PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR 1 (23) • 2016 Fobos contract packing & manufacturing Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2016 roku” WOJEWÓDZKA I MIEJSKA BIBLIOTEKA PUBLICZKA im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 0 58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 1 (23) 2016 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski Ilustracje na III i IV str. okładki: obrazy Agnieszki Rutki-Napiwodzkiej Skład komputerowy i przygotowanie do druku: Marcin Żakiewicz Druk: Drukarnia Wydawnictwa „Bernardinum” Sp. z o.o. Pelplin Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(a)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Elżbiecie Domańskiej, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Akty wny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OS Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo-biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(o)onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta trzecia „Prowincja”...............................................5 Poezja Piotr Wiesław Rudzki...................................................6 Bogumiła Salmonowicz......................................................8 Artur Miścicki...........................................................10 Aleksandra Wojciechowska-Soja............................................12 Danuta Bieszczad-Partyka.................................................13 Katarzyna Laskowska - Nic, które boli... O poezji Danuty Bieszczad-Partyki.17 Proza Adam Hlebowicz - Pułapka na ptaki.....................................22 Grażyna Kamyszek- Król Staś..............................................28 Dominika Lewicka-Klucznik - Kochaj mnie na odległość.....................33 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy......................................35 Felieton magiczny Piotr Wiesław Rudzki - Podróż pobrzeżem jawy..........................41 Wędrówki po prowincji Piotr Piesik - Pałac w Waplewie w nowej odsłonie......................45 Grażyna Chrostek-Żugaj - Krzyże przydrożne w gminie Markusy..............50 Wiesław Olszewski - Cmentarz wojenny w Kmiecinie.........................60 Janusz Namenanik - Skąd przy drodze śliwy i jabłonie?......................67 Andrzej Kasperek - Żuławskie smaki.........................................73 Karolina Manikowska - Kajakiem po zapomnianych rzekach podelbląskich Żuław ........................................78 Na tropach historii Adam Langowski - Myśliwskie opowieści Adama Lwa Sołtana...............82 Wacław Bielecki - Opera Leśna w Elblągu (1912-1914)...................89 Tomasz Kukowski - Malborska gmina żydowska w źródłach archiwalnych.....100 Janusz Ryszkowski - Opowieści sztumskiej treści (1899-1901)..........106 Jan Chłosta - Powiślanie więźniami hitlerowskiego obozu w Hohenbruch...113 Bogumił Wiśniewski - Skandale, przestępstwa, nieszczęśliwe wypadki.....117 Marta Chmielińska-Jamroz - Jak malborski pilot uciekł na Bornholm....126 Wspomnienia Ingrid Schmeiederer - Mennoniccy Schulzowie z Żuław..................131 Franciszek Baumgart - Z oflagu i powstania do Sztumu.................136 Andrzej Lubiński - Liceum Pedagogiczne w Starym Targu 1953 - 1957....147 Juliusz Skurewicz - Kwidzyńskie detale z pamięci.....................154 Muzyka-Plastyka-Fotografia Wacław Bielecki - Muzyczne wieści......................................158 Piotr Piesik - Artystyczna galeria na prowincji Rozmowa z Agnieszką Rutką-Napiwodzką.................................163 Paweł Paziak - „Ku pamięci” - wystawa fotograficzna w Malborku.......166 Recenzje Janusz Ryszkowski - Mój poetycki regał widmo.........................169 Andrzej Kasperek - O małej Jadzi z Wołynia.............................173 Marek H. Kotlarz - Metafizyka i natura...............................177 Leszek Sarnowski - Dobrze umrzeć.....................................179 Karolina Manikowska - Historia odkrywana na nowo.......................182 Leszek Marcinkowski - Żuławski spacer z Ludwigiem Passarge!............184 Karolina Manikowska - Rok z życia żuławskiego mennonity sprzed 138 lat.187 Agnieszka Narloch - Pokrótce o historii menonitów....................189 Andrzej Kasperek - Publikacje Muzeum Stutthof..........................191 Noty o autorach..................................................................195 List do redakcji 199 DWUDZIESTA TRZECIA „PROWINCJA” Rozpoczynamy kolejny rok kwartalnika „Prowincja”. To już szósty. Dzięki naszym Autorom, Czytelnikom i Przyjaciołom. Jak zwykle sporo u nas poezji i to debiutujących na naszych łamach autorów: Bogumiła Salmonowicz, Artur Miścicki, Aleksandra Wojciechowska-Soja, Piotr Wiesław Rudzki i zapomniana nieco oryginalna, żuławska poetka Danuta Bieszczad-Partyka. Polecamy też fragmenty prozy Grażyny Kamyszek, Dominiki Lewickiej-Kluczniki debiutującego na naszych łamach Adama Hlebowicza, byłego już dyrektora gdańskiego Radia Plus, a obecnie szefa radiowej Trójki. Nasz stały eseista, filozof, Andrzej C. Leszczyński tym razem o szkole, filmach, transplantologii, poezji i modlitwie. Do wędrówek po prowincji zapraszają tym razem Piotr Piesik opisujący odnowione muzeum w Waplewie, Grażyna Chrostek-Żugaj dokumentując unikatowe krzyże przydrożne w gminie Markusy, czy Wiesław Olszewski, opisując jak to władza ludowa nakazywała dbać o wojenne cmentarze. Karolina Manikowska zaprasza na wędrówkę po zapomnianych rzekach podelblą-skich Żuław, Andrzej Kasperek do smakowania żuławskich specjałów, a Janusz Namenanik na dzierzgońskie drogi. Historyczne teksty proponują tym razem Adam Langowski tropiąc myśliwskie pasje Adama Lwa Sołtana z Waplewa, Tomasz Kukowski przypominając dzieje żydów malborskich, Janusz Ryszkowski opisując Sztum na przełomie wieków XIX i XX i Jan Chłosta przypominając powi-ślańskich więźniów obozów koncentracyjnych. Bogumił Wiśniewski tym razem o skandalach i przestępstwach na Powiślu, Wacław Bielecki o elbląskiej operze leśnej, a Marta Chmielińska--Jamroz o ucieczce na zachód jednego z pilotów z Malborka. Polecamy także spisane specjalnie dla nas wspomnienia Pani Ingrid Schmeiederer o menno-nickiej rodzinie Schulzów z Żuław. Pani Ingrid przekazała nam w ubiegłym roku rękopis „Dziennika żuławskiego” Heinricha Dycka, który wydaliśmy jako trzeci tom Biblioteki Kwartalnika „Prowincja”. Przypominamy także sylwetką Franciszka Baumgarta, który kilkakrotnie uciekał z niemieckich oflagów, trafił do powstania warszawskiego, a po wojnie osiedlił się w Sztumie. Andrzej Lubiński przypomina, we wspomnieniach nauczycieli i uczniów krótkie dzieje Liceum Pedagogicznego w Starym Targu, a Juliusz Skurewicz swoją młodość w Kwidzynie. Nie zabraknie również najnowszych wieści z sal koncertowych autorstwa Wacława Bieleckiego. Piotr Piesik z kolei kreśli portret młodej artystki Agnieszki Rutki-Napiwodzkiej, która prowadzi oryginalną galerio-pracownię malarską w Koślince pod Sztumem. Poza tym sporo recenzji nowych publikacji z naszego regionu. Przy okazji jest nam milo poinformować Państwa, że nasz redaktor naczelny Leszek Sarnowski został laureatem konkursu organizowanego przez „Dziennik Bałtycki”, zdobywając statuetkę Osobowość Roku Powiatu Sztumskiego w kategorii Kultura, właśnie za wydawanie kwartalnika „Prowincja”. Za te działania, a także za promowanie twórców lokalnych, nasz redaktor naczelny znalazł się w gronie dziesięciu osób nominowanych do Pomorskiej Nagrody Artystycznej, w kategorii Kreacje. W tej samej kategorii nominowany został również nasz redakcyjny kolega i jednocześnie kierownik Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie, Maciej Kraiński, wspólnie z Panią Dobromiłą Rzyską-Laube, za odrestaurowanie pałacu Sierakowskich. Trzymamy kciuki, żeby zostali laureatami konkursu i życzymy miłej lektury na długie wiosenne popołudnia. Redakcja Poezja Piotr Wiesław Rudzki MADONNY Z ŻUŁAW w powietrzu wiszą już kolejki wąskotorowe którymi w poszukiwaniu desygnatu hasła stoicki spokój już za dzień - za dwa - za trzy pojadą madonny z żuław: niekłamane kobiety pociągowe -----------------w odbiciu w ramie okiennego lustra ujrzą wreszcie o zmroku czarne brodawki sutek i haniebny zarost łydek gęstwiejąc na podobieństwo arabesek: porostów sklasyfikowanych jako gasteria brodawkowata (gasteria verrucosa) z liliowatych dziśfemmesfatales już nie chcą pozbawionych torów karuzel: tocząc się poprzez żuławy w wagonach będą szukać dziury w żółtym serze (morskim) Wiersz z teki graficznej Trzy cykle gdańskie [w przygotowaniu] - z cyklu W EMANATORIUM DZIEWCZĄT inspirowanego palmiarnią w’ Gdańsku Oliwie. Poezja 7 8 Poezja Bogumiła Salmonowicz FARBKAMI PAMIĘCI (dla mojej małej) z trudem wdrapuje się na trzecie piętro, z wózkiem, drugim dzieckiem, okręconym wokół poręczy prawej dłoni, zakupami, torbą zeszytów do sprawdzania. wbrew całodziennym realiom - zachowuje cień uśmiechu dla bliskich. niczyja wina, że dzień okazuje się szary, zwierzchnicy ślepi, uczniowie pozbawieni temperówki do kredek myślenia. kiedy wreszcie powinna stać się cisza, krew z krwi woła: „piewaj”! więc śpiewa. osiemnasty raz dzisiejszego wieczora zgrzyta w zmęczonych strunach „ta Dorotka, ta malusia”, zabiera czas przeznaczony na chwilę swobodnego oddechu. do północy zostaje go tyle, by ugotować krupnik dla jutrzejszych talerzy, pod prysznicem zdjąć spękaną od rozczarowań tapetę, rankiem wyklejoną fluidem nadziei: na siedzące miejsce w autobusie, dyrektorskie uznanie za naprawienie cudzych błędów, brak kolejek przed pełnymi półkami w osiedlowym i rocznicowy wieczór przy świecach, zamiast czekania chwiejnych kroków na schodach. teraz już tylko marzy, żeby zmęczenie zadziałało jak środek nasenny nowej generacji. Poezja 9 ZASADA HEISENBERGA są takie pary których nie da się jednocześnie zmierzyć z tą samą dokładnością szczęść i zawiedzionych nadziei akt pomiaru jednej wpływa na układ tak że część informacji o drugiej znika zasada nieoznaczoności nie wynika z błędnych metod lub narzędzi lecz z samej natury uczuć nie da się z dowolną dokładnością wyznaczyć jednoczesnego położenia i pędu cząstek w nas po wydostaniu się z rynsztoka nie można poczuć się oczyszczonym spłukując skórę nawet najbardziej pienistym płynem 10 Poezja Artur Miścicki BYLIŚMY MENNONITAMI tutaj nikt nie wierzy w śmierć ani wiatr ani poniemieckie kapliczki ludzie modlą się w milczeniu w milczeniu przesuwają paciorki różańca krajobraz jest płaski rozbijemy więc namioty na żuławach i powstaną anielskie pastwiska między nami a pan będzie pasterzem naszym gdy obsiejemy nasze pola konie potrącą kopytami zboża aż wypadną ziarna aż spadnie śnieg i spłyną powodzie będziemy uprawiać taniec tysięcy wiatraków młócić niebo aby było pełne życia musimy się tylko wykarczować choć żeby ściąć takie drzewa trzeba mieć w sobie najgłębsze korzenie Poezja 11 AM. 6,1-18 po to by twoje palce nadawały się do tego przewróciła się na stole solniczka spad! kubek i ucichły rozmowy sąsiadów o wpół do czwartej skończył się nam olejek do masażu kołdra znalazła swój sen na podłodze a szklanki przestały szukać dogodnego miejsca za ścianą twoje palce padały jak deszcz w stronę nieba chciałbym jutro znów napisać ten wiersz i potem jeszcze raz i raz 12 Poezja Aleksandra Wojciechowska-Soja FOTOGRAFIA Zginęła mi Twoja jedyna fotografia. Czarno-biała. Nie pamiętam Twoich oczu. Nie pamiętam Twoich rąk. Nie słyszę Twojego głosu. Pamiętam ciebie bladą. Otwierałam Ci zamknięte oczy. A potem szłam długą drogą. Do dziś słyszę odgłos ziemi Rzuconej na wieko trumny. Miałam tylko pięć lat, mamo. GRAMATYKA Nie zawsze deklinacja pokory Jest uniżona. Nie zawsze koniugacja kochania Jest miłosna. Nie zawsze stopniowanie dobra Jest doskonałe. Bywają słowa sprytne jak wytrychy, Pasują do każdych głów. Boże, naucz mnie Twojej gramatyki. Poezja 13 Danuta Bieszczad-Partyka W MOICH DNIACH W moich dniach zawsze miało świecić słońce w moich dniach nie miało być krzywd moje dnie nie miały być gorące lecz jasne jak blask czyszczonych szyb W moich dniach dzisiaj jest inaczej żyję w świecie gdzie dużo jest skarg gdzie człowiek człowiekowi nie zawsze jest bratem i o wolność się walczy jak o cenny skarb ŻYCIORYS Urodziła mnie wiosna wśród kwiatów jabłoni pieluszki przewijał mi wiatr matka swoje serce podawała na dłoni i ojciec swój promień w nie kładł. Ptaki mnie uczyły jaką śpiewać pieśń gdzie sięgać po gwiazdy jakim szlakiem iść Domem było pole z rzędem długich kop a dachem nad głową żyta złoty snop 14 Poezja SŁABOŚĆ Ciśnięto słowo pod nogi trafia w czyjeś serce -zbiornik uczuć paliwa doznań na chwilę oszołamia... powoli wprowadza w ruch wszystkie liny krwiobiegu każda komórka napełniona prądem droga rozpina się rośnie przerasta siebie czasem się waha zatrzymuje jeszcze jeden kamień wybuch... człowiek - tak niepodobny do siebie Poezja 15 ŻUŁAWSKIE WIERZBY Stoją rzędem smutne nad wstęgami dróg ronią drobne liście wokół swoich nóg a wiatr je roznosi wśród nizinnych pól jakby chciał zamienić w radość cichy ból. Hej wierzby, żuławskie wierzby ptak śpiewa nad wami, trzepoce skrzydłami - ptak się rozśpiewał. Hej wierzby, żuławskie wierzby, pochyłe, zielone, we wodę wpatrzone samotne drzewa. Hej równin zielone pola, zielone pola nad wami poranne podnosi się słońce, obłoki lecą po niebie, a pod tym niebem szerokim, wezbranym jak morze - to my. Hej żuławskie wierzby nie smućcie się, nie. Słonce świeci jaśniej i weselszy dzień, a wy wciąż plączecie -szkoda waszych łez młodość utracicie i urodę też. Hej wierzby, żuławskie wierzby ptak śpiewa nad wami, trzepoce. 16 Poezja NIE DLA MNIE Świt Różowy jasny ptak królestwo nocy zabiera mojej myśli nie kradnie czas bo ona nie umiera. Słońce promienne roztapia wciąż młode serca moje serce jest zimne nie ma już mego słońca. Już dzień zdradzony zwisł dokoła miasta wkrótce błysną neony a dla mnie nie ma światła. Noc Na drodze mlecznej gwiazdy mrugają oczyma, wyciągam rękę w przestrzeń... mojej gwiazdy tam nie ma. Poezja 17 Katarzyna Laskowska NIC, KTÓRE BOLI... O POEZJI DANUTY BIESZCZAD-PARTYKI Poetka urodziła się 6 czerwca 1939 roku na Wołyniu (we wsi Zapusty). Dwa lata po wojnie w wyniku przesiedleń zamieszkała wraz z rodzicami na Żuławach, we wsi Tuja, w której mieszka do dziś. Ukończyła nowostawskie Technikum Handlowo-Gospo-darcze. Za młodu prowadziła gospodarstwo rolne, obecnie jest na emeryturze. W roku 1964 na Zjeździe Pisarzy Ludowych w Lublinie prowadziła własny wieczór autorski. Teksty poetyckie publikowała m. in. na łamach: „Sztandaru Ludu”, „Chłopskiej Drogi”, „Kameny”, „Zielonego Sztandaru” czy „Liter”. Wiersze jej ukazały się również w antologiach: Ziemia Malborska i Żuławska wpo-ezji i piosence oraz Powiśle i Żuławy w poezji i piosence. Do tej pory nie doczekała samodzielnej publikacji. Danuta Bieszczad-Partyka,fot. archiwum rk-k-k Dorobek poetycki Danuty Bieszczad-Partyki jest skromny, niemniej stanowi ważną rolę na literackiej mapie Żuław, bowiem to jeden z nielicznych głosów kobiecych. Konstrukcja podmiotu w tekstach poetki jest nietypowa, zagadkowa i znacznie różni się od interiory-zujących przestrzeń podmiotów w utworach Stanisława Mocarskiego, Hanny Florek czy Andrzeja Lipniewskiego. Może się wydawać, że tożsamość osoby mówiącej w utworach żuławskiej autorki nie jest „tożsamością regionalną”, konstytuowaną poprzez inkluzję kolorytu lokalnego. Partyka zdaje się odstawać od żuławskiej grupy literatów-amatorów. W wypowiedzi lirycznej poetka nie porusza tematów przestrzennych, nie opisuje żuławskiego krajobrazu, przez co mogłoby się wydawać, że nie utożsamia się z obszarem lokalnym. Tym co wyróżnia wiersze Bieszczad-Partyki jest poetyka melancholii. I właśnie w tej kategorii można dopatrzeć się zakamuflowanych elementów pejzażu lokalnego. Tęsknota podmiotu melancholijnego zorganizowana jest wokół „utraconego nieznanego ’. Podmiot ów naznaczony pierwotnym brakiem pogrążony jest w rozpaczy spowodowanej nierozpoznaną stratą. Marek Bieńczyk zaznacza, iż „melancholia przeprowadza pracę żałoby po obiekcie nieuświadomionym”. Traktując o osobowości melancholijnej autor Książki twarzy podkreśla między innymi podmiotowe „uwrażliwienie na kruchość i niewyrazistość granic indywidualnej tożsamości”. Kondycja „ja” lirycznego w utworach Bieszczad-Partyki jest słaba, widmowa, na swój sposób negatywna. Podmiot mówiący 18 Poezja w utworach żuławskiej autorki nie jest skonsolidowany, nie przeszedł „procesu scalającego” ponieważ nie utożsamił się z przestrzenią lokalną. Jest rozdarty, zagubiony, a przestrzeń, w której przebywa zdaje się być obca. Podmiot Partyki funkcjonuje jako modelowa osobowość melancholijna, to fldneur błądzący w miejscu niezidentyfikowanym: Och! Błądzę ja, błądzę, jak błędny wędrowiec bez drogi. Dokąd idę? Nie wiem - gdzie niosą mnie nogi. Szukam czegoś ciągłe i już nie mam mocy błąkać się, ach, po co nawet pośród nocy? Dominanta stylistyczna w wierszu to powtórzenie, będące jedną z melancholijnych figur retorycznych. Owa repetywność leksykalna otwiera zanurzoną w mroku przestrzeń labiryntową. Wielokrotne podkreślenie aktu błądzenia okazuje się wyraźną artykulacją tułaczego losu, zaakcentowaniem utraty sensu, a tym samym utraty tożsamości. Mimo, iż podmiot próbuje wskazać kierunek swej tułaczki: „Idę ciągle na przód / sama nie wiem dokąd”, ruch na przód okazuje się ruchem wstecz. Regresywny gest podmiotu o osłabionej tożsamości oferuje tor kulisty, wędrowanie po własnych śladach będące sygnałem niemożliwości wydostania się z sytuacji zamknięcia. Niemoc rozpoznania trasy oraz niemoc nazwania obiektu straty („Szukam czegoś ciągle”) jest równoznaczna z nękającym podmiot problemem identyfikacyjnym. Negacji godzącej przede wszystkim w „ja” podlega również otaczająca, najbliższa rzeczywistość: Już dzień zdradzony zwisł dookoła miasta wkrótce błysną neony a dla mnie nie ma światła Noc Na drodze mlecznej gwiazdy mrugają oczyma, wyciągam rękę w przestrzeń... mojej gwiazdy tam nie ma. Przestrzenią pojawiająca się w wierszu jest labiryntowa konstrukcja miejska, w której fldneur znów błądzi. Pogrążony w rozpaczy tonie w mrokach nocy. Podmiot wyraźnie sygnalizuje brak. Nie może odnaleźć się w mieście, którego obszar wydaje się pusty, przypomina przestrzenie jak z płócien de Chirico. Podmiot szuka blasku, światła, kieruje swe Poezja 19 spojrzenie w niebo, gwiazdy, ku naturze, lecz i tam dostrzega pustkę, nicość. Werbalizacja rozpaczy po obiekcie straty odbywa się w zurbanizowanej scenerii nocnej. Przestrzeń jest pusta i ciemna, podmiot - osamotniony. Marek Bieńczyk zauważa, iż „melancholia jest uporczywym roztrząsaniem straty, jest dryfowaniem wśród kalekich, naruszonych sensów, i zarazem paradoksalnie, jest ciężkim bezruchem wobec nadchodzącej ponad-dźwiękowej szybkości nowoczesnego miasta”. Tułaczkę flaneura w utworze Bieszczad--Partyki utrudnia mrok. Mimo, iż kobiecy podmiot podkreśla nowoczesność miasta poprzez uwydatnienie jego oświetlenia („wkrótce błysną neony”), sam zostaje z owej jasności wydziedziczony („a dla mnie nie ma światła”). Zatopiony w ciemności, zdezorientowany, zastyga w opustoszałym mieście. Wielokropek finiszujący przedostatni wers tekstu („Wyciągam rękę w przestrzeń...”) figuruje jako znak rezygnacji, zaniechania, zwątpienia. Podmiot zdaje się być na swój sposób ociężały, pasywny, poddaje się kolistej strukturze toru. Ów wielokropek to także sygnał niewyrażalnego, tego, czego nie potrafi nazwać, na co brakuje słów. Jest znakiem niezidentyfikowanej, nienazwanej i nieuświadomionej straty. Inną figurą wpisująca się w poetykę melancholii jest spojrzenie z dołu ku górze, rozpaczliwe wypatrywanie. Bieńczyk podkreśla, iż „melancholia narzuca sobie niski, «od-dalony» punk widzenia, i właśnie z jego poziomu, (...), patrzy w górę”. „Ja” mówiące w utworze Bieszczad-Partyki usytuowane jest w dolinie, spogląda „z dołu ku górze” (i na neony, i na niebo). W tym miejscu można dopatrzyć się swego rodzaju paralelności między pozycją podmiotu lirycznego a depresyjnym ukształtowaniem topograficznym Żuław. Tereny delty Wisły położone poniżej poziomu morza tworzą jak gdyby geograficzną konchę, niszę oferującą widzenie skierowane z dołu ku górze. Zanurzenie w lokalnej dolinie odzwierciedlone zostaje w melancholijnej osobowości podmiotu, tym samym byłby to sygnał włączenia w osobowość przestrzeni lokalnej, stałby się informacją potwierdzającą skuteczność procesu interioryzacji krajobrazu, który uległ zamaskowaniu. Brak twarzy, ukrywanie się za maskami charakteryzuje osobowość melancholika. W przypadku tożsamości lokalnej niedostrzegalność twarzy jest wynikiem niedostrzegalności „procesu scalającego”. Rozbicie podmiotu, pozbawienie go reprezentatywnej twarzy, okazuje się jednoznaczne z eksterioryzacją najbliższej przestrzeni. Niewyrażalność w poetyckich aktach Bieszczad-Partyki inkluzji przestrzennej spowodowana jest nałożeniem „maski leksykalno-obrazowej” wykluczającej reprezentację regionu. Jednakże ślady przestrzeni lokalne uwidaczniają się poetyce melancholii. Egzemplifikując poetykę melancholii warto przyjrzeć się kolejnemu tekstowi: W moich dniach zawsze miało świecić słońce w moich dniach nie miało być krzywd moje dnie nie miały być gorące lecz jasne jak blask czyszczonych szyb 20 Poezja Wywłaszczony z tożsamości podmiot nieustannie replikuje obrazy. Anafora syn-taktyczno-semantyczna nadająca rytm poetyckiej wypowiedzi jest elementem języka osobowości melancholijnej. Oparta na powtórzeniu oraz wyliczeniu kreacja liryczna przybiera podwojoną strukturę przeplataną (powtórzenie samo w sobie nadające „rytm kalkowy” krzyżowane jest enumeracją) dającą złudzenie scalenia podmiotu, oferującą jego całościowy obraz. Powtarzalność, rytmika, konstytuowanie wypowiedzi poprzez tasowanie wizji replikowanych okazuje się równie analogiczne wobec topografii Żuław jak wspomniana wyżej perspektywa widzenia „z dołu ku górze”. Chodzi tu bowiem o wytworzenie na obszarze tekstowym swoistej „monotonii fonologicznej” (budowanej nie tylko poprzez powtórzenia czy enumerację, ale także poprzez rymy niedokładne, ubogie: „słońce - gorące”, rymy asonansowe: „krzywd - szyb”), wobec której paralelna okazuje się monotonia charakteryzująca krajobraz terenów położonych w delcie Wisły. Melancholijna kondycja podmiotu mówiącego w poetyckich utworach Bieszczad-Par-tyki korespondująca z geograficznym ukształtowaniem regionu Żuław zaznaczona została również poprzez „wyobraźnię chtoniczną”: „Dlaczego wnikaliśmy / w dno naszych gleb” - czytamy. Warto w tym miejscu przypomnieć chociażby liryczne kreacje Andrzeja Lipniewskiego, w których topografia zinterioryzowana widoczna była zarówno w warstwie obrazowej, jak i leksykalnej, poeta mówił wtedy o swoistym „zanurzaniu”, „zatapianiu” w lokalnej przestrzeni. Kobiecy głos Bieszczad-Partyki okazuje się zgoła inny. Jej podmiot mówi o „wnikaniu w dno gleb” będącym gestem dozowania, pozbawionym męskiej agresji, siły i tempa. „Wnikanie” odebrać można jako swego rodzaju „przenikanie ziemi”, „wtapianie”. Kobiecy związek z naturą polega na doświadczaniu jej tajemnic, „wnikaniu” w sam środek, dogłębnemu dotarciu do dostrzegalnych tylko przez kobietę sekretów natury. Ale w mówieniu o „wnikaniu w dno gleb” dostrzec można również analogiczną konstrukcję z konchowym kształtem regionu. Leksykalna warstwa utworów poetki zdradza, zdawałoby się nie przeprowadzony, proces inkluzji przestrzeni. Poetyckie wypowiedzi Danuty Bieszczad-Partyki zdają się być jednym z ciekawszych głosów poetów-amatorów tworzących na obszarze Żuław Wielkich, nie tylko dlatego, iż należy on do nielicznych głosów kobiecych, ale również ze względu na stworzoną przez poetkę konstrukcję podmiotu mówiącego. Co ciekawe Bieszczad-Partyka pochodzi z terenów Ukrainy, a Żuławy zamieszkała w wyniku przymusowej akcji przesiedleńczej „Wisła”. Anna Weronika Brzezińska traktując o szoku kulturowym i traumie ukraińskich przesiedleńców przyglądała się ich poczuciu tożsamości. Mimo wielu lat spędzonych na Żuławach (od 1947), w roku 2008 jedna z informatorek A. W. Brzezińskiej na pytanie badaczki: „Kim się Pani dzisiaj czuje?”, odpowiedziała: „Normalnie, Ukrainką...”. Przymus zamieszkania na nowej, nieznanej i ciężkiej w uprawie ziemi z pewnością był jednym z podstawowych czynników utrudniających proces asymilacji. W przypadku przesiedleńców południowopolskich mówi się o rozwarstwionej tożsamości podwójnej, jednakże w przypadku osób pochodzących z Ukrainy trudno tożsamość ich nazwać dwudzielną, jest to raczej „tożsamość pęknięta”. Może dlatego, aby dostrzec w utworach Bieszczad-Partyki ślady topografii żuławskiego terenu, należy przyjrzeć się melancholijnej osobowości podmiotu, przedrzeć się przez obrazy ufundowane na rozpaczy po Poezja 21 stracie obiektu nieuświadomionego. Poza tym tropem zbliżającym do żuławskiej przestrzeni okazuje się perspektywa widzenia („z dołu ku górze”) oraz sekwencje powtórzeń, enumeracji decydujące o monotonii w warstwie brzmieniowej. Ponad to osłabiony przez melancholię kobiecy podmiot w utworach Bieszczad-Partyki zdaje się być sobowtórem osłabianej ciągłymi powodziami i podtopieniami depresyjnej ziemi w Delcie Wisły. W skromnym dorobku poetki nie odnajdziemy swoistego układu odniesień pozwalającego na mówienie o korespondencji między planem tekstowym a planem biograficznym, która to korespondencja uwidocznia się w przypadku większości „tożsamości regionalnych”. Niemniej uważam, iż owe konstrukcje poetyckie zasługują na zainteresowanie. Bibliografia: Bieńczyk M, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa 1998, Brzezińska A. W., Ukraińcy na Żuławach - szok kulturowy jako wspólna pamięć i osobiste doświadczenie, [w:], Żuławy. W poszukiwaniu tożsamości, pod. red. A. W. Brzezińskiej, Gdańsk 2009, Ziemia Elbląska Sercu Najbliższa. Wybór wierszy, oprać. W. Jedliński, Malbork 1996, Żur A., «To jest mój Hajmat» - współczesna tożsamość kulturowa mieszkańców Żuław. Próba anałizy materiałów terenowych, [w:], Żuławy. W poszukiwaniu tożsamości, pod. red. A. W. Brzezińskiej, Gdańsk 2009. Proza Adam Hlebowicz PUŁAPKA NA PTAKI1 Fragment najnowszej książki, pierwszej powieści Adama Radia Plus, która ukazała się pod koniec 2015 roku. Hlebowicza, dziennikarza, redaktora naczelnego gdańskiego Adam Hlebowicz 23 13 listopada, wschód słońca: 6:52, zachód słońca: 15:47, dzień trwa 8 godz. 55 min. i jest krótszy od najdłuższego o 7 godz. i 50 min. oraz dłuższy od najkrótszego o 1 godz. i 13 min. Listopad to najmniej ciekawy miesiąc, jeśli chodzi o wyprawy ornitologiczne w tej części kraju. Większość ptaków odleciała już na południe, pokonując nieraz po kilka tysięcy kilometrów. Ptaki zimowe czyli te przylatujące głównie z północy i wschodu, dopiero zaczynały przecierać swój podniebny szlak w dalekich podróżach. Do tego dochodziła regularna plucha, silne północne i wschodnie wiatry, nierzadko pierwsze opady śniegu. O tej porze roku próżno było szukać ptasich okazów w Borach, Polikarp i Tomasz umówili się więc na całodzienny wypad do ujścia rzeki a potem przemarsz wzdłuż wybrzeża do kamiennej grobli łączącej stały ląd z wysuniętą w kierunku zatoki morską plażą. U ujścia wielkiej rzeki pojawiły się pierwsze lodówki, pojedyncze nurogęsi, nie przestawały szarżować tuż nad powierzchnią wody dość liczne kormorany. Lodówki czyli zimowi krzykacze, mimo stosunkowo małej ich liczby, widocznie zatoka nie była jeszcze wystarczająco skuta lodem, były tradycyjnie najgłośniejsze, wydając z siebie charakterystyczny, monotonny dźwięk, kojarzący się laikom ze stałym ujadaniem psów lub nawoływaniem bawiących się dzieci. Było dość ciepło jak na tę porę roku, przyjaciele dość szybkim krokiem przemieszczali się wzdłuż rzeki, żeby dojść do morskiego wybrzeża. Co kilkanaście metrów przystawali, przykładając do oczu wydłużone lornetki, czasami rozstawiali niesiony ze sobą statyw z lunetą, co i rusz cicho komentowali ujrzane nawodne obrazy. W pewnej chwili Polikarp przytrzymał Tomasza za rękaw i milcząco wskazał mu nieduży brązowy kształt wynurzający się z rzecznej toni. Ornitolodzy zamarli na chwilę a potem powolnymi ruchami przyłożyli zawieszone na szyjach lornetki do wzroku. Bóbr, w zabawnej pozycji, stojąc słupka na przemykającej pod nim fali, nie widział intruzów, najwidoczniej zajęty obserwacją czegoś wzdłuż dalszej linii brzegu. Po chwili wolno obrócił głowę w ich stronę, wiatr najwidoczniej musiał mu przynieść niepokojącą wiadomość o zbliżającym się zagrożeniu, przyjrzał się im uważnie i po kilku sekundach spokojnie zanurzył w rzeczne odmęty. Kiedy przyjaciele dotarli do końca szerokiego cieku wodnego, gwałtownie się tu rozszerzającego, wzbogaconego o kilka sporych piaszczystych wysp, zawieszonych gdzieś między rzeką a morzem, przystanęli na dłużej. Punkt obserwacji był wyborny, znajdował się na wzniesieniu a w lustracji terenu nie przeszkadzały już drzewa ni krzaki, przed nimi była tylko woda i ogromne zwały lotnego drobnego piasku. Na największej z piaszczystych wysp zobaczyli ogromne stado mew, kormoranów i jakieś większe ptaki, stojące z prawej strony łachy. Doświadczeni w obserwacjach nawet bez lornetek wiedzieli, że to para bielików zajęła swoje ulubione miejsce. Na kolejnej łasze, bliżej ich strony brzegowej, na styku wody i piasku przewalało się natomiast kilka wielkich ciał, szarych, czarnych, dwukolorowych. Parę sporych krągłych główek wystawało z wody wokół tego unikalnego zbiorowiska. Polikarp z Tomaszem z pomocą lunety zaczęli liczyć zarówno obłe, faliste cielska, jak i główki sterczące z wody. Jeden z prawej strony, drugi z lewej. Końcowa liczba nie zgadzała się im. Polikarp miał naliczone czterdzieści dwie sztuki, Tomasz o jedną mniej. Zaczęli liczyć jeszcze raz, teraz każdy dla odmiany od drugiej 24 Pułapka na ptaki strony. Ostatecznie liczenie wyszło na korzyść Tomasza. Czterdzieści jeden fok w jednym miejscu to nie był rekord ujścia, ale widok i tak był niezwykły. Baraszkowanie młodych, odpoczynek starych, figle, nurkowanie, obracanie się z grzbietu na brzuch i z powrotem, przemieszczanie po piasku. Był to prawdziwy spektakl, od którego trudno było oderwać wzrok. Pamiętasz nasz spór o pochodzeniu świata, dobór naturalny i teorię ewolucji? Tomasz nieoczekiwanie przywołał z pamięci wydarzenie, które rozegrało się na ich uczelni przed kilkunastoma laty. Tak, Polikarp dobrze zapamiętał te chwile. W czasie zajęć z koncepcji filozoficznych dotyczących stworzenia świata przyrody jeden z profesorów, nie tak dawny docent marcowy, teraz szef uczelnianej komórki partyjnej, elokwentny, dobrze ubrany, dbający o swój wygląd goguś, zgrabnie zaczął im prezentować twórczy darwinizm jako szczyt rozwoju myśli ludzkiej, a jednocześnie najlepsze antidotum na ludyczny ciemnogród religijny. Wywód nie miał nic wspólnego z marksizmem, raczej był to popis erudycji a zarazem określenie tożsamości mówiącego. Okrągło, nowocześnie, z polotem. Polikarp daleki od spraw religii, w najlepszym wypadku agnostyk, podniósł wówczas rękę i wygłosił gwałtowną, ale świetnie uargumentowaną filipikę na rzecz związków Boga ze stworzeniem. Tomasz słuchając przyjaciela przyglądał mu się z rosnącym podziwem, gdzie i skąd zaczerpnął tak gruntowną wiedzę na, jak się okazało pozornie, kompletnie go nie interesujący temat. Koncepcja darwinowska zdawała się niweczyć tradycyjne i dotąd obowiązujące wyobrażenie wszechświata jako stworzonego przez Boga - zaczął Polikarp Trwa łość takiego świata była gwarancją stabilności zarówno w znaczeniu fizycznym jak i społecznym. Darwin jawił się więc jako rewolucjonista, człowiek podpalający świat otwierający puszkę Pandory do wszelkich możliwych przewrotów. Szczególnie bu/ wersująca zdawała się teza o zwierzęcym pochodzeniu człowieka, była bowiem zaprze czeniem wszystkich tradycyjnych odniesień moralnych. W jakiej sytuacji jesteśmy dzisiaj, półtora wieku po tamtych wydarzeniach ? - zapytał mówca. Zgodnie z ut^ loną opinią, między teorią ewolucji, w jej potocznym rozumieniu, a chrześcijaństwem istnieje fundamentalna niezgodność. Należy wybrać jeden z obozów - alboobóz uki, nieodwracalnie materialistycznej i ateistycznej, albo obóz religii. Za prz kł d & angielskiego biologa Richarda Dawkinsa, tu Polikarp błysnął mało ieszc^ & znanym nazwiskiem w Polsce, niektórzy naukowcy w teorii Darwina widzą zasadnicz argument za odrzuceniem wszelkiego wymiaru religijnego. Tymczasem wszystkoT co nie jest naukowo udowodnione za pomocą szkiełka i oka, jest tylko teorią hipotez ’ a zatem nie wyklucza innych rozwiązań. Nawet wiedza naukowa możp h J r ?° wana jedynie w kategoriach prawdopodobieństwa a nie pewności, ponieważ nie e t wiedzą dedukcyjną tylko wiedzą indukcyjną a poza tym wiele twierdzeń naukowych jest niepewnych i mają one bardzo zróżnicowane stopnie prawdopodobieństwa N^ ' ateiści uważają, że Darwin wbił ostatni gwóźdź do tabliczki z napisem - koniec oT' dów religijnych, od tego momentu nie ma miejsca dla teologii, ta dziedzina nauki^ się po prostu niepotrzebna. ale Adam Hlebowicz 25 Dodam jeszcze - Polikarp mówił spokojnie, całkowicie panując nad słuchaczami; że choć Kościół na przełomie XIX i XX stulecia był zdecydowanym oponentem Darwina, to jednak nigdy go nie potępił. Teoria ewolucji umiarkowanej, nazywanej niekiedy mikro-ewolucją, z punktu widzenia teologii jest do przyjęcia. Nie wiem, czy pan profesor ten dokument zna, tu Polikarp jawnie prowokował czy nawet szydził z Marcowego, w encyklice „Humani Generis” z 1950 roku mamy taki fragment: „Urząd nauczycielski Kościoła nie zabrania uczonym przyrodnikom i teologom odpowiednio do dzisiejszego stanu nauk świeckich i teologicznych zajmować się w swoich badaniach i dyskusjach teorią ewolucji, mianowicie o ile ona bada początki ciała ludzkiego, powstałego z już istniejącej i żyjącej materii”. Pan profesor nie zadaje mi pytań, to ja je zadam w takim razie - za kogo uważał się sam Darwin - za człowieka wierzącego, czy może jednak za ateistę? Polikarp schował kartkę z wcześniej przygotowanym tekstem. - No, no, to ja słucham pana z ciekawością - goguś zgrabnie uchylił się od odpowiedzi. Otóż Darwin nigdy by się nie nazwał ateistą. Odrzucił Boga, ale nie z powodu głoszonej teorii, tylko z powodu śmierci swojej dziesięcioletniej córeczki, po którym to wydarzeniu nigdy się już duchowo nie pozbierał. Ale nie porzucił jednak idei Boga - może odległego, ale jednak Stwórcy. Wiara religijna jest popularna na świecie, ma bardzo wielu zwolenników i wyznawców, przez to jednak, że jest w dużej mierze ludyczna nie znaczy, że jest błędna. Nauka zajmuje stanowisko agnostyczne względem religii a religia daje nauce pełne pole do objaśniania świata dostępnego naszym zmysłom. Nie ma tu konfliktu ponieważ nauka zajmuje się zupełnie innym obszarem pojęciowym niż religia i na odwrót. Nie można twierdzić, jak chce wielu ateistów, że odwoływanie się do niewyjaśnionej tajemnicy w religii jest kapitulacją rozumu. Bo przecież w samej nauce również znajdujemy obszary tajemnicy, w obliczu których nasz umysł musi zwyczajnie skapitulować, może tylko na razie, może uda się w przyszłości te zagadki świata rozwikłać, ale jak dotąd, nie znamy wielu odpowiedzi na szereg podstawowych pytań i co ważniejsze, nie ma żadnej gwarancji, że te odpowiedzi kiedykolwiek uzyskamy. Są filozofowie, którzy nie dostrzegają żadnej zasadniczej różnicy pomiędzy tajemnicą Trójcy Świętej a tajemnicą mechaniki kwantowej, obie przecież, są nierozwikłane. Oczywiście nie musimy wracać do poglądów Wiliama Paleya czy Wiliama Derkhama, ale i dziś Karol Darwin, sam bardzo ostrożny po odkryciu doboru naturalnego w wysuwaniu daleko idących wniosków, musi być inaczej odczytywany i inaczej rozumiany. Powiem więcej, ponieważ coraz częściej mamy kłopot z uzupełnianiem kolejnych brakujących ogniw teorii ewolucji, nie możemy wykluczyć i takiej sytuacji, że cały darwinizm, cały ewolucjonizm zostaną niedługo odrzucone przez świat nauki. Kiedy Polikarp skończył mówić na sali zaległa cisza niczym w chwili publicznego odczytywania wyników egzaminu. Cisza trwała, trzy, cztery sekundy. Nagle sala wybuchła frenetycznymi oklaskami, jakby oddając szacunek największej gwieździe estrady. Pewnie było w tym trochę zgrywy, studenckiej erupcji wolności, ale z pewnością także autentyczny podziw dla oratorskich i merytorycznych popisów Polikarpa. Nawet Marcowy, chcąc nie chcąc, zaczął majestatycznie uderzać dłonią o dłoń. Najgłośniejsze brawa bił 26 Pułapka na ptaki Tomasz, energicznie wstając przy tym z miejsca, co podniosło z krzeseł także pozostałych uczestników zajęć. Gratuluję panu gruntownej i oryginalnej wiedzy, zwłaszcza znajomości pism Richarda Dawkinsa, wyczuwam, że przygotował się pan nie tylko na moje zajęcia. Ma pan u mnie gwarantowaną piątkę, ufam także, że zdobyta wiedza filozoficzna umożliwi panu równie skuteczne dociekania czysto biologiczne. Goguś zawsze potrafił wybrnąć z każdej sytuacji, tak było i tym razem, nie mógł sobie przy tym darować końcowej złośliwości. Po skończonych zajęciach Tomasz wyściskał Polikarpa, podobnie jak kilka innych koleżanek i kolegów. Dałeś mu solidnie popalić. Podstawowa organizacja partyjna na uczelni zachwiała się w swoich posadach. Aaa, nic wielkiego, cała przyjemność po mojej stronie. Chciałem przytrzeć nosa temu reżimowemu sługusowi. Ale, przyznaję, sam mam trudności z większością rzeczy, o których przed chwilą mówiłem. Zrobiłem to dla jaj, dla jaj, panie i panowie. Zapraszam na piwo. Nigdy potem nie wracali do tego wystąpienia. Tomasz pobudzony wspomnieniem, podjął wątek osoby Marcowego. A z nim, późniejszym rektorem, dziś senatorem naszej ojczyzny, wracałeś kiedykolwiek do tego zdarzenia? Nie, Marcowy, jak go nazwałeś, zawsze był uprzedzająco grzeczny w stosunku do mnie. Tak, panie doktorze, ależ oczywiście panie Polikarpie. Kilka razy podpisywał mi jakieś wnioski o granty, które musiały przejść przez uczelnię. To człowiek obły, jak te foki leżące na łasze, tyle, że one są sympatyczne a on to karierowicz i krętacz, który zawsze dopilnuje, żeby jego żywotne interesy były na górze. A jak z Kamilą? Tomasz nawiązał nareszcie do tematu, który miał być głównym motywem ich dzisiejszego plenerowego spotkania. Porozumieliście się? Wiesz, to ciekawe, że dzisiaj przypomniałeś to nasze dawne starcie z Marcowym. Jak patrzę wstecz na całe moje dotychczasowe życie, to uświadamiam sobie coraz mocniej, że nic w życiu człowieka nie zdarza się przypadkowo. Że wszystko czemuś służy, do czegoś dąży, coś, co pierwotnie wydaje się nie mieć żadnego znaczenia, nagle w odmiennym kontekście nabiera innej mocy, ty może powiedziałbyś, innego ducha. Zawsze mnie pasjonowały sprawy fundamentalne, może dlatego, niejako intuicyjnie, zdecydowałem się studiować biologię, żeby dowiedzieć się jak ten świat wokół nas jest skonstruowany, co z czego wynika, skąd się wzięło i ku czemu podąża. Na zewnątrz starałem się tego nie okazywać, w końcu życie jest krótkie i trzeba umieć jak najintensywniej je przeżyć, nieustannie jednak drążyły mnie podstawowe zagadnienia takie jak życie i śmierć. Dużo na ten temat przeczytałem, mam jednak wrażenie, że dopiero osobiste doświadczenie daje człowiekowi taką wiedzę, która pozwala mu w jasny i klarowny sposób podejmować właściwe decyzje w realnym życiu. Mam świadomość, że życie człowieka to także jego kod genetyczny, pochodzenie, dzieciństwo, młodość, więzi z rodzicami i rodzeństwem jeśli się takie posiada. Człowiek jest więźniem i gospodarzem zarazem tego całego świata" Adam Hlebowicz 27 własnego pochodzenia, nawyków i cech, które się niegdyś przejęło i nabyło. Bardzo trudno jest to zmienić. Może dopiero coś namacalnego, jak ptaki, które łapiemy w siatki, bie-rzemy do rąk, mierzymy, obrączkujemy, pozwalają nam spojrzeć na rzeczywistość nieco inaczej. Jak? W sposób bardziej realistyczny, prawdziwy, bliższy toczącemu się życiu. Szli wzdłuż wybrzeża, w kierunku wielkiego miasta, z rzadka sięgając po lornetki. Teraz dopiero Polikarp przytknął szklane pryzmaty do oczu, uważnie czegoś wyszukując na horyzoncie wody. Patrz, z lewej strony stadko uhli, a tuż za nimi chyba markaczki, to byłaby niespodzianka, ale za duża fala żeby je właściwie rozpoznać. Przydałaby się luneta. Tomasz podążył za wzrokiem przyjaciela i uważnie lustrował wodną kipiel za pomocą rozstawionej już na statywie lunety. Fala, zwłaszcza w większej odległości od brzegu, nie była zbyt wielka, jednak morze było na tyle rozbujane, że czarne punkciki morskich kaczek, mimo silnych szkieł powiększających lunety, co chwilę znikały z pola obserwacji. Oba gatunki ptaków dość podobne do siebie, trudne były z tej odległości do identyfikacji. Kiedy wzrok nawykł do odległego widoku, kiedy fala na chwilę stabilizowała się rozpoznanie ptaków było łatwiejsze. Na szczęście pojawiły się też panie - morskie kaczki. - Są uhle i nieco dalej faktycznie stadko markaczek, bardzo rzadko tu spotykanych. A z Kamilą, i z naszym dzieckiem, zaczynam nowe życie - Polikarp wrócił do rozpoczętego wcześniej wątku. Będziecie z Zośką świadkami na naszym ślubie. 28 Król Staś Grażyna Kamyszek KRÓL STAŚ Listopad zawsze napawał ją smutkiem. Ilekroć odwiedzała cmentarze, tylekroć doznawała szorstkiego dotyku przemijania. Nawet wielobarwność kwiatów i ciepło zniczy bijące z pomników nie napawało optymizmem. Swoją dojrzałością już dawno powinna oswoić widmo śmierci wpisane sprawiedliwą ręką w każde życie, ale taka już była. Obsesyjnie bała się tej godziny, nieodkrytego przeznaczenia ludzkiego życia, niewiadomej, nieznanej, nieuniknionej, ale zawsze obecnej, bliskiej... W listopadowe dni zaprzyjaźniała się z odchodzeniem, oswaja je, jak próbuje się okiełznać dzikie zwierzę, ale zarażała przy tym smutkiem i powagą. Bliscy unikali jej towarzystwa, a ona przez cały miesiąc, aż do grudnia odwiedzała pobliskie cmentarze, nie tylko te miejskie, ale również te oddalone, zagubione gdzieś w leśnych ostępach, niektóre zapomniane przez ludzi i Boga. Najbardziej lubiła te mennonickie, których było w okolicy kilka. Tam wyciszała się najbardziej, czując upływ czasu. Szczególnie upodobała sobie cmentarz w Barcicach. Przechadzała się między stelami z charakterystyczną ornamentyką, intrygowały ją nagrobki w formie pni ściętych drzew, wpatrywała się także w półkoliste i ostrołukowe tympanony, by z szacunkiem pomyśleć o tych, którzy nie pozwolili na zniszczenie cmentarza, mimo że był stary, bo kilkadziesiąt pochówków sięgało XIX wieku. Z szacunkiem myślała o ludziach, którzy dbali o nagrobki, stawiali znicze na niektórych z nich, by zaznaczyć pamięć o tych, którzy kiedyś tu żyli i pracowali. Snuła się po cmentarzu, chłonąc miniony bezpowrotnie czas, a on jawił się jej jako zgrzybiały starzec, zachłanny zazdrośnik z bielmem w oczach, pędzący bezwzględnie do przodu, naigrywający się nieustannie z ludzkiej młodości, marzeń, wspomnień i pamięci. O nie, zachłanny czasie! Tu, na tym małym mennonickim cmentarzyku nie zwieńczyłeś swojego dzieła iluzją nagrody za niepamięć. Tu pamiętano... Rozmyślaniom kobiety towarzyszyła cisza, burzona od czasu do czasu głosem ptaków zaniepokojonych intruzem zakłócającym skrzydlate bytowanie. Odwiedzając cmentarze, miała nieodparte wrażenie, że jeśli minie listopad, ona przeżyje następny rok. I tak było już od kilku lat każdego listopada. Nikt nie chciał jej towarzyszyć w wędrówkach po okolicy. A ona wcale tego nie pragnęła. Gdy żył mąż, razem chodzili między mogiłami na różnych cmentarzach i trzymając się kurczowo za ręce wierzyli, że przemijają razem. To były miłe listopadowe dni, miłe przemijanie, tak je zapamiętała i pielęgnowała we wspomnieniach. Teraz samotnie oswajała przyszłość, czekając na tę ważną godzinę, na wezwanie, od którego nie było odwołania. Bliscy uważali jej zachowanie za nienormalne, ale ona z politowaniem przyjmowała ich uwagi. Żałowała, że jej nie rozumieją. Dzisiaj znowu zawitała na cmentarz. Gdy tylko wysiadła z samochodu, wolniutko skierowała się w stronę szeroko otwartej bramy. Znała to miejsce. Wiejski cmentarz Grażyna Kamyszek 29 przytulony do zielonej ściany lasu. Zadumana snuła się wąskimi alejkami, a napisy na nagrobkach szeptały bezgłośnie o tej niewinnej, o tamtych zbyt młodych i o tym, co zapił się na śmierć... Znicz przy zniczu, pamięć przy pamięci łuną sięgającą ku niebu - myślała o tych, których znała osobiście. Kiedy jako młoda dziewczyna zaczęła pracę w miejscowej szkole, niektórzy spośród lokatorów cmentarnych kwater byli wtedy dziećmi. Niektóre nazwiska wryły się na trwale w pamięć, mimo że minęło wiele lat odkąd odeszła. Musiała to zrobić, uznawszy, że praca na wsi nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. Chciała czegoś więcej, uwierzyła tęczy nad małą wiejską strugą, kuszącą wielobarwnym mostem wabiącym kolorami nadziei. Tęczę widziała z okien pokoju na poddaszu. Najczęściej przychodziła po burzy, od strony Wisły, by kolorowymi ramionami dotykać marzeń i snów o świecie za szerokim pasmem wzburzonej wody. Niczym opiekuńcza matka karmiła zgłodniałe myśli obietnicami lepszego życia i czuwała, aby kolory marzeń nie wyblakły. Uwierzyła tęczy. Pragnęła uciec kolorowym pomostem, by nigdy już tu nie wrócić. Czy było jej aż tak źle? Do ostatniej chwili ukrywała prawdę o swoich planach. Jej odejście odebrano, jako ucieczkę. Ona też miała takie wrażenie, gdy przeprawiała się promem z Janowa do Gniewa. Nie był to kolorowy most utkany marzeniami, lecz zdezelowany środek lokomocji, wywołujący niepokój. Bała się spienionej wody, bała się skrzypiących złowieszczo stalowych lin karcących ją za podjętą decyzję. Pomyślała, że jeśli pękną, będzie to kara za nagłe opuszczenie tych, których pokochała i tych, którzy jej zaufali, ale stary przewoźnik spokojnym uśmiechem zapewniał, że wszystko będzie dobrze i bezpiecznie dotrą do brzegu. Uwierzyła jego słowom i spracowanym rękom sprawnie poruszającym urządzenie promu. Kto wie, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby zawróciła? Wybrała najkrótszą, wodną drogę do lepszego życia, do Gdańska, który wabił dobrą pracą, mieszkaniem, a przede wszystkim miłością człowieka, z którym chciała spędzić życie. A teraz? Wracała kolejny już raz nowym mostem przez Wisłę, łączącym Gniew z Kwidzynem, wracała do tego, co bezpowrotnie minęło, co zostało we wspomnieniach w małym pokoiku na poddaszu, którego od dawna już nie było. Bolała nad tym, że nie ma starego promu, nie spotka już przewoźnika zapewniającego o bezpiecznej przeprawie przez Wisłę. Może, dlatego niezbyt lubiła nowy most, nie mogła zrozumieć, dlaczego nie uszanowano starej przeprawy, wpisanej od lat w nadwiślański krajobraz. Przechadzając się cmentarnymi alejkami, nagle spostrzegła kilka osób widocznych w prześwitach wysokich krzyży. W oddali zamajaczyła postać księdza. Właśnie zakończył obrządek pogrzebowy, by pozwolić grabarzom na dokonanie swych czynności. Kobieta domyśliła się, że była to zapewne firma pogrzebowa. Świadczył o tym napis na drzwiach samochodu. Gdy czarna sutanna mijała ją w pośpiechu, ona zdołała jeszcze zadać pytanie; - Proszę księdza, czyj to był pogrzeb? Dlaczego nikogo nie było? - Jestem w tej parafii od niedawna, nie znam ludzi. Podobno był niepełnosprawny. Znaleźli go w rowie. Ktoś potrącił i uciekł. Winowajcy do tej pory nie znaleźli... 30 Król Staś - Szczęść Boże! - powiedział na pożegnanie, zostawiając oszołomioną kobietę na środku alejki. Jakież to smutne. Jeszcze kilka dni wcześniej w miasteczku natknęła się na pożegnanie kogoś ważnego, zasłużonego. Tłum, w żałobnym skupieniu, wsłuchiwał się w muzykę, w wiersze wyciskające łzy, w znicze i morze różnobarwnych kwiatów krzyczące żalem bolesnego przemijania. Podeszła nieśpiesznie, nieufnie, a spłoszone serce ze zgrozą odliczało tępe uderzenia łopat. Sprawne ręce ubijały kopczyk, rutynowo, bez emocji, bez nadmiernego wysiłku, nawet dyskretne splunięcie śliny z czyichś ust współgrało z niezbyt wyszukaną konstrukcją architektoniczną. To tak, jakby zasypywało się niepotrzebną dziurę w przydrożnym rowie. Do tego nie były potrzebne silne ręce, empatia. To przecież zwykła ziemia spełniająca swoją rolę. Ale pod nią ktoś przecież leżał... Podeszła do mężczyzn sprawnie uwijających się przy formowaniu kopczyka. Nie mieli na sobie stosownych uniformów, ale zwykłe ubrania. - Dzień dobry, panowie. Kogo tu pochowaliście? Nie zauważyłam klepsydry. - A jakiś głupek ze wsi. - Czy był samotny? Nie widziałam nikogo. - Pani, ja tam nie wiem. Podobnież miał rodzinę, chyba siostrę, ale to stara pijaczka. Bała się, że będzie musiała brata pochować, a tak opieka zapłaciła. - A znajomi, sąsiedzi? - Widać, żeś pani nietutejsza. A klepsydry nie było, bo i po co? Zresztą, co by to dało? - Odezwał się jeden z mężczyzn. -1 tak nikt by nie przyszedł. Wiedzieli, że stypy nie będzie, to i zjeść i wypić nie dadzą, to, po co czas marnować - uzupełnił lakoniczną odpowiedź drugi. -1 nic nie wiadomo o tym człowieku? Kto go potrącił? Dlaczego nikt mu nie pomógł? Co ze sprawcą? Pytania wiały grozą, ale chyba tylko w odczuciu kobiety. - Pani, my tam nic nie wiemy. Tu we wsi mówili na niego król Staś, bo on podobno miał coś z głową, chciał, żeby go tak nazywali - odezwał się któryś łaskawie po długiej chwili milczenia. - Powiedział pan, król Staś? - upewniła się kobieta. - Tak powiedziałem. Jeszcze wbicie krzyża z tabliczką informująca, kogo ziemia kryje, jeszcze ostatnie klepnięcia szpadlem, jeszcze łomot ładowanego sprzętu do samochodu i smród spalin na do widzenia. Wszystko w pośpiechu, bo następny czeka, bo trzeba garnitury firmowe założyć. Szybciej, szybciej, żeby się nie spóźnić, bo szef się wścieknie! Oszołomiona kobieta wpatrywała się oniemiała w imię i nazwisko widniejące na tabliczce przytwierdzonej do krzyża. - Przecież to Staś, król Staś... - szepnęła. Grażyna Kamyszek 31 Z mroków pamięci wyłoniły się okruchy wspomnień, wkradły się nieoczekiwanie kłębowiskiem niepokoju, powodując lekkie drżenie głosu. - Staś, król Staś... Mały król Staś - powtarzała cicho. A jak poszedł król na wojnę / grały jemu surmy zbrojne / grały jemy surmy złote / na zwycięstwo, na ochotę // A jak poszedł Stach na boje / zaszumiały jasne zdroje / zaszumiało kłosów połę / na tęsknotę, na niedolę. - Co to są surmy? - Pytał dociekliwie chłopczyk, gdy inni uczniowie obojętnie przysłuchiwali się rozmowie. - To dawny instrument dęty, wydający bardzo ostry i donośny dźwięk - odpowiadała nauczycielka, ganiąc siebie za wybór utworu Marii Konopnickiej, nazbyt trudny dla uczniów specjalnej troski, ale już się stało i musi doprowadzić temat lekcji do końca. - A dlaczego ja nie jestem królem? - pytała dziecięca twarzyczka, pokryta plamkami brązowych piegów. Nie oczy, o gęstych płowych rzęsach, ale wąskie usta wyrażały emocje. Często były otwarte, jakby właśnie tą drogą czerpały wiedzę i chłonęły ją do wnętrza głowy, przetwarzałyby zadać kolejne pytanie. - Tak już ktoś to wszystko zaplanował, Stasiu. Nic na to nie poradzisz - usłyszało dziecko tłumaczenie nauczycielki. - Ale ja chcę być królem! Ja nie chcę być Stachem! Chcę być królem Stasiem! - Upierał się malec, wykrzywiając w grymasie niezadowolenia wąskie usta. - Dobrze, będę nazywała cię królem Stasiem. - Ja też pójdę kiedyś na wojnę, zobaczy pani, będę sławny, będę wielki i będą grały wszystkie dzwony i te surmy też. Zobaczy pani! - Wierzę, Stasiu, że będziesz kiedyś bardzo ważny - zgodziła się z planami chłopca nauczycielka. - Proszę pani, nie Stasiu, tylko królu Stasiu! - Dobrze, królu Stasiu, będziesz kiedyś wielkim człowiekiem. - Ale oni też niech tak na mnie mówią - wskazał na kolegów w klasie. Niektórzy z nich przysłuchiwali się obojętnie rozmowie Stasia z nauczycielką. Inni nie zauważyli dialogu, a jeszcze inni zajmowali się sprawami niezwiązanymi z tematem lekcji. Nauczycielka kolejny już raz skarciła samą siebie za zbyt ambitną próbę analizy wiersza Marii Konopnickiej, wychodząc ponad możliwości intelektualne gromadki skupionej w klasie. Tylko Stasiu wziął sobie do serca wersy dotyczące bogactwa, zaszczytów. Chciał mieć wszystko to, co może mieć król, chyba, dlatego, że miał smutny dom, smutną mamę i wszechobecną biedę. Myślała, że chłopiec zapomniał o królu Stasiu, ale następnego dnia nie reagował na pusto brzmiące imię. Gdy dodawała król, wtedy zrywał się z ławki lub podnosił rękę do odpowiedzi. Król Staś - szybko przylgnęły do niego te dwa słowa. Przygarnął je do siebie z całym dobrodziejstwem brzmienia, z powagą, szacunkiem i hołdem należnym królowi. 32 Król Staś Jestem królem, powtarzał, wielkim, bogatym groźnym. Dzieciom było obojętne czy jest Stasiem, czy królem, ale kiedy wymuszał na nich kuksańcem swoje nowe, dwuczłonowe imię, dla świętego spokoju poddańczo poddawały się jego woli. Odtąd, nawet nauczyciele zwracali się, ku niepisanej radości chłopca, jego nowym imieniem. Król Staś wyróżniał się wśród dzieci bystrością, skłaniającą pedagoga szkolnego do weryfikacji jego umiejętności intelektualnych i przeprowadzenia kolejnych badań psychologicznych. Pamięta, że sama o to wnioskowała, twierdząc, że wyrządzono dziecku wielką krzywdę, kwalifikując jego umiejętności według jakiegoś przyjętego schematu. Nie wie, co stało się później ze Stasiem. Gdy odeszła ze szkoły, straciła kontakt z koleżankami. Nowe wyzwania w ukochanym Gdańsku pochłonęły ją bez reszty... Kobieta stała bezradnie nad świeżym kopcem ziemi. Bolesne wspomnienia oplotły ją ciasnym uściskiem, dławiły ściśnięte gardło. Wpatrywała się w przestrzeń przed siebie, jakby stamtąd, od strony zielonej ściany lasu miało nadejść rozgrzeszenie. Płynęły kolejne minuty, a ona stała bez ruchu, by w końcu znaleźć w sobie siłę i wyjąć z torebki znicz. Przy palącym się ogniku położyła czerwoną sztuczną różyczkę, odpiętą od klapy żakietu. - Chociaż tyle dla ciebie zrobię, królu Stasiu - szepnęła. - Chciałeś być wielki, odważny. Wierzyłam, że poradzisz sobie na wojnie życia, ale chyba stało się inaczej... Wydawało jej się, że w oddali, od strony lasu słyszy cichy szept, któremu towarzyszył przytłumiony dźwięk dzwonów. A jak chłopu dół kopali, / zaszumiały drzewa w dali, / dzwoniły mu przez dąbrowę / te dzwoneczki, te liliowe... Dominika Lewicka-Klucznik 33 Dominika Lewicka-Klucznik KOCHAJ MNIE NA ODLEGŁOŚĆ Chciałabym, żebyś zabrał tę rękę. To czułe głaskanie nie przemawia już do mnie, tym mnie nie kupisz. Za dużo... nadziei, słów, gestów. Czuję zapach, który dostałeś na gwiazdkę od niej. Nigdy mi się nie podobał. Te włosy na twarzy wcale mi nie przeszkadzają. Zupełnie nie rozumiem, po co ten ruch dłoni przy twarzy. Nigdy nie zwracałeś na to uwagi. Jak sięgnę pamięcią, nigdy nie widziałeś we mnie kobiety. Tylko takie nie wiem co, a teraz zainteresowanie. Nie, nie będę wypominać niczego. Wiem, że nie obiecywałeś. Wiem, że jest ona. Wiem, że to wszystko nieważne. Wiem także po co tu jesteś. Teraz nie będę mogła się nie zgodzić. Jestem pod ścianą możliwości, a ty będziesz opowiadał o pracy, życiu, dzieciach, o niej. Gówno mnie to obchodzi. A ty gadasz i gadasz. Wiem wystarczy, że zostaniemy sami i zacznie się rytuał przyjemności. Jak co wtorek będziesz się bawił dla własnej jedynie satysfakcji. Jakoś to przeżyję. Od sześciu miesięcy daję radę. Te spotkania pozwalają mi opanować mijający czas. Przynajmniej nie musisz nikogo okłamywać. Firma od kilkunastu tygodni przeprowadza wdrożenie nowego systemu informatycznego, więc twoja co wtorkowa kontrola jest jak najbardziej uzasadniona. Siedzisz tu i czekasz. Powiedziałabym ci wiele. Gdybym miała odwagę zrobiłabym to pół roku temu. Nigdy nie mówiłam. Słuchałam potoku słów, nawet nie narzekań. Opowiadałeś jakimś potokiem o wielu rzeczach, oczekiwałeś, nie wiem czego. Byłam, bywałam, stawałam się. Nie wiem kim. To za trudne na moją rudą głowę. Pamiętam pierwsze taktowne rozmowy podczas wyjazdów na szkolenia. Kurtuazja, badanie rynku, śniadania, kolacje. Noce we własnych pokojach. Wszystko grzecznie. Nikt nie mógł się przyczepić pełna perfekcja, tandem nie do zdarcia. Rozumieliśmy się bez słów. A to procentowało. Firma miała mnóstwo zleceń, a my nić cichego porozumienia. Głupie żarty kolegów z pracy omijały nas lekko. Byłeś ponad tym, a ja podpięta pod twój płaszcz płynęłam na fali sukcesu na bankiety, kolacje z żoną, spacery z dziećmi. Nic mnie nie omijało, a ja głupia taka szczęśliwie potrzebna, tak bardzo zaufania godna. Na śniadanie ze łzami w oczach przeżuwałam nadzieje, które tkwiły jak drzazgi przez cały dzień. Schowana pod maską pewności wlepiałam wzrok w twoją twarz. Zupełnie bezsensownie. Dla ciebie zawsze byłam kumplem przez przypadek w spódnicy. Jak teraz o tym myślę, to wyjście ze mną na wódkę było najbezpieczniejszą rzeczą, jaką mogłeś zrobić. Żadna podejrzana lalunia z nieczystymi intencjami nie zbliżyła się do faceta, który siedział przy takich nogach jak moje. Takich oswojonych nogach, które wiedziały doskonale, gdzie jest ich miejsce. Dokładnie - w przedpokoju przy szafce z butami. Nic nie było takie proste jak teraz. Już wiem, że nic dla ciebie nie znaczę. Te przepracowane noce, urocze kolacje, zaproszenia na rodzinne święta. Sytuacja od początku była jasna. Seksu i tak nie będzie, bo przecież wiedziałeś, że wolę kobiety. Te związki oparte 34 Kochaj mnie na odległość zazwyczaj na kilkumiesięcznej znajomości i tak nie wytrzymywały próby czasu. Za dużo pracujesz mówiły mi kochanki, zbyt wiele wymagasz, nie masz czasu. I tak jedna po drugiej odchodziły. Głupie baby. Nawet nie miałam czasu płakać, nawet często nie zauważałam, że fascynacja się skończyła. Trudno. Kolejna kolejka wódki w barze. Dziewczyna na jedną noc i po wszystkim. Zainteresowanie mężczyzn gasiłam jednym spojrzeniem. Było tak wspaniale. Pokładane, bezpieczne, wymyślone, moje. Długo cię nie było. Wiem, wyjechałeś na wczasy - Chorwacja. Miałam jechać z wami - pamiętasz? Południowe kobiety zawsze mnie fascynowały. Ciebie też. Mieliśmy iść razem na nocne polowanie. Chytry plan w tajemnicy przed żoną. A tak miałam miesiąc spokoju. Jest wtorek. Dobrze, że zmieniasz kwiatom wodę, już w tym upale zaczynają śmierdzieć. Te sto złotych włożone w odpowiednią kieszeń pozwoli ci na godzinę zostać ze mną w samotności. Zgrzyta najpierw zamek w drzwiach, potem mechanizmy rolet. Te w oknie też zasłoń. Zapewne jest już ciemno. Znajomy zapach przy twarzy. Na kolację zapewne była czosnkowa zapiekanka. Mistrzostwo świata w wykonaniu żony. Słyszę, jak moja skóra odpowiada szelestem na twój dotyk. Suche masz dłonie. To pewnie od tej słonej morskiej wody, za tydzień pieszczota będzie cichsza. Przyniosłeś żel nawilżający. Teraz pewnie jest przyjemniej. Łóżko trzeszczy miarowo. Oddech przyspiesza, ciała młasz-czą dotykiem. Oddychasz coraz szybciej, pocisz się coraz mocniej. Wiedziałam, że ten zapach nie pasuje - fatalny w połączeniu z potem. Jeszcze chwila. Trzy, dwa, jeden. Doszedłeś. Sapiesz. Jednak po czterdziestce kondycja daje się człowiekowi we znaki. Może jakiś sport rano. A nie tylko raz w tygodniu. Mówisz o tęsknocie, pragnieniach, które chowałeś w sobie od lat, miłości i innych pierdołach. A na moich suchych ustach wielo-rzecze tajemnic. Gdybym tylko mogła mówić opowiedziałabym ci o nienawiści, braku przyjemności. O tym że nic nie czuję, ale to nie znaczy, że nie boli. O zamknięciu, Izach, które nie mają szans wypłynąć. O tym, że jestem w ciąży. O włączonej kamerze w rogu pokoju. Lekarze bardzo się zainteresowali, w jaki sposób, będąc od pół roku w śpiączce, mogłam się puścić. