, że w tak konformistycznym środowisku może się to podobać, a nawet satysfakcjonować. Zresztą, kto z nich będzie dociekał jakie są różnice pomiędzy obydwoma wyznaniami, zadowolą się swoim minimalizmem. Ponadto, duszpasterstwo parafii katolickiej w Rosji musi się stałe liczyć z groźbą posądzenia o prozelityzm, tj. o przeciąganie prawosławnych na katolicyzm. Nie wolno dać się sprowokować, bo jest to tam bardzo czuły punkt zapalny, utrudniający wszelką współpracę i porozumienie. A jednak na tym duchowym „bezrybiu” zdarzają się, choć bardzo rzadko, przykłady młodych aktywnych, praktykujących katolików. S. Maksymiliana dała tu przykład 25-letniego Wowy. Siostry wydelegowały go na kurs lektorów i śpiewu liturgicznego do miasta Kazań. Przy tej okazji kierowały się cichą nadzieją, że Wowa znajdzie tam wartościową kandydatkę na żonę. Wowa pojechał i poznał tam Swietłanę. Razem przyjechali do Orenburga, pobrali się, są przykładem młodego katolickiego małżeństwa. Wowa pracuje w wiertnictwie naftowym, Świetlana jest księgową w szkole specjalnej. Systematycznie są obecni w kościele i są nadzieją parafii. Teodor Sejka 121 Ale nie tak rzadko bywa, że w obrębie jednej rodziny dochodzi do kompletnego zamieszania w sprawach przynależności jej członków do różnych wyznań. Tania ma obecnie 18 lat i mieszka we wiosce Fiodorowka. Wioska położona jest w stepie, 120 km na południe od Orenburga. Jej mieszkańcami są Kazachowie, Niemcy i Rosjanie. Stoją tu ubogie domki, oblepione gliną. Jeden z nich pełni rolę kaplicy katolickiej. Ciocia Rosa, 74-letnia Niemka sprawuje opiekę nad tą kaplicą, dba o jej wystrój i prowadzi zbiorowe modlitwy, także pogrzebowe. Co drugą niedzielę do Fiodorowki przyjeżdża ksiądz w towarzystwie s. Maksymiliany i jednej s. habitowej. W kaplicy odbywa się Msza święta, która gromadzi ok. 20 osób. Tania wytrwale uczestniczy w tych ważnych dla niej duchowych wydarzeniach od 4 roku życia. Na początku przychodziła tu ze swoją ciocią, ale ciocię szyb- Kościół p.w. Matki Boskiej Loretańskiej w Orenburgu, stan obecny, Jot. archiwum ko to znudziło i odeszła, mimo że otrzymała chrzest katolicki. Dziecko pozostało wiernie przy kościele. Mama Tani jest Kazaszką: szeroka okrągła twarz, ciemne proste włosy. Tato był Ruski, ale zmarł z powodu pijaństwa, ojczym pracuje na budowie. Rodzina żyje skromnie, ale schludnie. W domu jest 7 dzieci, w tym 4 przybranych. Rada wiejska (Sielso-viet) przydzieliła im skromny domek. Panuje w nim ład, czystość i porządek. Mama sama szyje i przerabia garderobę na potrzeby dzieci. Jako prawosławna zadecydowała o chrzcie w cerkwi dla swoich 2 córek. Dzieci adoptowane z domu dziecka i te przyjęte od krewnych są na razie nieochrzczone. Swoją najstarszą córkę Tanię, już jako 16 letnią dziewczynę, mama też ochrzciła w cerkwi, czego Tania bardzo nie chciala. Na usilne nalegania córki matka zgodziła się jednak, by do spowiedzi i do I komunii świętej przystąpiła w kościele katolickim. Tania daje tu przykład aktywnej postawy katolickiej i misjonarskiej w swojej wiosce. Jest lektorką na mszach świętych, propaguje gazetkę religijną „Lubitie drug druga”, którą dostarcza także prawosławnej matce. Odwiedzając swoich podopiecznych s. Maksymiliana była też wielokrotnym świadkiem głęboko zakorzenionego uczucia tęsknoty za Polską. Staruszkowie - Polacy wciąż chronią we własnym wnętrzu tę tęsknotę za utraconym dzieciństwem i młodością w Polsce. Ich życie upływa jak gdyby pod stałym namiotem tego patriotycznego.sentymentu. Uczucia te w jakiś dziwny sposób przekazują swoim dzieciom, które nigdy nie widziały Polski. Pani Wanda Woropajewa ma 85 lat i mieszka w Orenburgu, jest Polką z Białorusi. Jej syn Wowa, 50+, taksówkarz, z wielkim nabożeństwem i entuzjazmem odnosi się do 122 Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana brzmienia polskiej mowy. Wręcz z dziecięcą ufnością i zachwytem wsłuchuje się w melodykę polskiej rozmowy matki z s. Maksymilianą. Mąż Białorusin Mikołaj nie mówił po polsku, ale bardzo starał się wyświadczać grzeczność swojemu gościowi wygłaszając za każdym razem jedyne polskie zdanie, które zapamiętał: „Proszę bardzo, niech pani usiądzie, zaraz zrobię herbatę.” Babcia Wanda przechowała w swojej pamięci wiele polskich piosenek, które chętnie śpiewała. Z pamięci wyśpiewała 3 zwrotki polskiego Hymnu Narodowego. Śpiewała też polskie kolędy, a jako skarb pokazywała siostrze przechowywany przez lata polski modlitewnik. Pan Władysław Sawicki po polsku już nie mówi, żonę ma Białorusinkę, prawosławną, ale ślub mieli katolicki. Pracował jako traktorzysta w kołchozie. O Polsce zawsze wypowiadał się ze wzruszającą czułością i serdecznością. Zawsze rozpytywał, co słychać w Polsce? Kiedy pani pojedzie do Polski? Nosił w sobie wciąż ten żywy obraz Polski, który pamiętał, i który pod wpływem długotrwałej tęsknoty zyskał u niego walor wyidealizowanego mitu. Nie może więc dziwić fakt, że każda wizyta polskiej siostry w odwiedzanych domach jest prawdziwym świętem. To tak jakby sama Polska zawitała w ich progi. Ciekawe, że tych Polaków, którzy przecież już nawet nie mówią po polsku, nazywa się tam np.: pan Władysław i ciocia Nina, pani Wanda i diadia Mikołaj, pan Władysław i ciocia Nina. Bo ten wyróżnik - pan, pani - przysługuje tam tylko Polakom i wciąż ich jakby dowartościowywał a może nawet nobilitował. Teodor Sejka 123 Gdy s. Maksymiliana miała kłopoty ze zdrowiem udała się na prywatną wizytę do lekarza neurologa - doktora Andrzeja Pierko, od którego doznała szczególnej troski i życzliwości. Urodził się w Orenburgu i miał ojca Polaka. Ten fakt sprawiał, że dla przybysza z Polski pan doktor był gotów zrobić wiele. Prosił, by siostra dzwoniła do niego, kiedy tylko będzie trzeba, że zrobi wszystko by jej pomóc. Ten 50-letni wysoki, przystojny łysawy, elegancki pan jest w Orenburgu medyczną sławą. Nie zna języka polskiego, ale ma ogromny sentyment dla Polski. Toteż gdy s. Maksymiliana wręczyła mu pudełko czekoladek przywiezionych z Polski wzruszony zapytał: „Czy mam to zjeść, czy tylko się przyglądać”. Parafia w Orenburgu corocznie organizuje tygodniowe obozy letnie dla dzieci, tzw. Kanikuły s Bohom (wakacje z Bogiem). Parafia często korzysta z terenu nad rzeką Sak-marą. Ziemia ta należy do bogatego farmera Genadija Abakumowa, który odziedziczył ją po zmarłej żonie - katoliczce. Uprawia tam słoneczniki i w sezonie zatrudnia robotników do pracy. Jest to człowiek powszechnie znany i szanowany. Co roku użycza terenu na potrzeby obozu. Na miejsce obozowania uczestników przewozi się transportem parafialnym, niektóre dzieci przywożą rodzice własnym autem. Główna dotacja na organizację akcji pochodzi z niemieckiej fundacji katolickiej Renovabis, która według przedstawionego projektu kosztów udziela swych środków, dzięki protekcji miejscowego ordynariusza, Niemca z pochodzenia, biskupa Klemensa Pikiela. Rodzice uczestników pomagają też dobrowolnymi ofiarami pieniężnymi i darami w naturze. W ostatnim obozie wzięło udział 40 uczestników w wieku od 7-14 lat. Kuchnia połowa, obsługiwana przez małżeństwo parafian, gotowała posiłki. Ksiądz i trzy siostry zakonne organizowały zajęcia. W programie dnia była zawsze Msza święta i dwie katechezy, poza tym rekreacja, kąpiel w rzece i wieczorne ogniska (tzw. pogodny wieczór). Dzieci były zdyscyplinowane i s. Maksymiliana nie narzekała na brak subordynacji. Organizatorzy mieli więc prawo oczekiwać zakładanych efektów formacyjnych, nawyków życia chrześcijańskiego u dzieci, które będą widoczne potem w ciągu roku. Okazało się jednak, że owoców tygodniowych wakacji z Bogiem nie było widać. Dzieci wróciły zadowolone z wypoczynku, z dobrego jedzenia, ale nic nie zapamiętały z katechez. Nie utrwaliły u siebie oczekiwanych postaw religijnych, ani nie wzmocniły się w wierze. Nie znajdując odpowiedniego gruntu religijnego w codziennym życiu własnych rodzin, zagubiły wszystko to, co zamierzano im zaszczepić. Stało się więc dokładnie tak, jak w tej ewangelicznej przypowieści o siewcy i ziarnie, które „padło między ciernie i nie wydało plonu”. Kadra obozu przekonała się, że na sukcesy trzeba będzie długo czekać. A ojciec proboszcz żartował, że : „Wykonaliśmy kawał nikomu niepotrzebnej roboty”. Praca na parafii katolickiej w Orenburgu, jak widać, nie należy do łatwych, bowiem tryumfy i zwycięstwa święci się tutaj nader rzadko. U podstaw trudności leżą zapewne bogata mozaika narodowościowa, kulturalna i religijna. Ale głównie chyba jest nim efekt długotrwałej sowietyzacji i wojującej ateizacji, jakiego doświadczało to społeczeństwo. Przyznam się, że pisząc tę opowieść, chciałem skłonić s. Maksymilianę, by potwierdziła moją tezę o negatywnym nastawieniu jniejscowego społeczeństwa do wiary katolickiej, jako synonimu polskości, a szczególnie do polskiego kleru katolickiego. Pytałem, czy mogłaby podać jakieś drastyczne przykłady otwartej wrogości, ośmieszania, lub braku przychylności. Ku mojemu zdumieniu s. Maksymiliana 124 Tam, gdzie ślady zesłańców, nasza siostra Maksymiliana nie znalazła ani jednego podobnego zdarzenia. Wręcz przeciwnie, z wielkim uznaniem i zadowoleniem opowiedziała mi o dowodach braterskiego współczucia i solidarności w ważnych dla Polaków chwilach. Zarówno po śmierci Jana Pawła II, jak i po katastrofie smoleńskiej gubernator Orenburga przysłał do kościoła delegację, która przed ołtarzem złożyła kwiaty i zapaliła świece. Wyrazy współczucia okazywali polskim duchownym również zwykli parafianie. W tym konglomeracie różnych religii, kultur, gdzie dominuje jednak postawa ateistyczna, nikt nie demonstruje swojej niechęci do katolicyzmu. Widok siostry zakonnej w habicie, lub księdza na ulicy nikomu tu nie przeszkadza. Dominuje tu raczej totalna obojętność, czego przykładem są często (niestety) i sami nominalni katoliccy parafianie. Niechęć i wrogi separatyzm zaczyna się dopiero na szczytach w hierarchii Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. I tak np. nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by na comiesięczne spotkanie ekumeniczne, organizowane przez polskiego proboszcza przybył przedstawiciel prawosławia. Przychodzą protestanci, adwentyści i katolicy - prawosławni nigdy. Gdy parafia zaprosiła na pasterkę chór prawosławny, pojawiły się trudności ze strony biskupa prawosławnego, w wyniku czego na pasterkę przybył chór w postaci bardzo okrojonej. Widać, że z tamtej strony panuje kurs na izolację, a także atmosfera niezdrowej konkurencji i zwalczania się. Może o tym świadczyć szokująca książka, sprzedawana w prawosławnym sklepiku, którą s. Maksymiliana dostrzegła wprost z niedowierzaniem i oburzeniem. Była to książka pt. Sowriemiennyje sekty w kostiole (Współczesne sekty w kościele). Na okładce książki był wizerunek Jana Pawła II. W tej sytuacji bezsilności należałoby zastanowić się, co jest czynnikiem, chroniącym osoby duchowne przed wspomnianym już syndromem wypalania się osobowości w środowisku tak mało obiecującym sukces i satysfakcję z wykonywanej pracy. Co każę księdzu, czy siostrze zakonnej przemierzać ogromne przestrzenie, by w zagubionej w stepie wiosce odwiedzić i pocieszyć dożywających swych lat staruszków. Odpowiedź zapewne zawiera się w doktrynie wiary, w samej nauce Jezusa Chrystusa i w tajemnicy powołania do tej służby, która według słów pisarza Saint Exuperyego nakazuje: „służyć Bogu w ludziach i być ambasadorem Boga wśród ludzi”. Doskonale rozumieją to ludzie z polskiego duszpasterstwa podejmując wciąż na nowo niełatwy wysiłek brania na siebie współodpowiedzialności za dobro każdej pojedynczej osoby, bowiem w świadczeniu ich duszpasterskiej posługi transcendencja krzyżuje się z potrzebami ziemskiego dobrostanu człowieka, zwłaszcza, gdy chodzi o człowieka słabego, biednego, steranego życiem i wyeksploatowanego niesprawiedliwym systemem społecznym. Czynią więc dobro człowiekowi, bo w nim dostrzegają ślad Boga - oto główna motywacja pozwalająca im trwać w niepowodzeniach pracy misyjnej. Posługa polskiej parafii katolickiej w Orenburgu to dla Polaków namiastka utraconej Ojczyzny, która ożywia i wskrzesza wciąż na nowo ich niegasnące, niespełnione marzenie o powrocie. Na koniec przyznać trzeba, że większość staruszków -Polaków, podopiecznych naszej siostry już nie żyje. Być może, dzięki tej posłudze umierający polscy parafianie odchodzili z tego świata pocieszeni i bardziej pogodzeni z losem. Nasza siostra Maksymiliana - Elżbieta Tadajewska, przez 15 lat am-basadorowała w bożo-ludzkich sprawach tam, na dalekich drogach i bezdrożach Rosji, gdzie żywy ślad swej obecności zostawili polscy filareci i inni patriotyczni zesłańcy kilku historycznych epok, gdzie do dziś żyją ich potomkowie i żywa jest pamięć o Polsce. Wiesław Olszewski 125 Wiesław Olszewski ROWEREM DO ROSYJSKIEJ CZĘŚCI PUSZCZY ROMINCKIEJ Mały Ruch Graniczny zawieszony został z początkiem lipca 2016 roku na czas trwania szczytu NATO oraz Światowych Dni Młodzieży, ze względów bezpieczeństwa oraz z powodu problemów z handlem towarami akcyzowymi. Po miesiącu, zgodnie z założeniami, kontrole na przejściach zostały zniesione - jednak tylko na granicy z Ukrainą. Na przejściach granicznych z Obwodem Kaliningradzkim sytuacja pozostaje bez zmian. Nam jednak udało się skorzystać z tego ułatwienia - w kwietniu 2016 roku odbyliśmy wyprawę rowerową do rosyjskiej części Puszczy Rominckiej. Organizatorem imprezy był Klub Turystyki Rowerowej „4R” PTTK w Olsztynie we współpracy z Regionalną Społeczną Organizacją z Kaliningradu. Wydarzenie wsparte zostało finansowo przez władze - jednak aby fundusze uzyskać nasi rosyjscy partnerzy musieli nadać imprezie charakter „patriotyczny”. Charakteru takiego nadawało hasło: „Rocznica szturmu na Kónigsberg 6-9 kwietnia 1945 r.” Fakt ten nie niósł za sobą żadnych ograniczeń ani obowiązków, prawdopodobnie nie wszyscy uczestnicy nawet wiedzieli, że jeżdżą z tej okazji. Owszem, zapaliliśmy znicze na jednym z cmentarzy wojennych, było to jednak zupełnie dobrowolne i do pewnego stopnia nawet spontaniczne. Jak głosił regulamin imprezy celem wycieczki była integracja rowerzystów z Polski i Rosji, poznawanie walorów krajoznawczych i przyrodniczych, zwiedzanie miejsc związanych z I i II wojną światową znajdujących się na terenie Puszczy Rominckiej oraz propagowanie zdrowego i aktywnego stylu życia. 126 Rowerem do rosyjskiej części Puszczy Rominckiej W wyprawie rowerowej uczestniczyła grupa dwudziestu ośmiu rowerzystów z Polski oraz trzydzieścioro Rosjan. Nasza Żuławska ekipa to dwoje członków nowodworskiego Klubu PTTK oraz czterech kolegów z Malborskiej Załogi Rowerowej działającej przy Kole Przewodników Malborskich. Na wyprawę wiózł nas BUS (własność Klubu z Nowego Dworu Gdańskiego) z przyczepą na rowery. W BUS-ie było więcej miejsc, więc po drodze uzupełnialiśmy nasz skład - w Kętrzynie dołączyła Jagoda, osoba bardzo wielu talentów, na co dzień przewodniczka po Wilczym Szańcu, z Kruklanek zaś zabraliśmy Sławka, dyrektora tamtejszego GOK-u ale też turystę kolarza, organizatora kultowego już niemal, Jesiennego Rajdu Siadami Mazurskich Legend. W tym, pełnym już składzie, dotarliśmy do Gołdapi, miejsca spotkania z grupą z Olsztyna i pierwszego noclegu. Zdarzenia do następnego ranka w tej relacji pominę. Następnego dnia rano, po śniadaniu - wyjazd. Krótkie zakupy na gołdapskim rynku i przejazd na granicę. Dzięki kontaktom organizatorów oraz uprzejmości Służb Celnych i Granicznych Rosyjskich i Polskich, po okazaniu paszportów i wizy Małego Ruchu Granicznego, szybko i sprawnie przejechaliśmy granicę w Gołdapi. Trwało trochę wypełnienie dokumentów dotyczących naszych pojazdów po stronie rosyjskiej. Nie dało się nie zauważyć pałek szturmowych w dłoniach rosyjskich pograniczników. Z granicy jedziemy drogą na Gusiew (Gąbin), nawierzchnia dość dobra. Po kilku kilometrach skręcamy jednak na Krasnolesje (Romnity Wielkie), to już droga szutrowa, po ostatnich deszczach wielkie kałuże. Jeszcze kilka kilometrów i dojeżdżamy do tej puszczańskiej osady. Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z drugiej połowy XVI wieku, gdy osada znajdowała się na terytorium Prus Książęcych. Początkowo była to kolonia puszczańskich smolarzy, rozkwit jej nastąpił gdy doceniono walory przyrodnicze tego miejsca, zwłaszcza dla myślistwa. Tu polował Wielki Elektor Brandenburski, potem Królowie Pruscy i Cesarze Niemiec. W 1890 roku, za panowania cesarza Wilhelma II, Rominty uzyskały status cesarskiego okręgu łowieckiego, iw 1891 roku na ich terenie zbudowano dla cesarza drewniany pałacyk myśliwski. Podobne funkcje pełniła miejscowość w okresie międzywojennym, zwłaszcza w czasach III Rzeszy. Tu miał swą myśliwską rezydencję Herman Góring, gościł w niej ważne osobistości tamtych czasów. Czasy świetności osady skończyły się wraz z końcem II wojny, dziś przypominają o nich resztki zabudowy, bardzo już zniszczone. Nowego budownictwa prawie nie ma. Zatrzymujemy się przy budynku dawnej szkoły, obecnie Wisztynieckie Ekologicz-no-Historyczne Muzeum. Po krótkim przywitaniu otrzymujemy przydział na kwatery. Większość będzie mieszkać w budynku Muzeum, którego strych zaadoptowano na cele noclegowe. My dostajemy pokoje w miejscowej „agroturystyce”. Właścicielka, pani o imieniu Irena, ma po matce polskie korzenie, rozumie i nieźle mówi po polsku. Przybyli do Obwodu z Białorusi przed kilkunastu laty, zbudowali dom w którym mieszkamy. Jest jednym z nielicznych powstałych tu po 1945 roku. Materiały wykończeniowe i wyposażenie przywożą zza niedalekiej granicy, z Polski, włącznie z przywiezionymi sadzonkami drzew i krzewów rosnących w ogrodzie. Wiesław Olszewski 127 Odstawiamy samochody, przesiadamy się na rowery, ruszamy na pierwszy etap naszej wędrówki. Pierwsza miejscowość to obecna Tokarewka. Obok wsi okazały, wysoki most kolejowy z początku XX wieku, na linii kolejowej Gąbin - Gołdap. Konstrukcja przypomina słynne wiadukty w Stańczykach znajdujące się na tej samej linii kolejowej. Z mostu pięknie prezentuje się malownicza rzeka Krasna (Rominta). Źródła swe ma na wschodzie Pojezierza Suwalskiego, po polskiej stronie nazywa się Błędzianka, płynie też pod wspomnianymi wiaduktami w Stańczykach. Po kilku kilometrach jazdy Sowchoznoje - dziś już tylko resztki dawnego, okazałego majątku, w którym funkcjonowało stado ogierów. Miejsce po pałacu, szczątkowe pozostałości zabudowań gospodarczych i domy folwarczne z czerwonej cegły. W tych stosunkowo najlepiej zachowanych mieszkają nadal ludzie, z trudem radzą sobie z rozpadającą się substancją mieszkalną. Rzucają się w oczy przeróżne nieotynkowane dobudówki z pustaka czy białej cegły, czasami pomalowane w jaskrawe gryzące się ze sobą kolory. Tu ma dojechać do nas obiad przygotowany przez organizatorów. Jest jeszcze czas więc jedziemy ok. dwa kilometry w bok, zobaczyć cmentarz wojenny z pierwszej wojny. Jest jednym z wielu w tej okolicy, ten większy niż inne. Zbudowany przez Niemców, spoczywa tu w pojedynczych lub podwójnych grobach 643 żołnierzy niemieckich, i w bezimiennych, zbiorowych mogiłach 438 Rosjan. Na krzyżach niemieckich ogromna ilość polsko brzmiących nazwisk, nazwisk żołnierzy rosyjskich nie wypisano, pewnie wśród nich także znalazłby się polskie. Przez długie lata po II Wojnie Światowej cmentarze te pozostawały zaniedbane i niszczone, dopiero przed zbliżającą się setną rocznicą wybuchu pierwszej wojny, przy finansowym wsparciu Niemiec, zaczęto je odbudowywać. Nekropolia ta, jak i inne w okolicy, to tragiczna pamiątka po bitwie pod Gąbinem stoczonej w tych stronach między siłami Rosji i Niemiec 20 sierpnia 1914 roku. Była to jedna ze znaczących potyczek w ramach tzw. operacji wschodniopruskiej I Wojny Światowej. 128 Rowerem do rosyjskiej części Puszczy Rominckiej W starciu tym poległo po obu stronach kilkanaście tysięcy żołnierzy i oficerów. Zwycięzcami tej bitwy byli Rosjanie, nie wykorzystali jednak militarnie tego sukcesu co zemściło się straszliwie dziesięć dni później. Ponieśli sromotną klęskę w największym starciu w Prusach Wschodnich, w bitwie pod Tannebergiem. Po smacznym i obwitym, w turystycznych warunkach spożytym posiłku, ruszamy dalej. Droga już nie puszczańska, jedziemy miedzy połami. Znaczne połacie nie uprawiane, widać że od wielu lat, porosłe już sporymi samosiejkami. „Wracają” do puszczy, z której wydarto je przed dziesiątkami lat. Dojeżdżamy do Jasnej Polany, to dawne Trakeny, miejsce hodowli słynnego w Świecie konia trakeńskiego. Praprzodkiem tej rasy jest schweiken - silny miejscowy kuc, wyhodowany jeszcze przez pogańskich Prusów. Później prace hodowlane prowadzili bracia zakonu krzyżackiego stosując uszlachetniające krzyżowanie z końmi szlachetniejszymi. W 1732 roku Fryderyk Wilhelm I utworzył Królewską Stadninę w Trakenach. Przez sześć lat tysiące żołnierzy pracowało przy karczowaniu i osuszaniu terenów pomiędzy ówczesnymi Gum-binnen i Stallupónen. Sprowadzono 1100 koni, w tym 500 klaczy matek, nad którymi zaczęto prowadzić intensywną prace hodowlaną. Dokonując ostrej selekcji wyhodowano kilka typów konia wojskowego, ale też konie dla rolnictwa, transportu i jeździectwa. Stadnina wspaniale funkcjonował do 1944 roku, kiedy to pospieszna, tragiczna ewakuacja spowodowała ogromne straty w pogłowiu konia trakeńskiego. Dzisiaj konie tej rasy hodowane są w wielu krajach, również w kilku stadninach północno-wschodniej Polski. Dzisiaj w Trakenach koni nie ma. Wjeżdżając do wsi, po lewej stronie w rzędzie stoją dawne domy pracowników stadniny, nadal z czerwonej cegły, jednak już nie kryje ich czerwona dachówka, lecz szary eternit. Po minięciu pięknej, okazałej bramy mamy po prawej stronie imponujący dwukondygnacyjny gmach pałacu, dawnego majątku. Pięknie odnowiona zewnętrzna elewacja, nowe pokrycie dachowe, stary bruk przed głównym wejściem. Obecnie mieści się tu szkoła, ale dwa pomieszczenia na dole to muzeum Wiesław Olszewski 129 poświęcone historii stadniny. Oprowadziła nas po nim miła pani dyrektor szkoły. Przed pałacem od 280 lat rośnie dąb, symbol tego miejsca. Niedaleko dębu, na postumencie, naturalnych rozmiarów pomnik najsłynniejszego reproduktora w Trakenach ogiera Tem-pelhiiter. Jest to niedawno ufundowana przez Niemców replika, oryginał po 1945 roku trafił do jednego z moskiewskich muzeów. Dalsza droga to już powrót przez kilka puszczańskich miejscowości. Ponownie ogromne hektary niezagospodarowanych obszarów zielonych, nieużytków malowniczo porośniętych dorodnym łubinem, dziurawcem i samosiejkami drzew. Domostw ludzkich też prawie wcale nie widać, mijamy tylko nieliczne, niewielkie wioski. Wsie bardzo ubogie, domy w fatalnym stanie, zaniedbane, rozpadające się, brak jakichkolwiek czynnych gospodarstw rolnych. Mijamy smutne resztki dawnej chwały Prus Wschodnich. Tylko gdzieniegdzie widać pozostałości budynków z czerwonej cegły lub zarysy nieistniejących już domów, a także charakterystyczne ruiny dawnych kościołów przebudowanych po wojnie na magazyny. W Krasnolesiu, po odwiedzinach w „bani” i po kolacji - ognisko ze śpiewami, po polsku i po rosyjsku. Kolejny dzień turystycznie rozpoczynamy od wizyty w Wisztynieckim Muzeum Hi-storyczno-Ekologicznym. Oprowadza nas młody człowiek, dyrektor tej placówki, rzuca się w oczy, że praca to niewątpliwie też jego pasja. Muzeum to jest elementem znacznie większego przedsięwzięcia wspieranego także środkami Unii Europejskiej w ramach programu „Rosja - Litwa - Polska”. To rozwój współpracy przygranicznej w różnych dziedzinach w tym turystyki i ekologii. Z początkiem 2012 powołany został Park Przyrodniczy Wisztyniecki, obejmujący 22 tys. ha. Jest to struktura zbliżona do naszych parów krajobrazowych. Nazwa wywodzi się od jeziora leżącego u zbiegu granic trzech wymienionych państw. Wytyczono szlaki rowerowe do najciekawszych miejsc w Puszczy, między innymi do ruin pałacu myśliwskiego cesarza Wilhelma II i dworu myśliwskiego Góringa, ustawiono liczne tablice z informacjami. Dla celów turystyki obszar niedostępnej strefy nadgranicznej po staraniach władz obwodu został zmniejszony. Jak podkreśla dyrektor Aleksey Sokolov widać rodzącą się fascynację miejscowych wielowiekową historią tej ziemi. Dalsza trasa wiedzie przez puszczę. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do osady Pu-gaczewo, tu w odnowionym budynku mieści się dyrekcja parku. Następna miejscowość to dzisiejszy Kalinino, jak wiele tutejszych nazw, jest upamiętnieniem bohatera ZSRR. Leży nad drugą puszczańską rzeką - Pisą, która wypływa z Jeziora Wisztynieckiego a uchodzi do Węgorapy, która po połączeniu z Instruczą tworzy Pregołę. Wieś leży na trasie znanej niemieckiej drogi nr 1, nazywanej u nas potocznie „Berłinką”1. Nie kończyła się ona w Królewcu lecz prowadziła aż do wschodniej granicy ówczesnej Rzeszy. Mijamy kolejny kościół przebudowany na magazyn, widać efekty prac zabezpieczających: nowe pokrycie dachu, nowe drzwi. Kolejna miejscowość to osada Liesistoje, dawna stacja kolei Gumbinnen-Gołdap i siedziba nadleśnictwa. We wsi ruiny kościoła protestanckiego i nowa, niewielka cerkiew Patrz: Prowincja, nr 3 (9), 2012, s. 43 - 49. 