PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW • NR2 (20) • 2015 • ♦ « • 4 * 4 * * Spółdzielcza Grupa Bankowa Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Publikacja została dofinansowana przez Bank Spółdzielczy w Dzierzgoniu Wydawnictwo kwartalnika wspiera Zarząd Fobos Invest: Jacek Szarycki i Witold Zapolski-Downar Publikacja została dofinansowana z budżetu samorządu Województwa Pomorskiego w ramach programu „Rozwój kultury w województwie pomorskim w 2015 roku” WOJEWÓDZKA BISLIOTi^ im. Josepha Conrada Korzcnkuwsiu^o P ra c o w n I a P cy' 10 /i a Lr iu przegródka poczt. Nr 447 80-958 Gdańsk 50 tel. 301-48-11 do 14 w. 237 PROWINCJA KWARTALNIK SPOŁECZNO-KULTURALNY DOLNEGO POWIŚLA I ŻUŁAW Nr 2 (20) 2015 Redakcja Leszek Sarnowski - redaktor naczelny Wacław Bielecki - sekretarz redakcji Marek Stokowski Janusz Ryszkowski Andrzej Kasperek Projekt okładki: Mariusz Stawarski III i IV str. okładki: Nagrodzone zdjęcia w konkursie żuławskich detali architektonicznych Druk: Drukarnia Wydawnictwa „Bernardinum”Sp. z o.o. Pelplin Wydawca: Stowarzyszenie Inicjatyw Obywatelskich „TAKA GMINA” w Sztumie 82-400 Sztum, ul. Królowej Jadwigi 10, tel. 693 527 614 prowincja(u)onet.pl Redakcja składa serdeczne podziękowania za wsparcie naszej inicjatywy wydawniczej: Andrzejowi Krzysztofiakowi, burmistrzowi Kwidzyna Jerzemu Godzikowi, staroście kwidzyńskiemu Wojciechowi Cymerysowi, staroście sztumskiemu Markowi Charzewskiemu, burmistrzowi Malborka Mirosławowi Czapli, staroście malborskiemu Elżbiecie Domańskiej, burmistrzowi Dzierzgonia Jackowi Michalskiemu, burmistrzowi Nowego Dworu Gdańskiego Markowi Szulcowi, burmistrzowi Prabut Zbigniewowi Ptakowi, staroście nowodworskiemu Dziękujemy również za współpracę przy promocji kwartalnika: Sztumskiemu Centrum Kultury, Dzierzgońskiemu Ośrodkowi Kultury, Kwidzyńskiemu Centrum Kultury, Żuławskiemu Parkowi Historycznemu w Nowym Dworze Gdańskim, Stowarzyszeniu Inicjatywa Aktywny Malbork, Stowarzyszeniu Malborskie Centrum Kwadrat. Miejsca w których można kupić kwartalnik „Prowincja”: Kwidzyńskie Centrum Kultury Sztumskie Centrum Kultury Żuławski Park Historyczny w Nowym Dworze Gdańskim ul. Kopernika 10 Księgarnia „Bestseller” w Sztumie ul. Reja 13 Agencja Reklamowa „Aliem” Sławomira Michalika, Sztum ul. Galla Anonima 8 Cafe Figaro, Sztum ul. Władysława IV Sklep papierniczo - biurowy „Kopia!” w Malborku ul. Żeromskiego 5 Redakcja prowadzi również sprzedaż wysyłkową -zamówienia można składać pocztą elektroniczną na adres wydawcy. Wszystkim, którzy zechcą wesprzeć finansowo nasz kwartalnik podajemy numer konta wydawcy -Stowarzyszenia Inicjatyw Obywatelskich „Taka Gmina” w Sztumie: Bank Spółdzielczy w Sztumie: 42 8309 0000 0002 6741 2000 0010 ISSN 2082-0291 www.prowincja.com.pl Nakład 400 egzemplarzy SPIS TREŚCI Dwudziesta „Prowincja”.........................................................5 Poezja Maciej Kraiński...........................................................6 Zbigniew Chojnowski.........................................................9 Proza Lasse Hanssen - Sprawiedliwość zawsze zwycięży...........................15 Michał Majewski - Szachy...................................................22 Alina Michalik - Bez ptaka