Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2015 roku” u ■, Josepha Conrada Korzerlcrdd^o ‘dział RrrrrALNY 80-P' 5 Gdańs':, ul. Targ Rakowy 5/6 58 301-48-1 1 w. 227, 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 3 (21) 2015 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski III i IV str. okładki: rzeźby Ryszarda Rabeszki Druk: Drukarnia Wydawnictwa „Bernardinum” Sp. z o.o. Pelplin Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja@>onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Elżbiecie Domańskiej, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Markowi Szulcowi, burmistrzowi Prabut Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Malborskiemu Stowarzyszeniu OS. Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papiernicze - biurowy „Kopiał” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy: prowincja(o>onet.pl Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta pierwsza „Prowincja”.............................................5 Poezja Jolanta Steppun..........................................................6 Proza Marek Stokowski - Kelner - Wstyd - Misja.................................8 Grażyna Kamyszek - Czerwone szpilki.....................................12 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy........................................17 Andrzej Kasperek - Żyć, to znaczy filozofować...........................22 Prowincje bliskie i dalekie Hanna Rolicz - Mój romans ze sztumskim zamkiem..........................26 Andrzej Kasperek - Serowar żuławski.....................................33 Marta Chmielińska-Jamroz - Rajd Łupaszki................................40 Arkadiusz Dzikowski - Estonia - daleka granica królestwa................43 Przemysław Nehring - Wrażenia z chińskiej prowincji.....................49 Na tropach historii Janusz Namenanik - Ewolucja dzierzgońskiego herbu.......................55 Ryszard Rząd - Bramy Żuław - constructio et destructio...................64 Jan Chłosta - Przeszłość Powiśla w „Słowie na Warmii i Mazurach”.........75 Justyna Liguz - Początki administracji polskiej w Kwidzynie.............81 Stanisława Dąbrowska - Kronika Szkoły Podstawowej w Postolinie - 1945-1959 ... 86 Bogumił Wiśniewski - Cienie przeszłości.................................93 Marek Dziedzic - Amerykańskie bombowce nad Malborkiem...................99 Tomasz Gliniecki - Stalinizm po polsku, czyli wyrok w Sprawie Elbląskiej.103 Marcin Owsiński - Bagaż ludzkich problemów i nadziei...................111 Wspomnienia Janusz Ryszkowski - Stałem się ruiną ciała... Zygmunt Krasiński pisze na Waplewo.....................................119 Rafał Cybulski, Leszek Parus - Bolesław Usow - nadleśniczy z historią...133 Marta Chmielińska-Jamroz - Historia kamienia z pomnika „Żelaznego”......138 Teodor Sejka - Jak być harcerzem - to na całe życie - Część 2..........141 Dorota Maluchnik - Zasypiamy pod czerwonym kocem.......................151 Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki - Wakacyjne wędrówki muzyczne........................ 157 Piotr Piesik - Bo nie ma złych chórów, są tylko źli dyrygenci..........164 Justyna Lijka - Reminiscencje z podróży................................169 Jarosław Denisiuk - Wspomnienie o Gerardzie Kwiatkowskim...............176 Galeria Prowincji Agnieszka Jarzębska - Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa...............179 Recenzje Janusz Ryszkowski - Namolka poectwa....................................189 Janusz Ryszkowski - Z drugiego brzegu przez Hades......................190 Jan Chłosta - Wspomnienia Kaszuby.......................................192 Andrzej Lubiński - Ksiądz Barczewski - badacz polskości................194 Noty o autorach.........................................................197 DWUDZIESTA PIERWSZA „PROWINCJA” Lato nas rozpieściło, nieco rozleniwiło, z pewnością zrelaksowało. Mamy nadzieję, że część czasu poświęcili Państwo na przeczytanie poprzedniego numeru „Prowincji”, bo idzie refleksyjna jesień i mamy kolejną dawkę lektury. Dla nas to rok jubileuszowy, bo właśnie jesienią pięć lat temu pojawiliśmy się na rynku. To już dwudziesty pierwszy numer pisma. W dziale literackim polecamy wiersze malarki i poetki ze Starogardu Gdańskiego Jolanty Steppun, humoreski Marka Stokowskiego i dalszy ciąg prozatorskich poszukiwań Grażyny Kamyszek. Gdański filozof Andrzej C. Leszczyński tym razem w swoich „okruchach” o uboju rytualnym, banalności zła i współczesnej nowomowie, a Andrzej Kasperek z kolei o przyjemności filozofowania i czytania Leszczyńskiego. Wędrówki po prowincji tym razem bliskie i dalekie, bo i żuławskie (A. Kasperek), estońskie (A. Dzikowski) i chińskie (P. Nehring). Ponadto tekstem Hanny Rolicz rozpoczynamy dyskusję na temat przyszłości zamku krzyżackiego w Sztumie, którego od ponad 20 lat nie udaje się ani sprzedać, ani zagospodarować. Pomysłów jest wiele, ale żadne z działań nie przynoszą pożądanych rezultatów. Jak zwykle spora dawka historii - Janusz Namenanik o dzierzgońskim herbie, Ryszard Rząd o mostach w Tczewie i Malborku, Justyna Liguz o początkach polskiej administracji w Kwidzynie, Jan Chłosta o Powiślu na łamach „Słowa Warmii i Mazur”, Marek Dziedzic o amerykańskich bombowcach nad Malborkiem, kronikarka Stanisława Dąbrowska o początkach szkoły polskiej w Postolinie, Bogumił Wiśniewski o kobietach lekkich obyczajów, a Marcin Owsiński o żuławskich osadnikach. Wspominkowa część kwartalnika to, piórem Janusza Ryszkowskiego, kolejna odsłona świetności nie-prowincjonalnego Waplewa, do którego to adresował listy wieszcz Zygmunt Krasiński, zwierzający się swojemu przyjacielowi, Adamowi Sołtanowi. Rafał Cybulski i Leszek Parus odkrywają losy Bolesława Usowa, nadleśniczego z Kwidzyna, z piękną kartą wojenną, ściganego przez peerelowską bezpiekę, a Teodor Sejka kontynuuje harcerskie wspominki. W części plastyczno-muzycznej Jarosław Denisiuk żegna Gerarda Bluma Kwiatkowskiego, twórcę elbląskiej Galerii EL, Justyna Lijka opowiada o twórczości oryginalnego pejzażysty z Monachium, Piotr Piesik o chórze Lutnia i Wawrzyńcu Zamkowskim, a Wacław Bielecki podsumowuje swoje wakacyjne wędrówki muzyczne. W Galerii Prowincji oryginalnego rzeźbiarza ludowego z Rodowa Ryszarda Rabeszkę opisuje Agnieszka Jarzębska. Mamy nadzieje, że konfitury i nalewki na jesień przygotowane, ciepłe pledy lub drewno do kominka zgromadzone, zatem „w tych okolicznościach przyrody” pozostaje nam tylko, razem z kotem Mariusza Stawarskiego życzyć Państwu miłej lektury. Redakcja Poezja Jolanta Steppun kiedyś będę milczącym kamieniem chłodem w kilku litrach krwi nie będę tryumfować a fanfary zaniemówią i tylko zgasną gwiazdy i nów się stanie kiedyś będę wiosennym wiatrem w szeleście liści mnie usłyszysz albo zostanę mgłą na łące stokrotką pod twoim butem nie ma kocich łbów słońce wtapia podeszwy w asfalt pod ciemną drogą rozciągają się szkielety przegranego życia nie przeraża milczenie poległych trwamy w okrucieństwie wojny za mało nam krwi wsiąkniętej w matkę naturę zakorzenione pola bitew niezależnie przechodzą w genach Poezja 7 *** jutrzejsza godzina będzie beze mnie to świadomy ruch ominę obcowanie z tobą na odległość nic się nie zdarzy prócz ciszy i samotnej drogi przez żółwi czas twoje ciepłe słowa oddalają się coraz bardziej ostatnie uściski przesiąknięte chłodem bez wątpienia zwiastują nadchodzące mrozy kiedy obfituje czyste niebo kwiaty bzu umierają czekając na deszcz ja wysycham wiedząc że któregoś dnia zniknę z twojego życiorysu AMPLITUDY było aż nadto gorąco cień schował sie pod drzewa bał sie bezchmurnej koszuli wiatr bezczelnie całował nie tylko w usta z zazdrości wzrosło napięcie ujście tkwiło w piorunach odliczanie raz dwa raz dwa jednak podzielone niebo nie uroniło łzy Proza Marek Stokowski KELNER Zbyszek wie, że okna i lufciki trzeba trzymać wciąż zamknięte. One muszą być możliwie szczelne, aby nie wpadały przez nie świństwa, na przykład odpadki ze stacji kosmicznych, hałasy motorów, meteory i przekleństwa, obrazy upadku, szrapnele z obszarów wojennych konfliktów, szerszenie i bąki, obietnice bez pokrycia, gołębie z kleszczami, zarazki błonicy i głupie pytania bez szans na odpowiedź. Najgorzej, gdy wlecą podstępne pokusy, a wśród nich swędzące żądze - przeważnie bogactwa i nieograniczonej niczym władzy lub zaszczytów jak w Bizancjum - przynoszone skądś przez sroki. I niedobrze jest, gdy wredne wróble prysną w szyby ziarnem pragnień, które ucieleśnia Mira Groniec, kiedy idzie trotuarem, prowadzona wzrokiem setek i tysięcy innych okien. Jeszcze większe zagrożenie tkwi w nie poutykanych grubym kocem, nie zamkniętych drzwiach mieszkania. Przez nie może dostać się do środka coś o wiele bardziej morderczego od pragnienia i pokusy. Powiedzmy we wtorek. Zbyszek siedzi z piękną Klarą, no może nie piękną, wszakże Zbyszek ją uwielbia. Ona pije wodę z sokiem, on przegryza coś suchego, nagle słyszą jakiś hałas, najwyraźniej w przedpokoju. Zbyszek wstaje, idzie, patrzy, a tam stoi czarny kelner i uderza placem w tacę. Nieproszony, nieanonsowany. No, ale dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry. Kelner wchodzi do pokoju. Klara musi się poprawić. Podrywa się z miejsca, żeby smyknąć do łazienki, na co kelner mówi do niej: - Pani siedzi, ja nie patrzę. Więc Klara zostaje, chociaż czuje się okropnie skrępowana, bo jest taka nieumalowa-na, w dodatku bez rajstop, z gumkami we włosach. Zbyszek siada obok damy. A kelner podaje im kartę - kilkustronicową kartę nieszczęść, opatrzoną logo restauracji i podpisem szefa kuchni. - A co pan poleca? - Zbyszek jakoś tak wypala, tak w pierwszym odruchu. - Wszystko świeże. Brać jak leci. Zbyszek z Klarą pochylają się na kartą i studiują ją uważnie. Nader trudno im się zdecydować. Wybierają, wybierają, wybierają kilka minut, aż tamten pomału już traci cierpliwość. - W sumie, to nie jestem taka głodna - wybąkuje w końcu Klara. - Mus zamówić - wtrąca kelner. - To poproszę - cedzi Zbyszek - coś lekkiego. - Na ten przykład? - Wystarczy nam skromna przystawka. I woda. 9 - Nie. Trzeba zamówić przynajmniej dwa dania. - Nas na tyle raczej nie stać. - To damy na kredyt, ale musi być coś solidnego - upiera się kelner i strzepuje paproch z klapy; nie, nie paproch, chyba łupież. No tak, wiedzą, Zbyszek z Klarą. Oni wiedzą, że nie wykpią się przystawką, a jak będą nadal zwlekać, to zadecyduje za nich kuchnia. Kuchnia sama coś wybierze i podeśle przez kelnera. I to będzie coś przypadkowego - co akurat się nawinie lub co właśnie jest na ogniu. Dlatego, naprawdę, należy uważać. Drzwi wejściowe muszą być zamknięte na trzy spusty i na łańcuch. Warto nawet zatkać dziurkę. I trzeba - jak zwykle - pamiętać o oknach. Chyba lepiej, by w mieszkaniu było trochę nieprzewiewnie, niż by zjawił się w nim kelner z bardzo długą kartą nieszczęść. WSTYD Zbyszek wstydzi się czapeczki. Ona jest zrobiona ręcznie na szydełku. Taka ciepła, ze ściągaczem, białą różą i pomponem. Zbyszek dostał ją od pięknej Klary, no, może nie pięknej, w każdym razie bardzo ładnej. No, może nie ładnej, ale za to pełnej wdzięku. No, może z tym wdziękiem to lekka przesada, wszakże Zbyszek ją uwielbia - jakimś dziwnym, niepojętym cudem jemu Klara się podoba. I dlatego chodzi w tej czapeczce, choć tak jakby go paliła, kiedy ludzie patrzą na nią. Zbyszek wstydzi się porwanych gaci. Pod spodniami ich nie widać, wszakże Zbyszek ma świadomość, jaką marną ma na sobie garderobę i po prostu nie potrafi sobie wyobrazić, co by było, gdyby upadł, przyjechali poń karetką i potem w szpitalu jakaś siostra czy salowa zdejmowałaby mu portki. Wtedy umarłby na pewno, nawet taki podłączony do glukozy i przewodów pod napięciem. No albo - powiedzmy - gdyby znalazł się w sportowej szatni. Też by umarł albo uciekł. Przecież jeśliby go ktoś zobaczył, to znaczy zobaczył te gacie, to nie byłoby litości. Zbyszek zna okrutną siłę śmiechu stada mężczyzn czy chłopaczków. Zbyszek wstydzi się roweru. Jego rower jest różowy, bez przerzutek i bidonu. Mówiąc prawdę, to jest damka, taka jakaś nie wiadomo, pewnie po dziewczynce przed maturą. No, tak się zdarzyło, tak jakoś wypadło - Zbyszek nagle potrzebował dokądś jechać, ktoś wyciągnął wrak z piwnicy, podarował, a on wsiadł, pojechał i tak jeździ. Na początku nawet się nie zorientował, że ta damka może być zawstydzająca. Potem zaczął to dostrzegać 10 coraz mocniej, aż wreszcie go wzięło, tak że teraz, kiedy musi nią pojechać, to przemyka się po zmroku, a gdy mu wypadnie wyjazd za dnia, to, nie rozglądając się na boki, pedałuje jak najprędzej, żeby kolor i kształt ramy rozmywały się w powietrzu. Zbyszek wstydzi się oddechu. Swojego oddechu. No, może nie zawsze, ale wtedy, kiedy naje się cebuli, szczypioru lub czosnku, jest mu głupio, tak jak nie wiem. A najada się dość często. Po pierwsze - on lubi. Po drugie - uważa, że tak chroni swoje zdrowie, przegania bakterie, wirusy i grzyby. Zbyszek ma w tej kwestii chyba rację. Rzeczywiście, nie choruje na żylaki, wietrzną ospę i podagrę. Co prawda na inne choroby zapada, lecz na pewno znacznie rzadziej od innych śmiertelnych, a szczególnie od tych wszystkich, którzy powstrzymują się od czosnku i cebuli ze szczypiorem. Zbyszek wstydzi się, że nie ma prawa jazdy, dobrej pensji i ubezpieczenia w takim jakimś odpowiednim miejscu, żeby - kiedy będzie stary - nie wyjadał śmieci z kubła. Tak jakoś nie wyszło - z tą polisą na przetrwanie, licencją i pensją. Może Zbyszek był za głupi, może nie dbał, o co trzeba, może nie miał biedak szczęścia. Tak czy owak, nie ma ważnych atrybutów męskich. Żadna ładna i uświadomiona pani nie zaufa jego sile. Dlatego on nie ma śmiałości do kobiet. Tylko Klara go nie peszy. No, może i peszy, ale Zbyszek to ukrywa. No, może nie całkiem, ale jakimś niepojętym cudem Klara zdaje się to ignorować. Nawet mu zrobiła z czapkę wełny - na szydełku, ze ściągaczem, białą różą i pomponem. Zbyszek wstydzi się tak często, że już wstydzi ze wstydu. I tak go to dręczy, że aż budzi się po nocach. W końcu ma już tego absolutnie dosyć. Dosyć! Trzydziestego kwietnia rano wstaje bardzo energicznie z łóżka. Zakłada czapeczkę i gacie. Zjada czosnek i cebulę. Bierze kartę rowerową i powiadomienie o debecie, wskakuje na damkę i sunie przez miasto. Jedzie z dumnie podniesioną głową. Jedzie wolno i z uśmiechem. Przystaje na moment, żeby kupić tulipany. A potem znów jedzie - bezwstydnie - do Klary. MISJA Zbyszek długi czas nie wiedział o istnieniu czegoś tak pięknego. On nigdy nie słyszał o centrum kosmicznym pod Sztumem. Jakoś tak przed świętem metalurgii maszeruje, patrzy - wielki parkan, a na nim tablica. Na tablicy napisano: „Przylądek Ostatniej Nadziei”. Poza tym są na niej uwagi: Zabrania się wchodzić. Zabrania się pytać. I najlepiej zaraz odjeść. Ale Zbyszek nie odchodzi. 11 Jest dziura w parkanie, a on jest ciekawy. Jak żyje, nie widział urządzeń kosmicznych, nawet w okolicach Bielska Białej. No więc wsuwa się do środka. Wchodzi, widzi, coś się dzieje! Słyszy pełne ekscytacji głosy, jakieś trąbki i sygnały. Wyczuwa napięcie jak przed startem z Cape Canaveral. Ukrywa się w krzakach i uważnie obserwuje. Patrzy, słucha - rzeczywiście, świetnie trafił, właśnie trwa ostatnie odliczanie. Dziewięć, osiem, siedem... cztery... Następuje start wersalki orbitalnej z małżeństwem doświadczalnym. Potężny jęk ziemi. Motory i dymy. Wersalka unosi się w niebo. Ludzie z bazy wiwatują. Zbyszek ma ochotę klaskać w dłonie jak personel Centrum Lotów, ale nie chce się zdekonspirować. Siedzi w krzakach, obserwuje. Podsłuchuje jednym uchem - może trochę i nieelegancko - połączenia pozaziemskie, te wszystkie stłumione rozmowy w eterze. One dolatują z dwóch głośników umieszczonych na baraku. Po trzydziestu trzech sekundach od momentu wystrzelenia eksperymentalnego mebla z małżeństwem, zaraz po meldunku, że w porządku, świeci słońce i jest ciepło, Zbyszek słyszy płacz kobiety. Astronauta Tkaczyk pyta: - Ale czego ty mi tutaj, Anka, a dlaczego ty mi beczysz? Astronautka Tkaczyk: - Prowiant... Astronauta: - Nie zabrała, owca jedna! - szarpie się okropnie w pasach i krzyczy przez chmury. - Ludzie, tutaj! Tutaj, ludzie!! Zbyszkowi się zdaje, że on woła nadaremnie. Tymczasem - co widzi przez okno budynku? Sprzątaczka Borkowska pracująca w Centrum Lotów odnajduje dużą torbę. Torba leży w księgowości, a w torbie - wiadomo - kanapki i picie. Borkowska kojarzy. Zawiadamia kierownictwo. Alarm, alarm, alarm, alarm i natychmiast akcja ratunkowa. Dziewięć, osiem, siedem... cztery... Motory i dymy. Jęk ziemi pod Sztumem. Awaryjna lada masarnicza unosi się w niebo. Zbyszek ma ochotę klaskać w dłonie. Siedzi w krzakach, obserwuje. On widzi, jak lada, a przed nią wersalka osiągają trajektorię lotu wyznaczoną przez uczonych. Następuje sprawne połączenie obu statków orbitalnych, a następnie przekazanie bułek i termosu z ciepłym piciem. Małżonkowie uwalniają się stopniowo z pasów. Mąż Tkaczyk z mozołem rozkłada wersalkę, a żona nastawia jakiś program w telewizji. Potem kładą się i oglądają. On wkrótce zasypia. Ona śledzi nieruchomym okiem panel o nieopłacalności chowu. Zbyszek widzi, co się dzieje: Rozpoczyna się właściwa faza misji. Zbyszek chwyta, siedząc w krzakach, to, co w owej misji najważniejsze: Głębokie przesłanie do cywilizacji rozwiniętych, czekanie na odzew, światełko nadziei, już chyba ostatnie. 12 Czerwone szpilki Grażyna Kamyszek CZERWONE SZPILKI Najpierw długo stały w ciasnym przedpokoju. Jak dwie żarówki oświetlały ciemne pomieszczenie, krzycząc jaskrawą czerwienią. Wabiły gości, jak potrafi wabić młoda kobieta. Kokietowały urodą i filigranowym wzrostem. Nie były duże, rozmiar 37 i znana marka wodziły na pokuszenie, aby je przymierzyć. Nikt tego robił. Niedoceniane, żebrały wytrwale o podziw, kokieteryjnie zaczepiały wchodzących błyszczącymi noskami prosząc o dotyk łaskawego spojrzenia, ale wzbudzały jedynie szczere zdziwienie. Po co Cecylii czerwone szpilki? Co ona może zrobić z takimi cienkim i wysokimi obcasami? Gwóźdź przybić? Przed złodziejem się obronić? Nawet ich nie założy, bo nie jej rozmiar. Może z ledwością wsunąć swoje koślawe paluchy i wyobrażać sobie, że sunie niczym modelka na wybiegu. I jeszcze ten krzykliwy kolor! Po co ona je kupiła? Rozpustnica! Świecą jak dwie latarnie w przybytku rozkoszy i sieją zgorszenie! Szkoda, że nie postawi ich za szkłem kredensu obok cennych bibelotów! Głupia Cecylia! Pytania i zdziwione spojrzenia dźgały dotkliwie posiadaczkę czerwonych szpilek, a ona z uporem trzymała je w przedpokoju, potykając się od czasu do czasu jak o wyrzut sumienia, bo przecież kosztowały sporo, ale Cecylię stać było na taką fanaberię. Głupia, stara Cecylia! Stara to ona była od zawsze, odkąd pamięta ją świat. Przywykła do tej swojej starości nieprzerwanie od dzieciństwa, gdy mówiono o niej stara maleńka, potem określenie to przylgnęło do niej w liceum, kiedy z powagą dostojnej matrony odmawiała udziału w faj-fach i ze zgorszeniem patrzyła na koleżanki z lubością sięgające następnego dnia po wodę, aby ugasić pragnienie po nadmiarze alkoholu. Na studiach uchodziła za wybitne dziwa-dło pielęgnujące swoją inność, rozkwitała z nią, jak rozkwita młoda dziewczyna. Wreszcie zraniona miłością podłą, głęboko dotknięta, wtuliła się w rzędy cyferek, jak wtula się w ramiona matki skrzywdzone dziecko. Odnalazła sens życia w czarnych długich kolumnach liczb, które bezlitośnie odliczały także jej upływające lata w zadymionym, ciasnym pomieszczeniu biurowca. Tylko czerwone szpilki nie starzały się. Pyszniły się elegancją, zadzierały nosa przy znoszonych kapciach, jakby czekały na swoje pięć minut, wyobrażając sobie udział w wielkich wydarzeniach. Nie doczekały się. Któregoś dnia Cecylia kupiła szafkę na buty. Wtedy los czerwonych szpilek został przesądzony. Schowane do tekturowego pudełka, znalazły nowe miejsce na dnie szafy. Nieraz śniły się Cecylii, słyszała ich skargę na niesprawiedliwy los, na niespełnione marzenia, bo na dnie szafy wcale nie było im dobrze. Cecylia od czasu do czasu zaglądała do pudełka, przecierała miękką szmatką lakierowane noski, jakby wycierała zapłakaną twarz dziecka i chowała je na powrót do pudełka. Grażyna Kamyszek 13 Agata wróciła! Jaka ona jest piękna, jak się zmieniła! Ależ elegancka! Prawdziwa dama! A z jaką gracją stawia kroki! Dziwisz się? Przecież to modelka! A jaki ma samochód! Widziałaś! A ten welon drogiego zapachu! A te buty z krokodylej skóry, to na pewno nie tanie podróbki! Dzieciakom cukierki rozdawała, czekoladki też. Nie zapomniała o nas! Poszła do swojego dawnego domu i gada z nowymi gospodarzami. Jakie siaty prezentów wnosiła! Głowa mała, żeby to wszystko ogarnąć! Piwem by poczęstowała albo flaszkę postawiła! Stać ją przecież! - domagali się uporczywie ci bardziej spragnieni. Wiadomość podawana z ust do ust niosła się echem po osiedlowych uliczkach. Odbijała się o stare schorowane lipy, zahaczała o przerdzewiałe ogrodzenia żebrzące gdzieniegdzie o puszkę farby olejnej, potykała się o nierówne płyty chodnikowe wystawiające z ziemi ostre, pokiereszowane obrzeża, jakby chciały podejrzeć, podsłuchać i przekazać wieści w głąb krecich korytarzy. Agata wróciła! Dwa słowa wtargnęły przez niedomknięte okno małego domku. Wdarły się przez grubą zasłonę, poruszyły niepamięć minionych lat. Rozgościły się w wytartym fotelu, upominając się brutalnie o zamkniętą przeszłość, ale też straszyły teraźniejszością - nieznaną, niepewną, chwytającą niebezpiecznie za schorowane serce starszej kobiety. Oddychała ciężko, bo jakże nie tracić oddechu, kiedy radość i niepewność niczym wielki znak równości zastyga na drżących ustach. Podniecone głosy z ulicy wirowały w ciasnym pokoiku, cichym szmerem omiatały cztery kąty i zastygały w bezruchu na ustach niemych, by w końcu powtórzyć słowa, które wdarły się bezpardonowo do skromnego pomieszczenia - Agata wróciła... Wróciła? Może tylko przyjechała, może wpadła na chwilę jak wpada się do mieszkania po zapomnianą rzecz. Do czego by tu wróciła? Do domu, z którego uciekała? Do wspomnień, które parzyły jak obolałe ciało wysmagane ostrymi gałązkami pokrzywy? To przed babką uciekała, to ona okładała dla zdrowotności i dla hartu delikatne ciałko dziewczynki, a potem Cecylia przykładała mokrą gazę nasączoną wywarem z rumianku i obiecywała, że zaraz pieczenie ustąpi. To przed pijanym ojcem chroniła się u Cecylii. Nigdy nie powiedziała złego słowa o ojcu. Tatko wrócił i boli go głowa, mówiła. Tatko przyszedł z kolegą i głośno rozmawiają, że nie można spać. Tatko nie jest zły, tylko mało pieniążków przynosi z pracy, dlatego często krzyczy na mamusię. Agata wróciła... Czy do takich wspomnień się wraca? *** - Słyszałaś, co się stało? Otwórz! Wiem, że jesteś w domu. - Natarczywość dzwonka zrównała się z podekscytowanym głosem. Kobieta wolno podniosła się z fotela i wspomagając się laską, podeszła do drzwi. Uchyliła je na długość łańcucha, będącego sygnałem, że dalej nie wolno. - Słyszałaś? Agata przyjechała! - Cecylia dawno nie widziała tak podekscytowanej sąsiadki. - Słyszałam. Cała ulica o tym krzyczy. - Idziesz? 14 Czerwone szpilki - Dokąd mam iść? - No, do Agaty! Jest teraz w swoim dawnym domu. Ciekawe, czy jeszcze pamięta co się tam wydarzyło? Była wtedy taka mała. Sporo ludzi już tam jest. Jaka ona jest piękna, i jaka bogata! Każdy chce mieć z nią zdjęcie! Zdejmij ten okropny łańcuch, wpuść mnie, pomogę ci dojść do jej domu. - Nigdzie nie pójdę. - Ale stare dziwadło z ciebie! Przecież to tak, jakby twoja córka wróciła. - Ona nie wróciła. Przyjechała tylko na chwilę. Na krótko. - Właśnie dlatego powinnaś do niej pójść! - Nie pójdę. - To sobie siedź jak więźniarka! Ja idę. - Idź, przecież ci nie zabraniam. *** Gładziła z matczyną czułością jasną dziewczęcą główkę. Wycierała policzki mokre od łez, całowała spocone czółko, tuliła wątłe ciałko spętane dziecięcym lękiem o mamę, której już nie można było pomóc, bo nadziała się na długi nóż. Martwiła się o brata, który nie zdążył doskoczyć do szuflady, by schować ten najdłuższy, najbardziej ostry. Uciekł w popłochu przed pijanymi razami. Agatka zawsze biegła do pani Cecylii. Tu był jej azyl, u starej panny, nie mogącej ułożyć sobie życia z żadnym mężczyzną. Bała się ich tak bardzo, jak bała się Agatka. Chciały być tylko dla siebie, wylizać rany do czysta, by żaden najmniejszy strup nie stanął na drodze do zapomnienia. Poruszać wyłącznie struny nadziei, wieczornym szeptem rozwijać niewinne pąki marzeń, które kiedyś miały krzyczeć pełnią szczęścia, rozkwitnąć i razić feerią barw. Marzenia oplatały starą i młodą głowę. Uśpione w zimowej gawrze czekały wiosny, by wraz ze słońcem, wygłodniałe, ziścić dziecięce sny. Te o tęsknotach skrywanych w zakamarkach serca, o słowach, które nie ranią, o nożach, które nie zabijają, o rycerzach, którzy nie krzywdzą, o dobrym świecie, o domach pełnych miłości, o ogrodach kipiących szczęściem. Takie małe tęsknoty... tylko wystarczyło w nie uwierzyć. *** Cecylia dzielnie lizała rany odrzucenia, bo on przyjechał na białym koniu... Zabrał Agatkę. Pokochał po rycersku. Nie pytał o nic. Był dom, był ogród. Była choroba. Była śmierć. Nie zostawił białego konia. Agata szukała złotych podków. Może gdzieś je zgubił? Nie znalazła. Oddała wszystko, bo tak trzeba było... Bank, niczym granatowe niebo przed burzą, złowrogimi pomrukami domagał się kolejnych rat. Złote strzałki błyskawic wskazywały bezwzględnie, co można jeszcze spieniężyć. Zostało jeszcze kilka cennych rzeczy, a wśród nich czerwone szpilki, za które mogłaby dopłacić do brakującego biletu. Czerwone szpilki - wyzywającą bezczelnością pyszniły się dawnym dostatkiem, a przecież były tak samo ubogie, jak ich właścicielka. Raziły w oczy śmiałym kolorem. Lakierowane, kształtne noski podkreślały urodę butów, zapewniały zadziornie, że zawsze będą modne i nigdy nie stracą na wartości. Grażyna Kamyszek 15 Wróciły do Cecylii z Agatą. Stanęły w progu z cieniem rozpaczy na twarzy, z szeptem niepewnym i wstydliwym. - Pani Cecylio, kupi pani ode mnie buty? Są prawie nowe. Agata stanęła w drzwiach przedpokoju. Widać było, jak bardzo jest zażenowana zaistniałą sytuacją. Była bez grosza, dlatego przemogła wstyd. Czuła, że tylko pani Cecylia może jej pomóc, tak jak robiła to już nieraz. - Agatko, kochana, jak mogę je kupić, kiedy moje opuchnięte nogi nie nadają się do noszenia butów na tak wysokim obcasie, a poza tym są dla mnie za małe. To widać gołym okiem. Nie chcę takiego bibelotu w moim domu. Zaproponuj je komuś innemu. - Proszę mi pomóc...Byłam w kilku domach, prosiłam, ale nikt nie chce ich kupić. Mówią, że są zbyt eleganckie, zbyt wysokie i używane, a ja prawie wcale ich nie nosiłam. Może je pani komuś podarować. Są naprawdę ładne i niezniszczone. Tylko one mi zostały. Jeśli je pani kupi, będę mogła wyjechać do Anglii, do pracy... Brakuje mi już naprawdę niewiele, aby dopłacić pośrednikowi. Muszę zrobić coś ze swoim życiem... Nie mogę ciągle płakać... Moje łzy nie wrócą życia mojemu mężowi. Cecylia wyszła do pokoju, by po chwili wrócić z plikiem pieniędzy w drżącej ręce. - Kupię od ciebie te szpilki. Nie pytam o cenę, ale myślę, że to wystarczy na bilet. Oby ci się powiodło. - Dziękuję. Nigdy tego pani nie zapomnę. Zawsze była pani dla mnie ogromnym wsparciem... Dziękuję! Dziękuję stokrotnie z całego serca! *** Natarczywość dzwonka była nie do zniesienia. Cecylia z impetem otworzyła drzwi, aby zrugać intruza za brak wyczucia w próbie dostania się do mieszkania, ale zrezygnowała z reprymendy, widząc w progu sąsiadkę, która nie tak dawno dobijała się do niej w podobny sposób. - Kobieto, coś ty taka nerwowa? Tak natarczywie dzwonisz, jakby ktoś umarł! - Przyszłam jeszcze raz, żeby cię przekonać, abyś poszła ze mną do Agaty. Ona zaraz odjeżdża. Pytała o ciebie. - Powiedziałam ci, że nigdzie nie pójdę, ale gdybyś mogła, zanieś Agacie drobny upominek ode mnie. Zaczekaj chwilę. Cecylia podreptała do pokoju, aby z szafy wyjąć karton z czerwonymi szpilkami. Na niewielkiej kartce, którą włożyła do środka, napisała: Agatko, niech te szpilki, które utorowały ci drogę do kariery, niosą cię po wybiegach całego świata. Jeśli któregoś dnia potkniesz się i będziesz musiała zapukać do moich drzwi, aby ze łzami w oczach poprosić mnie o ich kupno, na pewno to zrobię, bo ten fason nigdy się nie zestarzeje. Twoja Cecylia Kobieta znalazła kolorowy papier. Owinęła nim karton i zaniosła do przedpokoju. Sąsiadka niecierpliwie chwyciła pudełko i wybiegła na ulicę. Cecylia obserwowała zza 16 Czerwone szpilki firanki Agatę wsiadającą do auta. Żegnał ją tłumek gapiów. Nawet stare lipy wstrzymały na chwilę oddech, a potem zaszemrały intensywnie miodowo, wzbudzając niepokój pszczół. One też z podziwem przyglądały się pięknemu zjawisku, któremu na imię Agata. Zalotny wiatr musnął blond włosy, złote pasma rozświetliły smutną ulicę. Zapewne w niejednej głowie ożywiły marzenia o lepszym życiu. Już dawno nikt taki nie zawitał na cichą, zapomnianą uliczkę. Wypiękniała Agata. Ale co to? Odjeżdża bez prezentu od Cecylii? Nie! Otworzyła na chwilę drzwi, aby przyjąć nieoczekiwany podarunek. Cecylia widziała, jak Agata rzuca niedbale pakunek na tylne siedzenie. Odjechała z piskiem opon. Kobieta patrzyła na oddający się samochód, potem opadła ciężko na fotel. W skołowanej głowie szukała odpowiedzi na swój niemy krzyk pełen bólu, pomieszany z wyrzutami sumienia. Karuzela myśli przyprawiała ją o mdłości. Czy dobrze zrobiła rozstając się z czerwonymi szpilkami? Chyba brzydko postąpiła w stosunku do Agaty. Nie powinna wzbudzać w niej poczucia winy. To ona, Cecylia, była złą nauczycielką, nie nauczyła co ważne w życiu. Miała nadzieję, że Agata nie zajrzy do pudełka i wyrzuci je na najbliższym śmietniku. Tak byłoby najlepiej... Głupia, stara Cecylia, nie pomyślała, że może komuś sprawić przykrość. Głupia, stara Cecylia - mówiły z wyrzutem słone grona spływające po wykrzywionej twarzy. Głupia, stara Cecylia - powtarzał fotel, który nie chciał przytulić. Głupia, stara Cecylia! Jak mogła! Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY UBÓJ Judaizm i islam pozwalają swym wyznawcom spożywać mięso jedynie tych zwierząt, które zostały zabite bez ogłuszania, w stanie pełnego odczuwania. Praktyka ta, budząca odrazę u wielu osób (warto nadmienić, że Tadeusz Kotarbiński domagał się, by i karę śmierci, jeśli nie można jej znieść, wykonywać pod narkozą bądź w czasie snu, ograniczając w ten sposób towarzyszące jej okrucieństwo) była rozpatrywana przez Trybunał Konstytucyjny. Organ ten uznał jej legalność jako wyraz wolności religijnej. Andrzej Rze-pliński, przewodniczący TK, wyraził przy tej okazji zdanie (od którego odcięła się część sędziów), że wolność religijna jest wartością absolutną. Powinien mieć świadomość, że umywa tym samym ręce i dystansuje wobec niegodziwości i cierpień związanych z wojnami religijnymi, misjami, wyrokami sądów inkwizycyjnych itp. Przeciwnicy uboju rytualnego zwracają uwagę na ujawniający się w nim szowinizm gatunkowy wynikający z hierarchii żywych istnień. Człowiek (czyniąc się sędzią we własnej sprawie) uznał się za istotę Bogu podobną i uprawnioną do panowania nad istnieniami pozbawionymi owego podobieństwa. Posługuje się nimi, by wyrazić swe przekonania religijne. Byłoby jednak chyba lepiej, gdyby jako rzeczywisty wyznawca wiary sam, z własnej woli, czynił się rytualną żertwą, posługiwał się sobą, nie zaś istotami pozbawionymi, jak przecież sądzi, zdolności religijnych. Uniknąłby w ten sposób posądzenia o szczególną „łatwiznę” związaną z ofiarami „zastępczymi”. Tomasz Terlikowaki w świątecznej „Rzepie” z rabinicz-ną skrupulatnością szuka (i oczywiście znajduje) starotestamentowych źródeł pozwalających na konkluzję mówiącą, że prawo do zachowania zasad religijnych przez ludzi stoi wyżej niż dobrostan zwierząt. Biedny ten Terlikowski. Owszem, okrutny, ale i biedny. Bez oparcia w jednoznacznym przepisie nie poradziłby sobie. Nie próbuje wniknąć w symboliczny sens tamtych zdań, ani w nowotestamentowe ich przewartościowanie, w którym wrażliwość wyrasta ponad Prawo (dobry Samarytanin, pisze Joseph Ratzinger, nie pyta o Prawo: zobaczył nieszczęście i „rozdarło mu się serce”). Za nic ma obiekcje wobec ludzkiego poczucia wyższości nad zwierzętami tak różnych myślicieli, jak orficy (mówiący o metempsychozie i wcielaniu się ludzkiej duszy w duszę zwierzęcą), Budda, Pitagoras, Porfiriusz, Plutarch, Lew Tołstoj, Izaak Singer czy Martin Heidegger, który myśłal o człowieku jako „pasterzu bycia” (relacje człowieka z krową, koniem czy psem mają sens zarówno moralny jak i bytowy). Przede wszystkim Jerzy Nowosielski, którego zdaniem właśnie z ducha starotestamen-towego okrucieństwa wzięło się zabójstwo Syna Bożego: bo przecież Chrystus został zabity według wszelkich prawideł swojej religii. Najwybitniejszy gdańszczanin - Artur Schopenhauer - w stosunku do zwierząt dostrzegał kryzys kultury europejskiej. Marian Zdziechowski podczas rozmowy z Marianem Massoniusem wyznał, że choć zapewne pozostanie praktykującym katolikiem i będzie katolicyzmu bronił, utracił „wiarę wewnętrzną”. Ważnym powodem tej utraty było przerażenie ogromem cierpienia wi- 18 Okruchy docznego w przyrodzie, fakt, że wiedząc o konieczności jej upadku, Bóg nie przygotował dla przyrody żadnego planu zbawienia. [...] cierpienie człowieka, nawet cierpienia małych, niewinnych dzieci [...] mogą być tłumaczone z pomocą pojęć upadku, grzechu, kary, próby doczesnej i wiekuistej zagrobowej szczęśłiwości. Nie tłumaczy to jednak cierpienia zwierzęcia pod panowaniem człowieka; w pytaniu tym skupiały się ostatecznie wątpienia moje. Ryszard Krynicki mówi w wywiadzie, że zwierzęta różnią się od ludzi tylko tym, że nie potrafią pisać i czytać. Natomiast strach i ból odczuwają bardziej niż my. Zdaniem św. Franciszka - są istotami bożymi, bożą ręką stworzonymi. Zbigniew Herbert, poetycki mentor Krynickiego, pisze o Biedaczynie z Asyżu: [...] jedyny/ który ujął się/za naszymi/ szłachtowanymi/ duszonymi/ wykrwawianymi/ ofiarami/ naszej pychy (Rozważania hagio-grafczno-zwierzęce Pana Cogito). Zdaniem Anny Swirszczyńskiej poeta winien umieć zadawać takie pytania, jakie potrafi zadać dziecko: mamusiu, czy ta rybka była niegrzeczna, że myśmy ją zabili? MARTIN, HANNA W TVP 1 powtórka sztuki Savyon Liebrecht Rzecz o banalności miłości w reżyserii Feliksa Falka. W tytule oczywiste nawiązanie do książki Hanny Arendt Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła. Arendt, szukając źródeł zła antropologicznego, wychodzi poza prostą, kuszącą swą wyrazistością, opozycję: zło absolutne (naziści) - czystość moralna (ofiary). Podczas procesu Adolfa Eichmanna ze zgrozą uświadamia sobie, że widzi nie szatana, lecz człowieka - bardzo zwyczajnego i nie różniącego się od innych. (Bardzo zwyczajni byli także studenci Stanley'a Milgrama z Yale, gdy na polecenie swego profesora „zabijali” prądem rzeczywistych, jak sądzili, uczestników eksperymentu). Znakomita Agnieszka Grochowska najpierw w roli młodziutkiej uczestniczki wykładów fryburskie-go filozofa, z którym połączy ją romans, potem - dojrzałej, znanej szeroko myślicielki. Nie mniej znakomity Andrzej Grabowski jako podstarzały, antypatyczny, wciąż złowrogi Heidegger (trzeba mieć niezwyczajny potencjał aktorski, by w jednej chwili uwolnić się od gęby Ferdka Kiepskiego). Bohaterowie wypowiadają poglądy znane z ich pism i wystąpień publicznych. Martin Heidegger mówi o wyjątkowych możliwościach zawartych w niemczyźnie, używa określeń „Żydek”, „Żydki”. Hanna Arendt odpowiada na zarzut braku identyfikacji z Izraelem mówiąc, że można kochać kilka najbliższych osób, natomiast nie można, nie da się, kochać narodu. Smakowite jest to, że postulat identyfikacji z narodem łączy syjonistów z niechętnym im (to oczywiście eufemizm) Romanem Dmowskim, który w Myśłach nowoczesnego Polaka nakazywał jednostce zrezygnować z wolnej woli i podporządkować się woli zbiorowej narodu. Z perspektywy chrześcijańskiej ubóstwianie narodu jest idolatrią („Nie ma Greka ani Żyda”), tak też zdaje się sądzić Hanna Arendt. Jakiś czas temu „Odra” (2006, 4) opublikowała szkic Richarda Rorty'ego pt. Inny możliwy świat. Jego bohaterem jest Heidegger: najpierw „nazista”, a potem, po wojnie, tchórzliwie milczący „hipokryta”. Kiedy syn filozofa, Arnulf, udostępnił wydawcom prywatne notatki ojca z lat 30. i 40., tzw. Czarne zeszyty - okazało się, że jego antysemityzm nie skruszał ani o jotę. Pisze o „charakterze żydowskim” i „żydowskiej nowoczesności ”, o powojennych Andrzej C. Leszczyński 19 rozliczeniach z nazizmem gorszych od obozów koncentracyjnych itp. Właśnie powojenne milczenie Heideggera - okrutne i zatwardziałe, jak określa je Jean Luc Nancy - na temat obozów zagłady i pogromu Żydów odróżnia go od Rudolfa Carnapa czyJean-Paul Sartre'a: oni fascynowali się Stalinem z łudzącego dystansu, podczas gdy Heidegger na własne oczy widział zwalnianych z pracy, znikających gdzieś kolegów. Ich dalszy los mógłby łatwo poznać, gdyby tylko chciał. Milczenie Heideggera, pisze Rorty, nie jest jednak świadectwem jakiegoś esencjalizmu filozoficznego zawartego w jego książkach. Moralny charakter człowieka i jego „selektywna wrażliwość” na los innych ludzi są raczej kształtowane przez przypadkowe zdarzenia w życiu, które wywołują szereg zmian niezależnych od jakiegokolwiek projektu życiowego. Mogłoby być po prostu inaczej, gdyby nie te - niekonieczne przecież - zdarzenia determinujące myślenie i postępowania Martina Heideggera (podobnie jak myślenie i postępowanie Adolfa Eichmanna, studentów Milgrama itp.). Richard Rorty rysuje taką właśnie „inną możliwość” - inny świat, w którym Martin Heidegger przyłącza się do Tomasza Manna, by wraz z nim przeciwstawiać się Adolfowi Hitlerowi. Początek wyobrażonej możliwości, to lato 1930 roku, kiedy Heidegger zakochuje się w „pięknej, namiętnej i pełnej uwielbienia” studentce filozofii, Sarze Mandel-baum. Trzy lata później rodzi im się syn, Abraham. Heideggera bawi myśl, że dla Sary to pamiątka po biblijnym patriarsze, podczas gdy on wybierając imię myślał o Abrahamie a Santa Clara (czyli o Johannie Ulrichu Megerle, autorze antysemickiej powieści Judas der Erzschelm - przyp. ACL). Nie chcę przedstawiać całej tej wymyślonej przez Rorty-ego historii. Ważne wydaje mi się tylko jedno. Książki, jakie napisał Martin Heidegger w „innym możliwym świecie”, były niemal identyczne jak te, które rzeczywiście napisał. Przypomina mi to słowa z tomiku Jacka Podsiadło pt. Kra: „Wszystko się zmieniło. Poza tym/ zmieniło się niewiele”. Fryburski romans trzydziestopięcioletniego Martina i dziewiętnastoletniej Hanny naznaczy całe jej życie, co w sztuce Savyon Liebrecht wywołuje pogardę przeprowadzającego z nią wywiad rzekomego doktoranta z uniwersytetu jerozolimskiego, Michaela Ben Szakeda. Że „serce nie sługa” mówi Hanna staremu Martinowi, człowiekowi, który z mocy rozumu mógł budzić wyłącznie odrazę. Na jej biurku stały wciąż trzy fotografie - matki, drugiego męża i Heideggera, korespondowała z nim przez pół wieku, niemal do jego śmierci (1976). Nie była zresztą jego jedyną kochanką. Wybór listów filozofa do żony Elfridy („Mein liebes Seelchenl". Briefe Martin Heidegger an seine Frau Ełfriede) pokazuje autora jako człowieka od początku przekonanego o swej wyjątkowości intelektualnej: I może moim przekleństwem jest to, że mam ów talent filozoficzny, w obliczu którego wszystko inne schodzi na dalszy plan, a ja zaniedbuję wszelkie sprawy życiowe, traktuję je jako nieistotne. Wynikałoby z tego, że nieistotne były dla Heideggera wszystkie jego kochanki - poza Hanną, m.in. Elisabeth Blochmann i Andreą von Harbou - które pozostawały na „dalszym planie” wobec owego filozoficznego skazania. Rzeczywiście, romanse były konieczne wyłącznie dla życia i rozwoju myśli, Eros służył Logosowi. Łopot jego (Erosa) skrzydeł czuję za każdym razem, kiedy robię istotny krok w myśleniu i ważę się na wędrówkę nieuczęszczanymi drogami. Eros jest niezbędny, by temu, co twórcze, co odczuwam w sobie jako nierozwiązane i ostatnie, nadać [...] wstępną formę. Samą „wolą" niewiele się tu da zdziałać. 20 Okruchy Nie kryje przed „drogą duszyczką” swych przygód, chce żeby zrozumiałe, że nie jest to „zwykła” zdrada: Kiedy memu istnieniu brak namiętności, milknie głos i wysycha źródło. POLANDYZAC JA POLSKI Grażyna Majkowska (językoznawca) mówi o wielu widocznych dziś, zwłaszcza w biznesie, w korporacyjnej nowomowie, anglojęzycznych zapożyczeniach: event, deadline, copywriter, coach itp. Jednak największą karierę zrobiło słowo „projekt”. To słowo przekroczyło granice środowisk i dziś wszystko jest projektem: nie ma filmu czy przedstawienia teatralnego, tylko projekt, nie ma badań naukowych, ale są projekty. Mało tego: nawet książki mogą być projektami. Nie tylko książki, niestety. Kamila Klemaut, aktorka, wspomina nie bez zgryźliwości o urodzeniu dziecka jako projekcie życiowym. Projekt (project) - zamiast: idea, pomysł, zamiar, plan. W języku angielskim project to nie tylko „projekcja wewnętrzna” (plan, zamiar, pomysł, idea itp.), ale i „zewnętrzna” (rzutować, wyświetlać, ukazywać, odwzorować). To ten drugi sens dominuje dziś w polszczyźnie: projekt to dzieło, dokonanie, wytwór - przedstawienie, rzeźba, koncert książka czy nawet dziecko. I pomyśleć, że jeszcze w XIX wieku polszczyzna trzymała się własnego rozumienia tego słowa. „Snuć projekty” było zwrotem nacechowanym negatywnie, oznaczającym intrygowanie, coś nieszczerego, skrywanego. Czyli jednak „projekcję wewnętrzną” - zamiar. Inne zapożyczenie, niemal dorównujące „projektowi”, to „exactly” spolszczone jako „dokładnie”. Tyle tylko, że w polszczyźnie dokładność mówi o precyzji, staranności. Potwierdzeniem mogą być takie wyrażenia, jak „właśnie tak”, „otóż to”, „oczywiście”, „też tak sądzę”, „jak najbardziej” itp. Ale nie „dokładnie”. Lista zapożyczeń z języka angielskiego wydłuża się coraz bardziej, łajki, hejty, targety (zamiast odbiorców, widzów), formaty (zamiast programów) itp. Czy to ma znaczenie, z jakich słów składamy język? Myślę, że ogromne. Język buduje rzeczywistość. Mieszka się nie w kraju, ale w języku (Emil Cioran). Walczono z makaronizmami dlatego, by nie patrzeć na własny kraj obcymi (włoskimi, łacińskimi, francuskimi, angielskimi) oczami. Dziś zaniechano tej walki, poddano się, życzliwie przyjmuje się językowych intruzów. Zapomniano o tym, o czym pisał Bruno Schulz: Uważamy słowo potocznie za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby stwierdzenie odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa. ZARZĄDZANIE Immanuel Kant, jego imperatyw kategoryczny: Istoty rozumne podlegają wszystkie prawu mówiącemu, że żadna z nich nie powinna nigdy traktować ani sama siebie, ani nikogo innego tylko jako środek, lecz zawsze zarazem jako cel sam w sobie. Przedmiot wykładany na studiach ekonomicznych: zarządzanie zasobami ludzkimi. Nie chodzi mi nawet o „zarządzanie”, paskudniej brzmią „zasoby ludzkie”. Instrumentalizacja człowieka coraz częściej widoczna jest w języku mówiącym o rękach do pracy, o tym, że nie ma kim pracować, grać, walczyć itp. Ale i „zarządzanie” wpycha się gdzie tylko może. Żyjemy dziś w świecie, w którym zarządza się nie tylko firmą czy biznesem, ale kryzysem, Andrzej C. Leszczyński 21 zdrowiem, cierpieniem, emocjami itp. O nakładaniu na ludzkie życie siatki zarządczych schematów pisze w „Znaku” (3, 2015) Tadeusz Sławek. Wspólnota słowa układającego się być może w niezborną, ałe znaczącą i dotykającą do żywego opowieść, została zastąpiona posłuszeństwem wobec obojętnego toku słów, które nie 'opowiadają', lecz 'sprawozdają', nie 'dotykają (świat przeżywany w moim ciele), lecz 'dotyczą' (świat raportowany jako bezcielesna struktura organizacyjno-administracyjna). Gdzie nic mnie nie dotyka, tylko dotyczy, tam nie ma prawdy, lecz jedynie paragrafy. Lekarz nie ma czasu na wysłuchanie pacjenta [...], bo zajęty jest czynnościami profesjonałno-biurokratycznymi - nie słucha, lecz zarządza. Coraz wyraźniej widać klasę ludzi - zarządców w skali globalnej. W tym samym „Znaku” pisze o nich (w korespondencji z włoskim myślicielem Roberto Esposito) Zygmunt Bauman. Dziś zarobki dyrektora korporacji mają się do przeciętnego wynagrodzenia robotnika jak 531:1; 93% przyrostu amerykańskiego PKB zostało wchłonięte przez 1% najbogatszych. Tak tworzy się świat pustych mieszkań i bezdomnych ludzi, wyrzucanej na śmietnik żywności i rosnącej rzeszy głodujących. PACJENT, KLIENT Pacjent jest człowiekiem, który szuka pomocy w postaci terapii (leczenia). Nie jest „przypadkiem chorobowym”, lecz istotą odczuwającą, znoszącą swe cierpienie (patiens). Do człowieka widzianego jako przypadek chorobowy bądź kliniczny można odnosić się wyłącznie na podstawie wiedzy fachowej. Człowiek staje się pacjentem wtedy, gdy wiedza ta uzupełniona jest ludzką empatią terapeuty (lekarza). Pacjent zdepersonalizowany („przypadek”) staje się klientem. Nie jest przecież klientem w tym sensie, jaki wiąże się z relacją zachodzącą między sprzedawcą i kupującym, czy między urzędnikiem i petentem. Pacjent nie nabywa żadnych towarów ani nie załatwia jakichkolwiek spraw proceduralnych. Nie chce niczego „mieć”, lecz chce „być” - chce istnieć jako istota zdrowa. Podczas niedawnego pobytu w szpitalu byłem traktowany jako klasyczny „przypadek”, czyli klient. Szpital był taki sam jak szpitale oglądane w amerykańskich serialach. Leżałem w towarzystwie innego „przypadku”. Na ścianie wisiał wielki telewizor, na stolikach leżały radia ze słuchawkami, łóżko było wyposażone w przeróżne przyciski. Jedyną osobą, z którą udawało mi się porozmawiać, była pani rozwożąca pożywienie. Słowo „klient” nacechowane jest dziś niejednoznacznie, często ma wydźwięk negatywny, związany z „klientyzmem”. Oznacza wtedy zależność, podporządkowanie się, uprzedmiotowienie. Bycie klientem oznacza też, z drugiej strony, uprawnienia roszczeniowe związane z jakością usługi („płacę, wymagam”, „klient ma zawsze rację” itp.). Czasami mianem klienta określa się pacjenta w psychoterapii. Ma to podkreślać konieczność profesjonalnego charakteru relacji, która z natury rzeczy obejmuje problemy psychiczne (emocjonalne), gdzie trudno oddzielić poziom osobisty od rzeczowego. Tak właśnie tłumaczył mi to Wojtek Eichelberger („Dębogórski”, jak spolszczał z uśmiechem swe nazwisko) podczas wspólnego pobytu w Bąkowej Górze. Być może jest to wtedy uzasadnione. Nieuzasadnione wydaje mi się czynienie z takiej sytuacji zasady ogólnej. 22 Żyć, to znaczy filozofować Andrzej Kasperek ŻYĆ, TO ZNACZY FILOZOFOWAĆ Łacińska maksyma głosi: primum vivere deinde philosophari, czyli najpierw żyć, potem filozofować. Ale dla Andrzeja C. Leszczyńskiego nie jest to wcale oczywiste. Zaznacza to już na samym początku, we wstępie do swej książki pt. Ojciec człowieka. Jedna czynność ewokuje drugą, nie ma tu żadnej sprzeczności. Autor pisze: „Filozofowanie, jak próbuję o nim myśleć, nie oznacza wyłącznie studiowania ksiąg ani wpisywania się w określone już myślowe nurty. To raczej każdy akt świadomej i poszukującej sensu obecności w życiowych czynnościach, nawet najbardziej zwyczajnych. Można filozofować czytając poezję, oglądając sztukę teatralną, wychowując dzieci, rozmawiając z sąsiadem, uprawiając ogródek, smakując wino czy ogarniając przed zaśnięciem miniony dzień”1. Dla niego filozofowanie jest jak oddychanie. Myśl rodzi się w tramwaju, na działce u przyjaciela, a nawet w poczekalni dentysty... Nie trzeba jej katedry uniwersyteckiej ani gabinetu czy biblioteki. Prawie jak w poemacie Promethidion, gdzie Cyprian K. Norwid rozmarzył się i napisał: I stąd największym prosty lud poetą, Co nuci z dłońmi ziemią brązowemi, A wieszcz periodem pieśni i profetą, Odlatującym z pieśniami od ziemi. I stąd największym prosty lud muzykiem, Lecz muzyk jego płomiennym językiem. I stąd najlepszym Cezar historykiem, Który dyktował z konia - nie przy biurze - Kiedy dwa lata temu pojawiła się wiadomość, że Uniwersytet w Białymstoku zdecydował o likwidacji studiów filozoficznych z powodu ich „nierentowności” podniosło się larum. Ale mam wrażenie, że oburzenie było krótkie jak trzask łamanej zapałki. Wywołało wprawdzie list do minister szkolnictwa wyższego, pod którym podpisało się przeszło sto osób; naleźć wśród nich można było często wielkie nazwiska polskiej nauki. Autorzy listu podnosili w nim argument, że „bez filozofii uniwersytet to zawodówka dla stażystów”. Jednak niewiele to zmieniło, bo kilka miesięcy temu Rada Wydziału Historyczno-Socjologicznego tegoż uniwersytetu podjęła uchwałę o zawieszeniu rekrutacji na studia stacjonarne I stopnia na kierunku filozofia w roku akademickim 2015/2016. Pewnie Andrzeja C. Leszczyńskiego tak bardzo to nie zdziwiło, bo pisał już wcześniej, w lipcu 2012 roku: „Dzisiaj uniwersytet dąży do pragmatycznego potwierdzenia i do zysku, jaki uzasadnia funkcjonowanie każdej firmy. Górujący nad kulturą ekonomizm widoczny jest właściwie 1 Andrzej C. Leszczyński, Ojciec człowieka. Szkice afiniczne, Gdańsk 2012, s. 7. Andrzej Kasperek 23 wszędzie. W telewizji produkującej chłam zwiększający oglądalność ważną dla reklamo-dawców, w księgarniach sprzedających bryki z lektur itp. Tak, troglodyci hodowani są znacznie wcześniej i przychodzą na uniwersytet w dobrej troglodyckiej formie”2. Tak. Po co Polakom filozofia? Obawiam się, że dla przeciętnego obywatela naszego kraju filozof to jakiś cwany Grek, nierób mieszkający w beczce, cyniczny łapserdak szukający dziury w całym. Nawet słowniki języka polskiego podają dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze to: mędrzec, myśliciel. Za to w drugiej definicji nie ma nic o umiłowaniu mądrości, jest za to ironiczne: „osoba przemądrzała, mądrala, mędrek”. Pogardliwe odezwanie: „Te filozof...” spotka każdego, kto choć trochę się zamyśli, zaczyta albo okaże brak zainteresowania tym, co robi Doda czy bohaterka popularnego serialu. Na przekór temu, przeciwko tej niechęci do filozofów i filozofii jest pisanie, mówienie, myślenie i działanie Leszczyńskiego, który opublikował ostatnio aż trzy grube książki3. Ale nie jest to tak, że takie tomy powstają co roku. Raczej dr Leszczyński uznał, że oto w jego załatanym życiu wykładowcy, nauczyciela akademickiego, filozofa, eseisty, autora ponad dwustu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki, a jakby tego jeszcze było mało trenera prowadzącego warsztaty ekspresji i komunikacji, nadeszła pora zebrania rozproszonego po pismach, rocznikach i almanachach dorobku. Przedtem o to nie dbał, teraz doszedł do wniosku, że trzeba drukować, „by czas nie zaćmił ni niepamięć”. I dobrze się stało, że możemy przeczytać te teksty w formie książkowej. Pewnie niektórzy czytelnicy „Prowincji”, w której publikuje on od numeru 15. ucieszą się z tego. Trudno pisać o swoim wykładowcy, a miałem okazję jako doktorant słuchać jego wykładów i nie był to czas zmarnowany. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o innych wykładach, często prowadzonych przez wielce utytułowanych profesorów. Doktor Leszczyński nie nudził, potrafił w przystępny sposób mówić o rzeczach skomplikowanych i trudnych. W swoich uwagach o tych książkach posłużę się formą zaproponowaną przez samego autora, który napisał: „Zatem - nie recenzja, ale garść uwag oraz dość rozległych asocjacji”4. W tekstach, które powstawały na przestrzeni wielu lat i których ciężar gatunkowy jest różny - bo są tu pomieszczone wykłady, artykuły naukowe opatrzone przypisami, eseje i „okruchy”, czyli filozoficzne felietony, czasem kilkuzdaniowe, czasem dłuższe - odnajduję znany mi ton: wiele cytatów, przykładów z życia, czasem anegdota, nieraz trafna refleksja. Na własny użytek nazwałem to stylem mozaikowym, bo różne kolory tu grają a kształt ostateczny powstaje z drobnych kawałeczków, skrawków, błyszczących kamyków. Pewnie dlatego pierwsza książka Leszczyńskiego nosi podtytuł: Szkice afiniczne. Szkic, próba, esej - to słowa kluczowe, bo ta forma literacka jest preferowana ze względu na swą otwartość a nawet prowizoryczność, przez to, że (jak mówi cytowany przezeń Jan Tomkowski): „Dobrze napisany esej nie musi posiadać zakończenia w postaci efektownej Andrzej C. Leszczyński, Wyprowadzka z uniwersytetu, „Kronos”. Cyt. za: http://www.kronos.org.pl/index.php? 23250,1105 Ojciec człowieka. Szkice afiniczne, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012; Owoc tamtego grzechu, Wydawnictwo Myślnik, Gdańsk 2013; „Najgłębsze, spokojne morskie dno”. Próby antropołogiczne, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2014. Andrzej C. Leszczyński, Owoc tamtego grzechu, Gdańsk 2013, s. 407. 24 Żyć, to znaczy filozofować pointy, przejrzystego morału, zgrabnego aforyzmu”5. Afiniczny pochodzi od łacińskiego ajfinis, czyli pokrewny, bliski ale także niezamknięty. Struktura afiniczna oznacza aline-arność, niedokończenie, a wręcz ucieczkę od domykania tekstów. W ten sposób autor chce czytelnika skłonić do myślenia zamiast dawania mu gotowych definicji, wniosków i odpowiedzi. Użyłem słowa ‘felieton’ i zastanowiłem się zaraz, czy zasadnie? Bo brzmi to trochę zbyt lekko, może nie do końca poważnie, ale tak chyba (jeśli dobrze odczytuję intencje autora) ma być. To określenie najlepiej pasuje do Okruchów, które w każdym z tomów zajmują sporo miejsca (odpowiednio: w pierwszej książce to prawie połowa objętości, w drugiej czwarta część a w trzeciej też prawie ćwiartka). Drukowane były w rozmaitych czasopismach (najczęściej w „Gazecie Literackiej. Migotania, przejaśnienia”). Teraz ACL dzieli się swymi Okruchami z czytelnikami „Prowincji”. W dłuższych tekstach, będących wykładami lub artykułami naukowymi Leszczyński udowadnia, że nawet o sprawach ważnych i najważniejszych - Bóg, Kościół, korzenie kultury europejskiej, prawda, przemijanie - można mówić językiem nie napuszonym, pozbawionym hermetyczności, która jest zmorą współczesnej humanistyki. Często mam wrażenie, że ten naukowy (lub pseudonaukowy styl) jest tylko próbą ukrycia ignorancji używających go autorów, którzy piszą dla siebie i kilku znajomych osób, kompletnie lekceważąc innych potencjalnych czytelników. Jeśli sięgamy po książki Kotarbińskiego, Tatarkiewicza czy Ossowskich to obcujemy z myślą ubraną w piękne słowa. Niestety, rzadko można to powiedzieć o książkach współczesnych filozofów, socjologów czy nawet historyków. Leszczyńskiemu się to udaje. Dzięki stosowaniu metody najlepiej w filozofii i teologii sprawdzonej, czyli analizy tekstu i słowa potrafi przybliżyć czytelnikom skomplikowane zagadnienia. Wystarczy tylko zajrzeć do spisów treści omawianych książek: Hermeneutyczna sztuka czytania, Antropocentryczne i socjo centryczne ujęcie człowieka, Kobieta jako Inny, O religii, Bogu, wierze i Kościele, O maksymalizmie i umiarkowaniu moralnym, żeby przekonać się jaki jest ciężar gatunkowy podejmowanych tematów. Jeśli mi coś w lekturze przeszkadza to pewien drobiazg. Otóż nie chcę być uznany za zoila, ale wydaje mi się, że skoro autor uznał za właściwe użycie słów greckich w ich oryginalnym zapisie, to powinien przypilnować składacza tekstu. We wstępie do książki pt. Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne tłumaczy, że w filmie o Hannie Arendt bohaterka mówi do redaktora, który kwestionował zasadność greckich cytatów: „to niech się [czytelnicy] nauczą”. Z tego, co zapamiętałem z lekcji greki wydaje mi się, że niektóre słowa napisane są błędnie, np. na s. 243 powinno być ŁtiIckotioc, [episkopos], zakończenie słowa to litera sigma, czyli: cr lub ę; na końcu wyrazów używa się tej drugiej wersji. Korekta nie przypilnowała i w wielu wyrazach zamiast tej litery zastosowano inną, tzn. dzetę [^], jest błędnie: ETucrKOjmę. Ale np. na s. 387 człowiek to: 'av0pÓ7tovę; całkiem poprawnie. Takie mieszanie sigmy i dżety występuje często. A może wszystko jest w porządku i to ja już pozapominałem greckie litery? Niech profesor Marian Szarmach rozsądzi. 5 Jan Tomkowski, Moja historia eseju. Pamiętnik artysty. Cyt. za: „Najgłębsze, spokojne morskie dno". Próby antropologiczne, s. 8. Andrzej Kasperek 25 Imponuje erudycja autora, ale czasem wydaje mi się, że ilość odwołań, nawiązań, cytatów i przywoływanych tytułów może być w lekturze męcząca. Andrzej C. Leszczyński zbyt się spieszy, biegnie z nowym słowem czy cytatem i nie pozwala temu, dopiero co przywołanemu, wybrzmieć w pełni. Tak jakby autor chciał zdążyć i boi się, że czasu i miejsca mu zbraknie a ma jeszcze tyle do powiedzenia. Dobrze, że autor zdecydował się na wydanie swych rozproszonych i niedrukowa-nych tekstów. Są tego warte, ponieważ spełniają kryterium dawno temu wyłożone przez księdza Benedykta Chmielewskiego w jego encyklopedii Nowe Ateny. Zacny ten kapłan napisał, że jego dzieło to: „akademia wszelkiej scjencji pełna, mądrym dla memoriału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki erygowana”. Mam nadzieję, że każdy z wymienionych wyżej - mądry czy idiota, melancholik, a nawet polityk - skorzysta na lekturze Panaandrzejowych rozważań. Andrzej C. Leszczyński Owoc tamtego grzechu HRTEORR Andrzej C. Leszczyński NAJGŁĘBSZE. SPOKOJNE MORSKIE DNO” Própy antropologiczne Prowincje bliskie i dalekie Hanna Rolicz MÓJ ROMANS ZE SZTUMSKIM ZAMKIEM Cudze chwalicie, Swego nie znacie, Sami nie wiecie, Co posiadacie (Stanisław Jachowicz) TOŻSAMOŚĆ Nie jestem rodowitą sztumianką. Rodzice przeprowadzili się tutaj w 1997 roku w poszukiwaniu pracy, zabrali mnie od kochanych dziadków do obcego miasta i ludzi. Chęć rozwijania swoich zainteresowań i hobby związanych ze sztuką i architekturą zaprowadziły mnie na studia do Gdańska, gdzie pozostaję do dziś. Jednak kiedy przyjeżdżam do Sztumu, mówię: „Jadę do domu” - a dom jest tam, gdzie rodzina, spokój i bezpieczeństwo, tam gdzie są przyjaciele i wspomnienia. Nigdy nie zapomnę, skąd pochodzę, ale Sztum jest i pozostanie moim domem, z którym wiążę już przeszło 18 lat mojego życia. Na studiach (architektura i urbanistyka) przyszedł ten moment, kiedy należało zamknąć kolejny rozdział w życiu i obronić tytuł magistra. Bardzo długo zastanawiałam się nad tematem pracy. Zapisałam się do Katedry Historii i Konserwacji Zabytków, więc moje poszukiwania zmierzały w stronę obiektów lub zespołów historycznych. Pierwsze, które przyszły mi na myśl, to zamek w Malborku, zamek w Kwidzynie, pałac w Kamieńcu, zamek w Szymbarku i wiele innych. Dlaczego od razu nie pomyślałam o naszym zamku sztumskim - tym, co jest najbliższe i z pozoru najbardziej znane? W tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że więcej wiem o zamku malborskim, gdańskiej i toruńskiej starówce, zamku w Krasiczynie, katedrze Notre-Dame w Paryżu, Kaplicy Sykstyńskiej, bazylice św. Piotra w Rzymie... niż o sztumskiej warowni. Jako architektowi zrobiło mi się najzwyczajniej wstyd! „Tożsamość miejsca” wynika z poczucia przynależności do danej społeczności oraz do otoczenia. To przestrzeń, znana nam od najmłodszych lat, która posiada stałe elementy (drogi, ulice, domy, parki) oraz tak zwane „znaki czasu”, „znaki pamięci”. Jest stała w stosunku do zmieniającej się rzeczywistości. Czujemy się z nią związani i nie akceptujemy znaczących zmian w jej budowie, bo wtedy nasza wewnętrzna harmonia i spokój zostają zachwiane, a historia związana z tym miejscem niedopowiedziana i zatarta Hanna Rolicz 27 w pamięci przyszłych pokoleń. W wyniku wydarzeń; które nastąpiły po II wojnie światowej wielu z naszych krewnych trafiło do Sztumu, nie mając z nim wcześniej żadnych powiązań. Na skutek tego niektórym mieszkańcom ciężko jest wejść w sentymentalną interakcję z miastem. W dzisiejszym świecie trudno znaleźć dla siebie miejsce constance, które da nam poczucie przynależności, a świat migracji nie ułatwia nam tego zadania. Powyższe przemyślenia zaważyły na wyborze mojego głównego obiektu zainteresowań - zamku sztumskiego. Postanowiłam się zrehabilitować i zwrócić uwagę mieszkańców na to, co nas otacza. Powinniśmy być dumni z miejsca, w którym mieszkamy oraz docenić, to co posiadamy. Było mi wstyd, że tak mało wiedziałam. Teraz już wiem i uczę się nadal... TROCHĘ HISTORII Bardzo dokładnie przeanalizowałam historię zarówno wzgórza zamkowego, jaki miasta. Uważam, że nie należy rozpatrywać tych dwóch organów oddzielnie, gdyż od samego początku były ze sobą ściśle związane. Zamek został wzniesiony około 1333 roku. Na przestrzeni dziejów ulegał licznym rozbudowom oraz przekształceniom. Obecny stan odbiega od wyglądu warowni sprzed wieków. Liczne wojny, pożar miasta, brak stałego użytkownika oraz zaniedbanie sprawiły, że obiekt stracił swą świetność i został zapomniany, nawet przez mieszkańców. To co zostało z pierwotnego założenia jest jedynie niewielkim procentem zabytkowej substancji średniowiecznego zamku. O historii tego miejsca mogłabym pisać bardzo długo, ale nie wiem, czy wszyscy dotrwali by do końca tego artykułu. Poniżej zaprezentowałam schematy, które w skrócie obrazują przekształcenia wzgórza. Uważam, że czasy największej świetności zamku przypadają na okres XV wieku. Założenie przybrało nietypowy (w porównaniu do innych zespołów średniowiecznych) kształt pięcioboku, co spowodowane było uwarunkowaniami przyrodniczymi. Wówczas w skład założenia zamkowego wchodziło wiele obiektów: - brama wjazdowa (zachowana do dziś w niepełnej formie), - baszta czworoboczna (zachowana do dziś w niepełnej formie), - skrzydło południowe (z zachowaną najstarszą i najcenniejszą częścią pochodzącą z XIV wieku - gotyckimi piwnicami ze sklepieniami krzyżowymi, niestety niedostępną dla zwiedzających) - kościół (niezachowany), - skrzydło wschodnie z kuchnią (zachowane częściowo), - skrzydło północne (niezachowane), - baszta Albrechta (niezachowana), - baszta więzienna (zachowana do dziś w niepełnej formie), 28 Mój romans ze sztumskim zamkiem - letnia rezydencja wielkiego mistrza (niezachowana), - mury zamkowe i ganek (zachowane do dziś w niepełnej formie), - studnia (zachowana do dziś). Podczas badań zadziwiło mnie wiele faktów, które odkryłam. Nie mogłam uwierzyć, że niegdyś zamek otoczony był aż około dziewięciometrowym murem kamienno-cegla-nym, którego pozostałości oglądać możemy w starej wozowni. Nie byłam również świadoma tego, że w miejscu pustki między bramą a basztą więzienną stał wysoki budynek letniej rezydencji Wielkiego Mistrza, lub że baszta więzienna liczyła aż pięć kondygnacji (dziś widoczne jedynie dwie niepełne), a baszta czworoboczna była najwyższym punktem obserwacyjnym z całego założenia zamkowego. Dzięki materiałom oraz lekcjom historii, które zawdzięczam panu Bogdanowi Popielarzowi oraz panu Arkadiuszowi Dzikowskiemu, z którym spędziłam wiele czasu na zamku, dyskutując o historii tego miejsca, zaczęłam dostrzegać ukrytą i zawiłą historię wzgórza. Potrafię wyróżnić najstarsze cegły w murze. Widzę, w którym miejscu opierały się belki, aby utrzymać ganek. Dostrzegam zmiany na elewacji, które pozwalają mi sobie wyobrazić jak niegdyś wyglądał zamek. IDEA Sztum znany jest głównie z istniejącego tam od 1914 roku, jednego z największych więzień w Polsce. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, iż niegdyś to zamek stanowił najważniejszy element zespołu, to jego budowa przyczyniła się do powstania przyległej osady (dzisiejszego Sztumu). Moja praca porusza temat nie tylko rewaloryzacji samego wzgórza zamkowego, ale również aspekty niewykorzystanego potencjału samego miasta. Przeprowadzone analizy uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych pozwoliły stworzyć projekt, który nie tylko przywróciłby życie dawnej warowni, ale być może pozwoliłby miastu pozyskać nowe wartości kulturalne oraz wzbogacić program usługowy miasta o nowe atrakcyjne funkcje, które mogłyby stać się napędem do jego rozwoju. STUDIUM PROBLEMU W związku z historycznym aspektem wzgórza zamkowego, jego zaniedbaniem oraz brakiem zainteresowania pod względem turystycznym, głównym problemem podczas powstawania koncepcji projektowej było odnalezienie właściwej funkcji dla tego miejsca. Po przeanalizowaniu różnych wariantów koncepcyjnych dających wiele szans i zagrożeń podjęłam decyzję, iż najlepsza dla tego założenia będzie rewaloryzacja wzgórza zamkowego i powstanie centrum SPA, co dało nazwę dla mojego projektu, którego naukowym opiekunem oraz promotorem jest dr hab. inż. arch. Jakub Szczepański. Warto zaznaczyć, że analizowane były różne rozwiązania funkcjonalne takie jak muzeum, centrum kultury miasta Sztum, centrum historyczne Pomorza1, centrum 1 Biorąc pod uwagę możliwości pozyskania unijnego dofinansowania Miasto i Gmina Sztum na początku 2014 roku zawarła umowę ze Studiem Architektonicznym Archecon z Krakowa, reprezentowaną przez profesora Andrzeja Kadłuczkę, na Hanna Rolicz 29 konferencyjne, które same przychodzą na myśl przy projektowaniu w obiektach zabytkowych. Odnosząc się do przeprowadzonej analizy i podjętych działań pozwalających określić atrakcyjność powyższych koncepcji, zostały one odrzucone ze względu na zbyt duże nagromadzenie obiektów w regionie o zbliżonych funkcjach (Malbork, Kwidzyn, Toruń, Gniew). Za wybraną funkcją i zaprojektowaniem centrum SPA przemawiały między innymi takie argumenty jak: brak obiektu o podobnej funkcji w regionie o tak bogatym programie usługowym, dogodna lokalizacja przy wojewódzkiej drodze łączącej Kwidzyn i Malbork, lokalizacja dwóch jezior łączących się w niewielkim przesmyku obok wzgórza zamkowego, co daje możliwość stworzenia zaawansowanego centrum SPA połączonego z turystyką aktywną. W Sztumie zakorzeniła się moda na uprawianie wielu dziedzin sportowych. Niestety, warunki panujące w mieście (brak odpowiednich sal ćwiczeniowych, siłowni, basenów, miejsc odnowy biologicznej) nie pozwalają na dogodną realizację i kształtowanie swojego hobby. Bardzo ważnym uwarunkowaniem zewnętrznym jest również obecność nowo wybudowanych dróg rowerowych i międzynarodowej trasy rowerowej R1 oraz tras biegowych wokół jeziora. Stanowić to może doskonałe dopełnienie dla projektowanego centrum SPA. Potencjał który posiada miasto może w pełni sprzyjać i współgrać z zaplanowaną funkcją oraz odwrotnie - SPA może stać się pretekstem do podjęcia nowych działań związanych z rozwojem turystyki aktywnej. Miasto i zamek mogą stworzyć integralną całość nawzajem uzupełniającą się swoimi atrybutami. Kolejnym ważnym problemem było zagadnienie czy odtwarzać dawny wygląd zamku? Jeżeli tak, to z jakiego okresu? Czy wystarczające są materiały źródłowe, ikonografie i inne dokumenty potwierdzające i opisujące historię tego miejsca? Będąc pod wpływem działań zachodzących na zamku w Malborku bardzo szybko podjęłam decyzję w tej sprawie - nie odtwarzać, nie „odbudowywać”, nie udawać. Mimo że zamek bardzo różni się wyglądem od tego z okresów jego świetności, to biorąc pod uwagę jego ważną rolę w istniejącej sylwecie miasta, postanowiłam jak najmniej ingerować w jej wygląd. Zamek wpisany jest w panoramę widoczną zarówno z północnego brzegu Jeziora Barłewickiego jak i z południowego brzegu Jeziora Zajezierskiego (Sztumskiego), jest swego rodzaju wizytówką miasta, albowiem jest to pierwszy charakterystyczny widok, który ukazuje się przyjezdnym od strony Kwidzyna. PROJEKT Zamek jest zespołem obiektów posiadających łączną użytkową powierzchnię zabudowy 2970 m kw. i powierzchnię gruntu 16 909 m kw. Jest to niebywale duża przestrzeń do wykorzystania, która dzięki zamknięciu w obszarze murów zamku stanowi jedną spójną całość. Założenie składa się jedynie z kilku obiektów, które świadczą o historii tego miejsca i jego przekształceniach - bez wątpienia są jego atutem o bardzo cennej substancji za- opracowanie koncepcji zagospodarowania turystycznego Wzgórza Zamkowego na Pomorski Park Historii i Kultury. Głównym założeniem było pokazanie historii Sztumu i województwa pomorskiego na tle historii Polski. Profesor Ka-dłuczka brał udział w zagospodarowaniu podziemia krakowskich sukiennic. 