MS 16 PROWINCJA KWARTALNA SPOŁECZNO KULTURALNI- DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 4 (26) • 2016 Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2016 roku’ wato i limu hiuoteka puhkw im. Josepha Conrada Korzeniowskiego OZIAL REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ni. Targ Rakowy 5/6 & 58 301-48 4 1 27 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 4 (26) 2016 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: Anna Albrecht Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(a>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, E^zierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja^)onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta szósta „Prowincja”................................................5 Poezja Wojciech Boros............................................................6 Jerzy Fryckowski..........................................................8 Jolanta Steppun..........................................................11 Proza Tomasz Stężała - 125 sekund..............................................14 Zuzanna Gajewska - Mama. Corning out. Miłość jest brzydka................19 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.........................................20 Katarzyna Kuroczka - Historia pewnej podróży, czyli Galicja Beksińskiego i chłopaków z Sanoka........................25 Andrzej Kasperek - „Żuławy w literaturze polskiej” -prolegomena do książki, która powinna powstać..........................28 Rozmowa Prowincji Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza - Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2...............33 Kultura się liczy Piotr Wyszomirski - Kongres Kultury Pomorskiej...........................47 Marta Wiloch - W kulturalnym barze szybkiej obsługi......................52 Leszek Sarnowski - Biznes - kulturze.....................................55 Wędrówki po prowincji Karolina Ciechorska-Kulesza - Województwo elbląskie i kłopoty z tożsamością.. 58 Rolf Fieguth - Impresje żuławskie. Notatki z podróży potomków Agaty i Petera Wiebe........................64 Aleksandra Paprot - Spotkanie z potomkami mennonitów z Żuław i Powiśla Wizyta rodziny Wiebe w Stogach.........................................70 Andrzej Kasperek - Nowa szansa dla żuławskich zabytków...................75 Andrzej Kasperek - Żuławski Park Historyczny - to już pięć lat...........82 Małgorzata Łukianow-Tukało - Doświadczanie lokalnej historii -relacja z warsztatów...................................................88 Na tropach historii Bogumił Wiśniewski - Odkryte freski w katedrze kwidzyńskiej..............93 Janusz Namenanik - Dzierzgoński dom kata.................................96 Andrzej Lubiński - Postolin na łamach polskiej prasy - w latach 1919-1939.102 Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny - Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie... 109 Wiesław Olszewski - Ruiny śluzy w Marzęcinie - Żuławska zagadka.......120 Zamek w Sztumie - w poszukiwaniu nowej funkcji Najnowsza historia zagospodarowania zamku w Szumie......................125 Leszek Tabor - Zielone światło dla zamku..................................128 Arkadiusz Dzikowski - Na zamku czas płynie wolno..........................132 Leszek Sarnowski - Zamek zmarnowanych szans i nowych nadziei..............137 Biografie. Wspomnienia Agata Janik - „Cichociemnego” historia bez happy endu.....................142 Teodor Sejka - Zapach wędzonego dorsza na placu Stalina. Sztumskie wspominki z domieszką liryki..............................147 Muzyka-Teatr Wacław Bielecki - Szalone Dni Muzyki i Warszawska Jesień..............154 Jan Chłosta - Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią............162 Leszek Sarnowski - „Żeby nie trzeba było kraść i krzywdzić się nawzajem...” z Leszkiem Możdżerem rozmawia Leszek Sarnowski......................171 Galeria Prowincji Leszek Sarnowski - U nas w domu malowanie było od zawsze -Rozmowa z Anną Albrecht.............................................175 Recenzje Janusz Ryszkowski - Mój regał podręczny...................................177 Anna Dominiak - Tęcza malowana ołówkiem...................................183 Leszek Sarnowski - Lustracja w Skarszewach................................186 Andrzej Lubiński - Po obu stronach dolnej Wisły...........................188 Jan Chłosta - Profesora Borzyszkowskiego kronika pracowitego życia........190 Leszek Sarnowski - Ślady zbrodniczego systemu.............................193 Tomasz Jagielski - Biografia księdza - żołnierza......................195 Leszek Sarnowski - Elbląskie sentymenty?..................................196 Krystian Zdziennicki - Archeologiczne wędrówki po Pomorzu.................199 Swojskie klimaty........................................................... 201 Czytając Prowincję......................................................... 202 Noty o autorach 203 DWUDZIESTA SZÓSTA „PROWINCJA” Idzie zima. Idą Święta. To dobra okazja do ciepłych spotkań, wspominek, no i ciekawej lektury, na przykład Prowincji. Przygotowaliśmy dla Państwa kolejną dawkę poezji (Wojciech Boros, Jerzy Fryckowski, Jolanta Steppun) i prozy (Zuzanna Gajewska, Tomasz Stężała). Eseistycznie, jak zwykle profesor Andrzej C. Leszczyński, tym razem o głupocie według Sandora Maraia, Thomasa Bernharda, spotkaniach z filmem w Bibliotece pod Żółwiem, retrotopii i muzeum komunizmu. A poza tym nasz wytrawny badacz i opowiadacz Andrzej Kasperek o Żuławach w literaturze, no i gościnnie Katarzyna Kuroczka, literaturoznawca ze Śląska, opowie o słynnych „chłopakach” z Sanoka, jak choćby Beksińskich. Kilka głosów o kulturze. Piotr Wyszomirski o Kongresie Kultury Pomorskiej i debatach wprowadzających. Marta Wiloch o refleksjach po elbląskim Forum Kulturoznawczym i Leszek Sarnowski o nowym pomyśle łączenia biznesu z kulturą. W tym kontekście szczególnie gorąco polecamy drugą część wywiadu (warto było czekać) z Krzysztofem Czyżewskim, założycielem Ośrodka Pogranicza-sztuk, kultur i narodów w Sejnach, o małym, wielkim świecie i przekraczaniu granic. Karolina Ciechorska-Kulesza wspomina województwo elbląskie w kontekście tożsamości i zmieniających się granic, a Rolf Fieguth dzieli się wzruszającymi impresjami żuławskimi, z men-nonitami w tle. Andrzej Kasperek opowie o pasjonatach z Żuławskiego Parku Historycznego i o ważnych pieniądzach na ratowanie żuławskich zabytków w Nowym Stawie, Nowym Dworze Gdańskim i Cedrach Wielkich, a Małgosia Tukało (dawniej Łukianow) opowie o doświadczaniu historii w Kwidzynie. Jak zwykle sporo historii regionalnej. Bogumił Wiśniewski odkrywa freski w kwidzyńskiej katedrze, Janusz Namenanik dom kata w Dzierzgoniu, a Wiesław Olszewski ruiny śluzy w Marzę-cinie. Andrzej Lubiński kontynuuje opowieść o Postolinie, a proboszcz parafii greckokatolickiej w Cyganku ks. Paweł Potoczny, we współpracy z młodym historykiem Łukaszem Kępskim prezentują parafię w Cyganku. W związku z pomysłem przejęcia przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zamku w Sztumie wracamy do debaty na temat dotychczasowych działań i nowych funkcji krzyżackiej warowni, piórem Arkadiusza Dzikowskiego, Leszka Tabora i Leszka Sarnowskiego. W części wspomnieniowej Agata Janik opisuje dramatyczne losy Stefana Skrzyszowskiego, jednego z ostatnich „cichociemnych”, którego szczątki odnaleziono po latach w anonimowym grobie na tzw. „Łączce”. Teodor Sejka wspomina swoje sztumskie czasy licealne, z zapachem wędzonego dorsza i Stalina w tle. Sporo tym razem o muzyce. Wacław Bielecki o swoich muzycznych wojażach, Jan Chłosta o Feliksie Nowowiejskim, a Leszek Sarnowski o oryginalnych działaniach artystycznych Leszka Możdżera w pomorskich więzieniach. W naszej Galerii Prowincji tym razem artystka z Malborka Anna Albrecht, która nie tak dawno odkryła w sobie plastyczne pasje. Poza tym duża dawka recenzji, z zaproszeniem do czytania. Wraz z tym numerem kwartalnika trafia do Państwa czwarty już tom Biblioteki Kwartalnika Prowincja. To książka Jerzego Kosacza - Epizod nazywany życiem, która jest jednocześnie hołdem złożonym naszemu Przyjacielowi, który zmarł w ubiegłym roku. Życzymy miłej lektury w zimowe popołudnia i wieczory, a w Nowym Roku spełnienia marzeń, realizacji ambitnych planów, kulturalnych zachwytów, dobrych ludzi, pasji, ochoty do życia i zdrowia, zdrowia, zdrowia. No i żeby z tego stawarskiego dzbana z okładki samo szczęście się Państwu nieustannie sypało. Redakcja Poezja Wojciech Boros POSTERUNEK NR 3 Czuję się jak władca kolejki dla chłopców, którą miałem z odzysku po synu sąsiadki albo od starszego kolegi z galerii w falowcu, która nigdy nie chciała działać, ale i tak bawiłem się nią zapamiętale - co się z nią stało? Teraz ciężkie, ogromne, z żelaza, stali cysterny pełne ługu i kwasu czekają na mnie. Mam klucze do bram: czwartej, piątej i szóstej. Słyszę syrenę — odpowiadam ręką. Powracam z oddali. Na posterunku numer trzy grzejnik nastawiony na piątkę pozwala mi pisać o Fobie. Tak - miejsca mam mało - w sam raz dla dwóch osób, ale gdybyś zechciała zabrać ze sobą równie oczytaną koleżankę, posadzę ją na biurku. Ty wejdziesz pod blat. Potem zrobimy przewrotkę. Kierownik nie pojawia się tu nocą, a dowódca wpisuje się w „Dziennik zmiany ” o ściśle określonych porach. Zresztą wyobraź sobie, Kochanie ich miny, gdyby nas zobaczyli we trójkę, po czwartej kawie, pogrążonych w lekturze. Jakbyśmy po raz pierwszy na głos czytali. Poezja 7 TO NIE JEST MIŁOŚĆ Przy mnie możesz jeść jak dziecko. Uświnić się po pachy. Wylać na siebie całe mleko. Przepuszczać przez palce obiady. Taplać się w zupkach, które zrobiłem. Ale pamiętaj - pokłady cierpliwości mają swoje granice. Wreszcie krzyknę. Zdziwiona, spojrzysz na mnie. A ja Cię przytulę. I przebiorę w suche. Mój Były Boże który nie istniejesz choć jeszcze trudniej w to uwierzyć gdybyśmy mieli się nie spotkać pamiętaj że liczę na koniec końców - jakby mnie nigdy nie było żadnych sądów oraz zmartwychwstań to by było krępujące - wyszedłbym na głupka a Ty musiałbyś przytulić i przebaczyć zrobiłby się burdel ortodoksi zażądaliby zesłania na Ibizę a poeci wszechwiedzący wykryliby spisek i ogłosili konwersję l ak więc - powiedz Słowo a ja przysięgam żyć aż do śmierci. 8 Poezja Jerzy Fryckowski TREN XXVI Spójrz matko, zimną gwiazdę wigilia zapala, U sąsiadów za ścianą łamią się opłatki, Tylko mój ciągle cały, bez rysy i gładki Wspomnienie nagłej śmierci swą bielą wyzwala. Z moich oczu do barszczu prószą słone płatki, A na jego dnie milczy pusta, biała sala, Widzę teraz dokładnie, to jest biel szpitala Biała jak ta wigilia, biedna brakiem Matki. I milczy również ojciec, twoich wspomnień łowca, Zadumany nad życiem mądrością człowieka, On też jak ja nie ruszył kupnego makowca. Na chwilę nasze myśli wracają z daleka, Darmo tego samego czekamy wędrowca, A z nami do północy pusty talerz czeka. DZIĘKUJĘ CI OJCZE... że zawsze wracałeś do domu kilka minut po mnie a twoje nocne nieobecności okazywały się odganianiem kruków od śmiertelnie chorej mamy która tak powoli odchodziła dziękuję ze nigdy nie wracałeś zarzygany ulicą a ja nie musiałem się kryć pod piwnicach przed palcami wskazującymi kolegów z podwórka nigdy nie czekałem na Ciebie pod stołem oblany potem i zmoczony ze strachu moje plecy podrapane gałęziami zazdrosnych jabłoni sąsiada nigdy nie napotkały w swoim biegu kabla od żelazka ani zdobionej sprzączki wojskowego pasa dzisiaj Cię szukam po wszystkich knajpach w mieście nie omijam okradanych hal i dworców pkp w swoich dalekich podróżach dzwonię do policyjnych izb zatrzymań pytam bezdomnych nikt nigdy Ciebie nie widział a ja tak bardzo chciałbym być DDA i móc przyprowadzić Cię do domu Poezja 9 Zono, znów zamiast ciebie mój pies spał od ściany, rozgrzał do czerwoności zimną dotąd pościel i lizał moje palce, goił śliną rany świeże twoim milczeniem, otwarte na oścież. I zbudził mnie o świcie tupiąc o podłogę w rytmie naszego głodu i nocy bez grzechu. Z chłodnych ścian zwisały wyrzeźbione bogi z niemym krzykiem na ustach, pięścią grożąc echu. Gaśnie na mym policzku wysepka psiej śliny, jego brązowe oczy świecą jak niepokój, szukał mój sen samotny w chłodzie łóżka winy, znalazł tylko własną twarz odbitą w psim oku. ADOLF EICHMANN BAWI SIĘ KOLEJKĄ ELEKTRYCZNĄ Małe towarowe wagoniki mkną z niemiecką dokładnością po największym pokoju państwa Eichmann w każdym wagoniku sześćdziesiąt wystraszonych ludzików w każdym składzie sześćdziesiąt towarowych wagoników dwadzieścia pięć tysięcy ludzików tygodniowo pani domu czeka z aryjską cierpliwością aż dojedzie ostatni dzisiejszy transport zupa pomidorowa już dawno wystygła a pan Adolf jeszcze nie zasiada do stołu czyni notatki ile to wagoników dotarło szczęśliwie do stacyjki Auschwitz w największym pokoju państwa Eichmann panuje odwieczny porządek ołówki kopiowe leżą dokładnie na swoich miejscach zapisane kartki papieru przygniata spiżowe popiersie wodza służąca regularnie podlewa rododendrony i asparagus Adolf Eichmann zmęczony codzienną statystyką zasypia na fotelu z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w dłoniach jego dzieci zaglądają przez dziurkę od klucza do największego pokoju i z powiększonymi źrenicami marzą o dalekich podróżach 10 Poezja CHŁOPIEC WĄCHA MANDARYNKĘ Przy szkolnej świetlicy chłopiec wącha mandarynkę pachnie mu dalekimi krajami o których opowiadał pan od przyrody a ojciec obiecał tam zabrać jak dostanie pracę Ten zapach pamięta tylko ze świąt gdy karp zajmował wannę a mąka maskowała siwiznę matki Rówieśnicy już dawno wyrzucili pachnące skórki i oblizali klejące się palce on nadal wącha mandarynkę zapominając o padającym deszczu Zapomina i rośnie dużo szybciej niż chciałaby matka i opieka społeczna Poezja 11 Jolanta Steppun *** wykluczam samobójstwo na krawędzi zdruzgotania głupich słów nieważonych zdań ukrytych tajemnic więcej niż ma jeż kolców cokolwiek uczynisz nie będzie tak byliśmy świątynią zaufania do dnia kiedy inne otworzyłeś drzwi - mistyfikator w zawieszonej ciszy trwa bezduszny wieczór zgaszone gwiazdy i księżyc daleko za chmurą cienia ślini się mroczny Jedi na szklanym ekranie wiadomości i dramat jak wyjąć motyle z brzucha zapomnieć twarz w żyłach oszukać krew w trzewiach zgasić puls miłości skazany na śmierć wyrok w zawieszeniu trwa jakkolwiek rozumiesz kiedy słowa wierszy głęboko wchodzą w ciało wtedy najmocniej pachną niezapominajki róże mają jedwabne płatki gładkie kolce nocą drewniany anioł stróżuje przy studni żeby odbity księżyc nie zauroczył żadnej mężatki nie umieram po rzęsach spływa różaniec nie jestem Ewą nie jesteś Adamem jak bańka pryska myśl o Edenie tylko ciepła dłoń twoja 12 Poezja co się z nami stało misiaku mój sznurkowy kochanku masz oczy z guzików dlaczego moje głębokie sięgają do obcych galaktyk zwanych przekleństwem mężatek co się z nami stało misiaku mój sznurkowy kochanku lgnę do ciebie przez lata ciałem i sercem ty jutą kłujesz i choć w środku jesteś antyalergiczny łzawią oczy i pociągam nosem co się z nami stało misiaku mój sznurkowy kochanku teraz w naszej kosmicznej oazie gwiazda ziemia pod stopami zapada się grunt prawdy na ślepo wpychasz w czarną dziurę co się z nami stało misiaku mój sznurkowy kochanku oddaję tobie moje oczy uratuj nas Poezja 13 *** gdybyś tylko zechciał roziskrzyłabym niebo i Alaskę w oazę zamieniła dla ciebie mężu może dla nas chciałabym dla nas - wiesz mogłabym wskazać drogę do miłości co nigdy nie zgaśnie cokolwiek się zdarzy zaczarować twoje sny i śniłbyś wtedy że jesteśmy tylko my potrafiłabym złote słońce ściągnąć z nieba dałabym je tobie najmilszy mój kochanku zamiast łez mogłabym naszej przyjaźni otworzyć wrota wszystko to bym uczyniła kochany dałabym ci szczęścia tyle ile udźwignąć byś zdołał gdybyś tylko zechciał Proza Tomasz Stężała 125 SEKUND ROSÓŁ START. Piątka ma do celu 270 kilometrów. W linii prostej znacznie mniej, ale poleci najpierw na zachód, żeby potem wykonać zwrot i uderzyć od północnego zachodu. Przygotowywali się na to latami, klnąc zielony garnizon, rozłąkę z rodzinami, częste i nie-wnoszące nic kontrole, sprawdzając i wymieniając części. Tydzień temu przyszedł rozkaz, przywieziony przez kuriera, tak jak za dawnych czasów. Dowodzący baterią podpułkownik chwilę ważył zawartość, potem złamał starodawny lak i wyjął kartkę formatu A4. Przeczytawszy, oparł się ciężko o wytarty blat biurka, czując jednocześnie, że jest cały mokry. Chwilę trwało, zanim się pozbierał, potem zdjął czapkę z metalowego, kiwającego się wieszaka i pośpieszył do centrum łączności. Uwiarygodnił się, przeszedł na szyfrowany kanał i wymienił z dalekim rozmówcą kilka dziwnie brzmiących słów. Odmeldował się i ruszył do siebie, widząc oczami wyobraźni trzymaną na czarną godzinę butelkę czystej. Ale nie, nie zrobi tego. Rozkaz to rozkaz, obojętnie co by znaczył. Wyprowadzali wyrzutnie nocą, pod osłoną deszczu lub mgły. Już wcześniej wprowadzono namiary celów i wymieniono głowice, na te specjalne. Tylko jego zastępca, zgodnie z rozkazem wiedział, co się szykuje. O nich będą pisali, że zmienią historię. Dzisiaj nad ranem zebrali stany osobowe i poinformował, że odbędą się prawdziwe odpalenia. Spodziewał się paniki, ale ludzie słuchali spokojnie. Ktoś z tyłu mruknął, że wreszcie zapłacą im za lata poniżenia, jego głos wywołał narastającą falę gniewnych, podekscytowanych głosów. Oficerowie rozjechali się do swoich wyrzutni, ukrytych głęboko w kompleksie leśnym. Dowódca przez chwilę pomyślał, że zwłaszcza jego żonie i córce będzie brakować comiesięcznych wyjazdów do miasta leżącego czterdzieści kilometrów pod drugiej stronie granicy. Sporo się oszczędzało na żywności, obkupili się w najlepszą elektronikę a dziewczyny szalały po niedawno oddanym ogromnym centrum handlowym. To nie wróci. Już nigdy. On, osobiście odbierze im taką możliwość, ale trudno. W stolicy, w pałacu, prezydent podjął taką decyzję, a gdzie jemu z prezydentem dyskutować? W moim wieku temperatura 38,5 stopnia to już poważny problem. Tym bardziej, kiedy utrzymuje się przez kilka dni, kiedy te wszystkie cudowne proszki i tabletki, co to sławią je różne pięknie w telewizorni, na mnie wydają się nie działać. Czwartego dnia na chorobowym mam już rozmiękczony mózg, stawy i mięśnie sztywne a jednocześnie dziwnie wiotkie. To prawda, nigdy nie byłem typem sportowca a do tego siedząca praca, samochodzik, pilot przydały mi tłuszczu kosztem muskulatury. I sam oczywiście nie wierzę w to, co plotę przy różnych okazjach, że na wygląd pracuje się całe życie. A także w to, że wiosną wezmę się za siebie: dietka, ćwiczenia na orbitreku, spacerki potem biegi, golf i to na ostro, aby wreszcie poprawić handicap. Tomasz Stężała 15 Więc leżę płasko na łóżku przykryty dwoma puszystymi kocami, w zarękawkach na flanelowej bluzie i walczę z wirusową francą, która mnie męczy. Myśli, jeżeli można je nazwać myślami a nie mózgowymi robakami pełzną to tu, to tam, ale nie udaje mi się złożyć jakiegoś klarownego obrazu. Żona mówi: „zaśnij”, ale pomimo zmęczenia i pełnego brzucha to nie wykonalne. Robactwo umysłowe jest leniwe, ale swoje robi, podtrzymując pewną aktywność neuronów. Zbieram się na odwagę, przewracam się na prawy bok wysuwając jednocześnie lewą rękę spod kocy. W półprzytomnym letargu muszę wytrzymać jeszcze pięć godzin do powrotu żony z pracy. Jak ten czas wolno płynie. * Któryś z żołnierzy nie wytrzymał, i wytrzaśniętym skądś różowym sprayem namalował na dolnej części kadłuba „Za rok 1920!”. Dowódca wyrzutni chciał go obsobaczyć, ale pomyślał, że po prostu chłopcy tak odreagowują. Usiadł w wozie dowodzenia, wpatrując się w mrygające ekrany monitorów. Cyfrowy zegar odliczał czas do odpalenia, z danych radarowych i innych wynikało, że po drugiej stronie granicy panował spokój. Na wysokości jedenastu kilometrów nadlatywał spokojnie rejsowy samolot - pasażerowie pewnie zajadali się frykasami w plastyku lub popijali winko i whisky z malutkich buteleczek. Centralny ekran nagle zmienił barwę, dowódca nacisnął przycisk mikrofonu i zgłosił gotowość do odpalenia. W słuchawkach zapadła cisza. Może to jednak ćwiczenia - jakaś część sumienia drapała serce. Nagle na ekranie pojawiła się sekwencja malejących cyfr: osiem, siedem, sześć. Dowódca wyrzutni odruchowo chwycił się mocniej fotela. Mimo, że rakieta i jej nośnik oddalone były o przeszło sto metrów a oni stali na wilgotnym, piaszczystym gruncie, poczuł wyraźne wibracje i wyciszony przez budę pojazdu ryk silnika. Piątka ozdobiona różowym graffiti wzbiła się w powietrze i znikła w nisko leżących chmurach. Dowódca spojrzał na ekran radaru - jego „ślicznotka” minie i kilkaset metrów odrzutowiec, może ktoś zauważy start? W pojeździć zapadła cisza. To już? Już wykonali swoje zadanie? 90 SEKUND. Bez przekonania dmucham przez nos, starając się choć trochę go udrożnić. Dobre i tyle, że wczorajszy wodospad zamienił się gęstą kluchę. Nie muszę trzeć chusteczką i zdzierać sobie nabłonka. Lekko rozchylam powieki, mój mętny wzrok pada na cyfrowy zegar z dużym wyświetlaczem. Pomarańczowe cyfry kolorem dostosowują się do przerastającej mnie gorączki. Trochę mrugam, łzy z zaczerwienionych, piekących oczu spływają po zmarszczkach na policzku. Ile jeszcze zanim żona przyjedzie z pracy ze wsi leżącej dziesięć kilometrów od miasta? Z trudem koncypuję, że jeszcze dużo czasu. Chyba chce mi się pić, ale to oznacza wstanie spod kocy i wychłodzenie ciała. A jak zawsze gadają, gorączkę gorącem zwalczaj. Ale chociaż jabłko. Namówiłem znajomego straganiarza na sprowadzenie moich ulubionych starkingów. Malinówki kończą się szybko nie dając szansy na rozsmakowanie się, a te... Nawet dla zlasowanego temperaturą mózgu to spora pokusa. Leżę teraz z przykrytą głową, ale powoli wyciągam spod koców lewą rękę. Moje nadgarstki są niezwykle wrażliwe na przeciągi, co objawia się salwami kichnięć. Testuję atmosferę. 16 125 sekund Temperatura i pęd powietrza pozostawiły z różowego napisu tylko ciemny ślad. Rakieta wciąż kieruje się na zachód z prędkością przeszło dwóch kilometrów na sekundę zostawiając za sobą smugę kondensacyjną. Pokładowy komputer na amerykańskich, koreańskich i chińskich podzespołach cierpliwie zlicza wysokość, kilometry, prędkość wiatru i całą masę innych elementów. Za chwilę smukła maszyna znajdzie się tak daleko od miejsca wystrzelenia, że rozpocznie procedurę odbezpieczania głowicy, a tak naprawdę zdjęcia ostatniego zabezpieczenia, które ma chronić przed eksplozją nad własnym terytorium. Radar odszukał właśnie kolejny punkt triangulacyjny. 60 SEKUND. Śpiący w przedpokoju pies niespokojnie poruszył się. Obraz czerwonego owocu zastąpił obraz czerwonej, automatycznej smyczy. Chyba nie da się wykręcić od konieczności zwleczenia z wyra i wyjścia na lutową pluchę. Wysuwam trochę dalej sondującą dłoń - na razie nie czuję kręcenia w nosie, więc chyba będzie można. Całą operację wystawienia rozpalonego ciała na temperaturę pokojową trzeba przeprowadzić powoli, można by rzec - z godnością. Dlatego powstrzymuję lewą rękę i skupiam się na umysłowym badaniu rozgrzanego ciała. Rany, co ja bredzę. To już lepsze osiem godzin w robocie. * Rakieta ostro skręca, kierując się dokładnie na cel. Gdyby w niej siedział człowiek, to dostrzegłby już pewnie przebijający się gdzieniegdzie piaszczysty brzeg sinego morza. Piątka oddala się od dwóch swoich sióstr - jedynki i dwójki, które pędzą w stronę nadmorskiej metropolii. Jedna eksploduje sto metrów nad lotniskiem, druga uderzy w węzeł drogowy niedaleko rafinerii nafty. Komputer piątki raz jeszcze sprawdza, czy ładunek jest odbezpieczony. Tak, wszystko gra. Maszyneria sprawnie pędzi w stronę średniej wielkości miasta, które może stać się ważnym punktem oporu, tak jak to było w poprzedniej wojnie. Powierzchnie sterowe lekko drżą i pocisk obniża lot. * 30 SEKUND. „Psie, wytrzymaj jeszcze trochę” - jęczę pod kocami słysząc, jak zwierzak przeciąga się i głośno ziewa. Jest stary, ma już piętnaście lat, capi mu z pyska, gazy też są odurzające. Biedaczek, mimo że sporo je to znacznie schudł, widać mu kręgosłup i odstające łopatki. Przymykam oczy wyciskając łzy, starając się zachować ciepło na jak najdłużej. Wiem, że chociaż ubiorę się bardzo ciepło, to wrócę trzęsąc się z zimna, a może nawet i szczękając zębami. Szczątkowe myśli leniwie rozpływają się, zapadam w coś na kształt gorączkowej nirwany. Cieszyć się tym co mam do ostatniej sekundy. Rakieta wznosi się nieco, nie zwracając uwagi na przenikające je promienie radarów. Zarówno znajdujące się na morzu okręty wojenne, własne stacje śledzące, satelity i wreszcie radary rozmieszczone wokół miasta - celu szaleją. Tysiące lampek, brzęczków, Tomasz Stężała 17 ekranów rozjarza się na całym świecie z informacją, że piątka zmierza z robocią pewnością siebie. Jedynka nagle ginie w oślepiającym błysku, dwie sekundy później dzieje się to z dwójką, która jednak omija cel o dobre kilka kilometrów i wbija się w bagnisty polder. Ale piątka jest na piątkę i trafi z dokładnością właśnie pięciu metrów: sto pięćdziesiąt metrów nad osiedlem z wielkiej płyty. * IMPAKT. Pies jest już przy łóżku, jego mokry nos szturcha moja dłoń. Niecierpliwym ruchem wysuniętej dłoni odsuwam go jednocześnie naciągając koce na głowę i zaciskając powieki. Pomimo to mój mózg rejestruje potężny słoneczny błysk i nagle widzę przez powieki obraz mojej zaciśniętej na kocu dłoni. Przytępione gorączką zmysły słabo dobierają falę niewyobrażalnego żaru, która podwójne tafle szyb zmienia w kulki płynnego szkła, jak pociski wpadające do mieszkania. Część z nich pada na mnie przepalając materiały, skórę, mięsnie i kości. Nie zdaję sobie sprawy, że moja odkryta dłoń przypomina spaloną zapałkę a reszta, którą osłonił żelbeton ściany przed ogniem zmieniła się w galaretę pod wpływem szalejących cząstek elementarnych. Mija może ćwierć sekundy, kiedy zaczynam odczuwać ból, ale nawet niezbyt intensywnie. Wychwytuję potępieńczy skowyt psa i na prawej dłoni unoszę się. Przed oczami latają mi czerwone plamy, ale i tak widzę, że wszystko wokół płonie. Psi pisk gwałtownie cichnie, przecieram łokciem spaloną na twarzy wełnę i resztki tego, co było moimi włosami. Pomiędzy plamami dostrzegam upalony kikut dłoni, wygląda śmiesznie. Nie mogę się ruszyć, a płomienie zaczynają docierać do łóżka. „Jezu, co z żoną?” Chcę krzyczeć, ale z poparzonej przez promieniowanie krtani wydobywa się jedynie gulgot. Nie czuję już bólu - receptory zwyczajnie usmażyły się. Przymykam oczy, by w ciemnościach i modlitwie poczekać na ostatni element. Betonowe płyty składają się jak karty do gry, rozcierając na miazgę pozostałości mojego ciała. 18 Opowiadania Zuzanna Gajewska MAMA Miłość platoniczna to przeżytek. Nieważne, jak wielki rój motyli będzie fruwał ci w brzuchu, jak bardzo niebieskie będą migdały zaprzątające twoją głowę i ile czułych słówek wyszepczecie sobie do ucha. W końcu i tak wylądujecie w łóżku. Nie łatwiej byłoby bez tych zbędnych ceregieli? Kto to wymyślił te kwiatki-sratki? Ileż cierpień można byłoby uniknąć, ile żyć uratować... Moja mama zawsze mi mówiła, że mam się szanować. Że jak oddam mu swoje ciało, to dam mu wszystko, co mam. Że on też powinien dać coś od siebie, a nie tylko brać. Kochałam cztery razy. Każdy z nich był Tym Jedynym. Z pierwszym chciałam poczekać do ślubu. Ale on nie chciał. Nic to. Mówi się trudno, przeżyłam to pierwsze miłosne rozczarowanie, trochę popłakałam, mama mnie pocieszyła, że on nie był mnie wart i takie tam, jakoś się otrząsnęłam. Z drugim też chciałam czekać do ślubu. Zgodził się. Po dwóch miesiącach znajomości zaprosił mnie na ślub kolegi i zaciągnął do kibla. Był przekonany, że to taka moja dewiacja. Uciekłam zdezorientowana, przez klika dni zastanawiając się jeszcze nad tą dewiacją. Co to do cholery jest, jakiś obowiązek podatkowy? W każdym razie będąc przy rozliczeniach - nie zaliczył mnie. Trochę przeszłam, ale i tak nie przestałam wierzyć w miłość. Trzeci Ten Jedyny wydawał się całkiem spoko. Tym bardziej, że ja też byłam jego Tą Jedyną. Na naszym osiedlu. Czwartego sama niemal na siłę zaciągnęłam do łóżka, jemu szczególnie na tym nie zależało, choć ślub chciał wziąć od ręki. Jak już pewnie wydedukowaliście - był gejem. I wtedy to nastąpiło. Bunt, poczucie niesprawiedliwości - jedna wielka nienawiść do facetów. Ten czas, kiedy chce się wstąpić do ugrupowania feministycznego, uzbroić się w karabin i rozstrzelać pod ścianą wszystkich, którzy mają między nogami coś innego niż ja. Takie zachowanie, które każda normalna kobieta przechodzi w wieku szesnastu lat. Ja miałam dwadzieścia osiem. Wraz z nienawiścią do mężczyzn przyszła też nienawiść do matki, która ponoć zawsze chce dla swojego dziecka jak najlepiej, chce je chronić. Te jej lekcje o poczuciu własnej wartości, skończyły się tym, że dowartościowywałam się szybkim numerkiem z kolesiami, których imion, a tym bardziej wyglądu następnego dnia nie pamiętałam. Któregoś razu przyszła do mnie na obiad, obrzuciła gardzącym spojrzeniem wynajmowaną kawalerkę. Pokręciła ze zrezygnowaniem głową i burknęła w drzwiach, że przecież tyle razy mi powtarzała, że mam się szanować. Przepłakałam całą noc, by nad ranem doznać olśnienia. Od tamtej pory moje życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Mówię wam, jak ja się szanowałam... Zuzanna Gajewska 19 Seks? Dopiero po piątej randce. Wszystko musiało być po kolei - i było. Pierwsza randka - kwiaty druga - ciuszek lub buty trzecia - biżuteria, czwarta - gadżecik: telefon czy mny robot kuchenny. Piąta, musiała zdecydowanie poprawić mój standard życia - nie no bez przesady, nie musiał mi od razu kupować mieszkania, wystarczy, że opłacił czynsz z góry za pół roku. A po pół roku? Pierwsza randka - kwiaty, druga i tak dalej. Dziś mam trzydzieści sześć lat, stumetrowe mieszkanie w centrum i własną firmę, którą czasem nawet odwiedzam. Jestem panią swojego losu. W końcu znam swoją wartość, dziękuję mamo. COMING OUT Dlaczego w książkach wszystkie marynarki są tweedowe? Ubrałam cię w aksamit i boję się opublikować. Te trzy drinki wypijane codziennie po pracy nie czynią cię podręcznikowym bohaterem. Ani nawet alkoholikiem. Sprawę trochę ratują tabletki, które łykasz co rano, by wstać z łóżka. Jednak to wciąż za mało. Zdrady, jednostronnie otwarty związek to droga, która wiedzie między wersy. Próbowałam cię rozwieść, a ty wciąż nosisz obrączkę. I ten twój mąż uparł się na romantyzm i umarł. Właśnie mąż. Nie jesteś nawet facetem. Tyle niedociągnięć. Musisz zrozumieć, że to nie twój czas, za mało przeszłaś. Cierpliwości, jeszcze wyjdziesz z szuflady. Kiedyś cię stworzę, naprawdę. Na razie rnusisz ustąpić miejsca postom na blogu. MIŁOŚĆ JEST BRZYDKA Na górze róże, na dole fiołki, a my się kochamy... najczęściej od tyłu. Lubię to, nie muszę się wtedy martwić jak wyglądam. Gdybyś ty wiedział, jaka ja byłam zawiedzio-na> kiedy nie przyniosłeś mi kwiatów na pierwszą randkę. W Bravo Girl napisali, że jak chłopakowi zależy, to na pierwsze spotkanie przynosi... Kwiaty? Kwiaty, to ja widziałam. Jeden z nich smagnął mnie w twarz, kiedy ciągnąłeś mnie za włosy. 1 to było na pierw-Szej randce. A pamiętasz zaproszenia ślubne? Takie w kształcie serduszek, z gołąbkami trzymającymi w dzióbkach obrączki. Wrzucanie ich do niszczarki to była najlepsza gra Wstępna ever. Nie dostaliśmy błogosławieństwa. Bóg nie poszczęścił młodej parze. Co nie znaczy od razu, że jesteśmy wyznawcami lewackiej mody na nieformalność. Po prostu jesteśmy. Razem. Najczęściej nocą. Dzień nie może na nas patrzeć. Pak jak niy na siebie. Dlatego kochamy się od tyłu. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY GŁUPOTA Co do ludzkich ułomności, tłumaczą je dwa szablony. Prawicowy: człowiek przychodzi na świat zepsuty („krzywe drzewo” u Immanuela Kanta) i trzeba ograniczać jego skłonności przy pomocy rygorów. Lewicowy: człowiek rodzi się jako możliwość, którą wykrzywia źle urządzony świat. Jest jeszcze zwyczajna głupota, o której nie wspominają ani jedni, ani drudzy. W „Dzienniku 1944” pisze o niej Sandor Marai jako o cesze groźniejszej od chciwości czy okrucieństwa. „Z człowiekiem chciwym lub okrutnym w końcu można jakoś dobić targu, jeśli ma rozum w głowie. Ale człowiek głupi jest śmiertelnie groźny, bo nieobliczalny i nieprzystępny. Nie można z nim dyskutować. Właściwie nie ma jak się przed nim bronić; można go jedynie znosić jak klęskę żywiołową. Jego bezwzględność, egoizm, upór są piekielne”. Dwadzieścia pięć wieków temu Sokrates mówił o życiu jako szukaniu wiedzy o tym, co dobre, i o głupocie, w której widział źródło wszelkiego zła. Mając do wyboru pomiędzy inteligentnym, cynicznym łajdakiem i poczciwym głupcem wybrałby bez wahania pierwszego, ma on bowiem świadomość dobra i zła i jest w stanie zmienić swe postępowanie. Czytając Maraia myślałem o filmie „Lektor” (reż. Stephen Daldry, 2008). Bohaterka - Hanna (Kate Winslet), w przeszłości strażniczka w obozie koncentracyjnym - jest anal-fabetką niezdolną do jakiejkolwiek rozumnej refleksji. Rozpoznana i postawiona przed sądem, nie rozumie stawianych jej zarzutów. Tamtą funkcję pojmuje jako zwyczajną pracę, za którą pobierała wynagrodzenie. Film ten wraca do mnie z jeszcze innego powodu. Scen, w których Hanna słucha zachłannie kolejnej powieści czytanej na głos przez młodego kochanka, tytułowego lektora, nie potrafię nie łączyć z informacją o dwudziestu kilku milionach Polaków, którzy w ubiegłym roku nie przeczytali ani jednej książki, o wielkiej części narodu, który staje się „ciemnym ludem” co to „wszystko kupi ”. Robert Schuster, jeden z bohaterów „Placu Bohaterów” Thomasa Bernharda, w wszechobecnej głupocie widzi źródło upadku Austrii: „Architekci zniszczyli wszystko przez swoją głupotę. Inteligenci wszystko zniszczyli przez swoją głupotę. Partia i Kościół wszystko zniszczyły przez swoją głupotę”. Jak powszechna jest to cecha, trudno powiedzieć. Konstanty Puzyna wspominał o dziewięćdziesięciu procentach tutejszych idiotów. Witkacy wyraził rzecz po swojemu: „Ludzie są jednak kretyny”. Jest to jego zdaniem przypadłość trwała, nie mijająca z wiekiem - a tak sądził Adaś Miauczyński w „Dniu świra” („Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?”). Andrzej C. Leszczyński 21 GURU Kiedy Magda, ówczesna kierowniczka Biblioteki Pod Żółwiem, zapytała, czy nie poprowadziłbym dyskusji po wspólnie obejrzanym filmu, natychmiast zgodziłem się nie Pytając nawet o jego tytuł. Przesądziło miejsce, w którym do siódmego roku życia mieszka! Artur Schopenhauer (urodzony kilkaset metrów dalej, na tej samej ulicy Św. Ducha 47, wtedy 114, co poświadcza dwujęzyczna tablica). Film był zatytułowany „Kumare. Guru dla każdego” (2012). Reżyser, Vikram Gandhi, gra - i w filmie, i przed grupką ukazanych w nim Amerykanów - rolę oświeconego na Wschodzie przewodnika duchowego. Jest autorem i realizatorem eksperymentu mającego pokazać, do jakiego stopnia członkowie grupy są podatni na wyzbycie się cech osobo-wych i na zawierzenie komuś, kogo uznają za swego guru. (W sanskrycie guru to mistrz, w hinduizmie bywa uznawany za wcielenie bóstwa; podczas spotkania nie poruszaliśmy, Ważnego skądinąd, problemu przekładalności kultur i możliwości uchwycenia myśli orientalnej w świecie Zachodu). Założenie, które Vikram chciał zweryfikować, mówiło ze guru nie ma potencjału duchowego większego od innych ludzi, zaś osoby uznawane za guru to zazwyczaj oszuści tworzący seksty dla pieniędzy, seksu itp. Eksperymenty społeczne zazwyczaj opierają się na prowokacjach (łacińskie »próvocatió” oznacza wywołanie, pobudzenie do czegoś), które mogą doprowadzić do stanów całkowicie nieoczekiwanych. Przekonali się o tym tacy eksperymentatorzy, jak Stanley Milgram (namawiający studentów do karania prądem osób udzielających nie-wlaściwych odpowiedzi), czy Philip Zimbardo (przypisujący jednej części studentów rolę więźniów, drugiej - strażników). Dwuznaczność takich eksperymentów związana jest z pytaniem o ich rzeczywistą funkcję: ujawniają coś - czy tworzą. Pytanie to można odnieść do alkoholu. Są tacy, co twierdzą, że wódka ujawnia to, co człowiek w sobie skrywa; inni mówią, że nie ujawnia, lecz wywołuje coś, czego wcześniej nie było - upicie się jest psychozą. Toczyła się nie tak ‘Jawno dyskusja na temat dopuszczalności i granic prowokacji policyjnych, które bywają Pułapkami zastawianymi na upatrzonych kandydatów. Chrześcijanie modlą się do Boga, nie wodził ich na pokuszenie, bo są tylko słabymi ludźmi. Artysta performaty wny Rafał Betlejewski przy pomocy wynajętych aktorów oferował ludziom szukającym pracy wysokie wynagrodzenie za czyny niezgodne z prawem (handel narkotykami, prostytucja itp.). Artur Żmijewskie, artysta multimedialny, w ramach eksperymentu „80064” (2004) namówił byłego więźnia kacetu, Józefa Tarnawę, do od-Uowienia przed kamerą wyblakłego numeru obozowego na przedramieniu lewej ręki. Wymuszoną zgodę starego człowieka interpretował jako wyraz konformizmu, łatwości Podporządkowania się manipulatorowi. Na wątpliwości, czy gwałt zadawany człowiekowi może być dziełem sztuki, odpowiadał twierdząco. Mianem artysty określał się też ^ikram Gandhi. Wygląda na to, że - jak na artystę przystało - jako fałszywy guru, posługując się uwodzicielskim talentem, kreował rzeczywistość tworząc badane przez siebie re*kcje. Gdy po obejrzeniu filmu rozmawialiśmy o założeniu, jakie przyjął jego autor (arty-s*a, badacz, reżyser, prowokator), a także o metodach, jakimi się posługiwał, z pewnym 22 Okruchy zaskoczeniem uświadomiliśmy sobie, że sporo rzeczy wygląda inaczej niż mógł sobie wyobrazić. Podczas filmu było widoczne, że Vikram - chcąc potwierdzić założoną przez siebie tezę - jest negatywnie nastawiony do wszystkiego, co robi jako Kumare. Jednak dla uczniów Kumare okazuje się postacią pozytywną! Owszem, manipuluje swymi uczniami (sugestywny język, ćwiczenia cielesne, szamański ubiór, broda) - ale uczniowie doświadczają autentycznej inspiracji, ujawnienia czegoś dotąd stłumionego. - Ironizuje, bawi się wymyśloną przez siebie grą, mówi na boku do kamery że Kumare to tylko przebranie - ale przecież buddyzm, do którego się odwołuje, mówi o pozostawaniu w „przebraniu” każdego, kto ulega złudzeniu Ja i związanych z tym namiętności i pragnień. - Kpi z wymyślanych przez siebie bezsensownych, jak mówi, ćwiczeń (dźwięki organiczne, oddech, rytm) - tyle że ćwiczącym wcale nie wydają się bezsensowne. Uczniowie obdarzyli swego mistrza zaufaniem, uwierzyli jego słowom. Relacje nigdy nie są obojętne, pozostawią ślad, czynią innym niż dotąd. Opisywał to Martin Buber mówiąc o otwarciu się na słowa, które karmią. To, co miało być grą, inscenizacją (eksperymentem) - w relacji wypełnionej ufnością stało się dla uczestników - także dla samego Vikrama - rzeczywistym, dojmującym doświadczeniem egzystencjalnym. Przede wszystkim doświadczeniem wiary będącej uznaniem własnej ograniczoności, zaufaniem komuś kompetentnemu i rzetelnemu. Nie jest to oczywiście, właściwa religiom monoteistycznym, wiara odnosząca się do Boga (buddyzm nie uznaje istnienia Boga osobowego). Wiara odnosi się teraz do duchowości immanentnej, którą w sobie odkryli uwalniając się od wewnętrznego więzienia zbudowanego z nieufności i lęków. Czy odkrycie własnej duchowości było pozorem, psychologiczną ułudą? Nie da się tego orzec. Nie ma kryteriów pozwalających odróżnić głębokie stany duchowe od stanów pozornych, powierzchownych; tyczy to wszelkich religii. Na ostatnie spotkanie z uczniami Kumare przybył już jako Vikrim - ogolony, ubrany w dżinsy. Ujawnił kulisy całej mistyfikacji. Cztery osoby poczuły się oszukane, dla pozostałej dziesiątki nie miało to żadnego znaczenia. Zachowali radość ze spotkania z kimś, kto ich słuchał i kogo sami mogli wysłuchać. RETROTOPIA Svetlana Boym, zmarła przed rokiem znana badaczka literatur słowiańskich, w pracy „The Futurę of Nostalgia” (2001) pisze o nostalgii jako połączeniu odczucia straty i wykorzenienia, oraz własnej wyobraźni. Twierdzi, że przyszłość nostalgii jest gwarantowana nasilającymi się - i to w skali globalnej - procesami zmierzającymi do uwolnienia się od wszechobecnej iluzoryczności, pędu, jakiemu podlega coraz bardziej krucha rzeczywistość. Boym mówi wręcz o epidemii łączącej w sobie tęsknotę za tym, co przeszłe, utracone, trwałe, wspólnotowe. Nazywa to „domem”; można też chyba mówić o „raju”, którego cechą jest właśnie to, że jest bezpowrotnie utracony. Zygmunt Bauman w swoim komentarzu do książki Svetlany Boym mówi o retrotopii - wizji odnoszącej się do „utraconej/ Andrzej C. Leszczyński 23 skradzionej, porzuconej, ale wciąż nieumartej przeszłości”. Pisze (w„Odrze”): „[...] wahadło nastrojów i oczekiwań społecznych wychyliło się w drugą stronę: od gotowości inwestowania społecznych nadziei na poprawę indywidualnego i zbiorowego losu w niepewną 1 z oczywistych względów mało wiarygodną przyszłość do reinwestowania ich w mgliście zapamiętaną przeszłość, cenioną rzekomo za stabilność i wiarygodność”. Osuwanie się w wyidealizowaną przeszłość przypomina mi słowa przypisywane Edwardowi Gierkowi (bądź jego doradcy, Pawłowi Bożykowi), który na szydercze pytanie, kiedy będzie lepiej, odparł, że lepiej już było. Słowa te posłużyły zresztą Marcinowi Królowi za tytuł książki. Emanuel Levinas („Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności”) odróżnia potrzeby (może je zaspokoić konkretny przedmiot) i pragnienia (nienasycenie zupełnie bez-mteresowne, nie nakierowane na żadne konkrety, odrzucające zarówno teraźniejszość, jak i przeszłość). Czymś jeszcze innym jest tęsknota. Odrzuca teraźniejszość na rzecz przeszłości, tego co znane i doświadczone. Soren Kierkegaard („Powtórzenie”) pisze, Ze tęsknota może pozostać wspomnieniem, lub „zmaterializować się” jako powtórzenie. „Powtórzenie i wspomnienie to ten sam ruch, lecz skierowany w przeciwne strony. To, co się wspomina - już było, powtarza się zatem 'do tyłu'. Zaś właściwe powtórzenie, ° ile jest możliwe, przynosi człowiekowi szczęście, wspomnienie zaś czyni go nieszczę-śliwym”. Retrotopia, o której pisze Bauman, byłaby czymś podobnym do powtórzenia opisywanego przez Duńczyka. Nostalgia, czyli cierpienie („algos”) związane z pragnieniem powrotu („nóstos”), jest pochodną doświadczenia czasu linearnego i nieodwracalnego. Cokolwiek jest, jest tylko raz. Nic dwa razy się nie zdarza (Wisława Szymborska); nie można wejść dwa razy to tej samej rzeki (Heraklit); na ten bal drugi raz nie zaproszą nas wcale (Agnieszka Osiecka). „Było, minęło./ Było, więc minęło./ W nieodwracalnej zawsze kolejności,/ bo taka jest reguła tej przegranej gry [...]” (Wisława Szymborska, „Metafizyka”). Paweł Hertz („Notatki z obu brzegów Wisły”): „Zamiłowanie do przeszłości byłoby ubóstwem, gdyby nie rodziło się z niego nowe życie. Nie można iść naprzód patrząc usta licznie wstecz. Ale i nie można iść naprzód, nie oglądając się nigdy na przebytą drogę”. MUZEUM Wojciech Tomczyk, dramatopisarz, jak sam mówi - rzemieślnik piszący dla pieniędzy. W Wywiadzie zamieszczonym w „Teatrze” wspomina o konieczności powstania muzeum komunizmu. Powinno powstać, „żeby zlikwidować tępe sentymentalne odruchy w ro-^Zaju: byłem dzieciątkiem, »oranżada była pyszna, potem najlepsze na świecie papierosy Extra Mocne, a później jeszcze coca-cola«”. Owszem, wspominając niedawną przeszłość mówi się najczęściej „za komuny”. Czy jednak w Polsce był rzeczywiście komunizm, to rzecz dyskusyjna. Powołanie muzeum komunizmu wyrażałoby pogląd, że był. Jako placówka naukowa, muzeum powinno pokazywać obraz PRL-u w sposób wolny °d ideologicznych uproszczeń. Tacyt w swych „Rocznikach” używał określenia „sine ira et studio” - bez gniewu, bezstronnie. Nazywać rzeczy niegodziwe i takie, których można 24 Okruchy dziś tylko pozazdrościć. Pokazywać rzeczywistość po wielokroć skomplikowaną. Pamiętać o wskazaniu Josepha Conrada, by być rzetelnym świadkiem i oddawać sprawiedliwość światu widzianemu („render the justice to the visible universe”). Że nie musi to być normą, świadczy chociażby wystawa prezentowana w Muzeum Powstania Warszawskiego, nie pokazująca we właściwych proporcjach gehenny ludności cywilnej, zmiany jej stosunku do powstańców itp. Także gorszące zabiegi urzędników rządowych wokół wystawy przygotowanej w gdańskim Muzeum II Wojny Światowej. Dramatopisarz powinien chyba, nawet jeśli nie ma na to ochoty, pamiętać o imperatywie, jaki Leon Schiller kierował do aktorów, by grając człowieka czarnego znajdowali w nim coś białego, bo na pewno jest. W przeciwnym wypadku dramat stanie się ideologicznym schematem, zalecanym przez Włodzimierza Sokorskiego na szczecińskim zjeździć literatów w styczniu 1949 roku („Czy zgodna z założeniami prawdy artystycznej, a więc z założeniami realizmu socjalistycznego, postać w sztuce lub książce, która ma zagubione pojęcie zła czy dobra, poczucie słuszności czy niesłuszności, prawdy czy kłamstwa, etyki czy postawy ideologicznej, słowem - rozdwojona psychicznie sylwetka na pograniczu bohatera pozytywnego i negatywnego? Nie, nie jest zgodna”). A poza tym: tępić „sentymentalne odruchy” związane z przeszłością, to zamazywać czernią obraz rzeczywistości będącej kolebką tego wszystkiego, co może zdarzyć się później. Demistyfikować i gasić wzruszenia dotyczące dzieciństwa, raju utraconego, niechby nawet związanego ze smakiem oranżady (czy muszelkowatych magdalenek u Marcela Prousta). Pisał Frantiśek Listopad: „Powracam do piaskownicy dzieciństwa jak alkoholik do baru; czy chcę, czy nie chcę. Dzieciństwo to mały, ale wyraźny znaczek pocztowy, który każda zawieja przysyła mi w liście. Nie odpisuję, ale jestem filatelistą”. Chronił przed taką demistyfikacją - przed okrutną prawdą o rzeczywistości obozu koncentracyjnego - swego synka Giosue bohater filmu Roberta Benigniego pt. „Życie jest piękne”, Guido Orefice. Katarzyna Kuroczka 25 Katarzyna Kuroczka HISTORIA PEWNEJ PODRÓŻY, CZYLI GALICJA BEKSIŃSKIEGO I CHŁOPAKÓW Z SANOKA Regionalnym busem wjeżdżam na teren dawnego Królestwa Galicji i Lodomerii. Wszystkie wioski i miasteczka podlegają tu delikatnemu falowaniu terenu, w oddali widać nieco większe wzniesienia, ale nie tak znowu spore, skoro na jedno z nich można Wejść i zejść w około dwie i pół godziny. Moim celem jest Sanok. Miasto Beksińskich 1 poety Janusza Szubera. Po drodze mgły malują pastelowe panoramy. Chce mi się wy-S1ąsć i iść pieszo, aby zatrzymać ten krótkotrwały efekt okiem obiektywu, ale wtedy nie dojdę do Sanoka przed zmierzchem, który o tej porze roku pojawia się niezwykle wcześnie. O powrocie nie byłoby nawet mowy. Chociaż noc w galicyjskim miasteczku może być urokliwa, wybieram jednak rozsądek. Gdy docieram w końcu na wzgórze z Zamkiem Królewskim, na prawie pół godziny zatrzymuje mnie pejzaż z potokiem Płowieckim, Piastem i okolicznymi wzniesieniami. Mgła rysuje perspektywę odcieniami bieli, szarości, wyblakłej zieleni i przybrudzonego błękitu. Po nasyceniu się krajobrazem wchodzę do odnowionego wnętrza muzeum. Wszystko w nim jest ultranowoczesne, pachnące świeżością, chociaż historia miejsca sięga średnio-W1ecza. Mój plan zakłada dłuższą medytację przy ikonach i w galerii Beksińskiego, więc Początkowe ekspozycje militarne oglądam dość pobieżnie, choć fotografie wojskowych w mundurach c.k. armii potrafią wciągnąć wyobraźnię w intrygującą grę. Szukam jed-nak sztuki sakralnej i malarstwa fantastycznego. I oto nagle staję przed zadziwiającymi kompozycjami, które mają w sobie tyleż samo baśniowości i dziecięcego widzenia świata, c° ludowej metaforyki i formy. Odkrywam niezwykły świat fantazji Mariana Kruczka, sanoczanina, który po studiach w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych związał się na stałe z Nową Hutą. Wszystko mi pasuje w jego formach, które przenoszą mnie w odległe kulturowo obszary. Raz pojawiają się we mnie skojarzenia z jakimiś prehistorycznymi to-kniami czy amuletami, a za chwilę wydaje mi się, że widzę afrykańskie lub południowo-amerykańskie maski czy rzeźby. Początkowo dostrzegam zabawę artysty z baśniowymi motywami, by stopniowo odkryć w mieszaninie rozmaitych materiałów — od guzików, Przez łyżki, po szczotki do mycia butelek - także aluzje do sztuki ludowej. Podoba mi S1? ta wieloznaczność, polimorficzność, mnogość surowców, tworzenie czegoś z niczego, nadawanie nowych sensów ludzkiemu śmietnisku, totalne wyzwolenie wyobraźni równe dziecięcej spontaniczności i fantastyczno-mitycznemu postrzeganiu świata. Potem mijam kilka sal z malarstwem, które zupełnie do mnie nie przemawia. Dopie-r° kolekcja sztuki cerkiewnej od XII do XX wieku uderza we mnie we właściwe struny, ^taję prZed ścianami zajętymi po sam sufit małymi, średnimi, dużymi i ogromnymi iko-nami, dyptykami, tryptykami oraz krzyżami drewnianymi i polichromowanymi. Czuję 26 Historia pewnej podróży, czyli Galicja Beksińskiego i chłopaków z Sanoka modlitwę pokoleń, jaka towarzyszyła ich powstawaniu, medytację, w którą te święte wizerunki wciągały ludzi. W końcu docieram do wcale niełatwego malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Przemawia do mnie kilka obrazów i grafik, ale nie o nich chciałabym wspomnieć. Po niedawnej wizycie w domu Wiesława Myśliwskiego moją uwagę zatrzymał odtworzony pokój malarza. Gdy wchodzi się do domu artysty, od razu wiemy, że mieszka w nim człowiek twórczy. Ściany są nasiąknięte obrazami, słowami, dźwiękami, układ domu odpowiada rytmowi pracy, nagromadzone utensylia, bibeloty, szpargały, książki dyskretnie podpowiadają, jakie są zainteresowania gospodarza, nad czym aktualnie pracuje, co absorbuje jego pamięć, wyobraźnię, uwagę, wyczuwa się charakterystyczny stan skupienia, w którym poruszają się domownicy, a gość zostaje w nim zanurzony niczym neofita w piscinie lub rzece Jordan. Staję więc za ordynarną szybą z pleksi i przyglądam się narzędziom umieszczonym na biurku Beksińskiego. Ten układ musiał wypracowywać latami, aż uznał, że jest najpraktyczniejszy. Obok pęku pędzli różnej grubości i miękkości leżą tubki z farbą, pilniki, pęsety, ołówki, gumki, linijki, szpikulce, nożyki, druciki, stoi komputer, lampa, a w meblościance z tyłu niezliczone ilości płyt kompaktowych, chyba głównie z muzyką. Muzyczne zamiłowania potwierdza położony na biurku winyl z Mahlerem. Mgła, z której dzisiaj tutaj przyszłam, pozwala mi lepiej zrozumieć enigmatyczność obrazów i grafik Beksińskiego. Jego postacie i abstrakcyjne kompozycje także wyłaniają się z jakichś oparów, tkwią w pewnym czasoprzestrzennym zawieszeniu. Taka była dzisiaj Sanocczyzna. Jednak w chwili, gdy stoję przed odtworzoną pracownią Beksińskiego i myślę o moim gabinecie, który muszę jeszcze trochę usprawnić, nie przypuszczam nawet, jaką lekcję przejdę za kilkadziesiąt minut. Z nowoczesnych przestrzeni muzeum wychodzę z powrotem na naturalnie kręte i falujące uliczki Sanoka, przesiąknięte dziś wilgocią i chłodem. Nie skłania mnie to do dalszych eksploracji miasteczka, szukam więc dworca autobusowego. Pan, który ochrzcił mnie na poczekaniu „rybcią”, informuje, że powinnam przejść jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt metrów i po lewej ukaże mi się poszukiwany obiekt. Dziękuję i gryzę się w język, by nie zareagować ciętą ripostą na moje nowe miano. Na dworcu okazuje się, że przewozu niet. Może za torami kolejowymi będą odjeżdżały jakieś busy, ale pani rozumie, dziś niedziela. Tak, rozumiem. Sanok przeszedł w stan hibernacji. Owszem, markety, samy i inne przybytki handlu działają, ale poza tym odpoczywamy i czekamy na kolejny tydzień pracy. Zmierzam zatem kładką na drugą stronę torowiska. Spotykam dość charakterystycznie wyglądającą trójkę - dwóch chłopaków na oko dwudziestoparoletnich i dziewczyna w okolicach dwudziestki. Pytam o przystanek w kierunku Krosna. Nie wiedzą, ale jadą akurat do tego miasta, więc... Oceniam szybko stopień ryzyka: jeden gość w dżokejce, z nosem wyprostowanym zapewne podczas ulicznej bójki, drugi dość szeroki w barach z czapką ściśle przylegającą do głowy i podkreślającą jej kształt. Obaj taszczą jakieś podejrzanie wyglądające torby. Pierwsze skojarzenie: drobni przemytnicy. Dziewczyna jak dziewczyna w tym wieku, z komórką w ręku, z plecakiem, pewnie wraca z jakiegoś wypadu. W końcu zbieram się na odwagę i pytam, czy mogę się zabrać. No, po to mi powiedzieli, że jadą w tamtą stronę. Jasne. Ruszamy. Darowanemu koniowi i tak dalej, więc Katarzyna Kuroczka 27 nie oceniam wnętrza samochodu, byleśmy dojechali. Towarzyszy nam hip-hop i jakaś muzyka elektroniczna, nie znam się, może techno. Jedziemy dziewięćdziesiąt na godzinę. O ograniczeniach nie wspominam, dość powiedzieć, że mijamy prawie cały czas tereny zabudowane. Łuki bierzemy przeciwległym pasem ruchu, czyli prostujemy je. W końcu w ruch idzie papieros, nie-papieros, kto to wie. Zapachu nie odróżnię, bo nie palę ani jednego, ani drugiego. W każdym razie koledzy dzielą się. A za oknem ta sama mgła, ale już mniej malownicza. Więcej w niej smutku, jaki wypełniać musi życie tych chłopców, dziewczyny chyba też, bo z lakonicznych komunikatów wnioskuję, iż szeroki w barach jest jej bratem, a ona po jakimś wypadzie nie zamierza wracać do domu. Pyta tylko, czy jest matka. Jazda z Sanoka nakłada mi się w wyobraźni na przejażdżkę sprzed dwóch dni. Wybrałam się wówczas z sanatoryjnym kierowcą na zdjęcie rentgenowskie do Krosna i z po-wrotem. W drodze powrotnej w panu coś pękło i wylała się żółć. Rozlała się na wszystko ~ Pracę, politykę, kościół, władze lokalne i centralne. Z jego opowieści powstał przytłaczający obraz nędzy ekonomicznej i duchowej regionu, zupełnie nielicujący ze wspaniałymi widokami za oknem, które przypomniały mi inne bliskie miejsce - Sejneńszczyznę. Przyjaciele z Półkot wspominali nieraz o trudnościach, z jakimi borykają się ludzie żyjący na wschodzie Polski i w małych miejscowościach, jednak ich język, stylistyka i metaforyka jakże były odmienne od tego, czego nasłuchałam się na bieszczadzkiej ziemi. Gdy wysiadłam na rynku w Rymanowie, wiedziałam już, gdzie znajdują się źródła deformacji ciał w twórczości Beksińskiego, skąd ta atmosfera grozy, tajemniczości, czasami nawet sadyzmu czy masochizmu na jego płótnach. Próbował chyba w ten sposób oddać Poczucie pustki, przytłoczenia i beznadziei, jakie tutejsi ludzie noszą w sobie, a które z chłopców wyszło wraz z tekstami puszczanych piosenek, z sanatoryjnego kierowcy zaś z jego narzekaniami i przekleństwami. Wszyscy tutaj szukają jednak jakichś metod raczenia sobie z przytłaczającymi uczuciami. Są to próby nie zawsze udane, czasami wręcz destrukcyjnie wpływające na człowieka. Chłopcy z Sanoka i kierowca z sanatorium też radzą sobie, jak potrafią... 28 Żuławy w literaturze polskiej” - prolegomena do książki, która powinna powstać Andrzej Kasperek „ŻUŁAWY W LITERATURZE POLSKIEJ” -PROLEGOMENA DO KSIĄŻKI, KTÓRA POWINNA POWSTAĆ Żuławy należały do Polski od pokoju toruńskiego w 1466 r. do II rozbioru Polski w 1793 r. Łatwo więc obliczyć, że trwało to dwa razy dłużej niż ich przynależność do Prus (później Niemiec), która skończyła się w 1945 r. Już choćby z tego powodu temat obecności tej krainy w literaturze polskiej wymaga podjęcia i dziwi, że nikt do tej pory się tym nie zajął. Mój esej proszę więc traktować jako rozpoznanie zagadnienia, wstęp do tematu. „Słownik etymologiczny języka polskiego” Karola Brucknera z roku 1927 informuje, że: „ zuł’ to ‘namuł leśny’, stąd Żuławy, niskie (nadrzeczne), urodzajne miejsca (w Prusiech)”. Zasłużony leksykograf nazwę krainy skojarzył z materiałem, z którego została stworzona. Inni badacze nazwę łączyli raczej z jej pierwotnymi mieszkańcami, czyli Prusami, pogańskim plemieniem, które zostało wyniszczone przez Krzyżaków. Zygmunt Gloger w dziele „Geografia historyczna ziem dawnej Polski” (1903) genezę słowa Żuławy wiązał z pruskim słowem ‘solov’ - wyspa (po litewsku: sala - wyspa, zole - trawa). I ten wywód związany jest z historią tych ziem, które w swych prapoczątkach były archipelagiem ostrowów. Królowie polscy przejęli Gdańsk i Żuławy z ich ludnością niepolską, osiedlaną tu w czasach panowania krzyżackiego. Związki Pomorza Gdańskiego z Koroną były silne, choć trudne i czasem wielce skomplikowane. Polacy o istnieniu dziwnej krainy leżącej na wyspach i groblach dowiadywali się zwykle podążając do Gdańska, żeby tam sprzedać korzystnie swe zboże, obkupić się w bogatych kramach nad Motławą i posmakować „złotej wódki ”, która stała się synonimem dobrych interesów wieńczących urodzajny rok. W barokowym poemacie Sebastiana Klonowica „Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi” (1595) autor opisuje pracę flisaków oraz tworzy swoisty przewodnik dla żeglujących po rzece. Dziełko jest wynikiem rejsu autora do Gdańska odbytego rok wcześniej. Solidność pisarza godna pochwały. Znajdziemy tam fragment opisujący, jak to Wisła została przez „Żuławianów” opanowana: I przywiedli ją odjąwszy szaleństwo Na posłuszeństwo. I tędy musi płynąć gdzie jej każą, Bo ma nad sobą ustawiczną strażą; Nie leje z brzegu namniejszego szczętu Groblami zjęta. Płynie swym torem wyżej nad rolami, I zawiesistym nurtem nad polami; Niżej niż rzeka żniesz na swojim łanie Bogaty manie. Andrzej Kasperek 29 Co przekładając na dzisiejszą polszczyznę znaczy, że w swym końcowym biegu Wisła zostaje poskromiona i płynie pomiędzy groblami. Już w XVI wieku zauważono spryt, pracowitość oraz bogactwo mieszkańców owej krainy, czyli manów. W „Dykcjonarzu geograficznym” z r. 1782 czytamy: „Żuława więc znaczy nizinę z błót i bagnisk uczynioną do uprawy sposobną; grunta jej są żyzne i najwięcej przynoszące pożytku”. Żuławy powstały z żulu, czyli mułu, który niestrudzona Wisła od tysięcy lat niesie do ukorzą. Na średniowiecznych mapach widzimy, że delta rzeki nie jest jeszcze scalonym Udem. Ta dziwna platanina wysp, ostrowów, kęp, mokradeł i błot. Dopiero wielka praca ludzi, którzy tu zamieszkiwali - Prusów, Pomorzan, Polaków, Krzyżaków, Niemców, holenderskich mennonitów - sprawiła, że ten teren wydarty morzu stał się urodzajnym polderem zapewniającym bogactwo swoim mieszkańcom. Bo kto posiadł trudny kunszt gospodarowania na tej ziemi mógł liczyć na nagrodę. Zauważył to autor artykułu w czasopiśmie „Rozmaitości. Pismo Dodatkowe do Gazety Lwowskiej” z roku 1823: „Kraina ta, w której pracowitość i przemysł człowieka silne zachęty i hojne nagrody od natury odbiera [...], w której każdy kmiotek jest panem a każdy pan jest kmiotkiem, kraina ta jakkolwiek mało rozległa do szczupłego rzędu prawdziwie szczęśliwych zakątków ziemi należy. [...] Mieszkania rolników wygodą, czystością i pozorem prawdziwego bogactwa znamienite. [...] O zamożności i bogactwie włościan żuławskich można się przekonać Czytając prawa przeciw zbytkowi, który pomiędzy nimi panował”. Dostatek, schludność 1 gospodarność mieszkańców tych ziem zadziwiały wszystkich, a brały się przede wszystkim z faktu, że nie było tu pańszczyzny. Tutejsi chłopi byli dzierżawcami na prawie cheł-^ińskim. W wymienionych przykładach literackich dominuje z jednej strony podziw, a z drugiej zdumienie. Autorzy, czyli polscy szlachcice, patrzą na Żuławy jak na kraj egzotyczny i to nie tylko z powodu języka, w którym się nim mówi. Stan zagród, domy podcieniowe, !stne chłopskie pałace - to zdumiewało. Wincenty Pol, który trafił tu w połowie XIX wieku, zauważył w utworze „Na groblach”: „Zamożność też tu wielka - i przy obycza-jach kmiecych bogactwo niezwykłe. - Czystość budynków i domów iście holenderska!” opisując dom gbura żuławskiego zapisał: „piętro każdego domu [...] jest mieszkaniem Zamożnego człowieka: - tu już i kosztowne posadzki - i obicia - i najwytworniejsze meble " rzeźbione starożytne szafy, zbiory porcelany i naczyń srebrnych - okazałe zwierciadła, kosztowne zegary, drzwi z palisandru i mahonie - firanki i pokrycia mebli z ciężkich Kdwabnych materii - na posadzkach kosztowne angielskie dywany - po ścianach obrazy 1 zlocone brązy!”. Polski ziemianin zdumiony był, że chłop może tak mieszkać, często łepiej niż jakiś hreczkosiej z Polesia czy Mazowsza. Pisałem kiedyś o Józefie Chamskim, Polskim oficerze, który po klęsce powstania listopadowego został internowany w Heubu-den (dziś: Stogi Malborskie) w domu mennonitów. W swych wspomnieniach pt. „Opis krótki lat upłynnionych” opisuje ich zwyczaje, zamożność, czystość panującą w obejściu: >>Słowem, w tych domach nie masz prawie gdzie plunąć, chyba w gębę staremu Holendro-lub obrzydliwej babie Holenderce...”. Ta złość brała się z prostych obyczajów gospodarzy, ale pewnie dostatek ich domostwa aż kłuł go w oczy. la niewielka kraina miała bogatą historię, była miejscem spotkania wielu nacji, kilku 30 Żuławy w literaturze polskiej” — prolegomena do książki, która powinna powstać religii, rozmaitych sposobów budowania domów, zwyczajów... Zmieniali się ludzie ją zamieszkujący, niezmienny pozostał krajobraz - płaski, pozornie mało ciekawy, wymagający skupienia uwagi i kontemplacji. Domy podcieniowe i wiatraki, kanały i groble, śluzy i poldery, wierzby i trzciny, łodzie na leniwych rzekach i traktory orzące tłustą glebę. To wszystko można tu spotkać. Pozornie nudna i nieciekawa kraina do dziś urzeka i zachwyca urodą. Ale nie wszystkich, nie łudźmy się, bo to: „krajobraz dla konesera” - wedle trafnej definicji Marka Opitza. Od drugiej połowy XIX wieku rzadko kto z polskich autorów tutaj zaglądał. Zmieniło się to dopiero po II wojnie światowej, kiedy to Żuławy trafiły znowu do Polski. Przyjeżdżało wówczas na te tereny tysiące osadników, wśród nich znalazła się rodzina Czesława Miłosza. Zostali zmuszeni do opuszczenia Wileńszczyzny, gdzie rodzina mieszkała od wieków. W listopadzie 1945 r. do Drewnicy przyjechał Miłosz, żeby spotkać się z bliskimi, tu zmarła jego matka, spełniając samarytański uczynek opieki nad chorą na tyfus, samotną staruszką Niemką. Kilka dni spędzonych w samotnym domu przy wiślanym wale zaowocowało aż trzema wierszami („Żuławy”, „Grób matki”, „Z nią”) i cyklem reportaży. Czesław Miłosz był na Żuławach dwa razy. Raptem kilka dni. W jego długim, liczącym dziewięćdziesiąt trzy lata żywocie to tylko chwilka, mgnienie oka zaledwie. Czy zatem warto zajmować się tym epizodem z życia noblisty? Tak, warto. Obrazy, które poeta zachował pod powiekami, powróciły później w Ameryce jako wspomnienie krainy, która przygarnęła jego rodzinę, rozbitków z wojennej zawieruchy a także ziemi, w której pochowano jego matkę. Wspomnienie Żuław pojawi się we fragmencie wiersza „Grób matki”: O jakże huczy w te jesienne noce Morze u ujścia Wisły. Grzmot napełnia Płaską nizinę pod rzędami wierzb I wiatr północny czesze suche trawy, Dyszy w burzanach i sypie się szkło Z rozbitych okien martwego kościoła. [...] W pobliżu miejsca gdzie są połączone Ziemia i resztki tej co mnie zrodziła. Samotność wieczna, krzyk wędrownych ptaków, I bezustanny, głuchy oddech morza. Więcej informacji o Miłoszu na Żuławach można znaleźć w książce „Miłosz na Żuławach. Epizod z biografii poety” pod redakcją Małgorzaty Czermińskiej i Andrzeja Kasperka wydanej kilka lat temu oraz oglądając ekspozycję poświęconą Miłoszom w Żuławskim Parku Historycznym w Nowym Dworze Gdańskim. Weronice Miłoszowej poświęciłem opowiadanie pt. „Zamyka się furtka Czarnego ogrodu”. Opisałem w nim jej dni ostatnie. Melchior Wańkowicz po 1956 r. powrócił do kraju. Wydawał tu swe dawne książki, ale także pisał nowe. Był wówczas jednym z najpopularniejszych autorów polskich - jego reportaże osiągały zawrotne nakłady - często powyżej stu tysięcy egzemplarzy! „Walczący Andrzej Kasperek 31 Gryf” (1963) z pewnością nie należy do najlepszych jego dzieł, ale jest ciekawym dokumentem napisanym z inicjatywy Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich. Zaletą książki jest szerokie spojrzenie - Wańkowicz zaznacza we wstępie, że już w 1913 r. przemierzał Pomorze Gdańskie, potem śledził budowę Gdyni a w Gdańsku „widział fanfary i parady hitlerowskie”. Książka jest zapisem wędrówek wytrawnego reportera po Pomorzu Gdańskim, Żuławom poświęcony jest rozdział pt. „Ląd wyłoniony”. Ciekawe świadectwo osu-SZania tej ziemi, życia nowych jej mieszkańców, opis działalności PGR-ów... Są dwie szkoły - jedna rygorystycznie oddziela Żuławy od Mierzei Wiślanej, natomiast druga traktuje kosę jako przedłużenie nizinnej krainy. Wspominam o tym, bo Przychylając się do ustaleń pierwszej uważam, że przy zajmowaniu się tym tematem trzeba pisać także o Stegnie i Sztutowie, czyli obozie koncentracyjnym Stutthof. Niesyty, sielski obraz Żuław został zbrukany w czasie II wojny światowej. W moim opowia-daniu „Sianokosy u Schopenhauerów” opowiedziałem o historii tej żuławskiej wioski, w której stał słynny dwór, dzierżawiony przez znaną rodzinę patrycjuszy gdańskich. wspomnieniach Johanny Schopenhauer Sztutowo jawi się niczym eden: wygodny ^wór, zamożna wieś, piękny, jak tylko być może, sosnowy las, melodyjny głos dzwonków krów, pasących się pod wysokimi drzewami na pachnącym, korzennym poszyciu... ^yb też jest pod dostatkiem: dorszy, płastug, wielkich łososi i jesiotrów, z których ikry produkuje się na miejscu kawior. Nie ma wprost końca zachwytom autorki nad tą sielską 1 szczęśliwą krainą. »Po drugiej stronie, w przeciwieństwie do tej wspaniałej scenerii, ^isła otacza roześmianą, urodzajną dolinę: ogrody, łąki, krzaki, ożywione pojedynczy-01 fi wielkimi zagrodami i pięknie zabudowanymi, bogatymi wsiami, jakie nie wszędzie w Niemczech spotkać można, a które zamieszkane są przez ludzi o pięknym typie urody 1 °dróżniających się odrębnymi zwyczajami«”. Ale minęło sto lat od śmierci autorki i raj zamienił się w piekło. Gbóz koncentracyjny Stutthof trafił do literatury światowej za sprawą litewskiego pi-Sarza Balysa Sruogi. Był on w nim więziony kilka lat. Swe wspomnienia spisał w książce Ph „Las bogów”, tłumaczonej na wiele języków. To przerażająca relacja z miejsca, które Pochłonęło około 65 tysięcy ofiar z całej Europy. Stutthof pojawia się także w powieści ' awła Huellego „Śpiewaj ogrody”. Bohater utworu - kompozytor Ernest Teodor Hof-fnun - zostaje skazany przez nazistów na pobyt w obozie. Jest tzw. więźniem honorowym. Nikt go nie bije, ma znośne warunki życia: „Dwa koce, poduszka wypchana sia-nem. Żadnych apeli. Wymarszów do katorżniczej pracy. Ciepło. Jedzenie z koszarowej kuchni. Spacer wokół baraku godzinę dziennie. Latryna, w której nie tonęło się w nie-Czystościach. Niewielka łaźnia, w której zagrzać można było wodę, mydło, miednice, czysty ręcznik raz w miesiącu. I raz w miesiącu list i paczka”. Ale cena za te „luksusy” jest straszna, musi codziennie rano napalić w piecyku koło krematorium. Pozornie nie ma W tym nic okropnego, ma tylko napalić w piecu, który ogrzeje komorę gazową, bo zimny W’atr od morza sprawia, że cyklon B nie może zadziałać skutecznie i „technika zawodzi, trzeba powtarzać lub marnować amunicję”. Ta perfidna tortura miała zniszczyć niepo-kornego kompozytora... Paweł Huelle kilka razy pisał o Żuławach. Pierwsze było opowiadanie „Stół” (1989). 