Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2016 roku” WOHWftDIKA I BIOSU IIIIIOW FUIHIIU im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 58 301-48-1 I w. 227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLAI ŻUŁAW Nr 2 (24) 2016 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: rzeźby Mariusza Burdka Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Żakiewicz Druk: Wydawnictwo Region, ul. Gośka 8, 81-574 Gdynia Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(a)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo-biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(a)onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta czwarta „Prowincja”...................................................5 Poezja Stanisław Filipowicz.....................................................6 Katarzyna Laskowska...........................................................9 Kamila Łyłka-Kosińska........................................................11 Anna Halasz..................................................................14 Proza Grzegorz Pełczyński - Opowiadania.......................................18 Tomasz Stężała - Łowca marzeń................................................27 Juliusz Skurewicz - Przypadki podróżne.......................................36 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy........................................40 Andrzej Kasperek - Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła...............45 Janusz Ryszkowski - Już nie spadam z obłoków.................................52 Rozmowy nie tylko o prowincji Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza, rozmowa Leszka Sarnowskiego i Andrzeja Kasperka z Krzysztofem Czyżewskim, szefem Fundacji Pogranicze..................57 Wędrówki po prowincji Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz -Nowostawska słodownia na liście zabytków..............................66 Jacek Gross - W poszukiwaniu największej depresji............................69 Piotr Piesik- Tęgi Rycerz z Gościszewa.......................................72 Teodor Sejka - Szkice z lat pięćdziesiątych..................................76 Na tropach historii Janusz Ryszkowski - Opowieści sztumskiej treści 1899-1901..............82 Ks. Walenty Barczewski - Konsekracja kościoła w Benowie................92 Janusz Namenanik - Dzierzgońskie szpitalnictwo.........................96 Andrzej Lubiński - Postolin na łamach polskich gazet w latach rozbiorów.101 Adam Juźwiak - Herbarium Johanna Peila, dzieło przyrodnika sprzed wieku.108 Bogumił Wiśniewski - Oszuści i oszukani...............................112 Grażyna Wosińska - Andrzej Żelazny z Virtuti Militari...................118 Wiesław Olszewski - Wojna trzynastoletnia na Żuławach.................129 Sylwetki Stanisława Wojciechowska-Soja - Legenda Malborka z Wieży Kleszej......140 Stanisława Wojciechowska-Soja - Jak laska Aarona........................148 Marta Chmielińska-Jamroz - Żyć zgodnie ze swoim sumieniem.............151 Andrzej Kasperek - Jazz-Band Fila wciąż gra...........................157 Muzyka Wacław Bielecki - Zapiski melomana....................................159 Andrzej Kasperek - Koncerty w Żuławskim Ośrodku Kultury...............165 Galeria Prowincji Można więcej niż można, z Marcinem Burdkiem rozmawia Justyna Walas......169 Recenzje Janusz Ryszkowski - Mój regał podręczny...............................172 Tomasz Stężała - Strach mieszkać w Elblągu i zbierać cenne dokumenty....175 Leszek Sarnowski - Lokalne historie...................................176 Justyna Czernicka - W śmiertelnym wirze...............................178 Krystian Zdziennicki - Szkolne historie z mierzei.....................180 Konkurs I Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza............182 I Konkurs na Recenzję Książki Pomorskiej..............................184 Wizyta menonitów ze Szwecji...........................................185 Noty o autorach........................................................ 187 DWUDZIESTA CZWARTA „PROWINCJA” Szanowni Państwo, nadchodzące lato nie zwalnia nas z obowiązku czytania. A zatem kolejna dawka słowa drukowanego na letnią kanikułę. Dużo poezji, bo ona zawsze daje ukojenie, nawet jeśli czasem rany rozdrapie. Tym razem Katarzyna Laskowska, Kamila Łyłka-Kosińska, Anna Ha-lasz i niezapomniany Stanisław Filipowicz, dzierzgoński poeta, którego, w dwudziestą rocznicę śmierci, wspominamy także tekstem Janusza Ryszkowskiego. Choć profesor Grzegorz Pełczyński nie jest prozatorskim debiutantem, to u nas debiutuje... Ponadto znani nam już Tomasz Stężała, Juliusz Skurewicz i Andrzej Kasperek, który tym razem, już jako świeżo wypromowany doktor nauk humanistycznych, analizuje prozę Marka Stokowskiego. Andrzej C. Leszczyński tym razem o arystokratyzmie, samotności, dialogu, micie i „olbrzymie, który wywołuje respekt”, czyli Czesławie Miłoszu. Z okazji ćwierćwiecza Fundacji - Ośrodka Pogranicza w Sejnach, zaprzyjaźnionej prowincji, przypominamy wielkie dzieło Krzysztofa i Małgorzaty Czyżewskich oraz Bożeny i Wojtka Szro-ederów. Piotr Piesik w poszukiwaniu chłodu i słodu udał się do browaru w Gościszewie, by sprawdzić, jak rodzinny browar uchował się na wolnym rynku w ciągu ćwierćwiecza, a Jacek Gross robi rewolucję na Żuławach, pogłębiając miejscową depresję. Teodor Sejka wspomina lata pięćdziesiąte w Benowie, a Bartek Busz z Joanną Skopczyńską-Pudełko odnotowują fakt wpisania słodowni w Nowym Stawie na listę zabytków, oby z dobrym skutkiem dla obiektu. Wiesław Olszewski przypomina, że w tym roku obchodzimy 550 rocznicę wojny trzynastoletnia, która miała ważne konsekwencje dla Żuław i Dolnego Powiśla. Janusz Ryszkowski snuje sztumskie opowieści przy okazji 600-lecia grodu, Janusz Namenanik przypomina dzieje dzierzgońskiego szpitalnictwa, a Andrzej Lubiński Postolin w czasach rozbiorów. Adam Juźwiak z zamku w Kwidzynie przypomina unikatowe dzieło przyrodnika Johanna Peila, a Bogumił Wiśniewski oszustów sprzed epoki. Kontynuujemy nasze opowieści o żołnierzach niezłomnych, tym razem o Andrzeju Żelaznym z Elbląga pisze Grażyna Wosińska. Marta Chmielińska-Jamroz wspomina Ignacego Kaję, przedwojennego policjanta, żołnierza AK, więźnia UB, który swoje stuletnie i bogate życie zakończył w Malborku. Stanisława Wojciechowska-Soja kreśli portret Macieja Kilarskiego, wybitnego artysty, konserwatora, malarza, bez którego trudno by dziś mówić o historii małborskiego zamku. O muzyce tradycyjnie Wacław Bielecki i w debiutującej w tym dziale i roli Andrzej Kasperek. Ponadto recenzje o poezji, historii i kryminale. W naszej plastycznej galerii Justyna Walas prezentuje artystę niebanalnego, Mariusza Burd-ka, górala rodem z Limanowej, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku i osiadł na Żuławach, gdzie tworzy swoje rzeźbiarskie instalacje i uczy dzieci artystycznej wrażliwości. Fragmenty Jego prac prezentujemy na III i IV stronie okładki, bo pierwsza strona tradycyjnie zarezerwowana jest dla Mariusza Stawarskiego, tym razem z latarnią morską w roli głównej. Ogłaszamy także Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Stanisława Filipowicza z nadzieją, że w dwudziestolecie śmierci tego wyjątkowego artysty uczcimy Jego pamięć, a także zachęcimy, szczególnie młodych ludzi do twórczej ekspresji. Życzymy miłej lektury w letni czas! Redakcja Poezja Stanisław Filipowicz O SOBIE trzymam się ziemi z siłą stu pięciu kilogramów coraz ciężej głową do obłoków coraz mniej nadziei więcej lat i centymetrów w pasie dedykacji dla życzliwych co to - może innym razem niech pan zostawi telefon już nie spadam w obłoków ziemi trzymam się coraz mocniej ia były mistrz podnoszenia ciężarów wiem ile ważą słowa nie napisanych wierszy * * * przez cele przeleciała amnestia porwała kryminalistów my pozostaliśmy przykuci do skały mocą politycznych wyroków sęp czas dziobie odrastającą wątrobę „Prometeusze wszystkich krajów łączcie się” Poezja 7 REPATRIACJA doganialiśmy naszą Polskę w bydlęcym wagonie wsłuchani w stukot serc i kół wyrywających się nad Wilię do miasta gdzie w Ostrej Bramie została Matka Miłosierdzia wpatrzona w puste ulicy coraz dalej od siebie wyciągnięte ramiona chwytają pustkę za plecami i ten stukot kół przyspieszający uderzenia serca jakoś żyjemy w darowanym Gdańsku choć Morze Tęsknoty jest większe i głębsze od bałtyckiego moarza nad Wilię wracamy na gołębich skrzydłach naszego smutku Pamflet na siebie nie pasowałem do żołnierskich butów -pomaszerowały dalej nie spalono mnie w Oświęcimiu nie zamrożono na Syberii nie zabito w Katyniu ciągle żyję ze szczyptą soli na jutro do pieca przyjechałem z wycieczką Orbisu 8 Poezja moją ścianą płaczu wiersz Różewicza o zagazowanej Rfce ścianą radości -nadzieja na spotkanie * * * stare baby jak kury na grzędzie przysiądą wokół trumny będą dziobać krupy pacierza potem się rozejdą hodować wnuki pelargonie w oknach szydełkami wiązać swoje potargane życie otumaniony ich szeptem zalegnę w cisz i nie wiem czy to sen będzie piękny czy podróż Poezja 9 Katarzyna Laskowska * * * dla pana prof. Feliksa Tomaszewskiego wśród równin smutku głęboki korytarz pochyla się słowo nad zwierciadłem gleb na ciężkiej ziemi z ciasnych obrączek rzeźbią kanele wiotkie palce wierzb wśród białych mgieł tkane przez sen opada welonem słowo do gleb na płaskim polu zaplata się znowu z gałązek tęsknoty kosmatych wierzb wśród smutku wierzb na smutek wierzb słowo schylone przywiera do gleb z tęsknoty wierzb z tęsknoty wierzb 10 Poezja * * * tydzień temu umarł Gdańsk pustynny lipiec potopił ulice dziś miasto paruje ja w pojedynkę szukam domu którego już nie ma jutro zabijesz mój pokój deskami z lipy z takiej trumny nic już nie wyjdzie Poezja 11 Kamila Łyłka-Kosińska FIRST AND LAST AND ALWAYS podniecają mnie dobre uczynki i zapach który zostaje długo po tym jak wychodzisz nad ranem (na kacu wolisz być sam) te kilka lat więcej też mnie podnieca i białe skarpetki nawet bez nich działasz jak ulubione piosenki sprzed 1971 nienawidzisz świata bo cię nie kocham na to jestem jeszcze za młoda rozbijasz innym butelki na głowach bo czas nie czeka aż dojrzeję NA TESTACH RORSCHACHA CIĄGLE CIĘ WIDZĘ może dłatego jestem twoim najlepszym epigonem kotem schrodringera którego głaskałbyś po grzbiecie ale nie dam się oswoić wszystko było kwestią przypadku zawisnęliśmy w czasie przeszłym niedokonanym może kiedyś ktoś coś komuś czemuś odmieni przypadkiem bycie (łokciowi, za każde spotkanie) 12 Poezja KOMPLEKS NISKICH BLOKÓW w dzieciństwie czułam się niesprawiedliwie potraktowana nasz blok kontra wille nawet szkoła była daleko i tamci z osiedla wieżowców traktowali nas jakbyśmy dojeżdżali ze wsi po lekcjach musieliśmy szybko wracać do domu rodzice nie pozwalali szlajać się po obcych klatkach latem każdy wiedział kto co ma na obiad albo czyj tata wypił piwo po pracy bo przez otwarte balkony wylatywały wszystkie historie i zapachy zimą mieliśmy najniższą górkę a jesienią krzywe drabinki za blokiem z których wypuszczaliśmy woreczki na nitkach wiosną cieszyliśmy się z trzech dni rekolekcji uczyliśmy się wesołych piosenek o tym że nie ma śmierci tylko trzy dni leżenia w grobie przy odrabianiu lekcji wpatrywałam się w trzepak za oknem i obiecywałam sobie że kiedyś wyjadę stad tak daleko jak to tylko możliwe będę miała dziesięciopiętrową willę bez balkonu zaraz przy szkole wysoką górkę i wysokie drabinki z których każdy mógłby puszczać woreczki czuję się niesprawiedliwie potraktowana jestem blok obok co prawda na czwartym piętrze ale dalej mam balkon z którego więcej słychać i widać Poezja 13 3939 KM teraz patrz jak wygląda ucieczka z szarego świata prosto do los angeles drogą 66 którą znasz z westernów patrz jak zaczyna się nasz amerykański sen z którego nie ma wybudzenia nawet jak podświadomość będzie kazała ci otwierać oczy zapadniesz się w miękki od słońca asfalt a on nie pozwoli wrócić na drogi krajowe niełatane od lat teraz patrz i trzymaj się mocno wciskam gaz nie bój się na najbliższej stacji benzynowej kupię słoneczne okulary które ukryją przerażenie wypływające z kącików oczu przy każdym wspomnieniu dawnego domu płacz route 66 jest długa i miękka zanim dojedziemy zapomnisz o tym jak ciasne było twoje łóżko teraz patrz pomarańczowe góry są coraz bliżej nie zgubimy się i nie spotkamy psychopaty który pokrzyżuje nasze plany mother road nas prowadzi mam w bagażniku gitarę one way ticket będziemy sławni jak romeo i julia chociaż im w pewnym momencie coś nie poszło u nas będzie inaczej nas nie wyreżyserował cameron i nie mamy zapłacone za śmierć teraz patrz mkniemy samotnie przez kansas znam te tereny z wielu filmów za tymi górami otwiera się california dreaming pamiętasz tę piosenkę niedługo codziennie będziemy jej słuchać nawet księżna kate nie przeżywa takiego odlotu jak my teraz william i jego europejskie maniery robiły na tobie wrażenie ale zapomnisz szybko te ckliwe pocałunki w dłonie teraz nie patrz i nie otwieraj oczu coś się pieprzy uwierz wyjdziemy z tego bez szwanku lubisz oglądać amerykańskie filmy niezależnie od zakończenia więc poczekaj na napisy końcowe czasami pojawia się po nich krótka scena i to będzie właśnie nasz czas teraz nie patrz 14 Poezja Anna Halasz W DRODZE DO EMAUS II w drodze mimo upału i chłodu z własnego wyboru z przypadku w drodze ogołocone wzgórza rażące upałem gdzie jak sęp dopada cię zwątpienie i cień pod drzewami sykomory przynoszący nadzieję w drodze przez gęste od słów targowisko z dożywotnią gwarancją bezużyteczności w promocji w drodze bez mistrza ale pod czujnym nadzorem mediów i kaznodziei poszukujący źródła logicznej argumentacji i empirycznego uzasadnienia zagubieni bezradni i ciągle w drodze Tylko gdzie to Emaus? 2011 Poezja 15 PRZEJŚCIE PRZEZ MORZE CZERWONE na pierwszym brzegu znój codzienności poczerwieniałe skaliste góry za plecami i cierpienie za morzem obietnica ale ten tu brzeg znajomy i czy naprawdę można się wyzwolić z codzienności przechodząc na drugą stronę tu rasa panów oćwicza plecy niewolników ale zaciśnięta pięść potrafi oddać cios kiedyś wywalczy wolność a zgrabna intryga krok za krokiem przybliża nas do piedestału a tam niejasna obietnica na logikę i zgodnie z doświadczeniem to tylko obietnica kiedy szukam źródła prawdy ryzykuję bo co mam do stracenia prócz uwikłania w doczesność 2011 16 Poezja POLE GARNCARZA tylko nie chodźcie przez pole garncarza nie miał serca do ziemi ani ręki do siewu a grunt kamienisty i zarośnięty wołał urabiać sobie ręce po łokcie w tłustej glinie brud za paznokciami tak samo czarny i skóra spękana na palcach ale malowane misy i dzbany od czasu do czasu dawały parę drachm i radość z podglądania zaciekawionych kobiecych spojrzeń więc nie chodźcie przez pole garncarza przepojone niewdzięcznością wzgardzonej ziemi zwiędłym zalążkiem nieszczepionej winorośli leży na uboczu daleko od głównej drogi pełne wykrotów łatwo się tam zgubić albo skręcić kark nie chodźcie przez pole garncarza odchodząc w zapomnienie sprzedał je za trzydzieści srebrników na zgubę tym co chcieli tanio wykupić ludzką krzywdę własny wstyd i wyrzuty sumienia nie chodźcie przez pole garncarza mówią o nim przeklęte sączyło krew niewinnego i oddech winowajcy nie chodźcie przez pole garncarza 2014 Poezja 17 MANUFAKTURA FARBIARZY Mistrz zabarwił na siedem sposobów rozszczepione na wodami potopu światło a gdy tylko wypogodziło się niebo dodał jeszcze cztery rodzaje błękitu przelał w krzemowe skały trochę lapisu i ultramaryny tu i tam dorzucił cynobru, umbry albo antracytu a zwyczajną zieleń przełamał grynszpanem i malachitem później pozwolił by miejscami przypiekło ją słońce przebarwiając nieco na oliwkowo domieszał trochę sepii do piasku oddzielił oberżynę od palisandru szafranem i magentą dodał blasku do pereł i łagodności do kości słoniowej a potem wszytko przygasił nieco po wierzchu szarością dnia powszedniego tym sposobem ludzie jaskiń mogli zapisywać na kamieniach opowieści o polowaniach i uwieczniać dzielnych wojowników, Rublow przyodziewał anioły w błękitno-złote szaty Rubens wypełniał ciepłem kształty swoich Gracji a Picasso zgeometryzował lubieżność panien z Avignonu potem przyszła epoka autoprezentacji pomazańców ludzkich performowanych publicznie własnym ciałem i całą paletą barw i nawet graficiarzom trafiła się okazja wyrażania siebie za wszelka cenę ludzie zachłannie zawłaszczali czas i przestrzeń ze wszystkimi jej detalami cóż robić nawet w porządnej farbiarskiej manufakturze z nadmiaru wolności w końcu zrodzi się nienasycenie tylko czy trzeba było okaleczyć tęczę 2014 Proza Grzegorz Pełczyński OPOWIADANIA MONARCHIŚCI W tym okręgu minione wybory do parlamentu przebiegły bez niespodzianek. Aczkolwiek na jeden przypadek warto zwrócić uwagę. Wśród kandydatów na posła był mianowicie Karol Leoński - nie związany z żadnym ugrupowaniem, po raz pierwszy ubiegający się o to stanowisko. W ulotce, którą osobiście rozdawał na ulicach, napisał: „Będę walczył o przywrócenie w kraju monarchii. A wraz z nią godności ludzkiej i sprawiedliwości społecznej ”. Leoński zorganizował też spotkanie dla osób zainteresowanych jego programem politycznym. W tym celu wynajął remizę strażacką. Przyszła jedna pani. - Zaczekajmy chwilę na pozostałych - zaproponował. Nikt jednak nie przyszedł. Leoński więc tej jednej zainteresowanej powiedział wszystko, co zamierzał powiedzieć tłumom. Ona zgadzała się z nim całkowicie. Na następne spotkanie prócz niej też nikt nie przybył. Potem jeszcze kilkakrotnie spotykał się z nią - z panią Aldoną - ale w kawiarni albo parku. Nadszedł wreszcie dzień wyborów. Po nim zaś dzień ogłoszenia ich wyników. Okazało się, że na Karola głosowała tylko jedna osoba. - Nie prędko będziemy mieli króla - stwierdził Karol. - Ale może ja będę miał królową. Aldona uśmiechnęła się. JEDZENIE I SZTUKA Na samotnego turystę w obcym mieście czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Przekonał się o tym Andrzej, człowiek o zainteresowaniach artystycznych. Szedł powoli nieznaną sobie ulicą, rozglądając się za restauracją. W pierwszej napotkanej pachniało piwem i kiszoną kapustą, a przy jednym ze stołów kilku podchmielonych mężczyzn dziarsko śpiewało. Andrzejowi nie spodobało się tu, toteż zaraz wyszedł. Nieopodal była restauracja „Apollo”. Andrzej zatrzymał się przy niej. Na drzwiach widniał intrygujący napis: „Jedzenie przeżyciem artystycznym”. Tutaj postanowił zjeść obiad. Gdy zajął miejsce przy stole, zjawiła się jakaś kobieta, nie wyglądająca jednak na kelnerkę. - Uprzedzam, że nasze potrawy są dziełami sztuki awangardowej - powiedziała tonem osoby przekonanej o swojej nieprzeciętności. - Bardzo się cieszę - uradował się Andrzej. - W menu... w programie mamy dziś Changement. - To brzmi interesująco. Grzegorz Pełczyński 19 Kobieta zniknęła i dość długo nie przychodziła. Wreszcie wróciła, trzymając w jednej ręce sztućce, w drugiej sołniczkę. Potem zaczęła solić Andrzeja, co nawet jakoś go wzruszyło. Lecz odrobina soli wpadła mu do oka i wywołała łzawienie. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę. Wycierając jedno oko, drugim zauważył, że artystka kieruje widelec w stronę jego policzka. W ostatnim momencie uchwycił ją za przegub ręki i w ten sposób udaremnił atak. Ale w drugiej miała ona nóż. Na szczęście on miał refleks, dzięki czemu zdołał szybko wytrącić go z jej dłoni. - Wszystko pan zepsuł - powiedziała rozżalona. - W Changement chciałam pozamieniać role: Kelnerka stałaby się gościem, gość jedzeniem. Niestety pan okazał się prostakiem. Nie zamierzał z nią w ogóle dyskutować, niezwłocznie więc opuścił dziwną restaurację. Poszedł do tej, w której nie chciał jeść przedtem - Poproszę golonkę z chrzanem, ziemniaki i kapustę kiszoną. I duże piwo - złożył zamówienie kelnerce, która przypominała ponętne damy z obrazów Rubensa. MIŁOŚNIK SENSACJI Pewnego razu wszedłem do małej księgarni przy ulicy Piekarskiej i kupiłem książkę. Zacząłem ją czytać dopiero po kilku dniach. Wtedy wypadł z niej niewielki arkusik zapisany drobnym pismem: Znalazco tego listu, właściciel księgarni od dwóch lat więzi mnie w swoim mieszkaniu za sklepem. Błagam o pomoc. Jestem u kresu wytrzymałości. Grażyna Trzaskowska Nie zastanawiając się ani chwili, pobiegłem do komisariatu policji. - Nie ma się czym przejmować — powiedział mi jakiś porucznik. — Znamy tego osobnika. To miłośnik sensacji i dlatego umieszcza w sprzedawanych książkach różne liściki, które już parę razy zmusiły nas do wszczęcia niepotrzebnego śledztwa. Ale teraz już nie dajemy się nabierać. Wracając do domu, byłem wściekły. Nastawiłem się przecież na coś zupełnie innego. Spodziewałem się, że wskutek mego doniesienia policja wtargnie do mieszkania przy ulicy Piekarskiej i uwolni nieszczęsną Trzaskowską. Że okaże się ona piękną kobietą... A tymczasem zostałem ośmieszony. Ale w domu się uspokoiłem. Książka zakupiona u tego szalonego księgarza, okazała się świetnym kryminałem. POWAŻNY I DOSTOJNY Spośród wszystkich profesorów Wydziału Filozoficznego żaden nie był tak obdarzony powagą i dostojeństwem, jak profesor Remigiusz Stępor. Gdy przechodził przez uniwersyteckie korytarze, wesoło paplający studenci milkli i skłaniali z szacunkiem głowy. Raz podczas wykładu pewna studentka zemdlała, gdyż onieśmielona przezeń, przestała na chwilę oddychać. 20 Opowiadania Profesor Stępor bynajmniej nie był z tego wszystkiego zadowolony. Wołałby wywoływać wśród bliźnich zgoła inne reakcje. Imponowali mu ludzie z wielkim poczuciem humoru, potrafiący żartować z siebie, z innych czy w ogóle. Bo też takowi mieli wielu przyjaciół i zdawali się szczęśliwsi. Czasami podejmował wręcz heroiczne wysiłki, by u kogoś wywołać śmiech. Kiedyś przeczytał w jakiejś książce kilka anegdot, nauczył się ich na pamięć i czekał aż będzie je mógł publicznie opowiedzieć. Taka okazja nadarzyła się pod koniec jednego zebrania, gdy zebrani zaczęli prowadzić całkiem prywatne rozmowy. - Szanowni państwo, uprzejmie proszę o chwilę uwagi - powiedział Stępor, po czym opowiedział wyuczoną anegdotę. I choć była naprawdę bardzo zabawna, w jego interpretacji przypominała raczej przemówienie na pogrzebie wyjątkowo zasłużonego człowieka. Innym razem przypatrywał się z ukrycia dwom studentom. - Cześć, stary durniu - rzeki jeden z nich. - Witaj pokrako - odpowiedział drugi z uśmiechem. - Co robiłeś, że masz takie przekrwione oczy? - Czytałem książkę. - Dla nieprzyzwyczajonych to zawsze męczące. Profesor zrozumiawszy na czym polega komizm tej rozmowy, postanowił przeprowadzić podobną. W tym celu wszedł do sklepu. - Cześć, stary durniu - powiedział do sprzedawcy. Sprzedawca zaczerwienił się na twarzy. - Won stąd, łobuzie! - krzyknął rozwścieczony, a jednocześnie wyciągnął spod lady gumową pałkę. I niewątpliwie nie zawahałby się jej użyć, jeśli uczony zaraz by nie wyszedł. A zatem nie miał on ani odrobiny poczucia humoru. Takim niestety się urodził. Jego żona kilkakrotnie przełaskotała całe jego ciało, nie wywołując na jego ustach nikłego nawet uśmiechu. Chcąc nie chcąc musiał się pogodzić, że jest tylko poważny i dostojny. Tymczasem na Wydziale Filozoficznym źle się działo. Dotychczasowy dziekan, choć nader dowcipny, okazał się malwersantem. W końcu przyszli po niego policjanci i wyprowadzili w kajdankach. Zastąpiła go filozofka, którą wszyscy lubili, bo się ciągle uśmiechała. Ale nikt nie wiedział, że sprawia to alkohol, który popija w dużych ilościach, które uległy zwielokrotnieniu po objęciu stanowiska. Szybko więc musiała je opuścić. - Koleżanki i koledzy, dwaj poprzedni dziekani bezspornie skompromitowali naszą uczelnię - przemawiał na zebraniu pracowników Wydziały Filozoficznego sam rektor. - Wszyscy myśleliśmy, że są mili i sympatyczni. Zresztą może tacy byli. Jednakowoż w ostateczności zabrakło im cech potrzebnych na takim stanowisku. Zabrakło powagi i dostojeństwa! Dlatego na nowego dziekana proponuje wybrać profesora Remigiusza Stępora... Rozległy się gromkie oklaski. Grzegorz Pełczyński 21 007 Uwielbia Jamesa Bonda. Każdy film o przygodach słynnego agenta brytyjskiego wywiadu wstrząsa nim - tu powinienem użyć jakiegoś przysłówka, na przykład: ogromnie albo nieprawdopodobnie. W każdym razie niezrównany 007 wydaje mu się kimś wyjątkowo bliskim. Nawet doń podobnym. On też jest agentem, chociaż nie jej królewskiej mości - może lepiej gdybym napisał: Jej Królewskiej Mości - pracuje bowiem jako agent niewielkiej firmy produkującej przyprawy. Podobnie jak Bond często podróżuje, ale nie po całym świecie, lecz po zachodniej części województwa, gdzie przyjmuje zamówienia na majeranek czy tymianek. Nie walczy z wrogami państwa, aczkolwiek niemało musi się natrudzić, aby jego klientów nie przejęli agenci innych firm, oferujący kiepskie przyprawy doprawione wzmacniaczem smaku. Ja nie jestem entuzjastą niezniszczalnego 007. Jakoś bardziej podziwiam tego sprzedawcę przypraw. Choć rozumiem dlaczego, tak ważny jest dla niego agent Jej Królewskiej Mości. MIŚ Nie zdążyłem rozpakować kanapki, kiedy usłyszałem za drzwiami jakieś głosy. Odłożyłem więc ją na bok. Sekundę później sekretarka wprowadziła do gabinetu mężczyznę ° wyglądzie biznesmena. - Panie dyrektorze, chcę przekazać dar dla Muzeum Zabawek - powiedział wyjmując z torby misia. Misiu był z brązowego pluszu dobrej jakości i miał zielony kaftanik zapinany na guziczki. -Jest piękny - wyraziłem szczery zachwyt. - Przysłała go dla mnie ciotka z Argentyny, kiedy się urodziłem. Ale ma więcej niż trzydzieści osiem lat, bo przedtem służył moim starszym kuzynom. - Nie żal panu się z nim rozstawać? - Nie jestem sentymentalny, a przynajmniej staram się nie być - uśmiechnął się smutno. - A poza tym niedawno przeprowadziłem się do mniejszego mieszkania i muszę się pozbyć części swoich rzeczy. Niebawem misiu został umieszczony w gablocie pośród innych misiów i zapewne dobrze mu tam było. Kilka miesięcy później jedna ze zwiedzających weszła do mego gabinetu, czymś bardzo podekscytowana. - Skąd macie misia w zielonym kaftaniku?! - Otrzymaliśmy go w darze. Kobieta zamilkła na dłuższą chwilę. Ja również nic nie mówiłem. - Najpierw zakochałam się w tym misiu - odezwała się cicho - a potem w jego właścicielu, za którego zresztą wyszłam za mąż. A potćm... A potem okazałam się niewierna. To był wielki błąd! Nie do naprawienia... Proszę mi wybaczyć, niepotrzebnie zawracam panu głowę. 22 Opowiadania - Wprost przeciwnie. Chętnie słucham różnych historii, zwłaszcza z dobrym końcem. - Moja ma tylko zły - westchnęła przeciągle. - Były mąż nie chce w ogóle ze mną rozmawiać. - Proszę pani, za dwa tygodnie organizuję przyjęcie dla osób, które podarowały jakąś zabawkę naszemu muzeum. Będzie także ofiarodawca znanego pani misia. Gdyby pani nam coś ofiarowała, mógłbym panią też zaprosić na to spotkanie. - Ale z dzieciństwa mi nic nie zostało. - Nie szkodzi. W antykwariacie na ulicy Kwiatowej widziałem śliczny komplet kości do gry z osiemnastego wieku. W czasie przyjęcia byłem bardzo zajęty. Wygłosiłem przemówienie. Rozkroiłem tort i rozdałem gościom po kawałku. Jednak cały czas śledziłem zachowanie tych dwojga. Początkowo skrzętnie się omijali. Następnie zobaczyłem, że ze sobą bardzo poważnie rozmawiają. A potem, że razem wychodzą. Przez okno widziałem, jak idą powoli ulicą i skręcają w tę samą stronę. BANK W SZCZYTNICY Wkrótce po osiedleniu w Szczytnicy, poszedłem do tamtejszego banku, zresztą jedynego, aby założyć konto. Kilka osób stało w kolejce przed ladą, za którą królowała zażywna urzędniczka w zielonym kostiumie. Wpłaty i wypłaty, jak to w banku. - Nie, nie! Nie dostaniesz ani grosza - powiedziała urzędniczka do kolejnego klienta. -Żona w sanatorium, a ty chcesz hulać. Klient, ze spuszczoną głową, natychmiast opuścił bank. Niezwykle została też obsłużona inna osoba. - Wypłaciłam ci dwieście złotych więcej. Będziesz miała dla siostry. W tym miesiącu biedaczka ma tyle wydatków. Byłem oburzony. Jak ona śmie, w taki sposób zarządzać pieniędzmi klientów. Powinno się ją bezzwłocznie pozbawić stanowiska. Jednakże pomieszkawszy w Szczytnicy parę miesięcy, przekonałem się, że każdy darzy ją szacunkiem i jest zadowolony z jej usług. Później zarobiwszy trochę pieniędzy, zapragnąłem zarobić jeszcze więcej i w tym celu postanowiłem nabyć akcje. Najłatwiej mogłem to uczynić za pośrednictwem szczytnic-kiego banku, spotkałem się więc z jego pracownicą. - Chcę kupić czterdzieści akcji firmy „Lux”. Formalności załatwiłem szybko i zadowolony opuściłem bank. Przez następne tygodnie moje zadowolenie wzrastało i wzrastało. Akcje firmy „Lux” wciąż zwyżkowały. Powoli stawałem się bogatym człowiekiem. Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, przyszła wiadomość o bankructwie „Lux”. Wartość jego akcji spadła niemal do zera. Grzegorz Pełczyński 23 Poszedłem do banku, by dowiedzieć się, czy cokolwiek ocalało z moich pieniędzy. - Zarobił pan czterysta tysięcy - oznajmiła urzędniczka. - Myli się pani, akcje „Lux” od wczoraj nie są nic warte. - Dawno przewidziałam krach tej firmy. Sprzedałam więc pana akcje, kiedy można było na nich zarobić i kupiłam akcje „Kopalni Złota S.A.”, na których zyskał pan więcej niż mógł na „Lux”. Moje zdumienie było większe aniżeli radość z cudownie pomnożonych pieniędzy. - Niech pani mi powie - wyjąkałem wreszcie - czy sprzedając jedne akcje i kupując drugie, była pani pewna, że to słuszna decyzja? -Tak. BILLBOARDY Agencji reklamowej „Glob” groziło bankructwo. Niespodziewanie zjawił się nowy klient. - Chciałbym wynająć kilka billboardów. - A co na nich będzie? - zapytał szef agencji. - Dekalog w wersji z Księgi Wyjścia, rozdział dwudziesty, wiersze od pierwszego do siedemnastego. - Doskonały pomysł - stwierdził szef. - Najpierw wypiszemy dziesięć przykazań, a na końcu dodamy jedenaste: Kupuj... Co pan zamierza reklamować? - Nic - odparł z uśmiechem. - Chcę tylko na billboardach umieścić Dekalog. Niedługo potem w kilku najbardziej ludnych częściach miasta, pojawiły się wielkie tablice z przykazaniami. Niektórzy dotąd ich nie znali w takim właśnie sformułowaniu. Aczkolwiek wydały im się godne uwagi. Większość oczywiście je znała. Byli jednak tacy, którym przypominanie ich bardzo się nie podobało. - To niedopuszczalne - mówili - aby propagować coś, co dawno straciło aktualność. - Takie napisy ograniczają wolność osobistą - twierdzili także. Ponieważ billboardy zostały wynajęte tylko na trzy tygodnie, Dekalog szybko zniknął z ulic miasta. Jego przeciwnicy odczuli zadowolenie. Ale już wkrótce zjawił się ktoś, by wynająć znów billboardy i umieścić na nich przykazania. Po nim tak samo postępowali też inni. Ostatnio, właśnie dziś rano. MALARZ Setki razy wykonywał podobną robotę, a więc może po raz czterysta osiemdziesiąty szósty albo pięćset dwunasty malował ściany zwykłego mieszkania. To mieszkanie 24 Opowiadania należało jednak do większych - salon, jadalnia, trzy sypialnie, gabinet. Właściciele zażyczyli sobie, by salon był na żółto, jadalnia na jasnozielono, dwie sypialnie na biało, jedna - dla dziecka - na różowo, gabinet zaś na szaro. Gdy pozostała mu już do pomalowania tylko jedna sypialnia, był bardzo wyczerpany. Ale pieczołowicie wodził pędzlem po ścianie, tylko od czasu do czasu zanurzał go w białej farbie. Ta biel w jakiś niewytłumaczalny sposób nużyła go. Czuł, że nie zdoła skończyć pracy, jeśli nie użyje innego koloru. Namalował więc na ścianie niebieską linię, z zamiarem pokrycia jej później białą farbą. Pomogło to jedynie na chwilę. Nie będąc do końca świadomy, co się z nim dzieje, otworzył wszystkie puszki z farbami. A potem zaczął malować... - Proszę mi wybaczyć! - zawołał ze skruchą, gdy przyszli właściciele. - To ze zmęczenia. Ale ja to wszystko zamaluję. Młodzi, lecz poważni małżonkowie patrzyli osłupiali na obraz, którego się nie spodziewali. Na ścianie był teraz fantastyczny ogród, w którym rosły niezwykłe drzewa i kwiaty, a między nimi bajecznie kolorowe ptaszyska, a nawet purpurowy lew. -Jutro już tego nie będzie! - zapewniał zażenowany artysta. - Chyba byłoby szkoda - powiedziała pani domu EMEZ - Kiedy wreszcie uporządkujesz ogród? - pytała żona. - Wkrótce się tym zajmę - zapewniał mąż. Taka wymiana zdań odbywała się od kilku lat na początku kolejnej wiosny. Ogród zaś pozostawał nadal w opłakanym stanie. Tej wiosny on jednak naprawdę zajął się ogrodem. Przez kilka dni usuwał składowane tu rupiecie. Następnie wyrzucał masę powstałą z niesprzątniętych liści. Już dzięki tym zabiegom ogród nabrał lepszego wyglądu. Lecz wciąż jeszcze było dużo do zrobienia. Zajął się więc nadmiernie rozrosłymi krzakami. Należało poodrywać mnóstwo zeschłych gałązek. W trakcie tej roboty w zaroślach mignęło mu coś czerwonego. Zaciekawiony powoli je rozchylił i wtedy ujrzał wielki czerwony kwiat, i poczuł jego upajający zapach. To był emez. Przypomniał sobie, jak kiedyś go w tym miejscu zasadził. Jak wraz z żoną podziwiał. A potem niestety o nim zapomniał, jakby był czymś nieważnym. - Cieszę się, że on przetrwał - cieszyła się żona. -Ja także - powiedział mąż. ZDARZENIA W HOTELU Ernestyna, recepcjonistka z hotelu „Le Monde ”, lubiła nocne dyżury. Zazwyczaj nic się wtedy nie działo i można było się wyspać. Ale tamtej nocy nie mogła zasnąć. Kolega Grzegorz Pełczyński 25 z poprzedniej zmiany wychodząc powiedział jej, że mieszkanka pokoju numer 76 w ogóle go nie opuściła, a na klamce powiesiła napis „Nie przeszkadzać”. To wydawało się jej bardzo podejrzane. Rano Ernestyna przekonała dyrektora hotelu, że należy wejść do pokoju 76, posługując się zapasowym kluczem. Kiedy weszli do środka, okazało się, że nie ma tam ani gościa, ani bagażu. - Oszustka! - wykrzyknęła Ernestyna. - Dwa tygodnie u nas mieszkała, jadła w naszej restauracji. Miała zapłacić wyprowadzając się. - Nawet Biblię ukradla - stwierdził dyrektor, obejrzawszy pokój. Zawezwano policję. Policjanci chodzili po całym budynku, rozglądali się, wypytywali - niczego nie zauważyli, niczego się nie dowiedzieli. Kilka tygodni później Ernestyna nieomal zemdlała, gdy przed jej ladą stanęła nie znaleziona dotąd przestępczyni. - Proszę mi wybaczyć - powiedziała skruszona. - Pragnę zapłacić wszystko, co jestem winna - wyciągnęła z torebki plik banknotów. - A to jest Pismo Święte, które sobie przywłaszczyłam. Zaczęłam je czytać i zrozumiałam... - wzruszona zamilkła. Po jej wyjściu Ernestyna z ciekawością sięgnęła po Biblię. Co tu jest napisane? - zastanawiała się pochylając nad pierwszą stroną. RZ. 13, 8 Tygodnik „Postęp Umiarkowany” miał duży dział porad. Czytelnicy pisali listy, wy-łuszczając najrozmaitsze problemy. Zaś redaktorzy-specjaliści odpowiadając radzili jak powinno się je rozwiązać. Na biurku Walerego Saloniczaka, udzielającego porad z zakresu dobrych manier, pojawił się kolejny list. Zbulwersowany czytelnik pisał: Niedawno poszłem na obiad do znajomych. Było kilka zaprzyjaźnionych osób. Na pierwsze danie podano zupę pomidorową, zgodnie z konwencją w głębokich talerzach. Gdy wszyscy ją zjedli gospodyni zaczęła serwować drugie danie: roladę, kartofelki i marchewkę. Ale nie zmieniła talerzy na płaskie. Drugie danie trzeba było jeść na głębokich talerzach przy pomocy łyżki. Czy z powodu tak niewłaściwej zastawy powinienem zatelefonować do gospodarzy i pouczyć ich? Redaktor Saloniczak od razu dostrzegł istotę przedstawionego problemu. Postanowił omówić go szczegółowo w najbliższym numerze „Postępu Umiarkowanego”. Zanim przystąpił do pisania odpowiedzi, przeczytał list jeszcze raz. I wtedy stwierdził, że powinien właściwie odpowiedzieć nań redaktor Mścisław Purysło, który radził jak poprawnie mówić i pisać po polsku. Owże przeczytawszy list, dostrzegł mnóstwo błędów, którymi należałoby się zająć. Ale zauważył nadto, że nadawca nie zwraca się z prośbą o poradę językową. Nie można mu więc jej udzielić, choć bardzo by mu się przydała. 26 Opowiadania Następnie epistoła trafiła do redaktora Gustawa Fetta, prowadzącego rubrykę kulinarną. Ten przyrzekł, że odpowie, lecz nie odpowiedział. Oświadczył, że jego domeną są same potrawy, a nie sposób ich podawania. Wydawało się zatem, że nikt nie potrafi ustosunkować się do tego listu. Ze jego przeznaczeniem będzie pewnie śmietnik. Przypadkowo jednak znalazł go ks. Leopold Poczciwkiewicz, który udzielał porad ze swojej dziedziny. Natychmiast napisał odpowiedź, a ściśle mówiąc przepisał z Biblii: Nikomu nic nie bądźcie dłużni, z wyjątkiem wzajemnej miłości. KRÓTKA MODLITWA Tramwaj numer 14 zatrzymał się na przystanku. Otwarły się drzwi: ludzie zaczęli wysiadać, a potem wsiadać. W tym samym czasie do tegoż tramwaju biegi jakiś chłopak. Biegł bardzo szybko, ale wciąż był za daleko. Kobieta stojąca na przystanku zmówiła krótką modlitwę: Boże spraw, aby on zdążył. Chłopak z wielkim tupotem w ostatniej chwili wbiegł do wagonu. Minęło bardzo wiele lat, zanim oboje się spotkali. - Wreszcie mam okazję podziękować za tamtą modlitwę. - Nie mnie należy się podziękowanie. Ale wtedy czułam, że wyjątkowo zależy ci, by zdążyć. - Całą noc uczyłem się matematyki. Nazajutrz miałem zdawać kolokwium. Ale ucząc się, w końcu zasnąłem ze zmęczenia. Obudziłem się, gdy już trzeba było wychodzić z domu. - Gdybyś nie zaliczył wtedy kolokwium, wyrzuciliby cię ze szkoły. - Na szczęście zaliczyłem. Skończyłem szkołę, znalazłem dobrą pracę. Ożeniłem się, urodziły się nam dwie córki. Po latach z kolei cztery wnuki. I jeszcze nawet zobaczyłem jednego prawnuka. Tomasz Stężała 27 Tomasz Stężała ŁOWCA MARZEŃ Siedzący naprzeciw mężczyzna wydmuchnął chmurę papierosowego dymu prosto w twarz. Palił te najtańsze, najbardziej cuchnące, choć na pewno stać go było na coś lepszego. Odruchowo zamknął oczy i podciągnął leżące na stole dłonie ku sobie. Tym razem drewniana linijka w dłoni śledczego pozostała nieruchoma. Do czasu. Niewielkie pomieszczenie, byle jak odmalowane olejną farbą, która dawno temu była zielona, wypełniał duszący opar rozmazujący sylwetki. Stary, ciężki drewniany stół o podrapanej powierzchni i licznych ciemnych plamach, których pochodzenia nietrudno było się domyśleć. Dwa krzesła ustawione naprzeciwko siebie różniły się. Te, na którym siedział śledczy, było zdecydowanie solidniejsze i miało wygodne, wyściełane sztuczną, czerwoną skórą oparcie. Jego - cóż, na pewno wiele przeszło i jeżeli miało posłużyć dłużej, powinien nim pilnie zająć się stolarz. Był już mocno zmęczony, nie potrafił zapanować nad opadającą głową i nawet gryzący dym, który powodował silne łzawienie, przestawał go irytować. - Dobrze - przerwał ciszę mężczyzna. - Widzę, że ledwie się trzymasz. Twoja sprawa jest nietypowa, szczerze powiem, że trudno będzie postawić ci zarzuty, synku... - zawiesił głos. Siedzący naprzeciwko nastolatek nie poruszył się, ale doświadczony śledczy wiedział, że go pilnie słucha. Ta nuta współczucia po wrzaskach, lekkim biciu, groźbach i namowach miała rzucić kładkę porozumienia między siedzącymi w pokoju przesłuchań. - Ale kapujesz, że skoro mamy aż tyle doniesień - dłoń z linijką stuknęła o plik papie-rzysk - to musimy to sprawdzić. W końcu to my jesteśmy od bezpieczeństwa obywateli. Rozumiesz to? - pomimo spokojnego tonu głosu w chmurze dymu zawisła groźba. Głowa młodego człowieka lekko drgnęła, po chwili uniosła się, odsłaniając twarz o regularnych rysach, nieco przydużym nosie, dość nieśmiałych jeszcze wąsach i puszczających się po szczękach bokobrodach - znak przynależności do zwolenników ostrej, rockowej muzyki. Załzawione oczy wpatrywały się w śledczego, jakby chłopak dopiero co się ocknął. - Przecież wszystko mówiłem, nie zmyślam - głos zdradzał silne, z trudem hamowane zdenerwowanie. Zapewne chcąc uwiarygodnić słowa przesłuchiwany rozpiął koszulę i wyciągnął na światło zawieszony na srebrnym łańcuszku medalik. - W porządku, zaczniemy raz jeszcze. Chcesz coś pić? - śledczy podniósł się z krzesła, gdy chłopak potwierdził skinięciem. Mężczyzna podszedł do pomalowanych na brudno beżowy kolor drzwi i nacisnął na wytartą, archaiczną klamkę. Rzucił kilka słów do kogoś, kto siedział w sąsiednim pomieszczeniu i wrócił na miejsce. Zerknął na zegarek: - Przez ciebie synku, znowu się spóźnię na kolację - powiedział z przyganą. Sięgnął po otwartą paczkę papierosów i zapalił, rozciągając się na krześle. 28 Łowca marzeń - Życie byłoby jakże łatwiejsze, gdyby takim szczylom jak ty ojciec parę razy więcej dupę złoił. Po chwili do pokoju wszedł niewysoki człowiek, jakby młodsza kopia śledczego, i postawił przed młodzieńcem wyszczerbiony kubek z kranówką. Przez chwilę siłował się z wysłużonym, szpulowym magnetofonem, zmieniając taśmę. Kilkakrotnie odliczył do stojącego na biurku magnetofonu, odsłuchał nagranie i mruknął zdartym od papierosów głosem: - Gotowe szefie. Śledczy pochylił się ku mikrofonowi, zdusił niedopałek i spojrzał w twarz młodemu. Przez moment milczał, zapewne zazdroszcząc chłopakowi młodej, zdrowej skóry i bujnej czupryny. Ciężko westchnął. - Zacznijmy od początku. Nazywasz się Robert... - zawiesił głos. Chłopak podał nazwisko. - Lat dziewiętnaście. Odpowiedziało mu skinięcie głową. Śledczy skrzywił się zirytowany. - To się nagrywa, więc odpowiadaj! - Tak, dziewiętnaście. I skończyłem szkołę średnią, będę studiował na... - To się dopiero okaże. - Przerwał mu obcesowo śledczy, ale zaraz zmienił ton. - Opowiedz od początku o tych wydarzeniach. Nie pomijaj żadnych szczegółów, nawet tych, które mogą ci wydawać się nieistotne. Cierpliwie czekał, aż chłopak łyknie wody i odchrząknie. - Sam nie pamiętam dokładnie, to było jakieś półtora roku temu... - chłopak podniósł głowę wpatrując się w wiszący nad śledczym portret w dawno niewycieranej ramie. Zapadła cisza, zakłócana jedynie cichym sykiem przesuwającej się taśmy magnetofonowej i popiskiwaniem zużytego silniczka. - Chyba to po raz pierwszy stało się po urodzinach kolegi, jego osiemnastce. Byliśmy na koncercie, chłopaki ostro dawali - na moment młody zanurzył się we wspomnieniach - potem wiadomo, popiliśmy, były dziewczyny ze szkoły. Już dokładnie nie pamiętam o co, ale poprztykałem się ostro ze swoją dziewczyną... Byłem mocno wkurzony, wyszedłem z domu kumpla i powlokłem się nad wodę, żeby się uspokoić. Było ogólnie bardzo przyjemnie, ciepły jak na koniec zimy dzień, choć nad wodą mocno wiało. Pośliznąłem się i wpadłem... Niezbyt głęboko, tak do pasa, ale się cały zmoczyłem. Wie pan, panika, wrzeszczałem, ale nikt mnie nie słyszał. W końcu wylazłem na brzeg, zmarznięty cały, więc zacząłem biec w stronę domu, ale musiałem źle skręcić i znalazłem się na drodze, gdzie spotkał mnie wasz patrol. Pewnie by mnie zamknęli, ale trząsłem się cały i szczękałem zębami, więc zapakowali mnie do budy i zawieźli do szpitala. Tam już nic nie pamiętam, ponoć miałem drgawki, dali mi zastrzyki i kroplówkę. Dwa dni tak leżałem, nieprzytomny. Moi starsi bardzo się przejęli, ojciec nawet awanturę zrobił lekarzom... Z tego co jak przez mgłę kojarzę, miałem wtedy takie sny, fale snów, kolorowych, dziwnych i chyba mi było z tym bardzo dobrze. Zamilkł. Śledczy dyskretnie zerknął na zegarek i zniechęcony zmrużył oczy. Piątkowy, wieczorny mecz w towarzystwie kumpli z firmy, wódeczka, obleśne dowcipy przepadną. Tomasz Stężała 29 Ale wreszcie jest szansa, że wypchnie tę sprawę, którą wcisnął mu Peterson. Fakt, spieprzył poprzednie śledztwo, na którym „stary” chciał zabłysnąć, ale w końcu inni też dali ciała, a tylko on oberwał. Źle się czuł w takich nijakich sprawach jak ta, w otoczeniu smarkaczy, którzy powinni dostać solidny wycisk i zostać wypuszczeni. Ale cóż, przyszło nowe: teraz stare, dobre metody były co najmniej źle widziane. -1 co dalej? - mruknął ponaglająco. - Potem jedna siostra mi mówiła, że ludzie na oddziale zaczęli wariować. Spali, ale mieli koszmary, krzyczeli, rzucali się w łóżkach, zrywali kroplówki, opatrunki. Ktoś tam się nawet zesrał ze strachu... Lekarz dyżurny musiał ściągnąć pomoc z innych oddziałów szpitalnych, żeby ten horror opanować. Tylko ponoć ja spałem. Potem przez przypadek ktoś mnie też zaczął wybudzać i nagle wszystko się uciszyło. Ale tego nie pamiętam, to mi opowiadali. Nawet się dziwili, że byłem jedynym, który spokojnie spał. Było oczywiście śledztwo, wasi też rano przyjechali. Pobierano próbki powietrza, jedzenia, wody, bo myśleli, że to jakiś atak chemiczny albo biologiczny zrobiony przez tych zza żelaznej kurtyny, ale nic nie wykryli. Ja się tym nie bardzo przejmowałem, chyba więcej faktem, że musiałem w szkole nadganiać zaległości. - Czy potrafisz określić, kiedy świadomie użyłeś... - śledczy zawiesił głos szukając w myślach właściwego słowa - tych swoich..., yy... umiejętności? Chłopak sięgnął po kubek i krzywiąc się wziął łyk wody. Starał się unikać chlorowanej kranówy za wszelką cenę, ale tutaj nie miał wyboru. - Pan się myli. To nie jest świadome, to się dzieje w czasie snu. Nikt nie potrafi kontrolować swoich snów! - spojrzał wyzywająco na śledczego. Piwne oczy mężczyzny, otoczone zmarszczkami i podbiegniętymi, ciemnymi workami przyjęły beznamiętnie wyzwanie. - Ale fakty świadczą inaczej... - śledczy sięgnął po kolejnego papierosa. - Proszę, niech pan nie pali. Niedawno chorowałem, dym mnie dusi... - chłopak powstrzymał dłoń funkcjonariusza. - To się streszczaj, synku. - Tym razy mężczyzna nie ukrywał zniecierpliwienia. - Dobrze. Więc, pojechaliśmy po zakończeniu roku szkolnego pod namiot. Nasza paczka: czterech chłopaków i trzy dziewczyny. Tylko ja byłem sam, zerwaliśmy z moją byłą jakiś miesiąc wcześniej. Wie pan, rozbiliśmy się nad jeziorem, wyskoczyliśmy do sklepu po piwko a dziewczyny robiły żarcie. Potem łapaliśmy ryby, pływaliśmy, jak to nad wodą. Dziewczyna przyjaciela zaczęła do mnie robić oczy, jak nie widział, to przygadywała się, ocierała - no wie pan jak to jest. Ale to mój najlepszy przyjaciel, znamy się prawie od zawsze, więc udawałem, że nie kapuję. Przyjaźń to przyjaźń, świństw się nie robi. Zresztą nawet jest takie powiedzenie, że przyjacielowi nie pożycza się szczoteczki do zębów i dziewczyny. Później było ognisko, ja zapiłem i polazłem do swego namiotu spać. Budziłem się co jakiś czas, bo oni darli się albo kochali na cały głos. Chyba było dobrze po północy, kiedy wreszcie się uspokoili. Pamiętam, bo mnie strasznie suszyło. Wyszedłem, żeby zwymiotować i napić się. Poczułem dużą ulgę, oni spali, gdzieś tam w lesie niedaleko jakieś zwierzę się tłukło, nawet miałem trochę stracha. Wróciłem do namiotu i położyłem się. Od razu miałem sen, a właściwie to nie był sen, bo miałem 30 Łowca marzeń uczucie, że unoszę się nad tym jeziorem. Wiedziałem, że jest noc ale było jakoś tak jasno i wszystko widziałem. Mój przyjaciel wyszedł z namiotu i zobaczył mnie. Tak jakoś dziwnie popatrzył, a potem powiedział, że ona czeka, żeby ze mną pogadać. To, to było takie realne, choć cały czas miałem świadomość, że tak naprawdę to śpię. Wlazłem tam, znaczy się do tego ich namiotu, ona na mnie patrzy i odkrywa koc. Nie podobała mi się specjalnie wcześniej, no wie pan, ładna, zgrabna, ale po prostu nie w moim typie. Nie trzeba mi więcej mówić, zwyczajnie dałem ognia. Jeszcze nigdy wcześniej tak się nie czułem, wszystkie zmysły pracowały na maksymalnych obrotach, czułem każdą komórkę swojego ciała. Kiedy rano się obudziłem, byłem kompletnie wyczerpany, ale to nie z powodu kaca. Spocony i mokry, no rozumie pan od czego. Dobrze, że oni siedzieli jeszcze w namiotach, to zdążyłem wskoczyć do wody i wykąpać się. Gdy wreszcie wy-leźli, zaczęły się dziwne pytania. Czemu ja i ona tak darliśmy się w tym samym czasie? Ja oczywiście na to, że nic nie pamiętam, że film mi się urwał. Ale wszystko pamiętałem. Gdy wreszcie wyszli z namiotu mój przyjaciel i jego dziewczyna, to ona, gdy na mnie spojrzała, zrobiła się czerwona jak burak i uciekła do wody. Kumple zaczęli pod-pytywać przyjaciela, tak go podpuszczali oczywiście, żeby zdradził jak posuwał swoją panią, że aż ich, pijanych pobudziła. On był ostro wkurzony, coś tam burknął, potem wydarł się na nich, żeby się odczepili. A ja wiedziałem o co chodzi. W końcu poszliśmy we dwóch do wsi po nowe piwo i nie wytrzymałem, i zapytałem go. No co, przyjacielowi możesz powiedzieć. Było mu głupio, ale też tym się mocno gryzł. Powiedział, że chciał ją przelecieć, ale była pijana i zła, więc zasnął. Potem obudziły go jej wrzaski. Zapalił latarkę, bo przestraszył się, że coś złego się z nią dzieje. A ona przez sen miała orgazm. Szarpał ją, ale nie mógł dobudzić. Wyskoczył na zewnątrz po wodę i wracając, przechodząc koło mojego namiotu usłyszał sapanie... Powiedział mi, że pomyślał, że to ja obracałem jego dziewczynę, ale było to oczywiście niemożliwe. Szybko odparłem, że musiałem się chyba struć tymi rybami, że wymiotowałem i tak dalej, więc pewnie słyszał jak jęczałem z bólu. Zgodził się i nie wracaliśmy potem do tematu. Wróciliśmy z piwkiem, chłopaki załatwili kajaki, więc popłynęliśmy aż na koniec jeziora. Wracając był silny wiatr i duża fala, najedliśmy się strachu, potem zaczęło padać i noc upłynęła nam na trzeźwo i spokojnie. - Ale to wtedy - śledczy sięgnął do pliku papierów i wyciągnął jeden z nich - wtedy zdarzył się ten dziwny zbieg okoliczności... dwudziestoletni mężczyzna spad! w nocy ze schodów a jego starszy kolega także w nocy wbił sobie nóż w dłoń. A to było zaraz po awanturze nad jeziorem. To twoja sprawka? Nastolatek opuścił oczy i zagryzł wargę. -Jeżeli nie chcesz abyśmy powtarzali przesłuchanie nie kłam! - śledczy podniósł się na krześle i odruchowo sięgnął po papierosy. Czując na sobie wzrok chłopaka, z cichym przekleństwem powstrzymał się i sapiąc rozsiadł się na krześle. - To oni na nas napadli. Jak byliśmy we wsi, chcieli, aby im kupić piwo w sklepie, ale sprzedawczyni ich pogoniła. Potem, jak kąpaliśmy się, to napadli na nas, to znaczy na obozowisko i okradli. Jeden z nich stał na brzegu z takim drągiem a drugi przetrząsał Tomasz Stężała 31 namioty. Zagrozili, że ściągną kumpli i nas spalą... Przyjaciel wyskoczył z boku ale jeden z nich dziabnął go nożem właśnie w łapę. Potem zwiali. Zabrali nasze pieniądze, mi zegarek i lornetkę od ojca. Bałem się, że ojciec się wścieknie, jest wojskowym i to była lornetka z wojska. - Do rzeczy chłopie, do rzeczy! Nastolatek zacisnął dłonie w pięści. Śledczy uniósł się na krześle. -Jak nie będziesz się streszczał, to ci własny ojciec wpieprzy! Chłopak chciał odpowiedzieć, ale tylko zacisnął usta. Ojciec był zawodowym żołnierzem, ale tylko podoficerem. Jedyne, co by zrobił w obronie syna, gdyby zrobił, to mógłby obić śledczemu gębę. - Postanowiliśmy, że wyjedziemy następnego dnia. I tak nie zdążylibyśmy na ostatni autobus. Mieliśmy trzymać warty, wycięliśmy sobie takie grube lagi, a dziewczyny spały z nożami. Ja miałem pierwszą wartę, pamiętam, że coś łaziło po lesie, ale latarka nic nie wyłapała. Byłem zdenerwowany, kiedy kładłem się spać, wciąż widziałem tych dwóch, jak kradną, jak wyzywają. A najgorzej bałem się wściekłości ojca. W końcu zasnąłem, to znaczy nie zasnąłem, położyłem się i zamknąłem oczy. Słyszałem jak następna para gada do siebie i wtedy mnie złapało. Czułem się z jednej strony ciężki, taki bardzo zmęczony, dosłownie nogi jak z ołowiu. Ale jednocześnie jakby część mojej osoby zrobiła się bardzo lekka i uniosła się nad namiot i poleciała. Coś mnie ciągnęło w kierunku do wsi, czułem się coraz bardziej wkurzony, bo tam byli ci dwaj. Nie pamiętam jak, ale znalazłem się na poddaszu w jakimś domu. Było ciemno, ale ja widziałem takie antyczne, pewnie jeszcze przedwojenne papierowe tapety na ścianach w dziwne kwiatki, rozdeptane buty, czułem smród starego brudu i pleśni. Chłopak przerwał i spojrzał śledczemu w oczy. - Pan mi nie wierzy! - zapytał z wyrzutem. W odpowiedzi śledczy wzruszył ramionami i ruchem głowy wskazał magnetofon. - No więc znalazłem się przy łóżku tego, co to z tym kijem nie pozwalał nam wyjść z wody. Stanąłem przy jego łóżku, widziałem, jak z otwartych ust spływa mu ślina. Obok łóżka leżała lornetka... Nagle się obudził i mnie zobaczył. Coś krzyknął, schwycił za kubek, który miał przy łóżku i rzucił we mnie. Czułem, jak on przelatywał przez moje ciało, potem rozbił się na ścianie. Chłopak się poderwał, był w samych gaciach i miał brudne nogi. Fuj. Wyskoczył z łóżka, wybiegł z pokoju, ale najpierw walnął łbem w drzwi, aż zadudniło. Ruszyłem za nim: on stał przy schodach i trzymał się za łeb. Kiedy mnie ponownie zobaczył to zaczął krzyczeć jak opętany. Wrzasnąłem na niego, żeby się zamknął, po czym znalazłem się przy nim, żeby mu po prostu zamknąć jadaczkę. Poczułem, tak fizycznie poczułem, że go dotykam, a on po prostu zleciał z tych cholernych schodów. Zanim zemdlał, kazałem mu raniutko oddać wszystkie rzeczy, bo go wykastruję. Chłopak uśmiechnął się lekko. - A co było z tym drugim? - Przypomniałem sobie o tamtym z nożem, który rąbnął nam pieniądze. Momentalnie znalazłem się u niego. Spał w jakiejś takiej komórce, ktoś tam zresztą jeszcze był. 32 Łowca marzeń Powiedziałem mu, żeby się obudził. Musiałem powtórzyć, bo był pijany. Kiedy się ocknął wreszcie, wybałuszył oczy i zaczął coś gulgotać, tak po pijacku. Kazałem mu wziąć ten nóż, a kiedy opierał się, po prostu go znalazłem pod jego brudnymi łachami i wbiłem mu w łapę. Dopiero się rozwrzeszczał! A mnie jakby wywiało i przeniosłem się do namiotu. Rano, kiedy wstałem, znajomi powiedzieli, że darłem się przez sen i rzucałem. Ja się wykąpałem, potem powiedziałem przy śniadaniu, że założę się, że tamci dwaj zaraz wszystko odniosą. Moi znajomi wyśmiali mnie, ale kiedy pakowaliśmy się obaj, przyszli i rzucili nam ukradzione rzeczy. Kiedy wystawiłem głowę z namiotu, to na mój widok zaczęli krzyczeć i zwiali. Pewnie potem poskarżyli się na posterunku. No, ale nas już nie było, bo złapaliśmy autobus i wróciliśmy do miasta. -1 co, nie masz wyrzutów sumienia? - śledczy sięgnął po papierosa i zapalił. Opowieść smarkacza wkurzała go. Potwierdzały ją zeznania, ale jego, ateistę całym sercem, wkurzały takie bajdurzenia. Nagle zdał sobie sprawę, że smarkacz dobrze się bawi, że Peterson pewnie dał mu specjalnie tę sprawę, aby go do końca wydymać i upokorzyć. O, niedo-czekanie! Ze starym wilkiem nawet największy basior nie będzie się tak bawił. Zaciągnął się głęboko, aż poczuł, że dym szczelnie wypełnia płuca. Nikotyna przynosiła ukojenie. Śledczy uśmiechnął się łekko i pokiwał głową. -1 mówisz, że nie możesz tego kontrolować? - Nie, nie potrafię. - A może nie chcesz? Ale to dobrze, wyślemy cię do psychiatryka, tam cię fachowcy zbadają. Odchylił się na krześle i zaczął kiwać. Po chwili oświadczył. - Może, jeżeli się to okaże prawdą, w co nie wierzę, to zostaniesz naszym człowiekiem. Takie jednoosobowe komando wywiadowcze. I będziesz likwidował wrogów państwa. Ale ty tylko zmyślasz, prawda? Nie doczekawszy się odpowiedzi, wyłączył magnetofon i wyszedł. W sąsiednim pokoju, przez weneckie lustro przesłuchanie obserwował łysiejący mężczyzna w brązowym garniturze, zbyt małym, by ukryć potężne mięśnie i szybko rozrastający się brzuch. - O szef tutaj? - skinął głową śledczy. - Może damy sobie spokój do poniedziałku? Mecz jest dzisiaj... Potężnie zbudowany funkcjonariusz pokręcił przecząco głową. - Trzeba to skończyć. Dobrze, że go postraszyłeś psychiatrą. Zobacz, teraz się gryzie. Nie możemy odpuścić, bo wiesz, kto się interesuje tą sprawą. Już i tak jesteśmy pod kreską. - To świr, przecież to widać. Naczytał się książek, inteligencik jeden i durnia tnie. Ja bym mu parę solidnych pał na dupę spuścił i posłał do tatusia z ostrzeżeniem. Ojciec to trep, z tych najbardziej tępych, więc gnoja przemagluje. - Nie, to zawsze możemy zrobić. Wyjaśnij, co było z córką no wiesz, kogo. Ale napij się kawy albo walnij sobie coś, bo z formy wychodzisz. Petersen klepnął go w ramię i wyszedł. Śledczy sięgnął do podniszczonej, skórzanej teczki i wyjął papierową torebkę. Otworzył ją i zbliżywszy do światła przez chwilę Tomasz Stężała 33 krytycznie oglądał zawartość. W końcu westchnął i wsunął do ust wyschnięty ułomek wczorajszej kanapki. - Znowu nie zrobiłem zakupów... - mruknął ni to do siebie, ni to do swojej „młodszej kopii”. - Został jeszcze nocny sklep - odburknął tamten, podnosząc wzrok znad sterty kartotek. Śledczy wzruszył ramionami i wszedł do pokoju przesłuchań. Ssanie w żołądku sprawiło, że nagle stracił swój zawodowy spokój, nad wyrobieniem którego pracował tyle lat. Przez takich gówniarzy jak ten, zatrzymała się jego kariera. Przez takich pacanów jego przełożeni nim pomiatali. Z powodu takich szczylów odeszła od niego żona zostawiając go z alimentami, kobiety go unikały, zaczął staczać się w alkoholizm. Błyskawicznym ruchem chwycił leżącą na brzegu stołu drewnianą linijkę i trzepnąl nią po zewnętrznej części dłoni chłopaka. Ten krzyknął z bólu, a w jego oczach pojawiły się łzy. - To żebyś pamiętał cwaniaczku, kim tu jesteś i że masz prawdę mówić. - Usiadł na krześle i sięgnął po papierosa. Przypalił i dmuchnął tamtemu w twarz. Przez chwilę przyglądał się z nieukrywaną nienawiścią młodemu, który wyraźnie się rozkleił. Śledczy sięgnął po jedną z kartek i przez chwilę odczytywał treść maszynopisu, mimowolnie poruszając ustami. Odłożył kartkę i włączył magnetofon. - Zostawmy pierdoły na jutro. Teraz powiesz mi jak było z panną Wiktorią Smek. Uprzedzam ponownie — pochylił się do mikrofonu — że składanie fałszywych zeznań jest karalne. Czy zatrzymany zrozumiał? — pokazał chłopakowi zaciśniętą pięść. - Ta..., tak! - odparł nastolatek drżącym głosem. - Dobrze. Proszę powiedzieć, skąd zatrzymany zna pannę Smek? - No, ze szkoły. Chodziła do równoległej klasy, wszyscy ją znali. -Jak to rozumieć? - No cóż, to najfajniejsza dziewczyna w szkole, znaczy się najładniejsza, zawsze miała ekstra ciuchy, kupę forsy od tatusia. Pan wie zresztą, kim jest jej ojciec. -Wiem. Szanowanym obywatelemmiasta. A ty próbowałeś ją zgwałcić! - śledczy podniósł głos. - Nie! - zapadła cisza. Śledczy wiedział, że siedzący za szybą mężczyzna teraz bacznie ich obserwuje. Może i sam szef wrócił do pokoju obok. - To jak z wami było? Tylko nie ściemniaj! - popatrzył znacząco na linijkę. Chłopak nabrał powietrza i zakaszlał. Po chwili uspokoił się, ale głos mu drżał. - Tak jak każdy, chciałem z nią chodzić. Dobrze się uczę, a ona miała problemy z historią. Na przerwie kiedyś podszedłem jak stała z książką, zagadnąłem i coś tam jej wyjaśniłem. Po kilku dniach podeszła do mnie i podziękowała przy wszystkich. Zapytała, czy nie chciałbym jej paru tematów pomóc, to jasne, że się zgodziłem. Wszyscy mi zazdrościli, że się taka sztuka ze mną chce spotkać, choćby na korepetycje. - Gdzie się uczyliście? - Jej starzy nie zgodzili się, żeby do mnie przyszła, więc poszedłem do niej. Mamuśka mi na tę okazję nową koszulę kupiła. Więc poszedłem, było strasznie drętwo, bo drzwi od 34 Łowca marzeń pokoju wciąż były otwarte, a my siedzieliśmy naprzeciwko przy wielgachnym stole. Ale jak wychodziłem, to mnie za dłoń złapała i ścisnęła. Za drugim razem mogliśmy siedzieć koło siebie, nie powiem, kleiłem się do niej a i ona do mnie! Ale wszystko delikatnie, stopa do stopy. Później chyba jej stary uznał, że jestem nieszkodliwy - tak mi Wiktoria powiedziała w szkole, a i zaczęła wreszcie z histy dostawać dobre oceny. Byłem jeszcze dwa lub trzy razy... Ostatni raz, kiedy tylko jej młodszy brat był. To zamknęliśmy drzwi od jej pokoju no i wie pan, zaczęliśmy się całować. Ona to robiła jakby to było pierwszy raz, a była naprawdę napalona. Pewnie ją starzy bardzo krótko trzymali. Oczywiście, na całowaniu się skończyło, bo ten smarkacz nas podglądał i potem musiał nas podkablować. Wiktorii nie było przez trzy dni w szkole, potem jak się pojawiła udawała, że mnie nie widzi. A przed wuefem przyszedł taki wielki gościu, wykręcił mi rękę i postraszył, że jak choć na nią spojrzę, to zostanę kaleką. To się od niej odczepiłem. Niedługo mieliśmy mieć egzaminy końcowe, a jej starzy chcieli ją wysłać na studia gdzieś za granicę, więc i sensu to nie miało. Ale po jakimś tygodniu dostałem od niej liścik, że mnie kocha, tęskni i chce być tylko ze mną. I mnie trzasnęło, zrobiło mi się głupio, że ją tak opuściłem. I po prostu w nocy przeniosłem się do niej, no i... -Jej matka twierdzi, że byłeś w jej pokoju, że słyszała twój głos! - Ale jak wasi przyjechali zaraz, to ja spałem w domu. A mój stary z kolegami mecz oglądali, więc jak otworzyli drzwi do pokoju to ja leżałem w łóżku i nie mogli mnie dobudzić. - Twój stary i jego kolesie po prostu cię kryli, synku. Ale ja cię rozgryzłem. Jesteś bandytą, który w jakiś sposób dokonuje przestępstw i myślę, że już jutro - śledczy rzucił okiem na zegarek - wyśpiewasz, w jaki sposób to robisz. Na dzisiaj to koniec. Spędzisz noc na dołku, a jutro pogadamy. Śledczy wstał z krzesła i wyłączył magnetofon. Przez chwilę składał papiery na kupkę, potem włożył je do szarej, zmęczonej tekturowej teczki. - Wstawaj, wychodzisz! - rzucił krótko. Chłopak podniósł się powoli, podejrzliwie zerkając na mężczyznę, który wsuwał długopis do kieszeni. - No ruszaj do cholery! - warknął śledczy i dłonią wskazał na drzwi. Młody starając się wyjść z zasięgu ramion śledczego ruszył ku drzwiom. Kiedy położył dłoń na klamce, poczuł potworny ból w okolicach prawej nerki. Seria brutalnych ciosów wydusiła z niego powietrze i posłała na betonową podłogę. - Wstawaj gnido! - śledczy szarpnął młodego za bluzę i pomógł wstać. Otworzył drzwi i pchnął do pomieszczenia, gdzie siedział jego „kopia”. - Wezwij transport, niech go zawiozą do psychiatryka i zapną na łóżku. Przestanie sobie z władzy robić jaja. Dasz znać doktorowi, że ma mu jedynkę załatwić, ale na razie bez kłucia. Idę do domu, bo pewno już po meczu. Nie, nie mów jaki wynik, na innym kanale będzie później powtórka, to sobie obejrzę. To na razie. * Chłopak poluzował nieco paski przy dłoniach i odprężył się. Brudna, słaba żarówka oświetlała pomalowane na biało pomieszczenie z zakratowanym oknem i stalowymi Tomasz Stężała 35 drzwiami. Obok na sąsiednim łóżku leżał jakiś starzec, z zaschniętą pianą na ustach, ciężko oddychając. Jego ciało co jakiś czas przebiegały ni to dreszcze, ni to skurcze, które wyraźnie męczyły człowieka. Nikt w sąsiednim pomieszczeniu, za drzwiami nie reagował na cierpiącego. Tym bardziej nikt się nim nie zainteresował. Po prostu rzucili go na przykryte brudnym prześcieradłem twarde łóżko na metalowym stelażu i przypięli go pasami. A on nie protestował, zamknął oczy i zasnął. Gdy wyszli, opuścił ciało i ruszył w drogę. Najpierw poleciał do Wiktorii. Leżała na łóżku czytając jakąś książkę. Teraz, w świetle nocnej lampki, bez makijażu nie wyglądała tak atrakcyjnie. Przez chwilę przyglądał się jej, nie ujawniając swojej obecności. Potem przywołał twarz śledczego i przeniósł się do jego mieszkania. Facet mieszkał w dużym czteropokojowym mieszkaniu w bloku bez windy, na trzecim piętrze. W porównaniu do mieszkania zajmowanego przez zawodowego podoficera, w którym panował sterylny wręcz porządek, tu był prawdziwy chlew. Brudne naczynia, porozrzucane łachy, stare gazety i opakowania; wreszcie walające się wszędzie butelki. Typ siedział rozwalony w fotelu, w samych gatkach i dawno niezmienianym podkoszulku i gapił się w telewizor, gdzie nadawali mecz. Obok, na zawalonym stoliku stała butelka ruskiej wódy i pęto taniej, tłustej kiełbasy. Nad wszystkim unosił się opar papierosowego dymu. Chłopak pojawił się nagle, tuż przed telewizorem. Facet wypił już z pół flaszki, więc nie od razu go dostrzegł. Zesztywniał, po czym zaczął gwałtownie mrugać oczami i machać rękoma, trafiając przy okazji butelkę, która z brzękiem spadła na kleisty dywan. - Co ty... - wreszcie wydusił z siebie sensownie. Chłopak zbliżył się do siedzącego i nagłym ruchem trzasnął go otwartą dłonią w twarz. Głowa mężczyzny odskoczyła do tyłu, po czym wróciła, a twarz poczerwieniała wściekłością. Śledczy poderwał się i rzucił się z pięściami. Jego ciosy przechodziły przez widmowe ciało, nie czyniąc mu żadnej szkody. Kolejne uderzenie chłopaka rozkwasiło śledczemu nos. Wściekle zaklął i skoczył ku szafie, skąd wyszarpnął pistolet. Prawie nie celując nacisnął spust, ponownie zaklął szpetnie, odbezpieczył i przeładował broń. - Koniec z tobą gnoju! - ryknął na całe gardło i wystrzelił. Chybił, bo ciało chłopaka wykonało błyskawiczny unik. Broń zagrzmiała jeszcze trzykrotnie. - Gdzie jesteś! Pokaż się! - syknął śledczy przewracając stojące mu na drodze krzesła. Nagle zakrztusił się, czując silne dłonie na swoim gardle. Jego lewa pięść cepem grzmotnęła przeciwnika, którego twarz nagle znalazła się przy jego. - Synku, po tobie! - wykrztusił z siebie mężczyzna i kolejny raz nacisnął na spust. Pocisk przebił mu kość czołową czaszki, zmielił na miazgę tkankę nerwową i wyrywając spory kawał potylicy grzmotnął w ścianę. Chłopak jeszcze przez chwilę unosił się nad trupem, po czym lekko uśmiechając się zniknął. Czekała go niezbyt komfortowa noc, dlatego postanowił nieco poluzować pasy. Dwa ciała zlały się w jedno, zamknął oczy i spokojnie zasnął. 