30 Mój romans ze sztumskim zamkiem bytkowej. Zachował się historyczny układ wzgórza oraz starego miasta, w związku z tym nowo projektowane obiekty nie powinny zaburzać jego odczytu i mylnie wpływać na odbiorcę. Postanowiłam wprowadzić takie funkcje jak: usługowa, rekreacyjno-sportowa, gastronomiczna, konferencyjna, muzealna z częścią warsztatową, noclegowa oraz hotelarska. W pełni wykorzystano potencjał istniejących budynków i otoczenia przeznaczając je na poszczególne funkcje i dzieląc na poszczególne strefy w obrębie całego dziedzińca. Projekt nie miał być identycznym odwzorowaniem budowli sprzed kilku wieków. Było to sprzeczne z moimi poglądami ukształtowanymi na podstawie wielu teorii konserwatorskich, nabytą wiedzą oraz chęcią stworzenia nowoczesnego centrum rozwojowego dla miasta. Projekt zakłada, aby adaptowane pomieszczenia obiektów zabytkowych odnowiono i odrestaurowano z największą starannością i poszanowaniem dla substancji zabytkowej oraz na przywrócenie pierwotnego układu pomieszczeń, na tyle ile pozwalały na to już wprowadzone zmiany i przekształcenia. Ze szczególnym zwróceniem uwagi na nawarstwienia i zbędne elementy wyposażenia, czy pomalowane ściany. Nowo projektowane obiekty miały swą formą nie odstawać od istniejącej zabudowy, a jedynie uzupełniać braki. W projekcie zastosowano materiały tradycyjne takie jak: kamień, cegła i drewno, które poddano dekonstrukcji i przedstawiono je w bardziej współczesnej postaci, przy zastosowaniu nowoczesnych technologii i możliwości. Architektura nowych obiektów swą formą w delikatny sposób miała wyróżniać się na tle historycznej zabudowy, nie przytłaczając, a jedynie ukazując zmiany wynikające z różnic czasowych. Miała być świadectwem czasów współczesnych i wyrażać szacunek do zabytkowej substancji obiektu. Obecnie w skład zespołu zamkowego wchodzi skrzydło południowe A, skrzydło wschodnie B, skrzydło północne z łącznikiem C, willa D, baszta więzienna, zespół bram-ny z mostem oraz studnia oraz pozostałości po fosie. Skrzydło południowe A jako najstarsza część założenia zostało przeznaczone na funkcję muzealno-warsztatową. Mimo wszystko zamek jest obiektem historycznym i niewielka część założenia powinna opowiadać o historii tego miejsca. Najatrakcyjniejszym miejscem są piwnice z krzyżowymi sklepieniami. W skrzydle wschodnim B była niegdyś kuchnia z częścią składową na dwóch kolejnych kondygnacjach zatem funkcja, którą przydzieliłam dla tego skrzydła, jest adekwatna do historii miejsca. Na parterze usytuowałam kuchnię wraz z całym zapleczem kuchennym oraz sale konsumpcyjne w najbardziej atrakcyjnym miejscu- w wozowni, gdzie widać pozostałości po łękach w murze ceglanym. Skrzydło B jest połączone przejściem (obecnie zamurowane) z nowo projektowanym skrzydłem D. Na piętrze oraz poddaszu będzie mieścił się hotel. Skrzydło północne C to dawny budynek sądu i prokuratury. W piwnicach znajdują się pozostałości po celach (zabytkowe drzwi i układ pomieszczeń). W podziemiach zapro- Hanna Rolicz 31 jektowałam miejsce wypoczynku dla gości hotelu z basenami oraz jacuzzi. Na pozostałych piętrach, gdzie obecnie mieszczą się biura zaprojektowałam pokoje gościnne. Budynek D to nowo projektowany obiekt w miejscu dawnego kościoła. Mieści się przy murach wschodnich pomiędzy skrzydłem południowym a wozownią. Jest to budynek jednoprzestrzenny, podzielony szklaną kurtyną na strefę wejściową oraz salę wielofunkcyjną. Swoją formą nawiązuje do budynków otaczających. Budynek E nowo projektowany obiekt w miejscu dawnej letniej rezydencji wielkiego mistrza, projektowany jest na pozostałościach fundamentów po rezydencji (należy poprzeć odpowiednimi badaniami, które niestety do tej pory nie zostały wykonane). Obiektowi nadano funkcję rekreacyjno-sportową z trzema torami basenu sportowego, jacuzzi oraz mały basen dla dzieci położonym w podziemiu. Swoją funkcją nawiązuje do historycznej - prawdopodobnie w rezydencji mieściła się łaźnia wielkiego mistrza. Obiekt składa się ze strefy wejściowej oraz części basenowej. Sam basen zostałby „zawieszony” nad prawdopodobnie istniejącymi fundamentami, a sama przestrzeń między ścianami fundamentów przeznaczona byłaby na część technologiczną. Część podziemna F to jedyna część projektu niezwiązana z historią zamku w żaden sposób. Pełni rolę uzupełniającą program użytkowy całego projektu. Połączona jest z częścią E poprzez strefę wejściową i łączy się w podziemiu. Obiekt F podzielony jest na 6 stref. Stanowi właściwą cześć funkcji SPA. 32 Mój romans ze sztumskim zamkiem Każda strefa łączy się również za pomocą wewnętrznego holu, który prowadzi do szatni oraz oferuje usługi kawiarniane oraz sklepiki tematyczne, są tam również recepcje: 1. Holi wejściowy biegnący wzdłuż pozostałości murów, z którego można przedostać się do poszczególnych części SPA. Doświetlony jest od góry za pomocą przeszklenia biegnącego przez cały korytarz. Dzięki temu osoby znajdujące się na płycie dziedzińca również mogą zobaczyć odsłonięte fundamenty rezydencji wielkiego mistrza. 2. Wellness stacja, to strefa odnowy biologicznej, która oferuje szeroki wachlarz usług zarówno specjalistów od rehabilitacji jak i innych zabiegów np. krioterapii, ozonoterapii itd. Składa się z 4 niezależnych pomieszczeń. 3. Fit stacja, to strefa gdzie mieści się siłownia oraz sala wielofunkcyjna, która może zarówno służyć jako sala do ćwiczeń tanecznych, zajęć z karate, itp. 4. Aqua stacja to strefa, gdzie znajdują się szatnie dla klientów oraz miejsce, gdzie można przejść do basenu mieszącego się w budynku E. Szatnie są przeznaczone jedynie dla osób korzystających z basenów. Sąsiedztwo tak dużego założenia jak warownia malborska zupełnie przyćmiło w społecznej świadomości wartość historyczną sztumskiego zamku. Podobnie sprawa ma się z Kwidzynem, a nawet Toruniem, gdzie zamek jest trwałą ruiną. Wymienione miasta są licznie odwiedzane przez turystów, którzy chętnie zwiedzają muzea i mogą edukować się pod względem historycznym. W związku z tym, aby wykorzystać potencjał położenia miasta, uwarunkowań przyrodniczych i innych, postanowiłam nie skupiać się w zupełności na funkcji muzealnej, której mamy wokół pod dostatkiem. Analizy doprowadziły do stwierdzenia, że założenie zamkowe może przybrać całkiem inną funkcję niż muzealna. Chciałam, aby nie tylko służył turystom, ale również w czynny sposób mógł uczestniczyć w życiu mieszkańców. Skupiłam się na odzyskaniu miejsca w sposób nowoczesny i może trochę nietypowy dla takiego założenia historycznego. Może budzić to dla niektórych sprzeczne uczucia oraz nietolerancję do założeń projektowych, biorąc pod uwagę choćby działania konserwatorskie przeprowadzane w Malborku. Nie mniej jednak projekt może stać się atutem dla miasta oraz stworzyć go odmiennym i unikalnym na tle pozostałych. Andrzej Kasperek 33 Andrzej Kasperek SEROWAR ŻUŁAWSKI Chyba jednak Polacy stają się narodem zamożniejszym. Z czego wnioskuję, że mamy trochę więcej pieniędzy? Otóż wystarczypójść do jakiegokolwiek dużego sklepu spożywczego i zobaczyć wózki wyładowane towarem niczym kamazy podczas budowy Huty Katowice. I nie ma tam tylko produktów pierwszej potrzeby. Wydajemy coraz więcej na jedzenie, szukamy nowych smaków, ale też wracamy do tych z dzieciństwa, ze wspomnień o szynce babuni, kiełbasie jak za Gierka i pasztetowej z Geesu. Coraz bardziej jesteśmy kapryśni, grymasimy, że to niezbyt smaczne a tamto zbyt pospolite. Już nie o wypchanie kałduna chodzi a o smakowanie. Masowa produkcja nas nie zadowala, szukamy piw z małych browarów, żywności ekologicznej i dobrej swojskiej kiełbasy. Sukces ruchu slow food, który stał się odpowiedzią na inwazję fast fo-odu, daje do myślenia i napawa optymizmem tych wszystkich, którzy kuchnię traktują serio i którym spieszy się trochę mniej. Krzysztof Jaworski - serowar żuławski, fot. archiwum autora Stół to nie tylko miejsce spożywania posiłków, to także miejsce spotkań, budowania więzi międzyludzkich. Wspólnotę rodzinną można także rozwijać wcześniej, zanim przy stole usiądziemy - w kuchni, w czasie przygotowywania posiłków. Ale nie łudźmy się, że jest to możliwe w czasie wkładania do mikrofalówki zamrożonych gotowych dań kupionych w markecie. Często szukamy wymówki i twierdzimy, że to codzienne zabieganie, brak czasu i sto spraw na głowie każę nam zjeść bułę z niby-kotletem i popić słodkim gazowanym napojem. Ani to jedzenie, ani odżywianie. Po prostu oszukiwanie głodu. Bo przygotowywanie potraw wymaga czasu, zabiegów, cierpliwości, skupienia uwagi. A my wiecznie pędzący, wiecznie w stanie rozproszenia, wykonujący wiele czynności jednocześnie, już zapomnieliśmy, jaka to przyjemność zjeść coś dobrego, co sami uwarzyliśmy. Przypomnimy sobie o tym dopiero, kiedy lekarz stwierdzi, że dorobiliśmy się wrzodów i wspomnimy wtedy słowa z bajki Stanisława Jachowicza o chorym kotku: „Zanadto się jadło [teraz] dieta ścisła! Od tego pomyślność w leczeniu zawisła”. Nie chcę nikogo straszyć wrzodami. Raczej apeluję do zastanowienia się nad tym - co 1 jak jemy. Namawiam do zwolnienia tempa, zaprzestania objadania się a także do prze- 34 Serowar żuławski myślanych zakupów. Spójrzmy najpierw na etykietki. Dziś producenci muszą informować klientów o składzie swoich produktów spożywczych. Inna sprawa, że czynią to używając malusieńkich literek, które nawet w okularach trudno odczytać. Ale potrudźmy się, bo warto i wtedy ze zgrozą dowiemy się, ile jest prawdziwego mięsa w naszym ulubionym pasztecie lub, że rzekomy „żółty ser” zamiast mleka zawiera olej, skrobię a nawet łój. Powinniśmy być nieufni wobec każdego produktu, który w swym składzie ma kolekcję tych wszystkich E, za którymi kryją się barwniki spożywcze, konserwanty, emulgatory i antyutleniacze. Warto się wtedy zastanowić po co w kiełbasie, serze czy pieczywie te wszystkie dodatki. Czy musimy jeść pokarmy pełne chemii i niesmaczne. Czy taka cena za ich taniość i długi termin przydatności do spożycia nie jest zbyt wygórowana? Dlatego niektórzy coraz częściej sięgają po żywność produkowaną inaczej, czyli tak jak to robiono przez setki lat - po szynkę, która jest z mięsa a nie z wody, po ser zrobiony z mleka a nie z ... Chleb na zakwasie to coś zupełnie innego niż bułka z polepszaczami, choć owa tak ładnie wygląda. Warto szukać zdrowych, naturalnych produktów, zrobionych w sposób tradycyjny. Nie warto się karmić byle czym i samooszukiwać, że to dobre i tanie. Te rozważania snuję zanim opowiem o ciekawym człowieku, o żuławskim sero-warze Krzysztofie Jaworskim. Dla mnie jest on przykładem tego, jak można mądrze żyć, jak można produkować dobrą żywność i uczyć jej wytwarzania dorosłych oraz podnosić kulturę jedzenia u dzieci i młodzieży. Krzysztof Jaworski urodził się w domu podcieniowym w Lasowicach Wielkich. Żuławy to kraina, gdzie od zawsze hodowano krowy mleczne i wytwarzano sery na domowy użytek. Zawsze słynęła z doskonałej jakości nabiału. Obfitość łąk pozwalała na wypasanie wielkiej ilości krów rasy holsztyńsko-fryzyjskiej. Gunter Grass w swej powieści „Psie lata” pisał: „Żuławy pachną masłem, twarogiem, serowniami, ozdrowieńcze i tak, że aż bierze na wymioty, pachną mlekiem”. Dosadnie, ale jakże trafnie! Mały Krzyś po raz pierwszy we własnym domu zobaczył praktyczną sztukę serowar-ską. Było to kilkadziesiąt lat temu czymś zupełnie naturalnym (pamiętam to z własnego dzieciństwa), że w domu nastawiało się mleko na zsiadłe, warzyło go i robiło twaróg. W prawie każdej zagrodzie była praska do odciskania sera i maselnica. W co drugiej żuławskiej wsi była mleczarnia a widok stalowych kanek ustawionych przy drodze na specjalnych stojakach, skąd zabierano je do zlewni mleka, należał do obrazków zwyczajnych i swojskich. Krzysztof jest absolwentem Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Został technologiem żywności i rozpoczął pracę na stanowisku asystenta na macierzystej uczelni, ale po dwóch latach porzucił karierę naukową, bo pojawiła się ciekawa propozycja pracy w tradycyjnej mleczarni produkującej sery. Następnych piętnaście lat życia poświęcił na prowadzenie serowni w leżącej pomiędzy Elblągiem a Pasłękiem wsi Pilona, gdzie kilkanaście osób wytwarzało około jednej tony sera dziennie - ręcznymi, tradycyjnymi metodami. To był ser na modłę szwajcarsko-holenderską. Wyrób zyskał duże uznanie na rynku a nawet zdo- Andrzej Kasperek 35 był trzecie miejsce na targach spożywczych w Warszawie. Ludzie mówili, że ma duszę, co było dla wytwórcy bardzo miłe. Krzysztof ma tak duży sentyment do małych, tradycyjnych, przyzagrodowych mleczarni oraz serowni. Cieszy go, że przeżywają teraz swój renesans. Następnie przez trzy lata był kierownikiem laboratorium w Spółdzielni Mleczarskiej w Elblągu, później głównym technologiem oraz handlowcem. Poznał wielu ciekawych ludzi, między innymi Giena Mientkiewicza - znanego popularyzatora i konesera serów zagrodowych, późniejszego autora telewizyjnego programu „Przez dziurkę od sera” (w kanale Kuchnia TV). Gieno to pasjonat produkcji serów zagrodowych, a także smakosz, kucharz i gospodarz strony internetowej: http://serypolskie.pl/. I wtedy pojawił się nowy pomysł na życie - Krzysztof związał się ze skansenem w Olsztynku i rozpoczął przygodę z popularyzacją wytwarzania sera zagrodowego. Uznał, że praca w wielkich mleczarniach jest nie dla niego, lepiej czuł się w mniejszych firmach, a najlepiej we własnej jednoosobowej firmie propagującej domowy wyrób sera i popularyzację zdrowego życia. Był ze swoimi pokazami i wykładami w bardzo wielu miastach oraz w przepięknie położonych gospodarstwach agroturystycznych... Bardzo często przeprowadza pokazy serowarskie w kołach gospodyń wiejskich, w szkołach, świetlicach, hotelach i restauracjach. Jest związany na stałe z Żuławskim Parkiem Historycznym, gdzie prowadzi zajęcia z dziećmi i dorosłymi. Napisał książkę „Jak zrobić dobry ser radzi serowar żuławski” i współpracował przy „Kulinariach żuławskich” Artura Wasielewskiego. Mówi: „Moim celem i moją misją jest zainicjowanie grupy producentów sera na Żuławach, którzy wykreowaliby markę nowego sera i stworzyli zjawisko powrotu sera na Żuławy. Po siedmiu latach pracy w dziedzinie żywności tradycyjnej, moim osiągnięciem i przedmiotem dumy jest fakt, że wykształciłem już kilkudziesięciu serowarów i w wielu miejscach w Polsce po-wstają ciekawe i oryginalne gatunki serów”. Nie są to słowa na wyrost - według obliczeń Krzysztofa w jego pokazach i szkoleniach wzięło udział kilka tysięcy osób. A swoistym miernikiem jego popularności i marki tego, co robi jest fakt, że padł ofiarą kradzieży -pewna kursantka skopiowała jego wykłady oraz „przekalkowała” formy przekazywania wiedzy i zaczęła na własną rękę jeździć po kraju z podrobionymi kursami serowarstwa. Bardzo ważne są dla niego spotkania z dziećmi i młodzieżą. Nie chce, aby ich wiedza kulinarna zaczynała się i kończyła na McDonaldsie. Warsztaty z młodymi uczestnikami mają charakter edukacyjnej zabawy, podczas której uczą się oni wypieku chleba, robienia twarogu, ubijania masła. A więc tego, co kiedyś wynosiło się z domu. Uczą się także szacunku dla ludzkiej pracy, oszczędzania produktów, poznają nowe smaki. Przypomina mi się seria programów kulinarnych Jamie Olivera. Jamie to w Wielkiej Brytanii człowiek instytucja a przy okazji twórca kulinarnego imperium i człowiek, który próbował wyrugować z angielskich szkół śmieciowe jedzenie. Kucharz z misją, walczący z fast foodem, którym faszeruje się dzieci, tak jakby były kurczakami na fermie. Dzięki pracy Krzysztofa wielu młodych Polaków ma szansę choć trochę „łyknąć” wiedzy kulinarnej. Krzysztof Jaworski przedstawia się jako „serowar żuławski” a na jego śnieżnobiałym fartuchu pyszni się emblemat Klubu Nowodworskiego. Jest bardzo związany z regionem. 36 Serowar żuławski Tu dorastał i prawie całe jego życie związane było z Żuławami. Wspomina: „To moja ziemia. Wybór zawodu serowara był naturalną kontynuacją tego, czego doświadczyłem w dzieciństwie. Jest to zwykła kolej rzeczy, że lubimy to, co znamy, co jest nam bliskie. Krajobraz Żuław jest na stałe w moim życiu i po wielu latach wydaje mi się, że jestem jego elementem. Zafascynowany jestem kulturą mennonicką. Proste, pracowite życie, jakie ta grupa religijna wiodła, oraz mądre zasady, którymi się kierowała są dla mnie ogromną życiową inspiracją. Żuławy to niewielka kraina, może nieco mało poznana, ale są to dobre ziemie, gdzie mieszkają pracowici i zaradni ludzie. Przez wieki wytwarzano tu dobrą i bardzo zróżnicowaną żywność, jako że ziemie te doskonale się do tego celu nadają”. Krzysztof Jaworski mówi, że ostatnio zauważył bardzo ciekawą przemianę w świadomości całej rzeszy konsumentów, dotyczącą sposobu odżywiania. Żywność wielkotowa-rowa staje się dla tej coraz większej grupy coraz mniej ciekawa i atrakcyjna. Zresztą sam jako technolog żywności obserwuje wyraźnie niekorzystną tendencję w jej produkcji. Staje się ona coraz bardziej oszukana, uśredniona i produkt zawiera coraz więcej wody oraz wszelkiego rodzaju chemicznych dodatków. W gruncie rzeczy jest niesmaczna i wcale nietania. Nic więc dziwnego, że jest coraz więcej ludzi, którzy szukają czegoś dobrego, żywności o smaku szczególnym, w której można odnaleźć smak charakterystyczny dla danego miejsca, gdzie czułoby się klimat i tradycje kulinarne danego regionu. Tak rodzi się tradycja smaku. Wtedy jedzenie wykracza poza ramy samego spożywania żywności, a staje się niejako wydarzeniem kulturalnym. Każdy z nas ma przecież wspomnienie z dzieciństwa ulubionej potrawy, którą przygotowywała mu kochana babcia. Czasami ten smak wspominamy przez całe dorosłe życie. To zmieniające się podejście do żywności, coraz większe zwracanie uwagi na smak i na jej zdrowotny aspekt, sprawia, że wytwarzanie ciekawych potraw w mikroskali ma zdecydowanie większe uzasadnienie w naszych „małych ojczyznach . Na Żuławach ta tendencja jest teraz bardzo wyraźna. Powstają ciekawe pozycje książkowe o regionalnej kuchni. Gospodarstwa agroturystyczne i regionalne restauracje również coraz bardziej skłaniają się w stronę poszukiwań oryginalności i identyfikacji regionalnej. No i rzecz najważniejsza pojawiają się warsztaty wypieku chleba, robienia sera, czy też wytwarzania przetworów owocowych i nalewek. Jest niewątpliwie dobry klimat do tego, aby rozpocząć życie zgodne z tradycją i otworzyć całą otoczkę kultury i dziedzictwa kulinarnego. Wszystko zaczyna się od z pozoru mało znaczącego wydarzenia, spotkania, ale z czasem może nabrać znaczenia bardzo ciekawej przygody. Działanie skierowane w stronę żywności tradycyjnej może stać się sposobem na życie. Wytwarzanie żywności tradycyjnej może się przysłużyć tutejszym mieszkańcom i znacznie podnieść atrakcyjność regionu przyciągając rzesze turystów. W Cyganku-Żelichowie, w domu podcieniowym Marka Opitza, Krzysztof organizuje systematycznie cieszące się wielką popularnością warsztaty kulinarne. Tam też znalazł swą siedzibę Żuławski Dom Sera - w którym Marek Opitz, jego syn Jacek i „naczelny serowar żuławski” postanowili wskrzesić tradycję produkcji sera żuławskiego. Smakosze mogą już kupić Werderkase. Jego receptura pochodzi z czasów krzyżackich, została udoskonalona przez mennonitów i przez wieki była popularna w delcie Wisły. Barki roz- Andrzej Kasperek 37 woziły wielkie kręgi tego sera do Elbląga, Gdańska, Hamburga i Królewca. Jego sława była tak duża, że w dziewiętnastowiecznym niemieckim leksykonie kulinarnym właśnie on występuje jako symbol kuchni żuławskiej. Jak czytam w ulotce reklamowej sera: „Na podstawie dawnych receptur i współczesnych możliwości, opracowana została technologia wytwarzania tak, aby jak opisują dawni koneserzy, wyczuwać w nim soczysta łąkę i słone morskie powietrze połączone z pikantną nutą, powstałą podczas kilkumiesięcznego dojrzewania”. Ser znalazł już amatorów a odwiedzający Żuławy dawni mieszkańcy znajdują w nim smak zapamiętany z dzieciństwa. Ile musi kosztować dobry ser, robiony rzemieślniczymi metodami? Jego cena musi być wyższa niż tego z marketu. Ale Krzysztof twierdzi, że „tak wytworzony ser jest naprawdę dobrym i wartościowym produktem, więc chętnych do jego zakupu jest wielu. Cenę tego sera kształtują sami konsumenci. Z czasem ta cena osiąga właściwą sobie wielkość, bowiem w przypadku sera sprzedaje się nie tylko smaczną i wartościową żywność, ale również takie kulturowe i emocjonalne wartości, jak legenda, dziedzictwo kulinarne czy nawet krajobrazowe walory regionu. Dobrym przykładem jest oscypek, który jest kupowany nie tylko jako jedzenie, ale także jako pamiątka, bo jego smak jednoznacznie kojarzy się nam z górami, z ich klimatem, krajobrazem i mieszkającymi tam góralami. Muszę przyznać, że szczególnie w tym roku zainteresowanie wytwarzaniem sera jest ogromne. Jest to podyktowane bardzo niskimi cenami mleka płaconymi przez mleczarnie hodowcom (nawet poniżej 1 zł za litr mleka udojowego). W tych warunkach wytworzenie sera zagrodowe nabiera szczególnego ekonomicznego znaczenia. Z 10 litrów mleka pełnego wytworzymy nawet półtora kilograma sera, który z łatwością można sprzedać nawet po 30 zł. I to nie jest cena wcale wygórowana. Taki ser z pewnością jest warty takiej ceny. W tej chwili przepisy sanitarne, regulujące sprzedaż bezpośrednią liberalizują się, w związku z czym takie manufaktury powstają jak grzyby po deszczu. Obecnie w Polsce jest duże zapotrzebowanie na dobrą żywność, serowni wytwarzających znaczniejsze ilości sera jest stosunkowo niewiele - około 50 (dla porównania we Włoszech jest ich ponad 3000). Stąd płynie moje przekonanie, że gdyby na Żuławach takich tradycyjnych serowni powstało nawet kilkanaście to i tak byłby zbyt na nasz ser, a z pewnością przysporzyłoby to sławy i splendoru naszym ziemiom. Oczywiście znam również w Polsce takie serownie, w których ser, kosztuje znacznie więcej niż 30 zł za kg. W tych regionach cierpliwi serowarzy na tak dobrą cenę (nawet 100 zł/kg) zapracowali sobie tworząc dobrą opinię i markę przez ładnych kilka lat. Ser jest bowiem produktem wdzięcznym, który włożoną pracę zwraca po czasie i to nawet z nawiązką. Mam nadzieję, że na Żuławach znajdzie się niemało takich utalentowanych i pracowitych serowarów entuzjastów”. Jaworski i Opitzowie są takimi entuzjastami. Wierzę, że się im powiedzie. Już zauważono ich wysiłki - najnowszy numer popularnego miesięcznika „Twój Styl” przynosi dobrze napisany i opatrzony pięknymi zdjęciami artykuł Grażyny Saniuk pt. „Pejzaż horyzontalny”, w którym sporo miejsca poświęcono tej inicjatywie. Upadły małe mleczarnie, których kiedyś było tak dużo na naszym terenie. Ostała się tylko Spółdzielnia „Małuta”. 38 Serowar żuławski Wracam do tego, o czym pisałem na początku mojego artykułu. Do slow food, do smakowania potraw i smakowania życia. W Sopocie powstał sklep „Ser Lancelot” specjalizujący się w serach farmerskich, czyli zagrodowych. Założył go Grzegorz Jankowski, który zrezygnował z kariery dziennikarza telewizyjnego. Sklep działa kilka lat i chyba interes idzie nieźle, bo mimo wysokich cen są klienci gotowi płacić od 80 do 150 złotych za kilogram dobrego sera z mleka krowiego, owczego lub koziego. Krzysztof Jaworski jest optymistą. Powstawanie takich sklepów, zakładanie specjalistycznych ferm, winnic i mini browarów bardzo dobrze wróży na przyszłość. Widzi to tak: „Jesteśmy krajem w dużej mierze rolniczym, z ogromnymi tradycjami. Poza tym ze względu na stopniowe ograniczanie przemysłu i industrializacji, niektóre regiony naszego kraju, stały się jednym wielkim rezerwatem przyrody. Woda i powietrze są u nas czyste, odrodziło się wiele gatunków zwierząt. Taki ekosystem jest ogromnym atutem przy wytwarzaniu żywności. Sery wytworzone na naszych ziemiach cieszą się ogromnym powodzeniem nie tylko u naszych konsumentów, ale coraz częściej znajdują nabywców przyjeżdżających spoza granic naszego kraju”. Spytałem go, kto kupi jego sery, kiedy w sklepach jest takie mnóstwo nabiału? Odpowiedział: „Oferta sklepów wielkotowarowy jest przede wszystkim mało zróżnicowana i bardzo standardowa, oferowane w tych sie- Andrzej Kasperek 39 ciach sery, to żywność korporacyjna, wielkotowarowa. Zapomniano w tym przypadku, że mleczarnia, to nie przemysł, ale kuchnia. Ser w gruncie rzeczy, to nie tylko żywność, ale to wydarzenie kulinarne, pewien rodzaj przysmaku i rarytasu. Deska serów podana gościom jest daniem wykwintnym i świadczy o dobrym smaku gospodyni. Ser wytworzony przez nawet początkującego serowara na Żuławach z mleka pełnego, będzie mieć bukiet smaków i zapachów, będzie pachnieć, ziołami, trawami, a nawet czasami się wydarzy nutka owocowa”. Sery wytworzone w bezpośredniej bliskości morza, charakteryzują się osobliwą słoną nutką, co przyjezdnym konsumentom jednoznacznie będzie się kojarzyć z morską bryzą. Dlaczego tak się dzieje, że sery wytworzone w domu czy zagrodzie są o niebo lepsze od tych wielkotowarowych? Otóż ser jest szczególną żywnością, często na warsztatach, które prowadzę nazywam ser »krainą łagodności«. Ser lubi bardzo kameralne klimaty wytworzenia, im mniejsze produkcje tym jest lepszy, może dlatego, że jest pielęgnowany ręcznie przez wprawne i troskliwe ręce serowarki. Poza tym blisko zwierząt gospodarskich, w małej izbie, która jest serownią, panuje bardzo korzystny mikroklimat ze szlachetną i dobroczynną mikroflorą, która tak korzystnie wpływa na procesy dojrzewania. Następnym czynnikiem pozytywnie wpływającym na ser zagrodowy jest brak niekorzystnych warunków, które występują w wielkich mleczarniach, a więc: pasteryzacja, stosowanie środków sterylizujących, dodawanie różnego typu chemicznych związków do samego mleka, stosowanie antybiotyków przy dojrzewaniu sera. W prostej i naturalnej serowni tych niekorzystnych czynników nie ma. Jest tylko mleko, serowar i bardzo szlachetna mikroflora kwasząca, która sprawi, że nasz ser po okresie dojrzewania będzie najlepszy na świecie”. Skosztujcie serów Krzysztofa, wybierzcie się na organizowane przez niego warsztaty, weźcie udział w degustacji - ręczę, że nie będziecie żałować. Ale pamiętajcie, że trzeba się wystrzegać podróbek i oszustów, bo Krzysztofjaworski jest tylko jeden! 40 Rajd Łupaszki Marta Chmielińska-Jamroz RAJD ŁUPASZKI Rajd Pieszy Szlakiem Żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej (5 WBAK) liczy już 13 lat i z roku na rok bierze w nim udział coraz większa liczba uczestników. Impreza realizowana przez grupę pasjonatów ma na celu popularyzację tematu żołnierzy wyklętych oraz przywracanie ich dobrego imienia. W tym roku na trasy rajdowe wyruszyło niemal 300 osób, w tym grupy z Malborka, również wśród organizatorów znajdują się mieszkańcy tego miasta. Rajd Łupaszki, jak go w skrócie nazywają uczestnicy, jest najstarszą i największą tego typu imprezą w Polsce. Z małego rajdu przerodził się w ogromne przedsięwzięcie, które jednak wciąż organizowane jest przez wolontariuszy. - Chcemy młodym ludziom pokazywać prawdziwą historię Żołnierzy Wyklętych, która przez lata była zakłamywana - mówi Robert Jamroz, wiceprezes Stowarzyszenia Historycznego im. 5 WBAK, organizator Rajdu. - Jesteśmy do tego przygotowani merytorycznie ponieważ w naszym stowarzyszeniu działają między innymi historycy i naukowcy. Po drugie sam marsz przez miejsca związane z działalnością partyzantki niepodległościowej jest naszym hołdem i próbą upamiętnienia tych bohaterów. Ponadto Rajd ma walory integracyjne, spotyka się na nim młodzież z różnych stron Polski, nawiązuje znajomości i spędza czas w interesujący sposób. Stowarzyszenie Historyczne im. 5 Wileńskiej Brygady AK, to grupa osób, którzy pasjonują się historią najnowszą i popularyzują tę wiedzę poprzez różne działalnia. Rajd Łupaszki jest sztandarową imprezą, jednak oprócz tego Stowarzyszenie włącza się w akcje upamiętniania miejsc historycznych, prowadzi działalność edukacyjną a także, jak to miało miejsce niedawno, włącza się w prace ekshumacyjne prowadzone przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka z Instytutu Pamięci Narodowej. Członkowie Stowarzyszenia mieszkają w różnych częściach Polski, jednak siedzibą jest Sopot i to właśnie Pomorze reprezentowane jest w grupie najlicznej. - Wszyscy w Stowarzyszeniu jesteśmy przyjaciółmi - mówi Robert Jamroz. - Znamy się od lat i łączy nas zainteresowanie historią Żołnierzy Wyklętych, w szczególności 5 Wileńskiej Brygady AK. Kilku członków Stowarzyszenia mieszka w Malborku i Sztumie, co pozwala przenosić działania grupy na ten teren. Dobre przyjęcie Rajdu zaowocowało na przykład przeniesieniem pomysłu na Powiśle, gdzie od trzech lat organizujemy Rajd Żelaznego, w którym trasy łączą Sztum, Jodłówkę, Dzierzgoń czy Mikołajki, co roku oragnizujemy także obchody święta Żołnierzy Wyklętych - tym razem przygotowaliśmy grę terenową, rok temu był rajd z Malborka do Zajezierza, a dwa lata temu konferencja naukowa, którą współorganizowaliśmy z Muzeum Zamkowym w Malborku, Muzeum II Wojny Światowej i Urzędem Miasta. Ponadto staramy się współpracować z innymi stowarzyszeniami z regionu i tak na przykład często działamy z Inicjatywą Aktywny Marta Chmielińska-Jamroz 41 Malbork. Ostatnio zadebiutowaliśmy jako współwydawca wspomnień zaprzyjaźnionego z nami partyzanta por. Józefa Bandzo „Jastrzębia”. Sztandarową imprezą Stowarzyszenia jest Rajd, jego organizacja rozpoczyna się tuż po zakończeniu imprezy, zwykle pierwsze spotkania odbywają się już po wakacjach, bo choć Rajd rozpoczyna się zawsze w pierwszą sobotę po zakończeniu roku szkolnego, to ogrom zadania powoduje konieczność dobrego przygotowania. Grupa organizatorów ma pełne ręce roboty, jednak wysiłek opłaca się, bo Rajd z roku na rok rozrasta się i ściąga uczestników z odległych stron Polski. W imprezie biorą udział ludzie dorośli oraz młodzież i dzieci w różnym wieku - nie brakuje nawet ośmiolatków. Trasy układane przez Roberta Jamroza mają różną długość, wszystkie są tak samo trudne a zadania przygotowane dla uczestników są podobne. Wielkim walorem edukacyjnym Rajdu jest to, że trasy, które pokonują uczestnicy ściśle związane są z miejscowościami, w których działali lub stacjonowali żołnierze z 5 Wileńskiej Brygady AK. Organizatorzy wykorzystując swoją wiedzę oraz znajomość terenu przygotowują spotkania z ludźmi, którzy pamiętają pobyt wyklętych lub mieli z nimi styczność. Tak jest w przypadku pana Jerzego Łytkowskiego ze Zwierzyńca, w którego gospodarstwie zorganizowana została koncentracja 14 patroli rajdowych. - W gospodarstwie pana Łytkowskiego latem i jesienią 1946 roku wielokrotnie przebywali partyzanci wileńscy, którzy mieli tutaj swój punkt konspiracyjny - mówi Jamroz. - To z tego gospodarstwa w lipcu 1946 roku w swoją ostatnią podróż do Malborka i do Gdańska wyruszyła Danka Siedzikówna „Inka”. Tu pozostawiła swój mundur i pojechała w sukience pożyczonej od matki pana Jerzego, w tej sukience została aresztowana i rozstrzelana. Pan Jerzy miał wówczas 12 lat i wspomnienia tamtych dni zapadły mu głęboko w pamięć. Rajdowicze mogli porozmawiać z panem Jerzym, ponadto Muzeum II Wojny Światowej przygotowało tam zajęcia edukacyjne dla młodzieży. Tradycją Rajdów w Borach Tucholskich jest udział kombatantów, którzy na spotkaniach z młodzieżą opowiadają o swoich przeżyciach. W ten sposób młodzież w poprzednich latach miała okazję poznać Janinę Wasiłojć-Smoleńską - sanitariuszkę, Józefa Bandzo „Jastrzębia”- żołnierza jednego ze szwadronów a także Zygmunta Błażejewicza „Zygmunta”- ostatniego żyjącego dowódcę szwadronu mjra Łupaszki, na stałe mieszkającego w USA. W tym roku, pomimo wieku towarzyszył młodzieży Józef Bandzo „Jastrząb”, pan Józef jest autorem wspomnień wydanych w tym roku przez Stowarzyszenie Hist. im. 5 WBAK i Fundację Niepodległości - każdy uczestnik otrzymał egzemplarz książki w prezencie. Wśród uczestników były dwie grupy z Malborka - młodsza pod opieką druhny Katarzyny Orszykowskiej składająca się z harcerzy 2 Malborskiej Drużyny Harcerskiej Watra oraz starsza - 3 Malborska Obronna Drużyna Starszoharcerska „Uderzenie” z prowadzącym Łukaszem Kawickim. Starsi harcerze brali udział w Rajdzie już kolejny raz i można nazwać ich weteranami, młodsi zaś byli po raz pierwszy. - Nie spodziewaliśmy się, że Rajd będzie taki - mówią Michał, Antek, Filip i Szymon po dotarciu na metę. - Było ciężko, ale bardzo fajnie. W przyszłym roku też chcemy iść, ale teraz już wiemy, że plecaki muszą być lżejsze i wiemy czego się spodziewać. 42 Rajd Łupaszki Dumna ze swojej grupy jest druhna Katarzyna Orszykowska, która przez cztery dni maszerowała z dziećmi. - Mamy swoje spostrzeżenia i wiemy jak przygotować się na następny rok - mówi druhna Orszykowska. - Dzieciom bardzo się podobało i już pytają o następne takie rajdy. Jesteśmy zadowoleni z nagród i atmosfery rajdowej, czekamy na Rajd Żelaznego. W czasie Rajdu zdarzyła się też niecodzienna „wizyta” rodzica jednego z uczestników z Malborka. Tata chłopca przeleciał nad grupą samolotem i pomachał skrzydłami na znak pozdrowienia. Oczywiście pan Sidor nie porwał samolotu z 22 BLT, ale przyleciał małym samolotem cywilnym. Na zakończenie tegorocznego Rajdu organizatorzy przygotowali niespodziankę - koncert zespołu Contra Mundum, który zagrał w plenerze specjalnie na zakończenie Rajdu. Również specjalnie na zakończenie Rajdu pod szkołę w Lubichowie podjechał krwiobus z Gdańska i wszyscy chętni dorośli mogli wziąć udział w akcji oddawania krwi: „Oni oddali życie za ojczyznę, teraz Ty oddaj krew dla Polski”. Ze Stowarzyszeniem Historycznym im. 5 WBAK przy organizacji Rajdu współpracuje nie tylko Muzeum II Wojny Światowej, ale też Instytut Pamięci Narodowej, Urząd Do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych - te instytucje gwarantują wysoki poziom edukacyjny przedsięwzięcia. Arkadiusz Dzikowski ESTONIA - DALEKA GRANICA KRÓLESTWA Arkadiusz Dzikowski z żoną Jolantą na zamku w Estonii, fot. BRZM 44 Estonia - daleka granica królestwa Estońska przygoda Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej (BRZS) rozpoczęła się niewinnie i przez przypadek. W lipcu 2002 roku dwoje członków BRZS zaproszonych zostało do udziału w delegacji rycerskiej województwa kujawsko-pomorskiego, udającej się na położone najdalej na północ, historyczne rubieże Rzeczpospolitej. Kilkunastoosobowa grupa rycerzy z Chełmna i Sztumu stanowiła średniowieczną oprawę uroczystości na ruinach zamku Laiuse w środkowej Estonii. Na zamku tym, położonym w prowincji Jogeva wmurowywano tablicę upamiętniającą dawną granicę Królestwa Polskiego. Przy tej okazji sztumscy rycerze zawarli znajomości, które zaowocować miały w przyszłości wieloletnimi kontaktami i szeregiem wypraw do tego malowniczego i niezwykle przyjaźnie nastawionego do Polski kraju. Ze strony polskiej uroczystości koordynowane były przez ambasadę Rzeczpospolitej w Tallinie. Od tamtej pory do dziś kontakty z Estonią podtrzymywane są dzięki pani Sławomirze Borowskiej-Petersen z działu kulturalnego ambasady. To dzięki niej w następnych latach udało się zorganizować kilka wypraw, dzięki którym sztumscy rycerze odwiedzili kilka ciekawych miejsc w Estonii oraz na Łotwie. Szczególnie owocna okazała się znajomość, która z czasem przerodziła się w osobistą przyjaźń, z wicedyrektorem muzeum zamkowego w Kuressaare na wyspie Saaremaa Raulem Salumae. Raul odpowiedzialny był za coroczne obchody dni zamku Kuressaare i to dzięki niemu sztumscy rycerze kilkukrotnie odwiedzili ten piękny zakątek Estonii. Zamek Kuressaare zbudowany w XIV wieku przez biskupów ozylskich stanowi dziś perłę wśród zabytków Estonii. Położony na wielkiej wyspie Saaremaa, bezpośrednio na brzegu morskiej zatoki, pieczołowicie odrestaurowany mieści muzeum historyczne wyspy. Coroczne obchody dni zamku gromadzą liczne rzesze turystów z wielu krajów - głównie Finlandii, Szwecji oraz Rosji. Tam też, we współpracy z ambasadą RP oraz Stowarzyszeniem Gmin Polskie Zamki Gotyckie sztumskie bractwo rycerskie prowadziło działania promocyjne. W trakcie kilku wizyt na zamku sztumscy rycerze mieli okazję występować wraz z rycerzami z Litwy, Estonii, Czech a także Turcji. Podczas jednej z wizyt w Estonii zorganizowane zostało również spotkanie z członkami miejscowej Polonii. Na zaproszenie ambasady RP w Tallinie rycerze z Polski ponownie odwiedzili zamek Laiuse, a dzięki kontaktom Raula Salumae przedstawili swoje pokazy na zamku w Haapsalu oraz na ruinach potężnego grodu estońskiego Varbola. Zamek w portowym mieście Haapsalu stanowi nie lada atrakcję turystyczną. Położona w środku miasta wielka kamienna budowla budzi podziw zarówno malowniczymi ruinami, jak i częściowo zrekonstruowanymi obiektami katedry oraz zamkowych skrzydeł i wież. Chociaż bramy zamkowe są na noc zamykane, dla gości z Polski zrobiono wyjątek i pozwolono im pozostać na miejscu wraz z obozowiskiem. Na jedną noc sztumscy rycerze stali się panami zamku Haapsalu. Varbola to symbol estońskiego oporu podczas chrystianizacji Estonii. Położony pośród lasów gród do dziś sprawia imponujące wrażenie. Na umocnionym kamiennymi wałami wzgórzu zorganizowano historyczny skansen z drewnianymi konstrukcjami wieży ob-lężniczej i trebusza wykonanymi w skali 1:1. Przy okazji jednej z wizyt sztumscy rycerze zawarli znajomość z dyrektorem muzeum zamkowego w Limbazi na Łotwie Dianą Nipane. Dzięki temu w następnym roku trasa ko- Arkadiusz Dzikowski 45 lejnego wyjazdu na północne rubieże Europy wiodła także przez tę miejscowość. W Lim-bazi - dawnym mieście hanzeatyckim również zorganizowano pokaz bractwa. W trakcie rozmów, które członkowie bractwa prowadzili z publicznością po pokazie okazało się, że również tam mieszkają potomkowie Polaków. Ich wspomnienia dotyczyły głownie okresu II wojny światowej. W Limbazi spotkała nas niecodzienna atrakcja - po występach zaproszeni zostaliśmy do prawdziwej wielkiej sauny. Po przebyciu ponad 1500 kilometrów oraz kilku dniach pokazów był to wspaniały relaks umożliwiający pełną regenerację. DO ESTONII W CIENIU ŻAŁOBY Kryzys ekonomiczny, jaki dotknął kraje europejskie w 2009 roku spowodował dłuższą przerwę w podróżach do Estonii. Jednak w roku 2014 Raul Salumae ponownie zwrócił się do sztumskich rycerzy z prośbą o wizytę. Po raz kolejny partnerami wyprawy było Stowarzyszenie Gmin Polskie Zamki Gotyckie oraz Ambasada Rzeczpospolitej Polskiej w Tallinie. Tym razem Estończycy z Kuressaare przygotowali trzydniową imprezę obfitującą w wiele atrakcji. Zaproszonych zostało wielu rekonstruktorów z Estonii, Łotwy, Rosji i Polski (Bractwo Rycerzy Ziemi Sztumskiej). Grupy rekonstrukcyjne prezentowały trzy epoki: średniowiecze (grupy z Estonii i Polski), okres wojny północnej (1700 -1721) oraz koniec I wojny światowej podczas walk o niepodległość Estonii. Impreza orga- 46 Estonia - daleka granica królestwa nizowana była z wielkim rozmachem - wystarczy dodać, że główne ramy organizacyjne gotowe były już w listopadzie 2014 roku. Kiedy rozmowy z partnerami dobiegały końca, a przygotowania do wyjazdu były praktycznie zamknięte, dotarła do Sztumu straszna informacja o nagłej śmierci naszego przyjaciela i głównego organizatora imprezy Raula Salumae. W zaistniałej sytuacji część obowiązków organizacyjnych przejęła żona zmarłego - Oilme Salumae. Podróż do Estonii 16 osobowej, w pełni wyposażonej grupy rycerskiej to niemałe wyzwanie. Oprócz ludzi w trasę długości 2500 km pojechały namioty, zbroje, meble, stroje, wyposażenie, materiały promocyjne i ... armata. Nasz konwój składał się z dwóch samochodów: osobowego - wypełnionego ludźmi oraz towarowego - załadowanego po sam sufit. Dojazd na miejsce zajął prawie 20 godzin. Trasa przejazdu wiodła przez północno-wschodnią Polskę (niestety trzeba ominąć Obwód Kaliningradzki), Litwę, Łotwę i znaczną część Estonii. Pierwszą atrakcją podróży był przejazd szosą biegnącą na szczycie olbrzymiej, kilkukilometrowej zapory na Dźwinie, na obrzeżach Rygi. Na samym środku zapory zbudowana jest wielka elektrownia wodna. Kolejną - nieco szokującą - „atrakcją” na Łotwie były wielkie obszary porośnięte Barszczem Sosnowskiego. Oglądaliśmy go wyłącznie zza szyb samochodów. Długo oczekiwanym momentem podróży była przeprawa promowa z portu Virtsu na stałym lądzie do Kuivatsu na wyspie Muhu. Przeprawa trwa około godziny, jednak kolejka do promu bywa długa. Z Muhu na Saaremaa jedzie się szosą, położoną na kilkukilometrowej długości grobli. Grobla ma zaledwie kilkanaście metrów szerokości, mieszcząc pas drogi i skromne pobocza, a przy tym nieznacznie wznosi się ponad poziom morza. W związku z tym podczas sztormowej pogody droga jest zamykana i wyspa traci kontakt ze stałym lądem nawet na kilka tygodni. Z brzegu wyspy do Kuressaare podróż trwała jeszcze ponad godzinę, bo do przejechania pozostało około 100 km. Tegoroczny wyjazd do Estonii miał dla członków sztumskiego Bractwa szczególne znaczenie. To właśnie zamek w Kuressaare zajmował zawsze ważną część wszystkich wspomnień z zagranicznych wyjazdów i po tak długiej przerwie, ogromną przyjemnością było tam wrócić. Piątkowym popołudniem, pod estońskim zamkiem stanęły pierwsze sztumskie namioty, a w niedługim czasie, część trawiastej przestrzeni przyzamkowej zajął średniowieczny obóz polskiej ekipy ze Sztumu. Cały zamek w świątecznym nastroju oblegany był przez obozy historyczne, tematyczne kramy, punkty gastronomiczne i oczywiście turystów. Tradycyjnie już, otwarcie festiwalu nastąpiło nocą. Późno zapadający zmrok i krótka na Saaremaa noc sprawiły, że dopiero o północy, włodarze miasta i zamku, z rozświetlonego okna rozpoczęli weekendowe święto „150 lat Muzeum Zamku Kuressaare”. Tej nocy także Bractwo Rycerzy Ziemi Sztumskiej zaprezentowało średniowieczne wałki, tańce, pokazy artylerii oraz fire show. Po zakończonych pokazach zamek dostępny jest do nocnego zwiedzania, gdzie szczególnie wrażenie sprawia widok zza zamkowego krenelaża na dachu twierdzy. Także sobotni dzień przyniósł wiele atrakcji. Tradycyjnie już rozpoczął się uroczystym przemarszem wszystkich uczestników święta w historycznych strojach, z końmi i muzyką ulicami Kuressaare. Po drodze orszak mijał niezliczone kawiarnie wypełnione po brzegi przez turystów. Dzień upłynął na pokazach walk kon- Arkadiusz Dzikowski 47 nych (w wykonaniu grupy estońskiej), średniowiecznego fechtunku, warsztatach tanecznych i prezentacji Bractwa, Sztumu, polskich zamków i naszego kraju. Licznie zawarte nowe znajomości i pożyteczna wymiana doświadczeń z pasjonatami historii z innych krajów zaowocują być może kolejnymi przyjaźniami i ciekawymi wyjazdami. Sobotni pokaz Bractwo zakończyło podziękowaniami dla Raula Salumae i chwilą ciszy ku jego pamięci. Z podarunkiem od Estończyków w postaci skrzynki wyśmienitego piwa Le Coq, sztumscy rycerze udali się do obozu, gdzie mogli cieszyć się sąsiedztwem średniowiecznej architektury, skandynawskim spokojem, morską kąpielą w bliskim otoczeniu zamku oraz pięknem marynistycznego krajobrazu i urokliwych uliczek starówki. Sobotnie popołudnie wypełniły inscenizacje z okresu wojny północnej, podczas której o terytorium Estonii biły się wojska szwedzkie i rosyjskie. Niedzielne przedpołudnie przyniosło pokaz walk z okresu I wojny światowej, gdzie na placu boju starły się wojska rewolucyjnej Armii Czerwonej, bandy anarchistów i dezerterów, oddziały niemieckie oraz świeżo sformowane oddziały estońskie. Impreza gromadząca w jednym miejscu rekonstruktorów kilku epok i przedstawiająca główne momenty z historii Estonii stanowiła ciekawy przykład realizacji zadań edukacyjnych i promocyjnych. ESTONIA OKIEM POLAKA Piękny kraj... takimi słowami można rozpocząć opowieść o tej dalekiej krainie. Już w momencie przekraczania umownej, do niedawna opuszczonej granicy łotewsko-estoń-skiej widać zasadnicze różnice. Typ architektury, kolorystyka, jakość dróg, nienagannie i szeroko wykoszone pobocza, idealnie przystrzyżone trawniki. W trakcie przemieszczania się na północ zmiana krajobrazu - głównie szaty roślinnej. Wysokopienne lasy ustępują miejsca niskim, karłowatym drzewkom iglastym, pomiędzy którymi rozrzucone są wielkie, szare granitowe głazy. Wokół pól uprawnych i łąk kamienne murki z granitu i wapienia. Ciekawi ludzie... w pierwszym kontakcie chłodni, powściągliwi, nie wylewni - jak krajobraz, ale niezwykle silni. Pomimo dramatycznej sytuacji demograficznej i setek lat obcej dominacji niezwykle dumni ze swojej obecnej pozycji i sytuacji. W bliższym kontakcie - ciekawi, zasługujący na uwagę a także na przyjaźń. Godne zapamiętania fakty: Jogeva. Ekipa rycerska udaje się na miejsce noclegu. Pod wskazanym adresem stoi w le-sie nad jeziorem ładny budynek hotelowy - otwarty. W recepcji nikogo. W szafce klucze. Przez telefon ustalamy, że należy wziąć klucze z szafki i otworzyć sobie pokoje. Rano być może ktoś przyjdzie. Jeżeli nie - klucze zostawić w szafce... Marjamaa, szkoła. Miejsce noclegu ekipy rycerskiej. W szkole pani woźna - nikogo więcej. Otwiera i zaprasza do środka. Jest sala gimnastyczna, basen, sauna, hotelik z łóżkami piętrowymi. - Korzystajcie z czego chcecie. Wszyscy są na urlopie, ja przyszłam żeby otworzyć. Zostajemy sami. Nikt nas nie pilnuje. Siła małego narodu wyrażona przez znajomego Estończyka w wywiadzie dla polskiej telewizji: - Idzie zima. Jak poradzicie sobie bez dostaw rosyjskiego węgla? - W Estonii jest dużo lasów, a my wszyscy mamy kominki. 48 Estonia - daleka granica królestwa Tallin - Carcassone północy, miasto historyczne, piękne i nowoczesne. Wpływając do portu w Tallinie od strony Helsinek z daleka widać potężne wzgórze zabudowane zabytkowymi obiektami. Historyczne serce miasta. Miasta otoczonego murami obronnymi i wieżami, w których funkcjonują awangardowe pracownie artystyczne. To na tym wzgórzu legendarny Kalev założył Tallin. Dziś Kałev spogląda na nas z opakowań wyśmienitej estońskiej czekolady. Znakomita marka. Ma murach zabytkowej bramy miasta relief - herb Zakonu Krzyżackiego. Nieopodal na murze kamienicy tablica informująca o bohaterskiej ucieczce polskiego okrętu podwodnego „Orzeł” z portu w Tallinie. Na szczycie wzgórza zamkowego, w parku przy pałacu prezydenckim wystawa: na wielkich stalowych płytach wytrawiona historia walki o niepodległość Estonii. Język... absolutnie niezrozumiały. Według samych Estończyków to archaiczna wersja fińskiego. Jak się porozumieć? Rozmawiamy po rosyjsku i po angielsku. Podobnie jak w Polsce - są dwa światy języków obcych. Pokolenie do lat 30 nie zna i nie rozumie rosyjskiego. Starsi nie znają angielskiego. Rzecz charakterystyczna - w małych miejscowościach stoją ruiny cerkwi. Z tablic informacyjnych dowiadujemy się, że jeszcze na początku lat 90-tych funkcjonowały tu świątynie. Dziś niewiele z nich zostało. Rosyj-skojęzyczna ludność prawosławna odeszła. Obok surowe, kamienne kościoły i dzwonnice. Dobrze utrzymane. Chociaż pochodzą z XIV - XV wieku bardziej przypominają europejskie budowle romańskie niż smukłe katedry gotyku. Lubię powroty do Estonii... Przemysław Nehring 49 Przemysław Nehring WRAŻENIA Z CHIŃSKIEJ PROWINCJI Po długich dwunastu godzinach lotu wylądowałem w Szanghaju. Podróż na daleki Wschód zawsze kradnie kilka godzin z doby więc, mimo że była siódma rano lokalnego czasu, mój organizm nie mógł zanotować nocnego wypoczynku. Ekscytacja związana ze spotkaniem ze światem, który mnie od zawsze fascynował, oraz adrenalina, która kazała wszystkim moim zmysłom pracować teraz na najwyższych obrotach, sprawiały, ze nie czułem najmniejszego nawet zmęczenia. Tego dnia czekała mnie jeszcze podróż do Hefei, stolicy prowincji Anhui, miasta oddalonego sześćset kilometrów na zachód od Szanghaju. Miałem się tam dostać koleją z jednego z szanghajskich dworców. Na szczęście samolot przyleciał o czasie i mój niepokój, czy zdążę na pociąg, stał się bezpodstawny. W przewodniku, który miałem ze sobą, autor napisał, że myśląc o przemieszczaniu się w Chinach taksówkami dobrze byłoby nauczyć się po chińsku zdania: „Proszę je- 50 Wrażenia z chińskiej prowincji chać wolniej”. Miałoby to, jego zdaniem, pomóc nam uniknąć niepotrzebnych emocji, a w skrajnych wypadkach zawału serca na skutek przerażenia związanego z nieprzewi-dywalnością a zarazem brawurą panującymi na tamtejszych drogach. Mój znajomy si-nolog, który doskonale wiedział, że będę miał niewiele czasu na przesiadkę, napisał mi natomiast po chińsku na kartce, którą podałem taksówkarzowi: „Proszę jechać bardzo szybko”. Rzeczywiście, kierowca wziął sobie to mocno do serca i zafundował mi jazdę, którą swobodnie można porównać do przeżyć na rollercoasterze. Przeżyłem i biedniejszy o pewną, obiektywnie nienależną taksówkarzowi sumę, ale za to bogatszy o pierwsze chińskie doświadczenia dotarłem na dworzec, który, porównując go z europejskimi standardami, wyglądał raczej na lotnisko. Na szczęście pociągi mają również tam swoje numery zapisane arabskimi cyframi, bo była to jedyna informacja, jaką bez znajomości chińskiego dało się odczytać na rozkładzie jazdy oraz tablicach wyświetlających się przy poszczególnych peronach, a raczej bramkach wiodących na perony. Do chińskiego pociągu można wejść dopiero po ogłoszeniu „boardingu”, przechodząc wcześniej kontrolę bagażu. Procedura przypominająca odprawy lotniskowe przestaje już tak bardzo dziwić, gdy szybki pociąg ruszy z miejsca. Moją sześciusetkilometrową odległość pokonał w trzy godziny, zatrzymując się jeszcze po drodze na dziesięciu stacjach. Wszystkie mijane za oknem miasta wydały mi się łudząco do siebie podobne - setki kilkudziesięciopiętro-wych domów mieszkalnych, w tym samym szaro-żółtym kolorze, świeżo wybudowanych albo będących w budowie, w różnym stopniu zasiedlonych i niemal pozbawionych osiedlowej infrastruktury. Co prawda ludzie nie ubierają się już w Chinach w takie same uniformy, jakie nosił Przewodniczący Mao, ale miliony mieszkańców tego gigantycznego kraju mieszkają dzisiaj w identycznych czterdziestopiętrowych domach. Żeby sobie wyobrazić chińskie blokowisko, trzeba by przywołać pamięcią polskie osiedla z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia budowane w największych miastach, ale wielokrotnie pomnożyć w myśli ich powierzchnię i wysokość domów. Na kolejnych, wszystkich co do jednego błyszczących nowością dworcach, na których zatrzymywał się pociąg, w sposób bardzo sprawny wymieniali się moi współpasażerowie. Ludzie szybko zajmowali swe miejsca i niemal wszyscy natychmiast wyjmowali przyniesione ze sobą ciepłe jedzenie lub zamawiali je u miłej kolejowej stewardessy. Zdumiewające było to, że rytuał jedzenia w pociągu powtarzał się niezależnie od tego, czy podróżnik miał do przejechania dwie godziny, godzinę czy ledwie dwadzieścia minut. Wrażenie, że Chińczycy jedzą zawsze i wszędzie nie opuściło mnie już do końca mojej wyprawy. Po kilku dniach jednak sam złapałem się na tym, że coraz częściej myślałem o nadchodzącym dniu jako kolejnej przygodzie ze znakomitą azjatycką kuchnią i odmierzałem czas od posiłku do posiłku. Wiejski krajobraz wzdłuż kolejowego traktu nużył swą szarzyzną i monotonią ryżowych pól a niewielkie osady, na które składało się po kilka, czasem kilkanaście bardzo skromnych domostw, jasno dawały do zrozumienia, że zamieszkują je ubodzy ludzie. Pierwsze spotkanie z krajobrazem przemierzanej przeze mnie chińskiej prowincji mogło nieco rozczarowywać - żadnej przykuwającej wzrok oryginalnością architektury, niewiele ciekawej roślinności, za to widok ciągnącego się po horyzont placu budowy. Przemysław Nehring 51 Punktualnie, co do minuty mój pociąg przybył na stację w Hefei, gdzie ma swoją siedzibę partnerski dla mojej uczelni Uniwersytet, na którego zaproszenie miałem spędzić w Chinach kolejne dwa tygodnie w grupie pracowników naukowych i studentów z kilku jeszcze krajów. Hefei, jak potem usłyszałem z ust chińskiej przewodniczki, która towarzyszyła nam podczas jednej z wycieczek, jest stosunkowo niewielkim miastem, w którym ludzie żyją z dala od wielkomiejskiego zgiełku. To miasto liczy sobie półtora miliona mieszkańców, a w obrębie administracyjnym jego miejskiej prefektury zamieszkuje cztery i pół miliona ludzi. Relatywność skali, którą mierzy się różne zjawiska albo określa pojęcia w Europie i w Chinach widać na tym przykładzie najlepiej. Hotel, w którym zamieszkałem, mieścił się w ogromnym, ogrodzonym kampusie, wybudowanym, oczywiście jak niemal wszystko w Chinach, w ostatnim dziesięcioleciu. Poza nowoczesnymi siedzibami wydziałów, instytutów naukowych i bibliotek, dziesiątkami bardzo wysokich akademików, kilkoma stołówkami mogącymi pomieścić na raz tysiące studentów, znajdowała się tu wielka hala widowiskowa-sportowa, ogromny stadion i hektary dobrze utrzymanej zieleni. Ta imponująca infrastruktura tworzyła zamknięty system, który, jak się wydaje, mógł zapewniać zaspokojenie wszelkich codziennych potrzeb zamieszkujących go studentów, bez konieczności opuszczania terenu uniwersytetu. Chińscy studenci z zasady mieszkają w akademikach, nawet jeśli pochodzą z miast, w których mają siedziby wybierane przez nich uczelnie. Standardem jest to, że 52 Wrażenia z chińskiej prowincji na studiach licencjackich zajmują sześcioosobowe pokoje, a stosunkowo niewielka grupa tych, którzy kontynuują naukę na poziomie magisterskim, mieszka w czteroosobowych pokojach. W Chinach właściwie nie ma małżeństw studenckich, a już z zasady nie zdarzają się studenckie dzieci. Obowiązujące tam przepisy są w tej kwestii bardzo restrykcyjne i nakazują usuwać z uczelni ciężarne studentki. Polityka jednego dziecka, co prawda ostatnio nieco złagodzona przez chińskie władze (rodzice, którzy sami są jedynakami mogą już leganie posiadać drugie dziecko, a mieszkańcy wsi utrzymujący się z pracy na roli nie muszą spełniać nawet tego warunku), każę obywatelom tego gigantycznego kraju mocno się zastanawiać nad odpowiednim momentem w życiu, gdy ma przyjść na świat ich upragniony potomek. Oczywiście najlepiej, ażeby to był chłopiec. Takie, ciągle pokutujące przekonanie i regulacja dzietności, w dużej mierze sprowadzająca się do łatwo dostępnej aborcji, sprawiły że w Chinach doszło do niebezpiecznego społecznie zjawiska, czyli odczuwalnego zachwiania proporcji pomiędzy liczbą mężczyzn i kobiet. Zaskakujące z naszego punktu widzenia kampanie społeczne, które mają przekonywać, że córka jest tak samo wartościowym dzieckiem jak syn, być może przyniosą w przyszłości pożądane odwrócenie tego trendu. Turystyczny i edukacyjny program zaoferowany nam przez gościnnych gospodarzy był zaplanowany w sposób organizacyjnie perfekcyjny. Niezależnie od tego, czy był to wykład promujący chińską kulturę i atrakcje regionu, lekcja lepienia tradycyjnych pierogów albo tworzenia sławnych chińskich wycinanek, czy też wyprawa do zabytkowego miasta albo w piękne Żółte Góry, nie było miejsca na improwizację, zmiany planów a już w ogóle na niepunktualność. Obsesyjne wręcz pilnowanie założonego harmonogramu, jasny podział obowiązków wśród osób odpowiedzialnych za poszczególne punkty programu a jednocześnie wyjątkowa zdolność do działania w zespole naszych chińskich przewodników i opiekunów budziły we mnie uczucie podziwu zmieszanego jednak z niedowierzaniem i chłodnym dystansem. Jak słusznie mawia mój kolega sinolog, w rywalizacji „jeden na jeden” Europejczyk bardzo często góruje nad Chińczykiem, ale wystarczy, że postawimy naprzeciw siebie zespoły złożone z trzech Europejczyków i trzech Chińczyków, a już po chwili okaże się, że europejska drużyna jeszcze się nie ukonstytuowała, a chińska wykonała już sprawnie swoje zadanie. Poza nowoczesnymi, ale raczej turystycznie nieciekawymi miastami, w których cztero- albo sześciopasmowe drogi przecinają ogromne dzielnice składające się z wysokich mieszkalnych domów, fabryk i centrów handlowych są na szczęście w każdej z chińskich prowincji także naprawdę małe, stare miasta, które wyglądają tak, jak sobie możemy to wyobrazić na podstawie znanych w Europie grafik, rysunków czy filmów. Są to jednak zazwyczaj turystyczne enklawy, w których co prawda mieszkają jeszcze ludzie, ale do których wejść można jedynie zakupiwszy wcześniej bilet, a owi mieszkańcy, chcąc, czy częściej raczej nie chcąc, są częścią turystycznej atrakcji. Podczas mojej podróży odwiedziłem między innymi miasto Sanhe, zwane miastem trzech rzek albo, ze względu na swoje położenie i urbanistyczny układ, chińską Wenecją oraz piękne miasteczko Hong-cun, w którym Ang Lee umieścił dużą część swego sławnego i obsypanego nagrodami filmu: „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Obydwa są takimi właśnie żywymi skansenami, Przemysław Nehring 53 przy których wybudowano ogromne parkingi mogące pomieścić setki autobusów z przybywającymi tam turystami. Spacerując po wąskich uliczkach tych miast można zajrzeć przez okna a częściej jeszcze przez otwarte drzwi do domów, które od co najmniej dwóch wieków pełnią rolę zarazem warsztatów i skromnych jednoizbowych mieszkań, albo gar-kuchni, w których gotują się kolorowe, pachnące pięknie lub całkiem dla europejskiego nosa nieznośne, dania. Pełno w nich sklepów i sklepików, w których można kupić cały asortyment lokalnych wyrobów, drewniane grzebienie, wachlarze, pamiątki ozdobione podobizną Mao Tse Donga oraz zadziwiająco wiele militarnych zabawek, od niewielkich pistoletów do karabinów a nawet niewielkich dział włącznie. Dziewczyny i młode kobiety chętnie wypożyczają w krawieckich pracowniach tradycyjne suknie i fotografują się na tle zabytkowych budynków, kamiennych mostów lub po prostu nad rzeką. Wśród tłumu bardzo gwarnych turystów, jaki napotykałem we wszystkich odwiedzanych przeze mnie przewodnikowe atrakcyjnych miejscach niemal w ogóle nie było tzw. białych ludzi. Przez dwa tygodnie spędzone w Chinach, oczywiście poza Szanghajem, widziałem ledwie trzy razy obcych mi przedstawicieli zachodniego świata. To my sami, jako „biali ludzie” stajemy się tam - co z początku bawi, później nieco przeszkadza, a w końcu irytuje - turystycznymi atrakcjami. Ciągłe prośby o to, by ktoś mógł sobie zrobić z nami zdjęcie albo fotografie robione nam ukradkiem są na chińskiej prowincji normą. Przytłaczające wręcz wrażenie potęgi Chin, dynamiczności, z jaką się rozwijają, ale zarazem dojmujące poczucie obcości w tym fascynującym świecie towarzyszyły mi podczas całej wyprawy. Kraj, w którym nie znając języka ani pisma nie jesteśmy w stanie się zorientować, czy witryna jakiegoś punktu usługowego prowadzi do lekarza, salonu masażu czy zakładu pogrzebowego albo zamawiając w restauracji potrawę możemy mieć tylko nadzieję, że to, co otrzymamy, będzie choć trochę odpowiadać naszym wyobrażeniom o kolacji, nie jest łatwy w zwiedzaniu. Niestety znajomość angielskiego na chińskiej prowincji jest bardzo ograniczona, by nie powiedzieć niemal żadna. Niewiele lepiej jest nawet w dużych miastach, gdzie znalezienie taksówkarza, z którym moglibyśmy się porozumieć, graniczy z cudem. Zderzenie z inną mentalnością czy powszechnym w Chinach, a zupełnie niezrozumiałym dla nas zachowaniem bywa czasem zabawne a niekiedy wręcz szokujące. Nawet jeśli wcześniej czytaliśmy o tym, że Chińczycy jedzą głośno mlaskając, odkładają na restauracyjnym obrusie sterty resztek jedzenia a nawet, w nieco mniej eleganckich lokalach, spluwają na podłogę i wszędzie palą papierosy, to jednak naoczne i codzienne obserwowanie takich zachowań wprawia nas w pewne zakłopotanie. Zupełnie wyjątkowe było moje spotkanie z chińskim przedstawieniem teatralnym. W jednym z miast wybrałem się na spektakl, który okazał się swoistą mieszanką opery, akrobacji cyrkowych i pokazu niezwykle efektownej, nowoczesnej techniki performa-tywnej z wykorzystaniem komputerów, laserów i najróżniejszych mechanicznych urządzeń. Setki aktorów brało udział w tym niezwykłym spektaklu, który - jak mi się wydaje, bo trudno było mi się w opowiadanej historii zorientować - mówił o nieszczęśliwej miłości. Bajecznie kolorowe stroje, niezwykłe popisy wokalne i akrobatyczne aktorów i takie choćby atrakcje, jak ogromne wodospady buzujące na scenie prawdziwą wodą, sprawiały, że z zapartym tchem przez dwie godziny podziwiałem te występy. Akcja przedstawienia 54 Wrażenia z chińskiej prowincji często wychodziła poza scenę, a pełna widownia ogromnego teatru reagowała bardzo spontanicznie na opowiadaną z takim rozmachem historię. W osłupienie jednak wprawiło mnie to, czego doświadczyłem na koniec spektaklu. Kiedy po finałowym epizodzie na scenę, a nawet na część przestrzeni zajmowaną przez widownię wyszli wszyscy aktorzy, by ukłonić się publiczności, setki ludzi siedzący do tej pory na swych miejscach i z aplauzem przyjmujący spektakl, zaczęły wychodzić z teatru, nie czekając aż aktorzy zejdą ze sceny. Co więcej - zaczęli się między tymi aktorami przeciskać, zapalać papierosy, wyjmować jedzenie, wysyłać sms-y. Zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować, gdy aktorzy machali na pożegnanie do wychodzących widzów, a w tym czasie na scenie, na której jeszcze stali niedawni bohaterowie artystycznego pokazu, pojawiły się już panie ze ścierkami i wiadrami, by zacząć sprzątanie. Podróż do Chin była moją drugą po Tajlandii wizytą w dalekiej Azji. Pamiętam, że jednym z ważniejszych wrażeń, jakie przywiozłem z pierwszej wyprawy, było to, że pobyt w Indochinach skutecznie oducza europocentryzmu. Jeśli uświadomimy sobie, że w tamtej części świata mieszka dwa miliardy ludzi, dla których korzenie naszej cywilizacji, czyli grecko-rzymski antyk i chrześcijaństwo a nawet monoteizm, są jeśli nie zupełnie obcym, to co najwyżej egzotycznym światem pojęć i zjawisk, to z dużo większą pokorą powinniśmy chyba patrzeć na tak głośno i często wykrzywiane u nas idee uniwersalności naszego systemu wartości. W jednej z rozmów z sympatyczną młodą Chinką, z wykształcenia anglistką, wymienialiśmy się informacjami o różnych obyczajach i świętach, obchodzonych w naszych krajach. Ya-Xiu zapytała mnie, czy jest u nas jakiś obyczaj podobny do ich hucznej uroczystości obchodzonej w rodzinach z okazji przyjścia na świat dziecka. Spontanicznie odpowiedziałem, że wśród ogromnej większości Polaków tego rodzaju świętem są chrzciny. Zupełnie oniemiałem, gdy moja rozmówczyni, która skończyła angielskie, a zatem, jak mi się zdawało, zanurzone w zachodniej kulturze, studia językowe, zapytała: A co to jest chrzest? Kiedy zacząłem, najlepiej jak tylko umiałem, tłumaczyć to oczywiste i kluczowo ważne w naszym zachodnim świecie pojęcie, dziewczyna mi przerwała i powiedziała: Już wiem, widziałam film pt. „Ojciec chrzestny’. Najpierw się trochę skonfundowałem, ale zaraz pomyślałem, że dla wielu, nawet wykształconych Europejczyków pierwszym skojarzeniem z buddyzmem będzie film „Mały Budda . Dwa tygodnie spędzone przeze mnie na chińskiej prowincji udowodniły mi jasno prawdę, o której wcześniej słyszałem i czytałem: Chiny są więcej niż krajem, są całym, osobnym światem, który co prawda funkcjonuje w globalnej gospodarce albo wręcz ją stanowi, ale jest zarazem spójnym i bardzo trudnym do przeniknięcia osobnym organizmem, który odsłania się przed obcymi niechętnie i tylko w ograniczonym zakresie. Na tropach historii Janusz Namenanik EWOLUCJA DZIERZGOŃSKIEGO HERBU Temat herbu Dzierzgonia stał się w ostatnim okresie dość popularny, na co wpływ miało odsłonięcie w dniu 21 grudnia 2014 roku pomnika św. Katarzyny, będącej patronką miasta. Teren Dzierzgonia, jak i ziemie z nim sąsiadujące, w odległej przeszłości zamieszkiwali Prusowie. Niestety, niewiele wiadomo o dawnym herbie Prusów, a także o herbach poszczególnych rodów pruskich. Być może mają rację niektórzy historycy, którzy uważają, że Prusowie herbów nie posiadali. Problematyka ta została w pewien sposób opracowana przez Roberta Koseckiego1, który twierdzi, że poszczególne rody nie posiadały znaków je wyróżniających. Niemniej współczesny stan wiedzy nie pozwala jednoznacznie udzielić odpowiedzi na to pytanie. Możemy jedynie domniemać, że skoro Prusowie otaczali kultem drzewa (a szczególnie Wyobrażeniowy herb Prusów z 1S46 r. Autor nieznany (ze zbiorów autora tekstu) dąb), to piktogram tego drzewa można przyjąć jako domniemany herb Prusów. Rody posiadały swoje ziemie, które być może oznaczane były pewnymi znakami własności, które ewoluowały, aby w końcu stać się znakami rodowymi w Europie zwanymi herbami. W późnym średniowieczu (w 1546 roku) sporządzono wyobrażeniowy herb Prusów. Mimo że utworzono go o wiele później niż przyjęty już wcześniej herb dla Dzierzgonia z wizerunkiem św. Katarzyny, to mimo to\ należy mu poświęcić trochę uwagi nawet ze względu na to, że przedstawiał on genezę Prusów, nawiązując jednocześnie swym obrazem do tworzonych wówczas herbów. Na tym utworzonym herbie, w centralnym miejscu umieszczono trójdzielną tarczę z trójcą bogów pruskich: Perkuno, Polripo i Polollo. Obok tarczy, umieszczono braci: Brudeno — kapłana Prus oraz Wudewuto w koronie i z berłem będącego królem Prus. Nad tarczą i obok niej kolorowe labry nawiązujące do herbu, a nad nim dwa najistotniejsze symbole Perkuna (najważniejszego boga pruskiego): dąb i koń. Przyjmuje się, że właśnie dąb i koń były wspólnym symbolem Prus, a tym samym herbem dawnych Prusów. Wprawdzie drobna szlachta zamieszkała w Polsce, pochodząca z Prus używała herbu ze znakiem półtora krzyża, co mogłoby wskazywać na taki herb Prusów. Sądzić jednak należy, iż znak ten powstał, wraz z przyjęciem przez nich 1 Kostecki R., Ród Prusów, [w:] Głos Pasłęka, nr 10/1996, s. 12, Pasłęk 1996. 