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY SZKOŁY Pod koniec wakacji zaczynałem tęsknić do szkoły do naszej budy jak czule ją określaliśmy Przede wszystkim do kolegów, ale też do niektórych nauczycieli. Myślę teraz o ogólniaku, gliwickiej dwójce na Wróblewskiego. O czasie pierwszych przyjaźni, miłosnych zauroczeń, dysput światopoglądowych, własnych pożal się Boże prób literackich. Zmitologizowałem te lata na tyle mocno, że wiele lat później, wykładając na uniwersytecie, szukałem sposobów, by znów znaleźć się w szkole średniej. Przez jakiś czas prowadziłem lekcje z filozofii i etyki w gdańskim (wędrującym wtedy z miejsca na miejsce) Liceum Autonomicznym, a także w Środowiskowym LO na sopockim Brodwinie. Od razu przekonałem się, że było tam inaczej niż w moim Wróblu. Wiem że musiało być inaczej, jednak charakter tej inności odrobinę mnie przygnębił. Odczułem brak radości, przekory, zabawy, bezinteresowności. Znajoma matematyczka żaliła się, że jej uczniowie nigdy nie poszli na wagary, nie zrobili jej żadnego kawału, mimo że w jakimś sensie zachęcała ich do tego opowiadając o swoich szkolnych szaleństwach. Mówiła, że nastolatki są dziś bardzo dorosłe, bywa że przedwcześnie postarzałe, dobrze znają społeczną rzeczywistość i liczą się z jej regułami, przede wszystkim rynkowymi. Jedną z odmienności, jaka rzuciła mi się w oczy, był stosunek do ocen - dla nas wtedy, nawet dla kujonów, dość niefrasobliwy, teraz śmiertelnie poważny. Dzisiejszy kujon (tzw. geek) nie odchodzi od komputera, nie marnuje czasu na książkę, która nie jest lekturą obowiązkową, ćwiczy wykluczające myślenie testy. Zdarzało się, że po lekcjach podchodził do mnie ktoś wyraźnie przygnębiony prosząc o możliwość poprawienia czwórki na wyższy stopień, dający lepszą pozycję w jakichś tam, rzeczywistych bądź urojonych, rankingach. Próbowałem studzić ich ambicje, mówiłem o względnej wartości piątek czy szóstek. Przytaczałem przykłady wybitnych „dwójarzy ”, takich jak Albert Einstein, Thomas Edison (już w pierwszej klasie wyrzucony ze szkoły), Henryk Ibsen, Honoriusz Balzak czy Henryk Mann. Mówiłem o Antonim Słonimskim, który po piątej klasie uczył się już tylko w domu, nie przystąpił do matury, a niedługo potem uzyskał dyplom Szkoły Sztuk Pięknych. O tym, że oblał maturę Paweł Hertz, pisarz, tłumacz z kilkunastu języków. Że Jan Kasprowicz powtarzał wielokrotnie klasę i był wydalany z kolejnych gimnazjów. Słuchali, potakiwali, po czym wracali do swoich próśb mówiąc, że teraz są inne czasy. Rzeczywiście, inne. Około dwudziestu procent polskich uczniów (milion!) ma za sobą epizody depresyjne i powracające stany lękowe. W ciągu jednego roku kilkuset z nich podejmuje próby samobójcze. Gwałtownie rośnie liczba dokonywanych w szkołach przestępstw i aktów przemocy. Są to najwyższe odsetki na świecie i mówią o odrzuceniu przez rodzinę, rówieśników, przede wszystkim przez szkołę. Philip Zimbardo, autor znanego eksperymentu więziennego w Stanford University, po kilku wizytach w naszym kraju mówił o potrzebie gruntownej reformy polskiego systemu edukacyjnego, 36 Andrzej C. Leszczyński nieprzyjaźnie nastawionego do uczniów. Wrogiem są przede wszystkim ci nauczyciele, którzy powoduję, że uczniowie czują się gorsi i zamykają się w sobie. Uczeń czuje się upokorzony, gdy nauczyciel się z niego śmieje, wytyka mu słabe punkty. Ludzie są różni: jedni znakomici piszą eseje, inni mają talent muzyczny albo są doskonałymi sportowcami. Każdy ma coś do zaoferowania społeczeństwu. Pożądane cechy mają tzw. szkoły demokratyczne, oparte na zainteresowaniach i kompetencjach uczniów - to oni decydują o problematyce, jaką chcą zgłębiać przy pomocy nauczyciela - mentora, doradcy. Jest ich w Polsce kilka (w święcie kilkaset), stanowiąc raczej ciekawostkę niż komponent struktury edukacyjnej. Zapis o prawach Rady Rodziców na ogół pozostaje fikcją (negatywne oceny dyrekcji i nauczycieli mogłyby narażać dzieci). Inni są też nauczyciele, choć spotkałem i takich, którzy nie różnili się od tamtych, z mojego Wróbla. Podczas warsztatów i zajęć na studiach podyplomowych rozmawiałem z polonistami, którzy nie przeczytali w ostatnich latach żadnej książki, ani razu nie byli w teatrze, nie słyszeli o hermeneutycznych formach pracy z tekstem. Za to narzekali na nadmiar obowiązków, mimo że tylko w Polsce nie wymaga się od nich obecności w szkole poza godzinami lekcyjnymi, a ilość tych godzin jest bodaj najmniejsza w Europie. Z początku bałem się nawet wspominać o socjalistycznej urawniłowce, jaką wprowadza Karta Nauczyciela z 1982 roku (data znacząca) - jedyny w Europie dokument sztywno gwarantujący wynagrodzenie dla wszystkich zatrudnionych. Okazało się jednak, że o Karcie bardzo chcą rozmawiać adepci belferskiego zawodu, wściekli na centralnie ustalony system awansu. Mówią o teczkach puchnących od zaświadczeń, dyplomów, certyfikatów, a także o firmach oferujących opracowanie autorskich (!) programów pracy z uczniem. Nie mają wątpliwości co do tego, że bardzo często przewyższają kwalifikacjami i pomysłami szkolnych rutyniarzy - jednak to ich właśnie, stażystów i kontraktowców, w pierwszym rzędzie obejmują redukcje. Im przydziela się najgorsze klasy, najgorsze grafiki zajęć, a w pokoju nauczycielskim traktuje jako rywali i mącicieli szukających dziury w całym. PRZEKŁADANIEC Po wielu latach obejrzałem ponownie Przekładańca Andrzeja Wajdy. Oglądać po raz kolejny te same filmy, czytać te same książki, to czasami wielka nieostrożność; chyba nie chciałbym po raz drugi zobaczyć 11 minut Jerzego Skolimowskiego, za to bez końca mogę czytać Wiłka stepowego Hermanna Hessego. Trzydziestopięciominutowy żart Wajdy z 1968 roku obejrzałem z radością głównie dzięki kreacji Bogumiła Kobieli (choć nie ustępowali mu inni - Ryszard Filipski, Piotr Wysocki czy Anna Prucnal). Muszę dodać, że radość nie trwała zbyt długo, co z kolei wiąże się z dającym do myślenia scenariuszem Stanisława Lema, odbieranym dziś jako coś więcej, niż naukowa fantazja. Film wyświetlono w Europejskim Centrum Solidarności - był wprowadzeniem do dyskusji o problemach związanych z postępem technologii medycznych. Jako dyskutant znalazłem się w towarzystwie dr Katarzyny Kaczor, literaturoznawczyni, i prof. Bolesława Rutkowskiego, transplantologa. Początkowe napisy filmu informują, że Stanisław Lem oparł swój scenariusz na opowiadaniu Czy pan istnieje, mr. Johns?. Pisarz jednak pisał o podobnych problemach Okruchy 37 w wielu innych miejscach. Swą wypowiedź zacząłem od problemu tożsamości (pewności dotyczącej bycia sobą, poczucia trwałości mimo wszelkich zachodzących zmian) i od związanego z tożsamością sposobu odczuwania własnej cielesności. Możliwe są dwie postaci takiej samowiedzy: [1] jestem ciałem, oraz [2] mam ciało - ja, duchowy podmiot właścicielski. W pierwszym wypadku każdy „ubytek”, każda „zmiana” cielesna oznacza zmianę „ja”, zmianę tożsamości. W drugim wypadku tożsamość obejmuje wyłącznie sferę psychiczną i pozostaje względnie niezależna od doświadczenia cielesnego. Ciało ma w tym wypadku jedynie wartość instrumentalną, można się nim posługiwać. Sądzili tak m.in. Platon („Dusza filozofa najwięcej gardzi ciałem i ucieka od niego”) i św. Augustyn mówiący o konieczności represjonowania naturalnych skłonności ciała, zmuszania go do posłuszeństwa - po to, by przysłużyć się zbawieniu duszy. Stanisław Lem (Summa technologiae, 1964) prognozuje utrwalenie się instrumentalizacji („posiadania”) ciała, co będzie wymagało „przestrajania” go, „poprawiania” i „remontowania”. Proces ten prawdopodobnie będzie szedł dwutorowo, pod naciskiem obiektywnych konieczności - i technologicznych możliwości: jako przemiany biologiczne (usuwanie przeszczepami defektów, kalectw itp.) oraz jako przemiany protezujące (gdy proteza mechaniczna, „martwa", jest lepszym dla użytkownika rozwiązaniem od transplantu naturalnego). W swojej twórczości prozatorskiej przedstawia obydwa te przypadki (kompilując je dla potrzeb scenariusza filmu Wajdy). W zbiorze obejmującym scenariusze filmowe, słuchowiska i utwory sceniczne (Przekładaniec, 2000) znajduje się tytułowy scenariusz opisujący przemianę biologiczną. Kierowca rajdowy Ryszard Jones jest „przekładańcem”, składanką części ciała pobranych od różnych osób (przez przypadek także psa), z którymi uczestniczył w kolejnych katastrofach na trasach wyścigowych. Wymienność elementów ciała - materialnej podstawy istnienia - mogłaby sugerować, że pierwotnego Ryszarda jest coraz mniej, jednak o zachowaniu przezeń tożsamości decyduje ten sam wciąż mózg, źródło poczucia siebie (najbardziej skomplikowana forma materii, z jaką spotkał się człowiek w znanej mu części Wszechświata - czytałem podczas studiów). Ja to mój mózg: pamiętam słuchowisko, którego bohater jest wyłącznie mózgiem funkcjonującym dzięki specjalnym płynom ustrojowym. W końcówce Lemowej opowieści poskładane po raz kolejny ciało Ryszarda Jonesa stanie się narzędziem mózgu innego kierowcy, Johna Foxa. W otwierający tom scenariuszu (słuchowisku?) pt. Czy pan istnieje, mr. Johns? mowa jest o przemianie protezującej. Bohater, Harryjohns, to istota pozbawiona czegokolwiek, co stanowiło wcześniej jej naturalną substancję. W systemie ratalnym nabył szereg protez (obu rąk, klatki piersiowej, karku), zaś po kolejnym wypadku zastąpił uszkodzoną półkulę mózgową elektronowym mózgiem marki Geniak (cena: 25 600$). Po jakimś czasie „zgenializowana” została również druga półkula (cena: 26 950$). Ponieważ żadna z tych należności nie została uregulowana, producent części zamiennych Cybernetics Company pozwał ich użytkownika do sądu. Kto jest jednak tym użytkownikiem? Harryjohns, czy - jak mówi adwokat producenta - zespół protez, który bezprawnie podaje się za Johnsa („Tutaj nie ma żadnego Johnsa, albowiem doczesne szczątki tego znanego czempiona wyścigowego spoczywają po trosze na różnych autostradach Ameryki”). Zespół protez to cyborg, hybryda organizmu i maszyny, ktoś taki jak bohater znanego filmu Robocop. 38 Andrzej C. Leszczyński Przemiany biologiczne, czyli przeszczepy narządów, stanowią przedmiot wielu kontrowersji. Bogusław Wolniewicz widzi w nich formę kanibalizmu i „konsumpcji zwłok”. Komentując czyn Przemysława Salety, który oddał córce nerkę, stwierdził, że on by tego nie zrobił. „Powiedziałbym [córce]: niech umrze. - Czy koniecznie trzeba dłużej żyć?”. Katolicyzm widzi w transplantacji wyraz miłości bliźniego, co potwierdził Jan Paweł II („Jedną z dróg pielęgnowania prawdziwej kultury życia jest dawstwo narządów”). Wyda-je się to oczywiste, jeśli pamiętać o powtarzanym podczas każdej mszy akcie „kanibalizmu” eucharystycznego: bierzcie i jedzcie ciało moje, pijcie moją krew. Medyczne możliwości transplantologiczne, o których mówił podczas debaty prof. Rutkowski, wydają się dziś prawie nieograniczone i obejmują komórki, tkanki oraz narządy. Dokonano udanych przeszczepów ręki (2006) oraz twarzy (2013). Wyraziłem obiekcje wobec tego ostatniego osiągnięcia. Moje „ja” to nie tylko mózg, ale i twarz -„zewnętrzna strona” człowieka, jego oblicze (od: „lico” - forma). Antoni Kępiński mówi o twarzy jako o „legitymacji”, podstawie identyfikacji osoby. Poczułem się raźniej, gdy moim zastrzeżeniom przyklasnęła obecna na sali prof. Janina Suchorzewska (endokrynolog), mówiąc, że ona też nie potrafi wyobrazić sobie konsekwencji tak daleko idącej ingerencji w ludzką tożsamość cielesną. SŁOWO W SŁOWIE Janusz Drzewucki omawiając w „Twórczości” tom poetycki Leszka Szarugi Logo Reya (2015) pisze o słowie dominującym w tych wierszach. Słowem tym jest „słowo”: Nikt tak, jak Szaruga, żaden z tworzących dzisiaj w języku polskim poetów, nie jest równie wyczulony na poszczególne, pojedyncze słowa [...]. Z kolejnych słów krytyka dowiadujemy się, że „słowo »słowo« powtarza się w wierszach Szarugi częściej niż często” (bardzo często?). Słowo „słowo”... Sięgnąłem do książki Andrzeja Chojeckiego pt. Mowa mowy. O języku współczesnej humanistyki (1997). Oto pierwsze jej zdania: Podmiotem przedstawionych tu rozważań jest słowo. W trakcie czynionych obserwacji słowo „słowo" przestawało mi wystarczać, stawało się zbyt ciasnym gorsetem, rozszerzając się, zwiększając swoją pojemność, z przedmiotu przemieniając się w podmiot, stając się pojęciem „słowo", co znaczy, że pojęcie „słowo" wchłonęło w siebie słowo „pojęcie” i stało się słowem/pojęciem. Na pierwszej stronie czytam nie bez wzruszenia dedykację autora, tragicznie zmarłego kilkanaście lat temu kolegi: Andrzeju - bardzo mnie zastanawia Twoje miłczenie na temat mojego mówienia (podpis, data: 18 grudnia 1997). Chodziło Chojeckiemu zapewne o brak mojej reakcji na prezentowane wielokrotnie, zarówno podczas odczytów jak i przy piwie, wywody, które później przedstawił w książce. Cóż jednak mogłem powiedzieć, nie ogarniając myślowo błyskotliwych skojarzeń i gier terminologicznych. Pozostałem przy słowach pojmowanych tradycyjnie, jako wyrazy, wyrażenia (mowa, pismo) proste, z których składa się słownik. Przy słowach-nazwach (własnych, ogólnych) nadawanych intencjonalnie bądź stopniowo „ucierających się”, „przyjmujących się” w mowie potocznej. Przy rozumieniu pojęć jako znaczeń tych nazw, myślowych przedstawień cech konstytutywnych (wspólnych) tego, co nazywane („nazwy generalnej”). Słowu (nazwie) Okruchy 39 „trójkąt” odpowiada więc ogólne pojęcie figury o trzech bokach i kątach, bez względu na ich długość i wielkość (cechy konsekutywne, wtórne). MOST Z AKSAMITU Książeczka cieniutka, około 90 stron, a jednak nie mogę jej doczytać do końca. Idea Boga po Auschwitz Hansa Jonasa. Jedna tylko myśl autora dociera do mnie jasno, że obdarzony wolnością człowiek odebrał Bogu pierwotną wszechmoc; że ingerując w boski plan zbawienia sam czyni się odpowiedzialnym za świat, także ten, w którym pojawił się Oświęcim. O kobiecie, która urodziła właśnie dziecko, mówiono, że słabuje. Słabuje widać Bóg, od czasu, gdy „zrodził” człowieka. Zatem: bezradność chrześcijańskiego Boga, który uczestniczy w cierpieniu? Czy jednak pycha: poświęca syna, by dać się przebłagać? Chyba tylko gnostycyzm skutecznie unika trudności związanych z tym problemem. Bóg gnostyków obecny jest jedynie w świecie duchowym (pleroma). Świat materialny, wraz z nieodłącznym mu cierpieniem, to dzieło nie Boga, lecz zbuntowanego demiurga Jahwe (stwórcy). Eschatologiczne wskazanie dotyczy wyzwolenie się spod władzy demiurga i archontów, wyzwolenie się z materialnego świata i wpisanego weń losu (heimarmeneia). Gnostyk to przybysz ze świata światłości, doznający nieustannego odczucia obcości w materialnym świecie i pragnący powrotu do świata, z którego przybył. Także w buddyzmie świat materialny utożsamiany jest ze złem radykalnym. Najbardziej orientalny” z europejskich kierunków filozoficznych, stoicyzm, pojmuje szczęście negatywnie, jako brak nieszczęść, a znaczy to właśnie brak świata zewnętrznego. Droga do szczęścia prowadzi przez bezczucie (apatheia), obojętność wobec losu (ataraksja). Poza materialnym kosmosem trzeba odszukać duchową przestrzeń wewnętrzną. Grecy nazywali ją sumieniem, autentycznością (autentia). U Platona autentyczny był człowiek wewnętrzny (entos antropos). U Jezusa z Nazaretu ten, kto ma Boga w sobie, modli się „w izdebce”. Modlitwa, w dawniejszej polszczyźnie modła, upodabnia modlących się („na jedną modłę”). Nazbyt gorliwa staje się uprzykrzeniem, namolnością („namódlność”, „namul-ność” w Słowniku etymologicznym Aleksandra Brucknera). Pozostając w rozsądnych granicach ma, zgodnie z benedyktyńską zasadą, stanowić obok pracy treść życia grzesznego z istoty człowieka: módl się i pracuj (ora et labora). Papież w II akcie Kordiana Juliusza Słowackiego trochę to modyfikuje: „Niech się Polaki modlą, czczą cara i wierzą”. Modlić się można wielorako - od wieczornego paciorka do ekstatycznych tańców balijskich. Modlitwa zawsze pomaga, mało kto dzisiaj temu przeczy, różnie tylko tłumaczy się jej mechanizm jej „skuteczności”. Zdaniem psychologów modlimy się zawsze do siebie, wydobywając w ten sposób jakąś nową energię wewnętrzną. Zdaniem teologów modlimy się do Boga osobowego istniejącego obiektywnie (pokorne, pełne czci „zdanie się człowieka na transcendencję”, jak można przeczytać w Małym słowniku teologicznym Karla Rahne-ra i Herberta Vorgrimlera). Zdaniem buddysty to jedno i to samo, jeśli tylko zrezygnować z pojęcia bóstwa osobowego. Czesław Miłosz (Modlitwa) niedaleki jest, można sądzić, od myśli buddyjskiej. Na pytanie, jak modlić się do kogoś, kogo nie ma, odpowiada tak: 40 Andrzej C. Leszczyński Tyle wiem, że modlitwa buduje most z aksamitu Po którym idziemy podlatując jak na trampolinie Nad krajobrazy koloru dojrzałego złota Przemienione magicznym zatrzymaniem słońca Ten most prowadzi na brzeg Odwrócenia Gdzie wszystko jest na opak i słowo „jest" Odsłania sens przeczuwany ledwo. Zauważ: mówię: „my". Każdy z osobna Czuje tam litość dla innych, uwikłanych w ciało, I wie, że gdyby nawet nie było drugiego brzegu Na most nad ziemią weszliby tak samo. Modlitwa („most z aksamitu”) ma sens także wtedy, gdy nie znajduje adresata („drugiego brzegu”). Modlący się mężczyzna - ikona godności męskiej i męstwa. Ktoś taki, jak górnik ze złożonymi dłońmi pochylony się nad talerzem zupy z rysunku Vincenta van Gogha (Modlitwa, 1882). Męstwo, w moim odczuciu, nie jest twardością skały, jest skruszeniem się. Felieton magiczny Piotr Wiesław Rudzki PODRÓŻ POBRZEŻEM JAWY Z jakiego powodu wybieramy się w podróż? Czy tylko po to, by gdzieś lub do kogoś dotrzeć? Czy istotny jest tylko cel, a więc punkt A z którego się wyrusza - i punkt B, do którego się chce w oznaczonym przez ten czy inny rozkład jazdy czasie dotrzeć... ? - Zaiste! - powie przeciętny zjadacz suchego prowiantu - podróżujemy, by na czas dotrzeć z punktu A do B. Bywa też inaczej. Bywa tak, że jednak nie zależy nam na tym, by gdzieś lub do kogoś dotrzeć, że mamy poważne problemy z arytmetyką (przypadek oceny dopuszczającej na maturze z propedeutyki matematyki) - i pomiędzy punktami A i B pojawia nam się jeszcze, naprawdę nie wiadomo skąd, punkt K. Bywa, że do tego czas przestaje dla nas odgrywać jakąkolwiek rolę i zaczyna liczyć się tylko podróż pozbawiona celu, podróż jakby bezsensu, podróż sama w sobie. Wtedy odkrywamy, że nasza tak zwana piąta klepka wyraźnie odstaje od pozostałych lub, co gorsza, już gdzieś nawet się zagubiła. Wtedy odkrywamy, że nasza kondycja psychiczna jest wątpliwa, że zaczynają nam się zacierać granice, i - o ile w ogóle mamy odwagę - orzekamy, że potrzebujemy pomocy poradni pedagogicznej, psychologicznej lub indywidualnego toku egzystowania. W czwartym kwartale 2014 roku przedsiębiorstwo PKP Intercity wprowadza do rozkładu jazdy korektę: w związku z pracami torowymi przez kilka tygodni pociąg pośpieszny POBRZEŻE (TLK 81108) relacji Kołobrzeg-Kraków Główny zostaje skierowany na trasę objazdową przez Kwidzyn. Kwidzyn? Tak, już wiem: to mój punkt K na mapie podróży, o który w drodze powrotnej do domu nie mogę nie zahaczyć. W poniedziałek 24 XI 2014 roku wsiadam w Sopocie do pociągu POBRZEŻE z biletem do Prabut, pragnąc zobaczyć przynajmniej raz w życiu trasę, która wykracza poza granice racjonalnego rozkładu jazdy. Tak do końca nie jest pewne, czy dzisiaj pojedzie-my przez Kwidzyn, ponieważ trasa objazdowa obowiązywała do wczoraj, a więc do niedzieli, a dzisiaj jest już poniedziałek i istnieje ryzyko, że wszystko wróciło do normy - że nawet pośpiesznie wsunięta o brzasku do dworcowej gabloty żółta kartka z informacją o przedłużeniu robót do środy nie ma już pokrycia w rzeczywistości (któż z nas nie podchodzi z uzasadnioną rezerwą do różnej maści żółtych dokumentów?). Tak do końca to nie jest też pewne, czy to, co robię, posiada jakikolwiek sens, przecież obecnie mieszkam w Malborku, więc wystarczy do niego dojechać i po prostu wysiąść, a nie decydować się na podróż dłuższą o całe dwie godziny zegarowe. Jednak jadę. - Wierzyć to znaczy być w drodze. W sumie kilkunasto-wagonowy skład pociągu także daje wiele do myślenia. Po co komu tyle wagonów, jeśli wiadomo, że z przyczyn torowych relacja pociągu została zaburzona, co przekłada się na gwałtowny spadek frekwencji? Po co ten cały sznur złożony z klas pierwszych i drugich, skoro nic nie jest pewne - skoro nie wiadomo, czy opóźnienie nie przekroczy przewidywanych stu dwudziestu minut i czy na pewno na stacji 42 Podróż pobrzeżem jawy Warszawa Wschodnia będzie można kontynuować podróż specjalnym, podstawionym zawczasu przez przewoźnika autobusem? Tych, którzy jednak wybrali kolej, jest garstka. To kilkanaście czy kilkadziesiąt osób, dla których prawdopodobnie wystarczyłby jeden wagon. Koniec końców konduktorzy przestają pełnić swoje obowiązki - przez całą drogę nie widać ich na korytarzach. W składzie nie ma już także wagonu WARS. Wybieram wagon dla rowerów. To dawny wagon bagażowy, w którym wygospodarowano cztery przedziały z miejscami do siedzenia. Aby dostać się do wyposażonej w specjalne haki przestrzeni bagażowej, trzeba pójść dalej korytarzem i pokonać dodatkowe, przeszklone, poruszające się na zasadzie wahadła wewnętrzne drzwi. To wagon starego typu, prawdopodobnie pamiętający jeszcze lata 70. XX wieku, wykończony przy pomocy dykt, dosyć ciepły, charakteryzujący się pierwszymi próżniowymi prostokątami okien i ciemnobrązową, wzbogaconą o liniowy wzór, tapicerką siedzeń. Tu wreszcie są ludzie, przynajmniej tacy, w których obecności przyjemnie jest celebrować przypadkowe podróże. Wchodząc do przedziału ulegam pewnej ułudzie. - W pierwszej chwili wydaje mi się, że mam przed sobą ogromne lustro, lecz lustro dziwne, prezentujące tajemnicze przedziały i tak samo tajemnicze persony, których tak naprawdę nie ma, bo wiem, widzę, że przedział, który wybrałem, a więc przedział z numerami od czterdziestu wzwyż, jest pusty i nie może stać się punktem odniesienia dla żadnego zwierciadła. Co więcej: ci osobnicy, wbrew wszelkim racjonalnym regułom, rozmawiają, gestykulują, wstają, siadają i sprawiają wrażenie, że czują się sami ze sobą doskonale. W ułamku sekundy dochodzi do demaskacji. Oto uświadamiam sobie, że pomiędzy przedziałami, tam, gdzie zazwyczaj wiszą lustra, wycięto specjalne prostokątne otwory, dzięki którym potencjalny właściciel jednośladu może przez całą drogę sprawdzać stan swojego sprzętu. Ostatni otwór dzieli od przedziału rowerowego specjalna szyba, taka sama, jak w studio Polskiego Radia Kraków. A pierwszy otwór? No tak: pierwszego otworu nie ma, ponieważ mój przedział sąsiaduje z toaletą. Tam, gdzie powinien być otwór, wisi... lustro. Jednak nie jest już to takie oczywiste - spoglądając na nie, po poprzednich doświadczeniach, ma się wrażenie, że to już nie jest lustro, lecz coś, co (o ironio!) jest także żywą rzeczywistością, jej częścią, jej przedłużeniem, innymi słowy ma się wrażenie, że granica pomiędzy rzeczywistością realną a odbitą jest bardzo płynna, a czasami w ogóle nierealna (sic!) - nie możliwa do uchwycenia. Oto więc jeden nieostrożny ruch głowy może prowadzić do kolejnych zadziwień, na przykład do absurdalnego przekonania, że to samo blade niebo, które obserwuje się za oknem, jest także tuż za głową. O odbiciach nieboskłonu w taflach wewnętrznych drzwi i okien przedziału, które dzielą nas od korytarza, lepiej już teraz nawet nie pisać. - Głowa od tego nadmiaru iluzji boli sama... Pozostaje jeszcze kwestia pustych otworów. Z sąsiednich przedziałów sączą się pojedyncze rozmowy współpasażerów na ważkie tematy społeczne, polityczne i kulturalne, typowe gadki-szmatki, sądy i opinie potwierdzające lub wręcz pogłębiające naszą wiedzę o Polsce i świecie współczesnym. W sposób naturalny ich głosy mogą kojarzyć się z szumem radia, z falami eteru rozgłośni państwowej lub harcerskiej. Tyle, że niestety nigdzie nie ma gałki, która pozwoliłaby ów radiowęzeł wyłączyć. Szmer słów wlewa się do uszu, czy się tego chce, czy nie. I chyba dobrze, że tak jest! - Każdy poeta, człowiek wrażliwy Piotr Wiesław Rudzki 43 i wykształcony, prawdopodobnie powinien wsłuchiwać się w głos narodu, w którym przyszło mu żyć, wyłuskiwać z informacyjnych plew ziarna prawdy, słuchać i słyszeć, przykładać ucho do Ziemi, wreszcie powinien patrzeć, kontemplować krajobraz, czytać las, czytać mrowisko (Śliwiak!) i trakcję egzystencji. Ten mechanizm powinien działać w dwie strony. Każdy pisarz, poeta czy innej maści artysta winien także uważać na to, co sam tworzy, pisze, mówi, brać za to odpowiedzialność, gdyż w sposób nieuchronny każdy przejaw jego działalności dociera do innych i zajmuje te czy inne miejsce w intymnych przedziałach ich egzystencjalnej podróży. - (Notabene: tak pojmowany wagon może z powodzeniem pełnić funkcję wagonu diagnostycznego, w którym podróżują twórcy specjalizujący się w badaniu coraz to nowszych horyzontów, na przykład członkowie tego czy innego pomorskiego projektu poetyckiego). W Malborku także nic nie jest pewne. Nikt nie wie, czy odjazd pociągu nastąpi od razu, zgodnie z nowym rozkładem jazdy, a więc o godzinie 14.20 - czy później, z powodu trasy objazdowej, o 14.44? Czy w sytuacji wyjątkowej, jaka powstała w wyniku nagłego podjęcia decyzji o przesunięciu terminu zakończenia robót torowych, ów odjazd nastąpi faktycznie później, zgodnie z planem wczorajszym, o godzinie 14.44, czy jeszcze później? A może - wręcz przeciwnie - ów odjazd nastąpi jednak wcześniej, co, bynajmniej, wcale nie oznacza, że od razu? Czy dalej będzie prowadzić nas lokomotywa elektryczna, czy spalinowa, a jeśli spalinowa, to jaka - manewrowa typu SM, pasażerska typu SP czy uniwersalna typu SU, a więc tak zwana „suka”? Wreszcie: czy, jeśli pojedziemy trasą objazdową, będzie to objazd przez Kwidzyn, czy przez Elbląg i Olsztyn, z pominięciem -o zgrozo! - stacji Prabuty? Tej ostatniej kwestii nie potrafi rozstrzygnąć nawet malborska kasjerka, u której pewna dziewczyna o tajemniczym imieniu Wiolflet próbuje kupić bilet do Prabut - bilet na „pociąg, który teraz stoi”. W końcu kurtyna idzie w górę! W końcu - w Roku Pańskim 2014 - o godzinie 14.44, tuż po krzyżowaniu z pociągiem POBRZEŻE jadącym w stronę przeciwną, wyruszamy prowadzeni przez lokomotywę spalinową SU46-004 na szlak numer 415 do Kwidzyna (wciąż czynny), by, po tak zwanej zmianie czoła (kierunku jazdy), wkroczyć na stary szlak numer 413 do Prabut (już nieczynny dla ruchu osobowego). W końcu opuszczamy Malbork, pociąg przyśpiesza, biegnie, też nie wiadomo po co (po co? - w poszukiwaniu straconego czasu?), Wiolflet wyjmuje termos i suchy prowiant w postaci kanapek z serem i sadzonym jajem, wreszcie mamy czas dla siebie, wreszcie możemy poczuć smak przygody, którego nie doświadczylibyśmy przecież jadąc do Prabut trasą tradycyjną, a więcej „oszczędzając” półtorej godziny, wreszcie możemy skupić się na tym, co dzieje się za oknem, dostrzec pofałdowanie terenu, tajemnicze ściany nieprzebytych borów, zagubione lustra jezior, czerwone, poniemieckie stacyjki z pełnymi wdzięku drewnianymi werandami wybudowanymi w cieniu prastarych świerków, nowiutki parking dla rowerów właśnie zaaranżowany na nieczynnym przystanku osobowym Grzę-pa (!), setki telegraficznych słupów, setki kilometrów przymocowanych do nich drutów, wreszcie łuki ceglanych wiaduktów i dobrze widoczny na lukach pełny skład pociągu POBRZEŻE. 44 Podróż pobrzeżem jawy W Kwidzynie nasz pociąg oczekuje na zmianę kierunku co najmniej dwa kwadranse. Nikt nie wsiada ani nie wysiada, ponieważ przewoźnik zastrzegł w rozkładzie, że „nie ma postoju”. To też jest dziwne: przecież gdyby w rzeczonym rozkładzie jednak figurował Kwidzyn, to ten czy ów mieszkaniec tego miasta miałby potencjalnie jednak szansę wybrać się w większą podróż. Dlaczego nie dać ludziom z tej czy innej prowincji możliwości podróży do tej czy innej stolicy, nawet, jeśli jest nią tylko stolica druga (Kraków) i trzecia (Warszawa) - bo do Gniezna tym pociągiem się przecież nie dojedzie... W końcu wkraczamy na stary szlak do Prabut. Przez moment jeszcze jedziemy wzdłuż linii malborskiej, by za chwilę ją zgubić, tak, jak podczas ferii zimowych gubi się linię krakowską tuż po opuszczeniu Chabówki w kierunku Tatr. Zmierzcha. Tuż po dotarciu do Prabut zaczyna padać pierwszy śnieg. Tuż po dotarciu do Prabut na peronie wita nas silny mróz - syćko prawdziwy oddech sa-miutkich, samotnych, poprzetykanych starymi smrekami i spiętrzonych w dole mapy skał. * Dziwność istnienia można dostrzec dopiero wtedy, kiedy człowieka stać na dystans i oddalenie się o kilka kroków od rzeczywistości. - A jeśli jednak podróżując pobrzeżem jawy widzi się więcej?... Wędrówki po prowincji Piotr Piesik PAŁAC W WAPLEWIE W NOWEJ ODSŁONIE Podczas wiosennych peregrynacji na Powiślu koniecznie zajrzeć trzeba do Waplewa Wielkiego, gdzie przyciąga oko pałac Sierakowskich, jedna z najpiękniejszych rezydencji szlacheckich nie tylko w skali regionu. Tym bardziej warto ją zwiedzić, że na przestrzeni dwóch ostatnich lat jej wygląd zmienił się nie do poznania. Muzeum Tradycji Szlacheckiej - oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku - pokazuje coraz więcej cennych eksponatów. Kiedy odwiedziłem waplewski pałac w listopadzie 2014 roku, trwały tam intensywne prace remontowe. Zwiedzających nie było, bo też nie bardzo mieliby co oglądać. Gołe, pozbawione tynków ściany, w posadzkach tunele z siecią rur i kabli, z murów wystawały niezliczone przewody. Pomiędzy poszczególnymi częściami budynku trzeba było przechodzić po tymczasowych chodnikach z desek. Wtedy pałac był jednym wielkim placem remontowo- budowlanym. Ich rezultat oglądać możemy już dziś. - Po wieloletnich staraniach Muzeum Narodowe przejęło w 2007 roku pałac i otaczający go park - mówił mi wtedy Maciej Kraiński, kierownik Muzeum Tradycji Szlacheckiej. -Podjęliśmy starania o fundusze unijne na konieczny remont tego wielkiego obiektu, a mam na myśli tylko budynek główny, nie mówię już nawet o wielu obiektach otaczających pałac. Te Pielenie odnowiona fasada pałacu, fot. P. Piesik r« Uli lilii mu 46 Pałac w Waplewie w nowej odsłonie nasze starania zakończyły się powodzeniem, stąd pałac wygląda dziś tak, jak wygląda i dla zwiedzających jest niedostępny. Prace prowadzono bardzo intensywnie, ich zakres był bardzo szeroki. Lecz wprost proporcjonalny do celu, którym było uczynienie pierwszego kroku do przywrócenia kształtu przynajmniej części reprezentacyjnych pomieszczeń pałacu do ich wyglądu z lat 1925 -1929, łącznie z częścią oryginalnych dzieł sztuki, które się tam znajdowały. Jak stwierdzał Maciej Kraiński, wtedy rezydencja w pełni będzie zasługiwać na swoją nazwę. Oprowadzał mnie po wnętrzach, gdzie na ścianach nie było jeszcze nawet tynków, lecz już dokładnie wiedział, co w danej sali będzie się znajdować. To zasługa iście benedyktyńskiej pracy, wykonanej przez samego Macieja Kraińskiego oraz Dobromiłę Rzyską-Laube, dzięki której powstała aranżacja muzealna wnętrz pałacu - gruba księga, na której kartach znalazły się m.in. informacje, jakie dzieło sztuki znajdowało się w danym pomieszczeniu, wręcz z dokładnym określeniem miejsca, gdzie konkretny obraz zawieszono! Informacji poszukiwali gdzie się tylko dało, niezwykle pomocne okazały się fotografie sal i po- koi, na których widać cenne wyposażenie. Ustalenie, co znajdowało się wewnątrz pałacu, to tylko część wiedzy -niemniej ważne było odkrycie, gdzie trzeba dziś szukać zachowanych przedmiotów należących niegdyś do Sierakowskich lub pochodzących z tej samej epoki. Wiadomo bowiem, że zostały rozproszone niemal po całym świecie. Do tego niezbędna był wysiłek wręcz detektywistyczny, poparty jeszcze sporym lutem szczęścia. Po kilku miesiącach znów odwiedziłem Waplewo i dzięki życzliwości Macieja Kraińskiego mogłem obejrzeć pałacowe wnętrza na kilka dni przed ich uroczystym otwarciem dla zwiedzających. Tam, gdzie wcześniej były nieotynkowane ściany i kable wystające z podłóg, zobaczyłem pięknie odre- Maciej Kraiński pokazuje pieczołowicie odrestaurowany zabytkowy kominek w Sali Gdańskiej, fot. P. Piesik staurowane pokoje, niektóre Piotr Piesik 47 z kompletnym już wyposażeniem. W innych jednak nie było jeszcze nawet obrazów na ścianach, aczkolwiek w wielu miejscach napotkać można było dzieła sztuki czekające na zawieszenie. - Sierakowscy wyposażali pałac w Waplewie przez ponad sto sześćdziesiąt lat. Sześć pokoleń tego rodu, nie wspominając już o wcześniejszych gospodarzach. My pracujemy nad przywróceniem tego miejsca do dawnej świetności zaledwie od lat kilku, dlatego musimy być przygotowani jeszcze na wiele pracy - mówił wtedy Maciej Kraiński. Warto przypomnieć pokrótce kalendarium niektórych działań. W latach 2008 - 2009, krótko po przejęciu obiektu na cele muzealne, naprawiono dach z opierzeniem. Kiedy już dach był gotowy, w latach 2010 - 2011 odkopano i osuszono całą izolację przyziemia. Przy okazji pałac otrzymał nowoczesną instalację odgromową. Potem wymienione zostały wszystkie instalacje w budynku głównym: wodna, grzewcza, elektryczna. Do tego doszło nowoczesne, specjalistyczne „uzbrojenie” w sieci niezbędne dla muzeów, by wspomnieć tylko o instalacji alarmowej, wewnętrznym monitoringu oraz systemie czujników mierzących wilgotność powietrza. Ostatnie prace w pałacu kosztowały ponad 8 milionów złotych. Projekt „Rewaloryzacja i adaptacja pałacu w Waplewie Wielkim na cele muzealne” podjęły wspólnie Muzeum Narodowe w Gdańsku oraz parafia św. Maksymiliana Marii Kolbe w Waplewie (kościołem parafialnym jest kaplica grobowa rodu Sierakowskich). Ten projekt otrzymał dofinansowanie z Regionalnego Programu Operacyjnego województwa pomorskiego na lata 2007 - 2013, patronatem objęli go minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzata Omilanowska i marszałek województwa Mieczysław Struk. Pałac w Waplewie był rodzinnym domem Sierakowskich i takim pozostał. Na piętrze przygotowano kilka pokoi dla gości z rodziny Sierakowskich, kiedy przyjeżdżają w odwiedziny. Ustawiono tam meble i sprzęty użytkowe pochodzące z epoki świetności pałacu, zakupione m.in. we Włoszech i Szwecji. Oryginalne meble są dziś już nie do odnalezienia, spora część pewnie już nawet nie istnieje... Tylko łazienki na piętrze wykonano całkiem nowocześnie, choć z jednym wyjątkiem. Jedna z łazienek jest w dużym stopniu tradycyjna, wyłożona kafelkami w dawnym stylu, z miedzianą wanną. Krótko przed otwarciem pałacu starano się jak najwięcej dzieł sztuki, mebli oraz elementów wyposażenia umieścić na przygotowanych miejscach. Codziennie przyjeżdżały samochody z cennymi nabytkami. Aczkolwiek już wtedy Maciej Kraiński dodawał, że praca nad wystrojem odnowionych wnętrz będzie nadal trwać. Uroczyste otwarcie odbyło się 26 września ubiegłego roku. Do Waplewa przybyło mnóstwo gości, pałacowe pomieszczenia dawno nie przeżywały takiego zainteresowania. Wnętrza rezydencji z dużym uznaniem oglądała Izabela Sierakowska-Tomaszewska, przewodnicząca Komitetu Honorowego rewaloryzacji pałacu. Przyjeżdża do Waplewa bardzo często, także na zaproszenie miejscowej szkoły i samorządu gminy. Przecież nie jest tutaj gościem, choć rodzina Sierakowskich zrezygnowała z roszczeń zwrotu swojej własności. Dawna siedziba rodu jest własnością narodową i ma służyć celom muzealnym. Maciej Kraiński otrzyma! tego dnia wysokie odznaczenie za zasługi dla kultury - medal „Gloria Artis”. 48 Pałac w Waplewie w nowej odsłonie Kilkanaście dni temu ponownie wybrałem się do Waplewa Wielkiego, kiedy Maciej Kraiński i Dobromiła Rzyska-Laube zgodzili się poświęcić nieco czasu na pokazanie dziennikarzowi tego, co od dnia otwarcia zmieniło się w pałacu. Na dobrą sprawę zmienia się on z dnia na dzień, bo stale pojawiają się tutaj nowe nabytki, o których oboje snują niezmiernie ciekawe opowieści. Wokół wielu przedmiotów można byłoby zbudować sensacyjną powieść. - Zabytki z tutejszych zbiorów są rozproszone po kilku polskich muzeach, oczywiście te dzieła, które udało się ocalić przed zniszczeniem czy wywiezieniem za granicę. Są między innymi w muzeum w Kwidzynie. W ciekawy sposób odnaleźliśmy jeden z obrazów w magazynie Zamku Królewskiego w Warszawie - opowiada Dobromiła Rzyska-Laube. - To wizerunek Chrystusa, który widnieje na jednym ze zdjęć zrobionych w pałacu przed rokiem 1929. Odnalazłam go w katalogu zbiorów Zamku Królewskiego, w dodatku z adnotacją, że to dar pana Giergielewicza. To obraz z Waplewa! - Trzeba się cofnąć do roku 1945, kiedy zbiory muzealne z Gdańska władze niemieckie rozśrodkowywały w wielu miejscach - odpowiada Maciej Kraiński na pytanie, w jaki sposób obraz trafił do rąk p. Giergielewicza. - Znaleźliśmy spis dzieł wywiezionych z Gdańska do Nowej Wioski pod Kwidzynem, w tych skrzyniach znajdowało się kilkadziesiąt obrazów z kolekcji waplewskiej. Przypuszczalnie odnaleźli ten zbiór szabrownicy, ponieważ po wojnie obrazy zaczęły krążyć wokół Kwidzyna i Prabut. Pani Teresa Giergielewicz opowiadała, że do gospody, którą prowadził ojciec jej męża, przybył gość, który chciał coś zjeść i przenocować a nie miał czym zapłacić. Jako zapłatę miał oddać ten obraz. Jest jeszcze druga wersja, że pan Giergielewicz odkupił obraz od Rosjan, którzy chcieli go wrzucić do ogniska. Potem obraz Piotr Piesik 49 oddano jako dar dla Zamku Królewskiego, kiedy w całym kraju zbierano dzieła sztuki na wyposażenie zamku po odbudowie. Cennych obrazów w waplewskiej kolekcji było ponad czterysta, na razie udało się odszukać i zidentyfikować około osiemdziesięciu. Część zaginionych dzieł może już nie istnieje, część może spoczywać w magazynach w Rosji jako zdobycz wojenna. Obrazy z kolekcji Sierakowskich pojawiały się też w salonach „Desy”, lecz były to wspomniane już dzieła z okolic Kwidzyna i Prabut. Więc przed poszukiwaczami tych dzieł wciąż wiele pracy... Inne przedmioty trafiają tu w równie ciekawych okolicznościach, acz już nie sensacyjnych. Przykładem ogromna szafa biblioteczna, która zajęła miejsce w pałacowej bibliotece. Została przekazana do Waplewa z zasobów Biblioteki Polskiej w Paryżu. Przywieziono ją w ponad ...stu elementach. Pomieści m.in. zbiory biblioteczne dotyczące życia szlachty i ziemiaństwa na terenach polskich. Maciej Kraiński opowiada też o ostatnim darze Izabeli Sierakowskiej-Tomaszewskiej, która przekazała m.in. portret Kajetana Onufrego Sierakowskiego, który znajdował się przed wojną w Waplewie oraz portret Andrzeja Lubomirskiego, ostatniego kuratora literackiego Ossolineum. Do tego nieco sreber stołowych i ciekawe książki, m.in. „Kucharz doskonały” - czyli książka kucharska z 1786 roku, a nawet kufer podróżny, który ojciec p. Izabeli otrzymał w dniu ślubu od ostatnich właścicieli Wilanowa. Nie sposób choć w części oddać barwnych opowieści, które o Waplewie Wielkim oraz już pozyskanych zbiorach snują Dobromiła Rzyska-Laube i Maciej Kraiński. Trzeba się tutaj wybrać osobiście - Muzeum Tradycji Szlacheckiej pełni już „normalną” działalność, pracuje tu personel opiekujący się wnętrzami. Zwiedzanie jest możliwe codziennie oprócz poniedziałków, od godz. 10 do 18. Odbywa się bezpłatnie. Przy wcześniejszym ustaleniu terminu możliwe jest oprowadzenie przez D. Rzyską-Laube lub M. Kraińskie-go. Naprawdę warto się o to postarać! Tym bardziej, że oboje mają dalsze plany co do rewaloryzacji waplewskich dóbr Sierakowskich. To odnowienie parku przy pałacu, jego ogrodzenie, odbudowa powozowni, generalny remont domu Zbigniewa Donimirskiego a nawet wybagrowanie stawu i odtworzenie mostków nad wodą. Wtedy pałac zyska odpowiednią oprawę, niczym klejnot. 50 Krzyże przydrożne w gminie Markusy Grażyna Chrostek-Żugaj KRZYŻE PRZYDROŻNE W GMINIE MARKUSY Wieś zaczyna się od krzyża. Trzeba się przeżegnać. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, amen. Jak w kościele, tylko codziennie). Kościół jest niedzielny, świąteczny, to i żegnanie się kościelne, nie takie zwyczajne. A wieś swoja, powszednia. To tak jakieś bardziej swojskie to żegnanie się pod krzyżem wioskowym, to tak jakoś zwyczajniejsze. A potem, po żegnaniu się, trochę podejść i nasz dom. To prawie tak wygląda, jakby żegnało się przed naszym domem. (A. Zalewski „Przebłyski słów”) Przydrożne krzyże - stojące od wielu lat elementy małej architektury wiejskiej. Są tak zwyczajne, naturalne i wrośnięte w krajobraz, że nawet nie docieka się przyczyn ich powstania i usytuowania. Śpiesząc się, mijamy je szybko, obojętnie, jakby mimochodem, tylko osoby starsze przechodząc obok, czynią znak krzyża, a mężczyźni zdejmują nakrycie głowy. A przecież, to cząstka miejscowej historii, milczące dowody wiary i pobożności mieszkańców wsi, dlatego niniejszy artykuł ma między innymi na celu, przybliżenie lokalnej społeczności inicjatorów i fundatorów krzyży. Jest to dziedzictwo, które pozostało nie po odległych XVII wiecznych przodkach, ale po naszych bliskich: ojcach, dziadkach i pradziadkach. Praca jest także próbą udokumentowania i zewidencjonowania tych sakralnych obiektów, które znajdują się w obrębie gminy Markusy, utworzonej decyzją Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku 1 stycznia 1973 r. W jej skład weszło 21 wsi w tym 19 sołeckich. Krzyż z postacią Chrystusa nabrał symbolicznego i teologicznego znaczenia od momentu, gdy chrześcijaństwo na mocy edyktu wydanego przez cesarza Teodozjusza I, stało się religią panującą w Cesarstwie Rzymskim. Początkowo artystyczne środki przekazu ilustrowały Jezusa, jako nauczyciela, pasterza, cudotwórcę, dopiero później pojawił się wizerunek Jezusa z krzyżem, ale krzyż był trzymany w dłoniach lub na ramionach. Nie przedstawiano Jezusa umierającego na krzyżu, ponieważ ukrzyżowanie uważane było w Cesarstwie Rzymskim za hańbiące i upokarzające. Wyrok śmierci w tej postaci, wykonywany był odniesieniu do niewolników lub sprawców niezwykle groźnych przestępstw. To narzędzie kary, które powszechnie było stosowane jeszcze przed narodzeniem Chrystusa w Asyrii, Persji, Babilonie, przejęli Rzymianie, ale nie karali oni w ten sposób swoich obywateli. Również władze żydowskie nie wykonywały tego typu egzekucji, bo właściwym dla Żydów sposobem uśmiercania było kamienowanie. Dlatego ukrzyżowanie Jezusa, członka społeczności żydowskiej, degradowało go do niewolnika, który umiera na rzymskim krzyżu, i tym samym zaprzeczało jego boskości. Kształt krzyża i wizerunek Ukrzyżowanego na przestrzeni kolejnych stuleci, zmieniały się głównie w wyniku artystycznych wizji twórców, ich pobożności i wpływu hierarchów kościelnych. Swoboda wyrażania swojej artystycznej ekspresji wynikała z braku udokumentowanych opisów wyglądu Jezusa i krzyża, na którym poniósł śmierć. I tak np. Grażyna Chrostek-Żugaj SI do końca VIII stulecia, umierającego Jezusa przedstawiano z otwartymi oczami, które miały symbolizować cierpienie odchodzącego człowieka, a we wczesnym średniowieczu, przedstawiano Ukrzyżowanego zazwyczaj ubranego w długą tunikę, z królewską, a nie cierniową koroną. Początkowo krucyfiksy zdobiły tylko wnętrza kościołów, dopiero po okresie reformacji zaczęto umieszczać krzyże poza świątyniami. Były to stacje krzyżowe. W późniejszych latach, krzyże stawiano w miejscach ważnych wydarzeń o znaczeniu religijnym, historycznym, jako znak pokuty za popełnione grzechy, w podziękowaniu za uratowanie życia, przywrócenie do zdrowia, dla odpędzenia demonów itp. Najwięcej krzyży powstało w Polsce w XVII i XVIII stuleciu. Do 1945 r. obecne wsie wchodzące w skład gminy Markusy leżały w granicach państwa niemieckiego i zamieszkiwane były głównie przez protestantów - przeważali luteranie i menonici. Społeczność katolicka była niewielka - kościół znajdował się tylko w Zwierznie. Ponieważ większość wyznaniowa uznawała przydrożne krzyże i kapliczki za zbyt zewnętrzny przejaw religijności, dlatego nie umieszczała żadnych symboli swojej wiary poza zborami. Po zakończeniu II wojny światowej tereny naszej gminy zostały zasiedlone przez osadników napływających z różnych stron Polski. Pierwsi przybysze pochodzili z województwa poznańskiego i kieleckiego, województw ościennych, później pojawili się osadnicy z Małopolski, Wileńszczyzny. W ramach Akcji Wisła w 1947 r. przesiedlono ludność z dawnego powiatu Rawa Ruska. Pierwsze dwa powojenne lata dla mieszkańców wsi, którzy zdecydowali się pozostać, to okres wytężonego wysiłku związanego z odwodnieniem zalanych terenów. Szczególnie dużo ich było w gminie Zwierzno i Żurawiec. W niektórych miejscach, szczególnie tych niżej położonych, drogi i budynki gospodarcze znajdowały się pod wodą. Zniszczone mosty np. na rzece Tynie, utrudniały komunikację. Nie były to też czasy bezpieczne - grasowały duże grupy szabrowników. Złodzieje i bandyci dopuszczali się licznych aktów bezprawia. Często słychać było odgłosy strzałów. Po 1947 r. osadnictwo ustabilizowało się i z tego też roku pochodzą pierwsze krzyże. Mieszkańcy manifestowali w ten sposób nie tylko swoją przynależność do kościoła katolickiego, ale także odgradzali się od poniemieckiej spuścizny. Krzyże występujące w poszczególnych wsiach, charakteryzują się dużym bogactwem kształtów, motywów ikonograficznych oraz surowca, z jakiego zostały wykonane. Obecnie, z wyjątkiem drewnianego krzyża w Zwierznie, wszystkie pozostałe zbudowane są z elementów metalowych. O formie i architekturze decydowały głownie: dostępność materiałów, z których można było je wykonać, okres, w którym powstawały, a także wyobrażenia inicjatorów postawienia krzyża lub głównych fundatorów. Pierwsze w historii tych ziem obiekty sakralne odzwierciedlały kulturę i zwyczaje osadników przyniesione na Ziemie Odzyskane ze swoich małych ojczyzn. Na przykład, krzyże stawiane w województwie suwalskim charakteryzowały się krótkimi belkami poziomymi, które umieszczane były bardzo wysoko. Zwężająca się ku górze belka pionowa, bardzo często miała ponad 10 metrów wysokości. Regionalne zróżnicowanie odnajdujemy także w wielkiej różnorodność daszków umieszczonych ponad figurą Jezusa. 52 Krzyże przydrożne w gminie Markusy I tak daszki o zdobionych brzegach świadczą o przeniesieniu tradycji ozdabiania krzyży z przedwojennego powiatu biłgorajskiego i janowskiego. Daszki z krzyży lubelskich były duże i ochraniały całą górną partię krzyża, podobnie jak daszki z Małopolski, podczas gdy kieleckie obejmowały tylko postać Jezusa. Niekiedy daszki przyjmowały dekoracyjny kształt kapliczek. Mogły mieć kształt półokrągły, dwuspadowy. Materiał na budowę pierwszych krzyży pozyskiwano z rosnących w okolicy drzew, dlatego najwięcej było krzyży z drewna jesionowego, a rzadziej dębu, który występował nielicznie. Nie wykonywało się krzyży z osiki oraz leszczyny. Osika, według jednej z legend, uznawana była za to drzewo, z którego wykonano krzyż dla Jezusa i tym tłumaczy się drżenie jej listków, a według innej, była jedynym drzewem, które nie pokłoniło się wiszącemu Jezusowi. Leszczyna zaś uważana była przez Kaszubów za drzewo święte, które dało schronienie Matce Bożej podczas jej ucieczki do Egiptu. Na krzyże celowo wybierano wysokie drzewa, wiedząc, że wymagać one będą okresowej konserwacji, polegającej na odcinaniu spróchniałych części znajdujących się w ziemi. Ze względu na brak dokumentacji w kościołach parafialnych w Zwierznie i Jeziorze trudno jest ustalić, kiedy w przestrzeni wsi pojawiły się pierwsze przydrożne krzyże. Prezentowane informacje są wynikiem bezpośrednich wywiadów przeprowadzonych z mieszkańcami poszczególnych wsi w latach 2014 - 2015. Pierwsze krzyże postawione były około 1947 roku we wsiach: Kępniewo, Jezioro i Zwierzno. Niestety, nie udało się dotrzeć do wszystkich wiarygodnych i udokumentowanych informacji, kto był inicjatorem postawienia krzyża w danej wsi. Drewniany krzyż z Jeziora, stojący przy drodze prowadzącej na cmentarz, miał ponad 4 m wysokości i wykonany został w zbudowaniach gospodarczych Jana N., Kiedy uległ zniszczeniu, na jego miejscu, przed 1970 r. postawiono nowy. Prawdopodobnie wykonano go u kowala w Markusach z lufy czołgu. A ponieważ trzymetrowa budowla była mało stabilna w żuławskim gruncie, około 2011 roku została skrócona i osadzona na betonowym postumencie. Niewielki odlew figury Jezusa zabezpieczony jest półokrągłym, metalowym daszkiem z ząbkowaniem. Postać Ukrzyżowanego otoczona jest drutem, któremu nadano kształt serca. Od niego na zewnątrz odchodzą z 4 stron po 3 promienie. Krzyż w Kępniewie wzniesiony został z inicjatywy Jana Smółki. Ponieważ władze administracyjne gminy nie wyrażały zgody na usytuowanie tego symbolu męki Jezioro - elementy zdobnicze, rys. Janusz Żugaj Grażyna Chrostek-Żugaj 53 Chrystusa na terenie wsi, dlatego sprawą jego lokalizacji zajęła się seniorka rodu. I tylko, dlatego, że przedstawiciel władzy ludowej, miał za sobą niechlubną przeszłość, o której żona pana Smółki wiedziała (oboje pochodzili z okolic Sochaczewa), możliwe stało się posadowienie go na ich prywatnym gruncie. Drewniany, dębowy krzyż miał prostą formę, figurka Jezusa była niewielkich rozmiarów i nie była osłonięta daszkiem. Zanim wymieniono go na drugi, w latach 60. XX wieku, został pocięty i zakopany w ziemi. Następca był także drewniany, tym razem wykorzystano drewno świerkowe. Jego żywot był jeszcze krótszy i po 10 latach nastąpiła kolejna wymiana, tym razem na metalowy - był to pierwszy krzyż wykonany przez Jana Korytkowskiego, kowala mieszkającego w Zwierznie. Ma on niezwykle ciekawą formę odwołującą się do układu konarów drzewa. Odlew figury Pana Jezusa jest niewielki, zabezpieczony prostym, metalowym, dwuspadowym daszkiem. Do ogrodzenia krzyża wykorzystano elementy pochodzące z cmentarza mennonickiego. Proboszczem parafii Zwierzno od 1938 r. do października 1947 r., był ksiądz Franz Thidigk i to najprawdopodobniej od niego wyszła inicjatywa postawienia krzyża na skrzyżowaniu dróg. Na tym samym miejscu wzniesiono kolejny, również drewniany, który stoi do dnia dzisiejszego. Na uwagę zasługuje dużych rozmiarów rzeźba przedstawiająca Jezusa. Zgodnie z kanonem głowa opuszczona jest na prawy bok, oczy zamknięte, nogi ułożone równolegle - przybite jednym gwoździem, opierają się o podnóżek. Pod żebrami widoczna krwawiąca rana po przebiciu boku włócznią. Niby nic nadzwyczajnego, ale refleksja dotyczy wyrazu artystycznego twarzy Ukrzyżowanego - patrząc na twarz Jezusa zastygłą w cierpieniu, odnosi się wrażenie, że promienieje ona spokojem i doskonałością. W 1948 r. w kolejnych 4 wsiach: Jezioro, Węgle, Węgle-Żukowo, Zwierzeńskie Pole, wyświęcone zostały przydrożne krzyże. Jednym z nich był krzyż, stojący na skrzyżowaniu dróg Zwierzeńskie Pole - Markusy. Z opowiadań Urszuli Wicka i Kazimierza Kazulaka wynika, że został postawiony późnym latem 1948 roku. Inicjatorami jego wystawienia byli między innymi: Jan Jastrzębski, Roman Modrzewski, Jan Żebrowski, Józef i Andrzej Bieleccy, Bolesław Ostapiuk. Tzw. słup krzyżowy, czyli pionowa belka wykonana została z jesionu rosnącego na posesji Modrzewskiego, a krzyżownica, czyli ramię poziome, z jesionu pochodzącego z posiadłości Ostapiuka. Były to potężne drzewa, dlatego krzyż był bardzo wysoki - czterometrowy, masywny. Obrabiany był na podwórku pp. Ostapiuk. Wyświęcenie przez proboszcza parafii Zwierzno, księdza Teofila Chrobaka miało bardzo podniosły charakter. Uczczono je odświętnym ubraniem, modlitwą i spotkaniem mieszkańców przy wspólnym posiłku. Około 1968 r. nastąpiła wymiana krzyża na metalowy, ale odbywała się ona w zupełnie innej atmosferze. Wykonany w Zwierznie przez Jana Korytkowskiego został nocą przewieziony do stodoły J. Jastrzębskiego, a następnego dnia, gdy zapadły ciemności, około 10 osób przystąpiło do wymiany. Figurka Pana Jezusa, pochodząca z pierwszego, drewnianego krzyża została zatopiona w betonie u podnóża nowego. Konspiracyjny charakter wymiany nie wywołał żadnych reperkusji w odniesieniu do mieszkańców wsi, ale nie zawsze było tak spokojnie, bo od 1949 roku nastąpiło zaostrzenie polityki rządu polskiego wobec 54 Krzyże przydrożne w gminie Markusy kościoła katolickiego. Restrykcje objęły między innymi zakaz stawiania nowych krzyży, dlatego kolejne, we wsiach Jurandowo, Żurawiec, Kępniewo, Rachowo, Wiśniewo, pojawiły się wiatach 1951 - 1953. Krzyż znajdujący się obecnie w Żurawcu, na terenie wjazdu do prywatnych zabudowań mieszkalnych, przy drodze powiatowej z Markus do Elbląga, pierwotnie, w roku 1959 lub 1960, stał w innym miejscu, ale był notorycznie przewracany. Starsi mieszkańcy twierdzą, że działo się to za zgodą władz partyjnych, a sprawcą dewastacji miał być miejscowy milicjant. Każdy z postawionych krzyży posiada swoją historię, i nie sposób w tym miejscu omówić je wszystkie, ale na szczególną uwagę zasługuje niezwykła historia posadowienia w 1951 r. krzyża w Kępniewie, na skrzyżowaniu z drogą prowadzącą do Rachowa. Otóż, pewnej nocy, ojcu pani Dzikowskiej przyśniła się Matka Boska, ubrana w intensywnie niebieską suknię i biały płaszcz. Trzymając w dłoni kij lub szpadel wskazywała miejsce do kopania. Po rozmowie z żoną p. Dzikowski postanowił wypełnić senne przesłanie. We wskazanym miejscu, po odrzuceniu kilku łopat ziemi natknął się na medalik, który przyniósł ze sobą do domu. Umyto go i włożono do szklanki. Wkrótce domownicy zauważyli, że intensywnie błyszczał i mienił różnymi kolorami. Odebrane znaki odczytano, jako wskazówkę do uczczenia wskazanego przez Matkę Bożą miejsca. Ponieważ w okolicy nie było odpowiedniego budulca, ojciec autorki wspomnień wykopał stojący na polu drewniany słup i sam wykonał krzyż, który poświęcił ksiądz Chrobak. Był on wielokrotnie konserwowany, aż w 1978 r. wymieniono go na metalowy. A medalik..., przetrwał kilka lat w rodzinie pp. Dzikowskich i w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął. Mieszkańcy Stalewa, miejscowości, w której nie było kościoła, postanowili w 1972 r. wznieść krzyż. Pierwotna lokalizacja nie była zbyt fortunna, gdyż wiązała się z miejscem i obecnością dość licznej grupy mieszkańców należących do partii. Aby nie zadrażniać wzajemnych sąsiedzkich stosunków i jawnie występować przeciwko władzy, państwo Mamczyńscy zgodzili się odstąpić pod jego posadowienie niewielki obszar swojej posesji. Autorem i wykonawcą krzyża był Jan Korytkowski. Z postacią papieża Polaka, wiąże się inicjatywa mieszkańca wsi Markusy Tadeusza Wociala postawienia krzyża, przy drodze Krzyż w Stalewie, rys. Janusz Żugaj Grażyna Chrostek-Żugaj 55 prowadzącej z Markus do Zwierzna. Była ona przejawem duchowej potrzeby uczczenia pierwszej rocznicy powołania Karola Wojtyły na stolicę apostolską w Rzymie. Główne czynności związane ze spawaniem pionowej i poziomej belki oraz elementów ozdobnych wykonał Ryszard Zaręba. Po miesiącu intensywnych wysiłków, krzyż był wykonany i mógł stanąć na prywatnym gruncie należącym do Zofii i Mieczysława Zołędowskich. Późnym popołudniem, w październiku 1979 r. grupa wtajemniczonych mieszkańców uczestniczyła w pracach związanych z jego posadowieniem, a w kilka dni później rozpoczęły się czynności urzędnicze zmierzające do usunięcia krzyża. Gdy nie przyniosły rezultatu, na pp. Żołędowskich nałożono karę grzywny w wysokości 1500, 00 zł, którą solidarnie uiścili mieszkańcy Markus z dobrowolnej składki. Liczne przesłuchania i groźby kierowane do osób zaangażowanych w postawienie krzyża, łatwiej było znosić dzięki wsparciu ze strony proboszcza z parafii Zwierzno, księdza Wojciecha Kruka. W 2013 roku z inicjatywy sołtysa wsi Andrzeja Pawełoszka przystąpiono do prac związanych z restauracją krzyża i jego otoczenia. Jako pierwsze wykonano prace melioracyjne związane z odprowadzeniem wód i przebudowano ogródek otaczający krzyż; wyodrębniona i niedostępna dotychczas strefa sakralna została otwarta i dostosowana do potrzeb wiernych, a wstawione ławki zapewniają wygodę w trakcie indywidualnych lub wspólnych modlitw w różnych intencjach? Fundatorami dokonanych zmian byli mieszkańcy Markus. W ich obecności, 25 września dokonano powtórnego poświęcenia krzyża. Jak wspomina Aleksandra Semki, w Jurandowie w 1951 roku, jej ojciec Jan Kołodziejczyk wraz z bratem, który z zawodu był cieślą, postawili drewniany krzyż, gdyż z kieleckiego przenieśli przepojone wiarą przekonanie o konieczności uczestniczenia w litaniach majowych i czerwcowych u stóp Ukrzyżowanego Jezusa? Konsekwencją tego czynu było wezwanie wykonawców do urzędu gminy na rozmowę. Po wyjaśnieniu, że nie był to zryw jednoosobowy, ale wynikał z potrzeby wspólnoty wiejskiej, która złożyła się na jego wykonanie, odstąpiono od ukarania inicjatorów postawienia krzyża. Niezwykły ze względu na formę i zdobienia jest obiekt sakralny w Dzierzgonce, który powstał na miejscu poprzedniego, drewnianego, krzyża około 1961 r. Na cokole, któremu nadano kształt zwężającego się ku górze prostopadłościanu, umieszczony jest ażurowy, kuty krzyż, zdobiony liczka w Dzierzgonce, rys. Janusz Żugaj 56 Krzyże przydrożne w gminie Markusy symetrycznymi kompozycjami w kształcie esownic i wolut. Niewielkich rozmiarów figurka Ukrzyżowanego Chrystusa zawieszona jest na pionowej blaszanej płaszczyźnie, w całości osłonięta ząbkowanym daszkiem wykonanym z tego samego materiału. Krzyż pochodzi prawdopodobnie z pobliskiego cmentarza przedwojennych mieszkańców. Całość, cokół i krzyż, posadowiona jest na wybudowanej konstrukcji, której nadano kształt kapliczki z niewielką kwadratową wnęką i dwuspadowym daszkiem. Ze względu na obecność niszy, w której umieszczona jest figura Matki Bożej, można zaliczyć tę formę do kapliczek. Przy drodze ze Zwierzna do Stalewa, na wysokości zjazdu do wsi Złotnica znajduje się wybudowana w 1985 r. szklana kapliczka z umieszczoną wewnątrz figurą Matki Bożej. Całość składa się jakby z 3 równych części, pierwszą stanowi cokół z kamieni, drugą właściwa kapliczka, a trzecią prosty, metalowy krzyż wykonany z płaskich elementów. Figura Jezusa jest niewielka, bez daszku. Od przecięcia belek, odchodzą cztery, niewielkie pojedyncze promienie. Ogrodzenie wykonane jest z metalowych, ozdobnych elementów. W miejscowości Węgle-Żukowo od 2015 r., na miejscu krzyży ufundowanych przez mieszkańców w latach: 1948 i 1978 znajduje się trzecia w gminie kapliczka. Na cokole wykonanym z szarej kostki granitowej umieszczona jest obszerna wnęka z figurą Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia, a nad nią wznosi się kamienny krzyż. Najpóźniej erygowany krzyż znajduje się w miejscowości Nowe Dolno. Postawiony został w 1982 r. z dobrowolnych składek mieszkańców. Szczególna rola przypadła kobietom, które były głównymi inicjatorkami. Metalowe elementy składające się na konstrukcje ramion wykonał Kazimierz Belzit. Krzyż stoi na betonowej podmurówce i ogrodzony jest metalowym płotkiem - jest to wkład pracy rodziny Furman. Pierwsze i drugie pokolenie osadników nie wyobrażało sobie uroczystości pogrzebowych bez pożegnania z wiejskim krzyżem. Zazwyczaj przy nim zatrzymywał się kondukt żałobny w ostatniej, doczesnej drodze człowieka na cmentarz. Przy nim ksiądz wraz wiernymi modlił się za zbawienie umarłego. Był to zakorzeniony w tradycji mieszkańców wsi, obrzęd pożegnania i wyłączenia już na zawsze, z pozostającej przy życiu, społeczności lokalnej. Jeśli trumna z nieboszczykiem znajdowała się na wozie, zaprzęgano ogiery, unikając klaczy, szczególnie źrebnych. Wierzono, że umartwiająca siła zmarłego może wpłynąć na brak płodności klaczy lub spowodować obumarcie płodu. Krzyż w Krzewsku jest również miejscem religijnych spotkań wiernych w obrządku grekokatolickim. Do roku 2000, raz w tygodniu, odprawiane było nabożeństwo majowe, a do dnia dzisiejszego, w każdą Wielką Sobotę odbywa się poświęcenie paschy. W okresie majowych i czerwcowych nabożeństw krzyże były bogato strojone. Już na 30 kwietnia musiał być upleciony wieniec, zazwyczaj z gałązek świerkowych lub z tui, z różnokolorowymi kwiatami wykonanymi z bibułki - krepiny. Krzyże ozdabiano także promieniście odchodzącymi różnobarwnymi wstążkami. Z nimi wiążą się różne zwyczaje i podania. Jeden z przekazów nawiązuje do powszechnego zwyczaju zawieszania na krzyżu pieluszek lub koszulek dzieci, których wyzdrowienie zależało już tylko od woli Boga. W okresie międzywojennym elementy dziecięcego ubioru zastępowane były małymi, paskami płótna, które współcześnie przeobraziły się w kolorowe wstążki Inna Grażyna Chrostek-Żugaj 57 wersja strojenia krzyża wstążkami odwołuje się do symboliki barw obecnych w kościele katolickim. Rozmówcy tłumaczyli, np., że żółte wstążki wskazują na barwy papieskie, niebieskie odwołują się do koloru sukni Najświętszej Panienki, a różowy, zielony, biały to kolory liturgiczne. Katolicy, a szczególnie mieszkańcy wsi, od dawien dawna oddawali cześć Marii Pannie. W wierzeniach i kulcie świętych, to ona zajmowała główne miejsce. Jako Matce Zbawiciela powierzano swoje prośby o wstawiennictwo do Boga? Była ludziom najbliższa poprzez wszystkie emocje, jakie towarzyszyły jej, kiedy przeżywała mękę i śmierć swojego syna. W rozmowach z mieszkańcami stale przewijało się przekonanie o potrzebie obecności u stóp Jezusa jego matki. Dlatego też, na 15 krzyżach znajdujemy małe, oszklone kapliczki z umieszczoną w nich rzeźbą Matki Bożej. Wszystkie figurki wykonane są z gipsu, przedstawiają najczęściej Matkę Bożą Niepokalanego Poczęcia (Brudzędy, Jezioro, Nowe Dolno, Rachowo, Zwierzno, Nowe Dolno), Matkę Bożą Różańcową (Dzierzgonka, Jezioro, Kępniewo, Krzewsk, Nowe Dolno, Żurawiec), oraz Matkę Bożą z Dzieciątkiem (Markusy, Stalewo, Kępniewo). Niezwykła jest figura Matki Bożej umieszczona na krzyżu w Markusach. Jest ona darem pp. Jagodzińskich z Kępniewa. Matka Boża trzyma przed sobą, na lewej ręce kilkuletniego Jezusa. Ubrany jest w białą tunikę, a ręce ma rozłożone w geście otwarcia i obejmowania. Postać Maryi znajduje się na niewielkim postumencie, dzięki któremu widzimy, że stąpa po chmurach. Zarówno suknia, jak i błękitny płaszcz poprzez dekoracyjne ułożenie fałd tworzą postać pełną harmonii. Lekkości rzeźbie nadają swobodnie spływające na ramiona ciemne włosy i złota korona. Figurka Matki Bożej tchnie matczyną dobrocią, tak, że mimowolnie obserwator uśmiecha się, zachwycony doskonałością przekazu autora rzeźby. Figura Matki Bożej z Markus, fot. autorka 58 Krzyże przydrożne w gminie Markusy Jedyna i bardzo oryginalna jest gipsowa rzeźba Matki Bożej z dzieciątkiem w Kępnie-wie - przestawia Madonnę z Krużlowej. Jezus, o wysokim czole, stosunkowo dużych i odstających uszach, uśmiechnięty, trzyma w prawej dłoni jabłko. Jest nagi. Matka trzyma go na lewej ręce i podtrzymuje prawą dłonią za stopę. Jest bardzo podobna do syna. Z wysokiego czoła spływają długie, brązowe włosy. Ma intensywnie niebieskie oczy, niebieską przepaskę na głowie i w tym samym kolorze suknie, bardzo bogato udrapowaną. Całość zaskakuje odbiorcę niespotykanym ułożeniem ciała matki i nagością jej syna. Ze względu na charakter artykułu, przedstawiono niewiele danych i opisów dotyczących występujących we wsiach gminy Markusy krzyży przydrożnych. Z przeprowadzonej ewidencji wynika, że w 21 wsiach znajdują się 22 krzyże przydrożne i trzy kapliczki. Z wyjątkiem Balewa i Żółwińca, w pozostałych miejscowościach jest, co najmniej jeden krzyż. Dodatkowe informacje przedstawiono w tabeli. Matka Boska z Krużlowej-figurka na krzyżu w Kępniewie, rys. Janusz Żugaj Grażyna Chrostek-Żugaj 59 Tab. 1. Wykaz krzyży nieujętych w tekście Lp. Lokalizacja krzyża Krótkie informacje 1 Brudzędy Obecny metalowy krzyż posadowiono na miejscu poprzedniego w 1981 r. Z pręta zbrojeniowego wykonane są litery tworzące napis: Na chwałę Trójcy Świętej i Matki Bożej. Figurka Jezusa zachowana z poprzedniego krzyża. 2 Jezioro - znajduje się przy drodze powiatowej przy dawnym PGR Markusy Pierwszy drewniany krzyż wzniesiony był około 1948 r. Był bardzo wysoki, do jego strojenia potrzebne były 2 drabiny. Na nowy metalowy krzyż złożyli się mieszkańcy wsi Jezioro a także PGR Markusy. Postawiono go w 1993 lub 1994 r. Wykonał go Bogdan Iwanicki z Balewa. Została o kilka metrów zmieniona lokalizacja krzyża, ze względu na niebezpieczne usytuowanie za rowem melioracyjnym. Figurka Pana Jezusa, niewielkich rozmiarów, pochodzi z poprzedniego krzyża. Ogrodzenie wokół krzyża zostało przekazane przez jedną z mieszkanek wsi. 3 Jezioro - na skrzyżowaniu dróg Różany - Żurawiec i Karczowiska - Markusy W 1981 r., nocą, Jerzy Kołodziejski i Henryk Arapinowicz dokonali wymiany krzyża i zamontowali metalowe ogrodzenie wykonane przez R. Patkowskiego. 4 Krzewsk - na prywatnym gruncie należącym w poprzednich latach do rodziny Denys W latach 70. XX wieku postawiono drewniany krzyż pochodzący z kościoła w Jeziorze. Na jego lokalizację zgodę wyraziły ówczesne władze gminy. Po 4-6 latach wyświęcono nowy na który już złożyli się mieszkańcy wsi. Pieniędzy wystarczyło również na wymianę drewnianego ogrodzenia. 5 Nowe Dolno Prosty metalowy krzyż wykonany z rur. Na zakończeniach ramion ozdoby w kształcie przestrzennego koła. Od przecięcia się ramion krzyża odchodzą w 4 strony po 3 metalowe promienie. Niewielki odlew figurki Jezusa otoczony jest półokrągłym daszkiem. Krzyż otoczony jest metalowym płotkiem. 6 Rachowo Pierwszy krzyż mógł zostać postawiony w latach 1950-1952. Stanisław i Kazimierz Dąbrowscy wraz z innymi mieszkańcami sami zdobyli materiał i go wykonali. Nie było żadnych prześladowań ze strony władz. Nowy krzyż, w tym samym miejscu w 1986 r. postawili strażacy z Rachowa. 7 Stankowo W roku 1948 drewniany krzyż prawdopodobnie już stał. Został zastąpiony metalowym w 1994 r. Na jego zakup złożyli się mieszkańcy. Z drewnianego krzyża została przeniesiona figura Pana Jezusa, a krzyż pocięty i spalony w piecu. Popiół zgodnie z sugestią księdza został zakopany. Krzyż otoczony jest pięknym, bogato zdobionym ogrodzeniem, którego kute przęsła pochodzą z poniemieckiego cmentarza z Jelonek. 8 Topolno Małe Osadnicy, którzy zamieszkali tuż u brzegów jeziora Druzno, postawili około 1950 r. drewniany krzyż. W 1986 r. rodzina Ko mycz zdecydowała się własnym kosztem wymienić niestabilny krzyż. Marek Ko mycz wykonał go z elementów metalowych. 9 Węgle Za zgodą właściciela, z pobliskiego lasu, nocą wycięto drzewa z przeznaczaniem na wykonanie krzyża, który stanął w roku 1948. Po 31 lub 32 latach wymieniono go na metalowy i ogrodzono drewnianym płotkiem, który zachował się do dziś. 10 Wiśniewo - skrzyżowanie dróg: Rachowo - Wiśniewo i Balewo- Dzierzgonka Drewniany krzyż mógł być postawiony około 1953 r. Nowy powstał z inicjatywy kilku mieszkańców, którzy zainicjowali zbiórkę pieniędzy na ten cel. Nie zostały one wydatkowane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, ponieważ osoba, która podjęła się jego wykonania, zrobiła to za dramo. 11 Wiśniewo Pierwszy krzyż znajdował się w ogródku u pp. Sadowskich. Już w 1957 r. był spróchniały i dlatego w 1961 r. na terenie należącym do pp. Łaska postawiono nowy. Głównymi wykonawcami byli: Władysław Nowacki, Jan Łaska, Jan Talarka. Nie starano się o zgodę na posadowienie krzyża, ale też nikt z władz gminnych nie przeszkadzał. 12 Żurawiec Pierwszy krzyż na obecnym miejscu, należącym do prywatnego właściciela postawiony był około 1947 r. Drugi wykonany z jesionowych belek pochodzących z lasku pp. Peterson, wykonany był w roku 1959 lub 1960. Wszystkie prace wykonane zostały przez Stefana Rogalę i Stefana Arapinowicza w zupełnej tajemnicy. Wymiany dokonano o zmierzchu. Liczono się z kłopotami, ponieważ przejeżdżający bryczką miejscowy milicjant je zapowiedział. Ale na groźbach się tylko skończyło. Kolejna wymiana nastąpiła pod koniec lat 70. XX stulecia. 