36 Przypadki podróżne Juliusz Skurewicz PRZYPADKI PODRÓŻNE Siedzieliśmy we trzech w sopockiej restauracji Gesslera. Był grudzień, a za oknami na Monciaku zamiast śniegu, jak dawniej, było szaro, mglisto, wilgotno. Trochę piliśmy, trochę jedliśmy, trochę rozmawialiśmy, ale bez entuzjazmu. Każdy z nas wydawał się być bardziej zajęty własnymi sprawami niż rozmowę, która nie bardzo się kleiła. Dla ratowania sytuacji zamówiliśmy jeszcze po jednej wódeczce. -Ja panów rozumiem - powiedział kelner. Po chwili T. się ożywił. - Wyobraźcie sobie - powiedział - że widziałem ducha. Podniosłem pytająco oczy. Z. - jak zwykle - zaśmiał się tubalnie i hałaśliwie. - Co? - Widziałem ducha - powtórzył T. - Byłem w zeszłym tygodniu na seansie spirytystycznym u znajomych. Nie znacie ich. Koniecznie chcieli dowiedzieć się, kto... Seanse spirytystyczne to była ostatnia rzecz, która mogła mnie zainteresować. W dodatku niespecjalnie jednak lubiłem T., głównie z powodu jego nieumiarkowanych skłonności do konfabulacji. Toteż pogrążyłem się w myślach na temat tego, co mnie czekało następnego dnia w pracy, a było jasne, że dzień nie zapowiadał się łatwo. Z zamyślenia wyrwał mnie tubalny głos Z.: - To niemożliwe! W tym momencie przypomniałem coś sobie. - Raczej chyba nieprawdopodobne - powiedziałem. - Jak się dobrze zastanowić, to jest bardzo mało rzeczy, które są z założenia niemożliwe. Jak chcecie posłuchać, to coś wam opowiem. - Kilka lat temu jechałem siódemką z Warszawy do Gdańska, co zresztą często mi się zdarzało z racji obowiązków zawodowych, ale i powinności rodzinnych. Zresztą wiecie. Mimo późnej stosunkowo jesieni — był prawie koniec października — dzień był piękny. Znacie takie słodkie jesienne dni. Toteż jechało mi się dobrze i prowadzenie samochodu, jak to chyba Stasiuk powiedział, sprawiało w takich warunkach niemal erotyczną przyjemność. - Tak sobie miło dojechałem do Olsztynka - mówiłem dalej. - Jak może wiecie, interesuje mnie etnografia, nie można w końcu żyć tylko pracą zawodową. Zatrzymałem się więc i spędziłem sympatyczne półtorej godziny w skansenie w Olsztynku. Niestety, zaledwie wyjechałem z Olsztynka, pogoda raptem się zmieniła. Zamiast słońca pojawiły się chmury, z nich deszcz, najpierw mały, potem coraz silniejszy. Przez Ostródę przejechałem już w ulewie. Później deszcz co prawda zaczął zanikać, ale za to pojawiła się gęsta mgła. Nie przesadzę jak powiem, że w takiej mgle jeszcze nigdy nie jechałem. Zamiast być miło, zrobiło się trudno. W dodatku im bliżej Gdańska tym ruch był coraz większy. Głównie te cholerne tiry, sami zresztą wiecie. Wyprzedzanie zrobiło Juliusz Skurewicz 37 się praktycznie niemożliwe. Widoczności nie było żadnej. Zacząłem przemyśliwać, że w tych warunkach może lepiej zatrzymać się gdzieś. Nic mnie nie goniło, nie było konieczności abym był w Gdańsku tego wieczora. W tym czasie miałem znajomą w Nowym Dworze Gdańskim. Mogę wam zagwarantować, że piękniejszego biustu nie widzieliście. Dwa wzgórza jak białe słonie, żeby zacytować Hemingwaya. Kusiło mnie coraz bardziej, aby spędzić u niej nadchodzącą noc. Tymczasem sytuacja na drodze była coraz gorsza. Przed Elblągiem jechałem już w środku kolumny tirów, a w okolicy skrzyżowania na wysokości miasta prędkość spadla do zera. I właśnie wtedy się pojawił. Zaczął walić w przednią szybę i krzyczeć: - Sprawa życia lub śmierci! Sprawa życia lub śmierci!! Błagam niech Pan otworzy!!! Opuściłem nieco boczną szybę. Słucham pana — powiedziałem — o co chodzi? - Sprawa życia lub śmierci - powtórzył. - Błagam niech mnie pan zabierze do Gdańska. - Nie jadę do Gdańska - odpowiedziałem bez namysłu. - Zatrzymuje się w Nowym Dworze. - Wszystko jedno - powiedział szybko. - Byle naprzód. Niech mnie pan zabierze, proszę. Wszystko panu wytłumaczę. - Niech pan wsiada. Wsiadł. Nazywam się ...ski - powiedział i wyciągnął do mnie rękę. Zrobiłem to samo. Był to około pięćdziesięcioletni dobrze zbudowany facet, lekko szpakowaty, bardzo porządnie ubrany, o inteligentnej twarzy. -Jestem pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego - mówił dalej. - Moim hobby jest żeglarstwo. Wczoraj w nocy jechałem pociągiem z Gdańska do Warszawy, ponieważ dostałem wiadomość, że w sklepie żeglarskim pojawiły się części, których potrzebuje. Tutaj wdał się w detale tego, co chciał kupić. Nieistotne. - Niech pan sobie wyobrazi, co było dalej. Jechałem w przedziale z jakimś małżeństwem. Było już późno, zdrzemnąłem się trochę. Pamiętam, że w pewnym momencie ktoś otworzył drzwi przedziału, a dalej już nie wiem, co było. Jak się ocknąłem, nie miałem już niczego poza tym, co na sobie, a i to... Tu nieco teatralnym gestem odchylił poły marynarki. Wewnątrz smętnie zwisały rozcięte na pół wewnętrzne kieszenie. - Chyba potraktowali mnie gazem - mówił. - Po przyjeździe do Warszawy zgłosiłem się oczywiście na policje, ale szukaj wiatru w polu. Rzeczywiście. Pamiętacie, że w swoim czasie tego typu napady były na porządku dziennym, a właściwie nocnym. - Zostałem bez niczego, głównie oczywiście chodzi o pieniądze - mówił. - Od wczesnego rana podróżuję autostopem z powrotem do Gdańska. Jeden kierowca kazał mi wysiąść w polu jak się dowiedział, że nie mam ani grosza. Dlatego opowiadam szczegółowo, co mnie spotkało. 38 Przypadki podróżne Kiwałem głową ze zrozumieniem. Rzeczywiście nieciekawa sytuacja. Mój nowy towarzysz nie dawał za wygraną: - Bardzo proszę, niech mnie pan podrzuci do Gdańska. Zastanowiłem się chwile, ale wizja nocy pomiędzy białymi wzgórzami zwyciężyła. - Niestety - powiedziałem. - Jadę do Nowego Dworu. - Trudno - odrzekł. - Ale w takim razie mam propozycje. Tu niedaleko znam bardzo fajną knajpkę z pokojami hotelowymi. Nie obrazi się pan, jak poproszę o kolejna przysługę - nie miałem nic w ustach od wczoraj. Wystarczy mi zupa. A pan przy okazji chwile odpocznie. Rozważyłem sytuacje. Rzeczywiście byłem już trochę zmęczony - pogoda dała mi się we znaki. Jeżeli to niedaleko, jak mówi, to zajmie mi to godzinę. Potem, jeżeli w Nowym Dworze coś pójdzie nie tak, zdążę jeszcze na wieczór dojechać do Gdańska. - OK - powiedziałem - niech pan prowadzi. - Tu zaraz, w Solnicy, trzeba skręcić w prawo. A potem jakiś kilometr prosto, nie więcej. W Solnicy skręciłem wprawo. Krajobraz zrobił się bardzo żuławski. Płaski i monotonny, ale w tej monotonii był urok i było piękno. We mgle rysowały się tajemniczo wierzby, przycięte krótko od góry. Pojedyncze lub w szpalerach obramowujących polne drogi. Gdzieniegdzie, bliżej i dalej, stały pomennonickie domy, prostokątne lub w kształcie litery L. Na polach, już zaoranych, skiby ziemi lśniły wilgocią. Przejechaliśmy może ze trzy minuty. - To tu - powiedział. Zatrzymaliśmy się przed domem podcieniowym. Wyglądał na odnowiony i zadbany. W oknach się świeciło. Wysiedliśmy. Nie dojrzałem żadnego szyldu, ale prawdę mówiąc nie rozglądałem się zbytnio - deszcz znów przybrał na sile wiec szybkim krokiem przeszliśmy do bramy. W dużej sieni drzwi z prawej strony były zamknięte, ale te po lewej prowadziły do zachęcająco wyglądającej izby. Stało tam kilka stolików, a na szerszej ścianie, w otwartym kominku, pali się spory ogień. Było milo i przytulnie. Byliśmy jedynymi gośćmi. Po chwili pojawił się starszy, brodaty, ubrany na czarno mężczyzna z jadłospisem. Złożyliśmy zamówienie. W trakcie jedzenia rozmawialiśmy. Powiedziałem, że ja też kończyłem u-gie. Podał mi kilka nazwisk swoich kolegów i współpracowników. Żadne z nich nic mi nie mówiło. Poinformował, że mieszka w Gdańsku przy Ogarnej numer jakiś tam. Zapisał ten adres na kartce i dał mi. Wreszcie odważył się: - Bardzo proszę niech mi pan pożyczy dwieście złotych. Nie będę się już dziś stąd ruszał. Przenocuje tu na górze, a rano jakoś dostanę się do domu. Dałem mu dwieście złotych. Zapłaciłem rachunek, pożegnaliśmy się. Pojechałem. Dwa dni później, wczesnym popołudniem wyjechałem z Gdańska z powrotem do Warszawy. Po drodze pomyślałem sobie, że warto by może wpaść na obiad do tej knajpki Juliusz Skurewicz 39 pod Solnicą, która miała wiele uroku, a i jedzenie nie było złe. W Solnicy skręciłem w lewo. Tym razem krajobraz wydał mi się trochę inny. Nie mogłem jakoś dostrzec wierzb widzianych dwa dni wcześniej, a i zabudowań pomennonic-kich też nie było, jedynie posocjalistyczne klocki. Co gorsza, nie mogłem znaleźć domu z podcieniami i restauracją. W Orlińcu zatrzymałem się. Co jest - pomyślałem. Przecież nie zabłądziłem. Musiałem przeoczyć ten dom. Może jednak stał dalej od drogi. Zawróciłem. Jechałem powoli wypatrując wszystkiego po obu stronach drogi. W Solnicy znowu się zatrzymałem. Nie, to niemożliwe - powiedziałem głośno do siebie. To przecież niemożliwe. Nie miałem halucynacji. Zawróciłem jeszcze raz. Przed Orlińcem spotkałem rowerzystę. - Przepraszam pana - zaczepiłem go. Szukam takiego domu podcieniowego z restauracją. Byłem tu dwa dni temu, a teraz nie mogę znaleźć. Spojrzał na mnie uważnie. - Tu nie ma żadnego domu podcieniowego ani restauracji - powiedział. - Najbliższy taki dom jest w Mierzęcinie, kilka kilometrów w tamtą stronę - pokazał ręką. Ale restauracji tam też nie ma. Nie zdziwicie się jak dodam, że podczas następnego pobytu w Gdańsku pojechałem na Ogarną, aby poszukać numeru domu zapisanego przez towarzysza poprzedniej podroży. Na Ogarnej w ogóle nie było domu z takim numerem. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY ARYSTOKRATYZM, SAMOTNOŚĆ John Fowles - w Aristos, także w bardziej znanym Kolekcjonerze - pokazuje arysto-kratyzm jako stan ducha, nie krwi i urodzenia. Szukając początkowych znaczeń tego pojęcia przywołuje Heraklita z Efezu, który dzielił ludzi na moralno-intelektualna elitę (dpuTTOi - szlachetni) i bezmyślną, uległą tłuszczę (ó^Aoę), szary tłum (Aaour^iKoę). Termin „szlachetni” nie oznaczał bynajmniej „szlachetnie urodzeni ” - to znaczenie pojawiło się później i miało związek z potrzebą uzasadnienia pospolitego prawa do sprawowania władzy „panów”. Linia podziału między „elitą” i „masą” zdaniem Fowlesa przebiega przez poszczególne jednostki, nie pomiędzy nimi: „[...] nikt z nas nie jest skończenie doskonały; nikt też nie jest skończenie niedoskonały”. Łączenie arystokratyzmu z urodzeniem oznacza ekskluzywizm, znajdowanie różnic między poszczególnymi jednostkami i grupami, co prowadzi do wyobcowania przedstawicieli elity („śmietanki towarzyskiej ”) i samotności, społecznego wyizolowania. Nicola Chiaromonte (Notatki) pisze, że arystokrata we właściwym sensie tego słowa to „człowiek o wzniosłej duszy”. Jan Tomkowski („Odra” 11/2015) zestawia ze sobą sylwetki dwóch włoskich arystokratów: Giuseppe Lampedusy, pisarza i Luchino Viscontiego, reżysera (który filmował prozę Lampedusy). Książęta krwi, których pierwszymi domami były, zbombardowane w czasie wojny przez Amerykanów, pałace — Viscontiego w Mediolanie, Lampedusy w Palermo (rodowa wyspa, do której starają się dziś dopłynąć rzesze nieszczęsnych uchodźców, została sprzedana jeszcze w XIX wieku). Odczuwają dotkliwie „brzydotę teraźniejszości, utratę formy i stylu, zapowiedź zmierzchu sztuki i piękna w dotychczasowej postaci”. Zastępują rzeczywistość empiryczną światem przedstawionym w książkach: Lampedusa (znający włoski, francuski, niemiecki i angielski) czyta w oryginale Szekspira, Stendhala i Montaigne'a; Visconti - Dostojewskiego, Prousta, Manna, Gidea, oczywiście także Szekspira. Lektury nie gaszą narastającej melancholii, doznania jało-wości życia pustełnika-estety, sztuczności własnego świata, na który składają się „[...] przybieranie masek i póz, trudna sztuka konwersacji, jeszcze trudniejsza umiejętność dobierania odpowiednich min, gestów i grymasów”. Owszem, skrywają się w swych samotniach, ale dla swej twórczości niczym tlenu potrzebują ludzkiego zgiełku. Lampedusa pisze wyłącznie w kawiarniach, Visconti ożywa na planach filmowych, gdzie kinie niczym szewc na współpracowników i wypala kilkadziesiąt (bywa, że sto dwadzieścia!) papierosów dziennie. Gregor von Rezzori w autobiograficznej prozie (fragment zatytułowany Siostra znalazłem w „Zeszytach Literackich”) wspomina młodość w Czerniowcach jako stan szczególnego zamknięcia i wyobcowania: Żyliśmy insularnie również pod względem społecznym. Zaliczaliśmy się do warstwy panów, która już nie panowała, zastąpiona przez inną, nad którą, jak nam się zdawało, górowaliśmy [...]. Czuliśmy, że jesteśmy wykluczeni, z drugiej strony ta izolacja dawała nam poczucie wyróżnienia, ba, wybraństwa. Andrzej C. Leszczyński 41 Mit niegdysiejszego utraconego bogactwa tyleż nas gryzł, co wbijał w pychę. [...] Nic nie było zdecydowanie tym, czym było. Wszystko ukazywało się jakby w złamanym świetle. Nasza egzystencja pod każdym względem miała w sobie coś nierzeczywistego [...]. MIŁOSZ Agnieszka Kosińska, jej Miłosz w Krakowie. Prawie osiemset stron, w tym staranne indeksy tytułów i osób (jakaś żałosna próżność kazała mi szukać tam swojego nazwiska). Narastające znużenie lekturą, na stronie czterysta którejś pojawia się i rośnie pragnienie, żeby już było po wszystkim, żeby umarł. Czytam i czekam na śmierć, przeskakuję kilkadziesiąt kartek, by dowiedzieć się, kiedy będzie opisana, jest na stronie 618 („Po godzinie 11 przed Budapesztem dostaję wiadomość, że Miłosz zmarł o ll,lo w domu, w swoim pokoju ”). Poczułem się trochę nieswojo, wracam na stronę 415. Dwanaście lat temu, 14 sierpnia 2003 roku, chyba jak zwykle pod wieczór, zanotowałem w swoim dzienniku, że zmarł Czesław Miłosz: „Olbrzym wywołujący respekt. Zbyt wielki na ciepłe uczucia”. Odejścia Jerzego Turowicza, Krzysztofa Kieślowskiego, Józefa Tischnera, w jakimś stopniu Jacka Kaczmarskiego, odczułem boleśnie i nie bez egoistycznego żalu, jako własne zgaśnięcie. Ale nie odejście Miłosza. Napisałem wtedy kilka zdań okrągłych, łatwych, mogących udawać głębię: „Znalazł, może nazwać, TO? »I wyznaję, że moje ekstatyczne pochwały istnienia / Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu, / A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać«”. Trzy dni później, we wtorek, jechaliśmy pekaesem z Zosią, Ireną, Sabiną, Grażyną i Teresą do Wilna. Zaraz za Ogrodnikami, koło trzeciej, może czwartej nad ranem, przekroczyliśmy granicę. Pojawiły się kruche chatynki, bociany, potem kobiety dojące pozostawione na noc na pastwiskach krowy. Jechaliśmy w milczeniu, próbowałem odnaleźć w mijanym krajobrazie coś, co widział Miłosz i co musiało w nim pozostać. Pojawił się jednak inny obraz, Ostrówki, Iwona doi Czarną, opędzam ją od much gałęzią zerwaną z papierówki zza stodoły. Już po przeczytaniu całej książki szukam fragmentu, który został w mej pamięci i do którego chcę wrócić. Nie zaznaczałem niczego, więc trochę to trwa. Jest zaraz za zbiorem zdjęć, za starą fotografią skutej mrozem Wilii, za którą widać Antokol. Czytam słowa Agnieszki Kosińskiej: Jestem bardzo zmęczona. Czy przebywanie z bardzo starym, udręczonym, pragnącym umrzeć człowiekiem pozostaje bez śladu? Człowiekiem, który mówi o tym, że chce umrzeć, więcej, który nawet pisze o takich rzeczach swojemu choremu synowi, że modli się o śmierć, najlepiej we śnie, że jego życie jest męką. [...] Miazmaty, które wyprodukował przez prawie 100 lat, teraz na małej powierzchni życia i czasu stają się szczególnie toksyczne. Przez osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu nasiąkasz tym. Reszta godzin schodzi na uwalnianiu się od tego. I to się nie udaje. Najgorsze co wchodzi przez oczy. I zapachy. Szczególnie ten jeden. Czytam jeszcze raz i myślę, jak bardzo musiała wszystko bezpośrednio i bez osłony odczuwać, skoro i mnie miazmaty te doszły z zaczernionych drukiem stronic książki. Dwa tygodnie po śmierci Miłosza, w rodzinnym domu w Zawadzie, gdzie próbuje odzyskać równowagę, zapisuje: Świat po Miłoszu? Skarlał. Nie ma już z kim i o czym. Z CM byłam właściwie sobą. 42 Okruchy PRZESTRZEŃ DIALOGU Praźródła dialogu tkwią w dramacie zniszczenia całości. W pęknięciu ontycznego jądra, wydobyciu się zjedna [dopełniacz od: Jedno] wielości (Plotyn). W pomieszaniu języków (wieża Babel). W seksualizacji, czyli rozszczepieniu bytu. Bezpośrednio zaś -w samowiedzy dotyczącej tego stanu. W uświadomieniu sobie własnej cząstkowości, nie-pełności. W potrzebie znalezienia czegoś poza sobą. Izaak Bashevis Singer pisze, że Bóg stworzył świat po to, by wyzwolić się z siebie absolutnego, czyli samotnego. („Absolut” opiera się na rdzeniu solus - sam). Stworzył świat, by móc się do niego - nie do siebie -zwracać. Dialog jest wydobyciem się z siebie, dokonuje się zawsze na zewnątrz, pomiędzy. Dobrze, gdy dialog wynika z przypadku, gdy jest spotkaniem ludzie nieumówionych, którzy nie odwracają się od siebie, gdy ono nastąpi. Dobrze, bo brak wtedy przygotowanych strategii, osłon, wiedzy o drugim. Dzieje się tak na przykład podczas rozmowy z nieznajomym z pociągu. Dobrze też, gdy w dialogu spotykają się ludzie „nadzy” (prawdziwi). Bez tytułów, stanowisk, dyplomów, zawodów, pozycji społecznych. Także bez zwyczajnych ubrań? Czemu nie, sprzyjałoby to utrzymaniu płaszczyzny poziomej, zrównującej rozmówców. Nie można uczestniczyć w dialogu patrząc w dół lub zadzierając głowę do góry. Człowiek znajduje drugiego człowieka naprzeciw siebie. Nie powinien szukać w nim jakichkolwiek znamion, wyróżnień, nie powinien - mówi Emanuel Levinas - dostrzegać nawet koloru jego oczu. Tomasz Rodowicz mówi o działaniach teatralnych, jakie podjął po latach praktyk u Grotowskiego i w Gardzienicach: Staramy się wejść nie w relację mistrz - uczeń, ale człowiek - człowiek. [...] prawdziwy mistrz zejdzie zawsze do twojego poziomu, lub inaczej: będzie umiał cię wysłuchać. Mistrz, który nie przepracował swojego ego, będzie zawsze patrzył na ciebie z góry. Ale to łachmyta, nie mistrz. Dialog jest wyjściem (dia - przez) poza ja (logos). Rodowicz: Artyści i wielcy ludzie interesują mnie głównie od tej strony. Co zrobili ze sobą, ze swoim życiem. Jak bardzo zjadło ich własne ego i jak sobie radzą z tą nieuleczalną chorobą. Dialog jest ryzykiem. Ryzyko polega na tym, że dialog zmienia, że jest potem inaczej, niż było. Podjęcie takiego ryzyka jest świadectwem gotowości do dialogu, wejściem w nieznaną dotąd przestrzeń. Samą przestrzeń można pojmować różnie. Euklides mówi o bycie ciągłym i nieograniczonym, Platon o zbiorniku mieszczącym przedmioty poznania, Kartezjusz o rozciągłości, Kant o myślowej ramie pozwalającej ująć rzeczywistość, Einstein o uległości wobec grawitacji itp. Ważne jest jedno: jeśli ma być przestrzenią dialogu - musi mieć charakter niehomogeniczny. Czyli taki, który pozwala w niej wyodrębnić odmienne elementy. Przestrzeń wypełniona jest rzeczami przynależącymi do natury bądź kultury. Rozmowę między nimi - między budowlami, dziełami sztuki, krajobrazami naturalnymi bądź przemysłowymi - można pojmować wyłącznie metaforycznie. W rzeczywistości rzeczy rozmawiają ze sobą wyłącznie dzięki ludzkiemu zapośredniczeniu. Rzeczy stają się wtedy tekstami. Może nimi być wszystko, co potrafimy czytać. Richard Schechner pisze, że teksty „Mogą być wyryte w kamieniu, napisane atramentem na welinie, wydrukowane Andrzej C. Leszczyński 43 na papierze, wyryte w krzemowych kościach. Mogą być także ustalonymi połączeniami neuronów albo pamięcią ciała u tancerza, malowidłami lub planami architektonicznymi - i mogą być zrealizowane w wielu innych technikach zapamiętywania, opisu, reprezentacji, inicjowania i powtarzania zdarzeń. Można je »czytać« jako spójne systemy komunikacji - pismo, sztuki piękne, muzykę, teatr. Można nawet odczytywać miasto lub epokę dziejów jako spójny tekst”. Ludwik Wittgenstein pisze w liście: „Przypomnij sobie, że dobra architektura wywiera takie wrażenie, jakby wyrażała myśl. Chciałoby się odpowiedzieć jej gestem”. Zapośredniczenie przestrzeni przez człowieka powoduje, że staje się ona miejscem. Przestrzeń to kategoria ontologiczna. Jest bytem mogącym mieścić w sobie inne byty. Jej metaforą może być „mieszkanie”. Miejsce to kategoria antropologiczna. Jest przestrzenią „udomowioną”. Fizyczne obszary przestrzeni stają się miejscami, gdy pojawią się w nich żywi ludzie odczuwający siebie tutaj. Miejsca to cząstki globu, które pozwalają zakorzenić się, znaleźć fundament tożsamościowy, być domem. Domem gościnnym, otwartym dla przybysza. W takim domu ludzie spotykają się, co znaczy, że godzą się na współ-obecność. Jeszcze raz wrócę do Kanta. Mówi on, że świat jest zamknięty w sobie, niedostępny. Trochę tak, jak drewniana kostka Zbigniewa Herberta: Drewnianą kostkę można opisać tylko z zewnątrz. Jesteśmy zatem skazani na wieczną niewiedzę o jej istocie. Nawet jeśli ją szybko przepołowić, natychmiast jej wnętrze staje się ścianą i następuje błyskawiczna przemiana tajemnicy w skórę. Dlatego niepodobna stworzyć psychologii kamiennej kuli, sztaby żelaznej, drewnianego sześcianu. To świat noumenów (rzeczy pomyślanych, od: nous - umysł). Świat inteligibilny (dający się pojąć, od: intelligibilitas - pojmowalność, dorzeczność). Ujawnia się każdorazowo zniekształcony przez ludzkie poznanie jako świat fenomenów. Świat jest zawsze czyjś. Rozumiany jako makrokosmos artykułuje się zawsze w człowieku, mikrokosmosie. Wielcy dialogicy - Franz Rosenzweig, Ferdinand Ebner, Emanuel Levinas, Martin Buber (on przede wszystkim) mówili, że tożsamość zyskuje się poprzez relacje opozycyjne. Ja możliwe jest dzięki relacji do Ty. Spotkanie ludzi jest pomnażaniem tożsamości. Pojawienie się drugiego, jego pytania o moje widzenie rzeczywistości, uświadamia mi, „że istnieje obok mnie inny świat, jego świat - to, co on widzi i czego doświadcza” (Józef Tischner). Gdy rozmawiam z kimś o Polsce - spotykają się ze sobą dwa kraje (dwie ojczyzny) zwane Polską: jego i mój. Może być o wiele więcej tych krajów (ojczyzn), więcej odsłonięć i ujawnień bogactw zawartych w rzeczywistości noszącej nazwę Polska. Trzeba tylko umieć wsłuchiwać się w głosy, które mówią o wspólnej ojczyźnie. MIT W grece pojęcie mitu (mythos) odsyła do takich desygnatów, jak słowo, legenda, opowieść czy nawet filozofia (Arystoteles pisze w Metafizyce, że miłośnik mitów jest też poniekąd filozofem). Racjonalizm oświeceniowy traktuje mit jako epitet, synonim fałszu: to fikcja właściwa niskiemu poziomowi rozwoju ludzkiej świadomości. 44 Okruchy (Zdemitologizowaną w ten sposób rzeczywistość Czesław Miłosz nazwie „ziemią Ulro”, Max Weber powie o „odczarowaniu” [die Entzauberung]). Racjonalista znajduje oparcie nie w micie, lecz w logosie - w pojęciach tworzących wiedzę i abstrakcyjne teorie wyrażone w piśmie i poznawane poprzez lekturę. Inaczej widziany jest mit z perspektyw fenomenologicznej i antropologicznej. Jest teraz opowieścią prawdziwą wyrażoną nie wprost, w języku symbolicznym. Nie jest czy-imkolwiek wymysłem („mity same się myślą”), lecz wyrazem najbardziej uniwersalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka. Opowieść mityczna, powie Zygmunt Kubiak, to historia, która nigdy się nie zdarzyła, lecz wciąż się dzieje. Opowieść ta opiera się nie na logosie, ale na zawartym w micie obrazie, na paraboli. Nie wyraża wiedzy, lecz sens (mądrość). Jako żywa treść życia nie docieka prawdy, lecz ją głosi. Głosi ją w mowie (zapisana stałaby się martwa) i przekazuje w aktach inicjacyjnych. Obecność mitu w kulturze, twierdzi Leszek Kołakowski, wyrasta z doświadczenia kruchości, czasowości i przypadkowości istnienia. W ten sposób człowiek [...] unika zgody na świat przypadkowy, wyczerpujący się każdorazowo w swej nietrwałej sytuacji, która jest tym, czym jest teraz, i do niczego nie odsyła. Kołakowski nie stara się być oględny: [...] Wiemy, że świat, w którym żyjemy, musi się kiedyś skończyć. Nadejdzie moment, w którym ziemia ulegnie zniszczeniu. Spłonie ostatni egzemplarz Szekspira i roztrzaskana zostanie ostatnia rzeźba Michała Anioła. Niczego nie można ocalić na zawsze. Koniec musi nadejść, to jest nieuchronne. Tym bardziej trwała jest potrzeba czegoś innego niż to, co doczesne i wytłumaczalne. Mit zaspokaja realną potrzebę oswajania świata doświadczenia przez jego rozumiejąca interpretację, odnoszącą go do nie uwarunkowanego bytu. Wprowadza w świat sens, porządek, celowość. Świat sam w sobie jest bowiem „obojętny” i „bierny” wobec ludzkich problemów egzystencjalnych: cierpienia, klęsk życiowych, śmierci. Pragnienie przezwyciężenia tej „obojętności” jest źródłem wszelkich ludzkich wysiłków. Pragnienie to - zwane „chorobą na sens” - zawsze najlepiej zaspokajał mit. W liście do Józefa Czapskiego określa go Kołakowski mianem „świecącej nitki”. W nieskończonej ciemności, w jakiej żyjemy i do jakiej się przyczyniamy [...] wiąże nas wątłą może, ale nie dającą się przerwać więzią z tym, co jest poza ciemnością. Andrzej Kasperek 45 Andrzej Kasperek FUGA NA SAMO-LOTY, LAS I ANIELSKIE SKRZYDŁA (Z ODROBINĄ PSIEJ SIERŚCI) Jak zacząć ten esej? Jaki klucz znaleźć do tej niezwykłej trylogii Marka Stokowskiego, której każda część u innego wydawcy opublikowana i stąd każdy tom inny edytorsko. Wielu czytelników pewnie nawet nie wie, że Samo-loty to początek większej opowieści, Stroiciel lasu jej część druga a Kino krótkich filmów trzecia (ostatnia?). Oczywiście każda z tych książek może być czytana osobno, w dowolnej kolejności, ale będę się upierał, że dopiero czytane po kolei dają najpełniejszą satysfakcję lekturową. Ktoś na internetowym blogu napisał: „Mam na myśli zastraszająco niedoceniany, a cudowny cykl powieści: Sa-mo-loty, Stroiciel lasu i Kino krótkich filmów. Niedoceniona i cudowna trylogia? Tak. Niektórym tytuł mojego eseju może się wydać pretensjonalny, a nawet minoderyjny czy (uchowaj Boże!) dziwaczny. Nie było moim zamiarem silić się na naśladowanie barokowych zawijasów. Terminu fuga pochodzącego z muzyki użyłem, bo kojarzy się on z Janem Sebastianem Bachem a twórczość „organisty z Lipska” jest często przywoływana w twórczości Marka Stokowskiego, stając się tam symbolem piękna sztuki a może nawet życia. Fuga w muzyce jest świadectwem najwyższego kunsztu artysty, tak jak sonet w poezji. Ale fuga po łacinie znaczy też ucieczka a w psychologii znane jest pojęcie: fugi dysocjacyjnej, czyli „reakcji ucieczkowej na jakieś przykre bodźce”. 46 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Samoloty, anioły, drzewa, pies... Latadła, projektor pana Bociana z DPS-u oraz kino krótkich filmów... Nastoletni Marek Sadowski z Okęcia; M - wybudzony po przeszło dwudziestu latach śpiączki; M, który zamieszkał na „zydlungach” w wiosce skrytej w lasach nad dolną Wisłą i M przemierzający zimą Powiśle i Żuławy - to bohaterowie i rekwizyty tej opowieści, spotykamy ich w tej trylogii. Samo-loty (2005) mają dziecięcego narratora, jest nim Marcin Sadowski, kilkunastolatek, którego poznajemy na procesji w czasie Bożego Ciała. Jest ministrantem i chociaż bardzo się stara, to znowu przeklął. Wypsnęło mu się jakieś: kurna, w torbę, ja pierdykam, ja cię sunę, chromolę. Wzruszające są te pieczołowicie pozbierane przez autora „brzydkie wyrazy”, które dziś mogą nas jedynie przyprawiać o uśmiech. W tym świecie nawet dorośli się pilnowali i klęli tylko do połowy: „W morr! Kurr! Pierr!”. Wiele ze zgromadzonych przez autora słów pewnie jest już dla młodszych czytelników nieczytelnych: pimoła, pa-tafian, git-ludzie... To one (podobnie jak nowomowa kierowniczki szkoły i milicjanta) a także to zamiłowanie do gigantycznych skrótowców (SKLDZiR, WPRGiW, ZWUT) budują pieczołowicie koloryt epoki - lat 1970 roku, zmierzchu ery Władysława Gomułki. Ale nie tylko one. Stokowski wiernie opisuje realia PRL-u: biedę, szarzyznę, zapach gotowanej kapusty, puste sklepy i marzenie o pomarańczach, będących niczym „między-galaktyczne zjawy, cuda nieobecne w naszym kraju lub obecne tylko czasem, przed świętami, jeśli zdążył statek z Kuby”. Nic dziwnego, że ich spożywanie przypomina bardziej eucharystię („każdy trzymał swoje dzwonko jak najdłużej na języku, aż się całkiem rozpuściło”), niż dzisiejszą banalną konsumpcję owoców cytrusowych. Autor przenosi nas na Okęcie, którego topografia zostaje precyzyjnie opisana. Międzynarodowe lotnisko będące marzeniem o locie do krajów dalekich - kapitalistycznych i egzotycznych przydawało tej peryferyjnej dzielnicy nienależnego jej blichtru: To nasze Okęcie trwało na granicy miedzy wiatrem w polu a centrum Warszawy, między wyprężonym cielskiem Pałacu Kultury a mizerią ruder z desek krytych papą, pomiędzy drewnianym kościołem pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu a kamiennym bunkrem Komitetu Centralnego Partii, między ciężkim smrodem w szatni w naszej tysiąclatce a Krakowskim Przedmieściem z aromatem wykształconych pań i panów, między CWKS Legia [...] a błotem stadionu RKS Okęcie, między gmachem Filharmonii przy ulicy Jasnej a peryferyjnym kinem Lotnik przy ulicy Rozwojowej, pomiędzy powietrznym liniowcem do Rzymu a wozem węglarzy i pomiędzy wschodem i zachodem słońca. Ta pospolitość skrzeczy - koślawe domy, ulice bez bruku, odpadające tynki, zdziczałe ogródki i zachwaszczone działki, budy, gołębniki, szopki i garaże ze sklejki, pordzewiałe wraki samochodów i przepełnione szambo. A do tego „niemłode panie w oknach ”, pokąt-ny handel kradzionym paliwem, lewe interesy o nieznanej naturze, otwarte okna, z których dobywa się gwar życia w przeludnionych kwaterach, przekleństwa, odgłosy płaczu dzieci, pijackich awantur i wrzaski Arka, który „właściwie codziennie dostawał ataków padaczki bądź szału”. Marcin, zwany też: Marcinkiem, Marunkiem, Mariankiem albo po prostu Sadowskim czy Sadosiem, mieszka tu z matką, babcią i sublokatorem - Samuelem Harsztarkiem. Ojciec uciekł na Zachód i stamtąd z pewnej rozgłośni „głupimi wierszykami i komentarzami Andrzej Kasperek 47 szkaluje własny kraj, ojczyznę, Polskę, tchórzliwie kala własne gniazdo. Ukryty w tej imperialistycznej i rewanżystowskiej norze opluwa nasz demokratyczny rząd i naszą partię!” Te słowa wypowiada kierowniczka szkoły (ksywka Tleniona, bo „zwieńczona była kulą utlenionych włosów przypominających kosmiczny hełm W. Tiereszkowej ), która w trakcie apelu na zakończenie roku szkolnego 1969/70 próbuje od syna wymóc potępienie „nikczemnych, antypolskich prowokacji swego ojca”. Marek Stokowski umiejscawiając akcję swej powieści w PRL-u nie próbuje ani słowem wzbudzać w czytelnikach nostalgii za owymi czasami. Już od pierwszych zdań opisujących ten rozgrywający się na apelu seans nienawiści rodem z Orwella, który później przeradza się w pastwienie H. Sokolec, wychowawczyni, nad chłopcem, tym „zbójem, podlecem, hołotą jedną przynoszącą wstyd Polsce Ludowej i szkole, i klasie”. Sceny rozgrywające się w osiedlowej tysiąclatce to nie niewinna karykatura szkoły jak w „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. To horror, który ma zdławić wszelką niezależność myśli, inność a swych małoletnich obywateli zmusić do posłuszeństwa. Szkoła jest przedłużeniem tego systemu, miejscem „pieriekowki dusz”, formowania nowych obywateli, którzy nie zaznają prawdziwej wolności, bo nigdy jej nie smakowali. Autor nie oszczędza szkoły, postępuje niczym jej krytycy z przeszłości - Jean Vigo w filmie Pała z zachowania, Lind-say Anderson w obrazie Jeżeli czy muzycy zespołu Pink Floyd w utworze Another Brick in the Wall śpiewający: „My nie potrzebujemy (takiej) edukacji. / My nie potrzebujemy kontroli myśli / Ani mrocznego sarkazmu w klasie”. Mimo wszystko jest na to sposób sprzeciwu i obrony — Marcin buntuje się dzięki potędze swej wyobraźni, jego anarchistyczny bunt realizuje się w głowie. Następuje opis pandemonium, jakie rozpętało się w klasie. Wychowawczyni eksplodowała a chłopiec wyskoczył przez okno. A jeszcze wcześniej przez okno wyleciał samolot zrobiony ze szkolnego świadectwa Marcina. To była pierwsza ucieczka. Samoloty to drugi najważniejszy bohater tej powieści. Już na samym początku mamy opis, jak w czasie wspomnianej procesji ministrant kompletnie zapomina o swoich obowiązkach, bo nad jego głową przelatuje startujący boeing 747: „Wstępował w niebo, promieniejąc, z wiełkim hukiem, jakby ze śpiewem serafińskich chórów, a w jego wnętrzu wstępowali ludzie. Patrzyłem i ogarnęło mnie pragnienie. Pragnąłem, żeby mnie zabrali, pragnąłem zostać z miejsca wniebowzięty razem z nimi”. To pomieszanie religii z technika jest znamienne. O samolotach narrator wie wszystko, zna je z artykułów w „Młodym Techniku”, z podglądania przez siatkę „lotnicha”, jak miejscowi nazywają Międzynarodowy Port Lotniczy, który w tamtym okresie bardziej przypominał dworzec autobusowy w mieście powiatowym: „mogłem gapić się bez końca na zmorzone snem aeroplany . Lotnisko to przepustka do innego, lepszego świata bez Tlenionej, H. Sokolec, gitowców, milicjantów i tow. A. Kolca z Komitetu Dzielnicowego PZPR. To lufcik, przez który można wyfrunąć do świata bez strachu, w którym SB nie przesłuchuje matki, gdzie pomarańcze i szynkę jada się codziennie na śniadanie a zdolności i talenty są odkrywane a nie zakopywane. Marzenie o ucieczce do tego świata wolnych ludzi staje się obsesją małego narratora. Na pustej parceli w stercie materiałów budowlanych, które czekają od lat na pozwolenie 48 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła władz na budowę kościoła, postanawia zbudować karawelę (caravelle), którą poszybuje z przyjaciółmi do Francji. Sterta cegieł, stare siedzenie od syrenki, puszki i zużyte papiery przeistaczają się cudownie w latadło, czyli jak tłumaczy sam autor w wywiadzie1: Latadło to słowo, jakim bohater określa robione przez siebie urządzenia latające. A są to aparaty składane z najbardziej przypadkowych elementów, w gruncie rzeczy z odpadów, ze śmieci. Latadło wznosi się w powietrze siłą wyobraźni i siłą pragnienia jego pilota. Tę nazwę przyłożył do mojej książki ktoś inny. I jest to dla mnie wielki komplement. Jeżeli rzeczywiście dzięki temu tekstowi skleconemu z rupieci wyobraźni, choć kilku czytelników będzie w stanie odbyć ciekawe podróże, to będę bardzo szczęśliwy. Dzięki temu wehikułowi Marcin i jego załoga docierają do Francji, mieniącej się ojczyzną wolności i tolerancji. Dostatek i luksusy to sprawa drugorzędna. Marcin ma bowiem jedno marzenie, żeby Francuzi zbombardowali gmach Służby Bezpieczeństwa przy Rakowieckiej, komitet PZPR w dzielnicy Warszawa Ochota i szkołę (ale salę gimnastyczną i bibliotekę oraz parę innych miejsc można ocalić). Pobyt we Francji jest realizacją dziecinnych marzeń - pełno tam słów spisanych z przewodników, nazw potraw i zabytków, telewizji, w której jest mnóstwo programów, gdzie można osobiście spotkać się z Brigitte Bardot a miejscowi inżynierowie pieją nad zmyślnością konstruktora latadła. Za to ten bezinteresownie oddaje im pomysł na budowę airbusa. To druga ucieczka... Tyle, że to tylko sen. Obudzenie jest koszmarne - pobity przez git-ludzi ląduje w szpitalu. Tak kończą się marzenia, bo szczęście nie jest osiągalne, zawsze śledzi nas demon i kiedy tylko udaje się nam na chwile chociaż zaznać szczęścia, to rzeczywistość szybko pokazuje nam, gdzie nasze miejsce. Tak samo dzieje się przy kolejnym locie. Tym razem w boeingu 474, zwanym jumbo jet, skonstruowanym w ziemiance na działkach. Marcin z przyjaciółmi Gośką Dyngus i Andrzejem docierają nim do USA. Sam Henry Kissin-ger nie może się nachwalić i twierdzi, że zbudowanie jumbo jęta na działce z materiałów odpadowych jest wyczynem większym niż lądowanie na Księżycu. Pobyt w Stanach to jedno wielkie pasmo sukcesów: Marcin jest doradcą NASA (mimochodem wymyśla Internet), Gośka zostaje gwiazdą pop (jej wykonanie piosenki Stokrotka staje się hitem) a Andrzej zostaje mistrzem korepetycji. Ameryka jest marzeniem o świecie, gdzie człowiek może się rozwijać, spełniać a jego talenty są wykorzystywane). Ale narrator podsuwa Amerykanom pomysł laserowego działa UPLC-70, przy pomocy którego można zniszczyć Sowietów. Usłyszymy dekadę później o „gwiezdnych wojnach prezydenta Reagana”. Nieźle - Marcin wynalazł airbusa, Internet i sposób niszczenia w przestrzeni kosmicznej międzykontynentalnych pocisków nuklearnych... Jeszcze raz zacytuję wywiad autora: [...] marzenie może być rodzajem obrony przed opresją okrutnej rzeczywistości codziennej. Wtedy takie marzenia mają charakter wyraźnie ucieczkowy. Człowiek chroni się w stwarzanym przez siebie fantastycznym ogrodzie, Edenie, zamku i tam odpoczywa, zmęczony cierpieniami zaznawanymi w świecie fizycznym. W tym wyimaginowanym świecie wszystko jest 1 Jeśli wspomniałem o niedocenieniu trylogii Marka Stokowskiego to mam też na myśli skąpą ilość recenzji, omówień i wywiadów. Bardzo ciekawa rozmowa o Samo lotach ukazała na portalu http://www.racjonalista.pl/. Biorąc pod uwagę mocno religijne podłoże twórczości autora (o czym jeszcze napiszę), to widzimy, czym dla niego jest ludzki wymiar tolerancji. Andrzej Kasperek 49 tak, jak być powinno. Jesteśmy kochani, bohaterscy i silni. Mamy co jeść i w co się ubrać. Nic nas nie boli. Wygrywamy najtrudniejsze zawody. Świeci słońce. Odbywamy pełne przygód podróże i spełnia się nasza miłość. Taka gra wyobraźni może mieć wręcz niewiarygodną moc. [...] marzenia bywają rozpięte pomiędzy przełotną, cudowną, twórczą igraszką umysłu a psychozą. W okresie szkoły średniej uciekałem często w marzenia o świetnej karierze piłkarza. To był rodzaj serialu, z kolejnymi sukcesami i radościami najbardziej uzdolnionego piłkarsko nastolatka Europy. Naturalnie, marzyłem też o podróżach. Zdarzało mi się również wchodzić w pocztówkę2, która wisiała na ścianie pracowni fizycznej. To był jakiś krajobraz górski. Przechodziłem przez granicę tego obrazu i uciekałem z fizyki, chociaż moje ciało pozostawało nadal w klasie. [...] Co do perspektywy z samolotowego kokpitu, to dla moich bohaterów była to perspektywa wolności". Te ucieczki w marzenia są bardzo rozbudowane, ale przyznam się szczerze są trochę męczące. Taki powrót do dzieciństwa bywa ryzykowny, ale rozumiem, że Marek Stokowski jest bardzo przywiązany do swych wspomnień a te „ucieczki z lekcji pozwalały przeżyć rzeczywistość szkoły, „gdzie prawie wszystko boli”. Uciekają od przaśnej rzeczywistości PRL-u nie tylko dzieci. W sanatorium-prewentorium, gdzie trafia nasz bohater po kolejnym krachu ucieczki, gdy sąsiad Kostera znienacka zdybał załogę w „kokpicie na działce Marcin spotyka bratnią duszę. Siostra Klara zdradza mu miejsce w kredensie, skąd można przedostać się na drugą stronę lustra. Jej marzenia są skromniejsze — to Sopot, plaża, molo, mewy..; Socjalistyczny raj zastępujący wówczas wielu St. Tropez i Las Vegas. I znowu na zasadzie akcja-reakcja, kiedy bohater poczuł się odrobinę lepiej, gdy znalazł kogoś, kto go rozumie i jest mu bliski wszystko się psuje. Autor mówi dobitnie, że: „Ludzkie losy nie rozgrywają się w próżni. Zawsze goni nas jakiś drapieżnik i choćbyśmy nawet chcieli o nim zapomnieć, to on i tak gdzieś tam błyśnie swoim krwawym zębem . Klara częstuje go zupami, które są lepsze niż ambrozja. Smak ogórkowej czy kapuśniaku sprawia, że bohater doznaje niemalże ekstazy: „Jadłem i spływały mi po twarzy łzy [...] Umierałem. Rozpływałem się w błogości podniebienia [...] • To budzi zazdrość. Przebudzenie następuje w chwili, gdy oberwał w potylicę ziemniakiem z zupy na stołówce. „Siostra Klara też dostała [...] A gdy dotarł do niej ten szyderczy śmiech gruźlików-astmaty-ków, to skuliła się z nagłego wstydu [...] zbrzydła. I płakała. Molo, morze, wiatr i mewy jęły fałdować i brązowieć, jak wysychający po zmoczeniu gazetowy, stary papier . Marek Stokowski jest także poetą. Jego wiersz Okęcie koresponduje z opisanymi w powieści wydarzeniami: Ja - lat szesnaście, w przepoconym sweterku, spuchnięty od marzeń. Okno wychodziło na zachód. Ciężka, czerwona kula zachodziła za domy. Autor mruga do nas okiem, bo oto z tych wyśnionych, fantastycznych podróży zostaje jakiś materialny ślad. Listonosz przynosi (z wielkim opóźnieniem co prawda) kartki z Francji i USA. Niczym ta zgubiona podkowa konia Wernyhory w Weselu Wyspiańskiego jest jakiś dziwny dowód zaświadczający, że to nie tylko majaki i zwidy. 50 Fuga na samo-loty, las i anielskie skrzydła Wpadała w zatokę pod San Sebastian albo siadała na skałach Newady. Tam, za kurnikiem z dykty, garażem, szafirem horyzontu zaczynał się kontynent. Ja - z dużą, zwykłą gębą, ja - z łupieżem, ja - lat szesnaście pędziłem na rowerze, podbijać te przestrzenie w powietrzu pełnym samolotów. Marcin nie poddaje się, on koniecznie chce trafić tam, gdzie słońce zachodzi. Gdzie świat jest lepszy, gdzie mieszka już ojciec (o którym prawie nic nie mówi). Podejmuje jeszcze jedną próbę ucieczki. Szalony pomysł, żeby wraz ze swoim rowerem, czyli rzeczą najcenniejszą, dostać się do luku bagażowego zagranicznego samolotu. Pomysł niemożliwy do wykonania, ale kiedy czytamy opis tej eskapady, to czujemy prawdziwy ból, determinacja chłopca jest tak wielka, jego naiwna wiara, że wreszcie się uda, jeszcze większa. Jednak konsekwencje tej rozpaczliwej próby okażą się tragiczne. Kiedy pędzi na rowerze Romet po płycie lotniska próbując wzbić się w powietrze, kiedy już gotowi jesteśmy uwierzyć, że tym razem mu się powiedzie, następuje katastrofa: „Szybowałem ponad pasem, a ramiona miałem nadal rozpostarte tak jak skrzydła, tyle, że nie nabierałem wysokości, lecz spadłem. Aż walnąłem łbem o beton”. Trafia z pokiereszowaną głową do szpitala i zapada na lata w śpiączkę. Ale tak naprawdę to przecież trafia na chmurę, gdzie przebywa w towarzystwie aniołów. Samo-loty, tak właśnie z myślnikiem zapisano tytuł. To każę myśleć nie tylko o aeroplanach, lecz także o samotności. Potwierdza to autor: Przełamanie tego słowa miało wydobyć jego dodatkowe znaczenia. Mam tu na myśli samotność bohatera mierzącego się ze światem i fenomen samo-latania, czyli latania własnymi siłami, to znaczy siłami własnej wyobraźni i pragnienia. Samo loty to inaczej podróże samo-dzielne, samo-rodne, a w końcu samotne (zwłaszcza podróż trzecia). Tak, bo zakończenie jest bardzo smutne, ale przecież nie tragiczne, pozostawia furtkę nadziei. Jednak to śpiączka a nie śmierć. Stokowski napisał książkę wzruszającą, prawdziwą, bez (jak zauważył Piotr Bratkowski) „głupawej nostalgii, pokazującej PRL jako niesuwerenny może i zapóźniony cywilizacyjnie, ale jednak utracony raj dzieciństwa”. Samo-loty są przepełnione nieoczywistym humorem (pewnie dlatego jego twórczość tak spodobała się artystom z kabaretu Mumio, nadają na podobnych falach), poezją (ministrant opisując procesję mówi: „wytrząsałem Andrzej Kasperek 51 z dzwonków srebrny hałas”) i melancholią. Stworzył niezwykłą galerię postaci: odrażających (kierowniczka szkoły wychowawczyni, milicjant, wariatka zwana Białą Damą) i pięknych (naszkicowana kilkoma kreskami matka, przyszywany dziadek Samuel oraz cudowna, mądra i ciepła babcia, której tyrada przeciw opresji tego obrzydliwego systemu zbudowanego na kłamstwie i zniewoleniu człowieka należy do najznakomitszych fragmentów powieści a także zwiewną Gośkę D., w której się podkochuje narrator). I przede wszystkim Marcina Sadowskiego, samotnego rozmarzonego chłopca, który chciał tylko żyć normalnie. Tak mało i tak dużo zarazem. Nic dziwnego, że żal mu było rozstawać się ze swoim bohaterem. Powróci do niego w powieściach Stroiciel lasu i Kino krótkich filmów. 52 Już nie spadam z obłoków... Janusz Ryszkowski JUŻ NIE SPADAM Z OBŁOKÓW...1 Rozkwitająca wiosna roku pamiętnego... osiemdziesiątego. Wtłoczony w mundur z naszywkami kaprala podchorążego wysiadłem na Dworcu Centralnym i lustrując uważnie przedpole, czy przypadkiem na horyzoncie nie ma parolu żandarmerii (lubili czepiać się takich jak my „bażantów” trafiających po studiach do Szkół Oficerów Rezerwy), pojechałem do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Miałem tam odebrać wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie poetycko-fotograficznym, zorganizowanym z okazji Międzynarodowego Roku Dziecka. Z tej okazji otrzymałem okolicznościową 12-godzinną przepustkę. Po konkursowej gali podszedł do mnie zwalisty mężczyzna w ciemnych okularach. - Nie wiedziałem, że w Sztumie mieszka poeta, a w dodatku żołnierz - powiedział. Tak poznałem Stanisława Filipowicza, poetę i prozaika z sąsiedztwa, bo z Dzierzgonia. Jego nazwisko nie było mi obce, miał na koncie sporo publikacji i laury zdobyte w wielu znaczących konkursach literackich. Tym razem odebrał trzecią nagrodę (i 1000 złotych) za wiersz „Przed podróżą”. kiedyś znów wrócimy do domów wytarci z ubrań otworzymy szafy uśpione w naftalinie weźmiemy mundurki marynarki i spodnie ze szczupłych chłopaków (...) Na rozstrzygnięcie konkursu przyjechał z żoną Heleną. Jedliśmy potem wspólnie obiad serwowany przez organizatorów w stołówce Centrum Zdrowia Dziecka. Nie pamiętam, o czym konkretnie rozmawialiśmy. Pewnie o mających się ukazać naszych książkach. Obaj mieliśmy złożone w wydawnictwach maszynopisy tomików poetyckich. Filipowicz czekał na debiutanckie „Buty z podłogą”, które miały ukazać za kilka miesięcy nakładem „Wydawnictwa Morskiego”. Druga w olsztyńskim „Pojezierzu”. Wtedy też wspomniał, że od kilku lat organizuje Dzierzgońskie Dni Literatury i zaprasza do udziału. Starszy ode mnie o ponad 20 lat nie kreował się na jakiego mentora, choć byłoby to zrozumiałe. Miał bardzo dobre rozeznanie w młodoliterackim światku, liczne kontakty. Nie trzeba było być dobrym psychologiem, żeby zauważyć, że stawiał przed rozmówcą półprzezroczystą szybę. Pewnie tego nauczyło go życie. Nie rozmawialiśmy zbyt długo, bo wkrótce musieliśmy spieszyć na dworzec. Filipowiczowie odjechali do Malborka, ja w przeciwną stronę - do garnizonu. 