Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2015 roku” WOJEWÓOZKAIHIEMI !I81« PUBLItZS* im. Josepha Conrada Korzeniowskiego DZIAŁ REGIONALNY 80-806 Gdańsk, ul. Targ Rakowy 5/6 TT 58 301-48-1 1 w.227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 4 (22) 2015 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski III i IV str. okładki: Formy przestrzenne w Elblągu (fot. Urząd Miejski w Elblągu) Str. IV Forma przestrzenna Magdaleny Abakanowicz (fot. Urząd Miejski w Elblągu) Skład komputerowy i przygotowanie do druku Marcin Żakiewicz Druk: Drukarnia Wydawnictwa „Bernardinum” Sp. z o.o. Pelplin Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(o>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Elżbiecie Domańskiej, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Januszowi Golińskiemu, wójtowi gminy Cedry Wielkie Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OŚ Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo-biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(o>onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta druga „Prowincja”..............................................5 Poezja Alfred Kohn............................................................6 Małgorzata Wątor.......................................................8 Zaza Wilczewska........................................................9 Wojciech Pelc.........................................................11 Proza Andrzej Grzyb - Guzik.................................................13 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy......................................18 Tożsamość Józef Borzyszkowski - „Co dzień Polak narodowi służy”. Testament do wypełnienia............................................24 Cezary Obracht-Prondzyński - Współczesna tożsamości żuławska.............31 Tomasz Gliniecki - O nowej narracji w opowiadaniu o przeszłości lokalnej.37 Grzegorz Gola - Obrazki żuławskie.....................................42 Cezary Oleczek - Żywa legenda Prus Wschodnich.........................47 Andrzej Kasperek - Przebaczamy i prosimy o przebaczenie...............54 Wędrówki po prowincji Arkadiusz Wełniak - Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe......65 Andrzej Kasperek - I Kongres Żuławski.................................76 Marta Chmielińska-Jamroz - Madonna malborska..........................80 Marta Chmielińska-Jamroz - Poszukiwania Żelaznego.....................83 Dominika Lewicka-Klucznik - Festiwal Wielorzecze......................88 Teodor Sejka - Barcice na „Nieprzetartym Szlaku”......................94 Wiesław Olszewski - Nowy szlak kajakowy przez Żuławy.....................101 Na tropach historii Jan Chłosta - Polacy w Prusach Wschodnich................................107 Tomasz Jagielski - Max Halbe - 150 rocznica urodzin dramatopisarza z Koźlin.......................................113 Janusz Namenanik - Pewna książka telefoniczna...........................115 Adam Langowski - Sztumska historia pocztowa (1945-1980).................119 Bogumił Wiśniewski - Wisła żeglugą stała................................128 Sylwia Stankiewicz - Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie...............136 Sylwetki Aleksandra Paprot - „Jestem trzecim Emilem i jestem tutejszy” Wspomnienia Emila Klingenberga, autochtona ze Sztumskiej Wsi..........149 Kamila Thiel-Ornass - Myślistwo to dla mnie rodzinna tradycja Rozmowa z Andrzejem Rozkwitalskim, nestorem sztumskiego myślistwa....158 Stanisława Wojciechowska-Soja - O człowieku, który nie chciał pełzać po ziemi......................................165 Muzyka Wacław Bielecki - Z notatnika melomana...................................174 Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk - 50 lat inspiracji. Formy przestrzenne w Elblągu.....184 Recenzje Justyna Czernicka - Magiczne opowieści..................................190 Janusz Ryszkowski - „Biblioteki Wapłewskiej” debiut wyborny.............192 Andrzej Lubiński - Młodzi badacze Uniwersytetu Gdańskiego...............197 Janusz Ryszkowski - Historia Emila i nie tylko..........................200 Fraszki Anna Szałkowska..........................................................202 List do redakcji W poszukiwaniu rodziny...................................................203 Noty o autorach.........................................................204 DWUDZIESTA DRUGA „PROWINCJA” Grafika Mariusza Stawarskiego otwierająca najnowszy numer naszego kwartalnika, czwarty w tym roku, dwudziesty drugi w ciągu ostatnich pięciu lat, mówi bardzo wiele. To nasz cały świat, o którym można by też powiedzieć: Taka Gmina, gdziekolwiek ona jest na Żuławach i Powiślu, bo tu jest wszystko, i tu się dzieje, jest życie i jest satyra. Tym razem sporo poezji i poza Alfredem Kohnem, sami nowi ludzie, choć z dorobkiem, ale u nas debiutanci - Małgorzata Wątor, Zaza Wilczewska, Wojciech Pelc i z garścią fraszek Anna Szałkowska. Prozaika Andrzeja Grzyba zza kociewskiej miedzy już znamy i polecamy, podobnie jak gdańskiego filozofa Andrzeja C. Leszczyńskiego, który tym razem o psychopatach, psychotykach, trzeciej wojnie światowej, skandalu, bluźnierstwie i grzesznikach. O tożsamości piszemy w zasadzie bez końca, ale tym razem z większym rozmachem, ekumenicznie i wielonarodowo, piórem wybitnych specjalistów - profesorów Józefa Borzysz-kowskiego, Cezarego Obrachta-Prądzyńskiego, a także redaktorów - Tomasza Glinieckiego, Andrzeja Kasperka, Grzegorza Goli i historyka Cezarego Oleczka. Ważny namysł nad historią miejsca, tym co już się zadziało i co jeszcze trzeba zrobić, by czuć się u siebie i pamiętać. Szukamy swego miejsca, a inni jak Annemerie Dorsett z Brazylii, w towarzystwie Arkadiusza Wełniaka szuka swych korzeni pod Dzierzgoniem, Sztumem i na Żuławach. Z kolei Marta Chmielińska-Jamroz towarzyszy poszukiwaniom pochówku „Żelaznego”, jednego z Żołnierzy Wyklętych, a także obserwuje dla nas odtwarzanie malborskiej Madonny. Teodor Sejka wspomina harcerskie czasy w Barcicach, a Dominika Lewicka-Klucznik relacjonuje Festiwal Wielorzecze w Elblągu, także z udziałem naszego kwartalnika. Historyczne wątki tym razem o żegludze wiślanej, Związku Polaków w Niemczech, poczcie, szkole, książce telefonicznej i nieznanym dramatopisarzu z Żuław, a piszą o tym: Jan Chłosta, Adam Langowski, Tomasz Jagielski, Janusz Namenanik, Bogumił Wiśniewski i Sylwia Stankiewicz. O wyjątkowych postaciach naszej prowincji - o autochtonie, myśliwym i przedsiębiorcy piszą Aleksandra Paprot, Kamila Thiel-Ornass i Stanisława Wojciechowska-Soja. W muzyczną podróż po raz kolejny zabierze nas Wacław Bielecki, a Jarosław Denisiuk przypomni wyjątkowe wydarzenie sprzed pięćdziesięciu lat, czyli Biennale Form Przestrzennych w Elblągu. Do części Czytelników nasza „Prowincja” dotrze jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, do pozostałych już w Nowym Roku. Wszystkim jednak Państwu życzymy radosnych świąt, rodzinnych, refleksyjnych, pełnych bliskich ludzi i gadających zwierząt. Życzymy też dobrego przyszłego roku, optymistycznego, spełniającego wszelkie życzenia, te małe i te duże, pełnego miłości, dobrej nadziei, spolegliwych ludzi, otwartych serc, dobrych książek, muzyki, poezji i ciekawych spotkań z „Prowincją”. Redakcja Poezja Alfred Kohn *** szukałem Ciebie Panie na ołtarzach przepysznych świątyń w księgach mądrości o złoconych grzbietach w słowach złotoustych proroków uczonych w Piśmie a odnalazłem w płaczu dziecka w uśmiechu matki w barwach motyla w poranku wstającego dnia żeby zaczerpnąć wody nie trzeba przechodzić na drugą stronę strumienia Poezja 7 kiedy umierał ojciec matka posłała mnie po księdza była niedziela mroźny grudniowy poranek w kościele trwała msza ksiądz mówił o miłości o dobroci o przebaczaniu anioł na skrzydłach unosił świątynię do nieba po mszy poszedłem spełnić wolę matki - za chwilę mam śniadanie potem będę zajęty przyjdę jutro - usłyszałem po raz pierwszy ujrzałem szatana o anielskiej twarzy jego widok prześladuje mnie od 30 lat kiedy wróciłem do domu Ojciec przywitał mnie w drzwiach poczułem oddech Pana Boga Poezja Małgorzata Wątor NA PUSTYNI Nad kartoflanym Brzegiem Bałtyku Piliśmy Machandla1 Łamiąc raz po raz Maszty na szczęście Zagryzając gorzką Śliwką węgierką. Piach budował Odciski w butach; Więc je zdjęliśmy. Siedzieliśmy wolni i szczęśliwi, Pełni. Niczym ta Bursztynowa woda. Powietrze grało Nam na twarzy. Brat męża wciskał Muzykę w klawisze Na badonii2 A mąż wtórował Mu śpiewem. Położyłam się Na tej pustyni. Patrzyłam w chmury I zgadywałam jakie Zwierzęta przypominają Robię tak dalej. Bez względu na wiek. 1 Wódka żuławska - „Jałowcówka”. 2 Instrument przypominający akordeon. Poezja 9 Zaza Wilczewska „A SŁOWO STAŁO SIĘ CIAŁEM I ZAMIESZKAŁO MIĘDZY NAMI” rzeczy nieopisane nie istnieją zaistnieją w świetle słowa gdy słowo i rzecz przywiążą się do siebie stają się jednością słowa są wierne nie zdradzają rzeczy chociaż niejednakowo wierne słowo które znajduje sedno rzeczy jest jak chłeb czy człowiek może być słowem słowa wydobywają na światło duszę z czego zbudowana jest dusza co tam jest w jej środku niezmierzona praca słów w nas i między nami otwiera przestrzeń zanurzona w słowach idę w pochodzie Historii z Betlejemskiej Nocy ARTYSTA I MOTYLE artysta zdobył zdaje się sześćdziesiąt tysięcy motyli i wpuścił w przestrzeń Tatę Modern zwiedzający mieli okazję spotkać kolorową chmarę żywych organizmów na ringu sztuki motyle obijały się o ludzkie ciała miłośnicy sztuki chcący niechcący zderzając się z pięknymi dziełami natury uśmiercali je czy ilość uśmierconych motyli w londyńskiej galerii sztuki została podana do publicznej wiadomości 10 Poezja MÓWISZ: „TO NIE TAK” o co Tobie tak naprawdę chodzi Panie zmartwychwstałeś i po co ten skandal z przyjęciem postaci sługi: uniżoność i bezbronność niehołdowanie władzy liczy się niemoc nie przemoc nie tyle prawda co dobro nie sukces a pokora miłość do i dla innych zwłaszcza słabych i wykluczonych odrzucamy Twoją logikę porażki bo chcemy być po stronie zwycięzców żądni prestiżu uznania bogactwa boimy się KRZYŻA Cieślo z Nazaretu - TWOJE SŁOWA to najtrudniejsza z nauk w Twoich oczach wygrywa przegrana w oczach świata Poezja 11 Wojciech Pelc ZIEMIE ODZYSKANE NIE OBCHODZĄ URODZIN powroty marnotrawne w takich warunkach są mroźne, szczególnie, gdy już nikt nie pamięta syna, a dom, który za chwilę ma stać się rodzinnym wychował naszych morderców. w centrali miejsca maja po kilka nazw i rozpuszczone korzenie, tożsamość co roku wzbogaca jesienną ściółkę, wpływa do rzek, jest wiekowo podpiwniczona. lecz tutaj z każdej dziury wyłazi historia i patrzy na nas dość krzywo, dlatego nie liczymy czasu od dat, tylko od miejsc niesprawiedliwych i do kolejnych powrotów. MOJE SCHODY RODZINNE w naszym poniemieckim mieszkaniu pokoje znajdowały się na różnych poziomach, do każdego prowadziły schody, a do babcinego jeszcze dwa. strych był ciemny i pokusą, szczególnie za przepierzeniami, które tata wykonał z wielką starannością, tak jak sznurkowy system do zapalania świateł, pamiętam radio z ogromnymi pokrętłami oraz ocynkowane wiadro w najbardziej ustronnym z miejsc (jakoś zawsze kojarzę to z video clipem zespołu Queen). pod schodami składałem stare gazety i inne szpargały, tam też z siostrą znaleźliśmy blaszaną miseczkę, po oczyszczeniu okazała się biała, z napisami, flagą i swastyką na dnie, przed naszym poniemieckim mieszkaniem widziałem, jak z kamiennego schodka mężczyzna sikał na ziemię, chyba był pijany. 12 Poezja W STARYCH CEGLANYCH KOŚCIÓŁKACH w starych ceglanych kościółkach Bóg wydaje się młodszy i bardziej rześki (to chyba on przed chwilą zapalał świecę) a my jemu bliżsi jakby chronologia zdarzeń nagle przestała istnieć jakbyśmy urodzili się wczoraj a dzieciństwo zamieniono w rząd ławek w których zasiadać będziemy dopiero od jutra z każdym dniem dalej od głównego ołtarza w starych ceglanych kościółkach światło i cień nie rzucają pod nogi granic tańczą stroją nieśpieszne miny albo włóczą się leniwie miedzy amboną a prezbiterium wyrzeźbioną w kamieniu chrzcielnicą a z lekka topornie ociosanymi daszkami kolejnych stacyjek drogi krzyżowej i w końcu nie wiesz które jest dobrem które złem za którym podążyć któremu odpuścić lecz wiesz że to wyjątkowo twoje misterium w ceglanych wieżach ceglanych kościółków kapłani zamykają miejscową noc wypuszczają ją wieczorami a ona w zamian kotwiczy w koronach drzew na dachach domostw zawisa na liniach i falach telefonów i jak opuszczona powieka Chrystusa rysuje krótki margines odwieczne prawo do ułomności do bycia rozgrzeszanym nawet wiara nie ma tu nic na czym mogłaby tak solidnie się oprzeć liczą się tylko cuda z pierwszej ręki Proza Andrzej Grzyb GUZIK - Cześć. Ja mam dzisiaj urodziny. Wiesz. - Wiem. - No to musisz opowiedzieć mi bajkę, pamiętasz, kiedyś obiecałeś. Dzisiaj jest szczególnie dobry dzień na twoją bajkę. Bajkę, której jeszcze nie słyszałam. Jeśli bajka nie będzie dobra, to nie dostaniesz ani kawałeczka tortu, a jest czekoladowy. No, nie wiem, czy obiecałem, ale Lena powiedziała to tak szybko, że połowy słów mu-siałem się domyślić, robiąc przy tym tak słodko proszącą minę, że nie mam wyjścia. Na początku naszego XXI wieku sześciolatki łby urywają hydrom w Internecie. - Guzik znalazł się. - Nie. - Guzik znalazł Kubę. - Nie. - Kuba znalazł guzik. - Tak. Proszę dalej. Nie ja rozpocząłem tę opowieść, lecz Lena, rezolutna, niecierpliwa, jak poinformowała gości, wie to dobrze od mamy, od godziny jedenastej czterdzieści pięć sześciolatka. Zabrzęczały talerzyki, rozdzwoniły się łyżeczki, zabulgotała cola i oranżada. Nad urodzinowym stołem uniósł się orzeźwiający zapach świeżo zaparzonej kawy. Kuba znalazł guzik miedzy drogą a nasypem kolejowym, kilometr od Kalisk w kierunku Cisa. Najpewniej guzik ten, mosiężny ze skrzyżowanymi młotkami, guzik z górniczego munduru zgubiono w roku 1872, bo wtedy właśnie budowano linie kolejową Chojnice - Starogard, fragment pruskiej kolei wschodniej. Jeśli tak, to nim Kuba go znalazł w przydrożnym piachu, upłynęło 143 łat. Kolej wschodniopruska połączyła Berlin z Królewcem nie po to, żeby graf Podewils mógł dostarczać gęsi pomorskie do Berlina i Królewca, a przy okazji do Gdańska, ale po to, żeby kiedy trzeba będzie, przerzucić armie lub dwie do Prus Wschodnich, co potem okazało się użyteczne nie tylko pod Tannenbergiem. Czytając artykuły historyczne w przewodnikach i Internecie, trzeba mieć się na baczności, sporo tam fantazjowania i chaosu, więcej nieprawdy niż prawdy. Guzik górniczy miał trafić do muzeum, ale trafił do mojej szuflady, bo muzeum nie było zainteresowane. Z ciekawości, która wcale nie jest drogą do piekła, powierzchownie raczej i niepewnie, posługując się książkową i internetową wiedzą, zbadałem znalezisko Kuby. Guzik jest miedziany, mocno spatynowany, okrągły, wokół uszka na rewersie wytłoczono napis 14 Guzik Extra Fein, na wypukłym awersie dwa górnicze skrzyżowane młotki, perlik po lewej i żelazko po prawej. Średnica guzika dwadzieścia dwa milimetry. Zmyślałem, dukałem, kluczyłem, wiązałem fałszywe węzły i wyobrażałem sobie kawałek czekoladowego tortu, który od brzegów mojego talerzyka odpływa niby czarno ożeglowany kuter. Przy stole mamy ocierały wysmolone czekoladą gęby swoich pociech, wygłaszając uśmiechnięte twierdzenia: moja Zosia będzie lekarzem, mój Jacuś chce być strażakiem. Słuchając tych deklaracji myślałem o wywiadzie, którego udzielił znakomity biochemik, w którym wyznał, że jako dziecię chciał być koniokradem. Czytając ten fragment wywiadu, wyczułem chyba prawdziwą pretensję do życia, że nie spełniło się jego marzenie. Z życiem jest jak z prezentami Gwiazdora, przeważnie są nie takie, o jakich się marzyło. Oczekiwałeś „Daru Pomorza” pod żaglami w butelce, a on przyniósł drewniany parowóz. Przyniósł drewniany parowóz, na całe życie przyniósł parowóz, który nawet kiedy roz-padnie się, zagubi, to jednak zostanie na moje zawsze. Kilka nocy temu do drzwi mojego snu zapukał francuski żołnierz, nie był to wiarus cesarza Napoleona, ale nieszczęsny obrońca Paryża, któremu szrapnel obciął głowę. Trzymana pod pachą głowa pomstowała na cesarza Napoleona III, nieudacznika, napuszonego pawia niegodnego imienia Napoleon, autora wszystkich francuskich nieszczęść, utracjusza, przez pychę którego utracono Alzację i Lotaryngię i zapłacono kontrybucję zjednoczonym na nieszczęście Europy Niemcom, pięć miliardów franków w zlocie. Za część tej niebotycznej kwoty zbudowano Pruską Kolej Wschodnią, a pruski górnik zgubił guzik w roku 1872, w którym zbudowano linię kolejową między Chojnicami a Starogardem, a później Tczewem. Guzik mógł wysypać się z wagonu, którym przewożono tłuczeń pod podkłady kolejowe, co znaczyłoby, że zgubił się w kamieniołomach gdzieś w Sudetach albo też z węglarki z okolic Wałbrzycha, jednej z pierwszych, jakie przejechały nową trasą. W śnie górnik stał kilka kroków dalej w prawie czarnej chmurze pyłu, kręcił wąsa i spluwał, ale nie potwierdził, ani nie zaprzeczył słowom francuskiego żołnierza. Zapewne znał wiele szczegółów z historii swojego guzika, bo gdyby nie chodziło o jego guzik, to po co byłby się tu zjawił. Będąc ledwo co składającym litery w słowa a słowa w zdania dziecięciem, uwielbiałem tajemnice. Dukałem ukradkiem babcine żywoty świętych, które zdawały mi się jedna wielką tajemnicą, tym bardziej, że upstrzone były gwiazdkami, które pod tekstem głównym maczkiem mnożyły wątpliwości co do czasu i miejsca urodzenia, a nawet szczegółów cudów i czynów heroicznych. Uważano mnie za małego heretyka, bowiem barwnie zmyślałem nie tylko w miejscach oznaczonych gwiazdkami. Mnożyłem smoki, strzały miecze, lwy zamieniałem w potulne koty. Wydarzenia, w których nic nieomal nie było szczególnego, przemieniałem w pokręcone, straszne historie. Na babcine lamenty kraszone pytaniem, co z tego lontrusa wyrośnie, odpowiadałem pewnie: święty Jerzy. Moja odpowiedź uspokajała Leokadię do czasu następnego jawnego przekroczenia granic przeze mnie. Jeśli było się marzycielem w dzieciństwie, to będzie się marzycielem na starość. Andrzej Grzyb 15 Mimo że odłupywanie węgla na przodku nie należy do zajęć zabawnych, górnicy na przekór śmiertelnemu zagrożeniu skorzy byli do kawałów. Z guzikiem to co innego, ale w zasadzie to samo. Tego dnia z gwarkami na dół zjechał inspektor, żeby sprawdzić, czy chodnik i przodek dobrze są ostemplowane. Kiedy zjechali, inspektor zdjął kurtkę, zawiesił na haku, na którym wieszano górnicze lampki i pukając w stemple, wkładając nos tam, gdzie nikt nie mógł go wcisnąć, zaczął inspekcję. Górnicy poszli na przodek, a jeden z wozaków, widząc mundur wiszący na haku, przywiązał go sznurkiem za guzik do drewnianej obudowy. Kiedy inspektor skończył wtykanie nosa, gdzie tylko się dało, wrócił na początek chodnika i chciał ubrać swoja mundurową kurtkę. Kiedy zdjął ja z haka i wetknął rękę w jeden rękaw, okazało się, że kurtka stawia opór, wtedy lekko szarpnął, a guzik wystrzelił jak z procy i wpadł do wypełnionego węgłem wózka. Inspektor sklął „żartownisiów”, którzy rechotali, obserwując jego walkę z mundurową kurtką ukryci w mroku kopalnianego chodnika - Ta opowiastka, no nie wiem, naciągana. No nie wiem, czy powinnam prosić cię o bajkę. Chciałam sobie i tobie sprawić przyjemność, a chyba sprawiłam przykrość. - Lena zrobiła mądrą minę, może to mówi Ala, mama Leny albo mama Ali Wiesia, które w wieku Leny były też upartymi, rezolutnymi ciemnymi blondynkami. - I księżniczki w niej nie ma. Co za przemądrzałe dziecko, ale tak czy siak to smutne, że nie potrafię ulepić lepiej tego domku z kart, pomyślałem, starając się to, co pomyślałem, wyrazić stosowną miną. W pobliżu nie było lustra, nie mogłem sprawdzić, czy ta przepraszająco smutna mina wypadła dobrze. Ala, mama Leny, uśmiechała się powściągliwie, ani chybi była podobnego zdania co córeczka. Trzeba uważać na to, co się dziecku obiecuje i na to, co się opowiada. No cóż, może lepiej było wymówić się bólem głowy niż brnąć w tę bajkę. Zdecydowanie lepiej byłoby opowiedzieć panience, stosownie do pory roku, o wszechmocnej Pani Wiośnie albo o smokach, które przez miliony lat zwykłych na Ziemi katastrof przemieniły się w jaszczurki i wróble i może za kolejne kilka milionów lat znowu staną się smokami, pod warunkiem, że naszej matki Ziemi w tym czasie szlag nie trafi. Stop, baranie. Pomysł może i niezły, ale język ci parszywieje. Poczułem czyjąś rękę na ramieniu. - Pan wysiada? -Ja w sprawie mostu kolejowego... na Wiśle... w Tczewie. -Jest pan w pociągu w Warszawie. - Taaak - odpowiedziałem, rozpoznając czapkę konduktora, przez mgnienie myśląc o alokacji nie kapitałów a ludzi z urzędniczej rubryki żywy do martwy, albo z rubryki winien do rubryki zapłacił, ze snu brutalnie natychmiast w rzeczywistość przeniesiony. Między palcami tkwił spory srebrny guzik mojej marynarki. Tak bardzo chciałem w śnie posiąść srebrny guzik z munduru nadsztygara, że osiągnąłem cel. Sprawdziłem guziki mojej marynarki. Tak. Z przodu trzy i czwarty w garści. Mój Boże, to będzie wyglądało komicznie, 16 Guzik pomyślałem. Granatowa wełniana marynarka, imitująca mundur kapitana żeglugi wielkiej, z trzema guzikami i dziurą po czwartym. Biała koszula, stonowany krawat i brak guzika. Nie, tak się nie mogę pokazać. Nie ma nitki, nie ma igły, ratunku nie ma. Katastrofa. Jest wyjście, oczywiście, że jest. Doznałem olśnienia jak sztubak na egzaminie. Pociąg powrotny za trzydzieści minut, a jutro zadzwonię do ministerstwa, że miałem w drodze wypadek, przykry wypadek i musiałem zawrócić. Nie było rady, taki pech, taki los, takie nieszczęście. Na peronie ochłonąłem. Stop. Nie wsiadłem do powrotnego pociągu, kalkulując mniej więcej tak: w wielkim mieście żyje wielu ludzi, w tym co najmniej kilku krawców, a lepiej się spóźnić niż nie zjawić się wcale. Dzieci bawiły się nieskrępowane. Na stole, wokół stołu, pod stołem, w korytarzu, w kuchni i w sypialni. Mówiły albo raczej Krzyczały jednocześnie, tak, że wydawało się, że mówią w sobie tylko znanym języku. Trzymały to, co swoje, kurczowo, pragnąc tego, co ma kuzynka albo kolega. Śmiały się i płakały bez skrępowania i powodu. Niepyszny ciągnę opowieść dalej. Następnej nocy w moim śnie pojawiła się księżna Sisi, może dlatego, że Lena miała rację, twierdząc, że baśń nie jest baśnią, jeśli nie pojawi się w niej księżniczka, nawet wtedy, kiedy baśń zwykła jest, czarna jak węgiel i niepokojąco prawdziwa. A może było tak: Książę pszczyński Henryk, który pośród innych dóbr miał kilka kopalni węgla, kupił następną. W towarzystwie żony, pięknej jak Najświętsza Panienka, księżnej Sisi przyjechał zobaczyć nabytek. Ponieważ sztygar miał żołnierskie nawyki, ustawił z górników szpaler, sprawdził buty, mundury, gęby, czy ogolone, i czapki. Pokrzykiwał, pienił się i złorzeczył, twierdząc, że takiej zgrai łazęgów świat nie widział. I byłby tę zbieraninę do porządku doprowadził, gdyby książę z księżną nie przyjechał przed wyznaczonym czasem. Szedł więc o dwa kroki za księżną i księciem nadęty jak paw, purpurowy z wstydu, a z oczu gniewne błyskawice mu się sypały. No bo ten tam się zgarbił, inny nos w sznaptuch tarł, a temu, no nie, guzik na piersi dynda niby wahadło zegarowe, książę patrzy uważnie, a księżna zerka na ten szpaler, mój Boże, katastrofa. A było już ledwo kilka kroków do honorowej trybuny, na która książę, by przemówić, miał wstąpić, gdy posapujący jak czajnik, wściekły sztygar zagotował się. Podszedł do biedaka, któremu jak wahadło zegarowe dyndał guzik, złapał nieszczęsny dowód niechlujstwa, urwał go i cisnął między kęsy węgla spoczywające na hałdzie. Dostrzegła to księżna. Kiedy przemowy skończyły się, księżna podeszła do sponiewieranego nieszczęśnika i prosząc sztygara o guzik z jego munduru (musiał go oderwać z własnego munduru), dała go zaskoczonemu gwarkowi, dodając do tego srebrną markę. (Gdyby wśród gości był Stendhal, to poświęciłby urodzie księżnej Sisi kilkanaście zdań, a może nawet powieść, ale Stendhala nie było już pośród żywych. Księżna Sisi uśmiechnęłaby się do pana Boyle, nie licząc na kilkanaście zdań hołdu należnego jej urodzie, lecz wrodzonej uprzejmości, zauważając pod mazidłami i pudrem trudne do ukrycia symptomy francuskiej choroby.) - Przyszyłabym, ale nie mam igły - usprawiedliwiła się i uśmiechnięta dogoniła towarzystwo. Andrzej Grzyb 17 Nim cale towarzystwo wyruszyłoby na bankiet, po którym miało odbyć się polowanie. (Gdyby wśród gości był Balzak, ale i on poszedł w zaświaty, to widząc poczynania austriackiego kaprala-sztygara, zrezygnowałby z ironii i opisał go, przedstawiając jako jeszcze nieukształtowanego do końca potwora. Spytałby: Przepraszam, jak ten człowiek ma na imię. Adolf, Adolf, mówi pan, Adolf to brzmi groźnie. Źli ludzie, jeśli rodzą się jeszcze raz, to zawsze na większe, niewyobrażalne nieszczęście bliźnich. Ten człowiek ma złe imię, z takim imieniem kariery nie zrobi. Adolf usłyszał to, co powiedział Balzak i patrząc przez ramię wzrokiem bazyliszka, odparł przez zaciśnięte zęby: To się zobaczy. -Jedynym ratunkiem dla tego człowieka jest wmówienie samemu sobie i innym, że nie żył nigdy i żyć nie będzie - dodał Stendhal.) Po księciu Henryku nie pozostało zbyt wiele, odbudowany zamek, kilka rzeczy osobistych, które można by zmieścić w tekturowym pudełku po butach i kilka zdań w przewodnikach i Internecie. Po księżnej Sisi, porzuconej przez męża, zmarłej w samotności, pozostało jeszcze mniej. Węgiel z guzikiem naładowano na kolejowy wagon i wyprawiono w podróż do Gdańska, a guzik z wagonu między Kaliskami a Cisem wypadł. Kiedyś, ładnych kila lat temu, trafiłem na wystawę fiołów, zbieraczy kamyków, guzików, znaczków, etykiet, łyżeczek do herbaty i Bóg wie czego. Rozejrzałem się trochę, uśmiechnąłem, ukłoniłem, rękę tą i ową ścisnąłem i usunąłem się na świeże powietrze. Ćmiąc papierosa, przypomniałem sobie, że dawno temu jako uczeń szkoły podstawowej zbierałem guziki perłowe, kościane i metalowe, a także znaczki pocztowe. Miałem całkiem nielichą kolekcję, ale nie pamiętam, co się z nią stało. Gdzie i kiedy przepadła. Stałem tak przed muzeum, ćmiłem papierosa i dziwiłem się samemu sobie. - To nie jest dobra bajka, zbyt dorosła jest ta bajka, niewiele z niej zrozumiałam, ale się nie martw. Kawałek czekoladowego tortu dostaniesz. - Dziękuję - mówię i jem. Smaczny ten urodzinowy tort czekoladowy. Sporo bym stracił, gdybym łaskawie nie został poczęstowany. Jem i dumam, co ta mała jeszcze wymyśli. Długo nie musiałem czekać. - Wiesz co wujku, który opowiada chyba niedobre bajki, których nie rozumiem, musisz mi tę bajkę napisać. Kiedy dorosnę, to ja przeczytam i powiem ci, czy jest dobra. Zrób tak, proszę. Zrób, ja bardzo proszę, żebyś tak zrobił. A teraz mam guzik od Kuby, baśń o guziku i sny, w których Lena bardzo prosi o bajkę i smak czekoladowego tortu. Przeczytała tę opowieść Lena, Ala, mama Leny, Sebastian, tata Leny, Kuba, jego żona Monika, jego córka Julka, jego syn Kacper, i Mateusz, i żona Mateusza i dzieci Mateusza. Autor, po odpowiedniej dawce Kundery, jest zadowolony, bo ma więcej niż dziesięciu czytelników i lekko naciągając regułę dziesięciu znajomych, może mieć nadzieję, że czytają mnie wszyscy umiejący czytać na świecie. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY PSYCHOTYCY, PSYCHOPACI Thomas Szasz odróżniał chorobę fizyczną od psychicznej mówiąc, że chorobę fizyczną się ma, chorym psychicznie się jest. Jakie schorzenia można określić mianem choroby psychicznej, to przedmiot dyskusji i sporów. Z pewnością taką chorobą jest psychoza. Utrata zdolności odróżniania tego, co jest „naprawdę” i tego, co jest „grą”, „wyobraźnią”, czymś „na niby”. Zatarcie granicy między „snem” i „jawą”. Urwanie kontaktu z realnym światem i zanurzenie się w świecie wyobrażonym, wytworzonym przez chory umysł. Strasznym - absurdalnym, wywracającym na opak wszystko to, co wcześniej uchodziło za rzeczywiste. Antoni Kępiński pisał o psychotykach jako ludziach więcej czujących, inaczej rozumiejących i bardziej cierpiących. Są niesieni „wartkim prądem omamów, urojeń, dziwacznych doznań, gwałtownych uczuć”. Rozbicie dotychczasowego świata przepełnia ich niewyobrażalnym lękiem. Kępiński odwoływał się do drastycznej metafory: „Zarówno przebywanie w obozie koncentracyjnym, jak schizofrenia są przeżyciami przekraczającymi granice ludzkiej wytrzymałości”. Budował wizję psychiatrii egzystencjalnej, pojmującej człowieka jako całość psychosomatyczną; psychiatrii opartej na takiej relacji między psychiatrą i pacjentem, w której ważniejsza od technicznej sztuki leczenia jest bliskość osobowa - empatia, rozmowa. Jeśli potoczne rozumienie dobroci wiąże się z wrażliwością (odbieraniem bodźców), empatią (zdolnością współodczuwania) i allocentryzmem (ukierunkowaniem na innego) - to psychopata jest zaprzeczeniem tak określonych cech. Kazimierz Dąbrowski określał psychopatę mianem istoty gruboskórnej i przeciwstawiał go nadwrażliwemu neurotykowi. Psychoza ma w sobie coś „wzniosłego” (Kępiński), psychopatia to stan niski i prymitywny. Typ psychopatyczny - samolubny, roszczeniowy, reagujący agresją na sytuacje trudne, niegrzeczny w kontaktach; nie trzeba zbytnio się starać, by spotkać osoby z podobnymi objawami. Psychopatia nie jest chorobą w rozumieniu klinicznym. To stan osobowości ludzi funkcjonujących publicznie, konsekwentnych w dążeniu do celu, odnoszących sukcesy zawodowe, nie ulegających odruchom serca ani dylematom intelektualnym. Ich poetycki szkic kreśli Wisława Szymborska (Wszystko): Są tacy, którzy sprawniej wykonują życie. Mają w sobie i wokół siebie porządek. Na wszystko sposób i słuszną odpowiedź. [■■■] Przybijają pieczątki do jedynych prawd, wrzucają do niszczarekfakty niepotrzebne, a osoby nieznane do z góry przeznaczonych im segregatorów. Myślą tyle, co warto, ani chwili dłużej, bo za tą chwilą czai się wątpliwość. Andrzej C. Leszczyński 19 Bywa, że psychopaci ze skłonnościami sadystycznymi kierują instytucjami, uczą studentów, wychowują dzieci cudze i własne, tworzą wybitne dzieła sztuki. Bywa, że pracują w szpitalach psychiatrycznych. Pacjenci jednego z oddziałów szpitala w Starogardzie Gdańskim byli zastraszani, poniżani, kopani, wiązani, faszerowani zawyżonymi dawkami psychotropów, po których „poruszali się jak zombi” (określenie jednej z byłych pacjentek). Ordynator oddziału szydziła ze swych nieporadnych ofiar, kazała ich wiązać. Co szczególne, miejscowa prokuratura nie znalazła podstaw do oskarżenia kogokolwiek, śledztwo trwało pięć lat. - Myślę, że ta doktor była chora psychicznie bardziej niż my, tylko dlaczego nikt tego nie zauważył - mówi była pacjentka szpitala. Znów przydatna okazała się metafora, jakiej użył Antoni Kępiński. Prof. Katarzyna Popiołek mówi o młodych (13-18 lat) pacjentach starogardzkiego szpitala: „Te dzieci trafiły do piekła, przecież to był obóz koncentracyjny”. O piekle mówili też wychowankowie zabrzańskiego ośrodka Sióstr Boromeuszek, wspominając szczególnie gorliwą służkę Belzebuba, siostrę Bernadettę (ośrodek ten, na mocy decyzji zarządu kongregacji sióstr boromeuszek w Trzebnicy, został zamknięty). TRWA OD DAWNA Skąd przyszło mi do głowy by zapisywać pojawiające się w mediach wypowiedzi na temat trzeciej wojny światowej, nie wiem. Pierwsza, którą zanotowałem (były zapewne wcześniejsze), pochodzi z roku 2002. W „Odrze” o trwającej właśnie III światowej wojnie mówił podczas spotkania z historykiem Bronisławem Geremkiem filozof Adam Chmielewski, interpretując ją jako krucjatę tzw. cywilizowanego świata. Profesor Geremek uspokajał profesora Chmielewskiego, ale jak gdyby bez przekonania; wojna jest, mówi, ale nie światowa, toczy ją Ameryka ze strukturą Al-Kaidy, która chce upodobnić świat do antystruktury, czyli do chaosu na wzór diagnoz Thomasa Hobbesa. Dwa lata później znalazłem utrzymaną w podobnym tonie wypowiedź Jacka Bocheńskiego w „Gazecie Wyborczej”: Coraz częstsze zamachy terrorystyczne wywołują we mnie takie wrażenie, jakby od pewnego czasu trwała wojna światowa, z której świat nie zdaje sobie jeszcze sprawy, a jeśli nawet, to boi się do tego przyznać. Obecna wojna różni się od wszystkich poprzednich. Jest chaotyczna i przeraźliwsza od tamtych wskutek skrajnego absurdu. Nie wiadomo dokładnie, kiedy się zaczęła ani kto właściwie z kim wałczy [...]. W 2005 roku Piotr Zychowicz w „Rzeczpospolitej” pisał o trwającej wojnie, która dotyczy: każdego państwa na globie, niezależnie od systemu politycznego, położenia, religii dominującej czy stosunku do USA. Arabia Saudyjska, Indonezja, Hiszpania, Turcja, Kuwejt, Indie, Maroko, Filipiny, Kenia, Bangladesz, Jemen, Kolumbia, Rosja, Pakistan, Afganistan - to tylko niektóre miejsca, w których zaatakowali terroryści podczas ostatnich trzech lat. Kolejne wypowiedzi pochodzą z roku 2014. „Plus Minus”, dodatek do „Rzeczpospolitej”, wybija na okładce temat numeru: Trzecia już trwa. By nie było wątpliwości, dopowiada: Sto lat po wybuchu I wojny światowej znów jesteśmy na froncie. Co prawda w główniaku pióra Marka Magierowskiego (Dziwna wojna) czytamy, że cechą charakterystyczną trzeciej wojny światowej jest rozbicie jej na trzy wojny lokalne (Ukraina, Strefa Gazy, Syria i Irak), oraz to, że w żadnej z nich nie ma niczego, co przypominałoby „front” - istotne 20 Okruchy jest to, że właśnie trwa. Znakomity reżyser Andriej Michałków-Konczałowski stwierdza niedługo późnej (również w „Rzepie”): Trzecia wojna światowa już się zaczęła - między globalizmem, bogactwem a pięcioma miliardami ludzi, którzy cierpią. Paweł Marczewski w „Tygodniku Powszechnym (Jak przegapić wybuch III wojny światowej) twierdzi, że nowa wojna zacznie się od rozrastających się stref całkowitego chaosu. Chaos jest groźniejszy od tyranii: walczą ze sobą rozmaici watażkowie, mordują się nawzajem, różne grupy wyznaniowe albo po prostu znika państwa, a ludzie rzucają się sobie do gardeł...”. Krwawy chaos - a z drugiej strony ekonomia, sklepowe półki. Jedno z drugim prawie nigdy się nie spotyka; niewykluczone więc, konkluduje Marczewski, że trzecia wojna światowa już się rozpoczęła, a my nawet tego nie zauważyliśmy. Odmienny pogląd dotyczący numeracji wyraził Andriej Iłłarionow, były doradca Władimira Putina, podczas wystąpienia na sesji Zgromadzenia Parlamentarnego NATO w Wilnie (31. 05. 2014). Pytał, czy grozi nam czwarta wojna światowa - Rosja kontra reszta świata - bo trzecią mamy za sobą (była nią tzw. zimna wojna). I jeszcze Gunter Grass w grudniu 2014 roku odnotowuje rozpoczęcie III wojny światowej: jest to wojna o podział światowych zasobów. W 2015 roku zanotowałem dwie wypowiedzi. Prof. Piotr Balcerowicz - orientalista i kulturoznawca - mówi w lipcowej „Polska. The Times” o pierwszej rocznicy powstania Państwa Islamskiego. Jest to rocznica smutna: wyznacza jeden z najbardziej niebezpiecznych okresów od zakończenia II wojny światowej. Określiłbym go mianem pełzającej III wojny światowej. Miriam Shaded z fundacji Estera - podobnie - przekonuje, że trzecią wojnę wywołał atakujący chrześcijaństwo islam. Być może opinie o toczącej się już wojnie są świadectwem maniery publicystycznej, może też chęci zwrócenia na siebie uwagi. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z czymś rzeczywistym, od czego odwraca się oczy. Z mechanizmem obronnym każącym unieważniać doświadczenie stanów złowrogich, uznawać ich ledwie teoretyczną możliwość i sytuować w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jezus w Ewangelii Tomasza mówi uczniom: „To, na co czekacie, nadeszło, ale nie rozpoznajecie go”. Nierozpoznawanie może dotyczyć wszystkiego, na przykład końca świata. Ten koniec już trwa, pisze Czesław Miłosz (Piosenka): wyrok zapadł i jest egzekwowany, jego orzeczenie „staje się już” na naszych oczach, choć sądu nie awizowały „archanielskie trąby”. Jednak nikt, poza siwym staruszkiem przewiązującym pomidory - nie potrafi? nie chce? - tego dostrzec. Podobnie jest z umieraniem: zaczyna się w momencie narodzin, pisał Samuel Becket w Czekając na Godota („kobiety rodzą nad grobem”). Albo z czyśćcem - przecież codzienna ziemska egzystencja to nic innego, jak właśnie czyściec, sądzi wielu melancholików. I tylko poetka może być pewna trwałości istnienia: Z łuku marzeń wiję kosz miłości dla Ciebie Dzisiaj jutro I po trzeciej wojnie światowej. (Elżbieta Adamska-Mohos, Bez kursu). Andrzej C. Leszczyński 21 O SKANDALU, BLUŹNIERSTWIE I KILKU INNYCH POJĘCIACH Nie chodzi mi o konkretne zjawiska, o jakich donoszą czasami media nazywając je skandalicznymi, bluźnierczymi itp. Wolę wyjść od czegoś, co nazywa się prawdomównością języka. Od uchwycenia jego znaczeń pierwotnych, które dopiero z czasem ulegały semantycznym przeobrażeniom. Dobrze jest pogrzebać w etymologii pojęć i opisać zawarte tam treści. Skandal. W znaczeniu pierwotnym (gr. skandalem, łac. scandalum) słowo to nacechowane jest negatywnie i mówi o występku, czynie przynoszącym wstyd, zgorszenie, oburzenie. Jednak już we francuskim scandaliser słychać pewną niejednoznaczność, szczególnie wyraźną w obszarze sztuki. Mowa tu nie tylko o wywoływaniu zgorszenia, lecz i o tym, że zgorszenie to wywoływane bywa intencjonalnie. Że skandal to narzędzie służące do osiągania celu, jakim jest wprowadzanie do kultury - martwej, która wyczerpała swe możliwości i trawi już tylko samą siebie - nowej, żywej aksjologii. Skandal jest prowokacją, czyli inspiracją, wezwaniem do zabrania głosu (próvocatió). To artystyczne i estetyczne drażnienie, widoczne na przykład u Witkacego w lubowaniu się perwersją. Perwersję pojmuje się dziś jako wyuzdanie, wynaturzenie, zepsucie, co może jakoś wiąże się z łacińskim perwerse (odwrotnie, przewrotnie). Warto jednak pamiętać, że wyrażenie wcześniejsze od perverse - pervestigdtió - mówi o szperaniu, dociekaniu, badaniu. Taki użytek czyni z perwersji Witkacy, gdy drażniąc - bada stan i wytrzymałość kultury, o której sądzi, że zużyła się doszczętnie, zmumifikowała, przeżyła już samą siebie. Pisze w Szkicach estetycznych: „artystyczna perwersją to jedyna forma, w jakiej ginąca dawna ludzkość zaznacza w pewien sposób tragedię swego końca”. Skandal - bywa, że w sposób perwersyjny - kontestuje tradycję na rzecz wyobraźni i świadomości żywej, wyrażającej problemy palące dziś, współcześnie. Aldona Jawłowska {Drogi kontrkultury) zwraca uwagę na znamienną ewolucję, jaką przeszedł termin „kontestacja”. Pierwotny, łaciński jego sens łączył się z potwierdzeniem {contestor, contestari), odwołaniem się do wyższej instancji. Francuskie contestation to już tylko zakwestionowanie, negacja. Dzisiejsze rozumienie kontestacji wiąże w sobie obydwa wcześniejsze sensy: to zaprzeczenie będące jednocześnie potwierdzeniem wartości, w imieniu których się zaprzecza. Ożywczej roli skandalu nikt bodaj dziś nie neguje. Poprzez skandal weszły do kultury takie wypowiedzi artystyczne, jak impresjonizm, modernizm, futuryzm, surrealizm czy konceptualizm. Skandal jako zgorszenie. Michał Paweł Markowski dokonuje istotnego rozróżnienia. Zgorszyć to tyle, co [1] oburzyć (tzw. kamień obrazy), albo [2] uczynić kogoś „gorszym”. W pierwszym wypadku możliwe jest gorszenie wartością dotąd nierozpoznaną, gdy przełamuje ona stereotyp albo konwenans (w ten właśnie sposób gorszył faryzeuszy Jezus). Tutaj źródło zgorszenia tkwi w samym gorszącym się. W drugim wypadku chodzi ° gorszenie czymś, co pozbawione jest wartości, czymś fikcyjnym i obliczonym na poklask (wyrażenie ta skandala oznacza w grece sztuczki kuglarskie). Źródło zgorszenia 22 Okruchy tkwi teraz w gorszycielu. Dzisiaj, sądzi Markowski, dominuje nie ten skandal, który „gorszy”, lecz ten, który „czyni gorszym”. Nie odwołuje się on do żadnej „wyższej instancji”, nie odnajduje zapomnianych wartości, ale skupia się na sobie, przede wszystkim na skuteczności marketingowej. Nie jest to zresztą zjawisko nowe - podobnie kreował siebie, a nie wyższe jakieś wartości, Stanisław Przybyszewski, którego tak wspomina Ludwik Krzywicki: [...] o Przybyszewskim rozpuszczano najrozmaitsze plotki, a im plotka była skandaliczniejsza, tym bodaj przyjemniejsza dla Przybyszewskiego. [...] Przybyszewski wiele robił, ażeby o nim chodziły gadki między zwykłymi śmiertelnikami. Fama zaś pomnażała wybryki Przybyszewskiego i przekształcała go w jakąś potęgę demoniczną, uwodzącą młodzież i ją rozpijającą, nadużywającą łatwowierności kobiecej. Wyczulony był na tę dwuznaczność Jerzy Grotowski, kiedy odróżniał profanację i bluźnierstwo. Profanacja jest aktem wrogim, mającym zdeprecjonować, znieważyć symbol religijny. Ma to, co święte (sacrum), wypełnić treścią świecką (profanum). Gajus Tre-batius Testa (prawnik rzymski, uczeń Cycerona) pisał, że sprofanowane są rzeczy, „które ze świętych lub religijnych stały się na powrót własnością ludzi i przez nich są używane”. Bluźnierstwo jest aktem gniewu kogoś, kto odczuwa wyczerpanie się, jałowość, „teatralność” aktów religijnych. Jałowość ta widoczna jest zazwyczaj w instytucjach religijnych, które z samej swej istoty powstrzymują, ograniczają to, co żywe. Instituó to 'przyzwyczaić się', institutió to zarządzenie, postanowienie, porządek. Blużni ten, kto odnosi się do samej świętości i ożywia, restytuuje sacrum. Grotowski: Kiedy myśmy błuź-nili w Teatrze Laboratorium, to przenikał nas święty dreszcz, że to piorun spadnie. Podobnie jak u Mickiewicza, gdzie Bóg jest zrównany z carem, bo «To Coś» na to zasłużyło. To nam zawsze było bliskie. I myśmy drżeli; a profanacja to jest oplucie kogoś lub czegoś świętego. Bluźnierstwo można porównać do przekleństwa, klątwy. Przekleństwo jest czymś innym, niż używane zamiast przecinków wulgaryzmy. Wulgaryzmy są - zgodnie z etymologią (vulgarius) - pospolite i jak gdyby machinalne. Natomiast klątwa wyraża bezsilną rozpacz i zwraca się ku temu, co święte. To miał zapewne na uwadze Mistrz Eckhart, gdy pisał: Deum ipsum ąuis blasphemando, Deum lauda (jeśli ktoś bluźni przeciwko Bogu, to Go chwali). Czesław Miłosz zauważa, że: [...] bardzo znaczna część religijnej sztuki XX wieku to jest bluźnierstwo i świętokradztwo. Dochodzenie do świętości poprzez wykrzykiwanie obelg pod adresem Najwyższego. Chyba nie wszystkim takim próbom Najwyższy błogosławi. Ale może niektórym tak. Nie tak dawno media przyniosły wypowiedź Rowana Williamsa, byłego arcybiskupa Canterbury, czyli anglikańskiego prymasa. Mówił, że przez większość historii ludzkości bluźnierstwo było podstawowym sposobem mówienia tego, co najbardziej kontrowersyjne, co boli. Czy może być coś bardziej transgresywnego od szydzenia czy obrażania wszechmocnego Stworzyciela? Najciekawsze jednak, że w historii religii bluźnierstwo nie zawsze oznaczało atakowanie czy kwestionowanie samej wiary. Swe wystąpienie Rowan zatytułował: Dlaczego religia potrzebuje bluźnierstwa?. Znakomity malarz i nie mniej znakomity teolog Jerzy Nowosielski powtarzał, że niechęć, a bywa, że nienawiść ludzi religijnych do sztuki bierze się stąd, że sztuka jest moralnie podejrzana, przekracza czarnobiałe Andrzej C. Leszczyński 23 opozycje etyczne. Rodzi się bowiem w jądrze tego dziwnego tygla, w którym dokonuje się owa alchemiczna przemiana świadomości zla w dobro, brzydoty w piękno. Sztuka musi być podejrzana, zbawia bowiem piekło. GRZESZNICY Wawrzyniec Rymkiewicz pisze w„Kronosie” (3, 2014) o dwóch rodzajach grzeszników. Pierwsi mają złe intencje, z których wynikają złe czyny. Drudzy czynią zło, uważając się za łudzi szlachetnych i mając (we własnej ocenie) dobre zamiary. W pierwszym wypadku możliwa jest samoświadoma poprawa: zmiana intencji na dobre. Gdy jednak ma się własne intencje za dobre, mimo że owocują fatalnymi czynami, pozostaje bezradność. Uznanie zła za dobro nazywa Rymkiewicz wewnętrznym kłamstwem, wpędzającym w „otchłań, przed którą rozum musi się cofnąć”. Bliskie to, można sądzić, poglądom Sokratesa mówiącego, że dobro jest obiektywne i można je poznać. Jako stan obiektywny pozostaje niezależne od ludzi i bogów (w znanym dialogu pyta Eutyfrona: (...) czy bogowie lubią to, co zbożne, dlatego że jest ono zbożne, czy też ono jest dlatego zbożne, że je bogowie lubią?). Poznanie dobra czyni człowieka dobrym: zło bierze się z niewiedzy bądź wiedzy niepełnej. Tacy właśnie, niezdolni do poznania dobra, są ci, którzy bezzasadnie uważają się za „ludzi szlachetnych”. Natomiast zdolność tę zachowują cynicy („widzą dobro, czynią zło”), grzesznicy świadomi swej niegodziwości. Sokrates, gdyby miał do wyboru pomiędzy nierozgarniętym poczciwcem i inteligentnym, nie zaprzeczającym swej bezecności łajdakiem, wybrałby tego drugiego: może się zmienić. Jak dla mnie, dość to wszystko dwuznaczne. Wołałbym też mówić o stanach moralnych, a nie religijnych; czerpać z terminologii etycznej, nie teologicznej. Jean Delumeau (Poczucie winy w kulturze Zachodu wXIII-XVIII wieku) pisze o rosnącym „nadpoczuciu winy” i o władzy nad wiernymi, jaką utrwalają instytucje kościelne budząc w nich poczucie grzeszności. Wciąż rośnie liczba grzechów grożących wiecznym potępieniem. Szczególną obsesją duchownych stały się grzechy cielesne. Scholastyka wymieniała szesnaście ich rodzajów (od pocałunku do zoofilii); także dzisiaj sfera płciowa wysuwa się na pierwsze miejsce w kaznodziejskich reprymendach. Tożsamość Józef Borzyszkowski „CO DZIEŃ POLAK NARODOWI SŁUŻY”. TESTAMENT DO WYPEŁNIENIA W kontekście tytułowej prawdy przychodzą mi na myśl dwie inne: „Historia magistra vitae est” i „Tylko nauką i pracą narody się bogacą”. Na ostatniej stronie okładki najnowszej, a przecie nie pierwszej i nie ostatniej monografii miasta pt. „Sztum 1806-1945”, jaką popełniliśmy z kol. Markiem Stażewskim, mobilizowani przez Janusza Ryszkowskiego, można rzec także pisarza historycznego, czytamy słowa burmistrza Leszka Tabora: „Ktoś napisał, że historia jest echem przeszłości odbitym przez przyszłość i odblaskiem przyszłości rzuconym w przeszłość. - Myślę, że warto o tym pamiętać, czytając dzieje Sztumu. Zapraszam do lektury pierwszej takiej monografii”. Ja również zachęcam do lektury tej książki, jak i w ogóle do studiowania dzieł historycznych. Powiadamy bowiem, że historia nauczycielką życia, co nie całkiem jest prawdą. Na co dzień bowiem przekonujemy się nieustannie, że nie tylko politycy nie znają, a tym bardziej nie uczą się z historii. Historia bowiem może być nauczycielką życia, ale tylko dla tych, którzy tego zechcą, którzy poważnie ją przestudiują i nie będą powtarzać błędów, czy mnożyć głupoty, niekiedy awanturnictwa, demagogii, znanych nie tylko z przeszłości. Warto też zastanowić się nad życiem, od własnego zaczynając i pamiętając, że życie człowieka to przede wszystkim praca, nauka i praca, bo tylko nauką i pracą narody się bogacą! - To hasło głosili i wcielali w codzienne życie twórcy i bohaterowie najpiękniejszych kart dziejów Sztumu i Powiśla w XIX i I połowie XX wieku, o których pamiętamy, a do ich dorobku, także doświadczeń samorządowych, nawiązujemy, chcąc wszelkiego dobra nie zaprzepaścić, a ponadto ów dorobek naszym wysiłkiem indywidualnym i zbiorowym wzbogacić. Z licznego grona zasłużonych dla regionu i sprawy polskiej w XIX i XX w. obywateli Powiśla, żyjących w duchu hasła „Co dzień Polak Narodowi służy” przywołujemy zwykle za naszymi poprzednikami śp. Teodora Donimirskiego (1805-1884). On to, jako dziedzic Buchwałdu, spokrewniony z Ignacym Łyskowskim (1820-1886), wystąpił, jak mówimy, na arenę dziejową na dobre w okresie niepowtarzalnej Wiosny Ludów. Jako gospodarz i działacz narodowy zasłynął wówczas nie tylko na całym Pomorzu polskim jako jedna z najwybitniejszych postaci w dziejach ziemi sztumskiej. Jako taki znalazł się na kartach historii naszej niby małej a wielkiej ojczyzny pomorskiej. Między innymi prof. Karol Górski w swojej książce „Pomorze wczoraj i dziś”, wydanej we Lwowie w 1934 r. poświęcił mu osobny fragment, podobnie jak I. Łyskowskiemu, czy ks. Stanisławowi Kujotowi - ówcześnie najwybitniejszemu historykowi Pomorza czy Teodorowi Kalkseteinowi, również - podobnie jak T. Donimirski - zwolennikowi i praktykowi pracy organicznej. T. Donimirski był głównym organizatorem powstałej wówczas Ligi Narodowej Polskiej - jej ogniwa powiatowego na Powiślu. W relacji z zebrania założycielskiego, ogłoszonej na łamach „Szkoły Narodowej”, on sam najpewniej napisał między innymi: Józef Borzyszkowski 25 „Bracia! Na dniu dzisiejszym zawiązujemy towarzystwo w celu podciągnięcia polskiej narodowości. Obecnie zawiązujemy bractwo, któremu różnica stanu i wyznań [podkr. J. B J jest obca. Łączący się z nami w toż bractwo są bez wyjątku równymi braćmi, braćmi równych praw i obowiązków (...)”? - Historycy zwracają niekiedy uwagę na podobieństwo między LNP z okresu Wiosny Ludów a ruchem „Solidarności” z lata 1980 roku. Warto dziś zwrócić uwagę na podkreślaną przez Donimirskiego zasadę skupienia w LP Polaków różnych wyznań, co zgodnie ze statutem obejmowało także obywateli pochodzenia żydowskiego. Tak bowiem wtedy pojmowano naród, jego współczesnym odpowiednikiem jest pojęcie „społeczeństwo obywatelskie”. Liga Polska, w której obok T. Donimirskiego, bardzo aktywni byli m.in. A. Sierakowski z Waplewa i T. Kalkstein z Kle-cewa, zabiegała o powstanie i rozwój towarzystw rolniczych w celu podniesienia poziomu gospodarki rolnej, o gospodarność, oszczędność i wzajemną pomoc, także kredytową i socjalną. Propagowane przez Ligę idee demokracji i edukacji, solidarnego współdziałania, były realizowane przez cały okres zaboru. Trwałym i doniosłym osiągnięciem Wiosny Ludów było powołanie w 1848 r. stypendialnego Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Młodzieży Prus Zachodnich z siedzibą w Chełmnie, dzięki któremu z czasem ukształtowała się ważna grupa inteligencji polskiej - liderów społeczności polskiej regionu. Przewodził temu towarzystwu przez lata, jeden z jego głównych organizatorów, Teodor Donimirski.2 Wśród wychowanków TPN znalazł się m.in. Teodor Kiewcz (1934-1903), pochodzący z Żuławki, syn organisty i nauczyciela, organista, nauczyciel muzyki i kompozytor, autor pięknych śpiewników, m.in. profesor Seminarium Nauczycielskiego w Kościerzynie, gdzie uczył śpiewu i muzyki oraz języka polskiego. Był prezesem diecezjalnego Tow. śpiewu św. Cecylii w Pelplinie. Zmarł w Berlinie!3 Wychowankiem TPN był również ks. Józef Mazurowski (1832-1877) urodzony w Białej Górze w rodzinie dzierżawcy, wykształcony w Pelplinie, gdzie po studiach i wikariacie był nauczycielem śpiewu i muzyki w Collegium Marianum oraz prof. liturgiki i śpiewu w seminarium, a od 1870 r. dyrygentem chóru katedralnego. Zasłynął jako pionier i reformator muzyki kościelnej na ziemiach polskich i promotor ruchu cecyliańskiego. Współpracując m.in. z T. Kiewiczem i ks. Szczepanem Kellerem, głównym twórcą „Zbioru pieśni nabożnych katolickich do użytku domowego i kościelnego” (Pelplin 1870 i 1886), opracował i wydał drukowane w Lipsku „Melodye do Zbioru pieśni...” wydane w okresie zaboru 3 razy, a będące po raz czwarty w druku...4 Do stypendystów TPN należał też ks. dr Feliks Rafał Morawski (1833-1893) prof. Collegium Marianum, stryj dra Feliksa ze Sztumu, a także Józef Łęgowski (1852-1930) 1 „Szkoła Narodowa” 1848, nr 27. Cytat za: Pomorze Gdańskie 1807-1850. Wybór źródeł, oprać. Andrzej Bukowski, Wrocław 1958, s. 409-411. Zob. Bożena Osmółska-Piskorska, Pomorskie Towarzystwo Pomocy Naukowej. Pół wieku istnienia i działalności 1848-1898, Toruń 1948. Jego życiorys, autorstwa Jerzego Szewsa, zawiera „Słonik biograficzny Pomorza Nadwiślańskiego . Tamże życiorysy również innych przywoływanych tu postaci. Zob. Ks. Henryk Mross, Słownik biograficzny kapłanów diecezji chełmińskiej wyświęconych w latach 1821-1920, Pelplin 1995. Każdy z zawartych w nim biogramów zawiera bibliografię. „Melodyje wydano w latach 1871, 1886, 1907, a wyd. IV w druku w pelplińskim „Bernardinum”. 26 „Co dzień Polak narodowi służy”. Testament do wypełnienia z Michorowa, prof. gimnazjalny i badacz dziejów kultury Pomorza, zwłaszcza Kociewia i Kaszub, pierwszy kurator okręgu szkolnego pomorskiego w Toruniu w odrodzonej Rzeczypospolitej. - Wszyscy oni na co dzień służyli narodowi zwłaszcza w najtrudniejszych czasach niewoli narodowej. Zwracam tu szczególną uwagę na rolę ludzi Powiśla w popularyzacji polskiej pieśni wśród ogółu mieszkańców Pomorza. Jeden z niemieckich kanonów głosi: „Jak wielką moc posiada śpiew, Rozprasza smutki, koi gniew". Ludowe porzekadło mówi, że kto śpiewa, podwójnie się modli. Inne, iż tylko dobrzy ludzie śpiewają! Powodów do smutków i gniewów żadnemu z pokoleń nie brakowało i nie brakuje. Tym bardziej o pieśni trzeba pamiętać, jak i czcić, honorować, upamiętniać takich ludzi jak T. Kiewicz i J. Mazurowski. - Może od Sztumu i Powiśla w tej materii dziś trzeba by zacząć? Pamiętajmy, że organicznicy pomorscy w największym wymiarze wsparli finansowo i zbrojnie powstanie styczniowe, manifestując swe przywiązanie do polskości także przy okazji nabożeństw itp. patriotycznych manifestacji. Wzięli w nim udział synowie Teodora Donimirskiego, kontynuując po upadku powstania tradycje pracy organicznej. Polecam lekturę wspomnianej na początku monografii Sztumu, gdzie przywołuję dokonania kolejnych pokoleń w zakresie działalności nie tylko gospodarczej czy ściśle politycznej - w ruchu wyborczym! Przywołuję też piękną opinię o Polakach z Prus Zachodnich, także z Powiśla, samego Józefa Ignacego Kraszewskiego.5 O ludziach Powiśla z epoki zaboru równie piękną opinię pozostawił też jeden z nich -ks. Władysław Łęga, którego jako historyka i etnografa dobrze tu znamy.6 Polacy Powiśla, ucząc się obywatelskiej podmiotowości w państwie prusko-niemiec-kim, zdali trudny obywatelsko-narodowy egzamin m.in. w okresie Kulturkampfu i w latach 1918-1920 - w walce o przyłączenie Pomorza do Polski oraz w działaniach plebiscytowych, kiedy to nie po raz pierwszy, ani raz ostatni mocno w dzieje polskości wpisało się Waplewo. Wtedy to był tu także aktywny, od 1890 roku, dr Feliks Morawski (1861-1929) - lekarz i działacz narodowy, członek zdominowanej przez Niemców rady miasta, organizator m.in. Towarzystwa Śpiewaczego w Sztumie. - Jeszcze raz gratuluję Sztumowi (i autorowi) jego biografii, pióra Janusza Ryszkowskiego! Znacie go - F. Morawskiego - lepiej ode mnie, więc nie będę dziś o nim więcej mówił, ale o pamięć o nim, jak i o Banku Ludowym w Sztumie (1909), ogniwie wielkiego systemu Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych... z siedzibą w Poznaniu, działającego z udziałem dr. Teofila Rzepnikowskiego z Lubawy, pod patronatem ks. Piotra Wawrzyniaka, bardzo serdecznie proszę! O szkole obywatelskiej działalności ks. patrona Wawrzyniaka - człowieka czynu - dziś jakbyśmy zapomnieli! Nie zapomnieliśmy, na szczęście, tutejszych działaczy plebiscytowych, a nawet gości z Polski. Pamiętamy też o Feliksie Nowowiejskim i jego koncercie w Sztumie, jak i o dzielnych niewiastach, organizujących już wtedy ochronki i nauczanie polskie. Pamiętamy o wynikach plebiscytu w licznych wsiach Powiśla, w których większość opo- 5 Zob. Józef Borzyszkowski, Marek Stażewski, „Sztum 1806-1945”, s. 177-178. 6 Zob. tamże, s. 187 i inne. 7 Zasługa to przede wszystkim Towarzystwa Miłośników Sztumu i jego cennych publikacji dot. dziejów miasta i Powiśla, inspirowanych i współtworzonych przez Andrzeja Lubińskiego. Józef Borzyszkowski 27 wiedziała się za Polską, gdy w całym powiecie było to tylko około 20%, ale i tak najwięcej w okręgu kwidzyńskim. Przegrana w plebiscycie nie spowodowała martwoty polskiego ruchu narodowego na Powiślu. To tu - w 1920 r. powołano Związek Polaków w Prusach Wschodnich, na bazie którego w 1922 r. powstał w Berlinie Związek Polaków w Niemczech (później spod znaku Rodła), którego I prezesem był hr. Stanisław Sierakowski z Waplewa. Funkcję wiceprezesa powierzono wkrótce ks. Bolesławowi Domańskiemu z Zakrzewa na Krajnie, który przejął po nim obowiązki prezesa, będąc nim do śmierci w 1939 roku.8 Dzieje społeczności polskiej Powiśla w Rzeszy Niemieckiej - w okresie II Rzeczypospolitej, po koniec II wojny światowej, to wciąż czekająca na swego dziejopisarza historia. To czas szczególnych zmagań, sukcesów, bohaterstwa, cierpień, nad które przedkładano solidarną, codzienną pracę i współpracę, wiarę w słuszność sprawy, walkę z obecną nieraz beznadzieją i zwątpieniem! Zgodnie z słowami ks. B. Domańskiego towarzyszyło im przekonanie: „Nas tu Pan Bóg bez przyczyny nie zostawił”. Edmund Osmańczyk - w młodości działacz ZPwN, pisząc pod koniec PRL o ks. patronie B. Domańskim i jego związkowym programie działania, zauważył, że „Była to w owym czasie jedyna wielka organizacja społeczna w Europie praktycznie realizująca filozofię ekumeniczną, antyrasizm, obronę praw człowieka i prawa mniejszości narodowych, współkie-rowana - a w latach 1922-1939 kierowana - przez duchownego rzymsko-katolickiego. Miał on w tym swoim pionierskim ekumenizmie i humanizmie pełne poparcie dwóch równie mądrych jak on ludzi: pierwszego prezesa ZPwN, z zasłużonego dla Rzeczypospolitej ziemiańskiego rodu, Stanisława Sierakowskiego z Waplewa na Powiślu (...) oraz kierownika naczelnego Związku, z polskiej robotniczej westfalskiej rodziny, dr Jana Kaczmarka. Tych trzech polskich mężów stanu, pozostałych z półtoramilionową gromadą ludu polskiego w dalej pruskiej Rzeszy, stworzyło Związek Polaków w Niemczech, który dał narodowi „Prawdy Polaków”.9 Prawdy te zostały publicznie ogłoszone w kulminacyjnym momencie dziejów Związku, podczas Kongresu Polaków 6 marca 1938 roku w Berlinie. Prawda pierwsza: Jesteśmy Polakami! Prawda druga: Wiara ojców naszych jest wiarą naszych dzieci! Prawda trzecia: Polak Polakowi Bratem! Prawda czwarta: Co dzień Polak narodowi służy! Prawda piąta: Polska Matką naszą - nie wolno mówić o Matce źle! Wówczas to, w opanowanym ideologią Hitlera Berlinie, ks. Patron wygłosił też swoje najważniejsze życiowe przemówienie - manifest polskości, przynależności do narodu polskiego, poczucia obowiązku budowania jego wielkości w codziennej pracy, walce. „Wielkość jest w nas, w sercach naszych. Serce jest największy żywioł, którego zmienić Z licznych opracowań historyków i dzieł wspomnieniowych uczestników tamtych działań polecam gorąco księgę Edmunda Osmańczyka pt. Niezłomny Proboszcz z Zakrzewa. Rzecz o Księdzu Patronie Bolesławie Domańskim, Warszawa 1989. Zob. tamże, s. 83 i 254. 28 „Co dzień Polak narodowi shiży” Testament do wypełnienia ani spętać nie można. (...) I stąd serce polskie w każdy dzień wielkość rodzi. I stąd nie ma dla nas czasów wielkich ani małych. To nie czas idzie - to my idziemy”.10 Budząc twórczego ducha młodych, swoje ostatnie kongresowe wystąpienie zakończył słowami: „Księga ludu polskiego jest otwarta, zapisana do pewnego miejsca. To nasza przeszłość. Nieprzeliczona jest ilość stron niewypełnionych naszą przyszłością. Duchowa spójnia naszego narodu jest niepodległa. Nie może być zwyciężona”- Zanim nastąpił Kongres Polaków minęło 15 lat działalności Związku w duchu owych 5 prawd, o których i dziś trzeba pamiętać, a zwłaszcza o tej 4 i 5! To dotyczy nas wszystkich, ale zwłaszcza polityków! Pamiętajmy, iż działacze Związku Polaków w Niemczech byli współtwórcami Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech, wówczas realizującego idee aktualne i dziś w Unii Europejskiej. Pamiętamy, iż całość ideologii duchowego programu ZPwN osadzała się na kształtowaniu osobowości swoich członków, ludzi twórczej pracy, zdolnych do pokonywania wszelkich przeciwności, przekonanych o słuszności sprawy. Dotyczyło to także młodzieży. W środowisku redakcji „Młodego Polaka w Niemczech” powstało hasło wszystkich tamtejszych Polaków - swoista przysięga, sformułowana przez E. Osmańczyka: „I nie ustaniem w walce Siłę słuszności mamy I mocą tej słuszności Wygramy i wytrwamy”. Wiersz ten stał się pieśnią, obok którego w 1932 r. pojawiło się Rodło, znak Polaków, Związku, jako przeciwieństwo hitlerowskiej swastyki, symbol łączności z całym narodem polskim. Równocześnie niemal pojawiła się „Pieśń Rodła” - słowa E. Osmańczyka i melodia P. Kaczmarkowej oraz „Hymn Rodła” - jej także melodia do słów Franciszka Jujki, nauczyciela z Powiśla, używającego pseudonimu Lech Malbor. W tymże czasie zrealizowany też został wizerunek propagowanej przez ks. Patrona Matki Boskiej Radosnej. Idee ZPwN i kult M. B. Radosnej, 5 prawd Polaków, dzięki polskim szkołom przejęło też młode pokolenie, m.in. uczniowie Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie, otwartego w 1937 roku. Jego dyrektor Władysław Gębik napisał znamienny „Hymn - Pieśń Kwi-dzyniaków”, przygotowywanych także na trudy rzeczywistości. Pieśń ta głosi: „Przeminęły już wieki, a myśmy ostali, Burzom dziejów nie dali się zgnieść, Sztandar walki, co w ręce Ojcowie nam dali, To nasz honor i wiara, to cześć. Bo takie jest nasze hasło: Wierzyć w czyn, a nigdy w słowo, [podkr. J. B.] Choćby nam i słońce zgasło, Zapalimy je na nowo. 10 Tamże, s. 255-256. 11 Tamże, s. 256. Józef Borzyszkowski 29 Równaj front i do walki bądź gotów i zbrojny, Braciom w trudzie pomocną daj dłoń, Na zamiary mierz siły i w czas niespokojny. Czujny stań się na okrzyk: Za broń! Bo takie jest nasze hasło: Wierzyć w czyn, a nigdy w słowo. Choćby nam i słońce zgasło, Zapalimy je na nowo. Wicher dziejów niewoli rozerwie kajdany, Lud swych losów ster ujmie i rząd, Wyzwoloną pieśń wpisze swą krwią na sztandary, Co zwycięski prowadzą nasz front. Bo takie jest nasze hasło: Wierzyć w czyn, a nigdy w słowo. Choćby nam i słońce zgasło, Zapalimy je na nowo.” Dziś można powiedzieć, że prorocze były to słowa. Kwidzyniacy i Rodłacy przeżyli wiele cierpień w czas wojny; niejeden zginał z rąk hitlerowskich siepaczy, ale wytrwali i wygrali. - Wytrwali także trudne lata epoki PRL, zwłaszcza te tuż powojenne. Miałem przyjemność poznać jeszcze wielu z nich - tam u nas na Kaszubach, na Krajnie i tu - tych z Powiśla i Warmii - m.in. Wł. Gębika i Floriana Wichłacza. Do dziś z wdzięcznością myślę o następcach Rodłaków, m.in. o pięknej artystycznej i obywatelskiej twórczości syna Lecha Malbora - Zbigniewa Jujki w Gdańsku. - Wierzmy w czyn, a nigdy w słowo. Choćby nam i słońce zgasło, zapalimy je na nowo! - Nie dajmy sobie zepsuć smaku życia w naszej pięknej wielkiej i małej ojczyźnie, w zjednoczonej Europie - tej oazie pokoju i dobrobytu; bądźmy solidarni i wspomagajmy potrzebujących, tak jak nas wspierano przed laty. Nie dajmy się zwieść demagogom; bądźmy naśladowcami kochanego papy Franciszka... Pamiętajmy o Solidarności i „Samorządności”, których rzecznikiem był wśród nas Lech Bądkowski (1920-1984). On to podkreślał wagę, uniwersalne znaczenie kaszubskiego przysłowia: „Dló bójącech ni ma lotosce”. Nie ulegajmy mnoży-cielom strachów! wCo dzień Polak Narodowi służy”. - Polak dziś także innym ludziom służy... „Polska Matką naszą. Nie wolno mówić o Matce źle”. - Jeśli jest jakieś zło, podobnie jak wszelkie dobro, tkwi ono w nas, także w naszych partiach i urzędach. Tylko imię Polski jest święte! Próbujmy się od naszego zła uwolnić. Na koniec pragnę tu dobitnie przywołać postać ks. prof. Józefa Tischnera, kapela-na »Solidarności” - można rzec, że i samorządu oraz Związku Podhalan, jakim został w 1981 roku. Jako kapelańskie zadanie postawił wówczas sobie - „skrystalizowanie idei góralszczyzny. Uznałem za fundamentalne pokazanie, że góralszczyzna to nie krew i cia- 30 „Co dzień Polak narodowi służy”. Testament do wypełnienia ło, ale kultura. Na tym koncentruje się moją praca kapelana - na ukazaniu kulturowego wymiaru Podhala”.12 - Podobnie możemy mówić o każdej wspólnocie regionalnej czy narodowej. W 1987 r., w czasie mszy św. otwierającej XXXV zjazd Związku Podhalan wyjaśnił, czym jest jego rozumienie góralszczyzny, [czytaj polszczyzny!] Różni się ono od rozumienia opartego na wspólnocie pochodzenia lub wspólnocie interesów, a tym bardziej na często zewnętrznym przywiązaniu do tradycji. Jemu chodziło o Górala [czyt. Polaka!] -dobrego człowieka. Mówił: „Kultura góralska jest wielka nie przez to, że jest góralska, ale przez to, że jest ludzka. Że z niej promieniuje prawda, prawda o człowieku, o jego miłości, o jego wierze, o jego nadziei. Celem tej kultury nie jest góralszczyzna, ale - człowieczeństwo. W tej kulturze nie przeciwstawia się człowieka i górala, nie wynosi się górala ponad człowieka. Tam mówi się o tym, jak góral przez swoje życiowe doświadczenia może wzbogacić prawdę o człowieku, [jak] może służyć człowiekowi...”13 Można więc przypuszczać, że główna dziś prawda Polaków w wydaniu ks. J. Tischnera, dzielnego kontynuatora myśli i czynów ks. B. Domańskiego, brzmiała by: „Co dzień Polak człowiekowi służy”. Ks. J. Tischner miał świadomość wagi tradycji, zobowiązań wynikających z przeszłości, ale pamiętał też nauki mądrych poprzedników, że każdy inteligent, także ksiądz, wychowawca - polityk, samorządowiec, jest od tego, żeby iść dalej, nawet za daleko, żeby korzystać z wolności myślenia, żeby pozostać w sferze dialogu, pluralizmu i poszukiwań wspólnoty także w obcym dotąd świecie. - Praktykujmy to choćby w samorządach! Poprzednicy, twórcy i kontynuatorzy 5 prawd Polaków uświadomili nam znaczenie małej i wielkiej ojczyzny, naszą współodpowiedzialność za obie, za obecność i obraz Polski w świecie!14 12 Zob. pro memoria Ks. Józef Tischner (1931-2000). Filozof szczęsnych darów. Zebrał I oprać. J. Borzyszkowski, Gdańsk 2007, s. 37. 13 Tamże. 14 Jest to zapis wykładu wygłoszonego w dniu 25 października 2015 r. na spotkaniu na temat „25 lat samorządności w Polsce i na Ziemi Sztumskiej” w kinie Powiśle w Sztumie. Cezary Obracht-Prondzyński 31 Cezary Obracht-Prondzyński WSPÓŁCZESNA TOŻSAMOŚCI ŻUŁAWSKA1 Tożsamość, czyli właściwie co? Dziś stałą się ona jednym ze słów-kluczy, odmienianych niemal przez wszystkie przypadki w wielu językach świata. Już u progu wielkich zmian w 1989 roku Zbigniew Bokszański pisał, że tożsamość „w opiniach wielu autorów wydaje się niezbędnym, a może nawet zasadniczym, narzędziem pojęciowym w analizach sytuacji człowieka w społeczeństwie współczesnym i próbach wyjaśniania bądź zrozumienia kluczowych fenomenów społecznych naszych czasów"1. Jednocześnie jednak tożsamość jest jednym z trudniejszych i problematycznych terminów, przede wszystkim przez swą niejednoznaczność, brak precyzyjności oraz konsensus wokół istotnych treści składowych. Nie jest to sytuacja nadzwyczajna, bo tę przypadłość cierpią właściwie wszystkie pojęcia stosowane przez nauki społeczne i humanistyczne (najlepszym przykładem jest „przeklęte słowo” - kultura). Wynika to ze złożonych relacji między pojęciem a konkretną rzeczywistością społeczną. Zastanawiamy się bowiem, czy tożsamość jest tylko atrybutem jednostkowym, czy też zasobem grupowym? Czy tożsamość jest czymś stałym, czy ulega zmianie? A jeśli tak, to pod wpływem jakich czynników? I czy mechanizmy tej zmiany są wszędzie takie same, czy może zarówno tożsamość, sposoby jej definiowania, jak i właśnie mechanizmy zmiany są uwarunkowane kulturowo? Pytania można mnożyć. Jest ogromna literatura naukowa na ten temat. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że tożsamość jest wyłącznie przedmiotem zainteresowania naukowców. Wręcz przeciwnie - tożsamość jest przedmiotem gorącym sporów w debacie publicznej. Widać to szczególnie dzisiaj, gdy z jednej strony mamy głosy mówiące o zagrożeniu naszej tożsamości, a z drugiej wskazujące na to, że ona nigdy nie miała jakiegoś stanu stałego, nigdy nie była niezmienna. I dzisiaj też ulega modyfikacjom. Ale też zawsze takie zmiany wywoływały napięcia. To sytuacja nieunikniona bowiem w te spory uwikłane są kwestie światopoglądowe, polityczne, etyczne. Nie bez kozery mówimy niekiedy o „zabójczych tożsamościach” (żeby przywołać tytuł książki libańskiego autora Amina Maaloufa), bo grupy w imię zagrożonej tożsamości (realnie lub - najczęściej - w stopniu zdecydowanie przesadzo-nym) mogą dopuścić się najstraszniejszych zbrodni. Stają się więc tożsamości nie tylko ważnym atrybutem, zasobem, ale też narzędziem społecznej mobilizacji. Służą też wyrażaniu emocji, np. kanalizowaniu frustracji i gniewu. Niektórzy wręcz twierdzą, że koncentrowanie się na dyskursie tożsamościowym zawsze znamionowało okresy głębokich kryzysów i przekształceń społecznych. Wystąpienie Prof. Cezarego Obracht-Prondzyńskiego na I Kongresie Żuławskim w Nowym Dworze Gdańskim. Z. Bokszański. Tożsamość, interakcja, grupa. Tożsamość jednostki w perspektywie teorii socjologicznej, Łódź 1989, s. 6. 