ani rusz........................................25 Esej Andrzej C. Leszczyński - Okruchy.........................................28 Wspomnienia Dominika Kraska - MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci - część 2......34 Wiesław Olszewski - Osadnicy żuławscy - część 2............................42 Marian Deniziak - Z Kolonii Nurzec do Żelichowa............................50 Aniceta Miszkiewicz - Osadnicy elbląscy....................................56 Hans Juergen von Wilckens - Wielka udręka .................................62 Feliks Bobowski - Moje wspomnienia z Kresów................................66 Teodor Sejka - Jak być harcerzem - to na całe życie - część 1..............69 Na tropach historii Jan Chłosta - Podstępne porwanie dwóch księży z Warmii...................75 Adam Langowski - Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii.............82 Justyna Liguz - Plebiscyt na Powiślu.......................................90 Justyna Liguz - Czym żyli mieszkańcy regionu 100 lat temu..................96 Andrzej Lubiński - Repolonizacja w Postołinie.............................102 Krzysztof Ostrowski - Początki Milicji Obywatelskiej w Sztumie............108 Janusz Namenanik - Próba rekonstrukcji dzierzgońskiej wieży widokowej......114 Andrzej Kasperek - Napoleon na Żuławach...................................119 Prowincje bliskie i dalekie Bogumił Wiśniewski - Gietrzwałd cudem słynący...................................123 Marta Chmielińska-Jamroz - W poszukiwaniu wielokulturowości.....................137 Karolina Manikowska - Cmentarz wjasionnie - przywracanie pamięci................141 Jacek Opitz - Historia żuławskiego sera.........................................146 Piotr Piesik - Żuławska Kolej Ogrodowa..........................................152 Katarzyna Piękoś - Zapiski z Lipska.............................................156 Rycerskie historie Magdalena Gródecka - O średniowiecznej wielkości małego Dzierzgonia.............159 Leszek Sarnowski - Najważniejsza jest Reguła Rycerska -rozmowa z Hetmanem Wielkim Arkadiuszem Dzikowskim......................163 Marta Chmielińska-Jamroz - Złoty rycerz z Malborka..............................168 Muzyka Wacław Bielecki - Konkursowa wiosna.............................................172 Galeria Prowincji Marta Antonina Łobocka - Żuławskie detale architektoniczne......................179 Recenzje Jarosław Jakubowski! - Krzyż i człowiek.........................................181 Jerzy Szyłak - Rysunkowa opowieść o Szczęściarzu................................183 Katarzyna Warachim - Przegrany farciarz?........................................187 Janusz Ryszkowski - Obowiązek pamiętania........................................189 Leszek Sarnowski - Kresowiacy z Prabut..........................................191 Andrzej Lubiński - O przeszłości wsi Klasztorek.................................193 Leszek Sarnowski - Smaczne Żuławy...............................................195 Noty o autorach....................................................................197 DWUDZIESTA „PROWINCJA” Wysokiego wiaduktu, sugerującego górski plener, z najnowszej okładki autorstwa Mariusza Sta-warskiego, nie