1 Fragment wiersza St. Filipowicza „O sobie” z tomiku „Buty z podłogą” (1981). Janusz Ryszkowski 53 Nasze konkursowe wiersze ukazały się potem w albumie „Dziecko (Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1983) w niebotycznym, jak się dziś zdaje, nakładzie 20 tys. egzemplarzy! DZIERZGOŃ PACHNĄCY LITERATURĄ W 1981 roku Stanisław Filipowicz zorganizował w Dzierzgoniu IV Seminarium Literackie. Taką znalazłem oficjalną nazwę w archiwum, choć zapamiętałem, że przed siedzibą domu kultury na stojaku widniał napis „Dzierzgońskie Dni Literatury . Impreza pomyślana była jako warsztaty adeptów literatury z ówczesnego województwa elbląskiego. Gros z nich należała do Klubu Literackiego, działającego przy Elbląskim Towarzystwie Kulturalnym. Organizatorzy zapewniali uczestnikom dwudniowej imprezy nocleg, posiłki i zwrot kosztów podróży. W charakterze nauczycieli i mistrzów wystąpili wówczas Teresa Ferenc, jej małżonek Zbigniew Jankowski z Sopotu. Ci uznani twórcy oceniali czytane podczas prezentacji utwory początkujących poetów i nie gwiazdorzyli, jak to dzisiejsi jurorzy w telewizyjnych programach talent show.... Spotkania autorskie mieli także poeci Stanisław Gostkowski z Gdańska i Józef Jacek Rojek z Olsztyna. Gostkowski był wówczas wschodzącą gwiazdą polskiej poezji. Mówiło się o nim w środowisku, że został namaszczony na następcę Rafała Wojaczka. Podobnie jak wcześniej autora „Innej bajki ”, jego debiut rekomendował czytelnikom Tymoteusz Karpowicz. Tytuł pierwszego tomiku „Nie chowajcie mnie żyjącego” mówił już prawie wszystko o autorze, który podążał duktem „kaskaderów literatury . Gostkowski, tak mi się wydaje, nie wytrzymał oczekiwań i ciążącego miana „poety przeklętego . Po nagradzanym i głośnym Rozmowa o literaturze już mniej oficjalna w mieszkaniu poety. Od lewej: Andrzej W. Guzek, Stanisław Filipowicz, Bohdan Paczkowski, Janusz M. Moździerz, Janusz Ryszkowski i - cierpliwie wszystko to tolerująca - Helena Filipowicz, fot. S. Oryl 54 Już nie spadam z obłoków... debiucie nie wzlatywał już tak wysoko. Miał tego bolesną świadomość, artystyczne niespełnienie przekładało się na jego osobiste życie. Zmarł, jakże to też staje się symboliczne, podczas Warszawskiej Jesieni Poetyckiej w 2000 roku. Podczas tamtego seminarium dostałem od niego tomik „Wyłącznie twoja osobista sprawa” z dedykacją: „Kochany Kolego Januszu Ryszkowski... Z przyjaźnią Stanisław Gostkowski, Dzierzgoń 20 IX 81”. Po latach może to wyglądać na bliższą zażyłość, ale tak nie było. Spotkaliśmy się jeszcze na jakiś imprezach literackich, o słabszym jego trzecim tomiku „Marsz gladiatorów” (1984), nie kryjąc rozczarowania, pisałem w „Tygodniku Kulturalnym”. Rozwinąłem nieco ten wątek, by pokazać, że dzierzgońska impreza gościła ciekawych twórców. Staszek Filipowicz okazał się sprawnym organizatorem, prawdziwym menedżerem kultury. Wspierała go żona. Wtedy poznałem bliżej naturę naszego gospodarza, wilniuka. Nie zdradzał go zaśpiew, ale przedniojęzykowe „1”, a już na pewno urocza towarzyskość. Może to wtedy, podczas późnej kolacji, na którą zaprosił do domu m.in. Janusza M. Moździerza, Bohdana Paczkowskiego, poetę z Lęborka Andrzeja Wojciecha Guzka, zwierzył się, że porzucił Gdańsk dla Dzierzgonia, bo ten mu jakoś przypominał utracone miasto dzieciństwa? Kiedy tylko pojawiły się możliwości w miarę swobodnego odwiedzania Wilna, podróżował tam wielokrotnie. Jakby chciał coś nadrobić... Zaowocowało to tomikiem nostalgiczno-dokumentalnych wierszy. BUTY Z PODŁOGĄ W 1982 roku ukazała się jego pierwsza, długo oczekiwana książka. „Buty z podłogą” noszą co prawda rok wydania 1981, ale do czytelników trafiła już w stanie wojennym. Kto miał wówczas głowę do zajmowania się poezją, nawet tak dojrzałego jak on debiutanta? Zawieszono wydawanie czasopism literackich, niektóre potem zlikwidowano, po swobodnym oddechu w czasie karnawału Solidarności, znowu nałożono kaganiec. Tomik Filipowicza mocno wyrastał z klimatu sierpniowej odnowy. Tytuł „Buty z podłogą” staje się zrozumiały, gdy ma się świadomość, że chodzi o nawiązanie do drewnianych więziennych chodaków. Filipowicz, rocznik 1934, wówczas 15-letni gimnazjalista, został aresztowany na przynależność do antypaństwowej organizacji (w aktach śledztwa były dwie nazwy - Rycerze Dobrej Woli lub Związku Dobrych Druhów) i spędził kilkanaście miesięcy w więzieniu (wyrok opiewał na 2 lata). Tegoż roku (11-12 września) odbyło się kolejne seminarium literackie w Dzierzgoniu, które było, jak pisał Jerzy Jan Kolendo w „Wiadomościach Elbląskich ” „wyłączną zasługą kierownika Miejskiego Domu Kultury Stanisława Filipowicza”, a udział w nim takich pisarzy i krytyków jak: Krzysztof Nowicki, Zbigniew Jankowski, Teresa Ferenc, Stefan Połom, czy Józef Jacek Rojek, gwarantował nie tylko poznanie przez uczestników imprezy - członków Klubu Literackiego ETK - aktualnej sytuacji w literaturze polskiej, lecz miał dla nich poważniejsze znaczenie natury - tak to można określić - natury warsztatowej.” W następnym roku, także we wrześniu, w Dzierzgoniu zorganizowano VI Międzywojewódzkie Sympozjum Poetyckie. „Wzięli w nim udział członkowie Klubu Janusz Ryszkowski 55 [Literackiego ETK], zainteresowana młodzież z Dzierzgonia, oraz poeci i krytycy z Gdańska, Ustki, Kielc i Radomia”. Byli m.in. Stanisław Nyczaj (Kielce) i Krzysztof Kamil Stolz-Polański (Gdańsk). Oprócz spotkań autorskich i warsztatów literackich rozstrzygnięto konkurs jednego wiersza. Zwyciężyli Janusz Maria Moździerz z Malborka, Anna Bołt i Jerzy Czepulon - oboje z Kwidzyna. Wyróżnienia przypadły Krystynie Kowalskiej w Elbląga, Romanowi Tkaczowi z Lasowic Wielkich i Jackowi Filipowiczowi z Dzierzgonia. Ostatnie z tamtym czasie spotkanie literatów w grodzie nad Dzierzgonią miało miejsce rok później. VII Międzywojewódzkie Sympozjum Poetyckie odbywało się pod hasłem „Dzierzgońska Jesień Poetycka”. Miała ona nie tylko międzywojewódzki charakter (ograniczający się do elbląskiego i gdańskiego), ale i międzynarodowy, bo gościł także Franciszek A. Bielaszewski z Pragi czeskiej. Tradycyjnie zorganizowano konkurs jednego wiersza. Wygrał go Ludwik F. Czech z Gdańska. Drugą nagrodę otrzymał F. Bielaszewski, a trzecią Jacek Filipowicz, syn poety, chyba jeszcze wówczas uczeń technikum. Nagrodzone wiersze z notką o imprezie ukazały się w „Głosie Wybrzeża , co było zasługą Krzysztofa Kamila Stolza-Połańskiego, redaktora literackiego dodatku gazety. Po latach nie tylko trudno odtworzyć dokładny przebieg wspomnianych imprez, ale także napisać coś sensownego o poprzednich. Na kompletną dokumentację nie udało mi się natrafić, rozmowy z uczestnikami też niewiele wniosły. Ale skoro w 1981 roku seminarium organizowane było po raz czwarty, to były wcześniej. W^ maju 1979 roku członkowie Klubu Literackiego ETK zjechali do Dzierzgonia, by uczestniczyć dwudniowym sympozjum organizowanym przez Kluby Literackie Związku Nauczycielstwa Polskiego z Gdańska i Słupska. Spotkanie warsztatowe poprowadziła Eugenia Kochanowska, redaktorka „Wydawnictwa Morskiego” i Polskiego Radia. Wymieńmy jeszcze uczestników z terenu ówczesnego województwa elbląskiego: JerzyJ. Kolendo, Jan Miłoszewski, Grzegorz Baranowski i Krystyna Kowalska z Elbląga, Stanisław Mocarski z Drewnicy, Grażyna Adamska, Anna Bołt, Zofia Dulska i Zenon Duszyński. Dni literatury w Dzierzgoniu skończyły się, gdy Stanisław Filipowicz odszedł z domu kultury na rentę (1986). Na ile była to jego decyzja, na ile wymuszona okolicznościami, sytuacją tamtego czasu? W każdym razie mógł zabrać się za pracą twórczą, nadrobić stracone dla literatury lata, szlifować kolejne książki. Wcześniej, bo w 1984 roku ukazał się drugi tomik Filipowicza „Lot i kara . W „Roczniku Literackim” Ryszard Matuszewski odnotował: „Kalambur zawarty w tytule (...) sygnalizuje poezję nie stroniącą od konceptu, ale także akcentu ironii i satyry, choć ich podtekst stanowi pełna tragizmu świadomość ludzkiej egzystencji . Kolejne książki ukazywały się już po przełomie politycznym 1989 roku. Nie było co prawda krępującego gorsetu cenzury i politycznych obwarowań, limitów przydziału papieru na książki, braku mocy przerobowych drukarni, ale okazało się szybko, że niewidzialna ręka wolnego rynku potrafiła to wszystko zastąpić. Staszek, który miał w szufladzie przygotowanych do druku kilka kolejnych tomów wierszy, znowu szukał możliwości ich publikacji. Trudno mu było pogodzić się z tym, że znowu musi prowadzić samotną walkę, tym razem chodziło o zdobycie pieniędzy na swoje książki. Bo poezji jako 56 Już nie spadam z obłoków... deficytowej nikt nie chciał wydawać. Staszek - to pamiętam - bardzo przeżył fakt, że minister Izabella Cywińska odmówiła mu wsparcia (ściślej jej urzędnicy, ale na jedno wychodzi). Sfinansował wydanie „Etiud wileńskich”, a pieniądze pochodziły z odszkodowania, które otrzymał za odsiadkę w czasach stalinowskich. Pracował dużo, pospiesznie, jakby w przeczuciu, że niewiele czasu mu pozostało... Ukazywały się kolejne tomiki poezji: „Po amputacji” (1991), „Zamiast antyfony” (1992), „Blues na cztery ręce” (1992) - ta wspólnie z Kazimierzem Onackim, „Etiudy wileńskie” (1993) i pośmiertnie „Razem dotykamy ciemności” (1998). Jego książkowy dorobek uzupełniają powieść „Życie bez Marii” (1993) i zbiór opowiadań „Infekcja w raju” (1994). Zmarł 3 czerwca 1996 roku. Kwartalnik „Tygiel”, gdzie dużo publikował, napisał wówczas w pożegnalnym tekście, że był najwybitniejszym poetą i pisarzem środowiska (wtedy) elbląskiego. Tak jest i dziś - po dwudziestu latach. Rozmowy nie tylko o prowincji PRZYJECHALI „ŚWIROWIERCY”, CZYLI JUBILEUSZ POGRANICZA Z KRZYSZTOFEM CZYŻEWSKIM ROZMAWIAJĄ ANDRZEJ KASPEREK I LESZEK SARNOWSKI Leszek Sarnowski: „Jesteśmy już stąd, lub zawsze stąd byliśmy. To nasze miejsce na ziemi, albo czasem tu wracamy. To nasza szkoła, szpital, kościół, park, ulica, sklep, kino, cmentarz, skraj lasu. To nasza Prowincja... Swojego miejsca nie uważamy za dopust Boży czy przykład zmarnowanego życia. To może peryferia i zaścianek, ale to miejsce naszych pierwszych miłości, młodzieńczych wierszy, narodzin kolejnych dzieci, pasji, nadziei, Krzysztof Czyżewski i Czesław Miłosz w Sejnach, fot. www.poranny.pl aspiracji, groby bliskich i w końcu miejsce wybrane. Smuci nas niesprawiedliwa plotka, wścibstwo, nuda, brak perspektyw dla wielu. Cieszy nas rozpoznawalność, życzliwość, brak pośpiechu, zapach wiosny w pobliskim lesie, szum rzeki czy jezio- ra a także to, że nasz rododendron i magnolia sąsiadki przetrwały kolejną zimę . Tak pisaliśmy sześć lat temu, inaugurując pierwszy numer naszego kwartalnika „Prowincja”. Może nieco sentymentalnie? Wy do Sejn przybyliście z metropolii, z zewnątrz - Krzysztof i Małgorzata Czyżewscy, Bożena i Wojciech Szroederowie. Dlaczego właśnie tam? Krzysztof Czyżewski: - Sejny są miasteczkiem pogranicza, żywcem wyjętym z monodramu „Garść wierzbowych gruszek ”, który ułożyłem z tekstów Ficowskiego, Miłosza, Papuszy, Mieżełajtisa, Szewczenki, Nuchima Bomsego oraz pieśni z dorzeczy Niemna i Bugu. To była teatralna inicjacja w świat wielogłosowej opowieści o współistnieniu różnych kultur i narodowości. Jeździłem z tym spektaklem w latach 80. po całej Polsce, dotarłem z nim do Czarnej Dąbrówki na Kaszubach, gdzie Bożena i Wojtek Szroederowi prowadzili Gminny Ośrodek Kultury, dotarłem z nim też do Sejn, gdzie Wiesław Szu-miński był kuratorem galerii w Białej Synagodze. Sejny były na mapie „Podróży na Wschód”, w którą wyruszyliśmy w 1990 roku z naszymi zespołami teatralnymi z Poznania (Arka) i Czarnej Dąbrówki (Berg). Docierając 58 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza do Sejn, byliśmy, jak się tylko dało najbliżej, Wilna. A najbliżej Sejn była Miłoszowa Krasnogruda. W sercu Sejn znajdował się opustoszały kwartał żydowski, z cudownie ocalonymi budynkami do zagospodarowania: synagogą, szkołą talmudyczną i gimnazjum hebrajskim. W Sejnach byli ludzie, którzy powiedzieli nam, wędrowcom Wschodu: zostańcie tutaj. Byli wśród nich Andrzej Strumiłło, który powrócił z Nowego Jorku i osiedlił się w pobliskiej Maćkowej Rudzie; senatorowie Suwalszczyzny z ramienia Komitetów Obywatelskich: Bronisław Geremek i Andrzej Wajda; animatorzy kultury z sejneńskiego MGOK-u Jerzy Nazaruk i Zbigniew Sawicki; Wiktor Wini-kajtis - „ostatni kameduła” z klasztoru nad Wigrami; Jonas Jakubauskas - pieśniarz z pobliskiej wsi Zegary; Diemientij Filipow z wioski staroobrzędowców Gabowe Grądy. Leszek Sarnowski: - Opowiedz o waszych początkach, bo pewnie nie było łatwo? Jakie były pierwsze wrażenia, doświadczenia, spotkania - wrogość, niechęć, obojętność, a może zdziwienie, że ot dziwacy zjechali i chcą się zabawić? - Przyjechaliśmy z całym taborem „Podróży na Wschód ”: stary jeep Muscel ciągnął wóz, w którym mieszkały nasze małe dzieci; drugi wóz, ze scenografią teatralną, zaprzężony był w jednego konia. „Cyganie przyjechali” - poniosło po miasteczku. W synagodze pokazaliśmy spektakl „Tętent” oparty na „Krwawych godach” Lorki i muzyce cygańskiej z pogranicza Mołdawii i Ukrainy. A potem, jak już się zagospodarowaliśmy w dawnym kwartale żydowskim, poniosło, że może to Żydzi powrócili... Aż wreszcie któregoś wieczoru, po zgromadzeniu w synagodze we wspólnym kręgu ludzi różnych języków i narodowości, ktoś napisał palcem na brudnej karoserii naszego samochodu: Świrowiercy. Krzysztof Czyżewski Ur.6 lipca 1958 w Warszawie. Animator kultury, poeta i eseista. Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wiatach 1978-1983 pracował jako aktor i instruktor w Stowarzyszeniu Teatralnym „Gardzienice". Podczas stanu wojennego w Poznaniu został współzałożycielem i redaktorem podziemnego pisma „Czas Kultury”. W 1990 roku był jednym z inicjatorów powstania Fundacji „Pogranicze” i został jej prezesem. W1991 roku, wraz z niektórymi członkami zespołu „Arka" i zespołu z Czarnej Dąbrówki, przeniósł się do Sejn, gdzie zainicjował powstanie Ośrodka „Pogranicze - sztuk, kultur, narodów” i został jego dyrektorem. W 1994 roku powołał do istnienia pismo „Krasnogruda" i został jego redaktorem naczelnym. Wraz z zespołem „Pogranicza", twórca i realizator m.in.programów: Centrum Dokumentacji Kultur Pogranicza, Szkoła Pogranicza, Otwarte Regiony Europy Środkowowschodniej, Środkowoeuropejskie Forum Kultury, Człowiek Pogranicza, Gra szklanych paciorków, Wędrowna Akademia „Nowa Agora", Dialog Międzykulturowy na Kaukazie i w Azji Środkowej, Akademia Dialogu Partnerstwa Wschodniego, Medea/Ponte, Opowieści o współistnieniu. Opublikował książki: „Ścieżka pogranicza”, „Linia powrotu. Zapiski z pogranicza”, „Miłosz. Tkanka łączna". Wyróżniony wieloma prestiżowymi nagrodami: Fundacji POLCUL (Melbourne, 1992); paryskiej „Kultury" za rok 1996; nagroda im. Gabora Bethlena dla człowieka Europy Środkowej (Budapeszt, 1998); medal św. Jerzego przyznanego przez „Tygodnik Powszechny" (Kraków, 2000); srebrny Medal „Zasłużony Kulturze -Gloria Artis” (Warszawa, 2OO5);odznaczenie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2010); dyplom za zasługi dla ochrony dziedzictwa kultury żydowskiej w Polsce otrzymany z rąk Ambasadora Izraela, Szewacha Weissa (Kraków 2001); Nagroda im. Jerzego Giedroy-cia otrzymana razem z zespołem „Pogranicza" (Warszawa, 2008); Nagroda Honorowa Pro Publico Bono (Kraków, 2004). Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza 59 Można by się w tym doczytać wrogości czy też niechęci, bo przecież i z takimi reakcjami się spotykaliśmy. W istocie jednak to zaczarowane słowo, które sejneńska inwencja poetycka wywiodła od miejscowych „starowierców , mówiło o jednym: jesteście „nasi inni”. Przekładając to na język bardziej zrozumiały dla ludzi spoza pogranicza, można powiedzieć co następuje: i tak się nie zmienicie, nie musicie przechodzić na tą czy tamtą stronę, pozostańcie sobą, pomiędzy nami, zawsze tutaj mieliśmy jakichś innych i dało się żyć, trochę dziwni jesteście, ale może przydadzą nam się te mosty, które zaczęliście budować, więc nadajemy wam imię, inne od naszych, ale swoje, i obyście tylko nie udawali kogoś innego niż jesteście. Leszek Sarnowski: - Prof. Grzegorz Godlewski z Uniwersytetu Warszawskiego na jubileuszu 25 1ecia powiedział, że „W działaniach Pogranicza jest myślenie utopijne w takim stylu romantycznym. Sądzi się, że to hasło straceńców. Tymczasem w przypadku Pogranicza najbardziej fantastyczne plany się udawały. Ja sam wielokrotnie miałem poczucie, że przesadzają. Że to, co wymyślili, jest nierealne. Tymczasem okazywało się inaczej”. Trafna diagnoza waszych działań? - Gdyby mi ktoś powiedział dwadzieścia pięć lat temu, że zdziałamy tyle, ile nam się do tej pory udało, to odpowiedziałbym mu, że buja w obłokach. Ale też nigdy niczego nie rozpoczynaliśmy od bujania w obłokach, czyli niekończącego się dywagowania o sprawach, których nierealność za chwilę usprawiedliwi nasze zaniechania. Gdy patrzę teraz wstecz na naszą ścieżkę, to widzę dwa, przecinające się strumienie naszego działania: odważną, nonkonformistyczną ideę rodzącą się z porywu serca i organicznej potrzeby, oraz serię natychmiastowych małych krokow, które 60 Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza nieodwracalnie stają się akuszerami idei. Marzenie znaczyło dla nas o tyle, o ile było wdrażane w życie. Jest taki chasydzki nigun ze słowami Nachmana z Brasławia: Obyśmy rano pamiętali przysięgi, które składaliśmy sobie w nocy. Kapitał założycielski Fundacji Pogranicze, którą powołaliśmy do istnienia jeszcze w Poznaniu w maju 1990 roku, wynosił 50 zł. W „Podróż na Wschód ” wyruszyliśmy bez grosza przy duszy. Do tego zerwaliśmy za sobą mosty w miejscach, z których wyruszaliśmy, tak by możliwie udaremnić sobie rejteradę. Wcześniej założyłem firmę czyszczenia dywanów, by wywalczyć dla swojej rodziny i przyjaciół pole wolności do twórczego i niezależnego działania. Pierwszy roczny budżet naszego ośrodka, powołanego przez wojewodę suwalskiego, wynosił 50 tysięcy złotych. To miej więcej tyle, ile wynosi gaża „gwiazdy” zapraszanej na festyn do małego miasteczka. Potem lata całe strawiłem na przekonywaniu różnych dysponentów grosza publicznego i grantodawców w Polsce i Europie, że warto inwestować choćby po 10 tysięcy euro w tworzenie ośrodków i długofalowych programów, a nie w kulturę eventu, która spustoszyła ogrody twórczego kultywowania naszej ze światem niezgody. Gdybyśmy dywagowali, co się uda lub nie, oczekiwali na środki finansowe, które spłyną bądź nie, negocjowali gwarancje, pisali sążniste strategie i biznes plany, być może nie ruszylibyśmy z miejsca. Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza_ 61 Jest taka metoda budowania mostu, stara jak pierwsze przejście moszczone przez bród lub inne niedostępności: stawiasz pierwszy kamień i dopiero po jego umocowaniu, stając na nim dostrzegasz jaki i gdzie położony powinien być następny; choć mierzysz daleko, na brzeg dotychczas nieosiągalny, następny kamień musisz położyć w odległości nie większej niż krok, który zdołasz realnie wykonać. Leszek Sarnowski: - Pamiętam pierwsze numery kwartalnika „Krasnogruda , to był ożywczy wiatr z daleka, z prowincji, nowa jakość, do dziś mam kilka numerów, zaczytanych na amen. No i wątek, który nas w jakiś sposób łączy, bo przez jakiś czas część numerów była drukowana przez sztumską firmę GrafService. Pamiętasz? - Oczywiście. Współzałożyciel firmy Graf Service to nie kto inny tylko nasz przyjaciel Waldemar Waszkiewicz, z którym współpracowaliśmy już od czasów organizowania w Czarnej Dąbrówce „Wioski Spotkania”. To on jest autorem tak łatwo rozpoznawalnego na całym świecie loga Pogranicza. Drukował „Krasnogrudę , ale też pierwsze nasze książki: „Koziołek za trzy grosze” Grigorija Kanowicza, czy „Bożą podszewkę Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz. Andrzej Kasperek: „Krasnogruda” to typ czasopisma, które Rosjanie nazywają: „tołstyj żurnał”, grube (240 stron), poważne pismo. To „periodyk, od wielu lat konsekwentnie i z powodzeniem podważający stereotypy, jakie przylgnęły do terenów określanych mianem prowincji; cenione pismo poświęcone problematyce wielokulturowych regionów Europy Środkowo-Wschodniej . Posłużyłem się tu cytatem z charakterystyki pisma. Kiedyś ukazywało się regularnie, dziś nieregularnie... Dlaczego - zbyt drogie, za ambitne? - Był czas, kiedy pismo o narodach, kulturach i małych ojczyznach Europy Środkowo--Wschodniej, jakim była „Krasnogruda”, wypracowywało nasz pograniczny światoobraz, budowało środowisko intelektualne, regularnie organizowało Środkowoeuropejskie Forum Kultury czy też program „Otwarte regiony Europy Środkowej (Siedmiogród, Bukowina, Spisz, Bośnia). Przy piśmie rozwinęło się wydawnictwo Pogranicze, a w nim „Biblioteka Krasnogru-dy . To szczególne słowo, które ma w sobie i piękno, i czerwień ziemi bogatej tu w rudy żelaza, a także litewskie „grudes” — ziarno, nabrało meta-fizycznego znaczenia i w tym swoim wcieleniu krążyło po Polsce. Pamiętam Czesława Miłosza, żartobliwie skarżącego się w którejś z naszych rozmów: Co pan takiego nawyrabiał, panie Krzysztofie, że w moich notkach biograficznych piszą „urodzony w Krasnogrudzie ? Ale dla nas w Pograniczu to było realne miejsce, 9 kilometrów od Sejn, tuż przy granicy z Litwą, zrujnowane i zarośnięte, w którym nie można było „rozpoznać śladów alei . Coraz rzadziej ukazywało się pismo „Krasnogruda , ale coraz bardziej widoczne sta wały się ślady odrodzenia dworu i parku w Krasnogrudzie. W 2011 roku, w setną rocznicę urodzin Czesława Miłosza, otworzyliśmy tu Międzynarodowe Centrum Dialogu. Obok ośrodka w Sejnach, to jest nasza najważniejsza przestrzeń pracy, nasza akademia „budowniczych mostów” i laboratorium praktykowania kultury głębokiej. Mógłbym powiedzieć, że na redagowanie i wydawanie pisma nie starcza nam sił, środków i zaso bów ludzkich. Ale byłaby to tylko część prawdy. Krasnogruda-pismo potrzebuje nowej 62 Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza wizji, języka, formatu duchowego zaangażowania. W jakimś sensie rzeczywistość i nasze praktykowanie pogranicza wyprzedziły refleksję intelektualną, a zwłaszcza rozumienie i praktykowanie kultury w tej rzeczywistości przez środowiska artystyczno-intelektual-ne, nie tylko polityczno-urzędnicze. Gdybym więc miał powrócić do tworzenia pisma, byłoby ono w nowy sposób kontr--kulturowe, mierzące się z kryzysem solidarności i chorobą „tkanki łącznej” na wielokulturowych pograniczach współczesnego świata, z wyzwaniem tworzenia nowej alternatywy dla plemiennego partykularyzmu. Starałbym się przełożyć na format nowej „Krasnogrudy” naszą wizję prowincji jako otwartej przestrzeni dla pionierów i kontesta-torów, przyjaznej dla powstawania małych centrów świata, stanowiącej antidotum dla scentralizowanych i zniewolonych wielką liczbą ideologii rynku i kultury masowej. Leszek Sarnowski: - Przypominam sobie też naszą współpracę przy wydaniu i promocji książki ^Koziołek za dwa grosze”, napisanej przez litewskiego Żyda Grigorija Kanowicza który emigrując do Izraela zatrzymał się w Sztumie. Wspólnie zrobiliśmy mu promocję w Gdańsku i spotkanie z pisarzami w domu niezapomnianego Zbigniewa Żakiewicza, kresowiaka, z udziałem między innymi Olka Jurewicza i Pawła Huellego. To było wspaniałe spotkanie przyjaciół, choć nie znali się wcześniej. Wyjątkowy człowiek, choć pewnie takich ludzi spotkaliście na swej drodze wielu? - Grigorij Kanowicz, wraz ze swoim pierwszym doskonałym tłumaczem Aleksandrem Bogdańskim, wprowadzał nas w żydowski świat Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale też w świat wielokulturowego sąsiedztwa. Jest jednym z prawdziwych mitografów Europy Środkowej, „tragarzem wspomnień” - jak sam siebie nazywał, kulturtrdgerem niekończącej się opowieści, która inkarnuje się w kolejnych jego powieściach: Świece na wietrze, Łzy i modlitwy głupców, Koziołek za dwa grosze, Nie odwracaj twarzy od śmierci, Park niepotrzebnych Żydów. Tą ostatnią powieść przetłumaczyła już dla nas Bella Szwarcman-Czar-nota. Czekają na swoje polskie wydanie kolejne, choćby Diabelski urok czy jego ostatnia powieść Ballada sztetla. Wszystkie napisane w języku rosyjskim. Wtedy do Gdańska i Sztumu przyjechał z Wilna, ale na stałe mieszkał już od 1993 roku w Izraelu. To było pamiętne spotkanie z współtwórcami środkowoeuropejskiej opowieści pogranicza: Kanowicz, Żakiewicz, Huelle, Jurewicz... Dołączają do nich kolejni. Był w Polsce ostatnio Dorian Catalin Florescu, autor wydanej przez nas ostatnio zachwycającej sagi Szwabów z Banatu Jakub postanawia kochać. W naszej serii „Meridian” ukazywały się kolejne odsłony tej rozpisanej na wiele języków sagi, choćby siedmiogrodzkiej Istvana Szilagyi ego Dudni kamień, dudni..., wileńskiej Jurgisa Kuncinasa Tuła, sarajewskich Żydów sefardyjskich Gordany Kuić Zapach deszczu na Bałkanach, bukowińskiej Gregora von Rezzoriego Pamiątki antysemity czy praskiej Josefa Śkvoreckiego Przypadki inżyniera ludzkich dusz. „Meridian” ma już prawie sto woluminów... Dochodzą do tego inne serie, jak „Sąsiedzi” (zainicjowana książką Jana T. Grossa), czy „Ornamenty historii ” (z pierwszą w języku polskim książką Timothy Snyde-ra Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1S69-1999). Wielu z naszych pisarzy, to dzisiaj autorzy bestsellerowych książek w wielkich oficynach wydawniczych. Przyjechali „świrowiercy” czyli jubileusz Pogranicza 63 Naszą rolą nie jest jednak działanie na komercyjnym rynku, do czego potrzebny jest wyspecjalizowany w tym zespół. Działamy na innym odcinku, tym najtrudniejszym, kiedy do obiegu kulturowego wprowadzane są nowe idee i nikomu nieznane nazwiska, z pełnym ryzykiem i świadomością, że konsekwentnie staramy się wywalczyć dla spraw nam bliskich pole niezależności od nowego Ketmana w służbie konieczności rynkowej. Tak było z książkami Grossa (Sąsiadów, zamiast podnieść ich cenę w miarę rosnącej popularności, uczyniliśmy bezpłatnie dostępnymi w Internecie), Snydera, Daniela Beauvois, Skvoreckiego czy Lubkiewicz-Urbanowicz. Zdecydowana większość autorów serii „Meridian to debiutanci w języku polskim. Bardzo sobie cenię serię „Inicjał”, z oryginalną grafiką Wiesława Szumińskiego w egzemplarzach numerowanych, w której ukazuje się pełny tom poetycki (nie wybór wierszy) albo zamknięty cykl (jak w przypadku Wierszy sejneńskich Tomasa Venclovy), zawsze w oryginale i w przekładzie na język polski. Obok uznanych nazwisk twórców z Litwy, Białorusi, Rosji, Ukrainy, Rumunii czy Bośni i Hercegowiny, „Inicjał zaznacza imię poetów duchowych prowincji znacznie oddalonych od salonów, jak choćby ostatnio Joanny Osewskiej z Augustowa czy Jana Kaspra z Wągrowca. Andrzej Kasperek: - Rozumiem, że powstanie Międzynarodowego Centrum Dialogu w Krasnogrudzie, w dawnym dworze Kunatow, bliskich krewnych Czesława Miłosza było zadaniem ogromnie absorbującym. Każdy, kto zobaczy dwór w Krasnogrudzie, zrewitalizowany, a tak naprawdę postawiony od nowa, jest pod wrażeniem. Opowiedz, jak sobie poradziliście z tym zadaniem. Ponoć kiedy brakowało pieniędzy, nie wahałeś się zastawić Waszego domu? - Na początku wydawało się to całkowicie nierealne — zdewastowany dwór, miejsce skazane przez historię na zanikanie, w dodatku własność lasów państwowych, bez ważnych ksiąg wieczystych z przeszłości, a więc także bez szansy na restytucję. Bracia Czesław i Andrzej Miłoszowie pięknym listem przekazali nam to miejsce symbolicznie, jako spuściznę duchową. Nie wydarzył się żaden cud, jak w przypadku Szetejń, gdzie nie ma już dworu, ale odbudowano świreń, w którym dzisiaj ma swą siedzibę Fundacja Miejsca Urodzenia Czesława Miłosza — państwo litewskie uroczystym aktem przekazało ziemię nobliście, a ten jeszcze tego samego dnia przekazał swą własność fundacji. My, aby ubiec wystawienie tego majątku na przetarg, wydzierżawiliśmy go jako Fundacja Pogranicze, płacąc słoną dzierżawę lasom, jakbyśmy prowadzili tam intensywną działalność gospodarczą. Dlatego co trzeźwiejsi próbowali nas przekonać, abyśmy nie porywali się na to przedsięwzięcie. Daremnie. Krasnogruda była częścią duchowego kontynentu Pogranicza i było tylko kwestią czasu, kiedy zaczniemy działać w tej sprawie. Wykorzystywaliśmy wizyty Czesława Miłosza do robienia notatek, jak tu było przed wojną. Andrzej Miłosz przekazał nam, wygrzebany z archiwów rodzinnych bezcenny spis inwentarza majątku krasnogrudzkiego zXIX wieku. Rafał Winiewicz, nasz architekt i scenograf, zaczął szkicować pierwsze rysunki i plany. Od Fundacji Forda otrzymaliśmy grant na wzmocnienie naszej organizacji, który pozwalał no rozpoczęcie procesu rewitalizacji Krasnogrudy. Zbliżał się czas, kiedy Polska mogła być beneficjentem środków z Unii Europejskiej. 64 Przyjechali „świrowiercy ” czyli jubileusz Pogranicza Podjęliśmy decyzję o przejęciu majątku w dzierżawę. Zaczęły się piętrzyć trudności. Wprawdzie zdobyliśmy największą ilość punktów za wartość merytoryczną naszego wniosku do funduszy unijnych, ale nie eksperci od jakości mieli tu głos decydujący - „komisja społeczna” zdegradowała nasz wniosek z pierwszego na ostatnie miejsce na liście, argumentując publicznie, że „ten Miłosz nie był jednoznaczny jako Polak”. Podwinęliśmy tylko rękawy i zaczęliśmy się przygotowywać do konkursu w tzw. funduszu EOG, czyli środków pochodzących z Islandii, Lichtensteinu i Norwegii. Ponownie długa droga, z różnymi przeciwnościami, ale pojawia się na niej człowiek, który - jak to bywa w takich losowych sytuacjach - czyni możliwym to, co wcześniej było niemożliwe: Tomasz Merta, wówczas wiceminister kultury. Otrzymujemy dotację, możemy ruszać z inwestycją rewitalizacyjną, która ma doprowadzić do powstania w Krasnogrudzie Międzynarodowego Centrum Dialogu. W międzyczasie rozpoczynamy pracę nad oswojeniem miejsca, zaangażowaniem mieszkańców okolicznych wiosek w jego odpamiętnienie i odrodzenie, tworzymy „Armię krasnogrudzką” - grupę młodych Polaków i Litwinów, mających tutejsze korzenie, z udziałem których powstaje spektakl „Dolina Issy”, przez kilka lat grany w przestrzeniach parku krasnogrudzkiego, a także archiwum opowieści mieszkańców, wystawy i filmy dokumentalne, warsztaty z dziećmi i dorosłymi, w tym z mykologami i archeologami, które odsłaniają kołejne warstwy pamięci tego miejsca. Tymczasem urzędnicy programu EOG przykręcają nam śrubę, decydując, że część środków na inwestycję musi zostać nam odebrana. Dotyczy to kilku pokoi gościnnych, które ich zdaniem stanowić mogą groźną konkurencję dla hotelarzy w regionie. Próbujemy się odwoływać, ale nikt z polskich urzędników nie chce podjąć decyzji, tym bardziej, że kosztami zostaną obciążeni nie oni przecież, a jakaś organizacja pozarządowa. Już po zakończeniu inwestycji, eksperci norwescy, którzy robili u nas jej audyt, stwierdzili, że nie mieliby nic przeciwko pokojom gościnnym... Z ministrem Mertą decydujemy, że trzeba zaciągnąć kredyt by w czasie dokończyć inwestycję, a w następnym roku ministerstwo nam to zrekompensuje. Zaciągamy więc krótkoterminowy kredyt komercyjny, a nie mając innego majątku, zastawiamy z Małgosią nasz dom rodzinny. Katastrofa smoleńska zabiera z tego świata Tomasza Mertę. Ministerstwo obcina o połowę, albo nie przekazuje w ogóle tych środków, o których wcześniej była mowa. 30 czerwca 2011 roku, w setną rocznicę śmierci Miłosza i w wigilię pierwszej polskiej prezydencji w UE otwieramy Międzynarodowe Centrum Dialogu w Krasnogrudzie, z udziałem blisko tysiąca gości z różnych stron świata. Ale to święto w żaden sposób nie przełoży się na wsparcie finansowe, którego Krasnogruda potrzebuje. Tym bardziej, że przez dziesięć lat nie wolno nam w tym miejscu zarabiać, włączając w to nawet drobną opłatę za herbatę. Zaciągamy kolejne pożyczki. Organizujemy zbiórkę wśród przyjaciół, którzy udzielają nam pokaźnego wsparcia z własnych prywatnych funduszy. To pozwala zażegnać pierwszy kryzys i groźbę utraty płynności finansowej. Ale po jakimś czasie ponownie dochodzimy do ściany. Przychodzą takie chwile, w których zaczynamy poważnie myśleć o zwinięciu żagli w tej szalonej podróży i zamknięciu programu w Krasnogrudzie. I wtedy przychodzi wiadomość o tym, że otrzymuję nagrodę Dana Davida, ogromną, także finansowo. Możemy działać dalej. Ze środków, które przekazuję fundacji udaje się Przyjechali „świrowiercy”, czyli jubileusz Pogranicza 65 spłacić komercyjny kredyt. Powoli poprawia się też na innych odcinkach tego krasno-grudzkiego frontu: udaje się wynegocjować mniejszy koszt dzierżawy, z urzędem marszałkowskim wdrażamy umowę obciążającą pokryciem części kosztów działań programowych prowadzonych w Krasnogrudzie nasz sejneński ośrodek, wygrywamy w sądzie sprawę z wykonawcą inwestycji, który chciał „zarobić na naszej biedzie i obciążyć nas „kosztami dodatkowymi ”, których nie było w budżecie. Jednocześnie Krasnogruda tętni życiem, nasza Kastalia, czyli prowincja pedagogiczna budowniczych mostów staje się powoli rzeczywistością. Wprawdzie pracujemy dalej trochę jak w kibucu, oddając nagrody czy dodatkowe zarobki na rzecz wspólnej sprawy, ale taki jest już nasz los — po roku 1989 pragnęliśmy opuścić wyspy odosobnienia, jakimi mogą być podziemie, alternatywa, azyle sztuki i zacisza akademickich gabinetów, po to by stać się cząstką żywej tkanki życia. Nie żyjemy samą poezją, lecz poezją zanurzoną w tym, co konkretne i życiowe. O tym, że taki jest prawdziwy warsztat poety przekonywał mnie Czesław Miłosz już od pierwszego naszego spotkania, gdy na moje górnolotne pytania o sprawy ostateczne odpowiadał upartym sprowadzaniem mnie na ziemię, tam, gdzie waży się los dzieci, edukacji, ekologii, długiego trwania, zakorzenienia i zwykłego bycia użytecznym dla innych. A gdzie poezja? - pytałem siebie po tej nocnej rozmowie w celi wigierskiego klasztoru. Czyżbym coś przeoczył? cdn. Wędrówki po prowincji Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz NOWOSTAWSKA SŁODOWNIA NA LIŚCIE ZABYTKÓW Zespół słodowni w Nowym Stawie wraz z budynkami suszarni słodu, stacji wodnej, zamaczalni, magazynu jęczmienia, warsztatu, budynkiem administracyjnym, południową ścianą magazynu lodu i murowanym ogrodzeniem trafił na listę zabytków województwa pomorskiego. Slodownia w Nowym Stawie w latach 30 tych XX wieku, fot. www.ochronazabytkow.gda.pl Taka informacja pojawiła się 2 czerwca br. na stronie internetowej Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku1. Jak czytamy w sentencji wpisu do rejestru zabytków: „W architekturze słodowni dominują budowle zaprojektowane w stylu neogotyckim, nawiązującym wyraźnie do średniowiecznej architektury obronnej, które zostały harmonijnie powiązane z obiektami eklektycznymi i modernistycznymi ”. Podkreśla się dbałość o kompozycję poszczególnych elementów i spójność obiektów sąsiadujących ze sobą. „Nawiązania zespołu słodowni do gotyckich i neogotyckich dominant architektonicznych Nowego Stawu oraz związek z zespołem browaru w Gdańsku-Wrzeszczu stanowią dodatkowe walory zabytku. Istotną wartością jest również kompletność i integralność zespołu, na terenie którego zachowała się zdecydowana większość budynków historycznych, a obiekty współczesne nie zatarły czytelności pierwotnego założenia. 1 http:// www.ochronazabytkow.gda.pl/uncategorized/nowe-obiekty-w-rejestrze-zabytkow-w-gdansku-i-nowym-stawie/ Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz 67 Browar w Nowym Stawie w latach 30 tych XX wieku, fot. www.ochronazabytkow.gda.pl Charakterystyczne rozwiązania architektoniczne nowostawskiej słodowni, pozostają elementem krajobrazu Nowego Stawu o wyjątkowej wartości zarówno w skali regionu jak i na szczeblu międzyregionalnym". Dokładna data powstania obiektu nie jest znana. Prawdopodobnie pierwsza wzmianka dotycząca słodowni oraz browaru pochodzi z 20 września 1772 roku, kiedy to komisarze króla pruskiego Fryderyka II sporządzili protokoł przejęcia Nowego Stawu . W wyniku pożaru wznieconego 12 maja 1802 roku przez nieostrożnego służącego w jednym z gospodarstw, zniszczeniu uległo niemal 90 procent zabudowań, w tym browar miejski . Na rok 1878 przypada powstanie cukrowni, natomiast słodownia zaopatrująca okoliczne browary została w latach 80. XIX w. rozbudowana. W książce adresowej browarów i słodowni z lat 1892-1893 (Adressbuch der Brauereien und Malzfabriken) znajduje się informacja dotycząca browaru ze słodownią, którego właścicielem był M. Jacoby. http://www.nowystaw.fora.pl/rozmowy-na-temat,9/szacowany-wiek-budynkow-nowostawskich,351 .html http://www.hrowar.biz/forum/showthread.php?t=52746 68 Nowostawska słodownia na liście zabytków W latach międzywojennych istniała już tylko słodownia i skład piwa gdańskiego browaru - Danziger-Aktien-Bier-brauerei-DAB4. Zakład zmodernizowano w latach 1927 - 1930. Modernizacja wiązała się z ogrodzeniem terenu oraz budową większości obiektów, w tym usytuowanego centralnie głównego zespołu produkcyjnego5. 13 listopada 1934 r. utworzono spółkę „Danziger Malzfabrik G.m.b.H. - Neu-teich ”, powiązaną kapitałowo z browarem gdańskim, posiadającym 100 procent jej akcji. Pierwszym dyrektorem spółki został Paul Wenzel. W 1936 r. przy słodowni powstał skład konsygnacyjny piwa i wód gazowanych. Po II wojnie światowej zakład przejęły Państwowe Zjed- Niszczejąca słodowania w Nowym Stawie, widok obecny, fot. B. Busz noczone Browary nr 1 w Gdańsku. Od 1975 r., po reformie administracji państwowej, podlegał on Elbląskim Zakładom Piwowarskim. Od 1 maja 1991 r. słodownia w Nowym Stawie weszła w skład Elbrewery Company Ltd. z siedzibą w Elblągu. W 1998 r. zaprzestano produkcji. Od tamtej pory zabudowania zespołu słodowni pozostały nieużytkowane i popadały w coraz większą ruinę. Obiekt był również systematycznie rozkradany. 30 listopada 2012 roku w nocy wybuchł pożar. W jednym z pomieszczeń, na parterze paliły się nagromadzone śmieci: opony, deski, kartony. 21 czerwca 2013 w budynku byłej słodowni zawaliła się część stropu na dolnej kondygnacji. Pozostaje pytanie: w jakich barwach jawi się przyszłość słodowni w związku z formalnym wciągnięciem jej na listę zabytków? 4 http://www.nowystaw.fora.pl/rozmowy-na-temat,9/szacowany-wiek-budynkow-nowostawskich,351 .html s http://www.ochronazabytkow.gda.pl/uncategorized/nowe-obiekty-w-rejestrze-zabytkow-w-gdansku-i-nowym-stawie/ Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz 69 Jacek Gross W POSZUKIWANIU NAJWIĘKSZEJ DEPRESJI Jacek Gross (po lewej) i Edmund Łabieniec, fot. Tomasz Chądzyński Od dłuższego czasu podejrzewaliśmy, że w okolicach Marzęcina mogą znajdować się tereny, których wysokość jest niższa od - 1,80, a więc wysokości, która jest uznawana za najniższą w Polsce Tereny obejmujące obecny polder Marzęcino leżą w obrębie dawnej delty Wisły. W przeszłości był w większości niedostępny, podmokły i pokryty lasami łęgowymi. Jedynie niewielkie obszary położone wyżej nadawały się do zagospodarowania i budowy siedlisk. W XIV w. rozpoczęto szerzej zakrojone prace nad osuszaniem i zagospodarowaniem tego rejonu. Z uwagi na to, że cały teren pocięty był licznymi odnogami Wisły, pierwsze prace polegały na ogroblowaniu tych cieków celem zabezpieczenia się przed wylewami wód. Następnym etapem zagospodarowania była budowa pompowni odwadniających i tworzenie niewielkich obszarowo polderów. Pompownie te były napędzane wiatrakami lub konno przy pomocy kieratu. Każdy z utworzonych polderów posiadał niezależny system odwadniający w postaci kanałów pompowych oraz gęstej sieci płytkich rowów odwadniających. Jednakże ten system rowów szczegółowych i odwadniających nie gwarantował sprawnego odwodnienia. 1’rymity wne pompy wiatrakowe wyposażone w śruby lub koła wodne uzależnione od wiatrów musiały pracować okresowo. W miarę upływu czasu, zdobytych doświadczeń i rozwoju techniki mało sprawny napęd wiatrakowy i kieratowy zaczęto zamieniać na parowy. Stan taki trwał do roku 1939. Polder 70 Nowostawska słodownia na liście zabytków Marzęcino o powierzchni 22 tys. ha. Powstał w wyniku likwidacji 32 małych polderów. Komasacja została przeprowadzona w latach wojny 1939-1944. Jest on odwadniany przez jedną stację pomp w Osłonce. W toku prac komasacyjnych wszystkie cieki (z wyjątkiem Nogatu i Tugi) odgrodzono wałami od Zalewu Wiślanego włączając je do systemu po-Iderowego. W 1943 zakończono budowę pompowni w Osłonce. Po jej wybudowaniu wszystkie obwałowania znajdujące się wewnątrz polderu zostały rozebrane. W końcowym okresie działań wojennych ustępujące wojska niemieckie wysadziły w kilku miejscach wały ochronne od strony Zalewu Wiślanego i zatopiły tereny leżące w depresji; a sama pompownia została unieruchomiona. Uruchomiono ją w 1947 r. a prace nad osuszaniem zatopionych terenów zakończono w 1950 r. Już od dłuższego czasu podejrzewaliśmy, że na terenie gminy Nowy Dwór Gd., a konkretnie w okolicach Marzęcina, mogą znajdować się tereny, których wysokość jest niższa od - 1,80, a więc wysokości, która jest uznawana za najniższą w Polsce. Inicjatorem całego przedsięwzięcia był Edmund Łabieniec, z wykształcenia historyk, nauczyciel szkoły w Marzęcinie. Jest pasjonatem historii i geografii Żuław, ponadto uprawia turystykę rowerową . Archiwalne mapy wskazywały na to, że południowe krańce tego zakątka były porośnięte lasami łęgowymi, na które w XIX w mieszczanie z Elbląga otrzymali koncesje na ścinkę. W tym czasie więc do Marzęcina dopływały statki żaglowe, które w swej konstrukcji posiadały miecz. Można stąd wywnioskować, że mogły mieć głębokość dochodzącą do 3 m. A skoro obszar ten został później osuszony, możliwe było występowanie głębokości poniżej 2 m ppm. Dodatkowym argumentem wskazującym, że typowany przez nas obszar jest bardzo nisko położony, było określenie polderu znajdujące się na mapie topograficznej wydanej przez Wojsko Polskie, a noszące egzotyczną - jak na Żuławy - nazwę „Korea”. Wyjaśnienie tego faktu jest zaskakujące. W latach 50. ubiegłego wieku, a więc w latach „głębokiego socjalizmu”, pojawiły się plany uprawy ryżu w Polsce. W związku z tym, że tereny nisko położone są z reguły podmokłe, ta część Żuław nadawałaby się do tego celu idealnie. Jednakże ryż jest rośliną, która oprócz posadowienia korzeni w wodzie potrzebuje do rozwoju bardzo wysokiej temperatury powietrza, a tego w okolicach Marzęcina brakuje. Z tego powodu plany zarzucono, ale nazwa polderu pozostała jako symbol dążenia do sukcesu socjalizmu, w oderwaniu od realnych możliwości. Na Węgrzech do dzisiaj funkcjonuje powiedzenie „węgierskie pomarańcze” - z tych samych powodów - jako symbol absurdu. W czasie studiowania materiałów dostępnych na internetowej stronie Wysoczyzny Elbląskiej doszliśmy do wniosku, że punkt w Raczkach Elbląskich został ustalony w 1947 r., a jak wspomniałem wcześniej, prace nad osuszaniem polderu Marzęcino zakończyły się w 1950 r. Prace w terenie polegały na tym, że musieliśmy przejść obszar o możliwie największym potencjale i dokonać pomiaru techniką GPS w oparciu o lokalne punkty wysokościowe. W ten sposób wytypowaliśmy punkt znajdujący się 2,08 metra poniżej poziomu morza. A więc aż o 28 cm niżej od punktu w Raczkach Elbląskich. Jego współrzędne przekazaliśmy do Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii w Warszawie z prośbą o weryfikację oraz wskazanie dalszej procedury prawnej koniecznej do ___________________________Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz___ 71 uprawomocnienia i ujawnienia odkrycia. W 2014 r. Główny Geodeta Kraju pisemnie potwierdził występowanie nowej lokalizacji najniżej położonego punktu, jednakże potrzebna była opinia ekspertów, tj. geologów i geomorfologów, dotycząca depresji geograficznej. W bieżącym roku odbyło się spotkanie na Uniwersytecie Gdańskim z ekspertami z Katedry Geomorfologii i Geologii Czwartorzędu oraz Katedry Geografii Fizycznej i Kształtowania Środowiska w tej sprawie. W chwili obecnej oczekujemy na odpowiedz z GUGiK dotyczącego pokrycia kosztów wykonania tej opinii. Fakt położenia najniższego punktu w Marzęcinie będzie miał duże znaczenie dla rozwoju lokalnej turystyki oraz promocji Żuław i Nowego Dworu Gd. Niedaleko od Marzę-cina znajduje się piękna przystań wybudowana w ramach Pętli Żuławskiej, wspomniana wcześniej przepompownia w Osłonce, w Marzęcinie jest koscioł z XIX w o konstrukcji ryglowej (pruski mur). Ponadto istnieją bardzo dobre warunki dla uprawiania turystyki rowerowej i żeglarskiej. Konieczne będzie wybudowanie ścieżki dydaktycznej podczas zwiedzania której będzie możliwe poznanie pięknej geografii i historii Żuław. Zapraszamy do Nowego Dworu Gdańskiego i Marzęcina! 2,08 m poniżej poziomu morza, fot. Marek Opitz 72 Nowostawska slodownia na liście zabytków Piotr Piesik TĘGI RYCERZ Z GOŚCISZEWA... 20 stycznia 1991 roku uwarzono pierwszą warkę piwa w browarze w Gościszewie. Wcześniej na piwowarskiej mapie kraju próżno było szukać takiego browaru. Jednak powstał i ma się dobrze do dziś. Stanowi klasyczny przykład rodzinnej firmy, która odniosła niekwestionowany sukces. Nie tylko dlatego, że gościszewskie piwo jest cenione przez smakoszy. Nie mniejszym powodem do dumy jest umiejętność skutecznego konkurowania na trudnym rynku z piwnymi potentatami, za którymi stoi nieporównanie większy kapitał. Wiadomo już, kiedy w Gościszewie ugotowano pierwsze piwo, lecz skąd w ogóle pomysł, aby inwestować pieniądze w taką branżę? Przecież na miejscu nie było nic, żadnej tradycji czy choćby podupadającej warzelni, którą można byłoby przejąć za bezcen. Mimo to, niewiele ponad rok wcześniej bracia Andrzej i Stanisław Czarneccy założyli spółkę i zabrali się do budowy browaru. A powstał on właściwie przypadkiem. - Żona brata przeczytała w jednej z ogólnopolskich gazet artykuł, którego autorami byli współpracownicy Instytutu Biotechnologii Polskiej Akademii Nauk. Zadawali w tekście pytanie, dlaczego w Polsce nie buduje się małych browarów, skoro takie, na lokalną skalę, są bardzo Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz 73 popularne w USA? Zainteresowało nas to, więc szybko znaleźliśmy kontakt do autorów, pojechaliśmy do nich, porozmawialiśmy o tym, co potrzeba do założenia takiego lokalnego bro waru. Podstawowym warunkiem było 200 metrów kwadratowych pod dachem, z odpowiednim wnętrzem, glazurą i tak dalej. Obaj z bratem byliśmy doświadczonymi budowlańcami, więc postawienie takiego obiektu wielkim problemem nie było. Tak zaczęła się nasza przygoda z browarnictwem - wspominał Stanisław Czarnecki. Dodaje, że tylko jeden bank w całej okolicy uwierzył w ich pomysł, że ma to szansę powodzenia. Możemy o tym opowiadać bez podejrzeń o kryptoreklamę, ponieważ bank ten już nie istnieje, został wchłonięty przez inny. Był to Bank Gdański, ściślej oddział tego banku w Malborku. Bracia pojechali tam, opowiedzieli, że chcą produkować piwo i szukają kredytu. Gdzie indziej spoglądano na nich jak na fantastów, chyba w głowach urzędników jeszcze nie mogło się pomieścić, że prywatny przedsiębiorca chce warzyć Piwo. Bankowcy zapytali, co już mają. Powiedzieli, że budynki i potrzeba teraz pieniędzy na wyposażenie. Bank zaryzykował i nie stracił na tym. Rynek dopiero się wtedy tworzył. Kto pamięta lata 1990 - 1991, wie jak trudno było się poruszać w ówczesnej rzeczywistości gospodarczej. W Polsce pracowało jeszcze sporo lokalnych, średniej wielkości browarów, potem wchłoniętych i niestety w dużej części pozamykanych przez wielkie koncerny międzynarodowe, które dopiero wchodziły do naszego kraju. Budując browar od podstaw, można było się pokusie o nowoczesne urządzenia, lecz niełatwo było je kupić, nawet te produkowane w kraju! ■ Ze zbytem nie było wtedy najmniejszych trudności, produkcję sprzedawaliśmy dosłownie napniu - opowiada Stanisław Czarnecki. - Przed browarem ustawiały się kolejki odbiorcow. kadziliśmy sobie, choć wcześniej ani brat ani ja nie mieliśmy nic wspólnego z piwowarstwem. Można zażartować, że nawet budowlańcy mogą zostać piwowarami (śmiech). Sielanka skon-czyła się, kiedy weszła konkurencja w postaci wiełkichfirm, z inną technologią produkcji. Nikt nie przewidywał, jak wielka zmiana dokona się choćby z wprowadzeniem beczek na piwo innej wielkości. Czy ktoś jeszcze pamięta wielkie, stulitrowe beczki? Kto nie przestawił się w mia r? szybko na nowe warunki, upadał. My przetrwaliśmy. Jako pierwsi w Polsce wypuściliśmy na rynek nowe piwo niefiltrowane, z osadem drożdżowym. Teraz niemal każdy browar ma ta ofercie, wtedy była to absolutna nowość. Również jako pierwsi zdecydowaliśmy się na Pi™o Pszeniczne, dość trudne w produkcji. Zdobywaliśmy nagrody na konkursach i wystawach, znakomite recenzje, ale kosztowało na to mnóstwo pracy i wysiłku. Coraz silniejsza konkurencja wymusza wysoki poziom technologiczny. Dziś w bro Pracuje ledwie dziesięć osób, bo proces produkcji w dużej części jest zautomatyzowa y zmienia się podejście z pełnym szacunkiem do klienta. Browar dba o wysoką jakość Y ' słodu, o utrzymanie reżimu technologicznego, o podnoszenie kwalifikacji pracowni ow Pierwszym gościszewskim piwem było Jasne Pełne, typowy lager. Dziś piwosze poszu ją stale czegoś nowego. Dlatego również z Gościszewa takie nowości wycho zą. ie aw było to np. piwo Darz Bór z dodatkiem słodu wędzonego. To pozwala również zac swoje miejsce na rynku, mimo ostrej konkurencji ze strony piwowarskich gigan Nalewają piwo zarówno do beczek jak i do butelek. Pewną nowością są z tworzywa sztucznego. Wszystko wynika z oczekiwań klientów, którymi są y 74 Nowostawska słodownia na liście zabytków sieci handlowe, także lokale gastronomiczne. W ofercie browaru znajduje się jedenaście pozycji asortymentowych, aczkolwiek niektóre z nich są typowymi piwami sezonowymi. Choćby lager Sybilla, warzony tylko we wrześniu. Na jubileusz ćwierćwiecza przygotowano piwo „Sołtys” ze specyficznego żytniego słodu. Będzie także nowy porter oraz piwo typu kolońskiego. Jak na niewielki, lokalny browar trzy nowości w roku to sporo. - Pozostajemy też przy produkcji sprawdzonych gatunków piwa, które znajdują klientów - dodaje Stanisław Czarnecki. Nasze wyroby trafiają na rynek lokalny, dobrze sprzedają się w Malborku, wielu odbiorców mamy na półwyspie Helskim. Nie mamy trudności ze sprzedażą, choć mały browar zawsze musi to okupić większym wysiłkiem. Uczestniczymy w konkursach piw regionalnych „Golden Beer”, jeździmy na festiwale piwne do Warszawy, Poznania, Wrocławia, na „Hevelkę" do Gdańska. Zyskujemy wysokie oceny. Mamy świadomość, że robimy piwo dobrej jakości, które jest doceniane przez fachowców. Kiedyś powstało nasze promocyjne hasło „tylko jedna droga do doskonałości", to od drogi krajowej 55, przy której leży Gościszewo. Tak trzymamy. Firma robi wiele, by utrzymać stabilny poziom produkcji, rozwijać to, czego poszukują klienci. Nie unika się tu pasteryzacji piwa, aczkolwiek wygląda ona zupełnie inaczej, niż stereotypowy pogląd. To pasteryzacja tunelowa, kiedy piwo już w butelce natryskiwane jest przez pół godziny wodą o temperaturze 65 stopni. Browar stara się obecnie o pozyskanie środków unijnych na kolejne inwestycje - tzw. monoblok do rozlewu piwa do butelek, zapewniający maksymalną czystość opakowania, zanim trafi tam napój. Także nowe urządzenie do tzw. pasteryzacji w przepływie, półautomatyczny podajnik do butelek i pakowaczka do kartonów Joanna Skopczyńska-Pudełko, Bartosz Busz 75 Rozmawiając z piwowarem (bo przecież już nie budowlańcem!) zwracam uwagę na liczne paradoksalne skojarzenia. Firma kupuje słód z Niemiec, a przecież na Żuławach jeszcze kilka lat temu roznosił się charakterystyczny zapach ze słodowni z Malborku czy Nowym Stawie. Ba, stamtąd pochodzi także słód żytni, a przecież Polska była długo potentatem w uprawie tego zboża. Cóż, rynek stał się międzynarodowy, a dostawcę wybiera się w zależności od tego, czy oferuje produkt najwyższej jakości, no i za dobrą cenę. - Gościszewski browar pozostaje typową rzemieślniczą firmą rodzinną - tak to określa Stanisław Czarnecki. - Kiedy zmarl mój brat, jego udziały przejął bratanek Chrystian i tak wspólnie radzimy sobie na rynku. Sam powoli zdobywałem wiedzę o produkcji piwa, potem wprowadzałem bratanka w tajniki tego zawodu, Teraz dostęp do tej wiedzy jest zresztą o niebo łatwiejszy niż przed laty. Działamy razem, każdy z nas może podejmować decyzje. Oczywiście konsultujemy się ze sobą, jeżeli dzieje się coś poważniejszego, ale ta współpraca bardzo dobrze nam wychodzi i wierzę, że tak będzie dalej. Nigdy nie używaliśmy, ani z bratem ani teraz z bratankiem, tytułów dyrektor czy prezes. Tylko z nazwą spółki jest oryginalne zamieszanie - najpierw było Andrzej Czarnecki i Stanisław Czarnecki, jak w alfabecie, potem ja przeszedłem na pierwsze miejsce, ale Urząd Skarbowy zawsze dba o właściwą kolejność i wymienia Chrystiana jako pierwszego (śmiech). Warto zwrócić uwagę na oryginalne nazewnictwo gosciszewskich piw. Na początku było zwyczajne Jasne Pełne, potem pojawił się Rycerz, Krzyżak, również Drwal. Oryginalna jest również seria piwnych etykiet. Jeśli natomiast czytelnik „Prowincji przyjedzie do Gościszewa i będzie szukać złocistego napoju z tutejszego browaru, na półkach lokalnych sklepów go nie znajdzie. Ot, chyba taka miejscowa tradycja, utrzymywana od lat. bepiej od razu ruszać do browaru. 76 Szkice z lat pięćdziesiątych Teodor Sejka SZKICE Z LAT PIĘĆDZIESIĄTYCH W swojej osobistej walce z upływem życiowego czasu zastanawiałem się nad przechowanymi w pamięci obrazami własnego dzieciństwa z lat 50. ubiegłego wieku. Myślę, że pokusa taka istnieje w nas zawsze nie tylko dla chwilowej iluzji odzyskiwania bezpowrotnie minionej rzeczywistości, ale także dla chęci przekazania jej głębszego kolorytu ludziom, którzy dzisiaj przeżywają swoje dziecięce lata w diametralnie innych warunkach. Może pozwoli to im uwierzyć, na przykład w to, że my, będąc dziećmi boso chodziliśmy z Barcic do szkoły w Benowie (obecnie powiat Kwidzyn), pokonując pieszo 3-ki-lometrową brukowaną drogę, że wielką atrakcją tych naszych codziennych wędrówek była możliwość uczepienia się wiezionych z benowskich lasów do tartaku w Ryjewie sosnowych kloców, jeśli woźnica pozwolił, a nie zdzielił batem. Trzeba było wtedy mocno przylgnąć brzuchem do końca jednego z kloców i mocno trzymać się rękami, tak by nogi swobodnie zwisały w powietrzu. Wozy na żelaznych obręczach mocno podskakiwały po bruku, ale liczyła się jazda, zawsze to była jakaś przyjemność. Za to zimą było o wiele lepiej, bo kloce jechały gładko na saniach, a sanna w tych latach zawsze dopisywała. Zima jednak dostarczała także bardzo przykrych i dramatycznych, a nawet brutalnych przeżyć związanych z oblodzeniem drogi, gdy końskie kopyta rozchodziły się na wszystkie strony. Konie, nie mogąc pociągnąć ładunku padały na kolana, a woźnica krzykiem, przekleństwami i uderzeniami bata starał się je zmusić do powstania i dalszej jazdy. Przeżywało się wtedy serdeczne współczucie dla nieszczęsnych zwierząt. Serce się kroiło na widok tak strasznej sceny i nie było już mowy o jeździe na klocach. Zimową scenerię wsi wypełniały często przejeżdżające zaprzęgi konne, leciutko ciągnące sanie w akompaniamencie dzwoneczków o różnym natężeniu dźwięków. Na jeden z tych dzwonków czekaliśmy szczególnie. Były to sanie pana Chmielą z Rudnik, wsi słynącej z sadów, a tych brakowało w Barcicach. Pan Chmiel zatrzymywał sanie i głośno wołał: jabłka, jabłka! Z wielu domów wybiegała dzieciarnia, spragniona smaku jabłek, by za uciułane grosze kupić sobie ten upragniony rarytas. Na 1 Maja umajone gałązkami bzu drabiniaste wozy wiozły nas na pochód do Ryjewa. Szczególnie dumny czuł się ten, komu przypadło w udziale niesienie czerwonej szturmówki, przydzielonej w szkole. Władze starały się wywierać presję na masowe uczestnictwo ludności w pochodzie. Mówiło się, że milicja może sprawdzać po domach, czy ludzie poszli na pochód. Był też bezwzględny obowiązek wywieszania na swoim budynku czerwonej lub biało-czerwonej flagi. Za ich brak milicja karała mandatem. Nasza rodzina cierpiała na chroniczny brak grosza, a tu jeszcze kup flagę. Mama wytrzepała z pierza starą czerwoną wsypę od pierzyny, którą umocowaną Teodor Sejka 77 na kiju, ojciec zawiesił pod naszą słomianą strzechą. W ten sposób my też uczciliśmy święto światowego proletariatu. Nie czuliśmy się więc gorsi od sąsiadów i uniknęliśmy przykrości. A oto inny obrazek. Po żniwach od Benowa turkocze po bruku kilkanaście wozów, wypełnionych workami ze zbożem. Wozy są udekorowane biało-czerwonymi flagami. Czoło kolumny otwiera wóz ozdobiony czerwonym transparentem z napisem: „Wieziemy chleb dla Ojczyzny ”. Chłopi wiozą zboże do punktu skupu w Ryjewie w ramach obowiązkowych dostaw dla państwa. Aktywiści lokalni dobrze zadbali o stronę propagandową tych dostaw, tak by powstało wrażenie, że rolnicy czynią to z entuzjazmem, wynikającym z ich postawy patriotycznej. Co jednak myśleli naprawdę ci, którzy oddawali państwu owoce swej ciężkiej pracy za bardzo niską cenę? Przecież każdy z nich musiał sprzedać państwu określoną ilość zboża, mięsa (zwierząt rzeźnych ) i mleka według wielkości gospodarstwa. Taka polityka wobec polskiej wsi powodowała, że rodziny chłopskie były spychane niżej poziomu socjalnego. Spauperyzowani chłopi klęli na niskie ceny, bo opłacało się sprzedawać te produkty na wolnym rynku, który władza uważała za spekulacyjny. Łatwo można było zasłużyć sobie na opinię spekulanta, takiego zaś władza uznawała za szkodnika i wroga. Ociągających się z dostawami dla państwa karano w przyśpieszonym trybie aresztem, w najlepszym przypadku odwiedzał ich komornik, zwany „zielonką (od zielonego munduru), który mógł zająć meble, maszynę do szycia lub inne cenniejsze rzeczy. Aparat urzędniczy działał w tym względzie skrupulatnie, czasem aż do śmieszności. 