Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2016 roku” WIRAŻU i niosą sura mim im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80*806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 tT58 301-48-11 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3 (25) 2016 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: zdjęcia z planeru w Rodowie autorstwa Mariusza Białeckiego Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja^)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo-biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(a)onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta piąta „Prowincja”...............................................' 5 Poezja Piotr Wiesław Rudzki....................................................6 Cezary Dobies.............................................................9 Krzysztof Magiera........................................................11 Proza Marek Stokowski - Opowiadania..........................................14 Michał Zarzeczny - Kilka niepotrzebnych słów.............................19 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.......................................23 Andrzej Kasperek - Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła cz. 2.....28 Katarzyna Laskowska - Kontemplacja minionego w poezji Romana Tkacza.......40 Piotr Wiesław Rudzki - „I tylko jedno jest zdarzenie: dworzec”. -Prowincja, kolej i melancholia.......................................43 Marek Adamiec - Tragedia bez katharsis...................................49 Pożegnanie Andrzeja Grzyba............................................. 56 Wędrówki po prowincji Jerzy Domino - Dzwonnice słupowe........................................58 Adam Langowski - Bezimienne groby w Ramotach..............................63 Agnieszka Michajłow- Pętlą Żuławską z Radiem Gdańsk......................69 Marta Chmielińska-Jamroz - Partyzanckim szlakiem.........................77 Aleksandra Paprot - Ukraińcy i ich dziedzictwo kulturowe na Żuławach i Powiślu.... 81 Małgorzata Łukianow - „Centralacy” na Powiślu - przyczynek do refleksji...86 Na tropach historii Ks. Jan Wiśniewski - Biskup Chrystian na misyjnym szlaku w Pomezanii...89 Adam Chęć - Wielki mistrz Michał Kiichmeister - założyciel Sztumu........96 Wiesław Olszewski - Sprawiedliwość Mistrza Rybickiego...................100 Jacek Schirmer - Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945.104 Janusz Ryszkowski - Opowieści sztumskiej treści 1899-1901...............116 Janusz Namenanik - Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa................129 Prowincje dalekie i bliskie Andrzej Kasperek - Na pograniczu w Krasnogrudzie.......................139 Tamara Frączkowska - Moja Droga - Camino de Santiago...................143 Piotr Piesik - 137 kilometrów codziennie................................152 Sylwetki Bogumił Wiśniewski - Kwidzyńskie życie Doroty z Mątów...................155 Teodor Sejka - Człowiek z Ugorów........................................163 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana - klasyka latem......................169 Krzysztof Hajbowicz - Chór amerykańskich mennonitów w Malborku.........179 Rafał Cybulski - Raz do roku w Rudnikach................................182 Galeria Prowincji Rafał Cybulski - Pole Sztuk w Rodowie...................................187 Recenzje Wojciech Boros - Przeoczenia, pomyłki...................................189 Jan Chłosta - Mazurskie klimaty.........................................191 I Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza................194 IV Festiwal Literatury Wielorzecze........................................195 Swojskie klimaty......................................................... 196 Noty o autorach 197 DWUDZIESTA PIĄTA „PROWINCJA” Szanowni Państwo, przedstawiamy kolejny świąteczny numer naszego kwartalnika. Kolejny, bo w ubiegłym roku obchodziliśmy pięciolecie naszego pisma, a obecny numer jest dwudziestym piątym w kolejności, zatem srebrne gody. A poza tym świętować lubimy. Poetycko tym razem wzruszą Państwa lub zaniepokoją: Piotr Wiesław Rudzki (także w podróżnym eseju nieco dalej), Cezary Dobies z Paryża i Krzysztof Magiera. Z przyjemnością na prozatorskim „odcinku” witamy naszego Marka Stokowskiego oraz debiutanta Michała Zarzecznego. Profesor Andrzej C. Leszczyński tym razem o maniakach, wierze i jej braku, świątynnym przepychu, no i jak zwykle o życiu. Andrzej Kasperek w ciekawym, ale prosimy o cierpliwość, bo w nieco przydługim tekście (ale co tam, nasz kwartalnik!) kreśli dalszy ciąg pisarskiego portretu Marka Stokowskiego. Polecamy szczególnie, autopromocyjnie i tendencyjnie. Kiedy prosiliśmy profesora Uniwersytetu Gdańskiego Marka Adamca o recenzję najnowszej książki Andrzeja Grzyba - „Ana. Rozbite lustro”, traktującej o ludzkim nieszczęściu i poszukiwaniu sensu życia, nie wiedzieliśmy, że będzie to pożegnalna recenzja. Andrzej był kociewskim Przyjacielem „Prowincji”, dlatego żegnamy Go szczególnie, piórem Michała Majewskiego. W prowincjonalnych wędrówkach Jerzy Domino zachwyca się oryginalnymi dzwonnicami słupowymi na Żuławach, Marta Chmielińska-Jamroz wyciąga nas na wędrówkę śladami „żołnierzy wyklętych”, Adam Langowski podgląda odkrywanie nieznanych grobów w Ramotach, a Agnieszka Michaj-łow, redaktorka Radia Gdańsk, zabiera nas na wyjątkową, wodną podróż z redaktorkami Radia Gdańsk po Pętli Żuławskiej, od Białej Góry, po Zalew Wiślany. Swoimi naukowymi refleksjami i ustaleniami z kolei dzielą się z nami dwie młode doktorantki, Aleksandra Paprot, pisząc o badaniach społeczności ukraińskiej na Żuławach i Powiślu oraz Małgorzata Łukianow, przypominająca wkład w powojenne zagospodarowywanie Powiśla osadników z centralnej Polski. W części historycznej wyszedł nam trochę sztumskookoliczny numer, ale też okoliczność jest niezwykła, bo właśnie świętujemy (kolejny świąteczny akcent) sześćsetlecie założenie Sztumu, więc prosimy o wyrozumiałość inne żuławsko-powiślańskie ostępy. I tak, piórem Adama Chęcią, przypominamy sylwetkę wielkiego mistrza Michała Kuchmeistera, który 23 września 1416 roku nadał Sztumowi akt lokacyjny, a Janusz Ryszkowski kontynuuje swoją sztumską opowieść z przełomu wieków. W związku z tym, że w tym roku obchodzimy 1050 rocznicę Chrztu Polski publikujemy tekst ks. profesora Jana Wiśniewskiego, opisującego to, co wydarzyło się nieco później, a mianowicie misje chry-stianizacyjne, między innymi biskupa Chrystiana, w dawnej Pomezanii. Rozpoczynamy też ciekawy cykl artykułów Jacka Schirmera poświęconych ziemiaństwu na ziemi sztumskiej. Janusz Namenanik zagłębia się z kolei w historię dzierzgońskiego szkolnictwa, a Wiesław Olszewski przenosi nas w czasy krzyżackie do Szkarpawy. Tamara Frączkowska zaprasza nas na pielgrzymkę do Santiago de Compostelli, Piotr Piesik na koło podbiegunowe, za naszym „obieżyświatem” Andrzejem Podolskim, a Andrzej Kasperek do Krasno-grudy Miłosza, Czyżewskich i Szroederów. Bogumił Wiśniewski opowiada o kwidzyńskim życiu Doroty w Mątów, a Teodor Sejka o swoim sąsiedzie z Barcic. Bogato i różnorodnie w części muzycznej, bo Wacław Bielecki o muzyce poważnej z odrobiną jazzu, Rafał Cybulski na folkowo i korzennie, a Krzysztof Hajbowicz o śpiewających mennonitach z Pensylwanii w Malborku. W naszej galerii plastycznej tym razem o oryginalnych działaniach artystycznych w „wiosce cudów”, czyli w Rodowie. Wśród recenzentów nasz stały współpracownik dr Jan Chłosta o Mazurach i debiutujący na naszych łamach Wojciech Boros z zaprzyjaźnionego kwartalnika „Bliza” o poetach elbląskich. Mamy nadzieję, że znajdą Państwo na naszych łamach swój kawałek prowincji. Życzymy miłej lektury. Redakcja Poezja Piotr Wiesław Rudzki TO TWÓJ CZAS Pociąg to ojciec: wstaje na długo przede mną i czeka z setką otwartych ramion w postaci setek miękkich miejscówek w dni robocze pomimo bólu brzasku przeprowadza mnie za rękę pomiędzy stacją noc a stacją dzień w soboty i dni świąteczne wznosi ręce pantografów w górę bym opuszczając miasto Marii potrafił powracać Wciąż powtarza: po to byś czuł - po to byś był w podróży rodzisz się tu to twój czas--------- Malbork, godzina 6.48 WŁAŚCIWIE CAŁY CZAS PRÓBUJĘ Właściwie cały czas próbuję wydźwignąć się z piwnicy: wspiąć - z poziomu szyn na poziom płyt peronu na progu dnia dotrzeć własną drogą na przełaj na wielką stację świata w ostatniej chwili dopaść jak Cybulski poręczy wagonu i wskoczyć w korytarz Wciąż mam apetyt na bycie profesorem poetą prozaikiem akwarelistą lub lubelskim bardem Poezja 7 Wciąż gdzieś w którymś przedziale kultury klasy pierwszej jest wolne jedno miejsce do tworzenia---------- 2014 CZAS TO TORT W wielkim mieście czas to tort raz dwa trzy rozdrapywany rękoma prosto z blaszanej tortownicy Tylko na prowincji jest czas na przykrycie dębowego koła stołu z lat pięćdziesiątych (z dodatkową dostawianą deską) białym obrusem Tylko na prowincji jest czas na celebrację czasu: na podanie w firmowym serwisie Polskich Linii Oceanicznych sparzonej kawy i symboliczny rejs z gośćmi po kameralnym oceanie spokoju na talerzyki widelczyki serwetki i wreszcie sam tort podniesiony na poziom kryształowego klosza podtrzymywanego przez wysmukłą Wenus z pokrytego patyną mosiądzu--------- 2014 W WAGONACH Z WIELKIMI FOTELAMI CZASU Kto wybiera samotność - nigdy nie będzie sam R. Krynicki Bardzo cenię sobie podróże w wagonach starego typu pierwszej klasy z wielkimi fotelami własnego czasu: zapadać się w kroczący krajobraz w poezję periodyki przeszłość w samego siebie 8 Poezja Bardzo cenię sobie podróże w wagonach pierwszej klasy - a więc pewien poziom celebracji egzystencji: podróże osobiste niedostępne dla osób niepowołanych - niecierpiących nadmiaru czasu z wiernym oddechem grzejnika koło stóp---------------- Giżycko, godzina 13.07 OTO PRZEMINĄŁ CZAS WAGI POEZJI PISANEJ Dla Wojciecha Kassa Aby dotrzeć do Orzysza na galę poetycką trzeba porzucić trakcję żelazną: jej przedłużeniem jest półsenny pojazd polskiej komunikacji samochodowej przypominający pociąg z filmu Wojciecha Hassa Tuż przed Orzyszem pojazd opuszcza pozbawiona potrzeb literackich potencjalna laureatka: leśna licealistka której wiersz już nie łechcze - nie prowadzi do szczytu tożsamości której wiersz już nie zapładnia Oto przeminął czas wagi poezji pisanej: przeminął wiek Kajki - przemija wiek Kassa wysiadamy na pozbawionym pociągów dworcu PKP--------------- Orzysz, godzina 16.40 Poezja Cezary Dobies POCIĄG DO BURGOS a jeśli pociąg stoi w miejscu... (i to musimy rozważyć) machają za oknem gałęzie pola zielone rozlane nad rzeką wachlują domy mijają zwierzęta i szczyty płyną białe od mleka wszystko tam pędzi - a tu zwijamy się w kłębek i kawa trochę nas trzyma 9 NA DWORCU W HENDAYE pycha najłatwiej opływa poetę gdy głośno czyta - a nie gotuje ani gdy gości zaprasza, a wszyscy chórem dodają - ależ to pyszne a przecież nad jednym tekstem pracuje dwa albo trzy lata i chociaż napisze w tym czasie kilkanaście lepszych - powinien głowę pochylić i spytać czy nie jest to strata najdroższe wiersze powstają jakby na skutek siły wypadkowej - jest to sprawa fizyki a nie talentu czy obłędu 10 Poezja KAZANIE ŚW. WOJCIECHA jedzcie z pieca, pijcie ze źródła ale nie czcijcie dębu ni rzeki niech wiara będzie chlebem codziennym która syci i budzi spory jak ciasto, co rośnie na zakwasie i ślinę wydziela u progu piekarni po moim pobycie w Monte Cassino (wtedy nie było maków czerwonych ani krwi polskiej) przyjąłem habit benedyktynów na miarę uczciwe roboty moi bracia, Słowianie pamiętajcie, aby się nie sprzedać duszę także można kupić tak jak ciasto i relikwię Z „DWUNASTU AFORYZMÓW” (171) Czas jest jak pies oswojony -Jednym kąsa, innym liże rany. (182) Rzeczy najlepsze są na prowincji i w skórze chleba. Poezja 11 Krzysztof Magiera ZEZOWATY CZARODZIEJ latem zaglądał do nas czarodziej w czarnej czapce z napisem Chicago Bulls z końca ulicy niósł się dźwięk czerwonego motoru brzęk podskakującej za nim czarodziejskiej skrzyni na kółkach cała magia rozgrywała się na skrawku trawy która rosła tam za zgodą zarządu osiedla czarodziej schodził z czerwonego motoru w blasku skrzącego się na jego chwałę słońca rejestrując kątem oka popłoch jaki wzbudził wśród lokalnej mniejszości z zapartym tchem obserwowałem jak wyciąga ze srebrnej skrzyni małe składane krzesło z piękną białą peleryną którą zarzucał sobie na plecy wespół z wiatrem zasiadał dumnie na swoim krzesełku zaciągając na oczy daszek czarnej czapki z napisem Chicago Bull s skrzynia terkotała w najlepsze trzepałem panicznie kieszenie w poszukiwaniu srebrnej monety za którą ten wędrowny czarodziej zbierze dla mnie patykiem fragmenty słodkich wstążek formując je w cukrową chmurę 12 Poezja KOMETA Z PAPIEROSA leci na podłogę stoję w oknie niewzruszony pies idzie w dół ulicą rzeczywiście jest coś takiego w tym deszczu nocy którą po złości tylko nazywam dumną szefową dziwek myślę że czułem więcej niż zwykle a nie mogę spojrzeć na nią odrzuca mnie od obiadu jej siedzenie w drugim pokoju od wejścia chyba nigdy nie lubiłem tej muzyki za moment usłyszę jak śpiewa do siebie czy do mnie tak że splunę pod nogi wyjdę po papierosy szukać ostatniej budki telefonicznej do ciebie wybiorę z pamięci numer po pierwszym sygnale wrócę palić w oknie młodością którą po złości tylko nazywam tłustą handlarką od owoców co wciska głupcom zgniliznę malowaną nie ma o czym tęsknić czasem oglądamy teleexpress już mi się nie chce o tej pogodzie kłócić tłumaczyć wracać spać obok już mi się nie chce dziwne byłbym przysiągł wczoraj czułem dziś nie mogę spojrzeć chciałem na życie ciebie tak nas młodość oszukała stara handlarka Poezja 13 DZIADEK zszedłem na śniadanie zadowolony że żyję po tym jak zemdlałem oddając mocz wszyscy siedzieli już przy stole po porannym wywalaniu gnoju zapach fekaliów przynieśli na ubraniach byłem zajechany maczałem glonek chleba w kawie on miał aparat słuchowy zazwyczaj gówno wiedział z naszych rozmów odsunęliśmy od siebie talerze jak na sygnał wyszliśmy do pracy kombajny poszły w pole wszyscy mieli go za namolnego dziadygę zbywali jak gówniarza co się kręci pod nogami o jakąś pierdołę ciągniki z pustymi przyczepami poszły w pole zmieniałem sznurki w prasie gdy wszedł do garażu pytać w którym polu dziś robimy kazałem mu sprawdzić w telegazecie poczułem mięsistą suchą dłoń starca na twarzy miał krzepę słońce schowało się za chmurami a to cholernie piekło nas obu do kolejnej partii tysiąca chwilę po dzienniku czekam teraz na taksówkę zerkam na zegarek co został mi po nim nie wiem czemu nie zostałem wtedy jak zawsze w tej kuchni by powiedzieć mu o czym rozmawialiśmy dziś przy stole Proza Marek Stokowski OPOWIADANIA ROSÓŁ Zbyszek? Zbyszek ciągnie na pohańca. On i towarzysze jego ciągną rankiem. Sami muszą włóczyć swe podwody, bo przed świtem wszystkie konie się rozpierzchły i rozwiały. Pewnie gdzieś z nawietrznej, gdzieś z chutoru schowanego za wzgórzami, zapachniała klacz o bujnych kształtach. Taka wyuzdana klacz zazwyczaj sprawia, że ogiery idą w stepy, niczym liszka w ciemną norę, porzucają kosz, chorągiew, towarzyszy i tabory, rzędy, siodła i kantary, i tratują kopytami męską przyjaźń. Szkoda gadać. Końska zdrada. Trzeba teraz włóczyć wozy i dojeżdżać towarzyszy, jedni drugich - byle jeździec sięgał okiem ponad trawy lubo chrosty, znacznie wyższe od piechura - i tak zmierzać na południe, pod świecącą coraz mocniej bezlitosną kulą słońca. Nareszcie i góra śród stepu wyrasta. Przykra góra, nader stroma, tak że Zbyszek z kom-paniją ledwo wbija się na wierzch wyniosły, lubo z niego siła widać. Ci na czacie coś postrzegli. Reszta patrzy - jest pohaniec! Zbyszek syka panu Borzęckiemu, ten coś szepcze panu Szembekowi, a panowie Gursz-tyn, Polanowski i Działyński spod Halicza, co akurat niosą tamtych, już gotują się do kłusa. Przy taborze się zostają Dawidowicz i Kukuła - wierna czeladź, sługi stare. Zbyszek na ramionach pana Działyńskiego trzyma corpus, a na lewym skrzydle jest pan Szembek usadzony na Gursztynie, zaś na prawym pan Borzęcki na swym towarzyszu Polanowskim. Całe wojsko już zordynowane. Zbyszek woła: - Na pohańca! I ruszają ryścią poprzez.zioła, pomykają w dół jak chyrze orły. Szczęściem ziemia leży bez zawady, okrom trawy i haniebnie ostrych ostów, bez zasieczy, czosnków, rowów. Zbyszek i asystencyja jego gwałtem drą ku gęstwie wroga, a ten wszystek miesza się, turbuje, przeto Szembek następuje jeszcze żwawiej, jeszcze raźniej, a że pędzi rezolutnie, to owym exemplo towarzyszy swoich animuje. Nareszcie wpadają w komputy pohańca. I zaczyna się igraszka z trzaskiem drewna, chrzęstem stali, błyskiem szabel, karabeli. Już strzelają się nieprzyjaciele z panami Gursz-tynem, Polanowskim i Działyńskim, co nie tylko łacno niosą, ale jako grzeczni towarzysze takoż piorą, palą z rusznic i śpiewają pieśń nuconą im przez matki pochylone nad kołyską. Nastrzelali i nacięli tamtych siła, którzy oślep szli, jak zaczadziali. Zbyszek kładzie wroga równym mostem. Raptem widzi, że wracają gnane wiatrem polskie konie, te chutliwe, wiarołomne, lubo z sercem bardzo zacnym - przywróceni Marek Stokowski 15 cnocie zdrajcy. Gryzą wroga niby wściekłe i wierzgają jak szalone. Nieprzyjaciel w liczbie pięciu a może i sześciu tysięcy z okładą ustępuje pola, rejteruje, bo już siła wojska jego padło, nie strzymało przy potkaniu. Pohaniec się cofa, sromotnie uchodzi pod faworem gęstych chrostów, aż dym się unosi z południowej strony stepu. Zbyszek ordynuje regimenta. Towarzysze skaleczeni, przecie żyją, oddychają. Żwawo dosiadają swoich koni i ruszają w pogoń za pohańcem. Tną i golą do nieszporów. Kiedy bezlitosna kula słońca skrywa się za tarczą widnokręgu, kompanija cała wraca, wchodzi w kosz pohański zostawiony, kędy działa i amunicyje, także i prowianty całkiem zdatne, bachmaty, andżary, buńczuki i chorągwie wyzłocone. Najważniejsze, że pancerni odnajdują wziętych w jasyr, powiązanych w wielkiej kupie. Drą im pęta, poją wodą. Zbyszek szuka kogoś pośród wziętych. Wypatruje, biega, woła: - Gdzie jest Klara, czy jest tutaj luba Klara? Raptem słyszy głos znajomy: - Zbyszek, obiad! Tak, to ona! Żyje, zdrowa. - Rosół stygnie! - woła Klara Narzeczona Zbyszka i sąsiadka. Sąsiadują od niedawna, odkąd przeniósł się do kamienicy, w której ona już wynajmowała. Chciał być bliżej, to jest jasne, a ponadto dostał pracę, robi teraz na bocznicy, takiej stacji rozrządowej, a to stąd zaledwie dziesięć minut na rowerze albo marszem. Zbyszek cieszy się, że Klara żyje i że nic jej złego nie spotkało. Wstaje z trudem z otomany. Jest zmęczony, zmordowany, cały jeszcze w pyle walki. Idzie wolno do łazienki, żeby schłodzić kark i umyć ręce. A na stole w kuchni Klary już paruje rosół z kury. W złotych okach odbijają się i pachną: słońce, step, rumaki i pohaniec. CHOPIN Zbyszek spaceruje z fortepianem. Gdzieś w połowie Agrykoli spotyka przypadkiem Chopina z nokturnem. Noc się mroczy nad Warszawą, drzewa tłumią blask latarni, ale nie ma wątpliwości, że to człapie mistrz Fryderyk. Jego nokturn jest na smyczy, a fortepian Zbyszka jest na lonży. - Dobry wieczór, drogi mistrzu - Zbyszek kłania się nadzwyczaj grzecznie. Chopin odpowiada mu ukłonem i słowami: - Widzę, steinway. Chyba młody, jeno silnie wymizerowany. - Strasznie wychudł - Zbyszek bąka drżącym głosem. - Potrzebuje ruchu i powietrza. - W rzeczy samej. Cóż się stało? - A, znalazłem go na peryferiach, obok drogi. Ledwo dyszał. Teraz, od tygodnia, mieszka u mnie, na parterze, za kotarą. 16 Opowiadania - Zatem, wnoszę, umknął z domu. To się, proszę szanownego pana, zdarza. Pewnie każdy z domowników bębnił po nim bez pamięci. On miał, czuję, aspiracje, a bez przerwy musiał rzęzić „Dla Elizy” i „Wlazł kotek...”. - Mistrz uważa - był dręczony? -Jak najbardziej. Właśnie takie uciekają. Wszyscy śpią, a one wtenczas przemykają na trzech nogach korytarzem i po schodach, przez ulice i aleje, żeby ukryć się w Łazienkach, a najsnadniej gdzieś za miastem, w gęstym gaju czy ogrodzie. - Wtedy, tam, na peryferiach, zobaczyłem, jak ganiały go i gryzły jakieś jazgotliwe, wiejskie kundle. Aż żal było na to patrzeć, więc zabrałem go ze sobą. - To i pięknie, nader zacnie! Fortepiany są bezbronne. Wszakże zdarza się, że taki kulas umie wierzgnąć, capnąć klapą. Bardzo dzielne są pleyele, poza tern erardy. Gryźć potrafią i broadwoody, atoli te stare, bo nowsze są płaksy. - Ten się lęka nawet kotów. Bardzo cieszę się, że nie ucieka przed pańskim nokturnem - Zbyszek patrzy na stworzenie, takie niemal bezcielesne. - Jak się wabi, jeśli można? - To jest Des-dur, najpoczciwszy egzekutor spacerowy. Wielce dba o moje zdrowie -mówi Chopin o nokturnie i nachyla się do jego ucha. - Podaj łapę. Nokturn grzecznie spełnia polecenie. Zbyszek czuje się prawdziwie wyróżniony. Ste-inway głośno kłapie zębem, jakby trochę był zazdrosny. - Myślę, mistrzu - szepcze Zbyszek, dotykając czule fortepianu - że on szuka dobrej pani albo pana. - Przecie pan się nim zajmujesz, wyprowadzasz na spacery... - To za mało. - A pan nie grasz? - Nie, niestety. - Wielka szkoda. Pewnie on koncerta chciałby dawać. - I mnie się tak zdaje. Czasem zbliży się do kogoś, obwąchuje jego ręce, tak jak teraz wącha pańskie. Chopin wydobywa batystową chustkę, żeby otrzeć pot ze skroni. Zbyszek winien z miejsca przestać, przecież widzi burzę uczuć w geście mistrza Fryderyka, ale gada jak najęty: - Bardzo proszę go pogłaskać albo nawet zagrać na nim. - On jest może jaki narowisty, może niezdrów, ochwacony... - Pańskie dłonie go uleczą. Chopin siada na ulicznej ławce i dotyka klawiatury. - Des-dur, pójdź tu. Spróbujemy. Nokturn wchodzi mu posłusznie na kolana. I próbują. Milknie miasto. Zastygają ludzie i tramwaje. Cichną liście i klaksony. Nad ulicą i nad parkiem nocne niebo skłania się ku ziemi. Marek Stokowski 17 1901 Zbyszek grzebie dość niefrasobliwie w chronometrze na baterię, w takim kalendarzu i zegarku zakupionym okazyjnie na bazarze, od sprzedawcy w czarnym dresie. Grzebie, grzebie, bo w tym całym aparacie coś iskrzyło w nocy i trzeszczało, i rankiem coś nie gra. Grzebie, patrzy, nie ma domu. Tego domu, w którym mieszka, czyli wynajmuje pokój na poddaszu -przez cały rok pracy przy remoncie torowiska kolejowej linii Kwidzyn-Malbork. Zbyszek stoi na zielonym kartoflisku, tuż pod lasem, a przed sobą ma dolinę rzeki Wisły, a w rękach chronometr, a na chronometrze cztery cyfry: jeden, dziewięć, zero, jeden. Świat jest inny niż przed chwilą. Zbyszek myśli, no, co robić, trzeba sprawdzić, co się dzieje. Trzeba zejść do centrum miejscowości, może tam coś wiedzą i powiedzą. Odnajduje polną ścieżkę i dochodzi nią do drogi ocienionej dwoma szpalerami kasztanowców, lip i klonów. Kiedy schodzi tą aleją, nadal czuje, że coś nie gra i że wszystko jest inaczej. Na dole, na stacji, ma już tego całkowitą pewność. Na budynku z kolejową kasą widzi duży napis „Rehhof”. W dodatku na torze zatrzymuje się parowóz, pruski Henschel, z wagonami jak z westernu i z pociesznym maszynistą. Za stacją i pompą Zbyszek wchodzi między domy z werandami i dachami czerwonymi jak pożary. Niektóre poznaje, tyle że pamięta je spatynowane, takie jakby posiwiałe, a te stoją całkiem nowe. Przyglądają się ulicy. A na bruku dudnią koła, huczą żelaznymi obręczami. Bryczką jedzie doktor Rosentreter, pozdrawiany grzecznie przez miejscowych. Ci na wozach, ci przy trakcie i na ławkach przed domami, zdają się Zbyszkowi dość dziwaczni: panowie z fajkami, w kapeluszach i kapotach albo w melonikach i surdutach, panie w sukniach, które zamiatają kurz z gościńca, i dzieciaki w strasznych butach przypominających sprzęt ortopedyczny. Matko Święta, myśli Zbyszek, ale wpadłem. Lepiej było nic nie grzebać, lepiej było nie kupować podejrzanych sprzętów na bazarze. I właściwie chce uciekać, tym bardziej że ludzie popatrują w jego stronę, poszeptują między sobą, lada chwila go zagadną. To go płoszy i w ogóle mu się nie podoba. Jednak Zbyszek nie ucieka. On pojmuje, że ma szansę, taką jedną na pięćdziesiąt sześć milionów. Wreszcie może się przekonać, może sprawdzić, posmakować. Dlatego nie skręca i nie biegnie w stronę lasu, tylko idzie do gospody, właściwe gasthausu. Wchodzi i kieruje się do kontuaru. Tak, nie ma pieniędzy, to znaczy tych ichnich, wszakże musi, musi działać. Wita wszystkich gestem dłoni. Są cztery osoby. Trzech wąsatych przy śniadaniu i niewiasta za szynkwasem. Ona patrzy na nowego, jakby zobaczyła jakąś zjawę. To trzeba zrozumieć. Jest śmiesznie ubrany, jak parobek w Ameryce, ma dziwną fryzurę, nie ma wąsów ani bokobrodów i nie nosi kapelusza. Jednocześnie ona widzi, zauważa już z daleka, że on napiłby się piwa, więc uśmiecha się do niego i z miejsca nalewa. Zagaduje coś do Zbyszka, cztery słowa po niemiecku, a potem wyczuwa, że może z tym panem rozmawiać po polsku, czyli tak - jak to ujmuje - po swojemu. A gość kłania się uprzejmie i wtrąca co chwilę: dziękuję, pani bardzo jest łaskawa, urocza i dobra. 18 Opowiadania I ofiarowuje jej chronometr. Ona nie wie, co z nim zrobić. Wreszcie Zbyszek chwyta kufel, ceramiczny, z liśćmi dębu i sentencją o odwadze. Piwo pachnie... czym? Słonecznym zbożem? Zbyszek bierze pierwszy łyk i niemal mdleje, potem drugi i zaczyna się unosić cztery stopy ponad ziemią, właściwie podłogą, dolatuje do tych panów, którzy kończą jeść śniadanie i pozwala sobie wziąć ze stołu pajdę chleba pytlowego. Gryzie chleb, zaczyna płakać, bo ten chleb smakuje... czym? Światłością lata? Więc Zbyszek już fruwa pod samą powałą, popija, pogryza i chyba się modli, to znaczy dziękuje, że dano mu zaznać i doświadczyć smaku świata, smaku ziemi: jeden dziewięć zero jeden. Teraz już właściwie może wracać, ale tamci podtykają mu bez przerwy jakieś kąski, porcje masła albo sera, inny rodzaj piwa w grubej szklance, świeżą kiszkę i kiełbasę, aż Zbyszek się robi cokolwiek za ciężki, po chwili opada i siada na krześle. Poklepują go po plecach, coś mówią, chcą wiedzieć. Zdaje się, że Zbyszek nie dostrzega, co się dzieje wokół niego. A właściwie widzi jedno i pragnie jednego: chciałby dotknąć, lekko dotknąć drobnej dłoni tej kobiety, która stoi koło kontuaru, a do tego złożyć na tej dłoni delikatny pocałunek, żeby się pożegnać z ową panią, ale także, żeby poczuć, jak pachnie jej skóra, czy słońcem i zbożem, czy chlebem i Bogiem. Micha! Zarzeczny 19 Michał Zarzeczny KILKA NIEPOTRZEBNYCH SŁÓW - Poranny serwis informacyjny: Jak nieoficjalnie udało się ustalić naszym reporterom dziś pod Elblągiem... - Ścisz to rzępolenie, bo nic radia nie słychać! - Rzępołenie? Lorenc, a Ty, że rzępolenie? - ... tożsamości. Policja wyjaśnia wszystkie okoliczności zdarzenia. W Sejmie trwa głosowania nad... - Możesz dałej rzępołić tego Lorenca. Idę na zakupy. - Idź, idź, spokój będzie. *** - Robię kawę, chcesz? -A zrób. -Puka ktoś, weź otwórz! - Dzień dobry! List dla naszego pisarza, wołać nie trzeba, Pani tu się podpisze i gotowe. -Masz, listonosz przyniósł. *** Szanowny Panie Tadeuszu Ludzie kulturalni pisząc do kogoś pierwszy raz, winni na samym początku przedstawić się odbiorcy z nazwiska, a przynajmniej z imienia. Nie przedstawię się, i to nie kwestia mojego wychowania. Wyrachowania. Nie zrobię tego, ponieważ i tak to nic panu nie powie. Piszę do pana umyślnie. Nie oczekuję ani współczucia, ani zrozumienia, nie chcę też w odpowiedzi pańskiej książki z autografem, nie załączam swoich literackich prób do ocenienia. Piszę do Pana, bo mam zamiar się zabić, tak - po prostu się zabić, zarżnąć, zdechnąć, zajebać się na śmierć. To nawet nie zamiar — to pragnienie. Taka zwyczajna rzecz, nic wielkiego, małe samobójstwo, samobójsteweczko. Może lokalna prasa spróbuje dociec, czemu ktoś tak młody, niesprawiający problemów, mówiący z uśmiechem dzień dobry, przytrzymujący sąsiadce drzwi, niespodziewanie odbiera sobie życie, mając przy tym czelność nikogo nie informować, nie zgłaszać, nawet małego liściku do rodziny, przyjaciół, choćby głupiego pożegnania na społecznościowym, czegoś w stylu: pieprzę wszystko, was pieprzę, śpieszcie się pierdolić, właśnie się zabijam. Nic, tak mało medialnie, intymnie, bez polotu. List napisałem dzień przed śmiercią, zatem gdy Pan to teraz czyta, powinienem mówić o sobie tylko i wyłącznie w czasie przeszłym, jednak pozwolę sobie 20 Kilka niepotrzebnych słów pisać w formie wygodnej dla mnie, jakby nie było to ja się zabijam i to ja po raz ostatni mogę czegoś oczekiwać. Zapewne zastanawia się Pan coraz bardziej, w jaki sposób chcę pożegnać się ze światem. Tegoż też nie zdradzę, za dużo widziałem w swoim krótkim życiu zbiegów okoliczności albo wydawało mi się, że to jedynie zwykłe zbiegi okoliczności. Być może zacznie Pan teraz szukać wzmianek o mojej śmierci w Internecie, odnajdzie Pan apel zrozpaczonej rodziny i odeśle im ten list, a tego bym nie chciał. Opuszczając świat, piszę tylko do Pana, nikt więcej nie dostanie ode mnie nic. Ośmieliłem się napisać, bo po prostu lubię czytać pańskie książki, każdą kolejną prędzej czy później oglądałem jak dumnie prężyła przede mną swój grzbiet na półce. Czytałem i zazdrościłem umiejętności posługiwania się słowem, mówienia w imieniu bohaterów takich rzeczy o życiu, które i ja sam chętnie bym wypowiedział, ale potrafiłem dopiero, gdy Pan już to robił za mnie. Nie próbowałem nigdy pisać, widać za mało miałem w sobie odwagi, wstydziłem się samego siebie, pisać do szuflady i odkładać na później historie pełne histerycznego cierpienia - to nie dla mnie. Wołałem się wesprzeć na kimś, zaufałem Panu i odnalazłem w tych słowach swój świat. Ochłonął już pan ze świadomością, że rozmawia pan z nieznajomym umarlakiem? Cóż za ironia godna książkowego rozwinięcia. Gdyby chciał Pan skorzystać z tego chwytu, służę uprzejmie. Proszę mnie tylko dopisać do spisu osób pomagających przy powstawaniu książki. O samobójcach mówi się przeważnie w kontekście egoistów, którzy z braku odwagi w stosunku do świata, zabijają się i nikomu nic mówią, a zawsze gdzieś, czeka ktoś.... Nie chciałem być do tego wszystkiego posądzony i o egoizm, choć każdy w życiu musi przede wszystkim myśleć o sobie, żeby na każdym kroku nie dostawać w dupę od silniejszych. Piszę ten list do kogoś, a zatem egoistą nie jestem. Jeśli jest z tym Panu źle, proszę wybaczyć, tylko ten adres przyszedł mi do głowy, jako godny kilku niepotrzebnych słów. Nie ma co tu dużo mówić. Poddałem się, znudziła mi się ta ciągła szarpanina z samym sobą. Od kilkunastu lat wszystko wyglądało tak samo, kiedy myślałem, że jest wtorek, za oknem już budził się piątek. Traciłem orientację, każdy dzień wyglądał jak poprzedni i kilka kolejnych, które dopiero miały nadejść. Czasami w kalendarzu pojawiały się przypomnienia, że coś, że ktoś, jakieś spotkanie, jakiś koncert. I teraz każdy dzień czekania, wydłużał mi to życie jeszcze bardziej. Nie dość, że i tak dni były takie same, to jeszcze jak na złość wszystko zwalniało, czas stawał w miejscu. Dochodziło do sytuacji krytycznych, umówione spotkania przestawały być umówionymi w ostatniej chwili. Nagle mozolne czekanie stawało się wysiłkiem ponad miarę. Niepotrzebnym mi, a tym bardziej komuś. Widziałem, jak za oknem cały świat falował, szedł do przodu, samochody stawały i odjeżdżały, światła w mieszkaniach zapalały się i gasły. U mnie nigdy, karnawał monotonnego życia marnowania trwał w najlepsze. Wstawałem i już wiedziałem, że to wszystko na nic, kolejny stracony dzień rozpościerał się za oknem. Zdarzały się sytuacje, że wysyłałem do każdego z listy znajomych pusty esemes i czekałem ile osób się zainteresuje, odpisze, zadzwoni. Czasami nikt, czasami ledwie parę osób. Po pewnym czasie i tego zaprzestałem. Miałem dosyć szczególnie jednego, który oddzwaniał z roześmianą gębą i zamiast drążyć temat pustej wiadomości, opowiadał mi, że wraca z nad morza z kolegami i że dupczyli w krzakach dwie małolaty, które się kurwa nic nie dewociły i musieli zatykać im fiutami buzię, bo tak się darły, że przychodzili ludzie z okolicznych smażalni Michał Zarzeczny 21 ryb, a oni rżnęli je wtedy bardziej i jeszcze głębiej wpychali im te naprężone, oślinione fiuty. Miałem dosyć tych fanaberii, opowieści ze świata, do którego nie wiedziałem jak dotrzeć. Kończyły się noce, kończyły się dnie, wreszcie i ja zacząłem się kończyć. Za ścianą mieszkali rodzice, rzadko tam zachodziłem, nie miałem zresztą potrzeby. Obiady w milczeniu, bo przy stole cisza rzecz święta, potem jadałem u siebie, zawsze łatwiej o ciszę. Nie lubiłem zapachu własnego domu, nie lubiłem jego odgłosów. Doskonale wiedziałem, co znaczy każdy z nich, kiedy po domu kręcił się ojciec, a kiedy matka. Nienawidziłem ich, choć na dobrą sprawę nie zrobili mi nic złego, poza tym, że chyba cała moja niechęć do nich brała się z tego, że zrobili mnie, po prostu. Moja twarz, która doprowadzała mnie do wymiotów każdego ranka, zwisający brzuch, z którym nie mogłem sobie poradzić w żaden sposób. Patrzyłem na siebie w lustrze i myślałem, że zajmuję sobą czyjeś miejsce. Sąsiedzi z klatki obok mieli syna. Wysoki, postawny, z opanowanymi biegle czterema językami. Staż w Anglii, Francji, Włoszech, Grecji. Ikona zapyziałego osiedla, symbol życiowej zaradności, wzór do którego uwielbiali równać mnie rodzice. I nagle zniknął, aż pojawił się na drzwiach wejściowych nekrolog. Zmarł Andrzej Biskupiec, łat 24, o czym zawiadamia pogrążona w smutku rodzina. Matka biegała wtedy do nich zrozpaczona, spać nie mogła, całkowity odjazd, jakby to mnie chowała, a ja siedziałem u siebie i bałem się, że przyjdzie i będziemy musieli rozmawiać. Andrzej zmarł na białaczkę, w trzy miesiące synek go rozłożyło - skrzeczała jak tylko mnie wypatrzyła na przedpokoju. Może byś poszedł krew przebadał, wziął się za siebie. Miałem się niestety dobrze na miarę swojego życia. Fanaberie matki trwały jeszcze jakieś pół roku, nażarłem się wtedy tabletek za cały pluton. Brom, srom i pastylki na wyciągu z koziej dupy. Potem okazało się, że ten Andrzejek to był zwykły pedał, dupsko mu się już nie domykało, taki sobie port lotniczy otworzył, przelot międzynarodowy miał. Pewnej nocy ułożony, starszy pan zostawił mu po sobie nie tylko wspomnienie upojnej nocy i kilkaset eurasów za strumyk świeżej spermy na pięknie opalonej, w solarium Ibiza buźce. Nie było Andrzejka, matka nie miała mnie do kogo równać, ale i na to znalazłem sposób. Któregoś dnia rozwiesiłem na dzielnicy nekrolog matki, pomyliłem daty pogrzebu i polazłem do szkoły zamiast siedzieć w domu. Zszokowany dyrektor zobaczył mnie na korytarzu, złapał pod rękę i zapakował do samochodu. Za chwilę dosiadła się szkolna delegacja i jechaliśmy pod mój dom. Do dziś pamiętam pięknie pachnące gałązki świeżego świerku. Pod blokiem matka natknęła się na delegację z wielkim wieńcem. Nie zapomnę, gdy się w niego wpatrywała i czytała z szarfy pożegnanie dla samej siebie. Nigdy więcej nie mieliśmy na święta świeżej choinki. Od tamtego momentu prawie nie rozmawialiśmy. Nie żałuję. Zapewne czyta Pan i dalej nie wie co zrobić, nieznajomy facet przysyła list, zapewnia, że od kilku dni nie żyje i do tego opowiada brednie jak z programu o najgłupszych historiach życia. Napisałem ten list żeby się wygadać, żeby ktoś wiedział, że na świecie istnieją tacy jak ja, świadomi samobójcy. Mógłby Pan ten list przesłać do mediów. Ale po co? I tak powiedzą, że stchórzyłem, że wszyscy by mi pomogli, mogłem zadzwonić na infolinię, tam siedzieli i czekali na takich jak ja, znali magiczne zaklęcia, które prostowały poplątane życia. Ci, którzy tej pomocy jak ja nie szukali, tkali spokojnie nić, która oplatała ich szyje. 22 Kilka niepotrzebnych słów *** - Co nic nie mówisz. Kto napisał? - Nie wiem, to strasznie dziwne. - Jak?! Nie wiesz, kto ci listy przysyła? - Zwyczajnie się nie podpisał. - Czego chce? - Pisze, że się zabił, a zamiast z rodziną ze mną się żegna. - Stary, ty się dobrze czujesz? - Czytaj! -Matko boska! To list samobójcy! Trzeba szybko na Policję, niech szukają, może znajdą, może uratują! - Widzisz, że nie chce żeby go ratować. Trzeba uszanować wolę. -1 co teraz? - Nic. Szkoda. Jedna książka mniej się sprzeda. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY MANIA W potocznym (i niewinnym) sensie maniak to ktoś, kto ma bzika bądź fioła, człowiek lekko zakręcony na jakimś punkcie, pasjonat. Psychiatria łączy z tym słówkiem coś o wiele bardziej poważnego - chorobliwe ześrodkowanie świadomości na jakiejś myśli, obsesję, psychotyczne urojenie. Grecki źródłosłów mówi o szale, zatracaniu się. 'Mania poie-tike' to zapamiętanie się, szał tworzenia. Wyjście z siebie ('ekstasis'). Owładnięcie przez siłę potężną, przez boga ('enthousiasmós'). Pisał Platon w „Fajdrosie”: „[...] największe z dóbr dostają się nam dzięki stanom odurzenia, które [...] bóg zsyłać nam raczy”. Czytam w „Zeszytach Literackich” niedługi szkic Claudio Magrisa zatytułowany „Obsesja jako forma obrony przed światem”. Autor, owszem, oddaje sprawiedliwość wielkim i znanym maniakom, poświęcającym się bez reszty twórczości bądź idei. Jednak główna myśl autora jest inna. Ujmuje manię jako mechanizm obronny - jest to potrzeba władzy i dominacji zrodzona z trwogi. Mania odgradza od rzeczywistości, usztywnia, zamyka w martwej formie -skorupie chroniącej przed światem żywym i zmiennym. „Mania kreśli w takim wypadku granice i rytuały, ustalone z góry gesty mające swe ściśle określone wzorce, zasady i daty ważności; labirynt nawyków, regulaminów, kodeksów i zakazów, labirynt, w którym można się ukryć, żeby nikt nas nie znalazł, nie dotknął . Trwoga przed opuszczeniem skorupy oznacza zanik libido. W łacinie słowo to oznacza pragnienie, chęć, zamiłowanie: ukierunkowanie ku temu, co nieobecne. Także, czy może nade wszystko, ku drugiemu człowiekowi i seksualności. Magris przytacza jedną z reguł XII-wiecznej „Fiore di Medicina”: „Ci, co tego nie czynią (nie mają zwyczaju kłaść się do łóżka z kobietami), zapadają na chorobę zwaną manią . Wszystkie swoje uwagi Magris odnosi do bohatera książki Eliasa Canettiego pt. „Auto da fe”, profesora Petera Kiena. Muszę przyznać, że podczas lektury przychodził mi do głowy ktoś zupełnie inny, postać bynajmniej nie literacka. WIARA Jan Błoński wspomina w swym dzienniku („Błoński przekorny. Dziennik. Wywiady ) o załamaniu się, zaniku poczucia sensu. Świat przestał być kosmosem, całością rozumną i harmonijną, stał się raptem chaosem wypełnionym zjawiskami przypadkowymi, pozbawionymi bytowego gruntu. „Straciłem wiarę na kilka dni, miałem wtedy szesnaście, najwyżej siedemnaście lat. [...] Przeżyłem wtedy cieleśnie coś, co filozof nazwałby może doświadczeniem przygodności. Patrzyłem na dom, na drzewa, na furę terkoczącą po ulicy Wszystko było jakby osobne, niepotrzebne, bez powodu. Drzewa nie miały korzeni, dom stał na przypadku, prawo ciążenia obowiązywało tylko tymczasowo. [...] Fura jechała donikąd, koń był zwierzęciem nie tyle groźnym, ile niepojętym, miał jakieś głupie nogi, chrapy, uszy”. 24 Okruchy Mniej więcej w tym samym wieku załamania wiary doświadcza Tadeusz Kotarbiński - traci ją na całe życie. Opisuje to („Przykład indywidualny kształtowania się postawy wolnomyślicielskiej”) nie bez odrobiny melancholii. Zamożny dwór ziemiański koło Radzymina, poczucie bezpieczeństwa i napajanie się ładem świata. Z „Lirenki” Teofila Lenartowicza przepisuje urocze wersy: „Jak to dobrze Bóg zrobił, że ten piękny świat stworzył! Tak go ślicznie ozdobił, tyle kwiecia namnożył”. Świat ozdobiony to właśnie kosmos ('kosmeo' - przyozdabiać; blisko stąd do kosmetyki...). W letnią słoneczną niedzielę jeździł mały Tadzio się do pobliskiego kościoła na sumę... „Cóż to za teatr! Jaki wspaniały teatr! Księża i ministranci grają sztukę o potężnym napięciu ekspresji, a tłum ludu, zapełniający nawę kościelną, uczestniczy w owym misterium bynajmniej nie jako widz jedynie, lecz jako chór współczynny”. (O religijnej teatralności pisał z przekąsem Ryszard Przybylski: „Kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową, Kościół przekształcił się w teatr. Pod tym względem dzieje Polski są bardzo wymowne. Gdzieś od wieku XVII zamiast życia duchowego mamy u nas nieustające widowisko)”. Pewnego lata wszystko runęło, „chłopiec otrząsnął się z ułudy i przepadła szczęśliwość dziecięca”. Stał się ateistą, lecz nie bezbożnikiem. „'Bezbożnik' - to w moim rozumieniu arogant w odniesieniu do czcigodnych elementów religii. Jego stosunek do ideałów religijnych jest szyderczy. Nie ma żadnego powodu, by ateista musiał być bezbożnikiem . Zarówno u Błońskiego jak i u Kotarbińskiego stało się coś, na co nie mieli wpływu. Utrata wiary - na kilka dni, na całe życie - przydarzyła się im. Bezosobowe „się” najlepiej oddaje istotę tej utraty. O. Innocenty (Józef Maria Bocheński) zapewne nie uznałby takiego wyjaśnienia. Wstąpił do dominikanów bez cienia wiary, lecz z postanowieniem, że ją zbuduje - co też zrobił. Dojrzała wiara (podobnie jak dojrzała miłość) nie jest jakimś darem, lecz decyzją. Być może podobnie sądzi Richard Kearney („A God Who May Be: A Hermeneutics of Religion”), gdy neguje tradycyjną metafizykę (Arystoteles, św. Tomasz), w której istnienie jest urzeczywistnieniem możliwości. Możliwość to jeszcze nie byt, mówią metafizycy. Kearney: możliwość to więcej niż byt. Chodzi nie o can (potrafić, umieć), ale o may (mogę, wolno mi). Bóg nie tyle „jest”, ile „może być” jako odpowiedź na wezwanie, propozycja, zadanie. Wiara - to decyzja, przyjęcie propozycji, powiedzenie: tak, chcę. ŚWIĄTYNIA Wiersz Alfreda Kohna drukowany niedawno w „Prowincji” (4, 2015): Szukałem/ Ciebie Panie na ołtarzach przepysznych świątyń w księgach mądrości o złoconych grzbietach w słowach złotoustych proroków uczonych w Piśmie Andrzej C. Leszczyński 25 a odnalazłem w płaczu dziecka uśmiechu matki w barwach motyla w poranku wstającego dnia [...] Czytając go przypomniałem sobie i odnalazłem inny wiersz, napisany przez Jana Polkowskiego: W kościele patrzyłem na brykające dzieci. (Jeśli wszedłeś między nas to tylko po to, żeby położyć dłoń na ich główkach.) Tyłka one rozmawiały z Tobą. Tylko one były obecne, stąpając Po jeszcze ciepłym, spopielałym świecie. Cudownie obecne na Górze. Radośnie machające gałązkami Tobie i osiołkowi. Świątynia - mieszkanie bogów, miejsce modlitwy. Chrześcijaństwo za właściwą świątynię uznaje nie materialne kamienie, lecz ciało Chrystusa i duszę każdego ochrzczonego człowieka. „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” (1 Kor 3, 16). Mówi Bóg do Jeremiasza: „Nie ufajcie słowom kłamliwym głoszącym: Świątynia Pańska, Świątynia Pańska, Świątynia Pańska! Albowiem jeżeli naprawdę poprawicie wasze postępowanie i jeżeli będziecie się kierować wyłącznie sprawiedliwością jeden wobec drugiego, jeżeli nie będziecie uciskać cudzoziemca, sieroty i wdowy [...], wtedy pozwolę wam mieszkać na tym miejscu, na ziemi, którą dałem przodkom waszym od wieków po wieki” (Jr 7, 4-7). Myślałem o „ołtarzach przepysznych świątyń”, jakie widziałem podczas bliższych i dalszych podróży. Barcelońska Sagrada Familia, podziwiana przez turystów i nielicznych architektów, rzeczywiście robi wrażenie jako wyraz pełnej dziecięcego tupetu wyobraźni Antonio Gaudiego i niezaprzeczalnego kunsztu budowlanego. Poza tym jest pusta, martwa; po wyjściu nie mogłem uwolnić się od odczucia, że byłem w nowej Wieży Babel. Katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli, największa z gotyckich budowli (zajmuje U 520 m2). Wchodzi się do niej przez Bramę Przebaczenia (Puerta del Perdón); rzeczywiście, trzeba prosić o przebaczenie za tak pyszny kolosalizm. Sankt Petersburg, w którym byłem niedawno. Ruder jest tu co prawda wciąż sporo, jednak mało kto je zauważa, nikną w blasku przywracanego skwapliwie bizantyjskiego majestatu. Gigantyczny przepych architektoniczny z dumą podkreślany przez mieszkańców, coraz to nowe złocenia pojawiające się na kopułach kościelnych, pałacach i fasadach. Carskie Sioło, Pałac Zimowy, niezliczone cerkwie, fontanny (Peterhof) i ogrody. Piękna drewniana cerkiew Matki Boskiej Pokrowskiej ma aż dwadzieścia siedem kopuł, o czym wie każde tutejsze dziecko. Wszystko wielkie (największe), wypucowane, błyszczące, można by sądzić, że gościł tu i dotykał czego tylko mógł jakiś współczesny Midas. 26 Okruchy U nas Licheń - przeskalowany, przygniatający swym ogromem okolicę. I kiczowaty w sposób nieomal podręcznikowy - w odwoływaniu się do stereotypowych emocji, zapewnianiu „natychmiastowych doznań i podrabianych wrażeń” (Clement Greenberg), pokazywaniu świata naskórkowego, pozbawionego sprzeczności, przepełnionego „krwią i sacharyną” (Hermann Broch). Dla Andrzeja Stasiuka sanktuarium licheńskie to pogańska Sagrada Familia Wschodu. Pisze: „Żaden Bóg nigdy tu nie był potrzebny, tylko dziesiątki setki świętych unoszących się w powietrzu jak duchy, plus ich bogini. Kości pod ziemią, duchy w powietrzu”. W przepysznych świątyniach rzuca się w oczy nieznośna dekoracyjność wiary, teatralność obrzędu, blichtr. Czyli to wszystko, co znalazło swój najpełniejszy wyraz w pełnej bogactwa formalnego wystawności baroku. Sztuka ta - powstała dzięki możnym patronom - wyrażała idee kontrreformacyjne i była stroną w walce katolicyzmu z Kościołami protestanckimi. W opozycji do protestanckiej prostoty i wertykalnej niezmienności barok epatował horyzontalnością, ruchem, łamaniem proporcji, tworzeniem pociągających iluzji. Ale i gotyk (określony tak z pogardą w XV wieku przez Leona Battistę Alberiego jako wytwór barbarzyńskich Gotów) daleki jest od Stajenki, osiołka i płaczu dziecka. Słowa Tadeusza Kantora - „Nikt mi nie wmówi, że Katedry Gotyckie są formą/ modlitwy./ Jeżeli mam użyć słownika tamtych czasów,/ powiem, że są protestem iście szatańskim” - właśnie o tym mówią. Stefan Chwin (Zwodnicze piękno) pisze o średniowiecznych katedrach („świętym entuzjazmie wspólnoty wznoszącej gotyckie świątynie w natchnionym blasku duchowej wolności”), które miały podstawę w niewolniczej pracy ciemiężonych wykonawców. „To na tym gruncie żyznym od krwi zakwitło, jak chora z bólu roślina, piękno katedry Notre Damę, katedry w Reims i witraży w Sainte-Chapelle”. WIELKIE PIĘKNO Stanisław Jerzy Lec: „Nawet najczyściejszy sopran/ umyt musi być i opran”. Owszem, także ubrań, ogrzan, nakarmion... Piękno sztuki bierze się często z bardzo niepięknych przymuszeń społecznych, o czym mówił w Krakowie Stefan Chwin. Jej „sztuczność”, nazywana zazwyczaj formą? ma swe początki w zwyczajnej, fizjologicznej udręce życiowej twórcy. Poezja, czyli twórczość („poietKs” - twórca) karmi się tzw. życiową prozą (choć oczywiście proza literacka opowiada o życiu bynajmniej nie prozaicznym). Piękno ma w sobie coś nie-ludzkiego. Jest skończone, pełne. Jego pełność oznacza kres drogi, czyli życia. Myślę teraz o filmie Paolo Sorrentiniego pt. „Wielkie piękno”, o pokazanym tam świecie jałowym i martwym, w którym - to zwróciło moją szczególną uwagę - nie ma miejsca dla dzieci. Dominuje doszczętnie i pod każdym względem zużyta dorosłość. Nuda, powtarzane na okrągło sytuacyjne slogany, odtwarzane powierzchownie role. Fabrice Luchini, francuski aktor nagrodzony Cezarem za „Tout ęa... pour ęa!” to właśnie ma zapewne na myśli mówiąc: „Dziwi mnie ta niczym nieuzasadniona wiara, że nie można żyć bez sztuki. Sztuka często niesie ból i samotność. Recytowanie Rimbauda nie może z nikogo uczynić człowieka radosnego. Tak jak granie w adaptacjach Prousta”. Andrzej C. Leszczyński 27 A Vincent van Gogh w liście do brata, Theo (lato 1887) wyraża coś bardzo podobnego odwołując się do słów poety i dramaturga Jeana Richepina: „Richepin powiedział kiedyś: Miłość sztuki zabija miłość prawdziwą. Uważam to za słuszne w straszliwy sposób i wiem, że prawdziwa miłość zniechęca do sztuki...”. Wielu artystów dostrzega tę odmienność, wykluczanie się martwej i sztucznej sztuki oraz pełnego paradoksów, niekończących się poszukiwać ludzkiego istnienia. Gustaw Holoubek (pytany, czy teatr i aktorstwo są najważniejsze) odpowiada tak: „Najważniejsze było i jest życie. Ono i tylko ono najistotniej mnie określa, tylko z niego będę się rozliczać. Uprawianie sztuki było przygodą. Ważną, pasjonującą, fantastyczną. Ale tylko przygodą”. Tadeusz Różewicz mówi o oszczędnej obecności na rynku wydawniczym” „Widzę, że słońce świeci, wolę patrzeć na słońce, niż pisać”. Tak, w życiu najważniejsze jest ono, życie; uświadomił to sobie Krzysztof Kieślowski podejmując decyzje o tym, by zaprzestać robienia filmów. Ks. profesor Janusz St. Pasierb: Jakie to cudowne że ludzie ciągle mają odwagę żyć wstają rano kupują mleko chleb odprowadzają dzieci do przedszkola obracają skrzypiący kierat widzą sens w prostych działaniach [-] skąd się bierze to męstwo ta wiara, że trzeba. 28 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Andrzej Kasperek FUGA NA SAMO-LOTY, LAS I ANIELSKIE SKRZYDŁA (Z ODROBINĄ PSIEJ SIERŚCI) CZĘŚĆ DRUGA 1. „Stroiciel lasu” (2010) to druga część trylogii. Rozpoczyna się od zdania: „M siedział na chmurze i dyndał nogami. A potem zeskoczył”. M-to Marek Sadowski, ów nieszczęsny Ikar, któremu nie było dane zaznać błogosławieństwa lotu i który z poobijaną głową przeleżał dwadzieścia jeden lat w śpiączce, czyli na chmurze z aniołami... Tak przynajmniej on uważał. W tym czasie zmarła babcia, matka i „śpiochem” opiekowali się przyjaciele: Gocha i Andrzej. Po ich emigracji do Kanady zajęli się nim siostra Dominika i stary doktor Pawlikowski. Wybudzony ze snu M znalazł się w trudnej sytuacji, bez rodziny, przyjaciół, skazany na pomoc innych. Próbował się odnaleźć w chaosie początku lat dziewięćdziesiątych. Przespał Gierka, Sierpień, stan wojenny, upadek komuny. Zasnął jako nastolatek a obudził się jako dorosły facet, tyle że bez niczego - bez domu, wykształcenia, pracy. Pierwszą osobą, którą ujrzał po przebudzeniu była „siostra Anna Wilkosz, niebywale atrakcyjna”. I zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Biedaczek pomylił życzliwość pielęgniarki z uczuciem i oświadczył się. Rekuza nie była przyjemna - naraził się na bezmyślną, okrutną szczerość kobiety: „ale jaka byłaby z nas para? Co, musiałabym założyć w domu szpital dla darmowej pielęgnacji inwalidy?” Nie to, że była oschła albo zła, ona powiedziała za dużo; tak czasem coś niepotrzebnie chlapniemy. I tak zaczyna się powrót do prawdziwego życia, w którym szczęście i nieszczęście, dobro i zło, życzliwość i nienawiść bez ustanku bujają się na ramionach szalkowej wagi. Dom Pomocy Społecznej im. Tomczaka to przytulisko, gdzie M trafia po opuszczeniu szpitala. „Przy okazji M otrzymał symboliczną rentę. Socjalną. Na życie”. Dostał też dowód osobisty. DPS to kilku pensjonariuszy, opiekunowie, kierownik, lekarz, rehabilitant, psycholog... Mikroświat, na który M został skazany, rodzaj dożywotniego zesłania, bo dokąd niby miałby się stąd udać przebudzony? Reaguje oporem, odrzuceniem, ale na szczęście w jego niedoli znajduje się koło niego zawsze ktoś dobry: siostra Dominika, stary lekarz, Sławomir Jarecki - „mądry i rozważny” kierownik DPS-u albo Julian Bocian, pensjonariusz tegoż, który zaopiekuje się outsiderem. To anioły, które stąpają po ziemi, a my tego nie dostrzegamy. A może to po prostu dobrzy ludzie, jak ob. A. Sidorczuk, pracownik OPS w Warszawie, o którym autor napisał niewiele, ale szkoda mu tę odrobinę okazanej przez niego dobroci pozostawić bez skwitowania, więc dodaje: „bowiem jest Andrzej Kasperek 29 to bardzo dobry, cichy człowiek i gdyby ktoś z państwa kiedyś go przypadkiem spotkał w mieście, to ja bardzo proszę go pozdrowić”. Dzieje się tak, bo na szczęście: „Są naprawdę tacy ludzie, którzy pomagają innym, tak po prostu. Niekoniecznie i nie zawsze da się ich zaliczyć w poczet świętych, ale robią dobre rzeczy”. Choć potrafią jednocześnie brzydko traktować żonę, przeklinać a nawet pić wódkę do rana... Czasem jednak Niebo musi interweniować, jak wtedy, gdy M wysłany na badania do szpitala zabłądził i bezradny wyszeptał: „Chłopaki, pomóżcie!”. W ten sposób doprowadził do pojawienia się człowieka w czarnej skórze ozdobionej cekinami, jadącego archaicznym motorem marki junak, który pomógł mu się odnaleźć w chaosie, jakim dla ozdrowieńca była ówczesna Warszawa. Ów czarny anioł pojawił się też u urzędnika W. Makowskiego i sprawił, że ów bez zbytniej zwłoki zajął się wdrożeniem „planu środowiskowej integracji i usamodzielnienia się pensjonariusza DPS-u”; ale o tym później opowiem. Dom Pomocy Społecznej to rodzaj azylu dla ludzi niedostosowanych społecznie, odrzuconych, wypchniętych poza nawias społeczeństwa. Wdowy i wdowcy, niepełnosprawni fizycznie, odmieńcy lub po prostu tacy, którzy nie mają się gdzie podziać. Tak, jak M. Ciągle przeżywając odrzucenie przez siostrę A. Wielgosz wegetuje samotnie w Pałacu Jesiennym wznoszonym przez J. Bociana. Ten emerytowany inżynier, dawny powstaniec warszawski, więzień polityczny z lat stalinizmu, buduje swe „późne dzieło z desek, sklejki, blaszek, gwoździ i zawiasów, a do tego z kartonu, zapałek, sreberek i kleju”. Dla niego to rodzaj terapii. A teraz stary budowniczy staje się dodatkowo terapeutą dla M. Przebija się przez pancerz nieufności zranionego mężczyzny, powoli zbliża się do pustelnika, opowiada mu o swym życiu, o swej wielkiej miłości i nareszcie wypowiada słowa: „Wstań wreszcie z barłogu. [...] Bóg zwrócił ci ciało! To chyba coś znaczy?”. Udaje mu się postawić go do pionu. Dosłownie, bo M podnosi się z czworaków i jakby rodzi się na nowo. Bo przecież Bóg miał jakiś sekretny plan przywracając mu świadomość. Choć, tego do końca nie jest w stanie przeniknąć. Pałac Jesienny jest tylko obudową urządzenia skonstruowanego przez pana Bociana. Odzywa się tu szczególna predylekcja autora do opisów zadziwiających mechanizmów. W „Samo-lotach” były to łatadła, tutaj mamy opis konwertprojektora, urządzenia, które na podstawie zapisanych tekstów (skryptów, scenariuszy) tworzy film trójwymiarowy, a w zasadzie coś więcej, to nie zwykła projekcja ale widzowie jakby wchodzili w świat wykreowanej rzeczywistości, gdzie brzęczą osy, lśnią oficerki por. S., a wnuki Bocianów marudzą przy jedzeniu... Niestety w czasie długo wyczekiwanej premiery coś poszło nie tak. Do świata wspomnień i czułej nostalgii za dawnymi czasami wdzierają się upiory przeszłości. Najpierw nieproszony pojawił się Himmler „i trzeba było go przepędzić krzykami i kijem” a później przyjeżdżają enkawudziści i sowiecki tank. Wybucha pożar, panika ogarnia widzów, a wskrzeszone z martwych postaci znikają i rozsypują się w pył, jakby to płonęła taśma celuloidowa. Ogień jest jak najbardziej realny, budowniczy Bocian zostaje poparzony. Znowu słyszymy diabelski chichot. Tak, jak kiedyś w prewentorium, gdy Marek oberwał od zazdrosnych kolegów kartoflem, gdy wspaniała siostra Klara została przez młodych chuliganów chorych z zawiści spostponowana, tak i teraz w DPS na Solcu czar pryska a jedyna bliska mu osoba umiera. 30 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Okazało się jednak, że M dostaje od Losu (Boga) jeszcze jedną szansę. Już od pewnego czasu coraz częściej uciekał do swej puszczy - akacji, topoli, lipy, kilku świerków, dwóch brzóz, które rosły koło płotu. „M pokochał je miłością godną syberyjskich świerków i były mu bliskie, tak jak kiedyś samoloty. Niebywale pięknie brzmiały, nawet wtedy, kiedy trwały całkowicie bezszelestnie”. To jego ucieczka od narzekań chorych ludzi, od ich pretensji do świata, od znienawidzonych przymusowych badań w szpitalu, do którego droga jest prawdziwą gehenną. Bo Warszawa jest ohydna, ma ołowianą, martwą twarz. Budzi odrazę - ciągną przez nią bez końca pogrzebowe kondukty, jej mieszkańcy są nieuprzejmi, rozdrażnieni, panuje tu wroga cisza lub huk i szczekanie samochodów, ludzie mieszkają w betonowych termitierach, śmierdzą nieświeżymi skarpetami z elastilu, kupują barachło rozłożone na polowych łóżkach stojących na chodnikach. Przerażający to obraz: „zatęchłe urzędy z cieciami w akwariach, stygnącą herbatą i nieszczęśliwymi kobietami, które miały chore dzieci, wstrętnych mężów i zupełnie zmarnowane przez nich życie”. Nic dziwnego, że M pragnie stąd uciec i już wie, gdzie jest jego Eden. W bibliotece DPS-u znalazł „Przewodnik po Żuławach i Powiślu” a tam zafascynowała go fotografia, na której była stroma skarpa nad Wisłą porośnięta gęstą trawą. Tylko tyle i aż tyle - zdjęcie z rezerwatu w Sarniej Górze. I od tej pory nie pragnął niczego innego, tylko tego, żeby tam się znaleźć. I trafił tam, anioły dopomogły. Dobrzy ludzie także. Kiedy M wysiada z pociągu na stacji Mleczne Pole zaczyna się nowy rozdział jego dziwnego żywota. Dołącza do niego pies, zwykły kundel, i od tej pory zawsze już będą razem. Marek Stokowski poprzedził swą książkę cytatem z biblijnej „Księgi Tobiasza”: „I poszedł chłopiec, a razem z nim anioł, a także i pies wyszedł z nim i podróżował razem z nimi” (Tob 6,1). To tłumaczenie z Biblii Tysiąclecia, w przekładaniu księdza Wujka jest inaczej: „A Tobiasz poszedł i pies za nim pobiegł, a na pierwszy nocleg został przy rzece Tygrys”. Ciekawe dlaczego tłumacz pominął anioła? Albo dlaczego Jacek Malczewski, który temat wędrówki Tobiasza podejmował dwukrotnie („Krajobraz z Tobiaszem. Wiosna” z 1904 r. oraz „Tobiasz z aniołami” z roku 1908) nie namalował psa? Nigdy się pewnie tego już nie dowiemy, ale autor „Stroiciela lasu” napisał i o aniołach, z którymi M jest doskonale obeznany, bo przecież razem z nimi dokonywał zrzutów „śmiechu i nadziei nad miastami, wsiami i przemysłowymi zagłębiami Polski”, i o psie. A co więcej to psa obsadził w trudnej roli narratora. Pies to ci nie byle jaki, bo choć bez rodowodu, to mądry nadzwyczaj, zna różne słowa, wie co to centryfuga, stratyfikacja i transkrypcja. Rozumie swego pana i jest mu wierny i oddany. M trafia do domostwa starej wdowy Stanisławy Kosakowej, która „była bardzo piękna pięknem sędziwości siwej, smuklej i pobożnej. I szorstko troskliwej”. Gdy przeczytałem ten opis natychmiast przypomniałem sobie dwa utwory Edwarda Stachury: „Balladę dla Potęgowej” i „Siekierezadę”. Nie jestem i nigdy nie byłem wielbicielem twórczości Stachury, niegdyś pisarza naprawdę kultowego (w czasach, kiedy to słowo jeszcze coś znaczyło), ale smuci mnie bardzo, że dziś popadł on w zupełne zapomnienie. Bo kilka jego utworów to nadal wielka literatura, choć bardzo prostym językiem zapisana. Ale tylko fachowcy wiedzą, jak wielkiego wysiłku potrzeba, żeby tak prosto pisać. „Ballada dla Potęgowej” w wykonaniu Tadeusza Woźniaka to istne cudo, mogę jej słuchać codziennie: Andrzej Kasperek 31 U Potęgowej zatem zagościlim Kwaterę tam czasowo ustalilim W polu robilim z boru drwa nosilim Jak stara matka i dwóch synów żylim [...] Jak stara matka i dwóch synów żylim My z Potęgową tak się polubilim. Ta samiuteńka i siwiuteńka staruszka ze wsi na Kujawach przygarnia zbłąkanych wędrowców i matkuje im. Podobnie jest w powieści o zimie leśnych ludzi, gdzie Janek Pra-dera zamieszkuje na kwaterze u Babci Oleńki. Ucieka on przed swoim dotychczasowym życiem, przed powtarzalnością dni, ucieka przed wspomnieniami o kobiecie, którą nazywa Gałązką Jabłoni. Postanawia więc zatrudnić się przy wyrębie lasu we wsi Bobrowice. „Siekierezada” to książka o poszukiwaniu siebie, sensu życia, swojego miejsca, to wewnętrzny monolog o dokonywaniu wyborów, o miłości i o śmierci. Nie piszę o tym, żeby wytykać autorowi zapożyczenia. Nie, to raczej wspólnota odczuwania. Bo kiedy Stachura mówił, że „wszystko jest poezja” to tak czuł. Proza Stokowskiego także jest wywiedziona z poezji, od której zaczynał swą twórczość. Bohaterowie tych utworów są podobni - to „obcy”, wedle prostej (prostackiej) opinii trochę stuknięci, popaprańcy, odmieńcy, outsiderzy... W polskiej prozie lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jest pełno takich postaci, u Nowakowskiego, Andermana, Zagajewskiego, Łozińskiego. Ich bohaterowie próbują uciec od świata, którym gardzą, od materializmu, polityki, kłamstw PRL-owskiej propagandy ale też zgiełku miast. Szukają alternatywy, tak jak kiedyś hippisi, a dziś ekolodzy i wszyscy ci, którzy nie chcą tylko mieć, ale wolą być, którzy nie ulegli władzy demona konsumpcjonizmu. Stokowski w rozmowie w radiowej Trójce pytany przez redaktora Dariusza Bugalskie-go o to, kim właściwie jest jego bohater odpowiedział, że ludzie tacy jak stroiciel wiele widzą, słyszą i są postrzegani przez innych za wariatów. A to przecież oni załatwiają za nas rzeczy, których my nie mamy odwagi zrobić: „Mój wariat chodził z psem po lesie i ośmiela się robić takie rzeczy, które inni uznaliby za godne wyśmiania. Na przykład uważa, że trzeba pomagać tym, którzy są w potrzebie, a sens życia realizuje się w tym, że pomagamy ludziom [...] gdyby nie było takich wariatów, to życie stałoby się piekłem”. Rosjanie używają na nazwanie takiej osoby określenia: „jurodiwy”, czyli „święty szaleniec”, „głupiec b°ży”, „szaleniec Chrystusowy”. Owe nacechowane epitety są tu konieczne, bo etymologii terminu trzeba szukać w Biblii: „Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość. Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga”. (1 Kor 3, 18). Tylko wariaci widzą więcej, to dar od Boga, ale też krzyż, bo skazuje na poniewierkę a nawet pogardę. Karusia z „Romantyczności” Adam Mickiewicza skarży się przecież: Źle mnie w złych ludzi tłumie, Płaczę, a oni szydzą; Mówię, nikt nie rozumie; Widzę, oni nie widzą! 32 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Gospodyni Kosakowa nazywa to prosto i mówi, że wariaci za nas coś załatwiają. Co takiego? Oni utrzymują ten świat w równowadze, stroją go bo jest wiecznie rozregulowany. W cytowanej rozmowie w PR3 autor mówił, że kilkadziesiąt lat temu jeden z jego krewnych z okolic Braniewa opowiedział mu o człowieku, który... stroił las. Kiedy szum lasu brzmiał nie tak, jak jego zdaniem brzmieć powinien, potrafił on przenieść kilka kamieni w potoku, a potem naciąć korę drzew. Myślę, że wielu z nas spotkało w swoim życiu takich stroicieli. Mieniąc temu w Tatrach minąłem na szlaku człowieka, który nagle przystanął i na rozmytym przez deszcze szlaku podniósł przesunięty kamień i położył go we właściwym miejscu. Obrócił się uśmiechnięty do mnie i powiedział, że gdyby wszyscy robili codziennie choć jedną dobrą rzecz, to świat byłby lepszy. Potaknąłem zdawkowo, nie chciało mi się rozmawiać, trzeba było iść ostrożnie na śliskiej ścieżce, droga była daleka. A on przecież dostrajał szlak, którego harmonia została zepsuta. Może warto było się zatrzymać i choć chwilę z nim pogadać. M w swej warszawskiej „puszczy” odkrył, że przy pomocy starego scyzoryka można stroić naturę, świat brzmi wówczas lepiej. Bory koło Nowego Jaru, gdzie zamieszkał po ucieczce z Warszawy dostarczyły mu mnóstwo roboty. Ale postanowił, że będzie to robił „planowo i systematycznie, w sposób absolutnie zdyscyplinowany, z pełną świadomością tego, że to jego zawodowe powołanie - nie wiadomo, czy życiowe, ale zawodowe bez wątpienia”. Stał się właścicielem i jedynym pracownikiem firmy Strojenie Zieleni i Reszty. Czasem zresztą, żeby pomóc w osiągnięciu stanu harmonia mundi trzeba było coś rozstroić, np. „traktor H. Szlagonia, który zmasakrował wcześniej pięć tysięcy leśnych istnień”. Pies Wabi, jego nieodłączny towarzysz, który opowiada nam tę zadziwiającą historię, pomaga mu odkryć, że o idealnym brzmieniu lasu decyduje grupa wyniosłych modrzewi, zwanych Dwunastu Apostołami. Ale czy da się uzyskać brzmienie idealne, zestroić dźwięki? M przekonuje się, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż wydawało mu się na początku. Z lasem prawie mu się udało, ale „wsi nie udało się nastroić”. Bo Marek Stokowski choć napisał bajkę (w ten sposób uciekł od dyskusji, czy jego książka to realizm magiczny a może raczej mityzacja rzeczywistości), w której opowiadaczem jest pies, bo jemu wolno wszystko powiedzieć, to stworzył utwór nie dla dzieci. Po prawdzie baśnie braci Grimm czy „Struw-welpeter" (po polsku: „Staś Straszydło. Złota różdżka, czyli bajki dla niegrzecznych dzieci”) zawierają ogromną, dawkę grozy i okrucieństwa. Baśń dla dorosłych nie pokazuje nam „wsi spokojnej, wsi wesołej”, to nie sielankowy obrazek, a raczej socjologiczny opis „syntetycznej” wioski z Powiśla w czasach przełomu, zamieszkanej przez miejscowych (zdradzają ich nazwiska: Neugebauer, Ruck, Rehlich, Knaffel lub „twardy, pruski akcent [...] rodzin, które mieszkały tu od pokoleń”) i przyjezdnych, którzy osiedlili się tu po wojnie (Kosakowa, Szmaglińscy, Wirkus...). Dziwna mieszanina ludzi i losów, która ciągle się jeszcze nie ustała, jeszcze buzuje. Żadna to Arkadia, zmiana ustroju wcale nie sprawiła, że obudziliśmy się w lepszym państwie, szlachetniejsi i mądrzejsi. Obcy jest traktowany z nieufnością, a kilka osób darzy go wręcz nienawiścią. Bo jest inny, łazi po lesie, pewnie coś knuje. A w dodatku zadaje się z córką leśniczego, ta pierdoła, ten frajer z zydlungów, co to się prowadza z żółtym śmierdzielem pewnie „pieprzy Andrzej Kasperek 33 się po krzakach z Bernatowicz [...] Z tą starszą. Suka gziła się po miastach [...] wróciła. I wzięła się za kalekę”. Okrucieństwo tych słów jest zamierzone, nienawiść jest całkowicie bezinteresowna, Sawczyn, Rehlich, ich towarzysze w gumofilcach oraz Irma Zając i jej kumy to odrażające typy, ale przecież nie trzeba jechać do Nowego Jaru, żeby ich spotkać. Znamy ich z sąsiedztwa. Staramy się ich omijać, unikać, ale czasem jest to niemożliwe. Musi dojść do starcia. W czasie szczepienia psów zgraja wiejskich mętów, pijaków i kłusowników, a jednocześnie dawnych ormowców i sługusów minionego ustroju, którzy przywłaszczyli sobie rządy we wsi szczuje M psami. Udaje mu się przeżyć tylko dzięki heroicznej postawie swego psa, który okazuje się wtedy Aniołem Stróżem. Ale to nie koniec. Musi dojść do pojedynku Dobra z siłami Zła. M i Wabi stają w obronie modrzewi, które Rehlich i jego banda chcą nielegalnie wyciąć. Obserwujemy sceny niczym z westernu, ale tu zamiast siedmiu wspaniałych mamy siedmiu łotrów. Samotny M niczym szeryf staje na straży prawa i harmonii świata, pomagają mu w tym niektóre mieszkanki wioski. Charakterystyczne, że nie ma tu mowy o mężczyznach, faceci są nieobecni. Choć kilku jest — enigmatyczny sprzedawca włoskich krawatów, mający w planach budowę term (dobrotliwa parodia obrotnego kapitalisty z czasów realizacji planu Balcerowicza), leśniczy Bernatowicz, emigrant Paweł Wyżykowski... Ale i tak ten świat istnieje tylko dzięki nieustannej pracy i modlitwie kobiet. A także ich solidarności, bo one wciąż pamiętają, co znaczy to piękne słowo. Życie M upływa na wyprawach do lasu, pomocy pani Kosakowej, czytaniu i słuchaniu muzyki. No i spożywaniu posiłków przygotowywanych przez gospodynię. Biały barszcz, kapuśniak, ogórkowa, kartoflanka, kopytka, pierogi czy niedzielny rosół sprawiają, że bohater szaleje, wręcz traci zmysły a łzy rozkoszy kapią do zalewajki. Znamy te nadwrażliwość kulinarną M z „Samo-lotów”. Podobny efekt ekstazy przynosi słuchanie muzyki, a już szczególnie utworów organisty z Lipska. Te łzy czyste, rzęsiste są oznaką największego szczęścia, wzruszenia nie do opisania. Nie potrzeba arcydzieł sztuki kulinarnej, wystarczy „zładowanie” przez gospodynie owych prostych dań. Nie trzeba audiofilskiego sprzętu za grube pieniądze, wystarczy radyjko kupione w sklepie GS-u. Harmonia świata, poczucie metafizycznej pełni, odczucie ładu kosmosu może być doświadczane w taki prościutki sposób. I choć ten świat bywa potężnie roztrojony, a czasem wręcz wypada z łożysk, to jednak warto się trudzić, aby zaprowadzić w nim równowagę. Albo dać odrobinę radości chorej na raka dziewczynie. Albo po raz kolejny beznadziejnie się zakochać w kobiecie, choć szanse na odwzajemnienie uczucie są niewielkie... Kiedy „Siekierezada” ukazała się na początku lat 70. zarzucano jej szerzenie „prowin-cjonalizmu i franciszkanizmu”. Mój Boże, pewnie w postaciach Janka Pradery i Michała Kątnego można znaleźć podobieństwo do biedaczyny z Asyżu. Ale dlaczego dziś nikt nie wspomni w żadnym omówieniu czy recenzji „Stroiciela... o tej koincydencji. Za komuny wiedzieli, kto to św. Franciszek a dziś, w czasach lekcji religii w szkołach, zapomnieli? Dlaczego nikt ani słowem nie zająknie się o duchowym, religijnym aspekcie książek Stokowskiego, a anioły traktowane są tylko jako piękne ozdobniki, niczym figurki, które możemy kupić w sklepie z dewocjonaliami i powiesić na ścianie dla ozdoby. 34 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Zachowanie M kojarzy się w sposób oczywisty z postawą św. Franciszka, z jego dobrocią, umiłowaniem wszystkich istot, ideą Pokoju Bożego. Religia pojawia się w powieściach Stokowskiego w sposób jak najbardziej naturalny - Marek z „Samo-lotów” był ministrantem, rozmawiał o Bogu z wikarym Prądzyńskim (kapitalne uwagi o zwierzęcym raju) i babcią. Po wybudzeniu M służy do mszy w DPS-ie, modli się rano i wieczorem, w domu Kosakowej odmawiają wspólnie kompletę, razem chodzą na nabożeństwa. Szczególnie lubi kiedy odprawia je wikary: „Nie cudował, nie grzmiał, za to niewątpliwie wierzył. Wierzył, że sprawuje Eucharystię. I pewnie dlatego zrobiło się jaśniej, niż było, spokojnie i cicho jak w lesie”. Bo kiedy M czuje, że świat koło niego jest dobrze poukładany i sensowny to jest zachwycony istnieniem i powtarza jedyne greckie słowo, jakie zna: eu^dpicrTÓ, czyli eucharistio, będące wyrazem jego nieskończonego dziękczynienia. I wiary, może naiwnej i prostej, ale szczerej. Modlitwa staje się wtedy czymś tak prostym i oczywistym jak oddychanie: „Przeżegnali się i odmówili dziesiątek różańca. Najpierw jeden, potem drugi, no bo jakoś czuli, że jest dobrze, że ta ich modlitwa przechodzi przez sufit i wyżej, wznosi się jak dym z komina, ale nie rozpływa się zupełnie w wielkim niebie, tylko zostaje tam na zawsze”. Bo szczera modlitwa zawsze zostaje wysłuchana. Przekonali się o tym mennonici, których M spotkał zabłąkanych wśród pól. Szukali drogi na cmentarz w Dynowie. Wskazał im właściwą, podarował mapę. Bóg go zesłał potomkom dawnych mieszkańców tych ziem, szukającym „śladów, miejsc pamięci po swych przodkach”, Bóg wysłuchał prośby pastora, żeby znaleźć przewodnika. I to on nim był. Coś takiego przytrafiło się kiedyś samemu autorowi powieści. Bo „pisarz musi korzystać z tego co obserwuje w rzeczywistości. Stanisław Lem powiedział, że pisarz jest jak krowa, która je trawę a daje mleko” - stwierdził Stokowski ze śmiechem w cytowanej audycji. 2. W zakończeniu „Stroiciela lasu” dowiadujemy się, że Monika i Marta Bernatowiczów-ny wyjechały do Uppsali. W tamtejszej klinice onkologicznej Monika miała przejść kolejną operację. Stokowski kończy i rozpoczyna poszczególne tomy swej opowieści niczym w utworze muzycznym. Trzecia część trylogii „Kino krótkich filmów (2014) rozpoczyna we wrześniu, kilka dni po wyjeździe sióstr. M jest tym wyjazdem skołowany, znowu czuje się porzucony, cierpi w samotności. Uwierzył, że jego wesołe opowieści i leśna terapia pomagają chorej, znalazł argument na dręczące go pytanie o sens swego powrotu z dwudziestojednoletniego wygnania. A poza tym kurując Monikę mógł być blisko ukochanej Marty. Czy pozostała mu już tylko korespondencyjna droga kontaktu? Owszem wysłał list i pakiet z opowieściami znalezionymi w lesie, ale to był tylko erzac prawdziwej bliskości. Wtedy od leśniczego dowiedział się, że leczenie córki kiepsko idzie i „zyskał absolutną pewność - Monika zaczęła źle stroić, w każdym razie dużo gorzej niż stroiła w pradolinie1 rzeki Wisły. A miało być lepiej - przecież po to był cały ten wyjazd! Zawodziła świetna medycyna i zawodził M z kuracją na odległość”. Ale sublokator pani Kosakowej dowiedział się także innej strasznej rzeczy, że jego ukochana mieszka w Szwecji u Pawła Wyżykowskiego, człowieka dobrego i „cholernie zacnego”, którego M uważa jednak za swego konkurenta do uczuć pięknej Marty; nigdy „nie polubił go i koniec”. 1 Autor używa określeń: dolina i pradolina Wisły wymiennie, ale z tego co pamiętam z lekcji geografii to nie są jednak synonimy. Andrzej Kasperek 35 Zrozumiał, że dla niej zawsze był tylko „cudakiem, który stroi scyzorykiem drzewa” i opowiada niestworzone rzeczy, czasem nawet śmieszne „obrazy z iluzjonu głupich filmów”. Bo tym razem autor zdecydował się, żeby te pojawiające się w głowie M surrealistyczne, a może dadaistyczne krótkie filmy wyróżnić graficznie, są one wydrukowane na czarnym tle, wyraźnie oddzielone od narracji. Czytelnicy „Prowincji” rozpoznają wiele z nich, bo w kilkunastu numerach kwartalnika drukowane były w nim „Prowincjonalia” Marka Stokowskiego. Absurdalne, nonsensowne, dziwne, wywiedzione z marzeń sennych i opowieści lunatyka. Trudno je określić gatunkowo - jak je nazwać? Miniatury, historyjki, humoreski? Mają wywoływać śmiech albo uśmiech, ale czasem budzą zadumę. Przyznam się, że tylko niektóre z nich do mnie trafiają, to kwestia częstotliwości fal, na których się nadaje i odbiera. Dla mnie tytuł powieści odnosi się nie do tych drobiazgów, które nieco przypominają flashbacks, przebitki z przeszłości, uderzenia meteorytu w głowę, myśli, które nie wiadomo skąd się wzięły. Według mnie prawdziwe krótkie filmy to historie, które przydarzają się M. A szczególnie wtedy, gdy podejmuje on drugą życiową decyzję. Postanawia, że pójdzie pieszo do Uppsali a jeśli dojdzie, to chora wyzdrowieje. W opowiadaniu pt. „Idąc po łodzie” („Prowincja” nr 3/2011) napisałem: „Kiedyś przeczytałem, że Werner Herzog, dowiedziawszy się, że jego przyjaciółka Lotte Eisner leży w Paryżu śmiertelnie chora, postanowił, że pójdzie pieszo z Monachium do stolicy Francji. Prawie tysiąc kilometrów zimą. Wierzył, że to pomoże jej przeżyć. Silna była jego wiara, bo zastał ją żywą i zdrową. Opisał to w książce «Vom Gehen im Eis» [czyli: „Idąc po lodzie”]”. Ta zimowa podróż z Bawarii do Francji, bezdrożami, po grudzie, lodzie i śniegu zaczęła się w listopadzie 1974 roku, trwała kilka tygodni i stała się dla autora „Zagadki Kaspara Hausera” rodzajem medytacji na temat życia i śmierci. Zapisał: „Po kilku kilometrach pieszo wiem, że nie jestem w smutku, wiedza pochodzi z podeszwy . To zadziwiające jak postać M jest podobna do stworzonych przez tego niemieckiego reżyseria sylwetek Kaspara Hausera czy Stroszka, dzieci Natury, ludzi niewinnych, ale spotykających się z opresyjnością społeczeństwa. Herzog jest nieodrodnym dzieckiem niemieckiego romantyzmu, autorem zadziwiających filmów fabularnych i dokumentalnych. Sam Stokowski przyznaje, że zimowa wyprawa reżysera była jego inspiracją. Pamiętając motto z części drugiej nie wolno pominąć jednak biblijnego Tobiasza, który wyruszył w świat w intencji znalezienia lekarstwa na ślepotę swego ojca a Bóg go wysłuchał i posłał za nim archanioła Rafaela. Ich wędrowanie było po coś, w jakiejś intencji. Było więc pielgrzymką. To odróżniało je od włóczęgi. Pielgrzymka to droga do Boga, do lepszego poznania siebie — poprzez wędrówkę do miejsc świętych człowiek potwierdza swe przywiązanie do religii, umacnia wiarę, ale też ma wtedy czas na przemyślenie swego życia, relacji z bliskimi, ze światem... Nieważne, czy to droga do Composteli, na Jasną Górę czy kilka kilometrów z Nowego Dworu Gdańskiego do Lubieszewa. Liczy się wysiłek, ból otartych stóp, pragnienie... To swoista detoksykacja, oczyszczenie ciała i duszy. Ważne są też spotkania z ludźmi, rozmowy, ale też milczenie. Czasem podróż może nie mieć podłoża religijnego - tak było z Herzogiem czy amerykańską pisarką Cheryl Strayed, autorką książki „Dzika droga. Jak odnalazłam siebie”. Ona pokonała 1700 kilometrów bardzo trudnego górskiego szlaku nad Pacyfikiem i odnalazła sens życia. 36 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła M ogłuszony wieściami o ukochanej, która przebywa w Szwecji, cierpi nie tylko psychicznie i fizycznie. Autor opisując nam jego cierpienia posuwa się do stworzenia sceny zadziwiającej w swej ohydzie. Zbolały i spuchnięty M w pewnym momencie dostrzega, że z pępka wystaje mu kiszka. „Wyglądało na to, że organizm sam wypiera z siebie to, co chore”. Nie chcę tu cytować ani opisywać tego, co nastąpiło dalej. Autor powieści nie czyni tego po to, aby nas epatować okropieństwem. Ale te zatrute trzewia, od których udaje się mu uwolnić dzięki aniołom i dobroczynnemu lasowi to jego złe myśli, egoizm a także „pragnienie własnej chwały i zasługi”. I dopiero kiedy oczyści swe ciało, będzie gotów wyruszyć w drogę. Tak wyruszyć w drogę. Bohater i niego nieodłączny towarzysz pójdą pieszo do Uppsali. Po prostu M wierzy, że kiedy tam dotrą Monika Bernatowiczówna wyzdrowieje. Brak pieniędzy, paszportu, ubezpieczenia, biletu na prom z Gdańska nie są żadnym problemem. Liczy się cel i intencja. Jak się idzie z gminy Staryjar do Szwecji? To przecież wie każde dziecko: „Szliśmy do Uppsali tak: tą naszą ścieżką do ogrodu i od furtki, gdzieś ze sto dwadzieścia metrów, potem w prawo szerszym duktem koło młodych świerków i dębczaków, dalej w lewo, główną leśną drogą między zydlungami a Borową Strugą z przerzuconą nad nią kładką Dokładne itinerarium tej wyprawy znajda czytelnicy w książce. Nie brak w tym opisie podróży praktycznych wskazówek, np. jak przejść przez 2. śluzę na Nogacie na Żuławy, jaki jest najpiękniejszy zamek świata czy jak brzmi hasło dla mostowego z mostu zwodzonego na Szkarpawie w Rybinie, żeby przepuścił nas na drugą stronę rzeki. Albo gdzie najlepiej karmią w Nowym Dworze, dlaczego nie należy zjeżdżać ze szlaku Gdańsk-Elbląg-Warszawa i dlaczego zmierzając do Stegny lepiej trzymać się torowiska kolejki wąskotorowej niż drogi nr 502. Wszystko to jest bardzo przydatne dla turystów na Powiślu i Żuławach. Oczywiście, dworuję sobie nieco. Zapis tej zimowej podróży jest przede wszystkim okazją do projekcji niezwykłych obrazów: matki chorego chłopca i „jego babki, zapijającego przeszłość dziadka i tego kierowcy ze spłaszczoną na kowadle mordą, ludzi w blokach pegeeru, pani w białym samochodzie, małżeńskiej pary z badylami, pana, który miał nie po kolei w głowie, bociana na śniegu, starego przy ogniu, leśniczyny i Ladachów, Moniki i Marty, wszystkich tych pokaleczonych ptaków”. Smutna galeria ludzi pokiereszowanych przez los, zniszczonych przez wódkę, nieumiejących się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Te mniejsze lub większe etiudy filmowe czasem operują tylko obrazem i muzyką (para, która urządza pogrzeb swej umarłej miłości), czasem zaś to małe dramaty psychologiczne, jak w przypadku uratowanego przed zamarznięciem pijaka, M odprowadza go do domu i poznaje jego rodzinę - panią Gliwę, jej synową z dziećmi, okazuje się jednak, że syn od czterech lat pracuje w Holandii, co powoduje, że rodzina powoli się rozpada. Nasz bohater dozna tu i kuszenia cielesnego (kapitalna scena niczym z „Ojca Sergiusza” Lwa Tołstoja), i przeżyje uniesienie religijne, kiedy na odchodnym wykonał znak krzyża nad chorym dzieckiem a wtedy: „Mały poruszył prawą ręką, chcąc powtórzyć znak [...]. Wyszedł z tego jakiś zygzak, coś jak znak wiosennej błyskawicy. M została trafiony. Potężnie. Na amen”. Religijność, duch chrześcijański przenika tę książę, ale nie w sposób nachalny, ona po prostu jest na jej kartach, bo jej główny bohater to przecież nie żaden Głupi Jasio, nie Andrzej Kasperek 37 żaden wioskowy przygłup - on jest owym Bożym pomyleńcem, który pełen wdzięczności dla Stwórcy: „jak tylko miał okazję, wrzeszczał w niebo. Wykrzykiwał greckie słowo, to jedyne, jakie znał - Eu^apio-rw, bo tylko ono, chociaż trochę, unosiło jego wdzięczność”. Choć niektórzy spytają: Ale za co dziękować? Bo przecież nie brak w książce przykładów polskiego zbylejaczenia, bezinteresownej podłości i nienawiści, pysków wykrzywionych złością lub rechotem, paskudnych urzędników, jak inspektor ze Starego Jaru, który straszy M sądem i prokuraturą a nawet odebraniem renty za prowadzenie działalności gospodarczej przez „nielegalną firmę Strojenie Zielonych czy coś tam”. Scena jest opisana brawurowo, a M zamiast się przestraszyć wychodzi beztrosko z urzędu, niczym wtedy, kiedy po horrorze zakończenia roku szkolnego 1969/1970 wyskoczył przez okno. Stokowski nie żałuje gorzkich słów, pisze: „że to nowo budowane państwo, to, na które M tak bardzo czekał i którego rozkwitu tak pragnął, jakoś dziwnie go nie lubi. Nie lubiło go podobnie jak tamto poprzednie, to rządzone przez brygadę zainstalowaną tu przez ruskie wojsko. Teraz państwo niby było własne, ale czuł, że ono go traktuje jak wroga albo jak zwierzynę łowną do odstrzału”. Smutne to słowa, ale czy nieprawdziwe? Stokowski potrafi czasem zbudować takie bardzo wyraziste scenki, tworzy takie mi-krosytuacje, które mówią bardzo wiele, więcej niż długaśne opisy. Taki jest fragment z panią w białej toyocie, która pobłądziła i nie może odnaleźć drogi na Elbląg i Warszawę. Obraz jest metaforyczny; jej pewność siebie, a nawet buta, język będący pomieszaniem pogardy dla pegeerowców, wstydu za „ten dziki kraj”, angielskich słówek i zaklęć („To jest nieprofesjonalne!”) okazują się tylko parawanem nieudolnie skrywającym zagubienie i bezradność wobec życia. Obok jakże trafnych opisów tej skrzeczącej rzeczywistości są w książce poematy prozą. Żuławiacy powinni podziękować autorowi za przepiękny opis swej krainy, w której: „Wszystko było przemieszane: dawne morze z czarnoziemem, pszenica z bursztynem, płaskodenna delta rzeki z pasmem niskich wzgórz na horyzoncie, drewniane wiatraki z wieżami kościołów”. Porywający jest też obraz zamku krzyżackiego w Malborku, tak pięknego i potężnego, że aż strach go opisywać, więc lepiej skupić się na człowieku, na ujrzanej przy murach kobiecie, bo niezależnie od tego, kim ona była, czy „mieszkanką okolic, Cyganką, turystką z Bałkanów czy tylko mirażem, nieostrym obrazem w kinie pod sklepieniem czaszki - M widział w niej Miriam z Nazaretu i zydlungów”. Marienburg to przecież Gród Marii. Ta „cicha, żydowska dziewczyna” jest symbolem wszystkich matek, dla których liczy się tylko jedno, Marek Stokowski napisał to już wcześniej w „Prowincji , w wierszu „Malborska Madonna”: Przede wszystkim chroniłam dziecko. Osłaniałam je aż do końca, chociaż wiedziałam, że musi umrzeć. Święta Rodzina z zydlungów, czyli osiedla Nowy Jar, pojawia się na kartach powieści kilka razy. W noc wigilijną para wędrowców, o których niewiele można powiedzieć, 38 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła może tylko to, iż kobieta była brzemienna i „że to oni rozsiewali wielką ciszę”, zaszła do zagrody Ladachów. I w Boże Narodzenie w tym najbiedniejszym obejściu w całej wsi znowu urodziło się dziecko. Zastanawiam się nad znaczeniem tego obrazu, może to symbol Łaski Boskiej, której nie dostrzegamy na co dzień. Zabiegani, zapracowani, objuczeni rzeczami i kredytami, przestaliśmy dostrzegać to, co naprawdę ważne. I nawet kiedy koło nas pojawi się Maryja, Józef albo nawet Chrystus to ich nie dostrzegamy. Wspominamy Jana Pawła II, ale najchętniej przypominamy sobie historię z wadowickimi kremówkami, a jego nauczanie już trochę zapomnieliśmy. Słuchamy słów papieża Franciszka, ale nie do końca staramy się je zrozumieć i odnieść do siebie. W zakończeniu powieści anioł Ar-fiel mówi do M, że trzeba odrzucić od siebie egoistyczne pragnienie chwały i zasług. „To bywa trudniejsze od wyrwania sobie jelit, ale tylko będąc wolnym od tego pragnienia, stajesz się pragnieniem łaski i ona przechodzi przez ciebie, jak światło. [...] To nie ty, nie twoje ręce i najgorętsze nawet słowa przywracają ludziom zdrowie. Łaska nie wypływa z twojej woli. Jest z wiecznego miłosierdzia”. Nie są to łatwe wymagania, ale taka jest prawdziwa wiara. Na pewno nie jest prosta, łatwa i przyjemna, o czym, w czasach dogadzania sobie i pozornego ułatwiania życia, często zapominamy. Imię anioła to przecież Rafael, jego imię oznacza Bóg uzdrawia. A on sam to „jeden z siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12,15). W powieści jest także obecna nowsza historia - bohater spotyka kobietę i dziewczynę z wojennego transportu. „Westpreussische Kleinbahnen były zawsze opłacalne i nadzwyczaj funkcjonalne! Przed wojną zwoziły buraki wprost z pól do cukrowni. Jak zaszła potrzeba, to w tych samych buraczanych lorach woziły ładunki do nadmorskiej wioski Stutthof- tysiące, tysiące podludzi przeznaczonych do morderczej pracy i w końcu do pieca. Praktyczne. Rozsądne”. I nic dziwnego, że kiedy M i Wabi przemierzą Żuławy, to zatrzymają się w Sztutowie, aby tam przed zamkniętą bramą obozu pomodlić się żarliwie za wszystkich, których tu pomordowano, ale także za ofiary lagrów, lagrów i tych, którzy „wyli z bólu i ginęli w takich lub podobnych miejscach, w różnych krajach i na różnych kontynentach”. Czytając książę zastanawiałem się, jak to się skończy? Dokąd doprowadzi autor naszych bohaterów, czy porzuci ich na zimowym brzegu Bałtyku, albo jeszcze wcześniej? Nie zdradzę, jaki koniec ma ta historia - jedno mogę powiedzieć: zakończenie jest świetne i zupełnie mnie zaskoczyło. Nasuwa się jednak pytanie - czy to koniec powieści, czy całej trylogii. Po prawdzie nie wyobrażam sobie ciągu dalszego. Ale może mam za małą wyobraźnię... Trylogia Marka Stokowskiego jest dziełem zadziwiającym, momentami chwyta za gardło, czasem śmieszy do łez, a nieraz wzrusza. Jest dokładnie tak, jak napisano na tylnej stronie okładek „Stroiciela...” i „Kina...”, w tym miejscu, gdzie umieszcza się zwyczajowo tzw. blurb, czyli notkę reklamową. Zwykle są to cytaty znanych osób, które mają nas zachęcić do zakupu. Autor, który zawsze i wszędzie porusza się swoimi ścieżkami, pomieścił tu opinie znanych nam postaci powieściowych: M, Kosakowej, Wyżykowskiego, Bernatowicza a nawet Bomby na wodę. Posłużę się tu parafrazą wypowiedzi psa Wabiego, że są to: „Zwariowane powieści o Polsce. Na szczęście o trudnych sprawach mówi się tutaj Andrzej Kasperek 39 z psim humorem”. W „trójkowej” audycji o „Kinie krótkich filmów” redaktor Bugalski powiedział, że jest to „książka jak plaster na polskie rany”. Miał rację. Chciałbym, żeby te powieści były czytane, żeby je doceniono tak, jak na to zasługują. Bo do tej pory mimo życzliwego patronatu PR3, mimo rewelacyjnego czytania owych powieści przez kabaret Mumio oraz kilku recenzji i paru zdawkowych notatek dzieło artysty z malborskiego zamku i ryjewskich lasów nie trafiło na listy najlepszych książek wydanych po 1989 roku. Co jest tylko chwilowym (jak mniemam) przeoczeniem i zaniedbaniem. Można to łatwo naprawić. Zapraszam zatem do lektury. Bo warto! 40 Kontemplacja minionego w poezji Romana Tkacza Katarzyna Laskowska KONTEMPLACJA MINIONEGO W POEZJI ROMANA TKACZA Roman Tkacz urodził się w 1946 roku w Pruszczu Gdańskim. Przez większą część życia mieszkał w Lasowicach Wielkich koło Malborka. Pracował w Kombinacie Rolnym „Nogat”, następnie w Nowostawskim Ośrodku Kultury. Jego przygoda z poezją zaczęła się jeszcze podczas służby wojskowej w latach 1966-1967. Był wówczas członkiem zespołu estradowego „Ki-rasjerzy”, pisał teksty piosenek żołnierskich. Jako poeta zadebiutował w 1983 roku na łamach tygodnika „Wiadomości Elbląskie". Pięć lat po pierwszej publikacji ukazał się tomik „Stacja snów” (Elbląg 1988). Utwory Tkacza znalazły się również w antologiach: „Szept północnego wiatru” (Sztum 1991) oraz „Ziemia elbląska sercu najbliższa” (Malbork 1996). Oprócz poezji, autor zajmował się malarstwem oraz grafiką, brał udział w wystawach plastycznych. Zmarł w 2008 roku. W kształtujących Stację snów nielicznych wypowiedziach poetyckich nie zetkniemy się z ani jednym wierszem, którego tematem jest żuławski pejzaż. Cechą charakterystyczną wierszy Tkacza są poetyka nostalgii, tęsknota za czasem minionym i zwrot ku przeszłości. Rodzima przestrzeń nie pojawia się w utworach poety, a miejsca nieobecnego krajobrazu Żuław zajmują „znaki nostalgiczne”. Język poety jest emocjonalny, podporządkowany funkcji emotywnej odwołującej się do uczuciowości odbiorcy. Podmiot mówiący w tekstach Tkacza zagnieżdża się w sensualnie zakodowanej przeszłości, która ożywa dzięki poetyckiemu słowu. Tkacz obnaża swą wrażliwość i jako poeta-nostalgik -mówiąc za Markiem Zaleskim - „zajmuje postawę uczuciowo zaangażowanego spektato-ra”. Nostalgik odwołuje się do empatii, do języka uczuć i do tego, co umyka racjonalizacji. Autor Form pamięci podkreśla, iż „nostalgiczność jest rodzajem oglądu świata”, a przede wszystkim to rodzaj doświadczania czasu minionego. „Nostalgia umieszcza ideał w przeszłości”, a dła mówiącego podmiotu „liczą się (...) przede wszystkim uczucia związane z owej przeszłości doświadczaniem”. „Ja” nostalgiczne porusza się zawsze po przestrzeniach minionych, a teraźniejszość jest mu obca. W utworach Tkacza poetyckie miejsca dawne, miejsca „sprzed”, miejsca „kiedyś” są przez podmiot kontemplowane i przeżywane ponownie. Tkacz tęskniąc za „dawnym”, pod osłoną nocy, zanurza się w przeszłość: Są takie noce Kiedy po omacku otwieram książkę mojej pamięci Przewracając stronice wraz z sobą W myślach odtwarzam rozdziały lat Korowód osób znanych i bliskich z wiekiem maleje A historie i przeżycia ciągną się, aż po świt To lektura nic do poduszki Sen nie mogąc przebić pola wspomnień Katarzyna Laskowska 41 Błądzi w poświacie księżyca Powieść jeszcze się nie kończy, Choć już blednie najdłuższa z nocy. Sytuację liryczną określają ramy temporalne, które decydują o wykonaniu swego rodzaju „gestu zawężającego” polega on na okrojeniu czasu owej sytuacji; wobec którego paralelna okazuje się pamięć mówiącego podmiotu („Korowód osób znanych i bliskich z wiekiem maleje”). Noc jest czasem, w którym praca pamięci i tęsknoty są najaktywniejsze. Noc odziera zasłonę z teraźniejszości oraz ujawnia to, co ukryte przed światłem dziennym. W ciemności, która posiada moc transformacji, ożywa to, co martwe. Mrok umożliwia zmysłowe percypowanie „dawnego”, nurzanie się w „minionym”. Jednak celem Tkacza nie jest rekonstrukcja przeszłości, wskrzeszenie lat przeszłych. Praca jego pamięci nie posiada charakteru retrospektywy. Tkacz kontempluje, z tkliwością wnika w nieistnienie. „Ogląd nostalgiczny - jak dowodzi Zaleski - bliski jest czułej, a nawet miłosnej kontemplacji”. Nastawione na emocjonalne doznania rozpamiętywanie, rozkoszne akty powtórzeń oferują obraz pasywny, nie posiadają charakteru poznawczo-we-ryfikującego wobec czasu przeszłego. Chęć trwania w tym, co już miało miejsce, nie jest głosem tęsknoty za konkretnym wydarzeniem czy konkretną przestrzenią. Nostalgia podmiotu polega na rozpamiętywaniu siebie dawnego, dlatego podmiot teraźniejszy to osobowość ukształtowana poprzez utratę oraz spowodowaną nią tęsknotę. Nieustanne roztrząsanie przeszłości, nieskonkretyzowane gesty replikacyjne warunkują „zmąconą estetykę nostalgii”, która rodzi piękny ból wraz z bolesnym pięknem. Leksykałno-obra-zowa warstwa utworu Tkacza zorganizowana jest wokół figury księgi, podmiot zaś posługuje się „librometaforyką”. Semantykę tekstu konstytuują wyrazy związane z książką („stronice”, „rozdziały”, „lektura” czy „powieść”), która w myśleniu archetypicznym jawi się jako prastary symbol ludzkiej egzystencji. Tkacz cofa karty, zdaje się, że czyta księgę od tylu. W tekście żuławskiego poety księga jest przede wszystkim znakiem czasu minionego, sygnuje przeszłość, w którą podmiot z lubością się zanurza i ktrórą z rozkoszą kontempluje. Przywoływanie przeszłości, emocjonalne nurzanie się w obrazie budowanym z powtórzeń nadają podmiotowi niejako kondycję rozbitka dryfującego w aktualnej rzeczywistości. Wszelkie zwroty wstecz decydują o jego biernej postawie wobec czasu teraźniejszego. Wszystkie poetyckie artykulacje budujące Stację snów zorganizowane wokół nostalgicznej wrażliwości, ufundowane na rozrzewnieniu mają charakter kontemplacyjny. Wypowiadający się w owych utworach podmiot doświadcza rzeczywistości poprzez uczucie nostalgiczne, a werbalizacji dokonuje za pomocą języka emocjonalnego. Warto zwrócić uwagę na tytuł zbioru, który wbrew pozorom oferuje obraz mało dynamiczny. Stacja snów informuje o niejako podwójnej translokacji. Mówienie o stacji zdaje się wprowadzać w sytuację tranzytową, podobnie dzieje się w przypadku snu rozumianego jako swoista podróż świadomości. Jednakże wizja podróży zostaje w pewien sposób ustatyczniona, bowiem mamy do czynienia z jedną stacją. Jest to stacja, w której zatrzymany został czas, na której gromadzą się sny i w gruncie rzeczy, na której panuje tłok — stacja jest jedna, 42 Kontemplacja minionego w poezji Romana Tkacza snów wiele. Sny zaś te dotyczą przeszłości będącej swego rodzaju „pożywką” nostalgicznego podmiotu odbywającego podróż wstecz. Stacja snów pozwala na kontemplacyjne zanurzenie w minionym. Twórczość Romana Tkacza, podobnie jak wiersze Danuty Bieszczad-Partyki, okazuje się wyróżniać na tle poetyckiej aktywności żuławskich literatów. Tego poetę nie zajmuje konkretna przestrzeń, koloryt lokalny jest mu tematycznie obcy. Tkacz poetycko nie identyfikuje się Żuławami. Zanurzony w przeszłość nostalgik zajmuje pasywną postawę wobec teraźniejszej czasoprzestrzeni. Analogiczny wobec bierności podmiotu jest brak artykulacji rodzimego pejzażu, brak lokalnej toponimii oraz figur konotujących z fizycznym ukształtowaniem regionu. I mimo, iż dorobek poety jest skromny, zasługuje na dokładniejszy ogląd, wnikliwszą analizę. Piotr Wiesław Rudzki 43 Piotr Wiesław Rudzki „I TYLKO JEDNO JEST ZDARZENIE: DWORZEC”. - PROWINCJA, KOLEJ I MELANCHOLIA Dworzec w poezji Kazimierza Wierzyńskiego to punkt, do którego stale się powraca. W pierwszej kolejności na dworzec wydają się powracać mieszkańcy prowincjonalnego miasteczka, o których traktuje wiersz Dworzec z tomu Wróble na dachu (1921), a więc ci, którzy nie chcą się pogodzić ze swoim statusem prowincjuszy. Wśród nich najliczniejszą grupę stanowią najprawdopodobniej „Panny, co tęsknią z pustego peronu, / Skąd wieje dusza prowincji i spleenu”1. Dlaczego ich wybór pada akurat na stację kolejową, a nie np. na rynek z kościołem...? Okazuje się, że - na nudnej małomiejskiej mapie - jest to, według nich, jedyny punkt ciekawy i godny uwagi. To tu docierają pociągi z różnych stron kraju. To tu, jeśli już można o tym w ogóle mówić, coś się dzieje i wydarza. To miejsce, które posiada wagę „zdarzenia”. Wzmiankuje o tym Wierzyński już w pierwszej strofie -przy okazji formułując własną, oryginalną, poetycką definicję prowincji: Są takie miasta, o których nie można, Choćby się nawet i chciało coś orzec: Uliczki, rynek, plebania pobożna - I tylko jedno jest zdarzenie: dworzecd Dlaczego warto przychodzić na dworzec kolejowy? Odpowiedź jest prosta: w istniejącym na stacji rozkładzie jazdy uwzględnione zostało jedno połączenie z dużą aglomeracją miejską. Z którą? Czyżby chodziło o połączenie z miastem stołecznym Warszawą? Ten trop wydaje się właściwy. Wskazuje na niego wtręt w nawiasie: „(O, melancholio stołecznych kurierów)”. Jeśli tak, to - z perspektywy prowincjonalnych „panien” - gra toczy się o wysoką stawkę. Jest nią, tylko albo aż, pięciominutowy postój pociągu do Centrum, w trakcie którego, dzięki „dziwnemu światu okien wagonu , można przeżyć swoiste katharsis: odbyć oryginalną, osobistą i ekscytującą „Podróż po bajkach 3. Póki co jest to oczywiście tylko rodzaj ekwiwalentu przyszłej, potencjalnej, prawdziwej podróży. Prostokątne okna wagonu przywołują na myśl pojedyncze klatki filmowe. I w jednym, i w drugim wypadku mamy do czynienia z nowoczesnymi nośnikami iluzji. W sumie, Cytat [za wydaniem:] K. Wierzyński, Poezja i proza, t. 1: Poezja, wybór i posłowie M. Sprusiński, Kraków 1981, s. 65. -Wszystkie cytaty z wiersza Dworzec w tekście niniejszego przyczynku pochodzą z tego wydania. 2 Tamże. O tym, że dworzec w jakimś sensie jest także teatrem, pisze Stanisław Czycz (Ajolj; „odprowadził mnie wtedy do pociągu zatrzymał się tam zdawał się być zachwycony «dlaczego mi nigdy nie mówiłeś o tym?», odprowadzał mnie potem często i kupując peronówkę mówił «popatrz, tak tanio a przecież widowisko warte skarbów faraonów, i oczu faraonów, w tak skromnej salcei na tak skromnym uboczu ten teatr narodów» [■■•]”•- Cytat [za:] J. Orlik, Manifest dworcowy. Kilka słów o ukrytym potencjale, [w:] „Autoportret” 2003, nr 2, s. 3. 44 „I tylko jedno jest zdarzenie: dworzec”. - Prowincja, kolej i melancholia aby - nie opuszczając peronu lub fotela kinowego - móc odbyć „podróż” po miejscach, w których się nie było i nigdy nie będzie, wystarczy „wprawić w ruch ” złożony z wielu wagonów (i okien) skład lub aparaturę z błoną filmową w kabinie projekcyjnej. Warto jeszcze dodać, iż pięciominutowa „projekcja” przyjazdu pociągu na prowincjonalną stacyjkę, z punktu widzenia „panien”, może posiadać pewną przewagę nad projekcją kinową, gdyż nic nie kosztuje - aby w niej uczestniczyć, „widzowi ” nie potrzebny jest żaden bilet4. (Notabene: kolej pojawia się w kinie od samego początku - pierwszy ruchomy obraz Louisa Lumiere z 1895 r. dokumentuje Wjazd pociągu na stację La Ciotat; tuż po nim powsta-ją inne5). Ponadto: prostokątne okna wagonu mogą kojarzyć się z prostokątnymi, przeszklonymi, przeogromnymi oknami wielkomiejskich witryn. O podobnej sytuacji pisze Marek Bieńczyk, który - omawiając kwestię luster melancholii - odwołuje się do twórczości Flauberta. Do takich właśnie okien, podczas balu, przylegają gęby chłopów, którzy, z perspektywy ogrodu, obserwują z zazdrością to, co się dzieje w środku: klasę strojów wieczorowych, bogactwo przyrządzonych potraw, wreszcie przygaszanie lamp, przechodzenie gości do sali bilardowej i odwróconą, na dźwięk tłuczonego szkła, twarz pani Bovary. Do takich właśnie tafli szkła podchodzą w wielkich miastach setki ludzi, którzy - kierowani ciekawością, kuszeni przejrzystością szyb i podekscytowani widokiem wnętrza - natychmiast, przez tę samą szybę zostają powstrzymani. Po raz pierwszy do takiej sytuacji dochodzi prawdopodobnie w Paryżu, w 1836 r. - w dniu, w którym otwarty zostaje pierwszy sklep eksponujący na wystawie ogromną ilość towarów, i w którym do słownika języka francuskiego wkracza słowo „witryna”. Z biegiem lat we Francji pojawi się jeszcze, odnoszące się do dotykania towarów przez szkło, wyrażenie: „lizanie witryn” (leche-vitrine) - a w Anglii: „kupowanie przez szybę” 4 Wyjątek w tym zakresie mogły stanowić duże dworce, na których, aby dostać się na peron, trzeba było wykupywać specjalne bilety peronowe, tzw. peronówki. 5 O popularności tematyki kolejowej w początkach kinematografii pisze Wojciech Tomasik. - Zob.: W. Tomasik, „Szalona lokomotywa” albo Witkacy kontra Zola, [w:] tegoż, Ikona nowoczesności. Kolej w literaturze polskiej, Wrocław 2007, s. 170-171. Piotr Wiesław Rudzki 45 (window shopping). Człowiek; który nie może przejść na drugą stronę szyby i ugasić swojego pragnienia lub pożądania, to „melancholijny Narcyz konsumpcji”6. Najpierw - dla bliźnich, którzy, dzięki swojej pozycji społecznej, poruszają się po przestrzeni wewnętrznej, wchodzą w posiadanie cennych przedmiotów i, w tym samym momencie, krzyżują wzrok z mężczyzną, którego oblicze jest wyrazem, bynajmniej, nie mitologicznego piękna, lecz merkantylnej „klęski pragnienia”. Na końcu, po ostatecznym odnalezieniu na szklanej tafli wystawy własnego odbicia - dla samego siebie. Ów wizerunek jest znakiem czasu. To grymas na twarzy człowieka współczesnego (nowoczesnego) - „jedna z najbardziej melancholijnych alegorii społeczeństwa konsumpcyjnego” . „Panny, co tęsknią z pustego peronu”, zanim zobaczą przed sobą odbity grymas własnych twarzy, na samym początku - podczas postoju pociągu - zapewne obserwują to, co się dzieje za oknami wagonu: toalety podróżnych, ich szyk, klasę i smak, a także pojedyncze, ekskluzywne przedmioty (binokle, biżuterię, bezcenne bibeloty itp.). „Wystawie” towarzyszy pewnie także pokaz dobrych manier - ktoś w skupieniu otwiera okno, ktoś kogoś powoli, w myśl zasad savoir-vivre’u, przytula, ktoś z kimś po cichu prowadzi dialog w języku francuskim... ...8 Pojawia się pytanie: Dokąd ci ludzie jadą? Kim są? Wraz z upływem czasu - w oczach „panien” - prostokątne okna wagonu przekształcają się w przeszklone witryny Warszawy. (Wszak interesujący nas pociąg zdąża, jak już to ustaliliśmy, do stolicy). Co w nich widzą? Co sobie one w nich wyobrażają? Najprawdopodobniej to samo, co widzą ludzie z wiersza Józefa Czechowicza pod dworcem głównym w warszawie (1936), których nie stać jest na wejście do wnętrza przydworcowej restauracji: „w niklach bufet”, „fontanny kwiatów”, „alkoholu symfonie”, a także „fugi jarzyn i mięsa”9. - Właściwie Wierzyński nie kłamie. Wizyta na dworcu to „Podróż po bajkach”. W końcu, po odjeździe pociągu, ludziom z prowincji pisany jest powrót do domów: I każdy wraca powoli do domu, Zując tęsknotę tępą, nieodgadłą. W mieście nie mówi się o tym nikomu, Choć wszystko kryje się w słówku: przepadło.10 Tylko czy w przypadku ludzi, którzy nie odbyli żadnej podróży (pociągiem), którzy nigdzie nie wyjechali ani znikąd nie przyjechali, można mówić o powrocie? Wszak nie należą oni do grupy tych, którzy, na przykład, tuż po załatwieniu konkretnych spraw M. Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 2012, s. 68. Tamże, s. 67-68. Właściwie, w trakcie wizyty na dworcu, przejrzysta jak kryształ wydaje się być nie tylko szyba („witryna ) wagonu, lecz wręcz cała przestrzeń. Joanna Orlik pisze: „Istnieje pewien rodzaj dworcowej zadumy, melancholii, w którą się wpada, gdy tylko stajemy w środku. Rzeczywistość zyskuje przejrzystość kryształu, widzenie wyostrza się, odcięte zostają codzienne pospieszności, zostajemy sami - wśród innych, tak samo samotnych, tak samo w tej chwili bezdomnych. Odcięci od naszej małej stabilizacji, wytrąceni z bezpiecznych kryjówek, chłoniemy wszystko, co nas otacza - informację o godzinie odjazdu, komunikat nadawany przez megafon, porozumiewawcze spojrzenia dworcowych złodziejaszków . —J. Orlik, Manifest dworcowy. Kilka slow o ukrytym potencjale, [w:] „Autoportret” 2003, nr 2, s. 3. Cytat [za wydaniem:] J. Czechowicz, Pisma zebrane, t. 1: Wiersze i poematy, oprać. J.F. Fert, Lublin 2012, s. 242. Cytat [za wydaniem:] K. Wierzyński, Poezja i proza, t. 1: Poezja, wybór i posłowie M. Sprusiński, Kraków 1981, s. 65. 46 „I tylko jedno jest zdarzenie: dworzec”. - Prowincja, kolej i melancholia w stolicy, znaleźli się po raz wtóry na peronie w swoim niewielkim miasteczku i wąską, brukowaną uliczką ponownie podążają do swoich siedzib11. Wydaje się, że możemy mieć tutaj do czynienia z odwróconym porządkiem. „Panny”, które jeszcze przed chwilą doświadczały - „z pustego peronu” - uczucia tęsknoty, teraz, po odbyciu pozornej podróży, tak samo pozornie „wracają” do domów. W ich przypadku, jeśli już, trzeba mówić raczej nie o drodze z dworca, lecz o drodze na dworzec: o powtarzanym raz w ciągu doby rytuale, którym jest cykliczny „powrót” na peron12. Prawdopodobnie ów rytuał posiada cechy tradycyjnej liturgii religijnej, w której, na przykład raz w tygodniu, uczestniczy człowiek proszący Boga (Absolut) o odmianę własnej, obecnej, trudnej do zaakceptowania sytuacji egzystencjalnej13. W tym ujęciu dworzec posiada charakter magiczny i mistyczny. „Panny”, przychodzące tu pod kątem „modlitwy”, wierzą, że za tydzień lub rok karta ich losu odwróci się o 180 stopni: za jakiś czas ich status prowincjuszek zostanie zmieniony, staną się prawdziwymi podróżniczkami i - tuż po kupieniu biletu na przejazd i dotarciu pociągiem do stolicy - przeistoczą się w dumne panny „miastowe”. To dopiero w Centrum będą pełnymi beneficjentkami nowoczesności - pójdą do prawdziwego kina i, po obejrzeniu witryn, dokonają w wielkich sklepach prawdziwych, wielkich, trudnych do wyobrażenia zakupów. W jakimś stopniu powyższe rozumowanie pieczętuje historia pojęcia dworca (stacji). W języku angielskim słowo station pierwotnie odnosi się do miejsca postoju, na przykład statków (naval station)', jednak od połowy XIX w. jest ono łączone głównie z koleją; pierwsze stacje to place, na których wyładowywane są, transportowane pociągami, towary, takie jak węgiel, drewno czy bawełna; temu znaczeniu towarzyszą konotacje - dyscyplina, porządek, organizacja; nowoczesne państwo, poza stacją kolejową (railway station), włącza do swojego słownika wyrażenia police station i military station. Wreszcie station to także pozycja społeczna, status, poziom życia, gdyż na stacji można zaobserwować ruch zarówno w planie poziomym (przemieszczanie się ludzi w przestrzeni fizycznej dyktowane podziałem pracy i cyrkulacją kapitału), jak i pionowym, na osi góra - dół (przemieszczanie się jednostek w kierunku wyżyn społecznych). W wierszu Wierzyńskiego „panny” pragną wykonać ruch „do góry”, a więc przekroczyć społeczną barierę (getting above your station): porzucić prowincję, przenieść się do stolicy kraju i uzyskać wyższy status. Czy jest to możliwe... ? Chyba nie. Ich „głód egzystencjalny, tak jak czysto biologiczne „głody człowiecze” pokazane pod Dworcem Głównym w Warszawie (Czechowicz), najprawdopodobniej jest niemożliwy do zaspokojenia. Z perspektywy „panien” dworzec okazuje się być fortyfikacją, która blokuje każdy ruch „do góry” - jedną " Obraz dworca, który kreśli w swoim wierszu Wierzyński, pozwala przypuszczać, iż raczej mamy do czynienia z obiektem położonym na peryferiach miasta, a nie w jego centrum („każdy wraca powoli do domu”, a więc prawdopodobnie pokonuje dłuższą drogę). Problem położenia dworców kolejowych porusza Jacek Wesołowski. - Zob.:J. Wesołowski, Między koleją a miastem. O lokalizacji dworców kolejowych, [w:] „Autoportret” 2003, nr 2, s. 12-15. 12 O potrzebie powrotu na dworzec pisze także, cytowany już wcześniej, Stanisław Czycz (Ajol): „[...] czasem szliśmy tam wcześniej niż potrzebowałem i potem wychodził ze mną na peron i myślałem nieraz że gdy już ruszał mój pociąg i odjeżdżałem on jeszcze tam wracał". - Cytat [za:] J. Orlik, Manifest dworcowy. Kilka słów o ukrytym potencjale, [w:] „Autoportret” 2003, nr 2, s. 3. "W XXI w. pojawi się postulat wykorzystania przestrzeni dworców kolejowych dla wydarzeń kulturalnych, który będzie się odwoływał do naturalnej potrzeby rytuału: „Budynek dworca skłania do refleksji. A jeśli głównym celem sztuki jest sprawić, żeby coś się w środku nas wydarzyło, jeżeli głównym jej zadaniem jest przestawić nas na moment na inne tory (sic!), to dworzec z natury rzeczy nadaje się do tego celu doskonale. [... ] Potrzebujemy ceremonii, sztafażu i rytuału”. - Tamże. Piotr Wiesław Rudzki 47 z biblijnych „twierdz Jerycha” (Czechowicz) i „Bastylią epoki nowoczesnej”14. Z tego powodu zmuszone są zwiesić głowy, opuścić zabudowania dworca i - „żując tęsknotę tępą, nieodgadłą” - po raz wtóry skierować swe kroki do domów. Mechanizm ich melancholii polega na stracie „ziemi obiecanej” (Centrum), a więc miejsca postrzeganego jako egzystencjalny punkt odniesienia, w którym chciałyby się znaleźć, lecz w którym dotąd nie były i najprawdopodobniej już nigdy nie będą. Tylko czy można nosić w sobie poczucie „straty” czegoś, czego tak naprawdę nigdy się nie posiadało? - Bieńczyk odpowie: można15. Wydaje się, że Wierzyński w swoim wierszu - w przeciwieństwie do przywoływanego powyżej utworu Czechowicza - tak naprawdę jest daleki od stosowania retoryki buntu. Obraz, który szkicuje, emanuje spokojem. Dworzec małomiejski - w przeciwieństwie do Dworca Głównego - nie jest tutaj jaskrawym symbolem społecznej krzywdy. Właściwie trudno nawet byłoby go traktować w kategorii emblematu niesprawiedliwości i poniżenia. „Panny” idą do swoich domów, w których najprawdopodobniej czeka na nie „ciepła strawa i ciepły kąt” - w których mogą zaspokoić swoje podstawowe potrzeby bytowe. Ich sytuacja nie jest dramatyczna i nie wymaga żadnej interwencji. Obserwator, o ile można go założyć, jest pogodzony z losem i zdystansowany. Być może jego relacja jest relacją kogoś, kogo status społeczny - względem prowincjuszy i „panien” - jest wyższy: kogoś, kogo stać jest na bilet kolejowy, kto ma już za sobą liczne podróże pociągiem i nie traktuje dworca jako jednej z „twierdz Jerycha”, lecz jako punkt, w którym można rozpocząć każdą wakacyjną przygodę. Ten ktoś może pozwolić sobie na krótki, jednodniowy wypad do Stanisławowa lub Dębicy. Ten ktoś może pozwolić sobie na pójście do kina, na przykład na grany naonczas film pod tytułem Miłość nie ma nigdy kresu. Ten ktoś zna z autopsji szyldy i witryny wielkich sklepów. Taki akurat jest bohater - pomieszczonego w tym sa-mym zbiorze, co Dworzec — wiersza Wakacje, który w ostatniej strofie wykrzykuje: Świat się hołysze, jak szyld, ponad głową, W latarniach księżyc sadowi się na noc. Wakacje! Do was powracam na nowo! Jutro o piątej na dworcu! Dobranoc!16 Obydwa wiersze Kazimierza Wierzyńskiego pochodzą z tzw. drugiego okresu działalności grupy poetyckiej Skamander (około 1919-1928). Wkażdym z nich można doszukać Zob.: W. Tomasik, Kolej i nowoczesna tożsamość. Trzy analizy, [w:] tegoż, dz. cyt., s. 211-218 [podrozdział 3. Na dworcu i pod dworcem... ]. Jeśli dworzec, o którym traktuje Wierzyński, jest położony, jak zakładamy, na peryferiach miasta, stanowi on wydzieloną przestrzeń, „obiekt zamknięty” (Wesołowski), a więc rzeczywiście może kojarzyć się z „twierdzą (Czechowicz). Na drugim biegunie będzie dworzec usytuowany w śródmieściu, który uważany jest za przedłużenie miasta i przez to obiekt ogólnodostępny dla jego mieszkańców (nie tylko dla podróżnych). - Zob.: J. Wesołowski, Między koleją a miastem. O lokalizacji dworców kolejowych, [w:] „Autoportret 2003, nr 2, s. 12-15. Sytuacja „panien" może przypominać sytuację osób dotkniętych acedią: „Sytuacja acidiosus jest więc paradoksalna i bez wyjścia. Tkwi on w wyrwie między pragnieniem a niedostępnym, utraconym obiektem miłości, skazany na kontemplowanie celu, który wyznaczyła mu sama niemożność jego osiągnięcia. I zarazem nie może skutecznie dopełnić swej ucieczki, doprowadzić jej do końca, jako że nie ucieka się prawdziwie przed czymś, czego faktycznie nie można osiągnąć . - M. Bieńczyk, dz. cyt., s. 104-105. " Cytat [za wydaniem:] K. Wierzyński, Poezja i proza, 1.1: Poezja, wybór i posłowie M. Sprusiński, Kraków 1981, s. 52. 48 „I tylko jedno jest zdarzenie: dworzec”. - Prowincja, kolej i melancholia się, przyjętych przez „skamandryckie stronnictwo”, wspólnych tendencji grupowych. Członek „wielkiej piątki” posługuje się mową potoczną (tworzywo liryki), promuje witalizm, a więc „życie”, cywilizację, codzienność i wartości o charakterze komunionistycz-nym (poczucie wspólnoty z masą ludzką), przy tym nieobcy jest mu futuryzm (nowa cywilizacja urbanistyczna) i ekspresjonizm (problemy zbiorowości i ekstatyczna liryka dionizyjska). Zgodnie z witalistyczną filozofią życia kreuje wzór osobowy silnego człowieka, który aprobuje życie pomimo jego złożoności i dramatyzmu (Nietzsche i Bergson). Na popadające w melancholię „panny” z prowincji wydaje się patrzeć z dystansem typowym dla wyznawcy idei elan vital, który neguje schematy, przyzwyczajenia i wszelką statyczność. W swojej poezji realizuje także ważny postulat prezenteizmu - „jest poetą dnia dzisiejszego”, „poetą uczestnikiem”, który nawet we wnętrzu własnego przedziału, podczas krótkiego postoju pociągu na niedużej stacji, potrafi wczuć się w stan ducha dostrzeżonych na peronie autochtonów („panien”) i odtworzyć go przy pomocy ulotnej na-strojowości (Dworzec)17. W tym czasie jednak górę nad melancholią bierze młodzieńczy optymizm: „Kwiat jest pogodny, a człowiek jest pełnym fantazji dzieckiem, dzieckiem miasta, akceptującym w całości to swoje miasto”18. - Także to małomiejskie. 17 Zob.: J. Stradecki, Skamander, [w:] Słownik literatury polskiej XX wieku, zespól red. A. Brodzka i inni, red. naukowy serii J. Sławiński, Wrocław - Warszawa - Kraków 1993, s. 1004-1010 [Vadamecum Polonisty]. 18 P. Kuncewicz, Leksykon polskich pisarzy współczesnych, t. 2, Warszawa 1995, s. 410-412. Marek Adamiec 49 Marek Adamiec TRAGEDIA BEZ KATHARSIS O PROZIE ANDRZEJA GRZYBA 1. Wśród utworów Zbigniewa Herberta znaleźć można Ofiarowanie Ifigenii: Agamemnon jest najbliżej stosu. Płaszcz zarzucił na głowę, ałe oczu nie zamknął. Sądzi, że przez tkaninę dostrzeże błysk, który stopi jego córkę jak szpilkę do włosów. Hipiasz stoi w pierwszym szeregu żołnierzy. Widzi tylko małe usta Ifigenii, które łamią się od płaczu, jak wtedy, gdy zrobił jej awanturę o to, że wpina kwiaty we włosy i daje się na ulicy zaczepiać nieznajomym mężczyznom. Raz po raz widok Hipiasza wydłuża się niepomiernie i małe usta Ifigenii zajmują ogromną przestrzeń od nieba do ziemi. Kolchas, o oczach dotkniętych bielmem, widzi wszystko w mętnym owadzim świetle. Jedyna rzecz, która go naprawdę porusza, to obwisłe żagle okrętów stojących w zatoce, które sprawiają, że smutek starości wydaje mu się w tej chwili nie do zniesienia. Podnosi przeto rękę, aby rozpoczęto ofiarę. Chór umieszczony na zboczu obejmuje świat we właściwych proporcjach. Niewielki błyszczący krzak stosu, białych kapłanów, purpurowych królów, głośną miedź i miniaturowe pożary żołnierskich hełmów, a wszystko to na tle jaskrawego piasku i niezmiernego koloru morza. Widok jest pyszny, jeśli przywołać na pomoc odpowiednią perspektywę. Zda się, że jest to opis obrazu żywcem wyjęty z greckiej pinakoteki, ofiarowanej nie Atenie, lecz Artemidzie tym razem — to przecież Artemida nie dopuściła, by Ifigenia została złożona w ofierze; greccy mitografowie wiele robili, by ukryć ludzkie ofiary, składane bogom olimpijskim i przyjmowane przez tychże z ukontentowaniem. Niekiedy z twórcami mitów starali się polemizować greccy tragicy, kilkakrotnie powracający do motywu ofiarowania Ifigenii gwoli przebłagania bogów, zazwyczaj miała to być tragedia Agamemnona — ojca, który powinien córkę złożyć w ofierze, by powiodła się wyprawa trojańska. Ifigenię, podobnie jak Izaaka w innym przekazie, winniśmy sobie wyobrażać w najgorszym przypadku jako nieświadome, w najlepszym zaś przypadku jako szczęśliwe obiekty składane w ofierze po to, by zadowolić bogów. Szczęśliwe zakończenie w postaci ofiary zastępczej raczej było nieprzewidywalne; obowiązywała elementarna reguła, iż bogowie łakną krwi, a co za tym idzie: ofiara winna być szczęśliwa, gdyż jej cierpienie i śmierć w wyższy zostały wpisany porządek. Cierpieli tylko świadkowie i ci, którzy decyzję o nieuchronności ofiary podjęli. Chyba taka jest odpowiednia perspektywa, umożliwiająca doświadczenie katharsis - oczyszczenia. Nie powinno tutaj być miejsca dla skargi tego, kto ma być złożony w ofierze. Trzeba zamordować rytualnie dziewczynkę, by wiatr wypełnił żagle czarnych greckich okrętów, Agamemnona spotka jeszcze niemało nieszczęść, toć on jest postacią tragiczną, na razie — w Aulidzie — podjął niełatwą decyzję, by poświęcić własne dziecko. Ofiara ma jednak charakter sakralny, jaką należy przyjąć perspektywę, by opowiedzieć 50 Tragedia bez katharsis o zwyczajnym ludzkim nieszczęściu; niekiedy określanym mianem hańby, którego nie da się w żaden sposób usytuować w sferze świętości, które należy do nikczemnych ludzkich zwyczajów? 2. Kolejne tomiki małych próz Andrzeja Grzyba, ale także jego relacje podróżnicze, kreowały idylliczny świat małej ojczyzny - Kociewia. Zapiękna, Miejsce na ziemi, Okno początku i końca składały się z prozatorskich epifanii, objawiających piękno najbliższej okolicy; reportaże z wędkarskich wypraw: Łososie w krainie niedźwiedzi, Dorsze z fiordów wikingów, Niechby i w niebie były szczupaki, Dorsze orły i lemingi, Z fiordów sięgając nieba, Lofoty, czyli łowienie dorszy z Diogenesem, wreszcie Podróże po krańcach mapy - od Syberii po Norwegię realizują nader ewangeliczny model rybaczenia: jednako idzie tu o ryby jak o łowienie ludzi i poszukiwanie pięknych miejsc na ziemi. Zawsze jednak się okazuje, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, na krańcach mapy nie żyją lwy ni inne monstra, opisywane przez dawnych podróżników, ale ludzie tacy sami, niejednokrotnie sąsiedzi ze Starogardu czy Czarnej Wody. Wystarczy rano otworzyć oczy, by dostrzec piękno otaczającego świata: Po lewej stronie nieprzenikniona biel ściany. Miejsce na drzwi, których nie ma. Za tą ścianą są inne pokoje, a w nich inne światy. Po prawej stronie okno, za którym odmienia się mój świat. Nie widzę tego, ale jest tam brzoza, dwa świerki i kilkanaście jabłoni. Kwitnących białoróżowo jabłoni. Ptaki są. Słychać dzwońca, lasówkę i kosa. Wstaję. Wiem, że u wezgłowia w poszarzałych sepiach i spopielałych czerniach Matka tuli zdjętego z krzyża Syna. Na ten obraz spojrzę śmiało po mozołach dnia. Nim zasnę. Świat w prozie Andrzeja Grzyba bardzo długo był pewny, stabilny, ze stałym miejscem na ziemi, gdzie zawsze można było wrócić z wypraw na krańce mapy, gdzie zawsze można było odnaleźć stały system wartości. Aż chciałoby się powtórzyć: Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie Święty i czysty jak pierwsze kochanie, Nie zaburzony błędów przypomnieniem, Nie podkopany nadziei złudzeniem Ani zmieniony wypadków strumieniem. Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał, Te kraje rad bym myślami powitał: Kraje dzieciństwa, gdzie człowiek po świecie Biegł jak po łące, a znał tylko kwiecie Miłe i piękne, jadowite rzucił, Ku pożytecznym oka nie odwrócił. Marek Adamiec 51 Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny, Jak świat jest boży, tak on był nasz własny! Jakże tam wszystko do nas należało! Jakpomnim wszystko, co nas otaczało: Od lipy, która koroną wspaniałą Całej wsi dzieciom użyczała cienia, Aż do każdego strumienia, kamienia, Jak każdy kątek ziemi był znajomy Aż po granicę, po sąsiadów domy! Prawdziwa Arkadia. Przypomnijmy jednak, że grecka Arkadia historyczna była to najbardziej nieurodzajna kraina, gdzie znajdowała się świątynia Zeusa Likantroposa (tj. Wilkokształtnego), któremu po zachodzie słońca składano krwawe ofiary z ludzi. O tym raczej staramy się nie pamiętać, budując pozytywną wizję Arkadii, używając tej nazwy historycznej na określenie krainy powszechnej szczęśliwości. Są zatem rzeczy, o których mówić można z dumą, i są rzeczy, o których mówić nie wypada. Wyidealizowana Litwa Mickiewicza, nadniemieńskie okolice Orzeszkowej, Lwów Andrzeja Chciuka, legenda polskich Kresów w tym Abaczowszczyzna Zbigniewa Żakie-wicza, tereny, po których wędrował bohater eposu Aleksandra Majkowskiego, Macondo Marqueza, Południe Williama Faulknera, Żuławy Andrzeja Kasperka - ileż tam było piękna!... Ale także ileż tam było okrucieństwa i przemocy, świadomie przemilczanych, gdyż nie o wszystkim wypada mówić... Idylla Kociewia z opowieści Andrzeja Grzyba zaczyna ulegać rozpadowi w powieści biograficznej Jan Konrad, gdzie pojawia się imperatyw umierającego ojca bohatera, nakaz: „pamiętaj”. Przecież nie można o wszystkim pamiętać, przecież pamięć niejednokrotnie bywa określana mianem nieszczęścia. Szczęśliwi chyba są ludzie, którym dana jest łaska zapominania; ostatecznie nie o wszystkim chce się pamiętać. Nawet ci, którzy mają bardzo dobrą pamięć, nie o wszystkim chcą mówić. Z różnych powodów, by raz jeszcze nie wracać do straszliwych czasów, niekiedy dlatego, że: [•■■] com widział, opowiem - po śmierci, Bo w żyjących języku nie ma na to głosu. Czasami lepiej jest nie wiedzieć, opowieść, nawet jeżeli jest prawdziwa, może być krzywdząca — nie trzeba tutaj od razu sięgać do dziejów Edypa. Rzecz w tym, że świat kreowany przez Andrzeja Grzyba opiera się na zasadach elementarnej ludzkiej uczciwości, niczym o Herberta: jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci [...] musimy zatem wiedzieć policzyć dokładnie zawołać po imieniu opatrzyć na drogę 52 Tragedia bez katharsis w miseczkę z gliny proso mak kościany grzebień groty strzał pierścień wierności amulety 3. Każda idylliczna kraina ma swoich odmieńców, szaleńców, ludzi zachowujących się niestosownie w miejscach publicznych, których dla zachowania pozytywnego wizerunku społeczeństwa nauczyliśmy się zamykać w zakładach dla obłąkanych, gdzie zwykło poddawać się ich terapii, to jest najczęściej zabiegom prowadzący najczęściej do wymazania z pamięci bolesnego doświadczenia, zazwyczaj krzywdy spowodowanej przez innych. Wymazać z pamięci - oznacza zapomnieć; zamknąć w zakładzie dla obłąkanych - oznacza uwolnić od wytykania palcami w miejscach publicznych, oznacza uwolnić od określenia „ta stara wariatka”, „ten stary wariat”. Im wspólnota mniejsza, tym wiedza o szaleńcu powszechniejsza, w małych wspólnotach przecież wszyscy wiedzą o wszystkich. Paradoksalnie istnieją krzywdy, które dla skrzywdzonego mają naturę hańby; ileż razy usłyszeć można bezmyślny, surowy osąd: „ostatecznie to przecież sama sobie winna”. Od dłuższego czasu wśród internetowych wiadomości napotkać można następujący komunikat: 20-letni Brock Turner był studentem prestiżowego Uniwersytetu Stanforda. W 201S roku dwóch absolwentów nakryło go, jak za śmietnikiem molestował dziewczynę. Próbował uciec, ale studenci złapali go i wezwali policję. Okazało się, że on i jego ofiara byli pijani. Chłopak usłyszał zarzuty, m.in. próby gwałtu nieprzytomnej kobiety oraz penetracji odurzonej za pomocą przedmiotu. Jak opisuje The Independent, w obronie chłopaka stanął jego ojciec. Jego oświadczenie ujawnił profesor z Uniwersytetu Stanforda. Były w nim m.in. stwierdzenia, że 20-latek cierpi psychicznie i płaci bardzo wysoką cenę za „20 minut akcji” i nigdy już nie będzie mógł być tym, kim chciał zostać. Zastanawiam się, czy rzeczywiście dziewczyna, zapewne koleżanka studenta prestiżowego Uniwersytetu Stanforda chciała zostać zgwałcona, czy rzeczywiście chciała, by jej pochwa była penetrowana za pomocą przedmiotu, i co też zdolny student akurat znalazł pod ręką. I jak to właściwie powiedzieć: kobieta została zgwałcona, została skrzywdzona czy jednak zhańbiona? Notka prasowa mówi o wypowiedzi ojca gwałciciela, ofiara zaś milczy. Ofiary zazwyczaj milczą, by zachować to właściwe zachowanie ofiar praktyczni oprawcy w przeszłości stosowali roztropny zwyczaj gipsowania ust ofiarom. Żałoba przystoi Elektrze, zaś ofierze przystoi milczenie - takie prawa obowiązują także w idyllicznych światach. Marek Adamiec 53 4. Jak opowiedzieć o ludzkim nieszczęściu? - to podstawowy problem ostatniej, wstrząsającej powieści Andrzeja Grzyba. Bo oczywiste jest to, że opowiedzieć trzeba, inaczej świat utraci sens, inaczej utracimy resztki człowieczeństwa. Także w świecie Andrzeja Grzyba jesteśmy stróżami swoich braci. Domorosły rzeźbiarz, próbujący sporządzić kopię figury „Świętej Panienki, stojącej pewnie na błękitnej kuli, na tronie ręki trzymającej dzieciątko” nie będzie mógł powiedzieć z pretensją do siebie - za piękna. Za oknem nie będzie kwitnących białoróżowo jabłoni, nie będzie ptaków, nic nie będzie. To zaś znaczy, że nie będzie żadnego miejsca na ziemi, do którego warto powrócić. Wolno i mozolnie odtwarza się przed czytelnikiem zwyczajna historia dobrze wychowanej dziewczynki, która wie doskonale, że dzieci nie powinny chodzić same do lasu, bo może je spotkać nieszczęście: Bernardka dziewczynka nie powinna sama chodzić do lasu, bo w lesie są wilki i zbóje. Tak mnie przecież babcia i matka napominały nie raz. Samej nie wolno wyjść nawet z podwórka. Taki był jej komentarz do pieśni maryjnej, zaczynającej się od słów „Po górach, dolinach rozlega się dzwon...”, pieśni związanej z objawieniem w Lourdes, śpiewanej niegdyś w każdym domu, niekoniecznie przy wzniosłych okazjach. Pamiętam wybornie, że jeden z moich Dziadków zwykł dzień rozpoczynać odśpiewaniem modlitwy: „Kiedy ranne wstają zorze...”, kończył zaś „Wszystkie nasze dzienne sprawy...”