60 Cmentarz wojenny w Kmiecinie Wiesław Olszewski CMENTARZ WOJENNY W KMIECINIE Na przełomie lat 1944/45 Żuławy znalazły się na północno-wschodnim kierunku frontu. Opór wojsk niemieckich był tu szczególnie zacięty a walki najbardziej krwawe -front centralny zbliżał się już do Berlina, a na terenie Prus Wschodnich toczyły się jeszcze zacięte walki o każdą niemal miejscowość. Ogrom tragedii potęgowała chaotyczna ucieczka mieszkańców tych ziem przed nacierającymi wojskami 2. i 3. Frontu Białoruskiego - ucieczka mocno opóźniona błędnymi, a wręcz zbrodniczymi decyzjami przywódców prowincji z gauleiterem Erykiem Kochem na czele. Szok był tym większy, że przez całe lata tereny te, w porównaniu z innymi rejonami Niemiec, były oazą spokoju, prawie nie tknięte bombardowaniami (wyjątkiem w zasadzie były dwa amerykańskie dywanowe naloty na zakłady lotnicze Focke-Wulf w Kró-lewie koło Malborka. O trwającej wojnie przypominały wciąż komunikaty prasowe dotyczące sytuacji na frontach i coraz dłuższe szpalty lokalnych gazet wypełnione nekrologami poległych. Zwiastowały zbliżanie się niechybnej tragedii również dla tej ziemi. Wiesław Olszewski 61 Operacja Bagration1 rozpoczęta 22 czerwca 1944 roku (w trzecią rocznicę agresji niemieckiej na ZSRR) doprowadziła front wschodni do granic Prus Wschodnich. Wkrótce także styczniowa ofensywa 1945 roku przeniosła działania wojenne na Żuławy. Już w początkach miesiąca pojawiły się pierwsze kolumny uciekinierów z Prus Wschodnich. Swym nędznym wyglądem budzili przerażenie wśród mieszkańców przechodząc przy trzaskającym mrozie po lodzie przez Nogat, Wisłę i Zalew Wiślany. Na początku drugiej dekady stycznia nagłe uderzenie w kierunku Elbląga miało przerwać drogi komunikacyjne między Prusami i zachodem Niemiec. Niemieckie armie walczące na wschodzie miały zostać odcięte od reszty kraju i pozbawione zaopatrzenia. 23 stycznia pancerne szpice 2. Frontu Białoruskiego dotarły w okolice Elbląga, przecinając tym samym drogę i linię kolejową Królewiec - Elbląg - Tczew. Walki wkroczyły na Żuławy Elbląskie, ciężkie starcia toczyły się w okolicach Jegłownika - miejscowość kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk. Pod koniec miesiąca oddziały Armii Czerwonej dotarły do Nogatu w okolicach Jazowej, Kazimierzowa, Wikrowa i Kopanki2. Broniące Elbląga oddziały niemieckie bezskutecznie usiłowały przebić się na zachód, zostały zepchnięte na wschód. Do końca utrzymywały jednak drogę do przeprawy w Kępkach. 9 lutego dowódca obrony miasta otrzymał od samego Himmlera pozwolenie na opuszczenie Elbląga i przebijanie się na północny zachód. Następnego dnia przerywając pierścień okrążenia obrońcy wycofali się na Żuławy Wielkie.3 Koniec pierwszej dekady marca to kres obrony twierdzy Malbork - 9 dnia tego miesiąca załoga wyszła z zamku pod osłoną ciemności i śnieżycy. Około godziny 22:20, gdy byli już w okolicach Nowego Stawu, usłyszeli potężną detonację - zniszczono mosty na Nogacie.4 Tej nocy wysadzono również mosty na Wiśle w okolicach Tczewa. Walki przeniosły się na Żuławy Wielkie a później na Mierzeję. Po zajęciu Tczewa i Pruszcza działaniami wojennymi objęte zostały również Żuławy Gdańskie. W całej operacji pomorskiej walki na terenie Żuław były drobnym i stosunkowo krótkotrwałym epizodem, główny atak na Gdańsk poszedł lewą stroną Wisły, od zachodu. Bardziej zacięte walki trwały do momentu przełamania linii obrony na Nogacie oraz zdobycia Elbląga i Malborka. Nasilenie działań bojowych na terenie Żuław Wielkich i Gdańskich nastąpiło w początku marca 1945 roku. Już jedenastego dnia tego miesiąca padły przygotowane do obrony miasta żuławskie: Nowy Dwór i Nowy Staw. Szczególnie przygotowany do długiej obrony był Nowy Dwór - węzeł komunikacyjny na drodze do Gdańska. Znajdujące się w nim oddziały niemieckie mimo, że niewielkie liczebnie, stawiały zacięty opór.5 W wyniku intensywnych i zdecydowanych działań wojsk radzieckich do połowy marca oddziały niemieckie utraciły większość Żuław Wielkich. Skłoniło to dowództwo wojsk hitlerowskich do podjęcia desperackiej decyzji zatopienia depresyjnych terenów. W wy- 1 Operacja została nazwana na cześć gruzińskiego księcia i rosyjskiego generała Piotra Iwanowicza Bagrationa, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku, który poległ w bitwie pod Borodino. 2 Tomasz Gliniecki, Żuławy w 1945 roku, Sztutowo 2014. 3 Tomasz Stężała, Elbing 1945, Warszawa 2011. 4 Ryszard Rząd, Żuławy w 1945 roku, Sztutowo 2014. 5 Wojciech Łukaszun, Żuławy w 1945 roku, Sztutowo 2014. 61 Cmentarz wojenny w Kmiecinie niku tego walki straciły na intensywności a oddziały niemieckie wycofały się, głównie na Mierzeję Wiślaną. Długotrwałe i ciężkie walki trwały na niezalanych terenach Żuław Gdańskich, zwłaszcza w okolicach Wiśliny, Rokitnicy i Krępca. Z początkiem kwietna ostatnie oddziały niemieckie wycofały się na północ, za Szkarpawę i na Mierzeję Wiślaną, gdzie walki trwały jeszcze ponad miesiąc, nawet po dziewiątym maja. Dzisiaj, po siedemdziesięciu latach czas zagoił rany, zatarł siady tych tragicznych chwil. O walkach toczących się na Żuławach przypomina cmentarz wojenny Armii Czerwonej w Kmiecinie. Pochowano na nim poległych na tym terenie 532 żołnierzy i oficerów, głównie 84 armii 3 Frontu Białoruskiego oraz 2 armii uderzeniowej i 105 korpusu armijnego 2 Frontu Białoruskiego. Początkowo zwłoki żołnierzy spoczywały w wielu prowizorycznych mogiłach w pobliżu miejsc walk. Niektóre cmentarze zakładane były już przez wojska frontowe Armii Radzieckiej, pośpiech przy grzebaniu ciał wynikał również z obawy przed epidemiami. Po zakończeniu działań wojennych władze polskie przystąpiły do sporządzania spisów grobów i cmentarzy wojennych znajdujących się na terytorium Polski. Spisy te wykonywały gminy na podstawie zamieszczonych na grobach tabliczek imiennych bądź informacyjnych lub relacji mieszkańców. Spisami zostały objęte wszystkie zlokalizowane groby żołnierzy (bez względu na narodowość i przynależność do armii), jeńców oraz ludności cywilnej. Zebrane informacje dotyczące grobów wojennych, w formie wykazów z opisem i szkicami ich usytuowania gminy przesyłały do starostw powiatowych, które następnie przekazywały je Ministerstwu Administracji Publicznej. Pierwszych zbiorczych obliczeń pochowanych żołnierzy radzieckich w Polsce dokonano po zakończeniu ekshumacji, które przeprowadzono w latach 1948-1954. Początkiem procesu ekshumacji poległych żołnierzy i tworzenia cmentarza wojennego w Kmiecinie było powołanie Powiatowego Komitetu Opieki Nad Grobami Poległych Żołnierzy. Komitet utworzono 11 grudnia 1947 roku na spotkaniu w lokalu PPS w Nowym Dworze Gdańskim. Zebraniu przewodniczył wicestarosta gdański a uczestnikami, oprócz burmistrza, byli przedstawiciele gmin, partii politycznych, organizacji społecznych a także pracownik urzędu wojewódzkiego oraz przedstawiciel Armii Radzieckiej. Na czele powołanego komitetu stanął wicestarosta Powiatu Gdańskiego, pierwszym wiceprzewodniczącym został przedstawiciel PPR, drugim PPS. Do prac ekshumacyjnych postanowiono wynająć specjalną ekipę, która wynajętym samochodem miała przewieść ciała poległych (w trumnach po 3 ciała w każdej) do mogił zbiorowych. Zebrani zatwierdzili lokalizację cmentarza obok wsi Książęce (obecnie Kmiecin), gdzie już znajdowały się groby poległych. Przedstawiciele gmin podali ilość grobów znajdujących się na ich terenie: Drewnica - 36, Marzęcino - 24, Myszkowo - 6, Nowy Staw - 18, Ostaszewo - 8, Śpie-wowo (ob. Świbno - red.) - 3, Stegna - 13, Nowy Dwór Gd. - 300, Miasto Nowy Dwór Gd. - 93. Zaapelowano do gmin o dostarczenie pełnych danych oraz solidarne partycypowanie w kosztach ekshumacji i pochówków. Pisma zobowiązujące Zarządy Gmin do przekazania ilości oraz lokalizacji grobów poległych (nie tylko Armii Czerwonej) wystosowano w dniach 13 i 14 stycznia 1948 roku. Napłynęły kolejne lokalizacje grobów. Wójt Gminy Obozy (obecnie Sztutowo -red.) pismem z dnia 13 stycznia 1948 roku informuje: Wiesław Olszewski 63 ...wykaz grobów poległych żołnierzy radzieckich znajdujących się na terenie tut. Gminy, w następującej miejscowości: 3 mogiły w gromadzie Łaszka wieś Sredniewo obok zabudowania Obw. Słoniny Michaliny, 2 mogiły przy lagrach (KL Stutthof - red.), główne wejście od ul. Gdańskiej w lesie, 1 mogiła przy wlocie kolejki do lagrów na nasypie, 6 mogił w jednym ogrodzeniu z napisami w języku rosyjskim przy wylocie ul. Szkolnej do lagrów. Co do ilości oficerów czy szeregowych, nie da się ustalić. Grobów poległych polskich żołnierzy nie ma.6 Odręcznie sporządzonym zestawieniem wójt Nowego Stawu informuje o pięciu znajdujących się tam grobach żołnierzy ZSRR. Trzy w Brzózkach - napisy nieczytelne, zmyte przez deszcz. W miejscowości Tuga (ob. Tuja - red.) przy kościele grób z dwoma ciałami, napisy częściowo czytelne - zginęli 15 marca 1945 roku. O dwóch grobach, podając lokalizację, informuje wójt Gminy w Sobieszewie. O dużej ilości grobów informuje wójt Gminy Nowy Dwór Gdański, zwłaszcza w Gromadzie Książęce (ob. Kmiecin - red.) gdzie zginęło 25 oficerów i 179 żołnierzy. Wiele grobów znajdowało się również w Rykach i Orłowie, po kilka w Marynowach, Myszewku, Nowotnej, Rakowie i Podkładach (ob. Jazowa - red.). Wójt Drewnicy informuje o dwóch grobach sowieckich w Mikoszewie oraz jednym angielskim w Przemysławiu. W Gminie Stegna groby żołnierzy radzieckich znajdowały się w Jantarze, Junoszynie i Groszkowie, część nazwisk czytelna. W Popowie znajdował się grób żołnierza francuskiego o nieustalonym nazwisku. Wójt Ostaszewa poinformował, że: w gromadzie Gniazdowa znajdują się groby poległych żołnierzy Armii Radzieckiej około 8 osób. Nazwisk odczytać nie można ze względu na zniszczenie napisów. Innych grobów na terenie gminy tut. nie odnaleziono. Z gminy Marzęcino przekazano zestawienie, z którego wynika że dwadzieścia jeden grobów znajduje się w Kępinach Małych obok wału, dwa w Osłonce koło pomp oraz jeden w Marzęcinie. Od początku poważnym problemem okazała się kwestia finansowa przedsięwzięcia. Zagadnieniom związanym z finansowaniem akcji poświęcono znaczną część zebrania założycielskiego Powiatowego Komitetu Opieki Nad Grobami. Zaapelowano do gmin o partycypowanie w kosztach przenoszenia zwłok i budowy cmentarza. Burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego i Wójt Gminy Nowy Dwór Gdański zadeklarowali przekazać po dziesięć tysięcy złotych „na prace wstępne”. Przedstawiciel Teatru Ludowego „przy-rzekł urządzić imprezę na wspomniany cel.” Na wniosek przedstawiciela PPR zebrani postanowili zwrócić się do zarządu Gminy Marzęcino o przekazanie płyt marmurowych na budowę pomnika. Przyjęto również wniosek o zwrócenie się do Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku o przydzielenie drewna na trumny. Postanowiono też zwrócić się do Urzędu Wojewódzkiego o stosowne kredyty. Na wniosek przewodniczącego zebraniu wicestarosty postanowiono aby sekcja finansowa sporządziła listy wpłat dla gmin i społeczeństwa. Zwrócono się do zarządów Gmin o przygotowanie rozkopywania grobów systemem szarwarkowym co miało ułatwić i przyspieszyć ekshumację. Apel Komitetu Opieki Nad Grobami o wpłacanie środków nie spotkał się zapewne z szerokim, pozytywnym oddźwiękiem. Gminne Spółdzielnie „Samopomoc Chłopska” 6 APEM, MRN i ZM Nowy Dwór Gd. 1947-1949, sygn. 26/4, pisownia oryginalna. 7 Szarwark - (od niem. Scharwerk z Schar - gromada, zastęp, tłum: werk - czyn, dzieło) - przymusowe świadczenie nakładane na ludność wiejską w postaci robót publicznych, głównie na rzecz budowy i utrzymania dróg, mostów, wałów przeciwpowodziowych i urządzeń wodnych, (wikipedia.org) 64 Cmentarz wojenny w Kmiecinie w Nowym Stawie i Ostaszewie odmówiły uzasadniając to obowiązującym je prawem spółdzielczym, podkreślając jednocześnie szlachetność przedsięwzięcia. Odmówił również wpłacenia oczekiwanej kwoty właściciel restauracji „Sandomierzanka” w Nowym Stawie motywując to trudną sytuacją finansową, zadeklarował jednak przekazanie mniejszej kwoty - 1500 złotych. Również zachowane spisy mieszkańców z deklaracjami wpłat na rzecz Komitetu w pozycji „do zapłaty” zawierają znaczne sumy, w pozycji „zapłacono” zdecydowanie mniejsze lub brak wpłaty. 19 stycznia 1948 roku wicestarosta gdański przesłał pismo do Burmistrza Nowego Dworu: W związku z ekshumacją żołnierzy radzieckich, którzy polegli w walkach wyzwoleńczych o Wolna Polskę Ludową na terenie powiatu - sprawa złożenia bohaterów w jednym miejscu honorowym jest nadzwyczaj ważną i aktualną ze względu na porę roku. Niezależnie od powyższego aktualna staje się sprawa utrzymania i pielęgnowania nowo założonych cmentarzy przez miasta gminy powiatu. W związku z powyższym a to szczególnie na koszta ekshumacji poległych polecam zebrać wśród zamożniejszych obywateli co najmniej kwotę zł. 20.000 i przekazać ją na rok bieżący w BANKU LUDOWYM w NOWYM STAWIE z podaniem celu przeznaczenia przekazanej gotówki. Poza tym nadmieniam, że obywatele którzy nie złożą ofiar pieniężnych na powyższy ceł - będą musieli przy pracach ekshumacyjnych wykonywać szarwark”. 17 lutego 1948 roku Powiatowy Komitet Opieki nad Grobami zawarł z mieszkańcem Orłowa w gminie Nowy Dwór Gdański umowę na przeprowadzenie prac ekshumacyjnych. Wspomniany mieszkaniec Orłowa zobowiązywał się „przy dobraniu 3 ludzi” przeprowadzić ekshumację zwłok (wybranie z grobu i złożenie do trumny) żołnierzy poległych na terenie Żuław. Ustalono wynagrodzenie w wysokości 700 złotych dziennie „za kierownictwo” i po 500 złotych dla każdego pracownika. Dwa dni później na posiedzeniu Zarządu Powiatowego Komitetu Opieki postanowiono kierownikowi prac, wspomnianemu przedstawicielowi PPR w Komitecie, przyznać jako za prace dodatkowe 750 złotych za każdy dzień przepracowany przy ekshumacji aż do ukończenia robót. Uznano także jego prawo do diet i zwrotu kosztów podróży według obowiązujących przepisów. Prace ekshumacyjne rozpoczęto najprawdopodobniej już następnego dnia wykorzystując do przewozu zwłok zarekwirowany w tym celu samochód ciężarowy. Potwierdza to, wystawione przez Komitet Opieki, zaświadczenie o zarekwirowaniu wspomnianego samochodu „za wyłącznym zwrotem paliwa.” Jak ważnym politycznie było to przedsięwzięcie świadczy bogata korespondencja napływająca ze Starostwa w Gdańsku. Z pisma starosty do Powiatowego Komitetu Opieki Nad Grobami z 13 lutego 1948 roku: W związku z ekshumacją żołnierzy na terenie powiatu gdańskiego proszę o nadesłanie sprawozdania z wykonanych prac i postępu robót na dzień 20 lutego br. Sprawozdania te każdego 1-go będą przesyłane do Ministerstwa Odbudowy do Warszawy. Pismem z dnia 17 listopada 1948 roku Starosta Powiatu Gdańskiego nakazuje Burmistrzowi Nowego Dworu wykonanie następujących robót: Wiesław Olszewski 65 1. wykonanie pomnika z betonu wysok. 2 - ZZi m na cokole D/2X D/2 z odpowiednim napisem przy wykorzystaniu ewentualnie materiałów miejscowych jak piaskowiec, marmury itp. wg. dostarczonego rysunku; 2. wykonanie bramy wejściowej żelaznej z emblematami sierpa i młota; 3. groby wszystkie obłożyć cegłą skośnie ułożoną na rołkę i pomalować na biało; 4. wykonanie rozplanowania cmentarza w porozumieniu ze specjalistą ogrodnikiem, w celu obsadzenia terenu drzewami oraz krzewami ozdobnymi oraz wykonania klombów i żabotów kwiatowych wiosną zgodnie z dostarczonym planem; 5. powierzyć opiekę nad cmentarzem osobie zamieszkałej w najbliższym sąsiedztwie, która byłaby odpowiedzialna za całość cmentarza"8. 13 grudnia 1948 roku do Zarządu Miejskiego, na ręce Burmistrza w Nowym Dworze Gdańskim wystosowano dokument: Powiatowe biuro odbudowy zleciło wykonanie pomnika wdzięczności na cmentarzu żołnierzy radzieckich w Nowym Dworze Gd. Wobec konieczności szybkiego wykonania powyższych robót Powiatowe Biuro Odbudowy poleca przyjście z pomocą daleko idącą w otrzymaniu materiałów jak cegły i t. p. przez Spółdzielnię Pracy „Odbudowa" od Zarządu Miejskiego z rozbiórek. 13 stycznia 1949 roku pełniący obowiązki naczelnika Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku Stanisław Ostrowski wystosował pismo do referatów podległych starostom i prezydentom miast wydzielonych z prośbą o opracowanie planu ostatecznego zakończenia akcji urządzania cmentarzy żołnierzy sowieckich poległych w walce o wolność polskiego Wybrzeża. Prace miano przeprowadzić wiosną. Wspomniane referaty miały przedstawić obecny stan cmentarza i miejsc, w których pogrzebano czerwonoarmistów wraz z określeniem liczby zwłok. Prócz tego należało przedstawić sprawozdania z przebiegu ekshumacji oraz plan urządzenia cmentarzy. Miejsca te planowano otoczyć murowanym lub żelaznym ogrodzeniem, a poszczególne mogiły obmurować. Na każdym cmentarzu winien znajdować się pomnik kamienny lub murowany. Całą akcję zalecano przeprowadzić przy „maksymalnym udziale czynnika społecznego, a zwłaszcza TPPR", a koszty pokryć dzięki ofiarności społeczeństwa, przy minimalnym wykorzystaniu kredytów z Urzędu Wojewódzkiego. Zakończenie prac przewidywano na czwartą rocznicę wyzwolenia danej miejscowości. Niezależnie od tego Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej miało sprawować stały nadzór nad cmentarzem. Następnego dnia wojewoda gdański inż. Stanisław Zrałek wysłał do starostów i prezydentów miast wydzielonych pismo, w którym polecił, by akcję tę potraktowano bardzo poważnie ze względu na jej polityczny aspekt, a przy tym wykorzystano ją jako czynnik wychowujący politycznie tamtejsze społeczeństwo. Prace związane z przeniesieniem zwłok i budową cmentarza Kmiecinie zakończono najprawdopodobniej w grudniu 1948 roku. 29 stycznia kolejnego roku Starosta Gdański wystosował dokument do Burmistrza i Wójta Nowego Dworu: ekshumację żołnierzy radzieckich na terenie powiatu gdańskiego uważam za ukończone...jednocześnie proszę o uprzedzenie zainteresowanych sołtysów gromad położonych na terenie gminy, że ponoszą 8 APEM, MRN i ZM Nowy Dwór Gd. 1947-1949, sygn. 26/4, pisownia oryginalna. 66 Cmentarz wojenny w Kmiecinie całkowitą odpowiedzialność gdyby na terenie ich gromad zostały mogiły ominięte przy ekshumacjach. Jednocześnie przypominam, że do zaniedbań, które mogą się w przyszłości okazać w razie odkrycia nowych grobów będę wyciągał daleko idące konsekwencje w stosunku do ob. wójta, sekretarza oraz bezpośrednio zainteresowanych sołtysów? Na początku lat 60. dokonany został przegląd stanu utrzymania cmentarzy wojennych przez kompetentne urzędy polskie. Okazało się, że niezbędne jest podjęcie na wielu cmentarzach prac związanych z poprawą ich wyglądu estetycznego i technicznego. Szczególnie dotyczyło to tych obiektów, które miały charakter prowizoryczny i zbudowane zostały z nietrwałych materiałów. W ramach szeroko podjętych prac budowano więc drogi na cmentarzach, zmieniając ich nawierzchnię ziemną na utwardzoną, zamieniano ogrodzenia z elementów prefabrykowanych na murki z kamienia, połączone elementami z metalu. Wymieniano także zniszczone obrzeża i tablice na nowe z betonu lub ze szlachetnych materiałów (kamień naturalny). Najczęściej stosowanymi wówczas nagrobkami były tzw. „poduszki” (tablice pulpitowe). Wprowadzono także nowe, bardziej estetyczne, plastyczne formy. Równocześnie zagospodarowywano cmentarze zielenią, sadząc nowe gatunki krzewów, drzew i stosując jako dekorację mogił rośliny wieloletnie - byliny. Prace te finansowane były całkowicie z budżetu państwa polskiego. Największe ich nasilenie miało miejsce przed 50. rocznicą rewolucji październikowej, tj. w 1967 r. Wiele cmentarzy uzyskało wówczas piękny, parkowy charakter oraz nowe akcenty plastyczne o zróżnicowanej wartości artystycznej.”10 Z tego okresu pochodzi aktualny wystrój cmentarza w Kmiecinie. W roku 1965 z inicjatywy Powiatowego Komitetu Frontu Jedności Narodu cmentarz uzyskał nową, oprawę. W jego zachodniej części stanął pomnik z główna tablicą inskrypcyjną, a przy alejce biegnącej od bramy wejściowej znalazły się tablice inskrypcyjne, na których po żmudnych badaniach odtworzono ok. 300 nazwisk poległych żołnierzy. Status prawny cmentarza wojennego w Kmiecinie, podobnie jak jest to w całej Polsce, regulują przepisy ustawy o grobach i cmentarzach wojennych z 28 marca 1933 roku. Po-zostają one pod opieką państwa, a koszty ich utrzymania ponosi skarb państwa. Obowiązek utrzymania cmentarza Wojewoda Pomorski powierzył Gminie Nowy Dwór Gdański za przekazaniem odpowiednich funduszów. Bieżąca, szczątkowa raczej, dokumentacja cmentarza, łącznie z księgą pochowanych znajduje się w Urzędzie Miejskim w Nowym Dworze Gdańskim. 9 APEM, MRN i ZM Nowy Dwór Gd. 1947-1949, sygn. 26/4, pisownia oryginalna. 10 http: // www.radaopwim.gov.pl Janusz Namenanik 67 Janusz Namenanik SKĄD PRZY DRODZE ŚLIWY I JABŁONIE? Korzystając z dróg wiodących do Dzierzgonia, niekiedy zadaję sobie pytania: Czy przebiegały tak od momentu powstania? Kiedy powstały? Dokąd prowadziły? Kiedy zostały zmodernizowane? Dlaczego tak wyglądają? Te i inne pytania zainspirowały autora do poszukiwań. Okazało się, że większość dróg wiodących do Dzierzgonia, istnieje do dziś w swym historycznym przebiegu. Rozpatrywanie tylko i wyłącznie dzierzgońskich dróg, z pominięciem najbliższej sieci drogowej, byłoby pozbawione sensu. Zadaniem drogi jest połączenie jednej miejscowości z drugą, dlatego też przedstawiono poniżej zarys tej problematyki obejmujący w przybliżeniu obecny powiat sztumski. Wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego, upadła jednocześnie w Europie sztuka budowania dróg. Do połowy XVII wieku praktycznie nikt w Europie nie zajmował się problematyką dróg lądowych. Z okresu starożytnego (a chodzi tu głównie o działalność Prusów) dotychczas odkryto na naszym terenie trzy obiekty. Są to drewniane pozostałości 68 Skąd przy drodze śliwy i jabłonie? po utwardzanych wówczas w ten sposób drogach. Jednym z nich są tzw. „pomosty bą-gardzkie”. Drugim zaś relikty fragmentu drewnianej arterii komunikacyjnej odkrytej na obecnej ulicy Odrodzenia w Dzierzgoniu, na którą natrafiono w trakcie budowy w 1930 roku sieci wodociągowej i kanalizacyjnej-.W trakcie tej budowy znaleziono również na obecnej ulicy 3 Maja na głębokości 2 metrów most na bagnach wykonany z nieociosa-nych kloców świerkowych o długości 4 metrów ułożonych w poprzek szosy.1 Sieć dróg naszego regionu ukształtowała się głównie w okresie, gdy terenami tymi zarządzali Krzyżacy. Na trasowanie drogi znaczący wpływ miało ukształtowanie terenu. W okolicach Dzierzgonia drogi miały znaczenie lokalne, ale nie bez znaczenia dla wyznaczenia sieci drogowej na terenie państwa krzyżackiego była ich militarna rola pozwalająca w razie potrzeby na przemieszczanie wojsk. W średniowieczu szlaki komunikacyjne noszące różne nazwy (drogi, gościńce, trakty) nie posiadały utwardzonej nawierzchni. Nie budowano ich specjalnie, ani też nie naprawiano. Wydeptywali je ludzie idący pieszo, jadący na koniach, pędzący bydło, jak i jadący wozami. Brukowane drogi istniały jedynie na terenie miast. Do dzisiaj istnieje brukowana nawierzchnia drogi na odkrytych w wyniku badań archeologicznych częściach dzierz-gońskiego zamku. O istniejących najstarszych średniowiecznych drogach na naszym terenie pisze Arthur Semrau2. Podaje, że w 1280 roku we wschodniej części powiatu sztumskiego funkcjonowały następujące drogi: z Żuławki do Kałwy, z Igieł do Kałwy, z Kałwy do Szrop i z Igieł do Malborka. Droga do Żuławki prowadziła prawdopodobnie przez Tropy. A więc w tym okresie z Kałwy biegły 3 drogi do: Szrop, Igieł i do Żuławki, wobec czego Kałwa była (i jest obecnie) węzłem drogowym. Jest to charakterystyczna cecha dróg w dawnych Prusach Wschodnich. Dzierzgoń stanowi znaczący węzeł drogowy, gdyż prowadzi do niego łącznie aż 7 dróg, do powiatowego Sztumu wiedzie tylko 6 dróg, a do znacznie większego Malborka tylko 5 dróg. Panował zwyczaj, aby nazwy ulic miasta określały jednocześnie kierunki, do jakich one prowadziły. W Dzierzgoniu do 1945 roku istniały między innymi ulice o nazwach: Suska (wcześniej Prabucka), Stanowska, Malborska, Elbląska (jest do dzisiaj), Zalewska. Warto tu wspomnieć, że inne miejscowości posiadają również ulicę Dzierzgońską. Są to Mikołajki Pomorskie oraz miasta stołeczne takie jak Warszawa i Berlin. Wspomina się, że w 1294 roku istniała już droga z Gdakowa do Pierzchowic (lub Mikołajek Pomorskich) i jest bardzo prawdopodobne, że stanowiła ona przedłużenie drogi do Sztumu i Malborka3. Malbork stanowiąc duże siedlisko ludzi wymagał też znacznego zaopatrzenia w żywność. Teren okolic Dzierzgonia zwany był wówczas „kompleksem zielonych pól”4, dlatego też natrafić można na informację, że w 1316 roku przewożono płody rolne z Dzierzgonia do Malborka, a droga ta wiodła przez Igły s. Z czasów krzyżackich 1 Preu^ische Heimat z 30/VII 1934, (na podstawie tłumaczenia i maszynopisu Henryka Bielińskiego). 2 Semrau A., Die Orte und Fluren im ehemaligen Gebiet Stuhm und Waldamt Bdnhof (Komturei Marienburg), [w:] Mitteilun-gen des Coppernicus - Vereins fur Wissenschaft und Kunst zu łbom. H. 36, Toruń 1928, s. 15. 3 Ibidem, s.15. 4 Schmidt F.W.F., Geschichte des Stuhmer Kreises, Toruń 1868, s. 245. 5 Ibidem, s. 246. Janusz Namenanik 69 pochodzi również droga ze Sztumu do Białej Góry, która następnie wzdłuż Nogatu doprowadzała do Zantyru6. W artykule dzierzgońskiego przemysłowca Oskara Penera możemy znaleźć informację, że w 1239 roku istniała już droga z Kwidzyna do Dzierzgonia. Zapewne prowadziła ona przez Stary Dzierzgoń i Prabuty. Od czasu, gdy Malbork został siedzibą wielkiego mistrza, odbywały się podróże z Malborka przez Sztum po Benowo oraz z Malborka do Żuławki, jak i Dzierzgonia. Te pierwsze ważne arterie w pewnych miejscach posiadały elementy konstrukcyjne, polegające na wiązaniu żwiru wodą z piaskiem. F.W.F Schmitt wspomina również o tym, że na ówczesnej drodze wiodącej z Malborka do Dzierzgonia istniał drewniany most7. Zapewne był on niewielki, gdyż po drodze nie występowała nigdzie duża rzeka. Nas najbardziej interesuje właśnie ta droga, ponieważ z niej najczęściej korzystają obecni mieszkańcy naszego miasta. Gdy zapoznamy się z jej znacznie późniejszym, nie mniej jednak historycznym przebiegiem na podstawie dostępnych map z końca XIX jak i początku XX wieku, to wyraźnie zauważamy, że jej przebieg nieco różnił się od współczesnego. Droga z Dzierzgonia do Ramot w zasadzie nie uległa większym zmianom, poza nielicznymi tzw. prostowaniami widocznymi do dzisiaj w okolicy Ankamat. Te prostowania nastąpiły dopiero na początku drugiej połowy XX wieku. Główna droga z Ramot nie biegła prosto do Trop, lecz skręcała w lewo do Waplewa Wielkiego. Ponieważ w linii prostej wznosiły się pagórki, które porośnięte były dzikimi lasami, natomiast do Waplewa prowadził teren płaski pozbawiony lasu i składający się głównie z uprawnych pól. Z Waplewa droga wiodła do Starego Targu i później do Kałwy, z której zmierzała w pobliżu Dąbrówki Malborskiej, kierując się do Malborka. Budowa współcześnie przebiegającej drogi na trasie Ramoty - Tropy nastąpiła dopiero u schyłku lat 50. Ubiegłego wieku. Jako relikt tej przebudowy istnieje do dzisiaj podwójny wiadukt nad byłymi torami kolejowymi trasy Malbork - Małdyty? W kalendarzu sztumskim na rok 1931 podaje się, że w 1772 roku Niemcy przejęli od administracji polskiej okręg sztumski całkowicie zdewastowany i zaniedbany pod względem infrastruktury drogowej8. Tam również znajdujemy informację, że w roku 1816 było łącznie 130 km dobrych dróg zwanych wówczas dumnie autostradami, a 1850 roku na tym samym obszarze było już 700 kilometrów owych autostrad. W pierwszej połowie XIX wieku wybudowano nową drogę na bazie starej drogi łączącą Stare Pole z Dzierzgoniem (w latach 1843-1847), jak również drogę Malbork - Sztum - Kwidzyn (w latach 1844-1847). Po 1890 roku wybudowano następujące drogi: Sztum - Biała Góra, Dzierzgoń miasto - Dzierzgoń dworzec kolejowy Sztum - Barlewiczki - Pietrzwałd, Czernin - Górki - Mikołajki, Bągart - Spalonki - Jasna, Sztumska Wieś - Ryjewo. Poprawa nawierzchni ulic była intensywnie prowadzona do wybuchu I wojny światowej w 1914 roku. Mimo trwającej wojny prowadzono prace modernizacyjne w Dzierzgoniu. Donosiła o tym „Gazeta Grudziądzka” z 1915 roku, pisząc: Kiszpork - ulica Kościelna ma być na nowo wybrukowana.9 6 Pener O., Wege ungStraceń, [w:] Der Kreis Stuhm, Osnabriick 1975, s. 137. 7 Schmidt F.W.F., op. cit. s. 246. 8 Pener O., op. cit. s. 137. 9 Gazeta Grudziądzka, nr 107/1915z dnia 7.09.1915, s. 3, Grudziądz 1915. 70 Skąd przy drodze śliwy i jabłonie? Po wojnie 1914-1918 i traktacie wersalskim nasz sztumski okręg stał się terenem leżącym na pograniczu. Nastąpiła stagnacja całej gospodarki, a więc i wstrzymano budowę dróg. Do 1927 roku wybudowano jedynie 5-kilometrowy odcinek drogi Rudzińska Pastwa - Barcice. Nie mniej na terenie Dzierzgonia w 1926 roku, gdy burmistrzem był dr Paul Meyer, naprawiono nawierzchnię Rynku, a nowe nawierzchnie otrzymały ulice: Słowackiego oraz Wojska Polskiego oraz naprawiono w mniejszym zakresie inne ulice.10 W 1930 roku na terenie naszego powiatu było około 300 km dróg utwardzonych. Powiatowy budowniczy Rudolf Munker na łamach Heimatkalender des Kreises Stuhm w latach 30. Ubiegłego wieku w swym raporcie słusznie przewidywał, że wzrośnie znaczenie dróg, które będą konkurencyjne w stosunku do kolei. W wyniku rozwoju pojazdów silnikowych stan dróg się pogorszy, ponieważ nie będzie można sprostać wzrastającym kosztom ich utrzymania. W najcięższych latach światowego kryzysu gospodarczego, w okresie 1929-1932 w okręgu sztumskim wyremontowano pięć mostów oraz wybudowano dwa nowe o konstrukcji żelbetowej. Wybudowano również drogę Sztumskie Pole - Uśnice, a przy jej budowie główną siłą roboczą byli mieszkańcy Par parów. W 1933 roku doszło do znacznej likwidacji bezrobocia w Prusach Wschodnich, co również widoczne było w okręgu sztumskim. W niezwykle krótkim czasie zostały ukończone budowy i przebudowy dróg: Pierzchowice - Dąbrówka Pruska - Mirany - Sadłu-ki, Wilczewo - Gdakowo, Kołoząb - Krastudy - Nowy Targ, Nowy Targ - Tulice, Dworek - Perklice - Stążki, Dzierzgoń - Prakwice, Szropy - Jordanki, Tropy - Kałwa (gdzie wybudowano również żelbetowy wiadukt nad torami kolejowymi linii Malbork - Mał-dyty).Na większości tych tras były wymieniane mosty. Pener pisze11, że na terenie powiatu sztumskiego brak było odpowiednich fachowców, dlatego też do niektórych zadań posiłkowano się przygotowanymi do wykonywania tych prac pracownikami z Elbląga. Do współczesnych nam czasów pozostały pewne relikty dawno budowanych dróg, widujemy je czasami przechodząc obok nich obojętnie, a wydaje mi się, że warto poświęcić im trochę refleksji. Jednym z elementów dawnej architektury charakteryzującej budownictwo drogowe były kamienie przydrożne. W sąsiedztwie dróg napotkać możemy kilka rodzajów kamieni. Co prawda na terenie powiatu sztumskiego nie napotkałem typowych kamieni milowych, ale za to występują kamienie dystansowe (określające odległość) oraz pełniące funkcję ochronną (odbijaki), istnieją również kamienie informacyjne. Napisy na tych ostatnich uległy zatarciu, kamienie pochyliły się pod ciężarem czasu, ale istnieją. W Dzierzgoniu jeden z nich stoi pod budynkiem na skrzyżowaniu ulic: Zawadzkiego i Traugutta, a drugi z nich stoi na rozwidleniu dróg na Malbork i na Stare Pole. Inskrypcje na kamieniach informowały niekiedy o dacie budowy lub remoncie drogi. Na murku oporowym podtrzymującym wzgórze zamkowe od strony ulicy Elbląskiej w Dzierzgoniu istnieje napis: 30/VIII/1895, będącym datą ukończenia przebudowy drogi. W trakcie modernizacji dróg wiele z tych przydrożnych kamieni uległo likwidacji, ponieważ dobiegła końca rola, jaką kiedyś pełniły. Jedną z ciekawszych a zarazem najbardziej zachowanych elementów architektury naszych dróg są kapliczki przydrożne. Na ich stan zachowania miał znaczący wpływ 10 Piepkorn O., Heimat ..., s. 162. 11 Pener O., op. cit., s. 138. Janusz Namenanik 71 czynnik religijny. W Dzierzgoniu taka kapliczka stoi w sąsiedztwie skrzyżowania ulic Limanowskiego i Elbląskiej, a kolejna przy skrzyżowaniu drogi do Miniąt, ponieważ tradycją było budowanie kapliczek na rozstajach dróg. W nielicznych już miejscach naszego powiatu natrafiamy na stare dość dziwne drogi, składające się z pasa utwardzonego na ogół kostką brukową i węższego pasa ziemnego. Na temat tak właśnie zbudowanych dróg pisze S. Srokowski12: „Drogi budowane w tym okresie (tzn. XIX wieku, przyp. autora) nie miały jednolitej nawierzchni. Obok pasa środkowego, szutrowego lub brukowanego (Fahrbahn), zakładano drugi węższy o nawierzchni miękkiej, była to tzw. droga letnia (Sommerweg). Określono, że drogi mogą mieć 6 m szerokości lub nawet 4 m, a szerokość twardej jezdni może być zredukowana do 2, 5 m. Spowodowało to znaczne obniżenie kosztów budowy dróg.” Droga tak wybudowana prowadziła między innymi z Dzierzgonia do Prakwic, obecnie pokryta asfaltem, pozostała jedynie we wspomnieniach starszych mieszkańców tych okolic. Bogatym elementem krajobrazu są aleje przydrożne. Pomysł sadzenia drzew wzdłuż dróg przywiózł do Europy w XIII wieku Marco Polo po swojej podróży do Chin. Aleje te pełnią różne funkcje: komunikacyjne, informacyjne, przyrodnicze, ochronne. Ich pozytywne walory były bezsprzeczne w dobie niewielkiego ruchu na drogach, w którym głównie uczestniczyły pojazdy zaprzężone w konie. W dobie lawinowo rozwijającej się współcześnie motoryzacji zaczęły stanowić one poważne zagrożenie dla poruszających się po drogach dużych, szybkich pojazdów mechanicznych. Na naszym terenie w XIX wiecznej dobie rozbudowy dróg, obowiązywał przepis w zakresie obsadzania tych dróg drzewami. „W 1841 roku polecenia Fryderyka Wilhelma IV ukazał się dekret o alejach, w którym zalecano sadzenie nowych alei. Założone w 1822 roku na terenie Prus Towarzystwo dla Upiększania Ogrodnictwa postulowało wzbogacenie krajobrazu poprzez obsadzenie dróg drzewami.”13 Zadziwiający jest dla nas fakt obsadzania niektórych dróg drzewami owocowymi, co dodatkowo stanowiło w pewnym okresie czynnik ekonomiczny, pod warunkiem, że tymi drzewkami się ktoś właściwie opiekował. Do chwili obecnej przetrwały one zdziczałe i zaniedbane, ale świadczące o sposobie gospodarowania w dawnej epoce. Możemy spotkać drogi obsadzone drzewkami owocowymi między innymi na trasie Kałwa - Sztum, oraz Stary Targ - Nowy Targ. W pewien sposób zinterpretował nasadzenia wzdłuż drogi Melchior Wańkowicz, który tropiąc Smętka w Krainie Warmii i Mazur stwierdził, że droga w Puszczy Piskiej wysadzona jest klonem po to (i dziwi się, czemu nie owocowymi drzewami?), aby polscy lotnicy nie widzieli, kiedy tą puszczą jak przed wiekami, ruszy kolejna Ostreise.14 Zgodnie z zaleceniami rządu pruskiego budowano przy drogach tzw. domy szosowe w pewnych uzasadnionych miejscach (rogatki miejskie, skrzyżowania dróg). Domy te służyły dróżnikom i poborcom opłat jako mieszkanie i miejsce pracy. Domy te funkcjonowały od około 1800 roku do 1875 roku. Na naszym terenie zachowały się obiekty, które prawdopodobnie pełniły w przeszłości rolę domów szosowych. Ich cechą 12 Srokowski S., Prusy Wschodnie. Studium geograficzne, gospodarcze i społeczne, Gdańsk-Bydgoszcz-Toruń, 1945, s. 225. 13 Liżewska I., Zawierowicz M., Aleje przydrożne - dziedzictwo historyczne, stan zachowania, ochrona, [w:] Worbiec K., Liżewska I, Aleje przydrożne. Historia, znaczenie, zagrożenie, ochrona Kadzidlowo-Olsztyn 2009. 14 Wańkowicz M., Na tropach Smętka, Warszawa 1959, s. 133. 72 Skąd przy drodze śliwy i jabłonie? charakterystyczną jest to, że stoją tuż przy drodze. Ich obecny widok daleko odbiega od pierwotnego, gdyż wszystkie one uległy znacznej przebudowie. Wiele wskazuje na to, że funkcje domów pełniły budynki np. w Budziszu przy drodze do Starego Pola i w pobliżu skrzyżowania z drogą do Jasnej, następny to budynek mieszkalny w Tywęzach przy drodze do Blunak. Bardzo prawdopodobne jest, że w Sztumie przy ulicy Jagiełły, że jeden z domów stojących bardzo blisko drogi mógł w pewnym okresie pełnić funkcję domu szosowego. W Dzierzgoniu punktami poboru opłat dla wjeżdżających do miasta były dwie bramy miejskie (malborska i suska). Sądzić możemy, że istniały one zapewne do połowy XIX wieku, gdyż zaznaczone zostały one na planie miasta sporządzonego przez Vogta w 1810 roku, jak również występują na rysunku Dzierzgonia z 1826 roku, który wykonał Guise. Wiele wskazuje na to, że dom szosowy zlokalizowany był przy ulicy Elbląskiej, tam gdzie obecnie mieści się budynek oznaczony numerem 7. Na planie miasta z 1929 roku15 przy dawnej ulicy Elbinger Strape 14 zaznaczony był budynek, który wyraźnie był domem szosowym. W rzucie pionowym zbudowany był na planie dużej litery „L”, co było charakterystyczną cechą tego typu budynków. Zbudowany był równolegle do drogi, ale w ten sposób, że „część dolna litery L” swoją krótką szczytową ścianą dotykała do drogi. Obsługujący drogę, mógł nie wychodząc z domu, a tylko przez otwarte okno, pobierać opłaty za przejazd. Wjazd od strony ulicy Elbląskiej nie odbywał się przez bramę, a więc istniała zasadność lokalizacji tego obiektu. Budynek istniał do 1945 i mieszkał w nim dróżnik Schulz. Gdy pod koniec XIX wieku zlikwidowano instytucje domów szosowych, wówczas w tych budynkach zamieszkali dróżnicy. Znaczącym czynnikiem mającym wpływ na drogi wywierała poczta, a co za tym idzie konieczność utrzymania we właściwym stanie traktów, po których poruszały się wozy pocztowe. Przy drogach wznoszono stacje pocztowe, które znajdowały się w centrum miejscowości. Odległości pomiędzy poszczególnymi miejscowościami ustalono na podstawie odległości pomiędzy stacjami pocztowymi. Być może nie wszyscy wiedzą, że do dzisiaj przetrwała ta metoda pomiaru odległości między miastami. Współcześnie określana odległość drogowa w kilometrach jest liczona pomiędzy budynkami poczty głównej w danym mieście, a inną pocztą główną w innym mieście. Dzierzgoński budynek „Poczty Cesarskiej” powstał w XIX wieku. W 1858 roku16 z Dzierzgonia ekspediowano przesyłki pocztowe dwa razy dziennie do Starego Pola oraz dwa razy dziennie do Susza, natomiast do Zalewa i z powrotem wóz pocztowy kursował trzy razy w tygodniu. Jak powszechnie obserwujemy współcześnie drogi ulegają przebudowie, wzrasta ich szerokość i znacznemu ulepszeniu ulega ich nawierzchnia? Obecne wymogi wraz z lawinowym rozwojem motoryzacji są inne niż dawniej. Pojazdów jest znacznie więcej, posiadają większą masę oraz wzrosła ich prędkość. Budowane kiedyś z pietyzmem aleje przydrożne stały się mimo swego piękna dużym zagrożeniem dla obecnego ruchu na drogach. Coż pozostało? W znakomitej większości dawne wytyczenia dróg oraz nieliczne przydrożne zabytki. 15 Christburg. Lageplan. Kanalisation Christburg (Wpr.), Kónigsberg, 11 Juli 1929. 16 Saunier L. (red.), Statistisch=topographisches, Sched, Adre^=Handbuch von Westpreufien 18S8, Danzig und Elbing 1858. Andrzej Kasperek 73 Andrzej Kasperek ŻUŁAWSKIE SMAKI Mleczarnia, olejarnia, cukrownia, gorzelnia, destylarnia, browar, młyn, piekarnia, octownia, masarnia... Wypisuję tu zakłady przetwórstwa spożywczego, jakie działały wmieście Tiegenhof do połowyXX wieku. Zupełnie naturalne było wówczas, że płody wy-chodowane na żyznych Żuławach przerabiano na miejscu. Część z tych zakładów produkowała tylko na rynek lokalny, ale niektórym udało się uzyskać sławę w całych Niemczech -w „Prowincji” pisaliśmy o wytwórni machandla Stobbego czy serach z mleczarni L. Kriega. Niektóre z tych przedsiębiorstw działały jeszcze po wojnie, ale do dzisiejszych czasów przetrwała tylko branża mleczarska - produkty „Maluty” mają dobrą opinię i znane są także poza regionem. Pasjonaci próbują wytwarzać ser Werderkase wedle dawnych receptur, wraca się do starych przepisów kulinarnych (opublikowano kilka żuławskich książek kucharskich), trwają prace nad „ustanowieniem standardu tradycyjnych kulinariów żuławskich”. Żuławy to kraina od wieków szczodrze odpłacająca się człowiekowi za mądre gospodarowanie, sprawny system melioracyjny oraz wysoką kulturę rolną. To wyjątkowy region łączący niepowtarzalny krajobraz, ciekawą przyrodę, wielonarodową historię i dziedzictwo kulturowe. Nic dziwnego, że to tu właśnie powstała kuchnia będąca połączeniem tradycji miejscowej oraz wykorzystująca chętnie nowinki płynące ze świata przez porty Gdańska i Elbląga. A także czerpiąca ze wzorów kuchni mieszczańskiej tych 74 Żuławskie smaki bogatych hanzeatyckich miast. Po wojnie ludność, która się tu osiedlała przywiozła swoje przepisy i zwyczaje kulinarne. Można więc śmiało mówić, że „bogactwo tutejszych, najwyższej jakości produktów hodowli i upraw rolniczych oraz ryb słodkowodnych i morskich” daje niepowtarzalny efekt -„żuławski smak”, będący owocem połączenia tradycji i współczesności, dbałości o produkt, przestrzegania wysokich standardów oraz szacunku dla klienta. Smak, którego bogactwo polega na różnorodności, prawdziwa kuchnia/usion. Tradycyjne dania żuławskie znajdują coraz częściej swoich miłośników, którzy eksperymentują a domowych kuchniach. Ale co ma zrobić ktoś, kto po prostu chce kupić dobry produkt albo danie gotowe, kto nie ma czasu na gotowanie a lubi dobrze i zdrowo zjeść? Okazuje się, że od kilku lat istnieje firma, która może mu ułatwić życie. To przedsiębiorstwo Adama i Anny Spirewskich PHU „Amfit” z Lasowic Wielkich pod Malborkiem, które jest znane lepiej jako Żuławskie Smaki. Istnieje od 2010 roku, co jest dumnie podane w logo firmy. Mała rzecz a pokazuje, jak właściciele podchodzą do swego interesu, ich sposób myślenia, ich dumę ze swej firmy. PHU „Amfit” narodziło się z pomysłu, żeby w gospodarstwie rodziców robić przetwory warzywne. Przyczyna była prozaiczna - skończyły się zapasy ogórków kiszonych, które Spirewscy dostawali w prezencie od rodziny. Smak tych kiszonek był wyśmienity. Te od babci były bardziej chrzanowe, od mamy bardziej koperkowe, od cioci bardziej czosnkowe... Wszystkie były znakomite: twarde, kwaskowe i chrupiące. Okazało się, że te kupione w sklepie ani się umywały do domowych wyrobów. Dlatego latem sami wzięli się za robienie zimowych zapasów. Przygotowali kilkaset słoików kiszonych ogórków z własnej działki, dla siebie i aby podzielić się z rodziną. Według przepisów od babci, mamy, cioci i wujka. Po obdarowaniu rodziny zostało jeszcze sporo zapasów. Postanowili je sprzedać. Klientów okazało się być więcej niż słoików. I tak zajęli się kiszeniem ogórków. Kiedy zaczynała się ich przygoda z wytwarzaniem przetworów warzywnych, nie zdawali sobie sprawy z tego, że zapotrzebowanie na produkty tradycyjne i regionalne jest tak duże. Okazało się, że już po pierwszym roku działalności zdobyli grupę stałych klientów, którym do dzisiaj dostarczają swoje produkty. Gospodarstwo w Lasowicach Wielkich jest nieduże. Na obszarze 1 ha oprócz ogórków uprawiane są też kapusta i buraczki ćwikłowe, które przetwarza się na miejscu. Ale ponieważ nie produkują całego asortymentu, jakiego oczekują kłienci, dlatego do współpracy zaprosili sąsiadów z regionu oraz sąsiednich krain. Ofertę zaczęli poszerzać o wiejskie jaja, miody, warzywa, świeże mleko, sery, chleb, ciasta... Misją Żuławskich Smaków jest dostarczanie klientom produktów smacznych, ale przede wszystkim - zdrowych. W swoich uprawach nie używają nawozów sztucznych, co jest podstawą do otrzymania dobrego produktu. Przy produkcji zachowali wypróbowane receptury mamy i babci. Wyroby powstają w zgodzie z naturą, bez udziału sztucznych ulepszaczy i konserwantów, ale z zachowaniem najwyższych norm higieny i bezpieczeństwa. Właściciele deklarują: „Jesteśmy rodowitymi mieszkańcami Żuław, których rodziny od dziada-pradziada zajmują się uprawą i hodowlą roślin oraz zwierząt. Wiemy, czym jest szacunek wobec tradycji, natury i smaku, i dbamy by stanowiły bazę każdego specjału. Zależy nam na tym, by szczyptę każdej z tych wartości przełożyć na najlepszy ze smaków Andrzej Kasperek 75 - smak dzieciństwa. Naszą największą chlubą jest jakość naszych wyrobów. Jesteśmy przekonani, że jej sekret tkwi w lokalnych warunkach przyrodniczych oraz sercu, jakie Żuławianie wkładają w każdy pojedynczy produkt. Z dumą możemy powiedzieć, że kupując nasze produkty, wspierają Państwo wyłącznie lokalnych producentów”. Dzięki temu oferta, która można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej firmy i sklepu jest imponująca. Znajdziemy tam nie tylko przetwory warzywne i owocowe, kiszonki, soki i powidła, ale także miody, pyłek pszczeli, kiełbasy, ozory w galarecie, pasztety i mięsiwa konserwowane. Oprócz tego można zamówić chleby, ciasta, zupy i dania gotowe. To oferta kilkunastu producentów, którzy działają na Żuławach, nad Dolną Wisłą, w Borach Tucholskich... Pokazuje to zmysł handlowy właścicieli - nie trzymają się kurczowo swego terenu, ale szukają w okolicy tego, co najlepsze. Na Żuławach nie ma wielkich sadów śliwkowych, choć w kuchni miejscowej ten owoc miał kiedyś duże znaczenie. Okazuje się jednak, że nad Dolną Wisłą było kiedyś ponad 2 tysiące sadów przydomowych. Owoce wykorzystywano na własne potrzeby, a ich nadwyżkę zawożono do miast i sprzedawano. Kilka lat temu odkryto na nowo tradycje smażenia powideł z lokalnej odmiany węgierek w specjalnych miedzianych naczyniach. Dziś jest to produkt regionalny wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych. Miałem okazję próbować tego specjału kilka lat temu, smak był wyborny. Ale przecież nie będę jeździł do Świecia po słoik powideł. Na szczęście nie muszę, bo te z ofert sklepu są równie dobre - lekko kwaskowe, czarne jak smoła, gęste, o doskonałej teksturze. Na słoiku nie ma napisu, że wyprodukowano je ze 182 g śliwek na 100 g produktu, ale jest to zupełnie niepotrzebne. Porównałem smak i konsystencję tych ze sklepu (ze wzmiankowanym napisem) oraz produktu, który oferuje firma z Lasowic Wielkich. Te usmażone w miedzianych garach, mieszane specjalnym drewnianym „bocianem” są o niebo lepsze! Kiedy próbuje się przetworów (buraczki, kapusta kiszona, pikle, sałatka z kapusty) to widać, że z dobrego surowca mogą powstać bardzo dobre wyroby. Dodanie liści laurowych i ziela angielskiego sprawia, że buraczki nie są banalne i nudne, nabierają nieco egzotyki dzięki korzennemu posmakowi, pikle i sałatka z kapusty mają świetnie wyważony balans pomiędzy kwasowością a słodkością, podobnie jak ogórki curry. Tam także nie obawiano się na dodanie egzotycznej przyprawy, ale w sposób ostrożny, co sprawia, że jest to smaczny dodatek do obiadu. To sprawa wyczucia i opracowania właściwych proporcji. Kapusta kiszona (firma prowadzi swój własny blog, gdzie można przeczytać, jak odróżnić kapustę kiszoną od kwaszonej) i ogórki są porządne. Kto raz ich spróbuje nie będzie szukał innych. W filmie „Poszukiwany, poszukiwana” Stanisława Barei można usłyszeć taki cytat: „Bo na przykład w jednym sklepie na półkach po rocznym leżeniu cukier ma 80 proc, cukru w cukrze, a w drugim sklepie ma 90 proc, cukru w cukrze, a sacharyna to ma w ogóle 500 proc, cukru w cukrze”. Kiedyś nas to śmieszyło, bo naiwnie myśleliśmy, że w słoiku z chrzanem powinien być tarty chrzan, a dziś się okazuje, że jest go tam ok. 30 proc. Kiedyś ćwiartka masła ważyła 250 dag, a dziś kostka waży przeważnie 200 dag, a czasem nawet 170 dag. Przykłady można mnożyć - specjaliści od handlu świetnie opanowali sztukę robienia klienta w konia. Dlatego tak ważne są dziś uczciwość i szacunek dla odbiorcy. Jeśli etykietka wabi nas napisem „pasztet z dzika”, to nieuczciwe jest wciskanie produktu, 76 Żuławskie smaki który zawiera 2 proc, takiego mięsa a reszta to... I tu następuje długa lista dziwnych określeń typu: MOM, E-ieś tam itd., itp. Wyroby mięsne z Żuławskiego Smaku zawierają informację: „Dziczyznę do produkcji pozyskujemy z własnych punktów skupu położonych w Borach Tucholskich”. Etykietki podają konkretne dane: 80 proc, mięsa z dzika, 20 mięsa wieprzowego, woda, sól, pe-kłosól, cukier, pieprz, czosnek, majeranek, gorczyca (to kiełbasa z dzika); 40proc. mięsa z dzika, 30 proc, wątroby wieprzowej, 20 proc, tłuszczu oraz przyprawy (opis pasztetu z dzika). Można wyprodukować smaczny wyrób bez tony chemii. I cóż z tego, że nie ma on daty przydatności - dwa, trzy lata. Czy to jest nam potrzebne, czy raczej handlowcom? Chcemy wiedzieć, co nam się podaje na talerzu, czym nas się karmi i poi. Mamy do tego prawo. I korzystajmy z niego. Dopiero kiedy próbuje się takich prawdziwych wyrobów jesteśmy w stanie ocenić ów prawdziwy smak, ale także docenić trud i zamiłowanie, które towarzyszyły ich powstawaniu, konsekwencję działania producentów, ich upór i trwanie przy klasycznych zasadach handlu i produkcji rolnej. Smak soku jabłkowego, który jest tłoczony tradycyjną metodą w domu podcieniowy w Żelichowie/Cyganku jest niezrównany. Sok tłoczy się je-sienią z historycznych odmian: malinówka, grafsztynek, boiken, blutroter grawensteiner, birnfoermigerapfel, gołąbek czerwony zimowy, halberstadter jungfernapfel i innych. Owoce pochodzą ze starych przydomowych sadów z miejscowości Orliniec, Żelichowo, Drewnica, Orłowo, Stobiec, Stare Pole. Raz do roku w tłocznię soku z jabłek zamienia się na chwilę Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim. Obywa się wtedy coroczne, tłoczenie soku z historycznych odmian żuławskich jabłoni. Sprawdźcie w kalendarzu i zapiszcie sobie termin. Ale nie oszukujmy się, że te delicje kupimy tanio. Wielkie sieci handlowe, które kuszą nas „codziennie niskimi cenami” - szynką za 15 zł, serem żółtym po 12 zł, powidłami za dwa pięćdziesiąt czy białą kiełbasą „po dychu” psują rynek i oszukują klienta, który w tym wypadku chce być tumaniony. Chce wierzyć, że w trosce o jego portfel i zdrowie owe sieci handlowe „skłoniły, wynegocjowały, namówiły” producentów, żeby oferowali nam swe wspaniałe wyroby za grosze. Piszę o tym z gorzką ironią, bo nie trzeba być ekonomistą, żeby obliczyć, że przy obecnych cenach skupu żywca (ok. 5 zł w połowie marca 2016 r. ) nie można wyprodukować baleronu po 17 zł (cena z ulotki pewnego marketu). To samo dotyczy nabiału, warzyw, owoców etc. Musimy mieć świadomość, że kupujemy tanio byle co albo też, że producenci zostali przyparci do muru. Pytanie tylko jak długo dadzą radę wytwarzać na granicy opłacalności lub poniżej (co czasem ma miejsce)? Ceny w Żuławskich smakach nie są najniższe, ale kto spróbuje, ten stwierdzi, że warto zapłacić 11,99 zł za słoik ogórków kiszonych, 7, 99 zł za bochenek chleba żytniego czy od 30 do prawie 50 zł za słoik miodu. Ale za to nie ma na nim napisu: „Mieszanka miodów pochodzących z państw członkowskich Unii Europejskiej i spoza UE” tylko: „Miód rzepakowy/ wielokwiatowy/ leśny/ gryczany”. A producent (czyli Miody Gustaw) deklaruje: „Prowadzimy pasiekę wędrowną to znaczy że przewozimy nasze ule w miejsca gdzie znajdują się pożytki pszczele. Pierwszym miodem który pozyskujemy to miód rzepakowy, następnie dzielimy naszą pasiekę i wywozimy je w zależności od znalezionych Andrzej Kasperek 77 pożytków takich jak: lipa, nostrzyk, facelia, ogórecznik lekarski, gryka, nawłoć”. Pora przestać się oszukiwać - żywność musi kosztować. Decyzja zależy od nas, możemy jeść mniej, ale lepiej i smaczniej. Oraz zdrowiej. Żołądka nie da się oszukać. Doceniam świetnie przygotowaną stronę internetową, estetykę opakowań, logo i ciekawe pomysły. Na przykład Skrzynki Smaku, czyli drewniane skrzynki z zestawami produktów, doskonałe jako niebanalny prezent. Najbardziej „wypasiona” kosztuje 249 zł. Są też skromniejsze tekturowe zestawy, np. z powidłami śliwkowymi, dżemem z czarnej porzeczki i malinami w syropie. Sklep nastawiony jest na sprzedaż przez internet, gwarantuje dostawę zamówienia w ciągu 48 godzin w Trójmieście i okolicach. Mam nadzieję, że uda się im poszerzyć sprzedaż na formę stacjonarną. Stworzenie stoisk w delikatesach to zabieg kosztowny, ale dający inną pozycję. Zastanawiam się, czy w stolicy Żuław jest sklep, w którym taki dział z regionalnymi produktami mógłby się ulokować z pożytkiem dla konsumentów i kupców? Na razie żaden nie przychodzi mi do głowy. Życzę Żuławskim Smakom trzymania osiągniętego poziomu jakości produktów, rozwoju firmy i sukcesów na trudnym i kapryśnym rynku. Tłoczenie soku z jabłek, fot. archiwum 78 Kajakiem po zapomnianych rzekach podelbląskich Żuław Karolina Manikowska KAJAKIEM PO ZAPOMNIANYCH RZEKACH PODELBLĄSKICH ŻUŁAW Na wstępie tego tekstu chciałabym zauważyć, że osoby, których wycieczki on dotyczy, nie są wytrawnymi, ani nawet średnio zaawansowanymi kajakarzami. Bądźmy szczerzy - była to raptem nasza trzecia wyprawa po żuławskich ciekach. Cóż chcę przez to powiedzieć? Ano to, że skoro my mogliśmy odbyć taką wyprawę, to mogą wszyscy. Gorąco do tego zachęcamy. Od lat zwiedzamy Żuławy rowerami. Owocem fascynacji regionem i jego historią jest przewodnik pt. Żuławy rowerem, którego drugie wydanie ukazało się kilka miesięcy temu. W ub. roku nasz kolega prowadzący w Białej Górze koło Sztumu wypożyczalnię kajaków, postanowił namówić nas na poznawanie Żuław z perspektywy wodnej. Początkowo wydało się nam to dość absurdalnym pomysłem ze względu na nasze niemal zerowe doświadczenie kajakowe. Jednak już 7 czerwca odbyliśmy pierwszą żuławską wyprawę kajakiem. Bolały nas po niej ręce i grzbiety, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że nawet żółtodzioby są w stanie poradzić sobie na praktycznie pozbawionych nurtu rzeczkach Żuław. Wycieczka w pierwszą, gorącą sobotę lipca ubiegłego roku była naszą trzecią z kolei, a szczególnie przez nas mile wspominaną, dlatego też postanowiliśmy ją przybliżyć innym, ze względu na malowniczą trasę. Karolina Manikowska 79 Postanowiliśmy zacząć od Kanału Modrego. Przed 1945 r. ten nosił on nazwę „Ver-lorenes Fliess”, czyli „stracony” „próżny” ciek. Faktycznie, jest on spławny wyłącznie na krótkim na odcinku żuławskim - od Kępniewa do rzeki Dzierzgoń, w której kończy swój bieg. Wcześniej, pomiędzy Budziszem a Chojtami, ma on szerokość rowu melioracyjnego. Zdecydowaliśmy więc zwodować się przy mostku pomiędzy Kępniewem a Brudzędami. Nasze ambitne plany podziwiali najmłodsi mieszkańcy Kępniewa. Niestety, po ok. 50 metrach wpadliśmy w okropne trzcinowisko, a przedzierając się przez nie (co przypłaciliśmy całkowitym oblepieniem przez trzcinowe robactwo) zrozumieliśmy, że trzeba było zacząć odrobinę dalej. Bo też dalej było już normalnie. Kanał Modry na swym żeglownym odcinku jest prosty, jak rynna. Już wkrótce po wypłynięciu na czystą wodę mogliśmy podziwiać zagrodę olęderską, która jakby przycupnęła przy jego brzegu, tuż za wałem. Wieś Kępniewo była lokowana w 1337 r. przez komtura dzierzgońskiego Hartwicha von Sonnenborn. Już w 1584 r., a więc bardzo wcześnie, posiadłości kępniew-skie zasiedlili na prawie holenderskim (tzw. emfiteuza, czyli rodzaj trwałej, dziedzicznej dzierżawy) sprowadzeni z Niderlandów mennonici, którzy mieli za zadanie osuszyć teren po cofnięciu się jeziora Druzno. Pozostał po nich jest piękny cmentarz na terenie wsi, a także jej charakterystyczny, „rozrzucony” układ oraz zabudowa, w tym wspomniane zagrody olęderskie. Ta, którą oglądaliśmy, reprezentowała tzw. typ wzdłużny lub liniowy, zwany przez Niemców Langhofem. Charakteryzuje się tym, że budynek mieszkalny połączony jest w prostej linii z oborą i stodołą. Można rzec, że wszystko znajduje się pod jednym dachem. Nasza obecność na wodzie zadziwiła zarówno młodych ludzi, którzy szukali ochłody w Kanale, jak i przedstawicieli fauny - łabędzie i piękną czaplę siwą. Najwyraźniej nieczęsto widuje się tam kajakarzy. Niestety, nawet z poziomu kajaka można zauważyć, jak bardzo niekorzystną dla Żuław cezurę wyznaczył rok 1945. O tym, że przedwojenni mieszkańcy Kępniewa i Brudzęd odwiedzali się, przekraczając kanał, świadczą smętne 80 Kajakiem po zapomnianych rzekach podelbląskich Żuław pozostałości drewnianych mostków, których nikt później nie miał ochoty naprawić. Chwilę później, po wpłynięciu na wody żeglownej na żuławskim, ujściowym odcinku rzeki Dzierzgoń, do której w okolicach Rachowa wpada Kanał, ujrzeliśmy zrujnowane przyczółki mostu kolejowego linii Elbląg - Myślice, rozebranej w 1945 r. przez Rosjan. I pomyśleć, że moglibyśmy dziś poruszać się po Żuławach szerokotorową koleją w innym jeszcze kierunku niż Elbląg - Gdańsk, podziwiając urodę pól, łąk, kanałów i tradycyjnej zabudowy. Niestety, to se ne vrati. Gorycz rozmyślań złagodził wkrótce widok kolejnych zagród olęderskich po prawej stronie koryta rzeki. Te zabudowania należą do wioski wdzięcznie nazwanej Dzierzgon-ką. Niegdyś w tym miejscu istniały 3 odrębne wioski (Sorgenort, Stobbendorf i Spitzen-dorf), zasiedlone na prawie holenderskim w 1676 r., ale w XX w. te dwie ostatnie miejscowości zostały wchłonięte przez Sorgenort, czyli Dzierzgonkę właśnie. Stanowi ona relikt dawnego typu osadnictwa - to rzeka pełniła tu rolę głównego szlaku komunikacyjnego, a zabudowa była lokalizowana wzdłuż niej. Wieś o takim układzie przestrzennym nazywa się ulicówką wodną. Dopiero w późniejszym czasie w Dzierzgonce pojawiła się dodatkowa droga biegnąca wzdłuż wału. Wkrótce przepłynęliśmy pod mostem obrotowym, pochodzącym prawdopodobnie z początku XX w, który spina Dzierzgonkę z Nowym Dolnem. Mieliśmy dobry widok na niewielki dom podcieniowy, zlokalizowany tuż obok zjazdu z mostu do Nowego Dolna. Karolina Manikowska 81 Most jest niezwykłym zabytkiem techniki i dowodem na pomysłowość inżynierów, którzy, uwzględniając potrzeby mieszkańców - zarówno przeprawiających się przez rzekę, jak i płynących nią - stosowali różne rozwiązania. Tutaj przęsło mostu od strony Nowego Dolna obracało się za pomocą specjalnego mechanizmu, otwierając tym samym drogę wyższym jednostkom pływającym. Innym rozwiązaniem, również popularnym na Żuławach, były mosty zwodzone, pojedyncze lub o dwóch podnoszonych przęsłach. Niestety, wszystkie te obiekty w okolicach Elbląga są obecnie trwale unieruchomione, gdyż rzek nie wykorzystuje się już do transportu. Wielka to szkoda, gdyż niegdyś stanowiły ważne szlaki komunikacyjne, nieocenione zwłaszcza w czasie przedwiosennych roztopów, kiedy nie można było liczyć na sprawne przemieszczanie się rozmiękłymi drogami. Jeszcze po II wojnie pływano rzeką Dzierzgoń do i z Elbląga, a most się otwierał, ale i to się skończyło. Zabudowania wzdłuż rzeki stoją poniżej lustra wody, a więc płynąc, oglądaliśmy głównie ich szczyty i dachy, zatopione w bujnej zieleni. Praktyczny brak nurtu poskutkował w niektórych miejscach silnym zarośnięciem rzeki grzybieniami białymi, zwanymi też nenufarami oraz grążelami żółtymi, przez które trudno było się przebić. Potem znowu wypłynęliśmy na czyściejsze wody, ale tym razem musieliśmy mieć się na baczności przed nastawionym bojowo łabędziem, który chronił swoją połowicę i potomstwo. Byliśmy świadkami przegnania dwojga intruzów tego samego gatunku, którzy ośmielili się zbytnio zbliżyć do rodzinki. Wlekliśmy się więc za nią, a samiec od czasu do czasu łypał na nas groźnie, dając do zrozumienia, że nie życzy sobie obecności obcych w domu. No tak, w końcu byliśmy tam tylko gośćmi. Problem rozwiązał się sam w momencie, gdy łabędzia rodzina skręciła w stronę Jeziora Drużno - rezerwatu przyrody i ptasiego raju, a my wpłynęliśmy pod (niewyczuwalny) prąd na Balewkę. Rzeka ta była na tym odcinku znacznie szersza niż Dzierzgoń, ale też mocniej zarośnięta, więc początkowo mieliśmy sporo trudności z przebiciem się kajakami przez wodną „łąkę”. Później było już trochę lepiej. Zabudowa stała się rzadsza, a z lewej strony towarzyszył nam las, niegdyś gęsto porastający Żuławy, dziś stanowiący nieco powyżej 1 procenta ich powierzchni. Dalekie echo tych dawnych czasów słyszalne jest w niemieckich nazwach niektórych pobliskich wsi, z końcówką - walde, np. Augustwał-de, Hohenwalde, Wengelwalde. Płynęło się bardzo miło, ale w pewnym momencie na ziemię sprowadził nas swoim telefonem Artur, który oznajmił, że dalej rzeka jest tak zarośnięta, iż nie ma żadnych szans na kontynuowanie spływu. No cóż, musieliśmy zakończyć wyprawę gdzieś pomiędzy Markusami a Wiśniewem. Szkoda, że podelbląskie małe rzeki straciły na znaczeniu; szkoda, że nikt ich nie oczyszcza z nadmiernie rozrośniętej roślinności, że nikt nimi, prócz nielicznych rybaków, już nie pływa. Jest to bowiem doskonały sposób na przekonanie się, jak niegdyś wyglądało życie mieszkańców Żuław, kiedy te, będąc krainą wydartą wodzie i jednocześnie z nią nierozłącznie związaną, kwitły dzięki zrozumieniu i szacunkowi jej okazywanemu. Na tropach historii Adam Langowski MYŚLIWSKIE OPOWIEŚCI ADAMA LWA SOŁTANA Waplewo, dawna siedziba hrabiów Sierakowskich, zajmuje ważne miejsce w historii Powiśla i Pomorza. Kolejni przedstawiciele rodu, począwszy od Teodora, a kończąc na Stanisławie, angażowali się w działalność narodową i publiczną, przyczyniając się do stworzenia w tym miejscu silnego ośrodka kultury polskiej. Dodajmy, że pierwszy z wymienionych, zajmujący urząd kasztelana słońskiego, scalił dobra waplewskie i utrzymał majątek po I rozbiorze Rzeczypospolitej, a drugi pełnił funkcję prezesa Związku Polaków w Niemczech i został w bestialski sposób zamordowany przez hitlerowców w 1939 roku. O patriotyzmie dawnych właścicieli Waplewa świadczy również postawa Kajetana Onufrego Sierakowskiego, posła na Sejm Czteroletni i autora broszury politycznej pt. „Do uprzedzonych względem Konstytucji dnia 3 maja 1791 roku zapadłej”. Istotną rolę w umacnianiu tradycji narodowych odegrali również krewni i przyjaciele rodziny, wśród których należy wyróżnić Adama Lwa Pereświta Sołtana, brata Marii Siera- Adam Lew Sołtan, fot. ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie kowskiej, żony Alfonsa Sierakowskiego, dziedzica dóbr waplewskich w latach 1842 - 1876. Mieszkając w Waplewie, Adam Lew Sołtan pełnił przede wszystkim funkcję bibliotekarza. Uporządkował pokaźny księgozbiór i sporządził do niego alfabetyczny katalog kartkowy, co było pracą niełatwą, ponieważ, jak przyznał w maju 1876 roku w jednym z listów do Józefa Ignacego Kraszewskiego, musial „sam jeden, bez pomocy, książki z 10 tysięcy tomów układać według języków i przedmiotowo”'. Liczba książek podana w korespondencji do słynnego pisarza pokazuje, że Sołtan kierował jedną z największych polskich bibliotek prywatnych na Pomorzu. Do zadań brata Marii Sierakowskiej należało również sprawowanie opieki nad zbiorami sztuki i rodzinnymi pamiątkami Sierakowskich, Sołtanów i Pociejów. Autor monografii o Waplewie, prof. Andrzej Bukowski, nazwał go „strażnikiem waplewskich skarbów”2. Dzieła zgromadzone w pałacu podziwiali znani Polacy, m. in. Jan Matejko, Oskar Kolberg, Stanisław Tarnowski, czy wspomniany wcześniej Józef Ignacy Kraszewski. Zaproszenia dla nich w imieniu gospodarzy Waplewa wysyłał często sam Sołtan, który 1 Cyt. za: K. Świerkosz, Z historii poszukiwań rozproszonej biblioteki waplewskiej w zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN [w:] Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Ludzie, miejsce, kolekcja, Gdańskie Studia Muzealne 8, Gdańsk 2015, s. 241. 