56 Ewolucja dzierzgońskiego herbu wiary chrześcijańskiej i nie nawiązywał do wcześniejszego okresu. Można nam wnioskować, że pierwszym odpowiednim herbem jednoczącym mieszkańców dzierzgońskiej ziemi, leżącej na obszarze Pomeza-nii z całymi Prusami był herb z wizerunkiem konia i dębu. Po nadaniu ziemi chełmińskiej Zakonowi Krzyżackiemu ściągnięto początkowo 2 rycerzy, a dopiero w roku 1230 przybył do Prus właściwy oddział 7 braci rycerzy pod dowództwem Hermana Balka. Oddział ten dzięki wsparciu papiestwa, a także oddziałów polskich, śląskich, pomorskich i zachodnioeuropejskich, podbiły Pomezanię i kolejne ziemie pruskie. Pieczęć Dzierzgonia przedstawiająca dzierzgoń-ski zamek. Źródło: YossbergF., Geschichte der..... s.267 tab. XII, rys. 7 W 1243 roku cały obszar plemiennej Pomezanii, a z nim ziemia dzierzgońska wszedł w skład biskupstwa pomezańskiego. Biskup sprawował władzę kościelną i świecką. Patronem diecezji został św. Jan Ewangelista. Atrybutem św. Jana był orzeł, w związku z tym, w herbie diecezji przyjęto złotego orła ze złotą aureolą wokół głowy, z dwoma symetrycznie umieszczonymi pastorałami po bokach i trzymaną w orlich szponach srebrną wstęgę z napisem Sanctus Johannes (Święty Jan). To wszystko umieszczone zostało na szkarłatnym polu. Stąd można wnioskować, iż w 1243 roku nad zamkiem dzierzgońskim łopotał sztandar diecezjalny z herbem opisanym powyżej. Biskupstwo pomezańskie pozostawało w ścisłej zależności od Zakonu Krzyżackiego, w jego znakach dano wyraz temu w XV wieku, kiedy to herb diecezji skomponowano w ten sposób, iż przedstawiał on tarcze dwupolową, górne pole zawierało krzyż Zakonu, a w polu dolnym przedstawiono orła św. Jana Ewangelisty. Ziemie biskupstwa pomezańskiego podzielono na trzy części, gdzie w jednej władzę sprawował biskup, a dwu pozostałych Krzyżacy. Teren z Dzierzgoniem przypadł we władanie im. Państwo Zakonu Krzyżackiego podzielono na komturie. W 1239 roku utworzono komturię Dzierzgoń. Komturzy dzierzgońscy piastowali równolegle urząd wielkiego szatnego Zakonu z prawem zasiadania w ścisłej radzie wielkiego mistrza. Wielki szatny był jednym z pięciu najważniejszych dostojników Zakonu. W sprawach związanych z wykonywaniem urzędu kolejni komturzy posługiwali się herbem, który widniał na ich pieczęci. Niezależnie od herbu urzędowego, komturzy jako wywodzący się ze stanu szlacheckiego, posiadali własne herby rodowe, jednak zgodnie z regułą Zakonu początkowo ich nie używali. Dopiero od roku 1382 w sprawach poza-urzędowych zaczęto stosować herby rodowe. Pierwsze herby miast zaczęły powstawać w średniowieczu. Miasta nie posiadały herbów czy pieczęci przed ich lokacją. Pomysł, aby z określonym obszarem wiązać unikalny Janusz Namenanik symbol, pojawił się w tym samym czasie, w którym zaczęło kształtować się prawo miejskie. Początkowo herby pojawiły się jedynie na pieczęciach. Dopiero z czasem postanowiono przenieść je na tarcze. Decyzje na temat wyglądu herbu najczęściej podejmowali wójt lub rada miasta. Najstarszym motywem w heraldyce miejskiej były podobizny lub atrybuty świętych patronów, wzorowane na symbolice różnych instytucji kościelnych. W przypadku Dzierzgonia była to patronka miejscowej parafii święta Katarzyna. Według legendy urodziła się około roku 282 w Aleksandrii w Egipcie. Była bogatą i wykształconą chrześcijanką, która przyjęła śluby czystości. Poniosła śmierć męczeńską 57 Pieczęćszatnych krzyżackich. Źródło: VossbergF., Geschichte der.... s. 219 w wieku 18 lat. Krytykowała prześladowania chrześcijan i postępowanie cesarza Maksen-cjusza. Wyrok śmierci zapadł po dyspucie religijnej, w której Katarzyna okazała się bieglej -sza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich, część z nich nawracając. Niezadowolony cesarz skazał Katarzynę na śmierć po torturach. Odstąpiono jednak od łamania kołem, po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła i wyrok wykonano przez ścięcie mieczem. Przez lata Katarzyna uchodziła za jedną z najpopularniejszych świętych Kościoła Katolickiego, jednak współcześni badacze podważają jej istnienie. Prawdopodobnie za podstawę legendy o Katarzynie z Aleksandrii posłużył życiorys Hypatii z Aleksandrii.2 Najstarsza znana pieczęć z jej wizerunkiem pochodzi z XV wieku.3 Natomiast pierwsza w historii Dzierzgonia znana pieczęć jak twierdzi O. Piepkorn4 z napisem: S (igillum) n CONMENDATORIS o IN- CRISBORC znajduje się na dokumencie z 19 marca 1250 roku, w którym to komtur Dzierzgonia Heinrich Stange potwierdza umowę o trójpodziale diecezji pomezańskiej. Znany heraldyk Marian Gumowski5 błędnie określa okres w jakim powstała ta pieczęć twierdząc, że pochodzi ona z XIV wieku. Omawiana pieczęć jest okrągła i posiada średnicę 30 mm. Przedstawia zamek z blankami dookoła i wieżą pośrodku. W heraldyce przyjęto, że rangę miasta określała liczba baszt zawarta w herbie, co bezsprzecznie wskazuje na to, że Dzierzgoń w tym okresie posiadał duże znaczenie w państwie krzyżackim. Pieczęć tą przedstawia F. Vossberg w swoim dziele poświęconym głównie monetom krzyżackim. Oznaczając ją datą 1248, w tym miejscu autor być może sugeruje, że 2 Dzielska M., Hypatia z Aleksandrii, Kraków 2010, s. 26. 3 Hupp O., Wappen und Siegel der Deutschen Stadte, Flecken und Dorfer. Heft: Ostpreussen, Westpreussen und Brandenburg, Frankfurt am Main 1894 (auf 1. Seite 1896), s. 22. 4 Piepkorn O., Christburger Siegel und Wapen, [w:] Der Westpreu^e Nr 5/1953 s. 8. 5 Gumowski M., Pieczęcie i herby miast pomorskich, Toruń 1939, s. 35. 58 Ewolucja dzierzgońskiego herbu lokacja miasta, połączona była jednocześnie z powstaniem pieczęci. Pieczęć zawiera symetryczny rysunek, który w swym centralnym miejscu przedstawia bramę zamkową i mur obronny zwieńczony blankami. Nad bramą wznosi się wieża przykryta czterospadowym dachem, otoczonym balustradą, którą stanowią obronne blanki. Po bokach wieży umiejscowione są dwie mniejsze wieże, stojące wyraźnie za murem obronnym i są one również przykryte dwuspadowymi dachami, na których szczytach znajdują się krzyże. Widok ten, jeżeli oddawał ówczesny stan rzeczywisty, byłby najstarszym znanym rysunkiem fragmentu dzierzgońskiego zamku od strony wschodniej. Pieczęć Dzierzgonia z XV wieku z wizerunkiem św. Katarzyny. Źródło : Engel.B., Die mittelalter-lichen Siegel... 5. 39 Zamek dzierzgoński był z przerwami w okresie od 1309 do 1454 siedzibą wielkich szat-nych Zakonu. Natomiast O. Piepkorn twierdzi, że siedziba ta istniała tylko do roku 1451. Komtur Dzierzgonia pełniąc funkcję wielkiego szatnego zakonu, z racji swojego urzędu posiadał jeszcze jedną pieczęć, którą również prezentuje Vossberg. Jest to pieczęć okrągła z napisem łacińskim, który po przetłumaczeniu brzmi: „Pieczęć szatnych krzyżackich Pieczęć ta przedstawia stojącego bokiem i zwróconego w lewo rycerza krzyżackiego w białym płaszczu z czarnym krzyżem, z nakrytą głową i trzymający w rękach w geście podającym płaszcz krzyżacki. Komtur jako wielki szatny należał do scisłej rady wielkiego mistrza, a często też stanowisko to było znakomitym przedsionkiem do dalszego awansu, gdyż komturzy dzierzgońscy często obejmowali stanowiska wielkiego mistrza Zakonu. Wydarzeniem bardzo istotnym dla ewolucji dzierzgońskiego herbu było zawarcie w dniu 7 lutego 1249 roku umowy dzierzgońskiej pomiędzy Zakonem a Prusami. W umowie tej zobowiązano Prusów do budowy wielu kościołów, w tym do budowy katolickiego kościoła parafialnego w Dzierzgoniu. Zbudowano go dość szybko, co stwierdzono w 1254 roku w dokumencie rozliczenia zobowiązań pruskich. Kościół ten był pod wezwaniem św. Katarzyny. I właśnie od patronki miejscowej parafii miasto przejęło symbol jako godło miasta, w czym Dzierzgoń nie jest odosobniony. Święta Katarzyna Aleksandryjska w heraldyce polskiej występuje w herbie powiatu działdowskiego, herbie gminy Łambinowice (woj. opolskie) oraz w herbie gminy Rudna (woj. dolnośląskie), jak również w herbie Góry (woj. dolnośląskie) oraz Działdowa (woj. warmińsko-mazurskie). Natomiast sam jej wizerunek stanowi herb gminy Miedźno (woj. śląskie) i gminy Grybów (woj. małopolskie) oraz miast: Nowy Targ (woj. małopolskie) i Tyczyn (woj. podkarpackie). Święta Katarzyna występuje również w heraldyce europejskiej, Istnieją również herby, odwołujące się do osoby św. Katarzyny poprzez jej atrybuty (koło i miecz). Zapewne do ciekawostek należy fakt, że w dobie PRL-u unikano propagowania herbów miast posiadających nieswiecki charakter. Dlatego też w tym okresie szczególnie Janusz Namenanik uważano na to, aby herb z wizerunkiem jakiegoś świętego nie znalazł się na sztandarze instytucji czy organizacji. Wspomniana już wyżej najstarsza znana pieczęć z wizerunkiem św. Katarzyny pochodzi z XV wieku., a przedstawił jej rycinę w swej pracy Bernhard Engel6. Okrągła pieczęć o średnicy 35 mm wyobraża stojącą świętą patronkę miasta w koronie na głowie, trzymającą w lewej ręce koło upodobnione do tarczy, a w prawej ręce skierowany ukośnie do góry miecz. Przepasana jest wyraźnie widocznym szerokim pasem. Cały rysunek bardzo wdzięcznie skomponowany robi wrażenie, iż przedstawia postać wojowniczej i gotowej do walki królowej. W otoku pieczęci gotycki napis rozpoczynający się krzyżykiem umieszczonym nad głową patronki: + sigillum . civitatio . cristburg 59 Christburg. Pierwszy herb Dzierzgonia umieszczony na tarczy. Źródło: Beckherrn C., Die Wappen der Stadte.... s. 33, tab.II Napis ten zakończony jest gałązką. Pieczęci tej używano do XVII wieku, a więc w polskim okresie miasta. Wszyscy są zgodni co do tego, że przed tą XV-wieczną pieczęcią musiała istnieć inna pieczęć miejska, zapewne również z wizerunkiem patronki miasta. Niestety, do chwili obecnej nie natrafiono na jej odcisk. W 1629 roku miasto sprawiło sobie nowy okrągły stempel o średnicy 37 mm. Wyobraża on figurę św. Katarzyny, trzymającą w lewej ręce koło oparte o ziemię, a w prawej miecz prostopadle ostrzem zwrócony do góry. Po lewej jak i po prawej stronie figury wpisane są po dwie cyfry, które razem odczytane dają datę 1629, jest to rok, w którym dokonano fundacji pieczęci. Posiada dookoła w otoku napis: SIGIL • CIVITAT • CHRISTBVRGENSIS Według Piepkorna" tą pieczęcią był opieczętowany akt homagium królowi pruskiemu, złożony i podpisany w Malborku 27 września 1772 roku. Pieczęć ta przetrwała do końca polskiego panowania i dopiero z nastaniem rządów pruskich zastąpiono ją nową. Od tego też momentu nastąpiła dalsza ewolucja herbu Dzierzgonia, ponieważ zaczął on występować na tarczy, a nie tylko na pieczęciach. Kształt tarczy herbowej wywodzi się od tarczy obronnej i zmieniał się on na przestrzeni wieków zależnie od aktualnej mody. Kształt tarczy nie jest zazwyczaj definiowany w opisie herbu, na ogół stosuje się tarczę w tym samym stylu co reszta elementów herbu. 6 Engel B., Die mittelalterlichen Siegel des Thorner Rathsarchivs, mit besonderer Beriicksichtigung des Ordenslandes, Erster Thiel: Ordensbeamte und Stadte, Toruń 1894, s. 39 tab.IV ryc. 78. 7 Piepkorn O., Die Heimatchronik der westpreufiischen Stadt Christburg und des Landes am Sorgejlu^, Detmold 1962, s. 150. 60 Ewolucja dzierzgońskiego herbu Christburgi Herb Dzierzgonia wg O. Huppa z napisem nad herbem (ze zbiorów autora tekstu) W znanej literaturze po raz pierwszy herb Dzierzgonia umieszczony na tarczy prezentuje w 1892 roku C. Beckherrn8. Na tarczy XV--wiecznej, dostosowanej do epoki, przedstawiony jest wizerunek św. Katarzyny, ubranej w strój średniowieczny z koroną na głowie. W lewej opuszczonej ręce trzyma symboliczne małe koło, a w prawej ręce miecz skierowany ostrzem do góry. Posługując się tym wzorcem za czasów pruskich, zmodyfikowano go, dostosowując go do epoki, w której należało wyraźnie podkreślić kto jest tu ważniejszy. W przypadku pieczęci magistratu wyobrażono św. Katarzynę na tarczy, którą trzyma w swych szponach orzeł pruski. Na barwnej pocztówce przedstawiono herb naszego miasta z czasów pruskich. Herb ten składa się z podwójnej tarczy. W żółtym polu pierwszej tarczy stoi św. Katarzyna w koronie i niebieskiej sukni ze wstęgą takiego samego koloru przewieszoną z lewego ramienia w prawą stronę. Trzyma ona w prawej ręce miecz zwrócony ostrzem pionowo do góry, a w lewej opuszczonej ręce małe koło. U jej stóp wyobrażone jest zwieńczenie wieży z blankami, co sugeruje nam, że stoi ona na wieży. Kształt tarczy herbu jest skomponowany w ten sposób, że jej górna część stanowi element tarczy włoskiej, a część dolna element traczy polskiej. Tarcza ta znajduje się na większej tarczy białej, będącej również składanką XVIII wiecznej tarczy na dole i tarczy włoskiej na górze. Na tarczy herbu Dzierzgonia siedzi czarny orzeł pruski posiadający insygnia władzy królewskiej: koronę, berło i jabłko królewskie. Rolę trzymaczy pełnią zielone gałązki prawdopodobnie laurowe. W 1896 roku profesor Otto Hupp opracował po raz pierwszy, używając kolorów heraldycznych herb Dzierzgonia, który w tym przypadku posiada bogatą symbolikę. Herb umieszczony jest na XIX-wiecznej tarczy hiszpańskiej. Pole tarczy ma kolor żółty, który symbolizuje wiarę, mądrość, stałość i chwałę . Postać św. Katarzyny jest przyodziana w królewskie szaty, składające się z sukni i płaszcza w kolorze niebieskim, kolor ten symbolizuje wierność, mądrość, stałość. Na głowie nosi koronę (zgodnie z legendą, była córką króla Kustosa), oraz posiada aureolę jako symbol świętości (była kanonizowana). Atrybuty swojej męczeńskiej śmierci mają nieomal rzeczywiste rozmiary w proporcji do wysokości postaci, co po raz pierwszy w ten sposób zostało tak ujęte. Lewą ręką wsparta jest o koło stojące na ziemi, a prawą wsparta jest o oparty na ziemi duży miecz dwusieczny (katowski). Symboliczne znaczenie ma ukazanie postaci wspartej na atrybutach swej męczeńskiej śmierci, a nie jak na poprzednich przedstawieniach, w których unosiła w górze te atrybuty. Być może autor chciał wyrazić to, iż na ziemskich przedmiotach, które w rękach łudzi stały się przyczyną jej cierpień wsparta jest jej świętość. 8 Beckherrn C., Die Wappen der Stadte Alt - Preussens, Królewiec 1892, s. 133 tab. II. 9 Dudziński P., Alfabet heraldyczny, Warszawa 1997, s. 48. Janusz Namenanik 61 Jak twierdzi M. Gumowski10: „Z końcem XIX wieku sporządzono jeszcze jeden stempel bez orła i tarczy z św. Katarzyną i datą 1671 przy niej, która nie wiadomo co oznacza i skąd się tu wzięła. Nawet Magistrat miejscowy nie umie dać na to odpowiedzi.” Jest to informacja dość intrygująca, a jednocześnie i zabawna szczególnie w stwierdzeniu, że „nawet magistrat miejscowy nie umie...” Czyżby magistrat posiadał monopol na wiedzę? Wszyscy heraldycy opisujący herb Dzierzgonia bezradnie rozkładają ręce w momencie opisu herbu z zawartą w nim datą 1671. Ze względu na to, że był on graficznie dość prosty, rysowany cienką jednolitej grubości kreską, miał on w okresie międzywojennym liczne zastosowania. Oprócz tego, że występował on na pieczęci miejscowego magistratu, to także oznaczane nim były emitowane przez miejscowe władze notgeldy11. Wszystkie miejscowe wydawnictwa drukowane przez drukarnię Kurta Knoppa również oznaczane były tym znakiem. W ten sposób herb miasta w tej formie stał się po raz pierwszy niejako znakiem firmowym pewnych dzierzgońskich produktów (np. książki, gazety, pocztówki). Wiele polskich miast posiada na swych herbach daty. Oznaczają one między innymi: datę powstania herbu, datę nadania praw miejskich, datę lokacji miasta, datę nadania przywileju herbowego. W przypadku Dzierzgonia trudno jest powiązać datę 1671 z którymkolwiek z wyżej wymienionych wydarzeń. Aby dokonać próby wyjaśnienia tego zagadnienia dokonajmy poszukiwań w historii bliższej i dalszej, w realiach historycznych miasta, regionu i kraju. W naszym kraju po burzliwym okresie wojen, pod koniec drugiej połowy XVII w nastąpił okres względnego spokoju. Jeżeli chodzi o Dzierzgoń znany jest jedynie dokument z 1671 roku12, który jest dyspozycją miejscowego rektora gimnazjum Adama Samuela Hertmana, dotyczącą protestantów i nic nam nie wyjaśnia w przedmiotowej kwestii. Natomiast dla niedalekich naszych sąsiadów data ta była bardzo istotna. W dniu 6 maja 1671 roku w Dolinie (koło Elbląga) wydano Wilkierz dla Kwietniewa i jednocześnie dla Świętego Gaju. W Lubachowie od 1671 roku odprawiano msze w języku polskim, ze względu na to, że mieszkała tam znaczna liczba ludności polskiej. W Starym Dzierzgoniu i Lubachowie proboszczowie w latach 1671-1798 pochodzili z Mazur. Nie bez znaczenia jest również fakt, że nowe ewangelickie rejestry kościelne dzierzgońskiej parafii również zostały założone w 1671 roku Wydarzenia na terenie kraju (Rzeczypospolitej Obojga Narodów) w tym roku zdominowane są przez znaczne sukcesy kontrreformacji. Protestanci ustąpili z licznych dóbr na rzecz katolików polskich. Panujący wówczas król Michał Korybut Wiśniowiecki, w 1671 roku umieścił godło Polski na cudownym wizerunku Matki Bożej z Rokitna w miejscowości Gołąb w województwie lubelskim. Wizerunek tego króla jest wymalowany na jednym z ołtarzy dzierzgońskiego kościoła parafialnego. W roku tym opublikowano polski zbiór hymnów Hymnal. 10 Gumowski M., op. cit., s. 36. 11 Notgeld - niemiecka nazwa pieniądza zastępczego, emitowanego na początku XX wieku, (przyp. autora) 12 Archiwum Państwowe Poznań, Akta Braci Czeskich (1507 - 1817) sygn. 2507, Nr 0-79091/2000. 62 Ewolucja dzierzgońskiego herbu Interpretując symbolikę zawartą w tym herbie można by było przypuszczać, że przedstawia on zwycięską św. Katarzynę z podniesionym mieczem, (w którym ks. prof. Alojzy Szorc upatruje świecę) stojącą na ruinach protestantyzmu (cegłach u stóp postaci) z datą swojego zwycięstwa. Taka interpretacja jest możliwa, ale dość mało prawdopodobna. Natomiast bardzo prawdopodobna jest informacja, że pieczęć z takim herbem miasta powstała pod koniec XIX wieku, ale przed herbem opracowanym przez O. Huppa. Jak wiemy, był to okres panowania niemieckiego i trudno byłoby wierzyć w to, aby wówczas na herbie podległego sobie miasta umieszczać datę upadku protestantyzmu, gdyż znakomita część Niemców to ewangelicy. Teoretycznie istnieje jeszcze inna możliwość. Rok 1671 może być datą nadania miastu przywileju herbowego. Niestety, nie znamy dokumentu potwierdzającego tę tezę. Dokonane powyżej w miarę wnikliwe rozważania raczej nie uzasadniają tego, dlaczego tę właśnie datę umieszczono na naszym herbie. Dlatego też proponuję własną interpretację. Otóż możemy wyobrazić sobie „cykl produkcyjny herbu”. Na początku grafik przy użyciu stalówki13 i tuszu narysował na papierze jednolitej grubości linią herb składający się z figury św. Katarzyny trzymającej w rękach atrybuty swej męczeńskiej śmierci. U jej podnóża narysował murek oraz na herbie umieścił datę, która jest przedmiotem naszych rozważań. Data została napisana neogotyckim pismem pisanym (a nie drukowanym). Karol Górski14 w swojej pracy podaje wzory cyfr tego pisma. Nas interesują jedynie dwie cyfry: 3 oraz 7, których wzorce prezentuję: Jak łatwo zauważyć podobieństwo graficzne cyfr jest bardzo znaczne. Tak narysowany herb, trafił do rytownika bądź też do drukarni i tam go widocznie błędnie odczytano, co wydaje się bardzo prawdopodobne, gdyż ani drukarz ani rytownik nie musieli być biegli w znajomości historii Dzierzgonia. Zamiast daty 1631 powstała data 1671, która przez następne lata została wielokrotnie powielona. Pamiętać również należy, że robili to Niemcy, którzy albo naszej historii nie znali zbyt dobrze, albo też był im ona obojętna. Zaznaczenie na herbie miasta daty 1631 wydaje się bardzo uzasadnione, ponieważ w dniu 17 marca 1631 roku król Zygmunt III podpisał wiłkierz15 Dzierzgonia, będący źródłem regulacji życia mieszkańców miasta. Mur na herbie symbolizuje posiadanie praw miejskich i starożytności miasta. 13 Fabryczna produkcja stalówek w Niemczech odbywała się od 1856 roku, (przyp. autora) 14 Górski K., Neografia gotycka. Podręcznik pisma neogotyckiego XV1-XX w, Toruń 1960, s. 33. 15 Wiłkierz - uchwala, statut miejski, który regulował porządek publiczny, obejmował np. sprawy targowe, elementy prawa cywilnego i karnego. Janusz Namenanik 63 W oparciu o opracowany herb Dzierzgonia przez profesora O. Huppa powstały wszystkie następne herby, które umieszczane są na żółtym polu tarczy hiszpańskiej, wszystkie one generalnie zachowały przyjętą przez profesora ideę. Aktualnie stosowany herb miasta prezentuje św. Katarzynę w wizji plastycznej, która moim zdaniem nie w pełni jest zgodna z zasadami heraldyki. Zupełny brak jest uzasadnienia do dodania dodatkowych kolorów takich jak czerwonego płaszcza, brązowego koła, zielonej (łąki?), czy żółtych butów. Zastanawiające jest również to, czy Katarzyna była blondynką? Biorąc pod uwagę obszar geograficzny, z jakiego pochodziła i epokę w jakiej żyła, można mieć co do tego poważne wątpliwości. Zapewne opracowując współczesną wizję herbu jako główną zasadę przy- , , , , T . . Współczesny herb Dzierzgonia jęto, ze ma byc... ładny. 1 to zapewne osiągnięto. Należy przypuszczać, ze zupełnie nie zdawano sobie sprawy z symboliki nowo wprowadzonych kolorów. Gdy władze miasta zamawiały nowy herb to bardziej uzasadnione by było zamówienie jego u heraldyka - fachowcy niż u plastyka. Niestety, po prostu nie zdawano sobie sprawy z wagi zagadnienia. Zupełnie innym zagadnieniem jest pomnik św. Katarzyny. Proszę zwrócić uwagę, że nie z każdego herbu miasta da się zrobić pomnik, jak również należy podkreślić, że pomnik nie jest herbem miasta, a jedynie jest wizerunkiem plastycznym patronki miasta. W moim przekonaniu ten wizerunek jest bardzo udany i tu z pokorą chylę czoła przed jego twórcami, gdyż uważam, że zrobili oni to lepiej niż dobrze. Współcześnie zasady stosowania herbów miast reguluje ustawa rządowa, która dopuszcza, aby urzędowa pieczęć gminy zamiast zawartego pośrodku wizerunku orła ustalonego dla godła Rzeczypospolitej Polskiej zawierała herb gminy z tym zastrzeżeniem, że odcisk pieczęci z herbem nie może być umieszczany na dokumentach urzędowych w sprawach z zakresu administracji rządowej. Również nasze miejscowe władze ustaliły zasady stosowalności herbu Dzierzgonia w celach komercyjnych. Regulacja ta zawarta jest w: Uchwale w sprawie wyrażania zgody na używanie herbu gminy Dzierzgoń podjętej na XXXVI Sesji Rady Miejskiej w Dzierzgoniu w dniu 25 lipca 2013 roku, a więc w tym samym czasie gdy odbywała się promocja mojej książki Dzierzgoń szkice z dziejów miasta. 64 Bramy Żuław - constructio et destructio Ryszard Rząd BRAMY ŻUŁAW - CONSTRUCTIO ET DESTRUCTIO Gdańsk, Elbląg, Królewiec - trzy wielkie nadbałtyckie miasta portowe, mimo ciągłej i napiętej rywalizacji, utrzymywały ze sobą stałe kontakty handlowe i dyplomatyczne. Służyła temu sieć traktów drogowych, przeciętych jednak dwoma pokaźnymi przeszkodami wodnymi - Wisłą i Nogatem. Od wieków zatem istniała pilna potrzeba wygodnych i szybkich przepraw przez wspomniane rzeki. Lokalizowano je przy dwu najbliższych miastach - Tczewie i Malborku. Dzieje przeprawy wiślanej w Tczewie sięgają początków historii tego miasta. Pierwsza przystań promowa zlokalizowana była już w końcu XII w. zakolu rzeki, pomiędzy obecnym Starym Miastem a położonym na północ od niego wzgórzem Zamajte z grodem książęcym. Z czasem, wskutek zamulania się akwenu przy grodzie, przeniesiono prom do przystani rybackiej po południowej stronie miasta. Był on w rękach mieszczan i przynosił im poważne zyski. Przeprawa przez rzekę była dwuetapowa. Jeden statek kursował z nabrzeża do wyspy na środku nurtu, drugi z niej na prawy brzeg, gdzie już od XV w. za wałem przeciwpowodziowym stała karczma. Ich kursy zawieszano na okres zimy, kiedy to przechodzono rzekę po lodzie. Fragment ryciny z ok. 1850 r. przedstawiającej panoramę Tczewa zza Wisły. Z lewej most pontonowy, fot. archiwum autora Ryszard Rząd 65 Pierwszy most na Wiśle w Tczewie zbudowany został w 1626 r. przez okupacyjne wojska szwedzkie króla Gustawa Adolfa. Był to most na łodziach. Znajdował się vis-a-vis miasta i widoczny jest na planie autorstwa elbląskiego burmistrza Israela Hoppego.Jak pisał wspominał: „Zestawiono ponownie zbudowany w zeszłym roku most pływający na Wiśle pod Tczewem, któremu przydano zapasowe tratwy i łodzie spławione z mostu malborskiego, i po którym król ze swoją armią łatwo Wisłę przeszedł i mógł za nią zbudować swój obóz”. Odtąd, aż do poł. XIX w., komunikację z Malborkiem i resztą Prus zapewniały pływające promy lub raczej okazjonalnie budowane mosty pontonowe. W 1825 r. wytyczono szosę państwową Berlin-Królewiec. W związku z tym przeniesiono do Tczewa most pontonowy z Korzeniewa pod Kwidzynem. Jego elementy przechowywano w czasie zimy i powodzi w specjalnie w tym celu wzniesionym tzw. porcie zimowym. Most i wejście do portu uwiecznił w 1855 r. kwidzyński rysownik A. Mann, drukiem zaś wydał Franz Brandstatter w albumie „Die Weichsel”. Jest to ostatni widok wspomnianego mostu, szybkimi krokami nadchodziła bowiem nowa epoka - wiek żelaza i pary. Nim ją omówimy, przyjrzyjmy się sytuacji w Malborku. Malbork leży na szlaku wschód-zachód. Dlatego też już Krzyżacy przywiązywali szczególną wagę do przeprawy przez Nogat. Pierwszy, drewniany most powstał tu ok. 1340 r. za czasów wielkiego mistrza Dietricha von Altenburg. Należał do zakonu i znajdował się przed zamkiem, w miejscu gdzie rzeka miała najwęższe koryto. Od strony zamku strzegły go dwie okrągłe baszty. Podobne, wzmocnione murem i fosą, tworzyły po drugiej stronie Nogatu przyczółek „Yogelsang”. Istniał on do pocz. XVIII w. zapewniając bezpieczeństwo osadzie Kałdowo, rozwijającej się nieco dalej na południe, w pobliżu promu miejskiego. Niestety, most był stale niszczony przez lód i wysoką wodę. Pierwszą naprawę odnotowano już w 1495 r. Po klęsce grunwaldzkiej Heinrich von Plauen nakazał jego rozbiórkę w obliczu spodziewanego oblężenia zamku. Odbudowano go trzy lata później. W roku 1466 król Kazimierz Jagiellończyk przekazał most radzie miejskiej, która opłaty z przejazdów zużywała na bieżącą konserwację obiektu. Do 1714 r. drewniany pomost wspierał się na jedenastu parach pali wbitych w dno rzeki. Pomimo, iż następny zbudowano na osiemnastu parach, też uległ zniszczeniu przez krę. Podobnie było w roku 1735, lecz tym razem nie odbudowano go. Sześć lat później otwarto bowiem, wzorem Tczewa, most pontonowy, demontowany zimą. Ulokowano go nieco niżej, na wysokości obecnej kładki dla pieszych. Od 1825 r. stanowił on, tak jak i tczewski, fragment szosy Berlin-Królewiec. Brak stałego mostu w Tczewie był przyczyną tragedii żołnierzy pruskich w lutym 1807 r. Uciekając z miasta pod naporem wojsk napoleońskich, usiłowali oni sforsować Wisłę po lodzie. Ten jednak okazał się za słaby. Ponadto gen. Dąbrowski rozkazał ostrzelać rzekę z dział. Wielu Prusaków utonęło: „na Wiśle (...) widać było pływające kapelusze i warkocze”. Most pontonowy francuscy saperzy zbudowali dopiero wiosną. Magistrat tczewski skarżył się Kamerze Wojny i Domen w Kwidzynie: Od nieszczęśliwego dnia 23 lutego br. wszyscy obywatele od pierwszego do ostatniego żyją w ostatniej nędzy. (...) Staraliśmy się ciężary wojenne jakie spadły na miasto nasze, znosić cierpliwie, oddawać nawet ostatki jakie pozostały po gwałtownej grabieży. Ponieśliśmy większą część kosztów zbudowania mostu pływającego, dostarczyliśmy belek, wszystkiego drzewa, żelaza, kotwic i lin, (...) dziś cierpliwość nasza się kończy, a jeśli sprawa innego nie weźmie obrotu, uciekniemy. 66 Bramy Żuław - construętio et destructio Już w latach 30-tych XIX w. noszono się z zamiarem budowy stałych mostów na Wiśle w Tczewie i na Nogacie w Malborku. Miały to być konstrukcje bardzo nowoczesne - mosty wiszące na stalowych linach porozpinanych pomiędzy wysokimi pylonami. Znaczne koszty tych przedsięwzięć przekreśliły jednak ich realizację. W 1840 r. pruski sztab generalny zgłosił pilną potrzebę budowy linii kolejowej prowadzącej z Berlina w kierunku Prus Wschodnich i granicy rosyjskiej. Planom tym sprzyjał król Fryderyk Wilhelm IV, chcący jednak znaleźć inwestorów prywatnych skłonnych sfinansować to przedsięwzięcie. Ostatecznie jednak budowę poprowadzono z funduszy państwowych. Studia terenowe nad przebiegiem linii rozpoczęły się wiosną 1843 r. Dość szybko zdecydowano się na trasę z Berlina do Bydgoszczy. Problem pojawił się gdy zaczęto zastanawiać się nad wyborem miejsca w którym kolej żelazna przeciąć miała Wisłę. W grę wchodziły: Toruń, Ostromecko koło Bydgoszczy, Grudziądz, Kwidzyn i Tczew. 14 stycznia 1845 r. parlament pruski zdecydował, że Kolej Wschodnia („Ostbahn”j przekroczy Wisłę pod Tczewem i Nogat pod Malborkiem. Zatwierdzono też odcinek z Malborka do Królewca i odgałęzienie z Tczewa do Gdańska. Budową mostów zająć się miała komisja z siedzibą w Tczewie powołana dekretem królewskim 6 lipca 1845 r. Do jej zadań należeć też miała regulacja Wisły i Nogatu w rejonie wspomnianych przepraw mostowych. Przygotowania do budowy mostów rozpoczęły się już w 1845 r. Zbudowano własne cegielnie, wytwórnię cementu portlandzkiego, warsztaty w których przygotowywano elementy konstrukcji oraz zaplecze do montażu przęseł. Na obu budowach zatrudniono 7700 robotników. W latach 1850-52 wykonano prace fundamentowe. Najpierw za pomocą kafara parowego wbito ścianki szczelne, po czym pod ich osłoną murowano filary. 27 lipca 1851 r. król Prus Fryderyk Wilhelm IV położył kamienie węgielne pod budowę obu mostów. W 1853 zakończono stawianie filarów z granitu, bazaltu i piaskowca. Rok później położono na nich dwa pierwsze (środkowe) przęsła kratownicowe. Pozostałe zmontowano wiatach 1856-57. Obydwa mosty stworzył ten sam zespół. Pomysłodawcą konstrukcji był tajny nadrad-ca budowlany Carl Lentze (1801-1883), obliczeń technicznych dokonał szwajcarski inżynier Rudolf Eduard Schinz (1812-1855), projektantem ozdobnych wieżyczek i portali był znany niemiecki architekt Friedrich August Stiller (1800-1865). Stalowe konstrukcje, w Tczewie długości 837,3 m (najdłuższa w ówczesnej Europie !), w Malborku 279,5 m, spoczywały na ozdobnych, neogotyckich filarach kamiennych. Ich bezpośrednim pierwowzorem była „Britannia”, rozpięta w latach 1846-50 nad cieśniną Menai, pomiędzy Walią a wyspą Anglesey, na trasie linii kolejowej Chester-Holyhead, zaprojektowana przez Roberta Stephensona. Stiller wspominał: Mój przyjaciel, inżynier Karol Lentze, zobowiązany przez dyrekcję Królewskiej Pruskiej Kolei Wschodniej do zaprojektowania i wybudowania mostów w okolicach Tczewa i Malborka, na początku 1845 roku udał się do Anglii i Irlandii w celu przeprowadzenia analizy i oceny rozwiązań konstrukcyjnych powstających tam wiszących mostów. Po powrocie zaprojektował wiszące mosty nad Wisłą i Nogatem. W 1847 roku Karol ponownie przebywał w Anglii, aby obserwować montaż mostu, od nazwy małej wyspy nazywanego Britannia Rock. Po analizie odstąpił od zamysłu budowy mostow wiszących na rzecz mostów kratownicowych. Wybrał konstrukcję lepszą, z kratowymi ścianami, ze względu na pewniejszą stabilność przęseł podczas oddziaływania wiatrów. Ryszard Rząd 67 Pod wieloma względami była ona pionierska. Po raz pierwszy bowiem zdecydowano się na tak wielką konstrukcję kratownicową i na zastosowanie w niej stali walcowanej zamiast odlewanej. Sześć połączonych ze sobą przęseł praktycznie tworzyły jedno, długie o większej elastyczności i odporności na uginanie się. Drewniane mosty kratownicowe budowano co Most kolejowo-drogowy w Tczewie, ok. 1870 r.,fot. archiwum autora prawda od dawna, lecz pierwszy żelazny powstał w USA dopiero w 1840 r. W Europie podobny pojawił pięć lat później na linii kolejowej Dublin-Belfast. Miał długość tylko 43 m. Elementy stalowe dla mostu tczewskiego i malborskiego powstały w Królewskim Zakładzie Budowy Maszyn w Tczewie („Kónigliche Maschinenbauanstalt zu Dirschau”). 15 milionów klinkierowej żółtej cegły do wzniesienia wież i przyczółków tczewskiego obiektu dostarczyła cegielnia w Knybawie. Na plac budowy transportowano ją barkami. Koszty budowy mostu w Tczewie zamknęły się kwotą 11,5 min marek, Malborku 2,5 min. 12 min kosztowały zaś prace hydrotechniczne, w tym sypanie nowych wałów przeciwpowodziowych w pobliżu obu przepraw. W sierpniu 1857 r. dokonano prób technicznych, przetaczając z Tczewa do Malborka pociąg towarowy z 39 ciężko załadowanymi wagonami. Dnia 12 października 1857 r. oba mosty, wraz z odcinkiem linii między Tczewem a Malborkiem, zostały oddane do użytku. Z uwagi na epidemię cholery oraz chorobę króla nie odbyły się uroczystości oficjalne. Było to jednak wydarzenie wielkiej wagi, bowiem od tego momentu możliwa stała się bezpośrednia komunikacja kolejowa z Berlina do Królewca. Nowe mosty poważnie usprawniły także komunikację drogową pomiędzy tymi miastami. Jako, że były one obiektami kolejowo-drogowymi, poprowadzono nimi także wspomnianą wyżej szosę państwową łączącą oba miasta. Jadwiga Łuszczewska „Deotyma” pisała na łamach „Tygodnika Ilustrowanego w 1861 r.: Most czczewski nie jest ani oparty na arkadach, ani zawieszony na drutach; siedm słupów, ogromnych jak pagórki, wznosi się, dwa na dwóch brzegach, pięć w Wiśle; między niemi nie- 68 Bramy Żuław - constructio et destructio zmierne przedziały, z których każdy czterystu stóp dochodzi; na nich położona jest skrzynia przezroczysta, z żełaza upleciona, tak długa jak rzeka” (...) „Wszedłszy nie tylko na most, ale tu można powiedzieć w most, długo używaliśmy przechadzki pełnej co chwila niespodziewanych uroków. Już sama moc tej budowy, tak dziwnie nic nie znanego nie przypomina, byłaby zdolną zdumieć najbardziej wymagające oko; lecz co powiększa wrażenie, to uczucie estetyczne z jakiem ją ozdobiono. Na dwóch brzegach u wejścia i wyjścia mostu, wystawione są dwie bramy wspaniałe jak tryumfalne luki. (...) Nieco dalej wstąpiliśmy na wzgórze nadbrzeżne, i ztamtąd dopiero cały ogrom dzieła nam się uwiadomił: owe słupy samotne a mocne jak skały, czternaście owych wież kraśnych we dwie grzędy rozkwitających, a między niemi aleja z płomieni. Druga połowa XIX w. to okres intensywnej urbanizacji Niemiec i co za tym idzie rozwoju transportu kolejowego. Pojawiło się coraz więcej szybkich i ciężkich pociągów, które zmuszane były do zwalniania na niezbyt wytrzymałych mostach wiślanym i nogackim, a nawet do oczekiwania na przejazd (miały one przecież tylko jeden tor). Dlatego też w latach 1888-89, kilkadziesiąt metrów na północ od nich, przerzucono przez Wisłę i Nogat drugie mosty kolejowe, wykonane według projektów znanego berlińskiego inżyniera Johanna Wilhelma Schwedlera (1823-1894). Budową obu kierował Georg Christoph Mehrtens (1843-1917). Masywne przyczółki w formie wież z krenelażami, zaprojektowane przez Johanna Eduarda Jacobsthala (1839-1902), ozdobiły ceramiczne reliefy w kształcie orłów cesarskich. Stare mosty służyły odtąd tylko ruchowi wozów i pieszych, w Malborku od 1900 r. także kolejce wąskotorowej zaopatrującej malborską cukrownię w żuławskie buraki. Budowa nowego mostu kolejowego w Malborku, ok. 1890 r., fot.archiwum autora Ryszard Rząd 69 W latach 1910-12 oba tczewskie mosty przedłużono o ponad 200 m w związku z przesunięciem wałów wiślanych, podyktowanym koniecznością poszerzenia terenów zalewowych. Wały te bowiem zbliżały się w tym miejscu do rzeki co groziło ich przerwaniem w trakcie powodzi. Od strony Lisewa powstał ogromny portal wjazdowy, wspólny dla obu mostów. Mosty, mimo iż przyspieszyły komunikację międzymiastową i międzynarodową (kursował po nich m.in. słynny Nord-Express z Paryża do Petersburga), wniosły pewne ograniczenia w ruchu barek i tratew wiślanych. Magistrat miasta Warszawy instruował flisaków z Królestwa Polskiego: Pruska Kommisya Budowy Mostów na Wiśle i Nogacie, zarządziła obecnie ściągnięcie lin przewozowych przeciągnionych przez koryto rzeki przy stałym moście na Wiśle pod Tczewem, Dyrekcja zaś telegrafu założyła przez toż koryto, poniżej filarów mostowych, drut telegraficzny; że dla uniknienia uszkodzeń takowego drutu, zabronionem zostało w czasie przepływu korytem rzucanie lub ciągnienie kotwicy, oraz odpieranie się szrykami na przestrzeni 20prętów od mostu. Wspomniane wyżej „ściągnięcie lin przewozowych” oznaczało iż wstrzymano ruch promów przez rzekę. Wiązały się z tym bankructwa przewoźników i straty dla magistratów tczewskiego i malborskiemu z tytułu opłat za korzystanie z promu (Tczew) i mostu na łodziach (Malbork). Tczewianie zadowolili się odszkodowaniem wysokości 7 tys. talarów. Malborżanom, po licznych protestach popartych przez mieszkańców Żuław, w 1865 r. pozwolono na budowę kolejnego mostu pływającego. Rozkładano go na wysokości kaplicy św. Wawrzyńca. Ostatecznej likwidacji uległ w 1924 r., a na jego miejscu ustawiono drewnianą kładkę z przepustem dla statków. W okresie międzywojennym, gdy Nogat był rzeką graniczną, kładka była miejscem swego rodzaju „importu” towarów. Prowadzili go mieszkańcy Kałdowa i wiosek żuławskich, dla których malborskie sklepy były źródłem tańszych artykułów przemysłowych, zaś malborskie gospodynie domowe zaopatrywały się w Kałdowie w żywność i mięso. O skali tego procederu świadczyć mogą liczby: w 1932 r., przez znajdujący się przy kładce posterunek celny nr 2, przeniesiono towar podlegający cłu o wartości 380 tys. marek i wolny od cła wart 500 tys. marek (m.in.: 226 909 kg świeżego mięsa, 141 187 kg mąki, 23 557 kg jaj, 22 149 kg masła, 869 kg miodu i ... 40 kg marmolady i soków owocowych). Rok później ograniczono czas tej wymiany do dwu dni w tygodniu (targi). Na noc kładkę zamykano. W latach 1918-39 „bramy Żuław” znalazły się na straży różnych organizmów państwowych i bardziej dzieliły niż łączyły. W przeciwieństwie do malborskich, tczewskie stały na granicy dwu wrogich sobie państw. Już w marcu 1939 r. gen. Władysław Bortnowski, dowódca Armii „Pomorze”, wydał rozkaz zniszczenia mostów tczewskich w wypadku wkroczenia Niemców. Niebawem zostały one potajemnie zaminowane przez saperów z Torunia, którzy rozmieścili w kilku filarach i zachodnich przyczółkach łącznie ok. 10 ton trotylu. 19 sierpnia 1939 r. szef Sztabu Generalnego Wehrmachtu gen. Franz Haider zatwierdził plan zajęcia mostów w Tczewie („Aktion Zug”). Żołnierze ukryci w nadjeżdżających od strony Malborka cywilnych pociągach towarowych po wjeździe na stację mieli rozbroić Polaków i rozminować mosty. Atak miało wspierać lotnictwo oraz broń pancerna i artyle- 70 Bramy Żuław - constructio et destructio 2/e JYlarienburg mit Schijfsbrucke Most pontonowy w Malborku, ok. 1910 r., fot. archiwum autora ria. Rozważano też desant z powietrza, przy udziale spadochroniarzy i szybowców desantowych. Szef Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu gen. Wilhelm Keitel zastanawiał się nawet nad koniecznością opóźnienia działań w Zatoce Gdańskiej, by nie zaszkodzić akcji w Tczewie. Spodziewając się, że mosty są przygotowywane do wysadzenia przeprowadzono szczegółowe rozpoznanie. Zadanie to otrzymał płk saperów kolejowych Karl Busick. W cywilnym ubraniu wielokrotnie przejechał pociągiem przez most kolejowy. Prowadził także obserwacje przez lornetkę z wieży zamku w Malborku. W ten sposób określił lokalizację polskich posterunków wartowniczych, rozmieszczenie ładunków wybuchowych, kabli oraz nastawni, z których miało być przeprowadzone wysadzanie. 1 września 1939 r. o godz. 4.34, eskadra z 1 grupy bombowców nurkujących Luftwaf-fe z Elbląga pod dowództwem porucznika Bruno Dilleya (1913-1968) zbombardowała zachodni przyczółek mostów w Tczewie. Fragment wspomnień Henryka Lemki (1918-2002): Pełniłem dyżur nocny w magistracie, bo już spodziewaliśmy się ataku Niemców. Nad ranem nadleciały samoloty. Słychać było potężny huk silników. Okna kancelarii wychodziły na Wisłę. Widziałem dokładnie most kratownicowy. Kiedy tak siedziałem i wpatrywałem się w most i rzekę, nagle usłyszałem potężny huk, potem następny i następny. Postępowały po sobie w dość równych odstępach, z dość dużą częstotliwością. Myślałem wówczas, że Niemcy bombardują mosty. Ucieszyłem się, kiedy po opadnięciu kurzu zobaczyłem, że stoją nienaruszone. Okazało się, że Niemcy bombardowali teren przed mostem w celu uszkodzenia kabla podłączonego przez polskich saperów do ładunków wybuchowych umieszczonych na przęsłach mostu. Chodziło o uniemożliwienie wysadzenia mostu. Niemcy chcieli opanować mosty. Do tego celu użyli pociągu pancernego. Dotarł on niebawem z Malborka do Lisewa, lecz został zatrzymany przez polskich obrońców - żołnierzy 2 Batalionu Strzelców z Tczewa. Ryszard Rząd 71 Dowódca obrony przyczółka wschodniego ppor. Walenty Faterkowski (1912-2013) wspominał: Próba wtargnięcia na most pociągu towarowego nie udała się Niemcom, obsługa kolejowa zorientowała się natychmiast i kratownica na moście nie została podniesiona, udaremniając wjazd. Cała siła natarcia galeryjnego z pociągu pancernego skupiła się na przyczółku wschodnim, dołączył się do natarcia obstrzał z wału przeciwpowodziowego od Lisewa, gdzie nacierał oddział szturmowy Niemców i zagrożenie z powietrza. Już w pierwszych chwilach natarcia pociąg artyleryjski przebił ścianę w komorze kazamatu przyczółka, powodując uszkodzenie. Tuman pyłu i lecący na głowy gruz, huk detonacji i wystrzałów, ciemność momentalnie zapanowała w zamkniętym pomieszczeniu i czyjś nieopanowany okrzyk «gaz» wywołały panikę wśród załogi i dopiero kilkakrotny wystrzał dowódcy z pistoletu w powietrze przywrócił porządek, zajęliśmy stanowiska w dolnej komorze kazamat odpierając ataki wroga. Przewaga w środkach ogniowych ciężkich była jednak przygniatająca, sytuacja obrony stawała się z minuty na minutę coraz bardziej dramatyczna, o czym natychmiast po zniszczeniu przez wroga naszego ckm zawiadomiłem telefonicznie dowództwo (...). O godz. 5.30 dowódca 2 Batalionu Strzelców, ppłk Stanisław Janik (1895-1981), wydał rozkaz wysadzenia mostów. Pół godziny później wyleciały w powietrze przyczółki wschodnie, zaś 45 minut po nich przęsła nad rzeką i przyczółki zachodnie. Mosty zostały wysadzone przez ppor. Norberta Juchtmana (1914-1939) znajdującego się w kazamatach zachodniego przyczółka. Po wycofaniu się plutonu Faterkowskiego, około godziny 6.10, zdetonowano ładunki na przyczółku wschodnim, co spowodowało znaczne straty wśród wojsk niemieckich, a około 6.45 zniszczono filary nad nurtem Wisły. Około 6 rano pod silnym obstrzałem wroga ze stratą kilku zabitych, dokładnej ilości ofiar nie jestem wstanie ustałić, tym bardziej, że już uprzednio kiłku rannych zostało przeniesionych na wschodnią stronę mostu, wycofałem się z plutonem na zachodnią stronę mostu, po czym w kilka minut wschodni przyczółek ifiłar «G» zostały wysadzone w pierwszej fazie zniszczenia strategicznego (...). W tym czasie pluton mój zajął stanowiska bojowe po obu stronach zachodniego przyczółka mostowego w rowach strzeleckich uprzednio przygotowanych na stanowiska obrony zachodniego brzegu Wisły. Przez cały dzień 1 września pluton udaremniał Niemcom przeprowadzenie się przez Wisłę w rejonie Tczewa. Trzykrotnie podejmowali oni próby przejścia przez zniszczone przęsła mostów i organizowali przeprawę na łodziach pontonowych. Usiłowania te udaremniał nasz ogień. Na nasze stanowiska skierowany był silny ogień artyleryjski z prawego brzegu Wisły od strony Lisewa i z broni pokładowej samolotów, które kilkakrotnie w ciągu dnia dokonywały nalotów na nasze stanowiska. Pierwsze wiadomości o niemieckim ataku na Polskę dotarły do Warszawy właśnie z Tczewa. Jak wspominał redaktor naczelny „Kuriera Warszawskiego” Konrad Olchowicz: Po przesiedzeniu w nerwowym oczekiwaniu całej nocy w redakcji o świcie dopiero wróciłem do domu. Ledwie zdołałem się na chwilę do snu ułożyć, zbudził mnie telefon z Tczewa od gdańskiego korespondenta Tadeusza Kozłowskiego. Donosił o rozpoczęciu przez Niemców napastniczych działań wojennych. „Polska Zbrojna” z września 1939 r. przytaczała historię polskiego maszynisty, Lucjana Broży, który: prowadził pociąg przez most koło Tczewa. Most, po przejeździć tego pociągu miał 72 Bramy Żuław - constructio et destructio być wysadzony w powietrze. Korzystając z okazji niemcy puścili za pociągiem polskim swój pociąg pancerny. Broża spostrzegł to. Na środku mostu zatrzymał pociąg i sygnałami zaalarmował oddziały polskie, krzycząc jednocześnie, by natychmiast most zburzono. Most razem z pociągami wyleciał w powietrze. Lucjan Broża zginął śmiercią bohatera. „Aktion Zug” nie powiodła się, co przyznali sami Niemcy. Generał Haider wspominał: Tczew. Wyraźnie nie udało się. Nałot nie był skuteczny... most wyleciał w powietrze... Zburzenie tczewskich mostów, zwłaszcza kolejowego, znacznie utrudniło Niemcom przegrupowania wojsk w trakcie kampanii w Polsce. Dlatego też natychmiast przystąpiono do budowy tymczasowego mostu jednotorowego, którą przeprowadzono ciągu 40 dni. Wsparto go na drewnianych palach wbitych w dno rzeki kilkanaście metrów na północ w stosunku do resztek mostu zburzonego. Umożliwić to miało bezkolizyjną rekonstrukcję przyczółka zachodniego i filara pośrodku rzeki. Pełna odbudowa trwała dłużej i zakończono ją uroczystym otwarciem w dniu 1 września 1940 r. z udziałem gauleitera Alberta Forstera i marszałka Fedora von Bocka. Pozostałe fragmenty mostu drogowego zamierzano początkowo rozebrać, lecz sprzeciwił się temu inż. Otto Eiselin (1896-1962) z Wyższej Szkoły Technicznej w Gdańsku wykazując w swoim raporcie zabytkową wartość konstrukcji. Połączono ją zatem prowizoryczną kładką z mostem kolejowym, umożliwiając pieszym przedostanie się na drugi brzeg rzeki. Starego mostu drogowego w Tczewie nie odbudowywano dlatego, że niebawem rozpoczęto prace nad wielkim, autostradowym mostem przez Wisłę w pobliżu wsi Knybawa, 5 km na południe od miasta. Został on zaplanowany przez Niemców już w 1935 r. Jego projektantem był inż. Friedrich Tamms (1904-1980), bliski współpracownik naczelnego architekta Trzeciej Rzeszy Alberta Speera. Konstrukcja nośna została wykonana przez stocznie ze Szczecina i Hamburga, a sam most o długości 983 m wybudowany w 18 miesięcy, od września 1939 do marca 1941 r. Jako że miał poważne znaczenie strategiczne, został silnie ufortyfikowany i wyposażony w stanowiska ciężkiej artylerii przeciwlotniczej. W 1945 r. wszystkie mosty i kładki, na Nogacie i Wiśle, w Malborku i Tczewie zostały zniszczone przez wycofujące się wojska niemieckie. 8 marca wieczorem tczewskie „Spreng-kommando” wysadziło w powietrze most kolejowy przerywając w ten sposób jedyną drogę ucieczki dla ludności cywilnej i resztek armii niemieckiej z Prus Wschodnich. Wspomniany wyżej most knybawski został bowiem zniszczony przez Niemców już w lutym 1945 r. Dalsza obrona przepraw malborskich nie miała więc sensu i 9 marca, o godz. 22.55 zostały one, wraz z kładką, również wysadzone w powietrze. Zasiedlenie i odbudowa gospodarcza Ziem Zachodnich wymagały pilnej rekonstrukcji połączeń kolejowych, m.in. w Trójmiastem. By ją przyspieszyć zdecydowano odbudować most kolejowy w Malborku i drogowy w Tczewie. Pociągi z Warszawy miały dojeżdżać do Lisewa, skąd podróżni przechodziliby pieszo do Tczewa, gdzie oczekiwać na nich miały pociągi do Gdańska. Prace rozpoczęto od usunięcia zniszczonych fragmentów konstrukcji poniemieckich, zalegających i blokujących nurt rzeki. Fragment wspomnień kapitana żeglugi śródlądowej Adama Reszki (1929-2011): Krótko po wojnie na moich oczach usuwano utrudniające żeglugę przęsła zalegające w korycie Wisły. Robił to dźwig pływający „Derrick” z amerykańskiego demobilu, który dotarł na Wisłę z ramach pomocy UNRRA. Składał się z sześciu po- Ryszard Rząd 73 tężnych pontonów, rozłączanych do holowania. Był zaopatrzony w długi żuraw do podnoszenia elementów ciężkich. Na pokładzie działał zespół silników dwusuwowych typu „Gray-Marine” z pompowtryskami osobno na każdy cylinder do żurawia-podnośnika i agregatów prądotwórczych. „Derrick" rozpoczął funkcjonowanie od uporządkowania mostów tczewskich i idąc dałej w górę czyścił szlak żeglowny Wisły aż do Annopola. 8 marca 1947 r., dwa lata po wysadzeniu przez Niemców, oddano do użytku tymczasowy most drogowy w Tczewie, zaś 15 kwietnia kolejowy w Malborku. Niestety, tczewski dwa tygodnie później został zerwany przez powódź. Bezpośrednie, bez przesiadki, połączenie kolejowe Warszawy z Gdańskiem uruchomiono 23 grudnia 1947 r., kiedy to brzegi Wisły spięły jednotorowe przęsła kratownicowe ESTB (brytyjskie, skręcane śrubami). Dostarczyła je UNRRA, agenda ONZ ds. pomocy obszarom wyzwolonym w Europie i Azji. Jednocześnie powrócono do niemieckiego pomysłu z czasów wojny i połączono tymczasową kładką zerwany fragment mostu drogowego z kolejowym. By umożliwić ruch drogowy, na tym drugim położono pomiędzy szynami drewnianą jezdnię. Ruch na wspólnym odcinku regulowała specjalna służba. Malborski most kolejowy (również dar UNNRA) przetrwał w tym kształcie do lat 1973-75, kiedy to wymieniono jego konstrukcję na obecną, blachownicową, wykonaną wg projektu inż. Konrada Kubińskiego. Drogowego nie odbudowano, jego zniszczone kratownice trafiły na złom, a kamienne fragmenty przyczółków posłużyły do budowy cokołu zrekonstruowanego pomnika króla Władysława Jagiełły w Krakowie (1976). Nowy, funkcjonujący do dziś, most drogowy w Malborku spiął brzegi Nogatu w 1949 r. Jest fragmentem drogi krajowej nr 22. Podobnie jak most knybawski, oddany do użytku rok później przez Płockie Przedsiębiorstwo Robót Mostowych z Tczewa. Jego trzy zniszczone nadrzeczne przęsła wykonała Stocznia im. Lenina w Gdańsku na podstawie oryginalnych niemieckich planów. W 1956 r. przystąpiono do prac projektowych mających na celu wymianę w moście tczewskim jednotorowych przęseł ESTB na dwutorowe. Dwa lata później, przy pomocy specjalnych barek (szaland) przesunięto nad rzeką i włączono do mostu drogowego dwa przęsła ESTB z mostu kolejowego. Połączono je razem, odpowiednio wzmacniając i przystosowując do ruchu drogowego. Z uwagi na ograniczoną szerokość przęseł ruch ten regulowała sygnalizacja świetlna. Całość oddano do użytku w 1959 r. Równocześnie, w moście kolejowym wstawiono nowe przęsła według projektu inż. Konrada Liśkiewicza. Dopiero w marcu 1971 r. udało się ostatecznie wymienić wszystkie tymczasowe elementy i zastąpić je nowymi konstrukcjami łukowymi. Od tego czasu most jest na całej swej długości dwutorowy i w takim kształcie stoi po dziś dzień. Składa się z trzech różnych konstrukcji: czterech przęseł z lat 1958 i 1971, dwu z roku 1940 oraz trzech z 1912. Fragmenty ESTB zdemontowane w Tczewie i Malborku posłużyły do budowy mostu kolejowego na Narwi w Modlinie. W 2009 r. tczewski most kolejowy przeszedł remont generalny kosztem 65 milionów euro. Niestety, żaden z jego fragmentów nie jest objęty ochroną konserwatorską. Można jedynie mieć nadzieję, że władze kolejowe nadal będą go chronić jako pomnik historii. 74 Bramy Żuław - constructio et destructio Sąsiedni most, drogowy, mimo iż jego fragmenty wpisane są do rejestru zabytków (nr 1210 z dn. 21.03.2000 r.), w dalszym ciągu czeka na pełną rewaloryzację. Warto dodać, że w 2004 r. został on uznany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów Budownictwa (ASCE) za Międzynarodowy Zabytek Inżynierii Budowlanej. Powstały w 2014 r. projekt jego rewaloryzacji budzi spore emocje i spotkał się z krytycznym przyjęciem, m.in. przez Społeczny Komitet Odbudowy Mostu w Tczewie. Tczewska i malborska przeprawy rzeczne mimo iż od wieków znajdowały się na tym samym trakcie drogowym i służyły tej samej komunikacji wzdłuż wybrzeża Bałtyku, różniły się znacznie. Tczewska wiedzie przez szeroką i kapryśną rzekę o stosunkowo bystrym nurcie, malborska znajduje się nad jej węższą i bardziej uregulowaną odnogą. To zdecydowało, że w Tczewie długo nie udawało się zbudować mostu stałego. Zadowalano się mostami pływającymi i promem. Węższe koryto Nogatu pozwalało zaś na budowę mostów już od średniowiecza. Mimo iż poddawały się one wiosennym powodziom, budowano je ponownie. Z czasem jednak wskutek rosnących kosztów takich inwestycji, zastąpiły je mosty na łodziach. Dopiero postęp techniczny jaki w XIX w. dokonał się w budownictwie i inżynierii umożliwił spięcie brzegów obu rzek stalowymi konstrukcjami. Położone na nich szyny otworzyły na świat dwa niewielkie dotąd miasta — Tczew i Malbork. I tak jest do dziś. Wizja rekonstrukcyjna przyczółka mostu drogowego w Tczewie, 2015 r.,fot. archiwum autora Jan Chłosta 7S Jan Chłosta PRZESZŁOŚĆ POWIŚLA W „SŁOWIE NA WARMII I MAZURACH” Chociaż regionalny dodatek do „Słowa Powszechnego” pod nazwą „Słowo na Warmii i Mazurach” nie sygnował w podtytule związków z Powiślem, to jednak zostało w nim zamieszczonych wiele tekstów o ludziach i wydarzeniach samego Kwidzyna, Sztumu i okolic. Dotyczyły one położenia miejscowych Polaków pod niemiecką administracją i były takie same również w latach międzywojnia jak Warmiaków i Mazurów. Wprowadzili je na łamy wydawanego w latach 1952-1982 pisma przede wszystkim kierownicy założonego jeszcze w 1948 roku Muzeum Zamkowego w Kwidzynie Alfons Lemański i Alfons Wysocki. Okolicznością sprzyjającą był fakt, że dodatek redagował przez wiele lat w Olsztynie założyciel i dyrektor jedynego na tych ziemiach przed 1939 rokiem Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie dr Władysław Gębik. Zwłaszcza w początkowym okresie większość artykułów poświęcono historii Prus Wschodnich, w skład których wchodziło Powiśle. Spoglądano przy tym na wydarzenia z przeszłości regionu pod katem aktywności żywiołu polskiego. Poza W. Gębikiem trzon redagujących stanowili pisarze i działacze miejscowego pochodzenia Maria Zientara-Malewska, Michał Lengowski, Alojzy Śliwa, Teofil Kuczyński, uczestniczący przed 1939 rokiem w działaniach oświato-wo-kulturalnych Polaków na tych ziemiach. Gębik często zachęcał kwidzyńskich historyków do omawiania przygotowanych ekspozycji muzealnych, przedstawienia biografii zasłużonych przewodników życia narodowego, prezentowania dziejów wsi, wydarzeń historycznych. W opracowanej przeze mnie bibliografii zawartości tekstów w dodatku wyodrębniłem 82 artykułów i notatek A. Lemańskiego i 48 tekstów A. Wysockiego. Obaj byli nauczycielami. Lemański (1914-1997) nauczał w szkołach podstawowych, był podinspektorem oświaty w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Kwidzynie. Z początkiem maja 1950 roku został mianowany przez Ministra Kultury i Sztuki organizatorem i kierownikiem pierwszego muzeum w Kwidzynie. Na początku zbierał książki i eksponaty, penetrował dawne szkoły, biblioteki, dwory. W tym celu często odwiedzał okoliczne wsie. Wspomagał go w tej pracy Alfons Wysocki germanista z miejscowego Liceum Ogólnokształcącego. Zanim dla potrzeb muzeum dostosowane zostały komnaty zamku, sam nadzorował wykonane prace, gromadził zbiory w Domu Kultury Dzieci i Młodzieży przy ulicy Słowiańskiej. Muzeum zostało otwarte 20 listopada 1950 roku. Był współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej, które zainicjowało wydanie w 1982 roku w Olsztynie monografii „Kwidzyn. Z dziejów miasta i okolic”. Zamieścił w niej kilka tekstów. W artykule zamieszczonym w „Zeszytach Kwidzyńskich” Henryk Michalik napisał, że A. Lemański był współpra- 76 Przeszłość Powiśla w „Słowie na Warmii i Mazurach cownikiem „Głosu Wybrzeża”, „Dziennika Bałtyckiego” i „Wiadomości Elbląskich”.1 Pominął zaś tak owocną współpracę ze „Słowem na Warmii i Mazurach” oraz opublikowanie tekstów naukowych w „Komunikatach Mazursko-Warmińskich”. Z kolei Alfons Wysocki opublikował w 1953 roku „Przewodnik po Kwidzynie i okolicy”. Obok nich z dodatkiem współpracowali: artysta plastyk, także nauczyciel Roman Karasek i Maciej Wroński. Pierwszym tekstem, poświęconym Powiślu i zamieszczonym w „Słowie na Warmii i Mazurach” był artykuł na temat działalności kulturalnej w Kwidzynie.2 A. Wysocki pisał o przygotowanych przez zespół teatralny miejscowego Domu Kultury dwóch przedstawień „Mazepy Słowackiego i „Świętoszka” Moliera, wystawach w Muzeum Zamkowym, jak ekspozycji „Polskość Ziemi kwidzyńskiej” oraz występach uczniów Szkoły Muzycznej, której następnie patronem stał się kompozytor urodzony na Warmii Feliks Nowowiejski, pod kierownictwem B. Szwabowicza. Z innych wystaw muzealnych na uwagę zasługiwała ekspozycja narzędzi tortur, które stosowano w średniowieczu, aby oskarżonych m. in. o czary, zmusić do przyznania się do winy jak: „płaszcz hiszpański”, zresztą wypożyczony potem przy nakręceniu filmu „Krzyżacy , dalej znane „dyby”, „liszki”, „kuny”. Autor artykułu napisał: „zdecydowaną awersję miał Kwidzyn do plotek. Niewiasty, które głośno krzywdziły ludzi obmową, sadzało się w koszyk i zanurzało kilkakrotnie powyżej głowy w zimnych wodach Alfons Lemański Alfons Wysocki Liwy. Zachował się jeszcze rachunek miejski z 1547 roku w wysokości 5 szylingów za koszyk do pławienia plotkarek w Kwidzynie”.3 Jeśli chodzi o sylwetki zasłużonych ludzi Powiśla, które zamieszczono w dodatku, to należy wymienić artykuły A. Lemańskiego o Zofii Ciechanowskiej tragicznie zabitej przez żandarma niemieckiego w Nowym Targu, Pawle Niklewskim działaczu polskim z Kwidzyna, Bolesławie Osińskim (1872-1940) aktywnym działaczu Związku Polaków 1 H. Michalik, Alfons Lemański, w: Zeszyty Kwidzyńskie, 2000, nr 2, s. 3. 2 A. W. [A. Wysocki], Życie kulturalne Kwidzyna, Słowo na Warmii i Mazurach, [dalej Słowo], 1955, nr 28 z 9-10 VII. 3 A. Lemański, Kwidzyn karał za plotkarstwo, tamże, 1971, nr 11 z 20-21 III. Jan Chłosta 77 w Niemczech, zmarłym w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, ks. Bronisławie Socha-czewskim (1886-1940) proboszczu w Krasnej Łące, zamordowanym w Sachsenhausen, Janie z Kwidzyna i Janie z Rymanie, w okresie średniowiecza znanych pisarzach chrześcijańskich, Józefie Łęgowskim (1852-1930) pedagogu, historyku i etnografie, wywodzącym się z Michorowa pod Sztumem, Franciszka Wojciechowskiego 1903-1969) działaczu ruchu polskiego na Powiślu, był prezesem Zarządu Okręgu Związku Polaków w Niemczech na Powiśle, a po 1945 roku pierwszym burmistrzem Sztumu, Janie Bażyńskim czołowym przywódcy ruchu antykrzyżackiego w Prusach, Aleksandrze Lisiewskim współzałożycielu Banku Ludowego w Tychnowach, ks. Franciszek Pruss, polskim duchownym wywodzącym się z Warmii, Leona Połomskiego (1865-1948) działaczu kółek rolniczych w Trzcianie. Wtórował mu w upowszechnianiu zasług innych Powiślan Alfons Wysocki w artykułach o błogosławionej Dorocie z Mątowów, Maksymilianie Bukowskim (1871-1940) działaczu społecznym i oświatowym, zamordowanym w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Stutthofie, Józefa Wendy (1890-1940) nauczyciela Gimnazjum Polskiego w Kwidzynie, zmarłego w obozie hitlerowskim w Mauthausen-Gusen, Danielu Chodowieckim, malarzu z Gdańska, Florianie Wichłaczu nauczycielu polskiej szkoły w Postolinie, więźniu hitlerowskich obozów koncentracyjnych i aktywnym działaczu społeczno-politycznym po 1945 roku, posłem na Sejm PRL Tomaszu Rogali, obrońcy Pomorza, August Czyżewski działacz Związku Polaków w Niemczech.Poza tym, o Polakach z Powiśla pisali: Jan Boenigk o Franciszku Wieczorku (1904-1954) działaczu Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, który oskarżony o szpiegostwo na rzecz Polski spędził pięć w lat w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, Witoldzie Donimirskim (1874-1939) z Czernina wybitnym działaczu Związku Polaków w Niemczech, bestialsko zamordowany w hitlerowskim obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, rodzinie Jeziołowiczów z Mirowic, Maria Zientara-Malewska o doktorze Feliksie Morawskim ze Sztumu. Wspomnienie o Morawskim zamieścił również Walenty Aleksandrowicz, a Stanisław Poręba przedstawił biografię Wiktora Kleszczyń-skiego (1886-1939) nauczyciela, wywodzącego się Mierek pod Olsztynkiem i nauczającego od 1929 roku w polskich szkołach w Trzcianie i Postolinie, rozstrzelonego przez hitlerowców w fortach grudziądzkich. Alfons Lemański omówił dzieje następujących powiślańskich wiosek: Waplewa, Gardeł, Bądek, Kałwy, Dzierzgonia, Benowa, Starego Targu, Trzciana, Czarne Dolne. Z kolei A. Wysocki aż dwa artykuły poświęcił wsi Tychnowy. Napisał też obszerny artykuł z okazji 700-lecia Tczewa. Najwięcej tekstów poświęcono historii i współczesnym działaniom o charakterze kulturalnym Kwidzyna i Sztumu. Ktokolwiek w przyszłości będzie chciał omówić życie kulturalno-oświatowe tych miast, to będzie musiał sięgnąć do artykułów Romana Karska, Alfonsa Wysockiego i Alfonsa Lemańskiego. Wiele razy przypomniano wydarzenia związane z plebiscytem przeprowadzonym 11 lipca 1920 roku także w powiatach powiślańskich, w tym także wizytę Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza i Władysława Kozickiego na Powiślu.4 Przypomniano też 4 A. Lemański, Kasprowiczi Żeromski w Kwidzynie, 1955, nr 33 z 13-14 VIII; bez podania autora, Księża polscy na Powiślu i Warmii w okresie plebiscytu, 1956, nr 31 z 28-29 VII; A. Lemański, Jan Kasprowicz na Powiślu warmińskim, tamże, 1960, nr 27 z 9-10 VII; tenże, Z Polską żyć i umierać chcemy (O Janowie, Bursztychu, Nowych Lignowach, Kramrowie 78 Przeszłość Powiśla w „Słowie na Warmii i Mazurach” w dwóch odcinkach fragmenty reportażu Żeromskiego zatytułowanego: Iława - Kwidzyn - Malbork; zamieszczonego w tomie „Inter arma” jeszcze w 1920 roku.5 Ważne były artykuły Lemańskiego o drukach i oficynie Kanterów w Kwidzynie. Została ona założona w 1772 roku w Królewcu przez Jana Jakuba Kantera. Około 1794 roku przeniesiono ją do Kwidzyna. Dysponowała bogatym zasobem czcionek, m. in. drukowano w języku francuskim rozkazy dzienne Napoleona, posiadała też nowoczesne znakowanie muzyczne oraz wyposażenie graficzne do druku dzieł matematycznych.*1 Wśród wydanych druków właśnie w 1794 roku tłoczono w Kwidzynie opracowany przez Krzysztofa Celestyna Mrongowiusza „Nowy słownik polsko-niemiecki z uwzględnieniem przy nauce początkowej gwary mazurskiej , a w 1843 roku - „Kazanie pogrzebowe ” przeznaczone dla ludności polskiej Powiśla, Warmii i Mazur. W Kwidzynie wydano też wiele śpiewników i modlitewników w języku polskim. Właśnie w Muzeum Zamkowym znajdują się: „Officium codzienne z różnemi nabożeństwami ku większey czci Bogu i Matki Jego Niepokalanie Poczetey, także inszych świętych Patronów krótko zebrane, a dla wygody chrześcijańskiey Odnowione w Kwidzynie drukowano i przez syna w kró-lewskiey zachodnio-pruskiey kanterskiey Drukarni nadworney . Inne druki to: „Ordynacja rzemieślnicza” z 24 I 1774 roku i „Ustawa względem chodzenia dzieci do szkoły z 1828 roku oraz „Ogłoszenia o zarazie”, drukowane 25 IV 1808 roku. Z tekstów literackich zamieszczono w dodatku opowiadania ks. Władysława Łęgi, związanego w okresie plebiscytu z Powiślem jako kierownik działu statystycznego Warmińskiego Komitetu Plebiscytowego, potem do 1939 roku duszpasterzującego w Grudziądzu, a po zakończeniu wojny - Sopocie. W „Słowie na Warmii i Mazurach” wydrukował kilka prostych opowiadań z wyraźnymi wskazaniami dydaktycznymi. W opowiadaniu „Krysia malarka” wiejska dziewczyna ze zdolnościami do rysunku po kursowym przeszkoleniu ozdabiała wyroby garncarskie w warsztacie swego wuja Łodygi w mieście. Szczególnym tematem podjętym przez A. Lemańskiego były zwyczaje weselne ziemi sztumskiej7. W pięciu odcinkach od swatania przez wiejskiego rajka i oględzin wybranej panny, przez zaloty, następnie zaręczyny, wesele i przenosiny pokazał miejscowe obyczaje. W tym wszystkim interesująco wyglądały na weselu oczepiny: kiedy „najedzono się i odtańczono owczarka i skończyła się zabawa w balwierza, a pomęczeni muzykanci odłożyli basy i skrzypki, około godziny dwunastej - wystąpiła na środek izby grupa kobiet zamężnych. Wszyscy wokół zamilkli. Każdy się przyglądał. Widzą, ze najważniejszą była pewna starsza mężatka, ciotka panny młodej. Trącają się stare chłopy na ławie, pokazują palcem: - Dobra Pani - Jo, Dobra Pani. Przewodzi innym kobietom, a te otaczają ja szacunkiem. Kobiety podchodzą do zaślubionej dziewczyny i piskliwymi glosami intonują: i Małym Pólku), tamże, 1968, nr 44 z 2-3 XI; tenże, Szlakiem plebiscytu. Wielcy pisarze zza kordonu z wizytą w Górkach, tamże, 1969, nr 27 z 5-6 VII; A. Wysocki, Plebiscyt, tamże, 1975, nr 14 z 11 IV. 5 S. Żeromski, Iława - Kwidzyn - Malbork, tamże, 1958, nr 44 z 1-2 XI; nr 48 z 29-30 XI. 6 A. Lemański, Kwidzyńskie drukarstwo, tamże, 1964, nr 36 z 5-6 IX. Niezależnie od tego A; Lemański opublikował w Komunikatach Mazursko-Warmińskich dwa artykuły: Oficyna Kantera w Kwidzynie i jej druki polskie w latach 1772-1923, (1963, nr 4 s. 505-541) oraz Materiały do bibliografii druków polskich wydawanych w Kwidzynie (1964, nr 2, s. 249-280). 7 A. Lemański, Zwyczaje ziemi sztumskiej, 1961, nr 2 z 14-15 I; Zaloty, nr 3 z 21-221; Zaręczyny, nr 20 z 27-28 V; Wesele, nr 23 z 17-18 VI; Przenosiny, nr 24 z 24-25 VI. Jan Chłosta 79 Ach mój wionku z białej róż, Już mni więcej świat nie służy. Ach mój wionku rozmarynie. Posiewaj się po zagonie. Już cię więcej siać nie będę, Ach mój wionku z drobnej merty... Młodej łzy kapią na czerwone korale. Dobra Pani zdjęła jej wianek Mężatkom oczy się zaszkliły śpiewają: W ogródeczku je ziełono Mój wianeczek mnie zdejmiono. Mężatki chwytają młodą pod ramiona, a Dobra Pani wkłada jej na głowę czepek: A ten czepek mnie wsadziłi, Za panią mnie ostroili! Na stołku każą usiąść pannie młodej, obok sadzają pana młodego: Ałe fajno pasują do się. Mężatki podają młodej talerz i wianek. Z uśmiechem kawalerowie rzucają się na tacę pieniądze, ale są i tacy, którzy kładą błyszczącego talara. Nabierają rozmachu. Licytują się wzajemnie. Ten kto rzucił ostatniego talara porywa wianek. Ale gdy go już w górę podniósł triumfalnie, pokazał swojej dziewczynie - oddaje młodej pannie, aby mogła sobie schować na pamiątkę. Młodzi ruszają w taniec dookoła stołka z siedzącymi. Pragną puścić się w pląsy z panną młodą. Te jednak mirem zasłaniają kobiety wołając. - Ona jest nasza!8 A w Przenosinach do domu męża, autor poświęcił najwięcej miejsca opisowi „wiano-wej skrzyni”, ozdobionej rzeźbionej kolorowymi kwiatami, w której znalazła się wyprawa: materiały z pełnej wełny, delikatne Płotno, ręczniki i prześcieradła. Odnotować się trzeba relację z wycieczki rowerowej sześciu młodych mężczyzn z Powiśla, którzy między 2 a 14 sierpnia 1934 roku wybrali się do Polski. Motywem przewodnim tej wycieczki było uczestnictwo w II Kongresie Polaków z Zagranicy w Warszawie z pamiętnymi zaślubinami Rodła z Wisłą. Do stolicy Polski przybyło wówczas 3300 Polaków z Niemiec. W gronie rowerzystów byli: Franciszek Wieczorek z Mirowic, jako kierownik wyprawy, Antoni Lewicki i Paweł Trzciński ze Trzciana, Roman Gawroński z Postolina, Alfons Potowski ze Sztumu i Kazimierz Arentowicz.9 ze Starego Targu. W Sztumie pożegnali ich reprezentant kierownictwa Zarządu Okręgu Franciszek Literski i przedstawiciel Konsulatu RP. Granicę polsko-niemiecka przekroczyli w Gardei. Pierwszym etapem było miasteczko Łasin, gdzie zostali powitani przez miejscowego burmistrza, potem jechali przez Jabłonowo, Brodnicę, Rypin i Sierpc i Płońsk. W relacji nie podano gdzie zatrzymali się na spoczynek. Ponieważ prowadzący wycieczkę miał rozwiniętą polską flagę narodową, to napotkani mieszkańcy witali ich przyjaźnie. Po uczestnictwie w oficjalnych zaślubinach Rodłach z Wisła, następnego dnia zwiedzali Warszawę, a potem udali się przez Błonie i Sochaczew do Żelazowej Woli, miejsca urodzenia Chopina. Kolejnym etapem była Kruszwica, gdzie zwiedzili Mysią Wieżę. Tam przenocowali u pochodzącego s Wesele, op. cit. 9 M. Wroński, Jedziemy do Polski rowerami, tamże 1958, nr 33 z 16-17 VIII. 80 Przeszłość Powiśla w „Słowie na Warmii i Mazurach” z Powiśla pana Kańskiego. Potem dojechali do Inowrocławia, gdzie zwiedzili miejscowe kościoły. W Toruniu spotkali się z nauczycielem polskiej szkoły w Dąbrówce Pruskiej z Konstantym Nowakowskim. Następnie dotarli do Golubia. W Wąbrzeźnie byli gośćmi klubu piłkarskiego „Pogoni”. Krótko zatrzymali się w Radzynie, a potem dotarli do Grudziądza, gdzie podjął ich zastępca prezydenta miasta Gawroński i sędziwy redaktor „Gazety Grudziądzkiej” Wiktor Kulerski. Ostatnim etapem były miasta: Gniew i Nowe, a potem już powiślański Sztum. Nie można też pominąć artykułu, przypominającego pamiętny mecz piłkarski między Powiślem i Warmią. Odbył się 30 czerwca 1924 roku na waplewskim placu.10 Stawką meczu było mistrzostwo IV Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech. Mecz wygrali reprezentanci Powiśla i do tego w imponującym stosunku 7:1, do przerwy było 5:1. Do Waplewa przyjechało tylko dziewięciu (trzech nie pojawiło się na dworcu) reprezentantów Warmii: Zydor, Zimerman, Szrejna, Jasiński i Schreiber (Olsztyn), Sadryna, Kolender, Piłat i Wybraniec (Gryźliny), a w składzie Powiśła wystąpili: Słomski, Kikut i Ziemer-mann (Stary Targ), Skibiński, Czapara, Posiłka, Laskowski, Mazurkiewicz (Waplewo), Barcz (Sztum), Środka i Szydzik (Tillendorf, obecnie Tulice). Tak więc piłkarze Warmii już przed rozpoczęciem gry znaleźli sie na straconej pozycji. Poza tym, w składach drużyn nastąpiło osobliwe pomieszanie: Jan Schreiber (1901-1950) urodził się w Mikołajkach Pomorskich, ale w Olsztynie sprawował funkcję prezesa Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich, a Franciszek Barcz (1892-1939) występujący w drużynie Powiśla, pochodził z Naterek pod Olsztynem, właściwie urodził się w Rożnowie, ale w tamtym czasie był kierownikiem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego na Powiśle. Spotkanie sędziował Paweł Sowa. Najlepszym zawodnikiem meczu okazał się Kikut z reprezentacji Powiśla. Wiele razy na łamach dodatku omawiano dzieje Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie. Najwięcej artykułów o tej jedynej średniej szkole polskiej w Prusach Wschodnich napisał sam jej założyciel i dyrektor dr Władysław Gębik. Pisano też o kółkach rolniczych na Powiślu. Pierwsze z nich założono w 1866 roku w Postolinie. Na zebraniu założycielskim obecny był Ignacy Łyskowski, prezes pięciu banków ludowych, szkolnictwa polskiego na Powiślu w łatach międzywojnia. Redagujący „Słowo na Warmii i Mazurach” odnosili się do współpracowników z Powiśla ze szczególną atencją. W 1956 roku zaproszono do dyskusji na temat form redagowania pisma Alfonsa Wysockiego, który w drukowanej wypowiedzi zwracał uwagę na komunikatywność zamieszczonych tekstów i postulował, aby w piśmie zamieszczono więcej tekstów o Powiślu.11 Upominał się o to, chociaż w dodatku zamieszczono aż tyle artykułów o tych ziemiach. 