130 Rowerem do rosyjskiej części Puszczy Rominckiej prawosławna, usytuowana nad malowniczym jeziorkiem. Z dawnej zabudowy pozostało niewiele. Puszczańskimi drogami i dróżkami kierujemy się do naszej bazy. Wjeżdżamy w strefę przygraniczną a więc nieuniknione staje się spotkanie z pogranicznikami. Przepisy o małym ruchu granicznym nie są precyzyjne, różnie można interpretować prawo do przebywania w tej strefie. Z funkcjonariuszami dyskutują nasi rosyjscy partnerzy. Po trwających trochę pertraktacjach, przejrzeniu kilku paszportów, jedziemy dalej. W Krasnoliesiu zajeżdżamy pod kościół protestancki, przez wiele lat w ruinie. Ostatnimi laty, przy niemieckim wsparciu, odbudowany znowu pełni funkcje sakralne. Obok cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej, który również odwiedzamy. Trochę bardziej w centrum wsi zbudowano Cerkiew Prawosławną, a w jej pobliżu nieźle zachowany tzw. Denkmal upamiętniający poległych w I wojnie mieszkańców miejscowości. Na wieczór zaplanowano dwa wydarzenia. Najpierw w muzeum spotkanie historyczne prezentujące walki Rosjan o Kónigsberg, nie tylko w ostatniej wojnie ale w kilku wcześniejszych. Później, w miejscowym domu kultury, spotkanie z muzyką, występy a potem tańce do późnych godzin nocnych. Trasa trzeciego dnia krótsza, jeździmy tylko do obiadu. Mamy też do zwiedzenia najbliższą okolicę, właściwie to tylko Krasnoliesie, dawne bardzo rozległe Rominty. Pięknie położone na skraju puszczy, nad malowniczo tu płynącą rzeką Romintą, dzisiaj zwaną Krasnaja. Przed wiekami dostrzeżono wyjątkowe piękno tego miejsca, doceniono jego walor zwłaszcza dla myślistwa. Po decyzji Wilhelma II o utworzeniu tu cesarskiego okręgu łowieckiego, zbudowano w 1891 roku drewniany pałacyk myśliwski. Jedziemy do miejsca gdzie stał, to kilka kilometrów od centrum osady, w kierunku miejscowości Radużnoje. Po drodze mijamy piękny Most Jeleni na Romincie. W czasach świetności żelbetonową konstrukcje z 1915 roku, zdobiły cztery z brązu wykonane figury jeleni, symbole Puszczy Rominckiej. Dziś jeleni nie ma, a most porasta roślinność. Miejsce gdzie stał pałac wskazuje tablica, fotografie z czasów świetności i opisy. Budowlę w styku skandynawskim zaprojektował architekt norweski. Kilka lat później obok pałacu zbudowano kaplice św. Huberta. Większość obiektów spłonęła w czasie walk I Wojny Światowej, pałac oszczędzono, podobno na rozkaz samego Cara. Niespodziewanie przetrwał też drugą wojnę. Nie ostał się jednak na swoim miejscu, po kilku latach funkcjonowania jako sanatorium dla żołnierzy, został rozebrany i przeniesiony do parku miejskiego w Kaliningradzie. Obecnie zachowały się jedynie skromne pozostałości części murowanych: fundamenty i resztki piwnic. Niedaleko tego miejsca stoi kamień Wilhelma, jeden z ośmiu po tej stronie puszczy, wskazuje punkt, gdzie Kajzer oddał celny strzał do jelenia. W okresie międzywojennym tereny upodobał sobie inny miłośnik łowiectwa Hermann Góring. On również kazał wybudować dla siebie drewniany dwór myśliwski. Znajdował się w odległości ok. dwóch kilometrów od siedziby Cesarza. Jedziemy tam. Tu też miejsce wskazuje już tylko tablica ze zdjęciami. Miejsce wybrane starannie - piękne, położone na Wiesław Olszewski 131 wysokim brzegu rzeki Rominty. Zbudowany w latach 1935/36 dwór imitował staroger-mańską siedzibę książęcą. Aby ułatwić Ministrowi Rzeszy dojazd do rezydencji, wybudowano przeznaczoną specjalnie dla niego, niewielką stację kolejową, do której cały czas wiedzie świetnie zachowana droga z kostki brukowej. Rezydencja pełniła też ważne funkcje państwowe, polityczne i dyplomatyczne, w czasie wojny stała się kwaterą i punktem dowodzenia szefa Luftwafte. Przed nadejściem Armii Czerwonej, z rozkazu samego Góringa, została zniszczona. Dziś to tylko resztki piwnic i ruiny bunkra przeciwlotniczego. Po kilkukilometrowej jeździe lasami mamy spotkanie w kurorcie nad jeziorem Ma-rynowo. Na trasie towarzyszy nam ekipa telewizyjna, są wywiady. Przygotowywana jest audycja dla kaliningradzkiej stacji. W ośrodku wczasowym mamy słodki poczęstunek. Dzisiaj to skromny camping z plażą nad jeziorem. Na tablicy zdjęcia przedstawiające to miejsce w czasach świetności. Po krótkim odpoczynku powrót do Wisztynieckiego Muzeum, gdzie odbyła się ceremonia zakończenia z wzajemnym wręczeniem skromnych upominków. Nasi koledzy z Olsztyna są jeszcze w tzw. „proszku”, my już gotowi do podróży. By nie tracić czasu na czekanie wyruszamy sami. Nie wiemy czy bez organizatorów nasze przywileje na granicy obowiązują. Stajemy więc karnie na końcu kolumny pojazdów. Jednak od razu niemal rosyjski celnik daje nam znak, by jechać na pusty pas dla autokarów. Po polskiej stronie od razu już na ten pas wjeżdżamy. Po obu stronach odprawa przebiega sprawnie i w sympatycznej atmosferze. Nasz statut prawdziwych turystów nie jest tu pewnie bez znaczenia. I dalej jedziemy opisaną już trasą, tylko w przeciwnym kierunku, do domu. Aforyzmy Lech M. Jakób DO GÓRY NOGAMI1 AFORYZMY Nie lekceważcie demonów jedynie dlatego, że udają, iż ich nie ma! Jak wielką potrafi być niewielkość, gdy potrafi się o nią zadbać! Bogu, co boskie; cesarzowi, co cesarskie; głupkowi, co głupkowate. Jeden ma pieniądze, drugi czyraki, trzeci wiarę w głębię uczuć. Bo kto powiedział, że rozdział dóbr ma być równy? Powiedzmy sobie jasno - jasność to tylko przelotny brak ciemności. Nieufność wobec drugiego człowieka to jak wędrówka przez pustynię bez wody. Łatwiej przekląć los, niż go udźwignąć. Większość rozumnych pytań ożywia pytania nowe. A i nierozumne czasem tak potrafią... Śmierć nie jest bytem samoistnym. Bez żywych istnień nic nie znaczy. I największy wór marzeń jest niczym bez woli działania. Na początku jest miłość. I na końcu. Tylko po drodze czasem coś się sypie. Zamknij się. I nie otwieraj, dopóki ktoś nie zapuka. Rodzaje uczuć przypominają odmienności chmur, zza których zawsze potrafi wyjść słońce. Nic tak nie chwyta za serce jak śmierć. I miłość. Z przygotowywanego do publikacji zbioru aforyzmów „ Do góry nogami Lech M. Jakób 133 Powiadają, że cierpliwość jest matką wszechrzeczy. Lecz kto ojcem - pytam. Bo z chęcią spuściłbym mu łomot. *** Poeci stawiają na wrażliwość. I jakże pięknie wykładają się na niej. Wiedza nie lubi, gdy się ją posiada. Woli być wolna. *** Daj sobie szansę nie zabierając jej innym! *** Panie pisarzu - styl się liczy. Treść to przypadek. W gruncie rzeczy niewiele wiemy o sobie. A i to, co wiemy, psu na budę. *** Tylko cymbałom wydaj się, że jest, jak jest. Wizualizacja mądrości? Dla jednych byk z imponującymi rogami, dla innych skromność samotnie rosnącej niezapominajki. Głębię serca najlepiej znają jej topielcy. Dla jednych serce to część podrobów, dla innych - świat cały. Nie po to Bóg istnieje, by spełniać nasze zachcianki. Światło jest dla wszystkich. I ciemność jest dla wszystkich. 1 ten ustawiczny kłopot z nadmiarem masek na twarzach uczuć... Już kilka razy witałem się ze śmiercią. I przynajmniej dotąd udawała, że mnie nie zna. Z DOMINIKIEM ŻYŁOWSKIM, ELBLĄS FOTOGRAFIKIEM I FILOZOFEM, ROZMAWIA LESZEK SARNOWSKI FOTOGRAFOWANIE TO PORZĄDKOWANIE ŚWIATA Rozmowy Leszek Sarnowski - Filozof, bibliotekarz, fotografik. Ładna kompozycja, nieźle to sobie wykombinowałeś. Dominik Żyłowski - Filozofem jestem z wykształcenia, pracuję w bibliotece, a z zamiłowania zajmuję się fotografowaniem. Bywa, że od czasu do czasu to wszystko się ze sobą łączy, ale bez przesady. Choć, z drugiej strony, na pewno moje wykształcenie determinuje mój sposób widzenia świata, kształtuje perspektywę. Podobnie, jak to, że pracuję w sferze kultury. No i pewnie potem jakoś odbija się to w moich zdjęciach. Zresztą nie wiem przecież jak fotografowałbym, gdybym np. ukończył inne studia. Albo, czy w ogóle bym się tym zajmował. Sama czynność fotografowania polega tak naprawdę na porządkowaniu świata. Na tworzeniu albo znajdowaniu - jak kto woli - ładu w tym, co widać dookoła. W pewnym sensie filozofowanie jest tym samym. - Od jak dawna zajmujesz się fotografią? To był jakiś impuls, świadomy wybór, przypadek, fascynacja? - Zacząłem w czasie studiów, jakoś pod koniec lat 90. Czyli jeszcze w epoce fotografii tradycyjnej. Mimo że wówczas wymagało to nieco więcej wysiłku niż obecnie w przypadku fotografii cyfrowej, to początki mojego fotografowania miały charakter raczej towarzyski i czysto rozrywkowy. Fotografii nie traktowałem zbyt poważnie. Dość szybko trafiłem na książkę “Światło obrazu” Rolanda Barthesa. Ma ona podtytuł “Uwagi o fotografii”, ale faktycznie jest to esej z dziedziny filozofii kultury. Fotografia, zarówno w sensie przedmiotu, czegoś, co można wziąć do ręki lub wyświetlić na ekranie, a także w szerokim znaczeniu - dziedziny sztuki, czy dokumentu, a wreszcie w sensie określonego zajęcia, formy aktywności, została tam potraktowana jako punkt wyjścia, a zarazem jako rodzaj analitycznego narzędzia do refleksji nad rzeczywistością społeczno-kulturową... No i to był chyba ten moment. - Dziś w dobie smartfonów i telefonów którymi można pstrykać zdjęcia, fotografowanie jest właściwie codziennością. Każdy może powiedzieć, że fotografuje, a jednak nie do końca. Co dla ciebie jest najważniejsze w fotografii? - Tak, jak już poniekąd wspomniałem, fotografowanie ma dla mnie charakter poznawczy. Porządkowanie świata, swoista analiza polegająca na rozkładaniu go na obrazy, na poszczególne kadry pozwala lepiej się mu przyglądać. To tak najogólniej rzecz biorąc. Trzeba pamiętać, że fotografowanie to proces zaczynający się wyborem tematu, a kończący się decyzją dotyczącą publikacji wybranych zdjęć. Czyli po pierwsze - fotografowanie zaczyna się i kończy w głowie. A po drugie - głównym motywem, który na każdym z etapów tego procesu odgrywa najważniejszą rolę jest konieczność dokonania rozmaitych wyborów. Te wybory dotyczą z grubsza rzecz biorąc tego, co trzeba wyeliminować, czego się pozbyć: z obszaru zainteresowań - żeby temat był czytelny, potem z kadru - żeby jasny był przekaz zdjęcia, potem z kolei odrzucić trzeba poszczególne zdjęcia z zestawu... Powiedziałbym, że fotografowanie, to głównie ćwiczenie się w upraszczaniu i pozbywaniu się rzeczy zbędnych. No dobra - jeszcze gdzieś po drodze powstaje obraz przy użyciu urządzenia pozwalającego na utrwalenie śladu światła na materiale światłoczułym. Coraz bardziej zaawansowane technicznie urządzenia pozwalają wyeliminować z całego tego procesu, o którym mówiłem wcześniej, niektóre wybory dotyczące spraw technicznych, Leszek Sarnowski 137 czyli te najmniej istotne. Sam obraz fotograficzny, choć czasem bywa dziełem sztuki, najczęściej ma chyba jednak charakter poznawczy i komunikacyjny. To właśnie te aspekty fotografii decydują o jej popularności i powszechności. Nie przez przypadek fotografowanie, to jedna z funkcji wspomnianego przez ciebie smartfona - urządzenia, przeznaczonego przecież do komunikacji. Wypadałoby się chyba zastanowić, wobec masowości fotografii, nad kwestią powszechności edukacji w tym zakresie: skoro już tak się komunikujemy, to uczmy się robić to dobrze. No, ale to osobny temat. - Dlaczego zainteresowałeś się Oberlandem, krainą która nie istnieje, bo sam to stwierdzasz prowokacyjnie zakładając stronę na fb pod nazwą „Nie ma takiego miejsca -Oberland w fotografii”. - Są takie dwa typy fotografów: jedni uważają, że więcej się dostrzega fotografując coś, czego się nie zna, że wówczas swoim „zewnętrznym” punktem widzenia można zaskoczyć tych, którzy w jakimś otoczeniu żyją na co dzień i przez to nie są już na nie wrażliwi. A drudzy twierdzą, że żeby wykonać interesujące zdjęcia, to jednak trzeba się z fotografowanym obiektem trochę zżyć. Trzeba na przykład trochę pobyć w fotografowanym miejscu, poznać je itd. Bliżej mi do tych drugich. A ponieważ jestem „tutejszy”, toteż ową „tutejszością” się zajmuję w sensie fotograficznym. Tak powstała seria zdjęć poświęconych Żuławom, które były opublikowane w jednej z poprzednich „Prowincji” i taki też jest rodowód tego „oberlandzkiego” cyklu. Oberland oczywiście istnieje dziś tylko w sensie historycznym. Zmieniły się granice państw, zmieniła się cała struktura społeczno-gospodarcza na terenach dawnych Prus Wschodnich, no i w tym nowym układzie dla Oberlandu zabrakło miejsca. Ale zostały liczne ślady dawnej struktury. Najważniejszym jest oczywiście Kanał Elbląski, ale nie tylko. Kiedy podróżuje się przez okolice kanału można odnieść wrażenie, że wystarczy z zamkniętymi oczami rzucić kamieniem w dowolnym kierunku, żeby trafić w jakiś pałac, dwór czy folwark. A właściwie najczęściej w ich ruiny..., bo to historyczne „nieistnienie” Oberlandu ma swój do bólu realny i jak najbardziej praktyczny wymiar. Jego przejawy właśnie widać -mam taką nadzieję - na moich zdjęciach. - Mówimy od wielu lat o potrzebie ochrony dziedzictwa kulturowego, nie tylko narodowego, choć ministerstwo w nazwie ma narodowe, przeznaczanych jest wiele środków na ratowanie zabytków. Patrząc na twoje czarno-białe zdjęcia z miejsc zaniedbanych można mieć wrażenie, że to jakiś potężny krzyk rozpaczy, że tak różowo jednak nie jest. To prowokacja? - Wprawdzie przygotowując materiał nie myślałem w tych kategoriach, ale jeśli moje przedstawienie Oberlandu może posłużyć, jako przyczynek do dyskusji na temat ochrony dziedzictwa, to nie miałbym nic przeciwko temu. Różowo faktycznie nie jest. Myślę, że chodzi o to, o czym mówiłem wcześniej: Oberlandu nie ma. A skoro nie ma, to o co tu dbać. Pamiętasz scenę z filmu „Miś”, gdzie kasjerka sprzedająca bilety mówi, że nie ma takiego miasta jak Londyn, jest tylko Lądek albo Lądek Zdrój? Dawne Prusy chyba podobnie nie za bardzo mieszczą się w spektrum zainteresowań speców od dziedzictwa, jak Londyn przekraczał perspektywę kasjerki z „Misia”. Inna sprawa, że przecież działają różni lokalni pasjonaci, którzy robią co mogą dla zachowania tego, co jeszcze jakoś tam 138 Fotografowanie to porządkowanie świata się trzyma. Ale skala rozkładu jest tak duża, że nie wydaje mi się, aby było można mówić o jakiejś rzeczywistej ochronie dziedzictwa bez rozwiązań systemowych. - A może chodzi o to, że to niepolskie tylko niemieckie, więc nie trzeba się troszczyć? Co sądzisz o tym? - Kiedy po wojnie zamieszkali tu ludzie, którzy przyszli na miejsce dawnych właścicieli, to, mam wrażenie, że oni nie tyle się wtedy „osiedlili” tutaj, co tylko jakby na chwilę „przysiedli”, przekonani, że nie są u siebie, że to nie jest koniec drogi, że przecież wrócą „na swoje”, a tu z kolei też wrócą ci, którzy musieli stąd uciekać. No i co w takiej sytuacji? Dbać, angażować się? Inwestować pracę, pieniądze, wysiłek w coś niepewnego, chwilowego? Czas mijał, ale ten lęk i związany z nim brak zakorzenienia pozostał. Utrwalał się, a potem reprodukował w następnych pokoleniach i myślę, że w zakamuflowanej, nieuświadomionej formie trwa niekiedy do dziś. Tymczasem wschodniopruskie miejscowości przestały być dla obecnych mieszkańców chwilowym schronieniem, a stały się - no właśnie - dziedzictwem. Spadkiem po poprzednich właścicielach, a przecież o spadek dba się nie ze względu na tego, do kogo należał w przeszłości, ale po prostu dla własnego dobra. Świat się oczywiście zmienił, nikt rozsądny nie będzie podważał zasadności dbania o oberlandzkie dziedzictwo, tyle, że czas zrobił swoje, no i mamy całkiem pokaźną kolekcję ruin. Problem w tym, że hasło „dziedzictwo”, obejmuje nie tylko pozostałości kultury materialnej. Najważniejsze jest to, czego kultura materialna jest podstawą: kwestia tożsamości. Bez nabycia umiejętności odpowiedzi na pytanie o to, kim jestem, nie da się zlikwidować reprodukowanego przez pokolenia lęku pierwszych powojennych osadników, wynikającego z poczucia wykorzenienia i efemeryczności własnej egzystencji. Nieco upraszczając: jeśli pozwalamy sobie na obojętność wobec niszczejących zabytków, zgadzamy się w konsekwencji na bycie nikim i ugrzęźnięcie w beznadziei. - W twoich miejscach, poza smutkiem i goryczą widać jednak też fascynację, jeśli można tak powiedzieć, miejscami być może dla ciebie magicznymi. - Bo Oberland jest piękny. Właściwie nieodkryty ciągle przez turystów. No może poza Kanałem Elbląskim, ale nawet ten nieprawdopodobny hydrotechniczny majstersztyk na światową skalę i zarazem kręgosłup Oberlandu, ma właściwie rangę lokalnej ciekawostki, a tymczasem podróż tym szlakiem, to dopiero jest magia. Ja nawet nie mam tu na myśli pochylni itp., ale ilekroć płynę kanałem - a czyniłem to od wielu lat, niezliczoną ilość razy - to jest jak przejście do jakiejś alternatywnej rzeczywistości, slow life w pełnym tego słowa znaczeniu. - Powiem szczerze, że zdjęcia z Kamieńca wstrząsnęły mną najbardziej. To przecież unikatowe miejsce w historii regionu, prawda? - W ogóle jest to region o bogatej i burzliwej historii, której ślady - jak już wspominałem - są na każdym kroku. Rzeczywiście pałac w Kamieńcu, to jedno z najciekawszych miejsc. Niepozorna dziś wieś niedaleko Susza stanowiła przez parę wiosennych miesięcy 1807 roku centrum Europy. Ale po kolei. Wybudowany w latach 1716-1720 barokowy pałac stanowił siedzibę rodu Einckensteinów. Zresztą Finckenstein, to historyczna nazwa miejscowości. Pod koniec XVIII w. pałac przeszedł na własność potężnego pruskiego rodu zu Dohna. Podczas wojny francusko-pruskiej, od kwietnia do czerwca 1807 r. Leszek Sarnowski 139 przebywał tu i „stąd rządził imperium” - jak głosi dziś umieszczona na bramie prowadzącej do ruin pałacu tablica - cesarz Napoleon Bonaparte. Do Kamieńca przeniósł się z Ostródy, gdzie wcześniej rezydował w tamtejszym zamku. Ponoć w listach do swej żony Józefiny strasznie na tę Ostródę i zamkowe niewygody narzekał. Natknąłem się gdzieś na sugestię, że być może, genialny strateg usilnie starał się w ten sposób odwieść żonę od ewentualnego pomysłu odwiedzenia go w Prusach. A to dlatego, że w Kamieńcu cesarz zajmował się nie tylko wojowaniem z Prusakami i rządzeniem imperium, ale także poznaną niedawno Marią Walewską, która spędziła tu z nim kilka tygodni. Dzisiaj możemy podziwiać jedynie ruiny sceny tamtego romansu. Pamiętajmy, że chociaż mowa cały czas o pałacu, to tak naprawdę chodzi także o cały ogromny kompleks zabudowań gospodarczych, architekturę ogrodową, park. Na zdjęciu widać m.in. wnętrze tzw. groty muszlowej, elementu architektury ogrodowej właśnie. Nazwa pochodzi stąd, że wnętrze to pokryte było w całości egzotycznymi muszlami oraz minerałami w morskich kolorach. Podobno było to także miejsce spotkań pruskiej masonerii. Ściany, od których wszystkie te ozdoby rzecz jasna dawno odpadły lub zostały skute, mają charakterystyczną fakturę sprawiającą wrażenie, jakby człowiek znajdował się pod wodą. Oryginalny efekt musiał być niesamowity. Dowiedziałem się na miejscu, że podobno wkrótce mają ruszyć prace zmierzające do renowacji wnętrza groty muszlowej. - Które jeszcze z miejsc Oberlandu szczególnie cię zauroczyły, zaniepokoiły czy wstrząsnęły? - Muszę wspomnieć o Słobitach. To była główna siedziba Dohnów, wspaniały pałac, podobnie, jak ten w Kamieńcu spłonął w 1945 r., ale oprócz pałacu jest tam cały kompleks zabudowań folwarcznych. Widać je na zdjęciach. Jeśli pytasz, co mną wstrząsnęło, to to, że jeszcze w 1999 r. folwark ten, w znakomitej książce Małgorzaty Jackiewicz-Garniec i Mirosława Garńca pt. „Pałace i dwory dawnych Prus Wschodniech” opisywany był tak: „[...] uległ przez stulecia stosunkowo niewielkim przekształceniom, jest dobrze zachowany i obecnie stanowi unikatowy zespół przypałacowy z epoki baroku na terenie Polski północno-wschodniej.” No, jak widać - już nie bardzo stanowi. Myślę, że to jest dopiero wstrząsające i świadczy jak najgorzej o naszym stosunku do dziedzictwa, a więc i o nas samych. - Na swoim fotoblogu taknaoko, miałeś taki cykl Dziennik nieobecności, też smutne fotki, a znam cię i wiem, że smutasem nie jesteś. Smutny świat, smutni ludzie? A może smutku szukasz? -„Dziennik nieobecności”, to taka moja robocza nazwa serii kilku, czy kilkunastu zdjęć, które dotyczą elbląskich Żydów. Chciałem sfotografować miejsca, które były niegdyś związane z istnieniem społeczności żydowskiej. To praktycznie nieistniejący w Elblągu temat. Po elbląskich Żydach nie ma śladu, poza zdezelowaną tablicą w miejscu dawnego kirkutu, który służy teraz za miejsce, gdzie ludzie wyprowadzają psy. W miejscu synagogi, która została przez elbląskich nazistów, przy aprobacie i wsparciu władz miejskich, spalona podczas Nocy Kryształowej, jest dziś szkoła podstawowa i szkolne boisko. W miejscu dawnej fabryki pędzli i szczotek Neumanna, odebranej żydowskim właścicielom wiatach 30., gdzie funkcjonował później jeden z podobozów obozu koncentracyjnego Stutthof, są 140 Fotografowanie to porządkowanie świata dziś jakieś hurtownie. W miejscu potężnego domu handlowego Loewenthala, również zabranego właścicielowi nie ma nic. Stoją za to, prawie w centrum miasta, budynki dawnej fabryki cygar Loesera i Wolffa, również zresztą odebranej właścicielom przez nazistów. To faktycznie raczej smutna historia, ale jednak przede wszystkim - właśnie historia. Wspominałem na początku rozmowy, że ważny jest dla mnie ten poznawczy aspekt fotografowania, no i to, że powstałe zdjęcia powinny móc udźwignąć jakąś opowieść. A smutek? To tylko emocja. Ważniejsze jest, czy za tym idzie jakaś refleksja. 142 Dbałość o zabytki to wyraz kultury i wrażliwości duchowej DBAŁOŚĆ O ZABYTKI TO WYRAZ KULTURY I WRAŻLIWOŚCI DUCHOWEJ Z KS. ANDRZEJEM STARCZEWSKIM, PROBOSZCZEM PARAFII ŚW. ANNY W SZTUMIE ORAZ DIECEZJALNYM KONSERWATOREM ZABYTKÓW ROZMAWIA LESZEK SARNOWSKI Leszek Sarnowski - Może na początku mała diagnoza. Ile w diecezji elbląskiej jest kościołów, a ile spośród nich to obiekty zabytkowe? Czy można określić w jakiej części geograficznej diecezji jest ich najwięcej? Ks. Andrzej Starczewski - Diecezja Elbląska 25 marca tego roku, obchodzić będzie 25 - lecie istnienia. Papież Jan Paweł II, bullą Totus Tuus Poloniae populus, ustanowił nową jednostkę kościoła partykularnego z części diecezji: gdańskiej, warmińskiej i chełmińskiej. Diecezję Elbląską uważa się za kontynuatorkę tradycji diecezji pomezańskiej, jednej z czterech diecezji pruskich, położonej pomiędzy Warmią a ziemią chełmińską. Została utworzona 28 lipca 1243 r. decyzją legata papieskiego Wilhelma zModeny, zatwierdzoną przez papieża Innocentego IV 30 lipca 1243 r. Katedrą diecezjalną była katedra w Kwidzynie. Obecnie diecezja z siedzibą biskupa i katedrą znajduje się w Elblągu. W diecezji jest 157 parafii. Ile jest kościołów - to dobre pytanie - bo zmusiło mnie to do policzenia wszystkich obiektów sakralnych znajdujących się w granicach nowej diecezji. Diecezja Leszek Sarnowski 143 posiada 213 kościołów, z tego 164 to obiekty wpisane do rejestru zabytków. Warto zaznaczyć, że ponad 50 kościołów i kaplic to obiekty nowe. - Które z tych obiektów są najcenniejsze? - Najcenniejszymi obiektami są gotyckie świątynie, ze względu na ich czas powstania i stan zachowania. W pierwszym rzędzie trzeba wymienić monumentalne katedrę Św. Mikołaja w Elblągu; konkatedry: Św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie i Sw. Wojciecha w Prabutach oraz kolegiatę Św. Mateusza w Nowym Stawie, a także kościoły: np. Sw.Jana Chrzciciela w Malborku, Sw.Jana Ewangelisty w Zalewie, Sw. Bartłomieja w Pasłęku, Sw. Piotra i Pawła w Morągu czy Sw. Katarzyny w Dzierzgoniu. Przy tych monumentach nie możemy zapomnieć o zachowanych dwóch gotyckich kapliczkach; w Gnojewie i Bystrzu. Ta druga to unikat - ossarium - zbudowane w I poł XIV w. dla złożenia w jednym miejscu kości poległych w wojnie trzynastoletniej (1454-1466). Najcenniejsze w tym obiekcie są malowidła z ok. 1400 r., o tematyce ściśle związanej z funkcją budowli. Ukazują rozbudowane wyobrażenie Sądu Ostatecznego. Mamy także powód do chluby administrując wiejskie, gotyckie kościoły na Żuławach, które powstały za panowania Zakonu Krzyżackiego. Imponująca jest ich ilość i gęsta sieć (położone są od 2 do 5 km od siebie) a przede wszystkim zachowana historyczna substancja architektoniczna i gotyckie polichromie (np. Sw. Elżbiety w Lubieszewie, Sw. Jadwigi w Kmiecinie, Św. Jakuba w Niedźwiedzicy, Sw. Piotra i Pawła w Mątowach Wielkich czy Sw. Barbary w Krzyżanowie). Żuławska architektura średniowieczna stanowi jeszcze nie odkrytą, oryginalną grupę zabytków nie tylko w skali regionu, ale całej Polski i Europy. Pracując na Żuławach, turystom odwiedzającym Miłoradz czy Mątowy Wielkie - miejsce chrztu bł. Doroty, trochę przekornie mówiłem że te obiekty sakralne są ważniejsze niż zamek krzyżacki w Malborku. A to z tego powodu, że od momentu powstania do dnia dzisiejszego, przez ponad 600 lat, od fundamentów po więźbę dachową stoją nienaruszone. Kilkanaście kościołów gotyckich zostało przebudowanych na przełomie XIX i XX w. - np. Sw. Anny w Sztumie, Przemienienia Pańskiego w Iławie, Św. Urszuli w Lichnowach, Św. Jerzego w Tychnowach czy po pożarze w 1969 r. Św. Józefa w Gardei. Warto wspomnieć późnobarokowy kościół Chrystusa Króla w Kwi-tajnach koło Pasłęka. Świątynia ta wybudowana w latach 1714 - 1719, która wchodziła w skład założenia dworskiego rodu von Dohnów, w ubiegłym roku otrzymała z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, I nagrodę „Zabytek zadbany” za najlepiej wykonane prace konserwatorskie. Cennymi obiektami w diecezji, są również kościoły neogotyckie. Jest ich ok. 40. Warto wspomnieć kilka: Św. Wojciecha w Elblągu, Św. Rodziny w Ryjewie, Św. Rozalii w Suszu, Św. Andrzeja w Prabutach. Jest to częściowo spuścizna, którą przejął po II wojnie światowej Kościół katolicki po protestantach. Zachowało się również 10 kościołów budowanych w technice muru pruskiego (niem. Fachwerk) - czyli drewnianej ściany szkieletowej, inaczej ryglowej, ramowej lub fachówki, wypełnionej mu-rem z cegły (np. bł. Doroty w Elblągu, przeniesiony z Kaczynosu do Elbląga, by tworzyć skansen kultury Żuławskiej - to był sprytny pomysł ks. infułata Mieczysława Józefczyka, by ominąć ze strony władz państwowych pod koniec lat 70 XX w., problem pozwolenia na budowę nowej świątyni w tym mieście), Św. Katarzyny w Borętach, Św. Wojciecha w Świerkach czy Niepokalanego Poczęcia NMP w Marzęcinie). Należy też koniecznie 144 Dbałość o zabytki to wyraz kultury i wrażliwości duchowej wspomnieć poewangelicki kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie, z niepowtarzalnym wystrojem wnętrza. Najwspanialszą ozdobą są malowidła stropowe i ścienne na płótnie, wykonane przez Reinholda Schneidera z Gdańska w 1688 r. Właśnie one czynią ze świątyni w Stegnie unikatowy zabytek w skali Pomorza Gdańskiego. Imponującym wyposażeniem wnętrza można się zachwycić, odwiedzając kościół Św. Antoniego w Suszu czy Niepokalanego Poczęcia NMP wŁęgowie koło Kisielic, które są perłą sztuki sakralnej Pomezanii. Ten drugi zawdzięcza swoje piękne późnobarokowe wyposażenie rodowi von Hindenburg. W latach 1934-36 zgodnie z ostatnią wolą marszałka i prezydenta Rzeszy, Paula von Hindenburg, gruntownie odrestaurowano tę świątynię. Ważnymi patronami kościoła był również wspomniany ród arystokratycznej dynastii pruskiej von Dohnów, który za zasługi wobec Zakonu krzyżackiego w 1525 r. otrzymał Słobity. Byli oni fundatorami kilku obiektów sakralnych; np. Zmartwychwstania Pańskiego w Słobitach, Św. Stanisława w Osieku czy Matki Bożej Miłosierdzia w Strużynie. Na szczególną uwagę zasługują jeszcze dwa kościoły w naszej diecezji - Św. Józefa w Gościszewie i Matki Boskiej Częstochowskiej w Palczewie. Są to jedyne kościoły drewniane. Pierwszy został wybudowany w 1928 r natomiast w Palczewie to niezwykle cenny unikat kultury mennonickiej, wzniesiony ok. 1700 r. Ta niewielka sala, to prawdziwa galeria, z polichromią w konwencji ludowej połączonej z