da się z pewnością skojarzyć ani z Żuławami ani z Powiślem, może z Szwajcarią. Ale pociąg z naszym regionem skojarzyć już można, bo z Malborka w wielki świat można ruszyć słynnym Pendolino. Niektórzy wpadli na pomysł, jak bohater jednego z tekstów, by pociąg zrobić w swoim ogrodzie. Pociąg to jednak przede wszystkim podróż i do takiej, kolejnej, bo już dwudziestej podróży po naszych prowincjalnych zakamarkach zapraszamy. Maciej Kraiński, tym razem poetycko-kulinarnym wspomnieniem, żegna w naszym mieniu wybitnego pisarza-noblistę, Guntera Grassa, a Zbigniew Chojnowski w opowiadaniu wierszem pisze Różewiczem. Lasse Hanssen, szwedzki pisarz, po mieczu spod Elbląga, w tłumaczeniu Tomasza Stężały, debiutuje na naszych łamach. Michał Majewski wraca z kolejnym morskim opowiadaniem. Andrzej C. Leszczyński prowadzi swoje filozoficzne rozważania o protestach nieczytających, nieoglą-dających, ale wiedzących, a poza tym o Heidegerze, Kierkegardzie i śnie. Tekstami Dominiki Kraski i Wiesława Olszewskiego snujemy ciąg dalszy opowieści o świecie minionym żuławsko-powiślańskich autochtonów i osadników, wzbogacając cały cykl o relacje Anicety Miszkiewicz, Mariana Deniziaka, Feliksa Bobowskiego czy Hansa Juergena von Wilckensa. Różne doświadczenia, różne losy, jeden region. W 95 rocznicę plebiscytu na Powiślu Justyna Liguz kreśli tło historyczne wydarzenia, cytując obszernie ówczesne gazety. Teodor Sejka przypomina początki harcerstwa na Ziemi Sztumskiej, a Andrzej Lubiński działania repolonizacyjne w Postolinie. Jan Chłosta, tym razem pisze o porwaniu księży przez władze sowieckie, a Krzysztof Ostrowski o początkach milicji w Sztumie. Janusz Na-menanik próbuje odtworzyć nieistniejącą wieżę widokową w Dzierzgoniu, a Adam Langowski tropi braci Sierakowskich z Waplewa na polowaniu w Indiach. W prowincjonalnych wędrówkach - o cudach w Gietrzwałdzie, kolejce z Żuławki Sztumskiej, poszukiwaniach wielokulturowego Malborka, ratowaniu cmentarza w Jasionnie, żuławskim serze i urokach Lipska. Sporo miejsca poświęcamy tym razem rycerskim historiom i pasjom. Magdalena Gródecka wspomina czasy świetności dzierzgońskiego zamku i wielkich szatnych zakonu, Arkadiusz Dzikowski opowiada jak został Wielkim Hetmanem Kapituły Rycerskiej, a Marta Chmielińska-Jam-roz, jak się zostaje współczesnym mistrzem świata w rycerskich potyczkach. W prowincjonalnej Galerii tym razem nie plastycy, a fotograficy, laureaci konkursu ogłoszonego, pod patronatem naszego kwartalnika, przez Stowarzyszenie Kochamy Żuławy. Na deser muzyczne peregrynacje po regionie autorstwa Wacława Bieleckiego i sporo recenzji regionalnych wydawnictw. Mamy nadzieję, że w skwarze letniej kanikuły, znajdą Państwo chwilę czasu na lekturę. Polecamy i zapraszamy. Redakcja Maciej Kraiński UMARŁ GUNTER GRASS Umarł. Umarł Gunter Grass. Umarł Gunter Grass artysta. Umarł Gunter Grass artysta niepokorny i przewrotny. Umarł Gunter Grass artysta niepokorny i przewrotny mówiący prawdy o Gdańsku, Kaszubach, Niemcach i Polakach, o przenikaniu się kultur i szaleństwach narodu zaczadzonego nazizmem. Umarł Gunter Grass, człowiek przesycony zmysłowością ze smakoszostwem kosztujący życia w całej jego przebogatej palecie. Umarł Gunter Grass, człowiek z palcem