1 tak np. nasz sąsiad pan Stanisław Magda otrzymał wezwanie dostarczenia 1 kg zboża, którego zabrakło w odstawionym przez niego kontyngencie. Pan Stanisław bez ociągania się zawiózł ten kilogram do Ryjewa. Na plac przed barcicką świetlicę ciągną dorośli i młodzież. Zebrało się tu kilkadziesiąt osób. Przybyli, by wypełnić nałożony przez państwo obowiązek poszukiwania stonki ziemniaczanej. Akcja powtarza się kilka razy w ciągu miesięcy letnich. Rodzice Najchętniej delegują swoją dorosłą młodzież lub starsze dzieci szkolne. Na placu odczytuje się listę obecności. Potem obecnych dzieli się na drużyny. Drużynom wyznacza się rejony poszukiwań. Drużynowi otrzymują laski z przywiązaną na czubku kępką przędzy. Jest to tzw. wiecha, przewidziana do oznakowania miejsca na ziemniaczanym polu, gdyby komuś udało się znaleźć stonkę. Są wakacje, chętnie pobawiłbym się z rówieśnikami, poszlibyśmy znowu z prądem naszej rzeczki kąpać się przy tamie, ale cóż, zostałem wydelegowany, teraz od rana do godziny 15 będę szukać stonki. Sprawdzamy kolej-Ne ziemniaczane uprawy. Każdy z nas otrzymuje po 2 sąsiednie rzędy. Trzeba rozchylić każdy krzaczek, zajrzeć pod liście i sprawdzić czy nie ma tam pasiastego chrząszcza, albo jego larw. Zachętą do starannego przeszukiwania jest obietnica, że ten kto znajdzie choćby jedną stonkę dostanie 100 złotych. Pocieszam się, że może to ja zostanę tym szczęśliwcem. Ale nigdy, nikomu z nas nie udało się jej znaleźć. Po prostu u nas jej ^tedy jeszcze nie było. Problem stonki znaliśmy jedynie z Polskiej Kroniki Filmowej, którą wyświetlało kino objazdowe, przyjeżdżające do nas co dwa tygodnie. Państwowa propaganda głosiła, że chrząszcz ten miał zostać zrzucony przez amerykańskie samoloty do Bałtyku, skąd wypełzł na wybrzeże i rozplenił się po całym kraju, rozpoczynając 78 Szkice z lat pięćdziesiątych wymierzone w socjalistyczną Polskę dywersyjno-sabotażowe działania. Już w sierpniu 1951 roku stonką zajęło się Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Później, gdy w zachodniej części kraju stonka pojawiła się na masową skalę, tłumaczono, że amerykańskie samoloty zrzuciły ją na teren NRD, a silne wiatry, wiejące z zachodu przeniosły te chrząszcze na teren zachodnich województw Polski. Masowe pojawienie się stonki rząd wykorzystał do propagandy politycznej, głównie do tzw. "mobilizacji mas”. Jako główny powód niedoborów na rynku żywności przedstawiano „pasiastego dywersan-ta”, chrząszcza z Kolorado, będącego narzędziem w rękach amerykańskiego imperializmu - wrogów socjalizmu. W 1953 roku ukazała się uchwała rządu w sprawie walki z „żukiem z Kolorado”. Propaganda poszła szerokim frontem, zaczynając od najmłodszych. Ukazywały się na ten temat wierszyki dla dzieci w „Świerszczyku”. Wtedy to właśnie miałem okazję kupić sobie w Ryjewie śliczną kolorową książeczkę pt „Stonka i Bronka”. Była to opowieść dydaktyczna napisana wierszem przez Jana Brzechwę z ilustracjami M. Szancera. Autor pouczał tam polskie dzieci o tym, jak trudno jest żyć bez ziemniaka i jak czyhają na niego nasi wrogowie: Wyjdą znów szkodniki znane niszczyć pola ziemniaczane. A i wróg jest zawsze gotów zrzucić stonki z samolotów. Rzeczywiście, w latach 50. pasiasty owad pojawił się w Polsce na masową skalę. Było go tak dużo, że ludzie uwierzyli, że zrzucili go z samolotów Amerykanie. Propaganda PRL-u nigdy się z tej tezy nie wycofała. Barcicką drogą idzie grupa dziewczynek, dzieci kolonijnych. Są radosne, uśmiechnięte, kolorowo ubrane. Swoją radość z pobytu w Barcicach wyrażają entuzjastycznym śpiewem: Hej, jam kolonistka, dziewczę wesołe Tutaj w Barcicach mile spędzam czas. Troski utopię, hej na urlopie, Śpiewając,tańcząc ze wszystkimi wraz. To dla mnie codzienny widok w czasie wakacji. Znów przyjechały do nas dzieci pracowników Wojewódzkiego Zarządu Gminnych Spółdzielni z Gdańska. Przyjeżdżają tu co roku na letni odpoczynek. W każde wakacje są dwa turnusy. Przyjemnie jest przyglądać się im, posłuchać ich radosnego śpiewu. Zakład pracy ich rodziców miał w Barcicach swój Ośrodek Kolonijny. Przed wojną była tu karczma. Teraz mają tu swój raj dzieci z nieznanego dla nas, dalekiego świata. Widzę te grupy idące szosą do lasu i nad rzekę. Natrafiam w lesie na ślady ich zabawy w postaci wzorzystych dywanów ułożonych z mchu, wokół wybranych sosen. Czasem według specjalnych znaków tropią ukryte w lesie przeznaczone dla nich słodycze. Wielu z nich, to moi rówieśnicy, chociaż, jakby z innego lepszego świata. Czynią wiele gwaru i głośnego śmiechu. Pory posiłków oznajmia im głośny sygnał grającej fanfary. Dzieci ustawiają się parami i w rytm wystukiwanego przez Teodor Sejka 79 werblistów marsza, przechodzą do pobliskiego budynku jadalni. Obserwuję, jak gromadzą się na apelach wieczornych. I tyle tu troski o nich, tylu ludzi stara się, by niczego im tu nie zabrakło. I żadnych obowiązków, ani pracy w polu, ani zadań w gospodarstwie. Trudno im nie zazdrościć. To prawdziwi wybrańcy losu. Pierwszym zwiastunem, że już przyjechali, jest co roku ten charakterystyczny, daleko niosący się odgłos werbli i fanfary prowadzący grupy kolonijne do stołówki. Sygnał ten najczęściej zastaje nas, gdy na początku lipca, pod wieczór, wracamy z głębokiego lasu, zmęczeni po całodziennym zbieraniu jagód . W piątki i wtorki jagody zawozimy na targ do Kwidzyna. Tu wcześnie rano ustawia się cały szereg jagodziarzy i trzeba mieć głowę na karku, by nie przyszło wieźć jagód z powrotem do domu. Na szczęście nigdy się to nie zdarzyło, wracało się zawsze z gotówką. Gromadzimy sobie w ten sposób fundusz na zakup podręczników szkolnych. Niestety, zbieranie jagód i pomoc rodzicom w gospodarstwie rolnym pochłania nam większość naszego wakacyjnego czasu. Dlatego te werble są dla nas zawsze radosnym sygnałem nadziei, że znów coś się będzie działo we Wsi, że również i nas czeka jakaś odmiana. Wszyscy czekamy na ten nowy powiew życia z innego świata. Na ten promień radości w naszej szarej wiejskiej codzienności. Bo wiadomo, jak jest kolonia, to w każdą sobotę będzie ognisko, pełne atrakcji i niespodzianek, czasem może i cukierki dla nas. Żeby tylko była ładna pogoda, bo w razie deszczu będzie nam żal odwołanego ogniska. W przeddzień, dwójka kolonistów z wychowawcą odwiedzają wszystkie barcickie zagrody i zapraszają mieszkańców na ognisko. W sobotę pod wieczór dorośli i dzieci tłumie gromadzą się na wyznaczonym placu poza terenem kolonijnym. A tu zaczyna się prawdziwy teatr. Starannie przygotowany program dostarcza niezapomnianej rozrywki i zabawy. Już sam początek jest niezwykły, bo oto na koniu (dwie osoby przykryte kocem) wjeżdża Herold i przez tubę głośno wita wszystkich zebranych i obwieszcza główne punkty programu. A jakież tam tańce, a jakież tam stroje! Większość wykonana z kolorowej bibuły i kartonu. Oto krakowiak, za chwilę taniec chiński. Tancerze w charakterystycznych kapeluszach tworzą wdzięczne figury taneczne, podśpiewując sobie: » czing-czaj, czing-czaj ”. No i wzbudzające fale śmiechu skecze, np. ten wyśmiewający leniwego ucznia, który nie przygotował się do lekcji ze znajomości przysłów polskich. Odpytywany uczeń zacina się i stęka. Pilnie nadsłuchuje, bo koledzy usiłują mu podpowiadać. Ale nie wszystko rozumie. „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje , „Deszcz leje jak z cebra”. W efekcie, zdesperowany uczeń tryumfalnie wygłasza: „Kto rano wstaje, ten leje jak z cebra”. Jeszcze nie umilkła fala śmiechu, a tu już inny skecz przedstawiający doświadczonego kolegę, który przygotowuje nowicjusza do wspólnego wyjścia na zabawę taneczną. Instruktaż dotyczy tego, jak zaprosić dziewczynę do tańca. Nowicjusz po małpiemu naśladuje czynności swego nauczyciela. Obydwaj kłaniają się dziewczynom, tańczą, potem odprowadzają partnerki i tu pojawia się nieprzewidziana okoliczność, gdy przyszło podziękować za taniec. Bo oto w dużym pudle od margaryny leżał kwiatek i ten instruktor Wręczył swojej partnerce, mówiąc: „dla kwiatka - kwiatek”. Nowicjusz zaś, nie wiedząc co 80 Szkice z lat pięćdziesiątych zrobić, bo w pudle nie było więcej kwiatków, zdesperowany chwycił to pudło i tak samo jak kolega, kłaniając się wyrecytował: „dla pudła - pudło”. Ognisko trwa kilka godzin, program przeplatają piękne śpiewy chóralne, zwłaszcza z repertuaru Pieśni i Tańca Mazowsze. Prawdziwym przebojem jest piosenka o tym jak to kukułeczka kuka, chłopiec panny szuka, a zaraz potem dziadowska ballada z cyklu „Niedaleko od Krakowa, oj”, i żartobliwe dialogowe śpiewki o tym jak dwie dziewczynki przechwalają się, która ma lepszego tatę: „mój tata bije mnie paskiem, a mnie szelkami, a mnie dziurawymi spodniami”. Po chwili jesteśmy świadkami emocjonujących pokazów. Oto grupa starszych chłopców w strojach gimnastycznych buduje żywą piramidę. Teodor Sejka 81 To prawdziwe widowisko, aż dech zapiera w naszych dziecięcych piersiach. W miarę jak gasną ostatnie blaski dnia na twarzach doświadczamy dobroczynnej siły ognia. Przyjemnie jest grzać się przy ognisku. Przyjemne jest doświadczać co chwila nowych wrażeń, cieszyć się wielkim festiwalem radości. Chciałoby się, aby ono trwało bez końca. Ale niestety, wszystko co dobre trwa dla nas zawsze za krótko. Chcemy się teraz napatrzyć i nacieszyć, żeby nam starczyło wrażeń do następnego ogniska, a po wakacjach, przez cały rok będziemy cytować zapamiętane powiedzonka, dowcipy, wspominać komiczne scenki, nucić zapamiętane piosenki. Dlatego z żalem myślimy, że znowu cały rok trzeba będzie czekać na przyjazd kolonistów z Gdańska. Dziś nikt już nie organizuje kolonii letnich w Barcicach. Wieś żyje teraz w zgoła innej rzeczywistości. Nie usłyszysz tu już maszerujących, rozśpiewanych dzieci. Może nawet nikt nie czeka na ten dziecięcy śpiew. Zresztą dorośli też wyzbyli się tej społecznie integrującej potrzeby, bo komu tam będzie się chciało śpiewać. Wyjątkiem są chyba tylko spotkania towarzyskie przy alkoholu. Przyznajmy się, komu z nas udało się ostatnio namówić chętne osoby, np. do śpiewania kolęd w okresie świątecznym? Wszyscy już dawno przestawili się na bierne słuchanie odtwarzanych nagrań i na ostrą niechęć do własnej aktywności wokalnej. Co stało się z nami? Co zabiło w nas tę naturalną, atawistyczną skłonność do wyrażania swej radości w śpiewie, nawet u dzieci? Dziś maszerująca grupa szkolna nigdy nie śpiewa, dzieci rozmawiają, głośno przekrzykują się, ale nie odczuwają potrzeby spontanicznego śpiewu. Czyżby dobrodziejstwa multimediów całkowicie wyparły tę wrodzoną nam wrażliwość na urodę darów Stworzenia? Na tropach historii Janusz Ryszkowski OPOWIEŚCI SZTUMSKIEJ TREŚCI 1899-19011 1901 „Waplewo. Dnia 6-go b. m. [lutego] o 8 g. rano zmarł tu po dłuższych cierpieniach na wycińczenie sił, opatrzony Sakramentami św., hrabia Adam Lew Pereświt Sołtan, wuj hr. Adama Sierakowskiego, w sędziwym wieku lat 75. Pogrzeb odbył się w sobotę 9-go b.m.” - donosił toruński „Przyjaciel”. Niewiele o Sołtanie - człowieku mówi ta notka. Można odnieść wrażenie, że znany był tylko jako wuj Adama Sierakowskiego, właściciela największego polskiego majątku ziemskiego na Ziemi Sztumskiej. To już jednak coś, bo wielu dzisiejszych celebrietes znanych jest jedynie z tego, że właśnie są znani. W „Dzienniku Poznańskim” napisano już więcej: „ (...) był synem Adama, pułkownika wojska napoleońskich z 1812, pana na Zdzieciole (...) Zmarły był znany z gorącego patriotyzmu. Większa część jego najbliższej rodziny zakończyła życie na Syberyi. - Jego siostra Maryja hr. Alfonsowa Sierakowska z Waplewa dzieliła z nim wszystkie losy. W domu jej męża, a potem syna hr. Adama, przebywał ostatnie lata, zawsze żywo odczuwając sprawy narodowe. Chowany był przymusowo w korpusie kadetów w Petersburgu, gdzie jednak nie zdołano w nim zabić ducha polskiego. W skutek wypadków roku 1863 stracił cały majątek przez konfiskatę. Żył bezżenny, ale bardzo rozgałęzione z całą Polską utrzymywał stosunki. Była to bardzo zacna dusza, charakter jak łza czysty.” W sobotę 16 lutego w sali Strzelnicy sztumianie mogli obejrzeć dwa przedstawienia miejscowych amatorów: „Bilecik miłosny” Michała Bałuckiego i „Consilium facultatis” J. A. Fredry. Inicjatorami przedsięwzięcia byli państwo Magdalena i Henryk Donimirscy z Zajezierza. W listopadzie, najpierw w Sztumie, potem znowu w Starym Targu, pokazano „Dziesięć tysięcy marek” P. Kołodzieja i Aleksandra Ładnowskiego (granego już w tej wsi prawie 30 lat wcześniej) „Wesele na Prądniku”. „Jeden z Gości”, donoszący o tym „Toruniance”, pochwalił popierających teatr Henrykostwo Donimirskich i kierującego amatorami pana Czapiewskiego. „Szkoda tylko, że żaden z naszych księży swą obecnością przedstawienia nie zaszczycił tak w Sztumie jak i Starymtargu”. 25 lutego 1901 roku zapisał się pięknie w dziejach sztumskiej poczty. Uruchomiono bowiem zamiejscowe połączenie telefoniczne. „ Tak że do okolicznych miejscowości a nawet i do Berlina można teraz dzwonić” - radośnie donosił „Altprusische Zeitung” 11 kwietnia spadł rzęsisty grad. „Ziarna dochodziły wielkości orzechów laskowych”. Długo oczekiwane przez uczniów wakacje letnie rozpoczęły się 27 lipca i trwały do 17 sierpnia. Pierwotnie władze zaplanowały je w innym terminie. „Zapewne w skutek zaża-leń po gazetach z powodu, że (...) naznaczono na całkiem nieodpowiedni czas, odnośny 1 Fragmenty większej całości. W poprzednim numerze ukazała się pierwsza część szkicu, poświęcona wydarzeniom roku 1900. Tłumaczenia tekstów z elbląskiej gazety „Altprusische Zeitung” - Jurta Zimińska. Janusz Ryszkowski 83 urząd w nadzwyczajnym wydaniu orędownika powiatowego przełożył wakacje owe (...). Przysłużył się tem niemało rolnikom.” 25 lipca hrabiostwo Maria i Adam Sierakowscy obchodziło srebrne gody. Polska prasa daje o tym małą wzmiankę. Jak wyglądało świętowanie? Tego nie wiemy. Może kameralnie: msza, obiad w gronie bliskich... Kiedy przed 25 laty nowożeńcy wracali z Krzeszowic do majątku pana młodego, czekała ich wielkie przyjęcie. Jak przystało na Waplewo, to pomorskie Soplicowo, z ducha arcypolskie. Nad całością czuwał Adam Lew Sołtan. 18 listopada spadł pierwszy śnieg. DZWON ANNA BARBARA Prace przy rozbudowie kościoła św. Anny wkroczyły w końcowy etap. Na początku stycznia „Gazeta Toruńska” informowała: „Nowy dzwon dla tutejszego kościoła został ulany w Fuldzie kosztem 2000 marek. Fundatorem ks. proboszcz Staliński i właściciel dóbr Wawrowski”. Dołączył do starego i ochrzczono go imieniem Anna Barbara. 3 lutego: „Montaż nowych organów został już przeprowadzony przez specjalistę z Elbląga” (AltZ). Zapewne był nim fachowiec z firmy Terletzki, która wyposażyła kościół w instrument. „Wewnętrzne roboty (...) już prawie na ukończeniu. (...) Poświęcenie prawdopodobnie na spozimku” (P). Czyli na wiosnę. I rzeczywiście, 31 marca uroczyście poświęcono kościół, ale w żadnej z przeglądanych gazet wiadomości na ten temat nie znalazłem. Są za to inne. 7 maja nowy instrument został „urzędowo odebrano” przez organistę z Kwidzyna. Po raz pierwszy do komunii św. przystąpiło 117 dzieci. I intrygująca: „Władza kościelna ofiarowanej przez parafian figury św. Antoniego z niewiadomych przyczyn w kościele umieścić nie chce.” (GT) O co poszło? 10 czerwca był ważnym dniem dla miejscowych ewangelików. Na wizytację parafii Przyjechała komisja na czele z superintendentem generalnym ks. r. Gustawem Adolfem Doeblinem z Gdańska, gdzie znajdowała się siedziba prowincji kościelnej (tożsamej z podziałem administracyjnym). Na dworcu witał gości starosta sztumski von Osten i pastor Schlecht. Miasto zostało świątecznie ozdobione, domy oświetlone. Następnego dnia rano w ewangelickim domu parafialnym pozdrawiani byli przez delegację miasta z bur-naistrzem Hagenem, radnymi (ciekawe, czy przybyli także nieluteranie?) i radę kościelną. Potem w kościele na Rynku została odprawiona msza. W hotelu Królewski Dwór odbył się ewangelicki wieczór rodzinny. Kolejny dzień przebiegał pod znakiem wizytacji szkół. Po opuszczeniu Sztumu wizytatorzy pojechali na dalszą kontrolę kościoła ewangelickiego do Łozy (Lesendorf). ADWOKAT ŁANGOWSKI, LEKARZ LEWICKI W styczniowy ranek wybuchł pożar w kamienicę przy Rynku adwokata i notariusza Jana Łangowskiego (Langowskiego, jak pisali Niemcy). Dół zajmował skład towarów Wełnianych wdowy Prost, na piętrze biura i mieszkanie adwokata. W chwili nieszczęścia nie było ich w domu. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że z dobytku obojga nie zdołano niczego ocalić. Także akta podręczne zostały zniszczone. Na tym jednak nie koniec. Pożar objął także sąsiednią kamienicę piekarza Kalinowskiego. 84 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Gdzie dokładnie znajdowały się te dwa domy? Ostatni adres adwokata to Markt 50, czyli nadal mieszkał przy Rynku. Obok optyk Śliwiński (nr 51). Cztery numery dalej mieściła się drogeria Augusta Samatina, o której pamięć trwa do dziś. Do opuszczonego przez władze niemieckie i mieszkańców Sztumu (24 stycznia 1945), weszli czerwonoarmiści. W drogerii znaleźli butelki, których zawartość wzięli za spirytus. Kilku, a może więcej przypłaciło to życiem. A odwecie koledzy puścili z dymem miasto. A może nie w odwecie, bo to była powszechna praktyka zwycięzców ze wschodu. Nieliczni miejscowi, którzy tu pozostali, albo wrócili po krótkiej tułaczce, nie mogli zrozumieć, że można spalić miasto bez powodu, więc może wskazali na drogerię Samatina? Warto poświęcić nieco więcej miejsca Janowi Łangowskiemu. Halina Donimirska--Szyrmerowa (ur. 1918), wówczas dziewczynka, zapamiętała go, że prowadził wiele spraw jej ojca, Witolda, właściciela Hehendorfu (Czernina). W interesy narodowe polskie się nie angażował, ale wiele spraw Polaków załatwiał. W jednym z numerów „Gazety Toruńskiej” (z 1894 roku) znalazłem ogłoszenie, że Polak pisarz potrzebny jest w majątku czernińskim i chętni mają się zgłaszać do adwokata Łangowskiego. Współpracował zatem z rodziną Donimirskich od dawna. Pochodził z Bartoszego Lasu pod Kościerzyną. Kiedy w Szczecinie zdał egzamin na referendarza, napisała o tym gazeta, bo każdy inteligent polski w Prusach był cenny. Pracę rozpoczął w kościerskim sądzie. Już jako adwokat został mianowany notariuszem w Sztumie w 1888 roku. Wtedy też ożenił się z Marią Ludtke, a ślubu w kościele parafialnym w Pelplinie udzielał ks. oficjał Klemens Liidtke. Wybranka była siostrzenicą tego wysokiego urzędnika kurii biskupiej. Łangowski należał do Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Przynależność do tego dość elitarnego grona polskiego o czymś zaświadczała. A była bardzo źle widziana przez niemieckie władze, a w przypadku urzędników i nauczycieli wprost zakazana. Wśród członków TNT, założonego w 1875 roku, był tylko jeden duchowny z Ziemi Sztumskiej - Antoni Połomski, proboszcz z Postolina. Poza nim dr Jan Lewicki, lekarz powiatowy, Heliodor Wałdowski, dziedzic Mątek i Michorowa i oczywiście hr. Adam Sierakowski, przecież współtwórca TNT. Nie będę się spierał o to, czy Łangowski stał z boku polskich spraw, czy nieco bliżej. Odnotujmy, że w 1891 roku na zebraniu Kółka Rolniczego w sali Kikuta w Starym Targu wygłosił rozprawę o cłach zbożowych. Zmarł w 1926 roku, w wieku 69 lat. Granitowy małżonków Łangowskich przetrwał do dziś na cmentarzu przy kościele św. Anny. Jeśli adwokat postradał dom w pożarze (wkrótce odbudowanym), to doktor Jan Lewicki na skutek poczynań władz. 1 kwietnia przeniesiono go w głąb Niemiec, do Nadrenii. Nieprzerwanie był związany z Ziemią Sztumską od kwietnia 1875 roku. Zamieszczone przez niego ogłoszenie w „Gazecie Toruńskiej” brzmiało: „Osiedlam się w Sztumie. Dr Lewicki”. Informowało ono najpierw o zamiarze młodego lekarza, urodzonego w Bobowie. Kilka dni potem anons przybrał bardziej konkretną formę: „Osiedliłem się w Sztumie. Mieszkam w domu pani Preuss. Doktor Lewicki, lekarz praktyczny.” Po kilku latach został lekarzem powiatowym. Cieszył się dużą popularnością, co może i oczywiste z racji zawodu, ale piastował inne ważne funkcję obieralne: radny miejski, członek rady Doktor Jan Lewicki był właścicielem kamienicy naprzeciwko Starostwa Powiatowego, po prawej, fot. archiwum Et. parafialnej kościoła św. Anny, był kierownikiem (co prawda krótko, bo zachodził jakiś konflikt interesów) niemieckiej kasy pożyczkowej. W 1897 roku, gdy w hotelu Królewski Dwór obywało się oficjalne przyjęcie z okazji 100-lecia urodzin cesarza Wilhelma I, dr Lewicki, dr Feliks Morawski i ks. Otto Langkau znaleźli się w gronie dziesięciu osób, które zaprotestowały, by wysłać depeszę gratulacyjną do byłego kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka, znanego w wrogości do Kościoła katolickiego i Polaków. Gdy więc władze zdecydowały przesiedlić Lewickiego, gazety Polskie słusznie zauważały, że działo się tak w „interesie niemczyzny”. Niemiecka „Alt-preussische Zeitung” wspominała zaś o likwidacji etatu. Jak widać sposób na pozbywanie się niewygodnych pracowników na swoją długą tradycję. Ze wspomnień Otto Kammela wiemy, że Lewicki był właścicielem kamienicy (obec-nie Galla Anonima 7) naprzeciwko Starostwa Powiatowego. Po wyprowadzce doktora, dom był wykorzystywany przez ten właśnie urząd, stąd powszechnie nazywano go „ma-tym starostwem”. Nawet po tym, jak rozbudowano siedzibę starostwa i przestał pełnić pomocnicze funkcje. Dr Lewicki, już jako emeryt, w 1905 roku osiadł w Sopocie, gdzie prowadził praktykę lekarską. ROCZNICA KURKOWEGO BRACTWA 17 lutego w Strzelnicy przedstawieniem teatralnym i zabawą z tańcami zainaugurowano obchody 200-lecia powołania w Sztumie Gildii Strzeleckiej. Magistrat wsparł organizację jubileuszu sumą 150 marek, a i dochód ze wspomnianej zabawy i wystawionej 86 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 sztuki także tym celom służył. Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest to, że świętowano z dwuletnim opóźnieniem! Polska gazeta przypominała: „Tutejsze bractwo strzeleckie założone zostało w roku 1699, za czasów króla polskiego Augusta II. W posiadaniu tegoż bractwa znajduje się łaciński dokument tego króla, wydany pod dniem 20-marca 1699 w Warszawie. Według tego dokumentu każdorazowy król strzelecki wolny jest od wszelkim podatków, kwater, itd.” (P) Ta informacja o królu polskim musiała być bardzo niewygodna dla nastawionych szowinistycznie organizatorów, przypominała bowiem o czasach, kiedy ziemie te należały do Polski. Gildia Strzelecka w Sztumie została reaktywowana w 1847 roku. Miejscem spotkań członków, a trzeba pamiętać, że była to organizacja dość elitarna, bo trzeba było mieć pieniądze na zakup broni, munduru, składki był dom strzelecki (Schiitzenhaus). Redaktorzy polskich gazet konsekwentnie przez lata całe używali określenia „strzelnica”, więc niech tak pozostanie. Wiemy, że przynajmniej od początków lat 80. XIX wieku Strzelnica znajdowała się przy obecnej ulicy Baczyńskiego blisko jeziora. W 1883 roku kupił ją oberżysta I. Kowalski od Stuhldreera, być może Franza, właściciela zakładu budowy maszyn. Obiekt służył mieszkańcom, jako miejsce kultury i rozrywki. W sali ze sceną organizowano koncerty i przedstawienia teatralne, a także bale, spotkania różnych organizacji. Była też z pewnością gospoda z wyszynkiem. W sztumskiej Strzelnicy znajdowała się jeszcze jedna atrakcja - kręgielnia. Budynek stal wśród drzew. To widać na starej pocztówce. A że pora letnia goście siedzą przy stolikach, spoglądając w stronę jeziora, po którym pływała łódka. Nie można jednak zobaczyć plenerowej sceny, która z pewnością Sztumskie bractwo kurkowe, ok. 1921 roku. Starsi członkowie zapewne pamiętali wielkie obchody 200-lecia sprzed 20 lat, fot, archiwum Janusz Ryszkowski 87 była. W ogrodzie znajdowała się także strzelnica, gdzie co roku członkowie bractwa rywalizowali o tytuł króla. W 1882 roku kurkowym królem został mistrz krawiecki Korne-ther, w 1884 roku Przechowski, sekretarz prywatny. Obchody 200-lecia zaplanowano od 27 do 29 maja. Chęć udziału zgłosiły bractwa strzeleckie z sąsiednich miast - Dzierzgonia, Malborka, Kwidzyna oraz nieco odleglejszego Grudziądza. Na inaugurację przeprowadzono ćwiczenia strzeleckie, koncertowała orkiestra wojskowa z Malborka. Drugi dzień przebiegał pod znakiem zawodów o tytuł kurkowego króla. Wygrał je stolarz Tuchel z Przedzamcza, pierwszym jego rycerzem został majster krawiecki Lenzner, a drugim fabrykant maszyn Franz Stuhldreer. Finał obchodów nastąpił trzeciego dnia, kiedy przybyły gildie z sąsiednich miast. Sztumscy strzelcy, w mundurach, z bronią i sztandarem przeszli z orkiestrą na dworzec kolejowy powitać przybywających gości. Potem razem w zwartym szyku przemaszerowali na dalsze uroczystości do Strzelnicy. Tam odbyły się m.in. zawody o tytuł króla 200-lecia. Zdobył to miano stojący na czele sztumskiego bractwa C. Broczę, a pozostałe godności rycerskie - znany z pewnej ręki i celnego oka właściciel hotelu Królewski Dwór - B. Grunenberg oraz Lerch z Grudziądza. Potem 40 nagród (w tym srebrne łyżki i myszeczki) mieli do zdobycia strzelcy w kolejnej rywalizacji. Obchody zakończył uroczysty capstrzyk i marsz z pochodniami. Wielkim wydarzeniem dla miasteczka były przeprowadzone w okolicy wielkie ćwiczenia wojskowe. Sztum od dłuższego czasu zabiegał o ulokowanie garnizonu, widok pojawiających się różnych rodzajów wojsk - piechoty, kawalerii, artylerii - musiał wzbudzać zrozumiałą ciekawość mieszkańców. Nie uda się zrekonstruować przebiegu ćwiczeń, ale odnotujmy kilka faktów. Specjalnym wagonem salonką przybył z Gdańska dowódca 17 Korpusu Armijnego, gen. piechoty August von Lentze, aby obserwować m.in. żołnierzy 61 pułku piechoty z Torunia. Do Sztumu przyjechali czterema pociągami. Z Przedzamcza generał konno udał się na miejsce ćwiczeń. Po powrocie stanął w hotelu Królewski Dwór. Wieczorem salonką odjechał do Gdańska. Gazety wspominały też o innym generale - Finku von Finkensteinie jako dowodzącym. Zapewne chodziło o Karla Finka von Finkensteina, do niedawna zawiadującego piechotą w 1 Korpusie Armijnym w Królewcu. Poza tym prasa pisała o tysiącach żołnierzy, który przeszli przez miasto w stronę przeprawy mostowej przez Wisłę. Nad Białą Górą, w pobliżu której ją zorganizowano, unosił się wielki balon na rozgrzane powietrze. Prawdopodobnie wskazywał żołnierzom, gdzie znajduje się dowództwo ćwiczeń, a już na pewno stanowił wielką atrakcję dla mieszkańców okolicznych wsi. Na czas manewrów postawiono dwie piekarnie połowę - jedną większą z trzema piecami chlebowymi na Sztumskim Polu i drugą z jednym piecem Przedzamczu. Tylko 15 września miały dostarczyć wojsku 15 tys. sztuk komiśniaka, czyli chleba razowego. Świadczy to o tym, jak dużo żołnierzy było do wyżywienia. W czasie ćwiczeń wojsko kwaterowało także w Ryjewie i okolicach. „Pewien chłopak z Budzina [dziś część wsi Jałowiec] znalazł nabój, który położył na kamień i za pomocą kamienia i gwoździa usiłował go wystrzelić. Nastąpił wybuch a nieostrożny chłopiec stracił dwa palce u lewej ręki.” 88 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Militarny wątek zwieńczymy tak. Starosta Klaus von der Osten zwołał do Sztumu delegatów Związku Kombatantów (Kriegerverein) z poszczególnym miejscowości, aby założyć stowarzyszenie powiatowe. „Ponieważ takie towarzystwa wrogo działają przeciw nam, więc Polacy powinni od nich stronić” - przestrzegał swoich czytelników „Przyjaciel”. HUCZAŁA O TYM OKOLICA Rzecz rozegrała się przed sądem w Suszu, gdzie rozpatrywano sprawy mieszkańców powiatu większego już kalibru. Przed obliczem Temidy stanął świadek, który według urzędowych dokumentów nie tylko że nie żył, ale na dodatek została wykonana sekcja jego zwłok. A było tak: w Szropach pokłóciło się dwóch robotników. Jeden z nich - Jankowski w złości sięgnął po nóż i zadał Kleinowi kilka mocnych ciosów. Ofiarę z ciężkimi ranami dostarczono go do szpitala katolickiego w Malborku. Po jakimś czasie prokurator zwrócił się do szpitala, prowadzonego przez siostry diakoniski, z prośbą o informację o stanie chorego. Został poinformowany, że nieborak Klein zmarł. Prokuratura zarządziła ekshumację ciała, ale podczas sekcji nie stwierdzono żadnych ran kłutych. Tajemnica wyjaśniła się wkrótce. Poraniony Klein opuścił szpital katolicki o własnych siłach, a prokuratura zwróciła się do innej placówki, prowadzonej przez siostry, gdzie zmarł przypadkiem człowiek o takim samym nazwisku... We wsi Gintro jedna z mieszkanek była systematycznie okradana. Z kurnika ginęły dorodne gęsi, czemu postanowiła stanowczo zapobiec. Wpadła na koncept odstraszenia złodzieja i dania mu solidnej nauczki. Zaczęła montować dubeltówkę, z wymyślnym systemem, który miał spowodować wystrzał, gdy ktoś otworzył drzwi kurnika. Majstrowała długo, a gdy już prawie wszystko było gotowe, sama uruchomiła mechanizm... Poraniona śrutem w piersi i głowę cudem przeżyła. Opowiadano też sobie o skandalu, jaki wywołał swoim niecnym postępowaniem dozorca sztumskiego więzienia, pan S. Znaleźli się tacy, którzy widzieli, jak zakutego w kajdanki, prowadzono go przez miasto, by przetransportować do aresztu w Elblągu. Co za wstyd! Czym się zhańbił, że założono ma łańcuszki? Podejrzany był o „stosunki z kobietami uwięzionymi”. Potem sąd w Suszu nie dał wiary jego tłumaczeniom. Skazał za wspomniane czyny i dodatkowo namawianie do krzywoprzysięstwa na 2,5 roku więzienia i utratę praw obywatelskich na trzy lata. W rewizji sąd w Elblągu obszedł się z nim srożej - dołożył jeszcze rok więzienia! Na ulicy Dworcowej 19-letni Paul Dombrowski, syn kowala, jechał na świeżo podkutym koniu, gdy ten się potknął, śmiertelnie przygniatając jeźdźca. Lekarz z Ryjewa, dr Rosentreter wracał do domu, gdy w pobliżu Benowa koń się spłoszył, a wóz uderzył w przydrożną wierzbę. Doktor wypadł na drogę, doznając poważnych potłuczeń. W czerwcowe południe Karl Hanowerski, znany sztumski właściciel fabryki maszyn, udawał się jednokonnym zaprzęgiem w towarzystwie ucznia za miasto. Na wysokości Zajezierza, zjechał w stronę jeziora, by napić konia. Wjechał w lustro wody, niestety, trafił nagle na głęboki uskok. Wóz wywrócił się, a fabrykant z chłopakiem dostali się dno... Janusz Ryszkowski 89 Skończyłoby się tragicznie dla obu, gdyby nie szybka i skuteczna pomoc przejeżdżających obok ludzi. Tylko konia nie dało się już uratować. Gazetom nie uszło uwagi jeszcze jedno zdarzenie, nazwijmy to, komunikacyjne. Otóż panna W., która wracała z wieczornej wycieczki, zsiadła z roweru tak nieszczęśliwie, że złamała sobie nogę w dwóch miejsca. Może chodziło redaktorom o uświadomienie damom, że rower nie dla nich... Zdarzały się wypadki na kolei. Przed Szropami (linia Małdyty - Dzierzgoń - Malbork) wykoleił się wagon pasażerki, no może dwa, bo więcej nie musiało być używanych na tej trasie. Lokomotywa i wagon „pakunkowy” utrzymały się na torze. O poszkodowanych nie ma informacji, zapewne skończyło się na strachu. Pasażerów do Malborka dowieziono innym pociągiem. Podczas robót torowych na trasie Gościszewo - Malbork zastrajkowala duża grupa robotników, która domagała się od pracowników nadzoru zapłacenia zaległych wypłat, zaliczek i podwyższenia stawek. Doszło do zamieszek. Musiała interweniować policja. Konflikt udało się zażegnać, gdy spełniono żądania protestujących. Jednak do pracy wróciła tylko część robotników. Nie zabrakło afery gospodarczej. Zippertowi, właścicielowi tartaku w Sztumie i parowego w Białej Górze, prokuratura w Elblągu postawiła zarzut nadużyć podczas handlu drewnem. Miał on używać fałszywych stempli do znakowania, zawyżając ilość surowca. Z tego to powodu stocznie Schichaua w Gdańsku i Vulcan w Szczecinie, które przez wiele lat zaopatrywały się u Zipperta, poniosły poważne straty. W tej sprawie przesłuchano już wielu świadków, w tym przedstawicieli stoczni. W październiku umarł nagle kupiec Alwin Kannenberg. Gazety podawały różniące się od siebie okoliczności zdarzenia: W „Gazecie Toruńskiej” czytamy, że: „(...) zmarł nagle w łaźni miejskiej. Przedtem był zupełnie zdrów; naraz w wannie dostał skurczy i w przeciągu kilku minut skonał, mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej.” Elbląska „Altpr.” pisała, że Kannenberg w południe udał się nad Jezioro Zajezierskie zażyć kąpieli. „Woda była prawdopodobnie za zimna, bo kupiec, jak się dowiadujemy, zmarł na udar płucny”. Kto oddał rzecz wierniej? Nie wiem. Pewne natomiast jest, że zakład kąpielowy (łazienki) istniał w tym czasie nad Jeziorem Zajezierskim. Nie tak przypadkiem umieszczam informację o zmarłym kupcu, zaraz po aferze z drewnem. W 1891 roku zainstalowano bowiem maszynę parową w tartaku należącym do Alwina Kannenberga. Czy potem sprzedał swoją firmę Zippertowi? Sporo na to wskazuje, bo w okolicy działał jeszcze tylko jeden tartak - Hermanna w Sztumskim Polu. Miał napęd parowy kilka lat wcześniej niż Kannenberg. A był to w owym czasie szczyt techniki. Dodajmy, że Kannenbergowie byli związani od wielu lat ze Sztumem, a nazwisko takiego kupca widnieje w książce adresowej z 1866 roku, a 20 lat wcześniej był reprezentantem miasta w sejmiku powiatowym. O tym, że łazienki funkcjonowały w mieście i tam kupiec właśnie mógł dokonać żywota, świadczy fakt, że sprytny oszust oszukał starszego łaziebnego (kąpielowego) Neu-manna. Któregoś dnia zjawił się u niego w domu młody mężczyzna, przedstawiciel spółki 90 Opowieści sztumskiej treści 1899-1901 Młyny Grudziądzkie , gdzie - jak mówił - był inkasentem. Jako że pan N. z tamtejszą firmą utrzymywał kontakty handlowe, a suma (500 marek), którą nieznajomy zażądał, odpowiadała zaległości płatniczej, jaką miał wobec niej, zapłacił. W zamian otrzymał pokwitowanie. Jakież było jego zdziwienie, gdy po kilku dniach u Neumanna pojawił się kolejny inkasent z Grudziądzkich Młynów. I nie był to żaden oszust... Spryciarz czuł się na tyle bezkarny, że pojawił się w Sztumie ponownie na cotygodniowym targu. Rozpoznał go tam Neumann i zachowując zimną krew zaprosił do domu, pod pozorem złożenia zamówienia na większą partię maki. W międzyczasie powiadomił policję. Ta zatrzymała „inkasenta” w mieszkaniu Neumanna. Okazało się, że oszust jest mieszkańcem Malborka, a na swoim koncie ma wiele podobnych przekrętów, m.in. w także Gniewie. Początkowo informacja o „wybuchu ognia w biurze kamelarza Krugera (...)” natychmiast zresztą stłumionym w ten niedzielny wieczór, wydała mi się niewarta uwagi Cóż ciekawego w tym, że mogły spalić się papiery skarbnika miasta? Rzecz jednak w tym, że po kilkunastu miesiącach wybuchła afera - w kasie miasta zabrakło 4 tysięcy marek, które sprzeniewierzył Kruger. Może więc ogień miał zatrzeć ślady szachrajstwa? W każdym razie finał był taki: Kruger trafił do więzienia, a jego rodzina sprzedała dom przy Rynku, aby pokryć jego długi. Odpokutował za swój czyn, więc czy powinienem używać jego pełnego nazwiska, a pisać o nim jako „kamelarzu K.? PROCESY PRASOWE „W dniu 14-tym bm. stawał przed Izbą Karną redaktor hakatystycznej „Elb. Ztg.” P. Rudolf Meisbach za obrazę, popełnioną przez artykuł, opisujący zajście podczas poświęcenie pewnej szkoły w powiecie sztumskim, przy czem miał powiedzieć proboszcz tutejszy, „że nie cesarz niemiecki pomógł gminie do pobudowania nowej szkoły, lecz Bóg, który cesarza natchnął odpowiednio. Więc nie cesarzowi, lecz Bogu podziękujcie za nową szkołę”. Artykuł nosił nagłówek: Jak ci panowie Polacy a mianowicie polscy duchowni pośrednio i bezpośrednio szczują”. Tymczasem przed sadem okazało się, że w obchodzie ksiądz katolicki udziału nie brał. Oskarżony orzekł przed sądem, iż żałował pomyłki i przeprosił ks. Kathera, który uczynił wniosek o ukaranie. Przewodniczący sądu zapytał się teraz ks. K., czy nie gotów cofnąć wniosku. Na to odparł ks. K., że nie, gdyż przez artykuł ten popadł w niełaskę naczelnego prezesa [rejencji], i że on nie jest Polakiem, że potrafi kilka słów po polsku. Izba karna skazała oskarżonego na 50 mk. Kary lub 10 dni więzienia.” Ks. Franciszek Kather był w tym czasie krótko administratorem parafii w Postolinie, do której przyszedł w 1899 roku jako wikary. Potem został mianowany proboszczem w Benowie (od 1903 roku) i na następnie, w latach 1914-54, w Kałwie. Czy pracując wśród parafian Połaków, bo taki charakter miała postolińska parafia, znał rzeczywiście tylko kilka słów po polsku? To możliwe, bo trafiali tu wówczas młodzi księża, by podszkolić się w polskim, aby móc potem pełnić duszpasterską posługę w środowiskach, gdzie język ten był potrzebny. Ale poznał go na tyle, że był potem proboszczem w Benowie i Kałwie. A skoro już jesteśmy przy wątku prasowym. W Trzcianie środowiska polskie powołały Towarzystwo Ludowe. Na niedzielne zebranie w gospodzie Klingenberga przyjechał Janusz Ryszkowski 91 redaktor „Gazety Grudziądzkiej” Michał Majerski. Miał za sobą kilkanaście (!) prasowych procesów sądowych, odbytą karę kilkutygodniowego więzienia i grzywny. Nic dziwnego, że władza postanowiła być czujna. Przebieg wiecu zadzorował wójt Strasze-wa, właściciel dużego gospodarstwa (ok. 200 ha) Rohrbeck. Był w towarzystwie swojego umundurowanego i uzbrojonego w karabin pomocnika i zarazem tłumacza. Ten na bieżąco przekładał na niemiecki treść wystąpienia Majerskiego. W pewnej chwili Rohrbeck wstał i rozwiązał zebranie. Jako powód podał, że nie podoba mu się, że musi co niedziela przyjeżdżać do Trzciana i nadzorować wiece, poza tym ten ma inny charakter niż wynikał ze zgłoszenia w urzędzie. Opisująca incydent redakcja „Gazety Toruńskiej” zrobiła dopisek: „Urzędnika, jeżeli nie wypisał prawidłowego poświadczenia o zameldowaniu [zebrania], a potem z powodu ten nieprawidłowości zebranie rozwiązał, należy zaskarżyć do prokuratora, a zostanie oskarżony za nadużycie w urzędzie. Nadto można go zaskarżyć o zwrot kosztów zebrania”. STRASZNY BĄK KOLORADO „Przy mieście naszem na kartofliskach pojawiły się jakieś szkodliwe bąki tzw. „Kolorado”. Kilka osobników tego robactwa, które znaleziono u właściciela furmanek Kurowskiego, oddano p. landratowi”. Co zrobił starosta sztumski ze stonkami, gazeta już nie podała. Sejmik Powiatu zdecydował się na zaciągnięcie kredytu w wysokości 140 000 marek na budowę lub modernizację dróg, m.in. Stary Targ - Dzierzgoń, Sztum - Koślinka - Dąbrówka Malborska, Mątowskie Pastwiska - Benowo, Mątowskie Pastwiska - Biała Góra. Do tej pory zajmował się tym sejmik prowincjonalny, ale od tego roku zadanie to zostało powierzone powiatom. Poprzedni rok budżetowy zakończył się deficytem 3600 marek. Wynikało to z m.in. faktu, że na utrzymanie chorych na epilepsję i niewidomych mieszkańców powiatu, umieszczonych w szpitalach prowincji zaplanowano 5800 marek, tymczasem trzeba było zapłacić 8500 marek. Radni przejęli, prawdopodobnie od prowincji, gwarancję na bezprocentową pożyczkę »na zakupno zasiewów” w wysokości 180 tysięcy marek. Rolników nie pozostawiano zatem samych sobie, gdy aura okazała się dla nich niełaskawa. Podczas zebrania Rady Miejskiej dotychczasowy dyrektor miejscowej mleczarni pan Claus został wybrany jednogłośnie na następną, 6-letnią kadencję. Jak widać ciągłość dobrej władzy miała w tamtych czasach swój niezbywalny walor. Ostatnią ciekawą wiadomością z końca roku będzie znowu (bo od niej zaczęliśmy) dotycząca poczty. Zatrudniono w niej do roznoszenia depesz pannę Konkordię Lietzów-nę. Kiedy podczas pełnienia obowiązków służbowych udawała się do Sztumskiej Wsi, zaczepił ją pewien robotnik. Nie chodziło mu przy tym wcale o kradzież depesz... Na szczęście zanim doszło do lubieżnego czynu, krzyki ofiary ściągnęły czyjąś uwagę i napastnik został spłoszony, a wkrótce zatrzymany. 92 Konsekracja kościoła w Benowie Ks. Walenty Barczewski KONSEKRACJA KOŚCIOŁA W BENOWIE (ZE STARYCH SZPALT) Poniższy artykuł „Konsekracja kościoła Benowie" został wydrukowany w tygodniku „Warmiak" nr 98 z 17 września 1897 roku. Autorem tego tekstu mógł być ks. Walenty Barczewski, związany z tym pismem. Brał on udział w uroczystości poświęcenia kościoła i wygłosił kazanie w języku polskim. Sprawozdanie z konsekracji nie ostało jednak podpisane „Warmiak" był pismem polskiego odłamu katolickiej partii Centrum. Pierwszy numer z początkiem 1894 roku wydała spółka złożoną z ośmiu księży niosących posługę religijną na południowej Warmii. W numerze okazowym z 23 grudnia 1893 roku pierwszy redaktor czasopisma ks. Walenty Barczewski tak określił założenia programowe: „Odpowiadając życzeniu wielu katolików na Warmii, którzy pragną mieć pismo swoje, uwzględniając więcej treść religijną, zamierzamy od Nowego Roku wydawać pod tytułem „Warmiak" czasopismo dla duchowieństwa i ludu katolickiego. Obraliśmy dla pisma naszego imię „Warmiak", ponieważ założone zostało [przez rodowitych] Warmiaków. Oprócz treści religijnej będą także wiadomości polityczne, handlowe i inne, nareszcie pracować będziemy koło zachowania pokoju, jedności i braterskiej miłości naszych katolików obu narodowości i żeby sprawiedliwość wymierzano słusznym żądaniom polskich Warmiaków. Księża Wasi: ks. prób. [Walenty] Barczewski w Wielbarku, redaktor, ks. prób. [Edward] Herrmann w Biskupcu, ks. prób. [Jan] Hirschberg w Wartemborku [teraz Barczewo], ks. prób. [Jan] Jabłoński w Purdzie, ks. prób. [Antoni] Kuck w Sząbruku, ks. prób, [Józef] Kiszporski w Gietkowie [teraz Gutkowo], ks. prób. [Józef] Rapierski w Dywitach i ks. prób. [Józef] Teschner w Klebarku. Poza ks. Barczewskim pismo redagowali ks. Józef Kiszporski, Eugeniusz Buchholz. Ci trzej redaktorzy odnosili się do miejscowych Polaków ze zrozumieniem i z chęcią utrzymania ojczystej mowy. Inaczej było z ks. Janem Jabłońskim, który od kwietnia 1897 roku do jesieni 1904 roku redagował pismo. Stał się on rzecznikiem polityki asymilacyjnej wobec ludności polskiej. To właśnie ks. Jabłoński był autorem artykułu, w którym znalazły się zdania: „Powtarzamy, cośmy już kilka razy mówili, choć często to „Gazecie Olsztyńskiej", może się nie podoba, że w takim dobrowolnym niemczeniu, nie widzimy żadnej szkody dla ludu naszego jeśli tylko zachowują wiarę i przywiązanie do Kościoła katolickiego. I dodajmy, że księża na żaden zarzut nie zasługują, kiedy takimi dobrowolnymi niemczeniu się nie opierają, lecz i z dziećmi i z dorosłymi ludźmi tak się obchodzą i tak nauczają prawd religijnych, jak ci umieją: po polsku i po niemiecku". W tej sprawie 17 września 1903 roku ks. Barczewski, odcinając się od takich poglądów, napisał list do Buchholza: „Wpiątek usłyszałem w „Koperniku", że „Warmiak" ma dwa razy w tygodniu wychodzić. Będzie to nieszczęście tym większe, iż ks. Jabljonski] jest starym Prusakiem, po pruska myśli i pisze, podobnie jak nieświadomie swej narodowości Mazurzy mawiają. Ks. Walenty Barczewski 93 My oto Prusacy! Nie wiedząc, że oni [są] Polakami, bez świadomości. U nas są tylko dwie narodowości, polska i niemiecka, nie ma trzeciej - pruskiej, bo ta pochłonięta od niemieckiej, jak polityka pruska i niemiecka. Obecnie u nas jedna jest. Z tego stanowiska trzeba pisać gazety. Polska gazeta nie utrzyma się bez Polaków. Więc „Warmiak" z piórem ks. Jabl. - Prusaka jest zbyteczny. Moich artykułów ks. Jabl. zwykle nie podaje do druku”. Ostatecznie z końcem marca 1905 roku „Warmiaka zaprzestano wydawać. Przy opracowaniu notek biograficznych księży korzystałem ze „Słownika duchowieństwa katolickiego diecezji warmińskiej w latach 1821-1945” ks. profiesora Andrzeja Kopiczki. Poza biskupami P. Krementz i A. Thielem, wszyscy wymienieni kapłani w różnych okresach nieśli posługę religijną w Benowie. Jan Chłosta X Dzień Narodzenia Najświętszej Maryi Panny [8 września 1897 r. - J. Ch.] sprowadził nam uroczystość, jakiej wieś nasza nie widziała i o której przyszłe pokolenia sobie opowiadać będą. Dnia 8-go bm. Odbyła się solenna konsekracja nowego kościoła naszego. Więc wypełniło się długo oczekiwane życzenie nasze i przodków naszych: ukończyły się długoletnie zabiegi szlachetnych dobroczyńców naszych - konsekracja jest ich chwalebnym ukoronowaniem. Kiedy w 1829 roku przerwała Wisła tamę, tudzież przy starym Benowie, które Ku-krzyskami zwiemy, zalała całą wieś i zebrała wszystkie domy z widnokręgu ziemi, w ten czas tylko sami ludzie zdołali się wyratować na wyżyny: niewiasty z dziećmi polną drogą pod las, a mężczyźni [...] pod Białogórę, straciwszy oprócz życia wszystko co posiadali: stąd bieda i nędza była niezmierna. Lecz uhartowani niejednym nieszczęściem nie tracili tutejsi mieszkańcy odwagi i za pomocą dobromyślnych [prawo myśl nych] sąsiadów, za łaską Bożą i szlachetnych ludzi wystawili sobie opodal tamy na piaszczystym wzgórzu pod borem królewskim nowe siedziby, które do dziś dnia zajmują. Stąd dziś wioska wygląda jakoby na wybudowaniu. Nieszczęście owe spowodowane powodzią sprowadzało współczucie dla tutejszych mieszkańców i w dalszych kołach ludzkości, szczególnie nieśmiertelnie dla nas pamięci ks. Franciszek Penkert,1 proboszcz Pogorzałej Wsi (Wernersdorf) poznał nas jako sąsiad najbliższy i umiłował nas, jako gorliwy pasterz, owieczki swoje. Jemu mamy do zawdzięczenia niejedną ulgę doczesnej nędzy, a przede wszystkim w duchowych potrzebach, widząc bowiem opuszczenie nasze duchowe wskutek wielkiej oddali od sztumskiego kościoła, który nadto dla samego Sztumu za mały był, nie przestał pracować nad tym, aż nam wybudował w 1869 roku drewnianą kaplicę i kapelanię [wikarówkę]. Kaplicę tę z pewnych przyczyn jednej nocy do nas przywieziono i nad rankiem ustawiono, także zdziwieni mieszkańcy mniemali, że im z nieba spadła. W przyszłym 1870 roku udało mu się wyorędować [wyjednać] dla nas stałego kapłana. Aż do śmierci swojej pamiętał ks. Pankert o naszej sprawie kościelnej i oddał dla niej wszystkie swoje pieniężne zasoby. Niech mu Bóg za to wynagrodzi, wdzięczność nasza pozostanie mu na zawsze. ' Ks. Franciszek Penkert (1819-1891), ur. w Reszlu, święcenia kapłańskie przyjął w 1844 r., proboszczem parafii Pogorzałej Wsi był od 1847 roku. Z tego wynika, że w dniu konsekracji kościoła ks. Penkert już od sześciu lat nie żył. 94 Konsekracja kościoła w Benowie Od 1870 roku aż do dni dzisiejszych mieliśmy następujących miejscowych księży kuratorów [administratorów]: ks. Drews2, ks. Knorr\ ks. Spiring4, ks. Benjamin5 i obecnego ks. Dobrzyńskiego6, którzy wszyscy wedle sił przyczynili się do wybudowania nowej wspaniałej świątyni Pańskiej powstałej z jałmużny, szczególnie z podarunków ks. kardynała Filipa Krementza i najprzewielebniejszego ks. biskupa naszego Andrzeja Ihiela8. Nowy kościół nasz jest murowany, w gotyckim stylu wspaniale wystawiony, pięknym łupkiem pokryty z wieżą bardzo wysoką, także kolorowymi łupkami kryty, gotyckim gwiazdowcem ozdobioną. Okna malowane, sufity sklepione, w trzech nawach trzy piękne nowe gotyckie ołtarze: w ogóle kościół wewnątrz i zewnątrz kompletnie ukończony. Po takim ukończeniu wyczekiwał słusznie kościół swej koronacji, która też nadeszła w dniu już wspomnianym. Że ksiądz miejscowy i parafianie godne przygotowania na dzień ten sprawili, było to rzeczą naturalną; wszyscy jak mogli przyczynili się do należytego wystrojenia wsi, plebani i kościoła. Nie będziemy tu opisywać szczegółowo wszystkich bram, chorągwi i chorągiewek, wianków i girland, lampionów, tarcz, napisów itp. dosyć wspomnieć o tym. Plebania, kościół i ogrodzenie jego stały jakby w kunsztownym lesie zielonym, z którego kwiaty niby gwiazdy spoglądały: nawet groby na cmentarzu przystrojono w zieleń i kwiaty. Każdy nieuprzedzony przyznać musiał; że tu setki rąk raźnie uwijało się dając dowód wierności i miłości ku wierze świętej. We wtorek wieczorem wszystko już ukończone było. Cała gmina zgromadziła się tam, kędy kochany arcypasterz stanąć miał, oczekując cierpliwie przybycia jego. „W tym z wysokiej wieży zadzwoniono”, okrzyk radości: Jadą, jadą! Rozbrzmiewały odgłosy. Kłusem pędziła naprzód benowska konnica, za nią niezmordowani sztumscy jeźdźcy, w środku kareta czterokonna z ks. biskupem, poza nią pięć bryczek galowych z księżmi i innymi panami: przed plebanią stanęli. Przewielebny ks. Dobrzyński z Benowa przywitał najprz. księdza biskupa i wprowadził do mieszkania swego; na drodze sypały dzieci w białe sukienki gustownie ubrane kwiatki pod nogi dostojnego gościa. Wnet wszedł ks. biskup, oczywiście wzruszony takim serdecznym przyjęciem do jeźdźców, rozmawiał z każdym 2 Ks. Jan Drews (1830-1912), ur. w Polkajnach k. Reszla, święcenia kapłańskie przyjął w 1863 r., od 1881 r. proboszcz w Żuławce Sztumskiej, potem w Mątowach Wielkich. 3 Ks. Józef Karol Knorr (1855-1945), ur. we Fromborku, święcenia kapłańskie przyjął w 1881 r„ duszpasterzował w Olecku, od 1891 r. proboszcz w Kończewicach, od 1902 r. proboszcz w Lasowicach Wielkich. 4 Ks. Ferdynand Spiring (1848-1899), ur. w Warkałach k. Olsztyna, święcenia kapłańskie przyjął w 1873 r„ od 1887 r. proboszcz w Krasnej Łące. * Ks. dr Henryk Edmund Benjamin (1849-1913), ur. w Malborku, święcenia kapłańskie przyjął w 1878 r„ w Rzymie, od 1890 proboszcz w Barczewku. 6 August Dobrzyński (1845-1913), ur. w Biskupcu Reszelskim, święcenia kapłańskie przyjął w 1869 r był wikarym w Sztumie, Barczewie, Postolinie, Tychnowych, od 20 V 1890 r. w Benowie, potem administrator tej parafii. W 1903 r. przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Wiesbaden zachodnich Niemczech. * 7 Ks. kardynał Filip Krementz (1819-1899) ur. w Koblencji, w latach 1867-1885 był biskupem warmińskim, potem mianowany arcybiskupem Kolonii. • Ks. bp Andrzej Thiel (1826-1908), ur. w Tłokowie k. Jezioran, był profesorem Liceum Hosianum, współzałożycielem Warmińskiego Towarzystwa Historycznego, autorem licznych opracowań z historii Kościoła, w 1886 r otworzył za mknięte przez 12 lat seminarium duchowne w Braniewie. Nie odnosił się przyjaźnie do ruchu polskiego na połudn.owej Warmii. Ks. Walenty Barczewski 95 z osobna i dziękował za ofiarne towarzystwo. Sztumscy jeźdźcy żegnając się z dostojnym gościem wykrzyknęli z silnym głosem trzykrotnie „Niech żyje!” Po odbytej rewizji ksiąg kościelnych i odwiedzeniu nowego kościoła dano wieczerzę, podczas której pp. nauczyciele Taterra z Benowa i Dybowski z Białej Góry zgromadzili przed plebanią dzieci szkolne, aby arcypasterza swego uczcić śpiewami i deklamacjami. Ksiądz biskup wyszedłszy do sieni pilnie uważał na te niespodziane owacje. Deszcz lał jak z sita, wiatr wiał szumnie po drzewach i ogrodach - a zgromadzeni stali jak przykuci, nikt się nie ruszył z miejsca swego. Ale i po ukończonych deklamacjach licznie zgromadzeni pozostali z podziwem godną wytrwałością na miejscu wyczekując dalszych niespodzianek. W tym dał się słyszeć huk dział w oddali, zapalono sztuczne ognie, które atoli w deszczu się palić nie chciały, i balonu z biskupim godłem nie można było puścić. Mimo to stali wszyscy jak wryci, nieustannie dulcząc [patrząc] w arcykapłana swego, który do wszystkich miłe słowa przemówić raczył. Zmyliłby się ten, który by myślał, że teraz koniec nadszedł, gdyż najwięcej zajmująca sztuka dopiero przyjść miała: osiem panien w bieli z różnymi oznakami przedstawiało z kolei Najświętszą Pannę i siedmiu Archaniołów jako opiekunów siedmiu Sakramentów św. Aktorki wywiązały się z zadania swego wyśmienicie, nareszcie przedstawiły te same panny, pomimo deszczu, przy oświetleniu magnezją żywy obraz Sakramentów św., który licznie zgromadzonych w prawdziwy zachwyt wprawił. Nie szczędzono też słusznych pochwał ze wszech stron. Teraz dopiero rozeszli się wszyscy kontenci z wieczora tego. Na przyszły dzień już o siódmej rano zgromadzili się wczorajszy niestrudzeni uczestnicy w wielkiej liczbie, aby wziąć udział we wzniosłej uroczystości poświęcenia kościoła. Odprowadzono ks. biskupa procesyjnie do skrytki, w której złożone były relikwie św. Nastąpiły trzy obchody wokół kościoła. Podczas obchodów i poświęcenia w kościele lud przed drzwiami gorliwie odmawiał różaniec i śpiewał pieśni nabożne. Po ukończeniu ceremonii konsekracyjnych odprawił Najprzew. Ks. biskup przy nowo wyświęconym ołtarza cichą Mszę św., po której wygłosił ks. Barczewski9 polskie kazanie o znaczeniu ceremonii przy święceniu kościoła, a ks. Knorr - niemieckie o znaczeniu chrzcielnicy, konfesjonału, ambony i ołtarza. Po kazaniach bierzmował ks. biskup blisko półtora setki młodych ludzi i zakończył tę wzniosłą uroczystość piękną przemową od ołtarza i [udzielił] apostolskiego błogosławieństwa. O drugiej godzinie odbył się wspólny obiad w plebani, w którym brało udział z ks. biskupem dwunastu kapłanów, kościelnicy, [członkowie rady parafialnej], nauczyciele 1 wierni. Dalszą podróż wizytacyjną do Postolina (Pestlin). Pamiętne zostaną te dni uroczyste. Chętnie byśmy naszego drogiego arcypasterza między nami dłużej pozostawili, ale sroga konnica postolińska wyrwała nam go za rychło z pośród nas. - Niech Bóg miłosierny sowicie wynagrodzi naszemu najukochańszemu arcypasterzowi za wszystkie dary łaski nam tak hojnie udzielone. Ks. Walenty Barczewski (1856-1928), ur. w Jarotach, teraz dzielnica Olsztyna, święcenia kapłańskie przyjął w 1883 r., autor opracowań o polskiej Warmii: „Kiermasy na Warmii”, „Geografia polskiej Warmii”, długoletni proboszcz parafii w Brąswaldzie k. Olsztyna. 96 Dzierzgońskie szpitalnictwo Janusz Namenanik DZIERZGOŃSKIE SZPITALNICTWO W średniowiecznej Europie ideę szpitalnictwa zapoczątkowali uczestnicy wypraw krzyżowych. Najwięcej zasług w zakresie budowy i prowadzenia szpitali miały zakony, a poświęcanie się chorym było częstym elementem reguł zakonnych. Idea miłosierdzia realizowała się w tym, że szpital miał służyć w głównej mierze ubogim. Taki szpital (przytułek) służył przede wszystkim chorym i biednym, a także izolował od społeczeństwa chorych na choroby zakaźne. W historii szpitalnictwa europejskiego dają się wyróżnić cztery okresy: szpitale -przytułki, które istniały do soboru trydenckiego 1545 - 1563; do XVIII wieku istniało szpitalnictwo przytułkowe z tendencją do zmiany na lecznice; wiek XVIII to okres tworzenia szpitala - lecznicy; w XIX wieku powstaje współczesna forma szpitala1. Początków szpitalnictwa dzierzgońskiego należy upatrywać wraz z budową zamku przez Krzyżaków oraz lokacją miasta u podnóża zamku. Wyjaśnienia wymagają nazwy 1 Kubisz R., Zarys ewolucji szpitalnictwa w Europie do XIX wieku, www.kwasnicki.prawo.uni.wroc.pl; [dostęp: 28.01.2016 j Janusz Namenanik 97 średniowiecznych placówek, gdyż funkcjonowały wówczas ich trzy rodzaje, a mianowicie: szpitale, leprozoria i infirmerie zamkowe, a były to instytucje znacznie różniące się między sobą. Otóż szpitalem nazywano instytucję - fundację dobroczynną, przeznaczoną dla ludzi chorych bądź zniedołężniałych starców, czasem i dla biednych. Służył on opiece nad ludźmi niezdolnymi do samodzielnej egzystencji. Ze szpitalem wiązała się działalność charytatywna, polegająca na rozdzielaniu jałmużny, a czasami także żywności. Miał także pewne zadania medyczne. Średniowieczny szpital, zlokalizowany przy obecnym kościele św. Ducha, był zarazem instytucją o celach religijnych. Według ówczesnych przekonań zachodził ścisły związek między chorobą ciała i chorobą duszy. Modlitwa była podstawową metodą leczniczą przy tak wówczas ograniczonych sposobach leczenia. Na początku XV wieku szpitalem w Dzierzgoniu kierował szpitalnik zakonny, będący rycerzem i członkiem konwentu, podlegający miejscowemu komturowi, a mianowany bezpośrednio przez wielkiego mistrza. Znakomita większość szpitali tego okresu miała za patrona św. Ducha. Dzierzgoński szpital również, pozostawiając po sobie kościół św. Ducha, nie mniej na początku XV wieku wspomina się również o szpitalu św. Elżbiety w Dzierzgoniu. Oddzielnymi placówkami były leprozoria mające za swego patrona św. Jerzego. Były to przytułki - szpitale dla cierpiących na trąd. Typową ich lokalizacją były przedmieścia, w oddaleniu od murów miejskich, przy głównej drodze prowadzącej do miasta. Takie położenie z jednej strony zapewniało odizolowanie chorych od społeczności miejskiej, z drugiej zaś miało im ułatwić pozyskiwanie datków od podróżnych. Wiele przesłanek wskazuje na to, że dzierzgońskie leprozorium zlokalizowane było w okolicach skrzyżowania obecnych ulic: Odrodzenia i Słowackiego. Natomiast potwierdzenie istnienia w Dzierzgoniu wyizolowanej grupy trędowatych w okresie średniowiecza wspomina dzierzgoński kronikarz F. Hassenstein2, który stwierdza, że w 1290 roku, gdy miastu nadano prawo magdeburskie mieszkańcom grodu nakazano „wyposażyć trędowatych w młyn” i postawić go na uboczu, poza miastem. Ta wzmianka o przytułku dla trędowatych występuje w drugim przywileju lokacyjnym miasta z 1290 roku. Zakon krzyżacki utworzył odrębne lecznice zamkowe zwane infirmeriami, przeznaczonymi na wewnętrzne potrzeby zakonu. Dzierzgońska infirmeria powstała na przełomie XIII i XIV wieku jako jedna z pierwszych (obok Torunia, Elbląga i Królewca), służyć miała leczeniu rannych w walkach z Prusami braci zakonnych. Na zamku funkcjonowała infirmeria, która w zasadzie nie była szpitalem jako odrębną instytucją, a tylko izbą funkcjonującą w ramach zamku krzyżackiego. Zajmowała niewielkie pomieszczenie po zachodniej stronie kaplicy zamkowej. Sąsiedztwo to ułatwiało chorym uczestnictwo w praktykach religijnych. Faktycznie należała ona do władz zakonnych i przeznaczona była dla chorych i zniedołężniałych braci. Infirmeria łączyła funkcje lecznicy z przytułkiem dla inwalidów oraz osób starych, chorych braci konwentu oraz kalek. W infirmerii dokonywano również niektórych zabiegów, jak np. okresowego puszczania krwi. W jej skład wchodziła łaźnia. Hassenstein E, Chronik der Stadt Christburg, Christburg 1920. 98 Dzierzgońskie szpitalnictwo W spisie wydatków wielkich mistrzów krzyżackich na placówki szpitalne w Prusach w latach 1399-14093 figurują pozycje, mówiące o dotacji dla dzierzgońskich placówek. I tak wymienia się tam, iż: w dniu 5 grudnia 1403 r. kompan (niższy) wielkiego mistrza Eberhard von Kesselsdorff przekazał 6 szelągów ubogim ludziom z nowego przytułku w Dzierzgoniu; w październiku 1405 r. 1 grzywnę dano szpitalikowi (zakonnemu?) w Dzierzgoniu; 25 stycznia 1409 roku Ulryk von Jungingen dał szpitalowi św. Elżbiety w Dzierzgoniu 2 szelągi. Po klęsce grunwaldzkiej wygasł urząd wielkiego szpitalnika, a patronat nad szpitalami przechodził w posiadanie miast. Choroba trądu wygasła w Europie w początku XVI wieku, skutkiem czego szpitale św. Jerzego zamienione zostały na przytułki dla chorych i starych lub całkiem zniesione. W latach 1466 - 1772 Dzierzgoń należy do Korony Królestwa Polskiego, a co za tym idzie szpitale przeszły pod rządy polskie. Kronikarz Dzierzgonia O. Piepkorn pisze, że jeszcze w 1607 roku funkcjonował szpital przy kościele św. Ducha, w miejscu gdzie następnie wybudowano klasztor franciszkanów. W wilkierzu z 1631 roku określono, że kary pieniężne za pewne przewinienia przeznaczano na szpital. A. Szorc4 pisze, że w pożarze miasta w 1698 roku spalił się także szpital. Następnie podaje informację, że w protokole wizytacji kanonicznej parafii dzierzgońskiej z 1716 roku odnotowano: „Przy bramie miejskiej pod górą jest przytułek (xenodochium) dla ubogich. Nie posiada on żadnego uposażenia i ubodzy tam mieszkający żyją z jałmużny.” Uposażenie dla szpitala z własnych funduszy zapewnił na stałe ks. F. Neitzlichowski. Zapisał on na ten cel tysiąc złotych, które ulokowane na procent zapewniały skromny dochód ok. 20 talarów rocznie. Wszystkie protokoły wizytacji kanonicznych z końca XVIII i pierwszej połowy XIX wieku notują szpital jako przytułek zapewniający utrzymanie dla pięciu osób. Co piątek jeden z mieszkańców przytułku zbierał jałmużny po mieście. Jak pisze dalej A. Szorc: W protokole wizytacji z 1854 roku podano więcej szczegółów budynku. Wymiary jego mierzone w stopach wynosiły, długość 49, 5, szerokość 24,5, wysokosc 7; dom był zbudowany z muru masywnego (to znaczy z muru pruskiego), posiadał cztery komnaty; wartość budynku szacowano na 400 talarów. Dzięki zachowanemu planowi miasta sporządzonego przez Vogta w 1810 roku znamy lokalizację szpitala miejskiego w tym okresie. Budynek szpitala zbudowany na planie prostokąta stał przy skrzyżowaniu obecnych ulic: Odrodzenia i Przemysłowej, równolegle do rzeki, tuż za mostem, ale jeszcze przed bramą suską. Wspomnienia wart jest również istniejący w pewnym okresie szpital połowy. „W dniu 20 stycznia 1807 roku wojska napoleońskie pod wodzą majora Rauquette zajęły miasto i w budynku klasztoru utworzyły szpital.”5 Prawdopodobnie szpital ten odwiedzał cesarz Napoleon. Mimo zniszczenia kraju przez wojny, a miasta przez pożary, szpital miejski utrzymywał się dzięki ofiarności, aż do okupacji pruskiej w 1772 roku. Ustawodawstwo pruskie zalecało jeszcze w 1794 roku dla szpitali współpracę między władzą duchową i świecką. 3 Radoch M., Wydatki wielkich mistrzów krzyżackich na placówki szpitalne w Prusach w latach 1399-1409: (w świetle księgi podskarbiego malborskiego), [w:] Komunikaty Mazursko-Warmińskie 1, Olsztyn 2007. 4 Szorc A., Dzierzgoń od początku do dni naszych 1248-1998, Dzierzgoń 1998, s. 163. s Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego, t. II, Warszawa 1881, s. 283. Janusz Namenanik 99 Budynek szpitala miejskiego w Dzierzgoniu w 1904 roku, fot. archiwum autora Natomiast w 1842 roku troskę o szpitale przekazuje całkowicie władzom cywilnym. Istnieją dokumenty potwierdzające istnienie przez cały XIX wiek szpitala katolickiego w Dzierzgoniu6. Znajdowały się w miejscowej parafii i w 2001 roku zostały przekazane przez ks. Jana Czajkowskiego, ówczesnego proboszcza dzierzgońskiego do Archiwum Diecezji Elbląskiej. Dokumenty obejmują lata 1802-1899 i zawierają: statut szpitala katolickiego w Dzierzgoniu, finansowanie szpitala, pisma zarządu szpitala. W państwowym spisie szpitali z 1900 roku, znajdujemy szczegółowy opis miejskiego (państwowego) szpitala w Dzierzgoniu ze schyłku XIX wieku. Zawarta jest tam informacja, że 2 listopada 1871 roku otwarto szpital miejski w Dzierzgoniu. Lekarzem w tym szpitalu był dr Hannemann. Szpital posiadał 8 łóżek dla chorych. Cena dziennego wyżywienia chorego wynosiła 0,80 marek. W 1898 roku hospitalizowano 21 mężczyzn i 8 kobiet. Chory przebywał średnio 24 dni pod opieką szpitalną. W roku tym łącznie zmarło w szpitalu 6 osób. Jako uzupełnienie informacji o mieście w tym okresie podaje się, że posiadało 3219 mieszkańców, miało 3 lekarzy, aptekę, funkcjonowała też rzeźnia miejska. W dniu 10 października 1904 roku przy obecnej ulicy Traugutta oddano do użytku nowo wybudowany szpital miejski. Posiadał on publiczną łaźnię. W szpitalu hospitalizowano w 1905 roku - 135 pacjentów, w 1915 roku - 196, a w 1919 roku - 121 pacjentów. Tę instytucję od pierwszych dni prowadzili: dr Sachs i dr Schnaase. Szpital zajmował się lżejszymi przypadkami, natomiast poważnie chorych kierowano do szpitala w Malborku i do Sztumu. Szpital w Sztumie (wybudowany w 1884 roku miał 20 łóżek) po pożarze Zawadzki W., Archiwum parafii św. Katarzyny w Dzierzgoniu [w:] Studia Elbląskie 13, Elbląg 2012, s. 33. 