10 T. Swat, Pół wieku temu. Powiśle - Warmia 7:1, tamże, 1974, nr 24 z 28 VI. 11 A. Wysocki, Dyskusja na szpaltach „Słowa”. Czytelnicy zabierają głos, tamże, 1956, nr 8 z 18-19 II. Justyna Liguz 81 Justyna Liguz POCZĄTKI ADMINISTRACJI POLSKIEJ W KWIDZYNIE 29 stycznia br. minęła okrągła, bo 70 rocznica wkroczenia wojsk Armii Czerwonej do Kwidzyna. Pozostała niezauważona, choć przez wiele lat była świętowana w uroczysty sposób jako data wyzwolenia miasta. Oczywiście możemy się dziś spierać, czy to było wyzwolenie, zagrabienie, zdobycie czy wkroczenie, fakt wejścia wojsk rosyjskich do Kwidzyna jest niezaprzeczalny. Ale może troszkę historii. Przed wybuchem II wojny światowej Kwidzyn należał terytorialnie do państwa niemieckiego. Miasto wówczas położone było w prowincji Prusy Wschodnie. Ten podział administracyjny obowiązywał od zakończenia I wojny światowej i podpisania traktatu wersalskiego w 1919 roku. Działania konfliktu zbrojnego z lat 1939-45 właściwie Kwidzyn ominęły. Ludność miasta żyła sobie spokojnie, a wręcz korzystała „z dobrodziejstw”, które wojna przyniosła, m.in. poprzez zatrudnianie w kwidzyńskim przemyśle angielskich i francuskich jeńców wojennych, przetrzymywanych w obozach jenieckich. Styczeń 1945 roku właściwie zupełnie nieoczekiwanie zmienił położenie mieszkańców Marienwerder. Propaganda niemiecka wciąż starała się ukryć w oficjalnych przekazach, że nic wielkiego się nie dzieje, że wojska niemieckie wkrótce przegrupują się i odeprą nacierające wojska Armii Czerwonej. Tylko tu i ówdzie, szczególnie w urzędach i instytucjach „po Kwidzyn, obecna ulica Braterstwa Narodów, 1945 rok. Uroczystość z okazji ustanowienia polskiej administracji w Kwidzynie. W tle pierwsza siedziba polskich władz, fot. ze zbiorów M. Chmielewskiej 82 Początki administracji polskiej w Kwidzynie cichu” zaczęto realizować przygotowane wcześniej plany ewakuacyjne. Sam oficjalny rozkaz opuszczenia miasta całkowicie zaskoczył ludność cywilną. Stało się to 21 stycznia 1945 roku, choć pierwsi „uciekinierzy” opuszczali swoje domostwa już 18 i 19 stycznia. Jeszcze wtedy można było spokojnie opuścić miasto głównie koleją przez Malbork, mostem drewnianym na Wiśle do Smętowa, a w następnych dniach także przez most lodowy, który zrobiono na Wiśle w kierunku Opalenia. Wyjeżdżano samochodami, powozami konnymi, innymi środkami transportu. Z dnia na dzień sytuacja ewakuowanych mieszkańców stawała się jednak coraz trudniejsza, aż w końcu jedynym sposobem stawała się wędrówka piesza. No i stało się... Pierwsze, nieliczne jednostki radzieckie weszły do Kwidzyna 29 stycznia 1945 roku około 17.00 po południu - o tej porze roku jest już ciemno. Według zachowanych źródeł żołnierze wkroczyli do miasta od strony Wandowa i Prabut. „Na dobre” jednak Rosjanie weszli następnego dnia rano, stąd później prawdopodobnie w różnych opracowaniach pojawił się błąd, z którego wynikało, że datą „wyzwolenia jest 30 stycznia. Tak, czy owak 29 stycznia, w momencie wkroczenia Armii Czerwonej Kwidzyn stanął w nietypowej sytuacji geopolitycznej. Wszystkie sąsiednie miasta broniły się jeszcze, a co ważne - w większości zaciekle. Uwagę zwraca fakt, że w bezpośrednim sąsiedztwie Rosjanie zdobyli dopiero 10 lutego Elbląg, 6 marca Grudziądz, 17 marca Malbork, w marcu również zdobyty został Gniew, Pelplin i Tczew. W wyniku takiego właśnie położenia w bezpośredniej bliskości działań wojennych Kwidzyn stał się z automatu typowym „zapleczem frontowym”, a ze względu na sporą ilość dużych budowli (była to przecież stolica prowincji, miasto urzędowe oraz garnizon wojskowy) dowództwo AC podjęło szybką decyzję o ulokowaniu w nim rosyjskich szpitali wojennych. Konkretnych wiadomości z tego okresu jest jednak niestety bardzo niewiele. Wiadomo, że działała komendantura wojenna, że część ulic została wyłączona z ruchu, a wejście w odcięte strefy wymagało przepustek i kontroli przy szlabanach u wylotu poszczególnych ulic. Źródła podają, że w mieście zorganizowano co najmniej 18 szpitali Armii Czerwonej dla około 20 tysięcy rannych, co miało bezpośredni wpływ na sytuację miasta w późniejszych miesiącach. Pamiętać jeszcze należy o jednej bardzo ważnej sprawie. Rosjanie wkroczyli do miasta niemieckiego. Nie polskiego. Do Marienwerder, a nie do Kwidzyna. Maszerowali przez terytorium wroga, siłą rozpędu niejako przesuwając linię frontu na zachód. W związku z tym pojawił się problem statusu terytorialnego tych ziem. I tu duże znaczenie miała decyzja radzieckiego rządu tzw. Państwowego Komitetu Obrony (GOKO - 1941-1945) z 20 lutego, w której Stalin w pełni potwierdził prawa Polski do nowych ziem. Oczywiście nikt oficjalnie nie wiedział jeszcze, że losy tych ziem zostały przesądzone kilka dni wcześniej w Jałcie, w której trwała konferencja jałtańska pomiędzy 4 a 11 lutego 1945. Moskwa zadeklarowała więc pełne poparcie dla objęcia przez Polskę władzy na obszarach, zwanych później Ziemiami Odzyskanymi, natomiast tuż za frontem pojawiały się grupy polskich urzędników i specjalistów z różnych dziedzin życia, których zadaniem było tworzenie podwalin polskiej administracji samorządowej czy państwowej. W praktyce jednak często okazywało się, że władza polska była zupełną fikcją, a Rosjanie i tak traktowali poszczególne miasta jak zdobycze wojenne. Justyna Liguz 83 Powróćmy jednak do Kwidzyna. Po wkroczeniu Rosjan pierwszą sprawą stało się powołanie wojskowej komendantury wojennej. I to ona właśnie niepodzielnie na razie rządziła w mieście. Jak dotąd nie udało się jednoznacznie wyjaśnić kto stanął na jej czele. Według różnych źródeł funkcję tę miał pełnić albo ppłk Morozow, kpt. Selezjan, bądź ppłk Boroziłow. Zarówno sprawa komendanta wojennego jak i okres pomiędzy końcem stycznia o końcem marca 1945 roku pozostaje wciąż białą plamą w dziejach Kwidzyna. Z pewnością na swojego odkrywcę czekają wciąż rosyjskie archiwa a w nich akta, które biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną - nieprędko dane nam będzie jeszcze spenetrować. Pierwszą postacią, która niejako pojawia się w początkach polskiej administracji w Kwidzynie jest Mieczysław Borzeszkowski. 16 marca 1945 roku przyjeżdża do Torunia, w którym pisze podanie do wojewody pomorskiego w Toruniu w sprawie nadania posady w samorządzie terytorialnym. Musiał wcześniej rozmawiać z wojewodą, gdyż pismo swe rozpoczął od zdania: powołując się na dzisiejszą rozmowę z Obywatelem Wicewojewodą proszę uprzejmie o przydzielenie mi stanowiska burmistrza Miasta Kwidzyna. Powołał się przy tym na wysokie doświadczenie w służbie konsularnej i samorządowej oraz dołączył życiorys, (dodam, iż Borzeszkowski był pracownikiem konsulatu polskiego na terytorium Rzeszy, właśnie w Kwidzynie. Znał więc doskonale miasto). Wojewodą był wówczas Henryk Świątkowski, ten sam, który wyszedł z inicjatywą utworzenia uczelni wyższej w Toruniu, która zresztą również w tym roku obchodzi swoje 70 urodziny. Ten sam, który od 1945 roku był ministrem sprawiedliwości i wreszcie ten sam, który wiosną 1945 roku zlecił śledztwo dotyczące zbrodni na polskich oficerach w Katyniu z zamiarem zafałszowania i zatajenia tej zbrodni. W każdym razie już następnego dnia - 17 marca - wojewoda oddelegował Mieczysława Borzeszkowskiego do Kwidzyna w charakterze p.o. Burmistrza z zastrzeżeniem, że ma on niezwłocznie przystąpić do zorganizowania tam Zarządu Miejskiego. Borzeszkowski otrzymał stosowne pisma, a także przepustkę z informacją w języku polskim i rosyjskim. Brak jest niestety informacji, czy Borzeszkowskiemu udało się cokolwiek zdziałać w zakresie administrowania miastem. Jego nazwisko pojawia się co prawda w spisie osób tzw. Grupy Operacyjnej, o której wspomnę za chwilę. Borzeszkowski szybko jednak rezygnuje z pracy w Kwidzynie, przenosząc się do Sztumu. Z pewnością jego zawodowa przeszłość nie pomagała mu, jak również to, że był miejscowym Polakiem. Pochodził co prawda zza Wisły, żona jednak była rodowitą przedwojenną kwidzynianką. Nowy system musiał jednak wprowadzać inne, komunistyczne już standardy, a sam Borzyszkowski po latach pisał o swojej pracy zawodowej: Z przykrością muszę stwierdzić, że pomimo osiągnięć w mojej pracy pionierskiej, nie mogłem, niestety wywiązać się należycie w sprawie uznania zasług ludności rodzimej z tytułu walki o polskość tej ziemi. Do ludności tej odnoszono się w pierwszych latach po wyzwoleniu nie tak jak należało i to sparaliżowało mnie w moich zabiegach o oddanie autochtonom należnego im miejsca wśród budującego się społeczeństwa. Byłem nawet zmuszony wycofać się z dalszej pracy zawodowej, tym więcej, że praca moja jako inspektora samorządowego wykonującego kontrolę gospodarki miast i gmin wiejskich, wskutek często stwierdzanych nadużyć, nie zawsze była dostatecznie doceniana. 24 marca minęła z kolei następna 70 rocznica - przybycia do Kwidzyna przedstawicieli Urzędu Pełnomocnika Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów RP. Dopiero od tego dnia zarówno miasto jak i powiat oficjalnie zostają przejęte przez administrację polską. Do- 84 Początki administracji polskiej w Kwidzynie dać należy, że kilka dni wcześniej (14 marca) utworzony został tymczasowy podział administracyjny w wyniku którego Kwidzyn trafił pod zarząd Okręgu Mazurskiego z siedzibą w Olsztynie. Tymczasem p.o. Burmistrza Borzeszkowski niewiele zdążył zdziałać przez te kilka dni (niecały tydzień), ale z pewnością doszło raczej do „połączenia sił” niż konfrontacji czy dwuwładzy. Skład osobowy tej pierwszej Grupy Operacyjnej, jak ją nazywano był następujący: Pełnomocnik Wiesław Sztejnike, inż. Heliodor Chmielewski, Henryk Gwiazdowski, inż. Franciszek Kranc, inż. Wacław Słyczko oraz inż. Antoni Szychulda. Wszyscy pochodzili z Warszawy i przyjechali wraz z rodzinami, co w późniejszych latach spowodowało podjęcie decyzji o powrocie do stolicy. Żadna z tych pierwszych rodzin nie osiadła na stałe w Kwidzynie. Być może przyjazd warszawiaków miał także wpływ na decyzję opuszczenia miasta przez Mieczysława Borzeszkow-skiego. Jak wspomniałam wcześniej, Borzeszkowski został dopisany do składu Grupy Operacyjnej, ale co ciekawe nie pojawia się w żadnym z zachowanych dokumentów urzędowych tego okresu w Archiwum Państwowym w Elblągu z siedzibą w Malborku, poza jednym - pierwszym krótkim sprawozdaniem H. Chmielewskiego. 30 marca 1945 roku radziecki komendant wojenny Kwidzyna, po otrzymaniu zgody z dowództwa 2 Frontu Białoruskiego, a więc tego, który zajmował Kwidzyn w styczniu - przyjął grupę operacyjną i zezwolił jej niejako oficjalnie na rozpoczęcie działalności. Ta data właśnie, obok uroczyście obchodzonej rocznicy zdobycia miasta 29 stycznia została przez system i ówczesne władze uznana, jako symboliczny początek polskiego władztwa w mieście. Przez kilka lat obchodzone kolejne rocznice tego wydarzenia mogą dziś budzić wątpliwości, ale też należy postawić pytanie, czy początkiem polskiej administracji w Kwidzynie jest pierwsza decyzja o tymczasowym podziale administracyjnym z 14 marca, czy może przyjazd Mie- Heliodor Chmielewski, członek Grupy Operacyjnej, mianowany burmistrzem Kwidzyna 23 kwietnia 1945 roku, fot. ze zbiorów Małgorzaty Chmielewskiej Wiesław Sztejnike, Pełnomocnik Grupy Operacyjnej, mianowany starostą kwidzyńskim 23 kwietnia 1945 roku, fot. archiwum M. Chmielewskiej czysława Borowieckiego 17 marca, czy przyjazd Grupy Operacyjnej 24 marca, czy właśnie wydanie oficjalnej zgody przez Rosjan 30 marca. Osobiście uważam, że dziś, z perspektywy upływającego czasu ustalenie takiej daty nie ma chyba większego znaczenia. Justyna Liguz 85 Nieliczna grupa oddelegowanych pełnomocników z Warszawy ogarnąć musiala w zasadzie wszystko, co wiąże się z normalnym funkcjonowaniem miasta. Gospodarka, bezpieczeństwo, porządki w mieście, przyjazdy pierwszych osiedleńców, nieliczne powroty Niemców, zakłady pracy, drogi, place, instytucje, a także- co chyba najważniejsze - musiała funkcjonować w ścisłej współpracy i koegzystencji z Armią Czerwoną, wszak w mieście nie zlikwidowano powołanej w styczniu komendantury wojskowej. W zasadzie „czego się dotknąć”, trzeba było organizować od nowa. Pewne funkcje należało jakoś rozdzielić pomiędzy poszczególnych członków. I tak w pierwszych dniach pobytu Grupy Operacyjnej w Kwidzynie H. Gwiazdowski został zastępcą pełnomocnika i objął sprawy związane ze zorganizowaniem Milicji Obywatelskiej, która miała pomóc opanować choć w stopniu minimalnym bezpieczeństwo w mieście. Szy-chulda zajął się regulacją spraw narodowościowych. Kranc zajął się sprawami przemysłu i warsztatów rzemieślniczych oraz akcją repolonizacyjną. Słyczko zajął się aprowizacją oraz zakładami, które działały w branży przemysłu spożywczego. Heliodor Chmielewski koordynował całość prac oraz prowadził prace urzędów. Nie było w tym czasie jeszcze żadnych zrębów prawa, ani żadnych wytycznych, co do podziału kompetencji, zarówno ze strony władz polskich jak i nawet rosyjskich, wszystko więc odbywało się na zasadach umownych. Stąd też wzięła się zapewne nazwa - tzw. Grupa Operacyjna. Do tego pamiętać należy, że miasto było w tym czasie jednym wielkim, rosyjskim szpitalem wojskowym. Pierwsze zręby administracji urzędowej pojawiły się w kwietniu 1945 roku. Wtedy to, tj. 23 kwietnia 1945 roku Kwidzyn zostaje oficjalnie przyłączony do województwa olsztyńskiego. Tak - olsztyńskiego, nie gdańskiego! Inspektor wojewódzki mjr Mieczysław Borowiecki mianował w tym dniu Wiesława Sztejnike starostą powiatowym, Henryka Gwiazdowskiego jego zastępcą, zaś Heliodora Chmielewskiego burmistrzem miasta. We wspomnianym już pierwszym sprawozdaniu nowego burmistrza uwagę przyciąga zapis (pisownia oryginalna): dnia 23 kwietnia 1945 roku otrzymałem nominacje na burmistrza miasta Kwidzynia (sic!). Naskutek nieobecności dotychczasowego p.o. Burmistrza Obywatela Borzeszkowskiego, agendy zarządu oraz kasę przejąłem dnia 25 kwietnia 1945 roku w następującym stanie: urządzone dwa pokoje biurowe, zaangażowanych trzech urzędników, (...) prace wykonywane: rejestrowanie mieszkańców miasta Kwidzynia. Tworząc zręby uporządkowanej administracji wszelkie działania opierały się wciąż na inicjatywie własnej oraz inwencji twórczej pracowników. Początkowo burmistrz rezydował przy ul. Braterstwa Narodów, w budynku, gdzie obecnie mieści się Nadleśnictwo Kwidzyn, później cały Zarząd Miejski przeprowadził się na Płac Zwycięstwa (obecnie pl. Plebiscytowy), do budynku sądu. Marzec 1945 roku stał się tylko formalnym początkiem przejmowania Kwidzyna przez władze polskie - długiego procesu trwającego przynajmniej do jesieni 1945 roku. Dopiero 6 czerwca 1945 roku powiat zostaje przydzielony do województwa gdańskiego. Miasto zaczyna się coraz bardziej zaludniać przesiedleńcami, repatriantami, także Niemcami, którzy powoli wracali po rozkazie ewakuacji miasta w styczniu 1945 roku. Tak wyglądały oficjalne początki funkcjonowania miasta, które z Marienwerder miało zamienić się oficjalnie już wkrótce na KWIDZYN. Polski Kwidzyn. 86 Kronika Szkoły Podstawowej w Postolinie - 1945-1959 Stanisława Dąbrowska KRONIKA SZKOŁY PODSTAWOWEJ W POSTOLINIE 1945-1959 Po zlikwidowaniu Szkoły Podstawowej w Postolinie w roku 1999 archiwum tej placówki oświatowej przejęła szkoła w Nowej Wsi, którą kieruje do dnia dzisiejszego Dariusz Szewczak. Znajduje się w tym archiwum bardzo ciekawa kronika szkolna z Postolina prowadzona od roku 1945. Wiadomo, że od roku szkolnego 1946/1947 aż do 1961 roku prowadziła ją nauczycielka Stanisława Dąbrowska wcześniej pracująca w Szkole Podstawowej w Pułkowi-cach. Pierwsze zapiski w kronice dotyczące roku 1945 zostały wprowadzone wraz z rozpoczęciem pracy przez panią Stanisławę Dąbrowską. Informacje z pierwszego roku przekazywali jej nauczyciele jacy podjęli pracę w tej szkole czyli Anna Radtke, Franciszka Budnowska, kierownik szkoły Franciszek Leśniewski oraz Florian Wichłacz pracujący w polskiej szkole w tej wsi od roku 1935. W kronice odnotowane są nie tylko wiadomości dotyczące pracy tej szkoły ale również wydarzenia jakie dotyczyły mieszkańców wsi Postolin co stanowi ważne źródło do poznania przeszłości tej zasłużonej miejscowości. Andrzej Lubiński Teren powiatu sztumskiego zamieszkały od setek lat w większości przez Polaków. Postolin natomiast jest gromadą zamieszkałą za czasów niemieckich wyłącznie przez ludność polską. W okresie plebiscytu 80% mieszkańców domagało się przyłączenia do Polski. Staraniem Związku Polaków w Niemczech założono tutaj prywatną szkołę powszechną z polskim językiem wykładowym 19 sierpnia 1929 roku, która przetrwała do 23 sierpnia 1939, kiedy to ostatniego jej nauczyciela osadzono w obozie koncentracyjnym. Dzieci przekazano miejscowej szkole niemieckiej. Z miejscowych obywateli zginęli w hitlerowskich obozach: Lenga Jan, Wróblewski Jan, Marcinkowski Władysław, Bronisław Sochaczewski, Donimirski Józef, Donimirski Witold. Ponadto z okolicznych obywatelek Donimirska Ewa zginęła w czasie powstania warszawskiego jako łączniczka. 25 stycznia 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła naszą gromadę spod długoletniej okupacji niemieckiej. Wkrótce też administrację tegoż terenu oddano w ręce władz polskich. Pierwszym polskim sołtysem zostaje obywatel Jackiewicz Piotr. Gromada nasza na skutek działań wojennych nie ucierpiała. Dawne zabudowania szkolne zachowały się w dobrym stanie. 5 maja 1945 roku pierwszy polski inspektor szkolny powiatu obywatel Leonard Mę-czyński mianował kierownikiem tutejszej szkoły obywatela Leśniewskiego Franciszka. Stanisława Dąbrowska 87 Do pomocy staje obywatelka Radtkowa Anna oraz obywatelka Budnowska Franciszka. 17 lip-ca 1945 roku obydwie wyżej wymienione obywatelki zwolniono na własną prośbę z dotychczasowego stanowiska. Obywatelka Radtkowa zajmuje się organizacją przedszkola. Miejsce obywatelki Budnowskiej zajmuje nauczycielka Matusiak z Bochni. 1 września 1945 roku kierownictwo szko- ły obejmuje obywatel Wichłacz. Skład grona nauczycielskiego jest wobec tego następujący: Wichłacz Florian, Leśniewski Franciszek, Matusiak Zofia. Do szkoły uczęszcza 145 dzieci autochtonów. 18 listopada 1945 roku szkoła urządza pierwszy wieczór rodzicielski urozmaicony występami dzieci szkolnych. Świetlica szkolna wypełniona po brzegi. 25 listopada 1945 roku nauczycielka Matusiak opuszcza tutejszą placówkę. Na 145 dzieci dwu nauczycieli. 22 listopada 1945 roku uruchomiono pierw- Florian Wichłacz, kierownik szkoły w Postolinie, fot.archiwum szy kurs repolonizacyjny. Z powodu braku nafty nauka odbywa się tymczasem w godzinach popołudniowych. Trwa od godz. 14-15. Uczestników tymczasem 8. Rozbudowa nastąpi z chwilą przydzielenia nafty i opalu. 25 listopada odbyło się u nas pierwsze zebranie rodzicielskie. Omawiano sprawę kursów repolonizacyjnych. Założono również bibliotekę polską i to z darów miejscowej ludności. Ilość uczestników 150. 25 marca 1946 roku nauczycielka Jankowska uzupełnia skład naszego grona nauczycielskiego. 6 kwietnia 1946 roku inspektor szkolny obywatel Męczyński przeprowadził lustrację zabudowań szkolnych. 15 maja 1946 roku nowy inspektor szkolny naszego powiatu przeprowadza pierwszą wizytację szkolną. 20 maja 1946 roku Patronat nad naszą szkolą objął Państwowy Bank Rolny w Sopocie. Dostarczono nam 15 metrów kwadratowych szkła. Otrzymaliśmy równocześnie kilka map, sporo materiałów piśmiennych i książek. Centrala tegoż Banku w Warszawie ofiarowała nam 10000 zł na zakup podręczników szkolnych dla niezamożnych dzieci. 26 czerwca 1946 roku odbyła się uroczystość zakończenia roku szkolnego. Obecni byli przedstawiciele Partii Politycznych, Patronatu i Zarządu Gminy. Zwolniono 20 dzieci od dalszego obowiązku uczęszczania do szkoły. Uroczystość urozmaiciły występy dzieci szkolnych i przedszkola. 15 sierpnia 1946 roku Referat Odbudowy przy Starostwie Powiatowym w Sztumie wyasygnował 7000 zł na remont szkoły oraz hol. 3 września 1946 roku w miejsce nauczycielki Jankowskiej przybyła obywatelka Dąbrowska Stanisława. Jako czwartą siłę Inspektorat przydzielił obywatelkę Preuss Halinę z Ryjewa. 19 września 1946 roku przeprowadzono remont dachu świetlicy kosztem 5151 zł. Sumę tą wyasygnował Referat Odbudowy w Sztumie. 21 września 1946 roku z dotacji państwowych otrzymaliśmy dla dzieci szkolnych na- 88 Kronika Szkoły Podstawowej w Postolinie - 1945-1959 szej gromady 253 par obuwia, 253 płaszczy, 253 swetry, 253 par pończoch, 134 ubrań, 119 sukienek, 506 koszul,506 majtek i 47 kołder. W dostawie pośredniczył Patronat szkoły. 10 listopada 1946 roku Pracownicy Państwowego Banku Rolnego w Sopocie urządzili zabawę której czysty dochód w sumie 30000 zł przeznaczyli na remont centralnego ogrzewania naszej szkoły. 22 grudnia 1946 roku w czasie szkolnej choinki Patronat przy-rzekł nam wyasygnowanie 9000 zł na remont łaźni szkolnej. Życie naszej gromady upływa pod znakiem zbliżających się wyborów. Akcja propagandowa Bloku Demokratycznego w pełnym toku. Na dzień 15 bm( grudzień) postanowiono zwołać rodzicielskie zebranie przedwyborcze. Żyjemy pod znakiem wyborów demokratycznych. 13 stycznia 1947. Już po wyborach. U nas brało w nich udział 98% uprawnionych. Na 2500 głosujących znaleziono 3 „dwójki”. 8 lutego 1947 roku. W dniu dzisiejszym odbyła się pierwsza w naszej miejscowości konferencja rejonowa. Prelegentem był nauczyciel Wichłacz. Obecni byli obywatel Gromadzki inspektor szkolny oraz przedstawiciel Patronatu obywatel Kałuszyński. 10 kwietnia 1947 roku. Z dniem dzisiejszym skład naszego grona nauczycielskiego przedstawia się następująco: Dąbrowska Stanisława, Preuss Halina, Gryz Teodor, Wichłacz Florian. 3 maja 1947 roku. Nasz komitet Opiekuńczy ofiarował nam 218 tomową bibliotekę szkolną. Posiadamy już sporo pomocy naukowych. Udało się nam wyremontować epidiaskop. 3 września 1947 w miejsce nauczycielki Preuss przybyła do nas obywatelka Salko Maria z Klecewka. Komitet Opiekuńczy ofiarował nam 5 ton koksu. 18 września przydzielono do naszego rejonu szkolnego Pułkowice. Najdalsza droga dziecka nie przekracza 3,5 km. 8 lipca dzieci klasy 7 w liczbie 37 zwiedziły Stocznię Gdańską, port i plażę w Jelitkowie. W okresie wakacji Związek Energetyczny Okręgu (kaszubskiego) Mazurskiego uruchomił uszkodzoną dotychczas linie wysokiego napięcia. Kosztowało to mieszkańców naszej gromady 140000 zł. Pierwsze światła zabłysły już 2 lipca. Kursy repolonizacyjne których ilość uczestników wzrosła ponad 100 umożliwiły skierowanie większej ilości młodzieży na poważniejsze stanowiska do szkół średnich i wyższych. Jeden z uczestników studiuje obecnie medycynę, jednego przyjęto na WPHM, 10 skierowano do szkół średnich. 11 lutego 1948 roku Inspektor Szkolny przydzielił nam piąta siłę nauczycielską w osobie kol. Pranczka Józefa. Czerwiec 1948 roku zakończenie roku szkolnego połączono z towarzyska herbatką dla absolwentów. Komitet Opiekuńczy umożliwił im zwiedzanie Wystawy Plastyków Wybrzeża. 10 września 1948 roku uruchomiliśmy szkolny wodociąg elektryczny. Komitet Opiekuńczy ofiarował nam mikroskop Leitz oraz 23600 zł na radiofonizacje szkoły. 15 grudnia 1948 roku Dzień Zjednoczenia Partii uczczono akademią urządzoną staraniem dzieci szkolnych i młodzieży. 10 stycznia 1949 roku drogą imprez szkolnych zebraliśmy resztę gotówki potrzebnej na radiofonizację klas. 28 czerwca 1949 roku odbył pierwszy obowiązkowy egzamin dla uczniów klas 4 i 7. Z dniem 30 maja przeprowadzono radiofonizację szkoły. 28 czerwca 1949 roku odbył się pierwszy obowiązkowy egzamin dla uczniów klas 4 i 7. Stanisława Dąbrowska 89 Wakacje 1949 roku. Wakacje 1949. Z dniem 30 maja przeprowadzono radiofonizację szkoły. Gdański Urząd Morski wyremontował naszą dziewięcio natryskową łaźnię szkolną. 19 września 1949 roku w nocy z 18 na 19.09 nieznany sprawca przy pomocy podrobionych kluczy wtargnął do zabudowań szkolnych i przywłaszczył sobie radio szkolne. Milicja wszczęła dochodzenie. W maju 1950 roku okazało się że sprawcą kradzieży był mieszkaniec naszej gromady Wojciech Smoliński. Ponieważ przebudował już cały aparat tak, że nie nadawał się do użytku szkolnego przeto rodzina Smolińskiego pokryła nam całkowicie koszty nowej instalacji. Mamy więc nowy aparat. Czerwiec 1950 roku. Ministerialna Komisja badała u nas w ciągu 4 dni wyniki nauczania w klasach 4 i 7. 1 września 1950 roku. Nowy rok szkolny rozpoczęliśmy akademią. Pracę zaczynamy pod hasłem „Zrealizujemy Plan Sześcioletni”. Grono nauczycielskie znów uległo pewnej zmianie. W miejsce obywatelki Salko przybyła nauczycielka Mazur Ludwika. Młodzież nasza po ukończeniu klasy 7 garnie się do szkół średnich. Na 13 naszych absolwentów 6 kształci się dalej. 3 września 1950 roku odbyły się u nas gminne dożynki. Po pięknej defiladzie w której brały udział traktory i banderie konne okolicznych PGR ów odbyły się na boisku gminnym rozgrywki sportowe. Miejscowi piłkarze dobrze się spisali bijąc gości z Gdańska w stosunku 3:7. Wielką atrakcję stanowiła orkiestra dęta przybyła z Gdańska. 3 września 1951 roku. Z początkiem nowego roku szkolnego notujemy najniższy od chwili zakończenia wojny stan liczbowy dzieci. Jest ich 122. Grono nauczycielskie bez zmian: Wichłacz, Dąbrowska, Harczyńska i Mazur. Rozpoczęcie nowego roku szkolnego odbyło się pod hasłem „Witamy rocznik PKWN”. Do zebranych przemówił delegat ZNP i delegatka POP. Odczytano tez list jednego z miejscowych członków ZMP, który obecnie odbywa służbę wojskową. Zaopatrzenie w podręczniki szkolne odbywa się bardzo składnie. Sprzedaż ich przejęła miejscowa spółdzielnia ZSCh. W ramach prac społecznie użytecznych dzieci nasze w ciągu całego tygodnia pomagają okolicznym PGR om przy wybieraniu ziemniaków. Z dniem dzisiejszym rozpoczęliśmy akcję dożywiania. Objęto nią 97 dzieci. Chętnych było więcej. Kuchnia kieruje obywatelka Szydzik. 10 dzieci naszej szkoły wyjechało na obchód noworoczny do szkoły TPD w Oliwie. Wróciły pełne wrażeń Czerwiec 1952. Z końcem roku szkolnego opuszcza nas koleżanka Kowalik, sumienny i pełen poczucia odpowiedzialności pracownik. Przenosi się do szkoły w Sztumskiej Wsi, która posiada lepsze warunki komunikacyjne. O posadę nauczycielki w naszej szkole czyni starania była nasza uczennica Ruta Donajska. Wrzesień 1952. Początek roku szkolnego a równocześnie odbywają się poważne akcje polityczne. Zbliża się termin wyborów do Sejmu. Będzie to poza uchwaleniem Konstytucji PRL wydarzenie polityczne w roku. Wracając do Konstytucji to chyba pierwszy raz w dziejach naszego narodu milionowa rzesza ludzi pracy dyskutowała z zapałem treść wiekopomnego aktu politycznego będącego wyrazem istotnych dążeń ludu. W naszej gromadzie odbyło się ponad 30 wieczorów dyskusyjnych. 25 października 1952 roku. Dzisiaj w przeddzień wyborów młodzież szkolna i niezorganizowana urządziła capsztyk przedwyborczy. Śpiewy deklamacje oraz hasła zmobilizowały całą wieś. Organizacja 90 Kronika Szkoły Podstawowej w Postolinie - 1945-1959 Harcerska zajmuje się kolportażem prasy wyborczej. 26 października 1952 roku od samego rana nastrój poważny. Wieś udekorowana. Już od 6 rano tłumy przed lokalem wyborczym. Wnętrze jego wspaniale przyozdobione. W lokalu Frontu Narodowego ruch. Wyniki: Mieszkańcy naszej gromady w 100% stanęli do urny wyborczej. W 100 % oddali głos na kandydatów Frontu Narodowego. Nasi harcerze pełnili funkcje łączników i dobrze spełniali swe zadania. Grudzień 1952 rok. I znów dzieci nasze były na zabawie noworocznej zorganizowanej przez TPD. Limit znacznie większy aniżeli w ubiegłym roku. Liceum we Wrzeszczu zamieniono na istny pałac z bajki. Na obchodzie noworocznym obecny był również przedstawiciel naszego komitetu rodzicielskiego obywatel Markowicz. Brak nam słów uznania. W zakresie zdobywania oznak BSPO( Bądź Sprawny do Pracy i Obrony) szkoła nasza w skali powiatowej zdobyła pierwsze miejsce. Jest to bezsprzecznie zasługą kolegi Pawelczaka, który należycie zmobilizował młodzież. Uchwała Rządu z dnia 3 stycznia 1953 roku regulacji cen i podwyżek płac zaskoczyła mieszkańców naszej wsi. W pierwszej chwili zauważyć można było pewne zaniepokojenie. Dopiero kiedy istotnie sklepy zaopatrywano bogato w wszelkie asortymenty towarów stan ten przyjęto z ogromnym zadowoleniem. 5 marca 1953 roku zmarł Józef Stalin. Wiadomość ta wywarła w naszym środowisku ogromne wrażenie i spowodowała pewien niepokój. Ludność oczekuje przy odbiornikach radiowych dalszych wiadomości. Mieszkańcy naszej gromady wysłuchali w świetlicy szkolnej specjalnej audycji z przebiegu uroczystości pogrzebowych w Moskwie. Nastrój wśród dorosłych i dzieci bardzo poważny. W związku z wydanymi zarządzeniami ustąpiło zaniepokojenie. Utrwala się przeświadczenie, że Stalin pozostawił po sobie godnych i doświadczonych następców, którzy podobnie jak On stać będą na straży pokoju. 21 kwietnia 1953 roku. Nasza Organizacja Harcerska otrzymała w dniu dzisiejszym sztandar. Zakupiono go z sum uzyskanych z imprez szkolnych. Przy wręczaniu obecni byli przedstawiciele POP oraz Zarządu Powiatowego ZMP. Do nowopowstałego Liceum Pedagogicznego w Starym Targu zgłosiło się 5 absolwentek naszej siódmej klasy. Styczeń 1954 roku. Silne mrozy ponad 30 stopni spowodowały uszkodzenie wodociągu i centralnego ogrzewania. Wszystkie klasy przenieśliśmy do budynku nr 3 gdzie nie ma instalacji centralnej lecz są zwykłe piece kaflowe co umożliwia normalne ogrzewanie lokali. 1 maja 1954 roku. Poważna zniżka cen wywołała ogromne zadowolenie wśród mieszkańców naszej gromady. W miejscowych sklepach nasilenie ruchu wzrosło poważnie. 5 grudnia 1954 roku odbyły się wybory do Rad Narodowych. Przeprowadzono je w lokalu szkolnym, który na ten dzień pięknie udekorowano. Udział w wyborach 100%. Właściwie już o godzinie 13 zakończono je, gdyż wszyscy zarejestrowani do tej pory skorzystali z przysługującego im prawa głosu. W skład Prezydium naszej pierwszej Gromadzkiej Rady Narodowej weszło 3 obywateli pochodzenia rodzimego obywatel Smoliński Jerzy jako przewodniczący, obywatel Sosnowski Józef jako zastępca, obywatelka Cichocka Małgorzata jako sekretarka. Obywatelka Cichocka jest absolwentką naszej szkoły a obywatel Smoliński byłym uczniem polskiej szkoły w Nowej Wsi. Na tymczasowy lokal GRN oddaliśmy jedną z klas szkolnych. Po wyremontowaniu dawnego po- Stanisława Dąbrowska 91 sterunku MO Prezydium przeniesie się do nowego lokalu. Maj 1955 roku. Pierwszy dyplom lekarza dla mieszkańca naszej wsi. Jako pierwszy w okresie powojennym mieszkaniec wsi naszej obywatel Jackiewicz Zygmunt złożył egzamin lekarski w Akademii Medycznej w Gdańsku. Jako przodującego ucznia wysłano go swego czasu na uzupełniające studia do Czechosłowacji. Obywatel Jackiewicz zamierza specjalizować się w zakresie chirurgii. Jest byłym uczniem szkoły polskiej w Postolinie. Uzupełniał podstawowe wykształcenie na zerowych i wstępnych kursach uniwersyteckich. 28 maja 1955 roku przybył do naszej szkoły Koreańczyk Czej Czang Klan student Politechniki Gdańskiej. W ramach spotkań z członkami Organizacji Harcerskiej zaznajomił licznie zebraną młodzież szkoły naszej z życiem i walką swego na- Życzenia od Koreańczyka dla uczniów z Postolina, fot. archiwum autora rodu. Opowiadał wcale poprawna polszczyzną na stawiane pytania. Młodzież witała go entuzjastycznie. Na zakończenie zapisał serdeczne życzenia dla naszej szkoły do kroniki szkolnej w języku koreańskim: Drogie, złote polskie dzieci! Będę długo pamiętać to dzisiejsze spotkanie z wami. W tym spotkaniu widziałem na własne oczy i to dało mi dużo do myślenia, jak bardzo staracie się przygotować, żeby zostać przyszłym trzonem budowy socjalizmu w ojczyźnie. Serdecznie życzę wam, żebyście zostali trzonem socjalistycznej Polski. Dzieło socjalizmu to nie tylko dzieło narodu polskiego lecz ludzi pracy całego świata. Dlatego życzę wam również, żebyście zostali internacjonalistami. Świetlana przyszłość narodu zależy od was, złotej młodzieży. Nie zapomnijcie o tym i uczcie się dobrze oraz wytrwale. 1956 rok fala niebywałych mrozów nawiedziła i naszą gromadę. Termometr przez 3 tygodnie pod rząd wykazuje od 20-36 stopni Celsjusza. Towarzyszy jej zamieć śnieżna. Frekwencja w pierwszej połowie lutego w naszej szkole poważnie szwankuje. Ministerstwo Oświaty zarządziło na okres od 13 do 18 lutego przerwę w nauczaniu . Trudno zresztą o normalna temperaturę w pomieszczeniach szkolnych. W opalonych klasach termometr wykazuje 5 stopni C. Mimo przerwania nauki musimy lokale opalać aby zapobiec zdefektowaniu urządzeń centralnego ogrzewania i pompy elektrycznej. 7 marca 1956 roku. Mimo mrozów nie notujemy poważniejszych wypadków zachorowań wśród dzieci. Dzisiaj znów zamieć śnieżyca, która niewątpliwie wpłynie jutro na frekwencję. Połączenie autobusowe ze Sztumem od trzech tygodni przerwane. Trasa zatarasowana zwałami śniegu. W sierpniu 1956 roku zostali odznaczeni zasłużeni bojownicy o polskość naszej gro- 92 Kronika Szkoły Podstawowej w Postolinie - 1945-1959 mady: Anna Radtke dawna kierowniczka przedszkola złotym krzyżem zasługi, Franciszka Budnowska złotym krzyżem zasługi, Agnieszka Rujner kierowniczka agencji pocztowej złotym krzyżem zasługi, Anna Porożyńska złotym krzyżem zasługi, Klara Smolińska srebrnym krzyżem zasługi. W październiku 1956 władzę w Polsce objął Władysław Gomułka. W szkołach na terenie całego kraju a więc i w naszej szkole zostały powrotem zawieszone krzyże i odbywa się nauka religii. Religia jest przedmiotem nadobowiązkowym. Od dnia 1 stycznia 1957 roku zaszły w naszej szkole zmiany. Dotychczasowy kierownik szkoły Florian Wichłacz odszedł z Postolina na stanowisko przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie. Kierowniczką szkoły została mianowana nauczycielka Stanisława Dąbrowska. 20 stycznia 1957 odbyły się wybory do Sejmu PRL. Kolega Florian Wichłacz został posłem na Sejm PRL. W lutym 1958 roku odbyły się wybory do Rad Narodowych. Kolega Wichłacz został członkiem Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. W naszej gromadzie przewodniczącym GRN został Jerzy Smoliński. Mieszkańcy naszej gromady autochtoni wyjeżdżają do NRF. Przyczyną wyjazdu jest sprawa rent. Nauczyciel naszej szkoły Gerard Pawelczak wyjechał do krewnych do NRF na okres jednego miesiąca. W roku szkolnym 1958/1959 przybyła do naszego grona koleżanka Irena Stępień. Wcześniej pracowała jako nauczycielka w Sztumskim Polu. Z nowym rokiem szkolnym szkoła staje się szkołą świecką. Zostały usunięte elementy religijne. Religia odbywa się w szkole jako przedmiot nadobowiązkowy. Rodzice chcący posyłać dzieci na naukę religii muszą złożyć na ręce kierownika szkoły deklarację. Zmiany te przeszły u nas bez zadrażnień miedzy kierownictwem szkoły a ludnością. Przeprowadzono w roku szkolnym remont centralnego ogrzewania, nauka obywała się w trzecim budynku. Do naszej gromady na miejsce wyjeżdżających autochtonów przybywają repatrianci z ZSRR. Pracuję w PGR. Otrzymują tez gospodarstwa. Dzieci łatwo przyswajają sobie język i czynią postępy w nauce. Nasz sklep spółdzielczy jest słabo zaopatrzony w towary. Spółdzielnia zbyt często zamknięta. Zbyt często robi się remanenty w porze kiedy sklep powinien być czynny. Przybyła nam prywatna piekarnia. Do naszej gromady przybywa dwa razy w miesiącu kino wiejskie z Ryjewa. Frekwencja jest dużą. We wrześniu 1958 roku odbyły się wybory uzupełniające do GRN. Na miejsce ustępującego przewodniczącego Smolińskiego wybrano dotychczasowego jego zastępcę obywatela Edwina Pawelczaka, sekretarzem został obywatel Jan Mielniczek. Od 1 września 1958 roku grono powiększyło się. Przybyła nowa nauczycielka Jolanta Dąbrowska. Jest córką kierowniczki szkoły Stanisławy Wichłaczowej. Ukończyła Liceum Ogólnokształcące i obecnie uzupełnia przedmioty pedagogiczne w komisji rejonowej w Tczewie. W tym roku przypada 400 lecie Poczty Polskiej. W związku z tym nasza kierowniczka agencji pocztowej Agnieszka Rujner została odznaczona odznaką „400 lat Poczty Polskiej . Zmarli zasłużeni Polacy autochtoni Antoni Porożyński woźny szkoły polskiej za czasów niemieckich oraz Julianna Zblewska. Bogumił Wiśniewski 93 Bogumił Wiśniewski CIENIE PRZESZŁOŚCI Przystępując do napisania tekstu zdawałem sobie sprawę, że temat, który będę poruszał może wywołać wśród czytających wiele emocji. Mimo wszystko, postanowiłem nie sugerować się opiniami negatywnymi moich współdomowników, szczególnie żony Agaty. Zdaję się na ocenę czytelników - kwartalnika „Prowincja”, niech sami ocenią mój artykuł. Uważam, że temat jaki wybrałem do napisania pracy jest jak każdy inny. Prostytucja to zjawisko powszechne i wszechobecne każdym w czasie. Artykuł jest o trudnych wyborach ludzkich, o ciężkich czasach, które razem z biedą - stawiały wspólną kropkę nad „i” pomiędzy kobietą i mężczyzną. Wiadomo przecież, iż od świętości do upadku jest bardzo blisko. Uwypuklam, zachowania między ludzkie - jakie w tamtym okresie obowiązywały oraz przedstawiam relacje zachodzące pomiędzy jednostką, społeczeństwem a państwem. NiDWlBEANSKT" nie&ńeta, 10 lipce 1927 ł Nr. 15 Z teki karykatur „Gońca Nadwiślańskiego". (Cag dajizy następu. Kobiety lekkich obyczajów nie zawsze i nie wszędzie były mile widziane, Goniec Nadwiślański, 1927, R. 3, nr 15 Kobieta trudniąca się nierządem w owym czasie, nie miała lekkiego życia, ponieważ panowała podwójna moralność. Korzystający z jej usług klient, jednocześnie był oburzony niemoralnym prowadzeniem się tejże kobiety. W okresie międzywojennym, kobieta ad hoc nie mogła się stać prostytutką i od razu pobierać od klienta pieniędzy za swoje usługi. Nad profesją ciążyło prawo. Regulowało ono uprawianie nierządu, a oprócz tego były wyznaczone rewiry oraz konkurencja. Początkująca prostytutka musiała pamiętać, że złamanie obowiązującego prawa w tym zakresie, wiąże się z utratą legalnego zarobkowania w zawodzie. Przyjmuje się, że na tym rynku funkcjonowały prostytutki działające w ukryciu i jawne. Te ostatnie były w mniejszości ponieważ, musiały się dostosować do litery prawna, które było restrykcyjne. Kobiety bezwzględnie musiały przestrzegać zakazów i nakazów, 94 Cienie przeszłości dzięki temu zawód wykonywany - stawał się legalny, prostytutka uzyskiwała przez to „koncesję” na prowadzenie swojej działalności gospodarczej1. Kobiety natomiast działające na rynku nielegalnie, a złapane przez policję na tym procederze, musiały się liczyć ze srogimi karami, włącznie z karą pozbawienia wolności. Przyjmuje się w literaturze, że jedynie jedna trzecia kobiet działała legalnie, reszta prostytutek pracowała „na czarno”. Ktoś mógłby w tym miejscu zapytać się, dlaczego kobiety - w tamtym czasie parały się tym zajęciem? Kazimierz Raczyński w książce pt. „Kobieta niewolnicą XX wieku”, wymienia wiele powodów2. Na wybór takiej drogi, składało się wiele czynników, chociażby brak środków do życia, patologiczna bieda, złe wychowanie dziecka, oraz chęć szybkiego zysku. W książce można przeczytać także, że niejednokrotnie młode dziewczyny trudniły się prostytucją pod przymusem, kobiety były podstępnie uprowadzane ze swoich środowisk, gdzie później groźbami i biciem doprowadzane były do prostytucji. W rozporządzeniu policyjnym wydanym w Kwidzynie, znalazł się regulamin z dnia 15 kwietnia 1908 r., podpisanym przez Prezydenta rejencji, w celu jak piszą -[...] bezpieczeństwa zdrowia, zachowania publicznego porządku i przyzwoitości^...]. W regulaminie znalazły się prawa i obowiązki kobiet lekkich obyczajów, obowiązujące na naszym terenie i nie tylko3. Na wstępie proszę mi wybaczyć, że zamieszczane cytaty z różnych źródeł będą ocierały się o brak smaku. Ale inaczej być nie może - przecież to somo życie, które niosło określone postawy, łamiąc już wtedy przyjęte konwenanse. Zajarzmy więc do regulaminu, na co musiała zwracać uwagę legalnie pracująca prostytutka, aby ówczesna władza była z niej zadowolona. W dalszej części artykułu przeniesiemy się w rejony nielegalnych domów schadzek, które powstawały jak grzyby po deszczu w przedwojennej Polsce. Aby rozpocząć zawód prostytutki w danym mieście, kobieta musiała stawić się osobiście z trzema fotografiami na policję. Jedna fotografia lądowała do książeczki rewizyjnej, a dwie były przeznaczone do akt personalnych. W czasie wizyty na posterunku, petentka otrzymywała szczegółowe pouczenia, że nie wolno było książeczki w żaden sposób zniszczyć, poprzez usuwanie zdjęcia, dopisania innych danych czy wycierania zawartych w niej zapisów. Miała 24 godziny, aby donieść w biurze wydziału dla spraw obyczajowych policji o zagubieniu lub częściowym zniszczeniu dokumentu4. Książeczka była szalenie potrzebna dla kobiety, ponieważ za każdym razem była zobligowana na żądanie pokazać ją policji lub mężczyźnie, z którym zamierzała mieć stosunek. Każdego tygodnia - w poniedziałek i w czwartek o godz. 8 przed południem musiała się stawić do biura policyjnego wydziału obyczajowego w celu zbadania stanu zdrowia przez miejscowego lekarza policyjnego. Aby ważne było badanie stanu zdrowia „pacjent- 1 Rozporządzenia Policyjne ważne na obszarze Województwa Pomorskiego od roku 1843 - 1927, wyd. 1927, czcionkami drukarni Ilustrow. Kuriera Pomorskiego, K. Kmiecikowski w Starogardzie. 2 K. Raczyński Kobieta niewolnicą XX wieku, nakładem i czcionkami drukarni mieszczańskiej sp. Aka., Poznań 1933. 3 Poz. 59. Przepisy policyjne dotyczące zachowania się kobiet podlegających kontroli obyczajowej [w:] Rozporządzenia Policyjne ważne na obszarze Województwa Pomorskiego od roku 1843 - 1927, wyd. 1927, s 136. 4 Tamże, s. 136. Bogumił Wiśniewski 95 ki” i odnotowane w książeczce, kobieta musiała być trzeźwa, umyta na całym ciele oraz nie pomalowana i przypudrowana. Przy wykryciu choroby u pacjentki, lekarz bezzwłocznie informował policję, że dana delikwentka zachorowała podając na co. W wyznaczonych dniach na korytarzach policji, musiało być bardzo tłocznie, skoro zakazano przed gabinetem lekarskim kłótni, śpiewów, palenia i picia alkoholu jak również ordynarnych uwag do białego personelu. Zważając na profesję, kobieta z książeczką nie mogła wchodzić do budynku policyjnego głównymi drzwiami. Zmuszona była wejść na badanie, tylnymi drzwiami - od podwórza. Po stwierdzeniu choroby płciowej kobieta była kierowana do lazaretu w celu wyleczenia przypadłości. Sama nie mogła opuszczać szpitala, chyba, że za pozwoleniem lekarza i policji. Jeżeli kobieta przeszła pozytywnie badania dopiero wtedy mogła podjąć legalną pracę w danym mieście. Wcale nie chodzi tu o przysłowiową ulice, ponieważ każda z pań zainteresowana prostytucją, musiała mieć swój lokal. Natomiast, gdy straciła mieszkanie, musiała w przeciągu 24 godzin, postarać się o inny lokal. O zamianie adresu zmuszona była poinformować również odpowiednie władze. Dozwolone było, aby w mieszaniu przebywała tylko jedna prostytutka, natomiast przepisy nie zabraniały działalności w tym samym budynku drugiej prostytutce. Aby nie zgorszyć maluczkich, ustawodawca wprowadził restrykcyjne przepisy, między innymi - okna mieszkania prostytutki, tak za dnia jak i w nocy, musiały być szczelnie zasłonięte, aby z zewnątrz - nikt z ciekawskich podglądaczy - nie mógł zajrzeć do wnętrza mieszkania. Za wywołane burd, policja mogła taką niesforną delikwentkę, usunąć z mieszkania, co wiązało się dla niej z czasowym ograniczeniem zarobków5. Zobowiązano również kobietę, aby kontrolującemu urzędnikowi policyjnemu [...] każdego czasu tak we dnie jak i w nocy na pierwsze zawezwanie natychmiast otworzyła drzwi swego mieszkania, albo wejście do niego umożliwiła [...]. Jednocześnie musiała obowiązkowo posiadać przy kontroli [...] irygator oraz środki dezynfekcyjne i po spółkowaniu mężczyźnie takowe do użytku stawić. Kobieta lekkich obyczajów, nie miała łatwego życia prywatno-publicznego. W mieście w którym działała, nie dość że była rozpoznawalna, to jeszcze miała wiele ograniczeń. Chociażby w teatrze, prostytutka nie mogła zajmować miejsc w lożach oraz w pierwszych rzędach widowisk cyrkowych [...] nie wolno jej było zwiedzać muzeów i bibliotek publicznych jakichkolwiek wystaw i lokali publicznych, w których pobyt osobom podlegającym kontroli policji obyczajowej jest zakazany [...]. Obowiązywał prostytutkę również zakaz zbliżania na odległość 100 metrów m.in. do odwachów wojskowych, koszar, kościołów, szkół, wyższych uczelni, placówek przeznaczonych dla dzieci i młodzieży szkolnej na zabawy, gmachów państwowych i publicznych. Katalog zakazów na tym się nie kończył, wspomnę tylko jeszcze kilka [...] surowo wzbronione jest interesownym w lokalach publicznych, na ulicach i placach, w ogóle na miejscach publicznych podpadająca dawać się poznać przez palenie, śpiew, stukanie, skinięcia, kaszlenie, sykanie, krzyk, przechadzanie się tam i z powrotem, jeździć konno, powozem lub s Tamże, s. 139. 6 Tamże, s. 142. 96 Cienie przeszłości saniami, nie wolno trzymać i prowadzić z sobą psów. Zabraniano również [...] pojawiania się na ulicach, placach, w lokalach publicznych w towarzystwie przyjaciół-kuplerów, (tzw.”ludwików", „alfonsów") albo z osobami o kuplerstwo podejrzanymi, dalej z kobietami uprawiającymi nierząd lub odwiedzać ich mieszkania bądź miejsca pobytu [...J7. Zazwyczaj miejsca uciech były ulokowane poza miastem, na ich obrzeżach. W Kwidzynie np. miejscem takich uciech, były przede wszystkim: nie istniejąca już ulica Rosengasse (Różana) oraz część ulicy Rumpelgasse (Drzymały). Ciężkie było życie prostytutki. Skazana była na samotność, poniżanie oraz pogardę. Samotność w tej profesji rodziła agresję, a także inne postawy. Wiadomo nie od dziś, że prawo, prawem, ale jakoś trzeba było żyć - w tym zakłamanym przez ludzi świecie. Aby zwiększyć swoje dochody, samotne prostytutki, łączyły się - tworząc nielegalne domy schadzek. W nich, nie pa- v zerem * I SPRAWA P1EKUCHIEGO. Konflikt z prawem był często nieunikniony, Tajny Detektyw - ilustrowany tygodnik kryminalno-są-dowy R.2,1932 nr 35. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych trząc na wiek, deprawowały młodych chłopców ze szkół - łamiąc przy tym oczywiście prawo. Złapane na zakazanym procederze, były skazywane na kary za nieobyczajność do sześciu tygodni aresztu lub dwóch lat „domu roboczego”. Karami się nie przejmowały. [...] We wrześniu 1928 r. na policje wpłynęło doniesienie o nagannym zachowaniu się trzech prostytutek mieszkających w domu na ulicy Małe Garbary w Toruniu, położonym naprzeciwko Gimnazjum Państwowego. Kobiety wedle meldunku miały całymi dniami „na wpół obnażone" nawoływać niepełnoletnich uczniów, a w nocy urządzać spędzające sen z oczu lokatorów budynku awantury i „orgje" [...]8. Młodych klientów nie odstraszały nawet choroby weneryczne. [...] Normy narzucane przez reglamentację policyjną mogły zatem jedynie w ograniczony sposób ustrzec przed niebezpiecznymi spotkaniami i rozprzestrzenianiem się chorób płciowych. W 1910 r. zachodniopruskie prowincjonalne władze szkolne z dużym niepokojem śledziły zachorowania na rzeżączkę wśród młodzieży gimnazjalnej oraz słuchaczy seminarium nauczycielskiego w Toruniu, będące wynikiem kontaktów młodych mężczyzn z kelnerkami z toruńskich lokali gastronomicznych (eufemizm ten stosowano w dokumentach oficjalnych w odniesieniu do prosty tutek)[...]9. Prostytutki nie przejmowały się sankcjami karami. Przedkładały zyski nad zdrowy rozsądek. Szybko żyły i zarabiały. Zarażając przy tym swoich klientów chorobami wenerycznymi. 7 Poz. 59. Przepisy policyjne dotyczące ... [w:] Rozporządzenia Policyjne... .,dz. cyt., s. 139-141. 8 T. Krzemiński, Prostytucja w międzywojennym Toruniu, w. Rocznik Toruński, T 40 2013, s. 72. 9 Tamże, s.63. Bogumił Wiśniewski 97 Zdarzało się dość często, że kobiety były szantażowane i przymuszane do nierządu. O takich nieobyczajnych zachowaniach, donosiła międzywojenna prasa. Ówczesna policja obyczajowa, nie nadążała w likwidowaniu procederu. Była to przysłowiowa walka z wiatrakami. Na miejsce starych, powstawały nowe domy schadzek. Gazety prześcigały się w podawaniu informacji o wykryciu nowych domów uciech. W artykule: Tajemniczy „Salon masażu ręcznego i elektrycznego’’10 dziennikarz opisuje skandal, który wybuchł w sferach towarzyskich stolicy. W zdekonspirowanym domu schadzek, przy ul. Wilczej w pobliżu ul. Mokotowskiej, pracowały jako prostytutki, kobiety szantażowane, [...] pozyskiwanie ofiar odbywało się najpierw drogą oferowania poważnej pożyczki i w momencie, kiedy dłużniczka nie była w stanie zwrócić długu, stawiano przed nią alternatywę: skandal lub udział w domu schadzek [...]. Zazwyczaj kobiety szantażowane, zgadzały się na odrobienie zaciągniętego długu u lichwiarza. W burdelu [...] klientowi pokazywano album masażystek w nader swobodnych pozach. Były to przeważnie kobiety z towarzystwa. W całą aferę zamieszanych jest wiele osób, znanych w kołach elity towarzyskiej warszawskiej [...]n. Nie zawsze kobiety wywodziły się z tzw. marginesu społecznego, czy ze średnich sfer. Oddawały się temu zajęciu również i arystokratki, które ponoć bezinteresownie udostępniały swoje wdzięki klientom z wyższych sfer, oczywiście nie nazywano ich prostytutkami. Już tytuł artykułu: Arystokratyczny Dom Schadzek, sugeruje o jaką grupę społeczną chodzi. Depesza prasowa jest krótka, więc zacytuje ją w całości. [...] Policja warszawska odkryła przy ulicy Nowogrodzkiej tajny dom schadzek, urządzony w wielkim luksusem. W domu tym można także było nabyć opium i kokainę. Parki przechwycone w owym domu, należą do wysokiej arystokracji w Warszawie, a dom ten prowadzi wdowa po znanym arystokracie warszawskim.[...]12. Policja, tropiła domy schadzek. Pozyskiwała od informatorów nowe adresy, ale rezultaty ich pracy, były krótko mówiąc: marne. Kto by pomyślał, że pod okiem stróżów prawa, w budynku rządowym, otworzony został burdel. Ludowe przysłowie mówi, pod latarnią bywa najciemniej. Ten akurat przypadek, potwierdza trafność powyższego przysłowia. Okazało się bowiem, że w domu na rogu ul. Długiej i Nalewek, który pozostawał pod nadzorem państwowym Ministerstwa Robót Publicznych, coś się niewłaściwego działo, donos informował, iż istniał: [...] podejrzany hotelik, wynajmujący pokoje na godziny i dom schadzekf...] Postanowiono informację sprawić. W tym celu udał się w to miejsce, dziennikarz z redakcji „ABC”. [...] I cóż się okazało? Oto rzeczywiście we wspomnianym domu na 4 piętrze znajduje się hotel niejakiego p. Solnika. W hotelu tym mieści się zakonspirowany dom schadzek, w którym za 8 zł. można dostać pokój na „godzin”. Co na to władze, co p. minister Oraczewski [..J13. Pytał się zatroskany dziennikarz o stan państwa. Jednym słowem, kwitły burdele przy burdelu. 10 Nowy Kurier, 1928, R. 39, nr 202, s. 2. 11 Tamże, s. 2. 12 Nowy Kurier, 1928, R. 39, nr 97, s. 4. 13 Gazeta Bydgoska, 1927, R. VI, nr 251, s. 5. 98 Cienie przeszłości Pomysłowość i fantazja sutenerów, w otwieraniu nowych przybytków rozkoszy, nie miało granic. Jak donosi „Gazeta Bydgoska”, dom schadzek został namierzony w ruinach starego zamku. [...] W malowniczo położonych ruinach starożytnego zamku w Przemyślu od szeregu lat istniała mleczarnia, będącą własnością magistratu, a dzierżawiona przez niejaka Stefanję Jasnogórską. Mleczarnia była brudna, źle zaopatrzona. Mimo to gości tam przychodziło dużo, a nawet dzierżawczyni przyjęła dwie bufetowe, młode i ładne dziewczyny. O młeczarni w starożytnej baszcie zaczęły krążyć po Przemyślu legendy. Pewnego dnia policja przeprowadziła rewizję. W chwili, gdy do mleczarni weszli policjanci, ukazała im się drobna garbata postać Jasnogórskiej, która oświadczyła, że nikogo więcej niema w lokalu. Jednagże policja znalazła w komodzie rozebraną niemał do naga bufetową, a w dużej beczce od piwa również roznegliżowanego gościa.[...f4. Myliłby się ktoś, gdyby uznał - że wyłącznie kobiety prostytuowały się w owym czasie. Otóż - za naszą miedzą, w pobliskim Grudziądzu, młody mężczyzna założył dom publiczny dla panów, grając tam główną rolę. Gazeta Gdańska donosi [...] coraz nowe formy orgij płciowych, coraz nowe gniazda zgnilizny moralnej - ukazują się oczom zdumionego społeczeństwa Tu dziennikarz gazety ujawnia, że Alfons Lipowski mając zaledwie 17 lat, uprawiał nierząd z mężczyznami. Z tego procederu uzyskiwał pokaźne zyski, a nie dość hojnych klientów terroryzował, wymuszając na nich znaczniejsze kwoty groźbą ujawnienia skandalu. Jak się sam Alfons przyznał nauczył się tego procederu w Gdańsku na Hansaplatz. Po przyjeździe do Grudziądza [...] rozpoczął proceder na własna rękę, wciągając innych chłopców do tej „pracy". Znajdował ich w ustępach publicznych, szczególnie przy placu 23 Stycznia, gdzie ich werbował, a następnie zaprowadzał do znanych mu domów schadzek U16. Jak do tej pory nie ma złotego środka w opanowaniu zjawisko nielegalnej prostytucji. Są już nawet kraje w Europie, które legalizują i zarabiają na tej profesji. Jak świat światem, była i pewnie będzie. Ponoć, prostytucja jest uznawana za najstarszy zawód świata. Ile w tym prawdy, nie wiem. Ale wiem na pewno, że nawet w dobie chorób nieuleczalnych, takich jak chociażby: zespół nabytego niedoboru (rzadziej upośledzenia) odporności, AIDS (ang. Acąuired Im-munodeficiency Syndromej, liczba mężczyzn korzystających z prostytutek wcale nie maleje. Co to oznacza? Prostytucja ma się dobrze i że zakończenie tego procederu nie nastąpi tak szybko, jak niektórzy sądzą. Materiały do napisania artykułu czerpałem z Federacji Bibliotek Cyfrowych. 14 Gazeta Bydgoska, 1927, R. 10, nr 209, s. 6. 15 Gazeta Gdańska, 1934, R.XLIV, nr 35, s. 8. 16 Tamże, s. 8. Marek Dziedzic 99 Marek Dziedzic AMERYKAŃSKIE BOMBOWCE NAD MALBORKIEM W czasie drugiej wojny światowej nad Malborkiem dwa razy pojawiły się amerykańskie bombowce. Ich celem były Zakłady Lotnicze Focke-Wulf w Królewie Malborskim. Wojna powietrzna przeciw Niemcom po raz pierwszy dotarła na tereny Prus Wschodnich, leżące na wschód od Wisły i Nogatu 9 października 1943 roku. Był to rajd operującej z Anglii 8. Amerykańskiej Floty Powietrznej, która w sile 96 czteromotorowych samolotów, wśród nich tzw. latające fortece, zbombardowała leżący kilka kilometrów na wschód od Malborka Zakład nr 6 bremeńskich Zakładów Budowy Samolotów Focke-Wulf. Tu produkowano bardzo ważne dla Niemiec, użyte w wojnie powietrznej przeciw aliantom zachodnim i sowietom, myśliwce FW 190 montowane, oblatywane i gotowe do walki. Zakład Budowy Samolotów założony został w Bremie w 1923 roku, W początkowej fazie wojny przeniesiony został ze swoją produkcją do Malborka/Królewa. Zbudowano go na terenach należących do miasta. We wrześniu 1939 stąd startowały myśliwce Do 17 (Dornier) atakujące Polskę. Tu, na zamówienie Luftwaffe, montowano na licencji dwu-motorowe myśliwce Me 110 (Messerschmitt). Na przełomie lat 1940/41 nastąpiła zmia- Amerykański bombowiecBoenigB-15,fot. wikipedia.pl 100 Amerykańskie bombowce nad Malborkiem na i przystąpiono do montowania własnego produktu - myśliwca FW 190, który nazwano Marienburg. Fachowców sprowadzono z Bremy. To, że zakład zlokalizowano w Królewie, a nie w Malborku wynikało ze względów historycznych. Po utworzeniu tzw. polskiego korytarza po 1920 r. z inicjatywy magistratu udało się utworzyć własne lotnisko dla niemieckich samolotów pocztowych, które stąd mogły startować dalej do Wolnego Miasta Gdańska. Stąd istniała też możliwość dalszego lotu do Prus Wschodnich. W tym czasie rozkwitał sport szybowcowy w dzielnicy Wielbark pod kierownictwem mistrza świata Ferdynanda Schulza. Pas startowy do lądowania i startu w pobliżu Nogatu i Parku Miejskiego wystarczał tylko dla małych maszyn, ale nie większych np. typu Ju 52 (Junkers). Magistrat znalazł po 1930 w odległości 6 km na południowy-wschód, w obrębie Królewa odpowiednio dużą powierzchnię, która po rozpoczęciu wojny w 1939 przejęta została przez Luftwaffe. 