. Znacznie później dowiedziałem się, że słowa tych regulaminowych modlitw mojego Dziadka napisał poeta, noszący przydomek „śpiewaka Justyny”. Dziwna kraina te Bory Tucholskie - jak uświadamiają trudno czytelne zapiski szpitala psychiatrycznego: W kwietniu przywieziono piątego syna hrabiego von H. Człek prawie dwudziestoletni, mały tak, że można go było policzyć między karły, owłosiony nadmiernie, według opinii służby raczej był zwierzęciem niż człowiekiem. Nigdy nie nauczył się mówić. Pojedyncze, powykręcane słowa wykrzykiwał bez związku. Jadł, a raczej gryzł wszystko, co mu pod rękę wpadło. Ten to potomek znakomitej pruskiej rodziny uciekał z łoża, by sypiać na szafie albo w koronie żyrandola. Kiedy tylko pojawiała się przez nieuwagę służby sposobność, uciekał do lasu, gdzie wiódł życie w koronach drzew. Kiedy go skrępowano i zamknięto w izolatce, wył dni kiłka, a w drugim tygodniu leczenia serce mu pękło. Za to Ana rosła jak na drożdżach. Przyszedł ślub ze znajomym od małego chłopcem, imieniem Zygfryd, którego w trzy dni po ślubie ubrano w mundur Wermachtu i z Grudziądza przewieziono do Francji. Wreszcie przyszło wyzwolenie i dokonało się to, co jest od dawna rytuałem każdej wojny, co jest prawem niezbywalnym zwycięzców. Tak o tym opowie Matylda siostra Any: f przyszedł front. Trzy razy w tę i z powrotem przez wieś przechodził, a jak przeszedł, to stało się to najgorsze. Na kościelnej drodze pijani sołdaci Anę pochwycili i nim biat, pobity do krwi, do chałupy doleciał, zgwałcili ją, sponiewierali, z czci i rozumu wyzuli. I cóż zmieniło to, że komendant na oczach wszystkich i Any też zastrzelił swoich sołdatów, jak strzela się do wściekłych psów. Cóż komu przyszło z przepraszania, czterech bochnów chleba i połaci słoniny. 54 Tragedia bez katharsis Ot, urodzi teraz sołdackie dziecko i żeby tylko rozumu do końca nie postradała. Któż to wie, co się jeszcze wydarzy. Jeśli dziewczynka będzie, to nie wiem, ale jeśli chłopiec na świat przyjdzie, to choć nigdy nie było w rodzinie Pawła, on Pawłem będzie, Piotrem być nie może, bo z nieprawości nieszczęścia jest, a tego jedynego Piotra, kuzyna matki naszej, za to że dobrym Polakiem był i posłem, wyprowadzili do lasu i hitlerowcy, bestie nie ludzie, kiedy grób sobie wykopał, zastrzelili - dodała, kiwając głową na potwierdzenie rodzinnego ustalenia. I stało się, że Ana postanowiła uciec w zapomnienie, w milczenie. Mozolnie rekonstruowana jest w powieści Andrzeja Grzyba ludzka historia. Aż chcia-łoby się powiedzieć, jedna z wielu zwyczajnych historii tego zwariowanego świata. Żadna to przecież tragedia, przecież nie ma tutaj Fatum. Życie ludzkie się rozsypało niczym pracowicie wznoszony domek z kart, niczym lustro kryształowe, które upadło na kamienną posadzkę, niczym kartoteki ludzi chorych psychicznie, które rozwiał po całym pokoju mimowolny przeciąg. Tego się nie da ułożyć ponownie w całość, rozbitego lustra, w którym odbija się ludzka postać nikt rozsądny przecież nie będzie próbował złożyć w całość, by potem jakoś je skleić. 5. Czy chociaż po śmierci w niebie Ana będzie szczęśliwa? - zastanawiają się jej bliscy. Gospodyni Doktora pracującego w szpitalu psychiatrycznym skwapliwie gromadzi jego zapiski, przypadkowe notatki, próbujące jakoś opisać ten zwariowany świat, dziwaczne życie, które ktoś przed wielu laty nazwał „opowieścią idioty, pełną wściekłości i wrzasku”. Kobiety, w tym bohaterka opowieści Andrzeja Grzyba posiadły jednak łaskę i dar milczenia, cierpliwego tkania i prucia nocą tego, co za dnia zostało utkane. Cierpliwa i schludna gospodyni Doktora starannie zbiera strzępy papieru; poczciwa Adelajda sama nie wie dokładnie, czy Doktor, próbujący jakoś uporządkować własne życie idąc tropem ludzi, których dotknęło szaleństwo, sam nie kwalifikuje się do leczenia. Ale to jej upodobaniu do porządku zawdzięcza swoje powstanie wiersz, zamykający powieść, wiersz noszący tytuł Niepokój. Wiersz, napisany przez Doktora, a ułożony - może by wypadało rzec: utkany przez kobietę. Jego ostatnia część brzmi: Na zegarze wiecznie szósta Po południu. Nie dowiemy się nigdy, czy jest to wiecznie zepsuty zegar na peronie stacji kolejowej, praktycznie na każdej małej stacji kolejowej jest taki zepsuty chronometr, pokazujący zawsze tę samą godzinę, zupełnie niezgodną z czasem rzeczywistym, z rozkładem jazdy. Może jednak jest to zegar uniwersalny, otwierający wrota do wieczności, ostatecznie godzina szósta po południu to godzina wyjątkowa, godzina, kiedy na krótką chwilę uchylają się granice między tym, a tamtym światem... Każdego z nas pośpieszny pociąg, niekiedy zbyt śpiesznie, porwać może z dworcowej ławki. I nigdy już się nie dowiemy, jak było naprawdę. Z Aną - bohaterką opowieści Andrzeja Grzyba, z innymi ludźmi, z nami wreszcie. Marek Adamiec 55 6. Prawda jest taka, że to tylko jedno z wielu możliwych odczytań pięknej opowieści o ludzkim życiu, o poszukiwaniu jakiegokolwiek sensu w starych fotografiach, listach, opowieści bliskich i znajomych. I zawsze jest takie miejsce w tym szalonym świecie, gdzie jest dokładnie szósta po południu. Katharis - czyli oczyszczenia nie będzie po poznaniu pokruszonego szczęścia kobiety, o której próbuje opowiedzieć Andrzej Grzyb. Nie będzie choćby dlatego, że pojawia się tu wątpliwość obca bohaterom greckich tragedii: „Jeśli jest Niebo, a w nim Bóg sprawiedliwy...” Późniejsze „Dopiski” czyli głosy, sprawiają, że możemy sobie wyobrazić Anę szczęśliwą. Wśród utworów literackich próbujących od lat, coraz bardziej bezskutecznie i monotonnie rekonstruować motyw tak zwanej małej ojczyzny relacja Andrzeja Grzyba wnosi tę nutę gorzkiej prawdy, jaką przed laty charakteryzowały się opowieści Williama Faulknera. Można jednak przyjąć zupełnie inną perspektywę: Agamemnon jest najbliżej stosu. Płaszcz zarzucił na głowę, ale oczu nie zamknął. Sądzi, że przez tkaninę dostrzeże błysk, który stopi jego córkę jak szpiłkę do włosów... Ana S6 ___Pożegnanie Andrzeja Grzyba____________ POŻEGNANIE ANDRZEJA GRZYBA W dniu 5 lipca 2016 roku, po ciężkiej chorobie, zmarł Andrzej Stefan Grzyb, pisarz, poeta, samorządowiec. Urodził się 7 czerwca 1952 w Złym Mięsie, mieszkał w Czarnej Wodzie na Kociewiu. Był absolwentem I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodow-skiej-Curie w Starogardzie Gdańskim oraz filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Był burmistrzem Czarnej Wody, starostą starogardzkim, radnym sejmiku województwa pomorskiego i senatorem VII i VIII kadencji. Był członkiem Zrzeszenia Kaszubsko-Po-morskiego. Debiutował w czasopiśmie Pomerania, współpracował aktywnie z kwartalnikiem Prowincja. Opublikował ponad 20 książek, w tym między innymi: Skrajem lasów (1975), Pejzaż okoliczny (1979), Lustra pamięci (1983), Cierpka tajemnica świata (1996), Wiersze i małe prozy (1998), Baśnie z Kociewia (2001), Niecodziennik pomorski (2004), W krainie zapomnianej baśni (2005), Łososie w krainie niedźwiedzi (2005), Nieugaszonepra- : gnienie (2007), Niechby i w niebie były szczupaki (2007), Ana. Rozbite lustro (2016). Ostatni raz miałem okazję zrobić Andrzejowi kilka zdjęć w lutym na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie opowiadał o swojej twórczości. Wtedy już dokładnie wiedział, że umiera, jednak przybył, jak zwykle, pełen ciepła, dostojeństwa, z okiem mędrca, w którym nie sposób znaleźć choćby śladu dystansu do któregokolwiek człowieka. Dla mnie humanista w najszerszym sensie tego słowa. Andrzej mówił głosem mocno już osłabionym przez chorobę. Mówił jak zwykle pięknie, w sposób absolutnie pochłaniający słuchacza. Apelował: Bardzo mi na sercu leży los gwar. Na świecie w ciągu roku ginie kilkadziesiąt małych języków; z różnych powodów, ale głównie dlatego, że chcemy wszystko cywilizować. Tylko czy my jesteśmy ucywilizowani? To nie do końca wiadomo. Tak na przykład w Polsce niektóre gwary są w stanie umierania, może nie do końca jeszcze umarły, ale czeka je agonia... Chciałbym jedynie Państwu pokazać, bo właściwie na każdym spotkaniu to podkreślam, że moja kociewska gwara jeszcze żyje i jest piękna - „Moja Wikcia goda, żegzub duch upka gulga, że aż ją jadowi"- pro-ste zdanie wypowiedziane przez kumoszkę do kumoszki w sklepie. Proszę zobaczyć, ile tajemnic wypowiedzianych jest w tym zdaniu, ile nieprzepartej siły. Z bezpośredniego komunikatu przekazanego z humorem. Jednocześnie z jakimś podtekstem, który nawet trudno opisać." Jako regionalista i humanista przestrzegał, że niedobra jest każda forma etnocentryzmu, w jakikolwiek sposób wyrażana, tym bardziej niedobra jest w XXI wieku, bo prowadzi donikąd. Gdyby etnocentryzm był twórczy, dawał coś, otwierał, zapowiadał, to ja bym się za nim opowiadał. Natomiast jeśli jest to forma odcinająca, ucząca niechęci, już nie będę mówił o nienawiści do drugiego człowieka, to nie daje nic dobrego. Z tego trzeba się leczyć; trzeba się leczyć. Nic dobrego nie wróży, to dzieli, a przecież ma łączyć. Bardzo bym chciał, żeby to, co robimy, było wspólne a nie osobne. Ale też o tym, że „...życia nie można, nie da się opisać. 1 tego mojego życia, gdybym próbował, nie można opisać. I Państwa indywidualnych żyć nie można opisać. Jest to Pożegnanie Andrzeja Grzyba 57 niemożliwe. Bo proszę zobaczyć, Proust na trzydziestu stronach opisuje odwracanie się z boku na bok. To gdyby opisał cały dzień płus jeszcze podawanie ciasteczek i odsłonięcie firanki, to już byłoby tysiąc stron albo i więcej." Nie da się, nie da... Ale jednak opowiadał: „...Znowu byłem gdzieś na poboczach, nigdy nie w centrum. [...] moje obrzeża, te moje skraje, te moje marginesy, traktowałem jako moje centra. Centrum jest tam, gdzie my jesteśmy, gdzie znajdujemy swoje miejsce na ziemi. To jest centrum. Dla każdego z nas być może inne. Na pewno dla wielu jest ono w Warszawie, ale pewnie dla jeszcze większej liczby, dla całych tłumów jest poza Warszawą. Nie dotyczy to zresztą wyłącznie literatury. W przeciwieństwie do innych, którzy próbowali swoje literackie ambicje uczynić źródłem dochodów i sposobem na życie, ja przez czterdzieści dwa lata pracowałem zawodowo. Nie mam w tym zawodowym życiu ani dnia przerwy, no chyba że leżałem w szpitalu, bo mi robiono operację. Nigdy nie wiązałem swojego egzystowania z literaturą. Zawsze wiedziałem, że muszę pracować i utrzymać dom, utrzymać rodzinę. A zajmowanie się literaturą to był margines, rodzaj przyjemności, odskoczni od codzienności. Przychodziłem do domu, wieczorem rozsiadałem się i dla przyjemności pisałem wiersze. Rano zarządzałem miastem czy powiatem, a wieczorem pisałem wiersze o miedzy czy zimorodku." Andrzeju, dzięki Ci wielkie za ten „margines” zwany literaturą, którą się zająłeś. Odpoczywaj w pokoju. W imieniu redakcji kwartalnika Prowincja dziękuję ci za to, że byłeś z nami, dziękujemy Ci za przyjaźń i dobre słowo, a żegnamy wersem z Twojego ostatniego wiersza Niepokój z ostatniej książki Ana. Rozbite lustro: Urodził się i umarł Pod kamienie łat Labiryntem omszałych szczelin Spłynęła jego mała wieczność Żegnaj Przyjacielu. Michał Majewski i redakcja kwartalnika Prowincja Wędrówki po prowincji Jerzy Domino DZWONNICE SŁUPOWE Dzwony kościelne są jednym z najbardziej tajemniczych przedmiotów związanych z chrześcijaństwem i kulturą europejską. Niejednoznacznie jest odbierany ich przedmiotowy charakter. Jako instrument muzyczny o określonej tonacji, zharmonizowany często z innymi dzwonami, służy do oprawy nabożeństw, uroczystości religijnych czy też lokalnych, ale uważane są też jako naczynia wydające dźwięk, ważny sprzęt biorący udział w liturgii kościelnej. Przydaje się im zgoła osobowość, jako że posiadają wiele ludzkich (chrześcijańskich) przymiotów: własne imię, serce, „duszę”, indywidualny głos, którym mogą „wyrażać uczucia”, otrzymują „chrzest”, namaszczenie. Ich dźwięk towarzyszy chrześcijanom od urodzenia po grób. Jak żaden inny sprzęt kościelny wpływały na architekturę. To właśnie ze względu na nie budynki sakralne podzielić można na bezwieżowe i wieżowe, gdzie wieża, lub jedna z wież, jest dzwonnicą. Jedynymi oddzielnie budowanymi obiektami dla sprzętu kościelnego są właśnie miejsca zawieszenia dzwonów. Bez dzwonów nie może funkcjonować żaden kościół. Zdarzało się, że długo sam budynek kościoła pozostawał nieukończony. Nieukończona bywała często murowana wieża kościelna, na której w częściowo zrealizowanych murach stawiano drewnianą dzwonnicę, funkcjonującą przez kilkaset lat, stając się z czasem charakterystycznym, indywidualnym elementem danego kościoła. Z uwagi na doniosłe znaczenie dzwonów dostęp do nich miał pozostawać pod nadzorem. Dlatego wolnostojące dzwonnice w większości są budowlami o zamkniętym przyziemiu. Liczną grupę wolnostojących dzwonnic stanowią budowle drewniane, o różnorodnych formach architektonicznych, wielkości, mniej lub bardziej rozbudowane, towarzyszące zarówno kościołom drewnianym, jak też świątyniom murowanym. Stawiano je jako konstrukcje wieńcowe, bądź słupowo-ramowe, szkieletowe, obite deskami albo gontem, nieraz o fantazyjnym dachu lub hełmie czy izbicą, czasami o kilku kondygnacjach. Znacznie mniej jest obiektów o konstrukcji „odkrytej”, bez ścian i jednoznacznie wydzielonego wnętrza. Konstrukcje z usztywnionych slupów, na których zawieszone zostały dzwony, trudno zakwalifikować jako obiekt kubaturowy, chociaż poprzez wtórne obicie deskami wnętrze jakieś można wydzielić. Nazwa dzwonnica słupowa nie jest definicją jednoznacznie ustaloną. W literaturze niemieckiej funkcjonuje termin Glockenstuhl, dotyczący także współczesnych realizacji ze stalowych belek. Stosowane jest też określenie dzwonnica wieszakowa, siodłową, otwarta, a najczęściej w ogóle się o niej nie pisze. W konstrukcjach dzwonnic słupowych rozróżnić można dwa zasadnicze typy. Typ najprostszy, wywodzący się od zawieszenia dzwonka w rozwidleniu konarów pnia (przykład taki znajduje się w skansenie w Olsztynku), gdzie jarzmo dzwonu zawieszone jest pomiędzy pojedynczymi, pionowymi stolcami oraz typ drugi kiedy dzwony wiszą pomiędzy Jerzy Domino parami spiętych słupów tworzących prostokątny, lub trapezowy kozioł. Spięcie pionowych belek zastrzałami, krzyżakami, mieczami, ryglami czy kleszczami jest już indywidualną cechą poszczególnej dzwonnicy. Podstawę konstrukcji tworzy ruszt podwalinowych belek, na których wspierają się stopy stolców i zastrzałów. Obie te odmiany ustawiano na murowanej, ceglanej albo kamiennej płaskiej platformie lub cokole o grzebieniowym narysie prowadzonego wzdłuż podwalinowych tramów, albo na niskim, murowanym pomieszczeniu. Całość wieńczył dwuspadowy daszek chroniący górną część konstrukcji i dzwony. Przykład Glockenstuhle opartej na rzędzie pojedynczych słupów zamieścił w swoim opracowaniu R. Detlefsen. Są to rysunki dzwonnicy przy dawnym kościele protestanckim, obecnie katolickim, p.w. Św. Piotra i Pawła w Zajezierzu, wybudowanym w 1886 r. Z tego też okresu prawdopodobnie pochodziła drewniana dzwonnica. Tworzył ją rząd 3 słupów ustawionych na belkach, podpartych po bokach wysokimi zastrzałami krzyżującymi się z mieczami, w osi wzdłużnej stabilizowany niskimi zastrzałami. Drewniana konstrukcja zastąpiona została po 1945 roku stalową, powtarzającą pierwotny układ. Pionowe słupy dzwonnicy przy kościele meto-dystycznym w Kraplewie, podpierają oprócz wysokich zastrzałów krzyżujących się z mieczami także pary zastrzałów niższych, których przedłużeniem wydają się być miecze wspierające dach. Schemat ten zastosowano także w dzwonnicy przy kościele p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Słoneczniku. Sam kościół z 1735 roku posiada murowaną wieżę, dzwonnica zbudowana została ok. połowy XIX wieku. Tutaj poprzez oszalowanie dolnej części, wydzielone zostało jakby sześcioboczne wnętrze, nadając obiektowi wrażenia kubaturowości. 59 Dzwonnica w Kraplewie, fot. J. Domino Dzwonnica w Słoneczniku, stan z 1982 r., fot.J. Domino Kozły dzwonnicy przy kościele p.w. Św. Antoniego Padewskiego we Florczakach posiadają inną kompozycję: - rząd słupów podpierają pary wysokich i niskich zastrzałów, natomiast miecze podtrzymujące dach wspierają się nie na stolcach a na wysokich zastrzałach. Na dole zaś oba boczne zastrzały łączy niski zastrzał prostopadły. Sama 60 Dzwonnice słupowe świątynia została zbudowana w 1796 roku dla protestantów w miejscu starszej. Wysoka kruchta od południa może być częścią planowanej tu dawniej wieży (jak to ma miejsce w wielu XVIII wiecznych, salowych kościołach protestanckich), prowizoryczna konstrukcja mimo śladów licznych napraw wyda-je się jednak być o pół wieku młodsza. Dzwonnica przy gotyckim kościele p.w. Sw. Andrzeja Apostoła w Byszwałdzie, zbudowana w 2 połowie XIX wieku oparta na 3 (?) kozłach, jest całkowicie oszalowana współczesnym, metalowym sidingiem. Zastąpił on zresztą też całkowite wcześniejsze oszalowanie deskowe. Po kącie ścian można wnosić, iż słupy podpierają niskie zastrzały. Jest to nie tylko prostackie ukrycie oryginalnej konstrukcji, przesłonięcie strefy dzwonów, tłumiąc ich dźwięk ale szpeci ponadto ekspozycję gotyckiego kościoła. Na podobnej zasadzie odeskowana całkowicie została trójsłupowa dzwonnica przy kościele katolickim p.w. Narodzenia N.M. Panny w Glaznotach wybudowanym w 1903 roku. Drewniana konstrukcja postawiona została albo równocześnie z kaplicą albo rozbudową w latach 1919-20. Ciekawym przykładem jest niewielka dzwonniczka przy kościele katolickim p.w. Św. Szymona i Judy Tadeusza w Gnojewie, wzniesionym dla katolików w 1868 roku. Nie jest pewne, czy w tym samym czasie ustawiono dzwonnice, czy jest to realizacja późniejsza. Jest to chyba najmniejsza dzwonnica, jakby miniatura otwartego typu wysokiego. Dolna, ceglana część nie pełni tu z uwagi na miniaturową skalę, zamkniętego pomieszczenia, ale Dzwonnica we Florczakach, fot. J. Domino Dzwonnica w Stębarku, fot. J. Domino cokołu, na którym stoją 3 wiązary zbudowane ze słupów na tramach, podpartych niskimi zastrzałami, dźwigające niski, lekki daszek. Występują też w regionie przykłady dzwonnic słupowych drugiego typu. Kościół parafialny w Stębarku posiada wprawdzie drewnianą wieżę, ale obok funkcjonuje także otwarta dzwonnica. W 2014 roku starą dzwonnicę zmieniono na replikę, (dosyć dramatycznie ściętą piłą), ale i ona była realizacją powojenną, naśladującą jeszcze starszą konstrukcję. Trzy pary pionowych słupów spiętych w górnej części dwoma ryglami podpierają wysokie zastrzały, a wszystko spinają w środkowej części ukośne deski. Stębarska dzwonnica ustawiona była na murowanym pomieszczeniu posiadającym Jerzy Domino wewnątrz ceglane sklepienie i pełniącym, jak w typowych campanillach funkcję magazynu na sprzęt pogrzebowy i inny, przy czym pod poprzeczne tramy , na których wspierają się zastrzały do pomieszczenia domurowane były przypory nadając podstawie grzebieniasty narys. Dzwonnica na przykościelnym cmentarzu w Starym Polu, postawiona zapewne wraz z nowym kościołem ok. 1879 roku, tak jak w Stębarku została umieszczona na murowanym pomieszczeniu. Jest w % oszalowana, lekko nachylające się ku sobie pary stolców spiętych na górze belką umacniają krzyżujące się zastrzały oraz kleszcze. Zewnętrzne miecze podpierają płatwie dachu. Gotycki kościół w Nowej Kościelnicy p.w. Św. Jerzego posiadał wieżę, która została zniszczona podczas huraganu w 1818 roku. Stojąca do dzisiaj otwarta dzwonnica zbudowana w 1863 roku, przebudowana (lub remontowana) w 1897 roku, miała, jak każda tego typu, pełnić swoją funkcję do czasu odbudowy wieży. Analizując konstrukcję można domniemywać, iż użyto materiału z uszkodzonej wieży. Sposób łączeń belek jest w zasadzie typowy - spięte górą dwoma ryglami, pochylające się słupy wzmocnione krzyżakiem zastrzałów, usztywnione dodatkowo kleszczami na dwóch poziomach. Charakterystycznym dla dzwonnicy w Starej Kościenicy jest fakt, iż słupy te odmiennie od innych drewnianych dzwonnic otwartych, nie są umocowane na drewnianych podwalinowych tramach, ale stoją bezpośrednio na wylanej na kamieniach niskiej platformie., co zapewne jest wynikiem przegnicia drewnianego rusztu. Huragan w 1818 roku uszkodził także wieże przy kościele p.w. Św. Michała Archanioła w Miłoradzu. Tak jak w Starej Kościenicy, starej konstrukcji nie odbudowano, ale postawiono otwartą dzwonnice słupową. Obecną zbudowana została w 1863 roku, przebudowana w 1885 roku. Jest to konstrukcja odmienna nieco od innych. Cztery niskie kozły utworzone z par pionowych słupów spiętych górą i w połowie wzdłuż i poprzek ryglami podparte zostały zastrzałami. Jednakże na poprzecznych tramach 61 Dzwonnica w Byszwałdzie,fot. J. Domino Dzwonnica w Starym Polu, fot. J. Domino Dzwonnica w Miłoradzu z 1863 r.,fot.J. Domino 62 Dzwonnice słupowe podwaliny ustawiono słupy dźwigające konstrukcję dachową usztywnione do kozłów dzwonnicy kleszczami. Nie jest to rozwiązanie oryginalne, obok odmiennego sposobu opracowania drewna wskazuje dysproporcja nakrycia, lecz być może koncepcja zadaszenia nie powiązanego z dźwigarami dzwonów mogła pochodzić z 2 połowy XIX w. Podobna jest historia dzwonnicy przy kościele p.w. Św. Barbary w Krzyżanowie. Sam kościół, który zaczęto budować w średniowieczu nie został całkowicie ukończony, aczkolwiek wzmiankowana była wolnostojąca wieża, którą kilkakrotnie wymieniano. Ostatnia z 1735 roku ucierpiała podczas nieszczęsnej wichury w 1818 roku i prawdopodobnie w tym samym czasie, co w Starej Kościenicy i Miłoradzu, postawiono dzwonnicę słupową. Dzwonnica w Starej Kościelnicy, fot. J. Domino Schemat słupów jest taki jak w dwóch opisywanych wyżej obiektach, ale widoczna tu jest większa staranność wykonania, zwłaszcza wycięcia zakończenia desek kleszczowych. Dzwonnice słupowe jako rozwiązanie doraźne były i są szeroko rozpowszechnione, chociaż większych emocji estetycznych i zainteresowania naukowego raczej nie budzą. Pozostają cennym elementem zabytkowego krajobrazu, o dużych walorach estetycznych, malownicze i nostalgiczne. Literatura i źródła: Detlefsen, Bauernhaseu und Holzkirchen in Ost-preussen, Berlin 1911, tab. 28, il. 18-21; Lexikon der Kunst, t. II, Lepizig 1989, s. 771; B. Schmid, Die Bau- und Kunstdenkmaler des Kreises Marienburg, z ° Dzwonnica w Krzyżanowie, fot. J. Domino Bau und Kunstdenkmaler der Provinz Westpreus- sen, Danzig 1919; Słownik terminologiczny Sztuk Pięknych, Warszawa 1996; A. Bobko, Kościół w Zajezierzu, Karta Ewidencyjna Zabytków Architektury i Budownictwa, mpis 1998; E. Bożejko, Kościółp.w. Podwyższenia Krzyża Swietego, Słonecznik, Karta Ewidencyjna Zabytków Architektury i Budownictwa, mpis 2010; D. Chodkowski, Kościół Para-fialny p.w. Św. Antoniego Padewskiego, Florczaki, Karta Ewidencyjna Zabytków Architektury i Budownictwa, mpis 2001; J. Domino, Dzwonnica, Słonecznik, Karta Ewidencyjna Zabytków Architektury i Budownictwa, mpis, 1982; B. Janiszewska, Dzwonnica przy kościele parafialnym w Glaznotach, Karta Ewidencyjna Zabytków Architektury i Budownictwa, mpis 1983; T. Adam Langowski 63 Adam Langowski BEZIMIENNE GROBY W RAMOTACH Charakterystycznym elementem krajobrazu kulturowego Powiśla, podobnie jak innych regionów Polski, są przydrożne obiekty kultu w postaci krzyży i kapliczek. W ostatnich miesiącach jedno z takich miejsc w powiecie sztumskim stało się przedmiotem zainteresowania warszawskiej Fundacji „Pamięć”, która na zlecenie Niemieckiego Związku Ludowego Opieki nad Grobami Wojennymi (Volksbund Deutsche Kriegsgraberfursor-ge e.V.) z siedzibą w Kassel zajmuje się poszukiwaniem niemieckich grobów wojennych. W lipcu pracownicy Fundacji przeprowadzili prace ekshumacyjne wokół przydrożnego krzyża w miejscowości Ramoty w gminie Stary Targ. Jak piszą Mariusz Antolak i Wiesław Szyszkowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, krzyże funkcjonują w krajobrazie jako wyznaczniki sfery sacrum. Stawiano je w związku z ważnymi wydarzeniami społecznymi oraz indywidualnymi. Wśród przyczyn skłaniających ludność do fundowania krzyży wyróżnić można określone 64 Bezimienne groby w Ramotach intencje błagalne, dziękczynne oraz pokutne. Była to również forma upamiętnienia pochówku, zwłaszcza ofiar epidemii, nagłej śmierci czy nawet uderzenia pioruna. Umieszczano je w miejscach, gdzie znaleziono podczas prac polowych kości lub na polach bitew dla uczczenia poległych. Krzyż umiejscowiony w środku wsi wyznaczał jej punkt centralny, na obrzeżach osad - określał ich granicę, zaś na rozstajach dróg - żegnał podróżnych oraz chronił wieś przed nadchodzącą epidemią cholery, tyfusu lub hiszpanki1. Temat ramockiej mogiły pojawił się na łamach lokalnej prasy kilka miesięcy przed ekshumacjami, kiedy mieszkańcy wsi, na czele z Janem Redmerem, informowali o ludzkich kościach wystających z ziemi. Miejscowy dodatek do Dziennika Bałtyckiego w jednym z wydań donosił na pierwszej stronie: „Kury wygrzebują ludzkie kości!”2. W kolejnym wydaniu tygodnika ogłoszono: „Fundacja odkopie kości”’. Już w czasie trwania ekshumacji w gazecie, ponownie na pierwszej stronie, można było przeczytać: „Ludzkie szczątki odkrywane w Ramotach”4. Ramocki krzyż stoi w centrum wsi, przy drodze prowadzącej do Waplewa Wielkiego, od której oddziela go rów melioracyjny. Kilkadziesiąt metrów dalej przebiega skrzyżowanie z drogą wojewódzką 515 Malbork - Susz. W pobliżu mogiły znajduje się również przystanek autobusowy. Na przedwojennych niemieckich mapach topograficznych, mes-stichblattach, krzyż jest widoczny jako pojedynczy obiekt, dlatego trudno go utożsamiać z cmentarzem. Obecny krzyż różni się od tego sprzed lat, który zniszczał i musiał zostać zdemontowany. Z czasem zmieniło się też najbliższe otoczenie. Zniknął drewniany płotek, a stare drzewa zostały wycięte. Powstały nowe nasadzenia w postaci czterech tui. Do czasu ekshumacji po prawej stronie krzyża znajdował się mniejszy krzyż z tabliczką: „Kurt Gralla 15.08.1937 r. - 12.09.1945 r.”. Historia ramockiego krzyża jest mało rozpoznana. W opowieściach najstarszych mieszkańców wsi przetrwała pamięć o mogile z okresu wojen napoleońskich. W 2010 roku przeprowadziłem wywiad z Bronisławem Michalskim, który trafił do Ramot w 1940 roku jako robotnik przymusowy. Pracował w gospodarstwie należącym do rodziny mieszkającej tu od wielu pokoleń. Mój rozmówca był świadkiem tragicznych wydarzeń związanych z wkroczeniem Rosjan. Na jego oczach czerwonoarmiści zastrzelili gospodarza, u którego pracował przez cały okres wojny. Zapytany o historię krzyża, odpowiedział: „Z tym krzyżem, to jak ja słyszałem, jak opowiadali, że tu był raz kiedyś Napoleon, że szedł na Ruska. To jak oni wracali, bo tam nie zwyciężyli, to tutaj umierali na jakieś choroby i od zmarznięcia. Podobnież ten krzyż tu był postawiony, jako że tu cmentarz miał być”5. Przekazy o wojskach napoleońskich nie są na Powiślu czymś wyjątkowym. Wypowiedź Bronisława Michalskiego może nasuwać skojarzenia z podaniami na temat armii Napoleona, zebranymi w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku przez księdza ' M. Antolak, W. Szyszkowski, Funkcjonowanie krzyża przydrożnego w krajobrazie kulturowym Polski [w:] Obiekty religijne w krajobrazie, Prace Komisji Krajobrazu Kulturowego, Nr 21, Sosnowiec 2013, s. 57-66. 2 Dziennik Bałtycki. Powiśle Sztum i Dzierzgoń z 13 maja 2016 r. 3 Ibidem, 20 maja 2016 r. 4 Ibidem, 22 lipca 2016 r. 5 Wywiad z Bronisławem Michalskim, Ramoty, 16 lutego 2010 r. Adam Langowski 65 Władysława Łęgę, autora monumentalnej pracy „Ziemia Malborska. Kultura ludowa”. Oto ich tytuły: „Jak gospodarz ukrył owies przed Francuzami” (Postolin, 1930 r.), „Jak Francuz zranił gospodarza i został ukarany” (Tychnowy, 1930 r.), „Co i jak Francuzi jedli” (Mirany, 1913 r.), „Jak się ukrywano przed żołnierzami francuskimi” (Postolin, 1930 r.), „Wóz, na którym jeździli Francuzi” (Janowo, 1930 r.), „Cmentarz francuski” (Tychnowy, 1930 r.). Warto przytoczyć treść ostatniej z wymienionych, ponieważ, podobnie jak ramocki krzyż, dotyczy miejsca, w którym być może pochowano żołnierzy napoleońskich: „W Parparach za Sztumem je taki plac ogrodzony płotem, tam bodaj pochowano oficerów francuskich za czasów Napoleona”6. Inny cmentarz napoleoński znajdować się miał niedaleko Pierzchowic, na polu nazywanym „Francuskim cmentarzem . Ciekawa wzmianka o skutkach pobytu wojsk francuskich w Waplewie, miejscowości odległej od Ramot o zaledwie dwa kilometry, została zamieszczona w szkicu „Z Prus Królewskich” Stanisława Tarnowskiego, profesora literatury Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1881 roku Tarnowski odwiedził Waplewo, gdzie oglądał galerię oraz księgozbiór Sierakowskich. Opisując pałacową bibliotekę, zanotował, że poniosła ona straty „w czasie przechodu wojsk francuskich”, a mimo to „liczyła bez mała 10 tys. tomów s. Opowiadając o ramockiej mogile, Bronisław Michalski określił co najmniej cztery groby pochodzące z końcowej fazy drugiej wojny światowej. Wśród nich był wspomniany grób Kurta Gralli, chłopca, który przybył do Ramot w grupie Niemców uciekających przed frontem i tutaj zmarł: „To chodzi o tych uciekinierów, którzy z Olsztyna przed Rosjanami uciekali. Rosjanie ich tutaj zajęli i ci, którzy byli, chodzili wtedy na roboty do Jeziorna, a później ci, którzy przeżyli, wyjechali. Chyba w czterdziestym siódmym roku wyjeżdżali na wiosnę”. Wymieniając poszczególne groby, Bronisław Michalski wspo-mniał kobietę o nazwisku Damaszka, która pochowała swego zmarłego męża przy krzyżu, ponieważ po wejściu Rosjan parafia w Starym Targu nie funkcjonowała. Opowiedział również o Laskowskim, który po zajęciu jednego z domów natrafił w ogrodzie na ludzkie szczątki. Zbił więc skrzynkę i przeniósł je pod krzyż. O kolejnym grobie mówił: „Jeszcze jeden tam jest. To są kości z niemieckiego żołnierza, któren był zabity pod górką, jak pod Poliksy się szło”. Zastrzelony żołnierz miał być jednym z dwóch, którzy błąkali się po okolicy i wpadli w ręce Rosjan. Zginął niedaleko gospodarstwa, w którym pracował Bronisław Michalski. Później któryś z żołnierzy sowieckich „chodził za saniami, bo mówił, że jeden soldat został zabity, a drugi bolnyj i trzeba go zawieźć do szpitala . Bronisław Michalski zmarł w 2014 roku, dlatego pracownicy Fundacji nie mieli szansy z nim porozmawiać. Pewnych informacji mogących wnieść coś nowego do historii ramockiej mogiły udzielił, wspomniany już wcześniej, Jan Redmer. Według jego relacji przy krzyżu pogrzebano między innymi ofiary styczniowej ofensywy wojsk sowieckich z 1945 roku, odnajdywane na okolicznych polach. Jan Redmer podkreśla zaangażowanie Klemensa Fortanza, dawnego mieszkańca wsi, który był traktorzystą w miejscowym W. Lęga, Ziemia Malborska. Kultura ludowa, Toruń 1933, s. 167. P. Podlewski, Wpływ wydarzeń historycznych na nazwy własne Ziemi Sztumskiej [w. J Z dziejów Sztumu i okolic, cz. V, Sztum 2007, s. 47. Cyt. za: K. Świerkosz, Z historii poszukiwań rozproszonej biblioteki waplewskiej w zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN [w:] Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Ludzie, miejsce, kolekcja, Gdańskie Studia Muzealne 8, Gdańsk 2015, s. 242. 66 Bezimienne groby w Ramotach PGR. W pierwszych latach po wojnie podczas orania odłogów miał on odkrywać ludzkie szczątki, a wieczorami wkopywać je obok krzyża9. Prace ekshumacyjne podjęte przez Fundację „Pamięć” dawały szansę na zweryfikowanie relacji mieszkańców wsi i poszerzenie wiedzy na temat ramockiej mogiły. Należy przypomnieć, że głównym celem organizacji jest poszukiwanie niemieckich grobów wojennych. Na stronie Volksbundu, będącego dla warszawskiej fundacji organizacją założycielską, można przeczytać: działając na zlecenie rządu federalnego Związek ten poświęca się zadaniom mającym na celu odnajdowanie niemieckich grobów wojennych za granicą, jak i ich utrzymanie oraz pielęgnację. W tym zakresie opiekuje się rodzinami ofiar wojennych, jest doradcą zarówno dla firm państwowych, jak i prywatnych, wspiera współpracę międzynarodową na płaszczyźnie opieki nad grobami wojennymi i organizuje spotkania młodych ludzi na cmentarzach wojennych”10. Pracownicy Fundacji „Pamięć” pojawili się w Ramotach w maju, przeprowadzili wówczas oględziny miejsca i wykonali czynności wstępne. - Sprawę zgłosił do naszej Fundacji pan Jan Redmer - mówi Jerzy Romel, przedstawiciel Fundacji kierujący pracami ekshumacyjnymi w Ramotach. - Przyjechałem na wizję lokalną i porozmawiałem ze świadkami. Usłyszałem, że jakieś kości były tutaj zbezczeszczone podczas pogłębiania rowu i kury je wygrzebywały. W pierwszej fazie ekshumacji przebadano teren po prawej stronie krzyża. W wykopie o wymiarach 5,5 m x 4 m pracownicy Fundacji natrafili na zrzutowisko kości, pomiędzy którymi znajdowało się pięć nienaruszonych grobów pojedynczych. Trzy z nich odkryto po odsłonięciu pierwszej warstwy ziemi, a więc na głębokości ok. 40 cm. Zostały opisane jako grób cywila, grób dziecka ośmioletniego oraz grób żołnierza niemieckiego. Dzieckiem pochowanym w tym miejscu był, wymieniony już, Kurt Gralla, a jego identyfikację ułatwiły dane z tabliczki umieszczonej na małym krzyżu. Szczątki żołnierza, złożone w skrzyni trumiennej, były niekompletne. Kolejne dwa groby pojedyncze, określone jako cywilne, znajdowały się w ostatniej, trzeciej warstwie jamy grobowej, na głębokości 1,20 m. Ogółem z ziemi po prawej stronie krzyża wydobyto aż czterdzieści osiem szkieletów, w większości niekompletnych, co świadczy o masowym charakterze mogiły. Druga część działań obejmowała grunt po lewej stronie krzyża, gdzie wykopano jamę o wymiarach 3 m x 3 m. - Znajdowały się tam cztery groby pojedyncze, w tym dwa niekompletne, bez głów -opowiada Jerzy Romel. - Bliżej krzyża były zakopane w worku dwie czaszki, znalezione podczas pogłębiania rowu melioracyjnego, o których wspominał świadek Redmer. W czasie prac ekshumacyjnych wokół krzyża wydobyto następujące przedmioty: buty wojskowe podbijane ćwiekami, haki mundurowe, guziki wojskowe, fragment pagonu oficerskiego, obrączkę srebrną, fragment fajki, monety (fennigi), lufkę, pudełko ebonitowe z wojskowym pędzelkiem do golenia, łyżkę niezbędnik i połowę wojskowego nieśmiertelnika. 9 Wywiad z Janem Redmerem, Ramoty, 7 sierpnia 2016 r. 10 https://www.volksbund.de/pl/volksbund.html Adam Langowski 67 Pozyskane artefakty pochodzą z okresu drugiej wojny światowej. Nie natrafiono na żadne przedmioty z czasów wojen napoleońskich. Wśród depozytów szczególną uwagę zwracał niewielki metalowy znaczek z napisem „Halt”. — Jest to odznaka wojenna ze zbiórki ulicznej Pomoc Zimowa — wyjaśnia Jerzy Romel. - Pochodzi z serii znaki drogowe, wydawanej w lutym 1941 roku przez niemiecką policję i służby techniczne. Autorzy strony internetowej poświęconej przedmiotom związanym z niemiecką akcją Pomocy Zimowej (Winterhilfswerk) wyjaśniają: „WHW to serie różnych obiektów, jak odznaki, plakietki, figurki itp. Pojawiająca się na nich tematyka była bardzo zróżnicowana, od niewinnej bajkowej czy przyrodniczej do propagandy militaryzmu i treści faszystowskich. Dzieci je zbierały, wymieniały się nimi, co doskonale znają w dzisiejszych czasach wszyscy rodzice mający małe pociechy, zachęcane do tego samego przez reklamy TV. Były wydawane w wielotysięcznym nakładzie, często z trwałych materiałów — jak porcelana, plastik czy szkło. I wiele z nich zachowało się do dzisiaj. Po latach pobytu w ziemi wydobywa je na światło dzienne łopata koparki czy odkrywcy ". Zespół kierowany przez Jerzego Romla ekshumował w Ramotach szczątki pięćdziesięciu dwóch osób - kobiet, mężczyzn i dzieci. Na podstawie wstępnych oględzin można określić ich wiek. Okazuje się, że większość z nich to ludzie w wieku od 20 do 30 lat. Co mogło być przyczyną ich śmierci? Pracownicy Fundacji „Pamięć nie stwierdzili śladów postrzałów, znaleźli za to kilka odłamków. Kości były w większości połamane, przy czym rodzaj uszkodzeń wskazuje na działanie jakiegoś sprzętu. W sąsiedztwie krzyża znajduje się pole uprawne, dlatego grób z pewnością został naruszony przez pług. Również od strony ulicy mogiła została naruszona. Jak wspomniano, przebiega tam rów melioracyjny, który poszerzano i pogłębiano, co mogło doprowadzić do narzucenia kości oraz ich przemieszania. Ze względu na naruszenia mogiły oraz małą liczbę znalezionych przedmiotów identyfikacja personalna jest bardzo utrudniona. — Szczątki zostaną przekazane do depozytu, w którym ustali się kolejny etap badań identyfikacyjnych — wyjaśnia przedstawiciel Fundacji. — Następnie zostaną pochowane na cmentarzu wojennym w miejscowości Glinna, gmina Stare Czarnowo, województwo zachodniopomorskie. Niemiecki Cmentarz Wojenny w Glinnej jest jednym z trzynastu miejsc pochówku niemieckich ofiar wojennych z okresu drugiej wojny światowej na terenie naszego kraju. Wybudowany w latach 2001-2003 na skraju Puszczy Bukowej, zajmuje powierzchnię ok. 3,5 ha. Oficjalne otwarcie nekropolii nastąpiło 15 lipca 2006 roku. Docelowo cmentarz może pomieścić do trzydziestu dwóch tysięcy ofiar ekshumowanych z różnych miejsc na terenie Pomorza. Warto przypomnieć, że w 2009 roku na cmentarzu w Glinnej pochowano szczątki ponad dwóch tysięcy niemieckich cywilów ze zbiorowej mogiły odkiytej w centrum Malborka. W oficjalnym komunikacie Volksbundu wydanym w tamtym czasie, czytamy: http: / / www.whw.porcelanki.net/news.php 68 Bezimienne groby w Ramotach „Być może nigdy nie dowiemy się, kim byli ci ludzie i w jaki sposób zginęli. Nie bierzemy udziału w spekulacjach na ten temat. Naszym zadaniem jest znalezienie dla nich godnego miejsca ich ostatniego spoczynku”12. Wydaje się, że w podobny sposób można dziś mówić o kilkudziesięciu osobach ekshumowanych w Ramotach oraz o innych ofiarach drugiej wojny światowej, spoczywających w bezimiennych grobach na obszarze Powiśla i Żuław. Fundacja „Pamięć” planuje dalsze działania na naszych terenach. - W niedługim czasie będziemy pracować w miejscowości Benowo, gmina Ryjewo -zapowiada Jerzy Romel. - Jest tam zbiorowa mogiła żołnierzy niemieckich. Oprócz tego przeprowadzimy wizje lokalne zgłoszone z ostatniego pobytu w Ramotach. 12 http://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/1,34939,6786901,Niemieckie_prochy_cywilow_na_cmentarzu_w_Glinnej. Agnieszka Michajlow 69 Agnieszka Michajlow PĘTLĄ ŻUŁAWSKĄ Z RADIEM GDAŃSK Kobieca załoga Radia Gdańsk w Żulawkach,fot. Radio Gdańsk Żuławy czy Mazury? Odpowiedź jest prosta - zdecydowanie Żuławy. Bliżej, bardziej dziko, większy spokój, coraz lepsza infrastruktura, pływanie dużo łatwiejsze i wygodniejsze. Takie są moje refleksje po rejsie Pętlą Żuławską w czerwcu 2016 roku. To był rejs Promocyjny, moja firma Radio Gdańsk od kilku lat popularyzuje Żuławy i pływanie po nich rzekami i kanałami. Każdego roku na łódkę, czyli hauseboat wsiada radiowa eki-Pa, płynie i relacjonuje na antenie Radia Gdańsk i w internecie rejs, swoje spostrzeżenia, przeżycia i emocje, a także uwagi, o tym co się zmienia i co się zmienić powinno. Przed rejsem rozmawialiśmy na naszej antenie z prezesem Pętli Żuławskiej Michałem Górskim, który podkreślił, że ten szlak wodny jest coraz popularniejszy wśród turystów i że glarzy. Zakończony został nabór na operatorów przystani rzecznych. Jest coraz więcej łódek i hauseboatów, czyli łodzi mieszkalnych. Podaż na nie jest coraz większa i trzeba umawiać się na czarterowanie z dużym wyprzedzeniem i przed sezonem. To znak, że to dobry biznes, który niezawodnie przynosi zyski i szybki zwrot inwestycji. Jak zapewniał prezes Pętli Zu ławskiej, łódki, którymi można popłynąć Pętlą Żuławską, pochodzą z polskich stoczni. Na Obrzeżu jest ok. 10 stoczni, które produkują houseboaty, najróżniejszych rozmiarów i projektów. Wszystkie łodzie są wyposażone w łazienkę, kuchnię, pokoje do spania i ster strumie niowy, dzięki któremu zwiększa się manewrowość łodzi (m.in. dosuwanie i o suwanie o nabrzeża, obrót łodzi w miejscu). Zdaniem prezesa Górskiego istnieje także poważna szansa na ożywienie turystyczne Wisły. W ramach projektu marszałkowskiego „Pętla Żuławska 2 , 70 Pętlą Żuławską z Radiem Gdańsk na Wiśle będzie realizowanych kilka inwestycji, jak choćby port w Korzeniewie i częściowo w Gniewie. Niedługo rozpoczną się tu remonty i za 2-3 lata będą nowe porty. To jednak nie zależy tylko od Urzędu Marszałkowskiego, bo właścicielem Wisły jest państwo. Jeśli deklaracje rządowe się potwierdzą, to jest nadzieja, że prace na Wiśle rozpoczną się pod 2020 roku. Z taką wiedzą wyruszamy w nasz wyjątkowy rejs. Wyjątkowy, bo na pierwszą część wyprawy wyruszyła tylko żeńska ekipa dziennikarek w składzie: Agnieszka Michajłow, Ola Wojciechowska, Dagmara Szajda, Magda Manasterska, Maria Anuszkiewicz i Basia Kopaczewska, na co dzień inżynier i realizator dźwięku, a na łódce świetny sternik. Przedsięwzięcie było trochę ryzykowne, bo oprócz Basi, przed rejsem, żadna z nas nie miała większego pojęcia o pływaniu. Ja byłam kilka razy na Mazurach, ale pływałam na jachtach raczej w roli turysty, a nie załoganta. My kobiety lubimy wyzwania i nic nas nie jest w stanie przestraszyć, więc popłynęłyśmy. Agnieszka Michajłow za sterem i przy redakcyjnej pracy, fot. Radio Gdańsk Zadanie miałyśmy następujące: płynąć, pokonywać zaplanowane trasy, w tym śluzy, zawijać do przystani, dbać o łódkę, robić zdjęcia i opisywać na bieżąco rejs w internecie, łączyć się z radiem i opowiadać o trasie, rozmawiać z zaproszonymi gośćmi. Oprócz tego oczywiście jeść, spać, sprzątać i robić zakupy - normalne życie żeglarza. Na łódkę wsiadłyśmy w Żuławkach, pięknej wsi położonej w gminie Stegna, w powiecie nowodworskim na Żuławach Wiślanych. Spokojna, trochę senna, ale urocza miejscowość z pięknymi domami podcieniowymi. Nie było czasu, by je dokładnie obejrzeć, ale nawet rzut oka z oddali robił wrażenie. Agnieszka Michajłow 71 Nasza łódka była z firmy iczarter.pl ze Sztumu, która zajmuje się wynajmem jachtów motorowych bez patentów na Pętli Żuławskiej, Żuławach Wiślanych i Kanale Elbląskim. Dostałyśmy jacht typu Nautika 830 MC, o wdzięcznej i sugestywnej nazwie „Galimatias Nie wiem czy to był przypadek, że właściciel iczarter.pl Daniel Domagalski dał nam dziewczynom właśnie tę łódź. Łódka komfortowa, sześć w miarę wygodnych miejsc do spania, pełno półek i zakamarków, gdzie można umieścić rzeczy, a kto zna istotę damskiej torebki, ten wie, jak wiele rzeczy może się przydać w różnych sytuacjach i to nie wiadomo kiedy. Poza tym wygodna kuchnia i miejsca do siedzenia, łazienka z wodą i przenośną to-aletą. Jest radio i telewizor i w porcie dostęp do prądu. Jednostka absolutnie dostosowana do pływania także w większym gronie, dobra dla rodzin z dziećmi. Nasz rejs zaczął się od podstawowego szkolenia, co jest czym i gdzie na łódce, jak nalegać wodę i paliwo, jak wiązać liny i jak cumować, jak wypływać z przystani, jak płynąć po rzece i jak przybijać do portu. Szkolenie dla mnie i Basi Kopaczewskiej robił nasz radiowy żeglarz Arek Chomicki. Okazało się, że łódź motorowa to nie samochód i co prawda jest eoś, co przypomina wajchę skrzyni biegów i kierownicę, to prowadzi się jednak zupełnie inaczej. Kilka prób mniej lub bardziej udanych i uznałyśmy, że jesteśmy gotowe i musimy sobie poradzić. Musimy, bo chcemy, bo traktujemy to jako wyzwanie dla zwykłych kobiet, dla zwykłych „mieszczuchów”, że można i że warto popływać po Żuławach, nawet jeśli nie jest się wilkiem morskim. Miałyśmy oczywiście wciąż w tyle głowy, że woda to żywioł i że musimy mieć wobec niej respekt. Do naszej dwójki dojechała reszta ekipy, Zapakowałyśmy nieprawdopodobną liczbę rzeczy, kilka ostatnich uwag, no i oczywiście zdjęć i byłyśmy gotowe do rejsu. Pierwszego dnia płynęłyśmy Szkarpawą z Żuławek, potem Wisłą m.in. przez Tczew, aż do Białej Góry na Nogacie. To była kilkugodzinna, piękna, ale niełatwa trasa. Sz Pawa jak większość żuławskich rzek, niezbyt szeroka, niezbyt głęboka, spokojna i uro by z niej wejść na Wisłę, musiałyśmy przejść przez naszą pierwszą śluzę po czas tego 72 Pętlą Żuławską z Radiem Gdańsk rejsu. To była Gdańska Głowa. Cała ekipa na pokładzie, jedna za sterem, reszta z linami, tył zabezpieczony, przód też. Pierwsze mocowanie lin sprawiło trochę trudności, jedne liny za sztywne, inne za luźne, trzeba było interweniować, by łódź nie uderzyła w ścianę śluzy. Ale wszystko skończyło się dobrze i test śluzowania zaliczony. Ze Szkarpawy wpłynęłyśmy na Wisłę. Wisła robi wrażenie, bo jest wielką rzeką. Szeroka, dostojna, ale niestety momentami bardzo płytka. Mimo czytania map i dużej ostrożności wpadłyśmy na mieliznę. Próby wyjścia z niej przy użyciu dużej siły silnika, manewrowania przód-tył, niestety nie pomogły. Użyłyśmy wioseł, miałyśmy nadzieję, że uda nam się odbić od płytkiego dna. Niestety, łódka utknęła na tak dużej płyciźnie i w takim mule, że nic nie pomagało. Ostatecznie weszłyśmy do wody, która okazała się nam sięgać do bioder i wypchnęłyśmy łódź. Woda w Wiśle w czerwcu była dosyć zimna, ale dałyśmy radę. Ekipa radiowa pod murami malborskiego zamku, fot. Radio Gdańsk To była chyba jedna z najtrudniejszych sytuacji podczas naszego całego rejsu i na szczęście zdarzyła się na początku. Wiedziałyśmy już, że płycizny to nie są nasze przyjaciółki. Dalej płynęłyśmy bardzo ostrożnie i uważnie. Po drodze przepłynęłyśmy pod kilkoma mostami, co zrobiło na nas duże wrażenie. Most w Kieżmarku obserwowany z pozycji wody jest niesamowity. Ale szczególnie widowiskowe jest przepłynięcie pod zabytkowym mostem lisewskim w Tczewie. Most jest piękny i stary, bo z końca XIX wieku, to jedna z najstarszych tego typu konstrukcji w Europie. Niestety jest bardzo zniszczony i wymaga poważnego remontu. Od kilku lat jest zamknięty dla ruchu, co prawda jest remontowany, ale to raczej lifting niż konieczna modernizacja. Na taką wciąż brakuje pieniędzy. Wzdłuż mostu lisewskiego biegnie most kolejowy, po którym kursują m.in. nowoczesne pociągi Intercity Premium. Płynąć pod mostem, którym pędzi Pendolino, to bezcenne wrażenie. Agnieszka Michajłow 73 Pierwszego dnia postanowiłyśmy zjeść obiad w Tczewie i przybić do nabrzeża. To było trudne zadanie. Łódź przymocowałyśmy do wysokiego nabrzeża i wspięłyśmy się kilka rnetrów drabiną na górę, by wejść na bulwar. Z Tczewa popłynęłyśmy dalej Wisłą w stronę Nogatu. Wisła choć jest największą z polskich rzek, to ruch na niej jest niewielki. Kilka łodzi, pogłębiarka i dwa skutery wodne, tyle widziałyśmy podczas wielogodzinnego rejsu. By wypłynąć z Wisły na Nogat, musiałyśmy przejść przez śluzę w Białej Górze. Mu-siałyśmy skorzystać z uprzejmości obsługi tego urządzenia, bo trochę się spóźniłyśmy. Przed rejsem warto sprawdzić godziny, w których śluzy są otwierane i w których można je pokonywać. Pierwszą noc spędziłyśmy w przystani w Białej Górze. Port zbudowany w latach 2010-2012 w ramach projektu „Pętla Żuławska - rozwój turystyki wodnej”. Dobre zaplecze socjalne, komfortowe łazienki i toalety, oczywiście standardowy dostęp łódki do wody i prądu. Bardzo przyjazny i chętny do pomocy bosman. Biała Góra to miejsce dla osób, które lubią komfort, ale też ciszę i spokój. Bardzo polecamy. w Białej Górze, fot. Radio Gdańsk Drugi dzień wyprawy zaczęłyśmy od toalety, porannych porządków, śniadania i oczywiście pracy, czyli relacjonowania dla radia naszego rejsu. Konieczne było połączenie z radiem, z czym dzielnie mocowała się Basia Kopaczewska. Urządzenia, kable, anteny, mikrofony, nadajniki, to było nasze wyposażenie. Normalnie nie trzeba tego ze sobą zabierać na rejs Pętlą Żuławską. Z Białej Góry „Galimatiasem wyi uszyłyśmy Nogatem w stronę Malborka. Przed nami śluza w Szonowie. O mały włos, a byśmy ją przeoczyły, botem też nie obyło się bez małych problemów. Różnica poziomów wody w śluzie wykosiła 1,8 m. Tego się nie spodziewałyśmy i łódka nam się mocno przechyliła podczas spustu wody. Trzeba było szybko reagować, luzować liny. Od śluzy w Szonowie dobrze wiedziałyśmy, że jak się śluzuje łódkę, to liny muszą być luźne. Na śluzach wrażenie robi Praca śluzowych, oni wciąż otwierają i zamykają wrota ręcznie. Nogat nas urzekł. Cudowna rzeka i wokół niej żuławska przyroda. Niesamowite pta-kb takie których nigdzie wcześniej nie widziałam w naturalnych warunkach. Żyją tu 74 Pętlą Żuławską z Radiem Gdańsk Pętla Żuławska to droga wodna łącząca ze sobą szlaki wodne Wisły, Martwej Wisły, Szkarpawy, Wisły Królewieckiej, Nogatu, Wisły Śmiałej, Wielkiej Świętej-Tugi, Motławy, Kanału Jagiellońskiego, rzeki Elbląg i Pasłęki, a także wody Zalewu Wiślanego. To 303 km niezapomnianej przygody, którą można przeżyć płynąc kajakiem, jachtem, łodzią motorową lub houseboatem. Pętla Żuławska to także sieć portów, przystani żeglarskich i pomostów cumowniczych o najwyższej jakości, które powstały w ramach projektu „Pętla Żuławska — rozwój turystyki wodnej. Etap I”, który został uznany za jedno z kluczowych przedsięwzięć turystycznych o znaczeniu ponadregionalnym w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 2007-2013 Działanie 6.4 „Inwestycje w projekty turystyczne o znaczeniu ponadregionalnym”. Projekt realizowany jest przez partnerów samorządowych z województwa pomorskiego i warmińsko-mazurskiego oraz Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gdańsku. To także element Międzynarodowej Drogi Wodnej E 70 biegnącej z Rotterdamu, przez berliński węzeł śródlądowych dróg wodnych, północną Polskę, do Kaliningradu, a dalej drogą wodną Niemna (Pregołą i Dejmą do Kłajpedy). Oprócz szlaków wodnych zgromadzonych wokół delty Wisły i infrastruktury dla turysty wodnego, Pętla Żuławska łączy ze sobą liczne atrakcje związane z dziedzictwem kulturowym Żuław Wiślanych. To obszar niezwykle bogaty w unikatowe w skali kraju obiekty historyczne: zamki gotyckie czy domy podcieniowe, a także zabytki hydrotechniczne: mosty zwodzone czy śluzy. Obszar Pętli Żuławskiej to bez wątpienia miejsce wypoczynku, aktywnej rekreacji, niezwykłych krajobrazów i fascynującej przyrody. zupełnie dziko, nie przeszkadzają im pływające pojedyncze łodzie z turystami czy wędkarzami. Nie wszystko co widziałyśmy, potrafiłyśmy nazwać, wiele widoków zapierało jednak dech w piersiach. Na naszej trasie kolejnym przystankiem był Malbork. Co można o nim napisać, czego jeszcze nie napisano? Że zamek krzyżacki robi duże i inne wrażenie od strony wody niż od lądu? Przycumowałyśmy do przystani w Parku Północnym, miejscu bardzo ciekawym, do którego zwykły autokarowy turysta nigdy się nie zapuści. Mój i radiowy gość Piotr Sadowski, prezes Centrum Aktywnego Wypoczynku, operator przystani Park Północny opowiadał mi, że park to zielone płuca Malborka. To tu odpoczywają mieszkańcy miasta. Jest park linowy dla dzieci, będą budowane ścieżki rowerowe. Sama przystań rzeczna też bardzo ładna. Zaplecze socjalne nie za duże, ale przyzwoite. Są toalety, łazienki, mała kuchnia, a nawet biblioteka. M^oże tylko iowerów w wypożyczalnia za mało. Nie wystarczyło dla naszej sześcioosobowej ekipy. W Malborku oczywiście warto zwiedzić zamek, ale można też obejść miasto w zupełnie innym celu. My poszłyśmy na zakupy i na obiad do wyjątkowej, zamkowej restauracji Gothic. A tam zupełnie zaczarowane jedzenie. Tradycyjnie wykonane masło z gorczycą, zawiesisty żur, ręcznie robione pierogi z gęsiną aż po lody z podlaskim sękaczem. Wszystko wyborne. Nietanie, ale warte grzechu. Bo Pętla Żuławska to także okazja do smakowania Pomoi za. Z Malborka kobieca radiowa ekipa żeglarska wyruszyła Nogatem do Elbląga. Po drodze znowu urokliwa przyroda. Kolejna śluza, tym razem Rakowiec. To największa z tych, które pokonywałyśmy, jeśli chodzi o różnicę poziomów, bo aż 2,5 metra. A tam nad naszymi głowami, oprócz ptaków, świetny pokaz M1G29, samolotu z pobliskiego Królewa Malborskiego, pewnie w ramach jakiś ćwiczeń wojskowych. Kolejna śluza w Michałowie Agnieszka Michajłow 75 nietypowa, bo obsługiwana przez kobietę. Pani Małgorzata, pierwsza śluzowa na naszej trasie. Wyglądała na zadowoloną ze swojej pracy. Pomogła nam przejść przez śluzę. Potwierdziła też to, co już wiedziałyśmy, że Pętla jest dla każdego. Płyniemy, płyniemy, ale cały czas nadajemy. Uchwycić połączenie internetowe na wodzie czasami bywa trudne. Ale nam się na szczęście udawało i słuchacze Radia Gdańsk na bieżąco mogli słuchać naszych relacji. Dla internautów relację na żywo prowadziła dzielnie Maria Anuszkiewicz. Trasa z Malborka do Elbląga niedługa, ale bardzo przyjemna, najpierw Nogatem a potem Kanałem Elbląskim. Początkowo widok Elbląga od strony Wody trochę przemysłowy i mało zachęcający. Ale na wysokości starówki dwa piękne, otwierane mosty i bardzo przyjazne nabrzeże. Zacumowałyśmy łódź przy Bulwarze Zygmunta Augusta, zamknęłyśmy na kłódki i poszłyśmy zwiedzać miasto. Odbudowywana od lat elbląska starówka jest wyjątkowo ładna. Nie byłyśmy nastawione na zwiedzanie zabytków. Obejrzałyśmy piękne kamienice, budynki postawione właściwie od nowa i zjadłyśmy, co nieco w przyjemnej Studni Smaków, słynącej ze swojego browaru. Po dniu spędzonym w mieście, czas na odpłynięcie do Jachtklubu Elbląg. W Elblągu jest kilka miejsc postojowych, klub podobno najlepszy. Jeśli chodzi o wejście do przystani, cumowanie to faktycznie komfortowe miejsce. Jeśli chodzi o zaplecze socjalne, m.in. do mycia, pozostawia wiele do życzenia. To najgorsze pod tym względem miejsce, które odwiedziłyśmy. Wydaje się, że poprawa tego zaplecza to poważne zadanie dla władz miasta. W Elblągu spędziłyśmy noc. To był ostatni port naszej podróży. Naszą łódkę przejmowała kolejna, tym razem męska, ekipa dziennikarzy i realizatorów z Radia Gdańsk. Postarałyśmy się, by łódka wyglądała jak nowa. I przekazałyśmy ją kolegom. Resztę rejsu znamy z ich opowieści, relacji, zdjęć i filmów. Część męskiej ekipy w takim rejsie była po faz pierwszy. Szczury lądowe przeszły konieczne szkolenie i w drogę z Elbląga w stronę Zalewu Wiślanego. Na Zalew panowie wpłynęli ubrani w kamizelki ratunkowe. Bo pływanie po Zalewie to zupełnie inny charakter pływania niż po żuławskich rzekach. Miększy akwen, głębszy, wieje i nieźle buja. Po drodze krótkie cumowanie w Tolkmicku i docelowo port w Krynicy Morskiej. Przystań wybudowaną kilka lat temu nasi koledzy °cenili dobrze. W kurorcie spodobała im się wyjątkowo duża liczba ławek. A w sprawach kulinarnych polecali Gospodę Rybną. Na każdym etapie rejsu koledzy podkreślali walory smakowe dań, które próbowali, podczas całego rejsu. Koledzy oczywiście też pracowali, relacjonowali w radiu swój rejs, ale też musieli wykonać małą naprawę silnika. Uff, jak dobrze, że my nie musiałyśmy tego robić. Z Krynicy dalszą trasę dziennikarze Radia Gdańsk popłynęli do Kątów Rybackich. Trasa nie była łatwa, mocno wiało i bujało. Ponadto sternicy musieli sprytnie omijać sieci rybackie. Port Kątach ocenili bardzo wysoko, łącznie z wysokim standardem łazienek. Z Kątów Rybackich dalej Zalewem w stronę Rybiny, gdzie jest most, pod którym trzeba przepłynąć na Szkarpawę. W Rybinie nietypowy most obrotowy. Został wybudowany w 1905 roku i działa do dziś, chociaż bardzo rzadko. Koledzy od razu poczuli, że płyną inaczej. Na Szkarpawie fale znacznie mniejsze, a słoneczne chwile można wykorzystać na lżenie na dziobie. 76 Pętlą Żuławską z Radiem Gdańsk Most obrotowy w Rybinie, fot. Radio Gdańsk Z Rybiny dziennikarze Radia Gdańsk popłynęli Szkarpawą do Żuławek, do przystani; z której zaczynał się nasz rejs. Wypływałyśmy w niedzielę; koledzy dopłynęli do tego samego portu w piątek; sześć pełnych emocji i wrażeń dni. Nasze ekipy, damska i męska, nie zawiodły i przepłynęły zakładany wcześniej dystans. Udało się niemal wszystko i niemal wszystko w tym czasie przeżyliśmy. Ulewa, śluzy, utknięcie na mieliźnie, fale Zalewu Wiślanego, nowoczesne porty i dużo, dużo więcej - to bilans naszej małej przygody. Kolejną taką wyprawę planujemy już za rok. Teraz apetyty są jeszcze większe. Kilka naszych kobiecych refleksji po rejsie. Ola: Pętla Żuławska jest dla ludzi, których nie stać na wyjazd do Tajlandii. Basia: piękna trasa i dzika przyroda. Magda: Jestem zafascynowana życiem na łódce. Trzymanie i knagowanie lin, śluzowanie, przechodzenie pod mostem. Cieszę się, że mogłam się sprawdzić w takich warunkach. Agnieszka: podoba mi się infrastruktura, która przy Pętli Żuławskiej jest na naprawdę wysokim poziomie. Fajne przystanie, sympatyczni ludzie. Dagmara: fantastyczny relaks na wodzie. Totalny reset. Maria: idealny pomysł na wakacje. Pętlo Żuławska, do zobaczenia za rok. Marta Chmielińska-Jamroz 77 Marta Chmielińska-Jamroz PARTYZANCKIM SZLAKIEM Młodzież z różnych stron Polski maszerowała śladami żołnierzy majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Rajd pieszy organizowany przez Stowarzyszenie Historyczne im. 5. Wileńskiej Brygady AK przebiegał przez Bory Tucholskie, a zakończył się w Czerninie w powiecie sztumskim. Rajd Pieszy Szlakiem Żołnierzy 5. WBAK to najstarsza i zapewne największa tego typu impreza w Polsce, w tym roku odbył się po raz czternasty i udział w nim wzięło ponad 260 uczestników z różnych stron kraju. Żuławy i Powiśle reprezentowały grupy z Malborka, Mikołajek Pomorskich i Pruszcza Gdańskiego. Tym razem można powiedzieć o dominacji naszej „prowincji” nad innymi, ponieważ dwa miejsca na podium należały do grupy z Pruszcza Gd. i Mikołajek. Zdobyć miejsce w pierwszej trójce nie jest łatwo, bo rywali-zują ze sobą ludzie o różnym przygotowaniu i kondycji, grupy są mniej lub bardziej liczne, a co za tym idzie łatwiej lub trudniej jest im być niezauważonym w czasie marszu. .Grupa Rekonstrukcji i Turystyki Historycznej „Szwadron Powiśle działająca przy Gminnym Ośrodku Kultury w Mikołajkach Pomorskich na chwilę przed rozpoczęciem Rajdu,Jot. archiwum 78 Partyzanckim szlakiem W ZGODZIE Z REALIAMI TAMTYCH DNI Organizatorzy dbają o to, aby uczestnicy poznawali historię partyzantki niepodległościowej i co roku Rajd rozpoczyna wykład z zakresu taktyki partyzanckiej po roku 1944. Młodzież dowiaduje się w jakich warunkach żyli i jak funkcjonowali żołnierze podziemia, poznają także metody działania aparatu represji czyli Urzędu Bezpieczeństwa. Organizatorzy wcielają się także w rolę patroli UB, których zadaniem jest zaobserwowanie i zatrzymanie patroli, które podobnie jak partyzanci 70 lat temu muszą wykazać się sprytem i uniknąć obławy. Rozpoczynając przygodę rajdową każdy patrol otrzymuje pakiet startowy zawierający oprócz wskazówek dotyczących trasy marszu, biografię patrona, którym jest wybrany przez organizatorów partyzant oraz teksty piosenek partyzanckich. Trasa marszu wiedzie przez miejscowości ściśle związane z działaniami 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej, uczestnicy poznają historię danego miejsca i wydarzeń, jakie tam się rozgrywały, rozmawiają z mieszkańcami i starają się dokumentować zasłyszane historie. Taki bezpośredni kontakt z historią jest doskonałą metodą poznawania przeszłości, bo nic nie zastąpi osobistego kontaktu z ludźmi takimi jak Jerzy Łytkowski, którego rodzice często gościli wileńskich partyzantów. W domu pana Jerzego zawsze można usłyszeć historię spotkań z żołnierzami majora „Łupaszki”, czy też opowieść o ostatnim pożegnaniu z Danutą Siedzikówną „Inką”, która właśnie z tego domu udała się na stację kolejową aby dotrzeć do Gdańska, gdzie ostatecznie została aresztowana i zamordowana. MARSZ... MARSZ... MARSZ Niektóre grupy mają do przejścia odcinek niemal 80 kilometrów, jak pobłądzą to i więcej, oczywiście trasa podzielona jest na krótsze odcinki, a zgłaszający się mają możliwość wybrania odpowiedniej do możliwości trasy. Zgłoszenia na Rajd przyjmowane są jedynie od grup, proces rekrutacji rozpoczyna się niemal na samym początku roku i trwa do końca marca, właśnie wtedy uczestnicy wybierają długość trasy, jaką dadzą radę przejść. Każdy uczestnik dźwiga na plecach cały niezbędny ekwipunek, przewidując złą pogodę należy mieć coś chroniącego przed deszczem oraz przewiewne ubranie w przypadku upałów. Uczestnicy otrzymują także porcje żywnościowe na kilka dni i tu również muszą wykazać się roztropnością, aby nie wziąć za mało czy za dużo jedzenia. W zależności od edycji rajdu organizatorzy organizują koncentracje, na których można uzupełniać zapasy, w tym roku takiej możliwości nie było i każda grupa zabierała ze sobą zaopatrzenie na 3 dni marszu. Trasy wiodą leśnymi ostępami i niezbyt uczęszczanymi drogami, a noclegi muszą zapewnić sobie maszerujący we własnym zakresie. Jest to pewien element surwi-walu, ale jak doświadczenie organizatorów pokazuje, młodzież jest niezwykle pomysłowa, a i okoliczni mieszkańcy nie boją się udzielać schronienia maszerującym. Niezbyt zatem rzadkim przypadkiem jest nocleg w domu otwartych gospodarzy i gorąca kolacja podana gościom. Uczestnicy otrzymują rozkazy, w których zawarte są wskazówki dotyczące kolejnych etapów trasy, tak aby w odpowiednim terminie dotarli na metę Rajdu. Tym razem rajdowicze wyruszyli z Chojnic i okolic, a zakończenie ich wielokilometrowej wędrówki nastąpiło w Lipinkach w powiecie świeckim. Stamtąd po wspólnym ognisku Marta Chmielińska-Jamroz 79 i noclegu w szkole, uczestnicy autokarami zostali dowiezieni do Czernina, gdzie czekała ich gra terenowa i popołudniowe uroczystości. W 70 LAT PO ŚMIERCI „ŻELAZNEGO” Rajd Pieszy Szlakiem Żołnierzy 5. WBAK przez wiele lat kończył się w Czerninie, było to związane z miejscem śmierci jednego z najodważniejszych dowódców szwadronów mjra „Lupaszki” - Zdzisława Badochy „Żelaznego”, który zginął właśnie tu w 1946 roku. Z przyczyn logistycznych kilka lat temu organizatorzy zmienili miejsce zakończenia na Bory Tucholskie, jednak rok 2016 jest wyjątkowy ze względu na okrągłą rocznicę śmierci „Żelaznego”. To spowodowało, że XIV Rajd zakończył się właśnie w Czerninie. Zanim na scenie plenerowej odczytano wyniki rajdowych zmagań nastąpił historyczny moment odsłonięcia pamiątkowego głazu poświęconego Zdzisławowi Badosze. Głaz ustawiony został na terenie dworku w Czerninie, nieopodal miejsca, gdzie prawdopodobnie rażony odłamkiem granatu padł „Żelazny”. Także przy wejściu na teren majątku w Czernienie umieszczona została tablica informująca o historii tego bojowego żołnierza, który w chwili śmierci miał zaledwie 21 lat. Po mszy, w której uczestniczył biskup elbląski Jego Ekscelencja Jacek Jezierski, wszyscy uczestnicy otrzymali pamiątkowe ryngrafy rajdowe. Na zakończenie Rajdu na scenie wystąpił Tadek Polkowski oraz zespół Contra Mundum. 