profesjonalną. -Jaki jest stan techniczny tych zabytków? - To jest trudne pytanie. Każdy obiekt zabytkowy wymaga oddzielnego pochylenia się nad nim. Ale generalnie z roku na rok, dzięki przedsiębiorczym, szczególnie młodym kapłanom (czyja się jeszcze do nich zaliczam...? ) stan techniczny i poziom artystyczny tych obiektów, ciągle się poprawia. Myślę, że to po poprzednich pokoleniach zabytków sakralnych, czasami o wysokiej wartości historycznej i zabytkowej. Trzeba też wspomnieć o niezwykłe bogatym, wyjątkowo cennym wyposażeniu ruchomym wielu kościołów, wytworem kunsztu malarskiego, rzeźbiarskiego, złotniczego czy ludwisarskiego. Te dzieła sztuki - ołtarze, ambony, prospekty organowe, konfesjonały, ławki, chrzcielnice, epitafia, witraże, obrazy, rzeźby, naczynia liturgiczne, dzwony - posiadają naturalne miejsce ich przechowywania. Jest to też świadectwo zmiennych dziejów i wielokulturowości tej specyficznej krainy geograficznej. - Jakie są najpoważniejsze problemy jeśli chodzi o zabytki sakralne w naszej diecezji? - Dbanie o zabytki sakralne to niekończące się historie. Najistotniejszym problemem, to świadomość administratora, co posiada pod ynika z szacunku do przejętego w zarząd Kościół Św. Jana Chrzciciela w Malborku, fot. A. Starczewski Leszek Sarnowski 145 swoim zarządem i chęć ścisłej współpracy ze służbami konserwatorskimi. Od dwóch lat w naszej diecezji coraz lepiej funkcjonuje komisja konserwatorska, której jestem przewodniczącym. W każdym spotkaniu, które odbywa się co dwa miesiące, bierze czynny udział ks. biskup diecezjalny. Zarówno służby konserwatorskie jak i wspomniana komisja działa na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i tożsamości. Dbałość o zabytki jest również wyrazem kultury i głębokiej wrażliwości duchowej. - Co oznacza wpisanie danego obiektu do rejestru zabytków? Czy dzięki temu jest szansa na dofinansowanie od konserwatora zabytków czy może łatwiej jest wtedy o pozyskanie środków na konieczne remonty? - Wpis do rejestru zabytków jest działaniem administracyjnym prowadzonym przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków na wniosek strony - właściciela obiektu lub z urzędu - bez jego zgody. Przed dokonaniem wpisu prowadzone jest postępowanie przygotowawcze polegające na gromadzeniu informacji i materiałów dokumentacyjnych, które potwierdzają wartość danego obiektu. Postępowanie to zakończone jest wydaniem przez WKZ decyzji, która nabiera mocy prawnej i zabytek otrzymuje numer rejestru. Wpis do rejestru zabytków jest jedną z form ochrony zabytków. Zabytek może zostać wpisany w 3 kategoriach, dla których prowadzone są odrębne księgi: zabytek nieruchomy, ruchomy i archeologiczny. Ewidencjonowanie zabytków jest podstawowym zadaniem służb konserwatorskich oraz instytucji wyspecjalizowanych w tymże zakresie działających przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego (Narodowy Instytut Dziedzictwa oraz jego odziały terenowe). Stanowi to swoistą sukcesję działań Centralnego Biura Inwentaryzacji Zabytków Sztuki, powołanego w 1929 roku z inicjatywy ówczesnego Generalnego Konserwatora Zabytków prof. Jerzego Romera. Aby otrzymać środki finansowe od wojewódzkiego konserwatora zbytków czy z programów ministra kultury, urzędu marszałkowskiego czy dotacji unijnych a także z jednostek samorządowych, niezbędny jest wpis obiektu do rejestru zabytków. Oczywiście nie możemy zapominać o finansowym wkładzie własnym poszczególnych parafii. Warto dodać, że złożenie współfinansowania danego zadania przez kilku beneficjentów, zawsze procentuje podwyższeniem oceny danego wniosku. - W ostatnich latach sporo środków finansowych, zarówno regionalnych, jak i państwowych, przeznaczano na remonty obiektów zabytkowych. Jak to wygląda w diecezji elbląskiej. Jak dużo środków trafiło do naszej diecezji i z jakich dotacji i ile kościołów zabytkowych z tego skorzystało? - Nie znam wszystkich kwot uzyskanych z dotacji na renowację zabytkowych obiektów sakralnych w naszej diecezji. Dla przykładu podam, że w roku 2015 tylko z programu Ministra Kultury, dotację otrzymało osiem obiektów zabytkowych, na kwotę 1100 000 zł. -Jak te działania związane z ochroną zabytków wyglądały za czasów PRL-u. Kto finansował remonty świątyń zabytkowych i czy w ogóle były one robione? Czy to były jakieś działania systematyczne, kompleksowe czy akcyjne? - Dzięki finansowemu wsparciu środków pochodzących z europejskich fuiiduszy strukturalnych, ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz budżetu 146 Dbałość o zabytki to wyraz kultury i wrażliwości duchowej jednostek samorządowych jest możliwość ochrony dziedzictwa kulturowego które administruje Kościół. W czasach PRL -u nie było mowy o wspieraniu finansowym obiektów sakralnych. Było to wpisane w systemowe zwalczanie instytucji Kościoła. Wówczas dokonywano jedynie drobnych remontów na które było stać daną wspólnotę parafialną. -Jakie obiekty na dziś wymagają pilnej interwencji? - 5 kościołów gotyckich w okresie powojennym uległy zniszczeniu. Bezpowrotnie -kościół w Ostaszewie i w Borętach, natomiast w Gnojewie i Biskupcu Pomorskim trwają prace budowlano - konserwatorskie przywracające świetność tych obiektów. Szkoda, że nie ma jeszcze pomysłu na uratowanie kościoła gotyckiego Św. Piotra i Pawła w Fiszewie, którego wieża i dach spłonął 1 kwietnia w latach pięćdziesiątych, podczas porządków wiosennych. Podobno strażacy powiadomieni o pożarze musieli być długo przekonywani, że to nie żart prima aprilis. Myślę, że naprawdę pilnej interwencji potrzebuje gotycki kościół filialny Chrystusa Króla w Trumiejach. Konieczny jest remont dachu, a przede wszystkim latarni na wieży, która może być zagrożeniem dla wchodzących do kościoła. Szkoda że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie dostrzegło takiej potrzeby. Tak na marginesie, gdy zostało podjęte przygotowanie wniosku o dotację, to okazało się, że ten gotycki kościół nie istniał na mapach geodezyjnych. -Jakie obiekty sakralne z naszej diecezji otrzymały ministerialną dotację w tym roku? - W tym roku ministerstwo kultury zarezerwowało środki finansowe tylko dla dwóch obiektów sakralnych z naszej diecezji: kościół Św. Mateusza w Nowym Stawie i Św. Anny w Sztumie. W obydwu przypadkach dotacja ma być wykorzystana na konserwację elewacji zewnętrznych ścian. Nasza parafia otrzymała połowę wnioskowanej kwoty. Muszę Leszek Sarnowski 147 dodać, że w tym roku o dotację ubiegało się 35 parafii, które nie otrzymały wsparcia finansowego. - Kolejną dotację otrzymała parafia św. Anny. Co udało się do tej pory zrobić dzięki tym środkom finansowym? - To są ważne środki dla nas, mimo że wymagają wiele pracy. Zwłaszcza, że wnioski piszę i rozliczam sam. Oczywiście nie piszę sam kosztorysów i projektów budowlanych. Kilkanaście lat temu uczyłem się tej umiejętności, pisząc pierwszy wniosek do fundacji polsko - niemieckiej „Pojednanie”, na prace konserwatorskie w kościele gotyckim Św. Michała Archanioła w Miłoradzu. Wówczas wsparcie otrzymały trzy kościoły katedralne w naszej diecezji i jeden w wiosce popegrowskiej, gdzie byłem proboszczem. Jestem z wykształcenia ekonomistą, konserwatorem i zabytkoznawcą (po UMK Wydział Sztuk Pięknych). Te profesje udaje mi się łączyć chyba nie najgorzej. W ochronie powierzonych mi zabytków, najważniejszą rzeczą jest transparentność i wysoka jakość prac restaura-torskich. Remonty budowlano-konserwatorskie w sztumskich świątyniach rozpoczęły się intensywnie w 2008 roku. Do tej pory wykonano między innymi: montaż systemu sygnalizacji włamania, prace konserwatorskie i restauratorskie pięciu neogotyckich witraży, prace budowlano-konserwatorskie w zakresie wymiany pokrycia dachu na kościele św. Anny oraz Wspomożenia Wiernych (dawny kościół ewangelicki), a także naprawa elewacji na tym kościele i osuszanie murów. Ponadto wyremontowano ogrodzenie cmentarza i kościoła św. Anny, a także wymieniono dach na kościele filialnym Podwyższenia Krzyża w Sztumskiej Wsi. Środki pochodziły w MKiDN, Urzędu Marszałkowskiego, Pomorskiego Konserwatora Zabytków, wsparte środkami Urzędu Miasta i Gminy w Sztumie oraz środkami własnymi parafii. - Dziękuję za rozmowę. Prezbiterium kaplicy grobowej rodziny Sierakowskich w Waplewie, fot. A. Starczewski Wspomnienia Marian Szarmach ZAPISKI Z ROKU 1988 25 MARCA - PIĄTEK W Toruniu dostaję w łeb od rzeczywistości. Oglądam kartkę przydziałową na mięso dla profesor ZA1 z urzędową pieczątką: „osoba uprzywilejowana” który to stempelek pozwala jej na zakup bez wystawania w kolejce. Dopiero takie „wyróżnienie” wybitnej, wiekowej już uczonej uświadamia, że stajemy się coraz bardziej Azją. 26 MARCA - SOBOTA W pociągu do Warszawy jadę w miłym towarzystwie Ali Grześkowiakowej i Staszka Kwiatkowskiego. Ona opowiada o swojej działalności na rzecz zniesienia kary śmierci, przy czym wyraża swój krytyczny stosunek wobec Kościoła, który nie włączył się w dyskusję nad tym zagadnieniem, co doprowadziło do tego, że w katolickim społeczeństwie zdecydowana większość uważa, że właśnie kara śmierci jest gwarantem porządku prawnego i nie ma żadnych obiekcji, że pogląd ten stoi w jawnej sprzeczności z Dekalogiem. Jest to jeszcze jeden argument potwier- Autor „Zapisek... "z prof. Zofią Abramowiczówną przed toruńskim uniwersytetem, fot. archiwum autora dzający tezę o płytkości naszego katolicyzmu. Staszek zaś wspomniał dawne czasy, gdy jako student fizyki zdawał u ZA egzamin z historii sztuki starożytnej. Czuł sie zawsze humanistą. Jeżdżąc później po świecie jako uznany profesor każdorazowo znajdował czas na muzea i wówczas myślał o niej. Powiedziałem, że została właśnie „uprzywilejowana” przy ladzie ze ścierwem. 28 MARCA - PONIEDZIAŁEK Tegoroczną Wielkanoc spędzę w Stental (NRD). Pakowanie się na wyjazd idzie mi szybko, nie wybieram się tam z wielkim bagażem. Jestem ciekaw, jak wyglądają wschod-nio-niemieckie święta. 30 MARCA - ŚRODA Rano znalazłem się na dworcu Lichtenberg w Berlinie. Szczęśliwie całą noc spałem. Celnicy potraktowali łagodnie mój przedział. Gołym okiem stwierdzam, że powszechny ' Zofia Abramowiczówna Marian Szarmach 149 w bloku sowieckim regres dotknął i to miasto. Wszystko jednak jeszcze jakoś funkcjonuje, sklepy nie straszą pustymi półkami, ale są to jedynie pozory dostatku. Poszukiwanych towarów po prostu nie ma. Przez Muzeum Pergameńskie przeganiane są, jak zawsze, wycieczkowe tłumy. Jak zawsze, stoją przy wspaniałym torsie Apollona. W salach z rzeźbą grecką patrzę inaczej na posągi Asklepiosa, na co wpłynęły moje studia nad estetyką II wieku. Po raz pierwszy mam możliwość zwiedzania Bodo-Museum. Nie mogąc zobaczyć wszystkiego, wybrałem ciekawe zbiory wczesnochrześcijańskie, zwłaszcza, że wystawiono tu mozaiki z Jordanii, które znałem tylko z reprodukcji czarno-białych w starych książkach. 2 KWIETNIA - SOBOTA Uroczystości wielkanocne rozpoczęły się w kościele katolickim w Stendhal o dziewiątej wieczorem. Zgromadziły grupkę ludzi z tutejszej, katolickiej diaspory, wśród których było wiele młodych mężczyzn. Przyznać się w NRD do praktyk katolickich jest aktem odwagi, bo bezbożnictwo wsparte partyjną ideologią i protestanckim, religijnym chłodem uchodzi za normę. Kazanie głosił młody ksiądz chwalący „pierestrojkę”. Ale czy można myśleć inaczej, skoro przez cały czas żyje się w ciasnej klatce? 3 KWIETNIA - NIEDZIELA Wiosenny dzień wielkanocny. Nie ma tu Mszy rezurekcyjnej, nie ma porannej procesji. Na Mszy przedpołudniowej zebrała się prawdziwa diaspora. Przecież to nasi bracia i siostry w wierze, ale jakoś nigdy nie słyszę, by polskie duchowieństwo przyjeżdżało tu z posługą duszpasterską, jak chętnie udaje do Niemiec za twardą walutę. Tutejsze społeczeństwo jawi mi się idealnym przykładem sowieckich tęsknot do stalinizmu o ludzkim obliczu. Pozorny dobrobyt idący w parze z całkowitym zniewoleniem umysłu jest celem ustrojów totalitarnych. Że u nas jest inaczej, należy to przypisać całkowitemu krachowi ekonomicznemu, a nie żadnym mitycznym polskim cechom narodowym. „Mała stabilizacja” końca lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ukazała dostatecznie, jak łatwo naród zaakceptował „dyktaturę ciemniaków” i „nierzeczywistą rzeczywistość”. 4 KWIETNIA - PONIEDZIAŁEK Wycieczka do pobliskiego miasteczka Tagermunde leżącego nad Elbą. Rozpada się tu piękny gotycki kościółek, inny zamieniono na magazyn. Domki jak z obrazka wymagają remontu, na który brakuje widocznie środków. Na ulicach słyszy się dużo języka rosyjskiego. To buszują po sklepach zony stacjonujących tu sowieckich wojskowych, które przyjechawszy do mężów wyrwały się do innego świata. Zachwycone tą Europą kupują buble. Piękny gotycki ratusz z koronkową attyką został oszpecony marną elewacją. 5 KWIETNIA - WTOREK W Magdeburgu. Duża, gotycka katedra jest otwarta dla zwiedzających jedynie przez parę godzin. Są to przeważnie wycieczki z Zachodu. Młodzi ludzie zachowują się w niej zupełnie niekościelnie, na co nie zwracają uwagi towarzyszący im nauczyciele. Swoje kroki skierowałem do stal, gdzie znajduje się piękna płaskorzeźba Matki Boskiej w łóżku 150 Zapiski z roku 1988 połogowym, motyw w Polsce nieznany. Widokówek z obiektami tutejszej sztuki sakralnej w ogóle nie ma, a na nie liczyłem. 8 KWIETNIA - PIĄTEK W „Dzienniku Bałtyckim” zamieszczono informację o Mszy św. za dusze pomordowanych w Katyniu, która zostanie odprawiona w niedzielę u św. Brygidy. Musimy staczać się ekonomicznie, skoro w oficjalnej gazecie wspomina się o Katyniu. 11 KWIETNIA - PONIEDZIAŁEK Wieczorem słucham „Carmina Burana” Carla Orfła w wykonaniu orkiestry, chóru i solistów z Chicago. Nie mogę oprzeć się pokusie, by zajrzeć do łacińskiego tekstu i przekładu Sylwka oraz Malewskiej. Ten drugi wydaje mi się bardziej rytmiczny. Lubię tę muzykę stylizowaną na średniowieczne pieśni studenckie. W radio słyszę też, że w miniona sobotę nie można było kupić w Warszawie chleba, co określono handlowym skandalem. Stał się on powodem nadzwyczajnego posiedzenia rządu, na którym premier polecił, by odpowiedni minister wyjaśnił niezwłocznie ten fakt. Wszystko to jak w socjalistycznej bajce. Bo czy brytyjskiej pani premier przyszloby to do głowy. Tam chleb po prostu jest i tyle. A u nas rząd radzi o papierze toaletowym, kremie do golenia i nic z tego nie wychodzi, bo gospodarka się wali. 19 KWIETNIA - WTOREK Podniesiono, i to sporo, czynsze mieszkaniowe. Spośród moich znajomych najgłośniej pyskują partyjni. Może ocknęliby się z głupoty, gdyby wygarnięto im z portfela jeszcze więcej pieniędzy, ale i to nie jest pewne. Każdy totalitaryzm na głupotę stawia. 20 KWIETNIA - ŚRODA W Warszawie. ZA leży w szpitalu na Bielanach, który należałoby raczej nazwać lazaretem. Osiem pacjentek w ciasnej sali, brud, woń lizolu. Nie wiadomo, kiedy będzie operowana, bo ortopeda powiedział jej, że ma złe wyniki badań, a ona chciałaby być już jutro po wszystkim i niezachwianie wierzy w skuteczność tego zabiegu. Już planuje, co będzie robiła jesienią. Ta chęć życia połączona z optymizmem jest bardzo chwalebna, ale wydaje mi się, że opadają ja siły - desunt-vives. W jej wieku zwykły katar może się okazać po operacji niebezpieczny. Wieczór w Operze Kameralnej na „Czarodziejskim flecie”. Piękna muzyka, pomysłowa scenografia tej trudnej opery, dobrzy śpiewacy. Wszystko to „podnosi do bogów, ziemi panów”. 21 KWIETNIA - CZWARTEK W Warszawie słyszę, że wczoraj odbył się w Krakowie pogrzeb ś.p. prof. Gansińco-wej, redaktorki „Filomaty”. Zmarła szybko i bezboleśnie na raka wątroby. Córka- lekarka umieściła ją krakowskiej klinice, gdzie zrazu uznano, że to pęcherzyk żółciowy. Operacja ujawniła katastrofalny stan wątroby. Debiutowałem u niej przed ćwierćwieczem i od tego czasu byłem wierny jej łamom. Ostatnio nawet wszedłem do Komitetu Marian Szarmach 151 Redakcyjnego tego pisma firmowanego przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe. Kto teraz je przejmie? Na finał Olimpiady Łacińskiej przyjechało 44 uczniów. Tłumaczą niełatwy tekst Li-wiusza. Prace te sprawdzamy do późnej nowy. Regulaminowo do zespołu sprawdzającego wchodzi też paru wyznaczonych przez ministerstwo nauczycieli. Ci nie mogli zrozumieć, że olimpiada nie jest wyciąganiem za uszy ucznia niedostatecznego, tylko konkursem, proponowali więc oceny znacznie wyższe niż uczniowie napisali, bo przecież „musimy im pomoc”. Ta mentalność świadczy, że sztucznie podnosi się wyniki nauczania w szkołach. 22 KWIETNIA - PIĄTEK Na zakończenie olimpiady zaszczyciła nas przybyciem pani z ministerstwa odpowiedzialna za licea ogólnokształcące. W rozmowie zwracaliśmy uwagę na pogłębiającą się degradację uczenia przedmiotów humanistycznych w szkołach. Czy to pomoże? 25 KWIETNIA - PONIEDZIAŁEK Siedzę w magisteriach. Przykładam się bardzo starannie do tych prac, bo studenci doskonale wiedzą, czy traktuje się ich poważnie. Piszą jednak tak, że często muszę sięgać po lupę. 26 KWIETNIA - WTOREK Zachodnie radio informuje, że dziś zastrajkowali robotnicy w Nowej Hucie. Tamtejsi komentatorzy uważają, że sytuacja w całym kraju dojrzała do wybuchu, który jak wszystkie poprzednie, zmiecie aktualną ekipę właścicieli PRL-u. Praktyczne podwyżki cen w lutym otoczono propagandowymi kłamstwami i złagodzono rozmaitymi, dodatkowymi wypłatami, jak trzynaste pensje. Przez trzy miesiące pieniądze te się wyczerpały i kłamstwa pokazały krótkie nóżki. Socjologowie i ekonomiści przepowiadają, że do krachu dojdzie u nas wiosną i się nie pomylili. Tylko patrzeć, jak przestraszona władza uaktywni swój flirt z Kościołem. Dziś mija druga rocznica Czarnobyla. Pamiętam, jak bagatelizowano wówczas to, co się stało mówiąc o nieszkodliwej awarii, a szubienicy warta pediatra prof. Boszkowa wmawiała w TV, że w sposób lekki i niezauważalny cała „populacja Polaków” (!) wchłonęła w siebie konieczną dla życia dawkę radioaktywności. I tę „populację Polaków” popędzono w pierwszomajowych pochodach, by mizdrzyła się do swojej władzy na trybunach. Jak ten pies, który tak się wdroży/ do długo i cierpliwie noszonej obroży. Dziś mówi się już o czarnobylskiej katastrofie. 30 KWIETNIA - SOBOTA Na posiedzeniu Komitetu PAN-u z referatu o wojnach syryjskich nie zrozumiałem prawie nic. Czasami dobrze jest dostać taki zimnu prysznic naukowy, bo są to momenty ostrzeżenia przypominające o starej zasadzie Sokratesa: „wiem, że nic nie wiem”. Maj przyprawia mnie o zawrót głowy. 12. mam wykład w Poznaniu, 19. posiedzenie redakcyjne w Krakowie, a pod koniec miesiąca PAN w Warszawie, a do tego dochodzą stałe dojazdy do Torunia. Najgorsze są brudne pociągi. 152 Zapiski z roku 1988 2 MAJA - PONIEDZIAŁEK U ZA wystąpiła niepokojąca gorączka pooperacyjna. Fala strajków rozlewa się coraz szerzej. Z Gdańska dochodzą wieści, że stanęła stocznia. W Nowej Hucie zaś właściciele PRL-u przystali już na żądania płacowe, co nie usatysfakcjonowało strajkujących, którzy wysuwają postulaty polityczne. W toruńskiej gazecie czytam o stratach, jakie ponosi nasza gospodarka z powodu przestojów w pracy. Będzie przez nie mniej lodówek i pralek, jakby towarzyszyła nam dotychczas ich obfitość. Czerwona propaganda działa więc w dawnym stylu. 4 MAJA - ŚRODA W stoczni pojawili się wysłannicy Episkopatu. Nie podoba mi się, że znów do akcji miesza się Kościół, z którym władze grają fałszywymi kartami. Nieprzewidzianie w TV wystąpił Urban wyjątkowo arogancko, co świadczy, że nie będzie żadnych ustępstw politycznych. 5 MAJA - CZWARTEK W Nowej Hucie ZOMO włamało się brutalnie do huty. Było kilka tysięcy nacierających. Smutne, że w katolickim kraju udało się komunizmowi doprowadzić do walki brata z bratem. Siedzący obok mnie na Radzie Wydziału profesor H. mówi, że nie może pozbierać myśli po komunikacie radiowym o desancie ZOMO na Nową Hutę. Przecież zasadą całego cywilizowanego świata jest prymat rozumu nad brutalną siłą, a ta banda terrorystów działa przez cały czas odwrotnie. Jej zasadą jest też, że umów się nie dotrzymuje - pacta non sunt servanda. 7 MAJA - SOBOTA Warszawskie radio lekceważy gdański strajk nazywając go akcją nielegalną i straszy, że trzeba będzie z nim skończyć. Radio zachodnie natomiast donosi, że ma dojść do negocjacji między stoczniowcami i właścicielami PRL-u. Ma w nich uczestniczyć biskup Goclowski. Jacek2 będzie zapewne jego doradcą. Rakowski zapowiada, że w najbliższych dniach Sejm uchwali nadzwyczajne prawa dla rządu, co będzie chyba powrotem małego stanu wojennego. 8 MAJA - NIEDZIELA Imieniny pani Stachny w Kwidzynie. Puchną jej nogi, jest wyraźnie słabej kondycji fizycznej. Trafiłem do niej tak szczęśliwie, że przez godzinę nie miała żądnych wizyt, więc mogliśmy swobodnie rozmawiać o tym, co dzieje się w kraju. Pani Stachna mówi, że większość odwiedzających ją ludzi, przeważnie nauczycieli, widzi proste wyjście z gdańskiego impasu: rząd powinien użyć przemocy. Ona nie ma na to słów. Parę razy powtarza, że zniewolone umysły są wypróbowanym sojusznikiem systemów totalitarnych. 2 Jacek Taylor, adwokat i działacz opozycji antykomunistycznej Marian Szarmach 153 9 MAJA - PONIEDZIAŁEK Niepokoi mnie jeden z mediatorów w Gdańsku - Siła Nowicki. Jacek nie mówi o nim dobrze. Określa go jako starego adwokata, który odśpiewał już swoje. Nie chcąc zejść ze sceny, decyduje się na rozmaite widowiskowe wystąpienia, które przysparzają mu raczej hańby niż sławy. Jako cel swojej misji mediacyjnej założył sobie odwodzenie strajkujących od postulatów politycznych. 10 MAJA - WTOREK Moi uniwersyteccy współpracownicy coraz bardziej uskarżają się na drożyznę i nie-wiązanie końca z końcem. Z pensji adiunkta nie można dziś żyć godnie. Krysia mówi, że kalkuluje każdego dnia wydatki z ołówkiem w ręku, ale wszelkie przymiarki okazują się nierealne, bo ceny skaczą z dnia na dzień. Nie dziwi ja wcale nasilająca się fala emigracji na Zachód, bo cóż oferuje ludowa ojczyzna? Kłamstwa o dobrobycie, perspektywa mieszkania, które dostaną dopiero wnuki, no i nierealne płace głodowe. Wszyscy jednak nie rnogą wiać. Czym to się skończy? Ów spadek po równi pochyłej przybiera przyspieszenia wprost zawrotnego. Na uniwersyteckim biurku znajduję książkę: Plutarch „Moralia II” w tłumaczeniu ZA (PWN 1988), a w niej wzruszającą dedykację; „Kochanemu Panu Marianowi z bardzo serdecznymi życzeniami dalszej pięknej kariery naukowe od tłumaczki. Kwiecień 1988”. Ten dowód uznania Mistrzyni jest dla mnie więcej wart od zachodniego dobrobytu. Przyznaję jednak, że mam własny kąt i nie muszę liczyć każdego grosza. 12 MAJA - CZWARTEK Koledzy przyjmują mnie w Poznaniu serdecznie. Po moim wykładzie o literaturze greckiej II wieku wywiązała się rzeczowa dyskusja. Z przyjemnością słuchałem, jak mój imiennik W. po stypendium Humboldta bardzo okrzepł naukowo. Przy winie pokazuje mi swoje tłumaczenia Heraklita (VI, V wiek przed Chr.), przy czym cytuje całe zdania po grecku. Zapisałem sobie te: „Osły wolą bardziej siano niż złoto, a świnie cieszą się raczej gnojówką niż czystą wodą” i „Lud powinien walczyć w obronie prawa, tak jak w obronie murów”. Wszystko więc już było. 13 MAJA - PIĄTEK W poznańskim Muzeum Narodowym ma miejsce duża wystawa Chełmońskiego. Moją uwagę przykuł wypożyczony z Warszawy obraz „Kuropatwy na śniegu”, którego zdjęcie można było nabyć. 14 MAJA - SOBOTA Odpoczywam po podróżach. Wreszcie się wyspałem. Wysłałem też do Budapesztu streszczenie referatu, jaki zgłosiłem na międzynarodowy kongres badaczy starożytności. Będę mówił o retorycznej fakturze jednego z pism literackich lekarza Galena. Tekst ten znajduje się w Bibliotece PAN w Gdańsku. 154 Zapiski z roku 1988 15 MAJA - NIEDZIELA W „Tygodniku Powszechnym” wywiad z K. o stanie polskiej oświaty. Pierw na jego punkcie stracili rozum toruńscy jezuici organizując z nim spotkanie, teraz zaś w ten sam amok wpadi „Tygodnik”. Sekretarz partii z lat siedemdziesiątych na UMK, który skrzywdził wiele osób rugując je z powodów ideologicznych z uniwersytetu (przykładem Wacław Bielecki), sam musiał go opuścić w czasach Solidarności, kiedy w 1981 roku powołano specjalną komisję dla ich zrehabilitowania. 17 MAJA - WTOREK Znowu kilka godzin w pracy magisterskiej o starożytnych żywotach Wergiliusza napisanej z sercem i głową. Wiele się jednak namęczyłem, zanim ta ostatnia redakcja powstała. 18 MAJA - ŚRODA Z Warszawy dochodzą złe wieści o ZA. W sobotę podniosła się niespodziewania gorączka. Musi być poważnie, skoro szpital zabronił składania jej wizyt. 19 MAJA - CZWARTEK Po całonocnym tłuczeniu się jestem w Krakowie, który powitał mnie deszczem. Zatrzymałem się w pokojach gościnnych uniwersytetu, zawsze tych samych, degradujących się coraz bardziej. Tynki odpadają, urządzenia sanitarne się wysłużyły, jednych okien nie można otworzyć, drugich zamknąć. Tandetne budownictwo wczesnego PRL-u nie wytrzymuje już dłużej próby czasu, a na remont nie ma pieniędzy i materiałów. Podobnie jest z liczącym ponad ćwierć wieku gmachu Wydziału Filologicznego, gdzie nie działają windy. Projektant przewidział tylko dwie na parę tysięcy studentów. Przy tym zatłoczeniu muszą się popsuć. Profesor T. mówi, że w opłakanym stanie są uniwersyteckie telefony. Połączenie się z miastem jest często niemożliwe, z Warszawą zaś wymaga niemal godzinnego zabawiania się tarczą. Dalsze klajstrowanie tej katastrofy jest nonsensem. Król jest nagi. Posiedzenie Komitetu Redakcyjnego „Filomaty” odbywa się tym razem w siedzibie PWN-u. Tekę redakcyjną po ś.p. prof. Gansińcowej obejmuje prof. Józek, uznany laty-nista z UJ. Jeden z najbliższych numerów pisma będzie poświęcony Zmarłej. Józek prosi, bym do 5 czerwca przesłał mu artykuł wspomnieniowy. 