9 października 1943 mieszkańcy Malborka i jego okolicach, a także w północnej części powiatu sztumskiego zostali zaskoczeni alarmem. Reinhold Thiel w książce „Focke--Wulf Flugzeugbau” (Bremen 2010), tak opisuje to zdarzenie: Dnia 9. października 1943 dziewięćdziesiąt sześć maszyn 8. Amerykańskiej Floty Powietrznej lecąc nad Szlezwikiem Holsztynem, Danią i Bałtykiem, przy dobrej widoczności, w 5 falach, z 570 bombami kruszącymi.... i 1444 zapalającymi, całkowicie i niespodziewanie zbombardowało zamiejscowy Zakład nr 6 Marienburg/Koenigsdorf gdzie do tej pory nie odnotowano żadnego nalotu i do ochrony nie przygotowano żadnej ciężkiej artylerii. Alarm lotniczy został najpierw wyłączony, kiedy atakująca wroga formacja z otwartymi lukami bombowymi szykowała się do ataku. Myśliwiec niemiecki FW19O,fot. wikipedia.pl Marek Dziedzic 101 Ponieważ cała załoga zakładu była w pracy, straty w łudziach były odpowiednio duże: 114 zabitych i 76 rannych. Szok wskutek tego ataku tkwił w łudziach głęboko. Następnego dnia z 669 niemieckich pracowników przyszło do pracy tylko 100. Minął tydzień, zanim cała załoga zameldowała się w pracy. Szkody na stanowiskach pracy były znaczne i bardzo cofnęły wyniki produkcji FW 190. Zniszczone zostały budynki 2, 3, 4, 5 i 8 a także 20 gotowych samolotów, 20 zostało uszkodzonych. Duża część elektrowni była wypalona... Dowództwo 8. Floty Powietrznej, która w czasie bombardowania straciła tylko 2 maszyny, było pod wrażeniem jego wysokiej skuteczności... Przede wszystkim nalot na Zakład nr 6 w Królewie dotknął jego pracowników, spowodował śmierć i zniszczenia. Wyszło na jaw, że zabrakło odpowiedniej ochrony. Wielu wzburzonych mieszkańców miasta i okolic dowiedziało się o katastrofie, bo do malbor-skiego szpitala przetransportowano wielu rannych, a nad zakładem widać było potężną chmurę dymu. Precyzji nawigacji bombowców żyjący tam mieszkańcy zawdzięczają, że powstały tylko nieznaczne szkody. Nie odnotowano również ofiar wśród ludności cywilnej. Rezolutna szefowa pewnego gospodarstwa rolnego w Krasnołęce poleciła załadować na furmankę wiązki słomy i wysłała ją do transportu rannych w miejsce katastrofy. Źródła drukowane przemilczały bombardowanie, w ówczesnych warunkach takie informacje nie mogły być publikowane. Podchodziły ono pod kategorię „ataku terrorystycznego”. Wkrótce rządząca partia (NSDAP) zorganizowała uroczystość pogrzebową, która odbyła się z trumnami ustawionymi przed nowym ratuszem. Na różne miejscowości leżące na wschód i północny wschód od zakładu w Królewie - Krasnołękę, Klecewo, Stare Pole i Kaczynos spadły amerykańskie bomby z płynem zapalającym. Te „bomby kanistrowe” eksplodowały przy uderzeniu o ziemię, ładunek wybuchowy rozrywał metalową obudowę, która częściowo płonęła, a po ziemi rozprzestrzeniał się ogień. W Krasnołęce na pastwisku padło wtedy kilka źrebiąt. W Królewie wybuchły one w pobliżu szkoły i przedszkola. W związku z porą obiadową, podczas której dzieci udały się do domów, powstała dramatyczna sytuacja, bo jak to określano „zapaliło się boisko”. Matki, które chciały ocalić swoje dzieci i uczniowie uciekali w panicznym strachu o swoje życie, wspierani przez nauczycielki, które próbowały wskazać drogi ucieczki. Bomby nie uszkodziły pobliskiej szosy leżącej równolegle do linii kolejowej. Pięciokrotnie wybuchło 100 bomb i 200 bomb zapalających, za każdym razem powodujące ogromne fale uderzeniowe i piekielne wstrząsy, które spowodowały trzęsienie szczególnie odczuwane przez mieszkańców. Do tego dochodziło poczucie bezsilności. Po raz drugi Amerykanie przylecieli pół roku później, 9 kwietnia 1944 roku. W niedzielę wielkanocną niebo było słoneczne i przejrzyste. Eskadra przyleciała z północy, w pięciu kluczach, każdy po 20 czteromotorowych maszyn zgrupowanych na różnych wysokościach. Z relacji R. Thiela wynika, że nalot na zakład wykonało 98 bombowców, które przywiozły 698 bomb kruszących i 1201 zapalających. Nieuszkodzone podczas pierwszego 102 Amerykańskie bombowce nad Malborkiem nalotu hale produkcyjne zostały całkowicie zniszczone, więc produkcja zupełnie zamarła: Żeby uzyskać ten cel, została zwiększona liczba bomb. Ciężkie wstrząsy spowodowały zwiększone fale uderzeniowe. Od początku drugiego nalotu nastąpiły w jego przebiegu istotne różnice odczuwane przez każdego świadka „na ziemi". Ludzie znikali szybko z ulic, pól i ogrodów. Niestali tak jak 9X1943 przyrośnięci do ziemi lecz szukali ukrycia i ochrony. Ciężka artyleria raz za razem strzelała. Z bombowców zaczęły opadać paski staniolu, które zakłócały funkcjonowanie przyrządów pomiarowych artylerii. Okazało się, że wcześniej aliancki zwiad lotniczy ustalił położenie stanowisk artylerii. Jednocześnie bombowce zrzucały ulotki propagandowe z portretem Goebbelsa i jego prowokacyjnym pytaniem: „Czy chcecie wojny totalnej?”, przez co nalot uzyskał dodatkowy polityczny wydźwięk. Dla niemieckiej artylerii bombowce były nieosiągalne, bo samoloty leciały na nieosiągalnym przez nią pułapie. W locie powrotnym po zrzuceniu bomb eskadra udała się na północ w kierunku Zatoki Gdańskiej. Nie jest wiadome, czy atakującej formacji 8. Floty Powietrznej towarzyszyła ochrona składająca się z myśliwców Mustang. Reinholdowi Thielowi zawdzięczamy także wiedzę o pewnym źródle, które rzuca światło na stan niedostatecznej troski o ochronę pracowników. Wynika z niego, że główną przyczyną problemów obrony przeciwlotniczej był fakt przeniesienia produkcji z Bre-men do Królewa. Otóż na trzy tygodnie przed nalotem, 18 września 1943 roku, pracownik zakładów w Królewie, niejaki Fangrey próbował doprowadzić do pewnych rozwiązań budowlanych, które zapobiegłyby katastrofie. Chodziło o budowę schronów przeciwlotniczych dla pracowników zakładu. Wysłał list protestacyjny do Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy, który pozostał bez echa. Tekst został opracowany na podstawie wspomnień byłych mieszkańców powiatu małbor-skiego. Autorami wspomnień są Helmut Freiwald (ur. w 1926 r. w Królewie) oraz Axel Zim-mermann (ur. 1931 r. w Malborku). Wspomnienia zostały zamieszczone w roczniku „West-preussen-Jahrbuch 64". Tomasz Gliniecki 103 Tomasz Gliniecki STALINIZM PO POLSKU, CZYLI WYROK W SPRAWIE ELBLĄSKIEJ 22 lutego 1952 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku wydaje wyrok w sprawie o znaku akt Sr M/Sl. Każdy z siedzących na ławie oskarżonych jest, co prawda, cywilem, ale sąd jest wojskowy, bo prokuratorskie zarzuty mówią o wydarzeniach wagi państwowej - sabotażu i szpiegostwie na rzecz wroga. A czasy są takie, że mające być dziś ogłoszonymi kary, mogą człowieka pozbawić życia. Nieważne, że nic nie zrobił, skoro Urząd Bezpieczeczeństwa Publicznego, swoimi metodami śledczymi, bezspornie tę winę wykazał. Rzecz dzieje się w czasie kulminacji polskiego stalinizmu. Przez kilka ostatnich lat padło już, tuż powojenne wyobrażenie o Polsce niepodległej i demokratycznej, z wolnością słowa i przekonań jej obywateli. Związek Sowiecki, bolszewickie mocarstwo, które siłą zajęło pół Sędzia wojskowy Mieczysław Widaj, fot. archiwum Europy, korzystając z okazji zwycięskiego starcia z innym totalitaryzmem - hitlerowskimi Niemcami - także i w Polsce wprowadza od tego czasu rządy wasalne, absolotnie sobie podporządkowane. Większość Polaków, złamana wojenną hekatombą i oczekująca spokoju za każdą wręcz cenę - poddaje się nowym porządkom. Dla myślących, czujących i działających inaczej oznacza to terror i strach, nierzadko śmierć. Strażnikami reżimu, będącego wcielaniem w życie komunistycznych wizji nowej koncepcji świata według wodza Stalina, są stacjonujące w - przepchniętej w swoich granicach ze wschodu na zachód Polsce - wojska sowieckie i podległe bolszewikom instytucje polskich komunistów: rządząca partia, wojsko i służby specjalne. Wszelkie odchylenia od ich wskazań są tępione do tego stopnia, że do więzień idą ludzie za nieprawomyślne dowcipy, czy choćby tylko narzekanie na nowy ustrój. Kiedy żadnych dowodów winy nie ma, a niewygodnych ludzi ukarać trzeba, sprawy są fingowane, a nawet prowokowane przez bezpiekę. Tak łamie się wciąż odważną młodzież, księży katolickich, przedwojennych działaczy społecznych, przybyłych z zachodu żołnierzy i reemigrantów. Taka jest rzeczywistość powojennej Polski, w której zastraszona większość milczy, a opozycję, także tą zbrojną, wygnieciono już jak robactwo i wrzucono do bezimiennych dołów niepamięci. Złagodzenia kursu być nie może, bo narzucona władza, by się utrzymać u steru, musi stosować wobec swych wrogów surowo karzącą rękę sprawiedliwości. Jeśli trzeba, ofiarami mogą być także i sami 104 Stalinizm po polsku, czyli wyrok w Sprawie Elbląskiej komuniści, bo przecież szpieg może się zakraść i do własnych szeregów. Właśnie trafiliśmy na salę sądową. Poznajmy okruch tej rzeczywistości, który historia określiła nazwą Sprawy Elbląskiej. Choć władza sądzi dziewięciu mężczyzn, nadużywając imienia Rzeczypospolitej Polskiej, to drobiazg w świecie kompletnego absurdu, gdyż przydomek „ludowej” będzie nadany niebawem całej Polsce. Wydarzy się to za kilka miesięcy, wraz z nową konstytucją, według której ustrój państwa ma zostać zbudowany na doświadczeniach Związku Sowieckiego. Spójrzmy więc na rzecz tak, jak ją mieli znać Polacy tamtych czasów - jakby sąd odkrywał przed nami prawdę. Po przeprowadzeniu rozprawy w czterech poprzednich dniach, od 18 do 21 lutego, Wojskowy Sąd Rejonowy zbiera się do podsumowania Sr 47/52. Orzekają w tej sprawie, w trzyosobowym składzie: przewodniczący sądu, podpułkownik Mieczysław Widaj, sędzia wojskowy, porucznik Edwin Kęsik oraz kapitan Józef Narbut z Jednostki Wojskowej 1851. Oskarża prokurator, major Henryk Ligięza, szef VII sekcji śledczej Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Przewodniczący rozprawie sędzia wprowadza zgromadzonych w atmosferę zagrożenia wobec nowo budowanego, socjalistycznego świata. Jego zdaniem, naród polski po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej wstąpił na drogę postępu, na drogę rozwoju do socjalizmu, ale realizacja zamierzeń gospodarczych, gwarantujących ten postęp, jest dla obozu światowej reakcji solą w oku. A przecież wyrazem pomyślnego rozwoju przemysłu polskiego było podejmowanie produkcji w takich dziedzinach, w których dotychczas kraj był całkowicie uzależniony od importu z zagranicy, w tym turbin. Jednak imperialistyczne ośrodki reakcyjne, wśród wielu innych zbrodniczych zadań, postawiły sobie za cel zahamowanie drogi rozwojowej narodu polskiego, prowadzącej do lepszej przyszłości mas pracujących. W tym zorganizowanym działaniu imperialistycznego kapitału, skierowanym przeciwko Polsce Ludowej, przeciwko narodowi polskiemu, poważną rolę odgrywa reakcja francuska. Sędzia przypomina szereg wcześniejszych procesów szpiegowskich, w których oskarżeni byli dyplomaci francuscy, pracujący w Polsce. Takie sprawy toczyły sie już przeciwko Andre Robineau, czy Marie Bassaler. Polskie władze uznają, że pod przykrywką służby dyplomatycznej pracowali oni jako rezydenci wywiadu francuskiego, który - zaprzedany imperialistom amerykańskim - prowadził rozgałęzioną działalność szpiegowską i dywersyjną, prowadzącą do aktów sabotażu. Przeciwko Polsce Ludowej skierowali oni przestępcze i zdegenerowa-ne osoby, rekrutowane spośród reemigrantów polskich, powracających z Francji, a także mieszkających w Polsce obywateli francuskich. Słuchają go, próbując i swój los odnaleźć w tych nienawistnych słowach, czekający na wyrok oskarżeni. *** Mieczysław Widaj to doświadczony już sędzia wojskowego wymiaru sprawiedliwości. Choć w czasie wojny był oficerem Armii Krajowej, tuż po niej całkowicie zmienił zapatrywania i teraz służy komunistom z całą zapalczywością. Zasądził od 1945 r. kilkadziesiąt kar śmierci i wiele wyroków długoletniego więzienia, w tym na dawnych współ- Tomasz Gliniecki 105 towarzyszy podziemnej walki. Orzekł karę śmierci w sprawach legendy oporu zbrojnego przeciw nowej władzy - majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, czy też asa polskiego lotnictwa, pułkownika Stanisława Skalskiego. Nie drży mu ręka przy podpisywaniu wyroków. Teraz pewnie odczytuje zarzuty wobec sabotażystów z Elbląga. Cóż zatem zrobiła ta grupa szpiegowska? O co zostali oskarżeni? Po kolei... Śledztwo wykazało, że Jean Bastard, będąc obywatelem francuskim, w 1948 r. przybył do Polski nielegalnie, jadąc ukryty w wagonie repatriacyjnym. Osiedlił się w Elblągu, gdzie też zamieszkała i pracę znalazła spora grupa Polaków, reemigrantów z Francji. Otrzymał zatrudnienie w Zakładach Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego. Nawiązał także kontakt wywiadowczy z wicekonsulem francuskim w Gdańsku, Rene Bardetem. Tamten nakazał mu zorganizowanie sieci szpiegowskiej. W okresie od października 1948 r. do lipca 1949 r., na terenie Elbląga, Gdańska i Sopotu zbierał osobiście i gromadził przekazane przez podwładnych wiadomości i dokumenty o przemyśle ciężkim, koszarach i lotniskach, stanowiące tajemnicę wojskową i państwową, po czym przekazywał je wicekonsulowi francuskiemu. Na rozprawie sądowej Bastard odmówił złożenia wyjaśnień, lecz wina jego została stwierdzona zgodnie z zeznaniami świadka Józefa Lipińskiego, odczytanymi z akt sprawy karnej tego świadka, złożonymi na rozprawie przeciwko Lipińskiemu zeznaniami Bastarda, a także złożonymi w ostatnich dniach przed obliczem sądu wyjaśnieniami współoskarżonych: Olejniczaka, Jagodzińskiego, Bubulisa i Dawi-dowicza. W ślad za Bastardem, do działalności wywiadowczej w Polsce zostali skierowani inni oskarżeni, np. Bubulis, który po odbyciu we Francji przeszkolenia szpiegowskiego, wydalony został do Polski pod pozorem nielegalnego przechowywania broni. W Elblągu informował Bastarda o ilości wytopu stali w piecu martenowskim, o suwnicy, o wsadzar-ce do złomu i o ilości wagonów kolejowych w Zakładach Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego. W śledztwie podał szczegółowo, w jaki sposób wiadomości te uzyskał. Z kolei Jagodziński otrzymał rozkaz wyjazdu do Polski od działającego na terenie Francji agenta wywiadu, który przekazał mu list polecający oraz tysiąc franków. Bastardowi dostarczył, w czasie od czerwca do lipca 1949 r., dane o swej pracy przy obróbce śrub okrętowych w Elblągu. Inni też się przyznają. Olejniczak poświadczył, że przekazywał Bastardowi dane o ilości złomu na stalowni, o produkcji turbin i śrub okrętowych znajdujących się na hali nr 20, maszynach i ich rodzaju, poza tym podał mu też dokładny stan pracowników fizycznych i umysłowych zakładów. W wykradzeniu planu zakładów, wynosząc je dopomógł Francuzowi, co sam przyznał, Adam Basista. Poza tym, przekazał on Bastardowi dane o produkcji dźwigów, suwnicach, o konstrukcji zakładów, a także podał numery domów, zajmowanych przez wojsko łub zlokalizowanych obok koszar piechoty i koszar czołgistów. Udzielał też wiadomości wcześniej skazanemu, dziś świadkowi Lipińskiemu, podając ilość i nośność dźwigów oraz opowiadając mu o jednej z suwnic. Nie przyznali się do zarzutu szpiegostwa na rzecz wywiadu francuskiego Janasiewicz i Skrzesiński. Sąd odnosi się do publicznie przez nich podnoszonych stwierdzeń o wymu- 106 Stalinizm po polsku, czyli wyrok w Sprawie Elbląskiej szaniu zaznań w śledztwie przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Dość powiedzieć, że w dwuletnim śledztwie łamali godność aresztowanych tacy specjaliści bezpieki, jak Markus Kac, najpierw zastępca, a później naczelnik Wydziału Śledczego WUBP w Gdańsku. Pomocny okazuje się tu Edward Dawidowicz, aresztowany w tej sprawie najdłużej, bo od 17 lipca 1949 r. Widaj przytacza, że Dawidowicz z oburzeniem wykluczył stosowanie niedozwolonych środków w śledztwie. W dodatku, analiza cytowanych oskarżonym zeznań ze śledztwa wykazuje, że podawali oni swobodnie okoliczności oskarżające ich, jak i przemawiające za nimi. Ważne jest dla sądu ponadto, że ich udział w siatce szpiegowskiej został udowodniony zeznaniami świadka Lipińskiego oraz wyjaśnieniami współoskarżonych, przyznających się do winy, a więc Olejniczaka, Jagodzińskiego i Dawidowicza. *** Wicekonsul francuski planował zniszczenie hali w Elblągu już wiosną 1949 r. Sąd ustalił to na podstawie zeznania świadka Józefa Lipińskiego, złożonego na rozprawie. Lipiński podczas wizyty z Bastardem w konsulacie w Gdańsku widział, jak Jean wskazywał Bardetowi na skradzionym uprzednio planie zakładów, że w hali nr 20 ma się w najbliższym czasie rozpocząć produkcja turbin. Dyplomata powiedział, że lepiej by było, by ta hala „nie poszła w ruch”. Na słowa Bastarda, że to nie będzie łatwe, konsul odparł, że można to zrobić poprzez podpalenie i niebawem przekazał polecenie zniszczenia hali. Już w czerwcu Bastard przystąpił do jego zrealizowania. Wywiad francuski nalegał, by Teren elbląskich zakładów mechanicznych w drugiej połowie lat 40. Na wprost widoczna hala numer 20, w stanie przed pożarem w nocy z 16 na 17 lipca 1949 r.,fot. z archiwum rodziny Tomasz Gliniecki 107 akcję wykonać tuż przed polskim świętem wyzwolenia, przypadającym 22 lipca. Do tego trzeba było zebrać grupę odpowiednich ludzi. Najlepiej takich, którzy mieli dostęp do obiektu. Skrzesiński, który pracował w Zakładach Mechanicznych w Elblągu jako strażnik przemysłowy, już od października 1948 r. był informatorem Bastarda. Spomiędzy innych strażników Bastard osobiście i przez Olejniczaka zwerbował dowódcę warty Czyża i strażnika Dawidowicza. I nadszedł ten dzień, a właściwie ta noc, bo hala spłonęła nocą z 16 na 17 lipca 1949 r.. Wiele zastępów straży pożarnej walczyło z ogniem, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że pilnowało, by nie przeniósł się on na kolejne hale potężnych zakładów mechanicznych. Wiele miesięcy śledczy z UBP w Gdańsku, a następnie i z centrali w Warszawie, pracowali nad odtworzeniem tego, co się wówczas wydarzyło. Teraz sąd już wie, że zaczęło się 16 lipca wieczorem, kiedy Bastard przyszedł pod lokal Związku Zawodowego Kolejarzy w Elblągu, gdzie odbywała się zabawa. Tam spotkał się z Janasiewiczem i Jagodzińskim oraz Józefem Lipińskim. Olejniczak, grający wówczas w orkiestrze, został wywołany z zabawy przez Jagodzińskiego, po czym udali się w kierunku hali, spotykając pod drodze, koło poczty, czekającego na nich Basistę. *** Razem weszli na teren zakładu. Około godz. 23.00 Dawidowicz przepuścił wchodzących na halę, długą na ponad 200 metrów. W hali nr 20 Bastard nakazał im rozkładanie materiałów łatwopalnych i wybuchowych oraz rozstawianie dla spotęgowania siły ognia butli tlenowych i acetylenowych, których zawory rozkręcali. Sam zainstalował w dwóch miejscach zegary wybuchowe, po czym zegar mechaniczny nastawił. Drugi zegar, nastawiony na tę samą godzinę wybuchu przez Bastarda, podłączył jako elektryk Bubulis, który również i wtedy przyszedł na krótki czas, gdyż pracował na nocnej zmianie na stalowni. Na hali nr 20 byli w tym czasie strażnicy. Dawidowicz ich wpuścił, a Skrzesiński pomagał w rozsypywaniu proszku łatwopalnego na pierwszym piętrze i rozstawianiu butli tlenowych. Czyż, jako dwódca warty, wtajemniczony w przygotowania do sabotażu, tuż przed godz. 23.00 sprawdził obecność na hali Dawidowicza oraz polecił mu pogasić światła. Zachowanie to było wykonaniem przez niego zobowiązań wobec Bastarda. Na podstawie zeznań Jagodzińskiego i Olejniczaka sąd ustalił też, że w trakcie rozkładania materiałów wybuchowych Czyż schodził wraz ze Skrzesińskim po schodach z pierwszego piętra, gdzie były biura inżyniera Duchnowskiego - kierownika hali. Mieli wtedy zwrócić uwagę Jagodzińskiemu, że są jeszcze paczki z prochem do rozsypywania, co ten niebawem wykonał. Poza tym Jagodziński rozkręcał kurki od butli tlenowych, rozstawionych przez Skrzesińskiego. Bastard kierował całością, kradł też z biura dokumenty. Co do butli tlenowych tłumaczył pozostałym, że ich otwieranie, w którym także uczestniczył, poprzez ulatnianie gazu przyczyni się do spotęgowania ognia. Po tym opuścili halę, a Dawidowicz został o godzinie pierwszej w nocy zastąpiony na warcie. Zmiennikiem był strażnik Gorczyński, za którego służby, co sąd ustalił na podstawie zeznań Franciszka Witkowskiego i tegoż Gorczyńskiego, wybuchł pożar, który zniszczył doszczętnie halę nr 20. 108 Stalinizm po polsku, czyli wyrok w Sprawie Elbląskiej Do oceny skutków i wskazania przyczyn pożaru powołano grupę biegłych. Podpisali wszystko, co świadczyć miało o podpaleniu i użyciu przez sabotażystów materiałów wybuchowych. Inżynier Ryszard Gdulewski uznał, że pożar rozpoczął się w dwu ogniskach i objął szybko całą halę. Szybkość płonięcia hali oraz rodzaj uszkodzeń wywołanych silnym żarem, o jakim by nie było mowy przy zwykłym pożarze, jego zdaniem wykluczyły przypadkowość. Przysłuchując się zeznaniom Olejniczaka, Jagodzińskiego, Bubu-lisa, Dawidowicza oraz Lipińskiego, jak również Gorczyńskiego i Witkowskiego biegły stwierdził, że w wyjaśnieniach nie ma żadnych faktów, które są sprzeczne z tym, co zastał na miejscu wypadku. Przeciwnie, zeznania przyznających się do czynów i winy stanowią logiczne uzupełnienie wyników oględzin miejsca sabotażu. Mimo, że Bastard, Janasiewicz, Basista, Skrzesiński i Czyż nie przyznali się do sabotażu, to wina ich nie ulega najmniejszej wątpliwości. Przecież pozostali, przyznający się do winy oskarżeni, jak i świadek Lipiński, nie mogą mieć żadnego interesu w tym, by siebie, jak też nieprzyznających się do winy, niesłusznie obciążać. Bastardowi, Skrzesińskiemu i Janasiewiczowi przedstawiono protokoły, w tym również akta sprawy przeciwko Lipińskiemu, w toku których przyznawali oni swój oraz innych udział w sabotażu. Bastard, przyznając w sprawie Sr 14/50 dokonanie przez siebie sabotażu w stosunku do hali nr 20 zakładów w Elblągu, odmówił na ten temat bliższych wyjaśnień. Pozostali, po przedstawieniu im własnych zeznań, przyznali fakt ich złożenia, jednakże przytaczali, jakoby w tym czasie byli pod presją fizyczną i moralną śledczych. Takie zachowanie się oskarżonych, jak i w ogóle nie przyznawanie się do winy innych - Czyża i częściowo Basisty - jest zrozumiałe w świetle wyjaśnień przyznających się do winy Olejniczaka i Jagodzińskiego. Według nich, Bastard szczegółowo pouczał członków swojej siatki, jak mają gmatwać śledztwo i nie przyznawać się do winy. Szczególnie w zachowaniu się Bastarda, Janasie-wicza i Skrzesińskiego widoczne jest ścisłe wypełnianie tej instrukcji. *** Przy wymiarze kary za udowodnione oskarżonym przestępstwa sąd miał na uwadze liczne okoliczności obciążające. Najważniejsza uwzględniała, że przedmiotem zamachu padł obiekt bardzo ważny dla gospodarstwa narodowego, a wyrządzone szkody materialne i moralne były znaczne. Co do Skrzesińskiego, Czyża i Dawidowicza okoliczności obciążające stanowiły, że przestępstwa dopuścili się oni pomimo, iż byli obdarzeni zaufaniem jako strażnicy przemysłowi. Zawiedli zaufanie i ze strażników mienia narodowego stali się jego niszczycielami. Oceniając Bastarda sąd pamiętał, że był organizatorem i przywódcą grupy szpiegowsko-dywersyjnej. Janasiewiczowi wypomniano, że w przeszłości służył w Legii Cudzoziemskiej, a zatem brał udział w uciskaniu ludów kolonialnych, gdyż uczestniczył w egzekucjach walczących o wyzwolenie narodowe i społeczne Wietnamczyków, co sam przyznał. Wobec Janasiewicza i Skrzesińskiego, z powodu długiego okresu ich szpiegowskiego działania sąd uznał, że tylko zupełne wyeliminowanie tych oskarżonych ze spoleczeń- Tomasz Gliniecki 109 stwa będzie odpowiednie ich winie i zabezpieczyć zdoła społeczeństwo przed niebezpieczeństwem powtórzenia przez nich działalności przestępczej. Z kolei wobec Czyża, jako dowódcy warty, zarazem jednak wykazującego mniejszą aktywność w grupie, mimo uznania konieczności wyeliminowania go ze społeczeństwa, sąd postanowił odstąpić od zastosowania najwyższego wymiaru kary. Co do reszty oskarżonych, sąd kierował się ich rolą w dokonaniu przestępstw, przyjmując wobec Olejniczaka, Jagodzińskiego, Bubulisa i Dawidowicza jako okoliczność wybitnie łagodzącą, ich szczere przyznanie się do czynów i winy oraz okazaną na rozprawie skruchę, szczególnie po stronie Olejniczaka. Poza tym, jako okoliczności łagodzące wzięto pod uwagę stosunki rodzinne oskarżonych, za wyjątkiem Bastarda i Skrzesińskiego. *** Sąd orzekł, że oskarżeni są winni przestępstwa popełnionego na terenie miasta Elbląga, a przez oskarżonego Bastarda także na terenie Gdańska i Sopotu, że działając na szkodę Państwa Polskiego gromadzili i przekazywali Bastardowi, ten zaś zbierał i przekazywał dalej wicekonsulowi francuskiemu w Gdańsku wiadomości, stanowiące tajemnicę państwową i wojskową, dotyczące produkcji i wyposażenia Zakładów Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego w Elblągu oraz koszar i lotnisk wojskowych. Bastard jako kierownik siatki wywiadowczo-dywersyjnej w czasie od października 1948 do lipca 1949, zaś jako podlegli mu członkowie tej siatki: Janasiewicz, Olejniczak, Bubulis, Basista oraz Skrzesiński w czasie od października 1948 do lipca 1949, Jagodziński w lipcu 1949 r. Wszyscy oskarżeni są winni, że działając we wzajemnym porozumieniu i wspólnie dopuścili się aktu sabotażu przez zniszczenie przy użyciu środków łatwopalnych hali nr 20 Zakładów Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego, stanowiącej zakład użyteczności publicznej. Część oskarżonych jest winna, iż jako obywatele polscy, od działającego w interesie wywiadu francuskiego oskarżonego Bastarda przyjmowali pieniądze lub obietnice korzyści materialnych, a wcześniej od agenta wywiadu we Francji 1 tys. franków, Bubulis - 17 tys. zł, Skrzesiński - 4 tys. zł, Basista - obietnice korzyści materialnych i osobistych, a Czyż i Dawidowicz - tylko materialnych. Wszyscy oskarżeni działali na szkodę Państwa Polskiego. Sąd skazuje Jeana Bastarda na karę śmierci z pozbawieniem praw honorowych na zawsze i z przepadkiem całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Na karę śmierci i utraty praw oraz mienia skazuje też Alojzego Janasiewicza i Andrzeja Skrzesińskiego. Najniższa jest kara dla Józefa Olejniczaka - 11 lat więzienia, z zaliczeniem na jego poczet aresztu tymczasowego od dnia aresztowania i pozbawieniem na 5 lat praw i z przepadkiem całego mienia. Kolejne kary sa dla: Bolesława Jagodzińskiego - na 15 lat więzienia, Bolesława Bubulisa - na 13 lat więzienia, Adama Basisty - na 15 lat więzienia. Stefan Czyż dostaje dożywotnie więzienie, Edward Dawidowicz - 12 lat więzienia z zaliczeniem na jego poczet aresztu tymczasowego od 17 lipca 1949 r. i, jak inni skazani na więzienie, z pozbawieniem na 5 lat praw publicznych i obywatelskich praw honorowych oraz przepadkiem mienia. 110 Stalinizm po polsku, czyli wyrok w Sprawie Elbląskiej *** Kto przeczytał powyższe, musi sobie zadawać pytanie: Co tu jest prawdą? Cóż, niewiele, choć opowieść jest ułożona na podstawie rzeczywistego wyroku. Hala w Elblągu spłonęła, ale przyczyną było zapewne zwarcie instalacji elektrycznej. Prawdą jest natomiast, że ci ludzie zostali zmaltretowani w sfałszowanym śledztwie, po czym skazani za niepopełnione przewiny. Z sali sądowej wrócili do cel. Apelacje odrzucono. Na szczęście jednak, nie wykonano kar śmierci. W 1956 r., po sprawdzeniu i potwierdzeniu nieprawidłowości w śledztwie, w tym wymuszonej opinii biegłych, wypuszczono ich po kilku latach więzienia, ale swąd pożaru przez całe życie ciągnął się za nazwiskami szpiegów i sa-botażystów. Mieli kłopoty z uzyskaniem pracy i nierzadko rozbite życie rodzinne, ciągłe kłopoty ze zdrowiem. By stworzyć pozory zadośćuczynienia, przyznano im jakieś sanatoria i odszkodowania, po czym zapadła kilkudziesięcioletnia cisza. Nawet w wolnej Polsce nie chciano im dać statusu osób represjonowanych za działalność niepodległościową. Kuriozum polegało na tym, że nic nie zrobili. Sądzono ich i więziono bez powodu, więc państwo nie wiedziało jak potraktować tych, którzy na rzecz wolności uczynili tyle, że stali się symbolem okrutności i zezwierzęcenia poprzedniego systemu, przypisującego zbrodnie niewinnym ludziom. Dopiero walka prawna przyniosła skutek. Poznaliśmy dziewięciu ludzi, którzy byli sądzeni w głównym procesie, ale nie oni jedni byli ofiarami Sprawy Elbląskiej. Procesy wcześniejsze i odpryskowe przynoszą co najmniej kilkanaście kolejnych, niesłusznie skazanych osób, w tym kobiety. To także przypadki samobójstw, popełnionych w celi. To kilkuset zatrzymanych, którzy nigdy nie doczekali procesu i po długim zamknięciu w aresztach zostali wypuszczeni, bez choćby przeprosin, za to ze złamanymi życiorysami. Wreszcie, to setki rodzin z Elbląga i okolic, razem kilka tysięcy ludzi, przybitych i zastraszonych, nie mających sił i odwagi, by przeciwstawiać się władzy, a już na pewno nie wierzących „ludowej” sprawiedliwości. Dywersanci i szpiedzy wywiadu francuskiego winni podpalenia bali w zakładach im. Świerczewskiego w Elblągu skazani na śmierć i długoletnie więzienie fnea Wojskowym Sądem Hejonowytn w Gdańsku «dbyl słą proces członków bandy szpiegowsko - dywersyjnej: Jean BasUrda — obywatela fnnetuklego. agenta wywiadu francuskiego, Afojsego Janasie wicia —, b. najemnika Legli CudM^emaklej I mordercy patriotów cletnamikleh Bolesława Jagodzińskiego — b. tełdaka Wehrmachtu 1 notorycznego kry-' mlnsllsly. Bolesława DoboUaa — aa piega wyszkolonego we Francji, Edwarda Dawidowlcra — równtei kryminalisty oras Andrzeja Skraeclńskte ^o, Adama Basisty, Stefana Czyta I Jóiefa Olejniczak*. OsksricnI począwszy od 1948 r. pro wadzili na terenie Wybrzeta itupiro waną i kierowaną przez rezydenta wywiadu francuskiego, b. wicekonsu 13 francuskiego w Gdańsku — Bar det robotę szpiegowsko - dywersyjną, polegającą na „rozpracowywaniu* obiektów wojskowych i gospodar- wiadomołci stanowiące ścisłą tajem nlcę państwową. Oskarteni atwtenUU przed sądem, te Baatard asoblicle kierował zbrodniczą akcją podpaleni* Zakładów to. Świerczewskiego w Elbtą- Pożar, który powstał na skutek podpalenia, niemal doszczętnie zniszczył całą halę. (Dalszy ciąg na str. 2) Rząd Faure’a w Porażka w Komisji Finansom PARY2 (PAP). W Zgromadzeniu Narodowym toczy się debata nad rządowym projektem finansowym, który, w związku z uchwalonym na konferencji 1i yhrireKŁioi sam.J Wyrok w Sprawie Elbląskiej, Życie Warszawy nr 052 z 19S2 r. Marcin Owsiński 111 Marcin Owsiński BAGAŻ LUDZKICH PROBLEMÓW I NADZIEI... W 70. ROCZNICĘ PIERWSZYCH TRANSPORTÓW OSIEDLEŃCZYCH Zadecydowane na spotkaniach przywódców zwycięskich mocarstw przesuniecie polskich granic zachodnich na obszar części byłych niemieckich prowincji wschodnich było odgórną decyzją polityczną. Dla wielu Polaków miało jednak przede wszystkim wymiar historycznej i cywilizacyjnej sprawiedliwości oraz symbolicznej choćby rekompensaty za utracone na rzecz Sowietów ziemie wschodnie II RP. Obszar utracony i ziemie nowe nie były jednak do siebie w żadnym stopniu porównywalne, wyróżniały je ogromne różnice kulturowe, gospodarcze i społeczne. Na obu też w krótkim czasie nastąpiła prawie całkowita wymiana ludności. Masowe przesunięcia i wymiana ludności oraz całkowita i szybka zmiana stosunków społeczno-politycznych, gospodarczych, wyznaniowych i narodowych jakie miały miejsce na nowych terenach zachodniej i północnej Polski nie miały precedensu w dziejach nowożytnej Europy1. ' A. Sakson, Procesy integracji i dezintegracji społecznej na Ziemiach Zachodnich i Północnych Polski po 1945 roku, [w:] Pomorze - trudna ojczyzna? Kształtowanie się nowej tożsamości 1945-1995, pod red. A. Saksona, Poznań 1996, s. 131-133. 112 Bagaż ludzkich problemów i nadziei... Za liczbami w tabelach ludnościowych i transportach stali jednak zawsze zwykli ludzie, z których tylko niewielu miało większą politycznie świadomość zmian, jakich byli świadkami. Większość z osadników kierowanych z Kresów na Ziemie Odzyskane w ogóle nie miała pojęcia gdzie dojechali i co ich czeka. Jak wspomina jeden z nich, nieświadomość losu była czasem lepsza niż wiedza o trudnościach, jakie były udziałem Polaków po przybyciu na nowe miejsce osiedlenia. Przekroczenie dawnej granicy i wjazd na tereny byłych Niemiec rozpoznawano po języku tablic z nazwami miejscowości. Nieliczni spotykani Polacy też wiele nie wiedzieli: Na jednym z postojów dostrzegłem na budynku stacji zamalowaną, ale czytelną niemiecką nazwę miejscowości. Pośpiesznie złażę z platformy, przeskakuję kilka torów i biegnę do strażnika stojącego z automatem na ramieniu. Panie! Gdzie jesteśmy? - pytam z daleka. Na Ziemiach Odzyskanych! - odpowiedział. Byłem teraz tak samo mądry jak poprzednio, bo takiego kraju nie znałem, a dotąd nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać o ostateczny cel naszej podróży. Każdy wiedział, żejedzie do Polski i na tym koniec. A nie wie Pan przypadkiem dokąd jedziemy? - zapytałem jeszcze raz. Na Ziemie Odzyskane - odparł z uśmiechem. Wróciłem na platformę i głośno zakomunikowałem, że wiozą nas do Niemiec, bo nazwa Ziemie Odzyskane niczego nam nie mówiła2. Obszar Delty Wisły był tylko niewielkim fragmentem Ziem Odzyskanych, ale jak w soczewce odbijał w mikroskali skomplikowaną ówczesną rzeczywistość oraz ludzkie dylematy. Był to na pewno czas definitywnych wyborów życiowych, gwałtownych zmian, emocji i intensywnych przeżyć wywołanych szokiem kulturowym i ekonomicznym. To było prawdziwe „życie od nowa”3. Próba krótkiego i ogólnego opisania realiów życia na obszarze powojennych Żuław to zadanie trudne i skomplikowane źródłowo. Najwięcej wątpliwości może przy tym budzić kwestia, czy w gąszczu wielu różnorakich biografii i doświadczeń życiowych osób jakie spotkały się tutaj ze sobą w pierwszych kilkunastu powojennych miesiącach da się wysnuć jedną uniwersalną nić narracji, wspólną obserwację, czy nawet wydarzenia jednakowo ważne dla wszystkich. W krótkim czasie na stosunkowo niewielkim terytorium skonfrontowało się ze sobą na Żuławach łącznie kilkanaście grup społecznych, politycznych, narodowych, wyznaniowych, z których w ciągu kilku następnych pokoleń wykuwać się zaczęła nowa tożsamość „łudzi stąd”4. Dla wszystkich Polaków, którzy zaczęli tu przybywać i się osiedlać po maju 1945 roku Żuławy, z ich ziemią, klimatem oraz zupełnie inną kultura rolną były od początku wielkim wyzwaniem, któremu nie wszyscy dali radę podołać. Według szacunków władz wojewódzkich w 1945 roku z różnych powodów obejmowane w administrację poniemieckie ziemie (w tym także Żuławy) opuściło aż 75% pierwotnie osadzanych na nich Polaków5. 2 Osadnicy. Nowe życie kresowiaków na Ziemiach Zachodnich. Nadzieje i niemoc wobec władzy ludowej, wybór i opracowanie Agnieszka Knyt, Warszawa 2014, s. 43. 3 Zob. Z. Laga, A. Żur, Oswajanie krajobrazu kulturowego Żuław Malborskich przez osadników po 1945 roku. Analiza wybranych przykładów, [w:] Zachować podcień. Zapisane w krajobrazie pamięci, pod red. Anny Weroniki Brzezińskiej i Joanny Poczobut, Gdańsk-Pruszcz Gdański 2010, s. 55-60. 4 Szerzej o sytuacji w Prusach Wschodnich w powojennych miesiącach zob. A. Sakson, Stosunki narodowościowe na Warmii i Mazurach 1945-1997, Poznań 1998, s. 46-50. 5 APG, Urząd Wojewódzki Gdański, sygn. 1844, Majątki zajęte przez Armię Czerwoną 1945-1946, Pismo Powiatowego Urzędu Ziemskiego w Elblągu do Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego Gdańskiego z 9.08.1945. Marcin Owsiński 113 Drugą ważną kwestią, poza trudną konfrontacją z miejscową nową rzeczywistością materialną, o której musi pamiętać współczesny badacz tych zagadnień jest uświadomienie sobie, że ówcześni ludzie determinowali swoje postępowanie zupełnie innymi kryteriami niż robimy to współcześnie. Powojenny człowiek na Ziemiach Odzyskanych był przede wszystkim ukształtowany przez traumę lat wojny i okupacji. Dla uzmysłowienia sobie szczegółów postępowania i schematów myślenia Polaka w pierwszych latach powojennych warto przytoczyć główne psychologiczne determinanty życia w tym okresie wyróżnione przez badaczy tego zagadnienia. Do najważniejszych z nich zalicza się przede wszystkim świadomość wszechobecności śmierci (małej wartości życia), ogromną biedę i stratę dorobku życia, dezintegrację i atomizację więzi społecznych (zanik pozytywnych odruchów międzyludzkich), rozpad świata instytucji (niewiara w możliwości państwa) oraz deformację dotychczasowych stosunków i hierarchii społecznej (zagłada inteligencji i brak nowych elit intelektualnych). Źródłem wszystkich traum i „nowych” zasad myślenia była przede wszystkim wojna i jej tragiczne jednostkowe jak i zbiorowe doświadczenie6. Życie po doświadczeniu okupacji stało się mało warte, a wiara w dobrą „nową” przyszłość była chwiejna i poddawana nieustannym próbom. Nad wszystkim unosił się ciągle jeszcze cień śmierci i biologicznej zagłady. Jak pisał w listopadzie 1945 roku w artykule wstępnym redaktor „Dziennika Bałtyckiego” Mało jest w Polsce rodzin, które nie zostały okryte żałobą po śmierci swoich najbliższych, poległych bądź to podczas obrony Westerplatte czy Warszawy, bądź w szeregach AL, AK, pod Lenino, Tobrukiem czy Monte Cassino. I nie ma w Polsce rodziny, która nie opłakuje pomordowanych najbliższych w Majdanku, Stutthofie, Oświęcimiu, Oranienburgu i tylu, tylu innych miejscach kaźni7. Fala nowych ludzi napływających na Żuławy od lata 1945 roku była wewnętrznie bardzo zróżnicowana. Można wśród nich wyróżnić pięć głównych grup: 1) nieliczną społeczność „miejscowych” Polaków (lub inaczej - osób pochodzenia niemieckiego deklarujących się po maju 1945 po stronie polskiej, 2) ludność z województwa gdańskiego (tzw. „najbliższa okolica” - Gdańsk, Gdynia, Kaszuby), 3) ludność z województw sąsiadujących z Gdańskiem i Żuławami (np. województwo pomorskie), 4) ludność z dalszych województw Polski centralnej (przede wszystkim krakowskie, lubelskie, kieleckie, rzeszowskie i Mazowsze), 5) „repatrianci” z ziem wschodnich II RP wcielonych do ZSRR. W tych wszystkich grupach byli zarówno mieszkańcy miast, jak i ludność typowo wiejska. Ten konglomerat różnych doświadczeń życiowych, kultury i wyuczonych sposobów gospodarowania był rozmieszczany na Żuławach w dość przypadkowy i niejednorodny sposób8. Do opisanej społeczności dołączyła niedługo później niewielka, lecz bardzo charakterystyczna, społeczność Ukraińców przesiedlonych na Żuławy w ramach akcji Wisła9. 6 M. Zaremba, Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys, Kraków 2012, s. 91-105. Pamięci poległych, Dziennik Bałtycki, nr 158, 1.11 1945. 8 J. Szukalski, Żuławy Wiślane, Warszawa 1975, s. 86-87; A. Sakson, Procesy integracji i dezintegracji..., s. 134-143. 9 Łącznie na Żuławach osiedlono 252 rodziny ukraińskie, było to ponad 900 osób, zob.: I. Hałagida, Ukraińcy na ziemi nowodworskiej po II wojnie światowej (do 19S7), [w:] Żuławy i Mierzeja — moje miejsce na ziemi, pod red. Aleksandra Dariusza Dekańskiego, Gdańsk 2001, s. 187-196. 114 Bagaż ludzkich problemów i nadziei... Dynamiczne procesy demograficzne trwały przez kilka powojennych lat i do tego czasu wszelkie statystyki były niestałe oraz zachowywały aktualność jedynie przez kilka tygodni. Po zakończeniu okresu wędrówek, co obserwować można dopiero około 1950 roku, ludność zamieszkującą tereny województwa gdańskiego (w tym także Żuławy) w urzędach nadzorujących akcję osadniczą statystycznie podzielono na kilka grup, wskazując okoliczności ich osiedlenia się na tym obszarze. W sprawozdaniach wyszczególniano wówczas: ludność rodzimą (tzw. autochtoni: np. Kaszubi, Mazurzy, ale i też Niemcy, którzy nie wyjechali i przyjęli polskie obywatelstwo), wysiedleńców (repatrianci z dawnych ziem wschodnich II RP), reemigrantów (Polacy, którzy wrócili do Polski z zagranicy) oraz przesiedleńców (osadnicy z województw Polski centralnej). Szczegółowe dane dla 1950 roku w zakresie całego województwa gdańskiego prezentuje tabela. Niestety brak podobnie szczegółowych wykazów tylko dla starostwa powiatowego gdańskiego, czy Żuław. Tabela 1. Pochodzenie terytorialne społeczeństwa województwa gdańskiego w 1980 roku Województwo gdańskie Liczba mieszkańców Dzieci urodzone od 1945 roku Pochodzenie regionalne - bez dzieci urodzonych od 1945 Ludność rodzima Wysiedleńcy Reemigranci Przesiedleńcy Miasta 298238 30247 24581 44561 8978 189871 Wieś 140869 15939 21709 17005 4192 82024 Ogółem 439107 46186 46290 61566 13170 271895 (%) 100% 10,5% 10,5% 14% 3% 62% Źródło: Pomorze - trudna ojczyzna? Kształtowanie się nowej tożsamości 194S-199S, pod red. A. Saksona, Poznań 1996, s. 138. Jak wynika z powyższych danych na Pomorzu po kilkuletnim powojennym okresie gwałtownych zmian ludnościowych dominowały osoby przybywające na ten teren z województw Polski centralnej, daje się też zauważyć stosunkowo niewielką liczebność ludności autochtonicznej oraz dużą dynamikę powojennych urodzeń. Brak podobnie szczegółowych danych w stosunku do samych Żuław, jednak w świetle przeprowadzonej dalej analizy demograficznej dla gminy Sztutowo, dane ze szczebla województwa znajdują swe odbicie w skali poszczególnych gmin żuławskich. Wspólnym doświadczeniem wszystkich grup społecznych osadzanych na tych terenach była obcość w stosunku do tego co tu zastali. Dobrze stan ten opisał niemiecki mieszkaniec polskiego teraz Susza, który latem 1946 roku, ponad rok po zakończeniu wojny, zanotował w dzienniku: Dziś miasteczko leży w gruzach. Kraj, jak okiem sięgnąć, spustoszony. Do ocalałych mieszkań wokół zniszczonego śródmieścia wprowadziło się około tysiąca dwustu Polaków, ale wydaje się, że tylko nieliczni spośród nich osiedli na dobre. Większość z nich nie zaznała spokoju, a pociąg, który kursuje raz lub dwa razy dziennie jest wypełniony po brzegi poszukiwaczami przygód: przyjeżdżają i wyjeżdżają, bo wciąż nie znaleźli stałego miejsca bądź też chcą się rozejrzeć za lepszymi możliwościami. Pochodzą ze wszystkich stron Polski, toteż reprezentują najrozmaitsze typy: wschodnie i zachodnie, które pod względem charakteru i mentalności właściwie nie mają ze sobą nic wspólnego. Wszystkich łączy jedynie fakt, że zostali wykorzenieni — w przeciwnym razie zapewne nie przy jeż- Marcin Owsiński 115 dżaliby dobrowolnie do kraju, który wygląda jak pustynia i do którego nie mają żadnego stosunku10. Od momentu „wyzwolenia” Żuław przez Armię Czerwoną do drugiej połowy 1946 roku polski żywioł ustępował jednak znacznie przed wielką liczbą ludności niemieckiej; która z różnych powodów pozostała na tym terenie po zakończeniu wojny. Wśród Niemców byli zarówno miejscowi, którzy zostali na swych gospodarstwach świadomie, jak i duża grupa nie miejscowych. Wśród tych ostatnich dominowali ci, którzy nie zdążyli na ewakuację, albo też zostali już zawróceni w jej trakcie i nie mogąc wrócić już do siebie (miejscowości znalazły się już za granicą sowiecką lub nie było do nich dojazdu i dostępu), osiedlili się „chwilowo” na tym terenie oczekując dalszego rozwoju wypadków. W maju 1945 roku w jednym z pierwszych pism Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku charakteryzujących stan ludnościowy na terenie podległych powiatów znalazł się zapis: W powiatach nowych można podzielić ludność na Niemców miejscowych i uciekinierów, wobec faktu przebiegu linii frontowej i prowadzonej ewakuacji można przyjąć, że tych drugich będzie więcej niż tych mieszkających tu od zawsze11. Ogólne szacunki władz z okresu bezpośrednio powojennego (maj 1945 roku) mówią o tym, że średnio w miejscowościach pozostało ok. 5% ich pierwotnych niemieckich mieszkańców12. W świetle dokładniejszych ustaleń źródłowych dla gminy Stutthof można rzeczywiście potwierdzić te dane i określić, że na Żuławach po maju 1945 roku pozostało ok. 5-10% ich pierwotnych mieszkańców narodowości niemieckiej. Pierwsze kilkanaście powojennych miesięcy na terenach byłych Prus Wschodnich i Wolnego Miasta Gdańska objętych polską administracją to przede wszystkim wielkie przemieszczenia mas ludzkich, emocje, niepokoje i nadzieje. W dokumentach i relacjach z tego czasu panuje atmosfera „polskiego Klondike”13, swoistego połączenia sprawiedliwego Raju i bezprawnego Dzikiego Zachodu, której dobrym odbiciem jest zrealizowany w 1964 roku polski film o pionierach Ziem Odzyskanych pod wymownym tytułem „Prawo i pięść”. Jego wszystkich bohaterów reprezentujących różne pochodzenie i postawy łączy miejsce, gdzie znaleźli się wspólnie oraz zmęczenie latami wojny, zagrożenia i okupacji. Wszyscy chcą odpocząć w końcu po przebytej traumie. Każdy chce zaznać teraz normalnego życia, które ma być rekompensatą za przebytą biedę, upokorzenia i cierpienie. Propagandową zachętą do sięgnięcia po „nowe życie” i nagrody miały być bogactwa Ziem Odzyskanych14. Zastana na miejscu rzeczywistość daleka była jednak od propagandowego ideału. Żuławy należały w zgodnej opinii władz i reporterów do najbardziej zniszczonych obszarów na całych Ziemiach Odzyskanych. Piękne, propagandowo idealne, gospodarstwa były w dużej części zniszczone, na części z nich przebywali wciąż ich niemieccy właściciele, a faktyczne rządy, mimo nominalnej polskiej władzy, sprawowali sowieccy komendanci 10 A. Kossert, Prusy Wschodnie. Historia i mit, Warszawa 2009, s. 322-323. Cytat pochodzi z pamiętnika hrabiego Hansa von Lehndorffa, zapis z polskiego Susza w sierpniu 1946 roku. “ APG, Starostwo Powiatowe w Gdańsku, sygn.. 471, Starostwo Powiatowe Gdańskie, Sprawozdania ludnościowe 1945-1946. 12 Tamże, Starostwo Powiatowe w Gdańsku, sygn. 461, Starostwo Powiatowe Gdańskie, Osadnictwo 1945. 13 O micie „Dzikiego Zachodu” na Ziemiach Odzyskanych zob. też: A. Sakson, Procesy integracji i dezintegracji..., s. 133. 14 http://www.filmweb.pl/user/Plainview/reviews/Polski+Dziki+Zach%C3%B3d-7356 (10.04.2014). 116 Bagaż ludzkich problemów i nadziei... wojskowi. W realiach wszechwładzy żołnierzy Armii Czerwonej na Żuławach wytrwali najtwardsi. Tym, którzy wyjechali trudno się jednak dziwić. Typowy dla tuż powojennych czasów list wysłany przez polskiego osadnika do władz pozwala wyobrazić sobie niebezpieczeństwa ówczesnego życia na tym terenie. W dniu 18.06.1945 sprowadziłem się wraz z rodziną i posiadanym przeze mnie dobytkiem do wsi Mirowo i zamieszkałem w jednym z wolnych gospodarstw jako przesiedleniec. Jeszcze tej samej nocy około godziny 2 napadło na mój dom kilku żołnierzy sowieckich, dobijając się i krzycząc, aby wpuścić ich do mieszkania. Zorientowałem się o co chodzi i do mieszkania wpuścić ich nie chciałem, wówczas wspomniani usiłowali wywołać mnie z mieszkania krzycząc „Wychodzić” i wyrażając się słowami obelżywymi w języku rosyjskim. Ja na ich wezwania i groźby mieszkania nie otworzyłem i nie wyszedłem, jednocześnie wyraziłem się także w języku rosyjskim (którym poprawnie władam). Na te słowa żołnierze uderzyli kolbami karabinów w okna mojego domu kilkakrotnie, wybijając wszystkie szyby i wymyślając mi w różny sposób odeszli. Żołnierze ci nie wiedząc, z kim mają do czynienia, ponieważ cały czas spierałem się z nimi w języku rosyjskim, obawiali się że może to być także Rosjanin lub żołnierz rosyjski i zaniechali dalszego ataku na moje mieszkanie. Nadmieniam, że w czasie dnia przyszło do tego gospodarstwa trzech żołnierzy armii sowieckiej, przeszukali wszystkie budynki, pytając się obecnej tam żony mojej kto tu żyje, na co żona odpowiedziała, że dzisiaj sprowadza się rodzina polska i osiedla się na tym gospodarstwie. Ja obawiam się, że taki wypadek może się powtórzyć i zabiorą mi to wszystko co ze sobą przywiozłem, to jest: krowę, świnie, kury i inny drób, spakowałem natychmiast swój dobytek i odjechałem do m. Nytychu. Ponieważ doszło do mojej wiadomości, że podobne wypadki zdarzają się dość często w tej okolicy, rezygnuję z osiedlenia się na jakiejkolwiek gospodarce w tym okręgu15. 15 APG, Urząd Wojewódzki Gdański, sygn. 1743, Protokoły z zeznań obywateli polskich poszkodowanych przez Armię Czerwoną 1945, Protokół w sprawie napadu na obywatela polskiego w nocy z dnia 18.06 na 19.06.1945 we wsi Mirowo gmina Nytych z 19.06.1945. Repatrianci w miejscu przeznaczenia, fot.grafik.rp.pl Marcin Owsiński 117 Wiosna 1945 i toczone wówczas działania wojenne zrujnowały ekonomicznie i demograficznie teren Żuław. Specyficzna i usprawniana przez wieki infrastruktura melioracyjna i rolnicza tych ziem została w kilka tygodni zrównana z ziemią. Symbolem powojennych Żuław była przez kilka lat wszechobecna woda. Budowane i usprawniane przez pokolenia urządzenia, a także infrastruktura melioracyjna utrzymująca ten teren nad poziomem morza, została w ciągu dosłownie kilku dni kompletnie zrujnowana poprzez celowe działanie niemieckich saperów w marcu 1945 roku. Zdemontowano, wysadzono lub zatopiono niemal wszystkie stacje pomp, ważniejsze śluzy, mosty, linie wysokiego napięcia i stacje transformatorowe. Pod wodą znalazły się drogi i linie kolejowe, a wraz z nimi stracono większość taboru kolejowego, drogowego i rzecznego. Wały i tamy wysadzone zostały w 16 miejscach na Wiśle i Martwej Wiśle, Nogacie, Starej Raduni, Świętej i Kanale Młyńskim w Tczewie. Wyrwy łącznie mały około 600 metrów długości. Woda zalała 120 tysięcy ha i podmyła dalszych 40 tysięcy ha ziemi na Żuławach. Pod wodą znalazło się ponad 1600 gospodarstw, zdecydowana większość pozostałych została uszkodzona lub zniszczona. W podobny sposób wyłączone zostały zakłady przemysłowe i warsztaty. Na całym terenie pozostał jedynie nieliczny inwentarz żywy oraz małe, nieliczne grupki niemieckich mieszkańców16. W listopadzie 1945 roku do matki mieszkającej w niemieckim Schónbaum, a polskiej już Drewnicy na Żuławach przyjechał w odwiedziny młody wówczas poeta i dziennikarz Czesław Miłosz. Rodzina poety osiadła na Żuławach, jak to określił Miłosz w swoim prasowym reportażu: „w zapadłym zakątku w Delcie Wisły1'” w ramach repatriacji z Wilna, po tym jak nie znaleźli nadającego się do zamieszkania domu w Gdańsku. W tym czasie społeczność miejscowości składała się z kilkunastu Polaków oraz kilkuset Niemców i dużej liczby wałęsających się po okolicy żołnierzy Armii Czerwonej. Dom, w którym wraz z poprzednimi niemieckimi właścicielami oraz jeszcze jedną polską rodziną z Kresów mieszkali w tym czasie rodzice Miłosza znajdował się na samym końcu wsi, przy końcu błotnistej drogi prowadzącej obok wiślanego wału. Podróż z Gdańska, mimo, że w linii prostej jest to zaledwie kilkanaście kilometrów, trwała kilka godzin i odbywała się statkiem, który jako jedyny mógł przemierzyć zalane wody i dotrzeć do odciętej od lądu wsi. Miłosz wspominał tę pierwszą podróż po latach: „Pachną kosze z rybami. Pasażerowie włóką worki, kosze i tłumoki. Wiezie towar sklepikarz-wilnianin, restaurator-warszawiak i mechanik rodem z Katowic. Ziemia jest czarna, lepka, tłusta, najwyższego gatunku czarno-ziem. Bardzo urodzajny, wspaniały zdrenowany... step. Wszędzie puste stodoły i pola porośnięte burzanem. Kto zagospodaruje te ziemie? Czym zaorze i zasieje? Nie ma prądu, pełno dezerterów i szabrowników. Osadnicy muszą spać w stajni, żeby konia nie ukradli. Brak ziarna na zasiewy, nie ma ropy do traktora, nie ma żywego inwentarza. Karabin trzeba trzymać na podorędziu, bo po okolicy włóczą się maruderzy i zwyczajni złodzieje "18. 16 Archiwum Akt Nowych w Warszawie [dalej: AAN], Delegatura Rządu dla Spraw Wybrzeża w Gdańsku, sygn.. 109, Odwodnienie Żuław (plan, sprawozdania) 194S-1946, Stan prac wykonanych i projektowanych przez Wojewódzki Urząd Ziemski Gdański Wydział Wodno-Melioracyjny przy osuszeniu zalanych „Żuławów" w delcie Wisły - raport z dnia 1.11.1945; J. Szukalski, op. cit., s. 82-84; Z. Dulczewski, A. Kwilecki, Z życia osadników na Ziemiach Odzyskanych, Warszawa 1961, s. 107-109. 17 Na Żuławach, Dziennik Polski, nr 299, 1945. Is Tamże. 118 Bagaż ludzkich problemów i nadziei... Pierwsze dni na nowej ziemi, fot. Biblioteka Publiczna w Sztutowie Pobyt poety na Żuławach trwał kilka dni. Przez ten czas szukał on bezskutecznie analogii w krajobrazie, przyrodzie, czy gospodarce, które przypominały by mu ukochaną Wi-leńszczyznę. Dwa dni po wyjeździe Czesława Miłosza z Drewnicy zmarła na tyfus jego matka Weronika, która zajmowała się chorą osamotnioną Niemką mieszkającą w „ich” nowym domu. Zdaniem rodziny choroba była tylko jedną z przyczyn śmierci, bo wszyscy byli zgodni co do tego, że Matka po prostu nie chciała żyć i to było widoczne. Zaważyło na tym również oderwanie od stron rodzinnych19. Przykład rodziny Miłoszów, przypadkowych i krótkotrwałych mieszkańców Żuław jest dość reprezentatywny dla dużej części Polaków osiadłych na tym terenie niedługo po wojnie. Okupacja i towarzyszące jej obrazy oraz gwałtowne zmiany życiowe zniweczyły całkowicie dotychczasowe życie rodzin, wspólnot i narodów. Wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Tłem dla tysięcy osobistych ludzkich losów i problemów osób przebywających w Delcie Wisły była polityka. Głównym elementem zmian jakie toczyły się na Żuławach w tym czasie było powstawanie lokalnych ośrodków polskiej władzy. Pierwsze z polskich gmin w Delcie Wisły i na Mierzei zaczęły się tworzyć na tym terenie wiosną 1945 roku, ale to już temat na zupełnie inna opowieść. 19 A. Kasperek, „Kraina płaska wzięta z wody i płomieni... ”. Żuławskie ślady Czesława Miłosza, [w:] Miłosz na Żuławach. Epizod z biografii poety, red. Małgorzata Czermińska i Andrzej Kasperek, Gdańsk 2013, s. 75-90. Wspomnienia Janusz Ryszkowski STAŁEM SIĘ RUINĄ CIAŁA... ZYGMUNT KRASIŃSKI PISZE NA WAPLEWO “Monsie-ar Ce Comte Adam Softan Tar^BerCin Marienwerder Stuhm a ‘WapCitz (Trusse) Drogi mój Adamie! Serdecznie mi się rozrzewniło, i to lubo i mile - co rzadkim - serce, gdym się dowiedział, że jedziesz do Waplewa - tak 8 lutego 1847 roku pisał z Nicei Zygmunt Krasiński do wiernego przyjaciela Adama Sołtana, gdy ten uzyskał pozwolenie władz pruskich na osiedlenie się w majątku zięcia Alfonsa Sierakowskiego. Poeta dziękuje za to Bogu, ale i też rządowi pruskiemu: „Byłem pewny, że się na tym skończy, bo czegóż miałby się obawiać od człowieka tak spokojnego, tak życiem znękanego i tak szlachetnie myślącego jak ty! Oświecone takie rządy nie boją się szlachetnych, wiedzą, że oni im są najlepszą podstawą w godzinie niebezpieczeństwa.” Czytając takie słowa, nabiera się podejrzeń, że są one kierowane nie tylko do adresata. Powiedzmy wprost - napisane zostały zapewne na użytek czujnej cenzury. 55-letni wówczas Sołtan, „niegdyś na Litwie zamożny pan, a dziś emigrant, ale dusza żelazna i całe życie jak kryształ, czy na pobojowiskach, czy w zaciszy domowej”, jak go charakteryzował w liście do Bronisława Trentowskiego autor „Nie-Boskiej komedii”, mógł uchodzić ciągle za osobą wielce podejrzaną. Spójrzmy tylko na Sołtanowy „Krótki rys życia mego”. Jako szesnastolatek, jak przyznawał, zamiast kontynuować rozpoczęte w Wilnie studia, bo po to przyjechał do Warszawy, wstąpił do wojska polskiego Księstwa Warszawskiego od razu jako podporucznik! Rok później, w 1809 roku, w randze porucznika bierze udział w kampanii przeciw Austrii i odznaczony złotym krzyżem Virtuti Militari. W następnym roku awansuje na kapitana i obejmuje dowództwo kompanii artylerii konnej. Potem Napoleon mianuje go dowódcą szwadronu w formującym się pułku gwardii cesarskiej. Ten rozdział kończy się przegraną bitwą pod Słonimem i rosyjską niewolą w Nowomaskowsku i Woroneżu do 1814 roku. Kiedy w Warszawie organizowano wojsko polskie Królestwa Polskiego, choć - jak pisał Sołtan - jego ojciec nie do końca wierzył w obietnice cara Aleksandra, to jednak „wypadało” synowi zapisać się do tej armii. Odszedł z niej, gdy car „coraz bardziej po moskiewsku generałów i oficerów traktował”, jako podpułkownik. Ojciec przekazał mu majątek w Zdzie-ciole na Litwie i nadszedł czas na ustatkowanie. Sołtan ożeniony z Idalią Pociejówną, córką 120 Stałem się ruiną ciała... Aleksandra, „kochanego ogólnie w Warszawie i w Litwie oboźnego W. Księstwa Litewskiego”. Przybity gospodarskim interesami, „męczyłem się, a dzieci się rodziły”. Na dodatek wydało się, że należał do Związku Patriotycznego, za co został aresztowany, a potem oddany pod dozór policji. A potem ruszył do powstania, by w końcu z Prus, dokąd przedarł z innymi po upadku, udać się w 1832 roku na polityczną emigrację. Krasiński raduje się faktem, że po peregrynacji męczeńskiej wygnaniec znalazł swój domu u córki Marii i jej małżonka w Waplewie. „Egoistyczny mój żal, żeś tu [do Nicei] nie przybył, rozpłynął się w radości mego do Ciebie przywiązania. Teraz Ty z Marysią, teraz Ty w domu już. Chwałaż niech będzie Panu!". Adam Sołtan Odtąd już sporo listów poeta adresuje do Waplewa, a i sztumska poczta stawia na nich swoje stemple. Sołtan sporo czasu spędzał w Waplewie, głównie jednak w okresie letnim. Drugim ośrodkiem był Poznań, gdzie kształciły się wnuki - Adam i Antonina. Ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że prowadził od czasu osiedlenia się w Prusach w miarę osiadłe życie. Wystarczy zajrzeć do jego egzemplarza „Kalendarza dla Ludu Polskiego Zachodnich Prus i Przyległych Prowincji na rok 1851”, tak jak to zrobił prof. Józef Borzysz-kowski. Z zapisek wynika, że tymże roku hrabia był m.in. w Berlinie, Eisenach, Frankfurcie, Heidelbergu, Baden, Strasburgu, Paryżu, Brukseli, Kolonii... Stało się to głównie na „wezwanie Zygmunta”, który ciężko w tym czasie chorował. Cieszyli się sobą w Heidelbergu od 7 marca do 15 kwietnia. W każdym razie odnalazł na stare lata prawdziwy dom w Waplewie i tu został pochowany, jak chciał, na wiejskim cmentarzu. Zmarł w Poznaniu 7 lutego 1863 roku. W kościele św. Marcina odbyło się cztery dni później nabożeństwo żałobne, po czym nastąpiła „eks-portacja zwłok nieboszczyka do dworca kolei żelaznej”. Jest coś symbolicznego w tym, że pośmiertna podróż wiodła właśnie do Waplewa, „pomorskiego Soplicowa”. Była i następna, już krótsza. W 1874 roku, kiedy święcono nowo zbudowaną kaplicę rodową, trumny pułkownika Sołtana i Antoniego Sierakowskiego, ojca Alfonsa, uroczyście tam właśnie przeniesiono. Krypta przetrwała wszelkie dziejowe zawieruchy. Ostatni dziedzic pałacu, Andrzej Sierakowski, mieszkający w Kanadzie, chciał być tam pochowany. Uzyskał na to zgodę miejsco- Janusz Ryszkowski 121 wego proboszcza (kaplica jest dziś kościołem parafialnym) i wtedy miejscowy listonosz Konrad Pliszka wybił otwór w ścianie krypty, naruszając niezmącony od dziesięcioleci spokój zmarłych. Andrzej Sierakowski sam wskazał miejsce, gdzie w przyszłości ma stanąć urna z jego prochami. I tak w 1995 roku panu Pliszce przyszło wybijać cegły po raz drugi... LISTY PODDANE KONTROLI Historycy literatury są zgodni, że Zygmunt Krasiński spełniał się jako pisarz także w listach. Nic dziwnego, że „największym epistolografem epoki, a może nawet największym epistolografem literatury polskiej" nazwał go Jan Kott. Realizując koncepcję, jak byśmy współcześnie powiedzieli, „dzieła otwartego”, zacierając granice gatunkowe, właśnie w korespondencji Krasiński znajdował ujście dla artystycznego żywiołu. Listy zawierały przy tym utwory literackie lub ich fragmenty, czasem adresaci otrzymywali różne warianty, jakby ich twórca testował ich odbiór. I tak np. Adamowi Sołtanowi - na osobnych, powiązanych jednak z tekstem listu kartach - poeta przesłał chociażby takie utwory, jak: Do [Moskali] (list z 9 sierpnia 1840 roku), W dniu, w którym młody rok się zaczyna... (list z pierwszej połowy 1841 roku) oraz Psalm (późniejszy Psalm nadziei, list z 12-20 maja 1844 roku). Jak wiadomo, listami Krasińskiego do Sołtana jako jeden z pierwszych zainteresował się Józef Ignacy Kraszewski, zaprzyjaźniony z synem adresata, Adamem Lwem (ALS). Instynkt pisarski niemylnie mu podpowiadał, gdzie może leżeć materiał, z którego można skroić niejedno udatne ubranko. Bez tego nie byłby jednym z najpłodniejszych pisarzy świata... To dla niego, snującego plany napisania biografii trzeciego wieszcza, ALS wykonał prawie wierną kopię autografu listów. Prawie, bo pominął np. krytyczne opinie Krasińskiego o Idalii Sołtanowej, swojej matce. Czy można mieć do niego pretensje? Albo wzmiankę o tym, że Krasiński podejrzewał u siebie nader intymną chorobę, której wcześniej nabawił się Sołtan? Kraszewski, o czym też dobrze wiadomo, zdawał sobie sprawę, że otrzymał źródło, tyleż ożywcze, co mogące zatruć. Krasiński odsłaniał w listach do Sołtana intymne kulisy życia, zwłaszcza gorący romans z żyjącą Joanną Bóbr-Piotrowicką. Zbyt wielu żyło osób, których opinie poety mogły zranić. Stąd naciski Krasińskich, by korespondencja nie ujrzała światła dziennego. W tym kontekście nie dziwi zdecydowane oświadczenie Adama Lwa Sołtana w „Gazecie Toruńskiej” po ukazaniu się w Poznaniu w 1867 roku „Poezji pośmiertnych Z. Krasińskiego”, których wydawcą był Mieczysław Dzikowski. W szczupłym zbiorku znalazł się list Krasińskiego do Sołtana. Adam Lew wyjaśniał, że swego czasu przekazał Dzikowskiemu ów list z kilkoma drobnymi utworami, w tym Do [Moskali], do publikacji w „Przeglądzie Powszechnym”. Na edycję książkową Dzikowski nie miał zgody, na dodatek została ona obarczoną licznymi błędami. Największy dotyczył przypisania Krasińskiego autorstwa wiersza „Chór diabłów , gdy tymczasem wyszedł on spod pióra jego przyjaciela, Konstantego Danielewicza. Ale może nie to jeszcze najważniejsze. Sołtan stanowczo zaprzeczał, by Dzikowski czytał blok listów Krasińskiego, a tym się w na samym wstępie do zbiorku pochwalił. Były one - stwierdził Sołtan - „dwom obcym osobom nam przyjaznym dane 122 Stałem się ruiną ciała... - ale nie było wśród nich wydawcy Dzikowskiego - zaznacza. Zatem ściśle tajne! Ale... jednocześnie powsta-ją kolejne kopie z myślą o publikacji. Zarówno Adam Lew Sołtan, jak i Kraszewski mają świadomość, że publikacja korespondencji, oczywiście odpowiednio przystrzyżonej, staje się kwestią czasu. Co prawda rodzina Krasińskich doprowadziła do konfiskaty wydanych w 1871 roku listów poety do Edwarda Jaroszyńskiego, ale sześć lat później prof. Stanisław Tarnowski ogłosił w „Przeglądzie Polskim” artykuł „Z listów Z. Krasińskiego do A. Sołtana”. Wybuchł skandal, bo odsłonięty został romans poety z żyjąca wówczas Joanną Bobrową. To jednak uchyliło drzwi do wydania dwóch tomów listów Krasińskiego (do Gaszyńskiego i Sołtana) we Lwowie w latach 1882-3 roku. Przy- Portret Zygmunta Krasińskiego z 1843 roku Józefa Szymona Kurowskiego znawał w przedmowie do listów Sołtana Kraszewski, że podano je „kontroli” i są „opuszczenia”. Warto może dodać, że korektą tego drugiego tomu zajmował się w krakowskiej drukarni hrabia Adam Sierakowski z Waplewa, który, tłumacząc się złym stanem zdrowia, zrezygnował z dalszego posłowania do parlamentu niemieckiego. Na pełne wydanie listów trzeba było czekać do 1970 roku. Ich edytor, prof. Zbigniew Sudolski, nie tylko przywrócił je czytelnikom, ale także we wstępie drobiazgowo opisał losy oryginałów i odpisów (prawie gotowy scenariusz sensacyjnego filmu), a także towarzyszące temu perypetie wydawnicze. Po co sięgamy do listów Krasińskiego do Sołtana? Ano, aby rzucić snop światła na niezwykłą postać pułkownika i jego sprawy intymne i rodzinne. Aby przestał być tylko adresatem korespondencji narodowego wiesza, a zaczął świecić własnym blaskiem. Choć doczekał się hasła w „Polskim słowniku biograficznym”, to nadal tonie w mroku zapomnienia i mylony bywa z synem - Adamem Lwem, który spędził większość dorosłego życia w Waplewie... KOCHAJ I ŻYJ ZŁUDZENIEM Poznali się w Rzymie, był 1834 rok. Można się nieco dziwić, że mimo dzielącej ich pokoleniowej różnicy (20 lat), nawiązała się tak trwała, bo trwająca do śmierci poety przyjaźń. „Wysokie, staropolskie poczucie honoru, godności osobistej, nadzwyczaj silnie rozwinięty patriotyzm, oto, co połączyło tych ludzi” - orzeka Zbigniew Sudolski. Zapewne. Dodajmy coś jeszcze o Sołtanie, co musiało mieć wpływ na ów magnetyzm: „Czytywał dużo i ze wszystkimi bieżącymi kwestiami politycznymi i literackimi był obeznany. W towarzystwie nader ujmujący, ożywiał je treściwym opowiadaniem różnych wydarzeń i anegdot, niekiedy deklamowaniem całych ustępów poetycznych znakomitych autorów (...).” Ale przecież Janusz Ryszkowski 123 nie tylko wysokie wartości ich połączyły. Także codzienność i trudy wygnania, kłopoty finansowe, wreszcie perypetie sercowe. Sołtan, pozbawiony majątku na Litwie za udział w powstaniu listopadowym, skonfliktowany z żoną Idalią, domagającą się rozwodu, małoletni synowie wcieleni siłą do korpusu kadetów w Moskwie, dwie córki w klasztorze w Kamieńcu Podolskim... Tak to, szkicując dość grubą kreską, wyglądały osobiste stosunki pułkownika. 44-letni wówczas, co ówcześnie nie oznaczało tak jak dziś wieku średniego, ale raczej wchodzenie w starość, zapewne pod wpływem rozkochanego w Joannie Bóbr-Piotrowic-kiej przyjaciela, także analizował swoje stany uczuciowe. Ale, zastanówmy się, czy koniecznie katalizatorem, powodującym u pułkownika takie reakcje, musiał być koniecznie Krasiński? Nie musiał. Pomijając fakt, że z atmosferą epoki wdychało się głęboką uczuciowość, to chyba było coś także w genach Sołtanów. Ojciec pułkownika, Stanisław, w wieku 62 lat, po prawie dwóch dekadach wdowieństwa, ożenił się z młodą wdową Heleną Korsakową, z którą miał jeszcze troje dzieci. Z kolei syn pułkownika, Aleksander ujrzawszy w Kijowie pewną piękność, stracił dla niej głowę. I tak to Maria Kraszewska, panna bez posagu, po tygodniu została jego żoną. Już to pokazuje, że nie zbywało Sołtanom na uczuciowości, choć - jak wynika z autobiografii pułkownika - ten swoją żonę Idalię poznał dzięki spotkaniu zaaranżowanemu przez głowy rodów. Ale nie było to chyba małżeństwo z czystego przymusu - uciekam się tu do autobiografii pułkownika - młodzi raczej przypadli sobie do gustu. Spędzili ze sobą dziesięć lat, na pewno niewypełnionych sielanką. Sołtan wspomina, jak niełatwo było mu odnaleźć się w nowej roli - ziemianina, rodziły się kolejne dzieci (sześcioro), aresztowano go w 1826 roku za przynależność do tajnego związku, spędził za kratami pół roku, a potem ciągła inwigilacja policji. Czy definitywny kryzys w ich związku nastąpił na skutek emigracji pułkownika? To Idalia, jak się wydaje, parła potem do rozwodu, bo chciała wyjść za mąż. I tak uczyniła... Krasiński nie miał o niej najlepszego zdania. W każdym razie podczas rzymskiego okresu emigracji u Sołtana mowa sentymentalna nie cichnie. Jej echo odnajdujemy w korespondencji Krasińskiego. Nie ma pewności, czy to nawiązanie do otrzymanego wcześniej listu od Sołtana, czy bardziej wspomnienie przyjacielskich rozmów, ale rozmawiają o uczuciach. „To na co się uskarżasz, to, co nazywasz szczątkami tkliwości w tobie, jest właśnie to, na co tyś się uskarżać nie powinien. Znamię to niepochybnie pięknego ducha, źródło to nawet uciech wielu, bo dusza, która się do własnej godności posuwa, jest szczęśliwą w tej chwili. I cóż by nieszczęściu przyszło z rozpusty. Kiłka godzin szału i długie potem dni wstydu przed sobą samym. Co zaś do kochania, do bycia kochanym. Wcałe to inna kategoria. Myśłałem i ja to tysiąc razy patrząc na ciebie. W tym właśnie różnica człeka od zwierzęcia, że w nim miłość jest sprawą raczej ducha niż ciała, bo nie ustajepo rozmnożeniu gatunku swego (...) [7 kwietnia 1835] I dalej w tymże liście apelował: „Obudź się raz jeszcze i kochaj, żyj złudzeniem, złóż brzemię smutków na dni kiłka, znajdź serce, które by Twoim się stało na znikomą chwilę, ale Twoim tak, jakby żyć po rozdziale nie miało. (...) Bądź mi szczęśliwym raz jeszcze na ziemi.” 124 Stałem się ruiną ciała... Czy to aluzja do rozkwitającego romansu pułkownika z młodą i piękną panną Adela-idą Fabbi? Wszystko na to wskazuje. Intensywne wspomnienie rzymskiego karnawału 1835 roku będzie powracać w listach Krasińskiego kilkakrotnie i to niemal do końca życia. Zwracali na to uwagę piszący przed ponad wiekiem o miłościach Krasińskiego - Piotr Chmielowski i Ferdynand Hoesick. Ten ostatni zresztą miał dużo racji, gdy pisał o tym epizodzie: „Był to bodaj czy nie kulminacyjny punkt zapału Krasińskiego!...’’ Zostańmy przy tym. Pułkownik mieszkał wówczas kamienicy przy via di Due Macelii 102. (Sprawdziłem: stoi do dziś.) Z dobranym towarzystwem wybrał się na Corso, bo właśnie zaczynał się karnawał. Szukając smaków, kolorytu tamtego czasu, natrafiłem na pyszną relację w kaliskim „Przyjacielu Ludu”. Napisał ją ktoś, kto był w Rzymie w 1830 roku, a więc kilka lat przed Sołtanem. Ale nie w samej bliskości czasowej sama rzecz. Zresztą obszernie zacytujmy: „Do Rzymu dziś śpieszyć musi podróżny, na pierwszy i ostatni dzień wielkiego postu, jeśli chce widzieć najwspanialszy kościelny porządek, i najweselszy na świecie karnawał. Najweselszy! Bo kto nie był świadkiem wesołości Włochów, ten można by powiedzieć, nie wie, co to jest wesołość. W całym chrześcijaństwie tydzień zapustny przeznaczony jest zwykle na zabawę. Lecz w innych krajach po miastach bawią się tylko niektórzy: w Rzymie lud cały - lud włoski! Gdzie indziej teatrem zabaw są ciasne domy i zatłoczone sale: tu całe miasto - Rzym. Podobnaż różnica i w ludziach. My np. bawimy się najczęściej dla spędzenia nudów i czasu; Włosi dla użycia radości. Niemiec rad bawić się tylko drugimi: obserwacją, Francuz tylko dla drugich - popisywaniem się; Włoch bawi się w sobie i dla siebie uczuciem. Stąd upodobanie Włochów w maskaradach; bo maska zapewniają im najpotrzebniejszy warunek zabawy - swobodę. Niemcy mniej w nich znajdują powabów; bo jużci lepiej jest uważać cudze twarze niż maski; Francuzi dla ubiorów chyba je lubią; bo sami woleliby raczej okazywać się tylko, nie taić. Włochowi służą one do obudzenia jego wyobraźni, a ta mu za wszystko wystarcza." Pułkownik nie wystąpił w roli gapia, rzucił się niczym młodzik w wir zabawy. Wspominał to potem Krasiński: „Z przyłbicą drucianą i procą płócienną, pełną pocisków tynkowych, prosty jak sosna wysmukła, szedł na przebój przez Korso z myślą zwaną Adelaida w głowie, z wiośnianym tchnieniem w sercu, rzucając w prawo i w lewo fiałki i konfety." [list z 25 lutego 1841]. Pułkownik straszący strzałami z procy! Pysznie, nieprawdaż? Ale tak może zachowywać się także ktoś głęboko zraniony, albo może kto chce obok niedawno poznanej młodej piękności odjąć sobie lat... Krasiński wmawia Sołtanowi, a może i nie, że osoba młodej Adelaidy jest kimś ważnym. W liście 13 lipca 1835 roku pisze do przyjaciela, jak to jest szczęśliwy, bo po dziewięciomiesięcznej rozłące zobaczył się z Joanną Bobrową. Używając przy tym określenia: I ja mam swoją Adelaidę! Gdyby więc włoska piękność była tylko czczą igraszką, czy posunąłby się do podobnego porównania? W następnym roku Krasiński dwukrotnie napomyka w listach o Adelaidzie. Namawia przyjaciela, by podążył w ślad za nim pod koniec karnawału do Florencji. „Jużeś się zasiedział w tym Rzymie okropnie. I wdzięki Adelaidy piękniejszymi by się wydały po kilku Janusz Ryszkowski 125 tygodniach niewidzenia" [19 stycznia 1836]. W korespondencji z połowy listopada przesyła dziewczynie ukłony. Romans z Adelaidą Fabbi kończy się chwilą, gdy pułkownik w połowie 1837 roku wyjeżdża do Wiednia, gdzie po dłuższych staraniach udało się sprowadzić córkę Marię. Ale ma swój ciąg dalszy... GODZINA CIELEŚNOŚCI Jesienią 1838 roku na prośbę przyjaciela odwiedza mieszkanie przy via di Due Macelli Zygmunt Krasiński. Ma kłopoty, by tam trafić. Ciemna klatka, lokal na pierwszym piętrze. Otwiera Adelaida Fabbi. Poeta oddaje jej list przyjaciela z Wiednia. „Po coś tam zamieścił, że nigdy nie wrócisz. Pękło jej serce, czytając." - czyni zarzut. Opisuje jej „żal niefarbowany”. Przegląda kufer z rzeczami pozostawionymi przez Sołtana. Selekcjonuje książki, zabiera te mniej cenne. Zostawia u Adelaidy strzelbę, kije,filolorety, kamasze, torbę, porządki myśliwskie, frak o guzikach świecących, czamarkę spłowiałą, cybuchy i sztychy. Z wyrachowania. Po to, by dziewczyna żywiła nadzieję, że jednak do niej Sołtan wróci. Krasiński zabiera m.in. stary paszport, portrety synów Sołtana i swój, obraz Januarego Suchodolskiego (wisiał potem w Waplewie), szklankę, trzy rzymskie pamiąteczki, kamień do przyciskania papieru. W dalszej części listu Krasiński powiadamia, że spełnił prośbę przyjaciela i przekazał Adelajdzie za pokwitowaniem 50 skudów. Tłumaczy, że pułkownik musi zostać w Wiedniu przy swojej córce, którą cudem wyrwał z klasztoru. Namawia dziewczynę, by ułożyła sobie życie na nowo, wyszła za mąż. Na to dictum słyszy: „Nigdy”. Zwierza się przy tym Sołtanowi, że miał wobec dziewczyny pewne plany. „Pewny jestem, że nikt jej nie dotknął od Twojego wyjazdu [połowa 1837 roku]. Przyznam Ci się, że tu jadąc miałem pewną pokusę, myślałem sobie, że dziewczyna się puściła, a wiedząc, że przestałeś o nią dbać, roiłem sobie z nią godzinę cielesności." Ale opisując, jak to dziewczyna jest do Sołtana przywiązana, tak mu wierna - uszanowałem kochankę przyjaciela. Krasiński w Rzymie załatwia stare sprawy sercowe przyjaciela, ale i mota nowe. Bawi tu 17-letnia księżna Zeneida z Hołyńskich, żona Kazimierza Lubomirskiego (1813-1871), dziedzica dóbr rówieńskich i aleksandryjskich, kompozytora, przede wszystkim miniatur fortepianowych, wykorzystujących motywy polskich tańców narodowych i organizatora życia muzycznego. Krasiński, widać znając słabość księżny do helitropów (być może z nimi wiązały się jakieś intymne przeżycia?), postanawia posłać jej kwiaty z dołączonym liścikiem od Adama Sołtana. „Porywa” je wieczorem z cieplarni rodziny Borghese, a opis tego trzyma w napięciu niczym fabuły Dumasa, którego poeta był wielkim wielbicie- Rzym. W tej kamienicy mieszkał Adam Sołtan z Adelaidą 126 Stałem się ruiną ciała... lem. Zanosi bukiet, wręcza służącej i umyka. „A kwiaty stoją tam w salonie, a piękność nad nimi pochylona marzy i trzyma napis w dłoni i na próżno ciekawa dowiadywać się jutro będzie, skąd i jak, i kto, i czyś Ty nie przybył? A jak ciebie nie znajdzie w całym mieście, znów się zamarzy i marząc chwytać będzie woń kwiatów Twoich, a w nocy przyśnią się jej kwiaty i Ty (...)". W przeddzień wyjazdu z Rzymu poznaje jej męża, Kazimierza. Jak donosi przyjacielowi Krasiński, nieźle się ubawił, gdy Lubomirski zapytał go, czy to nie on przysłał Zenaidzie heliotropy od Sołtana? Zaprzeczył. Książę zaprosił go do odwiedzenia domu i poznania żony. Poeta po spotkaniu prorokuje, że „ona przeznaczona wcześniej czy później nieszczęściu, bo uważaj, mąż dobry, poczciwy chłopiec, ale pozbawiony taktu. Sprowadza do siebie ludzi źle wychowanych, ton mających bez żadnej godności. Nie sposób, by ona niższości męża nie czuła, w tym sęk. Znajdzie się kiedyś taki, którego ona pokocha". Zeneida wdała się po kilku latach z głośny romans z Rogerem Raczyńskim (1820-1864). Owocem tego związku był syn Edward Aleksander (1847-1926), którego - w dość okrężny sposób - usynowił potem Raczyński. Nawet znany z profetycznych wizji Krasiński nie mógł przeczuwać, że ów „Boski Edzio”, jak nazywano Raczyńskiego, będzie w przyszłości małżonkiem jego córki Marii Beatrix. Z kolejnych listów poety widać, jak zmieniał się jego stosunek do Zeneidy. W korespondencji z 20 lutego 1839 roku poeta donosi, iż z jej mężem, księciem Kazimierzem, jest na jak najlepszej stopie, że to „dobry całym słowem chłopiec, ale mąż w całym znaczeniu jego słowa". Lubomirski bawi grą i śpiewem, a Krasiński to przecież prawdziwy meloman. Pryska początkowa fascynacja Zeneidą - z czego zwierza się w liście Delfinie Potockiej, z którą w tym czasie nawiązał romans - by obrócić się w jawną niechęć. Ale na razie zauważa, że podkochuje się w niej Jerzy Lubomirski, zwany Orciem. Pod koniec lata tego roku opisuje Sołtanowi wyprawę towarzystwa z Neapolu do Ischii, w której uczestniczyła także Zeneida (mąż wołał pograć w karty) i zadurzony w niej Or-cio. Jakiś Francuz „koperczaki stroił do Zen[eidy]. Ona, przysięgam, że gorzała do niego. Bawiło mnie dosyć na to patrzeć. Orcio konał z smutku. Ja go odciągałem, jak mogłem, od tej kobiety, w której zanadto mięsa, kiedy w nim może ducha zanadto”. Gdy potem ów Francuz-zalotnik potrącił Krasińskiego i nie przeprosił, spotkał się z reprymendą. Potem Zeneida publicznie rozgłaszała, że Krasiński chciał się o nią pojedynkować, a poeta zżymał się: „Na co udawać, że ten biedny Krasiński] umiera z miłości do mnie, kiedy pan Krasiński] nigdy prawie na księżnę panią nie spojrzał. Imo Bo zanadto w niej mięsa. 