32 Współczesna tożsamości żuławska Ale z drugiej strony trudno przecież mówić o najmniejszej nawet wspólnocie ludzkiej, która byłaby pozbawiona własnej tożsamości pozwalającej jej na identyfikację MY. Choć to na podstawie czego to poczucie MY jest budowane to już inna sprawa, silnie uwarunkowana historycznie i kulturowo. *** Polska w tych współczesnych sporach nie jest wyjątkiem, tak jak wyjątkiem nie jest Pomorze i Żuławy. Dyskurs tożsamościowy w naszym kraju i regionie nie słabnie, a wręcz przeciwnie. Sprzyjają temu także wydarzenia rocznicowe, które zachęcają, a czasami wręcz zmuszają do refleksji. Świadectwem tego jest fakt, że my także spotykamy się w okresie bardzo szczególnym - 70 lat po zakończeniu II wojny światowej i 25 lat po odtworzeniu samorządu terytorialnego. A z całą pewnością te dwa wydarzenia wyznaczają, kto wie, czy nie najistotniejsze ramy chronologiczne procesu tożsamościotwórczego nie tylko na Żuławach. Toczący się w różnych miejscach na Pomorzu dyskurs wokół lokalnej, regionalnej, etnicznej, miejskiej itd. tożsamości obrósł już bogatą literaturą naukową, bazującą często na rozbudowanych i pogłębionych badaniach naukowych. Badania te jednak nie donoszą się w równym stopniu do wszystkich pomorskich subregionów i społeczności. Pewnie najlepiej rozpoznana i opisana została tożsamość kaszubska, która przyciągała uwagę badaczy od dawna. Mniej natomiast wiemy np. o Kociewiu, a najmniej badań (do niedawna) prowadzono na Żuławach i Powiślu. Uprawnionym jest stwierdzenie, że ciągle nie mamy pogłębionych badań społecznych nad tożsamością dzisiejszych mieszkańców Żuław, które pozwoliłyby nam wyrokować o tym, co im „w duszy gra”, odnosząc tę „grę” do całej populacji. Jednocześnie trzeba mocno podkreślić, że ostatnie lata są prawdziwym festiwalem badań „żuławsko-znawczych”. Gdyby chcieć sporządzić nawet dość pobieżną bibliografię to zebrałoby się przynajmniej kilkadziesiąt pozycji socjologicznych i etnograficznych, a sięgając po historię, urbanistykę, geografię społeczną etc., można by to jeszcze pomnożyć. Ten fakt - swoistego wręcz renesansu czy też mody na badania żuławskie jest wymownym świadectwem istotnych zmian tożsamościowych, które tu zachodzą. Co istotne -w dużej mierze badania te są inspirowane, a niekiedy wprost prowadzone przez osoby albo stąd się wywodzące, albo tutaj nadal mieszkające. Nie do przecenienia jest także inicjująca i inspirująca rola działających na Żuławach instytucji, organizacji i środowisk. *** Uwzględniając ten boom badawczy można powiedzieć, że paradoksalnie brakowi monograficznego, socjo-antropologicznego opisania współczesnej społeczności żuławskiej towarzyszy wręcz zalew różnego rodzaju opracowań cząstkowych, fragmentarycznych czy też studiów przypadku. Trudno jest to usystematyzować, ale uwzględniając te prace, a także sięgając do toczącej się przy różnych okazjach debaty publicznej oraz bazując Cezary Obracht-Prondzyński 33 na własnym doświadczeniu i obserwacjach postaram się zwrócić uwagę na kilka kwestii, które w moim odczuciu wyznaczają punkty centralne tożsamościowych dylematów współczesnych Żuławiaków. Niekiedy stwierdzenia poniższe i wnioski wydadzą się dość oczywiste, a może i banalne. Ale w ostateczności (paradoksalnie) banalność poszczególnych elementów przesądza o oryginalności lokalnej i regionalnej tożsamości. Jakie czynniki wpływają więc na tę współczesną tożsamość? W syntetycznym ujęciu można wymienić kilka najistotniejszych: a) Doświadczenie historyczne, a więc złożony, zagmatwany i skomplikowany proces dziejowy, na który jednak nie należy patrzeć wyłącznie przez pryzmat „sumy faktów” Istotniejsza z punktu widzenia tożsamości jest kwestia poznawania tychże faktów (np. w toku prac badawczych oraz popularyzacyjnych i edukacyjnych), a szczególnie ich odczytywania, (re)interpretacji, selekcji itd. Ciekawym byłaby analiza opracowań historycznych dotyczących Żuław z okresu powojennego pod kątem nie tylko „zestawu faktów”, ale także ich interpretacji i oceny. A także przyjrzenie się temu co, w jaki sposób, wobec kogo, przy pomocy jakich narzędzi (edukacja, media, internet...) jest dziś pozytywnie lub negatywnie waloryzowane... b) Proces dziejowy przesądził też w dużej mierze o drugim istotnym elemencie składowym tożsamości żuławskiej, a mianowicie o krajobrazie kulturowym Żuław. Ten krajobraz to nie jest tylko (nie tyle) to „co widać”, ale to co budzi w nas emocje. Istotnym znowu więc staje się, jak krajobraz, który nas otacza i poszczególne jego elementy są oceniane: doceniane lub deprecjonowane. I jakie są tego skutki (co było chronione, a co ulegało destrukcji i czy wektory uległy tu zmianie?). Stosunek do krajobrazu kulturowego przesądza w ogóle jaki jest nas stosunek do najbliższej okolicy, do naszego najbliższego i dalszego otoczenia. Trudno sobie wyobrazić silną psychologiczną identyfikację z małą ojczyzną bez akceptacji lokalnego krajobrazu kulturowego. Jest pytaniem samym w sobie, jak bardzo w ostatnich latach zmienił się stosunek do tego krajobrazu? Jaką wykonano pracę, aby go opisać, zbadać, a przede wszystkim chronić i popularyzować? Zestaw tych wszystkich zabiegów - dokumentowany publikacjami, konferencjami, projektami, realizacjami w przestrzeni etc. - jest wymownym świadectwem tożsamościowej ewolucji. c) Oczy wiście, ten krajobraz kulturowy jest silnie i nierozerwalnie związany z warunkami fizjograficznymi. Właściwie można nawet powiedzieć, że krajobraz fizyczny jest także wytworem człowieka, i to jest unikat w skali Polski. d) Kolejny element, przesądzający o tożsamości mieszkańców Żuław, to specyficzna so-cjogeneza społeczeństwa żuławskiego. Nie idzie tu tylko o to, kto, jak, skąd, z czym, i po co napłynął na Żuławy po wojnie. (A należy pamiętać, że z ok. 105 tys. mieszkańców Żuław zostało po 1945 r. mniej niż 3 tys., z czego do 1956 jeszcze połowa opuściła Polskę. W to miejsce napłynęli osadnicy z wszystkich ziem polskich). Idzie 34 Współczesna tożsamości żuławska o kompleks procesów i zjawisk, które następowały w sferze społecznej w całym okresie powojennym. Ramy wyznaczały tu nie tylko powojenne wędrówki ludów, ale też socjalistyczna modernizacja z jej meandrami, uprzemysłowienie i zmiany w rolnictwie (nie tylko jego silne upaństwowienie), procesy urbanizacji, a w końcu transformacja ustrojowa, obejmująca wszystkie aspekty życia lokalnych społeczności. Procesy te były powiązane były nie tylko z przekształceniami demograficznymi, ekonomicznymi, zmianami w przestrzeni czy też perturbacjami politycznymi. Istotne jest także ich oddziaływanie na sferę mentalną, na psychologię zbiorową. Jednym z atrybutów tych zbiorowych wyobrażeń jest np. dość silne przekonanie, że: jesteśmy peryferyjni, na uboczu, odsunięci, zapomniani... A historycznie przecież w ogóle tak nie było. Wręcz przeciwnie! Z drugiej strony oczywistym jest, że procesy adaptacyjne na Żuławach musiały mieć swój specyficzny charakter, przede wszystkim ze względu na warunki fizjograficzne oraz sposób gospodarowania. Wymagały one zdolności do współdziałania, bo bez tego ochrona przeciwpowodziowa była nieskuteczna. Tymczasem napłynęła na ten teren ludność, dla której był on pod każdym względem obcy i niezrozumiały, a także trudny. Świadectwem tego była ogromna fluktuacja osadnicza w pierwszych latach powojennych, a nawet później - jeszcze w latach 1957-1962 ponad 34 tys. mieszkańców opuściło Żuławy! Było to też wynikiem tego, że nowi osadnicy pojawili się tu w warunkach powojennego rozkładu więzi społecznych, a proces ich odtwarzania był bardzo powolny. Lokalne społeczności musiały nauczyć się koegzystencji, a nie było to łatwe, nawet jeśli proces ten próbowały stymulować władze państwowe, Kościół, szkoła etc. Faktem więc jest, że na Żuławach destrukcja systemu współżycia, który kształtował się przez setki lat, nastąpiła dosłownie w kilka tygodni 1945 roku, zaś próba jego rekonstrukcji właściwie trwa do dziś. I trzeba przyznać, że sporo już udało się osiągnąć, w czym niezaprzeczalnie wielka zasługa samorządów, organizacji pozarządowych, wspólnot sąsiedzkich i lokalnych, kościołów itd. *** W tożsamościowym dyskursie, jaki toczy się na Żuławach daje się wyróżnić szereg wątków, punktów centralnych, czy też osi, które skupiają uwagę i zmuszają do namysłu. Jeszcze inaczej można powiedzieć, że mamy do czynienia z kilkoma podstawowymi paradygmatami, sposobami narracji czy też atrybutami żuławskiej tożsamości, które czynią proces jest tworzenia szczególnie dynamicznym. Tę dynamikę trzeba zresztą mocno podkreślić, bowiem tożsamość to nie stan, ale raczej proces. Czy też inaczej: „stan aktywny”. Tożsamość jest bowiem społeczną konstrukcją i jako taka jest ona wypadkową postaw i działań konkretnych ludzi, organizujących się, budujących więzi społeczne, tworzących (lub kontestujących) instytucje... To efekt dokonywanych przez nich wyborów lub ich zaniechań... Gdyby chcieć wymienić te główne paradygmaty, atrybuty, punkty centralne itd. to należałoby przywołać następujące, wskazując na ich ambiwalencje, napięcia wewnętrzne, niekiedy sprzeczności: Cezary Obracht-Prondzyński 35 a) niemieckość - nie-niemieckość - wielokulturowość (historyczna i współczesna) -wieloreligijność (menonici), b) odpominanie - podzielona pamięć, c) miejskość (oddziaływanie Gdańska) - „inna wiejskość” - brak kultury ludowej („nie tak jak na Kaszubach”) - próby skonstruowania kultury ludowej Żuław (np. żuławski strój ludowy3), d) bogactwo (dawnych Żuław) - bieda (współczesnych), e) nowoczesność (dawniej) - zacofanie (wczoraj?) - intensywna modernizacja (dzisiaj?), f) centrum (bliskość Gdańska, Wisła, kontakty ze światem...) - peryferyzacja - podział, g) Żuławy jako typowe Ziemie Zachodnie i Północne - całkowita wymiana ludności -brak autochtonicznego elementu (znowu: Nie jesteśmy tacy jak Kaszubi czy Kocie-wiacy. Nie mamy tych atutów, musimy szukać czego innego, inaczej... Brakuje nam tutaj istotnych, obiektywnych czynników kulturowych, które by budowały autoiden-tyfikację. Istnieje tylko przekaz narodowy. Pamięć historyczna też jest tu różna. Ale proces budowy nowych więzi społecznych trwa. Problemem jest „nieciągłość”, krótki dystans czasowy, czyli brak zakorzenienia, poczucie obcości. Praca tożsamościowa polega na przełamywani obcości, odczucia tymczasowości, nieprzystawalności do otoczenia..., h) w tym kontekście ważna jest fizjografia, czyli krajobraz dla konesera - zabiegi wokół jego pozytywnej waloryzacji i oswojenia, i) neoregionalizm4 - na Żuławach jest już obecne bardzo bogate „instrumentarium re-gionalistyczne”. Są ludzie tworzący stowarzyszenia i różnego rodzaju instytucje, realizujący różnego rodzaju projekty, działania animacyjne... Wymieniać można sporo: przedsięwzięcia muzealne (Żuławski Park Historyczny, chata w Trutnowach), organizacje społeczno-kulturalne (Klub Nowodworski, Stowarzyszenie Żuławy Gdańskie ale nie tylko te), liczne przedsięwzięcia wydawnicze, czasopisma, projekty cykliczne (Rok Żuław, teraz Kongres...), jest Lokalna Grupa Działania, coraz więcej o Żuławach w Internecie, pojawiają się nowe pomysły na rytuały wspólnotowe... *** Jest oczywiście ważne pytanie - co dalej? Jak się ten współczesny „projekt żuławski” będzie rozwijał? Jakie elementy dziedzictwa, jakie mity, tradycje czy też opowieści wy-bierzemy? Które uznamy za użyteczne, a które za szkodliwe? Które zyskają na znacze-niu, które stracą? Innymi słowy: jak sobie skonstruujemy naszą tożsamość? I kto będzie w tym dziele aktorem głównym? Samorządy? Działacze pozarządowi? Sfera kultury 1 media? Biznes? Jeszcze inaczej można zadać to samo pytanie - gdzie jest i gdzie będzie Zob. A. Paprot, Czy strój żuławski może być tradycyjny? [w:] Stroje ludowe jako fenomen kulturowy, red. A.W. Brzezińska, M. Tymochowicz, PTL. Atlas Polskich Strojów Ludowych: Zeszyt Specjalny, Wrocław, 2013, s. 79-88. Zob. A. Paprot, Współczesny regionalizm Żuław, „Nasze Pomorze. Rocznik Muzeum Zachodniokaszubskiego w Bytowie”, 2012 (druk 2013), nr 14, s. 153-170. 36 Współczesna tożsamości żuławska baza społeczna współczesnej tożsamości żuławskiej i koniecznego dła jej ukształtowania ruchu żuławskiego? W tym kontekście niezwykle ciekawe i ważne jest też pytanie o rolę w tym procesie tożsamościowym środowiska naukowego, które z jednej strony bada Żuławy, ale z drugiej tworzy zręby narracji żuławskiej, dostarcza terminów i metafor, weryfikuje wyobrażenia, zmienia akcenty... Świat nauki już teraz odgrywa istotną rolę, bo dostarcza nie tylko narzędzia samopoznania, samoopisu, ale kreuje instrumentarium narracyjne. W tym zresztą miejscu rodzi się kolejne pytanie o narzędzia budowania tożsamości, a więc o praktyki kulturowe, edukację, twórczość, mobilizację społeczną, ruchy na rzecz ochrony krajobrazu (ochrona „starych rzeczy”, opór przeciwko nowym „obcym”, np. wiatrakom)... To instrumentarium jest coraz bogatsze, coraz bardziej złożone, wkracza w coraz to nowe sfery życia społecznego. Ale niekiedy wywołuje też opór czy niezrozumienie. No i „konsumuje” niemałe środki. Wreszcie ostatnia sprawa dotyczy wymiaru przestrzennego. Żuławy są faktycznie ściśle zdefiniowane fizjograficznie. Ale nie jest to spójne z granicami administracyjnymi (ani gminnymi, ani powiatowymi, ani tym bardziej wojewódzkimi). Czy więc Żuławy będą swego rodzaju federacją, koalicją mniej czy bardziej zintegrowanych wspólnot lokalnych, czy może pokuszą się o tworzenie społeczności regionalnej ponad istniejącymi granicami? Aby to drugie stało się faktem należałoby dookreślić własny interes oraz wypisać wartości, wokół których to poczucie identyfikacji by się budowało. Wartości -kulturowych? Związanych z gospodarką? Ze stylem życia? Sposobem organizacji życia społecznego? Czy może poczuciem skrzywdzenia i peryferyzacji? Wybór tych wartości będzie miał ogromne znaczenie dla przyszłej pozycji tego regionu na mapie Pomorza i północnej Polski. W oczywisty sposób wybór tych wartości zależy od tego, jaką strategię przyjmie konstytuujący się ruch żuławski. Jak zdefiniuje on swoje cele - czy będzie ruchem kulturowym czy zmierzy się z ambitniejszymi zadaniami? Czy będzie szukał poczucia tożsamości odwołując się do specyfiki miejsca (tak przyrodniczej, jak historycznej), czy może ukierunkuje się bardziej ku przyszłości, szukając nowej, atrakcyjnej formuły integracji społecznej. Czy tą formułą będzie eksplorowanie poczucia peryferyzacji, a więc w jakiejś mierze ofiary transformacji? Czy może raczej będzie to formuła identyfikacji istniejących zasobów i wysiłku ich mobilizacji dla rozwoju? A może będzie to chęć mobilizacji mieszkańców i władz do ochrony przed zagrożeniami (od wodnych po kulturowe i ekonomiczne)? Wybory nie będą łatwe. Ale są konieczne. Tomasz Gliniecki 37 Tomasz Gliniecki O NOWEJ NARRACJI W OPOWIADANIU O PRZESZŁOŚCI LOKALNEJ Dyskusje^ toczone podczas tegorocznego Forum Otwartego Regionalizmu, zaproponowane przez środowisko skupione wokół olsztyńskiego czasopisma „Borussia”, a wywołane wystąpieniem profesora Roberta Traby i widzianą przez niego potrzebą nowego zapisywania przeszłości w teraźniejszości, skłoniły mnie do zaakceptowania propozycji wprowadzenia nowej narracji historycznej. Wspieram zatem, co dzisiaj proponują nam ludzie, którzy już przed ponad dwoma dekadami wprowadzili w Polsce rozmowę o budzących się wówczas regionalizmach. Dziś, gdy od przełomu demokratycznego 1989 r. minęło więcej lat, niż żyła II Rzeczpospolita, nie można już być nowicjuszem w tej materii. W domowej biblioteczce odnajduję i ja pierwszy numer „Borussia”, który z początkiem lat 90. podnosił pytania, dotąd leżące w zapomnieniach. Od tej pory pismo odkurza i oświetla jedne mity, drugie obalając. Szuka prawd ukrytych i miejsc zapomnianych. I od początku odnajduję w nim tembr 38 O nowej narracji w opowiadaniu o przeszłości lokalnej głosu mentorskiego. To się przez ponad dwie dekady nie zmieniło. Mimo, że czasopismo ukazało się już w kilkudziesięciu wydaniach, jego dalszą rolą jest bycie aktywnym komen-tatorium zachodzących zmian społecznych. Nie zmieniło się też środowisko, jakie wokół idei otwartego regionalizmu udało się utworzyć. Jest gronem mądrym i kompetentnym, teraz i doświadczonym. Szanowanym za fachowość, więc po wielokroć proszonym o radę przez inne ośrodki, gromadzące entuzjastów małych ojczyzn, budzących się z regionalnego letargu. Niestety, także gronem często ignorowanym przez lokalnych przywódców, polityków samorządowych, którzy i tak wiedzą lepiej, więc żadne głosy naukowców, a już tym bardziej artystów, nie są im do rządzenia potrzebne. Tak też - jak z wielu miejsc dobiegają głosy - są często traktowane i te małe grupki, jakie w tysiącach naszych lokalności kiełkują, rosną energią entuzjastów i przekwitają, nim w pełni wydadzą owoce. Zatrzymują się na urzędniczych pustyniach i przegrywają z etatowym spojrzeniem instytucji z, zarządzanych przez samorządy, sfer edukacji, kultury, sportu czy pomocy społecznej. Propozycje powstające bez nadzoru władzy są nierzadko postrzegane jako co najmniej konkurencja, a czasem nawet zagrożenie. I, mimo powszechności działań lokalnych, które w ostatnich latach najbardziej sprawdzają się w niewielkich środowiskach wiejskich, z zazwyczaj niedawno tu osiadłymi, acz świadomie wrastającymi w krajobraz liderami, zjawisko to nie tworzy fali i nie ma dość sił, by oddziaływać szerzej. Jako oddolna inicjatywa na rzecz społeczności lub jej określonej grupy, sympatyków przeszłości czy miłośników okolicznej przyrody, czeka u granic wyjałowienia na wsparcie, a to przecież nadal jest gestia tego samego samorządu, który według własnego uznania dzieli pieniądze na działalność instytucji pozarządowych. Tak wygląda realpolitik sporej grupy wójtów i burmistrzów oraz niejednego grona strażaków-ochotników i członków kół łowieckich, od których tak bardzo odstajemy z naszym światem idei tożsamości lokalnej. I skoro nowicjuszami już nie jesteśmy, to przyjmijmy niezbyt wesołą konkluzję, że po początkowym zachłyśnięciu się szansą budowy więzi lokalnych, najniższych i najbliższych ludziom poziomów społeczeństwa obywatelskiego, dziś już tę walkę przegrywamy. Trzeba więc nie tylko myśleć, ale też głośno mówić i działać, podjąć próbę powrotu wspólnotowości na podwórka miejskich kamienic i do wiejskich świetlic. Do tego jednak trzeba znaleźć nowy język, nową narrację, w której odnajdziemy radość ze zrobienia czegoś razem, bycia wspólnie, przeżywania podobnie. I właśnie Robert Traba, doświadczony życiem w kulturowej przestrzeni między Olsztynem, Warszawą i Berlinem oraz latami zgłębiania styku historii, kultury i socjologii, do takiego zachowania zachęca. Nie tylko poleca nam działać, poddając się niezorganizowa-nemu, zatomizowanemu kosmosowi drobnych inicjatyw, jaśniejących akcyjnie i znikających nazajutrz po wydarzeniu. Uważa, że spoiwem, wspólną platformą porozumienia dla rozliczności tych działań powinna być nowa, aktualna narracja o lokalnej przeszłości. Ona nas połączy jednością miejsca. Nawet, jeśli - jak w przypadku ziem północnych -mają to być miejsca oswajane historyczną i kulturową sukcesją, przyjmowaną w drugim lub trzecim pokoleniu od ich zasiedlenia. Dlatego myśleć musimy i działać, by naszość tej ziemi ową narracją potwierdzić. Słowami rodziców i dziadków, ich ówczesnymi sukcesami i bolączkami, ich odkrywaniem nowego i nieznanego. Tę opowieść, w jej stale Tomasz Gliniecki 39 auktualnianej wersji, musimy przekazywać następnym, jeśli i oni mają te miejsca uznać za swoje, świadomie zaakceptować bycie ich częścią. Nie przypadkiem dyskutowaliśmy o czasach wielkich zmian. Do nich można ułożyć opowieść tak, jak życie pokoleń. Pradziadkowie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Nie dalej, jak cztery pokolenia. Zrozumiałe i zakceptowane najszybciej będą te wspomnienia, które opowiedziane zostaną w domu. Najpierw rok 1945, bo wydawałoby się, że daty niosącej większą zmianę już ta ziemia nie przejdzie. Tyle, że to ostatnie chwile na zebranie opowieści, bo czas z każdą chwilą odbiera ludzi, którzy zmian wskutek II wojny światowej osobiście doświadczyli, a przez wiele lat sporej części prawdy o nich powiedzieć nie mogli. Ale i kolejny przełom, tym razem 1989 r., znów nam przechodzi obojętnie, bez pamięci i opowieści. Osobiste doświadczenie napomina, że córka nasza, która urodziła się w początkach demokratycznego fajerwerku, zahacza już o ćwierćwiecze. I rodzą się dzieci kolejnego pokolenia. Muszę im opowiedzieć tę historię, co w mojej pamięci niemal jak wczoraj się wydarzyła. Olsztyńskie strajki studenckie, happeningi, wreszcie czerwcowe wybory, spędzone na strychu przy Dąbrowszczaków (siedziba regionalnej Solidarności). Nadzieja. Tak było. Przeszłość tworzy się niezauważenie i wymaga stałej atualizacji. W swym lokalnym, czy rodzinnym ujęciu nawet bardziej, bo o wojnie trzeba rozmawiać już dziś. Jutro może się okazać, że nie zdążyliśmy dziadka zapytać... Mimo wspólnego frontu, nie we wszystkim musimy się zgadzać, bo w tym powinna być siła lokalnej wspólnotowości, że choć drogi różne, to kierunek ten sam. I dyskusja oznacza wielowątkowość spojrzeń, a nie spór o detale. Choćby tu, gdzie Robert Traba proponuje, by na rok 1945 spojrzeć jako na opowieść o powrocie. Mataforycznym -powrocie od wyjątkowości wojny do niespokojności, a jednak pokoju. Fizycznym - bo to powrót ludzi z wojennej tułaczki: obozów koncentracyjnych, jenieckich, miejsc pracy przymusowej czy przesiedleń. I materialnym - przywołując powroty zrabowanych dzieł sztuki. Ja jednak zgrzytam, bojąc się o kruche szkliwo zębów, jak o ówczesną Polskę, która przyszłości swojej nie znała i tylko dziś zdarzeniom tym bez trudu przydajemy znaki wartościujące. Nie pasuje mi taka opowieść. W moim mniemaniu, chyba była to narracja, mówiąca o powrocie i wygnaniu. A może nawet o wygnaniu bardziej. Żeby podjąć próbę ujednolicenia, znajduję dlań nazwę opowieści o zmianie miejsca. Bo pozostajemy w narzuconym przez komunizm milczeniu o Kresach. O połowie przedwojennej Polski, przepchniętej ze wschodu na zachód spychaczem zwycięskiej Armii Czerwonej. O narracji wypędzenia ze wschodniej części Rzeczpospolitej, na którą narzucono kaptur milczenia, w zamian dając opowieść o powrotach na Ziemie Odzyskane, ze sztucznym mitem wyzwolenia i podziękowań za nie. Niebezpiecznie, moim zdaniem, Robert Traba nadal pomija główny nurt naszego losu, stawiając jako rewers dla polskich powrotów odejścia - ale już niemieckie, mazurskie, śląskie, żydowskie, ukraińskie. I niech na tym polega różnica nowej opowieści, że obie narracje mogą żyć bez wzajemnego starcia, jako alternatywy wyboru, koloryt wciąż zmieniającego się ujęcia historii. Zgrzyt drugi, celowo przypomniany, bo tu wojna narracji o przeszłości trwa na dobre. W micie Żołnierzy Wyklętych nie musi zawierać się jedynie myśl prawicowa. Fakt, nie jest on kartą zamkniętą i jest równie bolesny, jak ofiary zastrzelonych przez komu- 40 O nowej narracji w opowiadaniu o przeszłości lokalnej nistów. My tej dwustronnej bolesności ludziom współczesnym nie tłumaczymy, zostawiając miejsce na wzajemne obrzucanie błotem. Nie wyjaśniamy, dlaczego osaczony wilk kąsa na oślep. Nie mówimy, dlaczego owce stadnie przyjmują postawę konformizmu wobec nielicznych, jednak głośno ujadających psów. Tak, 70. lat temu większość Polaków miała już dość wojny, tułaczki, śmierci - które dotykały niemal każdej rodziny, zabierając nam największy w Europie odsetek populacji. Przepraszam za technicyzowa-nie śmierci, ale trudno zapomnieć, że w ten sposób Rzeczpospolita straciła naturalną klasę przywódczą - inteligencję. Nagrodą stało się upodmiotowienie robotników, co komunistom było na rękę podwójnie. Obok ideologicznego uzasadnienia trzymania nad powojenną Polską ścisłej, politycznej, gospodarczej i wojskowej kurateli, odebrało tkance społecznej możliwość samodzielnego myślenia, organizowania się wokół autorytetów, nadawania kierunków do zmian. Nie bez przyczyny podam tu los pierwszej Solidarności, która będąc kolejną, rewolucyjną, strajkową próbą rzeczywistego, niedekla-rowanego upodmiotowienia robotników, natychmiast po sukcesie 1980 r. rozwarstwiła się, by następnie rozpaść jak domek z kart. W tym ujęciu przełom 1989 r. nie był już ruchem społecznym, lecz kadrowym posunięciem, odsuwającym robotniczy korpora-cjonizm na bok i wspierającym, wprowadzoną już w schyłkowym czasie rządów PZPR, transformację liberalną. Mam z Robertem Trabą podobne odczucie, które dotyczy dwóch pozornie różnych, a jednak tak podobnych do siebie miejsc. Tak jemu Olsztyn, jak mnie Elbląg ciągle jawi się jako niewyczerpany wręcz rezerwuar możliwości. Widzę (zresztą w obu, dobrze znanych mi miastach) potencjał do kreowania pozytywnych postaw i budowania lokalnej tożsamości, a za nią bogactwa mieszkańców. Cóż, kiedy - także podobnie jemu - nie widzę zbyt wielu działań dla wykorzystania tego potencjału skierowanych tak, by uzyskać realne osiągnięcia. Czasem zauważam za to, nawet i niechęć do otwierania zasobów społecznej aktywności. I też wracam wtedy do pytań: Co po sobie pozostawimy? Co zbudujemy do następnego przełomu? Spójrzcie wokół, na Wasze lokalne miejsca. Może i przetrwa kilka budowli, choć pewnie i tak będą w cieniu jeszcze starszej, pruskiej cegły. Ale co z myślą, z kulturą, ze wspólnotą? Co opowiecie wnukom? III FORUM OTWARTEGO REGIONALIZMU Forum odbyło się w lipcu 2015 r. w Olsztynie i w pobliskich Węgajtach. Przewodnim był temat zmian historycznych, społecznych i egzystencjalnych, jakie dokonały się wskutek polskich przełomów. Zamiarem organizatorów - skonfrontowanie wydarzeń z lat 1945 i 1989, by do ogólnokrajowych rozważań dołączyć perspektywę regionów. W trzech dniach wykładów, dyskusji i pokazów uczestniczyli naukowcy, twórcy, animatorzy i menadżerowie kultury oraz samorządowcy. Rozmowy zmierzały ku identyfikacji aktywności i kreatywności społeczeństwa polskiego, zamieszkującego ziemie północne i zachodnie. Pytano też, jak dziś otwarte regionalizmy łączą dziedzictwo z pamięcią miejsc opuszczonych. W problematykę forum wprowadził prof. Robert Traba wykładem pt. „Po zwycięstwie", czyli o potrzebie nowego zapisywania przeszłości w teraźniejszości. W tym dniu miał też Tomasz Gliniecki 41 miejsce specjalny pokaz filmu Nikt nie woła w reżyserii Kazimierza Kutza. Po projekcji, w dyskusji reżyser omówił wpływ regionalizmu na jego twórczość. Drugi dzień rozpoczął pokaz sowieckich kronik wojennych W legowisku bestii o walkach w Prusach Wschodnich z lat 1944-1945. Uzupełnieniem były czytane fragmenty zapisów Lwa Kopielewa oraz relacje świadków powojennych: Haliny Brudzyńskiej, Al-fonsa-Karla Domanowskiego, Piotra Halickiego, Władysława Kudyby oraz Lucii Muller. Słowa wspomnień z własną pamięcią skonfrontował germanista, Warmiak z urodzenia, prof. Hubert Orłowski. Kolejny był wykład prof. Marcina Zaremby pt. Co było przed i po „wielkiej trwodze"?, z odniesieniem do wczesnego powojnia i jego skutków w budowaniu nowego społeczeństwa w Polsce. Dalej były spotkania z pisarką Anną Janko oraz poetką Alicją Bykowską-Salczyńską. Autorki czytały fragmenty swoich utworów, naznaczonych piętnem regionalizmu. Problematykę rozszerzył panel dyskusyjny o literaturze: Co nam zostało z tych lat? Rok 1945 i jego skutki... prowadzony przez prof. Sławomira Buryłę, z udziałem także prof. Ingi Iwasiów i Mariusza Sieniewicza. Wykład prof. Marcina Króla był próbą oceny 25 lat polskiej demokracji, w kontekście jego książki Byliśmy głupi. W rozmowie Perspektywy: Nowe tożsamości regionalne/lokalne, prowadzonej przez dr. Jacka Poniedziałka, zaprezentowano praktyki budowania lokalnej tożsamości na Śląsku oraz Warmii i Mazurach: nad czym dyskutowali Łukasz Galusek z Krakowa, prof. Zbigniew Kadłubek z Katowic, Ryszard Michalski z Olsztyna oraz tu podpisany, jako elblążanin. Dzień zakończył wykład prof. Jerzego Stępnia pt. Polska i jej regiony: wizje uobywatelnienia jako główny nurt rozwoju społecznego, w którym dokonał oceny reformy samorządowej. Trzeciego dnia, w Węgajtach niedaleko Jonkowa, uczestnicy forum gościli w ramach festiwalu Wioska Teatralna 2015. Wacław Sobaszek w referacie Zwrotnik Warmia, o przyszłości Wioski Teatralnej, a Erdmute Sobaszek w refleksji pt. Bycie tutaj, co to znaczy? wyjaśnili założenia i perspektywy aktywności teatralnej w kontekście animowania lokalnych praktyk kulturalnych. Poeta, Kazimierz Brakoniecki, omawiając temat Zakład biograficzny i metafizyka miejsca. Literatura pokołenia lat 50. w obliczu przemian pamięci, tożsamości, miejsca na „ziemiach odzyskanych", wkroczył do geopoetyki. Podumowaniom towarzyszyła prezentacja 55. numeru czasopisma Borussia. Kultura. Historia. Literatura, dokonana przez Iwonę Liżewską. Wizytę w Węgajtach i całe forum zakończył spektakl Latent Men białoruskiego Korniag Theatre. 42 Obrazki żuławskie Grzegorz Gola OBRAZKI ŻUŁAWSKIE Aleksander lubił odpoczywać na ganku. Były tam dwie ławki. Jedna zrobiona z szerokiej na pół metra deski - gładkiej i wyślizganej jeszcze od przedwojnia, opartej o ścianę domu i stalową rurkę barierki otaczającej podwyższenie ganku. Po wieczornym obrządku, można było wypalić tu, na spokojnie, klubowego (giewontów z czerwoną śnieżynką nie dowozili do geesu już od jakiegoś czasu, a za sportami Aleksander nie przepadał) patrząc z wysoka, ale takiego żuławskiego wysoka dwumetrowego, terpowego, wprost na łąki — do pierwszego, drugiego i trzeciego przejazdu. Szary, gryzący dymek wolno i po trochu był wwiewany przez, niewielki o tej porze dnia, przeciąg wprost w szerokie podwójne drzwi drewnianego domu pamiętającego czasy nojsztaterwaldzkich mennonitów. - Gozdawa na początku nazywała się Zalesie - tak mówił. - A Marzęcino to była Panna, Nowy Staw - Nytych - dodawał. Na ganek zasuwał się od zachodu przyjemny cień dwóch potężnych lip stojących przed równo wygroszkowanymi betonowymi schodkami i kamieniem młyńskim służącym jako pierwszy stopień, położonym na płasko, jak półkolisty, szorstki, czyszczący trzewiki i gumowce dywanik. Dopiero, kiedy byłem w wieku Aleksandra - żuławskiego osadnika, uświadomiłem sobie, jak bardzo musiał być odważny, żeby rzucić swoje dziedziczne morgi - podlubelskie Palikije i posażne - Doły na strzeszkowickich wybudowaniach prawie pod Niedrzwicą. Dał się przekonać władzy. Zamienił, wcale nie takie chude, mimo że lekkie, morgi na bardzo ciężkie, ale jeszcze żyźniejsze hektary na Zachodzie, który wcale nie był na zachodzie, tylko na północy. Siedem to było za mało. Namówił brata, wziął od niego papier i już miał czternaście, po obu stronach granicznej piotrowsko-gozdawskiej drogi. To były całe dwa chłopskie przydziały załatwione w 47. roku w nowodworskim magistracie, z dwoma domami, w tym jednym tak biednym, że za niedługo został zaorany pod pszenicę. Całość, przypieczętowana przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych na papierach zdobionych w kolorze zielonotytoniowym szlaczkami z herbów miast wracających do Macierzy. Tak tłuc się przez pół Polski z małymi zasmarkanymi córkami i jeszcze młodszymi synami zdając się na łaskę, niepewnej jeszcze swojego, zazdrosnej o wszystko i o wszystkich, władzy? Państwo dawało, bo się należało Lubelszczanom wykrwawionym w partyzantce, w Krężnicyjarej, ale co, jak trzeba będzie oddać? A jak wrócą Niemcy, to co będzie? Ziemia... ziemia najlepsza... ziemia urodzajna, najżyźniejsza, najbogatsza, najtłustsza... Spełniony sen chłopa - teraz to już prawie ziemianina, bogacza i posiadacza! Marysia, najmłodsza „córeczka tatusia”, nie pytała o hektary, tylko o nowy dom, jaki jest tam daleko, skąd właśnie wrócił jej tata z kolegami. - Dziecko, dom jest piękny, duży, obszerny z wielką komorą, ma duży ogród i stoi wysoko, na takiej specjalnej górze. Ale to nic, ważne, teraz słuchaj, obora zmieści nawet kilkanaście krów i kilka koni, a zapola w stodole wielkie i głębokie, że lepiej, żebyś tam nie wpadła. Grzegorz Gola 43 - Ojejku! Stoi na górze... to będą nogi bolały... bo, jak się idzie z Dołów do Niedrzwicy, to też trzeba najpierw na dół, a potem do góry... Dom był na terpie, na zachodnim skraju polderu wybudowanego w czasach, kiedy el-blążanie wycinali bagienne lasy nad południowym brzegiem Zakątku Stobieckiego na drewno i pod działki osadników. Na początku XVIII wieku usypali nowy wał, tuż nad wodą, na nim postawili Graniczną Karczmę (tę samą, w której Aleksander znalazł piękną oficerską szablę, a która potem długo leżała na półce nad schodami do piwnicy - Mirek zaniósł ją, za piątkę z historii i lepsze sprawowanie, do szkolnej izby pamięci, a tam prze-padła). Czarny Wał, niepotrzebny, gdyż nie musiał już bronić przed wysoką wodą, obniżono, wybrukowano, i była to odtąd najlepsza droga do Tiegenhofu. Łąki - na pierwszym, drugim i trzecim przejeździć - były odgrodzone od pól ornych przy drodze do pegeeru „szerokim rowem”. Wiosną wody w nim przybywało nie wiadomo skąd. Był wówczas naprawdę szeroki i głęboki - nie do przeskoczenia. Drewniane kładki łączące przeciwległe skarpy stały zanurzone w wodzie marszczonej przez chłodny o tej porze roku wiatr. Szeroki rów, ale daleko od łąk Aleksandra, był zakończony zawsze zepsutą zasuwą na żelazną korbę. Wszyscy mówili, że zastawka jest „na wałach”, tam, gdzie w latach 70. zbudowano betonowy akwedukt, ale to nie była prawda - wały przeniosły się jeszcze dalej na północ, od kiedy pompa w Osłonce zrobiła swoje. Aleksander mógł przysiąść przed swoim domem dopiero wieczorem, gdy jeszcze raz sprawdził, czy elektryczny pastuch, błyskający groźnie wysokim woltażem na oknie od podwórza w sieni, był już wyłączony. Kiedy krowy były już napojone z wanny przy drodze i zagonione z łąk do obory. Ustawione na swoje miejsca przy żłobie wykrzyczaną znie-kształconąpolubelsku francuszczyzną, „puśtu!”ibardziej swojskich „nastąp się” grzecznie oddawały mleko wprost do wiaderka, na początku głośno, potem już tylko równo, strzykając w cynkowaną blachę. Podchodząc ostrożnie z kubkiem (żeby krowa nie machnęła dziecka ogonem) można było dostać na spróbowanie „małe jasne z pianką”, jeszcze ciepłe. Potem Marianna wolno odlewała przez powąskę mleko do potokniętych przy hydrancie kanek, które rano dyżurny sąsiad zabierał swoim wozem do śmierdzącej lizołem zlewni mleka w Piotrowie. Aleksander obserwował ruch na drodze obsadzonej wierzbami i olbrzymimi czarnymi topolami. Z kory tych drzew, grubej, zielono-brązowej, głęboko pooranej, powstawały łódki z papierowymi żagielkami. Ich kadłuby wyszlifowane o stopnie schodów były próbowane na rowach. Ludzie szli na ostatni autobus do miasta. Dźwigali siatki wypakowane zarżniętymi nieoskubanymi kogutami i butelkami po „patykiem pisanym” zatkanym korkiem z zwiniętego „Głosu Wybrzeża”, żeby śmietana się nie wylała. Naprzeciwko ostatniego, trzeciego przejazdu, po drugiej stronie drogi, która wcale nie była po żuławsku prosta (czyżby kiedyś rów biegnący wzdłuż drogi, niedawno przekopany przez żołnierzy z OTK w kreskowanych moro, był małym strumykiem?), stała drewniana ażurowa wieża. Była ogromna. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Wyglądała prawie jak wieża Eiffla. Moi kuzyni wchodzili na nią po grubych belkach konstrukcyjnych, ale tylko na drugie piętro, wyżej było za niebezpiecznie. Ja bałem się wejść nawet po pierwszej drabinie. Bronek mówił, że na czubku wieży jest znak, „świeca” dwa drewniane kwadraty przenikające 44 Obrazki żuławskie się pod kątem. To taki punkt orientacyjny widoczny z innych, podobnych wież. Pod budowlą, w ziemi był kamień, którego nie wolno było odkopać, bo „za to się szło do więzienia”. Bronek tłumaczył mi, że patrząc z takich wież pod różnymi kątami można było narysować gdzie, co się znajduje na mapie. Nie zrozumiałem, co to jest sieć triangulacyjna. Nie znałem jeszcze przecież właściwości trójkątów. Teraz znam, ale rzadko kiedy to się przydaje. To Bronek ze swoimi pracownikami wybudował tę piramidopodobną wieżę. Od tego się wszystko zaczęło. Aleksander kochał Gierka. Przede wszystkim dlatego, że ten zniósł obowiązkowe dostawy. Co prawda, nigdy nie było problemu, żeby się z nich wywiązać, ale wolna dusza chłopska czuła się urażona, że musi zginać kark siejąc i hodując to, co państwowy pan każę. Na Lubelszczyźnie czasy odrabiania pańszczyzny musiały dobrze utkwić w zbiorowej chłopskiej świadomości zstępującej na kolejne pokolenia. Aleksander chciał gospodarzyć po swojemu. Zburzył zastaną, stojącą tuż pod oknem śmierdzącą, chlewnię. Pomału pozmieniał prawie wszystkie, stojące w starym holenderskim układzie L, budynki na terpie. Stodoła była częściowo kryta trzciną, ta poszła pierwsza do rozbiórki. U podnóża wschodniej części terpa stanęła olbrzymia stodoła kryta eternitem, z jednym wielkim zapolem i trzema klepiskami. Wrota były wysokie -można było wjechać wozem z legarami wyłożonymi w górę na cztery warstwy snopków, czyli tyle, ile mogły uciągnąć Gniady i Kasztan zaprzężone razem. Obora z chlewikami i stajnią stanęła zanim Gomułka i Brandt dogadali się co do granicy. Po starym budynku pozostały fundamenty z ciosanego granitu. Były jakby opaską biegnącą się wzdłuż żużlobetonowych murów nowego obiektu. Tradycyjne holenderskie bezpośrednie połączenie gospodarstwa z domem mieszkalnym zostało jednak docenione i obora nie była wzniesiona jako wolnostojąca. Zwyczaj miejsca został zachowany. Wygodne przejście z mieszkania murowanym, grubo otynkowanym, kilkumetrowym tunelem, zamknięte ciężkimi metalowymi drzwiami ogniowymi, było bodaj najbardziej ruchliwym miejscem w gospodarstwie. W nowej oborze wszystko było z cegły lub z betonu - chlewiki, żłoby, koryta, rynsztoki do gnojówki, posadzki. Było tam zawsze chłodnawo. Nie to, co w starej, gdzie we wgłębionych chlewach egzotermicznie przerabiały się kolejne warstwy obornika. Kilka lat później, obok obory wykopano i wymurowano silos do kiszonek z liści buraczanych - zaplecze paszowe dla stadka bydła. To dopiero była prawdziwa nowoczesność w zagrodzie! Już niepotrzebne było aż tyle siana na zimę. Część łąk można było zaorać i posiać buraki cukrowe, na których z kolei można było nieźle zarobić. I w których się można było zarobić. Wozówka z podcieniem (może podobna, jak w loewenowskim domu Janssona w Tui-Orłowie), wcześniej stojąca przy drodze, również powędrowała do ogrodzonego sztachetami czworoboku domostw na zapleczu. W wozówce, inaczej niż to zazwyczaj było w gozdawskich i piotrowskich obejściach, stanęły maszyny rolnicze, w tym snopowiązałka na cztery konie. Było tam też miejsce na kurnik. Drób był traktowany przez Aleksandra dość pobłażliwie, głównie jako przyczyna marnotrawstwa ziarna. Jedynym, co przekonywało go do hodowli prowadzonej przez babcię, to konieczność wyżywienia robotników przy młócce. - Dziadku, dlaczego, po wojnie, jak tu przyjechałeś, wybrałeś drewniany dom, a nie murowany jak te stojące bliżej szosy? - pytałem z niezrozumienia. Grzegorz Gola 45 - Dom był drewniany, ale za to budynki były duże i dobre. Dom w rzeczywistości nie był zły. Może nie taki, jak ten szwajcarski przy zlewni, dawnej mleczarni Manserów w Reinlandzie-Starocinie, ale całkiem obszerny. Był bardzo solidnie zbudowany na wysokim fundamencie, z dwiema niezależnymi piwnicami z klinkierową podłogą. Oddzielony od obory wiśniowym wysokim fajermurkiem. To wskazywało na dostosowanie się do pruskich przepisów pożarowych z początku XX wieku. To właśnie wtedy dom musiał otrzymać nowy nowocześniejszy wygląd. Dom spowodował moje pierwsze zdziwienie Żuławami. ANNO 1798 BAU HER PETER LOEWEN BAU MEISTER - napis nad okutymi stalowymi ćwiekami drzwiami w podcieniu kuchennym od podwórza - to była moja pierwsza żuławska czytanka. Jeszcze na długo przed Falską. Na poddaszu, obok pokoju sypialni z białokaflowym piecem nakrytym rzeźbioną koroną, były pomieszczenia z tapetami położonymi na stare pożółkłe gazety z pięknie złożonymi przez mistrzów zecerskich szpaltami. To było kolejne zaciekawienie. Dopiero po latach, kiedy z wypiekami na twarzy czytałem w „Rocznikach Gdańskich” artykuły Stankiewicza o domach podcieniowych Petera Loewena zrozumiałem, jak wiele ten właśnie dom mógł znaczyć dla historii i dziedzictwa delty Wisły. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, kilkanaście łat później, w domu pojawili się studenci z Oldenburga i Torunia, diametralnie wywracając wyobrażenia o bezwarto-ściowości i azabytkowości historycznego krajobrazu wokół nowodworskiego, nie tylko w mieszkańcach okolicznych wsi, ale również w głowach lokalnych decydentów z Nowego Dworu - przynajmniej na jakiś czas. Pokój na piętrze z białym piecem nakrytym finezyjną koroną i z dwoma oknami wychodzącymi na południe, zacienionymi dwoma wielkimi orzechami włoskimi i jedną późną jabłonią, był pierwszym moim mieszkaniem. Zamieszkali tam moi rodzice po ślubie w marzęcińskim kościele i po gozdawskim weselu. Nawet dzisiaj, po pół wieku budowy dróg lokalnych na Żuławach, trudno sobie wyobrazić, jakim sposobem i kaskaderskim wyczynem kierowcy autobus san z weselnikami podjechał pod dom. I jeszcze zawrócił! Od strony pana młodego na wesele zjechali goście z jego rodzinnych stron. Nie mogli się nadziwić, jak to gospodaruje się na „zachodzie”. Inaczej, niż w Krzątce. Pierwszą rzeczą, która bardzo rzucała im się w oczy był całkowity brak w okolicy lasów. W Puszczy Sandomierskiej każdy lepszy gospodarz miał przynajmniej kilka morgów swojego, zasadzonego na piachach. Józef, syn Jana (który miał syna Jana, który zmarł zanim się urodziłem), zasadził lasek obok kapliczki na krzyżu przy piaskowym gościńcu z przysiółka Gole do Krzątki. To było tuż obok żwirowni, gdzie Józef Gołąb, późniejszy profesor uniwersytetów: Poznańskiego, Krakowskiego i Warszawskiego, a wówczas asystent, znalazł na ćwiczeniach wojskowych w lipcu 1929 roku meteoryt żelazny (oktaedryt gruboziarnisty). Lasowiacy słynęli od zawsze z produkcji pięknych ludowych mebli. Bo z czego miały żyć zagubione pomiędzy lasami Rościuszkiem i Poligonem wsie i przysiółki? Czerwone Polskie krowy nie dawały tyle mleka, co czarno-białe rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, hodowane na Żuławach. Było to jednak mleko bardziej tłuste - niełatwo się było przyzwyczaić w pierwszych dniach wakacyjnego pobytu, kiedy częstowano chłodzonym, prosto z kanki zanurzonej w studni. Na piaskach rosło żyto, tatarka i owies. Ziemniaki obrodziły lepiej 46 Obrazki żuławskie tylko wtedy, kiedy wykorzystano obornik ze stajni i chlewów. Pola były długie i wąskie. Lisią Kitę, w stronę Rościuszka, Agnieszka oddała w posagu swojej jedynej żyjącej córce. Używana przez miejscowych nazwa pobliskiego lasu nie była przypadkowa. II Rzeczpospolita budując Centralny Okręg Przemysłowy potrzebowała miejsca, gdzie można było testować uzbrojenie i amunicję z niedalekich zakładów w Dębie, Nisku i Stalowej Woli. Poligon był częścią życia mieszkańców okolicy od początku jego powstania w latach dwudziestych. Tutejszym z tego powodu nie było lekko także w czasie wojny. Chociaż dziś może to zabrzmieć kuriozalnie, ale Gole i wszyscy jego mieszkańcy byli „klasycznymi” wypędzonymi. Ze swoich domów musieli uciec i schronić się do pobliskiej Trzusowej. Ich gospodarstwa zostały zajęte przez obsługę Truppen Ubungs Platz Sud, aż do czasu przybycia Sowietów. Byli wypędzeni w dosłownym, a nie rumsko-steinbachow-skim, znaczeniu. Przyszli żołnierze, kazali się wynosić. Zgodnie ze zbójecką praktyką i zasadą zastrzelili wszystkie psy w przysiółku. Naturalnym się wydawało, że średni syn Jana Goli z Krzątki zajmie się ciesielką. Budowanie wież triangulacyjnych było prawdziwym życiowym wzywaniem dla młodego chłopaka tuż po wojsku. Koledzy namówili - pachniało przygodą. Przebywanie w terenie, wciąż w innym miejscu, i jeszcze na „zachodzie”, czyli, tak naprawdę, na zachodzie i północy Polski, samodzielność i konieczność radzenia sobie w każdej sytuacji i w każdym zakresie z dala od szefów - to wszystko pociągało i pobudzało młodzieńczą fantazję. A że nie było łatwo? W wielu miejscach dawały się we znaki braki socjalistycznej gomuł-kowskiej gospodarki. Sklepy w zagubionych w lasach wsiach nie zawsze były w stanie zaopatrzyć i wyżywić niespodziewanych robotników, nadliczbowych poza planem. Wypłaty też przywożone były ciągle nie na czas. Marna była ich wysokość, chociaż być może bardziej atrakcyjna, kiedy zostało się już kierownikiem brygady. Jak długo można było tak żyć? Gozdawa w samym centrum Wielkich Żuław była miejscem, gdzie zbiegły się drogi Bronka i Maryśki. Wreszcie ksiądz Wrażeń - ojciec i przewodnik duchowy wszystkich mieszkańców Krzątki - mógł odetchnąć z ulgą. Ten wysoki i postawny mężczyzna słynął z tego, że znał każdą owieczkę ze swego stada, nawet taką, która pasła się na „zachodzie”, a nawet w dalekiej Ameryce. Każdemu pomagał, czasami w sposób wydawałoby się nadnaturalny, kiedy wręczał listy polecające otwierające niespodziewanie drogę do ważnych osób. To było dla niego bardzo ważne - oto kręte ścieżki Bronka-Krzątczanina zostały wyprostowane. Kiedy urodził się Żuławiak Grzesiu, pokoik na piętrze w starym loewenowskim domu przestał wystarczać młodym. Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej w miasteczku dawało dobrą robotniczą posadę i mieszkanie w bloku z łazienką i dużym pokojem. Może to był awans, a może stabilizacja - zapowiadało się korzystnie. Na Dworcowej zawsze był duży ruch. Na ulicy i w mieszkaniu. To była ruchliwa arteria pomiędzy pekaesem i pekape, z pocztą, hotelikiem, szpitalem, bankiem i siedzibą prezydium. Ze sklepem żelaznym gieesu i spożywczym peesesowskim, piekarnią, Barem Jacek, fryzjerem Bobkowskiego i rzeźnią „tanią jatką”. Z okna było widać pola i łąki ciągnące się, aż po elbląskie wzniesienia. Z Dworcowej można było lepiej przyglądać się Żuławom. Tam powstawały kolejne żuławskie obrazki. Cezary Oleczek 47 Cezary Oleczek ŻYWA LEGENDA PRUS WSCHODNICH Druga wojna światowa nie zakończyła się w roku 1945. Ta data utrwaliła się wyłącznie do aspektu kapitulacji III Rzeszy Niemieckiej i ograniczeniu wyłącznie do Europy. Pomijając kwestie trwających nadal konfliktów zbrojnych na Dalekim Wschodzie i wybuchających ognisk zapalnych w krajach głównie Europy środkowo-wschodniej, rok 1945 jest wyłącznie umowną datą, określającą ramy światowego konfliktu zbrojnego, który do historii przeszedł pod mianem II wojny światowej. W niniejszym artykule w sposób kompilacyjny, z racji ram objętościowych tekstu, pozwolę sobie na dywagacje odnośnie przemian społeczno-kulturalnych, zachodzących na terytorium dawnego obszaru Prus Wschodnich, ze szczególnym naciskiem na rejon przypadły Polsce i wynikające tam kwestie narodowościowe. W roku 1945 terytorium Ostpreussen pozbawiony został rządu, tak na poziomie narodowym, jak i lokalnym. Nagminnym był problem uzyskania jakiejkolwiek rzetelnej informacji. Obowiązywał przekaz ustny. Informacje krążyły z ust do ust i nierzadko były sprzeczne i wyolbrzymiane. Do praktycznie zera spadła wartość pieniądza, a wprowadzony polski złoty długo nie znajdował uznania i musiało upłynąć sporo czasu, nim się upowszechnił. Wyznacznikiem wartości był towar we wszelakiej postaci oraz „znajomości i kontakty”. Kulejąca nowa administracja została sprowadzona do roli „matki i ojca” we wszelkich płaszczyznach społecznych. Tu wypada nadmienić, iż w tym przejściowym okresie, adoptowano wiele praw i reguł, obowiązujących na terytorium Prus Wschodnich przed 1945 r. Nadto braki w kadrze administracyjnej i prawnej skutecznie łatano, powierzając wiele decydenckich i kierowniczych stanowisk autochtonom, oczywiście po ich wcześniejszej odpowiedniej weryfikacji ideologicznej. Chęć przetrwania w tym zamęcie mogłaby obecnie zostać porównana do woli przeżycia rozbitków na bezludnej wyspie, a uważam, że Prusy Wschodnie w pierwszych powojennych latach stały się taką tajemniczą „Nową Ziemią”, jak dla Krzysztofa Kolumba przed 500 laty odkryte lądy Ameryki Środkowej. Podkreślam to tym dobitniej, że napotykam nadal w świadomości młodych pokoleń niewiedzę w tym zakresie i brak możliwości wyobrażenia sobie, aby sytuacja taka była realna i mogła w ogóle zaistnieć w cywilizowanej Europie XX w. GODZINA ZERO Dla uzmysłowienia sobie tamtej rzeczywistości można by posłużyć się po prostu określeniem, że panował totalny chaos. Załamanie więzi lokalnych wspólnot mieszkańców, chociażby poprzez ich rozczłonkowanie, oraz wprowadzenie w obręb zżytych mocno dotychczas ze sobą społeczności nowych mieszkańców, miało wielce negatywny skutek. Następowało tworzenie granic wewnątrz lokalnych. Zarówno autochtoni, jak i nowo przybyli traktowali się z nieufnością i wrogością, przy czym o wiele łatwiejszą drogę prze- 48 Żywa legenda Prus Wschodnich szli polscy repatrianci, mający za sobą poparcie rządu warszawskiego i przeświadczenie o swej wyższości z racji występowania w roli „zwycięzców”. Występujące w nomenklaturze historycznej w Niemczech określenie roku 1945 jako „Stunde nuli” (niem. godzina zero) wydaje się słuszne, biorąc pod uwagę zmiany, jakie dokonywały się w tym czasie. Wiele przyszło budować od zera, zarówno w dosłownym tego znaczeniu, jak i szeroko rozumianej kwestii społecznej. Mniejszości etniczne i kulturowe stanęły na celowniku politycznym, maskując rzeczywiste problemy i służąc za przykrywkę dla własnych błędów i problemów. Najłatwiej było obarczyć jednych całościową winą i wydać na nich wyrok, by uspokoić innych i pozwolić na samoczynną czystkę nastrojów społecznych. Kulturowe zróżnicowanie, stanowiące niewątpliwy wyznacznik Prus Wschodnich do 1945 r., w wizji powojennej Polski było nie do przyjęcia. Dlatego też cezura roku 1945 dla zakończenia wojny w moim osądzie jest nie do przyjęcia. Strzały nie ustały, a walka toczyła się nadal, tym razem ideologiczna i narodowościowa. Dziś przedstawia się powszechnie dane dotyczące zniszczeń materialnych, jakie wywołała II wojna w Europie. Natomiast w tym opisie trudno jest znaleźć dane informujące o skutkach tej gehenny w lokalnych, małych tworach państwowych. A takie badania pozwoliłyby na pełniejsze zrozumienie tych procesów. Gdy czytamy o dokonanych zniszczeniach w wielkich aglomeracjach miejskich i liczby te są oszałamiające, to pamiętajmy, że nierzadko dane obrazujące małe społeczności, jak np. można by zaryzykować to porównanie do Prus Wschodnich, są również szokujące. Tragizm Prus Wschodnich objawiał się wielotorowo. Przy wskazywaniu przez literaturę niemiecką na sprawcę tragedii Rosjan i uznając ten trop jako niewątpliwie trafny, pamiętajmy, że skalę zniszczeń tworzyli w latach 1944 - 1945 na obszarze pruskim również sami Niemcy, którzy w myśl obowiązujących dyrektyw Hitlera dążyli do tego, aby wkraczający do Prus Wschodnich Sowieci zastawali jak najmniej trwałej substancji materialnej. Wróg miał zastać kraj totalnie zniszczony. To skutkowało tym, że Prusy Wschodnie ucierpiały podwójnie. Zgliszcza i gruzy były najbardziej widoczne. Zaś równie trwałe okazały się zniszczenia w sferze społeczno-kulturowej, a nawet ośmielę się stwierdzić, że o wiele trwalsze i nieodwracalne. Zakończenie II wojny oznaczało zarówno czas świętowania, jak i nie mniejszy okres żałoby. Poczucie straty było osobiste i społeczne. To trwa do dziś. W kwestii eksterminacji narodowościowej exodus milionowej społeczności Prus Wschodnich przed wkraczającą Armią Czerwoną może wydawać się drobnym ułamkiem skali. Niemniej zjawisko to było chyba jedynym, tak masowym w Europie. Na ten temat w sposób dramatyczny wypowiadała się literatura niemiecka, lecz i relacje polskich osiedleńców zawierają znamienne stwierdzenia o przerażającym pustkowiu i braku oznak życia w miasteczkach i wsiach Prus. Utarte w świadomości pokoleń stwierdzenie, że nowi mieszkańcy tej prowincji zastawali domy z całym wyposażeniem i „zastawionymi talerzami z jedzeniem stołami” nie było wyolbrzymione. Obraz taki był zapewne realny w całym tragizmie tamtych dni. Unicestwienie całych miast i wsi stanowiło stratę nie tylko dla resztek ocalałej ludności, ale i dla okolicznych terenów. Zerwanie więzi prowincji z metropolią spowodowało degradację kulturową równie bolesną, co przede wszystkim, Cezary Oleczek 49 nie do odbudowania. Ludność autochtoniczna, która nie zdołała się ewakuować, bądź świadomie pozostała na Ojcowiźnie, przedstawiała skrajny obraz. Uderzający był przede wszystkim powszechny brak mężczyzn. Wiara w ich rychły powrót do domów szybko uległa zatraceniu. Włączone do Polski terytorium dawnych Prus Wschodnich było domem starców, kobiet i dzieci. Taki obraz demograficzny dominował w całej powojennej Europie. Pojawił się zatem problem sierot. Dla polskich władz szczególnie uciążliwy. Brak ojca, męskiego wzoru wychowania skutkował pewnym wyparciem w świadomości dzieci mazurskich tego niezbędnego dla wychowania elementu pełnej rodziny. Oblicza się, że 1/3 niemieckich dzieci z terenu Prus Wschodnich straciła w okresie 1939 - 1945 swych ojców. Jednocześnie fala gwałtów, jaka dotknęła ludność autochtoniczną, przyniosła wiele kolejnych sierot, gdzie ojcowie - żołnierze radzieccy - stali się również jedynym, tym razem wstydliwym wspomnieniem. Skutki tej przemocy były dotkliwie odczuwane po wojnie. Oblicza się, że w wyniku masowych gwałtów Niemki z terenu Prus Wschodnich urodziły w ich następstwie ok. 60 tys. dzieci. Dzieci te przez resztę życia znosiły podwójne upokorzenie. Z jednej strony dla tych, którzy pozostali na tych ziemiach borykali się z degradacją narodowościową jako „Germańcy”, a z drugiej dokazywali pewnej niechęci ze strony własnych matek. Osoby te zostały trwale okaleczone ze swojej tożsamości narodowej. Skutki emocjonalne i psychiczne dotyczyły wszystkich, którzy tu pozostali. Rzutowało to również na osoby, które w kilku powojennych falach zdecydowało się, nierzadko z „przychylnością i pomocą” władz polskich, opuścić Dom Rodzinny emigrując do powojennych Niemiec. Tam również nie zaznawali spokoju i mieli trudności adaptacyjne. Ludność niemiecka cierpiała dodatkowo z racji odcięcia od wszelkich rządowych planów pomocy. Raczkująca polska administracja stawiała sprawę jasno. W pierwszej kolejności zapewnienie stabilizacji i startu dla polskich osadników, a na samym końcu opieka nad autochtonami. Ta polityka doprowadziła do destabilizacji społeczeństwa, a w przypadku niezmiennych od pokoleń populacji Prus Wschodnich do jej całkowitego zniszczenia. Dodatkowym problemem pierwszych lat powojennych na obszarze Prus Wschodnich była sytuacja byłych robotników przymusowych . Stanowili oni znaczny odsetek mieszkańców tych terenów i procent ten wzrósł po roku 1946, gdy napłynęła ich kolejna fala z Niemiec, ze stref okupacyjnych. Rządy alianckie rozwiązały swój problem radykalnymi posunięciami, włącznie z deportacją do krajów, z których pochodzili robotnicy. Na terenie Prus Wschodnich znaleźli oni „przyjazny” grunt osiedleńczy. O ile można by założyć, że proces ten był logiczny, wobec ewidentnego wyludnienia kraju, o tyle też był on ujemny, albowiem owi ludzie zgłaszali pretensje różnego rodzaju wobec Niemców, z generalnie powszechnym żądaniem zadośćuczynienia. Nie brakowało z drugiej strony pozytywnych relacji. Ewidentny brak męskich rąk do pracy w gospodarstwach i pewna „znajomość” pozwalały na szybsze i bardziej pokojowe związki, a ogólny „popyt” na mężczyzn skutkował nawet zawieraniem związków małżeńskich i przyspieszoną na tej podstawie repolonizacją Mazurów i Warmiaków. W przypadku autochtonów czynnik ten pozwalał na bezkrwawe przyjęcie w obręb państwa polskiego. Zanim to nastąpiło, Panowało wśród nich przekonanie, że wraz ze zlikwidowaniem Prus Wschodnich sta-b się bezpaństwowcami. Dlatego też ta odcięta od Niemiec prowincja przeszła jeszcze jeden etap w powojennej historii - ukierunkowania świadomości narodowej na czysto 50 Żywa legenda Prus Wschodnich niemiecką i niemiecko-polską. Założenie szybkiej repolonizacji Mazurów nie miało najmniejszych szans realizacji wobec konsekwencji psychologicznej II wojny. Proces ten był trudny i czasochłonny. Świadomość narodowa „zeszła do podziemia” i tam ściśle się umacniała, do tego stopnia, że już w krótkim czasie okazało się, że otwarcie chętnych do przyjęcia polskiego obywatelstwa było niewielu. Reasumując ten niezmiernie istotny aspekt wypada stwierdzić, że obecnie widoczny jest z goła odwrotny jego skutek. Pokolenia zrodzone w latach 80-tych XX w., szukając własnej tożsamości narodowej, identyfikują się z utrwalonymi przez przodków wartościami i deklarują niemieckie pochodzenie. Historia zatoczyła w ten sposób koło. Okres po roku 1945 był najgorszym dla etnicznych Niemców w Prusach Wschodnich. Ci ludzie, którzy w czasie wojny otrzymywali różnego rodzaju przywileje, stali się teraz obiektem szczególnej i powszechnej nienawiści. Zmuszano ich do opuszczenia domów, majątków i gospodarstw rolnych. Poniżano ich na każdym kroku, a metody tego były zbliżone do tych, które upowszechnili wcześniej naziści. Obozy przejściowe wypełniły się skierowanymi tam nie tylko zdeklarowanymi nazistami, ale także zwykłymi ludźmi, którzy uparcie deklarowali swoją niemieckość. Popełniono przy tym wiele błędów, bo do obozów tych trafiali również zgoła przypadkowi ludzie, którzy wręcz powoływali się na pochodzenie mazurskie. Podkreślam to tym dobitniej, że pokutuje w historiografii mit, że to Niemcy byli oprawcami, a w tym przypadku okrucieństwa wszelkiej maści spadły również na nich samych. Bez względu na to, czy jest to dla dumy czytelnika wygodne, czy też nie, prawda historyczna winna być ukazana, nawet jeśli jest trudna w zrozumieniu. W POSZUKIWANIU TOŻSAMOŚCI Skutkiem II wojny, wcześniej nie znanym w takim rozmiarze, była zagłada całych narodów i grup etnicznych. Pojęcie holocaust, „ostateczne rozwiązanie” oznaczały totalną walkę rasowo-narodowościową. Rok 1945 nie zamknął tego do końca. Segregacje, podziały, deklaracje, optowanie za i przeciw, trwało nadal. Ci którym nie przypisano etnicznej przynależności, musieli sami o niej zdecydować. Nie było to łatwe. Wschodniopru-sacy zachowywali swoje utarte pokoleniami przekonanie o specyfice narodowościowej i trzeba zauważyć przy tym, że sami nie określali się nierzadko Niemcami i posługiwali się terminem: Mazur, Warmiak. Tak więc postawiona na ostrzu noża natychmiastowa deklaracja narodowościowa: Polak, Niemiec, napotkała na problem. Dochodziło do różnych sytuacji. Bywało, że początkowo klasyfikowano się całymi wsiami, miastami, dzielnicami jako Niemcy, potem zaczęto optować za byciem Niemcami z urodzenia, Polakami pod względem obywatelstwa i etnicznie Mazurami. Ponad wszystkim przez lata przetrwał fenomen pojęcia i tożsamości zbiorowej pod mianem Wschodnioprusacy. Ludzie przymuszani do dokonania wyboru podejmowali często przypadkowe decyzje, niekiedy z inspiracji krewnego, czy nawet sąsiada, a po latach zmieniali swe orientacje, gdy sytuacja polityczna w Polsce uległa zmianie. Przyznanie się do polskiego pochodzenia w roku 1945 mogło uchronić przed wywózką, zapewnić racje żywnościowe, czy inne profity. Z drugiej strony mogło nieść za sobą niechęć pobratymców i inne szykany. Czas pierwszych lat powojennych w tym Cezary Oleczek 51 względzie był wyjątkowo trudny i bolesny. Niemniej z początku podchodzono do autochtonów w majestacie prawa i odgórnych decyzji. Rzesze ludzi po prostu wypędzono z domów i obszarów, na których żyli od stuleci, a to wyłącznie za sprawą jednolitego i odgórnego zaszeregowania ich do narodowości niemieckiej. To w wielokulturowych i wielonarodowościowych Prusach Wschodnich było błędem i negatywnie skutkowało na następne lata. Ta radykalizacja poglądów i czynów była skutkiem minionej wojny. Kolejnym „odgórnym” błędem było przymusowe przesiedlenie na obszar Prus Wschodnich ludności pochodzenia ukraińskiego i Łemków. Ta deportacja z lat 1944 - 1947 objęła ponad 450 tys. Ukraińców, głównie z Galicji w południowo-wschodniej części Polski. Ten proces można porównać do hitlerowskiej akcji „ostatecznego rozwiązania”, a skutek tego jest widoczny na terenach dawnego Okręgu Mazurskiego do dziś. W całej tej mieszaninie narodowościowej w obrębie polskiej części byłych Ostpreussen przez lata utrzymywał się mit wiary w powrót do stron ojczystych, i o ile dla ludności polsko-ukraińskiej znalazł po latach pewne realia zrealizowania, o tyle dla przesiedleńców polskich zza Buga i wypędzonych rdzennych mieszkańców Prus Wschodnich, po-zostaje nadal wyłącznie mitem. Proces tworzenia „Polski dla Polaków” pod koniec 1947 r. wydawał się rozwiązany. W ciągu zaledwie kilku lat zniszczono stulecia kulturowej różnorodności. Po tych wszystkich przymusowych deportacjach wschodnia Europa stała się dużo mniej wielokulturowa niż kiedykolwiek wcześniej w historii. Chyba najtrafniejszym wydaje się określenie, że dokonano totalnej czystki narodowościowej. Tradycyjny pogląd, że II wojna światowa skończyła się wraz z kapitulacją Niemiec w maju 1945 r. jest więc całkowicie błędny. Zakończył się tylko jeden jej wątek - czysto militarny. Konflikty narodowościowe, w tym na obszarze byłych Prus Wschodnich trwały nadal. Zrodzona okupacją nienawiść Polaków do Niemców po zakończeniu walk wojennych musiała gdzieś dać upust. Rzeczą katastrofalnie złą była najczystsza w swym wrogim zabarwieniu eskalacja wrogich zachowań Polaków wobec ludności niemieckiej na terenach niemieckich, włączonych od roku 1945 do obszaru Polski. Ta polityka, skierowana najpierw ku ludziom, miała swój epilog późniejszy. Gdy zakończono sprawę ujednolicenia narodowego Polski, zaatakowano wszelkie przejawy niemczyzny w kulturze, sztuce, architekturze. Wydaje mi się, że powojenne wypędzenia Niemców z Prus Wschodnich nie rozwiązały kwestii narodowej na tym terenie. To był export w złym tego słowa znaczeniu, albowiem do dziś nie da się pisać historii tych ziem bez pamięci dla narodu, który ziemię tę stworzył. Skrzywdzono tym wiele narodów, w tym również sam naród polski, a złe Wspomnienia będą powracać i nie da się ich wymazać z pamięci. Wydarzeń nie da się zapomnieć. Każda z akcji przesiedleńczych miała wymiar wielkiej społecznej katastrofy- Odbywało się to na oczach dyplomatów, kół rządzących, licznych europejskich obserwatorów. Można zaryzykować stwierdzenie, że przesiedlenia te, zarówno Niemców, jak i w przypadku Prus Wschodnich - Polaków i Ukraińców, mimo ich ogromnej skali, nie wzbudziły większego zainteresowania Europy. Mogło to wynikać z tego, że generalnie kraje zachodnie „nie ingerowały czynnie” w powojenną politykę na wschód od linii Odry. Kwestie dotyczące wysiedlonej przymusowo dawnej ludności Prus Wschodnich 52 Prus Wschodnich napotykają na różną interpretację, zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. Stawiane tezy są z goła przeciwstawne, mimo upływu tylu lat od formalnego zakończenia II wojny. Mimo założenia, że historia winna być rzetelnie i obiektywnie przekazywana, nadal to założenie nie do końca jest realizowane. Każdy naród pisze własną historię. Można ośmielić się wysnuć tezę, że powojenna fala wysiedleń, zarówno Polaków i Ukraińców z dawnych kresów II Rzeczypospolitej, jak i Niemców m.in. z terenów Prus Wschodnich, była przede wszystkim w interesie ZSRR, głównego decydenta w tej części Europy do lat 90-tych XX w. Przy tym na lata zakorzenił się w Polsce pogląd, iż przesunięcie granicy polskiej na zachód i północ, w stosunku do stanu sprzed 1939 r., nie oznaczało pełnej rekompensaty za ziemie utracone na rzecz ZSRR, a wręcz było gorszym rozwiązaniem dla Polski. Świadomość, że Olsztyn, Szczecin, czy Wrocław będą polskie, nie pokrywała żalu, że Wilno i Lwów przestały polskimi być. W tym sensie nabytki terytorialne, jak choćby południowa część byłych Prus Wschodnich, traktowane były marginalnie, i w przypadku tych ostatnich po dzień dzisiejszy widoczne jest pewne osłabienie ekonomiczne i demograficzne tego obszaru w kontekście pozostałych ziem Polski. Ewakuacja, a w efekcie bezładna często i tragiczna w konsekwencji ucieczka niemieckiej ludności z Prus Wschodnich, była i jest w niemieckiej historiografii tym epizodem, o którym pisze się od zawsze w sposób jednoznaczny i otwarty. Tym bardziej jest to opisywane, że wątek ten nie nosił brzemienia nazistowskich zbrodni. Także fakt, iż wielu uciekinierom udało się dotrzeć do bezpiecznych miejsc miał działać na społeczeństwo niemieckie stabilizująco, i ośmielę się wysunąć przypuszczenie, że był istotnym czynnikiem dla powstania Niemieckiej Republiki Federalnej. W przypadku Prus Wschodnich w grę wchodził też inny czynnik, przywoływany w polityce polskiej. Mianowicie wskazywano na dziejową słuszność przyłączenia tych terenów do Polski. W tym znaczeniu w tabelach demograficznych pojawiają się nader często określenia uznające ludność niemiecką na tym obszarze za wykazującą predyspozycje do szybkiej i pokojowej repolonizacji. Wskazywano, że w latach 1945 - 1950 w miastach pruskich dominowała ludność polska, przy minimalnym procencie niemieckiej. Długo jeszcze twierdzono, że rejony wiejskie zamieszkiwane są w przeważającej większości przez obywateli polskich pochodzenia niemieckiego i możliwa jest ich pełna polonizacja. Wskaźniki te w następnych latach coraz częściej zawierały już wpisy o polskiej narodowości obywateli. Bez względu na ostateczną ocenę długofalowych konsekwencji zmian demograficzno-narodowościowych na terenie polskich Prus Wschodnich, nie ma wątpliwości, że region ten, przynajmniej w oficjalnej rządowej wypowiedzi - oczyszczony z Niemców - pozostał w znacznym stopniu, co najmniej do połowy lat 70-tych XX w., zamieszkały przez osoby urodzone tam przed 1945 r. Akcje „łączenia rodzin”, entuzjastycznie wspierane w czasach Edwarda Gierka, miały ten problem definitywnie rozwiązać. W efekcie akcje wysiedleńcze - przesiedleńcze sprawiły, że obszar dawnych Prus Wschodnich, włączony do Polski, stracił na tym, a wizja dobrobytu Ziem Odzyskanych nie potwierdziła się. Nie ustabilizowano według zakładanego planu kwestii narodowej, poprzez wprowadzenie 100% Polaków na tym terenie, a mniejszość niemiecka stanowiła znaczny procent. Cezary Oleczek 53 Na koniec podkreślić trzeba, że zmiany demograficzno-narodowościowe w Prusach Wschodnich po roku 1945 znacząco mijały się w swej, opisanej powyżej, realizacji „odgórnej” do obowiązujących wówczas traktatów mniejszościowych Ligii Narodów. Traktaty te zobowiązywały bowiem rządy państw sygnatariuszy do zapewnienia „członkom rasowej, religijnej lub językowej mniejszości do korzystania z takiego samego traktowania i takiej samej ochrony prawnej i fizycznej”, jak przedstawicielom narodu większościowego. Polska, mimo że mechanizmy nadzoru międzynarodowego były wadliwe, uchyliła się od zobowiązania do chronienia mniejszości. Gwoździem do trumny w tej kwestii była decyzja ONZ, uchylająca obowiązujące traktaty mniejszościowe. Oznaczało to w praktyce, że państwa mogą postępować w kwestii własnych mniejszości narodowych wedle własnego uznania. Zakładano w Polsce, że problem mniejszości narodowych po wojnie rozwiąże się rychło sam. Moralne i etyczne kwestie związane z przesiedleniami ludności i czynieniu na siłę państwa jednolitego narodowościowo, co nastąpiło w Polsce, są wyjątkowo złożone i trudne. Nie sposób ich w niniejszym tekście wyczerpująco omówić. Pamięć o przeszłości czyni nas lepszymi, nawet jeśli jest tylko osobista. Jest ona fundamentem budowy nowej rzeczywistości trudnej, bo nie dającej się odtworzyć wstecz. Akty pojednania, gesty przyjaźni są potrzebne, i to nie tylko na szczytach politycznych narodów, ale na samym dole hierarchii społecznej. I tam one najwcześniej zakiełkowały i dały najszybszy oraz najlepszy plon. Dziś Prusy Wschodnie, jakim by mianem współczesnym ich nie określać, są, mam na myśli ich polską część, ziemią znowu wielokulturową i wielonarodowościową. Ten fascynujący kawałek Polski na nowo podniósł się z ruiny. Na nowo żyją tu Niemcy, Polacy, Ukraińcy, Żydzi, czy Cyganie, a pojęcie tożsamości narodowej zdaje się być tu silniejsze, niż gdzie indziej. Coraz więcej osób mówi o sobie, że są polskimi wschodnioprusakami i mam nadzieję, że kreśląc taki termin zdają sobie w pełni sprawę z powagi takich deklaracji. Wolność oznacza również samostanowienie narodowościowe i nie musi nieść za sobą nienawiści i zła. Ruchy separatystyczne w Europie są dziś coraz silniejsze - Baskowie, Flamandowie toczą nadal walkę, choć bardziej symboliczną o swój kraj. II wojna światowa w aspekcie narodowościowym trwa więc nadal. Dla większości młodych Polaków i Niemców temat Prus Wschodnich nie stanowi już problemu. Żyją oni nowym życiem zjednoczonej Europy, bez granic i podziałów. Prusy Wschodnie pozostały wspomnieniem, legendą, nadal żywą dla współczesnych Polaków i Niemców. I to jest dobry prognostyk dla tych ziem. 54 Przebaczamy i prosimy o przebaczenie Andrzej Kasperek PRZEBACZAMY I PROSIMY O PRZEBACZENIE 1. Zawsze kiedy czytam wiersz Leopolda Staffa pt. „O miłości wroga” zastanawiam się, ile w nim literatury a ile mądrości życiowej lub życiowej prawdy. Podmiot liryczny przytacza różne przykłady ludzkiej niegodziwości: potwarz, grabież, pohańbienie, krzywdzenie bliźnich i twierdzi, że prawdziwym obowiązkiem chrześcijanina jest nie oddawać zła za zło, bo gwałt wcale nie musi się gwałtem odciskać, powinniśmy wzorem Jezusa i św. Franciszka umieć wybaczać. Tylko wtedy ocalimy nasze człowieczeństwo i naszą duszę. Poeta pisze w zakończeniu wiersza: Tyś cios mi zadał w duszę, co miłość swą ci dała - Jam bołem się oczyścił, a dusza twa skonała. Ogromnie trudne zadanie do wykonania. Większość krzyknie: ja mam się modlić za swego wroga, wybaczyć mu wszystkie przeniewierstwa i krzywdy, jakich od niego doznałem? Nigdy! Bardzo trudna jest cnota wybaczania... Kogo z nas stać, żeby powiedzieć: Kłęknijmy razem bracie... Mogiła się otwarła - Módłmy się za twą duszę, co nieszczęśliwie zmarła. W książce „Przebaczenie - najpotężniejszy uzdrowiciel”, której autorem jest Gerald Jampolsky znajduję wiele złotych myśli na temat dobroczynnego działania przebaczania i tego, jak toksyczne jest pielęgnowanie w sobie pamięci o doznanym złu. Oto kilka z nich: „Hodowanie myśli o zemście, brak miłości i współczucia rujnuje nasze zdrowie i odporność. * Wybaczenie nie oznacza zgody na występek; nie oznacza aprobaty oburzającego zachowania. * Przebaczenie oznacza koniec rozdrapywania ran, które ciągle krwawią. * Przebaczenie oznacza nieodmawianie swojej miłości nikomu. Przebaczenie oznacza uzdrowienie rany w sercu zadanej przez zapiekłe myśli. * Nie wybaczyć, to wybrać cierpienie. * Przebaczenie jest najpotężniejszym uzdrowicielem. * Wybaczenie innym jest pierwszym krokiem do wybaczenia sobie. * Przebaczenie uwalnia nas od bolesnej przeszłości. * Łatwiej jest wybaczyć, kiedy przestaniemy widzieć w sobie ofiarę. * Przebaczenie jest nieprzerwanym procesem, a nie czymś, czego dokonujemy raz czy dwa razy. * Na przebaczenie nigdy nie jest za wcześnie ani za późno”. Niby nic tu nowego, wszystko to wiemy, ale jak trudno wprowadzić w życie te słowa. Książka pokazuje, dlaczego tak wielu ludzi nie potrafi przebaczyć i uzmysławia, dlaczego rozpamiętywanie doznanych krzywd jest w istocie postanowieniem, by cierpieć. Pozwala zrozumieć, co sprawia, że nie potrafimy przebaczyć i jakie nasz mózg wypracował mechanizmy samousprawiedliwiają-ce to. Autor pokazuje, jak wiele zyskamy, kiedy nauczymy się wybaczać. Bez prawdziwe- Andrzej Kasperek 55 Oryginał listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. [wypożyczony z Historycznego Archiwum Arcybiskup-stwa Kolonii] na wystawie „Odwaga i pojednanie" w Sejmie, fot. PAP/T. Gzell, źródło: http://dzieje.pl/aktualnosci/list-biskupow-polskich-do-niemieckich-z-196S-r-na-wystawie-w-sejmie go przebaczenia nigdy nie będziemy szczęśliwi, a w najgorszym przypadku nie będziemy mogli żyć, bo zatrujemy się własną złością i nienawiścią. Franciszkański z ducha wiersz Staffa mógłby się znaleźć w książce cytowanego autora. Wszak Pismo głosi: „Miłujcie nieprzyjacioły swoje”. (Mt, 5, 44). Nieraz słyszeliśmy te słowa z ambony, ale czy potrafimy wziąć je do siebie? Zbigniew Herbert w słynnym wierszu „Przesłanie pana Cogito” stwierdza kategorycznie: i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie I to stwierdzenie pewnie wielu z nas jest bliższe. Wierzymy w szczerość narratora „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który opowiada nam historię, jak to po Wojnie spotkał w Rzymie współwięźnia z łagru. Obu udało się przeżyć i wydostać się z archipelagu Gułag. Narrator dostał się do armii Andersa, natomiast jego towarzysz, więcej nawet - więzienny przyjaciel - bił się w szeregach Armii Czerwonej i po wielu pe-Wpetiach wylądował we Włoszech. Nie widzieli się kilka lat, teraz opowiada, co się z nim działo. Przeżył w łagrze, bo doniósł na czterech Niemców, więźniów jak i on, niewinnych ludzi. Jego denuncjacja była dla nich wyrokiem śmierci. Opowiada swoją historię i czeka, żeby narrator wypowiedział jedno słowo: rozumiem. To będzie oznaczało wybaczenie i Pozwoli uspokoić duszę nękaną wyrzutami sumienia. Liczy na to, że dawny przyjaciel, Zn&jąc straszliwe warunki panujące w „tamtym świecie”, zrozumie go, nie skażę na potępienie. Narrator jednak nie jest w stanie powiedzieć, że rozumie. Tłumaczy to tak: „Może Wymówiłbym bez trudu to jedno słowo nazajutrz po zwolnieniu z obozu. Może... Mia-łern już jednak za sobą trzy lata wolności [...] normalnych uczuć, miłości, przyjaźni, życzliwości... [...] Wróciłem z takim trudem między ludzi i miałbym teraz od nich dobrowol- 56 Przebaczamy i prosimy o przebaczenie nie uciekać?” Zakończenie „Innego świata” do dziś wywołuje spory, autorowi zarzuca się, że okazał zbytnią surowość, oschłość, brak empatii i nieumiejętność przebaczania. Gustaw Herling-Grudziński w rozmowie z Włodzimierzem Boleckim odpowiada, że jeśli czytelnicy nie rozumieją tego zakończenia, to znaczy, że nie rozumieją ani jego książki, ani nie pojęli sensu owego nieludzkiego świata, w którym przyszło żyć i umrzeć milionom nieszczęśników. Stwierdza: „Przecież w tym zakończeniu pokazuję różnicę miedzy niewolą a wolnością [...] Reguły niewoli są przecież inne niż reguły wolności. [...] Moja postawa w zakończeniu tej książki jest po prostu obrona sensu świata wolnego”. Przebaczenie potrzebuje czasu, nieraz wielu tygodni, miesięcy czy lat. Nie jest to wcale takie proste. Dopiero gdy nastąpi przebaczenie, powoli ustępuje cierpienie, ale nie każdy może przebaczyć całkowicie i bezwarunkowo. Jan Paweł II ciężko ranny w zamachu dokonanym przez Ali Agcę przebaczył swemu oprawcy już w czwartym dniu po zamachu, kiedy powiedział: „Modlę się za brata, który mnie zranił, a któremu szczerze przebaczyłem”. W grudniu 1983 roku odwiedził go w więzieniu. Później kilkakrotnie rozmawiał z jego matką i bratem. To przykład wielkoduszności i prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia, bo niedoszła ofiara wstawiła się później w sądzie, aby swego prześladowcę ułaskawić, co w końcu nastąpiło. Ale Bogdan Borusewicz nie przebaczył agentowi SB - Mieczysławowi Cholewie, autorowi melodii do „Ballady o Janku Wiśniewskim”. Cholewa był popularny wśród trójmiejskich działaczy demokratycznej opozycji. Przyjaźnił się z Borusewiczem, ale kilka lat wcześniej został zwerbowany i przez lata donosił na „Borsuka”. Kiedy wydało się, kim był naprawdę przyszedł do dawnego przyjaciela licząc na jego przebaczenie. Tłumaczył się ze swych czynów, kajał... Spotkanie miało charakter publiczny. Dziennikarz zanotował: „Mija półtorej godziny od początku spotkania. Borusewicz milczy. Fotoreporterzy robią zdjęcia. Cholewa chce usłyszeć słowa przebaczenia, patrzy proszącym wzrokiem. [...] Borusewicz nagle kuli się, zakrywając twarz, i zaczyna szlochać. Nie podaje Cholewie ręki. Cholewa jest czerwony na twarzy, ale ma suche oczy”. Jest rok 2005, minęło 60 lat od wydarzeń opisanych przez Herlinga-Grudzińskie-go, mamy prawie identyczną sytuację. Może trzeba jeszcze poczekać, może czas pomoże, ale może być tak, że przebaczenie nigdy nie nastąpi. A w opisanej sytuacji mogłoby ono mieć charakter pójścia na skróty, działania pod publiczkę, niczym w popularnym kiedyś programie telewizyjnym „Wybacz mi”. 