32 Żuławy w literaturze polskiej” - prolegomena do książki, która powinna powstać W tle współczesnej historii o wizycie u stolarza, który ma zrobić tytułowy stół pobrzmiewa legenda o pacyfistycznych mennonitach, dawnych mieszkańcach tych ziem: „pan Kaspar zaczął mówić szybkimi zdaniami, że oni śnią mu się po nocach, że widzi ich jak na jak na jawie, gdy w czarnych kapotach przekraczają bramy obozów, gdy w tych czarnych kapotach zdążają prosto do nieba, a tam, w górze otwierają się wrota i Pan Bóg wita ich z uśmiechem. Bo któż miałby być mu milszy niż oni, którzy uprawiali tłustą ziemię w pocie czoła i z miłością, oni, którzy przekopywali pracowicie kanały, budowali śluzy stawiali wiatraki, śpiewali hymny i psalmy i nigdy, pod żadnym pozorem nie chcieli brać do broni do ręki?”. Inna sprawa, że w czasach niemieckich wiele się zmieniło i wyjście było jedno - dostosować się lub wyemigrować. Ci ortodoksyjnie wierni religii przodków wyjechali do Rosji, pozostali służyli w wojsku niemieckim. Paweł Huelle do tego tematu wrócił jeszcze raz - w opowiadaniu „Mimesis” z tomu „Opowieści chłodnego morza’ (2008). Stara mennonitka spotkana w Nowym Jorku opowiada autorowi swe życie. Temat mennonitów pojawia się także w jego opowiadaniu ze zbiorowego tomu „Wszystkie dni lata”. Wymieniłem tu kilka książek. Na mojej półce poświęconej Żuławom przybywa coraz więcej wydawnictw. Obok albumów, przewodników turystycznych, książek kucharskich i rozpraw naukowych pojawia się coraz więcej literatury zainspirowanej przez ten melancholijny płaski kraj. Na zakończenie tylko krótkie wyliczenie: przygodowa powieść dla młodzieżyjerzego Mirosława Sawickiego pt. „Skarb menonitów” (2003), dwa tomy opowiadań Stanisława Modrzewskiego, autora, który czytelnikom „Prowincji” nie jest obcy już pisałem o jego twórczości: „Gdzie tataraki, gdzie jerzyki...” (2008) i „Wielorzecze’ (2010) a także tomiki poetyckie Andrzeja Lipniewskiego „Mitologie Stegny Gdańskiej’ (1995) i „Żuławy podeszczowe” (1998). O jego twórczości także już pisaliśmy. Podobnie jak o motywach żuławskich w „Kinie krótkich filmów” (2014) Marka Stokowskiego i w „Jadzi” (2015) Michała Majewskiego. To całkiem spora lista. A przecież niekompletna. Pokazuje to, jak opisaną przez Miłosza „krainę płaską wziętą z wody i płomieni” ulubili sobie pisarze. Rozmowa Prowincji PRZYJECHALI „ŚWIROWIERCY”, CZYLI JUBILEUSZ POGRANICZA Z KRZYSZTOFEM CZYŻEWSKIM ROZMAWIAJĄ ANDRZEJ KASPEREK I LESZEK SARNOWSKI, CZĘŚĆ 2 - Prowincja: - Latem 1990 roku z Czarnej Dąbrówki na Kaszubach w stronę Sejn Wyruszyła grupa młodych ludzi. Jechaliście wozem konnym wyładowanym scenografią i kuchnią połową. Zdjęcie tego wozu można zobaczyć na ścianie Białej Sy-nagogi. To był ten czas heroiczny. Teraz po ćwierćwieczu chyba już wrośliście w tę ziemię. Zbudowałeś tam z Małgosią, Twoją żoną, Wasz dom. Kim się czujecie? Czy Według śląskiej definicji jesteście jeszcze „ptokami ” czyjuż„krzokami ”, a może nawet „pniokami”? Paweł Huelle napisał w przedmowie do „Linii powrotu”, zbioru Twoich esejów: „Tak właśnie myślę o Krzysztofie: podróżującym przez kwitnące * opalone pogranicza, piszącym kolejny esej, wiersz, list. Podejmującym rozmowę z Cyganami na dworcu w Czerniowcach, polskim gastarbeiterem w berlińskiej knaj- P*e, rumuńską pisarką na amerykańskim stypendium. Prawdziwy Homo Viator”. ^zy rzeczywiście jesteś takim pielgrzymem i żeby nie zapomnieć, skąd ruszyłeś w drogę kazałeś na frontonie dworu w Krasnogrudzie umieścić inskrypcję z Oskara 34 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza Krzysztof Czyżewski: - Czujemy się tutejszymi. Jesteśmy u siebie na pograniczu. Tyle że tutejszość pogranicza obejmuje, i „ptoki”, i „krzoki”, i „pnioki”. Aby „pniok* mógł się dobrze zakorzenić i zdrowo rosnąć na pograniczu, nie może wyrzec się „pto-ka”. Niczego nie może się wyrzec, raczej stawać się na tyle pojemnym, by móc pomieścić inne. Nie trzeba składać w ofierze jednego, by istnieć mogło drugie tam, gdzie człowiek zmierza do współistnienia. Zawiesić buty wędrowca na domowym kołku to żadna gwarancja zakorzenienia. Zwłaszcza tam, gdzie życie jest nieustannym przechodzeniem na drugi brzeg, poszukiwaniem utraconego, rozmową z innymi, w której jedynie posiąść można sztukę powrotu do siebie samego. Nasze życie tutaj ma to do siebie, że uczy ciągłości i polifonii raczej niż odcinania się od innych form egzystencji, czy wyboru jednego głosu. Zbudowaliśmy z Małgosią swój dom w Krasnogrudzie, rodzinny. Ale czy oznacza to zmianę trybu życia z wędrownego na osiadły? W pewnym sensie jest to zmiana naszej sytuacji życiowej, bo wcześniej nie mieliśmy takiego miejsca, w którym czulibyśmy się zakorzenieni. Nie oznacza to jednak, że przestaliśmy podróżować. Nasza praca toczy się na wielu pograniczach świata. Nie wiem, czy mielibyśmy do tego zdolność i siłę, gdyby nie ten dom, do którego można powracać, i gdyby nie nasza tutejszość. Powiedziałbym nawet, że przyszedł czas wędrowania w głąb, dalej niż umożliwia to horyzont zakreślony przez płaskie przemieszczanie się w przestrzeni i czasie. Tajemnica duchowej podróży tkwi w sztuce powrotu. Bez niej nasze przechodzenie na drugi brzeg, w nieznane, kończy się zatraceniem siebie lub szaleństwem. Dlatego dom na pograniczu jest miejscem siły dla wędrowca marzącego o tym by iść dalej, i jeszcze dalej. - Sejny i okolice to miejsce szczególne. Napisałeś, że: „Sejny i Krasnogruda leżą w pobliżu tak zwanego Trój styku, miejsca niezwykłego w tej części Europy, gdzie od XV wieku spotykają się niezmiennie granice trzech państw: dawniej Króle-stwa Polskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego i Zakonu Krzyżackiego. Dzisiaj Polski, Litwy i obwodu kaliningradzkiego [...]. Spotkać tam można ludzi, którzy nie zmieniając przez całe życie miejsca zamieszkania, byli obywatelami trzech/ a nawet czterech państw. Ta ziemia jest domem Polaków, Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Cyganów (Romów), Tatarów, Ukraińców i Łemków, Karaimów Nosi też ślady pozostałe poJaćwingach, Prusach, Żydach, Rosjanach, Niemcach, Ormianach... " Opowiedz, jak się żyje w takim miejscu? Nasze stosunki z Litwą nie są zbyt dobre, ale Ciebie Litwini (sam to sprawdziłem kilka lat temu) bardzo chwalą, a działalność Pogranicza uważają za bardzo ważną i wzorują się na niej-Pewnie wołałbyś, żebym Cię nazwał budowniczym mostów, ale czy czasami nic masz poczucia, że bliżej Ci do linoskoczka, który musi uważać na każdy krok? Na czym polega „praktykowanie pogranicza ”? - Praktykowanie pogranicza ma w sobie coś z balansowania na linie. Trzeba mieć oczywiście świadomość wielości żywiołów, o których wspominasz, narodowościowych i kulturowych. Trzeba wiedzieć o różnych granicach, którymi poprzecinała tą ziemię Historia, ale także granicach wewnętrznych, traumatycznych pamięci, osobnych światopoglądów i podziałów pokoleniowych. Dajesz tym różnym głosom mówić, Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 35 wsłuchujesz się uważnie, starasz się wejść w buty drugiego, uczysz się krytycznego myślenia i uderzania we własne piersi, nie rzucania kamieniem. Linoskoczek, o którym mówimy, ma oczy nie tylko z tyłu głowy, ale w każdej części ciała. Na pograniczu - tak, lak na linie - uczysz się jak ustrzec siebie od wykonania fałszywego kroku, bo od tego wlaśnie, a nie od posiadania wielu innych rzeczy, w tym racji absolutnej, zależy równo-Waga, czyli twoje życie. Kiedyś, wspólnie z Mirosławem Bałką, przygotowaliśmy mały performance przy °kazji sympozjonu „Nowa Agora” we Wrocławiu. Szkic Mirka z tej instalacji znalazł si? na okładce wydanego przez nas „podręcznika dialogu” pt. Tożsamość i zaufanie. Na publicznym placu w pobliżu synagogi Pod Białym Bocianem, nieopodal cerkwi i kościołów katolickiego i protestanckiego, ustawiliśmy konstrukcję napinającą linę jakiś metr nad ziemią. Zaprosiliśmy linoskoczka z Sarajewa, który przez cały dzień prowadził Warsztat pogranicza, ucząc przechodniów i zwiedzających tzw. Dzielnicę Czterech Wyznań, chodzenia po linie. Program poznawania wielokulturowości miasta zwykle realizowany jest przez spotkania w każdej ze świątyń oraz zdobywania informacji ° osobnych kulturach i tożsamościach. Tymczasem przejście po linie wprowadzało lu-^łzi w przestrzeń pomiędzy, w sam akt przechodzenia i ryzyka z tym związanego, w stan zawieszenia, wybijającego nas z dotychczasowej równowagi i wszelkich utartych form chodzenia. Linoskoczek cierpliwie pouczał ustawiających się w kolejce do przejścia na hrugą stronę ludzi, że powinni zaufać ręce ku nim wyciągniętej od drugiej, najczęściej nieznanej osoby. Z kolei ci, którzy angażowali się w pomoc, musieli tak to robić, by n’e uzależnić od siebie człowieka na linie, by w którymś momencie, jak uchwyci już r°Wnowagę i rytm kroków po linie, mógł się od nich oderwać i kroczyć samodzielnie. Najważniejsze jednak było uwolnienie uwagi od samego siebie - każde skierowanie Wzroku na własne stopy równoznaczne było z utratą równowagi; wzrokiem trzeba było trzyrnać się drugiego brzegu, cały czas wybiegając ku nieznanemu. Dosłownie tak, jak w tej przypowieści chasydzkiej o rabinie z Krosna, który nie mógł oderwać spojrzenia linoskoczka, starając się zrozumieć dlaczego naraża on swoje życie i odpowiadając sobie, że z pewnością nie czyni tego dla zarobienia dwustu guldenów, bo gdyby tak bylo, musiałby niechybnie spaść na ziemię. To jest właśnie praktykowanie pogranicza. Wyjście poza siebie i obdarzenie zaufaniem ludzi, z którymi obcujemy, to zasady budujące etos pogranicza. Ma to wiele wspólnego z procesem psychologicznym, który Antoni Kępiński nazywał dezintegracją pozytywną. Innymi słowy, jest to niekończąca S1? podróż inicjacyjna, w której opuszczenie własnego domu i spotkania z nieznajomy-1111 prowadzą podróżnego do odnalezienia samego siebie. Jeśli pytasz o nasze sąsiedztwo z Litwinami, to przekonany jestem, że odbija się w uirn jak w zwierciadle nasza polska niedojrzałość. Mamy kłopot z oderwaniem się °d siebie i spojrzeniem na Litwę nie jako na „nasze Kresy”, spojrzeniem skażonym ro-^antyczną nostalgią i paternalizmem, lecz jako na samoistny kraj z piętnem tragizmu 1 nieprawdopodobną wręcz determinacją narodowego samostanowienia, która naka-zywała mu wyzwolenie się spod dominacji większych sąsiadów, w tym Polski. Czy to zUaczy, że przyjmując taką perspektywę rezygnujemy z upominania się o na przykład 36 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza prawa należne Polakom zamieszkującym współczesną Litwę? Nic podobnego. Znaczy to jedynie tyle, że rozumiemy w jakim stopniu nasza niedojrzałość w postępowaniu z mniejszym i słabszym sąsiadem daje pożywkę dla postaw ksenofobicznych i ideologii nacjonalistycznych po drugiej stronie granicy, których ofiarą padają - obok innych -także nasi rodacy. Wschodnie pogranicze Polski jest dobrym testem na to, czy posie-dliśmy już sztukę bycia większymi, która wymaga czegoś więcej niż licytowanie się kto komu więcej jest winien. Przychodzi nam to z wielkim trudem, bowiem nasza kultura relacji międzynarodowych od z górą dwóch stuleci oparta jest na skardze i oczekiwaniu zadośćuczynienia za doznane krzywdy od mocarstw, okupantów i wrogich sąsiadów. Poznałem już Litwinów na tyle, żeby wiedzieć, że każda próba zmuszenia ich siU do czegokolwiek lub zastraszenia potęguje tylko ich opór. Wystarczy jednak uporać się z poczuciem własnej wyższości i obdarzyć ich zaufaniem, a stają się lojalnymi i wielkodusznymi sojusznikami, gotowymi wiele poświęcić dla wspólnej sprawy. Ale to nie dotyczy przecież tylko Litwinów. Przyjeżdżając do Sejn by stworzyć tutaj ośrodek „Pogranicze”, od początku po dziś dzień słyszymy głosy - tak z zewnątrz, jak i z wnętrza naszych własnych uprzedzeń - przestrzegające nas przed masą problemów, która sprawi, że to przedsięwzięcie skończy się klęską, bo to zbyt ambitne i „nie dla ludzi” bo prowincja i marazm zaścianka, bo ludzie źli, skłóceni, nie wykształceni, zawistni i co tam jeszcze... To, że udało się inaczej i że potrafimy utrzymać równowagę linoskoczka, zawdzięczamy w dużej mierze właśnie tym dwóm cnotom: uporaniu się z poczuciem własnej wyższości i obdarzeniu zaufaniem ludzi, z którymi przyszło nam życ i pracować. - Dwór Kunatów to Miłosz. Od spotkania z nim w dawnym klasztorze w Wi' grach AD 1989 zaczęła się Wasza z noblistą współpraca. Ale zainteresowanie jego życiem i twórczością jest dawniejsze - Twoja praca magisterska nosząc# tytuł „Księga Drogi Czesława Miłosza” została obroniona na Wydziale Poloni' styki U AM w Poznaniu w roku 1983. Piszesz o nim: „Przed jego uważnym spój' rżeniem spod krzaczastych brwi nie mogła się ukryć żadna słabość człowiek#-Widział mnie na przestrzał, moje ograniczenia, moje przyszłe problemy, których ani świat, ani moja własna głupota mi nie oszczędzi, całą moją kruchość wobec spraw, na które się porywam - a jednak nigdy nie powiedział słowa o tym, że nie warto, żebym się opamiętał, zaniechał... Przeciwnie, każde z nim spotkanie, list od niego, nowa książka to pogłębiające się zobowiązanie, żeby sprostać tej wym#' gającej przyjaźni, żeby nie popełnić grzechu zaniechania ”. Co tak Cię fascynuje w tym poecie? -Jak mówił profesor Błoński, „Miłosz jest jak świat”, i ja sam spotykam się z nim na różnych kontynentach duchowego uniwersum. Jego mądrość, choć zawdzięcza wiele inteligencji i Historii, ma swe źródło w metafizyce ciała i erotycznego wręcz doznania ziemi, co sprawia, że ten katastrofista i ciemno-wielmożny degustator manichejskich trucizn podąża przez świat z miłością, istnieje bo kocha. Wystarczy porównać wiersz Zbigniewa Herberta „Do rzeki” z miłoszowymi „Rzekami”, by zrozumieć co mam na myśli. Z jednej strony filozoficzna mądrość, chłodny namysł i retoryczne - naucz mnie Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 37 rzeko uporu i trwania / abym zasłużył w ostatniej godzinie / na odpoczynek w cieniu delty / w świętym trójkącie początku i końca, a z drugiej strony - nurt mnie podejmował milcząco Za kolana, / Aż powierzyłem się, i uniósł mnie, i płynąłem... Miłosz, jak rzadko kto w dwudziestym wieku, był przygotowany - a może powinie-nem powiedzieć - naznaczony tak pamięcią raju, jak i różnymi kłutymi ranami upadłego anioła, którego ślady odnajdował w sobie samym, w materii, Historii i Naturze - do odbycia dalekiej, ryzykownej i do samego końca tragicznie rozdartej podróży w poszukiwaniu Boga i sensu istnienia. To, co czyniło go wielkim wędrowcem, to niezgoda na swiat zastany. Cóż bowiem mają począć ludzie - pytał w „Ziemi Ulro”- dla których niebo 1 ziemia jest za mało i nie mogą żyć, jeśli nie oczekują innego nieba i innej ziemi? Dla których 'ch własne życie, takie jakie jest, pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie mogą się P°godzić z tym, iż nigdy nie pojmą, czym było naprawdę. Fascynuje mnie jego bunt, który nie był destrukcyjny ani eskapistyczny, nie szedł na skróty nihilizmu czy taniej negacji. Miłosz był buntownikiem z miłości, co w kon-Sekwencji sprawiło, że jego życie i dzieło spełniały się na linii powrotu. Buntował się Przeciwko martwocie zaścianka, z którego brał swój początek, szydził z prowincjonal-n°sci międzywojennego Wilna, wybierając podążanie za głosem daimoniona zdradzał najbliższych i rodzinne lojalności, emigrował, zamieszkiwał w światowych metropo-kach - po to tylko, by żywić się pamięcią rodzinnego powiatu w sercu Litwy, by powrócić do polskiego Krakowa i sekundować odrodzeniu się rodzinnej Krasnogrudy, by złożyć hołd poetycki najwyższej próby Wilnu, by tym z fotografii na ganku dworu dochować „innej wierności” poprzez zdobycie poetyckiego kunsztu, dzięki któremu ^oże podnieść do drugiej potęgi / Mój powiat i was, moje cienie, / Którzy przybywanie na m°je wezwanie... [„Wy, pokonani”]. Już jako młody chłopak, na lekcjach religii z księdzem Chomikiem, buntował się Przeciwko chrześcijańskim dogmatom, a z czasem doszedł do tego jeszcze bunt prze-Clwko polskiemu katolicyzmowi, naznaczonemu teologicznym uwiądem, nacjonalizmem i ksenofobią. Prowadziło go to na różne obrzeża herezji, manichejskie i ariań-skie, ku naukom Orygenesa i mistyce Swedenborga, ku fascynacjom buddyzmem zen 1 naukami Tao. A przecież nigdy nie został apostatą, z biegiem lat tylko pogłębiał swoje chrześcijaństwo i zadomawiał się we wspólnocie wiernych parafialnego kościoła, pi-sząc na starość „Traktat teologiczny”, niebywale zupełnie świadectwo oświeconego r°zumu, któremu jest „dobrze w modlącym się tłumie”. Buntował się przeciwko sobie Samemu, tocząc boje z własnym ego i bez litości piętnując słabości własnej natury, ale tylko poszerzało jego wolność indywidualną i odwagę bycia sobą w takiej nagości, ° którą rzadko kto spośród pisarzy i filozofów zdołał się pokusić. Buntował się przeciw- Naturze i prawom konieczności, którym jest poddana, w tym prawom zadawania smierci i pozostawania we władzy ślepych instynktów, a jednocześni słowem chwytał chwilę wiecznego trwania, doświadczał epifanii dzięki ptakom czy łące dzieciństwa, by ostatecznie - utraciwszy już wszystko, nawet umiłowaną Eurydykę - zasnąć „z po-hczkiern na rozgrzanej ziemi”. Toczył walkę z Historią, dla której pojedyncze istnienie nic nie znaczy, ale nigdy od niej nie odwracał się plecami, angażując się w ruch opozycji 38 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza demokratycznej w Europie Środkowowschodniej, upominając się o los krajów bałtyckich czy Sarajewa, pisząc dla przestrogi współczesnym Polaków „Wyprawę w dwudziestolecie ”, książkę - na nasze nieszczęście - proroczą. Fascynujący jest ten permanentny bunt Miłosza, który ma moc oczyszczającą i konstruktywną, i który, zamiast palić za sobą mosty oraz uwalniać od ciężaru spraw trudnych i dziedziczonych z przeszłości, jest nieustającą podróżą w głąb tradycji i rzeczywistości, które człowiekowi są dane przez miejsce i czas urodzenia, a także przez naturę jego ciała i duszy. - Krasnogruda to miejsce spotkań. Andrzej Franaszek napisał o Krasnogrudzie pięknie: „Jeździmy do niej, powracamy, by zaczerpnąć ciszy, światła, skupienia. Na nowo uwierzyć w linię własnego losu " Kto tu nie gościł? Tomas Venclova, Timothy Snyder, Tony Judt, Olga Tokarczuk... Listę można by wydłużać. Jak udaje się Wam w to miejsce odległe od stolicy, daleko od Suwałk, kawał drogi od Sejn, sprowadzać tak ciekawych ludzi? Przecież nie sowite honorarium ich tam przyciąga? - Praca, której się poświęciliśmy, jest wysoko niestandardowa, wymaga innowacji, odwagi przecierania nowych ścieżek, ciekawości nieznanego. Nie ma dla niej gotowych podręczników i uświęconych rytuałów, podobnie jak nie ma stałych okienek w mediach ani katedr uniwersyteckich specjalizacji. Powiedziałbym, że jest to dziedzina zarezerwowana dla tych czytelników periodyków społeczno-kulturalnych, Krzysztof Czyżewski Ur. 6 łipca 1958 w Warszawie. Animator kultury, poeta i eseista. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1978-1983 pracował jako aktor i instruktor w Stowarzyszeniu Teatralnym „Gar-dzienice”. Podczas stanu wojennego w Poznaniu został współzałożycielem i redaktorem podziemnego pisma „Czas Kultury”. W 1990 roku był jednym z inicjatorów powstania Fundacji „Pogranicze” i został jej prezesem. W 1991 roku, wraz z niektórymi członkami zespołu „Arka” i zespołu z Czarnej Dąbrówki, przeniósł się do Sejn, gdzie zainicjował powstanie Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” i został jego dyrektorem. W 1994 roku powołał do istnienia pismo „Krasnogruda” i został jego redaktorem naczelnym. Wraz z zespołem „Pogranicza”, twórca i realizator m.in. programów: Centrum Dokumentacji Kultur Pogranicza, Szkoła Pogranicza, Otwarte Regiony Europy Środkowowschodniej, Środkowoeuropejskie Forum Kultury, Człowiek Pogranicza, Gra szklanych paciorków, Wędrowna Akademia „Nowa Agora”, Dialog Międzykulturowy na Kaukazie i w Azji Środkowej, Akademia Dialogu Partnerstwa Wschodniego, Medea/Ponte, Opowieści o współistnieniu. Opublikował książki: Ścieżka pogranicza, Linia powrotu. Zapiski z pogranicza, Miłosz. Tkanka łączna. Wyróżniony wieloma prestiżowymi nagrodami: Fundacji POLCUL (Melbourne, 1992); paryskiej „Kultury” za rok 1996; nagroda im. Gabora Bethlena dla człowieka Europy Środkowej (Budapeszt, 1998); medal św. Jerzego przyznanego przez „Tygodnik Powszechny” (Kraków, 2000); srebrny Medal „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis” (Warszawa, 2005);odznaczenie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2010); dyplom za zasługi dla ochrony dziedzictwa kultury żydowskiej w Polsce otrzymany z rąk Ambasadora Izraela, Szewacha Weissa (Kraków 2001); Nagroda im. Jerzego Giedroycia otrzymana razem z zespołem „Pogranicza” (Warszawa, 2008); Nagroda Honorowa Pro Publico Bono (Kraków, 2004). _______ Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 39 którzy lubią zaczynać ich lekturę od końca, tam, gdzie - zwykle mniejszym drukiem -Pisze się o różnych ciekawostkach i drobiazgach, albo o sprawach nie mieszczących się w tematach zasadniczych, w każdym razie takich, które przez redaktorów uznawane są Za mniej ważne od tych poruszanych na pierwszych stronach. Sam mam taką słabość czytania od końca i poniekąd przeniosło się to na Pograni-Cze, bo trudno byłoby mi przypomnieć sobie teksty czy informacje o nas, które nie Znajdowałby się w jakiś variach, lokalnych dodatkach albo resztówkach zaczernionego Papieru. Jednocześnie sami stawiamy sobie bardzo wysokie wymagania, tak serca, jak 1 rzemiosła; jesteśmy „drobiazgowi” także w tym sensie, że przywiązujemy wagę do każdego szczegółu i jesteśmy nonkonformistyczni jeśli chodzi o respektowane przez nas hierarchie tego, co ważne, często bardzo daleko odbiegające od salonowego main-strearnu. To sprawia, że ludzie, z którymi nawiązujemy współpracę, odnajdują się u nas na zupełnie innym terytorium niż znane im środowiska uniwersyteckie, festiwalowe Czy medialne, terytorium prawdziwie pogranicznym, w małym miasteczku, wobec nagiego życia i autentycznej społeczności, gdzie kultura nie jest eventem, lecz orga-rncznym praktykowaniem, gdzie czas zamiast uciekać płynie w głąb, gdzie myślenie 1 tworzenie jest w dużym stopniu niezależne od konieczności rynkowych, medialnych Czy środowiskowych. To wszystko wytwarza pole wzajemnych przyciągań, w którym pojawić się jedynie ludzie chodzący własnymi ścieżkami i pod prąd, nietuzinkowi- l ak się u nas mówi; na moje pytanie, czy to jest człowiek pogranicza?, tutejsi odpowiadają często: owszem, człowiek z niego nietuzinkowy... Masz zatem rację, że w grę Ge? Zestnik Misterium Mostu z Izraela, fot. Ośrodek Pogranicza 40 Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza nie wchodzą tu honoraria, bo gdyby tak było nasz linoskoczek utraciłby równowagę i nigdy nie dotarł na drugą stronę, do Pogranicza. - Sejny to zespoły twórcze: Teatr Sejneński, Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego, Teatr Dziecięcy, zespół redakcyjny Almanachu Sejneńskiego. Kra' snogruda to wspominane tuMCD. Do tego pisanie książek, wyjazdy na wykład) i seminaria, współpraca z wieloma polskimi i zagranicznymi instytucjami, rozmaite projekty. Jak dajesz radę to wszystko „ogarnąć”? Ile Ty śpisz? - Cała tajemnica w zespole. To jest nasze dzieło zbiorowe. Nawet kiedy wykładało w Nowym Jorku, albo odbieram Nagrodę Dana Davida z Pierrem Nora i Saulem Frie-dlanderem wiem, że jestem tylko wysłannikiem Archipelagu Pogranicza, stworzonego z różnych pracowni działających na zasadzie naczyń połączonych. Jest czas, kie' dy pracujemy osobno, każdy bierze odpowiedzialność za swoją ścieżkę pracy, wokół której tworzy konstelacje ludzi i program działania; ale potem przychodzi czas, kiedy siadamy w kręgu, każdy z własnym dorobkiem twórczym, i wtedy dopiero zaczyna się dalsza podróż, rodzaj gry szklanych paciorków, w której łączymy elementy dla więk' szej całości, dla dzieła zbiorowego, i tak powstaje na przykład „Misterium mostu” albo „Medea-Pont”. Pewna tajemnica skrywa się też w miejscu, jego mocach tellurycznych. W istocie na' uczyłem się spać krótko, ale też nie bez kozery zwykliśmy mówić w Krasnogrudzie, że tutaj „szybciej się śpi”... Nie wyobrażam sobie utrzymania w długim dystansie takiego rytmu pracy w miejscu pozbawionym światła, ciszy, przemian pór roku i wibracji sił natury jakimi obdarzona jest Krasnogruda i cała Suwalszczyzna. - „Krzysztof Czyżewski - praktyk idei, animator kultury, poeta i eseista, redaktor” - tak pisze o Tobie Wikipedia. Wszystko się zgadza, ale zdefiniuj, jak rozumiesz słowa: praktyk idei? - Kiedy byłem małym chłopcem, książki czytane na głos przez ojca mnie i bratu były jedynie początkiem przygody. Nie dawaliśmy ojcu spokoju dopóki nie przenieśliśmy świata opowieści do naszej rzeczywistości, dopóki nie wcieliliśmy się w ukochane pO' staci z książek Karola Maya czy Alfreda Szklarskiego, dopóki nie zaczęliśmy zgadywać, co by zrobił na naszym miejscu Mały Książę. Potem, gdy czytaliśmy już samodzielnie, przenosiliśmy książki do zabaw z kolegami i koleżankami na podwórku. Pamiętam, że czytając myślałem już o tym, jak opowieść, która budzi moje marzenia, będę mógł przenieść w życie. W zaczarowanym świecie dzieciństwa i w wielkim teatrze zabawy, w którym byłem zanurzony, wszystko było możliwe, a to znaczy, że książka-idea stawa' ła się zaczynem działania albo gasła, gdy na samym czytaniu się poprzestawało. Dzieciństwo jednak się skończyło, a ja dalej tak samo czytam książki... Założyciel' ska dla Pogranicza wyprawa była takim właśnie czytaniem „Podróży na Wschód ” Her manna Hessego. Mógłbym powiedzieć nawet więcej - zbudowany przez nas Ośrodek to w istocie gościniec dla Wędrowców Wschodu, w którym pożywić się oni mogą wia-rą, że podróż, o której zaświadcza ich głęboka pamięć i która powraca do nich w snach, nie była iluzją, jak utrzymują ci, którzy utracili dostęp do jej tajemnicy, ale czymś realnym, mało tego - nadał trwającym i nie kończącym się. Niekończąca się opowieść Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 41 Hessego jest inicjacyjna, ale także jest alegorią kresu dzieciństwa, równie wspaniałą lak „Pałac lodowy” Tarjei Vessasa, z tą jednak różnicą, że u mistrza ze Szwarcwaldu rzeka dzieciństwa nie zostaje zatamowana lub unicestwiona posuchą wyobraźni dorosłych, lecz wpływa pod ziemię i dalej nurtuje. Zabierając się za odrodzenie dworu w Krasnogrudzie w pamięci mieliśmy „Grę Szklanych paciorków” Hessego i nieprzypadkowo program, którym zainicjowaliśmy Międzynarodowe Centrum Dialogu nazywał się Prowincja Pedagogiczna Budowni-Czych Mostu. Wcześniej, pod kierunkiem Bożeny Szroeder, stworzyliśmy wspólnie Pr°gram „Sejneńska gra szklanych paciorków”, adresowany do dzieci wielokulturo-Wego miasteczka, które tworząc karty z opowieściami o różnych wydarzeniach i połaciach historycznych, o elementach kultury duchowej i tradycjach własnych rodzin, uczyły się grać w grę polegającą na odnajdywaniu korespondencji i styków między róż-nymi osobami i kulturami, na układaniu kart w konstelację wspólnej opowieści. Książka wydana przy okazji tego programu do dzisiaj służy nauczycielom w lekcjach edukacji międzykulturowej. To wszystko są cząstki budowania naszej Kastalii. Oczy-W1scie nie chodzi tu o dosłowne przenoszenie mitów literackich do rzeczywistości. Kh praktykowanie otwiera opowieść, sprawia, że staje się ona ulicą dwukierunkową, Ze idea dialoguje z rzeczywistością, nie tylko ją zmienia, ale także sama na nowo się ukształca, pisze swoistą meta-książkę, która mości się pośród ludzi oraz tego i nie in-nego miejsca i czasu. Podobnie działo się z mitami greckimi, choćby z mitem Medei, który przez kilka lat odczytywaliśmy na swoim pograniczu, podążając za jego różnymi lnkarnacjami w kulturze, budując własną opowieść teatralną „Trzy kobiety. Metamor-Mzy mitu Medei u Owidiusza i Picassa”, by ostatecznie z tej inspiracji stworzyć „Misterium mostu”. Mit o czarodziejce z Kolchidy, pierwszej obcej w świecie helleńskiego ^^es, miał nieskończoną liczbę wariantów, często bardzo różniących się od siebie, a to ^a tego, że każda polis adaptowała go do własnego genius loci, wprowadzając własnych 42 Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza bohaterów i dramaturgiczne rozstrzygnięcia wpisujące się w koinos logos - wspólną dla danej wspólnoty opowieść. Otóż to właśnie, te poszczególne elementy budowania wspólnej opowieści na żywej tkance społecznej, z możliwie głębokim zanurzeniem w ekologii miejsca, stanowią rzeczywisty warsztat mojej pracy. Wyobraź sobie zatem moją panikę, gdy przyszło mi wypełniać w pismach urzędowych rubrykę „zawód wykonywany ”. Z pomocą przyszli mi znajomi humaniści, którzy zwykli pisać o sobie w notkach biograficznych „teoretyk idei”. Wpisałem „praktyk idei”, najbardziej adekwatnie do realnie wykonywanej przeze mnie pracy jak to było możliwe, i tak już zostało. - Kilka lat temu miałem przyjemność wysłuchać na Uniwersytecie Gdański# Twojego wykładu o Medei. Byłem pod wrażeniem erudycji i pięknej formy Two* jej mowy. Z salipadło pytanie odnośnie pewnego sformułowania. Powiedziałeś że o Medei i jej tragedii rozmawiałeś ze swoimi sąsiadami z Twojego odludzia Pewien reprezentant środowiska akademickiego powątpiewał, czy rzeczywiście z chłopami z Krasnogrudy i Zegar można gawędzić na takie tematy... Ale ja nie miałem takich wątpliwości. Kilka lat wcześniej powiedziałeś: „Ula nas dzisiaj pozostajepytanie: jak w całej tej siatce naczyń połączonych - rołników, przedsię' biorców, tych, którzy w tym miejscu rozwijają turystykę - dwór krasnogrudzki na nowo ma stać się jednym z ogniw[...] wspólnotowej sieci " Czy dziś ta współ' nota już istnieje, czy za wcześnie oceniać! - Rzeczywiście, fascynującym było doświadczyć jak archaiczny mit o Medei i Argonautach odczytywany był choćby w prowadzonej przeze mnie w Krasnogrudzie pra-cowni opowieści, w której uczestniczą mieszkańcy z Sejn, Augustowa i okolicznych wiosek. Prawie każdy z naszego zespołu stworzył wokół tego mitu swoją pracownię1 maski, dawnych form uzdrawiania, misteriów dzieciństwa, głębokiej pieśni, tkania, dźwięku, ptaków, poszukiwania złotego runa... Dotychczas materiałem naszej pracy były losy, historie i pieśni zasłyszane od mieszkańców albo bliskich nam ludzi pogranicza związanych z tym regionem. Po raz pierwszy zmieniliśmy tę zasadę i sięgnęliśmy po opowieść starożytnego Sródziemnomorza, oczywiście nie przypadkową, bo niejako źródłową dla naszej pracy skoncentrowanej na spotkaniu Innego. To niezwykłe, jak głęboko rezonowała ona z życiowym doświadczeniem i tradycją kulturową moich sąsiadów. Kobieta wiedząca i znająca się na mocach natury, dramat lojalności małżonków w rodzinach mieszanych narodowościowo i często skonfliktowanych, wesele jako lament nad utratą córki i siostry, święte prawo gościnności, obca wśród swoich, postawy emancypacyjne kobiet; rodzice zadający śmiertelne, czasem niewidoczne rany swoim dzieciom, rytuał zawieszania wiosną huśtawek na drzewach, na których litewskie dziewczyny sadzały lalki i śpiewały lamenty - „pieśni huśtawkowe”, do dzisiaj pamiętane (to rytuał korzeniami sięgający mitu o Erigone, ukochanej Dionizosa, i o rytuale ustanowionym przez króla Aten huśtania kobiet wiosną i śpiewania lamentów, by nie popełniały zbiorowego samobójstwa, jak to się działo w przeszłości na skutek klątwy rzuconej przez boga wina - to tylko niektóre tematy dyskutowane w naszej pracowni opowieści. Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 43 Często te rozmowy miały charakter również terapeutyczny, wywoływały silne emo-cJe i łzy, bywało, że niektóre intymne historie z ich własnego życia zostały powierzone mnym po raz pierwszy. Oczywiście to są sytuacje budujące silne międzyludzkie więzi. Podobnie działo się w innych pracowniach, a potem podczas wspólnych rytuałów Zaduszek, nocy świętojańskiej, misterium mostu czy wielkanocnego teatru liturgicznego; który przygotowywaliśmy w kościółku w Zegarach. Staliśmy się częścią tej wspól-n°ty, oddaliśmy jej swoje serca i czujemy jak cały czas ona się pogłębia. Chór, który tworzymy wspólnie z ludźmi z wiosek wokół Krasnogrudy, nazywa się „Kaimynai” (Sąsiedzi) - to słowo ma dla nas szczególny ciężar. Opublikowana przez nas książka Jana Tomasza Grossa pod tym tytułem, która dla niektórych była albo czarną dziurą albo ostatecznym rozerwaniem więzi, dla nas stanowiła jedynie początek długiej podróży. Po tym, co się stało w dwudziestym wieku, na pograniczach nie zamieszkuje S1? We wspólnotach od wieków zastygłych w trwaniu, wspólnoty się odradza, odbudowuje ich tkankę łączną, także poprzez otwarcie takich ran jak Jedwabne. To kolejna niekończąca się opowieść. Zapytałeś także o dwór w Krasnogrudzie jako ogniwo tej miejscowej sieci naczyń P°lączonych. Jego odrodzenie istotnie miało ogromne znaczenie dla naszego sąsiedzka. Zanim odrestaurowaliśmy jego materialną postać, przez kilka lat prowadziliśmy Pracę z tzw. „armią Krasnogrudzką” - młodymi Litwinami i Polakami mającymi tutaj sWoje rodzinne korzenie, a jej kulminacją była opowieść teatralna „Dolina Issy”, stwo-rz°na przez Małgosię i Wojtka Szroedera. Interesowała nas pamięć dworu jaka żyje Wsród tutejszych mieszkańców. Obraz, jaki wyłaniał się ze wspomnień i rodzinnych Pamiątek, daleko odbiegał od tego stereotypowego, jakim karmiono nas w PRL-u -Wyniośli panowie, zazwyczaj utracjusze i nieroby, nieludzko wykorzystujący poddany sobie lud. Rzeczywistość była zupełnie inna, choć nie sielankowa, z tym że po obu bronach nie sielankowa. Utrzymać dwór i całe gospodarstwo w okresie międzywojen-nym to była nie lada sztuka i ciężka praca, a do tego jeszcze obowiązek patriotyczny pozwalał on na przykład na wyprzedaż lasu, co było najłatwiejszym sposobem ^°dzi w Krasnogrudzie, fot. Ośrodek Pogranicza 44 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza ratowania domowego budżetu). Bardzo gęsta była sieć powiązań dworu z okolicznym1 wioskami. Dotyczyło to możliwości pracy, handlu i wspólnego gospodarowania, ak także ludzkich więzi, edukacji i kultury. Ciotki Miłosza były chrzestnymi dla miejscO' wych dzieci, nauczycielkami, prowadziły bibliotekę, chodziło się na koncerty fortepia* nowe pana Lipskiego, uczestniczyło się we wspólnych świętach i rytuałach, kościółek w Zegarach to była fundacja rodziny Kunatów, odwiedzano się nawzajem. Pamiętam nasze z Małgosią zaskoczenie, jak Czesław Miłosz podczas swojego drugiego powrotu do Krasnogrudy w 1992 roku poprosił nas abyśmy wspólnie odwiedzili rodzinę Dap' kiewiczów w Żegarach, gdyż zachował wspomnienia dobrosąsiedzkich relacji z nim1 jeszcze sprzed wojny. Przyszła wojna, a potem komunistyczna rzeczywistość - mają' tek rozszabrowano, ziemię rozparcelowano, w dworze zrobiono komunałkę, w której mieszkały rodziny robotników leśnych. Tak jak świat przedwojenny, tak i ten trudno oceniać w jednoznacznych czarno-białych barwach. Nie zmienia to jednak faktu, że dwór powoli popadał w ruinę a wspaniały park krasnogrudzki zarastał i dziczał. „PrZ? dzierałem się gąszczem, tam gdzie kiedyś był park, ale nie znalazłem śladów alei” - pisał Miłosz w wierszu „Powrót”. Martwy dwór to była rana dla całej wspólnoty, którą za' częto sobie w pełni uświadamiać dopiero jak przyszedł czas jego odrodzenia. - Swoją książkę o Miłoszu zatytułowałeś: „ Tkanka łączna ” Piszesz w niej: „ Wl' dziana przez okułar mikroskopu [tkanka łączna] przypomina mapę prowincji o gęstej fakturze granic, rzek i dróg połączonych w sieć ogniskami splotu osob' nych linii”. Według encyklopedycznej definicji jej zadaniem jest przede wszyft' kim łączenie i powiązanie innych tkanek, utrzymywanie kontaktu między nimi i transport wewnątrz organizmu. Mikrokosmos, kosmos, makrokosmos — tak mamy rozumieć tę metaforę? - Tkanka łączna żyje i w mikro- i w makrokosmosach, jest spoiwem. Posiada ponad' to jeszcze tą niezwykłą właściwość, że jest jednocześnie i wewnętrzna i zewnętrzna* Nie ma dwóch osobnych tkanek łącznych. Ta, która sprawia, że wewnętrznie stanowi' my jeden wspólny organizm, jest jednocześnie budulcem naszych związków i relacj1 z innymi światami, niezależnie, czy w mikro, czy w makroskali. To ona spaja archipe' lag osobnych wysp w konstelację, jest architektem harmonii - tak w kulturze otomań-skiej określano neimara, budowniczego mostów. Mówi się często o europejskiej „jed' ności w różnorodności”. Wszyscy czujemy, że stało się to pustym sloganem - króluje różnorodność, polityki tożsamościowe i historyczne, granice i odmienności, które są widzialne i namacalne, natomiast obumiera tkanką łączna, niewidzialna i wymykające się twardym podziałom, na których ustanowiliśmy nasze życie. Jej tajemnicą jest to, że będąc ograniczoną tylko do albo wewnętrznej albo zewnętrznej przestrzeni, a mówiąc inaczej: albo do budowania zamkniętej i wsobnej swojskości, albo do wyzwolenia się od siebie ku otwartemu byciu pośród innych i z dala od swoich - w każdym z tych przypadków tkanka łączna obumiera w formy skarlałe i zdegenerowane. Nie można jej w żaden sposób przycinać to tego czy innego świata, do taki czy innych naszych wyobrażeń o świecie. Każdą granicę, którą jej nakreślimy, tkanka łączna przekroczy-Taka jest jej natura, bowiem odpowiada ona za całość organizmu, która nam, naszej Z Krzysztofem Czyżewskim rozmawiają Andrzej Kasperek i Leszek Sarnowski, część 2 45 Wiadomości ludzi uwiązanych do swojego wygnańczego losu, dostępna jest tylko częściowo. Mógłbym więc zaryzykować stwierdzenie, że tkanką łączna jest niewidzialną, acz żywą pozostałością Jedni, w której byliśmy kiedyś zanurzeni, pamiętającą człowieka jako istotę skrzydlatą. ' W maju 2012 r. byłeś wDrewnicyi w Nowym Dworze Gdańskim na sesjipo-s^ięconej związkom Miłosza z Żuławami. Jak wspominasz tamtą wizytę? ' Moja wizyta na Żuławach, pamiętny czas odwiedzin domu w Drewnicy i pamiątek Zebranych po Kunatach i Lipskich w nowym Dworze Gdańskim, wiąże się głęboko z budowaniem tkanki łącznej, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Czym jest bowiem budowanie tkanki łącznej? Bardzo często jest nim odzyskiwanie utraconego lub zapomnianego ogniwa. Tkanki łącznej nie buduje się od nowa, ją się wiecznie odradza 1 odpornina. Ta wizyta i cały program, który bardzo pieczołowicie przygotowaliście, Uk zresztą jak zredagowana przez Małgorzatę Czermińską i ciebie Andrzeju książka "Miłosz na Żuławach. Epizod z biografii poety”, będąca niejako pokłosiem tej wizyty, °kazało się być w moich poszukiwaniach właśnie odzyskaniem utraconego ogniwa. Miłosz jest dla mnie jak tajemna mapa z dzieciństwa, zawierająca całą topografię du-chową, usiana gęstą siecią linii, w których odczytaniu pomocna jest wiedza o geoman-CP i chiromancji, a przede wszystkim podróżowanie jej śladem i odkrywanie miejsc na niej zaznaczonych. Dzięki waszej pracy Żuławy zostały przywrócone tej mapie, a ja odkryłem tam wiele ważnych tropów, w tym te, które prowadzą do Krasnogrudy. Pistolet bębenkowy, odnaleziony po wielu latach w przewodzie kominowym przez nowych gospodarzy domu w Drewnicy, jest przecież tym samym, z którego nieszczęśliwie zako-chany Czesław „chciał się strzelać” na poddaszu dworu krasnogrudzkiego, a z tego dra-^atu zrodziły się wersy przywoływanego już wcześniej przeze mnie wiersza „Powrót”, Jedne z najważniejszych dla mnie w całej twórczości poety: Obojętna wiedza dorosłych przynosi zaszczytu i hańbiąca jest zgoda ćwiczona w chytrości. / Honorowany niech bę-^ie protest przeciw niezłomnemu prawu i bębenkowy pistolet w ręku młodzianków, którzy na ^ieki wyrzekają się uczestnictwa”. Ur^ztaty Budowniczych Mostu w Ośrodku Pogranicza w 2016 r.,fot. archiwum Pogranicza 46 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza - Banalne pytanie na koniec rozmowy. Jakie są Twoje plany, zamierzenia... Cij chcesz do czegoś wrócić, czego kiedyś zaniechałeś, co się nie powiodło? A mo^ nie warto patrzeć wstecz, bo przed nami mnóstwo nowych planów, projektowi Na pewno z Tobą nudzić się nie można! - Wczoraj wieczorem w naszej pracowni opowieści w Krasnogrudzie ustalaliśmy szczegóły podróży do Gruzji, śladami Medei i starożytnej kultury Kolchidy. Chcieli' byśmy też właśnie tam, z którąś z lokalnych społeczności kaukaskiego pogranicza zbU' dować „niewidzialny most”. Ten program się rozprzestrzenia, powstają kolejne „współ' noty mostu” w Galilei czy Telemarku w Norwegii, czekają mnie więc kolejne podróże-Z moim przyjacielem Leonidasem Donskisem, z którego przedwczesną śmiercią kilka miesięcy temu ciągle nie mogę się pogodzić, snuliśmy plany rozszerzenia naszej Kasta' lii również na Szetejnie nad Niewiażą, miejscu urodzenia Czesława Miłosza, w któryś Leonidas z żoną Jolantą zbudowali swój dom rodzinny. Jego odejście z tego świata nk unicestwia tych planów, wręcz przeciwnie sprawia, że spotęguje się moje zaangażowa' nie w tworzenie w Litwie i wspólnie z Litwinami programów na miarę ambicji i ma' rżeń Leonidasa. Mógłbym mówić o swoich planach więcej i więcej... Ale dajmy temu spokój. Dm syć już naopowiadałem. W głębi duszy czuję, że przychodzi czas na kolejną podróż do Bhutanu. Znowu coś mnie tam przemożnie ciągnie. Kiedy dotarłem tam po raz pier^' szy, nawiedziło mnie doznanie powrotu. I to nie tylko z powodu żurawi, które prze2 dużą część roku budzą mnie o świcie w Krasnogrudzie, gdzie ich klangor uchodzi skargę cierpiących dusz, a w Bhutanie świętuje się ich przelot przez Himalaje jako sym' boi i świadectwo wiecznej wędrówkę dusz. Nie tylko... - Bardzo dziękujemy za rozmowę! Kultura się liczy Piotr Wyszomirski KONGRES KULTURY POMORSKIEJ Pomysł zorganizowania Kongresu Kultury Pomorskiej powstał w Fundacji Pomysło-dalnia na początku 2015 roku. Przyczyn było wiele, ale wszystkie prowadziły do osta-tecznej konstatacji, że Kongres jest potrzebny. Jako że nie ma wzorców na naszym tere-nie> najważniejsze było rozpoznanie i budowa konsensusu. Zaczęło się 26 maja 2015 roku w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. Debata pt. "Porozmawiajmy o... Gdańskim Teatrze Szekspirowskim” była pierwszym działaniem Publicznym, otwierającym ciąg wielu zdarzeń, których finał będzie rozgrywać się w kilkunastu miejscach województwa pomorskiego w marcu i kwietniu 2017 roku. W pierw-SZej debacie udział wzięli: dr Joanna Puzyna-Chojka, prof. Jerzy Limon, dyr. Władysław Zawistowski, prof. Jacek Dominiczak i redaktor Jarosław Zalesiński. W roku 2015 od-było się jeszcze 6 debat, m.in.: „Kultura a władza” w sopockim Dworku Sierakowskich, »Po co nam off” w Miejskim Teatrze Miniatura w Gdańsku, „Media dla kultury” oraz "Subsydiarność i partycypacja obywatelska w kulturze” w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. sP°tkaniu w Dzierzgoniu rozmawiano także o kwartalniku Prowincja, fot. archiwum 48 Kongres Kultury Pomorskiej Celem cyklu debat, które nazwaliśmy „Kultura na nowe czasy” było stworzenie nowego pola dyskursu wprzestrzeni publicznej. Podczas otwartych debat, z reprezentatywnym udziałem partnerów społecznych, poruszane były problemy ważne dla kultury Miasta, Metropolii i Regionu. Uczestnikami spotkań byli akademicy, eksperci, przedstawiciele urzędów, instytucji kultury, mediów, organizacji pozarządowych i grup nieformalnych oraz indywidualni odbiorcy kultury i obywatele. Nowy model debaty budowały również: ogólnodostępne materiały, relacja z wydarzenia i opracowanie wniosków. „Kultura na nowe czasy” to cykl debat w dobrej wierze, opierających się na transparentności, współpracy i przeświadczeniu o istnieniu dobra wspólnego. Każda debata będzie zawierać propozycje i konstruktywne pomysły, których depozytariuszami będą uczestnicy i wszyscy zainteresowani, korzystający z materiałów i opracowań powstałych do i podczas debat Suma wiedzy i doświadczeń zebranych podczas debat ma doprowadzić do zorganizowania Kongresu Kultury Pomorskiej w marcu i kwietniu 2017 roku. Debaty dostarczyły wielu informacji. W międzyczasie radykalnie zmieniła się sytuacja społeczno-polityczna, która zainspirowała organizatorów do ostatecznego sformatowania Kongresu, który przebiega pod hasłem „Kultura porozumienia”. Udało się uzyskać konsensus polityczny, impreza została objęta patronatami przez przedstawicieli władz centralnych i regionalnych. Po ponad rocznym okresie zostało przesądzone, że ambitny pomysł Fundacji Pomysłodalnia ma rację bytu. Przygotowania do święta kultury pomorskiej ruszyły z nową energią. Piotr Wyszomirski 49 REGION W toku prac przygotowawczych jasnym stało się, że Kongres Kultury Pomorskiej bez silnej obecności Regionu nie ma sensu. Organizatorzy, którzy na co dzień prowadzą wor-tal Pomorze Kultury (www.pomorzekultury.pl), rozpoczęli szereg działań, które pozwo-k lepiej zaznaczyć obecność Regionu na Kongresie (powstaje mapa kultury pomorskiej, do Wszystkich gmin i starostw została wysłana ankieta, zapoczątkowane zostały badania jakościowe). Powstał nowy cykl debat pt. „Mapa i terytorium”, w ramach którego odbyły S1? spotkania w Dzierzgoniu, Słupsku, przed nami kolejne w Pruszczu Gdańskim i Wej-^erowie. Zapraszani na nie są w charakterze panelistów najaktywniejsi działacze z dane-§° subregionu i wszyscy zainteresowani jako uczestnicy spotkania. 3 października 2016 roku w Dzierzgoniu na podeście teatralnym, bo spotkanie odbyło S1ę w siedzibie Wytwórni Kultury Bo-Tak i Teatru 3.5, zasiedli: Katarzyna Bednarek -dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Kwidzynie, Piotr Stec - Scena Lalkowa imienia Jana Wilkowskiego z Kwidzyna, Marek Kurkiewicz - Teatr 3.5 z Dzierzgonia, Monika Jastrzębska-Opitz, dyrektor Żuławskiego Ośrodka Kultury w Nowym Dworze Gdań-skirn, Arkadiusz Rogowski - Rogate Granie Sztum, Bohdan Paczkowski - Malborskie ^entrum Kultury. 6 października w słupskim Teatrze Rondo panelistami byli: Dominik Nowak - dyrek-^Or Nowego Teatru w Słupsku, Magdalena Mijewska - dyrektor Wydziału kultury UM Słupsk; Jaromir Szroeder - aktywista kulturalny z Bytowa, Natalia Zarańska - szefowa Pr°jektu PaT z Lęborka, Adam Bondarenko - Stowarzyszenie Pro Kultura. Już na pierwszym spotkaniu w Dzierzgoniu powstała wartość dodana. Marek Kur-kiewicz odczytał manifest Pomorskiej Oflensywy Kulturalnej, który został bardzo do-rze przyjęty przez uczestników, z których zdecydowana większość podpisała się pod dokumentem. POMORSKA OFFENSYWA KULTURALNA (MANIFEST) Kultura jest obszarem, na którym mogą definiować się najważniejsze kwestie charaktery-żj^ce aktywność człowieka. Przez kulturę możemy zmieniać świat, bronić słabszych, gwa-rantować wolność, pamiętać o tradycji i dziedzictwie, rozwijać umiejętności i tworzyć poróżnienia. Organizatorami kultury są tak samo ogromne instytucje, jak i aktywiści skupieni w organi-Zacjach pozarządowych czy grupach nieformalnych. Szczególnie ważne jest działanie kultury ian, gdzie jest najbardziej potrzebna i wymaga najmocniejszego wsparcia. ^obec niezmiennie słabnącej roli Regionu i kultury niezależnej w relacji do Centrum 1 Słownego nurtu w życiu kulturalnym Pomorza, aktywność w środowiskach lokalnych, przede ^zystkim na obszarach poza wielkimi miastami, jest nadzwyczaj ważna. Podobnie jak kultu-rcł niezależna w Centrum, zwana także offową, czyli pozainstytucjonalną. W silnym przeko-naniu, że działania na rzecz kultury mogą być skuteczniejsze, kiedy opierają się na ideowych Za^°żeniach i koalicjach, powołujemy do życia Pomorską Offensywę Kulturalną (POK). POK to w zamierzeniu platforma wymiany dobrych praktyk i przestrzeń do tworze-nia skuteczniejszych rozwiązań. Przynależność do POK jest dobrowolna. Świadomi celów 50 Kongres Kultury Pomorskiej i założeń pragniemy prowadzić naszą inicjatywę przejrzyście, dając możliwość jej kształtowania wszystkim członkom. Liczymy także, że z czasem wspólnie wypracujemy optymalni formę działania. Mamy nadzieję, że nasza wspólnota będzie istotnym partnerem w rozmowach z przedstawicielami władz i biznesem, dzięki czemu nasz głos, głos spoza głównego nurtu, będzie lepie) słyszalny. Będziemy aktywni na polu wypracowywania nowych rozwiązań i jesteśmy pewni, że efektem naszych działań będzie synergia. Nieformalna sieć kultury pomorskiej, którą stworzymy, będzie dobrą nowiną przede wszystkim dla odbiorców naszych propozycji, czyli Pomorza^ Wśród wielu możliwych tematów i działań naszej inicjatywy widzimy m.in.: ♦ wzajemne i wspólne wspieranie przedsięwzięć kulturalnych na Pomorzu, • rzecznictwo interesów środowiska niezależnej kultury, • opiniowanie programów i aktów prawnych dotyczących kultury, ♦ tworzenie analiz eksperckich i badanie stanu kultury, ♦ współtworzenie wydarzeń kulturalnych i wspólne działania artystyczne, ♦ propagowanie i realizowanie idei, wartości, celów i zadań, które tworzą fundament programowy członków i sympatyków POK. Zapraszamy do współpracy: organizacje, aktywistów i animatorów, artystów, sympatyków i pracowników kultury, którym bliskie są założenia POK. Dokument programowy dopiero, dzięki wam, powstanie. Już pierwsze spotkania w Dzierzgoniu i Słupsku potwierdziły sensowność inicjatywy regionalnych debat. Po pierwsze, w Regionie dzieją się ciekawe rzeczy, nie tylko z cykl11 „Wieś tańczy i śpiewa” lub „Święto węgorza”. Po drugie, są aktywiści, którzy swym przy' gotowaniem merytorycznym.nie tylko nie odbiegają od aktywistów „wielkomiejskich / Piotr Wyszomirski 51 nierzadko przewyższają ich pasją, ambicją i wiarą w sens działań prospołecznych, ^śród najczęściej przewijających się wątków na debatach należy wymienić: niebezpiecz-ne związki kultury z polityką, trudności w przebijaniu się z ambitniejszą ofertą kultu-ralną i wątek prowincji i prowincjonalizmu. To znamienne, jak ten ostatni może różni-c°Wać miejsca. W Dzierzgoniu, gminie powiatu sztumskiego, nie tylko nie wstydzono S1? prowincjonalności, ale wręcz podnoszono go z dumą. W Słupsku można było odczuć Wr?cz obrazę ze strony gospodarzy, gdy moderator zapytał się zebranych, czy czują się Prowincją. No cóż, z jednej strony Słupsk być może żyje jeszcze czasami, gdy był mia-stern wojewódzkim z jednej strony, a z drugiej miasto emancypuje się w tempie błyska-^icznym przynajmniej medialnie, za prezydentury Roberta Biedronia. A w Dzierzgoniu, w Sztumie i okolicach nie wstydzą się, wydają „Prowincję” i są z tego dumni. I słusznie. Kongres nabiera rozpędu. To przedsięwzięcie otwarte i transparentne, organizatorzy spraszają wszystkich chętnych do współtworzenia jego kształtu i aktywnego uczestnic-^Wa w wydarzeniach. Wszystkie informacje o Kongresie Kultury Pomorskiej znaleźć można na stronie: ^^W.kongres.pomorzekultury.pl Kongres Kultury Pomorskiej będzie się odbywał w dwóch etapach: I etap, tzw. stolikowy, zaplanowany jest w terminie: 26 marca - 9 kwietnia 2017(różne Akacje), II etap, obrady plenarne, termin: 24 kwietnia 2017 w Gdańskim Teatrze Szek-spirowskim. Honorowe patronaty nad Kongresem Kultury Pomorskiej objęli: Sekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Jarosław Sellin, Wojewoda Pomor-ski, Dariusz Drelich i Marszałek Województwa Pomorskiego, Mieczysław Struk. 52 W kulturalnym barze szybkiej obsługi... Marta Wiloch W KULTURALNYM BARZE SZYBKIEJ OBSŁUGI... Festiwale mają koncentrować uwagę na konkretnym miejscu, mają sprawiać, że wszyscy „będą czuli się fajnie”, a to, co jest zwykłe ma być niezwykłe. Ludzie zacz?' Ii rozumieć, że jeśli pojawią się w takim a takim miejscu i oznaczą się w mediach społecznościowych, to wskakują o szczebelek wyżej w drabinie społecznej. I we*' le nie muszą wiedzieć, kto akurat występuje na scenie. Według badaczy zachowa3 społecznych, którzy pod koniec października pojawili się w Bibliotece Elbląskiej n3 V Elbląskim Forum Kulturoznawczym, kultura zaczyna być „wsadem” marketing^' wym i czymś, co zaczyna dzielić ludzi. - Dziś mamy do czynienia z marketingiem „doświadczeniowym”. W związku z tyH1 większość „iwentów” ma sprawić, byśmy doświadczali marki - mówił Jacek Wasilewska medioznawca, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Badacz przywołał przykład świątecznych ciężarówek kojarzonych z marką Coca - Cola, które w pewnym momencie zaczynają się pojawiać na polskich drogach. - Wtedy wiemy, że nastają święta - dodaje Wasilewski. I podaje kolejny przykład - pewną kampanię producentów piwa. To w nie) ci, którzy piją ten konkretny napój, mogą poczuć się jak bogowie imprezy. - Nieważne/ jaki jest smak tego Desperadosa, ważne, żeby kojarzył się z dziką imprezą - mówi badacz- Uczestnicy debaty o kulturze w Elblągu, fot. archiwum Marta Wiloch 53 MUSI SIĘ OPŁACAĆ Jak zauważył Waldemar Kuligowski, antropolog kultury związany z Uniwersytetem lrn. Adama Mickiewicza w Poznaniu, obecnie większość festiwali odbywa się latem. Nie przyczyny. - Stały się one kołem zamachowym turystyki, uległy „utowarowieniu” -rnowił. - Wiele dzisiejszych festiwali odbywa się w trybie „makdonaldyzacji”, która jest Ustawiona na kalkulacyjność, efektywność, przewidywalność i możliwość manipulacji. ^edług Kuligowskiego festiwalizacja (czyli organizowanie licznych imprez kulturalnych głównie w celach marketingowych) przejęła już przestrzeń muzyki, filmu, teatru, tańca, literatury, sferę wystawiennictwa muzealnego, działalność organizacji pozarządowych, korzysta z niej również scena polityczna. PONUDZIMY SIĘ RAZEM? ' Przez dwa lata, w bardzo dużym zespole, prawie 30-osobowym, jeździliśmy po wszyst-kich multiwydarzeniach, „iwentach", megaceremoniałach, od święta leszcza przez święta chle-aż po tak duże wydarzenia jak festiwal w Krakowie czy Opener w Gdyni. Przyglądaliśmy uważnie temu, co ludzie na nich robią - mówił prof. Tomasz Szlendak, dyrektor Insty-tutu Socjologii toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a także Przewodniczący Rady Naukowej Biblioteki Elbląskiej. Jak zauważyli badacze to nie kultura jest tym, co ludzi przyciąga na te wydarzenia, oayśl zasady „nudzić się razem to już rozrywka” chodzi głównie o to, żeby pobyć ra-zern, w gronie znajomych. - Tam, gdzie jest dużo ludzi, tam będzie ich jeszcze więcej -'Wjaśniał prof. Tomasz Szlendak. Ważne jest również to, by pokazać się z podobnymi s°bie i odróżnić się od tych, których tam nie ma. To również doskonałe miejsce, żeby ZaP°mnieć o codzienności i odwiesić wszelkie normy, którym poddajemy się na co dzień. Jest jeszcze piwo. - Organizatorzy wszystkich wydarzeń mówili nam bardzo wyraźnie, że ez piwa kultury nie ma. Kiedy nie ma wyszynku, nie ma też zainteresowanych - mówił s°cjolog. CHOROBA ZWANA FESTIWALOZĄ ^a festiwalu, według badaczy, mu-SzA być również atrakcje dodatkowe, nP- karuzele, dmuchane zamki, zjeż-^zalnie, dymiące grille. - Przygląda-Smy się również infrastrukturze tych Wydarzeń. Okazało się że są cztery firmy Polsce, które zajmują się wyposaża-wydarzeń typu święto gminy czy S}v^ęto miasta w rozmaite urządzenia, dlatego mimo pozornego wrażenia, że ^aniy tutaj mnóstwo atrakcji wszędzie dokładnie to samo - mówił prof. Szlendak. Prof Tomasz Szlendak, fot. A. Dembińska, Elbląska Gazeta Internetowa portEL 54 W kulturalnym barze szybkiej obsługi... - Taki bardzo ogólny i dość smutny wniosek jest taki, że kultura w Polsce zamienia się w kul' turę wydarzeniową. Uczeni mówią nawet o pewnej chorobie, czyli „festiwal ozie”. Nie ma t# kiej kultury „po prostu”. Na przykład nie czyta się w domu, a chodzi się na festiwal książek gdzie czytają nam je aktorzy. Nie ogląda się po prostu obrazów, tylko jedzie się na festiwal „Dwa Brzegi”, gdzie te obrazy są skomponowane z muzyką, gwiazdami, filmem i rzecz jasn^ z wyszynkiem - tłumaczył prof. Tomasz Szlendak. Jednym z poważniejszych ustaleń tych badań jest to, że kultura w Polsce zaczyna dzić' lić ludzi. Festiwale tego i owego służą jako atrakcje dla ludzi o niższych piętrach w hie' rarchii społecznej, którym rzeczywiście wystarcza po prostu piwo i kaszanka. - Są inne wydarzenia, które przyciągają publiczność wielkomiejską, zdecydowanie wykształcona - twierdzi socjolog. Te osoby mówiły nam, że są to miejsca, w których mogą bez teg° demosu, bez tego ludu, pobyć we własnym towarzystwie. Więc coś, co powinno łączyć czyli kultura, jest czymś, co dzieli. Socjolog podał przykład festiwalu Tauron. Nie wszy' scy rozumieją muzykę, którą można na nim usłyszeć, ale wszyscy doskonale wiedzą, że jeśli silnie zaznaczą swoją obecność, to są wyżej w hierarchi prestiżu. FORUM EKSPERTÓW Od 2008 r. Elbląskie Forum Kulturoznawcze gromadzi w Elblągu ekspertów i naukoW' ców, którzy reprezentują różne ośrodki akademickie. Przyjeżdżają więc kulturoznawcy medioznawcy, filozofowie, historycy, językoznawcy, socjologowie, pisarze, dziennikarze i publicyści, żeby dyskutować. Tematem tegorocznej, piątej edycji, były,, Festiwale i i wenty: funkcje, sensy i bezsensy multiwydarzenia kulturalnego”. Tym razem Biblioteka Elbląska która organizuje Forum, zaprosiła m.in. Krzysztofa Olechnickiego z Instytutu Socjolog11 UMKwToruniu, którego interesuje, m.in. socjologia Internetu i ruchy społeczne, Aleksa11' drę Kleśtę-Nawrocką z Instytutu Historii i Archiwistyki tej samej uczelni, która w Elbląg11 opowiedziała o jarmarcznych przysmakach historycznych. Nie zabra' kło Mirosława Pęczaka, dziennikarza Polityki, wykładowcy Uniwers/'! tetu Warszawskiego. To on skupił się na muzyce i to on uznał, że „muzy' ka nie jest już fetyszem, rozpoznawalnym znakiem zbiorowej tożsamości • Podczas tych dwóch dni mówiono również o futbolu (prelegentem był Radosław Ko$' Sakowski z Instytutu Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego)' który pokazał, „w jaki sposób przemiany społeczne wpłynęły na spędzanie wolnego cza' su”. Nie zabrakło komentarza o nieuczestnictwie w kulturze w wykonaniu prof. Cezareg0 Obrachta-Prondzyńskiego, Kierownika Zakładu Antropologii Społecznej w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa UG. Leszek Sarnowski Leszek Sarnowski BIZNES - KULTURZE Kultura pochodzi od łacińskiego cultus agri, co oznaczało uprawę roli. W dzisiejszym r°zurnieniu kultura to niemal wszystko, co jest efektem twórczej aktywności człowieka * bywa utożsamiana z cywilizacją. Najprościej zdefiniować kulturę można jako wytwór ^yśli i działalności człowieka lub jako całokształt materialnego i duchowego dorobku ^udzkości przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Kultura w postaci różnego rodzaju symboli (wartości) od początku świata towarzyszy człowiekowi. Naskalne malowidła w jaskini w Lascaux w południowej Francji, sprzed tysięcy lat, są tego najlepszym dowodem. No bo co, jak nie chęć pewnej kreacji, a za-twórczości, skłaniało myśliwych, by w przerwach na łowy pokrywać ściany jaskini kolorowymi malunkami. Przecież chodziło im tylko o zdobycie pożywienia, a tu jednak Pojawia się scenografia, która wydawałoby się niczemu nie służy, a jednak jest. Zatem Posiała pojawić się potrzeba. Czy można biznes i kulturę w jakikolwiek sposób ze sobą łączyć? Ideą naszego przed-S1?WzięCia jest właśnie przekonanie, że biznes i kultura mogę ze sobą współistnieć i się Uzupełniać. Zarówno biznes, jak i kultura to przede wszystkim aktywność, kreatywność, lnn°wacyjność, twórcze podejście do rzeczywistości. Biznes i kultura zmieniają świat. C ile biznes zawsze mógł (raz lepiej, raz gorzej) funkcjonować samodzielnie, to kultu-ra Zawsze wymagała wsparcia. Kiedyś byli to możni, prywatni mecenasi, monarchowie, 56 Biznes - kulturze kościół. Dziś sponsorem kultury bywa najczęściej państwo, samorząd i właśnie prywatni przedsiębiorcy. Banki, korporacje sponsorują wielkie wydarzenia kulturalne, dostrzega' jąc ich wymiar marketingowy. Kultura, szczególnie ta, która tworzy wartościowe dobra, jest uznawana za najlepszą formę promocji, a ponadto buduje prestiż i wspólnotę. Albert Einstein powiedział kiedyś, że nie wszystko, co się liczy, da się policzyć i nie wszyd' ko, co da się policzyć, się liczy. To chyba najlepszy komentarz także do współczesnego świa' ta i myślenia o tym, co w życiu jest najważniejsze, choć to już indywidualny wybór, co to będzie. Pokazuje to, że są wartości, które nie da się do końca policzyć. W biznesie niemal wszystko jest policzalne - koszty, przychody, zyski. Dla każdego biznesmena to podstawa, ale dziś to już nie wystarcza, bo są wartości niepoliczalne - emocje, tożsamość, wspólnO' ta, etc. Nie bez kozery ważną kwestią w dzisiejszym myśleniu jest pojęcie Społecznej Odpowiedzialności Biznesu (CSR), czyli najogólniej mówiąc uwzględnienie w działalności biznesowej społecznego kontekstu. Tym kontekstem może być też kultura. Program Biznes-Kulturze to przedsięwzięcie Regionalnego Towarzystwa Inwestycyj' nego S.A. w Dzierzgoniu, patronem medialnym jest kwartalnik Prowincja. Jego ideą jest przekonanie, że biznes i kultura mogę ze sobą współistnieć, tworzyć wartościowe dobra kultury. Celem programu jest wspieranie wartościowych dzieł artystycznych autorów mieszkających lub wywodzących się z województwa pomorskiego (szczególnie z mniej' szych ośrodków miejskich), a także promocja aktywności przedsiębiorców w zakresie wspierania działań z zakresu kultury i sztuki. Działania artystyczne, które mogą zostać dofinansowane w ramach programu to pU' blikacje książkowe - proza, poezja, albumy artystyczne, książki historyczne i popularno' naukowe, płyty muzyczne, filmy artystyczne, koncerty muzyczne, spektakle teatralne, wystawy plastyczne, prezentacje multimedialne, a także kultura ludowa czy edukacja kulturalna. Fundusz ma pochodzić z dobrowolnych wpłat osób fizycznych i prawnych. W zarnia*1 za to darczyńcy będą promowani poprzez umieszczenie logotypu firmy na okładce dzieła artystycznego, które będzie dofinansowane, umieszczenie nazwiska (w przypadku osoby fizycznej) na liście darczyńców zamieszczonej w dofinansowanym dziele, umieszczeni6 logotypu darczyńcy na plakatach informacyjnych, a także w trakcie promocji dofinansO' wanych dzieł artystycznych, przekazanie darczyńcom uzgodnionej (w zależności od wkładu finansowego) ilości egzemplarzy opublikowanych dzieł artystycznych (książki, płyty* filmy) lub bezpłatnych biletów na dofinansowane działania artystyczne, a także możliwoś6 używania logotypu WSPIERAM KULTURĘ w innych swoich materiałach promocyjnych- Wydawcą dzieł artystycznych i właścicielem licencji do praw autorskich będzie S.A. w Dzierzgoniu. Środki finansowe pochodzące z darowizn będą gromadzone na spe' cjalnym koncie RTI S.A., a oprocentowanie przeznaczone będzie na zwiększenie kapiD' łu przeznaczonego na realizację celów Programu Biznes-Kulturze. Patronem medialny#1 tego przedsięwzięcia jest kwartalnik Prowincja. Program został zaprezentowany w siedzibie Regionalnego Towarzystwa Inwestycyj' nego S.A. w Dzierzgoniu w trakcie spotkania pod nazwą „Biznes w kulturze. Kultu^ w biznesie ”, w którym wzięli udział przedsiębiorcy i samorządowcy z Dolnego Powiśla Leszek Sarnowski 57 1 Żuław. Było to pierwsze tego rodzaju spotkanie kułturalno-biznesowe w RTI, którego Celern było zachęcenie przedsiębiorców do inwestowania w kulturę. Spotkanie odbyło S1ę w ramach dorocznych obchodów Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości. Ważną Cz?