2 A. Bukowski, Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim, Wrocław 1989, s. 169. Adam Langowski 83 później jako pierwszy witał znakomitych gości na dworcu kolejowym. Wiatach 1863-1868 przygotował dla Kraszewskiego kopiariusz listów Zygmunta Krasińskiego do swego ojca, które stanowiły jedną z najcenniejszych pozycji w zasobie biblioteki waplewskiej3. Adam Lew Sołtan urodził się 30 stycznia 1824 roku w Zdzięciole na Litwie, jako syn Adama i Idalii z Pociejów. Ojciec waplewskiego bibliotekarza, oficer wojsk polskich z okresu Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, uczestniczył w powstaniu listopadowym, a po jego upadku udał się na polityczną emigrację. Adam Lew wraz z braćmi wychowywał się u dziadka Stanisława Sołtana w Rydze. W 1835 roku na mocy imiennego ukazu cara Mikołaja I synowie pułkownika Adama Sołtana zostali odebrani rodzinie i przymusowo umieszczeni w moskiewskim Korpusie Kadetów. Tam pozbawiono ich wszelkich kontaktów z bliskimi i poddano rusyfikacji. W 1848 roku, po ukończeniu korpusu i odbyciu obowiązkowej służby wojskowej, Adam Lew złożył dymisję, która została przyjęta. Po zwolnieniu ze służby osiadł na Polesiu, gdzie objął odziedziczony po matce majątek Terebieżów (Cierebieżów) nad Horyniem. W 1856 roku sprzedał go Cezaremu Olszy i przeniósł się do Prus. Rok później, po dwudziestu siedmiu latach rozstania, spotkał się w Berlinie z ojcem. W 1863 roku wziął udział w powstaniu styczniowym, walczył na Wołyniu. Dowodził ponad trzystuosobowym oddziałem, który został rozbity w rejonie Mozyrza. Po powstaniu wyjechał do Prus. W Dreźnie zaprzyjaźnił się z Józefem Ignacym Kraszewskim. Ostatecznie zamieszkał w Waplewie u siostry Marii z Sołtanów Sierakowskiej. Okresowo przebywał również w Poznaniu4. W końcowym okresie życia często odwiedzał Gdańsk, gdzie zbierał materiały na temat biskupa Jana Dantyszka. Wtedy też poznał Marię Wicherkiewiczową, młodą pisarkę, która w swoich wspomnieniach spisanych w 1957 roku zamieściła ciekawą charakterystykę Sołtana: „Choć postać zmęczona życiem, wzrok stalowych ongiś oczu przygaśnięty, włos przyprószony siwizną - to jeszcze z sępiej twarzy biła siła ducha i niespożyta energia. Ten zawsze tlący znicz, nieugaszony żadnym nieszczęściem, wybuchał przy opowiadaniach i gawędach, ujawniał się przy sporach, konfliktach honorowych, sprawach obywatelskich, w rozmowach prowadzonych w klubach czy salonach. Dla młodego pokolenia patrzącego na bohaterską postać starca Sołtan był wzorem szlachetności, uczynności i abnegacji (...) W rozmowie cięty, nieustępliwy i bezkompromisowy"5. Aktywność obywatelska Adama Lwa Sołtana, o której pisze Wicherkiewiczową, była godna podziwu. Powiązany z kręgiem działania Józefa Ignacego Kraszewskiego, popierał hasła pracy organicznej, szczególną wagę przykładając do rozwoju oświaty6. Waplewski kustosz był cenionym korespondentem wielu gazet i czasopism. Swoje teksty publikował m. in. w „Dzienniku Poznańskim”, „Tygodniku Wielkopolskim”, „Gazecie Toruńskiej” oraz w drezdeńskim „Tygodniu”. Wspierał finansowo wydanie „Złotej księgi szlachty 3 Pełne wydanie listów nastąpiło dopiero w 1970 r. Zob. Krasiński. Listy do Adama Sołtana, oprać, i wstęp Z. Sudolski, Warszawa 1970. Ostatnio przypomniał jej. Ryszkowski, zob. jego artykuł: Stałem się ruiną ciała... Zygmunt Krasiński pisze na Waplewo, „Prowincja” 2015, 3 (21), s. 119-132. 4 E. Orman-Michta, Sołtan Adam Lew [w:] IPSB, http://ipsb.nina.gov.p1/index.php/a/adam-lew-soltan 5 M. Wicherkiewiczową, Opowieść o moim Gdańsku (1894-1897) [w:] Trzy pamiętniki pomorskie, oprać. J. Borzyszkowski, Gdańsk 1982, s. 161. 6 Zob. J. Konieczny, Kulturotwórcza działalność Adama Lwa Sołtana (Karta z dziejów Waplewa), „Universitas Gedanensis”, R. 25, t. 45, 2013, s. 155-173. 84 Myśliwskie opowieści Adama Lwa Sołtana polskiej” Teodora Żychlińskiego, której był jednym z pomysłodawców. Przyczynił się do utworzenia Kółka Towarzystwa Polskiego na uniwersytecie w Królewcu. Wydał broszurę polityczną „Jak Austria ocalić się może” . Cechy charakteru Sołtana wymienione przez autorkę „Opowieści o moim Gdańsku” przede wszystkim owa skłonność do snucia opowieści i gawęd, widoczne są w jego mało znanej korespondencji do lwowskiego „Łowca”. Wspomniane czasopismo stanowiło organ Galicyjskiego Towarzystwa Łowieckiego (GTŁ), utworzonego w 1876 roku z inicjatywy Włodzimierza hr. Dzieduszyckiego. Po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu niepodległości przez Polskę GTŁ zmieniło nazwę na Małopolskie Towarzystwo Łowieckie8. Pierwszy numer „Łowca” ukazał się 10 stycznia 1878 roku pod redakcją Józefa Łozińskiego, pełniącego również funkcję kustosza Biblioteki Poturzyckiej Włodzimierza hr. Dzieduszyckiego. Warto podkreślić, że „Łowiec” był pierwszym na ziemiach polskich wydawnictwem periodycznym poświęconym łowiectwu9. W marcu 1878 roku na łamach warszawskiej „Biesiady” Józef Ignacy Kraszewski zwrócił uwagę na pojawienie się nowego pisma: „Z pism peryodycznych, które w nowym roku się narodziły na świat, zasługuje na wspomnienie we Lwowie zapowiedziany „Łowiec”. Numer jego pierwszy, który już wyszedł, jest jakby tylko wezwaniem wszystkich pióro trzymających Nemrodów naszych do czynnej kolla-boracyi. Sądząc z tradycyonalnego u nas miłośnictwa łowów i liczby myśliwych, możnaby pismu, poświęconemu tej rozrywce rycerskiej, wróżyć wielkie powodzenie, mnogich czytelników i współpracowników. Myśliwi zawsze słynęli z żywej w opowiadaniachfantazyi i twórczej siły, ale z wielkiego zamiłowania do drukowanego papieru znani nie są. W każdym razie życzymy „Łowcowi”powodzenia, nie śmiejąc mu go wróżyć”10. W przypadku Adama Lwa Sołtana pasja myśliwska łączyła się z darem opowiadania barwnych historii oraz sprawnością w posługiwaniu się piórem, dlatego jego teksty o tematyce łowieckiej warte są poznania. Artykuły Sołtana, w większości pisane z Waplewa, drukowane były na dalszych stronach „Łowca”, w dziale „Kronika”. Pierwszy tekst, zatytułowany „Wilk wspólnik uczty myśliwskiej”, ukazał się we wrześniu 1878 roku11. Autor na wstępie przedstawił się jako „stary myśliwy”, wyraził zadowolenie z powstania nowego pisma i życzył redakcji powodzenia. Potem wyjawił powody, dla których sięgnął po pióro: „Tyle podaje „Łowiec” szczegółów ciekawych o wilkach, że wzięła mnie chętka dodać ciekawy epizod z polowania na gniazdo wilcze”. Następnie przeszedł do opowieści: „Znany był na całą Litwę obywatel Dagobert Cieplicki z przygód awanturniczych łowieckich, o nim i sławnej jego karej klaczy pełno podań, a ostatnia nawet po sobie ma kopiec. Na polowaniu w dobrach jenerałowej Niesiołowskiej, ostatniej z rodu Paców, pan Dagobert ze 7 E. Orman-Michta, op. cit. 8 Zob. S. Krogulski, Pół wieku. Zarys działalności Małopolskiego Towarzystwa Łowieckiego 1876-1926, Lwów 1929. 9 Drugie ważne pismo, „Łowiec Polski”, powstało w Warszawie dopiero 1 kwietnia 1899 r., a jego redaktorem był Jan Sztolcman. 10 Cyt. za: S. Krogulski, Pół wieku. Zarys..., s. 13. 11 „Łowiec”, nr 9 z 1 września 1878 r., s. 141. Adam Langowski 85 swymi psami, na owej klaczy zapędził się daleko w pole za wilkiem. Wprawne psy wilka chwyciły, a Dagobert zeskoczył z klaczy i wilka spętał w ten sposób smyczą, że pysk i tylne nogi związał silnie, dopomógł mu w tern nadbiegając jego strzelec. Mając tak skrępowanego wilka, przewiesił przez plecy, i z tą zdobyczą wracał na folwark, gdzie towarzysze polowania obiad zajadali. Zaproszono i wilka na obiad, przywiązano do krzesła, ale bestya nic jeść nie chciała. Rozochoceni myśliwi wnieśli zdrowie Dagoberta i wilka, i wilkowi gwałtem wlano butelkę wina szampańskiego. Wilczysko nie mało wina musiało połknąć, bo gwałtownie wlewano. Po uczcie wilka wpakowano do worka, i dalej za bramę z nim, by sprawić łatwe, jak się zdało, szczucie wilka psami, a w końcu zabić. Myśliwi ustawili się gęsto, tak, że zdawało się nie sposób, by wilk uszedł. Zaraz za bramą puszczono wilka z worka, ten przez chwilę stał przestraszony na miejscu, i obzierał się w koło, a gdy myśliwi gorączkowo śledzą i wyczekują, jak zacznie w pole uciekać, wilk mądry zadrwił z nich, bo raptem posunął między ludzi w tył w bramę, i znikł między budynkami, przesadził gdzieś płot, i znikł bez wieści. Tak więc szampana się napili na podziękę odpłacił drwinkami, wymykając się po angielsku bez pożegnania”. Kolejny artykuł, „Łowy kaczek na sadach i cietrzewi na szatry”, pojawił się dwa miesiące później12. Sołtan opisał w nim bardzo popularny na Polesiu zwyczaj polowania na kaczki, zwany „łowami na sady”. Swoje rozważania rozpoczął od pochwały litewskich stron, które „obfitują w miliardy wszelkiego rodzaju ptactwa, a szczególnie we wszelkie rodzaje kaczek i cietrzewi”. Następnie wyjaśnił pojęcie „sady”. Mieszkańcy Polesia nazywali tak stada kaczek gromadzących się późną jesienią na trudno dostępnych akwenach, otoczonych bagnami i lasami. Kaczki w ciągu dnia siedziały spokojnie na wodzie jedna przy drugiej, nocą zaś odlatywały na żer. Po wypatrzeniu takiego stada organizowano polowanie, które odbywało się w następujący sposób: „Wieczorem, gdy odlecą kaczki na żer, zaciągają w miejsce sadu małe czółenka, z dębu zrobione, bezpieczne jako tako i to tyłko dla urodzonego poleszuka lub poleszuczki, na jedną osobę lub czasem dla dwóch. Czółenka te nazywają duszegubkami, a bardzo trafnie, bo nie-poleszuk puszczając się tern czółenkiem, może bardzo łatwo duszę zgubić. Czółenka te spuszczają się na wodę sadu, i wbijają doń mocne koły w poprzek wody, na tych kołach od dołu przywiązują siecie dosyć cienkie, długie na kilka sążni, a szerokie na dwa. Górne końce sieci mają żelazne kółka i te zakładają na kół, u góry na ruchomy hak. Takich sieci w poprzek i w paraleli do siebie ustawia się kilkadziesiąt co kilka kroków. Co dwie sieci w krzak wsuwa się człowiek z czółenkiem i czeka świtu. Ze świtem śród mgły, zwykle w późnej jesieni massami na swoje sady w całym pędzie lotu wracają kaczki i uderzają o sieć, ruchomy hak się usuwa i sieć z żelaznym kółkiem upada. Kaczki w ten sposób jak w worku własnym ciężarem zatapiają się, wtedy człowiek dozorujący na czółnie, wyciąga z sieci kaczki, w pośpiechu w najbardziej barbarzyński sposób zabija, wrzuca do czółna, zaraz kółka podnosi i na hak zawiesza”. Sołtan niechętnie uczestniczył w takich polowaniach, uważając je za zbyt brutalne. Dał temu wyraz w dalszej części artykułu: „Ja na tego rodzaju barbarzyńskim połowie byłem tylko raz, namawiany przez mego o miedzę sąsiada, marszałka Faustyna Kulikowskiego, dziedzica pięknego majątku na Ukrainie Motowidłówki i na Polesiu Wołyńskiem Wysocka. Tak on upodobał sobie Polesie, że do końca 12 Ibidem, nr 11 z 1 listopada 1878 r., s. 172. 86 Myśliwskie opowieści Adama Lwa Sołtana życia tam mieszkał. Byłem tedy świadkiem nadzwyczajnego rezułtatu łowów kaczek na sady -formalnie stertę ułożono z kaczek, posłano po jednokonne furmanki poleskie, siedm furmanek nie mogło tego zabrać, mimo to, że łudziom, którzy byli przy łowach, pozwolono tyle zabrać kaczek, ile unieść zdołają. Kaczki z tego rodzaju łowów zwykle się skubią, opiekają i w beczkach marynują i są bardzo dobrym przysmakiem do zimnych śniadań; ale kto raz był na tego rodzaju łowach, to pewnie drugi raz nie zechce się patrzyć na to okropne, barbarzyńskie dobijanie kaczek, co jest potworne i obrzydzenie wzbudzające". Po przedstawieniu polowania na kaczki, opisał jeszcze łowy na cietrzewie z użyciem specjalnych siatek, zwanych „szatrami”, które mocowano na grubym palu i rozwieszano na mniejszych palikach wbitych dokoła. Wokół głównego pala wysypywano zanętę w postaci hreczki lub owsa. W czasie żerowania cietrzewi pod szatrem ukryty za drzewem strzelec pociągał za sznur i spuszczał siatkę, która opadała na ptaki, a następnie dobijał uwięzione zwierzęta. Brat Marii Sierakowskiej nie był zwolennikiem żadnego z opisanych polowań, co podkreślił pod koniec artykułu, pisząc: „Oba te rodzaje łowów, nie mając w sobie nic rycerskiego powinne być jako barbarzyńskie zaniechane, ale na Polesiu pod rządem rosyjskim długie jeszcze lata postępu i ochrony zwierzyny czekać - prawo o polowaniu pewnie i tam exystuje, ale niestety tylko na papierze, wszelką zwierzynę bije się o każdej porze i niszczy lekkomyślnie część bogactwa krajowego". W numerze grudniowym z 1879 roku13 Sołtan wszedł w polemikę z autorem tekstu „Łowiectwo w Rosyi”, który stwierdził, że rysie nigdy nie napadają na domowe zwierzęta. Według Adama Lwa rysie stanowiły zagrożenie zarówno dla saren i łosi, jak również dla domowych zwierząt, co poparł przykładem: „(...) u siebie miałem kilka razy zdarzenia, że ryś śród dnia rzucił się na bydło, i albo śmiertelnie pokaleczył tylko, lub też dowali się nasycił ciepłą krwią i mięsem. Co się zaś tyczy łosi, to istotnie w zwykłej porze ryś na nie się nie rzuca, lecz gdy zimą loś w głębokim śniegu zapada, a ryś nie przebija powierzchni śniegu, wtedy nie raz próbuje ścigać łosia, i czasem nie bez skutku. Raz łowczy u mnie znałazł taką ofiarę (łoszę) w lesie, i odstawił do dworu mocno z tyłu nadszarpaną, z wyciągniętemi wnętrznościami". Dodał, że na Litwie występują dwa rodzaje rysi. Większe osobniki z brzydszą sierścią i mniej cętkowane, włościanie nazywają chłopami, a drugie, mniejsze, z delikatniejszą sierścią i bardziej cętkowaną, określano mianem szlachty. Na koniec swoich rozważań przybliżył jeden z przesądów dotyczący rysia: „Jest też u chłopów litewskich przesąd co do rysiów, iż jeżeli który z nich mało jest centkowa-ny, to należy go zaraz po zabiciu, póki jeszcze ciepły, w ziemi zakopać, a wtedy cętki wystąpią. U siebie nie praktykowałem na zabitych rysiach tego sposobu, ale wielu poręczyło ów skutek. Nie doświadczywszy tego osobiście, uważam to za przesąd ludowy". W tekście z lutego 1880 roku14, napisanym w Poznaniu, odniósł się do opisu jazdy oklep na dziku, zamieszczonego w noworocznym numerze „Łowca”. 13 Ibidem, nr 12 z 1 grudnia 1879 r., s. 189. 14 Ibidem, nr 2 z 1 lutego 1880 r., s. 29. 87 Adam Langowski Winieta „Łowca”, skan Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa Sołtan zaczął nieco prowokacyjnie od uwagi, że natura galicyjskich dzików jest łagodniejsza od dzików puszcz litewskich. Przestrzegał przed jazdą oklep na dziku, ponieważ jest to bardzo ryzykowne i przytoczył pewne zdarzenie: „Polując bardzo często na dziki na Polesiu litewskim, gdzie na całą Polskę najśmielsi i naj-doświadczeńsi Poleszucy myśliwi, zdarzyło się, że ranny dzik przez kilkadziesiąt psów na miejscu był oszczekiwany. Jeden z doświadczeńszych i tęgich strzelców pierwszy doskoczył, ale pojedynka nie dopisała, zawiodła, rzuca więc strzelbę i z tyłu wskakuje na dzika, chwyta za uszy i krzyczy, by mu podano noża, dobiega ksiądz, ale boi się przystąpić, doskoczyłem ja, i z tyłu między psami a borykającym się strzelcem Potapem udało mi się tak dostać, że z rewolweru w same ucho dwa razy strzeliłem, i dzik padł. Ale co za smutny widok! Strzelec Potap, który miał grube buty po pas i dwoje wełnianych szarawar, na raz czuje w bucie ciepło, a potem omdlewa, pokazało się, że w czasie dość długiej jazdy okłep, zdołał dzik dwa razy ciąć. Potap przełeżał kilka tygodni, i przez całe życie upadał na nogę. W czasie tego borykania skaleczył mi dzik 13 psów, a kilka śmiertelnie. Jako doświadczony w polowaniu na dziki nie radzę przeto próbować jazdy oklep na prawdziwym dziku”. W tym samym artykule przedstawił także inną historię: „Raz miałem takie zdarzenie. Dzik po strzale padł na miejscu, i ani się ruszył. Strzelec, co go zabił, siadł na nim i łułkę sobie zapalił, gawędząc z otoczeniem. To dość długo trwało. Jeden z obławy palnął dzika kijem, lżąc go, dzik się zerwał, obalił siedzącego, i kłem skaleczył rękę, która została bezwładną na całe życie, odskoczył na kilka kroków i ducha wyzionął”. 88 Myśliwskie opowieści Adama Lwa Soltana Całość zakończył ponownie prowokacyjnym stwierdzeniem o wyższości dzików litewskich nad galicyjskimi, sugerując, że te drugie są „tchórzliwsze i bez heroizmu”. W sierpniu 1880 roku nawiązał do korespondencji z Krasiczyna i podał metodę polowania na pojedynczego dzika, opartą „na doświadczeniach własnych i litewskich wytrawnych myśliwych”. Oto sposób Sołtana: „Zwykle pojedynczy dzik da się osaczyć w stosunkowo małym kawałku lasu. Tak obsa-czonego upolować nie trudno bez straty psów. Dzik pojedynczy ma legowiska w gąszczu lub oczeretach, atakowany przez złajępsów, broni się najczęściej zawzięcie w miejscu w gąszczu, lub też zabezpieczając tył o grube drzewo, a obrona ta głównie polega na szybkich zwrotach głowy. Psy próbując odskakiwaniem uniknąć cięcia, znajdują przeszkodę w gąszczu, bywają więc cięte srodze. Doświadczeni myśliwi zapobiegają takiemu rezultatowi tym sposobem, że wysyłają w miot doświadczonego dojeżdżacza z jednym dobrym psem lub najwięcej dwoma. Gdy dzik lekceważy psa i w miejscu oszczekiwany, rzeczą jest dojeżdżacza zmusić dzika harapem i głosem do wyruszenia. Z dobrym dojeżdżaczem i jednym psem rzadko dzik ujdzie wytrawnym myśliwym, a tryumf bywa tern większy, że bez poświęcenia życia psów”. Ostatnia korespondencja do „Łowca” pochodzi z kwietnia 1885 roku. Był to wykaz upolowanej zwierzyny w dobrach waplewskich. Sołtan przyznał, że stan zwierzyny nie jest zadowalający, pomimo prawidłowej gospodarki leśno-łowieckiej, prowadzonej przez hrabiego Sierakowskiego, a problemy wynikają z „sąsiedztwa, czatującego na wszelką zwierzynę”. W statystyce przesłanej przez Adama Lwa czytamy: „Wostatnim roku ubito: 1 jelenia, 9 rogaczy, 87 zajęcy, 444 kuropatw, 44 dzikich kaczek, 5 słonek, 328 drozdów; ze szkodników: 1 leśną kunę, 3 tchórze, 28 lisów, 51 kotów, 68 zwykłych drapieżnych ptaków, 6 dużych jastrzębi, 151 wron i 26 wiewiórek”. Adam Lew Pereświt Sołtan zmarł 6 lutego 1901 roku w Waplewie po ciężkiej chorobie. Spoczywa w kaplicy grobowej Sierakowskich, ufundowanej w 1873 roku przez swojego szwagra, Alfonsa Sierakowskiego15. W nekrologu zamieszczonym w „Gazecie Gdańskiej ” napisano m. in.: „Tylko do Litwy tęsknił ustawicznie. Na polowaniach lubił opowiadać o wielkich obławach na grubego zwierza w litewskich kniejach, o nocach spędzanych w puszczach, i wyraźnie dawał poznać fatalną różnicę, jaka między naszemi nagankami na zające a polowaniem na niedźwiedzie zachodzi"16. Przytoczone słowa znajdują potwierdzenie w omówionej korespondencji Sołtana do galicyjskiego „Łowca”. Z pewnością artykułów o tematyce myśliwskiej nie można zaliczyć do głównego nurtu jego działalności, ale ich wartość jest duża, ponieważ ukazują osobowość autora, który odegrał znaczącą rolę w dziejach Waplewa. 15 W kaplicy waplewskiej pochowani są również ojciec Adama Lwa Sołtana - pułkownik Adam Sołtan (1792-1863) oraz brat Michał Sołtan (1830-1893), uczestnik powstania styczniowego. Za udzielenie tej informacji dziękuję Maciejowi Kraińskiemu, kierownikowi Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim. 16 Cyt. za: T. Żychliński, Złota księga szlachty polskiej, R. XXIV, Poznań 1902, s. 13 (208). Wacław Bielecki OPERA LEŚNA W ELBLĄGU (1912-1914) Mateuszowi, Markowi, Miłkowi, Tomkowi, Marysi, Marcie i Małgosi - moim wnukom - mieszkańcom Elbląga Ot fou '*** Kort G»MI -U—j Dii igenLSohsten derWaldoper 1913 • ćlbing - Kahlberg. Niektórzy wykonawcy opery „Nocleg w Grenadzie" oraz „Wolny strzelec” w Operze Leśnej w Elblągu i Krynicy Morskiej (Kahlberg) w 1913 r., fot. Internet, zob. przypis 4 90 Opera Leśna w Elblągu (1912-1914) Życie muzyczne Elbląga na przełomie XIX i XX wieku oraz na progu I wojny światowej nie doczekało się dokładniejszego opisu. W wielotomowej „Historii Elbląga” potraktowano je po macoszemu, poświęcając zaledwie siedem wierszy.1 Nieco więcej na ten temat napisał Krzysztof Bidziński w artykule „Muzyka w Elbingu w XIX-XX wieku”. Jest to jednak tekst trudno dostępny, który można czytać po uzyskaniu zgody autora. Opiera się on głównie na tym co autor wcześniej opublikował w „Elbląskiej Encyklopedii Muzycznej (XIII-XXI w.)2. Ale i tutaj wiadomości są skąpe, bo encyklopedyczne, poza tym pomijają niektóre bardzo ważne wydarzenia muzyczne z tego okresu. Do takich niewątpliwie na-leży powstanie i działalność Opery Leśnej w Elblągu wiatach 1912- 1914. O „tzw. Elbląskiej Operze Leśnej” można znaleźć wzmiankę w tekście Lecha Słodownika. W artykule o życiu teatralnym Elbląga pisze on, że: - „Od początku XX w. artyści grali również na wolnym powietrzu w ramach tzw. Elbląskiej Opery Leśnej, przede wszystkim w naturalnie ukształtowanej niecce przed restauracją w Bażantarni. Tutejsza sceneria idealnie pasowała m.in. do sztuki „Nocny obóz w Grenadzie”.3 Rzecz w tym, że wspomniana „sztuka” nie była przedstawieniem teatralnym, tylko bardzo znaną ówcześnie romantyczną operą. Więcej informacji i kilka unikatowych zdjęć dotyczących opery leśnej w Elblągu można zobaczyć w opublikowanym w Internecie tekście o teatrze elbląskim autorstwa Christy Miihleisen.4 Termin „opera leśna” zwykle kojarzy się ze znanym amfiteatrem w Sopocie, który zainaugurował swoją działalność w 1909 r. Było to miejsce, czasami zwane „Bayreuth Północy”, gdzie na łonie natury wystawiano dramaty muzyczne Ryszarda Wagnera, jak w prawdziwym Bayreuth w Bawarii. Festiwale poświęcone w całości twórczości tego kompozytora zaczęto organizować w Sopocie od 1924 roku, ale jako pierwszą pokazano tam romantyczną operę Conradina Kreutzera pt. „Nocleg w Grenadzie”.5 Po trzech latach, w roku 1912, ta samo dzieło otworzyło działalność Opery Leśnej w Elblągu.6 W artykule tym przedstawię trzy pierwsze lata działania Opery Leśnej w Elblągu w oparciu o zapowiedzi prasowe i recenzje ukazujące się w codziennej gazecie elbląskiej „Elbinger Neuste Nachtrichten” (w skrócie: ENN), znajdującej się w zbiorach Elbląskiej Biblioteki Cyfrowej. ROK 1912 - „NOCLEG W GRENADZIE” Jak doszło do powstania Opery Leśnej w Elblągu? Niewątpliwie duchem sprawczym tego przedsięwzięcia był muzyk Franz Rasenberger, kantor i organista w Kościele Mariackim, głównej świątyni ewangelickiej w mieście (obecnie jest tam Galeria El - WB) oraz dyrektor konserwatorium, szkoły muzycznej powstałej w roku 1900, która - trzeba to wyjaśnić - nie miała uprawnień szkoły wyższej. Doprowadził on do powstania 1 Historia Elbląga, Tom III, część 2 (1850-1920), pod red. Andrzeja Grotha, Wydawnictwo „Marpress” Gdańsk, s. 157 - 160. 2 K. Bidziński, Elbląska Encyklopedia Muzyczna (XIII-XXI w.), Elbląg 2014, Elbląskie Towarzystwo Kulturalne. 3 Lech Słodownik, Życie teatralne rozpoczęło się w Elblągu w połowie XVI wieku -http://dziennikelblaski. pl/142616,Zycie-teatralne-rozpoczelo-sie-w-Elblagu-w-polowie-XVI wieku.html#ixzz3tIdAGO4N 4 http://www.aefl.de/ordld/AK%20Elbing/ElbingerTheater090604/theater2.htm 5 Informacja ze strony internetowej, zob. hasło: Opera Leśna w Sopocie. 6 W okresie przed I wojną światową w Elblągu mieszkało około 60 tys. mieszkańców, w Olsztynie 33 tys., w Kónigsbergu 250 tys., w Gdańsku 200 tys. 7 Gazeta to przestała się ukazywać z końcem marca 1915 r. Wacław Bielecki 91 honorowego komitetu, którego zadaniem było utworzenie Opery Leśnej w Elblągu. W jego skład weszło ponad pięćdziesiąt znanych i wpływowych elblążan. Listę członków otwierają: hr. von Posadowsky - starosta, dr Merten - burmistrz Elbląga i Komnick-przedsiębiorca. Wśród pozostałych znaleźć można takie oto nazwiska (imiona wtedy najczęściej pomijano - WB): Schreder - poseł do parlamentu Rzeszy, Baerecke - poseł do parlamentu krajowego, Wilhelm i Wende -sędziowie, Weber - pastor, Dressler - redaktor „Elbinger Neueste Nachrchiten”, Meiselbach - redaktor „Elbinger Zeitung”, Ullrich - właściciel browaru, Wolff - zarząd kolei, Wagner - mistrz piekarnictwa oraz wielu innych - przedsiębiorców, urzędników, kupców.8 Jak widać, pomysł utworzenia opery leśnej miał liczne grono swoich zwolenników, ale byli też krytycy. Dowodzili oni, że amfiteatrów w Niemczech jest dużo i nie trzeba kolejnego. Niektórzy nawet ironizowali, dlaczego opery leśnej nie utworzyć, np. w Gołdapi. Z krytycznymi opiniami występowały gazety berlińskie oraz prawdopodobnie właściciele obu teatrów elbląskich, bojących się o spadek zysków. Udało się jednak pokonać wszelkie przeciwności i w środę 14 lipca 1912 r. o godzinie ósmej wieczorem doszło do historycznego wydarzenia - wystawienia opery „Nocleg w Grenadzie” Conradina Kreutzera. Odbyło się to w nerwowej atmosferze, ponieważ pogoda była niepewna. Recenzent podpisujący się inicjałami „PK” tak relacjonował tę sytuację: - Całą środę stawiano sobie pytanie i spekulowano, czy opera będzie wystawiona w Vogelsang (obecnej Bażantarni - WB), czy w Teatrze Miejskim? Odpowiedź zależała od tego, czy będzie padać, czy może przebije się słońce. O trzeciej po południu było już pewne: przenosimy się do Teatru Miejskiego. Ale jak tę decyzję podjęto, to w tym samym momencie 8 ENN 1912-08-06, s. 4. - Tłumaczenia tekstów i recenzji dokonał pan Józef Urbaniak z Lubeki, za co składam mu serdeczne 92 Opera Leśna w Elblągu (1912-1914) przejaśniło się niebo, wiatr przegonił deszczowe chmury i pojawiła się nadzieja na utrzymanie się bezdeszczowej pogody. Szybko zdecydowano, by znowu wszystko odwrócić i pozostać w operze leśnej. I to była dobra decyzja. Pogoda nie mogła być lepsza dla wykonania tego przedstawienia.9 Operę Kreutzera wystawiono w Vogelsang Wald, czyli w lesie o wdzięcznej nazwie „Ptasi śpiew”, obecnej Bażantarni, w naturalnym zagłębieniu obok restauracji „Gasthaus” (obecnie jest tu restauracja „Myśliwska” - WB). Wieczorem ściągnęli tutaj liczni słuchacze. - Tramwaje ciągle odjeżdżały trzema składami z przystanku na Starym Targu, a mimo to nie mogły zabrać natłoku ludzi, więc niektórzy poszli na piechotę. Wszyscy siedzieli mocno ściśnięci na widowni, głowa przy głowie. Znajdujące się wokół tarasy również były mocno zapełnione. Z każdego punktu była dobra widoczność na umieszczoną wyżej scenę.'0 Zanim przedstawię relację z tego spektaklu, podam kilka informacji o samej operze i jej twórcy. Kompozytor Conradin Kreutzer (1780-1849), to obecnie zapomniany muzyk. Jego największym dziełem okazała się wystawiona w 1834 r. w Wiedniu opera „Nocleg w Grenadzie”. Była ona bardzo często wykonywana nie tylko w Niemczech, ale także u nas, w Warszawie, we Lwowie i w Krakowie. Melodie jej były bardzo popularne, układano z nich liczne fantazje i transkrypcje.11 Akcja opery rozgrywa się w roku 1550 r. w hiszpańskiej Grenadzie. Jej treść można najkrócej przedstawić tak. Do mauretańskiego zamku przybywają na nocleg cesarscy myśliwi, którym przewodzi ukrywający swą prawdziwą tożsamość książę regent - przyszły cesarz Maksymilian II. Wśród goszczących ich pasterzy znajduje się piękna Gabriela i jej ukochany Gomez. Niestety, jej wuj Ambrosio chce ją wydać za swojego kumotra, starego pasterza Vasco. Nieopodal zamku mają swoją kryjówkę trzej pasterze, łotry, planujący obrabowanie i zabicie księcia. Przed tymi zbrodniczymi zamiarami ostrzega księcia Gabriela. Wszystko kończy się dobrze. Książę nie daje się zaskoczyć i pokonuje trzech złoczyńców, a w podzięce za pomoc wiąże ręce Gabrieli z ukochanym Gomezem.12 - W chwili kiedy orkiestra zasłonięta kurtyną zaczęła grać uwerturę, ogarnął słuchaczy uroczysty nastrój. Wspaniale brzmiała przepiękna muzyka w tym wieczornym, ciemnym, cichym lesie. Potem swą grę rozpoczęły reflektory, które wyjątkowo pięknie oświetlały korony drzew i mury zamku Maurów. - Jak wiadomo z zapowiedzi prasowych, scenografię zaprojektował i wykonał Reinhold Rasenberger, malarz artysta z Dusseldorfu, bratanek dyrektora muzycznego Franza Rasenbergera. - Malownicze chatki pasterskie i w połowie rozpadający się zamek pasowały do otoczenia. Dobrze zaprojektowano też miejsce zdarzenia - nocny obóz w Grenadzie, dla potrzeb prezentacji w operze leśnej. Do premierowego przedstawienia udało się do zaangażować 130 wykonawców, w tym kilku dobrych śpiewaków. Recenzent opisuje ich tak: - Główna partia Myśliwego (Księcia), na której opiera się cała opera, została wykonana przez pana Kerzmanna z Teatru Miejskiego w Gdańsku, znanego ze swoich znakomitych występów w Operze Leśnej w Spocie. Jego ciepły, 9 ENN 1912-08-16, s. 1 i 2. -W dalszym ciągu artykułu cytaty z recenzji podaję kursywą. 10 Tamże. " J. Wł. Reiss, Mała encyklopedia muzyki, Warszawa 1960, PWN, s. 372. 12 P. Kamiński, Tysiąc i jedna opera, Kraków 2008, PWM, I tom, s. 748-749. Wacław Bielecki 93 potężny baryton o dużym zasięgu zdobył publiczność już w arii „Jestem Strzelcem”, a w pełni kontrolowana gestykulacja i sposób prezentowania się przyjemnie poruszył publiczność. Także panna Otto z Teatru Miejskiego z Barmen (obecnie dzielnica Wuppertalu -WB) pokazała jako Gabriela wielkie umiejętności. Jej pięknie brzmiący wysoki sopran nie całkiem dobrze został zaprezentowany w arii „Mój pobożny, miłosny podarunek”, bo głos co nieco wibrował, w przeciwieństwie do wcześnie zaśpiewanej arii o utracie gołąbki, gdzie bardzo trafnie oddała ból Gabrieli. Wspaniale udał się duet Myśliwy - Gabriela. Zarówno panna Otto jaki i pan Kerzmann zaprezentowali zadziwiająco przyjemną i wyraźną dykcję. Pan Rother z Teatru Miejskiego w Kónigsbergu, jako Gomez, ukochany Gabrieli, miał piękny, jasny i dźwięczny tenor, który był wystarczający również w wysokich partiach. Także tercet trzech nikczemnych pasterzy, panów: Lemona - Bazylea, Petersa - Buenos Aires i Scholza - Kónigsberg, udał się wspaniale. Na szczególne uznanie, zdaniem recenzenta zasłużył chór składający się z członków Towarzystwa Elbląskiego, którzy chętnie stawili się do dyspozycji organizatorów. - Modlitwa pasterzy, przepiękny chór „Schon die Abendglocken klangen” ("Już wieczorne dzwony dzwonią”) na zakończenie I aktu zrobiła wielkie wrażenie i technicznie temu wykonaniu nic nie można było zarzucić. - Wspomniany chór jest najlepszym fragmentem opery i po dzień dzisiejszy jest śpiewany jako samodzielny utwór przez różne chóry zawodowe i amatorskie, często bez towarzyszenia orkiestry, czyli a capella, chociaż sama opera znikła ze scen.13 - Orkiestra, która w większości pochodziła z Malborka14 z zadziwiającą pewnością i dokładnością wykonywała swoją trudną pracę. Godnym pochwały było to, że zespół starał się nie zagłuszać solistów. Solo zagrane na skrzypcach w drugim akcie było wykonane znakomicie. Dyrektor muzyczny Franz Rasenberger zyskał pełne uznanie, jako pierwszorzędny dyrygent. Nie jesteśmy w stanie mu podziękować za wykonanie tak wielkiej pracy, którą sam wziął na swoje ramiona, aby obdarować nas operą leśną. Na zakończenie publiczność zgotowała huczną owację, jakiej dotychczas jeszcze nigdy u nas nie było. Po zakończeniu spektaklu zadowoleni widzowie opuszczali widownię i udawali się do domów. Dla melomanów przybyłych z Krynicy Morskiej (niem. Kahlberg) zorganizowano powrót dodatkowym pociągiem z Elbląga skomunikowanym ze specjalnym statkiem parowym odchodzącym o godz. 23.45. Recenzja kończy się podsumowaniem: - Takie oto mieliśmy premierowe wykonanie w Operze Leśnej w Elblągu. Dzieło Kreutzera wybrane na pierwszy ogień zdało egzamin i udowodniło, że Opera Leśna w Elblągu nawet w najmniejszym stopniu nie ustępuje swoim siostrom. Są niektórzy, którzy naszą operę porównują z Operą Leśną w Sopocie i naszej dają pierwszeństwo. Powszechnym życzeniem wszystkich jest, aby Opera Leśna w Elblągu w następnych latach działała nadal. Urzeczywistnienie tej myśli jest godne pochwały i być może znajdą się mecenasi, którzy to przedsięwzięcie doprowadzą do skutku. 13 Tamże, s. 749. 14 Członkowie orkiestry ze 152 Pułku Piechoty w Malborku systematycznie dawali koncerty z muzyką wojskową i poważną w Elblągu, najczęściej w restauracji Bellevue. Grali także w Malborku wykonując koncerty abonamentowe. Kapelmistrzem zespołu był p. Penzhorn (nie udało się ustalić imienia). - ENN 1914-05-03, s. 4. 94 Opera Leśna w Elblągu (1912-1914) ROK 1913 - „NOCLEG W GRENADZIE” I „WOLNY STRZELEC” Zgodnie z powszechnym życzeniem po upływie roku udało się kontynuować działalność Opery Leśnej w Elblągu i to z większym rozmachem, bowiem oprócz trzykrotnego powtórzenia „Noclegu w Grenadzie” w dniach 27 lipca, 8 i 12 sierpnia, elbląska publiczność mogła wysłuchać kolejnej romantycznej opery. Był to „Wolny strzelec” Carla Marii von Webera, również powtórzony trzykrotnie - 30 lipca, 3 i 14 sierpnia 1913 r. Podobnie, jak rok wcześniej, został powołany komitet honorowy w dość zmienionym składzie, a zupełną nowością było wystawienie „Noclegu w Grenadzie” poza Elblągiem, w Krynicy Morskiej (niem. Kahlberg). Anonimowy recenzent tak opisuje to wydarzenie.15 - W niedzielę (27 lipca 1913 r. -WB) odbyły się gościnne występy w Elbląskiej Opery Leśnej ze spektaklem „Nocleg w Grenadzie” w Krynicy Morskiej. Z zadziwiającą prędkością od południa w niedzielę na polanie przy hotelu „Kaiserhof” powstawała nowa scena i około godziny wpół do szóstej wieczorem była gotowa do zaprezentowania na wolnym powietrzu znanej opery Kreutzera. Dyrektor Rasenberger opracował, przygotował i prowadził całe przedstawienie. Było ono rzeczywiście udane z wyjątkiem jednej wpadki w drugim akcie za którą była winna orkiestra. To wywołało zamieszanie i groziło upadkiem wielkiej sceny z ostatniego aktu. Tylko dzięki przytomności umysłu dyrektora Rasenbergera i pewności solistów oraz zrozumieniu ze strony chóru udało się tę wpadkę szczęśliwie zażegnać. W chórze zaprezentowały się świetne głosy męskie - basy. Również trzej pasterze byli wyrazistymi przedstawicielami swoich partii wokalnych. Pozostali soliści byli wyjątkowi i miło było ich słuchać. Panna Elisabeth Otto z Teatru Miejskiego z Barmen świetne weszła w rolę Gabrieli, a obeznanie ze sceną zjednało jej krytykę.(...) Sympatyczny, miękki ale czasami nie wystarczająco mocny głos pana Gonnena z Teatru Miejskiego z Gdańska, który śpiewał rolę książęcego regenta - Myśliwego, szczególnie miło nas poruszył. Na uwagę zasługiwała miękka giętkość głosu i zdolność przystosowania się śpiewaka do warunków scenicznych. Jeżeli szukalibyśmy w tym całym przedstawieniu czegoś, co mu nie zupełnie dobrze wyszło, to można by tylko znaleźć taki niedostatek w mało wyrazistym rytmie podczas wykonywania znanej arii „Jestem myśliwym". Co się tyczy pana Elschnera występującego jako Gomez, to z przyjemnością można poinformować, że jego żarliwe starania zostały uwieńczone najlepszymi osiągnięciami, co w szczególności uwidoczniło się we wspólnym śpiewie z panną Otto. Dobrze przygotowana orkiestra składała się z muzyków z Malborka. W jej składzie był młody wiolonczelista, który zdobył uznanie za ciepły i pełny artyzmu dźwięk, szczególnie dostrzegalny w uwerturze. Uczestnictwo widzów mogłyby być lepsze. Przyjęcie było dobre, na to nie można narzekać. Natomiast naturalnym zjawiskiem w teatrze plenerowym jest jakość dźwięku, którego brzmienie było rozproszone i niektórym, niekorzystnie umiejscowionym na widowni widzom, sprawiało trudność w odbiorze. W każdym wypadku, to pierwsze tegoroczne wystąpienie dyrektora Rasenbergera z jego Operą Leśną, jest dobrą zapowiedzią następnych przedstawień w Yogelsanger Wald. 's ENN 1913-07-28, s. 5. Wacław Bielecki 95 DRUGĄ OPERĄ WYSTAWIONĄ LATEM 1913 R. BYŁ „WOLNY STRZELEC” C. M. VON WEBERA. Utwór ten jest uznany za arcydzieło, pierwszą niemiecką operę romantyczną, i po dzień dzisiejszy jest wystawiany na deskach wielu teatrów muzycznych. Napisana i wystawiona przez Webera w 1821 r. w Berlinie opera opowiada o turnieju strzeleckim, który ma zadecydować o losie młodego Strzelca Maksa, który jeśli wygra turniej, to zostanie następcą leśniczego Kuna i pojmie za żonę jego córkę Agatę. Mimo najrozmaitszych knowań z udziałem sił nieczystych, reprezentowanych przez „czarnego rycerza” Samiela i Strzelca Kacpra, wszystko kończy się pomyślnie, bo zaczarowana przez szatana siódma kula nie trafia w Agatę, dzięki poświęconym przez Pustelnika białym różom z których uwiła wianek na głowę. Dominującą cechą tej opery jest jej wyjątkowa nastrojowość, a właściwym jej bohaterem jest niemiecki las.16 Nic dziwnego, że chętnie ją grano w „operach leśnych” w Sopocie (1913 i 1930) oraz w Elblągu (1913). W „Wolnym strzelcu” na szczególną uwagę zasługują: przepiękna uwertura oraz chór strzelców z III aktu, niewątpliwie najbardziej znany fragment tego dzieła. Narzuca się tu spostrzeżenie, że również w „Noclegu w Grenadzie” najciekawszymi fragmentami są uwertura i chór strzelców. Podobna jest też baśniowa i „leśno-myśliwska” tematyka obu tych dzieł. Po pierwszym wystawieniu opery w Elblągu ukazała się recenzja podpisana inicjałami „P.A.”.1 Jej autor na wstępie zajmuje się zaletami dzieł prezentowanych w naturalnym środowisku: - Przyjmuje się - pisze - że jakieś zdarzenie w lesie przedstawione w tradycyjnym teatrze ze zwykłą sceną i kulisami ma w sobie coś nienaturalnego, czemu niechętnie się wierzy. Sceny związane z naturą należy grać w naturze. W końcu „Wolnego Strzelca" stworzyła ro-mantyczność niemieckiego lasu, dążenia odkrywców lasu do poznawania jego nieznanych kątów, przedzielonych wolnymi przestrzeniami, wąwozami, parowami z tajemniczym szumem. Amfiteatr ze swoją naturalną dekoracją tworzy niepowtarzalny urok, szczególnie gdy natura tworzy naturalne tło do zdarzeń na scenie. Recenzent chwali scenografię zaprojektowaną przez malarza Reinholda Rasenbergera z Dusseldorfu, bratanka dyrektora muzycznego. - Inscenizacyjne trudności zostały szczęśliwie pokonane. Sceny które miały rozgrywać się w pokoju starego myśliwskiego zamku zostały przeniesione do altany i tutaj zaprezentowały się jeszcze lepiej niż na scenie teatru.(...) Przebudowa sceny w antrakcie przebiegała sprawnie, tak że widzowie nawet tego nie dostrzegli. I dobrze. Najpierw Wilczy Jar został oczyszczony z wielkich kamieni a potem udało się szybko usunąć most, dlatego w następnych scenach w perspektywie ukazały się: pustelnia, kościółek i zaokrąglony wierzchołek góry. Autor recenzji chwali także solistów za dobre wykonanie ról aktorskich i partii wokalnych. - Pan Walther Elschner śpiewał jako Maks. Jego wystąpienie było znacząco łepsze niż w minionym roku, i wygląda na to, że w śpiewie zrobił wielkie postępy. Jego głos stał się pełny, brzmienie głębsze niż poprzednio. Aria „Przez łasy, przez poła i łąki" należy do najlepszych 16 J. Kański, Przewodnik operowy, Kraków 1964, PWM, s. 66. 17 ENN 1913-07-31, s. 5. 96 Opera Leśna w Elblągu (1912-1914) jakie usłyszeliśmy. Pana Hugo Lemena z Miejskiego Teatru z Bazylei można najlepiej opisać przez jego swobodną grę. (...) Role kobiece były wyjątkowo dobrze obsadzone. Panna Luise Perrot z Berlina (Agata) ma osobowość serdeczną, pełną kobiecego uroku a jej sopran charakteryzuje się wielką miękkością. Jej aria, „Cicha, pobożna mądrość” brzmiala ze wspaniałą swobodą na scenie leśnej. To wykonanie należało do najpiękniejszych jakie usłyszeliśmy tego wieczoru. Prawdziwą przyjemność sprawiła nam panna Elisabeth Otto z Teatru Miejskiego zBarmen. (...) Było to wspaniałe. Również drugorzędne role znajdowały się w wypróbowanych rękach. Pan Adolf Scholz zMiejskiego Teatru z Hamburga (Tuno), pan Rudolf Romer Elbląg (Kilian), pan Walter Som-mer z Teatru Gdańskiego (Pustelnik) i pan Kurt Groll z Elbląga (Ottokar) wybornie odegrali swoje partie. Na końcu tekstu autor zauważa pewne niedociągnięcia w przedstawieniu: - To, że tu i tam w drobiazgach nie szło jak należy, nie należy sią dziwić, jednak całość przedstawiono z dobrym skutkiem i nie rozpatrujmy małych słabości, które na pewno przy powtórce zostaną poprawione. Chór, który w minionym roku szczególnie doskonale się prezentował, wczoraj po raz kolejny zawiódł, ponieważ tak umiejscowiono orkiestrę, że tylko jedna część chórzystów dobrzeją słyszała, a wskazania dyrygenta też były słabo widoczne. W kolejnym występie trzeba będzie temu zaradzić. Podsumowując wczorajszy wieczór można stwierdzić, że był on w pełni udany. Można mieć wielką nadzieję, że powtórkę też zobaczymy. Tłumnie przybyła publiczność zgotowała wczorajszemu przedstawieniu żywy aplauz. ROK 1914 - „ORFEUSZ I EURYDYKA” W trzecim roku działalności Opery Leśnej w Elblągu zaszły pewne zamiany. Po pierwsze, operę wystawiono miesiąc wcześniej, w czerwcu, a nie na przełomie lipca i sierpnia, po drugie - w roli solistów w większości wystąpiły śpiewaczki z Elbląga, a po trzecie -przedstawienie poprzedził wykład głównego reżysera Królewskiej Opery Wielkiej w Berlinie Georga Droeschera wygłoszony 23 czerwca 1914 r. w sali Resursy Mieszczańskiej pt. „Gluck i jego opera Orfeusz”.18. Temat podjęty przez Christopha Wilibalda Glucka i zrealizowany w Wiedniu w 1762 roku, był wielokrotnie podejmowany przez innych kompozytorów. Wiadomo też, że to od „Orfeusza” Claudia Monteverdiego wystawionego w 1607 r. we Florencji zaczyna się historia opery, jako nowej formy muzycznej.19 Później opery na ten sam temat napisali, m.in. Georg Philipp Telemann i Józef Haydn, poemat symfoniczny skomponował Franciszek Liszt, balet Igor Strawiński, a Jacques Offenbach - znaną operetkę „Orfeusz w piekle” ze słynnym kankanem. Grecki mit o Orfeuszu, śpiewaku i muzyku grającym na khitarze (pierwowzór liry), który zstąpił do czeluści piekielnych po ukochaną żonę, po dzień dzisiejszy inspiruje wyobraźnię twórców.21’ W operze tej zwracają uwagę szczególnie piękne momenty, np. instrumentalna ilustracja wejścia Orfeusza do Hadesu, fragment z solem 18 ENN 1914-06-15, s. 4. 19 P. Kamiński, Tysiąc i jedna opera, Kraków 2008, PWM, II tom, s. 89. 20 Ostatnim przykładem może być prapremiera opery „Orphee” w Warszawskiej Operze Kameralnej w grudniu 2015 r. stworzonej przez młodego polskiego kompozytora Dariusza Przybylskiego. Wacław Bielecki 97 fletu zwany melodią Glucka, ale najbardziej znana jest aria Orfeusza zaczynająca się od słów: „Utraciłem Eurydykę, utraciłem szczęście swe”. Po elbląskim wystawieniu „Orfeusza i Eurydyki” w czwartek 25 czerwca 1914 r. ukazały się w prasie dwie recenzje. Pierwsza z nich, o dziwo, podpisana imieniem i nazwiskiem Georga Hoffmanna, w bardzo delikatny sposób ocenia występ śpiewaczki grającej główną rolę Orfeusza, panny Mety Steinbriick, alt.21 - Śpiewaczka ta stoi dopiero co w szkolnych rygorach nauki śpiewania, nie tak jak np. panna Otto (grająca Eurydykę - WB), która swoje umiejętności wokalne potrafi formować samodzielnie i wyraziście. Na to potrzeba czasu, i z czasem przyjdzie wprawa. Najbardziej znana w jej wykonaniu aria „Utraciłem Eurydykę, utraciłem szczęście swe" była małym pokazem muzycznych umiejętności, i właśnie tutaj panna Steinbriick udowodniła, że przy jej wybornych możliwościach, w przyszłości będzie mistrzem w operowaniu muzycznymi środkami wyrazu, dlatego też dostała szczególnie burzliwe, w pełni zasłużone oklaski. Inne solistki nie wypadły tak dobrze, po części dlatego, że były w znacznej niedyspozycji. Jednak to był rzeczywiście w pełni udany, piękny, nastrojowy wieczór. W związku z rozbieżnościami pomiędzy subtelnym muzycznym i scenicznym wykonaniem, a także tym, że zawiodły efekty świetlne, nie można mówić o zadowalającym zakończeniu.22 Z drugiej, anonimowej recenzji dowiadujemy się, że: - Elbląska opera leśna, którą rokrocznie możemy się cieszyć, wyrosła już z okresu dziecięcego.(...) Orkiestra została zasłonięta i przesunięta bardziej na prawo, tak że widok z widowni na scenę uległ odsłonięciu. Trudno uwierzyć, że kilka drobnych zmian w miejscu za restauracją przeobraziło ten plac w per excel-lence teatr w naturze, któremu nic nie można zarzucić. Autor recenzji sporo miejsca poświęca roli opery leśnej w życiu kulturalnym Elbląga: - Wielu spośród tych którzy wczoraj przyszli do elbląskiej opery uważali, że jest ona równoważną operze sopockiej. Elblążanom coraz bardziej podoba się „ich” opera leśna. Wczoraj przyszło tak wiele osób jak na żadne z przedstawień w poprzednich latach. Pesymizm, który okazują elblążanie do wszystkiego co nowe został pokonany i opery leśnej już nie dotyczy, a jak się już oni do czegoś raz przekonają, a leży to w psychice naszych elblążan, to przy tym pozostaną. To że opera leśna sprawia dużo radości elblążanom, jest wynikiem tego, że członkowie naszego stowarzyszenia łicznie uczestniczą w tych przedstawieniach, i dlatego tak piękne przedstawienie jak wczorajsze, mogło dojść do skutku. Z drugiej strony jest dowodem na to, jak wiele zrozumienia i wsparcia świadczone są na rzecz tego miejscowego, kulturalnego przedsięwzięcia w Elblągu: chór - miejscowy, panie i panowie w orkiestrze - miejscowi, soliści miejscowi, również panna Steinbruck jest elblążanką i jako uczennica Franza Rasenbergera także dzisiaj jeszcze należy do elblążan. Wszyscy, którzy znają pannę Steinbruck i z zaciekawieniem śledzą jej karierę, wczoraj z przyjemnością przyglądali się postępom jakie poczyniła jej sztuka. To nie tylko patriotyzm lokalny, który zapowiada jej wybitne miejsce w życiu artystycznym. Serdeczne gratulacje. Ale ani dobre przygotowanie czy warunki wstępne nie decydują o udanym wykonaniu przedstawienia w operze leśnej - będą one unicestwione gdy „Bóg Pogody” zechce inaczej. Z jakimi 21 Rolę Orfeusza w operze Ch. W Glucka wykonywali najpierw kastraci, a potem transponowano ją dla kobiet - sopranów, mezzosopranów i altów, a także dla mężczyzn - tenorów i barytonów. Zob. P. Kamiński, Tysiąc i jedna opera, Kraków 2008, PWM, I tom, s. 472-473. 22 ENN 1914-06-26, s. 5. 98 Opera Leśna w Elblągu (1912-1914) trwożnymi obawami organizatorzy, przygotowujący operę leśną, studiowali przepowiednie pogody i spoglądali na barometr w ostatnich dniach. Niestety, na następne dni nie była przyobiecana dobra pogoda. A jednak: wczoraj była najpiękniejsza pogoda, jak na zamówienie, na występy w operze leśnej. Pogoda ta wprawiła wszystkich w osobliwie piękny nastrój i pozwoliła nasycić się atmosferą teatru w naturze. (...) A jak recenzent ocenia spektakl? - Do najpiękniejszych momentów tego przedstawienia nałeżały bez wątpienia tańce, które pan Stoige z wiełką starannością, tałentem i artystyczną wrażliwością wypracował. To był piękny pokaz młodych ełbłążanek, które poruszały się w szła chętnym rytmie do muzycznych dźwięków; nawet w tych podniecających skokach Furii i sił nieczystych w ich zbiorowym tańcu. Te obrazy powodowały, że uległo się czarowi poezji, zapominało się o swoim otoczeniu i odczuwało się ból i radość razem z Orfeuszem. Przedstawienie osiągnęło więc swój cel w pełnym zakresie. Autor wytyka publiczności niewłaściwe zachowanie się podczas spektaklu: - Tylko szkoda, że niektórzy ludzie nie mogą odzwyczaić się swojej nietaktowności i wcześniej opuszczają przedstawienie, zanim ono dobiegnie końca. Przez to wcześniejsze wychodzenie niektórych słuchaczy, zostaje się wyrwanym z czaru w jaki widzowie zostali wprowadzeni w zakończeniu sztuki, w efektownym obrazie końcowym gloryfikującym głównego bohatera. Odrobinę liczenia się z innymi, byłoby tutaj wskazane. Po zakończeniu przedstawienia setki widzów szturmowały tramwaje, które nadjechały w długim szeregu, i należy przyznać, że stosunkowo dobrze udało się ten natłok opanować. Wielu z nich zdecydowało się w tę piękną noc wybrać pieszo do miasta i we wspólnych rozmowach rozważać najpiękniejsze momenty z dzisiejszego przedstawienia.(...) Z kolejnej, krótkiej, ale również anonimowej recenzji dowiadujemy się, jak przebiegło drugie przedstawienie, a sobotę 27 czerwca 1913 r.23 - Chcąc rezultat wczorajszego wieczoru w operze leśnej bez uprzedzeń podsumować, to powinno się powiedzieć: muzyczna część tego przedstawienia była zgodna z intencjami i ogólnie bardzo udana, natomiast wykonanie wypadło tylko częściowo dobrze, jeśli pod uwagę weźmiemy tylko orkiestrę i śpiewaczkę grającą Orfeusza pannę Metę Steinbriick, która dowiodła, mimo drobnych błędów i usterek, bardzo znaczącego aktorstwa. Muzyczne kierownictwo leżało w rękach dyrektora pana Rasenbergera, który z prawdziwym wyczuciem surowego stylu Glucka naprawdę pieczołowicie, starannie i delikatnie cieniował muzykę i starał się unikać jakiegokolwiek nadmiaru; można powiedzieć, że muzyczne odcienie utrzymywał w jednolitości, bez błądzenia. Było godnym podziwu co pan Rasenberger wykrzesał z tej orkiestry. Było również godnym podziwu co pan Rasenberger potrafił osiągnąć z chórem, który przecież w całości składał się z amatorów. To, że przy takim składzie chóru nie wszystkie założenia do końca mogły być spełnione, jest zrozumiałym. (...) Pod względem scenicznym, jeżeli w naszej operze leśnej w ogóle można mówić o scenie, było to ogólnie trudne zadanie, które według mojego mniemania wręcz świetnie rozwiązano, przez prostotę i sprowadzenie z artystycznego punktu widzenia, wszystkiego do rzeczy tylko najpotrzebniejszych. (...) Jeśli się tak niewielkimi środkami i ostrymi kreskami maluje i tak wspaniałe obrazy uzyskuje, jak np. pełne grozy czarne postaci piekła, które zaledwie w zarysach 13 ENN 1914-06-28, s. 6. Wacław Bielecki 99 były widoczne, i te wspaniałe białe figury w raju, które w naszym północnoniemieckim kraju zostały umiejscowione (...) i robiły wrażenie, jeśli się coś takiego osiąga, to można bez obawy całkowicie zrezygnować z małych rekwizytów przypisanych teatrowi, które właściwie na leśnej scenie teatralnej nie mają nic do szukania. Oczywiście, do tego należy również ten konieczny warunek, że oświetlenie niezawodnie funkcjonuje; bo wczoraj, np. miała miejsce rzeczywiście nieprzyjemna sytuacja, gdy jedna ze znanych śpiewaczek już po pierwszych dźwiękach znałazła się w ciemności, a wszystkich obecnych, występujących, muzyków i publiczność ogarnęła nagłe tylko jedna myśl: czy będzie dalej śpiewać, czy nie? Ta pewność, z jaką pan Rasenberger, swoich podopiecznych, orkiestrę Pełza, a także tę młodą damę zmotywował, by dałej, nieprzerwanie grali i śpiewali swoje partie, zasługuje na szczególnie wysokie uznanief...) Recenzent zwraca uwagę, że: - Drugiego przedstawienia „Orfeusza i Eurydyki" nie odwiedziło tak wiele osób jak za pierwszym razem, ale miejsca były stosunkowo dobrze zapełnione. Samo przedstawienie stało pod szczęśłiwą gwiazdą, wszystko się udało - łącznie z oświetłe-niem - i tym sposobem odniosło ono najpiękniejszy sukces. Nie mało do tego sukcesu przyczyniły się też nastrojowe dekoracje, które przygotował pan prof. Pfeiffer z Kónigsberga. Przez oszałamiające oklaski słuchaczy, zarówno soliści, chór jak i orkiestra zostali godnie uhonorowani, nie mniej jednak główna ich część należała się twórcy i kierownikowi naszej opery leśnej panu dyrektorowi Rasenbergerowi, który nie tylko pokazał swoje znakomite umiejętności, ale też zdobył się na podjęcie finansowego ryzyka. (...) kkk Przytoczone relacje prasowe jednoznacznie wskazują, że co najmniej przez trzy kolejne lata: 1912, 1913, 1914, działała w Elblągu Opera Leśna. W celu jej powołania powstał komitet honorowy składający się z prominentnych przedstawicieli władz i mieszkańców Elbląga. W kolejnych latach zaprezentowano na tej scenie trzy opery: „Nocleg w Grenadzie” C. Kreutzera, „Wolnego Strzelca” C. M. von Webera oraz „Orfeusza i Eurydykę” Ch. W. Glucka. Specyfiką elbląskiej opery leśnej było to, że do wykonania głównych ról zapraszano przeważnie zawodowych śpiewaków z innych teatrów operowych z Niemiec, natomiast chór i orkiestrę stanowili miejscowi muzycy lub amatorzy oraz instrumentaliści z orkiestry wojskowej czy miejskiej. Całością kierował i dyrygował Franz Rasenberger. Występy w operze leśnej cieszyły się dużym zainteresowaniem elblążan. Tutejsi melomani porównywali operę leśną w Elblągu do podobnej w Sopocie. Do wyjaśnienia pozostaje odpowiedź na pytanie: czy opera leśna w Elblągu kontynuowała swoją działalność po wybuchu I wojny światowej i w latach następnych? Ten problem oraz opis życia muzycznego Elbląga na przełomie XIX i XX wieku stanowi wdzięczny temat do opracowania przez badaczy historii regionalnej. 100 Malborska gmina żydowska w źródłach archiwalnych Tomasz Kukowski MALBORSKA GMINA ŻYDOWSKA W ŹRÓDŁACH ARCHIWALNYCH Malbork to dość specyficzne miasto. Miasto w cieniu zamku. W całej swej historii zawsze było niejako przytłoczone i determinowane przez krzyżacką warownię. Dopiero wiek XIX przyniósł mu niezależny rozwój w ramach Cesarstwa Niemieckiego: rozwój przemysłu, kolei i wzrost liczby ludności. Wtedy też, z początkiem wieku zaczęli osiedlać się tu także Żydzi. Poniższy artykuł jest próbą zarysu historii dawnych mieszkańców Malborka, skupionych w ramach gminy wyznaniowej. Temat samej gminy żydowskiej w Malborku był już kilkukrotnie poruszany, zarówno w opracowaniach niemieckich (G. Berg1, R. Zacharias2), jak i polskich (K. Lewalski3). Ludność żydowska pojawiała się w Malborku już w XIV i XV w., jednak ze względu na obowiązujący tu przywilej „de non tolerandis ludaeis”, nie było to stałe osadnictwo. Dopiero dzięki pruskiej ustawie miejskiej z 19 listopada 1808 roku i ustawie z 11 marca 1812 roku, regulującej nowy status ludności żydowskiej w Prusach, zniesiono dotychczasowe ograniczenia dla ludności żydowskiej. Żydzi stali się obywatelami państwa pruskiego, uzyskali prawo swobodnego osiedlania się we wszystkich miastach oraz prawo nabywania i posiadania nieruchomości. W Malborku, po raz pierwszy Żydzi osiedlili się w 1813 roku. Do miasta miało wtedy przybyć sześć żydowskich rodzin. Byli to: Wolff Leyser Aschenheim, Benjamin Isaacsohn, Boas Hirch Cohn, Jakob Hirschberg, Isaac Fiatów, Lenser Isaac Cohn. W 1814 roku ukonstytuowała się gmina wyznaniowa, a przełożonym jej (Vorsteher) został wybrany Wolff Leyser Aschenheim. Wybór ten został zatwierdzony przez magistrat miejski w lutym 1815 roku. Wraz z powołaniem gminy wyznaniowej, zgodnie z orzeczeniem Nadradcy Policji z maja 1814 roku, ustalono też miejsce pochówku dla zmarłych Żydów. 18 stycznia 1819 gmina malborska sprzedała społeczności żydowskiej plac położony w obrębie Hoppenbruch (obecnie Moczary), w odległości 40 prętów od Willenberg (obecnie Wielbark). Według sprostowań z Sądu Miejskiego z 1819 roku do aktu własności zakupionej działki, powierzchnia jej nie mogła być większa, do czasu zatwierdzenia przez państwo gminy jako korporacji (stowarzyszenia). Dopiero po prawnym zatwierdzeniu, gmina mogła nabywać prawa własności do gruntów. Cmentarz został powiększony dopiero w 1876 (zatwierdzone w 1878 roku), kiedy to dokupiono za 600 marek działkę nr 33 d. Na cmentarzu znajdowały się zarówno kamienne, jak i drewniane macewy, w zależności od statusu społecznego zmarłego. Zwiększanie obszaru cmentarza w II poł. XIX w. było wynikiem zwiększania się napływającej liczby ludności żydowskiej 1 G. Berg, Geschichte der Stadt Marienburg, Marienburg 1921. 2 R. Zacharias, Die Geschichte der Marienburger Synagogę, [w:] Neues Heimatkreis Marienburg, hrsgb R. Zacharias, Hereford 1967. 3 K. Lewalski, Z dziejów gminy żydowskiej w Malborku (1813-1938), Komunikaty Mazursko-Warmińskie, 1995, nr 4. S. 351 - 365. Tomasz Kukowski 101 do miasta. W szczytowym okresie swego istnienia, gmina żydowska liczyła 355 członków, co stanowiło około 4 proc, populacji miasta. Wzrost liczebności gminy doprowadził także do powstania w 1852 r. prywatnego Towarzystwa Pogrzebowego „Chewra Kaddischa”. Powołano je, aby móc wypełnienie obowiązki wynikających z nakazów judaizmu dotyczących zmarłych. Towarzystwo działało na podstawie statutu z 21 grudnia 1852 roku (10 Tewet 5613 r. według kalendarza żydowskiego). Statut, który w 1861 r. został przeredagowany, wymieniał podstawowe obowiązki Towarzystwa, do których należało: umycie ciała, odprowadzenie do grobu i pogrzebanie. Określał również koszty pogrzebu, wystawienia macew oraz warunki rezerwacji grobu. Także szczegółowo określony Dom handlowy Conizter & Sohne na Hohen Lauben 21 w Malborku, fot. Archiwum Państwowe w Elblągu z siedzibą w Malborku został cennik za czynności pogrzebowe, w tym za modlitwę „El mole rachamim”, wznoszoną podczas ceremonii pogrzebu. W 1897 r. starosta malborski rozwiązał Towarzystwo Pogrzebowego i skonfiskował majątek, na prośbę Gminy Synagogalnej. Dochód ze sprzedaży majątku miał być przekazany na budowę nowej synagogi. Stary, pierwszy dom modlitwy w Malborku umiejscowiony został na ulicy Schuhgasse (później zwana Speichergasse l)4. 2 sierpnia 1826 kupiec Lenser Isaac Cohn zwrócił się do Rady Miasta Malborka o pozwolenie na stworzenie Synagogi, na posesji nr 259 przy ulicy Schuhgasse. Zgodnie bowiem z nakazem talmudycznym w miejscu, gdzie mieszkało 10 dorosłych Żydów, należało założyć synagogę. Nie musiał być to specjalnie wzniesiony budynek, lecz specjalnie w tym celu przygotowane pomieszczenia w mieszkaniu pobożnego Żyda. Jako, że gmina malborska nie była formalnie zatwierdzona, Rejencja Gdańska wszelkie wcześniejsze prośby o zakup działki odrzucała. Na synagogę zaadoptowano więc budynek starego spichlerza. Synagoga pozbawiona była ogrzewania, ale posiadała osobne pomieszczenia dla mężczyzn i kobiet. Pomieszczenie służące do modlitwy znajdowało się poniżej poziomu ulicy. Synagoga ta funkcjonowała do końca XIX w., kiedy to w wiełkim pożarze miasta z 26 lipca 1899 r., który wybuchł w lokalu rzeźnika Brunlingera, zniszczeniu uległo 17 kamienic na Hohen Lauben i 32 spichlerze na skarpie nadnogackiej - na ul. Speichergasse, a wśród nich właśnie budynek pierwszej synagogi. Wcześniej jednak gmina podjęła starania o budowę nowej synagogi w mieście, bowiem stary budynek był w złym 4 Schuhgasse/Speichergasse - od 1946 r. zwana ul. Konopacką, obecnie nie istnieje. Znajdowała się na północno-zachodniej części Starego Miasta. 102 Malborska gmina żydowska w źródłach archiwalnych stanie. Pismo w sprawie budowy nowej synagogi starosty powiatowego do prezydenta rejencji gdańskiej z 27 lutego 1897 r. informowało, ze ówczesny dom modlitwy to budynek po starym spichlerzu i według sprawozdania mistrza budowlanego Lubcke-go stan budynku był zły, a jego dalsze użytkowanie stanowiło zagrożenie dla życia. Koszt budowy nowej synagogi oszacowano najpierw na 43, a potem na 40 tys. marek. Starania podjęte przez malborską gminę syna-gogalną doprowadził do wzniesienia wiatach 1897 - 1898 nowej synagogi. Kupon promocyjny do domu towarowego Conizter & Sohne, fot. Archiwum Państwowe w Elblągu z siedzibą w Malborku, Ma-rienburger Zeitung 1903 Pod budowę synagogi nabyto nową parcelę nr 1123, przy ulicy Schulstrasse5. Budynek synagogi wzniesiono w stylu mauretańskim. Moda na ten styl w architekturze synagog zapanowała około połowy XIX w, w całej niemal Europie6. Budynek synagogi dotrwał do 10 listopada 1938 roku, kiedy to z inicjatywy szefa Służby Bezpieczeństwa III Rzeszy, Reinharda Heydricha, naziści urządzili pogrom Żydów w całych Niemczech. Malborska gmina żydowska stała się prawnym stowarzyszeniem (korporacją), dopiero po zatwierdzeniu statutu malborskiej gminy żydowskiej, który regulował jej życie społeczno - religijne. Było to wynikiem ustawy króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV z 23 lipca 1847 roku, która regulowała status gminy żydowskiej pod względem organizacyjnym i kultowym, uznając ją za korporację prawną. Ustawa narzucała na przedstawicieli wybranych przez gminę przymus opracowania statutu i wymóg zatwierdzenia go przez władze rządowe. Statut gminy żydowskiej w Malborku został sporządzony 8 lipca 1856, a 24 października tego samego roku został zatwierdzony przez Nadprezydenta Prowincji Prusy Franza Augusta Eichmanna. Statut ustalił granice Malborskiego Okręgu Sy-nagogalnego. Okręg ten obejmował miasto Malbork, Sztumskie Przedmieście (obecnie dzielnica Malborka), wszystkie miejscowości leżące na prawym brzegu rzeki Nogat, o ile wchodziły w skład powiatu malborskiego, następnie wszystkie miejscowości znajdujące się po lewej stronie szosy prowadzącej z Malborka do Tczewa, łącznie z przedmieściem Kałdowo, Kałdowem Zamkowym i wsiami: Gnojewo, Kończewice, Stara Wisła, Kamienice, Szawałd, Pielica, Lasowice Wielkie, Tragamin, Kamionki, Kościeleczki, Stogi i Szymankowo. Administrowanie i reprezentowanie gminy, Statut powierzył Zarządowi Gminy i Kolegium Reprezentantów. Zarząd miał składać się z 3 osób, a Kolegium z 9 osób. Kadencja obu przedstawicielstw trwała 6 lat. Kandydatami do tych urzędów mogli być tylko mężczyźni, liczący najmniej 30 lat i będący przynajmniej od 3 lat członkami gminy. Kandydat musiał cieszyć się nieposzlakowana opinią i nie zalegać z należnymi na 5 Synagoga została otwarta 30 sierpnia 1898 r. Znajdowała się na ul. Schulstrasse, później Deutschen-Ordens-Strasse / Adolf-Hitlerstrasse, obecnie ul. 17 Marca. Marienburger Zeitung und KreisBlatt, nr 10 z 1897, sygn. B.8.934. 6 Por. K. Lewalski, Z dziejów gminy żydowskiej w Malborku (1813-1938), Komunikaty Mazursko-Warmińskie, 1995, nr 4. S. 355 - 357. Tam znajduje się szczegółowy opis synagogi i ceremonii jej otwarcia. Tomasz Kukowski 103 rzecz gminy opłatami. Do pierwszych wyborów władz gminy żydowskiej w Malborku doszło w 1853 roku. Wybrani zostali zatwierdzeni przez rząd pruski rok później. W skład pierwszego Zarządu Gminy weszli: I. B. Isaac-sohn, L. Eloeser i H. Samelsohn. Okres kiedy już formalnie została zatwierdzona gmina wyznaniowa, a więc od początku II połowy XIX w. większość miejscowych Żydów przybyła z okolicznych miast pomorskich czy z Prus Wschodnich: jak Dzierzgoń, Nowy Staw, Tczew, Świecie, Nowe, a nawet Gdańsk7. Także duża 7. 4 •u Ł. Wollenberg Marienburg Wpr. MT" Extra-Angebot soweit der Yorrat reicht Nur lir Montag, to 2.. Dienslag, den 3.. Mittwoch, WM. Strickwolle bekannte reelle Q u a 1 i 1 a ten. ZumJMaMf ca. 2500 pfund Wolle and zwar: Zollpflmd 1,30 ? Der Yerkauf dieser Wolle zu diewn Preinen tliidet nur an dieuen 3 Tugeii im Yorralsraum. 1 Treppe, statt. Kupon promocyjny do domu towarowego L. Wollenberg, fot. Archiwum Państwowe w Elblągu z siedzibą w Malborku, Ma-rienburger Zeitung 1904 liczba nowych mieszkańców miasta przybywała z rejonu Wałcza, Jastrowia (stąd też często występujące nazwisko Jastrow lub Jastrower), Krajenki, Sępólna Krajeńskiego czy Złotowa (w wersji niemieckiej Fiatów, stąd często występujące nazwisko Fiatów)8. Jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta malborka pochodzenia żydowskiego był kupiec Arnold Flatauer. Zachowało się bardzo mało źródeł na jego temat. W Malborku Flatauer pojawia się wraz z powstaniem sklepu „Conitzer & Sohne” w 1900 roku, który stał się największym domem handlowym w mieście. Flatauer posiadał dwoje dzieci: syna Heinza Martina9 oraz córkę Margarethe10. W 1907 zamieszkiwał Gerbergasse 9, a w 1909 na Langasse 4111. Szybko stał się też szanowanym członkiem malborskiej gminy. W latach 1909 - 1912 pełnił funkcję zastępcy członka Kolegium Reprezentantów Gminy, a następnie przez dwie kadencje, wiatach 1912 - 1924był członkiem Kolegium Reprezentantów. Jako szacowny mieszkaniec miasta, Flatauer był także członkiem bractwa kurkowego (strzeleckiego) w Malborku tzw. Schutzengilde, w którym w 1928 był wybrany do oddania strzału na powitanie Hindenburga12. Po dojściu do władzy nazistów, został zmuszony do wyjazdu i sprzedaży swojego majątku. Wyjechał najpierw do Berlina, a potem do Brazylii. Zachowała się w aktach umowa notarialna sprzedaży własności nieruchomości dla Herberta Hille, reprezentującego firmę „Hille & Co”. Umowa zawarta została w porozumieniu z kierownictwem powiatowym NSDAP na przełomie 1937/193813. Jak podano, nieruchomości warte 281 tys. reichsmarek, odkupiono za 660 tys. 7 APE, SPM, sygn. 61/71, s. 28, 29, 127 - m.in. Adolf Goldstein, czyjacob Deutschland - pełniący funkcję kantora i nauczyciela. 8 PE, SPM, sygn. 61/91 - m.in. kupiec Abraham Fiatów, choć ten akurat przybył bezpośrednio z Nowego Stawu; ale także Benjamin Isaacksohn przybył ze Złotowa (Fiatów). 9 APE, USC Malbork, 485/405, nr 49, s. 51 urodzony w 1907 r. 10 APE, USC Malbork, 485/..., nr 234 urodzona w 1909 r. 11 Willa na ul. Kościuszki - po wojnie budynek PPR, następnie Dom Nauczyciela, a obecnie MWC. 12 R. Zacharias, Die Schutzengilde zu Marienburgfw.j Neues Heimatkreis Marienburg, hrsgb R. Zacharias, Hereford 1967, s. 519. 13 APE, SPM, sygn. 61/71, s. 303- 361 - Były to nieruchomości na: Hohen Lauben 21/22 - dom handlowy „Conitzer & Sohne”; Speichergasse 16 - składy; Ecke der Grosse Geistlichkeit i Adolf-Hitlerstrasse - grunt na której stanęła filia sklepu. Nabyto także odpis umowy przesłano do burmistrza miasta w marcu 1939 -61/71, s. 342. 