20 MAJA - PIĄTEK Po nocnej burzy Kraków pachnie ozonem. Z balkonu widzę Wawel. Czyste powietrze przybliża jego bryłę. Dzisiejszy dzień poświęcę temu miastu. Nie mam żadnych obowiązków, z nikim się nie umawiałem, będę się snuł po krakowskich uliczkach od muzeum do muzeum i od kościoła do kościoła. Pójdę też do księgarń. Rzeczywistość przywołała mnie wnet do porządku i wyrwała z krakowskich marzeń. Muzeum na placu Szczepańskim z gotycką Madonną z Krużlowej jest zamknięte, o czym informuje niechlujnie przytwierdzona do drzwi kartka. Inna mówi o jakiejś Marian Szarmach 155 awarii w Muzeum Matejki. Ulicą Floriańską nie można wręcz przejść, bo przecinają ją kolejki ludzi ustawionych do różnych sklepów. Sztuką jest dostać się do księgarni, bo na ladach pojawiła się jakaś reklamowana w TV szmira o tym, jak się kochają w Brazylii w wyższych sferach i ona wabi chcących choć w wyobraźni przeżyć tę gorącą i egzotyczną miłość. By kupić kartki z Ołtarzem Mariackim odstałem w kolejce do kiosku. Dostarczono do niego proszek do prania i stąd ten tłumek. Opryskliwa sprzedawczyni nie ma drobnych, więc krzyczy na wszystkich. Kiedy poprosiłem o owe kartki, usłyszałem, że mam poczekać, bo ona sprzedaje teraz proszek. Poszedłem na ulicę Wiślną do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, w którym opublikowałem kilka artykułów. Kozłowski i Mamoń mocno się zafrasowali, kiedy usłyszeli o K. Tłumaczyli się, że ma on dobre referencje biskupów, więc nie przyszło im nawet do głowy, by brać go pod lupę. Byli pewni, że jest to prawy profesor uniwersytetu. Podkreślali, że bardzo przeżywają takie wpadki. Wytknąłem im, że „Tygodnik” nie przeprowadził wywiadu z ZA z okazji jej jubileuszu, choć im to sugerowałem. Wieczorem w Teatrze Starym oglądałem piękne, stylowe przedstawienie „Dybuka”, tę romantyczną, żydowską historię o miłości i śmierci. Gra: Anny Polony, Krzysztofa Globisza, Jerzego Treli, Jerzego Radziwiłowicza wywołuje atmosferę z Meyera Ezo-fowicza, czemu pomaga scenografia Krystyny Zachwatowicz. Spektakl reżyserował Andrzej Wajda. 22 MAJA - ZIELONE ŚWIĄTKI Zesłanie Ducha Świętego to ostatnie już akordy symfonii Zmartwychwstania. W przedmowie do inscenizacji Dybuka Ernest Bryll pisze: „ A ja wierzę w małe, pozornie ginące, prowincjonalne kultury. Dobijane, wciąż jednak jeszcze żywe. I wierzę w Zmartwychwstanie, bo według mojego zdania Zmartwychwstanie następuje tam, gdzie ciemno, ciężko i gdzie świat jest zabity deskami. Tam, gdzie czasami ludzie mają wrażenia, że świat ich opuścił”. 23 MAJA - WTOREK Rano telefonuje Ala. Gościem uniwersytetu, a więc katedry jest prof. Privitera z Rzymu, filolog klasyczny. Ghciałby zobaczyć Gdańsk. Dowiedziawszy się, że mieszkam niedaleko, liczy, że się ze mną spotka. 24 MAJA - ŚRODA Rzymski profesor nie jest młodzieńcem, zachowuje jednak czerstwość i włoską elegancję. Oprowadzam go po Gdańsku, pokazując gotyckie kościoły pełne łaciny, ratusz oraz katedrę w Oliwie. Gotycka architektura wyraźnie go interesuje, bo w Italii gotyk jest rzadkością. Zaprowadziłem go też pod Pomnik przed stocznią. Nie myślałem, że te trzy krzyże wywrą na nim takie wrażenia. Si tacent, clamant - powtarzał po łacinie. Milcząc krzyczą. Ten końcowy akcent gdańskiego pobytu sprowokował nas do rozmów na tematy polityczne. Usłyszałem, że tu powinni przyjechać koniecznie włoscy komuniści, by zobaczyli, do czego doprowadza ten system. Wiele ostatnio o Polsce czytał, 156 Zapiski z roku 1988 nasza rzeczywistość nie odpowiada jednak obrazowi wyłaniającemu się z tych lektur. W domu musiałem mu pokazać kartki na mięso, bo nie mógł uwierzyć, że w środku Europy, w bogatym kraju, niemal pół wieku po wojnie doszło do takiej kompromitacji. Obiecał przysłać mi swoją ostatnią książkę o łacińskiej literaturze wczesnochrześcijańskiej. (Skonfiskowała ją cenzura). ZA leży pod tlenem. XXX Profesor Zofia Abramowiczówna (ZA) zmarła 29 maja. W latach 1949-1957 była z powodów ideologicznych usunięta z uniwersytetu. Jej pogrzeb w Toruniu 8 czerwca był manifestacją. Kościół Mariacki ledwie pomieścił uczestników. Szczególnie poruszające było „Bóg zapłać” wypowiedziane nad trumną przez niewidomą siostrę franciszkankę w Lasek, która dziękowania Zmarłej za ponad pół wiekowy trud przepisywania dla niewidomych książek znakami Braille'a. Pergamon, Jot.archiwum autora Stanisława Wojciechowska-Soja 157 Stanisława Wojciechowska-Soja LEGENDY MACIEJA KILARSKIEGO CIĄG DALSZY Maciej Kilarski był świetnie zapowiadającym się malarzem i architektem. Miał umysł naukowca i badacza. Znał języki obce. W każdej z tych dziedzin miał niepospolite osiągnięcia. Mógł zrobić karierę na skalę światową. Mógł. Tymczasem związał się na wieki z malborskim zamkiem, na bocznej uliczce świata. Było to miejsce, którego poszukiwał już w młodości jako sposobu na życie. Najpiękniejsze na ziemi. A on - sól tej ziemi. Tak w zamku, na Wieży Kleszej narodziła się legenda o kustoszu Macieju Kilarskim. Kiedy zbierałam materiały do artykułu w „Prowincji” (nr 2 z 2016 r.) rozmawiałam z obecnymi pracownikami Muzeum Zamkowego oraz z rodziną i bliskimi pana Macieja. Co mnie zaciekawiło w tych rozmowach? Przede wszystkim nabożny stosunek do tej postaci. Da- Maciej Kilarski, fot. archiwum rodzinne lej - podkreślanie potęgi jego umysłu i niespotykaną pracowitość. Jego córka, pani Grażyna Kilarska, ma w swoim domu na ścianie szczególną pamiątkę po nim. Jest to zwykła kartka papieru, a na niej napisana ręką ojca maksyma łacińska: Ntdla dies sine linea, co dosłownie znaczy: ani dnia bez kreski, tj. bez posunięcia choć odrobinę naprzód pracy twórczej . Ale Maciej Kilarski to także zawołany facecjonista, człowiek żartu. Można dorzucić kilka nowych wypowiedzi, które zapewne ubogacą tę legendę. * Elżbieta Kowalik - mgr inż. architekt, koleżanka z młodości - Nasi rodzice znali i przyjaźnili się. Kiedy oświadczyłam, że wybieram się na architekturą, to Maciej zaoferował mi kilka lekcji z rysunku, co okazało się wielce pomocne. Z Maciejem i jego rodziną byliśmy bardzo blisko. Już czwarte pokolenie z obu stron kultywuje tę znajomość. Był taki okres, że mieszkałam z rodziną w Hamburgu. Maciej nas często odwiedzał, zwłaszcza gdy przyjeżdżał służbowo. Jedna z tych wizyt w latach osiemdziesiątych szczególnie mi zapadła w pamięci. Mój mąż odebrał z dworca oprócz Macieja jeszcze dyr. Mierzwińskiego. Podczas wspólnego obiadu nieoczekiwanie zadzwoniła 158 Legendy Macieja Kilarskiego ciąg dalszy do nas niemiecka policja. Nogi się pode mną ugięły, ponieważ Stróże porządku dzwonią zazwyczaj z Hiobowymi wieściami. Ale najdziwniejsze było to, że policjant dopytywał o naszego gościa, Macieja Kilarskiego. Jak się później wyjaśniło, panowie nie wnieśli czarnej torby z aparatami i obiektywami fotograficznymi, bardzo cennymi i drogimi na tamte czasy. Znalazł ją nasz sąsiad i dostarczył na posterunek. Zguba została odzyskana, ponieważ w torbie znalazł się list z moim adresem napisany do Macieja. Jak widać, chyba Opatrzność nad nim czuwała... Maciej był niezwykle uczynny i serdeczny. Kiedy przed przyjazdem do Malborka z moim niemieckimi koleżankami zwróciłam się do niego z prośbą o przewodnika w ich języku, zaoferował siebie. Z tej roli pan kustosz wywiązał się znakomicie. Pokazał Niemkom miejsca niedostępne dla turystów, czym były zachwycone. Poprowadził je też na druga stronę Nogatu, by obejrzeć majestat bryły z większej perspektywy. Panie były zauroczone jego skrupulatnością, doskonałym językiem i niezwykłą gracją, choć troszkę je umęczył, gdyż były w „słusznym” wieku. Maciej miał także świetny kontakt z moimi synami, a najbliżej był z Adamem. W nim widział pokrewną duszę, romantyczną. Na pewno obu łączyła pasja podróżowania. Adam na rok przed śmiercią Macieja wyruszył w samotną podróż z Sopotu do Santiago de Compostela, czym wzbudził podziw mojego kolegi. * Dotarłam do Pana Adama i przeprowadziłam z nim rozmowę na skypie. Pan dr filozofii Adam Christian Kowalik mieszka w Kelsen w Niemczech i dojeżdża do pracy w Luksemburgu. Warto przytoczyć fragmenty, które wnoszą ciekawe spostrzeżenia do legendy Macieja Kilarskiego. - Kiedy wspominam Macieja (byli po imieniu), widzę taki obraz: siedzi w gabinecie na fotelu, słońce przez okno pada na jego twarz, na grzywkę zaczesanych włosów. A z niego bije jakaś niewymowna energia, ona pobudza ducha. Bije ze słów, które mają moc poruszania wnętrza słuchacza. Był to niesamowity mózg. Interesował się wieloma rzeczami i to dogłębnie. Szczególnie lubiłem te nasze spotkania w Oliwie w latach 90. Znał bardzo dobrze literaturę o zamku w różnych językach. Miał do tej literatury stosunek krytyczny, ponieważ dostrzegł w niej wiele zafałszowań. Sam historię budowli najlepiej czytał z cegieł i detali architektonicznych. Zamek w jego życiu był czymś więcej niż pasją, był jego powołaniem. Myślał perspektywicznie, nawet wybiegając całe wieki do przodu. Te wizje przekraczały daleko jego ziemski pobyt, dlatego zależało mu na stworzeniu generacji kontynuatorów. Stąd wypływa jego współpraca z młodymi pracownikami, dzielenie się z nimi swoją erudycją i wizjonerstwem. Czy mu się to udało? - czas pokaże. * Nina Marciniak - emerytowany starszy kustosz, kierownik biblioteki zamkowej - Z Maciejem pierwszy raz zetknęłam się w 1967 lub 1968 roku, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, kim jest, ani jaką funkcję pełni w zamku. Pracowałam wtedy w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Malborku i z okazji Dnia Działacza Kultury Stanisława Wojciechowska-Soja 159 zorganizowano w komnatach zamkowych takie kameralne spotkanie, w którym uczestniczyło paru pracowników muzeum. Jeden z nich, szczupły pan z wąsem, swoim specyficznym humorem i niewątpliwie talentem aktorskim zwrócił moją uwagę. Był nim Maciej Kilarski. Parę tygodni lub miesięcy później moja szkolna koleżanka przedstawiła mi go jako swoją sympatię, a gdy w roku 1969 podjęłam pracę w zamku, byli już małżeństwem. Pamiętam, że niesamowite wrażenie zrobił na mnie jego „gabinet”. Było to niewielkie pomieszczenie w skrzydle północnym Zamku Średniego, w którym znajdowało się mnóstwo cegły zabytkowej, detalu architektonicznego, różnych notatek, pomiarów i szkiców architektonicznych oraz rozmaitych narzędzi. W tym pokoju Maciej spędzał czasami i noce, borykając się z problemami konserwatorskimi i architektonicznymi. Był perfekcjonistą, różne pomiary architektoniczne wykonywał kilkakrotnie. Dużo czasu spędzał też w bibliotece zamkowej, poszukując rozwiązań swoich koncepcji architektonicznych i konserwatorskich w materiałach źródłowych oraz różnych opracowaniach naukowych. Czasami dochodziło do śmiesznych sytuacji, bo życzył sobie, żeby mu podać książkę, której nie znał autora ani tytułu, ale pamiętał, że była średniego formatu, w brązowej okładce i pokazywał, iż parę lat temu stała w tym miejscu. Od tego czasu księgozbiór był kilkakrotnie przestawiany jeszcze przez moich poprzedników, a książek o takim „rysopisie” było kilkadziesiąt, a może i parę setek. Potrafił długo siedzieć w bibliotece. Znajdował też czas, by pogawędzić o swoich bliskich. Czasem zjadał moje drugie śniadanie, był bezpośredni w obcowaniu. Wiedziałam o jego zainteresowaniach UFO, więc zawsze informowałam go o wzmiankach prasowych na ten temat. Był koleżeński, uczynny i szarmancki wobec kobiet - zwracał uwagę na ubiór, prawił komplementy. Zamek był całym jego życiem, nn nie pracował, lecz pełnił misję. Jego dobrym duchem i najbliższym przyjacielem była żona Elżbieta, dzięki której mógł poświęcić się całkowicie swojej pasji. * Eleonora Zbierska - emerytowany starszy kustosz, kierownik działu kulturalno-oświatowego - Maciej Kilarski był pierwszym znajomym mojego męża, archeologa Andrzeja Zbier-skiego, przedstawionym mi przez niego w Gdańsku w roku 1955. Wtedy jego żona nosiła pod sercem ich córkę, Grażynkę - jak później dowiedziałam się. Andrzej robił wykop przy kościele Dominikanów. Pan Maciej zwrócił moją uwagę tym, że wszedł do tego w połowie wykopanego dołu i cały wchłonął się w penetrowanie reliktów przeszłości. Robił szkice i zapodział się w tym bez reszty. Nie reagował na uwagi mojego męża, który go nawoływał, aby opuścił wykopalisko, bo groziło zawałem. Dopiero w ostatniej chwili tenże odskoczył i nie został przysypany ziemią. Tak więc był to osobliwy początek naszej znajomości, nie pozbawiony dramaturgii. 160 Legendy Macieja Kilarskiego ciąg dalszy Miał swoje pasje i to było najciekawsze. W zamku często można było go spotkać z taczką pełną detali architektonicznych. Część z nich zwoził do domu, by w jego zaciszu badać, odkrywać i zapisywać. Jego dom - to prawdziwe lapidarium, co mogę osobiście potwierdzić. Fascynował mnie jako mężczyzna dobrze wychowany, z kindersztubą. Swoją matkę, malarkę Wandę z Ludwigów Kilarską, traktował jak dostojną monarchinię. Zauważyłam to na wystawie jego rysunków w Gdańsku w Ratuszu Staromiejskim. Przez dłuższy czas pracowaliśmy razem w Malborku na zamku. Dojeżdżaliśmy z Gdańska. Wiele ze wspólnych podróży były kolegiami zawodowymi. Umiał prowadzić konstruktywne dialogi. Niektóre z nich miały charakter gier i zabaw intelektualnych. Ale podróże te były uciążliwe ze względu na panujący w tłok w pociągach. Z tego okresu przypomina się dość zabawna okoliczność, choć nie pozbawiona przygany. Wracaliśmy z Malborka pociągiem z Olsztyna. Ja już wcisnęłam się do środka, a pan Maciej jeszcze był w tłumie oczekujących. I nagle słyszę jego głos: „Ten pociąg nie jedzie do Gdańska, wysiadajcie”. No i wybuchła panika. Ściśnięte tłumy zaczęły opuszczać ciężko zdobytą pozycję w przedsionku. Wtedy autor tego niecnego apelu wskoczył do środka, równocześnie z gwizdkiem konduktora. Jego dowcipy miały więc charakter sytuacyjny i często były dla niego niebezpieczne ze względu na jego świadome prowokacje. Tak było w 1966 roku, kiedy Gdańsk świętował Millenium. W pobliżu dworca PKP umiejscowiona była jakaś wystawa, coś na wzór dzisiejszych instalacji. Wokół zgromadziły się hordy ludzi, ja też. Mimo takiego mrowia dostrzegłam pana Kilarskiego, wspartego o element konstrukcji ze szkicownikiem w ręku. Nie ustrzegł się argusowego oka SB i zmuszony był odwiedzić stosowny posterunek. Innym razem, w latach 70. odwiedził Polskę Bruno Kreisky, ówczesny kanclerz Austrii i przybył na zamek. Cała polityczna Warszawa spłynęła do Malborka. Gości elegancko ubranych było ok. 30 osób. Wzmocniona bezpieka zgromadziła się w sekretariacie Nagle po schodkach wszedł pan Maciej w roboczych ogrodniczkach z drabiną na plecach. Specjalnie. A myśmy się zastanawiali, jaką zastawę podać tak znamienitym gościom... Pracę w malborskim muzeum musiałam opuścić z różnych powodów. Ale kontakty z panem Maciejem nie zakończyły się. Nigdy nie byliśmy po imieniu, ale nam się dobrze rozmawiało bez „ty”. Często dzwonił do mnie, zmieniając głos i cieszył się zarówno, gdy go poznałam, czy nie. Raz pytał o Kasieńkę, innym razem o Małgosię i na koniec zaśmiewał się. Lubiłam to jego poczucie humoru. A jeszcze bardziej jego oryginalne pomysły, będące znakiem inteligencji. Znany był z wędrówek po okolicy Malborka. Z wyglądu przypominał Don Kichota, wysoki, szczupły. Często był zatrzymywany przez patrole policyjne i z braku dokumentów był doprowadzany do komendy. Funkcjonariusze mu nie dowierzali, więc zdarzało się, że podejrzewali go o próbę obalania ustroju... Pan Kilarski był złotą legendą Zamku. Znane są jego dobre kontakty z młodymi pracownikami. Bezinteresownie dzielił się z nimi swoją wiedzą. Nic szukał poklasku, nie wypinał piersi na odznaczenia. Nie wywyższał się, był nader skromny. Nie lubił administracji w sensie sprawozdań, jemu do niczego nie potrzebnych. Potrafił być osobno. Ale Stanisława Wojciechowska-Soja 161 wiedziano, że jest świetny, że może niektórym zagrażać, bo był erudytą. Wszedł w kontakty zagraniczne, w czym też mu pomogłam. Z jednej strony zaściankowy (w dobrym tego słowa znaczeniu), a z drugiej - wielki Europejczyk. Tak. Powiem to na koniec. Pan Kilarski zasługuje na powieść. * Warta odkrycia jest jedna z najpiękniejszych kart legendy o kustoszu z Wieży Kleszej, jaką jest przyjaźń z księdzem Czesławem Marchewiczem, o której muzealnicy dowiedzieli się dopiero na jego pogrzebie. W 1987 roku Kuba (tak jest nazywany) kupił małe gospodarstwo w Nowym Klinczu, które dało początek Osadzie Burego Misia, a następnie Fundacji Burego Misia. Od 1992 roku ks. Czesław Marchewicz mieszka i pracuje na Osadzie, opiekując się na co dzień osobami niepełnosprawnymi, często głęboko intelektualnie. Żyją one we wspólnocie, pracują na własne utrzymanie. Większość to ludzie dorośli, których opiekunowie nie żyją lub z racji podeszłego wieku nie mogą się nimi zajmować. - Macieja poznałem w dość niefortunnych okolicznościach, w czasie mszy polowej. Było to około roku 1997. Rozpocząłem ją od prośby, by wierni nie spóźniali się, bo to rozprasza liturgię. Zrobiłem to jedyny raz i trafiło akurat na Macieja, który w tym czasie odpoczywał na Kaszubach. Po mszy podszedł do mnie skruszony ze słowami przeprosin. Robił to tak wdzięcznie i pokornie, że wzruszyłem się. Poza tym Maciej mi kogoś przypominał. Po bliższym poznaniu dostrzegałem w nim mojego dziadka, kaszubskiego gawędziarza oraz Macieja Maciejewskiego, mojego duchowego mentora. Był dystyngowany, a jednocześnie skromny. Z cierpliwością i estymą dużo opowiadał Burym Misiom. Maciej dobrze czuł się z nami, a my z nim rewelacyjnie. Często nas odwiedzali z Elą, jego żoną. Ta znajomość była bliska i intensywna. Maciej zauważył, że Bure Misie są bardzo wrażliwe. Kiedyś odszedł na zawsze paw. Wtedy jeden z Misiów powiedział: „A taki piękny był”. Te słowa otworzyły Macieja na odkrywanie wrażliwości tych okaleczonych ludzi. Często siadał z nimi przy sztalugach, kreślił kształty: kreski, koła. Uwrażliwiał na kolory. Uważał, że rysowanie ubogaca. Żyje w Osadzie Basia, z którą miał indywidualne lekcje. Nie żyją Roman i Kuleczka. - Wiesz, powiedział do mnie - mogę namalować 1000 figur, a Witold (jeden z Misiów) namaluje jedną kropkę i ona będzie otwarciem na kosmos. A propos Kosmosu, kiedyś gawędziliśmy o misji Apolla XIII. Był zafascynowany ludzkim podbojem wszechświata. To najpiękniejsza baśń - rozpływał się. Niewiele mówił o sobie. Najwięcej o nim dowiedziałem się z książki o jego ojcu, Janie Kilarskim, a jeszcze więcej w czasie pogrzebu z ust Macieja kolegów z zamku. Trwałym śladem pobytu Macieja i Eli w Nowym Klinczu jest Księga Osady. Ona zredagowała i napisała teksty, a Maciej wzbogacił je rysunkami. Ela do dziś przyjeżdża do Burych Misiów. Ma kontakt z Łodzią, do której telefonuje, pisze listy, a to już jest 13 lat jak nie żyje Maciej. Miał rację św. Paweł mówiąc: Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. W Osadzie Burych Misiów mieszka i pracuje Bura Niedźwiedzica - Magda Melin, ich lider. A Macieja znała osobiście. 162 Legendy Macieja Kilarskiego ciąg dalszy - To było ostatnie 5 lat jego życia. Chodził o kulach i bardzo cierpiał. Mimo to był radosny i uśmiechnięty, pełen pozytywnej energii. Kilka razy byłam z nim na spacerze. Dziś wiem, że dostąpiłam szczególnej łaski obcowania z wielkim człowiekiem. Był taki naturalny. Umiał rozmawiać ze wszystkimi ludźmi bez względu na poziom ich umysłowości. A u niepełnosprawnych zachwycał się prostotą i wrażliwością. Na tych spacerach często rozmawialiśmy o Bogu, o rzeczach ostatecznych. A jego cierpienia stawały się znośniejsze - jak mi się zwierzył - bo ofiarował je w intencji Osady. Był mistrzem drobiazgów. Kiedyś o nodze napotkanego konia rozprawiał przez 15 minut. Zachwycał się nią, analizował jej anatomię oraz próbował ją opisać z pozycji malarza. Bił z niego trudny do zdefiniowania mistycyzm. Był nadzwyczajny. Tak, pan Maciej Kilarski ma szczególne miejsce w moim sercu - zapewnia Magda Melin. Zmierzyć się z legendą Macieja Kilarskiego jest niełatwo. Ten kustosz z Wieży Kleszej wymyka się wszelkim stereotypom. Na pewno jego duch czuwa nad warownią. I, co najważniejsze - czas nie zatarł jego pamięci. Ale pamięć domaga się światła, bo „jeśli ludzie zamilkną, kamienie wołać będą”. Zapewne jeszcze długo będą napływały nieujawnione dotąd narracje tej legendy. Od redakcji: Materiał zebrany w tym artykule autorka zaprezentowała podczas wystąpienia na VII Spotkaniach Malborskich im. Macieja Kilarskiego w dniu 30 listopada 2016 r. Spotkania malborskieim. Macieja Kilarskiego, od lewej Grażyna i Elżbieta Kilarskie, fot. archiwum rodzinne Leszek Kun da 163 OD BIKINIARZY I BIGBITU DO... CZ. 1 Z EDWARDEM HULEWICZEM ROZMAWIA LESZEK KUNDA Leszek Runda: - Urodziłeś się tuż przed drugą wojna światową w miasteczku Berezne nad rzeką Słuczą, w malowniczym zakątku Wołynia. Jesteś więc - jak wielu mieszkańców powojennego Kwidzyna - Kresowiakiem. Jak wspominasz Kwidzyn końca lat czterdziestych i pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, czyli miasto lat szkolnych? Edward Hulewicz: - To obszerny temat, zatem i odpowiedź będzie dość przydługa. A więc wiosną 1945 roku, ściślej - 27 maja, po miesięcznym exodu-sie w wagonach towarowych, z Kresów zawitaliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane, a w tym przypadku na rampę towarową w Kwidzynie. Poniemiecka mieścina prawie w całości zrujnowana, opuszczona przez dotychczasowych mieszkańców, którzy w obawie przed Ruskimi w popłochu uciekli, zostawiając cały swój dobytek. Gdzieniegdzie tylko desperaci zostawali na łasce zwycięzców, albo wierząc, że jednak wróci stare, albo ufając łaskawości nowych gospodarzy i swoim polskim korzeniom. Kilkanaście dni koczujemy na rampie, bo domy są zajęte w tym czasie przez rabujących i wywożących cały poniemiecki dobytek Ruskich. Ludzie wyładowywali swój dobytek i dopiero po dwóch tygodniach znalazł się starosta i oświadczył, że w samym mieście Ruscy „jeszcze Edward Hulewicz, urodzony 22 listopada 1937 wBereżne na Wołyniu. Piosenkarz estradowy, kompozytor i autor tekstów, o bogatej i wieloletniej karierze artystycznej. Lata szkolne spędził w Kwidzynie. Studiował w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Współtworzył „Tarpany” jeden z popularniejszych zespołów bigbi-towych lat sześćdziesiątych. W latach siedemdziesiątych rozpoczął karierę solową w obszarze szeroko rozumianej muzyki środka. Śpiewał na tysiącach koncertów i wielu festiwalach w Polsce i za granicą. Dom Kultury w Kwidzynie,fot. archiwum 164 Od bikiniarzy i bigbitu do... nie dokończyli swojego dzieła” więc da nam konie i może podwieźć do pobliskiego, podmiejskiego osiedla. Tak się też stało, bo nie było wyboru. Codziennie po dwie rodziny rozwożono na miejsce. Mijaliśmy domy przeważnie już rozszabrowane, stojące otworem, jakby ilustrując jakąś grozę i niepewność jutra. Gruzy, pustka, czające się zewsząd zagrożenie, nie dawało poczucia bezpieczeństwa. Nie trudno więc zrozumieć rodziców, że wlokąc się po tym rumowisku chętnie zgodzili się zawieźć gdzieś pod miasto, gdzie stojące w szeregu parę domków, jakby czworaków. Wydawały się czymś znajomym, a po za tym sprawiały wrażenie względnie bezpiecznych, i razem obok siebie mogli zamieszkać z wszystkimi bliskimi. W gromadzie bezpieczniej. Zapisać się do szkoły poszliśmy z siostrą. Przyjęto nas i mogliśmy rozpocząć wspinaczkę po drabinie szkolnej edukacji od tego podstawowego szczebla. Niewiele mi zostało dziś w pamięci z tego okresu. Kochaliśmy się wszyscy w Sławce, szkolnej piękności, bez wzajemności zresztą, i w pani Irenie, naszej wychowawczyni, młodej, pięknej blondynce, która niewdzięczna, ku naszej rozpaczy, wkrótce wyszła za mąż za przystojnego pana od wf. To, co oczywiste i zrozumiałe, zmieniło nasz zapał do gimnastyki i wzbudziło wyraźną niechęć do nauczyciela. Biegałem więc przez parę lat na drugi koniec miasteczka, najpierw do szkoły nr 3, potem nr 5, czy odwrotnie. Ta druga była dalej, więc wcześniej trzeba było wyjść z domu, a więc i wcześniej wstać. Pani od śpiewu uznała, że mam ładny głos i ku mojej rozpaczy, mnie pierwszemu, kazała odśpiewać piosenkę, której mieliśmy się uczyć, co dla mnie było nieprawdopodobną Golderousi - reklama lata 1963-64, od lewej Bogdan Szelugowski, Jan Tokarski, Mirosław Polarek, Ryszard Klenczon, Edward Hulewicz, Albin Krzyśków,fot. archiwum Leszek Kunda 165 torturą, dla niej zaś wyróżnieniem mnie. Gawiedź szkolna bawiła się tym setnie, ja cierpiałem, z czasem więc zacząłem odmawiać zaśpiewania, twierdząc, że nie znam tej piosenki, albo też, że nie potrafię. Uwziął się na mnie również pan od rysunków, znów odkrywszy mój rzekomy talent, na tablicy kazał mi prezentować mój kunszt. Dzieciaki czekały na każde potknięcie, każdą możliwość wyśmiania, bo to i urozmaicało nudną lekcję i dawało możliwość popisania się przed innymi. Nieważne przy tym, kto był przedmiotem drwin, ważna była okazja. A głos przed mutacją miałem rzeczywiście nieprawdopodobny. Cały repertuar popularnej wtedy śpiewaczki koloraturowej Liii Pons znałem na pamięć i bez trudu wykonywałem z nią najbardziej zawiłe koloraturowe tryle w górnych rejestrach głosu. Sprawiało mi to ogromną przyjemność i kiedykolwiek, a zdarzało się to często, śpiewała ona w radiu, wtórowałem jej bezbłędnie. Gdyby wtedy ktoś z fachowców zainteresował się mną... Może to wyglądać na megalomanię, ale ze wszystkich danych mi przez naturę talentów, tego najbardziej żałuję, bezpowrotnie utracony i nieodkryty fenomen. Zastanawiam się czasem, czy przypadkiem nie trzeba będzie kiedyś tam „na górze” rozliczyć się z tego, jak wykorzystało się te bogactwa dane przez Naturę, czy Boga, jak kto woli. Będzie z tym cienko. Warunki, cały układ wypadków życiowych w większości zaprzepaścił rozwój tych darów. Wykorzystałem jedynie głos i to w sposób nieprzemyślany, nieudolny, bałaganiarski, co dało efekt taki, a nie inny. Tłumaczę sobie, że byłem dzieckiem wojny, biedy, przecież i tak dokonałem niemal cudu, karkołomnego skoku ponad ludzkie siły, z najbardziej zabitej prowincji, gdzie jakby zatrzymała się epoka średniowiecznego feudalizmu, do najwytworniejszych salonów w państwie. Dla najbiedniejszego z biednych dziecka z peryferii cywilizacji udziałem stała się sława, podziw, rozgłos nie tylko ogólnokrajowy. Nic dziwnego, że nie zdołałem tego utrzymać, ale byłem tam. Parnas był moim udziałem, zasiadałem u stołu Muz i - jak powiedziałem w jednym z moich wierszy: - „Byłem Ptakiem”: - Twój ojciec grał na skrzypcach i wcześnie zaszczepił w Tobie miłość do muzyki klasycznej. To właśnie jemu poświęciłeś płytę „Edward Hulewicz Klasycznie” (2012). Jaki repertuar klasyczny najczęściej gościł w Twoim domu rodzinnym? - Ojciec rzeczywiście w domu często grał na skrzypcach, a ja jako kilkuletni brzdąc w takich chwilach albo drętwiałem wsłuchany z otwartymi ustami, albo podskakiwałem i kręciłem się w takt muzyki. Wywoływało to ogólną wesołość. Przez to ojcowe granie zyskiwało większą akceptację, tym bardziej, że mogłem słuchać tego godzinami i albo dreptałem w kółko, albo słabiutkim głosikiem wtórowałem ojcu. „Na-na, na-na, na-na”, to był mój ulubiony walc, od tego mojego nazywania już takim pozostał, choć miał swoją nazwę. Tata, „Na-na” - wołałem i ciągnąłem ojca za nogawkę, kiedy przychodził z pracy. Tata „Na-na” - były to jedne z pierwszych moich słów. Tak budziły się moje pierwsze tęsknoty do muzyki, w szczęśliwym, bo nieświadomym, a jak już złożonym dzieciństwie. Dzięki tej ojcowej muzyce otwierały się przede mną krainy niezrozumiałych dla mnie, nowych fascynujących przeżyć, budzących jakąś tęsknotę, jakiś nieuświadomiony żal. Zrozumiałem to wiele lat potem, kiedy próbowałem to uczucie zanalizować. 