100 Dzierzgońskie szpitalnictwo w 1919 roku rozbudowano do 1923 roku i wielokrotnie rozbudowywano w 1925 roku. Obliczony był na hospitalizację 90 pacjentów. Mając taką konkurencję w powiecie szpital dzierzgoński stracił dotację i go zlikwidowano na początku lat 20. ubiegłego wieku. W budynku utworzono szkołę gospodarczą. Jak wspomina przedwojenny sztumski lekarz dr Hans-Alfred Kurz, do momentu wybuchu wojny w 1939 roku opieka medyczna jak na owe czasy na terenie powiatu sztumskiego była całkiem wystarczająca. Opieka stomatologiczna była zapewniona, a apteki wyposażone były do końca w konieczne medykamenty. Jednakże nie było w całym powiecie opieki specjalistycznej. Pacjenci musieli jej szukać w Elblągu, Królewcu lub Gdańsku. Według książki telefonicznej Dyrekcji Poczty w Gdańsku na dzień 30 kwietnia 1941 roku w Dzierzgoniu pracowali lekarze: dr Gerhard Meissner oraz lekarz Friedrich Schulze. Natomiast opiekę stomatologiczną prowadzili: G. J. Sonntag oraz Elizabeth Kono-patzki. Po zakończeniu II wojny światowej w Dzierzgoniu w 1946 roku utworzono punkt fel-czerski. W 1951 roku uruchomiono Ośrodek Zdrowia, w którym funkcjonowała izba porodowa oraz izba chorych wyposażona w 4 łóżka jako namiastka szpitala. Ośrodek Zdrowia funkcjonował przy ulicy Odrodzenia 13. Pomieszczenia na parterze oprócz poczekalni zajmował gabinet lekarski oraz ambulatorium, gabinet dentystyczny, na piętrze znajdowała się sala porodowa oraz izba chorych. Izba porodowa została zlikwidowana w 1973 roku na rzecz sztumskiego szpitala, który jako szpital powiatowy zapewniał opiekę mieszkańcom Dzierzgonia. Andrzej Lubiński 101 Andrzej Lubiński POSTOLIN NA ŁAMACH POLSKICH GAZET W LATACH ROZBIORÓW W tym roku obchodzimy 800-lecie powstania parafii w Postolinie, najstarszej wsi w gminie Sztum. Jednym ze źródeł poznania jej przeszłości jest prasa polska wydawana w XIX wieku w Chełmnie i Toruniu. 3 grudnia 1848 odbyło się zebranie założycielskie Ligi Polskiej w Postolinie. Władze pruskie próbowały nie dopuścić do zwołania wiecu i w pobliże wsi wysłały oddział kira-sjerów. Chełmińska „Szkółka Narodowa” zamieściła sprawozdanie z tego najważniejszego wydarzenia. Na zebranie przybyło przeszło 300 osób, ziemianie, chłopi, rzemieślnicy i wyrobnicy. Do zebranych przemówił wikary ze Starego Targu, ks. Adolf Franciszek Na-mszanowski, późniejszy katolicki biskup połowy w armii pruskiej. Mówił o przywróceniu 102 Postolin na łamach polskich gazet w latach rozbiorów praw, jakich pozbawiła Polaków niesprawiedliwość, nieżyczliwość i nieprzyjazna dłoń władzy pruskiej. Podkreślał, że zamiarem połskich stowarzyszeń jestpodźwigniecie uciśnionej narodowości naszej i narodu naszego. Na drodze prawnej będziemy upominali się o należne nam i językowi prawa. Będziemy się nawzajem wspierać i oświecać. Prezesem Ligi Polskiej na powiat sztumski obrano Piotra Alkantarego Donimirskiego, właściciela Czernina. Jego brat Teodor Donimirski z Bukowa został członkiem Ligi Polskiej, obejmującej Wielkopolskę i Prusy Zachodnie. Czternaście lat później z „Nadwiślanina”, wydawanego również w Chełmnie, czytelnicy mogli dowiedzieć się o procesie, który 11 października 1862 roku toczył się przed sądem w Sztumie przeciwko Józefinie Łyskowskiej, Teodorowi Łyskowskiemu i Antoniemu Chrzanowskiemu. Ksiądz proboszcz Franciszek Pawłowski z Postolina oskarżał ich za zaintonowanie w kościele pieśni „Boże coś Polskę” i spowodowanie rozruchów po mszy. Takie zachowanie miało godzić w państwo pruskie w myśl paragrafu 100 prawa karnego. Oskarżonych bronił prawnik Wagner z Kwidzyna. Dowodził przed sądem, że była to manifestacja oskarżonych przeciwko ciemiężeniu narodu polskiego pod rządem rosyjskim i że w pieśniach śpiewanych niczego podburzającego przeciwko rządowi pruskiemu nie było. Sąd uznał, że oskarżeni nie przekroczyli paragrafu 100, ale za rozruch w kościele ukarano Józefinę Łyskowską na sumę 40 talarów, Teodora Łyskowskiego 20 talarów a Antoniego Chrzanowskiego 40 talarów. Polskie Kółko Rolnicze w Postolinie, obejmujące powiat sztumski, jak donosił „Nadwiślanin”, powstało w połowie listopada 1862 roku, czyli zaledwie półtora miesiąca po pierwszym takim Kółku Rolniczym w Piasecznie. Na zebranie założycielskie przybyło 4 ziemian i 20 włościan. Główne role odebrali Teodor Donimirski z Bukowa i Teodor Łyskowski z Wilczewa. Natomiast 20 stycznia 1863 roku powstało w Postolinie Towarzystwo Rolnicze, obejmujące powiat sztumski (korespondent używał określenia „ziemia malborska”). Do zebranych przemawiał Teodor Donimirski. Przypominał, że przed 20 laty w Starym Targu założono Towarzystwo Agronomiczne, do którego wstępowali również polscy włościanie. W związku z tym, że rozmowy były prowadzone w języku niemieckim, włościanie nieznający języka niemieckiego występowali z niego i uczestniczyli jedynie w wystawach rolniczych. Chęć dzielenia się swoimi doświadczeniami i nowymi ulepszeniami w gospodarstwach wywołały życzenie założenia Towarzystwa Rolniczego, na którym w języku polskim ma się obradować. Do zarządu weszli: Ignacy Donimirski z Cygus jako prezes, Plecyng z Dąbrówki - sekretarz sekretarz, Wawrowski ze Szpitalnej Wsi - kasjer; zastępcami prezesa zostali Teodor Łyskowski z Wilczewa i Teodor Nejmann z Pierzchowic. Przy kółku utworzono biblioteczkę, liczącą 58 książek. 30 marca 1864 roku prasa donosiła o rewizjach w Wilczewie u Teodora Łyskowskiego, sołtysa Gromka i nauczyciela Grzeszkowskiego w Trzcianie i posiedziciela Kalksteina w Mikołajkach. U Łyskowskiego rewizje przeprowadzono pod kierownictwem urzędnika regencyjnego z Kwidzyna. Skrupulatnie sprawdzono wszystkie garnki i miski w kuchni oraz poprzewracano słomę w stodole. 5 kwietnia taką akcję władze przeprowadziły w Postolinie u księdza proboszcza Jana Witkowskiego. Andrzej Lubiński 103 24 kwietnia 1864 roku o godz. 9 Teodor Łyskowski został aresztowany i odprowadzony do więzienia w Sztumie. Tam nabawił się gruźlicy, która była przyczyną jego przedwczesnej śmierci. 2 listopada 1865 roku nowy prezes Towarzystwa Rolniczego Julian Czarliński z Zaje-zierza poinformował zebranych, że z kilkoma członkami był na wystawie rolniczej w Piasecznie i przyglądano się istniejącej przy tamtejszym Towarzystwie Rolniczym Kasie Pożyczkowej. Przywiózł stamtąd jeden egzemplarz ustaw o kasach pożyczkowych i przekazał je Teodorowi Donimirskiemu, który miał się wypowiedzieć o możliwości założenia takowej w Postolinie. Donimirski objaśniał, że dawniej kredyt hipoteczny wystarczał włościanom, by przeżyć do następnych zbiorów, bo pracownicy zatrudnieni w gospodarstwie otrzymywali kawał roli do uprawy. Obecnie, gdy za każdą wykonaną pracę przez pracownika należy płacić, jak również za zakup narzędzi rolniczych i nasion, występuje konieczność korzystania przez włościan z Kas Pożyczkowych, w których nie tylko można przechowywać bezpiecznie swoje pieniądze, ale i uzyskać od zgromadzonego kapitału jakiś procent. W niedługim czasie ma być zniesione prawo o lichwie, a wtedy w Kasach Pożyczkowych włościanin otrzyma na mniejszy procent pożyczkę. Wszyscy obecni na zebraniu zgodzili się na urządzenie Kasy Pożyczkowej. Wybrano pięciu członków: Bromirskiego z Postolina, Teodora Neumanna i Ornasa z Pierzchowic, Plecynga z Dąbrówki i Szypniewskiego z Bukowa, którzy mieli z Teodorem Donimirskim przygotować na następne zebranie statut nowej instytucji gospodarczej. Po rozmowie o plonie buraków i źle sprzątniętej paszy członkowie zdecydowali zakupić kilkaset centnarów soli bydlęcej z Gdańska i rozprowadzić ją między siebie. Kolejne zebranie odbyło się 24 maja 1866 roku. Głównymi punktami było powołanie Kasy Pożyczkowej i wybory zarządu. Ze względu na małą liczbę członków zebrania zrezygnowano z przeprowadzenia dyskusji. Padła propozycja, by porozmawiać o uprawie rzepiku i lnu. Przewodniczący zebrania przedstawił zebranym pisemko „Przyjaciel Dzieci” redagowane przez Józefa Chociszewskiego. Gazetowy sprawozdawca, podpisujący się jako Wojciech z Postolina, postulował, by pieniądze Towarzystwa Rolniczego przeznaczać na prenumeratę pism - „Ziemianina”, „Gazety Rolniczej”, zakup narzędzi i nasion, nie tylko okopowych, lecz lepszych gatunków lnu, żyta grochu, pszenicy. W każdą rocznicę założenia Towarzystwa należy zakupić mszę świętą, na której członkowie być powinni, bo „kto z Bogiem, to Bóg z nim”. Należy organizować coroczne wystawy bydła, koni, owiec, narzędzi, produktów rolnych. „Gazeta Toruńska” rozpoczęła działalność po zakończeniu wydawania „Nadwiślani-na” w 1867 roku. I w niej nie zabrakło wieści z okolic Postolina, często smutnych. Informowała czytelników, że 15 czerwca 1869 roku zmarl po południu po kilkuletniej słabości śp. Teodor Łyskowski, dziedzic Bągarczyka i Wilczewa w powiecie sztumskim w 44 roku życia. Zmarły słynął z dobroczynności pracowitości i prawości charakteru. Z powodu ludzkości i przystępności swej uzyskał wśród włościan ziemi sztumskiej dużą popularność. Pogrzeb odbył się w Postolinie. Jego żona Józefina po ugodzie z sukcesorami przekazała synowi Zdzisławowi majątki Wilczewo i Bągarczyk, a sama zamieszkała w Postolinie. Prowadziła korespondencję z pisarzem Józefem Ignacym Kraszewskim. 104 Postolin na łamach polskich gazet w latach rozbiorów 6 lutego 1871 roku w 17 roku życia zmarła Zofia, córka Ignacego i Julii Donimirskich z Cy-gus, eksportacja z domu do kościoła w Postolinie miała miejsce w środę. Nabożeństwo żałobne poprowadził proboszcz Jan Witkowski. 11 czerwca 1871 roku do I komunii świętej przystępowały dzieci z parafii postolińskiej mimo deszczu jaki od dawna tu panuje. Zebrane były w klasie tutejszej szkoły już od godziny ósmej czekając na uroczyste wprowadzenie do domu bożego. Jak donosił korespondent, mimo że w parafii pracowało 10 nauczycieli, to tylko jeden p. P. z Miran zajmował się porządkowaniem dzieci, by w parach mogły wejść do kościoła. Przemówił po niemiecku przed nabożeństwem wikary Rudolf Laemmer. Podczas mszy mówił po polsku do dzieci proboszcz Jan Witkowski. Dzieci złożyły wyznanie wiary i przysięgę wstrzemięźliwości, część do pięciu lat, część na całe życie. 15 i 16 czerwca przybywał w parafii z wizyta duszpasterską biskup Filip Krementz z Fromborka i udzielił sakramentu bierzmowania przeszło 1000 dzieciom (sic!) oraz poświęcił pięknie przebudowany kościół. Korespondent zauważył, że choć parafia niemal cała katolicka, nikt nie zapalił świeczki w kościele z okazji 25-letniego jubileuszu papieża Piusa IX. Niedawna burza w okolicy okazała swoją siłę. Rozerwała na folwarku Michorowo jedną stodołę, drugą zupełnie obaliła i 37 owiec w gruzach się udusiło. Grad padał tyłko mały i przez krótki czas. 2 łistopada 1876 roku zakończył po długich cierpieniach opatrzony św. sakramentami swoje życie doczesne Ignacy Donimirski, ziemianin z Cygus. Eksportacja do kościoła w Postolinie odbyła się 6 listopada, a pogrzeb dzień później. Następna wiadomość o Postolinie pochodzi z roku 1878. Dotyczy ustawienia w kościele katolickim nowego wielkiego ołtarza wykonanego w Kolonii. Ci co go widziełi podczas ustawiania mówili że jest to dzieło bardzo pyszne. W kwietniu 1883 roku po długiej i ciężkiej chorobie w 70 roku życia zmarł Polidor Wał-dowski. Eksportacja zwłok do kościoła parafialnego w Postolinie nastąpiła w poniedziałek 16 kwietnia o 4 po południu, pogrzeb dnia następnego. Należące do niego majątki Michorowo i Montki otrzymała najmłodsza córka zmarłego, Anna Janta-Połczyńska. W dwusetną rocznicę odsieczy wiedeńskiej 1683 roku ks. proboszcz Jan Witkowski odprawił nabożeństwo i odmówił z wiernymi krótką modlitwę za spokój dusz. Podobne nabożeństwa były w Starym Targu, Sztumie, Tychnowach i Straszewie. W Czerninie właściciel majątku Piotr Alkantary Donimirski rozdawał broszurki o bitwie i wygłosił odczyt o królu Janie Sobieskim. 12 września w Sztumie zostało odprawione solenne nabożeństwo o godz. 9, a znaczny w tym udział miał S. Łyskowski z Wilczewa, rezydujący w Sztumie. 1 lipca 1884 zmarła w Berlinie 19-letnia Kazimira Łyskowska z Wilczewa. Pogrzeb odbył się w Postolinie 7 lipca, eksportacja dzień wcześniej, o czym informowała matka -z Chrzanowskich Łyskowska. 27 maja 1885 zmarła w Cygusach Marynia Donimirska w 8 roku życia. Pogrzeb odbył się 1 czerwca w Postolinie. W roku 1888 ogłoszono wybory do parlamentu niemieckiego. Mężem zaufania na powiat sztumski ze strony polskiej został Karol Sampławski z Wielkich Ramz z parafii Andrzej Lubiński 105 postolińskiej. 2 września miało się odbyć zebranie przedwyborcze w Starym Targu. Zjechało się wielu gospodarzy, ale zebranie nie doszło do skutku. Sampławski odwołał je, ogłaszając to jedynie w„Gazecie Toruńskiej ”, a sam wyjechał do Copot (dzisiejszy Sopot). Natomiast 16 września zorganizował przedwyborcze spotkanie w Postolinie. Przybyło 100 osób. Na przewodniczącego wybrano Józefa Donimirskiego z Cygus, sekretarzem został Tychewicz, zarządca majątku Mątki. Kandydatami na posłów mieli być Adam Sierakowski z Waplewa i Jan Donimirski z Bukowa. Wybrany został komitet powiatowy i delegaci na zebranie prowincjonalne. 2 grudnia 1889 w wieku 73 lat zmarł proboszcz postoliński Jan Witkowski. Zapisał w testamencie 24 tysiące marek na budowę kościoła w Ryjewie. Tydzień później zmarł o rok starszy serdeczny jego przyjaciel i dr uh w kapłaństwie Piotr Gaebler ze Sztumu. I on w uczynił podobny zapis - kilka tysięcy marek na budowę kościoła filialnego w Sztumskiej Wsi i budowę sierocińca dla sierot katolickich w Sztumie. W wyborach do sejmu niemieckiego w kwietniu 1891 roku, w Postolinie padło 96 głosów na Feliksa Ossowskiego z Najmowa, który był szwagrem Józefa Donimirskiego z Cygus, a na starostę sztumskiego Wessela oddano tylko 4 głosy. 18 kwietnia 1891 roku zmarł po długich cierpieniach Karol Sampławski w wieku 35 lat. Uroczystości pogrzebowe 23 kwietnia w Postolinie prowadził proboszcz August Engel. W „Gazecie Toruńskiej” ukazał się tekst przedstawiający sylwetkę zmarłego. Autor pisze, że zmarł rzadki człowiek. Była to natura na wskroś dystyngowana i szlachetna, obdarzona zdolnościami. Gdy nie otrzymał pięknego dziedzictwa i musiał poprzestać na małym, zadziwił tych co go znali dotąd paniczem, jak umiał się przystosować do nowych warunków. Zrezygnował z uniwersytetu i uratował ojczyste dziedzictwo a wkrótce zaczęły rozchodzić się wieści o jego znakomitym gospodarowaniu w Wielkich Ramzach. Zjazdy obywatelskie podziwiały jego przemowy. Wszystko robił z głębokim zastanowieniem i zrozumieniem rzeczy. Nad trudnościami przechodził lekko i śmiało, bo widział je wszystkie z daleka. Tylko słabości ludzkie mogły go rozdrażnić. Szybko postępująca słabość płucna doprowadziła do śmierci. Prawie cztery lata później 4 lutego 1893 roku zmarła w Wielkich Ramzach jego żona Klementyna, pochowana została przez proboszcza Augusta Engela w Postolinie. W listopadzie 1896 roku w nocy z niedzieli na poniedziałek spaliła się w Postolinie oberża p. Z. Właściciel z rodziną uciekał w tym, w czym był. Nic nie uratowano z pożogi. Rok później pojawiła się informacja o możliwości kupna w tej wsi piekarni. Gazeta pisze, aby piekarz katolik, mający mały kapitał, objąć tę piekarnię. We wsi był piekarz luterański. 28 stycznia 1900 roku w kaplicy Szembeka we Fromborku biskup Andrzej Thiel wyświęcił na kapłanów 17 diakonów, wśród których był Jan Hanowski, wkrótce wikary w Postolinie. 11 lipca 1903 roku biskup Edward Hermann odwiedził budowany kościół w Ryjewie, a następnie w towarzystwie 80 jeźdźców udał się do Postolina. 28 września piekarz z Postolina Karol Kerber przejechał przez nieuwagę swoim powozem półtoraroczne dziecko w Polaszkach, za co izba karna w Suszu skazała go na dwa 106 Postolin na łamach polskich gazet w latach rozbiorów miesiące więzienia. W tym samym roku poczta z Postolina była odprawiana do Sztumu o godz. 4.45 po południu, a przybywała ze Sztumu do Postolina o godz. 6 wieczorem. 7 lutego 1905 roku proboszcz z Postolina Aleksander Katke wygłosił uroczystą mowę podczas mszy prymicyjnej księdza Wysockiego w Gościszewie. Asystowali mu księża Hieronim Nahlez ze Sztumu i Neumann z Olsztyna. Nie doszło w czerwcu 1906 roku do zapowiedzianego polskiego wiecu organizowanego przez „Straż Obywatelską” w Postolinie, ponieważ policja uznała salę, na której go zaplanowano, za nieodpowiednią. Był to oczywiście wybieg ze strony władz. W październiku tegoż roku podczas jarmarku kramnego doszło do smutnego incydentu. Matka z dwoma synami - 20-letnim i 23-letnim przybyła na targ. Po załatwieniu spraw chciała wracać do domu. Poszła do gospody po synów. Młodszy z nich, podpity, zdenerwował się, przewrócił na ziemię i zaczął mocno okładać pięściami. Wyrodnego syna oderwali od matki ludzie będący w gospodzie. W styczniu 1907 roku sąd skazał robotnika Steinigera z Postolina na rok więzienia za dwużeństwo. Mając żonę od 12 lat i troje dzieci, ożenił się w Brandenburgii w miejscowości Barnewitz z córką robotnika Horstmanna. Małżeństwo Jan i Marianna Ośmiella 3 lutego obchodziło uroczystość złotego wesela. Jako podarunek cesarski jubilaci otrzymali 50 marek. Mimo wieku - podkreślała gazeta -cieszyli się dobrym zdrowiem. W styczniu 1909 roku izba karna w Suszu skazała żonę gospodarza Demskiego z Postolina na trzy miesiące więzienia za to, że od dłuższego czasu podawała robotnikom jako posiłek zepsute mięso. Józef Demski na licytacji nabył w lutym tego roku posiadłość po zmarłej wdowie Bohnke za 12 tys. marek. 15 marca została założona w Postolinie Spółka Drenarska i Melioracyjna. Na zebranie zaproszono wszystkich zainteresowanych. Na melioracje przeznaczono 180 ha ziemi rolnej i łąk. Całkowity koszt oszacowany był na 34,5 tys. marek. 23 maja 1909 roku miało miejsce uroczyste wprowadzenie ks. proboszcza Połomskiego do kościoła parafialnego. Władzę duchowną reprezentował kanonikjan Heller z Dzierzgonia, świecką starosta sztumski Walter von Auwers. W uroczystościach wzięło udział wielu księży oraz wiernych. Alfons Szramowski z Postolina sprzedał swą posiadłość Franciszkowi Wojewódce z Pelplina za 34 tys. marek. Na polach gospodarza Dąbrowskiego z Postolina znaleziono duże pokłady marglu. Laboratorium w Gdańsku stwierdziło, że jest dobry i nadaje się na kompost. 15 lutego 1910 roku przy paleniu w piecu służącej zapaliła się suknia. Ogień szybko ugaszono, ale dziewczyna odniosła znaczne oparzenia. Żona kupca Floriańskiego w Postolinie spadła do piwnicy i odniosła wewnętrzne obrażenia. W kwietniu 1911 roku gospodarz Leon Sibrecht sprzedał swoją posiadłość Walentemu Kaliszewskiemu za 69 tys. marek. Pod koniec roku córka robotnika Abryszyńskiego, mająca 10 lat, wyszła naprzeciw brata i zabłądziła w zamieci śnieżnej. Po dwóch dniach wróciła cała do domu. Andrzej Lubiński 107 Gospodarz Czechanowski z Postolina pozostawił konie przy karczmie Rutkowskiego na Przedzamczu w Sztumie. Nagle konie się przestraszyły i poniosły wóz który wpadł do rowu z 19-łetnią córką siedząca na wozie, która odniosła niebezpieczne rany. W roku 1913 nauczyciel Schwartz z Postolina otrzymał od władz niemieckich 100 marek nagrody. Kupiec p. Zimny z Postolina sprzedał swą oberżę panu Franciszkowi Baranowskiemu ze Starogardu za 53 tys. marek. Pod koniec roku 1916 pan Gromniszewski budował młyn motorowy w Postolinie. Franciszek Baranowski sprzedał oberżę Henrykowi Kleinowi za 60 tys. marek. W marcu 1917 uroczystą prezentę na probostwo w Postolinie otrzymał kapelan Paweł Mateblowski, który pochodził z Wartemborka [obecne Barczewo] na Warmii. Informacje o Postolinie, jakie udało się znaleźć w polskiej prasie wydawanej w Chełmnie i Toruniu, pokazują rolę wsi w czasie zaborów. Stanowiła ona pewien wzór, jak należy wykorzystywać zaangażowanie ludzi chcących coś zrobić dla lokalnej społeczności. Źródła: Szkółka Narodowa (Chełmno 1848), Nadwiślanin (Chełmno 1850-1868), Gazeta Toruńska (Toruń 1869-1918). 108 Herbarium Johanna Peila, dzieło przyrodnika sprzed wieku Adam Juźwiak HERBARIUM JOHANNA PEILA, DZIEŁO PRZYRODNIKA SPRZED WIEKU Kolekcja Johanna Peila jest przykładem klasycznego zbioru zielnikowego. Znajduje się ona w zbiorach Działu Przyrody Muzeum w Kwidzynie. Zbiór zawiera okazy roślin zielnych, drzew i krzewów gromadzonych od 1878 do 1915 roku przez niemieckiego nauczyciela i jest prawdopodobnie fragmentem większej całości. Zielnik składa się z 324 obiektów: okazów roślin zaopatrzonych w etykiety botaniczne - 291 szt., okazów roślin nie zaopatrzonych w etykiety botaniczne -11 szt., zbioru etykiet botanicznych, do których brak jest okazów roślin - 22 szt. Ma charakter pracy nieukończonej i/lub niepełnej. Świadczy o tym stan opracowania kolekcji, w oparciu o który zbiór można podzielić na kilka grup. Pierwszą z nich są okazy przytwierdzone za pomocą pasków papieru do białych, sztywnych kart, na których umieszczone zostały opisy. Te okazy wydają się być ostatecznie opracowane. Inne egzemplarze sprawiają wrażenie jakby zostały jedynie umieszczone pomiędzy warstwami papieru (zwykle starych gazet) zaopatrzone w pośpiesznie spisane etykiety lub krawatki z zamiarem późniejszego uporządkowania. Inne natomiast są wstępnie przytwierdzone paskami papieru do roboczych kart (starych gazet) po kilka egzemplarzy tego samego gatunku. Okaz obuwika pospolitego (Cypripedium calceolus L.) finalnie opracowany przez J.Peil a jako karta zielnikowa, Jot archiwum zamkowe Adamjuźwiak 109 Stan zachowania okazów jest w przeważającej większości dobry. W odniesieniu do ogólnej liczby przeszło stu rodzin roślinnych występujących na terenie obecnej Polski, opisywany zbiór mógłby stanowić najwyżej reprezentację dla flory regionu, w którym powstawał. W zbiorze znajduje się 198 taksonów gatunkowych (w liczbie ujęto taksony podgatunkowe jako osobne od gatunków nominatywnych). W odniesieniu do krajowej listy ponad 2700 gatunków zbiór jest, podobnie jak w przypadku proporcji taksonów rangi rodziny, jedynie zarysem flory regionu. Zważywszy na fakt obecności w kolekcji gatunków obcych dla flory krajowej (np. ozdobnych lub pochodzących od zbieraczy zagranicznych), zielnik jest tym mniej reprezentatywny. Kolekcja składa się z 302 okazów zielnikowych reprezentujących 39 rodzin roślinnych. Spośród zbiorów zgromadzonych w omawianym zielniku warto wspomnieć o 61 okazach, których gatunki są objęte ochroną gatunkową na terenie Polski. Siedem z nich zostało przez zbieracza opisanych jako pozyskane na stanowiskach antropogenicznych. Są wśród nich między innymi podgórski gatunek śnieżyca wiosenna (Leocomium ver-num L.) związana z torfowiskami wysokimi, rosiczka pośrednia (Drosera intermedia) jak również występujący w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin i Grzybów Jastrzębiec wierz-chotkowy (Hieracium cymosum L.). Ponadto 21 gatunków storczyków, a wśród nich krytycznie zagrożony wymarciem dla Polski (aktualnie istnieje już tylko jedno stanowisko w Dolinie Rospudy) Miodokwiat krzyżowy (Herminium monorchis L.). Okazy zgromadzone w zielniku koncentrują się wokół dwóch lokalizacji - Zakurzewa (niem. Sackrau) oraz Grudziądza (niem. Graudenz). Pierwsze jest wskazane jako lokalizacja miejsca zbioru 35 razy, natomiast leżące na północ od Zakurzewa wzgórza (niem. Bingsbergen) występują na etykietach trzykrotnie. Kolejne okazy pozyskiwane były w Wielkim Wełczu (niem. Gross Wolz - 7 okazów), Parskiem (niem. Parsken - 3 okazy), Mokrym (niem. Mokrau - 6 okazów), czy w Lasach Jamskich (niem. Jammier Wald - 3 okazy). Grudziądz i jego okolice występują w zbiorze jako miejsce znalezienia 84 okazów. Pierwszy okaz z terenu Grudziądza został pozyskany w 1879 roku. Liczne okazy roślin pozyskane w Grudziądzu posiadają dopisek „Volksgarten” wskazujący na nieistniejący już dziś ogród miejski położony niegdyś w obecnej południowej części miasta. Poza tym w okolicach Grudziądza rośliny były znajdowane również w Małym Tarpnie (niem. Kl. Tarpen) czy Strzemięcinie (niem. Boslershohe). Jednak zasięg geograficzny kolekcji jest znacznie szerszy. Znajdują się tu rośliny o takich proweniencjach jak Gdańsk, Malbork, Starogard Gdański, Pasłęk, Braniewo, Jantar, Żełichowo, Wąbrzeźno, Swiecie, Bierzgło-wo, Toruń czy Chełmno. Prawdopodobnie kontakty autora wzbogaciły opisywane herbarium o okazy zagraniczne pozyskane, m.in. w Budapeszcie (Węgry), Puli i Lublinianie (Chorwacja), Cannes (Francja), Alpach szwajcarskich oraz o kolejne liczne okazy pozyskiwane na terenie dzisiejszych Niemiec. Niestety, nie wszystkie etykiety załączone do okazów zawierają informacje na temat lokalizacji miejsca zbioru rośliny. W przypadku 87 sztuk brak jest lub obecnie nie udało się ustalić danych na temat proweniencji. Autorstwo kolekcji z całą pewnością należy przypisać Johannowi Peilowi, niemieckiemu nauczycielowi zamieszkałemu w Zakurzewie a następnie w Grudziądzu. 110 Herbarium Johanna Peil a, dzieło przyrodnika sprzed wieku W grudziądzkiej książce adresowej z 1913 roku wpisany jest jako nauczyciel zameldowany przy obecnej ulicy Legionów. Peil podpisał się na etykietach 131 okazów. Następne 43 okazy najprawdopodobniej są jego autorstwa, ale nie noszą jego podpisu. Autor utrzymywał kontakt i wymianę z innymi botanikami przede wszystkim niemieckimi, ale i zagranicznymi. Na etykietach znajdują się nazwiska 25 innych ówczesnych botaników: Karl Peil, Schultz, Bet-khe, E. Kurblaush, F. Seydler, Georg Froelich, Greukamus (?), H. Kuehn, Hilbert, L. Liepligli (Hungary), P. Prenzo, Paul Munish, Preminop, Schambas, Scharlok, Wessy, Alfred Lemcke, Abromeit, Alesaham, Wouf (?), Kufeld (?), Preusf (?), Funkel (?). Wydaje się ponadto, że Peil utrzymywał kontakt z Grudziądzkim Towarzystwem Starożytności (niem. Al-tertumsgesellschaft). Zakres datowania okazów według oryginalnych etykiet to 1867 - 1915, wliczając te okazy, które uległy zniszczeniu, a informacje o nich czerpiemy jedynie z pozostałych etykiet botanicznych. Najstarszy istniejący w kolekcji okaz to jaskier alpejski (łac. Ranunculus alpestris L., niem. Alpen-HahnenfuB, MK/P/Peil/111) zebrany dnia 9 stycznia 1867 roku w Wengemalp w Alpach przez Schar-loka. Za datę początkową kolekcji należałoby jednak przyjąć dzień pozyskania pierwszego okazu przez autora kolekcji - Johanna Peila. Takim okazem jest śnieżyczka przebiśnieg (lac. Galanthus nivalis) zebrana 11 lat później, w marcu 1878 roku. Okaz kruszczyka szerokolistnego (Epipactis helleborine (L.) wstępnie opracowany przez J.Peila, fot. archiowum zanikowe Adamjuźwiak 111 Najmłodszy okaz obecny w kolekcji pochodzi z ogrodu miejskiego (niem. Volksgar-ten) w Grudziądzu i został pozyskany 1 kwietnia 1915 roku, czyli po rozpoczęciu I wojny światowej. Jest nim szachownica kostkowana (Fritillaria meleagris L.). Z konieczności należy przyjąć powyższe daty jako graniczne dla powstawania kolekcji. Z racji niekompletności zbioru oraz niemożliwości datowania wszystkich okazów (z powodu braków oryginalnych etykiet - 11 okazów, braku dat na etykietach - 54 okazy) można wnioskować, że kolekcja mogła zamykać się w innych ramach czasowych, nie jednak co do tego pewności. Należy sądzić, że autor gromadził kolekcję w miejscu zamieszkania. Początkowo w Za-kurzewie a od 1913 (?) w Grudziądzu. Prawdopodobnie Johann Peil w wyniku zmian granic państwowych, jakie nastąpiły po 1918 roku, zmienił miejsce zamieszkania. Jego kolekcja botaniczna jednak pozostała w Grudziądzu. W nieznanych obecnie okolicznościach zielnik trafił do Muzeum w Grudziądzu, które w 1956 roku przejęło zbiory po niemieckim grudziądzkim Miejskim Muzeum Starożytności istniejącym od 1884 roku. W księdze inwentarzowej zbiorów przyrodniczych grudziądzkiego Muzeum powstałej w latach 50. XX wieku oraz na kartach katalogu naukowego występują rozproszone wpisy dotyczące okazów zawartych w opracowywanym herbarium. W księdze inwentarzowej przy eksponacie nr 39 - „Salix purpurę” w uwagach zamieszczona jest uwaga: zbiory przedwojenne muzeum. Zielnik wraz z innymi kolekcjami przyrodniczymi w latach 60 XX wieku został przekazany do Muzeum w Kwidzynie, gdzie jest przechowywany do dziś. Jedyną znaną próbą wcześniejszego opracowania kolekcji była inwentaryzacja przeprowadzona w Muzeum w Grudziądzu. Zachowały się po niej wpisy w kartach katalogu naukowego i księdze inwentarzowej zbiorów przyrodniczych Muzeum w Grudziądzu (oryginały znajdują się w Archiwum Muzeum w Grudziądzu). Praca ta jednak została przeprowadzona chaotycznie i niekompletnie. Jedynie niektóre okazy omawianego zielnika zostały zinwentaryzowane i wpisane pomiędzy inne eksponaty przyrodnicze znajdujące się w posiadaniu muzeum. Inwentaryzacja ta w odniesieniu do kolekcji nie przyniosła żadnego kompletnego opracowania. Zielnik Johanna Peila nie jest najobszerniejszą, najstarszą czy kompleksową kolekcją flory naszego regionu, pomimo to jest niewątpliwie zbiorem bardzo ciekawym z racji historii. Stanowi również ślad po amatorskim badaczu przyrody z przełomu XIX i XX wieku. 112 Oszuści i oszukani Bogumił Wiśniewski OSZUŚCI I OSZUKANI Oszustwo? Najprościej ujmując - jest to wprowadzenie kogoś celowo w błąd dla nielegalnego pozyskania od osoby poszkodowanej korzyści majątkowych. Zabroniony przez prawo czyn jest już znany od czasów sumeryjskich i biblijnych. Zagarnięcie czyjegoś majątku bez wysiłku i ciężkiej pracy od dawna przyciągało lekkoduchów, którzy bazują na łatwowierności i głupocie ludzkiej. Można powiedzieć niestosownemu procederowi dość, ale nic więcej w tym momencie nie możemy zrobić, ponieważ zachłanność człowieka na łatwe pieniądze była i będzie. Obecnie funkcjonują oszustwa chociażby na tzw. „wnuczka”, na okazyjne kupno złota na autostradzie itp. Proszę mi uwierzyć, że zawsze było tak, tylko zmieniały się metody przywłaszczenia nie swojego mienia. Przed drugą wojną światową, funkcjonowały podobne przekręty. Rozmiękczano delikwenta, aby jak najszybciej przejąć jego majątek. Robiono to bardzo zręcznie, aby jak najszybciej dobrać się do „tłustych portfeli” frajerów, którzy oczarowani niebywałą okazją lub miłą aparycją oszusta, tracili przez swoją głupotę nie tylko oszczędności życia, ale nawet głowę. To było od zawsze i tak jest obecnie i tak będzie w przyszłości. Swoją drogą, czy zauroczenie drugą osobą nie jest formą ukrytego oszustwa? Śmiem twierdzić, że tak, gdyż dzięki temu rodzą się dzieci. Później często praktyka wer nasze pochopne wybory młodzieńcze. Okazuje się w końcu, że wyidealizowany obraz drugiej połówki jaką w młodości mieliśmy, nie przykłada się do naszej rzeczywistości. W tym wypadku, psikusa robi nam sama natura, a nie cwaniacy z ulicy, którzy wyłudzali i dalej będą wyłudzać dobra wypracowane przez naiwnych słuchaczy. Czy bajeranci, lekkoduchy, artyści nie mają lepszych forów u kobiet? Może niewiasty lubią być oszukiwane. Piorun wie. No dobra, jak to zwał, tak to zwał, ale trzeba pamiętać o jednym, że każdy - nawet najbardziej przebiegły i ostrożny człowiek może wpaść we wnyki zastawione przez cwaniaka na tzw. „dobrą okazję . Tu '/.łapany oszust - I ajny Detektyw - ilustrowany tygodnik kryminalno- -sądowy. R. 3, 1933 nr 37 139, 10IX Bogumił Wiśniewski 113 nie ma żadnych reguł i zasad, liczy się tylko sukces. Szybko pozyskać, szybko żyć i dobrze się zabawić. Ot co. Zajmijmy się w końcu historiami pisanymi przez życie. Policja w tamtym okresie nie miała do dyspozycji takich możliwości, jakie ma obecnie. Dlatego - często oszuści umykali wymiarowi sprawiedliwości. Wtedy tylko przychodziła na pomoc gazeta, przestrzegając czytelników o nieuczciwym człowieku, który pojawił się jak lis w kurniku i grasuje na ich terenie. Czasami nawet pan redaktor czasopisma z uśmiechem komentował naiwność ludzką. Grudziądz. Przed tutejszym sądem okręgowym odbyła się onegdaj ciekawa rozprawa, której przedmiotem było nader zabawne, a świadczące o bezgranicznej naiwności łudzkiej wydarzenie1. Jest piękna pogoda, statek płynący w lipcowym słońcu Wisłą i w końcu są zaczarowane oszustem dwie kobiety. Nie wiem czy w pięknym, ale skutecznym. Michał Człapski 72- letni, handlarz starzyzny z Żyrardowa, spotkał na pokładzie statku płynącego z Gdańska, młode kobiety: 29-letnią dentystkę Stefanię Tucholską i 27-letnią Wandę mieszkającą w Rakowcu w powiecie tczewskim, siostrę poszkodowanej. Wanda Tucholska zawarła znajomość z pewnym starszym jegomościem, który w rozmowie na temat będących w obiegu licznych falsyfikatów pieniędzy powiedział, że za wynagrodzeniem mógłby takich pieniędzy dostarczyć każdą ilość. Wobec tego p. Wanda zaprosiła go do domu swojej siostry Stefanii, gdzie po naradzie postanowiono przystąpić do fabrykacji falsyfikatów. Siostry obiecały oszustowi, że jak zdobędą większą ilość pieniędzy, to go powiadomią. Stary cwaniak zgodził się i obiecał, że między czasie - załatwi odpowiedni sprzęt do wyrobu fałszywych pieniędzy. Gotowy na skok, czekał już tylko na sygnał do działania od pazernych sióstr, które pragnęły jak najszybciej zbogacić się na zabronionym procederze. Po kilku też dniach cała trójka zeszła się w mieszkaniu Stefanji Tucholskiej w Kolonii Ostrowickiej pod Nowem. „Starszy pan”, który przedstawił się jako Bożechowski, zawodu grafik, przyniósł z sobą kilkanaście butelek, napełnionych kolorowymi płynami, kilka arkuszy białego papieru i prymitywną drewnianą prasę. Stefania T. zaś wyłożyła na stół podjęte z banku 2 600 złotych w banknotach 100, 50 i 20-złotowych. Od tego momentu rozpoczęła się gra „grafika” z dwoma naiwnymi kobietami. Pociął biały papier na małe formaty odpowiadające wielkości banknotów. Patrząc się na podniecone siostry, powoli zwilżał papiery barwnymi płynami, a następnie przy pomocy Tuchoł-skiej wkładał banknoty pomiędzy zwilżone arkusiki. Tak spreparowane, miały banknoty pod prasą dać na papierze dokładny wizerunek autentycznych pieniędzy. Następnie całą prasę z zawartością „fabrykant” zaszył w płóciennej torbie i dodatkowo schował całą zawartość w teczce skórzanej. Cała ta paczka miała przełeżeć pod uciskiem około 3 godzin. A sam - jak to oświadczył kobietom, musiał „przejść się”, oczywiście przy-rzekł im, iż pod wieczór wróci, aby dalej do samego już rana, produkować fałszywe pieniądze. Po godzinie siostry tchnięte złym przeczuciem, postanowiły przekonać się jak odbywa się niezwykła „przemiana” pod prasą papierów na gotówkę. Stefania Tucholska 1 Słowo Pomorskie 1935.10.11 R.lSnr 235 s. 9. 114 Oszuści i oszukani z wypiekami na twarzy zajrzała do płóciennej torebki i - ku swemu przerażeniu - stwierdziła, że pieniądze gdzieś się rozpłynęły. W worku znajdowały się mokre skrawki papieru2. No i jak zawsze w takim przypadku, poszkodowana postanowiła powiadomić organy ścigania, że została okrutnie oszukana przez malwersanta. Straż graniczna podjęła się pościgu za naszym sprawnym „fabrykantem”. Złapano go koło Smętowa i oddano władzom sądowym, następnie osadzono w więzieniu w Grudziądzu. Na rozprawie oczywiście Człapski przyznał się do czynu, zaś obie Tucholskie zostały oskarżone przez prokuratora o udziełenie mu pomocy do podrabiania pieniędzy. Siostry Tucholskie tłumaczyły się przed sądem, że chciały przez ten swój czyn zdemaskować fałszerza i oddać go w ręce wymiaru sprawiedliwości. Sąd przychylił się do ich wyjaśnień, puścił je wolno i oddał pieniądze w kwocie 2. 590 złotych, znalezione przy Człapskim, a cwaniaka skazał na dwa lata więzienia. Kolejny oszust przyłapany w Tczewie wyłudzał bezpodstawnie zasiłki pogrzebowe w ubezpieczalniach. Sprawa w województwie pomorskim nabrała rozgłosu dopiero po pewnym czasie ponieważ działał on na początku swojego procederu bardzo rozważnie. Chodząc od wsi do wsi wywiadywał się od dróżników szosowych, ile dany dróżnik ma dzieci2’. W takich wypadkach - jak to ojciec, chwalił się swoimi pociechami przygodnie poznanemu osobnikowi. Oszust ten po otrzymaniu dat urodzenia i potrzebnych mu imion udawał się do urzędu stanu cywilnego, gdzie zgłaszał zgony żyjących dzieci. Zadrożyński, otrzymawszy od urzędnika stanu cywilnego (sołtysa wzgł. wójta) urzędową metrykę zgonu, udawał się wprost do pobłiskiego miasta wzgł. miasteczka, gdzie w ubezpieczalni społecznej na podstawie przedłożonych metryk śmierci inkasował za żyjących znaczne zasiłki pogrzebowe. Kombinator dalej by działał - jak donosi gazeta, gdyby nie jego późniejsza zachłanność i bezczelność. Tak się rozochocił w tym procederze, że stracił przysłowiową czujność. Otóż jednego tygodnia chciał w ubezpieczalni społecznej podjąć zasiłki pogrzebowe za czworo żyjących dzieci dróżnika Mateusza Roszkowskiego, zamieszkałego w Królewskich Lipnikach4. Zadrożyński widząc, że urzędnik przeciąga w załatwieniu formalności, nabrał podejrzeń i szybko oddalił się z urzędu. Zawiadomiona o oszustwach policja tczewska w krótkim czasie wyśledziła bezczelnego oszusta5. Sąd ziemski skazał Teofila Zadrożyńskiego na rok więzienia. Nową metodą wyłudzania pieniędzy w owym okresie było podawanie się za urzędnika. 32-letni b. urzędnik sądowy Teofil Michalski, zamieszkały w Grudziądzu został aresztowany pod zarzutem dopuszczenia się licznych oszustw przez zbieranie ofiar na bezrobotnych, do których nie był uprawniony, a które sobie przywłaszczał6. Oszustwo było proste. Michalski podrobił pieczątki urzędowe kilku starostw powiatowych. Wystawił sobie upoważnienia do zbierania składek na rzecz bezrobotnych pracowników umysłowych. Następnie mając fałszywe umocowania prawne wyłudzał od ziemian, rolników, kupców, adwokatów, lekarzy składki rzekomo na bezrobotnych. Jak ustalono, ogólna kwota zebranych przez niego 2 Tamże. 3 Słowo Pomorskie 193S.02.09 R.1S nr 33 s. 7. 4 Tamże. s Tamże. 6 Słowo Pomorskie 1934.01.09 R.14 nr S s. 7. Bogumił Wiśniewski 115 pieniędzy przekracza sumę 200 zł., które naturalnie oszust chował do własnej kieszeni. Na rozprawie sądowej, sąd przyjął pewne okoliczności łagodzące, ale że był już trzykrotnie przez sąd karany, skazał go za ostanie oszustwa na karę więzienia przez 7 miesięcy. W tym przypadku motorem sprawczym była zakochana kobieta, która na gwałt chcia-ła, aby jej ukochanemu jak najszybciej urosły pod nosem wąsy. Pewien wojskowy z Demin mając słabe owłosienie, postanowił coś z tym zrobić. Jak donosi gazeta pewien wojskowy tutejszy utrzymywał stosunek miłosny z pewną młodą panienką, która martwiła się bardzo, że jej ubóstwiany nie posiada wąsów7. Dzielny nasz wojak kupił za duże pieniądze (5 marek), specjalną maść na szybki porost wąsów. Codzienne pilnie smarował się zakupioną maścią pod nosem. Do opakowania dla używających maści dodano przepis użycia. Na którym pod gwarancyją zapewniano, że po spotrzebowaniu całej puszki ukażą się wąsy. I obietnica spełniła się rzeczywiście. Na dnie puszki znalazł rozczarowany kochanek, wspaniałe sztuczne wąsy, jakie nabyć można u każdego fryzyerya za 10 fen. Następna kategorią są oszustwa na amanta, wojskowego, krewniaka, redaktora i na ożenek. Wszystkie te przekręty łączą się ze sobą w jakiś sposób zauroczeniem poszkodowanej osoby do nieznajomego. To się dzieje i dzisiaj, chociażby jak już wcześniej wspomniałem - na wnuczka. Jak wiadomo na urlopie człowiek odpoczywa jest bardziej otwarty na nowe rozwiązania, towarzystwo. Sprzyja temu słońce, morze, piękne widoki. Pękają bariery miedzy ludzkie. Nawet wtedy - przed wojną, kobiety otwierały się na nowych przybyszów o wiele szybciej, niż nam się teraz wydaje. W tym wypadku czas tu nie gra roli. Zawsze jesteśmy i byliśmy podobni do siebie. Nad polskim morzem grasuje od pewnego czasu sprytny oszust, którego nie udało się dotychczas pochwycić. Podaje się on za Marjana Piechowiaka, „kapitalistę" z Bydgoszczy8. Jak podaje dziennikarz młodzieniec ten odwiedzał letniskowe miejscowości, obracał się tylko w najlepszych towarzystwach. Dzięki eleganckiej i miłej powierzchowności, udaje mu się zawierać znajomości, szczególnie wśród pań. Metoda jego „pracy" jest nader nieskomplikowana: asystuje pewnej damie, zdobywa jej zaufanie: w odpowiedniej chwili pyta o miejsce stałego zamieszkania. Później sprawa idzie bardzo szybko, udaje, że nie wierzy i pod tym pozorem bierze torebkę swej znajomej, by ją przeszukać, aby niby znaleźć w jakiś dokument, potwierdzający stały zameldowanie ofiary. W tym czasie, zagadując piękność, zręcznie wyciągał pieniądze z kobiecej torebki. Poszkodowana nim zorientowała się o swojej stracie, amanta już nie było, jako dżentelmen - oddalał się „po angielsku” zaraz po wykręceniu numeru. Rzekomy Piechowiak liczy około 25 lat, jest wysoki, szczupły, szatyn. Ubrany b. elegancko, jeździ przeważnie rowerem. Jak to się mówi, za mundurem panny sznurem. W okresie przedświątecznym pojawił się na bruku bydgoskim jakiś oszust, który w przebraniu wojskowym, jako plutonowy, uskutecznił szereg zakupów rzekomo dla kasyna oficerskiego9. Nasz mundurowy w ten sposób nabrał kilkanaście firm w Bydgoszczy. Jednak nie cieszył się biedak długo swoją łatwą zdobyczą. 7 Gazeta Toruńska 1914R.S0nr87 s. 3. ’ Słowo Pomorskie 1928.09.14 R. 8 nr 212 s.S. 9 Kur jer Bydgoski 1936.12.29 R.1S nr 301 s. 6. 116 Oszuści i oszukani Zapała go żandarmeria wojskowa, oszustem okazał się 33- letni muzyk z Poznania, Stanisław Gorzelny. Osadzili go po świętach Bożego Narodzenia w więzieniu. Jak się masz kochany wujaszku'0. Takim zawołaniem i pytaniem zwrócił się w Żninie zatroskany młody chłopak do eleganckiego ubranego mężczyzny, rozkładając równocześnie ramiona do uścisku. Długo musiał się dać przekonywać wujaszek młodemu krewniakowi - został jednak ostatecznie przez tego przekonany i - uwierzył. I jak zawsze w takich przypadkach, postanowiono godnie uczcić to w restauracji zwłaszcza, że „kochany wujaszek” miał w kieszeni przeszło 1 500 zł. Po sutej hulatyce wujaszek zapomniał o całym świecie, wobec czego młodzieniec ulotnił się razem portfelem. Na drugi dzień krewniak został ujęty. Oszustwa matrymonialne zdarzały się w owym okresie nader często. No któraż z zakochanych młodych panien nie oddała by wszystkiego, w zamian za odwzajemnioną miłość ukochanego. Tym bardziej, że obiecał jej w niedalekiej przyszłości ożenek. Miłość jest przecież stanem wzniosłym i nieprzewidywalnym. Przed sądem okręgowym z Torunia, na sesji wyjazdowej w Brodnicy, odbyła się rozprawa przeciwko Bronisławowi Kłosińskiemu z Brodnicy, oskarżonemu o to, że pod koniec ub. Roku nakłonił Stefanję R. do kradzieży na szkodę jej rodziców około 40 dolarów i 700 zł., za co jej obiecał ożenek". Ależ młoda kobieta musiała kochać swojego partnera, skoro porwała się na pieniądze swoich rodziców. Musiała przecież mieć świadomość, że za ten nieludzki czyn błogosławieństwa ojca na nową drogę życia, nie otrzyma. Ale mimo to, pieniądze ojcu skradła, poczem wspólnie ze swoim rzekomym narzeczonym wynajęli auto i ulotnili się z Brodnicy do Rypina. Za parą zakochanych wysłano list gończy, długo się sobą nie 10 Głos Robotnika 1930, R.ll nr 100 s. 3. 11 Słowo Pomorskie 1932.02.20 R. 12 nr 41 s. S. Bogumił Wiśniewski 117 nacieszyli, bowiem złapano ich w Poznaniu, zostali ujęci i R. została oddana ojcu. Po przeprowadzonej rozprawie sąd skazał K. na rok więzienia, załiczając mu jako okoliczność obciążającą to, że był już kilkakrotnie poprzednio karany. Zaś R. nie była karaną, bowiem jej ojciec zrzekł się oskarżenia. Jednym słowem dobry ojciec, wybaczający z miłości rodzicielskiej, naganny czyn córki. Proszę mi opowiedzieć, któż by nie chciał znać pana redaktora? Redaktor brzmi dumnie, to człowiek poważny, ustabilizowany - no i oczywiście wpływowy, mogący dużo załatwić. Przedstawia się jako „redaktor" i „korespondent". Od dłuższego czasu ugania po Polsce specjalnie na Pomorzu pewien oszust, nazwiskiem Józef Wojciech Kurtyka. Oszust ten powołuje się na „znajomość" z posłami i każę się tytułować „redaktorem-korespondentem” pism pomorskich. Pan nasz redaktorek coś miał chyba w sobie, że naciągnął całą masę naiwnych i nieświadomych kobiet na poważne sumy pieniędzy. Tym bardziej, musiał być niezłym bajerantem skoro przekonał do siebie pewną wdowę, której obiecał opiekę i dozgonna „miłość" na 1200 zł. Opowiadał, żejedzie na Pomorze do wsi Czaple w powiecie wąbrzeskim, gdzie rzekomo posiada większą posiadłość ziemską oraz wielkie zabudowanie i ze tam osiądzie na pewien czas. Wiadomość oczywiście fałszywą. W przedwojennej prasie nie znalazłem finału sprawy, najwyraźniej podający się oszust za pana Kurtykę, chyba nigdy - za swoje zakazane czyny nie został złapany i osadzony więzieniu, „biedne” kobiety. Na zakończenie artykułu, przyszło mi przedstawić oszustwo na większą międzynarodową skalę. Oszustem okazał się 29 letni Czech Horymir Horaczek. Gdyński sąd oskarżył go o to, że wprowadził w błąd 39 firm i osób prywatnych, przedstawiając się jako sekretarz polsko-czechosłowackiej wystawy w Gdyni i naraził ich na stratę 12 tys. zł ;poza tern, że ze szkodą p. Marji Koszczyńskiej w Orłowie Morskim, gdzie chwilowo mieszkał, przywłaszczył sobie koc, wartości 100 złotych'2. Jak może się zachować przedwojenny sędzia do oskarżonego cudzoziemca? Sędzia czynił oskarżonemu ojcowskie wyrzuty z powodu skompromitowania narodu czeskiego zagranicą: „Mógłpan tam próbować takiej wystawy, a nam tu w Polsce, dać pokój"'\ Sami drodzy czytelnicy przyznacie, że pan sędzia poszedł po przysłowiowej bandzie, takim zatroskaniem ojcowskim. Ale co zrobić, z wyrokami sądu i wypowiedziami sędziego przecież nie dyskutuje się więc i ja nie będę ciągnę dalej wątku. Sąd uznał Horaczka winnym oszustwa i kradzieży koca i zasądził go na łączną karę 1 roku i 6 miesięcy więzienia z zaliczeniem aresztu od 15 lipca. Oszuści byli i będą dlatego artykuł ten został napisany, ku przestrodze, aby każdy z nas był ostrożny w zawiązywaniu nowych znajomości. A swoja drogą ciekawe jakimi metodami oszuści, będą łapać ludzi wypoczywających nad polskim morzem w tym roku? Materiały do napisania artykułu czerpałem z Federacji Bibliotek Cyfrowych. 12 Słowo Pomorskie 1933.10.10 R.13 nr 233 s. 2. 13 Tamże. 118 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari Grażyna Wosińska ANDRZEJ ŻELAZNY Z YIRTUTI MILITARI Andrzej Żelazny był warszawiakiem z urodzenia, ale marzył o budowaniu okrętów. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Miał żelazny charakter tak jak nazwisko. Żadne prześladowania go nie zmogły - ani niemieckie, ani sowiecko-ubeckie. Andrzej Żelazny urodził się w stolicy 30 listopada 1919 roku w rodzinie rzemieślnika. Wychował się w patriotycznej atmosferze. Nie jest to wbrew pozorom banał. Przypomnę, że był pierwszym pokoleniem po odzyskaniu niepodległości, po latach zaborów. Euforia z posiadania własnego państwa była ogromna. NARODOWY I RADYKALNY Andrzej Żelazny. Zdjęcie wykonane podczas okupacji, fot. archiwum rodzinne Od dzieciństwa chłonął opowieści o bohaterach, dzięki którym Polska odzyskała wolność. Chciał być ich godny. Gdy miał prawie siedemnaście lat i był uczniem Miejskiej Szkoły Rzemieślniczej im. Konarskiego w Warszawie wstąpił do Związku Młodej Polski - związanej z Obozem Zjednoczenia Narodowego. Rok później po rozłamie przeszedł do Organizacji Narodowo Radykalnej „Falanga ”. Nie tylko polityka go pociągała. Zapatrzony w rozwój portu w Gdyni, Marynarki Wojennej, postanowił, że jego przyszłość to inżynier budowy okrętów. Zmienił szkołę. Został uczniem Państwowej Szkoły Samochodowo-Lotniczej, bo była tam klasa budowy maszyn okrętowych. Andrzej zdał sobie sprawę, że bez wiedzy niewiele zdziała także w polityce. Podczas wakacji rozpoczął kurs ideologiczny. Gdy jego rodzeństwo: Kazia, Janka, Antek zwany Tolkiem i najmłodsza Terenia korzystali z uroków wakacji u rodziny w Blizocinie, on poznawał tajniki historii, polityki i wojskowości. - Miał swoje sprawy - komentowała we wspomnieniach, jego starsza siostra Kazimiera. Grażyna Wosińska 119 Potem Andrzej brał udział w zebraniach ONR do wybuchu wojny. Uczył się konspiracji, bo jego organizacja w świetle ówczesnego prawa, od lipca 1934 roku, była nielegalna. Spotkania odbywały się także w mieszkaniu rodziców przy ulicy Freta. Rozprowadzał nielegalne pismo „Szkoła Narodowo-Radykalna”. NIEMCY ARESZTUJĄ Wybuchła wojna. Andrzeja nie przyjęli go wojska, bo akurat chorował. - Nie wzięli go, choć bardzo chciał - zaświadcza we wspomnieniach Kazimiera. Nie ma wątpliwości, że będzie w podziemiu. Doświadczenia konspiracyjne i wiedzę zdobył jeszcze przed wojną Ale kontakty z organizacją na skutek zawieruchy wojennej na trzy lata zostały zerwane. Dopiero w 1942 roku starszy kolega Zenon Wroński na nowo wprowadził go do ONR. Andrzej rozprowadzał i promował pismo „Szaniec”, które krytykowało zarówno Niemców jak i Sowietów. Wiosną 1942 roku podporządkował się grupie „Sztafeta”. Dostaje się do Narodowych Sił Zbrojnych. Za ponad rok rozłam. Grupa Kmicica, tzw. grupa oporna zostaje w NSZ, a grupa Lesińskiego wchodzi w skład Armii Krajowej. Andrzej zostaje żołnierzem AK. Spotkania konspiracyjne jak przed wojną w mieszkaniu Żelaznych. Rodzice nie oponowali. Bywało, że wpadał do domu z informacją: wsypa, dziś nie nocuję w domu. - Gdzie? Nigdy nam nie powiedział - czytamy we wspomnieniach pani Kazimiery. Pisała ona też o aresztowaniu Andrzeja przez Niemców. Na całe szczęście nie miał przy sobie nic nielegalnego. Wiadomość dociera do rodziny, gdy w domu była Joanna, klientka Kazi na przymiarce. - Gdy tylko usłyszała, od razu poszła gdzie trzeba - relacjonowała pani Kazimiera. -Znała bardzo dobrze niemiecki. Wybroniła. Mówią jej, że aresztowali, bo uciekał. Joanna na to, że każdy boi się Niemców, więc ucieka. Zwolnili Andrzeja. Oczywiście z tego powodu działalności konspiracyjnej nie przerwał. Żelażni jak inne rodziny mają nie tylko codzienne kłopoty materialne. Dotyka wszystkich tragedia. 4 listopada 1943 roku umiera Janina, siostra Andrzeja. Ma dopiero 22 lata. To pierwsza, ale nie ostatnia bolesna strata w rodzinie. NIELEGALNA NAUKA W LEGALNEJ SZKOLE Andrzej nie tylko był konspiracyjnym żołnierzem, ale także uczniem. Od 1940 roku kontynuuje naukę w szkole, która nazywa się Technische Fachschule, po polsku Zawodowa Szkoła Techniczna. Nauczyciele nie przestrzegali ustaleń z Niemcami. Uczyli według programu szkoły średniej na wysokim poziomie. Ponadto nauka miała być dwuletnia, a faktycznie była trzyletnia. Tak wspomina ją młodszy kolega szkolny Andrzeja Żelaznego - Maciej Bernhardt. - Mieliśmy przez sześć dni w tygodniu po osiem godzin zajęć, w tym sporo praktycznych w warsztatach. Wymagania były duże, zadawano sporo „do domu”, częste były klasówki i często wyrywano nas do tablicy. 120 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari Nauce nielegalność dodawała uroku. Każde łamanie zarządzeń niemieckich było walką z wrogiem. Co ważne, legitymacja szkolna bywała pewną ochroną podczas mniej ważnych łapanek i wywozem na roboty do Niemiec. Andrzej miał czas także na konspirację w AK, zarabianie na życie, spotkania towarzyskie i miłość. Na randki umawiał się z Wandą Gałązkówną w parku Paderewskiego. Dziewczyna też działała w konspiracji w NSZ i AK. CZAS WALKI Z BRONIĄ W RĘKU Po skończeniu szkoły - nadal w konspiracji. Chociaż do Powstania Warszawskiego nie brał on bezpośredniego udziału w walce z okupantem, ale przygotowywał się do niej. Uczestniczył w tajnych kursach z dziedziny wojskowości, polityki, historii. Po ich zakończeniu otrzymał awans na kaprala podchorążego. Został przydzielony do plutonu karabinów maszynowych jako celowniczy. 1 sierpnia wybucha powstanie. Andrzej wpada do domu tylko po broń. Tolek zazdrości, też chciałby walczyć. Wie, że jego rówieśnicy i młodsi są w powstaniu. Matka nie chce się zgodzić, uważa, że wystarczy, iż jeden syn się naraża. - Potem ulega, gdy Andrzej bierze Tolka do swojego oddziału - wspominała Kazimiera. - Ma nadzieję, że starszy brat uchroni młodszego. Tak się jednak nie stało. 4 sierpnia Tolek rozpoczyna razem z bratem walkę w 1 kompanii wypadowej Batalionu „Gozdawa”. Co się działo z nim do 12 sierpnia - nie wiem. Andrzej Żelazny z rodziną. Od lewej Janina, Terenia, a za nią Tolek, matka - Matylda Żelazna z Mazurkiewiczów, Kazimiera. Zdjęcie wykonane przed wojną w Warszawie, fot. archiwum rodzinne Grażyna Wosińska 121 Pewnie był szczęśliwy. Tak jak wszystkich ogarnęła go euforia, że po latach upokorzeń okupacyjnych otwarta walka i on bierze w niej udział. Już nie Tolek, ale „Revera”, taki przyjął pseudonim. Najprawdopodobniej był zafascynowany hetmanem wielkim koronnym Stanisławem Potockim. Mówiono o nim Revera, bo często powtarzał „Re vera”, czyli w rzeczy samej, rzeczywiście. 12 sierpnia Tolek pełnił wartę przy barykadzie na rogu Senatorskiej i Miodowej. Niemcy znienacka atakują. Tolek dostaje odłamkami. Ma je na całym ciele. Najgorzej jest z lewą nogą, nie może na niej stanąć. Andrzej i Wanda niosą go do powstańczego szpitala w podziemiu klasztoru sióstr sakramentek. Po drodze mijają ul. Freta. Andrzej na razie nie myśli o zawiadomieniu rodziny. Byle jak najszybciej do szpitala. Są zmęczeni. Gdyby nie trwało powstanie, to tylko kilometr, ale toczy się walka, więc droga przez mękę. Raz chodnikiem blisko przy domach, raz piwnicami, kluczą, obchodzą zagrożone ulice. Niebezpiecznie. Gołębiarzy, czyli snajperów nie brakuje. Andrzej pociesza się, że już niedaleko. Teraz sięgnijmy do relacji jego siostry Kazimiery. Sąsiadka ma wtedy dyżur przy naszej bramie. Gdy widzi Andrzeja wszczyna alarm. Szybko wybiegam na ulicę. Widzę, że Andrzej i Wanda niosą rannego. Kto to jest? O Boże, Tolek. Brat mówi, że przeżyje, ale stopa nie jego. Docieramy do kościoła św. Kazimierza sióstr sakramentek. Tam w podziemiu jest powstańczy szpital. ŚMIERĆ TOLKA Andrzej i Wanda wracają do swoich oddziałów. Kazia pozostaje z bratem. Lekarz przeprowadza operację. Amputuje stopę. Gdy odpada, siostra pielęgniarka zasłania specjałnie plecami ten widok - pisała we wspomnieniach. - Lekarz zakłada opatrunki i w tym momencie w kościół trafia pocisk. Kopuła kościoła spada. Ktoś wbiega i krzyczy: wałi się. Panika. Lekarz i pielęgniarka wybiegają. Zostaję sama. Na stole Tolek pod narkozą. Wreszcie słyszę: brat z siostrą został. Na noszach wynoszą Tolka w kierunku Nowomiejskiej. Potem przez ul. Wąski Dunaj na Kilińskiego. Tam jest harcerski punkt opatrunkowy. Kazia czuwa przy bracie. Ma on miejsce przy oknie. - Tolek budzi się o szóstej rano - wspominała w swojej relacji. - Mówi przytomnie: całą noc czuwałaś. Całuje mnie w rękę. Mówi, że to dla mamy pocałunek. Wybucha podminowany czołg. Kazia pochyla się i zasłania Tolka. To im ratuje życie. Miejsce nie jest bezpieczne. Przenosimy się na Długą 16 do piwnicy aptekarzy. 1 września. Przychodzi Andrzej. Mówi, że od wieczora zacznie się odwrót kanałami do Śródmieścia. Tolka nie zabierze, bo to niemożliwe dla tak poważnie rannego. Przekonuje mnie, że prawo międzynarodowe chroni rannych. Zostaję sama z Tolkiem. Znów Niemcy zrzucili bomby. Więc ewakuacja do powstańczego szpitala przy Długiej 7. Dwóch powstańców przenosi Tolka na krześle. Tam też nie jest bezpiecznie. 2 września. Ktoś krzyczy: Niemcy zabierają rannych. Młody ksiądz pomaga mi prowadzić Tolka, by go gdzieś ukryć. Szkoda, że nie wzięłam laski - wypominam sobie. Idziemy w kierunku Podwala. Na ulicy Wąski Dunaj naprzeciw nas staje „Ukrainiec". Zamierza się 122 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari karabinem na księdza, ale nie uderza go. Tolka zmusza, by czołgał się po gruzach ulicy. Nie jestem w stanie nic zrobić. Nie potrafię nawet się modlić i błagać Boga o życie brata. Ksiądz udziela absolutorium na wypadek śmierci. Już nie widzę Tolka. Nadjeżdża samochód z powstańcami. Wciąż powtarzam w kółko: tam został mój brat. Pocieszają mnie, że jest w kościele św. Stanisława na Wołi. Prawda okazuje się okrutna. Kazimiera dowiaduje się o niej od księdza. Tak o tym napisała. Powiedział, że Tolka wraz z innymi Niemcy rozstrzelali, a potem spalili na ul. Wąskiego Dunaju. Tak postąpili tam z około stu powstańcami. 430 zamordowali w szpitalu przy ul. Długiej 7. Kazi także groziło niebezpieczeństwo. Wiele razy mogła zginąć. Przedostała się do Szpitala św. Stanisława na Żoliborzu. Opiekowała się poparzonymi powstańcami. Niemcy zabrali personel i rannych. Kazia ukryła się z pielęgniarką. Przeżyła. RANY I VIRTUTI MILITARI Wróćmy do Andrzeja. Nie przedrze się 31 sierpnia ze swoim oddziałem do Śródmieścia. Przedostaje się tam, jak powiedział siostrze, kanałami 1 września w nocy. Cztery dni później 5 września zostaje ranny od bomby benzolowej podczas walk na Marszałkowskiej lub Świętokrzyskiej. Był poważnie poparzony na twarzy, rękach i nogach. Tego samego dnia dowódca por. „Domański” pisze wniosek o odznaczenie Krzyżem Walecznych i tego samego dnia otrzymuje awans na plutonowego. Dowódca argumentuje to „Brawurową walką z rkm w Banku Polskim (nazwa kompanii - GW)” oraz opinią „wyszkolenie dobre, akcja (dwa słowa nieczytelne), karność duża, prezencja bardzo dobra, dobry dowódca plutonu”. Wcześniej za odwagę dostaje Virtuti Militari V klasy. Andrzej patrzył na śmierć swoich kolegów prawie w każdej chwili: sześćdziesiąt procent z nich poległo. Jak pisałam, zginął także jego młodszy brat siedemnastoletni Antek. Awansowany pośmiertnie na kaprala we wrześniu 1944 roku. Dowódca por. „Domański” tak zwięźle uzasadniał: „Bardzo ciężko ranny, zdolny, dziecko lat 17”. Musiał to być cios dla Andrzeja. Czuł się odpowiedzialny jako starszy brat. Obiecał to matce. Miał od niego więcej szczęścia. Przeżył dzięki siostrze Kazi. Szukała go w szpitalach, a po kapitulacji w długich kolumnach powstańców opuszczających Warszawę. Sanitariuszka, na prośbę Wandy, narzeczonej Andrzeja, wybiegła z szeregu do Kazi i mówi, że jest on w szpitalu, przy ul. Chopina. Tam go odnajduje. Krzyczę Andrzej Andrzej. Słyszę jego głos: Kaziu, jestem tu. Siostra przenosi brata do Szpitala Św. Stanisława przy ul. Wolskiej. Wyjeżdżają z Warszawy. Zabieram go. Odnajduję ciężarówkę, która zawozi rannych na dworzec kolejowy. Niemcy mają ich wywieźć pod eskortą. Gdzie? Na razie nikt nie wie. Andrzej zna niemiecki. Dowiaduje się, że do Krakowa. Zapamiętałam wygląd brata: twarz cała w bandażach, obie ręce na temblakach. Wysoki. Niecierpliwy, narzeka - tak bardzo go boli. Grażyna Wosińska 123 Pociąg rusza. Po jakimś czasie staje w szczerym polu, koło Skierniewic. Dlaczego, nie wiadomo. Andrzej decyduje o końcu tej podróży. Uważa, że to rodzinne strony stryja Feliksa. Niemcy nie pilnują, zajęci czymś innym. Kazia się zgadza, pomaga wysiąść bratu. Potem u kolejarzy załatwia transport. Czekają. Wtedy ... Tak opisała to Kazimiera Żelazna: Podchodzi do nas mężczyzna z kilkuletnim synkiem. Ojciec tłumaczy: to powstaniec. Dziecko daje mi ciastko dla Andrzeja. Gdy piszę te słowa chłopiec jest dorosły, może żyje i mam nadzieję pamięta to zdarzenie. Rodzeństwo dociera do Mszczonowa, pow. Grójec, gdzie mieszka stryj Feliks Żelazny. GDZIE RODZICE I UKOCHANA? Stryj nie wiedział, gdzie jest reszta rodziny. Poszukiwania nie dały rezultatu. Kazia dała ogłoszenie do gazety, że z bratem poszukują rodziców i siostry. W kilka dni później przyszedł list od Tadeusza Niezabitowskiego „Lubicza”, kolegi z powstania. Nie wiedział nic o bliskich, ale zaprasza do Brwinowa. Andrzej pojechał, bo liczył na nawiązanie kontaktu z organizacją. Chciał dalej walczyć. Był rozczarowany, bo Tadek nie pomógł mu, pomimo obietnic. Andrzej szukał także przez znajomych swojej narzeczonej Wandy, ale bez rezultatów. Przez ponad miesiąc jest całkowicie niesprawny, zdany na siostrę. 