2. W lipcu tego roku odwiedziłem Wrocław. Tak się składało, że zwykle miałem okazję wpadać tam tylko przejazdem na kilka godzin i zawsze chciałem spędzić we Wrocławiu choć kilka dni. Wreszcie się udało i wróciłem oczarowany tym miastem, na pewno należącym do najpiękniejszych w Polsce, które przez ostatnie lata wypiękniało w sposób zadziwiający. Wędrując z żoną po uliczkach starego miasta trafiliśmy do Muzeum Uniwersyteckiego. Zwykle takie miejsca nie oferują zbyt wielu atrakcji, ale zależało nam na obejrzeniu Auli Leopoldyńskiej. Okazało się jednak, że muzeum ma o wiele więcej do zaoferowania. Mili pracownicy (oj, w polskich muzeach nie jest to niestety norma, często obsługa jest po prostu okropna, wrzeszczące babsztyle rzucające się do gardła, kiedy tylko Andrzej Kasperek 57 ktoś sięgnie po aparat fotograficzny, itd.) chętnie służyła informacją, radziła, co jeszcze zobaczyć... Spędziliśmy tam kilka godzin a i tak za mało. Zwróciłem uwagę na dwie rzeczy - po pierwsze: autorzy ekspozycji opowiadając o historii wrocławskiego uniwersytetu nie udają, że zaczęła się ona w 1945 roku. Konsekwentnie pokazano ją od 1702 roku, kiedy to cesarz austriacki Leopold I erygował uczelnię. Podkreśla się, że Wrocław był najpierw polski, później czeski, następnie austriacki, pruski, niemiecki i znów polski. Nikt nie wymazuje nazwy Breslau, nikt nie pisze o prapolskich korzeniach miasta nad Odrą. Takie są fakty, nikt również nie ukrywa, że większość polskiej kadry uniwersytetu przyjechała ze Lwowa i z dumą eksponuje się piękne berła, które należały do rektora i dziekanów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tak potoczyła się historia XX wieku, nikt nie powinien jej fałszować lub naciągać faktów. Pomyślałem, że do Wrocławia powinny przyjechać wycieczki muzealników i rajców miejskich z Wilna. Sporo mogliby się tam nauczyć... Na starych zdjęciach można zobaczyć, jak zniszczony był Wrocław. Bezsensowna obrona Festung Breslau oznaczał zagładę wspaniałego miasta, które zostało w 2/3 zniszczone. Kiedy ogląda się te fotografie, to trudno nie myśleć o wielkości naszych przodków, o tych wszystkich, którzy przyjeżdżali do zupełnie zrujnowanego Wrocławia czy spalonego Gdańska, na zalane Żuławy, do zdewastowanych miast i miasteczek, ograbionych wiosek i podejmowali trud ich odbudowy. Pomijam wszystkie straszliwe trudności związane z brakiem materiałów, dokumentacji, ludzi; myślę o odwadze i determinacji naszych ojców i dziadów. Przypominają mi się stare kroniki filmowe, na których pokazano osuszanie Żuław, zakładanie sieci energetycznych, otwieranie szkół, odbudowę kościołów. Tak, na to trzeba było odwagi i wyobraźni, potrzeba było też wielkoduszności. Bo przecież najłatwiej było postawić na ruinach tych miast bloki mieszkalne, tak, jak to zrobili Rosjanie w Królewcu. Nic ich z tym miastem nie łączyło, poza tym, że Stalin wcielił je do Związku Sowieckiego. Polacy postąpili inaczej. To ta druga rzecz, na którą zwróciłem uwagę. Na Wieży Matematycznej jest taras, z którego można podziwiać wspaniałą panoramę miasta. Zdobią go cztery rzeźby - alegoryczne przedstawienia nauk, kiedy przyjrzeć się im z bliska można dostrzec datę: 1948. Trzy lata po wojnie polscy majstrowie odbudowali kompletnie zniszczoną w czasie wojny wieżę. Pewnie były pilniejsze zadania, Przecież Warszawa ciągle leżała w gruzach; mimo to uznano, że trzeba odbudowywać, rekonstruować, ba nawet odtwarzać niemieckie napisy. Kiedy się o tym pomyśli, trudno uie czuć szacunku dla naszych przodków, którzy (pewnie) śniąc o Lwowie budowali swoje nowe miejsce do życia we Wrocławiu i wierzyli, że tu też może być pięknie. Kilkaset metrów od Muzeum Uniwersyteckiego jest wyspa Piasek, stoi na niej Kościół Najświętszej Maryi Panny. Obok niego dziesięć lat temu postawiono pomnik kardynała Bolesława Kominka, przy obełisku wyryto słowa: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie . To najbardziej znany cytat (choć niedokładny) z „Orędzia biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim , znanego lepiej jako „List biskupów polskich do biskupów niemieckich”. W czasie Soboru Watykańskiego polscy biskupi i kardynałowie uznali, że oto nadeszła pora, żeby porozumieć się z duchownymi i biernymi Kościoła niemieckiego i wyciągnąć rękę do zgody. W ten sposób powstał je-den z najważniejszych dokumentów w powojennej historii Polski. Pomnik kardynała Bolesława Kominka dłuta Sławoja Ostrowskiego. Monument wzniesiony został z inicjatywy Prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, z okazji 40. rocznicy wymiany listów pomiędzy biskupami polskimi a biskupami niemieckimi. W tle Kościół Najświętszej Maryi Panny na Piasku, fot. Andrzej Kasperek W liście, napisanym po niemiecku przez arcybiskupa wrocławskiego Bolesława Kominka, przedstawiono polskie dzieje, podkreślając ciemne i jasne strony polsko-niemieckich stosunków. Przypomniano też, że miliony Niemców ucierpiały wskutek powojennych wysiedleń. Podkreślono, że skutkiem wojny jest obecna granica na Odrze i Nysie, której Niemiecka Republika Federalna nie uznawała. Polscy biskupi zapraszali biskupów niemieckich na obchody tysiąclecia chrztu Polski. Najsłynniejsze zdanie listu brzmi: „W tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu wyciągamy do Was, siedzących tu na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Uzmysłowiłem sobie, że oto w tym roku mija pięćdziesiąt lat od tego wydarzenia. Jakoś niewiele się o tym mówi, stanowczo za mało. Wolimy roztrząsać nasze klęski, lamentować, a jak już się nam coś uda, to zaraz przestajemy o tym myśleć, jakbyśmy się wstydzili. A ten list był kamieniem milowym na drodze Polski do Europy, nie bylibyśmy dziś w Unii Europejskiej ani w NATO, gdyby nie odwaga i dalekowzroczność naszych biskupów. Ze smutkiem myślę o tym, jak niedościgły poziom myślowy i etyczny reprezentował wówczas polski episkopat, jaka była skala jego działań, jaki ogrom zadań do wykonania Andrzej Kasperek 59 (chodzi mi o odtworzenie instytucji kościelnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych, ale też o obronę substancji Kościoła w realiach PRL-u). Ludzie, którzy stawali przed bardzo trudnymi wyborami, gotowi byli mówić prawdy niepopularne, a wręcz trudne. Ale przecież nie czynili tego, dlatego, że czuli się panami i władcami ludzkich sumień (tak, jak często się dziś dzieje). Oni byli przewodnikami narodu, czuli się jego pasterzami. Bo pastorał (dosłownie znaczy to: kij pasterski), oznaka władzy biskupiej, nie służy ani do podpierania, ani do wygrażania wiernym. To byli prawdziwi chrześcijanie, których stać było na wypowiedzenie słów, które dla wielu Polaków 20 lat po straszliwej wojnie, kiedy rany jeszcze były świeże, były niemożliwe do zaakceptowania. Furia, z jaką orędzie zostało zaatakowane przez komunistyczne władze i czerwoną propagandę była niesłychana. Hasło: „Biskupi - zdrajcy!” było często powtarzane, ale też u niektórych znajdowało posłuch. Zgadzali się jeszcze z pierwszą częścią wypowiedzi (przebaczamy), ale przez usta nigdy nie przeszła by im druga część (prosimy o przebaczenie). O co tu prosić oprawców? Za co ich przepraszać? Jak w ogóle można było wpaść na taki pomysł? Na masówkach organizowanych w fabrykach i zakładach pracy partyjny aktyw trzymał transparenty z hasłami: „Nie wybaczamy i nie prosimy o wybaczenie”. Gazety pisały: „Samozwańcza akcja polityczna! Proniemiecka demonstracja!”. „Kto w Polsce upoważnił przebywających w Watykanie biskupów do kajania się i wybaczania, do składania wobec NRF narodowej samokrytyki? W czyim imieniu to zrobili?”. „Nie poczuwamy się do winy wobec narodu niemieckiego! Nie pozwalamy, by ktokolwiek prosił o przebaczenie i przebaczał rewizjonistom!”. Nawet we Wrocławiu niektórzy ludzie szeptali, że biskup zaprzedał się Niemcom za mercedesa i willę w Berlinie. Abp Kominek wiedział od dawna, że wszystkie kampanie antyniemieckie, straszenie rewizjonizmem, odwetowcami Hupką i Czają służą jednemu celowi - „trzymając Polaków w strachu przed Niemcami, związuje się ich ze Związkiem Radzieckim i komunistami”. Władysław Gomułka cały czas twierdził, że jedynym gwarantem polskiej granicy na zachodzie jest Związek Radziecki. Polscy biskupi złamali tę zasadę. Był wściekły, bo uważał, że próbują oni prowadzić własną dyplomację. Biskupi pisali przecież: „Obciążenie obustronnych stosunków ciągle jeszcze jest wielkie, a potęguje je tak zwane »gorące żelazo« tego sąsiedztwa. Polska granica na Odrze i Nysie jest, jak to dobrze rozumiemy, dla Niemców nad wyraz gorzkim owocem ostatniej wojny, masowego zniszczenia, podobnie jak jest nim cierpienie milionów uchodźców i przesiedleńców niemieckich. Większa część ludności opuściła te tereny ze strachu przed rosyjskim frontem i uciekła na Zachód. FHa naszej Ojczyzny, która wyszła z tego masowego mordowania nie jako zwycięskie, lecz krańcowo wyczerpane państwo, jest to sprawa egzystencji (nie zaś kwestia większego ^obszaru życiowego«)”. Dwa lata później, w grudniu 1970 roku, do Warszawy przybył kanclerz Willi Brandt i podpisano układ o normalizacji wzajemnych stosunków, w którym NRF (Niemiecka Republika Federalna - taka nazwa obowiązywała do 1990 r.) uznała w sposób jednoznaczny zachodnią granicę Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej. Okazało się, że miał rację Stefan Kisielewski, który pisał: „W istocie zaś list ów był niezwykle dla pol-skiej racji stanu korzystną próbą przezwyciężenia impasu miedzy społeczeństwem Polski i RFN, politycznie zaś jego wymowa stała się za parę lat wokabularzem oficjalnego języka 60 Przebaczamy i prosimy o przebaczenie dyplomacji PRL wobec Republiki Federalnej. Grzechem Episkopatu było, ze wyprzedził oficjalną politykę państwa - jest to w totalitaryzmie grzech śmiertelny”. Bolesław Kominek był wielkim duchownym, ten syn polskiego górnika, urodził się na Śląsku. Jego ojciec tak hołubił polskość, że swoim dzieciom nadawał imiona polskich królów i królowych. Pierworodny syn ukończył seminarium duchowne w Krakowie i został wikarym w Katowicach, brał udział w konspiracji a po wojnie tworzył zręby Kościoła na Opolszczyźnie, był tzw. administratorem apostolskim. Władze komunistyczne nie były mu przychylne, sakrę biskupią przyjął potajemnie, metropolitą wrocławskim został oficjalnie dopiero w 1972 r. To on był pomysłodawcą oraz motorem idei listu biskupów. Ciekawe, czy ci którzy mówili o kardynale Kominku: „zdrajca”, „sprzedawczyk” kiedykolwiek pomyśleli, że poza autentyczną wielką wiarą chrześcijańską, która mu przyświecała była jeszcze jedna idea. Ten list miał służyć Polsce, budować jej bezpieczeństwo, pomagać dogadać się z sąsiadami. Niemiecki dziennikarz Hansjakob Stehle napisał o Bolesławie Kominku bardzo trafnie: Briickenbauer aus Oberschlesien, czyli budowniczy mostów z Górnego Śląska. Był wielkim patriotą, ale nie obnosił się z tym. Już w latach pięćdziesiątych musiał się tłumaczyć prymasowi Wyszyńskiemu z tego, że (jak napisano w anonimie): „nie ma w nim odrobiny ducha polskiego, w kazaniach nie używa słowa Polska, nie występuje przeciwko niemieckim księżom, obsadza stanowiska kościelne autochtonami”. Odpowiedział na te zarzuty z wielką klasą: „To prawda, że nigdy nie brałem wyrazów Polska, Ojczyzna, Naród nadaremno na moje usta. Nigdy po to, by zakryć, zakrzy-czeć, zataić, nigdy w fałszywej tonacji”. Dzisiaj, kiedy tak wielu polityków, duchownych i zwykłych obywateli licytuje się, kto z nich jest lepszym Polakiem i większym patriotą, te słowa udowadniają, że zapomnieliśmy już, czym jest patriotyzm. Zapomnieliśmy, czego uczył nas w swym wierszu Jan Kasprowicz: Rzadko na moich wargach - Niech dziś to warga ma wyzna - Jawi się krwią przepojony, Najdroższy wyraz: Ojczyzna. Szkoda, że już dawno temu wycofano ten utwór z programów szkolnych. W roku 1989 Tadeusz Mazowiecki pierwszy niekomunistyczny premier Polski, doprowadził do jeszcze jednego.spektakularnego wydarzenia. Zaledwie po paru miesiącach urzędowania spotkał się 12 listopada 1989 roku z kanclerzem Helmutem Kohlem na Mszy Pojednania. Wybrano dla niej miejsce symboliczne - kaplicę w pałacu w Krzyżowej, w dawnym majątku hrabiego Helmutha Jamesa von Moltke. Tam w czasach III Rzeszy odbywały się spotkania osób, które chciały ratować Niemcy przed hitlerowską tyranią. Mijało ćwierć wieku od pamiętnego listu biskupów, komunizm i jego propaganda zdychały, mur berliński był niszczony, potrzeba było znaku otwarcia, pokazania, że Polska i Niemcy (zjednoczenie dwóch państw niemieckich stawało się właśnie faktem) będą dobrymi sąsiadami. Arcybiskup opolski Alfons Nossol, który był spiritus movens tego spotkania mówił: „Pamiętam, że Mazowiecki i Kohl mieli w oczach łzy”. Wspomina lodowaty dzień jesienny, ale zapamiętał też „chłód duchowy”. Kiedy nadeszła pora Andrzej Kasperek 61 na przekazanie sobie znaku pokoju: „najpierw poszedłem do Mazowieckiego, a potem do Kohła. Chciałem uspokoić atmosferę, pokazać, że nie preferujemy strony niemieckiej [♦..] Ważny był wtedy każdy, najdrobniejszy nawet gest, by wszystko było dobrze i nie doszło do żadnych zadrażnień. Udało się - po jakimś czasie stało się to autentyczne spotkanie eucharystyczne, w którym ludzie śpiewali, każdy chyba zresztą w swoim języku. [••■] podszedłem do Mazowieckiego i uścisnąłem mu dłoń, a potem to samo zrobiłem idąc do Kohła. Kohł wtedy podszedł do Mazowieckiego, a nasz premier wyszedł mu naprzeciw i objęłi się serdecznie. Trochę się bałem, żeby potężny Kohł nie udusił naszego drobniejszego nieco premiera A potem i ludzie na placu zaczęli robić to samo, śladem przywódców. To było duże wydarzenie”. Dobrze pamiętam tę scenę - drobniutki Mazowiecki w objęciach wielkiego zwalistego Kohła. Trochę był to symboliczne - wymęczona komunizmem Polska i wypasiony RFN. Ale tak to wówczas wyglądało. Ta msza dla jej uczestników była wielkim i trudnym przeżyciem. Biskup Nossol miał z jej powodu wiele przykrości. Opowiadał, że kiedyś poszedł na pocztę, by wysłać list. „Jeszcze było jasno i na mój widok jakaś grupa młodzieży zaczęła spluwać i krzyczeć »zdrajca«. Innym razem, gdy szedłem przez centrum miasta, kolejna grupa zaczęła najpierw na mój widok strasznie bluźnić. Potem jeden z nich, ze sporym kijem, wypuścił się za mną”. Na szczęście skończyło się na strachu; dziś arcybiskup swej decyzji o organizacji Mszy Pojednania nie żałuje. Swoją droga nie wyobrażam sobie dzisiejszych hierarchów kościelnych idących na pocztę czy po zakupy. Przypominam tu dwa bardzo ważne i przełomowe wydarzenia. Dwa symbole powojennej historii Polski i Niemiec pokazujące, że porozumienie i przebaczenie nawet po-nńędzy ongiś wrogimi narodami jest możliwe, że waśnie i nienawiść prowadzą donikąd. $ez Kominka, Nossola i Mazowieckiego, bez ich odwagi, dalekowzroczności i myślenia w kategoriach dobra wspólnego, bez ich działania propaństwowego bylibyśmy dziś gdzie mdziej, znajdowalibyśmy się jako państwo w gorszym położeniu. Na łamach watykań-skiego dziennika „L’Ossrevatore Romano” ambasador Polski przy Stolicy Apostolskiej Piotr Nowina-Konopka przypomniał o zbliżającej się 50. rocznicy wymiany listów pomiędzy biskupami Polski i Niemiec. Jego artykuł jest formą apelu do światowej opinii Publicznej o sięgnięcie do naszych doświadczeń, zwłaszcza w kontekście obecnej woj-ny ukraińsko-rosyjskiej. Autor mówi w nim: „Przede wszystkim uważam, że w Polsce 1 w Niemczech byliśmy świadkami procesu, który powinien stanowić swego rodzaju wzo-rzec dla pojednania między narodami. Bo przecież trudno byłoby sobie wyobrazić przykład bardziej napiętych stosunków od tych między Polakami a Niemcami, które trwały przez całe stulecia, a zwłaszcza w związku z II wojną światową. I mimo tych trudnych * bolesnych doświadczeń udało się doprowadzić do sytuacji, którą możemy dzisiaj opisać jako narody i społeczeństwa pojednane. Idąc tym torem rozumowania, jestem przekona-ny> że ta swego rodzaju »technologia« pojednania, jakiej użyto w odniesieniu do Polski 1 Niemiec, dałaby się zastosować również w odniesieniu do tych gorących konfliktów, jakie dzielą obecnie szczególnie Rosję i Ukrainę, ale dotyczy to też np. naszego pojednania Polsko-rosyjskiego”. 62 Przebaczamy i prosimy o przebaczenie 3. Te rozważania skłoniły mnie do jeszcze przypomnienia sobie broszury „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy. Uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków” autorstwa Jana Józefa Lipskiego, dziś chyba zbyt mało pamiętanego pisarza, publicysty, współzałożyciela Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Ukazała się ona nakładem niezależnego wydawnictw NOWA w 1981 roku. Tekst jest ciągle aktualny. Autor rozpoczyna swoje rozważania od stwierdzenia: „Ojczyzna istnieje tylko wtedy, gdy istnieje też obczyzna; nie ma »swoich«, gdy nie ma »obcych«. Od stosunku do »obcych« bardziej niż od stosunku do »swoich« zależy kształt patriotyzmu. Jest w tym zawsze coś paradoksalnego, że miłość do kraju i do własnego narodu określana być może dopiero przez stosunek do innych krajów i innych narodów, lecz jest to paradoks właściwy wszelkiemu myślowemu i uczuciowemu wyodrębnieniu”. Próba odpowiedzi na pytanie: „Czym jest i jaki jest patriotyzm dziś ?” każę Lipskiemu spróbować przeanalizować stosunek Polaków do Rosjan, Niemców, Ukraińców, Litwinów, Czechów i Żydów. Tekst jest uczciwy swych opiniach i diagnozach, ale czasem mało przyjemny w lekturze, bo niektóre sformułowania bolą. Tak, wzorem Stefana Żeromskiego, rozumiano kiedyś powinności literatury. Chciałbym przybliżyć uwagi dotyczące Niemców. Lipski pisze, że Polacy nie zmienili granic swego kraju z własnej woli. Nie my o tym decydowaliśmy, że po Jałcie i Poczdamie miliony Polaków z Kresów Wschodnich musialy znaleźć sobie nowe miejsce do życia. Nie ma co szukać uzasadnień w historii, mówienie o powrocie na ziemie piastowskie, o polskości Szczecina czy Olsztyna jest nieuczciwe. Tłumaczy nas po prostu „zasada mniejszej niesprawiedliwości”, ale „wybór mniejszego zła nie może jednak znieczulać na zagadnienie moralne. Zło jest złem, a nie dobrem, nawet gdy jest mniejszym i niemożliwym do uniknięcia złem. To trudno: albo chce się być chrześcijaninem, albo nie... Jeśli nim się jest - wie się, że zasada zbiorowej odpowiedzialności nie ma nic wspólnego z etyką, którą wyznajemy; że nawet jeśli musielibyśmy wybrać mniejsze zło - nie wolno nam zła nazywać dobrem; że wyrządzenie zła stwarza zobowiązanie moralne, choćby ten, kto go od nas doznał, wyrządził nam stokroć więcej zła - a na dodatek w słabym stopniu odczuwał potrzebę zadośćuczynienia”. Mamy tu przykład myślenia w kategoriach moralnych, które przyświecały polskim biskupom piszącym list w 1965 roku. Lipski próbuje rozwiewać mity i fałszywe wyobrażenia o stosunkach polsko-niemieckich; ma nadzieję, że uda się je odkłamać w przyszłości: „w imię prawdy i w celu leczenia siebie samych: fałszywe wyobrażenia o własnej historii są chorobą ducha narodu, służą przeważnie za pożywkę ksenofobii i megalomanii narodowej. Prawie każdy Polak (nawet wykształcony!) wierzy dziś, że wróciliśmy po drugiej wojnie światowej na ziemie zagrabione nam przez Niemców”. Propaganda komunistyczna skutecznie wmawiała nam, że ziemie te wróciły do macierzy, że kamienie we Wrocławiu mówią po polsku. Ba! Nawet jeśli mieliśmy jakieś historycznie umocowane prawa do niektórych części tych ziem, może do Gdańska (o, jak chętnie cytowano fragment „Pana Tadeusza”, w którym Sędzia krzyczy: „Miasto Gdańsk! niegdyś nasze, będzie znowu nasze!”, zapominając jednocześnie, że akcja utworu toczy się na początku XIX stulecia), może Andrzej Kasperek 63 do Warmii i Śląska, które zachowały swą etniczną polskość, ale nie była to przecież reguła i oczywistość. „Natomiast my nie chcemy z kolei dziś pamiętać, że są to ziemie, na których przez parę setek lat kwitła kultura niemiecka, Czytamy rzewne felietony o Piastach Śląskich, ich zamkach i pałacach, ale nikt nam nie mówi, że już Henryk Probus znany jest niemieckim podręcznikom literatury jako Minnesanger (niemieckojęzyczny trubadur) [•••] Po wiekach rozwoju kultury niemieckiej obok polskiej na Śląsku, Ziemi Lubuskiej, Warmii i Mazurach, w Gdańsku (przytłaczająco niemieckim) - i od dawna wyłącznie niemieckiej na Pomorzu Zachodnim - przypadł nam w wyniku historycznych przemian bogaty spadek architektury i innych dzieł sztuki oraz pamiątek historycznych niemieckich. Jesteśmy wobec ludzkości depozytariuszami tego dorobku. Zobowiązuje nas to, by z całą świadomością, że strzeżemy dorobku kultury niemieckiej, bez zakłamań i przemilczeń w tej dziedzinie - chronić te skarby dla przyszłości, również naszej” [podkreślenie moje, AK]. Autor zauważa, że Polacy nie chcą pamiętać, ile zawdzięczają cywilizacyjnie i kulturalnie Niemcom. Szczególnie jako twórcom średniowiecznych miast. Język nas nie oszuka - murarz, drukarz, dach, cegła i ratusz - to tylko kilka słów pochodzenia niemieckiego z setek obecnych w polszczyżnie... Lipski kończy swe uwagi pisząc, że „Historia winna być wrotami w przyszłość. [...] Lek i nieufność, jaką żywi wobec Niemców znaczna część Polaków - są zrozumiałe. Byłoby lekkomyślnością 1 głupotą zakładać, że w Niemcach, w ich stosunku do nas i w ogóle w ich mentalności bez śladu zanikły toksyny nacjonalizmu [...] z uwagą winniśmy śledzić stan potencjalnej gotowości części Niemców do recydywy. Zarazem jednak winniśmy zrobić maksimum tego, co można, by z naszej strony stworzyć optymalne przesłanki do pojednania naszych narodów. Przede wszystkim musimy niejedno zmienić w nas samych i naszej świadomości historycznej, by to było możliwe”. Marzenia Jana Józefa Lipskiego w dużym stopniu się spełniły, żyjemy w lepszym kraju ~ nowocześniejszym, bardziej otwartym. Ale ciągle jeszcze w szafach straszy upiór dziadka z Wermachtu, a oskarżenie polityka o opcję niemiecką może być bardzo groźne dla leg° kariery. Nikt nie ma dziś kłopotów, jeśli napisze Danzig, Breslau, Tiegenhof. Cieszy-my się, że przyjeżdżają do nas niemieccy turyści, sami jeździmy na Zachód raczej do pra-cy> kiedyś na handel. Podpatrujemy Niemców, patrzymy na nich z połączeniem podziwu, respektu i swoistej pogardy, która często rekompensuje nasze kompleksy. Stosunki wza-)emne na poziomie państwowym i osobistym są coraz lepsze. Niemcy przestają mówić 0 kiepskiej polskiej gospodarce i polskim bałaganie. Może zbyt alergicznie reagujemy na brednie wygłaszane przez szefową Związku Wypędzonych Erikę Steinbach, ale czasem niepotrzebnie wybiegamy do przodu i jak prezydent Bronisław Komorowski głosimy, że: jakiejś mierze polski zryw niepodległościowy 1 sierpnia 1944 r. wpisuje się (niezależ-nie od intencji) także w ten kalendarz wydarzeń, w których funkcjonuje tradycja 20 lipca ^44 r., a więc tradycja zamachu na Hitlera”. Naprawdę nie ma powodu, żeby polskich Powstańców stawiać w jednym rzędzie z Clausem von Stauffenbergiem. Był on co prawda Uczestnikiem zamachu na Hitlera, ale także niemieckim nacjonalistą i nazistą, który w li-ścic do żony pisał: „Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów 64 Przebaczamy i prosimy o przebaczenie i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje bata”. Trzeba znać proporcje i znać historię. Pozwoli to nam na lepsze kontakty, bez resentymentu, bez kompleksów... W cytacie z Lipskiego podkreśliłem jego słowa, że jesteśmy depozytariuszami niemieckiego dorobku kulturalnego i cywilizacyjnego na tych terenach, które do 1945 roku były częścią Niemiec. Wiele zabytków, urządzeń, domów, ulic i cmentarzy zniszczono po wojnie próbując zniszczyć pamięć o ludziach, którzy tu żyli, pracowali, tworzyli. Nie udało się do końca tego wygumkować i dobrze. Po 1989 roku zaczęto te sprawy traktować inaczej, normalniej. Jeszcze kilka lat temu w dyskusji redakcyjnej, która rozpoczynała 1 numer „Prowincji” mówiłem: „Po wojnie »ziemie odzyskane« (przez niektórych nazywane »wyzyskanymi«) zaludnione zostały przez osiedleńców z Centrali (tak nazywano Kieleckie i Lubelskie), rozbitków ze zburzonej Warszawy, Ukraińców z Bieszczad wypędzonych w ramach Akcji Wisła. Rzadko kto czuł się tu dobrze. Ludność napływowa nie czuła się tu dobrze, siedziała na walizkach, bo była straszona przez władze powracającym Niemcami. Widać to po domach - w Sztumie, Malborku i Nowym Dworze Gdańskim prawie nie ma prywatnych domów zbudowanych w latach 60. i 70. Budowano koszmarne bloki, bez żadnego szacunku dla urbanistyki miast, niszczono ich strukturę, likwidowano cmentarze i kościoły. Zacierano poniemieckie ślady, często bezmyślnie niszcząc zabytki. Dopiero zmiany po 1989 roku umożliwiły zainteresowanie się małymi ojczyznami”. Dziś już chyba nikt nie wierzy, że Niemcy chcą tu powrócić, przyłączyć ten skrawek Polski do RFN, podobnie jak (chyba) nie ma Polaków, którzy chcieliby odbierać Wilno i Lwów. Od wojny minęło 70 lat i pora pogodzić się z faktami. Nikt zdrowo myślący nie chce zmiany granic w Europie. To, że spokojnie możemy o tym myśleć jest zasługą polskich biskupów, premiera Mazowieckiego, profesora Bartoszewskiego i tysięcy Polaków odbudowujących Gdańsk, Wrocław, Nowy Dwór Gdański, Sztum, Kwidzyn... Dziś już nikt nie chce dziś wyrzucać „niemieckiego depozytu” na śmietnik. Zamek w Malborku, stare domy podcieniowe, mennonickie cmentarze są pod opieką, nikt nie straszy nas Krzyżakami, w Sztumie i Malborku pamięta się o niemieckim lotniku Ferdinandzie Schulzu. Zastanawiam się, czy już dożyliśmy czasów, o których śpiewał Tomasz Lipiński marząc, że: „Jeszcze będzie przepięknie / Jeszcze będzie normalnie”, czy jeszcze musimy poczekać? Korzystałem z następujących publikacji: Gerald G. Jampolsky „Przebaczenie - najpotężniejszy uzdrowiciel”, przeł. Justyna Grzegorczyk; Jan Józef Lipski „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy. Uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków"; Gustaw Herling-Gru-dziński „Inny świat”; Roman Daszczyński „Agent SB przeprasza Bogdana Borusewicza” [„Gazeta Wyborcza” z dn. 11.02.2005]; Aleksandra Klich „Kardynał Bolesław Kominek” [„Gazeta Wyborcza” z dn. 12.03.2004]; „Abp Nossol: Msza Pojednania w Krzyżowej wydarzeniem ważnym dla dwóch narodów” [„Gazeta Wyborcza” z dn. 8.11.14]. Wędrówki po prowincji Arkadiusz Wełniak DZIADEK FRANZ Z JASNEJ I HISTORIE RÓWNOLEGŁE Annernarie Dorsett w kościele w Jasnej w 2013 roku, fot. A. Welniak 66 Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe Znalazłem niedawno jej pierwszego maila z datą 23 stycznia 2013 roku. List dwujęzyczny, pisany po angielsku i niemiecku, zaczynał się słowami: Jestem Niemką mieszkającą od ponad dwudziestu w Brazylii. Szukam informacji o moich przodkach z okolic Sztumu. Mam nadzieję, że będziemy mogli korespondować tylko proszę zdecydować, w którym języku będzie to dla pana przyjemniejsze. Zastanawiałem się wtedy, co znaczy w tym kontekście samo słowo „przyjemniejszy”. Dopiero teraz, kiedy poznałem Annemarie Dorsett wiem, że stanowiło to wyłącznie zręczny i grzecznościowy świadomie użyty zamiennik określenia „łatwiejszy”. Czytając dane wyjściowe do postulowanych poszukiwań byłem również zaskoczony faktem, że dziadek pani Dorsett urodził się w 1844 roku. Jeżeli dziadek urodził się blisko 170 lat temu to ile lat ma autorka maila? Pytanie rodzące szereg wątpliwości zostało rozwiane w kolejnym uprzejmym mailu, w którym przeczytałem: Mam 92 lata, urodziłam się już wprawdzie w Berlinie, ale od wielu lat chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o moich przodkach z regionu, który obecnie należy do Polski. Kwerenda prowadzona w archiwum państwowym w Gdańsku, uzupełniona poszukiwaniami w zbiorach archiwów berlińskich, dość szybko przyniosła pozytywne rezultaty. Udało mi się znaleźć zapisy rekonstruujące dzieje przodków autorki maila. Wiodły one do Jasnej i Brudzęt koło Dzierzgonia, do Elbląga, Kwidzyna, Krzyżanowa, Sztumu, Sledziówki i My-szewa na Żuławach Malborskich. Po kilku miesiącach znalazłem w skrzynce pocztowej list w oliwkowej kopercie, z podziękowaniem za wszystkie zebrane dane i moje zaangażowanie w tej sprawie oraz informacje o wrześniowym przylocie do Niemiec i planowanej przy okazji kilkudniowej wizycie w Polsce. Rozmawialiśmy potem jeszcze telefonicznie. Dzieliło nas kilkanaście tysięcy kilometrów odległości, kilkanaście godzin różnicy czasowej oraz kilkadziesiąt lat różnicy wieku. Energiczny głos w słuchawce oznajmił: Tak, mam już wszystko zarezerwowane, hotel, pociąg... Mam nadzieję, że znajdzie Pan czas. To ważne. A wizyta - przede wszystkim podróż sentymentalna do miejsc zapisanych na kartach dokumentów archiwalnych, do miejsc, których nazwy pojawiały się w rozmowach dziadków i rodziców. W Polsce nigdy jeszcze nie byłam, chyba że potraktujemy jako taką moje odwiedziny w miastach, które po 1945 roku do Polski zostały włączone. Pamiętam jakprzez mgłę Wrocław, miasteczka na Śląsku oraz Sopot i Gdańsk. Było to wieki temu, bo i mnie jak Pan wie, za chwilę, mam nadzieję, stuknie setka. Do Jasnej dojechaliśmy polnym traktem prowadzącym od strony Żuławki Sztumskiej. Cały ranek padało, więc przejazd wyboistą, rozmokłą drogą sprawił spory kłopot. Niewątpliwym urozmaiceniem tej mozolnej przeprawy było szereg porównań z drogami w stanie Parana, które przytaczała moja współpasażerka. Wyboista droga kończyła się przy dawnym kościele ewangelickim w Jasnej. Trafiliśmy tam na przygotowania do ceremonii ślubnej i na kilka starszych kobiet dekorujących kwiatami zabytkowy ołtarz. Wyraźne zaciekawienie gościem wykazywała jednak jedynie grupka dzieci stojąca przy kościele. Wiecie gdzie jest Brazylia? - przetłumaczyłem pytanie Annemarie. Wśród krzyków i wesołego przekomarzania dzieci udało się wyłowić: Ameryka. Jeden z chłopców dodał po chwili nieśmiało: Z Brazylii jest Neymar, ten z Barcelony, a Messi z Argentyny-„A Pele? Wiecie, kim był? - zapytała po angielsku Annemarie. Cisza. Wiecie, że i mój dziadek był ochrzczony w tym oto kościele, bardzo dawno temu. Wy też pewnie mieliście tutaj chrzest i komunię - prawda? Dzieci nie zareagowały. Arkadiusz Wełniak 67 W niedzielę 11 lutego 1844 roku pastor z Jasnej ochrzcił Jakuba Franciszka Henryka, drugiego syna właściciela dóbr rycerskich Henryka Samuela Thimm i jego żony Karoliny Emilii z domu Kleinau. Jako rodziców chrzestnych i świadków ceremonii do księgi chrztów wpisano: Bernarda Lehmanna - radcę rejencyjnego z Kwidzyna, Jakuba Zim-mermanna - inspektora wałowego z Krzyżanowa, Gustawa Kleinau - dziedzica z Mysze-wa, Jana Zimmermanna z Rachowa, Wilhelminę Gehrt - córkę właścicieli z pobliskiego Złotowa i Emilię Thimm - starszą siostrą ochrzczonego. Ilość wpisanych świadków chrztu potwierdzała w tym wypadku dość wysoki status społeczny rodziców. Możemy sobie jedynie wyobrazić, że po uroczystości kościelnej w domu Thimmów odbyło się przyjęcie rodzinne, na które zjechali dziadkowie z Myszewa, krewni z Elbląga i Krzyżanowa, przyjaciele rodziny gospodarze z okolicznych majątków, pastor, urzędnik sądowy z Dzierzgonia, miejscowy nauczyciel z żoną. Po wystawnym obiedzie panowie dyskutowali o polityce, cenach zboża i otwartej linii kolejowej Berlin - Szczecin. Nadradca sądowy ze Sztumu skomentował wybór swojego przyjaciela Wilhelma von Bótticher na nad-prezydenta Rejencji Królewieckiej, a Goertzen, dziedzic dóbr z Kępniewa, odnosił się do ostatnich artykułów na łamach „Hartungsche Zeitung”. Gospodarz łagodził spór słowny dotyczący zmian w prawie handlowym. W sąsiednim salonie uwaga pań koncentrowała się w tym samym czasie na starszej córce Thimmów, która z dumą opowiadała o stancji i nauce w prywatnej szkole dla dziewcząt w Elblągu. Poruszono temat zamążpójścia owdowiałej Idy Heffler, kariery wojskowej syna Korthalsów i walorów osobistych nowego organisty. Potem z uwagą wysłuchano pani Roseller, która przez kilka miesięcy była z rnężem u siostry w Ameryce. W oddzielnym pokoju bawiły się dzieci Thimmów oraz 68 Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe kuzynostwo z Myszewa i Krzyżanowa. Pierwsi goście opuścili majątek w Jasnej tuż przed zmrokiem. Willi, parobek zatrudniony u Thimmów, przygotował specjalnie zaprzęg z saniami, żeby odwieźć do wsi rodzinę Różanowskich i pastora, którego zresztą czekała jeszcze wieczorna msza. W lutowy mroźny wieczór jeszcze długo paliły się jednak świece w domu Thimmów, a część najbliższej rodziny wyjechała dopiero następnego dnia rano. Pradziadek Henryk Samuel Thimm zmarł w przeddzień Zielonych Świątek - 3 czerwca 1866 roku. Toczony chorobą umarł młodo nie doczekawszy 56 urodzin. Czwórka najstarszych dzieci zdążyła się już wprawdzie usamodzielnić, ale przy wdowie pozostawała nadal piątka niepełnoletnich dzieci. Najstarsza Joanna Augusta poślubiła kupca Gottfrieda Ku-bolta, młodsza Emilia wyszła za mąż za radcę sądowego Jana Guttzlaffa z Lidzbarka Warmińskiego. Franciszek Henryk rozpoczął w tym czasie studia na Uniwersytecie w Królewcu, a dwudziestodwuletnia wówczas Krystyna Thimm przebywała u krewnych w Neuwied. Wdowa z czwórką najmłodszych córek: Augustą, Marią, Henriettą i Otylią przez kilka miesięcy jeszcze przebywała na majątku. Jedyny syn Thimmów wybrał karierę urzędniczą, co przyspieszyło zapewne decyzję o spieniężeniu dóbr w Jasnej. Nie zachowały się niestety księgi gruntowe Jasnej i nie wiadomo nic o szczegółach sprzedaży majątku. Szczątkowe archiwalia potwierdzają jedynie, że kupiec i następny właściciel nazywał się Borchert, a suma z kontraktu zabezpieczała w miarę dostatnie życie wdowie i jej dzieciom. Odnaleziono w Archiwum Państwowym w Gdańsku karta meldunkowa z 1872 roku przybliża też nieco dalsze losy rodzeństwa Thimm1. Wiosną 1868 roku kilkuosobowa rodzina Thimm przeniosła się do Elbląga, gdzie zakupiła mieszkanie przy Herrenstrasse (obecnie ulica Janowska). W 1879 roku matka Karolina Thimm wyprowadziła się z Elbląga do jednej z córek do Karczowisk Górnych. Młodsze córki za sprawą małżeństw z przedstawicielami zie-miaństwa opuściły wkrótce tę część Prus Zachodnich. Augusta Thimm wyjechała już w 1869 roku do Berlina, a kilka lat później dołączyła do niej Maria - absolwentka szkoły dla dziewcząt w Kwidzynie. Najmłodsza Otylia Henrietta po dwuletnim pobycie w Gór-litz, wyszła w Elblągu za mąż za Otto Schwinka, gospodarza majątku w Labsau w Prusach Wschodnich. Związek rodziny Thimm z Jasną trwał niecałe pół wieku i zakończył się wraz ze śmiercią pradziadka Annemarie. Na początku XIX wieku pochodzący z pobliskich Małych Bru-dzęd (Klein Brodsende) ojciec Henryka Samuela nabył grunty w Jasnej. Był to schyłkowy okres intensywnych zmian w strukturze własności na całym Powiślu, którym to zmianom sprzyjała i patronowała polityka rozpoczęta przez Fryderyka Wielkiego. Grunty i zubożałe dawne majątki szlacheckie znajdowały nowych nabywców, preferencyjne kontrakty zakupu i dzierżaw miały wzmacniać ekonomicznie żywioł ziemiański, związany z nową administracją pruską. O ile na przestrzeni XVIII wieku lustracje wymieniają wjasnej m.in. rodziny właścicieli: Potockich, Giedzinskich, Sobieczanskich, Kornackich, Kruszyńskich, Konopackich, Chrząstowskich, Korwin-Kochanowskich czy Wąsowiczów, to po okresie wojen napoleońskich i reformach Steina-Hardenberga układ ten zmienił się radykalnie. Data śmierci głowy rodu Thimmów zbiega się z wyjątkowo istotnymi wydarzeniami dla ca- 1 Karta znajduje się w Archiwum w Gdańsku w zbiorze: Urząd Meldunkowy w Elblągu (Einwohnermeldeamt Elbing), Nr 372. Arkadiusz Wełniak 69 lej monarchii pruskiej. Zaledwie kilka dni po pogrzebie Samuela Thimm wybuchła wojna prusko-austriacka o hegemonię w związku państw niemieckich, zakończona zwycięstwem Prus i powołaniem Związku Północnoniemieckiego, który torował drogę do Zjednoczenia. Okazała się wielkim sukcesem dyplomatycznym kanclerza Otto von Bismarcka. Czterdzieści lat po tych wydarzeniach zainicjowano budowę w Jasnej monumentu poświęconego Żelaznemu Kanclerzowi. Stanął on w 1915 r. na wzgórzu zwanym Lisią Górą. Jako symbol germanizacji i Kulturampfu zniszczono go sześć lat po zakończeniu wojny2. Dziadek Annemarie Franz Thimm, mieszkający od połowy lat osiemdziesiątych XIX wieku w Berlinie utrzymywał kontakty z rodziną i krewnymi z tej części Prus. Być może nawet miał okazję odwiedzić rodzinną wieś, przy okazji pobytu u rodziny w Labsau lub podczas jednego z służbowych wyjazdów do Królewca. W stolicy Brandenburgii przyszła na świat matka Annemarie - Erna, urodziła się tam i ona sama. Te wiadomości zawdzięczam jej autobiografii, która została wydana w niewielkim nakładzie przez prywatną oficynę 3K Frick z Krumbach pod redakcją Frauke Brauns. Książka została zadedykowana Ralfowi Rainerowi, jedynemu wnukowi autorki. Na początku książki przeczytamy: 16 września 1921 roku o drugiej w nocy zabłysłam swoim światełkiem na świecie. Miało to miejsce w prywatnej klinice położniczej doktora Poek przy Kaiserallee w berlińskim Friede-nau.Moi rodzice: dyplomowany inżynier Fryderyk Jerzy Herrtwich i Erna Wilhelmina Teresa z domu Thimm byli niezwykli szczęśliwi i dumni z narodzin córki. Jako najstarszej wnucz-Ce ówczesnego radcy rejencyjnego i przedstawiciela prezydium Kolei Niemieckich - Franza Thimm, wróżono mi szczęśliwą, dostatnią i bezpieczną przyszłość3. „X więc Lichtfelde wygląda teraz tak” - rzekła, kiedy minęliśmy tablicę informującą ° wyjeździe ze wsi. Podążając dalej wąską asfaltową drogą w kierunku Kamiennej Góry 1 Budzisza dotarliśmy po chwili do miejsca, z którego odchodziła polna droga. Według szkicu katastralnego z 1865 roku właśnie ta dróżka dzieląca pola mogła być granicą majątków rodzin Wiebrandt i Thimm. „Mogła być, choć brakuje zaznaczonych budynków gospodarczych, które powinny stać w bliskiej odległości od tego zjazdu. Może to tamte” ' seniorka wskazała ręką pobliskie zabudowania. Mój wywód wzmacniający wątpliwości na temat lokalizacji majątku Thimmów, wobec braku ksiąg hipotecznych Jasnej i zmian, jakie z pewnością zaszły w ciągu blisko dwóch stuleci przerwał odgłos przejeżdżającego C13gnika. Traktorzysta wychylił się z kabiny, spojrzał zdziwiony na rozłożoną na masce samochodu kserokopię starej mapy i krzyknął: „Na Dzierzgoń? To tędy jedziecie dobrze na Budzisz i tam zaraz za przystankiem w lewo”. W Budziszu skręciliśmy w kierunku Starego Pola. Przez kilka kilometrów jechaliśmy Wzdłuż dawnej kolejowej linii wąskotorowej oddanej na potrzeby transportu buraków do tamtejszej cukrowni. Po kwadransie jazdy wyłoniła się w oddali strzelista wieża kościoła Sw- Mikołaja w Elblągu. Właśnie Elbląg i Sopot zapisały się szczególnie w pamięci mo- ^’eża ceglana o wysokości 29 metrów powstała z inicjatywy Związku Bismarcka według projektu Ernsta Ranga. Soczyste otwarcie odbyło się 1 kwietnia 1915 roku. W kwietniu 1951 roku została wysadzona przez żołnierzy Wojska } Polskiego. Cytowane fragmenty pochodzą z książki: Annemarie Dorsett, ...und dann nehm ich Dir meine Mdbel weg. Die Lebensge-schichte von Annemarie Dorsett 1921 -2014, Krumbach 2006. Tłumaczenie Arkadiusz Wełniak. 70 Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe jego gościa. W Sopocie mieszkała jej ciotka i miasto to mogła odwiedzić z rodzicami na początku lat trzydziestych. Wracając tu po tylu latach szukała domu ciotki z kamiennymi schodami i zdobnym girlandami. Nie mogłem jej tam towarzyszyć. Efekt poszukiwań został jednak streszczony w jednym z późniejszych maili: „Nie starczyło czasu, żeby tam trafić, ale poznaliśmy to przepiękny kurort, z szeroką plażą i urzekającym deptakiem”. Elbląg był równie ważny. Przywoływany we wspomnieniach z dzieciństwa i rozmowach dziadka splatał się wielokrotnie z losem rodziny Thimm. To przecież tutaj kilka lat mieszkała owdowiała prababka z dziećmi, tutaj kształciły się i zawierały małżeństwa jej córki. Odbudowane częściowo stare miasto, tchnące nowością kamienice i promenada nad rzeką Elbląg mogą robić dziś spore wrażenie na przyjezdnych. Nie udało mi się zręcznie wybrnąć z pytania o pustki w knajpach i wyludnionych głównych ulicach elbląskiej starówki w sobotnie popołudnie. Mogło to faktycznie dziwić turystę odwiedzającego miasto zaraz po wcześniejszej wizycie w zatłoczonym Gdańsku. W chłodnym wnętrzu kościoła katedralnego świętego Mikołaja spotkaliśmy turystów z Wismaru zwiedzających miasto swoich przodków. Rozmawiając o odbudowie okaleczonego wojną hanzeatyckiego Elbląga, przeszliśmy wzdłuż ulicy Świętego Ducha, która tonęła w gruzach jeszcze wiele lat po zakończeniu wojny. Półgodzinny pobyt na wieży tejże Bramy, z widokiem na budynki dawnego kompleksu Schichau i pozostałości dawnego kościoła ewangelickiego Najświętszej Marii Panny, przypieczętował naszą wizytę w Elblągu. Nie sposób nie było poruszyć tematu wojny i jego dramatycznych losów w styczniu i lutym 1945 roku, tragedii wielu cywilnych mieszkańców, poległych w walkach po obu stronach żołnierzy. O pierwszym mężu Annemarie dowiedziałem się dopiero z jej książki: Przez trzy lata nie miałam żadnej informacji o losie mojego męża. Wierzyłam i ciągle miałam nadzieję, że wróci. W nowy rok 1948 roku spałam nieco dłużej. Pierwsze, co zobaczyłam chwilę po przebudzeniu to koperta wsunięta przez szczelinę pod drzwiami. List wysłany z Dureń. Wreszcie wiadomość od rodziny Hansa - ucieszyłam się na początku. Przeczytałam: „Droga Annemarie, jeszcze nigdy w życiu napisanie listu nie sprawiło mi tyle bólu. Musimy jednak przekazać Tobie tę smutną wiadomość. Twój najukochańszy mąż, a nasz najdroższy brat Hans zmarł 3 listopada 1947 roku w sowieckim obozie jenieckim. Otrzymaliśmy tę informację od jego kolegi i towarzysza niewoli, który szczęśliwie ostatnio powrócił". Mój świat runął... Rozmawialiśmy o współczesnych mieszkańcach Elbląga, których rodzice i dziadkowie przybyli tu w miejsce rodzin, które jak krewni Annemarie uciekły stąd przed frontem lub zostały wysiedlone. Niełatwo obcokrajowcowi, nawet tak oczytanemu jak Annemarie, zrozumieć polską specyfikę oraz różnice w podziałach regionalnych i kulturowych powojennych mieszkańców. Z dużym zainteresowaniem wysłuchała m.in. o kilkunastu rodzinach polskich reemigrantów, które przybyły do Elbląga z brazylijskiej Kurytyby na początku 1950 roku. Wracając z Elbląga ponownie minęliśmy znajome rozwidlenie w Starym Polu, aby na wysokości Złotowa zjechać w wąską drogę do wsi Śledziówka. Równie malowniczy, jak i uciążliwy w jeździe wybrukowany trakt wiodący przez dawne osady Gross- und Klein Hór-ringshóft w zasadzie niewiele zmienił się przez ostatnie sto lat. Gdyby nie mijane z rzadka samochody mogłoby się wydawać, że jesteśmy nadal na początku dwudziestego wieku na Arkadiusz Wełniak 71 pruskiej; nieco zapomnianej; prowincji i zaraz na tej kamienistej wyślizganej dróżce pojawi się gromadka dzieci wracająca ze szkoły w pobliskiej Łozie. Być może tamtejszy nauczyciel; a jednocześnie miejscowy pastor Gustav SpecoviuS; naglony wizytą w Superintendenturze w Kwidzynie skrócił tego dnia zajęcia czytania w oddziale młodszych uczniów. Wracały one do wsi krótszą drogą przez łąki należące do Bergnerów i Henselów. W czterooddziało-wej szkole powszechnej w Łozie uczyło się wtedy ponad 140 uczniów, obok miejscowych, także dzieci z Dąbrówki Malborskiej, Jurkowie, Gronajn, Kałwy, Jordanek i Szrop4 . Rozmawialiśmy chwilkę o postępującym upadku autorytetu nauczyciela, o kryzysie w nauczaniu oraz systemie oświaty w okresie przed dojściem Hitlera do władzy. W opublikowanych wspomnieniach Annemarie Dorsett znajdziemy m.in. taki fragment: Wykształcenie było ważne w mojej rodzinie, dziadek był przecież absolwentem renomowanej Albertyny, w Fuldzie studiował mój wuj, ciotki kończyły ełitarne szkoły dla dziewcząt. W moim przypadku wojna częściowo pokrzyżowała mi plany. Ale szkoła, system nauczania zmieniły się bardzo. Szczęściem jest jednak możliwość kształcenia się i to jest dzisiaj największe dobro i szansa dla młodych. [...] w 1927 roku rozpoczęłam naukę w szkole przy Bleibtreustrasse usytuowanej koło naszego domu w dzielnicy Charlottenburg. Dziewczynki i chłopcy uczyli się w osobnych oddziałach, osobno także spędzaliśmy czas na przerwach między lekcjami na obszernym dziedzińcu szkoły. Rok szkolny rozpoczynał się wtedy zaraz po świętach wielkanocnych, obfitował w liczne przerwy wakacyjne i świąteczne. Po czterech latach nauki w szkole powszechnej wybrałam naukę w renomowanym liceum dla dziewcząt (ówczesnym Fiirstin Bismarck Lyzeum) w dzielnicy Willemsdorf. W trzech klasach uczyło się w sumie 54 dziewcząt, w tym 40 wyznania mojżeszowego, córki kupców i przedsiębiorców z pobliskiego Kurfurstendamm. Miałam wśród nich wiele serdecznych przyjaciółek, sama gościłam wielokrotnie w ich domach, a one były zapraszane do mnie. Według danych spisu powszechnego z grudnia 1910 roku w obu Śledziówkach mieszkało w sumie zaledwie 41 mieszkańców, w przeważającej części wyznania rzymskokatolickiego5. Nadchodził okres demograficznego boomu i w ciągu dwóch następnych dekad liczba mieszkańców wzrosła niemal dwukrotnie. Widoczna z daleka wieża kościoła w Łozie wskazywała kolejny z wytyczonych punktów naszego objazdu. Na tutejszym cmentarzu pochowana została Maria Thimm — siostra właściciela dóbr z Jasnej. Kilka hałaśliwych gęsi za ogrodzeniem gospodarstwa, para kotów wygrzewająca się na ganku, oblepione owocami jabłonie koło domostwa, zapach łąk i nadchodzącego wrześniowego wieczoru. Atmosferę sielanki zburzył ryk myśliwców lądujących na pobliskim lotnisku wojskowym w Królewie Malborskim. „Wojsko, wojna, wrogowie zewnętrzni, produkcja broni, wydatki, a ludzie umierają z głodu, albo pracują niewolniczo za kilka dolarów na dzień. Politycy wywołują wojny w imię swoich ambicji. Czasy się zmieniły, politycy są ciągle tacy sami” - ze złością podsumowała temat Annemarie. Trafiłem potem w jej książce na kilka takich fragmentów, które mogły tą postawę doskonale uzasadniać: [...] rok 1942 rozpoczął się dla nas tragiczna wieścią. Mama otrzymała telegram od naszych krewnych z Dusseldorfu. Podczas jednego z pierwszych nalotów bombowych w swoim mieszkaniu 4 Dane na podstawie: Pfarr-Almanach der EVangelischen Kirchengemeinden in WestP™Se"V°"19^^^^hrSg’ R' Hellmg [w:] Sonderschrijien desVereinsfiir Familienforschung in Ost-und Westpreussen, r , am urg 5 Mała Śledziówka i Duża śledziówka należały do urzędu w Zielonkach. Parafia rzymskokatolicka znajdowała S1ę w Dąbrów- ce Malborskiej. 72 Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe zginęła moja ukochana kuzynka Elsa. Ze spalonego doszczętnie budynku nie uratowano prawie nic, całym dobytek mieścił się na dwóch małych wózkach. Ta wrześniowa sobota była zbyt krótka, a zmęczenie całym dniem zbyt duże, żeby wyjeżdżając ze Sledziówki odwiedzić jeszcze po drodze zabytkowy cmentarz mennonicki w Stogach Malborskich, czy śluzę w Białej Górze. Odłożyliśmy te wizyty na następny rok, na zapowiadany już wówczas następny przyjazd mojego gościa w Polsce. O wiele rzeczy chciałem zapytać: o ocenę przeszłości tej odleglejszej i tej, który i ja byłem już świadkiem. Trafiłem przecież na wyjątkowego rozmówcę - wrażliwego, szczerego i otwartego na poglądy innych. Imponował mi jej doskonały angielski, którego próbkę usłyszałem podczas rozmowy telefonicznej z recepcją hotelu w Gdańsku. O swoim pobycie w Anglii nie mówiła zresztą zbyt wiele. Szereg informacji na ten temat przynoszą dopiero jej opublikowane wspomnienia: [...] po wyjściu po raz drugi za mąż, za Herberta Dorsett, wówczas asystenta reżysera filmowego w studiu w podlondyńskim Pinewood wystąpiłam o nadanie nowego obywatelstwa. Należało w tej sprawie złożyć specjalny wniosek i spełnić szereg warunków. Na początku 1953 roku otrzymałam pismo administracyjne, w którym wyczytałam, że „odtąd jestem obywatelem brytyjskim, z czym wiąże się anulowanie wcześniejszego obywatelstwa niemieckiego". Pożegnaliśmy się w Tczewie. Wręczając mi swoją książkę powiedziała: „Resztę o mnie i moim życiu doczytasz tutaj”. Następnego dnia Annemarie wróciła pociągiem do Nie- Arkadiusz Wełniak 73 mieć. Po trzytygodniowym pobycie w Berlinie i u córki w Nadrenii, otrzymałem już z Brazylii kolejnego maila z charakterystycznym tytułem „Dirschau Nr 08 Polen 2013”. W naszej korespondencji przejąłem zresztą od niej ów system numerowania nowych wątków. Praktyczne było cytowanie numerów maili i podjętych wątków do których czasami wracaliśmy. W wiadomości oznaczonej numerem 11 dowiedziałem się o suszy i protestach ulicznych przeciwko organizacji mundialu w Brazylii, pod dwunastką został wszczęty temat dotyczący drugiej, zapowiadanej części autobiografii. W jednym z innych obszernych maili wyczytałem o „przyjemnej zimie” w brazylijskim Sao Francisco da Sul, przyjaciółce prowadzącej lekcje niemieckiego i zorganizowanym wypoczynku dla seniorów. Zawsze miałem wyrzuty, że moje odpowiedzi były zbyt krótkie, lakoniczne i nie dorównywały formą tym, które były do mnie adresowane. W dzień 93. urodzin wysłałem szanownej solenizantce kartkę z życzeniami i kilka informacji uzupełniających tablicę genealogiczną przodków. Mimo podejmowanych prób do dzisiaj nie udało mi się ustalić skąd właściwie przybyła rodzina Thimm na Ziemie Dzierzgońską. Księgi ewangelickie Jasnej, przechowywane dziś w Archiwum Ewangelickim na berlińskim Kreuzbergu są niekompletne, a kwerendę utrudnia dodatkowo fatalny na ogół stan mikrofilmów - me-trykaliów. W drugiej połowie kwietnia 2014 otrzymałem list nadany na poczcie w Sao Francisco. Kartka z życzeniami wielkanocnymi, dołączone kolorowe widokówki z brazylijskiego Blumenau oraz napisany odręcznie list, zakończony słowami: „Pod koniec września zamierzam znowu odwiedzić Gdańsk, Tczew i Malbork. Mam nadzieję, że się spotkamy. Do zobaczenia w Polsce”. Ostatnie rozdziały książki Annemarie poświęcone są życiu w Brazylii. Pojawia się w nich także motyw wyjazdu z Niemiec u schyłku lat osiemdziesiątych: [...] w 1985 zrobiłam certyfikat z tańca otrzymując tytuł zawodowy nauczycielki tańca dla seniorów. Kilka miesięcy potem wyjechałam na międzynarodowe spotkanie członków klubów tanecznych dla seniorów w Maile w Belgii. To było nowe, pozytywne doświadczenie dla mnie, dzięki temu mogłam poznać tańce i tancerzy z innych krajów m.in. z Brazylii. [...] W Święta Wielkanocne 1989 roku udało mi się wreszcie zrealizować plan wyjazdu za Ocean. Ruszyłam z torbą pełną podręczników i kaset wideo z prezentacjami tanecznymi dla seniorów. Po jedenastu godzinach samolot wylądował na płycie lotniska w Rio de Janeiro, gdzie Ruth czekała już z tabliczką, na której wypisano moje nazwisko. Kilka dni później w autobusie firmy Penha zmierzałam na południe do Blumenau. Długie godziny jazdy i krótkie przerwy po drodze, podczas których nie odstępowałam autobusu, w obawie że odjedzie beze mnie. Nie znałam wtedy ani słowa po portugalska, a kierowca kompletnie nie rozumiał mojego angielskiego. Po siedemnastu godzinach jazdy autobusem i przesiadce w Blumenau zmierzałam dalej do miejscowości Pomerode, mijając po drodze przepiękne ogrody pełne egzotycznych kwiatów i pól nad którymi górowały wysokie wzniesienia. Miasteczko Pomerode zrobiło na mnie duże wrażenie. Poczułam się tu pewniej, ponieważ tu mówiło się po niemiecku. •kicie Po raz drugi spotkaliśmy się we wrześniu 2014 roku. Annemarie Dorsett gościła tym razem z córką Elaine w pensjonacie państwa Klingenbergów w Sztumskiej Wsi. Pobyt 74 Dziadek Franz z Jasnej i historie równoległe właśnie w tym miejscu polecił nasz wspólny znajomy z Wiesbaden: Bernhard Kolb, redaktor „Stuhmer Heimatbrief”6. Obowiązki służbowe pokrzyżowały mi niestety plany, więc i nasze spotkanie trwało tym razem zaledwie kilka godzin. Umówiliśmy się przed bramą wejściową malborskiego Muzeum Zamkowego. Annemarie nie zmieniła się wiele od ubiegłego roku. Narzekała na pogarszający się wzrok, na bóle reumatyczne, ale z drugiej strony ta dbałość o formę i aktywność fizyczną w tak słusznym wieku była rzeczywiście imponująca. Wizyta w po-krzyżackiej twierdzy ograniczyła się do odwiedzin archiwum, zwiedzania refektarza, wystawy bursztynu i pamiątkowej sesji fotograficznej przy rzeźbach Wielkich Mistrzów. Deszcz towarzyszył nam podczas przejazdu przez Myszewo, Świerki i Nowy Staw. Mijana przydrożna kapliczka sprowokowała dłuższą rozmowę o współczesnym kościele i wymiarze katolicyzmu w Polsce i w Brazylii. Biskup Camaro7, dzielnice nędzy i misje protestanckie wśród amazońskich Indian - przywołane w samym środku Żuław Malbor-skich mogły się wydać nieco groteskowe. Droga historyczna, przecinająca tę część Żuław Malborskich, prowadziła dalej w kierunku mostów na Wiśle, skąd z wału w Lisewie rozciągał się widok na Tczew. Most zamknięty dla ruchu, ale krótki spacer po dawnym granicznym moście znowu przywołał wspomnienia. „O tych mostach zapewne opowiadała 6 „Stuhmer Heimatbrief”- organ prasowy (półrocznik) Kreisgemeinschaft Stuhm, redagowany i wydawany w Niemczech poświęcony Sztumowi i okolicy. 7 Helder Pessoa Camaro (1909 - 1999) - katolicki biskup archidiecezji Rio de Janeiro, później biskup Recife i Olindy. Jeden z czołowych przedstawicieli tak zwanej teologii wyzwolenia, obrońca praw najbiedniejszych zwany w niektórych kręgach „czerwonym biskupem”. W Brazylii postać bardzo popularna, pozostająca do dzisiaj jednym z symboli walki z uciskiem społecznym. Arkadiusz Wełniak 75 W moje przyjaciółka, która w styczniu 1945 roku w jednym z ostatnich regularnych kursowych pociągów wraz z matką i rodzeństwem na zawsze opuszczała swój kraj” - usłyszałem. W głowie pozostało zdanie: „Chyba dobrze się stało, że nie musieliśmy i my tego wszystkiego tu przechodzić. Zbrodnia i kara - jak u Dostojewskiego”. Wyjaśnianie zawiłości historycznych, informacje o powrocie Tczewa do wskrzeszonego państwa polskiego po traktacie wersalskim chyba nieco zmęczyło mojego gościa. Siedzieliśmy na ławce bez słowa jeszcze dobry kwadrans wpatrzeni w wiślany nurt, w połyskującą konstrukcję mostu i łąki zalewowe na drugim brzegu. Nie wiem, o czym wtedy myślała Annemarie. Może o upływającym życiu, może o dzieciństwie nad Szprewą lub o Brazylii, gdzie czekali przyjaciele i znajomi Wypogodziło się, wyszło na chwilę słońce. Zapytałem o pomysł na tytuł książki „...a wówczas zabiorę tobie moje meble” zaczerpnięty z symbolicznej rozmowy dwóch kobiet, akcentujący istotę drobnych życiowych radości jako przeciwwagę dla skupiania się na bogactwie i władzy w obliczu przemijającego życia. Autobiografię Annemarie Dorsett przeczytałem z zainteresowaniem, w ciągu kilku tygodni. Czytałem na raty, w podróży i wieczorami, wracając po kilka razy do niektórych wątków. Doświadczona przez los musiala wiele lat ciężko pracować, żeby utrzymać siebie i córkę. O pracy wyrażała się z niezwykłym szacunkiem, wymagając zawsze więcej od siebie niż od innych. Tak było podczas jej pierwszej pracy w czasie wojny, kiedy jako studentka trafiła na Śląsk: [... J wojenny rok 1940. Obowiązek służby na rzecz Państwa i otrzymane z biura Czerwonego Krzyż skierowanie do Głogowa, do pracy w nowopowstałym szpitalu wojskowym. Ciężka i wyczerpująca praca. Pacjentami byli przede wszystkim szeregowcy, często przewlekle chorzy ze zdia-gnozowanymi pospolitymi chorobami. Na oddział nie przyjmowano wtedy jeszcze rannych, bo i front był przecież daleko stąd. Moje badania genealogiczne zostały ograniczone cezurą 1880 roku, kiedy dziadek Annemarie przeniósł się na stałe do Berlina. Książka przyniosła wiedzę na temat losów rodziny już w Berlinie. Zostały one opisane w pierwszych rozdziałach poświęconych dzieciństwu i młodości autorki. Pojawia się w nich m.in. dziadek Franz Thimm, utrwalony również na kilku opublikowanych fotografiach. Książka pokazuje życie niemieckiej rodziny w kilku epokach. Zmieniają się realia polityczne, społeczne i ekonomiczne. Jedno jest tam niezmienne - bohaterka, ukazana jako skromna, życzliwa, ciekawa życia i otwarta na innych osoba. Jestem dumny, że mogłem poznać ją osobiście, że mogliśmy razem odwiedzić Lichtfelde - Jasną, gdzie zaczynają się udokumentowane dzieje rodziny Thimm. Wczoraj napisałem maiła z numerem 16. Doszły nowe fakty o rodzinie Kleinau z linii nowodworskiej. Czekam na odpowiedź, czekam na zdanie: „Do zobaczenia w Polsce”. 76 I Kongres Żuławski Andrzej Kasperek I KONGRES ŻUŁAWSKI Kiedy rok temu pisałem o Nocy Muzeów („Prowincja” nr 16) wyraziłem nadzieję, że inscenizacja „Osadnicy 1945”, która się wtedy odbyła, powinna stać się - powtarzaną corocznie - lekcją historii żywej dla młodych Żuławiaków; a dla starszych świetną okazją do wspomnień a także hołdem dla naszych przodków, którzy tu: „przybyli, zobaczyli i pozostali...” I stało się, 3 października 2015 r. rozpoczęła się nowa inscenizacja. Na szczęście obawy organizatorów, czy pojawią się chętni do udziału w drugim przemarszu pionierów przez Nowy Dwór Gdański, okazały się niepotrzebne. Liczna grupa młodzieży i starszych przebrana na tę okoliczność w powyciągane ze strychów i starych szaf stroje, obuta w wykoślawione trzewiki, dzierżąc w dłoniach spięte paskiem tekturowe walizki po dziadkach, przybyła na peron kołejki wąskotorowej. Miejscowych wspomagali członkowie Samodzielnej Grupy Odtworzeniowej „Pomorze”. Inscenizatorzy i licznie przybyli mieszkańcy przemaszerowali pod Żuławski Ośrodek Kultury, po drodze nie zapomniano o złożeniu kwiatów pod pomnikiem osadników. Organizatorzy napisali później w relacji z imprezy: „Wiemy, że żyjący jeszcze osadnicy często nie mieli sił, by iść z nami, przyglądali się pochodowi wsparci na ramionach dzieci lub wnuków, spoglądali z okien, czekali na nas w Żuławskim Parku Historycznym. Dziękujemy, że byliście z nami. To święto jest hołdem złożonym Wam, a dla nas jest istotnym Andrzej Kasperek 77 punktem zaczepienia dla budowania tożsamości”. I właśnie o to chodzi, żeby młodzi i starzy mieszkańcy tej ziemi mogli o sobie powiedzieć: „Jestem stąd, to moja ziemia”. W Żuławskim Parku Historycznym chętni mogli obejrzeć wystawę fotograficzną „Perły Żuław”, kolekcję kronik szkolnych, zakładów pracy i organizacji społecznych oraz odrestaurowane sanie konne i poznać wzruszającą historię osadniczki Teresy Siedliskiej, związaną z tym eksponatem. (Napiszę o tym osobno, bo temat jest tego warty.) Chętni mogli też wysłuchać koncertu piosenek wojennych, które śpiewali nowodworscy rewelersi wspo-niagani przez piękne głosy damskie. A zgłodniali mogli spróbować potraw z kuchni osadników (pierogi, żurek, zalewajka z przepisu kieleckiego, domowy ciemny chleb, drożdżówka - kuch gospodyń z Borów Tucholskich, kawa zbożowa), napić się świeżo wyciskanego soku z jabłek, posmakować jabłecznika. Wiele osób trudziło się, żeby poczęstować gości a nikt głodny nie odszedł od stołu. Toteż nie wolno zapomnieć w tym miejscu o podziękowaniach dla wołontariuszek (m.in. z Koła Gospodyń Wiejskich w Marzęcinie) i wolontariuszy. O godzinie 13 rozpoczął się punktualnie I Kongres Żuławski. Miałem zaszczyt prowa-dzić jego obrady. Impreza związana była z obchodami 135-lecia nadania praw miejskich miastu Nowy Dwór Gdański i Dniem Osadnika, który wchodzi (mam nadzieję) na stałe do żuławskiego kalendarza. Kongres związany był też z zakończeniem i podsumowaniem projektu, prowadzonego przez Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego - Klub Nowodworski: „Żuławy. Lubię to!” Po przywitaniu gości przez burmistrza Jacka Michalskiego i prezesa Klubu Nowodworskiego Marka Opitza uczestnicy kongresu mieli okazję wysłuchać trzech wystąpień. Dr Marcin Owsiński mówił o roku 1945 na Żuławach. Czytelnikom „Prowincji” nie trzeba przedstawiać tego świetnego znawcy Żuław, który nieraz publikował na łamach naszego kwartalnika a ostatnio wydał prawie pięćsetstronicowe dzieło pt. „Naznaczeni. Stutthof - Obozy - Sztutowo w latach 1945-1962”. Prelegent przedstawił trudne początki polskiego osadnictwa na Żuławach, tego często przymusowego przybywania na te ziemie, dopiero od niedawna polskie, ludzi, którzy tej krainy nie znali, nie lubili i szybko uciekali stąd jak z malarycznego i zapowietrzonego kraju. Trudno uwierzyć, że w pierwszych dekadach po wojnie Żuławy opuściło aż 75% osadników! Prof. dr hab. Cezary Obracht-Prondzyński mówił o współczesnej tożsamości żuławskiej. Autor w swym bardzo skondensowanym referacie podjął próbę opisania sposobu kształtowania się (z dosłownie niczego) nowej tożsamości Żuławiaków. To co kształtowało się i trwało przez setki lat zniknęło w ciągu kilku miesięcy w 1945 r. A próby rekonstrukcji tożsamości żuławskiej ciągle jeszcze się nie zakończyły. Okazuje się, że 70 lat od końca wojny to zbyt mało, żeby skończył się proces zapuszczania korzeni, ale wystarczająco długo, aby podsumować, co przez te lata udało się osiągnąć. Łukasz Kępski z ŻPH mówił o historii nowodworskiego herbu, co stało się okazją do mówienia o historii miasta. Herb znaczy dziedzictwo. Niestety okazuje się, że obecnie używany herb (zatwierdzony w 1996 r.) wypacza prawdę o historii Nowego Dworu Gdańskiego. Marzena Bernacka-Basek opowiedziała o tym, co udało się zrealizować w czasie prac nad projektem „Żuławy. Lubię to!”