80 Partyzanckim szlakiem Pomiędzy koncertami artystów wręczone zostały nagrody - tym razem dwa miejsca na podium należały do drużyn z Pruszcza Gdańskiego i Mikołajek Pomorskich. Podczas końcowej uroczystości dwóch mieszkańców naszego regionu - Robert Jam-roz z Malborka i Arkadiusz Dzikowski ze Sztumu odznaczeni zostali odznaczeniem Pro Patria nadawanym za szczególne zasługi w kultywowaniu pamięci o walce o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej przez kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. * ★ * Zdzisław Badocha „Żelazny” zginął w ogrodzie majątku w Czernienie 28 czerwca 1946 roku, przebywał tu na leczeniu po tym, jak w nieodległych Tulicach został ranny w potyczce z MO i UB. Martwego „Żelaznego” zabrali funkcjonariusze UB i zawieźli w nieznane miejsce, wiele wskazuje na to, że zwłoki dotarły do dawnej siedziby UB w Sztumie. Tam też najprawdopodobniej zostały zakopane, być może nawet kilka metrów od budynku w ogrodzie należącym do posesji. W ubiegłym roku jesienią ekipa poszukiwawcza IPN kierowana przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka prowadziła prace mające na celu odnalezienie szczątków Zdzisława Badochy. Zbadany wówczas teren nie ujawnił szczątków ludzkich, nie oznacza to jednak, że nie mogą one znajdować się metr dalej. Profesor Szwa-grzyk zapowiedział, że niebawem podjęte zostaną dalsze prace poszukiwawcze. Aleksandra Paprot 81 Aleksandra Paprot UKRAIŃCY I ICH DZIEDZICTWO KULTUROWE NA ŻUŁAWACH I POWIŚLU Pomorze to obszar, który często określa się mianem wielokulturowego. Jego wielokul-turowość tworzy zarówno przedwojenna, jak i powojenna historia oraz kultura licznych nacji, grup etnicznych, wyznaniowych oraz regionalnych. Dla Pomorza Wschodniego (Żuław i Powiśla) datą graniczną był 1945 r., kiedy to duża część ludności Pomorza, głównie pochodzenia niemieckiego, została zmuszona do opuszczenia swoich domów i została wysiedlona na zachód Europy. Ich miejsce zajęli nowi osadnicy z centralnej i południowo-wschodniej Polski, dawnych Kresów Wschodnich oraz repatrianci i reemigranci z różnych części Europy Wschodniej i Zachodniej, a także Ukraińcy w ramach Akcji „Wisła” w 1947 r. Adaptacja i integracja nowych mieszkańców Pomorza przebiegała początkowo na poziomie narodowym poprzez propagowanie kultury i tradycji określanych jako polskie. 82 Partyzanckim szlakiem Po 1989 r. i zmianie ustroju państwa nastąpiła również zmiana w polityce kulturalnej instytucji kultury, wzrosła aktywność społeczności lokalnych Pomorza i rozwinął się ruch regionalny. O ile obecnie ludność Kaszub czy Kociewia identyfikuje się ze swoim miejscem zamieszkania oraz kultywuje własne zwyczaje i tradycje, o tyle na ziemiach przyłączonych do Polski po wojnie tożsamość regionalna i tradycje zaczęły się dopiero tworzyć, co wynika z przerwania ciągłości kulturowej regionów po II wojnie światowej. Świadczy to o tym, że nowi osadnicy i ich potomkowie odczuwają coraz większą potrzebę zaznaczania własnej odrębności kulturowej w odniesieniu do zwyczajów kulturowych przodków. Przykładem grupy, która tworzy nowe tradycje regionu w odniesieniu do dziedzictwa kulturowego przodków, jest społeczność ukraińska. Przez wiele lat po II wojnie światowej Ukraińcy przesiedleni na te tereny żyli głównie skupieni wokół swoich parafii greckokatolickich, a ich kultura tradycyjna i zwyczaje przetrwały częściowo w wymiarze niematerialnym w wyniku nikłej adaptacji kulturowej. Dlatego należy zebrać ich wspomnienia i „żywe tradycje”, które przetrwały w środowiskach Ukraińców na Pomorzu. Dostrzegając aktualne problemy społeczno-kulturowe na Pomorzu, Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy” podjęło się realizacji projektu pt. „Wielokulturowe Pomorze: Ukraińcy i ich dziedzictwo kulturowe na Żuławach i Powiślu”1 dofinansowanego ze środków Województwa Pomorskiego w ramach programu: Rozwój Kultury w Województwie Pomorskim w Roku 2016. Projekt zakłada dokumentację niematerialnego dziedzictwa kulturowego Ukraińców na Żuławach i Powiślu jako grupy etnicznej i religijnej. Kultura ukraińska obecnie stanowi jeden z elementów, na podstawie których budowana jest tożsamość lokalna i regionalna na obszarze Żuław i Powiśla. Projekt ma więc na celu: (1) dokumentację przejawów niematerialnego dziedzictwa kulturowego (tradycji, zwyczajów kulturowych, obrzędów dorocznych i rodzinnych, rękodzieła itp.) w wielopokoleniowych rodzinach ukraińskich lub pochodzenia ukraińskiego; oraz (2) opis i analizę zmian czy przeobrażeń ich kultury tradycyjnej wśród kolejnych pokoleń Ukraińców urodzonych już na Żuławach i Powiślu. Dokumentacja będzie prowadzona w ramach współpracy Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy” z wykładowcami oraz studentami etnologii z Instytutu Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego. Grupa ponad dziesięciu osób przeprowadzi w październiku szczegółowe badania terenowe na Żuławach i Powiślu, w oparciu o metody i narzędzia charakterystyczne dla etnologii. Respondentami będą głównie osoby skupione wokół parafii greckokatolickich w Cyganku (powiat nowodworski) oraz w Dzierzgoniu (powiat sztumski), a także dawni i obecni członkowie Związku Ukraińców w Polsce i ich kół w obu regionach. W trakcie badań będzie prowadzony blog przez członków stowarzyszenia i studentów, na którym będą publikowane codzienne relacje z badań terenowych. Zgromadzone materiały etnograficzne w końcowym etapie projektu zostaną opracowane i wydane w publikacji dostępnej on-line jako artykuły popularnonaukowe i będą one przybliżać niematerialne dziedzictwo kulturowe społeczności ukraińskiej na Pomorzu szerokiemu gronu odbiorców. Do współpracy przy publikacji zostaną także zaproszeni lokalni działacze ukraińscy, osoby duchowne oraz naukowcy zajmujący się tą Więcej informacji o projekcie można znaleźć na blogu: www.wielokulturowepomorze.wordpress.com Aleksandra Paprot 83 tematyką. Zostanie przygotowana multimedialna wystawa zdjęć dokumentująca życie codzienne Ukraińców na Żuławach i Powiślu oraz ich kulturę. Podsumowaniem projektu będzie zorganizowanie dwóch spotkań. Pierwsze z nich odbędzie się w Szkole Łacińskiej w Malborku dzięki współpracy z Malborskim Centrum Kultury i Edukacji. Spotkanie będzie mieć charakter warsztatowy i zostanie skierowane do instytucji kultury, stowarzyszeń, liderów lokalnych i mieszkańców, jego celem jest przekazanie szerszemu gronu wiedzy o powojennych wydarzeniach społeczno-kulturowych i roli kultury ukraińskiej w budowaniu współczesnego wizerunku i tożsamości omawianych regionów. Warsztatom będzie towarzyszyć również szkolenie z zakresu Konwencji UNESCO z 2003 r. w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Drugie spotkanie odbędzie się w Gdańsku na Uniwersytecie Gdańskim (Wydział Historyczny) i będzie podsumowaniem projektu. Podczas niego zaprezentowane zostaną materiały i wnioski z badań etnograficznych oraz multimedialna wystawa fotograficzna. Warto dodać, że tematyka ukraińska nie była dotychczas szeroko poruszana na Żuławach i Powiślu. Nadal brakuje kompletnych opracowań z zakresu nauk historycznych czy społecznych, choć wato wspomnieć, że w latach 2008-2011 w ramach projektu „Oswajanie wielokulturowego krajobrazu Żuław - strategie adaptacyjne, organizacja i kreowanie współczesnej kultury regionalnej” etnolodzy zajęli się m.in. problematyką Ukraińców na Żuławach. Na podstawie relacji osób przesiedlonych w 1947 r. w ramach Akcji Pamiątkowy ręcznik obrzędowy z ukraińską wyszywanką jednej z mieszkanek Marzęcina, fot. A. Paprot 84 Partyzanckim szlakiem „Wisła” wyłonił się obraz przedstawiający trudny proces oswajania przestrzeni fizycznej i nawiązywania relacji społecznych przez ludność ukraińską. Mimo pozornej integracji z pozostałymi nowymi osadnikami „solidarność wewnętrzna nie była równoznaczna z poczuciem wspólnoty z innymi grupami, zamieszkującymi Żuławy. Problem oswojenia krajobrazu fizycznego został zastąpiony przez marginalizację społeczną reprezentującą drugą odsłonę szoku kulturowego - zderzenie z konstrukcją społeczną o innych (obcych) wartościach symbolicznych, historii i przynależności etnicznej”2. Dlatego też tak ważnymi miejscami podtrzymywania swojej odrębności i kultury były dla Ukraińców parafie greckokatolickie, wokół których toczyło się ich życie i trwały tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przykład może stanowić parafia w Cyganku, gdzie od lat 80. XX w. organizowana jest Sarepta (obecnie Mała Sarepta), czyli spotkania religijne młodzieży greckokatolickiej z Polski. Obecnie rokrocznie do Cyganka przyjeżdżają na Małą Sareptę całe rodziny. Ukraińcy zamieszkujący obecnie Żuławy i Powiśle starają się kontynuować tradycje swoich rodziców i dziadków. To, co wzmacnia ich poczucie tożsamości narodowej to na pewno język ukraiński, którym wiele rodzin nadal posługuje się w domach i wśród rodaków. Jak podaje Ukrainiec z Dzierzgonia: „Ja i żona szczególnie staraliśmy się nauczyć dzieci mówić po ukraińsku, chociaż nie zawsze to nam wychodziło. Dopiero gdy dzieci dorosły, to zaczęły uzewnętrzniać ten ełement swojej tożsamości. Syn nawet obecnie używa oprogramowania komputerowego w języku ukraińskim. To jest taki niby drobiazg, ałe znaczący^. Tożsamość ukraińska na Żuławach i Powiślu przejawia się również poprzez podtrzymywanie i przekazywanie kolejnym pokoleniom umiejętności rękodzielniczych związanych z wyszywankami (charakterystycznym haftem na płótnie). „Tego, aż tak się nie eksponuje na zewnątrz, ale w domach i w mieszkaniach osób pochodzenia ukraińskiego dość powszechne są jakieś serwety czy obrazy, które mają elementy ornamentów ukraińskich, typowego wzornictwa ukraińskiego. (...) Wszystkie kobiety haftują: teściowa, żona, siostra żony (...) i śmiem twierdzić, że kilka jeszcze pań na terenie Dzierzgonia takie zdolności posiada”4. Wstępna analiza aktywności Ukraińców na Żuławach i Powiślu pokazuje, że kultura ukraińska jest krzewiona i upowszechniana dzięki instytucjom różnego typu: parafiom, lokalnym kołom Związku Ukraińców w Polsce, stowarzyszeniom. Dobry tego przykład stanowi wspomniana już wcześniej parafia pw. św. Mikołaja w Cyganku, gdzie została powołana do życia Akademia Świętego Mikołaja, która od września 2015 r. funkcjonuje jako stowarzyszenie. „Głównymi celami stowarzyszenia (...) są: zachowanie rozwoju orał promocja ukraińskich tradycji, kultury i języka: integracja mniejszości ukraińskiej regionu Żuław, praca na rzecz otwarcia społeczności ukraińskiej na współpracę w regionie; rekreacja 2 A.W. Brzezińska, M. Wosińska, Ukraińcy na Żuławach - szok kulturowy jako wspólna pamięć i osobiste doświadczenie, w: A.W. Brzezińska (red), Żuławy. W poszukiwaniu tożsamości, Pruszcz Gdański-Gdańsk: 2009, s. 55-56. ' Wywiad przeprowadzony przez A. Paprot 9 kwietnia 2015 r. w Dzierzgoniu z przedstawicielem społeczności ukraińskiej w ramach projektu „Kreowanie tożsamości regionalnej oraz lokalnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych (ze szczególnym uwzględnieniem Żuław i Powiśla)”. Projekt został sfinansowany ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2013/11/N/HS3/04781. 4 Tamże. Aleksandra Paprot 85 1 turystyka; inicjatywy mające na celu aktywizację społeczności lokalnej; dbanie o dziedzictwo Przyrodnicze i kulturowe regionu”5. Przytoczone przykłady pokazują, że kwestia kultywowania i upowszechniania kultury ukraińskiej na Żuławach i Powiślu jest tematem aktualnym. Dokumentacja przejawów niematerialnego dziedzictwa kulturowego przez etnologów w ramach projektu „Wielokulturowe Pomorze: Ukraińcy i ich dziedzictwo kulturowe na Żuławach i Powiślu” pozwoli na opis zarówno tradycji, których zaprzestano (lecz nadal pamiętają o nich najstarsi respondenci), jak i tych kontynuowanych. Projekt realizowany przez Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy” ma więc za zadanie pokazać mieszkańcom Żuław, Powiśla oraz całego Pomorza, że wielokulturowość tworzy zarówno kultura wytworzona na tym obszarze przed II wojną światową, jak i po niej. Warto na to zwrócić uwagę szczególnie teraz, gdy naożna zaobserwować wiele działań i wydarzeń mających na celu zdefiniowanie i określenie czym jest tożsamość żuławska i powiślańska. Stowarzyszenie poprzez projekt chce oddać w tej sprawie głos również społeczności ukraińskiej i pokazać ile kolorytu nadaje ich kultura obu regionom. Cerkiew greckokatolicka w Dzierzgoniu na Powiślu, fot. A. Paprot Akademia Świętego Mikołaja, http://www.cyganek.ndg.pl/akademia-mikolaja/ (dostęp: 21.07. 2016). 86 „Centralacy” na Powiślu - przyczynek do refleksji Małgorzata Łukianow „CENTRALACY” NA POWIŚLU - PRZYCZYNEK DO REFLEKSJI W przypadku migrantów z Centralnej Polski nie tylko na Powiślu, ale i na Ziemiach Zachodnich w ogóle mamy do czynienia z tym, co już dość śmiało można nazwać niepamięcią. Prowadząc wcześniejsze badania zdałam sobie sprawę, że w zbiorowej pamięci mieszkańców naszego regionu nie posiadają wizerunku utrwalonego w pamięci mieszkańców. Tak, jak łatwo wskazać, kim byli „zabużanie”, „zabugajce”, „jojki” i „szwaby”, tym trudniej znaleźć określenie na tych, którzy przyjechali z byłych regionów II RP po wojnie. Niekiedy mówi się o szabrownikach, ale tylko od czasu do czasu i w kontekście osób, które przyjeżdżały tylko po to, by wywieźć meble, domowe sprzęty, czy inne rzeczy, których po wojnie brakowało. Ich losy, choć nie wiążą się z dramatycznym doświadczeniem wysiedlenia z wcześniej zamieszkiwanych terenów, nierzadko są nie mniej interesujące. Przecież właśnie do tak zwanych „Centralaków” zaliczyć można tych, którzy po zrujnowaniu Warszawy podczas wojny i powstania przybywali na nowo przyłączone tereny. Przykładem jest tu Bolesław Usow, który w związku ze swoją działalnością w AK, przyjechał do Kwidzyna z Warszawy i rozpoczął pracę w nadleśnictwie. Był poszukiwany przez NKWD. Zginął tragiczną śmiercią w wypadku, choć wielu podejrzewa, że to mogło być coś więcej niż wypadek. Są to także mieszkańcy Białostocczyzny czy też innych wschodnich regionów II RP, które nie były tak zwanymi Kresami Wschodnimi i nie zostały przyłączone do ZSRR, ale również posiadały zróżnicowany i wieloetniczny charakter. Wreszcie, mogli to być także mieszkańcy okolic Pomorza, którym bliskie nierzadko były tradycje i nazwy wykorzystane przez ludność autochtoniczną Prus Wschodnich. Tu z kolei wymienić można tzw. „kolonię czerską” - osoby, które osiedliły się po wojnie w Sztumie, a pochodziły z Czerska. Choć nie ma zgody na to, kto był pierwszym „czerszczakiem”, który przyjechał na Powiśle wiadomo, że ostatnim był Henryk Lipski w 1958 roku. To, jak wyglądał czas tuż po wojnie na Ziemiach Zachodnich, gdy struktury administracji i instytucji lokalnych były zasadniczo w powijakach doskonale ukazuje film Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzyńskiego „Prawo i Pięść” lub z bardziej współczesnych „Róża” Wojciecha Smarzowskiego. W opuszczonych budynkach dopiero powstawały nowe warsztaty, szkoły - wszakże w tym czasie budowała się i umacniała nie tylko władza ludowa, ale także instytucje, które odpowiadały za całokształt życia społecznego. Jedną z ciekawych instytucji, o której niewiele wiadomo, był klub „Pomezania”. Klub ten funkcjonował w Kwidzynie do 1975 roku. Odbywały się w nim spotkania dyskusyjne osób, które zaangażowane były w życie społeczne i kulturalne Kwidzyna. W 1975 roku doszła Małgorzata Łukianow 87 do skutku reforma administracyjna (w ramach której zlikwidowano podział administracyjny uwzględniający powiaty, zastępując go podziałem dwustopniowym, zawierającym tylko gminy oraz województwa) i utworzono Miejski Ośrodek Kultury w Kwidzynie, którego dyrektorem został Władysław Kowalewski. Wówczas również klub „Pomezania” został włączony w struktury MOK. Jego siedzibą był budynek przy ul. Warszawskiej 18, znajdujący się naprzeciw Urzędu Miasta. Tam mieścił się klub szachowy, klub seniora, była hm również sala taneczna. Po co „Centralacy” przyjeżdżali na Ziemie Zachodnie? W skrócie - po lepsze ży-cie. Często słychać powtarzający się motyw przeludnionych i zniszczonych okupacją miejscowości, braku dachu nad głową. Ziemie Zachodnie zaraz po wojnie były dobrym Irena Zając (z lewej) wraz z siostrą, Kwidzyn, ok. 1960r.; zdjęcie udostępnione przez Irenę Zając miejscem, by ukryć się, przeczekać trudny czas komunistycznych represji. Wydaje się jednak, że jest to pewne uproszczenie. Wiele osób otrzymało nakaz pracy i skierowanie na Powiśle, co stawia historię o „poszukiwaniu lepszego życia” pod pewnym znakiem zapytania. W pierwszej kolejności nakazy takie otrzymywały osoby, które w jakimś stopniu dla nowej władzy były niewygodne lub podejrzane. Ponadto, takie nakazy pracy otrzymywali fachowcy, których angażowano w odbudowę zakładów komunalnych lub przemysłowych. Ciekawszy wydaje się inny system osiedlania się tych osób, który polegał na przyciąganiu rodziny, przyjaciół oraz znajomych do miejsca osiedlenia. Warto w tym punkcie wrócić do „kolonii czerskiej”. Osiedlanie się mieszkańców z centralnej Polski na Powiślu często przybierało formę efektu domina. W jaki sposób do Sztumu przyjechał Henryk Lipski - kronikarz Sztumu, działacz społeczny, a przede wszystkim fotograf? Tę sytuację opisał w artykule „Silna kolonia z Czerska” („Dziennik Bałtycki” 21.03.2003). Po otrzymaniu informacji od innego znajomego o tym, że w Sztumie (i w okolicy) nie było zakładu fotograficznego1, przybył tutaj, by taką działalność otworzyć. Informację °Uzymał od innego mieszkańca miasta, który w Sztumie już mieszkał. Podobnie, jak i fotograficznego, nie było i zakładu kowalskiego, ślusarskiego oraz wielu innych warsztatów rzemieślniczych, zatem „Centralacy” stanowili „kwiat prywaciarzy”, jak pisał o nich Pipski. Spotkania cechów rzemieślniczych były okazją do spotkań ludzi z „Czyrska”. ^Czerszczakiem” był także Romuald Marmurowicz, pierwszy starosta sztumski. Gdyby zastanowić się zatem, jaki był wkład „Centralaków” w tworzenie społeczności, ^ożna powiedzieć, że w skrócie - praca i odbudowa. Przy czym odbudowę możemy tutaj r°zumieć w dwóch wymiarach - pierwszy i oczywisty, to odgruzowanie miasta tuż po htniał wcześniej pewien zakład fotograficzny, ale właściciel, jak wspomina Lipski, otrzymał pokaźny spadek z Ameryki i w związku z tym zaprzestał swojej działalności. 88 „Centralacy” na Powiślu - przyczynek do refleksji wojnie. Odbudowa Ziem Zachodnich była ponadto ważną narracją propagandową w PRL. Od 21 lipca do 31 października 1948 roku we Wrocławiu miała miejsce Wystawa Ziem Odzyskanych (w skrócie: WZO), której celem było zaprezentowanie dorobku Ministerstwa Ziem Odzyskanych, które działało od trzech lat, a na jego czele stał Władysław Gomułka. Na pamiątkę owego dorobku oraz samego wydarzenia przez Halą Stulecia we Wrocławiu umieszczono stojącą do dziś iglicę. A jak ta odbudowa wyglądała lokalnie, z perspektywy Powiśla? By odpowiedzieć na to pytanie, należy moim zdaniem zwrócić się do tych mieszkańców, którzy bezpośrednio w odbudowę byli zaangażowani, także w sensie społecznym i często były to osoby, które po wojnie przyjechały w terenów II RP. Można wymienić ich wiele. Z Grudziądza pochodził urodzony w 1914 roku Alfons Lemański, założyciel kwidzyńskiego muzeum. Z okolic Starogardu Gdańskiego pochodził Jan Machutta, instruktor kwidzyńskiego harcerstwa. „Zza Wisły ”, z Tucholi, pochodziła także Helena Sampławska, popularyzatorka wiedzy o Powiślu i lokalnej kulturze. Choć wiele osób już nie żyje lub jest obecnie w bardzo za- Pomnik Bolesława Usowa, pierwszego nadleśniczego Nadleśnictwa Kwidzyn, odsłonięty 13 lipca 2015 roku, fot. M. Łukianow awansowanym wieku nie można zapomnieć, że lokalna historia była pisana także przez tych, którzy na Ziemiach Zachodnich i Powiślu znaleźli się nie tylko na skutek przymusowych przesiedleń i repatriacji. Można zaraz zakwestionować to, dlaczego wiąże się kwestię odbudowy Powiśla z ludnością napływową z centralnej Polski - w końcu nie tylko te osoby zaangażowane były społecznie lub politycznie. Warto jednak spojrzeć na ten problem z perspektywy lokalnej pamięci. „Centralacy” nie znajdują w niej swojego miejsca. Od czasu do czasu ktoś wspomina żartobliwie o „pionierach”, utożsamiając ich z szabrownikami. Czy pośród organizacji zajmujących się upamiętnianiem wydarzeń historycznych znajdziemy tę, która działalność swoją poświęca „dobrowolnym migracjom z centralnej Polski”? Nie znajdziemy również zbyt wielu pomników dedykowanych powojennej historii miasta (lub wciąż znaleźć można te, które wspominają o powrocie do Macierzy, choć one są już raczej zabytkami). Historia powojenna to wciąż „nie-historia”. Brakuje języka, zarówno naukowego, jak i potocznego, by opisywać rzeczywistość po 1945 roku, która nie miała charakteru walki politycznej i postaw opozycyjnych, ale była szarą codziennością i mozolną odbudową zniszczonych terenów. Bez uwzględnienia tej perspektywy, lokalna historia Powiśla będzie zdecydowanie niekompletna. Na tropach historii Ks. Jan Wiśniewski BISKUP CHRYSTIAN NA MISYJNYM SZLAKU W POMEZANII Przed wyprawą misyjną cystersów (opata Gotfryda-Boguchwała, Filipa i Chrystiana), czyli ok. 1206/1207', zorganizowane próby nawracania Prusów (X/XI w. dotarli do Nogatu i Wisły) nie przynosiły spektakularnych rezultatów. W tym czasie (XII/XIII w.) Wisła była granicą między Pomorzem Gdańskim i Prusami, przez którą ludność pomorska prowadziła handel z ludnością pruską, przejmując wzajemnie wiele elementów innej kultury. W ten sposób powstała mieszanka językowa, obyczajowa i religijna, ponieważ Prusowie żeniąc z pomorskimi kobietami, a Pomorzanki obierając pruskich mężczyzn, ^wprowadzali” te elementy do swego domu wraz nową wiarą w sposób pokojowy. Wśród poprzedników misji cysterskiej, które kończyły się fiaskiem, byli: 1- św. Wojciech, biskup praski, zamęczony 23 kwietnia 997 r. w Świętym Gaju koło Dzierzgonia2; misja św. Brunona z Querfurtu (+19.11.1009 r.) w 1. 1008-1009, biskup „in partibus infidelium”; 3. misja benedyktynów z Płocka w 1. 1138-1148; 4- misja (polityczna?) biskupa Henryka Zdzika z Ołomuńca w 1141 r.; 3. w 1163 r. wyprawa zbrojna Bolesława Kędzierzawego, który przekroczył Ossę, spa-cyfikował dorzecza Liwy i Dzierzgonki, a pokonanych Prusów zmusił do przyjęcia chrztu (Polska nie zostawiła tu zbrojnych, aby strzegli zachowania podjętych zobowiązań); 6. w 1192 r. misja biskupa Wita z Chotela w dorzecze rzeki Ełk (Poleksianie); Ż w 1197 r. namiestnik lubiszewsko-świecki Grzymisław (XII w.) osadził templariuszy w Starogardzie oraz joannitów w Lubiszewie i Skarszewach; w 1212 r. wrocławscy norbertanie (przeciwwagą Chrystiana, który umacniał pozycję wśród nobilów pruskich) dostali kościół w Żukowie, a potem dziesięciny w parafii Postolin; J- WIŚNIEWSKI, Ewangelizacja Prusów, w: Wypłyń na głębię. Materiały Pierwszego Ogólnopolskiego Kongresu Misyjnego Zakonów i Zgromadzeń Męskich i Żeńskich - Gdańsk 2002, red. E. ŚLIWKA SVD, Gdańsk-Pieniężno 2004, t. 2, s- 165; G. LABUDA, Prusowie i ich kraj we wczesnym średniowieczu (VI-X w.), w: M. BISKUP, G. LABUDA, Dzieje Zakonu Krzyżackiego w Prusach, Gdańsk 1988, s. 35-47 Na początku I tysiąclecia, ujście Wisły i Żuławy zajęli germańskie Plemiona skandynawskie Gepidów, które wytworzyły tzw. kulturę wielbarską (Wielbark k. Malbork) rozciągnięta między ^Misłą i Pasłęką (pomezańskie) oraz ziemię chełmińską. Ich miejsce zajęły plemiona zachodniobałtyjskie z Sambii, dochodząc na przełomie V/VI w. do Wisły. Plemiona słowiańskie nadeszły na ten teren z południowego wschodu, osiedlając się nad Drwęcą i Osą. S. MIELCZARSKI, Misja pruska świętego Wojciecha, Gdańska 1967, s. 48-64; J. POWIERSKI, Śmierć świętego Wojciecha i jej miejsce w świetle starszych źródeł, w: Komunikaty Mazursko-Warmińskie (dalej=KMW), nr 3, 1993, s. 375-389; J- WIŚNIEWSKI, Święty Wojciech na ziemi „pomezańskich” Prusów, w: Forum Teologiczne, t. 11, 2010, s. 171-183. 90 Biskup Chrystian na misyjnym szlaku w Pomezanii 9. wl. 1224-1228 biskup Chrystian zorganizował Zakon Rycerzy Chrystusowych (Braci Dobrzyńców), aby zbrojnie wspierali misję chrześcijańską w Prusach; 10. po 1225 r. książę pomorski Świętopełk osadził w Tymawie k. Gniewu rycerski zakon kalatrawensów (słabe uposażenie), by przygotowali się do misji; 11. w 1227 r. książę pomorski ufundował klasztor dominikanów w Gdańsku, którzy za zgodą biskupa pruskiego pracowali na terenie Pomezanii i ziemi pasłęckiej, wspierając Chrystiana. Zauważalny sukces misji katolickiej w Prusach pojawił się na początku XIII w., gdy przybyli tu cystersi z Łekna Wielkopolskiego (zał. w 1143 r.) W 1204 r. udali się do wschodniej Pomezanii, w okolice Pruskiego Targu (Przezmark k/ Starego Dzierzgonia), gdzie ponoć znajdował się grób św. Wojciecha, ale zostali uwięzieni. Celem wykupienia współbraci, do pogańskich Pomezanów wysłano opata Gotfryda, Filipa i Chrystiana, gdzie przyjęto ich gościnnie. W Pomezanii przekonali się, że Prusowie są gotowi do przyjęcia chrześcijaństwa, wspominając misję pruską z lat 1191-1195. 26 października 1206 r., papież Innocenty III (1198-1216) zezwolił Gotfrydowi na misję ewangelizacyjną prowadzoną w 1. 1207-1208, przy wsparciu biskupów i książąt polskich. Cystersi w Pomezanii, nawrócili księcia imieniem Phalec, a potem jego brata „króla Sodrecha...”. Słowo Boże głosili, trzymając się linii Wisły, gdzie zakładali osady m.in.: w Klasztorku k/Kwi-dzyna i we wsi Owczarki (Góra Klasztorna=Munsterberg). Przekaz Ewangelii odbywał się w sposób pokojowy, bez trudności, ponieważ spokojna ludność chłopska Pomezanii (m.in. w okolicy Postolina, Komorowa) przyjmowała Słowo Boże bez oporu. Jakaś część tutejszej ludności zetknęła się bowiem z chrześcijaństwem w czasie wyprawy Bolesława Kędzierzawego (1146-1173), przekazując ją kolejnym pokoleniom, albo byli potomkami ludności napływowej z Pomorza i Mazowsza. We wrześniu 1210 r. cysterska kapituła generalna w Citeaux, potępiła opata Gotfryda za jego nieobecność na zgromadzeniu z powodu włóczęgostwa i „udawania biskupa” (konsekrowany?), zaś jego współbraci uznała za zbiegów, o ile nie powrócą do klasztoru do Wielkanocy. Jednak Gotfryd już nie żył, bo poniósł śmierć męczeńska latem 1210 r., a misją pruską kierował Filip i Chrystian (+1245 r.). Dnia 10 sierpnia 1212 r. papież przekazał kapitule cysterskiej swoje poparcie dla misji pruskiej Filipa i Chrystiana oraz potwierdził legację arcybiskupa Henryka Kietlicza wobec niej, do czasu mianowania biskupa w Prusach. Po męczeńskiej śmierci Filipa w Prusach 9 maja (?) 1213 r., na czele misji stanął Chrystian, którego wielu współczesnych uważa za świętego.' Kapituła cysterska, „zgodnie z życzeniem Ojca św., a także aby karność naszego zakonu nie ucierpiała”, poleciła w 1213 r., zorganizowanie klasztoru (może wspólnoty mnichów) 3 K. B1AŁOSKÓRSKA, Święty Chrystian - Primus Episcopus Prusciae i jego misyjne biskupstwo. Kilka uwaga o perspektywach i potrzebach dalszych badań, w: Nasza Przeszłość, t. 96, 2001, s. 425-446; K. ZIELIŃSKA-MELKOWSKA, Święty Chrystian - cysters - misyjny biskup Prus, w: Nasza Przeszłość, t. 83, s. 35-61, gdzie pisała (s. 53-54): „Zastanawia jednak fakt, że kult Chrystiana jako świętego nie stał się powszechnym, przynajmniej na terenie Pomorza, Ziemi Chełmińskiej i Prus, że nie przetrwał do naszych czasów, i że zachował się jedynie w klasztorach opartych na regule św. Benedykta... Przyczyną bezpośrednią nierozpowszechnienia się kultu św. Chrystiana była zapewne niechęć Krzyżaków, którzy zrobili wszystko, by nie dopuścić do oddawania czci człowiekowi, który był śmiertelnym wrogiem Zakonu. Jest jednak i przyczyna pośrednia, może nawet ważniejsza - nie było miejsca sepulktury (pochówku), a jak wiadomo bez relikwii kult świętego nie mógł się w średniowieczu rozpowszechniać”.; L. OKULICZ-KOZARYN, Dzieje Prusów, s. 260; J. POWIERSKI, Filip, w: SBPN, t. 1, Gdańsk 1992, s. 421. Ks. Jan Wiśniewski 91 w Prusach lub w ich pobliżu, aby pogodzić tę misję ewangelizacyjną z regułą zakonną. Chrystian, opat, kierownik misji, założył nowy klasztor cysterski, aby w nim zakonnicy-misjonarze przestrzegali regułę, a także był misyjną bazą wypadową i domem macierzystym cysterskich misjonarzy. Chrystian usytuował klasztor w Zantyrze (Sącierz) nad Nogatem, na ziemiach książąt pomorskich, którego opatem w 1223 r. był Albert (priore ipsius). Być może przed 1223 r. Chrystian założył także klasztor na Mnisiej Górze koło Grudziądza. Rozszerzająca się misja Pruska wymagała bowiem coraz większej liczby misjonarzy, dlatego, w 1. 1215-1218, powstały filialne klasztory cysterskie: w Kwidzynie, Jezioranach koło Gardei i Owczarkach. W nich gromadzono chłopców pochodzenia pruskiego, aby przygotować ich do pracy misyjnej wśród rodaków, ponieważ będą mogli w liturgii kościelnej posługiwać się dialektem pomezańskim ję- Kościól św. Jana Chrzciciela w Żuławce Sztumskiej, fot. L. Sarnowski zyka pruskiego. One były też najbardziej zagrożone przez łupieżcze najazdy Prusów. Chrystian, znający dobrze język pruski, przystąpił do ewangelizacji terenu Prus, któ-rego epicentrum znajdowało się po prawej stronie dolnej Wisły i Nogatu w rejonie grodu Zantyr, sięgając okolic Elbląga i Lubawy oraz do wschodniej Pomezanii (tu nazwa osady Komor Sancti Adalberti). Wybór terenu działań misyjnych był zależny od szlaków rzecznych, ponieważ łodziami było najłatwiej i najszybciej dotrzeć do miejsc zamieszkania. £a tym przemawiają pierwsze nawrócenia naczelników, wodzów pruskich: Surwabuno z Lubawy i Warpody z Lanzanii (Wysoczyzna Elbląska). Chrystian z wodzami pruskimi udał się do Rzymu (na Sobór Laterański IV: 1215), informując papieża o skuteczności naisji chrześcijańskiej w pogańskich Prusach, gdzie oni przyjęli chrzest. Wtedy papież, Urzeczony intensywnością misji, 18 lutego (?) 1216 r., mianował Chrystiana pierwszym biskupem Prus (episcopus Pruscie; w listopadzie 1216 r. wystąpił w Kamieniu Pomor-skim, jako świadek ponownego osadzenia cystersów w Dargunie), wyposażając w liczne przywileje (Honoriusz III upoważnił go do powoływania nowych diecezji i konsekrowania biskupów, a 18 maja 1218 roku prawo ustanowienia w Prusach dwu lub trzech Kościołów katedralnych). Biskup płocki Gedko (ok. 1207-1223) nadał Chrystianowi tereny w ziemi chełmińskiej, a książę Konrad Mazowiecki kilka wsi i grodów, zapewniając misji Pruskiej silne podstawy materialne. 92 Biskup Chrystian na misyjnym szlaku w Pomezanii Praca misyjna biskupa Chrystiana zaowocowała przyjęciem Ewangelii przez mieszkańców rejonu Sztumu (np. Stary Targ, Postolin, Trzciano, Stra-szewo, Żuławka Sztumska) i częściowo Kwidzyna (Sadlinki), gdzie przed połową XIII w. mieszkała ludność polska (Pomorzanie). „Na początku XIII w., wielu pogan pruskich osiadłych nad Wisłą i wzdłuż pobrzeża morskiego dostrzegało korzyści wynikające z przyjęcia chrześcijaństwa i oddania się pod opiekę Stolicy Apostolskiej”. Tutaj więc biskup pruski Chrystian utworzył pierwsze parafie w swojej diecezji pruskiej: w Starym Targu, Postolinie i Żuławce Sztumskiej. Praca misyjna wymagała nakładów finansowych, dlatego biskup Chrystian, poza terenami misyjnymi, gromadził posiadłości i dochody na cele ewangelizacyjne i zorganizowanie państwa kościelnego, uzyskując silne wsparcie nobilów pruskich. Takie nadania otrzymał w Wiel-kopolsce, Pomorzu Zachodnim, Brandenburgii i Saksonii. Kościół św. Marii Magdaleny w Kałwie z XIV w., fot. L. Sarnowski Rozwój pruskiej misji chrześcijańskiej utrudniały powstania plemion pogańskich. W czasie jednego z najazdów, Prusowie (popierani przez Władysława Laskonogiego rywalizującego z Władysławem Odonicem, którego wspierał Świętopełk gdański), w 1226 r. dotarli aż do Gdańska, gdzie w Oliwie wymordowali zakonników. Odpowiedzią (zapewne) na najazd pruski na Pomorze była fundacja klasztoru dominikanów w Gdańsku w 1227 r., któremu wyznaczono udziału w misji ewangelizacyjnej Prusów. Włączenie ich do misji przyczyniło się do znacznego powiększenia terenu ewangelizacyjnego w latach 1228-1230, bez udziału Krzyżaków (od 1233 r.), których jeszcze w Prusach nie było. W związku z tym, że cystersi posiadali swoją siedzibę w Zantyrze, a norbertanie w Postolinie, dlatego zapewne dominikanie otrzymali „zbudowany, już w czasach opata Gotfryda kościółek św. Wojciecha pod Proniami w ziemi Komor w północno-wschodniej Pomezanii...”. Stąd wędrowali do pobliskiej ziemi pasłęckiej, gdzie od podstaw ewangelizowali ludność. Już w 1224 r. papież Honoriusz III wysłał biskupa Wilhelma z Modeny do Prus, który współdziałał ze Świętopełkiem (+1266) gdańskim i dominikanami, zlecając im misję, zwłaszcza w Sambii, przejmując pod swoją opiekę cały teren misji pruskiej. Po powrocie Ks. Jan Wiśniewski 93 biskupa Wilhelma do Rzymu, w 1231 r. papież wydal bullę protekcyjną Świętopełkowi, księciu gdańsko-pomorskiemu, uznając jego godność książęcą oraz jego zasługi w walce z Prusami. On też w 1234 r. wraz z bratem Samborem II (książę lubiszewsko-tczewski) poprowadzili wojska polskie i krzyżackiego do zwycięskiej bitwy nad rzeką Dzierzgoń. W tej sytuacji Chrystian poczuł się zagrożony, ponieważ działania Wilhelma wchodziły niejako w jego kompetencje, a ogłoszona bulla mogła zaostrzyć rywalizację cystersów z dominikanami, których popierał książę Świętopełk. Tak „osaczony” poszedł na daleko idące ustępstwa wobec Krzyżaków. Już w 1223 r., w czasie wyprawy do Prus, Henryk Brodaty zwrócił uwagę na przydatność Zakonu Krzyżackiego do stałej obrony przed najazdami Prusów, gdyż „walka z (niewiernymi) była koniecznością”. Książe mazowiecki i kujawski zwrócił się do wielkiego mistrza Zakonu o przysłanie braci, którym przyrzekł ziemię chełmińską, a biskup Chrystian dziesięciny z terenu chełmińskiego. Dopiero w 1230 r. niewielki oddział krzyżackich rycerzy, pod wodzą Herman Balke, przejął te ziemie tzw. układem kruszwickim z czerwca 1230 r., przekazał Zakonowi ziemię chełmińską „i wszystkie przyszłe zdobycze w Prusach...”. W związku z tym, Chrystian zawarł szereg umów z Krzyżakami, a koło Rubenich w 1231 r. zrezygnował na rzecz Zakonu z posiadłości w ziemi chełmińskiej °raz nadał Krzyżakom trzecią część Prus, zachowując jurysdykcję biskupa pruskiego. Od tego czasu Zakon rozpoczął podbój terenów pruskich, aby podporządkować sobie ich mieszkańcami i powiększyć posiadłości, posuwając się z biegiem Wisły. Papież jednak, gdy potwierdzał prawo Krzyżaków do podboju Prus wyłączył z tych działań tereny pruskie wcześniej objęte misją chrystianizacyjną. Kościół w Starym Targu, fot. L. Sarnowski 94 Biskup Chrystian na misyjnym szlaku w Pomezanii Biskup Chrystian, uważając że jego pozycja nad Dolną Wisłą została zabezpieczona (zwłaszcza Rubenich przed 21 marca 1231 r.), udał się do Sambii, aby głosić Ewangelię, gdzie został uwięziony latem 1233 r. Wówczas Zakon najechał siedzibę biskupa pruskiego w Zantyrze (Biała Góra, sztumskie). Tymczasem biskup Wilhelm z Modeny (przyjaciel Krzyżaków) na początku 1233 r. powiadomił papieża, że Prusowie pragną się ochrzcić. Tymczasem tu ewangelizował biskup Chrystian. W chwili uwięzienia Chrystiana znaczenie misji cysterskiej uległo pomniejszeniu, a wzrosło znaczenie dominikanów, współpracujących z Krzyżakami. Zapewne z jego inicjatywy Grzegorz IX nadał Prusy Zakonowi 3 sierpnia 1234 r., pod warunkiem należytego uposażenia biskupstw pruskich. Był to pierwszy plan podziału biskupstwa pruskiego na kilka diecezji, 30 maja 1236 r. papież określił szczegóły, dotyczące erygowania trzech diecezji na terenie Prus, polecając Wilhelmowi obsadzić je dominikanami. Wilhelm nie wykonał polecenia papieskiego, a sytuację w tym rejonie skomplikował fakt, że Sambowie uwolnili biskupa pruskiego Chrystiana, który upomniał się o swoje prawa. W 1238 r. złożył skargę u papieża na Zakon krzyżacki. W tej sytuacji, jedynym sposobem osłabienia pozycji biskupa pruskiego Chrystiana przez Krzyżaków było erygowanie w Prusach trzech diecezji, a tym samym posiadłości biskupa. Legat papieski Wilhelm, zapewne ponaglany przez Zakon, podzielił kraj na diecezje, w czasie swojej podróży do Prus przed 1243 r. Natomiast odpowiednie bulle papieskie, dotyczące uposażenia i wytyczenia granic, wystawiono 28 lipca 1243 r., a zatwierdzenie nowych diecezji nowych w Prusach i ziemi chełmińskiej przez Innocentego IV nastąpiło 30 lipca 1243 r. Chrystian utracił godność biskupa pruskiego (całych Prus), Kościółpw. św. Michała Archanioła z XIII w. w Postolinic, fot. L. Sarnowski Ks. Jan Wiśniewski 95 dlatego miał objąć jedną z nowo erygowanych diecezji, jako arcybiskup prusko-inflancki. Chrystian nie mógł się pogodzić z takim obrotem sprawy, dlatego ostatecznie opowiedział się po stronie Prusów i księcia gdańskiego Świętopełka przeciwko Krzyżakom w czasie walk pierwszego powstania pruskiego (1242-1248). Biskup Chrystian nie podporządkował się decyzji papieża o wyborze przez niego jednej z powołanych diecezji pruskiej na swoją siedzibę. Zaniepokojony tym papież, 6 lutego 1245 r., opublikował ostatnią bullę, grożąc Chrystianowi, że o ile nie wykona jego polecenia zostanie pozbawiony jurysdykcji biskupiej. Biskup pruski zwlekał nadal z wyborem diecezji, ponieważ ten fakt ograniczał jego dotychczasowe uprawnienia. Być może wynikało to także z negatywnej oceny jego działalności misyjnej w Prusach przez papieża, ponieważ on też potępił ks. Świętopełka i „odstępców” pruskich, czerpiąc informacje z relacji biskupa Wilhelma z Modeny, przyjaciela Zakonu. Jednocześnie wysłał do Prus i ziemi chełmińskiej dominikanina Heiden-ryka (biskup chełmiński 1245-1263), aby ten dopilnował objęcia przez Chrystiana jednej z diecezji pruskich. Papież, przewidując dalszy opór Chrystiana wyposażył Heidenryka w prawo odebrania jemu władzy biskupiej. Siedemdziesięcioletni biskup pruski Chrystian, zmęczony trudem i cierpieniami znoszonymi dla Ewangelii, przybył na Sobór Lyoński w 1245 r. z opatem oliwskim, gdzie Wraz 12 kardynałami i biskupami wziął udział w uroczystej mszy św. inauguracyjnej, dopiero wówczas uzyskał zmianę stanowiska kurii papieskiej w kwestii wyboru przez niego jednej diecezji, ponieważ wtedy postanowiono wybrać kompromisowe rozwiązanie w tej sprawie: pogodzić prawa Chrystiana - biskupa całych Prus, z już dokonanym podziałem kraju na diecezje. Wynikiem przyjętego porozumienia była decyzja utworzenia arcybiskupstwa dla Prus, Inflant i Estonii. Chrystian „miał zostać arcybiskupem, a więc zwierzchnikiem kościelnym Prus”. Podniesienie Chrystiana do godności arcybiskupiej w rejonie prusko-inflanckim byłoby druzgocącym ciosem dla planów krzyżackich w tej części Europy. Do nominacji jednak nie doszło, ponieważ biskup pruski Chrystian zmarł 4 grudnia 1245 r. w Lyonie (nie ustalono ostatecznie miejsca jego pochówku), dlatego Albert Suerbeer otrzymał godność metropolity Prus i Inflant.4 Kto inny sieje, a kto inny zbiera owoce... J- POWIERSKI, Dzieje ziemi pasłęckiej, s. 179-180; S. KUJOT, Dzieje Prus, cz. I, s. 775-777. O Marburgu pisała K. Zieliń-Ska-Melkowska, że tam jest relikwiarz nieznanego biskupa, aj. Powierski przyjmował tylko translację zmarłego biskupa do Marburga (być może z tej okazji wykonano ten relikwiarz); w Marienburg (Malbork), ponieważ jak twierdzi M. Pollakówna zapis nazwy miasta: Marburg jest błędną transkrypcją miasta Marienburg, a S. Grunau uważa, że Chrystian został pochowany w swojej katedrze w Zantyrze, która już wówczas była zburzona. 96 Wielki mistrz Michał Kiichmeister - założyciel Sztumu Adam Chęć WIELKI MISTRZ MICHAŁ KUCHMEISTER - ZAŁOŻYCIEL SZTUMU Michał Kiichmeister von Sternberg był dwudziestym ósmym wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego, a czternastym, który rezydował w Malborku. Wywodził się z rycerskiej rodziny posiadającej majątki w okolicach Miśni i na Śląsku, która poświadczona jest w źródłach od II połowy XIII w. W herbie tego rodu trzy sześcioramienne gwiaz-dy. Jeg° dokładna data i miejsce urodzenia nie są niestety znane. Bardzo możliwe, że wstąpił do zakonu w Czechach. Jego macierzystą komendą mógł być Jagerndorf (czeski Krnov na północny zachód od Opavy) należący do zakonnego baliwatu Czech i Moraw. Na terenie Prus przebywał od co najmniej 1396 r., bowiem w tym roku jego obecność w państwie zakonnym po raz pierwszy udokumentowana została źródłowo. Był już wtedy dorosłym mężczyzną, możemy więc przypuszczać, że urodził się ok. 1360-1370 r. Jego pruska kariera w zakonie zaczęła się od piastowania kilku pomniejszych urzędów w komturstwie bałgijskim i ryńskim - był prokuratorem w Kętrzynie i komturem domowym w Rynie. Na- Michał Kiichmeister, fot. archiwum stępnie w 1400 r. objął urząd szafarza w Elblągu, by w następnym roku zostać kompanem komtura Bałgi Ulryka von Jungingena. Jego zdolności organizacyjne zostały docenione, bowiem w 1402 r. został mianowany na odpowiedzialny urząd wielkiego szafarza w Królewcu. Do jego głównych obowiązków należał handel bursztynem, który był jedną z najważniejszych (jeśli nie najważniejszą) Adam Chęć 97 gałęzi gospodarki zakonnej. Na przełomie 1404 i 1405 r. został wójtem Żmudzi. Stanowisko to piastował przez prawie pięć lat do wybuchu powstania na Żmudzi w 1409 r., które zapoczątkowało wielką wojnę w latach 1409-1411. Wtedy znowu zaczął bliżej współpracować z Ulrykiem von Jungingen, wówczas już od ponad dwóch lat wielkim mistrzem. Został przez niego wysłany jako poseł do króla Zygmunta Luksemburskiego, od początku wiosny 1410 r. mianowany na wójta Nowej Marchii. Michał Kiichmeister nie brał udziału w bitwie grunwaldzkiej - miał wtedy za zadanie utrzymać kontakt państwa zakonnego z zachodem Europy. Był zaś dowódcą armii krzyżackiej, która pod Koronowem 10 października 1410 r. starła się z siłami polskimi. Pomimo przewagi liczebnej armia zakonna została w tej bitwie pokonana, a sam Michał Kiichmeister dostał się do niewoli. Osadzony został w zamku Chęciny, gdzie pozostawał przez prawie 4 miesiące aż do podpisania pierwszego pokoju toruńskiego, kiedy to został oswobodzony. Wtedy to został wielkim marszałkiem, czyli jednym z głównych i najwyższych dostojnikiem zakonnym, głównodowodzącym armią zakonną. Ten szybki awans na jedne z najwyższych stanowisk w strukturach władzy zakonnej podyktowany został przede wszystkim tym, że większość elity krzyżackiej poległa w bitwie grunwaldzkiej. Nowy wielki mistrz Henryk von Plauen powierzył Kuchmeisterowi także funkcję posła do króla Zygmunta Luksemburskiego, wtedy to między nimi dochodziło do nieporozu-rnień. Wielki marszałek był też wraz z innymi najwyższymi dostojnikami w opozycji do działań nowego wielkiego mistrza, jego despotyzmu, okrucieństwa i wykorzystując jego chorobę uwięził go i pozbawił urzędu. Następnie kapituła wybrała go 9 stycznia 1414 r. na nowego wielkiego mistrza. Początki jego panowania były trudne: państwo zakonne osłabione po wielkiej wojnie znajdowało się w kryzysie, poddani zakonni coraz śmielej podnosili głowy w opozycji do zwierzchności zakonnej. Wykorzystując słabość wymuszali na wielkim mistrzu nowe przywileje. Na dodatek terytorium pruskie zostało poważnie złupione i zdewastowane podczas tzw. wojny głodowej, która rozegrała się w miesiącach Ktnich 1414 r. Po tych krótkotrwałych, ale bardzo intensywnych działaniach wojennych gospodarka i handel zakonny doznały bardzo znacznego uszczerbku. Kwestie sporne między zakonem a Królestwem Polskim miały być rozwiązane na soborze w Konstancji. ^Vtedy to Paweł Włodkowic i inni krakowscy teolodzy i prawnicy poddali w wątpliwość zasadność dalszego funkcjonowania zakonu krzyżackiego w Prusach w sytuacji, gdy ziemie pod jego panowaniem zostały już schrystianizowane. O niepewności politycznej, w której znalazło się władztwo krzyżackie w Prusach świadczy również fakt, że zawiesze-nie broni zawarte po wojnie głodowej było w latach 1416-1421 sześciokrotnie przedłuża-Ue- Kiichmeister próbował przeciwdziałać ogólnemu kryzysowi wprowadzając w 1416 r. reformę monetarną, która wprawdzie uspokoiła rynek finansowy, ale nie przezwyciężyła zapaści. Miejscem ucieczki od problemów wielkiej polityki i gospodarki mógł być dla Michała ^uchmeistera Sztum, niewielki zamek wójtowski położony kilka godzin jazdy konnej na Południe od Malborka. Ze względu na swe położenie wśród lasów i jezior przy niewielkiej odległości od stolicy zakonu twierdza ta wydawała się dla niego oazą spokoju, bazą 98 Wielki mistrz Michał Kuchmeister - założyciel Sztumu do wypraw polowania. Na lata jego panowania przypada udokumentowana w źródłach pisanych poważna przebudowa zamku sztumskiego, spowodowana zapewne z jednej strony zniszczeniami wojennymi, ale także próbą zaadaptowania budynków zamkowych na wygodną czasową rezydencję nie tylko dla wielkiego mistrza, ale też dla innych wysokich dostojników zakonnych jak wielki komtur, czy skarbnik. Także itinerarium (kalendarz pobytów) wielkiego mistrza wskazuje, że dosyć często gościł on w Sztumie. Często nie było miesiąca, by nie spędził on tu kilku dni. Być może dlatego, a może żeby chronić stolicę od południa zdecydował się na lokację miasta. Odpowiedni akt lokacyjny wydany został 24 września 1416 r. Teren pod zabudowę miejską znajdował się na terenie dawnego przedzamcza, które pełniło funkcję gospodarczą. Obszar ten dowodnie od siedemdziesiątych lat XIV w., a na pewno znacznie wcześniej zabudowany został rozmaitymi budynkami gospodarczymi i otoczony murami obronnymi. Bezpośrednio przed lokacją przygotowano przestrzeń pod zabudowę miejską, m. in. zburzono spichlerz. W ten sposób powstało u podnóża zamku miasto, które zaliczyć można do jednych z najpóźniejszych lokacji na terenie państwa zakonnego w Prusach. Adam Chęć 99 Ewenementem w tym przypadku było to, że miasto Sztum posiadało od początku swego istnienia mury miejskie, którymi zostały zaadoptowane fortyfikacje dawnego przed-zamcza. W obwodzie fortyfikacji miejskich znajdowały się dwie bramy: Malborska od północy i Kwidzyńska od południa. Obrona i utrzymanie pierwszej z nich należało do obowiązków sztumskich mieszczan, obsługa zaś drugiej była w gestii załogi zamkowej. 10 marca 1422 r. w wyniku zaawansowanej kamicy nerkowej, ale chyba przede wszystkim na skutek licznych niepowodzeń, które mu się przytrafiały pomimo licznych starań, po ponad ośmiu latach urzędowania Kuchmeister zrezygnował z funkcji wielkiego mistrza. Jego następcą został Paweł von Rusdorf. Dawny wielki mistrz przez ponad pół roku był jeszcze komturem gniewskim. Następnie pod koniec 1422 r. przeniósł się do Gdańska, gdzie po ponad półtorarocznym pobycie zmarł 15 grudnia 1423 r. w wieku ok. 50-60 lat. Jego ciało przewiezione zostało do Malborka i złożone w kaplicy grzebalnej wielkich mistrzów pod wezwaniem św. Anny. Urzędowanie Michała Kuchmeistera na stanowisku wielkiego mistrza nie było zbyt udane. Jego początek drogi wchodzenia na szczyt hierarchii zakonnej (wybór na stanowisko wielkiego marszałka) podyktowany był być może nie jego nieprzeciętnymi uzdolnieniami, lecz potrzebą chwili, gdyż większość najwyższych dostojników zakonnych poległo na polach grunwaldzkich. Pomimo przeciwności losu i bardzo trudnej sytuacji wewnętrznej, a także międzynarodowej, gdy na soborze w Konstancji bardzo poważnie rozpatrywano zasadność istnienia państwa zakonnego w Prusach, próbował on wszelkimi sposobami podżwignąć zakon z jednego z głębszych kryzysów, w jakim się znalazł. Wyczerpany niepowodzeniami i postępującą chorobą zrezygnował z urzędu po ośmiu latach rządów. Dla nas, jako mieszkańców naszej małej ojczyzny, pozostanie jako założyciel miasta Sztumu, które dzięki jego inicjatywie i staraniom otrzymało impuls do narodzin i rozwoju. 100 Sprawiedliwość mistrza rybickiego Wiesław Olszewski SPRAWIEDLIWOŚĆ MISTRZA RYBICKIEGO Dawno temu Szkarpawa była dużą rzeką pełną ryb. Kiedy Krzyżacy zawładnęli Żuławami, utworzyli tu okręg, którym gospodarował Mistrz Rybicki. Miał on swój zamek i poddanych. Zatrudniał również parobków, którzy codziennie o świcie wypływali na rzekę i Zalew Wiślany, by powrócić wieczorem zpełnymi sieciami. Oczywiście to, co schwytali, należało do pana, który rozliczał się z nimi dopiero po połowach. I tylko jego łasce zawdzięczałi prawo, które głosiło, że małą i średnią rybę mogą zatrzymywać dla siebie. Duża ryba należała zawsze do mistrza. Nastał jednak czas, kiedy ryby w wodach było mało. Nikt nie wiedział dlaczego. Mistrz - Wilhelm von Tossenfeld - zarządził wówczas, że rybacy muszą oddawać cały połów. Zmartwili się parobcy. Dotychczas powodziło im się dobrze, bo zawsze gdy podpływali do portu, czekali już tam na nich okoliczni mieszkańcy. Przychodzili po rybę, a przynosili w zamian pieniądze lub piwo. - Czy to sprawiedliwe, że mistrz zakazał nam brać to, co nam się należy? - szeptał rozgoryczony Szymon, gdy wystawiali skrzynie z rybami. - Sam nam dal takie prawo, więc może je odebrać - zauważył Łukasz. - Owszem, prawo ustanowił Mistrz, ale przysięgał wobec Boga. To tak, jakby sam Bóg nam je dał! „Dwór Rybickiego", Ryszard Szyluk 2016 Wiesław Olszewski 101 -Nie unoś się - próbował go uspokoić Łukasz. - To przecież tylko na jakiś czas. Ale tego dnia do portu przybyło wielu smakoszy rybnych i przyniosło wiele kufli z piwem... Zachęcali rybaków, by odstąpili im co nieco. Ci długo się namyślali. Ale wreszcie przekonał ich kucharz Jacek. Był to przebiegły człowiek. Codziennie przychodził do portu, by zabrać rybę dla swego zwierzchnika, ale zawsze coś sobie z tego odłożył. Tym razem wziął rybę dużą na pięć łokci, przygotował i przehandlował wraz z rybakami za piwo. Robił tak jeszcze wiełe razy. Wkrótce sezon połowów się skończył. Parobcy przyszli po zapłatę. Wówczas mistrz zapytał: - Czy przestrzegaliście mojego zakazu? - Panie - wystąpił z tłumu Szymon - zakaz twój był przeciwko Bogu i prawu, które sam ustanowiłeś. Nie mogliśmy go uszanować i w przyszłości też tego robić nie będziemy. Rybacy kiwali potakująco głowami. Odpowiedź rybaka była śmiała i szczera. Wilhelm popatrzył na niego. -Jesteś odważny -powiedział - i prawdomówny. Zrobiłiście źle, ale nie ukrywacie tego. Jednak nie mogę być dla was pobłażliwy! Zmuszaliście niewinnego człowieka, by wam pomagał. Kazaliście mojemu słudze, kucharzowi, patroszyć i dzielić rybę. Za to spotka was surowa kara. - Ależ Panie! - padł na kolana Łukasz. - To nieprawda! Kucharz nam pomagał, ale dlatego, że widział w tym zysk dla siebie. A nawet sam nas do tego zachęcał! Wybrał największą rybę i przyrządził z niej zupę. Potem sprzedawał ja za duże porcje piwa. - Kucharzu! Kucharzu! - zatrząsł się ze złości Mistrz - Mam dość tej obłudy! Jadłeś moją rybę?! - Nie, Panie, nie - dygotał ze strachu Jacek. - Nie jadłem ryby tylko zupę. Oni - wskazał na rybaków - zjedli twoją rybę. Wilhelm się zamyślił. Dumał długo. I kucharz, i rybacy czekałi na to co powie. - Oto, co postanowiłem - przemówił wreszcie. - Jeśli chcecie powiesić tego smakosza zup, nie będę wam w tym przeszkadzał - zwrócił się do rybaków. - Ale gdy darujecie mu życie, to on Wymierzy wam sprawiedliwość. Parobcy nie zastanawiali się długo. Wyprowadzili kucharza i powiesili go na wysokiej topoli. Nikt już dziś nie pamięta o tamtych wydarzeniach. Zostało tylko przysłowie, które jest w języku niemieckim: Ten, co zupę jadł, został powieszony. Ci co rybę jedli, uszli z życiem.1 Tyle mówi legenda. Dzisiejsza Szkarpawa to niewielka popegeerowska wieś i gospodarstwo leżące w miejscu gdzie przed wiekami funkcjonował folwark Zakonu Najświętszej Marii Panny. Pierwsze obszary Pomorza Gdańskiego, w tym fragmenty Żuław, trafiły w ręce Krzyżaków w 1248 roku. W wyniku zawartego traktatu pokojowego książę pomorski Świętopełk II zgodził się oddać Zakonowi część terenów na lewym brzegu Wisły. Kolejne obszary Żuław i część Mierzei Wiślanej trafiły w ręce zakonu w 1282 roku na mocy układu zawartego w Miliczu. Ziemie te początkowo włączono do komturstwa elbląskiego. Powstanie okręgu rybickiego w Szkarpawie związane było z zajęciem przez Zakon Krzyżacki całego Pomorza Gdańskiego i przeniesienia siedziby wielkiego mistrza z We-necji do Malborka. Wówczas tereny te włączono do komturstwa stołecznego, okręg obej-^ował północno - wschodnią część Żuław Wielkich, dzisiejsze miejscowości: Jankowo ‘— Sprawiedliwość Mistrza Rybickiego [w:] Baśnie i legendy Żuław i Mierzei Wiślanej, s. 47 - 50, Żuławy Wiślane, 2003. 102 Sprawiedliwość mistrza rybickiego Żuławskie, Bronowo, Stare Babki, Wybicko, Szkarpawę, Świerznicę, Wiśniewkę, Tujsk a także Groszkowo i kępy w ramionach Wisły. Od zachodu okręg szkarpawski graniczył z urzędem leśnym, wchodzącym w skład komturstwa gdańskiego. Od południa i wschodu sąsiadował z ziemiami komturii elbląskiej, granica przebiegała w okolicach Marzęcina, Gozdawy, Żelichowa, Groszkowa i na wschód od Sztutowa na Mierzei. Grunty okręgu leżały na Żuławach Wielkich oraz tzw. Starej Mierzei Wewnętrznej gdzie lokowano m.in. wsie: Drewnica, Przemysław, Miko-szewo i Jantar a także na Mierzei Właściwej. Dwór obronny w Szkarpawie na Żuławach Wielkich był najdalej na północ od Malborka położonym dworem w komturii (około 29 km). Leżał w środkowym biegu rzeki Szkarpawy, w pewnym oddaleniu na południe od jej koryta - w sąsiedztwie wsi Szkarpa-wa. Ulokowany był nad rzeką Trawną, dopływem Linawy, w miejscu gdzie wpływały do niej dziś zaginione rzeki Scharffow i Crampicz (Krams). Dwór był siedzibą Rybickiego (Firschmeister), podległego wielkiemu komturowi w Malborku. Rybickiego pierwszy raz odnotowano tutaj w 1313 roku - był nim brat Re-inecke, który wchodził w skład konwentu malborskiego. Później wzmiankowano kolejnych rybickich m.in.: w 1317 roku - brata Bernharda, w 1342 - brata Mikołaja, w 1387 - Siegfrieda Gansa i w latach 1441 - 1443 - brata Klausa von der Hubę. Na terenie Państwa Krzyżackiego w Prusach istniały bardzo korzystne warunki do rozwoju rybołówstwa: liczne jeziora, rzeki oraz Morze Bałtyckie z Zatoką Pucką, Gdańską i Zalewem Wiślanym. Ponadto powstawały sztuczne zbiorniki wodne (stawy), w których możliwa była hodowla ryb. Tutejszy rybicki zarządzał gospodarką rybną na Wiśle - Leniwce, w części Zatoki Gdańskiej, w delcie Szkarpawy i w zachodniej części Zalewu Wiślanego. Dostarczał ryby morskie i słodkowodne na potrzeby głównego konwentu zakonnego w Malborku. Z zachowanych dokumentów wynika, że zgodnie z zarządzeniem wielkiego mistrza, ze Szkarpawy dostarczano ryby do kuchni konwentu np. na odbywającą się w początkach grudnia 1399 roku kapitułę zwykłą cztery beczki węgorzy i trzy beczki dorszy. Na swoim terenie odpowiadał także za wydobycie i dostawy bursztynu. Ponadto w ramach działalności gospodarczej folwarku hodowano w Szkarpawie bydło, trzodę i owce. Najprawdopodobniej funkcjonowała tu także stadnina koni. Pierwsza wzmianka w inwentarzu na temat folwarku pochodzi z 1 sierpnia 1387r., ze spisu miejscowego rybickiego. Zapisy dotyczą lat 1387-1436. Rybicki prowadził również handel z kupcami okolicznych miast, np. w 1429 roku odnotowano, iż kupował w Gdańsku sól i wino a sprzedawał woły. Rybiccy jako nieliczni urzędnicy zakonni mieli prawo do prowadzenia kupna i sprzedaży towarów bez każdorazowej zgody zwierzchników. Podobnie jak wójt z Lasek i przysiężni wałowi z Żuław miał obowiązek świadczyć na rzecz utrzymania żeglowności cieśnin przez Mierzeję Wiślana, nawet tak odległych jak ta koło Lochstedt. Mistrz rybicki sprawował nadzór fiskalny na swoim terytorium. Do niego wpływały czynsze z użytkowanych łanów gburskich, karczem, przewozów, ogrodów itp. Okręg był jednym z terytoriów zasilających kasę wielkich mistrzów w Malborku. Zachował się Wiesław Olszewski 103 sumaryczny wykaz dochodów rybickiego szkarpawskiego od roku 1387 i wielka księga czynszów z około 1419 roku. Urząd rybickiego, zaopatrujący Krzyżaków w najważniejszą potrawę postną, ryby, należał do najważniejszych w Zakonie. Sprawowali go bracia rycerze - członkowie konwentu malborskiego. Na wysoki status rybickiego ze Szkarpawy wskazuje fakt, że posiadał on również siedzibę w zamku malborskim. To w jego izbie zakwaterowano wójtów z Tczewa i Sztumu podczas obrad kapituły generalnej we wrześniu 1404 roku. Być może podlegał mu również dwór rybacki znajdujący się na malborskim przedzamczu, nad Nogatem. Zapewne nie zawsze tak było bo podczas kapituły zwykłej, odbywającej się w początku grudnia 1399 roku, przybywający na nią mistrz ze Szkarpawy dostał kwaterę w infirmerii braci rycerzy. Dwór murowany z kamieni i cegły wzniesiono prawdopodobnie na początku XIV wieku, przed rokiem 1315. Brak informacji o jego sylwetce i formie przestrzennej. Stanowił zapewne zespół zabudowań ( budynku mieszkalnego kilkukondygnacyjnego i innych -gospodarczych) otoczonych murem obronnym z bramą i fosą. W pomieszczeniach dworu funkcjonowała kaplica św Mikołaja wzmiankowana w 1399 roku. Prawdopodobnie do momentu zbudowania kościoła w Stegnie pełniła ona funkcję kościoła parafialnego. We dworze często bywali, po drodze, wielcy mistrzowie i inni dostojnicy zakonni, polujący na zalesionej Mierzei Wiślanej, zasobnej w ptactwo i zwierzynę łowną. Podczas oblężenia Malborka latem 1410 roku (lipiec - wrzesień) przez wojska króla Władysława II Jagiełły wyznaczone oddziały penetrowały Żuławy dokonując zniszczeń i rekwirując żywność dla armii, szczególnie w folwarkach zakonnych, docierały również do Szkarpawy. W tym czasie wykorzystując bezsilność zakonu, jeden z oddziałów zbrojnych gdańskich zajął i ograbił dwór w Szkarpawie. Dwór z folwarkiem został następnie odbity przez posiłki krzyżackie z zamku w Bałdze i spalony, zapewne w celu uniemożliwienia dalszej aprowizacji armii polskiej. Po wojnie dwór z folwarkiem odbudowano i funkcjonował on nawet po wybuchu powstania antykrzyżackiego w lutym 1454 roku. Już latem tego roku całe Wielkie Żuławy ponownie znalazły się w rękach zakonu, który umocnił się w tutejszych zamkach i dwo-mch obronnych, także w Szkarpawie. Po wykupieniu zamku w Malborku od zaciężnych krzyżackich w czerwcu 1457 roku, król Kazimierz IV Jagiellończyk, szukając dalszych funduszy na wojnę z zakonem, m.in. Szkarpawę zastawił grupie kupców gdańskich w lip-cu tego roku. Po II pokoju toruńskim w październiku 1466 roku, Wielkie Żuławy wraz ze Szkarpawą przeszły pod panowanie polskie. Dzierżawcy dworu, folwarku pokrzyżackiego i terenów Szkarpawy, eksploatując tzw. °kręg rybacki (Fischamt) bogaty w ryby słodkowodne, dorobili się wielkich majątków 1 osiągnęli wysoką pozycję społeczną. Jednym z nich dzierżawców był burmistrz Gdań-ska Eberhard Ferber. Złowione ryby nie tylko sprzedawano na rynku lokalnym, ale wywożono także w głąb Polski. Dalsze dzieje pokrzyżackiego dworu obronnego w Szkarpawie są nie znane i nie wiadomo także, kiedy uległ zagładzie oraz nie jest znana jego dokładna lokalizacja. Prawdopodobnie to na jego miejscu, po 1945 roku, znajdowało się Państwowe Gospodarstwo Rolne 1 miejsce to nazywano Starym Zamkiem (Alt Schloss). Obecnie po dworze nie ma ani śladu. 