2do Bo lubił dość Kazia. 3tio Bo kocha szczerze Orcia. 4to etc., etc. (...)”. Wątek księżny Zeneidy nie pojawia się już więcej w listach. Heliotropy widać zwiędły... ADELAIDO, DO KLASZTORU Ale niezwykle mocno daje o sobie znać Adelaida. Panna odgrażała się, że pojedzie do Sołtana do Wiednia. W liście z 13 listopada 1839 roku Krasiński co prawda uspokaja przyjaciela, że w tym jest „nieco włoskiej przesady, a może włoskiej chciwości, w jej domaganiu się", „ileś razy zdołał, posłałeś jej pieniędzy". Uspokaja sumienie Sołtana, że w żaden sposób nie mógł przyczynić się do ewentualnego pogorszenia warunków jej życia. Nadal mieszka Janusz Ryszkowski 127 z siostrą, wynajmując dwa pokoje w kamienicy przy via di Due Macelii 102. „Aniś sławy jej nie pozbawił, aniś jej odjął sposobów zarabiania na utrzymanie”. W każdym razie poeta obiecuje sprawą się zająć, a jeśli istotnie Adelaida popadła w kłopoty finansowe, postara się o jakąś sumkę dla niej, choć, jak przyznaje, sam przypływu „floty” potrzebuje. 13 grudnia już raczej bez wcześniejszego współczucia dla dziewczyny wyrzuca sobie napisanie we wcześniejszym liście „pełnego uniesienia”, gdzie przedstawił ją niczym wierną Penelopę. „Lecz wiesz, lepiej być oszukanym i wierzyć w coś pięknego niż nigdy się nie dać podejść, ale za to żadnej wiary nie mieć" - tłumaczy. Adelaida - donosi - przyznała się mu z płaczem, że urodziła dziecko „przeszłego roku na Boże Narodzenie” i nie jest ono Sołtana. Od porodu pluje krwią, dziecko oddała na wieś. Chce do niego pojechać... Wręczył jej na to pieniądze. Po czterech dniach pisze o wizycie Alelaidy i kolejnej przekazanej sumce. To co przyziemne, trywialne, zapewne godne pogardy, ma jednak także rewers: „pamiętasz tę wiosnę złudzenia, kiedyś pisał do mnie [1835 rok] do Neapolu owiany powietrzem karnawału i miłości”. To wspomnienie będzie jeszcze powracać. Po kilkunastu dniach [list z 31 grudnia 1839/ 3 stycznia 1840]: „Fatalne są o niej prawdy, które niemiło spod mojego pióra wyjdą. Puściła się i ciałem, i duszą-, podobno wszystko, co opowiadała, było zmyśleniem na to, by litość wzbudzić. Wyjeżdżać nie myśli. Bawi się dobrze, pić zaczęła. Niejeden już był jej kochankiem (...).” Adelaida domaga się pieniędzy, szantażuje Sołtana, że przyjedzie do Wiednia. Awanturuje się nawet z najbliższą rodziną, staje się dla wszystkich niebezpieczna. Krasiński donosi, że brat zamierzał oddać ją do klasztoru. Ale „raz ostatni wzięła mnie litość nad tą, którąś Ty kochał kiedyś” i temu zapobiegł. Ostatecznie, jak w (dobrym/kiepskim) romansie, dziewczyna trafiła za klasztorne mury. Ponoć z własnej woli. Ale jej obraz i upojnego tamtego karnawału powraca, kiedy Krasiński bawi w Rzymie w 1852 roku. Widzi, jak stawiają dekoracje, bo niedługo przyjdzie pora karnawału. Tamtem czas ma jedno imię. „Nam obu Adelaidował świat, ziemia się Adelaidowała i morze Adelaidowało się (...)”. WOKÓŁ TESTAMENTU I CÓREK Bylibyśmy mocno tendencyjni, gdyby, zaglądając do listów Krasińskiego do Sołtana, poprzestać tylko na romansowym i nieco skandalizującym wątku. Z korespondencji bowiem wyłania się autentyczna troska poety o życiowe sprawy przyjaciela. Przypomnijmy - córki przebywały w klasztorze sióstr wizytek w Kamieńcu Podolskim, a pozbawiony majątku pułkownik nie mógł zapewnić im bezpiecznej i jasnej przyszłości. W listach tedy znajdujemy swoistą kronikę zaangażowania Krasińskiego, by bezpotomna księżna Maria Lubomirska, przyrodnia siostra Aleksandra Pocieja, teścia Adama Sołtana, nie zapomniała w testamencie o jego dzieciach. Włącza się w starania o wyrwanie z kamienieckiego klasztoru córek. W korespondencji z 26 marca 1835 roku pisanej z Neapolu informuje poeta: „Przybyła tu księżna, ałe bardzo zmieniona co do stanu umysłu. Słodycz zwyczajna opuściła ją, niezmiernie 128 Stałem się ruiną ciała... jest rozdrażnioną (...). Żałuje Rzymu, sto tysięcy razy sobie wyrzuca, że wyjechała, potem, że Ciebie nie poprosiła, byś z nią jechał. Boi się, czy Ty się nie gniewasz, czy Tobie by tu przyjemniej czas nie schodził, to znowu mówi, że sądziła, żeś chciał zostać w Rzymie i dlatego Cię nie prosiła etc., etc., etc. (...) artretyzm i fluksja mocno ja męczą. Uparła się by nic nie bać, pigułek już nie ma." Krasiński prorokuje, że to wszystko stan wywołany podróżą, ale gdyby „miała tu opaść z tej resztki sił i dokonać nieszczęśliwego żywota, możesz być pewnym, że nic nie opuszczę, by na ja-śnią wyrwać jej ostatnią wolę i onęż opisać, okry-ślić, dotykalną przed prawem i ludźmi uczynić.” Księżna Maria Lubomirska W tym czasie testament był już spisany. Tyle, że zapis dotyczył żony pułkownika, Adalii. Krasiński i Sołtan zabiegali, by został zmieniony w całości na rzecz dzieci. Nie znaczy to, by wywierali na księżnę jakąś silną presję, postępowali dyplomatycznie i subtelnie. Obaj czekali cierpliwie na „natchnienie od niej samej pochodzące”. Poeta zapewniał, że jeśli tylko takie przyjdzie, to „nie dam się mu rozwiać”. Rozważają sprowadzenie córek Sołtana i oddanie ich pod opiekę księżny Lubomirskiej. „Sadzę, że dla niej samej najlepszą by to było sposobnością wyrwania się z tego stanu nicości i mienia czegoś na tym świecie.” [Wiedeń, 16 grudnia 1835]. Obiecuje, że porozmawia o tym z księżną po swoim przyjeździe do Florencji. Ale okazuje się, że Lubomirska - „popsute ciało, w którym już dusza nie działa, lub na wspak działa”, wymawia się: „Ale czyżby śmiała dwie młode dziewczyny sprowadzić do siebie, by mnie widziały i zły przykład, i zgorszenie ze mnie brały.” Krasiński znowu zapewnia, że wróci do „szturmu”. Sytuacja zmieni się już wieczorem. Wtedy księżna „była rozrzewniona, dobra i długo o Tobie mówiła i o dzieciach Twoich”. Na pytanie poety o sprowadzenie, ich z Kamieńca, odpowiedziała: „Trza nad tym pomyśleć”. Nalegał przy tym, by przyjaciel przybył do Florencji. Krasiński kusił, że ma duże i tanie mieszkanie, nie dla dwóch, ale dziesięciu. Ale chodziło także o to, by osobiście urabiał księżnę. Na skrupuły, odpowiadał: „(...) Masz święty obowiązek względem dzieci Twoich robienia wszystkiego, co im na dobre wyjść może, co ich wybawić może z rąk tej kobiety”. Na myśli miał ich matkę, niegodną, jak twierdził, tego miana. Czyżby chodziło o to, że zdecydowała rozwieść się z mężem7. [24-25 stycznia 1836] Latem Sołtan przeżywa bolesną tragedię. Umiera w Kamieńcu jego ośmioletnia córka Idalia. Także rozwód z żoną zostaje przypieczętowany. Krasiński składa mu wyrazy współczucia z powodu śmierci córeczki i... nie ukrywa zadowolenia z powodu rozwodu. Wstrząśnięta biegiem wypadków księżna znowu napomyka poecie o sprowadzeniu córki pułkownika do siebie. Janusz Ryszkowski 129 W październiku Krasiński informuje, że pewnie kroki przedsięwziął, ale ciągle daremne: „Ojciec kazał mi był pisać do księżnej naszej, że będzie teraz na Podolu i że jeżełi ona chce, to zaraz będzie starał się w Kamieńcu Podolskim wyrobić paszport dla Marii. (...) Księżna odpisała mi wczoraj, że nie może tego tak prędko uczynić, że musi wprzódy znieść się z matką." Lubomirska zasięgała jeszcze rady zaprzyjaźnionego księdza, czy aby postępuje właściwie i jak wyciągnąć córkę spod matczynej karateli. W przeddzień swoich imienin Sołtan otrzymuje w prezencie dobrą wieść. Była żona wyraziła zgodę na wyjazd Marii, pozostaje już tylko sprawa wyrobienia paszportu i znalezienia dla niej guwernantki. W kwietniu 1837 roku znaleziono odpowiednią osobę - „około trzydziestoletnią”, „umie po polsku”, jak pisze Krasiński - Annę Baumberg-Bourguignon. Była siostrą Antona, oficera floty austriackiej, późniejszego admirała (jego imieniem nazwano fort w Puli). To ona towarzyszyła Marii do czasu ślubu z hrabią Alfonsem Sierakowskim. Po śmierci księżny Lubomirskiej (w testamencie zapisała jej sumę dożywocia, wypłacaną przez Marię Sierakowską), znalazło się dla niej miejsce w Waplewie. Tam też spoczęła, w samotnym, bo jednym, grobie na tyłach kaplicy rodzinnej Sierakowskich. Napis na kamiennym krzyżu przypomina do dziś, że była „przyjaciółką rodzinny”. Krasiński wynajął dla księżny i Marii mieszkanie w pałacu Lubomirskich. Z okna pokoju Sołtanówny - pisał - rozciąga się „zapewne widok w Wiedniu najpiękniejszy”. Zieleń, ogrody, dużo przestrzeni. „Myślałem sobie, że tak młodej i niewinnej, i rosnącej duszy trzeba tego samego co kwiatom nie rozkwitłym jeszcze: światła, wolnego powietrza i obszaru. Nic tak w młodzieńczym wieku nie działa na duszę jak natura. Im kto dłużej ją kocha i czuje, tym dłużej dobry i szczęśliwy.” Nagrobek Anny Baumberg-Bourguignon w Waplewie, fot. J. Ryszkowski 130 Stałem się ruiną ciała... 6 maja donosi: „Znowu gmatwanina, opór przeszkoda”. Idalia Sołtan napisała list do księżny, co wywołało u niej nawrót wątpliwości. Krasiński starał się je rozwiać, jest redaktorem odpowiedzi, w której jest zawarte przesłanie - nikt matce praw do dziecka nie odbiera, może je odwiedzać w Wiedniu, ale należą się prawa także ojcu. Tak dalece sprzyja Sołtanowi, że przyznaje się do tego, że zaadresował go „zanadto ciemno na tutejsze poczty”. Ostatecznie, o czym dowiadujemy się w dalszej korespondencji - list ten nie został wysłany, a ściślej cofnięty z poczty. Zabiegi poety kończą się szczęśliwie. Maria Sołtanówna przybyła do Wiednia 21 maja, przywieziona przez księżnę Halinę Ponińską. Krasiński informuje, że księżna Lubomirska wybrała dla siebie inne mieszkanie niż proponował - w „ciemnym, samym centrum miasta”. Szczegółowo relacjonuje to spotkanie. „W tej chwili byłem jakby drugim Ty. Z ojcowskich prawdziwie rozrzewnieniem przemówiłem do niej i wspomniałem jej o Tobie”. Daje przy tym opis córki, której ojciec nie widział przecież siedem długich lat. „Jest na swój wiek rosła, dość pełniej tuszy, zdrowie dochodzącej, choć skądinąd znać w niej pewną skłonność do krofu-łicznej [gruźliczej] słabości, w oczach coś mdławego, w chodzie coś opieszałego, niby niedba-łość i brak giętkości zarazem tego dowodzą. (...) Księżna twierdzi, że jak dwie krople podobna jest do matki, tylko że matka ognistsze ma zrzenice. Jej ruchy noszą piętno zaciszy klasztornej, inaczej być nie może; po Jrancusku zwinniej mówi niż p o p o l s k u - błąd współny, jak widzę, pałacom i klasztorom, wsiom i miasto w Polszczę, ale księżna ją tego o d u c z y. Po niemiecku wszystko czytać może.” Teraz dla Krasińskiego ważne są starania o zabezpieczenie finansowe Marii. Lubomirska, po drugim mężu Aleksandrze Zamojskim, XI ordynacie, miała pewne prawa do Kozłówki oraz majątek Wietka w guberni mohylewskiej. „Ja bym chciał, żeby Marii zaraz mógł się dostać kapitał gotówki [z Kozłówki], a Wietka Twoim synom. To by Marysi położenie wyjaśniło, wyzwoliło”. 31 maja: „Zostawiłem księżnie moje uwagi na piśmie względem tego, co bym życzył, by dla Marii na teraz i później uczyniła. Zaraz jej znacznego kapitału wyznaczyć nie może, przekonałem się o tym wglądnąwszy w stan jej interesów i przeczytawszy jej testament, ale później, sądzę, da się ułożyć.” Dalej Krasiński rozważa ewentualności: dopóki Maria nie jest należycie zabezpieczona, nie należy zrywać wszystkich jej związków z krajem i tam znalazła w przyszłości męża. I dodaje: „Ja mogłem, o ile pozwoliły mi okoliczności wszystkie przeciw nam walczące, uiściłem się z obowiązku Twojego charge d’affaire przy księżnie”. Ambasadorem interesów Sołtana poeta okazał się niezgorszym, a zabiegi, by zapewnić Marii przyszłość sprawiły, że miał do niej niemal ojcowski stosunek. JAK RĘKAWICZKĘ NOSIĆ GO BĘDZIE Nic dziwnego, że kiedy zaczęły się krystalizować plany matrymonialne Sołtanówny, zajął się prześwietlaniem kandydata na męża. O instytucji małżeństwa sam miał zdanie wyrobione i niezmienne: „(...) słowo swaty brzmi w moich uszach na podobieństwo tego drugiego -pogrzeb” (Gdańsk, 1838, 12[-13] sierpnia). 17 maja 1844 roku donosił przyjacielowi: „Natychmiast napisałem do Prus, by wywiedzieć się o Sierak(owskim). Wszyscy, których tu o niego Janusz Ryszkowski 131 pytałem, jednym głosem chwalili i zacne w nim serce i piękne ułożenie. Bóg daj, by Marysi dobrze z tym było; Ty wiesz, że w instytucją św. nie wierzę ni szczęścia nigdy z niej rokować nie rokuje moja dusza; zawsze ślub to pogrzeb dla mnie. (...) Z serca proszę Boga, by wyjątek zdarzył się dla Marysi (...).” W liście z 27 listopada 1844 roku dodawał charakterystykę Sierakowskiego: „Mówią jednogłośnie, że najlepszy i najmiększy człowiek, że zatem Marysia wszystko, co zechce, z nim uczyni, jak rękawiczkę nosić go będzie na dłoni. Dalej, że najpiękniejszy w okolicy majątek, że dwór i ogród pyszny, a zaraz blisko i do Gdańska, i morza. Zatem może będzie szczęśliwa.” Ślub odbył się w Wiedniu 22 października 1844 roku. Nadal zajmują go sprawy związane ze spadkiem po księżnie Lubomirskiej. Radzi, by Alfons Sierakowski pojechał do odziedziczonego majątku w Wiatce. Mając rozeznanie w rosyjskich stosunkach nie kryje, że dopilnowanie sprawjest możliwe „za posmarowanie ł a py urzędnikom miejscowym". Ale też i Sierakowski, jakby w rewanżu, zajmował się pruskimi dobrami poety. Krasiński był bowiem właścicielem majątku Kleszczewko (w dzisiejszej gm. Pszczółki). Otrzymał go w spadku po matce - Marii z Radziwiłłów. Dla nas ciekawe może być to, że babcia po ką-dzieli poety - Konstancja pochodziła z niezwykle znaczącego na Pomorzu rodu Czapskich. Niewiele brakowało, aby Tomasz Czapski, pradziadek Krasińskiego otrzymał starostwo malborskie. Zaoferował mniejszą sumę niż konkurent, a kiedy się zreflektował, było po sprawie... Przegrał rywalizację z Michałem Augustem Czapskim z linii smętowskiej - starostą kiszporskim (dzierzgońskim). Ten od końca 1856 roku piastował funkcję wojewody malborskiego, zresztą ostatniego w historii. Województwo malborskie przestało istnieć po 1 rozbiorze Polski i nastaniem rządów pruskich. Kleszczewko musiało być jakąś resztką po dobrach Pszczółki, które nadał Janowi Czapskiemu w 1757 roku król August III. Pewnie było tak, że reszta wspominanego majątku została sprzedana, aby pokryć długi, jakie narobił później Tomasz Czapski, pono rozpustnik i zabijaka, na starostwie knyszyńskim. Dziedzicząca po nim córka Konstancja musiała je z czegoś pospłacać... Krasiński był w swoim pruskim majątku w sierpniu 1836 roku: Przyjechałem tu wczoraj, a jutro wyjeżdżam - pisał do Sołtana w liście z gdańskim nagłówkiem. Miasto wydało mu się piękne, gdzieniegdzie podobne do Wenecji. To ostatnie zdanie przytaczam trochę pro domo sua, ale też aby wykazać, że poeta siłą rzeczy musiał interesować się choć pobieżnie dziejami pomorskimi, genealogią Czapskich, etc. Dlatego, kiedy w marcu 1851 roku pisze do Bronisława Trentowskiego, że Sołtan aż z Malborgskiej ziemi przyjechał tu do mnie, posłyszawszy, żem chory, nie zaskakuje, że używa określenia ziemia malborska, bo tak nazywano dawne województwo malborskie w czasach, gdy Prusy Królewskie należały do Rzeczpospolitej. W korespondencji z Soltanem Kleszczewko pojawia się jeszcze kilka razy. 1 stycznia 1848 roku Krasiński powiadamia przyjaciela, że radca prawny z Kwidzyna, niejaki Raabe, sprawujący pieczę na jego pruskimi interesami, prześle mu do Waplewa potrzebne pieniądze. Na co? Pułkownik zwrócił się także z prośbą o konia. Ten został przekazany z Opinogóry do majątku Alfonsa Sierakowskiego w Osieku, leżącego na terenie Królestwa Polskiego. 132 Stałem się ruiną ciała... W listopadzie 1856 roku Krasiński za pośrednictwem Sołtana dziękował Alfonsowi Sierakowskiemu za pomoc w sprzedaży 7-morgowej działki przynależnej włościom klesz-czewskim. O tyle ciekawe, że linię kolejową Tczew - Gdańsk uruchomiono wcześniej - bo 1852 roku. Ale i Sołtan wspierał radami gospodarczymi poetę i jego żonę Elizę. Ta ostatnia, jak się dowiadujemy, „tylko homeopatyczną ich cząstkę zdołała uskutecznić, tj. kupić ode mnie Śliwno za 500 000 zł, wszystko reszta niepodobieństwem.” Nie wiemy dokładnie, o co chodziło, Śliwno to majątek na Podlasiu. Krasiński otrzymał po matce starostwo knyszyńskie, może to także jakieś resztki po innych dobrach? Ostatni, 222, zachowany list Krasińskiego do Sołtana [9 października 1858 roku], napisany na cztery miesiące przed śmiercią, jest w połowie praktyczny, ale czy także niepokojący? Co prawda doktor oświadczył, że „niedobrze jest ze mną, jeszcze nie niebezpiecznie, ale co chwila niebezpieczeństwo objawić się może albo pod postacią wrzodów we wnętrznościach, albo pod postacią wolno zabierających suchot (...)”, ale poeta od lat na zdrowie narzekał, czasem można go było podejrzewać o hipochondrię. 11 lat wcześniej, gdy przebywał w sławnym od czasów rzymskich uzdrowisku Akwizgran (Aachen), pisał np. że gorące źródła ulgi mu nie przynosiły, a Delfinie Potockiej skarżył się: „Przez niesłychane stany przechodzę opadlości i choroby. Szczególnie piersi, gardło, womity." Można zatem było się do narzekań przyzwyczaić. W ostatnim liście do Sołtana pyta Krasiński o bankiera lub radcę prawa z Malborka, niejakiego Schenkela, który najpewniej prowadził interesy Kleszczewka. Obawiał się poeta, że może zostać oszukany, a po temu miał uzasadnione obawy, bo krótko wcześniej stracił 3 min zł polskich po upadku paryskiego banku Thurneyssena. Alfons Sierakowski miał się wywiedzieć, czy interesy są należycie zabezpieczone. Pytał też na zakończenie: „Jak oczy Twoje, jak zdrowie, jak Marysia i dzieci się mają? Czy na zimę w Poznaniu przebywacie?" Literatura (wybór) Z. Krasiński, Listy do Adama Sołtana, opracował i wstępem poprzedził Zbigniew Su-dolski, Warszawa 1970; Sto listów do Delfiny, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Jan Kott, Gdańsk 2000; M. Bielska, Buntownik z wyboru - Tomasz Czapski, starosta knyszyński 1740-1784, Białystok 2007 (praca magisterska); Z. Sudolski, Sołtan Adam Ludwik Michał (1792-1863), w: Polski Słownik Biograficzny, T. XL, Warszawa 2001; A. G., Adam Sołtan. Wspomnienie pośmiertne, „Dziennik Poznański”, nr 36/1863, P. Chmielowski, Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, Kraków 1886; F. Hoesick, Miłość z życiu Zygmunta Krasińskiego. Studium biograficzne, Kraków 1909, M. Kowalska, Warsztat wydawniczy Ignacego Janickiego, „Sztuka Edycji”, nr l/2012;A. Markuszewska, Listy literackie Zygmunta Krasińskiego, „Sztuka Edycji”, 1-2/2014, Karnawał Rzymski, „Przyjaciel Ludu” (Leszno), nr 2-4/1836. Rafał Cybulski, Leszek Parus 133 Rafał Cybulski, Leszek Parus BOLESŁAW USOW -NADLEŚNICZY Z HISTORIĄ Życie Bolesława Usowa, choć niezbyt długie, to mogłoby posłużyć jako właściwie gotowy scenariusz do niezłego filmu sensacyjnego. Ba, dałoby się z niego zrobić kilka części. Bo Usow był nie tylko pierwszym nadleśniczym założonego zaraz po wojnie Nadleśnictwa Kwidzyn i założycielem struktur łowieckich na tym terenie, co wszyscy wiedzieli oficjalnie. Był też przedwojennym harcerzem, który kończył studia w trakcie tajnych kompletów, a potem zakładał Szare Szeregi, walczył w podziemiu, był więziony i torturowany przez Niemców, ale szczęśliwie odbity przez AK. Był też prześladowany przez UB i powoli niszczony w powojennej Polsce, aresztowany, ale za wstawiennictwem radzieckiego generała szybko wypuszczony, a jego śmierć do dziś owiana jest mgłą tajemnicy z mrocznych, stalinowskich czasów. Urodziłem się 18 VII1913 r. w Rypinie pow. Rypin woj. Pomorze. Syn Jana i Leokadii narodowości polskiej wyzn. Rzym. - Kat. Szkołę powszechną i Gimnazjum ukończyłem w Brodnicy. W1934 r. odbyłem służbę wojskową w Dyw. Kursie Podchorążych 67pp. w Brodnicy. Po czym wstąpiłem do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. W 1939 r. uzyskałem absolutorium, a 30 III 1940 r. otrzymałem dypłom inżyniera-łeśnika. Od maja do września 1939 r. pracowałem w Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie w Biurze P.D. w sekcji urządzeniowej. Od 1940 do 1941 r. byłem kierownikiem drużyny urządzeniowej w Ordynacji Zamojskiej. Od 1941 do 1944 r. byłem nadleśniczym N-ctwa Krzeszów O.Z. W lipcu 1944 r. wyjechałem do Lwowa skąd wróciłem na początku lipca 1945 r. jako repatriant. Okres od lipca do sierpnia br. spędziłem na poszukiwaniu rodziny. 1 IX 1945 r. zameldowałem się w Ministerstwie Leśnictwa skąd otrzymałem skierowanie do Dyrekcji Lasów Państwowych Okręgu Gdańskiego. Taki życiorys, pomijający wiele, dość istotnych faktów z życia oraz drobne „kłamstewko” Bolesław Usow spisał 20 października 1945 roku w Sopocie. Dokument złożył w Dyrekcji Lasów Państwowych Okręgu Gdańskiego. Nie mógł w nim napisać prawdy, bo wtedy na pewno nie dostałby posady. Nie tylko posady nadleśniczego, ale pewnie w żadnej innej państwowej instytucji formującego się państwa komunistycznego. Jego prawdziwy życiorys nie pasował bowiem do nowej rzeczywistości. Miał niewłaściwe pochodzenie (ojciec białogwardzista, matka polska szlachcianka), niewłaściwe zainteresowania (przedwojenny harcerz) o pięknej karcie w państwie podziemnym nie wspominając. Ale po kolei... Bolesław Usow urodził się 18 lipca 1913 roku w Rypinie, wówczas na granicy rosyjsko--pruskiej. Po wybuchu I wojny światowej jego ojciec - Jan Usow, Rosjanin z pochodzenia, dostał wezwanie do carskiej armii i trafił do Rostowa nad Donem, gdzie zabrał rodzinę. 134 Bolesław Usow - nadleśniczy z historią Jako białogwardzistę aresztowano go po wojnie i ślad po nim zaginął. Resztę rodziny Bolesława uratował dziadek ze strony matki, Teodor Bonewicz, ziemianin i patriota polski, który dzięki determinacji i dużym pieniądzom wydostał córkę z sowieckiego imperium. Młody Usow po ukończeniu szkoły powszechnej i gimnazjum rozpoczął studia na Wydziale Leśnym SGGW w Warszawie. Ukończył je w 1939 r., ale dyplom odebrał już w tajnych strukturach szkoły, w 1940 r. Poza tym Bolesław od najmłodszych lat był mocno zaangażowany w Związek Harcerstwa Polskiego. Już w 1938 roku był harcmistrzem i działał w chorągwi warszawskiej. Natomiast później, już w trakcie wojny, wraz ze Stanisławem Broniewskim ps. „Orsza” i późniejszym członkiem 3 Kompanii Batalionu „Zośka” ppor. harcmistrzem Janem Kubackim tworzył Szare Szeregi. Jeszcze na studiach zatrudnił się w warszawskiej Dyrekcji Lasów Państwowych w drużynie urządzeniowej. Gdy wybuchła wojna walczył w obronie Warszawy, w szeregach 36 pułku Legii Akademickiej. Po kapitulacji, 29 września 1939 roku, odszedł do cywila. Pracował jako robotnik w zakładach miejskich w Warszawie. Ciągle działał też w konspiracji, gdzie spotkał kolegę ze studiów hrabiego Marka Zamojskiego (brat ordynata). Ten zaproponował mu pracę przy urządzaniu lasu w dobrach Zamojskich na Lubelszczyźnie. Pojechał tam wraz z matką, siostrą Zofią i bratem Bazylim. W roku 1943 objął funkcję nadleśniczego w Hucie Krzeszowskiej na Lubelszczyźnie. Jego działalność konspiracyjna nabrała rozmachu, niestety zwróciła także uwagę okupanta. 10 września 1943 roku do Huty Krzeszewskiej przybyło Gestapo z żandarmerią z Biłgoraja. Otoczyli budynek nadleśnictwa. W trakcie przeszukania Niemcy znaleźli broń, maszynę do pisania, powielacz, aparat radiowy i prasę konspiracyjną. To wystarczyło do aresztowania nadleśniczego Usowa, jego brata Bazylego, rzekomego kasjera nadleśnictwa a faktycznie delegata rządu RP prof. Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie Stanisława Ehrlicha (pochodzenia ży- Rafał Cybulski, Leszek Parus 135 dowskiego), wybitnego znawcę prawa międzynarodowego, ukrywającego się pod nazwiskiem Smarzewski oraz gajowego Antoniego Roczniaka. Po przewiezieniu aresztantów do Biłgoraja, gestapowcy bezzwłocznie rozpoczęli śledztwo. Usow był bestialsko torturowany, prof. Ehrlich próbował popełnić samobójstwo. Przed śmiercią uratował ich oddział AK. W drugiej połowie września 1943 r. akcję na biłgorajskie więzienie przeprowadził oddział kpt. Tadeusza Szuberg-Rychtera „Żegota” przy wsparciu oddziałów Edwarda Błaszczaka „Grom” i Leonarda Zdanowicza „Ząb”. Uwolniono siedemdziesięciu dwóch więźniów, wśród nich prof. Stanisława Ehrlicha, Bolesława Usowa i jego brata Bazylego. Wielu z nich wynoszono z więzienia na noszach. Po odbiciu z więzienia Usow wraz z bratem zostali przewiezieni do Bielin, gdzie u rodziny Zamłyńskich (schroniły się tam także ich matka i siostra) zajęła się nimi Maria Za-młyńska - pielęgniarka z zawodu. Po miesięcznej kuracji nie powrócił do legalnego życia i pod pseudonimem „Konar” wstąpił do oddziału „Ojca Jana” (Franciszek Przysiężnik), został jego zastępcą. Podchorąży Stanisław Bałut, ps. „Bruzda” - dziś profesor Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie wspominał po latach: „Z usposobienia „Konar” był człowiekiem zrównoważonym i pogodnym. Do podwładnych odnosił się życzliwie, sprawiedliwie oceniał ich czyny i możliwości. Imponował spokojem. Poza tym był harcerzem i kierował się przykazaniami harcerskimi, na miarę warunków partyzanckiego, leśnego bytu, pociągając swym przykładem młodzież.” Za męstwo w walkach Armii Krajowej na terenie Okręgu Lubelskiego, odznaczony został 3 maja 1944 r. Orderem Wojennym Virtuti Militari klasy V, a potem wsławił się podczas akcji „Sturmwind” na Lubelszczyźnie - największej bitwy partyzanckiej na ziemiach polskich. Przeciw partyzantom Niemcy rzucili potężne siły i 14 czerwca 1944 r. otoczyli ich w lesie na Porytowym Wzgórzu. W pułapce znalazło się 3 tysiące partyzantów, w tym oddział dowodzony przez porucznika „Konara”. Po ciężkich walkach i zacieśnieniu pierścienia wokół zgrupowania podjęto próbę wydostania się z kotła. Przewodnikami w tej trudnej akcji byli ludzie z oddziału Bolesława i to dzięki nim akcja się powiodła. Wyprowadzili oddział z Lasów Janowskich do wsi Uście nad rzeką Bukową. Ostatecznie w całej bitwie straty po stronie partyzantów wyniosły 120 zabitych, Niemców poległo ok. 600. „Wierzył, że może poniesiemy straty, ale z okrążenia wyjdziemy i tę wiarę wpajał podwładnym. Nie stwarzał niepotrzebnych dystansów między sobą a żołnierzami [...]. Zrównoważony i opanowany w każdej sytuacji, był szanowany i uwielbiany przez żołnierzy.” - tak wspomina „Konara” jeden z jego podkomendnych. Operacja ta, ukoronowanie bitwy nad Branwią, była majstersztykiem taktyki partyzanckiej. „Konar” stojąc przy drodze we wsi żegnał się z dowódcami wszystkich oddziałów, którzy dziękowali mu i gratulowali bohaterskiego udziału w bitwie i pomyślnego wyprowadzenia z okrążenia. Warto też dodać, że przed wspomnianą bitwą Usow i jego ludzie mieli także do czynienia z oddziałami partyzantów radzieckich i polskimi oddziałami Armii Ludowej, co miało odegrać rolę w późniejszym życiu „Konara”. Gdy linia frontu przeszła przez Lubelszczyźnę NKWD wspólnie z UB rozpoczęło aresztowania i wywózkę do łagrów najaktywniejszych akowców, dlatego oddział „Ojca Jana” rozwiązano, zaś Bolesław przenosząc się z miejsca na miejsce zdobył „kartę repatria- 136 Bolesław Usow - nadleśniczy z historią cyjną” i jako rzekomy repatriant ze Lwowa wyjechał na „ziemie odzyskane”. 1 września 1945 r. zgłosił się do Ministerstwa Leśnictwa, skąd otrzymał skierowanie do pracy na terenie Dyrekcji Lasów Państwowych Okręgu Gdańskiego. 10 listopada 1945 roku Usow przyjechał z Torunia do Kwidzyna. Przywiózł dekret wyznaczający go na stanowisko nadleśniczego. Nadleśnictwo w tym czasie było już dość dobrze zorganizowane, jednak w roku gospodarczym 1945/46 nie pozyskiwano drewna zagospodarowując surowiec pozostawiony w lesie, na składnicach i w tartaku przez Niemców. W wyniku działań wojennych oraz lokalizacji w Kwidzynie przyfrontowych szpitali Armii Czerwonej nastąpiła bardzo duża redukcja zwierzyny. Nowy nadleśniczy szybko zyskał sobie szacunek i uznanie pracowników „[...] pracował z zaangażowaniem i do spraw polityki się nie wtrącał. Jednak czuliśmy - pisał Bronisław Krukowski, pierwszy powojenny sekretarz Nadleśnictwa - że władze nie darzyły go zaufaniem. Za to cieszył się wyjątkową sympatią i szacunkiem społeczeństwa, nie tylko Kwidzyna, ale i okolicy.” Usow zaczął również w okolicy organizować struktury łowieckie. Myśl o utworzeniu koła łowieckiego - u tych myśliwych, którzy przybyli na te tereny jako pierwsi, zrodziła się już wiosną 1945 roku. Z ich wspomnień wynika, że w miesiącu październiku 1945 roku odbyło się pierwsze zebranie myśliwych pragnących utworzenia kola łowieckiego. Do grupy inicjatorów dołączył Bolesław Usow. Wkrótce w starostwie powiatowym złożono wszelkie wymagane dokumenty celem rejestracji i uzyskania osobowości prawnej koła. Wśród założycieli koła byli (brak dokumentów uniemożliwia podanie pełnej listy członków założycieli): Władysław Barczykowski, Stanisław Błachuta, Jan Duda, Józef Dudziak, Jan Janiuk, Stanisław Jędras, Bronisław Krukowski, Kazimierz Kwiatek, Czesław Olejnik, Witaliusz Parafianowicz, Stanisław Rzeszutko, Jerzy Sołtyski, Józef Studziński, Roman Steinbart, Wiesław Sztejnike, Wojciech Suczyński, Bolesław Usow, Kazimierz Rafał Cybulski, Leszek Parus 137 Węcławowicz, Józef Zieliński. Po ustanowieniu w 1946 r. funkcji Łowczego Powiatowego Bolesław Usow zostaje na nią powołany, a w roku 1947 otrzymuje srebrny Medal Zasługi Łowieckiej - pierwsze po wojnie odznaczenie łowieckie w powiecie kwidzyńskim. Niestety, jeszcze w 1946 roku Usow został aresztowany przez UB. Najpierw został przewieziony do Gdańska, a stamtąd do Lublina, gdzie podczas przesłuchania oświadczył, że chce rozmawiać z sowieckim generałem Kowpakiem. To był jeden z dowódców partyzanckich, którym uratował życie na Porytowym Wzgórzu. Dzięki wstawiennictwu Kowpaka Usow został zwolniony, ale „przyjaciel” zastrzegł, że nie może liczyć na dalszą pomoc z jego Strony. Pomnik Usowa, który stanął przed siedzibą Po dziesięciu dniach Usow wrócił do pracy, ale kwidzyńskiego Nadleśnictwa, fot. R. Cybulski w końcu 1946 roku uległ wypadkowi i poddany został operacji czaszki. Przez kilka miesięcy dochodził do siebie. Powrót do pełnej sprawności lekarze określili jako cud. Przełożeni i „czynnik polityczny” wykorzystali ten okres do sformułowania upomnienia „za brak nadzoru”. Wiele pism z tego okresu znajdujących się w aktach IPN świadczy o politycznym „osaczeniu” nadleśniczego. Doniesienia podpisywane są pseudonimami „Ryś”, „Czujny”, „Janusz”, „Lojalny”, „Mściciel”. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że do końca życia oficer Narodowej Organizacji Wojskowej - AK „Konar” pozostał ważnym obiektem inwigilacji. Dla kwidzyńskiego UB, bodaj najważniejszym. Dlatego mimo dobrej oceny jego pracy w kolejnych latach, często zawieszano go w czynnościach służbowych i utrudniano życia przez delegowanie do odległych placówek, czy próbami przeniesienia do innych Dyrekcji LP. Pomimo to, Bolesław Usow pozostał na stanowisku w Kwidzynie aż do śmierci. 30 lipca 1954 r. Około godziny 13 wracając motocyklem z warsztatu został potrącony przez „zieloną ciężarówkę”, która wymusiła pierwszeństwo. Nadleśniczy odniósł ciężkie obrażenia i zmarł po przewiezieniu do szpitala. Brak jest szczegółowych informacji, co to była za ciężarówka, skąd tam się wzięła, kto był jej kierowcą. Wydaje się, że przyjęto wówczas wersję „tragicznego zdarzenia losowego”. Przyjmując tę oficjalną wersję warto pamiętać, że ubecy nie zapominali, zwłaszcza o oficerach Armii Krajowej. Zdecydowana większość z nich poddawana była represjom. W zderzeniu z „zieloną ciężarówką” zginęli także partyzanci z oddziału Usowa, m.in. koło Słupska - Bogumił Męciński „Władka” i w Prudniku - Stanisław Pelczar „Majka . W 2015 roku, podczas obchodów 70-lecia Nadleśnictwa Kwidzyn zostanie odsłonięty pomnik Bolesława Usowa - popiersie na postumencie ustawione przed budynkiem nadleśnictwa. 138 Historia kamienia z pomnika „Żelaznego” Marta Chmielińska-Jamroz HISTORIA KAMIENIA Z POMNIKA „ŻELAZNEGO” Zdzisław Badocha Żelazny, fot. archiwum Wszystko zaczęło się wzasadzie wiatach 50., a właściwie nawet wcześniej, w kwietniu 1945 roku, gdy szwadrony majora Łupaszki wyszły w pole, a może trochę wcześniej, gdy Stanisław Szczykno, późniejszy łącznik oddziału, poszedł do lasu? A może wtedy, gdy wybuchła wojna i kilkunastoletni harcerze, jak Zdzisław Badocha „Żelazny” nagle dorośli i stali się żołnierzami? Zacznijmy jednak od początku. - To był rok 2006 - wspomina Robert Jamroz, mieszkaniec Malborka zajmujący się historią żołnierzy podziemia antykomunistycznego. - Mój przyjaciel, historyk Piotr Niwiński spotkał się z jednym z podkomendnych majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Stanisławem Szczykno „Stachem”, który był łącznikiem majora oraz naocznym świadkiem śmierci Zdzisława Badochy „Żelaznego”. Pan Szczykno opowiedział ze szczegółami ostatnie momenty życia „Żelaznego”. Stanisław Szczykno przybył z polecenia mjra „Łupaszki” do Czernina pod Sztumem pod koniec czerwca 1946 roku. Jego zadaniem było odebranie Zdzicha Badochy z rekonwalescencji i dostarczenie go do oddziału znajdującego się w Borach Tucholskich. 23-let-ni „Żelazny” leczył się z ran odniesionych kilka tygodni wcześniej pod Tulicami. Ten odważny i błyskotliwy dowódca zastał postrzelony w czasie potyczki z grupą operacyjną UB i MO. Do Czernina trafił, ponieważ tu administrował Ottomar Zielke, człowiek z siatki konspiracyjnej wileńskich partyzantów. 28 czerwca 1946 r. „Stach” pojawił się w Czerninie. - Prawdopodobnie został poczęstowany obiadem - mówi Robert Jamroz, powołując się na słowa Stanisława Szczykno. - Do ataku funkcjonariuszy UB doszło w zasadzie przypadkiem, był to fatalny zbieg okoliczności, ponieważ nie mieli oni pojęcia, że w Czerninie znajduje się „Żelazny . Prawdopodobnie, gdyby wiedzieli o tym, nie zaatakowaliby dworku. Szwadrony 5 Wileńskiej Brygady AK były w tamtym czasie dobrze znane przez służby resortowe a sam „Żelazny działał z taką brawurą, że o jednej z jego akcji mówiło radio BBC. Można więc przypuszczać, że Badocha mógłby przeżyć, gdyby UB wiedziało więcej, niestety, funkcjonariusze byli przekonani, że dokonają aresztowania zupełnie innego, mniej groźnego dla nich człowieka. Marta Chmielińska-Jamroz 139 Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie, na odgłos zbliżających się przeciwników „Żelazny” i „Stach” rzucili się do ucieczki. „Stach” w jedną stronę, Badocha w drugą. Stanisław Szczykno usłyszał odgłos wybuchu granatu rzuconego przez jednego z milicjantów. Łącznik „Łupaszki” został zatrzymany, po latach wspominał, że ubecy nie wiedzieli, kogo zabili, żołnierza 5 Brygady rozpoznali po sygnecie pamiątkowym, jego zwłoki rozpoznał również Stanisław Szczykno. - „Stach” wspominał, że milicjanci i funkcjonariusze UB nie od razu odważyli się wejść do ogrodu, dopiero po chwili, gdy przybyły posiłki odnaleźli ciało „Żelaznego”. Szczykno potwierdził jego tożsamość. Milicjantem, który rzucił granat za ostrzeliwującym się Badochą był Bolesław Łagocki. Opowiadając tę historię po 60 latach od wydarzeń, łącznik „Łupaszki” opowiedział jeszcze jedną historię. Historię kamienia... Aresztowany Stanisław Szczykno został osądzony i skazany na karę więzienia, a po jego opuszczeniu rozpoczął pracę na budowach w odradzającej się po wojennych zniszczeniach Polsce. Los tak chciał, że trafił na budowę fermy trzody chlewnej w ...Czerninie. W czasie prowadzonych prac ziemnych budowlańcy natrafiali na dziwne ociosane kamienie, resztki ceramiki i ozdoby metalowe. Znaleziska te zostały nawet zgłoszone przełożonym, jednak w tamtych czasach nikt nie zawracał sobie głowy takimi sprawami. Nikt nie wezwał archeologów, ponieważ wykonanie planu i pobudowanie socjalistycznej chlewni 140 Historia kamienia z pomnika „Żelaznego” było ważniejsze niż odkrycia historyczne. Pracujący na budowie „Stach” postanowił jeden z głazów znalezionych w wykopie wykorzystać do własnych celów, pomyślał bowiem o tym, że może kiedyś uda się postawić tutaj pomnik upamiętniający „Żelaznego” i jego kolegów z oddziału. - „Stach” myślał, że może kiedyś zmienią się czasy i będzie można ten głaz wykorzystać jako podstawę do pomnika - opowiada Robert. - Opisał lokalizację ustawionego przez siebie kamienia i na odsłonięcie tablicy na kościele w Czerninie przyjechał Piotr Niwiński z wyrysowanym planem. Szukaliśmy tego kamienia jeżdżąc po okolicy Sztumu i Czernina, ale na nic nie natrafiliśmy. Zwątpiliśmy. Dopiero jakiś miejscowy przejeżdżający na rowerze powiedział nam, że taki głaz znajduje się tuż przy fermie trzody chlewnej. Pojechaliśmy według wskazówek mężczyzny i odnaleźliśmy kamień wmurowany przez Stanisława Szczykno w latach 50. To było niesamowite uczucie, jakbyśmy zamykali wciąż toczącą się historię, jakbyśmy dotykali tamtych dni sprzed 60 lat. Grupa pasjonatów postanowiła zamknąć historię kamienia, napisali pismo do Rady Miasta Sztumu z prośbą o zgodę na wmurowanie tablicy pamiątkowej. Niestety, mimo że koszt wykonania pomnika ponosili wnioskodawcy i mimo zmiany ustroju, władze Sztumu i radni nie byli skłonni wydać zgody. Doszło wówczas do kuriozalnych sytuacji i dyskusji nie popartych jakąkolwiek wiedzą historyczną a jedynie wiadomościami czerpanymi z propagandy komunistycznej. Szczęśliwie jednak okazało się, że w Sztumie znajdują się ludzie rozsądni i otwarci na argumenty. Dzięki ówczesnemu radnemu - Arkadiuszowi Dzikowskiemu doszło do spotkania z radnymi i dzięki zrozumieniu i dobrej woli udało się na kolejnej sesji przegłosować uchwałę i wydać zgodę na umieszczenie pamiątkowego napisu. Tablicę, która od 2006 roku ozdabia ogromny głaz przy fermie w Czerninie ufundowała grupa osób pasjonujących się historią Żołnierzy Wyklętych, część z nich z czasem powołała do życia Stowarzyszenie Historyczne im. 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Uroczyste odsłonięcie tablicy nastąpiło 11 kwietnia 2006 roku. Tablicę odłoniła Janina Wasiłojć-Smoleńska, sanitariuszka „Jachna” i Józef Bandzo „Jastrząb”. Działo się to w 60. rocznicę wymarszu w pole szwadronów majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki ”, który po przejściu z Białostocczyzny, w Sztumie i okolicach zebrał swoich dawnych żołnierzy. Wymarsz nastąpił 14 kwietnia 1946 r. z majątku w Jodłówce. Stanisław Szczykno „Stach ’ wciąż żyje, jednak ze względu na stan zdrowia i podeszły wiek od dawna nie uczestniczy w żadnych uroczystościach. ******* Wszystko wskazuje na to, że historia Zdzisława Badochy „Żelaznego” może doczekać się definitywnego zakończenia. Chodzi oczywiście o odnalezienie szczątków Zdzicha, którego UB zakopało w nieznanym miejscu. Wiosną tego roku Instytut Pamięci Narodowej rozpoczął starania o możliwość prac sondażowych w obrębie dawnej siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Sztumie. Dzięki ogromnemu zrozumieniu właścicicieli budynku, którzy wyrazili zgodę na badania gruntu, udało się wytypować kilka miejsc w których z dużym prawdopodobieństwem mogą znajdować się szczątki. Czy uda się cokolwiek odnaleźć, i czy miejsca wskazane przez badania georadarem okażą się miejscami pochówku ludzi, i czy uda się odnaleźć „Żelaznego”, tego dowiemy się prawdopodobnie we wrześniu. Teodor Sejka JAK BYĆ HARCERZEM - TO NA CAŁE ŻYCIE CZĘŚĆ 2 Młoda para w harcerskich mundurach - Krystyna i Ryszard Szafrańscy przed USC w Sztumie S maja 1973 r. 142 Jak być harcerzem - to na całe życie Przyszły twórca polskiego harcerstwa - Andrzej Małkowski, pewnego razu spóźnił się na poranną zbiórkę (na godzinę 6 rano) konspiracyjnego kursu dowódców wojskowych. Za to przewinienie stanął do raportu karnego i został skazany na karę terminowego przetłumaczenia angielskiej książki generała Roberta Baden Powella „Scouting for boys” („Zwiady dla chłopców”). Nikt wtedy nie mógł przypuszczać, że ta karna lektura tak znacząco wpłynie na formację programu wychowania polskiej młodzieży, przygotowywanej wówczas do roli wyzwolicieli Ojczyzny spod jarzma zaborców. Kara okazała się dla Andrzeja fantastycznym dobrodziejstwem. Lektura książki olśniła jego umysł i rozradowała serce. Przecież strzelectwo, samarytanka, terenoznawstwo, pionierka i obozow-nictwo, to dla przyszłej walki nadzwyczajny sposób wychowania i wyszkolenia żołnierzy. Proponowane w książce romantyczne obyczaje Indian, podchodzenie wroga, traperska umiejętność przetrwania w terenie - to wszystko trzeba koniecznie uzupełnić elementami polskimi - myśli Andrzej: trzeba wskrzesić kodeks rycerzy średniowiecznych z jego szkołą uśmiechu i wzajemnej życzliwości. Zawisza Czarny, Kościuszko - to czystość i szlachetność w myślach, słowach i czynach, to walka z nałogami i ludzkimi słabościami, to praca nad własnych charakterem. Andrzej czyta z wypiekami na twarzy. Patriotyczna wyobraźnia podsuwa mu kolejne, rewelacyjne obrazy nowej rzeczywistości, którą można będzie stworzyć. Rozgorączkowany dzieli się swym odkryciem z przełożonymi i współbraćmi z lwowskiego „Sokoła”. Jest pewien, że propozycje angielskiego generała naprowadziły go na wychowawczy trop, którego od dawna poszukują tajne polskie organizację niepodległościowe: A jaką potęgę możemy rozbudzić przez braterstwo skautowe, rycerskie tradycje, przyjazną gotowość pomocy dla każdego. Uśmiech i rzetelność. Przez pogardę dla nałogów i rozkosz fizycznej doskonałości. Oto, co możemy zrobić za kilka lat z naszej młodzieży!1 - przekonuje swych towarzyszy. To jasne, że walka o Niepodległość, plus skauting, to najlepsza synteza służby Ojczyźnie - Matce wszystkich Polaków w trzech zaborach. HARCERSTWO SZTUMSKIE PO ODNOWIE W 1957 ROKU Wiosną 1959 roku harcerzy sztumskiego LO obiegła radosna wieść, że do Sztumu przybędzie nowy komendant hufca, że wreszcie będzie to ktoś na pełnym etacie, bo do tej pory (do 1957 roku) funkcję tę pełniły już dwie osoby zatrudnione tylko ryczałtowo i do tego obydwie mieszkały poza Sztumem. Nadzieja na ożywienie pracy harcerskiej wstąpiła w nasze serca i niecierpliwie czekaliśmy na przybycie nowego szefa. Był to podharcmistrz Edmund Dysarz, który w maju przybył do nas z Kościerzyny. Nowy hufcowy raźno zabrał się do pracy. Maleńki lokal Komendy Hufca, który mieścił się w budynku komitetu PZPR, był teraz codziennie otwarty i zawsze można było tam spotkać grupkę drużynowych gawędzących z komendantem. Komendant zarządził koncentrację sztumskich drużyn w Czerninie podczas której odbyły się ćwiczenia z musztry. Odbył się też bardzo udany 3-dniowy kurs dla zastępowych w ramach akcji Lato Wiejskich Drużyn w Białej Górze, przeznaczony dla tych, którzy nigdzie nie wyjadą na wakacje. Tu dopiero zapachniało prawdziwą atmosferą harcerską. Ale najważniejsze były przygotowania Aleksander Kamiński, „Andrzej Małkowski”, Warszawa 1979. Teodor Sejka 143 do organizacji obozu letniego. Miał to być drugi letni obóz w historii hufca. Pierwszy, w roku 1957, odbył się w Mątkach, a jego komendantem był druh Henryk Kaźmierkie-wicz. W roku następnym (1958) nie organizowano akcji letniej w ogóle. Teraz do udziału w obozie hufca zakwalifikowało się ok. 60 uczestników - harcerzy młodszych ze szkół podstawowych. W lipcu, jako drużynowy w wiejskiej szkole, wybieram się pierwszy raz w życiu na 3-tygodniowy obóz, a druh komendant proponuje mi od razu bardzo ważną funkcję oboźnego. Czas było pomyśleć o obozowym ekwipunku, którego w tamtych latach większość harcerzy nie posiadała. Zbawienna pomoc przychodziła ze strony tego wszystkiego, co w budynku naszego łiceum pozostawiła po sobie jednostka wojskowa. Wielka sala na parterze wypełniona była elementami rynsztunku wojskowego. Zwalono tam nieprzeliczoną ilość tornistrów wojskowych, koców, menażek, manierek i troków. Były też eleganckie raportówki. Wszystko używane, ale było w czym wybierać. Tam za kilka złotych można było sobie skompletować całkiem przyzwoite wyposażenie obozowe. OBÓZ NAD BACHOTKIEM Pociągiem jedziemy do miejscowości Tama Brodzka k. Brodnicy w woj. bydgoskim. Stamtąd pieszo przez las, nad cudowne jezioro Bachotek. Okolica jest malownicza i przytulna. Na wysokim brzegu jeziora, nagrzana słońcem leśna polana, piaszczysta plaża, pomosty. Na przeciwległym brzegu widać przystań żeglarską. Kilka namiotów postawiła już wcześniej grupa kwatermistrzowska. Trzeba postawić jeszcze trzy, a to zadanie niełatwe. Namioty są duże i ciężkie. Brakuje w nich linek, zapałek i śledzi. Trzeba więc kombinować i improwizować. Większość z nas wcale się na tym nie zna. Wielu z nas nigdy jeszcze nie spało pod namiotem. Rozstawiamy je wkładając w to sporo trudu i mozołu. Marylka Szafrańska (stoi w berecie) ze swoją drużyną z SP nr 2 w Sztumie na obozie harcerskim w Jantarze w 1962 r. 144 Jak być harcerzem - to na całe życie Zjadamy posiłek i każdy dostaje po sienniku. Idziemy teraz do odległego gospodarstwa napchać je słomą. Wracamy, mamy już dach nad głową i spanie. Na drugi dzień, z przygotowanych żerdzi budujemy prycze. Trzeba przy tym wykazać się umiejętnością posługiwania się siekierą, saperką i piłką. Drążki pryczy trzeba przepleść chrustem i jedliną, dopiero na to kładziemy wypełnione sienniki. Budujemy latrynę, okopujemy namioty. Kuchnię zbudowali już wcześniej ci z grupy kwatermistrzowskiej. Obok kuchni zbudowali ziemiankę przeznaczoną na produkty żywnościowe. Kilkaset metrów od obozu jest chatka rybaka i studnia, tam zaopatrujemy się w wodę pitną. Jest cicho, spokojnie i ciepło, przyjaźnie błyska do nas błękit nieba odbitego w tafli jeziora. Na obozie nie mamy do dyspozycji żadnego środka transportu. Dostawa żywności odbywa się na plecach harcerzy. Gdy jest potrzeba, zastęp służbowy bierze swoje puste plecaki i udaje się do oddalonej o 2 km wioski po zakupy. W sumie nie jest to aż tak uciążliwe, a tragarze mają satysfakcję swojego wkładu we wspólnotowe życie obozowe. Ten 24-osobowy namiot służy nam jako świetlica na czas niepogody, ale głównie ma służyć jako gościnna baza noclegowa dla wędrownych grup starszo harcerskich, które będą nas odwiedzać na trasie swych wędrówek. Bo nasz obóz jest także ogniwem wielkiej harcerskiej imprezy turystycznej - Harcerskiego Rajdu Pomorskiego. Nasze obozowanie nad Bachotkiem bardzo na tym zyskuje, bo co kilka dni poznajemy nową grupę starszo harcerską. Ciekawi nas, skąd są, jak są umundurowani, jakie śpiewają piosenki. Wzbogaca to program naszych wspólnych wieczornych ognisk, ale czasem też wspólnie wesoło pląsamy na polanie, zwłaszcza, gdy gościmy u siebie harcerki, jak np. te z Raciborza, bardzo wesołe i rozśpiewane. Z żalem rozstajemy się z nimi. Wzrokiem odprowadzamy opuszczającą obóz kolumnę, za którą niesie się melodyjny, trochę smętny refren harcerskiej piosenki, sławiącej piękno ojczystej ziemi: Niech dzwoni w tej piosence, Ojczyzny mej uroda/Niech jej wtórują serca i radość i swoboda. Niech szumią fale morza, niech bije piękno gór./Niech słowom naszej uśmiechniętej pieśni, Wtóruje miłych głosów chór. Odwiedziny naszych gości budują naszą harcerską dumę. Słowa o tym , że wszyscy harcerze to jedna rodzina staje się przez to odczuwalną rzeczywistością. A więc wszędzie mamy przyjaciół, łączy nas wspólny braterski krąg , harcerska pieśń i harcerska służba dobru. Innym znów razem gościmy harcerzy z Malborka, dowodzoną przez harcmistrza Jerzego Litwińskiego, zawodowego oficera WP. Grupa odznacza się wzorowa musztrą i zdyscyplinowaniem. Podziwiamy ich ćwiczenia z musztry i marsz ze śpiewem. Męskie silne głosy wyśpiewują pieśń o swoim mieście: Idziemy w dal, Malborka dzieci młode,/Serce się pal, Nogatu ogrzej wodę. Idziemy wzwyż, od zuchów aż do szarż./Wiwat nasz gród,/Malborski Hufiec-marsz! Zazdrościmy im trochę, bo wiadomo, że Malborski Hufiec to potęga. Mają wiele szkół średnich i oparcie w kadrze wojskowej. W Sztumie zaś mamy jedyny, świeżo powołany do życia nasz ogólniak. Teodor Sejka 145 Pewnego dnia zapowiedziano w obozie wizytę drużyny żeglarskiej z Elbląga. Zaczęliśmy więc spekulować, że na pewno będą specjalistami od piosenki żeglarskiej. Chłopcy okazali się bardzo sympatyczni, ale do śpiewu nie rwali się wcale. Już po ogłoszeniu ciszy nocnej staliśmy z naszymi gośćmi nad brzegiem jeziora. Rozmawiając ściszonym głosem wpatrywaliśmy się w jego spokojna toń, gdy od strony przystani dały się zauważyć sygnały świetlne. Wyraźnie, ktoś latarką przekazywał jakąś wiadomość alfabetem Mors'a. Szkoda, że nie możemy się dowiedzieć o co chodzi- powiedział ich drużynowy i zwracając się do mnie, zapytał: „A może druh oboźny zna alfabet Morsa?”. Wyrwany do odpowiedzi i skrępowany pytaniem, bezmyślnie palnąłem: „ Oj - nie pamiętam...”. W odpowiedzi otrzymałem należną mi, słuszną sarkastyczną ripostę: „Najgorzej jak ktoś nie umiał i zapomniał.” W kadrze obozu był mój bliski szkolny kolega Józek Kowalski. Miał pseudonim Bizon i wielu nie wiedziało jak się naprawdę nazywał. Był to chłopak średniego wzrostu, krępej budowy ciała i bardzo silny. Trenował boks i zapasy. Znał wszystkie tajniki sztumskich zabytków: pomników, cmentarzy i budowli. Bizon był w tych czasach prawdziwą wizytówką sztumskiego harcerstwa. Codziennie przychodził do szkoły w mundurze harcerskim. Na mieście też spotykało się go najczęściej w mundurze. Był drużynowym zuchów i poświęcał im sporo swego czasu, za co zuchy odwdzięczały się mu bezgranicznym przywiązaniem. Tu, nad Bachotkiem też miał gromadkę swoich zuchów, którymi się troskliwie zajmował. Dodatkową jego pasją było kucharzenie, wiec druh Bizon często wspomagał panią kucharkę w obozowej kuchni. Nasza sympatyczna pani kucharka była rodowitą sztumianką, co ma znaczenie dla dalszej narracji o obozowym incydencie. Pewnego dnia zdarzyło się, że za niesubordynację i pobicie kolegi, do karnego raportu postawiono harcerza Ryśka. Komendant obozu rozkazał mu za karę, przez godzinę, stać na baczność pod masztem, ze spakowanym plecakiem. Rysiek postał chwilę, ale wykalkulował sobie, że może wykpić się fortelem i uniknąć kary. Udał więc, że robi mu się słabo i że mdleje. Osunął się na ziemię i leży pod masztem. Pierwsza zobaczyła to nasza poczciwa pani kucharka i przerażona alarmuje swojego pomocnika Bizona. Wzywa go na pomoc i swoim sztumskim dialektem krzyczy na całe gardło: - Alo Byzon, eden ymlał! Nad Bachotkiem cieszymy się ciepłym latem, bliskością przyrody, otaczającym nas pięknem. Rytm naszego obozowego życia wyznaczają nam pobudki, kąpiele w jeziorze, wieczorne ogniska, no i nocne warty. Nocne warty, to szczególny rodzaj doświadczeń harcerskiego obozowania: senny obóz, oddechy śpiących, szelesty nocy, czasem błysk spadającej gwiazdy i majaczące w ciemności sylwetki wartowników. To czuwająca nad obozem straż trzymająca na swych barkach poczucie służby i odpowiedzialności za innych: Ty młody skaucie powiedz nam,/Co ty robisz późno sam? Ja stoję dla Ojczyzny mej,/Ojczyzno moja żyjl Pięknie o nocnych wartach opowiadają harcerskie piosenki. Często splatają tę służbę z lirycznymi obrazami nocnej przyrody. Gdy nad Bachotkiem pojawia się księżyc, to on także , razem z wartownikami trzyma „srebrną straż”. Być może, wyobraźnia podsuwa im wtedy znane motywy, utrwalone w śpiewanych przy ognisku piosenkach: 146 Jak być harcerzem - to na całe życie A kiedy zmrok na ziemię spłynie,/Roztoczy księżyc srebrną straż. I znajdzie obóz, znajdzie obóz nasz w gęstwinie,/To całą nockę będzie trzymał srebrną straż. W odległości 2 km od naszego obozowiska, nad tym samym jeziorem, było miejsce upamiętniające martyrologię Polaków w czasie II wojny światowej. W święto 22 lipca wzięliśmy udział w uroczystości odsłonięcia wzniesionego tam, w kształcie ogromnego stylizowanego orła, pomnika. Było to wielkie patriotyczne wydarzenie, odbywające się z udziałem asysty wojskowej i orkiestry. Mieliśmy ze sobą spory zapas wody mineralnej, bo tego dnia, dosłownie, żar lał się z nieba. Co kilka minut podawaliśmy tę wodę naszym podopiecznym. Głęboko przeżyliśmy tę patriotyczną uroczystość, a wieczorem przy ognisku, komendant obozu nawiązał do upamiętnionych pomnikiem wydarzeń z naszej historii. Zabrzmiała nasza ulubiona pieśń „Gdy zapłonie ognisko”, którą śpiewaliśmy tyle razy, ale teraz przemawiała do nas całkiem inaczej- jakby odsłaniała nam nowe miraże ojczystej przeszłości: Przed laty, przed laty/W wojennym pochodzie/Szło wojsko przez ten las./A może z tym wojskiem Do kraju szedł ojciec/Lub brat któregoś z nas./I może tu blisko/Spoczywał po znojnym dniu, Płonęło ognisko,/Las szumiał mu do snu. DRUHNA MARYLKA W latach 60. ubiegłego wieku na firmamencie dziejów sztumskiego harcerstwa zabłysła gwiazda pierwszej jasności. Była wśród nas zaledwie 8 lat, ale blask jej ciepła i dobroci wciąż jeszcze nam świeci. Harcmistrz Maria Szafrańska (1936-1970). Urodziła się w górskiej wiosce Kamionnej koło Bochni w woj. krakowskim w rodzinie chłopskiej. Miała tam okazję doświadczyć ciężkiej pracy, pomagając rodzicom w gospodarstwie rolnym . Z powodu częstych pobytów w szpitalu musiała przerwać naukę w Liceum Pedagogicznym w Świdnicy. Od wczesnych lat była wątłego zdrowia, bo wrodzonej wady serca nie udało się wyleczyć. Szkołę średnią ukończyła w Limanowej. Pierwsze 3 lata przepracowała jako wychowawczyni w pobliskim Zakładzie Wychowawczym, a następnie zdecydowała się przenieść do Prewentorium w Nowogardzie k. Szczecina. Pracę tę łączyła z jednoczesnym odbywaniem zaocznych studiów na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas studiów w Warszawie poznała swego przyszłego męża - sztumianina, Feliksa Szafrańskiego, z którym 1961 roku przyjechała do Sztumu. Tu znalazła zatrudnienie w Szkole Podstawowej nr 2, gdzie wkrótce zorganizowała drużynę harcerek i prowadziła ją z dużym powodzeniem. Po raz pierwszy poznałem ją tego samego roku na zimowisku sztumskiego hufca w Gdańsku- Siankach. Był to kurs drużynowych prowadzony przez hm. Kazimierza Deję. Mimo że Marylka była w harcerstwie nowicjuszką, atmosfera harcerskiego kursu wyraźnie się jej podobała. Wnosiła w nią swoją serdeczność, pomysłowość i zdrowe poczucie humoru. Na tym zimowisku złożyła Zobowiązanie Instruktorskie, którego uroczysty moment w Księdze Pamiątkowej wspomina jej serdeczna przyjaciółka hm. Waleria Malinowska: ;A pamiętasz Marylko żar i nastrój nocnego ogniska na plaży? Pamiętasz szum morskich fal, dotyk mojej ręki na swoim ramieniu, gdy byłam Twoją matką chrzestną, wprowadzającą Cię do Grona Instruktorskiego? Lipiec 1962 roku spędziła już ze swoją drużyną na obozie har- Teodor Sejka 147 cerskim nad morzem w miejscowości Jantar. Była tu komendantką jednego z podobozów Zgrupowania. Jej obóz wyróżniał się oryginalnym wystrojem i ciekawymi pomysłami ogniskowymi. Drobną dziewczęcą sylwetkę komendantki w szarym harcerskim mundurku trudno było rozpoznać w gronie jej harcerek. Dla Marylki, jako początkującej drużynowej, obóz był z pewnością poważnym wyzwaniem. Pionierka obozowa, życie w plenerze było dla niej czymś nowym. Była ambitna, w każdej sytuacji wykazywała się dzielnością, okraszoną żartem i humorem. Chyba z tej racji obozowe echo (to taki żartobliwy program ogniskowy, przyporządkowujący każdemu tytuł jakiegoś filmu) nadawał jej tytuł „Niemowlę na manewrach”, ale znając jej poczucie humoru, myślę, że wcale nie była tym obrażona. W tym czasie Marylka była w powiecie sztumskim jednym z nielicznych nauczycieli z tytułem magistra, toteż w 1963 roku zaproponowano jej pracę w Liceum Medycznym Pielęgniarstwa w Sztumie, gdzie uczyła historii i była wychowawczynią w internacie. Wkrótce zorganizowała tu 39 Drużynę Harcerek im. Janusza Korczaka, z którą latem w 1965 pojechała na obóz do Goręczyna na Kaszubach. W ramach tego obozu prowadziła szkolenia według programu kursu drużynowych. Gdy po wakacjach , jedna ze starszych uczennic założyła 14 Drużynę Harcerek im. Marii Curie-Skłodowskiej, drużyny te połączyły się, dzięki czemu powstał Szczep Drużyn, a Marylka została szczepową. Rozpoczął się okres intensywnej pracy i rozwoju harcerstwa w sztumskim Medyku. Przy szczepie powstał Młodzieżowy Krąg Instruktorski. Szczep pod komendą Marylki szybko zyskiwał sławę prężnej organizacji. Wkrótce był zaliczany w poczet najlepszych w Gdańskiej Chorągwi ZHP. Sypały się wyróżnienia i pochwały władz harcerskich. Szczep stał się organizacją wiodącą w szkole. Zapał, autorytet i osobisty urok druhny szczepowej spowodował, że szczep skupił w swoich Druhna Maryla Szafrańska prowadzi drużynę z Liceum Medycznego w Sztumie 1 maja 1965 r. 148 Jak być harcerzem - to na całe życie szeregach 75 proc, uczennic szkoły, a żywotna działalność i wysoka ranga harcerstwa, stała się autentyczną chlubą tej placówki. Szczep spełniał tu rolę ważnego nerwu decydującego o inicjatywach programowych, atmosferze wychowawczej i treści życia społeczności szkolnej. Ciekawe inicjatywy, dobry własny przykład i mądrość stanowiły o autorytecie ukochanej przez harcerki druhny szczepowej i wymagającej, a czasem groźnej pani profesor. Zbiórki, biwaki, wieczornice, przygotowywane programy artystyczne na różne okazje cementowały silne więzi przyjaźni. W harcerstwie dziewczęta kształtowały swoje postawy społeczne i patriotyczne. Organizowanie spotkań z ciekawymi ludźmi rozwijały ich zainteresowania regionalną historią Powiśla. Gościły m.in. mieszkającego w Olsztynie, sędziwego już,zasłużonego działacza plebiscytowego, pana Jana Boenigka, organizatora polskiego harcerstwa na Ziemi Sztumskiej w latach 1933-34, nauczyciela w Trzcianie i Postolinie, redaktora „Małego Polaka w Niemczech”, autora książki „Minęły wieki a myśmy ostali”. Wymagania stawiane przez harcerstwo zawarte w stopniach i sprawnościach były dla dziewcząt cennym uzupełnieniem w ich przygotowaniu do trudnego i odpowiedzialnego zawodu pielęgniarki. Szczep cieszył się wysokim uznaniem i sympatią w środowisku sztumskim. Był prawdziwą ozdobą wszelkich uroczystości, defilad i zlotów. Eleganckie umundurowanie, opanowana musztra, rozśpiewanie i uroda harcerek - decydowały o wzorowej prezencji szczepu. Należało się domyślać, że taka prezencja mogła być przedmiotem zachwytu, może zazdrości innych drużyn, a z pewnością była żywą zachętą do dorównania harcerkom z Medyka. Nie będzie przesadą przyznać, że wrażenie jakie sprawiał szczep znacząco wpływało na myślenie miejscowego środowiska o samej szkole. Opowiadała mi znajoma sztumianka, że, gdy kończyła 8 klasę i nadszedł czas na podjęcie decyzji o wyborze szkoły średniej, wtedy ciocia poradziła jej: „ Toż ty idź do Medyka - one tak ładnie wyglądają jak idą na 1 Maja”. Osobowość Marylki łączyła w sobie wysokie wymagania wobec samej siebie i swoich wychowanek z niezwykłą delikatnością i uczuciową wrażliwością na dobro człowieka, którego miała obok siebie. Posiadała dar wczuwania się w sytuację bliźniego „ by nie było mu przykro”. Wrażliwa na krzywdę, często stawała w obronie krzywdzonych, nie zważając na to , że narazi się władzom i przełożonym. Była osobą ciepłą, serdeczną i wrażliwą na piękno, co jest cechą charakterystyczną dla ludzi ziem górskich. Zachowała się treść imieninowych życzeń z roku 1955, zredagowanych przez Marylkę dla ukochanej matki w formie lirycznego wiersza wyrażającego jej szacunek i tęsknotę rozłąki: Ja droga mamusiu całuję Twe skronie,/Twe włosy od trudu przedwcześnie już siwe. I oczy zmęczone gdzie miłość twa płonie,/! troska o dzieci by były szczęśliwe. Była obdarowana wszystkimi przymiotami dobrego pedagoga. Cały ich paradygmat można by ułożyć na podstawie wspomnień jej współpracowników spisanych w Księdze Pamiątkowej, sporządzonej z okazji nadania szczepowi imienia hm. Marii Szafrańskiej: była życzliwa, dyskretna, godna zaufania, ceniła szczerość i odwagę, brzydziła się fałszem, zawsze mająca na względzie dobro młodzieży, ambitna, skromna, staranna, sumienna, sprawiedliwa, punktualna, uczyła dobrego wychowania. W tejże Księdze, jej koleżanka ze Teodor Sejka 149 studiów pani Alicja Dzienisiewicz skreśliła następujące słowa: „Marylka to postać piękna, zawsze pełna życia i humoru. Życie swoje poświęciła młodzieży. Szkoda, że było ono tak krótkie”. Jej skromna postać mieściła w sobie przebogatą osobowość zdolną pomnażać dobro wszędzie tam, gdzie się znalazła. Swój wybitny talent pedagogiczny postawiła na służbę młodzieży. Nie była przecież pedagogiem teoretycznym, ale specjalistką od konkretnych sytuacji życiowych swoich dziewcząt, które przygotowywała do dojrzałego życia. Warsztatem jej pracy była cała jej osobowość, tak wrażliwa na potrzeby jej wychowanek. Wszak nie przypadkowo, za wzór stawiała sobie Janusza Korczaka, którego imię nosiła drużyna, którą zorganizowała w Medyku. Marylka należała do czołówki kadry instruktorskiej Gdańskiej Chorągwi ZHP.W 1964 roku otrzymała mandat delegata na III Walny Zjazd ZHP, który odbywał się w Sali Kongresowej w Warszawie. Był to w historii sztumskiego hufca pierwszy przypadek wysłania na Zjazd własnego delegata. W 1969 roku w uznaniu zasług Główna Kwatera odznaczyła ją Krzyżem za Zasługi dla ZHP. Harcmistrz Maria Szafrańska zginęła wraz z mężem Feliksem w dniu 6 września 1970 roku w wypadku samochodowym, co niezwykle boleśnie dotknęło całe środowisko, z którym była związana i któremu świadczyła wiele dobra. Uroczystość pogrzebowa stała się wielką manifestacją żałobną sztumskiego harcerstwa, głęboko zasmuconego niepowetowaną stratą. Po odejściu Marylki na Wieczną Wartę dzieło kontynuacji prowadzenia szczepu podjęła się jej uczennica i harcerka phm. Krystyna Bernecka (obecnie Szafrańska), która pełniła tę funkcję przez 2 lata (1970-1972). Priorytetowym zadaniem podjętym przez nową szczepową była kampania programowa wokół nadania szczepowi imienia hm. Marii Szafrańskiej i ufundowania sztandaru dla szczepu. Kampania ta zakończyła się pełnym sukcesem i w dniu 23 kwietnia 1972 roku odbyła się uroczystość wręczenia sztandaru Szczepowi Drużyn z wyhaftowanym, tak bliskim imieniem i nazwiskiem patronki. W takiej to formie miała się wyrazić ogromna wdzięczność i szczere postanowienie harcerek naśladowania cnót Jej osobowości. Należy w tym miejscu odnotować doniosłe wydarzenie w historii sztumskiego harcerstwa, pośrednio także związane z osobą Marylki. Był to pierwszy w historii hufca ślub harcerski. 