. Jego głównym zamierzeniem było pobudzanie mieszkańców,^© przejmowania odpowiedzialności za dziedzictwo kulturowe a w konsekwencji 78 I Kongres Żuławski również do czerpania korzyści z bogatej kultury Żuław poprzez produkty regionalne, turystyczne itp. ”. Poprzez zaangażowanie regionalnych liderów - nauczycieli, regionalistów oraz młodzieży miał doprowadzić do poszukiwania i badania wartości dziedzictwa kulturowego Żuław oraz tworzenia Żuławskiego Portalu Historyczno-Kulturowego WikiDelta. Miał zachęcić mieszkańców do wspólnego określenia atutów dziedzictwa kulturowego oraz możliwości ich wykorzystania dla rozwoju lokalnego. Wiele rzeczy już się udało osiągnąć - najlepszym dowodem jest sukces Dnia Osadnika. Na zakończenie odsłonięto wyremontowane sanie a ja przedstawiłem ich interesującą historię. Bo eksponaty w Muzeum Żuławskim to nie jest kolekcja starych rupieci pozbieranych na strychach, piwnicach i szopach. To przedmioty z duszą, świadkowie historii. Rzeczy przeżyły swoich właścicieli. I teraz w muzeum stron ojczystych opowiadają historie ludzi, którzy tu zamieszkiwali, dawnych mieszkańców tej krainy. Wsłuchując się w historie opowiadane przez klucze z zakładu cukierniczego Korelli, album starych fotografii żydowskiego dentysty, który miał gabinet przy ulicy Adolfa Hitlera, butelki po machandlu Stob-bego i ręcznie pisany modlitewnik, który należał do rodziny Czesława Miłosza możemy lepiej poznać dzieje tej krainy. Dzisiaj synowie i wnuki osadników ciągle poszukują swej tożsamości. Dla wielu z nas Żuławy to nasza mała ojczyzna. Nie tęsknimy już za Kresami, Centralą, Bieszczadami... I próbujemy (parafrazując Czesława Miłosza): „W ciemnozielony ogród [...] zmienić / Krainę płaską wziętą z wody i płomieni”. Mam nadzieję, że kiedyś się nam to uda. Kiedy słuchałem prelekcji i wystąpień zaproszonych gości zrozumiałem, że uczestniczę w ważnym spotkaniu, że trzeba było aż 70 lat, żeby zorganizować I Kongres Żuławski i oto Andrzej Kasperek 79 historia tego regionu wkracza w nową erę i coraz więcej mieszkańców tych stron może o sobie powiedzieć: „Jestem Żuławiakiem”. Francuski historyk Fernand Braudel stworzył teorię długiego trwania, a więc takiej perspektywy czasowej, w której dokonują się przemiany cywilizacyjne i religijne. Czas powojenny to kilka dziesięcioleci zaledwie, a nie zapominajmy, że na ową żuławskość, po której tak plączemy, która przemieniła tę krainę z żulu i mułu w kwitnący ogród, pracowały setki lat, dziesiątki pokoleń. Jednym z najważniejszych składników dawnej tożsamości żuławskiej była umiejętność współdziałania (choćby w czasie powodzi). Po wojnie więzi społeczne zostały zerwane, dlatego tak pięknym gestem była deklaracja burmistrzów Nowego Dworu i Nowego Stawu - Jacka Michalskiego i Jerzego Szałacha oraz wójta Cedrów Wielkich - Janusza Golińskiego o wspólnych pracach nad rozwojem Żuław. Bo dopiero myślenie w kategoriach wspólnoty regionalnej może przynieść dobre rezultaty na przyszłość. Organizatorem Kongresu było Stowarzyszenie Miłośników Nowego Dworu Gdańskiego - Klub Nowodworski, współfinansował go Program Operacyjny Fundusz Inicjatyw Obywatelskich a patronem honorowym był Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk, który niestety nie mógł być obecny. Urząd Marszałkowski reprezentowała Hanna Zych-Cisoń, członek Zarządu Województwa Pomorskiego. Wśród gości był także senator Leszek Czarnobaj. Czas przeznaczony na organizację I Kongresu Żuławskiego oraz udział w jego obradach i imprezach towarzyszących to czas bardzo dobrze wykorzystany. To była potrzebna impreza - miejscowym dała poczucie ważności miejsca, w którym żyją a przyjezdnym ukazała, jak ciekawa i atrakcyjna jest ta ziemia. Uczestnicy Kongresu, m.in. Hanna Zych-Cisoń, wicemarszałek woj.pomorskiego, Janusz Galiński, wójt Cedrów Wielkich, Jacek Michalski, burmistrz Nowego Dworu Gdańskiego, Andrzej Kasperek, fot, archiwum ŻPH___________________________ Marta Chmielińska-Jamroz Marienburg, Wpr. Muttergotteebild am SchloB. MADONNA MALBORSKA Marta Chmielińska-Jamroz 81 Ośmiometrowa figura Madonny była przez lata ozdobą malborskiej twierdzy. Monumentalna postać widoczna była z daleka i witała odwiedzających, dając dowód na to, że Marienburg to gród Maryi. Tak było do 1945 roku, kiedy w wyniku ostrzału zawalił się kościół zamkowy. Wraz z nim runęła Madonna. Dziś po 70 latach figura powraca na swoje dawne miejsce i lada dzień ujrzymy ją w pełnej krasie. O odbudowie zniszczonej figury pasjonaci marzyli od dawna, potrzebne jednak na ten cel były ogromne pieniądze. W 2007 roku powstała fundacja Mater Dei, która za wiodący cel postawiła sobie odtworzenie ogromnego posągu Majświętszej Maryi Panny. - Naszym zadaniem jest przywrócenie rzeźby w przeznaczone dla niej przez średniowiecznych budowniczych miejsce. Jesteśmy na początku drogi, przed nami jeszcze cała masa formalności wymaganych prawem, zbiórka środków na realizacje tego zadania, ale i określenie sposobu i technologii prac rekonstrukcyjnych - mówił 8 lat temu na spotkaniu inaugurującym działalność Mater Dei, jej prezes Bernard Jesionowski. - Musimy opracować program konserwatorski, wykonać projekt techniczny prac, uzyskać jego akceptację w różnych urzędach, przeprowadzić przetarg na realizację dzieła aż w końcu zrealizować zamiar i przekazać go potomnym. To dużo gdy uświadomimy sobie, że jeszcze nie wiemy w jakiej technologii wykonana ma być replika rzeźby. Na obecnym etapie zakładamy, że nie wykorzystamy ocalałych segmentów. Nowe dzieło chcemy wykonać jako konstrukcję skorupową wykonaną z nowoczesnych tworzyw. Najwięcej problemów może nam nastręczyć wykonanie kopii mozaiki, uzyskanie znanego z opisów i jednostkowych zdjęć kolorowych efektu lśnienia całej powierzchni rzeźby. Mamy nadzieje, że ten cel uda się nam zrealizować. Powiem więcej - teraz nie mamy już innego wyjścia, musimy to zrobić. Dziś wiadomo już jak ostatecznie doszło do odbudowania pomnika, wiadomo też, że ocalałe fragmenty figury zostały wtopione w nową postać Maryi. Główny cel jednak został osiągnięty- Madonna powróciła na swoje miejsce. Przez lata działalności Fundacja Mater Dei zbierała pieniądze na odbudowę pomnika popularyzując jednocześnie temat swej misji jak i historię samego posągu. Zbiórka odbywała się w różny sposób - sprzedawano cegiełki, zbierano do puszek, przyjmowano wpłaty na konto. W marcu 2015 roku fundacja uroczyście przekazała zebrane środki - łącznie 160 tysięcy złotych i 15 575 euro, symboliczne czeki trafiły podczas konferencji naukowej w ręce wicedyrektora Muzeum Zamkowego w Malborku - Janusza Hochleitnera. Pieniądze te włączone zostały do budżetu przeznaczonego na wykonanie ogromnych prac konserwatorskich i budowlanych zakładających odbudowę całego kościoła Najświętszej Maryi Panny, restaurację Kaplicy Świętej Anny i Wieży Kleszej. MZM pozyskało na ten cel dofinansowanie z Funduszy Norweskich - łącznie niemal 26 min złotych. Dziś prace są niemal na ukończeniu, a najbardziej rzucający się w oczy element warowni - figura Matki Bożej z Dzieciątkiem chwili, gdy czytają Państwo te słowa jest już zapewne w całości pokryty mozaiką i odsłonięty. Sama Madonna ma 8 metrów wysokości, jej postać umieszczona została w niszy we ^schodnie stronie stronie Zamku Wysokiego. Stało się to około roku 1340, jednak wów- 82 Madonna malborska czas Maryja wyglądała inaczej, nie pokrywała ją barwna i skrząca się mozaika, ale polichromie. Po otrzale sowieckim w 1945 figura runęła, do naszych czasów zachowało się dość dużo elementów i zostały one wbudowane w nową materię. Sam posąg składa się z 13 części, które stopniowo były montowane w niszy. - Kiedy posąg powstał w pierwszej połowie XIV stulecia, wyglądał inaczej niż ten, który wszyscy znamy z kartek pocztowych czy zdjęć - opowiadał Marcin Kozarzewski, konserwator prowadzący prace w kościele NMP. - Wówczas nie była to lśniąca figura pokryta mozaiką, najpierw była pomalowana, miała polichromie i złocenia. Mimo tego, że pozostałości figury są tak okaleczone i zniszczone, to na tych fragmentach zachowały się resztki pierwotnych kolorów. Dzięki współczesnym metodom badawczym można było badać spoiwa, których używano do klejenia mozaiki na figurze. Poza tym, że znaleziono tam białka z jajka kurzego i białka ze skóry zwierzęcia to znaleziono także albuminy krwi ludzkiej. To nie oznacza absolutnie, że używano krwi jako spoiwa, ale prawdopodobnie ktoś kładąc mozaikę skaleczył się w palec. Pierwszy obraz figury był ostrzejszy, później gdy kładziono mozaikę to używano zaprawy, która miejscami ma grubość 5-7 cm. W związku z tym ta figura trochę spuchła, co nie zmienia wyglądu figury, bo przy 8 metrach te 3 cm są bez znaczenia jednak w detalach to się zmienia. Jako, że posąg pokryty miał zostać mozaiką, kolorowe szkiełka należało również do- brać, materiał do odtworzenia mozaiki zamawiano w sprawdzonych weneckich pracowniach, które tego typu szkła produkują od stuleci. - Część szkła zamawialiśmy także w Gdańsku, bo mieliśmy problem aby dobrać odpowiedni odcień złota spośród szkieł weneckich, ponieważ wyglądały one na „zbyt nowe” - wyjaśniał Kozarzewski. - Nie chcemy aby ta figura po rekonstrukcji była taka nieskazitelnie nowa. Patrząc na archiwalne fotografie możemy sobie wyobrazić jak będzie wyglądała Madonna po zakończeniu prac konserwatorskich, dziś widzimy jedynie figurę i część mozaiki, którą fachowcy stopniowo przyklejają. Czy będzie piękna? Na pewno tak, a jej wzrok witał będzie mieszkańców i turystów w Jej grodzie. Prace przy montażu Madonny Malborskiej na zamku, fot. M. Chmielińska-Jamroz Marta Chmielińska-Jamroz 83 Marta Chmielińska-Jamroz POSZUKIWANIA ŻELAZNEGO Pod koniec września w Sztumie prowadzone były poszukiwania na terenie należącym niegdyś do posesji Urzędu Bezpieczeństwa. Grupa naukowców i wolontariuszy pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka poszukiwała szczątków legendarnego dowódcy szwadronu 5 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej por. Zdzisława Badochy „Żelaznego”. Teren wokół budynku dawnego Urzędu Bezpieczeństwa w Sztumie wygląda dziś na dobrze utrzymane podwórko i nic nie przypomina o tym, że pod koniec września koparka zryła tu ziemię a sondażowe wykopy miały głębokość niemal dwóch metrów. Dlaczego kopano akurat tu? - Wiemy, że po śmierci szczątki Zdzisława Badochy „Żelaznego" przewieziono do Sztumu do budynku Urzędu Bezpieczeństwa znajdującego się dziś przy ul. Nowowiejskiego - mówi Prof. Krzysztof Szwagrzyk. - Mamy zdjęcie, które bardzo wyraźnie pokazuje koryto, w którym umieszczono zwłoki Zdzisława Badochy. Zdjęcie to wykonano na terenie, na którym teraz prowadzimy prace. Jest także rełacja mówiąca o tym, że pochowano go na terenie ogrodu. 84 Poszukiwania Żelaznego O tym, że zdjęcie wykonane zostało właśnie w Sztumie wskazuje widoczny na fotografii fragment budynku. Prawdopodobnie więc nikt już nie przenosił nigdzie dalej ciała zabitego żołnierza i Badocha został pochowany gdzieś w ogrodzie. Niestety, dzisiejszy teren okalający budynek dawnego UB jest sporo mniejszy od tego sprzed wielu lat. Dawno temu ogród został podzielony na dwie części i wrześniowe prace toczyły się na prywatnej posesji najbliżej budynku. - Wynik negatywny jest dla nas również bardzo ważny, bo wskazuje, że na danym terenie na pewno nie ma szczątków ludzkich, ale to nie oznacza, że nie ma ich metr dalej czy metr bliżej. Profesor Szwagrzyk uspokaja, że oczywiście nie będzie rozbierania bloków czy domów, jednak wszelkie elementy, takie jak chodniki, parkingi czy śmietniki za zgodą właścicieli zostaną rozebrane, a następnie doprowadzone do pierwotnego stanu. - Mieszkańcy tej kamienicy podchodzą do nas i poszukiwań z ogromnym zrozumieniem - podkreśla Szwagrzyk. - Jesteśmy im bardzo wdzięczni, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że zakłócamy ich spokój, pracujemy pod ich oknami, jest głośno, sporo kurzu, jednak nie ma tu nikogo, kto godziłby się na to, aby gdzieś na ich podwórku leżały szczątki oficera. Ci ludzie rozumieją, że jest to sytuacja anormalna i wyrażają zgodę na to abyśmy tutaj pracowali. Właściciele budynku nie tylko wyrażali zgodę, ale też byli obecni w czasie prac, użyczali krzeseł, szklanek a nawet przygotowali kawę dla pracujących. Prace ziemne poprzedzone są każdorazowo wnikliwymi badaniami w archiwach, naukowcy przeglądają dokumenty, relacje, analizują zdjęcia. Dotyczy to zarówno zdjęć nieżywych partyzantów - jak w przypadku por. „Żelaznego”, ale także fotografii lotniczych, map i innych starych zdjęć, które pozwalają zorientować się w topografii badanego terenu. Następnie przeprowadzane są badania georadarowe, które mogą wskazywać ewentualne miejsca anomalii terenu. Takie badania wykonane zostały również w Sztumie, miało to miejsce w marcu 2015 roku. Badania te wykazały cztery miejsca, które mogły skrywać szczątki ludzkie. Praktyka jednak pokazuje, że badaniom tym nie można ślepo ufać. Analiza wszelkich dostępnych źródeł pozwala podjąć decyzję o wyjeździe w dane miejsce. Jeśli szczątki są znajdowane, pałeczkę przejmują antropolodzy i medycy sądowi. Szczątki są stopniowo odkrywane i dokumentowane, a następnie przeniesione do polo-wego laboratorium. Tam przeprowadzane zostają oględziny medyczno-sądowe, następnie pobrany zostaje materiał genetyczny a szczątki oczekują na identyfikację. Krzysztof Szwagrzyk wraz ze swoim zespołem ma na swoim koncie wiele odkrytych szczątków, wśród nich zidentyfikowane najważniejsze dla Polaków nazwiska, taka sytuacja powoduje, że tu i ówdzie pojawiają się osoby chcące choć trochę „ogrzać się” w blasku prowadzonych poszukiwań. Dochodzi więc do sytuacji, gdy w miejscach które mogą skrywać szczątki żołnierzy podziemia niepodległościowego pojawiają się ludzie nie będący pracownikami Instytutu Pamięci Narodowej i ogłaszają poszukiwania szczątków. Tak było również w Sztumie, gdzie pojawiła się pewna fundacja planująca prace ekshumacyjne porucznika Badochy. Marta Chmielińska-Jamroz 85 - Od pewnego czasu pracujemy w Polsce w różnych miejscach i słyszymy, że pojawiają się różne fundacje czy grupy ludzi, którzy mówią, że IPN nic nie robi i zbyt powoli prowadzi prace - opowiada Szwagrzyk. - Ludzie ci prowadzą zbiórki pieniędzy i ogłaszają prace poszukiwawcze. Jest to jednak kłamstwo, nie wyobrażam sobie, że można zwołać dwie czy trzy osoby, nazwać się jakoś i poszukiwać szczątków polskich bohaterów narodowych. To nie do pomyślenia w normalnym państwie aby można w ten sposób poszukiwać szczątków ludzkich. To jest profanacja. Do takich poszukiwań niezbędny jest zespół specjalistów z różnych dziedzin, amatorzy nie są w stanie tego robić. Nie można ich również rozliczyć. Podobnie podpinając się pod prace Instytutu Pamięci Narodowej prowadzone są zbiórki pieniędzy, najczęściej 1 marca w czasie Narodowego Święta Żołnierzy Wyklętych. Fundacja, która je przeprowadza nie współpracuje przy procesie identyfikacji, a sam IPN nie kwestuje na ten cel. - Wielokrotnie spotykałem się z wykorzystywaniem zdjęć moich czy poszczególnych członków zespołu w czasie przeprowadzania zbiórek pieniędzy. To jest oszustwo, bo my nigdy nie zbieraliśmy pieniędzy na ekshumacje czy identyfikacje. Każdy, kto wpłaca pieniądze jakiejkolwiek fundacji na identyfikację czy ekshumację żołnierzy niezłomnych musi mieć świadomość, że nie wpłaca tych pieniędzy dla nas, nie wspiera poszukiwań bohaterów narodowych, ale wpła-Ca pieniądze na konta poszczególnych fundacji i ich prezesów - przestrzega prof. Szwagrzyk. 86 Poszukiwania Żelaznego Rzadko zdarza się taka sytuacja, jak ta z cmentarza garnizonowego, gdzie w ubiegłym roku w czasie prac poszukiwawczych odnaleziono szczątki młodej kobiety. Pracujący przy ekshumacjach ludzie od razu wiedzieli, że odnaleźli Danutę Siedzikównę „Inkę”. Choć nie było żadnych badań i wyników porównawczych, to przeczucie wskazywało jasno - to „Inka”. - My czujemy, bo przecież wiemy kogo szukamy i znamy okoliczności śmierci, kiedy odkryliśmy szczątki Inki, nie mieliśmy wątpliwości, że to ona. Jest to mieszanina różnych uczuć - przeogromna radość, którą musimy stłumić, bo obserwują nas ludzie, a przed wynikami badań nie możemy nic powiedzieć. Oprócz tego satysfakcja i bolesna świadomość, czym był system komunistyczny, bo myśłimy sobie „jak to jest możliwe? Kim trzeba być, aby doprowadzić do takiej sytuacji?” Prace przy kamienicy na Nowowiejskiego trwały dwa dni, pomagali w nich wolontariusze z różnych organizacji patriotycznych - w tym „Stowarzyszenie Traugutt” i Marcin Matejuk z nieformalnej grupy „Wyklęci na Powiślu”. Najwięcej zainteresowania wzbudził oczywiście dzień poszukiwań, w którym dosłownie trudno było o wolny szpadel. Zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem cieszyło się natomiast przywracanie podwórka do stanu początkowego. Członkowie Stowarzyszenia Historycznego im. 5 Wileńskiej Brygady AK towarzyszyli ekipie IPN przez dwa dni. - Zależy nam na odnalezieniu jego szczątków i to dzięki pozyskanym przez nas informacjom prace poszukiwawcze w Sztumie były możliwe. Nie po raz pierwszy członkowie naszego stowarzyszenia uczestniczą w pracach poszukiwawczych IPN - mówi Robert Jamroz, wiceprezes Stowarzyszenia Historycznego im. 5 WBAK. - Zdzisław Badocha „Żelazny ” jest dla nas bardzo ważną postacią, ten wyjątkowy żołnierz powinien być dla wielu młodych łudzi wzorem i ideałem, co zresztą się dzieje sądząc po różnych akcjach organizowanych przez środowiska patriotyczne w Polsce, które propagują wizerunek „Żelaznego”. Działalność naszego stowarzyszenia rozpoczęła się właśnie od upamiętnienia postaci „Żelaznego”, miało to miejsce w grudniu 2004 roku w Czerninie. Miło nam, że miejsce stało się punktem, w którym miłośnicy podziemia niepodległościowego gromadzą się z okazji ważnych rocznic i oddają hołd „Żelaznemu” i innym polskim bohaterom. Choć w czasie tegorocznych prac nie udało się odnaleźć szczątków Zdzisława Bado-chy, nie oznacza to zakończenia poszukiwań. Prace badawcze przygotowujące następny etap poszukiwań już trwają. - To, że nie znaleźliśmy szczątków por. „Żelaznego” nie oznacza, że nie będziemy kontynuować poszukiwań - mówi prof. Krzysztof Szwagrzyk, kierujący pracami ekshumacyjnymi. - Wrócimy do Sztumu aby sprawdzić teren, który w 1946 r. także należał do posesji UB. * * * Zakończenia doczekała sprawa „utrwalaczowskiej” tablicy na budynku posterunku policji w Starym Targu. Budynek ten, to dawny posterunek MO, który po przemianach ustrojowych przemianowany został na posterunek Policji. Niestety, pozostała na nim tablica, której jakoś nie udało się zdjąć. Napis na niej upamiętnia 30 rocznicę powstania MO i SB, a tablica poświęcona jest poległym „w walce o utrwalanie władzy ludowej w walce z reakcyjnym podziemiem”. Dzięki aktywności grupy „Wyklęci na Powiślu” tablica ta została zdjęta ze ściany posterunku. Plan działania ustalony został przez grupę z Malborka 1 marca tego roku w czasie spotkania z Arkadiuszem Dzikowskim, członkiem Stowarzyszenia Historycznego im. 5 WBAK, który opowiedział historię pomnika w Tulcach oraz tablicy w Starym Targu. - Nasze stowarzyszenie wykonało już pierwsze kroki w sprawie zdjęcia tej tablicy - mówi Arkadiusz Dzikowski. - Kiedy w Tulicach spotkaliśmy się z „Wyklętymi na Powiślu" ustaliliśmy, że oni napiszą pismo i będą koordynować tę sprawę. Tak się też stało, młodzi patrioci z Malborka z werwą zabrali się do działania. - W czerwcu napisałem pismo do komendanta wojewódzkiego w Gdańsku - mówi Marcin Matejuk, wyjaśniłem w nim, że tablica zawiera fałszywe informacje i szkaluje Żołnierzy Wyklętych. Zaproponowałem przekazanie jej do muzeum w Sztumie. Odpowiedź nadeszła w lipcu, poinformowano mnie, że po zasięgnięciu opinii IPN w tej sprawie, podjęta została decyzja o zdjęciu tablicy. W listopadzie powiadomiono mnie, że tablica jest do odebrania w Starym Targu. Marcin wraz z kolegą pojechali po odbiór bardzo ciężkiej przesyłki, musieli dźwigać ją We dwóch, bo inaczej nie dali rady. Tablica trafiła do muzeum, można ją oglądać w Centrum Kultury Chrześcijańskiej Alyem, które mieści się w byłym kościele ewangelickim w Sztumie. 88 Festiwal Wielorzecze Dominika Lewicka-Klucznik FESTIWAL WIELORZECZE Jako organizatorowi ciężko mi będzie napisać materiał, nie wystawiając laurki Stowarzyszeniu „Alternatywni” nie pławiąc się w komplementach i bardzo pozytywnych relacjach zwrotnych. Spróbuję - obiektywnie, rzetelnie, na ile pozwala mi jeszcze bijące festiwalem serce. Na fanpage'u III Festiwalu Literatury Wielorzecze jeszcze tętni życie. Wiesław Leszczyński wrzuca zdjęcia i filmy - całą bogatą dokumentację tylko trzech dni. Dlatego właśnie ciągle w nas emocje spotkań, prezentacji i rozmów, które ukoronowały długi okres przygotowań do imprezy. A po co ona? Pomysł na III Festiwal Literatury Wielorzecze zrodził się z niedosytu i ambicji. Pierwsza edycja imprezy w 2012 roku zapoczątkowana przez Leszka Sarnowskiego, ówczesnego dyrektora Departament Kultury Urzędu Miejskiego w Elblągu oraz Tomasza Wiśniewskiego z Uniwersytetu Gdańskiego, pokazała, jak bardzo różnorodnie można o literaturze mówić, jak mocno ją odczuwać. Ta różnorodność, czy też inaczej „wielorzecze” w nas samych wywołało tęsknotę do sięgania dalej i wyżej. Pierwsza edycja z 2012 roku to jednocześnie koniec tej inicjatywy. Teoretycznie. Nie mogliśmy jako Stowarzyszenie czekać, aż coś się samo zrobi. Nasz pomysł kontynuowania festiwalu spotkał się z przychylnością i tak w grudniu 2014 odbył się Jubileusz Dominika Lewicka-Klucznik 89 Elbląskiej Sceny Literackiej - mały II Festiwal, no i w październiku 2015 - trzeci - inny - nasz. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od podziękowań. Po pierwsze zaangażowanym członkom Stowarzyszenia „Alternatywni” za serce, czas i pracę, instytucjom kultury, firmom, które gościły nas oraz wspomagały organizacyjnie i finansowo, wszystkim dobrym ludziom. Lista jest długa, a przecież o spis mecenasów tutaj nie chodzi. 2 PAŹDZIERNIKA - PIĘKNY PIĄTEK 10.00 - Jacek Wysocki (grafik) rozstawia swoje prace w Młodzieżowym Domu Kultury (przy ul. Warszawskiej sic!). Robi się artystycznie, a magia tego miejsca i gospodarzy przyciąga. Grafiki są różnorodne, pokazują twórczość artysty w różnych wymiarach i stylach, a o tym jak obraz dopełnia słowo, albo może odwrotnie - słowo dopełnia obraz będzie jeszcze później. Na razie artysta dba o kształt całości, więc biegnę. 11.00 - W Ratuszu Staromiejskim rozpoczyna się gra miejska. To faktycznie inauguracja Festiwalu - młodzież z elbląskich (ale nie tylko) szkół średnich zmierzy się z różnymi zadaniami. Artur Miścicki zaplanował kilka tras, które poprowadzą młodych ludzi oraz ich nauczycieli po ważnych miejscach na Starówce. A te miejsca - Muzeum, Biblioteka, Galeria EL, Hotel Elbląg to spotkania z ludźmi i historiami, to niewątpliwa okazja do aktywnego poznania kultury i historii regionu. A młodzież - zaangażowana, zasłuchana, Wzruszona. 12.00 - Szybka kawa z jednym z gości Festiwalu, rzut oka na wiszącą w Galerii El Wier-szystawkę i chwila.... chwila na dom. 16.00 - Oficjalne otwarcie, docierają goście (niektórzy do MDK-u przy Bema) i robi się bieszczadzko. Adam Ziemianin i jego poezja wzruszają przede wszystkim zachwytem nad światem takim, jaki właśnie jest - niewymuszonym, prostym, niespiesznym. Radość z tego co w górach najpiękniejsze przysłania postać samego poety, którego nosiło i cały czas nosi - po tradycjach, piosenkach, ludziach. Prowadząca spotkanie Bogumiła Salmo-nowicz zadbała o serdeczny klimat tej rozmowy. A widzowie/słuchacze? Nie opuszczał ich subtelny uśmiech. Na samo zakończenie zabrzmiały „Bieszczadzkie Anioły” Starego Dobrego Małżeństwa, a uczestnicy stoczyli bój o zaledwie kilka najnowszych tomików Ziemianina. 17.30 - Niektórzy są po szybkiej kawie, grafiki Jacka Wysockiego zachwycają. Artysta opowiada o inspiracjach, a na scenie Aleksandra Słowik. Przygotowując program festiwalu, sięgnęłam do tytułu pierwszego tomiku poetki: „Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy” z czystego zachwytu. Nie ukrywam, że musiałam się tłumaczyć, dlaczego akurat debiut. W momencie, gdy autorka w pięknych słowach wyjaśniła, że właśnie ta fraza najpełniej charakteryzuje ją jako człowieka, podziękowałam intuicji. Spotkanie, które moderowali Kamila Łyłka-Kosińska oraz Wojciech Jacek Pelc, odsłoniło poezję dojrzałej mądrej kobiety, która zamknięta nieco w świecie ukochanych autorów stwarza swój mały poetycki świat. Pięknie wydane tomiki, które otrzymaliśmy dopełniły wrażenia. Aleksandra Słowik to mistrzyni przerzutni i kontekstów, to kobieta, którą poezja otwiera na świat. 90 Festiwal Wielorzecze 19.00 - Alternatywni zaskakują. Nie chcieliśmy robić tradycyjnej prezentacji członków Klubu z dwóch powodów - po pierwsze - niech będzie różnorodnie, po drugie byliśmy dość mocno zajęci przed festiwalem. Poprosiliśmy Alicję Zaradkiewicz, uczennicę Liceum Plastycznego w Gronowie Górnym, o zrealizowanie filmu o twórcach klubowych. Były więc animowane wiersze, wypowiedzi na temat tego, jak się u nas pracuje i co z tej pracy powstaje, o relacjach między nami - tak różnymi ludźmi, których łączą pasje. Zrobiło się mutlimedialnie. 19.30 - Inaczej funkcjonuje Grupa Literyczna Na Krechę. Skupia twórców z całej Polski, ale na zasadach ich niezależności. Prezentują się w różnych miejscach, na różnorodnych festiwalach zawsze w innym składzie. Tutaj każdy pracuje na swoje nazwisko pod czujnym okiem Łucji Dudzińskiej. Na prezentację w Elblągu zaprosiła Dorotę Nowak (Nowy Tomyśl), Agnieszkę Żuchowską-Arendt (Kraków), Jacka Wysockiego (Poznań), Adama Wierzbickiego (Lubsko), Wojciecha Jacka Pelca (Żuławka Sztumska). Było to bardzo różnorodne spotkanie, pełne zaskoczeń i kreacji artystycznych. 21.00 - Koncertowo. Po elbląsku - Zespół Mentalnych Narzędzi z ciekawymi brzmieniami i po nich mały prezent do Mjazzgi - ALADDIN KILLERS. Chłopakom zachciało się zostać jeden dzień dłużej i zagrać na festiwalu. Muzyka i prezentacje na najwyższym poziomie. A przy muzyce długie nocne literatów rozmowy. 3 PAŹDZIERNIKA - SŁONECZNA SOBOTA 10.00 - MDK - czekamy na Roberta Miniaka, pijemy kawę, witamy gości. Robert pojechał oczywiście na ul. Bema, ale zawsze powtarzam, że Elbląg jest mały. Rozpoczynamy. Miniak to poeta z dorobkiem, osiągnięciami i świetnym warsztatem literackim. Było się od kogo uczyć. O czym? O tym, jak dążymy do tego, by odbiorca nas zrozumiał, o sposobach brzmieniowej i wersyfikacyjnej organizacji tekstu, by zachwycać, naddawać znaczeń. By po prostu pisać poezję a nie podziełoną prozę. Trudne - nie do końca. Robert Dominika Lewicka-Klucznik 91 odwoływał się do tekstów własnych oraz pracował na wierszach uczestników warsztatów. Aż szkoda było kończyć. 13.00 - Mam wrażenie, że coraz mocniej zaskakuje nas wszystkich Muzeum w Elblągu nowoczesnymi środkami przekazu, niekonwencjonalnością w podejściu do wystawy jako takiej. I tak „Świadectwo” najnowsza propozycja elbląskich muzealników doskonale wpisuje się w promocję Antologii polsko-niemieckiej „Dzieciństwo”. A może jest odwrotnie. Nie da się ukryć, iż historie ludzi przesiedlanych szczególnie w kontekście tęsknot i wyobrażeń dziecięcych wzruszają i zmuszają do refleksji nad zakrętami historii. 14.30 - Biegnę po naszego kolejnego gościa, który nie wyszedłby na czas z Restauracji przy Bramie, bo stamtąd w ogóle ciężko jest wyjść. Janusz Wiśniewski to przede wszystkim serdeczny człowiek. A jaki pisarz? O tym zaraz. 15.00 - W krużganku Galerii EL wisi 14 szklanych prac - wierszy twórców Grupy Lite-rycznej na Krechę oprawionych czy też doprawionych grafikami Jacka Wysockiego. Do tej formy prezentowania poezji jesteśmy już przyzwyczajeni, ale sam materiał i sposób ekspozycji robi wrażenie. Rozpoczynamy spotkanie z Januszem Leonem Wiśniewskim. Na scenie Wiśniewskich mamy dwóch (Janusz - pisarz i Tomasz, prowadzący, polonista z Uniwersytetu Gdańskiego) więc już się robi ciekawie. O czym rozmawiają? O inspiracjach, o motywacji do pisania. Coraz częściej publiczność włącza się w dyskusję na temat postrzegania kobiet czy też filmu zrealizowanego na podstawie „Samotności w sieci”. Jak usłyszeliśmy, drogą pisarza też rządzą szczęście i przypadek, a samo postrzeganie twórczości jako uzupełnienia życia zawodowego wydaje się najpiękniejszym z możliwych scenariuszy. Bądź co bądź Janusz Wiśniewski bardzo się spieszył, a długo nie mógł wyjść. 16.30 - Zostaliśmy w Galerii El. Tomasz Wiśniewski (moderator spotkań) też został. Za chwilę następne spotkanie. Twórca innego pokolenia, innej estetyki, innych inspiracji. Ze Słupska - Daniel Odija. Tu poruszą nas historie ludzi, którzy często reprezentują margines tradycyjnego społeczeństwa, język ulicy, który twórczo przetworzony oddaje brutalizację rzeczywistości. To jeden z ważniejszych kierunków współczesnej prozy. Tu losy autentycznych ludzi stają się fikcją. A może odwrotnie. Zostawił nas Daniel Odija z wieloma pytaniami. 19.00 - Po krótkiej przerwie - na bardzo szybki obiad lub gorącą herbatę jesteśmy w Mjaz-zdze. Tu dzisiaj będzie bardzo różnorodnie. To tak jakbym się powtarzała, bo chyba jest to najczęściej używane słowo. Różnorodność. Na scenie (ringu) Robert Miniak i Wojciech Boros, jako arbiter Piotr Wiktor Lorkowski. Zaczynamy pojedynek na słowa. Nie zabrakło ani wykładu z poetyki ani samych wierszy, a te bronią się sama. I choć poetów wiele różni w zakresie formy, treści i inspiracji to w pojedynku dwie strony wyszły obronną ręką. Także z konfrontacji z publicznością. Panowie przesiadają się do pierwszego rzędu, poprosiliśmy, by oceniali uczestników Turnieju Jednego Wiersza o Nagrodę NIKE. 20.00 - Na scenie nie do końca po kolei - taki żart organizatorów prezentuje się 23 twórców. Czytają swoje teksty inspirowane hasłem „Wpadamy na kwadrat”. Czyż to nie doskonała inspiracja. Wiersze więc też bardzo różne - i poważne, i śmieszne - i czytane 92 Festiwal Wielorzecze nieśmiało, i niemalże jak w teatrze jednego aktora, i nie tylko po polsku. Twórcy chcieli zaskoczyć. Kogo? Jurorów i publiczność, bo ona też przyznawała swoje nagrody. A nie było łatwo, nie było. 21.00 - Jurorzy pracują, publiczność głosuje, wskazując jeden najlepszy tekst. Wszystko tajne i poufne. Organizatorzy turnieju liczą głosy a na scenie muzyka w najczystszej postaci. Marcin Skrzypczak i jego gitara - niesamowity głos, mądre teksty i atmosfera prawdziwej poetyckiej uczty. Piosenki porywały i zmuszały do refleksji. Doskonałe zakończenie dnia. A to jeszcze nie koniec nocy. Uwaga - gitara i śpiew jeszcze wrócą. 22.00 - Ogłoszenie wyników Turnieju. Czekamy, czekamy i jest już zabawnie. Jury w składzie Piotr Wiktor Lorkowski, Robert Miniak, Wojciech Boros (kolejność zupełnie przypadkowa) postanowiło przyznać pierwsze miejsce Julii Jaz, drugie Dominice Le-wickiej-Klucznik, trzecie Aleksandrze Słowik. Decyzją publiczności mała srebrna NIKE trafiła do rąk Arco Van leperena, duża złota NIKE będzie zdobić półkę Kamili Łyki-Ko-sińskiej. A twórcy - zaskoczeni, zadowoleni. I w tej atmosferze pozostaliśmy jeszcze wiele godzin - rozmawiając, śpiewając (Marcin Skrzypczak i jego gitara) niekoniecznie wartościowe poetycko piosenki. Chociaż improwizacje literackie też się pojawiły. 4 PAŹDZIERNIKA - PRZYJEMNA NIEDZIELA 10.00 - Jest Wojtek Boros, kawa i ciasto, chętni na warsztaty. Jest także muzyczna niespodzianka. Pani Marta Ossowska-Utrysko i Fryderyk Chopin brzmiący spod palców zachwycili, zainspirowali. To był piękny i wzruszający moment. Pani Marta będzie jeszcze z Klubem się pojawiać, ale w innych okolicznościach. Po uczcie dla ducha - ciężka praca. Co prawda Wojtek Boros zaczął od tego, że pisanie jest bez sensu i po co w ogóle to robimy. Lepiej zająć się czymś innym, ale po pochyleniu się nad tekstami okazało się, że warto. Prowadzący zwracał szczególną uwagę na konieczność relacji zwrotnych od odbiorców. Dlatego taż ważny jest udział w konkursach czy też wysyłanie tekstów do redakcji pism literackich. Sama praca nad tekstem i niepokazywanie go innym powodują, że nie mamy odniesienia, czy trafiamy do odbiorcy. A przecież o to chodzi. 12.00 - Jesteśmy spóźnieni. Warsztaty się przedłużają i ciężko jest skończyć. Znowu pozostajemy w niedosycie. I dobrze. Czas na spotkanie z tłumaczami. Jedno z najlepszych spotkań tego Festiwalu. Może dlatego, że najbardziej zaskakujące. Po pierwsze, zarówno Agnieszka Żuchowska-Arendt, jak i Piotr Wiktor Lorkowski to pasjonaci swojej ciężkiej pracy. Po drugie, mogą mówić o niej godzinami i doskonale zarażają pasja innych. Kimże jest tłumacz? Przede wszystkim najdokładniejszym z czytelników, kimś kto opowiada nam to, co przeczytał i przeżył. Ale robi to w sposób taki, że praktycznie jest przez nas niezauważalny. I obojętnie, czy sięgamy po literaturę ambitną, czy też popularną, tłumacz musi znać nie tylko słowa, ale i klimat tego kraju, kuchnię i zwyczaje tamtejszych ludzi by być jak najbardziej wiarygodnym. To książka pisana na nowo. 14.30 - Już w Galerii El. Czas na poetyckie improwizacje. Gra Asphodel, a mikrofon jest wolny. To szansa na czytanie i słuchanie poezji - bez konkursów, ocen, prezentacji. Najbardziej spontaniczny z punków programu, i patrząc na zainteresowanie, bardzo potrzebny. Dominika Lewicka-Klucznik 93 15.00 - Powoli kończymy. Na scenie ludzie, którzy mają duży wpływ na to, co czytamy w publikacjach czy pismach literackich. Na to co się w kulturze i literaturze po prostu dzieje, i to zarówno na poziomie lokalnym, jak i ogólnopolskim. Łucja Dudzińska, Janusz Wrocławski (Tygiel), Tadeusz Dąbrowski (Topos), Wojciech Boros (Bliza), Leszek Sarnowski (Prowincja), Tomasz Wiśniewski, Piotr Wiktor Lorkowski (Topos) rozmawiali o tym, dlaczego kultura przeżywa kryzys i co można w tej sytuacji zrobić, czy warto jeszcze promować literaturę i jeśli tak to jakimi środkami. To był bardzo ciekawa i inspirująca rozmowa, która na pewno słuchaczy i samych uczestników panelu zachęciła do poszukiwań. Czego? Wydarzeń wartościowych i potrzebnych, małych akcji na rzecz kultury, bo za nią właśnie wszyscy jesteśmy odpowiedzialni. Ta rozmowa to idealne podsumowanie III Festiwalu Literatury Wielorzecze, ponieważ przez te kilka dni zadziało się wiele w obrębie słowa, i to tego wartościowego. W połączeniu z innymi dziedzinami sztuki - jak muzyka czy grafika o trzymaliśmy prawdziwą kulturalną ucztę. Utrzymujący się niedosyt jest wystarczającą motywacją, żeby myśleć ° przyszłorocznej imprezie, ponieważ tylko cykliczność i wysoki poziom festiwalu będą przyciągać nań odbiorców. A przecież o to chodzi najbardziej. Prywatnie, nieobiektywnie jestem pod ogromnym wpływem wrażeń z początku października. Cały czas docierają pozytywne głosy i propozycje współpracy. To dobrze. Zrobiliśmy ciekawą imprezę, która odbiła się echem w Polsce. Teraz tylko trzeba zbierać doświadczenia na innych konfrontacjach i festiwalach. A już za rok... Teodor Sejka BARCICE NA „NIEPRZETARTYM SZLAKU” „Powiedz, jak żyłeś? Ile pracowałeś? Ile zasadziłeś drzew? Ile chlebów wypiekłeś dla ludzi? Ilu ludziom rozradowałeś życie?” Janusz Korczak Flaga na maszt - salutuje komendant obozu hm Teodor Sejka, Borowy Młyn 1986, fot. archiwum Teodor Sejka 95 „Nieprzetarty Szlak”- to kryptonim harcerskiej pracy wśród dzieci specjalnej troski. To służba na rzecz dzieci z upośledzeniami fizycznymi i umysłowymi w różnych placówkach oświatowo-wychowawczych. W niniejszym artykule pragnę opowiedzieć o swoich doświadczeniach z kilkunastoletniej pracy w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym W Barcicach (obecnie powiat kwidzyński). Jest to szkoła podstawowa z internatem dla dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym. W 1981 roku podjąłem tam pracę nauczyciela--Wychowawcy, co dawało mi okazję zastosowania w tym środowisku harcerskiego systemu Wychowawczego. Całodobowe przebywanie dzieci pod jednym internackim dachem kusiło możliwością pełniejszego wychowawczego oddziaływania, a stała ich obecność w zasięgu ręki i głosu zachęcała do podjęcia tak frapującego zadania. Atrakcyjność harcerstwa wydawała mi się najlepszym sposobem na ożywienie i ubarwienie monotonii życia internac-kiego, oraz niezwykle przydatnym środkiem w procesie ich rewalidacji - kompensowania i wyrównywania ich niedorozwoju. Tak więc, przy Ośrodku w Barcicach powstała drużyna harcerska „Nieprzetartego Szlaku”, która za swego patrona obrała sobie Janusza Korczaka. W marcu 1985 roku do pracy tej aktywnie włączyła się nauczycielka-wychowawczyni Ośrodka, pani Izabela Janowska (obecnie Baranowicz), która zgodziła się pełnić w drużynie funkcję mojej przybocznej. Od tej pory w drużynie można było podejmować coraz śmielsze zadania i uzyskiwać jeszcze lepsze sukcesy. Akcja werbunkowa cieszyła się wśród dzieci wielkim zainteresowaniem i pozwoliła skupić w drużynie najlepszych wychowanków, dzieci bez poważniejszych deficytów rozwojowych i zeszpeceń charakterologicznych, tak, że można było z nich tworzyć pozytywne środowisko wychowawcze, które w dalszej przyszłości będzie mogło korzystnie oddziaływać na pozostałą społeczność Ośrodka. Wkrótce przekonaliśmy się, że w powołanym zespole dziecięcym, mimo upośledzenia umysłowego, można z powodzeniem stosować prawie wszystkie elementy harcerskiego systemu wychowawczego z silnym zaakcentowaniem samowychowania, samorządności i osobowej pracy nad doskonaleniem charakteru. Funkcjonowanie zastępów, Rady Drużyny, przygotowania do uroczystości Przyrzeczenia harcerskiego, zdobywanie sprawności i stopni harcerskich, symbolika odznak, obrzędowość, rozśpiewanie, wszystko to w znaczącym stopniu ożywiło i ubarwiło koloryt internackiego życia. W szkole pojawiły się mundurki, harcerski duch opanował internacki światek. Gry terenowe, ćwiczenia zręcznościowe, musztra, szkolenie harcerskie sprzyjały kształtowaniu samodyscypliny i wytrwałości w podejmowanych wysiłkach. Były też bodźcem do zachowania uczciwości wobec zespołu rówieśniczego i sprzyjały ogólnej aktywizacji dzieci. Mając na uwadze liczne deficyty rozwojowe i poważne zaniedbania środowiskowe naszych wychowanków, rozumieliśmy Potrzebę niwelowania ich poczucia niższej wartości, wynikającego z ich statusu uczniów szkoły specjalnej. Harcerstwo miało okazać się instrumentem skutecznej psychicznej rehabilitacji i życiowego dowartościowania. Przebywaniu w szkolno-internackim budynku przeciwstawiliśmy naszą obecność w lesie, nad rzeką, na trasie wędrówki po bliższej i dalszej okolicy, na spotkaniach z harcerzami innych drużyn. Silnie postawiliśmy na wędrow-uictwo, jako czynnik integrujący nasze dzieci z coraz szerszym światem zewnętrznym, by oswajały sobie ten świat i nie bały się tego świata, jako osoby naznaczone stygmatem gorszej jakości, czasem wytykane palcem, jako te upośledzone, zepchnięte na margines społeczeństwa. Ich ogromne dziecięce zapotrzebowanie na odzyskiwanie poczucia normalności realizowało się właśnie przez liczne kontakty z innymi drużynami, co przekonywało ich, 96 Barcice na „Nieprzetartym Szlaku” że wszędzie, gdzie są harcerze, tam mają serdecznych przyjaciół. Dwudniowe, sobotnio--niedzielne wędrówki drużyny z nocowaniem u zaprzyjaźnionych drużyn pozwalały im praktycznie przeżywać rodzinną harcerską atmosferę tych spotkań i zaprezentować swoje mocne strony. Nasi harcerze mogli przekonać się, że oni faktycznie nie muszą się wstydzić, bo nie są gorsi od innych i mają z czym stanąć do godnej konkurencji z harcerzami ze Sztumu, Gniewu, Starogardu Gd., Elbląga czy Postolina. Takie dwudniowe piesze wędrówki, organizowane co miesiąc, bez względu na porę roku, dostarczały cennych okazji wychowawczego oddziaływania i harcerskiego wyszkolenia. Bo już samo pokonywanie trasy sprzyjało ćwiczeniom na spostrzegawczość w terenie (gra w Kima), stosowaniu znaków patrolowych, ocenie odległości na oko, wyznaczaniu azymutu, czy sporządzaniu szkicu przebytej trasy. Sama zaś wizyta i pobyt w gościnie był okazją do wspaniałej wspólnej zabawy i wzajemnej prezentacji artystycznej, popisania się rozśpiewaniem, a także do bardzo emocjonalnie przeżywanych, zwłaszcza przez chłopców rozgrywek w piłkę nożną. A co najważniejsze, do późniejszej rewizyty zaprzyjaźnionej drużyny u nas w Barcicach. Taka forma wędrowania okazała się niezwykle wartościowym bodźcem integrującym zespół harcerski, czynnikiem wyzwalającym i stymulującym pożądane postawy samodyscypliny, kultury bycia, pozytywnych ambicji i pracy nad sobą, by dorównać nowo poznanym rówieśnikom. Wędrownictwo było więc dla uczniów szkoły specjalnej otwarciem okna na szerszy świat. Dawało szansę poznawać nowych przyjaciół, przyswajać sobie wzorce harcerskiego życia, hartować się w trudach marszu. Było też lekcją uczącą umiejętności kwatermistrzowskich, jak organizowanie posiłku i noclegu. Wreszcie było czymś, co choć trochę zdejmowało z nich ów „krępujący gorset” ucznia-esiaka. Nic dziwnego więc, że gdy na zbiórce drużyny zapowiadałem termin kolejnej wędrówki, to zawsze padało trochę nieśmiałe, jakby wstydliwe pytanie: „druhu drużynowy, a czy oni są też z takiej samej szkoły jak my, czy z normalnej?” Jeśli odpowiedź była, że będziemy gościć w normalnej szkole, entuzjazm był jeszcze większy, a najbardziej zadowolone były nasze harcerki. Najcenniejszym elementem metodyki harcerskiej jest wyzwalanie procesów samowycho-wawczych, tak, by wychowankowie sami odnajdywali w sobie motywację do stawiania sobie zadań w pracy nad sobą. Do tego jednak konieczny jest zespół z przewagą osób o odpowiednim poziomie moralno-intelektualnym. To znaczy osób zdolnych do przeżywania uczuć wyższych. Osoby o zbyt prymitywnej psychice, lub zbyt głęboko zdemoralizowane uniemożliwią ten proces. Tę zasadę stosował w swojej pracy Janusz Korczak, który do swojego sierocińca nie przyjmował takich skrajnych przypadków. My też, każdorazowo, przy rekrutacji kandydatów, musieliśmy brać pod uwagę tę kwestię. Chodziło nam przecież nie tylko o nadzorowanie wychowanków, ale o coś znacznie ważniejszego, o wyzwalanie w nich pozytywnych chęci w procesie tzw. interioryzacji. Zdolność wczuwania się w rolę członka organizacji, identyfikowanie się z jej nazwą, patronem, z podejmowanymi zadaniami, poszanowanie dla munduru i symboliki odznak, przeżywanie tradycji i historii Ojczyzny i Harcerstwa - to przecież zadania wymagające odpowiedniego poziomu intelektualno-moralnego. Z pojedynczych osób o znacznie rozwiniętym ego, pobyt w harcerstwie miał uczynić kolektyw o wspólnych, budujących celach. Chodziło więc o kształtowanie zdolności przeżywania uczuć wyższych. Szczególne znaczenie w kształceniu tej wyższej uczuciowości naszych harcerzy miała praca nad przybliżaniem sylwetki Patrona drużyny - Janusza Korczaka. Obok wizerunku Teodor Sejka 97 na portrecie potrzebna nam była jakaś skrótowa, odpowiednia dla uczniów szkoły specjalnej, uproszczona wykładnia życiowej filozofii Korczaka. Analogiem moralnego przesłania tej filozofii uznaliśmy Jego słowa waloryzujące życie człowieka według społecznej przydatności, pożyteczności i humanitarnej służebności względem bliźniego: „Powiedz, jak żyłeś? Ile pracowałeś? Ile zasadziłeś drzew? Ile chlebów wypiekłeś dla ludzi? Ilu ludziom rozradowałeś życie?” Słowa te traktowaliśmy w drużynie jako uniwersalny testament moralny Korczaka. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Korczak musi stale być obecny wśród naszych harcerzy, ma być żywy i bliski, tak, by towarzyszył nam w codziennym życiu, by w każdej chwili można było przywołać pamięć Nim i w Jego obecności oceniać nasze postawy. Taką formą oddziaływania wychowawczego mogła być jedynie własna, uroczysta pieśń o Patronie drużyny. Ułożyliśmy więc stosowne słowa do melodii znanej harcerskiej pieśni „Gdy zapłonie ognisko”, która miała wyrazić zobowiązanie harcerzy wobec Patrona, zachętę do pracy nad sobą, oraz obietnicę naśladowania Go w służbie bliźniemu. Pieśń ta funkcjonowała jako rodzaj żywej gawędy i wizytówka drużyny. Oto fragment tej pieśni: Choć żyłeś przed nami, Jak ojca Cię znamy, Patronie - druhu nasz. I uśmiech Twój smutny, Na Twej dobrej twarzy, Przed złem ochrania nas. Refren: Ty uczysz nas kochać, Bliźniemu z pomocą stać. I jasnym spojrzeniem, Każdemu radość dać. drużyna w komplecie na apelu, Borowy Młyn 1986, fot. archiwum 98 Barcice na „Nieprzetartym Szlaku” Mimo miernych kompetencji intelektualnych naszych harcerzy, staraliśmy się, by przyswoili sobie, w miarę trwałą wiedzę o Korczaku, jako troskliwym wychowawcy, lekarzu, społeczniku, autorze książek dla dzieci („Król Maciuś I”), o Jego heroicznym przeciwstawieniu się złu w czasie wojny, o wychowawczych pogadankach w Polskim Radiu, wreszcie o Jego dramatycznym pochodzie z zielonym sztandarem ku Wieczności, na czele wychowanków sierocińca. Z rozpisanych na role tekstów powstał rodzaj treściwej i głęboko wzruszającej, niby spontanicznej, luźnej gawędy, przeplecionej tłem muzycznym i fragmentami wierszy i piosenek. Drużynowy jako narrator zachęcał kolejnych recytatorów do opowiedzenia tego lub innego epizodu z życia Patrona. Wielokrotne powtórzenia tekstu i długie ćwiczenia dykcji były tu konieczne z uwagi na słabe zdolności zapamiętywania, ale emocjonalne przeżywanie biograficznych treści sprawiało, że wiedza ta stawała się przyswajalna i bliska dzieciom, także tym mniej sprawnym umysłowo. Przez systematyczność pracy z bohaterem drużyny i przez ustawiczną, coroczną renowację tej wiedzy, pojęcie „Korczak” stawało się dla harcerzy pełne treści, a ukształtowany w ich psychice obraz Korczaka był znaczącym składnikiem procesu samowychowania i uczuciowego wzbogacenia ich osobowości. Rozumieliśmy tę wartość, wszak podejmowaliśmy nasz trud wśród dzieci, które przybyły do naszego Ośrodka z poważnymi obciążeniami psychiczno-kulturowymi i emocjonalnymi, w większości ze środowisk głęboko patologicznych, z byłych PGR-ów. Nierzadko obserwowało się przypadki, jak dzieci w wolnych chwilach bawią się w pijanych rodziców. Walka z wszawicą była stałym elementem inter-nackiego życia, gdy w poniedziałki przyjeżdżały ze swoich domów. Kształcenie woli było z reguły działką całkowicie nieuprawianą. Było więc wiele do odrobienia. Dlatego nie mogę powiedzieć, że nasza praca była pasmem ustawicznych sukcesów, bo walka ta nie zawsze była wygrana. Były przykłady, że bardzo dobrze zapowiadający się chłopak lub dziewczyna, na dzień przed uroczystością Przyrzeczenia, zgłaszał, że chce się wypisać z drużyny. Mało tego, jeszcze konspiracyjnie namawiał swoich kolegów do rezygnacji. Motywy te nie zawsze udawało się ustalić. Może był to lęk przed kolejnymi zadaniami i chęć pofolgowania sobie i zrzucenia z siebie dalszych starań bycia dobrym. A może była to zazdrość, że inni są lepsi od niego. Zaiste, dla wielu poprzeczka od razu była ustawiona zbyt wysoko. Przybyli do Ośrodka z bagażem negatywnych nawyków, często obciążeń genetycznych, a tu harcerstwo nagle wymaga od nich zgody, gotowości i dobrowolnego angażowania się do pracy nad samym sobą. Żąda od nich, by zachcieli stawać się bardziej wytrwali w dobrych postanowieniach, odpowiedzialnymi nie tylko za siebie, ale i za swych rówieśników. By byli kulturalnymi, czystymi w słowach i czynach, a co najważniejsze, by zrezygnowali z tak silnie zakorzenionego w nich egoizmu. Stawianie przed wychowankiem zadań, tak, by uznał to za własną decyzję i postanowienie zaspakajające jego szlachetną ambicję, a jednocześnie czyniące zadość jego własnemu „ego” - to wspaniały wychowawczy aspekt harcerstwa. Chcesz zdobyć oznakę sprawności „Sobieradka” - musisz umieć wyprasować mundur, koszulę, spodnie. Chcesz zdobyć sprawność „Pomocna dłoń” - pokaż, że potrafisz zaopiekować się samotną staruszką, lub chorym kolegą. Na sprawność „Przyjaciel dzieci” - zamiast szaleć na przerwie, zorganizuj grę ruchową, zabawę ze śpiewem, lub wesołe zawody. Przystępujący do próby harcerze mieli wyznaczony czas na zdobycie potrzebnych umiejętności, według wymagań. Pomocą byli im zawsze wychowawcy, a wola i ambicja uruchamiały, tę Teodor Sejka 99 wewnętrzną silę sprawczą do pracy nad sobą, bo przecież nie można się zblaźnić, gdy się stanie przed komisją, która sprawdzi te umiejętności. Nigdy nie zapomnę, z jakim samozaparciem chłopcy uczyli się trudnej dla nich sztuki prasowania munduru i cerowania skarpetek. Systematyczna praca z drużyną, prowadzona w ciągu wielu lat, przez dwoje dorosłych instruktorów była wydatnie wspierana przez dyrektora Ośrodka mgr Edmunda Szyca, a później przez mgr Jerzego Bieska, oraz przez całe grono pedagogiczne. Wsparcie to dawało satysfakcjonujące rezultaty, tym bardziej, że dyrekcja nie szczędziła grosza na umundurowanie, plecaki i sprzęt biwakowy. W drużynie sprawnie działał system zastępowy, a nabyte umiejętności harcerskie z zakresu musztry, terenoznawstwa i obozownictwa uczyniły z drużyny sprawny organizm o przyzwoitej prezencji, mogący konkurować i wygrywać w zawodach z drużynami z sąsiednich szkół masowych. Do takich rywalizacji dochodziło kilkakrotnie, gdy drużyna była organizatorem turnieju pod nazwą „Wiosenne Harce”. W programie turnieju były takie konkurencje jak: musztra, marsz ze śpiewem, chodzenie na szczudłach, gotowanie posiłku, stawianie namiotów, chodzenie po moście linowym. Wiele z tych konkurencji wygrywali nasi, ku ich wielkiej radości i dowartościowaniu. Pod koniec każdego roku szkolnego organizowaliśmy tygodniowy obóz drużyny. Obozy te były okazją do samodzielnego kucharzenia, pełnienia służb i wart nocnych, do całodobowego obcowania z przyrodą, do przeżywania nastroju wieczornych ognisk - wszystko to zespalało życie członków drużyny. Obozowaliśmy m.in. wjunoszynie, Marach, Białej Górze i Borowym Młynie. Moje szczególne emocje wiążą się ze wspomnieniem obozowania w Borowym Młynie w 1986 roku. Odważyliśmy się wtedy na zdobywanie, przeznaczonej dla chłopców, sprawności „Robinsona”. Zadanie było dość szalone i wymagało od nas (or- 100 Barcice na „Nieprzetartym Szlaku” ganizatorów) ogromnego zaufania wobec dopuszczonych do próby 10 harcerzy. Oznaczało to wzięcie na siebie niewyobrażalnego ryzyka za ich życie i bezpieczeństwo. Dwuosobowe patrole, wyposażone jedynie w koce i kawałek chleba, miały udać się na odległość 3 kilometrów od obozowiska, spędzić tam, w terenie leśnym całą dobę. Tam miały zorganizować sobie nocleg i posiłek, oraz przeprowadzić obserwację przyrody. Patrolom nie wolno było spotykać się, ani łączyć się razem, gdyż groziło to dyskwalifikacją. Następnego dnia, o godzinie 13-stej patrole miały się meldować w obozie ze swoimi sprawozdaniami. Emocji starczyło dla wszystkich, a najwięcej chyba dla organizatorów tej eskapady, którym niepokoje i lęki uczyniły tę noc długą i bezsenną. Na szczęście jednak, patrole wróciły na czas, całe i zdrowe, szczęśliwe i pełne bogatych, podniecających wrażeń. Opowiadaniom nie było końca, bo nocleg w lesie, na własną odpowiedzialność, zapadł im głęboko w psychikę. Warto było podjąć, to ryzykowne przedsięwzięcie. Warto było zaufać tym 10-ciu odważnym Robinsonom - zdobywcom sprawności, w imię uzyskanej przez nich satysfakcji i przeżytej przygody. Z perspektywy minionych lat naszą pracę na trudnej niwie harcerskiego „Nieprzetartego Szlaku” wspominam jako barwny, twórczy i pożytecznie spożytkowany czas w swojej karierze zawodowej. Metafora, zawarta w tym kryptonimie, znalazła w naszej pracy pełne uzasadnienie, bowiem faktycznie była ona często trudnym „przecieraniem życiowego szlaku” naszych wychowanków. Okazała się jednak pracą nie mniej satysfakcjonującą od pracy z dziećmi w normie intelektualnej. Satysfakcja ta, jest zapewne, dla nas wychowawców nagrodą najcenniejszą, zaś sukcesy organizacyjne i wychowawcze 18 Drużyny Harcerskiej „Nieprzetartego Szlaku” z Barcic, mam nadzieję, były życiowymi atutami dziewcząt i chłopców, które przewinęły się przez szeregi drużyny. Chcę wierzyć, że pobyt w drużynie wpłynął korzystnie na kształt i jakość ich dalszego życia. Jednakże nikt nie będzie w stanie wychwycić i zmierzyć te pokłady wrażliwości na dobro i piękno, o jakie udało się wzbogacić dusze ówczesnych dzieci i nikt się nie dowie, jak te pokłady funkcjonują dzisiaj, już u ludzi w średnim wieku. Nie mamy więc szans przekonać się, w jakim stopniu osoby te, dzięki harcerstwu podwyższyły swój moralny i emocjonalny status, jako członkowie społeczeństwa. Nie dowiemy się, na ile lepiej radzą sobie teraz w rodzinach, w zakładach pracy, w kontaktach z sąsiadami. Działalność harcerstwa w Barcickim Ośrodku znalazła niezwykle podatny grunt. Działała tu także drużyna zuchowa, prowadzona kolejno przez Elżbietę Grabowską (obecnie Polakiewicz) i Zofię Kotowską. Nieocenioną pomoc w rozśpiewaniu drużyny okazywała nam zawsze pani Marylka Kawka. Znacząca była też rola zakładu opiekuńczego Ośrodka, jakim była Komenda Wojewódzka MO w Elblągu. Oficerowie milicji gościli na wszystkich ważniejszych imprezach i uroczystościach harcerskich w naszym Ośrodku. Wszechstronne, aktywne wsparcie dyrekcji i nauczycieli pracowało na te wychowawcze sukcesy, które, mam nadzieję, chociaż o milimetr uczyniły ten świat życzliwszym i ozdobiły go uśmiechem i dobrocią. Przeto w imieniu służby, składam wszystkim moim Współpracownikom i Przyjaciołom, nie pomijając mojej wspaniałej przybocznej - druhny Izabeli Jankowskiej-Baranowicz - gorące serdecznie podziękowania. Wierzę, że naszym wspólnym wysiłkiem, jak mówił Stary Doktor, „rozradowaliśmy niejedno życie”. Wiesław Olszewski 101 Wiesław Olszewski NOWY SZLAK KAJAKOWY PRZEZ ŻUŁAWY „Kanał Izbowa Łacha - odbudowa koryta kanału w km 0+000 - 10+100” to zrealizowana jesienią 2014 roku inwestycja Zarządu Melioracji i Urządzeń WodnychWojewódz-twa Pomorskiego, w efekcie której pojawił się nowy, bardzo atrakcyjny szlak kajakowy biegnący przez środkowe Żuławy. Prace polegały na usunięciu utrudniających drożność drzew i zakrzewień, przebudowie przepustów, pogłębieniu i ofaszynowaniu cieku - w ten sposób udrożniono szlak niespławny przez dziesiątki lat. Izbowa Łacha to prawobrzeżny dopływ Kanału Panieńskiego o długości 22,9 kilometra, rozciągający się na polderze Osłonka. Szerokość przy ujściu wynosi 12 metrów, na pozostałych odcinkach jest nieregularna, mocno zróżnicowana. Mocno zróżnicowana jest również głębokość kanału - spadki minimalne na całej długości wynoszą od O,18%o do 0,61%o. Pierwotnie Izbowa Łacha była jednym z ramion ujściowych Nogatu, odnogą będącą w dawnych wiekach znaczącym ciekiem wodnym. Stąd pochodzi spotykana alternatywna nazwa kanału - Stary Nogat, jednak w okresie kształtowania się delty ujściowej Nogatu odnóg noszących nazwę „Stary Nogat” było kilka, nazwy te często spotkać można na archiwalnych mapach, zdarzają się także na mapach współczesnych. Przebieg poszczególnych ramion Wisły i Nogatu ulegał wielokrotnie zmianom. Pozostałością delty No- 102 Nowy szlak kajakowy przez Żuławy gatu jest kilka odgrodzonychobecnie wałami odnóg w tym i Izbowa Lacha. Obecną swą nazwękanał bierze od leżącej nad nią starej wsi Stobna. Niemiecka nazwa miejscowości to Tuba (Izba) a rzeki Stubasche Lakę. Pierwszy trzon nazwy przetłumaczono, drugi to kalka fonetyczna. Już w 1288 roku mistrz krajowy Zakonu Krzyżackiego Meinhard z Kwerfurtu zapoczątkował wielowiekowy proces budowy wałów i kształtowania delty Nogatu1.Konsekwencją tej decyzji były również obwałowania Izbowej Łachy. W roku 1407 Wielki Mistrz Konrad von Jungingen wydał prawo regulujące kwestie przeciwpowodziowe i co za tym idzie - powinności mieszkańców wsi na Żuławach w kwestii budowy i utrzymania wałów.Zarząd nad całością działań sprawowali zarządcy wałowiwybierani przez mieszkańców. Przeważnie zarządcami zostawali sołtysi, a do pomocy mieli pięciu przysięż-nych wałowych. Mieszkańcy każdej wsi mieli przydzielony odcinek wałów i kanałów, zobowiązani byli do pracy na nim - każdy właściciel ziemi od 1 włóki, czyli ok. 16, 8 ha, miał naprawiać 1 sznur wałów (ok. 43,5 metra)2. Ważną datą w procesie kształtowania delty był rok, 1483 kiedy to odcięto groblą Nogat od rzeki Elbląg, czego następstwem była budowa Kanału Jagiellońskiego, którą ukończono w 1495 roku3. Kolejne poważne prace przy regulacji dolnej Wisły podjęto decyzją rządu pruskiego w 1847 roku. Dotyczyły przebudowy węzła wodnego pod Białą Górą i budowy obwałowań w tym rejonie, co przypuszczalnie spowodowało odcięcie Izbowej Łachy od głównego nurtu Nogatu. Rok wcześniej odnotowano wylew rzeki w okolicach Solnicy, więc była wtedy jeszcze prawdopodobnie czynnym ramieniem ujściowym4. Zalanie wsi mogło być jednak spowodowane funkcjonowaniem tzw. „Przelewu Malborskie-go” - obniżenia wysokości korony wału Nogatu naprzeciw wsi Ząbrowa pozwalające, przy wysokiej fali, na wlewanie się wody z Nogatu do zlewni Izbowej Łachy i Kanału Panieńskiego. Przelew ten jako „Marienburger Uberfall” zaznaczony jest już na mapie z 1811 roku5. Dalsze prace wykonywano do końca XIX wieku, a ich zakończeniem było ustabilizowanie nurtu Wisły na całym odcinku pruskim, przekopanie nowego ujścia rzeki pod Mikoszewem w latach 1889-1895 oraz odcięcie Nogatu, dokonano ostatecznie wiatach 1912-1917. Współcześnie rzeka odcięta zastawką w wale przeciwpowodziowym Nogatu bierze swój początek w okolicach śluzy w Michałowie. Początkowy odcinek jest ciągiem poprzerywanych łach, bagienek i oczek wodnych. W dalszym fragmencie pełni funkcję kanału zbiorczego dla mniejszych kanałów odwadniających. Szerokość koryta jest bardzo zróżnicowana, a przepływ znikomy lub nie występuje w ogóle. Początkowy odcinek rzeki jest elementem „Obszaru Chronionego Krajobrazu Rzeki Nogat” obejmującego tereny mię-dzywala Nogatu wraz z rejonem wsi: Kmiecin, Solnica, Jazowa, Rakowo i Wierciny, gdzie koncentrują się elementy związane z dawnym osadnictwem żuławskim. Jego powierzch- 1 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Tom VII, 1886 r. 2 Kazimierz Cebulak,Delta Wisły powyżej i poniżej poziomu morza, Stowarzyszenie Żuławy i Lokalna Grupa Działania Żuławy i Mierzeja, Nowy Dwór Gdański, 2010. 3 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Tom IV, 1883 r. 4 Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Tom VII, 1886 r. 5 http://www.forum.dawnygdansk.pl Wiesław Olszewski 103 nia wynosi 10 204 hektarów. Dominują użytki rolne (łąki i pastwiska torfowe) 69,7%. Zadrzewienia i zakrzaczenia zajmują 12,2%, a wody powierzchniowe - 7%. Są to tereny lęgowe ptactwa wodno-błotnego. Występują tam również liczne ssaki. Elementami kra-jobrazotwórczymi są: toń wodna, pasy oczeretów, szuwarów i innej roślinności wodnej oraz strefa zadrzewień i zakrzewień nadwodnych. Środkowy i końcowy fragment cieku znajduje się w „Środkowożuławskim Obszarze Chronionego Krajobrazu”. Obejmuje on tereny międzywala Wisły o powierzchni 2870 hektarów. Tereny nadbrzeżne charakteryzują się dogodnymi warunkami do gniazdowania i lęgu ptactwa wodno-błotnego oraz okresowego lub stałego pobytu licznych ssaków. W starorzeczu i jego najbliższym otoczeniu stwierdzono występowanie 34 gatunków roślin związanych ze środowiskiem wodnym i wodno-lądowym, z czego jedynie 6 hydrofitów. Fauna bezkręgowców jest tu dość bogata i liczy 30 gatunków. Wśród najliczniejszej z badanych grup - kręgowców - dominują ptaki, ryby i nietoperze. Występuje 45 gatunków szczególnie cennych, a zwłaszcza: - grzybienie białe (Nymphaea alba)- starorzecze jest doskonałym siedliskiem dla tej zakorzenionej rośliny o liściach pływających. Wraz z grążelem tworzy tu liczną populację, - różanka (Rhodeussericeus) - jej występowanie jest silnie uzależnione od obecności małży w rodzajów skójka i szczeżuja, braku ryb drapieżnych i dostatecznego stężenia tlenu w wodzie, - żaba śmieszka (Rana ridibunda) - poza Żuławami, Zalewem Wiślanym i Doliną Wisły prawie w ogóle nie występuje. Rzeka przepływa przez tereny ciekawe kulturowo, jednostki osadnictwa bardzo wczesnego, przedkrzyżackiego oraz te późniejsze z XVII i XVIII wieku - ulicówki wodne i wsie przywałowe6. OPIS SZLAKU IZBOWA ŁACHA • 0,0 - Pogranicze wsi Rakowiska i Solnica Rakowiska - Wieś założona w 1395 r. Układ przestrzenny wsi - łańcuchówka przywałowa po zachodniej stronie Izbowej Łachy, częściowo ulicówka. Krajobraz kulturowy wsi zachowany fragmentarycznie, widoczny układ terpów, siedlisk i gospodarstw, rozłóg pól, sieć rowów melioracyjnych, obsada wierzbowa lokalnych dróg i rowów, aleja lipowa wzdłuż drogi do Solnicy, zachowana wysoka ziełeń przydomowa. Na 15 siedliskach (z ok. 20 historycznych) zachowała się dawna zabudowa (obecnie ok. 8 zagród holenderskich, 8 drewnianych domów z XIX wieku), większość zabudowy współczesnej, często, zachowując dawne rozplanowanie siedliska, ale ze budynkami o odmiennej stylistyce7. Solnica - wieś założona w 1600 lub 1715 roku.Układ przestrzenny wsi - łańcuchówka przywałowa na terpach. Krajobraz kulturowy wsi zachowany dobrze, widoczny układ terpów, 6 Agnieszka Kozak i in., Wody delty Wisły natura i kultura, Fundacja Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego 2012. 7 Katalog zabytków budownictwa holenderskiego w Polsce http: //www.holland.org.pl/search.php 104 Nowy szlak kajakowy przez Żuławy siedlisk i gospodarstw, rozłóg pól, sieć rowów melioracyjnych, obsada wierzbowa lokalnych dróg i rowów, wysoka zieleń przydomowa. Na 30 siedliskach (z 40 historycznych) zachowała się dawna zabudowa (ok. 10 zagród holenderskich, 8 drewnianych domów), obecnie intensywnie wkracza zabudowa współczesna, zachowując w wielu przypadkach dawne rozplanowanie siedliska, ale ze współczesnymi budynkami8. • Kajaki wodujemy przy posesji Solnica nr 1. • 1,0 Zatoka (P), rzeka rozszerza się mocno, po prawej resztki średniowiecznych wałów przeciwpowodziowych. • 2,4 Most na DK 7, przy niskim stanie wody przepływ utrudniony. • 5,5 Mocne zwężenie nurtu, gęsta roślinność, przy niskim stanie wody trzeba przenieść (L). • 5,7 Kanał Izbowa Łacha II (P). • 6,0 Kolejne zwężenie, nurt mocno zarośnięty, przenoska (L) 350m. • 6,4 Wieś Dryling, rzeka rozszerza się. Dryling - wieś założona w XVIII w. w późnej fazie osadnictwa.Układ przestrzenny wsi - ulicówka przywałowa po północnej stronie Izbowej Łachy. Zabudowę tworzyło 5 gospo-darstw.Krajobraz kulturowy wsi zachowany szczątkowo, jedna zagroda holenderska w typie wzdłużnym, z murowanymi zabudowaniami z lat 30. XX wieku oraz drewniany dom z zagrody holenderskiej w typie wzdłużnym, z gospodarczymi budynkami współczesnymi; trzy nowe budynki o architekturze całkowicie obcej dla tradycji historycznej regionu9. • 7,1 Ponowne zwężenie nurtu. • 9,0 Pierwsze zabudowania wsi Stobna. . 9.9 Most na drodze Marzęcino - Kępki, centrum wsi, sklep, skwer z wiatą.(P) Stobna - wieś słowiańsko pruska wzmiankowana w 1293 r., (Stupa), lokowana w 1353 8 Tamże. 9 Tamże. Wiesław Olszewski 105 r.Uklad przestrzenny wsi - ulicówka wodna zabudowana po obu stronach rzeki Izbowej Łachy, na zachodnim brzegu w południowej części przeważają szczytowe względem rzeki ustawienia domów, z gospodarstwami od zachodniej po północnej stronie drogi domy w zagrodach ustawione są wzdłużnie do wody, z częścią gospodarczą zasadniczo od północy.Krajobraz kulturowy wsi zachowany dobrze, zachowany układ siedlisk i gospodarstw, współczesne budynki gospodarcze powtarzają układ historycznych zagród typu kątowego i wzdłużnego; po północnej stronie 6 zagród w typie kątowym, 4 wzdłużnym, 2 krzyżowym, po południowej-stronie rzeki 2 kątowe, 3 wzdłużne, zachowane w większości historyczne budynki mieszkalne 10 drewnianych, w tym 7 wtórnie omurowanych, 4 murowane, jedna cała zagroda w układzie wzdłużnym ceglana, z początku XX wieku oraz budynek dawnej szkoły z początku XX wieku współczesnych domów niewiele; zachowane 4 drewniane, niewielkie spichlerze, jeden murowany. W dobrym stanie znajdują się brukowane nawierzchnie dróg oraz tradycyjna obsada wierzbowa; po północnej i południowej stronie wsi zachowany czytelny układ rowów melioracyjnych i rozłóg pól10. • 10,4 Rzeka zwęża się, intensywna roślinność, przy niskim stanie wody - duże utrudnienia. • 10,8 Mostek na drodze polnej. • 11,4 Mostek na drodze polnej. • 13,1 Mostek na drodze polnej, dalej nurt silnie zarośnięty (300 m), zabudowania wsi Kępiny Małe (P). Kępiny Małe - wieś powstała w wyniku późnej kolonizacji po 1700 roku, prowadzonej aż po koniec XIX w. Układ przestrzenny wsi - łańcuchówka przywałowa po wschodniej i północnej stronie rzeki Nogat (odnoga zwana do 1945 r. Kabbelwasser), oraz po zachodniej stronie odnogi kanału Cieplicówka (do 1945 r. zwanego Biberzug) zjednodworczymi koloniami. Krajobraz kulturowy wsi znajduje się w stanie dobrym, zachowało się zagrody w typie wzdłużnym 106 Nowy szlak kajakowy przez Żuławy i w typie kątowym częściowo z wymienionymi zabudowaniami gospodarczymi; wiele siedlisk zaznaczonych na mapie obecnie opustoszało, ale położone w pobliżu drogi są remontowane i intensywnie przebudowywane, zwłaszcza w części gospodarczej. Układ kątowy czy wzdłużny reałizowany jest współczesnymi formami budynków. W południowej części znajduje się me-nonicki cmentarz oraz częściowo prowadząca w jego stronę brukowana droga ze szpalerem starodrzewu dębowego. Cmentarz mennonicki powstał zapewne w początkach XIX wieku, usytuowany nad wałem, po północnej stronie polnej drogi, w oddaleniu ok. 200 m od zabudowań gospodarstwa; założony na parceli zbliżonej do kwadratu ( rzeczywistego kształtu nie sposób obecnie odczytać), pierwotny układ zapewne jedno łub dwukwaterowy; silnie zdewastowany, o wyciętych drzewach pierwotnej obsady w rozrosłych samosiewach, zachowany pojedynczy starodrzew kasztanowca, dębu i świerka; groby zdewastowane i rozkopane, nagrobki połamane, stwierdzono istnienie niemal wyłącznie betonowych tumb i cokołów, jeden przewrócony cippus pochodzący pierwszej połowy XIX wieku o nieczytelnej inskrypcji oraz połamane fragmenty ceramicznej rzeźby. Nie natrafiono na żadne inskrypcje11. • 14,2 Kładka, kajak można przeciągnąć dołem. • 15.9 Most na drodze Marzęcino - Kępiny Małe, początek młodego lasu (P). • 16.8 Odnoga rzeki (P), widoczne obiekty strzelnicy koła łowieckiego. • 18,2 Początek dawnego Zalewu Wiślanego, zmienia się otaczający teren. • 18,9 Kanał Rybi (L). • 19,7 Ujście rzeki do Kanału Panieńskiego w pobliżu wsi Marzęcino12. Marzęcino - miejscowość dzisiaj złożona z dawnych dwóch miejscowości Jungfer i położonej przy drodze do Nowego Dworu na południe od niej osady Keitlan. Główna część wsi, dawne Jungfer to osada rybacka złożona w XIV w. położona wówczas nad brzegiem Zalewu. Na mocy przywileju Kazimierza Jagiellończyka włączona do terytorium elbląskiego. WXVII w. częściowo objęta kolonizacją przez osadników holenderskich.Układprzestrzenny wsi - wielodrożna wykształcona z ulicówka wodnej położonej po obu stronach Kanału Panieńskiego, z zabudową wzdłuż dróg w kierunku zachodnim; w południowej części dawne Ke-itelau ulicówka przywałowa. Krajobraz kulturowy wsi w stanie dobrym, zachował się układ przestrzenny, łiczna historyczna zabudowa w tym ok. 40 drewnianych domów, 6-7 zagród holenderskich w typie wzdłużnym, 2 kątowe i jedna w układzie krzyżowym, ryglowy kościół parafialny, murowane budynki z początku XX wieku i kolonijne z lat 20 - 30 X wieku, w północnej części wsi pozostałości nieukończonej śluzy, na niektórych ulicach - Wałowa, Żabia, Mostowa widoczne są fragmenty bruku. Po wschodniej i zachodniej stronie wsi zachowany czytelny układ rowów melioracyjnych i rozłóg pól13. 