wskazującym uniesionym ku górze w geście pouczającym, człowiek przygnieciony niesioną tajemnicą, by u swego kresu w spowiedzi życia przy obieraniu cebuli, wypłakać swoje sprawy i sprawki. Umarł Gunter Grass, człowiek prawdziwy. Jeszcze go widać kroczącego uliczkami Gdańska w sztruksowych, opadających spodniach, kolorowej kamizelce i żółtej marynarce. W ustach faja i obłok pachnącego dymu i jeszcze oczy, uważne, słuchające rozmówcę, czasem śmiejące się, jakby chłopięce. Kiedy po całym dniu dreptania zasiadaliśmy do stołu nabierał ducha i homo ludens się objawiał. A my graliśmy przed nim teatr gotowania wedle jego przepisów. Smakował... a to klopsiki królewieckie, a to skańskiego śledzia, a to kartoflankę z łososiem, a na wielki finał turbota w sosie estragonowym. Twarz mu czerwieniała zadowoleniem jak u Colas Breugnon. Wznosił kołejny kieliszek pod uważnym wzrokiem Ute i z czułością gładził jej rękę, by się rozchmurzyła - bo to przecież naprawdę ostatni. Twarz mu kraśniała i zaczynał czytać. Jak on czytał! A potem nagle wstawał i wychodził mówiąc, że to ostatnia wizyta. Ale przyjeżdżał za rok, za dwa, przyjeżdżał. Umarł. Umarł Gunter Grass. Pałeczki werblisty zagrają głucho na skrzynce, w której się ukrył, by go ponieśli w kondukcie. Żegnaj Przyjacielu! Poezja 7 LIST DO OSKARKA Nadawca: Maciej Kraiński Pałac hrabiów von Sierakowskich Waplewo Wielkie - Gross Waplitz Gmina Stary Targ - Altmark - koło Dzierzgonia Christburg, dawniej Kiszporkiem zwany Odbiorca: Wielce Szanowny Oskarek vel Gunterek Chmurka od Lubeki przez Tczew płynąca Cumulus Turbota w sferze Wrzaskuna Wielkieś mi uczynił pustki w domu moim. Mój drogi Oskarku tym zniknieniem swoim. Pełno nas, a jakby nikogo nie było... No i co Ty najlepszego narobiłeś!? Na cóż Tobie chmury dosiadać, po niebie śmigać? Czy ubrałeś ciepłe skarpety i zawinąłeś wełniany szalik na szyi? Postaw choć kołnierz marynarki, bo tam jak nie wschodnie, to zachodnie wiatry nad tą nieszczęsną niziną harcują. Co Ci będę gadał, sam wiesz, jak z naszymi pomorskimi przeciągami sprawy się mają. Jak nie urok, to przemarsz wojsk... Ależ ze mnie gapa, przecież Ty bez jedzenia, o suchym pysku obłoczki ujeżdżasz. Aprowizacja pewnie marna w niebiesiech - przy takim tłoku na garnuszku Pana. A może w Sztumie, w „Smakoszu”, jaki catering wykupić i słać Rayanairem - po cenach promocyjnych? Z napojami, bez pudła, poradzimy sobie z sikawek Ochotniczej Straży Pożarnej piwem gościszewskim tryskając na chmurkę. Przekonamy PSL, wybory za pasem, z Bożą pomocą będą pompować, co sił w pompach, błyskając kaskami, w pełnym umundurowaniu przy pobrzękiwaniu blaszek i krzyżyków zdobiących dzielne piersi mołojców. Damy radę. Ale przyznasz, że z Tobą kłopot wielki. Nie lepiej było poczekać, rajzę odłożyć ad calendas graecas i zajść do mnie jak bywało. Ugoszczę, pragnienie ugaszę, poszprechamy - po angielsku - niemiecki jakoś mi nie leży. Bywało zachodzisz, na nosie bryle, pod nosem wąsiska przydymione, a za Tobą Ute, jak rudy bociek na tyczkowatych nogach podąża, a dalej tłumek urzędasów jak tren za suknią ciągnie, gęby niczem słoneczniki do światła fleszy wystawiając. Olechnowicz kręci: „Witamy w Gdańsku panie Grass”. Gong, kurtyna w górę, spektakl rozpoczęty. Aktorzy Kiszkis, Staniewski i ja w białej kucharskiej czapie, gramy pełne trzy akty w Teatrze Gotowania wedle Guntera Grassa. Pełne trzy akty przy nabitej sali. Przystawka, danie główne, deser. Bywało zachodzisz sam z siostrą, synem, wnukiem, bez cmokierów usztywnionych garniturami pod krawatami uciskającymi nalane karki. 