166 Od bikiniarzy i bigbitu do... Myślę, że początki tego sięgają najwcześniejszych lat mojego dzieciństwa, i ta bezustanna muzyka skrzypiec, w którą uciekałem ze swoimi małymi nieszczęściami, lat mojego dziecięcego smutku i niespełnienia. Zatem talent muzyczny jakikolwiek mam zawdzięczam genom ojca, a fascynacja muzyką jego graniu. Dziś wracając do czasów wczesnej młodości, kiedy to ojciec zapisał mnie do szkoły muzycznej, a prywatnie na kształcenie głosu w kierunku śpiewu klasycznego, w swojej działalności koncertowej nieśmiało przemycam choć jeden utwór z obszarów tej muzyki. I nie tylko zresztą, bo nagrałem singiel z tego rodzaju muzyką dedykując go właśnie ojcu. -Jako uczeń liceum zająłeś pierwsze miejsce w wojewódzkim konkursie recytatorskim? Pamiętasz utwór/wiersz, który wówczas recytowałeś? Czy konkurs ten był jakimś małym przełomem dla Ciebie jako artysty? Często wzmiankujesz swoją nieśmiałość. - Tremę miałem zawsze i mam ją do dziś i niestety nie tę budującą, a przeciwnie - destrukcyjną i im koncert ważniejszy, tym ona większa. Ale z czasem nauczyłem się ją pokonywać, traktować jako jedno z zadań aktorskich, a więc zagranie wyluzowanego, swobodnego, bez jakiejkolwiek tremy, itd. Co to był za wiersz nie pamiętam, a konkurs był jednym z wielu wydarzeń w rodzaju drobnych sukcesów. W kwidzyńskim Domu Kultury bowiem obok sekcji teatralnej (wystawiliśmy przedstawienia: „Mazepa” J. Słowackiego, „Igraszki z diabłem”}. Drdy, „Qui pro quo”), z ramienia której wysłano mnie na konkurs recytatorski, równocześnie udzielałem się w sekcji muzycznej, a dokładniej byłem solistą założonego tam zespołu Jazz and Song i z tym zespołem koncertowaliśmy w całym tamtejszym regionie. - No właśnie, swój pierwszy zespół muzyczny Jazz and Song założyłeś z Bogdanem Szelugowskim w czasach ogólniaka, tuż przed początkiem odwilży politycznej w Polsce, kiedy to tzw. jazz katakumbowy wyszedł na powierzchnię, „ku słońcu”. Czy pamiętasz jego skład, gdzie odbywaliście próby? - Skład zespołu: Bogdan Szelugowski - klawisze, Jerzy Wiśniewski - gitara, Henryk Klaman - bas, Maciek K. (nie pamiętam nazwiska) - perkusja, Edward Hulewicz - wokal. Repertuar: standardy jazzowe w rockowym opracowaniu takie jak: „I can’t give you”, czy „On The Sunny Side Of The Street”. Poza tym własne opracowania pozycji z repertuaru Raya Charlesa („I Can’t Stop LpvingYou”, „Georgia On My Mind”), czy Brendy Lee („I’m Sorry”, „Lets Jump The Broomstick” „Sweet Nothins”). Próby oczywiście odbywały się we wspaniale wyposażonej sali teatralnej Domu Kultury i jak sobie przypominam - jako że mieliśmy już w Kwidzynie swoją renomę - te próby odbywały się przy wypełnionej naszymi fanami sali i miały charakter koncertu. Zespół dawał koncerty w Kwidzynie i okolicy, uczestniczył w regionalnym (kilka województw) Festiwalu Zespołów i Solistów zdobywając pierwsze miejsce. Przez jakiś czas na skutek nieporozumień we współpracy z Domem Kultury zespół przechodzi pod skrzydła ZWM, który organizował nam liczne koncerty. Wybucha afera w prasie, w Wydziale Kultury i Komitecie Partii, że zostaliśmy podstępnie podkupieni. Presja ta zmusiła nas do powrotu do Domu Kultury. Kapela praktycznie istnieje dwa lata, zapisując na swoim koncie wiele koncertów w regionie, kilka nagranych audycji dla gdańskiego radia i sporo artykułów Leszek Kunda 167 w regionalnej prasie. Z naszym repertuarem mieliśmy bezustannie problemy, bo muzyka jaką graliśmy nie bardzo była w smak władzy ludowej, często więc gościliśmy na dywaniku w Wydziale Kultury, przyrzekaliśmy solennie poprawę, ale tylko przyrzekaliśmy. - Czyjazz and Song był zespołem jazzowo-rockowym czy rockowym? Pomijam tu eufemistyczne określenie bigbit używane zastępczo w bloku wschodnim ze względów politycznych. - To jeszcze nie był bigbit - mówimy o bardzo odległych czasach, to okres na krótko przed jego wybuchem. Jeszcze panował jazz we wszystkich jego odmianach w muzyce rozrywkowej, tak jak właśnie w tym naszym zespole, gdzie utworom klasycznego jazzu nadawaliśmy rockowe brzmienie. Wspomniany w tytule naszej rozmowy termin „bikiniarze” był zdecydowanie określeniem pejoratywnym, co zrozumiałe, bo w powszechnej szarej przaśności ogółu społeczeństwa, papugowata (kolorystycznie) moda trochę raziła. Termin ten dotyczył sposobu czy mody ubierania się ówczesnych modnisiów, a więc w marynarce przesadnie szerokie wywatowane ramiona, przykrótkie, wąskie spodnie, spod których wychodziły najczęściej w kolorowe paski skarpety. Buty na grubej podeszwie tzw. słoninie, która rzeczywiście w swej fakturze i kolorze przypominała słoninę. Nie miało to bezpośredniego związku z muzyką, a także my nie ubieraliśmy się tak. -Ja sam przynależę do tzw. pokolenia Jarocina. Dlatego to pytanie ma dla mnie szczególne znaczenie. Czy jako nastolatek przeżyłeś coś takiego jak młodzieńczy bunt? Czym się on objawiał w Twoim przypadku? - Swój młodzieńczy bunt wyrażaliśmy w muzyce, na sposób, jaki był możliwy w czasach „radosnego socjalizmu”. Dla mnie osobiście niech będzie on graniem za wszelka cenę, wbrew innym celom i nakazom ówczesnej władzy stawianym młodym ludziom. Siermiężną, obowiązującą muzykę opartą na wzorach Wielkiego Brata ze Wschodu (np. „Pust wsiegda budziet sonce”) lekce sobie ważyliśmy, słuchając namiętnie i czerpiąc wzory z Radia Luxemburg, z płyt różnymi sposobami przemycanych z zachodu. -Jak wielu kwidzyniaków przed Tobą i wielu po, wyjechałeś na studia do Gdańska. Studiowałeś w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku (czy Bogdan Szelu-gowski również studiował w tej szkole?). Jako piosenkarz debiutowałeś w gdańskich klubach Rudy Kot i Żak, a więc w klubach, z których wypłynęła na Polskę zainicjowana przez redaktora Franciszka Walickiego fala polskiego rock and roiła. Przypo-mnijmy młodszym czytelnikom: 24 marca 1959 roku to umowny początek polskiego rocka, kiedy to założony przez Walickiego zespół Rhytm and Blues daje pierwszy koncert w Rudym Kocie. Zespół ten wkrótce otrzymał zakaz występów w salach powyżej 400 miejsc, został zawieszony i rozwiązany, a w jego miejsce Franciszek Walicki powołał w 1960 r. Czerwono-Czarnych. Jak wspominasz klimat tamtych lat, czasy fruwających marynarek, smakowania przez polską młodzież zakazanego Zachodu, czasy gramofonowych pocztówek muzycznych z pirackimi nagraniami Radia Luksemburg, odtwarzanych w szafach grających i gramofonach Karolinka? - Bogdan nie studiował w tej szkole. Ja oczywiście po przyjeżdzie do Gdańska natychmiast spenetrowałem artystyczne działania środowiska studenckiego, a przede wszystkim odnalazłem legendarny, kultowy Klub Studentów Wybrzeża Żak. Tam szybko 168 Od bikiniarzy i bigbitu do... zadomowiłem się i większość wolnego czasu tam spędzałem. Był to klub z tradycjami, bowiem tu swego czasu działali Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz, itp. Odkryłem potem Rudego Kota, klub jazzowy, i na przemian, i tu i tam, udzielałem się artystycznie. Pamiętam, że przeżyłem bardzo koncert Rhytm and Blues, sam zresztą wymachując marynarką - obowiązującą formą okazywania największego zadowolenia. Był to rzeczywiście okres wymachiwania marynarkami, piekielnego wrzasku na koncertach, spazmatycznego pisku dziewcząt i tego typu efektami. Z okresu studiów przytoczę pewien epizod. Jak wiadomo, z tego rodzaju studiami nieodłącznie związane są tzw. praktyki studenckie, które w tym przypadku polegają na prowadzeniu lekcji w szkołach. Pewnego razu, na jednej z takich praktyk, idąc korytarzem szkolnym na lekcję, obładowany książkami, mapami, dziennikami, skryptami, itd., spotykam starego nauczyciela tej szkoły. Szedł na swoją lekcję jedynie z małym dzienniczkiem. Kurtuazyjnie zagaduję go komplementem: - Pan, panie profesorze, pewnie wszystko to co ja tu dźwigam pod pachami ma w głowie. A on na to: - Znacznie niżej, drogi kolego, znacznie niżej. - Z kwidzyniakiem Bogdanem Szelugowskim założyłeś w Gdańsku zespół Gol-derousi, który następnie wyjechał na trwającą niemal rok trasę koncertową po Czechosłowacji. Jak wspominasz te koncerty? - Powstanie zespołu Golderousi zapoczątkował telefon Bogdana Szelugowskiego w sprawie występów dwa razy w tygodniu w jakimś lokalu w Lęborku. Tak powstała grupa w składzie: Szelugowski (klawisze), Ryszard Klenczon, brat Krzysztofa Klenczona (gitara), Albin Krzyśków (kontrabas), Antoni? (saksofon) i Jan Tokarski (perkusja). Jazz and Song - od lewej Jerzy Wiśniewski, gitara, Bogdan Szelugowski, piano, Maciek K.,perkusja, przy mikrofonie Edward Hulewicz, fot. archiwum Leszek Kunda 169 Klub w Lęborku w krótkim czasie stał się prawdziwym klubem rockowym. Poza tym grupa dała wiele koncertów na terenie miasta, w Non-stopie, w Klubie ZMS i w okolicy, a także bierze udział w Konkursie Zespołów Młodzieżowych w Gdańsku. Wygrywa zespół Tony, a Golderousi wygrali kontrakt na koncerty latem w muszli obok mola sopockiego. Na skutek różnych komplikacji i szykan odstępujemy już podpisaną umowę Tonom. Krótko potem zespół wyjeżdża do Cieszyna na roczny kontrakt w kawiarni hotelu Pod Jeleniem i w ciągu paru dni kawiarnia przemienia się w rockowy klub, zatłoczony do niemożliwości, a grupa staje się bohaterem miasta i wkrótce okolicy. Formacja otrzymuje propozycje koncertów: w miejscowym teatrze, w szkołach, Studium Nauczycielskim i w amfiteatrze koło teatru. Każdy wolny czas spędzają na próbach nowego repertuaru, szlifowaniu dotychczasowego i nagrywaniu. Albin Krzyśków chyba pierwszy w Polsce kupuje bas elektryczny. Nie wytrwaliśmy tu jednak zbyt długo mimo kontraktu, zwabieni przez czeskiego managera do wyjazdu do Czechosłowacji, bo już i tam dotarła o nas fama. Pamiętam te nasze pierwsze wyjazdy za południową granicą. Na naszych koncertach działy się sceny dantejskie, doświadczyliśmy więc wszystkiego tego, co pokazywano na filmach o Bitelsach. Po koncertach zdemolowane sale, rozbite krzesła, interwencja milicji, my uciekamy tylnym wyjściem. Powtarzało się to po każdym koncercie. Siedzimy w hotelach, bo strach było wyjść na ulicę. W restauracjach na obiadach czy kolacji obecni witają nas brawami. Dla urozmaicenia koncertów zatrudniliśmy jakąś tancerkę, ja wymyśliłem nowy rockandrolowy taniec i prezentowałem go wraz z nią na scenie. Zdarzały się komiczne sceny, kiedy nieostrożnie wybrawszy się do miasta, oblegany przez tłum, musiałem uczyć ich tańca na środku placu. To był zwariowany czas. W czasie tego pobytu od czasu do czasu otrzymuję propozycję występowania w bardzo popularnych w Czechosłowacji tzw. Teatrach Estradowych, gdzie miałem zaszczyt występowania z największymi tam gwiazdami. Z Czechosłowacji wyjeżdżamy żegnani na stacji przez tłum wielbicieli i wracamy do Polski. - Rok 1965 był bardzo hojny dla fanów polskiego bigbitu. W Gdańsku powstały Czerwone Gitary, w Poznaniu Tarpany, w Krakowie Skaldowie, a na festiwalu w Opolu zadebiutowali Trubadurzy z Łodzi. Po powrocie z trasy u naszych południowych sąsiadów w 1965 roku, Janusz Hojan z Redakcji Muzycznej Polskiego Radia i TV w Poznaniu zaproponował Tobie utworzenie zespołu rockowego na bazie muzyków Golderousi. I tak pod opieką PRiTV Poznań powstał zespół, który przyjął nazwę Tarpany. Byłeś w nim wokalistą, autorem muzyki (obok Klaudiusza Magi) i tekstów, a drugi kwidzyniak Bogdan Szelugowski grał w nim na instrumentach klawiszowych. I to jest chyba ten najmocniejszy punkt zwrotny w Twojej karierze muzycznej. Tarpany i Ty, ich wokalista nagle staliście się znani w całej Polsce. A ja dobrze pamiętam, że największy przebój Tarpanów, napisany przez Ciebie „Siała baba mak”, niejeden raz śpiewałem grupowo w kwidzyńskim przedszkolu nr 1 przy ulicy Braterstwa Narodów pod koniec lat sześćdziesiątych. - Po przyjeździe z Czechosłowacji pertraktujemy z Estradą Katowicką, która zaproponowała nam współpracę, ale stawia jakieś nie do przyjęcia dla nas warunki, więc póki co 170 Od bikiniarzy i bigbitu do... postanawiamy sobie pograć w Karpaczu w ekskluzywnym lokalu Biały Jar. Tu zjeżdżały gwiazdy filmu, estrady, radia i telewizji. Nie z naszego powodu oczywiście, ale dlatego, że do tego kurortu od lat przyjeżdżały. Już nie pamiętam, czy red Janusz Hojan z RTV z Poznania do Karpacza zabłądził i nas dostrzegł, czy stugębna plotka bywalców z artystycznego środowiska doniosła mu o nas... Krótko mówiąc otrzymaliśmy propozycję współpracy z Radiem i Telewizją Poznań. Parnas wydał nam się w zasięgu ręki, błyskawicznie załatwiliśmy zastępstwo, ściślej Estrada Szczecińska użyczyła nam na tę okoliczność znaną już w jakimś stopniu grupę młodzieżową „Temperamenty” z solistką Marianną Wróblewską. Zjeżdżamy, zatem do Poznania... I lutowy Poznań, roku pańskiego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego, wita nas świtem i szczerymi gębami naszych poznańskich fanów. Sprzęt poupychaliśmy po domach poznaniaków i pędzimy do radia na spotkanie z panem redaktorem Hojanem. Rozmowa była długa, męcząca i nieprzyjemna. Żadnych obietnic, ani taryfy ulgowej, wszystko zależy od nas, czy zdołamy pokonać wysoko postawioną poprzeczkę, czy nadajemy się na zawodowy zespół radiowy, czy potrafimy ciężko pracować i czy zdołamy w krótkim czasie opracować program, jaki zasługiwać będzie na nagranie w radiu. Jeśli nie spełnimy choć jednego z tych warunków, wynocha. Stawka była wysoka, zbyt wiele mieliśmy do stracenia, a pracować umieliśmy ciężko, jak każdy wędrowny artysta, któremu nie obce są i drogie hotele i przydrożne budy. Warunki do tego stworzono dla nas znakomite - rezerwowe studio było do naszej wyłącznej dyspozycji, biblioteka muzyczna, taśmoteka i archiwum nagrań też. Naszym opiekunem muzycznym, mentorem i doradcą był mistrz Jerzy Milian, światowej sławy jazzman i mul-tiinstrumentałista. Oto złapaliśmy Pana Boga za nogi. Warunki bytowe za to, naszych pracodawców nie interesowały wcale. A były one więcej niż podłe i powoli w oczy zaczął zaglądać głód, bo oglądać się na samarytańską litość tubylców ani nie wypadało, ani nasz honor na to nie pozwalał. Nie będzie w tym ani krzty przesady, jeśli powiem, że wtedy naprawdę głodowałem i minie jeszcze jakiś okres czasu, kiedy zacznę zarabiać na tyle, żeby pozwolić sobie na wynajęcie skromnego pokoju jako podstawowej potrzeby, ale jeszcze nie na tyle, żeby starczyło na jedzenie i prawie zawsze zdarzało mi się śpiewać na koncertach w duecie z burczącym z głodu brzuchem. I nikomu z widzów nie przyszłoby do głowy, że ten roztańczony, roześmiany i na oko najszczęśliwszy z ludzi, jest po prostu głodny. A już na wielką ironię zakrawa fakt, że za czas jakiś, kiedy moje piosenki znane już z publikatorów, wykreowały mnie na małą jeszcze, ale już gwiazdkę, kiedy rozpoznawano mnie na ulicy, proszono o autografy, wszystko to nie zmieniło mojej sytuacji materialnej. Dalej byłem biedny, niedożywiony, ubogo, choć na pierwszy rzut oka efektownie ubrany. Nasza codzienna harówka w rezerwowym studio, zaczynała powoli przynosić jakieś efekty, do tego stopnia, że szanowny pan redaktor muzyczny Janusz Hojan, kierownik literacki Radia i poeta w jednej osobie pan Stanisław Kamiński, no i nasz opiekun artystyczny pan Jerzy Milian uznali, że jeden z opracowywanych przez nas utworów już nadaje się do nagrania. - Mnie osobiście z tego okresu (tj. Tarpanów) najbardziej podobał się utwór pt. „Gdy już odeszłaś” z pięknie frazującym saksofonem w wykonaniu Mirosława Leszek Kunda 171 Polarka. Czy to właśnie wówczas narodził się Edward Hulewicz - wokalista nostalgiczny, z potężną skalą głosu, śpiewający w manierze podobnej do Irlandczyka Jo-ana Dolana czy Walijczyka Toma Jonesa? - Wydaje mi się, że to dłuższy proces, zawsze bowiem gdzieś w środku byłem tym romantykiem mimo dotychczasowego rockowego repertuaru i zawsze miałem potrzebę rozwinięcia skrzydeł w większych, głębszych o szerszej skali utworach. A utwór „Gdy już odeszłaś” był w jakimś stopniu tym właśnie, a na pewno pierwszym, jaki został do nagrania zaakceptowany i jako pierwszy z Tarpanami profesjonalnie w Polskim Radiu nagrany. Warto wspomnieć o nim, bo jest to mój pierwszy krok na tym polu. To cover z repertuaru jakiegoś anglosaskiego wykonawcy, ale z moim tekstem. Śmieję się dzisiaj z niego, bo szczytowym osiągnięciem literatury on nie jest, ale wtedy obowiązywała tematyka romantyczna, a że był kiczowaty, mój Boże, po pierwsze większość młodzieżowych zespołów takie teksty wtedy śpiewało. Gdyby przetłumaczyć angielskie teksty popularnych piosenek nawet o światowym rozgłosie, to ten niczym się od nich swoim poziomem nie różnił. Po drugie wreszcie jest on w porównaniu do tekstów dzisiaj śpiewanych przez młode zespoły, to już niemal poezja. lego mojego pierwszego nagrania w poważnym studiu radiowym nigdy nie zapomnę. Przestrach - to zbyt nieprecyzyjne określenie, panika, szczękościsk i wszystko to, co raczej nie pomaga w tym dziele - były wtedy moim udziałem. Zostało mi ono na wiele lat potem w mojej pracy już profesjonalnej - tak widocznie było silne. A do pokonania tego nie tylko nie przyczynił się, ale wręcz pogłębiał z sadystyczną satysfakcją, reżyser dźwięku pan Zenon A., nerwowy, krzykliwy, kłótliwy i niesympatyczny człowiek. Podejrzewam, że równie jak my on by też przerażony, bo stary, zasiedziały nagrywacz (tak go nazywaliśmy, bo nie zasługiwał na miano reżysera dźwięku) przyzwyczajony przez lata do nagrywania ówczesnej szepcząco-stękającej miejscowej gwiazdy, tu raptem zmuszony jest do nagrywania kapeli rockowej i nie umiał po prostu tego robić. - Kto wygrał międzynarodowy mecz bigbitowy Polska-Francja „rozgrywany” w czerwcu 1966 roku na stadionach dużych miast, w którym udział wzięli Tarpany? - To nie było tak. Jednym z zespołów któremu w tamtym czasie udało się jakoś przekroczyć „żelazną kurtynę” był zespół francuski Le Reflets. W Poznaniu Tarpany zagrały z nim wspólny koncert jako support, bardzo się spodobały Francuzom, którzy zaproponowali nam abyśmy powtórzyli ten koncert w innych większych miastach w Polsce. Dla uatrakcyjnienia wymyśliliśmy formę takiego międzynarodowego meczu, co w praktyce przerodziło się z dotychczasowego ich tournee po salach koncertowych w wielkie tournee po stadionach w większych miastach. Nie miało to więc formy jakiegoś autentycznego konkursu, raczej jakiegoś symbolu, choć publiczność brała to na serio i wiadomo kto zwyciężał. Tym bardziej, że graliśmy na najwyższej klasy sprzęcie Francuzów, o którym dotąd mogliśmy tylko pomarzyć. - Właśnie, skąd akurat wziął się ten dziwny mariaż polsko-francuski w początkach polskiego bigbitu (np. ww. mecz bigbitowy, a wcześniej w 1963 roku występ Niebiesko-Czarnych w paryskiej Olimpii i epoka w wytwórni Decca). Czyżby zespoły znad Sekwany były dla naszych ówczesnych elit politycznych bardziej bezpieczne niż te, z pierwotnego źródła, znad liverpoolskiej rzeki Mersey? 172 Od bikiniarzy i bigbitu do... - Tb przypadek i polityka repertuarowa Pagartu i Poznańskiej Estrady, od których to instytucji nasza egzystencja była w dużym stopniu zależna. Pagart w ramach wymiany i współpracy artystycznej głównie z krajami demoludów wysyłał tam naszych artystów, w zamian zmuszony był angażować tamtejszych i rozparcelowywał ich po krajowych Estradach. Czasami zdarzali się artyści zza zachodniej granicy. Na takiej mniej więcej zasadzie przez jakiś czas objeżdżamy Polskę ze wspomnianym powyżej programem pt. „Mecz Big-Bitowy Polska-Francja”, gdzie Francję reprezentują: zespół rockowy Le Re-flets i soliści Radia i Telewizji francuskiej, a Polskę Tarpany. Występowaliśmy wyłącznie w imprezach plenerowych na stadionach większych miast. Wkrótce sprawdzony tym międzynarodowym artystycznym mariażem zespół Tarpany, najwyraźniej zasłużył w oczach Pagartu do reprezentowanie Polski na szerszych wodach i wysłał nas do NRD, gdzie najciekawszym momentem były koncerty dla jednostek rosyjskich tam stacjonujących, a właściwie bankiety po nich, gdzie podejmowani przez generalicję typowo po rosyjsku, a więc „salo (słonina), łuk (cebula) i wódka”, będziemy pić morze wódki i to szklankami. To prości, serdeczni ludzie „pa duszam”. c.d.n. ! Edward Hulewicz jako bigbitowiec w tzw. dzwonach, fot. archiwum Muzyka Wacław Bielecki GDAŃSKA PREMIERA „QUO VADIS?” FELIKSA NOWOWIEJSKIEGO (7 GRUDNIA 1910) QUO VADI5 ? FELIX NOWOWIEJSKI OP 30. Waci von AUOYS MAIER, FULDAJhW^i^^ . g W / lk. ' Strona tytułowa wyciągu fortepianowego „Quo vadis" wydanego w Fuldzie w 1909 r.,fot. Archiwum Rodziny Nowowiejskich, CYRYL Wirtualne Muzeum Historii Poznania 174 Gdańska premiera „Quo vadis?” Feliksa Nowowiejskiego Rok 2016 przyniósł kilka wykonań największego dzieła Feliksa Nowowiejskiego, jakim jest oratorium „Quo vadis?”. W świadomości zwykłego melomana kompozytor ten kojarzony jest jako twórca muzyki do „Roty” ze słowami Marii Konopnickiej. Jednak nawet pobieżne przejrzenie listy skomponowanych przez niego utworów pozwala stwierdzić, że był on twórcą bardzo płodnym i różnorodnym. W katalogu dzieł Nowowiejskiego znajdziemy bowiem: 3 oratoria - „Powrót syna marnotrawnego”, „Znalezienie Krzyża Świętego”, „Quo vadis?”, operę „Legenda Bałtyku”, koncerty na fortepian i wiolonczelę, 4 symfonie, poematy symfoniczne i uwertury, 9 symfonii organowych i 4 koncerty na ten instrument, utwory kameralne oraz pieśni solowe i ponad 400 pieśni na różne zespoły chóralne. W artykule tym zajmę się oratorium „Quo vadis?” jako najbardziej znanym na święcie dziele Nowowiejskiego, które przyniosło mu najwięcej sławy. Jego właściwa premiera miała miejsce w słynnej sali Concertgebouw w Amsterdamie 22 października 1909 r. Kompozytor miał wtedy 32 lata. Sukces był ogromny - pisze Jan Boehm znakomity znawca Nowowiejskiego. - Słuchaczy ogarnął entuzjazm. Zgotowali oni obecnemu na koncercie Nowowiejskiemu niezwykłą owację; udekorowano kompozytora złotym wieńcem Nerona. Pierwsze odgłosy prasy były utrzymane w tonie najwyższego podziwu'. Nic dziwnego, że melomani z innych miast zapragnęli usłyszeć to dzieło. I tak się stało. W latach 1909 - 1939 „Quo vadis?” zostało wykonane około 200 razy w wielu miastach Europy oraz w Stanach Zjednoczonych. Polski muzykolog Włodzimierz Poźniak twierdzi, że „Quo vadis?” Nowowiejskiego jest dziełem, które z całej polskiej literatury muzycznej po Chopinie zdobyło w tamtym czasie największe powodzenie na arenie światowej.2 Wśród miast, w których wystawiono oratorium dość szybko znalazł się Gdańsk. „Quo vadis?” wykonano tutaj po niecałych 14 miesiącach od prapremiery w Amsterdamie, było to w środę 7 grudnia 1910 roku w sali koncertowej Bractwa Strzeleckiego. Zanim jednak podejmę się próby opisania tego wydarzenia, przypomnę kilka informacji dotyczących samego dzieła, miejsca jego wystawienia, wykonawców i recenzentów. FORMA I LIBRETTO Oratorium jest wielką formą muzyczną podobną do opery, ale różniąca się od niej brakiem akcji scenicznej. W partyturże, a właściwie w wyciągu fortepianowym wydanym w Fuldzie w 1909 r. tuż po tytule „Quo vadis?” brakuje określenia „oratorium”, natomiast jest objaśnienie pochodzące od kompozytora: „Sceny dramatyczne na solistów, chór, orkiestrę i organy”. Wszyscy jednak są zgodni, że jest to jednak oratorium. Inspiracją do jego skomponowania była powieść pod tym samym tytułem napisana przez Henryka Sienkiewicza, laureata nagrody Nobla z 1905 r. Libretto na podstawie powieści Sienkiewicza stworzyła mało znana poetka i pisarka niemiecka Antonina Jungst, mocno ograniczając, co jest zrozumiale, liczne wątki i występujące w powieści osoby. W oratorium mamy tylko trzy postacie: Piotra Apostoła (baryton), dowódcę Pretorianów, czyli przybocznej gwardii cesarza (bas) oraz Ligię, młodą chrześcijankę (sopran), tudzież chór występujący raz jako tłum Rzymian, a w innych scenach, jako gromada chrześcijan. ' Jan Boehm, Feliks Nowowiejski 1877-1946. Zarys biograficzny, Olsztyn 1977, Wydawnictwo Pojezierze, s. 55. 2 Włodzimierz Poźniak, Dzieje polskiej kultury muzycznej, Kraków 1966, PWM, s. 176-177. Wacław Bielecki 175 „Quo vadis?” Nowowiejskiego dzieli się na sceny. Ich treść podaję w formie, w jakiej mogli je odczytać z programu gdańszczanie będący na koncercie w 1910 roku 1. Scena: Rzym plonie już od 6 dni. Jedna duża część miasta leży w popiołach i płomienie rozprzestrzeniają sią coraz dalej dokoła. Wzburzone masy ludu napływają tłumnie na Forum. Ludzie patrzą z przerażeniem na zagładę miasta. Neron ukazuje się z harfą w ręku na progu swego pałacu i rozkoszuje się swoim dziełem - widokiem płonącego Rzymu. Wśród nieszczęsnego ludu unosi się pytanie o tę okropną winę: „Kto, kto rozpętał gniew tych wyniosłych i nieprzystępnych bogów - kto, kto?” 2. Scena: Sygnały trąbek i podniosły marsz4 zapowiadają zemstę Pretorianów (gwardii przybocznej cesarza). Zwierzchnik Pretorianów rzuca na polecenie Nerona podejrzenie na nielubianych chrześcijan i pyta, co powinno się z nimi stać. Tysiąckrotnym zawołaniem fanatycznego tłumu: „Christianom ad Leone” kończy się ta poruszająca scena. 3. Scena: Prześladowana chrześcijańska gmina podczas nocy zebrała się w katakumbach i odprawia Mszę Świętą, śpiewając psalmy i inne pieśni religijne. Pojawia się stary Apostoł Piotr i pozdrawia młodą gromadę podniosłymi śpiewami: „Pan z wami” i nawołuje ich, aby przy tej wokół rozpętanej walce przeciw chrześcijanom mocno trzymali się wiary. Najstarsi zapewniają go o tym we wspaniałej scenie zbiorowej, ale proszą go też usilnie, aby chronił swoje własne życie i opuścił Rzym, aby ustrzec się od grożącego mu wielkiego niebezpieczeństwa. Piotr, powołany przez Jezusa Chrystusa na pasterza, chce raczej iść na śmierć aniżeli opuścić swoją owczarnię. Wtedy Ligia, młoda chrześcijanka rzuca się mu do nóg i prosi go poprzez łzy: „Opuść Rzy-m”s. Cała gmina przyłącza sią do jej błagania. Po długim zwlekaniu Piotr niechętnie poddaje się, i następuje wzruszające, bolesne pożegnanie. 4. Scena: Na Via Apia widać w głębokich ciemnościach nocy strwożonego Piotra opuszczającego Rzym. Za nim leży pogrążone i pogrzebane w popiołach i gruzach to dumne miasto. Piotr wspomina z miłością swoją opuszczoną gromadę i polecenie Pana Jezusa Chrystusa, by uratować Kościół. Głęboki i przejmujący gorzki żal wypełnia jego duszę. I oto nagle widzi - promień, gwiazdę, niebiańskie światło oraz cierniowy wieniec, krzyż! Z okrzykiem:, „Kto to jest? Kto to jest? - To jest nasz Pan” - Piotr pada na ziemię i wydobywa tylko te słowa: „Quo Davis, Domie? - Dokąd idziesz, Panie?”