11 Tamże. 12 Opisu szlaku dokonano na podstawie odbytego spływu oraz materiałów uzyskanych z Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych Województwa Pomorskiego w Gdańsku, Terenowego Oddziału w Nowym Dworze Gdańskim. 13 Katalog zabytków budownictwa holenderskiego w Polsce http://www.holland.org.pl/search.php Na tropach historii Jan Chłosta POLACY W PRUSACH WSCHODNICH 30 listopada br. upłynęło 95 lat od utworzenia Związku Polaków w Prusach Wschodnich. Tego dnia w 1920 roku w sali Domu Polskiego w Olsztynie przy dzisiejszej ulicy Partyzantów 87 (wtedy Bahnho-fstrafie), gdzie znajduje się Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego, odbyło się konstytucyjne zebranie tej organizacji. Jak w żadnej dotąd eksponowano, że będzie ona zrzeszała i broniła zamieszkanych na tym terenie Polaków. Celem powołania ZP w Prusach Wschodnich była chęć połączeniu działań narodowych na terenach objętych plebiscytami. Chociaż Ks. Walenty Barczewski, fot. Wikipedia głosowania 11 lipca 1920 roku wypadły dla Polski niekorzystnie, to pozostali tu Polacy. Ich należało ochronić przed wynarodowieniem prowadząc w miarę skoordynowaną pracę kulturalno-oświatową oraz zapewnić ludności polskiej, jak napisano w statucie „obronę interesów polskiej mniejszości i starać się będzie o podniesienie dobrobytu polskiego ludu, mieszkającego w państwie pruskim”1 Bezpośrednią przyczyna zwołania tego zebrania stały się zapowiedziane na luty 1921 roku wybory do parlamentu niemieckiego i samorządowe, w których Polacy, po wielu dyskusjach zdecydowali się wystąpić z własną lista kandydatów. Rozmowy na temat zintegrowania działań narodowych odbywały się na Powiślu i w Olsztynie. Ostatecznie ośrodek przygotowań do zebrania konstytucyjnego skupił się w Olsztynie z udziałem przybyłego tu z Powiśla Brunona Gabrylewicza. Poza nim w sprawy tworzenia nowej organizacji zaangażowali się Jan Baczewski, Stanisław Pilarczyk, redaktor „Gazety Polskiej dla Powiatów Nadwiślańskich”, Władysław Pieniężny i Franciszek Barcz. Na zebranie konstytucyjne przybyło 18 delegatów: dziewięciu z Powiśla, ośmiu z Warmii i jeden z Mazur. Jak wynika z fragmentu protokółu drukowanego w „Gazecie Olsztyńskiej”, jako marszałek potworzył zebranie ks. Walenty Barczewski, który „witał gości z powiatów nadwiślańskich, którzy przybyli do nas, żaby radzić wspólnie z nami o naszej doli i niedoli. Ustawy Związku Polaków w Prusach Wschodnich, czcionkami „Gazety Olsztyńskiej”, [Olsztyn 1920], s. 3. 108 Polacy w Prusach Wschodnich [...] Akcja plebiscytowa nie wydała tych owoców, jakich wyczekiwał tutejszy lud polski; a głosowanie przyniosło nam raczej zatwierdzenie dalszej niedoli i biedy narodowej. Lecz to nas Warmiaków właśnie łączy z Powiślem. I Was z Powiśla nadal dzieli granica od Matki Polski, a zatem z konieczności, jak opuszczone dzieci, zrzeszyć się musimy w jedno wspólne grono.”2 Wicemarszałkiem obrad wybrano Kazimierza Donimirskie-go z Małych Ramz, a sekretarzem został redaktor „Gazety Olsztyńskiej” Ludwik Łydko. W trakcie obrad wygłoszono referaty: Stan ludności polskiej na Warmii (ks. W. Barczewski), O towarzystwach ludowych na Warmii (Wł. Pieniężny), O stanie polskości na Powiślu (Stanisław Pilarczyk), Plan organizacyjny Związku Polaków w Prusach Wschodnich (B. Gabrylewicz), Związek spół- Helena Sierakowska, fot. Wikipedia ek zarobkowych, szczególnie banków (K. Donimirski), O organizacji kółek rolniczych (Stanisław Haertle), O organizacjach niepolitycznych na Warmii (J. Baczewski). W protokole napisano, że referaty były doskonale i gruntownie przygotowane. W dyskusji zabierali głos: Helena Sierakowska, K. Donimirski, Wiktor Szulc, S. Pilarczyk i Kazimierz Jaroszyk, który na życzenie zebranych określił „położenie obecne [Polaków] na Mazurach. Zaznacza, iż brak tam światłych mężów i przewodników ludu. Dawną aczkolwiek słaba akcję dla utrzymania polskości na Mazurach przerwała wojna zupełnie. Akcja ta zaczęła się na nowe po wojnie, lecz spotkała się z wieloma trudnościami. Egzystencja „Mazura” wobec terroru niemieckiego była nadzwyczaj trudna. Ale przyznać trzeba, że jedynie dzięki tej akcji polskiej na Mazurach zdecydowano w Paryżu, że o przynależności państwowej tego terenu rozstrzygnie plebiscyt”3. Dalej w protokóle napisano, że „przebieg obrad był wspaniały, nastrój panował poważny, wypływający z wyraźnego przeświadczenia u wszystkich z konieczności stworzenia jednolitej organizacji”4. Dokonano też wyboru Komitetu Centralnego ZP w Prusach Wschodnich. W składzie 18 osobowego komitetu znalazło się w nim dziewięciu reprezentantów Powiśla i ośmiu z Warmii oraz Brunon Gabrylewicz (1895-1935), wywodzący się z Pomorza, działacz Podkomisariatu Rady Ludowej w Gdańsku, jako sekretarz generalny, a po jego wyjeździe w czerwcu 1921 roku do kraju stanowisko to przejął J. Baczewski. Wszyscy członkowie wyróżniali się aktywnością 2 Związek Polaków w Prusach Wschodnich, „Gazeta Olsztyńska”, (dalej GO) 1920, nr 146 z 4 XII. 3 Związek Polaków w Prusach Wschodnich, GO. op. cit. 4 Tamże. Jan Chłosta 109 w ruchu polskim: ks. Wacław Osiński (1868-1945), proboszcz parafii w Butrynach, krótko redagował „Warmiaka”, był wiceprezesem Warmińskiej Rady Ludowej, Paweł Muchowski (1877-1939) kupiec, od 1912 r. w Sztumie, mąż zaufania Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego, w czerwcu 1921 musiał opuścić Powiśle, osiedlił się w Chełmnie, po wybuchu wojny został rozstrzelany przez Niemców. Stanisław Haertle (1887-1951), rolnik, właściciel majątku Szado-wo, był wiceprezesem Warm. Komitetu Plebiscytowego w Kwidzynie, w 1921 r. opuścił Powiśle i został dzierżawcą majątku Lipienek k. Chełmna. Ks. Wa- Seweryn Pieniężny, fot. Wikipedia lenty Barczewski (1856-1928), proboszcz parafii Brąswałd, etnograf, autor prac o polskiej Warmii, prezes Warm. Rady Ludowej, Jan Brzeszczyński (1873-1946) z Gronit, nauczyciel prowadził chóry polskie, redaktor „Przyjaciela Dziatek”, dodatku do „Gazety Olsztyńskiej”. Ks. Władysław Demski (1884-1940), wikary ze Starego Targu, opiekował się kołami Kobiet Chrześcijańskich św. Kingi, zabiegał o nauczanie języka polskiego, w 1922 roku opuścił Powiśle i podjął nauczanie w gimnazjum w Inowrocławiu, został zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, beatyfikowany przez Jana Pawła II podczas pielgrzymki do ojczyzny 13 VI 1991 r. Józef Domański ze Sztumu był założycielem miejscowej Spółki Kupiec, działaczem oświatowym i członkiem Rady Nadzorczej Banku Ludowego w Sztumie, brał udział w tworzeniu kółek rolniczych. Kazimierz Donimirski (1889-1947), członek Tow. Czytelni Ludowych, współorganizator Polskiej Rady Ludowej w Sztumie, prezes II Komitetu Plebiscytowego. Stanisław Górski (1885 - data śmierci nieznana) robotnik w Westfalii, od 1918 roku w Starym Targu na Powiślu. Jan Klein (1860-1934) rolnik ze Straszewa, działacz kółek rolniczych i TCL. Franciszek Kwas (1871-1946) rolnik ze Skajbot, członek Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego, folklorysta. Michał Lengowski (1873-1967) z Zielonowa, aktywny działacz plebiscytowy, poeta, członek Warmińskiej Rady Ludowej. Leon Liebrecht (1888-1970) rolnik, organizator kółek rolniczych. Tadeusz Rodowski (1891-1957) studiował na Akademii Rolniczej w Berlinie, uczestnik powstania wielkopolskiego, aktywny działacz plebiscytowy, w 1922 r. opuścił Powiśle i w Trzebskim Polu pod Chełmnem objął kierownictwo Stacji Ochrony Roślin. Seweryn Pieniężny (1890-1940), redaktor „Gazety Olsztyńskiej”. Helena Sierakowska (1895-1939) z Waplewa organizatorka Tow. Ziemianek i św. Kingi, założycielka polskich przedszkoli na Powiślu, zamordowana przez hitlerowców w Rypinie (X 1929 r.). Wiktor Szulc (1865-1939) z Olsztyna, kupiec, właściciel sklepu bła-watnego, członek Rady udowej, redaktor „Polnische Nachrichten”5. 5 Krótkie notki biograficzne podano na podstawie T. Oracki, Słownik biograficzny Warmii, Mazur i Powiśla (do 1945 r.), Warszawa 1983. Autor pragnie podziękować panom Andrzejowi Lubińskiemu i Januszowi Ryszkowskiemu ze Sztumu za pomoc w ustaleniu imion niektórych działaczy m. in. Józefa Domańskiego ze Sztumu, któremu błędnie Jan Baczewski w drukowanych wspomnieniach nadał imię Bolesław. 110 Polacy w Prusach Wschodnich Tego samego dnia o godzinie 21 odbyło się pierwsze posiedzenie Komitetu Centralnego ZP, na którym wybrano prezesa i wiceprezesa oraz skarbnika. Wyznaczono też kierowników sekretariatów: na Warmii został J. Baczewski, na Powiśle - Kazimierz Jaroszyk, jednak tego stanowiska nigdy nie podjął, zastąpił go Franciszek Barcz. Równocześnie powołano pięć patronatów, którymi przewodniczyli: 1. Spółek (K. Donimirski i Wiktor Szulc), 2. Kółek rolniczych (Leon Liebrecht, Franciszek Kwas i Jan Klein), 3. Szkolnictwa (H. Sierakowska, ks. Władysław Demski, Jan Brzeszczyński), 4. Towarzystw ludowych (ks. W Barczewski, J. Domański i S. Pieniężny), 5. Spraw robotniczych (Tadeusz Odrow-ski, Stanisław Górski i Michał Lengowski)6. Była to pierwsza polska organizacja na tych ziemiach, która już w nazwie podkreślała tak wyraźnie narodowość, a w statucie, nazwanym ustawami zawarto następujące sformułowania: „Związek Polaków w Prusach Wschodnich” jest zjednoczeniem wszystkich mieszkańców polskich na obszarze państwa pruskiego, położonym na wschód od Wisły. [...] Z. P. jest przedstawicielem całej ludności polskiej w Prusach Wschodnich bez jakiegokolwiek zabarwienia klasowego. Wobec tego Z. P. popierać będzie taką politykę, która zagwarantuje ludności polskiej spokój w Niemczech i podniesienie dobrobytu całej ludności polskiej bez uwzględnienia jakiejkolwiek uprzywilejowanej klasy. Z. P. nie jest partią rewolucyjną, a raczej stojąc na fundamencie traktatu pokoju uznaje ustrój państw przez tenże traktat uznanych. Ze względu na to, że ludność polska Prus Wschodnich według wyznania częściowo należy do religii ewangelickiej, częściowo do Kościoła katolickiego, Z.P. jest o tyle bezwyznaniowym, że nie będzie szerzył nienawiści wyznaniowej, lecz stojąc na zasadach ogólno chrześcijańskich uszanuje święte przekonanie bliźniego, podkreślając stale, że podstawą u fundamentem państwa jest prawdziwa religijność i moralność narodu”7. ' Na początku kierownictwo ZP w Prusach Wschodnich skoncentrowało się na przygotowaniu do wyborów parlamentarnych i komunalnych (miejskich i powiatowych). Dzięki temu działaniu uzyskano w nich taką reprezentację, jakiej później Polacy w Republice Weimarskiej nigdy nie zdobyli: uzyskano dwa mandaty poselskie (posłami zostali ks. JózefWajda ze Śląska, po nagłej śmierci zastąpił go Stanisław Sierakowski i Jan Baczewski po wyborach uzupełniających 19 XI 1922 roku). W Sejmiku Prowincjonalnego w Królewcu Polaków reprezentował ks. Walenty Barczewski. Pełnił ten mandat przez dwie kadencje do 1928 roku. Nadto pozyskano mandaty sześciu radnych w sejmiku powiatowym w Olsztynie, pięć w sejmiku w Sztumie, jeden w Kwidzynie, jeden w Suszu, jeden w Ostródzie, jeden w Radzie miasta Olsztyna i pięć w Radzie Miasta Sztumu. „Gazeta Olsztyńska” została organem ZP w Prusach Wschodnich, a „Gazeta Polska dla Powiatów Nadwiślańskich” jej mutacją. Materiały do „Gazety Polskiej...” nadsyłał, jak wiadomo, Stanisław Pilarczyk z Malborka. Przez to z początkiem 1921 roku redaktorowi Kazimierzowi Jaroszykowi wypłacano miesięczną pensję. 6 J. Baczewski, Wspomnienia Warmiaka, Przedmowa B. Leśnodorski, Warszawa 1961, s. 111-112. 7 Ustawy Związku Polaków w Prusach Wschodnich, op. cit. s. 3-4. Jan Chłosta 111 W ciągu dwóch lat członkami ZP w Prusach Wschodnich na Powiślu i Warmii zostało 3700 osób; w tym na Powiślu było aż 2500 członków. W 1921 roku mężami zaufania tej organizacji we wsiach na Powiślu byli: w Barlewicach - Wróblewski, w Białej Górze - Scholla, Dąbrówce - Izydor Grochowski, Dziesięciu Włókach - Kulecki, Czerninie - stolarz Kowalski, w Igłach - Lucjan Miotk, w Kałwie - Michał Raczek, Koźlince - F. Grunwald, w Kołozębiu - Jan Scisłowski, w Koniecwałdzie - Franciszek Szydzik, w Jasnej - Antoni Skoczyński, w Mikołajkach - Jan Kleisa, w Mątkach - Radkowa, w Miranach - Franciszekjeziołowicz, w Nowym Targu - Stanisław Górski, Nowej Wsi -Smoliński, w Pierzchowicach - Alfred Kalinowski, w Postolinie - Jan Lenga, w Pułkowi-cach - Hieronim Meirowski, w Ryjewie - Dziennikowa, w Sadłukach - Józef Sypniewski, w Starym Targu - robotnik Szymański, w Straszewie - Leon Połomski, w Sztumie - Teofil Potowski, w Trzcianie - Antoni Lewicki, w Tropach - Sypniewski, w Wielkich Ramzach - Bolesław Scibora. W „Gazecie Olsztyńskiej” Kazimierz Jaroszyk, jako Franek spod Wartemborka wydrukował swój czterozwrotkowy wiersz, z którego pochodzą dwie pierwsze brzmią: Związek Polaków niechaj nam żyje, Choć wiatry wokoło szumią. Dopóty serce polskie tu bije, Nadziei w piersiach nie stłumią. Wszyscyśmy jednej matki synowie, A więc się w związku łączymy. Niech wiedzą naszej sprawie wrogowie, Że godność swą szanujemy.8 Po plebiscycie stan posiadania Polaków był na Powiśla znacznie większy aniżeli na Warmii: aż w 18 szkołach niemieckich po południu w dalszym ciągu odbywały się lekcje języka polskiego (na Warmii tylko w trzech), na Powiślu uczęszczały na te lekcje 1042 dzieci, nadal istniały, otwarte przed plebiscytem, 10 polskich przedszkoli z 163 dziećmi, (na Warmii wszystkie ochronki zostały zamknięte), nadal rozwijały swoją działalność towarzystwa ludowe (było ich 12 z 1730 członkami), oraz kółka rolnicze pod patronatem Franciszka Chełkowskiego (6 z 290 członkami), powołane zostały Koło Kobiet Chrześcijańskich pod wezwaniem św. Kingi (w tym czasie istniały 4 z 1075 członkiniami). Nie można pominąć działalności towarzystw śpiewaczych, oddziałów Zjednoczenia Zawodowego Polskiego i kół Związku Pracowników Rolnych oraz tworzonych przez Franciszka Barcza zespołów sportowych. Niezależnie od tego zwłaszcza na Warmii prowadzono akcję zbierania podpisów pod deklaracjami rodziców upominających się o nauczanie języka polskiego w szkołach. Zebrano aż 765 podpisów ojców rodzin w sprawie otwarcia zamkniętych po plebiscytach szkołach. Poza tym rozwijane były bliskie kontakty z krajem i do tego w różnych formach. Nie sprowadzały się one wyłącznie do wycieczek, lecz także kształcenia młodzieży z Powiśla i Warmii w kraju. Z pomocą Związku Obrony Kresów Zachod- 8 Franek spod Wartemborka [Kazimierz Jaroszyk], Związek Polaków, GO, 1921, nr 2 z 41. 112 Polacy w Prusach Wschodnich nich skierowano na dwuletni kurs do szkoły rolniczej w Koźminie 10 chłopców (po 5 z Warmii i Powiśla), synów miejscowych gospodarzy, którzy w przyszłości obejmą gospodarstwa po rodzicach, na ośmiomiesięcznym kursie w bankach Poznaniu przebywało trzech młodych ludzi z Prus Wschodnich: Jan Fiszer, który następnie objął Bank Ludowy w Sztumie, Juliusz Malewski od października 1922 roku kierownik Banku Ludowego w Olsztynie oraz Augustyn Steffen, który potem podjął studia na Uniwersytecie Poznańskim i rozpoczął badania nad kulturą ludową Warmii, wydał trzy „Zbiory polskich pieśni ludowych z Warmii” i tomiki wierszy oraz teksty z zakresu etnografii polskiej Warmii. Ważne były starania Jana Baczewskiego związane z przygotowaniem wykwalifikowanych nauczycieli do pracy w polskich szkołach na tych ziemiach. W tym celu jeszcze w listopadzie 1921 roku do seminarium nauczycielskiego w Lubawie udała się grupa 12 chłopców z Warmii9. Towarzyszył tej grupie chłopców sam Jan Baczewski. W Ostródzie został on przez władze niemieckie aresztowany pod zarzutem, że rzekomo udawał się z młodymi Warmiakami do Polski, aby młodzi Warmiacy ochotniczo zasilili oddziały powstańcze na Górnym Śląsku. Niemcom chodziło o sparaliżowanie całej akcji i spowodowanie powrotu młodych ludzi do domu. Z Powiśla lubawskie seminarium nauczycielskie ukończył Maksymilian Golisz, będący po 1926 roku sekretarzem tamtejszego Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego. Z początkiem 1923 roku Związek Polaków w Prusach Wschodnich został przekształcony się w IV Dzielnicę, utworzonego 22 sierpnia 1922 roku Związku Polaków w Niemczech. W tworzeniu ogólnoniemieckiej organizacji Polaków na pewno wykorzystano doświadczenia z Powiśla i Warmii. Działacze z Prus Wschodnich bowiem wnieśli znaczny wkład w tworzeniu nowego Związku. Zresztą Stanisław Sierakowski z Waplewa na Powiślu został pierwszym prezesem Związku Polaków w Niemczech, a dwaj reprezentanci z Warmii: poseł Jan Baczewski i ks. Wacław Osiński, weszli w skład Rady Naczelnej Związku Polaków w Niemczech. 9 AAN, Pos. sygn. 1839. Pismo Wicekonsulatu RP w Olsztynie. Wśród tych chłopców znaleźli przyszli nauczyciele szkól polskich otwartych w 1929 roku na Warmii i Powiślu, m.in. Jan Boenigk, Jan Bauer, Augustyn Wagner. Por. J. Chłosta, Szkolnictwo polskie na Warmii w latach 1919-1920, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”, 1977 nr 2-3 s. 377-390 Tomasz Jagielski 113 Tomasz Jagielski MAX HALBE - 150 ROCZNICA URODZIN DRAMATOPISARZA Z KOŹLIN Max Halbe urodzony 4.10.1865 roku w Koźlinach, zmarł 31 listopada 1944 roku w Burg koło Neuótting w Górnej Bawarii, dramaturg, powieściopisarz. Pochodził z rodziny rolników żuławskich, ukończył gimnazjum w Malborku, w 1883 roku studiował prawo w Heidelbergu i Berlinie, 1884-88 filozofię niemiecką w Monachium, gdzie zamieszkał od 1888 r. Od 1895 zajmował się wyłącznie pracą literacką. Autor naturalistycznego dramatu Jugend (1893, poi. wyd. Młodość, 1896) i utworów Der Strom (1903), FreieLiebe (1890), MutterErde (1897). Tłem sztuki Das wahre Gesicht (1907) jest oblężenie Gdańska, prawdopodobnie w 1577. W utworze Freiheit. Ein Schauspiel von 1812 (1913) przybliżył historię Gdańska w okresie wojen napoleońskich. W wydanej Max Halbe, fot. archiwum pośmiertnie (1945) biograficznej powieści o Martinie Opitzu Die Friedensinsel osadził akcję w Gdańsku w XVII w. W twórczości akcentował niemiecki charakter Gdańska. Cieszył się dużą popularnością, także w okresie Republiki Weimarskiej i czasach hitlerowskich. 3 października 1925 r. centralne uroczystości z okazji 60-lecia urodzin pisarza, odbyły się w Monachium. Tam też otrzymał dyplomy honorowego obywatela Gdańska i Malborka. Gdańskie wyróżnienie przyznano uchwałą Senatu Wolnego Miasta. Ozdobny dyplom wykonany przez prof. Fritza Pfuhle wręczyła delegacja miasta z senatorem do spraw kultury Hermannem Strunkiem na czele. Podczas uroczystych obchodów 70-lecia (1935) wygłosił w Gdańsku w Dworze Artusa specjalny odczyt. M. Halbe przybył do Gdańska dopiero 8 października 1935 roku. Wśród widzów były władze miasta z prezydentem senatu Arturem Greiserem oraz NSDAP z Albertem Forsterem na czele. Następnego dnia sędziwy odwiedził swój rodzinny dom w Koźlinach, gdzie powitała go ciotka. Do 1945 roku jego imię, Max-Halbe-Platz, nosił obecny plac Komorowskiego we Wrzeszczu. Max Halbe tak wspominał swoją rodzinną miejscowość: „Pierwsze spojrzenie z mojego dzieciństwa pada na ogromną rzekę o niekończącym się horyzoncie. Płaskie i nieprzewidywalne równiny, symfonia zieleni...” Jadąc drogą z Pszczółek do Koźlin po lewej stronie widać było pięć domów podcieniowych. Po prawej stronie, wokół kościoła znajdowały się domy i mieszkania drobnych gospodarzy. Pośrodku tych 5 dużych domów podcieniowych znajdowała się posiadłości rodziny Halbe. Zbudowano ją w starym stylu z pruskiego muru, z kamienia i z gankiem na który padał cień z ogromnej lipy rosnącej przed budynkiem. Dom rodziny pisarza 114 Max Halbe -150 rocznica urodzin dramatopisarza z Koźlin wyróżniał się z powodu zniszczenia przez pożar, gdy rodzina wracała z kościoła po mszy w Miłobądzu. Po pożarze drewnianego domu wznieśli nowy, głównie z kamienia. Rodzina dramatopisarza byłą jedyną katolicką familią pośród chłopów. Często prowadziło to do konfliktów. Od wszystkich mieszkańców, również od katolickiej rodziny Halbe, wymagany był podatek na rzecz kościoła ewangelickiego. Ojciec M. Halbe nie chciał przyjąć tego stanu rzeczy, który był sprzeczny z poczuciem sprawiedliwości. Procesował się z tego powodu przez wszystkie instancje. Jego kulminacją byłą skarga wniesiona do Sądu Najwyższego. Proces ten był opisywany w literaturze prawniczej tamtego okresu. Kiedy zmarł ojciec pisarza powstał problem z jego pochowaniem na miejscowym cmentarzu, który należał do kościoła ewangelickiego, ponieważ większość swego życia procesował się z tym kościołem. Ostatecznie jego szczątki spoczęły na nekropolii w Gdańsku Wrzeszczu. W domu rodzinnym M. Halbe miał pojawiać się duch, przed którym należało się chronić zamykając drzwi na klucz. Związane to było z dziejami prababci dramatopisarza. Pisarz scharakteryzował ją „z płonącymi oczami i tatarskimi kośćmi policzkowymi”, która żyła w rodzinnej pamięci jako osoba apodyktyczna. Rodzina Halbe pochodziła z Saksonii, prababcia nabyła majątek wMiłobądzu. Kłótnia o majątek, o której pisał potem M. Halbe w dramacie Der Strom, doprowadziła do tego, że najmłodszy syn musiał opuścić swój dom. Przybył jako pachołek do Kożlin w 1800 roku i ożenił się ze służącą pracującą w jednym z dużych domów podcieniowych, czyli z prababcią M. Halbe. Jednym z celów kobiety, było zostać panią w domu w którym służyła wcześniej. Małżonkowie dzierżawili gospodę w Koźlinach. Początkowo Francuzi, później Rosjanie, którzy walczyli z Napoleonem przyczynili się do bogacenia się gospodarzy. Ten burzliwy czas pozwolił wydzierżawić, a później nabyć posiadłość w Koźlinach. W 1814 roku rodzina Halbe przejęła ten dom, ale po dwóch latach przerwany wał zalał i go zniszczył. Jednak upór i konsekwencja nie pohamowała tej kobiety przed zdobyciem bogactwa. Była osobą bardzo skąpą i taka pozostała w ludzkiej pamięci w Koźlinach. Zmarła w 1849 roku w wieku lat 95. Była postrachem i despotyczną osobą, więc pamięć o niej w tej formie ducha przetrwała w rodzinnych opowieściach. Ojciec M. Halbe urodził się w 1838 roku, zmarł 12.09.1922 roku czyli mając 84 lata. Matka M. Halbe urodziła się w 1845 i zmarła 30.12.1937 roku mając 92 lata. Wszyscy członkowie rodziny Halbe w przeszłości cieszyli się długim życiem. Ojciec pisarza był wykształcony, gdyż ukończył gimnazjum w Gdańsku. Warto to podkreślić, ponieważ uczęszczanie do szkół wyższych dzieci z rodzin chłopskich nie było codziennością. Jego wielką pasją były podróże. Potrafił pojechać z Gdańska do Mediolanu i Wenecji. Nigdy nie zapowiadał tych podróży żonie, tylko krótko przed wyjazdem oznajmiał jej i musiała się na to zgodzić. Żona po niespokojnym zachowaniu swego męża zauważała, że coś się szykuje. Wtedy w tajemnicy szykowała potrzebne rzeczy do podróży. M. Halbe tak scharakteryzował własnego ojca: „był twardy, uparty, dumny, z pociągiem do mistycyzmu.” Matka pisarza była dokładnym przeciwieństwem. Również była wykształcona i otwarta na świat. Max Halbe ostatni raz odwiedził Koźliny w 1935 roku, a na ganku jego rodzinnego domu powitała go ciocia. Świat dramatopisarza odszedł, ale pamięć o nim i o jego miejscowości trwa dalej. Janusz Namenanik 115 Janusz Namenanik PEWNA KSIĄŻKA TELEFONICZNA Za wynalazcę telefonu uważa się Aleksandra Bella, który pierwszy opatentował swój wynalazek w 1876 roku. Początkowo do łączenia abonentów zatrudniano operatorów. W 1889 wynaleziono automatyczna centralę telefoniczną. Po raz pierwszy telefonu z tarczą do wybierania numerów użyto w 1896 roku, a telefonu z klawiaturą w 1963 roku1. Pierwszą książkę telefoniczną opublikowała kompania telefoniczna okręgu New Ha-ven w Stanach Zjednoczonych w 1878 roku. Był to spis 50 nazwisk bez numerów telefonów, uporządkowany według 4 kategorii: mieszkańcy, zawody, służby miejskie oraz różne. Numery telefonów jeszcze wtedy nie istniały. Do osoby na liście dzwoniło się poprzez podniesienie słuchawki i poproszenie operatora, o połączenie z wybraną osobą, znajdującą się w spisie. Na terenie Niemiec (w obszarze których wówczas leżał Dzierzgoń) pierwsza książka telefoniczna wydana została w 1881 roku dla Berlina i miała 187 wpisów, zawierała również instrukcję obsługi wyjaśniająca jak korzystać z telefonu. W 1888 roku książka ta zawierała oddzielną sekcje z podziałem na grupy zawodowe. W 1909 roku w Berlinie było już 112 225 linii telefonicznych dla populacji 2 040 000 mieszkańców, co stanowi 5,5 % telefonizacji. Wraz z dominacją nazizmu w berlińskiej książce telefonicznej z 1938 roku mężczyźni Żydzi muszą nosić nazwę „Izrael” a kobiety żydowskie „Sara”. Natrafiłem na dwie stare książki telefoniczne, w których znajdujemy dzierzgońskich abonentów. Jak dla małego miasteczka „książka telefoniczna” to pojęcie dość znacznie przesadzone. Ściślejsze określenie powinno brzmieć, że jest to jedna strona książki w pierwszym przypadku i dwie strony, czyli kartka w drugim przypadku. Pierwsza z nich pochodzi z 1914 roku, a druga z 1941 roku. Okazało się, że lektura ich może być dość ciekawym doświadczeniem dla czytelnika. W książkach tych, znajdujemy nazwiska, zawody, a niekiedy zajmowane stanowiska wraz z adresami zamieszkania, jest to symbol minionych czasów, a zarazem jest to opowieść o świecie, który już nie istnieje, oraz o ludziach, którzy odeszli lub zniknęli. Natrafimy tam również na zarys obrazu życia gospodarczego i społecznego ówczesnego Dzierzgonia. Nie znamy dokładnej daty, a jedynie możemy oszacować okres, w jakim powstała dzierzgońska sieć telefoniczna. W Królewcu sieć telefoniczną z 25 abonamentami uruchomiono w 1883 roku, a w sąsiadującym Malborku w 1899 roku. W Dzierzgoniu sieć telefoniczną zapewne uruchomiono w pierwszej dekadzie XX wieku. „Gazeta Toruńska”2 donosiła, że w marcu 1889 roku w Niemczech 4680 miejscowości w tym 176 miast posiadało sieć telefoniczną, a łączna ilość łączy abonenckich wynosiła 33 460. 1 Williams B., Encyklopedia pytań i odpowiedzi, Delta 1998. 2 Gazeta Toruńska nr 276/1889, Toruń 1889. 116 Pewna książka telefoniczna O wiele bogatsze informacje daje nam książka telefoniczna z 1941 roku, ze względu na to, że sieć telefoniczna w naszym mieście była już znaczniej rozwinięta niż ta opisywana w książce z 1914 rok. Porównując ilości abonentów z ilością mieszkańców miasta w wyżej wymienionych okresach możemy stwierdzić, że stopień telefonizacji Dzierzgonia był porównywalny do tego typu miasteczek. W 1914 roku przy 3015 mieszkańcach miasta funkcjonowało 91 łączy telefonicznych, w tym na wsiach 29, a w samym mieście były 62 telefony, co w stosunku do ilości mieszkańców dawało 2,06% telefonizacji. W tym czasie stołeczny Berlin posiadał wskaźnik 5,5%. W 1941 roku miasto zamieszkiwane było przez 3749 osób, a do miejscowej centrali podłączonych było łącznie 172 telefony, w tym ze wsi 51, a z miasta 121 abonentów, co dawało wskaźnik telefonizacji w mieście 3,23%. Do dzierzgońskiej centrali telefonicznej było podłączonych aż 14 sąsiednich wsi. Najwięcej telefonów posiadali mieszkańcy Bągartu (13), na drugim miejscu były Prakwice z 8 telefonami, w dalszej kolejności występowały Nowiny (Nowiec), które posiadały łącznie 7 łączy abonenckich, na kolejnym miejscu klasyfikowało się Stare Miasto z 5 telefonami. Natomiast tylko po 3 łącza abonenckie posiadały wsie: Poliksy, Ankamaty, Jeziorno oraz Minięta koło Tywąz. Stanowo posiadało 2 telefony, a tylko po jednym było w: Lipcu, Judytach, Kuksach i Ty węzach. Ówczesna telekomunikacja była zespolona z pocztą stanowiąc jedno przedsiębiorstwo. W Dzierzgoniu Cesarska Poczta (Kaiserliche Post) znajdowała się w centrum miasta, co powszechnie było praktykowane i technicznie uzasadnione.3 Do centralnie stojącego budynku prowadziły ze wszystkich stron przewody telefoniczne. Poczta w naszym mieście posiadała na dachu stojak, do którego biegły przewody. W dużych miastach budynki poczty posiadały specjalne wieże telefoniczne. Przewody z wieży lub stojaka biegły do centrali telefonicznej, która w Dzierzgoniu znajdowała się na ostatnim piętrze poczty. Mechanizm dzwonienia w tej epoce był dość ciekawy. Zapewne dla współczesnego pokolenia doby telefonów komórkowych zupełnie nieznany. Mimo, że technika tamtego okresu była adekwatna do epoki to jednak stwarzała możliwość porozumiewania się na znaczne odległości, co miało duże znaczenie społeczne i gospodarcze. Stacjonarne aparaty telefoniczne posiadały tak jak współczesne słuchawkę zawierającą mikrofon i słuchawkę, a aparat telefoniczny wyposażony był w korbkę, którą napędzano induktor. Po pokręceniu korbką wytwarzał się prąd, który w centrali telefonicznej uruchamiał mechanizm zgłoszeniowy i wówczas po podaniu telefonistce, z kim ma nas połączyć (a ta nas połączy) powtórnie kręcimy korbką, a tak wytworzony prąd uruchamiał dzwonek połączonego telefonu. Inny był mechanizm połączeń międzymiastowych, gdzie rozmowy się „zamawiało” u telefonistki i czekało na połączenie. Taka wymagająca ręcznego połączenia telefonicznego centrala funkcjonowała w Dzierzgoniu do lat 60-tych XX wieku. Symptomem zmiany centrali telefonicznej z ręcznej na automatyczną była wymiana starych telefonów z korbką na nowe z tarczą numerową. Oczywiście wraz z nową centralą wprowadzono nowe numery telefoniczne, natomiast automatyczne połączenia międzymiastowe możliwe były tylko w naszej strefie numeracyjnej. 3 Odległości między miastami podawane w kilometrach, mierzone są pomiędzy pocztami głównymi w danych miastach. Dlatego też odległości te są „odległościami pocztowymi”, (przyp. autora) Janusz Namenanik 117 Lista dzierzgońskich abonentów telefonicznych rozpoczyna się od danych miejscowej poczty. Na samym początku dowiadujemy się jaki jest numer konta na jakie należało wnosić opłaty telefoniczne, a dokonywać tego należało na konto w Gdańsku z informacją, że wpłata dotyczy rejonu Elbląg. Podane były godziny pracy urzędu pocztowego w Dzierzgoniu, który pracował w dni powszednie od godziny 7/8 do godziny 21, a w soboty poczta była dostępna dla klientów trzykrotnie, a mianowicie w godzinach: 8-9, następnie 12-13 oraz 17-18. Jednocześnie informowano zainteresowanych, że w godzinach nocnych najbliższy czynny urząd pocztowy znajduje się w Malborku. W zakresie łączności telefonicznej oferowano również tradycyjne usługi takie jak: stałe podawanie aktualnego czasu (zegarynka), nadawanie telegramów, przyjmowanie zgłoszeń do biura napraw, przypominanie o terminach, budzenie. Następnie w porządku alfabetycznym widnieje spis telefonów bez podziału na instytucje, grupy zawodowe czy indywidualnych abonentów. Zauważyć możemy, że nie posiadał telefonu tzw. „szary obywatel”. Przy każdym z nazwisk wymieniono działalność jaką się zajmował dany właściciel telefonu. W każdym mieście znaczącą rolę pełni biuro burmistrza. Oprócz adresu i numeru telefonu podane są również godziny pracy. I tak w dni robocze biuro pracowało w godzinach: 8-13 oraz 15-18, a w soboty w godzinach 8-13. Ciekawostką jest to, że podano również numer telefonu do burmistrza, na który można było dzwonić po godzinach pracy. Jak widać burmistrz od pracy nie stronił i swoje obowiązki był w stanie wypełniać całą dobę. Biuro burmistrza było w stanie połączyć rozmowę z niektórymi instytucjami lub służbami takimi jak: lokalnym przywódcą NSDAP, lokalną policją, przedsiębiorstwem gazowo-wodociągowo-kanalizacyjnym (a było to jedno przedsiębiorstwo), kasą administracji finansowej wspólnoty miejskiej, rzeźnią miejską, biurem opieki społecznej czy też miejscowym biurem pracy. Instytucje użyteczności publicznej, które istniały w mieście, ale nie podlegały bezpośrednio pod burmistrza, posiadały osobne numery telefonów. W książce telefonicznej znajdujemy: dwa banki, kasę oszczędności, kino, powiatowy dom opieki, straż pożarną, parafię ewangelicką i katolicką, 5 posterunków żandarmerii (w tym 4 z nich funkcjonowały na wsiach), adwokata (który jednocześnie był notariuszem), 4 leśniczych, oraz przedstawicieli służby zdrowia (3 lekarzy, dentystę, położną, aptekę i 3 weterynarzy). Podstawową rolę w miejscowej gospodarce odgrywało rolnictwo. Dlatego też w spisie telefonów figuruje aż 42 rolników, oraz 2 ogrodnictwa, a przypuszczać należy, że istniało wiele gospodarstw rolnych niestelefonizowanych. W związku z znacznie rozwiniętym rolnictwem funkcjonowały usługi dla tej branży. Znaleźć możemy w książce: 4 młyny, 4 rzeźników, 2 rymarzy, 2 mleczarnie, 2 punkty sprzedaży maszyn rolniczych, wytwórnię maszyn rolniczych, spółdzielnię rolniczą zajmująca się sprzedażą i zakupem zboża oraz sprzedażą pasz, nawozów i nasion. Dość znacznie był rozwinięty handel, gdzie dominował głównie ten drobny, ale również funkcjonowały większe placówki handlowe zwane domami towarowymi. Sklepów wielobranżowych i domów towarowych było łącznie 10. Sklepów spożywczych oferu- 118 Pewna książka telefoniczna jących tzw. artykuły kolonialne było 8. Ponadto w spisie występują: 3 piekarnie, 2 cukierników, sklep z artykułami żelaznymi, sklep sprzedający skóry, farby i tapety, sklep z butami, drogeria, ponadto sklepy: z nabiałem, artykułami przemysłowymi, zegarkami i radiami. Prowadzono również sprzedaż: drewna, kruszywa budowlanego, paliw płynnych jak i paliw stałych. Różnorodne usługi dla społeczeństwa prowadziło wielu indywidualnych rzemieślników jak i zakładów usługowych. W książce telefonicznej możemy znaleźć: krawca, fryzjera, malarza, dekarza, hydraulika, kowala, ślusarza, elektryka, kominiarza, zduna, a nawet architekta. Funkcjonowała drukarnia, która oprócz drukowania wydawnictw własnych prowadziła również szeroką działalność usługową dla ludności. Istniały 4 przedsiębiorstwa prowadzące usługi budowlane w zakresie budowy budynków oraz 1 przedsiębiorstwo zajmujące się stolarką budowlaną, a także 1 zajmujące się budową mebli. Rozwój transportu samochodowego spowodował rozwój usług w tym zakresie. W Dzierzgoniu funkcjonowało przedsiębiorstwo zajmujące się pomocą drogową, istniały również 4 placówki, które oprócz naprawy samochodów także prowadziły ich wynajem, działalność prowadziła ekspedycja towarowa, oraz 3 zakłady zajmujące się drogowym przewozem ładunków. W trakcie targów i jarmarków miasto odwiedzali liczni przybysze, którzy mogli korzystać z 4 zajazdów, 2 hoteli, a były też 2 gospody i 2 bufety. Jak wynika z książki telefonicznej w Dzierzgoniu działał również drobny przemysł, który reprezentowany był miedzy innymi przez Zakłady Betoniarskie Penera, 2 tartaki parowe, zakład przerobu tytoniu, wytwórnie obuwia, browar, zakład produkujący maszyny rolnicze. Porównując spis abonentów telefonicznych zawarty w omawianej książce telefonicznej z książką adresową4 tego okresu wyraźnie zauważamy, że nie wszystkie przedsiębiorstwa, placówki handlowe, usługowe czy rzemieślnicze posiadały telefony. Bardzo zastanawiający jest fakt zastrzeżenia niektórych numerów telefonów. Jesteśmy pewni, że niektóre instytucje jak i osoby posiadały telefony, lecz w książce telefonicznej ich nie ujawniono. Jeżeli fakt ten powiążemy z wydarzeniami historycznymi tego okresu to być może uzyskamy odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie te numery tych telefonów były zastrzeżone. Omawiana książka telefoniczna przedstawia abonentów według stanu na kwiecień 1941 roku. A więc dotyczy ona okresu II wojny światowej, która wówczas jeszcze przebiegała dość korzystnie dla Niemców, a co za tym idzie całe państwo było w stanie wojny. Dlatego też niektóre obiekty miały strategiczne znaczenie i należało je ukryć. W związku z tym w dzierzgońskiej książce telefonicznej nie znajdziemy numerów telefonów do szkół, szpitala miejskiego, dworca kolejowego, sądu i więzienia. Niewymie-nione są również nazwiska nauczycieli, dyrektorów niektórych placówek, oraz ważnych urzędników. Przy lekturze tej pozycji okazało się, że nie tylko istotne jest to, co napisano, ale również wiele mówiące okazać się może to, czego nie napisano. 4 Deutsches Reichs-Adressbuch: die Ostgebiete, Ausgabe 1941, Berlin 1941, s.16-17. Adam Langowski 119 Adam Langowski SZTUMSKA HISTORIA POCZTOWA (1945-1980) Za uprzednią zgodą Komendanta Wojennego wywieszona została na gmachu pocztowym dnia 15 kwietnia 1945 chorągiew narodowa polska, a dnia 19 kwietnia uruchomiony został urząd w działe przyjmowania przesyłek zwykłych i poleconych. W międzyczasie usunięto z gmachu wszelkie napisy niemieckie. W to miejsce zawieszono powyżej głównego wejścia tablicę z orłem polskim i napisem „Urząd Pocztowy w Sztumie" - tak Leon Orlikowski w kronice wydarzeń Obwodowego Urzędu Pocztowo-Telekomunikacyjnego w Sztumie opisał początek działalności poczty sztumskiej po zakończeniu działań wojennych. Autor zapisu był pierwszym powojennym naczelnikiem poczty w Sztumie. Swoją funkcję objął na mocy zarządzenia Dyrekcji Poczt i Telegrafów Okręgu Pomorskiego w Bydgoszczy z 22 marca 1945 r. Wcześniej pracował jako naczelnik urzędu we Wyrzysku. Dotarcie do wyznaczonej placówki nie było łatwe. Naczelnik wyruszył z Bydgoszczy do Morzeszczyna koleją „na otwartych wagonach”, następnie pieszo udał się do Gniewu i łodzią rybacką przeprawił przez Wisłę, co okazało się szczególnie trudne ze względu na wysoki poziom wody w rzece. 26 marca 1945 r. przybył wraz z żoną do Sztumu, który, podobnie jak wiele innych miasteczek leżących w dawnych Prusach Wschodnich, został zniszczony przez Armię Czerwoną. Leon Orlikowski zanotował w kronice: Najwięcej ucierpiała handlowa część miasta naokoło rynku, gdzie prawie wszystkie kamienice zostały zburzone. Zniszczone są również wodociągi miejskie i elektrownia. Mieszkańcy są zmuszeni zaopatrywać się w wodę z pobliskich jezior. W innym miejscu zapisał następującą refleksję: Sztum robił wrażenie miasta wymarłego. Na ulicach nie spotkało się, za wyjątkiem wojska, żadnej żywej duszy. Jedynie pod Komendą Wojenną spotkał wymieniony [Leon Orlikowski -przyp. A.L.] kilka osób cywilnych, a wśród nich przybyłego przed paru dniami Komisarza Ziemskiego na powiat sztumski ob. Romantowskiego' z województwa olsztyńskiego. Straty w zabudowie miasta po zakończeniu II wojny światowej wyniosły 30 proc., ale budynek poniemieckiej poczty ocalał, co wynikało zapewne z jego położenia, ponieważ znajdował się z dala od rynku, spalonego przez sowieckich żołnierzy. Gmach pocztowy, który miał przejąć Orlikowski, zachował się w dobrym stanie, jednak pomieszczenia wymagały uporządkowania: Było w nim stłuczonych 25 szyb. Wewnątrz gmachu i to tak w pomieszczeniach służbowych jak i w mieszkaniu naczelnika panował wielki nieład i spustoszenie. Wszędzie były powywracane szafy, stoły, krzesła i biurka, a niektóre z nich były nawet rozbite. Na podłogach leżało dużo nieczystości, porozrzucane akta, książki, oraz rozmaite inne papiery i druki. Naczelnik starał się jak najszybciej uzyskać zezwolenie na podjęcie pracy w urzędzie i wprowadzenie się do mieszkania służbowego, jednak kilkukrotne zabiegi w tej sprawie w Komen- 1 W wielu opracowaniach występuje inna forma nazwiska - Romatowski (zob. M. Kruk, Sztumska Grupa Wsparcia 5. Wileńskiej Brygady AK. Z badań nad stosunkiem ludności pomorskiej wobec partyzantki antykomunistycznej [w:] Żołnierze Wyklęci na ziemi malborskiej, pod red. J. Hochleitnera i P. Niwińskiego, Malbork 2013; K. Myszka, Ze Stutthofu do Waplewka [w:] Sztum 1806-1945, pod red.J. Ryszkowskiego, Sztum 2014). Adam Langowski 121 dach Wojennych w Sztumie i Malborku okazały się bezskuteczne. Interwencja w Kwidzynie również była nieudana. W takiej sytuacji Orlikowski zmuszony został do znalezienia kwatery w jednej z okolicznych wsi, gdzie czekał na decyzje dotyczące organizacji polskiej poczty. 9 kwietnia Komendant Wojenny w Sztumie wydał wreszcie zezwolenie na oczyszczenie gmachu pocztowego i na wprowadzenie się naczelnika do mieszkania służbowego. Porządkowanie pomieszczeń trwało dziesięć dni. Może właśnie wtedy znaleziono poniemiecki zeszyt, w którym zaczęto prowadzić kronikę polskiego urzędu pocztowego w Sztumie? Wraz z rozpoczęciem działalności urzędu pocztowego przystąpiono do uruchamiania w terenie podległych mu agencji pocztowych, co ukazuje poniższa tabela, opracowana na podstawie zapisów z kroniki: Miejscowość Data uruchomienia Kierownik Ryjewo 25. 04.1945 r. Ogonowski Edmund Postolin 01. 05. 1945 r. Kwinta Jan Stary Targ 01. 05. 1945 r. Boruszewska Anna Straszewo 15. 05.1945 r. Kłoskowska Maria Trzciano 15. 05.1945 r. Różańska Anna Sztumska Dąbrówka 18. 06.1945 r. Klejnajózef Waplewo 19. 06.1945 r. Żynda Elżbieta Mikołajki 23. 06.1945 r. Schreiber Stanisława Benowo 27. 06.1945 r. Boruszewska Anna Biała Góra 01.07.1945 r. brak danych Szropy 02. 07.1945 r. brak danych Dzierzgoń 23. 07.1945 r. brak danych Bruszwałd (Gościszewo) 10. 08.1945 r. brak danych Mleczewo 31.03. 1946 r. Kopacki Franciszek Ty węzy 15.06.1946 r. Orzechowski Edmund Bągart 01.05.1949 r. brak danych Żuławka 01.12.1949 r. brak danych Warto zaznaczyć, że 30 listopada 1946 r. zlikwidowano agencję pocztową w Waplewie, przyłączając ją do agencji pocztowej w Starym Targu, a 31 grudnia 1946 r. zlikwidowano agencję pocztową Trzciano, przyłączając ten rejon do agencji pocztowej Straszewo. Powodem tych decyzji był mały ruch pocztowy. Początkowo wymiana poczty odbywała się przez posłańca na rowerze, który dwa razy w tygodniu jeździł do Kwidzyna. Później zorganizowano pocztę posłańczą z Malborkiem. Taka forma przekazywania poczty istniała do 7 stycznia 1946 r., kiedy wprowadzono wymianę z ambulansem 525 Malbork - Prabuty i ambulansem 525 Prabuty - Malbork na stacji kolejowej w Mleczewie. Transport ładunku pocztowego odbywał się na trasie Sztum - Mlecze-wo - Sztum zaprzęgiem konnym. Kolejna zmiana nastąpiła wraz z oddaniem do użytku linii kolejowej Malbork - Sztum. Pierwszego września 1946 r. zaprowadzono wymianę poczty na stacji kolejowej w Sztumie z ambulansem 628 Malbork - Sztum i Sztum - Malbork. Przewóz odbywał się zaprzęgiem konnym, a od kwietnia 1948 r. samochodem ciężarowym. Otwarcie stacji kolejowej stanowiło dla władz i mieszkańców miasta wielkie wydarzenie, co potwierdzają zapisy w kronice: Stację kolejową uruchomiono dnia 9 łipca 1946 r. W dniu tym przybył z Malborka do Sztumu pierwszy osobowy pociąg polski. Sztum otrzymał z utęsknieniem oczekiwaną komunikację ze światem. Radość z tego powodu była bardzo wielka. Z tego też powodu zgromadzili się na powitanie pociągu o godzinie 11-tej na udekorowanym dworcu kolejowym przedstawiciele miejscowych władz i urzędów państwowych i samorządowych, organizacji politycznych i społecznych, duchowieństwo oraz mnóstwo mieszkańców miasta z Pełnomocnikiem Rządu na czele. Ksiądz proboszcz Geneja dokonał poświęcenia gmachu stacji kolejowej. Prowadzący kronikę we wcześniejszych zapisach określił dokładnie, kto odpowiadał za brak dostępu Sztumu do komunikacji kolejowej i jakie były tego skutki: W ostatnich dniach maja 1945 r. rozebrany został przez rosyjskie władze wojskowe tor kolejowy, łączący Sztum z Malborkiem i Kwidzynem. Przez rozebranie tegoż toru zostało miasto pozbawione jedynego dotąd istniejącego połączenia kolejowego. Brak odnośnego połączenia wpłynął ujemnie na rozwój miasta i powiatu. Należy podkreślić, że dokonanie takiego wpisu wymagało pewnej odwagi. Leon Orlikowski otwarcie skrytykował działania Sowietów, co mogło spotkać się z ostrą reakcją ze strony władz. Pierwszy polski naczelnik sztumskiej poczty odszedł na emeryturę w 1952 r. W trudnej powojennej rzeczywistości okazał się sprawnym organizatorem i kierownikiem ważnej instytucji w mieście. Siedmioletni okres jego działalności przypadł na czas, w którym poniemiecki Stuhm, zniszczony i wyludniony w wyniku działań wojennych, zaczął przekształcać się w polski Sztum. Świadectwem tego procesu są zapisy z kroniki urzędu pocztowego, w któ- Adam Langowski 123 rej odnotowano ważne wydarzenia z życia miasta. Są one jednocześnie odbiciem nowej sytuacji politycznej, w jakiej znalazło się nasze państwo po II wojnie światowej. 12 kwietnia 1945 r. rozpoczął działalność Państwowy Urząd Ziemski, kierowany przez Mariana Romantow-skiego. Osiem dni później powołano polską Milicję Powiatową, której komendantem został również Marian Romantowski2. 17 maja uruchomiono magistrat, stanowisko burmistrza objął Jan Gawroński3. 18 maja rozpoczęło urzędowanie starostwo powiatowe, a pierwszym starostą został Romuald Marmurowicz. 3 czerwca w Malborku nastąpiło przejęcie władzy przez starostę powiatowego z rąk wojskowych władz rosyjskich. Jedenastego listopada ukonstytuowała się pierwsza polska Miejska Rada Narodowa, której przewodniczył Jan Zarębski, a 22 listopada Powiatowa Rada Narodowa z prezesem Janem Schneiderem. Jedną z pierwszych wielkich uroczystości w Sztumie po zakończeniu wojny było Święto Morza, zorganizowane 29 czerwca 1945 r. Oto jego przebieg: O godz. 10 tej odprawił w kościele parafialnym miejscowy ksiądz proboszcz Neumann uroczystą mszę świętą, której wysłuchali przedstawiciele władz i urzędów miejscowych, wojsko oraz liczne społeczeństwo. Kościół był przepełniony po brzegi. Po mszy św. odbyło się na rynku uroczyste odsłonięcie pomnika poległych w walce z okupantem wojsk sojuszniczych przez starostę powiatowego ob. Marmurowicza w obecności przedstawicieli wojska sowieckiego, poczym przeszedł pochód ulicami miasta na łąkę przy łazienkach miejskich. Defiladę na ul. Mickiewicza odebrał starosta powiatowy w otoczeniu przedstawicieli wojska polskiego i sowieckiego oraz przedstawicieli władz i urzędów. Piękne przemówienia szeregu mówców na łące zakończyły uroczystości przedpołudniowe. 22 lipca 1948 r. sztumscy pocztowcy przygotowali własną oprawę Święta Odrodzenia Polski, upamiętniającego utworzenie przez komunistów w 1944 r. w Chełmie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN): Akademię uroczystą zagaił naczelnik urzędu obwodowego Orlikowski Leon przywitaniem i krótkim przemówieniem, a dłuższy referat o historii i podstawowym założeniu Manifestu Polskiego Wyzwolenia Narodowego, ich znaczenie i dotychczasowe osiągnięcia wygłosił przewodniczący Koła Miejscowego Związku Zawodowego ob. Załuska Kazimierz. Następnie bardzo pięknym przemówieniem odnośnie święta nawiązał reprezentujący Dyrektora Okręgu ob. Matuszewski, który po skończeniu przemówienia wręczył dyplomy i nagrody po 2000 złotych przodownikom pracy kontr. - prac, umysł, ob. Irmgardzie Szypniewskiej i pocztylionowi ob. Franciszkowi Reimusowi oraz dekrety awansowe i nominacyjne 8 pracownikom obwodu. Na zakończenie akademii odbyła się w sali urzędu, pięknie udekorowanej w portrety przedstawicieli Państwa, girlandy i kwiaty, wspólna kawka, która przy bardzo koleżeńskim i serdecznym nastroju przeciągnęła się do wieczora. Ważnym wydarzeniem kształtującym podstawy nowego ustroju w Polsce był zjazd zjednoczeniowy Polskiej Partii Robotniczej (PPR) i Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), w wyniku którego powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (PZPR). Dzień kongresu, czyli 15 grudnia 1948 r., został w Sztumie odpowiednio uczczony: Miasto było udekorowane flagami, portretami przedstawicieli Rządu i transparentami. W przededniu wieczorem przeszedł capstrzyk, a w dniu samym Kongresu pochód całego społe-2 Karol Myszka, jeden z pierwszych sztumskich milicjantów, wspominał, że Komisarz Ziemski „[...] jest właściwie i ko- mendantem, bo posiada pieczątkę z godłem państwowym potrzebną do wystawiania legitymacji”. Pierwszym formalnym komendantem MO został Albert Derengowski (K. Myszka, op. cit, s. 297). 3 Jan Gawroński pełnił funkcję burmistrza przez krótki czas. Zastąpił go Franciszek Wojciechowski, którego powszechnie uznaje się za pierwszego powojennego burmistrza Sztumu (K. Myszka, op. cit., s. 298). 124 Sztumska historia pocztowa (1945-1980) czeństwa ulicami miasta do sali Domu Dziecka, gdzie odbyła się uroczysta akademia zakończona zabawą ludową. W uroczystościach wzięli udział wszyscy wolni od służby pracownicy urzędu p.-t. Gmach pocztowy był w czasie od 12X11 — 19 XII na zewnątrz pięknie udekorowany chorągwiami, kwiatami, portretami dostojników Państwa i rzęsiście iluminowany. Następcą Leona Orlikowskiego został Marian Streich, który pełnił swą funkcję do 1955 r. Kolejnymi naczelnikami byli odpowiednio: Kazimierz Wrycza (1955 - 1957), Bronisław Jasiński (1957 - 1958), Wiktor Chmara (1959 - 1968) oraz Jan Słonina (1968 - 1980). Warto przybliżyć postać tego ostatniego. Był on najdłużej urzędującym naczelnikiem sztumskiej poczty w okresie obejmującym zapisy w kronice. Pracę w resorcie łączności rozpoczął 9 grudnia 1946 r. w agencji pocztowej Przepałkowo w powiecie sępoleńskim. 9 maja 1947 r. został naczelnikiem urzędu w Górnej Grupie w powiecie świeckim. Pracę w Obwodowym Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym w Sztumie rozpoczął w lipcu 1949 r. na stanowisku asystenta. Później został kontrolerem urzędu, starszym księgowym, planistą, powiatowym inspektorem obwodu, kontrolerem obwodu, a po odejściu naczelnika Wiktora Chmary na emeryturę przejął jego funkcję. Odnotujmy, że już w latach 1958 - 1959 pełnił tymczasowo obowiązki naczelnika poczty po nagłej śmierci Bronisława Jasińskiego. Jan Słonina z wielką starannością prowadził kronikę urzędu, dzięki czemu otrzymujemy wiele szczegółowych informacji na temat funkcjonowania placówki, jak również samego miasta. Jeden z najciekawszych fragmentów pochodzi z 1973 r. i dotyczy obchodów 500. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika. W ramach uczczenia pamięci wielkiego uczonego Ministerstwo Łączności oraz Związek Filatelistów Polskich zorganizowało, w okresie od 8 maja do 16 czerwca 1973 r., przejazd dyliżansu pocztowego Szlakiem Kopernikowskim z Olsztyna do Krakowa. Trasa przejazdu zabytkowego dyliżansu, będącego eksponatem Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu, obejmowała również Sztum: Adam Langowski 125 Dyliżans pocztowy zaprzężony w 4 konie kasztany z Państwowej Stadniny w Miłosnej k. Kwidzyna prowadzony był przez pocztyliona wyposażonego w historyczną trąbkę, pracownika urzędu pt. Wrocław 2, Zygmunta Andruszenko oraz stangreta i kowala z zapasem podków. Wszyscy ubrani w historyczne uniformy pocztowe z okresu Księstwa Warszawskiego. W dniu 16 maja 1973 r. po opuszczeniu Malborka dyliżans pocztowy zatrzymał się w Go-ściszewie, pożegnany przez władze powiatu malborskiego, a przywitany przez władze powiatu sztumskiego w osobach: 1. Przew. Prez. PRN inż. Władysław Turek 2. Przew. Pow. Komitetu Frontu Jedności Narodu ob. Witałiusz Parafianowicz 3. Naczelnik urzędu pt. Sztum Jan Słonina. Ponadto w przywitaniu brało udział wielu mieszkańców Sztumu i Gościszewa oraz młodzież szkolna i harcerze. Po godzinnym postoju w Gościszewie dyliżans pocztowy wraz z eskortą harcerzy i doręczycieli wyruszył w dalszą drogę do Sztumu. Młodzież szkolna szkół miejscowych oraz mieszkańcy miasta Sztumu zgotowali serdeczne przyjęcie dyliżansu tworząc przez całe miasto szpaler z kolorowymi chorągiewkami i kwiatami. Pocztylion dyliżansu przez całą drogę wygrywał na swej trąbie sygnały pocztowe, umiłając podróżnym dyliżansu podróż, w którym z Gościszewa do Sztumu przyjechali jako honorowi pasażerowie: 1. Przew. Pow. Komitetu Frontu Jedności Narodu ob. Parafianowicz Witałiusz 2. Naczelnik urzędu pt. Sztum ob. Słonina Jan 3. Prac. Upt. Sztum ob. Reiske Danuta ubrana w strój regionalny „Powiśla”. Dyliżans zatrzymał się na dziedzińcu zamku sztumskiego, gdzie w gorących słowach powitał przybyłych z dyliżansem Przewodniczący Obchodu Kopernikowskiego ob. Tomaszewski Lucjan. Z okazji przybycia dyliżansu sztumski urząd pocztowy przygotował na dziedzińcu zamkowym dwa stoiska ze znaczkami, kopertami i kartami okolicznościowymi, które stemplowano pamiątkowym datownikiem, a miejscowe przedsiębiorstwa „Społem” i „Samopomoc Chłopska” zorganizowały jarmark. Obsługa dyliżansu pocztowego pozostawiła wpis w kronice urzędu: Po przejęciu dyliżansu przez Naczelnika OUPiT Sztum w miejscowości Gościszewo odniosłem jak najlepsze wrażenie. Przywitano nas bardzo gościnnie, również z całą obsługą dyliżansu. Zaszczycili swoją obecnością również członkowie Prezydium Powiatowej Rady Narodowej ob. Turkiem Władysławem oraz Przewodniczącym Powiatowego Komitetu Frontu Jedności Narodowej ob. Parafianowiczem Witaliuszem. Na rogatkach miasta Sztumu powitał nas zastęp harcerski chorągwi sztumskiej, która pilotowała do zamku sztumskiego. Witały nas również szpalery tłumów młodzieży szkół, jak również organizacji społecznych. Powitanie uroczyste nastąpiło na zamku w Sztumie przez przewodniczącego obchodu roku Kopernikowskiego Lucjana Tomaszewskiego. Ekipę wraz z pasażerami załogi dyliżansu po części oficjalnej przyjęto w Muzeum Zamkowym na symboliczną lampkę wina. Na tym zakończyła się cała część oficjalna. 17 maja dyliżans opuścił Sztum i wyruszył w kierunku Kwidzyna. Eskortę stanowili doręczyciele sztumskiego urzędu: Zenon Błażewicz, Piotr Jastruszewski, Zenon Zdziarski, Arnold Przeliński i Stanisław Błaszczak. W Nowej Wsi nastąpił godzinny postój, podczas którego sprzedawano znaczki pocztowe i karty stemplowane okolicznościowym datownikiem. W miejscowości Tychnowy dyliżans został pożegnany przez władze powiatu sztumskiego 126 Sztumska historia pocztowa (1945-1980) i przejęty przez przedstawicieli powiatu kwidzyńskiego. Przejazd z Tychnów do Kwidzyna musiał być bardzo efektowny, ponieważ odbywał się w eskorcie dwunastu jeźdźców z Państwowej Stadniny Koni w Miłosnej4. Sztumski urząd pocztowy, podobnie jak inne instytucje działające w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, dążył do osiągnięcia założonych wyników i wypełnienia norm usług, określanych w procentach. Wyjątkowo nieudany pod tym względem okazał się 1974 r., w którym zrealizowano zaledwie 70 proc, zadań. Naczelnik Słonina zanotował w kronice: [...] tak niski procent wykonania zadań planowych urząd tut. jeszcze w żadnym poprzednim okresie nie wykonał. Jednak dalej wskazał przyczyny tak słabego wyniku: Nie wykonanie zadań planowych za rok 1974 spowodowane było przez złośliwe zaprzestanie zakupywania znaczków pocztowych przez Rejonowe Przedsiębiorstwo RSW Prasa, Książka -Ruch w Sztumie. Wymienione przedsiębiorstwo znaczki pocztowe zakupywało na innym terenie, jak w OUPT Malbork i OUPT Iława. W następnym roku postarano się poprawić statystyki - plan wykonano w 101,7 proc. W drugiej połowie lat 70. Sztum uczestniczył w ogólnopolskim teleturnieju „Bank Miast 440”, w którym rywalizował ze Skwierzyną5. Zmagania zakończyły się zwycięstwem Sztumu, do czego przyczynili się również sztumscy pocztowcy. W październiku 1976 r., po pierwszej turze współzawodnictwa, naczelnik Jan Słonina pisał w kronice: W związku z Bankiem Miast pracownicy tut. urzędu podjęli czyny społeczne i zobowiązania produkcyjne o wartości 53 tys. zł. Włutym 1978 r. przeprowadzono drugą rundę rozgrywek: Miasto zostało udekorowane flagami i planszami z dokonanych osiągnięć w ciągu ostatniego roku, tak samego miasta, jak i poszczególnych zakładów pracy. W eliminacjach brała udział cała ludność naszego miasta, dopingując wytypowanym przedstawicielom zakładów pracy w przeprowadzanych rozgrywkach pomiędzy Sztumem a Skwierzyną. W wyniku końcowych rozgrywek zwyciężył Sztum zdobywając I miejsce ze 100punktową przewagą nad Skwierzyną. „Bank Miast 440”przyczynił się do estetyzacji miasta, dokonania wielu rozwiązań urbanistycznych orazpięk-nego ciągu spacerowego dla mieszkańców wzdłuż jeziora. Dla sztumskich pocztowców szczególnie trudnym okresem była zima 1978/1979, nazwana zimą stulecia. Z powodu dużych opadów śniegu i niskich temperatur cały kraj został sparaliżowany. Trudne warunki pogodowe wpłynęły na pracę różnych instytucji, także poczty, której skuteczność uzależniona była od sprawnej komunikacji drogowej i kolejowej. Opóźnienia w wymianie poczty z niektórymi placówkami dochodziły nawet do dwóch tygodni: Wymiana poczty z Upt. Sztum odbywała się za pomocą samochodu do Upt. Malbork 2 dwa razy dziennie z powodu nie kursowania ambulansów i konwoi pocztowych na trasie Malbork -4 Krótkie wspomnienie o wizycie dyliżansu pocztowego w Kwidzynie znajduje się na blogu Justyny Liguz (http://justynali-guz.blogspot.com/2013/05/dylizans-w-kwidzynie.html). 5 Osobny artykuł na ten temat został opublikowany na łamach „Prowincji” w 2012 r. (M. Sarnowska, L. Sarnowski, Bank Miast w Sztumie, „Prowincja” 2012,4 (10), s. 118-136). Adam Langowski 127 Toruń. Były okresy kiedy w miesiącu styczniu 1979 r. w poszczególnych dniach nie można było dokonać wymiany poczty z powodu zasp śnieżnych na trasie Sztum - Malbork. [...] w dalszym ciągu panują duże utrudnienia z wymianą poczty dla placówek pt. jak: Po-stolin, Mikołajki Pom., Żuławka Sztumska, Benowo, Nowa Wieś, Gościszewo, Janowo i Pastwa z powodu nie kursowania autobusów PKS. Wymiany z tymi placówkami dokonywane są nie planowo i z dużymi opóźnieniami. Większość placówek pt. obsługiwana jest transportem tut. urzędu pt. za pomocą samochodu, który w wielu przypadkach utyka w zaspach śnieżnych i trzeba go odkopywać. W opinii naczelnika Jana Słoniny podległy mu urząd w okresie wyjątkowo ostrej zimy wyróżnił się na tle miejscowych zakładów oraz: Ze wszystkich zakładów pracy jakie znajdowały się na terenie Sztumu i częściowo przerwały swoją działalność, Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny w Sztumie czynny był przez cały okres śnieżyc i mrozów i nie przerwał obsługi mieszkańców ani jednego dnia, co było zasługą wszystkich zatrudnionych pracowników. Problemy z wymianą poczty pojawiły się ponownie w czasie strajków 1980 r.: Urząd pt. Sztum z powodu tych strajków miał również duże trudności z wymianą poczty i przewożeniu poczty do placówek pt. przynależnych do tut. urzędu, ponieważ PTSŁ wycofał samochód „Żuk”, który był przeznaczony do wykonywania tych zadań. Wymiany poczty w tym okresie dokonywali przypadkowi przewoźnicy na prośbę kierownictwa urzędu jak Milicja Obywatelska, Samochodowy Transport Wiejski, Kombinat Powiśle oraz inni prywatni posiadacze samochodów. Zapisy z sierpnia 1980 r. są jednymi z ostatnich w kronice urzędu pocztowego w Sztumie. Po przejściu Jana Słoniny na emeryturę zaprzestano jej prowadzenia. Wybrane wydarzenia z kroniki Obwodowego Urzędu Pocztowo-Telekomunikacyjnego w Sztumie: DYLIZ^ą^ SZTUM W 1973B 1Z0373 Datownik upamiętniający przejazd przez Sztum dyliżansu pocztowego z okazji 500. rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika 128 Wisła żeglugą stała Bogumił Wiśniewski WISŁA ŻEGLUGĄ STAŁA Wisła, królowa rzek. W Polsce już od bardzo dawna, była ona wykorzystywana jako droga wodna do przewozu towarów i ludzi. W tym artykule, postaram się czytelnikom Prowincji, przybliżyć w bardzo dużym skrócie - tę fascynującą rzekę, na której nie tak dawno tętniło jeszcze życie. W XVII i XVIII wieku dominowały szkuty, w owym czasie były to największe pływające statki po Wiśle. Na takich szkutach w stronę Gdańska, w roku 1594, odbył podróż do Szwecji Zygmunt III Waza wraz z małżonką, po koronę tego kraju1. Płaskodenne jednostki pływające, liczyły od 16 do 20 flisów, zwanymi w owym czasie „po Woźnikami”. Pływały one po rzece od Mazowsza po Pomorze. Największe z nich mogły przewozić nawet 54 łaszty, (dawna jednostka miary objętości dla towarów sypkich, głównie zboża, stosowana od XIV do XIX wieku w portach nadbałtyckich. Liczyła 3000-3840 litrów (dm3) 2. Szkut kształtem zbliżony był do łodzi. Załoga należała głównie do szlachty. Ich życie nie było łatwe, byli zazwyczaj niewolnikami swojego pana. Płynąc z towarem do Gdańska, flisacy nie mieli żadnych zagwarantowanych warunków bytowych i higienicznych. Spali pod gołym niebem, wprost na zbożu. W słońcu i mrozie odrabiali pańszczyznę. Na koniec zmuszeni do wędrówki pod prąd rzeki, byli narażeni na liczne kontuzje, powroty do domów przypłacali swoim życiem. Na rzece zdarzały się mniejsze jednostki takie jak: półszkuty, dubasy, komięgi, galary i tzw. kozy. W ramach bezpieczeństwa statki szlacheckie, nie płynęły do Gdańska pojedynczo, lecz w towarzystwie kilku innych. Następnie pod prąd wracały do swojego właściciela. Oprócz komięgi. Komięga służyła do jednorazowego rejsu. Po dopłynięciu do portu, flisacy sprzedawali ją gdańszczanom - za 25 do 40 talarów. Materiał z nich służył jako budulec po nowe domy lub w ostateczności jeśli był lichy - na opał3. Ruch jednostek na Wiśle był duży, szczególnie pomiędzy rokiem 1770, a 1783. Odnotowano, że w samym tylko 1770 roku, spławiono do Gdańska, aż 2000 sztuk, licząc jedynie większe statki. W późniejszym czasie przewozy spadły, było to pomiędzy rokiem 1779, a 1782, i wynosiły od 947 do 145 jednostek pływających, udających się w górę rzeki. W XIX wieku, technika spławiania towarów oraz jakość statków zmieniły się. Znikają ze szlaków szkuty i dubasy na ich miejsce wchodzą tzw. berlinki i odraki4. Redukuje się z jednostek pływających ilość ludzi pracujących na pokładzie statku. 1 Śląski B. Spław i pławnicy na Wiśle. Wyd. Pęczalski i syn. Warszawa 1916, s. 12. 2 https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81aszt 3 Tamże, s. 4 - 6. 4 Tamże, s. 18. Wisła w Korzeniewie 1860 r., fot. eBay.de W berlinkach zazwyczaj pracują już tylko trzyosobowe załogi. Oprócz właściciela -szypra/sternika, jeszcze wchodził na pokład czeladnik, inaczej bosman oraz chłopiec zwany roczniakiem. Szyprowie przeważnie mieszkali na stałe na statku ze swoimi rodzinami. Wywodzili się głównie z Torunia, Grudziądza i Gdańska5. Niejednokrotnie, służyli wcześniej jako marynarze na okrętach wojennych. Żeby zostać szyprem w Prusach, trzeba było wcześniej zdać egzamin z umiejętności praktycznego prowadzenia statku na rzece. [...] W miastach nadrzecznych z ożywionym spławem, np. w Toruniu, istnieją tzw. „Schif-ferschulen”, t. j. praktyczne szkoły czyli kursy żeglarskie.[...~\6, po których zainteresowany otrzymywał książeczkę żeglarską. Od 1848 roku handel po Wiśle przeżywa regres. Coraz mniej zboża eksportowano z Królestwa Polskiego. Powodem tego było, otwarcie linii kolej Warszawsko-Wiedeń-skiej, która w znacznej części przejęła przewozy towarowe w głąb Rosji. Taki stan rzeczy trwał, aż do końca 1883 roku. W tym okresie, zwiększono przewóz drzewa statkami po Wiśle. Te posunięcie, w jakimś stopniu zrekompensowały straty powstałe dzięki kolei żelaznej. W związku z tym, zmienia się układ nadbrzeży, powstają nad rzekami tartaki i fabryki do przeróbki drzewa. Pod koniec XIX wieku w Toruniu, aby nadążyć za zmianami - bu- 5 Tamże, s. 20. 6 Tamże, s. 25. 130 Wisła żeglugą stała duje się port drzewny, [...] którego zadaniem było zarówno przeróbka drzewa zakładach, jak też dalszy jego rozwóz kolejami w głąb państwa [,..]7. Bolączką żeglugi po Wiśle, były niskie stany wody. [...] W r. 1903 naliczono na Wiśle pomorskiej 210 mielizn i tyleż ławic, które zajmowały przeważnie 2/3 uregulowanego koryta Niski stan wody, nie tylko utrudniał przemieszczanie się statków po rzece, ale jednocześnie zmuszał do ciągłego tyczenia nurtu za pomocą znaków nawigacyjnych na brzegach. Rodziło to, dodatkowe koszty oraz zagrożenie niespodziewanego osadzania się na łachach rzecznych barek. [...] Mimo nadal trwającego niskiego wodostanu na Wiśle w ostatnim tygodniu od 24 do 31 października żegluga rzeczna się nieco ożywiła. W tym czasie płynęło pod Toruniem pod wodą 8 parowców i 15 berlinek, a z prądem rzeki 5 parowców i 18 berlinek. Z tych 46 statków było 9próżnych berlinek i 5 parowcy ciężarowych [...]9 Nie tylko, z powodu niskiego stanu wody nie odbywała się żegluga po Wiśle, [...] pod Dzikowem i Chwałowcami, poczęła płynąć kra na Wiśle. Ponieważ w najbliższych dniach kra dojdzie i do Torunia, rozpoczęta już na Wiśle żegluga rzeczna będzie musiała być wstrzymana[...]l° Jednak niski stan wody, był najczęstszą przyczyną zmienności żeglugi statków po rzece. Wisła nie była uregulowana, więc jednostki o głębszym zanurzeniu miały problem z poruszaniem się. [..J Wskutek niskiego wodostanu żegluga na Wiśle i na wszystkich innych rzekach ucierpiała w tym roku bardzo. Statki posuwać się mogą tylko z bardzo małym ładunkiem, kto zaś nie postarał się wcześnie o zarezerwowanie próżnych berlinek, leży od dłuższego czasu na mieliźnie i czekać musi zmiany na lepsze, a widoki pod tym względem są na razie oddalone. Zwykły ruch o tym czasie nad brzegiem Wisły pod Toruniem, powodowany wyładowywaniem i ładowaniem statków, jest obecnie bardzo niski. W niektórych wypadkach właściciele berlinek za wypożyczenie próżnego statku celem transportowanego ciężaru, musi więcej zapłacić, aniżeli dochód za przewiezienie towarów wynosił. Rok bieżący jest dla uprawiających żeglugę rzeczną bardzo krytycznym [...]” Także wysoka woda na rzece, hamowała ruch statków na Wiśle. [...] Poziom wody na Wiśle dosięgnął 4 i pół metra, poczem wczoraj po południu poczęła woda z wolno opadać. Tor kolejki nabrzeżnej jest dziś wolny od wody. Parowiec wahadłowy od wczoraj nie kursuje dla zbyt wysokiego wodostanu, a również i cala żegluga rzeczna uległa przerwie z powodu wystąpienia Wisły z brzegów. Z górnej części Wisły nadchodzą znowu wiadomości o wzrastaniu wody [...]12 Aby dobrze funkcjonowała żegluga na rzece potrzebne były porty, magazyny, dojazdy kolei lub osobny basen portowy dla tratw. Jedynym z takich miejsc przed II wojną świa- 7 Rybczyński M. Wisła pomorska. Wyd. Instytut Bałtycki, Toruń 1934, s. 13. 8 Tamże, s. 21. 9 Gazeta Toruńska, Żegluga na Wiśle, 1911, R. 47 nr 255, s. 2. 10 Gazeta Toruńska, Kra na Wiśle, 1914, R. 50 nr 47, s. 2. 11 Gazeta Toruńska, Żegluga na Wiśle, 1911, R. 47 nr 213 s. 2. 12 Gazeta Toruńska, Wylew Wisły, 1913, R. 49 nr 168 s. 2. i nonn v.a*ranre gwwn. Wisła w Toruniu w 1900 r.,fot. eBay.de tową, który posiadał całą infrastrukturą na odcinku pomorskiej Wisły, był na prawym brzegu Wisły port w Toruniu. Natomiast, inne [...] Jako zimowiska dla taboru handlowego służą zimowiska rządowe w Toruniu, Fordonie, Korzeniewie, Grudziądzu i Tczewie [...]13. Tczew odgrywał znaczącą rolę w przeładunku węgla. W 1926 roku, w zmożonym okresie handlu węglem, służył jako port przeładunkowy dla mniejszych statków morskich oraz dla większych łodzi mogących dopłynąć do Gdyni. Gdy się spojrzy na ruch statków po Wiśle, to można spokojnie stwierdzić, iż był niezły w tamtym czasie, porównując omawiany okres ze współczesnym. [...] W1919 roku przewiezioną tą drogą do Warszawy 152 764 ton ładowanych w Gdańsku i częściowo w Tczewie. Reszta towarów wykazanych w statystyce śłuzy Einlage w ilości około 69 000 ton, przypada na obrót miejscowy lub komunikację z Prusami Wschodnimi [..J14. W roku 1920 ruch towarowy na Wiśle, spada [...] ratują go tylko towary amerykańskie, które jeszcze w ilości 87 816 ton, przychodzą drogą wodną do Polski Wiatach trzydziestych XX wieku [...] Łodzie kursujące na Wiśle można podzielić na trzy kategorie: 26% łodzi na nośność poniżej 200 ton (razem 18% całego tonażu, 50% obraca się w granicach od 200 do 300 ton (razem 40% całego tonażu) wreszcie 24% łodzi posiada nośność większą od 300 ton (42%> całego tonażu). Stąd pochodzi mała przeciętna nośność jednej 13 Rybczyński M. Wisła, s. 33. 