104 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 Jacek Schirmer ZIEMIANIE ZIEMI SZTUMSKIEJ I ICH POSIADŁOŚCI 1466-1945 CZ. 1 A. W PIERWSZEJ RZECZYPOSPOLITEJ Ziemię Sztumską, pisaną właśnie z dużej litery, ujmuję jako pewną małą prowincję historyczną, a nie ziemię sztumską rozumianą jako literacki termin określający obecny powiat sztumski. Ziemia Sztumska stanowiła w czasach pierwszej Rzeczypospolitej pewną odrębną część ówczesnego województwa malborskiego (ryc.l). W 1818 r. została ona odtworzona, początkowo jako powiat dzierzgoński, ale już od 1822 r. jako powiat sztumski. Powiat objął całość przedrozbiorowej Ziemi Sztumskiej, oprócz dawnych dóbr biało-dworskich włączonych do pow. kwidzyńskiego. W takim kształcie, z minimalnymi zmianami, powiat sztumski przetrwał do 1975 r. Ziemia Sztumska ma więc za sobą pięć-setletnią historię. Niestety, w 1998 r., kiedy powiaty przywrócono, została, wbrew tradycji, rozczłonkowana. Obecny powiat sztumski obejmuje tylko część swego historycznego terytorium, za to „dolepiono” do niego gminę Stary Dzierzgoń, niemającą w przeszłości z nim nic wspólnego. W literaturze podaje się różne definicje ziemiaństwa. Nie wchodząc w debatę na ten temat, jako ziemianina traktuję właściciela tzw. dóbr ziemskich (szlacheckich) w czasach pierwszej Rzeczypospolitej, określanych w czasie okupacji pruskiej jako dobra rycerskie (Ritterguter). 1. POD RZĄDAMI ZAKONU Początek dóbr ziemskich w Sztumskim wiąże się z akcją kolonizacyjną prowadzoną na tym terenie przez Zakon Krzyżacki. Zakon nadawał ziemię rycerzom, którzy w zamian mieli obowiązek walczyć w jego armii i przekazywać określone świadczenia na jego utrzymanie. Choć oficjalnie nadanie miało miejsce w formie uroczystego przywileju otrzymanego z rąk komtura lub innego wysokiego urzędnika Zakonu, faktycznie był to rodzaj kontraktu dość szczegółowo określającego prawa i obowiązki beneficjenta. W Polsce stosunki społeczne ewoluowały i w XV w. przynależność do szlachty była zasadniczo dziedziczna, a dobra ziemskie stanowiły pełną własność szlachcica-ziemianina. Tymczasem w państwie Zakonu, gdzie panował nadal system zbliżony do klasycznego feudalnego, trudno mówić o szlachcie i ziemiaństwie w pełnym tego słowa znaczeniu. Własność zwierzchnia ziemi należała do Zakonu, a beneficjenci jego nadań byli jego wasalami. Choć przynależność do rycerstwa była w dużym stopniu dziedziczna, jednak Jacek Schirmer 105 /. Struktura własności ziemi w woj. malborskim w czasach I Rzeczypospolitej bobra: królewskie duchowne miasta Elblgga rycerzem był ten, kto za takiego został uznany przez Zakon. Dobra rycerskie były określane jako dobra lenne, czynszowe (Lehngiiter, Zinsguter, Lassguter) itp., a możliwość dysponowania nimi i dziedziczenia ich była mniej lub bardziej ograniczona. Uprawnie-nia beneficjentów nadań i ich wielkość były bardzo zróżnicowane i zindywidualizowane. Rycerstwo Ziemi Sztumskiej przed 1466 r. składało się zapewne wyłącznie z Prusów, pewnością nie było wśród niego Niemców, ale być może trafił się jakiś Pomorzanin. Odnotowano kilka imion słowiańskich, które jednak mogły należeć do zeslawizowanych brusów. Pruskie pochodzenie tamtejszego rycerstwa potwierdza toponimia: Ankamaty 106 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 od rycerza Hanke Metin, Budzisz od Budisza, Gintro od Gunte/Gunto, Klecewo i Kle-cewko od Klecza, Michorowa od Mykora, Szporowo od Sparrowe, Waplewo i Waplewko od Wapelsa. Wszystkie te nazwy pochodzą od konkretnych rycerzy pruskich. Ponadto Kątki mogą pochodzić od pruskiego imienia Kante, Mirany (obecnie Mirowice) od imienia Merune, Polaszki od Poleske/Poloszke. Z kolei toponim Igły przypomina litewskie Egle (sosna), a pierwotne nazwy Pułkowic (Polkwity) i Ramz (Runzyny) mają wyraźne brzmienie pruskie. 2. ZMIANY STATUSU RYCERSTWA I DÓBR ZIEMSKICH PO INKORPORACJI DO POLSKI Już w 1454 r., wraz z aktem inkorporacji, Kazimierz Jagiellończyk zrównał status rycerstwa pruskiego (nawet drobnego) ze statusem szlachty polskiej. W kolejnym przywileju z 1476 roku zlikwidował chaos w prawach majątkowych szlachty i mieszczaństwa nadając wszystkim prawo chełmińskie. Prawo to było wygodne dla mieszczaństwa, ale kłopotliwe dla ziemian. M.in. dlatego, że spadek dzielono równo na dzieci spadkodawcy bez względu na płeć. Przyczyniało się to do rozdrobnienia majątków i wychodzenia ziemi z rąk rodu. Po wieloletnich sporach i próbach zmiany prawa dopiero w 1598 wprowadzono tzw. Korekturę Pruską. Majątki ziemskie przypadały tylko synom. Córki miały prawo do równowartości swego dotychczasowego udziału w spadku, ale tylko w postaci ruchomości. Resztę musieli spłacić bracia, którzy przejęli majątek/tki rodziców. Spłaty te bywały zresztą przedmiotem sporów. Dopiero w przypadku braku męskich potomków dobra ziemskie dziedziczyły córki. Szczególnie łakomym kąskiem dla kawalerów i wdowców szukających posażnej żony stawały się jedynaczki zamożnych ziemian. Należy podkreślić, że w Prusach Królewskich mieszczanie i szlachta mieli w zasadzie równe prawa, w tym prawo do posiadania dóbr ziemskich. Wiele z rodów patrycjuszow-skich przekształciło się w ziemian. Np. Krzepela wymienia 78 takich rodów wywodzących się z Gdańska i Torunia. Tymczasem odwrotnie, szlachta nie była dopuszczana do posiadania ziemi na terytoriach Gdańska, Torunia i Elbląga (poza uszlachconymi rodami patrycjuszowskimi). 3. URZĘDY ZIEMSKIE I GRODZKIE Urzędy ziemskie cieszyły się znacznym poważaniem wśród ziemian. Polska nie znała tytułów arystokratycznych, więc pełniony urząd stanowił potwierdzenie wysokiej pozycji społecznej. W Prusach Królewskich, inaczej niż w Koronie i na Litwie, liczba urzędów ziemskich była ograniczona. Nie istniały tam takie, znane z innych prowincji, jak stolnik, podstoli, cześnik, podczaszy, łowczy, wojski itd. Miały one tylko charakter honorowy, a urzędy honorowe istniały w Prusach tylko w niewielkim zakresie. Co nie znaczy, że ziemianie pruscy nie byli powoływani na takie urzędy w innych dzielnicach Polski. Administracją i sądownictwem województwa kierował wojewoda. W czasie wojny zaś stał on na czele pospolitego ruszenia swego województwa. W woj. malborskim z urzędem Jacek Schirmer 107 wojewody na stałe od 1611 r. związane było starostwo dzierzgońskie, z którego dochodów miał finansować administrację i pokrywać własne wydatki związane z pełnionym urzędem. Kasztelan, druga osoba po wojewodzie, nie miał jakichś konkretnych funkcji; zastępował wojewodę w razie nieobecności i wypełniał zadania powierzone mu przez wojewodę. W woj. malborskim pełnił ten urząd kasztelan elbląski. Wojewoda i kasztelan wchodzili w skład Senatu Rzeczypospolitej oraz Senatu Pruskiego. W Prusach nie było sądów podkomorskich, ale urząd podkomorzego istniał. Podkomorzy z racji swego urzędu był członkiem Senatu Pruskiego. Jedynym urzędem wojewódzkim czysto honorowym był urząd chorążego. Ponadto dla całych Prus Królewskich istniał honorowy urząd miecznika ziem pruskich. Skarbem całych Prus Królewskich zarządzał podskarbi ziem pruskich wspomagany, przynajmniej od połowy XVII wieku, przez pisarza skarbowego. Stanowiska kasztelana, a zwłaszcza wojewody, były trudno dostępne dla średniego ziemiaństwa. Obsadzało ono głównie urzędy sądowe ziemskie. Sądy ziemskie rozstrzygały zasadniczo spory dotyczące dóbr ziemskich, stąd nazwa. Na czele sądu ziemskiego stał sędzia, a funkcje ławników spełniali tak zwani sądowi. Było ich kilku. Skład sądu uzupełniał pisarz ziemski. WXVIII wieku wprowadzono jeszcze stanowiska regenta i wi-ceregenta ziemskiego. W każdym powiecie istniał odrębny sąd ziemski, z tym że pisarz, regent i wiceregent byli wspólni dla całego województwa. Województwo malborskie stanowiło jeden powiat sądowy. Sąd ziemski malborski odbywał swoje posiedzenia w Sztu-rnie. Terytorium miasta Elbląga było wyłączone z jego kompetencji. Hierarchia urzędów ziemskich przedstawiała się następująco: wojewoda, kasztelan, podkomorzy, podskarbi ziem pruskich, miecznik ziem pruskich, chorąży, sędzia ziemski, pisarz ziemski, sądowy ziemski, regent ziemski, wiceregent ziemski Poza urzędnikami ziemskimi istnieli również urzędnicy grodzcy. Stanowili oni trzon administracji i sądownictwa wojewody i byli przez niego mianowani. Należeli do nich wicewojewoda, burgrabia, pisarz grodzki, regent grodzki i wiceregent grodzki. 4. STRUKTURA WŁASNOŚCI Województwo malborskie obejmowało część diecezji pomezańskiej, która przypadła w 1466 r. Polsce. W ramach województwa można było wydzielić cztery części składowe (ryc. 1): 1. Terytorium miasta Elbląga. Tak jak terytoria Gdańska i Torunia, stanowiło autono-Miczną jednostkę rządzącą się własnymi prawami. Niektóre posiadłości zarządzane były bezpośrednio przez władze miejskie, ale większość wydzierżawiano elbląskim patrycju-Szom na korzystnych warunkach i na długie okresy. 2. Ekonomia malborska, wraz z dzierżawami od niej odłączonymi. Na bazie kom-turstwa malborskiego (bez wójtostwa sztumskiego) utworzono w 1466 r. starostwo Malborskie, które na pocz. XVI w. przekształcono prawie w całości w królewskie dobra stołowe, a więc dobra, z których dochody trafiały do prywatnej szkatuły królewskiej. Granice ekonomii na zachodzie przebiegały wzdłuż Wisły, na południowym wschodzie 108 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 wzdłuż Nogatu, a na wschodzie i północnym wschodzie pokrywały się z zachodnimi i południowymi granicami terytorium elbląskiego. Granica południowa przebiegała równoleżnikowo (na ryc. 1-4 oznaczona linią kropkowaną); począwszy od południowego skraju Malborka po granicę Państwa. Jedynym dobrem prywatnym było tutaj niewielkie Rękowo. 3. Na południe od ekonomii malborskiej rozciągał się obszar, który możemy nazwać Ziemią Sztumską. Nie był tak jednorodny jak dwa poprzednie. Zawierał wszystkie tzw. posiadłości ziemskie województwa, poza dobrami kadyńskimi i Rękowem. Ponadto należały doń trzy starostwa - sztumskie, kiszporskie (dzierzgońskie) i Straszewskie - miasta królewskie Sztum i Kiszpork/Dzierzgoń oraz cztery drobne tenuty (Pułkowice, Szropy, Tropy i Watkowice (obecnie Watkowice Wielkie). 4. Największe zróżnicowanie cechowało niewielki obszar wokół Tolkmicka leżący na północny wschód od terytorium miasta Elbląga, na granicy z Warmią. W jego skład wchodziło starostwo tolkmickie z królewskim miastem Tolkmicko, dobra szlacheckie Kadyny z folwarkami, wieś należącą do Elbląga (Bierkowe - obecnie Brzezina), a także 2. Struktura własności ziemi w Ziemi Sztumskiej w czasach I Rzeczypospolitej Dobra: królewskie szlacheckie Jacek Schirmer 109 jedyne większe dobra duchowne woj. malborskiego - Karszewo i Kreutzdorf (obecnie Krzyżewo) nadane elbląskim brygidkom przez Kazimierza Jagiellończyka. Po likwidacji klasztoru elbląskiego przeszły na własność brygidek gdańskich. Szczegółowe rozmieszczenie dóbr królewskich i szlacheckich w Ziemi Sztumskiej przedstawia ryc. 2. Oprócz tych dwóch głównych form własności istniały tu również dobra duchowne stanowiące uposażenie parafii (średnio 4 łany) oraz dobra wolnych sołtysów (też ok. 4 łanów). Od połowy XVII wieku nabywali tam ziemię również malbor-scy jezuici. Do ważniejszych ich nabytków należały Grzymała i Czerwony Dwór (par. Dąbrówka, nie mylić z Czerwonym Dworem w par. Tychnowy). Była to jedyna istotna zmiana w strukturze własności majątków w czasach I Rzeczypospolitej. 5. DOBRA ZIEMSKIE Sieć osadnicza Ziemi Sztumskiej została ukształtowana jeszcze w państwie krzyżackim. W I Rzeczypospolitej nie doszło do istotnych zmian, zwłaszcza gdy chodzi o dobra szlacheckie (ryc.2). Co prawda cztery istniejące wcześniej osady - Dąbrowa, Labusztyn, Szpotshof i Witki, przestały istnieć w ciągu XVII w. Nie zostały umieszczone na mapkach, gdyż dokładna ich lokalizacja jest nieznana. Z kolei rozwój polegał głównie na zakładaniu niewielkich osad wspomagających istniejące od dawna posiadłości. Zwiększenie liczby osad miało miejsce w dobrach biało-dworskich, gdzie osuszono i wzięto pod uprawę znaczne obszary bagien nadwiślańskich. Liczba dóbr ziemskich nie jest wartością bezwzględną, bo zależy od tego, które z osad potraktujemy jako odrębne jednostki gospodarcze, a które jako pomocnicze folwarki, pustkowia itd. Można przyjąć, że w Ziemi Sztumskiej przez cały okres I Rzeczypospolitej, a przynajmniej od XVI wieku, takich dóbr było 67. Nie uwzględniam wśród nich czterech osad zaginionych w XVII wieku, ani tych założonych późno w dobrach biało--dworskich. Z tych 67 dóbr jedno (Szpitalna Wieś) należała nie do szlachty, ale mieszczan sztumskich (szpital Św. Ducha), a dwie (Grzymała i Czerwony Dwór) przeszły w drugiej połowie XVII wieku w ręce jezuitów. 6. GERMANIZACJA ZIEMIAŃSTWA W XV I XVI WIEKU Jak już wspominałem, w czasach krzyżackich nie było w Sztumskim rycerstwa pochodzenia niemieckiego. Rody pochodzenia niemieckiego pojawiły się w Sztumskim dopie-r° po inkorporacji do Polski. Zjawisko to nie ograniczało się do naszego terenu. Można Wspomnieć o co najmniej dwóch przyczynach tego zjawiska: 1. Paradoksalnie, do germanizacji Prus przyczyniło się polskie zwycięstwo pod Grunwaldem, a także zwycięska wojna trzynastoletnia. Już bitwa pod Grunwaldem ogołociła z rycerstwa pruskiego całe okolice, a następnie przerzedziła jego szeregi wojna trzynastoletnia. 2. Status rycerstwa w państwie zakonnym, znaczne uzależnienie od władz oraz ogra-niczenie praw zniechęcały Niemców do osiedlania się na stałe w tym państwie. Co innego udział w wojnach za żołd i/lub łupy, a co innego całkowite poddanie się Zakonowi. Zasadnicza zmiana sytuacji na korzyść rycerstwa po inkorporacji do Polski czyniła po-zostawanie na stałe w Prusach Królewskich bardziej atrakcyjnym. Zresztą dotyczyło to 110 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 3. Ważniejsze rody ziemiańskie Ziemi Sztumskiej w II poi. XVI wieku Posiadacze: królewskie Czernowie Brandtowie Sokołowscy Szokowie Inni i nieznani również części Prus pozostałej przy Zakonie, bo jego osłabienie wpływało też na zmianę relacji Zakon - rycerstwo na korzyść tego ostatniego. W drugiej połowie XVI wieku w Sztumskim na cztery najznaczniejsze rody ziemiańskie trzy wywodziły się z Niemiec, a jeden z Polski (ryc.3). Najpotężniejszym rodem byli Czernowie, w których rękach znajdowała się wtedy większość terytorium Sztumskiego. Przede wszystkim dzierżyli dwa starostwa: sztumskie i kiszporskie (dzierzgońskie). Ponadto należało do nich 12 Pi posiadłości szlacheckich, a więc 1/5 wszystkich w Ziemi Sztumskiej. Wreszcie zmonopolizowali urząd wojewody malborskiego - w latach 1546-1605 zasiadało na tym urzędzie kolejno trzech reprezentantów tej rodziny. Ich protoplastą był Mikołaj, rycerz w służbie krzyżackiej, który ożenił się z Dorotą Bażyńską, wnuczką słynnego Ścibora. Ten ożenek zapewnił jego synom, jako potomkom po kądzieli Bażyńskich, wpływy i karierę (po Bażyńskich przejęli m.in. urząd wojewody malborskiego). Główna linia Czemów wymarła w 1636 r. Jacek Schirmer 111 Brandtowie pojawili się w Sztumskim już w XV w. - Jan Brandt nabył w 1485 r. Hogen-dorf (obecnie Czernin), który na ponad półtora wieku stał się centrum ich dóbr. W 1512 r. trzej bracia Brandtowie uzyskali polskie szlachectwo. Jednak ród ten związany był przede wszystkim z Księstwem Pruskim, gdzie również posiadali dobra i sprawowali wysokie urzędy. Brandtowie wycofali się z naszej Ziemi około połowy XVII w. Historia Szaków używających przydomka z Wilanowa (Schack von Wittenau) była nieco inna. Pochodzili podobno z Czech. Pierwszy z nich nabył w 1518 r. Sztembark (obecnie Stążki). Kolejne pokolenia Szaków powiększały posiadłości rodzinne; początkowo w XVI w. na południowym wschodzie Sztumskiego, w XVII w. na wschodzie. Z czasem stały się one największymi dobrami naszej Ziemi. Szakowie, podobnie jak Brandtowie, posiadali silne związki z Księstwem Pruskim. Ostatni Szak z głównej linii zmarł w 1787 roku, a dobra, podzielone między córki, przeszły na Goltzów i hr. Rittbergów. Stanowili jedną z rodzin ziemiańskich najdłużej związanych z Ziemią Sztumską - przez 270 lat, nie licząc córek ostatniego z Szaków. Dodatkowym problemem związanym z germanizacją górnych warstw tutejszego zie-miaństwa był fakt, że prawie wszyscy członkowie tych rodzin przyjęli protestantyzm, co utrudniało ich asymilację i sprzyjało ich powiązaniom z Księstwem, potem Królestwem, Pruskim. Jedyną znaczną rodziną polskiego pochodzenia byli Sokołowscy herbu Pomian, używający przydomka z Wrzący. Do Sokołowskich w XVI w. należały dobra biało-dworskie obejmujące cały południowy zachód naszego terytorium. Dobra te wniosła w wianie Jerzemu Sokołowskiemu Anna Wulkowska. Z kolei po bezpotomnej śmierci w 1600 r. ostatniego dziedzica z tej rodziny, dobra te odziedziczyła jego siostra Anna zamężna za Mikołaja Kretkowskiego, wojewodzica inowrocławskiego. Kretkowscy byli ważną kujawską rodziną senatorską. Posiadłości biało-dworskie pozostawały w ich rękach prawie w całości (odeszły z nich Montki i Klecewko) do 1760 roku. Szlachta pochodzenia pruskiego (m.in.Kalksteinowie, Kitnowscy, Lokowie, Rabowie i Rejtanowie) była liczna, ale nie dysponowała tak znacznymi posiadłościami. 7. NAZWISKA ODMIEJSCOWE W XVI w., tak jak w całej Polsce, zapanowała i u nas moda wśród szlachty na przyjmowanie nazwisk odmiejscowych. Była to najczęściej szlachta pochodzenia pruskiego. Z bardziej znanych przypadków: Kalksteinowie od Polaszek przyjęli nazwisko Polaszkowscy; Rejtanowie (Reittein) od Szynwizy (obecnie Krasna Łąka) przyjęli nazwisko Szynwescy; Silcowie zaczęli posługiwać się nazwiskiem Kukscy od Kuksów. dudkowie, używający już nazwiska odmiejscowego Fidelicki, po osiedleniu się w Wilcze-Wie zaczęli używać nazwiska Wilczewski. Szrnolcowie/Szmulcowie od Michorowa przyjęli nazwisko Michorowscy; właściciele Gintra używali nazwiska Gitryńscy. 112 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 Jednak, inaczej niż zwykle, większość tych nazwisk nie wytrzymała próby czasu. Na przykład Kałksteinowie zaprzestali posługiwać się nazwiskiem Polaszkowscy, a Rejtanowie, którzy przenieśli się na Białoruś, wrócili do nazwiska Rejtan, jak słynny Tadeusz, poseł na sejm rozbiorowy 1773 r., którego nikt nie nazywa Szynweskim. Jedynym, używanym po dziś dzień przez licznych potomków dziedziców Wilczewa jest nazwisko Wilczewski. Spotykane jest w Polsce nadal (nie tylko w powieści Mniszchówny) nazwisko Michorowski, ale nie widać ich związku ze „sztumskimi” Michorowskimi. 8. NAPŁYW NOWYCH RODÓW O obu wojnach szwedzkich i zniszczeniach dokonanych w ich trakcie czytelnik „Prowincji” dowiadywał się już z opublikowanych w niej tekstów. Jak wiadomo, właśnie woj. malborskie padło ich ofiarą najbardziej. Szwedzi prowadzili te wojny głównie w celach rabunkowych. Miała miejsce nie tylko bezpośrednia grabież (często połączona z poważnymi zniszczeniami), ale i okradanie mieszkańców poprzez nakładane na nich kontrybucje. Nie oszczędzano nawet protestantów, choć to rzekomo w ich obronie Gustaw Adolf dokonał pierwszego najazdu na Polskę. Pieniędzy szuka się tam, gdzie są, więc bogate miasta i zamożne ziemiaństwo padało przede wszystkim ofiarą szwedzkich łupiestw. Symbolem postępowania Szwedów niech będzie fakt, że na terenie Ziemi Sztumskiej nie ocalała ani jedna katolicka księga metrykalna. Zniszczenia wojenne przyczyniły się do wymiany wielu z dotychczasowych rodów ziemiańskich na inne (ryc. 4). W tym czasie m.in. wycofali się Brandtowie. Wielki wpływ na strukturę właścicieli ziemskich miało wymarcie Czemów. W przyszłości żaden z rodów nie doszedł do takiej dominacji na naszym terenie. W konsekwencji doszło do nieco większego rozdrobnienia własności oraz polonizacji ziemiaństwa. Były to rody polskie i spolonizowane, wyznające katolicyzm. Jedynie protestanccy Szakowie, którzy utrzymywali silne związki z Księstwem Pruskim, a w międzyczasie znacznie poszerzyli swe posiadłości, stanowili istotny wyjątek. Gdy porównamy nazwiska właścicieli ziemskich w Ziemi Sztumskiej w latach 1581/82 i 1682 w wykazach płatników podatku gruntowego, napotykamy tylko trzy nazwiska pojawiające się w obu przypadkach; są to Kałksteinowie, Szakowie i Wilczewscy. Te listy nie są kompletne, ale porównanie ich oddaje skalę przemian. Oczywiście w niektórych przypadkach (jak przejście dóbr biało-dworskich z Sokołowskich na Kretkowskich) doszło dziedziczenie posiadłości przez potomków po kądzieli, a więc w jakiś sposób pozostały w rękach krewnych, choć należących do innego rodu. Poza Szakami i Kretkowskim na ważne miejsce wśród ziemian Sztumskiego wybili się, pochodzący z Mazowsza, Zawadzcy (herbu Rogala) z Waplewa. O ile dotychczasowi dziedzice Waplewa, Rabowie i Sokołowscy dysponowali poza nim dwoma-trzema majątkami, o tyle należący do Zawadzkich kompleks dóbr stał się mniej więcej równy posiadłościom Szaków i Kretkowskich. Zawadzcy nie weszli w posiadanie Waplewa poprzez związki rodzinne, lecz drogą kupna. Waplewo kupili w 1641 roku, a potem pozostałe majątki w jego okolicy. Rodzina ta wydała wiele wybitnych postaci, jak Jan, kasztelan gdański i wojewoda parnawski, czy Kazimierz, polityk i publicysta, kasztelan chełmiński. Jacek Schirmer 113 W XVIII w. dobra waplewskie przechodziły z rodziny do rodziny, początkowo poprzez małżeństwa ich spadkobierczyń. Konstancja Zawadzka wyszła za mąż za Chełstowskiego, ich córka z kolei Barbara Chełstowska wyszła za mąż za Bagniewskiego. Ich syn i kolejny dziedzic Waplewa Józef zmarł bezpotomnie. Część dóbr pozostała w rękach wdowy po nim, Marianny z Chrząstowskich, inne dobra wykupił z rąk pozostałych spadkobierców jej drugi mąż Teodor Sierakowski. Starostwo sztumskie po zgonie ostatniego z Czemów w 1636 r. przeszło na jego zięcia, Zygmunta Guldensterna, potem na wdowę po nim Annę Czemównę, która zostawiła je synowi, Władysławowi. Guldensternowie wywodzili się ze Szwecji i byli spokrewnieni z Wazami. W Sztumskim nabyli klucz grynfeldzki (Grynfeld - obecnie Zielonki, Gintro, Igły, Jordanki i obie Sledziówki) i Blunaki. Władysław zmarł w 1675 roku, a jego dobra odziedziczyła córka Lukrecja, żona ostatniego z Konopackich Stanisława. 4. Ważniejsze rody ziemiańskie Ziemi Sztumskiej w II poi. XVII wieku Guldensternów Konopackich Kretkowskich Szoków Zawadzkich Innych Królewskie 114 Ziemianie Ziemi Sztumskiej i ich posiadłości 1466-1945 Kolejnym rodem, który zajął ważną pozycję wśród ziemian sztumskich, byli właśnie Konopaccy, pomorska rodzina senatorska (6 senatorów świeckich i 2 biskupów), wywodząca się z Konopatu w pow. świeckim. Ich związki z Ziemią Sztumską sięgają XVI w., kiedy to przejęli po Brandtach starostwo Straszewskie. Trzymali je do 1619 roku. Z czasem nabyli też w Sztumskim kilka majątków. Pierwszą żoną ostatniego przedstawiciela tej rodziny, Stanisława (zmarłego w 1702 r.), została wspomniana już Lukrecja Gulden-sternówna. Dobra po matce przeszły na jedyną córkę z tego związku, Teresę, a dawniejsze majątki Konopackich trafiły w ręce kasztelana gdańskiego, Waleriana Kruszyńskiego. Poprzez ślub ich obojga posiadłości Guldensternów i Konopackich zostały znów połączone, a Kruszyńscy należeli w XVIII w. do najzamożniejszych rodzin ziemiańskich Sztumskiego. 9. PODSUMOWANIE Patrząc na dzieje ziemiaństwa pruskiego w I Rzeczypospolitej możemy odnieść wrażenie dużej zmienności rodzin ziemiańskich. Jednak, gdy uświadomimy sobie, że chodzi o okres ponad 300 lat, wtedy spojrzymy na tę zmienność z innej perspektywy. Poniżej zestawiłem liczby lat podczas których poszczególne rody związane były z Ziemią Sztumską. Umieściłem tu rody ważniejsze i o dłuższych związkach z naszą Ziemią. Lista nie jest wyczerpująca. Szakowie 254 lata (259 lat) Kalksteinowie 250 lat (396 lat) Wilczewscy 245 lat (340 lat) Kretkowscy 160 lat Brandtowie ok. 150 lat Konopaccy 131 lat Czernowie 119 lat Zawadzcy 92 lata Sokołowscy 85 łat Uwaga: Niektóre dane mają charakter wstępny. Dane w nawiasach obejmują również okres okupacji pruskiej. Wydaje się, że przechodzenie majątków z jednej rodziny do innej następowało częściej w wyniku koligacji rodzinnych niż transakcji handlowych. Najczęściej to kobiety spadkobierczynie przekazywały dobra swoim dzieciom należącym już do innej rodziny. Wobec tego wiele posiadłości pozostawało przez wieki w kręgu krewnych, choć nazwiska właścicieli się zmieniały. Przykładami mogą być : Sztembark (obecnie Stążki) - od 1518 r. po 1945 r. (Szakowie Rittbergowie), a więc przez ponad 400 lat klucz białodworski - od końca XV w. po rok 1777 (Wulkowscy, Sokołowscy, Kretkow-scy, Dziewanowscy), przez ok. 300 lat, Jacek Schirmer 115 dobra waplewskie - od 1641 r. po początek lat 1930- (Zawadzcy, Chełstowscy, Bagniew-scy, Sierakowscy), przez prawie 300 lat. W naszych czasach, gdy wszystko ulega szybkim zmianom, możemy podziwiać stabilność instytucji i podziałów terytorialnych w I Rzeczypospolitej. Przez ponad 300 lat woj. malborskie miało te same granice, ten sam podział wewnętrzny na dobra królewskie, dobra miasta Elbląga, dobra szlacheckie i duchowne (nie licząc niewielkiej zamiany między tymi ostatnimi). Po pewnych wahaniach w pierwszych latach, powstały urzędy, które (i ich kompetencje) przetrwały do agresji pruskiej. 10. EPILOG Wykorzystując zawiązanie konfederacji toruńskiej w 1767 r., a także zwalczając konfederatów barskich, wojska pruskie i rosyjskie grasowały po Prusach Królewskich. Wynikały z tego nie tylko grabieże, zniszczenia i kontrybucje, ale nawet przymusowe wcielanie Polaków (w sensie przynależności państwowej) do armii pruskiej. Suwerenność Polski w Prusach topniała jak śnieg na wiosnę. Ostatecznie, 13 września 1772 roku wojska pruskie wkroczyły do Prus Królewskich dokonując ich aneksji. Ziemianie z obywateli Rzeczypospolitej stali się wasalami króla pruskiego. Taki stał się ich formalny status. Historia zatoczyła koło, bo przecież ponad 300 lat temu z wasali Zakonu stali się obywatelami. W XVIII w., pojawiły się w Sztumskim trzy rodziny, które potem, pod okupacją pruską, odgrywały ważną rolę. Wspomniałem już o Sierakowskich. W latach czterdziestych pojawił się tutaj młody Wojciech Donimirski, protoplasta sztumskiej linii tej rodziny. Na kilka lat przed inwazją pruską Marianna Łyskowska wyszła za mąż za Antoniego Rabę, regenta grodzkiego malborskiego. Już po inwazji dołączyli do niej bracia Michał i Antoni. Potomkowie Michała Łyskowskiego przez około sto lat należeli do ziemiaństwa sztumskiego. Ziemiaństwo sztumskie pod okupacją pruską będzie przedmiotem drugiej części tego opracowania. Nazwy miejscowości na mapkach w Ziemi Sztumskiej mają formy przyjęte w języku polskim w czasach I Rzeczypospolitej. Położenie i zasięg dóbr mają charakter orientacyjny, nie stanowią dokładnego odzwierciedlenia ich rozłogów. Ryciny zamieszczone w tekście wykonała Monika Sasal. 116 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Janusz Ryszkowski OPOWIEŚCI SZTUMSKIEJ TREŚCI 1899-19011 ROK 1899 ŚLUB W PONIEDZIAŁEK Już od wczesnego poniedziałku w majątku Henryka Brochwicz-Donimirskiego panowało widoczne poruszenie. Choć dworek w Zajezierzu przeżył już niejedno, a jego progi przekroczyło wielu zacnych ludzi, to dzień 13 lutego był szczególny. Pan Henryk wydawał swoją najstarszą córkę Bogumiłę za Jana Niedźwiedzkiego. Trzydziestoletni pan młody był synem Władysława i Franciszki z Kruszczyńskich. W Wierznicy pod Dobrzyniem nad Wisłą mieli tam ponad 500-hektarowy majątek ziemski. Dwie naprawdę zacne rodziny. Donimirscy powszechnie znani byli nie tylko na Ziemi Sztumskiej, w ich rękach znajdowało się kilka znaczących posiadłości - w Buchwaldzie (Bukowie), Telkwi-cach, Cygusach, Małych i Wielkich Ramzach, Czerninie i właśnie Zajezierzu. Henryk Donimirski, któremu władze niemieckie pozwoliły przed prawie dziesięciu laty dobrać do nazwiska drugi człon (von Brochwicz), miał około 550 hektarów ziemi ornej, znany był ze znakomicie prowadzonej hodowli - krów (jeden z największych dostawców sztumskiej spółdzielni mleczarskiej, jednej z najlepszych w Prusach Zachodnich) i cieszących się powodzeniem koni wyścigowych. Słowem dobry gospodarz. A przy tym z piękną kartą wypełnianą od młodości. Jako gimnazjalista w Chełmnie, należąc do tajnej organizacji filomackiej, poszedł bić się jako ochotnik w powstaniu styczniowym. Potem też nie uchylał się od obowiązków obywatelskich wobec rodaków. Polacy z Ziemi Sztumskiej kilkakrotnie obierali jego kandydaturę w wyborach na posła, ale bez powodzenia. Przegrywał z wysuwanym przez stronę niemiecką Maxem Wesselem, wieloletnim starostą sztumskim. W 1892 roku Wessel otrzymał prezydenturę policji w* Gdańsku i musiał zrezygnować z mandatu. Odbyły się wybory uzupełniające. Henryk Donimirski zgodził się w nich wystartować, choć po długich namowach. Może miał dość porażek, a może chciał bardziej poświęcić się sprawom rodzinnym - będąc wdowcem pod koniec 1890 roku ożenił się z Magdaleną Sas-Jaworską z Lipienek - trudno powiedzieć. W ten zimowy poniedziałek głowę Donimirskiemu zaprzątała głównie sprawa ożenku najstarszej córki. Bogumiła, która imię odziedziczyła po matce, miała już 25 lat. A posag trzeba szykować jeszcze dla 20-letniej Krystyny i 17-letniej Klaudii. Na tym nie koniec. Z drugiego małżeństwa z Magdaleną Sas-Jaworską z Lipienek pod Świeciem pan Henryk ma 7-letnią Marię Magdalenę. Syn August wybrał na razie karierę wojskową w kawalerii, ' Fragment większej całości, która drukowana była w 1 i 2 numerze „Prowincji". Tłumaczenia z gazet niemieckich - Jutta Zimińska. Janusz Ryszkowski 117 ale jasne jest, że to on będzie dziedzicem Zajezierza. Myśląc o przyszłości córek, musiał Donimirski zdecydować się na sprzedaż należącego do niego lasu nad jeziorem Parle-ty. Była to trudna decyzja. Nie tylko dlatego, że przez lata organizował tam polowania z udziałem wielu zaproszonych gości i było naprawdę do czego strzelać. Na jeden z nich, w grudniu 1890 roku, łupem myśliwych stało się 120 sztuk zwierzyny. Przede wszystkim chodziło o to, że nabywcą były niemieckie lasy państwowe. To równało się zdradzie stanu! Jak bowiem we wspomnieniach stwierdzał ks. Józef Dembieński: „Polska strona piętnowała bardzo dobitnie wszystkich, którzy wyzbyli się swoich posiadłości na rzecz Niemców jako sprzedawczyków, zdrajców, judaszów, zamieszczając ich nazwiska w tzw. czarnej księdze i ogłaszając ich bojkot towarzyski”. Roman Janta-Połczyński, przedwojenny właściciel Mątek i Michorowa, o którym jeszcze będzie mowa, po latach napisze, że sprzedaży lasu nie miano Donimirskiemu za złe. Ale - uprzedźmy wypadki - kiedy potem sprzedał kawał lichej ziemi pod planowany zakład leczący chorych na gruźlicę -nie oszczędzała go prasa... Pora jechać do kościoła. Przy lekko prószącym śniegu weselny orszak zmierza do sztumskiego kościoła św. Anny, przystrojonego z okazji ślubu jak nieczęsto. Bramy triumfalne, wieńce... Ślubu udzielał proboszcz ks. Karol Staliński. Po uroczystości rodzice panny młodej podejmowali gości... No właśnie? W zajezierskim dworku, a może * sztumskim hotelu Królewski Dwór? Kto wznosił toasty za pomyślność młodej pary? 118 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Albo panu Henrykowi życzył wnuka, który w przyszłości obejmie majątek w Wierznicy? (W 1902 roku przyjdzie na świat Władysław Niedźwiecki. Zaginie bez wieści wywieziony przez Niemców pod Królewiec w październiku 1939 roku wraz z innymi ziemianami z okolic Lipna.) Tymczasem jednak słychać staropolskie „Kochajmy się”. KOŚCIÓŁ ZA CIASNY Zabiegi o rozbudowę kościoła katolickiego św. Anny miały już wówczas blisko dwudziestoletnią historię. W maju 1880 roku „Gazeta Toruńska” przynosiła informację ze Sztumu, że „Dozór naszego kościoła katolickiego teraz już na seryo stara się o jego powiększenie, albowiem procesya Bożego Ciała wykazała, że jest za mały dla naszej gminy”. Plany rozbudowy świątyni natrafiły na bardzo nieprzychylny klimat polityczny. Przy-pomnijmy, że w zjednoczonych Niemczech trwa wówczas „kulturkampf” - walka o kulturę. Jaką? Protestancką i liberalną. Na celowniku kanclerza Bismarcka znalazły się katolicka partia Centrum i Kościół katolicki. A skoro tak, to i Polacy w zaborze pruskim, w znakomitej większości katolicy. Mówiący po polsku Prusacy, jak ich określał Bismarck, mieli już tylko mówić po niemiecku. W 1872 r. język niemiecki stał się językiem wykładowym we wszystkich szkołach państwowych, wkrótce wprowadzono go jako obowiązkowy do sądów i urzędów. Wszyscy absolwenci, także księża, musieli zdać egzamin z kultury niemieckiej. Nauczycielom zabroniono wstępowania do polskich i katolickich stowarzyszeń. Arcybiskup gnieźnieński i poznański Mieczysław Ledóchowski spędził 2 lata w więzieniu, gdy sprzeciwił się ingerencji rządu w sprawy kościoła, m.in. kontroli obsadzania stanowisk, np. proboszczów. Prusy musiało opuścić ok. 80 księży, innych prześladowano. Wiele parafii pozostawało osieroconych, bez duszpasterza. W 1886 r. kanclerz Bismarck założył pruską Komisję Kolonizacyjną, propagującą osadnictwo niemieckie. Ta polityka szerokich represji wobec Kościoła katolickiego i Polaków spowodowała, że nastąpił wzrost i umocnienie polskiej świadomości narodowej. Ale powróćmy na grunt sztumski. Na pewno nie ułatwiał też sprawy rozbudowy spór, jaki toczył się w samej parafii. Powróćmy zatem do cytowanej już na początku notatki prasowej. Z dalszej jej treści wynika, że rada kościelna nie zgadzała się z decyzją władz, by „dozór nad kościołem katolickim poruczony został (...) inspektorowi szkolnemu Z.[in-towi]”. Żeby tylko na tym się skończyło. Przy parafii powstało towarzystwo św. Cecylii i ono także stało się zarzewiem gorącego konfliktu. Aby rzecz naświetlić, trzeba na chwilę sięgnąć do idei ruchu cecyliańskiego. Stanowił on reakcję na zeświecczenie muzyki kościelnej, zepchnięcie na dalszy plan liturgii słowa, słowem odejście - w klasycyzmie, baroku i romantyzmie - od zasad przyjętych na Soborze w Trydencie (połowa XVI wieku). W XIX wieku pojawiający się ruch cecyliański miał na celu powrót do źródeł: do chorału gregoriańskiego oraz polifonii w stylu XVI--wiecznego mistrza, jakim był Giovanni Pierluigi da Palestrina. To on stworzył w Rzymie stowarzyszenie muzyki kościelnej, którą papież Pius IX podniósł do rangi akademii muzycznej (Accademia di Santa Cecilia). Na ziemiach polskich cecyliańskie idee pojawiły Janusz Ryszkowski 119 się po raz pierwszy za sprawą ks. Józefa Mazurowskiego (1832-1877), nauczyciela śpiewu i muzyki w Collegium Marianum w Pelplinie, profesora liturgiki i śpiewu w seminarium duchownym, dyrygenta chóru katedralnego. Wywodził się z Ziemi Sztumskiej (Biała Góra), tak jak i Teodor Kiewicz (1834 w Żuławce Sztumskiej - 1903), prezes diecezjalnego Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii w Pelplinie, organista, kompozytor, autor śpiewników, nauczyciel, m.in. w Seminarium Nauczycielskim w Kościerzynie. PIEŚNI POLSKA, TYŚ JAK ROSA! Od 1880 roku Cecylianie działali w parafiach w Kałwie (dyrygent nauczyciel Pohl) oraz św. Anny w Sztumie. „Zawiązane niedawno towarzystwo (...) pomyślnie się rozwija, co zawdzięcza się przede wszystkim prezesowi księdzu kapelanowi Spiering [Ferdynand Spiring] i dyrygentowi, nauczycielowi Laskowskiemu” - informowała „Gazeta Toruńska” w styczniu 1881 roku. A po kolejnym publikuje na pierwszej stronie list ze Sztumu, który bardzo krytycznie wyraża się o Cecylianach. Nie został podpisany, ale jego autorstwa nietrudno się nam domyślać. Napisał go Konrad Osiński, gospodarz ze Sztumskiego Pola, stojący na czele dozoru kościelnego. Już wcześniej, bo w 1877 roku na tych samych lamach, upominał się o odprawianie mszy dla Polaków w ich języku i sprzeciwiał postępującej germanizacji. Teraz protestował, by łacińskie pieśni Cecylianów, wypierały ze sztumskiej świątyni polskie. Pisał w zakończeniu listu: „O nie wydrzecie nam naszych śpiewów kościelnych, w spadku nam przekazanych przez praojców naszych”. I cytował słowa Władysława Bełzy: Pieśni polska, tyś jak rosa! Co na spiekłą duszę spada. Ty ją wiedziesz przez niebiosa Jak w noc ciemną gwiazdka blada! Szczęsny ponad czyją głową Skrzydła swoje tyś rozpięła, Gdy mu w piersi nucisz słowo!... Na pewno dopisał jeszcze, jak w oryginale, końcowy wers: „Jeszcze Polska nie zginęła!”, ale ze zrozumiałych względów redakcja tego już wydrukować nie mogła. Zakończył zaś swój list tak: „Kształćcie ludowy nasz śpiew kościelny, nućcie w odpowiedniej mierze pieśni niemieckie, o ile to wymagają potrzeby niemieckich współwyznawców, lecz dajcie Uam na Boga święty spokój z Waszymi ciągłemi śpiewami łacińskimi”. Niedługo potem Teodor Kiewicz opracowuje „Orfeusza czyli zbiór najulubieńszych pieśni polskich z melodyami ułożonemi na 4 męskie głosy”, zawierający utwór „Jeszcze dolska nie zginęła”. Publikacja ukazała się w 1884 roku w Pelplinie i odpowiadała na postulat m.in. Konrada Osińskiego, aby popularyzować polski śpiew. „Gazeta Toruńska” do sprawy Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii powraca połowie 1882 roku. „Śpiew kościelny po parafiach naszych bywa przedmiotem dyskusyi po pismach, Politycznych nawet, a co gorsza bywa przedmiotem sporów w łonie parafij. Zwracamy 120 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 dla dowodu na to uwagę, co niżej podajemy dziś ze Sztumu, gdzie sprawa ta od pewnego czasu umysły porusza i coraz więcej się zaostrza I dalej gazeta przytacza ów sztumski głos. Czyżby znowu odezwał się Konrad Osiński? Tu mam jednak wątpliwości. Bo choć tajemniczy autor także upomina się o śpiew polski w kościele, to jednak czyni to w sposób bardzo wyważony, by nie powiedzieć - bardzo dyplomatyczny. Apeluje o zachowanie zgody wśród katolików, by zachować siły „w czasie walki obronnej, którą kulturowa wojna narzuciła”. Twierdzi przy tym, że wypieranie polskiej pieśni ma swoją przyczynę „nie w wyrachowaniu i nie z dążeń antipolskich, ale raczej z pewnego ubóstwa w wykształceniu tych muzyków, którzy na czele stowarzyszeń św. Cecylii stawali. Polska literatura muzyki kościelnej zupełnie im obca; kształcili się u niemieckich nauczycieli, w niemieckich zakładach i na takich że wzorach. Nie poznawszy nic polskiego (...) orzekli porywczo i stanowczo, że nie ma nic polskiego i że trzeba przyswajać sobie od innych.” Czyli pieśni łacińskie i niemieckie. A to powodowało ostre sprzeciwy w parafiach o polskim charakterze. Konflikt w Sztumie doprowadził do tego, że oprócz Towarzystwa Śpiewu św. Cecylii powstało polskie towarzystwo. Miejscowy korespondent grudziądzkiego „Geseligera”, co powtórzyła w tłumaczeniu polska „Torunianka”, 9 czerwca 1882 roku napisał: „Skoro tutejsi Cecylianie przestali śpiewać w tutejszym kościele katolickim, zebrało się prędko kilku przeciwników tego stowarzyszenia i śpiewają po polsku, przybrawszy nazwę „Stowarzyszenie polskie”. Krytyka ich popisów da się ująć w słowa: „Dobrzy Polacy, lecz nędzni muzykanci.” Brak wzmianek o dalszej działalności polskiego chóru świadczy o tym, że istniał krótko. Ale i Cecylianie się nie ostali. Jak twierdził zresztą Osiński, stworzyli go byli członkowie męskiego stowarzyszenia śpiewu (Liedertafel), które początkowo dobrze działało (nawet wystąpiło w 1876 roku na konkursie w Królewcu), ale rozpadło się „po wystąpieniu najlepszych sil”. Ci, którzy pozostali, podszyli się - jak pisał - pod Cecylian... Osiński wytykał im, że próby organizują w karczmach, a poziom muzyczny kiepski. Interweniował też, jako przewodniczący rady parafialnej, w kurii oraz w rejencji, aby zakazać występów Cecylian w kościele. Nie zyskał jednak - co zrozumiałe - wsparcia. Informująca o tym nie bez satysfakcji gazeta „Geseliger” dodawała, że Osińskiemu kiepski poziom na pewno, by nie przeszkadzał gdyby śpiewy odbywały się po polsku. „Ten zarzut naszem zdaniem przynosi honor panu Osińskiemu” - ripostowała z kolei „Gazeta Toruńska”. Zamknijmy wątek muzyczny dwiema informacjami - polskie stowarzyszenie śpiewu, organizujące głównie przedstawienia teatralne, zostało powołane 18 października 1891 roku z inicjatywy doktora Feliksa Morawskiego i działało do 1898 roku. Niemieckie zaś reaktywowano w 1894 roku (W 1934 roku będzie obchodzić hucznie swoje 60-lecie). ZGODA NA POSZERZENIE ŚWIĄTYNI O tym, że parafia miała w przeważającej części charakter polski świadczy fakt, że w tym czasie co trzecią niedzielę odprawiano mszę w języku niemieckim. Wiedząc chociażby to, łatwo zrozumieć, że niemieckie władze świeckie nie były specjalnie zainteresowane rozbudową kościoła, a mocno schorowany i sędziwy proboszcz Peter Gaebler, nie miał sil Janusz Ryszkowski 121 na wydeptywanie ścieżek do urzędów. Po jego śmierci, w 1890 roku proboszczem został Karol Staliński. Miał duże doświadczenie inwestorskie (zbudował kościół w Prabutach), poza tym władze świeckie spoglądały na niego łaskawym okiem, czego dowodem były nadane mu medale. W 1895 roku „Gazeta Toruńska” donosiła: „Obecnie odkopują fundament przy katolickim kościele, aby obliczyć, ile by koszta budowy nowego kościoła wynosić mogły”. A pod koniec roku o uzyskanym pozwoleniu władz rejencyjnych i biskupich na „poszerzenie” świątyni według planu radcy budownictwa Dollmeyera z Iławy. „Przybudowany zostanie obszerny przedsionek”. Prace miały rozpocząć się wiosną 1896 roku. Co jednak spowodowało, że doszło to tego trzy lata później? W kwietniu 1899 roku znaczna część świątyni była rozebrana. Mszy odprawiać było już nie sposób. Dlatego obok zaczęto stawiać prowizoryczny kościółek z drewna. Prace te powierzono firmie Hermann i spółka ze Sztumskiego Pola. Z kolei rozbudowa miała odbywać się pod okiem mistrza budowlanego Mathesa z Grudziądza W majową niedzielę odprawiono w drewnianym kościółku pierwszą mszę. A w poniedziałek, 19 czerwca wydarzeniem dla parafii była msza prymicyjna ks. Józefa Osińskiego »w asyście licznego duchowieństwa i przy wielkim udziale pobożnych”. Osiński został skierowany do Barczewka. A czy miał powiązania rodzinne z Konradem Osińskim ze Sztumskiego Pola? Z pewnością, ale raczej dalsze. Rodzina Osińskich mieszkała także w Sztumie i to prawdopodobnie byli rodzice ks. Józefa. Uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego pod nowy-stary kościół odbyło się 17 sierpnia. Poprzedzone zostało mszą w tymczasowym, drewnianym. Kazanie głoszono po polsku. Potem proboszcz Karol Staliński złożył w miedzianym pojemniku akt rozbudowy, obok kamienia węgielnego, we wschodniej części przyszłej świątyni, w miejscu, gdzie ma stanąć ołtarz. Kolejne kazanie wygłosił po niemiecku zaproszony ksiądz spoza parafii. Starosta sztumski Kurt Schmeling, jako przedstawiciel rządu, finansującego ponad 30 procent inwestycji, jako pierwszy uderzył młotkiem w kamień węgielny. Potem uczynili to przedstawiciele duchowieństwa, magistratu, rady kościelnej, budowniczowie. Wieczorem w hotelu Królewski Dwór, najlepszym w mieście, wydano uroczyste przyjęcie. Dla gminy ewangelickiej 1899 rok wiązał się z rezygnacją pastora Hermana Balzera, który pełnił swą funkcję w Sztumie od 1893 roku. Rozpoczęły się przesłuchania kandydatów na ten urząd, których zgłosiło się - jak donosiła prasa niemiecka - bardzo wielu. listopadzie i grudniu trwały przesłuchania próbnych kazań. Gmina Straszewo rozpoczęła starania o ustanowienie osobnego pastora, natomiast w Mikołajkach zwieziono materiał potrzebny do budowy kościoła. W ZBRODNICZYM SZALE Nikt nie potrafił wytłumaczyć tego, co wydarzyło się owego wrześniowego dnia. Elbląska gazeta „Altpreusische Zeitung” ograniczyła się tylko do krótkiej wzmianki. "Znana wszystkim sprawa mordu budzi powszechne poruszenie. Dziś ma się odbyć Sekcja zwłok obydwojga dzieci wydobytych ze studni.” No tak, trudno było w dwuty-S1?cznym miasteczku nie wiedzieć, co się strasznego stało. Nikt tego drobiazgowo nie 122 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 opisał, przynajmniej na taką relację do tej pory nie natrafiłem, ale zdarzenie wyglądało tak. 20-letnia panna Sauter wrzuciła do studni znajdującej się na dziedzińcu zamku trzy młodsze siostry. Dzieci miały kolejno 3, 6, 8 lat. Musiała je przyprowadzać po kolei i topić. Ostatnią ofiarę jej napadu szału - w to, że dostała pomieszania zmysłów nie wątpiono, bo kto zdrowy może zrobić coś tak strasznego - zdołano jakimś cudem wyratować. Rodzina Sauterów mieszkała na wzgórzu zamkowym i była liczna. Ojciec dziewczyny pracował w sądzie, którego siedziba znajdowała się w północny skrzydle, specjalnie w tym celu pobudowanym jakieś trzydzieści lat wcześnie, zamku. Na dziedzińcu znajdowała się studnia, z której korzystali okoliczni mieszkańcy. Ujęcie pamiętało jeszcze czasy krzyżackie. Sauterówna po dokonaniu zbrodni zbiegła z miasta. Krótko potem odnalazła się w Elblągu, gdzie oddała się w ręce prokuratorii. Ponoć, tak twierdzili świadkowie, od dłuższego czasu rozpowiadała, że ma zbyt dużo rodzeństwa. Wystarczyłoby, gdyby została przy życiu połowa z nich... I wprowadziła w życie swój plan. W gazecie napisano, że świadczyłoby to nie o obłędzie, ale zaplanowanej z zimną krwią zbrodni. Przez kilka tygodni przedmiotem rozmów były okoliczności śmierci żony sekretarza powiatu Bierhalsa. Zmarła po połogu i zaczęto przebąkiwać, że mogły przyczynić się do tego zaniedbania miejscowej akuszerki. Kiedy decyzją prokuratorii zarządzono ekshumację opowiadano sobie o tym już głośno. Autopsja miała rozwiać wątpliwości. Nie byl to pierwszy przypadek, że zakłócano spokój zmarłego. W poprzednim roku, także z postanowienia prokuratora, po miesiącu od pogrzebu, odkopano ciało 17-letniej służącej Kron. Zaszło wtedy uzasadnione podejrzenie, że dziewczyna została otruta. „Przyjaciel” informował o przypadkach dzieciobójstwa. „W stodole u posiedziciela B. w Sztumskiej Wsi znaleziono zwłoki noworodzonego dziecka. Jak się tarz wykazało, należy ono do służącej, która służy u B.” „Ryjewo. Służącą z Śningrupy [Schweingrube - koło Bracie], którą, jak donosiliśmy, nowonarodzone swe dziecko na cmentarzu pogrzebała, uwięziono na wniosek prokuratora, ponieważ dziecko nie zmarło śmiercią naturalną”. Nie brakowało innych nieszczęść. Na wysokości Kwidzyna wypadł z berlinki do Wisły robotnik Wierzbicki z Wielkich Uśnie. Utonął w nurcie rzeki, zanim nadeszła pomoc. W Ryjewie robotnik Kletka z młodą żoną i teściami wybrali się na łąkę zbierać siano. Spieszyło się im, bo zaczęła nadciągać burza. W pewnej chwili piorun poraził śmiertelnie żonę robotnika, pozostała trójka została ogłuszona. W Starym Targu uczeń mistrza piekarskiego Klopsa, miał za zadanie posmarowanie kół wozu. Ściągnął jedno z tylnych kół na koniec osi, po czym odszedł na krótką chwilę. Pech chciał, że w tym czasie trzyletni chłopiec podszedł do wozu i zaczął bawić się kołem. To wysunęło się, a upadając uderzając w dziecko główkę, powodując natychmiastową śmierć. Sporo hałasu nie tylko w mieście narobiła sprawa pojawienia się w obiegu fałszywych monet o nominale dwóch marek z podobizną cesarza Wilhelma I i datą 1880. Podrobione były dość profesjonalnie, choć lżejsze od oryginału o 2,5 grama. Wydawały przy tym głuchy dźwięk, bo były z cyny. Cztery lata wcześniej policja zajmowała się fałszowaniem dziesięciofenigówek, której „wytwórnia” znajdowała się w Pietrzwałdzie. Niejaki Kramer, który z zawodu był piekarzem, tak przynajmniej opowiadał, służył jako pastuch Janusz Ryszkowski 123 u miejscowego gospodarza. Swojego kolegę posłał z woreczkiem podrobionych monet na targ. Przekręt się nie udał, pośrednik wydał swojego mocodawcę. Podczas rewizji znaleziono u niego ukryte dwie formy z gipsu służące do fabrykowania, jak widać mocno nieudolnego, pieniędzy. Oberżysta Hermann ze Straszewa dał się inaczej oszukać cwaniaczkom. „Przybyli w sobotę wieczorem dwaj „porządni” panowie i przestawili się jako szwajcarzy (w majątkach nazywano tak nadzorujących oborę i przerób mleka), mający chęć okupienia się w S. w celu założenia mleczarni. Pito rozmaitości, a gospodarz z nimi także pił i jadł. Późno w noc dwaj „panowie” położyli się spać. Cierpiąc zaś widocznie na bezsenność wyszli oknem na przechadzkę, z której jednak nie wrócili, gospodarzowi pozostawiając jednak błogą nadzieję, że mu kiedyś zapłacą rachunek wynoszący 35,40 m[arek].” Miejscowy sąd, znajdujący się na zamku, nie miał ciekawych spraw, bo takie trafiały do wyższych instancji. Ale na jedną z nich warto zwrócić uwagę, bo miała drugie dno. W Waplewie pobili się dwaj parobkowie - Schuster z Domańskim. Podczas rozprawy jeden z nich zeznawał po niemiecku, drugi oskarżony, a także jeden z wezwanych świadków odzywali się wyłącznie po polsku. Sąd ukarał ich za to 24-godzinnym aresztem, najwyraźniej nie dowierzając im, że urzędowego języka nie znają. Z notatki prasowej wynika, źe to Schuster ni w ząb nie znał niemieckiego... Więzienie znajdowało się na zamku, a skazańcy często zatrudniani byli u miejscowych gospodarzy. Jeden z nich, niejaki Danowski, pracował z innymi w polu. W pewnej chwili oddali się od grupy i już nie wrócił. Było to dziwne, bo do końca wyroku pozostały mu tylko dwa tygodnie. Ktoś widział go w Sztumskim Polu, prosił o jedzenie. Policja sprawdziła ten sygnał, ale po Danowskim wszelki ślad zaginął. Inna obława na zbiega trwała w lasach ryjewskim. Między Ryjewem a Sztumem wyskoczył z pociągu konwojowany więzień Wierczoch, z zawodu kelner. Zniknął w leśnej gęstwinie, a poszukiwania, dość dokładne, nie dały rezultatu. SZENWYSKI PROBOSZCZ Ks. Ferdynand Spiring, od 12 lat proboszcz w Szenwizie (Krasnej Łące), od dłuższego czasu mocno słabował. Ostatni dzień upalnego czerwca był też jego ostatnim w ziemskiej Wędrówce. Zmogła go choroba piersiowa, tak określano wówczas nieuleczalną i szerzącą się gruźlicę. W tych dniach przedostatnich ów gorliwy kapłan był kilkakrotnie zasilany sakramentami świętymi, co w nekrologu podkreślała prasa. Od 1873 roku był kapelanem parafii św. Anny w Sztumie, w latach 1884-1886 skierowano go do kościoła filialnego w Benowie, będącego wówczas w budowie (wierni mieli drewnianą kaplicę). Za pośrednictwem „Przyjaciela” następca Spiringa, ks. Henryk Benjamin, prosił „O małą jałmużnę do dalszego pobudowania kościoła Serca Jezusowego w Benowie (...)”. I datki do redakcji płynęły. Jakim strumieniem, nie wiemy. Roman Szulczyński, młynarczyk z Nowego Młyna wysupłał 50 fenigów, L. Korzeniowski, skąd nie wiadomo, markę i pół. W 1887 roku kościół był gotowy. Nieco wcześniej ks. Spiringzostał wikariuszem w parafii szenwiskiej (Schonwise - Krasna Łąka), a od 1887 roku proboszczem. O personalnej obsadzie decydował właściciel 124 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 dóbr waplewskich (Krasna Łąka wchodziła w ich skład). W tym czasie był to hrabia Adam Sierakowski. Parafia miała polski i katolicki charakter, więc kapłanem mógł być tylko ktoś z polskim duchem. Kimś takim, mimo nieswojsko brzmiącego nazwiska, był Spiring. Będąc w Sztumie, uzyskał pozwolenie władz na naukę religii w miejscowej szkole w języku polskim (razem z ks. Antonim Nowowiejskim). Ale nie tylko to. Z listu sztumskiego parafianina do „Gazety Toruńskiej” wiemy, że sprowadzał z Poznania polskie książki dla ludu i był daleko od tych duchownych, którzy w imię walki kulturnej dyskryminowali język polski. Angażował się politycznie. Podczas wyborów do parlamentu niemieckiego w 1893 roku przewodniczył polskiemu wiecowi wyborczemu, który zorganizowano w Mikołajkach Pomorskich, które należały do parafii krasnołęckiej. Trzeba wiedzieć, że w tym czasie ta wieś nie miała od dawna swojego kościoła (został zniszczone w czasie wojen szwedzkich, ale w łacińskim protokole wizytacji z 1700 roku wzmiankuje się o jego pozostałościach jako „rudera”). W 1883 roku bogata rodzina chłopska Schreiberów ufundowała kaplicę. Rezydował w niej przez 6 lat młody ks. Jan Pałczyński, bo „dla słabości zdrowia żadnej posady objąć nie mógł”. Był bratem ciotecznym ks. dr Feliksa Schreibera (ich matki były siostrami). Po dojściu do zdrowia został wikarym w Skarszewach, a potem aż do śmierci w 1910 roku był przez 16 lat proboszczem w Klonówce koło Starogardu. Schreiber był od dzieciństwa chorowity (może to była dziedziczna przypadłość?), z tego powodu częstej absencji i zaległości miał kłopoty w chełmińskim gimnazjum, musiał powtarzać nawet semestr, bo za pierwszym razem nie zdał matury. Nie przeszkodziło mu to uzyskać w Rzymie doktorat z prawa kanonicznego . Zmarł w Olsztynie (w 1889 roku), gdzie był wikarym w katedrze św. Jakuba po zaledwie czteroletniej, ale owocnej posłudze kapłańskiej. Pozostawał niedokończoną budowę katolickiego domu towarzyskiego „Kopernik” w Olsztynie. W rodzinnych Mikołajkach poczynił spore starania, by przywrócono kościół. Wierni musiełi chodzić na msze do Krasnej Łąki. W „Kalendarzu polsko-warmińskim na rok przestępny 1892” (druk i nakład Eugeniusz Bucholz w Olsztynie) znalazło się dłuższe wspomnienie o ks. Schreiberze. Znał się z wydawcą i księgarzem (ale także literatem, dziennikarzem i tłumaczem) dość dobrze. To Schreiber namówił Bucholza, by sprzedał polską księgarnię w Barczewie i przeniósł się do Olsztyna i tam prowadził dalszą działalność. Gdzieś w tej opowieści zawieruszył się ks. Spiring? Nic takiego, cierpliwości. We wspomnianym „Kalendarzu...” oprócz sylwetki księdza, wydrukowano także prośbę o datki na powstający kościół w Mikołajkach. Przyjmował je nie kto inny jak ks. proboszcz Ferdynand Spiring. Obsługiwał prywatną kaplicę w Mikołajkach, a potem - od 1896 roku - wybudowany kościół pw. Antoniego Padewskiego. Nasilające się kłopoty zdrowotne kapłana spowodowały, że nabożeństwa odbywały się sporadycznie. „W drugie święto Bożego Narodzenia [1897] odbyło się po raz pierwszy w naszym nowo odbudowanym kościele nabożeństwo i dalej będzie się odbywało co czwartą niedzielę. (...) Dopiero w r. 1896 stanęła nowa świątynia, a poświęcenie jej nastąpiło ku końcowi tego samego roku. Z powodu choroby ks. proboszcza nie mogliśmy mieć nabożeństwa aż do chwili przybycia ks. kapelana. W nabożeństwie wzięły nader liczny udział tłumy wiernych, tak że ich mury obszernej świątyni objąć nie mogły” - donosiła „Torunianka”. Ks. prof. Wojciech Janusz Ryszkowski 125 Zawadzki podaje nazwiska dwóch wikarych, którzy wspierali ks. Spiringa w czasie, gdy mocno chorował. To Józef Rohman i Oswald Hoppe. To najpewniej ten ostatni odprawił nabożeństwo świąteczne w Mikołajkach. Na kamiennym krzyżu, który postawiono na grobie „szenwiskiego proboszcza” wyryto też po polsku fragment psalmu „We wiecznej pamięci będzie sprawiedliwy”. ŁUNA NAD DWOREM Dwór w Michorowie, pochodzący z niepamiętnych czasów, stał na niewielkim wzniesieniu. Przykleiła się do niego szczytem leciwa oficyna, a w niej wielka kuchnia, z której schodziło się do dużych beczkowych, ze sklepieniem z cegieł, piwnic, potem dwie izby dla służby i sekretne miejsce dla mieszkańców dworu. Majątki Michorowo oraz Mątki (a wcześniej także Zajezierze i Wilczewo) należały dość długo do Wilczewskich, by w kolejnych dwóch pokoleniach zmienić właścicieli. Flo-rentyna Wilczewska, córka Piotra, wyszła za Polidora Wałdowskiego ze Słupów, a jego córka Anna w 1879 roku za Romana Janta-Połczyńskiego (1849-1916), od 1890 roku i przez kolejne długie lata posła do parlamentu niemieckiego. Przybywał jednak nie na Ziemi Sztumskiej, lecz w Żabiczynie (powiat węgrowski), w swoim pierwszym majątku, odziedziczonym po ojcu. Udzielał się trochę w życiu politycznym nowych stron. W 1890 odbywały się wybory do parlamentu niemieckiego. W Postolinie, drugiej obok Starego Targu wsi, gdzie zwykle organizowano wiece polskie dla całego powiatu, na przewodniczącego zebraniu obrano Romana Janta-Połczyńskiego - jak pisała „Gazeta Toruńska” - dziedzica Michorowa, który przybył z Księstwa [Poznańskiego]. I dalej: „P. Połczyński powołuje na sekretarza p. Michalskiego [Władysława, zarządcę majątków] a na ławników pp. Zygmunta Donimirskiego, właściciela Hohendorfu [Czernina], obecnie w Królestwie Polskim mieszkającego i p. Korzeniowskiego, a wyłuszczywszy cel zebrania, udziela głosu p. dr K. Graffowi, redaktorowi „Gazety Toruńskiej”, który w dłuższem przemówieniu objaśnia znaczenie konstytucji, mówi o przysługujących stąd wszystkim obywatelom państwa prawach i o konieczności korzystania z tych praw przez wybieranie posłów. (...) Pan Połczyński zachęca wobec nacisku germanizacyjnego w szkole do pielęgnowania w domu rodzicielskim języka ojczystego, i maluje w serdecznych słowach stosunek rodziców do dzieci.” Kandydatem na posła wybrano wówczas, w oberży Preussa, w obecności ponad stu kilkudziesięciu zebranych, Henryka Donimirskiego z Zajezierza. Janta-Połczyński nie przybywał na stałe w swoim majątku na Powiślu. Na początku ł899 roku ogień pojawił się w michorowskim dworze. Prawdopodobnie na skutek nie-nwagi służby zaprószony został w wędzarni, która znajdowała się na strychu. Uratowano część sprzętów znajdujących się na parterze. Gazety podkreślały, że dwór był stary, ale znakomicie utrzymany. Pożar wyrządził duże straty materialne, których ubezpieczenie nie pokryje, bo przed dwoma lata wprowadzono urzędowo obniżenie stawek odszkodowania. „Przede wszystkim jednakże straty pamiątkowe są niepowetowane. I tych ubytek da się najwięcej odczuć.” Latem spłonęły budynki gospodarcze i stodołyze zbożem w Wilczewie koło Mikołajek, a łunę widać było - jak donosił korespondent „Altpreusse...” - aż w Sztumie. W majątku 126 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Ostrów Broże2 Buchmana (jeszcze nie tak dawno własność Fryderyka Donimirskiego, brata Henryka) doszczętnie spłonęły dwa spichlerze. Podejrzewano, że zostały umyślnie podpalone. Wcześniej zgorzał stóg w majątku Doringa w Górkach i także sprawcy nie wykryto. W Straszewie u właściciela Rohrbecka w stodole stanęli na kwaterze dwaj konni żołnierze. Nie wiadomo, jak doszło do pojawienia się ognia. Konie udało się wyprowadzić, ale zgromadzone zapasy z tegorocznych żniw poszły z dymem. W Mirowicach u wdowy Berendt urządzono zabawę poślubną. Bawiono się w najlepsze. Nad ranem wybuchł pożar w stajni. Jeden z przybyłych weselników zostawił tam konia, ale nie było szans na jego uratowanie, bo ogień błyskawicznie się rozprzestrzenił. DYSKRETNY UROK BURŻUAZJI Rozpoczęła działalność Sztumska Kasa Oszczędnościowo-Pożyczkowa jako trzecia instytucja finansowa w mieście, co świadczy o stopniowym rozwoju życia gospodarczego miasteczka, liczącego wówczas nieco ponad 2200 mieszkańców. Dla porządku - od 1860 roku istniała Powiatowa Kasa Oszczędności, a po kilku następnych latach założono Towarzystwo Pożyczkowe. Ten obraz trzeba uzupełnić koniecznie o banki (spółki oszczędnościowo-pożyczkowe) w powiecie. W Starym Targu założono taki 1871 roku a w Pierzchowicach aż dwa (1868 i 1891). Niełatwo odtwarzać owo gospodarcze ożywienie i to nie tylko dlatego, że posługuję się głównie gazetami. Co tam zresztą odtwarzać, takich ambicji nie mam, chcę zaledwie z lekka naszkicować. Poza tym, czy to może być ciekawe? Statystyki, wyliczanki... O czymś jednak trzeba tu jeszcze napomknąć, choćby dlatego, by nie stracić zbyt wiele z pracowicie robionych wyciągów z prasy. W sukurs przychodzi doktor Feliks Morawski, z którym zawarłem bliską znajomość, pisząc książkę o losach jego i rodziny3. Zrobił ciekawą transakcję: „ (...) sprzedał swój przy Rynku tutaj położony dom, dawniejszą własność kupca p. Kralewskiego, za 18 000 p. Heyna ze Starogardu. Pan H. zamierza w domu tym urządzić interes drogeryjny”. Cóż tu zajmującego? Otóż to, że rok wcześniej na licytacji doktor nabył ten dom za 15 000 marek. Jakby nie patrzeć, zarobił na tym 3 tysiączki. Skąd lekarz, od 1891 roku, prawie zaraz po studiach praktykujący w Sztumie miał tyle pieniędzy, że stanął do licytacji? Zwłaszcza, że w 1896 roku nabył od niejakiego Jankowskiego, chyba kupca, „majętność” na Przedzamczu za 8800 marek, w której mieszkał potem z rodziną? Jankowski zaś wziął ją od mistrza murarskiego Kóhna (?) w 1890 roku za 6500 marek. Kamienicę przy Rynku (oznaczoną numerem 1, we wschodniej pierzei, boczną ścianą przylegającą do ulicy) sprzedał także kupiec F.