ścią spotkania była odpowiedź na pytania - co biznes ma wspólnego z kulturą i czy te dwie dziedziny życia mogą ze sobą współistnieć. Prezentacjom biznesowym towarzy-szyło wiele elementów artystycznych. W czasie spotkania eksponowano obrazy dwóch Wybitnych pomorskich malarzy - Benedykta Kroplewskiego z Malborka i Zbigniewa Chrostka z Dzierzgonia, a w muzycznej części spotkania wystąpiły wyjątkowo uzdol-nk>ne uczennice LO w Sztumie - Zuza Domrzalska, Karolina Zimińska i Agata Trafal-ska oraz dzieci z Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury - Nikoś Lewandowski, Julia Rogala 1 Zuzia Skok. Być może, dzięki ofiarności przedsiębiorców, któraś z tych młodych osób w przyszłości zostanie beneficjentem tego programu. programu może przyłączyć się każdy, dla kogo ważne jest wspieranie kultury. To nasza wspólna, oddolna inicjatywa, która może przyczynić się do wzbogacenia lokalnego PeJzażu kulturalnego i pozwoli budować naszą tożsamość. Wędrówki po prowincji Karolina Ciechorska-Kulesza WOJEWÓDZTWO ELBLĄSKIE I KŁOPOTY Z TOŻSAMOŚCIĄ1 Województwo elbląskie, wraz z czterdziestoma ośmioma innymi województwami w 1999 roku zniknęło z mapy administracyjnej Polski. Po kilkuletnich dyskusjach, sta' raniach, a nierzadko nawet walkach części mieszkańców i lokalnych liderów o przyn2' leżność terytorialną i kształt granic dwudziestotrzyletnie Elbląskie zostało podzielona pomiędzy dwa nowe, duże województwa: pomorskie i warmińsko-mazurskie. W ty# drugim znalazł się między innymi Elbląg, w którym temat „nieudanego podziału” z 1999 roku jest szczególne aktualny i żywotny. Stabilności granic omawianego terenu nie sprzyjały także poprzednie reformy admi' nistracyjne, a szczególnie ta z 1975 roku, tworząca całkiem nowy, dla wielu „sztuczny twór”, jakim było województwo elbląskie. Wcześniejsze podziały także nie miały zbyt wiele „czasu”, aby zarówno w sferze obiektywnej, jak i subiektywnej, na trwałe ukształ' tować przestrzeń społeczną, tak na poziomie regionalnym, jak i lokalnym. Dodatkowi trudnością był postmigracyjny charakter społeczności dzisiejszego pogranicza woje' wództwa pomorskiego i warmińsko-mazurskiego. Na terytorium będącym przedmiotem zainteresowania w tej pracy składają Si? główne miasta byłego Elbląskiego, czyli Malbork, Nowy Dwór Gdański, Kwidzy11 i Sztum, wchodzące w skład dzisiejszego pomorskiego, oraz Elbląg, Pasłęk i Braniew^ będące aktualnie w warmińsko-mazurskiem. Te ośrodki i ich okolice cechuje niedookre' śloność, przejawiająca się trudnościami w nazwaniu poszczególnych jego części, wynika' jąca tak z położenia geograficznego, jak i kontekstu historycznego. Główną rolę w wypełnianiu przestrzeni odgrywają lokalni liderzy opinii publiczni którzy są twórcami i nosicielami lokalnych dyskursów tożsamościowych. To oni neg0' cjują tożsamości kulturowo-społeczne oraz statusy przestrzenności. Elity i liderzy regi°' nalni oraz lokalni szczególnie współtworzą poprzez działanie i przywództwo tożsamość ale także owa tożsamość tworzy kontekst, w którym przychodzi im działać. Liderzy ,,uż/' wają” kultury, w tym tożsamości przestrzennych, czy inaczej - mechanizmów utożsami2' nia, w różnych kontekstach i w różnych celach. Przejawia się to między innymi w walor/' zowaniu jednych narracji i mitów oraz deprecjonowaniu innych, ustosunkowywaniu Si? i nazywaniu znaczących innych, tworzeniu i artykułowaniu wyobrażeń na temat zbiorO' wości „swoich” i „obcych”. Wyróżniony kontekst „działaniowy” warto zestawić z auto identyfikacjami, będącymi w omawianym podejściu teoretycznym wyjątkowo ważny111 elementem tożsamości przestrzennej. Fragment książki Karoliny Ciechorskiej-Kuleszy, Tożsamość a przestrzeń w warunkach niestabilnych granic. Przypadek byłego województwa elbląskiego, wydanej w 2016 roku przez Uniwersytet Gdański. Tytuł od redakcji. Karolina Ciechorska-Kulesza 59 GRANICE NA MAPIE, GRANICE W GŁOWACH W ustalaniu, nazywaniu i opisywaniu współczesnych granic znaczącą rolę odgrywa nie ^Iko przestrzeń, ale i czas. Zarówno elementy tego pierwszego, jak i drugiego, są wykorzy-stywane przez liderów do uzasadniania kształtów granic i podkreślania ich stałości. Grani-Ce „naturalne” według badanych związane są ściśle, po pierwsze, z ukształtowaniem terenu 1 Cechami charakterystycznymi środowiska przyrodniczego, po drugie, co po części wyni-ka z pierwszego, współczesne granice są uwarunkowane przez przeszłe podziały, w których Sr°dowisko naturalne odgrywało jedną z podstawowych ról. Można mówić w tym przy-Padku o tradycji granic, silnie artykułowanych przez społeczności lokalne, w tym głównie lch przedstawicieli, szczególnie w sytuacjach znaczących zmian, na przykład reform admi-nistracyjnych. I po trzecie, nawiązywanie do bliższej lub dalszej przeszłości idzie w parze z Wyznaczaniem i opisywaniem granic o charakterze społecznym i kulturowym. badani, szczególnie w kontekście zmian po 1989 roku i ostatniej reformy administracyjnej, przyznawali jednak, że tworzą się nowe podziały, choć najczęściej na bazie sta-rYch. Nie zawsze współczesne, aktualnie kształtujące się, czy też kształtowane granice N „naturalne”. Dość często używanym antonimem „naturalności” była „sztuczność”, r°zumiana jako podważanie starego porządku, nieadekwatność w stosunku do rzeczy-^stości, przymus z zewnątrz, a nawet błąd, czy wada. Aby granice były „naturalne”, mu-Szą mieć uzasadnienie, głównie ze względu na podobne cechy fizycznogeograficzne lub/i Wspólne dzieje. Te ostatnie związane są z pamięcią społeczną, której podstawową cechą lest arbitralność, prowadząca do dużej swobody w kształtowaniu tego, co i w jaki sposób ^est pamiętane i zapominane, a nawet wymyślane. Najbardziej „bezproblemowa” jest granica Żuław, którą „wielu określa za pomocą P°?iomic geograficznych, po prostu, fizycznie, jako teren położony poniżej pewnej wy-s°kości nad poziomem morza”. Te cechy fizycznogeograficzne sprawiły, że „Żuławy są lednolitym organizmem gospodarczo-przyrodniczo-wodnym”. Inne często przywoływane kranice, mające swoje uzasadnienie w cechach fizjograficznych to: pas nadmorski, Wisła °raz delta Wisły. Dwa ostatnie, jako główne przykłady szlaków wodnych, pełnią funkcję Zarówno podziału przestrzeni, jak i jej łączenia. i o właśnie woda, co podkreślali liderzy, była podstawą organizacji przestrzennych. Za-§adnienie to poruszane było szczególnie w kontekście dzisiejszych podziałówadministra-cyjnych, szczególnie Zalewu Wiślanego, ale przede wszystkim Żuław Wiślanych: „Niemcy ^^i tutaj podział administracyjny ściśle według... podziałów wodnych. Świętą rzeczą był ka-ncd Melioracyjny. Jak to się nazywało... towarzystwa wałowe... czy jakoś tak. Holendrzy mają sarną organizację. Woda tam wyznacza organizację, a nie czy komuś się należało, czy nie”. Ż drugiej strony, nie zawsze podziały fizycznogeograficzne mogą być potwierdzone przez lstorię. Najczęściej przytaczanym przykładem były także Żuławy, ujmowane jako delta Wi-y> która - pomimo że „tak oczywista” pod względem położenia, rzeźby terenu i rodzaju gleb, ”ł^st i byla zawSZC w jakiś sposób poszatkowana”, nie tylko przez sieci wodne, ale także formalne ^ranice w przeszłości: „Żuławy mają ten pech, że od czasów krzyżackich nie są w jednym orga-nizmie administracyjnym” ...„Wszyscy mieliśmy pretensje do Stalina, że podzielił Zalew Wiślany. Co Myśmy zrobili? Stalin go podzielił w poprzek, a my na pół - wzdłuż. To był błąd kardynalny” . 60 Województwo elbląskie i kłopoty z tożsamością Nazywane i opisywane przez badanych granice, nawiązujące do podziałów z przeszło' ści, dotyczą głównie Prus Królewskich i Książęcych oraz Prus Wschodnich i Zachodnich. Wizje „dwóch innych światów” znajdują odzwierciedlenie w opiniach i komentarzach dotyczących nie tylko współczesnych podziałów administracyjnych, ale genezy oraz wyjaśnień różnic między miejscowościami, społecznościami, mentalnością. Co ważnó wydają się one bardzo silnie, pomimo przede wszystkim faktu masowych procesów osadniczych i zerwaniem ciągłości pokoleniowej, a tym samym kulturowej. Przedstawiciele wszystkich miejscowości, opisując granice „swojego terenu”, używali określenia „pogranicze”. Przyznawali, że delimitacja jest dość trudna, ze względu na cechy „ich” granic, czyli niejednoznaczność, rozmycie, związane ze skomplikowanym1 dziejami historycznymi, różnorodnością kultur, a także, w niektórych przypadkach/ z brakiem spójności pod względem fizycznogeograficznym: „Elbląg... jak trudno przyczepić w rejonizacji... czy to jest Powiśle, czy to jest ne Powiśle... czy Prusy Królewskie... Jesteśmy takim pograniczem. Także jeśli chod^ o ukształtowanie terenu”. SZTUM DO GDAŃSKA I DO KWIDZYNA Liderzy sztumscy, określający swoją miejscowość jako znaczącą część Powiśla wskazywali głównie na bliskość Kwidzyna. Podkreślano przy tym najczęściej związk1 komunikacyjne, gospodarcze, a także społeczne i kulturowe. O tych ostatnich mówih głównie liderzy zajmujący się kulturą, podkreślając bieżącą współpracę reprezentowanych przez nich środowisk z podobnymi z Kwidzyna: Myślę, że Kwidzyn. Nam się fajnie coraz lepiej współpracuje z Kwidzynem. I fajne klimaty są. I to się tak z roku na roku współpraca powiększa. Choć Sztum z Malborkiem dzieli niecałe 15 kilometrów, a z Kwidzynem nieco p0' nad 10 więcej, to ten pierwszy jest „dalszy” i mniej łubiany, przede wszystkim z powoda pierwotnych postanowień reformy administracyjnej z 1999 roku: „Myślę, że aktuab^ najbliżej nam do Kwidzyna. Choć naturalnym by się wydawał ten Malbork. Natomiast biono trochę krzywdę tym kontaktom sztumsko-malborskim, kiedy powstał powiat malbors^ i Sztum był częścią tego powiatu. Choć na początku Sztum był na mapie powiatowej, wszyci spali spokojnie, a w nocy wszystko się zmieniło i Sztum został częścią powiatu malb orskiego To były straszne wojny. To już osłabło, bo jest już powiat sztumski. Są różne obawy, na prZ]' kład obawa o przejęcie pacjentów szpitala. Takie lokalne animozje. Mieszkańcy chyba jednak Kwidzyn. Może jest tak, że te konflikty gdzieś w nas drzemią, a tu nigdy nie było ko^' fliktów. Ludzie do pracy jeżdżą do Kwidzyna... No i bardzo silne związki, choćby z powoda rynku pracy, są z Malborkiem i Kwidzynem. Malbork jest nielubiany trochę z tego powoda że był dla nas miastem powiatowym i wyrządził nam naprawdę dużo szkód, naprawdę. liczył się zupełnie z tą społecznością. Bardzo dziwnie odreagował, będąc stolicą. Centrum, z którym Sztum ma silne związki, jest bezsprzecznie Gdańsk (lub rządzi^ - Trójmiasto). Stolica województwa tworzy metropolię, z której korzystają sztumiacy) głównie pod względem gospodarczym, handlowym, administracyjnym, rynku prac/' Choć według badanych mieszkańcy nie bywają tam zbyt często, to jest to ważne p0^ Karolina Ciechorska-Kulesza 61 Celoma względami miejsce. Pojawiły się twierdzenia, że relacja Sztumu z Gdańskiem °parta jest na zależności jednostronnej, a nawet podporządkowaniu tego pierwszego. Wskazaniom Gdańska jako centrum często towarzyszyło podkreślenie roli Wisły, któ-ra dzieli województwo, na co wpływ mają między innymi trudności komunikacyjne: Wi-s^jest taką naturalną granicą, Nogat też, ale Wisła szczególnie. Często się określa, że to takie »Zawiśle", czyli... zadupie (śmiech). Siłą rzeczy, bo to jest trochę dałej. A jeszcze jak tego mo-shi w Kwidzynie nie ma, który by zintegrował, nawet w sensie komunikacyjnym, co jest ważne. Pojawiły się także, choć incydentalnie, wskazania Elbląga, jako centrum, choć raczej w czasie przeszłym: Bywam w Elblągu rzadko dzisiaj, dlatego, że zmiana podziału admini-siracyjnego i, jakby podporządkowanie również, znaczy zależności komunikacyjne, gospodar-CZe i tak dalej, powodują, że do Elbląga nie jest nam po drodze. Rzadko jeździ się do Elbląga. ^zisiaj jeździ się do Gdańska. Chociaż szkoda. Liderzy ze Sztumu opisywali region także jako duże Pomorze. Co ciekawe, porówny-^ano ten region z Eleimatem: My to nazywamy swój Heimat, używając języka autochtonów. I ten nasz Heimat jest tak od Gdańska do Torunia. I... tak wielu ludzi, z tego, co wiem, tak to °kreśla. Dalej, to jest nie wiadomo co. A tak Gdańsk jest nam tak bliski, Malbork, Kwidzyn. KWIDZYN MIĘDZY TRÓJMIASTEM A TORUNIEM Silne więzi łączą Kwidzyn z Trójmiastem, tak ze względu na przynależność wojewódz-jak i związki ekonomiczne, gospodarcze, a także edukacyjne. Wskazywano przy tym baczącą odległość do stolicy województwa i trudności komunikacyjne. Podobnie jak w Przypadku liderów sztumskich, pojawiły się określenia nie tylko silnych związków, ale 1 Przyporządkowania i uzależnienia. Układ sił w pomorskiem również opisywano z per-sPcktywy Wisły jako granicy i peryferyjnych cech terenów za rzeką: A teraz jesteśmy, no, ^oże nie na szarym końcu, ale po Trójmieście, Słupsku, większych miastach, no jesteśmy dale-°> daleko w tyle, a ponadto wiele osób, i to jest również w prasie podawane, krytykuje czasami, ^oże przesadnie, ale krytykuje politykę władz wojewódzkich w tym sensie, że te nasze tereny °^reśla się jako „Zawiśle", czyli patrząc, tak z perspektywy Gdańska, czyli tak jak gdyby z ta-lrn trochę... lekceważeniem, nie mówię, że z pogardą, ale z lekceważeniem. A bardziej są Ck" c sP°nowane Kaszuby, które są, no, silniejsze... mają większą siłę przebicia. Liderzy zaznaczali także Malbork i Grudziądz, wskazując na równorzędność tego Plerwszego i znaczenie tego drugiego. Grudziądz jednak, choć leżący jedynie 35 kilo-^trów od Kwidzyna, to ze względu między innymi na inną przynależność wojewódz-rna dość małe znaczenie. Więzi z Elblągiem zaś, od zmian granic administracyjnych 1999 roku, także, choć dość powoli, ulegają rozluźnieniu: Więzi z Elblągiem, były wtedy ardzo bliskie, no uległy, moim zdaniem, no pewnemu rozłuźnieniu, jakkolwiek wiem, że są °s°by, które się tam i uczą i korzystają ze szpitala wojewódzkiego, są takie osoby. Wskazywano także na znaczenie Torunia, który pod niektórymi względami jest kon-Urencyjny z stosunku do Trójmiasta: No i usytuowanie, jest oczywiście do Trójmiasta sze-^0 pojętego, bo chodzi o studia młodzieży, ałe taka sama odległość jest do Torunia i wielu ^idzyniaków pod względem nauki wiąże się z Toruniem, na przykład mój syn też między "^i tam skończył studia. 62 Województwo elbląskie i kłopoty z tożsamością NOWY DWÓR GDAŃSKI - KIERUNEK NA GDAŃSK I ELBLĄG Nowy Dwór Gdański, jako wschodnia część województwa pomorskiego, związany jest przede wszystkim z Gdańskiem, czy szerzej z Trójmiastem. Liderzy podkreślali ścisk więzi ze stolicą województwa: „Nowy Dwór zawsze był bardziej bliżej, bardziej związać z Gdańskiem niż z Elblągiem. Na pewno. Nawet nazwa - Nowy Dwór Gdański”. „Łączenie się z Gdańskiem to podstawowa sprawa”, ze względu na poteir cjał metropolii i szanse, które daje mieszkańcom Nowego Dworu Gdańskieg0 i okolic. Przy Trójmieście Elbląg „wypada blado”. Atrakcyjność byłej stolicy województw spada, choć liderzy przyznawali, że nadal „do Elbląga jest po drodze”, ze względu na mak liczbę kilometrów, względnie dobre połączenia komunikacyjne i ofertę, głównie w zakr6' sie podstawowych usług, szkolnictwa, służby zdrowia: „Zawsze się patrzyło na Gdańsk Tak, chociaż jeśli patrzeć na kilometry, to oczywiście do Elbląga jest bliżej, tam jest 20 kil°‘ metrów, tam jest czterdzieści parę, ale Gdańsk jest województwem, a to w końcu tylko miast0 powiatowe, i to w innym województwie. Oczywiście większe, z Zamechem, może i tam do praO ktoś dojeżdżał, ale to na przykład... jeśli ja mam w tej chwili, taka banalna sprawa, jechać zakupy, to nie ma sensu, żebym jechał do Elbląga. Jeszcze parę lat temu - tak. Jeszcze parę W temu można było do Elbląga pojechać po zakupy jakieś, typu: ubranie, buty i tak dalej. Ale w W chwili to... poważne zakupy to Gdańsk. I myślę, że atrakcyjność Elbląga spada po prostu. 0^ po prostu wraca do takiej, oczywiście jest większym miastem i tak dalej, ale no... no bo czy^ jest atrakcyjny? Atrakcyjność to jest: miejsca pracy i tak dalej. Oczywiście młodzież, cała młodzieży, chociażby z mojego liceum wybiera ta elbląskie uczelnie, no bo one są blisko”. Co ciekawe, liderzy z Elbląga podkreślali ciągłe i silne związki z Nowym Dworek Gdańskim, w kierunku od tego drugiego do byłej stolicy Elbląskiego: Mierzeja Wiślani Nowy Dwór Gdański bardziej prą do Elbląga niż do Gdańska. Wydaje się, że my przemy Gdańska, a oni do Elbląga. To mi mówili ludzie! To znaczy... oni uważają w dalszym ciąg111 że dla nich Elbląg jest ośrodkiem. O atrakcyjności miejsc liderzy nowodworscy, podobnie jak sztumscy i kwidzyńscy mówili w kontekście „magicznej granicy” na rzece Wiśle, widzianej z perspektywy „Z^ wiśla”: Jeżeli spojrzymy na Polskę, to ciągle jest ten podział na Połskę A i B. Nie czarujmy I Wisła jest tutaj takim zdecydowanym, zdecydowaną granicą. Wszystko co jest na wschód Wisły, jeśli chodzi o Jinanse, postęp cywilizacyjny i tak dalej. Liderzy z Nowego Dworu Gdańskiego tworząc mapy mentalne zauważali Malbotk w tym dość małą odległość fizyczną między miastami. Przyznawano jednak, że związ^1 nie są zbyt silne, ze względu na obecność innych znaczących ośrodków, takich jak ElbhS i Gdańsk. Ponadto ważna okazała się pamięć przeszłości, szczególnie odnosząca się do lat powojennych oraz odmiennej struktury demograficznej i osadniczej ludności obu miad' Do Malborka jest 20 kilometrów, a jak się tak pani popyta, co tych nowodworzan Malbot^ obchodzi, to już jest troszkę inaczej, bo w Malborku jest, w Sztumie jest tam trochę tej ludność polskiej, takiej tej, która tam mieszkała. 'Tutaj wszyscy jesteśmy przywiezieni. Próby integracji Żuław z Powiślem, eksponujące w dyskursie publicznym nazwę „D^' ne Powiśle” lub „Dolne Powiśle i Żuławy”, przejawiające się między innymi w próbad1 Karolina Ciechorska-Kulesza 63 Wspólnego inicjowania działań kulturalnych, wydawały się niektórym liderom „nieco sztuczne”: Ale... akceptuję to, bo to jest jakiś pomysł po prostu na to, żeby coś zrobić, i dobrze, czy, czy... on jest taką (cisza), ja wiem? Wynika z prawdziwości tych takich, istnienia tego Powiśla, czy Dolnego Powiśla, czy... to nie wiem tego. MALBORK WCIĄŻ JEDNAK Z ELBLĄGIEM? Liderzy z Malborka przyznawali, że jednoznaczne wskazanie miejsc bliskich 1 dalekich jest problematyczne. Podkreślano pograniczność ziemi malborskiej, tak Ze względów historycznych, geograficznych, jak i administracyjnych. Podczas wypowiedzi na temat związków Malborka z innymi miastami, wymieniano takie Piasta, jak Kwidzyn i Sztum, Nowy Dwór Gdański oraz Gdańsk i Elbląg. Pomi-^o wyróżnienia Kwidzyna i Sztumu, przyznawano, że wspólnie między innymi z Dzierzgoniem tworzą one silnie związki, a Malbork „jest trochę na uboczu”. Bliższy ukazywał się kierunek „żuławski”, niż „powiślański”: Bardziej się sympatyzuje, powiedzmy’ z Nowym Dworem, niż ze Sztumem, Dzierzgoniem i tak dalej. Dość często, choć nie zawsze stanowczo, jako centrum wskazywano Elbląg. Podkręcano przy tym jednak, że związki z tym miastem powoli słabną ze względu na skutki re-k>rrny administracyjnej z 1999 roku. Pomimo, że Trójmiasto jest bezsprzecznie „dużym, ckoć odległym centrum”, to położenie Malborka po lewej stronie województwa, za Wi-utrudnia „przybliżenie się” do stolicy. Gdańsk, jako synonim Pomorza, czy Kaszub, lest odmienny i nieznany, co utrwala duży dystans kulturowy między tymi miejscami 1 stawia Malbork na peryferyjnej pozycji: Moim zdaniem, bardziej kulturowo Elblągowi Gdańskowi. Bardziej. Właściwie w Malborku Gdańsk kojarzy się z Kaszubami. (...) A El-postrzegamy jako, tak naprawdę, większy Malbork. I przypuszczam, że to chyba jednak, Dbby się iap zastanowić zupełnie normałnie, to bliżej nam emocjonałnie do Elbląga. 64 Impresje żuławskie Rolf Fieguth IMPRESJE ŻUŁAWSKIE1 NOTATKI Z PODRÓŻY POTOMKÓW AGATY I PETERA WIEBE Od końca sierpnia 2016 r. trwam w dziwnym stanie duszy, czego głębszą przyczyną" obok ciężkiej grypy letniej - była moja podróż w międzynarodowej grupie krewnych Żuławach, jednym z moich możliwych heimatów, z których żaden nie jest tym prawdz1' wym. Dla prawdziwego Niemca to klęska, gdyż normalnie ma się swój rodzinny kąt, gdzi£ siedzi nielubiana rodzina i którego regionalnym akcentem się mówi - robiąc wszystka aby go zatracić i uniknąć spotkań z nudnymi stryjami i stryjenkami dziadkowymi. JuZ nie chciałem tam - na Żuławy - wracać po pierwszej wizycie w 1969 roku. Stało się in* czej. Teraz prawie o niczym innym codziennie nie myśleć. Startowaliśmy minibusem z Berlina 25 sierpnia, i opuściliśmy Pomorze 30 sierpni3' Jechaliśmy grupą potomków Agaty (Agathe) Wiebe, urodzonej w 1840 w Herrenhagen/ Pielicy koło Lasowic Wielkich, zmarłej 1922 w LieBau/Lisewie, i Petera Wiebe, ur. 182> w Ladekopp/Lubieszewie, zm. 1899. W dzień jego pogrzebu 26 lutego 1899 w Irrgang) Martągu urodził się tamże jego wnuk, a mój ojciec Hans-Otto Fieguth, autor dwu pt3L genealogicznych, w tym „Zielonej Biblii” na temat żuławskiego rodu Wiebe2. Jesteśm) zatem pra- czy praprawnukami Agaty i Petera. W czasie podróży mówiliśmy głównie angielsku ze względu na dwie osoby bez znajomości niemieckiego oraz dwie inne osob) preferujące język Szekspira. Niemcem mieszkającym w Niemczech był tylko Andre Die' bali. Polski znałem tylko ja. Najliczniej reprezentowana była grupa potomków trzeciego dziecka Agaty i Peter3 - Ottona Wiebe (ur. 1874 w Ladekopp/Lubieszewie; zm. 1932 w Gross Ottlau/Otło^' cu, (po plajcie swego gospodarstwa popełnił samobójstwo w celu zapewnienia wdo^'11 premii z ubezpieczenia na życie) i jego żony Irmgard z domu Behrends (ur. 1886 w M3 rienburg/Malborku, zm. 1941 w Altmunsterberg/Starej Kościelnicy). Byli to: ich wnu^ Henry z Kanady, nasz senior, z zawsze skłonną do śmiechu córką Kristen, i jego sióstr3 Ellen z Paryża z jej dwoma synami Francuzami (Jeróme i Jean-Pierre). Henry pamięć z wczesnego dzieciństwa sylwetkę swej umierającej w Starej Kościelnicy babci Irmgard Po zgonie ich (pra)dziadka Ottona, ulubionego wuja mojego ojca, wdowa Irmgaf^ przeniosła się z dwoma synami (Peter i Fritz) do nowo nabytego (czy dzierżawionego) 1 Andrzej Kasperek: Profesor Małgorzata Czermińska skontaktowała mnie z prof. Rolfem Fieguthem, który latem 2016 f-wraz z grupą krewnych chciał ponownie odwiedzić Żuławy - ojczyznę swoich przodków. Początkowo miałem być przewodnikiem, ale plany się zmieniły i tylko raz spotkałem się z grupą w Nowym Dworze Gdańskim. Podarowałem wówc^ Profesorowi „Dziennik...” H. Dycka oraz ostatni numer „Prowincji”. Poprosiłem wtedy o relację z tej wyprawy. Po kilk° miesiącach otrzymałem tekst, który drukujemy. Myślę, że wiele osób poruszy jego osobisty charakter. 2 Hans-Otto Fieguth, Familienbuch Wiebe (Siebenhubener Linie, Freienhubener Linie, Ellerwalder Linie, Schónhorster Linie), Behrends, Epp (Herrenhagener Linie, Zeyersvorderkamper Linie), Froese (Tiegerweider Linie, Vierzehnhubener Linie), Jansson, Regier. Mennonitische Geschlechier aus dem Weichsel-Nogat-Delta, Oldenburg [ 1979]. Egzemplarz posiada gdańska Biblioteka PAN. Rodzina mówi o „Zielonej Biblii" ze względu na kolor oprawy. Rolf Fieguth 65 P° 1932 r. gospodarstwa w Starej Kościelnicy, którego rządcą stał się jej młodszy syn -Peter Wiebe (ur. 1919 w Gross Bandtken/Bądkach koło Kwidzyna; poległ w Stalingradzie w 1942 r.). Jej starszym synem był nicpoń i radykalny nazista Fritz Wiebe (ur. 1907 w Gross Bandtken/Bądkach, zm. 1934 koło Gnojewa wskutek wypadku samochodu cię-zarowego, który spowodował pod wpływem alkoholu). Jego sławetna ranga sturmfuh-rera figuruje na jego kamieniu grobowym, ironią losu zachowanym na pomennonickim Crnentarzu w Stogach. Jest to jedyny grób kogoś z potomków Petera i Agaty Wiebe, na który trafiliśmy podczas tej podróży. Organizatorem, szefem i szoferem naszej wycieczki był Andre Dieball, prawnuk Her-^nna Wiebego (ur. 1869 w Ladekopp/Lubieszewie, zm. 1956 w Isernhagen koło Hano-^eru), drugiego dziecka Agaty i Petera. Ja jestem wnukiem zarówno piątego, jak i siódmego dziecka Agaty i Petera. Ich siódmym dzieckiem była moja babcia po mieczu Helene, (ur. 1876 w Ladekopp/Lubiesze-zm. 1926 w Berlinie; wyszła w 1898 r. zajohannesa Fiegutha). Natomiast ich piątym Pieckiem był mój dziadek po kądzieli Johann Wiebe (ur. 1873 w Ladekopp/Lubiesze-Wle, zm. 1924 w Malborku), ciekawa postać, bo zrobił pewną karierę w handlu i gastrono-prowadził przez wiele lat malborski hotel „Pod Białym Jagnięciem” („Zum Weissen kamm” albo „Weisses Lamm”). Był w odróżnieniu od innych mennonitów żuławskich Glonkiem Partii Demokratycznej (liberalnej - por. dzisiejszą niemiecką partię FDP) 1 ^alborskim radcą miejskim (Stadtrat), odpowiedzialnym za kontrolę własności rolnych ^^sta oraz zarządu Zamku Malborskiego. Według opowieści jego córki Annemarie, Czyli mojej mamy (ur. 1905 w Malborku, zm. 1986 w Oldenburgu), lubił zaangażować się z temperamentem i humorem w głośne utarczki polityczne w radzie miejskiej. Podobno nawiąza| pO 1918 r też kontakt z jakimś malborskim kantorem katolickim, aby uczyć się Piskiego - ale najpewniej skończyło się tylko na tak szlachetnym pomyśle. Od Przemka . Ełckiego - nasz niezastąpionego przewodnika, znawcę wszystkiego, co mennonickie 1 Wielkiego miłośnika Nowego Dworu Gdańskiego - dowiedziałem się, że budynek daw-nego hotelu „Weisses Lamm” został zburzony i że kamień grobowy mojego mennonickie-8° dziadka na cmentarzu dawnego luterańskiego kościoła Św. Jerzego, będący jeszcze na Miejscu w 1969 r., został skradziony i przerobiony na nagrobek dla polskiego zmarłego, a sprawca ponoć był sądzony. Ku mojemu rozczarowaniu, nasza grupa nie miała już siły, a pojechać do Gross Ottlau/Otłowca, wsi ulubionego wuja (Otto Wiebe) mojego ojca lr,lejsca szczególnej ojcowskiej nostalgii. Jednak ani moi rodzice, ani większość krew-^ch ich generacji, nie zdecydowali się po wojnie na podróż do polskich Żuław - w naszej ^rupie tylko ja byłem uprzednio w Polsce (i na Żuławach). rodzice: Hans-Otto Fieguth i Annemarie z domu Wiebe, kuzyn i kuzynka pierw-SZego stopnia, pobrali się w 1924 r. i zamieszkali w Berlinie, gdzie ojciec pracował jako ^ynier w firmie Siemens. W Berlinie też urodziłem się w 1941 r. jako ostatni z czwór-1 dzieci Ojciec w ostatnich miesiącach wojny w nastroju „zmierzchu bogów”^ i szukając ^d^rci bronił Berlina w szeregach volkssturmu i niejako dobrowolnie dostał się do niewoli ^Wolanie do „Zmierzchu bogów" (niem. Gótterdammerung) - opery Richarda Wagnera a także filmu „Zmierzch bo- w reżyserii Luchino Viscontiego. Jednej z najbardziej fascynujących, kontrowersyjnych i mrocznych wizji faszyzmu. ' przypis red. ] 66 Impresje żuławskie sowieckiej 8 maja 1945 r.; wrócił z sowieckiej Estonii pod koniec 1949 r. Mama z trzefl13 z czwórki dzieci (w tym ja) dzieliła losy uciekinierów; zamieszkaliśmy od lutego 1945 f' u niezbyt przyjaznych ludzi w mieścinie Brake nad dolną Wezerą (na północ od Bremy^ aż do przeprowadzki w 1951 r. do niedużego północnobawarskiego miasta Erlangen (211 km na północ od Norymbergi), dla nas ogromnie obcego. Tam panował cud gospodarczy i sztuczna powojenna „normalność” traumatyczny i nie zawsze wesoły dobrobyt. W latach 1961-1967 studiowałem w Berlinie Zachodnim (jeszcze pełnym ruin) slawistykę, historK Europy Wschodniej i nieco germanistyki (od 1962 uczę się polskiego). O mojej późnij' szej karierze slawisty i polonisty nie chcę się tu rozwodzić, wspomnę, że przetłumaczył6111 na niemiecki m. in. utwory C. K. Norwida („Vade-mecum”) i W. Gombrowicza („Tran5' -Atlantyk” oraz „Ślub”). Czego szukałem, jadąc z wymienioną grupą na Żuławy? Dwu rzeczy, jak mi się wydawać podczas podróży: cienia wesołej i ruchliwej dziewczynki, którą w czasie malborskiego dzi6' ciństwa była moja mama - w latach powojennego dobrobytu Annemarie była korpulen1' ną i nierzadko popadającą w depresję panią. Wśród malborskich koleżanek była nazywał13 „Mia” czy nawet „Mischa” (chyba Misia - skąd ta forma w arcyniemieckim Malborku?). Ap° drugie: szukałem Otłowca, miejsca chłopięcego szczęścia mojego ojca Hans-Otto, arcyp0' ważnego pana po powrocie niewoli sowieckiej. Nie znalazłem, rzecz jasna, ani tych malbcT skich miejsc, gdzie prawdopodobnie hasała Mia, ani nie trafiłem do Otłowca, raju młodeg0 Hansa-Otto. Nawet nie próbowałem pojechać jeszcze raz do Rudnerweide/Rudniki k<4° Ryjewa, gdzie moja mama z jej dwoma młodszymi chłopcami, w tym ze mną, spędziła z okładem (1943/44) ze względu na bombardowania Berlina; byliśmy gośćmi ciotki Greteh czyli Małgorzaty (Margarete) Tghart [wymowa: Tjart] z domu Suckau (ur. 1913 w Schuh wiese/Jarzębinie koło Kwidzyna, zmarła sporo lat temu). Ciotka Gretel, dobra mennonitk3 jak wszyscy krewni, była wdową po Ottonie Tghart, synu Marie, pierwszego dziecka AgaP i Petera. Według jej córki Elisabeth, miała wśród swych mennonickich (!) przodków: Le' schinskich, Saleskich i Sawatzkych4. Do Rudników sięgają moje pierwsze wspomnień13 sprzed ukończenia trzeciego roku życia - z lata 1944 r. Byłem tam znowu w 1969 r. i pozna łem wtedy dwór i dom. O ciotce Gretel Tgahrt polscy mieszkańcy domu mówili wtedy n’e bez sympatii: „Czartowa“; została z trójką dzieci wysiedlona z Polski w 1947 r. Za to zetknąłem się podczas ostatniej podróży poważniej z obecnymi mieszkańca' mi Żuław. Byłem zresztą nieco do tego przygotowany po kilku poprzednich pobytach w Gdańsku (od 1986 r.), zwłaszcza trzech miesiącach spędzonych tam jesienią 2014 f' Przyjemnie było skonstatować, że minęło dawne komunistyczne tabu o niemieckich tr3' dycjach tego miasta, mającego w swym herbie po dziś dzień dwa krzyże zakonu krz/' żackiego oraz koronę króla polskiego. Wspomnę tu tylko o wątkach niemieckich w p° wieściach Stefana Chwina i Pawła Huellego, o wielkiej kamiennej tablicy w foyer Teatru Wybrzeże, wymieniającej wszystkich dyrektorów gdańskiego teatru miejskiego od la1 1820 czy 1830, oraz o napisie „Johanna Henriette Schopenhauer' na jednym z najno^' szych gdańskich wagonów tramwajowych. Widoczne są też w Gdańsku ślady Kaszubów Paweł Huelle wytłumaczył mi, że nawiązując do starszych tradycji miasta, jego bardz0 mieszana ludność napływowa tworzy sobie powoli regionalną tożsamość. 4 Czyli: Lesz[cz]yńskich, Zaleskich i Zawadzkich. | przypis red. j Rolf Fieguth 67 Widzieliśmy, że w podobnym duchu działa grupa polskich entuzjastów przeszłości ^nnonickiej Żuław, którzy świadomie do niej nawiązują celem zbudowania sobie swojej regionalnej świadomości - stuprocentowo polskiej oczywiście. Zrozumiałem, że meno-nicb jako pochodzący po dużej części z Holandii, odgrywają w tym kontekście rolę - pa-rahazując Gombrowicza - Niemców pozwolonych, bo skoro Holendrzy, łatwiej czcić ich Cnaentarze, domy podcieniowe i tradycje, przy czym nie ma znaczenia, że na żuławskich Wiktach tej tradycji język niderlandzki jest nieobecny5. Z podziwem zwiedziliśmy Mu-Zeum Żuławskie w Nowym Dworze Gdańskim z całym piętrem przeznaczonym na wy-stawę poświęconą mennonitom; znalazłem tam notatkę o wcześniejszej wizycie premiera Niderlandów, Marka Ruttego - dla przedstawicieli niemieckiego konsulatu generalnego w Gdańsku istnienie tego muzeum pozostaje chyba jeszcze tajemnicą. Prowadził nas po Żuławach jeden z pracowników tego cudownego muzeum, wymieniony tu już Przemek Siwicki, znawca każdego zachowanego grobu mennonickie-8° - skąd trafiliśmy na sześć czy nawet więcej cmentarzy. Na XVIII- i XIX-wiecznych kamieniach grobowych umiemy teraz rozszyfrować wszelkie symbole (duszy, śmierci, ^eczności, liczby kolejnych żon i dzieci), które tam widnieją. Na cmentarzu w Nowym ^Worze Gdańskim widzieliśmy dobrze odrestaurowane groby znanej mi osobiście men-n°nickiej rodziny Stobbe, producentów jałowcówki - znanej pod nazwą Machandel, któ-r?y sami zadbali o pamięć ich zmarłych krewnych i przodków. Poznaliśmy też słynne (chyba) w Polsce (a dla nas prawie nieznane) piękne pomen-n°nickie domy podcieniowe, z których niektóre zostały uratowane od powojennej de-Wastacji. Po renowacji jest dom Marka Opitza w Żelichowie. Jego gospodarz wskrzesił Pyszny ser pod tradycyjną nazwą „Werderkase” (ser żuławski) i chętnie przyjmuje gości na nocleg. Wielkie wrażenie zrobił na nas też dom podcieniowy Artura Wasielewskiego w Orłowie ze względu na - jeszcze niezakończone - bardzo ambitne i pomysłowe odre-staUrowanie. Prace obejmują zarówno fasady, jak i wiejsko-barokowy przepych wnętrz a^° raczej tego, co z nich zostało po wieloletnim zdegradowaniu przez poprzednich po-w°jennych mieszkańców. Zresztą pan Opitz przyznaje się do dalekiego pokrewieństwa 7 n’emiecko-śląskim poetą Martinem Opitzem, pogrzebanym w gdańskim Kościele Ma-r’ackim, a uhonorowanym - mimo zgrzytów władz - w rodzimym Bolesławcu nazwą uli-cy i odrestaurowanym pomnikiem. Z kolei pan Wasielewski jest nosicielem nazwiska jak ^bardziej kresowego i także aktywnym entuzjastą Żuław. Gd pana Przemka dowiedzieliśmy się też o całkiem żywych kontaktach obecnych ^'nnonitów, głównie kanadyjskich i holenderskich, ale też niemieckich, z polskimi dzia-aczami żuławskimi. Szczególnie wzruszająca była opowieść o niemieckim mennonicie N^lrnucie Reimerze, który hojnie pomagał przy uratowaniu żuławskich grobów men-n°nickich i przy stworzeniu powojennych kontaktów z mennonitami; został w 1991 r. E^ł^Żebany na katolickim cmentarzu w rodzimych Stogach. Z naszej grupy nikt już nie ^°hnderskość mennonitów jest częściowo potwierdzonym historycznie mitem samych mennonitów, ale też ich polskich czy n,epolskich obserwatorów od Wincentego Pola i nawet Ludwika Passarge do dzisiejszych Żuławian. W naszych rodzinach ^"•ymywano kontakty z krewnymi w Australii, Amerykach i Rosji - wśród niderlandzkich współwyznawców („Doopsge-^Hden") nie było żadnych krewnych. Pomorzanin Józef Wybicki, znawca holenderskiego od studiów w Lejdzie, wiedział cP’ej, wydając w 1794 swój apel do „Olędrów“ żuławskich w języku polskim i niemieckim, nie holenderskim. (Do obywateli U Mieszkańców ziemi polskiej wyznania auszpurskiego, zwyczajnie Holendrami zwanych - zob.: Nowy Korbut, t. 6, 1, s. 471). 68 Impresje żuławskie utrzymuje pozafamilijnych kontaktów z życiem wspólnot mennonickich, dlatego wszy$t kie te wiadomości były dla nas nowe. Mnie jako znawcy języka umożliwiono także dostęp do publikacji polskich entuzj3' stów Żuław; za każdą z nich kryją się swoje konteksty i historie, i każda z nich zawiera dk mnie treści albo dawno zapomniane, albo całkowicie nowe. Do największych ewenemen' tów dla żuławofilów polskich i niepolskich należy niewątpliwie dwujęzyczny Dzienni żuławski 1878 Heinricha Dycka, którego rękopis dotarł drogami zupełnie paradoksalny' mi do redakcji kwartalnika „Prowincja”6; żona autora, Anna z domu Wiebe, oczywiści jest naszą daleką krewną7. Podarował mi go pan Andrzej Kasperek z redakcji „Prowincji • Czytając tekst oryginału, mam w uszach żywe głosy moich licznych żuławskich wujo" i stryjów z ich epickimi oralnymi powiastkami (Erzahlchens), zachodniopruską wym0' wą, intonacją8 i nie zawsze koszerną morfologią i składnią9. Odnotowałem z sympatią, d° jakiego stopnia dziennik ten w polskim przekładzie Małgorzaty Rysickiej (którego me sprawdzałem) elektryzuje entuzjastów Żuław. Wśród nich jest wymieniony tu już Artur Wasielewski10 oraz Andrzej Kasperek, który zestawia postać Dycka z polskimi chłop3 mi z dzieł Pola, Prusa, Sienkiewicza, Wyspiańskiego i Reymonta", przyczyniając się jak° literaturoznawca do szlachetnej sprawy polsko-żuławskiego nawiązania do dziedzictw mennonickiego, do którego my, potomkowie, już nie mamy podobnie żywego stosunku- Przeczytałem też dwie prace Aleksandry Paprot o śladach mennonickich w Stoga^ oraz o trudnych procesach powojennej konsolidacji obecnych mieszkańców Starej K°' ścielnicy, którzy przyszli tam z Kielecczyzny, dawnych Kresów (czyli obecnej Białoruś i Ukrainy)12. Panią Aleksandrę poznaliśmy zresztą całkiem przypadkowo na parkingi koło kościoła w Stogach, skąd szliśmy na pomennonicki cmentarz. Prowadzimy już oży' wioną korespondencję, bo jestem rzadkim okazem potomków mennonitów żuławskich mówiącym (płynnie, ale nie bez błędów) językiem Mickiewicza i Gombrowicza. Wiem też o jej uczestnictwie w różnych żuławskich programach i akcjach terenowych (w tym wzruszające „Światło pamięci”). Ale czy ja tam jeszcze raz pojadę? PS. Dzięki panu Siwickiemu jestem w posiadaniu książki Ludwiga Passarge Z wiślanej dd' ty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork. Szkice z podróży 18S6'\ Poznałem w przekonujący^ 6 Heinrich Dyck, Dziennik żuławski. Tagebuch, Sztum - Nowy Dwór Gdański 2015 (Biblioteka kwartalnika „Prowincja", t. ń-7 Zob. Familienbuch Wiebe, op. cit,. s. 595. 8 Wymowa: g>j [Gustav>Justaf; eigentlich>ajntlich]; u końca wyrazu g>ch (jak w ach po samogłoskach a,o,u [Tag>Tach albo Dach]; jak ch w niemieckim słowie „ich” po samogłoskach a, e, i, ó, u oraz po dyftongach ei i eu [Flugzeug>Flu-:chcaych]; [pf>f [PfeifoFajfe; Pferd>Fe:ad]; „au“>ou czyau [PflaumoFloume czy Flaume]; a:>e: [Kase>Kje:zy]; końcówka -er>a [Pfarrer>Fa:ra]; „ei“>aj [meinetwegen>majnswejyn]; „eu“>ay [heute: hayty]; krótkie i>y [Tisch>TyszJ' u:>y: [Flugel>Fly:jyl]; melodia zdaniowa przypomina trochę śpiew polskich kresowiaków. 9 W przedmowie (Heinrich Dyck i jego unikatowy dziennik) do tomu twierdzi Leszek Sarnowski, że język dziennika jest „mieszanką niemieckiego, holenderskiego i rozmaitych gwar lokalnych" (s. 12). Jest to grube nieporozumienie. Jako Nie' mieć i znawca holenderskiego widzę w całym tekście chyba jeden czy dwa niderlandyzmy; natomiast obecny jest lokalny dolnoniemiecki (Plattdeutsch) - bezpośrednio w licznych terminach technicznych żuławskiego życia wiejskiego i w kilku cytatach, a pośrednio w dobitnej oralności tekstu. Całość dziennika jest bowiem utrzymana w niezbyt starannym, raczej mówionym niż pisanym Hochdeutsch o kolorze i dźwięku jak najbardziej żuławskim. 10 Zob. jego pyszną książkę Kulinaria żuławskie, [bm] [2015]. 11 Andrzej Kasperek, Żuławski chłop potęgą jest i basta, w: Heinrich Dyck, op, cit,. s. 167-182. 12 Wymienię tu pozycję A. Paprot, Stara Kościelnica. Dzieje żuławskiej wsi, Warszawa 2012. 11 Ludwig Passarge, Z wiślanej delty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork. Szkice z podróży 1856, Gdańsk 2016. Rolf Fieguth 69 Pokładzie Wawrzyńca Sawickiego prawie nieznanego mi wcześniej dziewiętnastowieczne-&° autora wschodniopruskiego - znawcę Włoch, Szwajcarii, Austrii, Niemiec Południowych 1 Zachodnich, Bałtyku, Skandynawii oraz Wielkiej Brytanii. Dla mnie wstrząsający był jego °pis budowy starego mostu tczewskiego. To, co w mojej świadomości było miejscem katastrofy iławskich uciekinierów (w 1945 r. mnóstwo ich tam zginęło, wśród nich mój sędziwy dziadek P° mieczu ze swą drugą żoną), zmartwychwstaje w tym opisie jako wiełkie w historii Europy dzieło techniczne; pokaźne pozostałości tej pierwotnej konstrukcji czekają konserwacji jako Wyjątkowo cenny zabytek historyczny. Od końca XIX w. istnieje trochę dałej w dół nurtu Wi-sb bardziej nowoczesna budowa - chyba też warta eseju. 70 Spotkanie z potomkami mennonitów z Żuław i Powiśla Aleksandra Paprot SPOTKANIE Z POTOMKAMI MENNONITÓW Z ŻUŁAW I POWIŚLA WIZYTA RODZINY WIEBE W STOGACH Stogi to miejscowość położona niedaleko Malborka. Wśród turystów znana jest głównie ze znajdującego się tam cmentarza mennonickiego. To nekropolia, którą można określić mianem nie tylko największej na Żuławach, ale i w Polsce. Rokrocznie miejsce to odwiedza wiele osób z kraju i zagranicy. Wieś, którą nazwano Heubu-den, została założona w 1562 r., a już w 1565 r. oddano ją w dzierżawę osadnikom z Niderlandów1. Logo wycieczki wraz z herbem, fot. A. Paprot Wówczas to rozpoczął się ważny rozdział w historii tej miejscowości. Mennonici, którzy zamieszkali w Heubuden zajęli się uprawą okolicznych pól i hodowlą bydła mlecznego-Niebawem Stogi stały się siedzibą flamandzkiej gminy mennonickiej Heubuden-Marien-burg. Cmentarz powstał prawdopodobnie około połowy XVIII w., a w 1768 r. wybudo' wano dom modlitwy. Pod koniec XIX w. we wsi znajdowało się 45 domów, a liczba ludno' ści wynosiła 154 katolików i ewangelików oraz 176 mennonitów2. W 1945 r. mennonici zamieszkujący Heubuden i okolice zostali zmuszeni do opusZ' czenia swoich domów na zawsze. Po ich przodkach została pamięć zapisana w krajobra-zie żuławskim w postaci domów i cmentarza w Stogach, gdzie do dziś zachowało się ok-260 obramowań grobów ze sztucznego kamienia, podstawy krzyży i steli nagrobnych; cippus, a także kilka nagrobków z okresu I połowy XX w., wykonanych z granitu. WśróJ nich znajduje się nagrobek nietypowy, niewpisujący się w monumentalny styl steli, głównie z którymi kojarzy się nekropolie mennonickie. To grób Fritza Wiebego - urzędnika bankowego, urodzonego 11 kwietnia 1901 r. w GroB Bandtken (dziś to miejscowość Bądki koło Kwidzyna), a zmarłego 18 marca 1934 r. w Gnojau (dziś Gnojewo) w wieku 26 lat, syna Otto Wiebe i Irmgad Behrens3. Nagrobek Fritza ma kształt nieregularnego trójkątnego kamienia z wyrytym imieniem, nazwiskiem, rokiem urodzin i śmierci. 1°' co zawsze mnie zastanawiało to napis poniżej inskrypcji, który brzmiał „Sturmfuhrer 1 Stogi,[w: ] Katalog zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce, http://holland.org.pl/art.php?kat=obiekt&id=449, (dostęp: 05.11. 2016) 2 Stogi, [w: ] dz. cyt. ’ Fritz Wiebe, http://www.wiebeworldwide.net/webtrees/individual.php?pid=I247&ged=wiehe (dostęp: 05.11.2016). Aleksandra Paprot 71 (dowódca szturmowy). Do 15.10. 1934 r. był to odpowiednik tytułu podporucznika w Oddziałach Szturmowych NSDAP4. Tylko tyle wiedziałam do 27 sierpnia 2016 roku. Był sobotni słoneczny i upalny dzień kiedy to wraz z moją rodziną pojechaliśmy na trzciny małego Tymka - syna mojej kuzynki pochodzącej ze Stogów. Wjeżdżając autem na parking przed kościołem pw. św. Wincentego a Paulo od razu zauważyłam czarnego kusa pasażerskiego. Na początku pomyślałam, że to może rodzina z Warszawy postanowiła przyjechać nim razem. Gdy zaparkowałam auto, zauważyłam, że rejestracja busa jest Jednak zagraniczna, i co więcej, znajdują się na nim jakieś naklejki z herbem rodowym. wierzyłam własnym oczom, ale tak... Na busie widniał napis „Back to The Roots I°ur. Poland 2016. www.WiebeWorldWide.netTo ta rodzina Wiebe? Niemożliwe - pomyślałam. Serce zaczęło mi bić szybciej, a podjęcie decyzji o tym czy pójść na mszę do kościoła, czy szukać zagranicznych potomków rodziny Wiebe było już dla mnie jasne. Baweł pobiegł pierwszy, a ja nieco w tyle za nim, bo w sukience i na szpilkach. Wypatry-Wa^m, które nagrobki zainteresowały członków rodziny Wiebe. Dziś myślę, że musieli być oni nieco zdziwieni, kiedy tak nagle, ni stąd, ni zowąd, pojęliśmy się w pełnej gali na cmentarzu mennonickim pośród pól. Kto mógłby przecież tutaj trafić i tak usilnie próbować nawiązać z nimi kontakt? Pamiętam, że zawsze pasjonowała mnie historia cmentarza w Stogach. Wychowałam się w s^siedniej miejscowości - w Starej Kościelnicy. Chętnie jeździłam stamtąd do wujostwa Stogów, zwłaszcza rowerem. Mogłam wówczas po drodze odwiedzić cmentarz men-n°nicki, który mnie fascynował. Był tajemniczy. Na początku nie zdawałam sobie sprawy, kaczego właściwie mnie tak ciekawi i kto tam jest pochowany. Z czasem cmentarz ten stał Sl? tematem mojego pierwszego reportażu, jaki napisałam na zajęciach z polskiego w li-Ceum. Został on potem opublikowany w „Gazecie Malborskiej ” w 2004 r.s Potem przyszedł CZas na studia kulturoznawcze i pierwsze teksty naukowe. Temat cmentarza w Stogach na-^al mi towarzyszył i to on stał się przedmiotem mojej pracy licencjackiej Nekropolia menno- Stogach Malborskich jako źródło tradycji i informacji o byłych mieszkańcach Żuław. Po ^kończeniu pierwszego etapu studiów wzięłam udział w VI Międzynarodowym Zjeździe ^ennonitów w 2010 r. Wtedy po raz pierwszy poznałam osobiście mennonitów z Niemiec 1 Holandii. Już wówczas było to dla mnie duże przeżycie, ponieważ w końcu spotkałam °s°by, o których przodkach mogłam dotąd przeczytać tylko i wyłącznie w książkach lub Próbować odczytać ich losy z bogatych w symbolikę steli nagrobnych. Barniętam, że pierwszą osobą, z którą udało się mi i Pawłowi porozmawiać w Stogach k^tem tego roku, był Henry - uśmiechnięty i energiczny starszy pan. Jak się okazało (Sturmabteilung) - służyło pomocą niemieckiej partii nazistowskiej w walce z bojówkami i sympatykami innych s u8rupowań politycznych. Ą- Paprot, Zapomniane groby mennonitów, „Gazeta Malborska 2006, nr 41. 72 Spotkanie z potomkami mennonitów z Żuław i Powiśla mieszka obecnie w Vancouver w Kanadzie. Pomyślałam, że zapewne to potomkowi6 mennonitów, którzy wyemigrowali do Kanady. Nic bardziej mylnego, kolejni członko' wie wycieczki: Ellen, Jean-Pierre i Jeróme przyjechali z Francji, Kristen i Larry ze Stanów Zjednoczonych, Andre z Niemiec, a Rolf ze Szwajcarii. To niesamowite, jak udało si? ludziom z tak różnych zakątków świata udać razem w podróż do małej wsi na Żuławach' Logistyka i koordynacja wycieczki bardzo mi zaimponowała. Ośmioro członków rodzin)' Wiebe wywodzących się od Agathe Wiebe (1840-1925) z Pielicy koło Lasowic Wielkich i Petera Wiebego (1825-1899) z Lubieszewa od 25 sierpnia do 7 września, podróżował0 po Polsce by m.in. szukać swoich korzeni na Żuławach i Powiślu. Na ich trasie znalazł si? Nowy Staw, Lubieszewo, Stara Kościelnica, Stogi, Orłowo, Nowy Dwór Gdański, Cyg3' nek-Żelichowo i Malbork. Ponadto odwiedzili również Gdańsk, Łódź, Wrocław, Oświ?' cim i Kraków. Po rozmowie prowadzonej na cmentarzu, udaliśmy się w pobliże busa, którym podr°' żowała rodzina Wiebe. W nim odpoczywała część uczestników wyjazdu, z którą rozp0' częłam rozmowę na temat nagrobków znajdujących się na cmentarzu. Wtedy zapytałaś czy ten kontrowersyjny Fritz Wiebe to ich krewny. Dowiedziałam się od Ellen i Henrry e' go, że był to ich wuj, brat ich matki - Irmgard Wiebe z domu Behrens urodzonej w Malbot' ku w 1886 r. Co ciekawe, pojawił się wówczas trop przedwojennego Altmunsterberg, czyi* mojej rodzinnej Starej Kościelnicy. Okazało się, że Irmgard mieszkała w mojej miejscowo' ści, z której po ślubie wyprowadziła się, ale powróciła do dużego gospodarstwa w Altmiir1' sterberg w 1932 r. z synami Peterem i Fritzem. To Peter później nim zarządzał. Fritz zgin^ w wypadku samochodu ciężarowego w 1934 r. Miał on jednego syna urodzonego w 193^ r. Irmgard zmarła w Starej Kościelnicy w 1941, została najprawdopodobniej pochowan3 na cmentarzu w Stogach. Z kolei Peter zginął w 1942 r. pod Stalingradem (miał jedneg0 syna). Ellen i Henry to z kolei dzieci córki Irmgard, która nosiła imię po swojej matce. On3 jednak opuściła Żuławy i Powiśle w 1935 r. i zamieszkała w Berlinie, gdzie wyszła za mą2' Aleksandra Paprot 73 Kiedy już właściwie zamierzaliśmy się pożegnać, pojawił się niespodziewanie starszy pan w szarym kaszkiecie i okularach. Wcześniej nie było go z grupą. Co więcej, przywitał się z nami piękną polszczyzną. Wzięłam go więc na początku za polskiego przewodnika grupy. Nic bardziej mylnego, okazało się, że to Rolf Fieguth, który również jest Prawnukiem Agathe i Petera Wiebe. Jego ojciec Hans-Otto Fieguth jest autorem prac genealogicznych dotyczących rodziny Wiebe i Fieguth. Ponadto Rolf Fieguth to wybit-ny niemiecki slawista, germanista i tłumacz. Wyróżniony Medalem za Zasługi dla Uni-^rsytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (mojej uczelni, na której piszę doktorat). $ tym dowiedziałam się jednak dopiero później, po powrocie do domu. Podczas spotkania w Stogach poznałam Rolfa Fiegutha jako uśmiechniętego i serdecznego profesora z Uniwersytetu we Fryburgu w Szwajcarii. Zostaliśmy znajomymi na Pacebooku i rozpoczęliśmy żywą korespondencję mejlową na temat jego rodziny i powią-?ań z moją rodzinną miejscowością - Starą Kościelnicą i Stogami. *** Niezwykle miłą niespodzianką dla mnie była wiadomość od profesora, jaką dostałam we Wrześniu. Przyznał, że przeczytał książkę, którą napisałam o Starej Kościelnicy. Napisał: Przeczytałem ze wzruszeniem Pani książkę o Starej Kościelnicy. Jest to moja pierwsza po-^ożna konfrontacja z rzeczywistością obecnych mieszkańców Żuław, które dotąd stanowiły mnie przeważnie jakąś wyobrażeniową krainę pamięci, osobliwej, bo zbudowanej z czę-stych opowiadań matki (ur. 1905 w Malborku), i nie tylko pozytywnej i przyjemnej. Kraina ^y^rażeniowa, która jak pajęczyna legła na moich dwu przyjazdach tam (najintensywniej 1969 r. i ok. 1990 r. w samochodzie Pawła Huellego), a legła z początku też na tym grupo-^y^, ostatnim. dalszej korespondencji uzyskałam od niego również cenne uwagi dotyczące men-n°nitów na Żuławach. Dziś reaguję na Pani piękną pracę „Nekropolia mennonicka w Sto-^ach Malborskich jako źródło tradycji i informacji o byłych mieszkańcach Żuław". Słowo "flamandzki” miało u mennonitów znaczenie nie etniczne, tylko dogmatyczne. Jeszcze na te-renie Niderlandów Flamandowie (Flamen) byli bardziej surowi i ascetyczni, w odróżnieniu od ryzyjczyków (Friesen - stąd też nazwisko Friese, Freese czy Fróse), którzy byli mniej restryk-^Di. Były między tymi odłamami wielkie konflikty, zapomniane w XIX w. Jednym słowem: obstat. Nie ma wątpliwości, że główna część mennonitów żuławskich miała przodków niderlandzkich, ale akurat nie ci, którzy pochodzą z Fryzji Wschodniej (Ostfriesland), bo ta nie była niderlandzka, a język niderlandzki funkcjonował tam jedynie jako język kościelny U sformowanych i mennonitów. Poza kościołem mówiono tam po dolnoniemiecku (bardzo rZadko po fryzyjska), a pisano po niemiecku. Tak samo było zresztą z językiem niderlandzkim 14 Mennonitów żuławskich i pomorskich. W gminach żuławskich kazania były często wygła-SZane po niderlandzka i to jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku - bo predykantów sprowa-^z°no chętnie z Holandii, gdyż żuławskie głowy nie nadawały się do studiów teologicznych. Momiast nie sądzę, że Pani znajdzie ślady jakiegoś prywatnego i rodzinnego funkcjonowania te8° języka wśród żuławskich mennonitów od XVII do XIX w. Wszystkie napisy na grobach 74 Spotkanie z potomkami mennonitów z Żuław i Powiśla mennonickich, które widzieliśmy, były jednak po niemiecku. Natomiast silna była (i częścio^0 została) pozycja języka dolnoniemieckiego (Plattdeutsch, Plautdietsch). W mojej żuławski^ rodzinie przestano mówić do kobiet i do dzieci po dolnoniemiecku w latach po 1880 r. Po dok noniemiecku mówiono wtedy już tylko na roli oraz podczas polowania (l). Dolnoniemicck zachował natomiast swoją pozycję wśród żuławskich mennonitów, którzy od drugiej poło^j XVIII w. masowo wyemigrowali do Imperium Rosyjskiego oraz do różnych części Ameryk W Kanadzie żuławsko-mennonicki Plautdietsch ma nawet swoją literaturę do dziś. Do dziś prowadzę także korespondencję z Henrym z Vancouver w Kanadzie - wnt>' kiem Irmgard Wiebe (z domu Behrens). Henry pewnego razu napisał mi, że pamięć śmierć swojej babci w styczniu 1941 r. Miał wtedy 3 lata. Pamięta ją jednak również za ży' cia, szczególnie moment, który miał miejsce podczas Świąt Bożego Narodzenia w 1940 jak został zabrany do babci saniami w zaprzęgu konnym z pobliskiej stacji kolejowej. dziecko chodził też z matką z domu swojej babci w Altmunsterberg na cmentarz w HeU' buden. Pewnego razu napisał mi: Jako mały chłopiec nie byłem zainteresowany sprawi rodzinnymi, które dziś mnie ciekawią. Pamiętam kuchnię babci Irmgard w Altmunsterberg Był tam ogromny stół i piec. Pamiętam też jak na zewnątrz domu próbowałem nauczyćpłyW^ małe koty w beczkach z deszczówką. Mam nadzieję, że spotkanie w Stogach i korespondencja z potomkami Agathe i Pet^' ra Wiebe doprowadzi mnie jeszcze do wielu interesujących i inspirujących wiadomos^1’ które będą początkiem dla dalszych poszukiwań historii dawnych mieszkańców Żuła" i Powiśla. Andrzej Kasperek 75 Andrzej Kasperek NOWA SZANSA DLA ŻUŁAWSKICH ZABYTKÓW Rok temu w 22 numerze „Prowincji ” opublikowałem relację z I Kongresu Żuławskie-Napisałem w niej: Jednym z najważniejszych składników dawnej tożsamości żuławskiej ^y^a umiejętność współdziałania (choćby w czasie powodzi). Po wojnie więzi społeczne zostały Urwane, dlatego tak pięknym gestem była deklaracja burmistrzów Nowego Dworu i Nowego ^iawu - Jacka Michalskiego i Jerzego Szałacha oraz wójta Cedrów Wielkich - Janusza Goliń-skiego o wspólnych pracach nad rozwojem Żuław. Bo dopiero myślenie w kategoriach wspólnoty regionalnej może przynieść dobre rezultaty na przyszłość. Te zdania odnosiły się do symbolicznego gestu wieńczącego obrady kongresu, kiedy to włodarze sąsiedzkich gmin, niczym trzej muszkieterowie, schwycili się za ręce i złożyli zapewnienie o współpracy. eWnie niektórzy pomyśleli sobie, że takie gesty polityków ładnie wypadają na zdjęciach a Później szybko się o nich zapomina. Ale okazało się jednak, że dwaj burmistrzowie 1 wójt mówili zupełnie serio.Rzadko się zdarza, że autor ma tak wielką satysfakcję z tego, Ze zauważył i zapisał coś ważnego. 76 Nowa szansa dla żuławskich zabytków Bo oto na wiosnę 2016 r. urzędy gminne w Cedrach Wielkich, Nowym Dworze Gdańskim i Nowym Stawie otrzymały z Urzędu Marszałkowskiego Województwa P°' morskiego pismo z zaproszeniem do podpisania umowy o dofinansowanie projektu pn-Zachowanie wielokulturowego dziedzictwa Żuław poprzez wykonanie robót budowlanych, montowych i konserwatorskich w obiektach zabytkowych i obiektach położonych na terenń objętych ochroną konserwatorską w gminach żuławskich oraz stworzenie spójnej oferty tury stycznej promującej tożsamość Żuław. Projekt został wyróżniony przez komisję oceniają^ wnioski -otrzymał najwyższą notę spośród wszystkich złożonych w ramach ogłoszonego naboru - dostał przeszło 80 punktów (na 100 możliwych). W czerwcu nastąpiło uroczy' ste podpisanie umowy o dofinansowaniu projektu. Trzy gminy, instytucje kościelne or^ osoby prywatne (jest wielu partnerów projektu) otrzymają razem 7 min 773 tys. zł. z do' finansowania Unii Europejskiej. Wartość całego projektu wynosi około 13,5 min zł. To prawdziwy krok milowy w pracach nad ochroną dziedzictwa Żuław. Wiele razy p1' saliśmy o walących się domach podcieniowych, o niszczejących kościołach, zapomni nych cmentarzach, zrujnowanych śluzach... I choć pisaliśmy też o ratowaniu podcień1’ wskrzeszaniu tradycji żuławskich i zapaleńcach, którzy to robią, to jednak mieliśmy świa' domość, że dofinansowanie tych prac ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego lub Urzędu Marszałkowskiego jest niewspółmierne w stosunku do potrzeb' Sukces tego projektu wnosi do spraw rewitalizacji zupełnie nową jakość. Trzy gminy wY' korzystały fakt, że jednym z najważniejszych zadań, finansowanych ze środków UE n3 lata 2014-2020 jest szeroko rozumiana rewitalizacja; na związane z nią projekty prze' znaczono ogromną sumę przeszło 25-26 mld zł. Wojciech Krawczyk, przewodniczą^) Rady Miejskiej w Nowym Dworze Gdańskim, zauważa, że: Obecna perspektywa unij^11 preferuje duże projekty. Dla naszego samorządu zdobycie dofinansowania z Unii Europę)' skiej wymaga współdziałania z innymi podmiotami, najczęściej z sąsiednimi gminami (ń tylko z naszego powiatu). W przypadku projektów dotyczących dziedzictwa kulturowego ń to uzasadnienie - Żuławy, to nie tylko nasza gmina. Liderem przedsięwzięcia została Gmina Cedry Wielkie. Marta Dorobek, kierownik Referatu organizacji, Promocji i Rozwoju w Urzędzie Miejskim w Nowym Dworze Gdat1' skim tłumaczy to tak: Pomysłodawcą projektu, a więc i naturalnie liderem jest Gmina Cedrj Wielkie, która szukając pomysłu i uzasadnienia dła remontu swoich zabytków zauważyć potrzebę nie tylko renowacji obiektów, ale także stworzenia z nich szlaku czy też produktu W rystycznego. By skusić turystę do skorzystania z produktu musi być on większą częścią calowi stąd też pomysł, by projekt rozszerzyć poza granice gminy do innych samorządów, bo prod^ miał dotyczyć zabytków żuławskich. O propozycji propozycja partnerstwa dła Nowego Stań i Nowego Dworu Gdańskiego zadecydowało zaufanie oraz wcześniejsze dobre doświadczeń we współpracy. Poza tym taka reprezentacja gmin dawała udział w projekcie przedstawień aż trzech żuławskich powiatów - gdańskiego, nowodworskiego oraz malborskiego. Niby to prosty pomysł na współpracę i można by się spodziewać, że inne samorząd żuławskie chętnie się do takiego projektu przyłączą, ich potrzeby przecież nie są mniej' sze. Okazało się jednak, że nie zgłosiły żadnej oferty współpracy,za to dziś czasem s1* żalą, że nie zaproponowano im tego... Bo dopiero sukces (szczególnie ten wyrażo^Y Andrzej Kasperek 77 w milionach PLN) jest atrakcyjny, aplikowanie, pisanie wniosków, kosztorysy i spotka-już takie nie są. Cel projektu jest wyrażony jasno: Stworzenie spójnej, kompleksowej i rozpoznawalnej °ferty turystycznej Gminy Cedry Wielkie, Gminy Nowy Dwór Gdański, Gminy Nowy Staw °partej na najważniejszych posiadanych obiektach zabytkowych, które ze względu na obecny stan i niską dostępność nie stanowią atrakcji turystycznej. Dane szczegółowe: Projekt Partnerski realizowany przez 3 gminy oraz 7 instytucji spoza sektora finansów publicz-nych (kościoły i osoba prywatna). Czas realizacji projektu:od II kwartału 2016 r. do III kwartału 2018 r. Całkowity koszt projektu: 13 528 570,78 zł. Dofinansowanie z UE: 60% kosztów kwalifikowalnych: 7 773 094,53 zł. To są sumy, o których nikomu na Żuławach Sl? dotychczas nie śniło. Dzięki nim Gmina Cedry Wielkie dokona renowacji zabytkowego domu podcienio-Wego w Miłocinie (remont sieni, instalacji elektrycznej, remont lokalu mieszkalnego ^raz ze zmianą przeznaczenia na funkcję izby pamięci). Wójt Janusz Goliński mówi, że docelowo chcą przeprowadzić dziesięć rodzin, które dotychczas zamieszkują podcień, do Howych mieszkań a wyremontowany „chłopski pałac” stałby się centrum przeznaczonym na spotkania, wystawy, cele muzealne i inne służące kulturze. Beneficjentem projektu Jest też miejscowa parafia. Przeznaczy go na renowację budynku kościoła p.w. Św. Anio- Stróżów (remont i renowacja dachu, elewacji, wieży oraz fundamentów, odtworzenie chóru nad nawą główną, uporządkowanie terenu wokół kościoła). Do 1989 kościół był rumą, odbudowany przez parafian ma teraz szansę odzyskać swój dawny splendor.Sko-r?ysta także Parafia Rzymskokatolicka p.w. Św. Jana Chrzciciela w Giemlicach (remont 78 Nowa szansa dla żuławskich zabytków pokrycia dachu oraz ogrodzenia wokół kościoła) oraz Parafia Rzymskokatolicka Matki Boskiej Częstochowskiej w Kieżmarku (renowacja drewnianego stropu, tynko^ wewnętrznych, drewnianego sklepienia z lunetami i witraży) a także Parafia Rzymsko' katolicka Św. Apostołów Piotra i Pawła w Trutnowach (rekonstrukcja drewnianej wieży)’ Wójt podkreśla, że na sukces samorządowców złożyły się lata ich wzajemnej współpracy zaufanie a także (jak to określa po wojskowemu): „sprawdzenie w boju”, bo do takich wyzwań trzeba dojrzeć, wypracować formy współpracy. A z tym w samorządach nie jest najlepiej. Zwraca uwagę, że naszych samorządów Wisła nie dzieli, bo nikt nie robi pr°' blemu, że tu są Żuławy Gdańskie a tu Wiślane. Wójt ma nadzieję, że to nie ostatni tak1 projekt - chętnie pomógłby prywatnym właścicielom domów podcieniowych w Trut' nowach i Koszwałach. Jego marzeniem jest odtworzenie wiatraka. Są plany, kosztorysy jest specjalistyczna firma z Holandii, brak tylko okrągłej sumki. Ale nie porzuca nadzic1, W końcu tyle się udało przez ostatnie ćwierć wieku zrobić. W Gminie Nowy Dwór Gdański lista obiektów, które uzyskały dofinansowanie jeS szczególnie długa i bogata - są to kościoły, domy podcieniowe, cmentarze mennonickifc’ oraz śluza i zabytkowymost.Położony w centrum miasta most zwodzony na rzece l udze' zwany przed wojną ze względu na swój wygląd Galgenbrucke (most-szubienica), zostan^ całościowo wyremontowany (generalny remont obejmie fundamenty, podpory oraz ko^' strukcję ustroju nośnego, a także naprawę silnika elektrycznego w celu reaktywacji sys' temu podnoszenia, podświetlenie mostu, wymianę nawierzchni...). Dzięki temu most pozwoli na wydłużenie szlaku wodnego Pętli Żuławskiej do miast nad Fugą. Skorzys^3 też Marzęcino, bo zostanie przeprowadzona rewitalizacja terenu wokół zabytkowej śl^' zy-wrót przeciwpowodziowych(uporządkowanie i niwelacja terenu oraz zabezpieczeni i odrestaurowanie istniejących obiektów). Nie zapomniano o jednym z najciekawszy^ zabytków naszej ziemi - o cmentarzach mennonickich. Nieliczne ocalałe zabytki po ciekawej wspólnocie religijnej przyciągają wielu turystów z kraju i zagranicy. To wyr°z' nik Żuław. Planowane są prace remontowe na terenie cmentarzy w Orłowie, Żelichowi’ Różewie i Marynowach. Wszędzie pomyślano o oczyszczenie terenu, zabezpieczeniu igt' niejących obiektów, budowie ciągu pieszo-jezdnego z drogi publicznej a także o wzn*e sieniu ogrodzenia.Parafia Rzymskokatolicka pw. Św. Elżbiety Węgierskiej doczeka wreszcie przeprowadzenia prac konserwatorskich przy późnobarokowych ławach z ko' ścioła. W projekcie znalazł się (jako jedyny obiekt prywatny) dom podcieniowy Holender” w Żelichowie (Przedsiębiorstwo Handlowo - Usługowe „OPITZ” Beat3 Opitz). Inwestycja polega na adaptacji pomieszczeń domu na działalność warsztatowi prezentacyjną, ekspozycyjną i szkoleniową - docieplenie ścian i stropu, wykonanie p°^ łóg i węzła sanitarnego. Warto zaznaczyć, że ten przeniesiony z Jelenia dom podcieniowy nie korzystał do tej pory z żadnego dofinansowania. Marek Opitz opisał „Przenosimy domu podcieniowego na Żuławach” w 1 numerze „Prowincji” z 2010 r. Burmistrz Nowego Dworu Jacek Michalski podkreśla, że poza ratowaniem żuła^ skich zabytków projekt jest cenny, bo poprzez swoją kompleksowość tworzy nowy pf0 dukt, powstaje spójna oferta turystyczna. W planach są nowe ścieżki rowerowe (pierwsi poprowadzi brzegiem Tugi do Tujska), ożyją szlaki wodne, można będzie bez błądzen13 Andrzej Kasperek 79 trafić na stare cmentarze. Tym samym nasz krajobraz żuławski zostanie uatrakcyjnio-ny i stanowił będzie ciekawą ofertę turystyczną zarówno dla turystów-rowerzystów jak 1 wielbicieli zabytków żuławskich. Kiedy pytam o inne potrzeby, to wymienia przede Wszystkim Żuławski Ośrodek Kultury. Tutaj skala potrzeb zdecydowała, że nie włączo-n° go do projektu. Ogromny budynek Haus der Deutschen Volksgemeinschaft, czyli Dom Wspólnoty Niemieckiej, góruje nad miastem, ale jest niefunkcjonalny i nie do ogrzania. kompleksowy remont potrzeba kilkanaście milionów zł. Część przestrzeni wewnątrz budynku zostanie prawdopodobnie wyremontowana w ramach przygotowywanego-°becnie przez gminę projektu rewitalizacyjnego - jego planowane rozstrzygnięcienastą-Piw 2017 r. Zaś jeśli chodzi o próby pozyskania środków na remont konstrukcji budynku °raz dachu, to gmina zgłosiła obiekt do wspólnego projektu z Gminą Cedry Wielkie i zo-sUł on zakwalifikowany przez Zarząd Województwa Pomorskiego do grupy projektów, które obecnie negocjowane będą z Ministerstwem Rozwoju jako możliwe do wykonania (po spełnieniu wymagań konkursowych) z dofinansowaniem z Programu Operacyjnego ^frastruktura i Środowisko. Pozostaje także możliwość próby sięgnięcia po środki Mi-nisterstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Można i trzeba działać małymi krokami. ' eWnie się doczekamy pięknego, wyremontowanego ŻOK-u. To bardzo ważna w życiu Piasta instytucja. Wojciech Krawczyk dodaje, że w ramach projektu „Pętla Żuławska” §uńna planuje uczestniczyć finansowo w remoncie mostu w Żelichowie. Mówi: Co jakiś cZas uzyskujemy informacje z MKiDzN o dofinansowaniu remontów prywatnych, zabytkowych budynków (najczęściej są to domy podcieniowe) - gmina z własnych funduszy również kłącza się do tego typu pomocy. 