14 Tamże, s. 35. 15 Tamże, s. 36. 132 Wisła żeglugą stała łodzi 280 ton [...]. Ten tabor, nie był wystarczający do prawidłowej gospodarki rzecznej Polski i dlatego, z każdym rokiem powiększano go o kolejne jednostki pływające.16 Ktoś mógłby się zapytać, czy w tamtym okresie żegluga śródlądowa była ujęta w ramy prawne? A może, wprost przeciwnie: nie trzeba było tego robić? Na pewno nie będę w tym miejscu odkrywczy dla wielu czytelników jeśli napiszę, iż w tym temacie rzecznym, panował w Prusach porządek. Obawiając się wypadków i bałaganu w portach, ówcześni rządzący postanowili tę odnogę gospodarczą uregulować prawnie, po to aby armatorzy mogli czuć się pewnie, na wszystkich akwenach rzecznych. Warto w tym miejscu dodać, że prawo uchwalone w 1859 roku w Kwidzynie dotyczące miedzy innymi żeglugi po Wiśle, obowiązywało jeszcze w na początku XX wieku, w czasie wolnej Polski17. Z przepisów wynika, że nadzór nad portami i przystaniami prowadzi mistrz portowy, który swoją siedzibę miał w Kwidzynie. Każdy statek, aby zacumować w porcie, powinien mieć w tamtym czasie, zgodę mistrza portowego oraz opłatę portową uiszczoną na czas. Oczywiście, były od tego odstępstwa, w nagłych wypadkach mógł wpłynąć do portu, ale opłatę zainteresowany musiał wnieść najpóźniej przed upływem 24 godzin. Obowiązywała odległość statku od lądu podczas wyładunku i załadunku towaru, w wyjątkowych tylko sytuacjach i [...] przeprowadzone ściśle według wskazówek mistrza portowego [...]. Wskazano również w rozporządzeniu, miejsce statków w porcie. Mianowicie mniejsze statki, były ustawione po stronie portu, większe jednostki z ładunkiem - były ulokowane, centralnie do środka portu. W zasadzie, zimową porą statki z ładunkiem, mogły dopiero wpłynąć do portu, kiedy nie było już lodu i nie zawierały [...] łatwo zapalnych przedmiotów jako to, proch, siarka, kalk, siano, słoma i inne [...]18. [...] Na żadnym statku nie wolno smoły, oleju, i innych łatwo zapalnych przedmiotów nad ogniem grzać lub gotować. Strzelanie z karabinu i palenie fajek nie zamkniętych jest zakazane [...] W celach bezpieczeństwa zakazano również statkom parowym [...] puszczać w porcie maszyn parowych w ruch, chyba na wyraźne życzenie mistrza portowego celem łamania lodów [...]. Nie dopuszczalne także było [...] wrzucać plugastwa do wody lub na brzeg portowy i w ogóle zakazane jest jakiekolwiek zanieczyszczenie portu [...]19. Za złamanie powyższych praw obowiązywała grzywna od 1 do 10 talarów, lub nieposłusznych karano więzieniem. 16 Tamże, s. 43. 17 Poz. 38 - 43. Rozporządzenia Policyjne ważne na obszarze Województwa Pomorskiego od roku 1843 - 1927, wyd. 1927, s.103 - 113. 18 Poz. 38. Komunikacja. Policja żeglugi. Ogólne postanowienia. Kwidzyn 4 września 1859. [w:] Rozporządzenia Policyjne ważne na obszarze Województwa Pomorskiego od roku 1843 - 1927, wyd. 1927, s. 103 - 104. 19 Tamże, s. 104. Powyższe przepisy, nadano poszczególnym portom również w Grudziądzu i w Toruniu. Zakres obowiązujących praw pokrywał się z prawem Kwidzyńskim. Jedynie mistrz portowy w obu przypadkach nosił czapkę z napisem na metalowej płytce: „Urzędnikpolicji rzecznej”, który podlegał bezpośredniemu nadzorowi i kontroli królewskiej inspekcji wodnej w Kwidzynie, a w Toruniu w Chełmnie20. W Kwidzynie, w 1845 roku ukazał się również w dzienniku urzędowym przepis dotyczący uregulowania żeglugi wewnętrznej. Generalnie chodziło o promy, które spinały dwa brzegi rzeczne21. Ciekawostką jest w paragrafie 6, że [...] Przewożenie winno się odbywać w każdej porze dnia i nocy, w czasie pogody i niepogody bez straty czasu. Wyjątek stanowią wypadki widocznego niebezpieczeństwa dla życia, w których należy przewozu zupełnie zaniechać. Właściciele promów winni dbać nie tylko o odpowiednie i użyczenia narzędzia w dostatecznej ilości ale w szczególności o dostateczną ilość załogi, a mianowicie o wzmocnienie tejże załogi w nadzwyczajnych wypadkach jak to: silnym wietrze, wzbieraniu wody, i odpływu lodu [...]. Właściciel promu musiał zatwierdzoną taryfę przewozową, umieszczać na promach oraz na przeciwległych brzegach rzeki, tak aby zainteresowani wiedzieli, ile muszą zapłacić przewoźnikowi za przeprawę. Miało to za zadanie, ukrócenia praktyki pobierania przez właścicieli promu zawyżonych opłat od podróżujących. 20 Tamże. Pozycja 39 dla Grudziądza. Kwidzyn, 21 stycznia 1884. Pozycja 40 dla Torunia. Kwidzyn, 21 stycznia 1884 s. 105 -109. 21 Tamże, s. 109. 134 Wisła żeglugą stała Szczegółowo również uregulowano w rozporządzeniu policyjnym ruch parowców po rzece Wiśle w Toruniu i w Grudziądzu. Te dwa akty prawne prezes rejencji, podpisał 9 stycznia 1866 roku w Kwidzynie. Nakładają obowiązek na kierowników statku, pilnowania przepisów przewozowych osób, która kwidzyńska rejencja uchwaliła. W przypadku [...] podoficerów i szeregowych można tylko wówczas więcej jak 20 równocześnie przewieźć, gdy przez to przewóz osób cywilnych nie ulegnie zwłoce. Podoficerowie i szeregowi winni wówczas dopiero opuścić statek, gdy wszyscy pasażerzy cywilni opuścili już statek i most przyczółkowy [...]22. Natomiast, wszystkie zażalenia na kierownika statku winny być kierowane do inspekcji wodnej w Kwidzynie. Za przekroczenie prawa karano delikwenta grzywną do 60 marek. Inspekcja odgórnie określała maksymalną ilość osób podróżujących dla danego statku. Na przykład dla jednostki o nazwie „Fortuna”, pozwoliła kapitanowi na zabranie tylko 110 osób. W rozporządzeniu również szczegółowo podano, jakie wyposażenie ma mieć statek parowy, aby mógł być dopuszczony do żeglugi rzecznej, były podane dane techniczne. I tak - każdy statek powinien [...] zaopatrzony być w poręcz co najmniej 85 ctm. wysoką,... być w posiadaniu dzwonu okrętowego odpowiedniej wielkości [...]23, tych wymogów było więcej. Chociażby dotyczące oświetlenie statku [...] mieć po prawej stronie zieloną, zaś po lewej stronie czerwoną latarnię pozycyjną [...], oraz ilości ławeczek do siedzenia na pokładzie, które [...] winny być zaopatrzone poręczami co najmniej 50 ctm. wysokimi [...]. Rozporządzenie dodatkowo, regulowało nawet ilość personelu pracującego na statku pasażerskim. Przede wszystkim na pokładzie powinien być: jeden kierownik, maszynista, palacz oraz majtek. [...] Na kierowników i maszynistów należy przyjąć tylko osoby pewne, trzeźwe, bez uderzających ułomności fizycznych i umysłowych, posiadających dobry słuch i dostateczną bystrość wzroku, a które ukończyły już co najmniej 18 lat i wykazać się mogą uzdolnieniem do kierowania statku parowego... [...] Oczywiście kierownik i maszynista musieli posiadać uprawnienia nadane przez urząd w Gdańsku i Kwidzynie. Wiadomo, że przy każdej wykonywanej ciężkiej pracy fizycznej zdążają się wypadki. Dlatego też ustawodawca i takie okoliczności przewidział w swoim prawodawstwie. W związku zaistniałymi wypadkami przy pracy na statku, wydał w 1905 roku - rozporządzenie policyjne, które dotyczyło zgłoszeń nieszczęśliwych wypadków na statkach rzecznych i tratwach. [...] Kierownicy statków rzecznych winni każdy wypadek śmierci lub ciężkiego okaleczenia na ich statku lub tratwie natychmiast, a w każdym razie w przeciągu 24 godzin zgłosić osobiście lub przez mandatariusz władzy tej gminy, w obwodzie której statek lub tratew nasam-przód się zatrzymała lub kotwicę zarzuci, a to w miastach, policji miejscowej, zaś w gminach wiejskich sołtysowi [...]24 22 Tamże, s. 113. 23 Tamże, Poz. 48, s. 116. 24 Tamże, Rozporządzenie 47. s. 116. Ponadto dla utrwalenia przepisów [.. J każdy kierownik statku o pojemności ponad 20 ton i każdy kierownik transportu drzewa obejmującego więcej jak 10 tratw na rzekach podlegających zarządowi rzeki Wisły winien być zawsze w posiadaniu rozporządzenia policyjnego dotyczącego żeglugi i spływu na Wiśle i Noteci z 7 marca 1895... [...]2S Jednocześnie dla usprawnienia żeglugi po Wiśle ustawodawca, wydal rozporządzenie w sprawie poruszania się pod mostami w Toruniu i Grudziądzu [...] dla statków przejeżdżających pod mostem kolejowym w Grudziądzu, a które nie posiadają urządzeń dla spuszczania masztów i kominów ustawione są przy XI filarze mostowym dźwignie, do zdjęcia i nasadzenia masztów i kominów... Ustawieni dźwigni nastąpi corocznie dopiero po zamknięciu lodu i po opadnięciu wody do 2, mtr ponad zero, zaś wycofanie dźwigni po ukończeniu okresu ruchu żeglugi... [,..]26 Dzisiaj, będąc nad rzeką, nie usłyszysz pracującego silnika statku. Patrząc z brzegu na rzekę, na której nie tętni już życie, coś łapie człowieka za serce. Rodzi się w środku smutek i żal. Wydaje się rzeczą wręcz nieprawdopodobną, że nasi poprzednicy potrafili ujarzmiać dziką, nieobliczalną Wisłę dla swoich potrzeb, a my tego teraz nie umiemy. Szkoda. Wisła zawsze była trudną rzeką, ale zawsze w jakiś sposób spławną. Mam jednak taką cichą nadzieję, że może za parę lat, doczekam się pływających statków po Wiśle, które będą podążały w kierunku naszego morza, okna na świat. 25 Tamże, Rozporządzenie 46, s. 115. 26 Tamże, Rozporządzanie 49a, s. 120. 136 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie Sylwia Stankiewicz Z DZIEJÓW SZKOŁY POLSKIEJ W WAPLEWIE 18 października 1920 roku w Olsztynie powołano do życia Związek Polaków w Niemczech. Uczestniczyła w nim Helena Sierakowska, która objęła kierownictwo oddziału szkolnictwa wspólnie z ks. Władysławem Demskim ze Starego Targu i działaczem oświatowym Janem Brzeszczyńskim. Główną akcją, prowadzoną przez oddział, który w grudniu 1921 r. został przekształcony w Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne z Heleną Sierakowską, jako prezesem okręgu regencji kwidzyńskiej (z siedzibą w Sztumie), była kampania na rzecz szkolnictwa polskiego. W licznych memoriałach domagano się zgody rządu niemieckiego na tworzenie odrębnych publicznych szkół polskich. Szkoły takie mogły powstawać, gdy zgłosiło się 24 dzieci. Jeśli było dziesięcioro dzieci można było tworzyć oddzielne klasy polskie. Ostatni memoriał złożony w 1925 r. skutkował tym, że rząd niemiecki wydał 31 grudnia 1928 r. „Ordynację dotycząca uregulowania szkolnictwa dla mniejszości polskiej”. Zezwalała ona na zakładanie prywatnych szkół polskich, mających te same uprawnienia co publiczne szkoły niemieckie i równocześnie utrzymywała nauczanie języka polskiego i religii w szkołach publicznych. Dzięki tej ordynacji powstały pierwsze szkoły polskie na Powiślu już w 1929 r. w Waplewie, Starym Targu, Trzcianie, Postolinie, a w 1930 r. cztery dalsze: w Nowym Targu, Mikołajkach, Nowej Wsi i Dąbrówce Pruskiej. Jednak sytuacja szkolnictwa polskiego na ziemi sztumskiej w latach 1929 - 39 była bardzo trudna. Narastała fala terroru wobec ludności polskiej. Mimo, że ordynacja szkolna podkreślała prawo swobodnego wyboru i decydowania się na rzecz polskości, to rzeczywistość przedstawiała się zupełnie inaczej. Zastosowano wypróbowane praktyki nacisku indywidualnego. Pozbawiano Polaków pracy zarobkowej, wstrzymywano rentę, odmawiano zapisywania do ksiąg wieczystych nieruchomości tym, którzy zapisywali swe dziecko do polskiej szkoły. „Chodzili i podsłuchiwali pod drzwiami, czy po polsku pani mówi pacierz czy po niemiecku. Nas była duża rodzina. Ojciec ukląkł i był pacierz mówiony głośno tak jakeśmy się nauczyli i co nas obchodziło, że tam mignie jaki przy oknie. Tak było do 1939 r.” - opowiada była uczennica Agnieszka Twardowska. Na największe trudności napotykały towarzystwa szkolne przy uzyskiwaniu odpowiednich lokali. Zwracano się do prywatnych właścicieli, gdyż polskie organizacje i związki nie posiadały odpowiednich pomieszczeń. Źródła historyczne podają, że Stanisław i Helena Sierakowscy przeznaczyli na szkołę polską w Waplewie jeden z budynków, należących do ich majątku. Były także wielkie trudności w doborze nauczycieli. Zbyt mało nauczycieli Polaków miało obywatelstwo niemieckie, ponadto polityka rządu pruskiego utrudniała kształcenie się Polaków w niemieckich akademiach pedagogicznych. Ordynacja zezwalała na zatrudnianie Sylwia Stankiewicz 137 nauczycieli z obywatelstwem polskim z tym, że musieli oni uzyskać prawo pobytu na terenie Niemiec oraz prawo nauczania w szkołach polskich. Stanowisko to oznaczało, że nauczyciela, który nie uzyskał takich praw, można było w dowolnym czasie usunąć z terenu Niemiec. Oddzielne zagadnienie stanowiły programy nauczania i podręczniki szkolne. W kwietniu 1929 r. ukazało się zarządzenie pruskiego ministra oświaty w sprawie programów nauczania w prywatnych szkołach polskich. Według tego programu historia i geografia Polski miały być uwzględniane tylko w przypadku, gdy łączyły się z historią Niemiec. Nie mogły stanowić osobnego przedmiotu nauczania. Cele wychowawcze szkolnictwa polskiego w Prusach Wschodnich wynikały z założeń ideowych Związku Polaków w Niemczech, których głównym zadaniem wychowawczym było utrzymanie rozwoju polskiego życia kulturalnego. W związku z tym przed szkołą stawiano ważne zadanie - utrwalać dumę narodową, wyrabiać poczucie łączności z całym narodem polskim i umacniać gotowość czynnego służenia sprawie polskiej. Taki stan trwał do wybuchu II wojny światowej, kiedy to szkolnictwo polskie zamarło aż do 1945r. W tymże roku prastare ziemie polskie wróciły wreszcie do Macierzy i można było, już bez represji, tworzyć polską oświatę. Nie znaczy to jednak, że była to łatwa i prosta praca. Piętrzyły się znowu trudności, zarówno natury materialnej, jak i moralnej. Ludność odnosiła się nieufnie do nauczycieli i ich poczynań. Siedząc zapisy w pierwszej waplewskiej „Kronice szkoły” możemy wysnuć wniosek, iż powoli zaczęła zmieniać się mentalność społeczeństwa. Okres przełomowy to lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Od tej pory, mimo przeróżnych reform oświaty, a przez to reorganizacji szkolnictwa (od szkoły trzyklasowej poprzez ośmioklasową, kończąc na sześcioklasowej), miejscowa społeczność zaczęła zbliżać się do szkoły, z przyjaźnią aprobować jej działalność i czynnie się w nią włączać. Dziś trudno wyobrazić sobie prawidłowe funkcjonowanie placówki i jej rozwój bez udziału Rady Rodziców i innych przyjaciół, których krąg poszerza się z każdym rokiem. W poniższym tekście pragnę przedstawić fragmenty z dziejów szkoły waplewskiej, mając na uwadze przede wszystkim zapiski z pierwszej „Kroniki szkoły”, wspomnienia jej byłej uczennicy w latach 1935 - 39 Agnieszki Twardowskiej z domu Roszkowskiej i nauczycielki Renaty Witkę z domu Tischner, która pracowała w szkole waplewskiej w latach 1961 - 64 oraz krótkie, będące swoistą ciekawostką, zapiski w serwisie społecznościo-wym „Nasza Klasa”, zamieszczone w profilu „Waplewo Wielkie i okolice”, pana Henryka Reszki, mieszkańca Dzierzgonia. Placówka w Waplewie Wielkim jest mi szczególnie bliska, ponieważ pracowałam w niej jako nauczycielka od 1973 r. do 2005 r. W tych latach prowadziłam też nieprzerwanie „Kronikę szkoły”. Z „KRONIKI SZKOŁY” OKRES MIĘDZYWOJENNY Pierwszy wpis w kronice szkolnej dotyczy plebiscytu 1920 r. Nie sądzę jednak, by pochodził on właśnie z tego okresu. Uważam, iż zapiski bieżące zaczynają się od 20 czerwca 1945 r., czyli od momentu uruchomienia szkoły po zakończeniu II wojny światowej, natomiast 138 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie te wcześniejsze są krótkim uzupełnieniem i informacją dla potomnych o początkach szkoły waplewskiej. I tak dowiadujemy się, że otwarcie szkoły polskiej w Waplewie Wielkim datuje się na 3 czerwca 1929 r.: „Do szkoły zgłosiło się 27 dzieci. Pierwszym jej nauczycielem był [Jan] Ałłery. Po nim objął stanowisko kierownika szkoły ob. [Kazimierz] Mańczyński, który wielkie zasługi odniósł na tym polu. Narażając się jednak władzom niemieckim musiał w roku 1932-gim Waplewo opuścić. Miejsce jego zajął ob. [Wiktor] Kłeszczyński, który jednak tutaj tylko rok pracował. W roku 1934 przychodzi ob. [Antoni] Matyjaszek. Kwitło wtedy życie polskie wśród dzieci jak i dorosłych, pomimo że szykany ze strony niemieckiej coraz to więcej się potęgowały. Celem władz niemieckich było zniszczenie wszystkiego co polskie. Majątek Waplewo w roku 1934 rozparcelowano. Hrabiego Sierakowskiego zmuszono do opuszczenia tej miejscowości. Resztówką zarządzał ob. Kowalski, a później ob. Donimirski. Taki stan rzeczy przetrwał do roku 1939-go.” WSPOMNIENIA PANI AGNIESZKI TWARDOWSKIEJ Pani Agnieszka Twardowska z Waplewa, jest jedyną z żyjących osób uczęszczających do miejscowej szkoły polskiej przed II wojną światową: - A tu nie ma już teraz nikogo. A tu już starszych od człowieka nie ma. Nie wiem jak to przyszło. Żeby ktoś, kto do polskiej szkoły chodził był, też nie ma - mówi ze zdziwieniem w głosie moja rozmówczyni. Pani Agnieszka z d. Roszkowska urodziła się jako trzecie dziecko z kolei, z dwanaściorga, w 1928 roku. Oboje rodzice, Józef i Jadwiga, pracowali w pałacu Sierakowskich. Byli członkami Związku Polaków w Niemczech (ich legitymacje członkowskie p. Agnieszka przechowuje do dziś), więc oczywiście posyłali swoje dzieci do szkoły polskiej, a wcześniej do tzw. ochronki. Dzieci z Ochronki w Waplewie ok. 1932 roku z wychowawczynią Teresą Giertatówną - Matyjaszkową. Piąta od lewej na dole Agnieszka Roszkowska, fot. archiwum A. Twardowskiej Sylwia Stankiewicz 139 W wieku 7 lat czyli w 1935 r. p. Agnieszka zaczęła uczęszczać do Prywatnej Katolickiej Szkoły Powszechnej z polskim językiem wykładowym. Mieściła się ona w budynku na rogu ulicy, prowadzącej do kaplicy Sierakowskich: - Szkoła była prosto Matki Boskiej (naprzeciwko stoi kolumna z figurą Matki Boskiej - przyp. S. St.), na rogu. To była od początku szkoła, krzyż był na ścianie. Potem skrobali, malowali, bo niektórym ten krzyż przeszkadzał, bo potem tam mieszkali ludzie. Budynek ten stoi do dzisiaj. Szkoła niemiecka była dalej. Bliżej kaplicy, (tam gdzie dziś mieszkają nauczyciele - przyp. S. St.). Ja szłam do polskiej szkoły, a koleżanki szły do niemieckiej i po lekcjach znów razem wracałyśmy do domu. Żyliśmy w zgodzie. Do kościoła teższłyśmy razem do Starego Targu. Oni szli, kto należał, do ewangelickiego, bo był kościół ewangelicki i był nasz. Moja mama mówiła: A ty chodzisz z nimi tam i tam. A ja na to: Mamo, przecież to są tacy sami ludzie jak my. Mieli też Pana Jezusa na ścianie. Nie zabraniali nam się spotykać. Kiedyś ludzie mogli się lepiej zgodzić. Też było boisko i też grali chłopaki. W budynku szkolnym był podział na kilka izb - wspomina dalej Pani Agnieszka - W każdej były takie drewniane ławki z otworem na kałamarz. Oprócz nauki czytania, pisania, liczenia, były jeszcze robótki dwa razy w tygodniu. Mieliśmy polskie książki. Zeszyty też jakieś były. Wszystko było jak trzeba, nie tylko, że niemieckie były... Przyjeżdżały nauczyciełki ze Starego Targu, Maria i Józefa Rajskie. To były siostry, jedna starsza druga młodsza. Ich ojciec był lata, lata organistą. Głównie uczyła Maria, a Józefa od czasu do czasu." W zbiorach p. Agnieszki zachował się niezwykle cenny dokument - świadectwo ukończenia oddziału I Prywatnej Szkoły Katolickiej Powszechnej przez jej starszego brata, Jana. Analizując je dowiadujemy się, że nie używano wówczas polskiej nazwy miejscowości Waplewo Wielkie, tylko Gro|3waplitz: - Johann Roszkowski urodzony dnia 26 listopada Uczniowie Katolickiej Szkoły Polskiej w Waplewie z nauczycielem Leonem Wiśniewskim, fot. arch. A. Twardowskiej 140 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie 25. w Gro^waplitzpowiat Stuhm, religii katolickiej, uczeń klasy oddz. I otrzymuje świadectwo za czas od 1.4.38 do 23.3. 39. Na świadectwie widnieją następujące przedmioty: religia, język polski, język niemiecki, rachunki i geometria, geografia, historia, krajoznawstwo, nauki przyrodnicze, pisanie, rysunki, śpiew, gimnastyka i roboty ręczne. Oceny za postępy w nauce to: bardzo dobry, dobry, zadowalający, dostateczny, słaby i niedostateczny, stopnie z zachowani: bardzo dobre, dobre, odpowiednie i nieodpowiednie. Nauczyciele byli bardzo życzliwi. - Matyjaszek był chrzestnym mojego brata Janka -opowiada pani Agnieszka - Pan Matyjaszek z żoną często gościli w naszym domu. Dobrze się żyło, w zgodzie; chyba lepiej niż teraz. ZABAWNY INCYDENT Za zgodą Pana Henryka Reszki zamieszczam jego wpis z portalu Nasza Klasa, dotyczący waplewskiej szkoły polskiej przed wojną: - Prababcia mojej córki Magdaleny, Klarcia Nadstazikzd. Trunk, chodziła przed wojną do szkoły w Waplewie. Mieszkali wówczas w Ramotach. Często mi opowiadała o jej szkolnych latach... Szczególnie zapamiętała nauczyciela Wiśniewskiego, od którego niesłusznie (bo kto inny przewinił) dostała karę, tzw. „łapy". Bolało oczywiście, ale więcej bolała niesłuszność otrzymania kary... Poskarżyła się swej mamie, która zareagowała dość szybko, bo natychmiast udała się do szkoły... Ponoć ostro zrugała nauczyciela, co babci Klarci dało małą satysfakcję... Innym nauczycielem oprócz wspomnianego Leona Wiśniewskiego był Antoni Matyjaszek. Babcia Klarcia opowiadała, że chodziła do szkoły pieszo z Ramot do Waplewa i na powrót... I nawet zimą, gdy zaspy były większe od niej... Z „Kroniki szkoły”: - Dnia 25 sierpnia 1939 roku zostali aresztowani, kierownik szkoły ob. Matyjaszek i wychowawczyni przedszkola ob. Matyjaszkowa. Szkołę polską zamknięto. Życie polskie oficjalnie zamarło. Iskierka miłości do Ojczyzny tliła się w sercach Polaków pomimo tych represyj. PO WYZWOLENIU Już w pierwszych dniach po wyzwoleniu ziemi sztumskiej, a mianowicie po 26.01.1945 r., odbudowy szkół i życia kulturalnego podjęli się nieliczni, ocaleni z hitlerowskiego programu zagłady, działacze przedwojennej Polonii: siostry Maria i Józefa Rajskie, Monika Jeziołowicz, Anna Radtke, Marta Arentowicz. Szkoła w Waplewie rozpoczęła pracę już w kwietniu 1945 roku, jako jedna z pierwszych na Powiślu.. Z „Kroniki szkoły”: - „Po klęsce Niemiec w roku 1945-tym ludność zaczęła domagać się szkoły polskiej. 2O.VI. 1945 - uruchomienie szkoły. Dnia 20.6.1945 r. otwarto już teraz państwową publiczną i powszechną szkołę na prastarych ziemiach polskich, które nareszcie wróciły do macierzy. Na otwarcie szkoły przyjechali ob. Wójt ze Starego Targu oraz ks. Gollan. W pięknie przystrojonej sali szkolnej zebrała się ludność całej wioski. Piękne przemówienie do wszystkich zebranych wygłosił ks. proboszcz Gollan. Oficjalna część uroczystości zakończyła się śpiewem „Boże, coś Polskę". Zapisało się 45 dzieci. Tymczasowe kierownictwo szkoły powierzono ob. [Klarze] Żyndównie. Nauka odbywała się w bardzo trudnych warunkach, ponieważ dziatwa nie posiadała żadnej książki polskiej i słabo władała językiem polskim.” Sylwia Stankiewicz 141 Według wiadomością opartych na opowiadaniach tutejszej ludności, budynek główny szkoły został wybudowany w latach 1939 - 1942 przez Niemców z przeznaczeniem na ich szkołę. Krótko jednak funkcjonował w tym celu. Po wyzwoleniu mogła tu spokojnie wprowadzić się szkoła polska: -1. IX. 194S r. rozpoczęcie roku szkolnego. Nowy rok szkolny rozpoczęto 1-go września uroczystym nabożeństwem w kościele parafialnym w Starym Targu. Z początkiem nowego roku szkolnego utworzono cztery klasy. W niedługim czasie rozpoczęła pracę kierowniczka szkoły - Józefa Pacuła. Nauka odbywała się w bardzo trudnych warunkach z powodu braku polskich książek i słabego stopnia władania językiem polskim przez uczniów. Głównym materiałem dydaktycznym stały się zachowane pojedyncze kartki podręczników szkolnych i pojedyncze egzemplarze literatury polskiej. Kadra nie posiadała kwalifikacji. Głównym celem jej pracy było jak najszybsze przygotowanie najmłodszych do pisania i czytania, a starszych - nauka poprawnej polszczyzny oraz prawdziwe poznanie historii i geografii Polski. Z wpisów w „Kronice” wynika, że bardzo ważnym wydarzeniem każdego roku był tzw. „obchód gwiazdkowy”, w którym oprócz nauczycieli i uczniów uczestniczyli rodzice, przedstawiciele władz i zakładu opiekuńczego Majątku Państwowego Waplewo. Starano się sprawić dzieciom wiele radości w postaci paczek z prezentami, których z pewnością nie miały na co dzień: - „23.XII.194S obchód gwiazdkowy. Dnia 23. XII. odbył się uroczysty obchód gwiazdkowy. Na uroczystość zeszła się cała dziatwa szkolna, przedszkola, rodzice i goście. Sala i scena były przepięknie przybrane i całość robiła miłe wrażenie. Na program obchodu składały się: kolędy, wiersze i jasełka odegrane przez dzieci. Ob. Starosta ze Sztumu wygłosił podniosłe przemówienie do obecnych i dziękował nauczycielce za poniesione trudy i starania oraz urządzenie tak wspaniałej imprezy. Uroczystość zakończyła się zjawieniem gwiazdora, który rozdał prezenty między dzieci. Dzięki staraniom administracji Państwowego Majątku Waplewo i P. C. K. obdarzyła szkoła prezentami dziatwę szkolną. Poważną rolę w powiecie pełniła higienistka szkolna Pani Helwig. W wapłewskiej szkole pojawiła się już w marcu 1946 r. Bywała tu dwa razy do roku i każdy jej pobyt jest odnotowany: - 23.III.1946r. wizyta higienistki. W dniu 23-go III. odbyła się inspekcja szkoły przez powiatową higienistkę dla szkół ob. Helwig ze Sztumu. Na 79 dzieci szkolnych 1 miało wszawicę, anemicznych było pięć, świerzb miało 32. 4 choruje na grzybek głowy... 2O.X. 1947 r. wizyta higienistki. Higienistka powiatowa p. Helwig przeprowadziła badanie czystości i zdrowotności dzieci podkreślając ogólną czystość dzieci. Z czego jedno dziecko miało grzybek głowowy, 1 skierowane zostało do lekarza okulisty, u dwóch dzieci zauważono objaw tarczycy. Ciekawostką było badanie uczniów przez Duński Czerwony Krzyż: - W dniach 19-go, 22-go i 26-go kwietnia były badane wszystkie dzieci szkolne przez Duński Czerwony Krzyż czy zetknęły się z zarazkami gruźlicy. Wyniki są następujące: po pierwszej próbie stwierdzono, że 41 dzieci zetknęło się z zarazkami gruźlicy, po drugiej 25 czyli 72%. Z inicjatywy kierownika szkoły zatroszczono się też o dożywianie wszystkich dzieci: -16.1.48 r. rozpoczęto akcję dożywiania. Z powodu trudności na jaką napotyka się w związku z gotowaniem, gdyż nie ma w tutejszej szkole odpowiedniego pomieszczenia do gotowania, dożywianie rozpoczęto dopiero dnia 16.I. 48 r., z którego korzystają wszystkie dzieci. Dnia 142 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie 8.II.48 r. była półroczna wywiadówka. Zreferowano też sprawę dożywiania. Komitet Rodzi-ciełski zadecydował, że ziemniaki, marchew i inne ziemiopłody dzieci będą przynosiły we własnym zakresie. Powstaje też pytanie, dotyczące samego kronikarza. Kim był? Jego wpisy są w zasadzie znikome i powierzchowne, najprawdopodobniej nie pełnił funkcji nauczyciela, ale jednak w jakiś sposób był związany ze szkołą. Może świadczyć o tym fakt, że zmieniali się nauczyciele, a pismo kronikarza przez okres trzech lat pozostaje wciąż to samo. Zmiana następuje w roku szkolnym 1948/49. Po Józefie Pacule kierownictwo szkoły objął Ryszard Krzyżyński, a nauczycielką została jego żona Irena. Właściwie trochę dziwi kronikarski zapis, który przytoczę za chwilę. Jest on bardzo niepochlebny dla szkoły, czego poprzednie notatki nie poświadczają. Musimy jednak wierzyć w to, co zostało udokumentowane: - Nowy rok szkolny 1947/8 rozpoczęto dnia 3-go IX wspólnym nabożeństwem w kościele parafialnym w Starym Targu. Przyniósł on wielkie zmiany w organizacji tutejszej szkoły zaniedbanej i upośłedzonej. Kierownikiem tutejszej szkoły powszechnej został mianowany ob. Krzyżyński Bernard, jako druga siła Krzyżyńska Irena. Wygląd szkoły zewnętrzny i wewnętrzny był okropny; wszędzie brud i zaniedbanie, tak że w klasach nie ma krucyfiksów ani godła oraz portretów osób stojących na czełe państwa. Z początkiem roku została utworzona również kłasa piąta. Ogólnie stan przedstawia się następująco: klasa I-sza 29 w tym nowoprzyjętych 18, klasa Il-ga 16, klasa III-cia 21, klasa IV17, klasa V-ta 13 uczni, razem 96. Wśród dzieci brak karności i uspołecznienia. Ażeby nawiązać błiższy kontakt z rodzicami 14.IX. odbyło się zebranie rodziców. Do wyboru Komitetu rodzicielskiego nie doszło, gdyż wszyscy obecni nie byli. Dnia 19-go X. odbyło się drugie zebranie rodziców, na którym powstało Koło Rodzicielskie i wybrano Komitet Rodzicielski. Uchwalono, że składka do Koła Rodzicielskiego wynosić będzie pięć złotych. Uradzono wspólnie czuwać nad wychowaniem młodzieży. Znamiennym dla okresu 1945 - 50 jest to, że nowy rok szkolny, jak również jego zakończenie, rozpoczynano Mszą św. w kościele parafialnym w Starym Targu albo w kaplicy waplewskiej. Jak z wyżej zamieszczonego cytatu wynika, dbano również o to, by w klasach znajdował się krzyż. Jednak po „zjednoczeniu partyj”, nastąpiły zmiany ideologiczne i innego rodzaju wymagania. Wraz z nowym rokiem szkolnym 1948/49 następuje zmiana kronikarza, który notuje: - l.IX. 1948 r. Nowy rok szkolny 1948/49 rozpoczęto dnia 1. IX. wspólnym nabożeństwem w kościele parafialnym w Starym Targu. Rok ten przyniósł zmianę w personelu nauczycielskim. Jako siły nauczycielskie mianowane zostały Janczyńska Wł. i Tomcza-kówna Agnieszka. Z początkiem roku została utworzona również klasa VI. Ogólnie stan przedstawia się następujący: klasa I-sza 15, klasa Il-ga 24, klasa III-cia 20, klasa IV-ta 20, klasa V-ta 12, klasa VI-ta 9 uczni, razem 100. Szkoła jest wewnątrz brudna i brak niektórych sprzętów szkolnych. U niektórych dzieci brak karności i uspołecznienia. Niezwykle ważną uroczystością dla ówczesnych było: - 1S.XII.1948 r. Zjednoczenie Partyj politycznych P.P.R. i P.P.S. W związku ze zjednoczeniem dwóch partyj w szkole tut. urządzono uroczystą akademię, w której udział brali: dzieci szkolne, młodzież i starsi, tak Sylwia Stankiewicz 143 Szkoła w Waplewie, rocznikl947. Nauczyciele Józef Pranczk ip. Mazurowski, fot. archiwum szkoły że sala wypełniona była po brzegi. Na program akademii złożyły się: Referat, Pieśń „My ze spalonej wsi", Wiersze: „My robotnicy", „Pieśń robotników Polski", „Lenino", .Pieśń „Wara od Odry", Wiersz „Dziś zjednoczeni potężni jutro", Pieśń „Gdy słońce już zachodzić ma", Wiersz „Wspólny Manifest", Inscenizacja „Gość z miasta", „Pieśń „Gdy naród do boju", Krakowiak, Hymn światowej federacji Międzynarodówka.” Na początku stycznia 1949 roku w szkole uruchomiono bibliotekę, a 5 maja wybrano nową Radę Rodzicielską: - W skład Rady Rodzicielskiej weszli: Sukiennik Czesław - przewodniczący, Nastarzyk Józefa - z-ca przewodniczącego, Janczyńska Wł. - sekretarz, Szwe-dzik Feliks, Rys Pelagia [prawdopodobnie Reihs], Krakowski Jan, Czarniecki Tadeusz. 7 dniem 1 stycznia 1950 r. obowiązki kierownika szkoły objął Kazimierz Staśko-wiak. Dotychczasowa kierowniczka szkoły Władysława Janczyńska została przeniesiona na stanowisko nauczycielki w Nowej Wsi. Znowu rodzi się pytanie, dlaczego nastąpiła zmiana na stanowisku kierowniczym w środku roku szkolnego? Dlaczego kierowniczka została zdegradowana? Widać już od początku roku zmiany ideowe. Wystarczy zapoznać się z programem obchodzonych uroczystości. Nie ma w ogóle wzmianki o świętach czy choince noworocznej. Najważniejszymi dla kronikarza są święta Międzynarodowy Dzień Kobiet i Święto Pracy: - Właściwa uroczystość szkolna odbyła się w dniu 30 kwietnia w godzinach popołudniowych. W uroczystości szkolnej brali udział przedstawiciele partii, Komitetu Rodzicielskiego oraz przedstawiciel administracji P.G.R. w Waplewie. Program uroczystości obejmował: 1. Przemówienie kierownika szkoły, 2. Śpiew „Czerwony sztandar”, 3. Deklamacja „Na Święto Pracy”, 4. Taniec: Kujawiak, 5. Śpiew „Niech nas jedność", 6. Deklamacja „My robotnicy", 7. Taniec: Trojak, 8. Śpiew „Hymn młodzieży", 9. Deklamacja „Huczą traktory", 10. Taniec: Krakowiak, 11. Śpiew „Na nowej górze", 12. Deklamacja „Budujemy 144 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie Polskę", 13. Śpiew ogólny „Międzynarodówka”... Pod koniec uroczystości przedstawiciel komitetu Rodzicielskiego rozdzielił między dzieci paczki z cukierkami jako dar robotników dla dziatwy szkolnej. W dniu 1 maja dzieci szkolne brały udział w pochodzie w Starym Targu dokąd powieziono je samochodami P.G.R ZMIANY PERSONALNE I PRACA SZKOŁY: 1950 - 1961 Najprawdopodobniej od tej pory wpisów do kroniki dokonuje Zygmunt Żabicki, który skupia się głównie na przedstawieniu sytuacji społeczeństwa lokalnego, szkolnictwa i stanie szkoły: - Pisząc ten odcinek Kroniki znany z opowiadań i akt szkolnych zaznajamiam co następuje. Ogólnie Waplewo znane jest z historii jako jeden z silnych ośrodków polskości na terenie dawnych Niemiec. Po wyzwoleniu i trudnych latach powojennych ludność tutejsza pochodzenia polskiego zaznała rozczarowania skutkiem rabunkowej gospodarki powojennej i krzywd jakie wyrządzono tut. ludności a zwłaszcza ówczesne władze z lat 194S do 1956. W takim stanie rzeczy tut. ludność zaczęła się bardziej czuć Niemcami aniżeli Polakami co spowodowało coraz bardziej trudną pracę w szkole. Cała masa ludności tut. w okresie wydawania dowodów osobistych nie chciała ich przyjąć, ponieważ nie przyznawała się do narodowości polskiej. Na ludność tą wywierany był prestiż administracyjny. (...) Tego rodzaju postępowanie odbiło się bardzo poważnie na wynikach nauczania a zwłaszcza wychowania młodzieży z tut. środowiska, które naukę szkolną traktowały w poważnym procencie jako zło konieczne. Rodzice również w tym czasie patrzyli na szkołę i postępowanie nauczycieli z rezerwą i kiwali głowami na metody wychowania. W tych latach kierownikami szkoły byli Kazimierz Staśkowiak, Cecylia Szramowska i Józef Pranczk. Jako nauczyciele pracowali w tej szkole Pranczk Jadwiga, Mazurowski, Prystarz i inni. Okres 1949 - 56 jest okresem pedagogiki Kairowa i Gonczarowa z dominantą świadomego samodzielnego wychowania z kierownictwem organizacji młodzieżowej ZMP i pod nadzorem PZPR. Nauczyciel w tym czasie obowiązany był spełniać wszystkie prace - zwane pospolicie społecznymi, zaś praca jego w szkole była uzależniona od ilości jego wolnych dni od pracy społecznej. Skutki takiej pracy były widoczne w niewłaściwym procesie wychowawczym narzuconym nauczycielom administracyjnie przez władze szkolne i polityczne PZPR. Nauczyciel natomiast musiał wykonywać tzw. prace społeczne, bowiem za wyniki tej pracy był oceniany i od wyników tej pracy uzależniona była jego praca w szkole. Kwestia kultury narodowej i patriotyzmu w należytym pojęciu nie były uwzględniane w programie nauczania. Kwestia wychowania świadomego człowieka pracy miała jedynie pokrycie referatowe i sloganowe przy każdej okazji, zaś wyniki wychowawcze z roku na rok w tym czasie chyliły się ku upadkowi zdradzając coraz więcej chuliganerii i braku poszanowania mienia społecznego, pracy i człowieka pracy. W takich warunkach praca nauczycieli w Waplewie była bardzo ciężka, a chęć zapobieżenia złu przez nauczycieli spotykała się zawsze ze sprzeciwem ze strony miejscowych „wpływowych osobistości. Prawdopodobnie miało miejsce pobicie nauczyciela przez jednego z rodziców. Sylwia Stankiewicz 145 Budynki waplewskiej szkoły znajdowały się w odległości 150 m od siebie. Pierwszy zwany „starą szkołą” (w którym do 1939 r. funkcjonowała szkoła niemiecka) stał naprzeciw parku przy drodze do kaplicy. Przy tym budynku znajdował się budynek gospodarczy na użytek nauczycieli oraz na podwórku studnia z pompą i ogród za budynkiem gospodarczym. W budynku tym było 11 izb mieszkalnych dla nauczycieli oraz dwie duże sale służące za klasy szkolne. W latach 1945 do 1952/3 w budynku tym znajdowało się pomieszczenie administracji majątku Waplewo i administracja Zespołu Hodowli Zarodowej Waplewo, jak również część pomieszczeń zajmowano na mieszkania dla pracowników majątku. W zamian za korzystanie z tego budynku administracja majątku przeprowadzała w budynku tym potrzebne remonty i konserwacje. Drugi budynek czyli budynek główny stał przy drodze wiodącej z Ramot do Starego Targu i składał się z trzech dużych klas, jednej małej, przestronnego i widnego korytarza oraz dwóch małych pokoików z korytarzem jako mieszkania dla nauczycieli, na strychu. Wiatach 1951 do 1955 w budynku tym urządzano pomieszczenia dla kolonii letniej. Z kolonii tej korzystały dzieci pracowników Gdańskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego w Gdańsku. W pierwszych latach opiekunowie kolonii dbali o budynek, a nawet ogrodzili go dookoła wraz z boiskiem i naprawili studnię. W późniejszych i ostatnich latach użytkownicy wakacyjni budynek ten dewastowali wewnątrz, zaś na zewnątrz w dewastacji pomagali im mieszkańcy Waplewa, rozbierając płoty, wybijając szyby, tłukąc dachówki, rynny itp. W latach 1955 budynek ten wymagał poważnych kosztów na remont, by go uchronić przed dalszym niszczeniem i zapobiec dalszym okradaniem go. Z dniem 1 września 1956 r. w szkole nastąpiły zmiany personalne w obsadzie nauczycielskiej. Dotychczasowy kierownik szkoły JózefPranczk jego żona Jadwiga, przeniesieni Uczniowie kl. II z wychowawczynią Panią Szramowską przy wejściu do „starej szkoły" w 1956 r. Po prawej stronie nauczycielki Jan Jeziorski, po lewej - Urszula Makiła,fot. archiwum szkoły 146 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie Po 15 latach ukrywania się Antoni Len skazany na 15 lat „ więzienia BIAŁYSTOK (kor. wij Jak |ut zostali do Dąbrówki Malborskiej. Nowym kierownikiem szkoły został Zygmunt Żabic-ki, a nauczycielką jego żona Alina. Przeniesiono ich ze szkoły podstawowej w Cyganach w powiecie kwidzyńskim: - IV roku 1956/57 zorganizowano przy tut. szkole bardzo silne S.K.O. Było około 40% członków z wkładami ponad 300 zł. Rodzice z końcem roku szkolnego w sposób perfidny zabierali oszczędności dzieciom, nie pozwalając im wydatkować ich na cele turystyczne, tłumacząc to postępowanie trudną sytuacją materiałną rodziny. Od dnia l.IX. 57 r. na miejsce nauczyciela Mieczkowskiego Wawrzyńca - prawdziwe nazwisko Len, przybył do tut. szkoły ob. Puto Włodzimierz, dotychczas nauczyciel z Bruku pow. Sztum. Ob. Mieczkowski przeniesiony został na skutek poważnych zaniedbań w pracy dydaktycznej; a zwłaszcza wychowawczej do szkoły podstawowej w Jarzębinie. Ojciec ob. Mieczkowskiego; vel Mieczkowski - Antoni Len to były gestapowiec z okresu okupacji. Działalność hitlerowską w/w uprawiał na Białostocczyżnie w okolicach Grajewa. Po wyzwoleniu przybył na teren Sztumskiego i tu pod nazwiskiem Mieczkowski pracował jako nauczyciel w Tropach, a potem w Czerninie; gdzie został w 1956 r. aresztowany, a 1957 osądzony w Grajewie na 15 lat więzienia za dokonanie wielu zbrodni, do których się przyznał. Wyrok na w/w ogłoszony został w dzienniku „Sztandar Młodych” Nr 170/2242/13 z dnia 2O.VII. 57 r. - We wrześniu 1957 roku odchodzi kol. Puto Włodzimierz na jednoklasówkę do Nowca gmina Dzierzgoń. Na miejsce jego szkoła otrzymuje dwie nauczycielki niekwalifikowane, a są nimi kol. Mi-szeruk Zenobia i Perwejnis Alicja. Kol. Miszeruk pracuje do maja 1959 r. potem odchodzi na urlop macierzyński i rezygnuje z pracy (nie dokształcała się). Kol. Perwejnis dokształca się w tym czasie w Liceum Pedagogicznym w Tczewie, gdzie w lipcu 1959 otrzymuje dyplom nauczycielski. Rok 1958/59 jest również ciekawy w szeregach Z.N.P. W tym to roku następuje zmiana organizacyjna ogniw związkowych tzn. nastąpiła reorganizacja Z.O.Z. i M.O.Z. na Ogniska i Rejony. Ognisko skupia nauczycieli jednej gromady zaś Rejon nauczycieli kilku gromad. W pracach związkowych, zwłaszcza w dziedzinie kompetencji Rejonu Z.N.P. odradzać się zaczyna poczucie dumy zawodowej i więzi koleżeńskiej między szkołą i nauczycielami tych szkół. Do Ogniska i Rejonu Z.N.P. Stary Targ należą szkoły: Stary Targ, Nowy Targ, Waplewo, Klecewo, Tropy, Szropy, Kałwa, Dąbrówka Małborska, a potem nowopowstała szkoła w Jurkowicach. Funkcję Przewodniczącego Rejonu pełni kol. Żabicki początkach informowaliśmy bieżącego roku został zatrzymany na Wybrzeżu Antoni Len vel Mieczkowski, który w okres e okupacji byt organ;zato-em władzy n emłeckiej w Rajgrodzie w pow. grajewskim. Len pod nazwiskiem Mieczkowski od wyzwolenia ukrywał si* przed organami sprawie-dlwotC'. Ostatnio przed Sadem Powiatowym w Grajewie toczył sto lego nroces Udowodn ono mu. te |es’ on odpowiedzialny za Śmierć trzech Polaków i żydów oraz współprace Lłńl HU Wi^ ziania utrat* praw obywatelskich n* 10 lat oraz przepadek mienia. "'z/oHol^noici łagodząc. poety oskarżonemu długi •***•• czasu lak< upłyną* »d ..I.»*n«tw ora* szcze • przyzna Siodo niektórych. zarzucanych przestfpstw. Sylwia Stankiewicz 147 Zygmunt zaś funkcję przewodniczącego ogniska pełni kol. Rajska Maria nauczycielka szkoły w Starym Targu - znana działaczka młodzieżowa i społeczna, a zarazem b. dobra koleżanka ciesząca się szacunkiem i sympatią nauczycieli i młodzieży. Należy również wspomnieć, że wywodzi się ona z rodziny Rajskich, którzy w okresie międzywojennym są działaczami „Polonii” na Ziemi Sztumskiej.” O tych nauczycielskich więzach wspomina z nostalgią pani Renata Witkę: - A pamiętasz te piękne konferencje Związku Nauczycielstwa Polskiego, te bale [które] były w poszczególnych szkołach? To było coś wspaniałego, sympatycznego; bawiliśmy się do rana; było jedzenie, picie; coś pięknego. Wśród nauczycieli była przyjaźń, nie tylko w szkole, ale i z drugą szkołą. Myśmy się wszyscy znałi, wszystko wspólnie organizowali, a teraz w jednej szkole się nie znają, przechodzą obok. Rok szkolny 1959/60 przyniósł podniesienie poziomu organizacyjnego do pięciu nauczycieli: - W szkole pracują dotychczasowi nauczyciele zaś piąty etat zajął ob. Karski Edmund przybyły z Gdańska. Jest to człowiek młody - niekwalifikowany. Ilość dzieci z początkiem roku szkolnego wyraża się liczbą 14-7 z tym, ze kl. I liczy 36 zaś VII - 5 uczniów. W tym też roku Zakład Opiekuńczy, jakim jest Ośrodek Hodowli Zarodowej w Waplewie przyłączył na własny koszt budynki szkolne do sieci wodnej i kanalizacyjnej jaką zbudowano w Waplewie. Na założenie łazienek w mieszkaniach nauczycielskich wyasygnował 10 000 zł Inspektorat Oświaty. W trakcie pierwszych miesięcy pracy w szkole ob. Karski nie wykazał się godnym piastowania godności nauczyciela i musiał zawód ten opuścić. Na miejsce ob. Karskiego szkoła nie otrzymuje nikogo i realizuje program o 4-ech nauczycielach. Przeciętna liczba uczniów w tym roku szkolnym wyraża się sumą 158 do 170; wahania liczbowe dzieci spowodowane są dużym przepływem robotników w majątku Waplewo i Ramoty. Wiatach sześćdziesiątych nauczyciele powiatu sztumskiego, a nawet samego Gdańska bardziej zaczęli interesować się Waplewem jako miejscem historycznym dla walki miejscowej Polonii w czasie panowania na tych ziemiach władzy niemieckiej. Postulowano by w miejscowym pałacu należącym do rodziny Sierakowskich utworzyć skromne Muzeum. Dezyderaty te jakkolwiek znalazły poparcie Muzeum Regionalnego w Kwidzynie, utknęły w martwym punkcie. Zapiski z 1960 roku: - Ogólnie praca i życie nauczycielskie jest monotonne i smętne i mało wymierne. Postulaty i zamierzenia mijają się dość poważnie z ich realizacją. Ogólnie na tym tle wśród nauczycieli widoczny jest jakiś żal i brak należytego wyposażenia warsztatów pracy nauczycielskiej w konieczne pomoce naukowe. Od tego roku datuje się powstawanie Szkół Przysposobienia Rolniczego w powiecie skupiających młodzież w wieku od 16 do 18 lat. Kiedy to nastąpi w Waplewie trudno o tym powiedzieć... Przy tutejszej szkole ukończył się Kurs Ogólnokształcący dla dorosłych. Ukończyło go 9-ciu słuchaczy. Byli to ludzie w wieku od 14 do 40 lat. Wielu z nich wkładało w pracę szkolną bardzo wiele wysiłku i samozaparcia... W roku 1960/61 szkoła zaczęła żyć nowym, jak gdyby lepszym [życiem] z powodu reprezentowania [przez] kol. kier. Żabickiego Zygmunta spraw oświatowych w Prez. Pow. Rady Narodowej w Sztumie. W roku tym szkoła otrzymuje wiele pomocy naukowych do wszystkich przedmiotów. Rodzice odnoszą się do szkoły z większym szacunkiem przez to, że zaczyna ona spełniać prawie w pełni swoją rolę. Nauczyciele są bardziej zadowoleni z pracy. 148 Z dziejów Szkoły Polskiej w Waplewie ZE WSPOMNIEŃ PANI RENATY WITKĘ W tym miejscu urywa się opis ogólny stanu szkoły, zmienia się kronikarz i następują zapisy różnych uroczystości i wydarzeń szkolnych od 12 października 1961 r. Analizując notatki można dojść do wniosku, iż kronikarzem była polonistka Alicja Perwejnis. W tymże roku rozpoczyna pracę w waplewskiej szkole nauczycielka muzyki Renata Teszner, którą przeniesiono ze szkoły w Nowym Targu na nieustanne prośby kierownika Zygmunta Żabickiego. Pragnął on bardzo podnieść w swojej szkole poziom kultury muzycznej. Z rozmowy z panią Renatą, obecnie Witkę, przeprowadzonej 11 kwietnia 2014 r., dowiadujemy się, co następuje: - Szkoła była skromniutka, te ławki zwykłe z otworem na kałamarz. Panie paliły w piecach; w klasach były duże piece. Pamiętam, że te zimy, to nie były takie jak teraz. Jak zajechałam do szkoły, (często ojciec mnie woził na sankach), a jak szłam pieszo w zaspach takich, mokra, [trzeba było - przyp. S. St.] przebrać się i tak do tego pieca; dzieci tak samo. To była makabra. Pamiętam jeszcze atrament był, było biednie i ciężko. Długo tak było (...) Klasy były małoliczne. Przede wszystkim były klasy łączone, pierwsza z drugą, trzecia z czwartą, starsze nie były łączone. I nie była łączona matematyka i język polski; reszta wszystkie przedmioty były łączone. W szkole nie było dożywiania, ałepod koniec mojej pracy w Waplewie, chyba w 63 roku wprowadziła pani Żabicka mleko. Mleczko dzieci piły, które pani Żabicka gotowała w swojej kuchni i w takich baniakach przynosiła. Każdy miał swój kubek i podchodził. (...) Zaczęłam prowadzić chór, w chórze było 2S osób. Brałam wszystko, co możliwe było, bo nie było dużo dzieci." Chodzi o uczniów ze wszystkich klas, nie tylko klas starszych. Pierwszy raz po roku czasu wzięliśmy udział w konkursie powiatowym i Waplewo, taka malutka szkółka, zajęło wówczas, pamiętam, drugie miejsce. Pierwsze miejsce zajął Dzierzgoń. (...) Dzieci ładnie śpiewały, a teraz w ogóle nie ma śpiewu w szkole. Była bieda, ale pamiętam miałam takiego ucznia, którego rodzice pracowali na poczcie w Waplewie. Ten chłopak był muzycznie uzdolniony, to kupili mu gitarę. Nie pamiętam, jak się nazywał. Wiem, że uczyłam go grać na gitarze i jak już przeszłam do Starego Targu, to jeszcze do mnie przyjeżdżał. Dzień Kobiet, to zawsze było bardzo uroczyście - wspomina z nutką żalu za minionymi czasami pani Renata - przedstawienia były dła całej wsi. Dla rodziców, którzy przychodzili i pomagali; zawsze po tej oficjalnej części była kawa, rodzice z ciastem przyszli, tak że było wspaniale. Uroczystości odbywały się w klasie. Jasełka wówczas nie były odgrywane, jedynie takie piosenki, wiersze okolicznościowe. Pracowało się z chęcią i przede wszystkim ta przyjaźń, ta atmosfera w szkole była wspaniała. Dzieci były bardzo dobre, grzeczne, zdyscyplinowane takie. Nauczyciel to był ktoś" - podkreśla była nauczycielka muzyki. „[Lata] 60-te, pięknie się pracowało... Tak szanowali nauczyciela, [jest] duża różnica; ja teraz współczuję tym młodym nauczycielom. Ja z radością szłam do szkoły. (...) Jak już wakacje się kończyły, to ja się tak cieszyłam, że będę mogła już iść do szkoły pracować. (...) W tym czasie jak ja pracowałam w Waplewie harcerstwa nie było, coś Szramowska prowadziła. Pani Perwejnis [prowadziła kółko polonistyczne] była bardzo wymagającym nauczycielem, mieszka pod Toruniem. Pani Szramowska żyje i mieszka w Ryjewie. Była panną." Sylwetki Aleksandra Paprot „JESTEM TRZECIM EMILEM I JESTEM TUTEJSZY” WSPOMNIENIA EMILA KLINGENBERGA, AUTOCHTONA ZE SZTUMSKIEJ WSI1 Od 2014 roku prowadzę etnograficzne badania terenowe na Żuławach i Powiślu. W ramach mojego projektu przeprowadziłam już 108 wywiadów z przedstawicielami lokalnych, samorządów, instytucji kultury, stowarzyszeń oraz z liderami społeczności lokalnych z obu regionów. Wcześniej, gdy szukałam kontaktów i gromadziłam informacje o elitach lokalnych działaczach społecznych i historii regionu, wielokrotnie wspominano mi o autochtonie ze Sztumskiej Wsi, który nie dość, że „jest tutejszy”, to jego rodzina ma ciekawą historię sięgającą aż czasów, kiedy to Szwedzi byli obecni na terenie dzisiejszego 1 Tekst został napisany w ramach projektu „Kreowanie tożsamości regionalnej oraz lokalnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych (ze szczególnym uwzględnieniem Żuław i Powiśla)”. Projekt został sfinansowany ze środków Narodowego 150 „Jestem trzecim Emilem i jestem tutejszy” Powiśla: Najlepszym rzecznikiem Związku Mniejszości Niemieckiej będzie pan Emil. On jest w ogóle kopalnią wiedzy jeżeli chodzi o region. Korzenie jego rodziny sięgają tutaj XVII wieku - tłumaczył lokalny kolekcjoner. Kiedy zadzwoniłam do pana Emila Kilngenberga, by umówić się na wywiad, od razu chętnie przystał na moją propozycję. Wytłumaczył mi dokładnie jak dojechać do jego domu w Sztumskiej Wsi. Trzeba kierować się na gospodarstwo agroturystyczne „Klim-bergowice”, przejechać przez tory kolejowe i jechać dalej polną drogą w stronę lasu, pośród pól z łanami zbóż i łąk, na których pasą się łaciate krowy. Taką właśnie drogę odbyłam 31 lipca 2015 roku. Choć był środek lata, to pogoda była lekko pochmurna, a ziemię zraszała lekka mżawka. Po godzinie dziewiątej rano dotarłam autem do gospodarstwa agroturystycznego „Klimbergowice”. Pan Emil wyjaśniał, że mieszka obok w piętrowym domu z czerwonej cegły. Gdy spojrzałam tam zauważyłam starsze państwo, które wolno spacerowało w pobliżu domu. Rozemocjonowana podeszłam do nich. Nie był to jednak pan Emil, tylko jego kolega z Niemiec. Pan Emil, jak się okazało, czekał już na mnie w domu. Przywitał się i zaprosił mnie do środka. Za chwilę jego żona - pani Wanda, przyniosła nam przepyszny jabłecznik, do tego postawiła w osobnej miseczce ubitą, swojską śmietanę, bo jak pan Emil powiedział: kuch2 musi być podany z bitą śmietaną. Do jabłecznika, oczywiście kawa w eleganckich porcelanowych filiżankach. Gdy już zasiedliśmy do stołu, a ja wyjęłam i włączyłam dyktafon, pan Emil zdjął ze ściany oprawione w ramy drzewo genealogiczne swojej rodziny i wyjaśnił tradycję nadawania imienia „Emil” w jego rodzinie w każdym kolejnym pokoleniu: Urodziłem się w 1939 roku, jestem już trzecim Emilem, a w naszej rodzinie jest już szósty Emil. To imię, które przekazuje się u nas z pokolenia na pokolenie. Bo zawsze było tak, że pierwszy chłopak jak się urodził, to od razu dostawał to imię. Mój starszy brat dostał jednak na imię Hubert, a potem za dwa lata urodziłem się ja - w urodziny mojego dziadka 2S listopada. Wtedy już nie było dyskusji i rodzice ustalili, że będę mieć na imię Emil. Zaraz potem pan Klingenberg przedstawił również historię swojej rodziny na Powiślu, potwierdzając, że osiedliła się ona tutaj w czasach szwedzkich: My jesteśmy w Sztumskiej Wsi dłużej, niż od XVII wieku, co jest widoczne na drzewie genealogicznym, które wykonałem. Najstarsze zachowane dokumenty archiwalne pochodzą z 1762 roku. Dalej nie mogłem już odnaleźć dokumentów, ale te, na które trafiłem poświadczają, że jesteśmy rodziną z czasów szwedzkich. Zawsze jedno pokolenie drugiemu tłumaczy pochodzenie Klingenbergów. Ja spotkałem tutaj więcej rodzin, które mówią: my jesteśmy ze Szwedów, z tego czasu. Choć pochodzenie tłumaczono tym, że szwedzki żołnierz dziewczynę poderwał i został tu. Kiedyś taki ksiądz profesor opowiadał mi, że jak Szwedzi przyjęli wiarę protestancką to wydalali katolików. Być może my - Klingenbergowie byliśmy w Sztumie już przed potopem szwedzkim. Prusy Wschodnie i Zachodnie były dawniej łakomym kąskiem dla napływającej ludności. Tereny te były słabo zaludnione. Przyjeżdżali tu również ewangelicy i każdy dostał kawałek lasu i to było wszystko. On musiał sobie ten las wykarczować, zbudować dom i uprawiać pole, żeby żyć. 2 Kuch - w gwarze sztumskiej oznacza ciasto. Aleksandra Paprot 151 Pan Emil żywo interesuje się historią, szczególnie tą lokalną, dlatego chętnie opowiada, m.in. o plebiscycie na Powiślu 11 lipca 1920 roku oraz jego konsekwencjach: Powiat sztumski głosował za Polską, natomiast małborski i kwidzyński nie. Grudziądz należał do Prus Zachodnich. Tereny niemieckie, które zostały przejęte po plebiscycie, sięgały do Torunia, Brodnicy, Bydgoszczy, Wałcza - to wszystko Prusy Zachodnie były. Potem po 1918 roku i zakończeniu I wojny światowej Polska dostała tzw. korytarz. Ten korytarz biegł wzdłuż Wisły, aż do morza, a z tamtej strony to tak krótko przed Chojnicami był. Czersk był już Polski. Jednak ludzie zostali wszędzie ci sami. W plebiscycie w 1920 roku w powiecie sztumskim było najwięcej głosów za Polską, bo tu nie było ewangelików. W Malborku duży kościół był, w Sztu- Pan Emil przed swoim domem, fot. A. Paprot 2015 mie tylko mały na rynku. Tu, na nizinach, to z kolei mennonici byli. W rodzinie miałem nawet taki ciekawy przypadek. Moja ciotka Łucja ożeniła się z Władysławem Majewskim. On i jego rodzina głosowali za Polską. Po 1920 roku możliwa była zamiana gospodarstw. Ludzie mogli tu przyjść na przykład z terenów za Wisłą, mogli znaleźć gospodarstwo i żyć w Prusach. Moja ciotka z mężem chcieli żyć w Polsce, więc przeprowadzili się do Bratwina za Grudziądz, a Niemiec przyszedł tu do Sztumskiej Wsi. Pieniądze nie grały roli, bo nikt ich i tak nie miał. Tu mieli 20 hektarów i szukali podobnego gospodarstwa. Choć Majewscy mieli tu pięknie wybudowany dom z czerwonej cegły, to za Wisłą zamieszkali w drewnianym domu, a stodoła była kryta strzechą. Zarówno ojciec i matka pana Emila pochodzili ze Sztumskiej Wsi. Oboje dorastali w sąsiadujących ze sobą gospodarstwach. Podobna jest historia znajomości pana Emila z jego żoną: Mama pochodziła stąd. Wychowała się w gospodarstwie graniczącym z naszym. Ojciec ożenił się, jak to mówię: przez granicę i ja też. Z Wandą do szkoły chodziłem. Znamy się ponad 70 lat! Nasi rodzice też mieli ze sobą kontakt i potem nie było wyjścia. Po co ja miałem daleko szukać? A ona tak samo jak ja - pracowała w gospodarstwie. Myśmy przez granicę - jeden drugiemu pomagał jak były cięższe prace. Dzieciństwo pana Emila nie było jednak łatwe. Wychował się bez ojca, który został zabrany przez Rosjan pod koniec II wojny światowej: Ojca straciłem kiedy miałem pięć łat. Do dzisiaj pamiętam jak stał koło domu za bramą. To się stało jak tylko pierwsze wojska radzieckie wkroczyły do Sztumu. W mieście ludzie bali się. Nasza rodzina w Sztumie miała sklepy i oni wszystkie je zostawili otwarte z towarem wewnątrz, bo Rosjanie i tak kolbami roztrzaskaliby wszystkie drzwi i okna. Rodzina ze Sztumu 152 „Jestem trzecim Emilem i jestem tutejszy” uciekła szybko na wieś. Co mogli, to na jeden wóz załadowali. Mówiło się, że na wieś Rosjanie nie przyjdą. U nas było aż siedem rodzin ze Sztumu. Gdzie myśmy spali, tego ja już nie pamiętam. Wydaje mi się, że po prostu jedno przy drugim. Później pierwszy front Rosjan przeszedł. Tydzień po było już szabrownictwo. Oni mieli rozkaz: co idzie to zabrać. Jak weszli do Prus Wschodnich to dostali samowolę. Mogli robić z każdym co chcieli, nie było żadnych kar za to. My byliśmy mali, brat miał siedem, ja pięć-sześć lat. Wiadomo, jak człowiek wszystkiego nie widział i rozumowo nie doszedł do wszystkiego, to nie był świadomy jako dziecko. Ludzie mówili, że działy się w okolicy straszne rzeczy. Nikt nie zakazywał szabrownictwa. U nas jak ojciec 4 lutego w 1945 roku został zabrany przez Rosjan, to była pełna stajnia bydła. Były też konie, bo to się końmi uprawiało pola. Nasze gospodarstwo przed wojną liczyło 60 hektarów i było jednym z większych w okolicy. Oni nam wszystko później zabrali. Widziałem jak otwierali stajnię i cały inwentarz przegnali. W śniegu, w mrozie, wszystko przegnali w kierunku wschodnim. Gdy zagnali bydło na jakiś majątek, to trochę je tam podkarmiali. Te, które były słabe zestrzelano na miejscu. Naszą jedną krowę to już na zakręcie za domem zabili. Mama i sąsiedzi, którzy mieszkali obok, pobiegli i zabrali ją by mieć co jeść. Niestety ludzi, których wtedy zabrali stąd pod pretekstem zaciągnięcia doprać, nigdy nie przy wieźli z powrotem. Jeżeli mężczyzna był, jako taki „gramotny", nawet sześćdziesięcioletni czy siedemdziesięcioletni, ale jak jeszcze był na chodzie, to na trzy dni do roboty miał iść. Ojciec też. Od nas z domu zabrali czterech mężczyzn i zostały same kobiety z dziećmi. Mężczyzn ze wsi podobnie, nie oszczędzili, nawet proboszcza miejscowej parafii. Z grupy jedenastu mężczyzn nikt nie wrócił. Żaden nic nie napisał. Tak, jakby go dzisiaj wzięłi, wyprowadzili tu w kierunku lasu. Do dzisiaj nic. Nie wiemy co się stało z ojcem. Myśmy byli gotowi w 1945 roku uciekać przed Sowietami. Większość ludzi wyjeżdżała, ale to było spowalniane odgórnie. 22 stycznia 1945 roku ojciec jeszcze pojechał na koniu do Białej Góry zobaczyć czy przez lód na Wiśle ludzie przejeżdżają, bo mosty były wysadzone. Ojciec przyjechał do domu i powiedział, że jeszcze wszyscy stoją i czekają. 23 stycznia 1945 roku weszli Rosjanie. Na naszym terenie, w naszych wioskach, zostało około 80% przedwojennej ludności. Powiat sztumski, kwidzyński, malborski. W sztumskim to chyba tylko 12% było ewangelików, katolików z 80%. Jak Rosjanie nadciągali to pierwsi wyjeżdżali ewangelicy. Oni bardzo się ich bali, bo słyszeli już o tym, że Rosjanie mordują w Prusach Wschodnich. Ludność niemiecka wiedziała co ich czeka, dlatego uciekali. Myśmy tu w 1944 roku normalnie gospodarzyli, żniwowali, tu był spokój, ale drogi były pełne uciekającej ludności niemieckiej. Później przyszła zima 1944/1945. Rosjanie już się zbliżali, a uciekające wojska niemieckie wysadziły most na Wiśle i na Nogacie. Ludzie nie mieli jak przekroczyć rzek. Tak też było w Malborku. Niedawno odnaleziono 2,5 tysiąca ludzkich szczątek. Ludzie tam zostali zamordowani, bo nie mogli przejść, a ten front wszedł w to wszystko. Tam są kości ludności cywilnej i wojsk: niemieckich i sowieckich. Ja to wiedziałem od staruszków, którzy mi o tym opowiadali. Z naszej wioski trzech gospodarzy wyjechało stąd wozami. Udało im się przejechać w grudniu po Nogacie i dotrzeć w okolice Słupska. Później wojska Sowieckie, które szły przez Bydgoszcz, dotarły do morza i zamknęły im drogę i wszystko tym Niemcom zabrali. Pieszo wróciło tu trzech właścicieli, ale tylko kobiety i starsze osoby z tobołkami. Dużo ludzi szło do Gdańska na statki, szczególnie na Wilhelma Gustloffa. Potem, po 1945 roku, kobiety mogły dostać rentę wojenną. My mieliśmy po wojnie duży problem, bo nie mieliśmy dokumentu, który potwierdzałby, że nasz ojciec nie żyje. Nasze gospodarstwo zaczęli dzielić, bo ojciec był wła- Aleksandra Paprot ścicielem, a mama została sama. Chcieliśmy je przepisać na siebie, ale właścicielem nadal był zaginiony Emil Klingenberg. Zabrano nam więc połowę ziemi: 30 hektarów i część lasu. Kto chciał na tych terenach zostać, musiał przyjąć obywatelstwo polskie. Ustawa ta weszła w 1946 roku, a do końca 1947 roku kto nie przyjął obywatelstwa polskiego, ten musiał wyjechać z kraju. Mama przyjęła obywatelstwo i przeniosła je także na mnie i na brata, bo nie byliśmy jeszcze pełnoletni. Dzięki temu zostaliśmy w Sztumskiej Wsi i uratowaliśmy tę część gospodarstwa. Do końca 1947 roku mogli wyjeżdżać ci, co nie przyjęli obywatelstwa polskiego. Po tym roku nie było już możliwości zmiany. Po latach okazało się, że tu było wiele kobiet - żon, których 153 mężowie zostali w Niemczech, bo nie byli na wojnie, Grota w ogrodzie, fot. a. Paprot 2015 a w niewoli francuskiej, amerykańskiej, rosyjskiej. Jak z Rosji byli deportowani ci niemieccy żołnierze to żadnego z nich nie chcieli tu wypuścić, choć tu byli urodzeni. Tu już Prus nie było - tu była Polska. Moja mama z okolicznymi wdowami dopiero po 20 latach poszła do sądu grodzkiego w Sztumie by poświadczyć, że ojca nadał nie ma. Sąd wysyłał dokumenty do Czerwonego Krzyża do Warszawy, a następnie przekazano to do Moskwy. Od 1965 roku można było zacząć się starać o rentę dla wdów. Po trzech latach przyszła odpowiedź do sądu, że na terenie Związku Radzieckiego i jemu podległych republik nie znajduje się taka osoba o takiej dacie urodzenia, takie i takie nazwisko i należy uznać ją za zaginioną. Urząd Stanu Cywilnego wydał wówczas metrykę zgonu. Na datę śmierci przyjęto 9 maja 1947 roku. Wtedy dopiero mama wysłała dokumenty do Niemiec i otrzymała 1971 roku niewielka rentę. Życie po wojnie nie było łatwe. Część autochtonów wyjechała do Niemiec. Ci, którzy przyjęli polskie obywatelstwo, mogli zostać. Powiśle znalazło się w obrębie tzw. Ziem Odzyskanych, na które przesiedlano nowych osadników z centralnej i południowo--wschodniej Polski oraz z Kresów Wschodnich: Myśmy mieli przed wojnąlO koni do pracy, to po wojnie tylko kota i kurę. Ziemia leżała odłogiem. Zaczęli nam ją zabierać. Później z UNRRA-y każda rodzina dostała jednego konia przydzielonego. Konie, krowy przywożono statkami do Gdańska. Moja mama jako kobieta nie poradziłaby sobie sama. Dlatego pojechał tam jej brat, wziął konia dła niej i dla siebie. To myśmy wtedy tym jednym koniem uprawiali tyle, ile było można. Pod kartofle, pod żytko trochę. Rolnicy razem pracowali. Solidarność ludzka była bardzo dobra, nawet z tymi, którzy tu osiedlili się po wojnie. Przyszli ludzie ze wschodu: zza Buga, z Wołynia, spod Warszawy, z różnych stron. Nikt nic nie miał. Myśmy byli wszyscy jednakowo „goli". Jednak jeden drugiemu pomagał. Choć łudzie na początku to bali się bardzo jeden drugiego. Myśmy się bali ich, a oni się bali nas. Jedną z podstawowych rzeczy, która tych wszystkich ludzi złączyła, to był kościół. 