5 maja 1973 roku na ślubnym kobiercu stanęła para instruktorów harcerskich, oboje w stopniu podharcmistrza: druhna Krystyna Bernecka i druh Ryszard Szafrański, brat zmarłego męża Marylki. Przed USC młodą parę życzeniami i śpiewem fetowało liczne grono zuchów, harcerzy i instruktorów. W 1972 roku funkcję tę przejęła phm. Elżbieta Zwierzyńska, również wychowanka Marylki. Praca szczepu wciąż utrzymywała się na wysokim poziomie. Sprzyjało temu bardzo przychylne wsparcie dyrektora Liceum Medycznego pana prof. Jana Ziarki, który w pełni doceniał wysoką przydatność harcerstwa w szkole i sam był instruktorem w stopniu phm. Znamieniem tego okresu była szczególna aktywność turystyczna związana z organizacją licznych obozów wędrownych po kraju. Szczep przestał istnieć z chwilą likwidacji Liceum Medycznego w Sztumie w 1995 roku. 150 Jak być harcerzem - to na całe życie REFLEKSJA NA JUTRO Dziś, z perspektywy ponad 100-letnich dziejów harcerstwa w Polsce, warto zapytać: na ile wizja jego twórcy - Andrzeja Małkowskiego ziściła się w historii narodu? Przyznać należy, że ziściła się i sprawdziła w wysokim stopniu. Wypracowany wtedy etos harcerskiej służby, zbudowany na umiłowaniu Ojczyzny i na doskonaleniu własnej osobowości, okazał się silny i trwały. Okazał się zdolny przenieść społeczną przydatność i atrakcyjność tych uniwersalnych wartości po dzień dzisiejszy. Wojenne przykłady bohaterskiej i ofiarnej postawy harcerek i harcerzy z Szarych Szeregów, a także przykłady ich konspiracyjnego oporu wobec komunizacji i sowietyzacji kraju po II wojnie światowej, są w naszej historii dowodem najwyższej pomyślnej próby wzięcia odpowiedzialności za Polskę. Bliskość z przyrodą, praca nad charakterem, skautowe braterstwo, służba bliźniemu i Ojczyźnie - to ideały ponadczasowe, tak dzisiaj deficytowe, gubione na drodze pogoni za nowoczesnością. Radosny i optymistyczny fakt, że dziś, mino tak niesprzyjających wiatrów, wciąż jeszcze mamy obok siebie, także i w Sztumie, autentyczne, żywe harcerstwo ,zawdzięczamy ogromnemu łańcuchowi pokoleń instruktorów harcerskich, którzy swoim przykładem i wysiłkiem przenieśli ten etos do naszych dni. Możemy mieć satysfakcję, że w tym wielkim pochodzie harcerstwa polskiego przez stulecie nie zabrakło harcerstwa sztumskiego. Więc i dziś nie pozwólmy zblaknąć żywym uczuciom skautowego braterstwa i przyjaźni, którego apologię wyrażały całe pokolenia harcerek i harcerzy słowami obrzędowej pieśni: Ogniska już dogasa blask,/Braterski zwiążmy krąg./W wieczornej ciszy,/W blasku gwiazd, Ostatni uścisk rąk./Nie zblaknie tej przyjaźni moc,/Co połączyła nas./Nie pozwolimy by ją starł/Nieubłagalny czas. Dorota Maluchnik 151 Dorota Maluchnik ZASYPIAMY POD CZERWONYM KOCEM MOJE WSPOMNIENIE ZE SZTUMSKIEJ EDUKACJI TEATRALNEJ Cudowne czasy „króla Gierka”, czyli połowa lat 70. ubiegłego wieku, to był okres prosperity dla placówek kultury w Polsce. Ranga zawodu aktora była wówczas w naszym kraju dość wysoka, aczkolwiek nie taka jak obecnie. Któż z nas, ówczesnych licealistów, nie marzył wówczas o byciu aktorem? Gdy byłam w drugiej klasie liceum, w TV emitowano wtedy dwa „kultowe” seriale: nasz rodzimy „Polskie drogi”, a także popularny amerykański, zatytułowany „Pogoda dla bogaczy” (głos podkładał tam m.in. Krzysztof Kołbasiuk, o którym wzmianka jeszcze będzie). Interesowałam się aktorami, podobnie jak większość nastolatek, ale pod kątem ich talentu i możliwości scenicznych. W Sztumskim Domu Kultury istniała wtedy grupa teatralna prowadzona przez „zasłużoną działaczkę” (jak się wówczas mówiło), panią Krystynę Pol. Ówczesny dyrektor Mirosław Melerski zatrudniał ponadto na pół etatu panią Grażynę, która - niejako alter- Krzysztof Kobus i jego legendarna mina..., fot. archiwum autorki 152 Zasypiamy pod czerwonym kocem natywnie - prowadziła zajęcia z częścią młodzieży licealnej (w tym gronie byli między innymi panowie ze szkoły policealnej w Barlewiczkach). Próby odbywały się na scenie kina „Powiśle”, a także w dużej świetlicy szpitala, gdzie również znajdowała się scena. Jak pamiętam, w domu kultury na próbach było dość sztywno. Pani G. z wybrańcami z klas drugich i trzecich LO inscenizowała „Żonę modną” według Krasickiego. Było to dość zabawne i nieźle wychodziło, ale odczuwało się, że grupa osób ze starszych klas najlepiej czuje się we własnym gronie, toteż wraz z siostrą oczekiwałyśmy czegoś jeszcze, co się być może pojawi. I pojawiło się, ale o tym później. REWOLUCYJNY SHOW W ramach zajęć prowadzony przez panią Grażynę mnie przypadł zaszczyt udziału w przedstawieniu na cześć rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej. Mówiłam, m.in., wiersz K. K. Baczyńskiego o narodzie, który był jak wielkie drzewo. Na próbach dostałam wielkie brawa od uczestniczących w nich starszych kolegów. Pamiętam to uczucie dumy; niestety, mój „występ” wycięto z programu i podczas premiery tegoż widowiska grałam jedną z „kołchoźnic”, z chustką na głowie, uczestnicząc jedynie w scenach zbiorowych. W rodzinnych albumach zachowały się czarno-białe zdjęcia. Powiem szczerze - po tym wielkim rewolucyjnym show obie z siostrą miałyśmy odczucie, iż jesteśmy traktowane trochę po macoszemu, ale wkrótce się to zmieniło. Pewnego dnia, gdy przyszłyśmy na próbę do małego pokoiku mieszczącego się na pierwszym piętrze nad kinem (tuż przy schodach, gdzie potem był jakiś butik), nasz mały prowincjonalny świat uległ metamorfozie za sprawą sympatycznego brodacza, który przywitał się z nami słowami: „Cześć. Nazywam się Krzysztof Kobus. Mam 26 lat”. Pochodził z Gniezna. Nie miał tytułu magistra, o ile pamiętam, lecz miał bardzo dużą wiedzę. Niebawem nastąpił rozłam w naszej grupie teatralnej, część osób została z panią G., część chodziła na „recytacje” do pani Pol (jej faworytem był mój kolega Romek Pyra, znakomity recytator), natomiast ja wraz z kilkoma osobami ze starszych klas oraz moja siostrą Marzeną znalazłyśmy się w grupie prowadzonej przez Krzysztofa. Bez wątpienia liderami w naszej grupie byli Jarek Jarliński oraz Aśka Gilis - oboje marzyli o karierze aktorskiej, lecz nie mogli wcielić swych planów w życie z powodu ambicji ich rodziców, którzy byli lekarzami. Dodam, że Jarek jest dziś ortopedą, natomiast Joanna, którą spotkałam około 10 lat temu w jednej z trójmiejskich uczelni, wykłada kilka przedmiotów z zakresu filologii angielskiej. Od momentu pojawienia się nowego instruktora teatralnego nauka przestała być dla mnie najważniejsza, a w każdym razie przedmioty ścisłe (byłam oczywiście w klasie matematyczno-fizycznej, jak większość osób, które miałam niebawem spotkać na na teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego). Taki był dwoisty klimat i duch owych czasów, pełnych paradoksów. Moja matka marzyła o tym, bym studiowała w ZSRR, niestety ją zawiodłam. Nasza fascynacja kółkiem teatralnym prowadzonym przez Kobusa spowodowana była głownie faktem, iż Krzysztof chciał przygotowywać z nami współczesne teksty - poezje Dorota Maluchnik 153 kontestatorów w rodzaju Andrzeja Bursy, Ryszarda Krynickiego, a także sztuki Mrożka, Witkacego, Geneta. Te osoby, które zostały w starym kółku wołały tradycyjne recytacje i klasykę znaną ze szkoły w ramach przygotowań do konkursów recytatorskich. My zaś lubiliśmy nowe formy teatralne i eksperymenty formalne, do których Krzysztof miał spory talent. Choć zabrzmi to nieco banalnie powiem, że Krzysztof zaszczepił w nas pasję od teatru, kina, literatury. Uwielbiał Stachurę i jego „Się”. Znał doskonale twórczość Przybyszewskiego, czym zaraził moja siostrę, która wkrótce świetnie znała zarówno teksty Przybyszewskiego , jak i jego córki, Stanisławy Przybyszewskiej. Ja zaś uwielbiałam w tym czasie słynne powiedzenie: „ Apres nous le deluge” (po nas potop). Krzysztof nie był wybitnie silną jednostką (o czym powiedział mi po latach jego przyjaciel). Jednak miał on duszę nie tylko reżysera, ale i dziennikarza, zapewne w obecnych czasach zrobiłby wielką karierę w mediach, gdyż znał się prawie na wszystkim. Pasowałoby do niego określenie „włóczęga, niespokojny duch” (piosenka zespołu Stare Dobre Małżeństwo). Pamiętam, iż do lokalnego kina, gdzie istniał całkiem niezły Dyskusyjny Klub Filmowy, zapraszani byli bardzo ciekawi ludzie - dziennikarze, malarze, poeci, muzycy. Wyświetlano mnóstwo znakomitych filmów - były to premiery światowe, a także polskie kino moralnego niepokoju - Zanussi, Wajda, etc. Po filmach odbywały się burzliwe prelekcje. Częstym gościem Krzysztofa była grafik, rzeźbiarz i autor ciekawych tekstów Wiesław B. Boltryk, przez przyjaciół nazywany artystą renesansowym (wraz z Piotrem Nowotnym oraz Dariuszem Zawadzkim założył on w Warszawie Amatorski Teatr Ankieta - w skrócie ATA - w roku 1978). Na niektórych wyjazdach był z nami Krzysztof Żyliński, wspaniały twórca teatru amatorskiego (od wielu lat przebywający w Opolu, gdzie tworzy teatr). NYSKĄ PO KRAJU W ramach zajęć w kole teatralnym jeździliśmy na spektakle do Gdańska, Nowego Dworu Gdańskiego, Elbląga. Byliśmy także w jednym z domów kultury na Starówce gdańskiej, gdzie po raz pierwszy usłyszałam o Becketcie (Krzysztof Żyliński wystąpił w monodramie wg tekstów słynnego dramaturga). Oczywiście, braliśmy udział w ogólnopolskim konkursie recytatorskim. Moja siostra Marzena wraz z Asią G. i Jarkiem J. doszli nawet do etapu wojewódzkiego (a warto wspomnieć, że elbląski WOK miał naprawdę wysoki poziom). Pamiętam monodram Jarka o treści politycznej, oparty na literaturze amerykańskiej ze słowami „Jestem głupi”, gdzie scenografię stanowiła trumna i amerykańska flaga. Natomiast Marzena z ekspresją wygłaszała tekst A. Bursy o niedawaniu pieniędzy żebrakom. Również dość dokładnie pamiętam sposób, w jaki Aśka mówiła (na jakiejś akademii w kinie) wiersz C.K. Norwida „Daj mi wstążkę błękitną . Czasami musieliśmy brać udział w imprezach z okazji świąt państwowych; pamiętam, że nasz dom kultury wówczas prężnie działał, między innymi był tam świetny zespól muzyczny (śpiewał w nim syn pani Pol). 154 Zasypiamy pod czerwonym kocem Ciekawostką było, iż występowaliśmy czasami na zebraniach, które odbywały się między innymi w piwnicach zamkowych. Poza tym przygotowywaliśmy spektakle na konkursy ogólnopolskie zwane OFTA (Ogólnopolski Festiwal Teatrów Amatorskich). Odbywały się one w różnych miastach - w Rzeszowie, Zakopanem, Piotrkowie Trybunalskim, Olsztynie, Łodzi. Niektóre wyjazdy pamiętam lepiej, inne urywkowo. Jeździliśmy przeważnie nyską należącą do domu kultury, chociaż czasami zdarzało się, że pociągiem - na przykład do Piotrkowa, Warszawy i Zakopanego (ekspresem, proszę Państwa, ekspresem...). Zachowało się słynne zdjęcie Krzysztofa w stylizacji „więziennej” , które nawiązuje trochę do jego ulubionego żartu, stosowanego w przedziale drugiej klasy PKP. Gdy jakiś intruz chciał wtargnąć do naszego przedziału, wówczas Krzysiek, który miał wielkie zacięcie kabaretowe, robił niesamowicie groźną minę i wygłaszał taki oto tekst: „Bara, bara, jak siedziałem w Rawiczu, to mi żaden nie podskoczył”. Oczywiście po tym występie delikwent uciekał czym prędzej, a my zwijaliśmy się ze śmiechu. Cóż, była to nasza młodość, ten durny czas. Na OFTA w Rzeszowie nocowaliśmy na 10 piętrze hotelu Rzeszów, dostawaliśmy diety, a na śniadanie była polska szyneczka (w czasach głębokiej komuny, na kilka lat przed stanem wojennym!!!). Festiwale OFTA to były 2-3 dni wyrwane z codziennego życia - uczestniczyliśmy w spektaklach, spotkaniach, poznawaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi. Nasze spektakle były dość różnorodne - w Rzeszowie pokazywaliśmy spektakl z elementami/antasy (wówczas tego słowa się nie używało jednak). Pamiętam, że był tam robot, słowa „Ja twój sługa, ja twój raboczij”, były elementy pantomimy i improwizacji, a także pokaz niesamowitych slajdów dotyczących zagrożeń dla naszej cywilizacji, skoordynowany z muzyką elektroniczną. W Olsztynie i Piotrkowie zaprezentowaliśmy montaż poetycki w oparciu o nową poezję, tzw. zaangażowaną, natomiast w Łodzi pokazaliśmy spektakl według - tu mnie pamięć lekko zawodzi - G. Lorki lub Calderone de la Barca. POWIETRZE, JAK WYZWOLENIE Podróże przez Polskę (zawianą śniegiem lub wiosenno-jesienną) także miały swój niezapomniany urok. Pamiętam, że podczas jazdy nyską śpiewaliśmy nasze ulubione przeboje, czyli balladę o Ludwiku Waryńskim (ze słowami „i słucha Waryński, lecz nie wie...”) oraz niezapomniany przebój ówczesnych konkursów recytatorskich - „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” W. Szymborskiej (dziś zapewne mało kto pamięta, że nasza noblistka to „popełniła”). Natomiast ulubiona piosenka Krzysztofa miała słowa: „Zasypiamy pod czerwonym kocem, na jednym łóżku...”. Ta piosenka miała taką zwrotkę: „Odejdę i tam, gdzie byłem, wtargnie powietrze jak wyzwolenie..., niewidzialne i rozlegle, i rozległe, niewidzialne”. O ile pamiętam, Krzysztof byl autorem słów i grał, chociaż niezbyt dobrze, na gitarze . Nadmienię, iż z literaturą i teatrem byłam wówczas za pan brat, wiedziałam więcej niż niejeden student kulturoznawstwa lub polonistyki. Jako grupa teatralna „SZOK” (od nazwy Sztumski Ośrodek Kultury ) odnosiliśmy spore sukcesy, między innymi w Zakopa- Dorota Maluchnik 155 nem (grudzień 1978) , gdzie dostaliśmy pierwsze wyróżnienie, jako że pierwszej i drugiej nagrody w ogóle nie przyznano za spektakl - kabaret polityczny oparty na tekstach Norwida i Witkacego. Wśród jurorów był między innymi krakowski aktor Tadeusz Malak. Wkrótce potem zaproszono nas do znanej w tym czasie w Warszawie „Kawiarni Laureatów” mieszczącej się na Saskiej Kępie, którą prowadził Piotr (dla przyjaciół Kuba) Nowotny. Tam poznałam między innymi Jacka Kaczmarskiego, wówczas studenta polonistyki, który miał swój recital tego samego wieczoru. Imprezę prowadził Krzysztof Kołbasiuk (ówczesny mąż Doroty Stalińskiej), która również często bywała na OFTA--ch, między innymi w Pile ze słynnym monodramem „Żmija”. W imprezie uczestniczył również wspomniany Wiesław B. Bołtryk. Nadmienię, iż zakwaterowano nas w willi na Aninie, należącej wcześniej do jakiegoś prominenta, w której mieścił się mały dom kultury prowadzony przez Kubę. Podczas naszego występu we wspomnianej kawiarni ja musiałam improwizować, a Krzysztof grał dwie role, ponieważ pojechaliśmy w osłabionym składzie - bez Asi i Marzeny (które z różnych przyczyn nie mogły pojechać z nami). W wieczorze tym uczestniczył m.in. znany dziennikarz Andrzej Ibis Wróblewski, poza tym było tam sporo ciekawych ludzi. To były niezapomniane chwile. Spektakl oparty był na prostym pomyśle - siedzieliśmy za stołem w fartuchach roboczych i wykonywaliśmy automatyczne ruchy (na zasadzie taśmociągu); stół był oznakowany napisem „Zakłady Elektroniczne im. Chryzantemy Lichtenstein”. Mówiliśmy teksty wielkich romantyków i Witkacego, wykonując przy tym zautomatyzowane, absurdalne czynności (np. przekładanie krzesła przez głowę). Pamiętam, że podczas występu w Warszawie z konieczności, by dać Krzysztofowi czas na znalezienie odpowiedniego tekstu wykonałam jakąś „solówkę” w rodzaju „Nasz sztandar płynie ponad trony” (no cóż, należało się kiedyś do chóru w SP nr i), a Jarek się fajnie dostosował, wykonując odpowiednie gesty; miał bardzo wyrazistą mimikę, byłby świetnym aktorem. KONTESTACJA I UWIKŁANIE Z głębin pamięci wydobywa mi się jeszcze jeden wątek - kawiarnia „Amator” w Sztumie, która powstała między innymi z inicjatywy Krzysztofa. Uczestniczyłam tam w nietuzinkowej imprezie - koncercie braci Stefańskich z Gdańska. Jeden z członków tej niesamowitej grupy został zakatowany przez ZOMO w okresie stanu wojennego i odtąd grupa nazywa się „Bez Jacka” (ich piosenki można znaleźć na You Tubę). Czasami po jakiejś imprezie literackiej, muzycznej lub filmowej dyskusja przenosiła się na zamek, gdzie Krzysztof mieszkał - dokładnie nad muzeum, w sąsiedztwie księdza. Nic się tam bulwersującego nie działo, poza tym, iż osoby dorosłe bywające tam czasami piły piwo. Jednak nietuzinkowość Krzysztofa, jak i jego liczne związki koleżeńskie spowodowały spięcia i nagonkę na niego. Wydaje mi się, że zarzucono mu między innymi to, że pił alkohol z młodzieżą. Z perspektywy czasu uważam, że nie było to do końca sprawiedliwe, gdyż obecnie młodzież pije więcej i częściej. Wówczas jednak czasy były zdecydowanie inne, w takim małym miasteczku jak Sztum nie było miejsca dla tak wolnej duszy jak Krzysztof. Jeden z jego przyjaciół określił go jako człowieka „uwikłanego (również w komunę). 156 Zasypiamy pod czerwonym kocem Szczegółów jego exodusu ze Sztumu nie pamiętam, gdyż w tym czasie przygotowywałam się już do matury i egzaminów wstępnych. Jednak zachowało mi się w pamięci wspomnienie atmosfery tamtych czasów i myślę, że nasz lokalny Ciemnogród zrobił swoje, by spowodować zwolnienie Krzysztofa z funkcji instruktora. Nie mnie to oceniać, mogę jednakże wspomnieć zasługi Kobusa jako inicjatora działań kulturalnych w moim mieście. Należy dodać, iż działo się to w niełatwych czasach poprzedzających zryw Sierpnia 1980. Pisząc to zdaję sobie sprawę, iż dla wielu ludzi takie słowa jak te niewiele znaczą, dla nas kontekst tej epoki był ważny. Krzysztof - jakkolwiek nie był silnym człowiekiem - inspirował, zachęcał do robienia czegoś wbrew małomiasteczkowym przesądom i obowiązującej poprawności politycznej, która w owym czasie oznaczała jedno - zgodę na komunizm. Chyba po raz pierwszy usłyszałam wówczas o takich sprawach jak KOR, nielegalna prasa, drugoobiegowa literatura, etc. W latach 80. Krzysztof mieszkał na Podlasiu, gdzie między innymi był przez jakiś czas dyrektorem ośrodka kultury w Czarnej Białostockiej. Zmarł w dość niewyjaśnionych okolicznościach - według relacji W. B. Bołtryka - nastąpiło to około roku 2001. Pod koniec lat 80. (niedługo przed tzw. politycznym przełomem) widziałam Krzysztofa w Sztumie. Był jeszcze pełen planów i nadziei, szukał kontaktu z dawnymi przyjaciółmi. Niestety, wszyscy już mieli swoje sprawy, własne dorosłe życie. Niedawno, chcąc porównać swe subiektywne wrażenia z działań teatralnych, w jakich uczestniczyłam w latach 70. XX wieku tych, zajrzałam do artykułu profesora Emila Orzechowskiego o teatrze amatorskim w okresie PRL-u. Niestety, mój ulubiony wykładowca z UJ nie wniósł zbyt wiele w moje rozumienie zjawiska, jakim byl amatorski ruch teatralny w latach 70. XX wieku. To, co zachowałam w pamięci jest dla mnie cenniejsze niż wszelkie naukowe dysertacje. Postscriptum Tekst ten długo nie mógł ujrzeć światła dziennego, jako że wydobywał się ze mnie powoli. Z początku chciałam w nim zmieścić wszystko: czas wczesnej młodości, fascynacja teatrem, łata komuny - za dużo wątków. Dlatego z konieczności dokonałam selekcji wspomnień na rzecz przedstawienia zdarzeń oraz faktów, mających związek z amatorskim życiem teatralnym u schyłku komuny. Muzyka - Plastyka Wacław Bielecki WAKACYJNE WĘDRÓWKI MUZYCZNE Wakacje to dla wielu pora urlopów, wypoczynku, wycieczek i wędrówek, także i dla mnie. Podczas lipcowych wyjazdów udało mi się posłuchać kilku koncertów muzyki klasycznej oraz odwiedzić ciekawe miejsca z nią związane. Należą do nich, o dziwo, małe wioski - Kłóbka pod Włocławkiem i Lusławice niedaleko Tarnowa. NARZECZONA CHOPINA 30 maja tego roku otwarto w Klóbce dwór Orpiszewskich, wielce zasłużonej, patriotycznej rodziny ziemiańskiej. Dwór mieści się na terenie Kujawsko-Dobrzyńskiego Parku Etnograficznego, który jest oddziałem Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku. Magnesem przyciągających tu turystów nie jest sam skansen, a osoba Marii Wodzińskiej. Jak wiadomo była ona jedyną narzeczoną Chopina i dlatego dwór został włączony do 21 miejscowości leżących na „Kujawsko-Pomorskim szlaku Fryderyka Chopina”, obok najbardziej znanej Szafami koło Golubia-Dobrzynia. W dworze zgromadzono imponującą ilość mebli, obrazów i różnego rodzaju przedmiotów z XIX wieku. W starszej, parterowej części można zobaczyć, jak wyglądał dwór Dwór w Kłóbce po remoncie, fot. W. Bielecki 158 Wakacyjne wędrówki muzyczne ziemiańskiej z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Są tu zabytkowe meble, instrumenty muzyczne - fortepian Bechstein, fortepian stołowy i pianino oraz obrazy z tego okresu. Nowsze skrzydło dworku mieści pamiątki po Marii Wodzińskiej Orpiszewskiej, narzeczonej Chopina i wyidealizowanej muzie Słowackiego, utrwalonej przez poetę w poemacie „W Szwajcarii”, a także utalentowanej malarce, która mieszkała tu w ostatnich latach życia. Wywodziła się ona z bardzo bogatej kujawskiej rodziny Wodzińskich ze Służewa herbu Jastrzębiec. Znajdują się tu namalowane przez nią obrazy, m.in. duży obraz dla kościoła w Kłóbce, szkice, rękopisy i należące do niej pianino z paryskiej wytwórni Pleyela. Są także nuty, cztery Mazurki z op. 24 z 1836 roku dedykowane Marii Wodzińskiej przez Chopina. Ekspozycja składa się z dwóch części - w pierwsza poświęcona jest młodej Marii Wodzińskiej, z czasów gdy przyjaźniła się z Chopinem i Słowackim; druga, poświęcona dojrzałej i starszej kobiecie i obejmuje okres jej obu małżeństw oraz ostatnie lata spędzone w Kłóbce, jako wdowa. W piwnicach dworu można zobaczyć jak wyglądała dworska kuchnia, spiżarnie i pralnia. Otaczający dwór siedmiohektarowy park czeka na przywrócenie do świetności do wiosny przyszłego roku. A jak to było z narzeczeństwem Marii i Chopina? We wrześniu 1835 roku Wodzińscy przebywali w Dreźnie i wtedy odwiedził ich Chopin. Maria i Fryderyk znali się od dzieciństwa z Warszawy, teraz znajomość przerodziła się w uczucie. Ferdynand Hoesick w swojej czterotomowej biografii Chopina poświęca znajomości Fryderyka z Marią cały, obszerny rozdział. Pisze, że Maria była panną posiadającą mnóstwo talentów. Otrzymała nadzwyczaj staranne wychowanie, albowiem kształcona była przez cały legion cudzoziemskich guwernantek i bon. Słusznego wzrostu, doskonale zbudowana, silna brunetka o matowej cerze, o włosach kruczych jak heban, połyskujących jak atłas, tak że gdy je rozpuściła, mogła się nimi nakryć jak płaszczem o wielkich czarnych, ślicznie oprawnych oczach, które, pełne ognia i życia odbijały wszelkie wzruszenia i tajemnice duszy, o wydatnych rysach twarzy, dość grubych - co zwłaszcza dało się powiedzieć o nieco dużym nosie - o ustach zmysłowych (...), posiadała panna Marynia (...) coś, co najlepiej da się określić mianem niezwykłego wdzięku kobiecego, a co szło w parze z nie mniej niezwykłym powabem fizycznym. Piękną nie będąc nigdy, zdawała się więcej niż piękną, bo całą jej postać otaczał jakiś niepojęty czar. (...) Swoją drogą - pisze Hoesick - nie brakowało takich, co ją nazywali po prostu brzydką. Za taką miał ją Juliusz Słowacki. W liście do matki pisał o niej: dorosła już panna, ale bardzo brzydka, gra ślicznie na fortepianie. Maria znała się równie dobrze na poezji jak na muzyce, zwłaszcza muzyce fortepianowej, śpiewała altowym głosem, a także komponowała, oprócz tego malowała, nie tylko pejzaże i sceny rodzajowe a nawet portrety. ^aria Wodzińfa' rysunkowy autoportret, 7 r 7 L ' Muzeum Narodowe w Warszawie Wacław Bielecki 159 W czasie pożegnalnej wizyty w Dreźnie we wrześniu 1835 r. Chopin ofiarował Marii rękopis Walca As-dur, oczywiście nie omieszkał zagrać tej kompozycji. Maria podeszła do stołu, na którym stał bukiet róż, wyjęła jedną z nich i ofiarowała ją Fryderykowi. Podczas kolejnego spotkania po roku, 9 września 1836 r. w Dreźnie, Chopin oświadczył się 17-letniej Marii o szarej godzinie, i na życzenie jej matki został przyjęty na okres próbny, pod warunkiem dbania o zdrowie. Matka Marii radziła mu, aby prowadził regularne życie, pił lekarstwa na kaszel, kładł się spać o 11, nosił wełniane pończochy i chodził po domu w ciepłych pantoflach. Narzeczeństwo było potajemne. Związek ten nie miał jednak szans. Rodzice Marii wiedzieli, że Chopin nie cieszył się dobrym zdrowiem (w Paryżu rozeszła się nawet pogłoska o śmierci kompozytora), a poza tym skromny, biedny artysta nie był, szczególnie dla ojca Marii, oczekiwaną partią. Fryderyk wpisał wówczas do sztambucha Marii pieśń Pierścień do słów Stefana Witwickiego (przyszedł młody chłopiec cudzy, choć ja pierścień dałem), oraz dwie Etiudy z op. 25 - As-dur if-moll, zaś Maria wykonała portret Fryderyka, uważany za jego najwierniejszą podobiznę. Do ponownego spotkania jednak nie doszło. Wodzińscy wrócili do Warszawy, gdzie spotkali się z rodzicami Fryderyka, jednak temat planowanego małżeństwa był w rozmowach pomijany. Stało się tak dlatego, bo po powrocie do Paryża Chopin poznał Delfinę Potocką i Aurorę Dudevant, powieściopisarkę znaną lepiej pod męskim pseudonimem George Sand. Słuchy o tym związku Fryderyka szybko doszły do Wodzińskich. W rezultacie, pod pretekstem złego stanu zdrowia artysty, temat narzeczeństwa się zakończył. Rozczarowany Fryderyk listy od Wodzińskich związał i podpisał moja bieda. Kopię tych listów można zobaczyć w dworze Kłóbce. Niebawem Maria wyszła za mąż za hrabiego Józefa Skarbka. Matka Marii przez cały czas utrzymywała serdeczne stosunki z Chopinem. Maria była dwukrotnie zamężna. Pierwsze małżeństwo z hrabią Józefem Skarbkiem było nieudane. Porzuciła go dla Władysława Orpiszewskiego wywodzącego się z Kłóbki. - W jednej chustce, byleby z nim - wyznała. Władysław był przystojny, ale niezamożny. Pracował dla męża Marii, dzierżawił jeden z wielu folwarków hrabiego za lasem, w którym potajemnie spotykał się z jego żoną. Maria kompletnie straciła dla niego głowę i porzuciła męża. Uzyskała rozwód po siedmiu latach małżeństwa. Rodzice nigdy nie wybaczyli córce jej decyzji. Dlaczego tak postąpiła? Przewodniczka po dworze w Kłóbce sugerowała, że „hrabia nie był w pełni mężczyzną”... Pod koniec życia Maria wyznała swemu bratankowi, Antoniemu: Wszyscy mniemają, żem powinna być dumna, że Słowacki i Chopin we mnie się kochali, a ja zawsze powtarzam, że z tego tylko dumna jestem, że taki człowiek jak mój mąż tak stałe mnie kochał. Została pochowana w rodzinnym grobowcu w Kłóbce obok męża i przedwcześnie zmarłego syna. Warto odwiedzić dwór w Kłóbce koło Włocławka i posłuchać opowieści o Fryderyku, Marii i rodzinie Orpiszewskich. W niedalekiej przyszłości mają się tam odbywać koncerty. W nawiązaniu do tego dworu, naprawdę bogato wyposażonego, ciekawi mnie, jakie meble, obrazy, rzeźby, instrumenty muzyczne i inne sprzęty znajdą się w pałacu w Waplewie Wielkim, który po remoncie ma być otwarty pod koniec września. 160 Wakacyjne wędrówki muzyczne FILHARMONIA NA GŁUCHEJ WSI Lusławice są na muzycznej mapie Polski, a może i Europy, miejscowością wyjątkową. We wsi, nie mającej więcej niż tysiąc mieszkańców, zbudowano gmach filharmonii z salą koncertową na ponad sześćset miejsc. Nowoczesną bryłę budynku otoczoną drewnianą kolumnadą widać z szosy. Wszystko to za sprawą najwybitniejszego naszego kompozytora Krzysztofa Pendereckiego. Zamieszkał on w Lusławicach w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w dworze, który należał niegdyś do znanego malarza symbolisty Jacka Malczewskiego. Po II wojnie światowej opuszczony dwór popadł w ruinę. Odrestaurował go Krzysztof Penderecki i wokół dworku założył arboretum - ogród dendrologiczny. Jak piszą w przewodnikach, posiadłość nie jest udostępniona zwiedzającym, ale przed jedenastoma laty, dokładnie w sierpniu 2004 roku, dzięki uprzejmości żony Pendereckiego, Elżbiety, udało się mi zwiedzić i sfotografować otaczający park i ogrody. Jak wiadomo, znakomity kompozytor ma wielkie zamiłowanie do drzew i roślin. Ich sadzonki i nasiona przywoził do Lusławic z całego świata. W pobliżu klasycznego, polskiego dworu z czteroma kolumnami, znajdują się najstarszego drzewa i krzewy zasadzone za czasów Malczewskiego, a dalej ogrody założone przez Pendereckiego w różnych stylach, w tym z roślinnością wodną oraz dwa nowe nasadzenia w formie labiryntów, z których jeden jest wyjątkowo duży: ma 4 tysiące metrów kwadratowych i kiedy urośnie, nie będzie łatwo znaleźć drogi wyjścia. W książce Katarzyny Janowskiej i Piotra Mucharskiego „Pendereccy. Saga rodzinna” kompozytor wyznaje: „Jestem zakochany w tym parku. Patrzę i cieszę się, że udało mi się z niczego - bo tu naprawdę było ściernisko - wyczarować piękne arboretum. Na dodatek według mojego pomysłu, sam to zrobiłem, właściwie bez niczyjej pomocy.” I dalej - „Jestem kolekcjonerem i tak jak filatelista chciałby mieć wszystkie najciekawsze znaczki świata, ja chciałbym mieć wszystkie piękne drzewa.” Dziś ogród w Lusławicach rozciąga się na dwudziestu kilku hektarach. W każdym szczególe zaprojektował go Krzysztof Penderecki. Tworzenie arboretum, kolekcji dendrologicznej, zajęło mu prawie 40 lat. Dziś rośnie tu ok. 1700 gatunków - głównie drzew, i krzewy. Żeby upiększyć park, co roku sadzonych jest 30 tys. kolorowych kwiatów. Prawdopodobnie jest to największy prywatny ogród w naszej części Europy. Kompozytor przyznaje, że tworzenie arboretum jest dla niego tak samo ważne, jak pisanie muzyki. Podczas uroczystości nadania mu doktoratu honoris causa w Gdańskiej Akademii Muzycznej, którą obserwowałem przez internet w dniu 6 listopada 2008 r., mistrz dużo mówił o swoim zamiłowaniu do muzyki i dendrologii. Przewijała się myśl o tym, że muzyka jest przemijająca, a drzewa wieczne. Podobne miejsce odwiedziłem latem 2011 roku w Austrii. Niedaleko granicy z Węgrami koło miasta Sopron leży wieś Raiding - miejsce urodzenia pianisty i kompozytora Franciszka Liszta. Z okazji dwusetnej rocznicy urodzenia tego muzyka wybudowano salę koncertową, w formie prostego pudełka, która jest bardzo podobna, szczególnie od wewnątrz, do tej w Lusławicach. Oficjalne otwarcie Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach nastąpiło 21 maja 2013 r. Budynek centrum składa się z sali koncerto- Wacław Bielecki 161 wej o świetnej akustyce. Przy jej budowie zastosowano wyłącznie materiały naturalne - drewno dębowe i świerkowe. Znajduje się tam także nowoczesne studio umożliwiające nagrania koncertów oraz płyt. Sala koncertowa połączona jest przez dziedziniec wewnętrzny z innymi pomieszczeniami w których znajduje się sala kameralna na 150 miejsc (służąca także jako sala prób), biblioteka, czytelnia, sala multimedialna, pokoje ćwiczeń, magazyny instrumentów, garderoby, kuchnia, jadalnia oraz część hotelowa dla ponad 100 osób, młodych muzyków i ich mistrzów. To imponujący i bardzo funkcjonalny obiekt, nic dziwnego, że uzyskał nagrodę Stowarzyszenia Architektów Polskich. Budynek Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach,fot. W. Bielecki Głównym celem tej instytucji nie jest działalność koncertowa, a edukacyjna, polegająca na doskonaleniu warsztatu muzycznego artystycznie utalentowanej młodzieży z Polski i całej Europy pod okiem mistrzów. Powstał projekt, według którego całoroczny plan pracy podzielono na cztery kwartały, według pór roku. Pierwszy kwartał - Zima - przeznaczony został dla najmłodszych wykonawców, Wiosna - dla młodzieży gimnazjalnej i licealnej, Lato - w lusławickim Centrum Muzyki należy do orkiestr i zespołów studenckich a Jesienią - będą się odbywały prestiżowe kursy mistrzowskie prowadzone przez światowej sławy muzyków i pedagogów. W tym roku zimą odbyła się Akademia Muzyki dla uczniów szkół muzycznych I i II stopnia z klas fortepianu, skrzypiec, altówki, wiolonczeli i kontrabasu. Wzięło w niej udział 150 młodych artystów z całej Polski. Zajęcia prowadzili, m.in. skrzypkowie Bartosz Bryła i Janusz Wawrowski, wiolonczelista Tomasz Strahl, pianistka Olga Łazarska. W marcu mistrzowski kurs interpretacji prowadził prof. Boris Berman z Yale School of Musie, a w kwietniu ruszyła druga edycja „Lusławickiej Orkiestry Talentów” dla najmłodszych uczniów ze szkół muzycznych pierwszego stopnia. Uczestnicy są wyłaniani w drodze konkursów. Jej celem jest rozwijanie umiejętności gry w zespołach kameralnych i orkiestrowych. W tej edycji bierze udział 42 dzieci ze wszystkich naszych województw. 162 Wakacyjne wędrówki muzyczne Regularnie odbywają się koncerty, a wśród nich główne miejsce znalazł trzeci „Międzynarodowy Festiwal Muzyki EMANACJE”. Od czerwca do września zaplanowano w Lusławicach i innych miastach Małopolski aż 40 koncertów. Udało mi się uczestniczyć w jednym z nich. W sobotę 25 lipca br. zagrała w Lusławicach młodzieżowa orkiestra z Hrabstwa Oksford - Oxfordshire County Youth Orchestra pod kierownictwem Johna Trailla. W programie koncertu znalazły się trzy dzieła: Tańce symfoniczne z „West Side Story” Leonarda Bernsteina, Suita z „Ognistego Ptaka” Igora Strawińskiego, a po przerwie - Symfonia nr 3 - amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda. Orkiestra z Oksfordu to duży zespół, liczący około 80 muzyków, których średnia wieku nie przekracza dwudziestu lat. Trochę zdziwił mnie dobór repertuaru, a szczególnie ostatni utwór. Zastanawiałem się, czy nie jest zbyt ambitny, jak na możliwości tego zespołu, bo słychać było różne niedokładności, a to kiksy rogów, albo drobne nieczystości intonacyjne wiolonczeli. Najbardziej na wykonaniu koncertu zaważył dyrygent - John Traill. W utworach symfonicznych nie jest niczym dziwnym, że ich kształt nadawany jest przez dyrygenta, ale maestro J. Traill prowadził orkiestrę w specyficzny sposób, który można określić muzycznym terminem „sostenuto”, czyli „powstrzymując”. Chodzi mi o to, że we wszystkich utworach powstrzymywał gorące temperamenty młodych muzyków, zwalniając tempa i cyzelując bardzo często dynamikę w zakresie piano i pianissimo, czyli cicho i bardzo cicho. Czasami brzmiało to pięknie, jak choćby w znanym przeboju „Maria” z „West Seid Story”, ale w innych fragmentach, to powstrzymywanie było, moim zdaniem, zbyt częste i przesadne. Nie bardzo podobał mi się ostatni utwór, Symfonia Coplanda, dzieło trwające ponad pięćdziesiąt minut. To bardzo poważna, i moim zdaniem, niezbyt wpadająca w ucho muzyka, ale widać taka odpowiada flegmatycznemu temperamentowi dyrygenta, i być może, młodych muzyków. Chyba dlatego na bis orkiestra zagrała coś zupełnie przeciwnego - skocznego Marsza Radetzkyego. Przed koncertem widzowie otrzymali drukowany na kredowym papierze program koncertu w języku polskim z kolorowymi zdjęciami. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jakość tłumaczenia. Pewnie z braku Polaków w Hrabstwie Oksford skorzystano z tłumaczenia komputerowego, co sprawiło, że program stal się niezrozumiały i jednocześnie zabawny. Oto próbka tego tekstu dotycząca „Ognistego Ptaka” Strawińskiego: „Następnie książę Iwan widzi trzynaście księżniczki, z jednym z którą wchodzi w miłości”. Koncert potwierdził znakomitą, wręcz fantastyczną akustykę sali. Słychać tam, bez żadnego nagłośnienia - wszystko, każde pociągniecie smyczka, czy osobny dźwięk zagrany na harfie. Sala jest klimatyzowana, ale szum urządzeń klimatyzacyjnych w ogóle nie istnieje (nie tak, jak na gdańskiej Ołowiance, gdzie przez tzw. klimę bardzo trudno było mi się skupić na grze litewskiego pianisty Lukasa Geniuśasa). Szkoda, że Lusławice leżą tak daleko od Powiśla. I na koniec to, co mnie najbardziej zdziwiło w Lusławicach. Były to rzeźby z popiersiem... Krzysztofa Pendereckiego. Jedna stoi w hallu sali koncertowej, a dwie na dziedzińcu wewnętrznym. Wszystkie dość wiernie odtwarzają twarz kompozytora, ale naszły mnie wątpliwości, czy powinno się stawiać pomniki za życia twórcy? Wacław Bielecki 163 Muzycy z Młodzieżowej Orkiestry Hrabstwa Oksford pozują do zdjęcia. Na pierwszym planie popiersie Krzysztofa Pendereckiego, fot. W. Bielecki kk^kkk Przebywając poza domem nie mogłem być na Powiślu i Żuławach, a tutaj wlipcu miały miejsce ciekawe zdarzenia muzyczne. Pierwszym była druga edycja festiwalu „Muzyka Polska na Żuławach”. W dniach 17-22 lipca Elbląska Orkiestra Kameralna pod batutą Marka Mosia i z dwoma śpiewakami - Iwoną Sobotką (sopran) oraz Szymonem Komasą (baryton) przez sześć kolejnych dni koncertowała w kościołach w: Pasłęku, Ornecie, Elblągu, Nowym Stawie (d. kościół ewangelicki, obecnie Galeria Żuławska), Starym Polu i Jantarze. Wszędzie powtarzano ten sam program złożony z utworów Chopina, Moniuszki, Karłowicza, Szymanowskiego i Bairda. To piękna inicjatywa, bo żywa muzyka trafiła na głęboką prowincję. Trzeba trzymać kciuki, aby ten festiwal powtarzał się co roku, oczywiście, także w innych miejscowościach. W niedzielę 25 lipca w kościele św. Anny w Sztumie odbył się co roczny, VI koncert organowy upamiętniający pobyt Feliksa Nowowiejskiego podczas plebiscytu w 1920 roku. Grał organista z Olsztyna Jarosław Ciecierski. Muzyk wykonał utwory kompozytorów polskich: M. K. Ogińskiego (z okazji 250 rocznicy urodzin twórcy poloneza „Pożegnanie ojczyzny”), Chopina, Nowowiejskiego oraz własne kompozycje. Z zebranych relacji wynika, że recital spotkał się z ciepłym przyjęciem słuchaczy. Mój niedosyt budzi fakt, że nie została wykonana kompozycja Jarosława Ciecierskiego, która miała mieć premierę w Sztumie. Chodzi tu o utwór poświęcony pamięci kompozytora C. Francka. Organista przysłał dość obszerny opis tego utworu, który został zamieszczony w programie koncertu, ale kompozycji nie wykonał. Dlaczego? W e-mailu skierowanym do mnie wyjaśnił, że zabrakło mu czasu na przygotowanie... 164 Bo nie ma złych chórów, są tylko źli dyrygenci Piotr Piesik BO NIE MA ZŁYCH CHÓRÓW, SĄ TYLKO ŹLI DYRYGENCI Zamiast motta: Gdzie słyszysz śpiew, tam wstąp, tam ludzie dobre serca mają. Bo ludzie źli, ach wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają. (Goethe) 12 grudnia, prawdopodobnie w salach Muzeum Zamkowego w Malborku (tego jeszcze nie ustalono do końca) odbędzie się uroczysty koncert chóralny, dla uczczenia jubileuszu 70- lecia chóru mieszanego „Lutnia” z Malborka. Również w grudniu upłyną dwa lata od zgonu Wawrzyńca Zamkowskiego, chórmistrza i dyrygenta, którego losy nierozerwalnie splotły się z „Lutnią”. Dlatego niniejszy tekst będzie tak bardzo wspomnieniowy. Zacznijmy od chóru, wszak Wawrzyniec Zamkowski był jednym z kilku jego dyrygentów. Wszystko zaczęło się 5 grudnia 1945 roku. Dokładnej godziny w żadnych źródłach Piotr Piesik 165 czy opowieściach nie ustalono, lecz tego właśnie dnia odbyła się pierwsza próba amatorskiego chóru mieszanego „Lutnia”. Próba, choć zespół istniał już wcześniej. 16 sierpnia 1945 r. do malborskiego starosty wpłynęło pismo z prośbą o zezwolenie na zorganizowanie Kółka Miłośników Pieśni i Muzyki. Zgodę wydano błyskawicznie, na drugi dzień, dlatego 24 sierpnia, na murach ocalałych budynków pojawiły się wypisane ręcznie afisze z tekstem, rozpoczynającym się od słów: Miłośników pieśni zaprasza się... Tempo życia było wtedy szybkie - w grudniu pierwsza próba, 10 lutego 1946 roku pierwszy publiczny występ „Lutni”, nazwany „wielkim”, pewnie trochę górnolotnie. Choć z drugiej strony zorganizowanie chóru i wystawienie koncertu w zrujnowanym mieście, dokąd dopiero napływali Polacy, było dużym osiągnięciem. Pierwszym dyrygentem był Alojzy Pozorski. Pierwszym kapelmistrzem Feliks Noworacki. Pierwsze pieśni to jednogłosowe kompozycje ludowe, pierwszą opracowaną pieśnią czterogłosową „Hymn Warmiński” Feliksa Nowowiejskiego. Pierwszy koncert poza Malborkiem chór dał 15 marca 1946 r. w Sztumie. Jak wspominali pierwsi chórzyści, w próbach uczestniczyło od początku około 30 osób, chętnych do śpiewania przybywało, mimo trudnych warunków. - Nikt nie znał siebie nawzajem, nie znaliśmy dyrygenta. Nie było stałego lokalu, początkowy entuzjazm został sparaliżowany przez surową zimę. Brak było światła i ci najgorliwsi, którzy chcieli zademonstrować swe istnienie przed światem, przygotowywali repertuar i odbywali próby niemal konspiracyjnie, przy świecach i zamkniętych okiennicach, bo brakło szyb. W lutym 1947 roku zginął tragicznie dyrygent A. Pozorski, kilka dni później batutę objęła Lucyna Kucharska, absolwentka Konserwatorium Warszawskiego. Praca „Lutni” nabrała tempa, repertuar stawał się coraz szerszy, przybywało też okazji do jego zaprezentowania. Nadeszły pierwsze laury i wyróżnienia - jak I nagroda na Jubileuszowym Zjeź-dzie Amatorskich Zespołów Śpiewaczych w Starogardzie Gdańskim w 1948 roku. Chór wstąpił do Związku Śpiewaczego - pierwowzoru Polskiego Związku Chórów i Orkiestr. W 1949 roku patronat nad „Lutnią” objął Związek Zawodowy Kolejarzy, którego siedziba na długie lata stała się miejscem prób i koncertów. Co ciekawe, lata 50-te poprzedniego stulecia, mimo stalinowskiego gorsetu, odnotowane są w historii chóru jako czas rytmicznej, spokojnej pracy nad repertuarem. Kiedy w 1961 r. wydano okolicznościową broszurę, podsumowującą 15 lat chóru, podawano, że od 1950 roku zorganizowano 23 koncerty, wystawiono 2 operetki (!), zespół brał udział w rozmaitych uroczystościach i akademiach 346 razy, natomiast między członkami zespołu zawartych zostało 6 związków małżeńskich. Jak pisała po latach Lucyna Kucharska: - Kiedy w 1950 roku chór przeszedł pod patronat Związku Zawodowego Kolejarzy - zaczęły się wyjazdy z koncertami w Polskę -Warszawa, Kraków, Zakopane, Szczecin, Olsztyn itd. Nie było jednak wyjazdów za granicę, nie leżało to ani w planach ani w możliwościach chóru. Skromny repertuar pieśni artystycznych kompozytorów polskich, z przewagą pieśni ludowych, adresowany był głównie do mieszkańców Ziemi Malborskiej - lecz nie tylko. Takie było wówczas zapotrzebowanie. 166 Bo nie ma złych chórów, są tylko źli dyrygenci Praca nad opanowaniem repertuaru przez kolejne pokolenia chórzystów odbywała się od 1961 roku pod kierunkiem nowej dyrygentki - ponieważ Lucyna Kucharska opuściła Malbork, jej batutę przejęła Helena Poremba, absolwentka PWSM w Gdańsku. Chór wyróżniono w tych latach m.in. Brązowym Laurem XX-lecia PRL. W roku 1968 nastąpiła kolejna zmiana dyrygentki - została nią Anna Wołoszyk, wtedy nauczycielka w Liceum Ekonomicznym, zarazem studentka gdańskiej PWSM. Kierowała „Lutnią” tylko cztery lata, po obronie pracy magisterskiej - notabene dotyczącej 25 lat pracy artystycznej i społecznej chóru „Lutnia” Związku Zawodowego Kolejarzy - wyjechała z Malborka. Poszukiwania nowego chórmistrza nie dały rezultatu i chór zawiesił swoją działalność. Nikt się na pewno nie spodziewał, że ta nieoczekiwana przerwa potrwa aż piętnaście lat. Tu dochodzimy do zamieszczonej pod tytułem sentencji Goethego. Była życiowym credo Wawrzyńca Zamkowskiego, który po ukończeniu dyrygentury na Wydziale Wychowania Muzycznego gdańskiej PWSM trafił do Malborka. Nigdy tego nie ukrywał - dzięki pani Mirosławie, jego małżonce. Sama wywodzi się z rodziny, gdzie śpiewano „od zawsze”. Zamkowski kierował Miejskim Domem Kultury, kiedy postanowił utworzyć w Malborku chór mieszany, a że tradycje śpiewacze były nadal żywe, reaktywować „Lutnię”. Pod adresem dawnych członków chóru wystosowano apel o powrót do czynnego śpiewania. Drugie zaproszenie do wszystkich, którzy chcieli śpiewać. Na pierwszym spotkaniu, 27 lutego 1983 r. pojawiło się ponad 30 osób. Jeszcze tego samego roku, w 13 października, w Dniu Edukacji Narodowej, odbył się pierwszy koncert po reaktywacji, dedykowany nauczycielom i pracownikom oświaty. Piotr Piesik 167 Nowy dyrygent nie ustawał w poszukiwaniu coraz szerszego repertuaru, w pozyskiwaniu nowych członków. Bywało, że chór liczył nawet 50 osób, systematycznie uczęszczających na próby. Z tej przysłowiowej mąki musiał powstać chleb, czyli znakomite koncerty, pamiętane przez publiczność na całym Pomorzu i daleko od niego. Malborczycy wyruszyli za granicę - pierwszy wyjazd do Finlandii, potem do Czech, Niemiec, Szwecji, Holandii, Belgii, Szwajcarii, Francji, Rosji, na Litwę, nawet za ocean, do USA. Chórzyści byli nie tylko odtwórcami, stali się animatorami kultury muzycznej. Daniel Craig, dyrygent chóru Mid America Singers w Evansville (Indiana - USA) mówił w 1995 roku do Zamkowskiego: - Mam nadzieję, że jesteś bardzo dumny z Twoich chórów. Oni śpiewają z wielkim sercem, entuzjazmem i muzykalnością. Ty zbudowałeś i utrzymałeś wspaniałą, muzyczną organizację, która jest szanowana i kochana na całym świecie. To jest coś, co tylko niewielu dyrygentów miało kiedykolwiek szansę zrobić. Przez muzykę pomogłeś uczynić świat trochę mniejszym. Od roku 2006 chór mieszany „Lutnia” pracuje pod batutą Bożeny Belcarz, absolwentki wychowania muzycznego w WSP w Olsztynie oraz studiów podyplomowych emisji głosu. Tworzyła i prowadziła chóry i zespoły wokalne: Every Late w Sztumie, Semper Cantantes, Como Antes i Amantes Cantare w Malborku. Swoim muzycznym powołaniem uczyniła propagowanie pieśni wśród śpiewaków, budzi w nich zamiłowanie do muzyki, pasję uczestnictwa w jej tworzeniu. W ramach jej przewodu doktorskiego chór „Lutnia” przygotował wykonanie „Te Deum” Józefa Świdra, w kościele św. Jana w Malborku. O teraźniejszości pisze się trudniej, na każdej próbie i na każdym koncercie dzieje się coś nowego. „Lutnia” jest obecna stale w artystycznym kalendarzu naszego regionu. Wykonuje koncerty muzyki dawnej, pieśni religijnych, zapraszana jest na uroczystości. Każdy miesiąc dodaje nowe karty do wielkiego dorobku tego zespołu, w którym swoje „cegiełki” mają wszyscy dyrygenci. Nie sposób wymienić nagród, wyróżnień, podziękowań. Nawet liczba „chóralnych małżeństw” znacznie na przestrzeni lat wzrosła, choć teraz nikt nie jest w stanie jej dokładnie ustalić. Powróćmy do postaci Wawrzyńca Zamkowskiego. Jego przedwczesna śmierć, w wieku 58 lat, była wielką stratą dla całego środowiska artystycznego w naszym regionie. Mimo, że jak sam powiadał, dobrze przygotowany chór jest w stanie zaśpiewać nawet bez dyrygenta. Był znakomitym dyrygentem, prowadząc swoje kolejne chóry - „Lutnię”, „Can-tores Malborienses”, „Rezonans” i „Laurentii Amici”. Bardzo pochlebnie oceniał jego pracę prof. Stefan Stuligrosz, sam Zamkowski mógł się pochwalić wysokimi nagrodami na międzynarodowych festiwalach muzycznych. Był z tych osiągnięć bardzo dumny, lecz nigdy nie zapominał dodać, że bez harówki śpiewaków (o sobie już w tym momencie nie wspominał) na próbach nie byłoby to możliwe. Urodził się w małym Bisztynku na Warmii, razem z bratem bliźniakiem Janem, byli właściwie „skazani” na muzyczną karierę, wychowując się pod okiem ojca, który był organistą. W olsztyńskich szkołach muzycznych uczył się w klasie organów, nigdy o tym pięknym instrumencie nie zapomniał. Był w stanie „od ręki” usiąść na chórze kościoła 168 Bo nie ma złych chórów, są tylko źli dyrygenci i zagrać do mszy. W Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Gdańsku zainteresował się dyrygenturą i chóralistyką. Muzyczne doświadczenia łączyły się nie raz - doskonale znał liturgię kościelną, czym wielokrotnie zaskakiwał kapłanów, kiedy z chórami gościł w kościołach. Do Malborka trafił za sprawą uczucia do przyszłej małżonki - w 1976 roku podjął pracę w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia, trzy lata później został nauczycielem wychowania muzycznego w Liceum Ogólnokształcącym im. Henryka Sienkiewicza w Malborku, gdzie jednym z jego uczniów był autor niniejszego artykułu. O „Lutni” napisałem wiele. Nie była pierwszym chórem Zamkowskiego w Malborku, wcześniej założył w LO żeński „Cantores Malborienses”. Prowadził go przez siedemnaście lat. Potem była „Lutnia” - wieść głosi, że do reaktywacji skłonił dyrygenta brak głosów męskich w szkolnym zespole. Po latach był jeszcze międzyszkolny „Rezonans” i mieszany „Laurentii Amici” - tę ostatnią nazwę tłumaczymy jako - Przyjaciele Wawrzyńca. Jak wielu wybitnych artystów, obdarzonych ogromnym talentem, bywał trudny we współpracy. Nieraz daleki od dyplomacji, nie uznający racji innych osób, potrafiący spalić przysłowiowe mosty i to na długo. Na pewno mógł osiągnąć znacznie więcej w swojej artystycznej karierze. Najbardziej dumny był z całych rzesz ludzi, którzy pod jego ręką uczyli się śpiewać, ale i poznawali muzykę. Na koncertach bardzo chętnie opowiadał słuchaczom o poszczególnych utworach oraz kompozytorach. Posiadał bowiem wielką wiedzę muzyczną. Muzyka była jego życiem, przenikała wszystko. Pod jego batutą w chórach śpiewała żona Mirosława, troje dzieci. Niezmiernie cieszył się z widocznego talentu muzycznego wnuczki Moniki. Zawsze miał przy sobie kamerton. W prawej kieszeni marynarki... Justyna Lijka 169 Justyna Lijka REMINISCENCJE Z PODRÓŻY KILKA SŁÓW O WYSTAWIE W MUZEUM ZAMKOWYM W MALBORKU: „MONACHIJCZYK W MALBORKU. KARTY Z PODRÓŻY WEDUTYSTY DOMENICA QUAGLIO DO PRUS 1832 W ROKU” W tegorocznym programie wystawienniczym Muzeum Zamkowego w Malborku znalazła się wystawa czasowa, prezentowana w okresie od 19 czerwca do 6 września, której głównym bohaterem jest bawarski wedutysta Domenico Quaglio (Monachium 1787-1837 Hohenschwangau). Postać - jak się zdaje - mało znana polskiemu odbiorcy kultury i nieco zapomniana, jest warta przypomnienia. Kim był ów żyjący w dziewiętnastym stuleciu artysta? Cóż o nim dziś wiemy? Co pozostało z dzieła jego życia? Domenico Quaglio przez niektórych badaczy nazywany „niemieckim Canalettem“ był mistrzem pejzażu architektonicznego; gatunku, który od początku XIX wieku cieszył się coraz większą popularnością. Pochodził z artystycznej rodziny o włoskich korzeniach (La-ino), osiadłej w Monachium w drugiej połowie XVIII wieku i zaliczany jest do grona jej najwybitniejszych przedstawicieli. Otrzymał gruntowne wykształcenie z zakresu malarstwa, technik graficznych i teorii sztuki oraz architektury, a zainteresowanie dawną kulturą wyniósł z domu rodzinnego. Stworzył podwaliny monachijskiej szkoły malarstwa architektury, opartej na tradycji siedemnastowiecznego holenderskiego malarstwa pejzażowego „małych mistrzów” oraz osiemnastowiecznej weduty weneckiej reprezentowanej przez Giovanniego Antonia Canala i Bernarda Bellotto. Łączył w sobie wielki artystyczny talent z niezwykłą pracowitością i pasją poznawania historii. Miesiącami wędrował po Europie, by in situ poznać jej odległe dzieje i zabytki. W ramach studiów nad dawną architekturą zwiedzał Niemcy, Szwajcarię, Francję, Niderlandy i Włochy, wykonując setki rysunkowych szkiców historycznych budowli, okolicznych pejzaży oraz studiów postaci w regionalnych strojach. Prace te później stawały się kanwą jego malowniczych płócien tworzonych w zaciszu pracowni, które ukazywały w panoramie i zbliżeniu portrety europejskich miast i miasteczek. Artysta w swoich obrazach z doskonale wykreśloną perspektywą umiejętnie budował poetycki wręcz nastój, wykorzystując po mistrzowsku malarskie środki - barwę oraz światłocień - i wprowadzał figuralny sztafaż, który ożywiał portret monumentalnej w swej skali architektury, tworząc aurę romantycznej sielskości. Przyczynił się także do rozwoju i upowszechnienia litografii, odkrytej u schyłku XVIII wieku przez Aloisa Senefel-dera, a jego prace uchodzą dziś za „inkunabuły" tej walorowej techniki. W roku 1824 wraz z malarzami Josephem Carlem Stielerem, Peterem von He^em i architektem Friedrichem von Gartnerem współtworzył monachijskie Towarzystwo Sztuki (Miinchener Kunstvere-in), zajmujące się wystawiennictwem i promocją współczesnych artystów, uprawiających nieakademickie gatunki malarstwa (portret, martwą naturę, pejzaż, sceny rodzajowo-hi- 170 Reminiscencje z podróży storyczne oraz batalistyczne), których Peter von Cornelius, ówczesny dyrektor Akademii Sztuk Pięknych, pogardliwie określał „wyrobnikami” (Fachler). U kresu życia wraz z architektem Georgiem Friedrichem Zieblandem kierował Quaglio odbudową nabytego przez księcia Maximiliana Wittelsbacha zamku Hohenschwangau, nadając mu neogotycki kostium. Praca ta była ukoronowaniem jego artystycznej działalności, w której połączył nabyte w ciągu życia umiejętności malarza scenografii teatralnych i wedutysty z wiedzą o dawnej architekturze. Zmarł nieoczekiwanie w roku 1837, będąc jeszcze w pełni sił twórczych. Grób malarza znajduje się na starym cmentarzu św. Sebastiana w Fiissen w Bawarii. Twórczość monachijskiego wedutysty była ceniona przez współczesnych mu znawców i kolekcjonerów sztuki. Dziś prace artysty - nastrojowe panoramy europejskich miast oraz majestatyczne widoki gotyckich katedr (m.in. w Kolonii, Strasburgu, Marburgu, Fryburgu Bryzgowijskim, Ratyzbonie, Ulm, Norymberdze, Reims, Rouen, Orvieto), wiejskich kościółków, na poły zrujnowanych nadreńskich i bawarskich zamków (w Eltz, Hohenschwangau, Wiistenstein), miejskich placów z reprezentacyjną zabudową czy malowniczych zaułków, ratuszy i bram wjazdowych znajdują się w wielu muzeach europejskich oraz w zbiorach prywatnych. Znane są także z graficznych kopii autorstwa Andreasa Boruma, Ignaza Bergmanna, Carla Augusta Labschee czy Johanna Gabriela Friedricha Poppela. Wiele z dzieł malarza zaginęło w czasie drugiej wojny światowej. Wystawa w malborskim muzeum, wkomponowana w przestrzeń zwieńczonej krzyżo-wo-żebrowymi sklepieniami Sali Siedmiofilarowej we wschodnim skrzydle Zamku Średniego, wprowadza zwiedzającego niczym „karta po karcie” (o czym przypominają w swej formie wolnostojące ścianki ekspozycyjne stylizowane na rozsunięte arkusze papieru) w historię jednej z artystycznych podróży urodzonego w „nadizarskich Atenach” Dome-nica Quaglio - nie całkiem przypadkowej, acz inspirowanej chęcią poznania odległych ziem niemieckiej kultury i dawnej sztuki gotyckiej. Wiosną roku 1832 monachijski malarz wyruszył bowiem na zlecenie ówczesnego następcy tronu pruskiego Fryderyka Wilhelma (IV) na wschodnie rubieże Królestwa Prus. Trasa podróży biegła z Monachium przez środkowe i północne Niemcy, wyspę Rugię i Pomorze Zachodnie aż do Królewca i Tylży. Głównym jej celem było wykonanie do książęcej kolekcji kilku widoków malborskiego zamku, rejestrujących wygląd pokrzyżackiej warowni - „panteonu prowincji pruskiej” - po tzw. romantycznej przebudowie. O owej peregrynacji niezwykle lapidarnie pisali współcześni artysty - aptekarz Friedrich Lucanus z Halberstadt we wrześniowym wydaniu „Morgen-błatt fur gebildete Stiinde. Kunstblatt” z roku 1836 oraz królewiecki historyk sztuki Ernst August Hagen w wykładach o sztuce niemieckiej wydanych w roku 1857 w Berlinie. Bawarski wedutysta zwiedził wówczas także m.in. Gdańsk i Frombork malowniczo położony nad Zalewem Wiślanym. Do dziś z owej wędrówki zachowało się niewiele prac malarskich i rysunkowych. W wielu przypadkach znamy je z hasłowych zapisów w katalogach wystaw czasowych organizowanych przez niemieckie Towarzystwa Sztuki lub z graficznych reprodukcji publikowanych w ilustrowanych czasopismach. Część pierwsza wystawy, stanowiąca preludium głównej prezentacji traktującej o „kartach z podróży” Quaglia na wschód, opowiada o samym malarzu, kreśląc jego szkicowy portret i artystyczny profil. W drugiej zaś narracja, poprzedzona krótką pre- Justyna Lijka 171 zentacją multimedialną (w której znalazły się widoki niemieckich miast), została podzielona na trzy odsłony, ukazujące trzy pobliskie sobie miejscowości - trzy stacje pobytu niemieckiego wedutysty w dawnych Prusach: w nadbałtyckim Gdańsku, w mieście nad Nogatem i warmińskim Fromborku. Tu największym i najważniejszym akcentem jest „rozdział malborski” (główny cel podróży monachijczyka). W tej odsłonie poza kompozycjami autorstwa bawarskiego malarza zaprezentowano również inne dzieła sztuki, dokumenty ikonograficzne oraz książki, ilustrujące dzieło pierwszej restauracji pokrzy-żackiego zamku; z czasów, gdy zabytek ten pełnił sui generis funkcję muzeum pruskiej historii i patriotycznej sztuki. ODSŁONA PIERWSZA: GDAŃSK Widok Długiego Targu w Gdańsku w kierunku zachodnim; Do-menico Quaglio, 1833, olej na płótnie; rep. według: Ernst Gall, Danzig. Das alte Stadtbild, Bremen, [br.]; oprać. Lech Okoński W dawnym nadbałtyckim emporium handlowym monachijski artysta oglądał - jak wynika z jego późniejszych dzieł - średniowieczne budowle, które w swej materialnej formie przywoływały chlubne karty wielowiekowej historii tego niegdyś niezwykle bogatego portu. Obraz olejny z perspektywą Długiego Targu w kierunku zachodnim, z dawnych zbiorów księcia Fryderyka Wilhelma, zaginął podczas ostatniej wojny światowej. Dzieło to znamy dziś z archiwalnych zdjęć, rysunkowych i graficznych powtórzeń - m.in. litografii autorstwa Ignaza Bergmanna, o której z pisał berliński historyk sztuki Franz Theodor Kugler w czasopiśmie „Museum. Blatter fur die bildende Kunst” z roku 1834, czy znacznie pomniejszonej wersji (z innym sztafażem figuralnym), opublikowanej w drugiej dekadzie lat trzydziestych XIX wieku w drezdeńskim periodyku historyczno-krajoznawczym „Bo-russia. Museum fur Preussische Vaterlandskunde”. A jego stonowaną kolorystykę, łączącą kolory ziemi - jasne ugry, brązy i beże dawnej zabudowy rynku z chłodnym błękitem rozbielonego kłębami chmur nieba, oddaje barwna reprodukcja zamieszczona w książce o zabytkach i dziejach nadmotlawskiego grodu - autorstwa Ernsta Galla, urodzonego w Gdańsku, niemieckiego historyka sztuki i konserwatora. W swej kompozycji widok ten nawiązuje do nowożytnej tradycji reprezentacyjnych przedstawień wschodniej części Głównego Miasta, zapoczątkowanej przez Antona Moliera i Aedigiusa Dickmanna, gdzie fragment północno-wschodniej pierzei Traktu Królewskiego z bryłą Dworu Artusa i majestatyczną sylwetą Ratusza Prawego Miasta tworzy centralny plan kadru. Zza tych architektonicznych kulis wylania się mało czytelna, przesłonięta aleją ulistnionych drzew zabudowa ulicy Długiej z kamienicami o ozdobnych 172 Reminiscencje z podróży szczytach i przedprożach. Wedutę ożywia wielobarwny sztafaż figuralny - mieszkańcy Gdańska stojący w grupach na placu i przedprożach domów oraz zbliżający się w zwartym szyku do Dworu Artusa oddział kawalerii pruskiej, co budzi skojarzenia o odświętności dnia, w którym artysta podpatrzył tę scenę. W artystycznej spuściźnie monachijczyka, stanowiącej gdańskie reminiscencje podróży do Prus, pozostał także niewielki rysunek ołówkiem. Ukazuje on w ogólnych zarysach pierwotny wygląd północnej fasady Dworu Artusa (z jej osiową artykulacją i trójkątnym szczytem ze sterczynami połączonymi po bokach przyporami) wraz z przyległą od strony dziedzińca zabudową mieszkalną. Co istotne dla badaczy dawnej architektury - powstał on na krótko przed rozpoczęciem renowacji, zmieniającej wygląd elewacji, którą przeprowadzono w latach czterdziestych XIX stulecia na podstawie projektów wybitnego architekta pruskiego Karla Friedricha Schinkla. ODSŁONA DRUGA: MALBORK Pierwszy widok pokrzyżackiej warowni Quaglio wykonał w roku 1822, kopiując w sepii akwatintę z albumu Schlofi Marienburg in Preuflen. Nach seinen vorzuglichsten aeufiern und innern Ansichten dargestellt, wydanego w Berlinie na przełomie XVIII i XIX wieku przez Johanna Friedricha Fricka. Rysunek ten przedstawiał w pionowym kadrze fragment południowej ściany Wysokiej Sieni z usytuowanym w grubości muru portalem prowadzącym do Letniego Refektarza na głównej kondygnacji Pałacu Wielkich. Była to statyczna kompozycja ożywiona figuralnym sztafażem, której dominantę stanowiła nierówno otynkowana płaszczyzna ściany, wydobyta walorowo z mroku strumieniem światła wpadającego z okien zewnętrznej elewacji od północnego wschodu. Dekadę później - w dojrzałym okresie swojej twórczości - monachijczyk osobiście odwiedził ze szkicownikiem w ręku miasto nad Nogatem. Artystycznym śladem jego bytności w dawnej rezydencji najwyższych urzędników Zakonu Niemieckiego był cykl romantycznych obrazów, ukazujących w kilku kadrach wygląd zamku malborskiego po wielkiej odbudowie, przeprowadzonej pod honorowym patronatem rodzinny królewskiej oraz malowniczy widok Starego Miasta z ratuszem i kościołem św. Jana. Po wojnie wyzwoleńczej (1813-1814) bowiem pokrzy-żacka warownia pełniła szczególną rolę w polityce historycz- Widok Pałacu Wielkich Mistrzów od południowego zachodu; Domenico Quaglio, 1834, olej na płótnie; rep. według: Monachijczyk w Malborku. Karty z podróży wedutysty Domenica Quaglio do Prus w 1832 roku, red. Justyna Lijka, katalog wystawy czasowej, Muzeum Zamkowe w Malborku, Malbork 2015 Justyna Lijka 173 nej Hohenzollernów. Porównywana z angielskim Westminsterem była swego rodzaju muzeum narodowej historii i patriotycznej sztuki, które w symboliczny sposób łączyło dzieło rycerzy zakonnych z bohaterskimi dokonaniami współczesnych Prusaków w walkach z francuskim okupantem. Demonstracji owych treści politycznych - gloryfikujących i zarazem upamiętniających w świadomości zbiorowej niedawne wydarzenia - służył rozbudowany program ideowy wprowadzony do aranżacji reprezentacyjnych wnętrz Letni Refektarz w Pałacu Wielkich Mistrzów; lit. Charles Villemin według obrazu Domenico Quaglio, Paryż, lata 40. XIX w.; papier, litografia; Muzeum Zamkowe w Malborku; fot. Lech Okoński Pałacu Wielkich Mistrzów i Wielkiego Refektarza. W roku 1833 bawarski artysta w zaciszu swej pracowni ukończył pierwsze płótno przedstawiające widok malborskiego zamku od południowego zachodu (dziś w zbiorach Stiftung Preussische Schlósser und Garten Berlin-Brandenburg), który doczekał się później wielu graficznych powtórzeń i malarskich interpretacji. Drugi obraz malborskiej warowni to datowany na rok 1834 widok Pałacu Wielkich Mistrzów od południowego zachodu (obecnie należący do Muzeum Narodowego w Gdańsku). Tym razem niegdysiejsza siedziba najwyższego urzędnika Zakonu Niemieckiego ukazana została przez Quaglia w dużym zbliżeniu i stanowi główną dominantę malarskiego kadru. Ceglany pałac, posadowiony na prawym brzegu Nogatu w obrębie międzymu-rza zachodniego, zajmuje tu prawie połowę prawej części weduty, tworząc przeciwwagę dla szeroko rozlanej partii błękitnego nieba z kłębami białych i szaro-białych chmur. Artysta zarejestrował tu z dużą dokładnością przejrzystą artykulację zewnętrznych elewacji i blanki z dwiema narożnymi wieżyczkami na koronie murów, uwypuklając jednocześnie fasadę zachodnią. Została ona w całości oświetlona padającym od południowego zachodu jednorodnym strumieniem. Natomiast lico ściany południowej pokrywa cień. W bliskim sąsiedztwie wznoszącej się ku niebu i nieco uwysmuklonej w swych proporcjach, majestatycznej rezydencji znajdują się dwu- i trzykondygnacjowe domy mieszkalne o konstrukcji szachulcowej. Piaszczysty teren podzamcza, gdzieniegdzie urozmaicony drobnymi wzniesieniami, punktowo porośniętymi trawą, ożywiają rozlokowane w różnych miejscach barwne postaci ludzkie i zwierzęta gospodarskie, uchwycone w prozie swych codziennych obowiązków. Ich obecność i - jak się wydaje - celowe zminiaturyzowanie przez malarza podkreśla znaczenie i monumentalizm gotyckiej budowli. W głębi kompozycji, pośrodku, rysuje się w dużym skrócie perspektywicznym bryła zachodniego skrzydła Zamku Średniego wraz z przyległą zabudową. A po lewej stronie, w prześwicie pomiędzy domami, odznacza się błękitem swych wód lustro spokojnego Nogatu, wtopione w odległy, mało czytelny, pagórkowaty pejzaż. 174 Reminiscencje z podróży W następnych latach bawarski wedutysta opracowywał widoki reprezentacyjnych wnętrz pałacowych - Letniego Refektarza i Wysokiej Sieni. W spuściźnie po warszawskim malarzu scen historycznych i religijnych, Aleksandrze Lesserze, przechowywanej w Muzeum Narodowym w Warszawie, znajduje się szkic wykonany piórkiem na kalce, przedstawiający widok Letniego Refektarza. Jego autorstwo możemy dziś z dużym prawdopodobieństwem przypisać mistrzowi z Monachium. Na wiosnę roku 1835 datowany jest zaś niewielkich rozmiarów rysunek z dawnej kolekcji przyjaciela artysty, hanowerskiego fabrykanta i miłośnika sztuk pięknych Bernharda Hausmanna, będący szkicem koncepcyjnym do zrealizowanego na przełomie 1835/1836 roku obrazu olejnego z widokiem sali audiencyjnej najwyższego urzędnika Zakonu. Kadr ten został zdjęty z południowo--wschodniego narożnika w aurze pogodnego dnia i rejestruje wygląd wnętrza po pracach konserwatorskich, którym kierunek estetyczny nadawał Karl Friedrich Schinkel. Druga kompozycja ukazująca wnętrze Wysokiej Sieni w Pałacu Wielkich Mistrzów w kierunku zachodnim, to wykonany na kalce szkic piórkiem (zaopatrzony w adnotacje o kolorystyce oryginału), którego autorstwo do niedawna wiązano także z A. Lesserem. W ujęciu reprezentacyjnego ganku malborskiej rezydencji monachijczyk powtórzył kadr znany mu z albumu Schlo^ Marienburg in Preuflen, którego twórcą był ceniony berliński architekt Friedrich Gilly. Przedstawiał on (wówczas jeszcze rekonstrukcyjny) widok korytarza prowadzącego do Letniego Refektarza z figurami Krzyżaków. Quaglio zaś utrwalił aktualny wygląd sieni po zakończeniu prac konserwatorskich. W pracy tej, jak i w poprzednich, uwagę zwraca skrupulatność w oddaniu szczegółów architektury wnętrza i doskonale wykreślona perspektywa. Ostatni malborski kadr - widok głównego traktu na Starym Mieście w Malborku w kierunku południowym jest prawie nieznany (w zbiorach Stiftung Historische Museen Hamburg - Altonaer Museum, Sammlungjenisch). Weduta ta należy do najstarszych, samodzielnych przedstawień wnętrza malowniczo położonego na skarpie miasta, które przez stulecia egzystowało w cieniu dawnej rezydencji wielkich mistrzów Zakonu Niemieckiego. Powstała w roku 1834 i - jak wynika z listu Quaglia (datowanego na 11 stycznia tegoż roku) - miała trafić do kolekcji berlińskiego wydawcy Louisa Friedricha von Sachse, z którym artystę łączyły także więzy przyjaźni. W następnym roku płótno o tym temacie zostało pokazane na wystawie Towarzystwa Sztuki w Hamburgu i zakupił je do swoich zbiorów senator Martin JohannJenisch ml. Monachijski artysta przedstawił portret nadnogackiego miasta w romantycznej konwencji, dostosowując topografię głównego traktu do swej malarskiej wizji. Jest on autorską kompilacją zdjętych z natury motywów architektonicznych - fragmentów zabudowy wschodniej i północnej pierzei widzianych z różnej perspektywy - połączonych w jedną całość dla uzyskania efektu malowniczości i podkreślenia nastroju średniowiecznego miasteczka, w którym czas płynnie w spokojnym, zdawałoby się nieco sennym rytmie. Nad domami mieszczan zbudowanymi w lekkiej konstrukcji szachulcowej dominują ceglane sylwety - ratusza i kościoła św. Jana. Ulokowane po przekątnej obrazu stanowią architektoniczną dominantę widoku i jego oś kompozycyjną. Symbolizują ład struktury miejskiej i porządek instytucji publicznych. Bryła ratusza z frontową, pięcioosiową fasadą, zaakcentowaną na kalenicy smukłą wieżyczką z sygnaturką, jaśnieje w blasku słońca. Nato- Justyna Lijka 175 miast fasada wschodnia kościoła z nieistniejącym dziś portykiem w jej centrum, przesłonięta płotem i konarami ulistnionych drzew, tonie w cieniu. Po piaszczystym trakcie chodzą dawni mieszkańcy w strojach z epoki, wykonując swe codzienne prace i prowadzą rozmowy. ODSŁONA TRZECIA: FROMBORK W ostatniej części malborskiej ekspozycji znalazł się portret miasteczka malowniczo położonego na południowym brzegu Zalewu Wiślanego, którego historia nierozerwalnie wiąże się wybitnym polskim astronomem i kanonikiem warmińskim - Mikołajem Kopernikiem. Quaglio w roku 1832, w drodze do Królewca i Tylży, szkicował zabudowę wzgórza katedralnego. Na podstawie jego plastycznych notatek rok później powstał obraz olejny, który trafił z wystawy zorganizowanej przez Towarzystwo Sztuki do zbiorów królewieckiej galerii miejskiej, gdzie znajdował się do drugiej wojny światowej. O obrazie pisali wówczas w recenzjach znawcy sztuki Ferdinand Rabę i profesor Uniwersytetu Królewieckiego Ernst August Hagen. Dzieło to uchodzi obecnie za zaginione i znane jest z graficznych powtórzeń wykonanych w latach trzydziestych XIX wieku oraz pocztówki z lat dwudziestych XX wieku wydanej we Fromborku u Margaret Ehlert. W roku 1834 powstał miniaturowy staloryt anonimowego autora, który stanowił jedną z ilustracji do opracowania F. W. Schuberta Historisch-statistisches Gemalde von Ost- und Westpreufien, opublikowanego w „Berli-ner Kalender”. Do tej kompozycji kilka lat później nawiązał Julius Gottheil, rysownik i litograf czynny przez wiele lat w Gdańsku, w serii obejmującej 24 widoki miejscowości z Prus Wschodnich i Zachodnich, które wydano w stolicy Prus w latach 1837-1839 w oficynie Nicolai. A kolejna wersja widoku pochodzi z drugiego tomu drezdeńskiej „Borussii...” i została włączona jako wizualny dodatek do artykułu, traktującego o historii warmińskiego miasteczka, [ił. 8] Choć wymienione prace różnią się szczegółami sztafażu na pierwszym planie, to spiętrzona zabudowa wzgórza katedralnego pozostaje niezmieniona. Skomponowany przez mistrza z Monachium widok fromborskiej warowni - podobnie jak obraz malborskiej starówki - stanowi autorską kompilację zdjętych z natury motywów architektonicznych. Artysta, podporządkowując elementy pejzażu swej „poetycko-malarskiej wizji”, dokonał tu skrótów perspektywicznych i zaburzył relacje przestrzenne pomiędzy poszczególnymi budowlami wzgórza. Ich malownicze zestawienie służyło bowiem stworzeniu nastroju romantycznej nostalgii i podkreśleniu historyczności portretowanego miejsca. *** Kilkumiesięczna podróż Domenica Quaglio do Prus w roku 1832 została utrwalona w obrazach i rysunkach, w których artysta zawarł swe ulotne wrażenia, swój zachwyt nad przeszłością i jej materialnymi śladami. Choć pozostały z niej tylko okruchy, to te romantyczne w nastroju i tchnące nostalgią kadry, w których codzienny widok wydaje się być nierzeczywisty, a czas stoi w miejscu, noszą w sobie nie tylko poetykę i piętno osobowości artystycznej monachijskiego mistrza, ale są również zapisem ikonograficznym czasu, w którym powstały. Dzięki nim bowiem poznajemy odległą przeszłość i obraz zmian, jakich dokonał człowiek na przestrzeni stuleci w tej części Europy. Poznajemy zabytki w ich danym kształcie i ludzi w ich codziennej egzystencji. Poznajemy świat, który powstał w pamięci artysty z dalekiej Bawarii; artysty będącego niewątpliwie mistrzem pejzażu architektonicznego. 