80 Nowa szansa dla żuławskich zabytków Dla Nowego Stawu przedsięwzięcie oznacza rewaloryzację przestrzeni publiczni w centrum miasta w obrębie zabytkowego, historycznego układu urbanistycznego. kres prac obejmuje: przebudowę jezdni na ulicach: Rynek Kościuszki i Rynek Pułaski6' go. Poza tym wprowadzenie nowej organizacji ruchu w obrębie zabytkowych rynko^ (ruch okrężny, strefa ruchu uspokojonego), powiększenie wysp w centralnej części obu rynków oraz nadanie im nowych funkcji: rekreacyjnej, turystycznej, kulturowej, a takze estetyzację przestrzeni z nasadzeniami zieleni oraz elementami małej architektury. Prze' budowa placu na Rynku Kościuszki pozwoli w przyszłości na organizację okoliczności^' wych spotkań i uroczystości miejskich. A do tego powstaną nowe parkingi, chodnik1, W rozmowie ze mną burmistrz Jerzy Szałach mówi także o następnej wielkiej inwesty' cji - jest nią budowa obwodnicy za 4 min 300 tys. zł (z UE miasto otrzyma 2 min 70^ tys. zł). Dzięki temu z centrum znikną duże samochody ciężarowe. Wspomina, że za' czynem pozytywnych zmian w mieście, które po 1989 r. pozbawiono zakładów prac/ i skazano na wegetację, było odnowienie jego symbolu, czyli słynnego „Ołówka”. Chodzl o dawny neogotycki kościół ewangelicki, którego wieża ze względu na swój kształt j6$t tak nazywana. Umiejscowiony w środku miasta straszył i niszczał, stał się symbolem m6' możności i bylejakości. W latach 2011-2012 został poddany rekonstrukcji i adaptacji na galerię sztuki (koszt: 6 min zł). Dziś widać, jak ważne są symbole - świetnie odnowiony wręcz elegancki stał się wizytówką miasta a dla jego mieszkańców powodem do dun^y a wręcz pomógł im uwierzyć we własne siły. Działa w nim „Galeria Żuławska”. Koncerty występy artystów, wystawy przyciągają miejscowych i przyjezdnych, tętni w nim życie' Andrzej Kasperek 81 Okazało się, że można. Dziś zaczyna się jakby nowe życie miasta. Nowy Staw - najstarsze Ciasto regionu, oszczędzone przez wojnę, rozpoczyna II etap rewitalizacji. W czasie spa-Ceru wystarczy spojrzeć na odnowione klasycystyczne drzwi domu przy pl. Kościuszki 7, Zeby zobaczyć, jak miasteczko może wyglądać za kilka lat. Burmistrz Szałach podkreśla, Ze już wcześniej 2 miliony zł dotacji otrzymała kolegiata żuławska. Obecnie prowadzone s4 intensywne prace renowacyjne Kolegiaty Św. Mateusza Apostoła. Teraz także Parafia ^zyrnskokatolicka w Świerkach otrzyma pieniądze na remont pokrycia dachu na budynku Kościoła p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Myszewie a także na remont pokrycia ^chu na budynku Kościoła p.w. Św. Wojciecha w Świerkach. Starałem się dokładnie opisać projekt. Wszyscy moi rozmówcy nie ukrywali zadowo->enia (a nawet dumy), że się udało. To bardzo duże pieniądze, ale skala potrzeb wyni-kająca z wieloletnich zaniedbań jest ogromna. Żuławy wchłonęłyby sumę kilkakrotnie Miększą sumę. Początki są wielce obiecujące. Pracuje się nad nowymi wnioskami. W pla-Uacfi jest WSpólny projekt siedmiu żuławskich samorządów (ochrona przeciwpowodzio-Wa i Ochotnicza Straż Pożarna). Dobry przykład pokazał, że warto wspólnie się trudzić, nawet czasem zaryzykować, bo kto nie spróbuje nie będzie wiedział, że mógł wygrać. Zakończę zdaniem, które pojawiło się już na początku, ale uważam je za nadzwyczaj waż-ne: Dopiero myślenie w kategoriach wspólnoty regionalnej może przynieść dobre ^'^Itaty na przyszłość. dokładny opis projektu dostępny jest w Internecie pod adresem: https://d-nm.ppsta-tic-pl/k/r/e0/bl/5760181e63cee_z.pdf. Tam można obejrzeć wszystkie wymienione °biekty i poznać szczegóły finansowania. 82 Andrzej Kasperek Żuławski Park Historyczny - to już pięć lat ŻUŁAWSKI PARK HISTORYCZNY TO JUŻ PIĘĆ LAT Na początku 1993 roku grupa społeczników skupionych w Klubie Nowodworski^1 postanowiła założyć Muzeum Żuławskie. Jego otwarcia dokonano rok później. W 2009 roku gmina Nowy Dwór Gdański rozpoczęła kompleksową przebudowę starej mleczan11 L. Kriega, 1 maja 2011 roku powstał Żuławski Park Historyczny. Udało się uratować zabytkowy budynek i stworzyć ciekawe muzeum regionalne, ktore jest jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Żuław. Ale nie tylko, bo jak napisan0 w dokumentach opisujących ten projekt: Celem Żuławskiego Parku Historycznego będz^ rozpoznanie i promocja najcenniejszych zabytków regionu, organizacja konferencji nauk0' wych i nie tylko, opracowywanie publikacji dotyczących dziedzictwa kulturowego Żułu^> popularyzacja dobrych praktyk projektowych przy zabytkach, wspieranie, tworzenie orW promocja produktów markowych i turystycznych województwa. [...J ŻPH będzie produkt^ turystycznym Żuław promującym tę część województwa pomorskiego, jako regionu o wspóW tożsamości kulturowej i wysokim potencjale turystycznym. Dzięki zachowaniu i efektywne^11 wykorzystaniu dziedzictwa kulturowego nastąpi znaczny rozwój sektora turystyki w region^-Park stanie się centrum kultury i tradycji regionu; będzie jedynym takim obiektem kultur0' wym integrujący społeczność z powiatów: nowodworskiego, malborskiego oraz gdański^0. Dzięki powołaniu do życia Żuławskiego Parku Historycznego całe Żuławy zyskają nietuz^' kowy obiekt, integrujący społeczność lokalną i przyciągający turystów. Dzisiaj, po pięciu latach działalności, widać dobrze jak trafne były te plany i jak kładnie opisały zadania na przyszłość. Widać także, że nie tylko udało się owe plany i zamierzenia wcielić w życie, ale dostrzegamy, iż pracownicy i sympatycy tej instytucj1 Marek Opitz - Muzeum w Żuławskim Parku Historycznym, fot. A. Sajko, info.elhlag.pl Andrzej Kasperek 83 sprawili/ że ŻPH stał się marką - jego oferta jest bardzo urozmaicona, bogata i trafia w po-hzeby nowodworzan lub kreuje takowe. Mieszkańcy Nowego Dworu Gdańskiego skra-Ca14 nazwę Żuławski Park Historyczny na „żetpech”, co może nie brzmi zbyt dobrze, ale P°kazuje, że instytucja wrosła już w życie miasta i regionu. Warsztaty ceramiczne i kulinarne, konkursy, wystawy czasowe i wzbogacanie wy-sUw stałych, pokazy filmowe, projekty, szkolenia, klub szachowy, edukacja przeciwpowodziowa, centrum edukacji regionalnej, wydawnictwa, promocje książek i czasopism (promocyjne spotkania „Prowincji” od zawsze odbywają się w tym miejscu), konferencje bukowe, Noc Muzeów, Dni Dziedzictwa, Dzień Osadnika, współpraca z byłymi mieszańcami Tiegenhof... Można by tak jeszcze długo wymieniać. Wielość i różnorodność ^ch propozycji może zadziwiać, niektórzy twierdzą wręcz, że jest tego za dużo. No cóż, zyjemy w kraju malkontentów. Dobrze, że ekipa parku historycznego nie zraża się tym 1 r°bi swoje. Szefem od początku jest Marek Opitz, spiritus movens tego przedsięwzięcia, Mariola ^ika - to jego prawa ręka. Poza tym: Michalina Rybak-Sumeradzka, Marzena Bernacka-$asek, Łukasz Kępski i Przemysław Siwicki oraz duża grupa wolontariuszy stale współ-Pracujących przy różnych projektach i zadaniach To oni sprawili, że ŻPH jest ważnym 1 Cenionym miejscem w naszym mieście. Kiedy Park powstawał władze Nowego Dworu Gdańskiego zdecydowały się na ° Wczas zupełnie oryginalny) sposób jego funkcjonowania - mianowicie operatorem z°stał Klub Nowodworski. Niektórzy urzędnicy powątpiewali w to, czy można tak pra-c°Wać? Okazało się, że był to świetny pomysł. Burmistrz Jacek Michalski podkreśla, że Krzysztof Jaworski w czasie warsztatów serowarskich, fot. ŻPH 84 Żuławski Park Historyczny - to już pięć lat współpraca układa się dobrze, a ŻPH wrósł w tkankę miasta. Dodaje, że dzięki temu ta instytucja nie pracuje do 15.00, a czynna jest o wiele dłużej, także w niedziele i święta-Pytam Mariolę Mikę o liczby. Okazuje się, że w ciągu pięciu lat zanotowano 90 tysięcY I zwiedzających, a w lekcjach i innych pracach edukacyjnych wzięło udział przeszło 2 ty' siące uczniów. Rocznie organizuje się przeszło sto imprez (w planach zapisano, że będzi£ ich 57 rocznie a w tym półroczu odbyło się już 62 imprez). Niektóre z nich zadziwiają roZ' machem - przy organizacji Dnia Osadnika zaangażowanych było przeszło pięćdziesięclU wolontariuszy. Bardzo wielu z nich to osoby młode, jako podziękowanie latem w dom11 podcieniowym Mały Holender zorganizowano dla nich obóz. W tym sezonie sprzeda^0 już 3800 biletów do muzeum, tendencja jest wzrostowa. I to wszystko dzięki dwóm et*' tom, z tego jeden dzieli się pomiędzy kilka osób. Wprost trudno w to uwierzyć! Dlateg0 największe marzenie pracowników parku to trzeci etat. Jestem pewny, że zrobiono by z niego świetny użytek. Nie chcę tu opisywać tego wszystkiego, co wydarzyło się przez te pięć lat, wiele spra'* już w naszym kwartalniku relacjonowałem. Napiszę tylko o trzech wydarzeniach z ostał' nich tygodni. Celnicy. W okresie przed 1945 r. Tiegenhof, czyli obecny Nowy Dwór Gdański leżał na obszarze Wolnego Miasta Gdańska - dziwnego tworu, który pojawił się po klęsce Ce' sarstwa Niemieckiego w I wojnie światowej. Na mocy Traktatu Wersalskiego włączon0 Wolne Miasto do obszaru objętego polską granicą celną, oznaczało to, że polscy celnik kontrolowali przejścia graniczne. Niemcy nie mogli pogodzić się, że ktoś chce sprawdzać jakie towary przywożą z Elbląga czy Królewca. Nie chcieli dostrzec granic, które utruJ' niały im życie i ograniczały zyski (np. sprzedaż machandla czy żuławskich serów bardz0 zmalała, bo po opłaceniu cła ich ceny były w Niemczech zbyt wysokie). Po 1933 r., kied) naziści zdobyli władzę w Rzeszy na terenie WMG także pojawili się narodowi socjalise1' którzy bardzo szybko przejęli całą władzę w państwie. W tych czasach polscy urzędnik celni byli przedmiotem szczególnie nasilonych szykan i prowokacji ze strony Niemcó^-Widać to było szczególnie w placówkach granicznych Sztutowo, Nowy Dwór, KałdoWO’ Piekło. Lata temu czytałem o tym w przewodniku Franciszka Mamuszki „Elbląg i okolić (1978). Przyznam się, że bardzo szczegółowe opisy represji i prowokacji złożyłem na ko0' to obecnej wówczas tendencji „dawania odporu niemieckim rewanżystom spod znaku Hubki i Czai”. Ale z wykładu dra Marcina Owsińskiego pt. „Celnicy Wolnego Miast*1 Gdańska w Nowym Dworze Gdańskim” dowiedziałem się, że opisy Mamuszki nie byty wcale przesadzone. Myślę, że nareszcie nadeszły czasy normalności, bo najpierw byty lata straszenia nas Adenauerem w krzyżackim płaszczu a potem nastały czasy odkryć' nia niemieckiej przeszłości Żuław z tendencją do pewnej idealizacji tej sielskiej krain/’ A prawda potrafi być bolesna, kiedy dowiadujemy się, że pani Korella (jedna z bohaterek mojego opowiadania „Są klucze, ale nie ma drzwi”) nie sprzedawała chleba celniko01 a Szwajcar Krieg nie miał oporów w zatrudnianiu za kilka marek więźniów KL Stutth^b Wykład przybliżał mieszkańcom nieznany epizod z historii miasta. Powiązany był z słonięciem 3 września 2016 r. tablicy upamiętniającej polskich celników, która zostać Osłonięta na domu przy ul. Towarowej. Inicjatorami upamiętnienia polskich inspekto-row celnych i oficerów Straży Granicznej RP Wolnego Miasta Gdańska w Nowym Dwo-r?e Gdańskim byli: Klub Nowodworski, ze swoim szefem a zarazem szefem ŻPH - Mar-^em Opitzem, który sprawę polskich celników znał z opowieści rodzinnych, Muzeum ^^utthofw Sztutowie, Gmina Nowy Dwór Gdański oraz Fundacja Bowke. Gdyby nie było Żuławskiego Parku Historycznego pewnie nie doszłoby do upamięt-n’enia po latach polskich celników, pan Brook z Kalifornii nie znalazłby nikogo, kto P°mógłby mu szukać śladów jego ojca Ottona Brucka - żydowskiego dentysty z żuławskiego miasteczka, nie byłoby jak przypomnieć żuławskiego epizodu z życia Czesława kłoszą... Klucze pana Korelli wróciły do Nowego Dworu Gdańskiego, bo uznał on, że tu jest ich miejsce. Dawni nowodworzanie z tych samych powodów ofiarowali do mu-ZeUni piękną makietę Tiegenhof. A całkiem niedawno pan Julius Hinz, wielce zasłużo-dla podtrzymywania dobrych kontaktów pomiędzy obecnymi mieszkańcami miasta dawnymi obywatelami, przywiózł do Muzeum Żuławskiego „Księgę Pamiątkową Piasta Nowy Dwór i powiatu Wielkie Żuławy” {Gedenkbuch der Stadt Tiegenhof + Kreis ^r°fie Werder). J. Hinz to przedwojenny mieszkaniec miasta i działacz Związku Byłych ^^odworzan - Gemeinniitziger Verein Tiegenhof Kreis Grofies Werder e.V. Przekazał on ^ie wielkie księgi zmarłych nowodworzan i Żuławiaków, prowadzone od 1953 r. Oprócz lrnienia i nazwiska zapisywano w nich miejsce urodzenia i powojennego zamieszkania, at9 urodzenia i śmierci. Tomy liczą po kilkaset stron i mieszczą przeszło cztery tysiące nazwisk. Na zjazdach stowarzyszenia rytualnie odczytywano listę zmarłych sąsiadów, stowarzyszenie rozwiązano i jego byli członkowie postanowili, że pod opieką obec-nych mieszkańców księgi będą dalej prowadzone. „Ci mieszkańcy symbolicznie wrócili do ^Oniu- Proszę burmistrza Jacka Michalskiego i Marka Opitza o opiekę nad tymi księgami, y^my mogli jeszcze w najbliższych latach uzupełniać je nazwiskami tych, którzy odeszli, ^ie też tam wpiszcie, kiedy przyjdzie pora”. Te wzruszające słowa mówią same za siebie. 86 Żuławski Park Historyczny - to już pięć lat To wielki honor, dziękujemy za zaufanie, będziemy o te księgi dbać, są w dobrych rękach odpowiedział burmistrz Jacek Michalski. A Marek Opitz dodał: Księgi są częścią pamięcl o dawnych mieszkańcach. Ten bardzo symboliczny gest pokazuje, że pięćdziesiąt lat po pamiętnym liście p0^' skich biskupów (pisałem o nim w 22 numerze „Prowincji”) jego idea potrafi być piękni realizowana w kontaktach międzyludzkich. Ale to wydarzenie uświadamia nam takż^ że potrafiliśmy się wznieść ponad urazy i uprzedzenia, co wcale nie oznacza, że maro) zapomnieć o prześladowanych celnikach, także o tych zamordowanych 1 września 19^ roku w Szymankowie. Trzeba widzieć świat w całym jego bogactwie i skomplikowaniu-To chyba świadectwo naszej dojrzałości. Jak pamięć jest ważna zaświadcza też najlepiej nowa wystawa w Muzeum Żuławski^1, Nosi ona nazwę „Nowy Początek 1945”. W tym roku odbył się trzeci Dzień Osadnik^ Impreza na stałe wrosła w pejzaż miasta, stała się dla mieszkańców Żuław bardzo osobi' stym wydarzeniem, bo doskonale potwierdza i buduje ich tożsamość, a więc to, z czy111 wiele osób w naszej małej ojczyźnie ma ciągle duży problem. Teraz w przestrzeni muzeu^1 można zobaczyć, jak Żuławy wyglądały po wojnie. Pomysłowo połączono pompę ręczM (a takich przecież używano wówczas) z akwarium, w którym znajduje się słynne zdjęc*e zalanych polderów. Wysiłek, jaki zwiedzający poświęcają, aby „osuszyć” fotografię p0' zwala im na lepsze zrozumienie, jak wiele pracy trzeba było poświęcić na odwodnieni zalanych ziem. To wprowadzenie do naszego muzeum interaktywności, która w dzisief szym muzealnictwie staje się już normą (każdy kto był w Muzeum Powstania Warsza^' skiego czy Muzeum Polin potwierdzi te słowa). Łopata, trzcina i zabłocone buty a takze Andrzej Kasperek 87 kosz ze słoniną i samogonem, stara walizka, radioodbiornik, powojenne gazety, zaświad-CZenia, listy i fragment wagonu towarowego, w jakich przybywali osadnicy, to wszystko Pozwala odczuć klimat tych pierwszych dni, surowość tego czasu, ciężar wyzwań a także nadzieję na ów tytułowy nowy początek. Dodatkowe informacje zwiedzający znajdą na tablecie, w którym są prezentacje, fragmenty wspomnień, fotografie, stare kroniki filmowe. Wystawa nie jest duża, bo miejsca coraz mniej, ale dobrze pomyślana i przy pomocy nowych technik przekazu lepiej trafiająca do młodego odbiorcy. To tylko trzy przykłady działalności Żuławskiego Parku Historycznego z ostatnich Miesięcy, ale myślę, że są dobrą ilustracją wielkiej i nieustającej roboty, pasji i zapału jego Pracowników. Chciałbym, żeby spełniło się ich marzenie o trzecim etacie a także, żeby znalazły się pieniądze na nową aranżację wystaw muzealnych. Bo trzeba zorganizować nowo przestrzeń muzealną, aby uniknąć wrażenia ścisku i upychania eksponatów, r°zbudować opisy (forma interaktywna jest tu jak najbardziej pożądana) w ekspozycji Poświęconej mennonitom... Nowodworski park historyczny zasługuje na to! W tym budynku,w latach 1936- 1939, mieść iła się placówka polskich inspektorów celnych i oficerów Straży Granicznej RP Wolnego Miasta Gdańska. 1 września 1939 roku, w dniu wybuchu II wojny światowej, posterunek został zlikwidowany przez niemieckie oddział} zbrojne, załoga aresztowana, a inspektorzy i oficerowie zesłani do obozu jenieckiego. W 77 rocznicę wydarzeń Mieszkańcy Żuław Tablica upamiętniająca polskich celników, fot. Klub Nowodworski 88 Doświadczanie lokalnej historii - relacja z warsztatów Małgorzata Łukianow-Tukało DOŚWIADCZANIE LOKALNEJ HISTORII - RELACJA Z WARSZTATÓW Uczestnicy warsztatów w Kwidzynie z autorką, fot. archiwum autorki Jak stać się turystą we własnym mieście? Czy istnieje jedna historia, czy każda społecZ' ność ma wiele historii? Jak odkrywać przeszłość - swojej miejscowości i swojej rodziny-Udzielić odpowiedzi na te pytania i poznać perspektywę młodych ludzi mieszkający^ w Kwidzynie - taki cel postawiłam sobie przygotowując warsztaty „Doświadczanie lokalni historii ”. Projekt odbył się w Kwidzynie i trwał w sumie trzy dni (trzy spotkania) - 2, 6 ora2 7 września 2016 roku. Wzięło w nim udział dwanaścioro uczniów ze Społecznego LiceU#1 Ogólnokształcącego oraz I Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie. Warsztaty zostały zorganizowane w ramach projektu „Once upon today... in Europę” finansowanego z pr^' gramu Erasmus+, we współpracy z fundacją Krzyżowa dla Porozumienia Europejskiego. To, co było ważne podczas całości warsztatów to to, by historii osobiście doświadczyć nie tylko czytać o niej w podręcznikach i książkach. Dlatego kluczowymi elementami pr°' jektu był osobisty kontaktu ze świadkami historii, dzięki któremu można było przekon^ się, że historia jest żywa, że wciąż pełna jest różnorodnych emocji. Ponadto, spacer po mie' ście, czyli „praca terenowa” miała na celu pokazanie tego, że to, co wydaje się być zwykły ścianą, napisem, może nieć za sobą ładunek - tak emocjonalny, jak również symboliczny- JAK MARIENWERDER STAŁ SIĘ KWIDZYNEM Pierwszym zadaniem, przed którym stanęli uczestnicy była swojego rodzaju wizja 1°' kalna, ale o tyle szczególna, że przeprowadzona... we własnym mieście. Młodzi ludzie w podziale na grupy mieli przedstawić punkt widzenia wybranej losowo grupy osadników Małgorzata Lukianow-Tukało " kresowiaków lub Polaków z tak zwanych Ziem Dawnych - którzy przyjechali po wojnie lub byli przedwojennymi mieszkańcami miasta. Co czuli widząc miasto i jego przestrzeń? czym związane są wspomnienia? W tym celu uczestnicy udali się w wyznaczone na spe-cjalnej mapie punkty i próbowali odczytywać ukryte znaczenia w przestrzeni Kwidzyna. Ciekawym spostrzeżeniem było to, że pozornie różne i obce sobie grupy mieszkańców (czy to pod względem narodowym, czy pod względem czasu oraz sposobu osiedlenia się w Kwidzynie) mogły poszczególne części miasta postrzegać w sposób podobny. Przykładowo: co wspólnego mieli Niemcy mieszkający przed wojną w Marienwerder z Kresowiakami, którzy przybyli do Kwidzyna? Jednym z miejsc, które w opinii uczniów wywoływało najwięcej skojarzeń był kwidzyński dworzec. Jak powiedziała o nim jedna z grup: dla jednych był to ostatni widok Wmieście, dla innych - pierwszy. Dworzec to miejsce, które niesie ze sobą ładunek poże-§nań, powitań, trudnych rozstań. Dlatego też dla społeczności, która po wojnie składała S1? z zupełnie nowych mieszkańców, którzy przybyli z różnych części Polski (i nie tylko) stacja kolejowa ma znaczenie wyjątkowe. Oprócz tego, co bardziej spostrzegawczy zo-rientowali się, że orzeł namalowany na budynku dworca PKP ma niespotykany kształt. Ciekawa refleksja dotyczyła kwidzyńskiej synagogi, a w zasadzie jej ruin. Co czuć ^^li przesiedleńcy z Kresów Wschodnich? Prawdopodobnie dzięki temu budynkowi mogli trochę bardziej poczuć się jak w domu, ponieważ przed wojną synagogi na ^re$ach nie należały do rzadkości, podobnie jak wielu mieszkańców wschodnich miast 1 wsi było Żydami. A ruiny kwidzyńskiego rynku? Dla wielu musiały być poruszającym Widokiem, ponieważ każdemu w jakiś sposób zawalił się świat. Zupełnie tak, jak zawa-llłysię budynki. 90 Doświadczanie lokalnej historii - relacja z warsztatów _____ WhR i JB “Idz wyprostowany wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch” Zbigniew Herber^g 1^1 HoWiO I Pamięci Żołnierzy Niezłomnych z ^Konfederacji Obrony Wiary i Ojczyzny” działającej w latach 1950-1952 na terenie powiatu kwidzyńskiego. Mieszkańcy Gminy Kwidzyn Członków wyżej wymieniWej organizacji we wsi Mareza aresztował Urząd Bezpieczeństwa w dniu 18.07.1952r Skazał Sąd Wojskowy w Gdańsku: Piotra Torłopa ps. “Tytan” na 10 lat więzienia, Franciszka Kędziorę ps. “Burza” na 9 lat więzienia. Jana Kędziorę ps. “Iskra” na 7 lat więzienia. Aleksandra Reszczyńskiego ps. “Zagajczyk” na 6 lat więzienia Władysława Grzywińskiego na 6 lat więzienia, Władysława Czyżewskiego na 5 lat więzienia, Jana Kwiatkowskiego na 5 lat więzienia. Godnie zasłużyli się Ojczyźnie! • ? - —_a v _ Pierwszy dzień zakończył się warsztatem dotyczącym tego, w jaki sposób zbierać in' formacje, na przykład na temat swojej rodziny lub sąsiedztwa, metodą historii mówieni w wersji dla początkujących. Celem warsztatu było przekazanie uczniom, że jest wi^e kwestii, przy których należy pozostać uważnym, na przykład te związane ze sferę ern°' cjonalną osoby, która przedstawia nam swoją relację. To ona jest w centrum zainteres^' wania i jest głównym bohaterem lub główną bohaterką spotkania. Należy także mieć uwadze etyczne zachowanie, nie ograniczające się tylko do szeroko rozumianej kultury osobistej, Należy do niego przede wszystkim rzetelne poinformowanie o celu wywiad^' uważność związana ze stanem emocjonalnym i zdrowotnym danej osoby oraz - przede Małgorzata Łukianow-Tukało 91 Wszystkim - świadomość tego, że jesteśmy tylko (tak, tylko - nie „aż”!) osobą, która re-lację spisuje lub rejestruje. GRANICE ZMIENIAJĄ SIĘ, PAMIĘĆ POZOSTAJE Po tym krótkim wprowadzeniu uczniowie mieli niewiele czasu - cztery dni na odnale-Zlenie „swojego” świadka historii oraz na wstępne opracowanie relacji, co nie było zada-niem łatwym! W tym miejscu warto opisać, jakimi drogami dotarli do swojego celu, czyli do historii, którą mogli zaprezentować podczas drugiego dnia warsztatów. Nie było prosto odnaleźć takie osoby, z czego sama dobrze zdaję sobie sprawę poszu-kuhc osób do prowadzonych przeze mnie badań. W jaki sposób młodzi ludzie odnaleźli sWoich świadków? Można było po prostu zapytać dziadków (lub w miarę możliwości: Pradziadków) o ich młodość, czas wojny i poprzednie miejsce zamieszkania. Jednak co r°hić w sytuacji, gdy z różnych powodów jest to niemożliwe? Najczęściej wykorzystywa-nym sposobem jest tak zwana „poczta pantoflowa” czyli poszukiwanie znajomych osób kontaktów poprzez znajomych. I to działa! Najtrudniejsze zadanie mieli Ci, którzy nie dotarli do nikogo. Co wówczas robić? Mu-Sz? przyznać, że niektórzy wykazali się ogromną kreatywnością. Okazało się, że na teren P°Wiatu kwidzyńskiego przybywali także Polacy mieszkający przed wojną w Budapesz-Cle- Historia, którą częściowo udało się zrekonstruować ma następujący przebieg: rodzi-na państwa Śliwińskich mieszkała przed wybuchem wojny w Budapeszcie. Pan Karol Śli-^ski, choć w czasie wojny był bardzo młodym człowiekiem (urodził się w 1933 roku), opamiętał wywożenie węgierskich Żydów do obozów koncentracyjnych, ponieważ szli °ni ulicą Wiedeńską (węg. Becsi), przy której mieszkał. Wyjechał wraz z rodziną w 1947 roku i choć powód jest znany, nie jest jednak potwierdzony. Otóż najstarsza siostra pana Karola - Julia, została wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec i znalazła się w Sa-dlilakach, mieszkała przy ulicy Robotniczej. Przyjeżdżając do Polski Karol Śliwiński nie języka polskiego, ale po podjęciu pracy i odbyciu służby wojskowej nauczył się go Perfekcyjnie. Irina zaprezentowana historia dotyczyła pani Kazimiery M., która przyjechała do Kwi- Jak się jedzie do Obór była taka łąka, zaraz za Marezą. Przez nasze podwórko na łąkę Przyjeżdżali ruscy, do swojego majątku. Raz przyjechał wóz z wojskiem, żeby sprawdzić czy lck siano jest już suche. Wcześniej jednak pojawili się inni - złapali tatusia i wujka Edka i zaraz Pr°Wadzą w pole żaglowy. Stukali o te głowy jedna za drugą. Jak staliśmy na ganku to ze stra-C^u tak zacisnęłam ręce, że nie mogłam ich później rozerwać! Zaczęłiśmy krzyczeć i żołnierze Z wozu zajęli się tymi pijanymi. Gdyby nie ci z palami, to na pewno zabiliby wujka i tatusia. ^°k chodziłam do szkoły rolniczej w Oborach. Skończyłam dwie klasy przed wojną, bo PrZez wojnę nie chodziłam wcale - nie uczyli po Polsku. Poza tym, za Bugiem było niebez-P'ecZnie dla Polaków. Ja skończyłam dwie klasy, [prababcia] Henia cztery, brat sześć i wszyscy r^^JJ^żeśmy chodzili. I tak siódmą klasę przerobiliśmy. Ciężko było,ale jakoś dałam radę. ^ehcja została sporządzona przez Natalię Nowak, uczennicę I LO w Kwidzynie we wrześniu 2016 roku. 92 Doświadczanie lokalnej historii - relacja z warsztatów W 50. roku zapisałam się na półroczny kurs pielęgniarski - tam, gdzie teraz jest restart^' cja Kaskada. Nie widziałam przyszłości na wsi, zresztą jedna pani mnie namówiła: dłacz^0 pani tak się marnuje? [...] Na kursie dużo nas było, z całej Polski. Z Gdańska, z Lubelskiego, Warszawskiego, PoZ^' nia -140 osób. Ale później wojna była chyba na Kubie i puścili - a może tak miało być? - pogł°' skę, że będą pielęgniarki wywozić na tą wojnę. Tylko mężatki i dzieci mieli zostawić. Drugi dzień poświęciliśmy także na rozważania nad tym, czy historia to tylko jedna opowieść, czy wiele? Kto ma możliwość kształtowania historii? Ponadto, wspólnie zastanawialiśmy się także, czym jest propaganda. Jak wygląda^ propaganda związania z Ziemiami Zachodnimi w PRL? Czego dotyczyła? Tu najwa^ niejszym i chyba najtrudniejszym pytaniem było to, dlaczego propaganda tak często od' wołuje się do historii. Po zakończeniu zajęć oglądaliśmy propagandowe filmy z lat czterdziestych, dotyc^' ce odbudowy Ziem Odzyskanych, Wystawy Ziem Odzyskanych w 1949 roku. Czasef1 powstawało wrażenie, że niektóre momenty takiej narracji są nierealistyczne lub brzm1*! nieco zabawnie, ale w drugiej połowie lat czterdziestych odbiór tych materiałów mó^ być zupełnie inny. Zwróciliśmy także uwagę na muzykę, która oprawiała przekaz -wydaje się ona nieco za głośna, nieco zbyt podniosła, ale to także pokazało, w jaki sposób filmu propagandowe oddziaływały nie tylko poprzez treść, ale poprzez emocje. JEDNA HISTORIA? Trzeciego dnia warsztatów odbył się uroczysty apel w SLO. Uczniowie, podzieleni n3 trzy grupy, przedstawili swoje doświadczenia i refleksje związane z warsztatami. Przyta czam je tutaj zamiast zakończenia: Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że osoby starsze, których zazwyczaj nikt nie chce słuchać, sto mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia, a sama historia nie musi być nudna, musi opierać się jedynie na podręcznikach, z których się uczymy, ale może służyć do lepszej poznania człowieka i po prostu być ciekawa Na naszej drodze spotkaliśmy wiele trudności Pierwsza z nich polegała na problemie ze znalezieniem odpowiedniej osoby. Musiałyśmy bardzo się natrudzić, aby takie osoby znałeś Kolejną trudnością było nakłonienie osoby do zwierzeń, bo nie każdy chciał rozmawiać na osobiste tematy. Jednocześnie musiałyśmy być cierpliwe i służyć pomocą podczas przypływ^ emocji, ponieważ każda osoba znosiła wywiad inaczej. Poznaliśmy niezwykłe historie z tamtych lat, opowiedziane przez Kwidzyniaków, co p° zwoliło nam spojrzeć na to wszystko z perspektywy emocji, a nie „suchych faktów". Na tropach historii ODKRYTE FRESKI W KATEDRZE KWIDZYŃSKIEJ kwidzyńskiej katedrze, zostały odkryte w bieżącym roku dwa średniowieczne fre-które przez wieki były niewidoczne, ponieważ znajdowały się pod tynkiem. Fresk Ze ściany południowej kościoła, wyłonił się przypadkowo podczas prac demontażowych Przy drewnianym barokowym epitafium burmistrza Mildego i jego żony. Drugi obraz, na Wschodniej ścianie tęczowej, w południowej nawie katedry, odkryły studentki z II i III r°ku Zakładu Konserwacji Malarstwa i Rzeźby Polichromowanej Uniwersytetu Mikosa Kopernika w Toruniu, podczas odbywających się rutynowych praktyk studenckich w Kwidzynie, pod kierunkiem dr Teresy Łękawy-Wysłołuch i dr Kingi Szczypińskiej. Pierwszy fresk spod epitafium przedstawiał Sąd ostateczny, natomiast drugi Pokłon ^Zech króli. Pokłon znany był konserwatorom, gdyż po II wojnie światowej, został przez nich odsłonięty i częściowo zniszczony. O zniszczeniu dowiedziano się dopiero teraz, kiedy zdjęto podbiałę z części fresku. W niektórych jedynie polach, obraz zachował się W stopniu zadawalającym. Powojenni konserwatorzy za głęboko poszli z odkrywką, ^szkodzili przez to obraz, namalowany na zabytkowym tynku. Ale nawet to, co pozosta-0 ' Ponownie zachwyca odbiorcę. Odkryte freski, to dalszy ciąg malowideł, które znajdują się w prezbiterium oraz w na-W’e północnej i południowej katedry. Wszystkie obrazy, które się zachowały do naszych C/asów, tworzyły i tworzą niepowtarzalny wystrój średniowiecznej świątyni. Współ-CZesnym użytkownikom katedry przypominają, o wyjątkowym znaczeniu katedry kwi-tyńskiej w diecezji pomezańskiej. Przed odkryciem fresków na ścianach świątyni, tak naprawdę, nic pewnego nie wie-^ieliśmy o ich treści i układzie. Przede wszystkim chodzi tu, o wartość artystyczno-mo-ra^zatorską. Ponieważ przesłanie, które niosły ze sobą, miało oddziaływać na podświa-°rność ludu. Namalowana Biblia Pauperum w kwidzyńskiej katedrze, to wyjątkowe Zleło nawet na skale europejską. Obrazy ścienne, to retabule ołtarzowe1. Przemawia-sugestywnie nawet do dziś. Dzięki nim, wierni jak i kapłanami, wspólnie łączyli się Modlitwie. Freski pomagały im odnaleźć kierunek do stwórcy i jego dzieła. Święci ze Sc*an, przybliżali im swoje męczeństwo. Przenosili się w inne czasy. Tym bardziej, że byli Urrheszczeni nad ich głowami. Co czyniło z nich, wyjątkowych bohaterów, którzy zginęli Za ^iarę. Rozumieli, że ta droga, zaprowadzi ich do świętości. Wtapiali się w mistykę ^lowidła. Utożsamiali się z akcją, która się rozgrywała na obrazach. Przez prosty zabieg Starski, poznawali misterium zbawienia. Malowidła niosły ze sobą również szeroki aspekt psychologiczno-pedagogiczny. Przy-c^°dzący chorzy do kościoła, mieli nadzieję, że ten namalowany na ścianie święty - ulży ^Ucierpieniu, Malowidła podnosiły na duchu samotnych, święty zawsze był obecny. ^antz-Domosłowska, Katedra w Kwidzynie, UMK Toruń, 1999, s. 87. 94 Odkryte freski w katedrze kwidzyńskiej Wystarczyło przyjść do kościoła i pomodlić się o jego wstawiennictwo. Freski wykonane w okresie 1390 a 1414 r., spełniały swoje zadanie, dzięki nim - wierni z ufnością spogU' dali w swoja przyszłość. Malowidła w kościele powstały za czasów biskupa Jana I (1377' 1409) i Jana II (1409-1417). Pierwszy fresk wiąże się z postacią Chrystusa, otoczonego mandorlą. Po lewej stronie postaci, umieszczony został w poziomie średniowieczny miecz. Sztych miecza biegł w stronę ust Jezusa. Biała broń widoczna jest tylko we fragmencie, rozróżnić można głownię z trzpieniem i jelcem. Jest to bardzo ciekawe ujęcie, ponieważ na bordiurze freski dostrzegamy anioła, który ulotnie trzyma owal w dłoni lub o nią się opiera. Kolory na fre' sku są wyjątkowo barwne i żywe. Jednakże występują w nich, lekkie uszkodzenia, które powstały podczas prac murarskich, kiedy zasłaniano go podbiałą. Wydaje, że pozostał3 część nieodsłoniętej partii obrazu jest dobrze zachowana i przedstawia Sąd ostateczny I być może, układ fresku jest podobny do miniatury przedstawiającej: Jezusa, jako Sędz^ z mieczem w ustach; ilustracja z ok. 1260 r. Seibert Jutta - pt. Leksykon sztuki chrześcijan skiej - Jedność - Kielce 2007 - s. 201. WXIV wieku bardzo często na malowidłach ściennych, umieszczano miecz lub miecze wychodzące z ust sprawiedliwego Sędziego, rzadziej występowały w jego rękach. Trudn° stwierdzić, czy drugi miecz znajduje się - po przeciwległej stronie Jezusa. Odkrywki konserwatorskie, tak daleko niestety nie sięgały. Apokalipsa św. Jana Ewangelisty - tłumaczy jakie przesłanie artysta - chciał nam pozostawić, malując Jezusa jako Sędziego - 1, ł^: W prawej swej ręce miał siedem gwiazd i z Jego ust wychodził miecz obosieczny, ostry, 2, 1$: Nawróć się zatem! Jeśli zaś nie - przyjdę do ciebie niebawem i będę z nimi walczył miecZ^ moich ust. 9, 15: A z jego ust wychodzi ostry miecz, by nim uderzyć narody: On paść je będ#6 rózgą żełazną i On wyciska tłocznię wina zapalczywego gniewu Wszechmocnego Boga. Drugi fresk, przedstawia małego Jezus siedzące na kolanach Marii, który wyciągni?' tymi otwartymi rączkami, oczekuje na pokłon trzech króli. Jezus ujęty został w dyna' miczno-ekspresyjnym położeniu. Nie znajdziemy radości na twarzy dzieciątka, raczę) w oczach możemy dostrzec melancholię i zadumę. Pokłon trzech krółi był rozpowszechnionym motywem w malarstwie europejskin1' Na obrazach z okresu, występują osoby mniej lub więcej realistyczne, cechuje ich takze Bogumił Wiśniewski 95 ^psze lub gorsze wykonanie. Indywidualne podejście autora. W tym jednak przypadku, °dkryty fragment, urzeka głębią wyrazu i koloru. Kolory nawiązują zarówno do błękitu, czerwieni jak i brązu. Scena jest bardzo czytelna, ale też tajemnicza z powodu niekompletnej odsłoniętej sceny. kreski z naw bocznych różnią się od obrazów namalowanych w poligonalnym zamknięciu prezbiterium oraz z Pokłonem trzech króli. Na pierwszy rzut oka widać, że te ^a freski są inne w stylu wykonania. W nawach bocznych, namalowane postacie świętych są jakby bez cech indywidualnych. Całkiem inaczej namalowane są freski o tematyce Maryjnej. W jednym i drugim, widzimy małego Jezusa, który ma wyciągnięte rączki w stronę °sób. W pierwszym do trzech króli, a w drugim do św. Jana Ewangelisty i do pozostałych ^skupów pomezańskich, stojących z tyłu świętego. W jednym i w drugim przypadku marny motyw wyciągniętych rąk, które niosą ze sobą przesłanie do konkretnej grupy. Pierwsza grupa związana jest z przekazaniem władzy nad ludem bożym, w drugiej scenie JeZus, przyjmuje dary od trzech króli, które wskazują przyszłą męczeńską drogę Jezusa. Z- twarzy Zbawiciela nie można wyczytać żadnych emocji. Wydaje się, że to oblicze jest zaniepokojone swoją przyszłością. Artysta malując tą scenę, najprawdopodobniej chciał, aby patrzący na obraz, dostrzegł podkrążone oczy małego Chrystusa, który - jakby do-P’ero co, przestał płakać. Ujęcie w ten sposób twarzy Jezusa, miało zapewne wywołać u odbiorcy, określony stan ducha. A mianowicie - artysta chciał, aby oglądający odniósł Wrażenie, że Chrystus już wie, co oznaczają dary, którzy przynieśli mu trzej królowie, ^tydrcy ze wschodu, już dziecku w kołysce, przepowiadają wyjątkowe jego życie. Bo Przecież, mirra to nic innego jak zapowiedz cierpienia, złoto podkreślało chwałę i godność królewską obdarowanego, a kadzidło oznajmiał obecność bóstwa2. Freski w kwidzyńskiej katedrze, zawsze przemawiały do mnie swoją prostotą. Ujmowały mnie też swoją tajemniczością. Postacie ze ścian dalej żyją, chociaż ich wykonawca łuż dawno nie żyje. Obrazy, które pozostawił wieki temu - nie są nieczytelne, i w dalszym C14gu są interpretowane przez znawców tematu na różne sposoby. Ale wiem jedno, że reski z katedry kwidzyńskiej są kluczem do zrozumienia minionego świata. 96 Dzierzgoński dom kata Janusz Namenanik DZIERZGOŃSKI DOM KATA Wyobrażając sobie panoramę nowożytnego polskiego miasta, należy pamiętać nie tylk° o jego basztach, murach, oraz widocznych zza nich dachach kamienic i wieżach kościołom Ważnym składnikiem tego krajobrazu była też zazwyczaj szubienica. I to bardzo częst0 dźwigająca zwłoki skazańca. W Dzierzgoniu szubienica stała ku przestrodze w miejscu bar' dzo dobrze widocznym na Górze Szubienicznej. Nie sposób ją było pominąć, podróżuj^ drogą do Susza, a i z miasta była również widoczna. Góra ta posiada dwa szczyty, ten strony północnej wznosi się na wysokość 72,0 m nad poziom morza, natomiast drugi ze strony południowo-zachodniej posiada wysokość 59,8 m. Ten drugi szczyt obserwowany z drogi wiodącej do Susza, wydaje się wyższy, ponieważ jest usytuowany bliżej w stosunki* do ulicy. Jak wynika z rysunku Dzierzgonia sporządzonego w latach 1826-27 przez J-Guise go, na górze stała w tym okresie szubienica i była wykorzystywana. Interesujące wy-daje się ustalenie dokładnego miejsca, w którym ona stała. Pewne wiadomości dotyczące miasta są przekazywane przez mieszkańców z pokolenia na pokolenie. Skoro w latach 30' tych XIX wieku obiekt ten stał na górze, to być może i później w trudnym do określeni3 okresie (może do końca XIX wieku?) był tam, pełniąc swoją funkcję lub tylko ku prze' strodze. W latach 50-tych ubiegłego wieku mieszkanka spod dzierzgońskiej wsi Minięt3' Dom Kata. Droga z lewej strony prowadziła do kamienicy, której właścicielem był von Wantoch-Rekowski, a droga z praw strony wiodła na Górę Szubieniczną,fot. O. Piepkorn, Die Heimatchronic Janusz Namenanik 97 Pani Hildebrand (będąca moją nianią) przekazała informację, że rosnące na górze krzaki (może to był pokrzyk zwany też wilczą jagodą) są znakami gdzie wykonywano egzekucje. samotne krzaki były widoczne jeszcze kilkanaście lat temu, gdy wzgórza nie porastał las. opierając się na tych informacjach możemy dokładnie ustalić, gdzie stała szubienica, a było na szczycie mniejszym, czyli patrząc z ulicy Zawadzkiego, na tym po prawej stronie. Zwyczajowo miejsca wieszania skazańców znajdowały się zawsze poza obszarem wła-sciwego miasta, ponieważ szubienicę i jej bezpośrednie otoczenie uważano za miejsce P^eklęte. Powieszenie było postrzegane jako kara hańbiąca, wykonywano ją poza mia-st-em, zaś ścięcie było karą honorową i wykonywano ją na rynku miejskim. Zgodnie z panującymi wówczas obyczajami opisywanymi przez H. Zaremską1, zwłok Powieszonego nie można było pochować w święconej ziemi, a co najwyżej w miejscu, ty którym zginął, zatem pod szubienicą. Pogrzeb nie odbywał się zbyt prędko. Częścią kary była bowiem ekspozycja wisielca, aż do jego całkowitego rozkładu. Cel tego pa stwienia się nad skazańcem był dwojaki: miała być to przestroga dla wszystkich, którzy ścięliby pójść w ślady złoczyńcy, a kolejny etap działań miał pozbawić go wszelkiej czci. Obyczaj w Dzierzgoniu był trochę inny, bardzo prawdopodobne wydaje się to, że wy-n^ał on z praw własnościowych do ziemi. Miejscowy kat dokonywał pochówku zwłok (po ich uprzednim przetransportowaniu) na zapleczu ogrodu swojego domu. W miejscu tyrn do chwili obecnej można natrafić na ślady po dawnych pochówkach. Ziemia na któ-rel stał dom kata jak i teren pochówków była własnością miasta. Bardzo prawdopodobne łesh że nazwa Góra Burmistrza pochodzi od prawa własności, a nie jak się powszechnie Pojęło, od miejsca śmierci burmistrza. Jak już wspominano, kara śmierci przez powieszenie była hańbiąca, a niesława ta roz-Cl4gała się na wszystkich i wszystko co miało z jej wykonaniem bezpośredni kontakt. ' °Wodowało to liczne problemy przy stawianiu szubienic. Nikt nie chciał w tych czynno-Sciach uczestniczyć. W zbiorach prawa niemieckiego powszechnie używanego przez sądy XVI wieku, aż do upadku Rzeczypospolitej, a wydanych po polsku przez Bartłomieja r°ickiego, poświęcony jest temu zagadnieniu oddzielny artykuł.2 dowiadujemy się z niego, że w budowaniu szubienicy musieli uczestniczyć wszyscy Przedstawiciele cechu ciesielskiego i murarskiego co miało zniwelować złą sławę. W celu °8raniczenia kosztów budowy do pracy tej losowano wykonawców. Zastrzeżono, że wy-s°kim karom mieli podlegać ci, którzy by dokonywali przytyków wylosowanym budow-n,czym. Trudno jest nam określić, czy dzierzgońska szubienica była drewniana czy mu-r0Avana, ale wspomniany rysunek Guise go sugeruje nam, że była ona drewniana. dzierzgońskie wzgórze szubieniczne wzniesione nad miastem i przy głównej drodze było nie tylko miejscem straceń ale jednocześnie świadectwem władzy, jaką dyspono-rada i sąd miejski. Gdy w okolicznych wsiach dochodziło do przestępstwa, za które 8r°ził najwyższy wyrok, sądy wiejskie odsyłały oskarżonego do miasta, gdyż same nie ^iały mocy wydawania takich wyroków. , ^rernska H., Niegodne rzemiosło. Kat w społeczeństwie Polski XIV XVI w., PWN, Warszawa 1986. Goicki B., Ten Postępek wybran jest z Praw Cesarskich, który Karolus V Cesarz kazuł wydać po wszystkich swoich Państwach, ^ków 1582. 98 Dzierzgoński dom kata W Rzeczpospolitej tylko niektóre miasta zatrudniały katów. Dzierzgoń należał do tych wyjątków. Trudno więc o bardziej czytelny znak mówiący zbliżającym się do bram miejskich, kto tu rządzi i jaką siłą dysponuje. Skazanymi na karę śmierci przez powieszenie w większości przypadków nie byli to wyjątkowo okrutni złoczyńcy. Historycy obliczyli, że w okresie nowożytnym ponad 60°^ wszystkich przebadanych wyroków sądów miejskich w sprawach kryminalnych wyda' wano za kradzież, z czego w niemal połowie przypadków orzekano karę śmierci. I choc wiemy, że skazywano na nią przede wszystkim recydywistów, to jednak nadal wydaWaC to się może nieadekwatne w stosunku do wagi przestępstw. W księgach sądowych spraW kryminalnych najczęściej mamy do czynienia z drobnymi złodziejami, którzy przy własZ' czyli sobie niewielkie sumy, przedmioty o nieznacznej wartości czy wręcz jedzenie. O de początkujący rzezimieszek złodziejskiej profesji mógł liczyć na miarę łagodny wyr°^ (chłostę, rzadziej - obcięcie ucha lub dłoni), to złapany recydywista musiał pogodzi się z myślą, że zawiśnie. Liczne źródła sądowe pokazują, że aż do rozbiorów w takich przypadkach orzekano karę śmierci. Surowa kara i wysoki odsetek wykrywalności prz^' stępstw nie był w stanie ich ograniczyć. Przyczyna leżała w strukturze społecznej. Nie usprawiedliwiając złodziejskiego procederu, stwierdzić należy, że liczne przypadki kra' dzieży powodowane były walką o przetrwanie. Pewne refleksje budzi fakt na zapotrzebowanie przez miasto takich instytucji ja^ sąd, kat czy szubienica. Nic nie wskazuje na to, że sąsiednie miejscowości dysponować podobnymi instytucjami. Specyfika Dzierzgonia polegała prawdopodobnie na tym, 2,6 w mieście organizowano cykliczne jarmarki, w tym duży jarmark koński. Te ludyczne' masowe imprezy handlowo-towarzyskie sprzyjały złodziejom i innym przestępcom, kt°' rzy na czas jarmarku przybywali do miasta, aby korzystając z panującego wówczas zarme szania i uprawiać swój proceder. Szanujące się miasto powinno posiadać kata, do którego obowiązków należało szereg czynności między innymi takich jak czynności procesowe (tortury i obdukcje), egzekuc}2 wyroków sądowych (wyroki śmierci, kary cielesne), czynności hyclowskie i sanitarne5 O2' panie bezpańskich zwierząt, usuwanie zwierząt które padły), oraz wykonywanie czynn0' ści nadzorczo-administracyjnych jak zarząd nad miejskim zamtuzem, dbanie o dobry sta° techniczny narzędzi jurysdykcji takich jak pręgierz i szubienica. Z naszego punktu widzem2 wydawać się może to dziwne, ale oprócz czynności obowiązkowych, kat prowadził też inn3 dochodową działalność, prowadząc pewnego rodzaju usługi dla ludności. Z racji wykony wanego zawodu posiadał wiedzę z zakresu anatomii, co powodowało, że zajmował się le czeniem ludzi (felczerstwem). Leczył różne choroby i niedomagania, począwszy od popu larnego puszczania krwi, usuwania zębów, nastawienie zwichniętej lub złamanej kończyć oraz wykonywał proste zabiegi chirurgiczne. Prowadził również handel, np. psim sadłe^ częściami wisielca, częściami sznura z szubienicy, itp. Skoro interes kwitł, to zapewne ist niało wówczas zapotrzebowanie społeczne na tego typu działalność. Jednym z ciekawszy^ przykładów, i moim zdaniem najbardziej skrajnych, było na przykład umieszczanie genita liów wisielca w beczce z piwem lub winem co miało ściągać klientów do karczmy. ’ Karpiński A., Kaci a problem oczyszczania miast koronnych w XV1-XVII w. [w: ] Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, 53, nr 3-4/2005, Warszawa 2005, s. 351-359. Janusz Namenanik 99 Jako pamiątka po działalności dzierzgońskich katów pozostał do lat siedemdziesiątych biegłego wieku tzw. dom kata. Był to budynek szachulcowy, którego ściany szkieletowo-drewniane wypełnione były gliną wymieszaną z sieczką. Szachulec różnił się od muru Pruskiego tym, że ten drugi miał ściany wypełnione cegłą a nie gliną. Idąc ulicą Odrodze-nia i następnie ulicą Traugutta w jej końcowym fragmencie następuje rozwidlenie ulicy, ^r°ga lewa prowadzi na Górę Burmistrza, a drogą prawą dochodziliśmy do domu kata. ^en dość charakterystyczny budynek posiadał podcienie oraz dach mansardowy, w który^ każda z połaci składała się z dwóch części, górny o mniejszym kącie nachylenia oraz ^°lny - stromy, co zwiększało możliwość użytkowania poddasza. Te detale architekto-niCzne nadawały mu niezwykłej malowniczości. Wnętrze domu było bardzo przestronne, °pisywane w „Kalendarzu Sztumskim” z 1933 roku: „To niesamowite, jak duże były pokoje tym domu. Mieszkało tam nawet 7 rodzin, w sumie 36 osób, którzy miełi tam wystarczają-Ce Warunki mieszkaniowe"4. Byłem osobiście w tym budynku we wczesnych latach sześć-dziesiątych ubiegłego wieku i w pamięci pozostała mi wielkie pomieszczenie kuchenne, WeWnątrz którego stała wymurowana znacznych rozmiarów kuchnia z dużym okapem. Lokalizacja domu kata była jak najbardziej celowa i właściwa. Według dawnych prze-pisów musiał się on znajdować poza obrębem miasta. Dość wiele zamieszania w tym zalesie wprowadził A. Szorc5 twierdząc, że „Na przedmieściu Dzierzgonia przy drodze w kierunku Susza od 1724 r. znajdował się dom kata. Ten ponury budynek z muru pru-skiego z podcieniami nie zawsze miał stałego lokatora.” Prawdziwa jest data powstania budynku, która jednocześnie wskazuje o jakim budynku mówimy. Nie prawdą jest natomiast to, że budynek stał przy drodze w kierunku Susza, jak i to, że wykonany był z muru Pruskiego. Budynek był stale zamieszkały, natomiast to, czy był ponury, czy uroczy jest indywi-^ualną oceną. Rycina tego budynku jest zamieszczona między innymi w kronice Dzierz-§°nia O. Piepkorna.6 Celowe było również umieszczenie domu kata na trasie jaką musiał P°konać skazaniec. Bardzo często kaźń rozpoczynano od pręgierza, a następnie pro-^dzono skazańca na miejsce straceń. Potocznie pręgierzem nazywano slup wkopany w Centralnym miejscu miasta (a więc na rynku), przy którym wykonywano kary za drob-ne przestępstwa, było to miejsce gdzie obcinano palce, przeprowadzano karę chłosty, Przykuwano na pośmiewisko, palono. Odtworzenie ostatniej drogi jaką musiał pokonać skazaniec w Dzierzgoniu nie na-Str?cza wielkiej trudności. Po wyroku sądu jak i przed wyrokiem oskarżony, a następnie Sba^any, musiał przebywać w jakimś strzeżonym miejscu odosobnienia. Tradycją było, ?e tzw. lochy znajdowały się we wieży zamkowej, ale zamek dość wcześnie popadł w ru-więc prawdopodobnie pomieszczenie do przetrzymywania skazańców znajdowa- S1? w którejś z bram miejskich. Jak wynika z rysunków bram, były one dość dużymi Sektami i mogły pełnić takie funkcje, posiadały również pomieszczenia dla pracują-^ch tam strażników. W dniu egzekucji skazaniec przytwierdzany był do pręgierza, gdzie nieznany, I leimatkalender des Kreises Stuhm 1933, [w: ] Lickfett G., Der Kreis Stuhm. Ein westpreu^isches Heimat-s Uch., Osnabriick 1975, s. 203. s pZ°rc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998, s. 88. lepkorn O., Die Heimatchronik der westpreussischen Stadt Christburg und des Landem am Sorgefluss. Detmold 1961. s. 143. 100 Dzierzgoński dom kata ewentualnie wykonywano dodatkowe kary lub tylko wystawiano skazańca na pośnu6' wisko i społeczne potępienie. Następnie kat wraz z pomocnikami (zwanymi hyclami) dostarczał skazanego na górę szubieniczną. Należy uzmysłowić sobie, że było to zjawisk0 ludyczne. Być może korowodowi towarzyszyli strażnicy miejscy, ale na pewno duża grU' pa gapiów, dla których była to nie lada rozrywka. Nie towarzyszyła temu osoba duchot' na, gdyż skazany i tak szedł bezpośrednio do piekła i chowany był w nie święconej ziem1 za domem kata. Trasa tego korowodu była oczy wista. Jej początek miał miejsce na rynk°i przy pręgierzu, co obecnie odpowiada centrum Placu Wolności. Następnie zmierza°° ulicą Odrodzenia i ulicą Traugutta. Ta ostatnia nosiła przed 1945 rokiem nazwę - P°' Ina, a wcześniej (do końca XIX wieku ?) nazywała się: Aleja Hyclowa. Ta ostatnia naz^3 wskazywała doskonale na rolę jaką ta ulica kiedyś pełniła. W ten sposób korowód ze ska* zańcem dochodził do domu kata na końcu ulicy. Zgodnie z opinią dawnej mieszkank1 przedwojennego Dzierzgonia Pani Ingeborg Kulik z domu Weeske, skazaniec prowadź0' ny był do domu kata gdzie miał prawo do ostatniego posiłku lub trunku, co zapeW°e odbywało się w przybudowanym podcieniu. Tradycja ostatniego posiłku czerpana jeS^ z chrześcijańskiej opowieści o Ostatniej Wieczerzy, dlatego też do tradycji przeszło t°/ że ofiarowuje się skazańcowi ostatni posiłek przed egzekucją. Następnie poruszano si? dalej polną drogą, która obecnie przypomina ścieżkę w stronę oczka wodnego leżąceg0 prawie na górze. To wejście na Górę Szubieniczną było najmniej strome. Po dotarciu °3 górę wykonywano wyrok, pozostawiając wisielca aby był przestrogą dla innych. Nal^ sądzić, że nikt nie zbliżał się do tego szczególnego miejsca, tajemniczego i przeklętego- Osobnym zagadnieniem jest sposób pokonywania drogi pomiędzy pręgierzem, a sz° bienicą. Uwarunkowane jest to wieloma czynnikami. Nasze współczesne wyobrażę013 kształtuje obraz znanej nam drogi krzyżowej jaką pokonał Chrystus na Golgotę. Podr°z skazańca zależała od jego kondycji fizycznej niekiedy mocno nadszarpniętej w czas*6 śledztwa. Praktykowano podróż specjalnie do tego celu przystosowanym wozem, kt° ry miał drewnianą zamykaną klatkę. Natomiast jeżeli jego kondycja na to pozwalała;t0 szedł spętany i ponaglany przez hyclów. Gdy był nad wyraz rosły i sprawny i niechętni się poruszał w stronę miejsca egzekucji, to oprócz spętania, zakładano mu arkan na szyj?' którego koniec przytroczony był do konia i hycel prowadził konia, a koń wiódł skazań°a’ Opisując drogę skazańca na miejsce kaźni, przypomina mi się pewien przypadek z mniej więcej 1957-58. (Wówczas mieszkaliśmy przy ulicy Traugutta w budynku nr U Jako dziecko z zaciekawieniem wyglądałem z piętra przez okno, skąd doskonale wido°z na była cała ulica Traugutta i większość ulicy Odrodzenia. Pewnego razu byłem naocznym świadkiem następującego zdarzenia, które to obecn10 skojarzyłem z opisem dawnej drogi skazańca. Na końcu ulicy Traugutta znajdowała s1^ rzeźnia, skąd przedzwoniono na posterunek milicji mieszczący się przy ulicy Odrodzeń13' Ówczesny milicjant sierżant O., z paskiem pod brodą (co było odznaką, że jest na służb11 i zarazem gwarantowało mu nietykalność osobistą) podążył w stronę wzywającej porno^ rzeźni. Po chwili widać było jak z rzeźni ulicą Traugutta prowadzi mężczyznę będą°e£° dość wyraźnie pod wpływem alkoholu. Mężczyzna wyraźnie nie miał ochoty podążać z3 milicjantem, w związku z tym ten drugi prawie bez przerwy używał pałki okładają0 H Janusz Namenanik 101 niemiłosiernie nieszczęśnika. A że to była praca wyraźnie fizyczna, a nie umysłowa do jakiej ów milicjant wyraźnie przywykł, powodowała u niego wyraźne zmęczenie objawiające się koniecznością częstych odpoczynków. Ulica Traugutta jest ulicą krótką, ale mimo to naliczyć można było kilka postojów w celu regeneracji sił. Jeden z końcowych postojów na tej ulicy wypadł akurat naprzeciwko okna z którego prowadziłem obserwację. Na rogu ulicy Traugutta i ulicy Zawadzkiego znajduje się kamień będący dawnym oznakowaniem ^rogowym. W czasie tego postoju, niemiłosiernie obity zatrzymany usiadł na tym kamie-niu i odpoczywał, a jego oprawca z pałką w ręku stał przy nim i ziajał jak zmęczony pies. 1 tak jeszcze odbyli dwa postoje na ulicy Odrodzenia i dotarli w końcu do drzwi komi-Sariatu milicji, mieszczącego się wówczas miej więcej 50 m od budynku poczty, ale po Przeciwnej stronie ulicy. Oczywiście, prowadziłem dalej obserwację z okna, przyglądając S1? scenie ostatniej. Zatrzymany wyraźnie nie chciał dać się wprowadzić do pomieszczeń komisariatu, zdając sobie sprawę z tego, że „tam to Boga nie ma”. Był widocznie mocno zdesperowany w swym zamiarze, gdyż położył się na chodniku przed komisariatem. Milicjant dalej pracował pałką nad leżącym, ale działanie to było bezskuteczne, on dalej z uporem nie chciał tam iść. W związku z tym funkcjonariusz MO chwycił za dwie nogi lżącego i wciągnął go do wnętrza komisariatu. Więcej nic nie było widać. Moje dziecięce widoki z okna na dawną Aleję Hyclów rozwijały zmysł poznawczy. Ob-SerWować można było między innymi zwierzęta prowadzone do rzeźni miejskiej, masze-ruj4cych kolumnami ze śpiewem na ustach junaków ze Służby Polsce (zwanych w Dzierzgoniu bykami), czy też przywożonych chorych do dawnej izby chorych, która mieściła się na ulicy Odrodzenia 13. literaturze napotkać możemy kilka informacji o budynku będącego domem kata, budynek został wzniesiony około 1724 roku. Kilka pokoleń ludzi różnych zawodów zamieszkiwało w tym domu, w tym dwóch katów z Elbląga. W dniu 20 lutego 1795 dom ten był zapisany na kata Ernsta Muellera z Elbląga. Ponieważ poprzedniego właściciela ^hanna Seidela uznano za zaginionego. Matka zaginionego Barbara Seidel dom wydała magistratowi Dzierzgonia. Magistrat po bardzo niskiej cenie, a mianowicie 155 talarów 1 6(1 gr sprzedał dom katowi Muellerowi, widocznie ta profesja była dla miasta bardzo niezbędna. Po śmierci wdowy po Muellerze, w dniu 22 lutego 1804 roku, dom kata o war-t°ści 1666 talarów był w posiadaniu kata Martina Zygmunta Schessmera z Elbląga. W na-stępnych latach dom zmieniał właściciela kilka razy i zamieszkiwali go uczciwi dzierz-S°ńscy rzemieślnicy. dniu 11 listopada 1917 roku nabył go za 3023 marki księgowy powiatowej Kasy Szczędności von Wantoch-Rekowski. Nabywca postanowił pozostawić dom jako stary P°rnnik i wybudował obok okazałą kamienicę. Dom ten po zakończeniu II wojny świa-(owej stanowił zawsze mienie komunalne i służył jako mieszkanie dla kilku rodzin, aż do P°łowy lat 70-tych kiedy to został rozebrany i w jego miejscu wybudowano nowy miesz-alny budynek komunalny. Obecnie kamienica zaś również jako budynek komunalny słuźy jako mieszkania dla kilku rodzin. 102 Postolin na łamach polskiej prasy wiatach 1919-1939 Andrzej Lubiński POSTOLIN NA ŁAMACH POLSKIEJ PRASY W LATACH 1919-1939 Pierwsza wzmianka o Postolinie po zakończeniu I wojny światowej, na jaką udało n11 się natrafić, wiąże się z działalnością miejscowego kółka rolniczego. W numerze 153 zety Gdańskiej” z 1919 roku można przeczytać, że „2 lipca przybyli członkowie kółek roi' niczych z Trzciana, Pierzchowic, Starego Targu, Postolina1 do Mikołajek w liczbie 25^' 300 osób. Celem było założenie w tej miejscowości kółka rolniczego oraz urządzem6 zabawy w sali pana Friderici”. Półtora miesiąca później ta sama gazeta zamieściła teks1 pt „Gawędy starego Kuby” napisany prawdopodobnie przez Marię Donimirską z Mały^ Ramz. Pisze ona, że podczas odpustu Matki Boskiej Szkaplerznej 16 lipca w Postolin11 chłopi dyskutowali o podjętej przez sejm w Warszawie reformie rolnej i opowiadają się za Polską, chociaż wielcy panowie są wstrzemięźliwi. Podczas przygotowań do plebiscytu ustalonego na 11 lipca 1920 roku zaczęła się uka' zywać w Kwidzynie „Gazeta Polska dla Powiatów Nadwiślańskich”. W numerze 23 zna lazła się następująca notatka: „18 kwietnia w niedzielę odbył się w sali Stohmidla vńec pod przewodnictwem [Teofila] Kochańskiego.Jako pierwszy przemówił ks. [Władysła^J Łęga pochodzący z tutejszej parafii. Opowiadał o swoich udręczeniach w szkole pruskie i armii niemieckiej. Następnie zabrali głos robotnicy Stawikowski i Górski. Wskazy-^’ na obłudę agitatorów niemieckich, którzy mówią gospodarzom, że w Polsce produkty rolne są źle opłacane a więc głosując za Polską poniosą wielką stratę. Robotnikom wina wiają, że tam żywność tak droga, że nic nie dostaną. Zebrani wzniósłszy okrzyki na czes6 mówców i zaśpiewawszy „Boże coś Polskę” spokojnie się rozeszli”. Kilka dni później w 27 numerze „Gazeta Polska...” informuje o kolejnym wiecu w sak Stohmidla w niedzielę 27 kwietnia po sumie: „Przewodniczył pan [Jan ] Lenga. Ksią^2 Kruger z Poznańskiego pozdrowił rodaków z powodu wyzwolenia z obcego jarzma. Pafl Konieczny z Mikołajek scharakteryzował dwulicową politykę niemiecką wspominaj^1 o socjalistach i Żydach. Wiec zakończył się „Nie rzucim ziemi”. Natomiast dzień wcze śniej w sobotę 26 kwietnia grono kobiet z Postolina i okolic urządziło przedstawieni6’ Odegrano dwie sztuczki „Czarnoksiężnik i diabeł”, gdzie Twardowski choć swą duszę za pisuje diabłu jednak różnymi sztuczkami oszukuje go i nie pozwala się porwać. W „SW0 rżeniu kobiety” widzowie mogli zobaczyć, jak sobie wyobrażają poganie powołanie J0 życia Ewy obdarzonej licznymi błędami przedstawionymi naocznie na scenie. Były śp1C wy, deklamacje, amerykańska loteria wywołująca śmiechy, że boki bolały. Wylosować 1 Mimo że w „Gazecie Olsztyńskiej”, „Gazecie Gdańskiej’, „Gazecie Polskiej dla Powiatów Nadwiślańskich” pisano zawsze Podstolin, zastosowałem aktualną nazwę tej miejscowości. Andrzej Lubiński 103 k°zę, gołębia, materiał na bluzkę, 4 pudełka papierosów. Tańce zakończyły miły wieczór”. Dwa miesiące później pojawia się kolejna informacja: „W niedzielę 27 czerwca 1920 r°ku miała miejsce latowa zabawa w lesie zorganizowana przez Towarzystwo Kobiet pod Wezwaniem św. Kingi. Udział wzięły Towarzystwa Gimnastyczne, Sokoły, Towarzystwa Ludowe. Szczytem radości i uciechy było przedstawienie amatorskie pokazujące pychę 1 smutny koniec cesarza Wilhelma. Od dwóch tygodni amatorzy objeżdżają powiat z wyspami. Na scenie występowały również dzieci z ochronki. Wieczorem na sali Stohmi-bawiło się 500 osób”. Na dwa dni przed plebiscytem w „Gazecie Polskiej...” ukazał się tekst pod tytułem ^Gwałty i okrucieństwo tłuszczy niemieckiej” o wydarzeniach w Postolinie. Warto zacy-tować go w całości: „Donosi pan [Władysław] Pawelczak, że rano w poniedziałek 5 lipca byłem przed moim domem wprawiając nowe okno. Pomagał mi mój teść Michał Goertz. tym czasie wyszła z lokalu Pana Kanaby kapela z 20 gośćmi. Równocześnie nadjeżdżał b°nno młody pan Pakalski, czekano zanim nie nadjechał przed sam dom, gdzie stała ka-Pela. W tej chwili zagrano Deutschland uber alles, koń się strachnął i poszedł ku domowi. D^wóch gości pana Kanaby poleciało za nim myśląc, że z konia spadnie. Jakie zamiary ^Mi jest widoczne, ponieważ w niedzielę rano zaczepiali sokołów postolińskich do któ-rych Pakalski należy. Na szczęście Pakalski nie spadł z konia więc goście wrócili. W tym Czasie inny z gości Kanaby cieśla Grun z Postolina wyraził się do mnie „Przeklęty pies chce dziś zrobić zimno” (Du verfluchten Hund du wirst heute kalt gemach) odpowiedzia- (Zu jeder zeit bin ich bereit [Do każdego czasu jestem już gotowy]). Nadeszli dwaj °Pryszkowie, którzy gonili Pakalskiego i w trójkę z Grunem ruszyli na mnie. Grun wy-rWał cegłę z płotu murowanego, dwaj pozostali chwycili za kije. Będąc przy pracy miałem s^kierę w ręku i się nią broniłem, tymczasem zbiegły dzieci. Uważając za stosowne cof- się Jo środka by którego z malców nie trafiono obszedłem dom i zaryglowałem drzwi. Napastnicy nie zadowalając się wytłuczeniem 18 szyb w werandzie gwałtem wysadzili ^rzwi frontowe i wtargnęli do sieni. Mój brat Michał o którego im chodziło, ponieważ Należy do sokołów, właśnie się ubierał. Widząc rozjuszoną bandę i miarkując grożące mu Ulebezpieczeństwo porwał tasak wiszący nad piecem i uderzył nim we własnej obronie Jednego z napastników. Słysząc strzały z podwórza Kanaby w kierunku mego domu zmu-SZeni byliśmy uciekać w pole. Do goniącej zgrai strzelił brat Michał, któremu kula rewolwerowa przeszyła spodnie. Widząc dalszy opór za bezcelowy schowaliśmy się i przez żyto Obiegliśmy do Polaszek. Kiedy z Kościńskim i kilku sokołami wróciliśmy napastników nie było. Takich rozbojów dopuszczają się bandy niemieckie. Ludność polska domaga S1? stanowczo opieki, niech rząd polski stosuje odpowiednie represje wobec Niemców”. ^tak na Pawelczaka był prawdopodobnie odwetem za rozbicie niemieckiego wiecu W Postolinie na początku lipca przez polskie Lotne Oddziały Bojowe. LOB miały chronić Polskie wiece, ale również odpowiadały siłą na zaczepki niemieckie. Do roku 1920 najwięcej informacji o Postolinie zamieszczała „Gazeta Olsztyńska”. numerze z roku 1921 informowała czytelników o zorganizowanej gwiazdce dla °cbronki - 20 grudnia 1920 roku w sali Stohmidla. O godz. 5 po południu rozpoczęło Sl$ przedstawienie. Najmłodsi cały czas spoglądali na ustawione stoły, gdzie znajdowały 104 Postolin na łamach polskiej prasy wiatach 1919-1939 się dary w postaci zabawek, słodyczy. Popis najmłodszych aktorów wypadł dobrze. Były to dzieci robotników i rzemieślników. Młodzież dorastająca odegrała Jasełka a na koni£C dorośli odegrali sztuczką „Polityka Panny Florci W tym samym numerze podano, że od 1 kwietnia wynajęty zostanie lokal dla ochron' ki w domu pana Demskiego. Połowę domu wcześniej zajmował handlarz Grochowski. W numerze 101 „Gazeta Olsztyńska” opublikowała list nauczyciela i organisty PietrU' szeńskiego z Postolina. Była to odpowiedź na opublikowaną wcześniej na nieprzychylna relację z jego jubileuszu, który zorganizowano mu we wsi. Prostuje informację, że „jako' by z zarządu Heimatvereinu” [Związku Ojczyźnianego] został usunięty. Ksiądz [Pawd Mateblowski podczas plebiscytu zachowywał się neutralnie. Podczas jubileuszu na msA świętej dzieci szkolne śpiewały tylko po polsku, a uroczystość szkolna rozpoczęła się pie' śnią „Kto się w opiekę”. Dzieci wygłosiły wtedy polskie i niemieckie wierszyki. On prze' mawiał po polsku i niemiecku. W roku 1919 uczył języka polskiego i religii (po polski w niemieckiej szkole. Nie zwalcza Polaków - jak to określił korespondent „Gazety”. Jest niemieckim urzędnikiem, przysięgał na konstytucje niemiecką i pruską. „Gazeta Olsztyńska” (nr 259/1920) zamieściła artykuł Marii Zientarówny „Polsk3 pieśń w Sztumie”. „22 października odbył się zjazd Kół Śpiewaczych. Występowały d10 ry z Waplewa, Miran, Starego Targu, Postolina, Sztumu, Gietrzwałdu. Postoliński (jego nazwa Moniuszko) reprezentował wysoki poziom. Zespół zaśpiewał „Pójdź z3 mną”, „Hej z góry jadą Mazury”. Widać było pewną rękę i subtelny smak dyrygentkif1 Donimirskiej z Małych Ramz”. Ostatnia informacja z tego roku dotyczy zebrania ToW^' rzystwa św. Kingi, które miało się odbyć 19 grudnia o godz. 5 po południu na sali pa01 Floriańskiej i przedstawieniu dla dzieci. „Gazeta Olsztyńska” (nr 44/1923) podaje informację o walnym zebraniu Towarz/ stwa św. Kingi, które odbyło się w niedzielę 25 lutego w Postolinie. Pretekstem była tr^Y letnia praca jako przewodniczącej towarzystwa Marii Donimirskiej. „Po przemówień10 jednej z członkiń wręczono prezesce obraz jako pamiątkę wdzięczności za pracę i poświę cenie w towarzystwie. Po sprawozdaniach sekretarki, skarbniczki i bibliotekarki posta nowiono za pieniądze jakie zostały w kasie zakupić mszę świętą. Gość zebrania, Mat13 Zientarówna z Olsztyna, wygłosiła wykład „Artur Grottger i jego życiorys i dzieła’, ^3 cześć gościa zaśpiewano na głosy dwie pieśni. 