[Franciszek?] Wojciechowski. W jego restauracji zbierało się przez kilka lat na próby lub obrady polskie kółko śpiewu założone w 1891 roku przez doktora Morawskiego. Inny Wojciechowski, rządca w majątku Romana Janty-Połczyńskiego w Michorowie, był w chwili powołania koła w jego zarządzie. Tę okazałą kamienicę z interesem kupił za 27 tys. marek kupiec Winkowski z Kwidzyna. (Za kilka lat zostanie oskarżony z żoną o jej podpalenie, przesiedzieli trochę w elbląskim 2 Obecnie Zajezierze 3 J. Roszkowski, Morawcy. Pięć pokoleń i pół. Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin 2014 [seria Biblioteka Prowincji]. Janusz Ryszkowski 127 więzieniu, zanim się wydało, że to sprawka szwagra, który zrobił to z zemsty... Czy jednak powinienem także wybiegać w przyszłość, robić takie dygresje? Jak wszystkowiedzący narrator w powieści? Skoro takim nie jestem?) „Pan kupiec Hoffmann sprzedał panu kupcowi Schłeglowi z Ryjewa posesję przy Rynku, na której znajduje się sklep i wyszynk. Wysokość transakcji 18000 marek” - powiadamiała jeszcze „Altpreusische Zeitung”. Zastanawiająca ta ilość transakcji w obrębie Rynku, chociaż z drugiej strony życie miasteczka ogniskowało się właśnie tam i sąsiednich uliczkach. Może też dziwić, że tak otwarcie pisano (czyli mówiono) o kwotach transakcji. Żadnego zasłaniania się tajemnicą handlową. Zatem zmiany właścicielskie i coś jeszcze? Wśród „nierogacizny” hodowanej przez spółkę mleczarską od dłuższego czasu panowała epidemia czerwonki, która wyrządziła kilkutysięczne straty. Zaczęto więc szczepić „płynem przeciw czerwonce i zaraza ustała”. W tartaku parowym Zipperta, przy przetaczaniu pni, robotnik Korkusz złamał nogę i trafił do miejscowego szpitala. Są plany założenia mleczarni w Postolinie. Można powiedzieć, że te dwie pierwsze wzmianki tylko luźno związane są z życiem gospodarczym, ale jednak coś mówią, choćby to, że w mieście działał tartak mechaniczny. W DZIEŃ TARGOWY Swoistym barometrem było na pewno to, co działo się na sztumskim Rynku. Chodzi rzecz jasna o jarmarki - w ciągu całego roku odbywały się cztery kramarskie i cztery zwierzęce, na przemian w marcu, czerwcu, wrześniu i listopadzie, zawsze w środy. 22 marca „odbył się tu targ na bydło i konie i był bardzo ożywiony. Mianowicie kupowano wiele koni i płacono za dobre 400-600 mfarek], za lichsze 150-350 m. W mniejszej liczbie spędzono krów dojnych, za które 180- 250 m płacono.” 128 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 14 czerwca: „wypadł bardzo licho, bydła spędzono nadzwyczaj mało i do tego jeszcze towar mniej wartościowy, dlatego za lepsze płacono dobre ceny.” 13 września: „Dzisiejszy targ był nieduży”. To na skutek zakazu handlowania bydłem z powodu niebezpieczeństwa zarazy i deszczowej pogody. Dostarczono tylko 60-70 koni i do tego słabej jakości. Ceny wahały się od 50 do 400 marek. Już w południe nie było śladu po sprzedających i kupujących 8 listopada. Dzisiejszy targ bydła i koni był nieduży, około 200 koni i 100 sztuk bydła. Dobrej jakości zwierząt brakowało. Lepsze jakościowo zostały natychmiast wyprzedane, gorsze nie znalazły nabywców. 15 listopada. Coroczny, największy w mieście, jarmark świętomarciński, wypadł także słabo. Kupcy, rzemieślnicy, chłopi przybywający z różnych stron skarżyli się, że utargo-wali niewiele. Ledwie zwróciły im się poniesione koszty. Zbiory w owym roku w całym powiecie określono jako przeciętne. Długotrwałe opady deszczu nie sprzyjały zbiorom siana i koniczyny, a następujący potem okres suszy miał wpływ na niższe plony żyta. Taka pogoda nie była też sprzymierzeńcem sadowników. Kartofle były gorsze niż zwykle, buraki w normie. Za to powody do zadowolenia miał z pewnością Jan Donimirski z Buchwałdu. Na wielkiej wystawie bydła rasowego jego dwuletni stadnik i krowa po pierwszym wycieleniu zostały nagrodzone brązowymi medalami. Sztumski mistrz kowalski Stanisław Dąbrowski zgłosił do opatentowania pług dwuskibowy. Powstała też spółka zajmująca się „osuszaniem łąk i trzęsawisk”. Zdecydowano, że swoją siedzibę będzie mieć w Kałwie. Uprawa buraka cukrowego i dowożenie surowca do cukrowni spowodowała rozwój kolei wąskotorowych. W maju 1899 roku utworzono Zachodniopruskie Towarzystwo Akcyjne Kolei Lokalnych z siedzibą w Berlinie. Gazeta „Altpreusche Zeitung” informowała, że starosta sztumski zwołał w Bągarcie zebranie w związku z planowaną budową linii wąskotorówki od cukrowni w Starym Polu przez Stalewo do Złotnicy. Tam omawiano projekt przedłużenia biegu ze Złotnicy przez Jasną do Bągartu. „Jeśli tam [w Złotnicy] miałaby się kończyć, to miasto nasze [Dzierzgoń] zostanie odcięte z jednej strony od komunikacji i straty dla handlu i rzemiosła będą znaczne. Dlatego proszono pana starostę o wstawienie się za tym, by kolej została doprowadzona aż do Dzierzgonia. Głównym warunkiem budowy kolejki wąskotorowej jest bezpłatne oddanie gruntów, na której ma powstać. Wszystkie gminy to zadeklarowały, oprócz Bągartu, który chce przekazać grunty prowadzące tylko do dworca; oddania tych dalej prowadzących zdecydowanie odmawia.”4 Dzierzgoń miał od 1890 roku połączenie kolejowe z Malborkiem i Małdytami, więc wąskotorówka nie miała dla niego strategicznego znaczenia. Warto jednak dodać, że rozważano połączenie kolejowe Dzierzgonia z Mikołajkami. 4 Odcinek Stare Pole - Stalewo oddano do użytku w 1901 roku, w 1909 Stalewo - Jasna. Wąskotorówka do Bągartu nie została poprowadzona. Janusz Namenanik 129 Janusz Namenanik Z DZIEJÓW DZIERZGOŃSKIEGO SZKOLNICTWA Historia wychowania związana jest z rozwojem społeczeństwa i kultury. Na naszym terenie okres zinstytucjonalizowanej formy kształcenia i wychowania poprzedzała epoka systemu rodowo-plemiennego Prusów. W okresie tym doświadczenia dorosłych młoda generacja przyjmowała poprzez naśladownictwo i obserwację oraz poprzez bezpośredni udział w życiu codziennym społeczności. Bardzo prawdopodobne jest wystąpienie inicjacji, po której przejściu młodzież stawała się pełnoprawnym członkiem danej społeczności. Bezskuteczne misje chrystianizacyjne na przełomie I i II tysiąclecia jak i trwające blisko dwa stulecia nieudane próby zawojowania i podporządkowania sobie Prusów nie były w stanie narzucić im nowej kultury, innych wierzeń, a zarazem innego sposobu wychowania pruskiej młodzieży. Rycerze zakonu krzyżackiego wspomagani przez państwa zachodniej Europy pokonali zbrojnie plemiona pruskie i zajęli ich terytorium w niespełna półwiecze. Wiek XIII stał się dla ziem pruskich i zamieszkujących je plemion okresem przeobrażeń kulturowych. W walkach które trwały pięćdziesiąt lat uległy zmianie: dawny ustrój 130 Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa plemienny, system społeczny i gospodarczy. Zwycięzcy narzucili nowe prawo, nową re-ligię, a najważniejszy w wychowaniu, nowy, a zarazem obcy świat wartości. Jak pisze H. Olbrich1: "Napotkano na twardy sprzeciw Prusów, których trudno było przekonać do chrześcijaństwa. Postanowiono wybudować kościoły i klasztory, a utworzenie systemu szkolnictwa wydało się absolutnie konieczne”. F. Schmitt2 ocenia, że system szkolny Zakonu był najlepszym państwowym systemem oświatowym epoki średniowiecza. Za twórcę tego systemu uważa się Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego Winri-cha von Kniprode (1351-1382), mimo że żaden znany dokument o tym nie stanowi. Za panowania Mistrza Kniprode ustalono, że każda wieś składająca się z przynajmniej 60 rodzin powinna mieć własną szkołę, w której nauczanie (tylko chłopców) miało odbywać się w okresie zimowym. Przedmiotami nauczania odbywającego się w języku niemieckim było czytanie, pisanie, rachunki, religia i śpiew. W miejscowościach z kościołem istniały szkoły już na początku XIV wieku. Natomiast pod koniec XIV wieku w każdej wsi parafialnej była szkoła. Najstarsze znane szkoły na naszym terenie (funkcjonujące w kościołach) znajdowały się w : Dzierzgoniu, Postolinie, Żuławce, Benowie. Odnotowano, że w 1327 roku pierwszy student z Dzierzgonia był na Uniwersytecie w Bolonii, a w 1367 roku szkoły kościelne z Postolina i Żuławki wysłały swoich uczniów do tego uniwersytetu. Uniwersytet w Pradze stanowił atrakcyjne miejsce nauki dla odpowiednio przygotowanych osób z Dzierzgonia i okolic. O. Piepkorn3 podaje, że uczył się tam między innymi w 1386 roku Werner, syn rzeźnika z Żuławki. A w 1386 roku pewien Thomas pochodzący z naszych okolic ukończył wydział Sztuki i następnie przez długie lata pracował jako docent na Uniwersytecie w Pradze. Uniwersytet ten odnotował również Johannesa z Żuławki. Biegły w prawie Rymann z Dzierzgonia na przełomie XIV i XV wieku był prawnikiem Wielkiego Mistrza Zakonu, a od 1409 do 1417 roku biskupem Pomezanii. Teren jak widać obfitował w prawników. Stefan z Teschendorfu (Cieszymowa) był zaangażowanym ławnikiem ziemskim i prawdopodobnie jednym z pierwszych arbitrów w sporze między miastem Kwidzynem, a kapitułą Katedralną Pomezanii. Mimo powyższych ale jednak jednostkowych osiągnięć, A. Szorc4 twierdzi, że: „znakomita większość szkół posiadała niski poziom nie posiadając ani funduszów ani jasnego planu kształcenia”. Nadzór nad tymi szkołami sprawował Zakon. Pierwsi nauczyciele pochodzili z Niemiec. Wysyłano utalentowanych uczniów z Prus na studia do Niemiec, skąd wracali jako wykształceni kapłani i nauczyciele. Nie mniej stopień obsadzenia ówczesnych szkół wykwalifikowanymi nauczycielami był bardzo nikły. Nauczyciele specjaliści byli trudno osiągalni. Rolę nauczyciela pełnili np.: dzwonnik, grabarz, kościelny, oraz najczęściej organista mający w większości parafii do pomocy kantora. Istnieją zapisy, że dzwonnik otrzymywał 6 fenigów za pracę jako nauczyciel. W ewidencji dochodów i rozchodów Skarbnika Zakonu z lat 1399-1409 odnotowano, że Wielki Mistrz w czasie podróży po państwie Zakonu, obdarowywał 1 Olbrich H., Schulwesen. Aus der altesten Geschichte des Schul- und Erziehungswesens, [w :] Der Kreis Stuhm Ein westpreupisches Heimatbuch , Osnabriick 1975, s.155. 1 Schmidt F.W.F., Geschichte des Stuhmer Kreises, Toruń 1868, s.165. 3 Piepkorn O., Die Heimatronik.s. 103 4 Szorc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998, s. 157. Janusz Namenanik 131 pieniędzmi szkoły, na znaczną szczodrość mogły liczyć te, których uczniowie zachwycili go pięknymi piosenkami. Szczególnie przypadły mu do gustu śpiewy uczniów ze szkół w Postolinie i Benowie. Do szkół parafialnych uczęszczały dzieci wszystkich stanów. Dzieci szlachetnie urodzonych uczyły się w tych szkołach głównie rełigii, pobierając właściwe wychowanie i nauczanie w domu rodzinnym lub u sąsiadów o podobnym statusie społecznym. Gdzie uczyli się między innymi szlacheckiej tradycji oraz sztuki rycerskiej. System szkolny Zakonu był w naszym okręgu żywo promowany przez chełmińskiego pedagoga Konrada Bitschina żyjącego w latach 1400 - 1464. Jego myśli pedagogiczne zawarte są w IV tomie zatytułowanym Pedagogika dziewięciotomowej encyklopedii De vita coniugali wydanej w 1432 roku. Dał on wyraźne wskazówki szkołom religijnym oraz dał porady jak zaplanować nauczanie chłopców (dziewczęta do końca XVIII wieku edukacja szkolna nie obejmowała). Określił w pewien sposób cele nauczania, zwrócił uwagę na pielęgnację ciała, ćwiczenia fizyczne, poszanowanie języka ojczystego, zalecał stosowanie gier zespołowych oraz wprowadzenia ćwiczeń samodyscyplinujących. W okresie pierwszej Rzeczypospolitej zalecenie regulujące sprawy oświatowe znaleźć można w statutach synodalnych dla Pomorza. Synod z roku 1477 stwierdza, że obowiązkiem beneficjantów i rektorów kościołów jest kontrolowanie scholarów uczących w szkołach parafialnych, szczególnie pod kątem nowych nauk. Szkoły parafialne były w tym okresie instytucjami kościelnymi, ściśle powiązanych z parafią i kościołem, podlegały nadzorowi miejscowych proboszczów, którzy mieli również obowiązek organizować dla nich odpowiednie zaplecze materialne. Synod w tej materii nakazywał, aby oprócz nauczania czytania i pisania, katechizmu, pacierza, ceremonii kościelnych oraz dobrych obyczajów, zwracano szczególną uwagę na różne nowe pojawiające się nauki i na odpowiednich nauczycieli. Na stanowisku nauczyciela nie wolno było zatrudniać proboszczom osób podejrzanych o nauczanie niezdrowej nauki, jak też budzących zastrzeżenia pod względem moralnym. „Szkoła bowiem - jak zaznaczał prawodawca synodalny - jest tym miejscem, w którym rozstrzyga się przyszłość Kościoła i Rzeczypospolitej.” Ponadto nakazywał uwagę i czujność przy zatrudnianiu scholarów z Czech, jak też kontrolowania nauczania w szkołach parafialnych. W statucie synodalnym dla Pomorza z 1487 roku stwierdza się, że: „W każdym kościele ma funkcjonować szkoła, a zajęcia szkolne maja się odbywać tylko w miesiącach zimowych, natomiast latem dzieci powinny pomagać rodzicom w gospodarce.” Wzmiankuje się w protokołach wizytacyjnych parafii o szkole w Dzierzgoniu. Potwierdza to istnienie szkoły parafialnej w Dzierzgoniu. Jak pisze A. Szorc: ”w protokole Wizytacji z 1647 r. czytamy, że budynek szkolny spłonął, jest kierownik szkoły, któremu proboszcz płaci niewielką pensję, pobiera pewne drobne datki od ludzi: od każdego domu na przedmieściu po 6 groszy i od każdego zagrodnika po 4 grosze”. W 1664 roku Wspomina się szkołę dzierzgońską w Opisie Królewszczyzn sugerując, że mieszczanie kisz-porscy (dzierzgońscy) powinni naprawić kościół, plebanię i szkołę. Słuszna wydaje się teza A.Szorca, że w tym okresie w Dzierzgoniu szkołę dla dzieci swoich wyznawców prowadzili również luteranie, a szkoły międzywyznaniowe wówczas nie istniały. 132 Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa Po I rozbiorze w 1772 roku rząd pruski stopniowo dostosował dzierzgońskie szkoły do swoich potrzeb i według swoich przepisów. Można przyjąć; że ten dostosowawczy okres trwał blisko pół wieku. Państwo pruskie stopniowo dokonywało reformy szkolnictwa. Jednak przez to półwiecze głównym organizatorem systemu oświatowego był Kościół katolicki i ewangelicki. A. Szorc pisze, że: "Sprawą szkolnictwa, jako ważnym zadaniem Kościoła, zainteresowani byli biskupi jako przełożeni proboszczów i oni też włączyli się do tej akcji. Oto np. biskup Baier wydał z Lubawy 16 września 1777 roku list okólny, w którym w 26 punktach szczegółowo nakreślił regulamin szkół parafialnych. Co ciekawe biskup w tym okólniku zamieścił pełny tekst edyktu króla pruskiego z 17 sierpnia 1763 roku przetłumaczony z języka niemieckiego na łaciński” W edykcie tym król nakazywał aby dzieci w wieku 5-14 lat były posyłane do szkoły i nie były zatrzymywane przy pracach gospodarczych. W lecie nauka w szkole powinna trwać przez trzy dni w tygodniu po pół dnia, a w zimie zaś znacznie więcej, przed i po południu. Przedstawienie najważniejszych z nich pozwoli uzmysłowić nam według jakiego systemu oświatowego działało dzierzgońskie szkolnictwo. Krótką historię szkolnictwa w Prusach Wschodnich przedstawił A. Worobiec:5 „Znaczna ilość pruskich zarządzeń oświatowych świadczy o dużym zainteresowaniu rządu tą problematyką. Król pruski Friedrich Wilhelm I w „Edykcie Generalnym” z 28 września 1717 roku wprowadzał powszechny obowiązek szkolny oraz określał zasady organizowania Szkoły Powszechnej. Ustawa szkolna z dnia 30 lipca 1736 roku kładła podwaliny pod nowoczesne szkolnictwo (powszechność szkół ludowych oraz zasady ich utrzymania).” Niemieckie szkoły elementarne, w myśl ustawy były bezpłatną i powszechnie dostępną formą nauczania ogólnokształcącego. Powszechną czyli dostępną dla wszystkich dzieci, a więc nie tylko dla ludu, co sugerowała nazwa: allgemeine Volksschule. Szkoły te - zarówno w Niemczech jak i w wielu krajach Europy - były niedrożne. Nie zrosły się organizacyjnie ze szkołami średnimi, do których przechodzenie było utrudnione; procent młodzieży przechodzącej do nich po ukończeniu szkoły elementarnej był, nie tylko w Prusach ale i w całej Europie bardzo znikomy. Na przełomie XIX i XX wieku większość młodzieży uczącej się w gimnazjum nie musiala przechodzić przez szkołę podstawową (Volksschule). Dzieci w wieku 9-10 lat mogły uczyć się w domach i następnie zdawać do dziesięcioletniego gimnazjum, lub po dwuletnim kursie przygotowawczym do ośmioletniego. Pod koniec XIX wieku nastąpił wzrost poziomu nauczania dzięki powstawaniu seminariów nauczycielskich, gdzie kształcono kadry dla szkół ludowych. W Niemczech Konstytucja Weimarska z 1921 roku zagwarantowała jedność programową dla wszystkich dzieci w jednym wieku we wszystkich szkołach, gdzie mówi się, że cały system szkolnictwa opiera się na czteroletniej podbudowie (Grundschule), wspólnej dla wszystkich typów szkół. Taki sam ustrój szkolny przyjęło polskie Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego po 1918 roku. Jak pisze A. Szorc: „Król Fryderyk II problem oświaty na płaszczyźnie szkół podstawowych potraktował prestiżowo i „zafundował” dla ziem zabranych zastęp nauczycieli 5 Worobiec A., Z dziejów szkolnictwa na Ziemi Piskiej, https://sadybamazury.wordpress.com - dostępność w dniu 10/05/2016. Janusz Namenanik 133 niemieckich opłaconych przez państwo, po 60 talarów rocznie. Nauczyciele ci mieli prawo do bezpłatnego mieszkania. Decyzją rządu z dnia 28 października 1776 roku nauczyciel Jan Gottlieb Bitner został przydzielony do Dzierzgonia. Był to pierwszy nauczyciel w Dzierzgoniu zatrudniony przez władze świeckie.” W dniu 1 lipca 1828 roku wprowadzono za pomocą dwu ustaw regulacje prawną mającą na celu doskonalenie szkolnictwa. Były to: „Ustawa tycząca się dozorów szkół wiejskich” oraz „Ustawa względem chodzenia dzieci do szkoły”. Efekty ówczesnej oświaty nie były tak rewelacyjne jak oczekiwano. Na podstawie 192 podpisów złożonych pod pewnym dokumentem przez dorosłych mieszkańców Dzierzgonia w 1842 roku stwierdzić można, że połowa z nich to analfabeci. W tym okresie tygodnik Herold des Glaubens donosił, że na terenie Prus „w 1838 roku wybudowano 21 budynków szkolnych, w tym 16 obiektów wolnostojących. Poza tym, dzięki łasce Jego Królewskiej Mości, miasto Dzierzgoń obdarzono budynkiem byłego Klasztoru Reformatów. W przeciągu roku nastąpi remont oraz umeblowanie obiektu, tak aby przystosować go do potrzeb miejskiej szkoły obu wyznań oraz mieszkań dla nauczycieli”. Natomiast w 40 lat później wydanym Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego możemy znaleźć informację, że klasztor skasowano i oddano miastu w 1832 roku, które w nim umieściło szkołę katolicką i luterańską oraz dwóch nauczycieli. Ponadto informuje się, że kapitał pozostały po klasztorze w wysokości 1130 talarów przeznaczono na cele szkolne. Protokół z wizytacji kanonicznej szkolnictwa podstawowego parafii dzierzgońskiej z 4 października 1854 roku wyszczególnia, że w Dzierzgoniu były wówczas dwie utrzymywane przez miasto szkoły: parafialna dla dzieci katolickich i inna dla dzieci luterańskich oraz trzecia symultana dla obu wyznań. Całkowity zanik analfabetyzmu w naszym mieście nastąpił dopiero na początku XX wieku. Szkolnictwo niemieckie, funkcjonujące w Prusach Wschodnich do roku 1915 opierało się na systemie ukształtowanym po 1871 roku. Jego struktura organizacyjna była bardzo stabilna, natomiast modernizowano kierunki wychowania. Największe zmiany nastąpiły w okresie rządów hitlerowskich (od 1933 roku). Pod względem organizacyjnym szkolnictwo dzieliło się na: powszechne, wydziałowe i średnie, zawodowe pierwszego i drugiego stopnia oraz wyższe. System oparty był na ośmioletnim obowiązku szkolnym, któremu podlegały dzieci w wieku od 6 do 14 lat. Ze Wschodniopruskiego informatora dowiadujemy się, że w 1925 roku w 6 klasowej ewangelickiej szkole podstawowej uczyło się 275 uczniów, rektorem był Denek, a głównym nauczycielem Hans. W szkole tej funkcjonowały klasy o wysokim poziomie na-Uczania. W tym czasie katolicka szkoła posiadała trzy klasy, w których naukę pobierało Ocznie 83 uczniów. Istniała również średnia prywatna szkoła dla dziewcząt, w której na-Uczycielkami były kobiety. Szkoła ta posiadała wówczas 9 oddziałów. Działała również szkoła dokształcająca gospodarczo-rzemieślnicza przygotowująca do zawodu. W budynku nowo wybudowanej szkoły podstawowej (powstała ona w 1927 roku) urządzony był °ddział przedszkolny. 134 Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa Pruski Państwowy Urząd Statystyczny, Inspektorat nadzorujący szkoły w powiecie sztumskim, podaje dane statystyczne wg stanu na dzień 5 stycznia 1932 roku dotyczące Dzierzgonia. W mieście funkcjonowała szkoła podstawowa ewangelicka 6-cio klasowa. W szkole naukę pobierały dzieci w 10 klasach (nie łączonych). Szkoła dysponowała 7 izbami lekcyjnymi. Razem uczących się dzieci było 384, w tym 188 chłopców i 196 dziewcząt. 380 uczniów stanowiłi ewangelicy, 4 uczniów było bezwyznaniowych. Co ciekawe byli to jedyni uczniowie bezwyznaniowi na cały powiat sztumski. Istniała też szkoła miejska katolicka posiadająca 2 klasy, gdzie lekcje odbywały się w 2 klasach, nie łączonych. Szkoła dysponowała dwiema izbami lekcyjnymi. Razem uczących się dzieci w tej szkole było 101 w tym 49 chłopców i 52 dziewczęta. Wszyscy uczniowie (101 osób) byli katolikami. Na podstawie zachowanych świadectw szkolnych tego okresu6 możemy dowiedzieć się jakie były przedmioty nauczania w ówczesnych szkołach. Jak określa świadectwo Szkoły Miasta Dzierzgoń (podstawowej) dla klasy V za I półrocze 1936 roku. Jak z tego wynika świadectwa otrzymywało się po półrocznej nauce. Odpowiadało to jednemu semestrowi. W zakresie zachowania oceniano: moralność, pilność, oraz frekwencję. Na pierwszym miejscu była ocena z religii. Następnie język niemiecki, w którym osobno oceniano mowę i osobno umiejętność pisania w tym języku. Występowały typowe przedmioty w zakresie wiedzy ogólnej, takie jak: rachunki, osobno geometria, historia, geografia, przyroda. Uczono również kaligrafii, rysunku, muzyki, gimnastyki, prac ręcznych oraz osobno zajęć praktyczno-technicznych. Współcześnie może budzić zdziwienie, że występowały również takie przedmioty jak: gospodarstwo domowe, opieka nad dziećmi oraz stenografia. Inne świadectwo', tym razem dzierzgońskiej szkoły średniej, noszącej nazwę : Prywatna Wyższa Szkoła dla Chłopców i Dziewcząt w Dzierzgoniu z określeniem w pod tytule, że jest to w pełni wyposażone gimnazjum do realizacji programu nauczania klasy V. Jest to świadectwo ucznia klasy V za drugie półrocze 1929/30 i zawiera oceny z : w pierwszej kolejności z zachowania, następnie z religii. Każdy z nauczanych języków był oceniany w dwóch zakresach: oceną z mowy oraz oceną z umiejętności pisania. Na świadectwie wymienia się języki: niemiecki, łaciński, francuski oraz angielski. Z wystawionych ocen wynika, że na pewno nauczano j-ęzyka niemieckiego i francuskiego. Pozostałe przedmioty ogólnokształcące typowe dla szkoły średniej to: historia, geografia , fizyka, chemia, przyroda, biologia, rysunki, kaligrafia, muzyka, wychowanie fizyczne i prace ręczne. Ciekawie oceniano umiejętności z zakresu matematyki. Za rachunki i matematykę była łącznie jedna ocena, następnie za te przedmioty były jeszcze dwie oceny, a mianowicie za : "ustnie” i „pisemnie”. Przeglądając te dwa świadectwa szkolne możemy łatwo zauważyć, że wykonane były techniką daleko odbiegającą od współcześnie nam znanych świadectw szkolnych. Drukowane były one jednostronnie na zwykłym papierze bez zabezpieczeń w miejscowej drukarni Kurta Knoppa. Ta miejscowa drukarnia drukowała druki akcydensowe. Skoro 6 Stadtschule zu Christburg, Zeugnis, Christburg, 6 oktober 1936. 7 Pnu hohere Knaben- und Madchenschule zu Christburg. Vollausgebaute Mittelschule nach Lehrplan V. Zeugnis, Christburg, 9 April 1930. Janusz Namenanik 135 każde miasto mogło sobie drukować świadectwa szkolne to należy podejrzewać, że w krajowym obiegu była ich znaczna różnorodność. Świadectwo, jako druk przeznaczony do wypełniania nie było pieczętowane pieczęcią szkolną, a jedynie zawierało podpis rektora szkoły oraz wychowawcy klasy. Mimo zniszczeń jakie spotkało nasze miasto w 1945 roku, zrządzeniem losu zachowały się do dzisiaj wszystkie budynki, w których były dzierzgońskie szkoły okresu międzywojennego. Budynek przy ulicy Traugutta po dawnym szpitalu istniejącym w latach 1904 - 1920. W budynku tym od lat 20-tych XX wieku funkcjonowały szkoły zawodowe (gospodarcze) „Wirtschaftschule”. Nauka w tych szkołach trwała rok czasu. ©tabtfcbule ju Cbrifłburg Seugtnś 4 galbja^r 1^3€ 3ut)rung: 8. Sdjrciben : / ? n - u T J 9. Setdjnen: J 10. OTufik: V 11. £u;neiv 3 ... 3. 91cd)nen:... 4. SRaumlebrc: 5. ©efd)id)te: .. 6. (Erbkunbe: V 3 7. 91aiurkunbe:_J Sdjulbefud): l.Steligion: ... 2 ©eutfd): miinblid): 13. Sausroirtfdiaftskunbe: 14. Sduglingspf[ege:. 15. 5Bcrkunterrid)t: 16. ^urafdjrift: Okmerkunaen: 'ft b u r g, bert Unlerfdjrift b iSdjulleiter feines Stefloertreters 193^ . . ..... , ^laffenleńrer Urteilc: I = kbr flUt- 11 — 9ut- Ul = gcnuflcnb, IV — mangeUjaft, V = nid?t genugenb Kuit Krupp, Świadectwo V klasy z 1936 roku, fot. archiwum 136 Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa Budynek poklasztorny pełnił bardzo długo rolę szkoły, gdyż prawie 100 lat, a było t< w okresie od 1835 do 1927 roku. Mieściły się w nim szkoła podstawowa - ewangelick i katolicka. Budynek obecnej szkoły podstawowej przy ulicy Krzywej oddany został do użytki w 1927 roku. Była tu katolicka i ewangelicka szkoła powszechna oraz przedszkole. Duż salę gimnastyczną dobudowano w 1942 roku. Budynek przy ulicy Kościelnej 1, w którym po wojnie mieściło się przedszkole ora Bank Spółdzielczy. W obiekcie tym umieszczono w 1898 roku Prywatną Wyższą Szkol Priv. hóhere Knaben- und Madchenschule zu Christburg. Voliausgebaute Mittelschule nach Lehrplan V. Zeug n is Kir Aufmerksamkeit: Prsaurite f«ir dle l^Ulnugrn >n dw cinzelnen LahrgeaeaaUndet l-*ehr nut, l-^uu jt^eniicead. ł-manałlnait, 6-nicht geniigend Religion: Rechnen: Deutsch • miindlich: schriftiich: Mathematik: ] miindlieh^***^1 schriftiich :i tstcm- Physik miindlich: schriftiich: Chemie: Naturkunde: Franzbsisch: Biologie: miindlich : schriftiich: Zcichnen: Englisch: Handschrift: miindlich: schriftiich: Musik. Geschichte: Leibesuhungen: Erdkunde Handarbcit: VenspStet mat Versluimt Std. Christburg, der. 7' 19^ Świadectwo Prywatne/ Wyższe/ Szkoły dla Chłopców i Dziewcząt w Dzierzgoniu, fot. archiwum Janusz Namenanik 137 dla Chłopców i Dziewcząt (gimnazjum). Jej rektorem był Boetger, a uczył w niej między innymi proboszcz parafii luterańskiej Schirltz i nauczyciel Steinke, który został później wicedyrektorem nowo wybudowanej szkoły przy ulicy Krzywej. Na podstawie rozkładu jazdy pociągów na okres lata 1939 roku wnioskujemy, że młodzież z Dzierzgonia dojeżdżała pociągiem do szkół w Malborku. W rozkładzie tym wymieniona jest para pociągów kursujących jedynie w dni nauki szkolnej. Z Dzierzgonia pociąg wyjeżdżał o godzinie 6S6, a z Malborka do Dzierzgonia o godzinie 1405, pociąg wówczas pokonywał trasę w 36 minut. Po wojnie szkoła podstawowa zaczęła prowadzić zajęcia już od 1 września 1945 roku. Zlokalizowano ją w istniejącym budynku po dawnej szkole miejskiej przy ulicy Krzywej 11. W pierwszym roku działania posiadała zaledwie kilkunastu uczniów. Organizatorem szkoły, a zarazem kierownikiem i nauczycielem była Emilia Chorzemska. Rozwój tej szkoły był wręcz lawinowy. W roku szkolnym 1948/49 szkoła posiadała już 327 uczniów i 12 nauczycieli. Rekordową liczbę uczniów szkoła osiągnęła w roku szkolnym 1963/64 i było ich wówczas 877, podzielonych na 24 klasy. Warto wspomnieć, że w latach 1960-1966 funkcjonowała szkoła podstawowa dla dorosłych, edukując jednocześnie od 24 do 60 uczniów w różnym wieku. Budowa drugiej szkoły podstawowej przy ulicy Zawadzkiego odbyła się w ramach ogólnokrajowej akcji „tysiąc szkół na tysiąclecie”. Zajęcia w szkole podstawowej nr 2 rozpoczęto 1 września 1964, z liczbą 479 dzieci. W roku szkolnym 1966/67 w Polsce wprowadzono ośmioklasową szkołę podstawową, co spowodowało Wzrost liczby uczniów. Istnienie dwu szkół podstawowych w Dzierzgoniu okazało się niezbędne. Szkoła nr 2 jako podstawowa funkcjonowała do 1999 roku, w którym to od 1 września w jej budynku umieszczono gimnazjum. Kolejna reforma oświaty wprowadzając gimnazja, zmniejszyła ilość klas w szkołach podstawowych do sześciu co automatycznie spowodowało redukcję liczby uczniów w szkolnictwie podstawowym. W tym przypadku dla miasta musiała wystarczyć jedna szkoła podstawowa przy ulicy Krzywej. Zlikwidowano kilka szkół wiejskich i dzieci dowozi się do szkoły w Dzierzgoniu. Przedszkole w Dzierzgoniu otwarte zostało 1 września 1946 roku i zlokalizowano je w budynku po przedwojennym gimnazjum (ul. Kościelna 1). Pierwszą przedszkolanką była Irena Wallat. Przez pierwsze dwa lata w przedszkolu było 7-12 dzieci, a w 1948 roku było ich już 48. Budynek nowego przedszkola zbudowano na byłym placu targowym przy ulicy Słowackiego i rozpoczęło ono działalność 4 listopada 1972 roku obejmując wówczas opieką 130 dzieci. W 1990 roku przedszkole otrzymało na pewien okres czasu drugi budynek po zlikwidowanym żłobku na ulicy Zawadzkiego. Szkolnictwo ponadpodstawowe w powojennym Dzierzgoniu, również szybko rozpoczęło swoją działalność. Od 14 września 1946 roku funkcjonowała szkoła średnia o nazwie Państwowe Koedukacyjne Gimnazjum Gospodarstwa Wiejskiego. Jej kierownikiem był Feliks Pawłowski. Szkoła mieściła się w budynku przy ulicy Krzywej (razem ze szkołą podstawową) i posiadała gospodarstwo rolne Judyty, w którym to uczniowie odbywali praktyki. Do szkoły uczęszczało około 50 uczniów. Od 1 września 1948 roku szkołę przekształcono na Państwowe Liceum Rolnicze I stopnia, które funkcjonowało do 1950 i zostało rozwiązane. Następne szkoły prowadziły działalność w oparciu o budynek 138 Z dziejów dzierzgońskiego szkolnictwa szkoły podstawowej (budynek sali gimnastycznej przy tej szkole) oraz budynek na ulicy Traugutta, by następnie przenieść się całkowicie do tego drugiego. Ze względu na specyfikę miejscowości szkolnictwo posiadało profil rolniczy. A. Szorc zebrał i wypisał chronologicznie poszczególne szkoły: od 12 stycznia 1950 r. istniała Szkoła Rolnicza Praktyków Specjalistów Hodowli Bydła, od 22 marca 1951 r. Wojewódzki Ośrodek Szkolenia Traktorzystów, od 1 września 1952 r. Wojewódzki Ośrodek Szkolenia Kadr Mechanizacji Rolnictwa, od 1 września 1957 r. Roczna Szkoła Rolnicza, od 1 lutego 1962 Roczna Szkoła Uprawy Roślin, od 1 stycznia 1964 Dwuzimowa Szkoła Uprawy Roślin, od 1 września 1966 Zasadnicza Szkoła Rolnicza, od 1 września 1979 r. Liceum Rolnicze, od 1 września 1996 r. powstał Zespół Szkół w skład którego wchodziło: Liceum Ogólnokształcące (powstałe w 1996 r.), Zasadnicza Szkoła Rolnicza, Zasadnicza Szkoła Zawodowa, Średnie Studium Zawodowe oraz Wieczorowe Technikum Rolnicze (istniejące od 1977 r). Rok szkolny 2007/2008 zainaugurowany został 3 września w nowym budynku przy ulicy Zawadzkiego. Po likwidacji dzierzgońskiego kina, jego sala została przerobiona na salę gimnastyczną i dołączona do obiektu Zespołu Szkół, który przybrał imię Cypriana Kamila Norwida. W skład szkoły nadal wchodzą: Liceum Ogólnokształcące, Technikum, Szkoły Zawodowe, Uzupełniające Liceum Ogólnokształcące dla Dorosłych. Zapotrzebowanie na szkołę średnią w mieście istniało od dawna i było częściowo realizowane. Mianowicie przy Szkole Podstawowej nr 2, począwszy od roku 1966/67 została zorganizowana Filia Liceum Ogólnokształcącego dla pracujących. Pierwsza matura odbyła się w czerwcu 1970 roku. W 1979 roku szkołę rozwiązano. W sumie ukończyło ją 326 absolwentów. Wspomnieć również należy, że w latach osiemdziesiątych na bazie Szkoły Podstawowej nr 2 funkcjonowało Średnie Studium Zawodowe dla pracujących. Na zakończenie poświęcić warto kilka słów nauczycielom. W okresie tuż powojennym brak było w Dzierzgoniu kadry nauczycielskiej. Nauczyciele po ukończeniu liceów pedagogicznych, bądź seminariów nauczycielskich otrzymywali tzw. nakaz pracy i kierowano ich w przysłowiowy teren. W ten sposób do Dzierzgonia trafiły między innymi małżeństwa nauczycielskie, takie jak Państwo: Piotrowscy, Korczowscy, Bieliccy, Lalak. W okresie późniejszym to znaczy w latach 60-tych, już bez nakazu pracy do kadry nauczycielskiej dołączyły następne małżeństwa, takie jak Państwo: Czubek, Lipowscy, Skotniccy. Z nauczycielami stworzono kiedyś przezabawną sytuację. W roku 1973 sejm zadecydował o utworzeniu w Polsce 10-letniej powszechnej szkoły średniej. Jednym z warunków było to, aby 100% nauczycieli uczących w 10-latce posiadało wykształcenie wyższe. Rzeczywistość była taka, że znakomita większość w tym okresie nie posiadała takiego wykształcenia. Wobec tego zorganizowano różne kursy, szkolenia, seminaria i inne formy „doskonalenia zawodowego”, po ukończeniu których wydano uczestnikom zaświadczenia stwierdzające posiadanie przez nich wykształcenia wyższego. W ten sposób problem kadry rozwiązano w rok czasu. Najzabawniejsze było to, że wszyscy „absolwenci byli przekonani, że posiadają „wyższe” ale „bez tytułu”. Przy kampanii prezydenckiej (Wałęsa-Kwaśniewski) okazało się, że nie ma „wyższego bez tytułu”. Prowincje dalekie i bliskie Andrzej Kasperek NA POGRANICZU W KRASNOGRUDZIE W maju 2012 roku zorganizowano w Drewnicy i Nowym Dworze Gdańskim uroczystości poświęcone dwukrotnemu pobytowi Czesława Miłosza na Żuławach (o żuławskim epizodzie z biografii poety pisaliśmy w „Prowincji ” kilka razy). Miały one także upamiętnić śmierć jego matki Weroniki. Wspólnie z profesor Małgorzatą Książek-Czermińską przygotowaliśmy wówczas sesję naukową, która odbyła się w Żuławskim Parku Historycznym. Jednym z prelegentów był wówczas Krzysztof Czyżewski, współtwórca Ośrodka Pogranicze - sztuk, kultur, narodów w Sejnach oraz Fundacji Pogranicze. Jego obecność na tej sesji i w czasie odsłaniania kamienia upamiętniającego miejsce śmierci Weroniki Miło-szowej w Drewnicy nie była przypadkowa - Czyżewski od czasów studenckich jest zafascynowany Miłoszem, poświęcił mu pracę magisterską, śledził jego losy, badał twórczość. Z noblistą spotkał się w dawnym klasztorze kamedułów w Wigrach. Można powiedzieć, że to spotkanie było momentem bardzo ważnym (może nawet przełomowym) w jego życiu. We wstępie do najnowszej książki K. Czyżewskiego „Miłosz. Tkanka łączna” napisano, że jest: „To swoista mozaika - zapis fascynującego spotkania z Czesławem Miłoszem, spotkania, które na zawsze przemieniło nie tylko samego Autora, ale i przeobraziło istniejący wokół niego świat w «tkankę łączną»”. Poeta stał się dla Czyżewskiego mentorem, przewodnikiem, zainspirował go do podjęcia odbudowy dworu Kunatów w Krasnogru-dzie. Jak trudne było to zadanie mówi sam Krzysztof w pierwszej części wywiadu, który ukazał się w 24 numerze „Prowincji”. Dziś każdy, kto dotrze do tego cudownego miejsca, położonego malowniczo pomiędzy jeziorami Hołny i Gaładuś, blisko granicy z Litwą, jest zachwycony nie tylko urodą dworu, ale rolą, jaką on pełni. Odbudowa dworu była zadaniem bardzo trudnym, ale „ludzie Pogranicza” unieśli ten ciężar. Najprościej byłoby urządzić w nim wystawę, jednak Miłosz wyraźnie wielokrotnie powtarzał w rozmowach z Czyżewskimi (bo żona Krzysztofa - Małgorzata Sporek-'Czyżewska wiernie mu sekunduje w jego poczynaniach, a także wnosi wiele od siebie; powszechnie wszak wiadomo, że za wielkimi mężczyznami stoją zawsze wybitne kobiety...): „Nie róbcie mi tam muzeum!” Jego woli stało się zadość - wkrasnogrudzkim dworze powstało Międzynarodowe Centrum Dialogu. Założono, iż jego działalność „skoncentrowana będzie na wielokulturowym dziedzictwie Rzeczpospolitej Obojga Narodów °raz nowym jego odczytaniu w kontekście jednoczącej się Europy”. Ostatnie lata pokazały, jak trafiony był to pomysł. Dialog jest dziś jedną z najcenniejszych rzeczy. Nietolerancja, nieufność w kontaktach międzyludzkich, niechęć do rozmowy to dziś powszechne zjawisko. Bezcenne jest, że znajdują się wciąż ludzie, którzy wierzą, że rozmowa, tolerancja i zaufanie są wciąż możliwe w kontaktach miedzy ludźmi. Daleko jest do Krasnogrudy, ale wystarczy kilometr przed przejściem granicznym w Ogrodnikach (trasa Suwałki-Wilno) skręcić na lewo i po krótkiej jeździe szutrową 140 Na pograniczu w Krasnogrudzie drogą trafiamy na podjazd do pięknego dworu z nietypowym, bo pomalowanym na czerwono, gankiem, na którym wypisano myśl Oskara Miłosza, krewnego Czesława: „Bieda temu, kto wyrusza i nie powraca”. Rewitalizacja zabytkowego zespołu dworskiego wciąż trwa, może kiedyś szpaler lip, który prowadził do dworu a który wycięto, odrośnie... Wewnątrz jest wystawa „Miłosz - Szukanie ojczyzny”. Brak w niej typowych eksponatów, o życiu i twórczości poety mówi się przez aranżację poszczególnych pomieszczeń dworu. Każde z nich jest poświęcone innemu aspektowi życia. „Pokój dzieciństwa” to pracownia przyrody, „to odwołanie do zamiłowań Miłosza z dzieciństwa, kiedy wspólnie z dziadkiem robili albumy roślin i zielniki. Teraz też można tu odnaleźć zielniki z ziołami, które można znaleźć w Krasnogrudzie, poznać ptaki i zwierzęta zamieszkujące okolicę”. Osobny pokój poświęcono kobietom w życiu Miłosza. Znajduje się tu m.in. portret matki, zdjęcia dwóch ciotek - Gabrieli i Niny - właścicielek Krasnogrudy oraz wiersze im poświęcone. Wspominane są też dwie żony poety - Janina i Carol. Kuchnia to teraz przestrzeń gościnna. Miejsce spotkań, rozmów i czytania wierszy, które wiszą na kartkach w różnych miejscach, rozwieszone na ścianach. A w piwnicach dworu jest kawiarnia „Piosenka o porcelanie” (jej nazwa jest odwołaniem do wiersza pod tym samym tym samym tytułem) i spiżarnia, która „jest miejscem pełnym zapachów i smaków, gdzie wraca się do starych przepisów i ziół. To miejsce, w którym będzie można wspólnie wracać do tradycyjnych smaków”. Cytuję tu słowa wspaniałej przewodniczki - Małgorzaty Sporek--Czyżewskiej, która czasem oprowadza po wystawie i ręczę, że samodzielne wędrowanie po tych pokojach i miejscach ma się nijak do tego odbywanego z przewodniczką. Ale jeśli tak się zdarzy, że przewodniczki zabraknie, to przecież nic straconego. Można czytać wiersze, zadumać się nad nimi, kartki skomponowanej przez nas antologii zabrać ze sobą Andrzej Kasperek z prof. Małgorzatą Czermińską i Krzysztofem Czyżewskim w czasie spotkania „Pamiętanie Miłosza trzy lata temu w Krasnogrudzie. Autor oczywiście, przy okazji opowieści o Miłoszu, promuje „Prowincję", fot. Maria Makowska--Kasperek Andrzej Kasperek 141 do domu. „Chodziło nam o to, żeby w każdej przestrzeni znaleźć się samotnie, przeżyć każdy wiersz po swojemu. To przestrzeń kontemplacyjna” - wyjaśnia Małgorzata. Aby dokończyć wywiad z K. Czyżewskim przybyliśmy z redaktorem Leszkiem Sarnowskim w połowie sierpnia do Krasnogrudy. Data nie była przypadkowa, bo 14 sierpnia, w rocznicę śmierci noblisty, od 12 lat odbywa się „Pamiętanie Miłosza”. Spotkanie, na które tłumnie przybywają znawcy i miłośnicy twórczości autora „Piosenki o końcu świata”. Zawsze rozpoczyna się od Mszy świętej w kościele w Zegarach w intencji Miłosza, msza jest po litewsku i polsku, bo to pogranicze i wielu Litwinów tu mieszka, jak na całej Sejneńszczyźnie. Zapamiętam litewskie śpiewy w czasie nabożeństwa. Mocne głosy, doskonale zgrane, choć to przecież nie chór. I zaręczam, że bardziej mi się podobało to śpiewanie niż występ chóru śpiewającego po litewsku w kościele w Puńsku. Byliśmy tam następnego dnia na mszy i odpuście. A później w sklepionych podziemiach dworu, we wnętrzu kawiarni nietypowej, bo przepisy zabraniają fundacji w odbudowanym dworze prowadzić jakąkolwiek działalność gospodarczą, więc napić się kawy lub herbaty możemy, ale zamiast zapłaty z cennika można złożyć datek na rozwój MCD. Jednak dzięki temu możemy się poczuć jak gość, a nie jak klient. Swoją drogą na Suwalszczyźnie wszystko jest nietypowe - nadzwyczajna gościnność gospodarzy (w tym miejscu podziękowania dla naszego wspaniałego cicerone - Zbyszka Fałtynowicza, wielkiego miłośnika swej małej ojczyzny i wybornego znawcy Miłosza), niezwykła herbata z ziół zbieranych w okolicy przez zielarkę, którą częstował nas Krzysztof, wspaniałe obłoki, smak pierogów i widoki... Byłem już trzeci (i mam nadzieję, że nie ostatni) raz w tym miejscu. Trzy lata temu wraz z prof. Czermińską opowiadaliśmy tu o naszej książce „Miłosz na Żuławach”. Tym razem mieliśmy okazję przysłuchiwać się dyskusjom poświęconym tematowi „Miłosz między Rosją a Ameryką” z udziałem: prof. Ireny Grudzińskiej-Gross z Nowego Jorku (autorki książki „Miłosz i Brodski. Pole magnetyczne”), Iriny Krawcowej (z Wydawnictwa Iwana Limbacha z Petersburga, w którym wydano kilka tomów przekładów prozy i esejów Miłosza), dr Ewy Kołodziejczyk z Radomia (autorki książki „Amerykańskie powojnie Czesława Miłosza”), Anny Lazar (pracownicy Instytutu Polskiego w Petersburgu), Barbary To-ruńczyk z Warszawy (redaktorki naczelnej „Zeszytów Literackich” i wydawczyni książek Miłosza, m.in. dwóch tomów artykułów pt. „Rosja: widzenia transoceaniczne”), Marka Zaleskiego z Warszawy (autora książki „Zamiast. O twórczości Czesława Miłosza” ). Spotkanie prowadził jak zwykle Krzysztof Czyżewski. Wystąpienia były nader ciekawe, ale nie miejsce tu na ich referowanie. Trudno było by tego dokonać w krótkiej relacji. Niemniej dla nas redaktorów naszego kwartalnika ważne była pewna myśl, która przewijała się w debacie, że Miłosz, mimo, że był obywatelem świata, to uwielbiał styl życie prowincji, choć nie w sensie sielskości, zaścianka, a w sensie „tutejszości”, spokoju, dobrego sąsiedztwa, współistnienia obok siebie różnych kultur. I to właśnie w końcowej konkluzji tegorocznej debaty podkreślił Krzysztof Czyżewski, że naszą rolą jest budowanie świata przez „małe liczby”, świata łączącego prowincjonalne ostępy, ludzi, drobiazgi, szukanie części wspólnej, a nie tego co dzieli. I to nie ma być pielęgnowanie przeszłości, z jej traumami, sentymentami, ale budowanie dla przyszłości. W Rosji, do której się często odwoływano, „pogranicze” oznacza miejsce konfliktu i wojny, a nie jak by chciał Miłosz koegzystencji i wspólnoty, 142 Na pograniczu w Krasnogrudzie tak jak zresztą to się dzieje właśnie w Krasnogrudzie. Dlatego Miłosz dla wielu Rosjan jest heretykiem, choć nie dla tych Rosjan którzy trafiają do Krasnogrudy, bo ozdobą tego wieczoru myśli i poezji było wystąpienie Anatola Roitmana, tłumacza literatury polskiej na rosyjski, który przyjechał z Nowosybirska. Czytał on wiersze poety po polsku, a potem w swych kongenialnych przekładach na rosyjski. To było niezapomniane przeżycie. Na koniec, już po zmierzchu w parkowym amfiteatrze, zwanym przestrzenią Niewidzialnego Mostu z głośników zabrzmiał głos samego Miłosza, który czytał swoje wiersze. Młody Czesio jako gimnazjalista przyjeżdżał tu na wakacje do swoich ciotek; pływał całe dnie w jeziorze Hołny (aż dostał anginy i szmerów w sercu) i zakochał się miłością szaloną w pięknej kuracjuszce (bo latem ciotki prowadziły tu pensjonat), a poczuwszy się zdradzonym i odrzuconym przystawił sobie lufę rewolweru i strzelił. Była to rosyjska ruletka i kul było kilka. Opisał to w wierszu: „ Dwie czy trzy kule, nie pamiętam, / i przekręciłem bęben. Coś jak sąd. / Idiotyzm, pewnie. Choć tak się umiera. / Lufa do skroni, za spust. I klik, nic”. Na szczęście przeżył, ale „bębenkowy pistolet w ręku młodzianków” zapamiętał do końca życia. Kilka lat temu w Drewnicy, w domu, w którym Miłoszowie zamieszkali po wojnie znaleziono w czasie remontu bębenkowca. Kto wie - może to ten sam... Czy mógł pomyśleć ten miody chłopak, że w tym parku będą rozbrzmiewać kiedyś jego wiersze, wiersze trzeciego polskiego laureata nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Międzynarodowe Centrum Dialogu od kilku lat organizuje w Krasnogrudzie Wioskę Budowniczych Mostów, jest to część projektu Medeapont. Opowieści o współistnieniu. Medea: Obca - Inna - Swoja. W tym roku w spotkaniu wioski budowniczych (od 16 do 22 sierpnia br.) uczestniczy młodzież z Pracowni Sejneńskich i Krasnogrudzkich, grupa animatorów kultury, nauczycieli i przedstawicieli organizacji społecznych z Galilei, Czeczenii i Polski. Most jest tu słowem-kluczem; odnosi się też do wystawy „Niewidzialny Most”, do Misterium Mostu... Budowanie mostów jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek, bez mostów nie ma dialogu, porozumienia. Bez mostów zginie nasza cywilizacja. Po prostu. Tamara Frączkowska 143 Tamara Frączkowska MOJA DROGA - CAMINO DE SANTIAGO Jeżeli chcesz poznać Boga - pielgrzymuj do Ziemi Świętej. Jeżeli chcesz poznać Kościół - pielgrzymuj do Rzymu. Jeżeli chcesz poznać SIEBIE - pielgrzymuj do Santiago de Compostela Camino de Santiago - Droga św. Jakuba to, oplatający Europę, ponad tysiącletni chrześcijański szlak pielgrzymkowy. Wszystkie jego ścieżki zmierzają do Santiago de Compostela, miejsca położonego w północno - zachodniej Hiszpanii, w niewielkiej odległości od brzegów Oceanu Atlantyckiego. Co w tym miejscu jest tak wyjątkowego, że od ponad tysiąca łat, miliony pielgrzymów wyruszają, pokonując setki kilometrów, aby dojść właśnie TUTAJ? Jak narodziła się tradycja pielgrzymowania Drogą św. Jakuba? WIX wieku, pustelnikowi Pelayo, żyjącemu w północno - zachodniej części dzisiejszej Hiszpanii, ukazał się deszcz gwiazd spadających na wzgórze. Gwiazdy te wskazały miejsce pochówku św. Jakuba Starszego Apostoła. Od łacińskich słów Campus Stellae (wzgórze, gwiazda) narodziła się nazwa tego miejsca: Santiago de Compostela - Sw. Jakub na Wzgórzu Gwiazd. To piękna legenda, ale do dzisiaj są sceptycy mający wątpliwości czy szczątki spoczywające w srebrnej trumnie pod ołtarzem Katedry św. Jakuba w Santiago de Compostela, są szczątkami św. Jakuba. Jednak warto podkreślić, że w 1884 roku papież Leon XIII w swojej bulli „Deus Omnipotens” potwierdził autentyczność tych szczątków. Średniowieczni chrześcijanie uwierzyli od razu w to cudowne objawienie i już w IX wieku, z różnych krańców Europy, zaczęli pielgrzymować do Santiago de Compostela, niosąc Świętemu swoje prośby, intencje lub pokutę za popełnione grzechy. Od XV wieku burzliwe dzieje Europy spowodowały spadek ilości pielgrzymów i Droga ta uległa stopniowemu zapomnieniu. Aż nadszedł wiek XX, czas imponującego rozwoju techniki i lotów w kosmos. Wydawałoby się, że to czas najmniej sprzyjający pielgrzymowaniu, a jednak... Gdy w 1982 roku, Jan Paweł II, w Santiago de Compostela wygłosił swój Akt Europejski, w którym wezwał Europejczyków do powrotu do chrześcijańskich korzeni i do tradycji pielgrzymowania dla zachowania tożsamości kulturowej Europy, na Drodze św. Jakuba znowu pojawili się pielgrzymi, a wśród nich brazylijski pisarz i poeta Paulo Coel-ho. Swoje mistyczne wyobrażenie tej Drogi Paulo Coelho opisał w książce „Pielgrzym”, Wydanej w 1987 roku. Książka ta stała się bestsellerem i poetyckim przewodnikiem dla wielu pielgrzymów. Kim był św. Jakub? Św. Jakub Starszy to Apostoł, który po śmierci Pana Jezusa wyruszył Na Półwysep Iberyjski, by tam szerzyć chrześcijaństwo. Tereny te zamieszkiwali wówczas Celtowie. Różnie toczyły się losyjakuba Apostoła. Jednak pozostał wiernym Uczniem Pana 144 Moja Droga - Camino de Santiago Jezusa. Po powrocie w 44 roku do Jerozolimy (będącej wówczas pod władzą Rzymian) został pojmany i ścięty - to pierwszy Apostoł, który poniósł śmierć męczeńską. Jak opowiada piękna legenda, ciało Jakuba wykradli jego uczniowie i na żaglowcu, który pojawił się w cudowny sposób i płynął prowadzony tajemniczym wiatrem, dopłynęli aż nad atlantycki brzeg dzisiejszej Hiszpanii. Gdy uczniowie złożyli ciało Jakuba Apostoła na ogromnym kamieniu, kamień ten stopił się i zamknął tworząc kamienny sarkofag. Jednak, z upływem lat, miejsce to zostało zapomniane i dopiero w IX wieku, dzięki pustelnikowi Pelayo, zostało ponownie odkryte. „Camino de Santiago” - słowa te usłyszałam po raz pierwszy latem 2011 roku. Do dziś pamiętam film dokumentalny w TV Religia i kadr: Pielgrzym w butach na grubych protekto- Święty Jakub patron pielgrzymów, fot. T. Frączkowska rach, w wełnianych skarpetach, z kijem, idzie górską, kamienistą drogą. Pomyślałam wtedy, że trzeba być kimś wyjątkowym, żeby iść w tak trudną i daleką drogę, ale... ziarenko Camino już po cichutku zaczęło kiełkować w moim sercu. Potem Internet i książki: Andrzeja Kołaczkowskiego - Bochenek - „Nie idż tam człowieku” i Waldemara Pawła Los SJ - 'Duchowa pielgrzymka do Santiago de Compostela”. Ciągle bałam się, że to dla mnie za trudne. Dopiero po obejrzeniu pięknego filmu „Droga życia” („The Way”) w reżyserii Emilio Esteweza, pomyślałam: jak nie teraz to kiedy? I WYRUSZYŁAM! Gdy 25 maja 2013 roku w strugach deszczu jechałam samochodem z Elbląga na lotnisko do Warszawy i potem, gdy leciałam samolotem do Madrytu i dalej jechałam lokalnym autobusem do Leon (miasta leżącego w hiszpańskiej prowincji Leon - Kastylia), pełna emocji i obaw, nie domyślałam się nawet jak nowe i nieoczekiwane doświadczenia będą moim udziałem. 26 maja stanęłam przed piękną Katedrą Santa Maria de Regla w Leon i zobaczyłam na chodniku żółtą strzałkę wskazującą kierunek Camino. CAMINO (po hiszpańsku: droga) - tak pielgrzymi z całego świata nazywają Drogi św. Jakuba. Pomimo zmęczenia po prawie 24 godzinnej podróży, poczułam taki entuzjazm i radość, że postanowiłam, bez odpoczynku, ruszyć od razu. Rozpoczęłam swoją samotną wędrówkę, pielgrzymkę do siebie. Pielgrzymowanie szlakiem Camino różni się od pielgrzymowania, jakie znamy np. z pielgrzymowania na Jasną Górę. Na Camino wędruje się samotnie albo w bardzo małych grupkach (2-4 osoby). Wędrując, sami musimy troszczyć się o to, żeby nie zboczyć ze szlaku oznaczonego muszlami św. Jakuba, żeby znaleźć miejsce na nocleg w alberdze (hiszpański: schronisko dla pielgrzymów). Sami dbamy o swoje wyżywienie, bezpieczeństwo i zdrowie, a swój dobytek niesiemy na własnych plecach, w plecaku. Pielgrzymi na Camino to wędrowcy ze wszystkich stron świata, osoby różnych wyznań, a także osoby niewierzące. Dla jednych jest to pielgrzymka duchowa, dla innych Tamara Frączkowska 145 religijna, a jeszcze dla innych przygoda, w której chcą sprawdzić swoje siły. Jednak wszyscy, niezależnie od prowadzących ich intencji, niosą na swoich plecakach piękną muszlę, będącą znakiem rozpoznawczym pielgrzymów. Od średniowiecza jest ona symbolem Camino de Santiago - Drogi św. Jakuba. Radość i entuzjazm nie opuszczały mnie przez 18 dni mojej samotnej wędrówki. Przemierzyłam dwie hiszpańskie prowincje Leon -Kastylia i Galicja. Wędrowałam wietrzną, prawie pozbawioną wysokiej roślinności Mesetą, z charakterystycznymi czerwonymi drogami. Potem przez Góry Kantabryjskie skąd rozciągały się widoki zapierające dech w piersiach i dalej przez wilgotną, zieloną Galicję. To była trudna wędrówka, ale ten trud i pokonywanie zmęczenia, dawały mi ogromną satysfakcję. Muszla św. Jakuba - symbol Camino de Santiago, fot. T. Frączkowska 146 Moja Droga - Camino de Santiago Moje Camino przemierzałam powoli - dziennie średnio około 20 km. Na pewno byłam jednym z najpowolniejszych wędrowców. Pielgrzymi, którzy wyruszali z albergi w tym samym czasie co ja, szybko znikali za wzgórzem, lasem, horyzontem. Nie przejmowałam się tym, zostawałam sama z otaczającym mnie przepięknym światem: kolorowym, pachnącym, zachwycającym. Miałam czas, żeby przypatrywać się wszystkiemu, wsłuchiwać się w odgłosy, skupiać się na tym, co odzywało się we mnie. Zatrzymywałam się na odpoczynek, gdzieś na łąkach albo zboczach wzgórz. Rozkładałam karimatę, zdejmowałam buty (co za ulga dla stóp!) i jak smakowała wtedy zwykła bułka i zimna woda! Robiłam mnóstwo zdjęć i teraz pozwalają mi one na przypominanie sobie nawet tych ulotnych, chwilowych przeżyć: kolorowy ptaszek, piękny ślimak, krople dżdżu na pajęczynie, piękne wnętrze naparstnicy, kolorowa jaszczurka wygrzewająca się w słońcu... Góry Kantabryjskie - widoki zapierające dech w piersiach, fot. T. Frączkowska Camino de Santiago - to Droga bardzo osobista, niezależnie czy jesteśmy głęboko wierzącymi, regularnie praktykującymi katolikami czy skłaniamy się ku duchowości innych kultur niż europejska czy też chcemy odbyć swoją wewnętrzną, duchową pielgrzymkę. Ważny jest wysiłek, który wkładamy w wędrowanie, ważne jest ascetyczne życie. Myślę również, że bardzo ważna jest nasza anonimowość. Nieistotne jest nasze wykształcenie, sprawowana funkcja, status majątkowy - ważne jest tylko to, co niesiemy w sobie. W naszym codziennym życiu mamy mnóstwo zadań do wykonania, jakieś cele i priorytety - często wcale nie nasze własne tylko narzucone przez innych, przez modę, przez... reklamy. Na Camino jest inaczej. Jest jeden jasny Cel - Santiago de Compostela. Cel, do którego dążymy, bo sami o tym zadecydowaliśmy. Tamara Frączkowska 147 Wspaniałe na Camino jest to, że poznajemy wielu ludzi, z którymi odczuwamy bliską więź, bo łączy nas wspólne przeżywanie Camino. Wzajemna życzliwość, chęć niesienia pomocy (gdy zajdzie taka potrzeba), dzielenie się przeżyciami i intencjami, które doprowadziły nas do Camino. Chociaż nie zawsze potrafimy wyrazić wszystko co czujemy, bo musimy wyrazić to w innym języku niż ojczysty, to i tak te bliskie więzi udaje się nawiązać i przekazać sobie swoje myśli i odkrycia. Na Camino poznałam wiele osób z różnych krajów, z wieloma z nich wielokrotnie spotykałam się w drodze lub w kolejnej alberdze, a spotkania u celu Camino w Santiago de Compostela były ogromnie wzruszające i radosne. Bo chociaż wszyscy różnimy się między sobą, to Wspólnota Camino łączy nas w sposób niezwykły. Myślę, że każdy wyruszając na Camino niesie w sercu prośby do Świętego Jakuba. Może prosimy o zdrowie dla swoich najbliższych i dla siebie? Może prosimy o zgodę w rodzinie? A może prosimy o odmianę swojego życia? Ja też wyruszałam z ukrytymi w sercu prośbami. I nagle, po kilku dniach drogi olśniła mnie myśl, że otrzymałam tak wiele w życiu, że przede wszystkim mam za co dziękować. To było wspaniałe uczucie. Niosłam je w sercu przez całe Camino. Wędrując mijałam wiele krzyży. Dla większości z nas krzyż to symbol wiary, symbol chrześcijaństwa, symbol okrutnej śmierci i odkupienia. Jednak na Camino krzyż to również znak wspólnoty, znak dobrej drogi, znak tych, którzy byli tu przed nami. Idąc spotykamy piękne, kamienne krzyże na smukłych kolumnach - tak charakterystyczne dla Hiszpanii. Spotykamy kamienne krzyże na małych, przydrożnych kapliczkach i proste krzyże z dwóch nieoheblowanych deseczek. Ogromne wrażenie robi też całe mnóstwo krzyży ze zwykłych gałązek wplatanych przez pielgrzymów w wysoki płot z siatki oddzielający Camino od jezdni (już blisko Santiago de Compostela). Na Camino są też krzyże, wzruszające pamiątki po osobach, które umarły w czasie swojej wędrówki. Wszystkie te przydrożne krzyże budzą zadumę, a wielu z nas przystaje przy nich, żeby pomodlić się lub chociaż przeżegnać. 12 czerwca 2013 roku, po przejściu 330 kilometrów, z 9 kilogramowym plecakiem, w którym niosłam cały swój dobytek, szczęśliwa doszłam do celu mojej Wędrówki - stanęłam przed wzniosłą Katedrą św. Jakuba w Santiago de Compostela. Wiedziałam, że przyjście do Santiago de Compostela łączy się z czterema wzruszającymi i podniosłymi rytuałami: Krzyż upamiętniający śmierć pielgrzyma, fot. T. Frączkowska 148 Moja Droga - Camino de Santiago Wzniosła Katedra św. Jakuba w Santiago de Compostela,fot.T. Frączkowska. - SREBRNA TRUMNA - Zeszłam do maleńkiego pomieszczenia pod ołtarzem głównym Katedry, gdzie w srebrnej trumnie spoczywają szczątki św. Jakuba. Gdy uklękłam na, wytartym tysiącami kolan, klęczniku poczułam ogromne wzruszenia. Jestem u Celu. Czułam, że to ważna cezura mojego życia - teraz już nic nie będzie takie samo. Dokonałam czegoś ważnego dla siebie, czegoś co mnie zmieniło. - ZŁOCISTY ŚW. JAKUB - Potem weszłam wąskimi, stromymi schodkami na szczyt ołtarza głównego Katedry. Stoi tam przepiękna, złocista figura św. Jakuba, patrona pielgrzymów. I tak jak każdy pielgrzym przybywający do tego wyjątkowego miejsca, przytuliłam się do św. Jakuba, przez jego ramię spojrzałam z góry na tę ogromną Katedrę i dziękowałam św. Jakubowi za opiekę w mojej Drodze. - COMPOSTELKA - Potem poszłam do katedralnego Biura Pielgrzyma, gdzie otrzymałam formalne potwierdzenia odbytej pielgrzymki. Dokument ten, wypisany po łacinie, polscy pielgrzymi nazywają z czułością Compostelką. - MSZA DLA PIELGRZYMÓW - Codziennie o godzinie 12 odprawiana jest w Katedrze uroczysta, celebrowana przez wielu księży, Msza dla pielgrzymów, którzy właśnie skończyli swoje Camino. Czułam się „zanurzona” w dostojnej i radosnej atmosferze, którą jeszcze spotęgowała Hostia złożona przez księdza w moich dłoniach. Na Mszy spotkałam wielu pielgrzymów, których poznałam na szlaku. Wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni i pozdrawialiśmy się z radością. Na zakończenie Mszy uruchomiana jest największa na Tamara Frączkowska 149 świecie kadzielnica, zwana Botafumeiro (po galicyjsko: wydzielający dym). Do ołtarza podchodzi ośmiu tiraboleiros, odzianych w ciemnopurpurowe szaty. Przygotowują Botafumeiro... Ksiądz podpala węgiel drzewny i kadzidło (ok. 40 kg)... I najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej Botafumeiro (mierzące 160 cm i ważące 80 kg) szybuje pod sklepieniem Katedry! Wrażenie jest niesamowite, gdy rozpędzone Botafumeiro spada wprost na nasze głowy, żeby za chwilę znowu rozkołysać się pod sklepieniem Katedry, przy wtórze Hymnu do Świętego Jakuba. 