8 Poezja Zachodzisz zatem i pytasz. - A co tam masz a la carte? Wybucham kulinarnymi racami i tym, i tamtym, i owym. Uśmieszek błąka Ci się po twarzy, przeczekujesz mój entuzjastyczny słowo tok i pytasz. - Co byś powiedział na kaszankę? - No pewnie, że mam - mówię. Ty objaśniasz, z przepraszającym uśmieszkiem, za pospolitość zachcianki. - Bo widzisz, zanim gwizd lokomotywy obwieścił mój wyjazd z Danzika, zjadłem kopiasty talerz krwawej kiszki. Mein Gott, to było coś! Kiedy jem kaszankę, myślę Danzig, kiedy mówię Danzig myślę kaszanka. Wszystko można zrobić dobrze, byle włożyć w to serce, Włosi mówią gotować eon amore. Przypomnę, że moją kaszankę „eon amore” podałem na gorącej patelni, prosto na stół, jeszcze skwierczała usmażona na chrupko, z zeszkloną cebulką, nabrzmiałymi rodzynkami, ćwiarteczkami przysmażonych szarych renet, w oparach świeżego tymianku rzuconego na sam koniec. Kiedy wziąłeś sztućce, szykując się do ataku wlałem pięćdziesiątkę Porto. Buchnęło winem, a ty zaszarżowałeś widelcem i ciąłeś nożem. Tak było, tak było naprawdę. Przyznaj, że nie zmyślam. Na co Ci gramolić się na chmurkę i siedzieć tam jak dudek na dachu? Cóż robić, stało się trwam ze swoimi wspomnieniami i niedokończoną książką kucharską, Teatr gotowania według Guntera Grassa. Nie oczekuj mnie. Póki co, wybacz, nie wybieram się do Ciebie, kiedy jednak przyjdzie mój czas, przysiądę obok na Twoim obłoczku, rozłożystym niczem przydenny turbot i podsunę książczynę do recenzji. Mam prośbę, mów prawdę, grzeczności zostawmy na boku. No bo jak coś się spieprzy, to trzeba poprawiać. Tylko jak korekty porobię, lewitując ponad moimi garnkami? Jest trochę czasu. Pomyślę. A teraz już kończę, ciągnąc tren - niestety - wspomnień, o czym z żalem informuję. Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, a serce swej pociechy darmo upatruje. Pozdrawiam, jeszcze się odezwę. Twój kucharz, Maciej P.S. Pisz, proszę na Waplewo, po Twojemu - Gross Waplitz. Adres jak wyżej. Twój kucharz Maciej Maciej Kraiński z Gunterem Grassem, fot. E. Rachoń Poezja 9 Zbigniew Chojnowski 24 IV 2014 (OPOWIADANIE WIERSZEM) Jadę samochodem, moją skodą „Żabką” Przez Lasy Napiwodzko-Ramuckie: Stoją w pagórkowatej ciszy, Odnawiają się we wzlatującej zieleni. Radio podaje: „Dziś nad ranem Zmarł Tadeusz Różewicz”. Śmierć spodziewana, choć roiłem sobie, Że poeta dożyje ponad stu lat. W liście do dzieci zachęcał Do kochania człowieka, do dbałości o higienę. Żył miernie, jakby powiedziano ponad sto lat temu. Nie ryzykował nadmiarem podróży. Przemierzał znane miejsca, Jak inni oceany i kontynenty. Ziemia wszędzie jest nieobjęta W posiadanie, w poznanie raz na zawsze. Przejeżdżam obok Rykowca i Zazdrości, Na odcinku do Bartążka Pod drzewem gromadka zniczy, Których wilgotne knoty zaświadczają, Że w tym rowie zabiła się matka z dzieckiem, Że tędy jeździł swą Rowerzycą pewien poeta. Różewicz był mu lustrem, w