11 marca 1923 roku w hotelu Królewski Dwór w Sztumie występowały najmłodsi dzieci z ochronek w Sztumie, Postolinie, Trzcianie, Mikołajek i Starego l argu. Progfa111 wydrukowany w „Gazecie Olsztyńskiej” nr 45 był bardzo bogaty. Dzieci z Postolina grywać miały komedyjkę „Dar imieninowy” i „Wicher i promień słońca”, zatańczyć loneza”, recytować wiersz „Modlitwa dziecka polskiego” oraz przedstawić żywy obra2 „Granica”. Występy najmłodszych były dedykowane Helenie Sierakowskiej, która obch° dziła imieniny. W niedzielę 10 czerwca 1923 roku podczas zebrania Towarzystwa św. Kingi w Postoi nie wystąpił z odczytem proboszcz Paweł Mateblowski. Na zebranie zapraszano kobi^Y z sąsiednich wsi - Pułkowic, Dużych i Małych Ramz. „Gazeta Olsztyńska” w numerze 130 zamieściła sprawozdanie „Zebranie miesięczne (...) cieszyło się nadzwyczaj liczny01 Andrzej Lubiński 105 U(iziałem członkiń jak i gości. Z dalszych nawet wiosek parafii garnęły się tłumnie uczest-Mczki zapełniając obszerną salkę aż po brzegi. Wyrazem radości i uznania witała p. przewodnicząca tak licznie zebranych. Oznajmując kilka wstępnymi słowy programową PrZernowę naszego wielebnego księdza proboszcza, udzieliła po przeczytaniu protokołu Przez sekretarkę, słowa czcigodnemu prelegentowi. Ksiądz proboszcz w dłuższej swej Mowie rozwodził się „O wychowaniu i kształceniu naszej młodzieży żeńskiej ”. Przez róż-ne propozycje, zachęty i przykłady starał się przekonać obecnych o konieczności urządza-nia i w naszej parafii kursów mających na celu wykształcenie naszej młodzieży żeńskiej na dzielne gospodynie i obywatelki, z czego wywiązała się ożywiona dyskusja. Ksiądz Proboszcz przyrzekł towarzystwom swe poparcie i wpływ również z swego stanowiska ^Uszpasterskiego. Pani przewodnicząca dziękując prelegentowi dopełniła poruszoną bestię. Na koniec zainteresowała ogromnie jednym z swych zajmujących wykładów z dziedziny historycznej geografii: „Wojny krzyżowe czyli krucjaty”. Liczne wystąpienia Panienek z deklamacjami i ładne popisy naszej ochronki urozmaiciły w najprzyjemniej-Szy sposób chwila duchowej uczty”. Wykład Marii Donimirskiej był publikowany przez "Gazetę Olsztyńską” w numerach czerwcowych. Podczas zebrania Towarzystwa św. Kingi w niedzielę 26 sierpnia dzieci z ochronki pod kierownictwem Anny Piotrowskiej występowały z przedstawieniem i licznymi wierszy-kami na cześć swej opiekunki pani przewodniczącej Donimirskiej. „Dzieci odczuwają Macierzyńską troskę i starania jakimi od kilku lat ich otacza. I szturmem zjednała zaufa-Me i serca najmłodszych i dorosłych”. ^Gazeta Olsztyńska” (nr 182/1923) zapowiadała, że 19 sierpnia w niedzielę o godz. 4 P° południu spotkają się w Postolinie kluby sportowe Waplewo i Postolin. Po spotkaniu kędzie zabawa w lokalu Stefana Kaszubowskiego z przedstawieniem teatralnym kółka teatralnego ze Starego Targu (ściślej z Waplewa - AL). Natomiast 4 września w numerze ukazało się obszerne sprawozdanie. Warto je zacytować w całości: „Od tygodnia pra-był pomiędzy lubownikami sportu mecz niedzielny przedmiotem rozmów. Wiadomo bowiem było, że klub piłki nożnej „Wisła” zaprosił z Waplewa klub piłki nożnej „Powiśle” gry towarzyskiej. Pilnie obydwa kluby trenowały na to wielkie pierwsze spotkanie. ^anim omówimy sam przebieg gry, należy rozpatrzeć warunki w których poszczególne kluby pracują. Postolińska Wisła składa się przeciętnie z synów gospodarskich i kilku rZemieślników lub uczniów i synów robotników. Są rozproszeni na daleką przestrzeń z Powodu czego nie mogą się lada kiedy zgromadzić do gry, lecz ściśle związani są do 1 Mzowej gry w tygodniu. Dużo zwolenników sportu któryby mogli być najlepszymi na-siłami grają w Heimatferajnie „Związku Ojczyźnianym”. Boisko łąka przy cmen-tarZu bardzo nierówna uciągała treningi i częste ulewy tegoroczne uniemożliwiały kilka CvGczeń. Piłkarze wszyscy zdrowi wysokiego wzrostu, lotni ale nie dość ćwiczeni. Wa-P^Wskie Powiśle składa się z samych młodzieńców waplewskich zamieszkałych w wiosce Mzern i tuż przy boisku. Jeden gwizd wieczorem sprowadza wszystkich do gry. Ćwiczenia Obywają się często. Młodzież kocha się w grze. Punktualnie stawił się cały klub Powiśle na urnajonym wozie w Postolinie. Po krótkim przywitaniu gości udała się wybrana jede-nastka do przebrania się i za kilka minut wystąpiły obie drużyny do wymarszu na boisko. 106 Postolin na łamach polskiej prasy w latach 1919-1939 Postolin w niebieskich czapeczkach a w czerwonych Waplewo. Z muzyką maszerowan0 na boisko (pole pana Wojkiego). Na boisku krótka przemowa. Pan Nowak jako prezes Wisły wita drużynę Powiśla. Po tym początek gry. Postolin zaczyna grając pod sionce i pod wiatr. Wisła nie zdobyła się do żadnego większego ataku, lecz trzyma się w obronie-I już po kilku minutach okazują się Powiślacy górą. Po 10 minutach padła 1 bramka, p° $ dalszych 2 bramka. Przy końcu 1 połowy gry było 2:0 dla Powiśla z Waplewa. Po odp0' czynku Wisła strzeliła 2 razy na bramkę czerwoną Waplewa bez rezultatu. Róg strzelony bez rezultatu został. Waplewo jeszcze kilkakrotnie przeprowadziło piłkę przed bramkę niebieską i jeszcze 2 razy rzuciło ją w bramkę. Ceniąc graczy można powiedzieć, że Powiśle gra 2 klasy lepiej od Wisły. Ale Wisła wkrótce może się zdobyć do wprawy Powiśl3 o ile regularnie odbędzie ćwiczenia. Po ukończonej grze o godz. 6 wieczorem wyraził p. B. swoje zadowolenie nad p0' stępem sportu polskiego i wręczył prezesowi zwycięskiego Powiśla wieniec z dębowej zieleni z wstążką biało czerwoną jako znak zwycięstwa. Na cześć zwycięskiej drużyny wzniósł okrzyk prezes Wisły druh Nowak. Podziękował druh Czapara jako prezes P°' wiśla. Ozdobiony w wieniec dębowy kroczył zwyciężca w towarzystwie prezesa Wisły i jednego z druhów swego klubu na czele obu drużyn, które wróciły do wspólnej zabawy-W grze brali udział Powiśle Waplewo: Boi. Mazurkiewicz, Czapara, Bern. Skipiński, Fr-Neubohn, Fr. Laskowski, Ant. Positka, B. Mazurkiewicz, Fr. Riess, P. Riess. R. Krug^ A. Jankowski. Wisła: R. Gawroński, Cz. Gawroński, Dutkowski, Jackiewicz, Barcza, Fr-Barcza, Nowak, Meca, Kochański, K. Gawroński, Bazner. Sędzią był p. Bartsch sekretarz Związku Polaków ze Sztumu. Nastąpiła potem miła zabawa. Kółko amatorskie z Wa' plewa raczyło przybyć i rozweselić nas 2 komedyjkami. Imponował bardzo p. Chciwsk1 i wdowa!!!. W drugiej sztuce grała zabawnie p. Zakrzewska. Serdeczne Bóg zapłać skła-dam naszej młodzieży za żywy udział. Tak samo pannie reżyserce i kółku amatorskiemu panu Klewiczowi i Kochańskiemu oraz piłkarzom Cześć!! Bartsch ”. „Gazeta Olsztyńska” (nr 124/1924) informowała czytelników o zorganizowanej m^' jówce przez Towarzystwo Młodzieży w Postolinie. Przybyło kilka towarzystw. Kółk° amatorskie z Trzciana odegrało cichą pantominę oraz sztukę teatralną w trzech odsłonach „Urlopik”. Z powodu ograniczonego czasu nie wszystkie Towarzystwa mogły wy-stąpić ze śpiewami. Zabawa taneczna trwała tylko do godz. 1 w nocy. Dopiero po pięciu latach ukazał się kolejny tekst w tej samej gazecie o przygotowaniach do wystawienia komedyjki „Lalka”. Premiera miała się odbyć w sobotę 2 lutego 1929 roku. Relacja z przedstawienia i zabawy ukazała się w „Gazecie Olsztyńskiej’ (nr 29): „ Z ramienia Towarzystwa św. Kingi odbyła się w sobotę piękna zabawa. Pierwszy część wieczornicy wypełniło przedstawienie teatralne. Odegrano komedię pt „Lalka • Sztuka wesoła, pełna zabawnego humoru, toteż publiczność przyjęła hucznymi oklaskami. Zaznaczyć wypada, że wyćwiczenie czteroaktowej komedii w naszych warunkach wymagała wiele trudów i poświęcenia. Pani Donimirska z Małych Ramz podjęła się wyćwiczenia sztuki jak w ogóle wzięła kierownictwo wieczornicy na swoje barki. Te trudy i zabiegi zostały sowicie wynagrodzone piękną i harmonijną grą amatorów. Na pochwał? naszych panien amatorek i młodzieńców zaświadczyć muszę, że wszyscy opanowali sWe Andrzej Lubiński 107 r°le znakomicie. Podziw i zachwyt budziły starannie wyćwiczone tańce oraz zręczność arnatorek operowaniem balonikami podczas tańca na scenie. Nie wyróżniając poszczególnych amatorów stwierdzić należy bez wszelkiej przesady, że cały zespół był dobrze zgrany. Dzięki więc staraniom towarzystwa św. Kingi oraz poświęceniu amatorów by-liśrny uczestnikami pięknego teatru stanowiącego dla nas prawdziwą rozkosz duchową. Szczere podziękowanie staropolskim Bóg zapłać pani Donimirskiej, zespołowi oraz Wszystkim którzy przyczynili się do upiększenia wieczornicy. Po teatrze odbyła się zabawa. W środę odbędzie się drugie przedstawienie tej samej sztuki. Oby starania inicjato-row były wynagrodzone jak najliczniejszym przybyciem publiczności”. 9 lutego 1930 roku, jak informowała „Gazeta Olsztyńska”, zorganizowana została Przez Towarzystwo św. Kingi zabawa karnawałowa urozmaicona przedstawieniem te-ahalnym i śpiewami. Odegrana została sztuka „Za siedmioma górami”. Chór śpiewaczy Pod dyrekcją Mikołaja Dorsza zaśpiewał na cztery głosy pieśń „Orle biały”. Uczestnik dniowej zabawy i przedstawienia składał wyrazy uznania Marii Donimirskiej i osobom, które przyczyniły się do zorganizowania zabawy i wieczornicy. „Gazeta Olsztyńska” (nr 277/1933) podała obszerne sprawozdanie z wieczornicy opolskiej szkole: „W środę wieczorem zebrali się w lokalu naszej szkoły rodzice, dzieci, sympatycy szkoły i liczni goście. Zauważyliśmy miedzy obecnymi ks. proboszcza Mate-^lowskiego, któremu serdecznie jesteśmy wdzięczni za przybycie. Towarzystwo Szkol-ne reprezentował prezes [Jan] Lenga. Przez kilka godzin przewijał się przed obecnymi barwny korowód starych polskich kolęd, które zostały przez chór dzieci szkolnych od-spiewane jedno i dwugłosowe z przejęciem za serce chwytającym. Szereg kolęd został °degrany na organkach ustnych i grzebieniach. Swojska ta muzyka sprawiła na zebranych spore wrażenie wywołując liczne oklaski. Milusieńkie były liczne wierszyki wygłoszone PfZez najmniejsze z ochronki. Wszystkich one rozweseliły a nawet tych co gnębią troski liczne kłopoty. I tak wśród kolęd, pięknie przystrojonej choince wśród śpiewów płynęły ^de chwile. Miejscowy kierownik szkoły p. (Leon) Malczewski łamiąc się z obecnymi °pUtkiem życzył Wesołych Świąt. Prawdziwą radość wśród najmłodszych wywołał oka-Zav gwiazdor, który przy końcu zjawił się z podarkami. Wieczór ten pokazał, że szkoda i ochronka pracują z należytym zrozumieniem znowu jedna z złotych nici wiążących s?kołę z domem rodzicielskim”. 20 maja 1936 roku „Gazeta...” podała informację, że uroczystości 700-lecia kościoła W Postolinie odbędą się 28 i 29 czerwca. Niestety, z powodu braku zachowanych egzem-P^rzy, nie wiemy, czy „Olsztyńska” zamieściła szerszą relację z obchodów. Późną jesienią 1937 roku zmarł Bolesław Donimirski. „Gazeta Olsztyńska” w numerze ^5: wW czwartek odbył się w Postolinie pogrzeb śp. Bolesława Donimirskiego, właści-Clela majątku Cygusy w powiecie sztumskim. W domu żałobnym zebrała się na ostatnia Modlitwę rodzina, znajomi i pracobiorcy majątku. Po poświęceniu zwłok przeniesiono trurnnę na karawan, zaprzężony w 6 koni poczem kondukt żałobny o godz. 9.15 ruszył kościoła w Postolinie. W Postolinie w oczekiwaniu konduktu panował ruch świą-teczny. Lud ziemi malborskiej zebrał się przed kościołem, aby oddać ostatnią przysługę drogiemu Rodakowi. Wreszcie o godz. 10.30 dzwony oznajmiły nadejście konduktu 108 Postolin na łamach polskiej prasy w latach 1919-1939 i teraz uformował się pochód na czele którego kroczyły delegacje towarzystw polskich I z wieńcami. Przy biciu dzwonów kondukt wszedł do kościoła zapełniając takowy prawi6 : po brzegi. W kościele odśpiewano egzekwie poczem miejscowy ksiądz proboszcz Mate' | blowski odprawił w asyście ks. proboszcza [Bronisława] Sochaczewskiego z Szenwizy ks' I prefekta Styp-Rekowskiego z Kwidzyna i ks. kapelana Wrony z Postolina. Chór mieszany i z Sztumu śpiewał pieśni żałobne na jeden głos. Po nabożeństwie kondukt żałobny udał się na cmentarz kościelny, gdzie znajdują się groby rodziny Donimirskich. ” I Ksiądz proboszcz odmawia ostatnie modlitwy zebrani śpiewają „Witaj Królowo i powoli osuwa się trumna do grobu. Jeszcze jedno „Ojcze nasz” i śpiew czterogłosowy | „Zmarły Człowiecze” i pożegnaliśmy dobrego Polaka - Obywatela. Odszedł od nas jedeO 1 z najlepszych Polaków Patriotów lecz pamięć o nim pozostanie wśród nas na zawsze. Nie' j chaj mu ziemia malborska lekka będzie!”. W samym numerze „Gazety” znalazła się jeszcze jedna informacja o zakazie przez pt°' j boszcza zaśpiewania przez chór w kościele na cztery głosy. Organizatorzy zwrócili się d° : landratury, która zezwolenia udzieliła, ale proboszcz nie ustąpił powołując się, że zakaz3 i mu ksiądz Biskup. W numerze 98 z 1939 roku „GO” informuje czytelników o złożeniu wyrazów współ' i czucia przez Marię Donimirską w imieniu Towarzystwa św. Kingi w Postolinie, Sadłu' kach i Nowym Targu z powodu śmierci śp. ks. dra Domańskiego Patrona i Prezesa Zwi$z ku Polaków. W numerze 139 czytelnicy zostali poinformowani: „ Z Powiśla donoszą na#1 o nowej serii ataków na szkoły i mieszkania polskie. W nocy na 4 czerwca wybito w lokal11 szkolnym w Postolinie 3 szyby a w mieszkaniu ochroniarki 6 szyb. Na werandzie przyle' . w 1 1 głej do domu szkolnego wybito 2 szyby. Sprawcy nie są znani . Postolin obok Starego Targu, Trzciana, Mikołajek i Sztumu należał do najaktywm^' szych miejscowości ruchu polskiego. Warto o tym pamiętać. Łukasz Kępski ks. Paweł Potoczny PARAFIA ŚW. MIKOŁAJA W CYGANKU/ŻELICHOWIE Kościół Św. Mikołaja w Cyganku w okresie międzywojennym, fot. archiwum 110 Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie Pierwsze wzmianki o kościele w Cyganku pochodzą z 1349 roku i zawarte są w dokumencie lokacyjnym wystawionym dla wsi Tujsk. Dotyczą one wysokości opłat, jakie na rzecz parafii zobowiązani byli płacić miejscowi chłopi. Wieś Cyganek, wcześniejszy Tujec wzmiankowana w nim jest jako osada kościelna. Świadczyć to może o tym, że kościół lub kaplica na terenie dzisiejszej wsi Cyganek/ Żelichowo funkcjonował już w pierwszej połowie XIV w. Takie rozwiązanie przyjął m.in. Bernhard Schmid w swojej pracy poświęconej budowlom i zabytkom dawnego powiatu malborskiego1. Potwierdza to dokument lokacyjny z 12 sierpnia 1352 roku wystawiony dla samej wsi Cyganek/Zelichowo, która nazywana w nim jest Thuenhain. Akt wystawiony był na sołtysa Jana Taga i mieszkańców osady. Wzmiankowane w nim są 4 włóki plebańskie, które wydzielone zostały spośród 60 włók wchodzących w skład całej wsi. Interesują-również fakt, że osada nie otrzymała wolnizny, spodarowanie terenu. Co może świadczyć, że niu, a jak sądzi prof. Wiesław Długokęcki mógł, stulecia. a więc nie był tu potrzebny okres na zag0' nie została lokowana na surowym korze' a powstać już w latach czterdziestych Xl^ Wydaje się, że wraz z lokacją wsi rozpoczęła się budowa kościoła parafialnego p.w. Mikołaja. Wezwanie, jakie otrzymał kościół, jak można przypuszczać, nie było przypa^' kowe. Posadowienie świątyni w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki fuga z jednej stro11/ narażało budowle na liczne niebezpieczeństwa związane z podtopieniami, jednakże ogółu mieszkańców było przede wszystkim możliwością zaopatrzenia w pokarm, jaki111 były ryby. Święty Mikołaj oprócz tego, że dzieciom przynosi prezenty, jest - co niestety bardzo często umyka z naszej pamięci - patronem rybaków i marynarzy. Do 1360 rok# jak podaje Ewa Pytel, ukończono budowę jednonawowej świątyni w stylu gotycki#1 • Kościół posadowiony był w orientacji wschód - zachód, w północnej jego części uloko wano zakrystię. Z początkowej fazy jego istnienia miał pochodzić znajdujący się w częsC1 prezbiterialnej fresk przedstawiający żywy krzyż. Po raz ostatni malowidło to widoczi# było podczas prac konserwatorskich prowadzony w roku 1913. Niestety dzieło to, jakpc kazały ostatnie odkrywki sondażowe, nie zachowało się do czasów nam współczesnych ' Najprawdopodobniej zniszczeniu uległo podczas jednych z prac konserwatorskich pr° wadzonych w ubiegłym stuleciu. 1 B. Schmid, Die Bau und Kunstwerkmdler des Kreis Marienburg, Danzig 1919, s. 346. 2 E. Pytel, Kościół św. Mikołaja w Cyganku, „Prowincja” 2011, nr 2 (4), s. 107. 1 Odkrywki przeprowadzono w 2015 roku z godnie z pozwoleniem Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Żaby#1’" Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny 111 Powstała w średniowieczu świątynia pod względem administracyjnym weszła w skład utworzonej w 1243 roku diecezji pomezańskiej i wraz z parafiami Żuławki, Niedźwie-dzica (i kościołem w Nowej Niedźwiedzicy), Lubieszewo (i kaplicą filialną w Orłowie), Ostaszewo, Jeziernik (wraz z kaplicą w Gniazdowie), Marynowy (z kościołem filialnym w Tui) oraz Świerki (z kościołem filialnym w Lignowach) tworzyła dekanat żuławski. Interesujący wydaje się fakt, że najprawdopodobniej od momentu włączenia Żuław Wiślanych do Królestwa Polskiego, częścią składową parafii była kaplica w sąsiedniej wsi Petershagen, dzisiejsze Żelichowo. Jej stan jednakże stale ulegał pogorszeniu, a w po-cz4tkach XVII w. przestała już całkowicie istnieć. Tę informację podają zarówno źródła sMeckie, jak i kościelne. Cegła kaplicy trafiła zaś jako budulec na nowodworski zamek, ^zie wykorzystano ją przy wznoszeniu budynku pisarza. Parafia swoim zasięgiem była jedną z największych na Żuławach. Jak podają XVII IXVIII -wieczne dokumenty wizytacyjne obejmowała ona w okresie swego maksymal-nego zasięgu 12 wsi. Wizytacja z 1647 roku sporządzona przez biskupa Andrzeja Lesz-Czyńskiego podawała iż do parafii Tiegenhagen należały wsie: Tiegenhagen, Tigerweide, ^lutenhof, Reimerswałd, Fiirstenau, Petershagen, Petershagenerfeld, Oldendorf, Sto-bendorf, Haberhorst, Platzendorf, Tiegenort4. W późniejszych latach sieć ta uległa niewielkiej zmianie, co można zaobserwować dzięki spisom wizytacyjnym z późniejszych Trzeba również zaznaczyć, iż wizytatorzy niejednokrotnie podawali informację, że w okresie wielkanocnym spowiadają się i Komunię św. przyjmują również osoby spoza Parafii. W głównej mierze wywodzili się oni z okolic Gdańska i Elbląga. Tak rozległa sieć Wiosek, jaką swoją opieka musieli otaczać miejscowi proboszczowie, wynikała z kilku Czynników. Przede wszystkim ze względu na stosunkowo dużą liczbę osad w okolicach ^isiejszego Cyganka/Żelichowa. Po drugie zaś, pomimo krótkiego epizodu reforma-cyjnego to właśnie kościół p.w. św. Mikołaja, w północnej części tenuty nowodworskiej W głównej mierze kojarzony był z wyznaniem rzymsko-katolickim. Posadowienie kościoła w pobliżu rzeki już w średniowieczu musiało przysparzać wielu Problemów proboszczom parafii p.w. św. Mikołaja. Nie inaczej sytuacja przedstawiała się W ^olejnych stuleciach. Częste występowanie rzeki z koryta wpłynęło na charakter archi-tektoniczny budowli, a także obowiązki parafian, jakie nakładane były na nich w związku remontami świątyni. Wraz z falą wielkich powodzi, jakie nawiedzały tereny ekonomii ^Podworskiej począwszy od roku 1569, poprzez 1600, a kończąc na 1622 roku, prze-^i^nom zaczęła ulegać konstrukcja świątyni. Po dawnej średniowiecznej, masywnej strukturze budowli pozostało wyłącznie prezbiterium. Pomiędzy rokiem 1637 a 1647 Przebudowano część nawową kościoła, wprowadzając konstrukcję ryglową. Niestety, nie ^żna podać dokładnej daty, kiedy dokonano tych prac. Wizytacja z roku 1640 nie poda-k żadnej informacji dotyczącej wyglądu świątyni. Takowe otrzymujemy dopiero z pretoriów sporządzonych na zlecenie biskupa Andrzeja Leszczyńskiego. W dokumencie tym ?riajdujemy również zapiskę dotyczącą ogólnego stanu świątyni, w tym nieużytkowanej skutek zawilgocenia zakrystii. Wizytacje diecezji chełmińskiej i pomezańskiej dokonane w 1647 roku przez biskupa Andrzeja Leszczyńskiego, Z dziejów rel’gijnych Pomezanii w XVII w. T. 2. Źródła do dziejów XVII-wiecznej Pomezanii, oprać, i wyd. M. Józefczyk, Malbork 2^12, s. 81. Pisownia wszystkich miejscowości jak w oryginale łacińskim. 112 Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie Świątynię, podobnie jak i jej parafian, dotykały nie tylko klęski elementarne, ale także te związane z działaniami wojennymi i przemarszami kolejnych wojsk. Mieczysław Józefczyk podaje informację, że kościół w Cyganku/Żelichowie znacznie ucierpiał podczas wojny polsko-szwedzkiej z lat 16261635. Ówczesny proboszcz Krzysztof Vichichius musiał uchodzić z parafii, a w jego miejsce pojawił się nowy protestancki duchowny. Już po zawarciu pokoju w Sztumskiej Wsi znacznym problemem było znalezienie chętnego na objęcie probostwa. Analogicznie sytuacja wyglądała podczas kołejnego konfliktu ze Szwedami w latach 1655 - 1660. Pomimo tych wszystkich nieszczęść wizytujący w 1700 roku świątynię duchowni odnotowali, że: kościół parafialny jest w dobrym stanie, aczkolwiek wykonany nie tylko z litego muru5. W ich zapiskach odnajdujemy również informacje na temat tego, że w 1684 roku dokonano przebudowy wieży kościelnej. Jej podstawa była murowana’ natomiast pozostała część wysokości jednego pręta wykonana została z drewna. W 1699 roku wybudowano dom parafialny. Niestety, taki stan rzeczy nie utrzymał się długo. O ile wizytacja z 1724 roku nie podaje informacji na temat stanu obiektu6, o tyle wizytacja z 1742 roku nie pozostawia już złudzeń, że kościół znalazł się w totalnej ruinie. W sporządzonym przez ks. Józefa Jakuba Adempskiego, proboszcza w Świerkach dokumencie czytamy: [...] dostrzegliśmy osobiście i naocznie, jak również drogą indagacji dowiedzieliśmy się, że kościół znajduje się w stanie grożącym i to w najwyższym stopniu ruiną... Świątynia w Cyganku czy to chodzi o dach, Ołtarz boczny w Cyganku, fot. P. Potoczny a protestantami oraz spisem inwentarza. Wizytacje biskupa Teodora Potockiego w 1700 roku, [ w:] Z dziejów religijnych Pomezanii Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny 113 o ściany składające się belek wypełnionych murem, jest w najwyższym stopniu zagrożona runięciem, narażona na zalewanie wodą, która pochodzi pod sam ołtarz. Belki już przegniłe nie mogą utrzymać ciężaru budowli [...]7. W zaleceniach wizytacyjnych budowla miała zostać wyremontowana przez parafian. Wizytator zalecił m.in. wykonanie nowego stropu oraz podniesienie poziomu posadzki poprzez podsypanie jej piaskiem i wyrównaniem z poziomem znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie świątyni cmentarza. O wykonaniu tych prac informuje nas kolejna wizytacja dokonana już bezpośrednio przez samego biskupa Wojciech Stanisława Leszcza Leskiego w 1749 roku. Kościół miał zostać całkowicie wyremontowany, wykonano wszystkie zalecenia wizytatora, a nawet co odnotowują skrupulatnie wizytatorzy Posadzkę wyłożono marmurem. Ponadto dodatkowo wyremontowano połowę kościoła, Wymieniono ławki, zbudowano chór oraz organy. Wszystko, jak zaznaczono, sumptem parafian. Autorem tego sukcesu była niewątpliwie jedna postać, ówczesny proboszcz Jan Chryzostom Mocki. Nie tylko zmobilizował do pracy wiernych, ale niejednokrotnie nie szczędził pieniędzy z własnej sakwy, w celu odnowienia zniszczonej świątyni. Efekty jego prac możemy podziwiać do dnia dzisiejszego, albowiem współczesne wnętrze świątyni w większości pochodzi właśnie z okresu jego probostwa. W kolejnych latach przeobrażeniom ulegała głównie zakrystia oraz wieża. W przypadku tej pierwszej ulokowana ona została na ścianie południowej, a nie jak miało to pierwotnie, po stronie północnej. W 1846 roku dokonano prac remontowych wieży. trakcie ich wykonywania w gałce chorągiewki wietrznej odnaleziono kopie dokumentów 1687 roku i 1768 mówiących o poprzednich remontach konstrukcji. Szczególnie ta pierwsza data budzi pewnego rodzaju zaciekawienie, skoro dokumenty wizytacyjne mó-wią o remoncie wieży w 1684. W 1945 roku w obawie przed ostrzałem artyleryjskim ze strony Armii Czerwonej zdecydowano się rozebrać wieżę, jako najwyższy punkt we wsi. WIERNI Parafia i kościół to nie tylko duchowni oraz budynek, to także wierni, którzy stano-jej trzon. Informacji na temat parafian i ich religijności w głównej mierze dostarczają nam te same dokumenty, które opisują stan i wyposażenie świątyni. W przypadku okresu krzyżackiego, nasze wiadomości dotyczące mieszkańców parafii p.w. św. Mikołaja w dawnym Tiegenhagen są bardzo enigmatyczne i odnoszą się jedynie do sfery stricte Podatkowej. Sytuacja uległa niejako zmianie w epoce wczesno nowożytnej. Dokumenty Wlzytacyjne nie tylko dokładnie informują nas o powinnościach wiernych względem Kościoła oraz proboszcza, ale także określają ich poziom duchowy, a także różnego rodzaju przywary oraz stosunek do luterańskich i mennonickich sąsiadów. Spośród głównych powinności podatkowych, wspominaliśmy już o obowiązkowych świadczeniach na rzecz remontów świątyni, ale to nie jedyne opłaty jakie na rzecz parafii Ponosili mieszkańcy dawnego Tiegnhagen i okolicznych wsi. W dokumencie wizytacji biskupa Teodora Potockiego z 1700 roku czytamy, iż: [...] kolędę dają wszyscy chłopi, nie Wkoci, którzy posiadają włóki, lecz również tacy, którzy mają po 10 mórg. Składa się na to Wizytacje biskupa Andrzeja Stanisława Załuskiego w 1742 roku, [w:] Z dziejów religijnych Pomezanii w XVIII w. T. 2, °prac. i wyd. M. Józefczyk, Malbork 2015, s. 359. 114 Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie półgłówek świński i jedna kiełbasa. IV wiosce Żelichowo jest dwanaście folwarków, z których każda głowa rodziny, prócz wyżej wymienionych produktów daje jeden chleb,funt świec i 15 jajek [,..]8. Osobne czynsze oraz daniny na rzecz proboszcza i parafii ponosili również chłopi, którzy dzierżawili ziemie kościelną, a tej w przypadku parafii pod wezwaniem św. Mikołaja wcale nie było tak mało. Dokument lokacyjny wspominał o 4 włókach we wsi Cyganek, a wraz z przyłączeniem do parafii Żelichowa doszły kolejne 4 włóki. Co przeliczając na język nam współczesny dawało ponad 143 ha9. Oczywiście do tego dochodziły również różnego rodzaju lokaty i kwoty wynikające z zadłużenia jakie u miejscowego proboszcza posiadała lokalna społeczność. Tylko dla roku 1749 w przypadku kościoła w Cyganku/Żelichowie było to 10 takich umów, których kwoty wahały się od 14 do ponad 800 florenów. Warto również w tym miejscu dodać, że opłaty, jakie na rzecz kościoła ponosiła lokalna społeczność, nie tylko dotyczyły sfery sacrum. Albowiem parafianie byli zobowiązani do utrzymywania znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła szkoły i nauczyciela, który oprócz edukacji zajmował się także pomocą przy świątyni. I tak we wspomnianej już wizytacji czytamy, że: [...] Jego wynagrodzenie jest obowiązkiem wszystkich parafian, to znaczy, że każdy mieszkaniec wsi płaci mu rocznie 14 groszy i dwa solidy. Zagrodnicy plącą 7 groszy i 1 solid, co czyni razem rocznie 70 florenów. W czasie kolędy otrzymuje od każdego mieszkańca wsi półgłówek świński, jednakże bez kiełbasy. Mieszkańcy wiosek Reimerswald i Netzendorf dają mu nogę świńską, również bez kiełbasy. Od dwunastu mieszkańców Żelichowa, prócz 12 głów świńskich również 12 kiełbas i od nich dwunastu również pół mendla jajek na Wielkanoc. Dodatkowo przysługuje mu opłata za śluby i chrzty, ale tylko wedle możności zainteresowanych. Za dzwonienie w czasie pogrzebu, kiedy to osobiście dzwoni, otrzymuje 6 groszy, gdy zaś dzwoni kto inny, wówczas nic mu się nie należy. Za uczestnictwo w pogrzebie dorosłego otrzymuje 30 groszy, z racji pogrzebu dziecka 20 groszy. Za nauczanie pobiera kwartalnie od każdego ucznia 22 grosze, jednakże niewielu tylko z nauczania korzysta Oczywiście relacje pomiędzy parafianami, a duchownym to nie tylko kwestie finansowe, a przede wszystkim sfera duchowa. Tutaj także bywało różnie. Po pierwsze w porównaniu ze zborami luterańskimi czy mennonickimi wydawać się może, że żuławskie parafie katolickie świeciły pustkami, a do kościoła uczęszczali ci najbardziej gorliwi w wierze, co me do końca jest prawdą. Biorąc pod uwagę wyłącznie liczbę wiernych zobligowanych do Komunii św. podczas świąt Wielkiejnocy w parafii w dawnym Tiegenhagen w roku 1647 było to 30 wiernych, w 1700 roku było to 50 osób, a więc tendencja miała charakter wzrostowy. Niestety, żadna z późniejszych wizytacji nie dostarcza nam informacji o liczbie wiernych. Te otrzymujemy dopiero wraz ze spisem sporządzonym w 1766 roku na polecenie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. I tak, na terenie parafii Tiegenhagen (dzisiejszy Cyganek) żyło 815 katolików, 1350 luteran i 1346 mennonitów Dla porównania w siedzibie dekanatu żuławskiego Zuławkach katolików było tylko 334 luteran 784, a mennonitów 459. W całym dekanacie żuławskim było 2230 katolików 4364 lu-teran i 2970 menonitów. Z powyższych danych wynika, że parafia pod wezwaniem św. 8 Wizytacje biskupa Teodora Potockiego w 1700 roku, op. cit., s. 477. 9 Dzisiaj parafia w Cyganku/Żelichowie posiada 15 ha ziemi. 10 Wizytacje biskupa Teodora Potockiego w 1700 roku, op. cit., s. 478. Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny 115 Mikołaja w Cyganku była największą z parafii w dekanacie żuławskim. Mieszkało w niej ponad 36% ogółu wszystkich katolików na tym terenie i taki sam odsetek ogólnej liczby mieszkańców dekanatu. Wraz z przejęciem Żuław w wyniku I rozbioru przez Prusy liczba wiernych początkowo nie uległa znacznej zmianie. Co widać na przykładzie danych statystycznych sporządzanych w 1818 roku dla powiatu malborskiego, w którego skład weszły również wsie wchodzące w skład parafii w Cy-ganku/Żelichowie. Łączna liczba katolików dla całego powiatu w omawianym okresie Wyniosła 13 724 osoby co w przeliczeniu Relikwie św. Mikołaja, fot. P. Potoczny na procenty stanowiło 34,88% ogółu spo- łeczności. W 1897 roku w parafiach żuławskich naliczono 8119 osób identyfikujących się z wyznaniem katolickim, co stanowiło, jak podkreśla Jan Wiśniewski, znaczący wzrost w porównaniu z poprzednimi latami. Wpływ na to miało niewątpliwie erygowanie nowego kościoła katolickiego w Nowym Dworze Gdańskim. W przypadku parafii w Cyganku Wydarzenie to jednakże musiało mieć skutek negatywny, albowiem zmniejszyła się liczba wiernych, którzy mogli uczęszczać do kościoła. W 1855 roku w samym Nowym Dworze Gdańskim miało żyć 531 katolików. NOWY POCZĄTEK - GREKOKATOLICY Wlipcu 1947 roku na Żuławy przybyło 115 greckokatolickich rodzin, deportowanych z wiosek z południowo-wschodniej Rzeczypospolitej. Były to miejscowości: Uchrynów, Kornie, Mosty i Tenetyska. Rozsiedlono ich w: Ostaszewie (Gniazdowie, Nowej Cerkwi, Palczewie, Jezierniku) - 36 rodzin, Marzęcinie - 32 rodziny, Jantarze - 11 rodzin Prze-^ysławiu - 10 rodzin, Stegnie i Stegience - 9 rodzin, Głobicy - 5 rodzin, Sztutowie - 2 r°dziny, Bronowie - 4 rodziny. Część z tych rodzin w 1958 roku powróciła na rodowite ziemie. W 1947 roku przy Kościele Ewangelickim w Nowym Dworze Gdańskim powstało prawosławne duszpasterstwo. Ks. Zając (rzymskokatolicki dziekan w Nowym Dworze Gd.) sDrając się odciągnąć wiernych Kościoła Greckokatolickiego od prawosławia, zwrócił się ojców Bazylianów w Warszawie z prośbą o wyznaczenie duszpasterza dla grekokatolików w powiecie nowodworskim. Ojciec P. Puszkarski (ówczesny przeor ojców Bazylia-nów) zaproponował osobę ks. Mitrata Bazylego Hrynyka, który w tym czasie przebywał W rzymskokatolickiej parafii w Wiercinach koło Elbląga11. 7 kwietnia 1948 roku w święto Zwiastowania w nowodworskim kościele rzymskokatolickim ks. Mitrat Bazyli Hrynyk odprawił pierwszą greckokatolicką mszę. Obecnych — _________ t Hałagida, „Szpieg Watykanu", Kapłan Greckokatolicki ks. Bazyli Hrynyk (1896-1977), s. 63. 116 Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie było tylko 17 rodzin. „Wsamo święto Zwiastowania Pańskiego, w parafialnym kościele w No-wym Dworze [Gdańskim] odprawiłem pierwszą od roku śpiewaną Mszę Świętą - wspominał kapłan po latach. - na pierwszej naszej Służbie Bożej ludzi nie przyszło dużo, bo nie wszyscy grekokatolicy byli powiadomieni o czasie i miejscu. Lecz były też jeszcze inne przyczyny, które wpłynęły na słabąfrekwencję (...)”12. Greckokatolickie nabożeństwa odprawiano w tym kościele nieregularnie do 1952 roku. Z przyczyny nieprzychylności miejscowych władz ks. Mitrat Bazyli Hrynyk został zmuszony do mówienia kazań w języku polskim. Wiosną 1952 roku ks. Hrynyk porzucił birytualizm i pracę w rzymsko-katolickim obrządku. Przeniósł się do Cyganka, gdzie 14 marca 1952 roku odprawił pierwszą Boską Liturgię św. Jana Chryzostoma w miejscowej świątyni p.w. św. Mikołaja. 20 kwietnia 1954 roku został aresztowany pod zarzutami ukrywania partyzantów, przebywał w więzieniu 2 lata i 4 miesiące. W czasie jego nieobecności władze komunistyczne zamknęły świątynię, a na plebanii zakwaterowały rodziny pochodzenia romskiego. Po powrocie księdza z więzienia trzeba było wystąpić do sądu o oddanie plebanii dla parafii. Ostatecznie dom podzielono, zostawiając w jego drugiej części jedną rodzinę. W 1961 roku ks. Mitrat Bazyli Hrynyk ściągnął ze Związku Radzieckiego swoją siostrę. Na plebanii wraz z księdzem proboszczem i jego siostrą, zamieszkały siostry józefit-ki. W 1962 roku przeprowadzono niewielkie remonty świątyni. Przebywając w Cyganku, jeździł z posługą duszpasterską wszędzie tam, gdzie byli rozproszeni wierni Kościoła Greckokatolickiego - na Łemkowszczyznę, do Bytowa, Kwasowa (teraz Sławno) oraz Szczecinka. W 1957 roku zaczął odprawiać mszę w Gdańsku, gdzie dojeżdżał motocyklem. W czasie wakacji ks. Hrynyk w kościołach w Stegnie, Marzęcinie i Ostaszewie nauczał dzieci religii, historii biblijnych, liturgiki i śpiewu cerkiewnego. 16 lipca 1968 na parafię przyszedł ks. Michał Werhun, a ks. Mitrat Bazyli Hrynyk został przeniesiony do parafii w Przemyślu, gdzie 31 maja 1977 roku zmarł. W tych latach z cerkwi w Cyganku korzystali również miejscowi wierni Kościoła Rzymskokatolickiego, którzy notarialnie przepisali świątynię i plebanię na swoją własność. Jednak poprzez długoletnie użytkowanie świątyni przez wiernych grekokatolików w 2002 roku świątynia wraz z terenem wokół przeszła na własność Parafii Greckokatolickiej p.w. św. Mikołaja. 11 czerwca 1978 roku w cerkwi w Cyganku wybuchł pożar. Zniszczeniu uległa część więźby dachowej korpusu i dach zakrystii. Szybka interwencja i duża ofiarność parafian pozwoliła na sprawne i szybkie naprawienie szkód wywołanych pożarem Zniszczenia naprawiono w 1978 r." Ksiądz Michał Werhun zakończył swoją pracę duszpasterską na parafii Cyganek 12 lipca 1981 roku i przeniósł się do Przemyśla, gdzie zmarł 3 listopada 1982 r. r Nowym proboszczem parafii w 1981 r. został ks. Michał Bundz, który przebywał w Cyganku prawie 10 lat. We wrześniu 1982 roku założono Kartę ewidencyjną kościoła p.w-św. Mikołaja, której autorką jest arch. Joanna Labenz. W rubryce 19 - Stan zachowania - pisze: Stan zachowania kościoła ogólnie zły. Ściano F 5 /• ^any zewnętrzne zniszczone. Przypora 12 Tamże, s. 66. 13 Karta ewidencyjna kościoła p.w. św. Mikołaja w Tujcach-Cyganku (obecnie 711 \ * Vk'k- a k d r ^yg^nek-Zelichowo), Pomorski Wojewódzki Konserwator Zabytków, Archiwum Parafii. ' Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny 117 południowej stronie elewacji wschodniej zawaliła się. Na szczycie (elewacja wschodnia) widoczne spękania. Filarki na stopniach szczytu, zwłaszcza po jego południowej stronie -w złym stanie. Dach przecieka. Deskowany strop z polichromią uszkodzony przez wilgoć. Kościół nie posiada ogrzewania14 Ks. Michał Bundz przeprowadził konieczne remonty odbudowując przyporę, konserwacji zostały poddane także dwa boczne, poza tym postawił ikonostas. W 1985 roku zaczął kontynuowaną po dziś dzień „MAŁĄ SAREPTĘ”, spotkania młodzieży greckokatolickiej. Dzisiaj na spotkania przyjeżdżają całe rodziny. W 1990 roku do parafii w Cyganku przybyli księża z zakonu studytów - Chieromnich Nykodym Steciura, Chieromnich Jakub Madzelan oraz brat Miron Spolski. 7 łipca tego roku zmarł - Chieromnich Nikodem Steciura, który znalazł miejsce wiecznego spoczynku obok kościoła z jego w południowej strony. W 1993 roku pracę duszpasterską na parafii rozpoczął ks. Bohdan Drozd, który dojeżdżał z Gdańska. Do roku 1996, gdy w Polsce nastąpiła zmiana administracyjnej struktury Kościoła Greckokatolickiego, kapłan z parafii w Cyganku obsługiwał także parafię w Gdańsku. W 1996 roku utworzono Archidiecezję Przemysko-Warszawską oraz Diecezję Wrocławsko-Gdańską. Granicę między diecezjami stanowi rzeka Wisła. Od 1995 do 2000 roku na parafii pracował ks. Rościslaw Prociuk - duszpasterz z Ukra-my. W dniu święta Przemienienia Pańskiego 2000 roku swoją pracę duszpasterską w Cyganku rozpoczął ks. Jan Mariak. Od 27 lutego 2014 roku dekretem Arcybiskupa Jana Martyniaka, Metropolity Przemysko-Warszawskiego administratorem, a od 1 lipca tegoż roku proboszczem w parafii został ks. Paweł Potoczny. W ciągu ponad 60 lat w parafii zaszły znaczne zmiany - zmniejszyła się liczba wier-nych w miejscowościach Marzęcino i Ostaszewo. Natomiast zwiększyła się ilość parafian w nadmorskich miejscowościach, takich jak Stegna czy Jantar. Wiele rodzin wyjechało z parafii do większych miast, chociażby do Gdańska. Z parafii Cyganek wywodzi się wielu ludzi wybitnych i zasłużonych dla środowiska ukraińskiego oraz Cerkwi Greckokatolickiej, niektórzy z nich żyją za granicą. Z tejże parafii pochodzi pięciu księży greckokatolickich: ks. Bohdan Stepan, ks. Andrzej Werbowy (Kanada), ks. Grzegorz Nazar, ks. Jarosław Storoniak, ks. Roman Storoniak. Parafia Greckokatolicka p.w. św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie na dzień dzisiejszy obejmuje swoim zasięgiem miasto i gminę Nowy Dwór Gdański, miasto i gminę Krynica Morska, gminę Ostaszewo, gminę Stegna i Sztutowo. Do parafii należy około 200 osób (nie wliczając ok. 100 osób należących do obrządku rzymsko-katolickiego z małżeństw mieszanych). Z ostatnio przeprowadzanego liczenia wiernych dla Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że liczba uczęszczających na nabożeństwa utrzymuje się na zrównoważonym poziomie. W 2014 roku liczba obecnych na niedzielnej Boskiej Liturgii wyniosła 96, w 2015 - 100, w 2016 - 91 osób. Natomiast gdy chodzi o przystępowa-nie do Komunii Świętej, liczby układają się w następujący sposób: 2014 - 49, 2015 - 56, 2016 - 33 osoby. Wnioski, które już można wyciągnąć są takie, że potrzebna jest nieustan-na praca nad życiem duchowym. tamże, 19 rubryka. 118 Parafia św. Mikołaja w Cyganku/Żelichowie WIARA I ŚWIĄTYNIA Życie duchowe wiernych w Cyganku-Żelichowie trwa i rozwija się od kilku stuleci. Należy zauważyć, że w każdym czasie uwarunkowane ono jest tym, jak wygląda świątynia. A świątynia wygląda tak, jak mocno zaangażowani są w jej funkcjonowanie wierni wraz z jej duszpasterzem. Wielkie zmiany, remonty, odnowienia świątyni w Cyganku miały miejsce za czasów ks. Jana Chryzostoma Mockiego w pierwszej połowie XVIII wieku. Niewielkie naprawy remonty były robione na początku XX wieku. Jednak w ostatnim czasie niewielkie poprawki w architekturę budynku już nie wystarczały. Z przeprowadzonych badań mykologicznych oraz technicznych budynku wynikało, że jest on w stanie ruiny i grozi zawaleniem.15 Zaciekający dach, bardzo duże zawilgocenie ścian i części drewnianych ścian powodowały degradację konstrukcji nośnych. Po roku 2002, gdy budynek Kościoła przeszedł na własność parafii greckokatolickiej, rozpoczęto starania nad pozyskiwaniem srodkow finansowych na remont kościoła. Należy zaznaczyć, że parafia greckokatolicka jest jedną z najmniejszych parafii na terenie Żuław wśród parafii katolickich pod względem liczebnym. W porównaniu do stanu z XVIII wieku dzisiejsza parafia terytorialnie jest o wiele większa, ale liczebnie bardzo zmalała. Także jeżeli chodzi o dobra kościelne. W XVIII w do parafii w Cyganku należało 143 ha ziemi, a dzisiaj jest to zaledwie 15 ha. Zmienił się także sposób wnoszenia opłat, dawniej były one obowiązkowe, a dzisiaj z założenia jest to dobrowolność datków. W 2007 roku otrzymano pierwsze środki finansowe, a w 2008 rozpoczęto prace na więźbą dachową. W następnych latach parafia otrzymała środki na osuszenie i wzmocnienie fundamentów wokół świątyni. W 2010 roku założono wewnątrz świątyni tynki renowacyjne dla osuszenia ścian. W 2015 roku przeprowadzono jeden z najważniejszych remontów kościoła p.w. św. Mikołaja w Cyganku, remont ścian ryglowych nawy z wymianą stolarki okiennej w części ryglowej. W czasie prac okazało się, że jest to remont ratunkowy, gdyż wiele elementów drewnianych było zdegradowanych w 100%. Parafianie z własnych kosztów pokryli wymianę instalacji elektrycznej oraz założenie systemów przeciwpożarowego i antywłamaniowego. Także w tym czasie przeprowadzono remont ściany wschodniej podstawy wieży. W 2016 roku dokończono wymianę stolarki okiennej “ Zob. Obliczenia statyczne dla oceny stanu zachowania ryglowej części kościoła p.w. św. Mikołaja w Cyganku Żelichowie, Wnioski pkt. 3 „Wielkość przekroczeń stanów granicznych nośności slupów (około 3 krotnie) świadczy jednak o awaryjnym stanie konstrukcji nośnej wymagającej bardzo pilnego remontu.” Parafianie kościoła w Cyganku w 2014, fot. S. Zych Łukasz Kępski, ks. Paweł Potoczny 119 w prezbiterium i podstawie wieży oraz remont ściany północnej podstawy wieży wraz z przyporami. Plany remontowe na najbliższy czas to dokończenie prac przy ścianie południowej wieży wraz z przyporami oraz odbudowa drewnianej wieży rozebranej w 1945 roku. Pracom konserwatorskim należy poddać także całe zabytkowe wyposażenie kościoła (ławki, deskowanie sufitu, ołtarz główny, chór, organy, ambona, posadzka). Do 2016 roku na remont już przeznaczono ok. 2 min złotych. Wsparcie finansowe otrzymywaliśmy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego, Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Urzędu Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański. Równolegle z pracami remontowymi, podążają prace nad życiem duchownym wiernych parafii. Nabożeństwa w kościele św. Mikołaja odprawiane są każdego dnia, zgodnie z tygodniowym grafikiem. W parafii odbywają się rekolekcje wielkopostne oraz dni skupienia przed Bożym Narodzeniem. W każdą niedzielę sprawowana jest Boska Liturgia św. Jana Chryzostoma o godz. 10.00, a w okresie letnim o godz. 7.30 i 10.00. Wielkim wsparciem w poprawianiu jakości życia duchowego od 2016 roku są święci, których relikwie sprowadzono do parafii. Relikwie św. męczennika Jozafata Kuncewicza, Arcybiskupa Połockiego °raz błogosławionego męczennika Jozafata Kocyłowskiego - Biskupa Przemyskiego. Jednak największym duchowym wydarzeniem, oraz zwieńczeniem życia duchowego wielu pokoleń wiernych kościoła katolickiego od początku budowy świątyni pod wezwaniem św. Mikołaja, będzie przybycie relikwii patrona świątyni św. Mikołaja na prośbę obecnego proboszcza greckokatolickiego ks. Pawła Potocznego do Patriarchy Kościoła Greckokatolickiego Jego Świątobliwości Światosława z dnia 21 grudnia 2015 roku. Wtedy ks. Paweł Potoczny pisał: Wasza Świątobliwość, moim marzeniem i wielkim pragnieniem jest, jak duszpasterza w tej wspólnocie, która modli się w tej starodawnej świątyni, która swoimi początkami sięga XIV wieku i od zawsze poświęcona jest św. Mikołajowi, aby w tym miej-scu były także relikwie Patrona Świątyni św. Mikołaja. Dlatego zwracam się z wielką prośbą 0 pomoc w sprowadzeniu relikwii św. Mikołaja z Mirry Likijskiej, które spoczywają w Bari w Italii do naszej parafii16. 19 sierpnia 2016 r. w Jarosławiu podczas uroczystości 20-lecia koronacji Ikony Matki Bożej „Bramy Miłosierdzia ”, Patriarcha Światosław przekazał na r?ce proboszcza ks. Pawła Potocznego oraz przedstawicielki parafian p. Olgi Werbowskiej upragnione relikwie św. Mikołaja. Uroczyste wprowadzenie ich odbyło się 17 grudnia ^016 roku w przeddzień odpustu parafialnego. Także do świątyni wprowadzono ikonę świętego Mikołaja z XVIII wieku podarowaną przez p. Małgorzatę Dawidiuk z Przemyśla. XlV-wieczna świątynia św. Mikołaja w Cyganku jest dziedzictwem wielu pokoleń ^dzi, pod względem kulturowym, jej wyposażenia, sztuki oraz architektury. Jednak to dzięki żywej wierze obecnych ludzi w tej świątyni, nabiera ona szczególnego znaczenia, iylko w ścisłej jedności między tym co materialne, a tym co duchowe, możemy oglądać najpiękniejszy obraz, którym jawi nam się dzisiaj świątynia p.w. św. Mikołaja w Cygan- 6 Zob. IAst do Patriarchy Światosława z dnta 21 grudnia 2015 roku, w. XponiKa Fp.KaT. ĄyinnacTnpcTBO XeAixoBO-I ImaHOK, T- IV, 24.02.1980, uacTHHa 4. 120 Ruiny śluzy w Marzęcinie - Żuławska zagadka Wiesław Olszewski RUINY ŚLUZY W MARZĘCINIE -ŻUŁAWSKA ZAGADKA Żuławy Wiślane to ziemia szczególna: „Jeżeli Wenecja jest miastem na wodzie - to można by tu o Żuławach powiedzieć, że Żuławy są krajem na wodzie... jest to kraina o odrębnej zupełnie naturze i fizjognomii... Żuławy są tylko sztuką wodom wydarte”1; pisał Wincenty Pol, pierwszy piewca tej ziemi. Melchior Wańkowicz nazwał Żuławy „lądem wyłonionym”, „ziemią obojnacką”, która ma dwa oblicza: lądowe i wodne!2. Delta Wisły ma dwa główne etapy swego powstawania - pierwotny, naturalny, będący wyłącznie dziełem natury i drugi, gdy do współpracy z przyrodą intensywnie włączył się człowiek. Granicą czasową jest koniec XIII wieku. W kolejnym wieku powstają już pierwsze akty prawne regulujące ten proceder2. Wtedy także człowiek zaczął zbroić się w urządzenia techniczne ułatwiające mu pracę. Rozwój techniki i poziomu cywilizacyjnego sprawiał, że mniej wydajne, prymitywniejsze urządzenia zastępowano doskonalszymi - te niepotrzebne znikały zupełnie, na przykład 1 W. Pol, Na Lodach. Na Wodach. Na Groblach, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1989. 2 Patrz PRO WINCJA Nr 1 (11) 2013, s. 88. 3 Patrz PROWINCJA Nr 4 (22) 2015, s. 102. Wiesław Olszewski 121 z nietrwałego drewna budowane wiatraki; po innych pozostały tylko zrujnowane resztki - tak jak po pompach czy to parowych, czy tych napędzanych silnikami diesla. Podobny los spotkał także licznie występujące na Żuławach śluzy wodne, niezbędne do utrzymania żeglowności rzek i kanałów. Dotyczy to również tych XIX-wiecznych, potężnych architektonicznych konstrukcji budowanych z betonu i czerwonej cegły. Część z nich pełni swą funkcję nadal, jak te na Nogacie, w Gdańskiej Głowie, czy Przegalinie. Po innych, nieużywanych, pozostały już tylko mało widoczne resztki, między innymi po śluzach otwierających i zamykających dawny Kanał Wiślano-Zalewowy. Pozostały także ruiny ogromnej ceglano-betonowej śluzy w Marzęcinie, nieczynne, dziś stojące na lądzie, o wyjątkowej, odmiennej od innych konstrukcji. Śluzę zbudowano w 1884 roku (przypomina o tym żeliwna tablica wisząca do dzisiaj) jako element dużej inwestycji zabezpieczającej tę część Żuław przed powodziami, ale również poprawiającej warunki żeglugi na Kanale Panieńskim i jego dopływach. Stworzenie stopnia wodnego umożliwiło również obniżenie poziomu wody w kanałach, a więc i na przyległych terenach, co miało ogromne znaczenie dla gospodarki rolnej na tym obszarze. Śluzę zbudowano w miejscu gdzie wówczas Kanał Panieński wpadał do Żalewu Wiślanego, dokładnie tam, gdzie wówczas kończyły się Żuławy. Wcześniej poziom wody w Kanale i jego odnodze Kanale Różewo był zależny od ^ahań wody w Zalewie. Aby uniknąć zalewania przyległych gruntów podczas spiętrzeń wody, Kanał Panieński był potężnie obwałowany aż do Rakowego Pola, a Kanał Różewo od swego początku przy tak zwanej Złotej Górze. W następnych latach przesunięto wał ochrony w głąb Zalewu, w 1943 r. wybudowano przepompownię w Osłonce i powstał kolejny polder. Osuszono tzw. Zakątek Stobieński, powstał nowy ląd. Śluza znalazła się daleko od brzegu, trasę kanału poprowadzono obok, a ona stała się niepotrzebna. Jak wspomniano budowla ma nietypową formę, inną niż pozostałe tego typu urządzenia. Oprócz konwencjonalnej części - komory śluzy z wrotami w głowach północnej (od strony Zalewu) i południowej (od strony Kanału) - znajduje się tu dodatkowe przejście dla wody. Od strony północnej, obok siebie, są dwie pary wrót. Jedne to wrota komory śluzy, drugie łączą Zalew Wiślany z Kanałem Panieńskim bezpośrednio. Jakie było ich przeznaczenie? Nie zagłębiając się zbytnio w tematykę uważano, że są to wrota przeciwsztormowe, ubezpieczające zlewnię Kanału Panieńskiego przed wysoką, sztormową falą na Zalewie, ^k postrzegał to również Kazimierz Cebulak, znawca tej tematyki: „Tuż przy drodze, P° jej prawej stronie, widoczne są ruiny śluzy wałowej, która była zaopatrzona we wrota Przeciwsztormowe. Owe wrota same się zamykały w czasie sztormów z północy, uniemożliwiając wtargnięcie wody do sieci melioracyjnej na południu ”.4 Taka teza była powszechną choć budziła wątpliwości bardziej dociekliwych badaczy, lakie rozwiązanie techniczne nie występuje w żadnym innym miejscu mimo, że śluzy w Gdańskiej Głowie czy Białej Górze są wyposażone we wrota przeciwsztormowe. Są tarn one jednak umieszczone w głowach śluz, przed wrotami komór - nigdzie obok, tak K. Cebulak, Delta Wisły, powyżej i poniżej poziomu morza, Nowy Dwór Gdański 2010. 122 Ruiny śluzy w Marzęcinie - Żuławska zagadka jak w Marzęcinie. Byłoby to wyjście nieracjonalne, nieekonomiczne ale i pozbawione logiki. Po co zatem te dodatkowe wrota wybudowano obok śluzy? Dyskusja na ten temat rozgorzała kilka lat temu również na forum internetowym Dawny Gdańsk5. Pojawiły wypowiedzi wielu pasjonatów tematu. Przedstawiono liczne, bardziej lub mniej realne, bardziej lub mniej fantastyczne wizje wyjaśnienia zagadki. Po prawie pięciu latach dyskusji internauta podpisujący się KRZYSZTOF przedstawił swoją wersję: „Do 1884 r. w Marzęcinie (jungfer) na Kanale Panieńskim (Jungfersche Lachę) nie było przegrody i poziom wody w nim i jego odnodze Kanale Różewo (Furstenauer Lachę) był zależny od wahań wody w Zalewie Wiślanym (Fri-sches Haff). Aby uniknąć zalewania przyległych gruntów podczas spiętrzeń wody w Zalewie, Kanał Panieński był obwałowany aż do Rakowego Pola (Krebsfelde), a Kanał Różewo, dodatkowo był odcięty groblą od swoich dopływów przed Kmie-cinem (Furstenau). Odprowadzanie wody z tych kanałów zapewniały wiatraki przepompowujące ją za groblę. Na mapie z 1807 r. zaznaczone są tam 3 wiatraki. Wyraźnie jest też zaznaczone (linia ciągła) obustronne obwałowanie omawianego akwenu. Spiętrzenie wody na zlewie powstawać mogło na skutek północno-zachodnich wiatrów. Większe spiętrzenia, a co za tym idzie, większe zagrożenie powodowały jednak, wiosenne spływy wiślanej fali powodziowej. W tamtych latach dwie trzecie tej fali spływały Nogatem. W okresie tego spływu Zalew był, przeważnie, jeszcze skuty lodem. Woda i kry niesione tą falą powodziową rozlewały się na lud Zalewu, przymarzały i tworzyły 5 http://www.forum.dawnygdansk.pl/viewtopic.php?t=712&postdays=08cpostorder=asc&start=60&sid=8al5cl2389f02 08fc5bbc48c9feed323 Wiesław Olszewski 123 rosnący i cofający się zator. Dla obniżenia fali powodziowej na Nogacie, ok. 18 km powyżej ujścia był wykonany „Przelew Malborski” (Marienburger Uberfall). Opodal wsi Ząbrowo (Sommerau) w miejscu, gdzie obwałowanie Starego Nogatu (Stubasche Lachę) i Nogatu rozchodzą się, była wykonana w lewobrzeżnym wale Nogatu przerwa, lub tylko jego obniżenie. Do pewnej wysokości wody nurt płynął dalej korytem Nogatu, jednak po osiągnięciu niebezpiecznie wysokiego poziomu część wody wlewała się na teren pomiędzy lewobrzeżnym wałem Starego Nogatu, a Nogat. Już po 7 km, przy Rakowym Polu szerokość tego koryta osiągała 3 km, a na granicy Zalewu dużo więcej. Do dziś to „międzynogacie” jest słabiej zaludnione. Podejrzewam, że przy wysokich wodach prawobrzeżne Marzęcino od wschodu było zalewane przez falę powodziową Nogatu, a od zachodu przez cofkę na Kanale Panieńskim. Aby ustrzec Marzęcino i resztę zlewni Kanału Panieńskiego przed skutkami tych wysokich wód wykonano w 1884 r., nowy system zabezpieczający ten teren. Od ujścia Starej Pugi (Mullerland Kanał) koło Stobca (Stobbendorf), wzdłuż brzegu Zalewu, do Marzęcina wykonano, bądź znacząco podwyższono wał. W Marzęcinie wykonano śluzę z dodatkowym przejściem zaopatrzonym w samoczynne wrota (bez urządzeń do ich otwierania, zamykania). Usypano nowy wał (Grosser Damm) po wschodniej stronie Kanału Panieńskiego, od Marzęcina, na południe, do lewobrzeżnego wału przeciwpowodziowego Starego Nogatu, odsuwając w ten sposób fale powodziowe od Marzęcina. Dla umożliwienia wpłynięcia na kanały (rowy), na zachód od Marzęcina, nie mające połączenia z Kanałem Panieńskim, wykonano małą śluzę w wale oddzielającym ten teren od Zalewu. Wykonanie tych prac chroniło zlewnię Kanału Panieńskiego przed wtargnięciem wysokiej wody, ale stworzyło też możliwość obniżenia poziomu wody w kanale. Nie znala-zlem, na razie, dowodów istnienia tego obniżenia, ale nie wyobrażam sobie, aby nie wykorzystano tej możliwości. Obniżanie poziomów wody na Żuławach było uzasadnione 1 praktykowane od dawna. Jak pożądane ono było może świadczyć to, że po 58 latach, w 1942 r. zdecydowano się wydać spore pieniądze na wykonanie nowych wałów, ok. 3 km na północ od Marzęcina i wybudować w Osłonce, na Kanale Panieńskim przepompow-nię, która obniża poziom wody w Kanale o ok. 3 m. Tak duże obniżenie umożliwiają wydajne, napędzane silnikami elektrycznymi, pompy. Nie wiem o ile poziom wody można było obniżyć pod koniec XIX w ale szacuję, to na kilkadziesiąt centymetrów. Jeśli moje rozumowanie jest prawidłowe, to wrota samoczynne nie były wrotami »Przeciwsztormowymi” mającymi zamknąć się w czasie podnoszenia się poziomu wody w Zalewie. One były stale zamknięte, przy normalnych (około zera) stanach wody, a na-wct przy niskich wodach w Zalewie. To, po co, w ogóle, je zainstalowano, skoro nie brak urządzeń do ich otwierania, ale sta-napór wody od strony Zalewu uniemożliwiał ich otwarcie? Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ich nie ma. Zimą woda na Zalewie, na Kanale Panieńskim i w śluzie zamarza. Grubość lodu osiąga kilkadziesiąt centymetrów, może nawet pół metra. Przychodzi wiosna na południu Polski; rusza fala powodziowa na Wiśle; tworzą się zatory; również na Nogacie; woda piętrzy się. Taki scenariusz był znany w tym rejonie. W1888 r. taki zator poniżej Malborka spowodował przerwanie wałów Nogatu po jego wschodniej stronie i gigantyczną 124 Ruiny śluzy w Marzęcinie - Żuławska zagadka powódź. Dla Marzęcina i innych terenów po stronie zachodniej Nogatu był to szczęśliwy traf; że woda wylała się na wschodnią stronę. Było jednak ryzyko przerwanie wałów zachodnich. Jeśli by powódź wtargnęła do zlewni Kanału Panieńskiego unieruchomione w lodzie, górne wrota śluzy, nie przystosowane do naporu wody od tej strony, uniemożliwiałyby spływ wód powodziowych do Zalewu (dolne wrota znalazłyby się pod wodą). Napór wody mógłby sam wyłamać te wrota, ale stalowe rygle służące do ich otwierania i zamykania poprzez mechanizmy je poruszające mogłyby rozerwać całą główkę śluzy. Aby przygotować śluzę na taką ewentualność zainstalowano dodatkowe wrota w wyższej główce, ustawione odwrotnie niż wszystkie pozostałe. Przystosowane one były do naporu wody od strony Żuław i miały uniemożliwić napór wody powodziowej na wrota służące do śluzowania. Obok śluzy wykonano dodatkowe przejście dla wód powodziowych zaopatrzone we wrota samoczynne, otwierające się przy naporze wody od strony Żuław. W przypadku zalodzenia mogącego utrudnić ich otwarcie wystarczyłoby rozkucie lodu przy nich od strony zalewu (mogło należeć to, do obowiązków śluzowego w przypadku zagrożenia powodzą). Nie wykluczam takiej konstrukcji tych wrót, która umożliwiała by ich wyłamanie sięprzynaporzepowodzi, wprzypadku gdyby rozkucie lodu przy nich było niemożliwe. Ponieważ ze sztormami te wrota nie miały nic wspólnego nazwa ich mogłaby brzmieć: wrota powodziowe.” Wydaje się, że w ten sposób jedna z żuławskich zagadek doczekała się rozwiązania! Zamek w Sztumie - w poszukiwaniu nowej funkcji NAJNOWSZA HISTORIA ZAGOSPODAROWANIA ZAMKU W SZUMIE 1991 Grudzień. Spotkanie władz miasta z przedstawicielami Polsko-Amerykańskiego Klubu Biznesu, na którym padła zapowiedź utworzenia spółki z kapitałem zagranicznym, której celem miało być zagospodarowanie kompleksu zamkowego na działalność hotelowo-gastronomiczną. 1992 18 stycznia zapada uchwała Rady Miasta i Gminy w sprawie przystąpienia do spółki z kapitałem zagranicznym, której celem miało być zagospodarowanie Wzgórza Zamkowego z przeznaczeniem na hotel i restaurację. 3 czerwca w formie aktu notarialnego została zawarta umowa spółki z o.o. pod nazwą »Zamek Sztumski”. 19 października postanowieniem Sądu Rejonowego w Elblągu spółka została wpisana do rejestru handlowego. 1996 1 marca - uchwałą Zgromadzenia Wspólników spółki „Zamek Sztumski” postanowiono rozwiązać spółkę z powodu niewywiązania się wspólnika ze zobowiązań nmowy dotyczących podwyższenia kapitału. 6 maja firma Kapitał-Bezpieczeństwo-Serwis w Sztumie wystąpiła z propozycją zagospodarowania budynków Wzgórza Zamkowego położonych na działce nr 627/1 na hotel z około 40 miejscach noclegowych. Zarząd Miasta i Gminy Uchwałą wytypował do wydzierżawienia w drodze przetargu nieograniczonego nieruchomość zabudowaną m.in. z tzw. willą i częścią skrzydła północnego zamku. 1997 18 grudnia Zarząd Miasta i Gminy zaprosił do składania ofert na wydzierżawienie 1 adaptację części nieruchomości położonej na działce nr 627/1 o pow. 3000 m2, zabudowanej budynkiem wilii i częścią budynku skrzydła północnego zamku o pow. użytkowej 300 m2. Przetarg zakończył się wynikiem negatywnym. 1998 Gchwałą z 6 czerwca Rada Miejska zdecydowała wytypowa do wydzierżawienia w drodze przetargu nieograniczonego nieruchomość składającą się z działki 627/1 z willą, skrzydłem wschodnim i północnym oraz dziedzińcem na okres do 30 lat z przeznacze-n>em na bazę hotelowo-gastronomiczną. Narząd Miasta i Gminy Sztum na dzień 9 lipca ogłosił przetarg ofertowy. Oferty zostały złożone przez: Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe „Mierzeja” z Krynicy Morskiej 1 KBS - Kapitał-Bezpieczeństwo-Serwis. Wybrano firmę KBS. 126 Najnowsza historia zagospodarowania zamku w Szumie 1999 29 grudnia podpisano przedwstępną umowę dzierżawy z firmą KBS, zobowiązującą do podpisania w terminie do 6 miesięcy umowy dzierżawy na czas oznaczony na 30 lat. 2000 W związku z przedstawionymi przez KBS propozycjami wykreślenia z umowy istotnych warunków zabezpieczających interes Gminy w przypadku niewykonania przez dzierżawcę zobowiązań wynikających z umowy do podpisania głównej umowy nie doszło. Zwrócono firmie kwotę 20 000 zł z odsetkami, wpłaconą tytułem zabezpieczenia należytego wykonania postanowień zawartych w przedwstępnej umowie dzierżawy W pi- śmie z 8 września prezes zarządu firmy KBS w Sztumie złożył propozycję kupna nieruchomości Wzgórza Zamkowego. 2001 10 lutego Rada Miejska w Sztumie podejmuje uchwałę w sprawie zbycia lub oddania w posiadanie zależne nieruchomości. Wojewódzki Konserwator Zabytków w Gdańsku w piśmie z dnia 19 kwietnia wyraził zgodę jedynie na wydzierżawienie części nieruchomości Wzgórza Zamkowego. 31 maja ukazało się ogłoszenie o pisemnym przetargu nieograniczonym ofertowym na sprzedaż lub dzierżawę na okres do 30 lat z przeznaczeniem na bazę hotelowo-gastronomiczną. Na dwa kolejne przetargi nie wpłynęły żadne oferty Zarząd Miasta i Gminy Sztum, zarządzeniem z 6 września, postanawia o sprzedaży lub wydzierżawieniu na 30 lat Wzgórza Zamkowego przeznaczeniem na bazę hotelowo-ga' stronomiczną w drodze rokowań. Nikt nie złożył oferty. 2002 W wyremontowanym skrzydle zamku, oprócz Międzynarodowego Centrum Wymiany Młodzieży, zaczęło funkcjonować Sztumskie Centrum Kultury, jako administrator obiektu. 2007 Opracowano Studium Urbanistyczno Historyczne. Rada Miejska uchwałą wyraziła aprobatę dla inicjatywy zmierzającej do zagospodarowania Wzgórza Zamkowego na Centrum Hotelowo-Gastronomiczno-Konferencyjne i poparła działania mające na celu pozyskanie do tego prywatnego inwestora. 14 grudnia - wyjazdowa sesja Rady Miejskiej w zamku w Rynie z udziałem właścicieli tamtejszego obiektu potencjalnie zainteresowanych zagospodarowaniem sztumskiego Wzgórza Zamkowego. 2008 Uchwałą z 31 stycznia Rada Miejska wyraziła zgodę na sprzedaż nieruchomości z prze-znaczeniem na Centrum Hotelowo-Konferencyjne. 5 lipca Rada Miejska podjęła kolejną uchwałę w sprawie sprzedaży lub oddania w użytkowanie wieczyste nieruchomości Wzgórza Zamkowego z przeznaczeniem na Centrum Najnowsza historia zagospodarowania zamku w Szumie 127 Hotelowo-Konferencyjne. Kolejne trzy przetargi zakończyły się wynikiem negatywnym (brak ofert). 