14 czerwca 2013 roku wróciłam do domu, do Elbląga i bardzo szybko zatęskniłam za wędrowaniem Drogami św. Jakuba. „Znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, czasem to, czego nie szukaliśmy w ogóle, a każdy z nas prawdopodobnie znalazł coś innego” („Przewodnik Pielgrzyma” Zbigniew Iwański, Andrzej Kołaczkowski-Bochenek). Gdy porządkowałam wspomnienia i zdjęcia z tej cudownej wędrówki zrozumiałam jak słowa te są prawdziwe. Czułam, że Camino pozostanie w moim sercu na zawsze. Pragnęłam dalej wędrować średniowieczną Drogą św. Jakuba, ale jak to robić w Elblągu, tak odległym od Santiago de Compostela? I oto, gdy rok później, byłam na spacerze na pięknej elbląskiej Starówce, zobaczyłam tablicę z muszlą św. Jakuba! I już wiedziałam! Św. Jakub dał mi znak! Przecież Jego Drogi biegną również przez Polskę, a przez Elbląg przebiega Pomorska Droga św. Jakuba. Droga ta odwołuje się do średniowiecznej Drogi św. Jakuba wiodącej z Królewca przez Elbląg, Gdańsk, Rostock i dalej przez Niemcy, Francję, Hiszpanię, aż do Santiago de Compostela. W Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu można obejrzeć piękną muszlę św. Jakuba. Muszla ta została znaleziona podczas badań archeologicznych prowadzonych na Starym Mieście w Elblągu. Pochodzi z przełomu XIV i XV wieku. Jest zaopatrzona w dwa niewielkie otworki, przez które przekładany był rzemyk służący do zawieszenia muszli na torbie alb na szyi pielgrzyma. Niewiele jest tak cennych egzemplarzy pielgrzymich muszli na terenie Polski. Współczesna, ponad 1200 kilometrowa, Pomorska Droga św. Jakuba przebiega wzdłuż Morza Bałtyckiego, a zaczyna się w Kretyndze na Litwie, biegnie przez Rosję i wkracza do Polski na wysokości Braniewa. Przebiega przez bliskie mi miejsca: Frombork, Tolkmicko, Elbląg, Nowy Dwór Gdański, Gdańsk, Lębork. I dalej przez Koszalin, Szczecin, Rostock. Tam łączy się z Drogami św. Jakuba w Niemczech, Francji, dążąc w kierunku Oceanu Atlantyckiego, do Santiago de Compostela. Jednym z najważniejszych priorytetów przy wytyczaniu Pomorskiej Drogi św. Jakuba była lokalizacja kościołów pw. św. Jakuba. Blisko Elbląga znajdują się takie kościoły w Tolkmicku, Niedźwiedzicy, Gdańsku, Lęborku. To niezwykłe, że Pomorska Droga św. Jakuba przebiega ok. kilometra od mojego domu w Elblągu! Szczęściara ze mnie. Może dlatego tak łatwo uległam magii tej Drogi i odkryłam swoją wielką pasję. Postanowiłam ruszyć na Pomorską Drogę św. Jakuba. Na przełomie zimy i wiosny 2015 roku, z grupą wspaniałych ludzi z PTTK„Szuwarek” wNo-Wym Dworze Gdańskim, przeszliśmy z Elbląga przez Nowy Dwór Gdański, Niedźwiedzicę, Gdańsk do Żukowa. Jesienią 2015 roku z grupką znajomych z Elbląga i Gdańska 150 Moja Droga - Camino de Santiago przeszliśmy elbląski odcinek Pomorskiej Drogi biegnący z Braniewa przez Frombork; Tolkmicko do Elbląga. Droga ta jest przepięknie urozmaicona: rozległe łąki, wał Zalewu Wiślanego, tereny depresyjne (ale smutku nie powodują), strome podejścia Wysoczyzny Elbląskiej i piękne lasy. Malowniczy odcinek Pomorskiej Drogi św. Jakuba prowadzący z Łęcza do Próchnika. Na dole zdjęcia, po lewej stronie widać znak Drogi - muszlę św. Jakuba, fot. T. Frączkowska Wspaniałym akcentem był dzień 27 lutego 2016 roku, gdy udało mi się zgromadzić grupkę miłośników Dróg św. Jakuba i utworzyliśmy Elbląski Klub Przyjaciół Pomorskiej Drogi św. Jakuba (www.facebook.com/pdsj.elblag). Miałam też przyjemność reprezentować Elbląski Klub podczas obrad pierwszego Parlamentu Jakubowego, który odbył się 2 kwietnia 2016 roku we Wrocławiu. Na Pomorskiej Drodze św. Jakuba poznałam człowieka - legendę Marka Kamiń-skiego, który w 2015 roku realizował swój projekt „Od Bieguna Rozumu do Bieguna Wiary” - wędrując Drogą św. Jakuba z Kaliningradu do Santiago de Compo-stela. Gdy 19 marca 2015 roku zbliżał się w swojej wędrówce do Elbląga, wyszłam mu naprzeciw i towarzyszyłam na 14 kilometrowym odcinku Pomorskiej Drogi św. Jakuba z Jagodnika do Elbląga. Marek ujął mnie swoją serdecznością, skromnością, otwarciem na drugiego człowieka. Wspaniałym akcentem był dzień 27 lutego 2016 roku, gdy udało mi się zgromadzić grupkę miłośników Dróg św. Jakuba i utworzyliśmy Elbląski Klub Przyjaciół Pomorskiej Drogi św. Jakuba www.facebook.com/pdsj.elblag Miałam też przyjemność reprezentować Elbląski Klub podczas obrad pierwszego Parlamentu Jakubowego, który odbył się 2 kwietnia 2016 roku we Wrocławiu. Tamara Frączkowska 151 Pamiętam, że przed wyruszeniem na moje Camino w 2013 roku słyszałam od wielu Caminowiczów, że Camino jest „zaraźliwe” i jeżeli raz pójdziemy to będziemy chcieli tam ciągle wracać. Myślałam, że to trochę egzaltowane i wymyślone. Ale dzisiaj wiem, że to prawda! Tęsknimy za prostymi regułami, za ascetycznym, ale pełnym wzruszeń życiem, za cudownymi krajobrazami, za starymi, kamiennymi domkami, za ludźmi z którymi łączy nas Droga. Postanowiłam więc wyruszyć znowu na Camino - jeszcze w tym roku! 19 września rozpoczynam swoją kolejną samotną, tym razem 450 kilometrową wędrówkę w Hiszpanii. Wyruszam z Oviedo leżącego w prowincji Asturia i zmierzam do Santiago de Compostela... i jeszcze dalej aż nad brzeg Oceanu Atlantyckiego, na Cabo Finisterre. Dla średniowiecznego pielgrzyma miejsce to było końcem świata, dalej widział już tylko bezmiar wody. Zabierał znad brzegu oceanu muszlę i stanowiła ona dowód, że w swojej pielgrzymce dotarł na koniec świata. Dlatego właśnie muszla stała się symbolem Camino de Santiago. Nie spodziewałam się tego, ale moje samotne Camino de Santiago, samotne taką naprawdę dobrą samotnością, stało się wyrazistą cezurą czasową mojego życia. Wcześniej byłam w wielu pięknych miejscach w Polsce i na świecie. Widziałam wspaniałe zabytki i cudowne krajobrazy, podziwiałam znaki zaginionych cywilizacji czując wspólnotę z tymi milionami ludzi, którzy odeszli przede mną i przyjdą po mnie - niech nie zabrzmi to zbyt patetycznie. Jednak Camino de Santiago, spokój wędrówki, wspólnota z milionami pielgrzymów, którzy przemierzali ten szlak przede mną z tymi, którzy szli w tym samym czasie co ja i z tymi, którzy przyjdą tu po mnie, asceza życia i wyrazistość celu pozostawiły we mnie głęboki, dobry ślad, do którego mogę odwoływać się w trudnych chwilach. Wierzę, że ślad ten pozostanie na zawsze i będzie stanowił dla mnie jasny punkt odniesienia. Zapraszam Państwa na swojego błoga „Otwarte Ramiona Mojego Camino” www.caminodesantiago.pl/blog/25 152 137 kilometrów codziennie Piotr Piesik 137 KILOMETRÓW CODZIENNIE Andrzej Podolski to niespokojny duch, mimo że w rozmowie spokojny i zrównoważony. Szanuje poglądy innych, nawet gdy się z nimi nie zgadza - to dziś rzadko spotykane. Pewnie konglomerat takich cech osobowości pozwala mu na podejmowanie wyzwań, do których inni nawet nie próbowaliby przystępować. Publikowaliśmy już na łamach „Prowincji” wywiad, w którym opowiadał o swoich rowerowych i konnych wyprawach, od Ziemi Świętej po Włochy. Nawet nie próbował liczyć, ile takich podróży było. Bilans jest wciąż otwarty, ponieważ sztumianin dotarł rowerem na Przylądek Północny, czyli Nordkapp i ani słowem nie wspomina, by miała to być jego ostatnia eskapada. Wyruszył 13 czerwca, z tego samego co zwykle miejsca - spod Pomnika Rodła w Sztumie. Towarzyszył mu przyjaciel, Andrzej Rożek z Krakowa. - Trasa powinna liczyć około czterech tysięcy kilometrów - mówił przed startem Andrzej Podolski. - Pojedziemy w kierunku Suwałk, ominiemy Rejon Kaliningradzki, potem przez Litwę, Łotwę i Estonię, promem do Helsinek, następnie przez Finlandię i kawałek Norwegii, no i już u celu. Start iv drodze na Nordkapp pod pomnikiem Rodła w Sztumie fot. archiwum A. Podolskiego Piotr Piesik 153 Plany zakładały odwiedzenie po drodze siedmiu państw, bo w grę wchodziły jeszcze Szwecja i Dania w drodze powrotnej. Podróżnicy mieli pokonywać średnio 140 kilometrów dziennie. Wyprawę zaplanowali na dwa miesiące. Andrzej Podolski na pytanie o cel wyprawy niezmiennie odpowiadał, że chce sobie sam udowodnić, iż mając 66 lat poradzi sobie z takim dystansem i kiedyś będzie miał co opowiadać wnukom, choć mam wrażenie obserwując Jego dotychczasowe wojaże, że i dziś opowiadać ma o czym. Poza tym to jego osobisty wkład w jubileusz 600-lecia Sztumu, chociaż flagi z napisem „Sztum” zapomniał zabrać, a poza tym miasto nie było zainteresowane, by w jakikolwiek sposób wesprzeć Jego działania i podróże. Sztum ma w sercu na każdej wyprawie. Do wspomnianych, dziadkowych opowieści, na pewno ma sporo materiału, ponieważ już po dziewiętnastu dniach obaj cykliści stanęli na cyplu Nordkapp. To wcale nie jest najdalej wysunięty na północ kraniec Europy, lecz i tak przyroda sygnalizowała, że to nader surowy region. Na przylądku potężnie wiało, ostatnie kilometry były trudne do pokonania. Ze Sztumu na Przylądek Północny podróżnicy pokonali dokładnie 2608 kilometrów. Wychodzi średnia 137 km dziennie. Pogratulować przewidywalności oraz znajomości własnego organizmu. Nawigację prowadził Andrzej Mrożek. Zaskakiwała ich zmienność pogody. Bywały ulewne deszcze, kiedy nie dało się jechać. Innego dnia silny wiatr, który zatrzymywał rowerzystów w miejscu. Nie ma już co wspominać o norweskich i szwedzkich górach. Wszędzie za to byli niezmiernie przyjaźni, życzliwi ludzie. Nawet z dalekiej Korei. Podolski wspomina, kiedy elektroniczna mapa wyprowadziła ich w Finlandii nieco na manowce, to znaczy na...autostradę. Cóż było robić? Pojechali, lecz wkrótce zostali zatrzymani przez policję. O mandacie nawet nikt nie wspominał, była za to pomoc przy znalezieniu właściwej drogi. - Zgubiłem po drodze dziesięć kilogramów - nie tai Podolski. - Na szczęście udało się uniknąć kontuzji, za to sprzęt szwankował. Nie oszczędzałem na przygotowaniach, zaopatrzyłem się w najlepsze opony. Okazało się, że tylko teoretycznie wysokiej jakości, bo trzy razy łapałem gumę. Kłopotliwe były także awarie szprych. Ale nogi podołały, po 150 kilometrach byłem w stanie jechać dalej, chociaż zatrzymywaliśmy się już na nocleg. Przy okazji podobnych wypraw nieodmiennie powraca pytanie, jakie trzeba wcześniej poczynić przygotowania, czy każdy z nas mógłby się o coś podobnego pokusić. Przypadek Andrzeja Podolskiego dowodzi wiarygodności starej maksymy ^chcieć to móc”. Andrzej Podolski na Nordkapp, fot. archiwum A. Podolskiego 154 137 kilometrów codziennie Po raz pierwszy wybrał się w dłuższy wyjazd rowerowy wiele lat temu do Włocławka. To nieco ponad 200 kilometrów. Potem ruszył od razu do Ziemi Świętej... Wcześniej żadnych treningów nie prowadził. Dokładnie trzydzieści lat temu pojechał na rajd konny z jeźdźcami z klubu Rotmistrz. Rozmaitych wypraw konnych, łącznie z rajdem do Rzymu, ma na koncie ponad trzydzieści. Wielu kolegów już zaprzestało tej aktywności, on nie. - Matka natura nie dała mi uzdolnień artystycznych, raczej humanistyczne inklinacje, zainteresowanie historią, chociaż pracowałem zawodowo w dziedzinie mechaniki. Pasja historyczna jest silnie związana z jeździectwem, także podczas wypraw rowerowych wiele staram się zobaczyć. Kiedy pojechałem do Ziemi Świętej, bez przygotowania, chyba nie do końca sobie wyobrażałem, co mnie czeka - przyznaje Andrzej Podolski. Po drodze trzydziestolatek po AWF odpadł, ja dojechałem... (śmiech). Mam świadomość swojego wieku, ale skoro noga wciąż podaje... Na Nordkappie rzuciliśmy się sobie w ramiona, bo sami sobie pokazaliśmy, że daliśmy radę. Kolejny wyjazd? Andrzej Podolski nie chce o tym mówić, lepiej by żona nie wiedziała... Poza tym trzeba trochę odpocząć po takiej eskapadzie. Lecz niebawem żyłka podróżnicza z pewnością da o sobie znać. Sztumianin rozmyśla za to nad ciekawym przedsięwzięciem jeździeckim - odtworzeniem zawodów kurierskich. Jaki dystans udałoby się pokonać w ciągu doby? Nie rozstawnymi końmi, lecz z bazą w jednej ze stadnin? Przecież ma już na koncie wyprawę rowerem non stop przez 24 godziny. Dojechał wtedy ze Sztumu do Gryfina. - Czuję się spełniony - mówi podróżnik. - Przy tym odczuwam wielką pokorę i szacunek dla każdego, kto stawia przed sobą wyzwania, pasjonuje go coś ciekawego. Odchodzimy od przyrody, od życia z naturą, gdzie dobro jest dobrem, a zło trzeba nazywać złem. Dlatego cieszą mnie takie wyprawy, gdzie każdy gościnnie nas witał i życzył powodzenia. Sylwetki Bogumił Wiśniewski KWIDZYŃSKIE ŻYCIE DOROTY Z MĄTÓW Ciekawe, jak Dorota spędzała wolny czas w Kwidzynie, przed zamurowaniem jej w ceglanej pustelni? Gdzie zamieszkiwała w mieście podczas swojego pobytu? Z kim spotykała się? I w końcu - jak przebiegały relacje miedzy nią, a mieszkańcami Kwidzyna, czy była łubiana? Na te i inne pytania, szukałem odpowiedzi w różnych publikacjach, w których sporadycznie tylko natrafiłem na nurtujące mnie zagadnienia, mało kto się tym interesował. Z pomocą przyszedł mi ksiądz biskup senior Julian Wojtkowski z archidiecezji warmińskiej. Dzięki niemu do rąk polskich czytelników trafiły przetłumaczone: Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów od 1394 do 1521 oraz spisany przez Jana z Kwidzyna: Żywot Doroty z Mątów. Powyższe dwie pozycje książkowe pozwoliły mi zajrzeć w średniowieczny okres panujący na naszym terenie. Znalazłem pasjonujące ży- Dorota z Mątów, fot. archiwum cie mieszkańców Kwidzyna i okolic. Poznałem ich choroby oraz marzenia. Wniknąłem przy tej okazji w ich ówczesną pobożność, jakże różniącą się od naszej. Ileż jest tam ciekawych ludzkich opowieści o cudach dokonanych dzięki wstawiennictwu Doroty, o pielgrzymkach i zawierzeniu, ale najbardziej cieszyłem się z uchwycenia atmosfery oraz tzw. tła historycznego. Relacje świadków w procesie, odsłaniają ówczesne podejście osób do życia i śmierci. Ponadto, co najbardziej może zaciekawić czytającego kwidzynianina, to ich codzienne życie w średniowiecznym mieście i w pobliskich okolicach. Piszę celowo „okolice”, na razie nie wymieniając innych miejscowości, ponieważ Kwidzyn de facto w tym okresie, kiedy prokuratorzy zbierali zeznania świadków, stal się najważniejszym miastem diecezji pomezańskiej, a nawet w całym państwie zakonnym. To tu do grobu przybyli znaczący rycerze tacy jak: wielki Mistrz Konrad von Jungin-gen, wielki komtur Grudziądza oraz mistrz leśny z Benowa. Wielki mistrz zakonu krzyżackiego, chcąc podkreślić wielkie zasługi Doroty dla korporacji zakonnej, złożył swoje 156 Kwidzyńskie życie Doroty z Mątów KWIDZYN - STARE MIASTO Panorama miasta i zamku z końca XVI w. C Hennerbcrger, Erclarung der Preussischen grossen Landtafcl oder Wappen, KOnigsberg 1595. Kwidzyn Stare Miasto z zabudowaniami na przedzamczu w XVI w., fot. archiwum autora zeznania nie w zamku kapituły pomezańskiej, jak czyniła to reszta przesłuchiwanych światków, ale w katedrze Pomezańskiej i kaplicy błogosławionej Doroty oraz przy grobie, rękę położył na zakonie swoim, czyłi krzyżu, który nosił z przodu na białym płaszczu, w sumieniu i zakonie swoim'. Dorota po raz pierwszy przybyła do Kwidzyna 22 maja 1391 roku; wkroczyła do kościoła pomezańskiego z obfitością błogosławieństwa. Pierwsza jej wizyta w mieście trwała tydzień i mieszkała w nim zaledwie do 30 maja. W tym czasie w stolicy diecezji pomezańskiej spotkała się z ojcem duchownym Janem z Kwidzyna. U niego znalazła pocieszenie i zrozumienie dla swojego życia, które nie było łatwe. Przyszła błogosławiona, w tym krótkim pobycie w mieście, zdołała zaprzyjaźnić się z Janem, co pozwoliło jej wyspowiadać się i przyjąć z jego rąk komunię świętą. Później Dorota wspominała Janowi, że w pierwszym zaś moim tu przyjściu, mianowicie do Kwidzyna, miałam odwagę iść sama bez towarzysza. Nadto szłam nieznaną mi ścieżką od Gniewu tutaj z taką chyżością ciała i zapałem ducha, w tym krótkim okresie czasu, ze nie wiem, czy należy mówić o przyjściu drogi czy przelocie. Mieszczka z Gdańska była zafascynowana Kwidzynem, kościołem katedralnym, nowym środowiskiem. Tak później mówi Janowi: tak była upojona niebiańską słodkością, że gdy wyszła z gospody, aby nawiedzić kościół, krótkiej drogi prowadzącej do kościoła ani idąc z gospody, ani wracając do gospody nie mogła właściwie znaleźć. Wstydziła się pytać o drogę, by nie uważano jej za obłąkaną albo pijaną. W końcu, postępując za idącymi, doszła do kościoła bez wskazówki2. 1 Akta procesu kanonizacyjnego Doroty z Mątów od 1394do 1521, przel. Bp J. Wojtkowski, Olsztyn 2014, s. 112. 2 Jan z Kwidzyna, Żywot Doroty z Mątów, przel. Bp J. Wojtkowski, Lublin 2011, s. 153. Bogumił Wiśniewski 157 Tydzień pobytu Doroty w Kwidzynie najwyraźniej wystarczył jej w podjęciu śmiałej decyzji, aby zamieszkać w nim na stałe. Znalazła to, czego szukała, a mianowicie spokój i ustabilizowanie swojego burzliwego życia. Znalazła tu również ojca duchowego, który miał wywrócić jej dotychczasowe życie. Dzięki Janowi zostały spisane jej wszystkie wizje i modlitwy oraz znalazła jego przychylność dla wybudowania pustelni. Po krótkiej wizycie w grodzie Maryi (Marienwerder), Dorota wraca na jakiś czas do Gdańska. Pobyt jej w Gdańsku nie trwał długo. Po uregulowaniu wszystkich spraw majątkowych po zmarłym mężu wróciła ponownie do miasta nad rzeką Liwą. Powroty nie zawsze są trudne, ale w tym wypadku było całkowicie inaczej. Druga podróż Doroty do Kwidzyna rozpoczęła się od nieszczęśliwego wypadku. Dla kobiety w jej wieku droga była trudna i męcząca. Widząc okazję zelżenia sobie w trudzie, pakuje się na wóz kramarski napotkanego woźnicy. Ze wspomnień Doroty: Wsiadłam na wóz pełen dużych przedmiotów i skrzyń, które woźnica wiózł na jarmark, odbywający się w Kwidzynie najbliższej niedzieli po świętym Michale (1 X1391). Wóz ten wywrócony ze mną w drodze tak bardzo mnie zewnętrznie i wewnętrznie uraził, że nigdy nie odzyskałabym poprzedniego zdrowia, gdyby Pan Bóg cudownie mnie nie wyleczył, jak mi sam osobiście o swojej łasce powiedziaB. Sądząc z powyższych wspomnień, Dorota ponownie podążała do Kwidzyna znaną już sobie drogą. Wiodła ona z przeprawy promowej z Gniewa do Kwidzyna. Podróż więc odbywała się na płaskim terenie, doliną kwidzyńską. Wszystko wskazuje na to, że ten nieszczęśliwy wypadek, wydarzył się w połowie drogi na stromym trakcie prowadzącym do Podzamcza. W tym czasie na wysoczyźnie funkcjonowała osada, która wcześniej nazwana była Małym Kwidzynem. Wcześniej bracia krzyżaccy, na czele z mistrzem krajowym Hermannem Balkiem lokowali tu parvum castrum Queden (Quidin) w XIII wieku. Droga do celu nie była łatwa. Aby dostać się na szczyt, woźnica musiał pokonać z zachodu na wschód strome podejście, które pnie się w górę w kierunku Tychnów. Kramarz widocznie przesadził w swoich umiejętnościach. Nie zdołał pokonać stromego wjazdu, co doprowadziło w konsekwencji do wywrotki wozu z siedzącą Dorotą. Osada nie była daleko od podnóża pagórka, ale dojazd do niej był jednak za trudny dla woźnicy. Nie wiadomo, czy po wypadku handlarz pojechał dalej z towarem do Kwidzynia. Ktoś jednak przewiózł ją do szpitala pod wezwaniem św. Ducha w Kwidzynie wybudowanym na Przedmieściu Malborskim. Dorota przeleżała w nim przez tydzień, w zupełnym osamotnieniu, nikt się nią nie interesował. Zeznała spowiednikowi, że dopiero 6 października 1391 roku cudownie została uzdrowiona i wszelkie dolegliwości na ciele Ustąpiły. Szpital, o którym mowa wyżej, był wybudowany poza murami miasta, za fosą przed kwidzyńską główną Bramą Malborską, obecnie to skwer zieleni - róg ulic Targowej i Braterstwa Narodów4. Już od 7 października Dorota regularnie spowiada się Janowi z Kwidzyna w katedrze. ’ Tamże, s. 154. 4 Kwidzyn - Szkic miasta z 1710 roku w granicach 1559 roku. E. Wernicke, Die Geschichte der 72 Grossburgerhauser in Marienwerder, Hamburg 1976, s. 416. 158 Kwidzyńskie życie Doroty z Mątów Po wyczerpujących modlitwach, udawała się na spoczynek do domu położonym w granicach Starego Miasta. Zamieszkała do 21 marca 1392 roku u znajomej kobiety, Matei Quodemosse, którą poznała podczas pielgrzymki do Rzymu5. Następnie Dorota przenosi się do domu Siostry Katarzyny Mulner6, która była świadkiem w procesie kanonizacyjnym. Katarzyna została bardzo bliską osobą dla Doroty. Siostra Katarzyna lat 50, wdowa po Mikołaju Mulnerze, profeska Zakonu świętej Marii Teutonów, mieszkała w oborze bydła katedry pomezańskiej. Profeska przyjęła pod swój dach przyszłą błogosławioną zapewne za namową mistrza Jana z Kwidzyna. Katarzyna przez ponad rok dość dobrze poznała przyszłą błogosławioną, dlatego jej zeznania były bardzo ważne dla prokuratorów badających sprawę świętości Doroty. Mówiła, jak spędzała wolny czas i jaki mała stosunek do zamieszkujących ludzi w Kwidzynie. Żaden inny świadek nie mógł tak wyczerpująco zrelacjonować prywatnego życia Doroty, co Katarzyna. Pewnie, że najwięcej wiedzieli o niej jej spowiednikjan oraz kanonik katedry pomezańskiej Jan Reyman, czy chociażby biskup Jan Mnich, ale wiedza ich na temat Doroty, była inna od pozostałych zeznających w procesie, ponieważ znali oni ją także z osobistych spowiedzi. Jan z Kwidzyna, zaniepokojony staniem zdrowia Doroty, postanowił uzyskać od niezależnego świadka opinię na ten temat. Nie wykluczał bowiem najgorszej choroby - trądu. W średniowieczu rozpowszechnioną chorobą wśród mieszkańców państwa zakonnego był trąd, ale też i dżuma. Spowiednik słusznie obawiał się, czy jego podopieczna nie jest przypadkiem zarażona tą groźną chorobą. Chciał mieć pewność, że Dorota nie zarazi go podczas częstych spowiedzi. Mówiąc o tym Katarzynie, chciał po prostu upewnić się, że nic mu nie grozi i rozwiać wszelkie wątpliwości na ten temat. Spowiednik zleca więc oględziny wrzodów Doroty, Katarzynie. Sam tego nie mógł przecież zrobić - był duchownym. W owym czasie osoby zarażone trądem były wykluczane ze społeczności i wydalane poza mury obronne miasta. Od takiego wykluczenia ze społeczności uratował się przez wstawiennictwo siostry Doroty do Boga pewien mieszczanin, Mikołaj rzeźnik z Kwidzyna. Schorowanym rzeźnikiem zainteresował się nawet burmistrz Miasta Pomezańskiego, który miał o tym naradę ze swoimi rajcami, zastanawiali się, co począć ze znajomym biedakiem. Jednak sprawa została zakończona się z chwilą jego powrotu do zdrowia. Katarzyna, wróciwszy do domu z poleceniem Jana: zobaczcie, czy będziecie mogły dowiedzieć od niej, postanowiła obejrzeć z bliska skórę swojej lokatorki. Jak siostro Doroto? Macie jakiś wrzód? Konsternacja Doroty musiała być wielka, przecież nikt w Kwidzynie oprócz Jana, nie wiedział o jej przypadłości, które nosiła na swoim ciele. Dorota nie była zadowolona z zaistniałej sytuacji, ale wyjścia nie miała. Mając na uwadze autorytet Jana z Kwidzyna niechętnie pokazała Katarzynie swoje obolałe ciało. Dorota pokazała jakiś obrzęk pod łewym barkiem łub koło, który bardzo źłe wyglądał; i tak, jak wierzy zeznająca, że w tym samym miejscu miała wielką ranę. Katarzyna musiała się dobrze przyglądać skoro zapytała: długo miałyście ten obrzęk? Dorota na to odpowiedziała: miałam go, jak wierzę, 5 Żywot Doroty z Mątów, op. cit., s. 410. 6 Akta ..., op. cit., s. 195. Bogumił Wiśniewski 159 w Rzymie. Zapytana, gdzie i kiedy to zobaczyła, jak zeznała, odrzekła: w domu, gdzie obecnie przebywa, Dorota zamieszkiwała z nią. Profeska sprawdziła jeszcze inne rany: zapytana, czy także inne rany widziała u Doroty, odpowiedziała że tak. Ujawnione rany znajdowały się również na kostkach i nogach. Prowadzący przesłuchanie prokurator chciał koniecznie od przesłuchiwanej Katarzyny usłyszeć jej opinię na temat pochodzenia ran. Może obawiał się, że Dorota rzeczywiście mogła jeszcze być chora na inne przypadłości? Siostra Katarzyna rozwiała wątpliwości: zapytana jak wyglądały, odpowiedziała: jak guzy i blizny, które zwykle wynikają z karcenia biczami i rózgami. I powiedziała, że mocno wierzy, iż te blizny były z umartwienia. Widocznie ta odpowiedź była satysfakcjonująca, ale pytający nie poprzestał na niej. Ponownie prokurator zwrócił się do przesłuchiwanej, czy Katarzyna jeszcze dostrzegła oprócz powyższych, inne rany na ciele Doroty. Oświadczyła, że widziała, ale już na ciele denatki. Miało to miejsce podczas ekshumacji Doroty, która odbyła się ponad 18 miesięcy po jej śmierci. Rany te jednak dowodziły heroiczności życia Doroty, przecież w średniowieczu umartwiania cielesne wykonywane przez pątników, były na porządku dziennym. Potwierdzały żarliwą religijność człowieka Bożego. Katarzyna opisała oględziny w katedrze, wpierw rozdarto tunikę, w której była pochowana, a następnie przebadano tylko plecy zmarłej. Dorota przebywając w Kwidzynie nie uczestniczyła w życiu społecznym miasta, była wycofana i bardzo nieufna do otaczającego świata. Spożywała raz dziennie posiłek, nawet Katarzyna nie wiedziała, o której godzinie jadła. Na ogół zwykła jeść sama. Takie czynności bardzo ukrywała przed ludźmi, a także przed zeznającą. Katarzyna Mulner zeznała prokuratorowi badającemu sprawę, że któregoś dnia sama się przekonała na własne oczy o świętości Doroty. To co zobaczyła, utwierdziło ją jeszcze bardziej w tym przekonaniu. Katarzyna przeżyła szok, kiedy Dorota wytłumaczyła jej swoje widzenie, które przed nią pojawiło się w nocy i trwało aż sześć godzin. Obora, w której mieszkały bohaterki, znajdowała się po stronie północnej katedry, na obecnym placu Jana Pawła II, miej więcej w okolicach dzisiejszego pobudowanego kino-teatru. Jednego dnia w godzinie porannej widziała, że Dorota szła po omacku przez izbę, w której zeznająca zwykła siedzieć ze swoimi służącymi, po wodę do umycia twarzy i ta zeznająca zaprowadziła ją do wody. Gdy zaś Dorota się umyła znowu szła po omacku po ręcznik, co znów widząc zaprowadziła tę Dorotę do ręcznika i powiedziała jej: „Najdroższa siostro Doroto, jak ci jest? Odpowiedziała: „Ślepa jestem i dziwne jest, że jakieś zmysły mam w sobie i używam rozumu i jestem człowiekiem. Nie wiem bowiem nic innego, jak tylko, że przez tę noc sześć godzin miałam przed sobą czyściec”. Późniejszym czasie, ale w tym samym miejscu: z upływem zimy, gdy Oblubienica weszła na oborę bydła tych kanoników, ujrzała w duchu pustelnię, do której miała wstąpić, jakby już była gotowa, co przez żadnego z kanoników nie było wtedy przyrzeczone ani nawet pomyślane, żeby pozwolono zrobić jej pustelnię w kościele . Dorota żyjąc w Kwidzynie, nie posiadała żadnych oszczędności. Swoje dobra materialne sprzedała w Gdańsku i rozdała ubogim w mieście. Do Kwidzyna przybyła bez Żywot Doroty z Mątów, op. cit., s. 155. 160 Kwidzyńskie życie Doroty z Mątów pieniędzy. Zdała się na łaskę Boga i ludzi. W pierwszych dniach pobytu w mieście Dorota zajmowała się żebractwem, pomogli przeżyć jej tzw. dobrzy ludzie. Żebrała przed głównym wejściem katedry. Przy czym Katarzyna zeznała, że widziała Dorotę bardzo przejmującą się ubogimi, chorymi, kalekami; a kiedy ich zobaczyła, bardzo im w sobie współczuła. Jeszcze za życia Doroty, wydarzył się cud. Świadczył o tym przed przesłuchującymi, Andrzej z Kwidzyna lat 50: sama pani Dorota z pewną siostrą Katarzyną, gospodynią w dworze bydła Kanoników katedry Pomezańskiej, przechodziły przed wejściem do domu, w którym wtedy leżał zeznający. Rokowania były złe dla Andrzeja, wszyscy domownicy stracili wiarę w jego uzdrowienie. I tak idąc owa siostra Katarzyna wspomnianą panią Dorotą poprosiła mówiąc: „Najdroższa siostro módlciesię do Pana Boga, by zachował tego chorego człowieka przy życiu, dla jego małych dzieci, które ma!”. Dorota widząc ogrom cierpienia i ufność przyrzekła choremu modlitwę. Rzeczywiście, modlitwa musiała pomóc, skoro następnego dnia, chory kwidzynianin został zachowany przed niechybną śmiercią. Dorota w Kwidzynie nie dysponowała czasem na prace przydomowe: zwykła każdego dnia rano nawiedzać katedrę Pomezańską i nie wychodzić z niej, aż po godzinie Nieszporów, po skończonych Nieszporach. Zresztą to nic nowego, mieszkając w Gdańsku, prowadziła życie takie same. Widziała w ciągu roku, którego ta Dorota z tą zeznającą przebywała, że Dorota wiele razy przyjęła święty sakrament Eucharystii. Bogumił Wiśniewski 161 Kustosz katedryjan z Ty węz pytany o pobożne praktyki Doroty, odpowiedział, że któregoś dnia był światkiem niecodziennego wydarzenia, które miało miejsce w katedrze kwidzyńskiej. Otóż widział, jej jedyna córka Elżbieta, obecnie świętym welonem Bogu przez czystość oddana, czyli poświęcona, której długi czas nie widziała: gdy przyszła do katedry Pomezańskiej odwiedzić matkę, znalezionej padła z płaczem w objęcia na szyję z wielkiej radości. Ta zaś czcigodna oblubienica, pani Dorota, nieporuszona trwała w modlitwie, nie podniosła się do córki, wciągnięta w stałą modlitwę zlekceważyła pociechę córki, dlatego, że pałała pociechą stwórcy. Dodał również pytającemu prokuratorowi, że przed wstąpieniem do pustelni, wcześnie rano każdego dnia widział Dorotę wchodząca do kościoła, a wychodzącą późnym wieczorem, a zimą przebywała w niej, aż do zamknięcia katedry. Kustosz zauważył również, że: rzadko rozmawiała z kimś w murach kościoła, wyjąwszy swego spowiednika. Jan z Tywęz na pytanie prokuratora, czy z Dorotą rozmawiał, odpowiedział, że w murach katedry nie chciała z nim rozmawiać, wiecznie była zajęta modlitwą, natomiast: czasem rozmawiał z nią poza katedrą i w gospodarstwie bydła Kanoników katedry Pomezańskiej, które jest położone przy samej katedrze, gdzie, bardzo pokornie i skromnie odpowiadała, pochylając głowę ku ziemi. Jan z Kwidzyna wspominał, że pewnego mroźnego dnia z troski o zdrowie penitent-ki: jakiś kawałek skóry niedźwiedziej umieścił w nocy przy ławce rzeczonej Doroty, by dzięki temu modlącej się tam w dzień mróz mniej dokuczał. Ale rankiem przyszła błogosławiona oświadczyła Janowi, żeby tą skórę wziął ze sobą, gdyż Pan jej powiedział, aby z niej nie korzystała. Dorota podczas drogi do kościoła bardzo często zatracała się całkowicie w modlitwie. Jezus w czasie drogi towarzyszył: jakby prowadził ją, łagodnie obejmując, mówiąc i szepcąc do niej; prowadził idąc, by nie zbłądziła w drodze. Ona wielokroć z zamkniętymi oczami doprowadzona do bramy katedry napominana była przez Pana, by spojrzała, gdzie teraz jest. I tak czasem dziwiła się, że jest przed bramą katedry od strony miasta, przez którą według zwyczaju w tym czasie nie wychodziła. Można z powyższego zapisu wywnioskować, że do kościoła katedralnego Dorota wchodziła przez drzwi z zamku kapituły pomezańskiej. Jedyne wejście do kościoła wiodło w średniowieczu od strony miasta. Nad nim, widniała mozaika, która odgradzała świat profanum od sacrum. Innym razem upojona Bożą słodyczą i przez Pana bardzo szczodrze obsypana dobrami, przyszła do wspomnianego kościoła głębokim śniegiem (1392/1393). I wtedy znowu z wybitnie wielkiej przeżroczystości wewnętrznego oświecenia, nie widziała zewnętrznym zmysłem wzroku, którą szła drogąs. Można więc założyć, że rekluza - nim weszła do kościoła katedralnego na modlitwy, to mogła w tym czasie przebyć wiele kilometrów wokół miasta, dzięki temu jej obecność we Wsiach położonych pod Kwidzynem jest wielce prawdopodobna. Dorota dostawała wewnętrzne również upomnienia: gdy zaś wejdziesz do kościoła, idź do jakiegoś kąta, albo innego pokornego skrytego miejsca. Można przyjąć, że udawała się " Żywot Doroty z Mątów, op. cit, s. 181. 162 Kwidzyńskie życie Doroty z Mątów do dwukondygnacyjnego prezbiterium katedry, gdzie w dolnej części, spoczywali wielcy mistrzowie krzyżaccy. Nie jest wykluczone, że tam znajdowała spokój i wraz ze swoim spowiednikiem, odnajdowali płaszczyznę porozumienia i modlitewną. Kiedyś było tak zimno, że Spowiednikowi piszącemu przy niej zamarzł w piórze atrament. Ona nie poczuła, że jest mróz. Przyszła rekluza mieszkając u Katarzyny, miewała i dobre dni: służące, które zeznającej usługiwały (Katarzynie), mówiły wyrazy bardzo prostackie i niestosowne; a czy słyszała prostackie, czy skromne, zawsze na dobre z całą pogodą i grzecznością obróciła". Po śmierci Doroty, Katarzyna zapragnęła przespać się w jej łożu, które najwyraźniej pozostało nietknięte. Sama od siebie, nie pytana, Katarzyna opowiedziała swoją niesamowitą historię prokuratorowi. A wtedy, gdy ta zeznająca noc przespała w łożu tejże Doroty, rano wstając tak była ociężała na ciele, jakby wszystkie jej kości były potłuczone. I tak ciągle przez dobrych sześć tygodni, odczuwała podobne dolegliwości. Zeznająca nie domyślała się, że to, co uczyniła, było nieuszanowaniem izby, w której przebywała i spała święta Dorota. Katarzyna nie wiedziała z początku, od czego miała wyjątkowe dolegliwości. Dopiero, kiedy Jan z Kwidzyna, wytłumaczył jej, że nie powinna tak postępować w łożu Doroty, zrozumiała, że dopuściła się do profanacji miejsca świętego. Katarzyna przyjmuje wyjaśnienia mistrza Jana: i po modlitwie zaraz od tej godziny została uzdrowiona i z łaski Boga zdrowa pozostała. Następny okres życia Doroty w mieście, zamyka się w pustelni, do której wstąpiła 2 maja 1393 r. i w której zmarła 25 czerwca 1394 r. Zdaję sobie sprawę, że artykuł ten nie wyczerpuje w pełni tematu, pobytu Doroty w Kwidzynie przed jej zmurowaniem w pustelni. Starałem się jedynie wychwycić z relacji świadków, charakterystyczne punkty na mapie, w których na pewno była i mogła być chociażby na Podzamczu, gdzie miała groźny wypadek. Dorota wędrowała po Kwidzynie, ale także wychodziła poza mury obronne miasta. Jedno jest pewne, przebywała w katedrze i zamku pomezańskim, w Janowie, w szpitalu - obecny skwer przy ulicy Braterstwa Narodów - Targowa, i w końcu, w oborze na przedzamczu, przy obecnym placu Jana Pawła II. Kruchta przed głównym wejściem do katedry, fot. B. Wiśniewski 9 Akta..., op. cit, s. 196. Teodor Sejka 163 Teodor Sejka CZŁOWIEK Z UGORÓW Bohater mojej opowieści nie jest postacią ani wybitną, ani wyjątkową pod względem zasług, czy pozycji społecznej. Jest za to typowym przykładem chłopskiego życia poczciwego, skromnego i pracowitego. Stanisław Magda (1917-2012) - mieszkaniec wsi Barcice w powiecie kwidzyńskim od roku 1945 - urodził się jeszcze pod zaborem austriackim we wsi Jagodnik, powiat Kolbuszowa, woj. lwowskie (obecnie podkarpackie). Wieloletnia rodzina (ośmioro dzieci) utrzymywała się z 8-hektarowego gospodarstwa rolnego. Rodzina żyła w ubóstwie, bo ziemia tam marna. Na słabych glebach uprawiano głównie żyto, ziemniaki i len. Zycie we wsi Jagodnik było więc typowym przykładem przysłowiowej galicyjskiej biedy z nieurodzajną ziemia, z rozdrobnieniem gospodarstw, przeludnieniem, oraz z nadmiarem siły roboczej. Magdowie, tak jak i ich sąsiedzi wykorzystywali każdy skrawek ziemi, nie gardzili nawet nieużytkami, by zapewnić licznej rodzinie skromne utrzymanie. Życie w ustawicznym niedostatku i braku pespektyw na poprawienie bytu czyniło z nich specjalistów od tzw. „klepania biedy”, gdzie podstawowym zakupem w sklepie była przysłowiowa nafta, zapałki i szare mydło. Na szczęście w tej części Rzeczpospolitej pojawiły się zwiastuny pozytywnej, a nawet rewelacyjnej odmiany ludzkiego losu. Właśnie, gdy pan Stanisław osiągnął pełnoletniość, 164 Człowiek z Ugorów po biednych, przeludnionych wsiach i miasteczkach niosła się wieść o budowie fabryk i hal przemysłowych, gazociągów, dróg i mostów. Historyczne dzieło, w jakim miał wziąć udział bohater tej opowieści, to słynny do dziś, napawający nas dumą Centralny Okręg Przemysłowy, budowany w latach 1936-1939 na terenach południowo-central-nych dzielnic Polski. Strategiczna lokalizacja COP-u obejmowała skrawki województw: kieleckiego, lubelskiego, lwowskiego i krakowskiego, gdzie 80 proc, ludności stanowili mieszkańcy ubogich przeludnionych wsi, a liczbę bezrobotnych szacowano wtedy na 400 do 700 tysięcy. Główny inicjator gigantycznego przedsięwzięcia - minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski planował tu rozbudowę przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego, co miało przyczynić się do likwidacji skutków ostrego kryzysu gospodarczego, a pośrednio, do zmniejszenia bezrobocia. Lokalizacja tego przedsięwzięcia właśnie tutaj, miała także poważny aspekt obronny. Był to bowiem wówczas obszar dość oddalony od granicy wschodniej jak i zachodniej. Był zatem niedostępny zarówno dla lotnictwa niemieckiego jak i radzieckiego. Utworzony w ten sposób tzw. „ trójkąt bezpieczeństwa” miał zapobiec przed lotniczymi bombardowaniami ościennych państw. Tak ambitna państwowa inicjatywa rozbudziła i ożywiła ospałe wsie i miasteczka. Wreszcie zaświtała nadzieja na wydostanie się z marazmu, bezczynności i biernego trwania. Cały ten nadmiar siły roboczej ruszył teraz na rozpoczęte budowy. Rozpoczęły się masowe wędrówki ludów, które całkowicie zmieniły tryb dotychczasowego życia wielu środowisk. Zaznaczyło się też zjawisko, że wieś powodowała znaczącą aktywizację i rozwój miast, a nawet przyczyniała się do powstawania nowych miast. Oto, niedawno nobilitowanej, nadmorskiej wsi Gdynia, teraz w ramach COP-u przybyło siostrzane nowe miasto Stalowa Wola - nazwane tak, dla wyrażenia stalowej woli narodu polskiego, który chce podźwignąć się z zacofania i wybić się na nowoczesność. Wkrótce też, taki sam zaszczytny awans spotkał skromną miejscowość Dęba, która niebawem stanie się nowym miastem Nowa Dęba. Tu właśnie spotykamy bohatera naszej opowieści, wszak to tylko 19 kilometrów od jego rodzinnej wsi Jagodnik. To tu w Dębie rozpoczęła się budowa osiedla mieszkaniowego dla przyszłej kadry inżynieryjno-technicznej. W ramach COP-u miała tu powstać fabryka amunicji nr 3. Pan Stanisław miał już 19-lat, pociągnął więc z innymi chłopakami ze wsi na budowę do Dęby. Dostał zakwaterowanie w baraku oraz skromne wyżywienie w stołówce. W terenie leśnym budowano tu ulice, stawiano bloki, osiedle mieszkaniowe, szkołę, szpital, stołówkę i basen kąpielowy. Pan Stanisław pracował przy wykopach ziemnych i przy kanalizacji. Praca była ciężka i prymitywna z łopatą w rękach. Nadzór techniczny dbał o to, by robotnicy wykonywali swe zadania rzetelnie i starannie. Nie tolerowano żadnego partactwa ani bumelanctwa. Trzeba się było bardzo pilnować. Kto podpadł, ten natychmiast tracił pracę, a na jego miejsce czekało już 10 innych bezrobotnych. Cieszył się więc, że zarabia pieniądze i snuł plany na dalsze samodzielne życie. W soboty zaś, wyjeżdżał do rodzinnej wsi. Produkcja amunicji w budowanej fabryce ruszyła w lipcu 1939 roku. Niestety, wybuch wojny zniweczył plany polskiego rządu. Okupant przestawił zakład na całkiem inne tory, na potrzeby prowadzonej wojny. W dawnej willi dyrektora wytwórni amunicji zamieszkał generał von Paulus, przygotowujący wyprawę na ZSRR, a na terenie zakładu Niemcy Teodor Sejka 165 uruchomili fabrykę konserw, rzeźnię i warsztaty samochodowe. Przez całą okupację kontynuowali też rozpoczęte prace przy budowie dróg, zatrudniając tych samych polskich robotników. Płacili nawet skromną pensję, ale pieniądze te nie miały większej wartości. Ludzie traktowali tę pracę już całkiem inaczej niż wtedy, gdy pracowali dla Polski. Każdy starał się teraz pracować tak, żeby nie dać się przyłapać na zamierzonej fuszerce i ociąganiu się. Wielu z nich porzucało pracę dla okupanta i ukrywało się w okolicy. Niemcy obawiali się, że młodzi ludzie w wieku produkcyjnym zasilą szeregi partyzantki, dlatego dokładali wszelkich starań, by mieć ich pod kontrolą, zatrudnionych przy budowie dróg. W tym celu zarządzono, aby na drzwiach każdego domu wywieszano wykaz domowników (z datami urodzenia), by można było sprawdzić ich obecność. Mimo wybuchu wojny w ramach COP-u w 51 zakładach udało się stworzyć 100 tys. nowych miejsc pracy, głównie w przemyśle. Wiele z wybudowanych wówczas obiektów jest czynnych do dziś, a uruchomiona wtedy wytwórnia amunicji nr 3 w nowo powstałym mieście Nowa Dęba, to dzisiejszy DEZAMET, produkujący m.in. żelazka elektryczne. Tuż przed wojną w 1939 roku młody robotnik Stanisław Magda otrzymał kartę powołania do odbycia zasadniczej służby wojskowej w kawalerii. W jednostce wojskowej miał się stawić w październiku. Jednakże wybuch wojny sprawił, że w przewidzianej dla niego życiowej roli polskiego ułana nie wystąpił. Zaraz po wojnie, w czerwcu 1945 roku, zachęcony ofertą rządu, wzywającą do zagospodarowania Ziem Odzyskanych, razem z kolegami z Jagodnika, wyruszył w poszukiwaniu dla siebie gospodarstwa rolnego. Wreszcie mogło się spełnić jego marzenie o tym, by być samodzielnym gospodarzem, na swoim. Otrzymać solidne poniemieckie budynki, może jeszcze i urodzajną ziemię i jaki taki dobytek. Taki cudowny sen nigdy nie mógłby się ziścić na jego ojcowiźnie w Jagodniku. Pierwszego rekonesansu dokonali w okolicach Wrocławia i Legnicy. Sam Wrocław przedstawiał wtedy przerażający widok. Wśród ogromnego morza gruzów krzątali się niemieccy jeńcy, pracujący przy odgruzowywaniu ulic. Wszędzie widać było nieuprzątnięte trupy, dokuczał unoszący się wstrętny zapach rozkładających się ciał. Rodziny niemieckie uciekały w popłochu pozostawiając w mieście dorobek swego życia. W okolicznych wioskach pełno było opuszczonych gospodarstw, często z całym domowym wyposażeniem. Ale dolnośląskie wsie nie podobały się panu Stanisławowi. W swojej rodzinnej wsi był przyzwyczajony do zwartej zabudowy, tutaj zobaczył pojedyncze zagrody zbyt oddalone jedna od drugiej. Długo wahał się i namyślał, wreszcie, nie dokonawszy żadnego wyboru wrócił do domu, by za jakiś czas, za namową swojego szwagra przyjechać do wsi Ugory (obecne Barcice). Szwagier gospodarował już tu od kilku miesięcy. Chyba bliska obecność siostry i szwagra pomogła mu przełamać obcość tego miejsca, na co nie mógł się zdobyć 5-miesiecy temu, wtedy gdy penetrował poniemieckie wsie na Dolnym Śląsku. Zresztą jako osadnik na Ziemiach Odzyskanych był już poważnie spóźniony a „konfitury” zostały już rozdane. Trzeba się było decydować. W listopadzie 1945 roku pan Stanisław przyjechał do Ugorów, gdzie rzeczywistość nie do końca spełniała jego oczekiwania.- Okazało się bowiem, że nie było już specjalnie w czym wybierać, a w dodatku Powiatowy Urząd Repatriacyjny w Kwidzynie 166 Człowiek z Ugorów w okazalszych zagrodach pomenonickich zasiedlał po dwie rodziny. Przydzielono mu więc zabudowania mieszkalne i gospodarcze do spółki z mieszkającą już tam rodziną Wiącków. Początkowo otrzymał też (nie bagatela!) 22 hektary ziemi, co osładzało mu w znacznym stopniu bytowanie z sąsiadem na wspólnym podwórku. Jednak radość bycia panem na 22 hektarach nie trwała długo, bo wkrótce, na mocy dekretu o ustroju rolnym i osadnictwie na Ziemiach Odzyskanych przeprowadzono parcelację gruntów i areał jego gospodarstwa zmniejszył się do 8 hektarów. Trzeba więc było przeżyć kolejne rozczarowanie. Ale jak wiadomo : młodość ma swoje prawa i przywileje. Trzeba było myśleć o życiu i stabilizacji własnej sytuacji. Gospodarstwo pana Stanisława domagało się gospodyni. Toteż w październiku 1946 roku ożenił się z panią Eugenią z okolic Jabłonowa. Odtąd już razem przez długie lata kroczyli przez życie , uprawiając ziemię i wychowując trójkę dzieci. Uprawa ziemi była bardzo ciężka. W dodatku lata 1946 i 1947 obfitowały w niszczącą plagę myszy. Gryzonie te, już na pniu zjadały sporą część plonów. Po wojnie brakowało wszystkiego. Trudno było wtedy mówić o maszynach rolniczych, których prawie nie było, ale najbardziej dokuczliwym problemem był chroniczny brak koni. Przecież nie można było w tamtych latach wyobrazić sobie gospodarowania na roli bez konia. Wyniszczonej wojną Polsce przyszła wtedy z pomocą Administracja Narodów Zjednoczonych d/s Pomocy i Odbudowy - UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration). Organizacja ta była pieszczotliwie nazywana „dobrą ciocią UNRRĄ”. W trudnych latach 1945-47 dostarczyła do Polski 2 miliony ton towarów o wartości 3 miliardów dolarów. Świadczenia te w 70 proc, pochodziły z USA. W szerokim wachlarzu dostaw były tam środki przemysłu, techniki, transportu, lecznictwa, odzież i żywność, było też 120 tyś. koni i 17 tyś. bydła rogatego. Właśnie z tych dostaw w 1946 roku pan Stanisław dostał ślicznego 3-letniego konika- deresza, oraz zboże na obsianie swoich gruntów. Ucieszył się bardzo, bo cena za konia była bardzo przystępna, była równowartością 1 kwintala zboża. Sam też miał swój udział w doprowadzeniu koni na teren gminy. Znalazł się bowiem w grupie mężczyzn wydelegowanych przez wójta do Gdańska po odbiór stu koni, przydzielonych na gminę Ryjewo. Konie te przypłynęły statkiem z Danii. Musiały pewnie długo czekać w porcie na rozładunek, bo były bardzo wygłodzone i osłabione. Po rozładunku najpierw w barbarzyński sposób wypalano im na skórze oznakowanie w postaci liter „UNRRA”. Przykro było patrzeć na tak bezwzględną procedurę. Następnie powiązano konie za uzdy, po 8 sztuk i każdą ósemkę przydzielono jednemu z mężczyzn. Tak więc, każdy z nich jechał na jednym koniu i prowadził za sobą 7 innych. Cala stukonna kawalkada przed południem wyruszyła z Gdańska. Na popas zatrzymali się w Tczewie nad Wisłą, gdzie była okazja napoić je w rzece. Zdawali sobie sprawę, że wygłodniałym koniom nie wolno pozwolić wypić zbyt dużo wody, gdyż może to mieć dla nich fatalne skutki. Drżeli, dbając o to by nie zmarnować powierzonych im zwierząt, dlatego poili je bardzo ostrożnie. Z Tczewa trasa przemarszu prowadziła wzdłuż Wisły, przez Piekło do wsi Rudniki. Tu na podwórzu pana Zdanowskiego czekał już tłum oczekujących osadników z terenu całej gminy. Konie przydzielał im wójt z Ryjewa. Był to poważny zastrzyk siły roboczej dla ludzi rozpoczynających gospodarowanie w tych okolicach. Teodor Sejka 167 Warto w tym miejscu wspomnieć o strukturze rolnej w samej wsi Barcice. W wyniku przeprowadzonej po wojnie parcelacji gruntów rolnych we wsi powiększyła się znacznie liczba rolników. Wielu chętnych mogło teraz otrzymać swoich kilka hektarów (od 7 do 13) , a w dodatku były jeszcze nieużytki na piasku, którymi spragnieni ziemi przybysze, na początku też nie gardzili. Siali tam wtedy żyto, a dziś rośnie tam las. Pan Stanisław wspominał, że w Ugorach-Barcicach było wtedy 40 średniorolnych gospodarstw. Dziś są tylko 2 wielohektarowe, spora zaś część ziemi uprawnej , która dawniej była przedmiotem zazdrości i pożądania, dziś niestety leży odłogiem, czyli ugorem. Czyżby pierwsza powojenna, polska nazwa wsi miała zamiar znów na stałe tu zagościć? Życiowym marzeniem państwa Magdów było, by mogli wreszcie zamieszkać sami, w oddzielnym budynku, bez sąsiadów za ścianą i bez wspólnego z nimi podwórka. Marzenie to mogli zrealizować dopiero wtedy, gdy po wielu latach gospodarowania przeszli na skromną rolniczą emeryturę. Wtedy kupili w Barcicach mały domek przy szosie, gdzie mogli czuć się u siebie, bo należało im się na starość trochę swobody i intymności. Przez wszystkie lata pan Stanisław był w tutejszym środowisku osobą poważaną i szanowaną. Był człowiekiem godnym zaufania, stale docenianym przez miejscowe władze, które powierzały mu przez wiele kadencji pełnienie funkcji sołtysa, i radnego gminy (najpierw w Benowie, później w Ryjewie). Zainteresowanie światem, wysoka kultura osobista, uczciwość, otwartość i życzliwość, chłopska logika, a także krytyczna postawa wobec samego siebie były fundamentem jego chłopskiej życiowej mądrości, której mogłaby mu pozazdrościć niejedna wysoko wykształcona osoba. Zdrowe poczucie humoru, optymizm pogoda ducha i jego tubalny śmiech zjednywały mu sympatię i dawały przyjemność przebywania w jego towarzystwie. W każdej sytuacji zachowywał się taktownie i kulturalnie, nigdy nie używał wulgarnych słów. Mimo wieloletniej, ciężkiej pracy fizycznej był okazem zdrowia. Do 90 lat życia nie przyjmował na stale żadnych leków. Zdrowie fizyczne szło u niego w parze ze zdrowiem psychiczno-moralnym. Bliżej zaprzyjaźniliśmy się, gdy był już na emeryturze i miał więcej wolnego czasu. Fakt, że przyjaźniliśmy się mimo dużej różnicy wieku (26 lat) tłumaczy się m.in. wspólnym zainteresowaniem historią najbliższej okolicy. Bo też do wspólnego odwiedzenia niektórych ciekawych miejsc nie trzeba było pana Stanisława wcale namawiać. Stąd nasze wycieczki do Piekła, Waplewa czy Gniewu. Był nie tylko chłopem od pługa, ale odznaczał się bogatą wrażliwą osobowością, interesował się wieloma zagadnieniami. Czasem udawało mi się podrzucić mu jakąś lekturę, o której potem gawędziliśmy. Trzeźwo i sprawiedliwie wypowiadał się na temat różnych osobistości na szczytach władzy, porównywał je z postaciami II Rzeczpospolitej. Przeżytą własną drogę życiową oceniał dość krytycznie. Żałował długich lat ciężkiego, wyniszczającego trudu na roli, nie ograniczonego żadny-rni godzinami pracy, nie pozostawiającego czasu dla siebie. Trud ten pozwalał zaledwie na skromne przetrwanie jego rodzinie. Mógł przecież osiedlić się w mieście, zająć jakieś mieszkanie, zatrudnić się na państwowej posadzie. Po godzinach pracy odpoczywałby, posiedział sobie z rodziną- a tyle było wtedy po wojnie opuszczonych mieszkań. Trzeba było tylko bodźca, odwagi- utyskiwał czasem pan Stanisław. Ale cóż, w tamtych czasach zwyciężała rodzinna wiejska tradycja, od pokoleń dziedziczona chłopska mentalność, 168 Człowiek z Ugorów nakazująca mu szukać ziemi i gospodarstwa. Inne wzorce życia wtedy się dla niego nie liczyły, może nawet przerastały możliwości jego wyobraźni. Był praktykującym katolikiem, dla którego wiara w Boga była naczelnym kryterium jego postępowania w codziennym życiu. Często opowiadał o własnych doświadczeniach religijnych i porównywał różne uroczystości i obrzędy z czasów swojej młodości z tymi we współczesnym kościele. Wydawały mu się jakby mocno spłycone, uproszczone, odarte z duchowej głębi. Bohater mojej opowieści, jak widać, nie jest postacią ani wybitną ani wyjątkową pod względem zasług, czy pozycji społecznej. Jest za to typowym przykładem chłopskiego życia poczciwego, skromnego i pracowitego. Jak całe jego pokolenie był szeregowym aktywnym uczestnikiem doniosłych wydarzeń w historii kraju, dlatego przybliżenie jego sylwetki niech będzie wdzięcznym świadectwem wewnętrznej prawdy o pięknie i prawości prostego człowieka współtworzącego naszą historię. Muzyka Wacław Bielecki ZAPISKI MELOMANA -KLASYKA LATEM POMORSKIE DNI CHOPINOWSKIE W WAPLEWIE WIELKIM GDAŃSK JAZZ QUARTET piątek, 17 czerwca 2016 r. - oranżeria pałacu w Waplewie 10. Pomorskie Dni Chopinowskie w Waplewie Wielkim przebiegły trochę w innym niż zazwyczaj porządku. Dotychczas w pierwszym dniu, w piątek, zwykle odbywał się koncert muzyki klasycznej z obowiązkowymi utworami Chopina, a w sobotę występowały zespoły jazzowe. Tym razem było na odwrót. Dni zaczęły się od koncertu muzyki jazzowej w wykonaniu instrumentalistów z zespołu Gdańsk Jazz Quartet. Tworzą go świetni gdańscy muzycy: Maciej Sikała - saksofon tenorowy i sopranowy, Cezary Paciorek - akordeon, Piotr Lemańczyk - kontrabas i Tomasz Łosowski - perkusja. Program koncertu uległ zmianie, i to w ostatniej chwili, gdy okazało się, że szalejące nad Pomorzem burze spowodowały awarię prądu elektrycznego. Jak mi opowiadał już po koncercie Maciej Sikała, koncert poprzedziło kilka prób, ale przygotowywany na nich repertuar członkowie zespołu musieli całkiem odrzucić. Wzmacniacze, głośniki, mikrofony nie działały, więc muzycy zaczęli grać akustycznie - tak to określiła prowadząca koncert Olga Walentynowicz. I tak też skończyli, bo prądu nie było do końca półtoragodzinnego koncertu. Moim zdaniem, stało się to na korzyść słuchaczy, bo sala oranżerii w waplewskim pałacu nie jest duża i słyszalność była dobra. Publiczność mogła więc nacieszyć się muzyką jazzową w oryginalnym brzmieniu, tak jak to było kiedyś, w latach pięćdziesiątych, czyli bez aparatury wzmacniającej dźwięk, bez której trudno sobie obecnie wyobrazić jakikolwiek koncert. Muzyka jazzowa jest bardzo różnorodna. Można w niej wyróżnić bardzo wiele stylów, poczynając od jazzu nowoorleańskiego, przez dixieland, cool jazz, czy electro swing. O to, jakiego rodzaju jazz uprawiają muzycy Gdańsk Jazz Quartet, zapytałem lidera zespołu Macieja Sikałę i otrzymałem odpowiedź, że to jest „styl środka”, inaczej nazwany „mainstreamem”. Standardy jazzowe muzycy prezentowali według klasycznej reguły. Zaczynały się od tematu granego przez saksofon lub akordeon, potem muzycy improwizowali na swoich instrumentach, a ich popisy były gorąco i często oklaskiwane przez publiczność szczelnie wypełniającą salę oranżerii. Nie zabrakło w wykonanej przez nich muzyki synkopowej niezbędnego swingu. Na bis usłyszeliśmy nieśmiertelną kołysankę, bluesa „Summertime” skomponowaną przez Georgea Gershwina do opery „Porgy and Bess”. Według mnie jazzu lepiej się słucha w klubie, przy lampce wina, czy kuflu piwa, jak to się mi kilka razy przydarzyło w nieistniejącym dzisiaj klubie „Tygmont” przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie. Jednak niedawno słuchałem muzyki jazzowej w dużej sali 170 Zapiski melomana - klasyka latem gdańskiej filharmonii na Ołowiance, gdzie w maju br. wystąpił Al di Meola, światowej sławy wirtuoz gitary jazzowej. W warunkach koncertowych, ale bardziej kameralnych, słuchałem teraz Gdańskiego Jazz Quartetu w Waplewie. W sumie był to bardzo udany i przyjemny dla ucha występ. A skończył się niespodzianką... kulinarną. Od wielu lat tradycją koncertów w Waplewie jest poczęstunek przygotowany dla artystów i słuchaczy przez „Pana na Waplewie”- Macieja Kraińskiego. W tym roku zaserwowano: chłodnik z jajkiem, pyzy z bigosem oraz na deser ciasto z rabarbarem i wino. Było po czym palce lizać. RECITAL FORTEPIANOWY PIOTRA RYSZARDA PAWLAKA sobota, 18 czerwca 2016 r. - oranżeria pałacu w Waplewie Przy fortepianie Piotr Ryszard Pawlak, fot. W. Bielecki W drugim dniu wystąpił z recitalem młody pianista z Gdańska Piotr Ryszard Pawlak. Melomani pamiętają go jako uczestnika ubiegłorocznego Konkursu Chopinowskiego. Był najmłodszym pianistą wśród 15 osób ekipy polskiej. Miał 17 lat. Niestety, odpadl po I etapie. A jak zagrał młody pianista w Waplewie? Można powiedzieć, że dobrze, a nawet znakomicie. Jednakże utwory chopinowskie prezentowane w pierwszej części recitalu grane były, jak dla mnie, nieco za wolno, szczególnie „Polonez As-dur”, zwany podobno przez samego Chopina „Sobieski” oraz „Sonata b-moll” z marszem żałobnym, gdzie ostatnią część, trzeba grać z niesłychaną szybkością i przy tym cicho. Tę sonatę grał przed kilkoma laty w Waplewie prof. Bogdan Kułakowski z Akademii Muzycznej w Gdańsku. Pamiętam, że przed wykonaniem nieco się krygował i powiedział słuchaczom, że gra ją po raz Wacław Bielecki 171 pierwszy, bo dopiero dojrzał do jej wykonania. Myślę, że młody pianista z biegiem lat będzie wykonywał ten utwór coraz lepiej. Wykonanie utworów Chopina zajęło około 50 minut. Po nich artysta zagrał dwa dzieła innych kompozytorów. Najpierw „Sonatę nr 4 c-moll op. 29” Sergiusza Prokofiewa a po niej „La Valse’a” Ravela. Moim zdaniem, umieszczenie po „Sonacie b-moll” Chopina, kolejnej sonaty Prokofiewa nie było szczęśliwym pomysłem. Czuło się, że publiczność była nieco znużona, bo to jest dość trudny w odbiorze utwór, na całe szczęście z efektowną, bardzo motoryczną ostatnią częścią. Jeśli artyście bardzo zależało na tym utworze, to można było zaproponować publiczności przerwę i wykonać go po niej. Najlepiej, według mnie, pianista wykonał „La Valse’a” Ravela. Zagrał go tak, jak spodziewać się było można, że zagra to młodzieniec. Było zatem miejscami brawurowo, szybko, zmiennie i głośno, chociaż może za często pianista grał forte i fortissimo. Na bis usłyszeliśmy najpierw „Walca” Chopina, a potem „Preludium e-moll”, które na koncertach w Waplewie było już grywane przez różnych wykonawców, np. rok temu przez Elbląską Orkiestrę Kameralną a wcześniej przez zespół jazzowym. Występ Piotra Ryszarda Pawlaka spodobał się bardzo publiczności i został przyjęty dużymi owacjami. Po koncercie udało mi się trochę porozmawiać z młodym artystą. Dowiedziałem się m.in., że kończy Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną im. F. Nowowiejskiego w Gdańsku i ma zdawać egzamin wstępny do Akademii Muzycznej w Gdańsku, bo chce zostać u swojego profesora Waldemara Wojtala, ponieważ bardzo dobrze mu się z nim współpracuje. Był zadowolony z koncertu w Waplewie i reakcji publiczności, bo - jak powiedział: - Tacy słuchacze dodają wykonawcy sił, a na fortepianie Yamahy grało mi się bardzo dobrze, choć tutaj jest taka dudniąca akustyka. Swój udział w konkursie chopinowskim w 2015 r. wspomina bardzo miło. - Najwięcej znaczyło dla mnie to, że ja się tam w ogóle zakwalifikowałem. Pomyśleć, że jury musiało wybrać uczestników na podstawie przysłanych tysiąca płyt z nagraniami, a wybrali 80 osób. Cieszę się, że pierwszy raz mogłem zagrać w sali Filharmonii Narodowej. Jak wiadomo, młody pianista odnosi też sukcesy w innych dziedzinach. Zapytałem więc, czy w uprawianiu muzyki nie przeszkadza mu matematyka i informatyka? - Spośród zainteresowań najwyżej jest muzyka i granie na fortepianie, potem matematyka, a informatyka też sprawia mi przyjemność. Nie muszę w matematykę wkładać bardzo dużo pracy, a jak coś mi tu wychodzi, to dlaczego nie rozwijać się i w tym kierunku? Międzynarodowe olimpiady odbywają się dwa razy w roku. Jedzie się na parę dni, więc to nie jest tak, że zabiera mi to wiele czasu. Na pewno mi to w muzyce nie przeszkadza, jedynie może pomóc. Ciekawe, jak potoczą się dalsze losy pianisty? Na pewno z uwagą będziemy je śledzić i z niecierpliwością czekamy na jego ponowne pojawienie się w Waplewie za kilka lat, które zapowiedziała prowadząca koncert Olga Walentynowicz. 