104 Malborska gmina żydowska w źródłach archiwalnych Największym branżowym konkurentem Arnolda Flatuera, a zarazem członkiem tej samej gminy wyznaniowej był inny malborski kupiec żydowskiego pochodzenia - Louis Wol-lenberg. Jego sklep miał być założony w 1861 r. W wykazie imienny Żydów w Malborku właśnie z 1861 r. występuje wraz z rodziną, jako dwudziestosześcioletni kupiec „prowadzący sklep z galanterią”. Szybko stał się szanowanym członkiem gminy malborskiej, wchodził w skład władz gminy. Najpierw w latach 1876 - 1882 był członkiem dziewięcioosobowego Kolegium Reprezentantów, a następnie pomiędzy 1900 a 1906 rokiem był członkiem Zarządu Gminy. Wcześniej jeszcze, bo w 1895 roku Louis Wollenberg miał pełnić funkcję przewodniczącego Kolegium Reprezentantów. W numerach „Marienburger Ze-itung”, ukazujących się od początku Pismo starosty malborskiego rozwiązujące Towarzystwo Pogrzebowe „Chewra kaddischa” w Malborku, Archiwum Państwowe w Elblągu z siedzibą w Malborku XX wieku natrafić można na reklamy największego przedwojennego domu handlowego w Malborku, powstałego w 1900 roku - „Conitzer & Sohne”, mającego swą główną siedzibę na Hohen Lauben 21/22. Filia sklepu znajdowała się na Ecke der Geistlichkeit. Od 1901 roku reklamy te ukazywały się niemal regularnie. Ogłoszenia ukazujące się na początku roku informowały o posezonowych wyprzedażach. Na wyprzedaży można było znaleźć konfekcję damska, jedwabną i wełnianą wraz z podanymi cenami, muśliny, organdyny, suknie, garnitury i kapelusze itp. Wyprzedaże były po świętach lub pod koniec zimy. Z czasem reklamy tego domu handlowego zajmowały całą stronę. Równie szybko z tej formy dotarcia do klienta zaczęła korzystać także główna konkurencja, czyli sklep L.Wollenberga. Z początkiem XX w. w „Marienburger Zeitung” zaczęły pojawiać się reklamy obu domów towarowych wraz z kuponami rabatowymi. Skład ten początkowo z galanterią, z biegiem lat, poza porcelaną i konfekcją, handlował też modelowanymi kapeluszami. Jako sklep konkurencyjny dla Conitzera, wykupywał także reklamy na całą stronę. Nowa siedziba już domu towarowego wzniesiona została ok. 1910 r. na Niedere Lauben 27/28. Innym znanym mieszkańcem Malborka, będącym członkiem gminy synagogalnej był kupiec Wilhelm Jaruslawsky14. W latach 1903 - 1921 był on członkiem Kolegium Repre-zentantów Gminy. Jego składy umiejscowione były na Hohen Lauben 25 i Speichergasse 14 Urodzony 13.09.1853 r. w Kętrzynie, zmarły 6.04.1930 r. w Malborku. Tomasz Kukowski 105 41, a w 1899 roku spłonęły w pożarze miasta. Po jego śmierci wdowa Hedwig sprzedała nieruchomości rzeźnikowi Maxowi Baehrowi15. Wśród znaczniejszych członków gminy i mieszkańców miasta należałoby wymienić: kupca Meyera Salingera (prowadził sklep i często reprezentował gminę żydowską); Heinricha Mehłandera (właściciela „Apteki pod Złotym Orłem” członka bractwa kurkowego, który w 1926 r. był wybrany na Strzelca królewskiego i członka Kolegium Reprezentantów w latach 1918-1924 oraz członka Zarządu z latach 1921-1927. Do dnia dzisiejszego w Malborku nie zachowały się żadne ślady po lokalnej społeczności żydowskiej. Nie istnieją synagogi - na miejscu „nowej synagogi” jest obecnie Aleja Rodła, a „stara” stała na terenie obecnego osiedla mieszkaniowego na Starym Mieście. Budynki na Starówce, w których Żydzi malborscy prowadzili sklepy, zostały podczas oblężenia miasta w 1945 roku zrównane z ziemią przez Rosjan. Dawny cmentarz żydowski zlokalizowany przy obecnej ulicy 500-lecia 71 - to pusty plac przy cmentarzu żołnierzy radzieckich, który notabene zajął także część nekropolii wyznania mojżeszowego. W 2014 roku minęła 200-setna rocznica powstania w Malborku Gminy Synagogalnej. W związku z tym wydarzeniem, Archiwum Państwowe w Elblągu z siedzibą w Malborku, zorganizowało plenerową wystawę archiwalną poświęconą pamięci przedwojennych mieszkańców miasta - malborskich Żydów. Dało to także asumpt, by stworzyć katalog prezentujący szerszemu gronu odbiorcy nielicznie zachowane materiały archiwalne do dziejów gminy żydowskiej. Tab.l - Wykaz własności Żydów malborskich przejętych przez Niemców16 Nazwisko właściciela Zawód Adres nieruchomości Nazwisko przejmującego Zawód Adres Rok przejęcia Espen, Max kupiec Hohen Lauben 15 Schmutnig, Julius kupiec -obuwniczy 1938 Espen, Max kupiec Speichergasse 51 Schmutnig, Julius kupiec -obuwniczy 1938 Flatauer, Arnold kupiec Hohen Lauben 21/22 Herbert Hiłle (firma Hille & Co) kupiec 1938 Flatauer, Arnold kupiec Speichergasse 16 Herbert Hille (firma Hille & Co) kupiec 1938 Flatauer, Arnold kupiec Ausstellungsraum Grosse Geistlichkeit/ Adolf-Hitler- Strasse Herbert Hille (firma Hille & Co) kupiec 1938 Jaruslawsky, Hedwig wdowa po kupcu Hohen Lauben 25 Baehr, Max rzeźnik Langasse 12/14 1938 Jaruslawsky, Hedwig wdowa po kupcu Speichergasse 41 Baehr, Max rzeźnik Langasse 12/14 1938 Salinger, Renate wdowa po kupcu Niedere Lauben 22 Kaisers Kaffeege-schaft GmbH Viersen, Rheinland 1939 Salinger, Renate wdowa po kupcu Bechlergasse 14 Kaisers Kaffeege-schaft GmbH Viersen, Rheinland 1939 15 APE, SPM, sygn. 61/71, s. 190 - 262 - akt sprzedaży własności Maxowi Baehr, który prowadził sklep „Mięso i wędliny”. 16 Wykaz właścicieli żydowskich nie jest kompletny. Obejmuje tylko te własności, z którymi spotkano się w trakcie prowadzenia kwerendy. 106 Opowieści sztumskiej treści (1899-1901) Janusz Ryszkowski OPOWIEŚCI SZTUMSKIEJ TREŚCI (1899-1901) FRAGMENTY Trzy lata Sztumu z jego - kiedy to piszę wypada dokładna rocznica - 600-letniej historii... Dlaczego akurat 1899-1901? Bo to przełom wieków? Zdarzyło się wówczas coś nadzwyczajnego, wykraczającego daleko poza lokalne opłotki, słowem coś, co z perspektywy lat musiałby odnotować każdy historyk Pomorza Nadwiślańskiego? Nie, życie w naszej okolicy toczyło się zwykłym torem. Dlaczego zatem postanowiłem zająć się akurat tymi trzema latami? Najprościej można odpowiedzieć tak, jak często robią to alpiniści. Mówią, że wspinają się na góry, bo są. Oczywiście to zgrabny wykręt, by nie mówić wewnętrznej walce, udowodnienia czegoś sobie i - może głównie - innym, ucieczki od codzienności, chęci przygody, może dotknięcia Absolutu? A jak jest ze mną? Czego poszukuję w tamtym Sztumie, w jego najbliższych okolicach, przywołując powidoki ludzi i zdarzeń? Bo przecież ich wybór nie jest do końca przypadkowy. .. Za kanwę tego szkicu-gawędy posłużyły informacje, jakie znalazłem w polskiej prasie tamtego czasu, głównie w „Gazecie Toruńskiej "(dalej: GT) i „Przyjacielu” (P) [Toruń], „Dzienniku Poznańskim” (DP) [Poznań], „Pielgrzymie” (Plg) [Pelplin]. Ich cennym uzupełnieniem jest „Altpreussiche Zeitung” (Altpr.) [Elbląg]. Specjalnie dla potrzeb tej pracy roczniki przejrzała i teksty na polski przetłumaczyła Jurta Zimińska. 1900 Kiedy kończy się wiek dziewiętnasty, a zaczyna dwudziesty? To pytanie musiało wielu dręczyć, skoro wydano nawet urzędowe rozporządzenia, aby nowe stulecie witać 1 stycznia 1900 roku, a na przekór temu toruński „Przyjaciel”, pismo dla ludu, jak głosił podtytuł, wykładał bardzo obrazowo: „Przypuśćmy, że istnieje świątynia, a w niej skarbonka, do której końcem każdego roku naszej eryktoś wkładał monetę wartości fenyga. Gdybyśmy z końcem roku 1899 otworzyli skarbonkę, nie znaleźlibyśmy w niej 19 marek tylko 18 marek i 99 fenygów; dziewiętnasta marka dopełniłaby się dopiero dnia 31 grudnia roku 1900 i dopiero o godzinie 12 w nocy dnia 31 grudnia roku 1901 złożono by pierwszy fenyg na dwudziestą markę. Tak też i wiek, czyli stulecie dziewiętnaste, kończy się dopiero o g. 12 w nocy dn. 31 grudnia roku tysiąc dziewięćsetnego a pierwszym dniem nowego stulecia będzie ten, w którym będziemy pisali dn. 1 stycznia roku 1901.” Janusz Ryszkowski 107 Po czym tłumaczył: „Rozporządzenia, według których nowe stulecia zaczynać się ma dnia 1 stycznia roku 1900, opierają się na bijącej w oko zmianie w kalendarzach cyfry odnoszącej się do setek. Lud prosty zmianę cyfry tej bierze za dowód zmiany stulecia; z tym przesądem liczyły się widocznie władze wydając rozporządzenia, aby już z końcem roku uroczyście pożegnano wiek 19.” KOŁTUN ZNAD WISŁY Długo się zastanawiałem, czy akurat od tego zacząć. Wypada od czarów, gdy nowoczesność niemal u progu? No to tak dla kontrastu. W Parparach, jak donosił „Przyjaciel”, wiele osób nosiło kołtuny na głowie. Pewnie nie dotyczyło to jedynie tej pięknie skądinąd położonej wsi, nie chciałbym, aby wyszło na to, że to była zaraz ostoja ciemnogrodu i kołtunerii na całej Ziemi Sztumskiej. Po prostu doszło tam do pewnego incydentu na tym tle. Jako że już niewielu kojarzy, o co chodzi z kołtunami, krótkie prowadzenie. Brak dbałości o włosy, niemycie ich i pogarda dla grzebienia powodowały, że zbijały się one w kłąb, czemu zwykle towarzyszyła wszawica. To nazywano kołtunem. Nie od razu uświadomione sobie, że wynika to z nieprzestrzegania higieny. Bardzo długo, zwłaszcza na wsiach, pokutowało wierzenie, że są one zadawane przez czarownice, albo osoby potrafiące zadać urok. Mieszkańcy Parpar, jak informowała gazeta, podejrzewali (a może nawet byli tego pewni?), że taką umiejętność ma 72-letnia staruszka Skibowska. Swego czasu odwiedziła ona robotnicę Karnowską. Traf chciał, że krótko potem na głowie jej matki pojawił się kołtun. W ślad za nim mógł pojawić się reumatyzm, brak apetytu połączony z wymiotami, niektórzy znawcy dodawali, że także ślepota. A święcie kołtuna uznawano za jeszcze niebezpieczniejsze. W skrajnych przypadkach kończyło się to krwotokiem i śmiercią w nagłych konwulsjach. Nic więc dziwnego, że zrozpaczona córka poszła do Skibowskiej, prosząc ją, aby odjęła zły urok. Staruszka tłumaczyła, że nie może tego zrobić, bo nie ona temu winna, zresztą nie potrafi... Karnowska odebrała to jako czczą wymówkę, wierutną bzdurę, zemstę i obelgę. Zabrała się do bicia. Musiała stracić poczytalność, bo kto wierząc, że ma do czynienia z czarownicą, posuwa się do takich sposobów? Widać i tak pomyślał sąd sztumski, który skazał ją tylko na tydzień odosobnienia. Parpary to wieś blisko Nogatu, ale i niedaleko od Wisły. Gdzieś wyczytałem, że kołtuny określano po niemiecku jako Weichselzopf, wiślany warkocz, czy splot. Kołtuny zatem kojarzono z terenami nad Wisłą... I dodajmy raz jeszcze - czarownicami. Ks. dr Władysław Łęga przytacza z rodzinnych Miran (Mirowice) taką opowieść w gwarze sztumskiej o tym, że kołtuna można zadać niekoniecznie czarami, ale odpowiednim kunsztem: „Mnie raz zaciarowała jedna kobieta. Eszcie wtedy mój żęć ból w Bruszwałdzie, więc poszłam tam do takiej mądrej kobiety. Ona powiedziała, że ja chorobę dostałam od jedzenia. A ja kupieła groch od jedny kobiety i jak żem jadła, to dostała od tego kołtun i miałam w sobie som wrzód i bełam dycht opuchła. A ta kobieta wcale sze nie zapierała, jak ja ji to w oczi powiedziała. Eno mówieła, że to nie ciary, a takie kójszty. A zrobiła to dlatego, że ja sze raz z ni wyszmiewała.” Dalej ks. Łęga wspomina, że znachorzy odczyniający uroki i tym samym choroby praktykowali nie tylko w wymienionym już Bruszwałdzie [Gościszewie], ale w Starym 108 Opowieści sztumskiej treści (1899-1901) Targu i Trzcianie, gdzie urzędował niejaki Kotlewski. W 1913 roku odwiedził go Łęga. Opowiadał mu wtedy, że rocznie wyrywa chore zęby 60-80 osobom, leczy ludzi i zwierzęta. Kilka razy wsadzano go za to do więzienia. „Na pytanie, skąd zna leczenie odpowiadał mi: Ni z nosa ani z rękawa abo spod pachy, cno z kszójszki. Chwalił się, że ma książek polskich i niemieckich pełną szafę, ale pokazać mi ich nie chciał. (...) Pytania o różne jego sposoby leczenia zbywał powiedzeniem: To moja tajemnica. W Miranach także krążyła opowieść, jak to czarnoksiężnik Kotlewski dobrze doradził, co zrobić z kołtunem, który jednej z dziewcząt zadała czarownica, stara G. Mieli uciąć skołtunione włosy i o północy zanieść za granicę, czyli za próg domu. Tak dokładnie zrobili i uwalnili dziewczę od cierpień. W innej wersji, którą także odnotował ks. Władysław Łęga, kołtun należało puścić z prądem rzeki. Porad zdrowotnych udzielali nie tylko zresztą okoliczni znachorzy, ale i księża z (patrząc z perspektywy Ziemi Sztumskiej) także dalszych stron. Dużą sławę zyskali ks. Franciszek Penkert, proboszcz w Pogorzałej Wsi (1847-1891), wcześniej krótko komendariusz w Jasnej oraz ks. Ruszkowski z Przysierska w powiecie świeckim. Zalecali oni cierpiącym różne środki homeopatyczne. Na początku 1900 roku odnotowywano coraz liczniejsze przypadki influenzy, czyli grypy. „Przy utrzymującej się mokrej pogodzie tak się rozprzestrzenia, że znaleźć w mieście rodzinę, w której dwie, trzy lub nawet więcej osób nie zapadłoby na tę chorobę”. A w marcu toruński „Przyjaciel” podsumował: „Influenza zabrała ta wiele ofiar, przeważnie między dziećmi i starcami”. Czy wśród ofiar grypy nie był przypadkiem 68-letni pan Go-etze, przez wiele lat zarządzający szpitalem powiatowym? Nie można tego wykluczyć. 28 stycznia odbył się pogrzeb, a liczny kondukt szedł ze szpitala (dzisiejszy Urząd Miasta) na cmentarz ewangelicki (przy obecnej ulicy Kochanowskiego). POSTOLIŃSKA MOWA PRZYSZŁEGO BISKUPA 26 marca odbył się we Fromborku pogrzeb biskupa sufragana kanonika warmińskie- go, ks. Adolfa Namszanowskiego, wcześniej pruskiego biskupa polowego. Miał ścisły związek z Ziemią Sztumską. Po święceniach został wikarym w Starym Targu (1846-1848) i zaangażował się działalność narodową. Pisał w nekrologu „Przyjaciel”: (...) był Polakiem nie tylko z urodzenia i nazwiska, lecz także z przekonania, jak tego dowodem mowa jego, wypowiedziana dnia 3 grudnia r. 1848 przy zakładaniu ligi narodowej w Podstolinie, a następnie ogłoszona w Szkółce Narodowej. Ks. Namszanowski był wówczas wikarym a mówił jak następuje: „Bracia. Na dniu dzisiejszym zawięzujemy towarzystwo w celu podźwignięcia polskiej narodowości. (...) Język nasz w starodawnym tym odłamku kraju pozbawiono opieki, pielęgnowania i praw, a przez oddalenie go ze szkół upadł ten niezbędny środek oświaty, poczem poszła ciemnota, za nią zubożenia i nędza. Biskup Adolf Namszanowski, fot. archiwum Janusz Ryszkowski 109 W takim stanie zgnębić najłatwiej i usprawiedliwić tem usuwanie z urzędów. (...) Jeżeli inne narody cenią swoją narodowość i swobodę, jest rzeczą słuszną, ale dlatego właśnie i naszej narodowości praw i swobody zazdrościć i odbierać nie powinny. Uciemiężanie jakiejkolwiek narodowości nie zgadza się z wolnością własną i jest tylko szyderstwem z praw ludzkości i narodów. Ta jednostronność, to krok do niewoli ogólnej.” Gazeta nie miała wątpliwości: „Złote to słowa i zasługują (...) aby je przypominać młodszemu pokoleniu (...)”. Nie tylko było to godne żywej pamięci wówczas, kiedy nie było polskiej państwowości, ale kiedy to piszę (AD 2016) także! I nie mogę nie sięgnąć po jeszcze jeden cytat z tekstu „Przyjaciela”: „Nadmieniamy, że jako Biskup zaręczał ks. Adolf Namszanowski, że w sercu czuje tak, jak wówczas, kiedy był młodym wikarym.” Co było oczywiste dla redaktorów ówczesnych gazet, nie zawsze bywa dla współczesnych historyków, którzy miewają kłopoty z identyfikacją księdza, bo w relacji prasowej pominięto jego imię, co było wówczas nagminne. W tym samym mniej więcej czasie działali dwaj księża Namszanowscy (Namschanowscy). Starszy - Józef urodził się w 1777 roku w Gdańsku. W latach 1804-1815 był kaznodzieją niemieckim Kaplicy Królewskiej w Gdańsku, po czym objął parafię św. Anny w Sztumie. W 1839 roku został przeniesiony do Pogorzałej Wsi. Adolf Namszanowski także urodził się w Gdańsku (1820). Z rodzinnego domu wyniósł słabą znajomość polskiego, ale doskonalił ją w czasie nauki w gimnazjum chełmińskim za sprawą . Kazimierza Szulca, młodszego o 5 lat kolegi, później działacza społeczno-naro-dowego, historyka i publicysty, a wówczas członek tajnego Towarzystwa Patriotycznego. Znajomość polskiego zaowocowała skierowaniem Namszanowskiego do pracy duszpasterskiej na tereny, gdzie był on niezbędny. Takim właśnie było Powiśle, a potem Warmia. W relacji prasowej z polskiego wiecu w Postolinie nie ma wzmianki, pozwalającej na jasne stwierdzenie, który z nich trzymał patriotyczną mowę. Młody wikary czy doświadczony proboszcz? Dziś można różnie przypuszczać. Tłum chciałby słuchać młodziana? Z drugiej strony, kto ma w sobie więcej (teoretycznie) rewolucyjnego ducha? I dalej, czy dalsza błyskotliwa kariera Adolfa Namszanowskiego (generalny duszpasterz armii pruskiej, po dwóch latach sakra biskupia) mogła otworzyć się przed polskim piecownikiem w państwie pruskim? Zostawmy jednak gdybanie, bo znaleźliśmy ciekawą relację, która definitywnie sprawę załatwia. Józef Chociszewski, dziennikarz i pisarz, na wieść o śmierci biskupa Namszanowskiego, zareagował wspomnieniem w „Dzienniku Poznańskim”. Opatrzono ją dopiskiem „przedruk wzbroniony”, ale nie zważajmy dziś na to. „Ze zmarłym poznałem się w Chełmnie w jesieni 1868 r., gdy do miasta tego przybył krótko po swojej konsekracji biskupiej i objęciu zwierzchniczego duszpasterstwa w armii pruskiej. Powodowała go do tego pamięć miejsca, w którym ukończył nauki gimnazjalne i uzyskał świadectwo dojrzałości. W kościele pofranciszkańskim, obróconym na gimnazjalny, odprawił też pontyfikalne nabożeństwo dziękczynne. Ustanowienie biskupa katolickiego dla katolików w armii pruskiej było rzeczą nową a nadto niespodziewaną. Zastanowiło więc ludzi myślących, Polaków zaś tem więcej, że 110 Opowieści sztumskiej treści (1899-1901) na biskupa wybrano księdza z polskim nazwiskiem i po polsku mówiącego. Bo że on do polskiego pochodzenia się przyznaje i Polakiem się czuje, o tern mało kto wiedział. Ja sam przypadkowi właśnie tylko przypisać mogę, że się o narodowości ks. Namszanowskiego właśnie krótko przed jego przybyciem do Chełmna dowiedziałem. Przeglądając bowiem pierwsze polskie pismo Prus Zachodnich, chełmińską „Szkółkę Narodową” z r. 1848, napotkałem tam z numerach 26 z grudnia i Tl z tegoż miesiąca relacją z ziemi malborskiej o założeniu ligi polskiej przez Alkantarego Donimirskiego w Postolinie, a zarazem przyczynienia się do tego ks. wikariusza Namszanowkiego, którego dłuższe przemówienie podano tam obszernie. Przemówienie to było tak polskie, jak by go nikt cieplej wypowiedzieć nie zdołał. ”] Jak dalej pisze Chociszewski, poprosił biskupa o rozmowę, „bo właśnie wchodziło u dziennikarzy w zwyczaj interwiowanie osób zajęcie publiczne wywołujących”. Podczas wywiadu Chociszewski zapytał o postolińską mowę z 1848 roku. Biskup był zaskoczony, dopytywał się, skąd dziennikarz wie o zdarzeniu sprzed 20 lat? Nie wiedział, że została opublikowana w gazecie. Teraz dopiero zrozumiał, dlaczego szybko przeniesiono go wówczas ze Starego Targu do innej parafii i bacznie się mu potem przyglądano. Nie zdążył pojechać na zjazd Ligi Polskiej do Kórnika, a delegatem wybrał go wiec po-stołiński. Dalej zwierzył się biskup redaktorowi: „Zrobili mnie tym nowym biskupem niby z dbałości o religijność żołnierzy katolików. Ale po prawdzie jest to tylko łapka na katolików, których przez pobicie Austrii więcej jeszcze przyłączyli do Prus. (...) Moja władza w wojsku bardzo mała. Jednakże zrobić można zawsze coś dobrego. Choćbym tylko dopilnował i sprawił to, żeby ustało w wojsku wyszydzanie i wyśmiewanie wiary i obrządków katolickich, już bym zrobił coś dobrego.” Dlatego, gdy Chociszewski spytał o zgodę na to, by w imieniu miejscowych Polaków przemówić do biskupa po polsku podczas obiadu wydanego na jego cześć, odmówił. „Trzeba być bardzo ostrożnym” - dodał. Ileż to jeszcze razy w polskich dziejach powróci dylemat: kompromis z narzuconą władzą, owocujący jednak jakimś dobrem wspólnym, czy tylko bezwzględna walka? A jak wyważyć, że w układzie z władzą chodziło nie tyłko o własne korzyści? PORWANY PRZEZ CYGANÓW Opowieści o tym, że Cyganie porywają dzieci, mają długą historię. Jedną z nich żyli jakiś czas sztumianie. Powód do tego dał 16-letni Richard Hauburg, syn miejscowego przedsiębiorcy budowlanego. Uczył się muzyki w znanej malborskiej orkiestrze Pełza. 15 lutego nie wrócił do domu, a zaniepokojona rodzina zgłosiła jego zaginięcie. Po trzech dniach rodzice otrzymali od syna kartę noszącą stempel poczty z Elbląga. Richard zawiadamiał, że szedł drogą z Malborka do L., gdzie miał grać na weselu razem z kolegami, którzy już wcześniej tam się wybrali. Niedaleko T. porwała go banda wędrownych Cyganów. Dwa razy próbował ucieczki, ale niestety jest dobrze pilnowany. Z podsłuchanych rozmów wywnioskował, że są w drodze do F., gdzie Cyganie mają dawać przedstawienia. Zmusili i jego do publicznych występów, raz w charakterze muzyka, a drugi raz klauna. Janusz Ryszkowski 111 Kartę, którą przesyła miał przypadkowo przy sobie, wypełnił ołówkiem i wyrzucił potajemnie z wozu cygańskiego, prosząc w dopisku przypadkowego znalazcę o wysłanie. „Karta rzeczywiście została znaleziona i z wysłana z poczty w Elblągu i tym sposobem rodzice zawiadomieni. Oni też natychmiast najbliższym pociągiem udali się do Freistadt, jednocześnie telegraficznie wycofując doniesienie złożone na policji o zaginięciu syna. Śledztwo w tej sprawie do dzisiaj nie odniosło rezultatów, ale możliwe ze w przyszłości uda się policji wytropić bandę Cyganów, porwanego uwolnić, a bandytów ukarać.Opis zaginionego: wzrost 1,50-1,60 m, ubrany w ciemny garnitur i w ciemny płaszcz.” Mrożąca krew w żyłach historia, godna najlepszych współczesnych mitów miejskich. Dziennikarz „Altpreussische Zeitung” potraktował ją bardzo poważnie, choć analiza nazw miejscowości powinna mu dać do myślenia. Chłopak wędrował drogą z Marienbur-ga do Lindenau, czyli z Malborka do... No, właśnie dokąd? Może tak przechrzci! chłopak znaną sobie miejscowość Lindenkrug, Lipkę pod Sztumem, dziś część Zajezierza? A Freistadt, jakieś Wolne Miasto, gdzie niby leży? Na Śląsku (Kożuchów), a może Austrii. Richarda poniosła fantazja. Łatwo tak teraz ironizować, gdy pod ręką Internet, a w nim wszystko wiedzący podpowiadacz - wujaszek Google. Ale staję w obronie anonimowego dziennikarza. Rozumiem go. Zecer nad głową się niecierpliwi, bo dziura w gazecie czeka na zapchanie, czas ucieka, a autor tekstu zmęczony, pewnie i kiepsko opłacany... Po kilku dniach sprawa się wyjaśniła. Richard zjawił się w rodzinnym domu, tłumacząc, że pod Królewcem udało mu się uciec. Niestety, ratując się, stracił cenny płaszcz. 112 Opowieści sztumskiej treści (1899-1901) „Opowieściom młodzieńca nie daje się specjalnie wiary” - kończy gazeta, która także miała swój udział w cyganieniu. SUCHE LATO U schyłku wiosny, nocą 19 czerwca, zanotowano silne przymrozki, „które miejscami wyrządziły dużą szkodę, zwłaszcza zaszkodziły ziemniakom i ogrodowiźnie” (P). 4 lipca pod wieczór od zachodu zaczęły napływać nad miasto deszczowe chmury, a w nocy rozpętała się wielka burza, z hukiem piorunów i rzęsistymi opadami. Wydawało się, że zakończył się okres dającej się mocno we znaki suszy, zwłaszcza, że kilka potem, podczas festynu uczniów szkoły powszechnej, znowu lało. Ale wkrótce znowu powróciły upały. Pod koniec sierpnia gazeta „Altpreussiche Zeitung” konstatował: „Na skutek panującej wielkiej suszy zaczyna być odczuwany dotkliwy brak wody. Rowy są puste, stawy i bagna wyschnięte.” Ci, którzy mogli, opuszczali miasto, by wypoczywać w kurortach. Do wód Sopotu regularnie co rok jeździła Bogumiła z Wolskich Donimirska z Czernina (w 1907 roku dyrekcja kąpieliska urządzi jej jubileusz na 50-lecie pobytu, miała wówczas 91 lat!). Mniej, jak się wydaje, popularnym miejscem była Krynica Morska. Latem wybrał się tam na wypoczynek sztumski kupiec Aron i zamieszkał w najsłynniejszym wówczas hotelu Belve-dere. Gazety prowadziły specjalne rubryki, które podobne rzeczy odnotowywały, tak jak np. listy gości hotelowych, czy śluby i urodzenia. W cotygodniowej listy nr 7 kąpiących się w Krynicy Morskiej, opublikowanej w numerze z 21 lipca „Altprussische Zeitung” wiemy, że Aron był jednym 1208 gości w tej miejscowości, wliczając w to członków rodzin i służbę. Przyjeżdżali, jak wynika akurat z tej listy i z nieodległego Elbląga czy Braniewa, ale też Berlina czy Bonn. Aronowie, żydowska rodzina kupiecka, prowadziła m.in. skład bławatów w ostatniej kamienicy południowej pierzei Rynku (nr 52 wedle książki adresowej). W 1927 roku Bruno Aron sprzedał nieruchomość Bankowi Komunalnemu i wyjechał z miasta. „Gazeta Olsztyńska” podawała, że rodzina związana była ze Sztumem przez 80 lat. Jasne było, że dla większości mieszkańców lato nie było czasem wyjazdów do wód. Zresztą kąpieliska, na razie dzikie, mieli sztumianie na miejscu. Radni miejscy właśnie uchwalili, że trzeba wybudować dwa zakłady kąpielowe i to na koszt miasta. Na pewno senną atmosferę miasteczka przerwało coroczne święto strzeleckie. Główną ulicą przeszli członkowie bractw, nie tylko sztumskiego, ale z dalszych okolic. Królem kurkowym został Paul Grunenberg, właściciel hotelu, pierwszym rycerzem majster rzeź-nicki Paul Schulz, a drugim kupiec Schmidt. Wieczorem w Strzelnicy odbył się bal, a do tańca przygrywała słynna kapela Pełza z Malborka. Panujące upały okazały się sprzymierzeńcem dla właścicieli kopalni torfu. Taką działalność prowadzili np. Donimirscy w Zajezierzu. „Wykopano latoś więcej torfu, aniżeli po inne lata, a dla drożyzny węgla zbyt jest większy. Właściciele kopalni torfu całe swe zapasy rozprzedali.” Jan Chłosta 113 Jan Chłosta POWIŚLANIE WIĘŹNIAMI HITLEROWSKIEGO OBOZU W HOHENBRUCH Położony na bagnach, sześć kilometrów od Mierzei Kurońskiej, hitlerowski obóz karny w Hohenbruch po wybuchu II wojny światowej stał się miejscem uwięzienia bardziej aktywnych Polaków z Prus Wschodnich. Mniej więcej dwa kilometry od obozu znajdowało się osiedle z 1155 mieszkańcami. Przed 1938 rokiem miejscowość nosiła nazwę Lauken, potem Hohenbruch, a teraz Gromowo i znajduje się w pobliżu Sławska (dawniej Heinrichswalde) w obwodzie kaliningradzkim. W sierpniu 1939 roku wzniesiono tam zwyczajne baraki z okratowanymi oknami. Najpierw obóz podlegał policji, następnie znajdował się pod nadzorem gestapo jako wychowawczy obóz pracy. Więźniowie nie nosili tu własnych ubrań - tylko pasiaki. Warunki życia były jednak w obozie nadzwyczaj trudne: ciężka praca przy słabym wyżywieniu zmierzały do fizycznej likwidacji uwięzionych. Stosowano z całą bezwzględnością zasadę, że każdy powinien pracować dla III Rzeszy. Stąd obowiązek pracy był tutaj powszechni. Nawet starsi wiekiem więźniowie wykonywali prace porządkowe w samym obozie. Większość zatrudniona była w gospodarstwach rolnych: przy zbiorach płodów, przeprowadzaniu robót melioracyjnych, karczowaniu lasu, budowie dróg. Pod dozorem strażników więźniowie pracowali przy 114 Powiślanie więźniami hitlerowskiego obozu w Hohenbruch omłotach, zbiorach konopi i wykopkach ziemniaków oraz buraków. W pośpiechu zbudowane baraki obejmowały obszar około półtora hektara powierzchni. Otaczał je głęboki rów napełniony wodą. Całość została ogrodzona wysokim płotem z drutu kolczastego. Na początku warunki pozwalały na uwięzienie kilkuset osób. W obozie nie tatuowano numerami więźniów, stąd trudno określić ilu faktycznie był tam uwięzionych. Nad bramą wejściową znajdował się napis: „Lager Hohenbruch”. Na początku uwieziono tu Czechów, aresztowanych po zajęciu Sudetów przez Niemcy. Osobną grupę stanowili dezerterzy z Wehrmachtu i kryminaliści. Z nich przeważnie rekrutowali się pełniący funkcje kapo. Następnie Hohnebruch stał się miejscem czasowego pobytu dla około 60 Polaków z Prus Wschodnich. Połowa z nich wywodziła się z dawnego Powiśla. Wśród nich działacze Związku Polaków w Niemczech, nauczyciele Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie oraz nauczyciele istniejących tu po 1929 roku Polsko-Katolic-kich Szkół Prywatnych. Większość z nich została przez gestapo aresztowana jeszcze 25 sierpnia 1939 roku, kiedy zamknięto gimnazjum i wszystkie polskie szkoły. Przebywali tu także pracownicy polskich urzędów celnych i kolejarze, w końcu w podstępny sposób aresztowani nauczyciele z powiatu lipnowskiego. Jeszcze 17 października 1939 roku hitlerowcy zastosowali w Lipnie metodę, którą powtórzyli w listopadzie 1940 roku w Krakowie z aresztowaniem profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i umieszczeniem ich w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Akcja ta, jak wiadomo, otrzymała kryptonim „Son-deraktion Krakau”. W Lipnie zaś władze niemieckie zarządziły obowiązkowe stawienie Jan Chłosta 115 się wszystkich nauczycieli z powiatu na rzekomo zwołaną konferencję. Zgłaszających skierowano na dziedziniec przy budynku Inspektoratu Szkolnego, gdzie znajdowała się już uzbrojona eskorta. Około godziny 12-tej zarządzono zwolnienie kobiet oraz nauczycieli narodowości ukraińskiej i tych, który ukończyli 60 rok życia. Pozostałym 72 nauczycielom, łącznie z inspektorem Zygmuntem Czajkowskim oświadczono, że są aresztowani i pojadą na kurs do Prus Wschodnich. Przewieziono wszystkich do Włocławka, a następnego dnia specjalnym pociągiem zostali przetransportowani do Hohenbruch. Po zamknięciu Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie profesorów, młodzież i obsługę szkoły przewieziono autobusami do Tapiau (obecnie Gwardziejsk). Umieszczono ich w budynku zlikwidowanego zakładu psychiatrycznego, w następnych dniach wszystkich przeniesiono do Grunhof i Strobiehnen. Stamtąd 21 września 1939 roku nauczyciele gimnazjum: dyrektor tej szkoły dr Władysław Gębik (1900-1986), wykładowca historii sztuki Piotr Abraszewski (1905 - data śmierci nieznana), polonista Aleksander Bruckner (1895-1967), germanista Alojzy Brzeski (1904 - data śmierci nieznana), lekarz dr Franciszek Gabriel (1904-1944), nauczyciel muzyki Leon Kauczor (1910-1981), łacinnik i kierownik internatu Wincenty Kowol (1903-1979), nauczyciel WF Feliks Nowakowski (1914-1943), anglista i romanista Alfons Ratajczak (1906 - data śmierci nieznana), fizyk i matematyk Nikodem Rozkwitalski (1906 - data śmierci nieznana), nauczyciel WF Piotr Taterra (1909 - data śmierci nieznana), geograf i historykjózef Wenda (1890-1940), prefekt ks. Stanisław Witold Zuske (1903-1942), kierownik administracyjny gimnazjum Edmund Styp-Rekowski (1906-1941), intendent gimnazjum Jan Lewandowski (1894 - data śmierci nieznana), woźny szkoły Teofil Sadowski (1911-1941) - zostali aresztowani i przewiezieni do Hohenbruch. Natomiast uczniów i personel pomocniczy złożony w większości z kobiet zaopatrzono w bilety z Pilawy (obecnie Bałtyjsk) i przewieziono statkiem do Gdańska, następnie udali się do swoich miejsc zamieszkania. Uczniom nakazano kontynuowanie nauki w niemieckich szkołach. Każdego ucznia rzecz jasna, cofnięto o jedną klasę niżej. Szkoła niemieckie rzekomo reprezentowała w mniemaniu hitlerowców wyższy poziom. Starsi uczniowie zostali potem wcieleni do Wehrmachtu. Spośród nich Feliks Włodarczak w 1943 roku dostał się do niewoli amerykańskiej w północnej Afryce i w czerwcu 1944 wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, jako starszy strzelec 8 Baonu Strzelców w I Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka. Włodarczak jako Feliks Kwidyn, bo chciał uniknąć prześladowań przez Niemców swoich bliskich, poległ w Normandii. Wcześniej przetransportowano do obozu nauczycieli powiśłańskich polsko-katolic-kich szkół i wyróżniających się działaczy narodowych. Z nauczycieli w Hohenbruch zostali uwięzieni: Nikodem Broma (1913-1943) z Sadłuk, Antoni Matyjaszek (1903-1959) z Waplewa, Jan Mądry (1914 - data śmierci nieznana) ze Starego Targu, Józef Neugebauer (1900-1948) z Pruskiej Dąbrówki, Jan Różeński (1901 - data śmierci nieznana) z Trzciana, Władysław Walasiak (1907- 1941) z Nowej Wsi, Florian Wichłacz (1908-1981) z Po-stolina i Leon Wiśniewski (1902-1980) z Nowego Targu. Do nich dołączyli: Maksymilian Bukowski (1871-1940), który od 1907 roku zamieszkał w Kwidzynie i pracował w administracji pocztowej, upowszechniał w tym rejonie Powiśla polskie gazety i książki, 116 Powiślanie więźniami hitlerowskiego obozu w Hohenbruch Mikołaj Dorsz (1901-1940) prezes koła Towarzystw Młodzieży w Postolinie, ukończył kurs dla instruktorów kół śpiewaczych w Poznaniu m. in. prowadzony przez samego Feliksa Nowowiejskiego, Jan Fiszer (1893-1941) kierownik Banków Ludowych w Kwidzynie i Sztumie, opiekował się też spółdzielnią uczniowską Polskiego Gimnazjum, Jan Lenga (1895-1942) rolnik, członek Zarządu powiślańskiego Okręgu Związku Polaków w Niemczech (na krótko przed śmiercią w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen doręczono mu akt pozbawienia własności gospodarstwa w Postolinie), Antoni Lewicki (1874-1940), który jako murarz w 1900 roku osiedlił się w Trzcianie, należał do założycieli Banku Ludowego w Sztumie i był aktywnym członkiem „Sokoła” w okresie przed-plebiscytowym, Bolesław Osiński (1872-1940), brat ks. Wacława prezesa IV Dzielnicy Zw. Polaków, wchodził w skład Rady Nadzorczej Banku Ludowego w Sztumie (po ustąpieniu z funkcji prezesa Okręgu Związku Polaków Kazimierza Donimirskiego, właśnie on objął kierownictwo okręgu), Antoni Pacer (1878-1940) ze Trzciana aktywnego działacza miejscowego koła Związku Polaków. Nie można wykluczyć, że pomiędzy uwięzionymi w Hohenbruch znalazł się także ostatni konsul RP w Kwidzynie Edward Czyżewski. Właściwie jego losy wojenne nie są dotąd znane. Wiadomo tylko, że został przez Niemców aresztowany. Inni Powiślanie jak Helena i Stanisław Sierakowscy uniknęli obozu, ale zginęli jeszcze w 1939 roku w kaźni gestapo w Rypinie, Witold Donimirski został bestialsko zamordowany w Sachsenhausen, a Jan Wróblewski (1899-1944) zmarł w Oświęcimiu. Dla wielu więźniów hitlerowski obóz w Hohenbruch stał się przedsionkiem w obozowej drodze. Stąd kierowani byli do obozu koncentracyjnego w Stutthofie pod Gdańskiem. Najstarsi wiekiem już tutaj musieli się rozstać z życiem. Tam zmarli: Maksymilian Bukowski, Antoni Lewicki, Bolesław Osiński i Antoni Pacer. Pozostali przeszli przez Sachsenhausen-Oranienburg do Mauthausen-Gusen. Tam uśmiercono najwięcej Polaków z Powiśla: Jana Wendę, Edmunda Styp-Rekowskiego, Jana Fiszera, Mikołaja Dorsza i Teofila Sadowskiego. Ks. Stanisław Zuske został zagazowany w Hartheim koło Linzu, dr Franciszek Gabriel zginął w Majdanku, Nikodema Rozkwitalskiego zamordowano w Sachsenhausen. Kilku innych jak Feliksa Nowakowskiego, Jana Mądrego, Józefa Neu-gebauera, Władysława Walasiaka, Nikodema Bromę, dzięki staraniom rodzin zwolniono z obozów, ale od razu, jako obywateli III Rzeszy, wcielono ich do Wehrmachtu, przez to Nowakowski, Walasiak i Broma zginęli na froncie wschodnim. Piętnastu Polaków przeżyło hitlerowskie obozy i w sposób aktywny po 1945 roku włączyło się w przywracanie tu polskiej administracji, tworzenia polskich szkół. Mam na myśli nauczyciela Floriana Wichłacza, który przez pięć kadencji był posłem na Se jm PRL, dr Władysława Gębika, organizatora szkolnictwa na Warmii i Mazurach i literata, Leona Kauczora bardzo zaangażowanego w rozwój życia muzycznego na Wybrzeżu, Wincentego Kowola, dyrektora Liceum Ogólnokształcącego w Kętrzynie, potem nauczyciela akademickiego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, Leona Wiśniewskiego, który po 1945 roku jakiś czas nauczał w Starym Targu na Powiślu. Wszyscy zasługują na naszą pamięć. Bogumił Wiśniewski 117 Bogumił Wiśniewski SKANDALE, PRZESTĘPSTWA, NIESZCZĘŚLIWE WYPADKI Ludzkie słabości, wzloty i upadki w każdym czasie - są zawsze identyczne. Człowiek stojący przed wybraniem drogi życiowej nie zawsze działa racjonalnie. Wydawałoby się, że każdy jego ruch w przestrzeni społecznej jest przemyślany, ale okazuje się, że nie jest tak do końca. Tworzyłoby się wtedy społeczeństwo idealne, którego przecież nigdy nie było i nie ma. Każdy z nas wywodzi się z innego środowiska, do czego innego dąży, człowiek jest szarpany różnorakimi namiętnościami, które zasłaniają całkowicie logiczne myślenie. W jednej z ostatnich „Prowincji” nr 3 (21) z 2015 r. opisywałem przedwojenny los prostytutek, które działały w swoim środowisku na pograniczu prawa, czasami legalnie jak też i nielegalnie. Były to wybory dobrowolne i pod przymusem, ale nie ulega wątpliwości, że żyły w ten sposób, bo tak chciały - po to, aby przeżyć. W tym artykule natomiast, chciałbym nakreślić popełniane złe czyny osób, które były wewnętrznie targane różnymi demonami zła z punktu widzenia ludzkiego i prawnego. Oprę się o czasopisma przedwojenne, w których brutalne zabójstwa, napady i skandale towarzyskie były szeroko opisywane i komentowane, a szczególnie czyny popełniane przez tzw. wyższe sfery. Nie będę podawał tu tytułów gazet przedwojennych, w które z upodobaniem podawały szczegóły w swoich relacjach o morderstwach czy samobójstwach, przecież to nie w tym rzecz, aby pokazywać czytelnikom „Prowincji” chirurgiczne sceny z życia „naszych” dziadów. Tu chodzi tylko o fakt zaistniałego przestępstwa. Powiem więcej, chodzi mi o uwypuklenie ludzkiego losu, który w tym temacie od setek lat się nie zmienił i nie zmienia. Spójrzmy, chociażby przez zazdrość, ile dokonano zabójstw w afekcie, które polega na pozbawieniu życia innego człowieka pod wpływem silnego wzburzenia.' Tak naprawdę - tego się już nie dowiemy. Ludzki świat idzie dalej w przyszłość ze swoimi ułomnościami, powtarzając cyklicznie te same błędy co kiedyś. Nienawiść do drugiego człowieka dalej drąży i popycha ludzkie dusze do sfinalizowania zabronionego przez prawo czynu. Jednym słowem, ludzkość stoi w tym samym miejscu, co sto lat temu i dalej. No, tacy jesteśmy. Na początek rozpocznę prezentację od skandali towarzyskich z wyższej sfery, następnie przejdę do przestępstw dokonanych w naszej okolicy oraz opiszę parę nieszczęśliwych wypadków oraz następstw obrażeń ciała. Jest 19 na 20 grudnia roku 1913, mała miejscowość Dakowy Mokre w poznańskim. Ktoś mógłby się zapytać, dlaczego akurat te wydarzenie opisuję, ano dlatego - ubiegając 1 https://pl.wikipedia.org/wiki/Zab%C3%B3jstwo_w_afekcie 118 Skandale, przestępstwa, nieszczęśliwe wypadki Toruń, fot. ebay.de historię, uczestnik wydarzeń, osiadł później niedaleko nas, bo za Wisłą - w majątku ziemskim pod Tczewem w Gołębiewku. Osoby biorące udział w dramacie to hrabia, poseł do Reichstagu, późniejszy podpułkownik Maciej Mielżyński, żona Fełicja z domu Potocka oraz siostrzeniec hrabia Alfred Miączyński (syn przyrodniej siostry hr. Madejowej). Hrabia Maciej Mielżyński w piątek przybył z Berlina do swojego pałacu z myślą urządzić w sobotę małe polowanie w gronie rodzinnym. Na zbliżające się święta Bożonarodzeniowe, trzeba było przecież przygotować świeżą dziczyznę na stół. Zaraz po przyjeździe poseł zmęczony podróżą, poszedł na górę do swojej sypialni na drzemkę. Po godzinie 21, zszedł na dół na kolacje. Przy jednym stole posilał się z małżonką oraz hrabią Alfredem Miączyńskim, który w między czasie zaszczycił swoją osobą - Felicję. Wieczorem spożyli wszyscy wspólnie kolacyę i bawili się wśród najlepszej harmonii do godziny 3 w nocy, poczem hr. Mielżyński, pożegnawszy się z Miączyńskim, udał się na spoczynek do swoich pokojów na piętrze2. Syn przyrodniej siostry Alfred miał wyjechać zaraz po kolacji, ale nie zrobił tego. Po wyjściu na zewnątrz, niebawem wrócił i zaczął dobijać się do drzwi salonu hrabiny Miel-żyńskiej. Pani Kaczorowska (która była z nią), przestrzegała hrabinę, by nie otwierała, hrabina jednak nie zważając na przestrogę wpuściła go [...]. Natomiast małżonek nie położył się, czekał aż samochód z gościem odjedzie. Słysząc hałasy z dołu, powziąwszy podejrzenie postanowił zejść na dół, zaopatrzywszy się w nabitą 2 Gazeta Toruńska 1913, R. 49 nr 295. Bogumił Wiśniewski 119 fuzyę i browning [...]. Hrabina bawiła z Miączyńskim w pokoju obok sypialni a w bezpośrednim sąsiedztwie p. Kaczorowskiej, która również jeszcze nie spała [...]. Hrabia Maciej najprawdopodobniej zszedł na dół najciszej, jak tylko mógł i podsłuchiwał toczącą się rozmowę pod drzwiami swojej żony. Podsłuchana rozmowa nie była najwidoczniej na rękę zazdrosnemu posłowi, skoro w pewnym momencie otworzył raptownie drzwi do pokoju hrabiny i bez słowa otworzył ogień do osób tam przebywających. Nie rzekłszy słowa wymierzył fuzyę do żony i trafnym strzałem w piersi powalił ją na ziemię. Skutki strzału były okropne, nabój śrutowy porozrywał jej bowiem całe piersi prawie w strzępy. Śmiertelnie raniona dowlokła się jeszcze do drzwi pokoju sypialnego i skonała. Alfred rzucił się na wuja, ale nie zdążył mu umknąć. Stary Mielżyński sięgnął po brauning i jednym strzałem w skroń położył go trupem na miejscu. Dwa morderstwa w jednym miejscu, w jednym czasie. Idąc na spotkanie z ofiarami hrabia, wyłączył sam główny kurek elektryczny i strzelał, podświetlając sobie do strzałów kieszonkową lampką elektryczną. Zaraz po zbrodni sam posyła swojego szofera po miejscowego księdza. Również kazał poinformować o zajściu administratora dóbr prokuraturę oraz swego doradcę prawnego, pana radcę Mottego z Grodziska. Hrabiego zabrano do więzienia w Międzyrzeczu. To tam poseł na sejm tłumaczył się, że całe krwawe zajście, to była wielka pomyłka. A pani Kaczorowska, jako świadek dodała, że: pijany hr. Miączyński wbrew woli hrabiny wtargnął do pokoju sypialnego i nie chciałgo opuścić. Buty zdjął dlatego, że hrabina go o to prosiła, by mógł po cichu udać się na górę. Zbrodnia ta wstrząsnęła ówczesną opinią publiczną. Co chwila nowe wydawane numery popularnych gazet na bieżąco informowały czytelników o szczegółach romansu i zbrodni. Pierwsze echa kompromitujące hrabinę, w późniejszych publikacjach starano się uciszać. Jednak pokojówka powiedziała na „wizji lokalnej”, że hrabia Mielżyński miał powiedzieć nad ciałami: Patrzcie tych grzeszników, Bóg ich ukarał moją ręką!5. Prokuratura w swoim akcie oskarżenia wysunęła swoje przypuszczenie, że hr. Mielżyński działał pod wpływem wielkiego wzburzenia wskutek zazdrości, lecz na podstawie zbadania jego stanu umysłowego musi go czynić odpowiedzialnym za jego czyny4. Sprawa ciążyła hrabiemu na sumieniu i nabierała rozmachu. Czekał tylko na ogłoszenie wyroku sądowego. Liczył na łaskawy wymiar sprawiedliwości, chociaż popełnił dwa zabójstwa na członkach swojej rodziny. Przed rozpoczęciem rozpraw sądowych publiczność i prasa zajęły zawczasu wszystkie miejsca wolne. W sali wiszą czarne tablice, na których widnieją rysunki i szkice miejsca zbrodni5. Oskarżony w towarzystwie woźnego więziennego i lekarza, został wprowadzony przed sąd, w międzyczasie hrabia robił dobrą minę do złej gry, kłaniał się po sali. Zapadła cisza, wszystkie oczy zgromadzonych skierowane były na oskarżonego. Hrabia nie czuł się chyba pewnie, bo słaniał się na nogach. W końcu oskarżyciel [...] zarzuca posłowi zabójstwo z rozmysłem w stanie podniecenia. W pewnym momencie dla dobra rodziny, sąd utajnia swoje posiedzenie. Publiczność i prasa są zawiedzeni. Powoli muszą opuścili salę 3 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 1, s. 3. 4 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 28, s. 3. 5 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 43 + dodatek, s. 1. 120 Skandale, przestępstwa, nieszczęśliwe wypadki Graudenz. vom Schlo^berg auj die Sfadt. Grudziądz,fot. ebay.de sądową. Jednak nie dając za wygraną, wszyscy oczekiwali na ogłoszenie wyroku przed gmachem sądu. Czasami tylko do ciekawskiego tłumu dochodziły z sali sądowej strzępy informacji, że podczas rozprawy kilkakrotnie hrabia mdleje z osłabienia. Przywracają go do życia -cuceniem, rozprawa dalej się toczy. W końcu po naradzie dwudziestominutowej sędziowie przysięgli ogłaszają wyrok uniewinniający zupełnie hrabiego. Zniesiono też natychmiast rozkaz aresztowania, wydany przeciwko hr. Mielżyńskiemu. Oskarżony, który wysłuchał wyroku ze łzami w oczach, powstał i skłonił się lekko trybunałowi oraz sędziom przysięgłym6. To nie koniec historii hrabiego, chociaż zazdrosnego męża uniewinniono od kary. Poseł pojawia się ponownie na szpaltach gazet już w innych okolicznościach. Jest przedstawiony jako odważny i dzielny żołnierz walczący w I wojnie światowej. Pod ciekawym tytułem [...] Waleczny czyn oficera niemieckiego [...] podana zostaje informacja, że pod Schirwindt w Prusach Wschodnich, nasz hrabia - cofał się pod gradem kul przeciwnika po zostawionych samym sobie rannych żołnierzy w okopach. Sam przykładając rękę, hr. Mielżyński w ten sposób uratował wszystkich rannych. Poprzednio już otrzymał żelazny krzyż 1. i 2. klasy. Hr. Maciej Mielżyński pełni w armii służbę nad-porucznika kirasyerów~. Po zakończeniu I wojny światowej w wolnej Polsce hrabia, stanął na czele III powstania śląskiego. Nie był łubiany w towarzystwie, unikano go, cieniem kładła się zawsze podwójna zbrodnia w 1913 roku, którą dokonał na małżonce i jej kochanku. 6 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 44, s. 2. 7 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 267, s. 2 Bogumił Wiśniewski 121 W 1927 roku objął majątek ziemski Gołębiewko pod Tczewem, gdzie przebywał do rozpoczęcia II wojny światowej8. Nie tylko w naszej arystokracji panowały skandale, wcześniej, bo w 1909 roku w pobliskim nam Grudziądzu, rozgrywał się dramat hrabiny Stefanii Pfeil, którym żyło całe Pomorze. Przed sądami wojskowymi w Grudziądzu, Berlinie i Koblencyi toczyć się będzie w najbliższych dniach kilka procesów w sprawie pożycia małżeńskiego obecnej hrabiny Stefanii Pfeil. Jest ona najstarszą córką berlińskiego radcy budowlanego Heima a byłą żoną hrabiego Hansa Pfeila, który jest obecnie kapitanem w 129 pułku piechoty w Grudziądzu [...]9. Jak zawsze po rozwodzie, który w tym przypadku nastąpił w 1907 r., sprzeczające się strony dochodzą swoich praw przed sadem do majątku i małoletnich dzieci. Przy takich okazjach mimochodem czytelnicy gazet dowiadywali się pikantnych szczegółów pożycia małżeńskiego arystokracji. Dzisiaj podają takie wiadomości tabloidy, wtedy takie sensacje publikowały gazety codzienne. Oskarżonymi są kapitan hr. Pfeil o krzywoprzysięstwo i namowę do krzywoprzysięstwa, dalej były szwagier hr. Pfeil, rotmistrz hr. Garsdorf o obrazę, wreście generałmajor Brusewitz, komendant placu ćwiczeń wojskowych w Elsenborn pod Akwizgranem, o obrazę rodziców hrabiny Pfeil [...]. Sprawa była poważna hrabina wytoczyła armaty na szanowanych obywateli Niemiec. Była sama, musiała udowodnić przed sądem, że ona ma rację. Ale jak zawsze w takim wypadku pozwani chcieli uniknąć odpowiedzialności. W tym celu najlepsza metodą było oświadczenia lekarskie o stanie zdrowia. Jeszcze przed rozpoczęciem procesów nabrała cała sprawa ogromnej sensacyi przez usiło-wane samobójstwo kapitana hr. Pfeila z Grudziądza. Odwieziono go do lazaretu wojskowego w Poznaniu w celu zbadania jego stanu umysłowego, ponieważ absolutnie przypuszczać nie można, aby arystokrata pruski i kapitan najpierwszej w świecie armii, mógł w normalnym stanie umysłowym dopuścić się ohydnej zbrodni krzywoprzysięstwa [...]. Dziennikarz „Gazety Toruńskiej” napisał w komentarzu, że przy takich sprawach odsłania się znowu objawy zgnilizny w kołach arystokracji niemieckiej, oczywiście wywołując przy tym ogromne zaciekawienie gawiedzi. Na procesie zeznawali świadkowie na niekorzyść kapitana. Uważano go za awanturnika. Świadkowie zaczęli publicznie prać brudy oskarżonego. Grille - (dawny foryś hrabiego) oświadcza, że bynajmniej nie rzucił się na oskarżonego z widłami i wideł wcale nie miał w ręku. Mimo to hrabia krzyczał na swoją żonę: Podaj mi pałasz! A gdy żona chciała go uspokoić, wymierzył jej policzek. Kłótnia była tak głośną, że ludzie stawali na 100 metrów w około. Dawniejsza niańka u hrabstwa oraz kucharka Scheffke zeznają dla hrabiego niekorzystnie. Broschówna twierdzi nawet, że hr. Pfeil robił jej nieprzyzwoite propozycje [...]10. 8 https://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Miel%C5%BCy%C5%84ski_(powstaniec_%C5%9BI%C4%85ski) 9 Gazeta Toruńska 1909, R. 45 nr 208, s. 2. 10 Gazeta Toruńska 1910, R. 46 nr 52, s. 2. 122 Skandale, przestępstwa, nieszczęśliwe wypadki Hrabia, broniąc się zaatakował hrabinę. Czy prawdą jest, że sfałszowała kwit firmy Ro-senthal, aby wyłudzić od męża 11 mk.11 - zapytał sędzia. Oczywiście, hrabina temu zaprzeczyła i ciętą ripostą odpowiedziała mu, że jest on zbrodniarzem. W dalszych dniach procesu hrabina Pfeil wynajęła prywatnego detektywa, który przed sądem stwierdził, że hrabia namawiał różnych światków w procesie rozwodowym do składania fałszywych zeznań na swoja własną korzyść, a w celu obciążenia hrabiny.12 Kapitan nie został dłużny byłej żonie i prosi sąd o powołanie na światków syna cesarskiego ks. Oskara Hohenzollern i osobistego adiutanta cesarza w celu potwierdzenia, że nie jest kłamcą. W tym czasie hrabina żąda wydania swoich dzieci, które są pozostawione przy ojcu. Przewodniczący składu orzekającego przypomniał, że w procesie niniejszym o dzieci nie chodź. Więc hrabina uderza mocniej i żąda jeszcze przesłuchania podpułkownika Pasera co do brzydkiej choroby, na którą cierpieć miał hr. Pfeil podczas pożycia małżeńskiego. Lekarz stwierdził w części jawnej, że oskarżonym jest osłabionym nerwowo, a duchowo mniej wartościowym, ale poczytalności wobec prawa odmówić mu nie można. Sprawa stawała się bardziej skomplikowana niż się wydało, albowiem hrabina w czasie rozwodu podarowała swojemu mężowi 50 000 mk, skoro jednak zohydził ją przed wszystkimi, zażądała zwrotu tej sumy13. Sąd nie dał temu wiary. Po słowach obrony, że kapitan hr. Pfeil jest człowiekiem wykształconym i o delikatnym poczuciu estetycznym - na taką formę laurki przedstawioną przez mecenasów o pozwanym - hrabina już na skraju załamania nerwowego, postanowiła obnażyć całą prawdę o byłym mężu, że hr. Pfeił przepadł swego czasu we wszystkich egzaminach i musiał służyć trzy lata jako prosty żołnierz w marynarce. Dopiero po ukończeniu tej służby otrzymał od cesarza w drodze łaski patent oficerski14. [...] Hrabina ukończyła rozmowę słowami: „Jakkolwiek proces wypadł dla mnie niepomyślnie, nie spocznę pierwej, dopóki nie odzyskam moich dzieci i słusznej sprawie nie dopomogę do zwycięstwa". Przechodząc do następnej części artykułu, zatrzymam się przez chwilę przy arystokracji. Chociaż Polski na mapach Europy nie było, to jednak rody możnowładcze popierały się nawzajem. Była to przecież wielka rodzina. I chociaż hrabia Mielżyński bez dwóch zdań, dopuścił się zbrodni, tó jednak koneksje i dobre urodzenie uchroniły go od spodziewanej kary. Natomiast czytając dalej artykuł, zobaczycie drodzy czytelnicy, że takiej pobłażliwości nie miał już sąd w stosunku do biednych, zwykłych ludzi mieszkających w naszej okolicy. Za kradzież karano, a co dopiero za morderstwo lub usiłowanie morderstwa. Elbląg. Tutejszy sąd przysięgłych skazał 28-letniego krawca Steinke’go z koloni Pangritza za usiłowane morderstwo na 4 lata domu karnego. Oddawał się pijaństwu, tak że żona mu-siała go i jedno swe dziecko utrzymywać, pracując w fabryce. Gdy pewnego razu wychodziła z fabryki, zastąpił jej drogę i strzelił do niej 4 razy z rewolweru. Na szczęście tylko jedna kula ją trafiła i to w gruby warkocz, przez co siła jej została osłabiona, w przeciwnym razem byłby 11 Tamże. 12 Gazeta Toruńska 1910, R. 46 nr 54, s. 2. 13 Gazeta Toruńska 1910, R. 46 nr 55, s. 2. 14 Gazeta Toruńska 1910, R. 46 nr 59, s. 3. Bogumił Wiśniewski 123 Sztum, fott. ebay.de swą żonę zabił na miejscu, ugodziwszy ją w głowę. Odstawiono ją do lazaretu, gdzie w krótkim czasie została wyleczoną. - Oto skutki pijaństwa i lenistwa15. W niektórych przypadkach policja ustalała bardzo szybko sprawców najcięższych przestępstw. Sprawa pewnie związana była z majątkiem Donimirskich. [...] Sztum. Bracia G. przybywający w mieście naszym u krewnych swych, zabili w nieludzki sposób cieślę Serosińskiego z Czernina oraz stróży nocnych Borkowskiego i Karkowskiego16. Za kradzieże ówczesna władza pruska również srogo karała opryszków, zdarzały się przypadki, aby takiego przestępcę umieszczać w zakładzie zamkniętym dla obłąkanych. Sztum. Żandarmowi Petrichowi udało się pochwycić koszykarza Thimrna, skazanego za różne przestępstwa na 8 lat i 2 miesiące domu karnego. Thimm, liczący lat 38, znajdował się do 13 czerwca w domu obłąkanych w Kozborowie, skąd uciekł i dalej kradł, żyjącztego. Aresztowano też następnie chałupnika Thiedego z Sztumskiej wsi, który kradzione przez Thimrna przedmioty przechowywał. Znaleziono u niego cały skład towarów: kołowce, koszule, skarpety, całe kosze butelek z wódką, trzewiki itd. Wszystko zawieziono wozem do więzienia. Przedmioty pochodzą podobno z kradzieży popełnionej niedawno u kupca Dahlkego w Ryjewie17. Zdarzały się bardziej wyrafinowane kradzieże, prawie takie jak z obecnego wieku, tylko teraz rozpruwa się bankomaty, a poprzednio dobierano się do kas pancernych wywożąc je na pole i tam je rozbijając i penetrując. Kwidzyn. Śmiałej kradzieży dokonano na stacji małej kolejki w Marezie. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa sześciu mężczyzn włamało się do biura urzędowego, pozabierali 15 Gazeta Grudziądzka 1911, R. 17 nr 75, s. 2. 16 Gazeta Toruńska 1911, R. 47 nr 125, s. 2. 17 Gazeta Toruńska 1908, R. 44 nr 227, s. 2. 124 Skandale, przestępstwa, nieszczęśliwe wypadki mniejszą ilość gotówki i zapas cygar, poczerń wynieśli szafę żelazną na przygotowany w tym celu wózek i zdobycz swoją wywieźli około kilometr poza stacyę na pole w stronę Kurzebra-ku. Tutaj gwałtem rozbiłi i szafę i w ręce ich wpadło 2000 mk. w banknotach oraz 4000 mk. w złocie i srebrze, pieniądze przeznaczone na kwartalną wypłatę. Papiery wartościowe pozostawili nietknięte. Pięciu włamywaczy wyjechało w stronę Berlina, a szósty pozostał jeszcze w okolicy. Sprowadzony pies policyjny znalazł tylko szafę na polu, poczem ślad stracił. Włamywacze to starzy znajomi - którzy już przed sześciu łaty na tej samej stacyi podobnego dopuścili się rabunku18. Bandyckie szajki nie bacząc na policję, która zazwyczaj była daleko od miejsca przestępstw, pod osłoną nocy napadały na swoich sąsiadów w celu zdobycia łatwych łupów. Nie zawsze jednak udawało się im umknąć przed wymiarem sprawiedliwości. Taki prze-padem miał miejsce niedaleko Kwidzyna. Kwidzyn. W miejscowości Baldran (?) przy aresztów ano szajkę opryszków, którzy od dłuższego czasu szerzyli postrach w okolicy. Było ich trzech, dwaj bracia Gustav i Karol Ganswindt i niejaki Kornblum. W nocy zakradali się do którekolwiek wsi, włamywali się do bogatszych posiedzicieli, a dla przestrachu strzelali poprzednio z rewolwerów do okien. Pomiędzy innymi popełnili kradzieże we wsiach Rakowskim polu, Bystrzecu, Mareese (?) i innych.19 Nie tylko w Stanach Zjednoczonych, na dzikim zachodzie - podczas zabawy wiejskiej dochodziło do strzelaniny. Nasz region też mógł się poszczycić mocną zabawą z tzw. przytupem, na której krzepcy tancerze używali broni palnej w trakcie kłótni pewnie o wybrankę swego serca. Brodnica. Podczas zabawy tanecznej w miejskim lesie, robotnik Leon Wiśniewski z Michałowa, znany zawadyaka, rozpoczął kłótnię z kilku osobami w toku której dobył rewolweru i począł strzelać. Do strzelaniny tej przyłączył się także pewien jego „przyjaciel”. Rozgniewani zajściem tern żołnierze i cywilni sprawili bohaterom rewolwerowym taką łaźnie, że trzeba ich było wynieść z miejsca zabawy. Taniec wobec tego i zabawę natychmiast przerwano20. Do okrutnego mordu doszło w Starogardzie, gdzie główną rolę grał ojczym zamordowanej, który bojąc się utraty pieniędzy, posuwa się do okropnego czynu na pasierbicy. Starogard. Córkę 23 letnią zmarłego krawca Osowskiego znaleziono w zbożu na polu w pobliżu Iwiczna. Ohydnego mordu dopuścił się ojczym zamordowanej zagrodnik Franciszek Kliczkowski z Iwonicza. Przyczyną do zbrodni było, że dziewczyna wyjść miała w najbliższych dniach za mąż, a ojczym spłacić jej miał 1800 mk. spadku po ojcu. Własna matka nieszczęśliwej dziewczyny jest również podejrzaną o współudział. Sprawcę wyśledzono za pomocą psa gończego. Mimo silnych poszlak uwięziony wypiera się na razie wszelkiej winy. Wczoraj z czwartek odbyła się urzędowa sekcya zwłok, która ma wykazać, czy zbrodniarz dopuścił się na pasierbicy także sprośnego czynu lubieżnego. Z podobnym zamiarem przystępował on bowiem rzekomo kilkakrotnie do dziewczyny. Wdrożone śledztwo sprawę do reszty niebawem wyjaśni21. 18 Gazeta Toruńska 1914, R. 50 nr 1, s. 2. 19 Gazeta Toruńska 1914, R. 43 nr 104, s. 2. 20 Gazeta Toruńska 1912, R. 48 nr 173, s. 2. 21 Gazeta Toruńska 1911, R. 47 nr 147, s. 2. Bogumił Wiśniewski 125 Na zakończenie artykułu przytoczę kilka relacji prasowych o nieszczęśliwych wypadkach oraz aktach desperacji, które miały miejsca na początku ubiegłego stulecia. Zdaję sobie sprawę z faktu, że gdyby była w tamtym okresie służba zdrowia na wyższym poziomie - to ludzie ci, dotknięci nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności mogli by przeżyć, a zdesperowani zachować się porządnie. Toruń Ofiara Swawoli. Dwunastoletni uczeń szkolny Sarnowski na Mcksem przechodził przez płot przeczem nadział się na jedną śpiczastą sztachetę. Chłopczyk odniósł tak ciężkie obrażenie, że mimo pomocy lekarskiej zmarłpo kilku dniach wśród strasznych cierpień22. Desperacja ma różne oblicza. Desperat, ze Sztumu, zadziwi samych stróżów prawa, bo jak taki czyn określić, jak tylko głos wołającego na puszczy o pomoc. Sztum. Robotnik bezdomny Albert Wesner, który nie wiele co mógł uzyskać przez całodzienną żebraninę udał się przed policyę i powybijał kamieniami w biurze policyjnym wszystkie szyby. Jego życzeniu stało się zadość, umieszczono go bowiem w areszcie [...]23. Często tragedia narastała w rodzinie, szczególnie jak ktoś bliski oszuka krewniaka na swoją korzyść, tak też było w Korzeniewie koło Kwidzyna. Kwidzyn. Koszykarz 45 letni Juliusz Fidler z Kurzebraku popełnił samobójstwo przez powieszenie. Przyczyną tego rozpaczliwego kroku było następujące zdarzenie: Fiedler zamierzał kupić gospodarstwo w pewnej wiosce pod Bydgoszczą, a gdy przyjechał tam dotąd by dobić targu, dowiedział się, że gospodarstwo nabył już jego krewniak, „wydatkami i stratą’, jakie poprzednio miał, tak się zmartwił, że postanowił odebrać sobie życie24. Na zakończenie mojego artykułu, w którym przedstawiam skomplikowane i poplątane losy ludzkie z początku XX wieku, podam ciekawostkę męsko-damską. Jak to się mówi, sprawa się rypła. Przy oględzinach lekarskich pewnego chorego osobnika stwierdzono, że ona nie jest ona. Historia łączy dwa miasta ze sobą, bo w zamieszczonym newsie w „Gazecie Toruńskiej” widnieje Malbork oraz stołeczny Berlin. Malbork. Dziwne odkrycie zrobiła w tych dniach berlińska policya. Od roku zatrudnioną była w pewnym przedsiębiorstwie w Berlinie 28 letnia książkowa Schwarz, która nagle zachorowała. Lekarz, badając jej stan zdrowia przekonał się, że „strojna dziewczyna” należy do brzydkiego rodzaju i o swoim odkryciu powiadomił policyę. Podczas przeprowadzenia śledztwa wykazało się, że „pan Schwartz”, którego rodzice gustowali widocznie więcej w córeczce, wychował się w Malborku jako dziewczę, uczęszczał do szkoły dla dziewcząt i w pewnym składzie żelaza w Malborku pracował jako księgowa. Od wojskowości zwolniono go na podstawie dostarczonych atestów lekarskich. Bądź jak bądź, w roku 1913 przekształciła się „panna Schwarz” na dojrzałego mężczyznę i poszukuje towarzyszki życia23. 22 Gazeta Toruńska 1913, R. 49 nr 99, s. 2. 23 Gazeta Toruńska 1913, R. 49 nr 75, s. 3. 24 Gazeta Toruńska 1913, R. 49 nr 77, s. 2. 25 Gazeta Toruńska 1913, R. 49 nr 110, s. 3 126 Jak malborski pilot uciekł na Bornholm Marta Chmielińska-Jamroz JAK MALBORSKI PILOT UCIEKŁ NA BORNHOLM Kiedy zaczynałam zbierać materiały do historii, która wydarzyła się w 1953 roku w Malborku, wydawało mi się, że będzie to prosta opowieść. Szybko jednak okazało się, że ani postać Zdzisława Jażwińskiego, ani samo zdarzenie, którego był głównym bohaterem, do prostych i jednoznacznych nie należą. O Zdzisława Jażwińskiego pytałam w różnych kręgach - nikt nie pamiętał młodego pilota, służącego w jednostce w Malborku. Nikt też nie pamiętał o jego ucieczce z Polski. Czasami wydawało mi się, że już mam jakiś trop, ale szybko okazywało się, że to jedynie podobna historia pilota z innej jednostki. Jaźwiński wciąż umykał, do czasu aż sięgnęłam po dokumenty zgromadzone w Instytucie Pamięci Narodowej. Wówczas poznałam historię jednego dnia, który zmienił losy wielu osób. Dzisiejsza 22 Baza Lotnictwa Taktycznego w Malborku nosiła wtedy nazwę 41 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego, ten zaś wchodził w skład 9 Dy- Pilot Zdzisław Jaźwiński, fot. archiwum IPN w Gdańsku wizji Lotnictwa Myśliwskiego. Oprócz malborskiej jednostki w skład dywizji wchodziły: 26 PLM i 29 PLM (z czasem ograniczono liczbę pułków do dwóch: 41 PLM i 29 PLM). Dywizja otrzymała do dyspozycji lotniska w Malborku i Ornecie, w tym pierwszym umieszczono również dowództwo 9 Dywizji. 41 PLM wyposażony został w nowoczesne, jak na tamte czasy, myśliwce turboodrzutowe MiG-15 oraz samoloty szkolno-bojowe UTI MiG-15 oraz najnowsze MiG-15 bis. Wśród młodych podporuczników skierowanych do Malborka w 1952 roku był Zdzisław Jaźwiński. Młody pilot, urodzony w 1923 roku w Warszawie, miał za sobą epizod powstańczy - epizod, bo liczący wówczas 13 lat Zdzisiek nie wybrał losu żołnierza, a raczej przypadek i ciekawość postawiła go na barykadach Warszawy. Jak wspominał w jednym z wywiadów, rwał się do powstania, mieszkając na Woli biegał „tam, gdzie strzelali”. Po którejś z takich eskapad powrócił do pustego mieszkania - podczas jego nieobecności Niemcy zabrali wszystkich mieszkańców kamienicy na roboty. Zdzisiek został sam. Przygarnęli go powstańcy i razem z kilkoma podobnymi sierotami, Jaźwiński biegał po amunicję i broń, czekał na zrzuty. Wówczas zetknął się z Rosjanami, którzy pomoc dla Marta Chmielińska-Jamroz 127 walczącej Warszawy zrzucali bez spadochronów, a zatem z ogromnymi stratami: jak puszki z konserwami były pogięte, to jeszcze pół biedy, ałe pogięta amunicja jest do wyrzucenia - wspominał tamte chwile Jaźwiński. - Nienawidziliśmy Ruskich. Niemcy nas wyrzynali, a oni stali za Wisłą. Czekali, aż szkopy wykończą nas do reszty. Mały powstaniec opuścił stolicę wraz z cywilami i udało mu się odnaleźć rodziców, którzy powrócili z Niemiec. Rodzina Jaźwińskich przeniosła się do Kołobrzegu, gdzie Zdzisiek skończył szkołę i wybrał zawód pilota. Oficerską Szkołę Lotniczą w Dęblinie ukończył w 1952 roku i trafił do 41 PLM w Malborku. Wojsko jednak okazało się inne niż wyobrażał sobie Zdzisław Jaźwiński: ... gdybym został w Wojsku Polskim, to skończyłbym w więzieniu. W wojsku wszystko było prowizoryczne, mało pewne. Wystarczy, że powiesz jedno złe słowo i cała budowana przez łata świetna kariera wali się jak domek z kart. Zawsze trzeba było być czujnym, uważać, co się mówi, gdzie się mówi i komu, a ja lubiłem dużo gadać. Zawsze trzeba było myśleć, co oni sobie pomyślą. Zawsze towarzyszył człowiekowi strach. Niezbyt wielki, ale dokuczliwy jak umiarkowany ból zęba. Ale to nie wszystko. Urodziłem się w Warszawie. Byłem tam w czasie Powstania, kiedy Rosjanie spokojnie stali za Wisłą i czekali, aż Niemcy nas dobiją. Nie lubiłem Rosjan, a wszyscy moi dowódcy to byli Sowieci, którzy nie mówili słowa po polsku i za grosz nam nie ufali. Piloci to było elitarne wojsko, „dopieszczony” przez najwyższe władze 41 Pułk w Malborku dostał najlepszy sprzęt i najlepszych pilotów. Wojskowi z tego pułku jadali oddzielnie, innym nie wolno było wówczas wejść do kasyna. Jednak wieczorami piloci razem się bawili i popijali w jednej z malborskich restauracji - „Nad Nogatem”. Wspólne imprezy musiały być bardzo kłopotliwe dla dowództwa chcącego zapanować nad prawomyślno-ścią pilotów, bo Informacja Wojskowa i wydział polityczny garnizonu zakazały żołnierzom chodzenia do tego lokalu. Młodzi piloci byli jednak niepokorni i wciąż sprawiali „kłopoty”. Ciekawostką dotyczącą życia, jakie toczyło się w malborskim pułku, jest protokół kontroli, którą na polecenie dowódcy Wojsk Lotniczych przeprowadzono 30 kwietnia 1953 roku1: Oficerowie spóźniają się na pobudkę. Żołnierze wstają z łóżek opieszale. Po ogłoszeniu pobudki większość leży w łóżkach i dyskutuje nad tym, czy warto wstać, ponieważ może magazynier jeszcze nie otworzył magazynu i będą zmuszeni czekać w kalesonach na sorty techniczne. Dopiero 15 minut po ogłoszeniu pobudki żołnierze są ubrani i namyślają się, czy warto się myć. 28 lutego na 45 obecnych dziesięciu się nie myło. Marsz na śniadanie odbywa się z rozmowami, krzykami i gwizdami, w czym wyróżniają się podoficerowie klucza dowódcy. Spożywanie posiłków odbywa się niekulturalnie. Resztki jedzenia rozrzucane są po stołach i pod stołami. Żołnierze obrzucają się ordynarnymi słowami, ubliżając sobie wzajemnie. 