2015 Gmina Sztum zawarła umowę z Instytutem Partnerstwa Publiczno-Prywatnego z Poznania. Przedmiotem umowy było doradztwo finansowo-ekonomiczne oraz prawne przy realizacji przedsięwzięcia pn.: „Zagospodarowanie Wzgórza Zamkowego w Sztumie”. Konsultacje rynkowe zostały skierowane do 64 potencjalnych partnerów prywatnych z branży: hotelarskiej, w tym hotele w obiektach zabytkowych, SPA i odnowy biologicznej, budowlanej oraz lokalnego przedsiębiorcy z branży finansowo-ubez-pieczeniowej KBS, która nie odpowiedziała na zaproszenie do złożenia ankiety. We wrześniu firma ITAL- POL Sp. z o. o. z Lęborka złożyła propozycje zawarcia umowy dzierżawy z możliwością późniejszego nabycia zespołu obiektów Wzgórza Zamkowego w Sztumie. Podpisano umowę dzierżawy wstępnie na okres do trzech miesięcy zgodnie z ustawowymi kompetencjami organu wykonawczego Gminy Sztum. Nie została przedłużona. Oprać. J. Ryszkowski Wejście na zamek od strony miasta,fot. W.Bielecki 128 Zielone światło dla zamku Leszek Tabor ZIELONE ŚWIATŁO DLA ZAMKU Przed kilkoma laty, zaproszony przez redakcję „Prowincji”, napisałem szkic o rewitalizacji centrum Sztumu. Przypomnę tylko, że aby zdobyć na ten cel pieniądze unijne, zadanie to powiązaliśmy z produktem turystycznym, który w strategii województwa pomorskiego miał znaczenie rangi europejskiej - podniesienie atrakcyjności turystycznej Szlaku Zamków Gotyckich. Od tej pory zmieniło się otoczenie zamku, który przed wiekami pełnił funkcję letniej rezydencji wielkiego mistrza krzyżackiego. Wróciliśmy do tych historycznych korzeni i zrobiliśmy - w kilku etapach - wiele, aby miasto zaczęło wypełniać rolę rekreacyjno-wypoczynkową i turystyczną i być dobrym miejscem do życia dla mieszkańców. W 2012 roku zakończono odnawianie ulic, chodników i placów w centrum, z placu Wolności zniknął asfalt, pojawiła się kostka brukowa, zmieniła się organizacja ruchu. Dzięki współpracy w rzymskokatolicką parafią sw. Anny zrewitalizowano należący do niej poewangelicki kościół, który w 1818 roku stanął na miejscu dawnego ratusza. Powstał Bulwar Zamkowy z plażą nad Jeziorem Zajezierskim (Sztumskim) i miejscem rekreacyjnym na Zajezierzu. Właśnie kończymy brakujący odcinek ścieżki pieszo-rowero-wej, aby zamknąć pętlę dookoła jeziora. Odnowiliśmy duży odcinek murów miejskich, z miejscem rekreacyjnym i rzeźbami koni sztumskich. Zmodernizowaliśmy Kino-Teatr Powiśle. Leszek Tabor 129 Nie udało nam się jedno - odrestaurowanie zamku przez nadanie mu nowych funkcji. Kiedy zamek przestał pełnić funkcje obronne, zaczęła się - podobnie jak to było w innych miejscowościach - także stopniowa degradacja jego tkanki. Zaczęły się rozbiórki i przebudowy zatracające jego poprzedni charakter. Na przełomie XIX i XX wieku na wzgórzu zamkowym znajdował się sąd z więzieniem, willa urzędników oraz katolicki sierociniec. Po ostatniej wojnie obiekty służyły nadal sądownictwu i zaspokajały głód mieszkaniowy, bo 30 procent budynków mieszkalnych zostało zniszczonych. W latach 60. zlokalizowano w południowym skrzydle Muzeum Powiśla, zorganizowane staraniem miejscowych społeczników. Odbywał się tam także lekcje religii. Ale zabytek popadał w ruinę, trzeba było zawiesić działalność muzealną, w latach 80. miał się rozpocząć remont finansowany z funduszy centralnych. Tych brakowało. Część obiektów zamkowych nadal służyła za mieszkania, a czekającym na remont skrzydłem próbowali bez reszty zawładnąć, nazwijmy to umownie, wąchacze kleju i poszukiwacze mocnych wrażeń. To naprawdę cud, że nie skończyło się to rujnującym pożarem. Po przemianach demokratycznych sztumski samorząd musiał zmagać się z wieloma problemami. Zamek na pewno nie był priorytetem, ale szukano sposobu na jego zagospodarowanie. W 1991 roku, kiedy burmistrzem był Waldemar Wnuk, gmina wniosła Wzgórze Zamkowe do spółki polsko-amerykańskiej. Plany były ambitne, rozpalały wyobraźnię. Hotel, podziemne garaże, pole golfowe, lądowisko dla helikopterów. Po kilku latach spółka została rozwiązana, bo wspólnicy amerykańscy nie dysponowali kapitałem, aby inwestować w to przedsięwzięcie. Żartowano, że partnerzy gminy mieli na koncie kilkanaście zer, niestety żadną inną liczbą niepoprzedzone... 130 Zielone światło dla zamku Udało nam się dzięki wsparciu Fundacji Polsko-Niemieckiej wyremontować południowe skrzydło. Znalazło się tam Centrum Wymiany Młodzieży oraz Sztumskie Centrum Kultury. Pomieszczenia wynajęliśmy firmom, wzgórze zamkowe opuściły ostatnie rodziny. To wszystko były rozwiązania tymczasowe. Trwały gorące dyskusje, co dalej? Samorządu nie stać na inwestowanie w zamek. Po wspólnej spółce gminy z biznesem są złe wspomnienia. A sprzedaż? Nie po to, aby zasilić miejską kasę, ale żeby obiekt zyskał troskliwego i wiarygodnego właściciela, takiego który ma dobry pomysł na jego ożywienie, nie zamknie go przed mieszkańcami. Od lipca 2008 roku obowiązuje uchwała Rady Miejskiej o jego sprzedaży lub oddaniu w użytkowanie wieczyste na cele konferencyjno-hotelarsko-gastronomiczne. To był czas, gdy bardzo poważnie zainteresowała się naszym obiektem znana grupa hotelarska Anders. Radni i sołtysi wizytowali ich zamek w Rynie, by przekonać się, jakie ma dokonania. Niestety, światowy kryzys finansowy zaważył na planach biznesowych spółki. Prowadziliśmy także rozmowy z przedstawicielami grupy POLMLEK, która kupiła zamek w Gniewie. Poszukiwanie właściciela, także przez wyspecjalizowane firmy, trwały, tak jak przez wiele lat źródeł finansowania rewitalizacji zamku, także unijnego. Najkrócej mówiąc: nie było takich programów. W poprzedniej perspektywie unijnego finansowania, takie miasto jak Sztum, nie mogło liczyć na pieniądze na ochronę dziedzictwa kulturowego. Nie czekaliśmy z założonymi rękoma, bo mieliśmy projekt. Nawiązaliśmy współpracę z prof. Andrzejem Kadłuczką, m.in. współtwórcą muzeum w podziemiach Głównego Rynku w Krakowie. Stworzył dla nas koncepcję nowoczesnego, multimedialnego Pomorskiego Parku Historii i Kultury. Zamek zza jeziora 7,ajezierskiego,Jot. W. Bielecki Leszek Tabor 131 Pojawiła się nadzieja, że wspólny projekt Muzeum Zamkowego w Malborku, miasta Malbork i nasz (Pomorski Park Historii i Kultury na zamku) w nowej perspektywie unijnej będzie mógł zostać sfinansowany w ramach kontraktu z rządem. W marcu 2015 okazało się, że zostaną sfinansowane projekty do 20 min zł, a tylko nasz miał wartość ok. 40 min zł, a z Malborkiem ponad 80 min zł. Nie trzeba być wybitnym ekonomistą, by rozeznać się w tym, że naszej gminy nie stać na udźwignięcie takiej inwestycji, nawet z pomocą unijną. Zaciągnięcie kredytu oznaczałoby zamrożenie innych inwestycji na bardzo długie lata. Dziś Wzgórze Zamkowe - poza bractwem rycerskim, które ma tam siedzibę - jest opustoszałe. Nie oznacza to, że obiekty są w ruinie, jak usiłuje się to czasem publicznie sugerować. Skoro jeszcze niedawno mieściły się tam poważne firmy, to przecież nie w murach grożących zawaleniem. Dbamy o zachowanie obiektu w możliwie najlepszym stanie. Z budżetu miasta przeznaczyliśmy w ubiegłym roku kilkaset tysięcy złotych na remont dachu tzw. willi. Propozycję przekazania wzgórza zamkowego Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego rozważaliśmy od dłuższego czasu. Klimat się zmienił, to taką ofertę złożyłem podsekretarzowi stanu, Jarosławowi Sellinowi. Na zaproszenie, m.in. sztumskiego samorządu, gościliśmy w Sztumie pana ministra, fak jak wcześniej zapowiadano, jednym z najważniejszych punktów tej wizyty, była propozycja przekazania zamku sztumskiego Muzeum Zamkowemu w Malborku. Pan minister Jarosław Sellin, zwiedzając zamek, na roboczym spotkaniu w gminie potwierdził wsparcie dla tego projektu. Oczekuje od samorządu uchwały intencyjnej w tej sprawie oraz koncepcji programowej przygotowanej wspólnie z dyrekcją malborskiego Muzeum, gminą i Bractwem Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Zaproponowałem radnym gminnym i powiatowym, angażującym się w sprawy zamku, oraz Arkadiuszowi Dzikowskiemu z bractwa rycerskiego powołanie sztumskiego zespołu, aby przygotować konkretne propozycje dla Rady Miejskiej, dyrekcji Muzeum Zamkowego, a także Pana Ministra. Zapaliło się zielone światełko w tunelu. Tunel długi i z przeszkodami, ale damy radę. 132 Na zamku czas płynie wolno... Arkadiusz Dzikowski NA ZAMKU CZAS PŁYNIE WOLNO... Dni, miesiące, lata. 25 lat. To dużo i nic. Z punktu widzenia młodego człowieka to więcej niż połowa - bo przecież nie warto żyć dłużej niż 40 lat. Z punktu widzenia 50-latka to dobry początek, przecież tyle jest jeszcze do zrobienia. A z punktu widzenia zamku? Czy zamek - kupa kamieni i cegieł - może mieć punkt widzenia? Załóżmy, że może... Choćby dlatego, że jego powstanie poprzedziła myśl, potrzeba. Potem było działanie, tworzenie, realizacja celu. Tak się narodził. Jednak wobec upływającego czasu trzeba było zmieniać, ulepszać, naprawiać - dojrzewał. Potem była walka, obrona, wysiłek. Ciężka praca okresu dojrzałości. Ten czas przyniósł doświadczenia, ale pozostawił też blizny. Jak podwórkowe bójki pomiędzy kolegami, albo jak rowerowe kraksy. Niektóre ślady są bardziej poważne - przyniosły je wojny niosące ciężkie rany, które nie zabliźniają się łatwo. Czas biegł nieubłaganie, ani nie zwalniał, ani nie przyspieszał... tak minęło jakieś 200 lat. Zmiany były coraz bardziej dotkliwe, wyraźne, trwałe. Potem rola się zmieniała - już nie polegała na bohaterskim wypinaniu piersi i odpieraniu ciosów. Przyszedł czas dyskretnego oddalenia, wyciszenia, można by rzec zasłużonego odpoczynku, emerytura. Kolejne 200 lat, aż wreszcie ktoś powiedział: to nie jest już potrzebne, fot. archiwum Arkadiusz Dzikowski 133 do niczego się nie nadaje, to tylko kupa kamieni i cegieł. Więc co dalej? Trzeba coś z tym zrobić. Coś pożytecznego - rozebrać, zdemontować, zdefragmentować i powtórnie wykorzystać. To takie pragmatyczne - prawdziwy recykling. Umieranie nie jest jednak takie proste ani szybkie. Tym bardziej z perspektywy zamku. Musi trwać co najmniej kolejne 100 lat. Więcej niż nie jedno ludzkie życie. Ta perspektywa daje do myślenia - co w takim razie znaczy z perspektywy zamku czas jednego ludzkiego pokolenia? Pomijając fakt, że rnoże to być pokolenie szalone i niszczycielskie lub wręcz przeciwnie, refleksyjne i czule chyba nie tak wiele. Może to być wizyta u dentysty albo wakacyjna miłość. Jedno i drugie zostawia ślady, jednak nie decyduje o istnieniu. Życie, czas płynie dalej... Gdzieś na granicy użyteczności i zapomnienia, życia i śmierci na początku lat 90. XX wieku, na północy Polski - kraju, którym od 10 lat targało polityczne i mentalne trzęsienie ziemi a wstrząsy wtórne trawać miały jeszcze kolejne ćwierć wieku, zaczęto rozważać po raz kolejny: co zrobić z zamkiem. Z tym poranionym, zdefragmentowanym, wykorzystanym do granic możliwości, ale ciągle żywym tworem myśli i działania wcześniejszych pokoleń. Dla jednych to niemal świętość, symbol potęgi minionych wieków, tradycji, wspomnienie szlachetnych obrońców tych, czy innych idei. Dla innych to obszar, powierzchnia, kubatura. Dla wszystkich potencjalne miejsce nowych zdarzeń, działań, realizacji pomysłów, planów i koncepcji. Także pole nowej bitwy - bitwy o racje i marzenia. Stan organizmu, na którym przez blisko 25 lat zbierać życiowe doświadczenia miało pokolenie romantycznych wizjonerów i pragmatycznych zarządców przedstawiał się nie najlepiej. Puste oczodoły okien najbardziej zabytkowego skrzydła, przez które z wnętrza straszyły poszarpane żyły porozrywanych instalacji, rozległe liszaje ogrodów Rycerze w sztumskiach barwach, od lewej Arkadiusz Ciesielski, Piotr Michalik, Marcin Chętnik,fot. archiwum Bractwa 134 Na zamku czas płynie wolno... warzywno-owocowych rozpanoszone na byłym dziedzińcu i liczne narośla szop, bud i kurników poprzyrastane gdzie się da do pozostałości zabytkowych murów. Pośród tego galimatiasu krzątający się wokół swoich codziennych spraw mieszkańcy - żyjący w swoistej symbiozie z zamkowym organizmem użytkownicy jego zasobów. Co takiego wydarzyło się na zamku w ciągu tych ostatnich 25 lat? Jakie znaczenie miało to z perspektywy jego prawie 800-letniej historii? Niewątpliwie wszystkie osoby zaangażowane w proces zagospodarowania Wzgórza Zamkowego w Sztumie w każdym momencie tego procesu wykazywały się dużą aktywnością, zaangażowaniem, a niekiedy nawet determinacją. Kilkukrotnie sytuacja zdawała sie wkraczać w fazę decydującą, niosącą za sobą niechybne ostateczne rozwiązanie, jakiś niecierpliwie oczekiwany, a jednocześnie spektakularny finał. Za każdym jednak razem napięcie opadało, a cel nie został osiągnięty. Dlaczego ćwierć wieku prób i wysiłków nie doprowadziło do trwałej zmiany funkcji tego obiektu. Gdzie leży klucz do rozwiązania tej zagadki? Można by podjąć próbę prześledzenia wszystkich działań, ich przebiegu i skutków. W największym skrócie rzecz ujmując należałoby wspomnieć o powołaniu spółki z kapitałem zagranicznym i konieczności jej rozwiązania, przystąpieniu do Stowarzyszenia Gmin Polskie Zamki Gotyckie i promowaniu za jego pomocą zamku, który nie stanowił produktu turystycznego, a jedynie ofertę inwestycyjną, krótkim i burzliwym romansie z polsko-niemiecką fundacją wymiany młodzieży, długoletnich zalotach pomiędzy samorządem i firmą ubezpieczeniową, planującą osiąść na zamku, podchodach w kierunku potentata branży turystycznej, a także nieudanej i krótkotrwałej dzierżawie obiektu oprzez kolejny, niewiarygodny podmiot komercyjny. Arkadiusz Dzikowski 135 Gdzieś w tle tego bogatego kalendarium przemykają jak duchy z pogranicza czasu przeszłego i przyszłości dziwne postacie w niedzisiejszych kreacjach. Raz snujące się nostalgicznie po pustych zamkowych przestrzeniach innym razem miotające się pośród zgiełku i tłumu w tych samych, okresowo ożywających miejscach. Jaki element tego ciągu zdarzeń stanowią sztumscy rycerze - bo o nich właśnie mowa? Jaki był i jest sens podejmowanych przez tę grupę wysiłków? Co jest ich winą, a co zasługą? W tym krótkim tekście spróbujmy wyjaśnić na czym polega symbioza tych dwóch organizmów: zamku i ludzi. Jeżeli założylibyśmy, że zamek to tylko kupa kamieni i cegieł lub w najlepszym wypadku powierzchnia i kubatura, to cały plan idzie w diabły. Bo to oznaczałoby, że sztumscy rycerze to grupa cyników, którzy pod hasłami troski o zabytek chcą ubić jakiś interes. Jednak są słabi w tej dziedzinie, bo jak na razie żadnego interesu nie zrobili. W innym wypadku może to być grupa przebierańców, dziwaków, która znalazła wygodne miejsce spędzania nadmiaru wolnego czasu i spotkań towarzyskich, z czego nic pożytecznego nie wynika. Jest tylko jedno „ale”. Czy można być aż tak wielkim życiowym nieudacznikiem, żeby trzymać się kurczowo nieudanego biznesu przez ponad 20 lat? Albo czy można mieć aż tyle wolnego czasu i tak długo czerpać przyjemność z jednej i tej samej zabawy? Logiczna odpowiedź jest jedna: NIE! To nie jest możliwe. Zatem spójrzmy na zagadnienie z innej strony. Odpowiedzmy na pytanie: co sprawia, że od 22 lat trwa symbioza obiektu i grupy ludzi, bez względu na toczące się wydarzenia i zmieniające się warunki. Odpowiedź jest prosta, a zawiera się w jednym - niemodnym dziś słowie: IDEA. Jeżeli powędrujemy tym tropem, wszystko stanie się jasne i proste. Cel okaże się oczywisty, a sposób działania prosty i przejrzysty. Jak założyliśmy na początku tego tekstu zamek powstał z myśli i potrzeby. Mówiąc wprost: nie byłoby zamku, gdyby nie rycerze. Oczywiście nie ci, którzy są tu teraz. I choć ci sprawcy-rycerze w ramach swoich wojennych zajęć postępowali z nim niekiedy okrutnie, to równolegle starali się utrzymywać go w jak najlepszej kondycji. Zamek i rycerze to była symbioza. Patrząc na przemiany społecze na przestrzeni dziejów można powiedzieć wprost: im mniej rycerzy tym mniej zamku i odwrotnie. W tym wypadku czynnik ludzki okazał się słabszy. Rycerze wymarli, natomiast choroba zamku przebiegała wolniej i do tej pory nie doprowadziła do jego śmierci. Wreszcie nastapiła sutuacja odwrotna. To istniejący wzciąż zamek - choć stary i okaleczony spowodował, że wrócili rycerze. Oczywiście inni, nie wojujący, ale zarażeni ideą. Ideą braterstwa i wspólnego celu. Ideą wspólnego wysiłku i wzajemnej pomocy, lylko ta idea powoduje, że pomimo upływu 22 lat organizacja rycerska na sztumskim zamku istnieje, działa i ma się nie najgorzej. Symbioza średniowieczna charakteryzowała się siłą, wielkością i potęgą. Symbioza dzisiejsza to raczej wzajemna pomoc organizmów nie najmocniejszych, narażonych na liczne niepowodzenia i upadki, ale tym bardziej wiernych sobie, bo rozumiejących swoją współzależność. Dochodzimy do sedna sprawy. Najważniejszą wartością idei jest wierność. Wierność wyznaczonemu celowi, wierność drodze, świadomość misji. O powodzeniu w wypełnianiu misji nie świadczy i nie decyduje jakość miecza, ilość zbroi czy rodzaj tkaniny, z jakiej wykonany jest strój. Oczywiście to ważne aspekty w wymiarze edukacyjnym, doświadczalnym, jednak stanowią tylko symbol przywiązania do tradycji, 136 Na zamku czas płynie wolno... jedną z form zainteresowania, materialną namiastkę czasów, do których się odwołujemy. Zdecydowanie nie mogą one stanowić i nie stanowią celu. Tak jak zamek traktowany jest jako idea, a nie wyłącznie twór materialny, tak rycerstwo nie ogranicza się wyłącznie do zewnętrznego, materialnego aspektu. Z biegiem czasu nabieramy coraz silniejszego przekonania, że działanie pozbawione idei nie może liczyć na powodzenie. Jeżeli założymy, że z punktu widzenia zamku - biorąc pod uwagę jego burzliwą, 800-letnią historię - powodzeniem jest trwanie, to powodzeniem sztumskich rycerzy, żyjących w symbiozie z zamkiem jest również trwanie. Pojęcie współcześnie chyba całkowicie zapomniane, bo wymagające refleksji nad upływającem czasem. Konkludując dochodzimy do wniosku, że być może 25 lat zmagań z pytaniem: co zrobić ze sztumskim zamkiem, to czas, któremu nie przyświecała idea. Owszem była przemożna chęć zrobienia czegoś, czegokolwie. Byle w końcu coś się wydarzyło, jednak wszystkie działania nie osiągnęły celu - nie przyniosły trwałych skutków. Była spółka - nie przetrwała, była siedziba fundacji wymiany młodzieży - nie przetrwała, była siedziba centrum kultury - nie przetrwała, były zbiory muzealne - nie przetrwały, był podmiot gastronomiczny - nie przetrwał.... Zamek trwa. Rycerze też, ucząc się szacunku dla idei i czasu, który jest jedynym obiektywnym miernikiem powodzenia. Być może lepiej byłoby, gdyby ten tekst przypominał dni chwały sztumskiego bractwa, wielkie turnieje, wyprawy i imprezy. Jednak postanowiliśmy, że nie. Nie tym razem. Jeżeli rycerze będą trwać wierni swojej idei zapewne przyjdzie na to czas. Dziś przyszedł czas reflaksji. To już 22 lata. Na zamku czas płynie wolno... IV TURNIEJ RYCERSKI -1997 Truniej rycerski na zamku w Sztumie w 1997 roku, fot. archiwum Bractwa Leszek Sarnowski 137 Leszek Sarnowski ZAMEK ZMARNOWANYCH SZANS I NOWYCH NADZIEI Dwa lata temu Gazeta Wyborcza opublikowała reportaż o atrakcjach turystycznych Pomorza. Zachęcano do odwiedzenia między innymi zamku w Malborku, Kwidzynie, Gniewie, etc. Notka ze Sztumu oznajmiała, żeby omijać miasto, bo nic tam atrakcyjnego (poza bryłą zamku) żaden turysta nie znajdzie. I była to smutna prawda. Jeszcze kiedy na zamku była siedziba Sztumskiego Centrum Kultury coś się działo, potem obiekt służył jedynie za miejsce rautów, balów, wesel, towarzyskich spotkań, etc. Ostatni użytkownicy wyprowadzili się w ubiegły roku, bo zamek miał zostać sprzedany. Zostali tylko rycerze, nieśmiało wciśnięci w zamkowy zaułek, od ponad dwudziestu lat hołdujący swoim pasjom, nie dla wszystkich zrozumiałych ale prawdziwych. Przez jednych uznawani za prawdziwych pasjonatów, przez innych, z przymrużeniem oka, za niegroźnych „dziwaków ”, Mimo wielu przeciwności przetrwali. Zamek też przetrwał, no bo cóż mogło go unicestwić. Setki lat w tym samym miejscu, w ostatnich dziesięcioleciach, w niemym oczekiwaniu na ratunek. V°czątki Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej, fot. archiwum 138 Zamek zmarnowanych szans i nowych nadziei Na początku lat dziewięćdziesiątych gmina otrzymała dofinansowanie z Fundacji Polsko-Niemieckiej i dzięki temu wyremontowano skrzydło południowe zamku. Jacek Rusiecki, który w tamtym czasie był przewodniczącym Fundacji wspomina: Pamiętam, że mieliśmy dość burzliwe posiedzenie zarządu Fundacji, bo nie wszyscy entuzjastycznie podchodzili do sztumskiego wniosku, bo nie było gwarancji dalszego finansowania, i co się dalej tam będzie działo. Dzwoniłem do Leszka Sarnowskiego, który był wtedy reporterem TVP (wcześniej razem studiowaliśmy historię i pracowaliśmy w Radiu Plus) i pytałem co o tym sądzi-Odpowiedział mi, że jeśli Fundacja przyzna te środki będzie to impuls do dalszych działań i z pewnością władze samorządowe sobie z tym poradzą. I przyznałiśmy te środki, nie pamiętam ile to było, ale w granicach 300-400 tysięcy złotych, co w tamtych czasach nie było małą kwotą. Skrzydło zamku wyremontowano oczywiście. Powstało Międzynarodowe Centrum Wymiany Młodzieży. Powstała zatem forma, ale gorzej było z treścią i ciągiem dalszym. Muszę przyznać, że się pomyliłem, bo pieniądze potomków wielkich mistrzów nie stały się impulsem prorozwojowym. Nie wiem dlaczego? Czy zabrakło pomysłów, determinacji i wyobraźni? Czy górę wzięły względy polityczne? Czy może były jakieś inne powody? Podejmowano co prawda wiele działania, co widać w załączonym kalendarium, ale żadne z nich nie przyniosły spodziewanych efektów. Przyznaję, że gminy (mimo niezłej kondycji finansowej) nie stać było nigdy na kompleksową modernizację czy później utrzymanie takiego obiektu. Uzasadnionym też było inwestowanie środków między innymi w infrastrukturę okołozamkową (bulwar, rynek, ect). Potrzeb w mieście zawsze było wiele, więc to kwestia wyboru pryncypiów. W pierwszej kadencji Rady Miejskiej (1990-94) uwierzyliśmy biznesmenom polskim z USA, że powstanie tu fantastyczne centrum konferencyjno-hotelowe, z rekonstrukcją i nadbudową części zamku, podziemnym parkingiem na dziedzińcu, etc. Powstała świetna koncepcja rozbudzająca realne nadzieje. Zabrakło tylko jednego - pieniędzy. Szkoda, bo to był dobry czas na tego rodzaju inwestycje. Kilka lat później, po rozwiązaniu spółki z Amerykanami, powołano społeczną komisję do spraw zagospodarowania zamku. Pomysłów było wiele ale niewiele z nich znalazło uznanie. I nie chodziło wyłącznie o pieniądze, a bardziej o otwartość, przychylność i wolę współpracy, no może też wyobraźnię- Dwadzieścia dwa lata temu powstało Bractwo Rycerzy Ziemi Sztumskiej, pod wodzą Arkadiusza Dzikowskiego, pasjonata historii lokalnej i samorządowca. W rycerskich szeregach pojawiły się dziesiątki młodych ludzi, którzy wcześniej być może z historią niewiele mieli do czynienia. Ale to była żywa historia, która rozpalała wyobraźnię i dawała możliwość mierzenia się ze swymi słabościami, spełniając przy okazji ważne cele edukacyjno-wychowawcze. Odbyło się wiele imprez zorganizowanych na zamku przez rycerzy* ściągających tłumy ludzi, bo wtedy było to coś nowego. W tym samy czasie Jarosław Struczyński z garstką pasjonatów w Gniewie, przy współpracy z miastem, podjął się, po pierwsze stopniowego remontu zamku, bardziej zaniedbanego wówczas niż w Sztumie. Pamiętam jak opowiadał o swoich bojach ze sponsorami* jak jeździł po okolicy zbierając z rozbiórek budowlanych cegły czy szyby, żeby oszkli6 zamkowe okna, a sam, żeby było ciekawiej, był inżynierem i specjalistą od spawania podwodnego. Po drugie, zaczął organizować imprezy rycerskie, o których było głośno w całej Leszek Sarnowski 139 Polsce. Był prekursorem ruchu rycerskiego i od niego właśnie Arkadiusz Dzikowski uczył się rycerskiego rzemiosła. Pracowałem wtedy w mediach regionalnych i wielokrotnie relacjonowałem rycerskie inscenizacje z Gniewa, na które przybywały tłumy ludzi z całej Polski. Zaczęło się od średniowiecza, a dziś gniewski zamek jest w stanie obsłużyć nawet wojny napoleońskie. Po wielu latach zmagań zamek w końcu znalazł inwestora, firmę Po-Imlek. Ale to nie był przypadek, bo inwestor przyszedł właściwie na gotowe. Przyszedł w miejsce, w którym zbudowano pewną ideę, albo jak dziś się mówi, zbudowano markę. W Sztumie niestety tak różowo nie było, bo rycerzy nie traktowano tu jako poważnego partnera. Nie ukrywam, że mam żal do władz miasta, które zmarnowały okazję do wypromowania marki zamku, właśnie przy pomocy ruchu rycerskiego. Arkadiusza Dzikowskiego ze sztumskimi rycerzami zapraszano na wszystkie niemal najważniejsze imprezy rycerskie w Polsce (z czasem także za granicą - Rosja, Białoruś, Estonia, Litwa). Bywał pod Grunwaldem, w Golubiu-Dobrzyniu, Gdańsku, Elblągu, a nawet zapraszano go do reżyserowania spektakularnego oblężenia zamku w Malborku. Arkadiusz Dzikowski, mimo że nie jest zawodowym historykiem, napisał książkę na temat historii zamku, odtwarzając z mozołem nawet te miejsca których już od dawna na zamku nie ma. Ale Dzikowski był wtedy w politycznej opozycji w Radzie Miejskiej i nikt nie pokusił się, Zęby ponad podziałami, wspólnie zawalczyć o zamek, choć do walki o powiat z usług rycerskich chętnie skorzystano, więc potencjał i atrakcyjność formy dostrzegano. Zatem, nie pieniądze, a wola. koślaw Struczyński, w środku, na zamku w Sztumie, 1998 r.,fot. archiwum Bractwa 140 Zamek zmarnowanych szans i nowych nadziei W końcu wystawiano zamek na sprzedaż, ale mimo obniżania ceny nie znalazł się kupiec. Próbowano wydzierżawić zamek wątpliwemu inwestorowi, ale na szczęście, między innymi w wyniku nacisku ze strony opozycji, odstąpiono od tego pomysłu. W listopadzie tego roku na zaproszenie radnych opozycyjnych oraz władz miasta (nareszcie ponad podziałami), zamek odwiedził Jarosław Sellin, wiceminister kultury. Z tą wizytą wiązane są kolejne nadzieje, bo oto pojawił się pomysł, by właśnie ministerstwu przekazać zabytkowy obiekt. Dobry czy zły pomysł, trudno powiedzieć, bo to raczej trochę gest rozpaczy i bezsilności. W sąsiednim Kwidzynie władze miały zupełnie inne wizje. Zamek kwidzyński należy właśnie do ministra kultury, jako oddział Muzeum Zamkowego w Malborku. Od lat niewiele się tam dzieje i miasta chciało to zmienić, by uatrakcyjnić ekspozycje muzealne i otworzyć obiekt bardziej na mieszkańców i turystów. Zwrócono się do ministra kultury o przekazanie zamku miastu wraz z jakąś umowną kwotą dofinansowania, przynajmniej przez pierwszych kilka lat. Strony nie doszły jednak do porozumienia i zamek nadal jest własnością Muzeum w Malborku. To akurat dla zamku w Sztumie może okazać się dobrą wiadomością, bo gdyby sztumski obiekt został przejęty przez Skarb Państwa, stałby się częścią Muzeum Zamkowego w Malborku i te trzy obiekty mogłyby stać się atrakcyjnym „pakietem” turystycznym. -To ciekawa inicjatywa, powiedział minister Jarosław Sellin, rozmawiałem z władzami Muzeum Zamkowego w Malborku, które ewentualnie mogłoby zamek przejąć w imieniu MKiDN, i zaproponowałem, by wspólnie z samorządowcami sztumskimi i Bractwem Rycerzy Ziemi Sztumskiej opracowali koncepcję zagospodarowania tego zabytkowego obiektu. Sztum' ski zamek jest w połowie drogi między Malborkiem, a Kwidzynem, w którym znajduje się także zamek -filia malborskiej warowni. Aż się prosi o wypracowanie wspólnej, kompleksowej oferty programowej dla tych trzech obiektów. Jeśli powstanie taka koncepcja rozważymy w MKiDN możliwość finansowego wsparcia. Zamek w Sztumie z pewnością zasługuje na ratunek. Władze miasta lansowały przez wiele lat koncepcje stworzenia na zamku centrum ho-telarsko-konferencyjnego czy kulturalno-rozrywkowe (podobną koncepcję prezentowali Amerykanie na początku lat dziewięćdziesiątych), broniąc się przed pomysłami muzealnymi. Na jedno czy drugie potrzeba oczywiście pieniędzy i to niemałych. Ministerstwo hoteli nie pobuduje, sal konferencyjnych w Malborku czy Kwidzynie też jest wiele i to połączonych z bazą noclegową. Potrzeba zatem niszy, unikatu i koncepcji wielofunkcyjnej- Pamiętam, jak byłem nauczycielem historii w SP 2 i wspólnie z Bractwem organizowaliśmy lekcje historii na zamku, z jakim zainteresowaniem spotkało się to ze strony uczniów. Mogli dotknąć mieczy, wdziać rekonstrukcję zbroi, dotknąć historycznych murów, zajrzeć do podziemi. Były emocje, co bezcenne w poznawaniu najbliższej historii- To jest być może kierunek w którym powinno iść myślenie o nowej funkcji zamku - miejsce żywej historii, z pakietami edukacyjnymi dla różnych szczebli edukacyjnych' W pierwszej kolejności warto by może „powiększyć” zamek. Pozbyć się zwałów ziemi na' rosłych wokół zamku przez dziesięciolecia, obniżyć dziedziniec, by dojść do pierwotnych fundamentów, a przy okazji zyska się prawdopodobnie bogaty materiał archeologiczu/' Gdyby do tego dołożyć część zabytków pozyskiwanych w czasie badań archeologicznych w okolicach Sztumu (Węgry Gościszewo, Dzierzgoń, Bągart, Stary Dzierzgoń) powstała Leszek Sarnowski 141 by ciekawa ekspozycja lokalnej historii, którą można by też wykorzystywać także do celów edukacyjnych. Może warto by podjąć rozmowy ze Sławomirem Michalikiem, właścicielem prywatnego Muzeum w dawnym kościele ewangelickim i właśnie na zamku w nowoczesnej aranżacji wyeksponować jego unikatowe zbiory historii ziemi sztumskiej. Można pewnie wykorzystać niektóre elementy wcześniejszych koncepcji architektonicznych np. odbudowa letniej rezydencji wielkich mistrzów (między Wieżą Więzienną a Bramą Wjazdową) czy nawet podwyższenia skrzydła południowego. Podstawą jednak powinno być doświadczanie historii i emocje. A zatem warsztaty rze-miosła średniowiecznego, obyczaje, jedzenie, zabawy, z udziałem rycerzy. Poza tym inscenizacje, turnieje, spektakle teatralne, muzyka dawna i cały klimat epoki. W jakiejś części zamku można by zrobić pensjonat dla uczestników warsztatów średniowiecznych, z noclegami w surowych pomieszczeniach wzorowanych na rycerskie sale. I tak dalej i tak dalej. To oczywiście nie jest żadna koncepcja tylko kilka myśli, które od lat po głowie się pałętają. Minister sugerował by na zamku powstała jakaś ekspozycja poświęcona walce o polskość Powiśla czy miejsce pamięci Żołnierzy Wyklętych, którzy także na ziemi sztumskiej mieli znaczący epizod w swojej historii. Minister Sellin zapowiedział, że jeśli do końca stycznia lokalne środowisko, w porozumieniu z Muzeum Zamkowym w Malborku, wypracuje ciekawą koncepcję zagospodarowania zamku, to ministerstwo przejmie od miasta zabytkowy obiekt. Dyrektor malborskiego muzeum, Mariusz Mierzwiński podołał już taki wewnętrzny zespół. Dla mnie dobrą wiadomością jest to, że Arkadiusz Dzikowski został właśnie pracownikiem malborskiego muzeum i z pewnością będzie miał istotny wpływ na tę koncepcję. Oznacza to, że może dla sztumskiego zamku nadchodzą lepsze czasy i rozbudzonych nadziei nie rozwieje żaden nieprzychylny... wiatr. Biografie. Wspomnienia Agatajanik „CICHOCIEMNEGO” HISTORIA BEZ HAPPY ENDU 15 maja 1953 r. w mokotowskim więzieniu wykonano wyrok śmierci na Stefanie Skrzyszowskim „za zbrodnie zdrady, szpiegostwa i dywersji”. Jeden z ostatnich polskich „Cichociemnych” do końca wierzył w misję i „sprawę”, choć historia pokazała, że padł ofiarą mistyfikacji. Nie prosił o łaskę. Łaski nie domagała się również jego życiowa partnerka Wanda, która także trafiła do więzienia. Bita i torturowana, urodziła w więzieniu syna. Ta tragiczna, rodzinna historia zakończyła się dopiero w tym roku, gdy na Powązkach odkryto pogrzebaną 63 lata temu prawdę. Stefan Skrzyszowski, pseudonim konspiracyjny „Bolek”, urodził się 11 lub 27 grudnia 1911 r. w Złoczowie. W latach 1931-1933 odbył służbę wojskową. W końcowym okresie wojny prawdopodobnie był żołnierzem AK. W sierpniu 1944 r. został wcielony w szeregi Ludowego Wojska Pol- Stefan Skrzyszowski w 1933 roku, fok archiwum rodzinne skiego, skąd w lutym 1945 r. zdezerterował. Po wojnie trafił do Elbląga, gdzie mieszkał i pracował przez kiłka lat. W maju 1951 r., za pośrednictwem brata Mariana, nawiązał kontakt z (jak się okazało później) funkcjonariuszem bezpieki Henrykiem WendroW-skim, podającym się za członka organizacji Wolność i Niezawisłość. W ten sposób nie-świadomie został wciągnięty do kombinacji operacyjnej o kryptonimie „Cezary” - tj. do tworzonej przez MBP fikcyjnej - prowokacyjnej V Komendy WiN. W listopadzie 1951 r. został przerzucony do Delegatury Zagranicznej WiN, gdzie przeszedł kurs radiotelegrafisty. W listopadzie 1952 r. razem z Dionizym Sosnowskim zostali zrzuceni na spadochronach z amerykańskiego samolotu na terenie województwa koszalińskiego. Do końca wierzyli, że brali udział w prawdziwej, tajnej misji zorganizowanej przez Amerykanów-Nieświadomi prowokacji, sporządzali raporty z przeprowadzonych kursów i szkoleń-Obaj zostali aresztowani 6 grudnia 1952 r. W lutym 1953 r., po pokazowym procesie, Stefan Skrzyszowski i Dionizy Sosnowski zostali skazani na śmierć. Nie skorzystali z ubiegania się o prawo łaski. Zginęli w mokotowskim więzieniu 15 maja 1953 r. 24 lutego 1953 roku Polska Kronika Filmowa, z wypełnionej po brzegi sali sądowej; relacjonowała na całą Polskę przebieg procesu. Dramatyczny i tryumfujący głos spikera oznajmiał: W Warszawie odbył się proces agentów amerykańskich, zrzuconych na Polski na spadochronach. Misja nie powiodła się. Najemnicy imperializmu wpadli w ręce p^' skich władz bezpieczeństwa. Dowody rzeczowe - spadochrony, aparaty nadawczo-odbiorcza Agata Janik broń, fałszywe dokumenty, pieniądze. Pełny ekwipunek dla roboty dywersyjno-szpiegowskiej”. (Polska Kronika Filmowa na http://www.repozytorium.fn.org. pl/?q=en/node/7422) W tym czasie w więzieniu przy ul. Okopowej w Gdańsku ubecja katowała Wandę Salmonowicz, życiową partnerkę Stefana Skrzyszowskiego. Za co? Za to, że nie wydała władzy komunistycznej „zdrajcy i szpiega”. W chwili aresztowania kobieta była w ciąży, co nie powstrzymało oprawców od stosowania tortur - fizycznych i psychicznych. Mimo brutalnego traktowania 12 sierpnia 1953 r. w więziennym szpitalu na świat przyszedł syn Wandy i Stefana - Janusz Salmonowicz, późniejszy dziennikarz radiowy i telewizyjny (Radio EL, Radio Olsztyn, TVP Olsztyn), mieszkaniec Elbląga. Jest pogrobowcem. Nie dane mu było poznać ojca, bo trzy miesiące przed Jego urodzeniem wykonano na nim wyrok śmierci. - O ojcu wiem bardzo niewiele, bo mama niewiele 0 nim mówiła - mówi Janusz Salmonowicz. - Po woj-nie ojciec pracował jako mechanik, jako taksówkarz Gdyni, a w Tolkmicku jako mechanik-motorzysta na ratowniczym stateczku „Pawełek”. Na kilka miesię-cy przed aresztowaniem brał udział w akcji na wodzie 'został nawet odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W krótkim czasie po aresztowaniu Stefana Skrzyszowskiego ubecja przyszła i po Wandę. - Kompletnie nic nie wiedziała o działalności ojca, ale to dla ówczesnej władzy nie był argument. Najważniejszy zarzut - nie doniosła - kontynuuje opowieść syn Wandy i Stefana. Wanda była w ciąży, kolejnej, bo poprzednie po-r°niła. Teraz bardzo chciała urodzić dziecko, a trafiła do ubeckiej katowni. 143 Wanda Salmonowicz i Stefan Skrzyszowski w swoim domu, fot. archiwum rodzinne Wanda Salmonowicz i Stefan Skrzyszowski po wojnie, fot. archiwum rodzinne - 24-godzinne przesłuchania, siedzenie na nodze od stołka, stanie w celi tak wąskiej, że nie dało się nawet przykucnąć, a do której zimą wlewano wodę, by nie było jej zbyt „komfortowo”. I bicie. Mimo zaawansowanej ciąży, bicie kijem bambusowym po brzuchu - nawet dziś jej syn nie potrafi ukryć emocji. - Na temat przejść więziennych nic nie wiem od matki. Nie chciała 0 tym opowiadać, bardziej rozmowne były ciocia i pani Krystyna, z którą mama siedziała. Janusz Salmonowicz urodził się jeszcze przed wyrokiem Wandy, w więzieniu przy UL Okopowej w Gdańsku. Po wyroku, razem z matką trafił do kobiecego więzienia 144 „Cichociemnego” historia bez happy endu w Grudziądzu, a na koniec do Fordonu pod Bydgoszczą. To stamtąd Janusza zabrała rodzina. Był bardzo chorowitym dzieckiem. - Mama wyszła w 1956 r., kiedy była amnestia i darowano resztę kary. W sumie miała w więzieniu spędzić 9 łat - uzupełnia Janusz Salmonowicz. Wanda po wyjściu z więzienia poddała się i była przerażona. Wiedziała, że Stefana już nie ma, aczkolwiek przed 1956 rokiem jej tego nie powiedziano. - Jeszcze z Gdańska była wożona do Warszawy na widzenia. Nawet już po rozstrzelaniu ojca budziłi ją w środku nocy, wsadzali w samochód i po wielogodzinnej podróży była w celi na Rakowieckiej - zapewnia Janusz Salmonowicz. - Tam po kolejnych godzinach mówili, że widzenia jednak nie będzie, bo prokurator zmienił decyzję. Wsadzali ją więc znowu do samochodu i wracali do Gdańska. Takie były wtedy metody na więźnia. GDZIE JEST TATA? Januszowi, gdy był mały wystarczała informacja, że tata nie żyje. Później pojawiły się pytania. Na odpowiedzi musiał długo czekać. - Po 1989 r. zadzwonił do nas mecenas Bromirski, który na początku lat 60. przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Bydgoszczy prowadził rehabilitacyjną sprawę mamy - wspomi' na. - Telewizja Gdańsk pokazała bowiem dokument Iwony Bartólewskiej o działaniach bezpieki w latach 1945-56, w którym został wykorzystany fragment Polskiej Kroniki Filmowej-Jest tam scena z pokazowego procesu mojego ojca i Dionizego Sosnowskiego. Proces odbywfi się chyba w Ursusie, w wielkiej hali produkcyjnej, w której ustawiono ławki i spędzono do nie) kilka tysięcy robotników. - Jest też książka „Siedem rozmów z generałem" - Władysławem Pożogą, który był szefem ubecji - uzupełnia. - On opisuje całą tę akcję, w której brał udział mój ojciec: zawiązanie piątej kolumny, czyli WiN-u, wciągania w to ludzi, wysyłania tych ludzi na Zachód, a po pO' wrocie wyłapywanie ich i skazywanie po pokazowych procesach. GDZIE POGRZEBANA JEST PRAWDA? Powoli odsłaniała się historia Stefana Skrzyszowskiego. Były dokumenty poświadczające jego skazanie i wykonanie kary śmierci. No, ale dalej nie było wiadomo, gdzie został pogrzebany? - Mama przez lata była przekonana, że ojciec został zastrzelony i pochowany na RakowieC' kiej - mówi Janusz Salmonowicz. - Kilka lat temu było już wiadomo, że jego szczątki na pewno zostały wykopane na Powązkach ponieważ został zidentyfikowany Dionizy Sosnowski, który by^ razem z ojcem sądzony i rozstrzelany. Zacząłem dzwonić - kontynuuje opowieść - najpierw łódzkiego IPN, który prowadzi sprawę „Łączki", a później do Szczecina, do Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmu. Przekazałem swój materiał genetyczny do porównania i czekałem- Ciężko jest żyć ze świadomością, że ojciec nie ma grobu, choć symbolicznie został dopisany do tablicy nagrobnej Wandy, dam Janusz palił mu świeczkę każdego 1 listopada.- Przełom nastąpił w 2013 r., kiedy szczątki Stefana Skrzyszowskiego zostały odkopane w kwaterze „Ł” na Powązkach. Nie było jednak wtedy pewności, że on to on. Ostateczne Agata Janik 145 odkrycie prawdy przyniósł 2016 rok. 23 maja zidentyfikowano szczątki jednego z ostatnich Cichociemnych. Szczątki Stefana Skrzyszowskiego zostały odnalezione przez zespół IPN pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN. 9 czerwca w Pałacu Prezydenckim w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia not identyfikacyjnych 22 rodzinom ofiar totalitaryzmu sowieckiego i niemieckiego. W gronie osób, które przez dziesięciolecia czekały na wiadomość o tym, gdzie pogrzebani zostali ich bliscy, był elbląski dziennikarz Janusz Salmonowicz. Teraz już ma pewność. Jego ojciec, Stefan Skrzyszowski, jeden z ostatnich Cichociemnych, spoczął na „Łączce” na Warszawskich Powązkach. O TYM NIE MOŻNA ZAPOMNIEĆ Podczas uroczystości prezes IPN dr Łukasz Kamiński przypomniał, że projekt poszukiwań szczątków ofiar rozpoczął się jesienią 2011 r. Rok później prace rozpoczęła Polska Baza Genetyczna Ofiar Totalitaryzmów, umożliwiająca identyfikację odnalezionych szczątków. W pracach uczestniczy także Pomorski Uniwersytet Medyczny w Szczecinie. Bilans dotychczasowych działań to ponad 800 odnalezionych osób, z czego 66 zidentyfikowano. Prace poszukiwawcze przeprowadzono w Warszawie, Rzeszowie, Białymstoku, Tarnowie oraz Gdańsku. Bliscy ofiar oglądali zdjęcia z ekshumacji. Emocje rosły szczególnie, gdy patrzyli na zbliżenia przestrzelonych czaszek. Mogli również na własne oczy zobaczyć „Łączkę” 1 szczątki, które w tym miejscu pogrzebano przed laty. Syn Stefana Skrzyszowskiego nie zamierza przenosić szczątków ojca do Elbląga. Chce, by spoczęły na Powązkach. - W Elblągu jest pochowana moja mama i na jej nagrobku ojciec został dopisany już dawno, a z tego, co wiem, większość rodzin decyduje, by ich bliscy zostali jednak na Powązkach, bo to symboliczne przecież miejsce spoczynku bohaterów naszej trudnej historii - tłumaczyjanusz Salmonowicz. Nad książką o Stefanie Skrzyszowskim pracuje Grażyna Wosińska, autorka publikacji 0 czasach stalinowskich w Elblągu Pożar i szpiedzy oraz Zbrodnia czy wyrok na zdrajcy. Najnowsza książka czeka na druk. CICHOCIEMNY PRZEZ PRZYPADEK Cichociemni byli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych. Przerzucano ich po specjalistycznych szkoleniach amerykańskimi samolotami do okupowanej Polski podczas II Wojny światowej. Ich zadaniem było organizowanie i szkolenia ruchu oporu w kraju oraz Prowadzenia walki partyzanckiej z niemieckim okupantem. Cichociemni, jako ochotni-byli rekrutowani z 4 Brygady Kadrowej oraz z 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Kazimierza Sosabowskiego. Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (pełna nazwa Ruch Oporu bez wojny i dywersji "Wolność i Niezawisłość”), to antykomunistyczna organizacja wojskowo-cywilna za-ł°źona 2 września 1945 roku w Warszawie, której członkami byli żołnierze związani 146 „Cichociemnego” historia bez happy endu wcześniej z Delegaturą Sił Zbrojnych na Kraj, rozwiązaną w 1945 roku. Część członków tej organizacji ujawniła się jesienią 1945 roku i wielu z nich trafiło do ubowskich więzień. Ci, którzy nadal działali w tej organizacji, pod dowództwem płk Jana Rzepeckiego, a następnie płk Franciszka Niepokólczyckiego, podporządkowali się rządowi emigracyjnemu i naczelnemu wodzowi Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Domagali się by Wanda Salmonowicz i Stefan Skrzyszowski po wojnie w Gdyni, Jot. archiwum rodzinne Armia Czerwona i NKWD opu- ściły terytorium Polski, sprzeciwiali się granicy wschodniej ustalonej w Jałcie, a także prześladowaniom politycznym i dewastacji kraju przez władze sowieckie. Oddziały pat' tyzanckie atakowały posterunki milicji, Urzędów Bezpieczeństwa, NKWD, wykony' wały wyroki śmierci na osobach współpracujących z komunistami, członkach PPR i samorządowcach, którzy szczególnie byli zaangażowani we wspieranie nowej władzy. 1948 roku, po wielu aresztowaniach dowódców, przewerbowaniu niektórych z żołnierzy WiN, organizacja ta była praktycznie pod kontrolą UB. Ostatnim dowódcą WiN był prawdopodobnie Józef Kowalski pseudonim „Kos”, który był jednocześnie funkcjonariuszem UB. Władze komunistyczne w pełni zaczęły kontrolować organizację, nawiązują6 równocześnie kontakty z państwami zachodnimi, które wspierały antykomunistyczną opozycję. Przyjmowano przysyłanych z zachodu drogą lotniczą i morską agentów, pie' niądze i nowoczesny sprzęt łączności, wysyłając w zamian fałszywe informacje oraz nie* świadomych charaktery organizacji kurierów, a także ludzi na przeszkolenie wywiadowcze i dywersyjne. Do takiej organizacji trafił Stefan Skrzyszowski. Można powiedzieć, że do roli konspiratora i szpiega, w przekonaniu UB się nadawał, bo nie był entuzjastą nowej władzy-W czasie wojny działał w konspiracji i kiedy po wojnie udało mu się nawiązać kontakt „konspiracyjny” w jego przekonaniu, z ochotą z niego skorzystał i się zaangażował. bhe wiedział, że jest to prowokacja ze strony UB. Wierzył, że ma walczyć o wolną Polskę, która w tym momencie znajdowała się pod sowiecką okupacją. Stefan Skrzyszowski, niezależnie od tego czy możemy nazywać go „cichociemny^ czy nie, do końca wierzył, że nim jest i że działa w słusznej sprawie. Zginął za swoje prze' konania, mimo, że być może do wykonania wyroku śmierci nie wiedział, że padł ofiaU perfidnej prowokacji władz komunistycznych. Najlepszym dowodem na Jego niezłoU1' ność jest fakt, że nie wystąpił o ułaskawienie. Agata Janik 147 Teodor Sejka ZAPACH WĘDZONEGO DORSZA NA PLACU STALINA. SZTUMSKIE WSPOMINKI Z DOMIESZKĄ LIRYKI Miałem chyba 10 lat, gdy moja dorosła siostra Rozalia oznajmiła mi, że zabierze mnie do Sztumu, aby kupić mi buty. Ucieszyłem się na tę wiadomość, bo pojedziemy pociągiem, a poza tym wyjazd do miasta to zawsze wielkie święto dla wiejskiego dziecka. Gdy szliśmy od dworca kolejowego do miasta spotkaliśmy oddział żołnierzy wracających z ćwiczeń do koszar. Silne męskie głosy śpiewały tęskną pieśń, której refren brzmiał: ^Smutno było każdemu, nawet nie mów nikomu, gdy komendant rozkazy nam dawał.” Stalin wtedy już nie żył. Opłakaliśmy go już wcześniej na szkolnym apelu, a potem na wieczornej transmisji z ceremonii pogrzebowej. Ale wciąż jeszcze ten „genialny teoretyk marksizmu-leninizmu i wódz światowego proletariatu” miał w Sztumie plac swojego lrnienia. Plac Stalina - przeczytałem na tabliczce umieszczonej na jednym z nielicznych ocalałych po wojnie budynków dzisiejszego placu Wolności. Zasłużył sobie na to - my-ślałem wtedy - przecież pokonał barbarzyński niemiecki faszyzm, to jemu zawdzięczamy Wyzwolenie naszego kraju. Nieprzypadkowo przecież postawiono tu pomnik wdzięczności żołnierzom Armii Radzieckiej, którą dowodził. Rynek Starego Miasta przedstawiał Starego Miasta w Sztumie w Sztumie, lata 60. fot. Henryk Lipski 148 Zapach wędzonego dorsza na placu Stalina. Sztumskie wspominki z domieszką liryki żałosny widok. Od strony północnej zachował się jedyny budynek (wtedy sklep ubranio-wo-materiałowy, obecnie zakład fotograficzny). Od strony zachodniej nie zachowało się nic, pustka. Resztki gruzów po zburzonych kamieniczkach starannie podmiecione leżały jakby na pokosach, nie mogąc doczekać się uprzątnięcia. Leżały tak potem jeszcze długie lata, jako niemi świadkowie tragicznego losu miasta, a w gruncie rzeczy barbarzyńskiego wandalizmu. W centrum placu zobaczyłem mały zgrabny kościółek z wyrzeźbionym na frontonie wizerunkiem twarzy Chrystusa. Stał w tym centrum zniszczenia nienaruszony, dumnie wyciągając swą smukłą szpiczastą wieżę ku niebu, połyskując krzyżem. Jest letnie słoneczne popołudnie. Zaglądamy w rejon targowych straganów. Na kilku stoiskach handlarze wystawiają swoje towary. Ale o dziwo, wszędzie jest ten sam asortyment. Wszyscy sprzedają tu kapcie wykonane przez jakąś domową manufakturę i wszystkie mają zelówki wycięte ze starych rowerowych opon. No cóż, oferta mało zachęcająca, nawet na te czasy. Obchodzimy okoliczne sklepy. Mało ich, bo przecież wieje tu pustką-Od strony zachodniej domy zaczynają się dopiero przed sklepem Centrali Rybnej w stronę zamku. Tu do dziś sprzedaje się ryby. Zgłodniałym klientom ze wsi przydałoby się cos zjeść, może jakieś łakocie, myślę sobie. W sklepie rybnym siostra kupuje wędzonego dorsza, a obok bułki i oranżadę. Siadamy na schodkach i ucztujemy. Poznaję nowy smak i intensywny zapach wędzonej ryby. Słoneczko przygrzewa. Naszą ucztę umila nam płynąca z zawieszonego wysoko głośnika piosenka. To chyba śpiewa Mazowsze i wciąż powtarza się łatwy do zapamiętania refren: „Oj Kasiu, Kasiuleńko, / Gdzie Jasio twój Jasieńko.” I tak to mi już zostało: ta melodia, smak i zapach wędzonego dorsza na placu Stalina stały się dla mnie pamiątką zawarcia znajomości z miastem, które na stałe i bardzo ściśle miało wpleść się w moją biografię. Znajomość ta pogłębiała się z biegiem lat, zwłaszcza w związku z wyborem szkoły średniej, gdy w 1957 r razem z kolegą Heńkiem Skibickim złożyliśmy podania o przyjęcie do Liceum Ogólnokształcącego. Właśnie rok wcze' śniej założył je pan dyrektor Michał Giembicki, a dziś, gdy piszę to wspomnienie, jest Dziewczęta z zespołu ludowego na ruinach Starego Miasta, fot. archiwum Teodor Sejka 149 szacowną i zasłużoną sztumską uczelnią średnią, która dopiero co odświętowała swój jubileusz 60-lecia. Dwudniowe obchody tej rocznicy w dniach 23-24 września 2016 r. zbiegły się z VII Zjazdem Absolwentów i były doniosłym wydarzeniem dla całego środowiska sztumskiego. Ta uroczystość odbyła się pod rządami ósmego z kolei dyrektora w historii tej placówki, w dodatku pierwszej kobiety na tym urzędzie - pani dyrektor Wiesławy Kowalik, która ze swoim sztabem wykazała się niezwykłą sprawnością organizacyjną, by jubileuszowe świętowanie mogło stać się serdecznym spotkaniem przyjaciół, bez względu na rocznik składanej matury. Szczególnie ciepło mogli to odczuć zaproszeni na uroczystość nauczyciele - emeryci obecnego Zespołu Szkół. Wróćmy jednak do chwili, gdy z kolegą przyjechaliśmy na egzamin wstępny, który odbywał się w budynku Szkoły Podstawowej nr 2, gdyż nowo powstałe Liceum miało tu na początku swoją siedzibę. Egzamin był ustny. Z języka polskiego egzaminował pan prof. Antoni Poznański, z matematyki pani prof. Barbara Ślizień. Trema i strach przyprawiały o drżenie serca, wszak była to dla nas pierwsza w życiu konfrontacja tego co się umie przed obcymi nauczycielami. Wiadomo, że przyjęci zostaną najlepsi, reszta odejdzie z kwitkiem. Weszliśmy razem z Heńkiem. Z polskiego pan profesor zapytał mnie: „Co on ^m robił ten człowiek na pustyni? Czemu on się tam znalazł?” Domyśliłem się od razu, Ze chodzi o utwór J. Słowackiego „Ojciec zadżumionych” i poradziłem sobie nieźle. Pan profesor pyta Heńka, dlaczego chce się uczyć w LO, a Heniek szczerze odpowiada, że on nie chce do ogólniaka, ale mama posłała go do Sztumu, bo tu z Barcic najbliżej. - A gdzie chciałbyś pójść do szkoły średniej? - Do technikum gastronomicznego w Elblągu. - A co chciałbyś robić po skończeniu tej szkoły? - Gotować obiady. - A jak się pisze słowo obiad, przez „t”, czy przez „d”, na końcu? - Na końcu jest litera „d”. Za jakiś czas otrzymaliśmy zawiadomienia o przyjęciu do LO w Sztumie. Był to nasz Pierwszy w życiu powód do dumy. Pismo z podpisem pana dyrektora Giembickiego oglą-^ali nasi nauczyciele w Benowie, stawiając nas za wzór, bo tylko my dwaj z naszego rocz-Qika dostaliśmy się do szkoły średniej. Kilka osób poszło do szkół zawodowych w Kwi-^zynie, reszta kończyła naukę na siódmej klasie. Po wakacjach 1 września 1957 roku znów powraca dreszczyk emocji. Idziemy do °gólniaka, będziemy licealistami. Idziemy prosto tam, gdzie zdawaliśmy egzamin wstęp-a tu na drzwiach informacja, że LO zostało przeniesione do budynku po koszarach Wojskowych przy ulicy Reja. Kierujemy się do nowej siedziby naszej przyszłej szkoły. Zdumiewa nas ogrom budynku, długachne korytarze. Wszędzie pachnie świeżą farbą. Wszystko świeżo odmalowane. Udajemy się na uroczystość rozpoczęcia nowego roku Szkolnego na 3 piętrze, gdzie na drzwiach wejściowych wita nas tajemnicze i całkiem °bce nam słowo „a u 1 a”. Co też może ono oznaczać? Wchodzimy do ogromnej sali na strychu budynku z prawdziwą sceną. Pan dyrektor wita wszystkich, a zwłaszcza nas nowicjuszy, z których utworzono dwie nowe ósme klasy. Liceum Ogólnokształcące w Sztumie zaludnia się, nabiera rozpędu. Staje się chlubą miasta , także i je nobilituje, bo dla 150 Zapach wędzonego dorsza na placu Stalina. Sztumskie wspominki z domieszką liryki zdobycia świadectwa dojrzałości nie trzeba już udawać się do miast ościennych. Środowisko sztumskie odczuwa chroniczny brak wykształconych kadr, dlatego powstają klasy dla pracujących. Zresztą w tamtych latach człowiek po maturze był uważany za wysoko wykształconego, a prestiż samej matury o wiele przerasta wartość dzisiejszego dyplomu wyższej uczelni. Bez matury było wtedy wielu przedstawicieli miejscowych władz, dlatego ile razy robiono w mieście jakieś wykopy, żartowano sobie, że na pewno szukają świadectwa dojrzałości tego lub innego sztumskiego dygnitarza. Oczywiście, dzisiaj ten żart, w odniesieniu do obecnych włodarzy miasta i powiatu byłby całkowicie nieuprawniony- Rozwojowe sztumskie Liceum wyraźnie stawiało na jakość kształcenia. Dyrektor Giembicki starannie dobierał kadrę i dbał o porządek i wysoką dyscyplinę wśród uczniów. Poprzeczka wymagań ustawiona była bardzo wysoko i stale nam przypominano, że nie możemy liczyć na to, że tanim kosztem uda nam się zdobyć maturę. Tak też było w rzeczywistości, bo drugoroczność lub oblana matura były zdarzeniami dość częstymi-Wkrótce słowo „aula” zadomowiło się w naszym szkolnym życiu, jako nazwa uroczystej sali - miejsca apeli, imprez, koncertów, no a potem poważnych pisemnych egzaminów-Bardzo często w auli prezentowali się artyści z opery i teatru z Gdańska, niezapomniany był recital słynnego węgierskiego barytona Sonbory Beli, który śpiewał po polsku i p° węgiersku m.in. pieśń „Czerwone maki na Monte Cassino”. Pierwszy rok mojego pobytu w Liceum był okresem szczególnie intensywnego zaciekawienia osobliwościami miasta. W dużej mierze zawdzięczałem to mojemu klasowemu koledze, sztumianinowi Józkowi Kowalskiemu, który był wówczas swoistą ikoną sztumskiego harcerstwa i prowadził drużynę zuchów. Bardzo często po zakończonych lekcjach prowadził mnie w jakiś rejon Sztumu, by pokazać mi coś ciekawego. Były przede wszystkim sztumskie cmentarze i pomniki. Tajemnicza wieża ciśnień i w jej sąsiedztwie cmentarna kaplica kierowała moją wyobraźnię na scenerię II części „Dziadów ; którą znałem ze szkolnej inscenizacji. Park miejski był wtedy bardzo zaniedbany i chyba Nieistniejący już Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej w pobliżu placu Wolności, fot. archiwum Teodor Sejka 151 Wcale nieużytkowany. Na stoku za sceną parkową znajdowało się kilkanaście żydowskich tablic nagrobnych. Niektóre leżały przewrócone. Po latach, gdy zrewitalizowano teren parku bardzo się dziwiłem, że nie ma już tych tablic. Nie wydawało mi się prawdopodobne, by ktoś zadał sobie tyle trudu i ekshumował stamtąd szczątki zmarłych Żydów. Na Przedzamczu stał pomnik żołnierzy radzieckich z czerwoną gwiazdą, a za nim mały cmentarzyk. Wtedy byliśmy obydwaj zjózkiem pewni, że spoczywają tam wyłącznie żołnierze Czerwonej Armii. Mówiło się przecież o wyzwalaniu miasta o prowadzonych bojach, czego uwiarygodnieniem był sam pomnik i zbiorowa żołnierska mogiła. O grobach zasłużonych sztumian mój przewodnik nic nie mówił, bo skąd miał w tamtych czasach o tym wiedzieć? Mieszkałem na wsi, ale mimo woli stawałem się lokalnym sztumskim patriotą, chociaż zdawałem sobie sprawę, że jest to miasteczko bardzo ubogie w porównaniu z sąsiednimi naiastami. Bo czymże mogło ono wtedy zaimponować? Ale my, świeżo upieczeni sztum-scy licealiści, byliśmy z niego dumni, a noszenie na rękawach czerwonej tarczy z napisem »Sztum LO ”, było dla nas prawdziwą chlubą. O ubóstwie i mizerii ówczesnego Sztumu decydował przede wszystkim brak zwartej miejskiej zabudowy. Całe obszary miasta, wypełnione dziś osiedlami mieszkaniowymi Zajmowały wtedy puste przestrzenie, gdzie mieszkańcy mieli swoje ogródki. W miejscu dzisiejszego bloku nauczycielskiego przy ul. Reja, internat LO miał swoje kopce z ziem-niakami. Miejsce uliczki prowadzącej dziś do Osiedla nad Jeziorem zajmowała brukowa-na dróżka, prowadząca do zakładu wulkanizacyjnego pana Domańskiego. Na rozwidle-niu ulic Sienkiewicza i Reja (obecnie rondo pod Dębami) stał kiosk gromadzący licznych amatorów piwa, a w miejscu obecnego skweru Michała Giembickiego stał pokraczny Liceum Ogólnokształcące, fot. Henryk Lipski 152 Zapach wędzonego dorsza na placu Stalina. Sztumskie wspominki z domieszką liryki gliniany budynek mieszczący m.in. sklep monopolowy. Przeciwległa strona ulicy Mickiewicza też nie przedstawiała miejskiego pejzażu. Stały tu skromne zabudowania kwiaciarni starszego pana Rogackiego, wraz z przyległymi terenami kwiatowych upraw i inspektów. Dalej; nieco z tyłu, była kuźnia i warsztat świadczący usługi dla rolników. Przed wyjazdem na obóz harcerski zanosiliśmy tam nasze siekiery i toporki do wyostrzenia. Zaś na rogu z ulicą Lipową była piekarnia i bar mleczny. Na wzgórzu, gdzie dziś rozsiadło się Osiedle Parkowe było gospodarstwo rolne pana Frąckiewicza i rosło tam zboże. Przy ulicy Morawskiego powstały pierwsze po wojnie bloki mieszkaniowe w Sztumie, w których mieszkania otrzymały m.in. rodziny kadry profesorskiej LO. Zajdźmy jeszcze na chwilę na ulicę Baczyńskiego. Tu znajdowały się budynki, garaże i plac ćwiczeń Straży Pożarnej. Bliżej jeziora była rzeźnia miejska, która nie kojarzyła się dobrze, z powodu spływającej w stronę jeziora zwierzęcej krwi oraz budki z napi-sem „Tania jatka”. Historia tego miejsca wiąże się także z nie wyjaśnionym tragicznym wydarzeniem. Słyszałem o nim jeszcze zanim poznałem miasto Sztum. Opowiadano o nim u nas na wsi w latach 50. Sprawa dotyczyła pokazowych ćwiczeń zastępów Ochotniczej Straży Pożarnej, które miały symulować ratowanie człowieka z płonącego budynku. Do tego celu użyto stojącej tam drewnianej wieży strażackiej. Na ochotnika do roli ratowanego zgłosił się 17-letni strażak Janek Wiśniewski, który miał wejść na wieżę, a po zapaleniu imitującej pożar świecy dymnej, miał zostać wyratowany w wyniku przeprowadzonej akcji strażackiej. Tymczasem zaszła jakaś tragiczna zamiana, może pomyłka i zamiast świecy dymnej użyto świecy zapalającej. Drewniana wieża szybko znalazła się w objęciach płomieni. Młody strażak z przerażeniem i rozpaczą wyglądał ratunku, który niestety nie nadchodził. Tragiczna śmierć strażaka, według opinii pana Dynowskiego, późniejszego komendanta OSP w Sztumie, mogła być efektem zemsty lub sabotażu osoby nieprzychylnej nowej polskiej władzy. Zdarzenie to miało miejsce w uroczystość Bożego Ciała, prawdopodobnie w 1954 roku, którego świadkiem był moj sąsiad - pan Franciszek Psuja. Ale ten rejon miasta zasługuje także na uwagę z powodu bardziej optymistycznego-To przecież tutaj znajdował się bardzo zasłużony w historii Sztumu obiekt kulturalno--rozrywkowy - słynna sztumska Strzelnica, gdzie w sali ze sceną organizowano koncerty, przedstawienia teatralne, bale i spotkania. Była tu też kręgielnia. Obiekt ten mieścił się w niewielkim ogrodzie sąsiadującym z Jeziorem Sztumskim. Tutaj właśnie w marcu 1919 roku powołano do życia Kółko Śpiewackie (39 osób), którego wiceprezesem został wybrany zasłużony sztumski lekarz dr Feliks Morawski. Tutaj też dniu 9 maja 1920 roku wybitny kompozytor Feliks Nowowiejski podczas patriotycznego koncertu wykonał słynną „Rotę” ze swoją muzyką do słów Marii Konopnickiej. Wyobraźnia wskazuje dzó miejsce, gdzie rosną 3 dorodne dęby, które musiały być świadkami tamtego patriotycZ' nego ożywienia, gdy ważyły się losy o przynależności Powiśla do Polski. A odsłonięć w 90-tą rocznicę Plebiscytu skromne popiersie słynnego kompozytora uobecniają na^ tamte wydarzenia. Pan profesor Poznański zadał nam kiedyś wypracowanie na temat, jak wyobrażam sO' bie nasze miasto w odległej przyszłości. Pozwoliłem sobie wtedy pofantazjować na temat Teodor Sejka 153 Jeziora Sztumskiego. Pomyślałem wtedy, że może będzie tam kiedyś stała przeprawa promowa między kąpieliskiem a przeciwległym brzegiem. Trasa tej przeprawy miałaby być wieczorem ozdobiona zanurzonymi w wodzie kolorowymi lampionami. Dziś muszę przyznać, że obecna rzeczywistość znacznie przekroczyła moją ówczesną fantazję. Któż mógłby wtedy przewidzieć, że Sztum zdobędzie się kiedyś na zrealizowanie tak śmiałych projektów, że powstanie elegancki, oświetlony ciąg spacerowy wokół całego jeziora z placem do ćwiczeń rekreacyjnych i atrakcyjnymi urządzeniami siłowni plenerowej na Jaszczurowym Wzgórzu . Oświetlenie całego ciągu spacerowego wokół jeziora uświadomiło mi nagle, że jezioro jawi się odtąd jako integralna część miasta, że miasto jakby zwróciło się teraz twarzą do jeziora. A więc jezioro przestało być terenem obcym, może nawet groźnym i niechcianym, ale przestrzenią atrakcyjną, przemawiającą do nas swą urodą. I tylko czekać, jak pojawią się nowe odważne projekty, lokujące za Sztumskim Jeziorem zgrabne, kolorowe osiedla mieszkaniowe, a wtedy samo jezioro może stanowić będzie swoiste forum miasta. Ale to już temat dla wizjonerów kolejnych pokoleń. O ułomności mojej, wówczas uczniowskiej wyobraźni przypomina mi teraz codzienny wieczorny widok z mojego balkonu. Przedstawia on prawdziwą feerię świateł odbijających się w lustrze jeziora z Jaszczurowego Wzgórza i kontrastujących z nimi po lewej stronie nieba mrugających, czerwonych świateł farmy wiatrowej w Sztumskiej Wsi. Ale to jeszcze nic, w porównaniu z tym, gdy nad Sztumskim Jeziorem zabłyśnie srebrzysty sierp albo pełnia księżyca. Gwiazdy i księżyc przeglądając się w jeziornej toni są wtedy prawdziwą ozdobą nieba, jeziora i całego miasta. Mam wtedy prawdziwe widowisko, chyba Wspanialsze od tego z mickiewiczowskiej „Switezi”, mam znacznie więcej niż: „Gwiazdy nad tobą, gwiazdy pod tobą / I dwa obaczysz księżyce”. W taki pogodny wieczór antropomorfizacja otaczającej mnie sztumskiej przyrody jest nieunikniona. Przecież ona nieprzerwanie była i jest świadkiem radości i smutków, wzlotów i klęsk sztumian wszystkich wieków. Sztumskie jezioro, sztumski księżyc i gwiazdy ' one pamiętają wszystko! O czym więc mogą rozmyślać dziś? O czym chciałyby opowiedzieć nam współczesnym? Zadumany księżyc może przypomina sobie pradawne dzieje Piasta i wylicza zasłużonych jego mieszkańców? Jeziorne fale z pewnością kołyszą się w rytm patriotycznej „Roty”. A o czym mogą szeptać sobie wieczorem przybrzeżne tataraki i sitowie? Może przypominają sobie bohatera sztumskiej legendy - młodego rzeź-nika Ignaca, o tym jak obronił oblężoną załogę sztumskiego zamku strzelając do Szwedów ostatnim połciem szynki? A czy przybrzeżne trzciny nie plotkują czasem o cudnej Urodzie kąpiących się w jeziorze trzech córek sztumskiej starościny? Bo ta z córek, której Przyczajony Ignac schował koszulę - Marianna, została jego żoną. Dwie pozostałe, gdy ubrały swoje białe koszule - zamieniły się w białe łabędzie. A gdy młodzi małżonkowie u^usieli uciekać przed pogonią zazdrosnej matki, Marianna zamieniła złote dukaty w lilie ^odne, a siebie i męża Ignaca w dzikie kaczki? Naprawdę, gdy się żyje w tak baśniowym otoczeniu, to i legenda staje się częścią s^tumskiej rzeczywistości! Muzyka-Teatr Wacław Bielecki SZALONE DNI MUZYKI I WARSZAWSKA JESIEŃ W drugiej połowie września udało mi się wyjechać z prowincji do metropolii, i to do samej stolicy, na dwa festiwale muzyczne - „Szalone Dni Muzyki” i „Warszawską Jesień • Festiwal pod intrygującą nazwą „Szalone Dni Muzyki” wymyślił Francuz Rene Martin, który zrealizował go najpierw we Francji, a potem przeniósł do innych krajów, w tym po raz siódmy do Warszawy. Natomiast „Warszawska Jesień” to międzynarodowy festiwal poświęcony muzyce współczesnej. W tym roku odbywał się po raz 59. Nigdy na nim nie byłem. W KOLEJCE PO BILETY Po przyjeździe do stolicy w poniedziałek 19 września natychmiast pojechałem do opery po bilety na „Szalone Dni Muzyki” zaczynające się w piątek. Niestety, na siedem wybranych koncertów udało mi się kupić tylko jeden bilet na piątkowy wieczór, i to na godz. 21.30, ale za to z niebyłe jakim dyrygentem - Krzysztofem Pendereckim. - Bilety trzeba było kupić 1 września - powiedziała pani kasjerka widząc moją frustrację. Następnie udałem się do filharmonii. Tutaj zostałem zupełne zaskoczony, bo trafiłem na ...