176 Wspomnienie o Gerardzie Kwiatkowskim Jarosław Denisiuk WSPOMNIENIE O GERARDZIE KWIATKOWSKIM 11 sierpnia b.r. w niemieckim Huenfeld zmarł Gerard Kwiatkowski - Juergen Blum. Wraz ze śmiercią założyciela elbląskiej Galerii EL zakończył się pewien etap w sztuce polskiej. Aby zrozumieć kim dla polskiej kultury był ów artysta, nie wystarczy przypomnieć działalność Kwiatkowskiego w Elblągu, zainicjowanie przez niego Biennale Form Przestrzennych, ale należy odnieść jego postawę artystyczną do ciągłości myśli awangardowej. Z perspektywy czasu, jawi się Kwiatkowski jako łącznik awangardowej tradycji przedwojennej, uosabianej przez Henryka Stażewskiego, Katarzynę Kobro i Władysława Strzemińskiego z czasami nam współczesnymi. Gerard Jurgen Blum Kwiatkowski) fot. wikipedia.pl Pokolenie artystów, którego częścią był Kwiatkowski, doświadczone tak tragicznie przez historię wieku XX, miało jednocześnie szansę być odbiorcą rzeczywistych wartości spuścizny awangardy. Doświadczenia historyczne pomagały jednak rewidować dorobek awangardy, ujawniać - tym którzy odważyli się samodzielnie myśleć, jej zaangażowanie polityczne i doktrynerstwo. Taka perspektywa, która wykrystalizowała się i przejawiała przez całe życie w postawie Kwiatkowskiego, pozwalała artyście formułowanie myśli w nawiązaniu do ducha Awangardy z jej uniwersalnymi wartościami. Kwiatkowski, urodzony jako Juergen Blum w małym Faulen (dzisiejszym Ulnowie pod Suszem), stał się elblążaninem jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej. Pozostał w nim po zdobyciu miasta przez Sowietów w lutym 1945 roku i później, nawet w sytuacji wyjazdu do Niemiec całej najbliższej rodziny. Zastanawia i budzi respekt ten akt woli piętnastolatka, który podjął decyzję dorosłego człowieka wbrew woli rodziny, pozostania w obcym kraju, nieznanym otoczeniu kulturowym, w obliczu szalejącego stalinizmu. Trzeba niezwykłej odwagi i inteligencji, by odnaleźć się, wtopić w tłum - by najprościej mówiąc - przetrwać. Ale nie tylko o przetrwanie Kwiatkowskiemu chodzi w tamtych latach. Zatrudniony na stanowisku robotnika Zakładów Mechanicznych Zamech; montera telefonii, później dekoratora, udziela się społecznie, pobiera lekcje malarstwa. Wciągnięty już w okresie poodwilżowym w orbitę Klubu Czerwona Oberża nawiązuje kontakty, które owocowały aktem przejęcia ruin kościoła NMP na cele kulturalne. Tak powstała w dawnym klasztorze, ocalonym przed ostatecznym wyburzeniem, słynna elbląska Galeria EL. Odtąd działalność Gerarda Kwiatkowskiego nie była już podporządkowana czemuś, Jarosław Denisiuk 177 co znajdowało się poza sztuką - ani w sferze warunków ekonomicznych, ani doraźnej polityki ani też ideologii. To postawa absolutnie unikalna, różniąca się od wielu działań awangardy ówczesnej, ale także w obliczu zideologizowania sztuki - i dziś. Na dalszych losach Kwiatkowskiego i założonej przez niego Galerii EL - przynajmniej w perspektywie kolejnych trzech lat działalności zaważyła znajomość i kontakty nawiązane wówczas z komisarzem sekcji plastycznej warszawskiego Klubu Krzywe Koło - Marianem Boguszem. To dzięki niemu odbyły się w Elblągu należące do tradycji Krzywego Koła dwie edycje (w 1963 i 1965 roku), przeniesionych z Warszawy wystaw sztuki awangardowej Konfrontacje, nazwanej w Elblągu I i II Paradą Sztuki Nowoczesnej. Po raz pierwszy w Elblągu gościła czołówka polskiej awangardy malarskiej (m.in. Gierowski, Brunsz, Dłubak, Stażewski, Sosnowski, Dominik, Marczyński, Łunkiewicz, Borowski). Pionierskie w działalności artystów związanych z Klubem było przekonanie o potrzebie nowych sposobów i form upowszechniania sztuki. Służyły temu wyjazdowe wystawy, organizowane poza systemem oficjalnych salonów sztuki, np. w Klubach Międzynarodowej Prasy i Książki. Metodą na popularyzację nowej sztuki były również plenery organizowane poza głównymi ośrodkami kulturalnymi. Tak narodziła się koncepcja Biennale Form Przestrzennych w Elblągu z programem brzmiącym jak historyczne założenia Awangardy; integracji sztuki, przemysłu i nauki, współpracy artystów i robotników. Pięć edycji biennale, które w Elblągu Kwiatkowski zorganizował, stało się trybuną wystąpień artystów propagujących nowe rozumienie sztuki. To w Elblągu powstał pierwszy za Żelazną Kurtyną niezależny art-zin „Notatnik Robotnika Sztuki”, to w Elblągu nakręcono pierwszy artystyczny film video. W końcu z Elbląga promieniowały postulaty związków sztuki z przemysłem, poparte realizacją kilkudziesięciu monumentalnych rzeźb z metalu, które do dziś stanowią unikalną kolekcję. W latach 60. i 70., jak i w całej epoce komunistycznej sztuka polska nie mogła rozwijać się w sposób swobodny. Znalazła się, podobnie jak cała sfera działalności publicznej, pod ścisłą kontrolą totalitarnego państwa. Granice wolności artystycznej wyznaczała ideologia oraz polityczny interes władzy. Dotyczyły one przede wszystkim opisu, interpretacji ale też i oceny rzeczywistości, na co państwo komunistyczne miało monopol realizowany przez propagandę. Ograniczało to zarówno obszar zainteresowania artystów, jak i swobodę ich wypowiedzi. Ponadto sztuka funkcjonująca w sferze publicznej w Polsce epoki komunistycznej, tak jak i w innych krajach bloku komunistycznego, była dotowana przez państwo, które w ten sposób dysponowało skutecznymi narzędziami oddziaływania czy też „reglamentacji”. Na tym tle przypadek Galerii EL jest szczególny i wyjątkowy. Trudno dzisiaj zrozumieć jak możliwym było funkcjonowanie tej „prywatno-społecznej instytucji. Galeria nie należała do żadnej z ówczesnych struktur publicznych instytucji artystycznych czy kulturalnych. Także sztuka, którą Kwiatkowski tworzył i propagował nie nałeżała do łatwych w odbiorze ani do wizualnie efektownych. Nie była przez to przedmiotem zainteresowania znaczących instytucji artystycznych ani marszandów. Miało to swoje dobre strony, bo 178 Wspomnienie o Gerardzie Kwiatkowskim nie udało się nikomu nigdy zniekształcić czystego przesłania sztuki Gerarda. Ale miało to też i swoje negatywne strony, ponieważ tworzyło wrażenie, że artysta nie funkcjonował w przestrzeni rynkowej, instytucji targów sztuki, wielkich wystaw w znaczących instytucjach. Te formy popularyzacji swojej sztuki Kwiatkowskiego nigdy nie interesowały. Swoją sztuką nigdy nie handlował, utrzymując się z lekcji rysunku i zamówień na realizacje w przestrzeni publicznej. Tym bardziej to zaskakujące, że po wyjeździe z Polski w 1974 roku, funkcjonował w wolnorynkowych Niemczech. Ale może właśnie przez ten fakt, przekornie poświęcił się propagowaniu sztuki innych artystów, formułowaniu w tamtych warunkach kolekcji sztuki geometrycznej, prowadzeniu kolejnych, na wzór zaadaptowanych ruin elbląskiego kościoła, stacji sztuki (ruiny klasztoru w Cornberg, ruiny zamku, pozostawione stacje kolejowe itd.). Ostatnim i chyba najważniejszym „dzieckiem” Kwiatkowskiego było Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Huenfeld, założone w starej gazowni i prowadzone przez artystę od 1990 roku. Na tę działalność organizacyjną Gerarda można spojrzeć także jak na kontynuację zamierzeń artystów awangardy. Sama w sobie miała charakter twórczy. Była, zgodnie z nomenklaturą stosowana przez artystę - tworzeniem „stanów wyjątkowych” i polegała na tworzeniu ram kontaktu sztuki ze środowiskiem, w którym artysta żył i pracował. Ten aspekt Jego aktywności ściśle wiąże się z postawą artystyczną, z poczucia misji człowieka i artysty. Tworząc i animując instytucje, realizując artystyczne projekty Gerard nigdy nie czynił tego dla siebie. Wszystko co dokonał zawsze było poświęcone sztuce i skierowane ku innym ludziom; artystom czy odbiorcom. Gerard pozostał do końca wierny idei i wartościom, które ukształtowały jego postawę i powołanie artystyczne. To co charakteryzuje tę twórczość najlepiej - to dążenie do minimalizacji i redukcji aspektów formalnych dzieła oraz skupienie się na duchowym aspekcie sztuki. Polegało to na budowaniu dzieła z prostych elementów, których wzajemnymi relacjami, konstrukcją, ogólnym układem i porządkiem rządzą proste prawa i zasady. Ten rodzaj sztuki jest jednym z najpełniejszych sposobów realizacji jej sensu rozumianego jako zmierzanie do ujawnienia istnienia Boga. W takiej sztuce nieistotnymi są-technika czy forma dzieła. Nieistotną jest również treść rozumiana jako narracja. Najważniejsza jest owa transcendencja oraz wynikające z niej duchowe doświadczenie. Aktywność Gerarda i sens jego sztuki była zawsze poświęcona „poszerzaniu” człowieka, jego wrażliwości zmysłowej, jego zdolności umysłowych, ale przede wszystkim duchowych możliwości. W tym znaczeniu unikalna wartość sztuki Kwiatkowskiego na tle współczesnych zjawisk artystycznych jeszcze wyraźniej i mocniej wybrzmiewa. Po Gerardzie Kwiatkowskim pozostało ważne przesłanie i ostrzeżenie, że sztuka która ulega presji aktualnych mód, upodobań i gustów publiczności, wymogów mechanizmu rynku czy politycznej koniunktury, przeminie wraz z kontekstem, do którego się odnosi. To historia sztuki uczy, że gdy dochodziło do zachwiania równowagi w relacji sztuki wobec kontekstu zewnętrznego, traciła zawsze na tym sztuka i w ostatecznym rozrachunku jej odbiorcy, dla których istnieje. Uniwersalne wartości i fundowana na nich twórczość - nigdy. Galeria Prowincji Agnieszka Jarzębska RYSZARD RABESZKO RZEŹBIARZ Z RODOWA WIEŚ. PEJZAŻ Z TWÓRCĄ LUDOWYM Zżyma się słysząc o etnodizajnie i „nowej tradycji”. Chce, by nie zapomniano o tych, co rzeźbią świątki, lepią garnki, robią koronki czy plotą koszyki. Przypomina, że sztuka ludowa nie dzieje się na jarmarkach, a jej twórcy to ludzie z krwi i kości. Od wielu lat Ryszard Rabeszko z Rodowa koło Prabut zabiera głos w imieniu tysięcy łudzi, którym bliska jest wieś, jej tradycje i kultura. Kto i co stoi za rzeźbiarzem i wiceprezesem ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. STĄD, CZYLI Z WOŁYNIA I ZIEMI DOBRZYŃSKIEJ Podobne historie nosi w sobie zdecydowana większość mieszkańców tak zwanych Ziem Odzyskanych. - Pochodzę z tzw. grup osadniczych. Rzeź Wołyńska nie była dla mnie tajemnicą, pamiętam jak w domu o tym rozmawiano. Dziadek ze strony ojca pochodził z Wołynia, z miejscowości Jasieniec, gmina Dąbrowica, powiat Sarny. Urodził się jeszcze w XIX wieku. W 1905 roku, wcielony do armii carskiej, brał udział w wojnie japońskiej. Jemu, jak i innym, napisano później w dokumentach: urodzony w ZSRR. Ojciec przyszedł na świat w czasach II Rzeczpospolitej i też mu potem wpisano: ZSRR. To było szalbierstwo - mówi Ryszard Rabeszko. - Na te tereny dziadek przyjechał wraz z córkami - bo babcia zmarła jeszcze przed wojną, w maju 1945 roku. Wkrótce dołączył do nich mój ojciec, który służył w II Armii Polskiej, sformowanej w Sumach. Dziadek ze strony mamy pochodził z Ziemi Dobrzyńskiej, z Piotrkowa w powiecie Golub Dobrzyń. Tu, w Rodowie, osiedlił się w 1948 roku. Temu dziadkowi, żołnierzowi Legionów Piłsudskiego, który w latach 1918-1921 walczył na froncie wschodnim i z Rydzem - Śmigłym dotarł do Kijowa, zawdzięczam to, że nie dałem sobie wmówić, że Polska międzywojenna była zła. Mówił mi też, że nigdy Rosjanin nie był dla Polaka przyjacielem. I nigdy nie będzie. Prędzej będzie nim Niemiec. W domu było radio, w niedziele schodzili się sąsiedzi i powinowaci. Wymieniano się wiadomościami o tym kto się po wojnie odnalazł, kto odezwał do bliskich. - Był początek lat 60. W rozmowach wciąż powracano do przeszłości. Wspominano jak się „tam” żyło, gospodarowało, kto z kim miał zatargi, jak przeżyli wojnę, kto zginął i z jakiego powodu, jak się żyje teraz. Moja rodzina była bardzo tradycyjna. Było nie do pomyślenia, aby dziecko siadało przy stole z dorosłymi. Jak do domu wchodził mężczyzna, to witał się z gospodarzem, podawał mu rękę. Kobiecie ręki się nie podawało, mówiło się tylko: „Pochwalony” albo „Dzień dobry”. Jeszcze na przełomie lat 60. i 70. ludzie 180 Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa z Wołynia mówili u nas gwarą. Na dziewczynę, na przykład, mówiono „bździągwa”, na młodego chłopaka - jeszcze nie „kawalerszczaka”, ani kawalera - „sikut”. Jak poszliśmy do szkoły, to te regionalizmy „pięknie” wytępiły jednak nauczycielki ze środkowej Polski. Kim się czuje dzisiaj? - Na pewno jestem stąd, ale korzenie mam i czuję się związany zarówno z Ziemią Dobrzyńską, jak i Wołyniem, choć na Wołyniu nikogo z rodziny już nie ma... GÓRY GRANICZNE, ODRĘBNE ŚWIATY Od urodzenia mieszka w tym samym domu, który w 1945 zajął jego dziadek i w którym później żyli rodzice. W jednym z pokoi przyszedł na świat. Było to 17 sierpnia 1952 roku. Kiedyś było normą to, że kobiety rodziły we własnych czterech ścianach. Więc miejsce zamieszkania wciąż jest to samo. Ale w ciągu minionych kilkudziesięciu lat Ro-dowo, a wraz z nim jego mieszkańcy, dwukrotnie zmieniali przynależność administracyjną. Wieś znajdowała się kolejno w granicach województwa olsztyńskiego, później -elbląskiego. Teraz leży w Pomorskiem. -Jeszcze wcześniej w pobliżu przebiegała granica między Prusami Książęcymi i Królewskimi. Jesteśmy na terenie dawnego Oberlandu - Prus Górnych, Pogórza. Tutejsze wzgórza to są, można powiedzieć, góry graniczne. Niżej mamy Żuławy. Tu była granica i ona nadal istnieje w mentalności ludzi. Żyjemy w odrębnych światach. Ryszard Rabeszko uważa, że ostatnia reforma administracyjna nie wyszła na dobre kulturze. - W tej dziedzinie Pomorskie, nie wiem dlaczego, nie jest dla nas miłe. Nadbałtyckie Centrum Kultury, które jest wojewódzkim ośrodkiem kultury, nic tutaj nie robi. Proszę zapytać kogokolwiek czy cokolwiek wie o NCK-u. Odpowiedź jest jedna: a gdzie to jest? W dziedzinie kultury jesteśmy upośledzeni. Popełniono parę błędów. Nie ma kultury w powiatach. Dla powiatów kultura jest fakultatywną działalnością. Powiat może, ale nie musi, realizować działania w tej dziedzinie. Jeśli uzna, że chce to robi. Ale w Polsce jest niewiele powiatów, które chcą. Znam tylko parę: starostwo w Końskich, Zakopanem, Łowicz, Suwałki, powiat nowosądecki... Gminy i województwa muszą zajmować się kulturą, ale robią to na różnym poziomie. W Nowym Dworze Gdańskim bardzo dobrze sobie radzą, w Malborku, Kwidzynie i Sztumie - nieźle, ale w wielu innych miejscowościach i wsiach jest marnie. Brakuje aktywności powiatów. Gminy często nie dają sobie z tym rady, a województwo jest za daleko... Powiaty, o których wspomniałem, w oparciu o kulturę regionalną budują swój wizerunek. Zakopane, Łowicz mają na czym budować. Dolne Powiśle ma taki potencjał? - Wszyscy mamy na czym budować. Tyle tylko, że w jednym powiecie ten fundament jest lepszy, a w innym słabszy. W jednym kultura jest bardziej urozmaicona, a w innym - mniej. Dolne Powiśle ma rozmytą tożsamość - autochtoniczna się nie zachowała, niewiele zrobiono również, by powojenni osadnicy kultywowali swoje tradycje. Inna sprawa, że w wielu miejscach całkowicie zapomniano o wsi. Ja mieszkam na wsi całe życie. W latach 60. w Europie przodującym państwem pod względem rolnictwa była Dania, Agnieszka Jarzębska 181 która obronną ręką wyszła z wojny. Wybrał się tam z wizytą jeden z ówczesnych polskich ministrów rolnictwa. Zawieziono go na jedną z farm, która go zachwyciła. Zadał więc pytanie duńskiemu koledze: co pan robi, że duńscy rolnicy są doskonali? Duńczyk po dłuższym zastanowieniu odpowiedział: nic, ja tylko uczę ich czytać poezję. Polak tego nie zrozumiał. Człowiek, który potrafi czytać poezję, umie myśłeć. A w Polsce władza nie bardzo lubi aby człowiek myślał, chce tylko by na nią głosował. To jest ta drobna różnica. BAJKI, POLOWANIA, PRAWDA O NATURZE Dziadek ze strony ojca i ojciec pana Ryszarda byli kowalami. Stara kuźnia, postawiona jeszcze przez przedwojennych właścicieli, wciąż stoi przy domu w Rodowie. - Wychowałem się w niej, pomagałem ojcu i nadal potrafię w niej pracować. Niełatwo było być dzieckiem rzemieślnika. Gdy inne dzieci szły się bawić, choć trzeba przyznać, że na wsi dzieci nie bawiły się zbyt często, bo pracowały, ja musiałem pomagać w kuźni. To było tak, że pewne rzeczy po prostu musiało się zrobić. Drugi z dziadków, ten z Ziemi Dobrzyńskiej, otworzył przed nim świat przyrody. - Byłem jego najstarszym wnukiem. Około dwa kilometry stąd jest Jezioro Dzierzgoń-skie i to właśnie na nim nauczył mnie łapać ryby. Nauczył też polować na zwierzynę. Razem polowaliśmy na piżmaki, kuny, tchórze, lisy, zające i kuropatwy. Dzięki niemu nauczyłem się szanować przyrodę, zrozumiałem jak ona funkcjonuje, które zwierzęta się lubią, a które nie. Dziadek opowiadał mi o tym bajkami i anegdotami o trzmielach, pszczołach. Pamiętam też na przykład bajkę o mysikróliku i orle, które walczyły o tytuł króla ptaków. Dziadek był Nieszawiakiem, jednym z wędrownych rybaków znad Drwęcy i Wisły, zwanych Nomadami Wisły. - Mógł łowić i polować całe dnie. Był fachowcem od budowania stogów. Swego czasu pracował jako Szwajcar. Taki ktoś godził się do majątku, a potem godził jeszcze ekipę, która przez rok obsługiwała oborę. Używając współczesnego języka, można powiedzieć, że był brygadzistą. Szwajcarowie byli elitą pracowników w majątkach, nieźle zarabiali, dostawali deputaty... Mnie nauczył hodowli i leczenia krów. Skończył zaledwie kilka klas, ale miał matematyczny umysł i znał języki, rosyjski oraz niemiecki, co przydało mu się w czasie II wojny, kiedy był tłumaczem Rosjan i Niemców. CHŁOPA NIE ZROZUMIE NIKT W 1975 roku postanowił przejąć rodzinne gospodarstwo, które początkowo prowadził wspólnie z rodzicami. To były, wspomina, dobre lata. Najwięcej w przyjaciół miał w stanie wojennym, gdy obowiązywały kartki na mięso i wielu bardziej lub mniej znajomych przyjeżdżało do Rodowa po świninę. Gospodarował do połowy lat 90. Wtedy nadarzyła się okazja, by zasadzić las. I zasadził. Rodzice nadal żyją. Mieszkają w Grudziądzu, gdzie osiedlili się też jego brat i siostra. - W gospodarstwie miałem krowy, świnie, drób... wszystko. Praca na roli daje wiele satysfakcji. Człowiek jest u siebie. Chłop to jest chłop. Chłopa się nie zrozumie. Chłop 182 Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa nie jest racjonalny. Będzie się kłócił o miedzę, o szkodę... Kiedy na moje pole ostatni raz wjechał pług, aby przygotować grunt do zasadzenia lasu, czułem, że tę ziemię zdradzam, zrobiło mi się niedobrze... Tego uczucia nie da się opisać... Chłop czuje śłepe przywiązanie do ziemi, do tradycji - rodzinnej, gospodarzenia, do tego, że pewnych rzeczy nie wolno robić... Zżywa się ze zwierzętami, wrasta w to, co go otacza... Do dziś mam w sercu zadrę, że sprzedałem konia, który urodził się w roku mojego urodzenia. Krowa także jest ważnym zwierzęciem. Daje mleko, gwarantuje, że coś jest zabezpieczone, sama ma wartość i karmi. BYŁO W PRABUTACH RZEŹBIARZY WIELU Kultura ludowa i sztuka pojawiły się w jego życiu w początkach prowadzenia gospodarstwa. Choć właściwie były w nim obecne już wcześniej. - Dziadek, ten, który nauczył mnie tyle o przyrodzie, robił dla mnie zabawki z drewna. To były wozy, lotniki i żołnierze - figurki osadzone na trzpieniu i machające rękami. Pewne umiejętności zdobyłem pomagając ojcu w kuźni. Kowal musi umieć przewidzieć to, co ma powstać, musi mieć wyobraźnię plastyczną. Ojciec potrafił zrobić wszystko. Podkuwał konie, naprawiał sprzęt i narzędzia. Najczęściej wykonywał najbardziej potrzebne rzeczy i naprawy, a rzeczy były proste i funkcjonalne. Robił np. zawiasy do drzwi, proste, bo na ładniejsze nie było czasu i ludzi nie było na nie stać. W latach 70. w Prabutach powstał prężny ośrodek rzeźbiarski. Jeszcze w następnej dekadzie działało tam około 35 czynnych rzeźbiarzy. Na ten temat, opowiada Ryszard Rabeszko, napisano nawet kilka prac magisterskich. - Prekursorami było dwóch, trzech tradycyjnych rzeźbiarzy ludowych. Jednym z nich był cieśla Jan Wójcik z Krakowskiego, który w chwilach wolnych od pracy dorzeźbiał świątki. Byli także między innymi Wołejszo i Sawicki, starsi ludzie z Kresów Wschodnich, którzy w tradycji rodzinnej mieli świątkarstwo. Warto pamiętać także, że w tamtym czasie w Prabutach aktywnie działał oddział Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Pojezierze, które wniosło znaczący wkład w rozwój kultury w całym regionie. Po raz pierwszy z rzeźbą ludową spotkałem się na początku lat 70. Powiat zorganizował wystawę twórczości ludowej i amatorskiej w Iławie. Pojawiło się na niej sporo prabuciaków. Wtedy zaktywizował się Stanisław Żyrek - rzeźbiarz, później fotograf, a także animator kultury Witold Marciniak. Pojezierze zaczęło organizować przeglądy i ci wszyscy ludzie zaczęli tworzyć. Obijałem się koło nich. I przez przypadek w to wszedłem. ROLE ŻYCIA - Najczęściej do drewna podchodzimy stolarsko. Mokry materiał, niezbyt ostra siekiera... To, co zobaczyłem u rzeźbiarzy z Prabut, zafascynowało mnie. Ale był też strach, przez brak narzędzi i surowca. Nie znałem tych ludzi, ale oni nie ukrywali swojej wiedzy... Wymyśliłem sobie, że będę zbierał motyle. Przejrzałem atlasy, poznałem technologię. Motyle złapane przy pomocy siatki wkłada się do słoika. Potrzebne są też między innymi igły. W kawałku miękkiego, wysuszonego drewna lipowego robi się rowek, w którym umieszcza się motyla na szpilce nim jeszcze on zaśnie. Rowek należy wykonać Agnieszka Jarzębska 183 precyzyjnie. W tym celu w Centralnej Składnicy Harcerskiej w Warszawie kupiłem dłutka - i byłem gotowy do pracy! Wziąłem deskę. Stwierdziłem, że zadanie idzie mi łatwo. Pomyślałem: może zrobię coś więcej? Może figurki, jak dziadek? Ostatecznie żadnego motyla nie spreparowałem, ale zacząłem rzeźbić. Kiedy kontakty z prabuciakami zostały nawiązane, Ryszard Rabeszko zaczął uczestniczyć w imprezach rzeźbiarskich. Zaczął również otrzymywać zaproszenia do udziału w ogólnopolskich konkursach rzeźby ludowej organizowanych w Toruniu. Nagrodzeni mieli możliwość wstąpienia do Stowarzyszenia Twórców Ludowych. -1 ja z tej możliwości skorzystałem. Były to lata 80. Moja STL-owska legitymacja nosi numer 1825. Członkostwo w stowarzyszeniu otworzyło mi dostęp do informacji na temat różnego rodzaju imprez. Nawiązałem współpracę zArt-Regionem, oddziałem Cepelii w Sopocie. Byłem z niej zadowolony. Prace, które tam oddawałem, mogły być seryjne lub indywidualne, pojedyncze, moje własne. Oceniała je komisja, w której zasiadali specjaliści. Członkowie komisji skupiali się na tradycji i poprawności plastycznej, zwracali uwagę na ewentualne niedociągnięcia, ale też pomagali. W drugiej połowie lat 70. zaczęła się jego druga życiowa przygoda - z polityką. - Ja się w politykę mocno bawiłem. Od 1978 roku działałem w Związku Młodzieży Wiejskiej, Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym, a następnie w Polskim Stronnictwie Ludowym. Od ’78 do końca lat 90. byłem radnym sejmiku województwa elbląskiego. Należałem do Rady Wojewódzkiej PSL, byłem delegatem na zjazdy krajowe. Byłem niepokorny, miałem swoje zdanie - opowiada. W IMIĘ OJCÓW Wstąpienie do Stowarzyszenia Twórców Ludowych zaowocowało czymś więcej niż samym tylko udziałem w licznych konkursach, plenerach i wystawach. - Zawsze byłem aktywny. Zacząłem pomagać w organizacji wydarzeń, w których uczestniczyłem. Ktoś powiedział: pomóż, zrób i coś z tego wychodziło. Za sprawą zawartych w międzyczasie przyjaźni współorganizowałem na przykład ogólnopolskie przeglądy kabaretów wiejskich. Impreza wędrowała po różnych miejscach, odbyło się 20 edycji. Były także Teatralne Spotkania Obrzeży u Władysława Hasiora w Zakopanem, gdzie prezentowały się teatry jednego aktora i grupy obrzędowe. Od około 20 lat zasiadam w jury festiwalu Dziecko w folklorze, który odbywa się w Baranowie Sandomierskim. Stopniowo zaczęła mnie wciągać działalność samego STL-u. Około 30 lat temu wszedłem do Zarządu Głównego. Później, jako że zostałem wybrany, reprezentowałem Stowarzyszenie - przez 12 lat jako jego wiceprezes i przez 8 lat jako prezes. Obecnie Ryszard Rabeszko ponownie pełni funkcję wiceprezesa organizacji, która jest największym w Polsce i najstarszym zrzeszeniem ludowych artystów i rzemieślników. STL ma siedzibę w Lublinie. - Przez te wszystkie lata poznałem wielu wspaniałych ludzi. Miałem zaszczyt reprezentowania ich, mówienia w ich imieniu i mówienia o tym, że kultura ludowa jest istotna, w poważnych gremiach, w Sejmie, ministerstwie kultury, w rozmaitych komisjach... Za- 184 Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa wsze były to miłe wydarzenia, choć nie zawsze spotykałem się ze zrozumieniem i poparciem. W nowej Polsce środowisko twórców ludowych dotyka wiele bolączek. Ciężko znaleźć takich, którzy powiedzą, że z tego rodzaju działalności da się utrzymać. Wielu to renciści. Często to po prostu biedni ludzie. - Kiedyś, za czasów Cepelii, z twórczości ludowej można było się utrzymać, ale teraz jest to niemożliwe. Sądzę, że prace wykonane na dobrym poziomie zawsze się obronią, jednak sytuację utrudnia między innymi to, że wyroby polskich rzemieślników i artystów wypiera chińszczyzna. KRASNAL I KONIK A SPRAWA POLSKA Problem z „chińszczyzną” ma, można powiedzieć, charakter systemowy. - Z wyrobami „ludowo-podobnymi” z Chin trudno nam konkurować, bo - co jest zdumiewające - ze względu na urzędową klasyfikację wyroby takie, jak kierpce, ciupagi czy torby filcowe, są zwolnione z cła, nieopodatkowane! Ta droga, którą do Polski dostają się wyroby naśladujące naszą twórczość ludową, nie jest kontrolowana przez państwo, panuje wolna amerykanka. Ci, którzy sprowadzają pamiątki, powinni być normalnie opodatkowani. Tak to zły pieniądz wypiera dobry, a ludzie niestety nie wiedzą, który wyrób jest oryginalny, polski, wytworzony przez kogoś, kto swoją wiedzę i umiejętności zdobył poprzez przekaz międzypokoleniowy, a który przypłynął w kontenerze z Chin. Nieraz podnosiliśmy ten problem, ale póki co nasz głos w tej sprawie nie został wysłuchany. Może to kogoś śmieszyć lub nie, ale Niemcy uporali się z problemem inwazji krasnali z Polski. Teraz przy granicy praktycznie nie ma już miejsc sprzedaży krasnali, bo zostały one uznane za dobro kulturowe i nie można ich wytwarzać poza granicami Niemiec. Szwedzi podobnie postąpili wobec Konika z Dalarny, jednego z symboli swego kraju. Brakuje rozwiązań prawnych korzystnych dla środowiska ludzi, którzy kontynuują tradycje wiejskie. Są też przepisy prawne, które w odniesieniu do nich pozostają głównie tylko na papierze. Twórczość ludowa, jak i każda inna, jest pod ochroną prawa. Prawa autorskie twórców są jednak łamane. - Że przypomnę choćby proces o wykorzystanie wycinanki łowickiej przez jedną z dużych firm branży cukierniczej. Panuje przekonanie, że skoro coś jest „ludowe”, to można sobie to wziąć i dowolnie z tego korzystać, także w celach komercyjnych. KOLOROWE JARMARKI, SZARA CODZIENNOŚĆ Od szeregu lat w kulturze spora część pieniędzy publicznych jest rozdysponowywana poprzez konkursy grantowe. Jednak znaczna część twórców ludowych to osoby starsze, które nie są w stanie napisać wniosku o dofinansowanie, ani rozliczyć projektu. - Można wręcz mówić o wykluczeniu społecznym takich ludzi. Tymczasem wielu urzędników tego nie rozumie. Dla nich sprawa jest prosta: należy napisać projekt. I nikogo nie interesuje, że nie każdy jest w stanie to zrobić - przekonuje wiceprezes STL. - Takie podejście powinno się zmienić. Skąd biorą się pieniądze w budżecie naszego kraju czy Unii Europej- AgnieszkaJarzębska 185 skiej? Z naszych kieszeni. Skoro tak, to szansę na pomoc powinni mieć nie tylko ci, którzy mają dostęp do komputera, internetu i orientują się w procedurach pisania wniosków. Twórcom ludowym przyda się każde wsparcie. A póki co państwo polskie, uważa Rabeszko, nie ma pomysłu na kulturę ludową. -Ja i inni dopłacamy do każdego wyjazdu np. na jarmark, bo trudno jest sprzedać tyle prac, aby pokryć choć koszt dojazdu, nie mówiąc o zarobku, ani o zarejestrowaniu własnej działalności gospodarczej. Tak więc choć prezentuję swoją twórczość, aby umożliwić odwiedzającym takie wydarzenia kontakt z kulturą ludową, poświęcam czas na wykonanie rzeźb, dojazd, udział w imprezie, to nie zarabiam i jeszcze płacę podatek. Stowarzyszenie zabiega o to, by ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego zaczęło nadawać tytuły Mistrza Tradycji Ludowej. Osoby, które by je otrzymały, np. sitarze czy twórczynie koronek, mogłyby zostać zwolnione z podatków. Walczymy także o to, aby były wydzielone miejsca dla prezentacji twórców ludowych. Często jest tak, że na jarmarku twórca czuje się trochę jak małpa w cyrku, bo jest pokazywany z dala od swojego naturalnego środowiska - z dala od pracowni czy warsztatu. Marzę, by w całej Polsce zorganizować akcję, w czasie której np. podczas jednego weekendu ludzie mogliby odwiedzać twórców ludowych w ich miejscach zamieszkania i pracowniach. W naszym rejonie znalazłoby się kilka takich miejsc. Zaprosiłbym do Rodowa, myślę też, że w Prabutach znalazłoby się ze dwóch chętnych, aby przyjąć gości, może jeszcze ktoś w Nowej Wiosce, Gardei, Kwidzynie, Ryjewie... ARMIA LUDOWYCH Rozwój nowych technologii, w tym internetu, zmienia potrzeby, oczekiwania i zainteresowania różnych grup społecznych. Kulturze tradycyjnej i jej kontynuatorom nie jest łatwo odnaleźć się w dzisiejszym świecie. Wielu młodszych Polaków nie miało dotąd i pewnie nie będzie miało w przyszłości okazji albo i chęci zetknąć się z barwnym światem jarmarków, spotkań z ludową muzyką, tańcem czy rzemiosłem. Szansą na ożywienie zainteresowania tradycyjną kulturą i jej kontynuatorami może być wdrożenie ratyfikowanej przez Polskę kilka lat temu konwencji UNESCO o ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Tym terminem międzynarodowa umowa obejmuje tradycje i przekazy ustne, sztuki widowiskowe, praktyki społeczne, rytuały, obrzędy świąteczne, wiedzę i praktyki dotyczące przyrody i wszechświata oraz wiedzę i umiejętności potrzebne do tradycyjnej produkcji rzemieślniczej. - Wdrażanie konwencji postępuje zbyt wolno. Najstarszych nosicieli niematerialnego dziedzictwa kulturowego ubywa w szybkim tempie i póki co żaden z nich nie otrzymał pomocy w związku z realizacją zapisów tego dokumentu. Oni, my, nie możemy czekać! Nie ma na to czasu! Zróbmy w końcu coś konkretnego dla tych ludzi! A „tych ludzi” jest w Polsce cała armia. Ryszard Rabeszko poznał wielu z nich. Prace nielicznych ma w swoim domu. Na ścianach wiszą malowane na szkle przez Danutę Styperek obrazy przypominające legendy Ziemi Małborskiej: o zatopionym kościele oraz o dzwonach z Bemowa, które Szwedzi chcieli wy wieźć. Jest cała kolekcja kolorowych ptaków z drewna, koniki Teodora Bieguna z Żywca, byśki, nowe latko z Łysego na Kurpiach, 186 Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa jest pająk z łubinu z Kujaw i Frasobliwy - wyrzeźbiony przez ks. Suwałę spod Olsztyna. Z płyty CD słuchamy wspaniale grających i śpiewających młodych uczestników festiwalu Dziecko w folklorze, który odbywa się w Baranowie Sandomierskim. Poruszająca, ale przecież niestety nie należąca do wyjątków, jest historia muzyka ludowego Janusza Pilnego z Leśnicy Gronia. Ten niezwykle zdolny śpiewak i skrzypek w wyniku wypadku, do którego doszło podczas pracy w lesie, został sparaliżowany. W jego śpiewie i grze, które zostały zarejestrowane jeszcze przed wypadkiem, jest jakiś smutek, który sprawia, że słuchając jego muzyki, trudno pozostać obojętnym. TEGO NIE KUPISZ W SKLEPIE STL szacuje, że w kraju mamy około 10 tysięcy twórców ludowych. Do stowarzyszenia należą ponad 2 tysiące. Większość to osoby w podeszłym wieku, ale na szczęście są też i ludzie bardzo młodzi. Powiśle, Mazury i Warmia są, niestety, słabo reprezentowane. Na Warmii i Mazurach żyje obecnie 30-40 twórców. Na Powiślu ze troje. - Nasz cały region jest ubogi pod względem liczby osób, które kontynuują tradycje kultury ludowej. Po przybyciu na te tereny w wyniku II wojny światowej nowi mieszkańcy najczęściej nie pielęgnowali tradycyjnych umiejętności, zapomniane zostały na przykład haft i tkactwo. Ludzie musieli przeżyć w trudnych, powojennych czasach, nie myśleli o zdobieniu. Później ci, którzy wiedzieli jak to robić, umarli, a i tak coraz więcej rzeczy kupowało się w sklepie. Mimo to w niektórych domach trwała pamięć i tradycje były przekazywane. Jednak teraz takich domów już prawie nie ma. Dlaczego tak się stało? Przez lata nie próbowano łub za słabo podtrzymywano tradycje, ale też nie pozwalano ich pielęgnować. Na przykład tych, którzy chodzili po wsiach z Herodami, milicja zatrzymywała za włóczęgostwo. NOWA TRADYCJA? Dawniej na wsi, w kulturze ludowej, nie było śmieci. - Gazety były towarem deficytowym. Po lekturze papieru używano w toalecie i uszczelniano nim ściany. Odpadki z kuchni zjadały krowy, świnie, psy. Ubrania z lnu zużywano do ostatnich skrawków. Po dorosłych nosiły je dzieci, później robiono z nich ścierki, onuce, na koniec - papier czerpany. Wełnę również wykorzystywano jak długo się dało, by ostatecznie przerobić ją na filc, z którego powstawały onuce czy obuwie. A dziś niektórzy uważają filc za dziedzinę sztuki ludowej! Metal też był cenny. Na koniec robiono z niego gwoździe. Nie znano czegoś takiego jak złomowisko. Opakowania po nawozach to także nie ta kultura. Część osób, którym bliska jest „korzenna” kultura ludowa, ta przekazywana z pokolenia na pokolenie i pielęgnowana z troską i dbałością o autentyzm, nie ma dobrej opinii o etnodizajnie. Nie bez wpływu na taką postawę pozostają spory o wykorzystywanie przez projektantów i wytwórców tradycyjnych motywów czy wyrobów i pomysłów konkretnych artystów ludowych oraz rzemieślników, a także masowy import pseudoludo-wych przedmiotów wyprodukowanych w Państwie Środka. Takim osobom etnodizajn kojarzy się z bezpardonowym kopiowaniem, „piratowaniem” wielowiekowego dorobku Agnieszka Jarzębska 187 twórczych mieszkańców polskiej wsi, prowadzonym głównie ze względu na zysk, bez głębszej motywacji, bez sięgania do historii i zainteresowania kontekstem sztuki ludowej. Ryszard Rabeszko nie akceptuje takiej formy „korzystania” z twórczości ludowej. - Etnodizajn to szansa na ożywianie zainteresowania dziedzictwem kultury ludowej i na jej twórczy przekaz. Ale należy to robić z pokorą, wiedzą, poszanowaniem tego, co jest źródłem tego dziedzictwa. Weźmy na przykład haft czepcowy. Zdobiono nim nakrycia głowy noszone przez bogatsze warstwy społeczeństwa. Użycie go w innym celu, w innym kontekście, zrywa związek haftu z tradycją, sprawia, że ten rodzaj zdobienia traci swoją treść. Należy wiedzieć co z danym materiałem czy motywem można zrobić, a czego nie można, co można ze sobą łączyć, a czego nie. Słowem: można czerpać, ale trzeba to robić z głową, bo inaczej jest to nadużycie. Niektórym wydaje się, że „prawdziwej” wsi już nie ma i że „prawdziwa” kultura wiejska zanikła. - To nieprawda. Wieś i jej kultura wciąż trwają. Ale jej mieszkańców zostawiono z niczym. Tymczasem dobrze podane propozycje kulturalne, zostaną przez ludzi przyjęte i skonsumowane. Wystarczy tylko pozwolić działać tym, którzy tworzą kulturę ludową. Wszyscy się śmieją z disco polo. Ale czy dla tych ludzi jest coś zamiast disco polo? Młodzież nie zna swoich tradycji, nie wie, że mogłaby „konsumować” coś znacznie lepszego. Wystarczy spojrzeć na górali. Koncertują, nagrywają płyty ze znanymi jazzmanami, Jamajczykami. Są dla nich równorzędnymi partnerami. Jeśli na pogrzebie Władysława Trebuni Tutki zagrało 500 skrzypków, to czy kultura ludowa jest żywym dziedzictwem, czy nie jest? Czy mamy co pielęgnować, czy nie mamy? Ale ich się w telewizji nie pokaże, za to promuje się jakąś „nową tradycję”... MYŚLENIE DREWNEM Wielu mieszkańców regionu kojarzy Ryszarda Rabeszko z plenerami artystycznymi w Rodowie. - W 1990 roku, jeszcze za czasów województwa elbląskiego, postanowiliśmy rozbudować tutejszą szkołę. Dzieci i nauczyciele mieli bardzo złe warunki lokalowe, brakowało sanitariatów. Na rozbudowę w normalnym trybie nie było szansy. Jedynym sposobem było zrobienie tego w czynie społecznym. Powstał więc komitet. Zostałem jego przewodniczącym. Wyjazdy do Elbląga w sprawie pomocy finansowej poskutkowały uzyskaniem zgody na dobudowanie dwóch izb lekcyjnych. Ostatecznie udało nam się rozbudować budynek w znacznie większym zakresie. Kiedy roboty już się zakończyły, ktoś zauważył puste ściany i powiedział do mnie: jeździsz po plenerach, przywieź artystów i będziemy mieli obrazy. Skąd jednak wziąć pieniądze na organizację? W tamtym czasie zaczęły działać samorządy, więc od naszej gminy udało się uzyskać pomoc, drugą połowę dołożył pewien zamożny człowiek z Gdyni. Tak zorganizowałem pierwszy plener. Rabeszko przygotował jeszcze sześć plenerów. Od trzeciego uczestniczyli w nich studenci gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Od ósmej edycji organizuje je jego następca. W tym roku wydarzenie odbyło się 25. raz, ale to już inna historia i Ryszard Rabeszko nie bierze w niej udziału. Za to od 2007 roku, wraz z synem, prowadzi firmę, która specjali- 188 Ryszard Rabeszko rzeźbiarz z Rodowa zuje się w produktach probiotycznych o szerokim, podkreśla, zastosowaniu w hodowli zwierząt, produkcji roślinnej i oczyszczaniu ścieków. I po przerwie wraca do rzeźbienia oraz kowalstwa. Kuźnia po przedwojennych właścicielach gospodarstwa w Rodowie i po ojcu jest przedmiotem jego dumy i radości. W gminie Prabuty było kiedyś dziewięć kuźni. Teraz zostały tylko dwie, ale druga jest nieczynna. -Jeśli chodzi o pracę twórczą, to teraz myślę nie metalem, ale drewnem. W międzyczasie zrobiłem uprawnienia czeladnika w rzeźbie i snycerstwie. Z pasji rzeźbienie stało się sposobem na życie i spędzanie wolnego czasu. Zająłem się tym, bo chciałem coś robić, trochę też sprawdzić siebie, czy potrafię, czy jest to dla mnie osiągalne... Twórczość to jest interpretacja świata. Swoimi pracami chcę zwrócić uwagę. Na to, jak ludzie postępują, na przykład. Zrobiłem swego czasu Pietę z rodłem - znakiem Związku Polaków w Niemczech, którą Matka Boska trzyma w ramionach. Do tego dałem cytat z Żeromskiego: „Wieki minęły, a myśmy ostali”. Żeromski przyjeżdżał na Powiśle, brał udział w agitacji plebiscytowej. Nie tylko zresztą on, bo także na przykład Feliks Nowowiejski. Na konkurs w Toruniu pod hasłem „Ojczyzna” wykonałem pracę „Powrót do Macierzy”. Przedstawia ona parę, która na białym ręczniku, tak jak witając gości trzyma się chleb i sól, trzyma rodło. DOBRA RZEŹBA NIE OBRAŻA Niektóre z rzeźb Rabeszki trafiły do muzeów. A znaku rodła używał szereg razy. - Chodziło mi o zwrócenie uwagi na naszą historię i na historię tych ziem. Lepiej czuję się w większych formach, w pracach większych rozmiarów. Zależy mi na tym, by wyciągnąć technologiczne walory drewna, głównie lipowego i dębowego. Drewno jest materiałem wdzięcznym, organicznym, bezpiecznym, choć nietrwałym. Myślę, że potrafię nad nim zapanować i zrobić z nim to, co chcę. Na przykład nad postaciami Frasobliwego zawsze staram się popracować. Każdy jest inny, każdy ma inną twarz. Każdy rzeźbiarz inaczej Go pokaże. Jego emocje zawsze gdzieś w drewnie wyjdą. Dobra rzeźba to jest taka, do której fachowiec nie będzie miał uwag, a zwykły przechodzień przystanie i na nią popatrzy. Dobra jest rzeźba, która nikomu nie ubliża, nikogo nie obraża. Ze swoich ostatnich prac wymienia wyrzeźbienie w 2013 roku czterech kapliczek i dwóch szopek. W tym roku, wreszcie, wykonał i ustawił przed domem kapliczkę dla siebie. W najbliższych planach są postaci Lucyfera i św. Nepomucena dla muzeów. Czy po latach zajmowania się różnymi dziedzinami, rolnictwem, polityką, pracą na rzecz Stowarzyszenia Twórców Ludowych, nadal czuje się prawdziwym twórcą ludowym? Artystą? - W przypadku tego rodzaju działalności „artysta” to zbyt duże słowo, ale twórcą ludowym - na pewno tak. Uważam, że liczy się pomysł na to, co robię w danym momencie i by ludzie dobrze to odebrali, żeby moje prace do nich przemawiały. Wciąż też mieszkam na wsi. Nadal zajmuję się rzeźbą i kowalstwem. Moje podejście jest tradycyjne. Czuję się z tym bardzo mocno związany, choć widzę, że moja wiedza ucieka, a przez te wszystkie lata świat się zmienił i ja się zmieniłem... Recenzje Janusz Ryszkowski NAMOLKA POECTWA Lech M. Jakób, Poradnik grafomana, Wydawnictwo Forma, Szczecin, Bezrzecze 201S. W czasach moich literackich pierwocin, a było to przed czterdziestu laty, funkcjonowała taka oto definicja grafomana: ktoś, kto za swoje pisanie nie otrzymuje pieniędzy. Prawda, że proste? Samo opublikowanie wiersza lub opowiadania, nie wspominając o książce, znaczyło, że utwór ma pewną wartość, a jeżeli tak, to należy się zań, jak za pracę, honorarium. Dziś tamta definicja mocno zwietrzała. Dlaczego tak się stało, odpowiada - choć oczywiście nie wprost - książka Lecha M. Jakóba (ur. 1953), pisarza z liczącym się dorobkiem, goszczącego także w „Prowincji”. „Poradnik grafomana” to zbiorek, na który złożyło się 30 felietonów (lata 1998-2007), dalej mamy wybór ociekających grafomanią fraz z wierszy nadesłanych na ogólnopolski konkurs poetycki im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej w Świdwinie, a rzecz kończy żartobliwy słowniczek „przypadłości i bóli pisarzów”. Układ felietonów opatrzonych tytułem „Piórem i batem” jest alfabetyczny; zaczyna się od haseł „Aforyzm” i „Alkohol”, a kończy na „Wydawca” i „Żarty”. Już po pobieżnej lekturze orientujemy się, że autor skroił swoją książkę na modłę poradnikową, mrużąc przy tym dość znacząco oko... Ale pozostańmy przy grafomanach, czyli tych, którzy cierpią na manię pisania, mimo braku talentu. Jakób staje w ich obronie, dając im prawo do istnienia, więcej nawet - do pewnej koegzystencji z prawdziwymi pisarzami! 1 nie pisze tego przez PORADNIK GRAFOMANA VNVW0JVH0 MINGWOd przekorę właściwą felietoniście. Nikt przecież nie zabroni kibicom futbolu kopać piłkę w wolnych chwilach, ale pamiętajmy, że żaden klubowy menedżer z samego faktu, że ktoś lubi uganiać się za szmacianką, nie podpisze zawodowego angażu... W piłce sprawa jest w miarę jasna, w literaturze niekoniecznie. Jest jednak coś co dotyka obie dyscypliny. Pisze autor: „Choroba korupcji dotknęła i moje środowisko”. Dzięki zainwestowanym pieniądzom i umiejętnie prowadzonej promocji, literacki gniot może liczyć w mediach na życzliwe potraktowanie, co więcej - stać się nagle najbardziej wyczekiwaną pozycją miesiąca albo i lata, czy sezonu. Doszło do tego, że reklamuje się już same tytuły, nazwiska autora ledwie można w treści anonsu dostrzec! Inną bolączką jest niedowład krytyki literackiej. Brak np. recenzentów zapuszczających się w ogród nieplewiony debiutów czy autorów nieznanych. Lepiej - i bezpieczniej - podążać utartymi szlakami. Trudno też się dziwić. Redakcje niechętnie widzą 190 Recenzje u siebie omówienie autora spoza głównego nurtu. Zwłaszcza, gdy jego książka ukazała się w jakiejś widmowej oficynie i tam, albo piwnicy autora, zazwyczaj kończy żywot. Jakób opisuje przy okazji własne perypetie wydawnicze. Można spytać, po co? Może także ku pokrzepieniu tych, którym pierwsze i kolejne próby sforsowania furtek oficyn się nie powiodły? Bo jednak wartościowa propozycja raczej znajdzie w końcu wydawcę. Druga część książki - fragmenty wierszy nadesłanych na konkurs im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej - są swoistą egzempli-fikacją i pożywką dla „Poradnika grafomana”. No tak, ale czy z frazami w rodzaju: „To co się nie śniło/ realnie ukąsiło” mamy do czynienia tylko w rękopisach początku- jących rymopisów? Jesteśmy nimi zalewani w piosenkach i na wielu - z nazwy - literackich stronach internetowych? Kończą książkę „przypadłości i bóle pisarzów” podane w słownikowej formie. Lekkie, celne, zgryźliwe. „Łupacz” to „pisarz czerpiący satysfakcję z dokopywania innym autorom za ich rzekome lub rzeczywiste wpadki, często w swych opiniach niesprawiedliwy, stronniczy”. Zatem, aż boję się następnego zdania. W felietonie „Lep”, będącym zbiorkiem rad dla kontaktujących się z mediami, udzielającym wywiadów, etc. Jakób pomylił adiustację z autoryzacją wypowiedzi. Ale, jak pisze gdzie indziej i chyba słusznie „potknięć (...) całkowicie ominąć się nie da - obróćmy frustrację w śmiech.” Janusz Ryszkowski Z DRUGIEGO BRZEGU PRZEZ HADES... Jolanta Steppun, Będzie miał twoje oczy, posłowie Mateusz Brucki, Starogard Gdański 2014. Większość wierszy przeznaczonych do tomiku Jolanty Steppun przeczytałem w rękopisie (czyli - komputerowym pliku tekstowym). Stałem się też przy okazji świadkiem procesu powstawania książki, także wahań poetki, jaki kształt ma przybrać, aby nie przypominała jakiegoś „ogrodu nieplewionego”. Choć znalazłem swoje nazwisko obok Mateusza Bruckiego w podziękowaniach autorki za pomoc w wyborze, to napiszę bez kokieterii, że przynajmniej w moim przypadku, są one mocno na wyrost. Poetka dysponuje bowiem na tyle Recenzje 191 dokładnym kompasem lirycznym, że doskonale wie, w jakie strony świata podąża. Wrażenia, jakie miałem wówczas, gdy czytałem komputerowe pliki? Trochę to przypominało składniki do przygotowywanego dania głównego. Moje pokolenie, ukształtowane przez cywilizację Gutenberga, ma w większości zakodowaną potrzebę wręcz fizycznego obcowania z papierową wersją książką. W przypadku Jolanty Steppun jest to może o tyle istotniejsze, że ważnym dopełnieniem tomiku (nie wiem, czy to najlepsze określenie, ale nie mam pod ręką innego) jest jej malarstwo. Ono też ma wpływ na sposób odbioru, choć reprodukcje zamieszczonych obrazów autorki luźno wchodzą w dialog z wierszami. Na pewno nie są ich ilustracją, przełożeniem wizji poetyckiej na malarską. Ani też odwrotnie - Steppun nie maluje słowem. Jakoś nie odbieram jej wierszy jako malarskich. Czyli wiersz i obrazy to byty samodzielne, choć jednak nie osobne. Zresztą w tomiku znajdujemy ślady dwuwątkowości artystycznych zmagań. Ze słowem, poezją: nie może tak być że noc się skończy a ty nie zmrużysz oka jutro dokończysz wiersz (M do poetki) I malarstwem, gdy w wierszu z incipi-tem jeszcze będą poprawki czytamy: zapomnieć o farbach i płótnie. Jeśliby tomik „Będzie miał twoje oczy traktować nie tylko jako swoistą antologię najbardziej udanych wierszy z ostatniego okresu (to trzeci zbiorek po wcześniejszych „Z drugiego biegu”, „Kierunek Hades”) na przestrzeni trzech lat!), ale też znaleźć dla niego jakąś ideę porządkującą, scalającą? Nie jest to takie proste. Często poeci (albo redaktorzy tomików) podsuwają ją odbiorcy, układając wiersze w cykle i opatrując je tytułami. Może to zabieg sztuczny, zacierający ślady epifanii, łaski objawiającego się wiersza? Jolanta Steppun, tak mi się zdaje, wybrała drogę pośrednią, ale bliższą spontaniczności niż rygorowi. Jeśli się odważę powiedzieć prawdę/ będzie to prawda tylko danej chwili - to stwierdzenie chyba najtrafniej tłumaczy, dlaczego tak jest. Właśnie każdorazowe odsłanianie relacji ze światem (czyli tym, co objawia się poza własnym ja) staje się w pewnym sensie artystyczną powinnością. Stąd migotliwość tych wierszy, zachłanność, uczuciowość w górnych rejestrach. To sprawia, że nie pozostaje się wobec tej propozycji obojętnym. Gdyby wczytać się uważniej (prostota tych wierszy bywa pozorna), widać, że migotliwość ma swój rewers. Tadeusz Makowski, wybitny malarz, którego moje pokolenie zna z podręcznika polskiego w podstawówce, pisał w „Pamiętniku dokładnie 101 lat temu: „Mnie pociąga urok dawnych obrazów. One są ludzkie. Nie opisują krajobrazu pewnego kraju, człowieka pewnego narodu. Pokazują ziemię i człowieka. To co się ostoi przed czasem . I owe dwa ostatnie zdania mogą być drugą stroną tej liryki. W tę bowiem stronę niechybnie zmierza. Warto się o tym przekonać... 192 Recenzje Jan Chłosta WSPOMNIENIA KASZUBY Roman Klebba, Z Kłamina w świat -między Gdańskiem a Gdynią. Wspomnienia. Oprać. T. Rembalski i J. Borzyszkowski, który też napisał wstęp. Gdańsk-Gdynia 2014, s. 535. Autor tych memuarów Roman Klebba (1932-2010) był niezwykłym Kaszubą. Przyszedł na świat w rodzinie kłamiń-skiego sołtysa Mariana i Elżbiety z domu Joenk. Był krewnym biskupa Konstantyna Dominika. Jako najstarszy z sześciorga rodzeństwa uczęszczał do miejscowej szkoły. Życie miał nadzwyczaj bogate. Złożyły się na to wydarzenia, w jakich przyszło mu uczestniczyć i następnie jego aktywność, już jako dorosłego człowieka, w różnego rodzaju działaniach społeczno-gospodarczych Wybrzeża. We wspomnieniach więcej miejsca poświęcił opisom zachowań i losom rozległej kaszubskiej rodziny niż własnym przeżyciom. Byli w tej rodzinie, jak to na Kaszubach, zarówno Niemcy jak i Polacy. On i jego rodzina należeli do polskiej części. Z tego powodu w 1942 roku jego rodzina została przymusowo wysiedlona z Kłanina, znajdującego się na polskim Pomorzu w pobliżu Pucka. Stało się to w zimową noc z 17 na 18 marca tamtego 1942 roku, musieli w ciągu trzech godzin zaledwie z ręcznym bagażem, opuścić gospodarstwo. Wszystko odbywało się pod eskortą esesmanów własnymi saniami, zaprzężonymi we własne konie. Nakazano im udać się do Pucka, a stamtąd inna rodzina niemiecka, sprowadzona tu ze wschodu, tymi samymi saniami pojechała do Kłanina, aby objąć ich od dawna prowadzone gospodarstwo. Klebbów zaś z czworgiem Z Oanina w świat -między Gdańskiem a Gdynią. dzieci, dalej pod eskortą, przetransportowano pociągiem do hitlerowskiego obozu przejściowego w Jabłonowie Pomorskim, potem do Golubia. Ostatecznie ojciec Marian otrzymał nakaz obrabiania ziemi w gospodarstwie niemieckiego proboszcza w Ostrowitem w pobliżu Kowalewa Pomorskiego. Tam było chłodno i głodno. Do tego jeszcze duchowny odliczał z dniówki, także pracujących dzieci, w tym dziesięcioletniego wtedy autora, koszty wyżywienia i należności za skromne mieszkanie. Po pierwszym miesiącu ksiądz wypłaci! więc ojcu pensję, po odliczeniu kosztów utrzymania, w wysokości 10 groszy (sic!). W tej sytuacji ojciec autora zdecydował się prosić o pomoc swego teścia Heinricha Jóhnke, Niemca wywodzącego się z Kiłonii, który był kołodziejem w Pucku. I tu wystąpił pierwszy wątek wschodniopruski. Okazało się, że feldfebel, czyli sierżant Jóhnk w I wojnie światowej pod Verdun na froncie zachód- Recenzje 193 nim, miał w oddziale saperów szeregowca Ericha Kocha, od 1933 roku wielkiego i okrutnego gauleitera Prus Wschodnich. Jóhnke napisał więc do Królewca list z krótką notatką, w jakiej sprawie chciałby odwiedzić dawnego podwładnego i kompana z okopów. Po kilku dniach nadeszło zaproszenie Kocha. Hitlerowski satrapa przyjął frontowego kamrata w swoim prywatnym mieszkaniu i podjął go flaszką Reinweinu. Okazało się, że gauleiter miał też odruchy ludzkie. A może tylko chciał się popisać przed dawnym dowódcą swoimi możliwościami wpływania na życie innych ludzi. Ta przyjazna pomoc miała jednak swój epilog na Syberii. Wkrótce rodzina Klebbów, ku zaskoczeniu otoczenia, otrzymała nakaz pracy do majątku Luftwaffe w Zamościu niedaleko Sierpca. Ojca autora uczyniono administratorem, po kolei, w kilku większych gospodarstwach rolnych, które zaopatrywały niemieckie lotnictwo w żywność. Pod Sierpcem w styczniu 1945 roku Klebbowie zetknęli się z wkraczającymi oddziałami Armii Czerwonej. Ponieważ ojciec autora był administratorem majątku, to po przesłuchaniu przez funkcjonariuszy NKWD został deportowany do pracy w głąb Związku Sowieckiego. Rosjanie bowiem nie chcieli uwierzyć, że był Polakiem i znosił prześladowania ze strony hitlerowców. W Iławie, skąd wysyłano na wschód Niemców i Polaków do Związku Radzieckiego, mieli odbudować zniszczenia dokonane w czasie tylko co zakończonej wojny. Zetknął się tutaj z mieszkańcami Powiśla, Mazurami i Warmiakami, oczekującymi w obozach na zesłanie. Jechał w nimi co najmniej trzy tygodnie w nieogrzanych wagonach, bez ciepłej strawy. Potem dzielił katorżniczy los na dalekiej Syberii. Pracował ciężko w kopalni węgla pod Tomskiem przy głodowym wyżywieniu. Klebba wyrabiał w kopalni wyznaczone normy, nawet je przekraczał, za co otrzymywał obfitsze wyżywienie, ale stracił zdrowie. Ponieważ posługiwał się trzema języka, poza polskim, jeszcze rosyjskim i niemieckim, po jakimś czasie zatrudniono go w kancelarii. Odtąd starał się pomagać innym, także tym z Warmii i Mazur. Po upływie pół roku z częścią zesłanych powrócił do Polski. Nie pożył długo. Zmarł w połowie 1947 roku w wieku zaledwie 48 lat. Jego syn Roman, autor wspomnień, nie bez trudu wchodził w dorosłe życie. A życie miał nadzwyczaj bogate. Złożyły się na nie wydarzenia w jakich przyszło mu uczestniczyć i następnie jego nadzwyczajna aktywność w różnego rodzaju działaniach społeczno-gospodarczych na Wybrzeżu. Był uczniem gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Pucku, skąd po małej maturze został przyjęty do znanego Technikum Budowy Okrętów „Conradinum” w Gdańsku. Jako absolwent tej renomowanej szkoły podjął pracę w Stoczni Gdyńskiej im. Komuny Paryskiej. Był z nią związany do końca życia na dobre i złe. Będąc pracownikiem stoczni, ukończył studia na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej. Awansował jako pracownik stoczni. Prowadził bardzo aktywne życie. Podejmował różne działania społeczne. W dalszym ciągu utrzymywał kontakty z „Conradinum . Uczestniczył we wszystkich zjazdach absolwentów, od pierwszego w 1955 roku po pamiętny w 2006 roku. Opracował album z fotografiami, dokumentujące tamte spotkania. Autor mało mówił i pisał o sobie. O samym Romanie Klebbie napisał profesor 194 Recenzje Borzyszkowski, że zawsze wyróżniał się aktywnością i pomysłowością. Był w gronie najlepszych konstruktorów i współtwórców gdyńskiej stoczni. Jako żeglarz odwiedzał europejskie porty i stocznie, podpatrywał dokonania innych i wprowadzał w gdyńskim porcie ważne innowacje. Uchodził za pioniera w zakresie wykorzystania komputerów w przemyśle okrętowym, poza tym angażował się nadzwyczaj aktywnie w działania Kaszubów na Pomorzu. Należał do aktywnych działaczy Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Przez to przylgnęło do niego nazwanie inżynier-humanista. Był przewodniczącym Rady Oddziałowej Związków Zawodowych, działał w miejscowej Spółdzielni Mieszkaniowej, organizował rejsy szkole- niowo-wypoczynkowe po Bałtyku, opublikował kilkadziesiąt fachowych artykułów o polskim okrętownictwie, należał do inicjatorów odprawiania mszy św. z liturgią w języku kaszubskim, z zamiłowaniem konstruował modele jachtów i rysował. Pracując w stoczni przez dziesięć lat, kierował też przyzakładową szkołą Zasadniczą Szkołą i Technikum Budowy Okrętów dla Pracujących. Swoimi pejzażami i rysunkami wzbogacił wiele wydawnictw. Książka została bogato ilustrowana. Jak prawie we wszystkich wydawnictwach Instytutu Kaszubskiego zmieszczono w niej fotokopie wiele dokumentów dotyczących R. Klebby, ryciny i rysunki, także kilka wygłoszonych przemówień autora wspomnień. Andrzej Lubiński KSIĄDZ BARCZEWSKI-BADACZ POLSKOŚCI „Piśmiennictwo polskie w XIX i XX stuleciu nie tylko na Warmii przez ks. W. Barczewskiego”, opracował i przypisami opatrzył: Jan Chłosta, Olsztyn 2015. Doktor Jan Chłosta dobrze znany jest czytelnikom „Prowincji ”, w której publikuje szkice poświęcone Powiślu od 2012 roku. W poprzednim numerze Janusz Rysz-kowski omówił jego książkę „Niezwykły proboszcz z Brąswałdu. Nad biografią ks. Walentego Barczewskiego (1856-1928)”, Olsztyn 2014, mnie przypadła rola recenzowania kolejnej pozycji związanej z tą niezwykłą postacią „Piśmiennictwo polskie...”. Książka ukazała się dzięki zabie- gom doktora Chłosty. Autor przygotował do druku cztery prace tego autora: „Nowe kościoły na Mazurach”, „Geografia sztum- Recenzje 195 skiego Powiśla”, „Z piśmiennictwa polskiego na Warmii w XIX stuleciu”, „Piśmiennictwo polskie na Warmii w XIX i XX stuleciu” i opatrzył je wnikliwymi przypisami oraz posłowiem. „Nowe kościoły katolickie na Mazurach”, najobszerniejszy część pracy, przedstawia sytuację katolików zamieszkiwanych w większości przez wyznawców kościoła ewangelickiego. Władze pruskie od roku 1847 zgodziły się na prowadzenie misji katolickich dwa razy w roku - wiosną i jesienią. Ważną rolę odgrywał tu ks. Franciszek Krause, któremu pomagali: urodzony w Sztumie ks. Jan Witkowski (od roku 1855 proboszcz w Dąbrówce Mal-borskiej, a potem Postolinie) i ks. Gustaw Karol Schmidt. Kapłani ci mieli poparcie biskupa warmińskiego Ambrożego Gerit-za. Na Mazurach powstało po 1850 roku 30 kościołów. Duża liczba kapłanów pracująca na Mazurach wcześniej pełniła posługę kapłańską na terenie Powiśla, będąc tu wikarymi. I tak w Postolinie pracowało 15 wikarych oraz 3 proboszczów. Ks. Walenty Barczewski, przez trzy miesiące jako diakon seminarium duchownego, pracował w Postolinie w roku 1883 podczas wakacji u księdza Jana Witkowskiego, aby lepiej poznać język polski. W Sztumie pracowało zaś 12 wikarych, z których jeden później został biskupem (Edward Hermann) i 3 proboszczów, w Starym Targu 6 wikarych i jeden proboszcz, w Kałwie 5 wikarych. Na Powiślu urodziło się 12 duchownych byli to: Jan Nepomucen Szadowski, Walenty Winkel, Jan Osiński, Józef Osiński, Rudolf Lammer, Wacław Osiński, Leon Neumann, Józef Pakalski, Jan Preuss, Feliks Goryński, Feliks Schreiber, Jan Witkowski. Ciekawy suplement, który dołączył do pierwszego rozdziału Walenty Barczew- ski dotyczy wybudowania nowego kościoła w Brąswałdzie, gdzie był proboszczem. Opisuje okoliczności powstania nowej świątyni i koszta, jakie poniesiono. Obszernie pisze o malarstwie, jakie znajduje się w kościele. Opisując miasto Pasym, leżące na Mazurach pisze, że historia miasta to łańcuch cierpień i biedy. Przytacza pieśń „ O wtargnieniu Tatarskim do Prus w 1656 roku”. Drugi rozdział to opis polskich parafii, które należały od 1821 roku do biskupstwa warmińskiego. Autor zauważa, że Powiśle łączy się bardziej z Pomorzem niż Warmią. Dekanat sztumski został podzielony na dekanat sztumski i dzierzgoński w roku 1918. Ciekawą rzeczą jest to, że autor podaje dokładne dane dotyczące liczby mieszkańców z podziałem na katolików, ewangelików, żydów oraz obszar danej miejscowości podany w hektarach. Wymienia również nazwy lasów, jakie należał do rodziny Sierakowskich - rewir Borek, Waplewsko, Til-lendorf, Olszak, nazwy bagien, np. Bobrak, Bocianek Krzyżowe Bagno, Spaleniec, Pogorzelec, Żurawiak, Dębniak, Białe Błota, Straszne Bagno. Podaje również nazwy pól - Portatejki, Olszewki, Piecki, pagórek koło Krasnej Łąki nazywany przez miejscową ludność Babiocha. Nazwy stawów: Karp-niak, Czarne jezioro. To, co łączy Powiśle i Warmię to nazwy kościołów pod wezwaniem: św. Jana Chrzciciela, Mikołaja, Piotra i Pawła, Szymona i Judy, Anny, Barbary, Antoniego, Jerzego, Katarzyny, Marii Magdaleny, Michała. Walenty Barczewski nieźle orientował się w geografii Powiśla. Praca „Z piśmiennictwa polskiego na Warmii z XIX wieku zawiera informacje o twórczości ks. Franciszka Kwaśniewskiego, Walentego Tolsdorfa, Antoniego Sikorskiego oraz gospodarzy: Jakuba Mayski, 196 Recenzje Andrzeja Czeczki, Jana Stankiwicza, Jakuba Mazucha. Powieściopisarzami byli ks. Walenty Barczewski i Eugeniusz Bucholz. Czwarty rozdział poświęcony jest twórczości literackiej i dziennikarskiej urodzonego Niemca, Eugeniusza Bucholza, z sympatią pisującego o Polakach na Warmii. Jego książki o treści religijnej były drukowane w Poznaniu, Krakowie. Wysyłał też korespondencje do niemieckich i polskich gazet. W posłowiu Jan Chłosta wyjaśnia, dlaczego nadał książce tytuł „Piśmiennictwo polskie w XIX i XX stuleciu nie tylko na Warmii”. Wszystkie teksty ks. Barczewskiego były drukowane w „Gazecie Olsztyńskiej” i opatrzone pseudonimem Wia-rosław. Książka została starannie wydana przez agencję Witolda Mierzejewskiego. Warto, aby czytelnicy interesujący się historią kościoła warmińskiego i lokalnego sztumskiego w XIX i XX wieku po nią sięgnęli. Praca trąci dość specyficznym językiem i stylem, ale dla mnie to nie wada, natomiast nie traci niczego w warstwie faktograficznej. Noty o autorach Wacław Bielecki - od 1947 r. mieszkaniec Nowego Stawu, a od 1974 roku Sztumu. Absolwent pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. Pracował jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Nowym Stawie i asystent w Katedrze Pedagogiki UMK w Toruniu. W 1980/81 roku redaktor naczelny tygodnika Sztumska Solidarność, a na przełomie lat 1989/90 członek kolegium redakcyjnego tego czasopisma. Długoletni dyrektor Liceum Medycznego Pielęgniarstwa w Sztumie. Mieszka w Sztumie. Jan Chłosta - dr nauk humanistycznych, wiceprezes Towarzystwa Naukowego im. Wojciecha Kętrzyńskiego, autor ponad 30 książek i 500 artykułów, poświęconych przeszłości Warmii i Mazur, w tym piśmiennictwu (Warmia i Mazury w literaturze polskiej i niemieckiej w latach 1945-1995) leksykonów (Słownik Warmii), prac o Wydawnictwie Gazety Olsztyńskiej i ludziach z nią związanych. Marta Chmielińska-Jamroz - ur. w 1973 r. w Hajnówce na Podlasiu. Pracowała jako dziennikarka Kuriera Porannego i TV Podlasie. Jej teksty ukazywały się w Niedzieli i Piśmie Kulturalnym. Od 2010 roku mieszka w Malborku, współpracuje z Gazetą Malborską, Radiem Malbork. Rafał Cybulski - ur. w 1975 r. w Golubiu-Dobrzyniu. Studiował historię na UG. Dziennikarz w oddziale Dziennika Bałtyckiego w Kwidzynie. Jarosław Denisiuk - absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, dyrektor Centrum Sztuki Galeria EL w Elblągu, historyk i kurator sztuki. Marek Dziedzic - ur. w 1947 w Majdanie Nepryskim. Absolwent Studium Nauczycielskiego w Zamościu. Od 1984 r. przewodnik w Muzeum Zamkowym w Malborku. Absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy. Zainteresowania: historia Zakonu Krzyżackiego, miasta i regionu. Arkadiusz Dzikowski - założyciel Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Od 2015 roku Hetman Wielki Kapituły Rycerstwa Polskiego. Dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Mikołajkach Pomorskich. Tomasz Gliniecki - ur. w 1967 r. w Elblągu. Absolwent pedagogiki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. Poeta, dziennikarz, redaktor naczelny Dziennika Elbląskiego, Gazety Olsztyńskiej. Pasjonat historii Elbląga i okolic z okresu drugiej wojny światowej i powojennego. Agnieszka Jarzębska - ur. w 1975 r. w Elblągu. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalność: teatrologia i pedagogika. Od 2007 roku redaktor naczelna Portalu Kulturalnego Warmii i Mazur eswiatowid.pl. Mieszka w Elblągu. Grażyna Kamyszek - ur. w 1950 r. w Sztumie. Absolwentka LO w Sztumie. Ukon czyła filologię polską na UG i studia podyplomowe z bibliotekoznawstwa. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Postolinie i w Ustce. Mieszka w Ustce, a latem w Barcicach. W ciągu dwóch ostatnich latach wydała dwie książki — Zobaczyć iskry, Za trzymać iskry. Andrzej Kasperek - ur. w 1958 w Stegnie. Od ćwierć wieku nauczyciel w nowodwor skim liceum. Autor tomu Back in the DDR i inne opowiadania (2010), który znalazł się 198 w Finale Nagrody literackiej Gdynia 2011. Aktualnie opublikował książką poświęconą inspiracjom malarskim w twórczości Jacka Kaczmarskiego pt. Galeria Jacka Kaczmarskiego. Skrzydło Wschodnie. W 2013 roku jako pierwszy tom Biblioteki Prowincji ukazała się Koronczarka. Mieszka w Nowym Dworze Gdańskim. Andrzej C. Leszczyński - nauczyciel akademicki filozofii, eseista. Autor wielu publikacji z zakresu antropologii filozoficznej, estetyki i etyki. Ostatnio wydał: Ojciec człowieka Szkice afiniczne (2012), Owoc tamtego grzechu (2013), Najgłębsze, spokojne morskie dno. Próby antropologiczne (2014). Prowadzi warsztaty ekspresji i komunikacji. Mieszka w Gdańsku. Justyna Liguz - ur. w 1970 r. w Kwidzynie. Absolwentka Instytutu Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu. W 2003 doktorat z historii na UMK. Od 2003 roku pracuje jako główny specjalista ds. pracowni regionalnej przy Kwidzyńskim Centrum Kultu. Od 2000 roku założycielka i prezes Kwidzyńskiego Towarzystwa Kulturalnego, a także redaktor naczelna kwartalnika kulturalno-historycznego Schody Kawowe. Justyna Lijka - pracownik naukowy Muzeum Zamkowego w Malborku. Andrzej Lubiński - ur. w 1952 r. w Gniewie, Absolwent LO w Sztumie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (historia). Zainteresowania - historia regionalna Pomorza i Powiśla. Publikacje w Komunikatach Mazursko Warmińskich, Roczniku Elbląskim, Studiach Elbląskich, Z dziejów Sztumu i okolic. Współautor książki Bank Spółdzielczy w Sztumie 1910/2010. Mieszka w Sztumie. Dorota Maluchnik - ur. w 1963 r. w Malborku. Absolwentka LO w Sztumie i teatrologii na UJ w Krakowie. Nauczycielka języka polskiego i angielskiego. Nagroda poetycka w 2001 w Kaliszu oraz amerykańskiego portalu citics award. Publicystka, tłumacz, krytyk teatralny. Mieszka w Sztumie. Janusz Namenanik - w ur. 1952 r. w Dzierzgoniu. Absolwent Akademii Pomorskiej w Słupsku. W latach 1982-2003 był nauczycielem fizyki szkole. Autor licznych opracowań z zakresu dydaktyki fizyki, pasjonat lokalnej historii. W 2013 roku opublikował Historię Dzierzgonia. Obecnie mieszka w Lęborku. Przemysław Nehring- ur. w 1967 r. w Sztumie. Absolwent LO w Sztumie. Filolog klasyczny. Absolwent, a obecnie pracownik naukowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Doktoryzował się w 1998 r. pod kierunkiem prof. Mariana Szarmacha, habilitował w 2006. Autor, wielu książek i publikacji naukowych. Mieszka w Toruniu. Marcin Owsiński - historyk i kustosz, kierownik działu oświatowego Muzeum Stut-thof w Sztutowie. Leszek Parus - dziennikarz w kwidzyńskim oddziale Dziennika Bałtyckiego. Piotr Piesik - ur. w 1962 r. w Malborku. Przez dwadzieścia lat mieszkaniec Częstochowy, od 2009 roku Malborka. Absolwent nauk politycznych na UAM w Poznaniu. Dziennikarz. Pracował m.in. w tygodniku Wiadomości Elbląskie, częstochowskim oddziale Dziennika Zachodniego, Radio City i Telewizji Orion w Częstochowie. Obecnie redaktor prowadzący oddziału Dziennika Bałtyckiego w Sztumie. 199 Hanna Rolicz - ur. 1989 r. w Iławie. Architekturę i urbanistykę ukończyła na Politechnice Gdańskiej, studia podyplomowe w zakresie problematyki zabytkoznawczej i konserwatorskiej architektury historycznej na Wydziale Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Janusz Ryszkowski - ur. w 1955 r. w Opaleniu. Absolwent Filologii Polskiej UW-M w Olsztynie. Poeta, krytyk literacki, redaktor, dziennikarz, regionalista. Ostatnio opublikował tomik wierszy Stacja przedostatnia (2014), Morawscy - pięć pokoleń i pół. Patchwork historyczno-literacki z Powiśla i Kociewia (Biblioteka Kwartalnika Prowincja 2014), redaktor książki Józefa Borzyszkowskiego i Marka Stażewskiego Dzieje Sztumu 1806 - 1945 (2014). Mieszka w Sztumie. Ryszard Rząd - ur. w 1953 r., historyk, absolwent KUL. Pracownik Muzeum Zamkowego w Malborku. Autor szeregu publikacji poświęconych dziejom odbudowy zamku w Malborku na przełomie XIX i XX wieku. Leszek Sarnowski - ur. w 1959 r. w Barcinie na Kujawach. Absolwent historii Uniwersytetu Gdańskiego. Współpracował z Gazetą Wyborczą, Dziennikiem Bałtyckim, Radiem Gdańsk, Radiem Plus, TVP Olsztyn, TVP Gdańsk. Redaktor naczelny Sztumskiej Solidarności i Gazety Sztumskiej w latach 1989-93. Założyciel Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie, pomysłodawca, wydawca i redaktor naczelny kwartalnika Prowincja. Mieszka w Sztumie. Teodor Sejka - ur. w 1943 r. w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie. Absolwent sztumskiego LO. Nauczyciel rusycysta. Doktorat na Uniwersytecie Gdańskim w 1984 r. na temat rosyjskiej prozy lirycznej. Artykuły w Slavia Orientalis, Rycerzu Niepokalanej i Dzienniku Bałtyckim. Mieszka w Sztumie. Mariusz Stawarski - ur. w 1961 r. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Od 1990 roku pracuje w zamku w Malborku, gdzie zajmuje się wystawiennictwem i grafiką użytkową. Od 1986 roku zajmuje się malarstwem liryczno-groteskowym, wystawianym i nagradzanym w wielu krajach i zagranicznych konkursach. Mieszka w Malborku. Marek Stokowski - ur. w 1957 r. w Warszawie. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kustosz w Muzeum Zamkowym w Malborku. Autor książek beletrystycznych i edukacyjnych. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wydał m.in. Błazen (2004), Noc tajemnic (2005), Samo-loty (2005), Stroiciel lasu (2010), Kino krótkich filmów (2014). Mieszka w Ryjewie. Bogumił Wiśniewski - ur. w Kwidzynie. Ukończył archeologię o specjalności architektura zabytków na UMK w Toruniu. W latach 1994 - 98 był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie, a od 2001-2 zastępcą burmistrza Kwidzyna. Znawca i miłośnik Kwidzyna i okolic. Obecnie pracuje w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. W 2006 r. zainspirował poszukiwania doczesnych szczątków błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich oraz pochówków trzech wielkich mistrzów krzyżackich. Mieszka w Kwidzynie. 200