28 lutego oficerowie zebrali się w świetlicy na zajęcia polityczne, ale nie odbyły się, bo z-ca d-cy d/s politycznych porucznik Kowalski nie był przygotowany. Wolny czas. Żołnierze włóczą się bez celu, palą papierosy, leniwie układają się do snu. Nie odbywają się przechadzki, nie organizuje się śpiewu. Godzinę po ogłoszeniu capstrzyku wielu żołnierzy nie było rozebranych, a szeregowy Wesołowski w dodatku był w stanie nietrzeźwym. Za piecami leżą śmieci i niedopałki papierosów. W ubikacjach ściany powalane są kałem, w umywalkach panuje niesamowity 1 Jacek Hugo-Bader, Ucieczka z Klubu Orląt, w: „Gazeta Wyborcza” z 19.12.1997 r. 128 Jak malborski pilot uciekł na Bornholm brud. Na tablicy sprzętu przeciwpożarowego nadziana jest jedynie kromka suchego chleba. Na strychu pod belkami zauważono góry śmieci i butelki po winie. W spluwaczkach zamiast piasku znajdują się śmieci z wielu dni. Stan dyscypliny całego składu osobowego jednostki jest b. niski. Oficerowie noszą z zasady nieprzepisowe mapniki. Żołnierze 41 pułku chodzą nie ogoleni i z bikiniarskimifryzurami, tłumacząc się naiwnie brakiem fryzjera w jednostce i żyletek. Dowódca eskadry por. Ławniczak powiedział, że wstyd mu pójść do żołnierzy i zwracać im uwagę, ponieważ boi się, że go opieprzą. Często oficerowie przyznają rację żołnierzom, że przy takim wyżywieniu i tak ciężkiej pracy nie może być dyscypliny. Podobne stanowisko zajmuje z-ca d-cy d/s politycznych por. Kowalski. Aparat kierowniczy i polityczny w ogóle nie przeciwdziała tym nastrojom. Kiedy na śniadanie wydawane są suchary, mało uświadomieni żołnierze krzyczą na stołówce „my chcemy chłeba”, w czym przewodzi plut. Tomaszewski. Żołnierze narzekają na małe porcje, co wywołuje wypowiedzi „byt okreśła świadomość” z czym najczęściej spotykano się w pierwszej eskadrze. Wnioski Stan dyscypliny na zastraszająco niskim poziomie. W pułku największy posłuch i uznanie mają najbardziej niezdyscyplinowane jednostki, których aparat partyjno-polityczny nie izoluje od zdrowego trzonu pułku. Jeżeli aparat kierowniczy w oparciu o aparat partyjno-polityczny i ZMP nie przełamie w/w braków, pułk do wykonywania zadań bojowych nie będzie zdolny. 20 MAJA 1953 ROKU Ppor. Zdzisław Jaźwiński postanowił uciec. 20 maja 1953 roku minęły trzy tygodnie od promocji oficerskiej. Ucieczkę zaplanował w najdrobniejszych szczegółach, niektórych spraw nie przewidział. Choć wiedział, że w wojsku należy uważać na każde słowo, nie przypuszczał, że zdradzi go ktoś bliski. Mieszkali razem w Malborku przy ulicy Buczka, Zdzisiek był kilka tygodni przed ucieczką świadkiem na ślubie przyjaciela. To jemu zwierzył się ze sprzedaży motocykla i cywilnych ubrań, na szczęście nie powiedział koledze, dlaczego. Kiedy wezwał go dowódca i zapytał dlaczego pozbył się ubrań i pojazdu, młody pilot trzeźwo odpowiedział, że planuje ożenek i potrzebne mu pieniądze, wiedział już, że nie ma odwrotu. Wystartował z lotniska w Malborku 20 maja wieczorem. Jaźwiński pełnił tego dnia dyżur bojowy z ppor. Romanem Lachcikiem, w ramach ćwiczeń mieli zadanie przechwycenia „nieprzyjacielskiego” bombowca lecącego nad Bałtykiem. Jaźwiński celowo opóźnił swój start, a gdy znalazł się w bezpiecznej odległości od Malborka dał nura w dół i skierował maszynę na Bornholm. Leciał nisko, nad samymi wierzchołkami drzew, aby pozostać poza zasięgiem radarów. Wykonujący wraz z nim zadanie ćwiczebne Lachcik, zorientował się, że Jaźwińskiego nie ma, dopiero w rejonie wykonania zadania. Wówczas dał znać dowództwu, że drugi samolot zniknął. Ponieważ radary nie wykryły samolotu uciekiniera, założono początkowo, że maszyna się rozbiła. Na poszukiwanie Jaźwińskiego wyleciał sam dowódca 41 Pułku - mjr Stefan Lazar, w pogotowiu czekały służby sanitarne i straż pożarna. Tymczasem uciekinier zmierzał na północ. Zapytany po latach o ten moment wspomina, że był to lot w jedną stronę, gdyby Roman Lachcik zauważył ucieczkę i próbował zatrzymać kolegę wywiązałaby się bitwa. Musiałby walczyć. Byłem Marta Chmielińska-Jamroz 129 uzbrojony. Ja nawet byłem gotów strzelać do kolegów. To był lot w jedną stronę. Nie miałem powrotu. Musiałem dolecieć albo zginąć, ale Lachcika się nie bałem. On nie miał szans mnie dogonić. Niebezpieczne było dla mnie lotnisko w Słupsku. Tam stał pułk myśliwski na migach. Gdyby dostali wiadomość, że uciekam, mogli na mnie czekać w kilku, przechwycić lub zestrzelić. Nie wiedziałem, co się dzieje w powietrzu. Wyłączyłem radio, bo strasznie zaczęło trzeszczeć, ale żywcem nie dałbym się wziąć. Gdyby udało im się sprowadzić mnie na ziemię, czekałaby mnie kara śmierci. Na szczęście radary mnie nie widziały i po kilkunastu minutach lotu byłem nad wyspą. Ppor. Jaźwiński przekonany był o tym, że żołnierze z amerykańskiej bazy na Born-holm przechwycą go, gdy tylko pojawi się na ich radarach. O tym, że Amerykanie mają na wyspie silną bazę wiedzieli polscy wojskowi. Między innymi w celu obrony przed tymi siłami wroga powstał w Malborku silny pułk lotniczy. Okazało się jednak, że nie ma tam żadnej bazy wojskowej, nie było także lotniska. Jaźwiński krążył nad wyspą 20 minut, kończyło mu się paliwo i zmuszony był posadzić maszynę gdziekolwiek. MiG-15, którym leciał ważył 7 ton i lądował z prędkością 180 km/h, Polak miał przed sobą bardzo trudne zadanie. Z góry zobaczył koszary wojskowe i pomyślał, że wojsko na pewno ma wóz sanitarny, postanowił wylądować. Usiadł na polu, zawadził jednak o kamień - samolot stracił jedno skrzydło a następnie uderzył przodem kadłuba w murowane ogrodzenie. Zdzisław Jaźwiński wyszedł z tego bez szwanku, pod kombinezonem miał mundur galowy, w który ubrał się przed startem w Malborku - chciał wyglądać godnie. Młody pilot nie znał jednak języka, w którym mógł porozumieć się z Duńczykami i trafił na dobę do więzienia. Następnego dnia wszyscy już wiedzieli, że Zdzisław Jaźwiński uciekł z Polski do wolnego świata. Generał Władysław Anders odznaczył go Krzyżem Zasługi z Mieczami. W Polsce zaocznie skazano go na karę śmierci. Zdzisław Jaźwiński trafił do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł na stałe, ożenił się z Amerykanką, do Polski po raz pierwszy przyleciał w 1997 roku. MAJ 1953 ROKU W MALBORKU Po ucieczce Jaźwińskiego na 41 PLM spadły ciosy. Do Malborka przyjechał sam marszałek Rokossowski i dowódca Wojsk Lotniczych generał Turkiel, którym towarzyszyły liczne siły NKWD. Nikt nie zachowywał pozorów - 8 lat po zakończeniu wojny w polskiej jednostce Rosjanie rewidowali i przesłuchiwali kogo chcieli. Represje dotknęły nie tylko dowódców eskadr, ale także żołnierza służby zasadniczej, który zamiatał hangar, w którym stał samolot Jaźwińskiego. Dowódcy trzech eskadr: Zdzisław Skrzydlewski, Kazimierz Ławniczak i Franciszek Sosnowski zostali osądzeni i skazani na 12 lat więzienia2, dowódca pułku - Stefan Lazar został zdegradowany i przeniesiony do Warszawy (jego nazwisko powraca w czasie badań katastrofy lotniczej w Lesie Kabackim (Lazar występuje tam jako jeden ze specjalistów komisji). Numer pułku wykreślono z ewidencji oddziałów lotniczych. Kilka dni po ucieczce Jaźwińskiego do Malborka przylecieli piloci 1 Pułku, zostawili stare nieuzbrojone samoloty a zabrali wszystkie nowoczesne maszyny. Jedynie dwa samoloty posiadały uzbrojenie, w obu jednak część załogi stanowili Rosjanie. 2 IPN BU 749/158. 130 Jak malborski pilot uciekł na Bornholm Skazani na 12 lat dowódcy eskadr zostali wypuszczeni z więzienia w 1956 roku, jednego z nich zrehabilitowano, dwóm skrócono karę, jednak nie cofnięto oskarżeń i zwolnionych warunkowo przeniesiono do rezerwy. W roku 1993 uniewinniono ostatniego żyjącego z tej trójki. KRYPTONIM „DUŃCZYK” Służba Bezpieczeństwa nie zapomniała o Zdzisławie Jaźwińskim, w 1975 roku SB postanowiła wszcząć sprawę operacyjnego wyjaśnienia kryptonim „Duńczyk”3, dotyczącą ustalenia miejsca pobytu uciekiniera. Związane to było ze wzmożonym ruchem turystycznym i obawą służb specjalnych PRL o to, że „zdrajca” może zechcieć odwiedzić ojczyznę. Funkcjonariusze prześwietlili rodzinę Jaźwińskiego - jego matkę, brata ciotecznego i dalsze kuzynostwo a także osoby, które kiedyś znały Zdzisława Jaźwińskiego, w tym pięć osób z Malborka. Ustalono, że ojciec Jaźwińskiego zmarł w 1970 roku, jednak syn nie przyjechał na jego pogrzeb. SB wiedziała, że Zdzisław kontaktuje się z matką -Rozalią, przesyła jej paczki i listy adresowane zawsze przez jego żonę Marinę. Rozalii Jaź-wińskiej kilkakrotnie odmówiono wydania paszportu, gdy chciała ona odwiedzić syna w Stanach Zjednoczonych. W 1977 roku po stwierdzeniu miejsca zamieszkania Zdzisława Jaźwińskiego i tego, że nie zamierza on przyjechać do Polski, sprawę zamknięto. 3 IPN BU 001207/65. Wspomnienia Ingrid Schmeiederer MENNONICCY SCHULZOWIE Z ŻUŁAW Pani Ingrid Schmeiederer jest córką Wernera Schulz. Urodziła się w 193S roku w Wilhelm-shaven, a dorastała w Sopocie i w Kolonii. Jej ojciec był inżynierem budowy okrętów. Studiowała nauki społeczne. Była asystentką socjologii w Wyższych Szkołach Pedagogicznych w Oldenburgu i Giessen. Potem była nauczycielką ekonomii, polityki i etyki. Pracowałam także w szkole zawodowej w Oldenburgu. Od roku 1999 przeszła na emeryturę i, jak sama podkreśla, ma wreszcie czas na podróże i na poszukiwanie, między innymi na Żuławach, śladów swoich przodków. Jej córka Katja jest aptekarką. Dzięki życzliwości Pani Ingrid otrzymaliśmy prawo do publikacji unikatowego „Dziennika żuławskiego" z 1878 roku Heinricha Dycka, jako trzeciego tomu Biblioteki Kwartalnika „Prowincja". Poniższy tekst, poświęcony rodzinie Schulzów to efekt dotychczasowych poszukiwań i rodzinnych wspomnień. Mennonicka rodzina Schulzów mieszkała na Żuławach od połowy XVII wieku. To kolejne, ciekawe źródło do poznania życia codziennego dawnych mieszkańców Żuław. Redakcja Według najstarszej relacji naszym przodkiem był Jochen Schulz. Był handlarzem wyrobów skórzanych. 31 marca 1694 roku kupił w Nowym Dworze Gdańskim (Tiegenhof) ziemię i uzyskał pozwolenie na wolny handel wyrobami ze skóry. Po jego śmierci w 1732 roku dom z ziemią oraz prawem do handlu przekazano jego synowi Jacobowi Schulzowi I. Po krótkim czasie Jacob I zrezygnował z handlu skórzanymi wyrobami. Potem kupił od Nicolasa Pennera gospodarstwo w Żelichowie (Petershagen) i został rolnikiem. Jacob I ożenił się z Cathariną. Mieli troje dzieci: Jacoba II, Petera i Margarethe. Jacob II odkupił od swojego ojca połowę gospodarstwa (28 mórg) w Żelichowie w 1754 roku, a od swojej mamy drugą połowę w 1772 roku. W jego dokumentach jest informacja, że był on od 1772 do 1787 roku kaznodzieją menonickiego zboru w Cyganku (Tiegengahen). W roku 1772 żyło w Cyganku 487 mieszkańców. Większość z nich to byli mennonici - 64 rodziny (301 osób). Należały one do tak zwanego flamandzkiego odłamu wiary, który został tam przyniesiony przez holenderskich imigrantów. W porównaniu do fryzyjskiego odłamu bardziej konserwatywny w przestrzeganiu reguł kościelnych. I tak mennonici mogli się żenić tylko ze sobą. „Wady moralne”, jak np. rzeczy wiodące do grzechu - pijaństwo, hazard czy tańce - prowadziły do wykluczenia ze zboru. Jeśli ktoś został wykluczony, to mógł być ponownie przyjęty do kościoła wtedy, gdy udowodnił swoją poprawę w zachowaniu. Jacob II miał ze swoją żoną Justine Duck pięcioro dzieci: Jacoba III, Isaaca, Catharine, Margarethe i Petera. Jacob III ożenił się z osiem lat starszą od siebie wdową Anną Claassen w roku 1775 i przeprowadził się ze swoją żoną do Orłowa (Orloff). Z tego małżeństwa miał dwie córki: 132 Mennoniccy Schulzowie z Żuław Justine i Catharine. Jego żona umarła w 1784. W tym samym roku ożenił się z młodszą od siebie o 15 łat; Heleną Dick. Mieli ośmioro dzieci, z których tylko dwoje przeżyło (Helene i Jacob IV), a sześcioro zmarło niemal po porodzie. Jacob IV poślubił przybraną córkę swojego wujka Isaaca, Evę Esau. Umarł w wieku 24 lat z powodu krwotoku. Miał z Eva dwóch synów: Isaaka i Jacoba V. Po śmierci męża Eva wyszła za mąż za swojego przybranego ojca Isaaca Schulza. (Eva była siostrzenicą jego pierwszej żony). Po ślubie wyprowadziła się ze swoimi dwoma synami do męża do Żuławek (Fiirstenweder), gdzie jej mąż pełnił funkcję starszego we flamandzkim zborze mennonickim. Isaac był od niej o 33 lata starszy. Eva zwracała się do niego w formie grzecznościowej „pan”, nigdy inaczej. Po śmierci męża w roku 1834 prowadziła bardzo energicznie gospodarstwo w Fiirstenweder. Zmarła w roku 1849. Isaak Schulz, mój pradziadek, fot. archiwum autorki Syn Evy Isaak Schulz przejął w 1851 roku gospodarstwo Schulzów w Żuławkach i kontynuował naszą bezpośrednią linię przodków. Ożenił się z Justine Warkentin w roku 1837. Ponieważ Eva Schulz nie chciała wcześniej odejść z gospodarstwa, młodzi ludzie musieli przeprowadzać się z miejscowości do miejscowości, aż wreszcie w roku 1851 mogli przejąć gospodarstwo w Żuławkach. Mieli troje dzieci: Justine, Isaaka i Gustava. Isaak, spadkobierca gospodarstwa, ożenił się w 1866 roku z Agnete Penner. Mieli jednego wspólnego syna Johannesa. Isaak, rok po ślubie zmarł w wieku 27 lat, podobnie jak jego dziadek na gruźlicę. W roku 1871 Agnete wyszła drugi raz za mąż za Jacoba Wiebe. Miała z nim siedmioro dzieci. Jacob był wnukiem Dirka Wiebe, którego najstarszy syn Johann miał gospodarstwo nr 21. Potem to gospodarstwo przeszło na jego syna - Isaaka. Syn Isaaka - Jacob Wiebe i jego żona Agnete Schulz posiadali gospodarstwo w Einlage nad Wisłą. Później żyli w Platenhof (wówczas przedmieścia Nowego Dworu Gdańskiego), gdzie oboje umarli w roku 1916. Siostra Jacoba Wiebe - Anna poślubiła Heinricha Dycka z Hauskampe, którego pamiętnik z roku 1878 został nam przekazany i który w 2015 roku został wydany w wersji polsko-niemieckiej przez kwartalnik „Prowincja”. Gustav Schulz, po wczesnej śmierci swojego brata Isaaka Schulza, przejął jego gospodarstwo w Żuławkach (Furstenweder). Hans Aron Hamm w swoich „Wspomnieniach o Furstenweder.” pisze o Gustavie: Ten rentmistrz wałowy Gustav Schulz był niekoronowa-nym królem Furstenweder. Potrafił wszystko, mimo, że nie miał żadnych studiów. Po pierwsze, był dobrym rolnikiem. Jego majątek był wzorem dla innych rolników. Gustav Schulz postarał się też o dobre wykształcenie swoich dzieci. Sam grał na organach w kościele mennonickim. Grał chętnie w szachy. Kiedyś w drodze powrotnej z kościoła tak intensywnie zajmował się Ingrid Schmeiederer 133 swoimi zabawkami, że wpadł do grobli z wodą. Dzięki jego szczególnej osobowości jego urząd rentmistrza był porównywalny do urzędu kapitana od wałów. Gustav miał kontakty ze starostą okręgu Malborka. Isaak Schulz, najstarszy syn Johannesa pisze także o swoim wujku Gustavie: Na prastarym gospodarstwie Schulza gospodarzył do mojego czasu bardzo łudzki i osobiście znaczący rentmistrz wałowy Gustav Schulz, niekoronowany zwierzchnik Związ- Dom rodziny Schulzów w Żuławkach, fot. archiwum autorki ku Wałowego nie tyłko tej wioski, lecz znacznie dalej. Był on także autentycznym mennonitą, uwolnionym od gruźlicy, najmłodszym pozostałym bratem mojego dziadka. Być może miał na niego wpływ szerzący się łiberałizm, ponieważ zawsze odmawiał przyjęcie urzędu kaznodziei, mimo świetnych umiejętności. Był organistą - wspaniałym odtwórcą Beethovena i diakonem (prowadził kościelne rachunki). Był również autorem obszernej kroniki rodu, która obejmuje około 3000 nazwisk, z której trafiły do Niemiec Zachodnich niedoskonałe transkrypcje. Gospodarstwo w Żuławkach należało wcześniej do rodziny Wiebe. Dirck Wiebe (1752-1779) przybył tu w 1752 roku, kupił dom i gospodarstwo wielkości 6 włók i 20 morgów. Ten dom i całe gospodarstwo było już prawdopodobnie wybudowane w roku 1721. Dirck Wiebe był trzykrotnie żonaty. Ze swoją trzecią żoną Cathariną Esau miał pięcioro dzieci. Po jego śmierci Catharina wyszła drugi raz za mąż za Abrahama Wienssa, z którym miała troje dzieci. Gdy Abraham umarł Catharina wyszła trzeci raz za mąż za naszego przodka Isaaca Schulza. Isaac stał się przez to małżeństwo współwłaścicielem gospodarstwa w Żuławkach (Furstenweder). Poszerzył dom o przedsionek, gdzie na belce nad wejściem jeszcze dzisiaj można przeczytać: Isaak Schulz, rok pański 1803, mistrz budowlany Peter Loewen. Najstarsza córka Helene Agnete Elise Schulz, żona Martina Friczewskiego, tak wspomina swego ojca Johannesa Schulza: Nasz tato Johannes Schulz urodził się dnia 24 maja 1867 roku w Żuławkach (Furstenweder). Był synem właściciela gospodarstwa Isa-aka Schulza. Po śmierci swojego ojca w 1867 roku wyprowadził się ze swoją mamą Agnete, z domu Penner do jej rodziców do Izbisk (Fre-ienhuben). Tam nasz tato pod opieką swojego dziadka Corneliusa Pennera spędził pierwsze lata życia. Jego mama wyszła drugi raz za mąż za Jacoba Wiebe z Przegaliny (Einlage). Nasz tato w wieku około 9-10 lat przybył do Gdańska i uczęszczał do gimnazjum „Johanneum”, Elise i Johannes Schulz, fot. archiwum autorki 134 Mennoniccy Schulzowie z Żuław które znajdowało się w budynku byłego klasztoru. Po opuszczeniu szkoły uczył się rolnictwa. Następne lata spędził u swojego ojczyma w Przegalinie. Tam przeżył w roku 1888 przerwanie wałów przez Wisłę i powódź. Uratował wtedy, będąc aż do klatki piersiowej w lodowatej wodzie, swoją mamę oraz sporą część żywego inwentarza. Matka ostatnia została w domu. Stała na krześle, które było na stole. Johannes zabrał swoją mamę przez okno na łódkę. Nie był silnym człowiekiem. Przez tą akcję ratunkową miał przez całe życie problemy ze zdrowiem, często powracał mu reumatyzm. Z powodu jego wąskiej klatki piersiowej został zwolniony ze służby wojskowej. W wieku 47 lat w 1889 roku Johannes poślubił Eli-se Catharina Hamm, córkę Jacoba Hamma z Nowego Dworu Gdańskiego (Tiegenhof), który byl właścicielem browaru i wytwórni octu. Johannes kupił wtedy fohannes Schulz, fot. archiwum autorki w Żuławkach (Furstenweder) duże gospodarstwo - 99 hektarów. Kupił gospodarstwo za gotówkę, ale na skutek restrykcyjnej polityki celnej musiał założyć na swoje gospodarstwo kilka hipotek. Urodziło mu się sześcioro dzieci, które wszystkie otrzymały dobre wykształcenie (czworo zostało wykładowcami, dwie córki zostały nauczycielkami rolnictwa i handlu). Szczególną jego pasją była hodowla pełnokrwistych koni. Przez lata miał u siebie ogiery ze stadniny w Kwidzynie (Marienweder). Sam był też dobrym jeźdź-cem. Na początku 1900 roku, przez 9 lat, zarządzał nieruchomościami na większym rejonie na wałach zewnętrznych obok swojego dworu. Rysował, zwłaszcza zimą, bardzo schludne mapy tego rejonu. Jego praca została dostrzeżona przez gdański rząd i został powołany jako pełnoetatowy zarządca regionu od Gdańska aż do ujścia Wisły. Wkrótce sprzedał swoje gospodarstwo i osiedlił się w Lisewie (Liessau), obok Tczewa (Dirschau). Tam otrzymał mieszkanie służbowe. Podczas pierwszych miesięcy wojny w roku 1914 otrzymał polecenie aby opiekować się bydłem uchodźców z Prus Wschodnich. To było bardzo trudne zadanie z powodu panowania pryszczycy i kradzieży, jak również poranionych kopyt zwierząt. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej Johannes stracił swój majątek. Władze polskie zaproponowały mu dalszą pracę w Lisewie. Do objazdu służbowego potrzebował dwóch koni do dorożki. Ponieważ te tereny znajdowały się poniżej poziomu morza, klimat był bardzo wilgotny i niezdrowy. Z tego powodu pogorszył się reumatyzm Johannesa. Po swoich 65. urodzinach został poproszony o dalsze prowadzenie swojego urzędu, dopóki nie znajdzie się jego następca. Niestety, o następcę było bardzo trudno, z powodu trochę skomplikowanego zarządzania. W 1934 roku, z powodu usztywnienia kończyn, Johannes przeszedł na emeryturę. Po dłuższej kuracji u internisty w Królewcu (Kónigsberg) jego zdrowie się poprawiło. Ostatnie półtora roku przeżył w stanie spoczynku w Elblągu, gdzie umarł na zapalenie płuc w 1936 roku. Ponieważ był masonem, nigdy nie został członkiem partii nazistowskiej. Ingrid Schmeiederer 135 Hans Isaak, najstarszy syn Johannesa, tak wspomina swego ojca: Mój tato był energicznym mężczyzną, dużo czytał i troszczył się o wykształcenie, często cytował łacińskie przysłowia. Około roku 1907 pod wpływem mojej kochanej mamy został pełnym werwy templariuszem, jako starszy został potem masonem w Elbląskiej Loży razem z innymi szanowanymi menno-nitami. Do kościoła chodziliśmy, chociaż niezbyt często, bo ojciec miał krytyczny stosunek do kaznodziejów. Jako małe dziecko musiałem rozpowszechniać wśród robotników karty do głosowania na Ełarda von Oldenburg-Janu-schau, konserwatywnego polityka, członka Reichstagu, przyjaciela prezydenta Hindenburga. Było to możliwe przez naszą liberalną religijną postawę. Mój tato uczęszczał do gimnazjum w Gdańsku. Mieszkał w domu starego doktora Mannardta, którego czasami wspominał. Mój tato nie znał swojego ojca Isaaca Schulza, ponieważ umarł w wieku 27 lat na gruźlicę, dziedziczną chorobę w naszej rodzinie. Również w rodzinie mojej mamy, rodzinie Hamm z Nowego Dworu Gdańskiego, troszczono się o wykształcenie. Mama miała wówczas znakomite wykształcenie w różnych dziedzinach, nie tylko w gospodarstwie domowym. Dała nam teżpod-stawy życia religijnego. Córka Johannesa - Helena była żoną Martina Friczewskiego. Oboje studiowali teologię. Martin swoją pierwszą pracę jako pastor podjął w Tilsit (Tylża, obecnie Sowieck) w latach 1931-1933. Tutaj miał pierwsze kontakty z niemieckimi chrześcijanami. W roku 1933 został komisarycznym superintenden-ten w Królewcu (Kónigsberg) i funkcję tę Helene, z domu Schulz z mężem Martinem Friczewski, fot. archiwum rodzinne Walter, Werner (ojciec autorki), Elisabeth ok. 1910 roku, fot. archiwum autorki pełnił do 1941 roku, kiedy zrzekł się urzędu. Po zakończeniu wojny przyjął stanowisko pastora w Lunden, w okręgu Schleswig. Zona Helena wspierała go aktywnie w kościel- nych pracach z młodzieżą. Ich syn Andreas w bitwie pod Stalingradem dostał się do rosyjskiej niewoli i zmarł w łagrze w 1946 roku. Tłumaczenie: Małgorzata Rysicka 136 Z oflagu i powstania do Sztumu Franciszek Baumgart Z OFLAGU I POWSTANIA DO SZTUMU Franciszek Baumgart urodził się 8 paździor-nika 1914 roku w Kokocku na Kujawach. Maturę zdał w Gimnazjum w Chełmnie. Żołnierską karierę rozpoczął od rocznej służby wojskowej w Grudziądzu, a następne dwa lata spędził w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej. W1938 roku rozpoczął służbę w 2 pułku piechoty w Sandomierzu i tam zastała go wojna. 21 września 1939 roku w Krasnobrodzie Zielonym jego oddział złożył broń i wszyscy żołnierze trafili do obozu jenieckiego w Murnau. Baumgart dwa razy próbował stamtąd uciec, bez skutku. W następnych latach przeniesiony został najpierw do obozu w Colditz, a następnie do Oflagu VIIB Dóssel w Północnej Westfalii-Nadrenii (numer jeniecki 15335- VII A). Był jednym z organizatorów słynnej ucieczki 47polskich oficerów w nocy z 19 na 20 września 1943 z Oflagu w Dóssel, w którym występował pod fałszywym nazwiskiem jako kaprał Jan Zwijacz. 37 uciekinierów schwytano i brutalnie zamordowano w obozie koncentracyjnym w Bu- Franciszek Baumgart po zawieszeniu broni przy ul. Marszałkowskiej koło Żurawiej, fot.archiwum rodzinne chenwaldzie. Dziesięciu zdołało ujść pościgowi (wojnę przeżyło pięciu). Po ucieczce Baumgart dotarł do Warszawy i przystąpił do Armii Krajowej. WI Oddziale Organizacyjnym Komendy Głównej AK, w ramach akcji IKO, pełnił funkcję kuriera utrzymującego łączność między AK, a polskimi żołnierzami przebywającymi w obozach jenieckich. W czasie powstania walczył w Śródmieściu - Południe, w rejonie Placu Trzech Krzyży i Alei Ujazdowskich. Był dowódcą IIplutonu kompanii „Habdank”, VII zgrupowania (batalion) „Ruczaj". Pseudonim powstańczy - „Pomorzak". Po upadku powstania, razem z żoną Marią Cyngott (wdową po rotmistrzu Marianie Cyn-gotcie, który zginął 2 października 1939 roku pod Serokomlą) i jej małym synkiem Marianem udało mu się dotrzeć do rodzinnego Kokocka. W lipcu 1945 roku, pod fałszywym nazwiskiem Franciszek Zalewski osiedlił się z rodziną w Sztumie. W Sztumie prowadził najpierw sklep spożywczy. Po ujawnieniu w 1947 roku został aresztowany przez UB. Po wyjściu z więzienia przez wiele lat pracował w sztumskiej i kwidzyńskiej filii Zakładów Mięsnych w Elblągu. Był pasjonatem myślistwa. Zmarł 23 lutego 1979 roku. Franciszek Baumgart 137 Ponad 10 lat temu szukałem w Sztumie domu z duszą. To nie mógł być przypadek, że kupiłem właśnie dom, w którym mieszkał Franciszek Baumgart. Z duszą jest niewątpliwie i to podwójną, niemiecko-polską. Przed wojną mieszkał tu szef miejscowej, nazistowskiej Hitlerjugend, a po wojnie Franciszek Baumgart, uciekinier z niemieckich obozów i bohater powstania warszawskiego. Franciszka Baumgarta nie dane mi było poznać, bo do Sztumu trafiłem dopiero w 1985 roku. Kilka lat temu poznałem jego brata z Kokocka, który opowiedział mi o powojennych losach brata Franciszka i inwigilacji przez UB. Wiele śladów na ten temat udało mi się odnaleźć w archiwum IPN. Mam nadzieję, że uda się w najbliższym czasie część tej historii, a także wspomnień kolegów, znajomych, przedstawić Czytelnikom „Prowincji". Dziękuję Pani Joannie Cyngott, wnuczce Franciszka Baumgarta i jej rodzicom - Marii i Marianowi Cyngottom, za wyrażenie zgody na opublikowanie fragmentów wspomnień i powstańczych zdjęć w naszym kwartalniku. Wcześniej, w całości zostały one opublikowane w 2000 roku, w czwartym tomie Biblioteczki Towarzystwa Miłośników Ziemi Sztumskie, w opracowaniu Andrzeja Lubińskiego. Leszek Sarnowski OBÓZ JENIECKI W COLDITZ (...) Colditz to niemal cała śmietanka uciekinierska oflagów III Rzeszy. Nie było tu jeńca mającego mniej niż dwie ucieczki na sumieniu, stąd atmosfera obozu musiała się różnić od atmosfery innych oflagów. O czym mogli myśleć tacy amatorzy podróży. Rzecz jasna o nowych możliwościach wyjścia, o planach ucieczek. Anglicy poszli tak daleko, że zaczęli kopać spod ołtarza kaplicy. Zakończyło się to zresztą wpadką, dzięki nadgorliwości religijnej jakiegoś Niemca, który wstąpił do kaplicy, aby się pomodlić i prawie umarł ze strachu, ujrzawszy odsuwający się ołtarz. Narobił jednak krzyku i robota wpadła. Warunki ucieczkowe nie były tu łatwe. Dachy i zejścia przy rynnach pokryte drutem kolczastym, w pokojach pod podłogami także druty, nocą okna kwater oświetlone reflektorami, po kwaterach często krążył podoficer niemiecki. Mimo tych obostrzeń zdarzały się ucieczki grupowe i indywidualne. Królem ucieczek był angielski porucznik Michael Sinclair - człowiek znający kilka języków europejskich, bardzo dzielny oficer. Skończył tragicznie tuż przed zakończeniem wojny od kuli niemieckiej w czasie kolejnej ucieczki. Nieszczęściem jego było to, że cała jego postać była mocno angielska. Nie mógł skutecznie uciekać, gdyż Niemcy z miejsca rozpoznawali w nim Anglika. Oto kilka ciekawych ucieczek. Strzelcy nasi wynosząc na strych, którego okna wychodziły poza obóz, stare graty, wynieśli w nich jakiegoś porucznika angielskiego. Złapano go dopiero w Gdańsku. Z oflagu wysyłano jakieś potężne bagaże jeńców francuskich przenoszonych do innego obozu. Do dwu takich pak weszli dwaj oficerowie francuscy. Wszystko szło dobrze, paki były już w magazynie kolejowym, niestety strzelcy stawiając jedną z tych pak na podłodze pomylili wierzch z dnem i delikwenta postawili do góry nogami. Pech chciał, że gdy uciekinier usiłował zmienić położenie, przewrócił skrzynię na akurat obok stojącego niemieckiego urzędnika kolejowego. Koniec wiadomy. 138 Z oflagu i powstania do Sztumu Holendrzy korzystając z tego, że ich mundury były podobne do niemieckich, wyszli któregoś dnia udając grupę polskich strzelców, niosących brudną bieliznę do prania, pod eskortą podoficera niemieckiego. Pod bielizną wynieśli cywilne ubrania i inne niezbędne w czasie ucieczki przedmioty. Holendrzy, choć nie obdarzeni zbyt wybujałą fantazją, zrealizowali z pełnym sukcesem jedną z najbardziej pomysłowych i dobrze przygotowanych ucieczek. Na pół roku przed planowaną datą ucieczki sześciu z nich ukryło się w zamaskowanej niszy, wykutej w ścianie zamku. Zamkniętą szóstkę stanowiło codziennie sześciu innych oficerów. Niemcy oczywiście ucieczkę odkryli, przeprowadzili pościg i poszukiwania na terenie Niemiec, rzecz jasna bez rezultatu, pogodzili się z faktem i skreślili sześciu Holendrów z ewidencji obozowej. Tymczasem nadeszło lato. Wyprowadzano nas do parku poza obozem na czas naszych spacerów otoczonego posterunkami, a poza tym ogólnie dostępnego. Nasz kolega Mietek Sitkowski, rzeźbiarz amator, zrobił Holendrom popiersie naturalnej wielkości, pomalowane na naturalne kolory. Holendrzy kolejno wyprowadzają do parku po jednym z sześciu amatorów ucieczki. W parku wygrzebali uprzednio dół, do którego chował się uciekinier. Jego miejsce w szeregu w czasie apelu przeprowadzanego przed powrotem do zamku zajmowało popiersie, odziane w długi płaszcz i czapkę, a serdecznie podtrzymywane przez stojących obok. W czasie drogi do parku i z powrotem popiersie owinięte w koc niesione jako sprzęt sportowy. Tak uciekła cała szóstka, zupełnie bez pościgu, gdyż Niemcom stan obozu zawsze się zgadzał, ubywał tylko jeden z ukrytych w niszy. A że dokumenty mieli doskonale podrobione, nawiali bez wpadki. Po kilku dniach siódmy spróbował tej drogi, już jednak narażając się na pościg. Obóz jeniecki w Colditz, 1943 rok. Franciszek Baumgart stoi w najwyższym rzędzie, trzeci od lewej, kpr Jan Zwijacz, w pierwszym rzędzie, pośrodku siedzącej trójki, fot. archiwum rodzinne Franciszek Baumgart 139 W parku w chwili liczenia, któryś z trzymających popiersie popchnięty niechcący upuścił i liczący Niemiec stanął zgłupiały, zamiast człowieka na ziemię pada sama twarz. Naturalnie alarm, poszukiwania, wyciągnięto zbiega z dziury i na tym się skończyło. Niemcom nie przyszło do głowy, że tą drogą uciekło jeszcze sześciu innych. To była dobra robota. Po przyjeździe do Colditz zostałem wciągnięty do grupy pracującej nad budową tunelu. Prowadził z naszych kwater I piętra zamku, ścianą do podziemia, a stąd częściowo starym kanałem kopanym jeszcze w czasie I wojny (...) Warunki pracy w samym tunelu były potworne. Na dół schodziło się studnią w ścianie, która składała się z wielkich kamieni, wiła się między wielkimi głazami, których ominąć nie sposób. Na dole leżało się przy pracy w mazi, błocie. Pod koniec pracy część kolegów zrezygnowała z kopania, gdy już zupełnie nie było czym szalować tunelu. Gdy skończyły się wyciągane z łóżek deski, ryliśmy jak krety, omal tego nie przepłaciłem życiem. Na kolejną szychtę weszli Wacek Gąsowski, Drozdowski i ja. Ja na przedzie drążyłem tunel, ziemię ładowałem do woreczków i przepychałem za siebie, skąd Drozdowski miał transportować do Wacka. W pewnej chwili koledzy ucięli sobie pogawędkę. Ja w tym czasie przepychając za siebie woreczki zatkałem za sobą otwór i zacząłem się dusić. Nie wiem, co się dalej stało ze mną. Z relacji Wacka dowiedziałem się, że wrzasnąłem strasznie i koniec. Wacek spieszący do mnie zobaczył gromadę worków, po usunięciu ich ukazały się z ziemi moje nogi i brzuch. Bez namysłu zabrał się do uwalniania mnie z uścisku ziemi. Po odkopaniu, nieprzytomnego przeciągnął mnie przez tunel, wyniósł studnią w ścianie i przekazał kolegom. Był to fantastyczny wysiłek i tylko tak wysportowany człowiek jak Wacek Gąsowski mógł mnie uratować. W konsekwencji na trzy tygodnie zostałem wyeliminowany z prac (...) UDANA UCIECZKA W pierwszych dniach sierpnia 1943 roku Niemcy dzielą naszą kompanię na trzy grupy. Pierwszą wysyłają do Woldenbergu, drugą do Lubeki, trzecią, moją, do Dóssel. Jadą tu również płk Kowalczewski, Jan Stec, Stanisław Stokfisz, Tadeusz Osiecki, Mietek Chmiel, Władysław Ziemiński, Stanisław Bądkowski, wraz z plutonowym Kucharskim i kapralem Zwijaczem. Przed wyjazdem przekazaliśmy tunel Anglikom i Kanadyjczykom, otrzymując od tych ostatnich plan prawie gotowego tunelu w Dóssel, gdzie przebywali po wzięciu ich do niewoli pod Dieppe. W trakcie przygotowań do przeprowadzki na kapitalny pomysł wpadł Lucek Morvan, ten z Pfunds. Franek, do ciebie jest bardzo podobny kapral Zwijacz, zamień się na role może ci się to przydać. Krótka rozmowa ze Zwijaczem i płk Kowalczewskim i w drodze do Dóssel następuje metamorfoza. Kapral Zwijacz zmienia się w podporucznika Baumgarta, a ja w kpr. Zwijacza. Naturalnie nauczyliśmy się swoich podpisów, życiorysów itd. Przed samym wyjazdem zostałem wezwany do komendantury, gdzie ku memu najwyższemu zaskoczeniu otrzymałem moje cywilne ubranie, w którym uciekałem do Szwajcarii: - Tam i tak zrobią wam dokładną rewizję, to panu odbiorą, więc po co mamy wysyłać? A swoją drogą nigdy nie przypuszczałem, że ubranie to przywędruje za mną z Murnau do Colditz. Gdy pokazałem Luckowi ubranie, zaniemówił: - A może udałoby się przeszwarcować je w Dóssel przez kontrolę? 140 Z oflagu i powstania do Sztumu Istotnie udało się. Miałem ze sobą trzy wypchane walizy, w jednej czekoladę, kawę, herbatę, papierosy i inne drobiazgi, w drugiej ubrania i buty, w trzeciej bieliznę. Plan polegał na tym, że w walizce z ubraniem położyłem, odpowiednio złożone ubranie cywilne, a na nim amarantowe spodnie Lucka, od paradnego munduru. Przy kontroli w Dóssel dałem najpierw skontrolować walizkę z czekoladą i papierosami, później z bielizną, a w końcu tę z ubraniem, licząc na to, że gdy Niemcy zobaczą amarantowe spodnie, zainteresują się nimi, a ja w tym czasie muszę szybko przełożyć cywilne ubranie do już skontrolowanej walizy. Tak jak z Luckiem wykoncypowaliśmy, jota w jotę się sprawdziło. Niemcy porwawszy nieszczęsne spodnie Lucka podeszli z nimi do okna, a ja najspokojniej przełożyłem ubranie do już skontrolowanej walizki, zamknąłem ją, serce zaczęło mi bić jak szalone. Zorientują się, czy nie? Czerwone spodnie zostały uznane za „Ziwillkle-idung” i zabrano do teatru obozowego. Po rewizji osobistej wręczyłem każdemu z czterech Niemców po kartonie 100 sztuk papierosów Cameli, w podzięce, za co sami odnieśli mi walizy. W korytarzu poczekałem na Zwijacza. Gdy wyszedł zamieniłem z nim mój płaszcz skórzany z gwiazdkami na jego francuski płaszcz z dwoma belkami. Zabrałem walizki i odmaszerowałem z plutonowym Kucharskim do kompanii strzeleckiej, a Zwijacz z moimi kolegami do kwater oficerskich. Udało się. Teraz wypadki potoczyły się szybko. Jako szeregowy kolejno pracowałem przy sprzątaniu obozu, wywożeniu szamb, obieraniu ziemniaków w kuchni, aby wreszcie stanąć przed lekarzem, który miał wycenić moją przydatność do cięższych prac....Zostałem przydzielony do grupy pracującej w kamieniołomach. Po kilku dniach Niemcy ogłosili, że szukają ochotników do pracy przy ładowaniu węgla na dworcu w Warburgu. Rzecz jasna, że byłem pierwszy. Brak nam było do ucieczki dobrych dokumentów. W trakcie ładowania węgla nawiązałem kontakt z Polakiem z Nakla, Panem Meirem, będącym w Niemczech na robotach. Poprosiłem go o pokazanie dokumentów i papierów potrzebnych przy wykorzystywaniu urlopu w Polsce, tj. Passierschein i Urlaubschein. Gdy mi to pokazał, zapytałem: - A jakby pan to zgubił, co powiedzieliby Niemcy?. Gdyby to się nie dostało w ich ręce - chyba nie byłoby w tym nic złego. Poprosiłem, aby podszedł do mnie po tym, jak wrócę z obozu, dokąd pojechałem samochodem dla rozładunku węgla. Po powrocie na stację załadowałem węgiel na samochód, ale do obozu nie pojechałem, udając że muszę podrzucić węgiel, który spadl pod wagon. Po odjeździe, poszedłem z panem Meierem do ustępu i powiedziałem: -Jeżeli pan uzna, że schowek na dokumenty gwarantuje bezpieczne wwiezienie ich do obozu, wtedy da mi je pan!. Włożyłem dokumenty do futerału od szczoteczki do zębów, przywiezionej w tym celu z oflagu i spuściwszy spodnie wsunąłem futerał do odbytu. Pan Meier zdębiał, ale przekonałem go, że schowek jest rzeczywiście bezpieczny. Zapewniłem go nadto, że po wykorzystaniu dokumentów spalę je osobiście i rozstaliśmy się. W czasie ładowania kolejnego samochodu osobliwy bagaż zaczął mi przeszkadzać na dobre. Wydawało mi się, że podchodzi mi do gardła, ale jakoś wytrzymałem do przyjazdu do obozu, gdzie pierwsze kroki skierowałem naturalnie do latryny. Jedyną obawą było, aby teraz tubka nie wpadła do Franciszek Baumgart 141 dołu, ponieważ trzeba by było po nią włazić. Operacja udała się i dokumenty wręczyłem płk. Kowalczewskiemu. Ten przekazał je w ręce specjalistów grafików (...) Ostatecznie przez tunel szedłem pierwszy. Samo pokonanie tunelu było fraszką, był on wysoki i wygodny. Przeczołgać się tych 30 metrów to kwestia najwyżej 5 minut... Cała grupa przeszła tunel w bardzo krótkim czasie i zebrała się w niewykończonym budynku za zasadniczą linią drutów obozowych. Z budynku tego, w którym kończył się tunel, wyszedłem po zapadnięciu zmroku około godziny 20. Także i tu byłem pierwszy. Przestrzeń między nim, a następnym płotem, w którym musiałem otworzyć bramę przebyłem chyłkiem, gotowy w każdej chwili na wypadek zapalenia się reflektora w wieżyczce strażniczej do padnięcia w rowek, którym biegłem. Przebyłem ten odcinek bez przeszkód. Otworzyłem bramę i jak najszybciej na dworzec w Warburgu. Drogę znałem, byłem pierwszy, kupiłem bilety do Kassel sobie i Mietkowi Chmielowi, który słabo mówił po niemiecku. Położyłem mu bilet, zgodnie z umową na schodach przed dworcem. Jeszcze raz zobaczyłem na dworcu poza Mietkiem jeszcze Osieckiego i Stokfisza, obaj szli do granicy holenderskiej - wszyscy oni zginęli, rozstrzelani przez Niemców. Teraz pierwszym pociągiem do Kassel, aby stamtąd przez Halle dostać się do Berlina. Wiedziałem, że im szybciej i dalej odskoczę, tym większe będę miał szansę na udaną ucieczkę (..). Pośpiech był dyktowany tym, że wiedziałem dobrze o zwyczaju Niemców, polegającym na ogłoszeniu alarmu najpierw w granicach okręgu wojskowego, na terenie którego wydarzyła się ucieczka. Dopiero potem rozszerzano alarm na sąsiednie okręgi, w grę wchodziły sprawy prestiżowe, no bo fakt ucieczki władzom niemieckim nie przysparzał splendoru. 21 września rano byłem już w Berlinie. Rozzuchwalony dotychczasowym powodzeniem i mając świadomość, że jestem już daleko od Dóssel kupiłem bilet do Kutna, gdzie przy ulicy Łęczyckiej, u pani Pilch, był nasz punkt przerzutowy do Generalnej Guberni. Jechałem pociągiem pośpiesznym, którym Polacy nie mogli jeździć. W pociągu zdjąłem płaszcz podwędzony jakiemuś Niemcowi w Halle, przy opuszczaniu pociągu, zapominając, że na bluzie mam literę „P”, Pasowała do hitlerowskiej bluzy jak pięść do nosa. Po minięciu Frankfurtu nad Odrą do przedziału weszła kontrolerka i sprawdziła bilety. Wyszła, ale za chwilę wróciła i powiedziała: Jedziecie nieprawnie tym pociągiem, zaraz tu pojawi się „Streifa” i zaopiekuje się wami. Pomyślałem sobie: „Oby cię siostro piekło nie przyjęło”. Kiedy babka zaanonsowała mi tę wiadomość i poszła, nie mając chęci czekać jak baran na zarżnięcie, ani popełniać samobójstwa usiłując wyskoczyć z pędzącego pociągu, powoli ubrałem płaszcz, wycofałem się na korytarz, obserwując jak zareagują podróżni. Okazało się, że nic ich to nie obchodziło, otworzyłem drzwi wagonu i ulokowałem się na buforze. Jak długo jechałem, nie wiem dokładnie, dość, że raptem pociąg wjechał na oświetloną stację, wytracał szybkość będzie stawał. Zdecydowałem wejść do pociągu. Gdy zobaczyłem płaszcz wysmarowany smarem i sadzą, przestraszyłem się i szybko go zdjąłem, ale znów to „P” na bluzie!. Zgodnie z zapowiedzią kontrolerki stanęło przede mną dwóch panów, całe szczęście że nie widzieli samego momentu wchodzenia do wagonu z buforu. Poprzestali na oddaniu mnie w ręce ochrony stacji był to Neu Beutschin (Zbąszynek) w celu zamknięcia w areszcie stacyjnym, do wyjaśnienia powodu jazdy pośpiesznym. Był to dla mnie niezbity dowód, że alarm nie wyszedł 142 Z oflagu i powstania do Sztumu jeszcze poza okręg Halle, inaczej potraktowano by mnie, gdyby alarm był rozszerzony. Wylądowałem w areszcie razem z dwoma robotnikami polskimi, udającymi się na gapę do domu. Sytuacja raczej niewesoła. Proszę sobie wyobrazić, co stałoby się ze mną, gdyby Niemcy zastali mnie jeszcze nazajutrz w tym areszcie, w momencie nadejścia wiadomości o ucieczce z Dóssel. Wystarczyłoby wziąć tylko do ręki mój dowód, aby ustalić, że stamtąd jadę. Podzieliłbym los 40 kolegów. Nie przeczuwając co prawda tego losu, ale nie mając ochoty wracać do obozu, skoro tak daleko zajechałem, wyciągnąłem spod podeszwy bukwel, w który byłem na wszelki wypadek zaopatrzony. Ten kawałek stali zadecydował, że piszę dziś te wspomnienia. Zabrałem się raźno do pracy. Po przepiłowaniu kraty w oknie celi zaproponowałem dwu towarzyszom niedoli, by wychodzili ze mną, im jednak na tym nie zależało. Odczekałem moment, gdy na stację wjeżdżał jakiś pociąg w kierunku Poznania, wyskoczyłem oknem, które wychodziło na tyły budynku stacyjnego i kupiwszy bezczelnie bilet do Kutna, wsiadłem do pociągu (...) Do Kutna dojechałem bez problemu. Gdy zameldowałem się na ulicy Łęczyckiej, było już chyba ze czterech kolegów. Radość była szalona, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że za kilkanaście godzin dwaj koledzy znajdą się w rękach „Stre-ify”. Granice były już zawiadomione o ucieczce i o tym, że uciekinierzy posługują się dowodami, w których miejsca pracy i zamieszkania były w miastach z najbliższej okolicy Warburga. Tak, należało mieć dwa dowody, jeden z miejscowości położonej w pobliżu obozu, dla oderwania się od niego, a drugi w zależności do obranej trasy ucieczki dla zmylenia pogoni, z miejsca nie mającego nic wspólnego z miejscem w którym znajdował się obóz (...) Wróćmy jednak do niefortunnych dwóch kolegów. Otóż w momencie, kiedy zaopatrzeni w bilety przechodzili drzwi prowadzące na peron zostali zatrzymani przez „Stre-ifę”. Zobaczywszy to wycofałem się z poczekalni, a dalszą obserwację prowadził syn naszej ofiarnej gospodyni, pani Pilch. Dzielna to była niewiasta. Oddaję w tej chwili najwyższy hołd i wyrażam najgorętsze podziękowanie w imieniu nas wszystkich, którzy przez jej szczupłe mieszkanie się przewinęli. Po wpadce wspomnianej dwójki i przerzuceniu jeszcze kogoś drogą kolejową, jako „hamowniczego”, na Łęczyckiej pozostali jaszcze Tadek Dietrich i ja. Droga hamowniczego odpadła. Byliśmy nawet na dworcu towarowym, gotowi do hamowania pociągów na trasie Kutno -Warszawa, ale nie otrzymawszy umówionego sygnału wróciliśmy na Łęczycką. Co dalej robić?. Rada w radę, przebrani za pracowników torowych kolei żelaznych wyruszyliśmy w kierunku granicy między Rzeszą i GG. Pamiętam, że szedłem w jakiejś przydługiej kurtce kolejarskiej, kieszenie wypchane szmatami i pakułami, pod pachą olbrzymi klucz do podciągania śrub na podkładach, a gęba odpowiednio usmarowana. Wszystko to koronowała czapka kolejarska. Tadzio mniej więcej tak samo, tylko mniej usmarowany. Wszystko szło dobrze jak długo nasza droga prowadziła wzdłuż torów kolejowych, co usprawiedliwiało nasz ubiór i naszą tu obecność, ale gdy tor odszedł w las, a my oddalaliśmy się od niego coraz bardziej, przyznam, że zacząłem się czuć jak kolejarz pełniący służbę na lotnisku. Ostatecznie dotarliśmy pod wskazany adres, do jakiegoś majątku, tuż przed granicą, meldując się u bodajże „karbowego”, który miał zająć się przerzuceniem nas przez granicę. Doczekaliśmy tam do Franciszek Baumgart 143 wieczora, spożywając jajecznicę na boczku. Była to akurat sobota. Wykorzystano okazję, że co sobotę wracało na teren GG, do swych rodzin szereg osób zatrudnionych w tym majątku i dołączono nas do tej grupy, na miejsce dwu pracowników, których karbowy zatrzymał, mówiąc do nas: - Jak dobrze pójdzie - oni będą przed wami na tamtej stronie. Istotnie, prostując sobie drogę przez zieloną granicę, właśnie oni powitali nas na terenie już GG w najbliżej położonej wsi, nazwy już nie pamiętam. Przenocowaliśmy u jakiegoś mieszkańca tej wsi, przed snem pokrzepiliśmy się zdrowo czymś, co stanowiło novum w naszym życiu, oryginalnym bimbrem. W pamięci pozostał jeszcze jeden szczegół. Gospodyni upiekła właśnie znakomity wiejski chleb i nie mogąc pohamować łakomstwa obżar-łem się tego, jeszcze ciepłego przysmaku. Noc spędziłem za stodołą, co wyszło na korzyść Tadkowi, gdyż miał do dyspozycji i moją część legowiska. Rano zaaplikowa- Pomorzak i Lawina po zdobyciu Małej Pasty, fot. archiwum rodzinne no mi „kurację bimbrową” i pomogło. W godzinach przedpołudniowych, żegnani przez gościnnych gospodarzy, wyruszyliśmy w dalszą drogę, kierunek Łowicz. Większą część drogi jechaliśmy przygodnie spotkaną furką. Przyznam się, że trochę nieswojo czuliśmy się w ojczyźnie, gdzie spotkani rodacy mówili specyficznym okupacyjnym językiem, chodzi o specjalne zwroty językowe powstałe w czasie okupacji. Koło południa dotarliśmy do stacji Łowicz. Ruch, tłok, zgiełk, to nas onieśmielało i oszałamiało. Wsiadamy do pociągu jadącego do Warszawy. Pociąg przeładowany, gros podróżnych to kobiety obładowane ogromnymi tobołami, ciągłe gadające dziwnym akcentem, jak dla mnie Pomorzaka. Mężczyzn pasażerów bardzo mało, a ci, nieliczni prawie, jak jeden mąż w bryczesach i długich butach. Muszę stwierdzić, że do oflagu niewiele z tego co działo się w Polsce docierało, a jeżeli już przeniknęło, to w bardziej łagodnej formie. W pociągu przeładowanym do ostatecznych granic coraz częściej padają słowa „łapanka” „czarni” „budy” i jeszcze inne, które dla nas nieobeznanych jeszcze stanowiły pusty dźwięk, w niedalekiej przyszłości mieliśmy poznać dobrze ich groźny sens. Do Warszawy dojechaliśmy bez kłopotów. Po opuszczeniu dworca najbliższą drogą udaliśmy się do wskazanego nam punktu na placu Grzybowskim. Jesteśmy zasadniczo na mecie ostatniej ucieczki. Do tej pory byliśmy zdani na naszą przemyślność, własny spryt i szczęście. Od tej chwili przejmuje nas Organizacja. Nie bardzo wiedziałem co to oznacza, ale przecież skierował nas tu „nasz” pułkownik. 144 Z oflagu i powstania do Sztumu Kowalczewski. Po jakimś czasie pojawiła się młodziutka panieneczka „Nata”- Nina Kończyc i zaholowała nas na ulicę Grzybowską, na tymczasowy punkt konspiracyjny. Mieszkaliśmy z Tadkiem kilka dni, tu otrzymaliśmy prawdziwe cywilne ubranie. Czekaliśmy bez prawa opuszczania lokalu, byliśmy przecież bez dokumentów osobistych. Zaczęły się rozmowy z nami, prowadzone przez nieznane nam osoby. Było tego sporo, każdy pytał o coś innego, każdego co innego interesowało. Planowaliśmy z Tadkiem zaciągnąć się do jakiegoś walczącego oddziału w terenie. Udało się to tylko jemu, ja zdradziwszy się moim rozmówcom z moją biegłą znajomością języka niemieckiego, zostałem poddany całemu szeregowi rozmów po niemiecku na rozmaite tematy. Nie wiedziałem, że to był egzamin. Mogłem przecież udać, że znam niemiecki słabiej i byłbym z Tadkiem. W końcu przyszedł do mnie jakiś pan: - Komenda Główna AK zatrzymuje pana do swej dyspozycji. Pan jako ochotnik zgadza się na to? - Na co? - zapytałem zaskoczony. - Będzie pan emisariuszem AK na teren Rzeszy. Masz babo placek. Protestowałem, nie zgadzałem się, prosiłem o przydział do lasu, ale tylko tak długo dopóki nie przypomniano mi, że przecież przysięgi wojskowej nikt ze mnie nie zdjął, a to wojsko. Próbowałem nadal się wykręcać, ostatecznie zgodziłem się dopiero po rozmowie przeprowadzonej ze mną przez jakiegoś cywila, który okazał się być szefem Oddziału I - płk „Kortum” Antoni Sanojca. Po iluś tam dniach ulokowano nas gdzie indziej - Tadka w okolicy Placu Teatralnego, a mnie na Kawczej. Tu otrzymałem dokumenty na nazwisko Franciszek Zalewski (...) Po aklimatyzacji i przejściu przeszkolenia na Litewskiej i w Prudencjalu, zacząłem robotę emisariusza na terenie Niemiec. Jeździłem najpierw do Katowic, Sosnowca. Ktoś wpadł na to, aby wysłać mnie do Murnau, w którym byłem przez trzy łata jako jeniec. Był to iście szatański pomysł. Nie podobało mi się to, tym bardziej, że mogłem tam spotkać kpt. Oleschko. Wiedziałem już o tragedii moich 40 kolegów z Dóssel, którzy zostali powieszeni. Jeżeli wpadnę w ręce Oleschko - los jest przesądzony. Zostanę natychmiast rozstrzelany. Tym bardziej, że wysłałem do niego kartę z pozdrowieniami po mojej ucieczce i dotarciu do Warszawy. Nie wiedziałem, że treść kartki zostanie podana do wiadomości kolegów, przez cenzora będącego na współpracy z wywiadem zachodnim. Koledzy zrobili z Oleschko prawdziwego „ łacha”. Tego się obawiałem. W końcu pojechałem. Wyjazd do Monachium i Murnau nie był taki prosty. Przeżyłem wstrząs straszny. 4 marca 1944 roku dostałem papiery do Berlina. Przy Anhalter Banhof na ulicy Grosbeerenstr 44 miałem otrzymać dalsze papiery i wytyczne do Monachium i Murnau. Przyjeżdżam do Berlina, idę na ulicę, dzielnica nie istnieje. Zobaczyłem tylko na murze wypalonego domu numer. Zrobiło mi się ciepło. Pomyślałem sobie: „No bracie, będziesz uciekał jeszcze raz”. Jechałem już w eleganckim ubraniu, płaszczu miałem dokumenty niemieckie na nazwisko Franz Muscholl, byłem przedstawicielem organizacji Todta w Charlotenburgu i tam miałem się zameldować w jednostce, bo wracałem z urlopu w GG, papiery były tak ustawione. Idę tą ulicą Grosbeerenstrase i w pewnym momencie, gdy przechodziłem obok kanału widzę dzikie kaczki. Nie wierzyłem własnym oczom, wziąłem kamyczek do Franciszek Baumgart 145 ręki i rzuciłem między nie i one odleciały. Pomyślałem wtedy: „Skoro one mogą uciec, to i mnie musi się udać”. To był decydujący moment, postanowiłem się ratować. Kupiłem bilet do Poznania. Dwie stacje przed Poznaniem wysiadłem i szedłem na piechotę. W tym mieście na ulicy Chełmińskiej 3 miałem awaryjny adres. Była to klapa bezpieczeństwa, że jeżeli coś się stanie to mam się tam zgłosić, dostanę maszynę do pisania, tak powiedziano mi jeszcze w Warszawie. Wszystkie dokumenty in blanco miałem ukryte w termosie z podwójnym dnem. Znajdowały się tam również ukryte pieniądze, nie było maszyny do pisania. Wszedłem do mieszkania, podałem hasło. Dwie mieszkanki tego lokalu z rozpaczą w głosie i łzami w oczach proszą, abym wyszedł, bo są obserwowane. Zamknąłem na klucz drzwi. Nie miałem wyjścia, powiedziałem, że ratuję życie i chcę tylko skorzystać z maszyny do pisania, odpowiedziały, że jej nie mają. Popełniłem wtedy głupstwo, które mogło kosztować mnie życie. Zbiłem termos, wszystkie dokumenty wysypały się, zacząłem je wypełniać kopiowym ołówkiem naśladując pismo maszynowe. Te kobiety płakały, jak skończyłem pisanie otworzyłem drzwi i wyszedłem. Poszedłem na stację kolejową. W okienku nur fur Deutsche chcę kupić bilet do GG. Panienka z kasy mówi, że bilety sprzedaje się w pokoju obok. Wszedłem i od razu pożałowałem tego kroku. Zobaczyłem, że za stołami siedziało 3 esesmanów z sekretarkami i oni wydawali bilety do GG. Wiedziałem, że popełniłem straszne głupstwo. Zrobiło mi się ciepło, włosy dęba stanęły. Wyjść bałem się, bo mogą zapytać, po co wszedłem. Musiałem robić dobrą minę do złej gry. Podchodzę do tego stołu, podaję esesmanowi moje dokumenty wypisane kopiowym ołówkiem. Facet wziął moje dokumenty popatrzył, na mnie i widocznie pomyślał, co sądzi o mnie. W tym momencie miałem największe szczęście w życiu. Patrzy na mnie ja jemu patrzę w oczy udając, że wszystko w porządku. W tym momencie otwierają się drzwi wejściowe i wchodzi kobieta i wrzeszczy, nie wiem na kogo. Nie wiem, czy to była żona, czy kochanka, narzeczona, czy sympatia któregoś z tych esesmanów? Czuję, że mówi do mojego, ten raz blednie, raz czerwienieje. Ten facet rzuca moje dokumenty na biurko i poleca sekretarce by wydać bilet do Warszawy(...) POWSTANIE Po powrocie z Monachium i Murnau chodziłem na dalsze przeszkolenie. Miałem być wykorzystany do przejęcia zrzutu pod Woldenbergiem. Przeszkolenie trwało do wybuchu powstania warszawskiego. Na jeden dzień przed powstaniem dostałem rozkaz niebrania udziału w walkach. Wiedziałem, że będę przerzucony poza granice Warszawy i będę miał do wykonania specjalne zadanie. Trzy dni wytrzymałem, ostatecznie dookoła strzelano, zgłosiłem się do oddziału. Nie patrząc na rozkaz zostałem dowódcą odcinka w Alejach Ujazdowskich, między ulicą Chopina, tam gdzie jest ambasada węgierska, jugosłowiańska, szwajcarska, mniej więcej po amerykańską, w kierunku na Park Ujazdowski i Sejm. I na tym odcinku siedziałem do końca powstania. Wreszcie w powstaniu spełniło się moje marzenie, że dorwałem się do gardeł Niemcom. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu, że doszedłem do wałki z tymi, którzy mnie przez cztery lata trzymali w niewoli. Pluton mój należący do batalionu „Ruczaj”, składał się po części z młodych inteligentów, podchorążych tajnych kursów, a po części z „warszawskich cwaniaków”. Wojsko było chętne do walki, ale broń była w ilościach 146 Z oflagu i powstania do Sztumu symbolicznych. Ja miałem M P „Schmeisser” i - o szczęście - woreczek pocisków. Używałem ich bardzo oszczędnie. Po kilku dniach otrzymaliśmy broń przeciwpancerną - słynny granatnik angielski „Piat” ale bez instrukcji obsługi! Metodą prób i błędów opanowałem zasady działania tej broni i chyba dość skutecznie, bo rozwaliłem niemiecki bunkier podczas zdobywania tzw. małej Pasty centrali telefonicznej przy ulicy Piusa. W czasie powstania jak moje czujki zobaczyły, że coś się dzieje w parku, któryś z nich przybiegał na moje stanowisko i informował mnie o tym. Miałem swoje stałe miejsce, w którym czekałem na Niemców nierozważnie, pokazujących się w okolicy. Pewnego dnia przylatuje do mnie goniec z rejonu obecnej ambasady węgierskiej i mówi, że przez Park Ujazdowski idzie patrol niemiecki złożony z sześciu ludzi. Są już przy pomniku Neptuna. Wyskoczyłem jak oparzony, zająłem stanowisko i faktycznie, za potężnych rozmiarów drzewem stoi kilku Niemców. Widzę tylko jednego i biorę go na cel, trzasnąłem i położył się. Następni, zamiast rozbiec się i uciekać przesuwają, się raz w jedną raz drugą stronę, wystawiając się na moje strzały. W końcu widzę, że po lewej stronie leży trzech i po prawej stronie leży trzech. Wiem, że to jest nieludzkie. Ale ja w tym momencie odniosłem pełny triumf. To było dla mnie nagrodą za wszystkie trudy ucieczek z obozów jenieckich. Którejś nocy wyszedłem na kontrolę moich placówek. Pistolet maszynowy na ramieniu, idę korytarzem i ni stąd ni zowąd przede mną na dwa kroki staje Niemiec z wycelowanym w moim kierunku karabinem maszynowym. Zdałem sobie sprawę, że strzeli do mnie i dlatego napiąłem mięśnie, myśląc, że zatrzymają kule. Zamiast strzału Niemiec zawraca i wyskakuje przez okno, pokonuje płot i biegnie po przekątnej przez skrzyżowanie Alej Ujazdowskich z Piękną. Wyskoczyłem przez okno celuję mu w krzyż i zrobiłem wtedy rzecz o którą mieli do mnie później koledzy pretensje. Nie strzeliłem. Decyzja moja była krótka zwięzła i ja tak musiałem postąpić. Ja uhonorowałem w ten sposób wielką odwagę tego strasznie odważnego człowieka. Przyznam, że z kim jak z kim, ale z nim chciałbym się spotkać jeszcze raz w życiu, tym razem już jako przyjaciel. Pod koniec września zaczęły się rozmowy między AK i Wehrmachtem, na temat kapitulacji. Jako znający najlepiej na tym odcinku język niemiecki, wyszedłem na środek Al. Ujazdowskich. Naprzeciw mnie stanął oficer niemiecki kpt. Schmundt. Po krótkiej rozmowie powiedział mi: - Poznaję Pana. Jest Pan tym strzelcem wyborowym, który zadał nam tyle strat. Moi żołnierze nie życzą nikomu z was śmierci - ale panu tak!”. Negocjacje spełzły na niczym. Po kapitulacji powstania jasne było, że nie mogę iść do niewoli. Oprócz tego Niemcy mogli odkryć, że mam wyrok śmierci za ucieczkę z Dóssel. Wyszedłem wraz z Marią Cyngott i jej synem Marianem z ludnością cywilną. W ciemnościach uciekliśmy z transportu do obozu w Pruszkowie. Dotarliśmy do Grójca, gdzie przeczekaliśmy przejście frontu, a potem z przygodami dojechaliśmy do mego rodzinnego Kokocka. Wiosną 1945 roku w grupie „Społem” z Bydgoszczy dotarłem do pięknego, lecz zupełnie wyludnionego Sztumu. Podczas powstania i w następnych latach posługiwałem się dokumentami na nazwisko Franciszek Zalewski, aż do 27 marca 1947 roku. Po tej dacie powróciłem do właściwego nazwiska Baumgart. Dalsze moje losy, jako „sanacyjnego oficera i akowca” nie zawsze były łatwe, ale jest to temat na zupełnie inną opowieść. Andrzej Lubiński 147 Andrzej Lubiński LICEUM PEDAGOGICZNE W STARYM TARGU 1953 - 1957 Wydawnictwo Morskie w roku 1968 wydało książkę „Ziemia Sztumska” autorstwa Wacława Odyńca, Romana Wapińskiego, Kazimierza Podoskiego. Było to pierwsze na ówczesne czasy obszerne opracowanie przeszłości tej ziemi. Kazimierz Podoski autor rozdziału pt. „Rozwój społeczno gospodarczy ziemi sztumskiej w granicach Polski Ludowej” poświęcił jeden akapit szkole średniej jaka istniała w latach 1953-1957 w Starym Targu, czyli Liceum Pedagogicznemu. Warto przedstawić losy tej placówki, bo zasługuje na przypomnienie współczesnym mieszkańcom Powiśla. Zadanie otwarcia szkoły, skompletowania kadry nauczycielskiej, naboru uczniów, zorganizowanie pomocy naukowych spoczęło na Zygmuncie Szczepańskim, dotychczasowym kierowniku Szkoły Podstawowej w Sztumskiej Wsi. Pochodził on z Kaszub, szkołę średnią ukończył przed wojną w Kościerzynie. Na Ziemi Sztumskiej pojawił się około 1947 roku. Był pozytywnie nastawiony zarówno do ludności autochtonicznej, jak i napływowej. Chodził po domach i zapisywał wyrazy gwarowe, miejscowe tradycje i obrzędy, był szarmancki wobec swoich rozmówców. Zawsze znalazł czas, aby z każdym porozmawiać. Młodzież i rodzice bardzo go polubili. Kompletując kadrę nauczycielską dyrektor przyszedł do państwa Gontarskich, mieszkających w Starym Targu i zaproponował, aby ich córka Felicja, absolwentka Liceum Ogólnokształcącego w Malborku, podjęła pracę w szkole ćwiczeń. Miała opiekować się drużynami harcerskimi przy szkole podstawowej i liceum oraz pracować w internacie. W rozmowie z rodzicami zażartował, że wkrótce będą mieli zięcia, bo rozpoczyna pracę nauczyciel historii Janusz Cukrowski, który ukończył studia w Warszawie. Ta przepowiednia wkrótce spełniła się, bo w niedługim czasie zostali małżeństwem. Cukrowski początkowo mieszkał w szkole, potem dostał pokój w internacie. Podobnie jak małżeństwo Zofia i Stanisław Kupkowie, którzy ukończyło studia w Toruniu, ona chemię, on biologię. Obok nich mieszkanie miał woźny Bernard Bujałski z rodziną. Nauczyciele pochodzili z różnych stron kraju. Przedmioty pedagogiczne wykładał pan Leon Frąckowiak. Matematyki uczył Wiesław Nowakowski pochodzący z Gdańska. Wcześniej służył w wojsku w Korpusie Bezpieczeństwa Publicznego w Bieszczadach, gdzie zginął gen. Karol Świerczewski. Całe dowództwo zostało zwolnione, a on podjął pracę w szkole. Języka rosyjskiego uczyła Feliksa Szwarc (także języka polskiego do czasu, gdy przybył Józef Bachórz). Rysunków i prac ręcznych uczył nauczyciel Kwiatek, który ukończył Wyższe Kursy Nauczycielskie. W każdą sobotę szedł na dworzec kolejowy w Mleczewie. Regularnie jeździł do Tczewa, by odwiedzić ojca. Zajęcia z muzyki prowadził Tadeusz Pozorski, kierownik Szkoły Podstawowej w Nowym Targu. Pod jego opieką był również chór szkolny, 148 Liceum Pedagogiczne w Starym Targu 1953 - 1957 który występował nie tylko w Starym Targu, ale również w Sztumie i innych miejscowościach powiatu. W jego repertuarze była przyśpiewka wykonywana miejscową gwarą: Zagrajcież nam szota, szota, / co otrząsa nogi z błota, / nasza matka Katarzyna, ojcu nochal podpaliła, / ojciec lata jak szalony, bo ma nochal podpalony. Liceum Pedagogiczne znajdowało się tuż obok szkoły podstawowej, która pełniła rolę szkoły ćwiczeń dla liceum. Internat dla dziewcząt mieścił się w budynku dzisiejszego Urząd Gminy. Dziewczęta mieszkały na parterze, warunki do życia były trudne. Kilkanaście dziewcząt mieszkało w jednej sali, łóżka były piętrowe, pomieszczenie nie zawsze dogrzane. Chłopcy mieszkali w sali obok szkoły, warunki były równie spartańskie. Odrabianie lekcji odbywało się w klasach pod nadzorem nauczycieli wychowawców. Stołówka znajdowała się w piwnicy szkolnej. Jak wspomina Józef Kulik, były uczeń, jedzenie było bardzo dobre, mięso było porcjowane, ale zupę i chleb dostawało się bez ograniczeń. -Przypominam sobie - mówi - jak to kolega Tadeusz z Postolina zjadł 9 a może nawet 11 talerzy grochówki... W soboty dla uczniów internatu organizowane były potańcówki w świetlicy, znajdującej się nad sypialnią chłopców. Naukę w pierwszej klasie rozpoczęło 40 dziewcząt i chłopców. W większości wywodzili się z powiatu sztumskiego. Kilku uczniów było dziećmi nauczycielskimi - Jolanta Dąbrowska, Tadeusz Dąbrowski, Urszula Jakubek. Druga klasa LP w Starym Targu 1957 - stoją pierwszy rząd od dołu Mieczysław Bujalski, Kwella, Walter Wiśniewski, drugi rząd, Jarzynka, Adam Szlachciak, NN, Władysław Kasprzak, Henryk Kamiński, Józef Kulik, Tuchel,fot. archiwum_________ Andrzej Lubiński 149 W niedzielę młodzież nie mogła pójść do kościoła, ponieważ zajęcia w internacie trwały tak długo aż nabożeństwo się skończyło. Do domu mogła pojechać raz w miesiącu. Jedna z uczennic wspomina, jak to widząc w połowie drogi ze Sztumu do Postolina kościół na górce ze popłakała się z radości. Wśród pierwszych uczennic jakie podjęły naukę w roku szkolnym 1953/1954 z Postolina pochodziły: Teresa Steiniger, Irena Smolińska, Małgorzata Pladwig, Inga Mark-steiner, Jolanta Dąbrowska, a ze Starego Targu Renata Teszner. Była ona uzdolniona muzycznie, w roku 1955, mając siedemnaście lat, została przyjęta jako chórzystka do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, ale rodzice nie pozwolili jedynaczce na wyjazd z domu. Po ukończeniu Liceum Pedagogicznego naukę śpiewu i grę na instrumentach muzycznych kontynuowała w Seminarium Nauczycielskim w Gdańsku. Po przeprowadzonej wizytacji w roku 1955 przez wizytatora Kazimierza Koko, Kuratorium Oświaty i Wychowania w Gdańsku, zaproponowało dyrektorowi Zygmuntowi Szczepańskiemu organizowanie szkolnictwa średniego w powiecie nowodworskim. Nowym dyrektorem w roku szkolnym 1955/56 został Mieczysław Michnowski. Gdy przyjechał do Starego Targu rano, był bardzo zdziwiony, widząc przy sklepie chłopów pijących wódkę po odstawieniu mleka do mleczarni. Byli to głównie przybysze ze wschodnich terenów Polski. Michnowski pochodził z Kaszub, urodził się w Liniewie w roku 1924. Do wybuchu II wojny ukończył dwie klasy gimnazjum staroklasycznego w Kościerzynie. Po wojnie zdał maturę w roku 1948 i podjął naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku na kierunku geografia. Studia pierwszego stopnia ukończył w roku 1952 i jako dobry student miał zostać skierowany na studia magisterskie do Lublina. Po magisterium miał zostać pracownikiem naukowym WSP i doktoryzować się. W międzyczasie dostał skierowanie do pracy w Liceum Pedagogicznym w Kwidzynie. Pracując przez wrzesień dostał dokumenty z UMCS, że ma się stawić na studia magisterskie, otrzymał też akademik i pełne stypendium naukowe w wysokości 600 zł. Poszedł do dyrektora szkoły Stanisława Dudulewicza, aby go powiadomić. Dyrektor widząc, że dobrze sobie radził w szkole namówił go, aby zrezygnował z nauki w Lublinie, bo tu już jest profesorem, a tam będzie nosił teczkę profesorowi... Studia może ukończyć zaocznie. Żona również nie chciała, aby wyjeżdżał do Lublina. W Kwidzynie uczył geografii i dodatkowo pracował do końca roku szkolnego 1954/1955 jako kierownik w internacie z 300 uczniami. Dostał propozycję objęcia kierowania Liceum Pedagogicznym w Starym Targu od 1 września 1955. Zamieszkał z rodziną w budynku internatu dziewczęcego na piętrze, jego sąsiadem został polonista Józef Bachórz. Nowy dyrektor miał dobre relacje z miejscowym ks. proboszczem Wiktorem Gollanem oraz wikarym Hubertem Haubur-giem, który chętnie grał z młodymi ludźmi w piłkę nożną. Proboszcz przewidział, że nauka religii w szkołach jaka została wprowadzona po Październiku 1956 roku niedługo będzie zniesiona w szkołach, co stało się w roku 1960. Relacje między uczniami liceum były prawidłowe, ponad połowa uczniów była pochodzenia autochtonicznego, tak samo było z młodymi ludźmi ze Starego Targu. Ci, którzy przybyli z rodzicami po zakończeniu wojny na te tereny dość szybko się integrowali poprzez wspólną naukę i sport. 