„komitet kolejkowy”. Okazało się bowiem, że od dzisiaj zaczęła się sprzedaż karnetowi biletów na cały sezon koncertowy - od września do czerwca. Przewodniczący komitetu kolejkowego (to ten, który co godzinę sprawdza i uaktualnia listę obecności), ustali^ mi numerek porządkowy 59 na liście i doradził życzliwie, że jeśli chcę kupić tylko jeden bilet na sobotę, to najszybciej zrobię to tuż przed koncertem. Posłucham jego rady. W takiej kolejce, z zarządzającym nią „komitetem”, stałem dawno temu w czasie stanu wojennego, oczywiście, nie po bilety do filharmonii, tylko po mięso sprzedawane na kartki- Wieczorem pojechałem do Studia Koncertowego Polskiego Radia mieszczącego się na terenie należącym do Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza, aby kupić bilet lub wejściówkę na operę „Zagubiona autostrada” skomponowaną przez Austriaczkę Olgę Neuwirth według filmu Davida Lyncha. W kolejce do kasy na godzinę przed spektaklem byłem na 25 miejscu. Już po chwili okazało się, że biletów nie będzie, ale może będą wejściówki-Tuż za mną stała pani, która opowiadała, że jest matką głównej wykonawczyni. - Córka zapomniała zostawić mi wejściówkę - mówiła - i kilka razy do niej zadzwoniła, ale telefon nie odpowiadał. - Po chwili w kolejce zebrało się ponad sto osób. Czekamy cierpli' wie. - Wejściówek dzisiaj nie będzie - ogłosiła pani kasjerka dopiero po trzecim dzwonku wzywającym widzów na widownię. No cóż, zapotrzebowanie na wysoką kulturę jest w Warszawie olbrzymie, stwierdziłem z niemałym zdziwieniem. WARSZAWSKA JESIEŃ Po południu we wtorek 20 września br. w kościele Ewangelicko-Reformowanyn1 przy Alei Solidarności zaczął się koncert grupy ośmiu kompozytorów z Warszawskiego Wacław Bielecki 155 Oddziału Związku Kompozytorów Polskich dla około 200 przybyłych słuchaczy. Koncert trwał półtorej godziny. W kościele jest dobra akustyka, taka wzmacniająca dźwięk, z małym pogłosem. W repertuarze przeważały utwory z udziałem trąbki i organów (5 kompozycji) oraz perkusji (3). Na koncercie obecni byli wszyscy kompozytorzy, którzy po wykonaniu utworu wychodzili przed ołtarz i kłaniali się publiczności. Wykonano kompozycje: Bartosza Kowalskiego, Hanny Kulenty, Jana Oleszkowicza, Artura Żu-chowskiego, Dariusza Przybylskiego, Anny Ignatowicz-Glińskiej, Aldony Nawrockiej i na koniec - „Musica fetiva na organy” z 2001 r. - nestora wśród kompozytorów - Romualda Twardowskiego. Mnie najbardziej spodobał się bardzo efektowny utwór Bartosza Kowalskiego (ur. 1977 r.) - „Z oddali ” na trąbkę, organy i perkusję z 2006 r. Kompozytor Wykorzystuje w nim specyficzne możliwości brzmieniowe tych trzech instrumentów, bo jak zauważyłem, trąbka i perkusja bardzo dobrze prezentują się z organami. Nota bene, organy w kościele Ewagelicko-Reformowanym w Warszawie wybudowała w 1900 roku firma „Schlag und Sóhne” ze Świdnicy. Ta sama firma oddała do użytku tuż przed rozpoczęciem I wojny światowej organy w Stegnie Gdańskiej. W bieżącym roku odbył się tam XXXV festiwal organowy. W środę 21 września trafiłem wczesnym popołudniem do Austriackiego Centrum Kultury przy ulicy Próżnej na promocję płyty wytwórni DUX z utworami fortepianowy-rni Kazimierza Serockiego (1922 - 1981) nagranymi przez młodego pianistę Adama Ko-śrnieję. Był on obecny i prezentował krótkie fragmenty 10 utworów z płyty w znakomitej jakości akustycznej. Spotkanie prowadziła red. Ewa Szczecińska z programu II Polskiego Radia. Wśród nielicznych słuchaczy (15 osób) był znany kompozytor Zygmunt Krause. Spotkanie zakończyło się wyświetleniem fragmentu filmu z nagraniem najbardziej znanego utworu K. Serockiego - „Pianophonie”. Bardzo późno, bo o godzinie 22.30 w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina na Okólniku odbył się koncert grupy kompozytorskiej gcn .ratc. Tworzą j^ studenci tej uczelni. Zaprezentowali oni pięć utworów na zespoły kameralne: Żaneta Rydzewska - „Hidden” na skrzypce, akordeon, klarnet i perkusję, Aleksandra Kaca -»Ultima 'Ihule” na skrzypce, wiolonczelę akordeon i klarnet, Teonika Rożynek - trochę żartobliwy utwór - „Halicline II” na trzy akordeony i elektronikę, Sławomir Wojciechowski - „Speedcore” - solo na perkusję, Rafał Ryterski - „Nici Mojr” na troje skrzypiec, elektronikę i ekran. Słuchacze, około stu studentów, życzliwie przyjmowali kolejne utwory swoich koleżanek i kolegów. Czy jednak można polubić muzykę, gdzie zamiast czystych dźwięków słychać szumy, stuki, hałasy, nachalne rytmy i ostre dysonanse-. Odniosłem ^rażenie, że po kilkudziesięciu latach „Warszawskiej Jesieni” wszystko to już było. Na Przykład, zamiast normalnego grania na klawiszach akordeonu, było stukanie i pukanie Po nich, lubowanie się odgłosami pochodzącymi z miecha, czy niemal dosłowne „piłowanie” smyczkiem skrzypiec. Gdzie w tym jest piękno, które by zachwycało? W czwartek 22 września br. ponownie udałem się do Austriackiego Centrum Kultury na spotkanie promocyjne książki pt. „Świat oper Zygmunta Krausego” pod redakcją prof. Ryszarda Golianka i kilku autorów z Akademii Muzycznej w Łodzi. W nowoczesnej sali spotkało się około 30 osób, w tym główny bohater - Zygmunt Krause, który w ciągu 156 Szalone Dni Muzyki i Warszawska Jesień ostatnich piętnastu lat napisał i wystawił 5 oper, razem skomponował ich sześć: pierwszą z nich była „Gwiazda” a potem „Balthazar”, „Iwona księżniczka Burgunda”, „Polieukt , „Pułapka” - i ostatnia - „Olimpia z Gdańska”. Jak mówił kompozytor, opery napisał, bo otrzymywał zamówienia od dyrektorów polskich teatrów operowych. Promocja książki o operach Zygmunta Krausego. Przy stoliku po lewej siedzi kompozytor, po prawej prof R. Golianek, fot. W. Bielecki Prof. Golianek próbował namówić do zabrania głosu kilku obecnych na sali współautorów książki, ale nikt się na to nie zdecydował. Paru odpowiedzi na pytania prowadzącego udzielił Zygmunt Krause, m. in. o tym, że interesuje go tylko muzyka eksperymentalna i nie ogląda oper tradycyjnych - jak to określił - „skamieniałych”. Po takiej odpowiedz1 prof. Golianek niespodziewanie zakończył spotkanie. Trwało ono zaledwie 35 minut. W sobotę 24 września w Filharmonii Narodowej zagrano finałowy koncert Warszawskiej Jesieni. Udało mi się dostać bilety w ostatnim, XXV rzędzie pod balkonem. Grała orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą argentyńskiego dyrygenta Emilio Pomarico, wysokiego, starszego i pochylonego nieco pana o dość powściągliwych ruchach. W pierwszej części wykonano utwór Sałvatore Sciarrino - „Shadow of Sound” - wykorzystujący przez cały czas piana i pianissima, aż do granic możliwości słyszenia. Choć na scenie były aż cztery tołumbasy (wielkie bębny), to i one grały nadzwyczaj cicho. Głównym utworem tego wieczoru było prawykonanie poprawionej wersji „Koncertu skrzypcowego” Aureliano Cattaneo. Jako solistka wystąpiła młoda Austriaczka Sophie Schafleitner. Składający się z dwóch części koncert jest dość liryczny w pierwszej częsc1 a w drugiej bardziej energetyczny. W sumie nie pozostawił mi jakichś większych śladów, a nasunął skojarzenie z koncertem naszego kompozytora Andrzeja Panufnika, który sły' szałem w Gdyni pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka. Grała wtedy świetna polska skrzy' paczka Patrycja Piekutowska. W mojej ocenie tamten utwór i wykonanie było znaczni lepsze od dzisiejszego. Po przerwie zabrzrniał trzyczęściowy utwór o frapującym tytule: „Kompozycja z ruchomym tłem”, ale nieco przydługi, skomponowany przez Zofię Dowgiałło. Na zakon' czenie wystąpił Warszawski Chór Chłopięcy - trzydziestu chłopców w czerwony^ Wacław Bielecki 157 marynarkach - który na jednym dźwięku wyrecytował po grecku „Odę do człowieka” z „Antygony” Sofoklesa przy współczesnym akompaniamencie, jakim była muzyka zna-nego greckiego kompozytora lannisa Xenakisa. Nie było to dla mnie wykonanie zbytnio porywające. SZALONE DNI MUZYKI W piątek, 24 września, zaczęły się „Szalone Dni Muzyki”. W ciągu trzech dni odbyło się aż 60 koncertów w pięciu salach Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, nazwanych teraz: „Gwiaździstą” (1600 miejsc), „Morską” (400), „Księżycową” (370), „Leśną” (240) i „Słoneczną” (400). Ta ostatnia scena mieściła się w specjalnie postawionym namiocie pod gmachem opery naprzeciw pomnika Stanisława Moniuszki. Celem „Szalonych Dni Muzyki” jest przybliżenie możliwości słuchania muzyki przez jak najszerszą publiczność, dlatego koncerty nie są za długie, ich program to zazwyczaj znane utwory, bilety bardzo tanie, po 15 lub 12 zł, a do sali „Słonecznej” wstęp był wolny. Udział w „Szalonych Dniach Muzyki” zacząłem od koncertu w sali „Słonecznej”. Przy pełnej widowni wystąpiła tam Orkiestra Symfoniczna z Zespołu Szkół Muzycznych z Częstochowy. Na program złożyły się walce i polki Johanna Straussa syna oraz uwertura charakterystyczna „W Tatrach” Władysława Żeleńskiego, tudzież muzyka z filmu „Park Jurajski” Johna Williamsa. Jednym słowem, program bardzo lekki. Publiczności spodobała się szczególnie polka „Ku ku” J. Straussa. Dziwić się można, że staroświecki utwór z kukaniem, może tak bardzo rozbawić słuchaczy. Uwertura „W Tatrach” trudno dochodziła do uszu melomanów, bo przez płótno namiotu słychać było uciążliwy hałas dochodzący z ulicy. "Szalone Dni Muzyki" koncert na marimbę w sali „Gwiaździstej" Opery Narodowej. Kłania się solistka June Hahn, obok dyrygent Grzegorz Nowak, fot. W. Bielecki 158 Szalone Dni Muzyki i Warszawska Jesień Godzinę później byłem już w największej sali opery nazwanej teraz „Gwiaździstą • W pierwszej części usłyszeliśmy rzadkość programową, bo „Koncert na marimbę” Jeajo-ona Ryu, urodzonego w 1970 r. kompozytora z Korei Południowej. Partię solową wykonała June Hahn, młoda wirtuozka tego instrumentu, która urodziła się w Południowej Kalifornii, a wychowała w Korei. Jak wiadomo, marimba to taki większy ksylofon, należący do grupy instrumentów perkusyjnych. Gra się na nim dwoma luba nawet czterema pałeczkami. Dźwięk marimby nie był zbyt nośny i czasami z trudem przebijał się przez orkiestrę. Sam utwór wymaga wielkiej wirtuozerii od solistki, ale i partia orkiestry jest bardzo trudna. Szybka część pierwsza jakby się rozwarstwiła - solistka grała swoją, a orkiestra także swoją partię. Zabrakło spójności. Ta pojawiła się w wolnej części drugiej. Część trzecia to popis solistki i orkiestry z bardzo szybkimi figurami rytmicznymi w których marimba gra wyszukane melodie i rytmy z różnymi instrumentami: kotłami, fagotem, fletami, itp. Pogram drugiej części koncertu został w ostatniej chwili dwukrotnie zmieniony. Miał to być utwór Krzysztofa Pendereckiego wykonany pod jego dyrekcją. Najpierw planowano wybór jego pieśni z „VIII Symfonii”, ale zachorował śpiewak. Postanowiono więc zagrać Pendereckiego „Concerto grosso na trzy wiolonczele i orkiestrę”, ale w przeddzień koncertu rozchorował się sam kompozytor. W tej sytuacji orkiestrę Sinfonia Varsovia poprowadził Grzegorz Nowak, a zagrano „Symfonię włoską” Feliksa Mendelsshona-Bat-tholdiego. Dyrygent nadał szybkie tempa wszystkim częściom i bardzo precyzyjnie dyrygował z pamięci, bez partytury. To było bardzo dobre wykonanie. 7 NURTÓW WSPÓŁCZESNEJ MUZYKI POLSKIEJ W piątek, 23 września br. w sali Samuela Lindego w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego zaczęła się dwudniowa konferencja pod nazwą: „7 nurtów muzyki polskiej - zorganizowana na 70-lecie Związku Kompozytorów Polskich (ZKP). Była to impreza towarzysząca „Warszawskiej Jesieni”. Obrady podzielono na siedem godzinnych dyskusji panelowych o tytułach: INTUICJA, LIRYKA, METASTYLISTYKA, BRZMIENIE; REDUKCJA, KONSTRUKCJA, ENERGIA. Przysłuchiwanie się prowadzonej dyskusji było dla mnie bardzo ciekawe i kształcą' ce. Na dodatek mogłem zobaczyć „na żywo” znanych mi tylko z radia, książek i czasopism muzycznych kompozytorów i muzykologów. Nie będę wymieniał ich wszystkich; ale dyskutowali, m.in. kompozytorzy: Rafał Augustyn, Tadeusz Wielecki (do tego roku przez 18 kolejnych lat był organizatorem „Warszawskiej Jesieni ”), Krzysztof Knittel, Eugeniusz Knapik, Hanna Kulenty (która niespodziewanie oświadczyła, że jestem również filozofem), Zygmunt Krause, Krzysztof Meyer (jego opery „Madame Curie” oraz „Gracze” - dokończenie opery D. Szostakowicza według N. Gogola - słyszałem w Gdańsku); Jerzy Kornowicz były prezes ZKP i pomysłodawca podziału historii współczesnej muzyki polskiej na wspomniane 7 nurtów, a od przyszłego roku organizator Warszawskie) Jesieni (tenże wyznał, że jest antropologiem kultury). Niestety, nie było na konferenc)1 chyba najbardziej rozpoznawanego współczesnego kompozytora Pawła Mykietyna, który w swej twórczości stosuje metastylistykę, czyli w jednym utworze miesza różne style kompozytorskie oraz Pawła Szymańskiego. Akurat z twórczością tych kompozytorom zetknąłem się wielokrotnie. Wacław Bielecki 159 Ważnym dyskutantem na sali był dyrygent Wojciech Michniewski, znany mi z Bydgoszczy, który prowadził wiele z omawianych na konferencji utworów i trafnymi spostrzeżeniami i pytaniami sprowadzał czasem bujających w obłokach kompozytorów i muzykologów na ziemię. Na zakończenie odbył się dyskusja „okrągłego stołu”. Wnioski nie były zbytnio odkrywcze. Główny zaś taki, że twórczości wielu kompozytorów nie da przypisać tylko do jednego z siedmiu nurtów. POWĄZKI, TREBUNIE-TUTKI, HARENDA, PAŁAC STASZICA, SANNIKI W niedzielę 25 września br. przed południem odbyłem wycieczkę z przewodnikiem szlakiem znanych muzyków po Cmentarzu Powązkowskim. Wędrówka między grobami trwała półtorej godziny. Przewodniczka pokazała, m.in. groby śpiewaków Marii Fołtyn 1 Jana Kiepury oraz wielkich popularyzatorów muzyki - Jerzego Waldorfa i Bogusława Kaczyńskiego (jego grób jest z tego roku, więc jeszcze bez płyty, ale z dużą ilością świeżych wiązanek kwiatów). Oprowadzająca najwięcej mówiła o rówieśnicy Chopina - kompozytorce Tekli Bądarzewskiej i jej „Melodii dziewicy”, obecnym hitem wjaponii. Pominęła, co bardzo dziwne, groby Stanisława Moniuszki i Henryka Wieniawskiego. ^fób Bogusława Kaczyńskiego na Powązkach, fot. W. Bielecki Wieczorem na Zamku Królewskim odbył się koncert pt. „Nuty Wielkiego Pasterza”. Wystąpił znany góralski zespół „Trebunie-Tutki” razem z Warszawskim Chórem Międzyuczelnianym z kościoła św. Anny dyrygowanym przez spolszczonego Rosjanina Bo-rysa Somerschafa. Koncert zaczął się od prezentacji kilku pieśni chóralnych, a konkretnie °d akademickiego hymnu ”Gaude Mater Polonia” przy którym słuchacze wstali. Była też 160 Szalone Dni Muzyki i Warszawska Jesień „Rota” przy śpiewaniu której wszyscy siedzieli, co nie do pomyślenia byłoby w Poznaniu czy Olsztynie. Potem grały „Trebunie-Tutki”, a w niektórych utworach włączał się chór. Cały program pochodził z wydanej już płyty i opowiadał o „góralskim” papieżu Janie Pawle II. W sali zamkowej byli głównie ludzie w starszym wieku. Na koniec wszyscy zaśpiewali „Arkę”. Był jeszcze bis - „Nasze reggae”, do którego słowa napisał obecny na sali redaktor Włodzimierz Kleszcz. W poniedziałek, 26 września br. byłem wieczorem na recitalu fortepianowym prof-Marii Szreiber z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w sali lustrzanej pałacu Staszica, siedzibie Polskiej Akademii Nauk, przed którą stoi pomnik Kopernika. W programie były utwory Chopina: „Nokturn F-dur”, „Walce: cis-moll i As-dur”, „Barkarola Fis-dur” i „Scherzo b-moll” - oraz F. Schuberta - „Sonata A-dur.” Wykonanie utworów Chopina nie przypadłe mi zbytnio do gustu, głównie z powodu dynamiki, bo wiele fragmentów granych było za głośno. Moim zdaniem, Pani Profesor nie dostosowała siły dźwięku koncertowego Steinwaya do niewielkiej sali z dobrą słyszalnością i niewielką ilością słuchaczy - było kilkadziesiąt osób w starszym wieku, głównie kobiety, jakby uczestnicy Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Poza tym, tempa pierwszych części walców były zbyt powstrzymywane, a „ Barkarola” mało roztańczona. Sympatyczne było to, że po koncercie wszyscy zostali zaproszeni na lampkę białego lub czerwonego wina. Po recitalu fortepianowym trafiłem się do pobliskiej piwnicy pod Harendą na jam session. Grał kwartet jazzowy - saksofon tenorowy, gitara elektryczna, gitara basowa i perkusja. Do tego zespołu przyłączał się starszy skrzypek z Norwegii oraz młody Trebunie-Tutki na Zamku Królewskim w Warszawie, fot. W. Bielecki Wacław Bielecki 161 saksofonista altowy. Miło było tak posiedzieć przy piwku i słuchać improwizowanej muzyki. Było to dobre zakończenie mojego pobytu w stolicy. We wtorek 27 września, już w drodze powrotnej do domu, zajechałem do Sannik za Sochaczewem. W tutejszym, niedawno przywróconym do świetności pałacu przebywał Chopin. Po muzeum oprowadzał młody historyk rodem z Barcina na Pałukach. Ciekawie i z dużą pasją wyjaśniał zawiłe losy właścicieli pałacu - Pruszaków, Natansonów i Dziewulskich oraz pobytu Chopina w lipcu i sierpniu 1828 r. u szkolnych przyjaciół, Konstantego Pruszaka i jego siostry Olesi. Zauważyłem, że w pałacu pamięta się o odbytych koncertach i ich wykonawcach Na ścianach znajdują się duże zdjęcia wszystkich artystów, którzy tutaj Występowali. Szkoda, że takiej ekspozycji nie ma w naszym Waplewie. Ponad tygodniowy pobyt w Warszawie był okazją do pogłębienia znajomości muzyki, szczególnie współczesnej. Myślę, że udało mi się poszerzyć wiedzę na ten temat, ale nie zdołałem przekonać się całkowicie do tej muzyki i do jej polubienia. Tam gdzie nie ma melodii, rytmu i harmonii, moim zdaniem, nie ma porywającego piękna. Oczywiście, są słuchacze, i to młodzi, którzy cenią sobie taką muzykę. Sądzę, że tak jak w każdej epoce, wśród wielu powstałych obecnie utworów muzycznych, większość stanowią kompozycje niezbyt udatne. Co zatem z tej muzyki zostanie dla potomności? Autor przy pomniku Pryderyka Chopina w parku obok pałacu w Sannikach. Guwernantka państwa Pruszaków słucha dopina, fot. z archiwum autora 162 Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią Jan Chłosta ZWIĄZKI FELIKSA NOWOWIEJSKIEGO Z RODZINNĄ WARMIĄ Dobiegający końca 2016 rok został przez Sejm ustanowiony m. in. Rokiem Nowowiejskiego. W uzasadnieniu napisano, że „Artysta był autorem pieśni patriotycznych, które umacniały tożsamość narodowa Polaków. W niepodległej Polsce brał czynny udział w tworzeniu i organizowaniu życia artystycznego”. Nastąpiło to z okazji 70 rocznicy jego śmierci. My do tego dodajemy, że wywodzący się z Barczewa pod Olsztynem kompozytor Feliks Nowowiejski jest najbardziej znanym Warmiakiem w Europie, może nawet w święcie. Stało się to dzięki jego dokonaniom muzycznym, licznym kompozycjom. Sławę zdobył uniwersalnymi kompozycjami, opartymi także na motywach regionalnych, właśnie warmińskich. 1 Po ukończeniu Szkoły Muzycznej w Świętej Lipce, jeszcze w sierpniu 1893 r. szesnastoletni Feliks Nowowiejski osiadł w Olsztynie, zamieszkał w domu przy dzisiejszej ulicy Pieniężnego 18 (wtedy Wilhelmstrasse). Dwa lata wcześniej 1891 r. jego ojciec Franciszek wynajął tam kilka pokoi na drugim piętrze budynku, stanowiącego własność Mól-kerei - Genossenschaft Allenstein, czyli Olsztyńskiej Spółdzielni Mleczarskiej. Licząc na szerszą klientelę przeniósł swój warsztat krawiecki z Barczewa do Olsztyna. I w tym się na pewno nie zawiódł. Olsztyn przeżywał akurat nadzwyczajny rozwój, a Barczewo raczej miało ubytek ludności z powodu migracji do większego miasta. W mieszkaniu przy Wilhelmstrasse 18 zamieszkała też siostra kompozytora Maria, nauczająca śpiewu w jednej z olsztyńskich szkół. Z początkiem 1894 roku Feliks zaciągnął się do II Pułku Grenadierów, stacjonujących w koszarach przy dzisiejszej ulicy Kasprowicza. Początkowo pracował jako zawodowy muzyk w orkiestrze, a po pracy, jak napisali jego synowie, udzielał lekcji muzyki. W wojsku przyszły kompozytor „rozszerzył wiedzę muzyczną o nową dziedzinę, jaką jest muzyka marszowa”. Pozwoliło mu to równocześnie odsłużyć obowiązkową służbę wojskową. W tym czasie nawiązał też współpracę z miejscowym1 zespołami amatorskimi. W kwietniu 1898 roku podjął naukę w berlińskim konserwatO' rium J. Sterna. Trwała ona krótko, ale Nowowiejski zdołał dzięki pobytowi w tym konserwatorium, znacznie pogłębić swoją wiedzę muzyczną, zwłaszcza w zakresie muzyk1 kościelnej. Potwierdzone to zostało w opiniach nauczycieli tej szkoły, które przedłożył proboszczowi parafii św. Jakuba w Olsztynie księdzu Józefowi Teschnerowi wraz z podaniem o przyznanie wakującego od kilku lat stanowiska organisty. Zarówno profesor konserwatorium Otto Dienel jak i dyrygent chóru kościoła św. Jadwigi w Berlinie R* Wecker wystawili Nowowiejskiemu nadzwyczaj pochlebne referencje, podkreślali jeg° udział w próbach śpiewu i występach kościelnych oraz potwierdzili nadzwyczajną pra' cowitość młodego Warmiaka. O stanowisko organisty rywalizował z wychowankiem Jan Chłosta 163 Królewskiej Akademii Muzycznej w Berlinie i nauczycielem Konserwatorium Ve-it 'a w Berlinie W. J. Grossem. Ks. Teschner wybrał jednak Nowowiejskiego. Być może dlatego, że kandydat na organistę urodził się, tak jak on w Barczewie. Wiele sobie obiecywał po młodym muzyku. Przekazując dokumenty Nowowiejskiego, wraz z opiniami, do Kurii Biskupiej we Fromborku sugerował rok. Zanim 1 października 1898 roku Feliks Nowowiejski objął stanowisko organisty w Olsztynie, spotkało go wielkie wyróżnienie: skomponowany przez niego marsz „Pod sztandarem pokoju” otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie londyńskiego The British Musician. Napisano o tym w Gazecie Olsztyńskiej: „Młody pan Nowowieski [tak pisano jego nazwisko - przyp. JCh], którego obrano na organistę otrzymał pierwszą europejską Nagrodę za skomponowanie najlepszego marsza wojskowego „Pod sztandarem pokoju”. Jak gazety piszą ma pan N. zostać nawet cesarzowi przedstawiony, a otrzymał już powinszowania od różnych wysokich dostojników państwowych, także nagrodę pieniężną. Dodajmy, że p. N. jest rodem z Wartemborka, czyli Barczewa, rodzice jego mieszkają obecnie w Olsztynie i są Polakami. Młody p. N., mówi także po polsku, ale nie zupełnie biegle”. Laureat wywołał podziw tym utworem. Biorąc pod uwagę konstrukcje formalną „Pod sztandarem pokoju” współcześni muzykolodzy wyrażają pogląd, że kompozycja nie mogła powstać w Olsztynie. Sugerują przy tym, że tak doskonały utwór mógł napisać młody Nowowiejski jedynie z pomocą pedagoga kompozycji, lecz nikt nie zdołał dotąd potwierdzić faktu narodzin marszu w Berlinie. O pracy Nowowiejskiego jako organisty w Olsztynie nie wiele można napisać. Do jego obowiązków jako organisty należały: współudział w podnoszeniu uroczystego charakteru nabożeństw, gry na organach z przestrzeganiem przepisów kościelnych, unikając Wszelkich spłyconych i świeckich melodii, pielęgnowania śpiewu gregoriańskiego, dbacie o porządek i nabożne zachowanie na chórze, uzupełnianie wykształcenia i doskonalenie śpiewu wiernych. Utrzymywał kontakty z orkiestrą wojskową, z którą był wcześniej związany, kierował cbórem Towarzystwa św. Cecylii, pozwolono mu nauczać śpiewu kościelnego z grupą dzieci w czasie wolnym od zajęć szkolnych. Na przełomie września i października 1899 r. brał udział w uroczystościach jubileuszu 50 kapłaństwa biskupa warmińskiego Andrzeja Thiela. Na tę uroczystość skomponował kantatę na głosy solowe i chór mieszany. Brał też udział w koncercie urządzonym z okazji 25-lecia chóru w Barczewie, którego członkiem w latach młodości był jego ojciec. Nadto w 1900 roku, w także Olsztynie, zapewne w oparciu o wystawiony utwór sceniczny, a może nawet lekturę, Jana Liszewskiego „Swaty warmińskie” skomponował uwerturę „Polnische Brautwerbung”. W Gazecie Olsztyń-skiej utwór nazwano „Polskie zaloty”, aby wyeliminować jakiekolwiek skojarzenia z nieakceptowanym przez ks. Teschnera redaktorem polskiego pisma Liszewskim. Feliks Nowowiejski należał do ludzi ambitnych i pracowitych. Wciąż zabiegał o posze-r^enie swego wykształcenia muzycznego. Jeszcze jako organista z początkiem 1900 roku Podjął trzymiesięczną naukę w Szkole Muzyki Kościelnej w Regensburgu, nazywanym Przez Polaków, Ratyzboną. W tym czasie w kościele św. Jakuba zastępował go rodzony 164 Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią brat dwunastoletni Edward (1888-1951). Po ukończeniu nauki dyrektor tej szkoły Franz Xawery Haberl wystawił warmińskiemu kompozytorowi bardzo pochlebne świadectwo: „gorliwie i pilnie uczęszczał do tutejszej szkoły (...) brał udział z największą uwagą we wszystkich przedmiotach”. Do tego jeden z nauczycieli dodał: „bardzo pilnie opracowane [przez Nowowiejskiego] ćwiczenia pisemne świadczą o pełnym zrozumieniu, jak również o nadzwyczajnych zdolnościach jego do twórczości muzycznej”. Trzeba przyjąć, że te opinie zachęciły Nowowiejskiego do podjęcia dalszych studiów. Ostatecznie 30 września 1900 roku zrezygnował z pracy jako organista w Olsztynie i postanowił odbyć akademickie studia muzyczne. Nie doczekawszy odpowiedzi biskupa Thiela na swój list w sprawie przyznania stypendium, udał się do Berlina, aby z początkiem 1901 roku podjąć naukę w Szkole Mistrzów przy Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Starając się o przyjęcie do tej szkoły wysłał skomponowaną kantatę „Koriolon przed Rzymem”. Liczył na pewno na wykłady wówczas nadzwyczaj cenionego kompozytora Maxa Brucha. 2 Gazeta Olsztyńska, co jakiś czas, podawała informacje o działalności i dokonaniach muzycznych Nowowiejskiego, a więc o jego rezygnacji ze stanowiska organisty w olsztyńskim kościele i zamiarze podjęcia studiów w Berlinie, przyznaniu mu rzymskiej nagrody im. Giacomo Meyerbeera, która zobowiązywała do odwiedzin wielu krajów europejskich i przyjrzenia się różnym zakresom życia muzycznego kolejnego pobytu w Rzymie i skomponowania tam „Quo vadis”, następnie powierzenia Warmiakowi stanowiska organisty przy kościele św. Pawła w Berlinie, zamieszczano także relacje z wielu koncertów kompO' zytorskich, m. in. w Berlinie, był to przedruk z Dziennika Berlińskiego. Jeszcze więcej tekstów olsztyńskie pismo poświęcało kompozytorowi w latach między' wojnia. W szczególny sposób został Nowowiejski wyróżniony w jubileuszowym numerze pisma z 1936 roku. Poza listem samego kompozytora, skierowanym do czytelników, omO' wieniem pracy twórczej, wykazem większych jego dzieł, w tym czterech oratoriów: „Syn marnotrawny”, „Quo vadis”, „Znalezienie św. Krzyża”, „Kościuszko”, operami: „Legenda Bałtyku”, „Emigranci”, „Ondraszek”, wymieniono tytuły baletów, utworów symfonicZ' nych, organowych, fortepianowych, skrzypcowych, msze liturgiczne i wiele pieśni. Poza tym na dwóch kolumnach Gazety znalazły się jeszcze cztery pieśni warmińskie wraz z nutami: „Meszek w lesie”, „Za stodoło”, „Modry kameń” i „Naszo Anula”. 3 Zanim w październiku 1919 roku Feliks Nowowiejski osiadł na stale w Poznania wiele koncertował w miastach na ziemiach polskich i Europy, był jakiś czas wykładowcą kontrapunktu i kompozycji w Konserwatorium}. Sterna w Berlinie, w latach 1909-1914 dyrektorem artystycznym Towarzystwa Muzycznego w Krakowie, potem profesorek1 Konserwatorium K. Klindwortha i X. Scharwenki w Berlinie. Będąc poza ziemiami pilskimi stykał się z Polonią. To go jeszcze bardziej zbliżało do kultury polskiej. Wywodzi! się przecież z rodziny polskich Warmiaków. Nie bez znaczenia było również sprowadzenie do Berlina rodziców z Olsztyna. Przypomnijmy, że ojciec kompozytora wspomagał 165 Jan Chłosta I. Meszek w lesie ł. alesiCwKl* I f Pieśni warmijskie głos solowy z towarzyszeniem fortepjanu w układzie Feliksa Nowowiejskiego (ze zbioru „25 pieśni warmijskich"). 1. ehtóicię ps«en na - ma . lo . woł? xn> - bxi - ły? ChWl cie tu ChUJi ci doł 4. •'M filio tyczenia z okazji SO lecia Gazety Olsztyńskiej przesiane przez F.Nowowiejskiego 8. Za stod< 13. roraty 22. Nas; 166 Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią w 1863 roku powstańców, przebywających w Barczewie, był bibliotekarzem Towarzystwa Czytelni Ludowej. Wyjątkową rolę w przywracaniu związków z polską kulturą, w tym także w podtrzymywaniu związków z rodzinną Warmią, spełniła jego żona Elżbieta Mironow- Mirocka. Wszystko to wpłynęło na to, że po osiedleniu się w Poznaniu Feliks Nowowiejski postanowił urządzonymi koncertami wesprzeć, również materialnie, Warmiński Komitet Plebiscytowy. Takie koncerty zostały urządzone jeszcze w końcu 1919 roku w Warszawie i Krakowie, potem w Nowym Mieście Lubawskim, Toruniu oraz na terenie objętym tamtym głosowaniem, a więc w Kwidzynie (25 IV 1920) i Sztumie (9 V 1920), wcześniej 2 V 1920 r. koncertował w Poznaniu. Ważnym wydarzeniem był koncert w Olsztynie 2 czerwca 1920 r. Odbył się on w sali budynku Zarządu Miejskiego przy dzisiejszej ulicy Okopowej, dzierżawionej przez niejakiego Hinzmanna, który wynajmował ją również Polakom Termin koncertu był wielokrotnie przekładany. Być może nastąpiło to również z powodu wcześniej ustalonych terminów występów. Ten występ poprzedzono wieloma informacjami o kompozytorze w Gazecie Olsztyńskiej z zapowiedziami o koncercie i skomponowaniu „Hymnu Warmińskiego” i innych pieśni, spotkaniu z generałem Józefem Hallerem, dowódcą błękitnej armii. W przygotowaniach do olsztyńskiego koncertu brał udział sam kompozytor. Odbywał próby z chórem „Lutnia”, który miał wykonać tylko co przygotowany „Hymn Warmin-ski”. Jan Baczewski napisał: „Dotychczas uważaliśmy, że chór nasz jest dobrym chórem-Gdy jednak Feliks Nowowiejski wziął nas w swoje obroty, stwierdziliśmy, że jeszcze daleko nam do dobrego chóru. Nowowiejski przeprowadził z nami kilka prób i powiedział, że będzie mógł nas pochwalić dopiero (...) o ile będziemy śpiewać równie dobrze przed zgromadzoną publicznością. I śpiewaliśmy na cztery głosy pod batutą Warmiaka (...) Wy' konaliśmy jego utwory: „Hymn Warmiński ” i „Nasz Bałtyk”. Olsztyński koncert z udziałem kompozytora spotkał się z dużym zainteresowaniem-Podkreślił to Ludwik Łydko w obszernej relacji. Kompozytorowi towarzyszyli: solistka opery hamburskiej Helena Sosińska i jego brat Rudolf Nowowiejski, który wygłosił pogadankę o pieśni polskiej. W czasie koncertu poza „Hymnem Warmińskim”, wykonano trzecią scenę z „Quo vadis” - „Śmierć Ellenai”, pieśni ludowe, Hymn Rzeczpospolitej do słów Stanisława Rybki „Złamane berła”. Z treścią samego tekstu pieśni „O Warmio moja miła” sytuacja była dość złożona-Chociaż w olsztyńskim piśmie pod zamieszczoną pieśnią wraz z nutami (18 V 1920 r.)> wydrukowano, że autorką słów jest Maria Paruszewska, to faktycznie nie ona napisała poniższy tekst: O Warmio moja miła, Rodzinna ziemio ma, Tyś mnie do snu tuliła, Miłością pierś ma drga. Zdradziecko byłaś wzięta, Bo chytry był nasz wróg, Niewoli srogie pęta Rozerwał dziś sam Bóg. Jan Chłosta 167 My Warmii wierne dzieci Kochamy ten nasz kraj, Po latach burz, zamieci Niech błyśnie szczęścia raj. Olsztyński zamek stary Krzyżactwa mieścił ród, Dziś polskie tam sztandary I odrodzenia cud. Rozdarły Polskę wrogi, Przyszła niewola, znój Lecz Biały Orzeł drogi Lot zwrócił ku nie swój. Ojczyzno zmartwychwstała, Twych dzieci usłysz śpiew, O Warmio, Polska cała Za ciebie odda krew. Zresztą pod tym samym tytułem, zamieszczonym w zbiorku wierszy pod pozycją „Wiersze okolicznościowe”, wydrukowała w 1936 roku, znacznie odmienne wersy. Nowowiejski był zaprzyjaźniony z Paruszewską. Odwiedzał ją w Poznaniu. Kompozytor napisał nadto melodie do dwóch jej wierszy, a mianowicie: „Pamiętasz Janku” i „Noc cicha w śnie”. 1 rzeba też wykluczyć autorstwo „Hymnu” przypisywane bratu kompozytora ks. Rudolfowi Nowowiejskiemu, który towarzyszył mu podczas olsztyńskiego koncertu, jak sugerował wydawca antologii z 1949 roku Witold Kochański. Najbardziej prawdopodobna zdaje się być opinią, że tekst „Hymnu” powstał w oparciu o wersy Paruszewskiej i Rudolfa Nowowiejskiego, ale ostateczną wersję pieśni „O Warmio moja miła”, nadał sam kompozytor. Melodię zaś skomponował Nowowiejski w 1906 roku do „Hymnu Polski” Władysława Bełzy, zaczynającego się od słów: O! polski kraju święty! Warowny domie nasz! O! jakiś niepojęty Ty dla nas urok masz! Potężna w tobie siła, Żywota wieczny zdrój: O Polsko moja miła, O drogi kraju mój. Na identyczność wielu elementów formalnych między wierszem Bełzy i „Hymnem Warmińskim” wskazał w swoim czasie Tadeusz Swat. Utwory te mają ten sam trzynasto-zgłoskowy rytm (7+6), parzyste układy rymów typu: a-b-a-b. Stąd „Hymn polski” był na Pewno źródłem inspiracji tej warmińskiej pieśni. Taka zdaje się być najbardziej prawdopodobna geneza „Hymnu Warmińskiego”. Nie można też wykluczyć faktu nie dotrzyma-nia terminu nadesłania zapowiedzianego tekstu przez M. Paruszewską, a ustalona data °lsztyńskiego występu nagliła. Zresztą była ona kilka razy przekładana. 168 Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią W 1957 roku do tej pieśni zostały wprowadzone zmiany o charakterze ideologicznym. Po prostu ostatni wers pierwszej zwrotki, zamiast „Rozerwał dziś sam Bóg” zamieniono na „Rozerwał dziś sam lud”, a w drugiej zwrotce, czwarty wers w oryginale brzmiący: „Niech błyśnie szczęścia raj”, zamieniono na „Zabłyśnie szczęścia maj”. 4 Wskazując na inne zakresy, potwierdzające związki Nowowiejskiego z Warmią i z Olsztynem, to trzeba wymienić podjęte w 1923 roku, wspólnie z księdzem doktorem Wacławem Gieburowskim zabiegi o zorganizowanie w Poznaniu kursu dla organistów, a właściwie instruktorów muzycznych, którzy mogliby podjąć działalność kulturalno-oświatową na jego ziemi rodzinnej. Z Warmii takim dwuletnim kursie w Poznaniu wzięli udział: Antoni Barczewski z Kajn, Hubert Brzeszczyński z Gronit, Jan Lubomirski ze Stanclewa, Franciszek Brosz z Lamkowa, Jan Bauer z Unieszewa. Chłopcy jako organiści byli przygotowywani do prowadzenia szeroko zakrojonej działalności kulturalno-oświatowej. W latach międzywojennych kompozytor brał udział w zgromadzeniach Polaków w kraju, pochodzących m. in. z Warmii. W 1928 roku uczestniczył w bydgoskim zjeździć konstytucyjnym Zrzeszenia Rodaków z Warmii, Mazur i Ziemi Malborskiej, 28 lutego 1932 roku „Polskie Radio” nadało koncert dziesięciu pieśni warmińskich, opracowanych przez Nowowiejskiego. Solista Maurycy Janowski zaśpiewał wówczas m. in. „Meszek w lesie”, „Dziewczyno moja”, „Siodaj, siodaj”, „Kiedy mak zaksitnie”, „Kiele mego łokie-neczka”. W doniesieniach olsztyńskiego konsula znalazły się informacje o urządzanych przez nauczycieli polskich szkół wspólnym wysłuchiwaniu tej audycji. Takie spotkania odbyły się wJarotach, gdzie zeszło się ponad 50 osób i rozmawiano prawie dwie godziny w Gietrzwałdzie, Giławach, Nowej Kaletce oraz Unieszewie. W tej ostatniej wsi skupieni przy radioodbiorniku mieszkańcy poznali tekst pieśni, którą wcześniej w tej wsi zapisał Augustyn Steffen. Konsul sugerował nawet powtórzenie tej audycji. Warmińska poetka Maria Zientarówna utrzymywała bezpośrednie kontakty z kompozytorem, odwiedzała go w Poznaniu. W 1932 roku Nowowiejski skomponował melodię do tekstu „Kolęda warmińska”. Została ona dwa lata później odtworzona przez warszawskie „Polskie Radio”, o czym pisała we wspomnieniach. Odwiedzał Feliksa Nowowiejskiego w Poznaniu też zbieracz i wydawca warmińskich pieśni Augustyn Steffen- Kompozytor interesował się warmińskimi pieśniami ludowymi. W 1932 roku wydał też pierwsze stylizowane opracowanie muzyczne „Warmińskie pieśni ludowe na chor mieszany a capella” oraz następnym roku „25 polskich pieśni ludowych z Warmii ”. Warmia odpłacała się Nowowiejskiemu za przywiązanie. Zaraz po plebiscycie w Olsztynie, podobnie jak w innych miejscowościach w kraju, miejscowy chór mieszany porł dyrekcją Antoniego Szajka obrał sobie właśnie kompozytora z Wartemborka za swego patrona. Członkowie chóru zresztą odwiedzili go w 1933 roku w Poznaniu. Zachowała się też fotografia z 1936 roku członków chóru z Olsztynem wraz ze swoim patronem w czasie Zlotu Śpiewaków Polskich i Turnieju Śpiewaczego w Warszawie. Również mieszana drużyna harcerska z Chaberkowa, której drużynową była wychowawczyni przedszkolajadwiga Gnatowska ze Skajbot, uczyniła w 1936 roku Feliksa Nowowiejskiego swoim patronem. Jan Chłosta 169 5 Po 1945 roku Klemens Frenszkowski podejmował próbę urządzenia koncertu z udziałem Feliksa Nowowiejskiego. W tym celu nawiązał kontakty z siostrą kompozytora, Marią Jackowską, mieszkającą w Patrykach pod Olsztynem. Do koncertu jednak nie doszło. Z Nowowiejskim próbował też nawiązać kontakt organizator życia muzycznego w powojennym Olsztynie Mirosław Dąbrowski, który we wspomnieniach zawarł taki zapis: „Po półrocznej mojej olsztyńskiej działalności czułem się w obowiązku napisać do kompozytora Warmiaka coś w rodzaju sprawozdania z tego co już dokonaliśmy na jego rodzinnej ziemi i o dalszych projektach. Był to koniec 1945 roku lub początek 1946 ”. 18 stycznia 1946 roku Feliks Nowowiejski zmarł w Poznaniu. Został pochowany w grobach zasłużonych na tzw. Wielkopolskiej Skałce w kościele św. Wojciecha. Pierwszy koncert w olsztyńskim teatrze, poświęcony Nowowiejskiemu odbył się 13 X 1952 roku, w wykonaniu artystów Opery Poznańskiej. W programie znalazły się pieśni warmińskie i arie z opery „Legenda Bałtyku ”. Słowo wiążące wygłosili synowie kompozytora Kazimierz i Feliks Maria. W 80 rocznicę urodzin Wielkiego Warmiaka w Olsztynie odbył się uroczysty koncert z udziałem żony i synów kompozytora. Z wielką estymą mieszkańcy Olsztyna odnosili się do postawy i twórczości muzycznej Nowowiejskiego. W 2000 roku w plebiscycie na Olsztynianina XX wieku „Gazety Warmii i Mazur” oraz Rozgłośni „Polskiego Radia” kompozytor znalazł się na drugim rniejscu po Marii Zientarze-Malewskiej, a w 2003 roku w głosowaniu na „Olsztynianina 650-lecia ”, czytelników „Gazety Olsztyńskiej” Feliks Nowowiejski uzyskał trzecią co do wielkości ilość głosów po Mikołaju Koperniku i założycielu Olsztyna Janie z Łajs. Zwierzał mi się kiedyś nieżyjący już muzyk, prawnik i zapalony turysta, Czesław Herman z Olsztyna, że miastu Wartenburg, przez Warmiaków określanym Wartembork, Namierzano nadać nazwę Nowowiejsk, miało to jednak brzmienie wyraźnie rosyjskie, więc na cześć księdza Walentego Barczewskiego, przemianowano je na Barczewo. W tym mieście w 1961 roku otwarto przecież muzeum kompozytora, założono też Towarzystwo Miłośników Muzyki im. Feliksa Nowowiejskiego, co roku odbywają festiwale chórów, W wielu innych miastach na Warmii, patronuje on ulicom. W lutym 1962 roku na pięt-nastolecie zespołu Orkiestry Symfonicznej w Olsztynie, został jej patronem (teraz jest patronem Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej). Od 1969 roku, a więc już 40 lat, z wieży °łsztyńskiego ratusza rozlegają dźwięki „Hymnu Warmińskiego ”. Od tego czasu odbyło się w Olsztynie wiele razy wykonywano utwory kompozytora m. in. „Pożegnanie Elle-nai”, uwertury koncertowej ze „Swatów polskich” i „Legendy Bałtyku”, kańtaty „Testament Bolesława Chrobrego”, 14 maja 1993 roku miało miejsce prawykonanie oratorium „Powrót syna marnotrawnego”, 14 listopada 1998 roku chór kameralny „Collegium Mu-sicum” wykonał „Quo vadis Ti. W sposób szczególny życie i nadzwyczajne dokonania muzyczne Feliksa Nowowiejskiego upowszechniał wieloma publikacjami oraz w latach 1983-1987 corocznymi festiwalami muzycznymi pod nazwą „Dni muzyki im. Feliksa Nowowiejskiego”, od 2002 r°ku Międzynarodowy Festiwal Muzyki Chóralnej im. Feliksa Nowowiejskiego, Jan Bo-ehrn. Festiwalom towarzyszyły sesje naukowe na temat: „Muzyka Warmii i Mazurach”, 170 Związki Feliksa Nowowiejskiego z rodzinną Warmią którym efektem stały się publikacje i kolejne zeszyty prezentowanych materiałów pod redakcją Krzysztofa D. Szatrawskiego. Od 1945 roku Feliks Nowowiejski jest patronem jednej z ulic Olsztyna, w 1983 roku przed gmachem Filharmonii odsłonięto jego popiersie dłuta Bolesława Marschalla, a 27 maja 2003 roku dzięki staraniom przede wszystkim pani Annyjankowskiej, przy wsparciu materialnym ówczesnego Prezydenta Miasta, odbyło się odsłonięcie tablicy pamiątkowej na domu przy ulicy Pieniężnego 18, w którym w latach 1893-1900 z przerwami mieszkał Feliks Nowowiejski. Tablicę wykonał olsztyński plastyk Wiesław Kaczmarek. W ten sposób uczczono pamięć kompozytora, który rozsławił Warmię i Olsztyn w kraju i Europie. Okładka wydania pieśni warmińskich w opracowaniu F. Nowowiejskiego Leszek Sarnowski 171 „ŻEBY NIE TRZEBA BYŁO KRAŚĆ I KRZYWDZIĆ SIĘ NAWZAJEM...” Z LESZKIEM MOŻDŻEREM ROZMAWIA LESZEK SARNOWSKI Leszek Sarnowski: - Siedem pianin dla więzień w okręgu gdański, a teraz koncerty jazzowe. Skąd taki pomysł? I co Leszek Możdżer chce nam przez to powiedzieć. Leszek Możdżer: - Ja żyjąc w naszym systemie prawnym, czuję się czasem udręczony i to jest taka manifestacja i wołanie udręczonej duszy. Nie mamy takiej możliwości prawnej, żeby coś zrobić za darmo, bo wiąże się z tym wiele problemów natury formalno ' prawnej. Chcemy jednak wyjść do tych ludzi, którzy są uciemiężeni z definicji i dać im możliwość wyrażenia się wewnętrznego. Ja nie uzurpuję sobie oczywiście żadnego prawa bycia terapeutą, ale to jest taka potrzeba duszy, żeby przyjechać tutaj, zagrać muzykę, żebyśmy się wszyscy przez chwilę poczuli ludźmi. A sztuka, twórczość, abstrakcja jest jednak tym co odróżnia ludzi od zwierząt. - Skazani są uciemiężeni jednak z własnej winy... - No tak to prawda, ale to społeczeństwo jako system trochę wytwarza przestępców, poprzez choćby brak miłości w domach. To nie jest przecież tak, że oni się wzięli znikąd. Ta agresja to jest jakby coś, co od wewnątrz ich rozwala i oni chcą przerzucić te napięcia Możdżer w drodze na koncert w Areszcie Śledczym w Gdańsku, fot. A. Głań 172 Projekt współpracy Leszka Możdżera z Służbą Więzienną Z inicjatywy Leszka Możdżera doszło do spotkania z dyrektorem gdańskiego okręgu Służby Więziennej płk Radosławem Chmielewskim. Muzyk, w przerwie trasy koncertowej między Nowym Jorkiem a Petersburgiem, zaproponował artystyczną współpracę z gdańskimi jednostkami penitencjarnymi. Przekazał 7 pianin, które trafiły do jednostek penitencjarnych w Gdańsku (2), Starogardzie Gdańskim, Malborku, Sztumie, Kwidzynie i Wejherowie. Znany ze swego społecznego zaangażowania artysta (wcześniej przekazał wiele instrumentów muzycznych małym szkołom między innymi w Bieszczadach) jest przekonany o ogromnych walorach terapeutycznych muzyki. Jego zdaniem sztuka wyzwala wrażliwość, uczy empatii, niweluje zło i stwarza możliwości poznania siebie. Dlatego zależy mu na tym, żeby ludzie w tak trudnej sytuacji deprywacji potrzeb mogli mieć kontakt z tego rodzaju sztuką. Zapowiedział jednocześnie wsparcie edukacyjne dla tych, którzy zdecydują się na współpracę. Podczas spotkania inicjującego współpracę płk Radosław Chmielewski, Dyrektor Okręgowy Służby Więziennej w Gdańsku, podziękował Leszkowi Możdżerowi za otwartość i inicjatywę, deklarując jednocześnie wolę współpracy. Dyrektor podzielił opinię muzyka, że udział w kulturze jest ważny, nie tylko w aspekcie zagospodarowania czasu wolnego ale posiada także walory resocjalizacyjne. Efektem spotkania będzie wspólny, artystyczno-tera-peutyczny projekt muzycznej edukacji osadzonych. W czasie koncertów w więzieniach w Gdańsku, Starogardzie Gdańskim, Sztumie i Kwidzynie Leszek Możdżer wykonywał autorskie utwory oraz własne aranżacje utworów znanych kompozytorów, między innymi Chopina, Bacha, Lutosławskiego, Piazzolli i Krzysztofa Komedy. na zewnątrz siebie, na społeczeństwo, żeby te naprężenia przeniosły się na innych. To jest taki trochę głos rozpaczy, wołanie o uwagę. Jeżeli tych emocji jest tak dużo w środku, a nie ma z nimi kontaktu, to trzeba je wyrzucić na zewnątrz w formie na przykład przestępstwa. - Czy pana zdaniem jest możliwa resocjalizacja przez muzykę, szczególnie jazzową? - Nie wiem. Na początku koncertu panowała inna atmosfera niż na końcu. Coś to znaczy. Na koniec wszyscy byli rozluźnieni, i my, i widownia. Poczuliśmy się bezpieczni i odprężeni. Zniknęły te podziały i różnice, bo muzyka potrafi jednoczyć i ja to dziś bardzo wyraźnie odczułem. Człowiek ma wszystko, wszystko może sobie kupić, ale jeśli nie będzie miał w sobie radości to nigdy nie będzie wolny. A muzyka jest właśnie językiem radości i wolności. - W jednostkach penitencjarnych gdańskiego okręgu odbyło się w sumie pięc koncertów jazzowych. Jak pan je ocenia? Czy jest chemia? - Oceniam je bardzo dobrze. To jest bardzo ciekawa publiczność, która jest autentyczna w sposób naturalny, która nie ma aż takich wymagań jak publiczność wyrobiona. Om w sposób naturalny, ludzki, patrzą na to bez ograniczeń, bez oczekiwań i to umożliwia bardzo naturalny i spontaniczny przepływ energii między muzykami i słuchaczami. Od znajomych dziennikarzy, którzy rozmawiali po koncertach z osadzonymi słyszałem, że wici0 skazanych było wzruszonych. I to jest właśnie piękno muzyki. Grając koncerty czułem, zc w każdym z nas jest taka tęsknota za pięknym światem i że osadzeni też za tym tęsknią, żeby był taki świat, w którym, nie to, że się nie da ukraść, ale żeby nie trzeba było krasc i krzywdzić się nawzajem. I muzyka jest takim światem, dlatego ją uprawiam. Myślę, ze 173 więzienie jest dobrym miejscem na uprawianie muzyki i że wśród osadzonych znajdzie się wielu muzyków, którzy będą chcieli się uczyć i wykorzystają podarowane instrumenty. - Czy to finał współpracy ze służbą więzienną czy jest jakaś dalsza perspektywa? - Myślę, że to początek współpracy. Rolą muzyków jest po prostu dzielić się swoją sztuką z ludźmi, którzy tego potrzebują. Tutaj, na szczęście, urzędnicy pracujący w służbie więziennej z przyjemnością nas witają i przyjmują. O wiele jest łatwiej cokolwiek załatwić niż z innym urzędnikiem, który po prostu siedzi w administracji i interesuje go tylko własne biurko. Tu pracują naprawdę ideowcy, którzy czują temat i bardzo dobrze nam się z nimi Współpracuje. - Na koncertach w więzieniach wystąpił pan z młodymi muzykami. Czy to początek jakiegoś nowego projektu? - W zespole gra Piotr Chęcki na saksofonie, Sławomir Koryzno na perkusji i Krzysztof Leszek Możdżer Leszek Możdżer, pianista jazzowy, jest jednym z najwybitniejszych polskich kompozytorów, twórcą muzyki filmowej, laureatem najważniejszych polskich nagród kulturalnych - Fryderyków i Paszportów Polityki. Był wielokrotnie nagradzany w plebiscytach i konkursach muzycznych m.in.: czasopism Jazz Forum, Jazz Juniors, Jazz Melomani i Jazzowe Oskary. Współpracował z takimi wybitnymi kompozytorami muzyki filmowej jak Jan A.P. Kaczmarek i Zbigniew Preisner. Wraz ze szwedzkim kontrabasistą Larsem Danielssonem i izraelskim perkusistą Zoharem Fresco współtworzył unikatowe trio jazzowe, znane na całym świecie. Nagrał ponad osiemdziesiąt albumów. Koncertował m.in. w Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Argentynie, Kanadzie i całej Europie. Współpracował z takimi muzykami jak: Marcus Miller, David Gilmour, Zbigniew Namysłowski, Lester Bowie, Michał Urbaniak, Tomasz Stańko, Pat Metheny czy Adam Makowicz. Leszek Możdżer na koncercie w Sztumie, fot. P. Szymański 174 Leszek Możdżer rozdaje autografy osadzonym po koncercie, fot. L. Sarnowski Słomkowski na basie. Tworzymy kwartet Leszka Możdżera. To bardzo młody i perspektywiczny zespół, choć musimy jeszcze trochę pograć, żeby się dotrzeć. Te koncerty temu też służą. Nie ukrywam, że załatwiłem sobie tymi koncertami swoją sprawę, bo pomyślą* łem, po co marnować energię i zgrywać się w jakiejś „ćwiczeniówce”, a nie dzielić się tą energią na przykład z osadzonymi, przećwiczyć materiał i zobaczyć jak to działa w kontakcie z słuchaczami. I to się sprawdziło. Bardzo się cieszę, że mogliśmy odbyć takie próby i włączyć je we współpracę z służbą więzienną.. - Czy to znaczy, że w najbliższym czasie to kwartet Leszka Możdżera będzie obecny na scenach jazzowych? Czy są jeszcze jakieś inne plany artystyczne? - Bardzo liczę na kwartet i wiążę z nim wielkie nadzieje. Mam jednak też sporo innych zamówień i zobowiązań artystycznych. W najbliższym czasie - muzyka do filmu, zamó- wienie od holenderskiego zespołu smyczkowego Barok Holland, z którym mamy trasę w lutym i teraz piszę repertuar na ten skład. Poza tym przygotowuję się do płyty solowej, no i mam trochę rzeczy rozgrzebanych, które muszę skończyć. Próbujemy się przymie- rzyć do wystawienia opery, którą napisałem w ubiegłym roku, a która z różnych względów organizacyjno-administracyjnych, niezrozumiałych dla mnie, została zatrzymana. Było co prawda prawykonanie, ale premiery prawdziwej jeszcze nie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku to się w końcu uda. - Dziękuję za rozmowę. Galeria Prowincji Leszek Sarnowski U NAS W DOMU MALOWANIE BYŁO OD ZAWSZE ROZMOWA Z ANNĄ ALBRECHT Leszek Sarnowski - Jacek Albrecht, mąż. Agnieszka Albrecht, córka. A teraz Anna Albrecht, żona i matka. Cała rodzina maluje? Dla Ciebie zaczęło się to dość późno. - Anna Albrecht - Lato 2013 było ciepłe, mamy duży taras, a ile można czytać książek o Kresach... Od dawna interesowałam się wpływem energii kształtu i koloru na otoczenie, i jakoś tak na kwadratowych podobraziach malarskich zaczęłam akrylami malować mandale...Piękna zabawa, a i można mandalę zaprząc do pracy wykorzystując wiedzę Feng Shui. Letni taras się skończył, ale radość z malowania zakiełkowała. U nas w domu malowanie było od zawsze, wszyscy członkowie rodziny mniej lub bardziej intensywnie malują. - Co najbardziej interesuje Cię w malowaniu? - To co sprawia światło przechodząc przez różne przedmioty jest dla mnie magiczne. Ustawiając sobie martwe natury z wykorzystaniem szkła, miedzi, dzbanuszków, chcia-łam podzielić się zachwytem nad tym światłem. Aby było to bardziej widoczne powiększałam te przedmioty... Ze swojego malowania najbardziej lubię właśnie te martwe, bo są najbardziej moje. Lubię malować architekturę, tą „odchodzącą ”, gdyż ma w sobie jakąś harmonię. Obmalowałam Zamek w Malborku, ale tak po mojemu, z pokazaniem miejsc z klimatem jakichś kącików, schodków, okienek. Jest to zamek ciepły, nie ponuro - czerwony... A teraz maluję Starówkę Malborską, taką przed zburzeniem, nieodżałowaną. 176 U nas w domu malowanie było od zawsze Jeździmy z mężem, artystą plastykiem Jackiem Albrechtem, na plenery malarskie, gdzie za pobyt płaci się obrazem pokazującym uroki okolicy. To taki sprawdzający mobi-lizator, Bardzo to lubię, gdyż trzeba sprostać określonemu wyzwaniu. Dzięki tym plenerom zwiedzamy Polskę, a np. po zauroczeniu zamkami Jury Krakowsko - Częstochowskiej powstał cykl obrazów przedstawiający specyficzny klimat i urodę tych obiektów. - Nie malujesz tylko dla siebie, a to oznacza, że liczysz się z krytyką - Najważniejsza dla mnie jest reakcja na moje obrazy. Gdy odbiorca dostrzega co chcia-łam pokazać, że te światła takie kolorowe cienie rzucają, co robią ze słoikiem z miodem, jak czosnek odbija się w dzbanku... I radość malowania jest dla mnie ważna. To jest takie niesamowite uczucie wolności, że możesz namalować co tylko chcesz, odreagować wszystkie zakazy i nakazy czy to z dzieciństwa, czy późniejsze... - Twój mąż jest zawodowym plastykiem czy to znaczy, że trochę go podglądasz, może liczyć na naukę czy dobre słowo? - Od dwóch lat pobieram nauki w Stowarzyszeniu Plastyków w Gdańsku, gdzie wykładowca z ASP ma z nami zajęcia. Lubię te zajęcia, nabrałam dzięki nim odwagi, a na plenerach malarskich nawet odważyłam się wyjść w teren, co bardzo mi się spodobało. Na co dzień zaś mąż Jacek jest i krytykiem i nauczycielem, co sprowadza mnie do pionu - to jakbym w błogim rozanieleniu miała ochotę z zachwytem wpatrywać się w swoje obrazy, to nic z tego. Ponadto dobrze jest, jak dwie osoby w rodzinie malują - łatwiej zebrać się żeby przygotować wystawę, pogadać o problemach warsztatowych... Jest pełne zrozumienie. - Czyli warto było odkryć swoją nową twarz? - Świetna sprawa odkryć w sobie jakiś talent. Ja o swoim nie wiedziałam i jakoś tak niespodziewanie wylazł na wierzch. Więc może w każdym też siedzi jakiś? Trzeba tylko trochę zwolnić i posłuchać siebie: puk puk, a co tam w duszy śpi? Może to zadziała? Recenzje Janusz Ryszkowski MÓJ REGAŁ PODRĘCZNY Janusz Drzewucki, Rzeki Portugalii, Biblioteka Toposu, Sopot 2016. Janusz Drzewucki Rzeki Portugalii Czy to poezja? - pytał kilka lat temu Henryk Markiewicz na łamach pisma polonistów Uniwersytetu Jagiellońskiego „Wielogłos” (nr 1/2011), gdzie prowadził stałą rubrykę „Moje zdziwienia” z wyraźnie polemicznym nastawieniem. Stawiał to pytanie, czego nie ukrywał, z pozycji Zwykłego czytelnika, odłożywszy prowokacyjnie togę sławnego profesora, wybitnego literaturoznawcy i historyka literatury. O co chodziło, przypomnijmy. Ukazał s>ę wówczas zbiór wierszy (Markiewicz napisze przewrotnie: krótkich tekstów) bohdana Zadury „Nocne życie” (2010). Profesor zacytował utwór „Czerwony Pasek”, który był podzieloną na wersy informacją stacji telewizyjnej z literówką. Potem sięgnął do odnoszącego do niego fragmentu omówienia Janusza Drzewuc-kiego: „(...) o tym, że jest to wiersz, że to jest poezja, przesądza jedna decyzja poety, jeden jego gest - ma być tak, jak jest, nie inaczej”. Profesora Markiewicza to nie przekonywało: „Ośmielę się wyrazić pogląd, że takie utwory, jak Czerwony pasek łatwo produkować.” To oczywiście prawda. Drzewucki nie bronił w tym przypadku wiersza Bohdana Zadury, bo jako uznany poeta tego nie potrzebował, ale czegoś znacznie istotniejszego - nieograniczonego prawa do zamanifestowania artystycznego gestu. Prawa do sprzeciwu wobec obowiązującego nurtu sztuki, albo tego, co za nią jest uznawane. O to, by można podryfować, dać się porwać w nieznane, z całą świadomością mielizn, miraży, fantazji... Zacząłem od przypadku Drzewuckie-go - krytyka, by przejść do Drzewuckiego - poety. Relacje poety jako krytyka (i odwrotnie) są nader powikłane. Czy da się za każdym razem pogodzić sprzeczne żywioły - racje chłodnego intelektu z żarem spontaniczności i ślepym instynktem? Możliwej empatii dla poetyki innej niż własna? Przypominam sobie rozmowę sprzed lat z redaktorem działu poezji jednego z wydawnictw. Maszynopisy oferowanych oficynie propozycji przesyłał do oceny krytykom, znając doskonale ich gusta: ten lubuje się w neoklasykach, tamten w lingwistach, a ów zaakceptuje każdą poezję na przyzwoitym artystycznym poziomie. Jeśli nie zależało mu na autorze i to nie ze złośliwości, układu, etc., ale z braku 178 Recenzje mocy przerobowych wydawnictwa (limity tytułów i przydziału papieru narzucane były odgórnie), wiersze neoklasyka posyłał do recenzenta zorientowanego lingwistycznie... Od dłuższego zmagam się z najnowszym tomikiem Drzewuckiego „Rzeki Portugalii”. Co tam zmagam, po prostu natrętnie chodzi za mną, jak dobry muzyczny kawałek. I już sam nie wiem, czy to za sprawą wierszy-błysków: Pisać nie tak, jak się pisze - zgodnie z wszelkimi regułami składni, jak pisać się powinno, ale tak, jak się mówi, tak trzeba pisać. (Tak jak się pisze, tak jak się mówi) Albo: Udaję, żeżyję/ Przed całym/ światem udaję,/ tylko przed sobą/ nie udaję/ przed sobą/ nie da się udawać. Czy może o ciarki na plecach przyprawia bardziej uwodząca melodia fraz epickich, z głębszym oddechem: „Trzy po trzy o bluesie”, „Piąte przez dziesiąte o jazzie” czy traktat „Głos w sprawie poezji współczesnej”, albo itineraria w rodzaju: „Elvis żyje”, „Wyprawa przez Warmię i Mazury”, „Widok z klasztoru św. Klary”. Tak, to jest poezja artystowska. Z nazwisk występujących w tomiku ludzi pióra można byłoby ułożyć spory słownik. Ale Drzewucki dobrze wie, do kogo mówi, na kogo może liczyć w podtrzymywaniu rozmowy poetyckiej - o literaturze i życiu, wódce i kolejnym papierosie Bohdana Zadury, naczelnego miesięcznika „Twórczość”. Wojciech Pelc, Ziemie obiecane, Biblioteka Poezji/Na Krechę, Tom XII, Poznań 2016. W latach 90. dość silnie zaznaczyła się na poetyckiej mapie poezja małych ojczyzn. Jedną z jej odmian była borussiańska ziemie obiecane szkoła poetycka, czyli poezja autorów związanych z olsztyńskim czasopismem „Borussia” (Kazimierz Brakoniecki, Alicja Bykowska-Salczyńska, Zbigniew Choj' nowski, Wojciech M. Darski, by przywołać najbardziej głośne nazwiska). Chojnowski; zarazem krytyk i historyk literatury tak j4 charakteryzował: „Znakami wywoławczymi stały się: odkłamywanie historii (...), wierność realiom i geografii, namy^ etyczny, obserwowana w wierszach pO' trzeba bycia autentycznym, poszukiwanie wielokulturowości, dialog ludzi, narodów, miejsc i czasów, przywrócenie wysokie) rangi liryce krajobrazowej (mitografia). Ziemie obiecane, debiut książkowy Woj' ciecha Pelca, znanego także z naszych la' mów, wydaje się dobrze wpisywać się w tę strategię. Otwierający tomik wiersz Ziem^ odzyskane nie obchodzą urodzin, to kolejn3 próba oswajania obcej przestrzeni, z wy' raźnym odwołaniem historycznym, zazna' czonym choćby w tytule. To nie poetycka Recenzje 179 mitologia, ale konkret: „w naszym poniemieckim mieszkaniu pokoje/ znajdowały się na różnych poziomach (...)/ pod schodami składałem/ stare gazety i inne szpargały. tam też z siostrą/ znaleźliśmy blaszaną miseczkę. Po oczyszczeniu/ okazała się biała, z napisami, flagą i swastyką/ na dnie (...). /„Moje schody rodzinne”/ Podobnych obrazów w poezji małych ojczyzn można było wcześniej przeczytać wiele, ale ten wiersz zaskakuje zakończeniem: widziałem, jak z kamiennego schodka mężczyzna sikał na ziemię, chyba był pijany. Można to odczytać to jako pogwałcenie przestrzeni domowej, ale czy „poniemieckie mieszkanie” znaczy tyle samo, co dom? Ale można zinterpretować jeszcze inaczej. Koty zaznaczają moczem swój teren, prawo własności... Siła poezji Wojciecha Pelca tkwi - jak sądzę - w jej autentyzmie i szczerości. Nie chce udawać czegoś, czym z gruntu nie jest. Nie ma w niej efekciarstwa, mizdrzenia się, jest za to otwarcie na szerokiego odbiorcę. To typowa poezja środka, porusza się utartymi ścieżkami, nie szokuje, nie eksperymentuje w materii języka, jasna i przewidywalna. A przy tym te czasem proste historie (o Ryśku bez palca, Starym Scyzoryku, czy złotnickich aniołach i tunelach na pomidory Zaborowskich) zaczynają odsyłać poza konkret, odsłaniają coś, co jest już poza nim... Do tego wiersze z motywami elbląskimi i malborskim, które Wyróżniałyby się w każdej antologii o mieście. Lekturę tego znaczącego w naszym środowisku (powiślańsko-żuławskim) debiutu popsuło opracowanie graficzne tomiku z ilustracjami. A i trudno mi zaak-ceptować wiele tytułów wierszy, zwłaszcza typu: „koniec lata. Kadyny. Sierpień. A.D. MCMLXXXIX”, „zapadanie. Silesia - Fe-bruarius A. D. MCMXCIV”. Jan Chłosta, Niemiec z „polską duszą”. Nad biografią Eugeniusza Buchhołza, Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne, Olsztyn 2016. Jan Chłosta Niemiec z „polską duszą” Wid biografią Eugeniusza Buchhołza Dotknięty paraliżem nóg i częściowym niedowładem ręki osiadł na ponad 20 lat w rodzinnej Ornecie. Przebywał w tamtejszym szpitalu św. Elżbiety, prowadzonym przez siostry katarzynki (najprawdopodobniej to on był autorem relacji prasowej z jego otwarcia). Poświęcił się całkowicie pracy pisarskiej, która nadawała sens samotnemu życiu. Dziś o jego dorobku twórczym pamiętają jedynie nieliczni regionaliści, a jak dotychczas rodzinne miasto nie zadbało o to, by go upamiętnić. A często podpisywał swoje teksty jako „Jan z Ornety”. Można powiedzieć, że to zwyczajny 180 Recenzje los każdego, niekoniecznie szeregowego rzemieślnika słowa, gdyby nie to, że przypadek Eugeniusza Buchholza (1865-1928) jest dość szczególny. Niemiec, który swoją najważniejszą - jak sam oceniał - książkę napisał po polsku („Gdzie prawda”). Nie popierając polskiego ruchu narodowego, stawał jednak twardo w obronie języka polskiego i tradycji na południowej Warmii. Jako katolik widział w tym (a potem w postawie księży germanizatorów) zagrożenie dla Kościoła. Podzielał bowiem zdanie, że wierni mają prawo do rozmowy z Bogiem w swoim języku. To wszystko powodowało, że Buchholz nie był do końca rozumiany ani przez Niemców, ani przez Polaków. Nikt chyba nie był bardziej predestynowany do napisania o nim książki niż dobrze znany czytelnikom „Prowincji” dr Jan Chłosta. Nie idzie mi tylko o samą wiedzę o postaci, ale także o empatię. Niemiec z „polską duszą” składa się z 10 rozdziałów, traktujących kolejno o domu rodzinnym w Ornecie, nauce kupiectwa w Gdańsku i pierwszych kontaktach ze środowiskiem polskim, nauce księgarstwa w Poznaniu, pracy w Katowicach i Królewcu, prowadzenie księgarni w Barczewie. Ksiądz dr Feliks Schreiber, nasz rodak z Mikołajek Pomorskich, namówił go na przenosiny do Olsztyna, gdzie Buchholz został m.in. wydawcą „Nowin Warmińskich”. Ataki ze strony „Gazety Olsztyńskiej”, która widziała konkurenta w kolejnej polskojęzycznej gazecie i ciężka choroba. Buchholz zaczyna wydawać prasę firmowaną przez frakcję polską katolickiej partii Centrum - „Allensteiner Voksbatt” i polski tygodnik „Warmiak”. Wreszcie powrót mocno schorowanego do rodzinnej Ornety i owocna współpraca w pismami polskimi i niemieckimi. W zakończeniu pracy autor konkluduje: „(...) był niezwykłym Warmiakiem. Wyróżnił się pracowitością, nadzwyczajnym przywiązaniem do Kościoła katolickiego i swojej ziemi urodzenia. (...) Z usposobienia był idealistą.’ I jeszcze jeden z wątków sztumskich. O księdzu Feliksie Schreiberze, którego pośmiertną sylwetkę zamieścił w Kalendarzu polsko-warmijskim na rok 1892, wspomniałem. Ale jest i inny. Otóż podczas działalności księgarskiej Buchholza w Barczewie, praktykował u niego Antoni Rutkiewicz, pochodzący spod Sztumu, który jednocześnie wspierał tamtejszego księdza dr. Roberta Bilitewskiego w nauce śpiewu kościelnego. Ks. Bilitewski był potem wikarym w Sztumie i Dzierzgoniu, a i nieznany z imienia Rutkiewicz objawił się wówczas jako aktywny członek polskiego Koła Śpiewu w Sztumie. Czy to był wspomniany Antoni? Tego zapewne się już nie dowiemy, ale sieć powiązań, niezwykłych przypadków w opowiadanych historiach zawsze ma swój urok. Niemiec z „polską duszą” to nie tylko cenna pozycja w bogatym dorobku naukowym Jana Chłosty, ale regionalistyce. Tadeusz Prusiński, Milczący komedianci-Rzecz o Bohdanie Głuszczaku i Pantomim^ Olsztyńskiej, Olsztyn 2015. Przed ponad 40 laty wybrałem się z gr°' nem znajomych z akademika do jedne) z olsztyńskich kawiarni. Do dziś parni?' tam ten obrazek: przy sąsiednim stoliku siedziało mocno rozbawione towarzystwo-Gestykulowali niezwykle ekspresyjnie, twarze wyrażały wielkie emocje, a przY tym panowała cisza... Używali język3 migowego. Któraś z naszych koleżanek rozpoznała w nich aktorów z miejscowe) Recenzje 181 Milczący komedianci Rzecz o Bohdanie Głuszczaku i Pantomimie Olsztyńskiej pantomimy głuchych. Po premierze „Apokalipsy” w inscenizacji i reżyserii Bohdana Głuszczaka i Jerzego Obłamskiego, z fragmentami kompozycji Krzysztofa Pendereckiego i Henryka Mikołaja Góreckiego, było o nich głośno w kraju. Oglądałem to widowisko, podobnie jak późniejszą „Galateę” z muzyką Czesława Niemena. Niezwykłe wrażenie sprawiało odczuwanie muzyki całym ciałem przez głuchych Wykonawców. Pretekstem do osobistych Wspominek stała się książka Tadeusza Krusińskiego „Milczący komedianci. Rzecz o Bohdanie Głuszczaku i Pantomimie Olsztyńskiej”. Wyszła ona spod pióra doświadczonego dziennikarza i reportera, ale także przez dwa lata dyrekto-fa tej sceny w połowie lat 90. Podejście reporterskie (a nie krytyka, czy teoretyka teatru) dla niektórych może być poważnym niedostatkiem tej książki, ale dzięki temu otrzymaliśmy barwną i wciągającą °powieść o ludziach, którzy tworzyli Pantomimę Olsztyńską. Pomijając Bohdana Głuszczaka (studiował aktorstwo jako człowiek dojrzały na jednym roku z Januszem Gajosem), mamy też portrety drugoplanowe - mimów. Ich losy, zanim trafili do zespołu, to tematy na dłuższe opowiadanie. Wykluczeni przez kalectwo, poniewierani... To ledwńe słyszący chłopiec, którego całą rodzinę z Wileńszczyzny wywieziono na Sybir. Został u starej sąsiadki, ale gdy ta zmarła, wychowywał się ze zwierzętami w chlewiku. Siostry, które w 1956 roku wróciły z syberyjskiego zesłania do Polski, odnalazły go cudem. Wiele miesięcy trwały starania, by dołączył do reszty ocalałej rodziny. Nie było go w żadnych spisach ludności, stąd powstał problemy z wyrobieniem paszportu. A potem trzeba było cywilizować zdziczałe dziecko. Jeden z współtwórców zespołu, Tadeusz Ostaszkiewicz młodzieńczą miłość do pantomimy przypłacił więzieniem. Na łódzkim podwórku odgrywał z kolegą scenkę „Policjanci i złodzieje”, trzymając w dłoni zardzewiały pistolet. Dostał sześć lat odsiadki, bo w działaniach teatralnych stalinowski prokurator dopatrzył się także działalności antypaństwowej. Odbył cały wyrok, w 1956 roku przyjechał do Olsztyna, do słyszącego brata Mirosława. Ten udzielał się w teatrze amatorskim przy Wojewódzkim Domu Kultury. Tadek chodził z nim na próby, zabierał też niesłyszące-go kolegę. Krótko potem obaj wiedzą, że chcą robić swój teatr. Przy WOK zaczyna działać Amatorski Teatr Głuchoniemych, pierwszy wówczas w Polsce. Ale dodajmy, że już w 1817 roku był taki przy Instytucie Głuchych i Ociemniałych księdza Jakuba Falkowskiego w Warszawie. Premierą olsztyńskiego zespołu była komedia Aleksandra Fredry „Jestem zabójcą” (styczeń 1958). Drugiego spektaklu nie było, bo zawiodła publiczność. 182 Recenzje Rok później instruktor teatralny z Morąga, Bohdan Głuszczak trafił do zespołu (17 głuchych osób) na etat reżysera. Był na III roku reżyserii łódzkiej PWST, nawiasem - studia te dawały uprawnienia do działalności w ruchu nieprofesjonalnym. „Przeżył szok, bo nie potrafił porozumieć się z ludźmi, z którymi miał pracować. Inaczej rozumował, inaczej się zachowywał, reagował. To on czuł się upośledzony” - pi-sze Prusiński. Lektura „Milczących komediantów”, których wydania główny bohater nie doczekał, oprócz zajmującego opisu dokonań, pobudza do innych refleksji. Choćby nad funkcjonowaniem w warunkach wolnorynkowych inicjatyw związanych z terapią przez sztukę i SZTUKĘ. 50 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Gieras, pod redakcją Tomasza Miłkowskiego, Warszawa 2016. 