154 „Jestem trzecim Emilem i jestem tutejszy” Do kościoła szli wszyscy - oni i my, zwyczajnie co niedzielę. Do Sztumskiej Wsi przyjeżdżał ksiądz raz na dwa tygodnie, ale my chodziliśmy przez las do kościoła do Benowa. Jeszcze po 1945 roku można było pójść na Mszę, podczas której miejscowy ksiądz mówił do wiernych w języku polskim i niemieckim. Autochtoni, którzy pozostali na ziemi sztumskiej, do dziś znają dwa języki. Dodatkowo wielu z nich posługuje się jeszcze gwarą sztumską: Ja też w dwóch językach umiem czytać i pisać. Dla mnie nie ma żadnej różnicy. Mama tak umiała i wszyscy tu tacy byli, bo to były Prusy Zachodnie. Prusy Wschodnie to były bardziej niemieckie. W Zachodnich zawsze co ileś lat Polska była, później nie była, a od ostatniego rozbioru to znów tu Niemcy przyszli i już zostali. W dokumencie, który posiadam z 1800 któregoś roku, moja praprababcia Anna, żona Pawła Klingenberga, zapisywała gospodarstwo Johanowi. W piśmie tym prosi notariusza, żeby sporządził dokument w języku polskim, bo ona źle włada językiem niemieckim, a rządy niemieckie były tu już przeszło 100 lat. Notariusz spełnił jej prośbę. Ja mówię, że ja właściwie jestem Niemcem. Ja się urodziłem w Niemczech i tam, gdzie się urodziłem, tam mieszkam. A, że tu mieszkam, to przyjąłem obywatelstwo i jestem teraz Polakiem. Tu, w Sztumie był język sztumski. Była tak zwana „sztumska gwara”. Połączony język niemiecki z językiem polskim - pół na pół. To takie pokrętne wyrazy, np. Janek, halaj wgryndo moje stryfle, bo ja je burkuje. To oznacza: Janek, przynieś szybko moje skarpety, bo ja je potrzebuję. A z niemieckiego by było: Janek, bring mirschnell meine Strump-fe, weil ich sie brauche. Myśmy wiele lat po wojnie na pończochy mówili „stryfle". „Halaj” to do z niemieckiego „przynieś”. „Wgryndo” to ciężko wytłumaczyć, bo to ma znaczyć „szybko”. Aleksandra Paprot 155 „Meine” - stryfle, bo ja je „burkuje”, a „burkuje” to z niemieckiego „brauche”. Dla mnie nie było żadnej różnicy, bo po wojnie starsi ludzie inaczej nie mówili. Taki szedł do sklepu i mówił, że chcefunt cukru. Ja też teraz jak idę do tych małych sklepów, bo dużych nie lubię, to do ekspedientki mówię, że chcę dwa funty cukru. A ona zdziwiona pyta: a ile to jest? Dwa funty to jest kilogram, bo funt to pół kilograma. Przed wojną nikt na kilogramy nie kupował, a towar: cukier, sól był w workach, tylko szufelką się nasypywało. Potem przyszły pakowane po kilogramie i wtedy były kilogramowe. Jak ci ludzie, którzy w 70. latach stąd wyjechali, przyszli do tych sklepów, to Niemcy się dziwowali, że kilo takie, kilo takie. Potem mówili: kilogramowe żarłoki są te Polaki. Bo zawsze po kilogramie muszą kupować. Nowi osadnicy mieli jednak poczucie tymczasowości po przybyciu na Powiśle. Liczyli na to, że jeszcze powrócą w swoje rodzinne strony. Jednocześnie bali się, że do zajętych przez nich domów, na tzw. Ziemiach Odzyskanych, powrócą Niemcy. Na samym początku ludzie, którzy przybyli tu z Wołynia i w ogóle ze Wschodu, byli przekonani, że w krótkim czasie Niemcy przyjdą do swoich porzuconych gospodarstw, a oni też pojadą nazad, np. na teren dzisiejszej Ukrainy. Takie było ich zdanie: skoro nam tam zabrali, to tu też mogą nam zabrać. Zauważyłem, że łudzie, którzy tu przyszli, nic nie remontowali. Dopiero jak się deska urwała i woda kapała na głowę, to dach był remontowany. Żeby od nowa coś budować, to nie. Oni mówili: my nie będziemy dla Niemców budować, bo my pobudujemy, a oni wrócą. Dopiero dzieci, które się tu urodziły, zaczęły coś zmieniać. Kilkadziesiąt lat po wojnie pan Emil został członkiem Związku Ludności Pochodzenia Niemieckiego w Sztumie. Na terenie powiatu sztumskiego pozostało bowiem wielu autochtonów, którzy spotykali się ze sobą, wspominali dawne czasy i chcieli podtrzymywać swoją tożsamość: To się nazywa Związek Mniejszości Niemieckiej. Ja zawsze mówię, że to nie jest taka pełna nazwa, powinno nazywać się Związek Mniejszości Autochtońskiej, bo autochton to jest tubylec. Kiedyś to mnie nawet w sądzie uratowało. Bo pytano mnie: pan w Polsce tak długo i po polsku mówi, a pan należy do mniejszości niemieckiej? To ja wytłumaczyłem: ta ludność to jest ludność autochtońska, która się tu urodziła i ona przyjmowała obywatelstwo adekwatne do ówczesnych rządów. Nasze prapradziady mieli narodowość polską i po polsku rozmawiali, 150 lat po wojnie, 200 lat i dalej rozmawiali. To nie była dyskryminacja języka. Dyskryminacja języka powstała w czasach hitlerowskich. Po wojnie nie raz było nam ciężko. Były napady, zabierano autochtonowi to, innym razem tamto. Wtedy szło się do urzędu i tłumaczyło się: przecież my jesteśmy tacy sami łudzie jak wy i my też po polsku rozmawiamy. My jesteśmy autochtonami i dlatego myśmy się zawsze razem trzymali. Dlatego ten związek mniejszości powinien tak się nazywać, według mnie. Obecnie jestem członkiem Związku Ludności Pochodzenia Niemieckiego w Sztumie. Działa on już od dwudziestu łat. Jeżdżę często do Niemiec, oprowadzam wycieczki, jestem tłumaczem. To nie jest tak, że mniejszość niemiecka o coś się upomina. Myśmy się tu urodzili, tu mieszkali. Pochodzenie nasze jest stare, tubylcze i dlatego są to autochtoni pruscy, bo my jesteśmy prusacy z dziada pradziada i tak to traktuję. Mamy w Niemczech kontakty ze Związkiem Ludności Pochodzenia Sztumskiego. Sztum ma swoje miasto partnerskie w powiecie Rotenburg. To jest między Bremą a Hamburgiem. W Niem- 156 „Jestem trzecim Emilem i jestem tutejszy” czech jest co roku spotkanie. Tutaj też przyjeżdżają dawni mieszkańcy Sztumu i okolic i często ich oprowadzam, szukamy domów rodzinnych. Pan Emil jest bardzo przywiązany do swojego miejsca zamieszkania. Jego marzeniem jest by okolicę, w której mieszka, nazwano „Szwajcaria Sztumska”: Wiadomo, że najhardziej atrakcyjna jest Biała Góra, bo w granicach trzech państw kiedyś była. Za Wisłą była Polska, z tej strony Prusy i Wolne Miasto Gdańsk. To jest miejsce zawsze odwiedzane przez wszystkich. Kiedyś taki starszy pan opowiadał mi, że Szwajcaria to jest najbardziej charakterystyczne miejsce na danym terenie. Tutaj, do Sztumskiej Wsi coraz więcej turystów przyjeżdża, np. z Niemiec i mówi: tu jest tak ładnie, tu jest tak cicho. Chciał-bym dożyć tego, żeby ten zakątek nazwano Szwajcarią Sztumską. Co ciekawe, już w 1905 roku mój dziadek dostał propozycję, żeby tu na górce na naszym polu wybudować sanatorium przeciwgruźlicze. Dziadek się zgodził na sprzedaż 15 hektarów ziemi, ale nauczyciel ze wsi zorganizował zebranie i ogłosił wszystkim mieszkańcom, że Klingenberg chce suchotników sprowadzić i ludzie się zbuntowali. Dziś ten szpital jest w Prabutach, a miał tu stać - w Sztumskiej Wsi. Dziadek jak się o tym dowiedział, to był taki zły, że zabrał swoje dzieci z miejscowej szkoły i wysłał do Benowa. Babcia kiedyś widziała jak dzieci idą lasem do szkoły i mówi do dziadka: zobacz, zobacz jak te twoje banachy idą! Bo „banachy" się mówiło na dzieci, a on podobno tak stanął i mówi: a niech co dzień zgolą pupą przyjdą, ale głupi nauczyciel moich dzieci nie będzie uczyć! I cztery lata dzieci chodziły do Benowa, dopóki nie zmieniono nauczyciela. Wtedy dopiero mali Klingenbergowie wrócili do miejscowej szkoły. Pan Emil mieszka w tym samym domu, co jego dziadkowie i rodzice. Nieopodal niego, w ogrodzie, znajduje się grota z figurką Matki Boskiej, z którą związana jest ciekawa historia: To gospodarstwo spaliło się podczas burzy w 1892 roku. Wtedy też zostało odbudowane, z tym że była tu jeszcze stara stodoła i mały chlewik, ale tego już nie ma. Nowy dom wybudowano nieco później. Dziadkowie wprowadzili się do niego około 1896-1897 roku. Mój ojciec był pierwszym dzieckiem, które się urodziło w nowym domu. To był 1899 rok. Po pożarze moja prababcia wybudowała grotę ze spałonej cegły i dachówek - były to fragmenty z dawnego domu. Do dziś od 1 maja do 1 listopada w tej grocie stawiamy figurkę Matki Boskiej. Od wielu lat chroniła ona nasze gospodarstwo przed kolejnymi pożarami. Moja mama pielęgnowała tę grotę i teraz moja żona zajmuje się nią. 10 lat temu ścinaliśmy drzewo w lesie - w poniedziałek i wtorek, a w środę popielcową pojechaliśmy do kościoła. Wyjeżdżamy o 12 z kościoła i patrzę na budynki gospodarskie i dom, a tam się pali! Pomyślałem wtedy, że gdybyśmy nie pojechali na Popielec do kościoła, tylko poszli do lasu, to całe gospodarstwo by spłonęło. Ja to każdemu tłumaczę i wierzę w to! Wywiad z panem Emilem trwał ponad trzy godziny. Na koniec oprowadził mnie po ogrodzie - pokazał grotę z Maryją i podwórze. Obok jego domu znajduje się gospodarstwo agroturystyczne jego córki. Pan Emil przyznał, że sam jeszcze pracuje na swoim gospodarstwie i sprawia mu to dużą przyjemność. Jest bardzo przywiązany do swojej „małej ojczyzny”. Zna tu każde drzewo, każdą polną i leśną ścieżkę. Po prostu: jest tutejszy. Odjeżdżając z gospodarstwa w Sztumskiej Wsi zapewniłam pana Emila i jego żonę, Aleksandra Paprot 157 że jeszcze do nich wrócę. Pani Wanda jest bowiem skarbnicą wiedzy kulinarnej. Wracając polną drogą od pana Emila, zatrzymałam się jeszcze przy peronie kolejowym w Sztumskiej Wsi. Znajduje się tam przystanek, na którym widnieje napis: „Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie”. To była kwintesencja mojej wizyty u pana Emila Klingenberga... Jednak jakiś czas później porządkowałam zdjęcia, które zrobiłam na Żuławach w 2012 roku. Trafiłam na fotografie z wnętrza wiatraka typu „holender” w Palczewie. Na zdjęciu belki na najwyższej kondygnacji znajdował się napis, który wówczas nic mi nie mówił. Po wizycie u pana Emila mogłam odszyfrować go, a brzmiał: „E. Klingenberg 1914-15”. Byłam zaskoczona. Jak jeden z Emilów Klingenbergów znalazł się w Palczewie na Żuławach i to jeszcze na szczycie wiatraka?! Od razu chwyciłam za telefon i próbowałam dodzwonić się do pana Emila, jednak bezskutecznie - akurat wyjechał na jakiś czas do córki do Niemiec. Po jego powrocie udało mi się z nim skontaktować. Pan Emil był bardzo zdziwiony i zaciekawiony moją informacją. Zaczął wówczas głośno się zastanawiać: To mógł być mój ojciec. W1914 roku miał 15 lat. Dawniej było tak, że młody chłopak mu-siał mieć praktyki czterołetnie czy staż w gospodarstwie u jakiegoś rolnika. Odbywało się to przez kilka miesięcy. Brat mojej mamy był w gospodarstwie niedaleko Nowego Dworu Gdańskiego. Być może, że mój ojciec był tam również i było to w Palczewie. Wtedy by wychodziło na to, że miał tam zrobioną praktykę. Po takiej praktyce można było przejąć gospodarstwo. Ojciec mojego dziadka, Jan Klingenberg, który żył w latach 1829-1893, pisał kiedyś o sobie: ja ekonom. A mógł się nazywać ekonomem, bo też ukończył takie praktyki. Dawniej to właśnie praktyka się najbardziej liczyła. Po rozmowie przesłałam panu Emilowi zdjęcie belki, na której, prawdopodobnie jego ojciec, zostawił pamiątkę po sobie. W ten sposób odkryłam, że Klingenbergowie również przebywali na Żuławach. Kamila Thiel-Ornass MYŚLISTWO TO DLA MNIE RODZINNA TRADYCJA ROZMOWA Z ANDRZEJEM ROZKWITALSKIM, NESTOREM SZTUMSKIEGO MYŚLISTWA Andrzej Rozkwitalski (pierwszy z lewej) przyjmuje honory od Walentego Jurkiewicza po upolowaniu dzika, fot. archiwum Kamila Thiel-Ornass 159 Kamila Thiel-Ornass: Mało jest w naszym kraju tak zafałszowanych dziedzin aktywności człowieka jak myślistwo. Utrzymując się w tej konwencji powinnam ciebie Andrzeju przedstawić, rozmawiając z tobą o przyrodzie, jej urokach i ochronie, że oto rozmawiamy z zabójcą saren, bażantów i zajęcy. Andrzej Rozkwitalski1: - Taka optyka widzenia nas, myśliwych i naszej roli w gospodarowaniu zasobami przyrodniczymi grzeszy niewiedzą i naiwnym sentymentalizmem. Myślistwo, któremu oddaję się od ponad 50 lat trzeba widzieć szerzej i racjonalniej, jako pewien proces, przejaw aktywności człowieka w bardzo długim okresie dziejów. Zaczęło się od czasów prehistorycznych, gdy myślistwo stanowiło istotne źródło utrzymania człowieka żyjącego w hordach łowiecko-zbierackich. Upolowanie zwierzęcia było koniecznością przetrwania człowieka bytującego w niezwykle surowych warunkach. Czy można odnosić ten okres polujących hord łowiecko-zbierackich do znanych nam rysunków skalnych? Malowidła naskalne odkryte w XX wieku w rozpadlinach i pieczarach we Francji i w Hiszpanii przedstawiające sceny myśliwskie zachwycają nas rysunkiem, linią, kolorem. Zwierzęta, człowiek nań polujący są ukazani w ruchu, zróżnicowaną, raz grubą, raz cienką, kreską. Te sensacyjne odkrycia prehistorycznych scen myśliwskich stały się inspiracją dla najwybitniejszych malarzy współczesnych, poczynając od Pabla Picassa. 1 Andrzej Rozkwitalski - mgr inżynier rybołówstwa. Przez 30 lat pływał jako technolog przetwórstwa rybnego na statkach--przetwórniach w przedsiębiorstwie „Dalmor” w Gdyni. Od ponad 50 lat jest myśliwym w sztumskim kole łowieckim Darz Bór. Mieszka w Sztumie. 160 Myślistwo to dla mnie rodzinna tradycja A jak było później, w starożytnej Grecji i Rzymie? Polowanie jako sposób zdobywania pożywienia w owym czasie było ciągle koniecznością, ale też stawało się przyjemnością, źródłem rywalizacji, dostarczało wrażeń opisywanych w starożytnych eposach i mitach. Prowadzone wojny wymagały przygotowań, zgromadzenia zapasów mięsa dla wyżywienia żołnierzy. Wiemy, że np. w okresie schyłku średniowiecza, przed bitwą grunwaldzką Władysławjagiełło, król Polski i książę litewski zarządził wielkie polowania aby zgromadzić zapasy żywności na wyżywienie gotującego się do wojny swego wojska. Łowiectwo przez wieki było również źródłem pozyskiwania skór z których szyto odzież, obuwie, wyrabiano przedmioty codziennego użytku, wyposażenia mieszkań. Były to proste ale często i bardzo wyszukane wyroby. Łowiectwo przyczyniało się do rozwoju handlu, gdyż ówcześni kupcy sprzedawali w całej Europie wygarbowane cenne skóry gronostajów, lisów, borsuków, niedźwiedzi czy wilków. Kto w dawnej Polsce miał prawo polowania? W Polsce szlacheckiej polowanie było związane z własnością ziemi. Posiadałeś własną ziemię to i miałeś prawo na niej polować, miałeś prawo do zwierząt, które żyły na twojej własnej ziemi. Dotyczyło to tak szlachty jaki i mieszczan posiadających ziemię, np. mieszczan gdańskich. Ale były też pewne szczególne, rzadkie nawet wówczas zwierzęta przypisane władcy. On jako jedyny posiadał prawo ubicia na polowaniu żubra czy tura. Kiedy kończy się bezpośredni związek łowiectwa z możliwością przeżycia, warunkiem przeżycia dla człowieka? Chodzi ci o uchwycenie okresu kiedy łowiectwo traci swój ściśle gospodarczy charakter? Wydaje mi się, że następuje to ostatecznie w XIX wieku. Postępujące wówczas uprzemysłowienie, wzrost wydajności rolniczej, hodowlanej sprawia, że człowiek ma coraz więcej żywności inaczej pozyskiwanej. Zdobywanie pożywienia poprzez urządzanie polowań staje się coraz bardziej marginalizowanym zajęciem człowieka. Myślistwo przestaje być źródłem biologicznego utrzymania ale jego znaczenie, już na innej płaszczyźnie, nie maleje. Zaczyna się też jego porządkowanie prawne, sami myśliwi zaczynają się organizować, zrzeszać w kołach łowieckich. A jak to organizowanie się przebiegało na ziemi sztumskiej? Tradycja świetna o której zbyt mało się mówi. Rzeczywiście. Znakiem tej pamięci o pierwszej polskiej książce poświęconej myślistwu p.t. „Myśliwiec” Tomasza Bielawskiego jest tablica, którą znajdujemy w hallu obecnego „Białego Dworu”, w połowie drogi miedzy Sztumem a Kwidzyniem, w lasach ryjewskich. W rymowanej formie, to może być ciekawostka dla nas współczesnych myśliwych, ówczesny autor pokazuje jak wtedy, konkretnie np. w Watkowicach, Waplewie, Michorowie wabiono zwierzęta, sporządzano na nie pułapki, łowiono sieciami sarny. Wracając do czasów współczesnych. Podziel się z nami informacjami o tym co działo się z myślistwem po 1945 roku. Po wojnie, gdy zaczęto w Sztumie organizować się myśliwsko nikt nie nawiązywał do staropolskich, szlacheckich obyczajów opisanych w „Myśliwcu”. Zaraz po wojnie po- Kamila Thiel-Ornass 161 lowali jedynie milicjanci, wojskowi, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i służby więziennej oraz dygnitarze aparatu partyjnego, bo tylko oni posiadali, jako zaufani ludzie systemu komunistycznego, prawo do posiadania broni. Polowania wówczas były prostą, bezładną strzelaniną do zwierząt. Dopiero gdy kilku przedwojennym myśliwym, których w następnych latach gdy zamieszkaliśmy z żoną Elżbietą w Sztumie miałem zaszczyt poznać, pozwolono w 1947 roku założyć „cywilne” koło „Darz Bór”, polowania ujęto w ramy prawa i obyczaju myśliwskiego. W ślad za naszym kołem „mundurowi” też skrzyknęli się w kolo ale rozwiązano je wiosną 1956 roku na skutek zarzutów o nieprawidłowościach dotyczących funkcjonowania. A nasz „Darz Bór” przetrwał do dziś mając u zarania takich znakomitych myśliwych jak kolega Franciszek Baumgart (dopiero po odwilży październikowej 1956 roku mógł oficjalnie z bronią polować, bo wcześniej jako potencjalny wróg systemu komunistycznego nie miał pozwolenia na broń), kolega Andrzej Zakrzeński (bratanek znakomitego aktora, też Andrzeja Zakrzeńskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej) czy ówczesny nestor sztumskiego myślistwa Aleksander Dąbrowski pamiętający polowania z przełomu XIX i XX wieku. Czy polowania jakie znasz ze swojej młodości myśliwskiej różnią się od tych urządzanych obecnie? Obserwuje na przykładzie koła sztumskiego jak zmieniły się warunki polowania. Za czasów mojej młodości, 40-50 lat temu wiosną, np. polowano na piżmaki i kaczory. Teraz polowania wiosennego nie ma, bo piżmaki „wycięła” norka amerykańska, a na kaczory dyrektywą Unii Europejskiej zakazano wiosną polować. Zwykle po wiosennych połowa- 162 Myślistwo to dla mnie rodzinna tradycja niach czekaliśmy z utęsknieniem na 1 sierpnia, bo to był termin od którego zaczynał się, zgodnie z prawem i obyczajem, sezon polowań na kaczki, kiedy młode były już odchowane. Było ich w obfitości, gdyż na terenie naszych obwodów znajdowało się wiele bagien, szczególnie w okolicach Pierzchowic i Trzciana, gdzie ptaki te znajdowały wymarzone dla siebie warunki. Teraz prawie wszystkie bagienne uroczyska zostały zdewastowane przez bezmyślne, zakłócające stosunki wodne melioracje. Naturalny biotop tego terenu został zlikwidowany z wielką szkodą dla myśliwych i rolników. Te pobagienne tereny nie są obecnie rolniczo wykorzystane bo porastają je chaszcze, pokrzywy i inne chwasty. Kaczki zaś przeniosły się do Sztumu, na Jezioro Barlewickie, gdzie przy centrum handlowym Netto są dokarmiane najtańszym chlebem, co oczywiście powoduje ich wynaturzenia i degradację biologiczną. Przykro tego słuchać. Powróćmy lepiej do przeszłości, którą pamiętasz. Kolejnym terminem roku myśliwego był dla nas dzień 1 listopada, łączący się z tradycyjnym świętem patrona myśliwych św. Huberta w dniu 3 listopada. Rozpoczynaliśmy wtedy zbiorowe polowania na zające. Obecnie na zające nie polujemy, byłoby to bowiem nieetyczne, gdyż ich populacja znacząco spadła. Wstrzymując się z ich odstrzałem chce-my w ten sposób odbudować ich pogłowie. Słucham ciebie Andrzeju z pewnym zdziwieniem. Gdy wspominasz twoje dawne polowania słyszę jedynie o ptactwie i drobnej zwierzynie: zającach, kuropatwach, kaczkach, piżmakach. A gdzie się podziała duża zwierzyna: dziki, jelenie, sarny. Przecież wiem, że nawet ostatnio strzeliłeś niezłego dzika. No właśnie zaskoczę cię, ale w przeszłości na ziemi sztumskiej nasze polowania ograniczały się do drobnej zwierzyny i ptactwa którego było w obfitości. Niestety, chemizacja rolnictwa i mechanizacja przyczyniły się do wyginięcia drobnej zwierzyny. Proces ten wydaje się nieodwracalny. Pozostały duże zwierzęta, które dobrze sobie radzą w warunkach nowoczesnego rolnictwa. Ich pogłowie rozwija się doskonale rozmnażając się licznie, bo mają łatwy dostęp do żerowisk na rozległych polach uprawnych i w lasach. Teraz na polowaniach królują łowy na grubą zwierzynę: dziki, sarny, jelenie. Pozyskanie tych zwierząt wzrosło wielokrotnie, bo gdy w latach 60-70 tych XX wieku na terenie koła „Darz Bór” strzelaliśmy około 30 dzików rocznie, to obecnie około 300 sztuk. Ten przyrost wynika przede wszystkim ze wzrostu pogłowia grubej zwierzyny w naszych lasach i jest koniecznością dla utrzymania równowagi w przyrodzie. Nie będę ukrywał, bo to akurat mnie, jako jednego z najstarszych członków koła „Darz Bór” szczególnie cieszy, przybywa nam w kole młodych myśliwych. Koledzy dysponują coraz lepszym wyposażeniem na które składają się lunety, sztucery i doskonałe lornetki. Jaka jest obecnie rola myśliwych, jakbyś ją opisał? Gdyby nie odstrzały zorganizowanych w koła myśliwych pogłowie zwierząt leśnych wzrastałoby w niekontrolowany sposób. Kolejne, rozrastające się w nadmiarze stada jeleni i saren niszczyłyby np. młody las przez zgryzanie sadzonek drzew, a nadmiar dzików dewastowałby uprawy zbóż, ziemniaków, kukurydzy. Latem, wczesną jesienią słyszymy Kamila Thiel-Ornass 163 wręcz błagania ze strony rolników o odstrzał tych zwierząt, bo całe ich stada niszczą im plony na polach. Niekontrolowane zaś rozmnażanie się lisów powoduje powstawanie ognisk wścieklizny tych zwierząt. Gdyby zatem, a słyszy się i takie głosy, wyeliminować zorganizowanych myśliwych, kto opanowałby sytuację niszczenia lasów i pól uprawnych przez zwierzęta? Aby względnie stabilnie uregulować tę sytuację jedynym wyjściem byłoby powołanie zawodowych myśliwych i opłacanie ich jako pracowników państwowych, co obciążałoby budżet państwa. A my myśliwi robimy to honorowo, nie tylko nie otrzymując wynagrodzenia ale wykładamy własne środki finansowe. Zauważyć bowiem należy, że to z naszych, szeregowych myśliwych, składek na rzecz koła, pokrywa się szkody wyrządzone rolnikom przez dzikie zwierzęta. Odciąża to w oczywisty sposób budżet państwa. Niestety, niewiele się o tym słyszy. Mówił o tej niewiedzy w naszym społeczeństwie na temat pożytków płynących z myślistwa w ubiegłorocznym wywiadzie w „Braci Łowieckiej” dyrektor warszawskiego ZOO dr Andrzej Kruszewicz. Wyliczył bardzo precyzyjnie jaką pomocą jesteśmy, jako myśliwi, dla naszego naturalnego środowiska, rolników, przyrodników. W Austrii, Niemczech, Hiszpanii, Szwecji szanuje się myśliwych. U nas, niestety z tym nie jest jeszcze dobrze, a nawet można powiedzieć, że czyni się wokół nas czarny PR. Mam nadzieję, że nasza rozmowa przynosząc prawdziwą wiedzę, przyczyni się do zmiany tej niezasłużonej opinii. Powiedz zatem, czym się jeszcze zajmujecie jako myśliwi? Zimą, w trzaskające mrozy, gdy pożywienie leśne zasypane jest śniegiem i zmarzłe na grudę, dowozimy, we własnym zakresie, zwierzętom żywność dokarmiając je w ten sposób. Chociaż teraz pojawiła się tendencja, aby zaprzestać dokarmiania zimą, bo w ten sposób przyroda sama naturalnie reguluje liczebność pogłowia. Nie można też zapominać o naszej współpracy z leśnikami, którym pomagamy w sadzeniu lasu powiększając w ten sposób ze wszech miar pożyteczne zalesianie nowych obszarów. Staramy się też spotykać z uczniami organizując pogadanki, pokazy, ucząc w ten sposób dzieci i młodzież szacunku i przywiązania do rodzimej przyrody. Mówiłeś o historii myślistwa, o pożytkach publicznych płynących z aktywności myśliwych. Na koniec powiedz Andrzeju, bardziej osobiście, co tobie dawało i nadal jeszcze daje polowanie i dlaczego ciągle są nowi, chętni do chodzenia ze strzelbą po lesie? Po północnych morskich rejsach w trudnych warunkach (mówiło się u nas, na morzu, że ryba bierze tam gdzie diabeł mówi dobranoc), myślistwo było dla mnie sposobem na odreagowanie trudów i stresów z tym związanych. A do myślistwa prowadziła mnie tradycja rodzinna. Ojciec i stryj, jako świetni myśliwi, polowali w okresie międzywojennym na Kociewiu, w swoich stronach rodzinnych. Po wojnie, jako wrogowie obcy klasowo, nie uzyskali pozwolenia na broń i mimo ponawianych starań zgody takiej nigdy nie uzyskali. Mnie to jednak nie zniechęciło i już w 1962 roku, w czasie studiów w ówczesnej Wyższej 164 Myślistwo to dla mnie rodzinna Szkole Rolniczej w Olsztynie, wstąpiłem do studenckiego koła łowieckiego. Kontynuowałem następnie organizacyjną przynależność w kole łowieckim „Darz Bór” w Sztumie od 1967 roku. A co, poza satysfakcją czysto myśliwską, męskim pojedynkiem człowiek-zwierzę, emocjami, wręcz adrenaliną w momencie celnego strzału po trudnym, czasem długim podchodzie, daje ci myślistwo? Trudno tak wprost powiedzieć, bo w czasie polowania trwającego przecież zwykle wiele godzin, ulegam tylu emocjom i wrażeniom w kontakcie z przyrodą. Gdy tak się zastanawiam to myślę, że dla mnie przez lata, jako że jestem już nestorem myślistwa sztumskiego, szczególnie ważne były wiosenne, poranne zasiadki na kozła albo dzika. Tkwiąc na stanowisku podziwiałem podnoszące się opary mgły, przebijające się przez nie wschodzące słońce, słyszałem narastający stopniowo świergot budzących się ptaków. Obejmowało mnie wówczas wręcz odurzające poczucie świeżości, jakbym obserwował narodziny świata. Tego wrażenia nie pojmie ten, kto go nie zaznał. Myślę, że wielu twoich kolegów myśliwych ma podobne odczucia i potrzeba ich ponowienia, żeby nie powiedzieć rodzaj uzależnienia, wygania ich z domu do lasu i na pola. A jak liczne jest wasze koło i jak wyglądają relacje między towarzyszami łowów? Przed laty nasze koło liczyło około 30 członków. Obecnie jest nas, jeżeli się nie mylę, 70 osób, z przewagą, co mnie cieszy, młodych myśliwych różnych zawodów i wykształcenia. Nie czynimy różnic. Jesteśmy dla siebie kolegami wspierającymi się w potrzebie, w trudnych czasem życiowych sytuacjach. Nie wyklucza to rywalizacji między nami na polu łowiectwa, a na co dzień traktujemy się żartobliwie, dogadując sobie, żartując z różnych naszych opowieści o przewagach i sukcesach myśliwskich. Wszak mówi się o nas, że nie masz większego blagiera niż myśliwy. Dziękuję za rozmowę. Stanisława Wojciechowska-Soja O CZŁOWIEKU, KTÓRY NIE CHCIAŁ PEŁZAĆ PO ZIEMI Zbigniew Kwiatkowski z żoną przed domem w Malborku, fot. archiwum rodzinne 166 O człowieku, który nie chciał pełzać po ziemi Aby dojść w życiu do spełnienia marzeń i tęsknot, musiał wyjąć ręce z kieszeni i szeroko otworzyć oczy. Już w dzieciństwie ciężko pracował. Podpatrywał innych i dużo medytował. Prowadził sekretne rozmowy z Bogiem i by bliżej być niego, wdrapywał się na myśliwską ambonę. W dzieciństwie i w młodości ciągle go prosił, bo wierzył - jak we śnie Salomona - że Bóg go wysłucha. Z biegiem czasu wypełniły się jego błagania. - Ojciec jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Zazwyczaj spokojny i rozważny, ale jak pokazała przeszłość, odważny, gdy trzeba było walczyć o rodzinę i ojczyznę. Wie, kiedy się zerwać do działania. Ma też coś w sobie, co pozwala mu w pewnym sensie przewidywać przebieg zdarzeń - dar wizjonerstwa. Jego rady często się sprawdzają, przede wszystkim te życiowe - tak o Zbigniewie Kwiatkowskim z Malborka mówi jego syn, Tomasz. Jest w takim momencie życia: - O niewiele dzisiaj muszę prosić (a może o wiele?!). Od kiedy skończyłem 50 lat, pod wpływem decyzji synów żyję, myśląc bardziej o sobie i żonie. Było to trudne, aby uświadomić sobie, że tak można, a przede wszystkim czy wypada, mając dzieci, wnuki. I można, i wypada. Dzie-łić się należy majątkiem, swoim czasem, możliwościami jakiejkolwiek pomocy, ale nie należy zapominać o sobie. Kulczyk to zapominanie przypłacił życiem. Nie muszę mieć już zbytnich ambicji zawodowych, ale nie mogę się położyć i czekać na trzęsienie ziemi. Nie muszę Boga prosić o wiele, bo wszystko, co potrzebne do w miarę dostatniego, ale nie ponad potrzebę, życia mam. Mogę i muszę dziękować za to wszystko, prosząc o zdrowie i dobrą przyszłość dla moich dzieci i wnuków. Nie muszę za wszelką cenę zabiegać o mamonę. Wartości moralne, czyste sumienie, poczucie misji w pomaganiu ludziom w trudnej sytuacji - to muszę. Nie muszę już „zbawiać" świata, niech robią to młodsze pokolenia. Muszę być wzorem do naśladowania, ale nie na pokaz - ciszej i spokojniej - oświadcza. *** - Wydałem jedną książkę, niebawem drugą ipiszę trzecią. Zawarłem w niej swoje doświadczenia życiowe. Komentarz do wydanej książki dodał w formie poradnika psycholog Filip Żu-rakowski - informuje. Warto sięgnąć do przemyśleń obu autorów, bo są one pragmatyczne. *** Do szczęśliwego życia dojrzewał powoli i z trudem. Natarczywie dobijają się do jego życiorysu słowa Broniewskiego: Nie głaskało mnie życie po głowie, /nie pijałem ptasiego mleka - /no i dobrze, no i na zdrowie: /tak się wyrasta na człowieka. Z ŻYCIORYSU - DZIECIŃSTWO, TOKSYCZNY OJCIEC Zamieszkał z rodzicami w małej i ciasnej przybudówce w Ryjewie. Ojciec codziennie dojeżdżał do pracy pociągiem. Mama zajmowała się domem. Trochę szyła na maszynie, robiła swetry. Czekała w domu na przyjazd męża z obiadem. Te powroty ojca były zawsze Stanisława Wojciechowska-Soja 167 wielką niewiadomą. Jeżeli nie wracał do 30 minut, wiadomo było, że wróci późnym wieczorem. Takich dni mały Zbyszek bał się najbardziej. Wiedział, że w domu będą awantury, że ojciec będzie bił matkę. Długo nie mógł tego pojąć. Dopiero po latach dowiedział się, że ojciec jest alkoholikiem. - Ojca było słychać już od kilkudziesięciu metrów od domu. Było ciemno. Szedł prawie marszowym krokiem udając, że się nie chwieje. Głośno wypowiadane słowa, a właściwie wyzwiska, nie wiadomo na kogo, i za co, powodowały przyspieszone bicie mojego serca. Paraliżowało mnie do tego stopnia, że często zapominałem o przygotowaniu sobie ubrań na wypadek, kiedy będzie trzeba uciekać z domu - wspomina po latach ten czas w książce „Bóg i pieniądze”. Ojciec nie miał serca do Zbyszka, bardziej bliski był mu pies Reks, z którym potrafił się bawić. Nigdy nie wziął chłopca na kolana, nie przytulił go. Matka natomiast była dla niego czuła i troskliwa. Chroniła go przed ojcem nadużywającym alkoholu. - Jego dom był skromny. Stały dwie wersalki. Mama Zbyszka była rozmowna, ciepła i delikatna. Obaj pochodziliśmy z patologicznych rodzin. Mieliśmy pogięte życiorysy. Mnie matka w dzieciństwie porzuciła. Aż dziw bierze, że nie stoczyliśmy się - mówi Aleksander Grochowski, sołtys siódmą kadencję i siódmą kadencję radny gminy w Ryjewie. Swoją historię opowiedział w książce, której podtytuł brzmi: „Historia Marka, który przeżył piekło, lecz nie poddał się i osiągnął wolność finansową”. Z ŻYCIORYSU - SZKOŁA PODSTAWOWA, CZAS POSZUKIWAŃ Podstawówka była dla Zbyszka - Marka czasem wielkiej rzeźby. Tu zapoczątkowane zostały zalążki jego charakteru. Tu czuł się bezpiecznie, bo pijanego ojca przy nim nie było. Uczył się bardzo dobrze, najlepiej lubił matematykę. Brał udział w licznych konkursach i olimpiadach. Z powodzeniem. Dzięki temu miał okazję wyjeżdżać do innych miejscowości. - To było tak dawno, kiedy chodził do szkoły. Ale utkwił w moim sercu, ponieważ kiedyś mi się zwierzył, że u nich w domu jest ciężko, bo ojciec przepija pieniądze. Poszłam do dyrektora szkoły z prośbą o zapomogę dla niego. Już nie pamiętam, czy to była pomoc jednorazowa, bo przecież stypendiów w podstawówkach kiedyś nie było. Niedawno spotkaliśmy się po 37 latach na „Koncercie uwielbienia", organizowanym przez kościół. Uklęknął przede mną, jakby mi się oświadczał i powiedział, że jest moim uczniem. Ma na imię Zbyszek. O tym imieniu miałam wielu uczniów. Po chwili jednak poznałam go po rysach twarzy, to był ładny chłopak. Moja siostrzenica zapamiętała go, że chodził w ziełonym sweterku. Księdzu nawet opowiedziałam o naszym spotkaniu - opowiada Genowefa Preuss, nauczycielka i wychowawczyni Zbyszka. W szkole podstawowej poznał pierwsze wzloty i upadki miłosne. Jeździł na obozy harcerskie w Bieszczady. Były one sztuką radzenia sobie w sytuacjach wymagających odwagi i sprawności. Należał też do chóru, bo umiał pięknie śpiewać. Nawet wykonywał pieśni w duecie. Był też przewodniczącym samorządu szkolnego. Uczył się przewodzenia uczniom, dało to mu bazę w późniejszym przewodzeniu zespołowi. Ale najbardziej fascynowała go funkcja prezesa spółdzielni uczniowskiej. 168 O człowieku, który nie chciał pełzać po ziemi - Z perspektywy lat jak na to patrzę, to był dobry poligon doświadczalny (...) Zdobyłem wiedzę o drobnej rachunkowości, (...) musieliśmy przecież towar zamówi, sprowadzić, ułożyć na półkach, sprzedać, zrobić kasę, pieniądze odprowadzić do banku, czy wreszcie podzielić zysk. (...) Wchodziłem w życie z podstawami ekonomii, niezbędnymi w dorosłym życiu - ocenia tę działalność. Siódmą klasę skończył z najlepszymi ocenami w szkole. Dał się poznać jako sprawny przewodniczący samorządu, ceniony przez uczniów i nauczycieli. Spółdzielnia przynosiła zyski. Te sukcesy nie szły w parze z życiem rodzinnym. Ojciec coraz bardziej niedomagał. Choroba alkoholowa go coraz mocniej niszczyła. Często dochodziło do karczemnych awantur. Pijany bił matkę bez powodu. Tego „sądnego dnia” uderzył ją butem w głowę. Sam poturbował się niemiłosiernie, spadając ze schodów. Wtedy Zbyszek zagroził ojcu, że policzy się z nim, gdy jeszcze raz uderzy matkę. Ojciec nie spodziewał się takiej reakcji i cisnął go pięścią w głowę, a z ucha polała mu się krew. Wtenczas syn oddał mu. - To nie było bicie, to było okładanie, gdzie popadnie. Biłem w głowę, w klatkę, w plecy. Płakałem, głośno płakałem (...) Nienawidziłem ojca, nienawidziłem tego, że był na tym świecie. Widziałem siebie smażącego się w piekle za podniesienie ręki na ojca (...) Spojrzałem matce w oczy i wybiegłem z domu. Do dziś widzę odbicie siebie w jej oczach. (...) Biegłem przed siebie, nie wiedząc dokąd. Potrącani od czasu do czasu łudzie pytali, co się stało. Nic. Nic się nie stało, po prostu od dzisiaj zmieni się moje życie... - tak opisał to zdarzenie w książce. Z pomocą przyszła mu pani Swiderska, zapraszając do siebie do domu. Przenocowała go i nakarmiła. Zaproponowała też im wynajęcie pokoju. Mama bała się przeprowadzić, ale syn był stanowczy. W czasie nieobecności ojca Swiderscy pomogli im w tej przeprowadzce. Ojciec jeszcze nieraz pijany przychodził pod ich nowy dom, ale w końcu zaprzestał. Od tej pory wiedli z matką w miarę spokojne życie. Na opłacanie czynszu zarabiali, robiąc swetry na drutach. Uprawiali manufakturę: matka robiła przód i plecy, a on rękawy. Ona zszywała całość, a on prasował szwy. Szkołę podstawową ukończył z wyróżnieniem, a mama dostała od dyrektora bukiet kwiatów. Za syna. Z ŻYCIORYSU - SŁUŻBA BOGU Na zboczach wzgórza w Ryjewie monumentalnie wznosi się kościół wybudowany ponad sto lat temu. Zbudowany jest ż czerwonej cegły i ozdobiony dzwonnicą z krzyżem. Jest to Pomezańskie Sanktuarium Świętej Rodziny. To tu Zbyszek przystąpił do Pierwszej Komunii. To tu był ministrantem przez wiele lat. Ale początki służby przy ołtarzu były niezachęcające. Na pierwszej mszy zemdlał w czasie pokłonu. Później już było łatwiej. - Służba w kościele wiele mnie nauczyła. Wiele prawd życia, które mi tam wpajano, wiele zasad, wiele obowiązków miało wpływ na moje całe późniejsze życie. Było to bogactwo którego nie zdobyłbym nigdzie indziej - podsumowuje ten okres. Nazywa go okresem dorastania. To tu nauczył się punktualności, bo na mszę o szóstej rano nie można było się spóźnić. Tu nauczył się odwagi i pozbycia tremy w czasie czytania przed parafianami lekcji. To tu nauczył się sumienności, bo musiał wypełniać wyznaczone dyżury. To tu przed ołtarzem zawierzył swoje życie Matce Boskiej Niestającej Pomocy. Tu brał ślub z Bożenką, tu odnowił tę przysięgę po 25 latach. Lubił to miejsce, lubił to wzgórze z którego Stanisława Wojciechowska-Soja 169 rozlegał się widok na dolinę Powiśla i majaczący w oddali Gniew. Wierzył też w siłę modlitw, sam nawet je tworzył. Modlił się za siebie, za swoją przyszłość. Miał też w okolicach Ryjewa, w stronę Mątek, miejsce szczególne. Była nim wieża, czyli ambona myśliwska. Biegał do niej, by odkryć duszę przed Bogiem, by mu się wyżalić, by błagać o pomoc. Tak było po zdarzeniu, kiedy stanął w obronie matki po bójce z ojcem. Częściej prosił niż dziękował. Obowiązkowo odwiedzał to miejsce w każdą niedzielę po obiedzie, by przemyśleć wiele spraw, by pobyć na łonie natury, by posłuchać ptasiego trelu, kojącego jego nawał myśli. - Czasami samotnie tu przyjeżdżam, by pobyć we wspomnieniach w poszukiwaniu własnej tożsamości. Ale ambony już nie ma. Czas ją zniszczył - mówi ze smutkiem. Z ŻYCIORYSU - PIERWSI MENTORZY - Wakacje po skończeniu podstawówki były inne od wcześniejszych. Postanowili z mamą, że muszą odpocząć od zgiełku zdarzeń związanych z odejściem od ojca. Postanowili pojechać do krewnych mieszkających w małej wioseczce, gdzie stało kilka domów na krzyż. Wuj miał duże i sprawnie funkcjonujące gospodarstwo. Tam wszyscy pracowali i wszyscy byli rozliczani za pracę. Ciocia zajmowała się domem, a pracami gospodarskim i polowymi kierował wujek. Do piątki dzieci dołączył Zbyszek (Marek) i jego mama. Mama zajmowała się głównie kuchnią, sporządzaniem posiłków. Wszyscy spotykali się na posiłkach. Przedobiadek i podwieczorek na polu, bo tam pracowali. Po obiedzie obowiązywała wszystkich godzinna sjesta. Wieczerza była czasem rozliczeń. - Było uderzenie pięścią w blat, jak coś nie było pomyśli wujka. (...) Zdarzało się to rzadko, ale jak był powód po temu, to przysłowiowe wióry leciały. Może to trąciło despotyzmem, ałe dzięki temu ta rodzina zawsze trzymała się mocno i wszyscy byli za sobą. Byli we wsi najlepsi, prawie w każdej dziedzinie. Wujek chyba od dziecka był sołtysem, najlepszym gospodarzem, miał najpiękniejszy dom. W stajni, w garażach był taki porządek, że pewnie niejedni nie mieli takiego w domu - napisał po latach Zbyszek. Pobyt w u wujostwa był dla niego bardzo ważny w późniejszym życiu. - To przykład sprawnego kierowania przedsiębiorstwem. To kontrola pracowników i stworzenie dobrych warunków do pracy. To wymierny obraz osiągania korzyści materialnych i sukcesu. Dostałem za tę pracę 500 zł, co było kwotą niebagatelną. Wujek był moim wzorem do naśladowania - powiedział Zbyszek. Krótkie wakacje spędzał u siostry mamy w Gdyni. To miasto jest bliskie jego sercu do dziś. Tam przeżył uniesienia i porażki miłosne. Ale tam odkrył w sobie talent do biegania. Z kuzynem, który trenował piłkę nożną chodził na stadion w Sopocie, a on ćwiczył bieganie. Zauważył, że przygląda mu się jakiś dziadek. W końcu dziadek do niego przemówił i podał mu kilka wskazówek. - Dowiedziałem się, że jak się chcę dobrze uczyć, mieć świetną pamięć to muszę koniecznie jeść włoskie orzechy. Jak chce wygrywać zawody, to na trzy cztery godziny przed nimi powinienem zjeść półtorej tabliczki czekolady gorzkiej, a potem łyknąć kilka tabletek witaminy „C” - relacjonuje sekrety „Tajemniczego Dziadka”. Wiedział, że trzeba dbać o mózg i ciało. Tak więc i wujek Bogucki, i ów dziadek byli jego ważnymi mentorami. 170 O człowieku, który nie chciał pełzać po ziemi Z ŻYCIORYSU - NAUKA, PRACE SPOŁECZNE Do Technikum Mechanicznego w Malborku dostał się bez egzaminu. Była to elitarna szkoła mundurowa. Szybko zorientował się, że odstaje od poziomu nauczania w nowej placówce. Zrozumiał, że nie interesuje go obróbka skrawaniem. - Nauczyciele od przedmiotów zawodowych pokazali mi, gdzie jest moje miejsce. Zaliczyłem parę pał i zrozumiałem, że moja przeszłość się nie liczy, tu trzeba zacząć wszystko od początku. ( ...) zrozumiałem, że najpierw muszą się nauczyć, jak się uczyć - do takich wniosków doszedł. - Zaskakiwał mnie swoim uporem. To był niespotykany przypadek na te czasy: dziergał swetry na drutach - dziwi się Zenon Łukaszewski, przedsiębiorca instalacji elektrycznych z Ryjewa. O decyzji przeniesienia się do szkoły zawodowej zadecydował dramatyczny los: jego mama spadła ze schodów i połamała obie ręce, nogę i dwa żebra. Przestał chodzić do szkoły. Nie poszedł pod ambonę, obraził się na Boga. - To była porażka. Porażka mojego wiecznego optymizmu, samozaparcia, wiary w Boga, w przyszłość, we wszystko (...) - napisał w książce. Za namową wychowawcy, który specjalnie do niego przyjechał, wrócił do szkoły. I to był strzał w dziesiątkę. Było to w połowie drugiej klasy, kiedy stał się uczniem klasy tokarskiej. - Dostałem stypendium w szkole. Miałem świetne wyniki w sporcie. Udzielałem korepetycji małolatom za jedzenie. Swetrów nie robiłem. Wyrzekłem się tego raz na zawsze. Sprzątałem cmentarz, ksiądz dał parę groszy. Ubierała mnie opieka. Miałem jeden cel, by jak najszybciej do pracy zawodowej - taki postawił sobie słup milowy. Nauka nie sprawiała mu żadnego problemu. Na koniec klasy trzeciej otrzymał zawód tokarza i plecak nagród. Nie sposób pominąć faktu, że nadal był aktywny w Ryjewie. - Interesował się sportem. Był menadżerem drużyny „Relax" Ryjewo. Organizował wyjazdy na mecze - wspomina Zenon Łukaszewski. - Był we władzach „Relaxu”. Starał się o finanse. Razem byliśmy u sekretarza gminnego PZPR, żeby klub lepiej prosperował. Dostaliśmy fundusze na remont płyty boiska oraz na zakup strojów dla zawodników oraz piłek - dodaje Aleksander Grochowski. - Trenowaliśmy kulturystykę. W leśniczówce w stodole zrobiliśmy taką małą siłownię -„ciężarki”- dorzuca Zenon Łukaszewski. Z ŻYCIORYSU - PRACA W PEMALU, STRAJKI, NUTRIE Po skończeniu szkoły odpowiedział na ofertę pracy w„Pemalu” (Malborskie Zakłady Przemysłu Maszynowego Leśnictwa). Była interesująca ze względu na możliwość dokształcania się i na szanse rozwoju. -To Pemal dał mi podstawy zawodowe. Bardzo szeroko pojęte. WPemalu zdobywałem wiedzę od mądrzejszych od siebie. Dwadzieścia lat i cztery miesiące pozwoliły mi się realizować zawodowo. Zaczynałem w 1973 roku od trzymiesięcznego stażu jako tokarz, potem jako członek brygady montującej obrabiarki. Następnie awansowano mnie na brygadzistę innej brygady montażowej. Potem zostałem kierownikiem rozdzielni robót. To dział odpowiedzialny za organizację produkcji. Od wyobraźni organizacyjnej po zapewnienie pracy na wielu stanowi- Stanisława Wojciechowska-Soja 171 skach to obowiązki tego kierownika. W połowie osiemdziesiątych powierzono mi obowiązki na trzy miesiące kierownika zakładu w Nowym Dworze Gdańskim. Zostałem tam kilka lat, aż do 31 XII1993. Do ostatniego dnia mojej pracy w Pemalu. Odszedłem, aby wraz z kolegami rozpocząć inny rozdział zawodowy w moim życiu - podsumowuje ten wycinek życia. Kiedy został brygadzistą miał pewne opory, czy sobie z tym poradzi. - Zbędna gadatliwość, bez sensu przerywanie pracy, odporność na wiedzę niektórych - to były błahostki. Co jednak zrobić ze spożywaniem alkoholu w pracy albo z wynoszeniem nie swoich rzeczy? Te i wiele innych myśli spędzały mu sen z powiek. W takich sytuacjach pojawiał mu się przed oczyma palec mamy, który ostrzegał przed robieniem krzywdy. Jak sobie poradził w pracy jako szef, ocenił to jego ówczesny dyrektor, Andrzej Barcikowski: - Pan Zbigniew Kwiatkowski był pracownikiem wyróżniającym się. Chciałpracować sumiennie. Sam sobie stawiał coraz trudniejsze zadania, montował obrabiarki do drewna, co wymagało sprawności i precyzji. Bardzo szybko osiągał i przekraczał normę. Szukał dodatkowego zarobku, bo mu rodzina powiększała się i miał chorą matkę. Skończył technikum. Sam chciał się uczyć. Awansował od tokarza do kierownika działu. Chciał też umysłowo awansować. Wymagał od siebie i od innych. Nie zanotowałem żadnej skargi, żeby kogoś skrzywdził. Nawet wstawiał się za niektórymi. W czasie strajku byliśmy razem. Bałem się, by załoga nie wyszła na ulicę. Rozmawialiśmy wprawdzie różnym językami, aleja widziałem w nim człowieka dalekiego od awantury. Był przewodniczącym strajku, bo wyróżniał się inteligencją wrodzoną. Kiedyś mnie zadziwił, bo przyszedł do mnie porozmawiać, co ma robić, gdyż ma się stawić w WKU, a nie chce opuszczać strajku. To bardzo odpowiedzialny człowiek. *** W okresie pemalowskim przeżył gorący sierpień 1980 roku. Wraz kolegami byli w Stoczni Gdańskiej. Widział Wałęsę, Jagielskiego, Gwiazdę, Pieńkowską. W swoim zakładzie zadbał o to, by nie było rozlewu krwi. Nie wyszedł na ulicę, bo uważał, że miejsce firmy nie jest na za bramą. Miał też bolesne epizody ze Służbą Bezpieczeństwa. Po strajku wywiózł go jeden z agentów do parku i kazał mu podpisać kartkę, strasząc, że jak nie podpisze to straci syna. On ze strachu i wściekłości wyrwał ją mu i wsadził do buzi. - Zacząłem ją żuć jak suchą kromkę chleba - napisał w książce. Nigdy nie był w żadnej partii, więc nie miał go, kto bronić. Przeżył też pierwsze porażki biznesowe. - Zaproponował mi hodowlę nutrii. Znał faceta z Kwidzyna, który rezygnował z hodowli. Kupiliśmy wspólnie i umieściliśmy je w klatkach na moim podwórku. Wydzierżawiliśmy pole na buraki. Kosiliśmy siano. Mieliśmy dyżury co dwa dni. Jemu mama też pomagała. Zimą przeprowadził się do Malborka i już wtedy widzieliśmy, że marne z tego będą dochody. Właściwie to trafiliśmy na koniec tzw. złotego łańcuszka czy piramidy, gdzie początkujący w grze mają szanse na sukces. Rynek nutrii już był nasycony. Nie skończyło się sukcesem. Namawiał mnie też do hodowli dżdżownic kalifornijskich na wyroby do celów farmakologicznych, ale bałem się ryzyka. Odważnie szukał możliwości tzw. dorabiania i zagospodarowywania czasu wolnego - wspomina Marian Matlewski, mieszkaniec Białej Góry, wcześniej Ryjewa. Jedno jest pewne, że z przegranej umiał wyciągać wnioski. 172 O człowieku, który nie chciał pełzać po ziemi Z ŻYCIORYSU - INTERTOP SPEŁNIENIEM MARZEŃ Po prawej stronie rwącej drogi do Elbląga na obrzeżach miasta przycupnął Intertop. - Firma istnieje od wiosny 1991 roku. Zajmuje się handlem materiałami budowlanymi i stalą, produkcją i usługami. Produkcja to głównie pojemniki metalowe służące do transportu części samochodowych wielu marek w Europie. Należę do współwłaścicieli. Zajmuję stanowisko zastępcy dyrektora do spraw produkcji - informuje Zbigniew Kwiatkowski. - Pracuje się tu dobrze. Wszystko gra. Szef rozumie problemy warsztatu, pomoże ludziom. Niektórzy właściciele są inni - ocenia Janusz Kolman. W tym okresie spełniły się jego marzenia. Nie nazywa siebie człowiekiem sukcesu. -Jestem szczęśliwy i spełniony. Jestem współwłaścicielem firmy Intertop w Malborku. Mam udane życie rodzinne. Moi obaj synowie piastują funkcje dyrektorskie w swoich zakładach pracy. Mam dwóch fantastycznych wnuków - skarbków. Moja żona to wierna towarzyszka życia. Razem zwiedziliśmy ponad 50 krajów. Osiągnąłem płynność finansową. Mam tzw. żelazny, nienaruszalny zapas. Część pieniędzy przeznaczam na cele charytatywne. Staram się żyć w harmonii ze światem. Myślę optymistycznie - zapewnia. Z ŻYCIORYSU - CZAS NA DZIELENIE SIĘ Z INNYMI Zbigniew Kwiatkowski miał szczęście, że na swej drodze spotkał Filipa Żurakowskie-go, trenera biznesu z Wałbrzycha. Na kursie zorganizowanym przez firmę „Atlas”, jednym z zadań ustalonych przez trenera było rozwiązanie testu. Zbigniew wykonał zadanie w stu procentach. Zwrócił tym uwagę prowadzącego. Panowie szybko zaczęli nadawa na tych samych falach. Połączył ich fakt, iż obaj piszą, ale Kwiatkowski do szuflady. Postanowili wydać coś wspólnego. W tym celu spotkali się w leśniczówce Wydry, niedaleko Ryjewa. Przez kilka dni zawładnęła nimi burza mózgów. Powstało dzieło napisane kursywą, to wątek fabularny o Marku. - Zbigniewie oraz częśćporadnikowo-komentatorska, tzw. elementarz życia. Zrobili to na użytek publiczny, by czytelnicy wybrali coś dla siebie, co może odmienić ich życie. Wystąpili w audycji TV Biznes, gdzie w wywiadzie przeprowadzonym przez Krzysztofa Turowskiego podzielili się przemyśleniami o tym, że można dojść do biznesu uczciwie. - Mniej się wtedy ma, ale nikt do nas nie zapuka i poprosi o wejście do domu o szóstej rano - powiedział Zbigniew. Filip Żurakowski skoncentrował się na duszy biznesu i inteligencji finansowej (umiejętności wydawania pieniędzy). Już minęło bez mała 5 lat od pojawienia się tej książki. Nadal budzi zainteresowanie. Dwie panie w słusznym wieku przeczytały ją w lipcu bieżącego roku. Podzieliły się swoimi refleksjami. - To książka ciekawa i pożyteczna, taka, którą się czyta lekko i przyjemnie, ale nie traktuje bynajmniej o sprawach błahych, bowiem stanowi próbę pogodzenia dwóch, zazwyczaj przeciwstawianych sobie wartości: „mieć i być". Jak sięgnę pamięcią, wpajano mi w szkole, w kościele, w domu, w publikatorach, że bogactwo, dobra materialne, czyli klasa wartości związanych z „mieć” jest czymś niższym Stanisława Wojciechowska-Soja 173 jakościowo, przyziemnym i wstydliwym, czego nie należy pożądać, a nawet powinno się tego wystrzegać, bo przeszkadza to skupieniu się na sprawach duchowych i wzniosłych. Podobnie jak bohater tej książki, Marek Zieliński, pochodziłam z domu, w którym się nie przelewało, miałam trudne dzieciństwo, więc dylemat „mieć czy być” nie bardzo mnie dotyczył. Jak większość powojennego pokolenia dzieci miałam mgliste pojęcie o bogactwie, dostatku i wiązałam je raczej z bajkami i skarbami w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Autorzy mówią do czytelnika w trybie rozkazującym, chwilami ich frazeologia przypomina tę znaną z Biblii, dzięki czemu przekazywane treści brzmią jak nakaz, imperatyw moralny. Są tak przekonywające, jak słowa Chrystusa, gdy mówił: Wstań, wypłyń, chodź. Dzięki temu zabiegowi, czytelnik czuje się zmotywowany, nabiera wiary, że jest w stanie osiągnąć to, o czym piszą autorzy. Odbiorca, zwłaszcza ten młody, zyskuje nie tylko odpowiednią motywację do działania, ale i odpowiednie wskazówki, jak ma postępować, na co zwracać uwagę, czego się wystrzegać, aby osiągnąć cel, o którym marzy. Zasadniczo celem tym ma być zdobycie i utrzymanie zamożności. Ale nie tylko, bo jest tu wiele podpowiedzi, jak zorganizować swoje codzienne życie, by poradzić sobie z nawałem obowiązków, czyli, mówiąc językiem Kotarbińskiego, jest taki traktat o dobrej robocie, tyle, że napisany jasnym, zrozumiałym językiem. Podpowiedzi owe przydadzą się i młodzieńcowi i starszemu panu. Książkę poleciłabym przede wszystkim ludziom młodym jako przejrzysty, dostępny podręcznik z ekonomii. Powinna ona zostać pomocną lekturą w gimnazjum i liceum, (szczególnie te fragmenty mówiące o udrękach okresu dojrzewania!). A przede wszystkim powinni przeczytać ją młodzi rodzice, ci zagrożeni utratą pracy i ci, którzy pragną właściwie wychować swoje potomstwo. Dodatkowym walorem książki, ważnym dla mnie jako osoby wierzącej, jest dyskretne, niezbyt natrętne odniesienie wszystkich wartości do Boga. Bohater przeżywa rozterki, ale nigdy nie traci wiary, zawsze czuje Bożą obecność i opiekę. Pięknie potrafi rozmawiać z Bogiem i modlić się. To nie mniejsza umiejętność, jaką można wynieść z lektury, niż te z dziedziny ekonomii - pisze Helena Peszyńska z Elbląga emerytka, dyrektorka szkoły podstawowej. - Część biograficzna o Marku daje nadzieję, że nawet najtrudniejsze kryzysowe czy traumatyczne doświadczenia można przetworzyć na służące rozwojowi. Sugestie, a bardziej rady (pouczenia?) Marka kierowane do Faraona i „ściągawki" pełnią taką rolę. „Chwila zadumy” motywuje do samodzielnego poszukiwania skutecznych zachowań do postawienia sobie pytania o życiową drogę, którą już się przebyło, bądź która pozostaje do przebycia. Mimo że nie czuję się adresatką tej książki, zadowolona jestem, że ją przeczytałam. kkk Hellen Keller amerykańska głuchoniewidoma pisarka napisała: „Nie wolno zgadzać się na pełzanie, gdy czujemy potrzebę latania”. Zbigniew Kwiatkowski wybrał latanie. Tylko człowiek unosi głowę do góry idąc. Zwierzęta patrzą w dół - powiedział. Od autorki: Niektóre nazwiska i koneksje rodzinne zostały zmienione z powodu na fakt, że żyją krewni przedstawionych osób i niektóre zdarzenia mogłyby ich emocjonalnie dotknąć. Muzyka Wacław Bielecki Z NOTATNIKA MELOMANA W październiku br. wiele osób, nawet te które na co dzień niezbyt interesują się muzyką klasyczną, pasjonowało się XVII Międzynarodowym Konkursem Chopinowskim. Ja również poświęciłem temu wydarzeniu trochę czasu, ale w bieżącym notatniku relacjonuję niektóre koncerty muzyczne wysłuchane na żywo w mojej muzycznej prowincji. DNI CHOPINOWSKIE W WAPLEWIE Po dwuletniej przerwie spowodowanej remontem pałacu Sierakowskich w ostatni weekend września 2015 roku odbyły się w Waplewie Wielkim w powiecie sztumskim „10. Dni Chopinowskie”. Miejsce to, zwane pomorskim Soplicowem, jest ciągle jeszcze mało znane. Niegdyś odwiedzili je wielcy twórcy, m.in.: Józef Kraszewski, Jan Matejko, Elwiro Andriolli oraz Fryderyk Chopin, który w 1827 roku muzykował tutaj z Antoniem Sierakowskim grającym na skrzypcach. W okresie zaborów oraz przed II wojną światową była to, jak wspominała obecna na otwarciu pałacu Izabella Sierakowska-Tomaszewska, „polska placówka w pruskim morzu.” Właściwie wszyscy właściciele pałacu mają szczególny wkład w pielęgnowanie i umacnianie tradycji patriotycznych na Powiślu. Ostatni z nich - Stanisław i Helena Sierakowscy zostali za to bestialsko zamordowani przez hitlerowców w 1939 r. Po wojnie pałac długo przeżywał trudne chwile aż do grudnia 2006 roku w którym został oddziałem Muzeum Narodowego w Gdańsku jako: Muzeum Tradycji Szlacheckiej - Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonią. Na gruntowny remont trzeba było czekać jeszcze kilka lat. W końcu udało się. Po uzyskaniu 8 min złotych z funduszy Unii Europejskiej oraz Samorządu Województwa Pomorskiego pałac został odrestaurowany. W bocznym skrzydle, dawnej oranżerii, znalazła się nowa sala koncertowa na ponad sto miejsc. To w niej odbył się koncert upamiętniający zakończenie prac remontowych, oczywiście, z udziałem pomorskich vipów na czele z marszałkiem województwa i wieloma melomanami. Koncerty w Waplewie są organizowane od 2001 roku. Zapoczątkowała je prof. Elżbieta Sokolnicka z grupą uczniów z gdańskiej szkoły muzycznej. W planowaniu programów koncertów decydujący głos ma Olga Walentynowicz, prezes Gdańskiego Koła Towarzystwa im. F. Chopina, która postarała się aby ostatnie koncerty były wypełnione muzyką polską. W piątek 25 września wystąpili muzycy „Nahorny Trio” w składzie: Włodzimierz Nahorny - fortepian, Mariusz Bogdanowicz - kontrabas i Piotr Biskupski - perkusja. Grali improwizacje jazzowe jedynie na tematy utworów polskich kompozytorów i własne kompozycje lidera zespołu. W sobotę 26 września odbył się koncert muzyki klasycznej. Zagrała Elbląska Orkiestra Kameralna (EOK) pod batutą Marka Mosia. Kameraliści zaczęli występ od „Etiudy C-dur op.10” F. Chopina w opracowaniu na orkiestrę smyczkową. Potem zabrzmiał Wacław Bielecki 175 „Koncert e-moll” naszego największego pianisty. Partię solową zagrał przepięknie prof. Bogdan Czapiewski z Akademii Muzycznej w Gdańsku. Zachwycona publiczność wyprosiła dwa bisy, były to „Preludium Des-dur”, tzw. deszczowe oraz dramatyczne „Scherzo b-moll”. Po przerwie wysłuchaliśmy trzech utworów na orkiestrę smyczkową: „Serenady” Mieczysława Karłowicza (tylko dwie części - Walc i Romans), „Tańca góralskiego” z baletu „Harnasie” Karola Szymanowskiego (w znakomitej aranżacji Wiesława Swiderskiego sporządzonej specjalnie dla EOK) oraz brawurowo wykonanej „Orawy” Wojciecha Kilara. Na zakończenie, dla uspokojenia emocji, orkiestra wykonała na bis nostalgiczne „Preludium e-moll” Chopina. Prof. Bogdan Czapiewski gra koncert Chopina z Elbląską Orkiestrą Kameralną, fot. W. Bielecki W sumie był to znakomity koncert. Jakie będą następne? Mam nadzieję, że pałac w Waplewie, jak mówił jego gospodarz Maciej Kraiński (odznaczony podczas uroczystości Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”), zostanie przyłączony do Kujawsko-Pomorskiego Szlaku Fryderyka Chopina zaczynającego się w Szafami niedaleko Torunia i zakończy się w Waplewie. Wtedy koncertó w na pewno będzie więcej. Aby dać świadectwo prawdzie, trzeba przypomnieć, że tak naprawdę, pierwszy koncert w odbudowanej oranżerii odbył się dwa miesiące wcześniej, 19 czerwca br. podczas „9. Pomorskich Dni Chopinowskich.” Do Waplewa zostali wtedy zaproszeni uczniowie z trzech szkół muzycznych - Malborka, Elbląga i Gdańska. „Młode talenty”, bo tak nazwano koncert, zaprezentowały się przed licznie zebraną publicznością. W koncercie wystąpiło aż 21 uczniów, 10 jako soliści i reszta w zespołach kameralnych: duet - flet z akordeonem, dwa tercety - fortepianowy i trąbkowy oraz kwartet smyczkowy. Wiek występujących był bardzo zróżnicowany - od klasy II podstawowej szkoły muzycznej, po 176 Z notatnika melomana uczniów z klasy XI szkoły średniej. Podobnie zróżnicowany był repertuar, od Bacha po kompozytorów współczesnych. Tymon Rutkowski po koncercie, fot. W. Bielecki Ewa Głowacka wiolonczela, prof Anna Prabucka-Firlejfortepian, fot. W. Bielecki Wieczór zaczął się od niespodzianki, albowiem jako pierwsi wystąpili uczniowie, którzy są mieszkańcami Waplewa. Pianista Tymon Rutkowski uczeń VIII klasy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej w Elblągu (naucz. Galina Parfenowa) oraz wiolonczelistka Ewa Głowacka, także z VIII klasy ze szkoły muzycznej Gdańsku (naucz, prof. Krzysztof Sperski). Potem prezentowali swoje umiejętności pozostali wykonawcy. Wśród nich były niewątpliwe talenty, jak choćby skrzypaczka Małgorzata Wójcik z Elbląga, która z zadziwiającą lekkością i polotem wykonała „Subito” Witolda Lutosławskiego przy akompaniamencie nauczycielki Ełeny Aleksiejuk. Wiolonczelista Agata Nowak z Gdańska fenomenalnie zgrała „Fantasiestucke” Roberta Schumanna. Koncert zakończyła mini recitalem chopinowskim. Natalia Zaleska z Gdańska wykonała dwa „Mazurki z op. 41” - e-moll i H--dur, oraz dwa „Walce z op. 34” - As-dur i a-moll, a na zakończenie „Balladę g-moll op. 23”. Maciej Kraiński podziękował wszystkim wykonawcom wręczając im czerwone róże. KONCERTY ORGANOWE W SZTUMIE, POZNANIU, GDAŃSKU I OLSZTYNIE Sztumska parafia św. Andrzeja Boboli wzbogaciła się o nowy instrument: elektroniczne organy firmy Viscount. To chyba największy na Powiślu i Żuławach instrument z 54 głosami, 3 klawiaturami ręcznymi i klawiaturą nożną. Podkreślić tu trzeba, że nie są to organy piszczałkowe, a elektroniczne. Znaczy to, że chociaż kontuar (stół do gry) instrumentu jest taki sam jak w tradycyjnych organach, to za plecami organisty nie widać szaf z metalowymi piszczałkami, a w ich miejscu znajduje się pięć dużych głośników. Za klawiaturą nowych organów w niedzielne popołudnie 11 października 2015 r. zasiadł organista Maurizio Conca, rodowity Włoch, który ma za sobą studia w konserwatorium w Turynie, i u nas w Gdańsku, w klasie prof. Romana Peruckiego w ramach programu Erasmus (dyplom w 2012 r.). W tym czasie studiował także kompozycję u prof. Andrzeja Szadejko i prof. Krzysztofa Olczaka. Wacław Bielecki 177 Ten młody muzyk od sześciu lat mieszka w Polsce, a od lutego 2015 roku pracuje jako organista w parafii św. Andrzeja Boboli w Sztumie. Jest on organistą koncertującym. W sierpniu br. występował w kościele ewangelicko-augsburskim w Giżycku, podczas Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej. Na swoim koncie ma koncerty w miastach włoskich i polskich, m.in. w: Turynie, Asti, Alessandrii, Gdańsku, Bydgoszczy, Pasymiu, Jastarni, Nysie. Maurizio Concagra na nowych elektronicznych organach w Sztumie, fot. W. Bielecki Na program inauguracyjnego koncertu w Sztumie, trwającego ponad godzinę, złożyły się następujące utwory: T. Dubois - „Marsz tryumfalny”, J.S. Bach - „Concerto C-dur BWV 594” (według A. Vivaldiego), G. Arrigo - „Campanella”, E. Morricone - „Gabriels oboe”, M.K. Ogiński - Polonez „Pożegnanie ojczyzny”, J.S. Bach - „Preludium i fuga c--moll BWV 546” oraz na bis J.S. Bach - słynna „Toccata i fuga d-moll”. Nigdy dotąd nie słyszałem koncertu w kościele wykonywanego na organach elektronicznych. Zawsze to były organy piszczałkowe. Byłem bardzo zdziwiony jak wiernie ograny Viscount naśladują organy piszczałkowe. To świetny instrument z wieloma możliwościami, ale wątpliwe jest aby taka była przyszłość organów kościelnych. Koncertujący organiści zdecydowanie wolą grać na organach piszczałkowych. Akustyka w kościele nie jest dobra. Jest on dość duży i prawie pusty, stąd występuje duży pogłos trwający około 3 sekund. Koncert został ciepło przyjęty przez słuchaczy. Wydaje mi się, że na Powiślu i Żuławach nie ma tak dobrego, koncertującego organisty, po dwóch uczelniach - w Turynie i w Gdańsku - jak Maurizio Conca. 178 Z notatnika melomana Muzyki organowej udało mi się posłuchać także w trzech innych miastach: Poznaniu, Gdańsku i Olsztynie. Akurat w tym roku zbiegły się: VMiędzynarodowy Konkurs Organowy im. Feliksa Nowowiejskiego odbywający się w Poznaniu pod koniec sierpnia oraz IX Międzynarodowy Konkurs Organowy im. Jana Pieterszoona Sweelincka w Gdańsku zakończony pod koniec września. Taka sytuacja zdarza się raz na piętnaście lat, bo konkurs w Gdańsku odbywa się co trzy lata, a w Poznaniu co pięć. Następna taka zbieżność będzie miała miejsce dopiero w 2030 roku. Nie ma tutaj miejsca na szerokie rozpisywanie się o tych wydarzeniach, podam więc kilka krótkich informacji, pomijając z żalem relację z konkursu w Poznaniu. *** Zawód organisty kojarzy się zwykle z mężczyzną. Jednak ten kto śledził przebieg IX Międzynarodowego Konkursu Organowego im. Jana Pieterszoona Sweelincka w Gdańsku mógł dojść do wniosku, że tutejsi jurorzy ...lubią organistki, i to z obcych krajów. Trzy pierwsze miejsca zajęły bowiem młode panie nie pochodzące z Polski. Startujący w konkursie muzycy przeszli przez trzy etapy eliminacji. Pierwszy etap odbył się w Bazylice św. Mikołaja w Gdańsku, drugi, po raz pierwszy w historii konkursu, w Pasłęku. W tamtejszym kościele św. Bartłomieja znajdują się świetnie brzmiące, barokowe organy pochodzące z warsztatu gdańskiego organmistrza Andreasa Hildebranta. Do ostatniego etapu jurorzy dopuścili pięć osób. Grali oni na organach w filharmonii na Ołowiance. Konkurs zakończył się wręczeniem nagród oraz koncertem w wykonaniu laureatów trzech pierwszych nagród. Anastasia Kovbyk z Rosji (III nagroda - 4 tys. zł) nieco nerwowo zagrała „Litanię” Jehana Alaina, który to utwór przypomina litanię tylko z nazwy, bo brak w nim nieustannie powtarzających się, tych samych motywów. Następnie usłyszeliśmy ładnie zarejestrowaną i dość mocno zróżnicowaną w nastrojach „Fantazję A-dur” Cezara Francka zagraną przez Karolinę Juodelyte z Litwy (II nagroda (8 tys., otrzymała również nagrodę specjalną 2 tys. zł za wykonanie utworu patrona konkursu J.P. Sweelincka). Krótką prezentację laureatów zakończyła zdobywczyni I miejsca Jiy-oung Kim-Barthen z Korei Południowej (20 tys. zł), która brawurowo i z wielką swobodą wykonała „Preludium i fugę nt. B- A- C- H” Franciszka Liszta, z upodobaniem używając głosów brzmiących nieco „chrapliwie”. Na tym koncert się nie skończył. Po laureatach zagrali gdańscy filharmonicy pod batutą angielskiego dyrygenta Davida Hilla. Wykonali dwa utwory, najpierw kompozycję o nazwie „Fantasia on Greensleave” R.V. Williamsa opartą na znanej melodii irlandzkiej. Potem usłyszeliśmy światowe prawykonanie „Koncertu na organy i orkiestrę symfoniczną” (2010) norweskiego kompozytora Monsa Leidvina Takie. Utwór ten jest dedykowany polskiemu organiście Robertowi Brodackiemu, który zasiadł za klawiaturą organów. Na sali był obecny kompozytor. Była to kompozycja całkiem inna, odbiegającą od stylu wykonywanych podczas konkursu utworów. Zaczyna się bardzo rytmicznie, wręcz tanecznie. W półgodzinnym koncercie można usłyszeć kilka tańców, nawet klasyczne tango i wolnego walca oraz rytmy jazzowe przypominające Gershwina. Partia organów nie jest zbyt trudna, wirtuozowska, Wacław Bielecki 179 instrument ten nie dominuje w utworze, no może w ostatniej części. Nie jest koncert w stylu Haendla, czy Poulenca, można go raczej zakwalifikować do muzyki popularnej. Słuchacze przyjęli utwór życzliwie, oklaski były dość mocne, ale raczej kurtuazyjne. Skoro mowa o publiczności, to zauważyłem, że koncerty organowe, nawet światowe wykonania, nie cieszą się zbyt wielkim wzięciem. Sala filharmonii na Ołowiance zapełniona była zaledwie w połowie. Jeszcze gorzej było podczas eliminacji konkursowych. Zmaganiom uczestników w Pasłęku przysłuchiwało się tylko kilka osób. Dlaczego tak jest? Myślę, że między innymi, przyczyna tkwi w organizacji konkursu. Jest on bardzo słabo reklamowany, poza tym brakuje podstawowych informacji. Na stronach internetowych Polskiej Filharmonii Bałtyckiej oraz Akademii Muzycznej w Gdańsku nie można było znaleźć godzin rozpoczynania kolejnych etapów eliminacji. Nie podano ostatecznej listy uczestników - było ich w końcu 17, a na stronie wymieniono 22. Po zakończeniu kolejnych etapów nie było informacji, kto dostał się do kolejnego etapu. Zabrakło zdjęć i informacji o wszystkich uczestników konkursu. Można przypuszczać, że organizatorzy sami nie wierzą w to, że konkurs może zainteresować melomanów. Co więcej, podczas konkursu laureatów słuchacze nie otrzymali powielonego choćby na zwykłym kserografie programu koncertu. Prowadzący konkurs, oprócz nazwiska i kraju pochodzenia, nic więcej nie powiedział o zwycięzcach. Niewiele usłyszeliśmy też o zupełnie przecież nowym koncercie organowym M. L. Taklea. Mam nadzieję, że za trzy lata na X konkursie organizatorzy wezmą pod uwagę także zwykłych melomanów i dostarczą im niezbędnych informacji oraz będą zabiegać o to, aby znalazły się one w lokalnej i ogólnopolskiej prasie, radio i telewizji, a przede wszystkim w Internecie. W tym roku gdański konkurs był w mediach prawie nieobecny. Kolejnym miastem w którym miałem możliwość posłuchania muzyki, nie tylko organowej, był Olsztyn. Tutaj w Bazylice Katedralnej św. Jakuba w sobotę 24 października odbył się koncert pn. Portret Feliksa Nowowiejskiego. Jego organizatorami byli pracownicy Instytutu Muzyki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Dzień wcześniej odbyło się spotkanie naukowe poświęcone temu kompozytorowi, urodzonemu w pobliskim Barczewie. Miałem możliwość wysłuchania 10 referatów. Nie będę streszczał ich treści, przekażę tylko najbardziej interesującą wiadomość. Otóż olsztynianie z uniwersytetu i filharmonii starają się o ogłoszenie przez Sejm RP - Międzynarodowego Roku Feliksa Nowowiejskiego (ma to związek z 70 rocznicą śmierci kompozytora wypadającą w 2016 r.) oraz o wystawienie najsłynniejszego po „Rocie” utworu Nowowiejskiego - Oratorium „Quo vadis” podczas wizyty papieża Franciszka w Krakowie w lipcu przyszłego roku. Czy to się uda? Wracam do sobotniego koncertu w bazylice. Zaczął się on i skończył utworami organowymi mistrza z Barczewa. Na początku Jerzy Kukla, organista z Lublina, znany sztumskiej publiczności, zagrał nastrojową - Fantazję „Boże Narodzenie w prastarym Kościele Mariackim w Krakowie”, utwór który usłyszał jako kilkunastoletni chłopiec, i który sprawił, że wybrał zawód organisty. Następnie usłyszeliśmy pierwszego koncertmistrza 180 Z notatnika melomana Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej Artura Miliana w dwóch utworach skrzypcowych Nowowiejskiego - „Wizji” i „Legendzie” z akompaniamentem Agnieszki Panasiuk na fortepianie (a tak naprawdę był to keyboard Kawai). Obie miniatury zostały wykonane słabo, bo tylko odegrane z nut, na chłodno, bez próby nadania im jakiejś interpretacji. Szkoda. Sopranistka Ewa Alchimowicz-Wójcik z fortepianowym akompaniamentem Lucyny Żołnierek zaśpiewała pięć pieśni ludowych z Warmii oraz arię z opery „Kaszuby”. Wszystko byłoby dobrze, gdyby śpiewaczka często nie zerkała do nut rozłożonych na pulpicie. Marnie wyglądało śpiewanie krótkich pieśni ludowych z nut, choć trzeba zauważyć, że publiczności spodobała się efektownie (teatralnie) wykonana piosenka „Siedzi jestrzóm-bek na ziśni”. Natomiast aria z opery „Kaszuby”, moim zadanie, słusznie należy do utworów zapomnianych. Kolejnym wykonawcą był Chór „Bel Canto” prowadzony przez Jana Połowianiuka. W jego wykonaniu usłyszeliśmy cztery pieśni patriotyczne i dwie ludowe. Niewielki, 25-osobowy chór zaśpiewał bardzo ładnie, z dobrą dykcją i emisją. Dyrygent prowadził zespół z dużą werwą i pewnością, wyrazistymi i estetycznymi ruchami rąk. Szkoda, że niektóre z tych pieśni, np. „Hymn Rzeczypospolitej”, czy „Obrona Warszawy” wykonywane są niezmiernie rzadko. Jeszcze następnego dnia w uszach miałem jedną z najbardziej znanych pieśni chóralnych Nowowiejskiego „Nasz Bałtyk” z refrenem zaczynającym się od słów „I póki kropla jest w Bałtyku”. Koncert zakończył się „IX symfonią organową op. 45” Nowowiejskiego. Ta wielka kompozycja składa się z trzech części: Toccata, Scherzo, Finale - improvizazione, i można ją wykonywać w dwóch wersjach - na organach z towarzyszeniem grupy instrumentów dętych blaszanych i kotłów lub na organach solo. W tej ostatniej wersji symfonia została zagrana w Olsztynie. Wykonanie było wspaniałe. Jerzy Kukla potrafił przez starannie dobrane tempa, bardzo zróżnicowana dynamikę oraz nieustanną zmianę głosów organowych pokazać skomplikowaną strukturę utworu. Zazwyczaj najbardziej wpada w ucho ostatnia część symfonii, która jest zapisaną przez kompozytora improwizacją na temat „Bogurodzicy”. W katedrze św. Jakuba ta część zaczęła się tematem zagranym na tle bijących dzwonów organowych. To był niezwykle piękny moment. Potem bałem się, czy czasem organista nie włączy dzwonów na końcu utworu, ale na całe szczęście tak się nie stało. Mnie jednak tym razem najbardziej podobała się środkowa część symfonii - Scherzo, w którym kilkanaście razy powtarza się figlarny temat mazura, przechodzący często w oberka, za każdym razem grany na innych piszczałkach oraz różnicowany rytmicznie i melodycznie. To było finezyjne wykonanie. Mogło do niego dojść dzięki świetnemu organiście - wirtuozowi oraz instrumentowi, jakim są olsztyńskie organy katedralne. Wykonanie IX Symfonii organowej potwierdza znaną tezę, że dobry instrument w dobrych rękach gwarantuje duże przeżycie estetyczne. Niestety, nie można powiedzieć tego o całym koncercie. Wzbudził on u mnie bardzo zróżnicowane uczucia i oceny o których już wspomniałem. Wacław Bielecki 181 Dodać trzeba, że na koncercie nie było zbyt wielu słuchaczy. Główna nawa katedry była zapełniona trochę więcej niż w połowie (około 100 osób). Ciekawe o wykony wanych utworach mówił prelegent Marek Marcinkowski, który napomknął nawet o „słynnym koncercie plebiscytowym w Sztumie”. Niestety, koncert trwał za długo, jak na tę porę roku, bo ponad dwie godziny. Słuchaczom doskwierało zimno i część z nich nie wytrzymała do końca, jednakże dla wytrwałych koncert był okazją do częściowego zapoznania się z wielostronną twórczością F. Nowowiejskiego, był jakby jego muzycznym portretem. NOWA MUZYKA W NOWEJ SYNAGODZE I STARYM RATUSZU Koncert monograficzny Pawła Mykietyna, jednego z najbardziej znanych polskich kompozytorów współczesnych odbył się w ramach IV edycji Festiwalu Neo Arte -Spektrum Muzyki Nowej w sobotę 10 października 2015 r. Chociaż Gdańsk znam od wielu lat, to po raz pierwszy byłem na koncercie w Nowej Synagodze we Wrzeszczu. Budynek ten niedawno został zwrócony Żydowskiej Gminie Wyznaniowej. Po wojnie, przez wiele lat działała tutaj szkoła muzyczna. Cała synagoga od środka wygląda, niestety, dość siermiężnie. Mieszcząca się na I piętrze nieduża sala koncertowa dawno nie była remontowana. Ściany są pokryte kwadratowymi płytkami dźwiękochłonnymi, pomalowanymi kiedyś na biało, obecnie przybrudzonymi. Skrzypi parkietowa podłoga, krzesła są stare i niezbyt wygodne. Kompozytor Paweł Mykietyn (drugi od lewej) i wykonawcy koncertu w Starej Synagodze we Wrzeszczu, fot. W. Bielecki 182 Z notatnika melomana Koncert został zapowiedziany jako niezwykłe wydarzenie, bo muzyka była ilustrowana rzucanymi na dużą ścianę filmami przedstawiającymi jakieś fizyczne laboratoria - przyrządy i wykresy. Pierwsze dwa utwory już wcześniej słyszałem w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Teraz bardziej spodobały mi się „Epifora” na fortepian i taśmę z 1996 r. (pianista Radosław Kurek) zaczynające się od nagranego na taśmie grzmotu i głośnych dzwonów. Kompozycja „Choć doleciał Dedal” z 1990 r. - na kwartet smyczkowy została wykonana przez organizatorów festiwalu - NeoQuartet z Gdańska w składzie: Karolina Piątkowska--Nowicka -1 skrzypce, Paweł Kapica - II skrzypce, Michał Markiewicz - altówka, Krzysztof Pawłowski - wiolonczela. W kolejnym utworze: „Trio” na klarnet, fortepian i wiolonczelę (wykonawcy: Krzysztof Zbijowski cl, Radosław Kurek pf, Krzysztof Pawłowski vc) instrumenty na początku i na końcu grają unisono ten sam często powtarzający się temat. Jako ostatnie były zagrane dwa utwory na wiolonczelę, fortepian, klarnet i puzon -„Four for four” 1997 i „Before Four fur four” 1999 - wykonawcy: Krzysztof Pawłowski, Radosław Kurek, Krzysztof Zbijowski, Tomasz Hajda. Bardziej wpadł mi w ucho końcowy utwór, gdzie przez bardzo długi czas powtarzany jest długo wybrzmiewający akord durowy w którym na zamianę na pierwszy plan dźwiękowy wychodzą kolejno - puzon, wiolonczela, klarnet. W tym samym czasie pojawiła się na ekranie twarz dziewczyny - blondynki z zamkniętymi oczami, słuchającej muzyki. Dziewczyna ta weszła na scenę, siadła na krześle i była filmowana na żywo. Koncert został przyjęty gorąco. Muzycy i obecny na sali kompozytor długo kłaniałi się słuchaczom (było około stu osób). *** Polskie Stowarzyszenie Muzyki Elektroakustycznej (PSeME) oraz Katedra Kompozycji Akademii Muzycznej w Gdańsku we współpracy z Nadbałtyckim Centrum Kultury zorganizowały czwartek 5 listopada koncert pod nazwą „Nowa muzyka w Starym Ratuszu”. Wystąpiło w nim pięciu kompozytorów: Lidia Zielińska (Poznań), Edward Sielicki (Warszawa), Marek Chołoniewski (Kraków), Krzysztof Olczak (Gdańsk), Dariusz Mazurowski (Gdańsk) oraz muzycy: Anna Zielińskiej (skrzypce), Alina Mleczko (saksofon sopranowy), Paweł Zagańczyk (akordeon) i Małgorzata Rocławska (sopran). Utworom towarzyszyły wizualizacje wideo realizowane przez Cezarego Joczyna. W stylowej sali mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego każdy kompozytor przedstawił dwa swoje utwory, w sumie było ich dziesięć, ale tylko dwa z nich zostały stworzone pod koniec ubiegłego wieku, pozostałe to najnowsze kompozycje z ostatnich lat. Co to jest muzyka elektroakustyczna? Za tym terminem kryją się kompozycje, które określano kiedyś jako: muzyka na taśmę, muzyka elektroniczna, muzyka współczesna, a ostatnio - muzyka na komputer, jednym słowem, jest to muzyka która wykorzystuje najrozmaitsze urządzenia techniczne, a nie tylko tradycyjne instrumenty muzyczne. Były więc na sali wzmacniacze, olbrzymi stół mikserski, głośniki, komputery, tablety, mikrofony, kamery i plątanina kabli. Wszystko to działało sprawnie. Grali nie tylko zaproszeni muzycy, także kompozytorzy szybko przebierali palcami na klawiaturach komputerów, laptopów i innych urządzeń. Wacław Bielecki 183 A utwory? Co mówią o nich sami kompozytorzy, entuzjaści tej muzyki? Dr Edward Sielicki z Warszawy zafascynowany jest tym, że na niektórych urządzeniach można symulować instrumenty, które w rzeczywistości nie istnieją, np. może to być gumowy flet długości 5 metrów, albo wiolonczela z której dźwięk wydobywa się dmuchając za pomocą ustnika klarnetowego. I rzeczywiście, melodie, rytmy i harmonie w muzyce elektroakustycznej są inne, niż pochodzące z klasycznych instrumentów muzycznych, ale mogą się podobać, bo czasami są po prostu piękne. Właściwie spodobały mi się wszystkie utwory, a wśród nich dwie miniatury skomponowane przez prof. Krzysztofa Olczaka z Akademii Muzycznej w Gdańsku: „Chanson” (2008) na akordeon i środki elektroniczne, gdzie z komputerem grał Paweł Zagańczyk, akordeonista znany w Malborku i Sztumie oraz „Pneuma” (1996) na sopran i środki elektroniczne z partią solową śpiewaną na żywo przez Małgorzatę Rocławską. Najbardziej znany spośród kompozytorów prof. Marek Chołoniewski z Akademii Muzycznej w Krakowie (parę lat temu byłem na jego wykładach podczas kursu historii muzyki), w jednym ze swoich utworów o nazwie „Physical Modeling” z 2004 roku chciał przedstawić za pomocą dźwięków... cechy osobowości znanej polskiej flecistki Jadwigi Kotnowskiej. Jego zdaniem, ważną w tym utworze jest projekcja wideo stworzona przez Miłosza Łuczyńskiego, który wykorzystał parachorę, czyli zjawisko rozpadu cieczy na cząsteczki, a potem łącznie ich w całość. Powstał w ten sposób trójwymiarowy, ruchomy obiekt, kolorowy obraz wideo. W utworze tym połączone są: elektronika - physical modeling Jadwigi Kotnowskiej, parachora Miłosza Łuczyńskiego oraz wykonanie na żywo na skrzypcach przez Annę Zielińską. Trzy wersje, które istnieją osobno, w czasie koncertu zostają połączone w jedną całość. Zapytany przeze mnie po koncercie, czy w muzyce elektroakustycznej nie ma utworów wesołych, radosnych? Dlaczego wszystkie utwory wykonywane na tym koncercie były raczej smutne?, odpowiedział, że przypadkowo taki był dobór dzisiaj. - Poza tym, muzyka ta rządzi się trochę innymi prawami: dotykamy innych przestrzeni, wchodzimy w przestrzenie wirtualne, nieistniejące, odchodzimy od konwencji bardzo konkretnej, przewidywalnej. Kompozytor odesłał mnie do stronywww.sme.amuz.krakow.pl, na której znajduje się około 800 utworów, również w weselszych nastrojach. Zdumiała mnie informacja, że cały koncert był transmitowany na żywo przez internet za pomocą trzymanego w rękach ... smartfonu. Takie transmisje praktykuje się podobno w Krakowie od 15 lat. Na zakończenie wszyscy słuchacze otrzymali płytę z pięcioma utworami wszystkich kompozytorów wykonywanych na koncercie. Jeśli chodzi o szczegółowy program gdańskiego koncertu, to można go będzie znaleźć na podanej wyżej stronie. Galeria Prowincji Jarosław Denisiuk 50 LAT INSPIRACJI. FORMY PRZESTRZENNE W ELBLĄGU To, co stanowi o tożsamości współczesnego Elbląga na tle miast europejskich - posiadanie własnej kolekcji rzeźby w przestrzeni publicznej, jest też walorem unikalnym na tle miast polskich. Nigdzie indziej w Polsce nie spotkamy rezultatów tak zwartej i konsekwentnie zrealizowanej koncepcji artystycznej, która opierałaby się przez pół wieku rozwojowi urbanistycznemu miasta. Warto zauważyć również, że nigdzie indziej sztuka w miejscu publicznym nie została w taki sposób jak w Elblągu „oswojona”. To w Elblągu mieszkańcy stworzyli dla poszczególnych form własne nazwy skojarzeniowe, czyniąc rzeźby z metalu elementem „własnej” przestrzeni. W tym sensie programowy tekst Gerarda Kwiatkowskiego z 1965 roku dzieła sztuki wyjdą z ciasnych ram muzeów i sal wystawowych, staną się naszą codziennością, by kształtować i uwrażliwiać współczesnego człowieka”, to nie są puste słowa. Obecność w przestrzeni miasta kilkudziesięciu rzeźb, zawdzięczamy ożywionej współpracy Galerii EL i Zakładów Mechanicznych im. gen. K. Świerczewskiego ZAMECH pomiędzy 1965 a 1986 rokiem, a także działaniom lat ostatnich i pobytom rezydencyj-nym artystów w Elblągu. Wspólna inicjatywa Galerii EL i ZAMECH-u była przedmiotem oraz źródłem refleksji szeregu badaczy i artystów. Spowodowały, że miasto, które kojarzono do tego czasu tylko z wielkim przemysłem, nagle zaczęto łączyć z interesującym eksperymentem organizacyjno-artystycznym, wskrzeszającym mit przedwojennej sztuki awangardowej - współpracy artysty z robotnikiem, mecenatem wielkiego zakładu przemysłowego nad sztuką, w końcu z niespotykaną nigdzie indziej obecnością wielkowymiarowych rzeźb w przestrzeni miasta. Koncepcja Biennale narodziła się pomiędzy środowiskiem elbląskich działaczy, artystami i inżynierami skupionymi wokół Galerii EL, a artystami zgrupowanymi w Klubie Krzywego Koła; Marianem Boguszem, Kajetanem Sosnowskim i współpracującymi z nimi Henrykiem Stażewskim i Stefanem Gierowskim. Jego aktywna rola stapiająca środowisko ówczesnej awangardy (Klub Młodych Artystów i Naukowców od 1948 roku, Grupa 55 wraz ze Zbigniewem Dłubakiem i Kajetanem Sosnowskim) a także szerokie kontakty towarzyskie każą widzieć w nim realnego współtwórcę ideowego programu Biennale. Zapleczem, jakie wnosił Elbląg, były nie tylko doskonałe kontakty z administracją lokalną; wszak Gerard Kwiatkowski był wówczas członkiem Rad Narodowych, ale też z Zakładami Mechanicznymi Zamech, skąd wywodzili się członkowie - założyciele Galerii EL i Klubu Inteligencji Twórczej Czerwona Oberża. Decydująca dla zorganizowania I Biennale Form Przestrzennych stała się możliwość oparcia o mecenat, pomoc techniczną i materiałową Zamechu. Pierwotna koncepcja Komitetu Organizacyjnego zakładała organizację wielkiej plenerowej, międzynarodowej imprezy pod nazwą I Bień- Jarosław Denisiuk 185 nale Sztuki Socjalistycznej, na którą planowano zaprosić 30 artystów z kraju i 20 twórców z krajów „bloku socjalistycznego”. Koncepcja tej nazwy w końcu października 1964 roku upadła na rzecz nazwania pleneru I Biennale Form Przestrzennych. W toku prac przygotowawczych nie doszło również, prawdopodobnie ze względu na szczupłość środków finansowych, do zaproszenia tak pokaźnej liczby uczestników zagranicznych. W Biennale wzięło udział więc obok kilkudziesięciu artystów polskich, także kilkuosobowa reprezentacja artystów z Czechosłowacji (Jan Wagner, Josef Wagner, Jan Hendrych, Sta-nislav Makaroy), czeska Grupa Konfrontacje - Eduard Ovćaćek i Milos Urbaśek, oraz artyści z Węgier (Tihamer Gyarmathy), oraz stypendyści Fulbright Joint Government Grant z Włoch (Jetta Donega) i USA (Antoni Milkowski). Ze strony polskiej w Biennale udział wzięli artyści, m.in. związani z Galerią Krzywe Koło; Jerzy Jarnuszkiewicz, Zbigniew Gostomski, Magdalena Więcek, Grupa 55; Zbigniew Dłubak, Kajetan Sosnowski, Marian Bogusz, czy artyści - łącznicy z awangardą przedwojenną jak Henryk Stażewski czy Adam Marczyński. Większość artystów była zapraszana imiennie przez Mariana Bogusza, który również i na tym polu miał głos znaczący. W przypadku reprezentantów z USA i Włoch - dokooptowani oni zostali „na życzenie” Ministerstwa Kultury i Sztuki. Znamiennym i wyróżniającym się faktem jest, że do uczestnictwa w Biennale, imprezy stricte rzeźbiarskiej, Bogusz zapraszał przede wszystkim malarzy, dla których praktyka w przestrzeni otwartej była pierwszym tego typu doświadczeniem. ZAMECH zaproponował artystom jako materiał złom lub odpady poprodukcyjne, jednak dla kilku realizacji organizatorzy zdołali zdobyć stal lepszą gatunkowo (Stażewski, Gostomski, Dłubak, Bogusz, Jarnuszkiewicz, Więcek) zbliżoną parametrami do nierdzewnej. I Biennale Form Przestrzennych otwarto 23 łipca 1965 roku, wzięło w nim udział 50 zaproszonych artystów. Ostateczna liczba artystów, którzy się „przewinęli” w tym okresie przez Elbląg jest trudna do ustalenia. W miejsce zaproszonych, którzy rezygnowali w trakcie trwania Biennale i wyjeżdżali, przybywali nowi uczestnicy. Prace nad formami posuwały się bardzo wolno, dużą część czasu, co zgodnie relacjonują uczestnicy i obserwatorzy tamtych wydarzeń, poświęcano dyskusjom o sztuce w piwnicach Galerii, często przy lampce wina. W efekcie, w dniu oficjalnego zakończenia Biennale, tj. 22 sierpnia, zaledwie połowa rzeźb została zrealizowana. Aspekt wspólnego wysiłku w pracy robotnika i artysty odwołuje eksperyment elbląski do tradycji Pierwszej Awangardy, z jej postulatem społecznego i powszechnego udziału w tworzeniu. Organizatorzy od początku deklarowali i stawiali przed sobą zadanie konfrontacji zaproszonych artystów z możliwościami, jakie daje im zakład przemysłu ciężkiego. Jednym z kluczowych problemów teoretycznych, jakie podjęło I Biennale, była organizacja przestrzeni. Pojęcie to również dla artystów awangardy międzywojennej stanowiło jedno z centralnych zagadnień. Za koncepcjami sztuki w przestrzeni w okresie przed- i krótko powojennym stała para artystów, która miała za sobą doświadczenia radzieckiego konstruktywizmu - Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. W największym uproszczeniu artyści ci postulowali zerwanie z myśleniem o rzeźbie w kategoriach bryły i potraktowanie zewnętrznego kontekstu rzeźby jako jej integralnego czynnika. Rzeźba w takim rozumieniu miała być organiczną częścią całości przestrzeni, poprzez 186 50 lat inspiracji. Formy przestrzenne w Elblągu zakwestionowanie różnic pomiędzy zamknięta bryłą a otwartą przestrzenią, utożsamianą wcześniej z rzeczywistością pozaartystyczną. Artysta musiał tak rozszerzyć swoje zainteresowania, by włączać przestrzeń w obręb dzieła, traktować przestrzeń miasta jako materiał tak samo istotny, jak ten z którego wykonano samo dzieło. Dyskusja o roli przestrzeni w sztuce w Polsce jest zjawiskiem równoległym do koncepcji, jakie pojawiały się zagranicą. Wyjątkowa sytuacja w jakiej znalazła się rzeźba w tamtym okresie wynikała z coraz powszechniejszego przekonania, że naturalnym przeznaczeniem realizacji awangardowych jest nie tylko ich trójwymiarowość, ale i obecność w przestrzeni publicznej. Dlatego koncepcje artystyczne awangardy lat 60. szły w kierunku rozszerzenia założeń przedwojennych rozwiązań właśnie o wątek organizacji przestrzeni. Przełom lat 50. i 60. przyniósł zainteresowanie nowymi formami popularyzacji sztuki w przestrzeni. Wiązało się to z przekonaniem w odniesieniu, przede wszystkim, do malarstwa, o potrzebie unowocześnienia tego medium, zaś ogólnie wysuwano powszechny postulat związków sztuki z technologią. Dokładnie pod tym hasłem organizowano w austriackim Kapfenbergu w 1961 roku plener artystyczny Stahl-Symposium. Zrealizowane tam obiekty wnosiły w problematykę europejskiej rzeźby pojęcie minimal artu. Stahl-Symposium było też bezpośrednim impulsem dla realizacji kolejnej edycji pleneru Forma Viva w jugosłowiańskim Ravne nad Korośkem (dzisiejsza Słowenia) w 1964 roku. Ta edycja pleneru poświęcona była współpracy artystów z robotnikami z zakładów Żele-zarne Ravne, a także pracy z nowym materiałem - stalą. Stal stała się uznanym materiałem rzeźbiarskim, co w Elblągu uzyskało potwierdzenie rok później podczas organizacji I Biennale. Dla środowisk artystycznych miało I Biennale Form Przestrzennych znaczenie przełomowe. Nie tylko było ono bezpośrednim impulsem do masowego odrzucania malarstwa sztalugowego, ale również wyznaczyło nowy etap w polskiej sztuce - pozamalarskich poszukiwań związanych ze sztuką environement, nowymi formami i technikami rzeźbiarskimi, ale też poszukiwaniami łączności twórczości artystycznej z nowymi zdobyczami technologicznymi, jak i nowego rozumienia przestrzeni miast. I Biennale Form Przestrzennych było bez wątpienia największym w skali polskiej, o ile nie europejskiej, doświadczeniem współpracy sztuki z przemysłem. Niebagatelna jest też inspirująca rola I Biennale dla działań artystycznych podejmowanych w innych krajach; Po wystawie światowej Expo ,58 w Brukseli nastąpiła dekada ożywionej współpracy międzynarodowej czechosłowackich artystów, zakończona inwazją na Czechosłowację państw bloku wschodniego, w tym Polski, w sierpniu 1968 roku. Ogromną rolę łącznika pomiędzy sztuką polską a czechosłowacką odgrywał Frantiśek Kyncl, który, podobnie jak Marian Bogusz, był w czasie II Wojny Światowej więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Mauthausen. Obecność Kyncla na I Plenerze Koszalińskim w Osie-kach, a także zaproszenie dla dużej reprezentacji artystów czechosłowackich w Konfrontacjach 63 w Galerii Krzywe Koło (Vladimir Preclik, Marian Ćunderlik, Milos Urbasek, Eduard Ovćaćek) ugruntowało współpracę pomiędzy zorientowaną konstrukty wistycznie grupą Czechów i Słowaków a środowiskiem Krzywego Koła. Naturalnym przedłużeniem tej współpracy był udział tej grupy w elbląskiej I Paradzie Sztuki Współczesnej w 1963 roku Jarosław Denisiuk 187 i w I Biennale Form Przestrzennych w 1965 roku. WI Biennale Form Przestrzennych wzięło udział łącznie sześciu artystów: Milos Urbasek, Eduard O vćaćek, Jan Wagner, Josef Wagner, Jan Hendrych i Stanislav Makarov, którzy, co interesujące pracowali w dwóch grupach, mając do dyspozycji ruiny kościoła Bożego Ciała oraz skwer Parku im. Traugutta. Zbierane doświadczenia podczas polskich plenerów były przenoszone na grunt czechosłowacki. Również modele współpracy z poszczególnymi gałęziami przemysłu były przenoszone przez artystów czechosłowackich na tamtejszy grunt. Odpowiednikiem współpracy Galerii EL z Zakładami Mechanicznymi była współpraca środowiska ostra-vskiego (skąd pochodził Eduard Ovćaćek) z Hutą Vitkovice oraz organizacja (wspólnie z Zakładami Azotowymi) na wzór Pleneru w Puławach w 1966 roku rok późniejszego Sympozjum Sztuki w oparciu o współpracę z Zakładami Chemicznymi w Pardubicach (organizatorem był Frantiśek Kyncl). Mezinarodni sympozium prostorovych forem w Ostravie powtarzało nazwę elbląskiego Biennale Form Przestrzennych i zakładało podobne cele. Organizatorzy Sympozjum wykorzystali przypadające na 1967 rok oficjalne obchody 700 rocznicy założenia miasta Ostravy. Wpisane w cykl wydarzeń Sympozjum realizowało w ten sposób ważny element polityki regionalnej. Patronat nad przedsięwzięciem miały władze miejskie i partyjne, co zabezpieczało i dawało nietykalność wydarzeniu. Miejscem, wskazanym do zagospodarowania przez artystów, były Komenskeho Sady -czyli duże, oddalone od historycznego centrum, założenie parkowe. Evżen Tośenovsky, komisarz Sympozjum zaprosił do udziału artystów: Stefana Belohradskiego, Aleśa Veselego, Frantiśka Śtorka, reprezentujących Czechosłowację, Japończyka Jo Odę, Jugosłowianina Janeza Boljkę, z Austrii Barna von Sartory oraz uczestnika I Biennale w Elblągu - Jerzego Jarnuszkiewicza. Ważnym elementem, wykraczającym poza elbląską inspirację, było włączenie do współpracy architektów. Josef Havlićek i Jan Palkovsky odpowiedzialni byli za przedstawienie projektu budowy w Sadach Komeńskiego Pavilonu umeni - czyli budynku przyszłej galerii sztuki współczesnej. Przy powstaniu rzeźb, podobnie jak w Elblągu, odpowiadali zatrudnieni w Vitkovicach robotnicy. Powstało w ten sposób w ciągu miesiąca 7 obiektów, które skalą przewyższały formy elbląskie. Również język wypowiedzi rzeźbiar- Forma przestrzenna Lecha Kunki,fot. archiwum Galerii EL skiej był nieco inny; nie stroniono, jak w przypadku doświadczenia elbląskiego, od figuracji. Druga edycja Sympozjum, zorganizowana dwa lata później, skupiła artystów, którzy uczestniczyli m.in. w Sympozjach Forma Viva w Jugosławii, tj. Włoch Nicola Carrino, Kanadyjczyk Yves Trudeau, Czesi Rudolf Valenta, Kareł Nepraś i Otto Cienciala, z Danii Karl Age Riget. Wzorem poprzed- 188 50 lat inspiracji. Formy przestrzenne w Elblągu niego Sympozjum wzięli w nim udział i architekci; Bronislav Firl i Radim Ulmann. Żaden z projektów architektonicznych, tak z I, jak i II Sympozjum nigdy nie został zrealizowany. Postulaty realizacji galerii w Sadach Komeńskiego musiały zostać jedynie w projektach i modelach. Los dzieł powstałych podczas dwóch edycji Sympozjum w Ostra-vie jest symptomatyczny i dalece inny niż elbląskich. Rok 1968 i 1969 przyniosły realne zmiany w postrze- Forma przestrzenna Juliana Boss-Goslawskiego, fot. Galeria EL ganiu roli kultury w komunistycznym państwie. „Husakovska normalizacja” była de facto politycznym i społecznym krokiem wstecz, likwidującym reformy praskiej wiosny. W wyniku czystek tysiące ludzi wyrzucono z pracy, wielu musiało emigrować. Społeczeństwo wycofało się w sferę życia prywatnego i pogrążyło się w politycznym letargu, który trwał przez kolejne 20 lat aż do Aksamitnej Rewolucji 89 roku. W latach 70. rzeźby zostały usunięte z Sadów Komeńskiego, dla części z nich szukano nowych miejsc na terenie miasta, inne zdeponowano v Vesce nad Odrą. Obecnie trwa dyskusja nad funkcją ocalałego zespołu form, co w jakiejś mierze sprowokowała wystawa „Elbląg-Ostrawa wspólna sprawa” zorganizowana przy współpracy elbląskiej Galerii EL w ramach Festiwalu Archikultura w 2013 roku. Podobny charakter, co w przypadku elbląskiego Biennale miało Sympozjum Form Przestrzennych w Aalborg w Danii, trwający od września do listopada 1967 roku. Sympozjum miało charakter dwustronny, wzięli bowiem w nim udział artyści duńscy i polscy. Polskę reprezentowała czwórka twórców, znanych z Elbląga; Marian Bogusz, Jerzy Jarnuszkiewicz, Magdalena Więcek-Wnuk oraz Bronisław Kierzkowski, stronę duńską zaś: Hołger Nielsen, Egon Fischer, Otto Pedersen, Berde Jorgensen. Wystawa „Realizacja i propozycje, przedstawiająca rezultaty Sympozjum Aalborskie formy przestrzenne i Propozycje form przestrzennych dla Warszawy”, zorganizowana pół roku później w Zachęcie prezentowała modele oraz fotogramy i dziennik Mariana Bogusza z pobytu w Aalborgu. Wystawa ta zainspirowała środowisko warszawskie do działania. Niemal natychmiast po otwarciu wystawy w Zachęcie zawiązała się grupa pod przewodnictwem Władysława Frycza, która rozpoczęła pracę nad przygotowaniem pleneru rzeźbiarskiego. Również i w tym przypadku patronat nad imprezą przejął zakład produkcyjny, choć znamienne, że nie był to zakład specjalizujący się w konstrukcjach stalowych, ale w elektronice - Zakłady Radiowe im. Marcina Kasprzaka. Warszawskie Biennale Rzeźby w Metalu otwarto 28 września 1968 roku, z inicjatywy Zarządu Okręgu Warszawskiego ZPAP, Dzielnicowej Rady Narodowej i Wojewódzkiej Komisji Związków Zawodowych. Do udziału w nim zaproszono 35 artystów Jarosław Denisiuk 189 Forma przestrzenna Gerarda Bluma Kwiatkowskiego, fot. Galeria EL polskich i 1 zagranicznego (Vasco Prado z Brazylii). Niemal 20 warszawskich zakładów użyczyło twórcom materiału - złomu metalowego oraz zaplecza technicznego potrzebnego do wykonania kompozycji przestrzennych. Powstałe prace w większości o abstrakcyjnej, ekspresyjnej formie, o „pomnikowych” tytułach (np. Dzieciom Poległym za Warszawę Eweliny Michalskiej, czy Obrona Woli Mirosława Smorczewskiego). Było to więc wydarzenie w równej mierze artystyczne, co polityczne. Na Biennale zaprezentowano 60 rzeźb wykonanych przez 35 artystów. Głównym celem Biennale była współpraca środowisk artystycznych z robotniczym, wpisująca się w ideę znaną z programów Klubu Krzywego Koła, czy plenerów w Elblągu i Puławach. Powstało gigantyczne założenie rzeźbiarskie - Galeria Dużych Rzeźb, tworząc niemal 3-kilometrową ekspozycję, usytuowaną wzdłuż ul. Kasprzaka na Woli oraz Wystawę Mniejszych Form Rzeźby (wystawa czasowa w Parku Sowińskiego). W wyniku przebudowy arterii komunikacyjnej z zespołu rzeźb przetrwało jedynie 9 dzieł. Do doświadczeń współpracy artystów z zakładem przemysłowym powrócono w Elblągu w latach 80., gdy na zaproszenie Galerii EL holenderski artysta Ewerdt Hilgemann wykonał dwie, charakterystyczne dla siebie konstrukcje - powstające na skutek implozji, czyli wyssania z wnętrza stalowego graniastosłupa powietrza i destrukcji w ten sposób formy. Kolejne rzeźby elbląskiej powstawały już w ciągu ostatnich kilku lat, zaprojektowane i zrealizowane przez artystów zaproszonych na rezydencje artystyczne. W ten sposób w Elblągu znalazły się formy przestrzenne Rolanda de Jong z Holandii, Carlesa Valverde z Hiszpanii, a także Janusza Kapusty i Jana Chwałczyka. Nowością kolekcji elbląskiej są też realizacje kinetyczne i optyczne; w ostatnim roku powiększono kolekcję o dzieła m.in. Kaoru Katsumoto z Japonii oraz Maurycego Gomulickiego i Jerzego Grochockiego. Recenzje Justyna Czernicka MAGICZNE OPOWIEŚCI Dominika Kraska, Opowieści magicznego Trójmiasta, Wydawnictwo Jasne, Wyd. 2 popr., Pruszcz Gdański 2014. Opowieści magicznego Trójmiasta to debiut książkowy Dominiki Kraski, znanej także z naszych łamów. Dzieło to stanowi efekt fascynacji autorki rodzinnymi stronami. Trójmiasto urasta tu do rangi głównego bohatera. Skupisko miejskie - ów bohater dość szczególny, bo nieosobowy - poznawane jest jednak przez pryzmat postaci ludzkich - to osoby ważne dla Gdańska, Sopotu i Gdyni, które na trwałe wpisały się w dzieje aglomeracji. Pisarka patrzy na otaczającą rzeczywistość świeżym, oryginalnym okiem, znamionującym artystyczną duszę. Pragnie zarazić odbiorcę swą miłością do opisywanych okolic, sprawić, by czytelnik poczuł klimat miast nadmorskich i się nim zachwycił. Opowieści Kraski posiadają również walor poznawczy: czytelnik może wiele się dowiedzieć zarówno na temat historii Trójmiasta, jak i realiów współczesnych (pomniki, zabytki). Funkcja informacyjna w tych tekstach zdaje się pełnić istotną rolę, ponieważ książka jest adresowana do młodych czytelników. Nie sposób nie wspomnieć, że teksty zawarte w książce mogą mieć także korzystny wpływ na kształtowanie pozytywnych postaw społecznych i moralnych dzieci. Pisarka propaguje bowiem takie wartości, jak: miłość, przyjaźń, uprzejmość, ofiarność, wrażliwość na innych, opiekuńczość względem zwierząt. Nie jest to jednak jaskrawy i męczący dydaktyzm - przeciwnie to subtelna nauka pięknego i mądrego życia. Opowieści... mogą mieć ponadto znaczenie terapeutyczne, jako że przepojone są atmos- ferą ciepła i radości i kończą się właściwie zawsze happy endem. Nawet tematy trudne (wojna, choroba, starość, śmierć) Kraska przedstawia wersji złagodzonej, jako elementy w sposób naturalny wpisane w ludzką rzeczywistość. W książce dominuje więc atmosfera bezpieczeństwa, dzięki której można rozsmakować się urodzie miast. Bio-rąc pod uwagę baśniowość większości tekstów, można im przypisać również funkcję ludyczną - dzieci przecież bardzo lubią niesamowite historie. Świat pełen magii i czarów to znakomita rozrywka i pożywka dla młodej wyobraźni. Opowieści... składają się z sześciu tekstów narracyjnych. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z opowiadaniami Recenzje 191 stylizowanymi na legendy. Ich bohaterowie to zazwyczaj postacie powszechnie znane wTrójmieście. Poznajemy więc historię Dyrygenta Fal, Erwinki Barzychowskiej, pary staruszków z gdyńskiej ławeczki, księdza Zawadzkiego, Parasolnika, mieszkańców sopockiej czekoladowej willi. Niektóre opowiadania odwołują się do prawdy historycznej, jednak w większości dominuje pierwiastek fikcyjny. Wymienione wyżej elementy obecne w teraźniejszej przestrzeni miast inspirują autorkę do snucia magicznych i niezwykłych opowieści. Sama Dominika Kraska wyznaje: Zafascynowana historią tych postaci i miejsc postanowiłam trochę pofantazjować i wpleść w ich życie magię... Warto zauważyć, że ów pierwiastek cudowności i niezwykłości powoduje, że teksty te przypominają legendy. Nie są jednak typowymi podaniami, ponieważ autorka nie spisuje opowieści zakorzenionych w świadomości mieszkańców Trójmiasta, lecz wymyśla własne historie. Oryginalność można uznać za jeden z atutów książki. Trochę inaczej rzecz ma się z językiem opowiadań. Autorka nie osiągnęła tu wyjątkowego kunsztu. Wprawdzie dba o prawidłową, literacką polszczyznę, jednak opowiadaniom brakuje lekkości pióra, zwłaszcza, jeśli chodzi o składnię. Budowa zdań niekiedy trąci szkolną poprawnością. Słowa sprawiają wrażenie dobieranych starannie i ostrożnie - słownictwo raczej niewyszukane, aczkolwiek można to tłumaczyć dążnością do prostoty językowej - wszak mamy do czynienia z książką dla najmłodszych. Efekt prostoty językowej zatem udaje się autorce osiągnąć. Można się również zastanawiać, czy prowadzona w sposób niespieszny akcja trafi do młodego czytelnika przyzwyczajonego do szybkiego tempa za sprawą telewizji i gier komputerowych. Wydarzenia toczą się tu raczej powolnym tempem, czytelnik często zatrzymuje uwagę na opisach, co nie sprzyja budowaniu napięcia dramatycznego. Główną formą podawczą jest u Kraski narracja, miłośnicy dialogów mogą się więc poczuć zwiedzeni. Akcja nie mknie zatem wartko, lecz posuwa się łagodnie do przodu. Być może to zabieg zamierzony, przecież Opowieści... mają być podróżą w krainę trójmiejskiej Arkadii. A w krainie szczęścia nie ma miejsca na pośpiech... W książce mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym. Jest on jednak ukryty, nie ujawnia się w bezpośrednich zwrotach do czytelników, nie mówi o sobie. Odnosimy wrażenie, że istnieje tylko świat przedstawiony, bo przecież znowu: to Trójmiasto i jego tajemnice są tu najważniejsze. Narrator, informując o faktach i zdarzeniach, nie jest całkowicie bezstronny, ocenia i interpretuje rzeczywistość przedstawioną. Ukazuje ją w sposób szczegółowy, plastyczny i subiektywny, a bohaterów darzy wyraźną sympatią i sentymentem. Wszak autorka chciałaby, by czytelnik przyjął jej punkt widzenia i dał się oczarować okolicą. Jeśli chodzi o bohaterów indywidualnych, pojawiających się w poszczególnych opowiadaniach, są to najczęściej ludzie prości, skromni, pracowici, dążący do realizacji swoich marzeń. W większości utworów pojawia się też bohater dziecięcy. Dziecko, w odróżnieniu od sceptycznych dorosłych, ma bowiem szczególny dar wiary w to, co pozornie niemożliwe. I otwiera furtkę dla świata fantastycznego. Bo przecież wszystko się może zdarzyć, jeśli tylko się w to uwierzy - to jedno z najczęściej powtarzających się zdań w Opowieściach... A na kartach książki dzieją się naprawdę 192 Recenzje niesamowite rzeczy. Pojawiają się czarodzieje, niezwykłe ptaki, magiczne przedmioty. Kraska dokonuje próby animizacji postaci z pomników (staruszkowie) i zwierząt (sympatyczny gołąb Filip). Każdy z opisywanych bohaterów ma swój indywidualny charakter, niepowtarzalną osobowość i historię, dlatego może stanowić obiekt fascynacji. Wyjątkowa i godna zainteresowania jest też przestrzeń. Kraska mówi o miejscach, które można empirycznie zlokalizować. Autorka indywidualizując opisywaną przestrzeń, konkretyzuje ją poprzez przywołanie realnych nazw ulic, placów, parków. Wszystko to sprawia, że przekaz jest wiarygodny. Poznajemy i oswajamy tę przestrzeń. Poznajemy - i zaczynamy lubić. Nie czujemy się już obco w wielkim mieście. Wielkie miasto kojarzy się na ogól z trudnym do ogarnięcia labiryntem. Tymczasem wędrówka po Gdańsku, Sopocie i Gdyni staje się podróżą magiczna. Okazuje się, że choć Trójmiasto to przestrzeń ograniczona terytorialnie, jest jednak miejscem nieograniczonym w swym bogactwie wewnętrznym i skrywa morze tajemnic. Lektura warta polecenia. Powinna przypaść do gustu najmłodszym odbiorcom. Janusz Ryszkowski „BIBLIOTEKI WAPLEWSKIEJ” DEBIUT WYBORNY Gdańskie Studia Muzealne, 201S, nr 8. Pierwszy numer „Gdańskich Studiów Muzealnych”, wydawanych przez Muzeum Narodowe w Gdańsku, ukazał się w 1976 roku. Pismo dedykowane sztuce Gdańska i Pomorza oraz zagadnieniom muzealnym, pierwsze tego rodzaju w naszej powojennej historii, miało ukazywać się co dwa lata. Udało się to tylko raz (1978), a kolejne 5 numerów trafiało odtąd do czytelników nieregularnie. Siódmy - w 2011 roku, aż po szesnastoletniej (!) przerwie. Wspominam o tym nie z aptekarskiej dokładności, ale by docenić fakt następujący: „ósemka”, poświęcona w całości założeniu pałacowo-parkowe-mu w Waplewie Wielkim, została przygotowana na uroczyste otwarcie gruntownie zrewaloryzowanej siedziby hrabiów Recenzje 193 Sierakowskich, od stycznia 2007 roku oddziału Muzeum Narodowego w Gdańsku - Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Pomorski Ośrodek Kontaktów z Polonią. Uroczystość odbyła się 26 września br. W podtytule omawianego tomu, który zarazem inauguruje Bibliotekę Wa-plewską (miejmy nadzieję, że na kolejny numer nie będziemy zbyt długo czekać!) widnieje: „Pałac hrabiów Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Ludzie, miejsce, kolekcja”. Ludzie Maciej Kraiński przybliża ród Sierakowskich, który ponad 160 lat władał majątkiem waplewskim a kolejni jego przedstawiciele doprowadzili do tego, że stał się „pomorskim Soplicowem”, bardzo ważnym ośrodkiem polskiego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego i naukowego Ziemi Sztumskiej w okresie panowania państwa prusko-niemieckiego. Kraiński używa w tytule artykułu określenia Sierakowscy „z Ziemi Malbor-skiej”, funkcjonującego jeszcze w międzywojniu, co dla współczesnego czytelnika - nie historyka, może wydawać się niezbyt jasne. Warto więc w tym miejscu napisać, że nazwa wzięła się od Województwa Malborskiego (1466-1772), wchodzącego w skład Prus Królewskich, należących do I Rzeczpospolitej. Powiaty sztumski i dzierzgoński (kiszporski) znalazły się w tym województwie. Jeśli na przełomie XIX łub XX wieku w polskiej „Gazecie Toruńskiej” czy „Gazecie Olsztyńskiej” znajdujemy rubrykę „Z Ziemi Malbor-skiej” to prawie zawsze zawiera ona wieści z powiatu sztumskiego. Dlaczego o tym napomykam? Znaczna bowiem część Ziemi Sztumskiej miała wybitnie polski cha- rakter, a przyczyniały się do tego rody ziemiańskie - głównie Sierakowscy właśnie i szeroko rozgałęzieni Donimirscy. Maciej Kraiński często tonem zajmującej gawędy snuje opowieść o kolejnych panach na Waplewie, kreśląc ich celne charakterystyki i zasługi w narodowej służbie, nie stroniąc przy tym od ciekawostek i faktów mało znanych lub nieznanych. Autor czerpie wiedzę także z tradycji rodzinnej, dzięki osobistym kontaktom, m.in. z Izabellą Sierakowską--Tomaszewską. Także nawet czytelnicy dobrze obznajomieni z kanoniczną pracą prof. Andrzeja Bukowskiego „Waplewo. Zapomniana placówka kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim” (1989) i odmalowanym tam obrazem Sierakowskich, przeczytają tekst z zainteresowaniem Miejsce Po przejęciu kompleksu waplewskiego przez oddział gdańskiego Muzeum Narodowego, stał się on przedmiotem badań, m.in. archeologicznych. Sprawozdanie w nich zamieszcza Renata Wiloch-Ko-złowska, której pracownia je prowadziła. Jak wiadomo, nazwa wsi wzięła się od jednego z jej pruskich właścicieli, który nazywał się Wappele (lub Wapil). Podczas badań archeologicznych odsłonięto drewnianą konstrukcję studni, znajdującej się przy pałacu od strony ogrodu. Tomasz Ważny określił, że jej elementy drewniane pochodzą z lat 1305-1310. To cenny dowód na potwierdzenie wczesnego zasiedlenia tego miejsca. W pobliżu studni, w warstwie kulturowej, odkryto resztki ceramiki pruskiej. Być może dalsze prace pozwoliłyby na odnalezienie fragmentu osady? W fundamentach pałacu archeolodzy odnaleźli elementy wska- 194 Recenzje zujące na ich pochodzenie z czasów późnego średniowiecza. „Dzieje piwnic zabudowy dworskiej w Waplewie Wielkim i ich znaczenie dla historii założenia” - to artykuł Aleksandra Piwka. Autor zbadał piwnice pod dworem; oranżerią i oficyną. Pierwsze i najstarsze pomieszczenia w dworze powstały najprawdopodobniej w XVII wieku. Kolejne z drugiej połowie XVIII wieku. Oranżeria i jej piwnice powstawały równolegle (zapewne II poi. XVIII w.); podobnie było z oficyną (XIX i XX wiek). Badania doprowadziły do ciekawego wniosku: pomiary ciągu piwnic dworu pokazują odchylenie w stosunku do przebiegu ścian wzdłużnych o 10 stopni w kierunku wschodnim. Można z tego wysnuć wniosek, że pierwotne usytuowanie dworu było nieco inne niż obecnie. Jego fasada zaś znajdowała się także z innej strony - północno-wschodniej, tak jak kiedyś prowadziła droga do Waplewa. Nie udało się natomiast odpowiedzieć na pytanie, czy XVII-wieczny dwór waplewski miał charakter obronny czy już mieszkalny. Obecne przystosowanie pałacu do funkcji muzealnych niejako wymusiło zainteresowanie sąsiadującym parkiem. Stąd tekst Katarzyny Rozmarynowskiej „Ogród Sierakowskich w Waplewie Wielkim. Wstępny raport z badań”. Sięgając do zapisów, okazuje się, że taki był jeszcze przed Sierakowskimi. Po śmierci Józefa Bagniewskiego (1758) sporządzono w sądzie ziemskim w Sztumie „Inwentarz rzeczy ruchomych, tudzież opisanie dóbr...”. Z niego dowiadujemy się o istniejącym „włoskim ogrodzie” z sadem. Autorka stawia pytanie, czy to pozostałość po wcześniejszym ogrodzie Zawadzkich sprzed wieku. Bo o jego istnieniu może świadczyć fragment odpisu nieznanego dokumentu z rodzinnego archiwum Zawadzkich, sporządzony w XIX wieku, a przytoczony w „Złotej księdze szlachty polskiej” Teodora Żychlińskiego. Trudno do końca orzekać o jego wiarygodności, odnosi się wrażenie, jakby skompilowano fakty z czasów Rogalitów Zawadzkich (XVII w.) i o dwa stulecia późniejszych właścicieli - Alfonsa i Adama Sierakowskich. Katarzyna Rozmarynowska wyróżniła w dziejach Waplewa etapy: ogród włoski (ok. 1629-1759 - Zawadzcy, Chełstowscy, Bagniewscy); regularny ogród barokowy (1760-1787 - tu w historii Waplewa pojawia się Sierakowski - Teodor, kasztelan słoński, który poślubia wdowę Mariannę Bagniewską). To wówczas zasadzono dwie monumentalne aleje lip drobno-listnych - na osi dworu oraz przy skrócie drogi prowadzącej do Starego Targu. Kolejny etap to swobodny ogród sentymentalny (1787- ok. 1814), wiąże się z Kajetanem Onufrym Sierakowskim, wybitnym działaczem politycznym (m.in. posłem na Sejm Czteroletni), który w tradycji rodzinnej pozostał jako ten, który zapoczątkował nie tylko waplewski ogród, ale także kolekcję obrazów. Warto dodać, że brat Kajetana - Wacław, proboszcz katedry wawelskiej, był autorem traktatu o ogrodach, a drugi - jezuita Wacław, architektem i... wolnomularzem. Ten ostatni fakt spowodował, że ogród waplewski jest podejrzewany o ideę masońską. Po intrygujące szczegóły odsyłam do artykułu. Wymieńmy jeszcze ostatni z etapów: park romantyczny z kolekcją dendrologiczną (1814-1929), od przejęcia majątku z rąk Kajetana przez syna Antoniego i w zasadzie niezmieniany w swoim zasadniczym Recenzje 195 kształcie przez trzy kolejne pokolenia, aż do wyjazdu Stanisławostwa Sierakowskich do Polski. W artykule Andrzeja Trzeciaka, pierwszego kierownika waplewskiego oddziału Muzeum Narodowego w Gdańsku, przedstawiającego powołanie i działalność Muzeum Tradycji Szlacheckiej, chciałbym zwrócić uwagę na następujące zdanie: „(...) nawet w czasach PRL tradycja Sierakowskich, choć na wskroś ziemiańsko--szlachecka, zyskała uznanie i poparcie władz komunistycznych”. Dlatego Waplewo nie podzieliło losu tysięcy pałaców czy dworków. Kiedy po 1968 roku Andrzej Sierakowski, formalny (bo nie faktyczny) właściciel pałacu i tzw. resztówki pozostałej z dawnego majątku rozparcelowanego przed wojną przez władze niemieckie, przekazał je Skarbowi Państwa, obiekt z ziemią przejął Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej w Waplewie Wielkim, który wcześniej wykorzystywał jego pomieszczenia. POHZ rozpoczął działania, by zrewaloryzować pałac i park. Wielka w tym zasługa dyrektorów Jerzego Wawrzyniaka, a szczególnie jego następcy Wacława Gałeckiego. Za jego kadencji odrestaurowany pałac (w formie, jaka była wówczas możliwa). Zaczął on pełnić funkcję pensjonatu, była też kawiarnia i biblioteka. W 1989 roku ukazało się kanoniczne opracowanie (zamówione i dofinansowane przez POHZ) profesora Andrzeja Bukowskiego o Waplewie jako „zapomnianej placówce kultury polskiej na Pomorzu Nadwiślańskim”. Wydane w 10 tysięcznym nakładzie przez wydawnictwo Ossolineum, miało ono olbrzymi wpływ na popularyzację zasług rodu Sierakowskich i samego miejsca. Dyrektor Gałecki postarał się też o wydanie kolo- rowego folderu, aby promować pałacowy pensjonat. Teraz wydaje się to oczywiste i banalne, ale wówczas... Kolekcja Zaginiona kolekcja waplewska hrabiów Sierakowskich i poszukiwanie jej pozostałości to nader pasjonujący temat. Tyłko niewielką część udało się właścicielom zabrać, wyjeżdżając do Polski - do Torunia, Poznania, by osiąść w drugim ze swoich majątków - w Osieku. W tym cenne listy Zygmunta Krasińskiego do Adama Soł-tana. Przed wybuchem II wojny zostały zdeponowane w poznańskim banku, skąd potem udało się je wywieźć do zagranicę przez Adama Sierakowskiego, którego żona miała obywatelstwo austriackie. Jeszcze przed wojennym kataklizmem część rodzinnych sreber i porcelany zawieziono do majątku Spusza na Litwie, zależącego do Eustachego Sapiehy, szwagra Heleny Sierakowskiej. „Ratowane przed Niemcami, wpadły w ręce Sowietów po ich inwazji 17 września 1939 roku i ślad po nich zaginął” - pisze Maciej Kraiński. Dobromiła Rzyska-Laube, zbierając materiały do pracy magisterskiej a potem doktorskiej, szuka śladów po zaginionej kolekcji Sierakowskich. W swoim artykule przedstawiła nowe ustalenia na ten temat. Przypomnijmy, że lwia część zbiorów pozostała w pałacu wapłewskim prawie do końca 1941 roku. Po bestialskim zamordowaniu właścicieli (listopad 1939) władze hitlerowskie potraktowały je jako „niemieckie dobra kultury”. W listopadzie 1941 roku do Muzeum Miejskiego w Gdańsku trafiło to, co było najcenniejsze, m.in. 205 obrazów, 10 skrzyń z porcelaną, fajansem, meble, dwie alabastrowe rzeźby a nawet rzeźbiony wystrój scho- 196 Recenzje dów. W pałacu pozostało tylko około 40 mniej cennych obrazów, meble i elementy wyposażenia. W 1943 roku, w obawie przed nalotami alianckimi, ewakuowano kolekcję z Gdańska do majątku w Nowej Wiosce w powiecie kwidzyńskim. I tu się w zasadzie trop się urywa. W zasadzie, bo garstka obrazów została odnaleziona. Wytropiono je w zbiorach muzealnych, m.in. Muzeum Narodowego w Gdańsku i Warszawie, Muzeum w Kwidzynie, Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, Zamku Królewskim w Warszawie, Muzeum Okręgowym w Toruniu i kolekcjach prywatnych. Jak tam trafiły, nie zawsze da się dokładnie ustalić? O upodobaniach kolekcjonerskich Sierakowskich pisze Beata Purc-Stępniak. Gdyby sądzić tylko po opisach i zachwytach (np. prof. Stanisława Tarnowskiego, czy ks. Maksymiliana Napiątka), mielibyśmy do czynienia ze zbiorem świadczącym o wyjątkowym smaku i znawstwie właścicieli, a także dużej wartości. Ale autorka twierdzi, że „Taki wniosek byłby jednak zbyt pochopny. (...) Przewagę mają portrety i to wcale nie najlepszego pędzla. Jest to fakt zrozumiały i oczywisty, gdyż portrety rodzinne traktowano jak pamiątki, a przy ich doborze kierowano się raczej sentymentem niż gustem artystycznym.” Najwartościowszą częścią kolekcji stanowiło malarstwo. Historyk sztuki ma jednak problem z oceną zbioru z uwagi na zbył szczupły materiał źródłowy. Katalog Klemensa Rodziewicza z 1879 roku, inwentarz niemiecki zrabowanej kolekcji z 1942 roku, wzbudzają wątpliwości związane z atrybucją obrazów, powiązanie ich z szkołą czy kręgiem malarskim. Potwierdzenie tego znajdujemy choćby w artykule Alicji Andrzejew- skiej-Zając, która wzięła pod lupę kilka obrazów z kolekcji wapłewskiej znajdujących się w zasobach Muzeum Narodowego w Gdańsku. Niewielki obraz „Wenus rozbrajająca Amora” Rodziewicz w „Katalogu...” określił jako dzieło Domenica Bettiego (1589-1623). Tymczasem jest to kopia, która „w niewielkim stopniu trans-ponuje wysokie walory” oryginału, który najprawdopodobniej wyszedł spod pędzla genueńskiego malarza Luce Gambiaso (1527-1585). Jak stwierdza autorka, kopia jest „pozbawiona wirtuozerii i bujności form”, charakterystycznych dla Fettiego i powstała ponad 200 lat od jego śmierci, najprawdopodobniej w XIX wieku. Tom wzbogacili swoimi artykułami także inni autorzy: Michał Kwasek rozważa możliwości adaptacyjne zabudowy gospodarczej zespołu pałacowego. Anna Kriegseisen pisze o reliefie alabastrowym ze sceną Zmartwychwstania z krypty grobowej Sierakowskich, Krystyna Świerkosz o poszukiwaniach rozproszonej bibliotece wapłewskiej w zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN, przy okazji przypominając, że w 1996 roku Biblioteka Publiczna w Sztumie urządziła wystawę zachowanych wolumenów. Helena Kowalska m.in. przybliżyła wątek służbowej korespondencja prof. Drosta, głównego konserwatora zabytków Wolnego Miasta Gdańska, z Heleną Sierakowską w sprawie zakupu rzeźby Madonny, znajdującej się pierwotnie w kościele Mariackim. Pani na Waplewie nie wyraziła zgody, do dziś piękna rzeźba pozostaje w dawnej kaplicy Sierakowskich, zamienionej w kościół parafialny. W tekstach znalazłem kilka drobnych nieścisłości. Płk Adam Sołtan nie przypłacił udziału w powstaniu listopadowym Recenzje 197 „syberyjskim zesłaniem” (s. 21), ale emigracją i konfiskatą majątku. Autorzy podają, że w 1876 roku Alfons Sierakowski wyprowadził się z Waplewa do Poznania, przekazując synowi Adamowi majątek (s. 22, 82, 286). Tak utrwaliło się w literaturze. Warto jednak uściślić. 31 października 1875 roku w Waplewie zorganizowano pożegnanie starszych państwa, wystawiając własnymi siłami sielankę Kazimierza Brodzińskiego „Wiesław . Donosił o tym w liście do Kraszewskiego Adam Lew Soł-tan. Natomiast „Gazeta Toruńska z lipca 1874 roku informowała, że „Pan hr. Sierakowski zdał dobra waplewskie synowi swemu Adamowi”. Adam Sierakowski nie mógł zakupić XVIII-wiecznej kroniki elbląskiej 19 kwietnia 1843 roku, bo miał wówczas trzy lata. Zrobił to w 1893 roku, co na szczę- ście wyraźnie wydać na zreprodukowa-nym wpisie nowego właściciela (s. 266). Także oczywisty chochlik wdarł się do daty śmierci Marii z Potockich Sierakowskiej (s. 94). Trudno też do końca zgodzić się ze zdaniem tekstu wstępnego pióra Wojciecha Bonisławskiego, dyrektora Muzeum Narodowego w Gdańsku: „Kiedy w 2007 roku przejmowaliśmy zrujnowane obiekty w Waplewie Wielkim z przeznaczeniem na Muzeum Tradycji Szlacheckiej, jedynie kilka osób wiedziało cokolwiek o miejscu, ludziach i kolekcji waplew-skiej.” Prawdą natomiast jest, o czym dobitnie świadczy recenzowany tom studiów, że ostatnie lata przyniosły wiele cennych i ciekawych ustaleń. Bez idei powołania w Waplewie oddziału muzeum nie byłoby to możliwe. Andrzej Lubiński MŁODZI BADACZE UNIWERSYTETU GDAŃSKIEGO Ekonomia i historia. Zarys wybranych problemów gospodarczo społecznych pod red. Iwony Janickiej i Tomasza Gutowskiego, Gdańsk 2015, Wydział Ekonomiczny i Historyczny UG. Efektem współpracy Wydziału Ekonomicznego i Historycznego UG jest publikacja „Ekonomia i historia. Zarys wybranych problemów gospodarczo społecznych”. Są to skróty najlepszych prac magisterskich i licencjackich - 14 z ekonomii, 15 z historii oraz 7 recenzji ksią- żek o tematyce ekonomicznej. Autorzy prezentują wysoki poziom merytoryczny. Czytelnikom „Prowincji” szczególnie polecam trzy artykuły dotyczące terenów będących w zakresie zainteresowań tego kwartalnika. Łukasz Sobczak w artykule „Punkty węzłowe w sieci drogowej na obszarze Prus w XIV i XV wieku” przedstawia sieć dróg lądowych państwa krzyżackiego. Autor wykorzystał dostępną literaturę, a główną była książka Klausa Neitmanna 198 Recenzje o itinerariach wielkich mistrzów w XIV i XV wieku. Przedstawia ona daty i miejsca pobytu Winrycha v. Kniprode, Konrada Zollner v. Rotenstein, Konrada v. Jungingen, Michela Kuchmeistra, Paula v. Rusdorf, Konrada v. Konrada v. Er-lichshausen oraz opracowania dotyczące funkcjonowania poczty w państwie krzyżackim historyków niemieckich i polskich. Ł. Sobczak prezentuje odnotowywane w źródłach pobyty mistrzów Zakonu w Malborku, Sztumie, Elblągu, Królewcu, Kwidzynie. Przebywając w tych miastach mistrzowie wystawiali różne dokumenty, rozstrzygali spory, wizytowali komturie i wójtostwa. Najczęściej uczęszczanym szlakiem była droga z Malborka do Królewca przez Elbląg, Frombork, Braniewo. Było to przedłużenie drogi łączącej Zakon z Rzeszą, określaną jako „via marchio-nis”. Drugim był szlak z Gdańska przez Malbork do Torunia, a trzecim z Malborka przez Dzierzgoń do Ostródy i Działdowa. Autor podkreśla, jak ważną rolę obok Malborka, związaną z charakterem władzy Zakonu, odgrywały Sztum i Elbląg. Były to miasta pełniące również funkcje stacji pocztowych. Podkreślić należy umieszczenie kilku tabel obrazujących pobyty wielkich mistrzów w poszczególnych miastach z liczbą odnotowanych pobytów w źródłach oraz liczbą pobytów ogółem. Dwie tabele obrazują pobyty w Dzierzgoniu, Przezmarku, Miłomłynie Ostródzie oraz oddzielnie w Pasłęku. Krystian Zdziennicki w rozprawce pt. „Ksiądz dr Władysław Łęga - etnograf Pomorza Nadwiślańskiego” przedstawia postać zasłużonego syna ziemi sztumskiej urodzonego w Miranach w roku 1889 roku. Żył on w kilku epokach. Po maturze rozpoczął naukę w Seminarium Duchownym w Pelplinie. Podczas I wojny światowej służył w armii niemieckiej, będąc kapelanem wojskowym i sanitariuszem. W 1921 roku osiedlił się w Grudziądzu, gdzie był kapelanem wojskowym. Rozpoczął też studia etnograficzno-ar-cheologiczne w Poznaniu zakończone doktoratem na podstawie rozprawy „Kultura Pomorza we wczesnym średniowieczu na podstawie wykopalisk”. Podczas II wojny znalazł się we Lwowie a następnie w okolicach Tarnowa. Zaraz po zakończeniu II wojny wrócił na Pomorze. Zmarł w roku 1960 roku. Obok badań archeologicznych prowadził też etnograficzne. Efektem była praca opublikowana w 1933 roku książka „Ziemia Malborska, kultura ludowa ” miała ona kilka pozytywnych recenzji. Styczność z kulturą ludową miał od najmłodszych lat. Pierwsze badanie etnograficzne rozpoczął w roku 1913. Podczas plebiscytu uczestniczył w Warmińskim Komitecie Plebiscytowym w Sztumie. Ks. Łęga udowadniał polskość terenów, jakie badał. Nie mogąc badać etnograficzne Powiśla w okresie międzywojennym zajął się badaniami okolic Świecia. Rozpoczął je jeszcze w roku 1916, a książka ukazała się po prawie 45 latach w roku 1960. Kulturą ludową ziemi chełmińskiej zajął się w roku 1934, przebadał 80 wsi. Monografia ziemi chełmińskiej ukazała się już po śmierci autora. Ksiądz Łęga to autor 40 recenzji jakie publikował w Zapiskach Toruńskiego Towarzystwa Naukowego, którego był aktywnym członkiem i redaktorem wydawnictw Towarzystwa. Należał do pierwszych badaczy jacy prowadzili badania interdyscyplinarne. Z prac popularyzatorskich ważną pozycją Recenzje 199 w dorobku księdza Łęgi były „Legendy Pomorza”. Zmarł w roku 1960 w Sopocie. Pozostawił w swojej spuściźnie 150 prac, blisko 90 artykułów w czasopismach naukowych. Jego siostra po śmierci brata przekazała całą spuściznę do Muzeum Piśmiennictwa Kaszubskiego i Pomorskiego w Wejherowie. Magdalena Pasewicz-Rybacka w artykule „Zarys historii kolei nadzalewo-wej 1897-1945” przedstawia dzieje kolei łączącej Elbląg z Braniewem. Miała ona trzeciorzędne znaczenie dla państwa niemieckiego, ale bardzo ważne dla lokalnej społeczności. Plany budowy kolei między Elblągiem a Braniewem w pobliżu Zalewu Wiślanego sięgały połowy XIX wieku. Były dwie propozycje budowy: przez Milejewo Tolkmicko, druga przez Suchacz Tolkmicko Frombork. Do realizacji projektu nie doszło, bo nie chciano zgodzić się na bezpłatne oddanie gruntów pod budowę kolei. Wytyczono nową linię przez Słobity i Bogaczewo. Nowy impuls do budowy kolei dała ustawa z roku 1892 mówiąca o kolejkach i prywatnych bocznicach. Miano budować nowa linię jako małą kolej będąca w rękach prywatnych. Budowy kolei podjęła się firma ze Szczecina. W^ roku 1896 zawiązało się Towarzystwo Akcyjne Kolei Nadzalewowej z siedzibą w Elblągu. Kapitał spółki wyniósł 2 750 000 marek. Państwo udzieliło subwencji pól miliona marek. Budowę miano rozpocząć 1 kwietnia 1897 roku. Zakładano, że Kolej Nadzałewowa będzie połączona z dworcem państwowym w Elblągu, czyli przebiegać miała przez miasto. Na otwarcie kolei zaproszono nadprezydenta Moslera z Gdańska i Bismarcka z Królewca oraz burmistrzów miasteczek nadzalewo-wych. Mieszkańcy Tolkmicka przybyli z orkiestrą przywitać pociąg, ale doznali rozczarowania, gdyż „parujący potwór” przemknął przez stację z szybkością 20 km/h. Długość trasy wynosiła 48 kilometrów i miała 17 przystanków. Jeden był prywatną własnością i należał do cesarza Wilhelma II w miejscowości Kady-ny. W ciągu dnia kursowało 5 pociągów. Linia kolejowa przeżywała problemy wiosną, gdy były wiosenne roztopy lub zaspy śnieżne i spływające kry. Podczas I i II wojny podnoszono ceny za bilety aby zniechęcić pasażerów do niepotrzebnych podróży. Podczas działań wojennych zniszczeniu ulegały dworce, most kolejowy przed Braniewem. Źródłem dochodów były opłaty za przejazd. Liczba pasażerów ciągle rosła. Ożywienie lokalnego przemysły spowodowało powstanie 30 bocznic prywatnych, w Elblągu było 9 prywatnych bocznic kolejowych. Bocznice posiadały też cegielnie i młyny, port w Tolkmicku. Największe jednak dochody przynosiły spółce przewozy towarowe. Sporo dochodów w okresie międzywojennym generowała turystyka. Z Tolkmicka można było popłynąć statkiem do Krynicy Morskiej. Wycieczki przez Zalew do Krynicy cieszyły się dużą popularnością, niekiedy liczba turystów wynosiła 11 tysięcy. Pozostałe artykuły o treści historycznej zamieszczone w tej książce zasługują na uwagę, ale dotyczą innych terenów, dlatego ich nie prezentuję. Pominąłem także teksty ekonomiczne, bo nie mam kompetencji do ich oceniania. 200 Recenzje Janusz Ryszkowski HISTORIA EMILA I NIE TYLKO Jacek Emil Szczepański, Jabłonna - ty morderco mojej młodości! Korespondencja żołnierzy niemieckich z garnizonu Jabłonna 1915-1918, Muzeum Historyczne w Legio-nowie, 2015. O młodym żołnierzu, na którego fotografię zamieszczoną w albumie na str. 250 właśnie spoglądam, wiadomo niewiele i zarazem sporo. Miał na imię Emil, został wcielony jako uzupełnienie 152. Pułku Piechoty im. Zakonu Niemieckiego, którego III batalion stacjonował od października 1913 roku w Sztumie. Skąd jednak pochodził, nie wiadomo. Po wstępnym przeszkoleniu w macierzystym batalionie zapasowym został skierowany garnizonu w podwarszawskiej Jabłonnie (dziś Legionowo), gdzie wśród kilku jednostek znalazło się duże zgrupowanie niemieckiej piechoty zapasowej Infanterie Erzatz Truppe Warschau. Tam właśnie przez kilka tygodni młodzi żołnierze byli intensywnie szkoleni pod kątem walki na froncie. Emil napisał: Kochana Mamo i Bracie. Posyłam Wam stąd moje zdjęcie. (...) dostałem niedobrany płaszcz, który mi się nie podoba, ale nic nie szkodzi. Datownik poczty potowej: 17.2.17, czyli 17 lutego 1917 roku. Na twarzy ze zdjęcia rysuje się niepewność, może także młodzieńcza powaga? Na pewno nie martwił go zbyt obszerny szynel, wzór 1907, ale wizja tego, co go wkrótce będzie czekało na froncie wschodnim, w okopach, słowem obraz przerażającego teatru wojny. Autor albumu, dr hab. Jacek Emil Szczepański, dyrektor Muzeum Historycznego w Legionowie, przez 20 lat gromadził ory- JABŁONNA - TY MORDERCO MOJEJ MŁODOŚCII KORESPONDENCJA ŻOŁNIERZY NIEMIECKICH Z GARNIZONU JABŁONNA 1915-1918 ginalne zdjęcia żołnierzy i obiektów wojskowych z lat 1915-1918, wykonane w garnizonie Jabłonna. Jak pisze, dzięki nim oraz korespondencyjnym zapiskom czynionym na odwrocie, można - wobec szczupłości źródeł archiwalnych - nakreślić zbiorowy portret żołnierzy niemieckich. A warto pamiętać, że przez Infanterie Erzatz Truppe Warschau przeszło bardzo wielu żołnierzy z Pomorza Gdańskiego, Żuław i Powiśla. Niemiecki mundur musieli przywdziać także ci, którzy mieli pod nim polskiego ducha. Musieli często walczyć przeciw swoim rodakom, służących w innych armiach zaborczych. Wspominał o tym ks. dr Władysław Łęga, etnograf, historyk, pisarz, zasłużony syn Ziemi Sztumskiej, który jako sanitariusz i kapelan znalazł się z armią niemiecką na wschodzie, w okolicach Suwałk... Publikowane fotografie i towarzyszące im fragmenty korespondencji potrafią mocno przemówić do czytelnika. Fritz Recenzje 201 Tolek wysłał do siostry w Munster kartkę z odręcznym, trochę nieporadnym rysunkiem. Dzieci radośnie bawią się w śnieżki. „Zapomnij moje czyny” - dopisał. Dlaczego? Ciekawe jest pismo pisane po polsku z kancelarii Infanterie Ersatz Trup pe War-schau kierowane do wójta gminy Jabłonna z 2 stycznia 1916 roku. „Uprasza się o rekwizycję pojazdu dwukonnego otwartego z dwoma siedzeniami na dzień 4 stycznia rano o godzinie 7mej minut 30 przed budynkiem sztabu 1 bataljonu. Obracaj, podoficer przy sztabie”. Jak z tego widać, w kancelariach wojskowych służyło wielu Polaków z zaboru niemieckiego. Przypo-mnijmy jeszcze, że w 1915 roku sukcesy militarne armii niemieckiej na froncie wschodnim (5 sierpnia zdobyta Warszawa, 20 sierpnia twierdza Modlin) oznaczał faktyczny koniec zaboru rosyjskiego. „Po opanowaniu Królestwa Polskiego zdobywcy utworzyli obszar okupacyjny zwany Generalnym Gubernatorstwem Warszawskim. I choć funkcjonowało ono ponad trzy lata (1915-1918), dziś jest zapomniane. Był to okres historycznie złożony, z wiełoma skrajnościami. Względnym swobodom kulturalno-oświatowym towarzyszyła rabunkowa eksploatacja gospodarcza, a inicjatywom państwowotwórczym Tymczasowej Rady Stanu — aresztowania działaczy niepodległościowych. Pod twardymi rządami można było jednak czynić przygotowania do odzyskania niepodległości” — przypomina Szczepański. I zauważa, że jeśli w korespondencji z 1916 roku żołnierze określali najczęściej Jabłon-nę jako miejscowość położoną na zajętym terytorium wroga, w Rosji lub rosyjskiej Polsce, to im bliżej zakończenia wojny tym częściej pada słowo „Polska ... Zgrupowanie Infanterie Erzatz Trup-pe Warschau zakończyło działalność po ponad dwu latach. Po rozejmie między Roją a Niemcami w grudniu 1917 roku, a następnie podpisanym 3 marca 1918 roku traktatu pokojowym w Brześciu nie było potrzeby szkolenia rezerw na front wschodni. „Ostatni żołnierze szkolący się wjabłonnie zostali skierowani do Francji”, gdzie toczyły się krwawe boje. Siedem batalionów marszowych odjechało koleją po inspekcji generalnego gubernatora Hansa von Beselera, która miała miejsce 4 kwietnia 1918 roku. Ciekawe, że prawie dokładnie rok wcześniej żołnierze zbudowali pomnik zwieńczony orłem z hasłem na cokołe: „Niemiecka wierność ostoją siły”. Był ulepiony ze śniegu... Niemiecko-rosyjskie rozmowy pokojowe, zwalnianie jeńców z niewoli rosyjskiej, spowodowały konieczność utworzenia dla nich tzw. obozów kwarantannowych dla powracających do ojczyzny. Najczęściej mocno wynędzniali i schorowani trafiali tam, by odzyskać siły. Kierowano ich do Jabłonny i Zegrza. W tym ostatnim wśród kadry, jako adiutant dowódcy, znalazł się sztumianin, ppor. Bolesław Morawski, syn doktora Feliksa, wybitnego działacza narodowego. Bolesław Morawski służył potem do końca życia w Wojsku Polskim. Prawdopodobnie podzielił los tysięcy oficerów zgładzanych na wschodzie. A jak potoczyły się losy szeregowego Emila z rezerw sztumsko-malborskiego 152. Pułku Piechoty, tego ze zdjęcia? Nie wiadomo. Na pewno podpisałby się pod fragmentem listu innego żołnierza, które posłużyły za tytuł albumu: „Jabłonna - ty morderco mojej młodości”. Fraszki Anna Szatkowska Testament Skrobię testament z ostatnią wolą podpieram się w piśmie metafizyką Piszę... niech mnie na nutki rozbiorą po śmierci chcę zostać muzyką Lustro Patrzysz mi co rano w oczy zadaj esz wzrokiem pytania A ja się wciąż boję odpowiedzi bez słów wracam do śniadania Perpetuum mobile Jego na nią wielka ochota sprzyja mocno Jej pragnieniu Nieustanne perpetuum mobile w damsko-męskim połączeniu Schron Szukam wygodnego schronu bez dostępu demonów bez podszeptów głupoty Poczekam w nim na wzloty Zaniechanie Zbyt bezpieczna w kokonie od śmierci dzieli miękki koc Gaszę ekran złych wiadomości nie robię nic, czekam na noc Potwór Mam osobistego potwora, który kąsać pragnie ludzi Zbyt często spala żywcem i zawsze za późno studzi Mowa ciała Czasem rozmowa trąci absurdem bo każda płeć inny słuch dostała Nie szukajcie wtedy translatora lepiej już przejść na mowę ciała Manifest Poranne szorowanie szkliwa niech Ci umysłu nie zmąci Nie zostawiaj nigdy szczoteczki to jest Twój symbol wolności Niewiedza Zesłana do piekła za niewiedzę w kotle sobie wygodnie siedzę Smoła na plecy spływa z grubej rury dumam nad tajemnicą ludzkiej natury List do redakcji W POSZUKIWANIU RODZINY To zdjęcie zostało wykonane w 1890 roku. Jedną z uczennic na powyższym zdjęciu jest moja babcia Anna Krause z domu Ornass. Urodziła się w Dzierzgoniu w 1877 roku, później mieszkała w Miniętach, była jedynaczką. Jej rodzice to Teodor Ornass i Julianna Knoof. Posiadali niewielki majątek i restaurację (gospodę, zajazd). Czy w Dzierzgoniu żyją potomkowie innych Ornassów - krewnych mojego pradziadka Teodora, który zmarł w dość młodym wieku? Gdzie mogła znajdować się szkoła do której uczęszczała Anna Ornass? I co to była za szkoła? Anna Ornass wyszła za mąż za Jana Krause (ur. 1877) ze Sztumu. Po ślubie (1901) przeprowadzili się na drugą stronę Wisły, zamieszkali w okolicach Starogardu. Rodzice Jana Krause to Piotr Krause ur. w Sztumie ok. 1838 i i Julianna Kryn ur. w Tropach Sztumskich w 1847. Piotr Krause zmarł gdyjan - mój dziadek miał ok. 2 lat, ale w Sztumie żył dłużej jego ojciec - też Piotr Krause (1814 - ok. 1888). Piotr Krause senior i jego żona Anna Kelch ze Sztumu (ślub w 1837) posiadali nieduży majątek. Mieli oprócz syna Piotra córki: Katarzynę, Józefinę, Annę, Michalinę, Juliannę, Barbarę i Augustę. Być może był też jeszcze syn, oprócz Piotra. Wszystkie dzieci rodziły się w Sztumie w latach ok. 1838- 1859. Czy w Sztumie żyją potomkowie dzieci Piotra Krause i Anny z domu Kelch? Znane są dzieje tylko ich syna Piotra, który był moim pradziadkiem. Zarówno Ornassowie z Dzierzgonia jak i Krausowie ze Sztumu byli wyznania katolickiego. Jeśli ktokolwiek z Czytelników kwartalnika „Prowincja” będzie dysponował jakimikolwiek informacjami o mojej rodzinie, proszę o kontakt za pośrednictwem kwartalnika Prowincja. Alicja Kilian-Baran z Bydgoszczy Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Józef Borzyszkowski - ur. 1946 r w Karsinie. Profesor nauk humanistycznych na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Autor wielu publikacji z historii Pomorza. Działacz i wieloletni prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Prezes Instytutu Kaszubskiego. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Gazetą Malborską, Radiem Malbork. Justyna Czernicka - absolwentka filologii polskiej na UMK w Toruniu. Od 2011 r. Instruktorka teatralna w Sztumskim Centrum Kultury (w latach 2004-2010 polonistka, bibliotekarka). Publikowała wiersze dla dzieci w antologiach wyd. DeAgostini Wiersze o jesieni, Wiersze o zimie, Jesienny walc, Trzeba przetrwać, Śnieżne baletnice oraz scenariusze lekcji bibliotecznych i spektakli w czasopiśmie Biblioteka w szkole. Mieszka w Starym Targu. Jarosław Denisiuk - absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL w Elblągu, historyk i kurator sztuki. Tomasz Gliniecki - ur. w 1967 r. w Elblągu. Absolwent pedagogiki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. Poeta, dziennikarz, redaktor naczelny Dziennika Elbląskiego, Gazety Olsztyńskiej. Pasjonat historii Elbląga i okolic z okresu drugiej wojny światowej i powojennego. Andrzej Grzyb - poeta, prozaik i publicysta urodzony w Złym Mięsie na Kociewiu, mieszkający w Czarnej Wodzie. Jest założycielem kilku stowarzyszeń społeczno-kulturalnych na Kociewiu. Laureat wielu nagród literackich, autor ponad trzydziestu książek, tomików poezji, powieści, zbiorów opowiadań, baśni dla dzieci i reportaży z podróży wędkarskich. Tomasz Jagielski -ur. w 1972 r., absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim. Pracuje w Zespole Szkół w Suchym Dębie. Publikacje - „Ostrowite i Suchy Dąb - Historia wsi żuławskich”, „Steblewo historia wsi żuławskiej”. Publikuje w „Pomeranii”, „Dzień- Noty o autorach 205 niku Bałtyckim”, „Tekach Kociewskich. Działacz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodworskim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Alfred Kohn - ur. w 1960 r. w Makowie Mazowieckim. Animator i działacz kultury, poeta i redaktor. Opublikował tomiki poetyckie: Pegaz załagodniał i (Nie)dzielne wiersze. Był dyrektorem Sztumskiego Centrum Kultury. Od 1996 r. kieruje Gminnym Ośrodkiem Kultury w Tarczynie. Adam Langowski - ur. 1981 r. w Sztumie, ukończył historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, pracuje jako nauczyciel historii w Zespole Szkół w Starym Targu oraz Niepublicznym Gimnazjum w Sztumie. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropołogiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Dominika Lewicka-Klucznik - polonistka, nauczycielka w Liceum Plastycznym w Gronowie Górnym. Recenzentka i instruktorka teatralna. Aktywnie działa w Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim. Wydała tomik poezji Samopas. Mieszka w Elblągu. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Cezary Obracht-Prondzyński - socjolog, antropolog i historyk. Kieruje Zakładem Antropologii Społecznej w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Jest też prezesem Instytutu Kaszubskiego i Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Pełni społecznie funkcje w kilku radach muzealnych (Wejherowo, Bytów, Słupsk) oraz w Radzie Programowej Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku. Jest też przewodniczącym Rady Fundacji Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego oraz Rady Fundacji „Ośrodek Badań i Analiz Społecznych” w Gdańsku. 206 Noty o autorach Cezary Oleczek - ur. w 1967 r. w Miłomłynie. Absolwent historii UMK Toruń. Praca magisterska pod kier. prof. Jacka Staszewskiego pt.” Życie polityczne wojskowych w dobie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.” Pasjonat historii Mazur. Członek Stowarzyszenia Historycznego Prabuty -Riesenburg. Wiesław Olszewski - ur. w 1957 r. Absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, rolnik. Inicjator reaktywacji struktur Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Nowym Dworze Gdańskim. Współzałożyciel i Prezes Klubu Turystycznego PTTK w Nowym Dworze Gd. Przewodnik po Muzeum Stutthof. Wojciech Jacek Pelc - ur. w 1972 r. w Elblągu. Prywatny przedsiębiorca, miłośnik historii, geografii, poezji. Członek Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego, Stowarzyszenia „Altenatywni”, grupy Literycznej „Na krechę” oraz grupy poetyckiej „Poeci Po Godzinach”. Laureat kilkunastu lokalnych i ogólnopolskich konkursów literackich. Publikował w kwartalniku literackim Szafa, a także w Angorze, współautor tomu poetyckiego Nierówności pod sufitem (2011), Miłość w czterdziestu siedmiu pozycjach (2013). Mieszka w Żuławce Sztumskiej. Aleksandra Paprot - ur. w 1988 w Malborku. Magister etnolog i kulturoznawca, doktorantka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu. Członkini Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Zajmuje się problematyką kreowania współczesnych tożsamości regionalnych oraz lokalnych, a także polityką regionalną, kulturalną i dziedzictwem kulturowym na Ziemiach Zachodnich i Północnych (ze szczególnym uwzględnieniem Żuław i Powiśla). Wiceprezeska Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UW-M w Olsztynie. Poeta, krytyk literacki, redaktor, dziennikarz, regionalista. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 - 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w łatach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Sylwia Stankiewicz - ur. 1952 r. w Warszawie. Nauczycielka nauczania początkowego w Szkole Podstawowej w Ankamatach, a od 1973 roku do przejścia na emeryturę w 2005 roku nauczycielka matematyki, języka polskiego i niemieckiego w Szkole Podstawowej Noty o autorach 207 w Waplewie Wielkim. Prowadziła „Kronikę szkoły”. Autorka opracowań Od Heleny do Izabelli. Losy Rodziny Sierakowskich patronów Szkoły Podstawowej w Waplewie i Związki Fryderyka Chopina z Waplewem Wielkim na Pomorzu Nadwiślańskim. Pomysłodawczyni Pomorskich Dni Chopinowskich w Waplewie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Anna Szatkowska - urodzona na Żuławach, mieszka na Kociewiu, pracuje w Gdańsku. Pracę ze słowem przepowiedział Jej przed laty ulubiony nauczyciel historii w Liceum Ogólnokształcącym w Nowym Dworze Gd. Janusz Wyka. Z prasą związana zawodowo 18 lat, z Dziennikiem Bałtyckim - 10. Fraszkami bawi się w wolnym czasie dla relaksu. Kamila Ihiel-Ornass - sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku w stanie spoczynku. Mieszka w Sztumie i w Warszawie gdzie działa w stowarzyszeniu miłośników stołecznej architektury i historii Oleandry. Prowadzi Rodzinną Fundację Stypendialną im. Or-nassów w Pelplinie. Związana z Pomorzem. Nie wyobraża sobie życia gdzie indziej, niż w „domu nad jeziorem” w Sztumie. Małgorzata Wątor - ur. w Słupsku w 1989 r. Z pochodzenia Kaszubka, na stałe mieszka w Gdańsku. Laureatka konkursów literackich, m.in. Konkursu Jednego Wiersza w ramach Spacerów Literackich po Gdańsku (sierpień 2014), „Wolnogdynianka” - konkursie jednego wiersza z okazji jubileuszu Miasta Gdyni w 2015 r. Publikowała w piśmie Egalitarnym Obywatelka, Nowej Wsi Tworzącej. Należy do Nieformalnej Grupy Literackiej w Słupsku. Arkadiusz Wełniak - ur. w 1973 w Tczewie. Historyk, archiwista, genealog. Właściciel firmy, współpracownik m. in. kancelarii spadkowej i międzynarodowej firmy genealogicznej „Pro Heraldica” ze Stuttgartu. Wiatach 1999-2011 pracownik Archiwum Państwowego. Aktywny i jedyny polski przedstawiciel w Towarzystwie Genealogicznym Prus Wschodnich i Zachodnich (VFFOW). Autor inwentarzy archiwalnych i opracowań z zakresu genealogii. Publikował m. in. na łamach Przeglądu Zachodniego, Rocznika Elbląskiego, Studiów Elbląskich, Altpreussische Geschlechterkunde, Der Westpreusse i Archiwisty Polskiego. Zaza Wilczewska - ur. w Inowrocławiu, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1976-91 wicedyrektor i dyrektor Biura Wystaw Artystycznych w Sopocie. Opublikowała zbiory wierszy: Szelest czasu (2001), Między słowa- 208 Noty o autorach mi (2006), Fragmenty (2009), powieść Lutnia (2004), zbiór opowiadań Wyjęte z milczenia (2008), wspomnienia Szkice sopockie (2012). W Roczniku Sopockim publikuje szkice o sopockich artystach plastykach. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. Stanisława Wojciechowska-Soja - absolwentka Liceum Pedagogicznego w Tczewie, Uniwersytetu Gdańskiego - filologia polska, Podyplomowego Studium Wiedzy o Filmie, Teatrze i Telewizji, Podyplomowych Studiów Dziennikarstwa. Autorka powieści Na oszmiańskich rozstajach, licznych reportaży prasowych w Dzienniku Bałtyckim. Długoletnia nauczycielka LO im. H. Sienkiewicza w Malborku, obecnie na emeryturze. PROWINCJA