. Jezus Chrystus odpowiada: „Ado Ramom, tu Interu crucufigi” - Idę do Rzymu, aby ponownie dać się ukrzyżować.” Trwało to jakiś czas, zanim się Apostoł pozbierał, ale po chwili ochłonął i przemówił z przejmującym żalem i skruchą, ze łzami: „Panie, dziękuję Ci, że mi się ukazałeś i Twojego zagubionego ucznia z powrotem na właściwą drogę sprowadziłeś.” Szczytowy 3 Fritz Droop, Danziger Singakademie, „Quo vadis?“, „Danziger Neuste Nachrichten”, 1910-12-08, nr 287. Współcześnie z końcówki 4 sceny wyodrębnia się 5 scenę, finałową. 1 „Marsz Pretorianów” jest najbardziej znanym fragmentem z tego oratorium. Został on zagrany, m.in. przez orkiestrę olsztyńskiej filharmonii podczas uroczystego powitania papieża Jana Pawła II w Olsztynie w 1991 r. K. Szatrawski, Feliks Nowowiejski polski kompozytor z Warmii, http://szatrawski.republika.pl/nauk2.html 5 Aria Ligii została wykonana podczas koncertu plebiscytowego w Sztumie w 1920 r. Śpiewaczce Helenie Sosińskiej akompaniował sam F. Nowowiejski. Por. W. Bielecki, Sztumski koncert plebiscytowy Feliksa Nowowiejskiego, „Prowincja” 2010, nr 1, s. 140. 176 Gdańska premiera „Quo vadis?’’ Feliksa Nowowiejskiego punkt tego dramatu tworzą, te z zachwytu dla zwycięstwa Krzyża, przeniknięte żarem i płomiennością słowa: - „Idę do Rzymu, niezależnie od wszelkich cierpień. Nic nie może ponownie zachwiać mojej odwagi i nawet sam Neron, dumny cesarz, powinien w swojej krnąbrności i purpurze trząść się przed Krzyżem. Idę do Rzymu, twój Krzyż unosi się przed moimi oczyma - płonący boski znak zwycięstwa, znak że żadna potęga nie może zaszkodzić Kościołowi, że nawet bramy piekła przed nią się ugną. 6 MIEJSCE WYSTAWIENIA I WYKONAWCY Wystawienie „Quo vadis?“ w Gdańsku odbyło się w sali Schutzenhaus (Bractwa Strzeleckiego Fryderyka Wilhelma) przy ulicy Promenadę , obecnie 3 Maja. W budynku tym na piętrze było 5 sal, w tym duża widowiskowa, o powierzchni 400 m2 z urządzeniami scenicznymi, garderobą, kanałem dla orkiestry, czterema lożami bocznymi, ale bez organów. W kondygnacji dolnej mieściła się restauracja, kawiarnia, pokoje mieszkalne. Od strony Ogrodu Strzeleckiego przylegała doń obszerna sala teatralno-balowa o wysokich oknach. Budynek ten został całkowicie zniszczony przez naloty sowieckie w 1945 r. Każde oratorium wymaga licznej grupy wykonawców. W opisywanej tutaj gdańskiej premierze wystąpili8: soliści - Franz Fitzau jako Piotr Apostoł, M. Gratz - dowódca Pretorianów, Clara Loock-Schettler z Berlina - Ligia; dwa chóry - Gdańska Akademia Śpiewu (Danziger Singakademie) i Wrzeszczański Chór Męski (Langfuhrer Mannergesangve-rein) oraz dwie orkiestry wojskowe: 2. Pułku artylerii ciężkiej (królewski dyrektor muzyczny F. Brose) oraz z 5. Pułku Grenadierów (królewski kapelmistrz H. Wilke); na harfie zagrała pani Grunwald-Schmidt z Gdańska, a na fisharmonii pochodzącej ze składu pana D. Heinrichsdorfta (z powodu braku organów w sali koncertowej), panna E. Mertins. Całością dyrygował Franz Binder. Dyrygent Fritz (Friedrich) Carl Binder (1873 - 1945), był także świetnym pianistą, chórmistrzem, nauczycielem muzyki, kompozytorem i organizatorem życia muzycznego. Muzyki uczył się między innymi u Teodora Leszetyckiego w Wiedniu i Antoniego Rubinsteina w Dreźnie. W 1901 r. zamieszkał w Gdańsku. Był dyrygentem chórów: Danziger Singakademie (Gdańska Akademia Śpiewu), Langfuhrer Mannergesangverein (Wrzeszczański Chór Męski), założonego przez siebie Binderscher Mannergesangverein in Langfuhr (Chór Męski Bindera we Wrzeszczu) i Lehrergesangverein (Chór Nauczycielski). W 1909 r. Binder założył WestpreuBisches Konservatorium Danzig (Zachodnio-pruskie Konserwatorium w Gdańsku), w którym uczył gry na fortepianie i teorii muzyki. W latach 1901-1914 wystąpił jako dyrygent na kilkudziesięciu koncertach oratoryjnych i symfonicznych oraz jako pianista na koncertach kameralnych i recitalach różnych solistów jako akompaniator. Zagrał ponadto kilka koncertów fortepianowych z orkiestrą, między innymi „Koncert fortepianowy G-dur“ swojego nauczyciela A. Rubinsteina. W programach koncertów oratoryjnych umieszczał dzieła znane gdańskiej publiczności, między innymi „Pasję według św. Mateusza" J. S. Bacha „Stworzenie świata" i „Pory roku" J. Haydna, jak i jeszcze nieznane, między innymi „Wielką Mszę c-moll" W. A. Mozarta, 6 tłumaczenia recenzji podjęli się Urszula j Józek Urbaniakowie z Lubeki, za co składam im serdeczne podziękowania. Marek Stażewski, „Bractwa Strzeleckie”, w:„Gedanopedia | www.gedanopedia.pl). “ Carl Fuchs, Aujfuhrung der Singakademie, „Danziger Zeitung , 1910-12-08, nr 574. Wacław Bielecki 177 „Legendę o św. Elżbiecie" F. Liszta „Potępienie Fausta" H. Berlioza. 20 X 1910 r. Binder zorganizował koncert symfoniczny, na którym Richard Strauss dyrygował własne kompozycje: poematy symfoniczne „Dyl Sowizdrzał" oraz „Śmierć i wyzwolenie", a także „Burleskę na fortepian i orkiestrę" z Binderem jako solistą. Po wybuchu I wojny światowej został wcielony do wojska i dawał wyłącznie koncerty charytatywne. W latach 1920-1924 był razem z Kurtem Siebenfreundem właścicielem Sporthalle (obecnie budynek Opery Bałtyckiej). W 1921 r. dyrygował gościnnie w Teatrze Miejskim prapremierą swojej trzyaktowej operetki „Bakcyl miłości". Najważniejszym jego dokonaniem był koncert w dniu 11 X 1924 r. w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, na którym około 450 wykonawców zaprezentowało po raz pierwszy w Gdańsku „Pasję według św. Mateusza" J. S. Bacha, w wersji oryginalnej, przeznaczonej na głosy solowe i dwa ustawione oddzielnie zespoły wokalno-instrumentalne. Drugie wykonanie tej wersji dzieła Bacha odbyło się w 1925 r. w tym samym kościele. Bezpośrednio po tym Binder wyjechał do Norymbergi.9 Jeśli chodzi o Gdańską Akademię Śpiewu (Danziger Singakademie) to wiemy, że działała ona pod tą nazwą od 1899 r. jako amatorski chór mieszany, a powstała znacznie wcześniej - w 1818 r. z inicjatywy 'fheodora Kniewela. Celem tego zespołu było wykonywanie oratoriów religijnych i świeckich oraz utworów chóralnych z udziałem solistów i towarzyszeniem orkiestry. Pierwszy koncert odbył się 1819 r. w sali balowej hotelu Rus-sisches Haus przy Holzgasse (obecnie ul. Kładki), wykonano wtedy oratorium J. F. Han-dla „Mesjasz". W kolejnych latach wykonywano między innymi utwory pasyjne w okresie Wielkiego Postu i adwentu. Ostatnie koncerty oratoryjne odbyły się w adwencie 1944 roku oraz 7 I 1945 w Gdyni.10 RECENZJE I RECENZENCI To, jak zostało przyjęte wykonanie oratorium „Quo vadis?” Nowowiejskiego w Gdańsku w grudniu 1910 r., wiemy dzięki dwóm recenzjom z tego koncertu. Odnalezienie ich nie było łatwe. W 1945 r. spłonęły zbiory w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu, gdzie były przechowywane, m.in., informacje o koncertach Nowowiejskiego i wycinki z recenzjami z ówczesnych gazet polskich i zagranicznych. Po ponad stu latach okazało się, że ustalenie dokładnej daty, a nawet roku gdańskiego koncertu stało się dużym problemem, no bo jak szukać recenzji w gazecie, kiedy nie zna się choćby przybliżonej daty, a jednie informację, że mogło to być w latach 1909 - 1939. Informacji o tym koncercie nie znalazłem także w artykule prof. Romana Heisinga, rektora Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Gdańsku, który wyszukał i opublikował przedwojenne recenzje prasowe m.in. o „Quo vadis?”, ale do gdańskiej premiery tego oratorium nie dotarł11. Także kilku znawców Nowowiejskiego, do których zwracałem się o pomoc nie umiało mi udzielić wskazówek, poza tą, że „trzeba przeprowadzić solidną 9 Mirosław Gliński, hasło Fritz (Friedrich) Carl Binder, w: „Gedanopedia”... 10 Kurt Siebenfreund, Hundert Jahre Danziger Singakademie 1817- 1917, Danzig 1917; Mirosław Gliński, „Stowarzyszenie śpiewacze", w: Gedanopedia.... 11 Roman Heising (oprać.), Dzieła estradowe i sceniczne Feliksa Nowowiejskiego w świetle krytyki muzycznej. Wybór recenzji o „Quo vadis”, „Znalezieniu św. Krzyża" i „Legendzie Bałtyku", w: Feliks Nowowiejski w setną rocznicę urodzin. PWSM Gdańsk 1978, Prace specjalne 13, s. 167-196. 178 Gdańska premiera „Quo vadis?” Feliksa Nowowiejskiego kwerendę”. W końcu pomógł mi przypadek. Kiedy znalazłem się w czytelni czasopism w Bibliotece PAN w Gdańsku los szczęścia zetknął mnie z osobą, której nie znałem. Był to Jerzy Michalak, emerytowany muzyk, dyrygent, pianista kameralista i pedagog, który od 1995 roku poświęcił się wyłącznie badaniom dziejów życia muzycznego i teatralnego Gdańska i Sopotu do roku 194512. To on bez żadnych wahań i problemów przekazał mi informację o dacie koncertu i recenzji prof. Carla Fuchsa, za co jeszcze raz składam mu wielkie podziękowania. Relacje z premiery „Quo vadis?” Nowowiejskiego w dniu 7 grudnia 1910 r. napisali dla dwóch najważniejszych gdańskich gazet recenzenci: Fritz Droop w „Danziger Neuste Nachrichten” nr 287 z dnia 8 grudnia 1910 oraz prof. dr Carl Fuchs w „Danziger Zeitung” nr 574 z tego samego dnia. Fritz Droop (1875-1938) był niemieckim pedagogiem, dziennikarzem i pisarzem. Pochodził z rodziny urzędnika administracji. Uczęszczał do gimnazjum w Dortmundzie, a następnie ukończył kolegium nauczycielskim i pracował jako nauczyciel w szkole podstawowej, studiując równolegle historię literatury i filozofii na uniwersytetach w Breslau, Heidelbergu i Giessen. Później Droop pracował w redakcjach gazet w Dortmundzie, Essen i Gdańsku. W Gdańsku uczył też jako wykładowca współczesnej literatury i estetyki muzycznej w Zachodniopruskim Konserwatorium. Podczas 1 wojny światowej walczył jako żołnierz. W 1931 obronił doktorat na Uniwersytecie w Giessen z pracy na temat dramatu jezuickiego i otrzymał tytuł doktora z filozofii.13 Carl Fuchs (1838-1922) był pianistą, organistą, kompozytorem i publicystą muzycznym. Studiował w Berlinie teologię i muzykę oraz fortepian u Hansa von Bulowa. Od 1871 r. doktor a od 1904 r. profesor na uniwersytecie w Greifswaldzie. W 1875 r. był dyrygentem w Jeleniej Górze. W Gdańsku osiadł w 1878 r., tutaj w latach 1886-1918 był organistą kościoła św. Piotra i Pawła, i w latach 1887-1907 organistą Wielkiej Synagogi. W okresie 1880-1881 był dyrygentem chóru mieszanego - Gdańskiej Akademii Śpiewu (Danziger Singakademie). Uczył muzyki w żeńskim seminarium nauczycielskim i od 1912 roku w Konserwatorium im. Riemanna. W latach 1887-1922 był krytykiem muzycznym „Danziger Zeitung”. Publikował prace naukowe z zakresu muzyki i artykuły dotyczące życia muzycznego i teatralnego Gdańska. Komponował utwory fortepianowe i pieśni. Korespondował z Friedrichem Nietzschem i Hugonem Riemannem. Od 1880 roku był członkiem gdańskiej loży masońskiej. ORATORIUM „QUO VADIS?” NOWOWIEJSKIEGO W OCENACH GDAŃSKICH RECENZENTÓW Recenzja Fritza Droopa jest bardzo ambiwalentna. Autor na początku zajmuje się ogólną oceną oratorium: Nowowiejski stworzył zasługujące na uznanie dzieło, mimo że nie może być ono nazwane „jako wysoko znaczące dzieło chóralne”, jak inne, które przez ostatnie dziesiątki łat zostały stworzone; bo nie dorasta, ani „Zniszczeniu Jerozolimy” Loewego, ani „Krucjacie dziecięcej” Pierne’a, ani nawet wspaniałemu „Molochowi” Maxa Schillingsa, acz-kolwiek kompozytor „Quo vadis?” w nieporównywalnie wyższym stopniu niż jego rywale zna 12 Błażej Śliwiński, Michalak Jerzy Marian, hasło, w: Gedanopedia... " https://translate.google.pl/translate?hl=pl&sl=de&u=https://de.wiktpedia.org/wiki/I-ntz_Droop&prev=search Wacław Bielecki 179 się na sztuce, i poprzez wyrafinowane stawianie na efekty, udało mu się zniewolić słuchacza. (...) Ałe ja temu utworowi mimo wszelkich zalet, które jeszcze tutaj zostaną wymienione, żadnej "wiecznej wartości"przypisać nie mogę. Tym samym stawiam siebie w opozycji do wszystkiego co do tej pory o tym oratorium czytałem łub słyszałem, i jeśli większość miałyby zdecydować, to zostanę bez problemu przegłosowany:, ałe ja nie chcę być współwinnym w przecenianiu dzieła sztuki, które zbyt wyraźnie ma cechy czegoś przemijającego, żeby nim też i przyszłość zajmować się chciała”. A drugiej strony recenzent zauważa pozytywne strony utworu: - Oratorium „Quo va-dis?” swój najwyższy artystyczny wymiar ma w 3 i 4 scenie, pozostałe odsłony zbyt często przytaczają ducha Meyerbeera, i obawiam się, że Nowowiejski jest także, jak tamten, takim fałszywym prorokiem14. A mimo to, niektóre strony partytury słusznie rokują duże nadzieje, jak przede wszystkim modlitewne sceny przepełnione patosem, czy ta mistrzowska podwójna fuga na zakończenie z niesamowicie zręcznym wykorzystaniem motywów pretoriańskich z chórem i partiami solowymi. Także całościowe potraktowanie partii instrumentalnych i wokalnych głosów w chórach: „Na szczycie gmachu Cesarz stał w purpurze szat” i „Na arenę ze znienawidzonymi” (Christianos ad leonesl), a także muzyczna charakterystyka głównych postaci (Piotr i Ligia) w scenie w Katakumbach, skłaniają bezwzględnie do podziwu. F. Droop pisze też: Mimo zastrzeżeń, które w czysto artystycznym względzie w dziele Nowowiejskiego muszą być poczynione, chcialbym od razu dać tutaj taką propozycję, aby oratorium „Quo vadis?" udostępnić w formie wielkiego koncertu dla ludu za bardzo niską cenę wstępu, a więc dla osób mniej zarabiających, bo jedno trzeba przyznać kompozytorowi bez dwóch zdań: potraf on przemawiać do wielkich mas, a ponieważ leżący u podstawy tekst oferuje bardzo napiętą akcję, to spełnione są istotne warunki wstępne do uzyskania popularności. Swoją recenzję F. Droop kończy spostrzeżeniami na temat wykonawców: O ile w ogóle sala Domu Strzeleckiego mogła umożliwić odebranie całościowego wrażenia, o tyłe chóry w połączeniu z kapelą 2. Pułku Artylerii Ciężkiej wniosły dużo świeżości i siły, aczkolwiek niekiedy działania dyrektora Bindera wymagały dania z siebie wszystkiego, aby ten potężny aparat współwykonawców szczęśliwie „pod wspólny dach " sprowadzić. IV wystawieniu tego dzieła szczególnie zasłużył się również miejscowy, świetny śpiewak koncertowy pan Franz Fitzau w podwójnej roli Piotra i przywódcy Pretorianów, chociaż obydwie partie właściwie są napisane dla wysokiego barytonu. Ta szczególna okoliczność wymagała od pana Fitzau, w szczególności w roli Pretoriana, miejscami więcej niskiej barwy w dążącym do podobieństwa wykonywanym głosie, miejscami ze słyszalnym wysiłkiem, co dla tego sympatycznego głosu tu i tam stanowiło zagrożenie; ten religijny patos Piotra musiał śpiewak mocno i przekonywująco podkreślać. Inteligentne wykonanie partii Ligii przez panią Loock--Schettler z Berlina, zostało niestety przez małą niedyspozycję zakłócone; mimo to, także i ona miała swój udział w serdecznym aplauzie, który obficie rozbrzmiewał w wypełnionej sali. Bardziej obszerna i krytyczna jest ocena prof. Carla Fuchsa, który dużo miejsca poświęcił w niej problemom związanym z librettem oratorium z pozycji protestanta. Pisze on: Między innymi, posunięto się do takiego triku, że scenariusz został wydany podobnie jak 14 Giacomo Meyebeer (1791 - 1864) niemiecki kompozytor, najważniejszy twórca grand opera. Napisał i wystawił w Paryżu pięcioaktowe opery, m.in.: „Robert Diabeł", „Hugonoci", „Prorok", „Afrykanka". 180 Gdańska premiera „Quo vadis?” Feliksa Nowowiejskiego książeczka ilustrowana dla dzieci, aby w czytającym ją słuchaczu wywołać wrażenie przeżywania w muzyce tego, co widzi na obrazkach. Popełnione przez wydawcę niezręczności nie ułatwiały autorowi tego tekstu, bez zrozumiałego uprzedzenia, odwzajemnienia uczuć, z którymi, w tym dziele polskiego pochodzenia opiewającym najwyższe uwielbienie papiestwa, poważny Niemiec protestanckiego pochodzenia po raz pierwszy się spotkał. (...) Jeszcze raz, jeżeli chodzi o libretto, to z takiej gloryfikacji mojego głównego bohatera nie byłbym dumny, gdybym był katolikiem. Właśnie to, co w utworze Sienkiewicza nie jest prawdą, że Neron podżegał do podpalenia Rzymu, tworzy tło i punkt wyjściowy. Tym samym przerzucenie winy na chrześcijan jakoby zarządzone przez Nerona jest także wątpliwe, a stało się przyczyną ich prześladowania. W scenie rozgrywającej się w katakumbach, jest w wysokim stopniu nielogiczne, że zagrożona gromada prosi swojego silnego wodza, na którego mocy ducha, jak na skale został utworzony młody kościół (że w ogóle ma odwagę prosić go o to), aby opuścił Rzym i swoją owczarnię, aby przeniósł się w bezpieczne miejsce, jak gdyby ich Pan i Mistrz nie nauczał ich o różnicy między wiernym Pasterzem a sprzedajnym człowiekiem, który swoje owce opusza, jak tylko zobaczy wilka. Trzykrotnie woła Piotr: „Nie, ja nie pójdę", ale mimo to ulega namowom młodej niewiasty, którą jest Ligia z powieści Sienkiewicza, ale nam jako taka bliżej nie została przedstawiona. Kiedy się słyszy tę opowieść, że Piotr za namową, czy bez niej, opuścił Rzym a potem skruszony pojawił się z powrotem, to trzeba się z tym pogodzić (...) Perspektywa na martyrolo-giczną śmierć Piotra (...) jeszcze bardziej zaciemnia sprawę, ponieważ ukrzyżowanie Piotra w Rzymie znowu jest bardzo niepewną legendą. „Quo vadis?" zostało przez Sienkiewicza też przyjęte z legendy, a zatem trzymanie się tej powieści przez Nowowiejskiego nie było wcale konieczne. Jeśli chodzi o ocenę oratorium od strony muzycznej, to prof. C. Fuchs jest bardzo krytyczny: Uzasadniony zachwyt, który to dzieło wywołało przede wszystkim w miejscowościach z ludnością wyłącznie lub przeważająca katolicką, w obecnym przypadku także jest zrozumiałym, że zachwyt nie został „wywołany" tutaj, gdzie ta sama Gdańska Akademia Śpiewu wykonywała takie oratoria, jak Elgara „Sen Gerontiusa” oraz Tinela „Franciszek". Utwory, które dzięki spójności i stawianiu na samodzielność stylu (zamiast wagnerowskiego i operowego stylu nowości), mierzy się bogactwem formy, płynną sztuką polifoniczną i muzyczną subtelnością jako całością, czemu „Quo yadis?" zdecydowanie nie dorównuje, podczas gdy tamte dzieła zarówno muzykowi jak i osobie wierzącej dają satysfakcję. Recenzentowi nie podobało się także to, że: Podczas próby generalnej przeważająca oddziaływało jeszcze to, co dla poważnego muzyka w tym dziele było nie do przyjęcia: wrażenie rozbudowanej muzycznej ilustracji płonącego Rzymu, ordynarna natrętność „muzyki" w czasie wejścia Pretorianów na Forum, i odpowiednio do tego, niekończący się przemarsz, trzy razy w lewo i trzy razy w prawo, dookoła z fanfarami, bębnami, czynelami i szeleszczącymi przedmiotami różnego rodzaju, co bardziej nadawałaby się do wejścia hałaśliwej grupy murzyńskiej w dzikich strojach w jakiejś operze jak, np. w „Afrykance"Is. W tym momencie nasuwa sią nieodparcie przypomnienie zwięzłej prostoty, z jaką muzyka marszowa w klasycznym oratorium towarzyszy wejściu bohatera, wojownika lub duchownego. Kontrast, w jakim 15 „Afrykanka”, opera G. Meyebeera wystawiona w Paryżu w 1865 r. Wacław Bielecki 181 to stoi, do trzeciej sceny i pojawiającej się religijnej muzyki do mszy prześladowanych chrześcijan, nie mógł być odebrany jako artystyczny, można było go bardziej pokazać poprzez bezpośrednie użycie rytualnych słów chrześcijańskiego kultu, nawet bez tego ordynarnego kontrastu, aby nie czuć się nieprzyjemnie poruszonym. Jednakże przedstawienie było w stanie złagodzić i wyrównać to oddziaływanie poprzez bogatą muzyczną piękność, do której ta początkowa mszalna scena w szerokim rozkwicie coraz bardziej i bardziej się rozwijała, przez artystyczne przesłanie, sumę talentów i wirtuozowskie opanowanie chorałów i instrumentalnych środków wyrazu, które w tym dziele jako całość skutecznie oddziaływały, jak też przez obszerną podwójna fugę na końcu, która zresztą mimo skrótów ze strony dyrygenta jest wystarczająco rozbudowana. Również niezwyczajna dla Protestantów jest słodkość, w której religijne odczucia miejscami są nienaturalne wyolbrzymione, co okazuje się tym przypadku naturalne i zgodne z katolicką i polską tradycją. Prof. C. Fuchs kończy recenzję oceniając wykonawców: Chóry z zaangażowaniem i zapałem uporały się ze znacznymi trudnościami tego utworu pod pewną i ruchliwą ręką ich zasłużonego dyrygenta, królewskiego dyrektora muzycznego pana Franza Bindera, któremu też orkiestra z wielkim zapałem się podporządkowała. Tylko w końcowej fudze brakowało w chóralnych partiach wyraźnej dokładności wejściowych dźwięków, w zamian za to, dopiero następna, długa nuta, mocno była osadzona na swoim miejscu. Prawdziwie, więcej niż z wagnerowską energią i charakterystyczną recytacją w przemówieniu pretoriańskiego zwierzchnika i w solowej scenie Piotra, śpiewał pan Fitzau z jemu właściwą duchową siłą, która zawsze piękno jego śpiewu podnosi do wyższego poziomu i do wyższej rangi. Jeśli chodzi o głos, to jest to baryton, któremu z taką świeżością udaje się wysokie „a”, co też nie pojawia się często. Z wielką dozą ciepła i ujmującą głosowo pięknością śpiewała pani Loock-Schetller z Berlina 182 Gdańska premiera „Quo vadis?” Feliksa Nowowiejskiego partię Ligii, która przez orkiestrową masę dźwiękową przebiła się zwycięsko. Dla wrażenia całości jest bardzo ważnym, aby tej partii nie śpiewano zbyt czułe, lirycznie; śpiewaczka szczęśliwie trzymała się daleko od tego. Zasługujący na podziękowania pan Gratz, zaśpiewał kilka fragmentów solowych, które wbrew ich krótkości i wyizolowaniu wcale nie stawiały łatwych wymagań.(...) Całościowe wrażenie z tego spektaklu pod dyrekcją pana Bindera było czymś pięknie udanym w zakresie solidnego i ambitnego przygotowania. Recenzent nie wspomina, jak publiczność przyjęła oratorium. O serdecznym aplauzie, który obficie rozbrzmiewał w wypełnionej sali - dowiadujemy się natomiast od F. Droopa. •*■*•*• Analizując obie recenzje, można dojść do wniosku, że oratorium „Quo vadis?” Nowowiejskiego wzbudziło w 1910 r. w Gdańsku różne odczucia obu krytyków, prowadzące do odmiennych ocen, chociaż w jednym są zgodni, gdy zarzucają utworowi podobieństwo do dzieł Wagnera, a szczególnie Meyerbeera16. Bardziej surowy w stosunku do oratorium Nowowiejskiego jest prof. Carl Fuchs, ale na jego ocenie bardzo zaważył czynnik religijny, bowiem patrzył on na „Quo vadis?” napisane przez katolickiego kompozytora z pozycji protestanta17. Recenzent bardzo ostro krytykuje utwór Nowowiejskiego, ale chwali wykonawców - solistów, chóry, orkiestrę, instrumentalistów i dyrygenta. Fritz Droop jest bardzo ambiwalentny w swoich ocenach oratorium i chociaż od strony muzycznej dostrzega jego zalety, to twierdzi jednocześnie, że temu dziełu nie może przypisać „wiecznej wartości”, i że „nie chce być współwinnym w przecenianiu dzieła sztuki, które zbyt wyraźnie ma cechy czegoś przemijającego, żeby nim też i przyszłość zajmować się chciała”. Po upływie lat widzimy, że krytyk pomylił się: dzieła, które stawiał wyżej, np. „ZniszczenieJerozolimy” Loewego, „Krucjata dziecięca” Piernea, czy „Moloch” Schił-lingsa, nie oparły się niszczącej próbie czasu. Natomiast oratorium „Quo vadis?” Nowowiejskiego jakoś przetrwało ten niekrótki, ponad stuletni okres, chociaż jego los nie był lekki. Po II wojnie utwór ten był wykonywany bardzo rzadko18, bo - znowu z powodów religijnych - nie podobał się ówczesnej władzy. Dopiero w roku 2016, czyli w „Roku Nowowiejskiego” ogłoszonym przez Sejm, doszło do aż siedmiokrotnego wystawienia tego dzieła. Rywalizowały w tym dwie filharmonie: Poznańska i Warmińsko-Mazurska. Poznaniacy pod dyrekcją Łukasza Borowicza zagrali „Quo vadis?” w Koninie (25 VI), Poznaniu (29 VI) i Berlinie (30 VI), a olsztyniacy pod batutą Piotra Sułkowskiego - w Krakowie (30 VI), Barczewie (miejscu 16 Do wielbicieli G. Meyerbeera należał Fryderyk Chopin, który po obejrzeniu w 1831 r. premiery „Roberta Diabla” napisał wspólnie z wiolonczelistą Augustem Franchommeem „Grand Duo Concertant" na tematy z tej opery. Chopin nie znał miary w swoim entuzjazmie do Meyebeera, czego wyraz dal w liście do I ytusa Woyciechowskiego, pisząc: „ I o arcydzieło nowej szkoły [... ] Meyerbeer się unieśmiertelnił!”. Por. Mieczysław Tomaszewski, Chopin. Człowiek, dzieło, rezonans. Kraków 2010, PWM, s. 501. Wypada wspomnieć, że G. Meyebeer był jedną z sześciu osób, które niosły trumnę z ciałem Chopina podczas pogrzebu w 1849 r. w Paryżu. Por. Benita Eisler, Pogrzeb Chopina, Kraków 2005, PWM, s. 12. 17 Na uwarunkowania religijne odbioru tego oratorium zwraca uwagę K. Szatrawski w ciekawym artykule o przyjęciu „Quo vadis?” podczas koncertu w Carnegie Hall w Nowym Jorku w 1912 r. Por. Krzysztof D. Szatrawski, Popularny i niedoceniany - wokół amerykańskiego debiutu Feliksa Nowowiejskiego, Barczewo 2013, Materiały z XII Sesji Naukowej „Muzyka na Warmii i Mazurach". Ix Na przykład, w ostatnich latach: w 2012 r. w Krakowie - dyrygent Kaspar Zehender (Szwajcaria), w 2014 r. w Gdańsku -dyrygent Mariusz Mróz, w 2015 w Poznaniu - dyrygent Maciej Wieloch. Wacław Bielecki 183 urodzenia kompozytora - 28 VIII) i Warszawie (20 XI). Poza tym „Quo vadis?” mogli zobaczyć i wysłuchać melomani z Białegostoku (19 IX) pod dyrekcją Michała Klauzy. Ciekawostką jest, że w roku 2016 zdarzyło się coś niezmiernie rzadkiego: tego samego dnia - w czwartek 30 czerwca - „Quo vadis?” Nowowiejskiego zabrzmiało równocześnie w dwóch odległych miastach - w Krakowie w wersji niemieckiej (!) i w Berlinie w wersji polskiej (!). Jaki będzie dalszy los oratorium „Quo vadis?” F. Nowowiejskiego? Czas pokaże, ale budzi się nadzieja na jego powrót na sceny oraz dotarcie do większej rzeszy melomanów, albowiem dokonano w końcu pierwszego w historii nagrania tego dzieła na płytę CD w auli UAM w Poznaniu19, oraz drugiego w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie.20 19 Dwupłytowy album został wydany przez Filharmonię Poznańską. Wykonawcy: Wioletta Chodowicz (sopran), Robert Gierlach (baryton), Wojtek Gierlach (bas), Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku (przygotowanie chóru Wioletta Bielecka), Orkiestra Filharmonii Poznańskiej, dyrygent - Łukasz Borowicz. 