50 LAT WROSTJA PO TEATRZE JEDNEGO AKTORA OPROWADZA WIESŁAW GERAS W jednym z numerów „Prowincji” publikowaliśmy powojenną kronikę Szkoły Podstawowej w Janowie (gm. Kwidzyn). W zestawieniu absolwentów z początku lat 50. ubiegłego wieku widniało m. in. nazwisko Wiesława Gierasa. Od tego czasu wiele wody upłynęło nie tylko w Wiśle i Trynce. Absolwent janowskiej podstawówki stawał się coraz ważniejszą postacią w życiu kulturalnym Torunia, Bydgoszczy, a potem Wrocławia, gdzie obecnie mieszka. Tam, przed półwieczem, zorganizował Przegląd Teatrów Jednego Aktora, imprezę, która nie tylko przetrwała do dziś, ale jest nadal autorskim projektem Gierasa. Z okazji jubileuszu ukazała się książka o Ogólnopolskich Festiwalach Teatru Jednego Aktora (OFTJA), a od 1976 roku równoległych WROSTJAch (rozszyfrujmy skrót - Wrocławskie Spotkania le-atrówjednego Aktora), ale zachowujących numerację OFTJA. Jak to z podobnymi publikacjami bywa, stanowi ona okolicznością składankę wspomnień, powinszo-wań, wypowiedzi osób związanych z festiwalem i jego twórcą, także z zagranicy. Są m.in. Andrzej Seweryn i Olgierd Łukaszewicz, Dorota Stalińska i Bogusław Kierc. I Adam Kohnke, burmistrz Helu, gdzie kilka lat temu Gieras przejął kierownictwo letniego festiwalu Teatr w Remizie. Drogi Wiesławie - pisze wybitny teatrolog, prof. Janusz Degler - na pewno Ty, ani nikt z nas obecnych 17 października 1966 roku w małej salce teatralnej Piwnicy Świdnickiej [we Wrocławiu] na przedsta' wieniu Danuty Michałowskiej, „Komu bi)c dzwon”, nie miał świadomości, że uczestni' czy w wydarzeniu, które daje początek dla' giej historii. Oczywiście, można było myślcc o organizacji kilku następnych Przeglądów Teatrów Jednego Aktora, bo monodram Recenzje 183 się popularny, ale to, że doczekaliśmy się jego pięćdziesiątej edycji, zakrawa na cud. Nie, źle powiedziane! To nie cud, ale Twoja determinacja, upór i podziwu godne przekonanie, że mimo wszystkich przeszkód i trudności należy przygotować kolejny festiwal, spra-wily, że możemy uczestniczyć w niezwykłym jubileuszu. Ponoć spośród festiwali teatralnych organizowanych na świecie, tylko festiwal w Awinionie ma dłuższą tradycję. Wiesław Gieras pytany o receptę na sukces powiada krótko i mało efektownie: „ Systematyczność działania, ciągłość”. Tylko tyle, a może aż tyle! Anna Dominiak TĘCZA MALOWANA OŁÓWKIEM Dominika Lewicka Klucznik, Limit na cuda, Biblioteka Poezji/Na Krechę, Poznań 2016, s. 67. Niespełna trzy lata po debiucie poetyckim Dominiki Lewickiej Klucznik otrzymujemy kolejny zbiór poetyckich rozmyślań, który elbląska poetka opatruje tytułem „Limit na cuda”. Kontynuuje w nim zarysowaną w tomie „Samopas” ścieżkę eksploracji siebie, poszukuje odpowiedzi na pytania o świat, o innych, a także o swoje relacje z sobą i z innymi. Dookreśla także swój portret. Zadane tu pytania zdają się być nieuniknione, a odpowiedzi na nie, jakkolwiek kategorycznie by brzmiały, są zawsze nieostateczne. bytuł tomu brzmi oksymoronicznie, bo przecież limit to kres, ograniczenie stojące w ewidentnej sprzeczności z fenomenem cudu, dla którego żadne granice nie istnieją. Jeśli czytać ten zbiór jako poetycką transpozycję osobistych doświadczeń autorki, to rnożna znaleźć w nim wyraźną ironię wobec własnego losu. Napięcie pomiędzy składnikami tytułu w jakiś szczególny sposób określa również poetkę, której osobowość także naznaczona jest swoistą antynomią. Lekturę nowego tomu Lewickiej warto rozpocząć od uważnego wczytania się w tekst otwierający zbiór. Bohaterka LIMIT NA CUDA Dominika LewickoKlucznlk podejmuje w nim odważną próbę określenia własnej tożsamości, akcentując wyraźne przekonanie o tym, że istnieje w swoistej opozycji do tego, co na zewnątrz. Otwarcie deklaruje przy tym potrzebę wykraczania poza granice i odkrywania szlaków, którymi nikt przed nią nie szedł. Kolejne poetyckie odsłony budują obraz kobiety wyrazistej, bezkompromisowo nazywającej rzeczy ich właściwymi imionami, ale też zdystansowanej do świata i tego, co niesie czas. Poetka analizuje przyczyny rozczarowań 184 Recenzje i osobistych, choć to nigdy nie jest do końca pewne, niespełnień. Okaleczenia i zranienia mogą paradoksalnie dawać moc, wyostrzać spojrzenie, mobilizować. Lewicka czerpie energię twórczą z tej właśnie dojmującej rzeczywistości. W jej rozważaniach nie ma jednak wprost wyrażonego buntu - bohaterka wie przecież, że kontestacja świata pozostanie tylko czczym gestem. Rozczarowanie jest bowiem - zdaje się mówić poetka - częścią życia. Ten krąg tematyczny, szczególnie eksponowany, pokazany jest w różnych odsłonach. Bezwzględnie zdemaskowana została tu pozorność relacji, płytkość kontaktów, dewaluacja więzi. Pytanie o przyczynę takiego stanu rzeczy doprowadza do konstatacji, że: myśli i słowa wylatują za szybko z plątaniny zębów i języka Dlatego bohaterka zdaje się wierzyć w kojącą moc milczenia, widzi uzdrawiającą siłę akceptacji i przystosowania: więc jestem tu i też milczę może to jest miłość właśnie /nie lubię/ Chyba równie częstym doświadczeniem przedstawionym w „Limicie na cuda” jest doznanie bezradności. Dotknięta lękiem, intensywnie nasłuchująca bohaterka - poetka swoje obserwacje ujmuje w chłodne, wyważone frazy, spostrzeżenia zapisuje świeżo i celnie, tak, że nie mamy wrażenia, jakbyśmy po raz kolejny czytali tony tej samej skargi na nieuniknione znaki czasów naszej cywilizacji. W jednym z ciekawszych wierszy przywołuje rzeczywistość szpitali psychiatrycznych. Czyżby w naturze pacjentów odnajdywała jakieś nieostre podobieństwo do natury poety? Bo przecież oni także żyją w światach nierzeczywistych, uciekając od tego, co bywa ponad siły. A może to wyjątkowa otwartość na odrzuconych, ciekawość ich wewnętrznego poplątania, potrzeba podarowania im chwili uwagi, zrozumienia losu? W wierszu o wariatach z dającą się wyczuć, choć maskowaną czułością, stwierdza: farmakologicznie można by kaftanem lub prądem nauczyć że niebo jest niebieskie nożem nie kroi się żył tylko chleb a miłość tylko się śniła. Może w świecie, który wyczerpał limit na cuda, rzeczywistość takich miejsc jak szpitale psychiatryczne czy domy spokojnej starości jest jakąś alternatywą? Rozczarowana relacjami ze światem i mężczyznami bohaterka tomu do perfekcji opanowała sztukę eskapizmu. Rejony, w które ucieka to literatura i wykreowane w niej światy. Życie, które musi znosić jest bowiem opresją, jest oswajaniem demonów i prowadzeniem zawsze tych samych rozmów, choć rozmówcy się zmieniają: przychodzisz pierwszy raz choć byłeś tu wielokrotnie Istnienie w świecie, w którym przestały zdarzać się cuda, to doświadczanie pospiesznych, błahych kontaktów, spijanie miłości z jednorazowych kubków, smakowanie namiętności, która nigdy nie nasyci-Życie, które ani na moment nie przestaje boleć, przynosi także konieczność relatywizowania znaczeń: dopisujemy coraz więcej definicji słów które z natury powinny być jednoznaczne Jednak każda próba zmiany to jednocześnie niewiadoma, lęk, czy obietnice spełnią to, co zapowiadają („Rzeczywist' nieję”). Opisywana degrengolada objawi3 się także pustym i coraz bardziej niezauważalnym upływem czasu: Recenzje 185 po usunięciu dwunastu kartek kończymy na gwoździu styczeń rodzi jak zwykle Bohaterka, w jednym z wierszy nazywająca siebie „dziewczynką bez zapałek ”, jak bohaterka baśni obserwuje ten świat, próbując swoją poezją dać ekwiwalencję trawiącego ją poczucia braku wyjścia. Jednak jak zanotować myśli w natłoku codziennych zadań, uwikłaniu w dalekie od poezji konteksty? Zapisuje więc autoironiczną refleksję o nielekkim losie poetki kradnącej chwilę na utrwalenie słów, które uparcie domagają się czasu dla siebie między pieczeniem ciasta a wieszaniem prania. W wierszach Lewickiej odnajdujemy aluzje, odsłaniające spektrum literackich, jak można sądzić, preferencji autorki. Mamy tu i Barańczaka („przerwa na kawę”), i Mickiewicza („karusia”), ale także Poświatowską, Rimbauda. Czy jednak noc spędzona z Bukowskim może być wystarczającym remedium na pustkę? Czytając tom, można odnieść wrażenie, że neurasteniczne, nadwrażliwe, balansujące na granicy życia i śmierci kobiety, w jakiś sposób bliskie są wrażliwości bohaterki tomu Lewickiej-Klucznik. Ciało i świat, podobnie jak dla nich, i dla niej mogą być ograniczeniem: nie jestem chora jednak pragnę się nie obudzić Wypatruję małej katastrofy walczę co rano Z wyrzutami budzika. Kontrapunktem dla tych niepozosta-^iających złudzeń konstatacji jest wyraźnie wyartykułowana tęsknota: °budziłam się jestem obietnicą Zaparzę czułość na dwa kubki z mlekiem bez cukru Rozgoryczenie, o którym tak często mówią budujące ten zbiór wiersze, to także skutek pustki, konieczności doświadczania postępującego obojętnienia, oswajania opuszczonych (niekoniecznie w wymiarze fizycznym) miejsc. Okazuje się, że wbrew dającym się wyczuć deklaracjom, pierwiastek męski jest nieusuwalnym, warunkującym poczucie pełni i szczęścia, składnikiem kobiecego losu. Może dlatego tęsknota za harmonią bycia we dwoje, jakkolwiek bohaterka chciała-by temu zaprzeczać, nigdy nie przestanie doskwierać: podglądać będę siedzącą w kącie parę on nieśmiało zaczepia jej nagą kostkę za kwadrans utonie w ustach i udach Widać, że trudno jest uśpić w sobie marzenie, by jak Alicja znaleźć się po drugiej stronie lustra, zasmakować raz jeszcze uroku dziecięcych zdziwień i zaskoczeń. Tymczasem okazuje się, że życie to konieczność żegnania wszelkich złudzeń: gdy już wychodziła na prostą okazało się że nie ma prostej /Emigracja/ Oswajanie goryczy jest u Lewickiej stopniowe. Narasta, by przyjąć formę pogodzenia, gdy nie ma już miejsca na nadzieję: mój anioł już się mną nie opiekuje czekam na kolejną małą apokalipsę której trzeba będzie stawić czoło solo Warto zauważyć, że Lewicka przeprowadza wiwisekcję własnej wrażliwości w kontekście uwarunkowań generacyjnych, pokazuje czasy, w których kobiety 186 Recenzje bez kochanka odliczają frazy (nie)płodne przedwczesne afazje zdradzanych serc Swoje przenikliwe spostrzeżenie zamyka nierzadko w błyskotliwe, niewyeksplo-atowane formuły, jak choćby w wierszu dotykającym interesującego ją problemu ułomności języka w czasach, gdy wypowiadamy „słowa oddzielone mechanicznie” (MOM). Jaka jest bohaterka Lewickiej-Klucz-nik? Jej portret, z pozoru oczywisty, po głębszym namyśle odsłania swoje pęknięcia. Ta niespójność i wewnętrzne antynomie czynią z poetki - bohaterki postać sugestywną i niezwykle wiarygodną. Pulsująca sprzecznościami tęskni za wolnością (ucieknę - tym razem się uda), a jednocześnie oswaja fiasko marzeń o szczęściu i nosi białą bieliznę na znak „żałoby po sobie”. Lektura tomu nie jest doświadczeniem łatwym. Mimo operujących nienachalną ironią pełnych urody i świeżości fraz, pozostawia wrażenie jakiegoś rozpadu. Poetka już wie, jak „pachnie zanikające ciało • Z czasem atmosfera jej skargi gęstnieje („Listopad odchodzi powoli”). Limit na cuda zdaje się być wyczerpany nieodwołalnie, pozostaje więc „malować tęczę ołówkiem”. Leszek Sarnowski LUSTRACJA W SKARSZEWACH Marcin Woźny, Lustracja Starostwa Skarszewskiego uczyniona 29 lutego 1772 roku, Gminny Ośrodek Kultury i Biblioteka Publiczna w Skarszewach, Skarszewy 2016. Lustracje nie najlepiej się kojarzą współcześnie, gdyż (choć czasem nieuniknione) bywają często orężem politycznej walki. W czasach pierwszej Rzeczypospolitej były jednak naturalną i regularną formą kontroli stanu posiadania władców państwa. Zawierały dane o dochodach ziem należących do króla, czyli tzw. królewsz-czyzn czy liczbie i wielkości folwarków. Stanowią zatem bogate źródło wiedzy do badania historii gospodarczej ówczesnej Polski. Od końca XII do XIV wieku Skarszewy należały do Zakonu Św. Jana Jerozolimskiego, czyli tzw. joannitów, którzy w 1320 roku nadali osadzie prawa miejskie. Było Marcin Woźny Lustracja Starostwa Skarszewskiego uczyniona 29 hit ego 1772 roku Recenzje 187 to jedyne miasto joannickie na Pomorzu. Od 1370 roku ziemia skarszewska znalazła się w posiadaniu zakonu krzyżackiego, a po wojnie trzynastoletniej wróciła do Polski. W 1613 roku Skarszewy stały się w zasadzie stolicą województwa pomorskiego. Urząd starosty skarszewskiego połączono bowiem z urzędem wojewody pomorskiego i od tego czasu rezydował on na zamku w Skarszewach, gdzie zbierały się również sądy ziemskie. Wojewodami i starostami skarszewskimi byli między innymi przedstawiciele znamienitych rodzin pomorskich, jak Bażyńscy, Działyńscy, Niemojewscy, Konarscy, Potoccy, Czapscy, Weiherowie, Flemingowie, Mostowscy, Przebendowscy czy Denhoftowie. W latach 1762-65 w miejscowym sądzie grodzkim praktykował Józef Wybicki. Na ziemi skarszewskiej przeprowadzono sześć lustracji od XVII do XVIII wieku. Dzięki zachowaniu oryginałów w zasobach Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, zostały one opublikowane we wcześniejszych latach, poza tą z 1772 roku, którą do druku przygotował Marcin Woźny. To ważna lustracja, bo ostatnia, spisana w tym samym roku, kiedy odbył się pierwszy rozbiór Polski i ziemia skarszewska stała się częścią państwa pruskiego. Marcin Woźny na co dzień jest funkcjonariuszem Służby Więziennej i pracuje w Areszcie Śledczym w Gdańsku. Od Urodzenia mieszka w Skarszewach i od najmłodszych lat jest pasjonatem historii lokalnej. To zasługa nauczyciela historii ze szkoły podstawowej Wiesława Brzo-skowskiego, który był także historycznym konsultantem książki. Za wydanie takiej książki mógł się zabrać jedynie pasjonat, bo o ile historyczne powieści (najlepiej doprawione sensacyjnym dreszczykiem) cieszą się dużą popularnością, o tyle czytanie dokumentów to głównie domena fachowców. Ostatnimi laty jednak można powiedzieć, że wzrasta zainteresowanie lokalnymi dziejami i to niemal w każdym, najbardziej szczegółowym zakresie. Takim oczekiwaniom, połączonymi z własną pasją, postanowił prawdopodobnie sprostać autor. I z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że udało mu się to znakomicie, tym bardziej, że okazja do wydania książki też nie jest przypadkowa, bowiem 550 lat temu po pokoju toruńskim, kończącym wojnę trzynastoletnią, ziemia skarszewska wróciła do Polski i stała się majątkiem kolejnych królów Rzeczypospolitej. Opisu starostwa skarszewskiego dokonał w 1772 roku Wojciech Anicety Wysocki, dworzanin Skarbu Koronnego. Po 244 latach ponownie dokonał tego Marcin Woźny. Lustracja została wydana w bardzo atrakcyjnej formie edytorskiej. Jest to reprint, czyli dosłowny zapis z zachowaniem ówczesnej pisowni składni i gramatyki, któremu towarzyszą skany poszczególnych stron oryginału. Dla lepszego zrozumienia treści wprowadzono bardzo bogaty zestaw przypisów, co zdecydowanie ułatwi lekturę nawet czytelnikowi, który niezbyt często ma do czynienia z takim dokumentalnym słownictwem. Okładkę zaprojektował również Marcin Woźny, na podstawie rysunku Johanna Rudolfa Storna z 1661 roku, przedstawiającego panoramę Skarszew. Storn był cesarskim malarzem nadwornym i uczestniczył w tym czasie w tajnej misji dyplomatycznej, z którą z inicjatywy cesarza austriackiego wyruszył z Wiednia przez Gdańsk do Moskwy. Wydawcą tej unikatowej publikacji jest Gminny Ośrodek Kultury i Biblioteka Publiczna w Skarszewach. 188 Recenzje Andrzej Lubiński PO OBU STRONACH DOLNEJ WISŁY Kamila Thiel-O mass, Danuta Thiel-Me-lerska, Rody Pomorskie Ornass i Thiel, Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin 2016. Od wielu lat obserwuje się zjawisko poszukiwania rodzinnych korzeni. Źródłem informacji są: parafialne księgi metrykalne - urodzeń, ślubów, zgonów oraz akta stanu cywilnego, gruntowe, kupna - sprzedaży. W tym roku ukazała się w wydawnictwie Bernardinum książka Kamili "Lhiel-Ornass i Danuty Thiel-Me-lerskiej „Rody Pomorskie Ornass i Thiel”. Autorką dwóch pierwszych rozdziałów jest Danuta Thiel-Melerska, która wykorzystała źródła archiwalne, wspomnienia spisane przez mamę Władysławę, rozmowy z członkami żyjących rodzin, zdjęcia z albumów rodzinnych. Prowadziła poszukiwania w archiwach Berlina, Ratyzbony, Gdańska, Malborka, Olsztyna. Zajęły one kilkanaście lat i zakończyły się sukcesem w postaci prezentowanej publikacji. Autorka, badając najstarsze losy rodzin, z którymi jest spokrewniona, konsultowała się z dwoma profesorami - Klemensem Bru-skim z Uniwersytetu Gdańskiego i Grzegorzem Białuńskim z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Rodziny Ornass i Thiel spotyka się na Pomorzu, Żuławach i Powiślu. Pierwszy rozdział „Z lewej strony Dolnej Wisły - dzieje rodziny Ornass” pokazuje historię rodu, która sięga końca XVII wieku i jest związana z wsią Rajkowy, leżącą w ówczesnym starostwie gniewskim. Pierwszym odnotowanym protoplastą jest Jan. Natomiast protoplastą rodu, z jakim wiążę się ciągłość linii do dnia dzisiejszego, był Jakub. Or-nassowie wchodzili w związki małżeńskie z Niklasami, Makowskimi, Czemińskimb Bielińskimi, Brejskimi. Niekiedy były t° małżeństwa z bliskimi krewnymi, dlatego mówiło się, „że w parafii Rajkowy często gościł biskup”, aby udzielić dyspensy na ślub. Największą prosperitę przeżywali Or-nassowie w XIX wieku, powiększając areał posiadanej ziemi. Oprócz Rajków spotykamy ich również w Oranssowie, Józefowie, Rożentalu. Pomnażanie majątków, bezwzględność postępowania wywoływała niekiedy zawiść i niechęć w okolicy. Kilku przedstawicieli tego rodu uczęszczało do Collegium Marianum w Pelplin*6, Niektórzy studiowali prawo we Wrocław*11 i Berlinie. Na przykład, Jan Chryzostom Ornass został radcą w Wyższym Sądzie Krajowym w Kwidzynie, a w czasie ple' biscytu zasiadał w Komisji Kontrolne)/ Recenzje 189 w której znalazł się Stefan Żeromski i Jan Kasprowicz. W okresie międzywojennym pracował w Sądzie Apelacyjnym w Toruniu. Bratanek Jana Chryzostoma - Jan Aleksander był starostą w Sępólnie Krajeńskim i Tucholi. Jeden z Ornassów, stary kawaler, przekazał sporo pieniędzy kościołowi pelplińskiemu, za co miał miejsce stałego stołownika przy stole biskupim, a w zimowe wieczory grywał w skata z kanonikami. W 1939 roku Franciszek Ornass uczestniczył w obronie Kępy Oksywskiej. Zginął zamordowany w obozie Stutthof. W czasie wojny majątek w Rajkowach zajęli Niemcy z Bessarabii. W marcu 1945 roku Ornassowie wrócili na swoją ojcowiznę. Drugi rozdział „Z prawej strony Wisły - dzieje rodziny Thiel” ukazuje losy tej familii od czasów średniowiecza. Prawdopodobnie miała wywodzić się od Prusa Buthe, którego synowie mieli założyć wieś Tillen-dorf w powiecie sztumskim w roku 1323. Autorka uznaje, że ich protoplasta Martin miał się urodzić w 1637 roku w rodzinie lu-terańskiej, mieszkającej w Suchostrzygach koło Tczewa. Tenże 21 listopada 1662 roku zawarł związek małżeński z Katarzyną Gramm ze Szrop w kościele ewangelickim w Łozie w starostwie sztumskim. Związki Thielów z Suchostrzyg ze wsią Szro-py wiązały się nie tylko poprzez ożenek Martina. Siedmioro dzieci Martina i Katarzyny urodziło się w Szropach. Siódme dziecko o imieniu Jakub, urodzone w roku 1682 roku, zapoczątkowało właściwą linię Ihielów, z jaką związane są autorki tej publikacji. Po ślubie z Elżbietą z Trop, która urodziła mu troje dzieci, przeszedł na katolicyzm i zamieszkał w Kałwie. Pierworodny syn Jakub, urodzony w 1698 roku w Kałwie, Zawarł związek małżeński w Kałwie w roku 1720. Rodzina uległa spolszczeniu, bo wieś była typowo polska. Kolejny Jakub z żoną Anną mieszkał we wsi Igły przez 27 lat, by ponownie osiąść w Kałwie. Ich syn Ignacy gospodarował w majątku rodziców z żoną Reginą Radtke. Większość ich dzieci zamieszkiwała wsie w pobliżu Kałwy. Jedynie Jan urodzony w 1825 roku wyprowadził się do Pogorzałej Wsi z żoną Henriettą. Po śmierci Henrietty w 1872 nie ożenił się powtórnie i sam wychowywał gromadkę dzieci. Zmarł dwadzieścia jeden lat po śmierci żony. Ich syn Bernard kupił w roku 1898 roku dwa majątki w Kałwie i Jurkowicach. Po ożenku z Klarą Kikut i sprzedaży gospodarstw w Kałwie i Jurkowicach stał się właścicielem dóbr rycerskich Bystrze na Żuławach o powierzchni 113 hektarów, gdzie dzierżawił także tzw. kościelną plebankę od proboszcza w Mątowach Wielkich. W roku 1905 zdecydował się sprzedać siostrze dotychczasowe gospodarstwo i przeniósł się do Grębłina po przeciwnej stronie Wisły, gdzie dokupił 40 ha ziemi od E. Ornassa. Gospodarstwo prowadzone racjonalnie i znakomicie dawało dobrobyt rodzinie. W wieku 49 lat zmarł pozostawiając wdowę Klarę z kilkoma dziećmi. Znalazła ona wsparcie nie tylko u rodziny, ale również ze strony kościoła pelplińskiego. Córki Bernarda i Klary zdobywały wykształcenie w Szkole Domowej Pracy Kobiet w Zakopanem założonej przez generałową Zamoyską dla dziewcząt z zaboru pruskiego. Edmund Thiel był przygotowywany do objęcia majątku rodzinnego. Już przed wojną spotykał się z późniejszą żoną Władysławą, a związek małżeński zawarli w 1947. W ten sposób połączyły się dwie rodziny mieszkające niedaleko siebie. Następne rozdziały - „Dom nad jeziorem” i „Żuławska historia rodzinna” autorstwa Kamili Thiel- Ornass - przedstawiają historię domu w Sztumie, liczącą sobie ponad sto lat. Jego właścicielem był 190 Recenzje kupiec i restaurator Johann Schlegel. Dom wybudował na wynajem dla innych ludzi, ale miał także służyć jako letnisko dla całej rodziny.1 Tu w roku 1920 znajdowało się biuro Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego. Mieszkała tam także Ałma Golisz, matka Maksymiliana Golisza, nauczyciela polskich szkół, który został stracony podczas wojny przez Niemców. W następnym rozdziale jest relacja, jak po wielu latach odnaleziono grób pradziadka ojca Edmunda - Johanna Thiela i jego żony przedwcześnie zmarłej w Pogorzałej Wsi. Siostry wspólnie z przymrużeniem oka opisały swoje dzieciństwo w rozdziale „Dzieciństwo telefonu”.2 Telefon na początku lat 60 XX wieku był rzadkością i pewnego rodzaju wyznacznikiem statusu 1 Od redakcji. Rozdział ten były publikowany w naszym kwartalniku nr ( 11) 1/2013. 2 Również ten rozdział opublikowaliśmy w „Prowincji” nr (12)2/2013. społecznego. Dziewczęta myślały, że będą mogły ze wszystkimi rozmawiać, gdy nauczą się go obsługiwać. Jedna wpadła na pomysł, aby zaproponować dyrektorowi liceum randkę. Walor poznawczy książki uzupełniają znakomite zdjęcia z albumów rodzinnych. Dobrze by było, gdyby autorki dodały wybór literatury, z którego korzystały. Publikacja sióstr wpisuje się trendy badań genealogicznych dotyczących ziemiaństwa, bogatych gburów, mieszkających na terenach Prus Królewskich oraz okresu XIX i XX wieku po obu stronach Wisły prowadzonych od kilku lat jakie zapoczątkował Instytut Kaszubski wydając książki w serii „Nasze korzenie”. Książka powinna znaleźć się na półkach bibliotecznych osób interesujących się regionem Powiśla, Żuław, Pomorza. Jan Chłosta PROFESORA BORZYSZKOWSKIEGO KRONIKA PRACOWITEGO ŻYCIA Nie będę ukrywał swego podziwu dla pracowitości, odpowiedzialności i konsekwencji w codziennym wyrażaniu pomorskich cnót przez profesora Józefa Borzyszkowskiego, historyka i wielkiego społecznika. Potwierdził to, nieco rocznicowo, w nawiązaniu do swojej 70. rocznicy urodzin, w tylko co wydanej wspomnieniowej książce Nad Radunią. O dziejach przysiółka skansenowskiego z >zagrodą kaszub-ską< w Łączyńskiej Hucie, będącej zapisem działalności naukowej i organizatorskiej na rzecz Kaszub i Pomorza.1 Wszystko to JÓZEF BORZYSZKOWSKI Nad Radunią... Oprócz tego wydane zostały dwa wydawnictwa z tek- Recenzje 191 zostało przedstawione na kanwie budowy właśnie w Łączyńskiej Hucie w samym centrum Szwajcarii Kaszubskiej domu--checi nad rzeką Radunią, przepływającą przez jezioro i wyjątkowo obfitego oddziaływania Profesora i domu Borzyszkow-skich na całą okolicę. Osiedlając się tam budził na nowo kaszubskie zwyczaje, ich przeszłość, innym odkrywał uroki krajobrazu. Właściwie to było tworzenie dwóch domów. Najpierw wspólnej chaty Klubu „Pomorania ”, odnowionej jeszcze w 1970 roku oraz w 1974 roku własnej chęci w pobliżu na niewielkim gruncie (0,27 ha), wykupionym od Antoniego Janka. Mozolnie wznosili ten dom, tanim kosztem ze znacznym wkładem własnej pracy. Swoją obszerną opowieść Autor rozpoczął od opisania własnego ślubu z Anną Kosznik z oprawą prawie wyjętą z regionalnego widowiska wybitnego znawcy kaszubszczyzny ks. Bernarda Sychty Hanka śa żeni. Ślubu udzielił młodej parze 26 kwietnia 1972 roku w kościele w Chmielnie sam ksiądz Sychta. Przyjęcie weselne odbyło się w miejscowej szkole, a następnego dnia tradycyjne przenosiny konnym orszakiem jeszcze do chaty „Pomoranii” w Hucie Łączyńskiej. Potem ze swadą nakreślił etapy wznoszenia własnego domu. Nakreślił cel jego budowy: „marząc o własnej chacie, budując zagrodę, stawialiśmy ją z myślą, iż będzie to miejsce pobytów * spotkań rodziny oraz przyjaciół i znajomych” (s. 121). Z czasem ten krąg bywalców znacznie się rozszerzył. Przybywali tam goście Zrzeszenia Kaszubsko-Pomor-skiego i Instytutu Kaszubskiego nie tylko Z Polski. Obok wybitnych uczonych z Wybrzeża, uznanych przez Autora za swoich stami różnych autorów: Sztambuch przyjacielski Józefa Rorzyszkowskiego oraz obszerna licząca 768 stron Księga Jubileuszowa Profesora Józefa Rorzyszkowskiego. Wydawnictwa te ukazały się w bieżącym roku w Gdańsku. mistrzów: Stanisława Gierszewskiego, Romana Wapińskiego, Stanisława Mielczar-skiego, Wacława Odyńca, bywali tam Izabella Trojanowska, Halina Słojewska, Lech Bądkowski, Edmund Wittbrot, Kazimierz Wajda. Wizyty w Hucie Łączyńskiej między innymi składali ks. abp Tadeusz Go-cłowski, ks. profesor Józef Tischner, Anna Dymna, Katarzyna Gaertner, Wiesław Myśliwski, Zbigniew Herbert, Franciszek Fenikowski, także goście z innych krajów, najwięcej Niemców i do tego nie tylko tych związanych z dawnym Gdańskiem. Ich lista jest bardzo długa, wśród gości byli Ser-bołużyczanie i znajomi z drugiej półkuli. Profesor szczerze ujawnił, bo „cele naszej chaty [...] wpisane są głównie w historię Kaszubów, a zwłaszcza Zrzeszenia Kaszubsko- Pomorskiego i Instytutu [Kaszubskiego], który działa od 1996 roku ze środowisk tych dwóch instytucji rekrutuje się gros bywalców i gości. Ich lista nie jest mała.” (s. 150). Pisał też o nieustannym wzbogacaniu wyposażenia chaty osobliwymi sprzętami z okolicy. W tym ujawniła się też pasja kolekcjonerska Autora. Ze swoją łatwością nawiązywania kontaktów z miejscowymi Kaszubami nie miał z tym trudności, wspomagał miejscowych mieszkańców radami, także różnymi na pozór zwyczajnymi wiejskimi inicjatywami. Opisał zresztą wyposażenie tej kaszubskiej chaty, a więc dużej izby, zwanej u gburów kiedyś pańska, rzadko dawniej używana, bo jedynie na przyjęcia gości, kolędy, wesela, stypy, a w niej teraz cenna, żelazna „skrzynia na pieniądze”, kuta w 1753 roku; dalej mała izba zwana izbą starków - dziadków albo alkierzem, a w niej stół, wertykuł, łóżko, lustro. Obok wertykułu stoi fisharmonia z Karsina, miejsca urodzenia Profesora; w kuchni, oprócz starego stołu - nowe meble. Na jednej ścianie znalazły swoje 192 Recenzje miejsce wypalone w glinie w czas wojny w Pelplinie talerze i medaliony; izba przy kuchni - królestwo żony Hani z telewizorem - zawiera m. in. leżankę i stolik po mamie Hildegardzie z Kościerzyny; w każdej izbie wiszą na ścianach także pięknie obrazy na szkle m. in. Franciszka Sychowskie-go, twórcy światków w kapliczkach, (także w tej w Hucie Łączyńskiej, postawionej przez Profesora) i samego mistrza Józefa Chełmońskiego. Wspomniał o obrazie, będącym XIX wieczną pamiątką z warmińskiego Gietrzwałdu, podarowanego przez Kaszubkę panią Stosiową. Nie pominął też nieszczęść, które dotknęły stojącą na uboczu chatę nad Radu-nią, jak pożar w 1991 roku i aż trzy kradzieże z mozołem gromadzonego wyposażenia domu, które następnie z uporem przyszło znów uzupełnić. Nadzwyczaj dyskretnie, lecz z odczuciem, ciepła i opiekuństwa potraktował Profesor sprawy rodzinne: uroczystości rodzinne (chrzciny trzech córek Sławiny, Miłosławy, Wisławy, pierwsze ich komunie święte, wesela, narodziny wnuków). Przy natłoku wielu obowiązków jako nadzwyczaj aktywnego naukowca, wicewojewody, senatora, prezesa Zrzeszenia Kaszubsko--Pomorskiego i Instytutu Kaszubskiego, mimo wszystko wymagały troski i wiele zapobiegliwości o najbliższych. Profesor dzięki sile woli, wielkiej dyscyplinie i szczególnej wytrwałości, co nie wszystkim się udaje, potrafił zachować właściwy sobie dystans do spraw publicznych. W tej książce Profesor ujawnił jeszcze raz swoja wyjątkową pasję, którą były i są Kaszuby, bo stanowią one prawie jego istotę życia. Dokumentował przeszłe wyróżniki ich tożsamości, bogatą kulturę kaszubską, związki z Polską, zakorzenienie w chrześcijaństwie, osobliwe zwyczaje także język, raz po raz odnajdywał zapomnianych Pomorzan, związanych z ruchem kaszubskim Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych osób we współczesnym ruchu kaszubsko-pomorskim. Aż trudno sobie wyobrazić Kaszuby bez Profesora Józefa Borzyszkowskiego. On im wciąż z pożytkiem nadawał i nadaje nową żywotność. Nasuwa się przy tym porównanie: jest tym samym, kim w przeszłości dla Podhala byli Włodzimierz i Kazimierz Tetmajerowie. Książka ma charakter wspomnieniowy, w wybranych partiach prezentująca bardzo osobisty obraz Huty Łączyńskiej/ miejsca nadzwyczaj urokliwego, w którym autor i jego najbliżsi: żona i córki spędzały niemal każdy koniec tygodnia. Wzbogacił/ jak większość swoich opracowań wieloma fotografiami i odbitkami ważnych dokumentów. W tej książce znalazło się ponad 630 zdjęć. W swobodną narrację autor wprowadził szereg wyrażeń kaszubskich i staropolskich jak: moja białka zamiast żona, chęć zamiast chata, szkólnik zamiast nauczyciel, czym zabiegał o autentyzm swego opisu. W aneksie zamieścił dokumenty i memuary innych osób, uczestniczących w różnych spotkania w chacie: wyjątkowe okraszone ciepłem są podziękowania Bożeny Borzyszkowskiej i wiersze córki Sławiny Kwidzińskiej. W końcu Profesor napisał: „Dzięki Hucie wszyscy zdobyli wiedzę i doświadczenie, znajomość lud'/1 i świata, szybciej dojrzewali także jako członkowie lokalnej wspólnoty i obywatele”. (s.594) Stanowi to moim zdaniem id6? przewodnią tej obszernej i wartościowe) książki, będącej zapisem pracowitego zy* cia Profesora Józefa Borzyszkowskiego. Recenzje 193 Leszek Sarnowski ŚLADY ZBRODNICZEGO SYSTEMU Mapa terroru. Siadami zbrodni komunistycznych w województwie gdańskim (1945-19S6), pod redakcją Karola Nawrockiego. Opracował zespół - Robert Chrzanowski, Daniel Czerwiński, Krzysztof Filip, Waldemar Kowalski, Marcin Węgliński, Instytut Pamięci Narodowej. Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, Gdańsk 2016, str. 270. Na krótko przed końcem roku otrzymaliśmy imponujący i niestety zatrważający prezent od Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. Imponujący ogromem pracy dokumentalnej badaczy najnowszej historii Polski, a zatrważający znaczącą ilością rniejsc, w których realizowany był przez dziesięciolecia systemowy scenariusz ko-rnunistycznego terroru i wyniszczenia narodu polskiego. Album, pięćdziesiąty siódmy z kolei tom publikacji gdańskiego IPN, składa się z czterech części, nazywanych tu etapami, bo to części większej całości, trwającego procesu, jak zaznaczają autorzy. W pierwszym etapie pod nazwą „W rękach bezpieki” (opracowany przez Daniela Czerwińskiego) poznajemy 20 miejscowości (poza I rójmiastem między innymi Kościerzyna, Starogard Gdański, Wejherowo, Kwidzyn, Malbork, Sztum i Nowy Dwór Gdański) których tworzył się aparat bezpieczeństwa. Od kwietnia do końca roku 1945 sieć Urzędów Bezpieczeństwa objęła całe Województwo, początkowo pod komendą oficerów sowieckich, później polskich, po odpowiednim przeszkoleniu. W strukturach UB zatrudniano wówczas 1350 osób, przez których ręce przeszło kilkadziesiąt tysięcy osób podejrzanych o działalność antykomunistyczną. Rzecz bardzo znamienna, że wiele Urzędów Bezpieczeństwa znajdowało się w budynkach, w których przed wojną, rezydowało niemieckie Gestapo. W Kwidzynie UB mieściło się przy najpierw przy ul. Warszawskiej, a później Chopina (wcześniej Dworcowej). Szczególnego okrucieństwa doświadczyli tu między innymi działacze z tzw. Grupy Tobiasza, czyli organizacji konspiracyjnej Walka o Niezawisłość, Niepodległość, Wiarę i Ojczyznę, założoną przez Czesława Tobiasza „Orła”. Szczególnie złą sławą w prześladowaniu konspiracji antykomunistycznej zasłużył się w powiecie kwidzyńskim jeden ze śledczych z „awansu” Piotr Górka. Powiatowe UB w Malborku znajdowało się najpierw przy ul. Derdowskie-go, potem 17 Marca i w końcu ul. Reymonta 24. W niektórych miejscach zachowały się jeszcze piwnice ze śladami po pobycie 194 Recenzje torturowanych więźniów. W Sztumie siedziba UB znajdowała się przy ul. Nowowiejskiego, na wprost wjazdu do zakładu karnego. W piwnicy budynku zachował się jeszcze dawny karcer dla osadzonych. W etapie drugim „Przed czerwoną Temidą. Organy stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości" (oprać. Robert Chrzanowski i Daniel Czerwiński) autorzy prezentują siedziby poszczególnych prokuratur i sądów oraz metody ich działania. To przerażające świadectwo wykorzystywania wymiaru sprawiedliwości przez system komunistyczny, nie do ochrony obywatela ale jego podporządkowania systemowi. Szczególnie sądy wojskowe były przykładem zniewolenia i zastraszenia społeczeństwa, działając pod dyktando Urzędów Bezpieczeństwa. Etap trzeci „W murach więziennego terroru", opracowany został przez Daniela Czerwińskiego i Waldemara Kowalskiego. Największe więzienie (istniejące też przed wojną) funkcjonowało w Sztumie. Przebywało tu nawet do 3 tysięcy więźniów, wśród nich żołnierze podziemia niepodległościowego, księża, oficerowie Marynarki Wojennej czy przedwojenni oficerowie WP, skazani za „antypaństwową” działalność, a nawet funkcjonariusze UB i innych służb mundurowych nowego państwa, którzy niezbyt gorliwie angażowali się w nękanie społeczeństwa. Ponadto w Sztumskiej Wsi do 1952 roku funkcjonował Przywięzienny Majątek Rolny (Kolonia Rolna nr 2), w którym pracowało ok. 150 więźniów, zakwaterowanych w barakach na terenie gospodarstwa rolnego otoczonego drutem kolczastym. Etap czwarty „W obliczu śmierci" i etap piąty „Ostatnia droga. Miejsca pochówku" opracował Waldemar Kowalski, przed laty funkcjonariusz Służby Więziennej, współpracownik gdańskiego IPN, obecnie pracownik Muzeum II Wojny Światowej. To najbardziej dramatyczna część opracowania, pokazującą szacunkowe liczby ofiar i nieznane dotąd, ale coraz częściej rozpoznawane miejsca pochówków. Z dotychczasowych badań wynika, że w byłym województwie gdańskim w latach 1945-56 w więzieniach stracono 109 osób (w całej Polsce ok. 3-5 tys.), najwięcej w Gdańsku na Kurkowej, ale też w Wejherowie, Starogardzie Gdańskim, Słupsku, Elblągu i Malborku. Większość byli to zbrodniarze wojenni i więźniowie kryminalni, ale ok. 30 zaliczono do ofiar terroru komunistycznego, wśród nich Ottomar Zielke ze Sztumu, który pomagał żołnierzom „Łupaszki ”. Ciała zmarłych i straconych grzebano najczęściej na pobliskich cmentarzach, na terenie więzień lub przekazywano do Akademu Medycznej, bez informowania o tym rodzin. W sztumskim więzieniu nie wykonywano wyroków śmierci, ale z powodu fatalnych warunków, epidemii i tortur zmarło tam w ciągu ośmiu powojennych lat ok. 270 więźniów, wśród nich admirał Adam Mo-huczy, czy kapłan greckokatolicki ks. Aleksy Kolankowski. Nieznane były jeszcze do niedawna miejsca pochówków Danuty Sie-dzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, rozstrzelanych w gdańskim więzieniu. Dopiero niedawno udało odnaleźć ich ciała na gdańskim cmentarzu garnizonowym i 28 sierpnia 2016 roku odbyły się uroczystości pogrzebowe, z państwowymi honorami i wojskową asystą. Ostatnią część książki „Topografia terroru” opracował Krzysztof Filip i Marcin Węgliński. Przedstawiono tu wyka7 wszystkich miejscowości i miejsc, które służyły komunistycznemu systemowi 6° zniewolenia społeczeństwa. Dzięki term1 uzyskaliśmy oryginalny przewodnik który z pewnością zadowoli miłośnik* Recenzje 195 najnowszej historii naszego regionu, ale też być może przyczyni się do szczególnego upamiętnienia tych miejsc, które przed laty siały postrach wśród mieszkańców, bo oznaczały zniewolenie i terror. Podkreśla to dr Karol Nawrocki we wstępie do publikacji pisząc: - To autorska wizja prezentująca miejsca komunistycznego terroru na mapie województwa gdańskiego. Publikacja nie wyczerpuje tematu zbrodni komunistycznych na terenie województwa, dlatego nie przybrała formy monografii. Ma być natomiast pierwszy spójnym przewodnikiem po znanych miejscach represji przypominających o zbrodniczym systemie komunistycznym. Unikatowy album zredagowany przez zespół pod kierunkiem dr Karola Nawrockiego, wytrwanego badacza dziejów komunistycznego terroru na Pomorzu, a jednocześnie naczelnika Biura Edukacji Narodowej gdańskiego IPN, został poświęcony Zdzisławowi Badosze „Żelaznemu”, dowódcy jednego ze szwadronów 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej w 70. rocznicę śmierci. Podporucznik Zdzisław Badocha pseudonim „Żelazny”’ zginął śmiercią bohatera z rąk UB w czasie obławy w majątku rodziny Donimirskich w Czerninie pod Sztumem 28 czerwca 1946 roku. Nadal trwają poszukiwania Jego grobu, ale dzięki pamiątkowym tablicom mu poświęconym, mieszkańcy Ziemi Sztumskiej o nim pamiętają. Tomasz Jagielski BIOGRAFIA KSIĘDZA - ŻOŁNIERZA Krzysztof Korda, Ks. ppłk Józef Wrycza (1884-1961). Biografia historyczna, Instytut Kaszubski, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomor-skie w Gdańsku, 2016 r. Książka jest dysertacją doktorską Krzysztofa Kordy obronioną w czerwcu 2013 roku na Uniwersytecie Gdańskim. Jest to pierwsza naukowa biografia poświęcona jednemu z najważniejszych Pomorzan. Józef Wrycza - ksiądz, wojak, narodowiec, uczestnik życia politycznego H Rzeczypospolitej - przetrwał w pamięci Współczesnych jako człowiek zaangażowany w walkę o niepodległość Ojczyzny, gotowy złożyć za jej sprawę najwyższą ofiarę. Równocześnie ta niezwykle barwna postać budzi wiele skrajnych emocji i ocen, co zainspirowało autora do napisania biografii. Jego różnorodna działalność, bezkompromisowy charakter, już za życia stały się źródłem wielu legend. W okresie okupacji ksiądz Wrycza stał się symbolem walczącego z hitleryzmem Pomorza. Pamięć o księdzu jest do dziś bardzo żywa nie tylko na Kaszubach, Kociewiu i Pomorzu 196 Recenzje - napisał w przedmowie prof. dr hab. Józef Borzyszkowski. Krzysztof Kord omawia postać księdza--wojaka z możliwie szerokiej perspektywy. Prezentuje go jako kapłana, ale także działacza społecznego, żołnierza oraz polityka związanego z Narodową Demokracją. Ukazuje sylwetkę księdza zaangażowanego w ruch młodokaszubski, „powstańca” w Chełmży, żołnierza generała Józefa Hallera przyłączającego Pomorze do Polski. Książka prezentuje losy Wryczy - przywódcy powstańców i wojaków w okresie międzywojennym, polityka endecji prześladowanego przez sanację, bohatera „Gryfa Pomorskiego”, ściganego w okresie drugiej wojny światowej przez Niemców, a po wojnie - przez komunistów. Praca nad biografią trwała 8 lat. Jej duża część to próba zmierzenia się z mitem i legendą ks. Wryczy. Moja praca odbrązawia tę postać, zdziera z niej fałszywe legendy. Niemal w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, ale reszta to niemające potwierdzenia w faktach opowieści. Wrycza po moich badaniach, po odrzuceniu mitów, jest, jest co najmniej tak samo wyjątkową postacią, jak przedtem - powiedział autor Krzysztof Korda. Praca została przygotowana pod kierunkiem prof. dr. hab. Józefa Borzyszkow-skiego, uzupełniona o uwagi recenzentów (prof. dr. hab. Mieczysława Wojciechowskiego i prof. dr. hab. Mariana Mroczko), bogato ilustrowana (ponad 100 zdjęć; w większości z rodzinnego albumu Wry-czów), napisana przystępnym językiem, stanowi doskonałą lekturę dla wszystkich, którym bliskie są dzieje kaszubsko--pomorskie i wybitnych postaci Pomorza. Postać księdza Józefa Wryczy należy do najbarwniejszych w dziejach Pomorza. Leszek Sarnowski ELBLĄSKIE SENTYMENTY? Karolina Ciechorska-Kulesza, Tożsamość a przestrzeń w warunkach niestabilnych granic. Przypadek byłego województwa elbląskiego, Instytut Kaszubski w Gdańsku, Gdańsk 2016 r., str. 376 Województwo elbląskie powstało w ramach reformy administracyjnej PRL w 1975 roku. Wcześniej teren ten wchodził w skład województw gdańskiego i olsztyńskiego. W miejsce 17 województw, powstało wówczas 49 i wśród nich elbląskie. Przetrwało do kolejnej reformy, już w wolnej Polsce, w 1999 roku. Reforma ta podzieliła województwo elbląskie niemal na dwie równe części pomiędzy województwa warmińsko-mazurskie i pomorskie. Karolina Ciechorstta-KUesza Tożsamość a przestrzeń w warunkach ' niestabilnych granic Recenzje 197 W województwie warmińsko-mazurskim wraz ze stolicą województwa Elblągiem znalazły się północno-wschodnie: Pasłęk, Braniewo, Orneta oraz południowo--wschodnie: Susz i Kisielice. Natomiast część zachodnia - pas powiatów nadwiślańskich: Kwidzyn, Sztum, Malbork, Nowy Dwór Gdański w tym obszar Żuław Wiślanych i cała morska linia brzegowa wraz z Mierzeją Wiślaną zostały przyłączone do województwa pomorskiego. Województwo elbląskie nie doczekało nawet ćwierćwiecza, bo istniało zaledwie dwadzieścia trzy lata. Kiedy rozpoczynałem pracę dziennikarską w elbląskiej redakcji TVP Gdańsk pod koniec 1997 roku województwo elbląskie w zasadzie dogorywało. W grudniowego sylwestra 1998 roku dziennikarze elbląskich redakcji urządzili województwu symboliczny pogrzeb, upamiętniając jego istnienie stalową tablicą na Placu Słowiańskim. Czy tylko tyle po nim pozostało? 23 lata to długo i krótko, choć z pewnością na tyle długo, żeby jakiś ślad po województwie w świadomości społecznej pozostał. Może dla zwykłego obywatela (szczególnie spoza Elbląga) nie miało to większego znaczenia, podobnie jak dziś. Więcej spraw bieżących załatwia się w gminie czy powiecie niż w województwie, choć dziś to właśnie w województwie samorządowym podejmowane są decyzje skutkujące dla lokalnych społeczności, czy to są pieniądze na drogi, edukację, kulturę czy ochronę zdrowia. Pamiętam dwie pierwsze kadencje samorządu lokalnego (1990-98). Radnych do sejmiku wojewódzkiego nie wybierano, jak dziś, w wyborach bezpośrednich. Byli delegowani przez poszczególne gminne samorządy. Sejmik pełniły głównie funkcje opiniodawcze i reprezentacyjne. Przy sejmikach funkcjonowały kolegia odwoławcze, które orzekały w sprawach odwołań od decyzji administracyjnych wójta lub burmistrza danej gminy. Nikt specjalnie z radnych nie palił się do tego, by w takim w zasadzie „bezde-cyzyjnym” sejmiku zasiadać. Wydawać by się mogło, było, minęło i już. A tu proszę, powstają na ten temat książki naukowe. Karolina Ciechorska-Kulesza jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie socjologii, adiunktem w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego, badaczką i animatorką społeczną. Współautorka trzech książek i autorka ponad dwudziestu artykułów z zakresu socjologii i antropologii społecznej. Jej zainteresowania naukowe koncentrują się wokół socjologii kultury oraz socjologii regionu i społeczności lokalnych. Realizatorka licznych badań m.in. z zakresu aktywności społecznej, tożsamości przestrzennej i uczestnictwa w kulturze. W młodości bardzo zaangażowana w ruchu harcerskim, co z pewnością miało poważny wpływ na Jej społeczną wrażliwość i aktywność. „Przypadek ”, jak sama pisze w podtytule, województwa elbląskiego, autorka rozpatruje w kontekście tożsamości w warunkach niestabilnych granic. Można by powiedzieć, że mieszkańcy nie mieli tu łatwo, bo nie dość, że przybyli tu w większości po drugiej wojnie światowej, to jeszcze podlegali ciągłym zmianom granic administracyjnych. Jak tu się zakorzenić, jak utożsamić się z wybranym miejscem? Za Georgiem Simmelem, niemieckim filozofem, teoretykiem kultury, jednym z prekursorów socjologii codzienności, Karolina Ciechorska-Kulesza nazywa ziemie wchodzące niegdyś w skład elbląskiego „ziemią pustą ”. To efekt, Jej zdaniem, 198 Recenzje między innymi masowej wymiany ludności do jakiej doszło tu po II wojnie światowej, a także znikomego kompleksowego zainteresowania tymi ziemiami ze strony nauk społecznych. W tej drugiej kwestii książka te braki w jakimś sensie nadrabia. Publikacja jest kolejnym dowodem tego, że socjologia coraz bardziej interesuje się powiązaniem ludzi z miejscami w których żyją. Kontekst miejsca i przestrzeni w której się żyje to niewątpliwie ważny element budowania tożsamości, a szczególnie ważny na tzw. ziemiach odzyskanych.. Zgodzę się z autorką, że ważnym problemem w kontekście byłego województwa jest tożsamość mieszkańców. Jednak wy-daje mi się, że problemy z tożsamością były tu i wcześniej i dziś i żadne administracyjne decyzje „uszczęśliwiające” po raz kolejny mieszkańców tego pogranicza, niczego w tej kwestii nie zmieniły. Tym bardziej, że dalej mówi się o być może o powrocie Elbląga do województwa pomorskiego, słusznego skądinąd postulatu. Dziś województwo elbląskie to przeszłość, choć z różnych stron politycznej sceny padają różne pomysły na kolejne zmiany. W kontekście pozyskiwania środków europejskich z pewnością województwo pomorskie radzi sobie doskonale i jest jednym z liderów, choć zdecydowanie szkoda, że częścią tej administracyjnej struktury nie został również Elbląg, o co do dziś mieszkańcy miasta mają wiele uzasadnionych pretensji do państwowych reformatorów. Inną kwestią jest to jak mieszkańcy byłego województwa pamiętają swoje życie w tej przestrzeni. Mieszkańcy Kwidzyna z pewnością wspomną o zaprzestanej budowie szpitala miejskiego, bo zabrakło pieniędzy, które przeznaczono na szpital wojewódzki w Elblągu. Choć z drugiej strony jest to dziś jeden z najbliższych i najlepszych szpitali z tak bogatą i specjalistyczną obsługą dla pacjentów. Ludziom kultury ze Sztumu, Malborka czy Nowego Dworu Gdańskiego z pewnością przypomną się kwestie z ograniczaniem środków na lokalne domy kultury, które w ramach centralizmu trafiały do Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Elblągu. Mieszkańcy Sztumu i okolic z rozrzewnieniem wspominają z kolei czasy, kiedy właśnie w Sztumie znajdował się wojewódzki oddział ZUS. Niedawno reporter Filip Springer przejechał cały kraj, by sprawdzić, jak żyje się dziś w miastach, które w 1999 r. utraciły status stolicy województwa. Powstał raport z tej podróży, książka „Miasto Archipelag”. Jego zdaniem trzydzieści jeden byłych wojewódzkich ośrodków (w tym Elbląg) tworzy właśnie specyficzny „archipelag możliwości, rozczarowań i szans . Springer przyznaje, że polubił Elbląg (choćby formy przestrzenne), ale określił go jako miasto „konsekwentnie niedokończone”, „miasto atrapę”, choć do pozazdroszczenia jest uwarunkowanie terenu, tempo życia, i to, że wszędzie jest blisko. Dla nas to nic nowego, znamy i lubimy właśnie to wszystko, choć czasem to wszystko bywa też irytujące. Budowanie tożsamości regionalnej to ważny postulat ale może trzeba zacząć od budowania tych najbliższych, sublokalnych więzi, a może to tylko pobożne życzenie. O budowaniu tożsamości czy zakorzenieniu decyduje wiele czynników o których pisze autorka. To między innymi związek emocjonalny z miejscem, aktywność społeczna, lokalni liderzy i wiedza. Mimo, że tematem książki jest województwo elbląskie, to jest ona doskonałym materiałem i wstępem do rozmoW Recenzje 199 i debat na temat tożsamości i zakorzenienia w ogóle. Polecam, choć potrzeba trochę czasu na oswojenie się ze specyfiką socjologicznego języka. Z przyjemnością odnotować należy także fakt, że autorka w swej pracy wykorzystała również informacje z naszego kwartalnika „Prowincja”. Fragment pracy autorki publikujemy w tym numerze naszego kwartalnika. Książka jest pracą doktorską obronioną na UMK w Toruniu, a jej promotorem był prof. Cezary Obracht-Prondzyński. Wydawcą publikacji jest Instytut Kaszubski w Gdańsku, przy wsparciu finansowym Uniwersytetu Gdańskiego, w ramach grantu dla młodych naukowców na rok 2016. Krystian Zdziennicki ARCHEOLOGICZNE WĘDRÓWKI PO POMORZU Kalka P., Ellwart ]., Archeologiczne zabytki Pomorza. Województwo pomorskie, Wydawnictwo Region, Gdynia 2017, s. 224. Na rynku wydawniczym Pomorza staraniem wydawnictwa Region ukazał się ciekawy przewodnik po zabytkach archeologicznych województwa pomorskiego. Jego autorami są: Piotr Kalka - archeolog oraz Jarosław Ellwart - wydawca i autor wielu przewodników. Autorzy opisują dostępne dla turysty miejsca i obiekty, które według nich szczególnie warto zobaczyć. Należy podkreślić, że przewodnik jest efektem dwuletnich prac połączonych z wyjazdami terenowymi do każdego z opisanych miejsc. Walorem publikacji jest syntetyczne Wprowadzenie czytelnika w postaci przedstawienia najdawniejszych dziejów Pomorza oraz historii pomorskiej archeologii. Jest to niezwykle ważny element, który pozwala na umiejscowienie w odpowiednim kontekście opisywanych w części szczegółowej obiektów. Przewodnik podzielony został podzielony na rozdziały, w których przedstawiane są obiekty archeologiczne poszczególnych typów. 200 Recenzje Pierwszy dział poświęcony jest cmentarzyskom. Kilkanaście opisywanych obiektów z terenu Kaszub pozwolą zapoznać się ze zwyczajami grzebania dawnych mieszkańców Pomorza. Następnie opisano zlokalizowane w województwie pomorskim kamienne kręgi. Największą grupę obiektów archeologicznych stanowią z kolei grodziska. Autorzy wybrali najciekawsze pozostałości po osadach obronnych, w których zachowały się elementy ziemne możliwe do obserwacji przez współczesnego turystę. Nie zapomniano również o muzeach i skansenach archeologicznych, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem. W przewodniku znalazły się również obiekty z terenu Powiśla. Autorzy postanowili wybrać grodziska usytuowane w czterech miejscowościach regionu. Z terenu powiatu sztumskiego usytuowane są w Kałwie, Starym Mieście i Starym Dzierzgoniu. Natomiast w powiecie kwidzyńskim w miejscowości Klasztorek. Pierwsze z nich, tj. grodzisko w Kałwie jest niewielkim obiektem pochodzącym z okresu epoki żelaza. Przetrwało ono do XII wieku, czyli do zdobycia i zniszczenia go przez Krzyżaków. Kolejne grodzisko w Starym Mieście jest przykładem wczesnośredniowiecznego założenia obronnego, które z trzech stron otoczone jest rzeką Dzierzgoń. Również zakończyło swoje funkcjonowanie po zdobyciu go przez Zakon NMP. Z kolei w Starym Dzierzgoniu pierwsze umocnienia obronne datowane mogą być na wczesny okres epoki żelaza. Wiadomo, że przez pewien czas występowała tu przerwa osadnicza. Nowi mieszkańcy pojawili się w Starym Dzierzgoniu dopiero w okresie rzymskim. Jednakże okres świetności grodu przypadł na XII i XIII wiek, kiedy mieszkający tam Prusowie rozbudowali obiekt w celach obronnych. Od lat 30-tych XIII wieku grodzisko zostało zdobyte przez Krzyżaków. Obiekt jednak przechodził na przemiennie we władanie Zakonu NMP i broniącego się plemienia Pomezanów. Krzyżacy chcieli przystosować grodzisko do własnych potrzeb obronnych, ale po powstaniu nieodległego od miejscowości obecnego Dzierzgonia założenie obronne ostatecznie upadło. Warto jednak dodać, że obiekt jest wyjątkowy, gdyż jest największy spośród opisywanych grodzisk w przewodniku. Natomiast ciekawym przykładem rozwoju opisywanych obiektów archeologicznych może stanowić zespół osadniczy w Klasztorku. W IV w. n.e. powstałą tu osada otwarta, a dopiero następnie dwa grodziska. Świetność założenia w Klasztorku miała miejsce jeszcze w okresie późnego średniowiecza (przełom XIV i XV wieku). Liczący ponad 200 stron przewodnik zawiera wyłącznie obiekty przebadane przez archeologów, zarówno tych niemieckich, jak i polskich. Dzięki temu autorzy mogli w zarysie przedstawić najważniejsze odkrycia znane wąskiemu gronu naukowców. Walorem przewodnika są aktualne zdjęcia oraz mapki, które pozwolą na łatwiejsze odnalezienie opisywanych obiektów. Należy dodać, że dzięki przy' stępnemu językowi przewodnik ma walor popularyzacyjny. Można mieć nadzieję; ze dzięki niemu mieszkańcy Pomorza, w tym Powiśla i Żuław będą mogli poznać często zapomniane miejsca. Swojskie klimaty SWOJSKIE KLIMATY To miejsce na ciekawe zdjęcia z naszych prowincjonalnych peryferii, zdjęcia śmieszne, intrygujące, irytujące, prowokujące, miłe, sympatyczne i niebanalne. Zapraszamy naszych Czytelników do aktywności, bo dziś telefon ma wiele funkcji i nie tylko służy do rozmowy, choć zdjęcia wykonywane za pomocą telefonu, także mogą być jakąś formą komunikacji. W tym numerze publikujemy zdjęcia Ewy Kołacz z Czernina, która zainteresowała się banerami reklamowymi Stacji Hodowli i Unasienniania Zwierząt w Czerninie, znanym jak się okazuje, z pewnego powodu w całej Polsce. Czytając Prowincję Czytają z uwagą również samorządowcy. Józef Sarnowski, radny sejmiku wojewódzkiego, Zbigniew Zwolenkiewicz, radny powiatu sztumskiegi, pod czujnym okiem Wojciecha Cymerysa, starosty sztumskiego, fot. archiwum Maria Stokowska czyta nie tylko teksty swego męża Marka, fot. archiwum Prowincji Profesor Marian Szarmach czyta Prowincje od początku i obiecuje, że w końcu też napisze, fot. archiwum Prowincji Tomasz Stężała pisze do i czyta Prowincję z uwagą i należną powagą, fot. archiwum Arek Dzikowski zaczytany, żona Jolanta zapozowana,fot. archiwum Prowincji Waldemar Wnuk, prezes Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich Taka Gmina (wydawca Prowincji), czytać musi, bo płaci, fot. archiwum Prowincji Jerzy Kozdroń, sędzia Trybunału Stanu z pewnością znajdzie w Prowincji relaks od wielkiej polityki, fot. archiwum Prowincji Rodzina Matejuk na leżąco, ponadpokoleniowo i z dużym zaangażowaniem,w trakcie lektury Prowincji,fot. archiwum rodzinne Mała Ułka jeszcze nie czyta ale cień zainteresowania (zasłuchania) przejawia, fot. archiwum rodzinne Noty o autorach Anna Albrecht - ur. w 1951 r. Jest absolwentką ART w Olsztynie. Od 1986 roku mieszka w Malborku. Jest współwłaścicielką firmy „Kopiał”. Od 2013 roku zajmuje się malarstwem, jest członkiem Nadbałtyckiego Stowarzyszenia im. J. Mokwy w Gdańsku. Współautorka - wraz z mężem Jackiem - dwóch wystaw malarstwa w Malborku i Sztumie. Otrzymała wyróżnienie w konkursie „Pejzaże powiatu malborskiego”. Prace swoje prezentuje w Galerii „Nad Papierem” w firmie „Kopia!” w Malborku. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Wojciech Boros - ur. w 1973 r. w Gdańsku, poeta. Zdobywca „Czerwonej Róży” (1996). Stypendysta: Marszałka Województwa Pomorskiego (kilkakrotnie), Prezydenta M. Gdańska (2008) oraz Baltic Centre for Writers and Translators (Szwecja, 2012). W 2013 r. otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury. W 2013-2014 r. wziął udział w austriacko--polskim projekcie artystycznym Josefa Trattnera „SOFA. Polnische sofafahrten/Z sofą po Polsce”. Jego wiersze były tłumaczone na język niemiecki, czeski, angielski i białoruski. Wydał tomy: Nierealit górski (1997), Jasne i Pełne (2003), Złe zamiary (2008), Pies i Pan (2014) oraz audiobook Pusta noc (2012). Redaktor działu poezji w kwartalniku Bliza (od 2009 r.), stały współpracownik dwumiesięcznika literackiego Autograf. Karolina Ciechorska-Kulesza - elblążanka z urodzenia. Doktor nauk humanistycznych w zakresie socjologii (specjalność: socjologia kultury). Adiunkt w Zakładzie Antropologii Społecznej Instytutu Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Badaczka i animatorka społeczna. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów - Słownik Warmii, prac o Wydawnictwie ‘Gazety Olsztyńskiej’ i ludziach z nią związanych. Anna Dominiak - polonistka, poetka, recenzentka, związana ze środowiskiem literackim Gorzowa Wlkp. i Zielonej Góry. Swoje teksty poetyckie i krytycznoliterackie publikuje na łamach pism: Pegaz Lubuski, Pro Libris, Autograf, Gazeta Kulturalna i Migotania oraz na portalu pisarze.pl. Zajmuje się także redakcją książek. Współtwórczyni portalu literackiego okularysartra.pl, autorka arkuszy poetyckich Masala chai oraz W nim my. Należy do Grupy Literycznej Na Krechę. Arkadiusz Dzikowski - założyciel Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Od 2015 roku Hetman Wielki Kapituły Rycerstwa Polskiego. Dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Mikołajkach Pomorskich. Rolf Fieguth - ur. 2 listopada 1941 w Berlinie, niemiecki slawista, germanista i tłumacz. Studiował w Berlinie Zachodnim i Monachium (slawistyka, historia Europy Wschodniej i germani-styka). Doktorat uzyskał w 1967 (Metafora i realność we wczesnych „Dziadach" Adama Mickiewicza). W latach 1968-1969 przebywał na stażu w Instytucie Badań Literackich PAN w Warszawie. Habilitował się w 1976 (slawistyka, literaturoznawstwo). Wykładał m.in. w Amsterdamie i Berlinie Zachodnim jako profesor polonistyki i rusycystyki. Od 1983 profesor zwyczajny języków i literatur słowiańskich na Uniwersytecie w szwajcarskim Fryburgu. Badał twórczość takich poetów i pisarzy jak: Adam Mickiewicz, Jan Kochanowski, Cyprian Kamil Norwid, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Brunon Schulz, Witold Gombrowicz i Stanisław Różewicz. 204 Noty o autorach Jerzy Fryckowski - ur. 1957 r. w Gorzowie Wielkopolskim. Poeta, krytyk literacki, dziennikarz, redaktor, zajmuje się także teatrem i twórczością satyryczną. Pracuje jako polonista w Dębnicy Kaszubskiej koło Słupska. Laureat wielu prestiżowych konkursów literackich. Członek Związku Literatów Polskich. Debiutował tomikiem Cierpliwość ubogich (1989). W ostatnich latach wydał Jestem z Dębnicy (2009), Treny (2009), Zanim zapomnisz (2010), Chwile siwienia (2013), On też jest tylko jeden. Antologia wierszy o ojcu ( 2014). Zuzanna Gajewska - z zawodu i zamiłowania dziennikarka, animatorka kultury, blogerka. Prywatnie szczęśliwa żona i mama. Należy do Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego i Stowarzyszenia Alternatywni. Jest autorką powieści pt. Potomkowie pierwszej czarownicy, której publikacja była wynikiem konkursu na Elbląski Rękopis Roku 2012. Jej teksty można też znaleźć w drugiej Antologii AEKL Książka Pełna Słów. Zawodowo związana z Centrum Spotkań Europejskich ŚWIATOWID w Elblągu, gdzie pracuje jako redaktor portalu społecznościowego eKulturalni.pl. W wolnym czasie czyta, prowadzi błoga literackiego Szufladopółka i promuje czytelnictwo. Agata Janik - ur. w 1977 r. w Elblągu. Ukończyła studia na kierunku resocjalizacja. Od blisko 20 lat związana z elbląskimi mediami: Dziennik Bałtycki, Głos Elbląga, Gazeta Elbląska. Od 12 lat dziennikarka Elbląskiej Gazety Internetowej portEl. Tomasz Jagielski - absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim i studiów podyplomowych z politologii na UG. Jest nauczycielem w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Interesuje się przeszłością ziemi pomorskiej Kociewia i Żuław. Napisał kilka publikacji o charakterze regionalnym: Ostrowite i Suchy Dąb - Historia wsi żuławskich (2006), Steblewo historia wsi żuławskiej (2008), Wróblewa - 700 lat wsi żuławskiej (2012). Publikuje też w prasie lokalnej - Pomerania, Dziennik Bałtycki, Teki Kociewskie i Neony - Tożsamość. Jest prezesem Oddziału Kociewskiego ZKP w Tczewie. Współpracuje z Radiem Fabryka w Tczewie. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim li' ceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Łukasz Kępski - historyk, absolwent jednolitych studiów magisterskich i studium doktoranckiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Obecnie związany z Zespołem Szkół nr 2 w Nowym Dworze Gdańskim, Gdańskim Liceum Autonomicznym oraz Żuławskim Parkiem Historycznym. W swoich badaniach koncentruje się przede wszystkim na historii wczesnonowo-żytnej ze szczególnym uwzględnieniem dziejów mentalności, religii i Żuław Wiślanych. Katarzyna Kuroczka - doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, poetka, stypendystka ministra kultury oraz redaktorka miesięcznika społeczno-kulturalnego Śląsk. Publikowała w takich periodykach, jak: CzasyPismo, Euphorion, Górnik Polski, Guliwer, Konspekt, Latarnia Morska, Metafora, Migotania, Orbis Linguarum, Szafa, Szkice Archiwalno-Historyczne, Zalew Kultury, Zwrot. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afinicZ' ne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Miko' łaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla- Noty o autorach 205 Publikacje w Komunikatach Mazursko-Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Małgorzata Łukianow-Tukało - doktorantka w Polskiej Akademii Nauk, zajmuje się tematyką pamięci zbiorowej oraz regionalizmu na Powiślu. W szczególności interesuje ją historia mówiona oraz lokalne mikro-historie. Prowadzi badania na temat powojennych przesiedleń i migracji na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Autorka artykułów naukowych i popularno--naukowych o tej tematyce. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTFK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Aleksandra Paprot - ur. 1988 w Malborku. Etnolog i kulturoznawca, doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członkini Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Zajmuje się problematyką kreowania współczesnych tożsamości regionalnych oraz lokalnych, a także polityką regionalną, kulturalną i dziedzictwem kulturowym na Ziemiach Zachodnich i Północnych (ze szczególnym uwzględnieniem Żuław i Powiśla). Interesuje się także mechanizmami tworzenia nowych tradycji w regionach o przerwanej ciągłości kulturowej. Wiceprezeska Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy”. Ks. Paweł Wojciech Potoczny, ur. 1981. Absolwent Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kapłan Kościoła Greckokatolickiego, świecenia przyjął 12 lipca 2007. Pracował w parafii w Przemyślu, Łuczycach i Olsztynie, a obecnie od 2014 roku proboszcz w parafii św. Mikołaja w Cyganku/Żełichowie. Był m.in. wicekanclerzem Przemysko-Warszawskiej Kurii Metropolitalnej, członkiem Archidiecezjalnej Komisji Katechetycznej, Komisji ds. Duszpasterstwa Młodzieży Greckokatolickiej, asystentem kościelnym Bractwa Młodzieży Greckokatolickiej „SAREPTA” , a obecnie jest Archidiecezjalnym Koordynatorem ds. wprowadzenia strategii „Kościoła Greckokatolickiego 2020”. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 - 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, 206 gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Jolanta Steppun - ur. w 1967 r. w Starogardzie Gdańskim. Żona i matka dwóch córek. Zafascynowana poezją i malarstwem olejnym, ciągle zajęta pracą artystyczną. Debiutanckie Szkice z drugiego brzegu (2012) zostały nagrodzone „Kociewskim Piórem”. Tomasz Stężała - elblążanin z urodzenia i wyboru. Absolwent ART w Olsztynie. Nauczyciel w liceum w Elblągu. Pisze od kilku lat. Opublikował - Elbing 1945, Porucznicy 1939, Kapitanowie 1941, w warszawskim wydawnictwie „Erica”, a także powieść Aptekarz. Laureat nagrody „Elbląska Książka Roku 2010”. Interesuje się historią, wojskowością i gra w golfa. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Leszek Tabor - ur. 1958 r w Sztumie. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1998 roku burmistrz Sztumu. Marta Wiłoch - absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, od pięciu lat pracuje w Elbląskiej Gazecie Internetowej PortEl. pl, pierwszej lokalnej gazecie internetowej w Polsce. Lubi gotować, jeść (najbardziej makarony) i głaskać kota. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Piotr Wyszomirski - krytyk i prosument kultury. Scenarzysta i reżyser filmów krótkometra-żowych, spektakli teatralnych i widowisk muzycznych. Redaktor naczelny Gazety Świętojańskiej Online. Jeden z pomysłodawców i autorów koncepcji programowej Kongresu Kultury Pomorskiej. Aktywista Fundacji Pomysłodalnia, redaktor wortalu Pomorze Kultury. Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent studiów historycznych na Uniwersytecie Gdańskim. Członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskiej. Zajmuje się badaniami historycznymi Pomorza Gdańskiego ze szczególnym uwzględnieniem Powiśla. Autor błoga o historii Sztumu i okolic: www.ziemiasztumska.blogspot.com NOWY TOM BIBLIOTEKI PROWINCJI JUŻ W SPRZEDAŻY Jerzy Kosacz Epizod nazywany życiem