którym dojrzał Własną, cudzą twarz Nihilisty. Tutaj ze spróchniałych cieni krzyży i drzew Wybierał jędrne i mokre kasztany dla chorej matki. Po prawej stronie coraz bardziej w dole Jezioro jak rozrośnięty I ścięty płasko klejnot doliny. To również Arkadia ze skrzętnie zarastającym Wejściem w głębię, w glebę. Po około dwudziestu minutach parkuję Między Wydziałem Medycyny Weterynaryjnej A Wydziałem Humanistycznym. Kwitnie tu głóg, Mirabelki, jabłonka - biel przystoi na chrzcie, Na ślubie, w czas przychodzenia, Przechodzenia i odchodzenia. 10 Poezja Mijam studentów, oni mnie mijają bez pamięci, Że w kortowskim kampusie Około czterdzieści lat temu Tadeusz Różewicz czytał swoje wiersze. Nikt nie wie, jak dokładnie przebiegło spotkanie. Za chwilę spotkam się z uczestnikami Konkursu o Trzcinę Kortowa. Delikatna młodością, rozświetlona jak lampiony Młodzież z przygaszonymi polonistkami Z prowincjonalnych miast, miasteczek Przeżywa skrycie ogłoszenie werdyktu. Pocą się ręce, nadzieja drży, Jak przed wyjściem na wolność, na imprezę, Przeistacza się Anonim w głos z twarzą. Nagrodzone wiersze opublikuje Redaktor Marek Barański w „Gazecie Olsztyńskiej”, Bo na szczęście Nie zawierają one łatwych wyrazów Ani na „g”, ani na „p”, ani na „k” Uzmysławiam sobie, że Tadeusz Różewicz z piasku słów Odsiewał przekleństwa i wulgaryzmy. Ze Sławkiem Buryłą (pochodzi spod Przemyśla), Dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej, Rozmawiam o zaniku polonistyki. Na pierwszym roku pozostało Dziewięć osób. To mniej niż dwanaście. Żeby czytać Różewicza, o co on sam prosił, Nie trzeba kończyć filologii polskiej. Czterdziestopięcioletni profesor Literatury zdaje się mówić: „Pierwszy raz w dziejach tak wielu Napisało tak wiele w tak niewielkim czasie”. Znów pędzę „Żabką”, po kosiarkę Husquarny. Pod sklepem czeka poirytowana żona, Straciliśmy ze sobą kontakt, Bo z domu nie zabrałem komórki. Kupno zbliża. Żona jedzie odebrać córeczkę z przedszkola, Ja po benzynę do kosiarki. Z głowy wypada dzisiejszy zgon Różewicza. W Programie Drugim Polskiego Radia Słuchowisko Witolda Malesy Na podstawie tomu Matka odchodzi, Poezja 11 Opowieści poety O trudnościach w miłowaniu Najbliższej, O opuszczaniu Jej, Ojej opuszczeniu, O zaniechaniach wobec Niej, O wzajemnym oddaleniu w byciu razem, O czułych rojeniach. Iluzje oszukują brak bliskości, Leczą, otępiają okaleczone kontakty. Wyłączam słuchowisko, muszę zatankować. Zjeżdżam ze stacji paliw, na antenie nadal Matka odchodzi i zabiera swego syna Może najpierw do Częstochowy Lub do kościółka Marii Magdaleny w Radomsku, Lub prosi swą umarłą pociechę O przeczytanie Jej pierwszego I ostatniego wiersza maryjnego Z 1938, z roku urodzenia mojej Mamy. Otwieram skrzydła bramy: Jedno do wewnątrz, Drugie na zewnątrz. Zanim wjadę do garażu, Ze skrzynki pocztowej dotknie Moich napuchłych od gorąca palców Metaliczny ciemnozielony chłód. Wyjmuję z sekretnej czeluści koperty. W jednej Ars amandi, vita brevis Szymona Żuchowskiego. Tytuł jak z Iwaszkiewicza, Po jego śmierci Różewicz napisał tren O ściętym starym drzewie; Tytuł ponadto trochę Jak z Marzanny Bogumiły Kielar, kochającej się w zlodowaceniach. W drugiej kopercie dość pokaźny Krzysiek Siwczyk zatytułowany