150 Liceum Pedagogiczne w Starym Targu 1953 - 1957 Dyrektorowi Mieczysławowi Michnowskiemu administracyjnie podlegała również szkoła ćwiczeń, którą kierował Jan Makara. Pracowała w niej Urszula Makara, Maria Rajska, Regina Rudzka, Czesława Rydzińska, Janusz Kiełbaska, a w administracji szkolnej zatrudniona była Józefa Rajska i jako księgowy Lothar Nikoleit, znany z tego, że bardzo ładnie grał na pianinie. Do Starego Targu we wrześniu 1955 przybyli z Gdańska Elżbieta i Zbigniew Wierzbiccy, aby uczyć matematyki, fizyki i chemii. Zamieszkali początkowo w budynku, gdzie mieścił się Ośrodek Zdrowia, drugim mieszkaniem był dom pani Dębowskiej, która pochodziła z miejscowości Dziewięć Włók. SKRZYNKA PYTAŃ Gdy przewodniczący i zastępca Związku Młodzieży Polskiej próbowali wpływać na kierowanie szkołą, oceniać nauczycieli i stawiać im niedorzeczne zarzuty, Zbigniew Wierzbicki postanowił interweniować . Początkowo dyrektor Michnowski próbował załagodzić problem, ale sprawa oparła się o komitet wojewódzki i powiatowy PZPR. Do szkoły przybyło aż sześciu młodych pracowników aparatu partyjnego. Chcieli zastraszyć Zbigniewa Wierzbickiego, grozili mu dyscyplinarką. Powiedział im: Byliście gówniarzami, jak byłem w PPR i pracowałem w aparacie. Napisał list do sekretarza propagandy komitetu wojewódzkiego Deklewa, opisując całą sprawę. W końcu przyznano mu rację i przeproszono. Do Starego Targu zawitał również wizytator Kazimierz Koko i sprawa została ostatecznie załagodzona. Józef Kaliszewski, absolwent Liceum Pedagogicznego w Tczewie, uczył przysposobienia obronnego oraz wychowania fizycznego od 1 kwietnia 1955 roku i miał też kilka godzin w internacie. Zamieszkał w byłej zakrystii kościoła ewangelickiego. Świątynia została zamieniona na salę gimnastyczną. Żyrandole z tego kościoła zostały zdjęte i przeniesione do szkoły podstawowej. Z pomocą uczniów i młodzieży ze wsi wybudował 60-metrową bieżnię obok boiska, które powstało po zlikwidowaniu cmentarza ewangelickiego. Kości zmarłych zostały wydobyte i złożono je trochę niżej, tuż przy szkole. Powstała też nowa strzelnica. Młodzież chętnie uczestniczyła w pracach społecznych. Jak budowano boisko i należało wywieźć duże kamienie oraz gruz, pod wieczór przyjechał traktor z pobliskiego PGR i je wywiózł. Kaliszewski zorganizował również przy szkole zespół piłki nożnej. Mecze rozgrywano z miejscowym Ludowym Zespołem Sportowym oraz zespołami z sąsiednich wiosek. Od kolegi Krajnika pracującego w kuratorium gdańskim, a wcześniej zatrudnionego w Liceum Pedagogicznym w Tczewie, otrzymał 10 par nart. Sprzęt sportowy załatwiał po znajomości z kolegami, np. jeden pracował w Pelplinie, drugi kolega Szafałowicz pracował w Nowej Wsi. Gdy nadeszła zima w pewną niedzielę uczniowie mieli udać się na zjeżdżanie z pobliskich górek razem z wychowawcą. Mróz był bardzo silny a młodzież przyszła nieodpowiednio ubrana w elastycznych skarpetach, bez kalesonów, odpowiednich butów i ubioru. Nauczyciel odwołał pójście na narty, co nie spodobało się niektórym uczniom. Młodzież od roku szkolnego 1955/56 raz w tygodniu mogła wrzucić do „skrzynki pytań” różnego rodzaju pytania, na które musieli odpowiedzieć nauczyciele. Apele odbywały Andrzej Lubiński 151 się w każdą sobotę rano. Zapytano nauczyciela Kaliszewskiego: czy narty są do zjeżdżania zimą, czy trzymania ich w magazynie? Odpowiedział na apelu w auli, że nie pozwolił na wyjście, bo temperatura była zbyt niska, mogłaby to się zakończyć odmrożeniami. Dyrektor Mieczysław Michnowski był zaskoczony, że różne pytania były kierowane do nauczycieli, a do niego nie było. Wyjaśnił to nauczyciel wychowania fizycznego: jeżeli od rana do wieczora przebywam z uczniami, to nie będę się im podobał. To samo dotyczyło bardziej wymagających nauczycieli. Ale trafiło i na dyrektora. W sali gimnastycznej suszył przez kilka dni zboże zebrane z czterohektarowego pola, które uprawiał. W „skrzynce pytań” znalazło się pytanie: czy sala gimnastyczna jest do ćwiczeń gimnastycznych, czy do przechowywania zboża? Mu-siał się ostro z tego tłumaczyć. Józef Kaliszewski razem ze Stanisławem Kupką organizowali rajdy piesze, a latem 1956 roku pod ich kierownictwem został zorganizowany dwutygodniowy obóz wędrowny. Rozpoczynał się w Bielsku Białej a kończył Suchej Beskidzkiej. Codziennie kuratorium małopolskie musiało wiedzieć, jak realizowany jest program, gdzie będą rozbijane namioty. Uczestnicy rajdu byli wizytowani przez pracownika kuratorium. Wielką zmorą były kontakty z wopistami (Wojska Ochrony Pogranicza), którzy ciągle legitymowali obozowiczów w obawie przed dywersantami z Zachodu. Bardzo często w relacjach byłych uczniów Liceum Pedagogicznego ze Starego Targu przewija się postać nauczyciela języka polskiego Józefa Bachorza, późniejszego profesora Uniwersytetu Gdańskiego. Po ukończeniu studiów polonistycznych w Łodzi w roku 1955, mając 21 lat dostał skierowanie do pracy w Liceum Pedagogicznym w Lęborku. Zamienił się z kolegą załamanym tym, że ma pracować w jakiejś wiosce Stary Targ. Wiedział coś niecoś o przeszłości 152 Liceum Pedagogiczne w Starym Targu 1953 - 1957 wsi; np. o podpisanym rozejmie ze Szwedami w roku 1629, i o tym że mieszkańcy w czasie plebiscytu w roku 1920 opowiedzieli się za Polską. Bachórz sam pochodził ze wsi na południu Polski niedaleko Rzeszowa i nie miał żadnych oporów, aby tutaj rozpocząć pracę. Adela Steiniger, która zaczęła naukę w roku 1955/56 tak go wspomina. - Nauczyciel zrobił sprawdzian, aby sprawdzić naszą wiedzę po ukończeniu 7 klasy szkoły podstawowej. Na następnej lekcji wyczytał moje nazwisko. Wstaję z ławki czerwona na twarzy, bo spodziewałam się najgorszego, a on mówi, że napisałam sprawdzian najlepiej ze wszystkich uczniów, bez błędów, i stawia mnie jako przykład do naśladowania. Stałam się jego najlepszą uczennicą w klasie. BOLESNA LIKWIDACJA Jak wspominaj. Bachórz, pod koniec roku szkolnego 1956/57 w całej Polsce wydłużono cykl nauczania w liceach pedagogicznych z czterech do pięciu lat. Dyrekcja szkoły, nauczyciele i uczniowie w Starym Targu zostali poinformowani dodatkowo przez Kuratorium Gdańskie, że do pracy w wiejskich szkołach podstawowych nie powinno przygotowywać nauczycieli z dala od ośrodków miejskich, gdzie jest większy dostęp do kultury. W związku z tym zapadła decyzja o likwidacji Liceum Pedagogicznego w Starym Targu. Część młodszych klas została przeniesiona po wakacjach do Liceów Pedagogicznych w Żukowie i Tczewie, dwa najstarsze roczniki do Kwidzyna. On ze „swoją” klasą II i pierwszą miał znaleźć się w Żukowie. Klasy starotarskie szykowały się do niechcianej przeprowadzki pełne obaw i z pewnego rodzaju mobilizacją: pokażemy jaką szkołą był Stary Targ i co potrafimy. To decyzja władz oświatowych spowodowała, że Liceum Pedagogiczne w Starym Targu po czterech latach istnienia zostało zamknięte i nie doczekało się własnych absolwentów. Mieczysław Michnowski podaje też inny powód zlikwidowania szkoły. Do tej pory nauka w liceum była czteroletnia. Wyż demograficzny spowodował, że trzeba było przetrzymać uczniów o rok dłużej - rynek pracy nie był jeszcze w stanie wszystkim absolwentom dać zatrudnienie. Inne wytłumaczenie likwidacji szkoły znalazłem w „Ziemi Sztumskiej”, gdzie K. Po-doski opierając się na „Kronice Wydziału Oświaty w Sztumie za okres 1953-63” podaje, że budynek, w którym mieściło się liceum, nie nadawał się na potrzeby szkoły średniej, nie było właściwego internatu. Mieczysław Michnowski wspomina, że w ciągu czterech lat nauki przez szkołę przewinęło się 120 uczniów. Ludzie w Starym Targu chcieli, aby szkoła tu pozostała, dla nich to był wielki zaszczyt z posiadania szkoły średniej. Co się stało z dokumentami wytworzonymi przez administrację szkolną, nie wiadomo. Po likwidacji przenoszone były z jednego archiwum w województwie gdańskim, do drugiego w elbląskim, możliwe że gdzieś znajdują się, ale trudno powiedzieć gdzie. Mieczysław Michnowski podaje, że gdy zbierał dokumentację potrzebną do wyliczenia podstawy emerytury, ilości przepracowanych lat, to nie mógł uzyskać żadnych informacji o zatrudnieniu w Starym Targu. Potwierdzenie pracy i wysokość zarobków znajdowało się jedynie w jego książeczce ubezpieczeniowej. Andrzej Lubiński 153 Pewną formą rekompensaty za likwidację Liceum Pedagogicznego w Starym Targu było utworzenie Liceum Ogólnokształcącego w Sztumie w roku 1956. Była to zasługa Floriana Wichłacza, który został posłem ziemi gdańskiej w styczniu 1957 roku. Mieczysław Michnowski zgodził się, aby nauczyciele mieszkający w Starym Targu dojeżdżali do Sztumu. Na zakończenie działalności w Liceum Pedagogicznym w Starym Targu urządzono trzydniowe pożegnalne imprezy. Przybyła z Malborka wojskowa orkiestra i przygrywała na zabawie. Napoje wyskokowe każdy przynosił sam. Po 15 sierpnia 1957 roku na jednym samochodzie przeprowadzali się do Sztumu państwo Wierzbiccy i Józef Kaliszewski. Małżonkowie otrzymali mieszkanie w internacie na ulicy Reja, aj. Kaliszewski w Szkole Podstawowej nr 3, w mieszkaniu, jakie było przeznaczone dla woźnego. Józef Kaliszewski razem z dyrektorem Michałem Giembickim i woźnym Dominikowskim ze Szkoły Podstawowej nr 2, przenosił pomoce naukowe do nowej siedziby liceum. Dyrektor Giembicki również przejmował pomoce naukowe z likwidowanego liceum w Starym Targu. Państwo Kupkowie przenieśli się do Bydgoszczy. Józef Bachórz ostatecznie podjął pracę w Liceum Pedagogicznym w Kwidzynie, a dyrektor Mieczysław Michnowski przeniósł się do Liceum Pedagogicznego w Tczewie. To, że przez kilka lat od zakończenia II wojny nie powstała w powiecie sztumskim szkoła średnia, wiązało się z tym, iż władze państwowe źle traktowały ludność autochtoniczną, bo posługiwała się w życiu codziennym miejscową gwarą sztumską. Aby ludność lepiej zintegrować z nową administracją podjęto w roku 1953 decyzję o utworzeniu w Starym Targu czteroletniego liceum pedagogicznego. Absolwenci szkoły byli dobrze przygotowani do pracy w szkołach podstawowych ze wszystkich przedmiotów. Praca na wsi nie była przez nich traktowana jako zesłanie. Na podstawie rozmów z absolwentami udało mi się ustalić niektóre nazwiska uczniów którzy chodzili do Liceum Pedagogicznego w Starym Targu: Jolanta Dąbrowska, Inga Marksteiner, Małgorzata Pladwig, Irena Smolińska, Teresa Steiniger, Adela Steiniger, Gertruda Smolińska, Tadeusz Dąbrowski, Bernardeta Guntowska, Czesława Borkowska, Mikołaj Hnat, Józef Kulik, Michał Markowicz, Roman Podolak, Maria Kraszewska, Stanisław Kraszewski, Józef Mackiewicz, Henryk Redwans, Wojciech Zieliński, Adam Szlachciak, Inga Gurzyńska, Mieczysław Bujalski, Franciszek Skrzyński, Werner Szyłf, Werner Schenek, Helena Sadlik, Henryk Szwarc, Tadeusz Kwolek, Roman Markowicz, Łucja Spychalska, Urszula Jakubek, Stanisław Podobas, Irena Szwedzik, Józefa Śpiewak, Zofia Kwolek, Rita Kikut, Renata Teszner, Walter Wiśniewski, Jarzynka, Władysław Kasprzak, Henryk Kamiński, Tuchel, Kwella. Przy pisaniu tego tekstu wykorzystałem wspomnienie Józefa Bachorza „Moje osiem kwidzyńskich lat” zawarte w książce pod red. Krystyny Gromek „Kwidzyn... drogi do małej ojczyzny”, Kwidzyn 2009 oraz relacje nauczycieli: Mieczysława Michnowskiego, Józefa Kaliszewskiego, Zbigniewa Wierzbickiego, Felicji Cukrowskiej tudzież uczniów: Renaty Teszner--Witka, Józefa Kulika i Romana Podolaka. 154 Kwidzyńskie detale z pamięci Juliusz Skurewicz KWIDZYŃSKIE DETALE Z PAMIĘCI To było jakieś 10 lat temu. Na targu w Gdańsku przy ul. Wyspiańskiego, wśród mnóstwa raczej bezwartościowych staroci typu zamki, okucia, młotki, maszynki do mięsa, leżała miedziana tabliczka z napisem: Marienwerder. Bahnspedition. Zainteresowało mnie to, ponieważ wiedziałem, że Marienwerder to Kwidzyn, miasto, gdzie mieszkałem w latach 1950-1956, zaś Bahnspedition to po niemiecku spedycja kolejowa, a przecież już 30 lat pracowałem w spedycji. Chciałem zapytać o cenę, ale sinonosy dżentelmen powiedział, że właściciel tego rupiecia oddalił się był na kilka minut, ale na pewno zaraz przyjdzie. Czekałem jakiś czas i zrezygnowałem. Do dzisiaj żałuję. Mieszkaliśmy przy ulicy Braterstwa Narodów, na pierwszym piętrze nad apteka, obok poczty. Ojciec był kierownikiem apteki, mama też w niej pracowała. Nazwa ulicy zapewne odwoływała się do braterstwa narodów Polski i Związku Radzieckiego, nikt nie przypuszczał, że to braterstwo kiedyś się skończy, ale nazwa będzie nadal aktualna, dziś może tak bardzo jak nigdy dotąd, gdy Unia, w której jesteśmy od dziesięciu ponad lat przeżywa tarapaty, nie tylko natury zewnętrznej czy tzw. obiektywnej, ale również powodowane przez niektórych jej członków nie do końca wiedzących, czego konkretnie chcą. Wkrótce rodziców przenieśli do apteki na rogu obecnych ulic Chopina i Słowiańskiej, a nowe mieszkanie dostaliśmy przy ul. Łużyckiej 2, na pierwszym piętrze starej niemieckiej willi o charakterystycznym falującym dachu. Dom ten stoi do dzisiaj, na rogu obecnej ulicy Hallera. Jakie były powody przeniesienia i przeprowadzki, nie wiem, bo na czas nie zapytałem. Jest wiele rzeczy, których nie wiemy, ponieważ nie zdążyliśmy - nie chciało się nam - nie pomyśleliśmy, aby zapytać rodziców. W ten sposób straciliśmy bezpowrotnie możliwość uzyskania wiedzy o przeszłości, nie tylko naszej rodziny, ale i miasta, kraju, świata. Dom na Łużyckiej 2 był - i jest. - do Łużyckiej zwrócony bokiem, zaś front był od obecnej ulicy Hallera, ówczesnej nazwy nie pamiętam. Byl to wówczas jeden z ostatnich budynków miasta przy tej ulicy i w tej części miasta w ogóle, za nim, w kierunku Sadlinek były jeszcze chyba trzy domy. Po drugiej strony Łużyckiej były domy jednorodzinne, zaś po przeciwnej stronie, tam gdzie dziś działki, były łąki i pola ciągnące się aż do Wisły. Na tych łąkach latem pasły się krowy, które codziennie o zmierzchu wracały same do swoich zagród przy Łużyckiej. Pamiętam, jak jedna po drugiej skręcały do swych domostw, co mnie niepomiernie dziwiło. Wiedziałem już, że pies czy kot odnajdzie drogę do domu, ale żeby krowa... W okresie zimowym, od Wisły wiały lodowate wiatry prosto w nasze okna. Wiosną zaś od tej strony słychać było głuche dudnienie, to lodołamacze kruszyły lody na Wiśle. Dzisiaj to chyba niepotrzebne, zimy już nie takie a i żeglugi na Wiśle już nie ma, więc nie ma potrzeby kruszyć lodu. Juliusz Skurewicz 155 Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Parter zajmowała rodzina (nie wiem skąd, nie zapytałem...) z córką w moim wieku. Bawiliśmy się często razem, jak to dzieci. Pamiętam, że miała krótko ostrzyżone ciemne włosy. Przy jej pomocy uczyłem się anatomii kobiecego ciała. Zimą też, jak i dzisiaj, do naszego domu zachodzili księża po kolędzie. A konkretnie zawsze jeden ksiądz, ksiądz Bronek. Teren ten z jakiegoś powodu należał do parafii Franciszkanów, z tym, że kościołem Franciszkanów była wówczas katedra. Tak mówiło się o kościele zamkowym. Ksiądz Bronek był wówczas gwardianem kwidzyńskich Franciszkanów, a ponieważ znali się dobrze z ojcem, nasz dom był zawsze ostatnim na trasie kolędy - pokropienie woda święconą, modlitwa, no i już kolacja i długie nocne rozmowy. A w tym czasie było o czym w Polsce rozmawiać. Ksiądz Bronek został potem przeniesiony do franciszkanów gdyńskich na Wzgórzu kiedyś Nowotki, obecnie św. Maksymiliana. Katedra - wtedy nie wiedziałem, że ta nazwa była jak najbardziej właściwa - robiła na mnie, małym chłopcu, duże wrażenie. Jak to zawsze bywa, wydawała mi się olbrzymia, dużo większa niż w rzeczywistości, chociaż przecież nie jest mała. Wysokie sklepienia, cegła, bielone ściany, mało ozdób, dawały jej surowy wygląd, który zresztą ma do dzisiaj. Do szkoły poszedłem vis-a-vis apteki rodziców, duży ceglany budynek, dziś też szkoła, tyle że społeczna. Pierwszego września zbiórka na boisku szkolnym, potem pierwsze lekcje. Do domu szedłem dzisiejszą Hallera - po drodze najpierw budynki szkolne, potem po prawej jakieś warsztaty, po lewej koszary. Nigdy bym wówczas nie przypuszczał, że minie dwanaście lat i w tych koszarach będę na studenckim obozie wojskowym, a po kolejnych dwóch latach - również na drugim obozie, że będę chodzić po Kwidzynie z kolegami, lekko zawianymi po przysiędze wojskowej w tych koszarach - któregoś tam pułku artylerii przeciwlotniczej. Męczyli nas musztrą na polach w Rakowcu dwa tygodnie w sierpniu 1968 - był to, jak pamiętam, bardzo gorący sierpień, aby po przysiędze załadować na eszelon na stacji w Kwidzynie i zawieźć na poligon toruński. A tam już na poważnie strzelanie z armat, haubic, itd. Po zbiórce w koszarach, ostrzyżeniu (modne wtedy były długie włosy), przydzieleniu onuc (a jakże), butów, mundurów i innego sprzętu wojskowego czekaliśmy, pamiętam, kilka godzin przed wyruszeniem pieszo szybkim marszem - trzeba było przecież pokazać studentom, że tu nie uniwersytet, tu trzeba myśleć - do Rakowca. Siedziałem na jakichś schodach i paliłem otrzymane na pożegnanie od dziewczyny prawdziwe amerykańskie camele. Byłem w tych koszarach trzy lata temu. Piękna pruska architektura godna zachowania i zadbania. Naprzeciwko koszar były jakieś warsztaty, chyba stolarskie. Któregoś dnia jak wracałem ze szkoły wybiegł z nich jakiś człowiek trzymając się za palce prawej dłoni. Biegł w kierunku szpitala. Ślad za nim znaczyły gęsto krople krwi na ulicy. Dalej, po prawej, była rzeźnia. Kwiki zwierząt dobiegały stamtąd zawsze, o każdej porze dnia i roku. 156 Kwidzyńskie detale z pamięci Później po lewej wspomniany szpital, po prawej park. To znaczy wtedy sadziłem, że to park. Dziś wiem, że to był niemiecki cmentarz, który władza ludowa splantowała i zlikwidowała zaraz po wojnie. Jest rzeczą oczywista, że trauma wojenna i oczywisty uraz do Niemców powodowały takie a nie inne działania i zachowania. Ale to nie tłumaczy wszystkiego, nie może tłumaczyć. Zawsze mnie dziwi cechująca nas mentalność Kale-go: Kali ukraść to dobrze, Kalemu ukraść to źle. Konsekwentnie i systematycznie niszczyliśmy - ba, nadal niszczymy i podejrzewam, że teraz te działania się znowu wzmogą - wszelkie obce ślady na ziemi „odzyskanej” - cmentarze, napisy, inne zabytki kultury materialnej. Równocześnie oburzaliśmy się i nadal oburzamy, że Litwini czy Ukraińcy niekoniecznie chcieli zachować polskie ślady na ich ziemiach. Niemieckie napisy na budynkach w Gdańsku, te zachowane, można policzyć na palcach jednej ręki, w tym dwa czy trzy są odnowione - chwała tym, którzy to zrobili. Pokazali, że ziemia, miasta, wsie żyją niezależnie od tego, kto w danym momencie w nich mieszka. Rozumieją, że zniszczenie obcych śladów to w rzeczywistości zniszczenie przeszłości. We Lwowie jest polskich napisów kilkadziesiąt, w tym wiele systematycznie odnawianych, w tym jeden zupełnie niedawno tuż przy rynku lwowskim. Nikomu we Lwowie i całej zachodniej Ukrainie nie przyszło do głowy, aby zrównać z ziemią polskie cmentarze, a gdy chcieli nieco tylko przecież zmienić ewidentnie antyukraińską wymowę Cmentarza Orląt, podniósł się w Polsce niebywały lament i wrzask przeciw ukraińskim nacjonalistom. No, ale my jesteśmy kulturalnym narodem, w przeciwieństwie do... Oboje rodzice pracowali, jak powiedziałem, w aptece. Zanim poszedłem do szkoły, a i później w czasie dyżurów aptecznych rodziców, byłem pod opieką, jak się wówczas mówiło, gosposi. Była to wielkiego serca i dobroci kobieta, tzw. autochtonka. W żyłach jej z pewnością płynęło więcej niemieckiej niż polskiej krwi. Jej rodzona siostra, zapewne po wojnie, wyemigrowała do Niemiec, chociaż siostrzeniec został w Polsce. Gosposia dosyć słabo mówiła po polsku, pisała jeszcze gorzej, ale porozumiewaliśmy się bez przeszkód. Wspominam ją jeszcze dzisiaj, po tylu latach, bardzo ciepło. Umarła już wiele lat temu i spoczywa na kwidzyńskim cmentarzu, skąd jest daleki widok na dolinę Wisły i przeciwny brzeg od Nowego po Gniew. Wyjechałem z Kwidzyna w 1956, a więc jeszcze przed znacznym uprzemysłowieniem tego miasta i jego niewątpliwym awansem cywilizacyjnym w efekcie budowy fabryki celulozy i innych znaczących zakładów przemysłowych. Tak się złożyło, że w ostatnich kilku latach bywałem tu co najmniej raz do roku i za każdym razem z dużą przyjemnością chodziłem jego ulicami, nie tylko ze względów sentymentalnych. Nie jest to oczywiście metropolia, ale wielu rzeczy, jak sadzę, mogą pozazdrościć nawet dużo większe miasta. Przede wszystkim pod względem kultury i, jak się wydaje, czegoś w rodzaju świadomości historycznej. Nikt tu chyba nie udaje, że Kwidzyn to od wieków polskie, piastowskie miasto. Przeciwnie, podkreśla się, że jego historia jest w dużej mierze niekoniecznie związana z Polska, ale mimo to, miało to miasto okresy, chciałoby się powiedzieć, świetności, jak choćby okres regencji. Odbudowa kilku kamienic w obrębie dawnego rynku, bezlitośnie zniszczonego przez wyzwolicieli, tuż przy katedrze, z pewnością przydała miastu tzw. klimatu. Idąc o zmroku zaułkiem między odbudowanymi kamienicami a katedrą można poczuć się jak w średniowieczu i mimowolnie człowiek wypatruje jakiegoś pomurnika. Juliusz Skurewicz 157 Bywając w Kwidzynie, szukam oczywiście, co zrozumiale, śladów przeszłości. Nie budynków, bo te są, nie ludzi, bo ich albo nie ma (jak tej dziewczynki z Łużyckiej 2) albo zmienili się nie do poznania, ale... klimatu, cieni, śladów., nie do końca wiadomo, czego. Tak już jest, że będąc w miejscach związanych z czasem przeszłym, szukamy mimo woli czasu przeszłego. Chcemy zobaczyć twarze, których nie ma, bo zmieniły się tak jak nasza. Chcemy usłyszeć gwizd kolejki wąskotorowej, która nie kursuje już od wielu lat. Chcemy usłyszeć głos ludzi, których już nie ma. Ale przecież oni wszyscy są dopóty, dopóki ktoś o nich pamięta. Ale czasami przecież można cofnąć czas. Jest taki budynek w Kwidzynie, na rogu Braterstwa Narodów i Słowiańskiej. Kiedyś na piętrze był sklep z materiałami. Bele materiałów - głównie z jakiegoś powody czarne i szare - leżały na półkach sklepowych dookoła. Wchodziło się do tego sklepu od strony Słowiańskiej po szerokich drewnianych schodach. I schody te są nadal. Może nieco mniejsze niż były, może stopnie nie takie wyślizgane, ale schody są. Drewniane. Z poręczami. Sienie. Schody. Bramy. W ich półmroku, w skrzypie drzwi i schodów, w nieostrym spojrzeniu można wciąż uchwycić to, co było - zapach, głos, śmiech, wzrok. Ślad. Chociaż na chwilę. Tak się złożyło, że moim następnym etapem, po wyjeździe z Kwidzyna, było inne miasto na Ziemiach Odzyskanych czy Zachodnich. Ale to już zupełnie inna historia. Ot, takie schody na przykład, fot. Skurewicz Muzyka-Plastyka-Fotografia Wacław Bielecki MUZYCZNE WIEŚCI KONKURS DREWNA I BLACHY W grudniu ubiegłego roku odbył się w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia im. Feliksa Nowowiejskiego w Kwidzynie - 7 Powiślański konkurs instrumentów dętych im. prof. Marka Schillera. W konkursie tym mogą brać udział uczniowie szkół muzycznych I stopnia, czyli szkół podstawowych. Uczestnicy muszą zagrać z pamięci jedną miniaturę instrumentalną trwająca nie więcej niż 7 minut. Gra uczniów jest oceniana przez jurorów w dwóch grupach instrumentów dętych: drewnianych oraz blaszanych. Instrumenty te w orkiestrze symfonicznej nazywane są skrótowo: „drewno” i „blacha”. Organizatorem konkursu od siedmiu lat jest szkoła kwidzyńska słynąca z dobrego poziomu przygotowania uczniów na „dęciakach”. Konkurs w Kwidzynie nosi imię prof. Marka Schillera, klarnecisty, wieloletniego pedagoga gdańskiej Akademii Muzycznej, zmarłego nagle w 2009 r. O obiektywną ocenę uczestników zadbało jury złożone z wybitnych specjalistów z Akademii Muzycznych: prof. Bogdan Ocieszak (Gdańsk) -przewodniczący jury, prof. Roman Gryń i as. Rafał Ra-chwał (Poznań), prof. Zdzisław Stolarczyk (Kraków) oraz mgr Małgorzata Lange-Ba-naś (ZPOSM I i II st. Warszawa). Trzeba przyznać, że w podstawowych szkołach muzycznych nie zawsze można zobaczyć tak liczne i utytułowane grono jurorów. Do konkursu przystąpiło 60 uczniów z 21 szkół muzycznych I stopnia, głównie z województwa pomorskiego, ale byli też uczestnicy z dalszych miejscowości: Bydgoszczy, Michał Hals grający na tubie wywalczył nagrodę grand prix, fot. W. Bielecki Łukasz Mroczek, trąbka - zwycięzca I miejsca ex aeąuo, fot. W. Bielecki Wacław Bielecki 159 Mrągowa, Dywit k. Olsztyna, Grudziądza, Piły, Szczecinka, a nawet z Krakowa i Nowego Targu. W grupie instrumentów dętych drewnianych było 38 osób (flet - 16, obój - 2, klarnet - 13, saksofon - 7). Tu trzeba zaznaczyć, że nie ma pomyłki: saksofon, choć wykonany z metalu należy do grupy instrumentów dętych drewnianych. Na instrumentach dętych blaszanych zagrało 22 uczestników (trąbka - 19, róg - 1, puzon - 1, tuba - 1). Zmagania konkursowe trwały od rana do wieczora, kiedy to jurorzy ogłosili swój werdykt i odbył się koncert laureatów oraz uroczystość wręczenia nagród. W grupie instrumentów dętych drewnianych nagrodę grand prix zdobyła saksofonistka Katarzyna Łakocka z Miastka, która porywająco zagrała „Małego czardasza” Pedro Iturralde z akompaniamentem Iryny Rengach. I miejsce w tej grupie za wykonanie „Fantazji mauretańskiej” Francoisa Combellea przypadłe także saksofoniście. Był nim Nikola Lezner z Pucka, któremu akompaniował Mariusz Mańkowski. W grupie instrumentów dętych blaszanych tryumfowali uczniowie ze szkoły w Kwidzynie. Nagrodę grand prix wy walczył grający na największej trąbie, czyli tubie Michał Hals z klasy Eugeniusza Kizińskiego wykonując utwór „A guia” Eddy Debonsa przy akompaniamencie Marcina Firleja. Z tym samym akompaniatorem zagrał na trąbce Łukasz Mroczek z klasy Wojciecha Wiśniewskiego i zdobył I miejsce ex aequo za utwór “Srebrna trąbka” Davida Ubera. Drugim współzwycięzcą I miejsca został także trębacz - Kacper Dawlewicz ze Szczecinka grający „Marzenia miłosne”. Konkurs potwierdził wysoki poziom nauczania w kwidzyńskiej szkole muzycznej na instrumentach dętych blaszanych. Wypada tylko gratulować uczniom, nauczycielom i dyrektorowi. Szkoda trochę, że niewątpliwym sukcesom szkoły nie towarzyszy dbałość o informowanie o tym opinii publicznej. Poza tym konkursem organizowanym raz do roku, niewiele można się dowiedzieć, czym na co dzień żyje szkoła, albowiem jej strona internetowa jest bardzo rzadko uaktualniana. ROK NOWOWIEJSKIEGO Pod koniec ubiegłego roku Sejm RP ogłosił rok 2016 rokiem Henryka Sienkiewicza i Feliksa Nowowiejskiego. Inauguracyjny koncert rozpoczynający w Polsce „Rok Nowowiejskiego” odbył się w piątek 22 stycznia 2016 r. w Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie. Zostały wykonane na nim tylko utwory skomponowane przez F. Nowowiejskiego, które bardzo rzadko albo w ogóle nie gościły na scenach filharmonii. Orkiestrę prowadził Jerzy Kosek, pełniący w latach 1999-2003 funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Filharmonii Olsztyńskiej. Koncert zaczął się od „Uwertury do baletu „Król Wichrów” (Tatry) op. 37”. Ze względu na charakterystyczną instrumentację, w której często słychać smyczki w wysokich rejestrach, harfę, i instrumenty dęte blaszane, może się ten utwór kojarzyć z inną uwerturą Nowowiejskiego - z opery „Legenda Bałtyku”. Uwertura „Król Wichrów” to efektowny, tzw. programowy utwór napisany w stylistyce neoromantycznej, gdzie przy pomocy orkiestry kompozytor stara się odmalować, np. gwałtowne porywy wiatru. „Koncert fortepianowy d-moll „Słowiański” op. 60” wykonała Agnieszka Ufniarz, młoda polska pianistka pochodząca z Poznania, a od 2006 r. mieszkająca w Paryżu, gdzie 160 Muzyczne wieści Plakat informujący o Roku Nowowiejskiego Wacław Bielecki 161 prowadzi szeroką działalność koncertową oraz kursy mistrzowskie. Dzieło to należy do ostatnich kompozycji Nowowiejskiego. Zostało napisane podczas wojny w 1941 r. w czasie, gdy po wyjeździe z Poznania kompozytor ukrywał się w Krakowie. Okres okupacji i zagrożenie aresztowaniem nie tworzyły sprzyjających warunków do tworzenia. Co więcej, w trzy miesiące po ukończeniu koncertu Nowowiejski doznał wylewu krwi do mózgu. W znanej mi literaturze na temat kompozytora nie znalazłem informacji, czy koncert ten był w ogóle wykonywany. Milczenie na ten temat zachowali także organizatorzy. Koncert składa się z trzech części: szybkiej, wolnej, szybkiej. Wewnętrzna struktura poszczególnych części, tak jak to bywa np. symfoniach organowych Nowowiejskiego, nie jest łatwa do ogarnięcia przez słuchacza. W podtytule ten koncert ma termin „słowiański”, bo - jak to napisano na stronie internetowej filharmonii: - „pobrzmiewają w nim nuty i reminiscencje muzyki ludowej: rytmy mazura w drugiej części, krakowiaka i poloneza - w trzeciej”. Przyznam, że przy pierwszym odbiorze trudno mi było rozpoznać te słowiańskie wyróżniki, może dlatego, że zostały mocno przetworzone przez kompozytora, a wykonawcy nie dość wyraziście je uwypuklili. Uśmiechnięta pianistka pojawiła się na scenie wraz z asystentem, który przewracał nuty rozłożone na pulpicie fortepianu. Samo wykonanie utworu było niezłe, choć nie porywające, ale powiem otwarcie, że nie przepadam za solistami, którzy nie mają opanowanej swojej partii na pamięć. Przecież nie do przyjęcia jest, aby pianista grał z nut, np. koncert Chopina, czy Czajkowskiego. A z Nowowiejskim tak można? Prowadzący koncert Tadeusz Deszkiewicz, b. redaktor Polskiego Radia, komentując wykonanie powiedział, że to piękna, barwna, momentami nawet hollywoodzka muzyka, i w pozytywnym znaczeniu eklektyczna, bo słyszał w niej Rachmaninowa, Bartoka czy Szymanowskiego. Jego zadaniem koncert jest bardzo piękny i bardzo trudny. - Moim zdaniem, znajdowanie wpływów innych kompozytorów na kształt tego utworu to zajęcie dość jałowe, albowiem nie ma kompozytora, u którego nie można znaleźć dźwięków użytych przez jego poprzedników lub współczesnych mu twórców. Na temat Nowowiejskiego bardzo zdecydowanie wypowiedział się w programie II Polskiego Radia w 2011 r. znakomity dyrygent Łukasz Borowicz, podczas przygotowań do prezentacji opery „Legenda Bałtyku” w Studiu Koncertowym Polskiego Radia. - Jeśli chodzi o sam język muzyczny, to zawsze mówi się i jesteśmy do tego przyzwyczajeni, że każdego polskiego kompozytora klasyfikujemy tak: to robił „z tego", a to robił „z tamtego”, czyłi symfonie pisał prawie jak Brahms, a opery pisał prawie jak Puccini. Tych „prawie jak" mamy tak pełno, że to jest aż przykre. Natomiast jeśli chodzi o Nowowiejskiego, nie można powiedzieć „prawie jak", bo Nowowiejski pisze jak Nowowiejski. To jest styl nieporównywalny z żadnym innym kompozytorem. Tam można wiele rzeczy usłyszeć, które mogą przypominać innych kompozytorów, ale to jest tak wysoce indywidualne, to jest tak oryginalne, to jest tak jedyne w swoim rodzaju, że po prostu myślę, że ten kompozytor wystrzeli jak rakieta, jeżeli chodzi o jego popularność. To się nie może nie udać. Po przerwie usłyszeliśmy „Koncert wiolonczelowy op. 55”. Przypomnieć tu wypada, że Nowowiejski uczył się grać w szkole muzycznej w Świętej Lipce nie tylko na organach, ale także na wiolonczeli. Koncert wiolonczelowy rozpoczęty w 1937 roku był 162 Muzyczne wieści początkowo dedykowany niemieckiemu wiolonczeliście Giintherowi Schulz-Fiirsten-bergowi, uczniowi Pablo Casalsa. Jednak kończąc dzieło w 1938 roku Nowowiejski ostatecznie poświęcił je znakomitemu wiolonczeliście Dezyderiuszowi Danczowskiemu, profesorowi w Konserwatorium Poznańskim oraz pierwszemu wiolonczeliście w orkiestrze tamtejszej opery. Warto wspomnieć, że od 1974 r. w Poznaniu odbywa się co pięć lat Ogólnopolski Konkurs Wiolonczelowy imienia Dezyderiusza Danczowskiego. Ostatni, dziewiąty konkurs został przeprowadzony w 2012 r. Po wojnie koncert wiolonczelowy Nowowiejskiego wykonał Roman Suchecki w 1977 r. w Filharmonii w Olsztynie z okazji setnej rocznicy urodzin kompozytora. Dyrygował wtedy Tadeusz Babiński. Roman Suchecki był m. in. uczniem Mścisława Rostropowicza, oraz od 1980 r. pierwszym rektorem nowo powstałej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy. Wspominam o tym dlatego, że od tamtych, jakże odległych czasów koncert nie był chyba wykonywany. Jeśli idzie o budowę, to jest ona klasyczna, trzyczęściową: I. Allegro, II. Arioso, III. Passacaglia. Utwór został zagrany przez pierwszego wiolonczelistę Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej Pawła Panasiuka. W moim odczuciu to wykonanie nie było zbyt udane. Można mieć wiele uwag do wykonawcy dotyczących, niestety, intonacji. Solista był mocno zemocjonowany, co przejawiało się w gwałtownych ruchach (w pewnym momencie wypadł mu na podłogę smyczek), nerwowym przewracaniu nut, bo niestety, nie grał koncertu z pamięci, i nadmiernym zerkaniu na dyrygenta. Oczywiście, po koncercie były duże oklaski i wiązanki kwiatów, ale od strony muzycznej to wykonanie koncertu nie było dobre. Co łączy Nowowiejskiego z Sienkiewiczem? Oczywiście, „Quo vadis?” Powieść Sienkiewicza i nagroda Nobla, którą otrzymał w 1905 r. skłoniła Nowowiejskiego do napisania w 1909 r. oratorium na ten temat. Zagrany na zakończenie koncertu „Marsz Pretorianów z oratorium „Quo Vadis” op. 30” okazał się on największym wydarzeniem tego wieczoru. Tylko ten utwór był bisowany, co zdarza się rzadko, aby na bis grano utwór orkiestrowy. Było to zasługą dyrygenta Jerzego Koska, który nadał utworowi żywe tempo i umieścił sekcję trąbek na balkonie nad sceną. Miałem możliwość wysłuchania na żywo „Marsza Pretorianów” dwa razy - w Krakowie i Gdańsku, ale to olsztyńskie było najlepsze. Dobrze więc, że nie tylko ten marsz, ale całe oratorium „Quo vadis” będzie w tym roku wykonane w kilku miastach Polski - Poznaniu, Krakowie oraz w Rzymie, a na rok 2017 planowane jest jego odegranie w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w 105 rocznicę wykonania oratorium w tym miejscu pod dyrekcją samego Nowowiejskiego. Cieszyć się trzeba, że Filharmonia Warmińska-Mazurska nosząca imię Feliksa Nowowiejskiego zaczęła grać utwory swojego patrona. Przez ostatnie kilka lat było z tym niedobrze. Zaproszony na relacjonowany tutaj koncert - Jan Nowowiejski, syn kompozytora, trochę przesadnie skomentował to następującymi słowy: - Tak. jak Mendelssohn odkrył wielkość muzyki Bacha, tak pan maestro Piotr Sułkowski (obecny dyrektor Filharmonii - WB) odkrywa twórczość mojego ojca Feliksa Nowowiejskiego. Piotr Piesik 163 Piotr Piesik ARTYSTYCZNA GALERIA NA PROWINCJI Rozmowa z Agnieszką Rutką-Napiwodzką, artystką która tworzy na Powiślu - Piotr Piesik: - Prowadzi Pani własną galerię w Koślince, niewielkiej wsi na Powiślu, pod Sztumem. Dlaczego akurat tutaj? Jak tu Pani trafiła? - Trzeba zaznaczyć, że galeria w Koślince to przede wszystkim moja pracownia, gdzie można w okresie wiosenno-letnim oglądać moje pracy i gdzie okazyjnie organizujemy wernisaże, moje czy innych artystów. Moja obecność na Powiślu to nie przypadek. Urodziłam się w Kwidzynie, po studiach wróciłam w znane mi okolice. Do Sztumu na wystawy już jako studentkę zapraszał mnie pan Andrzej Grześków, który wspierał mój Agnieszka Rutka-Napiwodzka, fot. archiwum 164 Artystyczna galeria na prowincji rozwój od pierwszego roku studiów. Podobało mu się moje żywiołowe malarstwo, przez niektórych uważane za zbliżone do francuskiego ekspresjonizmu. Przyciągnęła mnie wysoka świadomość artystyczna kształtująca atmosferę na zamku w Sztumie, życzliwość dla malarstwa ówczesnego Dyrektora SCK, jak i duża przestrzeń wystawowa (posiadam ponad 100 prac, z czego moje dwa dyplomy to kompozycje dość sporych rozmiarów, po-liptyki złożone z aktów). Sztum nie był mi obcy, bo tutaj piekarnię miał mój tata i często tu bywałam. Sama Koślinka to na początku w dużej mierze przypadek, ale ostateczna decyzja na pozostanie tutaj zrodziła się z fascynacji krajobrazem, przestrzenią, dobrymi kontaktami z sąsiadami. Po dotychczasowym życiu spędzonym w miastach to była wielka i piękna odmiana. Poza tym mój mąż, z którym przyjechałam z Krakowa, chciał koniecznie zostać rolnikiem, więc nawet nie mogłam w Krakowie zostać. -Jak postrzega Pani Powiśle, naszą lokalną prowincję? Mówiąc wprost - jak się tu Pani żyje? - To bardzo interesujący region. Dla mnie ważna jest zwłaszcza przyroda, bliskość morza, jeziora, mili ludzie, jest gdzie pojeździć na rowerze, pobiegać, popływać, pójść na spacer... Oczywiście, przychodzą momenty zniechęcenia, bo pomimo dużej życzliwości, nieczęsto można spotkać się ze zrozumieniem dla kogoś, kto w pełni zajmuje się czymś tak egzotycznym, jak malarstwo sztalugowe. Zwłaszcza, gdy się jest kobietą, a sama galeria jest inicjatywą niekomercyjną. Zainteresowanie sztuką współczesną nie jest na wysokim poziomie, ale z pewnością nie jest to specyfika Powiśla, lecz raczej całości edukacji artystycznej w Polsce. Cóż, raczej nieprędko doczekamy czasów, gdy wyznacznikiem materialnego i społecznego statusu oraz dobrą inwestycją zamiast kolekcji domów czy samochodów będą kolekcje sztuki współczesnej. -Jaka jest Pani dotychczasowa artystyczna droga? - Urodziłam się w Kwidzynie, studiowałam na wydziale malarstwa i grafiki krakowskiej Szkoły Wyższej i na wydziale malarstwa i na studiach pedagogicznych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 2010 roku, po obronie dyplomu na ASP, znalazłam się w Ko-ślince. -Jakie dyscypliny artystyczne Pani uprawia, jaki rodzaj sztuki jest Pani najbliższy? - Zajmuję się przede wszystkim klasycznym malarstwem sztalugowym, w technice olejnej i tempery jajowej. Nie jest mi obcy rysunek, grafika, animacja, także sztuka pisania ikon. - Gdzie szuka Pani tematów do swoich prac? Czy znajduje Pani je w swoim otoczeniu, na Powiślu? - Maluję i martwe natury, i pejzaże, i abstrakcje, ale głównym tematem i źródłem inspiracji jest dla mnie człowiek. Poprzez malarstwo, najczęściej akty, czasem portrety, poszukuję prawdy o człowieku. W pracach pokazuję ciało w ruchu, rozebranego człowieka „poskładanego” na nowo po to, aby pokazać coś więcej w nim i o nim, prawdę znajdująca się w środku. Rzeczywiście nie jest łatwo oglądać takie prace, na pozór niechlujne, Piotr Piesik 165 redukujące szczegóły, dalekie od modnego obecnie hiperrealistycznego, wprost fotograficznego przedstawiania. Człowiek, nawet malarz, to coś więcej niż aparat fotograficzny i trzeba z tego korzystać. Dążę do tego, aby moje prace były niepokojące, intrygujące. Inspiruję się takimi malarzami jak Lucjan Freud czy Francis Bacon, którego obrazy są jak „fotel z gwoździami”. Sztuka musi być wymagająca, dla mnie, dla modeli/modelek, dla odbiorców także. Szukam modelek i modeli w bliższym i dalszym otoczeniu, najczęściej na zasadzie osobistego spotkania, nieco po omacku odnajdując tych, z którymi współpraca może zaowocować dobrym obrazem lub nawet całym cyklem. Bywa i tak, że ktoś jakiś obraz chce zamówić. Wtedy kwestia modela czy modelki i kwestia tematu jest jasna. - Kto odwiedza Pani galerię? Z jakimi opiniami i reakcjami się Pani spotyka? Gdzie prócz tego Pani wystawia swoje prace? - Oczywiście, prowadzenie pracowni-galerii akurat w Koślince koło Sztumu nie jest czymś oczywistym, ale czy taka galeria, powiedzmy w Krakowie, w Warszawie czy nawet w Sopocie, nie byłaby jednak czymś nieco banalnym, choć na pewno z wielu względów prostszym? Tutaj można znaleźć spokój sprzyjający pracy. Nie robimy wielkiej reklamy. Na początku przez cały rok w każdą sobotę można było przyjść na zajęcia plastyczne, oczywiście nieodpłatne, dzięki czemu nawiązało się wiele ciekawych znajomości. Przez wakacje dwa lata temu przyjeżdżała modelka z Akademii i można było razem ze mną rysować i malować akty. Staram się podejmować tego typu inicjatywy, choć jest to często, trzeba przyznać, orka na ugorze. Galerię odwiedzają miejscowi. Bardzo się cieszę, że duża część mieszkańców Koślinki przynajmniej raz była już na którymś z naszych wernisaży czy któryś z zaproponowanych zajęć. Myślę, że galeria-pracownia jest już czymś lokalnie zaakceptowanym, a nawet, jak mam nadzieję, łubianym. Bywają tu przyjaciele, znajomi, znajomi znajomych, mieszkańcy Sztumu czy Malborka, którzy akurat są poza miastem na malej wycieczce. Czasami ktoś z dalszej okolicy zainteresowany relacjami o działalności galerii, które odnalazł na blogu internetowym o Galerii Ligo. Miałam wystawy w miejscach, gdzie były do dyspozycji duże przestrzenie wystawowe, w Krakowie (w galerii Atelier - byłej synagodze na Kazimierzu), w Gdańsku (w galerii E66), brałam udział w wystawach zbiorowych w Ostrowcu Świętokrzyskim. Później skupiłam się wyłącznie na Koślince, tu były już dwa wernisaże (jeden razem z koleżanką, rzeźbiarką). Aby pokazać także mniejsze prace, w zeszłym roku (grudzień 2015) była wystawa w SCK w Sztumie, teraz (marzec 2016) część moich obrazów, głównie portrety, można obejrzeć w holu kinoteatru w Kwidzynie. W grudniu tego roku ma być wystawa w Malborku. Zawsze zależy mi na działaniu lokalnym, blisko miejsca, gdzie mieszkam i pracuję, aby móc w jakimś minimalnym chociażby stopniu kształtować świat wokół mnie i samej być przez niego kształtowaną. - Dziękuję za rozmowę. Paweł Paziak „KU PAMIĘCI” - WYSTAWA FOTOGRAFICZNA W MALBORKU Paweł Paziak 167 „Ku pamięci” to tytuł wystawy fotograficznej, która była otwarta w dniach 3-19 lutego w Galerii Novej w Szpitalu Jerozolimskim w Malborku. Autorem zdjęć jest fotograf, rodowity malborczyk Bartosz Jeromin. Na wernisaż przybyła ponad setka osób - przyjaciół i znajomych autora - oraz mieszkańcy Malborka. Obecny był także burmistrz Marek Charzewski. „Fotografie przedstawiają różne miejsca w Polsce: obozy koncentracyjne, zapomniane mogiły, miejsca zbiorowych egzekucji. Zabierają nas wszędzie tam, gdzie nieme krzyki ofiar chcą nam przekazać prawdę o tamtych dniach” - czytamy w tekście na plakacie promującym wystawę. Ponad dwadzieścia zdjęć w dużym formacie powieszono na jednym poziomie tak, aby oglądający mogli spokojnie i niespiesznie obejść całą salę, zatrzymując wzrok na poszczególnych kadrach. „Los nasz dla was przestrogą” - krzyczy napis z pomnika-mauzoleum na Majdanku. Biało-czarne zdjęcia robią piorunujące wrażenie. Biało-czarne? Ale ileż tam odcieni szarości, zbrukanej bieli, pobrudzonej czerni... Nasz wzrok chwyta perspektywa wchodzenia do środka obrazu, oko ucieka w głąb. Wędrujemy, mając po prawej stronie rząd białych krzyży - nieskończony szlak śmierci, aktywizujący naszą pamięć. Albo wąski pas brukowanej drogi wciśniętej między dwie wysokie prostopadłe ściany betonu zwieńczone koroną poskręcanych i powyginanych stalowych drutów. Takie jest życie człowieka? Z tego jesteśmy dumni, że stworzyliśmy drogę śmierci, po której przeszły miliony naszych przodków? Uwięziony wzrok idzie dalej. Autor zdaje się nas prowadzić po ściśle wytyczonym szlaku. Zdaje się mówić: Oglądaj, zastanawiaj się, ale patrz tam, gdzie cię prowadzę. Bo ja chcę tobie pokazać coś, co być może umknęło twojej uwadze i na co - być może - nie zwróciłbyś nigdy wzroku. To wydrapane w betonie przez Człowieka słowo „Bóg” lub też drewniany krzyż w centrum kadru z tabliczką zawierającą nazwiska pomordowanych przez okupanta, albo jeszcze narożny drewniany pal wsparty na dwóch innych, który otula drut kolczasty uciekający poza płaszczyznę fotografii, by zadrutować cały świat. Nasze nieuzbrojone oko patrzy na zadrutowany świat. Inny świat. Wnętrze więziennego baraku. Prosty surowy stół, takie same krzesła. Na stole pozostawione metalowe miski. Ludzi brak. Wyszli na apel lub do pracy. Wrócą? Nie wrócą! „Na rampę zajechał właśnie pociąg. Z towarowych wagonów poczęli wysiadać ludzie i szli w kierunku lasku. Z daleka widać było tylko plamy sukienek. Widocznie kobiety były już ubrane w letnie stroje, pierwszy raz w tym sezonie. Mężczyźni zdjęli marynarki i świecili białymi koszulami. Pochód szedł wolno, dołączali do niego ciągle nowi ludzie z wagonów. Wreszcie się zatrzymał. Ludzie usiedli na trawie i patrzyli w naszą stronę. Wróciłem z piłką i wybiłem ją w pole. Przeszła od nogi do nogi i wróciła lukiem pod bramkę. Wybiłem ją na korner. Potoczyła się w trawę. Znów poszedłem po nią. I podnosząc z ziemi znieruchomiałem: rampa była pusta. Nie pozostał na niej ani jeden człowiek z barwnego, letniego tłumu. Wagony też odjechały. (...) Wróciłem z piłką i podałem na 168 „Ku pamięci” - wystawa fotograficzna w Malborku róg. Między jednym a drugim kornerem za moimi plecami zagazowano trzy tysiące ludzi.” (T. Borowski, Ludzie, którzy szli) Jedna fotografia jest szczególna: z przewróconej metalowej puszki wysypują się drobne granulki. To cyklon B - największe osiągnięcie Niemców w dziedzinie techniki mordowania. Potworna cisza bijąca z fotograficznych ujęć może być krzykiem. Jest krzykiem. Krzykiem przerażenia, rozpaczy, bezradności. Czy jest również krzykiem beznadziejności ludzkiego losu, niewiary w dobro ludzkiej natury? Czuję opór przed stawianiem tak drastycznej tezy, bo dalej byłby już tylko mur lub kolczasty drut bijący po oczach z powiększonej fotografii. Tadeusz Borowski - świadek tragicznych czasów i pisarz tragicznych losów - po „epoce pieców” przestał pisać wiersze. Stwierdził, że poezja umarła. Mylił się, na nasze szczęście i dzięki Bogu. Więc może jest światełko w tunelu dla ludzi, mimo że młody malborski fotografik poprowadził nas przez ludzkie „inferno”. Ludzkie, bo stworzone przez ludzi dla ludzi. Tak, teraz już wiem. Jest nadzieja dopóty, dopóki pamiętamy, bo to dla nas szansa, że historia, która jest nauczycielką życia, znajdzie wreszcie pojętnych uczniów, którzy zrozumieją, wyciągną wnioski i przekażą je dalej. Recenzje Janusz Ryszkowski MÓJ POETYCKI REGAŁ WIDMO Motto: Czytana mało i zabita milczeniem - umiera... Czy zmieniło się coś od czasów, kiedy Józef Ignacy Kraszewski tak narzekał - przy okazji ukazania się wierszy Teofila Lenartowicza - na łamach wydawanej przez siebie „Kroniki” (Berlin)?: Dawniej - pamiętamy te chwile - ukazanie się poezji jednego z ulubionych wieszczów narodowych, pieśniarzy kochanych, obudza-ło najżywsze zajęcie. Ze wsi płynęły listy do stolicy, aby co prędzej nadsyłano oznajmioną książkę, kto nie mógł jej kupić, przepisywał, dzielili się nią sąsiedzi, zakazywane kradziono nie trwożąc się prześladowaniem, wszyscy dorabiali melodie, rysownicy tworzyli ilustracje, krytyka gorąco się ucierała o każde śmielsze słowo, o myśl, wyrażenie, formę... znaczenie wyrazu... Na porządku dziennym, jak dziś mówią ludzie parlamentarni, były wieszcze natchnienia i śpiewy poetów. Dzisiaj - a! dzisiaj inaczej. Najsłynniejszego z poetów poezja druku się prosi, wychodzi niepostrzeżona, sprze-daje się z wolna, czytana mało i zabita milczeniem - umiera, a raczej zamiera od chwili sądu i sprawiedliwości. Dzienniki dają o nowym zjawisku sprawozdania ogólnikowe, tymczasowe niby,-w trzech wierszach, ale tymczasowość ta starczy... Anons zastępuje krytykę, która nie ma czasu czytać, ani siły sądzić... Krytyk albo na sejm wyjechał, lub na posiedzeniu jakiegoś stowarzyszenia... lub wreszcie mówi sobie - qui bono? Kto to będzie czytał? Nareszcie trzeba się w tern rozpatrzeć, jakiej autor wiary, z kim on trzyma? A nuż zafarbowany nie po myśłi? A nuż z innego obozu... Jeśli nasz, to się go z lekka zaleci tak, aby bliżej spokrewnionemu towarami nie zaszkodzić; jeśli jawnie opinii jest innej - chłoszcze się go naprędce, albo milczeniem zbywa. (...) W ogóle krytyka nie patrzy myśli, formy, treści, patrzy człowieka i weń godzi - o stanowisku artystycznym... o ocenianiu umiejętności nie ma mowy. (Nowe książki, „Kronika", nr 15, rok 1870) HUGON LASECKI Wiem o czym milczę, Wydawnictwo Tadeusz Serocki, Pelplin-Gdańsk 2014 170 Recenzje Ponad 220 stron formatu kieszonkowego, z wierszami i rysunkami Hugona Laseckiego, a wartością dodaną jest opracowanie graficzne profesora Tomasza Bogusławskiego... Lasecki (rocznik 1932) to uznany malarz i rysownik, który wydaje książki poetyckie od 2002 roku. Jak zauważył Andrzej K. Waśkiewicz w posłowiu do trzeciego tomu „Szczęśliwy, że jestem” (2006): „Co [pisanie wierszy] było marginesem, coraz bardziej wypełnia życie”. Kilka wierszy, które weszły do tomiku, poznali wcześniej czytelnicy „Prowincji”. Nie miałem jeszcze okazji na tych łamach, aby poświecić tej pozycji, zasługującej na solidny szkic, choć nieco uwagi, więc nadrabiam. Zacznijmy od znaczącego paradoksu zawartego w tytule. Można odwrócić pytanie: czy odbiorca wie, o czym mówi do niego poeta? Bo ten co chwila zaskakuje skojarzeniami, krótkimi frazami, które pchają się na wolność, chcą zaistnieć jako autonomiczne byty. Wymykają się przy tym prostemu poznaniu, bo poeta nie pozwala na łatwe, bezkolizyjne odczytania: Szukam światów innych/ w sobie, obok/ i za płotem,/ gdzie zające się różnią/ a króliki bogobojne Zające i króliki wrzucamy zazwyczaj do jednego worka z napisem „szaraki”. A w wierszu inaczej: zające się różnią, podkreśla poeta, każąc spojrzeć na świat uważniej, głębiej, bez myślowych kalek. Króliki są bogobojne. Zając to przecież chrześcijański symbol zmartwychwstania, bardziej pasowałoby do niego bogobojność, tymczasem obdarzony tą cechą został królik... To pokazuje, z czym może mieć problem odbiorca wierszy Laseckiego. Na prywatny użytek nazwałbym to niepewnością interpretacyjną. Porzućmy przy tym pono-woczesną frazę, że historia literatury to dzieje odczytań błędnych. Świat poezji autora „Wiem co mówię” to jest zaledwie z grubsza szkicowany w swoich ogólnych konturach, pozostawia wiele miejsca dla dookreśleń. Albo się chce w tej grze znaczeń uczestniczyć, albo z rezygnacją tom się odkłada. Powiedzmy jednak, że z różną intensywnością ujawnia się pewien hermetyzm tej poezji. Od: Mam powód do obaw, że przyjdą po mnie mierząc ogród żeby znikł Po: Od przedmiotu po linię na niebie, w lesie, wszędzie w kłębowisku nerwu, wieczny dom na kółkach, znikąd - donikąd, po jesień. Spoglądając na wykorzystane w tomiku, opatrzone zapiskami, rysunki, można stawiać hipotezy: czy jest to autonomiczny tekst, a na ile ma związek z kreską? Jakim duktem podążał rysownik, co napotkał na swojej drodze, że sięgnął po słowa... A może było odwrotnie? Na jednej ze stron (213) mamy tekst zamazany (bo nieudany?) rysunkiem. Tak to przy przelotnym spojrzeniu można odebrać. Ale skoro przywrócony do łask jako całość, bo przecie opublikowany, to przecież znaczy więcej niż tylko jako wgląd w warsztat ry-sownika-poety. Pierwsze przybliżenie: to walka między dwoma kategoriami ekspresji. Linią kreski, a kreślonym słowem. Obie odsyłają do kreowanego świata, którego postrzeganie jest różne. A drugie przybliżenie? A kolejne? Recenzje 171 Miał rację Andrzej K. Waśkiewicz, że „Warto czytać te wiersze (...) razem z odczytywaniem sensów zawartych w obrazach i rysunkach poety. Choćby po to, by zobaczyć go od innej, nieznanej strony”. To opinię przytoczono na okładce tomu „Wiem co mówię”. Czy przypadkiem jednak nie ma w tym także zawartej obawy, że same wiersze mogą nie wystarczyć, nie dość jasno znaczą? Wydaje mi się, że sam krytyk takiej nie żywił. Jako historykowi literatury zajmujący się awangardą poetycką dwudziestolecie międzywojennego wiersze Laseckiego musiały być estetycznie i programowo bliskie. Mniej może po-ecie-Waśkiewiczowi z okresu, gdy głosił (był początek lat 70. ubiegłego wieku) program „poezji formulistycznej” (komputer wytrwale poprawia na „formalistycznej”), skierowanej przeciw dezintegracji i chaosowi, scalającej. Lasocki konsekwentnie tworzy dzieła otwarte. ZAZA WILCZEWSKA Trwać poza rajem, Wydawnictwo Tadeusz Serocki, Pelplin 2015 Zupełnie przypadkowo w tym przeglądzie znalazły się obok siebie tomiki tego samego wydawcy i autorki związanej z sztukami plastycznymi. Zaza Wilczewska do 1991 roku była przez kilkanaście lat wicedyrektorem i dyrektorem Biura Wystaw Artystycznych w Sopocie, w „Roczniku Sopockim” publikuje szkice o artystach plastykach. „Trwać poza rajem” to czwarty tomik w dorobku poetki. Nieco ponad trzydzieści wierszy z rysunkami profesora Mieczysława Olszewskiego poprzedza motto z Miłoszowej „Ars poetica?” „... ani zanadto poezją, ani zanadto prozą”. I takie wiersze, sytuujące się gdzieś pośrodku tych granicznych wyznaczników, Zaza Wilczewska zaproponowała czytelnikom. To, co bardziej, przynajmniej w moim odczuciu, wyróżnia tę poezję, to bardzo mocno brzmiące nuty zaangażowania w sprawy o wymiarze globalnym: od terroryzmu po wkraczanie w tajemnice ludzkiego mózgu. Głos poety ma być także głosem wspólnoty, wyrazem zatroskania o los wspólny. Stąd: my ludzie XXI wieku skazani na szczęście unieszczęśliwiani za niebycie szczęśliwym (...) niczego nie musisz wymyślać wszystko jest w zasięgu (...) wystarczy pstryknąć, kliknąć „przecież jesteś tego wart" (A nuż) 172 Recenzje To oczywiście dialog toczony z wierszem Małgorzaty Hillar „My z drugiej połowy XX wieku”. Wówczas „zdobywcy księżyca” mieli być silni, cyniczni, nie ulegać uczuciom..., co okazało się tylko fasadą. Natury człowieka nie da się zmienić. Ale - to już lekcja z naszego wieku - może to tylko kwestia najbliższego czasu? Poetka zastanawia się także nad dzisiejszą sztuką: czy przy oczywistym prawie do wolności twórczej nie wypada mówić także o granicach, za którymi zaczyna zwykła blaga („Artysta i motyle”, „Pogoń za sztu-kf). Publicystyczno-obywatelska perspektywa zmienia się co rusz w osobistą. Bo przecież nie ma co udawać, że „ja” nie walczy z kolektywnym „my”. Obraz rzucającego słuchawkę lidera OWP, z malunkiem krasnali, który widać było z oka dziecięcego pokoju. GRZEGORZ WĄSÓWSKI Wiersze do czytania przedsennie, Elbląg 2014 [tytuł na okładce: Poezje do czytania przed snem]. Przed laty ks. Grzegorz Wąsówski, wówczas wikary w sztumskiej parafii św. Andrzeja Boboli, zaprojektował terapeutyczną kolorystykę w miejscowym szpitalu. Ilekroć tam jestem, przypominam sobie ten fakt, i to, że w „godzinie czarnej” owa aranżacja przestrzeni podziałała na mnie dość kojąco. Kiedy odchodził ze Sztumu, grupa przyjaciół wydała skromny edytorsko zbiorek jego debiutanckich wierszy. Przypadkiem trafił do mnie niedawno kolejny tomik, opublikowany jeszcze zgrzebniej, by nie powiedzieć - niechlujnie. Znowu ktoś chciał może dobrze, a wyszło jak zawsze... Bylejakość (skład, typografia, opracowanie techniczno-graficzne) mocno tym wierszom, dedykowanych Bogu i jesieni, zaszkodziła. Wydawnicza beztroska spowodowała, że światło dzienne ujrzał raczej brulion z paginą „Po świeckiej stronie księdza” (może tak miał brzmieć tytuł całości?) niż tomik z prawdziwego zdarzenia. I tak jeden z wierszy poprzedza dopisek, jak można się domyślić kierowany przez poetę tylko do wydawcy, ale tu zaplątany: Hmm, hmm hmmm. Firanka, kot, lustro. Ooo, takie słówka. Czytajmy dalej, bo to już przeznaczone dla nas: Zapachnialo powiewem lata gorącego W firanek tiul duszny żar usta wyciera Kot ociera mroczne cienie dnia upalnego Lustro usta maluje i truskawki mi podbiera W taki dzień gdy cicho słowa zmilkły spocone I na miłość w deszczu nie czeka chyba nikt W chmur hamaku moje serce buja zmienione Drobną kroplą mową deszczu ale o tym cyt... Tradycyjnie, klasycznie... Tak jak kiedyś Paryż wart był mszy, tak ks. Grzegorz Wąsówski profesjonalnego wydania wierszy. WIKTORMAZURKIEWICZ Hrabianka Truszkowska, Elbląg 2015 Napisać, że to jeden z najciekawszych poetów elbląskich, to tak naprawdę nie napisać nic, że polecę tekstem Jerzego Pilcha. Wiktor Mazurkiewicz (rocznik 1943) debiutował jako człowiek bardzo dojrzały w kwartalniku „TygiEl”, którego naczelnym był - powiązany z nim rodzinnie Recenzje 173 - Ryszard Tomczyk, który krytycznym piórem towarzyszył potem tej twórczości. Mogło to - i pewnie wywoływało - środowiskowy uśmieszek i znaczące mruganie okiem. Jednak tomiki „Nadewszyst-kość” (2007), „Migotanie w przedsionku” (2009), „rumieńce z drzew” (2011) udowodniły, że mamy do czynienia z dobrą poezją, a nie z nadmuchiwanym przez sprytny piar balonem... Ostatni tomik jest szczególny. Pisze ze szczerością autor: „Hrabianka Truszkowska” zawiera różne wiersze, o domu rodzinnym, o Bydgoszczy zwłaszcza tej, której już nie ma, o niektórych barwach naszego bytu, o mojej żonie ciężko chorej na stwardnienie rozsiane, która jest jedyną moją miłością od czasu wspólnych studiów w Kortowie i obecnie moim największym zmartwieniem.” Tytułowa hrabianka to właśnie małżonka. Wiersze tomiku Mazurkiewicza tworzą liryczną, dokumentalną (wykorzystanie archiwalnych zdjęć) opowieść rodzinną; po trosze na użytek domowy, przyjaciół, po trosze dla innych, ale o podobnej co autor wrażliwości. HRABIANKA TRUSZKOWSKA WIERSZE WIKTOR MAZURKIEWICZ Andrzej Kasperek O MAŁEJ JADZI Z WOŁYNIA Michał Aleksander Majewski, „Jadzia", Starogardzkie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki, Starogard Gdański 2015. Przez długie lata temat rzezi wołyńskiej nie istniał w oficjalnej literaturze. Nie można było pisać o faktach, które miały miejsce na „radzieckiej Ukrainie”, tak jak nie pozwalano na wspominanie Katynia. Jeszcze w 1987 r. w paryskiej „Kulturze” Tadeusz Chrzanowski (pod pseudonimem: Tymoteusz Klempski) pisał, że „te zbiorowe mogiły pomordowanych rodaków stawały się papierkiem lakmusowym światopoglądowej prawowierności. Milczenie było opieczętowane urzędowo. Zgoda na prymitywne kłamstwo bywała rękojmią lojalności. Jakże łatwo wyrzekać się swoich, zwłaszcza gdy tak dalecy, zwłaszcza gdy ich czaszki od tak dawna już wypełnia glina i piasek”. Te słowa odnosiły się co prawda do zbrodni katyńskiej, ale przecież gehenna wołyńska pozostawała 174 Recenzje podobnie przemilczana. Strach, kłamstwo i milczenie były odpowiedzią na ból tysięcy ludzi, którzy przeżyli horror tych wydarzeń, którzy często nie mogli odwiedzić grobów swych bliskich, bo ich nie było, bo nie wolno, bo nie trzeba rozdrapywać ran... Wołyń trwał we wspomnieniach dziadków, rodziców, w ich snach i nocnych koszmarach. Usta pełne gliny nie krzyczą, głos stłumiony piaskiem nie jest słyszalny i jak w „Weselu” Wyspiańskiego powtarzano: „Znam to tylko z opowiadań, / ale strzegę się tych badań [...] Myśmy wszystko zapomnieli...” Właściwie to tylko pisarstwo Włodzimierza Odojewskiego dawało literackie świadectwo tej zbrodni, jego trylogia: „Wyspa ocalenia”, „Zasypie wszystko, zawieje...” oraz „Zmierzch świata”. Sytuacja zmieniła się dopiero po roku 1989, kiedy już wolno było na ten temat mówić. Pojawiło się wiele pamiętników, wspomnień a także prac naukowych. Wspomnieć tu należy twórczość Stanisława Srokowskiego, która stała się inspiracją do filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Jan Błoński napisał, że polski raj nasza literatura ulokowała na Litwie, natomiast piekło zostało osadzone na Ukrainie. Mit ukraiński odznacza się „fatalizmem, pesymizmem, poczuciem wiecznego rozdarcia i doznaniem wielkiej klęski”. Pamięć okrucieństw i potworności powstania Chmielnickiego z 1648 r., rzezi humańskiej czy wreszcie zaciętych walko Lwów w 1918-19 r. daje wystarczająco wiele dowodów na poparcie tego twierdzenia. A wydarzenia, które miały miejsce na Wołyniu w 1943 r. potwierdzają je najmocniej. Zadziwiające, że słowa romantycznego poety Seweryna Goszczyńskiego, które znalazły się w jego „Zamku kaniowskim” Micha! Aleksander Majewski Jadzia (1828), poemacie zainspirowanym wydarzeniami z czasów powstania hajdamackiego na Ukrainie w XVIII w., po tylu latach wciąż znakomicie oddają atmosferę rzezi wołyńskiej: „W mgnieniu oka wszystko rzuciło się do spis i nożów, a wkrótce Ukraina cała, jakby czekała tylko hasła, zmieniła się w teatr niesłychanych mordów”. Od wspomnienia tej, wypieranej przez lata z polskiej pamięci, tragedii rozpoczyna się książka Michała Aleksandra Majewskiego pt. „Jadzia”. Michał Majewski (ur. 1954) z zawodu jest inżynierem mechanikiem, przez lata pływał na statkach PLO. Już w czasie studiów zajął się rzeźbą w drewnie i dziś to niegdysiejsze hobby, pomagające zabić czas podczas długich rejsów, daje mu chleb - specjalizuje się w tematyce sakralnej, m.in. jest autorem wystroju rzeźbiarskiego kościoła pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny w Nowym Dworze Gdańskim. Okazuje się, że Michał także Recenzje 175 pisze. Debiutował w naszym kwartalniku, w numerze 10 opublikował opowiadanie „Zieliński”. Interesującą prozę wywiedzioną ze wspomnień dzieciństwa. Później pisał o malarstwie swej żony (nr 11) i publikował w „Prowincji” kolejne opowiadania, których tematy wykorzystywały anegdoty zapamiętane z czasów żeglugi: „Galabija” oraz „Szachy”. Michał jest synem Jana Majewskiego, lekarza i poety (ciekawych odsyłam do numerów: 15 i 17 numeru „Prowincji”, są tam jego wiersze i wspomnienie pośmiertne) i bratem Tadeusza, który zajmuje się dziennikarstwem. Widać, że literatura to „choroba” rodzinna. W numerze 15 opublikowaliśmy jego opowiadanie „Lachiwrizat, czyli dlaczego Jadzia przestała lubić bób”. Teraz okazało się, że to tytuł pierwszego rozdziału książki pt. „Jadzia”. W tytule tego rozdziału jak w soczewce skupia się zamysł autora - opisać ten straszny czas (okrzyk Lachiw rizat! - powtarza się kilka razy) z perspektywy naiwnego dziecka, które mimo pamiętanych scen okrucieństwa i bestialstwa mocniej zapamiętało okropny ból brzucha, bo głodne najadło się surowego bobu. Autor świadomie zdecydował się na użycie żabiej perspektywy. Nie jest to co prawda narrator dziecięcy jak w „Naszej szkapie” Marii Konopnickiej, gdzie to dziecko opowiada nam o wydarzeniach, ale konsekwentne zastosowano tu relacjonowanie wydarzeń z punktu widzenia dziecka, które patrzy z innej perspektywy, czasem widzi mniej, ale bywa, że dostrzega to, czego dorośli nie zauważają. Podobnego narratora znajdzie-my w „Omyłce” Bolesława Prusa. Dziecko zawsze mówi: Tatuś, Mamusia; patrzy na świat swymi zdumionymi oczyma. Węgiel to dla niego czarne kamienie, nie rozumie, kim są repatrianci, nie wie, co to jest front czy szaber. Nie może się nadziwić ogromowi miasta, podziwia prysznic, swastyka to dla niej „dziwnie poskręcany krzyż”. Nie pojmuje, dlaczego wokół niego dzieją się tak okrutne rzeczy, dlaczego muszą uciekać z własnego domu, dlaczego musi patrzeć na takie obrazy bestialstwa jak ten: „Na trawie dogorywało niemowlę. Było całe zakrwawione i kwiliło, tuląc się do swojej mamusi, która leżała na plecach i nie miała obu piersi. Były odcięte, a w ich miejscu straszyły poszarpane, krwiste plamy. Brzuch też był rozcięty, od pępka aż po nagie krocze, i wyłaziły z niego jeszcze pulsujące flaki”. Nie chodzi tu o epatowanie czytelnika, to zwykła uczciwość autora, który przytacza opowieści swej matki zapamiętane przez nią z tamtego strasznego lata 1943 r. Opowieść rozpoczyna się od ataku oddziałów UPA na Hutę Stepańską (wieś została całkowicie spalona a murowane budynki wysadzono). Następuje paniczna ucieczka, w wyniku której dziewczynka zostaje rozłączona z rodziną. Później tułaczka: Sarny, Równe... Połączenie z bliskimi i wyjazd na roboty do Niemiec. Tułaczka i poniewierka, ale ocalili swe życie, mieli więcej szczęścia niż kilkuset pomordowanych sąsiadów. Dziesięcioletnie dziecko traktuje to wszystko jako przedłużające się wakacje, które jednocześnie stają się okazją do poznawania świata: „Jadzia wciąż się uczyła - także tego, że nic jednak nie może trwać za długo”. Zmieniające się miejsca, spotykani ludzie pozwalają zrozumieć, że są zarówno dobrzy Niemcy i źli Polacy. Ale także pogłębiają w niej poczucie nietrwałości świata: „Zdawało jej się, że rodzice podobnie jak ona wciąż żyją w poczuciu jakiejś niepewności, a może tymczasowości, z przekonaniem, że to co aktualnie robią za chwilę się skończy”. 