30 listopada 1944 roku, w swoje 25 - te urodziny, pierwszy raz sam jadł lewą ręką. Lekarz na początku orzekł, że ręce mogą pozostać niesprawne, bo zbyt długo były na temblakach. Zalecał masaż i rehabilitację. Kazia prowadzi pracownię krawiecką oraz kursy kroju i szycia w niedalekim Sobieszynie. Tam wracają rodzice w Dzień Matki i rocznicę urodzin Tolka. Opowiadają co się z nimi działo. Tak relacjonuje to Kazimiera. Wzięli ich Niemcy z piwnicy na Freta, gdzie mieszkali. Krzyczą: „wychodzić, bo wrzucimy granaty”. Zawieźli rodziców i Terenię na dworzec. Potem pociągiem do Niemiec na roboty do gospodarstw rolnych. Z córką Terenią ich rozdzielili. Pracowała u innych bauerów. Po wielu perypetiach wrócili do Polski. ZNÓW W PODZIEMIU Rozkazem z 19 stycznia 1945 roku gen. Okulicki rozwiązuje Armię Krajową, której żołnierzem był Żelazny. Andrzej tym się nie przejął. Uważa, że przysięga go nadal obowiązywała. Polska tzw. lubelska nie była suwerenna, ale zależna od Sowietów. Akowcy byli prześladowani. Nazywani „zaplutymi karłami reakcji”. Andrzej nie zniechęca się tym, że Tadek mu nie pomógł. 5 marca wyjeżdża w lubelskie do swojego wuja Franciszka Rzezaka do wsi Blizocin. Pomysł był strzałem w dziesiątkę. Już na początku Żelazny wywołał sensację wśród mieszkańców, gdy się dowiedzieli, że walczył w powstaniu. Wieści dotarły do Akowców. Byli ciekawi, cóż to za jeden. Przyszli posłuchać opowieści, ale zgodnie z zasadami konspiracji, nie zdradzili się, że są w podziemiu. Niebawem po sprawdzeniu faktów ujawnili się 19 marca 1945 roku na ... imieninach kuzynki Andrzeja, dwudziestodwuletniej Józi Rzezak. Był tam zaproszony Tadeusz Osiński „Tek”, dowódca placówki Blizocin (podlegał por. Marianowi Bernaciakowi 124 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari „Orlikowi”). Zaproponował Andrzejowi wstąpienie do konspiracji. Ten bez wahania się zgodził. Przyjmuje nowy pseudonim „Cień” podczas wojny używał nazwiska „Zieliński”. Andrzej na akcje dostawał broń. Była nią pepesza. Brał udział w ekspedycjach przeciw donosicielom bezpieki. Nie wszystkich zabijano, niektórym wystarczyła kara cielesna. Oddział zdobywał środki na dalszą walkę i własne utrzymanie podczas rekwizycji. Przeciwstawiał się zarządzeniom władz godzących w ludność cywilną. Chodziło o rekwizycje żywności u rolników na rzecz NKWD. Informowali też o prawdziwych intencjach władz, które mogły rządzić w Polsce, tylko dzięki terrorowi. ONI UCIEKLI Z OBOZU NKWD Oddział Andrzeja pod dowództwem Tadeusza Osińskiego, ps. „Tek” i okoliczni mieszkańcy nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo pomagają czterdziestu ośmiu żołnierzom AK. W Wielki Wtorek 27 marca 1945 roku uciekli oni z obozu NKWD w Skro-bowie, koło Lubartowa. Rozbroili NKWD-owców i z sowiecką bronią zbiegli. Oto relacja jednego z nich mjra Tadeusza Czajkowskiego, z 2001 roku. Święta Wielkiej Nocy spędziliśmy już na wolności. Ale przez niemal tydzień uciekaliśmy przed pogonią, brnąc po szyję w lodowatej wodzie. W Wielką Sobotę dotarliśmy do wsi Blizo-cin, oblanej wezbranymi wodami rzeki Wieprz. Tam spędziliśmy święta. Wiele świąt wielkanocnych upłynęło od tamtego czasu, były wśród nich i piękne i udane, ałe tamte pozostaną do końca naszych dni najpiękniejsze. Tak ocenia swoich dobrodziejów. Do dziś budzi mój najwyższy szacunek postawa łudzi, których los zetknął z nami podczas ucieczki. Wiedzieli kim jesteśmy, wiedzieli, że posiadamy broń, zdawali sobie sprawę, że jeśli ogarnie nas obława, to tej broni użyjemy. Groziło im wielkie niebezpieczeństwo. Dla UB pomoc zbiegom i nawet samo nie doniesienie im o pojawieniu się „wrogów” było przestępstwem. Za to groziło wieloletnie więzienie, a nawet śmierć. Żołnierze zbiegli z obozu, zorganizowali oddział powiększając zgrupowanie „Orlika”. Drugiego dnia świąt w Wielkanocny Poniedziałek o zmroku udali się na partyzancki szlak, pod dowództwem por. „Wiernego”. Pierwszą wspólną akcją była likwidacja znienawidzonego komendanta MO w Łysoby-kach, dziś Jeziorzanach. Andrzej przeprowadził się z Blizocina do rodziców do Sobieszyna. W związku z tym został żołnierzem tamtejszej placówki. Dowódcą był Jan Sulej „Smok”. Żelazny nie brał udziału w akcjach, zajmował się pozyskiwaniem nowych żołnierzy, na wypadek poważniejszych walk. Nie doszły one do skutku. UJAWNIENIE I NOWE ŻYCIE Od 21 sierpnia 1945 roku obowiązywała amnestia. Władze za demobilizację oddziałów i oddanie broni obiecywały: gwarancje bezpieczeństwa, powrót do pracy i normalnego życia. Na decyzję z początku jest miesiąc, a po przedłużeniu około dwa miesiące. Oddział z Blizocina ujawnia się nie widząc możliwości dalszej walki. Grażyna Wosińska 125 Wczujmy się w sytuację Andrzeja, wtedy 26-letniego. Musiał oddać się w ręce wroga i zdać się na jego łaskę. Przyznać się tym samym do nie popełnionych win. Jego Virtuti Militari i Krzyża Walecznych Polska nie doceniała. Nadal władze nazywały go „zaplutym karłem reakcji”. Wiedział, że zdolny jest do wielu ustępstw, ale nie zrobi jednego - broni nie złoży. Pepeszę oddał magazynierowi swojej placówki AK po ostatniej akcji. Udał się do siedziby UB. Stwierdził, że nie posiadał broni. Funkcjonariusz wpisał go ewidencji i bezpieka nie mogła już o nim zapomnieć. Andrzej szukał z ojcem nowego miejsca do życia dla rodziny. Potrzebna stabilizacja. Terenia musi iść szkoły. Warszawa odpadła, bo dom na Freta spalony. Pojechali do Gdańska, bo Andrzejowi marzyło się budowanie okrętów. Chciał pracować w swoim zawodzie. W Gdańsku nie było dla nich mieszkania, więc za radą urzędników udali się do Elbląga. Tam też była stocznia. 28 sierpnia 1945 roku Andrzej otrzymał skierowanie do pracy w Stoczni nr 16 d. Schichau. Miał średnie wykształcenie techniczne, co było atutem, gdyż większość osadników miała tylko podstawowe. Został na początek kierownikiem garaży. Od października 45 roku był kierownikiem działu konstrukcji stalowych. W swoich wspomnieniach Mieczysław Filipowicz, pierwszy dyrektor wymieniał Andrzeja Żelaznego jako członka kadry kierowniczej. TRZECIA ŚMIERĆ W RODZINIE Ojciec zostawił syna w Elblągu i wrócił po rodzinę. 6 października 1945 roku przyjechali rodzice z Terenią i Kazimierą oraz ich kuzynką Józią Rzezak, późniejszą panią Marciniak. Zamieszkali przy ulicy Batorego. Kazia załatwia sobie mieszkanie przy Traugutta, bo chce tam urządzić pracownię krawiecką. Idę z komornikiem. Mieszkanie zniszczone. „Pani naprawdę jest żelazna, jeśli bierze to mieszkanie" komentuje komornik. Na dodatek Kazi serce się ściska, bo widzi Niemkę, która płacze, bo musi opuścić mieszkanie. Radością rodziny była najmłodsza Terenia. Miała 14 lat. Gdy zachorowała wszyscy byli przerażeni. Lekarz podejrzewał tyfus. Dziewczyna trafiła do szpitala. W drugi dzień Bożego Narodzenia 1945 roku było z nią źle. Rodzina lekarza nie zastała, tylko niemiecką pielęgniarkę. W swoim języku zawiadomiła o śmierci Tereni. Zabrała poduszkę, bo potrzebna żywym. To już trzecie dziecko straciła rodzina Żelaznych. Najpierw Jankę w 1943, rok później Tolka, a teraz Terenię. Kazimiera bardzo to przeżyła: „Bóg tak chciał. Zostałam sama”. POWOJENNE REALIA W 1946 roku Andrzej awansował i pełnił funkcję kierownika wydziału kadłubowni i spawalni. Ciężko pracuje przywracając stocznię do produkcji po zniszczeniach wojennych oraz dewastacjach i rabunkach sowieckich. Warunki nie są łatwe, brakuje wszystkiego: materiałów, maszyn oraz wykwalifikowanych robotników i kadry. 126 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari To nie jedyny problem. Żelazny słuchał ze wzbierającym oburzeniem jak partyjni wyrzekają na tzw. andersowców, czyli tych co wiadomo, że są przeciw władzy i dziwnym trafem są najlepiej wykształceni, a to przecież partyjny robotnik powinien rządzić. Przecież na łamach „Robotnika” czytali o trzymiesięcznych kursach na dyrektorów fabryk: „Na kursy winni być kierowani uświadomieni robotnicy”. Andrzej słuchał teorii o szpiegach z imperialistycznych krajów i jaki to Związek Radziecki jest wspaniały. Dobrze znal sowiecki raj z czerwonym terrorem. Żelazny żył tak, jakby w Polsce nie panowały sowieckie porządki. Razem z siostrą Ka-zią należał, już pod koniec 1945 roku do pierwszego chóru kościelnego w mieście. Kazia śpiewała altem, a brat basem. Próby odbywały się w mieszkaniu Jana Cukrowskiego, organisty. Był on sąsiadem Żelaznych. Rodzina z Andrzejem systematycznie uczestniczy w mszach św. Jakby tego było mało, mężczyzna sprzeciwia się decyzjom swoich przełożonych w zakładzie. Na ich polecenie, wprawdzie ze swoją brygadą sprzątał miasto z gruzów, ale wybierał nie jak mu każą ulice, ale kościół św. Mikołaja. To nie podobało się władzy. WALKA JESZCZE NIE SKOŃCZONA Andrzej Żelazny nie miał wątpliwości, że przeciwstawi temu, co działo się w kraju. Zdawał sobie sprawę z marnych szans na niezależną od Sowietów Polskę, ale bezczynność nie była w jego naturze. Walka z bronią w ręku odpadła, ale istniała jeszcze legalna opozycja w Polskim Stronnictwie Ludowym. Rozpoczął w nim działalność w kwietniu 1946 roku. Był skarbnikiem w powiatowym komitecie PSL. Werbuje nowych członków. Przed referendum prowadzi akcję propagandową, by nie głosować jak chcą komuniści 3 razy tak, ale dwa razy tak a raz nie. Było bardzo niebezpieczne. Władza nie chce uczciwego referendum zastrasza tych, którzy mają inne poglądy. Propaganda przekonywała, że kto namawiał do głosowania innego niż 3 razy tak był wrogiem narodu i faszystą. Chociaż w Elblągu UB, tak jak w innych regionach kraju, nie posługiwała się skrytobójczymi zabójstwami działaczy PSL, ale nie oznacza to, że pozostawało bezczynne. Tak pisze o tym dr hab. Mirosław Golon w Historii Elbląga: „Z pewnością PUBP w Elblągu był bardzo gorliwy w zastraszaniu PSL-u”. Ubecy zatrzymywali prezesa elbląskiego PSL Stefana Klimkiewicza. Nie dopuszczali do organizowania zebrań, a te do których doszło rozpędzali. Nie pomógł terror, większość społeczeństwa nie poparła komunistycznej władzy, więc ta sfałszowała wyniki referendum. W takiej atmosferze Andrzej Żelazny wykazał się odwagą, nomen omen żelaznymi nerwami. Wie, że może zostać aresztowany, ale nie zaprzestaje działalności na rzecz referendum. UB uznało, że najlepszym dniem na aresztowanie jest Boże Ciało. Wypadało 20 czerwca, na dziesięć dni przed referendum. Po uroczystościach ubecy zabierają Andrzeja. Świadkiem jest Cukrowski, organista. Przynosi wiadomość o aresztowaniu. Tak relacjonuje to Kazimiera Żelazna: „Pyta mnie czy ja wiem, co to kapo w Stutthofie . Ubecy tak standardowo uzasadniali swoje Grażyna Wosińska 127 poczynania. Nawet gdy sprawa się wyjaśniła, na oczernionym wrogu coś zostawało. Po referendum ubecy wypuścili Andrzeja. Podczas najbliższego zebrania PSL w Elblągu zrezygnował z funkcji skarbnika i członka zarządu, ale nie z przynależności do partii. ŚLUB Z UKOCHANĄ Andrzej pomimo kłopotów nie zapomina o Wandzie Gałązkównie, swojej wojennej miłości. Była żołnierzem NSZ, AK. Walczyła na Starówce podczas powstania. Po jego upadku wyszła w kolumnie jeńców. Trafiła do obozu na terenie Niemiec. Wyzwolili go alianci. Pojechała do Anglii. Wiedziała co czeka ją w Polsce, ale wróciła ze względu na Andrzeja. On z kolei ciągle jej szukał przez znajomych, wysyłał listy i czekał. Wreszcie ukochana przyjechała z siostrą. Tak witał Wandę w relacji Kazimiery: „Tak bardzo ciebie brakowało Wandek ”. Byli szczęśliwi, że wreszcie razem. Nieważne, że nie mieli nawet na obrączki. Chcieli czekać ze ślubem, aż będzie ich stać na małżeństwo. Rodzice byli temu przeciwni. Kazia zafundowała zakochanym obrączki za 500 złotych. Skromny ślub odbył się 4 lipca 1946 roku. Radość nie trwa długo. KONIEC LEGALNEJ OPOZYCJI Żelazny zdawał sobie sprawę, że był na czarnej liście UB i prędzej czy później znów trafi za kraty. Tak się rzeczywiście stało. Pracuje w stoczni tylko do 8 września 1946 roku. Bo wtedy UB przypomniało sobie o nim i jemu podobnych niepokornych. Aresztowało go po raz drugi, tym razem za przynależność do tajnej organizacji, chociaż ujawnił się, gdy władze ogłosiły amnestię. Przesiedział w areszcie pół roku. Poznał ubeckie metody prowadzenia śledztwa. 7 marca 1947 roku opuszcza więzienie, bo sprawę umorzono. Już następnego dnia wrócił do pracy. Dyrektor Jerzy Różanowski, chyba ze względów taktycznych, by nie drażnił swoim widokiem zakładowych ubeków i partyjnych bonzów, deleguje Andrzeja do pracy w stoczni w Gdańsku. 17 marca 1947 roku Stefan Rybiński, jej dyrektor mianuje nowego pracownika na asystenta działu konstrukcji stalowych. Znają się dobrze, bo razem pracowali, gdy jeszcze Rybiński był szefem Stoczni nr 16 w Elblągu. Andrzej wraca dokładnie po trzech miesiącach. Pracuje jako technik produkcji. Nie zostaje kierownikiem, jako osoba podejrzana, bo przecież aresztowało go UB. W marcu 1947 roku po wyjściu z aresztu Andrzej Żelazny zaprzestał jakiekolwiek działalności, bo koło PSL w Elblągu na walnym zebraniu 8 stycznia 1947 roku rozwiązują sami członkowie. Legalna działalność w opozycji nie była już możliwa. Podarł więc swoją „zieloną” legitymację. Podczas przesłuchania w 1949 roku, nie bez poczucia humoru, zapewniał ubeka, że szybko starał się o tę właściwą - „czerwoną”. W siedzibie PPR funkcjonariusz nie uwierzył w jego dobre intencje. I tak został bezpartyjny. RODZI SIĘ SYN JERZY Wanda i Kazimiera podczas półrocznego śledztwa Andrzeja w Urzędzie Bezpieczeństwa, umierały z niepokoju. Tym bardziej, że Wanda była w ciąży. Bardzo chciała, by 128 Andrzej Żelazny z Yirtuti Militari Andrzej był przy niej, gdy się zacznie poród. Radość kobiet była wielka, gdy mężczyzna wyszedł z więzienia. Po kilkunastu dniach Andrzej wezwał akuszerkę. Wanda 24 marca 1947 roku urodziła pierwsze dziecko. Przyszedł na świat syn. Rodzice dali mu na imię Jerzy. W maju 1948 roku za sprawą następnego już dyrektora Wiesława Jurewicza, Żelazny został kierownikiem działu fabrykacji fabryki dźwigów. W lipcu 1949 r. po reorganizacji był szefem produkcji wydzielonej. Bezpieka aresztowała Żelaznego 5 sierpnia 1949 roku pod sfabrykowanym zarzutem podpalenia hali nr 20. Żona niebawem miała znów rodzić. Tym razem mężczyzna miał mniej szczęścia. Drugiego syna szybko nie zobaczył, bo ten urodził się 9 września 1949 roku. Andrzej Żelazny wyszedł na wolność dopiero po wyroku, 4 lutego 1954 roku. Na tym kończę opowieść o Andrzeju Żelaznym. Dowiedziałam o nim podczas pracy nad książką „Pożar i szpiedzy”. Wydana została w 2013 roku w Warszawie. Jest to pierwsza książka o Sprawie Elbląskiej. W lipcu 1949 roku wybuchł pożar hali nr 20 w Zakładach Mechanicznych im. Świerczewskiego w Elblągu. Urząd Bezpieczeństwa aresztował ponad dwieście niewinnych osób, nie tylko z Elbląga, ale Kwidzyna i okolic. „Odpowiednie” zeznania ubecy wymuszali torturami. Dwie osoby nie wyszły żywe z więzienia. Ponad trzydzieści skazano na wieloletnie więzienie, a pięć na kary śmierci, na cale szczęście nie wykonane. Na wolności prześladowano prawie tysiąc osób. Wiesław Olszewski 129 Wiesław Olszewski WOJNA TRZYNASTOLETNIA NA ŻUŁAWACH1 Zwycięstwo na polach Grunwaldu w 1410 roku podcięło podstawy potęgi państwa zakonnego w Prusach, złamało jego polityczną wielkość i wywołało ogromny kryzys wewnętrzny torując tym samym drogę rozwoju antykrzyżackiej opozycji stanów pruskich. Na gruncie tym mógł powstać i rozwinąć się konsekwentny program ponownego zjednoczenia ziem pomorskich z Polską, program zyskujący silne poparcie zarówno w społeczeństwie polskim jak i wśród mieszkańców Prus Zakonnych. Będący rezultatem tych dążeń akt inkorporacji Prus wydany przez Kazimierza Jagiellończyka 6 marca 1454 roku okazał się początkiem wieloletnich ciężkich i krwawych zmagań wojennych. Zakończył te zmagania II pokój Toruński podpisany 19 października 1466 roku, okrągłe 550 lat temu. Trzynastoletnia wojna toczona przez Królestwo Polskie i Stany Pruskie z Zakonem Krzyżackim miała znaczący przebieg także na obszarze Żuław Wiślanych. Kilka czynników sprawiło, że kraina ta stała się terenem działań wojennych. Wynikało to i z przylegania do mających strategiczne znaczenie akwenów wodnych: Wisły, Bałtyku i Zelewu Wiślanego jak i sąsiedztwa bardzo ważnych ośrodków jak Gdańsk, Elbląg, Tczew i przede wszystkim Malbork, kilkakrotnie oblegany w trakcie tej wojny przez obie walczące strony. Główne, strategiczne znaczenie Żuław to baza zaopatrzenia w żywność i paszę dla koni, bogaty, zasobny spichlerz grabiony wielokrotnie przez wszystkie walczące strony ' Na podstawie: Marian Biskup Trzynastoletnia Wojna z Zakonem Krzyżackim 1454 1466, Wydawnictwo Napoleon, Oświęcim 2014. Król Kazimierz Jagiellończyk 130 Wojna trzynastoletnia na Żuławach przy okazji każdego konfliktu, także podczas oblężenia Malborka przez wojska Jagiełły i Witolda po wiktorii grunwaldzkiej. Działania oblężnicze prowadzili głównie Polacy i Rusini, natomiast Litwini i Tatarzy dostarczali żywność, przechodząc przez Nogat „bez żadnych przeszkód ”, i to nie tylko konno, ale nawet wozami, gdy „wozili z Żuław obrok ”. Przy tej sposobności łupili ludność miejscową i dobra miasta Gdańska tak, że Gdańsk, chociaż zależało mu na dobrych stosunkach z królem, „posłał ludzi z wielu łodziami i okrętami, którzy bronili Wisły przed Tatarami i poganami i wielu zabili, inaczej splądrowaliby oni Żuławy. Jagiełło ani wyżsi dowódcy armii polsko-litewskiej nie pochwalali łupiestwa i zniszczeń tatarskich. Król obsadził Grabiny i Szkarpawę oddziałami polskimi, które miały zabezpieczyć ludzi przed poganami ”. Oddział w Szkarpawie został zaatakowany przez Krzyżaków przybyłych na okrętach z Bałgi i wzięty do niewoli - pisze Stefan Kuczyński2 powołując się na kronikarza pruskiego Jana von Posilge. Powołując się na Długosza kontynuuje: spalenie mostu przez Nogat wieczorem 26 lipca w obawie, „aby po nim Polacy na zamek nie uderzyli”. Spalenie to, zdaniem Długosza, szkody wojskom Jagiełły nie przyniosło, przeciwnie, „wielce było pożądane, spyżownicy bowiem królewscy mogli codziennie przeprawiać się za Wisłę i na Żuławy bezpiecznie wybiegać po żywność” POWSTANIE STANÓW PRUSKICH PRZECIW ZAKONOWI Działania zbrojne Wojny Trzynastoletniej zapoczątkowane zostały powstaniem stanów pruskich pod przywództwem Związku Pruskiego. Pierwsze wystąpienia miały miejsce w Toruniu i Gdańsku już 6 lutego 1454 roku czyli w dniu doręczenia wielkiemu mistrzowi listu wypowiadającego posłuszeństwo. Na Pomorzu sygnał do ataku dało Główne Miasto Gdańsk obsadzając krzyżacki Wielki Młyn na Starym Mieście. Zażądano od komtura przekazania zamku, zakazano też wszelkiego dowozu do warowni. Bez walki w zasadzie przekazano najpierw przedzamcze a 11 lutego cały zamek radzie Gdańska. Bezpośrednio po tym oddziały miejskie opanowały zameczek krzyżacki w Grabinach, siedzibę wójta na Żuławach Gdańskich. Było to tym łatwiejsze, że większość załogi ucie-kła do Malborka. Zamek został spalony a następnie zupełnie zburzony. Również miasto Tczew, pozbawione zamku i załogi zakonnej (od 1357 roku siedzibą wójta tczewskiego był Sobowidz), przeszło od razu na stronę Związku i nawiązało kontakt z Gdańskiem. Wysłannicy rady gdańskiej obsadzili folwarki byłej komturii gdańskiej między innymi na Żuławach Steblewskich. Akcja ta spotkała się z protestami rycerstwa pomorskiego. Inaczej sytuacja przedstawiała się w Elblągu i okolicach. Tu związkowcy napotkali zdecydowany opór strony krzyżackiej dowodzonej przez komtura elbląskiego Henryka Reuss von Plauena, późniejszego Wielkiego Mistrza. Atak na zamek elbląski nastąpił wraz z wybuchem powstania, pierwszy szturm ruszył od strony Starego Miasta. Kilkudniowe ostrzeliwanie nie przyniosło początkowo oczekiwanego rezultatu, ale już 12 lutego podjęto rokowania i zamek poddano. Przejęła go rada Starego Miasta i pod koniec lutego przystąpiła do całkowitego zburzenia. Siły Elbląga ruszyły do okolicznych ośrodków 2 Stefan M. Kuczyński, Wielka Wojna z Zakonem Krzyżackim w latach 1409 -1411, Wydawnictwo MON, Warszawa 1980. Wiesław Olszewski 131 w tym na Żuławy Wielkie, które odgrywały kluczowa rolę w zaopatrzeniu w żywność i paszę całej północnej strefy Powiśla wraz z Malborkiem i Elblągiem. Chłopi żuławscy, obawiając się niszczycielskich wypadów krzyżackich z zamku malborskiego, zwrócili się do Elbląga, podobnie jak i Gdańska, o roztoczenie nad nimi opieki. Jako wyjątek w całych Prusach przedstawiciele rycerstwa i miasta Elbląga przyjęli chłopów żuławskich do konfederacji. Gdańsk miał przysłać zbrojnych do Nowego Stawu i folwarku w Laskach z zadaniem obrony chłopów. Nie nastąpiło to jednak do końca lutego, co skrzętnie wykorzystali Krzyżacy z Malborka. W otoczeniu Żuław, w nadwiślańskiej części Pomorza Gdańskiego i zachodniej części Prus właściwych z Elblągiem, najszybszy i najkonsekwentniejszy przebieg miało powstanie stanów pruskich. Podobnie było tylko w Ziemi Chełmińskiej. OBLĘŻENIE MALBORKA, LUTY - KWIECIEŃ 1454 Po błyskawicznym przebiegu działań powstania w Prusach prawie cały kraj znalazł się w rekach konfederatów. W posiadaniu Krzyżaków pozostały jedynie Malbork i Sztum. Malbork pozostając w rękach zakonu stanowił poważny problem, stanowiąc realne zagrożenie dla okolicy, zwłaszcza dla Żuław. Chłopi tutejsi, którzy oddali się pod opiekę konfederacji, stawali się ofiarami licznych wypadów zbrojnych z zamku, którego załoga licząc się z oblężeniem rekwirowała żywność i paszę, grożąc przy tym uszkodzeniem wałów i spaleniem zagród. Dlatego władze Związku w Elblągu apelowały do Gdańska o obsadzenie wojskami Wielkich Żuław, deklarując jednocześnie obsadzenie prawego brzegu Nogatu. Propozycję tę przedłożono także Tajnej Radzie Związku Pruskiego w Toruniu. To jak i ogólna sytuacja militarna w Prusach oraz zabiegi dyplomatyczne zakonu na zachodzie, zwiększyło zainteresowanie Tajnej Rady oblężeniem krzyżackiej stolicy. Tajna Rada skierowała apel do rady gdańskiej o niezwłoczne wysłanie wojsk pod Malbork. Na początku marca Rada wezwała całe rycerstwo ziemi chełmińskiej do stawienia się na 10 tego miesiąca w Kwidzynie, Prabutach i Dzierzgoniu, a rycerstwo dolnopruskie w Elblągu, aby w jednym dniu wyruszyć pod Malbork, apelując jednocześnie do Gdańska o zajęcie Wielkich Żuław. W odpowiedzi na to Gdańsk wysłał niezwłocznie w pobliże Lasek słabo raczej wyekwipowane siły mieszczan oraz zaciężnych i rycerstwo północnego Pomorza. Nie były to siły znaczne, w sumie ok. 600 ludzi, toteż dowodzący nimi gdańscy rajcy Einwald Wrige i Jan Fere słali monity o posiłki. Oddziały dokonały rekonesansu pod Malbork po czym wycofały się pospiesznie do Lasek wzywając radę Gdańska o dostanie ludzi i wyposażenia. Załoga malborska, wykorzystując słabość i bierność wojsk gdańskich, dokonała wypadu w około 300 koni paląc trzy folwarki: Lasowice, Koście-leczki i Kałdowo, pozbawiając przeciwnika zaopatrzenia. Jedynym efektem stacjonowania w pobliżu Lasek źle uzbrojonych i wyekwipowanych, niezdyscyplinowanych i słabo zaopatrywanych wojsk było ograniczenie dowozu żywności do malborka. Sytuacja ta niepokoiła radę Gdańska, która domagała się przyspieszenia marszu wojsk z Torunia na prawy brzeg Nogatu. Dopiero 14 marca wojska związkowe podeszły pod Malbork lokując się w ówczesnej wsi Wielbark. Trzy dni później podciągnęły oddziały z Elbląga, dalsze jednostki nadciągały jeszcze w ciągu marca i kwietnia. Dowództwo nad całością wojsk objął Ścibor Bażyński, młodszy brat Jana mianowanego przez Kazimierza Jagiellończyka gubernatorem Prus. Koordynacja działań wojsk 132 Wojna trzynastoletnia na Żuławach po dwu stronach Nogatu okazała się trudna, głównie na skutek słabości wojsk gdańskich. W stosunkowo nielicznych oddziałach panował chaos, niesubordynacja i zbiego-stwo. Załoga malborska regularnie dokonywała wypadów na Żuławy, staczając potyczki z Gdańszczanami. Dopiero pod koniec marca wojska, na stanowcze żądanie gubernatora Bażyńskiego, przesunęły się z Lasek do lasu warnowskiego w okolicach dzisiejszych Ko-ścieleczek. Umożliwiło to podjęcie ostrzału zamku i miasta z lewego brzegu rzeki, zajęcie folwarku Kałdowo i utrudnienie dalszego zaopatrywania twierdzy. Zdobycie świetnie ufortyfikowanego, uzbrojonego i zaopatrzonego w żywność Malborka okazało się na tym etapie wojny niemożliwym. Nie bez znaczenia też były talenty dowódcze komtura Plauena. Pierwszego kwietnia o świcie nastąpił silny atak z zamku i miasta na oddziały żuławskie czyniąc w nich spustoszenie. Wielu zginęło, wielu trafiło do niewoli. W obozie warnowskim wybuchła panika i bezładna ucieczka. Większości zbiegów, mimo wysiłków dowódców i gotowości mieszczan do obrony, nie udało się zatrzymać w Nowym Stawie. Gdańszczanie opuścili Żuławy przeprawiając się przez Wisłę koło Ostaszewa, porzucając po drodze broń. Wojska zakonne bez walki zajęły obóz w łe-sie warnowskim, wywiozły znaczne ilości żywności i broni, w tym dziesięć dział. Liczbę poległych i zabitych gdańszczan Krzyżacy szacowali na 700 osób. Żuławy Wielkie, a częściowo także Gdańskie i Elbląskie wróciły pod władzę zakonu. Żegluga na Wiśle i Nogacie trafiła ponownie pod kontrolę Malborka. KONTYNUACJA OBLĘŻENIA MALBORKA KWIECIEŃ - CZERWIEC 1454 Klęska pod Kałdowem wpłynęła deprymująco na wojska Ścibora Bażyńskiego w obozie wielbarckim. Oddziały Wielkiego Mistrza opanowały ruch na Nogacie oraz okolice Elbląga. Zamek wzmacniał swoją obronność, przybywało wojska, sprowadzano zaopatrzenie z Żuław i Szkarpawy. Gubernator Jan Bażyński zaraz po pierwszym kwietnia namawiał radę Gdańska do ponownego zajęcia Żuław. Wspierał go król Kazimierz. Gubernator wzmocnił chorągwie gdańskie ponad dwustu konnymi, a na dowódcę wyznaczył Oderskiego, stojącego na czele czeskich wojsk zaciężnych. Rada gdańska nie kwapiła się jednak do podjęcia ponownego wysiłku odbicia Żuław zajętych przez załogi krzyżackie, wspierane przez miejscowych chłopów. Zdecydowała się jedynie na wysłanie posiłków do obozu w Wielbarku. Wojska, pod dowództwem rajcy Wilhelma Jordana, docierały konno i wozami przez Tczew, wyposażenie w większości płynęło Wisłą. Przemarsz spotkał się z silnym, niespodziewanym oporem artylerii krzyżackiej w okolicach Lisewa, a potem Zantyru i Białej Góry, w związku z czym pod Malbork trzeba było dotrzeć okrężną drogą przez Kwidzyn. Jordan planował zbudować most przez Nogat umożliwiający atak na Żuławy. Brak dyscypliny, marazm, zła aprowizacja i brak żołdu dla zaciężnych oraz mało energiczne dowództwo Bażyńskiego powodowało, że wojska w obozie wielbarskim stały w zasadzie bezczynnie. Jedynie Jordan ze swymi oddziałami podejmował ograniczone działania zbrojne. On też głównie podejmował trud zaopatrzenia wojsk w żywość sprowadzaną Wiesław Olszewski 133 z Gdańska, co wymagało prowadzenia nieustanych walk z krzyżakami w okolicach Pogo-rzałej Wsi, Zantyru i Mątów. Powstał plan zajęcia Żuław od strony Tczewa, ale został on odrzucony przez dowódców wojsk związkowych. Zaistniała sytuacja ośmielała siły zakonne do licznych wypadów z twierdzy, niektórych o znacznej sile. Równolegle Zakon prowadził akcję na Żuławach Wielkich. W okolicach Palczewa i Mątów blokował swobodę żeglugi na Leniwce, mimo że łodzie gdańskie były uzbrojone. Tczew ostrzeliwany był przez artylerię krzyżacką z prawego brzegu Wisły oraz niepokojony akcją łodzi nieprzyjacielskich na rzece. W połowie czerwca siły krzyżackie dokonały nawet wypadu na lewy brzeg Wisły zabierając jeńców i łupy. Sytuacja pod Malborkiem stała się na tyle zła, że wymagała zaangażowania króla - Kazimierz Jagiellończyk z tysiącosobowym orszakiem i dwunastoma chorągwiami nadwornymi przybył 23 maja do Prus, a dokładnie Torunia. Głównym przedmiotem prowadzonych rozmów z przedstawicielami stanów pruskich była aktywizacja oblężenia Malborka, rozważano kwestię spalenia mostu zamkowego na Nogacie i budowę nowego, w miejscu dogodniejszym oblegającym. Podniesiono kwestię ponownego obsadzenia Żuław Wielkich przez Gdańszczan. Koncepcje rozważane były również po przybyciu Króla do Elbląga 9 czerwca, gdzie z posłami gdańskimi uzgodniono plan dalszej operacji pod Malborkiem, w tym wysłanie wojsk na Żuławy. Oddziały monarcha obiecał wzmocnić wojskami gdańskimi, odesłanymi spod Malborka i Sztumu. Nad aktywizacją gdańszczan na Żuławach czuwać miał specjalny wysłannik króla, doświadczony rycerz wielkopolski Scibor Chełmski z Ponieca. Zajęcie Wielkich Żuław nastąpić miało z końcem czerwca. KLĘSKA WOJSK GDAŃSKICH NA ŻUŁAWACH, WRZESIEŃ 1454 W myśl uzgodnień elbląskich z królem gubernator Jan Bażyński zachęcał radę gdańską do kontynuowania oblężenia stolicy krzyżackiej, korzystając przy tym z pomocy miejscowej ludności wiejskiej. Dla wzmocnienia wojsk miejskich skierował rotę zaciężnych w sile czterdziestu konnych. Pod koniec czerwca rada gdańska wyprawiła Wisłą, pod dowództwem rajcy Hermana Stargarda, oddziały, które przeprawiły się poniżej Tczewa i wkroczyły na teren Żuław, rozkładając się obozem koło Mątów, a potem przemieszczając się do Lasek. Kilka dni później rozbito obóz w lesie warnowskim, na starym miejscu. Opanowanie Żuław stało się łatwiejsze dzięki pozyskaniu miejscowych chłopów, którym dowódcy gdańscy i Scibor Bażyński, w imieniu króla, przyrzekli całkowite bezpieczeństwo. Oddziały chłopskie liczyły około trzech tysięcy ludzi, którzy od razu po przybyciu przystąpili do fortyfikowania obozu. Niezwłocznie też przepuszczono pierwszy szturm na wieże mostowe w Kałdowie. Szybko okazało się, że i tym razem siły są zbyt słabe. Załoga zamku mogła organizować wypady i znacząco nękać Gdańszczan. Ponowne opanowanie Żuław pogorszyło jednak znacznie sytuacje obrońców twierdzy. W połowie lipca, w porozumieniu ze Sciborem Bażyńskim, podjęto usilne starania spalenia mostu zamkowego. W pierwszej dekadzie sierpnia wojska związkowe zdobyły Sztum. Być może to okazało się bodźcem dla złogi malborskiej do większej agresywności, przede wszystkim w kierunku Żuław. Zorganizowano wypad w czterysta koni paląc Mątowy i Pogorzałą Wieś. 134 Wojna trzynastoletnia na Żuławach Niedostatek konnych w oddziałach gdańskich uniemożliwił ściganie wroga. Sytuacja ośmieliła załogę zamku do ataku na obóz warnowski, w dniu następnym, siłami dwóch tysięcy konnych. Umocnienia obozu okazały się skuteczne. Krzyżakom udało się tylko pochwycić kilka wozów z żywnością i ośmiu jeńców, a w drodze powrotnej bydło z Tra-lewa i Lasowic. Sytuacja ponownie stawała się niepokojąca, obawiano się kolejnych ataków, które zyskać miały poparcie chłopów żuławskich. Chłopom dowódcy gdańscy zagrozili całkowitym spaleniem ich mienia w przypadku poparcia wojsk zakonnych. Skuteczna obrona obozu leśnego zniechęciła Krzyżaków do dalszych ataków czynili jednak cały czas wypady głównie dla zdobycia paszy. Najczęściej towarzyszyły im potyczki z wojskami gdańskimi, które cały czas były słabe i, jak się okazywało, na skuteczne wsparcie liczyć nie mogły. Aby uniemożliwić, a przynajmniej utrudnić ataki z zamku powrócono do planowanego już wcześnie spalenia mostu na Nogacie. Rada gdańska dostarczyła do Zantyru a potem w dół rzeki łodzie wypełnione suchym drewnem oblanym substancjami palnymi i rozsypanym prochem. Zadanie okazało się jednak bardzo trudnym, wielokrotne próby spowodowały tylko nieznaczne uszkodzenia, które załoga szybko naprawiła. Niezwłocznie przeprowadziła też kolejny wypad na Żuławy. Mniej lub bardziej intensywne wycieczki zakonnych powtarzały się nadal. W początkach września podjęto kolejną akcję spalenia mostu, ta też okazała się nieskuteczną. Siły gdańska cały czas topniały, na porządku dziennym były dezercje, część zaciężnych przeszła na stronę wroga przekazując informację o sytuacji w obozie. Spowodowało to kolejny silny atak na stanowiska w lesie warnowskim powodując jego blokadę. Dzięki temu konnica krzyżacka bez przeszkód ruszyła na Nowy Staw zdobywając, grabiąc i paląc miasto. Spalono też kilka pobliskich wsi, uprowadzono jeńców i bydło. Gdańsk wysłał wsparcie w liczbie około dwustu ludzi z wozami. Zostali oni zaatakowani koło Tralewa. Uformowani w tabor przy rowie odparli kilka ataków, w końcu przeciwnik przełamał obronę. Kilkudziesięciu ludzi poległo, wielu wraz z dowódcą i taborami dostało się do niewoli, tylko nieliczni zbiegli. Nazajutrz, 13 września, załoga malborska z pomocą wezwanych chłopów żuławskich ponownie obiegła obóz gdański. Dokonano także wypadów do okolicznych wsi, skąd zabrano wozy z żywnością. Wieczorem siły krzyżackie odstąpiły ale dowództwo wojsk gdańskich, zapewne na wezwanie rady miasta, zarządziło o północy spieszny odwrót w kierunku promu koło Ostaszewa. W obozie pozostawiono wszystkie zapasy łącznie z bronią i działami. Rankiem dnia następnego Plauen zarządził pościg doganiając wojska gdańskie nad Wisłą. Doszło do starcia koło Ostaszewa. Mimo znacznych strat, wsparte przez posiłki z Gdańska i Tczewa, wojska miejskie odparły atak zakonnych. Możliwą stała się przeprawa przez Leniwkę i powrót do Gdańska. Wojska krzyżackie w drodze powrotnej splądrowały obóz w lesie warnowskim, zabierając całość pozostawionej tam żywności i broni. Następnie obóz został spalony razem z rannymi i zmarłymi a umocnienia zniszczone, aby utrudnić ewentualny powrót wojsk gdańskich. Żuławy znowu przeszły w ręce Krzyżaków. Wiesław Olszewski 135 WALKI O MIASTO MALBORK, WRZESIEŃ 1457 - SIERPIEŃ 1460 Przejęcie Malborka i Tczewa przez Kazimierza Jagiellończyka 6 czerwca 1457 roku nie kończyło działań wojennych, miało jednak znaczący wpływ na sytuację u ujścia Wisły, a więc i na Żuławach. Niepowodzeniem zakończyła się próba zdobycia Gniewa, nastąpiła znaczna aktywizacja sił zakonnych w Prusach Dolnych, a częściowo też Górnych. Z niewoli polskiej zwolniony został Bernard Szumborski, wybitny dowódca czeski w służbie zakonu, rozpoczynając ponownie działalność w Pomezanii i Ziemi Chełmińskiej. Odejście króla wraz z chorągwiami nadwornymi z Malborka 1 września oraz wycofanie spod Gniewa wojsk wielkopolskich zwiększyło ponownie zagrożenie ze strony krzyżackiej. Na zamku pozostała załoga pod dowództwem pierwszego starosty królewskiego Ol-drzycha Czerwonki, której część rozlokowała się w mieście. Pozwoliło to na zawarcie porozumienia Szumborskiego z burmistrzem Malborka Bartłomiejem Blumem o zdradzieckim otwarciu bram miasta, które nastąpiło 28 września o pierwszej w nocy. Do miasta wtargnęło wtedy około tysiąca dwustu zbrojnych zabijając lub biorąc do niewoli żołnierzy Czerwonki. Umocnili się w mieście i zaczęli zagrażać zamkowi. Rozpoczął się wzajemny ostrzał artyleryjski miasta i zamku. Pojawiło się realne zagrożenie ponownego zajęcia stolicy przez wojska zakonne. Zaczęto organizować pomoc dla załogi zamku. Zanim jednak ona nadeszło Szumborski wkroczył na Żuławy, zajmując Nowy Staw. Poparła go część chłopów zasilając jego oddziały. Dzień później Wisłę przekroczyły oddziały gdańskie pod wodzą starosty tczewskiego Prandota Lubieszowskiego. Z dostarczonych wozów uformował tabor, który mając od tyłu naturalną osłonę w postaci wału wiślanego, pozwolił stawić opór liczniejszym oddziałom wroga, wielu poległo, ranny został sam Szumborski. W walce a potem pościgu zginęło też wielu chłopów Żuławskich. Szumborski musiał opuścić Żuławy pozbawiając miasto nieskrępowanego dowozu żywności. Do Malborka, drogą wodną, dotarły znaczne posiłki z Gdańska i z Elbląga. Załoga krzyżacka cały czas jednak dokonywała wypadów za Nogat, przede wszystkim dla uzupełnienia szczupłych zapasów żywności. Wieść o utracie Malborka zastała króla w Wielkopolsce, tam też rozpoczął organizowanie pomocy dla zamku. Zorganizowane oddziały, po dokonaniu przez króla ich przeglądu, ruszyły z Bydgoszczy przez Swiecie i Tczew by około 20 listopada dotrzeć na zamek malborski wraz z zapasami żywności - część przeprawiając się promem koło Tczewa, część płynąc Leniwką i Nogatem. Pomoc otrzymały również załoga miasta, dostarczył ją Szymborski w styczniu 1458 rok, jego oddziały dokonały znowu kilku wypadów na Żuławy przechodząc po zamarzniętym Nogacie. Obrabowano i spalono kilka wsi. Kolejne miesiące 1458 roku to dalsze oblężenie miasta Malborka, systematyczne utarczki i wzajemne ostrzeliwanie się z zamkiem, ponawiane próby wzmocnienia i zaopatrzenia walczących stron. Zwołany na pierwszego maja sejm walny z udziałem króla podjął uchwałę o zwołaniu pospolitego ruszenia całej Korony i ruszeniu do Prus, przede wszystkim pod Malbork. Zapadła tam też decyzja o zmianie starosty malborskiego - Ol-drzycha Czerwonkę zastąpił Ścibor z Ponieca. Armia, przy której przebywał król, chociaż osobiście nią nie dowodził, zbliżała się do Malborka. Już z drogi wezwano Radę Gdańska aby chłopi żuławscy sporządzili kosze do 136 Wojna trzynastoletnia na Żuławach ochrony w czasie szturmu, a cieśle gdańscy - drabiny i osłony drewniane, miały być też przysłane żelazne drągi do burzenia murów. Wojska królewskie dotarły pod Malbork 10 i 11 sierpnia, wzmocnione zostały posiłkami z Gdańska i Elbląga, które przysłały też działa, broń i sprzęt oblężniczy. Rozpoczął się intensywniejszy ostrzał miasta ale też rokowania z Krzyżakami, efektem których był rozejm uzgodniony w październiku w Prabutach. Dochodziło jednak do starć na Żuławach, zwłaszcza Stablewskich, oraz zatrzymywania statków i tratw na Wiśle. Trwały niemrawe, często przerywane rokowania pokojowe, w których powodzenie nie wierzono. 13 lipca 1459 roku, po upłynięciu rozejmu, obie strony wznowiły działania wojenne. Gdańsk, obawiając się ataku, wysłał swoje oddziały do zburzenia ruin zamków w So-bowidzu i Grabinach oczyszczając sobie przedpole. Rada zarządziła też zbudowanie ba-stei w Pruszczu. Problemem cały czas pozostawał Malbork, na zamku brakowało ludzi i żywności. Krzyżacka załoga miasta, zaopatrywana Nogatem przez załogę Gniewa, prowadziła codzienne potyczki z zamkiem. Teraz Krzyżacy podjęli próbę spalenia mostu aby tym samym odciąć załogę polską od dostaw z Żuław. Próbowali też przeciągnąć na swoją stronę żuławskich chłopów. Przebywający na zamku rajcy gdańscy apelowali do rady o wysłanie na Wisłę i Nogat uzbrojonych łodzi aby zapobiec tym działaniom. Udało się pozyskać przysięgłych i sołtysów żuławskich, którzy przysięgli dalszą wierność, prosząc jednak o zwiększenie ich bezpieczeństwa przez przysłanie łodzi na Nogat. Miesiące zimowe przełomu lat 1459-1460 to przerwa w działaniach wojennych wynikająca z zawartego zawieszenia broni. Po jego wygaśnięciu w marcu oblężenie malborka ponownie przybrało na sile. Dowodzący nim starosta Lubieszowski starał się przede wszytskim nie dopuścić do zaopatrzenia miasta w żywność, blokada zdawała się przynosić rezultaty. Rada gdańska dosłała kolejne oddziały zbrojne dla uszczelnienia odcięcia miasta. Dowódcy kontyngentu gdańskiego uzgodnili z przysięgłymi Wielkich Żuław, iż chłopi tamtejsi dostarczą dwieście wozów z ludźmi, siekierami i łopatami dla budowy umocnień ziemnych, zamierzano także ściągnąć do pomocy chłopów z Żuław Steblew-skich, a z Gdańska cieśli i kopaczy. Celem było otoczenie miasta systemem umocnień drewniano - ziemnych. Plan ten był realizowany w szybkim tempie dzięki zaangażowaniu chłopów z Żuław Wielkich i Steblewskich. Zaplanowano również zapalowanie koryta Nogatu, od tego jednak ostatecznie odstąpiono. Zbudowano jednak na brzegu rzeki blokhauz, który kontrolował żeglugę i uniemożliwiał połów ryb. Podobna funkcję spełniały patrolujące łodzie gdańskie. Oblegających wzmocniły także niewielkie posiłki elblążan i torunian. To przede wszystkim skuteczna blokada sprawiła, że 6 sierpnia 1460 roku - po trzydziestu czterech miesiącach oblężenia - mieszczenie wpuścili oddziały polsko - gdańskie do Malborka. Król wyrażając uznanie Gdańskowi, docenił również wkład chłopów żuławskich w odzyskanie opornego miasta. BITWA NA ZALEWIE WIŚLANYM, 15 WRZEŚNIA 1463 Zaciężne wojska królewskie z Pruszcza i Malborka oraz oddziały z Gdańska i Tczewa 27 lipca rozpoczęły oblężenie zamku i miasta Gniewa. Od północy i zachodu otoczono Wiesław Olszewski 137 twierdzę bastejami i umocnieniami ziemnymi wykonanymi przez chłopów żuławskich. Gdańsk przysłał uzbrojone łodzie i galary, które blokowały dostęp od strony Wisły i Wierzycy. Również Toruń wysłał zaciężnych na uzbrojonych łodziach. Nastąpiła pełna blokada Gniewa. Strategiczne znaczenie tego ośrodka zmobilizowało władze zakonne do zorganizowania odsieczy. Wojska płynące z Królewca pod wodzą Wielkiego Mistrza Ludwika von Erlichshasena miały na Żuławach Wielkich połączyć się z oddziałami lądowymi Komtura Elbląskiego von Plauena i Bernarda Szumborskiego i całością sił zaatakować oblegających Gniew. Żuławy miały być źródłem zaopatrzenia, zwłaszcza w porze pożniwnej. Zajęcie ich zaplanowano już wiosną. W początkach sierpnia wypłynęło z Królewca ponad czterdzieści łodzi z zapasami żywności zabierając około półtora tysiąca zbrojnych. Zalewem zmierzały do Wisły Elbląskiej i Leniwki by około 9-10 września spotkać się z wojskami lądowymi na Żuławach. W planowanym terminie flota dotarła do Gdańskiej Głowy by płynąć dalej w górę Wisły. Realizację planu uniemożliwili Gdańszczanie ustawiając na środku Wisły, w okolicach Żuła-wek, galar wiślany z basteją oraz częściowo zapalowując rzekę. Za przeszkodami stanęły uzbrojone łodzie gdańskie z wybitnymi dowódcami na czele. Zaalarmowano Elbląg i gubernatora Ścibora Bażyńskiego3, którzy podjęli przygotowania dla dostarczenia pomocy. Statki krzyżackie nie ośmieliły się podjąć walki z silnym przeciwnikiem i pozostały na Wiśle Elbląskiej. Wysadzany nocami desant spalił Jankowo Żuławskie4, a następnie Przemysław i Jantar. Wielki Mistrz chciał w ten sposób Plauenowi wskazać miejsce swego pobytu. Okazało się to nie skuteczne gdyż oddziały lądowe dopiero następnego dnia, to jest 13 września, wkroczyły na Żuławy Gdańskie w okolicach Koźlin., gdzie znajdowała się gdańska basteja, obsadzona przez chłopów żuławskich. Wójt żuławski zamierzał stawić opór, ale chłopi odmówili walki z Zakonem. Basteja została zniszczona. Jeszcze tego samego dnia wysłano podjazd do Kiezmarka i Gdańskiej Głowy. Przeprawił się on także na Mierzeję Wiślaną, zdobywając kilka wozów z żywnością przeznaczoną dla gdańskich łodzi. Floty krzyżackiej już nie zastano, ponieważ tego dnia ale wcześniej wycofała się ona na Zalew, w okolice Tujska. Następnego dnia ruszyły za nią łodzie gdańskie, do których na Zalewie dołączyły elbląskie, razem dwadzieścia pięć jednostek. Flota krzyżacka wycofała się dalej, ścigana przez siły gdańsko - elbląskie. Doszło do spotkania na otwartych wodach na wysokości Suchacza. Pod wieczór przybyły kolejne łodzie z Elbląga obsadzone zaciężnymi królewskimi ściągniętymi z Pasłęka i Ornety. Nie dotarła pomoc wysłana z Królewca Wielkiemu Mistrzowi, jednostki te przechwycili Gdańszczanie. O świcie 15 września statki gdańskie i elbląskie otoczyły flotę krzyżacką i przystąpiły do ataku. Walka toczyła się w abordażu, strzelano z kusz i rusznic. Flota zakonna poniosła kompletną klęskę, załogi utonęły bądź dostały się do niewoli. Zdobyto znaczne zapasy broni. Część zaciężnych krzyżackich z komturem Bałgi uciekła łodziami w okolice Tolkmicka i uszła lądem. Również Wielki Mistrz Ludwik von Erlichshausen uniknął niewoli. Łącznie siły Gdańska i Elbląga wzięły ponad pół tysiąca jeńców w tym komtura Kłajpedy. Klęska w bitwie morskiej zdecydowała o fiasku całej operacji gniewskiej Zakonu Krzyżackiego co w połączeniu z niepowodzeniem sił lądowych Plauena było kresem większych operacji na lewym brzegu Wisły a więc i na Żuławach. 138 Wojna trzynastoletnia na Żuławach ROKOWANIA POKOJOWE NA MIERZEI WIŚLANEJ, 1465 Trudne położenie Zakonu wioną 1456 roku zmusiło do podjęcia rokowań pokojowych, nie pierwszych już w tej wojnie. Oficjalnie inicjatorem rozmów byli poddani krzyżaccy z Królewca i Sambii, działający jednak za wiedzą i aprobatą władz Zakonu. Uzgodnili z gubernatorem Sciborem Bażyńskim, że spotkanie odbędzie się 28 kwietnia w Kobbelgrube, części dzisiejszej Stegny. Rozmowy toczyły się przez kolejne trzy dni tylko z udziałem delegatów stanów obu części Prus. Potwierdziły one powszechną i żywą potrzebę pokoju. Królewską część Prus reprezentowali: gubernator Bażyński, wojewoda elbląski Otto Machwic oraz rajcy Gdańska i Elbląga. Po poczynieniu wstępnych uzgodnień, nie mając pełnomocnictw do rokowań, strony postanowiły odwołać się do króla i mistrza i kontynuować obrady 13 lipca. Przedstawiciele stanów pruskich udali się na początku czerwca do Krakowa i uzyskali od Kazimierza Jagiellończyka upoważnienie do dalszych rozmów. Również Wielki Mistrz wyraził zgodę na rokowania, które rozpoczęły się ponownie 3 sierpnia. I tym razem nie osiągnięto znaczącego porozumienia, rozbieżności cały czas były ogromne. Uzgodniono jedynie zwołanie trzeciego zjazdu, w którym oprócz przedstawicieli stanów pruskich miała wziąć udział delegacja Zakonu oraz pełnomocnicy króla. Z powodu panującej w Prusach zarazy delegację polską mocno ograniczono, stanowili ją dyplomata i prawnik Jakub z Szadka i Jan Długosz. Liczna była delegacja krzyżacka, w jej składzie także przedstawiciele gałęzi inflanckiej zakonu. Trzecia tura rozmów trwała od 30 sierpnia do 3 września 1465 roku. Obok delegatów króla i stanów pruskich z braćmi Ściborem i Gabrielem Bażyńskimi na czele przybył także biskup warmiński Paul Legendorf, który za zgodą króla miał być pośrednikiem między stronami. W delegacji zakonu czołową rolę odgrywał pisarz wielkiego mistrza Stefan z Nidzicy. Delegacja polsko - pruska zatrzymała się w Kobelgrubbe, krzyżacka w sztutowskim Czerwonym Dworze. Obrady toczyły się najprawdopodobniej w Kobelgrubbe, ale możliwe że w specjalnym namiocie między tymi miejscowościami. W pobliżu miejsca obrad, w osobnym namiocie zamieszkał biskup LegendorffS. Punktem wyjścia toczonych rozmów były żądania wyrażone przez obie strony podczas obrad w Toruniu w 1464 roku. Oczekiwania były bardzo rozbieżne i do porozumienia daleko. Nie osiągając znaczącego sukcesu zjazd się zakończył, gdyż postulaty polskie delegaci krzyżaccy zamierali przedstawić wielkiemu mistrzowi. Rokowania miały być wznowione po dwu tygodniach lub miesiącu, na prośbę Krzyżaków został przedłużony o kolejny miesiąc. Do kolejnego spotkania jednak nie doszło, na próżno delegaci króla czekali w Malborku aż do 19 października. Dalsze rokowania prowadzone były w Nieszawie i Toruniu. LIKWIDACJA ZANTYRU, 1466 W końcu maja 1466 roku podjął Zakon kolejną próbę odzyskania pozycji nad dolną Wisłą. Zaciężni Plauena opanowali kościół w Zantyrze położony na prawym brzegu No-gatu, niedaleko jego wylotu z Wisły. Mimo prób przeciwdziałania załogi malborskiej, która zbudowała basteję na Żuławach Wielkich po przeciwnej stronie rzeki, kościół został przez Krzyżaków umocniony i otoczony bastejami oraz palisadą, stanowiąc zagrożenie Wiesław Olszewski 139 dla swobody żeglugi wiślanej. W lipcu Zantyr wzmocniły piesze oddziały, które opuściły oblegany Starogard. W ten sposób stał się on głównym obok Chojnic bastionem krzyżackim na Pomorzu. Pierwsze próby zdobycia Zantyru załoga malborska podjęła już na początku sierpnia, bezskutecznie szturmowała palisady zbudowane aż do Wisły oraz walczyła z łodziami na Nogacie. Niepowodzenie to zmusiło do bardziej zdecydowanych działań. Decyzją króla zmobilizowano załogi z Malborka, Tczewa, Gniewa i Nowego, do których dołączyli gdańszczanie i elblążanie, obawiający się o bezpieczeństwo żeglugi. Połączone siły za-ciężnych królewskich wraz z chłopami żuławskimi obiegły kościół od lądu, łodzie gdańsko - elbląskie zablokowały go od strony Nogatu. Siły polskie rozpoczęły budowę bastei, zapoczątkowując regularne oblężenie. Krzyżacy stawiali zaciekły opór, udało się wzmocnić siły obrońców ludźmi przysłanymi w połowie września przez Plauena. Odsiecz ta miała jednak zamiar pomóc załodze wydostać się z okrążenia, podpalając umocnienia załoga wraz z załogą przedarła się przez linie oblegających i uszła do Kwidzyna. Wojska polskie zburzyły ufortyfikowany kościół zantyrski definitywnie uwalniając linie dolnej Wisły od zagrożenia krzyżackiego. TRAKTAT TORUŃSKI, 19 PAŹDZIERNIKA 1466 W myśl traktatu pokojowego zawartego 19 października 1466 roku w Toruniu, między królem polskim, a pruską gałęzią zakonu krzyżackiego, ziemie: Chełmińska, Michałowska i Pomorze Gdańskie wraz z Żuławami i Mierzeją Wiślaną stawały się częścią Polski. Jedynym ustępstwem terytorialnym na tym obszarze było pozostawienie stronie krzyżackiej części Mierzei Wiślanej wraz z Cieśniną Bałgijską, choć z zastrzeżeniem prawa polowania dla króla na całej Mierzei i swobody żeglugi przez Cieśninę. Zakon zrezygnował także z północno - zachodniej części Prus wraz z Malborkiem z okolicznymi Żuławami, ówczesną Szkarpawą i Jeziorem Drużno, Elblągiem i okolicą oraz okręgami Tolkmicka, Pasłęka i Dzierzgonia, bez miasta Pasłęka. Ziemie te na ponad trzysta lat weszły w skład Królestwa Polskiego. Sylwetki Stanisława Wojciechowska-Soja LEGENDA MALBORKA Z WIEŻY KLESZEJ (O MACIEJU KILARSKIM) Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi/Iść...