W rytmie kolejowego wagonu, Jadącego Dokąd bądź. Coś na podobieństwo brzmieniowe: Jadąc do Babadag. W domu pięcioletnia córeczka Upewnia się, czy jej drugimi rodzicami 12 Poezja Zostaną moi rodzice, jeśli jej pierwsi Umrą. „Bo Babcia i Dziadek są twoimi lodzicami”. Helenka pyta mnie, kto się urodził 24 kwietnia? Na monitorze komputera Wyświetla się długi szereg Wybitnych niemych nazwisk. Idę kosić trawę W pofałdowanym i spadzistym ogrodzie. Na niedostrzeżonym w porę hydrancie Stępiam ostrze kosiarki. Jak opowiem swą nieuważność, wstyd Żonie? Po wykonanej pracy I przyznaniu się do winy, Gdy Żona zapytała O jazgoczący dźwięk podczas koszenia, Idę odetchnąć. Przyłączam się do oglądania baśni O niebieskim szczęściu Smerfy 2. Po zwycięstwie dobra nad złem Helenka płacze dlatego, że Mama Powiedziała do misia Władzia „ty, dziadu”. Przed modlitwą do Anioła Stróża Matka z córką rozmawiają, Zaprowadzając w domu ciszę I znośną noc. Robi się mniej nieprzenikniona, Gdy odbieram List mejlowy od Krzyśka Kuczkowskiego Z linkiem; łączy mnie z Piotrem Kędziorą, Śpiewającym ponaglenie do Boga o Przemianę. Ktoś rzuca na „Topos” zlaicyzowaną klątwę, Oskarżenie brzmi: „Prawicowe pismo”. Pytam Krzysztofa retorycznie: Czy Różewicz też „prawicowy”? Z wszystkich Książek chciał zabrać poezje Adama Mickiewicza, Przyrodę ojczystą i zasadę zbiorowisk w nauczaniu historyi naturalnej Bohdana Dyakowskiego, Nowy Testament. Odpisał Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. W opowieści jego polska Babcia Na targu w Giżycku handluje Poezja 13 „jajami, serami [twarogami], śmietanami, kurami, indykami, całym tym drobiazgiem, bo jako wdowa po banderowcu [strasznym Człowieku!!!!!!!!!!!!!!!!!!], musiała utrzymać się przy życiu”. Eugeniusza poruszyła wzmianka o Poniemieckim giżyckim cmentarzu, Gdzie powstał park: „Jako chłopiec dowiedziałem się o Cmentarzu od mojej polskiej Babci [przyjeżdżaliśmy do Giżycka w dzień targowy i jedliśmy coś szybciuteńko w owym parku, niedaleko zresztą targowiska]. To mogło być około 1977 roku. Pamiętam jeszcze pozostałości bardziej okazałych nagrobków, które sprawiały wrażenie umyślnie zorganizowanych rozwiązań przestrzennych i parkowych, tymczasem były to po prostu fragmenty poniemieckiego cmentarzyska. Przyjeżdżaliśmy ze wsi najczęściej w dni targowe”. Poetę Eugeniusza Mają za nowoczesnego, a on wyznaje Swoje kłopoty z logowaniem, Zdradza niechęć do Internetu. Wie ode mnie, że po parku-cmentarzu Porozrzucane są kości mazurskiego pisarza. Nazywał się Marcin Gerss (1808-1895). Ani słowa o Różewiczu. Słowo Dycia o Matce: „moja Matka była leczona m. in. w Węgorzewie”. To dwadzieścia parę kilometrów na północ od Giżycka, Które w atlasie mojego dzieciństwa Znajdowały się niesłychanie daleko od Śniardw. Na dwie godziny przed północą Telefonuje moja Mama. Wróciła Z sanatorium dla amazonek w Ustroniu, Gdzie jest, jak mówi, cudownie. Nie udawała się na pielgrzymki, Choć nie wyobraża sobie życia, śmierci I pogrzebu bez Boga. 14 Poezja Do Rodziców przyjechał przed chwilą Mój najmłodszy brat, Przemysław, Z dwójką dzieci (Juliankiem i Marysią), Żoną i teściową z Siedlisk pod Ełkiem. Różewicza poznał osobiście w Słubicach, Rozmawiał z nim nie wiadomo o czym. Ja