20 Wykonawcy: Aleksandra Kurzak (sopran), Artur Ruciński (baryton), Rafał Siwek (bas), Górecki Chamber Choir z Krakowa (przygotowanie chóru - Włodzimierz Siedlik), Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej z Olsztyna, dyrygent - Piotr Sulkowski. Galeria Prowincji CIESZĘ SIĘ KAŻDYM DNIEM Z IWONĄ CZESZEJKO-SOCHACKĄ, MALARKĄ ZE SZTUMU, ROZMAWIA LESZEK SARNOWSKI - Leszek Sarnowski - Jak zaczęła się Pani przygoda z malarstwem? - Iwona Czeszejko-Sochacka - Maluję odkąd pamiętam kiedy wzięłam do ręki pierwszą kredkę. W szkole podstawowej nie miałam szansy rozwoju artystycznego. Brakowało wszystkiego. Były tylko kredki i ołówki, czasami plakatówki. Ciężko było się wykazać, mimo to udawało się wygrywać konkursy plastyczne. Czasy były trudne komunistyczne, niełatwo było mi się przebić, wiec rysowałam tuszem i ołówkami w domu. Bardzo mnie to wciągało i kiedyś nawet wymalowałam w domu dwa pokoje. Mama doznała szoku kiedy na ścianach pojawiły się różne malunki, ale chyba jej się spodobało, bo przez kilka lat tego nie zamalowała. - Skoro takie pasje, to dlaczego szkoła medyczna, a nie liceum plastyczne? Iwona Czeszejko-Sochacka, fot. archiwum - Nie poszłam do szkoły plastycznej, bo jako młoda dziewczyna nie miałam takiej siły i wiary w siebie, bez wsparcia nauczycieli czy innych osób. Skończyłam różne szkoły, ale żadna z nich nie miała nic wspólnego ze sztuką. Może tak miało być. Mieszkałam kilka lat za granicą i tam tworzyłam ale obrazy rozdałam lub zniszczyłam. Przez kilka lat po skończeniu szkół nie malowałam, zajmowałam się wychowaniem syna i brakowało czasu na pasje i spełnianie marzeń. - A jednak malowanie się zaczęło. - Odzyskałam radość życia i tworzenia. Uwolniłam się od wielu ograniczeń przestałam się bać oceny innych i maluję to co kocham, co lubię, co czuję. To głównie tematy baśniowe, fikcja, fantazja i sny, czasami abstrakcja. Każdy obraz jest inny, wszystko zależy od emocji jakie mam w danej chwili. Nie kopiuję nikogo. Obrazy są wytworem mojej wyobraźni, a szczególnie wspomnienia z dzieciństwa, które miałam przepiękne, wychowując się między innymi przy leśniczówce Wydry, w środku lasu, pięknych łąk i miłości. - Czy miejsce urodzenia dla artysty jest ważne? - Urodziłam się w Sztumie. Kocham to miasto i jego okolice, szczególnie lasy. Jestem samoukiem. Technikę wypracowałam sama. Maluję głównie akrylem. Ib trudna, szyb-koschnąca farbą. Nie skończyłam ASP i nie jest mi z tym źle, wręcz przeciwnie, cieszę się, Leszek Sarnowski 185 patrząc na to z perspektywy czasu. Jestem wolna i maluję, co chcę, taka widocznie miała być moja droga którą, jak wierzę, prowadzi mnie Bóg. Żyję tu i teraz cieszę się każdym dniem. To czasami widać w moich pracach. Co będzie jutro nie wiem. Nikt nie wie. Najważniejsze żeby się nigdy nie poddawać, realizować pasje i spełniać marzenia, Miejsce urodzenia nie ma znaczenia żeby się rozwijać i realizować, nie tylko jako artysta czy malarka, ale jako kobieta która kocha życie, ludzi i nigdy się nie poddaje. - A konfrontacja z publicznością, wystawy? - Były wystawy, ale głównie lokalne. Dwa razy wystawiałam swoje obrazy w Wytwórni Kultury BO-Tak w Dzierzgoniu i ostatnio w SCK w Sztumie. Wybieram się na Festiwal Sztuki do Warszawy w listopadzie. - A artystyczne plany i marzenia? - Marzenia się spełniają cały czas, więc nie mogę snuć planów, bo nie wiem co będzie jutro. Myślę jednak o różnych festiwalach sztuki i o pięknej, dużej, super oświetlonej pracowni, gdzie będę mogła tworzyć na większych płótnach. - A mistrzowie na których się Pani wzoruje? - Co do innych artystów, uwielbiam wszystkich, tych którzy mają pasję, bo to jest najważniejsze. Lubię malarstwo bardzo dotykające mnie duchowo i kolorami zmieniające moje nastawienie i emocje. Lubię sztukę nowoczesną. Z szacunkiem dla innych epok uważam, że wiek XX jest najpiękniejszy w sztuce. Lubię prace Wacława Jagielskiego, Joanny Antosiewicz, a także wielu innych z którymi mam kontakt. - Czy można powiedzieć, że to późny debiut? Dlaczego? - Bywają tygodnie kiedy nic nie namaluję, a bywa tydzień, że prace powstają jedna za drugą. Nie pokazywałam swoich prac wcześniej, bo musiałam do tego dojrzeć emocjonalnie i duchowo, a przede wszystkim przestać się bać oceny. Każdemu podoba się co innego. W końcu oswoiłam się z tym myśleniem i odważyłam się pokazać światu kolory, radość, szczęście i miłość, bo tym się kieruję w malarstwie. Dla mnie czasami kolorów jest za mało. Dużo kombinuję z kolorami, aby je pokazać tak jak to widzę. Moje prace się zmieniają, tak jak ja, więc są różne, często zaskakujące i dla mnie. Technika jest własna i czasami nie zrozumiała nawet dla mnie, bo wszystkie prace są malowane pod wpływem emocji. Pracuję nad tematem, który czasem wymyka mi się z rąk i powstaje na płótnie. Wierzę w to, że Pan Bóg prowadzi mnie drogą, którą dla mnie wybrał. Jaka ona będzie nie wiem, ale dziękuję za każdy dzień i nie przejmuję się za bardzo ani przeszłością, ani przyszłością. Marzenia mam, jak każdy, ale mam też wiarę, że droga ta będzie piękna, szczęśliwa, pełna mądrości, nadziei, cierpliwości i ludzi którzy kochają świat, tak jak ja. - Dziękuję za rozmowę. Recenzje Jan Chłosta ZWYCZAJE POGRZEBOWE NA POŁUDNIOWEJ WARMII Janusz Jasiński, Niektóre zwyczaje pogrzebowe w ostatnich dziesięcioleciach XIX i pierwszych XX wieku, Olsztyn 2016, Pracownia Wydawnicza ElSet. W tylko co wydanym w Olsztynie opracowaniu Niektóre zwyczaje pogrzebowe w ostatnich dziesięcioleciach XIX i pierwszych XX wieku, jego autor, profesor Janusz Jasiński podjął tematy dotąd raczej pomijane przez etnografów i historyków. Wiążą się one pośrednio z działalnością publiczną, którą profesor Jasiński podjął jeszcze w 1993 roku, jako współzałożyciel Społecznego Komitetu Ratowania Dawnych Cmentarzy na Warmii i Mazurach. Tak więc pośrednio przypomniane zostały w tej pracy upamiętnienie pomnikiem „Gloria Victis” polskich żołnierzy września 1939 roku, pochowanych na cmentarzu przy Szarych Szeregów w Olsztynie. Ranni zostali wzięci do niewoli i tu zmarli w olsztyńskich lazaretach. Przez wiele lat leżeli zapomniani. Innym przedsięwzięciem było postawienie pamiątkowego krzyża na cmentarzu w Jełguniu w Lasach Łańskich, gdzie jeszcze w drugiej połowie XIX wieku znajdowała się huta szkła, a po jej zlikwidowaniu zniknęła wieś, licząca 163 ewangelików i 108 katolików. Pozostał tylko cmentarz i na nim - z udziałem duchownych ewangelickiego i katolickiego z pomocą leśników - umieszczono dużych rozmiarów krzyż. Wspomniał też o odnalezieniu w Olsztynie grobu poczmistrza Andrzeja Bosackiego. Całość tego studium dotyczy zwyczajów pogrzebowych na południowej Warmii, na której mieszkała w większości ludność polska. Autor w oparciu o źródła archiwalne i drukowane wspomnienia, także słowniki oraz encyklopedie i inne opracowania omówił, poza jednym wyjątkiem, pogrzebem pobitego w styczniu 1920 roku ewangelika Bogumiła Linki, który zmarł w olsztyńskim szpitalu 29 III 1920 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu, pogrzeby katolickie. Rozpoczął od opisu zwyczajnego wiejskiego pogrzebu, od bicia dzwonów, zawiadamiających, że ktoś w miejscowości umarł. Jak nieboszczyk został umieszczony w trumnie, ubrany w najlepszy ubiór, schodzili się do jego domu sąsiedzi, przyjeżdżała dalsza rodzina, modlono się, odmawiano różaniec, śpiewano pieśni. Przed Recenzje 187 pochówkiem w tym domu powstrzymywano się od wykonywania większych prac. Trzeciego dnia kierujący pogrzebem przed umieszczeniem trumny z nieboszczykiem na wozie, uderzał trzy razy pięścią w trumnę i wypowiadał: „Siadaj z nami duszo!”. Chodziło oto, aby dusza nie odstępowała od ciała. Po drodze zatrzymywano się przy krzyżach i kapliczkach, odmawiano trzy razy Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Kiedy kondukt zbliżał się do kościoła, rozlegały się dzwony. Przed kościołem kapłan poświęcił trumnę i odprawiał mszę świętą. Przy pogrzebach dzieci nie wprowadzano trumny do kościoła, tylko poświęcano ja przy kapliczce lub krzyżu przydrożnym. Potem procesyjnie żałobnicy za trumną wszyscy udali się na cmentarz. Ksiądz i organista odmawiali po łacinie modlitwy. Tam uroczystość kończyła się odśpiewaniem pieśni Witaj królowo. Potem odbywało się przyjęcie w domu żałobnym zamiast stypy określane cermem lub zermem. Nazwa ta wywodziła się z języka staropruskiego. Zanotowali ją Krzyżacy w XIV wieku. Warmińska stypa wyróżniała się tym, że jej uczestnicy grali w karty. Wbrew temu co napisał autor, Maria Zientara Malewska jednak posługiwała się w swoim opisie pogrzebu określeniem cerm.1 Inne rzecz jasna były pogrzeby duchownych i ludzi znaczniejszego pochodzenia. Profesor Jasiński zajął się w opracowaniu omówieniem nekrologów w gazetach polskich i niemieckich, kosztami pogrzebowymi. Napisał, że w 1858 roku w kościele św. Jakuba w Olsztynie istniało pięć taks pogrzebowych, czyli opłat za posługi kapłańskie. Najwyższa wynosiła 120 groszy, a najniższa 2,5 grosza. Pierwsza klasa wyróżniała się trzykrotnym biciem dzwonów, pełnym konduktem z księdzem, 1 M. Zientara-Malcwska, Warmio moja miła, Warszawa 1959, s. s. 225 chorągwiami, organistą, oczywiście z krzyżem, z wniesieniem nieboszczyka do kościoła, z użyciem zapalonych świec, kadzidła, msza św. śpiewana, egzekwie, homilia duchownego (nigdy świeckiego), błogosławieństwo przed wyprowadzeniem trumny z kościoła, ostatnie modlitwy i śpiewy na cmentarzu przy umieszczeniu trumny w grobie. W pozostałych klasach ceremonie były odpowiednio skromniejsze. Zmiany w tym zakresie wprowadził dopiero synod warmiński w 1932 roku, zwołany przez biskupa Maksymiliana Kal-lera. Według ustaleń synodu obowiązały trzy klasy, ale na kapłana nałożono obowiązek odprawienie mszy świętej także za najbiedniejszych zmarłych. Poza tym autor zajął się inskrypcjami nagrobkowymi duchownych, świeckich i tych z czasów ostatnich wojen. Całość została bogato ilustrowano. W opracowaniu znalazło się aż 55 fotografii. Został też przedstawiony obszerny zestaw literatury, z której autor korzystał. Przez to zgromadził ogromny materiał faktograficzny, dotąd pomieszczony w ważnych i mniej ważnych książkach. Studium godne lektury nie tylko dla tych, którzy zajmują zwyczajami Warmii. W sposób komunikatywny omówione zostały w nim mało znane zwyczaje polskich Warmiaków, którzy starali się postępować zgodnie z nakazem swoich przodków. W końcu pragnę dodać dwa uzupełnienia. Na stronie 43 prof. Janusz Jasiński podał inskrypcje z grobu Stanisława Żurawskiego z Kajn, zmarłego 17 stycznia 1943 roku w wieku 78 lat, podkreślając łacińskie wezwanie: Ave Maria oraz R. i P., ale nie znał okoliczności śmierci Żurawskiego. Zmarł on po dotkliwym pobiciu przez dwóch gestapowców, którzy prawdopodobnie zażądali od niego zrzeczenia się dużego gospodarstwa rolnego, którego był 188 Recenzje właścicielem. Było to po tym, jak został wykonany wyrok śmierci na jego synu Alfonsie, któremu zarzucono zdradę III Rzeszy. Potem, jak mi opowiadała jego najmłodsza córka Zofia Markiewicz, gestapo zażądało od proboszcza w Brąswałdzie ks. Alojzego Moritza pochowania Stanisława Żurawskiego poza cmentarzem. Według nich nie był on godnym pochowania w ziemi poświęconej. Tymczasem proboszcz odmówił. Stwierdził, że Żurawski należał do najbardziej gorliwych budowniczych jeszcze w 1894 roku kościoła w Brąswałdzie, był też aktywnym członkiem rady parafialnej. Pochował więc swego parafianina w samym rogu cmentarza z dala od innych grobów, po lewej stronie wchodząc na cmentarz. Po 1945 roku, obok tego grobu, pochowano jego żonę Annę i ich córki. Z usunięciem statuy Chrystusa trzymającego kulę ziemską z napisem Domine Qui salvas et nostri Sahator Miserere Ad 1737 na terenie nieistniejącego od dawna cmentarza u zbiegu ulic 1 Maja i Linki (s. 68) sytuacja była bardziej złożona. Została ona w nocy z 17 na 18 marca 1950 roku rzekomo zdemontowana przez nieznanych sprawców i wywieziona na wysypisko gruzów2. Odnalazł ją ówczesny konserwator zabytków Zbigniew Rewski i po odnowieniu ten cenny zabytek z 1737 roku został umieszczony na skwerze przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa od strony ulicy Kopernika. Za ten czyn konserwator stracił stanowisko w Olsztynie. Takie były czasy. 2 Por. J. Chłosta, Słownik Warmii, Olsztyn 2002, s. 274. Janusz Ryszkowski MÓJ REGAŁ PODRĘCZNY Sięgnąłem do „Rocznika literackiego” (za 1984), który to (któż to jeszcze pamięta?) odnotowywał krajowe druki zwarte - literaturę piękną oryginalną i przekładową oraz piśmiennictwo z zakresu teorii i historii literatury polskiej i powszechnej. W tymże roku ukazało się ponad 160 tomików poetyckich - głównie w oficynach państwowych, a także „pozycje publikowane w ramach popierania twórczości amatorskiej, regionalnej, ludowej i robotniczej: zjawisko raczej socjologiczne niż artystyczne”. Przegląd poetyckich nowości przed długie lata prowadził Ryszard Matuszewski (1914-2010), krytyk literacki i redaktor. W czasach gimnazjalnych debiutował na łamach pisma „Kuźnia Młodych”, gdzie dział poezji prowadził Jan Twardowski, jeszcze nie ksiądz. Gdy na biurku Matuszewskiego pojawiło się te 160 książek z roku 1984, można przypuścić, że tak doświadczony lektor nie miał problemów z wyłowieniem tego, co najwartościowsze. Ale to było w czasach gospodarki planowej (czytaj - niedoboru), dziś żyjemy w gospodarce nadmiaru... Ile w tym roku ukaże się tomików? Tysiąc, dwa tysiące? Kto odpowiedzialnie może w tym gąszczu służyć za przewodnika, jak kiedyś Ryszard Matuszewski? Sięgam znowu po kilka tomików. Recenzje 189 BOGUMIŁA SALMONOWICZ, Abrazje, redakcja i wstęp Mirka Szycho-wiak, Elbląg 2016. Przełomy/ Podpowiadają kim jesteśmy/ by napisać siebie od nowa. Tak kończy się wiersz, który zarazem rozpoczyna tomik „Abrazje”, drugi w dorobku Bogumiły Salmonowicz. Nie ma go potem w spisie treści. Został złożony inną czcionką, funkcjonuje raczej jako motto całości, przynajmniej tak to jako czytelnik odbieram. Owe przełomy (doświadczenie egzystencjalne) wydają się osią tematyczną całości. „Napisanie siebie od nowa” to zarazem wkroczenie w sferę mitu prometejskiego. Jak wiemy, Tytan, który, wykradł bogom ogień i dał ludziom możliwość decydowania o sobie, musiał za to drogo odpokutować. W późnoromantycznym wydaniu Prometeusz był także stwórcą człowieka, formuje go z gliny. Za jego to sprawą, jak pisze Hans--Georg Gadamer, „ludzkość rozpoznaje własną twórczą moc w królestwie sztuki”. Napisać siebie, to także akt twórczy, a ten okupiony bywa cierpieniem, trwogą, nawet znaczony klęską. Salmonowicz sprawdza, jak w sytuacjach znanych nam z potocznego doświadczenia, niekoniecznie ekstremalnych, ja poetyckie potrafi pokonać własne ograniczenia, nawyki, stereotypy i podążyć w stronę Innego. Otworzyć się nawet na niewydarzenia lub nie-życie. We wstępie do tomiku Mirka Szychowiak zauważa: to nie zbiór przepisów na dobre samopoczucie. Poetka nie chce mamić, że pisze rodzaj życiowego poradnika, który obiecuje: można osiągnąć wszystko, trzeba tylko do tego z uporem dążyć. Ostrzega (choć nie wprost) przed takimi, którzy łatwo obiecują. Tytułowe „Siłaczki” robią ile się da, ale nie przecież nie wszystko. A własnym pragnieniom/ zawiązują kokardki na ustach. Tak, nie mam wątpliwości, że Salmonowicz, pisząc „Abrazje” (łac. abrasio - ze-skrobywanie), w wielu miejscach próbuje przeniknąć przez różnie warstwy, a potem dotknąć czytelnika do żywego... A przy tym zdyscyplinowana, potrafi zapanować nad słowem. Tomik, wydany przez elbląskie Stowarzyszenie Alternatywni, wzbogaca kilkanaście dobrych fotografii Wiesława Leszczyńskiego. Zdawało mi się, że w kilku momentach w sposób zbyt nazbyt oczywisty nawiązywały do utworów, ale pewnie się czepiam. PIOTR MICHNA, Idąc śladem, Wydawnictwo Astraia, Kraków 2016, wydanie II autorsko zmienione-, Z błądzeń po obrzeżach, Wydawnictwo Astraia, Kraków 2016. Piotr Michna (rocznik 1982), młodzieńcze lata spędził w cieniu kwidzyńskiej 190 Recenzje zabiegał szczególnie o popularyzację swoich utworów, z pewną ironią spoglądając na wielkomiejski blichtr.” - pisze Michna w wydawnictwie towarzyszącym płycie „Dzieła organowe, cz. 1”. Cytuję tę opinię o Rheinbergerze, bo doskonale nadaje się także jako wprowadzenie do poezji Michny, o czym za chwilę. Rzadko się zdarza, aby przy okazji opublikowania nowej książki poetyckiej, autor jednocześnie przypominał swój debiut. Tak stało się w przypadku Piotra Michny - wydaniu drugiego tomiku „Z błądzeń na obrzeżach” towarzyszy książka sprzed dekady (nieco zmieniona) „Idąc śladem”. Wznawiając tom z 2006 roku, poeta daje wyraźnie do zrozumienia, że przetrwały one próbę czasu (dziesięć lat w przypadku młodego autora to jednak całą epoka...). katedry, dzieli swoje artystyczne fascynacje między muzykę organową i poezję. Absolwent Akademii Muzycznej w Gdańsku, nagrał płyty z kompozycjami Josefa Gabriela Rheinbergera (1839-1901), mało raczej znanego organisty i pedagoga urodzonego w Lichtensteinie, a pracującego w Niemczech. „Szczególnie mi bliski okazał się jego życiowo-artystyczny światopogląd. (...) W jego osobistej hierarchii zawsze tworzenie zajmowało pierwsze miejsce. Świadomie pozostając wiernym Bachowskiej sztuce kontrapunktu i Mo-zartowskiej klarowności, nie angażował się w spory artystyczne swoich czasów, zaś nowych rozwiązań poszukiwał w danej niejako z natury indywidualności talentu zakorzenionego w tradycji. Nie akceptował ani pozerstwa, nie przywiązywał wagi do otrzymywanych odznaczeń, nie Recenzje 191 Do utworów wprowadził niewielkie korekty (np. zmiana tytułu wiersza, interpunkcji, wersyfikacji, leksyki), co ma służyć większej klarowności wypowiedzi. Podmiot tej poezji, z pozoru uwikłany w świat realny [„Wiem, pewnie zaraz, śmiejąc się wrócimy/ W łagodny półmrok tej knajpki w podwórzu./ Tam zapach pizzy z ananasem, szynką/ (Twej ulubionej) i herbata z rumem ...], tak naprawdę egzystuje w „wiecznym teraz”. Poeta określa w tymże wierszu tak: „Wiecznością błyśnie nawet ziemska chwila”. Podróż, w którą zabiera poeta, ma ostatecznie prowadzić do zrozumienia, że trzeba otworzyć w nas, zatrzaśnięte, „bramy percepcji”, bo: „Jest zaś dalekie, nieuchwytne rozumienie/ Co niesie mądrość w świadomości/ Jak zarzut przeciw niewidzialnym światom”. Gestem i głosem klasyka stara się podążać w stronę ładu, porządku i harmonii. Michna z premedytacją chce być staroświecki, zawierzający tradycji i jej językowi. Bohater tych wierszy ma cechy romantycznego bohatera, wykluczonego, samotnego, błądzącego w innych światach, naznaczonego piętnem sztuki. Krytycy są dość zgodni, że prawdziwym sprawdzianem autora jest jego druga książka. Nowy tom poetycki Michny zawiera 25 utworów, znacznie mniej niż w debiucie. Nawet, gdyby założyć, że autor dokonał surowej selekcji tego, co napisał, to już na pierwszy rzut oka nie wypada jakoś okazale. Ale przecież rzecz nie w ilości... Tomik samym tytułem „Z błądzeń na obrzeżach ” i mottem (o włóczędze) z Lwa Szestowa, uprawiającego rodzaj filozofii egzystencjalnej, wskazuje, że ta podróż nie odbywa się bez zakłóceń. Wydaje się, że nie tylko w planie, nazwijmy to, filozoficznym, ale także twórczym. Pisaniu Michny jakby brakuje oddechu, wiersze przeplatane są pozbawioną emocji prozą. Sięgnijmy po „Tu i tam”, gdzie czytamy: „Dużo podróży ostatnio. Bliższych. Dalszych. To w ściśle określonym celu. To bez konkretnego powodu - po prostu ot tak, dla czystej przyjemności. W przeciągu pół roku prawie dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Dla zawodowców zapewne nic szczególnego, ale w przypadku początkującego kierowcy ilość raczej spora. Nie, nigdy nie przypuszczał, że jazda samochodem będzie mu sprawiać tyle frajdy.” Czy w tym przypadku, jak pisze dalej, „osobnicy poślubieni Muzom” nie za daleko w pogrążają się banalności, by udowodnić, że „fluid natchnienia (...) nie wyłącza ich z życiowych zależności”? Ale zgodnie w tytułem każdy artysta ma prawo do błądzenia. Zakończenie wiersza „Mistrz” przynosi przesłanie, że trud tworzenia nie okaże się daremny i że znajdzie się ktoś (Norwidowe: Syn - minie pismo, lecz ty spo-mnisz, wnuku...) i dzieło w czyjeś życie wniesie światło. Tak jak dla Michny objawiło się w kompozycjach Josefa Gabriela Rheinbergera. „Z błądzeń po obrzeżach” odkładam jednak z pewnym niedosytem. Zapominam o tym szybko, gdy wybrzmiewa I Sonata c-moll Rheinbergera, w wykonaniu poety i organisty. A może organisty i poety... CZESŁAW MIROSŁAW SZCZEPANIAK, Małe i duże wiersze, Tarczyn 2016. Odnotowuję ten tomik z dwóch powodów: udział w jego wydaniu miał Alfred Kohn, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Tarczynie, a przed laty Sztumskiego Centrum Kultury, który także wówczas publikował książki (np. Leszka Michalika „Tylko ziemia przetrwa”), a nawet metodą 192 CZ. M. SZCZEPANIAK MAŁE I DUŻE WIERSZE małej poligrafii pismo „Nowiny Kulturalne”. Nie zerwał kontaktów ze Sztumem, czego dowodem wiersze dość regularnie publikowane w „Prowincji”. Poza tym jawnym kumoterstwem, Czesława M. Szczepaniaka (rocznik 1954) czytam od lat, bo to mój rówieśnik. Debiutował książką „Mieliśmy białe ściany” w 1977 roku, dobrze przyjętą przez krytykę. Była to pełna dramatyzmu liryczna kronika-pamiętnik młodego człowieka skazanego na sanatoria i szpitale, cierpienie i kalectwo. Ale w sumie była to lektura krzepiąca. Szczepaniak od tamtej pory wydał, jak czytamy w nocie biograficznej, 154 książki, z czego 143 nakładem własnym. „Małe wiersze i duże” sfinansowała gmina, a poeta otrzymał też tytuł Honorowego Obywatela Miasta Tarczyna. Są widać jeszcze miejsca, gdzie honorują poetów i to za ich życia. W swoich wierszach Szczepaniak nieustannie rozmawia z czytelnikiem: zawsze szczerze, czasem z naiwnością dziecka, patrząc głęboko w oczy, uruchamiając głębsze emocje. Nie obiecuje skutecznej terapii, choć wie, że wielu sięga po wiersze w sytuacjach kryzysu, dręczonych jakimś bólem. Poeta mówi naturalnie, zwyczajnie, bez zbędnego decorum. Krótko piszę, bo Szybko się męczę. I nie nadążam. ANNA MORAWIEC, Szarlotka czyli co się robi, żeby nie robić tego, co się powinno robić, Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2016. Autorka (rocznik 1970) to laureatka Konkursu Literackiego Miasta Gdańska im. Bolesława Faca (edycja 2015), a tomik jest tego pokłosiem. Dodajmy, że w poprzednich edycjach organizowanego od 1991 roku konkursu jego zwycięzcami byli znani także z naszych łamów prozaik Marek Jastrzębiec-Mosakowski, czy poeta Stanisław Modrzewski (obaj pracownicy naukowi Uniwersytetu Gdańskiego), ale także Jacek Dehnel (dwukrotnie), Piotr Gielesz, czy Milena Wieczorek, córka sopockich poetów Teresy Ferenc i Zbigniewa Jankowskiego. Jako okładkę książki Anny Morawiec wykorzystano ilustrację Mariusza Sta-warskiego, która kiedyś ozdabiała numer Recenzje 193 naszej „Prowincji”. Ale nie tylko z tego powodu warto ją zauważyć. Książka nie jest zbiorem przypadkowych wierszy, ale od początku - czyli tytułu - przemyślanym i konsekwentnym projektem. I stara się odpowiedzieć (w różnych rejestrach - ironicznie, żartobliwie, poważnie, etc.) na pytanie-problem, które często, choć wstyd może się przyznawać, i mnie dopada: „co robić, żeby nie robić tego, co powinno się robić”. Od inicjujących: „na przykład...”. I tu pada: buduje się szkołę, zmyśla się ciurkiem, wspomina, rysuje się kopulujące krokodyle, przetrząsa archiwa X, etc. Trochę to z ducha nadrealistów i Henry Michaux, ale to „Szarlotka..” świeża i smakowita. Teresa Tomsia Kobieta w kaplicy Gdyby chodziło o dziewuchy na manifie, to byłoby w jak najlepszym porządku. Ale nawet cień domniemania, że może chodzić o zakorzeniony stereotyp: Kinder, Kuchę, Kirche (dzieci, kuchnia i kościół), to już więcej niż wykroczenie. Oczywiście Teresa Tomsia w żaden sposób nie wpisuje się w ten schemat, choć od początków poezjo-wania towarzyszy jej oddech Boga i zasłuchanie w jego obecność. Jako zwolennik „lektury czynnej”, czyli szukania własnego klucza (może i wytrycha?) do odczytania, chciałbym skupić się na innym, choć powiązanym wątku (raj utracony). Tomsia urodziła się w 1951 roku na Dolnym Śląsku, gdzie znalazła się jej pochodząca z Kresów rodzina po powrocie z syberyjskiej zsyłki. W jej poezji powraca motyw utraty - małej ojczyzny pod Nowogródkiem, zacierania się wspomnień, odchodzenia świadków historii, a zarazem powinności dokumentowania przeszłości, bo to nakaz moralny wystawienia świadectwa czasom Golgoty Wschodu. A jednocześnie pisze Tomsia w wierszu dedykowanym Mamie: Przyjechałaś do domu za parkanem/ w długim bydlęcym wagonie./ (...) Nie dałaś po sobie poznać,/ że nie jesteś stąd -/ te ściany, chora grusza,/ zakopany pod nią pies, piach/ wnoszony na butach z ogrodu - // to wszystko urosło/ razem z tobą/ w dom. Piękny hołd, ale nie tylko w wymiarze rodzinnym, ale złożony wszystkim wygnańcom, którzy ów DOM stwarzali sobie od nowa, przenosząc pod jego dach to, co udało się „z raju utraconego” ocalić... TERESA TOMSIA, Kobieta w kaplicy, Biblioteka Toposu, Sopot 2016. Poznańska poetka może sprowokować samym tytułem: „Kobieta w kaplicy”. 194 Recenzje Andrzej Kasperek DWIE KSIĄŻKI O SZTUTOWIE Nie ma w Polsce wsi, której poświęcono by tyle dzieł. W „Prowincji ” recenzowałem już dwie książki: „Sztutowo/Stutthof - pomiędzy plażą a obozem” („Prowincja” nr 14/2013) oraz „Stutthof/Sztutowo - mała wieś o wielkiej historii” („Prowincja” nr 19/2015). Jak wynika z tych publikacji to wieś niezwyczajna i zasługuje na gruntowne zbadanie. Wielkie podziękowanie za to, że owe dzieła się mogły ukazać należy się doktorowi Marcinowi Owsińskiemu, który jest historykiem w Muzeum Stutthof. To z jego inicjatywy wydano jeszcze: „Naznaczeni. Stutthof- Obozy - Sztutowo w latach 1945-1962. Dzieje gminy, gromady i miejsca pamięci” (2015) i całkiem niedawno tłumaczenie wydanej w Gdańsku w roku 1928 „Geschichte von Stutthof” Johna Muhla pod polskim tytułem: „Dzieje Sztutowa do roku 1920”. Książka Owsińskiego pt. „Naznaczeni...” to dzieło wielkich rozmiarów - 488 stron dużego formatu, drobny druk, mnóstwo ilustracji, kalendarium, przypisy, wykaz źródeł, tabele, indeksy... Dzieło naukowe co się zowie. Ale też książka do czytania, nie żadna nudna kobyła, która męczy po kilku stronach. Autor we wstępie przywołuje Emmanuela Le Roy’a Laduriego, autora książki „Montaillou. Wioska heretyków 1294-1324”. Okazało się, że historia średniowiecznych wieśniaków może stać się bestsellerem. Ta mikrohistoria okazał się odkryciem, historyczny opis niewielkich przestrzeni terytorialnych i czasowych, silne „zainteresowanie problemami życia codziennego, świadomości, przekonań, obyczajów członków społeczności lokalnych” okazały się bardzo ciekawe. Dotychczas te zagadnienia były najczęściej .Marcin Owsiński John Adolf Muhl NAZNACZENI DZIEJE SZTUTOWA DO ROKU 1920 STUTTHOF - OBOZY - SZTUTOWO W LATACH 1945-1962 Dzieje gminy, gromady i miejsca pamięci- Stutthof Recenzje 195 pomijane przez tradycyjną historiografię, którą interesowały tylko wielkie procesy historyczne i wybitne jednostki. Autor bardzo słusznie poszedł tropem francuskiego historyka i wykorzystał technikę „zadawania wielkich pytań w małych miejscach”. Poznajemy sylwetki ludzi - esesmanów z KZ Stutthof, powojennych osadników, pracowników PGR-u, byłego więźnia obozowego, żołnierzy i oficerów WOP-u. Marcin Owsiński wykonał ogromną pracę - przekopał się przez tysiące źródeł z kilku archiwów, przeczytał setki artykułów, wspomnień, dziesiątki książek - bibliografia liczy 11 stron! Wzorowa praca historyka, wymagająca wielu kwerend, wertowania katalogów, szukania źródeł. Ale najważniejszy jest efekt - warto się było trudzić. Mimo że w tytule historia wsi ma być omawiana począwszy od 1945 r., to autor zdecydował się dać w I rozdziale krótki rys historyczny „od Czerwonego Dworu na Mierzei do wejścia Armii Czerwonej...”