(•■■) Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna... (j. Słowacki) Już siódmy wiek nad Nogatem w Malborku niepodzielnie króluje pokrzyżacki zamek. Ta budowla swoim majestatem przyciąga mieszkańców i rzesze turystów. Wyzwala podziw dla jej architektów i budowniczych. Mało kto wie, że druga wojna światowa i pożar w 1959 roku mogły znieść ten monument z powierzchni ziemi, albo w najlepszym przypadku - pogrążyć go w moralnej ruinie. Tak się nie stało. Znalazł się człowiek, który z gruzów i popiołów wskrzesił diament. Był nim Maciej Kilarski. Jego imienia został nazwany bulwar przylegający do zamku. Wiele osób, o dziwo - mieszkańców, nic lub niewiele wie o panu z Wieży Kleszej, gdzie znajdował się Dział Historii Zamku. Turyści są w lepszej sytuacji, ponieważ przewodnicy nie szczędzą słów temu restauratorowi i konserwatorowi zacnej budowli. Pora zdjąć Macieja Kilarskiego z murów zamku i odczarować jego nikłą obecność w powszechnej świadomości malborczyków. Maciej Kilarski, fot. archiwum rodzinne CO MIESZKAŃCY MIASTA POWINNI... Był taki architekt, który widział zamek jeszcze przed wojną, dzięki swojemu ojcu, kiedy tenże odsłaniał mu „Cuda Polski”. Mowa tu o Macieju Kilarskim. Wtedy nie wiedział jeszcze, że w tych murach spędzi ponad 30 lat. Pierwszy jego zawodowy kontakt nastąpił w 1957 r., gdy na zlecenie wojewódzkiego konserwatora objął nadzór nad odgruzowaniem kościoła zamkowego w Malborku i kaplicy św. Anny. W ramach tych obowiązków podjął pierwsze po wojnie próby syntetycznego gromadzenia i opracowywania detalu architektonicznego, zachowanego na zamku malborskim. Kiedy w 1961 roku powołano Muzeum Zamkowe w Malborku, stał się jednym z jego etatowych pracowników. Pełnił funkcję kustosza Pracowni Historii Zamku oraz kuratora do spraw konserwacji architektury. Przez długie lata pracy na zamku opiekował się sukcesywnie zgromadzonymi Stanisława Wojciechowska-Soja 141 detalami architektonicznymi, zachowanymi na zamku. Przeprowadzał badania historyczne i architektoniczne, służące do podstaw prac konserwatorskich i rekonstrukcyjnych przez dziesięciolecia. Nadzorował te prace. Sporządził ponad 30 opracowań konserwatorskich. Podsumowaniem jego działalności na tym polu jest wydana pośmiertnie praca „Odbudowa i konserwacja zespołu zamkowego w Malborku w latach 1945-2000”, określana przez potomnych jako opus magnum. Brał udział w organizowaniu ekspozycji muzealnej na zamku. Był członkiem Stowarzyszenia Historyków Sztuki i Towarzystwa Archeologicznego. Odznaczony został złotą odznaką „Za opiekę nad zabytkami” (1970), odznaką honorową „Zasłużony działacz kultury” (1977). Był także laureatem „Nagrody Konserwatorskiej im. prof. Jerzego Stankiewicza (2000). Pamięci Macieja Kilarskiego dedykowane są organizowane od 2004 roku co dwa lata „Spotkania Malborskie im. Macieja Kilarskiego”, poświęcone głównie problematyce konserwatorskiej. Takie informacje można wyczytać w „Polskim słowniku biograficznym konserwatorów zabytków”. Ponadto warto dodać, że był orędownikiem powrotu figury Matki Boskiej na dawne miejsce - w niszy kościoła na Zamku Wysokim. Stało to się 16 kwietnia 2016 r., dzięki staraniom Fundacji Mater Dei. MALBORSKI LEONARDO DA VINCI Mariusz Mierzwiński, przyjaciel Kilarskiego, obecny dyrektor Muzeum Zamkowego w Malborku, w 2005 r. wydał książkę pt. „Maciej Kilarski. Pochwała architektury”, w której złożył hołd swojemu mistrzowi i nauczycielowi. We wstępie napisał: Maciej Kilarski był nie tylko wybitnym konserwatorem zabytków, historykiem sztuki, muzealnikiem i członkiem kilku towarzystw naukowych, ale również utalentowanym artystą- rysownikiem, grafikiem i fotografem (...) pasji rysowania, malowania oraz rytowania oddawał się niemal wyłącznie w pierwszych trzydziestu latach swego pracowitego życia. Ponad 80 procent jego spuścizny artystycznej pochodzi z lat 1936-1950. Te pasje artystyczne Kilarski wyniósł z rodzinnego domu. Matka z Ludwigów była utalentowaną malarką, a ojciec, pochodzący z okolic Lwowa, matematyk, fizyk, pedagog, krajoznawca, redaktor Gazety Lwowskiej, profesor Politechniki Gdańskiej, historyk Gdańska. Nie bez znaczenia jest fakt rodzinnej odysei Kilarskich. Jego rodzice przybyli ze Lwowa do Poznania, gdzie 24 stycznia 1922 roku przyszedł na świat przyszły muzealnik. Lata gimnazjalne i licealne spędził najpierw w Poznaniu, a później w Rydzynie koło Leszna. W tym okresie, dzięki rydzyńskiej szkole i pasjom krajoznawczym ojca, ten młody człowiek odbył wiele wycieczek w okolicach Poznania i dalszych zakątkach Polski, a także był za granicą - podróż do Włoch przez Niemcy. Był także we Francji i w Szwajcarii. W latach 1939-43 Kilarscy znaleźli się we Lwowie. Następne 5 lat Maciej spędził w Krakowie, gdzie podjął studia na Politechnice Krakowskiej, które ukończył na Politechnice Gdańskiej u prof. Mariana Osińskiego. W Krakowie równolegle uczęszczał na zajęcia z historii sztuki na słynnej „Jagiellonce”. Tam spotkał się z późniejszym prof. Wiktorem Zinem, prowadzącym program TVP „Szkice piórkiem i węglem”. W 1948 roku państwo Kilarscy przenieśli się do Gdańska i tam do nich dojechał Maciej. Mieszkał w Oliwie do końca swoich dni. Przywołane wcześniej zdolności artystyczne objawiał w rysowaniu koni. Natomiast wiele szkiców architektonicznych wykonał w Rydzynie, zafascynowany dawnym zamkiem Sułkowskich i tematyką sakralną. Zapamiętał słowa Leona Wyczółkowskiego, 142 Legenda Malborka z Wieży Kleszej które ten malarz i grafik wypowiedział do niego: Rysuj, co chcesz i czym chcesz, ale rysuj, powtarzane przez badaczy Kilarskiego ze szczególnym upodobaniem. W okresie lwowskim studiował pod okiem m.in. prof. prof. Władysława Lama, Marina Osińskiego. Od nich nauczył się wrażliwości na piękno architektury. Zachowało się z tego okresu 150 prac plastycznych Kilarskiego. Także we Lwowie zaczął eksperymenty z grafiką, zwłaszcza z litografią. W Krakowie kontynuował rysunki zabytków miasta. Bardziej go interesowały w tym okresie średniowieczne budowle miasta. Doszły jeszcze szkice portretowe. Najpierw malował portrety ojca, potem doszedł portret aktora Ludwika Solskiego. Zdarzały się też portrety jego dzieci czy spotykanych nieznanych podróżnych w pociągach na trasie z Oliwy do Malborka. Ostatnią artystyczną pasją Kilarskiego była fotografia. Jego Mistrzem i nauczycielem w tej dziedzinie był profesor Kazimierz Lelewicz. Te wyimki z pracy malarskiej Kilarskiego, wraz z jego działalnością architektoniczną i muzealną w Malborku wskazują na to, że był człowiekiem niezwykle utalentowanym, olbrzymem na miarę ludzi renesansu. Mariusz Mierzwiński zapytany o to, czy widzi następcę Kilarskiego, odparł: Nie, ja byłem jego uczniem... ODDECH WIATRU OD MORZA Dom, w którym mieszkał Kilarski do końca swoich dni, jest miejscem pełnym wspomnień. Z każdego kąta wynurzają się ufne znaki i sygnały, że żył tu ktoś wrażliwy na sztukę oraz celebrujący gniazdo rodzinne. Pani domu, Elżbieta Kilarska, objaśnia świat, który, zdawałoby się, zastygł w czasie. Tymczasem żyją tu Dobre Duchy rodziców z obojga stron i wielu przyjaciół i wysyłają przyjazne emocje. Jest też mały pokoik historyczny, onegdaj zamieszkały przez Jadwigę Habelę, architektkę, a później przez zaprzyjaźnioną łwowiankę, Janinę Rie-dlową. Pani Elżbieta zachowuje dużą powściągliwość w mówieniu o swoim mężu: Nie leży w moim charakterze o nim mówić. Tak zostałam wychowana. Jeżeli koś ma w sobie dobro, to ono samo przemówi. Mogę wskazać ludzi, którzy znali Macieja, udostępnić materiały o nim napisane. Chętnie natomiast o Macieju Kilarskim opowiadała Maria Osińska, wdowa po doktorze Antonim, synu prof. Mariana Osińskiego, promotora pracy Macieja z architektury na Politechnice Gdańskiej, przyjaciela rodziny jeszcze ze Lwowa: Maciej był wysokim przystojnym mężczyzną o szlachetnych rysach. Ten niebieskooki blondyn miał w sobie dużo czaru i wdzięku. Kochałam go, ale jak brata. To porządny mąż i oddany ojciec, obyczajny człowiek. Był poukładany i grzeczny wobec innych. Sąsiedzi go znali i chętnie z nimi rozmawiał, okazując im życzliwość i swoją wrodzoną skromność. Nasza przyjaźń była zażyła. Spotykaliśmy się na wielu uroczystościach rodzinnych, na sylwestra, podczas świąt. Moja córka, Magdalena, przyjaźni się do dziś z dziećmi Kilarskich. Marcin jest dobrze wykształconym anglistą i mieszka w Poznaniu. To on pilnuje, by Elżbieta miała dobrą starość. Odejmuje jej szereg uciążliwości związanych z prowadzeniem spraw administracyjnych. Często spotykam się z Grażynką, córką Macieja z pierwszego małżeństwa. Pracuje na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Podtrzymuje też tradycje i pasje swojej matki, Ewy Totwen, współtwórczyni „Wileńskiego Teatru Łątek ’. Organizuje wystawy i spotkania z marionetkami. Grażynka i jej rodzina żyją w przyjaźni z Elżbietą i Marcinem. Warto podkreślić, że Maciej był wszechstronnie uzdolnionym mężczyzną, posiadał bardzo rozległą wiedzę. Ja tylko trzech takich mężczyzn spotkałam wżyciu. Wiatach osiemdziesiątych często staliśmy w kolejce po mięso na kartki. Czas oczekiwania wypełnialiśmy dyskursami na Stanisława Wojciechowska-Soja 143 różne tematy. Dziś po naszych rodzinach krąży dykteryjka, jak to Maciej z Marią rozprawiali o paleontologii, mamutach i wymarłych gadach, co zaciekawiło, kolejkowiczów" na tyle, że po zakupieniu towaru jeszcze pozostali w sklepie i słuchali nas. Tak było... Maciej i Elżbieta, co warto podkreślić, jako osoby bardzo religijne, od zawsze byli zaprzyjaźnieni z Ojcami Cystersami i Zmartwychwstańcami. Ojcowie Bogumił Nycz i Kuba Marchewicz z Osady Burego Misia w Nowym Klinczu razem poprowadzili jego pogrzebowy obrządek. Msza żałobna w intencji Macieja została odprawiona także w kościele zamkowym, jeszcze nieodre-staurowanym. Bardzo mi brakuje Macieja... - kończy swą opowieść Pani Maria. Dzieci Macieja Kilarskiego ciepło go wspominają. Córka Grażyna: Atmosfera domu rodzinne- go i Środowisko, W jakim dane mi było przeżyć Maciej Kilarski w swojej plastycznej pracowni, , fot. archiwum rodzinne dzieciństwo i lata młodości, miały nieoceniony wpływ na kształt mojego życia. W mieszkaniu odbywały się próby teatrałne, od zawsze była pracownia. Moja mama, Ewa Totwen, wprowadzała mnie stopniowo w świat magii teatru i arkana sztuki marionetkarskiej. Tato, jak pamiętam, zawsze był zajęty. Kreślił, rysował, albo pisał. Ałe dla mnie miał czas. Chodziliśmy często na spacery, np. z Wrzeszcza do Oliwy, a tam z wizytą do babci Wandy. Jej ogródek pełen był kwiatów, mieszkanie z innej epoki: portrety, rysunki architektury. Wszędzie rośliny i kwiaty, także te na obrazach malowanych przez babcię. Tato nauczył mnie spoglądania w gwiaździste niebo. Zapamiętałam jego słowa: „Zobacz, jaka piękna koniunkcja Księżyca z Jowiszem". Pochylał się nad kamieniem i źdźbłem trawy. Nie odpowiadał wprost na pytania, lecz pytaniami wymuszał samodzielne myślenie. To było czasami irytujące, bo myślenie „boli". Lubiliśmy też żartować. Ojciec wprowadzał mnie w tajemnice murów Gdańska i zamku malborskiego. Jeździliśmy razem oglądać nowe wystawy. To była fantastyczna przygoda - wchodzenie do piwnic i na strychy, do pełnych zagadek zakamarków. Pamiętam badaną przez ojca odkrywkę - żebra sklepienia w ścianie kościoła zamkowego. Później już, jako rysownik brałam udział w wykopaliskach nieopodal Malborka. Mam nad moim biurkiem oprawioną kartkę, na której Ojciec wykaligrafował: „Nulla dies sine linea". To znaczy: „Ani dnia bez kreski". Mój Ojciec pracował z pasją i systematycznie. Podczas codziennych podróży do Malborka pisał, szkicował lub czytał w obcych językach. Jest dla mnie niedoścignionym wzorem. Myślę, aby uczyć się jak najwięcej i czasu nie marnować. Syn Marcin: IV tej chwilki patrzę na mapę Korei i Japonii, dokąd zabieram mojego dwuletniego Jasia w te wakacje. W dzieciństwie dużo podróżowałem z ojcem. Niewiele pamiętam 144 Legenda Malborka z Wieży Kleszej z tych wypadów w okresie dzieciństwa. Te późniejsze należą do najmilszych i najtrwalszych. Jemu zawdzięczam moje pasje podróżnicze. WSPOMNIENIA NIEWYBLAKŁE Pamięć o tym wielkim muzealniku jest ciągle żywa wśród ludzi, którzy z nim współpracowali. Czas nie zatarł jego śladów na zamku, nie wyblakły o nim wspomnienia, a nawet obrosły w legendę. Pamięć o nim przywołują często, bo pozostawił po sobie trwały ślad. Na pytanie, kim był dla nich Maciej Kilarski, odsłaniają swoje wizje. Jolanta Justa z Działu Edukacji Muzeum Zamkowego w Malborku: - To był człowiek o niesamowitej wrażliwości, ciepły, życzliwy. Nie stwarzał dystansu i bariery z racji swojego wieku. W sposób naturalny przechodzi! ze współpracownikami na „ty”. Długo nie znałam go osobiście, ponieważ pracowałam w Dziale Naukowo-Oświatowym muzeum. Istniał dla mnie w tle. Dopiero w 1989 roku bliżej go poznałam, kiedy przygotowywałam program oświatowy. Młodzież wpadła na pomysł, by wykorzystać piwnice pod Wielkim Refektarzem na Zamku Średnim, niedostępne dla zwiedzających. Wtedy Maciej mnie wprowadził do miejsc pełnych mebli, pyłu, trudnych do przejścia. Bardzo dużo czasu mi poświęcił. Opowiadał interesująco i profesjonalnie, szczególnie o gotyckich sklepieniach architektonicznych. W ostatnich latach jego życia realizowałam projekt edukacyjny „Odkryte wykopalisko” we współpracy z IV LO z Krakowa, w którym młodzież sprawna odsłaniała świat młodzieży niepełnosprawnej. Krakowianie byli w Malborku 10 dni. Mieszkali na terenie zamku, uczestniczyli w różnych zajęciach. Trzeba dodać, iż część z naszych gości borykała się z defektem wzroku. Każda z tych osób miała opiekuna widzącego. Po zapoznaniu się osiągnięciami p. Kilarskiego, bardzo pragnęła się spotkać z nim. Maciej już wtedy był na emeryturze i poruszał się o kulach. Pojechałam do niego do Oliwy, by omówić spotkanie. Wiedziałam, że był otwarty na kontakty ludzkie, a z młodzieżą zafascynowanej historią w szczególności. Ta wstępna rozmowa była bardzo ciepła i serdeczna. Mieliśmy nakręcić film na taśmie VHS, czym była zainteresowana p. Anna Kulig z Krakowa, gdyż materiał ten miał posłużyć jej do pisania doktoratu. I tak powstało „Odkryte wykopalisko” w 2003 roku. Młodzież miała przygotowane pytania. Kilarski siedział w swoim salonie naprzeciwko okna, był trochę prześwietlony. Jego twarz pięknie i dostojnie komponowała się z żółtymi słonecznikami, stojącymi w wazonie, które otrzymał od nas w prezencie. Maciej właściwie wyreżyserował ten film. Sam prowadził narrację, młodzież była tłem. Jest to jedyny film w roli głównej z Maciejem Kilarskim, jakim dysponujemy na zamku. Już kilkakrotnie był wyświetlany na konferencjach naukowych w Malborku. W czasie realizacji tego zadania zaobserwowałam też wyjątkowo bliskie relacje między małżonkami. Elżbieta podzielała jego pasje, sama była historykiem sztuki i muzealnikiem w Gdańsku. Interesowała ją ceramika. Tak mało wiedzieliśmy o jego domu, rodzinie. Tu odkrył siebie. Tak więc tytuł tego filmu niektórzy odbierają metaforycznie jako odkrycie wiedzy o Macieju. Objawił się też jako nauczyciel i wychowawca. W tej dziedzinie niekwestionowanym autorytetem był jego ojciec, Jan Kilarski, którego bardzo Stanisława Wojciechowska-Soja 145 ciepło wspomina. Nie bez znaczenia w jego biografii była edukacja w Rydzynie koło Leszna, gdzie kształciła się przyszła polska inteligencja w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zdążyłam się z Maciejem pożegnać. Zadzwonił do mnie w połowie września tamtego roku. Dużo rozmawialiśmy o wystawie, która nawiązywała do ostatniego naszego spotkania z młodzieżą niepełnosprawną. Razem z Arturem Dobrym mieliśmy ją zaprezentować w Krakowie. Pytał o jej prace plastyczne, prace z ceramiki. Także pogawędziliśmy o tzw. życiu. Nic nie wskazywało na to, że to jest nasza ostatnia rozmowa, niespełna dwa tygodnie później odszedł na zawsze... Nie zadzierał nosa ( często ten zwrot padał na filmie), a mógłby. Był człowiekiem wielu talentów. Jego fachowość została potwierdzona przynależnością do wielu stowarzyszeń historycznych, architektonicznych, konserwatorskich. Z jego wiedzy korzystali archeolodzy, restauratorzy zabytków, koledzy z pracy. Także ci, którzy pisali prace naukowe. Tak, Maciej był niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju... MIAŁ W SOBIE TO NIEOKREŚLONE COŚ Artur Dobry, kustosz z Pracowni Historii Zamku w Malborku: - Poznałem go, gdy zostałem przyjęty do pracy w 1987 roku. Skierowano mnie do Wieży Kleszej. On wtedy tam sam siedział. Pierwsze wrażenie było niesamowite. Rzucił mi się w ramiona. Był niezwykle radosny, ciepły i życzliwy. Wypiliśmy herbatę. Pracowaliśmy razem do 1991 roku, do jego emerytury. Maciej miał ogromną wiedzę i dzielił się nią. Stawiał mnóstwo pytań, gdy sam miał problemy z ich rozwikłaniem. Lubił dyskutować, prowokował narady. Korzystał z obcej literatury, bo był poliglotą. Zamek to całe jego życie, był nim zafascynowany. Pozostawił na ten temat wiele materiałów badawczych. Był pasjonatem detali architektonicznych. Każdy z nas młodszych pracowników dużo od niego się uczył. To była wybitna osobowość, ktoś wyjątkowy. Miał sobie to „coś”, trudne do zwerbalizowania. Może dlatego jest nazywany legendą Malborka? Legendą zamku na pewno był. Był także bardzo towarzyski i dowcipny. Na poczekaniu kreował dowcip sytuacyjny, czasem trudny dziś do powtórzenia. Zdarzało mu się też zdenerwować, ale pamiętliwy nie był. Czasem zaklął w słusznej sprawie, choć władał przepiękną polszczyzną. Swoich racji zaciekle bronił jak w przypadku projektu teatru letniego w fosie zamku. Oponował z powodu naruszenia jedności stylu w zabudowie zamkowej. I wygrał. Bernard Jesionowski, starszy kustosz z Działu Konserwacji Zamku: - Pierwszy mój kontakt z Maciejem sięga roku 1975 lub 1976. Byłem wtedy studentem UMK w Toruniu. Wraz z późniejszym prof. Jerzym Fryczem odbyliśmy wycieczkę szkoleniową do zamku. Oni byli w komitywie, co ułatwiało nam zdobywanie zaplanowanej wiedzy. Zauważyłem wówczas, że potrafił rozmawiać i słuchać. To ostatnie jest niezwykle rzadkim darem. Byliśmy przyjaciółmi, mimo iż nigdy razem na zamku nie pracowaliśmy etatowo. Ja wcześniej pracowałem w Elblągu w Biurze Dokumentacji Zabytków. Moja ówczesna szefowa, Maria Lubocka-Hoffman, często wysyłała mnie służbowo do Malborka. Wtedy spotykałem się z nim. Kiedy przeszedłem na etat w Muzeum Zamkowym, a było to w 1994 roku, on już był na emeryturze? I nie mógł żyć bez zamku. Był jego pasjonatem. Umiał oglądać i czytać z jednej cegły. Wiedział też, że z jednej cegły nie można wyciągać uogólniających wniosków. Ważne dla niego było to, co można zobaczyć, a nie to, co 146 Legenda Malborka z Wieży Kleszej można o tym wyczytać z innych źródeł. Często mnie odwiedzał. Omawialiśmy różne sprawy „zawodowe”. On mnie wysłuchiwał, mimo iż więcej ode mnie wiedział. Opowiadałem mu też o przelocie meteorytów, bo mnie fascynowało to zjawisko i razem weryfikowaliśmy je. Miał na ten temat głęboką wiedzę. W tych czasach byliśmy w zażyłych stosunkach. Zaobserwowałem, że bardzo lubił słodkie rzeczy. Przynosił ze sobą dwie słodkie bułki, dzielił je na cztery części. Następnie słodził herbatę trzema łyżeczkami cukru i odstawiał ją na bok, nie mieszając jej. Po chwili przybliżał ją do siebie i smakował. Następnie pytał: „Nie słodziłem?” Ja zaprzeczałem, udając, że nie dostrzegam tych trzech wcześniejszych... Chciał mnie połaskotać, to było zachowanie z przymrużeniem oka z obu stron. Był zawołanym facecjonistą. KRĄŻYŁY O NIM LEGENDY Roma Włodarczak, emerytowany kustosz w Gabinecie Numizmatycznym Muzeum Zamkowego: - Już w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku o Macieju krążyły legendy. Ja go się bałam. Chodził po zamku w szarych ogrodniczkach. Wysoki, postawny mężczyzna, nos orli. Przedstawiła mi go Bogna Jakubowska. Samo nazwisko robiło wrażenie. Na dodatek miałam dość osobliwą przygodę. Kiedyś w czasie tzw. obchodu, który odbywał się w soboty i w niedziele, spod Kaplicy św. Anny usłyszałam wiązankę nieparlamentarnych słów. Gdy podeszłam bliżej, wyskoczył ogromnie zdenerwowany Maciej. Zaczął mnie przepraszać, jakby skrzywdził małe dziecko. Przytulił mnie zwyczajnie, tak Stanisława Wojciechowska-Soja 147 po ojcowsku. W ogóle po bliższym poznaniu zyskiwał. Był dobrym i uczciwym człowiekiem. Dla niego wszystko by się zrobiło, choć był drobiazgowy i ciągle coś poprawiał. Bardzo lubił rozmawiać o zamku, on nim żył. Ryszard Rząd, kustosz z Pracowni Historii Zamku: - Dojeżdżałem z Tczewa. Spotykaliśmy się w „Warsie”. Miał tam swoje miejsce, pilnie strzeżone przez obsługę. Nawet krąży taka anegdotka, że nieświadomy tego podróżny przepraszał, Pana Inżyniera” (tak go tytułowano), że zajął jego miejsce. Nad nim wisiał wieszaczek, zrobiony ze sprężyny od wecka, na którym wieszał płaszcz. Jak miał dokumenty na stoliku, to mu nie przeszkadzałem? Tak samo jak uczył się języków obcych. Wiem, że w pociągu uczył się szwedzkiego. Potem razem szliśmy do pracy. Po drodze kupowaliśmy drożdżówki. Powroty były osobne. On pozostawał dłużej nad swoimi cegłami. Czułem przed nim respekt, szanowałem go. Dużo mi pomagał w pracy, zwłaszcza w zakresie języka niemieckiego. Barbara Dąbrowska-Sikora, dokumentalistka z Działu Głównego Inwentaryzatora: - Zapamiętałam Macieja Kilarskiego jako kochanego człowieka”. Umiał zjednać sobie ludzi otwartością i życzliwością. Dla każdego miał dobre słowo. O wielu jego działaniach dowiedziałam się dopiero po jego śmierci. Nic nie wiedziałam o jego współpracy z młodzieżą niepełnosprawną na Kaszubach. Taki był skromny i szlachetny. Wiem, że ostatnie pieniądze potrafił wydać na książki. Jego wiedza była rozległa, na poziomie profesury. Chylę czoła przed taką wiedzą. Nie wiedziałam też o jego talencie malarskim. Dopiero uświadomiła mi to wystawa jego prac w 2004 r. Miał szerokie kontakty naukowe w kraju i za granicą. Jeździł na różne sympozja naukowe i wystawy. Pomocna mu w tym była znajomość języków obcych. Znał angielski, niemiecki, włoski i szwedzki. Umiał też porozumieć się języku francuskim. Na różnych spotkaniach rozmawialiśmy na swobodne tematy. Opowiadał mi o Polesiu i Rodziewiczównie, w której domu gościł. Mieliśmy też prywatne rozmowy o UFO, trochę skrywane, bo niektórzy to zagadnienie traktowali z pobłażliwością. My mieliśmy swoje doświadczenia i ogląd na ten temat. Widziałam też go podczas pracy. Nierzadkim widokiem było to, jak przypięty do muru wisiał wysoko przy oknie kościoła zamkowego. Jego pomiary były przysłowiowo milimetrowe. Nie liczył godzin w pracy. On po prostu ciągle istniał. *** Maciej Kilarski jest postacią historyczną. Po Karlu Fridrichu Schinklu i Konradzie Emmanuelu Steinbrechcie był największym restauratorem i konserwatorem zamku mal-borskiego. Był świetnie zapowiadającym się malarzem i architektem. Mógł zrobić karierę na skalę światową. Miał umysł naukowca i badacza. Znał języki obce. Tymczasem związał się na wieki z malborskim zamkiem, na bocznej uliczce świata. Jednak to było jego najpiękniejsze miejsce na ziemi. To w nim pozostawił swoje serce i trud mrówczej pracy. Nieliczne nagrody i odznaczenia, jakie otrzymał za życia, nie pobrzmiewają jak, oklaski świata. Na szczęście żyją ludzie, którzy znali jego pasje i miłość do zamku. Gdy ich zabraknie, będzie można wsłuchać się w pieśń murów zamkowych, zapatrzeć się w zatroskane oblicze Mater Dei na Zamku Wysokim. Natomiast gdy ludzie zapomną, kamienie wołać będą. I to jest „siła fatalna” Macieja Kilarskiego. 148 Jak laska Aarona... Stanisława Wojciechowska-Soja JAK LASKA AARONA...1 (TRYPTYK) Maciejowi Kilarskiemu „A gdy nazajutrz Mojżesz wszedł do namiotu Świadectwa, oto laska Aarona za dom Lewiego wypuściła pędy i okrywała się pąkami, i kwitła, i wydawała dojrzałe migdały.” (IV Ks. Mojżeszowa 17, 33) CZĘŚĆ PIERWSZA - PRZEZ WIEKI Malborska Madonna wyrosła na Zamku Wysokim posągiem Jako najwyższa i dorodna gałąź drzewa Jessego, ojca Dawida. Weneckie dłonie wdziały na nią ubiór godny majestatu. Bogate szaty były wdzięcznością ludu za jej dziesięć cnót. Ona nie pragnęła w swej prostocie złoceń, purpury ni błękitów. Mater Dei przez sześć wieków Najpiękniejsza była o poranku, w lśnieniu rześkich błysków słońca, Gdy z nieba sfruwały obłoki, a wiatr znad Nogatu kręcił piruety. Wtedy pośpiesznie przecierała ciężkie oczy z nocnego czuwania. Jej twarz łagodnie jaśniała, a z brwi i oczu gołębia tkliwość płynęła. Na lewym ręku tuliła do serca swoje małe dziecię w złotogłowie. Mater Dei wiedziała, że Być matką jest trudniej niż złapać w locie wiatry, Być matką jest trudniej niż chodzić boso po szkle, Być matką jest trudniej niż napisać nuty do fugi, A mimo to była matką nie tylko swego syna, Jezusa. Czas z horyzontu zamku stroił ją w różne pejzaże. Widziała, jak niebo i wojny zapalały struchlałe z pasji kandelabry. Widziała, jak królowie i rycerze przed nią klękali z wiarą i nadzieją. Słyszała trele ptasie zawieszone na wierzbach i modły zakonników. Słyszała jak w puentach mgieł unosiły się wołania o złożenie broni. Do jej wysokości dobiegały nawet nikłe szepty litanii i godzinek. Cierpiała, jak powiadali, że nie miłuje Słowian, a sprzyja Krzyżakom. Była matką nad matkami. Kochała wszystkie dzieci. I te dobre. I złe. Orędowała za nimi u Boga. Widziała w każdym z nich swego syna. ' Tekst Pani Stanisławy Wojciechowskiej-Soja zdobył pierwszą nagrodę w konkursie plastyczno-literackim „Malborska Madonna piórem i pędzlem” zorganizowanym przez Fundację Mater Dei. To staraniem Fundacji figura Madonny z Dzieciątkiem, po 70-ciu latach nieistnienia, została zrekonstruowana i wróciła na swoje miejsce we wschodniej elewacji Zamku Wysokiego w Malborku. Stanisława Wojciechowska-Soja 149 CZĘŚĆ DRUGA - STYCZEŃ 1945 Wieczory nad zamkiem zapadały w ciszę. W powietrzu było czuć zdyszaną ziemię. Na śniegu leżały martwe derywaty, Zwaliska rozedrganych ciał Z czerwonymi gwiazdami, Z czarnymi gammadionami. Na licu Mater Dei Topniało boskie tchnienie. Czaił się ból. Przeczuwała... Oto ręka - Nosicielka różnych gestów: Wyciągana na powitanie, Uniesiona w zachwycie, Otwierana w zasiewie, Składana w modlitwie, Ręka wszystko może. Gra w teatrzyku cieni Ludzi, chmury, ptaki. Przygarnia i odpycha. Ręka potrafi-potrafi. Może też - też zabijać! Mater Dei usłyszała jak wrony słały żałobne uwertury ku niebiosom, Jak Nogat pluskał mollowe suity obu brzegom, Jak wierzby śpiewały gorzkie żale księżycowi. * Stało się. Runęła w dół jak fortepian Chopina. Wysoko na niebie słońce odsłoniło Dekalog V. CZĘŚĆ TRZECIA - KWIECIEŃ 2016 „Zacznijcie wargi nasze, chwalić Pannę Świętą”, Za cud jej przetrwania w fosie na runie Gedeona, Za cud zebrania po latach odłamów jej posągu, Za cud odnowy figury po siedmiu dekadach. Za cud jego ożywienia jak laski Aarona. Za cud wskrzeszenia życia z martwej opoki. Za cud Palmy Cierpliwości, Cedru Czystości, Za cud powrotu. Madonno! 150 Jak laska Aarona... Wróciłaś na swe miejsce z dawnego Marienburga Jako zamkowa „Tęcza z pięknych farb złożona” Stawać będziemy przed Twym obliczem- Twoje dzieci. Będziemy opowiada Ci ć swoje legendy i dramy. Popłyną słowa pochwalne, dziękczynne i błagalne. Tak tylko można otworzyć się przed MATKĄ. Mater Dei! A kiedy nad zamkiem noc położy się cieniem motylim, Ty rozrzuć nam po mieście klucze do mądrości i spokoju. Niech wszyscy ludzie grodu odkluczą pozamykane słowa. Daj nam siłę Samsona, wiarę Hioba i nadzieję Jana Pawła II. Te ostatnie siedemdziesiąt lat było requiem dla Ciebie. Teraz z uwielbieniem włączamy się do chórów anielskich. Miej nas w swej opiece. Módl się za nami. Bądź z nami... POSTSCRIPTUM A jeśli ktoś nie wierzy w cuda posągu, Niech posłucha pieśni murów zamku. Zapisana jest na nich niełatwa partytura Nawróceń, ozdrowień i miłosierdzia. Spod fontanny Jagiellończyk na koniu W podzięce podąża ku Madonnie. Turyści w kadrze zatrzymują cud figury. Czasem z wieży dobiega Aldony łkanie... Słychać też „zdrowaśki” zwykłych ludzi. Eter jest pełen „esemesów” i „mejli”. Tu historia dźwięczy na trudnych nutach. Tylko Mater Dei bywa zatroskana. Ona ciągle - jak w Nazarecie - strawę warzy. Teraz dla wszystkich swych dzieci na świecie. Marta Chmielińska-Jamroz 151 Marta Chmielińska-Jamroz ŻYĆ ZGODNIE ZE SWOIM SUMIENIEM Czasami przypadek sprawia, że docieramy do niezwykle interesujących historii. Tak było i tym razem, gdy przy okazji przygotowywania relacji z obchodów Święta Niepodległości spotkałam się z panią Beatą, nauczycielką ze szkoły w Kałdowie. Okazało się, że szkolne uroczystości osnute są wokół historii dziadka męża pani Beaty - Ignacego Kai, długoletniego mieszkańca Malborka, który odszedł, przeżywszy 101 lat. Po krótkiej rozmowie byłam pewna, że jest to postać, którą warto przybliżyć szerszemu gronu. Tak powstała ta opowieść. TRUDNE POCZĄTKI Ignacy Kaja urodził się jako piąte dziecko Konstancji i Floriana Kajów, był to lipiec 1914 roku. Nasz bohater przyszedł na świat w maleńkiej wsi Rządkowo w zaborze pruskim. Rodzina Ignacego była niezwykle patriotyczna i katolicka - cała gromadka dzieci otrzymała takie właśnie wychowanie - w duchu miłości do Boga i Ojczyzny. Matka Ignacego miała niełatwe zadanie, bowiem mąż po przymusowym poborze do wojska zginął na wojnie w 1915 roku i kobieta musiała sama zajmować się szóstką dzieci (ostatnie dziecko urodziło się już po śmierci ojca). Dzieci zatem poza nauką miały liczne obowiązki, pomagały w gospodarstwie, a także pracowały u okolicznych gospodarzy. Sam Ignacy Kaja po latach wspominał, że „nie było mu łatwo, miał ciężki żywot”. Jako 16- letni chłopak postanowił zmienić swoje życie i opuścić rodzinne strony. Jedyną drogą dla takiego chłopaka jak on była służba wojskowa, jednak Ignacy był niepełnoletni i wymagana była zgoda rodziców. Jak nietrudno się domyślić matka, bojąc się o syna, nie chciała takowej zgody dać. Ostatecznie młodzieniec podpis Konstancji zdobył podstępem i trafił do 61 Pułku Piechoty stacjonującego w Bydgoszczy i tam skończył szkołę podoficerską. Później postanowił swoje życia związać z policją i w 1937 roku rozpoczął naukę w Szkole Policyjnej w Warszawie. Jako uczeń odbył praktykę w Piasecznie, a następnie przeniesiono go na pół roku do Mostów Wielkich koło Lwowa. Po ukończeniu szkoły przeniesiony został do Białegostoku, gdzie złożył przysięgę, w 1938 roku został skierowany do Grodna, gdzie rozpoczął służbę policjanta. PRACA W GRODNIE Młody policjant Ignacy Kaja trafił do jednostki policyjnej, która mieściła się na przedmieściu. - Otrzymałem przydział do Grodna. W mieście tym znajdowała się Komenda Powiatowa, dwa komisariaty w centrum i wydzielony posterunek na przedmieściu. Ja byłem do tego posterunku oddelegowany. W Grodnie otrzymałem pokój służbowy, który mieścił się w tym samym budynku co posterunek. Mieszkałem w nim z dwoma jeszcze kolegami. W tym czasie byłem najmłodszym policjantem w Grodnie. W komisariatach było 152 Żyć zgodnie ze swoim sumieniem po około 80 policjantów, u nas dwudziestu. Komendantem naszym był st. sierż. Oziębło, który prócz sprawowania opieki nad naszym posterunkiem, miał dodatkowe godziny w Komendzie Powiatowej. Ignacy korzystał z uroków młodości i chodził na potańcówki do Klubu Policjanta nad Niemnem - tam też poznał swoją przyszłą żonę Janinę Grabowską, córkę policjanta. Zakochani wzięli pospieszny ślub w tajemnicy w 29 lipca 1939 roku. - Dlaczego w tajemnicy? - wspominał po latach. - Ponieważ policjantowi w tamtych czasach wolno było się ożenić po sześciu latach pracy. W kościele było tylko dwóch świadków i rodzice młodej. Po ceremonii udaliśmy się nad Niemen na potańcówkę. I takie było całe wesele. Ignacy Kaja z żoną w Grodnie, fot. archiwum rodzinne Zaślubiny odbyły się w czasie przepustki Ignacego, który w połowie lipca wraz z innymi młodymi policjantami został przeniesiony do powiatu augustowskiego do ochrony granicy. Na drugi dzień po ślubie młody małżonek powrócił zatem na posterunek w Białobrzegach. Tam zastał go wybuch wojny. POCZĄTEK WOJNY W GRODNIE Udało mu się wrócić do żony do Grodna. 20 września rankiem nastąpił atak Rosjan na miasto. - Pamiętam jak dziś, 20 września będąc na służbie z dwoma rezerwistami zauważyłem przez lornetkę czołgi, a na nich czerwone gwiazdy. To byli Rosjanie - opowiadał Ignacy Kaja. - Czym prędzej wsiedliśmy na rowery i przez most, na którym stały ustawione barykady, udaliśmy się na drugą stronę Niemna.Policja i wojsko musiało wycofać się na drugi brzeg. Do obrony Grodna poza wojskiem i policją przystąpili także harcerze, gimnazjaliści i ludność cywilna. Czołgi obrzucano „koktajlami Mołotowa”, czyli butelkami z benzyną, które były wówczas podstawową bronią do walki z sowieckimi czołgami. - Jeden z czołgów zniszczyła moja żona Janina - opowiadał po latach Ignacy. - Kiedy czołg wjechał w wąska uliczkę Dominikańską, nie miał możliwości manewru, wtedy podbiegła i rzuciła butelkę z podpalonym lontem, nastąpił wybuch. Po trzech dniach obrony miasta, policja i wojsko otrzymały rozkaz rozbrojenia się i ratowania życia. Ignacy Kaja pozostał w Grodnie, jednak zmuszony był ukrywać się. Mieszkańcy Grodna byli świadkami tego, jak większość wziętych do niewoli obrońców -policjantów i wojskowych a nawet osób cywilnych zostało rozstrzelanych. Tym bardziej Ignacy, polski policjant musiał żyć w ukryciu, wraz z żoną, teściową i szwagrem mieszkali przez półtora miesiąca w domu przy ulicy Brygidzkiej. Jednak sytuacja panująca w mieście spowodował wspólną decyzję o opuszczeniu Grodna. Nocą, zaopatrzeni w pieniądze Marta Chmielińska-Jamroz 153 pochodzące ze sprzedaży całego dobytku, dla bezpieczeństwa pieniądze pozaszywali w ubraniach (dla niepoznaki pozostawili w domu zapalone światło) wsiedli w pociąg ja-dący w kierunku Białegostoku. W ten sposób dotarli do miejscowości Zaręby Kościelne, gdzie znajdowało się dojście do granicy sowiecko-niemieckiej. - Razem z nami granicę próbowało przekroczyć jeszcze kilka rodzin, między innymi rodzina mojego byłego kierownika komisariatu - Nejmana. Kilka razy próbowaliśmy przejść przez granicę, ale nie udało nam się - wspominał te dramatyczne momenty Ignacy. - W końcu przyszedł do nas mężczyzna i zaproponował nam, że za opłatą przeprowadzi nas na drugą stronę. Każdą rodzinę miało to kosztować po 150 zł. Wytłumaczył nam, że po stronie niemieckiej ma on swoich ludzi, którzy dadzą mu znak, jak będzie droga wolna. Nie mieliśmy innego wyjścia, to była dla nas jedyna szansa opuszczenia terytorium zajętego przez Rosję Radziecką. Załadowaliśmy nasze podręczne bagaże na furmankę i wyruszyliśmy. Kiedy szliśmy z przewodnikiem spotkał i zatrzymał nas patrol rosyjski. Przewodnik nakazał nam milczenie, mówiąc, że to on będzie z nimi rozmawiał. Opowiedział Rosjanom, że zabłądziliśmy i że chcemy dostać się do pobliskiego lasku, a idziemy tą drogą aby nie zdeptać na polu zboża. Żołnierze rosyjscy pokiwali głowami i puścili nas. Po dojściu do lasku furmanka odjechała, żołnierze myśleli, że wracamy a my zostaliśmy czekając na umówiony sygnał. Po niemieckiej stronie umówieni chłopcy obserwowali patrole graniczne i jak nadarzyła się okazja do przejścia, dali nam światełkami sygnał. W ten sposób udało nam się przekroczyć granicę. Po wielu trudach, przy pomocy żony komisariatu, wszyscy cali i zdrowi dotarli przez Małkinię do Warszawy i następnie do Piotrkowa Trybunalskiego. W SZEREGACH ARMII KRAJOWEJ W Piotrkowie Trybunalskim Ignacy poznał Aleksandra Szamockiego, członka Związku Walki Zbrojnej (później AK). On namówił go do wykorzystania swego doświadczenia w pracy konspiracyjnej i Ignacy z ramienia organizacji wstąpił do policji pomocniczej. - Miałem przysięgę, którą w 1940 roku przyjmował Szamocki i młody ksiądz, jak później dowiedziałem się nosił pseudonim „Fasola”. Ja wybrałem sobie pseudonim „Orzech”, bo sobie pomyślałem, że orzech jest trudny do zgryzienia. Pracując w policji informowałem organizację o różnych aresztowaniach czy akcjach niemieckich. Któregoś razu kierownictwo policji niemieckiej wezwało na noc, w ramach wzmocnienia, policję polską. Między innymi i mnie oddelegowano. Kierownikiem policji niemieckiej był Niemiec polskiego pochodzenia z Wrocławia - Muszala. Zapowiedział nam, że rano będziemy brać udział w obławie na dowódcę Podokręgu Piotrkowskiego, który ukrywa się w Piotrkowie w jednym z domów. Wtedy pomyślałem sobie, o Boże..., przecież podpułkownik Pawłowski „Powała” mieszka w tym budynku co ja, na parterze. Jak go zawiadomić? Poszedłem do Muszali, który mówił trochę po polsku i powiedziałem, że jakoś tak źle mi się zrobiło, musiałbym na dwór trochę wyjść. Popatrzył na mnie i kazał mnie wypuścić. Ja ruszyłem biegiem do domu, wpadłem do budynku i zastukałem w drzwi „Powały”, on odezwał się. Powiedziałem: - Uciekaj, bo jest obława! Zadowolony wróciłem na posterunek, nie wiedząc, że „Powała” zaspany wziął mój głos za sen. Rano kazali nam obstawić wyznaczony teren od strony ulicy i ogrodu. Staliśmy na przemian - jeden policjant polski i jedne niemiecki. 154 Żyć zgodnie ze swoim sumieniem Ignacy Kaja wykazał się ogromnym hartem ducha i umiejętnością szybkiego podejmowania decyzji. Udało mu się oszukać niemieckiego policjanta, któremu opowiedział zmyśloną historyjkę o kuzynie, który przyjechał do niego w odwiedziny i lęku przed nieprzyjemnościami z tego powodu, gdy znajdą go u niego w mieszkaniu policjanci. Policjant pomógł, przeprowadzić przez obławę „kuzyna” i tym sposobem ppłk „Powała” wymknął się z niemieckiej obławy. -Jednego razu organizacja wysłała mnie z listem do Krakowa, do kardynała Adama Sapiehy - wspominał inną akcję Kaja. - Żeby tam pojechać musiałem mieć zwolnienie z pracy. W tym celu skierowali mnie do polskiego lekarza, który także związany był z AK. Lekarz kazał mi połknąć coś czarnego i zrobił prześwietlenie, które wykazało, że mam guz na żołądku. Na tej podstawie otrzymałem zwolnienie z pracy. Do Krakowa pojechałem w mundurze policjanta. Otrzymaną kopertę schowałem pod ubranie, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń dodatkowym bagażem. W Krakowie byłem z samego rana. Od razu poszedłem na wyznaczone miejsce. Przywitał mnie jakiś mężczyzna, podałem hasło, on mi podał odzew. Zostałem wpuszczony do mieszkania. Oddałem kopertę. Działalność konspiracyjna Ignacego Kai była bardzo potrzebna organizacji - dostarczał on informacji o ruchach Niemców, planowanych obławach i aresztowaniach. Dzięki jego pracy udało się uratować wielu ludzi. Kaja nigdy nie został zdekonspirowany, choć jeden z Niemców domyślał się, że pracuje on dla Armii Krajowej, to nigdy nie zdradził swoich podejrzeń. W POWOJENNEJ POLSCE Całą okupację rodzina Kajów spędziła w Piotrkowie Trybunalskim, a po zakończeniu wojny Ignacy wyjechał do Gdańska w poszukiwaniu pracy. W lipcu 1945 roku w Okręgowej Dyrekcji Ochrony Kolei Państwowych otrzymał angaż i przydział do Malborka. Miał zostać rejonowym komendantem Ochrony Kolejowej. Wyruszył do miasta nad Nogatem koleją, jednak pociąg dojeżdżał jedynie do Tczewa - Wisłę pokonał w łódce i dalej szedł pieszo. W Malborku zgłosił się do komendanta działającej już placówki Ochrony Kolei, był nim przedwojenny oficer nazwiskiem Panek. Także komendant udzielił Ignacemu schronienia i pierwszą swą noc w Malborku spędził w mieszkaniu Panka przy ul. Klonowej (dziś gen. Maczka). Następnego dnia Kaja poznał zawiadowcę stacji - Koniecznego, Naczelnika Oddziału Drogowego PKP - Banasiaka i kierownika parowozowni - Repkę. Niedługo Ignacy zajął wolne mieszkanie i niebawem cała rodzina zamieszkała w Malborku przy ulicy Chopina 121. Jako komendant rejonowy, Ignacy wraz ze swoim zespołem miał za zadanie zabezpieczać mienie kolejowe oraz dbać o bezpieczeństwo pasażerów na terenie powiatów malborskie-go, sztumskiego, elbląskiego i nowodworskiego. Jednym z jego zadań było przejmowanie zakładów Schichau od rosyjskich władz wojskowych. Życie w Malborku powoli normowało się, w 1946 roku SOK-iści wraz z Ignacym wzięła udział w pochodzie 1 Maja. Grupa ta niosła sztandar kolejowy z orłem pozbawionym korony. Na następną uroczystość - święto 3 Maja, które jeszcze wówczas było obchodzone, sztandar miał już zupełnie inny wygląd. - Na podniesienie w czasie mszy, która odbywała się w kościele przy ul. Słowackiego, sztandar się pochyla i zaczyna być widoczny orzeł, ale w koronie - mówił Ignacy Kaja. Marta Chmielińska-Jamroz 155 - Kiedy sztandar przechowywany był przez Radę Zakładową, która znajdowała się w biurze techników, oni nakleili mu koronę. Orzeł w koronie wywołał totalne oburzenie wśród rządzących miastem. Po mszy wezwali mnie od razu do starostwa i pytają: Jaki ten orzeł powinien być? Udałem, że nie wiem o co chodzi i powiedziałem: orzeł jak orzeł. Taki sztandar otrzymałem. Przewodniczący Rady Zakładowej został od razu karnie przeniesiony do Chojnic. W niedzielę do kościoła chodziliśmy zespołowo - wspomina dalej pierwsze lata w Malborku Ignacy. - A że moi SOK-iści prawie wszyscy byli w czasie wojny partyzantami, to idąc na mszę śpiewali partyzanckie piosenki. Ładnie śpiewali i za nami szła procesja ludzi - dorośli i dzieci. Później, niestety zakazano nam gremialnie chodzić do kościoła. NA CELOWNIKU UB Pewnego dnia na malborskiej stacji kolejowej pojawili się przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy mieli za zadanie organizowanie powiatowych placówek Urzędów Bezpieczeństwa. Tych ludzi spotkał Ignacy Kaja i został przez nich wylegitymowany a następnie mężczyźni zaproponowali mu kierownictwo w Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Tczewie. Z miejsca oferowano mu awans do stopnia majora, umundurowanie, wygodne mieszkanie dla całej rodziny i pensję. Ignacy po konsultacjach z żoną postanowił nie przyjąć oferty, jednak nie nawiązał już kontaktu z UB. Za każdym razem, gdy dzwoniono do niego z bezpieczeństwa, sekretarka informował, że Kai nie ma w biurze. Niestety, Ignacemu nie udało się uniknąć konfrontacji z ubekami i któregoś dnia doszło do kontaktu telefonicznego. Ignacy odmówił posady i usłyszał, że jeśli nie przyjmie oferty będzie tego żałował. Pierwsze problemy rozpoczęły się z chwilą, gdy Komendantem Okręgowym w Gdańsku został rosyjski major Żukowski, który zwolnił Ignacego Kaję ze stanowiska po tym, jak dowiedział się o jego działalności w Armii Krajowej. Kaja został przeniesiony do parowozowni na stanowisko starszego adiunkta w administracji. W lipcu 1949 roku aresztowało go UB. W ŚLEDZTWIE Ignacy Kaja spędził trzy dni w areszcie UB przy ul. Reymonta (obecnie Zespół Szkół Katolickich), stamtąd przewieziono go do Piotrkowa Trybunalskiego i dalej do Warszawy do Głównej Komendy Policji przy ul. Karowej. -Jak mnie przywieźli zostałem zamknięty sam jeden w celi, w której stała prycza drewniana i siennik z niewielką ilością słomy - wspominał te dramatyczne chwile Ignacy Kaja. - A cały sufit był mokry, pokryty bąblami, z którego kapała ciągle woda. Bardzo mnie to drażniło. Nałożyłem sobie siennik na głowę i tak siedziałem. Myślałem, że nie wytrzymam. Postanowiłem nawet życie skończyć. Co mi podawano do jedzenia wylewałem do ubikacji. Chciałem śmiercią głodową się wykończyć. Kilka dni nic nie jadłem. Brali mnie na przesłuchania, ale nic im nie mówiłem. Kolejnej nocy przyśniła mi się córka Ula. Jak mnie zabierali miała pięć lat. Była wtedy ubrana w czerwoną sukienkę. I tak też ubraną widziałem ją w moim śnie, prosiła mnie: „Tatusiu jedz, jedz, jedz...” Przemyślałem sobie ten sen i zacząłem powoli przyjmować jedzenie. Ignacy przeszedł ciężkie śledztwo - całonocne przesłuchania z oślepianiem światłem, bicie i przetrzymywanie w karcerze. Po pewnym czasie został przeniesiony do więzienia 156 Żyć zgodnie ze swoim sumieniem na Rakowieckiej. Następnie w Łodzi odbył się proces - zarzucano Kai współpracę z okupantem i to, że jesienią 1942 roku w lesie rakowskim koło Piotrkowa wziął udział w zabójstwie grupy obywateli polskich narodowości żydowskiej, pełniąc podczas egzekucji wartę ochronną. Nie przekonały sędziego tłumaczenia Ignacego i wyjaśnienia świadka jakim był Komendant Podokręgu Piotrkowskiego - Stanisław Pawłowski „Powała”. Wyrok był bardzo surowy - 15 lat więzienia i przepadek całego mienia oraz pozbawienie praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 10 lat. Skazany nie zgodził się z wyrokiem i odwołał się do Sądu Najwyższego - ten po rozpoznaniu sprawy złagodził wyrok więzienia do 7 lat i utratę praw publicznych i obywatelskich do lat pięciu. Karę pozbawienia wolności Ignacy Kaja odbywał w Łodzi, Sieradzu i w Obozie Pracy w Sikawie pod Łodzią. Został zwolniony warunkowo 25 stycznia 1955 roku. POWRÓT DO DOMU Ignacy wrócił do Malborka o 4 nad ranem, kiedy zapukał do drzwi jego najmłodszy syn - Rysiek, zawołał do mamy, że to tata. Później żona opowiedziała Ignacemu, że dzień wcześniej synek przesiedział większość dnia w oknie mówiąc, że czeka na tatę. Po powrocie Ignacy przyzwyczajony do uczciwości i poszanowania prawa napisał skargę do Prokuratury Generalnej w Warszawie opisując trzech oficerów UB, którzy w nieludzki sposób przesłuchiwali go w śledztwie. Sprawa początkowo nabrała tempa, Ignacy został wezwany na przesłuchania do Warszawy, za drugim razem pokazano mu nawet fotografie ubeków, których skarga dotyczyła i ...sprawa ucichła. Radca prawny, u którego szukał porady powiedział mu otwarcie, że może sobie narobić kłopotów, a na pewno nie dojdzie sprawiedliwości. Sprawiedliwości stało się zadość dopiero w 2000 roku, kiedy odbyła się rozprawa o unieważnienie wyroku Sądu Najwyższego w Łodzi z 1950 roku. Sąd Okręgowy w Gdańsku wydał wyrok unieważniający i stwierdził w uzasadnieniu, że „skazanie Ignacego Kai nastąpiło z powodu prowadzenia przez niego działalności na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. - Po pięćdziesięciu latach zostałem uniewinniony z tego, że jestem niewinny! - skwitował ten moment Kaja. - Pięćdziesiąt lat ten wyrok na mnie ciążył. Jak odczytali go, to nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać? Byłem oszołomiony. Córka musiała dać mi coś na uspokojenie. Ignacy Kaja w dobrym zdrowiu dożył wspaniałego wieku 101 lat. Najpiękniejszym podsumowaniem życia Ignacego Kai wydają mi się słowa zapisane przez Beatę Kaję w roku 2004: „Jest on osobą, która spaja całą rodzinę. Pilnuje, by na uroczystościach rodzinnych zawsze byli wszyscy. Podtrzymuje tradycje rodzinne. Przyciąga do siebie ludzi swoją otwartością. Jest człowiekiem, który potrafi słuchać i zawsze służy dobrą radą. Jest przykładem dla innych. Jeśli dożyję tak sędziwego wieku - chcialabym go naśladować”. Ignacy Kaja zmarł w 2015 roku. Od autorki: W tekście wykorzystałam relację Beaty Kai. Andrzej Kasperek 157 Andrzej Kasperek JAZZ-BAND FILA WCIĄŻ GRA Ta wiadomość przyszła tak nagle, że niektórzy wciąż nie mogą w nią uwierzyć: Jurek Fila nie żyje. Zmarł 2 czerwca 2016 roku. Umarł w biegu, tak jak żył. A jeszcze kilka dni wcześniej grał na klarnecie w czasie procesji na Boże Ciało. I może to połączenie reli-gii i muzyki najbardziej wymownie pokazuje jego osobowość — człowieka, który umiał służyć Bogu (w każdą niedzielę w czasie sumy czytał Słowo Boże) i muzykanta, który na klarnecie, bandżo, tarze do prania i Bóg jeden wie, czym jeszcze, grał dla ludzi. Żeby im umilić życie. Tak jak nowoorleański jazz, który ukochał najbardziej, prosty, z ubogim instrumentarium, był grany dla ludzi, którzy po ciężkiej pracy chcieli chwilę odpocząć, zapomnieć o robocie, rozpłynąć się w dźwiękach... Co roku od lat organizował w Nowym Dworze Gdańskim dwie imprezy: Old Jazz nad Tugą (wspólnie z Maciejem Grochowskim; czasem w ŻOK-u, czasem w ŻPH) i Zaduszki Jazzowe w Kościele pw. Przemienienia Pańskiego. Każde zaduszki rozpoczynały się od jego wiersza Wspomnienie o nowodworskich i nowoorleańskich muzykach, kolegach i przyjaciołach, którzy pozostaną w naszej pamięci. Wyliczał tam zmarłych muzyków, którzy odeszli - znanych osobiście i tych, których twórczość kochał: Armstronga, Komedę, Niemena... Pisał: „Odeszli do domu Pana, do Big-bandu Stwórcy ”... I teraz dołączył do nich... Grają Panu Bogu, ale nie dla nas i smutno nam bardzo, bo kto teraz będzie organizował „tłustoczwartkowe” koncerty jazzowe, które już wpisały się w kalendarz imprez Jerzy Fila na koncercie, fot. archiwum ŻOK 158 Jazz-Band Fila wciąż gra kulturalnych miasta. W tym roku odbyła się XI edycja Old Jazz nad Tugą. Nowodworscy melomani usłyszeli dobrze nam znany zespół Fila Band oraz zaproszonych gości. Początkowo grało kilka osób, potem impreza się rozrosła, zapraszano znanych muzyków. Napisałem kiedyś do „Prowincji”, że dla tych starych facetów (chyba się nie obrażą za to słowo) muzyka jest sensem i treścią życia, że grają tak jakby oddychali. Po prostu. Jurek wycierał ręce ze smaru (z zawodu był mechanikiem samochodowym), brał instrument i grał. To była tradycja rodzinna, Maciek Grochowski opisał muzyczne tradycje rodziny Filów w zeszłorocznej „Prowincji”. Nikt wtedy nie przypuszczał, że jego tekst będzie wspomnieniem o przyjacielu. „Zespół: dwa rude file i karolek na pile” - tak żartobliwie o nich mawiano. Z tancbudy zawędrował do telewizyjnego programu „Must Be the Musie”, gdzie osiągnął sukces wygrywając z wieloma młodymi/zdolnymi i trafiając do półfinału. Połaskotała go wtedy sława... Biorę do rąk cieniutki tomik Stroiciel. Jurek opublikował go w 2013 r., ale debiutował jako poeta w naszym kwartalniku (nr 2/2011) wierszem pod tym samym tytułem. Lubię ten utwór. Zadedykował go swemu przyjacielowi, który „słuchem i kluczem fałsze w stroje przemienia”. Dziś myślę, że ten wiersz jest także o nim samym - Jurek był też takim stroicielem: dostrajał nasze brzmienia, żeby nie było w nich fałszywych tonów. On miał talent i wykorzystywał go, „by wokół wszyscy się cieszyli / Oktawy, kwinty i ton,/ strojne dźwięki spraszali] / [...] na koncert wszystkich zaprasza[ł]”. Można się pocieszać, że: JAZZ-BAND FILA DLA CIEBIE WCIĄŻ GRA, jak napisał w swym wierszu Mariusz Raca, ale czy ktoś zastąpi Jego: pierwszego jazzmana w mieście, który w smokingu, pod muchą, w dystyngowanej czerni grał nam Gershwina, Moon Ri-ver, Ramonę i Sweet Georgia Brown? Bardzo będzie Cię Jurku brakować. Ale wierzę, teraz jesteś już ze wszystkimi świętymi, niczym w piosence Louisa Armstronga When The Saints Go Marching In, którą zawsze grałeś na Zaduszkach Jazzowych: Och, kiedy święci będą maszerować Kiedy święci będą maszerować Och, Panie, chcę być w tym szeregu! Jurku, zagraj Panu Bogu ładnie! Muzyka Wacław Bielecki ZAPISKI MELOMANA CKK JORDANKI W TORUNIU Pod koniec grudnia ubiegłego roku Toruń doczekał się wreszcie nowej, dużej sali, w której m.in. można grać koncerty z muzyką, także klasyczną, a nawet wystawiać opery. To miejsce nazywa się: Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki. Dotychczas w Toruniu można było posłuchać klasyki w stylowej, ale niedużej sali Dworu Artusa naprzeciwko ratusza, albo - rzadziej - w auli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika na Bielanach. W swoim czasie często bywałem na koncertach w Dworze Artusa, toteż byłem bardzo ciekawy jak wygląda i funkcjonuje nowa sala CKK Jordanki. Do wyjazdu skusił mnie także koncert skrzypcowy J. Sibeliusa w wykonaniu Soyoung Yoon, zwyciężczyni konkursu Wieniawskiego w Poznaniu w 2011 roku, której nigdy nie słyszałem na żywo. Zacznę od nowej sali. Budynek został zaprojektowany w centrum miasta na tyłach Urzędu Marszałkowskiego przez hiszpańskiego architekta Fernando Menisa. Mieści się w nim sala z 882 miejscami oraz mniejsza sala kameralna dla 287 słuchaczy. Trzeba przyznać, że od zewnątrz bryła budynku prezentuje się ciekawie, ale gdy przejdzie się na tyły budynku, to tak dobrze już nie jest, albowiem budowla może się kojarzyć z betonowymi bunkrami. Tak wygląda bryła budynku CKK Jordanki od frontu, CKK Jordanki widok od tyłu budynku, fot. W. Bielecki fot. W. Bielecki Jeśli chodzi o wnętrze, to według opisu projektantów (zob. miesięcznik „Architektura Murator”, nr 2 z 2016 r.), bryła sali charakteryzuje się rzeźbiarską formą. Z zewnątrz w większości pokryta jest jasnym betonem, który w niektórych miejscach jest „pęknięty”, tak by odsłonić wnętrze utrzymane w ceglanej kolorystyce za sprawą okładziny pikado -konglomeratu betonu z dodatkiem kruszywa melafirowego i cegły o charakterystycznej czerwonej barwie, skuwanego po utwardzeniu. Właśnie okładzinami pikado jest wyłożona większa część kompleksu. W ten sposób projektant sali, chciał nawiązać do gotyckiej zabudowy, która jest architektoniczną i historyczną wizytówką Torunia. Według mnie wnętrze przypomina połączenie bunkra z grotą. W hallu, w szatni i toaletach, odciśnięte na płaskich betonowych ścianach drewniane deski, skojarzyły mi się z pewną wojenną budowlą (kwaterą) na Mazurach. Tam też jest popękany beton 160 Zapiski melomana i odciśnięte w betonie deski wykorzystywane do szalunku. Po wejściu do budynku przez główne drzwi odczuwa się za mało przestrzeni, wszędzie nisko, klaustrofobicznie, a na dodatek podłoga to nieciekawe lastrico. Po koncercie okazało się, że wręcz fatalnie zaprojektowane są szatnie. Takiej ciasnoty i tłoku dawno nie widziałem. W sali koncertowej uderza wielka różnica między poziomem sceny a najwyżej położonymi miejscami. Boczne balkony przypominają jakieś podoczepiane groty, są niesymetryczne, zresztą jak cała sala. To coś jakby z koncepcji A. Gaudiego, genialnego architekta z Barcelony. Zupełnie poraziła mnie olbrzymia, czarna ściana wykonana z karbowanej blachy. Można ją odsuwać i wtedy wielka sala uzyskuje połączenie z mniejszą salą kameralną. Jak jest więc z akustyką sali na Jordankach? Po jednorazowym pobycie trudno mi na to odpowiedzieć, bo siedziałem blisko sceny, ale nie na środku, tylko po lewej stronie, tuż przy metalowej ścianie. Słyszałem dobrze solistkę, natomiast jeśli chodzi o orkiestrę, to lepiej słyszałem grupę pierwszych skrzypiec, harfę, rogi, bo do nich miałem blisko. Żeby ocenić akustykę sali trzeba posłuchać koncertu z kilku różnych miejsc. Mam nadzieję, że mi się to w przyszłości uda, ale mam takie przeświadczenie, że sala ta lepiej nadawać się będzie do występów zespołów młodzieżowych, konferencji, kongresów, targów i pokazów mody, czyli do tego, co było celem projektu: „centrum kulturalno-kongresowe”. No bo czego można oczekiwać od połączenia żelbetonu i blachy? W znanych mi salach koncertowych z najlepszą akustyką, ściany i podłogi są wykonane ze szlachetnego drewna. Po tym architektoniczno-akustycznym wstępie należałoby przejść do opisu koncertu, ale ponieważ minęło od niego nieco czasu, wspomnę tylko, że głównym punktem programu był koncert skrzypcowy największego fińskiego kompozytora Jana Sibeliusa. Zgrała go na skrzypcach włoskiego lutnika z Turynu J. B. Guadaniniego z 1773 r. - Kore-anka Soyoung Yoon. Pięć lat temu została ona zwyciężczynią Międzynarodowego Konkursu im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Skrzypaczka urodziła się w Korei Południowej, potem studiowała w Niemczech, a mieszka w Bazylei w Szwajcarii. Sououng Yoon koncert Sibeliusa ma opanowany w najdrobniejszych detalach. Jest przecież światowej klasy wirtuozem, więc o jakichś problemach technicznych w jej interpretacji nie może być mowy. Pięknie zagrała solową kadencję, którą kompozytor, sam zresztą niezły skrzypek, umieścił w pierwszej części. Perfekcyjnie prowadzi smyczek, a najszybsze nawet przebiegi dźwięków nie stanowią dla niej żadnego problemu. Podczas gry widać, że uważnie słucha orkiestry i stara się z nią prowadzić muzyczny dialog. Skrzypaczce towarzyszyła Toruńska Orkiestra Symfoniczna pod batuta Mirosława Jacka Błaszczyka. Publiczność nagrodziła skrzypaczkę brawami na stojąco i wyprosiła bis. Dla tego bisu i koncertu Sibeliusa w tym wykonaniu warto było pojechać do Torunia. Jako ciekawostkę mogę podać, że skrzypaczka występowała w barwnej sukni sięgającej podłogi i ...na boso, bez butów, ot, taka bosonoga czarodziejka skrzypiec. JUBILEUSZOWY KONCERT PROFESORA JÓZEFA RAATZA Profesor, nauczyciel gry na oboju, jest pracownikiem Akademii Muzycznej w Gdańsku, więc jubileuszowy koncert z okazji 70. urodzin oraz 50-lecia pracy artystycznej odbył się 14 marca br. w sali koncertowej uczelni w tzw. budynku żółtym (bo zbudowanym Wacław Bielecki 161 z żółtej cegły). Jubilat był solistą w trzech romantycznych miniaturach Beethovena, Schumanna i Schuberta granych z akompaniamentem fortepianu. Wszystkie te utwory były raczej liryczne, smutne, ale akurat nadają się do pokazania śpiewności oboju, a może zostały dobrane z uwagi na ogarniającą Jubilata melancholię? Po przerwie prof. J. Raatz zagrał ze swoją siostrzenicą Agatą Raatz (skrzypce) „Koncert podwójny Bacha” BWV 1060 z akompaniamentem Orkiestry Kameralnej Progress i Maciejem Zakrzewskim przy klawesynie (grał u nas w Sztumie dwa lata temu na organach) pod batutą znakomitego dyrygenta młodego pokolenia Szymona Morusa. To był najlepszy moment tego wieczoru. Potem były krótkie przemówienia i kwiaty, po czym Profesor zaprosił wszystkich do hallu na lampkę wina, kawę i ciasto. - Nie jestem zaskoczony tak pełną widownią - powiedział nieskromnie Jubilat - bo przez te siedemdziesiąt lat, a właściwie przez 50 lat swojej pracy, spotykałem głównie życzliwe osoby. Gdybym je policzył, to myślę, że zapełniłyby klika takich sal. FENOMEN FELIKSA NOWOWIEJSKIEGO W dniach od 6 do 7 kwietnia br. odbyła się w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy ogólnopolska konferencja naukowa pod nazwą: „Fenomen Felisa Nowowiejskiego”. Bardzo chciałem pojechać na tę konferencję, ale uniemożliwił mi to stan zdrowia. Ale od czego są nowoczesne środki przekazu? Dzięki uprzejmości kierownika naukowego tego spotkania dr Aleksandry Kłaput-Wiśniewskiej szybko trzymałem dwie płyty wideo z nagraniem wszystkich referatów. Mogłem więc zapoznać się z nimi zapoznać bardzo szczegółowo. Konferencja trwała dwa dni, w czasie których wystąpiło dwunastu znawców F. Nowowiejskiego z ośrodków muzycznych w Bydgoszczy, Poznaniu, Olsztynie, Inowrocławiu, Barczewie, Toruniu, Gdańsku i Lublinie. Zajmowano się osobą i twórczością Nowowiejskiego z okazji ogłoszonego przez Sejm roku tego kompozytora. Nie będę nudził Czytelników dokładnym omawianiem przebiegu tego spotkania, wspomnę tylko o dwu ciekawostkach. Witający uczestników konferencji prof. Jerzy Kaszuba, rektor Akademii Muzycznej w Bydgoszczy wyjaśnił, dlaczego patronem tej uczelni jest Feliks Nowowiejski. - To że Akademia jest imienia Feliksa Nowowiejskiego nie jest związane bezpośrednio z jakimś przyczynkiem z życia kompozytora - mówił profesor. - To jeden z rektorów, prof. Roman Suchecki, wiele lat temu tak sobie umiłował koncert wiolonczelowy Nowowiejskiego, jako wykonawca, że kiedy w 1981 roku przemianowano Wyższą Szkołę Muzyczną na Akademię Muzyczną, to nadał jej imię Feliksa Nowowiejskiego.” Dr Wojciech Dyngosz, nauczyciel akademicki i śpiewak (baryton) Opery Nova w Bydgoszczy kwestionował znaczenie Nowowiejskiego w „Rocie”. Powiedział tak: - Każdy z nas jest w stanie zaśpiewać „Rotę”, ale gdyby nie nasza polska historia i słowa naszej wybitnej poetki Marii Konopnickiej, to myślę, że nawet ta pieśń uleciałaby z naszej pamięci. Trudno pogodzić się z tą opinią. Myślę, że gdyby nie piękna i łatwa do zapamiętania melodia ułożona przez Nowowiejskiego, to „Rocie” nie pomogłyby słowa Konopnickiej. Dowodem na to jest fakt, że do tych samych słów Konopnickiej melodię ułożyli także inni polscy kompozytorzy: Niewiadomski, Maszyński, Kossobudzki, ale żadna z tych wersji nie zapisała się w zbiorowej świadomości. Pisze o tym Hanna Milewska w artykule „Feliks Nowowiejski - podróż do Polski ”. Nota bene, Nowowiejski nigdy nie spotkał się 162 Zapiski melomana osobiście z Konopnicką. Zgodzić się więc trzeba, że na niebywałą popularność „Roty” złożyły się zarówno słowa, jak i muzyka. FESTIWAL DUETÓW FORTEPIANOWYCH W niedzielę 8 maja w Akademii Muzycznej w Gdańsku wysłuchałem dwóch duetów fortepianowych, występujących w ramach odbywającego się tutaj festiwalu. Jako pierwsi tego dnia zagrali bracia Artur i Sebastian Godzińscy z Gdańska. W programie mieli tylko jeden, dość długi utwór - „Sonatę na 2 fortepiany i perkusję” Beli Bartoka z 1921 r. Było to ciekawe zestawienie, tym bardziej, że niektórzy uznają fortepian za instrument perkusyjny. W zestawie instrumentów perkusyjnych zgrały trzy kotły, tołumbas (wielki bęben), ksylofon, triangel i in. Muzyka tego rodzaju nie jest dla mnie zbyt porywająca. Ravel Piano Duo tworzą dwie panie z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina - Agnieszka Kozio i Katarzyna Sokołowska. Pianistki zagrały: Romualda Twardowskiego - „Improvisazione e toccata”, Maurice Ravela - „Suita - Moja matka gęś”, Romana Palestra - „Sonatinę” oraz Władysławy Markiewiczównej - „Suitę”. Obie panie pokazały dobrą technikę i świetne zgranie. A repertuar? Dość ciężki. Nie są to takie utwory, jak grane kiedyś przez niezapomniany duet fortepianowy Marek Tomaszewski - Wacek Ksielewski. NAJLEPSI ABSOLWENCI W OŁOWIANCE Tego samego dnia wieczorem w sali koncertowej na Ołowiance wysłuchałem koncertu, na którym wystąpili czterej najlepsi absolwenci Akademii Muzycznej w Gdańsku. Jako pierwszy zaprezentował się Michał Krężlewski, dyrygent. Nie bardzo miał się czym popisać, bo dyrygował operowym hitem, uwerturą do „Mocy przeznaczenia” Verdiego. M. Krężlewski występował przed kilkoma laty w Sztumie jako pianista na uroczystości 50-lecia Liceum Medycznego oraz z utworami Paderewskiego na sztumskim zamku. Kolejny absolwent - Michał Mossakowski zagrał „I koncert fortepianowy” Brahmsa. Wykonanie zaczęło się dość opornie, i on, i orkiestra, stopniowo rozkręcali się i najlepiej wypadła trzecia część koncertu - końcowe rondo. Po przerwie arię Rusałki z opery Dvofaka zaśpiewała sopranistka Maria Malinowska. Jej głos ujmował świeżością, ale był nieco zbyt rozwibrowany. Na koniec „Koncert fortepianowy” Gershwina zagrał Jan Rejnowicz. To niezły pianista, umiejący pociągnąć za sobą orkiestrę, która początkowo grała ten utwór raczej symfonicznie, bez swingu, nawet solo trąbki w drugiej części zagrane zostało bez jazzowego kolorytu. Już po koncercie doszła mnie myśl, że występujący absolwenci zostali bardzo nierówno, można powiedzieć: niesprawiedliwie, potraktowani przez organizatorów. Obaj pianiści mogli zaprezentować się w trudnym i długim repertuarze, natomiast dyrygentowi i sopranistce nie dano możliwości wszechstronnego pokazania się, bo jak można się wszechstronnie zaprezentować w kilkuminutowej uwerturze, czy arii? SPOTKANIA GITAROWE W ELBLĄGU Po dwuletniej przerwie Państwowa Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna w Elblągu powróciła do organizacji ogólnopolskich spotkań gitarowych. Uczestnicy tego Wacław Bielecki 163 wydarzenia, a było ich około sześćdziesięciu, zostali podzieleni na cztery grupy wiekowe. Miałem możliwość wysłuchania w piątek 13 maja br. występów siedmiu gitarzystów z grupy III, czyli urodzonych w latach 2000 - 2002. Wśród nich, jak się później okazało był zdobywca I miejsca w tej grupie, Kacper Dworniczak z Poznania. Zagrał on miniatury Bacha, Sora i współczesny utwór Marka Pasiecznego - „Lutosławski in Memoriam”. Był on jedynym gitarzystą wykonującym utwór współczesny, i nie ma wątpliwości, że za ten utwór doceniło go jury. Ciekawy byłem występu Damiana Bojanowskiego ze szkoły w Elblągu, mieszkańca Czernina. Zagrał on Weissa - „Fantazję ”, Giulianiego -„Wariacje”, a zakończył występ słynnymi „Wspomnieniami z Alhambry” Tarregi. Niestety, Damianowi do wyróżnienia zabrakło pół punktu. Jego obecną nauczycielką jest Hanna Orlewicz-Olczak, pełniąca funkcję sekretarza jury. W najmłodszej grupie wiekowej sukces odniosła Oliwia Ingielewicz z Elbląga zajmując I miejsce ex aequo (naucz. Małgorzata Piejdak), a w grupie II Maja Magiera z Malborka, też I miejsce ex aequo (naucz. Rafał Roszyk). Spotkania gitarowe w Elblągu są jednym z kilkudziesięciu konkursów, jakie odbywają się co roku w różnych miastach Polski. Świadczy to o wielkim zainteresowaniu uczniów szkół muzycznych gitarą klasyczną. MAURIZIO CONCA POŻEGNAŁ SIĘ ZE SZTUMEM Na pożegnalny koncert Maurizio Conca przyszło do kościoła św. Andrzeja Boboli w Sztumie w niedzielę 15 maja br. niewielu słuchaczy, bo koncert nie był dobrze rozreklamowany. Organista wybrał i zagrał na początku radosne kompozycje romantyków francuskich: Marc-Antonie Charpentier: „Preludium z Te Deum ”, Eugene Gigout: „Toccata h-moll”, Leon Boellmann: „Toccata c-moll” z Suity Gotyckiej, Charles-Marie Widor: „Toccata F-dur” z Symfonii organowej. Potem słuchaliśmy kompozycji: Edwarda Elgara: „Pomp and Circumstance nr 1 D-dur” oraz Sigfrida Karg-Elerta: „Chorał-Improvisation” i na bis - improwizacji na temat włoskiej pieśni maryjnej. Wraz z odejściem organisty kończy się pewien niezwykły okres w życiu muzycznym Sztumu. Od października 2015 r. do maja 2016 r. artysta wykonał aż siedem koncertów. Na koniec każdego miesiąca mogliśmy usłyszeć nowy program. Były w to wielkie dzieła organowe oraz takie, które lubił wykonawca. Usłyszeliśmy m.in. utwory Bacha, Haendla, Pachelbela, Albinioniego, Regera, Mozarta, Chopina, Arcadelta oraz ulubionych przez organistę kompozytorów francuskich - Charpentiera, Gigout a, Boellmanna, Widora, Faure”a, Francka. To były muzyczne wydarzenia bez precedensu, których na co dzień nie można doświadczyć w małym miasteczku. Zresztą proszę mi wskazać duże miasta w których, oprócz festiwali (na których kolejne koncerty wykonują inni organiści), można co miesiąc posłuchać koncertu organowego. Szkoda więc, że mistrz Maurizio Conca opuszcza Sztum. Na jego koncerty można będzie jeździć do odległej o sto kilometrów Kościerzyny. W tamtejszym kościele Zmartwychwstańców zwolniło się miejsce organisty (poprzedni przeszedł na emeryturę). Wypada więc podziękować Maurizo Conca za koncerty u św. Andrzeja Boboli i życzyć wszelkiego dobrego. 