172 Zapiski melomana - klasyka latem FESTIWAL GITAROWY W OLSZTYNIE KONCERT FINAŁOWY KONKURSU I FESTIWALU GITAROWEGO W OLSZTYNIE sobota, 2 lipca 2016 r. - Filharmonia Warmińsko-Mazurska W olsztyńskiej filharmonii odbył się koncert na zakończenie konkursu i festiwalu gitarowego. Dopiero od tego roku festiwal ten doczekał się swojego patrona. Został nim niewidomy hiszpański kompozytor Joaquin Rodrigo (1901 - 1999) znany właściwie tylko z jednego utworu „Concierto de Aranjuez”. Jest to koncert na gitarę klasyczną i orkiestrę symfoniczną napisany w 1939 r. Utwór ten kompozytor został zadedykowany gitarzyście Regino Sainz de la Manza, a ten wykonał go po raz pierwszy w 1940 roku w Barcelonie. Od tego czasu jest to najbardziej znany i najczęściej wykonywany na świecie koncert gitarowy, a jego druga część, melancholijne „Adagio” zaczynające się od arpeggia gitary i solówki rożka angielskiego, doczekała się niezliczonej ilości transkrypcji i jest łatwo rozpoznawana przez miłośników, nie tylko gitary klasycznej. Na program olsztyńskiego festiwalu trwającego od 26 czerwca do 3 lipca br. złożyły się koncerty i recitale najlepszych polskich gitarzystów klasycznych, m. in. zagrał Marcin Dylla i Łukasz Kuropaczewski oraz Gerard Abiton (Francja). Można było też posłuchać duetów gitarowych - Melis Duo (Hiszpania/Grecja) i Duo Kitharsis (Rumunia). Natomiast w konkursie wzięło udział ponad siedemdziesiąt osób, głównie uczniów średnich szkół i akademii muzycznych z Polski. Koncert kończący festiwal i konkurs składał się z dwóch części. W pierwszej wystąpił francuski gitarzysta Gerard Abiton z Paryża, pełniący funkcję przewodniczącego konkursu. W jego wykonaniu mogliśmy posłuchać utworów z okresu baroku: Weissa, Scarlattiego, C. Ph. E. Bacha oraz współczesnego gitarzysty i kompozytora hiszpańskiego R. S. de la Manza. Jeśli chodzi o grę G. Abitona, to muszę przyznać, że byłem nią nieco rozczarowany, szczególnie gdy chodzi o utwory barokowe. Zdarzały się tu bowiem usterki, np. przy rozpoczynaniu utworów, a już wykonanie „Sonaty KI 13” Scarlattiego, było po prostu nieudane. Najbardziej w tym wszystkim nie podobały mi się dźwięki wydobywane z wysokich strun, bo były jakoś mało śpiewne, a kantylena rwała się. Najlepiej artysta zagrał utwór Manza napisany w hiszpańskim kolorycie. Było to znakomite wykonanie. Po przerwie zgodnie z zapowiedzią usłyszeliśmy laureata nagrody grand prix - Wojciecha Rysieckiego, studenta Akademii Muzycznej w Katowicach z klasy prof. Wandy Palacz. Na jego krótki występ złożyły się trzy utwory z różnych okresów historycznych: współczesnej - Rodrigo, romantycznej - Mertza i schyłku renesansu - angielskiego lutnisty Dowlanda. Ostatni utwór miody artysta wykonał na zupełnie nowej gitarze wykonanej przez polskiego lutnika Rafała Turkowiaka, którą otrzymał jako jedną z nagród. Ten mini recital tylko pobieżnie dał słuchaczom możliwość zorientowania się w możliwościach wykonawczych Wojciecha Rysieckiego, a są nimi: piękny dźwięk, świetna technika, bezbłędne, pedantyczne wykonanie, opanowanie i spokój. To wszystko dobrze rokuje na przyszłość. Myślę, że już niedługo będziemy mogli przekonać się, jak młody laureat sprawdzi się w międzynarodowym konkursie. Otrzymał on bowiem najcenniejszą, moim zdaniem, nagrodę, jaką jest tygodniowy wyjazd na międzynarodowy konkurs gitarzystów aż Wacław Bielecki 173 do Chin. Tam w ponad dwumilionowym mieście Changsha (znanym jako miejsce, gdzie swoją karierę polityczną rozpoczął Mao Tse-Tung, założyciel komunistycznej Chińskiej Republiki Ludowej), już w lipcu tego roku będzie mógł pokazać swój kunszt wykonawczy. KSIĄŻĘ PONIATOWSKI OD OPER J.M.K. PONIATOWSKI - DON DESIDERIO sobota, 9 lipca 2016 r. - Filharmonia Krakowska Główni wykonawcy opery, od prawej: Stanislav Kuflyuk, Joanna Woś, Ondrej Saling,fot. W. Bielecki Pięciorga imion - książę Józef Michał Ksawery Franciszek Jan Poniatowski (1816 -1873) pochodził z rodziny królewskiej. Jego dziadek był rodzonym bratem ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta. Kompozytor urodził się w Rzymie, potem mieszkał we Florencji, Paryżu, a pod koniec życia w Anglii. Chociaż wywodził się z polskich korzeni, nie był Polakiem. Nie mówił i nie pisał po polsku. Przywołane tutaj jego liczne imiona są spolszczone. Właściwie należało by go nazywać z włoska Giuseppe lub Joseph po francusku. W historii muzyki Poniatowski zapisał się jako śpiewak (tenor) i kompozytor dwunastu oper oraz dyplomata - najpierw przedstawiciel Toskanii w różnych stolicach europejskich, później zaufany człowiek Napoleona III z ręki którego otrzymał godność senatora i zmienił obywatelstwo z włoskiego na francuskie. Po klęsce po Sedanem w 1870 r. i abdykacji Napoleona III udał się z byłym cesarzem na emigrację do Anglii, tracąc wszelki majątek. Zmarł w 1873 r. i zgodnie ze swoją wolą został pochowany w Chislehurst pod Londynem, blisko miejsca gdzie znajduje się grób Napoleona III. Poniatowski był właściwie muzycznym amatorem, należał do szlachetnie urodzonych miłośników muzyki zwanych po włosku dilettanti i często go nazywano irytującym określeniem: książę - dyletant. Jego główne zainteresowania muzyczne ogniskowały się Wokół opery i sztuki wokalnej. Był obdarzony pięknym głosem tenorowym i sam brał 174 Zapiski melomana - klasyka latem udział w wykonywaniu oper. Jako kompozytor napisał dwanaście oper - 8 włoskich i 4 francuskie. Fascynował się włoskim operami napisanymi przez Rossiniego i Donizettie-go w stylu bel canto i na ich podobieństwo komponował swoje. Spośród oper napisanych przez Poniatowskiego największy sukces odniósł napisany w 1859 roku w „Pierre de Medicis” (Piotr Medyceusz). Był to największy tryumf życiowy kompozytora. Opera ta została wykonana w Paryżu aż 47 razy oraz w Lyonie, Madrycie, Mediolanie. Ówcześni krytycy zwracali uwagę na jej atrakcyjność nie tylko muzyczną ale i bogactwo sceniczne - kosztowną scenografię i kostiumy, a także zastosowanie po raz pierwszy na scenie operowej oświetlenia gazowego. Inną, wcześniejszą operą Poniatowskiego która była chętnie wystawiana na scenach włoskich teatrów była opera komiczna „Don Desiderio” wystawiona w 1840 roku w Pisie. Dzieło to doczekało się realizacji w Wenecji, Bolonii, Mediolanie, Rzymie, Lucce, Neapolu, Palermo, Paryżu i we Lwowie 1878 r. w polskiej wersji słownej. Po śmierci twórczość Poniatowskiego została całkowicie zapomniana. Przypomniał ją dopiero muzykolog z Poznania, prof. Ryszard Daniel Golianek w rozprawie „Opery Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego”. Liczne prace i artykuły prof. Golianka umożliwiły wystawienie dwóch najbardziej znanych oper Poniatowskiego w Polsce. Jako pierwszy został pokazany polskiej publiczności „Pierre de Medicis”. Stało się to w 2011 roku w Filharmonii w Krakowie w formie wykonania koncertowego w międzynarodowej obsadzie pod dyrekcją Massimiliano Caldiego i z sopranistką Aleksandrą Buczek. W bieżącym roku wystawiono w Krakowie operę komiczną Poniatowskiego „Don Desiderio”, także w wersji koncertowej. Tytułową partię zaśpiewał Stanislav Kuflyuk baryton (Ukraina), w roli Angioliny wystąpiła Joanna Woś sopran, jako Federico usłyszeliśmy słowackiego tenora Ondreja Śalinga (Słowacja). Grała Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus, śpiewał męski Chór Filharmonii Krakowskiej a całością dyrygował Krzysztof Słowiński. Przedstawienie to było głównym wydarzeniem 12. Festiwalu Muzyki Polskiej. Opera została bardzo ciepło przyjęta przez niezbyt liczną publiczność zgromadzoną w Filharmonii. Wszyscy soliści, a było ich siedmiu, wypadli świetnie, szczególnie zaś sopranistka Joanna Woś w roli Angioliny. Od samego początku dominowała ona na scenie, przyćmiewając zdecydowanie tytułowego bohatera Don Desideria, śpiewanego także znakomicie przez Stanislava Kuflyuka. Sopranistka ujęła wszystkich już na początku koloraturową arią zaśpiewaną z pamięci, a nie z nut, jak to jest przyjęte przy wykonaniu w wersji koncertowej. Była to cavatina „Al pensier del mio tesor”. Podobał się także dysponującym ładnym głosem tenorowym Ondrej Saling. Przedstawienie wykonano w języku oryginału, czyli po włosku. Niestety, nie było wyświetlane tłumaczenie na język polski, jak to jest zwykle w teatrach operowych. Dla osób nie znających języka włoskiego powodowało to zrozumiałą trudność w odbiorze. Co prawda treść opery nie jest specjalnie zawiła i w programie można było przeczytać skrót streszczenia libretta wzięty z pracy prof. Golianka, ale tego skróconego libretta nawet nie podzielono na akty i nie przywołano w nim początków arii czy scen zespołowych. Można przypuszczać, że przygotowanie takiego tłumaczenia i jego wyświetlenie nieco kosztuje, ale skoro go nie było, można było zaprosić obecnego na sali prof. Golianka do powiedzenia Wacław Bielecki 175 kilka słów przed każdym aktem. Tak jednak się nie stało i trudno powiedzieć dlaczego. Słuchając więc opery w niezrozumiałym języku słuchacz był niejako zmuszony do wsłuchiwanie się w melodie arii oraz scen zespołowych oraz akompaniament orkiestry jako żywo przypominający opery Rossiniego czy Donizettiego. Na całe szczęście była to przepiękna muzyka. Podobała się bardzo. Wykonawcy zostali obdarzeni gromkimi oklaskami i owacją na stojąco, a Joanna Woś z trudem mogła udźwignąć liczne wiązanki kwiatów. Po spektaklu zamieniłem kilka słów z prof. Ryszardem Gołiankiem, którego przed paru laty poznałem na wykładach na temat opery. Zapytałem go, jak się czuje jako odkrywca Poniatowskiego i czy opery tego kompozytora mają szanse na wejście na deski sceniczne? Profesor odpowiedział skromnie, że inna jest rola muzykologa, a wystawienie opery zawdzięczamy dyrektorowi krakowskiego festiwalu Pawłowi Orskiemu. Wyjaśnił także, że nie widzi szans na to, aby opery Poniatowskiego pojawiły się na deskach scenicznych, chyba że dokonano by obsady głównych ról śpiewakami na miarę gwiazd występujących, np. na festiwalu w Salzburgu. Na marginesie tego wykonania nasuwają się skojarzenia na temat losów komponowanych dzieł muzycznych. Wszystkie opery Poniatowskiego, a napisał ich 12, popadły w niepamięć, a przecież za życia kompozytora wykonywane były na prestiżowych scenach - choćby Paryżu, czy Mediolanie. Stanisław Moniuszko, zwany ojcem polskiej opery narodowej, mimo starań i zabiegów nie doczekał się międzynarodowego uznania. Jego opery, a napisał ich sześć, były wykonywane tylko u nas, ale dwie z nich „Halka” i „Straszny Dwór” nigdy nie schodziły z desek scenicznych. Taka jest nieodgadniona sprawiedliwość losu. J.M.K. PONIATOWSKI - MSZA F-DUR niedziela, 10 lipca 2016 r. - kościół św. Marcina w Krakowie W kościele Ewangelicko-Augsburskim św. Marcina w Krakowie przy ulicy Grodzkiej doszło do wykonania „Mszy F-dur” J. M. K. Poniatowskiego z 1867 roku. Dzieło to jest skomponowane jest na czterech solistów: sopran, alt, tenor, baryton oraz chór mieszany i akompaniament fortepianu (lub organów bądź fisharmonii). Ta łacińska msza składa się z siedmiu części: Kyrie, Gloria, Credo, Sanc-tus, O Salutaris, Agnus Dei, Amen - Finale. W wykonaniu krakowskim udział wzięli soliści: Monika Mych-Nowicka - sopran, Anna Lubańska - mezzosopran, Juraj Hołly - tenor (Słowacja), Lukas Zeman - baryton (Czechy) oraz Chór Polskiego Radia (mieszany - 19 osób), na fortepianie grał Grzegorz Biegas, a całością dyrygował młody kapelmistrz Mateusz Walach. Mateusz Walach, dyrygent, fot. W. Bielecki 176 Zapiski melomana - klasyka latem Okazało się, że w tym niewielkim kościele (związany z nim byl słynny etnograf Oskar Kolberg), jest niedobra, ostra akustyka, charakteryzującą się bardzo dużym dudnieniem, szczególnie przy częściach śpiewanych głośno, i bardzo głośno, a takich nie brakowało. W tym dudnieniu trudno było zrozumieć nawet znane łacińskie słowa mszy. Szczególną siłą głosu popisywała się sopranistka. Moim zdaniem, śpiewano na ogół za głośno - i soliści, i chór, a nawet pianista też mocno uderzał w klawisze. Sam utwór jest bardzo melodyjny, a arie i chóry przypominają muzykę operową. Szczególną pięknością odznacza się „Agnus Dei” śpiewane przez barytona solo i chór oraz kończąca mszę kunsztowna fuga czterogłosowa. W programie koncertu zabrakło informacji na temat utworu, nie podano nawet jego części oraz jakichś informacji o okolicznościach powstania. Publiczność, która w połowie wypełniła mały kościół, było może 70 osób, ciepłymi oklaskami nagrodziła wykonawców. W tym roku przypada 200 rocznica urodzin księcia-kompozytora J. M. K. Poniatowskiego stąd przypomnienie jego dzieł w Krakowie. Myślę, że dużym wydarzeniem był jeszcze jeden koncert z jego utworami - gala operowa na której sopranistka Joanna Woś wykonała dziesięć najpiękniejszych arii z różnych oper Poniatowskiego z towarzyszeniem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia z Katowic pod dyrekcją Bas-sema Akiki. Gala odbyła się w Teatrze Słowackiego w sobotę 16 lipca br. Niestety, nie mogłem być na tym koncercie. KONCERTY ORGANOWE - W KRAKOWIE I SZTUMIE RECITAL ORGANOWY PROF. ELŻBIETY KAROLAK W KRAKOWIE środa, 8 lipca 2016 r. - Bazylika o.o. Karmelitów „Na Piasku” Był to koncert w ramach XXV Międzynarodowego Festiwalu Organowego poświęcony 1050-tej rocznicy chrztu Polski. Pewnie dlatego organistka zaprezentowała tylko i wyłącznie utwory kompozytorów polskich, co jest wielką rzadkością podczas koncertów organowych, gdzie zwykle dominują twórcy obcy zaczynający się od Bacha. Na początku były to miniatury z warszawskiej i oliwskiej tabulatury organowej, potem „Fantazja” Piotra Żelechowskiego (XVII w.) i utwory kompozytorów współczesnych - Aleksandra Tansmana i Mariana Sawy. Na koniec, tak jak się spodziewałem, prof. Elżbieta Karolak zagrała dwa utwory Feliksa Nowowiejskiego. Nic w tym dziwnego, bo od wielu lat należy do organizatorów międzynarodowego konkursu organowego imienia tego kompozytora organizowanych w Poznaniu co pięć lat (ostatnio w 2015 r.). Najpierw usłyszeliśmy „Preludium - Róże św. Teresy”, a potem monumentalną „IX Symfonię organową”, składającą się z trzech części. Grze Pani Profesor nie można niczego zarzucić. Wykonania wszystkich utworów były stylowe, perfekcyjne, gdy chodzi o odtworzenie zapisu muzycznego. Czegoś mi jednak zabrakło w tym recitalu opartego na akademickiej poprawności. Była to - nazwijmy -odrobina „szaleństwa”, której zabrakło w „Symfonii organowej” Nowowiejskiego, gdzie ostatnia część jest zapisaną w nutach improwizacją na temat „Bogurodzicy”. Podobnie mało ekscytujące było wykonanie części II - „Scherza”. Wacław Bielecki 177 W ogóle był to nieco dziwny recital. Odbył się on bez słowa. Słuchacze wchodzący do kościoła otrzymywali zieloną kartę z zapisem utworów. Parę minut po godzinie 20.00 odezwały się organy. Następnie organistka grała kolejne utwory przedzielane krótkimi przerwami, w których było słychać jakieś stuki dochodzące z organów podczas zmiany rejestrów. Po zakończeniu recitalu (bisu nie było) artystka prawdopodobnie ukłoniła się nie schodząc z chóru nielicznie zgromadzonej publiczności. Piszę „prawdopodobnie”, bo nie dane mi było zobaczyć wykonawczyni, gdyż siedziałem tuż pod chórem i mimo starań nie udało mi się jej ujrzeć. Odniosłem nawet wrażenie jakby na organach grał jakiś mechanizm, a nie człowiek. Szkoda, że zabrakło kilku słów o utworach i wykonawczyni. Był to dla mnie taki „bezosobowy” koncert, gdzie nie odczułem kontaktu z wykonawcą, a przecież o ten kontakt rozbija się istota muzyki. Rok temu w poznańskiej Farze na recitalu Erica Lebruna organizowanym, m.in. przez E. Karolak, było słowne wprowadzenie do granych utworów, a po koncercie osobiście Pani Profesor dziękowała słuchaczom za przybycie. W Krakowie zabrakło tego istotnego elementu. VII KONCERT ORGANOWY W SZTUMIE - ORKIESTRA KAMERALNA PROGRESS niedziela, 17 lipca 2016 r. - Kościół św. Anny Orkiestra Kameralna PROGRESS wykonuje na stojąco koncert Bacha, fot. W. Bielecki Zupełnie inaczej było w kościele św. Anny w Sztumie na VII koncercie organowym. Tutaj o braku kontaktu między muzykami a publicznością nie może być mowy. Nie zawsze zdarza się taki koncert. Tym razem wszystko się udało: dopisała pogoda, publiczność, wykonawcy, repertuar i organizatorzy. Moim zdaniem, był to najlepszy koncert 178 Zapiski melomana - klasyka latem tego cyklu od siedmiu lat. Zagrała Orkiestra Kameralna PROGRESS z Gdańska pod batutą Szymona Morusa, a na organach Maciej Zakrzewski. W programie koncertu dominowały utwory z okresu baroku napisane przez: Pachelbela - słynny „Kanon”, Vivaldiego - „Koncert na smyczki g-moll” i przebojowa „Wiosna” z „Czterech pór roku” oraz Bacha -powszechnie znana „Aria na strunie G” i „Koncert organowy BWV 35& 156” grany na organach z orkiestrą. Ten ostatni utwór był najważniejszym punktem programu i wymagał od wykonawców maksymalnego skupienia, dlatego członkowie orkiestry przeszli sprzed ołtarza na chór, aby zbytnia odległość od organów nie przeszkodziła w precyzyjnym wykonaniu. Młodzi muzycy zagrali ten trzyczęściowy koncert po prostu świetnie. Już po pierwszym „Allegro” publiczność obdarzyła ich hucznymi oklaskami. Może nie było to zgodne ze zwyczajami koncertowymi, ale pewnie wynikło z zachwytu nad niezwykłą pięknością tego dzieła. Partia organowa w tym utworze jest wiodąca. Należy zauważyć, że sztumskie organy są niewielkim, 17-głosowym instrumentem liturgicznym zbudowanym przed 115 laty przez firmę Terletzki-Wittek z Elbląga w konwencji romantycznej, natomiast koncert Bacha reprezentuje okres baroku. Organista tak dobrze dobrał rejestr głosów i zagrał w sposób wirtuozowski, że powstała wspaniała, harmonijna całość. Tylko dwa utwory wykonane na koncercie pochodziły z innego okresu - romantyzmu. Była to wykonana na początku „Toccata d-moll” Maksa Regera oraz obowiązkowy utwór Feliksa Nowowiejskiego. Tym razem organista wykonał „Preludio festivo” z „II Symfonii organowej”. Było to świetne wykonanie. Zwykle organiści „smucą”, grając utwory Nowowiejskiego w zbyt wolnych tempach. M. Zakrzewski zagrał preludium tak, jak określił to kompozytor posługując się terminem „festivo”, czyli świątecznie, ale jednocześnie żywo, radośnie i wesoło. Było czego słuchać. Szczególnie podobać się mógł dobór głosów organowych, często zmienianych, stosownie do poszczególnych fragmentów tej kompozycji, podkreślających i wyróżniających liczne motywy muzyczne. Nad całością wykonania czuwał Szymon Morus, młody dyrygent pochodzący z Tczewa. Wykształcenie muzyczne zdobywał, najpierw jako skrzypek w szkole muzycznej w Elblągu, potem kontynuował naukę w Akademii Muzycznej w Gdańsku, podejmując naukę także w zakresie dyrygentury. To ostatnie zaowocowało dużym sukcesem. Na wiosnę tego roku Szymon Morus dyrygował wykonaniem opery Krzysztofa Pendereckiego „Czarna maska” na scenie Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Spektakl został także wykonany na scenie Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie i został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność i krytyków. Na jedno z przedstawień przyjechał do Gdańska sam Krzysztof Penderecki. Po wysłuchaniu opery był bardzo wzruszony i nie szczędził komplementów dla wykonawców i dyrygenta mówiąc, że obecne wykonanie było lepsze niż prapremiera w Salzburgu. Relacjonowany tutaj koncert w Sztumie zakończył się bisem - jedną z części „Muzyki na wodzie - Hornpipe in D” Haendla i oklaskami na stojąco. Był on zorganizowany z okazji 96-tej rocznicy pobytu F. Nowowiejskiego podczas plebiscytu oraz 70-tej rocznicy śmierci kompozytora oraz 600-lecia Sztumu. Organizatorami tego niezwykle udanego wydarzenia byli - Sztumskie Centrum Kultury z dyrektorem Adamem Karasiem oraz parafia św. Anny z księdzem dziekanem Andrzejem Starczewskim. Krzysztof Hajbowicz 179 Krzysztof Hajbowicz CHÓR AMERYKAŃSKICH MENNONITÓW W MALBORKU O mennonitach słyszałem, wydawało mi się, że sporo. Widziałem ich domy podcieniowe, nagrobki. Trochę wiedziałem o odrębności kulturowej, pochodzeniu. Ale... w gruncie rzeczy nie wiedziałem nic. Traktowałem ich, jak wymarłe duchy. A tu proszę, na początku sierpnia w Kościele Chrześcijan Baptystów, zobaczyłem najprawdziwszych, żywych i pięknie utalentowanych, śpiewających w chórze. To było niesamowite przeżycie muzyczne, estetyczne i duchowe. Amerykański Chór Mennonitów The Hope - Singers wystąpił pod batutą Lloyda Kauffmana. - Na nasze koncerty składają się różnorodne utwory muzyki sakralnej, w tym utwory kompozytorów klasycznych, znane hymny, pieśni z różnych krajów. Obok pieśni śpiewanych po angielsku i kilku w innych językach, niektóre pieśni wykonujemy również w języku polskim - mówi Kauffman, The Hope - Singers nie jest stałym chórem, lecz organizowanym specjalnie na wyjazdy do Polski, co dwa lata. Członkowie zespołu nie pracują razem jako chór pomiędzy trasami. Część członków chóru powraca, by śpiewać po raz wtóry, lub więcej razy, ale za każdym razem większość jego członków to nowe osoby - dodaje. 180 Chór amerykańskich mennonitów w Malborku Działalność mennonitów w Polsce koncentruje się wokół Fundacji „Dziedzictwo” mającej siedzibę w Mińsku Mazowieckim. Fundacja prowadzi kursy języka angielskiego i organizuje spotkania poświęcone sprawom chrześcijańskiego wychowania oraz etyki. W Mińsku Mazowieckim działa również wspólnota mennonitów. Zbór w Mińsku Mazowieckim gości co dwa lata swoich braci i siostry ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. To trzecia wizyta chóru w naszym kraju. Jego członkowie pochodzą z Pensylwanii i Ohio. To potomkowie tych, których wytwory rąk podziwiamy wędrując po Żuławach i okolicach Wisły. Sporo osób w chórze okazała się polskojęzyczna, choć to rodowici Amerykanie. Tak jak Lavern Hershberger, która od 15 lat mieszka w Mińsku Mazowieckim. Jest Ona koordynatorką chrześcijańskiego czasopisma „Ziarna Prawdy”, Międzynarodowej Misji Anabaptystycz-nej. Tak oto było można w Malborku po polsku porozmawiać, po występie, a przedtem podziwiać i kunszt, i żar serc płynący z tego niecodziennego koncertu a capella. Podziwiać nie tylko stroje, zwłaszcza mennonitek, z upiętymi we włosach chustkami i koronkowymi nakryciami głowy. Białe u panien, czarne u mężatek. Podziwiać i starać się zrozumieć można było podczas rozmów ich reguły. Bowiem i współcześni mennonici „wyznają ścisłą zasadę oddzielenia kościoła od państwa, wzbraniają się przed obejmowaniem urzędów, służbą wojskową i przysięgą. Mężczyźni i kobiety ubierają się skromnie, kobiety nie malują się, nie noszą zbyt wielu, ba prawie żadnej biżuterii, świecidełek. Noszą nakrycia głowy. W mennonickich domach nie ma telewizji, a często też i radia. Preferują za to wspólny śpiew”. W czarnych chustach mężatki, w białych panny, fot. K. Hajbowicz Krzysztof Hajbowicz 181 - Tegoroczna trasa koncertowa wiodła ich od Elbląga i Gdańska przez Malbork po m.in. Toruń, Turek, Warszawę, Częstochowę, Bielsko-Białą, by zakończyć ją w Janikowie 14 sierpnia w Kościele Ewangelicznych Chrześcijan. Mennonici, baptyści ipurytanie mają wspólne historycznie korzenie, mówi Marek Burdzy, przewodniczący Zboru Chrześcijan Baptystów w Malborku. Lecz, jak sami mówią o sobie chórzyści, ważne jest, że łączy ich miłość do muzyki i tego samego Boga wszystkich chrześcijan. Choć mennonici kojarzą się głównie z Żuławami i Dolną Wisłą, to ślady ich osadnictwa znajdują się wzdłuż Wisły, sięgając Warszawy, a nawet wschodniej Małopolski. Przybyli do Polski z Niderlandów czterysta lat temu, uciekając przed prześladowaniami i nietolerancją religijną. Zaszczepili na polski grunt niezwykle rozwiniętą kulturą agrarną. To za ich sprawą osuszano bagna i grzęzawiska, przywracając je rolnictwu. Charakterystyczny krajobraz nadwiślański, pełen zgrubiałych przyciętych wierzb, niewielkich pagórków, na których stały drewniane zabudowania, poletek i kanałów irygacyjnych, to właśnie ich dziedzictwo. Jak pisze o nich Maciej Eckardt, cechowała ich religijna surowość i prostota. Oprócz Biblii, kultem otaczali pracę, która stanowiła silną część ich tożsamości. Swoimi zwyczajami i sposobem życia przypominają amerykańskich amiszów, którzy są silnie z nimi spowinowaceni. Zostawili po sobie spore, choć podupadłe z racji dziejowych zawieruch, dziedzictwo materialne. Amerykańscy chórzyści pod batutą Lloyda Kaujfmana, fot. K. Hajbowicz 182 Raz do roku w Rudnikach Rafał Cybulski RAZ DO ROKU W RUDNIKACH To nie jest Przystanek Woodstock i nie Jarocin, ani nawet nie Ostróda. Organizatorzy tej imprezy wcale nie chcą, by ich festiwal był czymś na taką miarę. I nie chcą tego ci, którzy się w nim zakochali, czyli kilkaset osób, które w tym roku już po raz drugi wybrały się do podryjewskich Rudnik na Grassroots Festiwal. Naprawdę mało jest tak klimatycznych i rodzinnych imprez jak ta. Angielska nazwa, którą dosłownie przetłumaczyć należy jako korzenie traw, jest jednocześnie nazwą ruchu społecznego, którego działalność w kilku słowach sprowadza się do działania u podstaw i brania sprawy w swoje ręce. To zaangażowanie małych grup społecznych do działania w swoim najbliższym otoczeniu oraz organizowanie aktywności lokalnej. Tak właśnie zrobili pomysłodawcy festiwalu, którzy spragnieni dobrej muzyki sami postanowili zorganizować Grassroots Festiwal. W KRAINIE MARTY I DOMINIKA Festiwal odbywa się na terenie gospodarstwa, które jest położone w Dolinie Wisły, w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki Liwy. Na terenie gospodarstwa znajduje się urokliwy sad, w większości obsadzony jabłoniami tradycyjnych odmian. Są też trawiaste łąki, Rafał Cybulski 183 które w ten weekend zamienią się w parkingi oraz pole namiotowe i jest też ogródek z ekologiczną uprawą warzyw i ziół, który jest królestwem Marty, żony Dominika Sudoła, który jest gospodarzem i jednym z głównych organizatorów Grassroots Festiwalu. Jednak centralnym punktem gospodarstwa jest podwórze, które od wschodu zamyka pomenno-nicki, dwustuletni dom, a właściwie to co z niego zostało, od południa piętrowa obora, której parter służy za kuchnię i festiwalowe biuro, zaś wypełnione sianem i hamakami piętro jest rajem dla dzieci. Grassroots Festiwal oficjalnie narodził się przed rokiem z inicjatywy grupy przyjaciół na co dzień działających w obszarze kultury i ekologii. Do nieformalnych spotkań w Rudnikach dochodziło jednak już wcześniej. To właśnie w ich trakcie zaczęła kreować się idea festiwalu. - Zaczę/o się od urodzin obchodzonych wspólnie przez kilka osób bodaj pięć lat temu. W trakcie kolejnych, w rozmowie z Mateuszem Millerem doszliśmy do wniosku, że warto zorganizować taki festiwal, a nasz pomysł szybko wsparło stowarzyszenie Underground, do którego tez należymy - tłumaczy Dominik Sudoł. SILNA EKIPA Dominik, to człowiek orkiestra. Znany kwidzyński ekolog i animator społeczny, inicjator wielu oddolnych przedsięwzięć. Prowadzi też gospodarstwo ekologiczne, a z jabłek zbieranych we własnym sadzie razem z rodziną tłoczy pyszne soki. Natomiast Mateusz to również postać nietuzinkowa. Jest muzykiem i producentem znanym jako Radikal Guru, prawdziwym muzycznym obieżyświatem, który koncertuje zarówno w kraju jak 184 Raz do roku w Rudnikach i zagranicą. Dlatego wiadomo było, że z ich spotkania musiało narodzić się coś ciekawego. Zwłaszcza, że festiwalowa ekipa jest znacznie szersza, a zarówno w kwestiach muzycznych, jak i technicznych wiele do powiedzenie mają Wojtek Chmielewski (z zawodu lekarz), Andrzej „Jejuś” Łomiń-ski (menedżer muzyczny) i Jacek „Gepard” Wiśniewski (muzyk i... przedsiębiorca). Wszyscy są związani z kwidzyńską Piwnicą Kulturalną i Stowarzyszeniem Underground. Ale festiwal to jeszcze kilkadziesiąt innych osób, które dołożyły do niego swoją cegiełkę. A to w trakcie remontu, a to budując scenę, kosząc trawę, czyszcząc pomieszczenia, czy wykonując wiele innych drobnych czynności bez których tego festiwalu by nie było. W pomoc zaangażowali się również mieszkańcy Rudnik, jak Andrzej, który drugi rok z rzędu pełnił funkcje parkingowego, czy Krzysiek, który „poprawiał” dachy i był prawdziwą złotą rączką. Radikal Guru, fot. R. Cybulski NIEOCZEKIWANE ODKRYCIE W tym roku przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu choć pierwsze weekendy wspólnych spotkań w Rudnikach były jeszcze dość leniwe. Jednak im bliżej było godziny „0” tym prace nabierały większego tempa. A roboty tym razem było sporo, bo kompletnej przebudowie uległa scena, która tym razem była usytuowana nie przed domem, lecz w salonie pomennonickiej rudery. W tym celu jedna ze ścian została wyburzona, a tynki z pozostałych skute. Co ciekawe ekipa remontowa pod wodzą Macieja „Ślimaka” Baczy dokonała sensacyjnego odkrycia. Sufit pokryty był tapetami, które przyklejone zostały na podkładzie z XIX-wiecznych gazet, wydawanych w ówczesnym Marienwerder, w słynnej drukarni Kanterów. Wiele z nich zachowała się w niezłym stanie, a wszystkie zostały już przekazane Pracowni Regionalnej Kwidzyńskiego Centrum Kultury. Jedna z nich jest nawet prezentowana na wystawie, którą obecnie można oglądać w kwidzyńskiej Czarnej Sali. W ostatnich dniach przed festiwalem spora grupa wolontariuszy nocowała już w Rudnikach rozstawiając namioty i zajmując się mnóstwem innych rzeczy, które pozostały do wykonania na ostatnią chwilę. Rąk do pomocy też było jednak coraz więcej. Dołączyli np. Przemek Olszewski, Karolina Gosik, Kamil Jabłko Jabłoński, troje 18-latków, uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Rafał Cybulski 185 - Usłyszeliśmy, że można pomóc organizacji festiwalu i po prostu się zdecydowaliśmy, a teraz nie żałujemy, bo dzięki temu bierzemy udział w czymś naprawdę wspaniałym - już w trakcie festiwalu z wypiekami na twarzy opowiadał Przemek. To dzięki takim ludziom wszystko udało się zrobić na czas, a organizatorzy szczególnie dumni byli z zaimprowizowanej na tyłach domu łaźni. Do dyspozycji festiwalowiczów było kilka umywalek i dwa prysznice z wodą, która została doprowadzona bezpośred- nio Z Liwy (bo W gospodarstwie nie Skadyktator,fot.R. Cybulski ma bieżącej wody) za pomocą pompy i systemu węży, które odpowiednio podłączył festiwalowy hydraulik, Patryk Jurkiewicz. NIE TYLKO MUZYKA W tym roku godzina „0” wybiła 8 lipca, tuż po 16. Jako pierwszy na scenie pojawił się kwidzyńsko-prabucki zespół aEro, a potem, w trakcie trzech kolejnych dni na scenie zaprezentowało się jeszcze kilkunastu wykonawców. - W tym roku układając program postanowiliśmy podzielić go na bloki tematyczne, dlatego każdego dnia można było posłuchać nieco innej gatunkowo muzyki - tłumaczy Mateusz Miller. W piątek zaczęło się od mocnego uderzenia. Tego dnia dominowała muzyka rockowa i alternatywna, a z kilku występując tego dnia kapel największe brawa zebrał Szerwony Abodus. Sztumska kapela wyszła na scenę w trudnym momencie, gdy niebo zasnuły czarne chmury, a wiatr złowrogo zaczął kołysać drzewami. Zanosiło się na potężną burzę, ale żywiołowy występ w jakiś sposób powstrzymał naturę. Wielkie brawa należą się zwłaszcza kolorowej wokalistce Oli, która wprowadziła widzów w prawdziwą ekstazę. - Cieszymy się, że się wam podobało, ale my też kochamy tu występować - mówił zaraz po koncercie „Rogaś”, perkusista sztumskiej kapeli. Za to w sobotę było tanecznie, bo w rytmach reggae, ska czy dub. Tego dnia widzom do gustu bardzo przypadła trójmiejska formacja Majestic, ale największym hitem okazał się koncert Ska Dyktatora i jego kosmicznego combo. Wokalista z algierskimi korzeniami doprowadził festiwalowiczów do prawdziwego szaleństwa. - Dla mnie to też było spore zaskoczenie, bo wcześniej go nie słyszałem. Polecili go nam chyba chłopacy ze Sztumu i to był strzał w dziesiątkę - komentuje Mateusz Miller. 186 Raz do roku w Rudnikach W niedzielę, na zakończenie, było już bardzo chilloutowo, a więc elektronicznie, spokojnie i ciszej niż w trakcie dwóch poprzednich dni. Największym wydarzeniem tego dnia był jednak występ dzieci, które razem z rodzicami uczestniczyły w Grassroots Festiwal. Od piątku do niedzieli brały udział w licznych zajęciach, a zwieńczeniem ich aktywności było wspólne wykonanie dziecięcego przeboju Studia Stodoła „Chcesz być eko . W ich trakcie trzydniowej imprezy odbyło się także kilka ciekawych warsztatów, w trakcie których wiele ciekawego można się było dowiedzieć o alpinizmie, trzmielach i zwierzęcej mocy, a wszyscy którzy będą potrzebowali wyciszenia będą mogli wziąć udział w warsztatach hatha jogi. W tym roku dodatkową atrakcją festiwalu była wypożyczalnia rowerów i kajaków, co nie dziwi zważywszy, że w pobliżu gospodarstwa pełno jest dróg i dróżek idealnie nadających się do turystyki rowerowej, a pobliska Liwa wprost zachęca, żeby zepchnąć do wody kajak i nieco powiosłować z czego skorzystało naprawdę wiele osób. EPILOG Kika dni po festiwalu w Piwnicy Kulturalnej odbyło się Grassroots After Party, w trakcie które organizatorzy podziękowali wszystkim zaangażowanym w to przedsięwzięcie. Wszyscy byli w świetnym humorze, bo każdy wiedział, że znów się udało. Że mała impreza organizowana w gronie znajomych znów okazała się sukcesem. Dlatego już tego dnia zapadła decyzja, że za rok znów spotkamy się w Rudnikach na trzecim Grassroots Festiwal. Zresztą tak wieszczył przed rokiem Jurek Owsiak, który bawiąc się na jednym z koncertów w Rudnikach powiedział: - Teraz już tego nie zatrzymacie... Galeria Prowincji Rafał Cybulski POLE SZTUK W RODOWIE Raz do roku, licząca ledwie dwustu mieszkańców wieś Rodowo w gm. Prabuty, zamienia się w artystyczną „metropolię”. Przez dwa tygodnie w całej wsi można tu spotkać artystów różnych specjalności i ich prace - rzeźby, obrazy, instalacje. To za ich sprawą Rodowo nazywane jest „wioską cudów”, bo, zaiste, cuda - kute w stali, czy rzeźbione w drewnie - można tu spotkać na każdym kroku. Z każdym rokiem jest ich zresztą coraz więcej, co jest zasługą studentów goszczących na dorocznym Plenerze Rzeźbiarsko-Ma-larskim „Pole sztuk”. W tym roku artystyczne spotkania w Rodowie odbyły się już po raz 26., otwierając tym samym drugie ćwierćwiecze. - Tym razem, w porywach, mieliśmy do 70 uczestników reprezentujących wszystkie artystyczne uczelnie w naszym kraju oraz studentów z Pragi - informuje prof. Mariusz Białecki z Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, który plener w Rodowie, swej rodzinnej wsi, organizuje razem z żoną Beatą, choć za pomysłodawcą imprezy uznaje się mieszkańca Rodowa Ryszarda Rabeszkę. Przede wszystkim jednak plener przekroczył kolejne granice i otworzył się na kolejne dziedziny sztuki. Do rzeźby i malarstwa, znanych w Rodowie od lat oraz fotografii, która zagościła tam stosunkowo niedawno, teraz na „Polu sztuk” zagościła literatura oraz... wytapianie metali. - W Rodowie mieliśmy już wcześniej piec węgierski do wypalania ceramiki raku, ale w tym roku studenci zbudowali piec do wytapiania metali. Mówimy tu o temperaturach od 900 do 1200 stopni, więc można uznać tegoroczny plener za festiwal wysokich temperatur - śmieje się Białecki i do-daje: Poza tym chcemy, żeby te spotkania cały czas się rozwijały, żeby następował jakiś progres. Jednak nie samymi metalami żyło w tym roku Rodowo. Podopieczni Jacka Zdybią z Pracowni Malarstwa Ściennego i Witrażu gdańskiej ASP rozpoczęli renowację malowideł pod sufitem chóru w rodowskim kościele, a liftingu doczeka się także kapliczka przy kościelnym murze. W tle pojawiły się tam ceramiczne ptaki, ale zupełnie nowy wygląd kapliczka ma zyskać dopiero za rok. Tradycyjnie odbyły się warsztaty dla dzieci i młodzieży, które poprowadzili uczestnicy pleneru, nie zabrakło też indywidualnych wystaw. Swoje rysunki satyryczne pod zbiorczym tytułem „To ja, Wiesław” prezentował Wiesław Żarczyński, a oprócz tego można było zobaczyć wystawę fotografii Stanisława Ciesielskiego. - Poza tym wielu artystów realizowało własne projekty - dodaje prof. Mariusz Białecki. Jeśli chodzi o literaturę to w trakcie pleneru promowane były Legendy Rodowa, autorstwa Mirosława Pisarkiewicza, a do tego powstała kolejna legenda. Bardzo interesujące okazało się również spotkanie z Dariuszem Bugalskim, poetą i dziennikarzem związanym z radiową „Dwójką”. W rodowskim kościele, gdzie odbyło się to spotkanie, mówił o poszukiwaniu mistrza, co wywołało gorącą i ciekawą dyskusję. Bugalski prezentował również najnowszy tomik swoich wierszy. 188 Pole Sztuk w Rodowie Uczestnicy pleneru zaangażowali się również w kolejną edycję konkursu malarsko--fotograficznego „Barwy lasu” organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Gdańsku. - Pogoda nas w tym roku nie rozpieszczała, co miało swoje dobre strony, bo uczestnicy plenery skupili się na twórczej pracy - mówi organizator i gospodarz rodowskiego pleneru. Dlatego po zakończeniu pleneru w Rodowie pozostały liczne pamiątki, np. Kapliczka Wszystkich Świętych, czyli instalacja składająca się z ogromnego dębowego pala osadzonego na granitowym cokole. Całość zdobią figurki katolickich świętych wykonane z użyciem różnego surowca, ceramiki, metalu i drewna. - Każdy artysta sam wybierał świętego, którego chciał przedstawić, a ciekawostką jest to, że instalacja jest obrotowa, więc każdy może sobie „ustawić” swojego świętego - tłumaczy Białecki. Recenzje Wojciech Boros PRZEOCZENIA, POMYŁKI Książka pełna słów. II antologia Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego, Elbląg 2016. Antologia Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego przynosi wiersze i prozę 28 autorek i autorów, z których większość jest związana obecnie z Elblągiem i Żuławami, acz wśród miejsc narodzin bohaterów tej publikacji znajdą Państwo, m.in.: Bydgoszcz, Sanok czy Międzyrzec Podlaski. To już drugi almanach w krótkiej historii (AEKL działa od września 2013 r.) tego prężnie działającego środowiska, mającego na swoim koncie m.in. coraz bardziej rozpoznawalny w kraju Festiwal Literatury „Wielorzecze”. Autorzy antologii to (w porządku alfabetycznym): W. Bladoszewski, 1. Chojnacka, Ł. Dudzińska, M. Eisler-Wrzeszcz, J. Falarz, Z. Gajewska, A. van leperen, J. Jaz, M. Jędrzejewska, A. Kopczyńska, I. Kordalska, E. Krefft, W. Leszczyński, D. Lewicka-Klucznik, K. Łyłka-Kosińska, K. Magiera, K. Mikołajczak, A. Mścicki, A. Nawrocka, A. Nowak, R. Nowakowski, W. J. Pelc, A. Peplińska, B. Perzanowska, B. Salmonowicz, A. Swo-ińska, J. Włodarska orazj. Żukowski. Pisywanie o antologiach, w przeciwieństwie do ich czytania, niesie za sobą pewne ryzyko. Czytelnik albo czytelniczka zo-stają ze swoimi wrażeniami sam na sam, czasem podzielą się nimi z kimś przy niedzielnej kawie, tudzież piątkowym piwie i tyle. Co bardziej nierozważni łub zainteresowani poszukają autorów na mieście. Z rozważaniami na marginesach przeczytanej książki, ukazującymi się w druku jest gorzej - zostają na zawsze, no albo przynajmniej do kolejnej wojny, podczas której wszystkie egzemplarze „Prowincji” ulegną zagładzie podczas bombardowań, pożarów i uzupełniania braków w zaopatrzeniu w bibułkę do papierosów, etc. Niemniej ryzyko to jest warte podjęcia, bo antologie przynoszą zawsze szeroki wachlarz potencjalnych możliwości danego ośrodka i są wyprawą na nieznane ziemie - przynajmniej dla większości z nas. Co pozostanie z tekstów wydrukowanych w Elblągu w roku 2016, kto z piszą-cych przetrwa na nietrwałej, papierowej powierzchni - czas pokaże. Są tu pomieszczeni autorzy (dziesięć osób), którzy opublikowali swoje książki (głównie tomy wierszy), ale nie tylko. Są też ci, dla których przygoda z pisaniem dopiero się 190 Recenzje zaczyna albo trwa dłuższą chwilę (osiemnaście osób). Teksty raczej krótkie i zwarte, czyta się całość dość dobrze. Brak tu szczególnych eksperymentów językowych czy szaleństw formalnych. Widać jednak, że klubowicze lekcje odrobili i nie ma tzw. „wtop”, zdarzających się w tego typu publikacjach. Może nie wszystkie teksty spełniają warunki druku w „poważnym” piśmie literackim, ale kluby takie jak AEKL są powoływane do tego, by pokazywać różne możliwości pisarskie i niekoniecznie muszą odkrywać kolejnych Tuwimów czy Szymborskie. Tym bardziej, gdy ludzie zwołują się sami na tę walkę ze światem, z której sztuka tylko czasami wychodzi zwycięsko i rzadko zostawia nas z szeroko otwartymi oczami i niepokojem w sercu, po właśnie przeczytanym utworze. Jak każdy czytający, tak i recenzent, ma swoje typy. Ja zdecydowanie postawiłbym na Kamilę Łyłkę-Kosińską, Julię Jaz, Łucję Dudzińską. Także Anna Peplińska, Anna Nawrocka, Dominika Lewicka-Klucz-nik, Krzysztof Magiera, czy jedyna w tym gronie prozaiczka, Zuzanna Gajewska, są w swoim pisaniu intrygujący. Drapieżność tekstów Łyłki-Kosińskiej, połączona z jej umiejętnością obserwacji świata i pewną językową dezynwolturą, daje bardzo dobre efekty końcowe. Julia Jaz reprezentowana tutaj przez tylko trzy wiersze zabiera nas w podróż mocno rustykalną, podszytą silną kobiecością, której patronką mogłaby być Wioletta Grzegorzewska - jestem bardzo ciekaw kolejnych wierszy Julii. Łucja Dudzińska jest już autorką rozpoznawalną, ma na swoim koncie kilka tomów wierszy i siłą rzeczy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Anny: Peplińska i Nawrocka nieco wolniej snujące swoje poetyckie nici, również pozostały w mojej czytelniczej pamięci. Obydwie często używają modnej, szerokiej frazy i wychodzą im z tego całkiem dobre historie. Dominika Lewic-ka-Klucznik, której teksty przesiąknięte są rezygnacją i wycofaniem, autorka dwóch książek poetyckich, na pewno znajdzie swojego czytelnika. Krzysztof Magiera -można powiedzieć „brat metaforyczny” Łyłki-Kosińskiej - także nie boi się mocnych obrazów i umie „ładnie” je zrobić. Ma przed sobą przyszłość. I tak jak w przypadku Kamili powoli zastanawiałbym się nad dążeniem ku debiutanckiemu tomowi wierszy. Z prozy samotna Zuzanna Gajewska z jej całkiem ciekawymi próbami gier językowych, w krótkich czytelnych obrazach, będących innym oddechem, po wyprawie w poezję. Tych, których tutaj akurat nie wymieniłem, a są w „Książce pełnej słów”, pozostawiam szczególnej Państwa uwadze. Bo na pewno ktoś czai się w cieniu i wkrótce z niego wyjdzie. Pamiętajcie, że recenzenci są tylko ludźmi i najpiękniejszymi dniami w ich życiu, są te w których muszą się przyznać do przeoczenia, pomyłki. Na pewno potencjał drzemiący w elbląskim klubie jest wielki, co widać po ich zaangażowaniu w kolejne działania. Pozostaje mi życzyć im dotarcia do trzeciej antologii, a Wam -drodzy Czytelnicy, niebanalnej lektury. Recenzje 191 Jan Chłosta MAZURSKIE KLIMATY Joanna Wańkowska-Sobiesiak, Mazurska saga/Masurische Sagę, wydanie dwujęzyczne, przekład na język niemiecki A. Schmeier, Olsztyn 2015, s. 215. Wbrew tytułowi nie jest to jedna saga mazurska, lecz książka zawiera trzy opowieści o ludziach z południowych krańców Mazur. Autorka zawarła w tej dziewiątej z kolei swojej książce, a piątej poświęconej mniejszościom narodowym, losy potomków rodzin Wlotzkich-Wy-lengowskich, Bilitewskich i Maćków. Ich przodkowie pisali jeszcze swoje nazwiska inaczej, bo Włócki bądź niekiedy Wylę-gowski. Krótki życiorys Krystiana Włóc-kiego zawarł nawet w swoim słowniku Tadeusz Oracki i zwrócił uwagę na wiersze religijne i obrzędowe Włóckiego w opracowaniu o piśmiennictwie ludowym Warmii i Mazur1. Rodowody wszystkich bohaterów wywodzą się z powiatów nidzickiego i szczy-cieńskiego. Większość z nich, mimo trudnych przeżyć, poniżeń i ostracyzmu ze strony przybyłych osadników, decydowali się pozostać w Polsce. Nie było im tu łatwo. Trwali jednak z uporem na ojcowiźnie. Mimo tego nikt nie potwierdzał potrzeby kontynuowania więzi duchowych ze swoimi antenatami. Często byli spychani na margines życia publicznego, nie akceptowano ich poczucia odpowiedzialności za wypracowaną przez przodków własności i dobro, także przywiązania do ziemi urodzenia, może też z obawy przed trudności zakorzenienia tam na zachodzie w zupełnie innych warunkach. Chwytali się różnych zajęć, także w rolnictwie. Tak można napisać o Albercie Wylengowskim i Karolu Bilitewskim. Łatwiej było po 1989 roku, kiedy bardziej ceniono pracowitość i rzetelność zamieszkałych tu ludzi bez względu na rodowód. Autorka starała się losy poszczególnych bohaterów wzbogacać przywołaniem zapisów historyków i socjologów. Najczęściej cytuje w swojej książce opracowania profesora Andrzeja Saksona, ale też sięgała do autentycznych dokumentów archiwalnych zawartych w wyborze „Warmiacy i Mazurzy w PRL” przygotowanym do druku i wydanym w 1994 roku 1 T. Oracki, Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla XIX XX wieku (do 1945 roku), Warszawa 1983, s. 331; tenże, Rozmówiłbym kamień... Z dziejów literatury ludowej oraz piśmiennictwa regionalnego Warmii i Mazur w XIX i XX wieku, Warszawa, s. 268. 192 Recenzje przez Tadeusza Baryłę2. Czym innym są jednak przedstawione przeżycia ludzi wymienionych z imienia i nazwiska, niż opisy w opracowaniu urzędników w raportach, zawsze suche, niekiedy też obojętne. Wartość tej książki dostrzegam nade wszystkim w autentycznym opisaniu przeżyć ludzi, nie tych z pierwszych stron gazet, lecz bardziej stojących na uboczu, w minionych siedemdziesięciu latach, ich zrealizowane pragnienia, także uwarunkowania, które stały na przeszkodzie w ich osiągnięciu, również z powodów politycznych. Część z tych ludzi nie identyfikowała się z nową władzą. Starali się przechować nakazy przodków. Nie rozumieli wprowadzonych tendencji o poza ekonomicznych czynnikach rozwoju gospodarczego tej ziemi. Była w nich jednak troska o zachowanie tego, co pozostało po przodkach, także o ich groby. Mnie w sposób szczególny zainteresowały losy rodziny z Tyłkowa, opowiedziane przez Karola Bilitewskiego. Jego przodkowie wywodzili się z Warmii. Na pewno dziadek Franciszek, jak i jego brat ks. dr Robert Bilitewski (1859-1935), pochodzili z podolsztyńskich Patryk, byli synami Józefa z zawodu piekarza, ale też właściciela większego gospodarstwa rolnego. Ksiądz Bilitewski ukończył studia teologiczne w Rzymie, był związany z Kolegium Polskim, stąd po powrocie na Warmię jego zaangażowanie w obronę języka polskiego na południowej Warmii i konflikt z biskupem Andrzejem Thielem, co spowodowało w 1903 roku usunięcie ks. Roberta z parafii w Gryźlinach i zesłanie go w niemieckie rejony diecezji do Wilczkowa pod Dobrym Miastem, aby nie mógł łączyć swojej aktywności z ruchem polskim. Tymczasem 2 Warmiacy i Mazurzy w PRL. Wybór dokumentów. Rok 194S. Przygotował do druku T. Baryła, Olsztyn 1994. dziadek Karola, Franciszek został właścicielem młyna w Tylkowie. Po jego śmierci młyn objął ojciec Karola. Alfons, ożeniony również z Warmianką z niemieckiej części tej krainy, Elżbietą Zimmermann (podobnie jak jego dziadek Józef, bo jego żona była córką organisty Hasego ze Świątek). Dopowiadam to wszystko, bo Karol Bilitewski z tego się nie zwierzył autorce książki. Czy nie chciał? A może nie wiedział? Losy Warmiaka Karola Bilitewskiego po wkroczeniu Rosjan na te ziemie były nie mniej dramatyczne od innych mieszkańców tych ziem. Ukończył zaledwie ósmy rok życia, kiedy jego ojca NKWD włączyło do wciąż powiększanej w tym rejonie gromadki deportowanych do pracy w głąb Rosji. Nie dojechał transportem do miejsca przeznaczenia, zmarł w trakcie drogi w bydlęcym wagonie i tak jak innych, którzy zakończyli w ten sposób życie, współtowarzysze niedoli pozostawili zmarłego na miejscu w czasie jednego z postojów obok torów. Przy okazji Karol Bilitewski pominął również losy swego stryja Pawła, młodszego o 6 lat od Alfonsa, księdza Pawła Bilitewskiego urodzonego 24 kwietnia 1903 roku w Tylkowie, który był jezuitą, potem stał się księdzem diecezji warmińskiej, duszpasterzował na pruskiej Litwie w Robkojen, potem w Świątkach, skąd pochodziła jego babcia, od 27 listopada 1944 roku niósł posługę religijną w samym Olsztynie i był przypisany do parafii św. Jakuba, już 18 lutego 1945 roku został deportowany w głąb Rosji sowieckiej skąd już nie powrócił. Zmarł gdzieś za Uralem 5 kwietnia 1945 roku, o czym napisał ks. Bruno Schwark w książce, poświęconej zmarłym księżom katolickim z diecezji warmińskiej w drugiej wojnie światowej'. ' B. Schwark, Ihr Name lebt. Ermlandische Priester in Leben, Leid und Tod. Osnabriick 1958, s. 21. Recenzje 193 Karol pozostał więc z matką i siostrą Ewą w Tylkowie. Władze nowej Polski pozbawiły rodzinę na jakiś czas młyna. Matka mająca trudności ze zdobyciem pożywienia przekazała chłopca do domu dziecka. Przebywał najpierw w Olsztynie, potem w Ostródzie, gdzie też panował niedostatek. Często był głodny. W następnych latach ukończył średnią szkołę. Założył tu rodzinę. W jakimś momencie przejął młyn, ukończył zaocznie studia rolnicze. Znosił różnego rodzaju upokorzenia, ale przed wyjazdem na zachód powstrzymywał go młyn, własność jego przodków, którego mimo nalegań władz PRL nie chciał się zrzec. Korzystne zmiany w rolnictwie nastąpiły w latach dziewięćdziesiątych. Bilitewski zaangażował się w działania Związku Towarzystw Niemieckich. Należał do wzorowych gospodarzy, za co go wielokrotnie władze polskie wyróżniały odznaczeniami. Pragnę zwrócić uwagę na kilka drobnych uchybień, które znalazły się w tej książce: na s. 8 przyjmuje się, że w obozach pracy na terenie Związku radzieckiego przebywało do 40 tysięcy mężczyzn i kobiet, właściwie dziewcząt z Prus Wschodnich, a nie kilka tysięcy; na s. 50 nieporozumieniem jest łączenie druku jarmarcznego o zabobonach i bezbożnych wierzeniach „Jakuba Turowskiego Klucz do bardzo ważnych Tajemnic” z ruchem gromadkarskim. Zawierał on przepowiednie i wróżby. Z tego powodu był zwalczany przez księży ewangelickich w kościele. O tym autorka nie napisała. Seweryn Pieniężny w 1937 roku z powodów merkantylnych, wydał tę dwuarkuszową książkę w swojej drukarni. Sam tekst „Klucza” ze wstępem wprowadzającym do tego rodzaju piśmiennictwa pióra Pawła Błażewicza, wydrukował w 2008 roku Waldemar Mierzwa w utworzonej przed laty interesującej Mojej Bibliotece Mazurskiej4; na s. 131-132 Melchior Wańkowicz nie rozmawiał w 1935 roku z pastorem w Pasymiu, lecz z księdzem katolickim Józefem Barczewskim miejscowym proboszczem, którego stryjem był brąswałdzki duszpasterz ks. Walenty Barczewski; na s. 190 należało sprostować błędną datę Hołdu Pruskiego w Krakowie, wymienioną przez Bernarda Macka, hołdu złożonego królowi Polski przez Albrechta Brandenburskiego, nie w 1520, lecz w 1525 roku. Można mieć zastrzeżenia do Autorki, że nie wyjaśniła tego, co bohaterowie jej książki rozumieli pod pojęciem język mazurski. Takiego języka przecież nie ma. W języku polskim jest gwara bądź dialekt mazurski i do tego z określonymi cechami jak m. in. mazurzenie, które odróżnia tę gwarę od Warmii. Piszę o tym dlatego, że w piśmiennictwie niemieckim napotkać można paradoksalne określenia w rodzaju, że na Warmii, zamiast gwarą warmińską, ludzie posługiwali się językiem mazurskim, a wszystko dlatego, żeby nie łączyć tej gwary z językiem polskim. Oczywiście te, w większości drobne, uchybienia nie podważają wartości książki Joanny Wańkowskiej-Sobiesiak. Stanowi ona ważną pozycję w piśmiennictwie o Mazurach po 1945 roku. Książka została bogato ilustrowana wieloma fotografiami historycznymi i współczesnymi. Zamieszczono w niej także polsko-niemieckie nazwy miejscowości. Trzeba koniecznie po nią sięgnąć. 4 Jakuba Turowskiego Klucz do bardzo ważnych Tajemnic. Opracował P. Błażewicz, w: M.P. Toeppen, Wierzenia mazurskie. Przekład E. Piltzówny, językowo opracował i uwspółcześnił T. Ostojski. Wstępami poprzedzili: A. Szyfer, W. Ogrodziński, Dąbrówno, 2008, s. 186-219. 194 Konkurs I OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI IM. STANISŁAWA FILIPOWICZA REGULAMIN Patron konkursu Stanisław Filipowicz (ur. 1934 w Wilnie, zm. 3 czerwca 1996 w Dzierzgoniu). Z zawodu był nauczycielem wychowania fizycznego. Pracował w szkole, w domu dziecka, na Politechnice Gdańskiej jako laborant i w klubach sportowych na etacie trenera lekkiej atletyki. W latach 1949/52 był więźniem polityczny oskarżonym o próbę obalenia ustroju. Wiatach 1976/86 kierował Dzierzgońskim Ośrodkiem Kultury w Dzierzgoniu. Organizował m.in., Ogólnopolskie Spotkania Literackie, na których młodzi poeci konfrontowali swoje postawy twórcze. Był członkiem gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich oraz funkcjonującego do 1990 r. Klubu Literackiego Elbląskiego Towarzystwa Kulturalnego. Był laureatem wielu konkursów poetyckich i prozatorskich w kraju i za granicą. W 1992 roku otrzymał II nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Literackim im. Marka Hłaski w Wiedniu. Debiutował w 1968 roku opowiadaniem Powiedz jaka jest prawda. Był autorem siedmiu książek poetyckich: Buty z podłogą (1981 r.), Lot i kara (1984 r.), Po amputacji (1991 r.), Zamiast antyfony (1992 r.), Blues na cztery ręce (1992 r.), Etiudy wileńskie (1993 r.), Razem dotykamy ciemności (1998, pośmiertnie). Opublikował również zbiór opowiadań Infekcja w raju (1994) i powieść Życie bez Marii (1993) - historię człowieka, który ciężko doświadczony losem poszukuje drogi do normalnego życia Organizator Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich Taka Gmina w Sztumie i Kwartalnik społeczno-kulturalny Dolnego Powiśla i Żuław „Prowincja”. Zasady: Uczestnikiem może być poeta, który w terminie do 30 października 2016 r. nadeśle zestaw pięciu wierszy, niepublikowanych w wydawnictwach zwartych i czasopismach ogólnopolskich (papierowych i elektronicznych) oraz nienagrodzonych w innych konkursach. Nadsyłane prace powinny być napisane w języku polskim. Organizatorzy nie ograniczają tematyki wierszy. Zestawy wierszy zgłaszanych do konkursu -w postaci maszynopisu, wydruku komputerowego, ewentualnie czytelnego rękopisu - należy nadsyłać w trzech egzemplarzach na papierze o formacie A4 na adres: Redakcja Kwartalnika „Prowincja”, 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10 Nadsyłane na konkurs teksty powinny być opatrzone godłem (pseudonimem). Imię, nazwisko, dokładny adres autora oraz numer telefonu kontaktowego lub adres mailowy należy umieścić w osobnej kopercie, opatrzonej takim samym godłem i dołączyć do zestawu wierszy. Każdy uczestnik konkursu może nadesłać tylko jeden zestaw wierszy. Na kopercie z nadsyłanymi na konkurs pracami powinien znaleźć się dopisek „Konkurs poetycki”. Nagrody: Prace nadesłane na konkurs oceniać będzie powołane przez organizatorów profesjonalne jury złożone z krytyków literackich, poetów i przedstawicieli organizatora. Przewiduje się trzy główne nagrody i trzy wyróżnienia, a także nagrodę specjalną za wiersz poświęcony Dzierzgoniowi. Patronat honorowy Mieczysław Struk, Marszałek Województwa Pomorskiego Wojciech Cymerys, Starosta sztumski Elżbieta Domańska, Burmistrza Dzierzgonia 195 IV FESTIWAL LITERATURY WIELORZECZE ELBLĄG, 23-25 WRZEŚNIA 2016 Piątek 23 września 10.00- 13.00 Warsztaty literackie z Wojciechem Borosem - Zespół Szkół Pijarskich 10.00-14.00 Gra miejska (Artur Miścicki), happeningi (Zuzanna Gajewska), akcje - nieakcje, reakcje, prowokacje (przestrzeń Starego Miasta) 14.00-15.00 Reąuiem dla niezapominajki - wernisaż wystawy malarskiej Romany Klinkosz. Koncert integracyjny. Prowadzi Artur Miścicki (Biblioteka Elbląska) 16.00 Otwarcie Festiwalu - Scena przy stoliku - Autoreverse Krzysztof Bizio (Teatr im. Aleksandra Sewruka) 17.30 Spotkanie autorskie z Mirką Szychowiak. Prowadzi Wojciech Jacek Pelc (Teatr) 19.00 Promocja kwartalnika Prowincja (Pub Sąsiedzi, 1 Maja 48) 20.00 Konfrontacja na dwa głosy - Patryk Zimny - Marek Czuku. Prowadzi Kamila Łyłka-Kosińska (Pub Sąsiedzi) 21.00 Rockorzecze - Koncert Zorro. Fumez (Pub Sąsiedzi) Sobota 24 września 10.00-13.00 Warsztaty literackie z Mirką Szychowiak (Biblioteka Elbląska) 12.00-14.00 Interaktywna wystawa i warsztaty malarskie. Prowadzi Romana Klinkosz (Biblioteka Elbląska) 15.00 Mumu humu i inne Drzazgi... - spotkanie z Marcinem Orlińskim. Prowadzi Wojciech Boros (Muzeum Archeologiczno-Historyczne, bulwar Zygmunta Augusta 11) 16.00 Jak Zwał tak Zwał - spotkanie ze Sławomirem Shutym. Prowadzi Piotr Mosoń (Muzeum) 18.00 Wernisaż wystawy fotografii Wiesława Leszczyńskiego (Biblioteka Elbląska) 18.30 Dla Ciała i dla Słowa - biesiada poetycka (Biblioteka Elbląska) 18.30 Książka pełna słów - promocja Antologii AEKL. Prowadzą Arco van leperen i Krzysztof Magiera 19.30 Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki: nowy oddech? Wokół „Kochanki Norwida" i „Nie dam ci siebie w żadnej postaci" - wykład Karola Samsela 20.30 Turniej Jednego Wiersza o Nagrodę Ministra Gospodarki Wielorzecznej. Prowadzą Marta Eisler-Wrzeszcz i Dominika Lewicka-Klucznik 21.00 Koncert zespołu BAiKa Niedziela 25 września (Hotel Elbląg, ul. Stary Rynek 54-59) 12.30 Debiuty 2016 - Kamila Łyłka-Kosińska - Justyna Koronkiewicz - Wojciech Jacek Pelc. Prowadzi Łucja Dudzińska 13.30 Nie taka Mała Zagłada - spotkanie z Anną Janko. Prowadzi Bogumiła Salmono-wicz Błogosfera? Nowa jakość literatury? - Jacobe Majnsztajn - Urszula Witkowska -Zuzanna Gajewska 15.00 16.00 Zamknięcie Festiwalu - Duodram poetycki Dorota Nowak i Artur Miścicki Projekt „IV Festiwal Literatury Wielorzecze” został dofinansowany ze środków Urzędu Miasta Elbląg oraz dobrowolnych składek darczyńców 196 SWOJSKIE KLIMATY To miejsce na ciekawe zdjęcia z naszych prowincjonalnych peryferii, zdjęcia śmieszne, intrygujące, irytujące, prowokujące, miłe, sympatyczne i niebanalne. Zapraszamy naszych Czytelników do aktywności, bo dziś telefon ma wiele funkcji i nie tylko służy do rozmowy, choć zdjęcia wykonywane za pomocą telefonu, także mogą być jakąś formą komunikacji. Na początek publikujemy zdjęcia Marii Stokowskiej z Ryjewa, która uchwyciła kawałek Piekła, w gminie Sztum, żeby było jasne. Noty o autorach Marek Adamiec - ur. 1956, historyk literatury i kultury XIX i XX wieku. Ważniejsze publikacje: Oni i Norwid. Problemy odbioru twórczości Cypriana Norwida w latach 1840-1883 (1991), Bez namaszczenia. Książki i literatura polska (1995), „Cień wielkiej tajemnicy...". Norwid, Grabiński, Leśmian, Tyrmand, Mackiewicz, Herbert, Vincenz...(199S), Dzieło literackie w Sieci. Pomysły, hipotezy i interpretacje z pogranicza wiedzy o literaturze, kultury masowej i współczesnej technologii (2004). Publikacje m.in. w Pamiętnik Literacki, Studia Norwidiana, Kultura (Paryż), Ex Libris, Kresy. Kwartalnik Literacki, Punkt, Podpunkt, Tytuł, Twórczość, Odra, Przegląd Polityczny. Realizuje projekt autorski: Literatura polska w Internecie, którego częścią jest Wirtualna Biblioteka Literatury Polskiej: http://monika.univ.gda.pl/~literat/bo-oks.htm#books. Dzięki Andrzejowi Grzybowi miłośnik Kociewia. Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Wojciech Boros - ur. w 1973 r. w Gdańsku, poeta. Zdobywca „Czerwonej Róży” (1996). Stypendysta: Marszałka Województwa Pomorskiego (kilkakrotnie), Prezydenta M. Gdańska (2008) oraz Baltic Centre for Writers and Translators (Szwecja, 2012). W 2013 r. otrzymał Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w Dziedzinie Kultury. W 2013-2014 r. wziął udział w austriacko-polskim projekcie artystycznym Josefa Trattnera „SOFA. Polnische sofafahrte-n/Z sofą po Polsce”. Jego wiersze były tłumaczone na język niemiecki, czeski, angielski i białoruski. Wydał tomy: Nierealit górski (1997), Jasne i Pełne (2003), Złe zamiary (2008), Pies i Pan (2014) oraz audiobook Pusta noc (2012). Redaktor działu poezji w kwartalniku Bliza (od 2009 r.), stały współpracownik dwumiesięcznika literackiego Autograf. Adam Chęć - ur. 1970 r. w Malborku, dr nauk humanistycznych, archeolog, studiował i pracował w Toruniu (Instytut Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika - lata 1990-2013), główne zainteresowania badawcze: kultura materialna i duchowa późnego średniowiecza, dzieje, gospodarka i architektura zakonu krzyżackiego; pasjonat turystyki, muzyki i historii lokalnej; przewodnik i pilot turystyczny. Mieszka w Malborku. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-199S') leksykonów (Słownik Warmiij, prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych oraz wspomnień Karty z mego życia (2016). Marta Chmiełińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego, Radia Malbork, Gazety Malborskiej i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku. Rafał Cybulski - dziennikarz Dziennika Bałtyckiego, mieszka w Kwidzynie. Cezary Dobies - ur. 1971 w Żurominie, poeta, pisarz. Ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Mieszka w Paryżu. Opublikował m.in. Portret okienny z chleba (Toruń 2001), Joannie. Księga wejścia (Toruń 2005), Księga imion. Podróż literacka przez Biblię oraz opowieści o współczesnych ludziach (Toruń 2010), Lęki i leki. Trzynaście 198 Noty o autorach wiersz oraz sto siedemdziesiąt aforyzmów (Toruń 2013), Wahadło w zegarze i inne zwątpienia (Paryż 2013) - wydanie dwujęzyczne, Łańcuch. Myśli powiązane (Toruń 2016). Tamara Frączkowska - ur. w 1955 roku. Absolwentka Liceum Ogólnokształcące im. St. Dubois i Państwową Szkolę Muzyczną II stopnia im. G. Bacewicz w Koszalinie. Inżynier budownictwa (Politechnika Gdańska Wydział Budownictwa Lądowego), studia podyplomowe na Wydziale Ochrony Środowiska i Rybactwa na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Pracowała w Urzędzie Miejskim w Elblągu, obecnie na emeryturze. Największą pasją jest idea wędrowania Drogami św. Jakuba, otwartymi dla każdego, łączącymi ludzi różnych wyznań i kultur. Swoją pasję realizuje poprzez wędrowanie Drogami św. Jakuba (w Hiszpanii i Polsce) i propagowaniem tej idei poprzez prowadzenie Elbąskiego Klubu Przyjaciół Pomorskiej Drogi św. Jakuba. Krzysztof Hajbowicz - ur. w 1961 w Szczecinku, wychowany samopas w Borach Tucholskich. Dziennikarz z zewnętrznego przymusu (pracował m.in dla Agory, pism katolickich i regionalnych po lokalne), teatralnik po Centralnym Ośrodku Metodyki i Upowszechniania Kultury Dorosłych w Warszawie. Ćwierć poeta i półliterat, lokalny europejski globtroter bez rodzinnych korzeni i przystani. Obiecywał sobie, jeżdżąc do mądrych szkół pociągiem z Kołobrzegu przez Malbork, że kiedyś wysiądzie i zwiedzi zamek. Wysiadł pięć lat temu i został. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, ukończył historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu oraz Niepublicznym Gimnazjum w Sztumie. Katarzyna Laskowska - ur. w 1987 r., absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim, obecnie doktorantka tej uczelni. Pracuje w LO w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Małgorzata Łukianow - doktorantka w Polskiej Akademii Nauk, zajmuje się tematyką pamięci zbiorowej oraz regionalizmu na Powiślu. W szczególności interesuje ją historia mówiona oraz lokalne mikro-historie. Prowadzi badania na temat powojennych przesiedleń i migracji na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Autorka artykułów naukowych i popularno--naukowych o tej tematyce. Krzysztof Magiera - poeta, członek elbląskiego Alternatywnego Klubu Literackiego. Pisze o sobie tak: urodzony w niepiśmiennej rodzinie, zamieszkującej przedmieścia Algieru. Po niezwykle chaotycznych i nigdy nie ukończonych studiach imał się przeróżnych zajęć. Rutyna pracy dawała mu się we znaki, przez co zmuszony był prowadzić życie niespokojne i nieuporządkowane. Agnieszka Michajłow - dziennikarka i prawniczka, absolwentka dyplomacji na SGH w Warszawie. Od 20 lat zajmuje się dziennikarstwem politycznym. Autorka codziennych Noty o autorach 199 wywiadów w Radiu Gdańsk, audycji politycznych w Telewizji Polskiej. Współpracowała z BBC, Agencją Filmową Profilm, Rzeczpospolitą i Press. Wykładowca akademicki w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, na Uniwersytecie Gdańskim, w Wyższej Szkole Bankowej i w Szkole Wyższej Ateneum w Gdańsku. Prezes Fundacji Rozwoju Integracji Społecznej Akces, która współorganizuje festiwal twórczości osób niepełnosprawnych. Dziennikarka Radia Gdańsk. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Aleksandra Paprot - ur. 1988 w Malborku. Etnolog i kulturoznawca, doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członkini Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Zajmuje się problematyką kreowania współczesnych tożsamości regionalnych oraz lokalnych, a także polityką regionalną, kulturalną i dziedzictwem kulturowym na Ziemiach Zachodnich i Północnych (ze szczególnym uwzględnieniem Żuław i Powiśla). Interesuje się także mechanizmami tworzenia nowych tradycji w regionach o przerwanej ciągłości kulturowej. Wiceprezeska Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy”. Piotr Wiesław Rudzki - ur. w 1977 r. w Warszawie. Dokumentalista, poeta, prozaiki działacz kulturalny. Absolwent UKSW w Warszawie (teologia z dziennikarstwem), UG w Gdańsku (filologia polska) i UWM w Olsztynie (informacja naukowa). Doktorant w Katedrze Kulturoznawstwa UG w Gdańsku. Autor arkusza poetyckiego W szafie (2014) wydanego w ramach Biblioteki „Toposu” oraz tomików W niepokoju (2005) i Juwenilia piotrowe (2006). Publikował w periodykach Poznaj swój kraj, Koleje małe i duże, Lampa, Autograf, Topos i Bli-za. Laureat stypendiów kulturalnych Miasta Gdańska i Sopotu oraz Fundacji im. Stanisławy Fleszarowej-Muskat (2009). Reżyser i aktor teatrzyku THE TRAINJAZZ THEATER działającego od 2011 r. przy Towarzystwie Przyjaciół Sopotu i dwumiesięczniku literackim Topos w Sopocie. Z wolnego wyboru Pomorzanin. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskie-go i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806- 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Jacek Schirmer - ur. w 1947 r. w Olsztynie. W 1971 r. ukończył studia na Wydziale Handlu Zagranicznego SGPiS (obecnie SGH) jako magister ekonomii. Pracował w Instytucie 200 Geografii PAN w Warszawie, gdzie w 1977 r. uzyskał stopień doktora nauk geograficznych. W latach 1979-1986 wykładał na Uniwersytecie Houari Boumediena w Algierze. Po powrocie do Polski kontynuował pracę w PAN. Od 1994 roku na Uniwersytecie w Liege (Belgia) -profesor i kierownik Katedry Geografii Człowieka. Obecnie na emeryturze. Mieszka w Liege. Związany rodzinnie i sentymentalnie z Ziemią Sztumską Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Ks. Jan Wiśniewski - ur. 1951 w Straszewie. Profesor zwyczajny nauk teologicznych, doktor habilitowany nauk humanistycznych w zakresie historii średniowiecza i historii nowożytnej, doktor nauk humanistycznych w zakresie nauk pomocniczych historii (archiwistyka i dyplomatyka), magister teologii w zakresie historii Kościoła. Autor wielu publikacji naukowych dotyczących między dziejów diecezji pomezańskiej. Pracował w parafiach w Ornecie, Elblągu, Sztumie, Kwidzynie, Królewie i w Ryjewie. Był wykładowcą w Warmińskim Instytucie Teologicznym w Olsztynie, Wyższym Seminarium Duchownym w Elblągu, Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, dyrektorem Pomezańskiego Instytutu Teologii dla świeckich w Elblągu i Kwidzynie, a także redaktorem Elbląskich Wiadomości Diecezjalnych, Studiów Warmińskich i Studiów Elbląskich. Mieszka w Sztumie. Michał Zarzeczny - rocznik osiemdziesiąt siedem. Prozaik - amator. Miłośnik polskiego kabaretu. Obecnie przebywa w Anglii. Dmitrij Buławka Fankidejski Karolina Tutaj Mariusz Białecki, pierwszy z lewej, organizatro plener Michał Adamówski Studentka z Czech Eva Janćekova Paw^ł Woźniakowski Mariusz Burdek i Dmitrij Buławka Fankidejski