. Zabieg to całkowicie uzasadniony, nie wszyscy musieli czytać jego wcześniejsze dziełko, w którym opisał „małą wieś o wielkiej historii”. Na prawie stu stronach mamy podane najważniejsze fakty o powstaniu i rozwoju nadbałtyckiej wsi. Więcej niż połowę rozdziału poświęcono obozowi koncentracyjnemu, który „jak nowotwór w 1939 roku zaszczepił się w lokalnej tkance, rozrastał się przestrzennie i ludnościowo”. Ta, bardzo trafna metafora pojawi się w książce jeszcze raz. W sposób bardzo plastyczny informuje nas, że od tego momentu dzieje wsi zostały „naznaczone”. Od tej pory już wszystko będzie inne a idylliczna wioska (tak ją opisuje w swych wspomnieniach Johanna Schopenhauer na początku XVIII wieku) zamieni się w piekło dla dziesiątków tysięcy ludzi. Stąd tytuł książki i nazwy w nim wymienione: dawna niemiecka, która od tej pory stanie się tylko źle kojarzoną nazwą kacetu, powojenne Obozy, które aż nazbyt przypominały wojenny los tego miejsca i późniejsze Sztutowo, które jest w polszczyźnie oswojone i używane od XIX w. (vide: „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, tom XII, s. 55). Istotne są także daty podane w tytule. Pierwszej nie ma powodu wyjaśniać, ale co oznacza 1962 rok? Autor wyjaśnia to na końcu książki: „Rok 1962 pod względem politycznym nie stanowi cezury w dziejach gminy, jest jednak ważnym wydarzeniem w jej historii z racji powstania Muzeum Stutthof”. Można by uznać, że dr Owsiński przesadza, że jako pracownik rzeczonego muzeum wybrał tę datę w sposób woluntarystyczny. Jednak po zastanowieniu nie sposób odmówić mu racji - chcemy tego czy nie chcemy - muzeum jest od tej pory najważniejszym punktem odniesienia dla mieszkańców wsi. Marcin Owsiński bardzo solidnie zbadał te kilkanaście lat. Dotarł do źródeł rozproszonych w archiwach Gdańska, Malborka, Warszawy a nawet Szczecina. Do raportów wójta, starosty, komendanta MO, dowódcy WOP. Opisał poczynania Armii Czerwonej na Żuławach, wysiedlenia Niemców, problemy osadników. Starosta raportował, że spośród skierowanych na wieś osiedleńców „pozostało około 25%. Większość porzuciła piękne gospodarstwa i uciekła”. Zbadana została sytuacja demograficzna i społeczna w regionie. W ten sposób praca dra Owsiń-skiego staje się książką nie tylko o dziejach konkretnej wsi, ale całych Żuław. I to jest ciekawe w mikrohistorii, że jak w soczewce skupia ważne sprawy, można mówić o małej wspólnocie a jednocześnie opisywać region, epokę, pokazywać i tłumaczyć procesy historyczne. Książka okazuje się historią 196 Recenzje polskiego powojnia - panoszenie się Sowietów, szabrownictwo, tworzenie nowej administracji na Ziemiach Odzyskanych, procesy zbrodniarzy wojennych, a także kłopoty z polskimi nazwami dla tych ziem, konflikty wynikające ze współistnienia (czasowego) dawnych i nowych mieszkańców, kolektywizacja. Bardzo ciekawie jest także opisana historia obozu po wyzwoleniu - od tuż powojennych prób utworzenia w nim muzeum martyrologii, poprzez późniejszą „szybką i bezplanową degradację substancji po-obozowej Niewiele brakowało a wszelkie ślady zniknęłyby bezpowrotnie - szabro-wano, co się dało: deski, armaturę, cegły. A las szybko odzyskiwał to, co mu odebrano. Sytuacja zmieniła się, kiedy w budynkach komendantury umieszczono Wojska Ochrony Pogranicza a po ich przeniesieniu Ośrodek Wczasów MSW [sic!]. Ci, którzy przybywali, żeby uczcić pomordowanych natrafiali tam na „huczny podwieczorek taneczny” i roznegliżowanych wczasowiczów opalających się przed budynkami, kilkaset metrów od krematorium. Dopiero powołanie Muzeum Stutthof zmieniło to, ośrodek przeniesiono. W tym roku muzeum obchodzi 55-lecie swego istnienia. I trzeba się zgodzić z autorem, że jego działalność jest nie do przecenienia - nie tylko jako miejsca pamięci, ale także jako współtwórcy kultury regionu, ważnej instytucji edukacyjnej i coraz prężniej działającego wydawnictwa. Jest instytucją ważną nie tylko dla Sztutowa, ale i dla całych Żuław. Kiedy się zastanawiałem nad jednym słowem, które mogłoby lakonicznie określić pracę dra Marcina Owsińskiego to przyszło mi do głowy: „solidność”. Autor, który jest też muzealnikiem, edukatorem, działaczem społecznym oraz wykładowcą jest solidny i jego książka także. „Słownik języka polskiego PWN” podaje takie 4 definicje tego wyrazu: 1. «taki, na którym można po-legać» [patrz wyżej], 2. «o przedmiocie: mocny i trwały» [to o edycji], 3. «o czyjejś wiedzy lub wykształceniu: gruntowny» [opisałem to dokładnie], 4. «mający znaczne rozmiary» [jw]. Wszystko się zgadza. Swą recenzjępoprzedniej książki Owsińskiego zakończyłem zdaniem, że marzy mi się dzieło będące kompletną historią wsi, zaopatrzone w przypisy i dokładne lokowanie źródeł. Omawiana książka wespół z „Dziejami Sztutowa do roku 1929” Johna Adolfa Muhla to jakby spełnienie tego postulatu. Otrzymaliśmy świetną edycję naukową, przy niej oryginalne wydanie niemieckie, broszurka z 1928 r., wygląda bardzo skromnie. „Dzieje...” to wzorowo opracowana edycja naukowa - książkę przełożył i opracował naukowo dr hab. Radosław Biskup z UMK w Toruniu. Muhl to gdańszczanin, który łączył pracę sędziego, nadprokuratora i szefa policji w Wolnym Mieście Gdańsk z pasją historyka. Ze szczególnym upodobaniem zajmował się historią Gdańska i okolic. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt prac historycznych, krajoznawczych i genealogicznych. Obecna edycja poza solidnym opracowaniem naukowym (kilkaset przypisów, tabele, indeksy, bibliografia wykaz nazw miar, wag objętości i jednostek monetarnych) zawiera także wiele ilustracji (w oryginale są tylko dwie) i map. Podziw budzi przekład - to było prawdziwe wyzwanie. Autor cytuje bardzo często archiwalia -poczynając od XV wieku. Znajomość staroniemieckiego była konieczna, na szczęście tłumacz - dr hab. Biskup specjalizuje się w historii średniowiecza. Jednak znalezienie polskich nazw sieci (sznury haczykowe, Recenzje 197 ceza, siatki skrzelowe, niewody dobrzeżne, drygawice, sieci boleniowe i waty węgorzowe - to tylko drobna próbka), polskich nazw miejscowości, które zniknęły z mapy (to wcale sprawa nie bagatelna, dziś mówimy kościół w Stegnie a kiedyś mieścił się on w Kobbelgrube - miejscowości pomiędzy Steegen a Stutthof) oraz specjalistycznych terminów rolniczych i prawnych etc. to rzecz arcytrudna. Chylę głowę przed tłumaczem, jego starannością (w wielu miejscach podaje oryginał niemiecki), pracowitością i dociekliwością. Otrzymaliśmy książkę momentami nudną, kiedy autor wymienia imiona i nazwiska chłopów, rządców, sołtysów, nauczycieli. Pilnie przepisuje je z dawnych akt. Podobnie czyni, wymieniając dochody, jakie Zakonowi przynosiła Mierzeja albo opłaty za dzierżawę dworu sztutowskie-go. Inna sprawa, że to, co dla mnie nudne, zawodowego historyka może zaciekawić. Albo można w tej gmatwaninie nazwisk (uwaga - jest indeks!, brawo!) wyłowić takie perełki, jak informacja, że uzbrojeni werbownicy elektora brandenburskiego porywali młodych chłopców z okolic Stegny i Sztutowa. W roku 1739 uprowadzili sołtysa Gerta Figutha. Rodzinie udało się go wykupić dopiero po długich staraniach za niemałą sumę 1500 florenów. Okazuje się, że to przodek prof. Rolfa Fiegutha, którego żuławskie impresje drukowaliśmy w poprzedniej „Prowincji”. Jeśli komu starczy cierpliwości i nie zniechęca go te wyliczenia i drobiazgowość autora to oka-że się, że książka przynosi szereg rewelacyjnych wiadomości nie tylko o Sztutowie, ale o samych Żuławach - o gospodarce rolnej, uprawach, karczmach, dzierżawcach Czerwonego Dworu, rybołówstwie i połowie jesiotra, młynach... Weżmy rozdział o szarwarkach. Dowiadujemy się z niego ile mieszkańcy wsi musieli dostarczyć do dworu drewna, ryb, orzechów laskowych, żołędzi, jagód jałowca a nawet rydzów czy truskawek. Wymienione są rozliczne zobowiązania i prace, które włościanie zmuszeni byli wykonywać, łącznie z wybieraniem z gniazd młodych szpaków [sic!]. Dla mnie najciekawsze są informacje o tym, że prawie całe Żuławy były porośnięte gęstym borem. Dziś, kiedy lasy rosną tylko na Mierzei Wiślanej trudno w to uwierzyć, ale ilustracje z mapy Fryderyka Berndta z 1600 r. potwierdzają to. Ta wspaniała mapa jest przechowywana Archiwum Państwowym w Gdańsku. Oby spełnił się plan wydania jej w osobnej, koniecznie barwnej edycji. To prawdziwe cymelium. Dla miłośników Pomorza rzecz bezcenna. Pisałem już o tym dziele kartograficznym w swym opowiadaniu „Sianokosy u Schopenhauerów” drukowanym w „Prowincji” (2010/1). Przy pracy nad tekstem korzystałem wtedy z maszynopisu polskiego przekładu dziełka Muhla, które znajduje się w bibliotece w Sztutowie. Oczywiście nie dorównuje on obecnemu. Otrzymaliśmy dwie nader ciekawe książki o pomorskiej wsi. Ale jak już pisałem są to także książki o regionie. Kompetentne, ciekawe, bardzo wzbogacające naszą wiedzę. Chciałbym swą recenzję zakończyć znowu pewnym życzeniem. To z poprzedniej recenzji się spełniło. Wspaniale byłoby, gdyby panowie Owsiński i Biskup połączyli swe siły i zabrali się za napisanie książki o dziejach Żuław. Bardzo brakuje takiego dzieła. Taka spółka historyków poradziłaby sobie świetnie z tym wyzwaniem. Od czasów „Dziejów Pomorza Nadwiślańskiego od VII wieku do 1945 roku” [Gdańsk 1978] nikt nie pokusił się o opisanie tego miejsca. Żuławy zasługują na tom poświęcony swej jakże ciekawej historii. Panowie - czekamy! I Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Wielorzecze” 1. Organizatorem konkursu jest Stowarzyszenie „Alternatywni” z siedzibą w Elblągu. 2. W konkursie mogą wziąć udział autorzy, którzy ukończyli 15 lat niezależnie od przynależności do związków i stowarzyszeń twórczych. 3. Nadesłane wiersze nie mogą być wcześniej publikowane w wydawnictwach zwartych oraz nagradzane i wyróżniane w innych konkursach i turniejach. 4. Warunkiem uczestnictwa jest nadesłanie zestawu trzech wierszy w języku polskim w trzech egzemplarzach każdy opatrzonych godłem (pseudonimem). W załączonej kopercie opatrzonej tym samym godłem należy umieścić: imię i nazwisko, adres, adres e mail, numer telefonu oraz podpisane oświadczenie: „Oświadczam, że jestem autorką/autorem wierszy nadesłanych na konkurs. Wiersze nie były wcześniej publikowane w wydawnictwach zwartych i nagradzane na innych konkursach”. UWAGA! W przypadku osób niepełnoletnich - oświadczenie musi być podpisane przez opiekuna prawnego. 5. Cykl wierszy musi być inspirowany myślą Josepha Conrada „Człowiek jest zdumiewający, ale arcydziełem nie jest.” 6. Zestawy należy przesłać w formie wydruku komputerowego na adres Organizatora z dopiskiem na kopercie „Konkurs poetycki” oraz obowiązkowym oznaczeniem kategorii (I; II lub IR; IIR) do 31 maja 2017 (decyduje data wpływu) na adres: Stowarzyszenie „Alternatywni”, skr. poczt. 252, Plac Słowiański 1/3, 82-300 Elbląg. 7. Wiersze będą oceniane w następujących kategoriach: I - młodzież, czyli osoby w wieku 15-19 lat, II - osoby dorosłe, R - poeci regionu, czyli twórcy mieszkający na terenie Warmii, Żuław, Powiśla (ta kategoria jest elementem dodatkowym, uściślającym dwie pozostałe) 8. Teksty oceniać będzie profesjonalne jury, które przyzna nagrody finansowe oraz rzeczowe, a także nagrodę specjalną dla twórcy regionu. Pula nagród wynosi - 5900 zł. 9. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w trakcie V Festiwalu Literatury „Wielorzecze”, który odbędzie się w Elblągu w dniach 22-23 września 2017. Odbiór nagród możliwy jest wyłącznie podczas Festiwalu. Organizatorzy nie przesyłają nagród pocztą. Nagroda nieodebrana zostanie przekazana na konto innych projektów kulturalnych, organizowanych przez Stowarzyszenie „Alternatywni w Elblągu. 10. Regulamin konkursu dostępny jest na Fanpage Stowarzyszenia Alternatywni na Fa-cebooku https://www.facebook.com/alternatywni/ w zakładce „Notatki”, na Fanpage Festiwalu Literatury Wielorzecze https://www.facebook.com/FestiwalLiteratury Wielorzecze/ w zakładce „Notatki” oraz pod adresem https://docs.google.com/ document/d/lh2g286j5XK3hpA6hLLElyelOHzo-A2Mql_CrahDjtiY/pub Nasze smaki Andrzej Kasperek ROGALIKI „PROWINCJONALNE” PANI INKI Sztumskie spotkania z nowymi numerami „Prowincji” mają swój niepowtarzalny urok. Rojno na nich, czasem wręcz tłoczno. Goście przybywają, przynoszą paczki lub blachy z ciastami, butelki wina, słodycze... Panuje atmosfera niewymuszonego spotkania bliskich kolegów, wręcz przyjacielska. Takie rzeczy na prowincji się jeszcze zdarzają. I utwierdzają redaktorów (z nadredaktorem Sarnowskim na czele), że warto się starać. Od lat przebojem na tych spotkaniach są rogaliki pani Inki. Nie to, żebym coś miał przeciwko piernikom, sernikom, murzynkom czy innym karpatkom. Nie w tym rzecz. Te drobne wypieki, drożdżowe ciasteczka z jabłkiem są po prostu przepyszne! Nie jestem łasuchem, ale kucharzę od kilkudziesięciu lat i znam się na gotowaniu i (odrobinę) na wypiekach. Po latach eksperymentów wiem, że najbliższy jest mi ideał kuchni włoskiej - rzeczy proste przygotowane z najlepszych składników. I taki jest arcy-rogalik pani Inki. Kruchy, niewielki (na dwa-trzy mlaśnięcia), doskonale zbalansowany jeśli idzie o słodkość i kwaskowość, z odrobiną lukru (nie jak te kupne paskudztwa unu-rzane w miękkim lukrze), z odrobiną jabłka, które nie zamieniło się w przecier, ale zachowało swą teksturę. Ciastko, które niczego nie udaje, nie pyszni się, nie jest posypane srebrnymi cukrowymi koralikami - jest po prostu sobą. Ot co! Niby to proste, niby przepis, który podała nam łaskawie pani Inka, nie przeraża trudnością, ale to tylko pozory. Bo nawet jeśli spełnicie najważniejszy warunek - będziecie je przygotowywać bez pośpiechu - to nie ręczę, że efekt was zadowoli. Te, upieczone z miłością dla przyjaciół „Prowincji” przez emerytowaną sztumską nauczycielkę, zawsze będą lepsze, niezrównane - pozostaną wzorem rogalika. Ale kto chce, niech się zmierzy z ideałem - nikogo nie chcę zniechęcać - ja tylko ostrzegam lojalnie. Zanim przystąpicie do pieczenia pamiętajcie, że „w świecie komponentów nie ma ekwiwalentów” - jak pisał Wieniedikt Jerofiejew w słynnej powieści „Moskwa-Pietuszki” w odniesieniu do koktajlu Łza Komsomołki. Ta prawda dotyczy także kuchni - używajcie masła, dobrej śmietany, renet lub antonówek. A wtedy może smak waszych wypieków zbliży się do sztumskich ciasteczek a może pozostaną one niczym fantom, a my będziemy wciąż śnili o ich spróbowaniu. Dla śmiałków podajemy przepis: Produkty 500 g mąki typu „Basia” 200-250 g masła 150-200 ml gęstej, kwaśnej śmietany (najlepiej wiejskiej) 1 jajko 200 Rogaliki „prowincjonalne” pani Inki 50 gr drożdży (pól kostki) odrobina soli kilka kwaskowatych jabłek (antonówki, renety) Sposób wykonania Drożdże rozetrzeć w śmietanie, dodając odrobinę mąki i cukru i postawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. W międzyczasie tłuszcz rozetrzeć w mące, dodać soli. Gdy drożdże zaczną pracować, rozbełtać w nich jajko, po czym wlać do mąki i wyrobić ciasto. Ciasto powinno być dość luźne, ale także takie by dało się rozwałkować. Ciasto podzielić na 3 lub 4 części. Każdą część rozwałkować w formie koła i podzielić na 6 lub 8 trójkątów krzywoliniowych. Na każdy trójkąt położyć cząstkę jabłka i zawijać od podstawy do wierzchołka. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdy rogalik posmarować pędzelkiem żółtkiem rozcieńczonym dwiema łyżkami mleka. Bez zwłoki piec w temperaturze 200 stopni, przy termoobiegu 180 stopni przez 20 minut. Po ostygnięciu posmarować lukrem, sporządzonym z cukru pudru i soku z cytryny. Uwaga: Rogale udają się najlepiej, gdy się nie spieszymy i nie denerwujemy. Pani Inko, dziękuję za te wspaniałe doznania smakowe, których pani nam nie szczędzi! Pani Inka Murawska, w środku, wśród zadowolonych zjadaczy rogalików prowincjonalnych, fot. archiwum Prowincji Noty o autorach ■■■■■■■■■■■■■■■■■■■■i Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK wToruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Krzysztof Bochus - ur. 1955 r. w Kwidzynie, absolwent wydziału dziennikarstwa i nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz, publicysta, wykładowca akademicki, autor wielu publikacji prasowych i współautor kilku wydawnictw książkowych o charakterze historycznym, wykładowca na wyższej uczelni dziennikarskiej. Był redaktorem naczelnym miesięcznika Sukces. Czarny manuskrypt jest jego debiutem beletrystycznym. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów - Słownik Warmii, pracy o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej' i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie, Dziennika Bałtyckiego, Gazety Malborskiej. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku. Grzegorz Gola - prezes Stowarzyszenia Lokalnej Grupy Działania Żuławy i Mierzeja w Nowym Dworze Gdańskim. Współredaktor Rocznika Żuławskiego wydawanego przy Stowarzyszeniu Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego - Klub Nowodworski, autor publikacji o Żuławach: Dwory żuławskie - W poszukiwaniu zaginionej tradycji budownictwa (2009), Tuga - królowa rzek żuławskich (2009). Lech M.Jakóh - ur. 1953 r. w Białogardzie; poeta, prozaik, autor powieści dla dzieci i młodzieży, aforysta, felietonista, recenzent, założyciel i redaktor naczelny pomorskiego magazynu literacko-artystycznego Latarnia Morska (www.latarnia-morska.eu). Laureat wielu nagród artystycznych. Mieszka w Kołobrzegu. Agata Janik - ur. w 1977 r. w Elblągu. Ukończyła studia na kierunku resocjalizacja. Od blisko 20 lat związana z elbląskimi mediami: Dziennik Bałtycki, Głos Elbląga, Gazeta Elbląska. Od 12 lat dziennikarka Elbląskiej Gazety Internetowej portEl. Tomasz Jagielski - absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim i studiów podyplomowych z politologii na UG. Jest nauczycielem w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Interesuje się przeszłością ziemi pomorskiej Kociewia i Żuław. Napisał kilka publikacji o charakterze regionalnym: Ostrowite i Suchy Dąb - Historia wsi żuławskich (2006), Steblewo historia wsi żuławskiej (2008), Wróblewo - 700 lat wsi żuławskiej (2012). Publikuje też w prasie lokalnej - Pomerania, Dziennik Bałtycki, Teki Kociewskie i Neony - Tożsamość. Jest prezesem Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie. Współpracuje z Radiem Fabryka w Tczewie. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka sztumskiego LO i Uniwersytetu Gdańskiego. Nauczycielka i bibliotekarka związana zawodowo z Postolinem i Ustką, gdzie mieszka. Obecnie na emeryturze. Zadebiutowała w 2012 r. krótkimi formami prozatorskimi na łamach Prowincji. Potem doganiała marzenia powieściami obyczajowymi: Zobaczyć iskry, Zatrzymać iskry, W cieniu iskier. Akcję trzyczęściowego cyklu umieściła w swoim rodzinnym mieście i w Gelsenkirchen. 202 Noty o autorach Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom „Biblioteki Prowincji” ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Arkadiusz Kosiński - ur. w 1989 r., reporter kwidzyńskiego oddziału Dziennika Bałtyckiego. Wprawdzie pracuje w „papierze”, ale jak ryba w wodzie czuje się w internecie, dlatego największą frajdę sprawia mu współtworzenie portalu: kwidzyn.naszemiasto.pl. Miłośnik muzyki wszelakiej, pióra Ghucka Palahniuka, Huntera S. Thompsona i Jo Nesbo. Leszek Kunda - ur. w 1964 r. w Grudziądzu, absolwent London College of Printing and Distributive Trades przy London Institute (dziś: University of the Arts, Londyn), Wydziału Prawa i Finansów Uniwersytetu Bournemouth (Wlk. Brytania), Politechniki Warszawskiej (eBiznes). Wiatach 1987-1990 współpracownik magazynu muzycznego Non Stop. Katarzyna Kuroczka - doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, poetka, stypendystka ministra kultury oraz redaktorka miesięcznika społeczno-kulturalnego Śląsk. Publikowała w takich periodykach, jak: CzasyPismo, Euphorion, Górnik Polski, Guliwer, Konspekt, Latarnia Morska, Metafora, Migotania, Orbis Linguarum, Szafa, Szkice Archiwalno-Historycz-ne, Zalew Kultury, Zwrot. Adam Langowski - ur. w 1981 r. w Sztumie, absolwent LO w Sztumie, ukończył historię na UMK w Toruniu. Pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu. Mieszka w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Dominika Lewicka-Klucznik - polonistka, nauczycielka w Liceum Plastycznym w Gro-nowie Górnym. Recenzentka i instruktorka teatralna. Aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. Wydała tomiki poezji Samopas i Limit na cuda. Mieszka w Elblągu. Krzysztof Łaszuk - poeta, nauczyciel, katecheta, członek Instytutu Świeckiego Chrystusa Króla, działacz opozycji antykomunistycznej, nagrodzony Krzyżem Solidarności. Autor książki Kwitnący bukszpan. Mieszka w Malborku. Kamila Łyłka-Kosińska - ur. w 1987 r. Wydała z przyjacielem pierwszy numer anty poetyckiego zina, łył/blady zine. Zaczynała od prozy, skończyła na poezji, po drodze miała incydenty z pisaniem bajek. Do tej pory publikowała w Blizie, Tyglu, Prowincji i Bajkach Sercem Pisanych. Na swoim koncie ma kilka wygranych konkursów poetyckich. W tym roku wydała debiutancki tomik poezji Prom 17. Wiceprezes Stowarzyszenia Alternatywni w Elblągu, którego jest wiceprezesem. Karolina Manikowska - ur. w Malborku. Absolwentka PWSZ w Elblągu (język polski - licencjat) oraz UG (magister historii sztuki). Jest członkiem Stowarzyszenia Inicjatywa Aktywny Malbork oraz miłośniczką Żuław, które zwiedza na rowerze i utrwala na zdjęciach. Pracuje w elbląskiej delegaturze Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie. Mieszka w Malborku. Noty o autorach 203 Janusz Moździerz - absolwent ART w Olsztynie. Byl nauczycielem w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Malborku. Debiutował jako laureat ogólnopolskiego konkursu na prozę współczesną opowiadaniem Gdziekolwiek jesteś w Almanachu Wyd. „Iskry” na początku lat osiemdziesiątych. Publikował prozę i poezję w Tygodniku kulturalnym. Elbląskie Towarzystwo Kulturalne wydało mu arkusz poetycki pt. Szare Tatuaże. Wydał trzy zbiory opowiadań: Krzyk kani (1999), Konik polny (2006) i Dzikie trawy (2007). W 2016 roku wydał książkę Klątwa Bursztynowej Komnaty. Mieszka w Malborku. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Anna Nawrocka - ur. w Zawidowie. Wiersze i prozę publikuje w Internecie na forach poetyckich. Związana z Salonem Literackim oraz Grupą Literacką Nurt w Lubaniu. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Anna Peplińska - z wykształcenia pielęgniarka, w zawodzie przepracowała 35 lat. Dzieciństwo i młodość spędziła w Lisewie koło Tczewa. Mieszka i tworzy w Elblągu. W 2010 roku zadebiutowała powieścią „Karczowiska”. Pisze także poezję. Za tomik wierszy Żuławska baba została wyróżniona w 2011 roku w Konkursie Literackim - Elbląski Rękopis Roku. Anna Piliszewska - ur. w Krakowie. Pisarka, poetka, kulturoznawca. Absolwentka WSFP (Akademii Ignatianum) w Krakowie. Interesuje się filozofią, literaturą, historią starożytną, malarstwem oraz muzyką klasyczną. Ceni poezję Bolesława Leśmiana. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Piotr Podlewski - absolwent historii UMK w Toruniu. Nauczyciel historii. Publikował teksty historyczne w Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Dorota Ryst - absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka sześciu książek poetyckich. Publikowała w zbiorach pokonkursowych, prasie literackiej (m.in. Topos, Bliza, Akant, Metamorfoza, Łabuź, Gazeta Kulturalnaj. Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów literackich. Współzałożycielka Grupy Twórczej OKNO, wiceprezesem Stowarzyszenia Salon Literacki i redaktorem naczelnym Internetowej Gazety Kulturalnej Salon Literacki. Mieszka w Warszawie. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pól. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkow-skiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 - 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Dobromiła Rzyska-Laube - ur. w 1975 r. w Gdańsku. Absolwentka historii na UG (2001 r.) oraz Wydziału Sztuk Pięknych UMK (2002 r.). Interesuje się historią i zabytkami regionu Pomorza oraz wpływem przemian społeczno-gospodarczo-politycznych na przejawy kultury, obyczajowości oraz sztuką, designem i architekturą, tudzież zagadnieniami związanymi z ziemiaństwem, jego aktywnością kulturalną oraz losami ziemian i ich zbiorów podczas 204 Noty o autorach drugiej wojny światowej oraz w okresie powojennym. Sekretarz zarządu Stowarzyszenia Historyków Sztuki w Gdańsku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marian Szarmach - ur. 1939 r. w Łasinie. Absolwent LO w Kwidzynie i filologii klasycznej w UMK w Toruniu w 1963 roku. Po kilku latach pracy w Liceum Ogólnokształcącym w Sztumie został asystentem w Katedrze Filologii Klasycznej UMK w 1967 roku, gdzie doktoryzował się z tragedii greckiej w 1971 r., a habilitował w roku 1978 na podstawie monografii o Dionie z Prusy. W 1990 roku uzyskał tytuł profesora nauk humanistycznych. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Sztumie. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Piotr Wyszomirski - krytyk i prosument kultury. Scenarzysta i reżyser filmów krótkome-trażowych, spektakli teatralnych i widowisk muzycznych. Redaktor naczelny Gazety Świętojańskiej online. Jeden z pomysłodawców i autorów koncepcji programowej Kongresu Kultury Pomorskiej. Aktywista Fundacji Pomysłodalnia, redaktor wortalu Pomorze Kultury.