164 Zapiski melomana CUDOWNE DZIECI Szafarnia to maleńka wioska położona 50 km na wschód od Torunia, niedaleko Golu-bia-Dobrzynia. Nikt by pewnie nie wiedział o tej miejscowości, gdyby nie to, że w latach 1824-25 przebywał tu dwukrotnie na wakacjach u rodziny Dziewanowskich Fryderyk Chopin. Po wojnie w klasycystycznym dworku mieściła się szkoła podstawowa, która na początku tego wieku została zlikwidowana ze względów finansowych. Rodzice zaprotestowali przeciwko tej decyzji, założyli strajk okupacyjny trwający prawie półtora roku, odbyło się parę głodówek, uczniowie uczyli się nielegalnie, a nauczyciele pracowali za darmo. Nic to nie dało. Uczniów przeniesiono do pobliskiej szkoły w Płonnem. We wrześniu 2004 dworek wraz z przyległym parkiem i stawem został przejęty przez urząd marszałkowski województwa kujawsko-pomorskiego. Rozpoczął działalność Ośrodek Chopinowski. Dworek zostały gruntownie odremontowany. Co roku w maju odbywa się w Szafami konkurs chopinowski dla dzieci i młodzieży. Przyjeżdżają tutaj młodzi pianiści z całego świata w wieku od 6 do 16 lat. W tym roku udział w konkursie wzięło około 50 osób, w tym prawie połowę stanowili Polacy. Można by powiedzieć, że to jeszcze jeden z licznych konkursów, ale kto słyszał tegorocznych pianistów nie może oprzeć się zdumieniu i podziwowi, jak oni grają. Wśród nich są bowiem cudowne dzieci, zapewne takie jak kiedyś Mozart czy Chopin. Oto maleńka Su Ryo Han z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratyczna nie sięgająca nogami do pedałów, gra wirtuozowskie „Wariacje a-moll na temat Paganiniego” Berkowitza. Niewiele od niej większy Chińczyk Ruochong Cui zachwyca wykonaniem „Nokturnu b-moll” i „Impromptu As-dur” Chopina. Największym jednak objawieniem tegorocznego konkursu była trzynastoletnia Sin A Ma, także z Północnej Korei. Wykonane przez nią „Scherzo b-moll” Chopina oraz „Parafraza na temat opery „Rigoletto” Verdiego skomponowana przez Liszta, zachwyciły kunsztem wykonawczym i wirtuozerią, której nie powstydzili by się najwybitniejsi pianiści. To wręcz nieprawdopodobne, jak radziła sobie z utworami wymagającymi opanowania najwyższej techniki pianistycznej. Dodać trzeba, że Sin A Ma otrzymała także nagrodę za wykonanie mazurka Chopina. Ciekawe, jak potoczy się jej dalsza kariera muzyczna. A jakie miejsca zajęli młodzi Polacy? W grupie najstarszej, do 16 lat, II nagrodę zdobyła Julia Łozowska z Warszawy, w grupie II na trzecim miejscu uplasował się Kacper Kukliński z Gdańska, zaś w grupie najmłodszej także na trzecim miejscu znalazła się Anna Urzędowska z Nysy. O randze tego konkursu świadczą jurorzy. Międzynarodowemu gremium w Szafami przewodniczyła prof. Katarzyna Popowa-Zydroń, nauczycielka Rafała Blechacza, która w ubiegłym roku pełniła taka samą funkcję podczas ostatniego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie. W konkursie mają znaczenie także nagrody. W tym roku sięgały one do 2000 €. Oprócz tego laureaci zostali zaproszeni na koncerty do Hiszpanii, Francji, na Węgry oraz Żelazowej Woli i Bydgoszczy. Wszyscy, którzy chcieliby posłuchać, jak grali najmłodsi pianiście w Szafami mogą to zobaczyć pod adresem: www.szafarnia.art.pl Dworek i park w Szafami są mniejsze od naszego pałacu i parku w Waplewie, jednak codziennie słychać tam muzykę. Niemal w każdym tygodniu organizowane są koncerty. Czy i kiedy dojdzie do tego w Waplewie? Andrzej Kasperek 165 Andrzej Kasperek KONCERTY W ŻUŁAWSKIM OŚRODKU KULTURY Przyznaję się bez bicia - pozazdrościłem Wackowi Bieleckiemu swobody i swady z jaką wypowiada się na tematy muzyczne i postanowiłem napisać kilka słów o życiu koncertowym w Nowym Dworze Gd. Żuławski Ośrodek Kultury posiada niezłą salę koncertową, która w czasach świetności wyposażona była m.in. w organy kinowe i kanał orkiestrowy. Ze wspomnień osadników wiem, że zaraz po wojnie zaczął się demontaż instrumentu (nazywając rzeczy po imieniu - szaber), później sala przez lata służyła jako kino. Taka sytuacja istniała do początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to kino „Żuławy” zamknięto. Chwała Bogu, że miesiąc temu nastąpiła jego reaktywacja w ramach sieci Kino za rogiem. Piękna sala ŻOK-u jest trudna do oswojenia przez swoje rozmiary i spore zużycie (ale na całościowy remont gmachu potrzebne są miliony, skąd je wziąć?!). Odbywają się tu zabawy taneczne, studniówki, przedstawienia teatralne, okolicznościowe spotkania i czasem koncerty. Właśnie o imprezach muzycznych chciałbym napisać kilka słów. Przez lata nikt godny oglądania i słuchania do naszego miasta nie zajeżdżał. Chętni obcowania z muzyką na żywo musieli jechać do Gdańska lub Elbląga, gdzie oferta jest nad podziw bogata (przynajmniej jeśli chodzi o Trójmiasto). O „gwiazdach” zapraszanych na Dni Żuław litościwie nie wspomnę. Sytuacja zmieniła się na lepsze, gdy szefową ŻOK-u została Monika Jastrzębska-Opitz, która z właściwą sobie energią dba o rozwój nowodworskiej kultury. Wtedy okazało się, że do naszego miasta mogą przyjechać: Grzegorz Turnau, Czesław Mozil, Stare Dobre Małżeństwo, Plateau z gościnnym udziałem Adama Nowaka z Raz Dwa Trzy oraz Martyny Jakubowicz, Maciej Maleńczuk z zespołem Psychodancing, Dżem a także Andrzej Korycki i Dominika Żukowska w Balladach na dwa serca Okudżawy, Wysockiego, Biczewskiej... Sala była zapełniona, artyści zarobili a nowodworzanie mieli wreszcie poczucie, że nie mieszkają na końcu świata i mogą aktywnie uczestniczyć w kulturze. Nie wolno zapomnieć, że organizacja wielu z wymienionych koncertów nie doszłaby do skutku, gdyby nie wydatna pomoc Mariusza Staniuchy. Ten były policjant, współautor albumu Żuławy - podniebny rejs (recenzja w „Prowincji” 3/2013) teraz wraz z żoną Małgorzatą założył Agencję Artystyczną Paradoks, która na stałe współpracuje z zespołami Stare Dobre Małżeństwo oraz Plateau. Dzięki ich kontaktom do Nowego Dworu zawitały też kabarety: Łowcy.b, Kabaret Skeczów Męczących, Kabaret Smile, Kabaret Młodych Panów... Oczywiście to ich występy cieszą się największą popularnością - można zapełnić dwie sale w ciągu jednego dnia. Ale pan Mariusz ma ambitniejsze plany, mówi: „Spektakle kabaretowe i koncerty organizujemy w całym kraju i chcieliśmy cyklicznie, skoro są ku temu możliwości, sprowadzić jakąś gwiazdę do naszego miasta, jest cudowny 166 Koncerty w Żuławskim Ośrodku Kultury obiekt i trzeba to wykorzystać. Chcieliśmy by mieszkańcy przyzwyczaili się do spędzania wolnego czasu właśnie z kulturą a nie przed telewizorem, z internetem etc.”. Bardzo podoba mi się takie myślenie - nowodworzanie muszą przywyknąć, że na miejscu mogą obejrzeć i posłuchać świetnych artystów. Trzymam kciuki za Paradoks i liczę na to, że je-sienią zobaczymy Marka Piekarczyka i zapowiadaną już wcześniej Stanisławę Celińską. A teraz kilka uwag o dwóch koncertach. Oto 11 maja 2016 mieliśmy wyjątkową okazję, żeby posłuchać orkiestry symfonicznej. Dzięki współpracy z Nadbałtyckim Centrum Kultury, które już po raz czwarty organizowało Festiwal Kultury Białoruskiej na Pomorzu do Nowego Dworu Gdańskiego przyjechała Symfoniczna Orkiestra Estradowa Państwowego Uniwersytetu Kultury i Sztuki pod batutą Anatolija Kudzina, która zaprezentowała się publiczności w bardzo zróżnicowanym repertuarze. W jego skład weszły najpopularniejsze przeboje światowych kompozytorów muzyki estradowej (jazzu: Geor-ge Duke Overture, Talk Is Cheep Krisa Berga, rocka: Rock You Like a Hurricane Scorpions oraz arie operowe: Viva per lei, a także pieśń znana z repertuaru Andrei Bocelli i Sarah Brightman: Time To Say Goodbye) oraz oryginalne opracowania ludowych pieśni białoruskich: Molitva, Hodzić Pawapa w ulicy, Pieśniary, Jabłonka, Nagranoj niadzieli, Słuckija tkaczychy (Słuccy tkacze, to o wytwórcach słynnych pasów słuckich), Białoruś, Moja Biała Ruś, Lodka biełaja, Lawonicha, Kupalinka, Pa nad biełym puchom... Pewnie i tak wszystkiego nie zapamiętałem. Symfoniczna Orkiestra Estradowa składa się z najzdolniejszych studentów Wydziału Estradowego Państwowego Uniwersytetu Kultury i Sztuki w Mińsku. W niektórych utworach towarzyszyli im zawodowi śpiewacy, którzy najczęściej byli także ich Symfoniczna Orkiestra Estradowa Państwowego Uniwersytetu Kultury i Sztuki w Mińsku pod batutą Anatolija Kudzina, fot. Żuławski Ośrodek Kultury Andrzej Kasperek 167 pedagogami. Widzowie z wielką przyjemnością słuchali kapitalnych występów młodych artystów, można podziwiać ich talent, pasję i pracowitość, skoro już w tak młodym wieku potrafią doskonale dawać sobie radę z nawet trudnym repertuarem. Dobrym pomysłem jest śpiewanie starych ludowych pieśni i piosenek w nowych, symfonicznych opracowaniach. Ktoś mógłby narzekać na wielki rozrzut gatunkowy koncertu, ale nie widzę w tym nic złego - daje to szansę młodym muzykom na poszerzenie repertuaru (jazz, rock, opera), popróbowanie sił w różnych gatunkach i rozmaitych aranżacjach. Ich wykonania były dobre i bardzo dobre. Nic dziwnego, że zespół zdobywa różne nagrody na festiwalach i często występuje oraz nagrywa w studiach płytowych i filmowych. W ciągu ostatnich sześciu latach zagrali w Niemczech, Szwajcarii, Francji, Polsce. W ciągu 15 lat istnienia orkiestra dała ponad 350 koncertów. Był tylko jeden mankament, związany pewnie z tym, że koncert odbywał się w ramach Festiwalu Kultury Białoruskiej na Pomorzu. Widzowie skazani byli na bardzo szczegółowe (moim zdaniem za bardzo) prezentacje poszczególnych wykonawców oraz zmuszeni do wysłuchania Kroniki z dziejów polsko-białoruskich, która przynosiła często kuriozalne wiadomości o wspólnej historii naszych państw. Zupełnie niepotrzebny zgrzyt na udanym koncercie. 5 czerwca w sali Żuławskiego Ośrodka kultury odbył się koncert charytatywny dla Oli Grot, która 11 lat temu zachorowała na nowotwór złośliwy mózgu. Ta dzielna kobieta leczy się obecnie w Berlinie i pieniądze są niezbędne na wyjazdy, leki i zabiegi. Widzowie kupując cegiełki po 40 zł wspomagali Olę. Organizatorem koncertu była Fundacja Kreatywna Edukacja. Na koncercie wystąpili: Federowicz & Stroynowski Duo oraz zespól Plateau. Nikt, kto przyszedł w niedzielny wieczór do ŻOK-u nie żałował. Duet Anny Federowicz i Tomasza Stroynowskiego działa już od kilku lat. W tym roku otrzymali stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego dla twórców kultury i dzięki niemu będą mogli wydać pierwszą płytę pt. Talent Anny. Tomek to bardzo ciekawa osoba i zasługuje na szerszą prezentację w „Prowincji”. Pianista, nauczyciel, kompozytor, bohater kilku filmów dokumentalnych. Ale chyba przede wszystkim - popularyzator muzyki, który w wiejskich szkołach (w salach gimnastycznych i na korytarzach) organizuje recitale znanych artystów. W czasie swych muzycznych podróży odkrył talent Ani, kiedyś uczennicy szkoły na Kaszubach, obecnie studentki śpiewu solowego na Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku. Kiedy Anna Federowicz zaczyna śpiewać mamy wrażenie, że oto obcujemy ze wskrzeszoną Anną German, jest jakby reinkarnacją wspaniałej artystki. Na koncercie zaśpiewała kilka piosenek z jej repertuaru oraz utwory Anny Jantar i hiszpańską pieśń Malagueńa Salerosa. Zebrała należne jej oklaski. Chciałoby się jej słuchać dłużej. Życzę jej wielkiej kariery. Choć taka skromniutka, ma wspaniały talent i wielkie szczęście, że ktoś go odkrył. Plateau już kiedyś zagrało w Nowym Dworze, prezentowali wówczas swój album Projekt Grechuta, wspaniale zaśpiewane odnowione aranżacje znanych piosenek Mistrza. Doskonale pamiętam tamten występ, wielką kulturę muzyczną i magię, jaka emanowała z estrady. Tym razem było podobnie. Michał Szulim stworzył swoją oryginalną wizję estradową - chudy drągal w meloniku, pozornie niezgrabny i zagubiony na scenie 168 Koncerty w Żuławskim Ośrodku Kultury (troszeczkę przypomina mi Jacquesa Tati), ale to tylko pozór, bo nad wszystkim doskonale panuje, a nawet potrafi udatnie włączyć publiczność do wspólnej zabawy. A prezentacja członków kapeli na koniec występu to prawdziwa perełka humoru i autoironii. Zespół dał pełnowymiarowy koncert, na który złożyły się piosenki Grechuty (Wiosna, ach to ty, Korowód), ale też z innych programów: Nic nie pachnie jak Ty i Niebezpiecznie piękny świt z najnowszej płyty W związku z Tobą. Na koniec Artyści zaprosili na wspólne śpiewanie, niestety pobiegłem do domu, żeby napisać tę relację i nie wziąłem udziału. Ale musiało być świetnie. Cieszę się, że tylu widzów przyszło na ten koncert. I że tylu ludzi zupełnie bezinteresownie zaangażowało się w jego organizację. To bardzo krzepi. Krzysztof Jasiński kiedyś na zakończenie benefisów z udziałem wielkich artystów, które prowadził w TVP powtarzał: „Kochajcie teatr, kochajcie artystów!”. Jak to dobrze, że Żuławski Ośrodek Kultury daje nam szansę, żebyśmy mogli kochać artystów i pokazać im, jak bardzo są nam potrzebni w naszym zabieganym życiu. Galeria Prowincji MOŻNA WIĘCEJ NIŻ MOŻNA Z MARIUSZEM BURDKIEM ROZMAWIA JUSTYNA WALAS Justyna Walas - Pochodzisz z Wilkowiska, miejscowości na południu Polski. Jak wyglądała Twoja droga z gór na Pomorze? Mariusz Burdek - Do Gdańska przyjechałem przypadkiem. Kolega z Zakopanego namówił mnie, żeby zdawać tutaj na Akademię Sztuk Pięknych. Tak nam się spodobało, że zostałem i nie pojechałem już na egzaminy do Warszawy. Kiedy skończyłem studia, zatrzymały mnie tu rzeźby i kobiety. Właściwie najpierw rzeźby. Zacząłem ogromną pracę w kamieniu, to była skuteczna kotwica, która mnie tu przytrzymała. Potem pojawiła się miłość, założyłem rodzinę i osiedliłem się w Nowym Dworze Gdańskim. - Trafiłeś tutaj właściwie przypadkiem, ale wiem, że Żuławy Cię zaciekawiły i zafascynowały. A co konkretnie? - Na pewno to, że mam świetne warunki do pracy w Żuławskim Ośrodku Kultury. I kontakty z ludźmi. Coraz bardziej czuję się patriotą żuławskim, ten mój patriotyzm lokalny najbardziej objawia się w działaniu akcyjnym z ludźmi. Poza tym to fascynująca kraina, zwłaszcza w porównaniu z tym, co znałem wcześniej. Pochodzę z gór i nigdy bym się nie spodziewał, że przyjadę na depresję i że się tu osiedlę. W górach łatwiej o lokalizację, wchodzisz na górę i wiesz, co jest w zasięgu. A tutaj inspiruje mnie ten zupełnie inny rodzaj odkrywania - wjeżdżasz w pole i raptem okazuje się, że jest tam ukryta jakaś zaginiona cywilizacja, stary kościółek, cmentarz, ruiny... Żeby to spotkać, musisz tego dotknąć, nie możesz na to spojrzeć z daleka, musisz podejść. Na początku miałem spore problemu z odnalezieniem się, gubiłem się na tych dróżkach... Czasami ktoś mnie pyta, czemu nudne Żuławy, dlaczego wybrałem depresję. A dla mnie to jest magiczny teren, który daje zupełnie inne, jakby odwrócone, poczucie przestrzenności. - Twoje rzeźby działają na zmysły, często są interaktywne. Wręcz ma się ochotę ich dotknąć. Wzbudzają też duże emocje. - Sam mam potrzebę większego odbioru świata innymi zmysłami niż wzrok, coraz częściej odkrywam wrażenia zapachowe, dźwięki, dotyk. Często przywołują wspomnienia, wrażenia z przeszłości. Każdy przedmiot może być odczuwalny wieloma zmysłami i od dłuższego czasu już mnie to interesuje. Już od czasów studiów tworzę takie rzeźby - stół z zimnym blatem, rzeźba tłoczona alfabetem Braillea, ogromna marionetka. Cieszy mnie takie rzeźbienie kontaktowe, pozwalające ludziom skonfrontować się ze sztuką. Chciałbym znosić bariery odbioru, pozwalać dotykać, odbierać rzeźbę innymi zmysłami. Chciałbym dać takie poczucie odwróconego odbioru. Ja nawarstwiam materiały, a ktoś to odczytuje od strony efektu finalnego, w odwrotnej kolejności. Dzięki mieszaniu technik rzeźba nie jest może taka czysta, ale za to staje się wrażliwa na interakcję, 170 Można więcej niż można działa na zmysły. Już na etapie tworzenia muszę założyć, jak może zostać odebrana. I wtedy często nie do końca jest tak, jak planuję, bo ludzie odkrywają o wiele więcej niż sam przewidziałem. I to jest fascynujące. - Chętnie bierzesz też udział w projektach społecznych. Prowadzisz warsztaty dla dzieci, wyciągasz Wehikuł, który stworzyłeś i zachęcasz ludzi do lepienia w glinie albo do zabawy z gipsem. Jakie znaczenie ma dla ciebie taka praca? - Kiedy pracuję nad rzeźbą, lubię się zamknąć, żeby móc coś w sobie otworzyć, potrzebuję wtedy samotności, zaspokajając swój głód rzeźbienia. Robię to dla siebie. Próbuję się cały czas uczyć na tych działaniach, podnoszę poprzeczkę. Z kolei praca akcyjna, z ludźmi, jest odwróceniem tej sytuacji. Przy warsztatach, które prowadzę, otwieram się na ludzi i oddaję im wszystko, co umiem, kieruję tę energię w ich stronę. Tak naprawdę wtedy odpoczywam, najważniejsze jest tu spotkanie, kontakt i próba wyłuskania z tej sytuacji czegoś więcej. - Skąd czerpiesz największe inspiracje dla swoich prac? - U mnie łączą się płaszczyzna życia i sztuki, nie ma oddzielnych sfer, one się przenikają. Całe doświadczenie życiowe przenika do rzeźby. Bazuję na intuicji, na napotkanych, przeżytych sytuacjach. Mariusz Burdek urodził się w 1985 roku w Limanowej, a teraz zapuszcza korzenie na Żuławach. Jest absolwentem Liceum im. A. Kenara w Zakopanem oraz Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Obecnie pracuje na macierzystym wydziale jako asystent i doktorant w pracowni prof. Mariusza Białeckiego. Od 2013 roku mieszka i pracuje w Nowym Dworze Gdańskim. Jest rezydentem Żuławskiego Ośrodka Kultury. Obok działalności twórczej angażuje się w działania społeczne - prowadzi warsztaty w przestrzeni miejskiej oraz na wsiach, koordynował też plenery rzeźbiarskie. Twierdzi, że do pracy napędza go ciekawość - ona sprawia, że jako twórca eksperymentuje z materiałami, poszukuje nowych form i stawia pod znakiem zapytania utarte symbole. Jego rzeźby powstają pod wpływem emocji, kiedy próbuje definiować świat po swojemu, czasem zaprzeczając własnym doświadczeniom i wiedzy, a ich ostateczna forma jest efektem wielu, często nieudanych prób i koncepcji, w czasie których niemal zrasta się z dziełem. Można więcej niż można 171 W twojej rodzinie nie ma większych tradycji artystycznych. Skąd więc rzeźba wzięła się w twoim życiu? - Była kiedyś taka bajka o chłopcu rzeźbiarzu i mój starszy brat zaczął dłubać w kawałku drewna, a ja jako młodszy brat zgapiałem. Brat skończył na pierwszym drewienku, a ja zacząłem to robić. Na początku próchno, mydło i nożyki kuchenne. Zacząłem tak spędzać czas, w końcu dostałem dłutka od wujka. Potem właściwie miałem już złożone papiery do budowlanki, ale w końcu rodzice wysłali mnie na konsultację do lokalnych rzeźbiarzy, którzy potwierdzili, że może coś z tego być, więc poszedłem do Liceum Plastycznego im. Kenara w Zakopanem. Jako jedyny na egzamin w glinie poszedłem w garniturze. Takim od bierzmowania. Byłem wtedy totalnie niedoświadczony. Za to miałem praktykę w pracy na budowie, co dało mi podstawy techniczne. I zapał do pracy. Po prostu wiem, że można więcej niż można. Nie mogę sobie mówić, że nie dam rady, wiem, że te granice, które sobie sami stawiamy, są szersze niż nam się chce wyobrazić. Z tego wynika też moje podejście do rzeźby, w wielu momentach można by było się poddać, ale próbuję dalej, używając swojej wyobraźni i wiedzy. Dziękuję za rozmowę. Rzeźby Mariusz Burdka,fot. archiwum Recenzje Janusz Ryszkowski MÓJ REGAŁ PODRĘCZNY Ryszardfilbrandt, Piórem w mur, Kociew-ski Kantor Edytorski, Tczew 2016. „Nie stawia diagnoz, nie orzeka jednoznacznie, tylko SUGERUJE czytelnikowi różne kierunki refleksji. Prosty realizm „przełamuje” na różne sposoby, wprowadzając na przykład znienacka rozwiązania groteskowe, fantasy, science fiction, dygresje metafizyczne, elementy przypowieści. Naturalnie nie wszystko naraz, tylko w każdym opowiadaniu stosując inną strategię pisarską. Jest to twórczość bardzo klarowna, a nie konglomerat eksperymentów. „Realizm niedoslowny” to (stanowiący z mej strony komplement) termin, który sobie wymyśliłam na określenie tej prozy.” Tak Ariana Nagórska pisała o wydanym w 2013 roku tomie opowiadań „Znaki przeciwne” i śmiało można te słowa potraktować jako syntezę prawie całego pisarstwa Ryszarda Filbrandta, który od 1990 roku, kiedy to debiutował arkuszem „Klocki dla dorosłych”, co dwa, trzy lata regularnie proponuje czytelnikom nowe książki prozatorskie. Najnowsza nosi tytuł „Piórem w mur”. Nie ironiczny, ale po prostu gorzki. W wieńczącym książkę „Epilogu” mówi o tym Artur, port- parole autora: „(...) często znaczny wysiłek pisarza idzie na marne. Nie może trafić do czytelnika, nie może przebić muru dzielącego go od niego. (...) Oczywiście, mam tu na myśli twórców unikających kamer i pierwszych stron gazet (...).” Ale jest także drugi mur, metaforyczny, odgradzający od wartości takich jak: prawda, mądrość, dobro, który trzeba próbować przebijać... Pisarz traktuje to jako imperatyw moralny. To, co przed chwilą napisałem zabrzmiało tak, jakby autor „Impulsów istnienia” mierzył się w swojej prozie z wielkimi tematami literatury. Nic podobnego. Filbrandt uprawia prozę kameralną, ściszoną, niena-rzucającą się, trochę dobiegającą z innego świata. Wystarczy wsłuchać się w dialogi jego bohaterów. „Pani zanadto łaskawa”, „Drogi przyjacielu...”, „Widzę drogi Arturze, że jesteś w dalszym ciągu niepoprawnym optymistą.” Ta ostentacyjna wręcz literackość z innej epoki, wynika z niezgody na okalającą rzeczywistość. W „Prosto z głowy” narrator wspomina, jak to podczas zasadniczej służby wojskowej znajdował azyl w kantynie, spędzając czas przy oranżadzie i herbatnikach. Tam następowało „przestrojenie mojej jaźni”. Potrzeba budowania (w sobie) alternatywnego świata, także przez sztukę, skrojonego Recenzje 173 na miarę własnych oczekiwań czy marzeń, to - moim zdaniem - wyłaniające się z całościowej lektury przesłanie „Piórem w mur”. „Kamienie literackie”, tak nazwał tu jeden z bohaterów napisane przez siebie krótkie prozy, choć są różne, składają się na pewną całość. I warto ją dostrzec. WRASTANIE W POLSKOŚĆ Jan chłosta, Kartki mojego życia (Wspomnienia), Warmińskie Wydawnictwo Diecezjalne, Olsztyn 2016. fan Chłosta Karty z mego życia (Wspomnienia) „Urodziłem się jeszcze przed wybuchem drugiej wojny w Olsztynie, na południowej Warmii. Pierwsze słowa, które wypowiedziałem wcale nie były polskie. Język polski nie mógł być mową moich pierwszych lat życia. Posługiwali się nim jednak moi przodkowi, wrośnięci od pokoleń w tę ziemię. Oni świadomie przechowywali zwyczaj warmińskie, które po latach opisywałem” - pisze we „Wprowadzeniu” do swoich wspomnień Jan Chłosta, stały współpracownik „Prowincji”, podążający na naszych łamach tropami przedwojennych Polaków na Powiślu. I dalej: „Pragnąłem, aby te wspomnienia stały się opisem mojego autentycznego wrastania w kulturę polską. Odbywało się ono z pomocą innych ludzi, szkoły i wciąż odkrywanej złożonej historii tej ziemi”. Chłosta jest redaktorem i autorem wielu książek, cennych artykułów naukowych, doktorem nauk humanistycznych, laureatem wielu nagród, piastował wiele ważnych funkcji w Stowarzyszeniu PAX (w tym kierownictwo Instytutu Wydawniczego PAX) i jego następcy Civitas Christiana. Takie informacje są dostępne w Internecie i w biogramach. Ale dzięki „Kartom mojego życia” dowiadujemy się, że ten życiowy dorobek nie przyszedł łatwo. O tym autor pisze oszczędnie, ale można sobie wyobrazić: dzieciństwo bez ojca, który przepadł na wojnie, rok u ciotki na wsi, zanim mama mogła zabrać go do Olsztyna. Praca zarobkowa podjęta już w siódmej klasie i stąd konieczność dalszej edukacji aż do matury w systemie wieczorowym. Dzienne Studium Nauczycielskie także łączone z pracą w Stowarzyszeniu PAX (redakcja „Słowa Powszechnego”), zacznie skończona polonistyka w gdańskiej WSP, choć zaczęta systemem dziennym. Ślub, kłopoty mieszkaniowe, narodziny dziecka i nagła śmierć małżonki. „Czy zamieszczone fragmenty mojego życia zasługują na upowszechnienie, czy wnoszą one coś interesującego?” - zastanawia się autor. Moim zdaniem tak. Książka jest ważnym dokumentem tyleż osobistym, co środowiska ludzi związanych w Kościołem katolickim, którzy tym duchu tworzyli nową wspólnotę w dawnych Prusach Wschodnich, w skomplikowanej rzeczywistości PRL. 174 Recenzje W MEKSYK SIĘ WIERZY... Piotr grzegorz michalik, Podmiejskim do Indian. Reportaże z Meksyku, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2016. Taką lub podobną książkę autor miał chyba zapisaną w genach (ojciec - sztumia-nin Leszek Michalik to przecież ceniony popularyzator i badacz kultury Indian). Z tym większą ciekawością sięgam po tę pozycję. Reportaże o Meksyku, adresowane do szerszego grona czytelników, nie tylko wielbicieli podróży lub Ameryki Łacińskiej, są autorstwa antropologa, pracownika Katedry Porównawczych Studiów Cywilizacji Uniwersytetu Jagiellońskiego, prowadzącego badania wierzeń i obyczajowości w Meksyku, Gwatemali i na Kubie. Już we wstępie Piotr Michalik uprzedza: „Wiele refleksji i komentarzy (...) choć solidnie ugruntowanych w rzetelnych źródłach, pozostaje bardzo osobistymi, świadomie stronniczymi, czasem uszczypliwymi, kiedy indziej naiwnie entuzjastycznymi.” Książka zaczyna się od fiesty, bez której trudno wyobrazić sobie powieść o Meksyku i jego mieszkańcach. Akurat ta fiesta miała za swoją patronkę Świętą Śmierć... Jest ołtarz znajduje się w centrum patio. Cóż za chwytliwy temat dla badacza-reportera? Piotr Michalik z zaprzyjaźnioną antro-polożką Perlą podąża tym tropem. O początki młodego kultu Świętej Śmierci toczą się spory. M.in. badania Michalika wskazują, że udokumentowane początki bardzo podobnych form sięgają lat 40. ubiegłego wieku. Ale pierwszy publiczny ołtarz Świętej Śmierci stanął na ulicy w 2001 roku. Bardziej przez przypadek, niż jako objawienie. Figura, podarowana dońi Enriquecie Romero przez krewnego, nie mieściła się w jej domu... Jak to możliwe, że kult wybuchł z niesłychaną intensywnością? Odsyłam do ciekawych reportaży Michalika, które opowiadają także o świecie narkotyków, seksu i oczywiście Indian, nawiedzanych przez antropologów i turystów. Udało mu się to, o czym mówił filozof Zamacona z powieści Carlosa Fu-entesa: „Meksyku się nie opisuje. W Meksyk się wierzy, z namiętnością, z pasją”. Ostatni tomik jest szczególny. Pisze ze szczerością autor: „Hrabianka Truszkowska” zawiera różne wiersze, o domu rodzinnym, o Bydgoszczy zwłaszcza tej, której już nie ma, o niektórych barwach naszego bytu, o mojej żonie ciężko chorej na stwardnienie rozsiane, która jest jedyną moją miłością od czasu wspólnych studiów w Kortowie i obecnie moim największym zmartwieniem.” Tytułowa hrabianka to właśnie małżonka. Wiersze tomiku Mazurkiewicza tworzą liryczną, dokumentalną (wykorzystanie archiwalnych zdjęć) opowieść rodzinną; po trosze na użytek domowy, przyjaciół, po trosze dla innych, ale o podobnej co autor wrażliwości. Recenzje 175 Tomasz Stężała STRACH MIESZKAĆ W ELBLĄGU I ZBIERAĆ CENNE DOKUMENTY Agnieszka Pietrzyk, Śmierć Kolekcjonera, Wydawnictwo Czwarta Strona, Elbląg 2016. Pani doktor Agnieszka Pietrzyk właśnie wydała swoją czwartą książkę - „Śmierć kolekcjonera”. O ile mnie pamięć nie myli, to jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy kryminał, którego akcja dzieje się w samym Elblągu. Jak wygląda „debiut” miasta w tego typu powieści? Jakiś czas temu czytałem „Urlop nad morzem” - przygodę ze zbrodnią w nieodległym Sztutowie. Listopad spędzany przez parę małżonków tuż obok obozu koncentracyjnego, który samym swoim istnieniem oddziaływał na zachowania postaci. Chyba też podświadomie oczekiwałem czegoś podobnego po „Śmierci kolekcjonera”, a znalazłem się w totalnie odmiennej narracji. Przejdźmy zatem do treści. W hotelu „Pod Lwem” na Starym Mieście odbywa się aukcja przedwojennych papierów wartościowych. Pojawiają się kolekcjonerzy miejscowi (sędzia Lasocki) i wielu przyjezdnych, którzy zatrzymują się „Pod Lwem”. Henrykowi z Olsztyna towarzyszy elblążanka Anna, są też Kruko-wie z Białegostoku, Karolina z Warszawy, Bogdan z Braniewa. Hermetyczne środowisko zbieraczy starych akcji podekscytowane jest kilkoma bardzo cennymi walorami - w tym akcjami Schichaua - oraz przewidywaną ostrą licytacją. Rozpoczyna się prowadzona przez celebrytę aukcja: najcenniejsze walory licytują Henryk z sędzią. Temperatura rośnie, w końcu gość spod 32-go, Henryk, przebija sędziego, zdobywając także zgłoszony w ostatniej chwili cymes - akcje fabryki lokomotyw zdobione grafiką Józefa Mehoffera. Potem szampan, gratulacje i zawiść; kobiety wchodzące i wychodzące do numeru 32. Rano, recepcjonistka która przyjmowała Henryka, Ester, przez okno w wynajętym pokoju, w mieszkaniu przy ulicy Rechniewskiego dostrzega po przeciwnej stronie wiszącą w oknie parę staruszków. Przyjeżdża policja prowadzona przez komisarza Kamila oraz prokurator - Milenę 176 Recenzje (kobietę po przejściach). Wygląda na podwójne samobójstwo, ale nie udaje się tego potwierdzić, gdyż niedługo potem śledczy zostają odwołani do hotelu, gdzie odbywała się poprzedniego dnia aukcja: tym razem pokojówka znajduje w pokoju numer 32 uduszonego Henryka oraz leżącą obok Ester. Jeden poranek i cztery trupy! Komisarz bada zwłoki, zaczynają się przeszukania, gdyż znajdujący się w szafie sejf jest pusty. Po pewnym czasie udaje się wytypować krąg podejrzanych: Niemka z warkoczykami, kilkoro kolekcjonerów, syn Anny, pracownicy hotelu. Rozpoczyna się mozolne zbieranie dowodów, a w tle toczy się wojna damsko-męska; poznajemy nie najciekawsze szczegóły z życia mieszkańców miasta. Mgła rozlewa się nad śledztwem. No właśnie. Pani Agnieszka nie pozwala na odpoczynek, co rusz podrzuca czytelnikowi kolejną przynętę skutecznie gmatwając wyglądającą na dość prostą sprawę. Policjanci (też niezłe ziółka) chwytają się nowych poszlak, które prowadzą do... Główny wątek gdzieś ginie w treści, na pierwszy plan wysuwa się rywalizacja między ojcem i synem, prowadząca do kolejnych zbrodni. Zakończenie jest zaskakujące i przypomina mi nieco poprzednią książkę Leszek Sarnowski LOKALNE Ojczyste krajobrazy. Mikołajki Pomorskie, Krasna Łąka i okolice w historii i wspomnieniach, Praca zbiorowa pod redakcją Janiny Stępniak i ks. Marka Karczewskiego, Mikołajki Pomorskie 2015. To już trzecia publikacja poświęcona dziejom Mikołajek Pomorskich. Można by powiedzieć, że Mikołajki Pomorskie mają autorki. Dużym plusem, zwłaszcza dla osoby znającej Elbląg, jest dobrze pokazana topografia miejsc. Pozwala to na lepsze „poczucie” akcji i w pewnym stopniu skojarzenie z typami ludzkimi („typki” z Zawady). Wydaje mi się, że podobnie jak w poprzednim wypadku, także „Śmierć kolekcjonera” zakończyła się nieco zbyt gwałtownie. Domyślać się mogę, że to sugestia osoby robiącej redakcję książki, której autorka nie była w stanie się oprzeć. Dlatego też część pootwieranych wątków nie zostaje choćby połowicznie rozwiązana. Wyjaśnione wprawdzie zostaje podwójne morderstwo w hotelu, ale nie inne śmierci. Jak twierdzi pani Agnieszka, ma to być też częściowo celowy zabieg jak u Nesbo, ale mnie się to nie przekonuje. Książka pozostawia niedosyt, ale autorka na spotkaniu oświadczyła, że wydawca zamówił kontynuację, więc jest szansa, że czytelnicy nie pozostaną sami z domysłami. Agnieszka Pietrzyk niewątpliwie rozwija się pisarsko i kolejne kryminały są coraz lepsze, choć w mojej opinii zbyt łatwo rezygnuje z pierwotnej wersji intrygi, co negatywnie odbija się na przyjemności czytania. Na pewno „Śmierć kolekcjonera” można śmiało polecić czytelnikom „Prowincji”. HISTORIE szczęście do ludzi, którzy podejmują się takiego wyzwania, ale mają też szczęście do ludzi, którzy chcą się dzielić z innymi swoimi wspomnieniami i przeżyciami. To zaleta małej wspólnoty, gdzie ludzie znają się i chyba lubią być ze sobą. A jeszcze jak znajdzie się taki animator i słuchacz jak ks. Marek Karczewski, to nie może być Recenzje 177 mowy o przypadku i sukces gotowy. Niewątpliwy honor należy oddać włodarzowi gminy Kazimierzowi Kuleckiemu, który potrafił dostrzec tą bezcenną wartość, jaką jest spisywanie i publikowanie wspomnień mieszkańców, bo jak pisze we wstępie do książki: „Współczesność nie może istnieć bez korzeni. To dziedzictwo należy poznać, zachować i rozwijać.” I to prawda najważniejsza, którą w Mikołajkach praktykuje się od kilku lat. Ks. prof. dr hab. Jan Wiśniewski, wybitny znawca historii Dolnego Powiśla, podkreśla w swoim naukowym wstępie, że mimo tego, że mieszkańcy tych ziem, to konglomerat ludności autochtonicznej i napływowej, to można już mówić o ich lokalnym patriotyzmie i tożsamości, które zasadzają się na „poczuciu emocjonalnego przywiązania do miejsca zamieszkania”. Pierwsza część książki to Historie szczególne. Małgorzata Karczewska analizuje kroniki szkolne z Mikołajek Pomorskich, Dąbrówki Pruskiej i Kołozębia po 1945 roku, jako oryginalne źródła do poznania najnowszej historii. Ks. Marek Karczewski opisuje akty kanonizacyjne błogosławionej Doroty z Mątów, w których odnajduje oryginalne świadectwa mieszkańców Mikołajek, Rodowa, Sadłuk, którzy doświadczyli uzdrawiającej mocy rekluzy--pustelniczki. Alicja Marcinkowska zajęła się historią kościoła Św. Anny w Krasnej Łące, Grażyna Wróblewska historią szkoły w tejże wsi, a Krystian Zdziennicki opisał działalność wybitnego etnografa i archeologa, związanego ze wsią Mirowice, księdza Władysława Łęgi. W drugiej części książki pod tytułem Wspomnienia, zawarto 22 bezcennych zapisków z życia mieszkańców gminy Mikołajki Pomorskie. 1 WSPOMNIENIACH Pani Bożena Poćwiardowska przyjechała do Mikołajek z Gdańska, jak na zesłanie. Organizowała pracę pierwszej biblioteki, zakochała się w miejscu i została. O najnowszych dziejach biblioteki pisze Jadwiga Stępniak, a Pani Gabriela Lewandowska wspomina swego nieżyjącego męża Lucjana, cenionego pedagoga, wójta i budowniczego mikołajskiego gimnazjum. Pani Józefa Kierzkowska jako nastolatka przyjechała z rodziną z Kresów w 1947 roku. Zamieszkała w Wilczewie. Pisze o początkach życia kulturalnego, uroczystościach religijnych, przesłuchaniach w sprawie przydrożnego krzyża, który postawili mieszkańcy wsi w 1986 roku, a który władze uznały za prowokację przedwyborczą. Kreśli też swoją wieś poetyckim wersem. O przesiedleńczych losach swojej rodziny pisze też Pani Bożena Tomasik. Pani Zdzisława Kita, nauczycielka, wieloletnia dyrektorka szkoły w Kołozębiu, przyjechała z rodziną z Płocka, a swoją wrażliwość odnalazła w malarstwie. Jej 178 Recenzje niewyczerpywalną energię i chęć pomagania innym opisuje też Sandra Kolińska. Ks. Marek Karczewski opisuje dramatyczne wybory „autochtonów”, którzy nie odnaleźli się w komunistycznej rzeczywistości i w latach 70. ubiegłego wieku podejmowali decyzję o wyjeździe do Niemiec. Powody były bardzo różne - rodzinne, polityczne, a także materialne. Z Mikołajek wyjechało wtedy ok. 400 osób. Ksiądz Karczewski pisze również o byłym proboszczu mikołajskiej parafii księdzu Marku Żmudzińskim, który wpisał się w historię parafii i gminy wieloma cennymi inicjatywami, szczególnie cenne były te, które integrowały mieszkańców i parafian. Po wielu latach proboszczowania ksiądz Marek opuścił parafię, by kontynuować pracę naukową w Elblągu i Olsztynie Krzysztof Koliński pisze po prostu o szczęśliwym życiu. Alicja Klufczyńska opowiada o dzieciństwie w pałacu w Cie-szymowie, a Zbigniew Cempa o muzycznych fascynacjach i inspirowaniu młodych zdolnych muzyków. Ojciec Bruno Żuchowski jest misjonarzem w Augsburgu, ale z nostalgią wspomina swoje miejsce urodzenia Sadłu-ki i rodzinę, która tu żyła od kilku pokoleń. Trzecia część książki to Ciekawostki, a wśród nich opowieść o strojach, zwyczajach, świętach i podaniach na ziemi sztumskiej na podstawie badań ks. Władysława Łęgi, o siostrach Elżbietankach, Towarzystwie Św. Kingi, rodzinie Schreiberów, agronomie z Sadłuk, etc. To wyjątkowa książka, a szczególnie wyjątkowa dla mieszkańców gminy Mikołajki Pomorskie, bo pokazuje ich wspólnotę w bardzo ciekawym, ludzkim aspekcie. To trzecia już praca napisana przez mieszkańców pod okiem ks. Marka Karczewskiego. Można pozazdrościć Mikołajkom, że mają takiego duchownego, który potrafi mobilizować mieszkańców do takich niestandardowych działań, bo Mikołajki są chyba jedyną gminą w powiecie sztumskim, a być może i na Pomorzu, która ma tak bogato udokumentowane i spisane wspomnienia mieszkańców. Brawo dla władz gminy, że te publikacje konsekwentnie dofinansowują i wspierają. Justyna Czernicka W ŚMIERTELNYM WIRZE Janusz M. Moździerz, Cofka, Malbork 201S. Cofka - jak wskazuje tytuł zbioru opowiadań - wpisuje się w nurt literatury marynistycznej. Czym jest tytułowa cofka? Zjawiskiem charakterystycznym dla terenów przybrzeżnych, polegającym na podnoszeniu się poziomu wody, w skutek czego dochodzi do zalewania terenów nadmorskich przez zdradliwe fale. Cofka „potrafi podciąć człowieka i na zawsze wciągnąć w śmiertelny wir.” Tytuł zdaje się sugerować przewrotną intencję autora, a zarazem i przestrogę: Cofka, którą Janusz Maria Moździerz proponuje czytelnikowi, choć na pozór niewinna, może być przyjemnością równie niebezpieczną jak igranie z falami podczas prądu wstecznego. Z lekturą związane jest Recenzje 179 Janusz Maria Moździerz Cofka potencjalne ryzyko porwania i wciągnięcia, jako że zdania i akapity biegną potoczyście jak rwący nurt wody: Cofka zapowiadana czy przespana przez służby powołane lub amatorskie, przychodzi zawsze nie w porę i może spierdolić każdą atrakcyjnie zapowiadającą się sprawę. Taki ma charakter niezależny, nie sposób dokładnie zlokalizować jej początku ani godziny bezpiecznego końca.(...) Jest nieobliczalna i jeszcze nikt z nią nie wygrał. Absolutnie. Komu Cofka może przypaść szczególnie do gustu? Wszystkim, którym bliskie jest morze. Morze jest bowiem integralnym bohaterem opowiadań. Pierwszoplanowym, drugoplanowym, epizodycznym, zawsze jednak obecnym, zawsze daje się wyczuć nadmorski klimat. Morze jest bohaterem specyficznym - kocha się je, albo nienawidzi, nieustanie jednak trzeba się z nim liczyć. Morska toń pełni także funkcję przestrzeni. To obszar ściśle związany z człowiekiem. Fale skłaniają, a nawet zmuszają do działania: walki, ucieczki, przemyśleń. Eksploatowane z konieczności lub dla przyjemności. Ogrywa rolę usługową wobec postaci i zdarzeń, a jednocześnie jest istotą działającą, aktywną. To przestrzeń życiodajna i śmiercionośna zarazem. Niejednokrotnie kładąca kres ludzkim historiom. W opowiadaniach Moździerza przestrzeń ma charakter uniwersalny. Dlatego trudna jest do empirycznego zlokalizowania. Nazwy geograficzne przypominają symbole (Brunatna Rzeka, Zielony Szpindel, Mleczna Rzeka, Kamienna). Instynktownie wyczuwa się, że nie ma sensu szukać ich na mapie, bo mogą nie istnieć w rzeczywistości. Nie o samym morzu Cofka jednak traktuje. Znajdziemy tu całą plejadę postaci ludzkich (i nie tylko). Każde z opowiadań ma odrębnego bohatera, czasem kilku. Łączy ich jednak wiele. Mamy tu do czynienia z jednością w różnorodności. Typowy bohater Cofki jest mężczyzną (kobiety pojawiają się jedynie, jako obiekt męskiego zainteresowania, np. Hela czy Stara K.), cechuje go prostota i surowość charakteru. Znajdziemy tu zwyczajnych ludzi obdarzonych imionami lub nie. Poznajemy Kajetana, Zygusia, Dariusza, Kamila, Starego, Chłopca, poetę, prozaika, kataryniarza. Wszyscy wykazują skłonność do nałogów, posługują się dosadnym językiem, traktują fizjologię w sposób naturalny, pozbawieni sentymentów, twardo stąpający po ziemi. Przedstawieni z dystansem i ironicznym przymrużeniem oka. Jakby wyjęci z literatury sowizdrzalskiej. Janusz Moździerz kpi z wszystkiego i z wszystkich - również z wykreowanych przez siebie herosów wątpliwej reputacji. Unika pisania w konwencji serio. Przedstawia świat w krzywym zwierciadle. Po opowiadania mogą 180 Recenzje więc z przyjemnością sięgnąć miłośnicy satyry. Zacięcie ironisty ujawnia się na poziomie języka narracji. Czytelnik staje wobec niezwykłego bogactwa słownictwa różnego autoramentu. Autor Cofki czerpie z różnych odmian polszczyzny: literackiej, potocznej, środowiskowej, nie stroni od wulgaryzmów, tworzy neologizmy. Chlanie i facet sąsiaduje tu z prawidłem, niwą i atentatem, a przedpiersie, suczyna, kur-wiszcze i dobranocowanie z szmają i spinningiem. Inną charakterystyczną cechą stylu Janusza Moździerza są długie, rozbudowane zdania pełne ozdobników i dygresji. Autor nie stroni też od klasycznych środków stylistycznych (metafora, epitet...). Janusz Maria Moździerz tworzy literaturę, która może zachwycać, ale może też irytować. Jedno jest pewne: jego erudycja zasługuje na podziw. Autor posługuje się koronkową prozą, w której niemało leksykalnych perełek, proza ta jest nieobliczalna i jeszcze nikt z nią nie wygrał - jak morska cofka. Krystian Zdziennicki SZKOLNE HISTORIE Z MIERZEI Sztafeta pokoleń. 70 lat polskich szkół gminy Sztutowo, Wydawnictwo Region, Gdynia 2016. W ostatnim czasie znaczna część szkół świętuje swoje 70-lecie. Jest to oczywista konsekwencja zakończenia II wojny światowej, gdyż od 1945 roku w Polsce, a w szczególności na tzw. ziemiach odzyskanych zaczęło kształtować się polskie szkolnictwo. Priorytetem wówczas było stworzenie sieci placówek oświatowych na poziomie podstawowym. W tym roku swój jubileusz obchodzi szkoła w Sztutowie. Z tego powodu powstała ciekawa publikacja Sztafeta pokoleń. 70 lat polskich szkół gminy Sztutowo. Powstała ona dzięki staraniom dyrekcji, pracy osób zaangażowanych w przygotowanie książki, a także wsparciu darczyńców. Należy też dodać, że publikacja poświęcona jest także innym szkołom z terenu gminy, gdyż obecnie Zespół Szkół imienia Pamięci Ofiar Sztafeta pokoleń Ut polskich szkół Region gminy Sztutowo Recenzje 181 Stutthofu jest jedyną funkcjonującą placówką oświatową na tym terenie. Książka podzielona jest na kilka części, które poświęcone są różnym zagadnieniom. Na początku znajdują się w niej wspomnienia oraz refleksje, którymi podzielili się byli dyrektorzy szkoły w Sztutowie: Stanisław Kraszewski, Bogdan Pniewski oraz Jan Wilkanowski, a także obecna dyrektor Sylwia Owsińska wraz z zastępczynią Bożeną Nowak. Następnie zamieszczono bardzo interesujący rys historyczny, w którym ukazano „korzenie” edukacyjne Sztutowa i okolic sprzed 1945 r. Co ciekawe pierwsze wzmianki poświęcone szkolnictwu w Stutthofie datuje się na XVII wiek, tj. jeszcze z okresu przynależności do I Rzeczpospolitej. Autor tej części Marcin Owsiński również ukazał dzieje sztutowskiej edukacji okresu przynależności do Prus, a później Niemiec. Wskazał wpływ zmian o charakterze politycznym na nauczanie dzieci. W drugiej części rysu historycznego przygotowanego również przez Marcina Owsińskiego, a także Sylwię Owsińską przedstawiono powojenne losy polskich szkół gminy Sztutowo. Ciekawostką może być fakt, że pierwszą powojenna placówka powstała jesienią 1945 roku a była to szkoła w Laszce. Jednakże już w lutym 1946 roku naukę dzieci przeniesiono do Sztutowa. Należy dodać, że na terenie obecnej gminy w poszczególnych okresach działały też inne placówki, które zostały uwzględnione przez autorów pracy. Były to wspomniana już, a zarazem reaktywowana szkoła w Laszce, a także placówki w Kątach Rybackich i Goszkowie. Z biegiem lat zostały one wszystkie wygaszone. Obecnie tak jak już wspomniałem na terenie gminy działa jedna szkoła zbiorcza, w której mieści się zarówno szkoła podstawowa i gimnazjum. Znaczną część publikacji stanowi część źródłowa. Na podstawie zachowanych dokumentów z archiwum szkolnego opracowano i opublikowano wartościowe źródło historyczne, które z całą pewnością będzie mogło stanowić rzetelny materiał do dalszych badań nad dziejami szkoły. Najobszerniejszy jest wykaz uczniów, którzy w danym roku szkolnym ukończyli daną szkołę gminy lub opuścili ją z innych przyczyn wzbogacony wstępem oraz częścią statystyczną. Znajduje się tam również spis miejscowości, w których urodzili się uczniowie szkół w latach 1946-1966, rejestr byłych i obecnych pracowników, oraz tegoroczny wykaz uczniów. Zwieńczeniem tej części jest odnotowywanie licznych sukcesów uczniów sztutowskiej szkoły na gruncie szkolnym (spis uczniów, którzy ukończyli edukację z wyróżnieniem), a także pozaszkolnym (osiągnięcia w konkursach i olimpiadach). Po zapoznaniu się z tą publikacją należy się zgodzić z dyrektor szkoły, że przez ostatnie 70 lat nastąpiło wiele przełomowych zmian w sztutowskiej edukacji. Z drugiej jednak strony nie zmieniło się nic, gdyż ludzie się nie zmieniają. A przecież tak naprawdę to nauczyciele oraz uczniowie, a nie budynek i jego wyposażenie, stanowią szkołę. W tym miejscy należy życzyć społeczności szkolnej następnych 70 lat, a także kolejnych sukcesów dydaktycz-no-pedagogicznych. Książka z całą pewnością będzie fascynującą lekturą dla jej absolwentów oraz nauczycieli, którzy byli z nią związani. Być może właśnie im za jej sprawą zakręci się łezka wzruszenia z powodu pięknych wspomnień, które z pewnością zapisały się w pamięci. Konkurs I OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI IM. STANISŁAWA FILIPOWICZA REGULAMIN PATRON KONKURSU Stanisław Filipowicz (ur. 1934 w Wilnie, zm. 3 czerwca 1996 w Dzierzgoniu). Z zawodu był nauczycielem wychowania fizycznego. Pracował w szkole, w domu dziecka, na Politechnice Gdańskiej jako laborant i w klubach sportowych na etacie trenera lekkiej atletyki. W latach 1949/52 był więźniem polityczny oskarżonym o próbę obalenia ustroju. W latach 1976/86 kierował Dzierzgońskim Ośrodkiem Kultury. Organizował m.in., Ogólnopolskie Spotkania Literackie, na których młodzi poeci konfrontowali swoje postawy twórcze. Był członkiem gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich oraz Klubu Literackiego Elbląskiego Towarzystwa Kulturalnego. Był laureatem wielu konkursów poetyckich i prozatorskich w kraju i za granicą. W 1992 roku otrzymał II nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Literackim im. Marka Hłaski w Wiedniu. Debiutował w 1968 roku opowiadaniem Powiedz jaka jest prawda. Był autorem siedmiu książek poetyckich: Buty z podłogą (1981 r.), Lot i kara (1984 r.), Po amputacji (1991 r.), Zamiast antyfony (1992 r.), Blues na cztery ręce (1992 r.), Etiudy wileńskie (1993 r.), Razem dotykamy ciemności (1998, pośmiertnie). Opublikował również zbiór opowiadań Infekcja w raju (1994) i powieść Życie bez Marii (1993) - historię człowieka, który ciężko doświadczony losem poszukuje drogi do normalnego życia CELE KONKURSU: - upamiętnienie postaci poety Stanisława Filipowicza, - pobudzanie wrażliwości poetyckiej i aktywności twórczej w dziedzinie poezji, - konfrontowanie twórczości poetyckiej, - promowanie młodych twórców. ZASADY Uczestnikiem może być poeta, który w terminie do 30 września 2016 r. nadeśle zestaw pięciu wierszy w języku polskim, niepublikowanych w wydawnictwach zwartych i czasopismach (papierowych i elektronicznych) oraz nienagrodzonych w innych konkursach. Organizatorzy nie ograniczają tematyki wierszy. Konkurs 183 Zestawy wierszy zgłaszanych do konkursu w postaci maszynopisu, wydruku komputerowego, ewentualnie czytelnego rękopisu należy nadsyłać w trzech egzemplarzach na papierze o formacie A4 na adres: Redakcja Kwartalnika „Prowincja” 82-400 Sztum ul. Królowej Jadwigi 10 Nadsyłane na konkurs teksty powinny być opatrzone godłem (pseudonimem). Imię, nazwisko, dokładny adres autora oraz numer telefonu kontaktowego lub adres mailowy należy umieścić w osobnej kopercie, opatrzonej takim samym godłem i dołączyć do zestawu wierszy. W przypadku, kiedy uczestnikiem jest osoba niepełnoletnia, w kopercie opatrzonej godłem należy umieścić dodatkowo podpisane przez rodzica lub opiekuna prawnego uczestnika konkursu - oświadczenie o wyrażeniu zgody na przeniesienie praw autorskich, przetwarzanie danych osobowych oraz wykorzystaniu wizerunku dziecka w celach promocyjnych związanych z konkursem. Każdy uczestnik konkursu może nadesłać tylko jeden zestaw wierszy. Przysłanie więcej niż jednego zestawu wierszy jest równoznaczne z dyskwalifikacją w konkursie. Na kopercie z nadsyłanymi na konkurs pracami powinien znaleźć się dopisek „Konkurs poetycki”. Przystąpienie do konkursu jest jednoznaczne z akceptacją regulaminu, wyrażeniem zgody na publikację w tomiku pokonkursowym oraz na przetwarzanie danych osobowych i wykorzystanie wizerunku uczestnika w celach promocyjnych związanych z konkursem. Organizatorzy nie zwracają tekstów i zastrzegają sobie prawo do publikacji nagrodzonych i wyróżnionych wierszy w tomie pokonkursowym oraz w prasie, radiu, telewizji, a także do rozpowszechniania utworów on-line i udostępnienia w Internecie dla wszystkich bez ograniczeń, w tym na łamach Kwartalnika „Prowincja” - bez dodatkowej zgody autorów i honorarium. Nagrody Prace nadesłane na konkurs oceniać będzie powołane przez organizatorów profesjonalne jury złożone z krytyków literackich, poetów i przedstawicieli organizatora. Przewidziane są nagrody finansowe. Dodatkowo - nagroda specjalna za wiersz poświęcony Dzierzgoniowi. Uroczystość wręczenia nagród odbędzie się w grudniu 2016 r. w Dzierzgoniu. 184 Konkurs I KONKURS NA RECENZJĘ KSIĄŻKI POMORSKIEJ Jeśli interesujesz się Pomorzem - jego historią, mieszkańcami, kulturą, literaturą i in. - czytasz o nim nie tylko w czasopismach i internecie, masz 18 i więcej lat, a przede wszystkim nie jesteś „rasowym” recenzentem, weź udział w I Konkursie na Recenzję Książki Pomorskiej, organizowanym przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku. Celem konkursu jest integracja społeczności lokalnej i regionalnej wokół biblioteki, upowszechnianie literatury regionalnej, rozwijanie czytelnictwa oraz promowanie talentów krytycznoliterackich. Treść recenzowanych książek ma dotyczyć Pomorza Gdańskiego i Środkowego bez względu na miejsce wydania. Powinny one być wydane w tym roku lub w poprzednim (2015). Prace nie mogą przekroczyć 3600 znaków (ze spacjami), tj. dwóch stron znormalizowanego maszynopisu. Zgłoszone na konkurs teksty powinny być opatrzone w metryczkę, stanowiącą Załącznik nr 1 do Regulaminu konkursu, umieszczonego na stronie internetowej WiMBP w Gdańsku - www.wbpg.org.pl Recenzje należy przesyłać do 15 lipca 2016 r. w dwóch wersjach: elektronicznej (na adres: prac_regionalna(3)wbpg.org.pl) i papierowej (trzy egzemplarze na adres: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku - Dział Regionalny, Targ Rakowy 5/6, 80-806 Gdańsk). Na zwycięzców czekają nagrody finansowe: I miejsce - 500 zł, II miejsce - 350 zł, III miejsce - 200 zł. Zwycięskie i wyróżnione prace opublikowane zostaną na stronie internetowej Organizatora. Zainteresowanych uczestnictwem w konkursie, zanim podejmą decyzję o wyborze książki, zachęcamy do lektury umieszczanych na stronie wojewódzkiej biblioteki cokwartalnych „Nowości Regionalnych” (http://www.wbpg.org.pl/tresc/nowo-%C5%9Bci-regionalne), w których prezentujemy publikacje dotyczące Pomorza. Wizyta menonitów ze Szwecji 185 WIZYTA MENONITÓW ZE SZWECJI Promocja pierwszego tegorocznego numeru kwartalnika „Prowincja” oraz „Dziennika żuławskiego” Heinricha Dycka w Nowym Dworze Gdańskim miała niecodzienny charakter. Odwiedzili na bowiem goście ze Szwecji i to goście nieprzypadkowi - Lars Johansson z żoną Friederice. To dzięki spotkaniu przed dwoma laty Larsa Johanssona i Marka Stokowskiego na konferencji naukowej w Rydze, udało nam się dotrzeć do rękopisu dziennika Heinricha Dycka z 1878 roku. Lars w dalszym ciągu poszukuje śladów menonickich przodków swojej żony na Żuławach. Goście ze Szwecji odwiedzili wiele miejsc związanych z historią menonitów - istniejące i odrestaurowane cmentarze, domy podcieniowe czy Muzeum żuławskie w Nowym Dworze Gdańskim. W czasie spotkania młodzież z Gimnazjum nr 2 im. Sybiraków w Elblągu przedstawiła scenki z „Dziennika żuławskiego”, przygotowane pod kierunkiem Małgorzaty Rysickiej, nauczycielki języka niemieckiego, która przetłumaczyła „Dziennik żuławski” Heinricha Dycka na język polski. Friederice Johansson, Leszek Sarnowski, Andrzej Kasperek, Małgorzata Rysicka, Lars Johansson i Marek Stokowski, fot. archiwum 186 Lars i Friederice Johansson,fot. L. Sarnowski Uczniowie elbląskiego gimnazjum prezentują scenki z „Dziennika żuławskiego”, fot. I. Sarnowski Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Bartosz Busz - ur. 1991 r. w Malborku. Absolwent 1 LO w Malborku. Członek Stowarzyszenia Miłośników Malborka FORUM oraz Malborskiego Stowarzyszenia OS. Jego pasją jest historia miasta Malborka i okolic, książki oraz modelarstwo kartonowe. Ale największą pasją jest fotografia, dokumentuje zmieniający się współczesny Malbork. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-199S) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Gazetą Malborską, Radiem Malbork. Justyna Czernicka - absolwentka filologii polskiej na UMK w Toruniu. Od 201 Ir. Instruktorka teatralna i bibliotekarka w Sztumskim Centrum Kultury. Publikowała wiersze dla dzieci w antologiach wyd. DeAgostini Wiersze o jesieni, Wiersze o zimie, Jesienny walc, Trzeba przetrwać, Śnieżne baletnice oraz scenariusze lekcji bibliotecznych i spektakli w czasopiśmie Biblioteka w szkole. Mieszka w Starym Targu. Jacek Gross - nowodworzanin od urodzenia. Ukończył Wydział Geodezji Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Prowadzi firmę geodezyjną. Od 1997 r. jest biegłym Sądu Okręgowego w Elblągu. W latach 1998 - 2002 był radnym Rady Miejskiej w Nowym Dworze Gdańskim. Od 2011 r. jestem radnym Rady Powiatu w Nowym Dworze Gdańskim. Interesuje się historią XX w. ze szczególnym uwzględnieniem II wojny światowej. Od 2010 r. posiada licencję pilota samolotowego. Anna Halasz - pochodzi z Podlasia, ale od wielu lat mieszka w Gdyni. Pracuje w szkole jako polonistka, jest autorką podręczników do języka polskiego dla szkoły podstawowej i gimnazjum. Zdobyła nagrodę oraz wyróżnienie dramaturgicznym konkursie Śląski Szekspir i w Ogólnopolskim Konkursie poetyckim im. Ks. Jana Twardowskiego. Związana z amatorskim teatrem Przystań, Grupą Teatralną Nazaret oraz FindMe+, działającymi w Gdyni Adam Juźwiak - z zawodu, wykształcenia i zamiłowania - przyrodnik. Ponadto leśnik, ekolog i animator edukacji ekologicznej. Zawodowo realizujący pasję jako pracownik naukowy w Dziale Przyrody w Muzeum w Kwidzynie. Członek Stowarzyszenia „Eko-Inicja-tywa” z Kwidzyna oraz Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się 188 Noty o autorach w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Kamila Łyłka-Kosińska - ur. w 1987. W kwietniu wydała z przyjacielem pierwszy numer antypoetyckiego zina, łył/blady zine. Zaczynała od prozy, skończyła na poezji, po drodze miała incydenty z pisaniem bajek. Do tej pory publikowała w Blizie, Tyglu i Bajkach Sercem Pisanych. Na swoim koncie ma kilka wygranych konkursów poetyckich. Organizuje, prowadzi i wspiera wydarzenia związane z działalnością Stowarzyszenia Alternatywni w Elblągu, którego jest wiceprezesem. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Grzegorz Pełczyński - ukończył etnologię (1986) i teologię (1990) w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1987-2013 pracownik Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Od 2013 profesor w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Szczecińskiego. Zainteresowania naukowe: kwestie etniczne, antropologia filmu jako dyscyplina naukowa, religioznawstwo, literatura piękna jako źródło etnograficzne . Prowadził badania w Polsce, na Ukrainie, w Armenii, Rosji, Kazachstanie i Austrii. Twórczość literacka: dla dzieci Opowieści dla Kubusia, opowieści dla Jakuba (2012), Ulubiona bajka (2014) i tom opowiadań Cukierki i fajerwerki (2015). Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 - 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Noty o autorach 189 Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Joanna Skopczyńska-Pudełko - ur. 1982 w Malborku. Członkini Stowarzyszenia Miłośników Malborka FORUM, nauczyciel jęz. niemieckiego, absolwentka konserwatorstwa na UWM w Toruniu, mama, gospodyni domowa, rolnik, twórca rękodzieła, miłośniczka muzyki, architektury, literatury, historii. Juliusz Skurewicz - ur. w Gdańsku w 1949 r., mieszkał w Kwidzynie w latach 1950-1956, w 1967-1972 studiował na Uniwersytecie Gdańskim, od 1990 mieszka w Warszawie. Zawodowo na kierowniczych stanowiskach w logistyce, od 2015 na emeryturze. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Justyna Walas - z wykształcenia filolog klasyczny, z zawodu i pasji animatorka kultury. Pracuje w Żuławskim Ośrodku Kultury w Nowym Dworze Gdańskim. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w Dzienniku Bałtyckim. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. Grażyna Wosińska - dziennikarka elbląskich mediów, autorka książek o najnowszej historii Elbląga - Pożary i szpiedzy, Zbrodnia czy wyrok na zdrajcy. Krystian Zdziennicki - ur. w 1992 r. w Sztumie. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Sztumie. Obecnie studiuje historię na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie jest członkiem Naukowego Koła Historyków UG. Popularyzuje historię ziemi sztumskiej podczas studenckich sesji naukowych, gdzie wygłasza referaty związane z powyższą tematyką. 191 BIBLIOTEKA PROWINCJI Wszystkie książki, podobnie jak archiwalne i bieżące numery kwartalnika „Prowincja” zamówić można za pośrednictwem poczty elektronicznej prowincja(o>onet.pl