176 Recenzje Koniec wojny nie oznaczał jednak szczęśliwego powrotu do domu. Miesiące mijają, Jadzia chodzi do polskiej szkoły w „Spadochronowie”, miejscowość zamieszkałej przez Polaków, w pobliżu Emmerich, tuż przy granicy z Holandią. Wielka niepewność, co robić. Rodzice nie wiedzą, czy wracać do kraju, czy emigrować do Ameryki lub Australii. Kiedy czytam ten fragment przypominają mi się wspomnienia moich rodziców, którzy przeżywali identyczne dylematy. I wybrali tak samo - jak rodzice Jadzi - powrót do Polski. Czasem chyba żałowali tej decyzji. W przypadku Wołyniaków sprawa była poważniejsza, bo dla nich repatriacja wcale przecież nie oznaczała powrotu do ojczyzny, a przynajmniej tej najbliższej sercu. Wymowna jest scena, w której dziecko pyta ojca: Czyli jak już tu jesteśmy, w Polsce, to niedługo pojedziemy do Huty Stepańskiej? Znowu cisza, i do tego zdawać się mogło, że Tatuś mocno posmutniał. - Nie... - odpowiedział w końcu. - Huta Stepańska już nie jest w Polsce”. Ale tęsknota za małą ojczyzną nigdy się nie skończy, a ból utraty nie minie. Ojciec w chwili zwątpienia pali w piecu dokumenty z Wołynia, z Niemiec. Tamtej historii już nie ma. Rodzina wraca do Polski na statku „Ragne”, na którym spotykają innego repatrianta - poetę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który także w marcu 1946 r. wraca z wojennej tułaczki. W Polsce nikt na nich nie czeka a pierwsi spotkani rodacy - robotnicy portowi nie witają ich chlebem i solą. Śmieją się z nich: „jeden się jeszcze odwrócił i palcem postukał w czoło. - Głupi wybór. Sam pan zobaczysz, gdzieś pan wrócił”. Trzeba szukać swego miejsca do życia. Znajdą je na Żuławach, mały domek w Marynowach musi zastąpić ten z Huty Stepańskiej. Jadzia najszybciej zaakceptuje ten wybór, bo wreszcie poczuje się tu jak u siebie: „To nasza ziemia, nasze Żuławy! To jest nasza ojczyzna”. Dla dorosłych nie będzie to takie proste: „Zrozumiała, że Tatusia z tego miejsca już nigdy donikąd żadna siła nie ruszy. Ale też zrozumiała, że taka pewność, której sama przecież bardzo potrzebowała i na którą czekała, musi zostać czymś okupiona. Zrozumiała, że dla Tatusia taka pewność to także tęsknota, rozpacz, a może nawet i ból. I że tu, na Żuławach, oprócz pięknych chwil będzie także wiele chwil mało radosnych”. „Jadzia” to książka, którą Michał Majewski napisał w wyręce, zamiast swej matki, bojąc się, że jej świadectwo przepadnie. Jej ta książka jest dedykowana i o niej (oraz jej rodzinie) jest ta opowieść. Pierwszy rozdział jest najbardziej udany literacko. Prostota języka i narracji doskonale komponują się z tragedią, która dotknęła polskie Kresy, te straszne „skrwawione ziemie”. Ale dalszy ciąg tej opowieści także przynosi ciekawą narrację rodzinną, która jest jednocześnie odbiciem losu tysięcy Polaków - pozbawionych swej ojcowizny, zmuszonych do ucieczki, wędrówek i osiedlenia na Ziemiach Odzyskanych, które dopiero musiały stać się częścią Polski. I stały się dzięki ich trudowi, determinacji. Tylko oni wiedzą, ile kosztowało to potu i łez. A Jadwiga pojedzie na Wołyń, „pochyli się i zagarnie garść tamtejszej, jakże innej ziemi, i przywiezie ją na Żuławy, specjalnie dla Mamusi i Tatusia”. Recenzje 177 Marek H. Kotlarz METAFIZYKA I NATURA Adam Hlebowicz, Pułapka na ptaki, Wydawnictwo Bernardinum, 2015. Każdy ma własną prowincję, którą darzy największym sentymentem. Może nią być miejsce zamieszkania, spędzanych w dzieciństwie wakacji lub najbliższa okolica tuż za hałaśliwą aglomeracją. Każde z takich miejsc ma własny krajobraz, niepowtarzalną i niezapomnianą atmosferę. Chociaż wychowałem się i żyję w mieście, nie potrafiłbym bez prowincji żyć. Uciekam poza Trójmiasto by odetchnąć, odwiedzać miejsca bliskie wspomnieniom, ale też, by odkrywać jeszcze nieznane. A wybór mam wyjątkowy: niemal górzyste Kaszuby, porośnięte borami Kociewie i pocięte kanałami równinne Żuławy. Każdy z tych regionów jest wyjątkowy. Jednak tak naprawdę prowincji nie definiują wytyczone przez ludzi, a nawet przez samą przyrodę granice, nie są nią linie na mapie, koryta rzek czy górskie pasma. Prawdziwe granice prowincji definiuje nasz umysł. Prowincja zaczyna się tam, gdzie nasze myśli biec zaczynają do spraw bardziej odległych od codziennych problemów, tam, gdzie zaczynamy zastanawiać się nad sprawami uniwersalnymi i konfrontujemy je z codziennym własnym istnieniem, własną postawą wobec świata i ludzi. Najłatwiej to przychodzi nie na ruchliwej ulicy czy w gwarze przepełnionej ludźmi kawiarni, ale w obliczu natury, w samotności. Prowincja to zatem nie geograficzna kraina, a miejsce, w którym zagłębiamy się w siebie. Prowincja to natura, a natura to metafizyka istnienia. Takie właśnie chodziły mi po głowie myśli podczas lektury ostatniej książki Adama Hlebowicza, a przy tym pierwszej jego powieści. Znany na Wybrzeżu dziennikarz i autor reportaży zmierzył się z zupełnie nową materią, stworzył książkę beletrystyczną, której fabuła stanowi jednak tylko pretekst do rozważań o życiu, prawdzie, etyce i Wszechświecie. Jej tłem są miejsca odległe od ludzkich skupisk, Bory Tucholskie, rosyjska Syberia, węgierska puszta czy delta Wisły, ale ważny jest człowiek i jego decyzje. Polikarp, lekko-duch, miłośnik przyrody i podglądacz ptaków, niezależny życiowo wagabunda, postawiony wobec niespodziewanej sytuacji, zmuszony zostaje do rozstrzygnięcia dylematu ani zaskakującego, ani wyjątkowego, ale zawsze równie ważnego. Ważnego dla 178 Recenzje wszystkich, którzy zmuszeni są dokonać wyboru decydującego o dalszym losie swoim i innych. Polikarp jest człowiekiem inteligentnym, nieobce mu są rozważania filozofów i ich konkluzje, często skrajnie odległe i ze sobą sprzeczne. Dotąd jednak miał ten komfort, że sam nie musiał spośród nich wybierać, tylko się nimi bawił, żonglował wiedzą dla przekory, by błysnąć erudycją i zawstydzić zbyt pewnych siebie pseudo-naukowców. Nie osądzał innych, w gruncie rzeczy akceptował wszystko, co nie przeszkadzało mu żyć po swojemu. Aż wreszcie dylematy od których uciekał go dogoniły i nie pozostało mu nic innego, tylko samemu je rozwiązać. Polikarp, jak większość ludzi, tak ważnego wyboru dokonuje w samotności, ale potrzebuje wsparcia. Przygląda się ptakom, które nie mają przed nim już niemal żadnych tajemnic. Ale tam trudno znaleźć odpowiedź, zwłaszcza jemu, ornitologowi, który wie o nich prawie wszystko. Ten świat jest równie różnorodny jak ludzki. Są takie gatunki ptaków, które zmieniają partnerów, ale i takie, które łączą się na całe życie; niektóre upodobały sobie do życia ciche i trudno dostępne miejsca, inne hałaśliwe ludzkie skupiska uczyniły swoim domem; są takie, które całe życie spędzają w jednym miejscu, lecz inne odlatują i wracają. Wskazówek dostarczyć mu muszą więc ludzie, ale nie wystarczy stary przyjaciel Tomasz, jego poglądy są dla Polikarpa zbyt oczywiste, życie zbyt uporządkowane, dom nazbyt poukładany. Najbardziej przydatni okazują się ci, którzy żyją z dala od innych, samotnie i zgodnie z porządkiem natury. Podczas swoich wędrówek Polikarp spotykał ich niejednokrotnie, szanował ich dystans do świata i milczenie. Dopiero teraz okazało się, jak głębokie i ważne nosili w sobie tajemnice. To one pomogą wybrać Polikarpowi odpowiedź. Przynajmniej tę dotyczącą sprawy najbardziej teraz palącej. Peregrynacje Polikarpa odkrywają kolejne wątki przeszłości związane z dziejami Pomorza i losami jego mieszkańców, tymi niedawnymi i tragicznymi: niemiecką okupacją, działalnością Gryfa Pomorskiego, sowieckim „wyzwoleniem” i losami późniejszych żołnierzy wyklętych. A każdy poruszany przez Autora temat wywołuje chęć głębszego poznania tamtych czasów, szukania wiedzy w podręcznikach historii i pamiętnikach osób, które tych wydarzeń byli świadkami. I po zakończeniu lektury zostawiają poczucie niedosytu. Książka uwiodła mnie też z jeszcze jednego powodu, powodu dla którego Adam Hlebowicz zadedykował ją Rodziewiczównie i Newerlemu, pisarzom jak on zakochanym w naturze i nawiązujący do niej w swych powieściach. Bory Tucholskie, Żuławy czy daleka węgierska puszta i ich mieszkańcy w opisach Autora stają się tak interesujący, że ma się ochotę od razu spakować walizki i wyruszyć w podróż do miejsc, gdzie trafił bohater opowieści. W gruncie rzeczy bowiem prawdziwy świat to prowincja, to natura i żyjący z nią w zgodzie ludzie. Z prawdziwą przyjemnością spędziłem przy tej niedługiej opowieści dwa weekendowe wieczory. Jeśli wolno mi poczynić uwagę krytyczną, to przede wszystkim tę, że wszystkiego było mi za mało - poruszonymi przez Adama Hlebowicza wątkami można byłoby wypełnić książkę znaczenie bardziej opasłą. Liczę na to, że Autor kiedyś wróci do swojego bohatera i opisze jego dalsze dzieje, tematów na pewno nie zabraknie. Recenzje 179 Leszek Sarnowski DOBRZE UMRZEĆ Luiza Łuniewska, Szukając Inki. Życie i śmierć Danki Siedzikówny, Warszawa 2015, Wydawnictwa The Facto. Dziesięć lat temu Natalia Korync-ka-Gruz, przy współpracy z Telewizją Gdańsk, zrealizowała dla Teatru Telewizji wyjątkowy spektakl, według scenariusza Wojciecha Tomczyka, „Inka 1946. Ja jedna zginę”. Była to jedna z pierwszych ważnych realizacji telewizyjnych poświęconych „Żołnierzom wyklętym”, bo do nich właśnie należała Inka, siedemnastoletnia sanitariuszka Armii Krajowej, oskarżona przez władze komunistyczne o niepopeł-nione zbrodnie, skazana na karę śmierci i stracona w trójmiejskim więzieniu. W rolę tytułowej bohaterki wcieliła się, debiutująca wówczas na ekranie, studentka pierwszego roku szkoły aktorskiej Karolina Kominek-Skuratowicz, subtelna blondynka, nieprzeciętnej urody. Był to wyjątkowy spektakl i wyjątkowa rola debiutantki, którą do dziś, mimo wielu ról w teatrach i serialach, nadal kojarzy się z bohaterską „Inką”. Powiem szczerze, że na jej miejscu bym się nie przejmował, choć rozumiem, że dla aktora (patrz Janek Kos czyli Gajos) to może utrapienie i zaszufladkowanie. Wspominam o tym dlatego, że prawdziwej „Ince” czyli Danucie Sie-dzikównie daleko było do urody aktorki. „Inka” była raczej cichą myszką, a jak dodaliby złośliwcy, o nienachalnej urodzie. Ot, zwykła dziewuszka z prowincji, ani ładna, ani specjalnie brzydka. Urodziła się w 1928 roku, zatem w momencie wybuchu wojny miała zaledwie 11 lat, za mało na Kolumba. Ale kiedy kończyła się wojna szesnastoletnia Danka bez wahania zaangażowała się w działalność konspiracyjną, wykorzystując swoje doświadczenie pielęgniarskie. Jeden z krewnych matki „Inki” - Eugenii Siedzik, był syberyjskim zesłańcem, za ukrywanie Romualda Traugutta, ostatniego przywódcy powstania styczniowego. Ojciec Danki Wacław Siedzik, leśniczy z Narewki w białostockiem, był więźniem caratu na Syberii za działalność niepodległościową. Do łagru trafił ponownie kiedy na te ziemie wkroczyli Rosjanie. Matkę Danki z kolei, za działalność konspiracyjną, aresztowali Niemcy. Rodzice zmarli w niewoli, niemal w tym samym czasie, w 1943 roku. Babcia Aniela tłumaczyła te nieszczęścia osieroconej Dance i jej siostrze: - „Dziewczynki, zemstę zostawcie Bogu”. W tym samym roku Danka trafiła 180 Recenzje do konspiracji AK, do V Wileńskiej Brygady, gdzie spotkała między innymi Lidię Lwów „Lalę”, Zdzisława Badochę „Żelaznego”, Pawła Jasienicę „Nowinę”, Leona Smoleńskiego „Zeusa”, Henryka Wieliczkę „Lufę”, i w końcu majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. „Chodziła”, jak to się wówczas mawiało, w partyzanckich oddziałach od białostocczyzny po Pomorze. Inka zajmowała się w oddziale „Łupaszki” wieloma sprawami - opatrywała rany, także rannym milicjantom, przekłuwała pęcherze na stopach, strzygła włosy, przyszywała guziki, parzyła ziółka, gotowała obiady, była łączniczką. Luzia Łuniewska podążyła śladem Dan-ki-Inki po białostocczyźnie i Pomorzu. Wspominają ją krewni i znajomi, przyjaciele z leśnych oddziałów. Jeden z rozmówców autorki, który także szuka śladów „żołnierzy wyklętych”, powiedział, że „historia nabiera zupełnie innego wymiaru, gdy można przejść tą samą ścieżką, usiąść przy tym samym stole, spojrzeć na ten sam horyzont”. I to jest najlepsze motto do książki Luizy Łuniewskiej i myślę, że największa motywacja do napisania tej książki. Z poszukiwań autorki jawi się czytelnikom młodziutka Danka Siedzikówna „Inka” jako osoba pracowita, spokojna, skromna, raczej smutna, chyba że jest czas partyzanckich śpiewów, wtedy jej oczy jaśnieją pełnym blaskiem i radością. Oddana całkowicie „sprawie”. Kiedy major Łupasz-ko rzucił ponowne hasło do mobilizacji i wyjście do lasu w 1946 roku znaczna część jego żołnierzy miała już swoje nowe życie. Inka pracowała w biurze w Miłomłynie i bez wahania stawiła się w oddziale, podobnie zresztą jak wielu innych, bo nikt ich z przysięgi służbie Ojczyzny nie zwolnił. Inka służyła wtedy w szwadronie „Żelaznego”, którego nonszalanckie wyczyny czasem przypominają działania znanego z filmu Pułkownika Kwiatkowskiego, ośmieszającego milicję i UB, balansującego na granicy ryzyka, brawurowego, nieposkromionego bojownika. Bardzo znamienne zdanie pada z ust partyzantów, którzy przeżyli i wspominają Inkę, mówiąc, że „Danusia nie miała w swojej partyzanckiej karierze żadnych spektakularnych akcji, nie rzucała się w oczy. Po prostu robiła, co do niej należało”. W czerwcu 1946 roku Inka, kiedy pojechała po lekarstwa dla partyzantów do Gdańska została aresztowana przez UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku, być może jak wspomina mjr Waldemar Kowalski, historyk z zamiłowania i były pracownik Aresztu Śledczego w Gdańsku, zajmowała celę niedaleko tej w której przetrzymywany był Józef Piłsudski, którego przewożono stąd do Magdeburga. Inka była strasznie maltretowana w śledztwie, ale nikogo nie wydała. 3 sierpnia, po ciężkim śledztwie, skazana została na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku na karę śmierci. W akcie oskarżenia „Inki” znalazły się zarzuty udziału w związku zbrojnym, mającym na celu obalenie siłą władzy ludowej oraz mordowania milicjantów i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zarzucono jej m.in. nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu „Żelaznego” w Tulicach pod Sztumem. Tak zeznał między innymi Eugeniusz Adamski, strażnik UB ze Sztumu. Dopiero w wolnej Polsce przyznał, że mu przykro, ale został do takiego zeznania zmuszony przez przełożonych. 28 sierpnia 1946 roku o godzinie 6.15 strzałem w głowę dowódca plutonu Recenzje 181 egzekucyjnego KBW wykonał wyrok śmierci na 17-letniej sanitariuszce. Wcześniej kilkuosobowy pluton egzekucyjny wykonujący wyrok, zastrzelił jedynie „Zagończyka” (Feliks Selmanowicz), bo „Inkę” nie trafiła żadna kula. Przypadek? Kiedy padł rozkaz: Po zdrajcach narodu polskiego, ognia, „Inka” i „Zagończyk” jednocześnie krzyknęli; Niech żyje Polska! A kiedy dowódca zbliżył się do Inki widząc, że jeszcze żyje, krzyknęła: Niech żyje Łupaszka! Prokurator, który domagał się dla Inki kary śmierci został po latach oskarżony przez IPN o udział w zbrodniach komunistycznych ale w wolnej Polsce sąd nie znalazł w nim winy. Wspólną mogiłę Inki i Zagończyka odnaleziono dopiero w 2015 roku w Gdańsku. Niektórzy badacze kwestionują ostatnie słowa Inki przekazane rodzinie grypsem z celi śmierci: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babcie, że zachowałam się jak trzeba”, twierdząc, że jej życie to splot różnych przypadków i dramatycznych wyborów. Historyk Piotr Szubarczyk podkreśla jednak, że to ważne słowa, cenne dla młodego pokolenia i, że motywacje i wybory Inki nie były przypadkiem, a wynikały z jej głębokiego patriotyzmu. Nie wykluczało to jej chęci do życia, jak w słowach jednej ze współczesnych pieśni: ”Będą o mnie śpiewać pieśni, wołałabym żyć, moje imię - Inka, wyklęta nić.” Inka była skromną dziewczyną, nie chciała być bohaterką. Ale nią została, mimo wielu zabiegów komunistycznych władz, żeby nie pozostał po niej żaden ślad. Takich bohaterów się nie zapomina, choć i dziś jeszcze niektórzy samorządowcy z niechęcią odnoszą się do świętowania 1 Marca - Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych - Niezłomnych, w tym pamięci Danuty Siedzikównej „Inki”, dla której przez jakiś czas także ziemia sztumska była domem i miejscem schronienia. Twarz Danuty Siedzikówny ozdabia dziś koszulki z patriotycznymi hasłami, transparenty na stadionach, jej imię noszą ulice, skwery, parki, pojawiają się pomniki. To samodzielny wybór współczesnych, często młodych ludzi. Niezależnie od tego, czy wypowiedziała, czy nie słynne słowa „zachowałam się jak trzeba”, to prawdą jest, że tak właśnie się zachowała, nie wydając w okrutnym śledztwie, które opisuje autorka reportażu, nikogo, nie prosząc też o łaskę. Ktoś powiedział, po prostu, pięknie umarła. Wielkie słowa uznania dla Luizy Łu-niewskiej za rzetelny reportaż historyczny, ukazujący całą dramaturgię życia Danuty Siedzikównej i na Jej przykładzie całego pokolenia Żołnierzy Wyklętych - Niezłomnych. Danuta Siedzikówna - Inka, fot. wikipedi 182 Recenzje Karolina Manikowska HISTORIA ODKRYWANA NA NOWO Ludwig Passarge: Z wiślanej delty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork. Szkice z podróży 1856 w tłum. Wawrzyńca Sawickiego, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2016. Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, iż wydanie szkiców z podróży, którą w 1856 r. odbył Ludwig, czy, jak kto woli, Louis Passarge, jest prawdziwym wydarzeniem na lokalnym rynku wydawniczym. Po pierwsze - znawcy regionu od lat czekali na rzetelne tłumaczenie książki. Po drugie - dorosło pokolenie wnucząt przesiedleńców z 1945 r. Dla ich dziadków szeroko pojęte Prusy stanowiły terra incognita, za czym nie płynęła jednak chęć jej poznania. Niemieckie napisy na budynkach z czerwonej cegły, pruskiego muru i na nagrobkach oraz twardy, obcy akcent bardzo nielicznych autochtonów, raziły przybyszów zza Buga, czy z biednej Kielecczyzny. Trzeba było zapomnieć o tym, co sercu bliskie i zacząć od nowa. Przeszłość budziła niechęć i żal. Wspomniane wnuki osadników stanowią pierwsze pokolenie urodzone w „małej ojczyźnie”, położonej w delcie Wisły, mieście Gdańsku, Tczewie i okolicach. Szukają oni pamiątek historycznych, zwiedzają biblioteki w poszukiwaniu wiedzy. Literatura regionalna sprzed II wojny, z całym swym bogactwem, wciąż jeszcze nie jest dobrze rozpoznana z powodu bariery językowej, gdyż powstała w języku niemieckim, którym nie każdy zainteresowany włada. Tym cenniejsze jest wydawnictwo oferujące więcej, niż tylko relację z podróży niedoszłego urzędnika. LUDWIG PASSARGE Z WIŚLANEJ DELTY TCZEW, GDAŃSK, ŻUŁAWY, MALBORK SZKICE Z PODRÓŻY 1856 Urodzony w 1825 r. w majątku Wolitt-nick Ludwig Passarge, wschodni Prusak, którego nazwisko jest również niemiecką nazwą rzeki Pasłęki, piął się po szczeblach pruskiej kariery urzędniczej. Nie do końca wyjaśniona porażka w tej dziedzinie wyzwoliła jednak prawdziwe powołanie autora, którym stało się podróżowanie i relacjonowanie wypraw dalekich i bliskich. Na to, że stał się w tym jednym z pionierów i jednocześnie mistrzów, wpłynęły czasy, w jakich przyszło mu żyć i tworzyć. Wiek XIX ze swoim pędem ku nowoczesności uczynił podróżowanie łatwiejszym i przyjemniejszym. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo zależne było ono od kaprysów natury, np. od wysokiego stanu wody w Wiśle, wywołującego wówczas Recenzje 183 niepokój, wściekłość, powodującego wielodniowe opóźnienia w działaniu poczty, co cieszyło w zasadzie tylko właścicieli karczm przy przeprawach. Ważne jest pytanie, jakie autor zadaje w początkach swej relacji: „Znacie Wisłę?” Jak bardzo znaczące, dowiadujemy się w pierwszej części, poświęconej miastu Tczew. Passar-ge wprowadza w niej czytelnika w świat rozwijającej się, nowoczesnej cywilizacji, ucieleśnianej lokalnie przez powstający właśnie most kolejowy na nowej trasie Kolei Wschodniej, łączącej Berlin z Królewcem. Drobiazgowy wręcz opis powstawania mostu, zawierający szczegóły materiałowe i technologiczne autor zderza ze wspomnieniem lęku napotkanego kilka lat wcześniej starca, uważającego planowaną inwestycję nieomal za bluźnierstwo. Nie odnajdziemy opisu samego miasta, gdyż niejako „powstało” ono w momencie wybrania go na miejsce budowy mostu. Autor skupia się bowiem na subiektywnie, acz niezwykle trafnie wybranych elementach definiujących miejsca, które zwiedza. W części poświęconej Gdańskowi Pas-sarge we wspaniały sposób przenosi nas na ulice miasta - pozbawione chodników, co, jak się dowiadujemy, rzutowało na zachowanie gdańszczan w wielkich miastach ówczesnych Niemiec. Wraz z nim zwiedzamy Bazylikę Mariacką, w której w owym czasie podziwiać można było słynny Sąd Ostateczny Hansa Memlinga (dziś w Muzeum Narodowym w Gdańsku). Autor nie szczędzi czytelnikom szczegółów owego arcydzieła, wcześniej rozwodząc się nad historią jego trafienia do Gdańska. Jednym z najpiękniejszych fragmentów tej części jest opis krucyfiksu z Kaplicyjedenastu Tysięcy Dziewic, który skłonił piszącą te słowa do kolejnych odwiedzin świątyni i wnikliwych oględzin zabytku - w zachwycie nad kunsztem opisywanego dzieła, ale i samego opisu. Passarge nie poprzesta-je na opisach - jako XIX-wieczny erudy-ta i dziecko epoki romantyzmu serwuje czytelnikowi przekaz własnych odczuć i przemyślenia wzbudzone przez podróż i oględziny miejsc, działań, obiektów. Na Żuławach zwraca uwagę na wierzby i domy podcieniowe, analizuje wtręty językowe, obyczaje ludności, cały czas oscylując wokół tematu wody, tak ważnej na tych terenach. W części poświęconej Malborkowi zatraca się w opisie zamku, który wówczas przeszedł tzw. restaurację romantyczną, niekoniecznie zgodną z historyczną prawdą na temat wyglądu zamku w średniowieczu, ale na pewno z duchem epoki. Nie potrafię pisać o tej książce bez zachwytu nad niezwykłą wiedzą, wrażliwością i talentem autora. Jednocześnie muszę podkreślić, że na końcowy efekt złożyły się, prócz pracy Passargea, solidne tłumaczenie Wawrzyńca Sawickiego oraz doskonała wręcz redakcja Jacka Borkowicza, który opatrzył też tekst oryginalny świetnymi przypisami i posłowiem, dowodzącymi erudycji i wiedzy redaktora. Całość zilustrowano tematycznymi grafikami z epoki, udostępnionymi przez Krzysztofa Gryndera. Pierwsza z nich, prezentująca Gdańsk, zdobi okładkę. Ukłonem w stronę mieszkańców Tczewa i Malborka mają być również okładki opatrzone grafikami z widokami owych miast. Wypada teraz żywić nadzieję, że Wydawnictwo Oskar pójdzie za ciosem i wypuści kolejne tytuły obce polskiemu czytelnikowi, złaknionemu publikacji dotyczących regionu. W zapowiedziach serii Biblioteka Pomorska jest już „Z dziennika mego ojca kupca gdańskiego Theodora Behrenda” autorstwa Karla Raimunda Behrenda. 184 Recenzje Leszek Marcinkowski ŻUŁAWSKI SPACER Z LUDWIGIEM PASSARGE! Ludwig Passarge, Z wiślanej delty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork. Szkice z podróży 1856, Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2015. Świadomość, iż mamy możliwość „zwiedzić” Żuławy, jak to barwnie określił w „Słowie wstępnym”, znany popularyzator wiedzy o Gdańsku prof. Andrzej Januszajtis, porównując lekturę książki do spaceru (...) z mądrym przewodnikiem, odsłaniającym naszym oczom pełnię piękna naszych stron, z którego wiele przetrwało do dziś (...), już od samego początku zapowiadała się obiecująco! Zapowiedź intelektualnego „spaceru”, dotyczy oczywiście książki Ludwiga Pas-sargego - „Z wiślanej delty. Tczew, Gdańsk, Żuławy, Malbork. Szkice z podróży 1856”. Jest to polskie tłumaczenie całości tekstu z 1857 roku, pod redakcją Jacka Borkowi-cza w przekładzie Wawrzyńca Sawickiego. Wschodniopruski Niemiec, urodzony raptem całkiem „blisko” Żuław, bo w obecnym obwodzie kaliningradzkim w Wolitt-nicku (Primorskoje, Rosja), opisał w czterech rozdziałach, cały przebieg swojej żuławskiej podróży. Bardzo filozoficzny sposób przelewania swoich myśli na papier, może nieco irytować, żądnego ciekawostek czytelnika, ale ... konieczność wybudowania mostu przez Wisłę w Tczewie (prawie 10 stron opisu!), zostaje w końcu osiągnięta! Uff, ciężko było, ale czytamy dalej. Opis wstępnej fazy budowy mostu tczewskiego wskazuje na duże zainteresowanie Passargego wszelkiego rodzaju nowościami technicznymi oraz umiejętność korzystania z ówczesnych źródeł wiedzy technicznej czy też aktualnych tekstów National Zeitung z 1855 roku. Oprócz mostu tczewskiego, jest także „wywołany” do opisu, most w Malborku, spinający brzegi Nogatu. W przypisach podana jest wzmianka (którą zawsze wyjaśniam podczas rejsów Kanałem Elbląskim), iż kierownikiem budowy obu mostów był Carl Lentze, współtwórca słynnego systemu pochylni na Kanale Oberlandzkim - dzieło Georga Jacoba Steenke. Z pewnym rozrzewnieniem, wczytując się w ten nieco zawiły opis budowy mostu, czytamy o świadomości ludzi tam zamieszkałych, ich mentalność nawet nie dopuszcza myśli o takim przedsięwzięciu - mówiąc o „obrazie boskiej”. Rozdział, do którego Passarge przyłożył się szczególnie dotyczy Gdańska. Na ponad 130 stronach opisu, daje nam odczuć, że Gdańsk oraz jego okolice, wywarły na nim kolosalne wrażenie! Cieszy już sam początek, opisujący ulokowanie Gdańska, gdzie wymieniony jest Elbląg jako prastare Truso (tak, je kiedyś lokowano!), św. Wojciech (który był w Gdańsku w roku swojej śmierci - 997 r.), słynną, średniowieczną drogę morską z Gdańska do Szczecina czy też wspomnienie Wisły Śmiałej (opisywanej już 14 lat wcześniej, przez Wincentego Pola). Jak zwykle Passarge nie oparł się filozoficznym wywodom, które wprowadzają lekki dreszczyk irytacji, chcąc jak Recenzje 185 najszybciej dotrzeć do sedna właściwego opisu. Ale już samo „sedno”, przynosi ukojenie. Bardzo fachowy opis architektoniczny Gdańska - od zachwytu po otrzeźwienie, kiedy to Passarge zaczyna w logiczny sposób, przedstawiać niuanse architektoniczne kamienic czy też ich „przepastne” wnętrza, uliczki z przedprożami. Niezwykle cieszy opis przedproży, które pięknie zdobią domy od ulicy. Oburzenie, jakie okazuje Passarge, jest niezwykle naturalne, na wieść o możliwości likwidacji tego naturalnego motywu architektonicznego (w Elblągu większość przedproży usunięto na pocz. XX wieku). To co nas, współczesnych mieszczuchów, może zadziwić - to zachwyt nad zwykłymi lipami, które dają ożywczy cień (znajdźcie teraz takie w środku miasta!). Znowu ta filozofia! (niestety będzie nam towarzyszyła do końca!). Następują bowiem, niezwykle barwne opisy budowli mających charakter publiczny, jak Ratusz, Dwór Artusa aż po Bramę Wyżynną, Wieżę Więzienną, Zbrojownię czy Złotą Bramę. Przechodząc już do budowli kościelnych, Passarge, ograniczył się tylko do opisu najważniejszego, czyli fary miasta Gdańska - Kościoła Mariackiego. Tu też daje się odczuć pewien dystans naszego „przewodnika”, któremu nie do końca pasuje wystrój kościoła. Należy pamiętać, iż od roku 1529, kiedy to luteranie odprawili pierwsze nabożeństwo, kościół ten przechodzi w ręce protestantów, co prawda do II poł. XVII wieku, jeszcze przy współudziale katolickich proboszczów. Oczywiście, dlaczego o tym wspominam? - Ludwig Passarge był przecież protestantem. To, co mnie ewidentnie zadziwiło, to wręcz szczegółowy opis tryptyku „Sąd ostateczny”, Hansa Memlinga, który za czasów Passarge znajdował się w kaplicy św. Doroty, Kościoła Mariackiego (teraz tryptyk jest eksponowany przez Muzeum Narodowe w Gdańsku) a już opis krucyfiksu z Grupy Ukrzyżowania, jest wręcz perfekcyjny, zaś odczucia naszego podróżnika - wielce podniosłe. Rozdział, który już tylko po pobieżnej „kartkówce”, wzbudził moje największe zainteresowanie to Żuławy. Ogólny opis Żuław Wiślanych, wraz z ich podziałem na mikroregiony oraz krótkim wprowadzeniem na temat wałów ochronnych, przygotowuje czytelnika do dalszego wertowania rozdziału. Bardzo sugestywnie Passarge przyrównał „błogosławione” wylewy Nilu do efektów powodzi żuławskiej rzeki: (...) ta rzeka nie myśli o błogosławieństwach, lecz tylko o zniszczeniu. Świadomość podróżnika, porusza fakt powodzi z jego czasów, w 1855 roku. Każdy, kto choć z grubsza zna specyfikę żuławskiego krajobrazu, wie o nieodłącznym jego elemencie. Wał! Przeciwpowodziowy, ochronny, chroniący mieszkańców tej przedziwnej krainy, leżącej w większości poniżej poziomu morza. Passarge bardzo się przyłożył do opisu tego nieodzownego elementu żuławskiego. Związki wałowe, ich struktura, zależności, powinności - wszystko to jest podkreślone jako wspaniały przykład walki z żywiołem, jakim jest woda. Związki wałowe, struktura, która istniała już za czasów Państwa Krzyżackiego, zostaje reaktywowana (niejako przymusowo) w 1854 roku. Dziś żuławiacy starają się wskrzesić Związki Wałowe, organizują spotkania, szkolą się. Przykładem takiego działania, jest m. in. Klub Nowodworski z Nowego Dworu Gdańskiego. 186 Recenzje Pięknie i bardzo obrazowo przedstawiona jest nasza żuławska wierzba: Zadomowiona we wszystkich częściach tych ziem, wita nas, jak stara znajoma, wszędzie tam, gdzie postawimy naszą stopę. Jej wielorakie zastosowanie, od niezwykle praktycznego - czyli opal, faszyna do umacniania walów aż do zabawy (co nadmieniam z pewnym rozrzewnieniem, gdyż sam to praktykowałem), tzn. fujarki z kijka wierzbowego, zielone witki z baziami w wazonach czy świąteczne smaganie przyjaciół. Pomijając wszystkie zalety wierzby, jakie wymienił Passarge, nic nie wspomniał o jej zdolnościach odwadniających. Cieszy fakt, że nasz „przewodnik”, wspomina o osadnikach tych ziem, czyli o men-nonitach (chociaż słowo - mennonita tu nie występuje). W formie nieco plotkarskiej z nutką szyderstwa, opisuje w skrócie życie i zależności „kolonistów” czy chłopów holenderskich (jak ich nazywa autor). Spryt i luksus, jest jedną z cech , które podkreśla: Mieszkaniec naszych nizin jest też bardzo sprytny, co widać przy każdej wymianie, w której bierze udział - i rzadko kiedy da się oszukać. (...) Osławiony jest również ich luksus, podczas świąt najbardziej wykwintne i kosztowne jedwabie są tutaj rzeczą całkowicie normalną. Na jedno z wesel przywieziono wozem czterokonnym ciasta z Gdańska i wypito sześćset butelek wina. Podobnie jak Wincenty Pol przed laty, zachwyca się wiatrakami żuławskimi, opisując ich zalety i przydatność. Wspomina też o przepompowniach parowych, które już działają w niektórych gminach, raptem pierwsza powstała 16 lat wcześniej! Wiatraki odwadniające, tak charakterystyczny obraz żuławski - jeszcze działają, ba! nawet w wersji „unowocześnionej”, bo już we współpracy z śrubą ślimakową (wiele wiatraków odwadniających, miało przecież koło łopatkowe do „przechlapywania” wody). Błogość tego stanu, opisuje słowami: Podczas gdy wokół wszystko pogrążone jestw niewypowiedzianej ciszy, monotonii i bezruchu, a tej głębokiej ciszy nie przerywa szum żadnego bulgocącego strumienia, całe życie i ruch reprezentują tutaj te pędzone wiatrem skrzydła. Wielce ciekawy jest opis podróży (rejsu), nieistniejącym już dzisiaj, Kanałem Wiślano-Zalewowym. Powstał krótko po „nowym otwarciu” Wisły Śmiałej w 1840 roku. W 1845 roku przystąpiono do budowy nowego kanału (wykorzystując przy okazji naturalne cieki wodne Linawy i Tugi), który umożliwił żeglugę pomiędzy Wisłą a Zalewem Wiślanym. Wspomina o tym Passarge: Dla celów budowy kanału wykorzystano fragmenty wijącej się w tej okolicy Tugi, a potem również i Linawy. Przekop trasy kanału trwał 5 lat. Kanał ten stracił swoje znaczenie logistyczne i oficjalnie zamknięto go w 1914 roku (niektóre odcinki, były jeszcze eksploatowane do 1930 roku). Łącznie cały odcinek kanału, wraz z dwoma, sztucznie wykopanymi odcinkami o dł. 10 450 m - wynosił 19 900 m długości. Opisy domostw, usytuowanych wzdłuż Kanału, dodają nieodpartego uroku, „tamtym” czasom, domy na palach, domy podcieniowe z: przedsienią, bardziej lub mniej bogate w swojej formie z „przedziwnym” gmerkiem nad drzwiami: (...) tych dworów. W rozdziale IV, znajdziemy dość szczegółowy opis fenomenu gmerka, oraz kilka miejsc ich usytuowania. Ludwig Passarge w rozdziale o Malborku, po próbie „złagodzenia” poczynań zakonu krzyżackiego wobec plemion Prusów, oraz wyniesienia mądrości i przemyśleń Zakonu Najświętszej Marii Panny, a także jego historii, przystąpił do dość Recenzje 187 szczegółowej analizy budowli, jaką jest Zamek Krzyżacki w Malborku. Passarge trafił do Malborka już w czasie tzw. „romantycznej restauracji” zamku, którą podjęto w 1830 roku. Okres, kiedy zamkiem zajmuje się Konrad Steinbrecht w latach 1882-1921 - dopiero nastąpi. Podsumowując to, co wyczytałem z podróży Ludwiga Passargego jednoznacznie mogę stwierdzić - odbyłem podróż poprzez XIX - wieczne Żuławy, poprowadzony wprawnym, aczkolwiek bardzo romantycznym i filozoficznym piórem pruskiego przewodnika! Oczywiście wsparcie wspaniałymi grafikami z epoki, pochodzącymi ze zbiorów Krzysztofa Gryndera, dodawało niezwykłego nastroju podczas lektury. Karolina Manikowska ROK Z ŻYCIA ŻUŁAWSKIEGO MENNONITY SPRZED 138 LAT Heinrich Dyck Dziennik żulawski/Tage-buch 1878, w tłum. Małgorzaty Rysickiej, Biblioteka Kwartalnika Prowincja Tom III, Sztum - Nowy Dwór Gdański 201S. Dziennikopisarstwo jest starą i rozpowszechnioną formą utrwalania codziennej historii z osobistego punktu widzenia. Dzienniki pisali wodzowie i artyści, dzienniki literatów nierzadko mają również wielką wartość literacką. Od wieków stanowią one cenne źródło nie tyle faktów historycznych, bo te, ze względu na subiektywną formę wypowiedzi, czasem bywały przemilczane lub przeinaczane, ale przede wszystkim wiedzy na temat epoki czy obyczajów. Tekst zapisków dziennych, zamieszczony w publikacji, jest dwujęzyczny -można zapoznać się z nim po polsku, ale i po niemiecku; ci, którzy znają oba języki, mogą porównać oba teksty. Niezwykła jest zresztą historia samego wydania dziennika, którą redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja” - Leszek Sarnowski, przedstawia we wstępie, a której nie można pominąć przed zagłębieniem się w lekturę tekstu Heinricha Dycka, gdyż stanowi jej pasjonujące uzupełnienie. 188 Recenzje Sam tekst dziennika jest prosty, relacja ma charakter zwykłego zapisu wydarzeń z kolejnych dni. Autor nie zabarwia swej wypowiedzi żadnymi emocjami, nie zatrzymuje się na dłużej nad daną kwestią. Przykładowo: „29 czerwca. Pennerowie przyszli do nas i przyprowadzili cielaka. Przed południem zebraliśmy siano. Pogoda była piękna”. Na pozór nic interesującego. Ale suma wszystkich tych wpisów wprowadza czytelników w świat zamożnego społeczeństwa chłopskiego pochodzenia mennonickiego, zasiedlającego od XVI w. do 1945 r. Żuławy Wiślane. Współcześni odbiorcy z pewnością będą zaskoczeni częstotliwością wizyt, składanych przez autora i jego bliskich rozgałęzionej rodzinie i przyjaciołom, z wzajemnością zresztą. Wizyty te upływają na pogawędkach, czasem zabawach (bynajmniej nie bezalkoholowych), a nawet grach w karty. Ważnym elementem treści są relacje na temat posiadanego i sprzedawanego bydła, prac po-lowych i tych w obejściu. Autor zaznacza, jaka w danym dniu jest pogoda - z kolejnych wpisów dowiadujemy się jak wielkie znaczenie ma to dla żuławskiego rolnika, który czasem musi zmierzyć się z groźbą powodzi, czy choćby podtopienia. Widzimy też stopień zamożności Heinricha Dycka i jego rodziny - ludzi, którzy rzetelnie pracują, dobrze i tłusto jedzą, posiadają pojazdy stosowne do pory roku, kupują i sprzedają żywy inwentarz. To wszystko, w zestawieniu z dość wątle akcentowaną religijnością, przejawiającą się w zasadzie jedynie w jeżdżeniu do kościoła w niedzielę (nie każdą zresztą) ukazuje, jak daleko XIX-wieczni żuławscy mennonici odeszli od zasad swych niezłomnych przodków. Ale trzeba mieć na uwadze, że najbardziej bezkompromisowi wyznawcy mennonity-zmu już dawno wyjechali nie tylko z terenu spruszczonych po I rozbiorze Polski Żuław, ale również - w większości - z Rosji za Ocean Atlantycki. Pozostała reszta musia-ła zdecydować się na pewne ustępstwa (np. odbywanie służby wojskowej), a z czasem upodobniła się w zwyczajach do swych lu-terańskich i katolickich sąsiadów. Doskonałe tło historyczne dla Dziennika stanowi kolejny tekst zamieszczony w tomie - O mennonitach - autorstwa Jur-geina Weigle. Publikowany już w jednym z numerów kwartalnika„Prowincja”, może być czytany osobno, ale mniej obeznani z historią mennonitów czytelnicy odnajdą w nim wszystkie potrzebne informacje, ułatwiające odbiór tekstu Dycka. W takim przypadku warto przeczytać go przed samym Dziennikiem. Pozostaje jeszcze jedna, ciekawa dla polskich czytelników kwestia. Sam fakt prowadzenia zapisków w XIX w. przez osobę niebędącą szlachcicem, duchownym czy artystą, lub choćby zamożnym mieszczaninem, musi budzić w nas zdziwienie. Ale chłop żyjący na Żuławach nie był po prostu zwykłym, ciemnym chłopem pańszczyźnianym, de facto niewolnikiem, znanym z pozytywistycznych nowelek. Wyjątkowość chłopów żuławskich na tle innych, zamieszkujących pozostałe dawnej Rzeczypospolitej, zauważył m.in. nowowodworski nauczyciel i literat, Andrzej Kasperek, czego dowodem kolejny tekst zamieszczony w tomie, pt. Żuławski chłop potęgą jest i basta. Ten esej również ukazał się wcześniej w „Prowincji”, jednak z przyczyn, o których wspomniałam wyżej, nie mogło go zabraknąć w publikacji. Otrzymujemy w ten sposób dobrze skomponowaną całość, uzupełnioną o rodowody autora zapisków i jego żony oraz dwujęzyczny słowniczek nazw Recenzje 189 geograficznych. Te pojawiające się w tekście przetłumaczonego dziennika podano w oryginalnym brzmieniu, co momentami nieco zgrzyta w zestawieniu z polskim tłumaczeniem reszty, niejako ją „usztywniając” - przynajmniej w subiektywnym odczuciu piszącej te słowa. Jeżeli już jesteśmy przy, moim zdaniem, potencjalnie słabszych stronach publikacji, to przyznam, że samo tłumaczenie tekstu dziennika momentami nieco zbyt dosłownie oddaje charakter specyficznej niemieckiej składni, co zapewne wynika z chęci jak najwierniejszego oddania oryginału. Niestety, nie uniknięto też błędów translator-skich, np. nazwa jednej z miejscowości za pośrednictwem złośliwego chochlika stała się nazwiskiem, co miało dalsze (niewielkie) konsekwencje, zauważalne zapewne dla wąskiej grupy odbiorców i generalnie bez większego wpływu na treść. Było też kilka drobnych pomyłek w zapisach nazw miejscowości, które, jak sądzę, wynikły z błędnego przepisania ich z oryginalnego rękopisu. Ale żeby nie pozostawiać tego mniej miłego akcentu na koniec, choć powyższe uwagi nie są w stanie zburzyć jak najbardziej pozytywnej oceny całości, trzeba dodać wisienkę na torcie, jaką stanowią ilustracje Jerzego Domino do polskiego tłumaczenia Dziennika. Mają one charakter scenek rodzajowych, związanych z relacjami zawartymi w poszczególnych wpisach i zarówno przyjętą techniką, anegdotycznym charakterem, jak i znajomością realiów i dziedzictwa kulturowego Żuław (ich autor jest historykiem sztuki, konserwatorem oraz autorem wielu publikacji poświęconych kulturze materialnej Żuław, w tym tekstów opisujących historię i zabytki poszczególnych żuławskich miejscowości w Katalogu zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce - holland. org.pl), wprost idealnie uzupełniają treść lapidarnych zapisków Dycka. Z kolei ciekawym i cennym uzupełnieniem części niemieckojęzycznej są zdjęcia oryginalnego rękopisu dziennika Heinricha Dycka. Podsumowując - kolejna obowiązkowa pozycja w biblioteczce miłośnika Żuław i ich historii. Agnieszka Narloch POKRÓTCE O HISTORII MENONITÓW1 Heinrich Dyck „Dziennik żuławski”, Biblioteka kwartalnika PROWINCJA, Tom III, Sztum - Nowy Dwór Gdański 2015, str. 182. Dziennik żuławski Heinricha Dycka to diariusz menonity napisany w 1878 roku, ożywiony ciekawymi grafikami Jerzego Domino. Autor zdaje w nim skrupulatną relację o codziennym życiu na roli, polegającym głównie na obserwacji pogody i dostosowaniu się do jej rytmu. Jednak Dyck nie poświęca się tylko i wyłącznie dla »ziemi«, gdyż wszystkie znoje rekompensuje sobie bogatym życiem towarzyskim. Z jego zapisków można też zaczerpnąć Recenzja została zamieszczona w internetowym pomorskim magazynie literacko-artystycznym Latarnia Morska. Za zgodą redakcji publikujemy w naszym kwartalniku. 190 Recenzje informacje o ciekawych menonickich obyczajach, w tym o odprawianiu i przyjmowaniu służby w dzień św. Marcina, a także używaniu komina (!) w charakterze wędzarni. Dyck nie pomija ponadto wyszczególnienia przeciwności losu - pożarów, burz i opadów, jak również omówienia problemów zdrowotnych jego nad wyraz hipochondrycznej żony Anny. Genezę dziennika przybliża we wstępie Leszek Sarnowski, (redaktor naczelny kwartalnika Prowincja). Otóż Dyck (1850-1912) spisywał swoje notatki w czasie trwania wojny rosyjsko-tureckiej. Nastąpił wówczas m.in. podział na Prusy Zachodnie (ze stolicą w Gdańsku) i Prusy Wschodnie (ze stolicą w Królewcu). Dyck odziedziczył wówczas zagrodę Hauskam-pe nad rzeką Szkarpawą, którą z mozołem doprowadził do »gospodarczej używalno-ści«. Rękopis Dziennika żuławskiego trafił do kwartalnika „Prowincja” za sprawą Larsa Johanssona. Przesłał on także artykuł Jurgena Weigla zatytułowany O me-nonitach. Wynosimy z niego, że pierwsi osadnicy przybyli na Żuławy Gdańskie w 1543 roku. W ciągu pierwszych dziesięciu lat ich pobytu wartość zasiedlonej ziemi wzrosła dziesięciokrotnie. Co ciekawe, wioski holenderskie dominowały na Gdańskich i Malborskich Żuławach aż do końca II Wojny Światowej. Członkowie tej grupy wyznaniowej zawierali z właścicielami ziemskimi emfiteu-zę - szczególną formę czasowej umowy. Jednakże edykt wydany w 1789 roku przyczynił się do podjęcia przez wielu z nich decyzji o emigracji do Rosji, która utrzymywała się aż do jego uchylenia w 1868 roku. Po rewolucji część z menonitów wyjechała do Kanady, lecz Stalin położył temu kres w 1930 roku. Po II Wojnie Światowej przyłączyli się w zdecydowanej większości do niemieckiej armii, kiedy ta powracała z Rosji. Na świecie żyje obecnie około miliona ochrzczonych menonitów, zamieszkujących głównie Północną i Południową Amerykę. W Europie jest ich około 100.000 - przede wszystkim w Holandii oraz w Niemczech, dokąd przybyli m.in. w 1972 roku ze Związku Radzieckiego. Wspominając swojego dziadka w kontekście menonickiego kościoła w Porde-nowie, Weigle przywołał opowiadanie Stół Pawła Huelle. Także Andrzej Kasperek nawiązał w eseju Żuławski chłop potęgą jest i basta do polskiej literatury, w tym do Wesela Wyspiańskiego. Za punkt odniesienia obrał Chłopów Reymonta, które miały mu posłużyć za źródło wiedzy o polskiej wsi po 1864 roku. Kasperek wymienił kilka różnic pomiędzy życiem żuławskiego me-nonity, a lipskiego chłopa. Ten pierwszy jadał tłuste dania, potrafił handlować i wiele podróżował. Natomiast drugi z nich traktował rodzimą wieś jak epicentrum świata, w którym kalendarz rolniczy jest zespolony z kalendarzem liturgicznym. Kasperek w interesujący sposób przybliżył specyfikę i historię krainy, jaką zasiedlili menonici. Zaprezentował m.in. impresje przedstawione przez francuskiego dyplomatę Charlesa Ogiera, który podróżował w 1635 roku z Gdańska do Malborka. Także matka Artura Schopenhauera opisała we wspomnieniach z młodości swą wyprawę do Sztutowa, gdzie jej ojciec odziedziczył folwark. Podobnie Józef Chamski - powstaniec listopadowy, spisał w Opisie krótkim łat upłynnionych swoje wrażenia na temat obyczajowości menonitów. Recenzje 191 Dziennik żuławski posiada wartość historyczną, która staje się zrozumiała dopiero po zagłębieniu się w dzieje menoni-tów. Spore znaczenie merytoryczne mają więc zaprezentowane publikacje, a zwłaszcza artykuł Kasperka. Jedynie na tym tle diariusz nabiera realnych kształtów, bo sam nie mógłby »funkcjonować«. Przede wszystkim nie wykazuje jakichkolwiek walorów literackich, a w polskim przekładzie brzmi wręcz reportażowo i oschle. Jest jednak wart poznania m.in. z tego względu, że dokumentuje bogactwo kulturowe Żuław i swoistość menonickich tradycji. Andrzej Kasperek PUBLIKACJE MUZEUM STUTTHOF Muzeum Stutthof w Sztutowie jest jedną z najbardziej znanych i cenionych placówek muzealnych na Pomorzu Gdańskim. Oprócz zadań stricte muzealnych i naukowych realizuje liczne obowiązki edukacyjne a także edytorskie. W ostatnich latach pojawiło się sporo wydawnictw opublikowanych przez tę instytucję. Katalog publikacji powiększa się z miesiąca na miesiąc. Jest to znacząca zmiana, ilość publikacji jest imponująca. Książki o tematyce obozowej sygnowane przez muzeum (wespół z dawnym Wydawnictwem Morskim) były wydawane w latach 60-70. Później zabrakło pieniędzy (a może determinacji i chęci) i aż do początków XXI wieku nowych książek nie publikowano. Obecnie mamy znaczącą zmianę - ilościową i jakościową. Na stronie internetowej muzeum (http://stutthof.org/publikacje) można znaleźć listę przeszło trzydziestu publikacji z ostatnich lat. Warto tam zajrzeć, bo od dwóch miesięcy obowiązują ceny promocyjne, niższe o 50 procent. Chciał-bym przedstawić krótki i subiektywny przewodnik po najciekawszych książkach. Ofertę wydawnictwa muzealnego można podzielić na kilka części: wspomnienia byłych więźniów, literatura naukowa oraz przewodniki. Rozpocznę od literatury pamiętnikarskiej. W 2012 r. wydano książkę ChananaWe-rebejczyka „A jednak żyję - wspomnienia ocalałego”. Nie są to typowe pamiętniki C haman Werebejczyk A jednak żyję - wspomnienia ocalałego Stutthof 192 Recenzje byłego więźnia obozu koncentracyjnego, bowiem ich autor opisał w nich także swoje łódzkie dzieciństwo, pobyt w getcie, osadzenie wAuschwitz a późniejStuttho-fie, pobyt w Dreźnie, gdzie przeżył wielkie bombardowanie. Opisał teżlosy powojenne, także swą karierę (w roku 1953 został mianowany redaktorem naczelnym dziennika „Trybuna Opolska”) aż do wyjazdu z Polski do Izraela w 1957 r. „Las bogów” Balysa Sruogi (2013) to wznowienie edycji z 1965 r., której za-czytane egzemplarze można w bibliotekach i antykwariatach. O autorze pisałem w „Prowincji” nr 14. To jedna z najwybitniejszych książek o świecie kacetów. Pełna ironii i czarnego humoru, znajdziemy w niej opisy szpitala, korupcji, obozowego puffu, stosunków między więźniami, a także portrety oprawców oraz relację z „marszu śmierci” zimą 1945 r. Wiktor Ostrowski wydał w 1971 r. tom „Warszawiacy w Stutthofie”. Dwa lata temu został wznowionyze wstępami: córki autora oraz dyrektora muzeum - Piotra Tarnowskiego. Ostrowski w książce opisał okres uwięzienia w więzieniu Pawiak i KZ Stutthof przez pryzmat szczęśliwych zbiegów okoliczności i więźniarskiego ruchu oporu. Książka została napisana lekkim stylem, niepozbawionym elementów humoru i dowcipu. W aneksie zawarto pieśni i wiersze obozowe autora. Szkoda, że w tym wydaniu zabrakło miejsca dla (choćby skróconej) wersji artykułu Wirginii Węglińskiej z numeru 2 (12) „Zeszytów Muzeum Stutthof” poświęconego Ostrowskiemu (Lublinerowi). Życiorys autora jest bardzo ciekawy i zasługuje na przybliżenie. W 2013 r. z inicjatywy muzeum we współpracy z Kurią Diecezjalną Toruńską oraz Wydawnictwem Bernardinum, ukazało się nowe wydanie wspomnień ks. Wojciecha Gajdusa pt. „Nr 20998 opowiada”. Książka, której poprzedniaedycjapo-chodzi z 1962 r. należy do kanonu relacji dotyczących historii Pomorza Gdańskiego, Stutthofu oraz losów polskiego duchowieństwa w okresie II wojny światowej. Aresztowany jesienią 1939 r. (wraz 218 kapłanami diecezji chełmińskiej) został po roku zwolniony. Dzięki temu uniknął losu 92 kapłanów ze swej diecezji zamęczonych w niemieckich obozach koncentracyjnych. W czasie ukrywania się spisał swe wspomnienia, które zostały zakopane i przetrwały - są świadectwem czasów pogardy i tragicznych losów wielu przedstawicieli polskiego Kościoła. Do literatury naukowej zaliczają się „Zeszyty Muzeum Stutthof”. Dziesięć numerów tego periodyku ukazało się w latach 1976-1992. Po przeszło 20 latach przerwy zostały wznowione pod redakcją prof. Recenzje 193 StuttbCif L’ Nr 20998 opowiada Andrzeja Gąsiorowskiego. Poszczególne zeszyty zawierają artykuły pracowników naukowych muzeum, m.in.:Marka Orskiego, Danuty Drywy, Elżbiety Grot, Agnieszki Kłys, Bogdana Chrzanowskiego, Andrzeja Gąsiorowskiego i Marcina Owsińskiego. Obecnie wydano trzy numery: 11,12 i 13. Pomieszczono w nich-teksty, które wzbogacą dotychczasową wiedzę o obozie i Pomorzu Gdańskim w okresie II wojny światowej.Statut założonego w 1962 roku muzeum mówi wyraźnie, że badania naukowe mają dotyczyć nie tylko historii obozu i jego podobozów, ale także historii Pomorza Gdańskiego po roku 1918 i stosunków polsko-niemieckich oraz polsko-gdańskich. Dlatego nie dziwi, że w Sztutowie ukazały się książki poświęcone dziejom tej wsi autorstwa dra Marcina Owsińskiego: „Stutthof. Historia miejscowości i gminy od średniowiecza do maja 1945 roku” oraz „Naznaczeni. Stutthof-Obozy-Sztutowo w latach 1945-1962. Dzieje gminy, gromady i miejsca pamięci”. Pierwszą z nich już w „Prowincji” (nr 19) omawiałem, druga zasługuje na wnikliwą recenzję. Efektem dwóch konferencji naukowych są książki: „Żuławy w roku 1945” oraz „Żuławy w roku 1945. Ludzie i ich opowieści”; obie pod redakcja Andrzeja Gąsiorowskiego i Janusza Hochleitnera. Pomieszczone w nich artykuły to nieocenione źródło wiadomości o naszym regionie w czasie wojny i zaraz po jej zakończeniu - operacje Armii Czerwonej, ewakuacja ludności niemieckiej, osadnictwo powojenne, organizowanie się nowych władz państwowych a nawet analiza obrazu osadnictwa w świetle serialu „Pan na Żuławach” (1984). Znany czytelnikom naszego kwartalnika Tomasz Stężała napisał nader trafnie o I tomie: „Pięknie wydana książka zawiera 190 stron ciekawych i dobrze 194 Recenzje udokumentowanych informacji o najtragiczniejszych dniach pięknych Żuław. Jej wydanie w 70 rocznicę walk na tych terenach, może być odebrane jako kolejny przejaw polskiego szowinizmu, anty-niemieckości i antyrosyjskości - a jest to jedno z pierwszych uczciwych spojrzeń na potworności, których doświadczyła ta ziemia, a autorami ich byli zarówno Niemcy jak i Sowieci. Zbiór referatów jest zaledwie przyczynkiem do opisania skrzętnie ukrywanej i wstydliwej dla wielu historii, na szczęście autorzy zapowiadają kontynuowanie pracy i dalsze publikacje”. Muzealny edytor nie boi się eksperymentować, stąd pomysł publikacji komiksu „Szczęściarz z rocznika 1917” Agnieszki Kosko-Hołowczyc i Wandy Swajdy,który jest opowieścią o życiu Felicjana Łady, więźnia KZ Stutthof (recenzował go w nr 20 „Prowincji” prof. Jerzy Szyłak). Jego dobre przyjęcie pokazuje, że o grozie obozowego życia można mówić także w taki sposób. Muzeum Stutthof wytrwale i konsekwentnie realizuje swoją misję edukacyjną wzbogacając naszą wiedzę także w sposób tradycyjny. W 2012 ukazała się monumentalna teka pt. „Pamiętamy, pamiętam... Pomorze Gdańskie i Obóz Stutthof 1939-1945. Materiały edukacyjne”. Wyjątkowe, wspólne wydawnictwo oświatowe o charakterze regionalnym, opracowane przez Muzeum Stutthof i Instytut Pamięci Narodowej we współpracy z Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku. To nowatorski w formie i innowacyjny w treści pakiet materiałów - skierowany do szkół wszystkich szczebli. Ma on wspomagać rozwój wiedzy i zainteresowanie historią najnowszą. Składa się z różnorodnych tekstów kultury, źródeł, opracowań i komentarzy oraz scenariuszy zajęć lekcyjnych, obejmuje zasięgiem tematycznym historię Pomorza i jego mieszkańców w latach 1920-1945. Teka może być użyta na lekcjach z wielu przedmiotów. Omówiłem tylko skrótowo niektóre publikacje z bogatej oferty przygotowanej przez Muzeum Stutthof. Warto sięgać po książki z charakterystycznym niebieskim paskiem (jak z obozowego pasiaka) na dole okładki, bo nasza wiedza o II wojnie światowej, powojniu i losach ludzi żyją-cych wówczas na Pomorzu Gdańskim jest wciąż zbyt uboga. A wobec tych wszystkich, którzy zginęli w więzieniach, gettach i kacetach mamy obowiązek pamięci. Cytując Adama Mickiewicza: „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, / Zapomnij o mnie”. Sprostowanie W numerze 1 (19) z 2015 roku naszego kwartalnika w recenzji autorstwa Pani Marty Antoniny Łobockiej „Z pasją o Żuławach” poświęconej książce Pani Katarzyny Czay-kowskiej-Stój - „W biegu po drodze żuławskim traktem” - pojawiła się błędna informacja, że wydawcą książki jest Stowarzyszenie „Kochamy Żuławy”. Faktycznie wydawcą jest Stowarzyszenie Żuławy Gdańskie. Omyłkowo zmieniliśmy też drugie imię Pani Łobockiej na Antonia, a powinno być Antonina. Przepraszamy. Redakcja Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Gazetą Malborską, Radiem Malbork. Grażyna Chrostek-Żugaj - nauczyciel akademicki, z wykształcenia biolog. Pasjonat-ka podróży po całym świecie. Zakochana w Żuławach Elbląskich. Inicjatorka prac mających na celu ocalenie nekropolii mennonickiej w Markusach. Autorka wydanych w 2015 r., w 75 rocznicę wywózek w głąb sowieckiej Rosji, wspomnień elbląskich Sybiraków. Adam Hlebowicz - ur. w 1962 roku w Gdańsku, historyk i dziennikarz. W latach 2001-2003 dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku. Od 2005 do 2016 dyrektor Radia Plus Gdańsku, od 2016 dyrektor Programu III Polskiego Radia. Współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia „Sybir - Pro Memento”, jeden z organizatorów Parady Niepodległości w Gdańsku, Misterium Męki Pańskiej oraz Krajowej Defilady Żołnierzy Wyklętych w Gdańsku. Autor 13 książek oraz ok. 600 artykułów zamieszczonych m.in. w Więzi, Tygodniku Powszechnym, Przeglądzie Politycznym, Ethosie, Pulsie, Dzienniku Bałtyckim, Rzeczpospolitej. Autor powieści Pułapka dła ptaków (2015). Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukończyła filologię polską na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Autorka scenariuszy i realizatorka wieczorów poetyckich przybliżających twórczość H. Poświatowskiej, E. Stachury i K. K. Baczyńskiego - wystawianych na scenie Domu Kultury w Ustce. Współredaktorka wydania tomu poezji Młode głosy (1997), promującego twórczość młodzieży. Aktualnie na emeryturze. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. 196 Noty o autorach Marek H. Kotlarz - ur. w 1959 r. w Gdyni, absolwent ekonomii na UG. W 1980 roku członek NZS i jeden z przywódców studenckiego strajku w listopadzie i grudniu 1981 r. Po ogłoszeniu stanu wojennego prowadził podziemną działalność opozycyjną. W 1983 roku wraz z Maciejem Płażyńskim i kilkoma innymi osobami został jednym z założycieli Spółdzielni Pracy „Świetlik”. W latach 1989 - 1991 publicysta i szef działu gospodarczego tygodnika Młoda Polska. Współpracował z Video Studio Gdańsk i Agencją Filmową „Profilm”. Publikował także w Dzienniku Bałtyckim, Tygodniku Gdańskim, Gazecie Gdańskiej, Przeglądzie Politycznym. Debiut prozatorski w 2009 roku - Opowiadania z pierwszej połowy. Tomasz Kukowski - pracownik Archiwum Państwowego w Elblągu z/s. w Malborku. Mieszka w Malborku. Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, ukończył historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu oraz Niepublicznym Gimnazjum w Sztumie. Katarzyna Laskowska - ur. w 1987 r., absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim, obecnie doktorantka tej uczelni. Pracuje w LO w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Dominika Lewicka-Klucznik - polonistka, nauczycielka w Liceum Plastycznym w Gronowie Górnym. Recenzentka i instruktorka teatralna. Aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. Wydała tomik poezji Samopas. Mieszka w Elblągu. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Karolina Manikowska - absolwentka PWSZ w Elblągu i UG, pracuje w elbląskiej delegaturze WUOZ Olsztyn. Miłośniczka Żuław, które utrwala na zdjęciach podczas wycieczek rowerowych, a od niedawna również kajakowych. Współtworzy stronę Nasze Żuławy na facebooku. Prezes zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Aktywny Malbork. Leszek Marcinkowski - przewodnik turystyczny, aktywny działacz PTTK w Elblągu, inicjator wielu imprez turystyczno-krajoznawczych, pasjonat Żuław. Artur Miścicki - ur. w 1964 r. w Międzyrzecu Podlaskim. Były żołnierz zawodowy, strzelec wyborowy, doker, agent ochrony, odlewnik, stolarz, operator piły. Aktywny członek Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego i Elbląskiej Sceny Literackiej przy Teatrze im. Aleksandra Sewruka w Elblągu, członek Gdańskiego Klubu Poetów. Pomysłodawca i wykonawca performance poetyckiego „Poezja po jazzie”, odbywanego po północy na terenie Gdańska w trakcie festiwalu jazzowego „Solidarity of Arts”. Występuje Noty o autorach 197 w zespole teatralnym „Pakt Pokoleniowy” w Nowym Stawie. Publikacje w elbląskim Tyglu oraz zbiorze poezji autorów elbląskich - Z ograniczoną nieodpowiedzialnością - Antologii Elbląskiego Alternatywnego Klubu Literackiego. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Paweł Paziak - ur. w 1970 r. w Słupsku. Absolwent filologii polskiej WSP w Słupsku, w 2001 r. doktorat na UG. Pochodzi z Ustki. Na Żuławy przybył w 1994 roku „za chle-bem”. Przyjechał tylko „na chwilę” i ona wciąż trwa. Mieszka w Nowym Stawie, pracuje jako nauczyciel języka polskiego w ZSP nr 4. Współpracował z Gazetą Malborską. W latach 2009-2014 był korespondentem Katolickiej Agencji Informacyjnej w Warszawie. Publikował w Poradniku Językowym, Gazecie Polskiej, Gościu Niedzielnym i Naszej Polsce. Piotr Piesik - ur. w 1962 r. w Malborku. Przez dwadzieścia lat mieszkaniec Częstochowy, od 2009 roku ponownie w rodzinnym mieście. Absolwent nauk politycznych na UAM w Poznaniu. Dziennikarz. Pracował m.in. w tygodniku Wiadomości Elbląskie, częstochowskim oddziale Dziennika Zachodniego, Radio City i Telewizji Orion w Częstochowie. W latach 2000 - 2003 redaktor naczelny dziennika Życie Częstochowy. Obecnie redaktor prowadzący oddziału Dziennika Bałtyckiego w Sztumie. Zainteresowania: muzyka wszelkiego rodzaju, byle dobrze wykonana, historia Żuław i Powiśla, marynistyka, sporty motorowe. Z zamiłowania chórzysta, śpiewał m. in. w chórze „Lutnia” w Malborku i Częstochowskim Chórze Kameralnym przy Filharmonii Częstochowskiej. Piotr Wiesław Rudzki - ur. w 1977 r. w Warszawie. Dokumentalista, poeta, prozaik i działacz kulturalny. Absolwent UKSW w Warszawie (teologia z dziennikarstwem), UG (polonistyka) i UWM w Olsztynie (informacja naukowa). Doktorant w Katedrze Kul-turoznawstwa UG. Pracownik sopockiej oświaty - kierownik koła literackiego Bohema Nova. Autor arkusza poetyckiego W szafie (2014), teki poetyckiej Trzy cykle gdańskie [w druku] oraz kroniki podróży dokumentującej ostatni rozkład jazdy kolei wąskotorowych PKP Wąskie linie snów (2005). Ponadto tomiki - W niepokoju (2005) i Juwenilia piotro-we (2006). Publikował w periodykach Poznaj swój kraj, Koleje małe i duże, Lampa, Autograf, Topos” i Bliza. W 2012 r. stał się inicjatorem i koordynatorem pomorskiego projektu poetyckiego PANTOGRAF, którego celem jest wydawanie bibliofilskich almanachów (roczników) o charakterze filozoficznym, kulturalnym i podróżniczym (kolej!). Z wolnego wyboru Pomorzanin, mieszkaniec Wielkich Żuław Malborskich. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UW-M w Olsztynie. Poeta, krytyk literacki, redaktor, dziennikarz, regionalista. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), 198 Noty o autorach redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 -194S (2014). Mieszka w Sztumie. Bogumiła Salmonowicz - urodzona na progu Bieszczadów, jednak od wielu lat rodzinnie i zawodowo związana jest z Elblągiem. Z wykształcenia i zamiłowania - pedagog i terapeutka. Pracuje jako nauczyciel akademicki (PWSZ w Elblągu i Politechnika Gdańska). Od kilku lat aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. W 2014 roku wydała debiutancką książkę poetycką pod tytułem BoSa, która w 2015 roku została Elbląską Książką Roku (w ramach Programu Literackiego Fundacji Elbląg). Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Juliusz Skurewicz - ur. w Gdańsku w 1949 r., mieszkał w Kwidzynie w latach 1950-1956, w 1967-1972 studiował na Uniwersytecie Gdańskim, od 1990 mieszka w Warszawie. Zawodowo na kierowniczych stanowiskach w logistyce, od 2015 na emeryturze. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-łoty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w Dzienniku Bałtyckim. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. 199 LIST DO REDAKCJI Gratialist! Droga Małgosiu (Małgorzata Rysicka - tłumaczka książki Heinricha Dycka - Dziennik żuławski - przyp. redakcji). Droga Redakcjo Kwartalnika Prowincja! Dzisiaj otrzymałem książkę „Dziennik Żuławski”! Jestem pod wielkim wrażeniem waszej pracy. To bardzo cieszy, że życie niemieckich mennonitów na Żuławach otrzyma teraz zasłużoną uwagę! Cieszę się, że wśród dzisiejszych mieszkańców Żuław stają się coraz bardziej klarowne a także i pozytywne wszystkie połączenia kulturalno-historyczne między nimi a niemieckimi mennonitami i ich działaniem na Żuławach. Chociaż nie do końca rozumiem wstęp do książki, bo jest w języku polskim, czuję jednak, że moja pomoc została przez Państwa bardzo wysoko oceniona. Moje nazwisko jest często wymieniane, w moim przekonaniu, niezasłużenie. Jestem trochę onieśmielony, bo nie uczyniłem nic wielkiego, tylko przekazałem rękopis dziennika Heinricha Dycka, i to tylko przez przypadek, Markowi Stokowskiemu, podczas przyjęcia w szwedzkiej ambasadzie w Rydze. Marek był właściwie pierwszym człowiekiem, nie mającym pochodzenia mennonickiego, który znał słowo mennonita! Mam nadzieję, że zobaczę go wiosną. Bardzo serdecznie dziękuję, droga Gosiu i Leszku Sarnowski, za wszystko co dokonaliście. Larsjohansson PS. Tytułu „gratialist” używam jako żarcik: „gratialis” oznacza w starych księgach kościelnych żołnierza, który zrzekł się swojej służby albo urzędnika państwowego, który abdykował. To tak jak ja, bo od końca ubiegłego roku jestem na emeryturze i teraz mogę się rozkoszować swoim czasem wolnym, przeznaczając go na poszukiwania śladów mojej rodziny. Agnieszka Rutka-Mapiwodzka malarstwo