czytałem jedynie jego wiersze I jakieś interpretacje. Z filii Biblioteki Miejskiej w Olsztynie Przy ulicy Bolesława Limanowskiego w 1978 Ukradłem Poezje zebrane wydane w 1976 We Wrocławiu, gdzie Bardzo Stary Poeta dziś zmarł. W egzemplarzu przywłaszczonej książki Na pieczątkę biblioteczną nakleiłem karteczkę Z rękopiśmienną notatką: „«Matko są tak ciemni», że nie dokończę tej cytaty z wiersza Nieznany list”. Proza Lasse Hanssen SPRAWIEDLIWOŚĆ ZAWSZE ZWYCIĘŻY (ZE ZBIORU „DZIENNIK SNÓW”) - ... dlatego domagam się maksymalnego wyroku przewidzianego kodeksem karnym, to jest pięciu lat więzienia. Podniesiony głos prokuratora wyrwał ją z zadumy. Popatrzyła zmęczonym wzrokiem w stronę łysiejącego grubaska pocącego się obficie pod swoją togą, potem przeniosła wzrok na siedzącą obok Bodil. Ta wyprostowała się i rzuciła tryumfujące spojrzenie Hannie oraz grupce widzów na małej sali. Hanna podążyła za jej wzrokiem - czterech dziennikarzy pędziło długopisami po kartkach swoich notatników, dwóch z nich kiwało głowami, a pozostała dwójka wymieniała po cichu uwagi. Do bluzki żurnalistki, szepczącej blondynki przypięty był połyskujący znaczek z czerwoną różą - Socialdemokraterna. - Pewnie z Folkbladet - pomyślała z niechęcią Hanna. To ta gazeta nakręcała przeciwko niej sporą część społeczeństwa i większość lokalnego establishmentu. Sędzina, nieudana kopia Fridy z ABBY, skończyła przeglądanie jednej z teczek z dokumentami i spojrzała na Hannę. Widząc jej brak zainteresowania przebiegiem rozprawy, lekko westchnęła, po czym zwróciła się do obrońcy. Siedzący obok Hanny mężczyzna wstał i skłonił się niżej niż powinien, po czym lekko drżącym głosem zaczął swoje wystąpienie. Młody adwokat przyznany z urzędu, prowadzący jedną z pierwszych samodzielnych spraw w okręgowym sądzie na szwedzkiej prowincji. Hanna przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Przyszedł do więzienia z gotowym pomysłem, nie mając zamiaru wysłuchać i zrozumieć jej motywów. Pewnie powiedziano mu, że bierze udział w procesie politycznym, gdzie „żądania społeczne zostały jasno wyartykułowane” i nie chciał się zbytnio angażować. A może był jednym z wychowanków Uppsali czy Lundu, gdzie sprawy społeczne stawiano jasno i bez ogródek. Adwokat rozpoczął od jej biografii. Córka pastora, z rodziny z tradycjami - jak to określił - wzorowa uczennica i społecznica. Matka, potem wdowa. Mąż zabity w wypadku samochodowym przez pijanego młodzieńca... - To się wysilasz człowieku... - pomyślała z niechęcią o swoim prawniku. Nic nie wspomniał o tym, że ów młodzian był synem radnego ze Sztokholmu, że nie pierwszy raz wraz ze swoim gangiem „złotej” młodzieży tak rozrabiał... Że została praktycznie sama z dwuletnim synkiem, bo przecież ciężko chory ojciec nie mógł jej pomóc. Że trzy dni po śmierci staruszka przyszły do niej do domu dwie pracownice społeczne nachalnie dopytujące się o źródła jej dochodów, „w trosce o pomyślność małoletniego”. Że gdyby nie pomoc grupy 16 Sprawiedliwość zawsze zwycięży ewangelizacyjnej, jej Benny trafiłby zapewne do jakiejś rodziny zastępczej lub innej ochronki. Że urzędnicy nasłali na nią policję... Wtedy w niej coś pękło, załamała się zwyczajnie. Gdy przez dwa dni nie odbierała telefonu, przyjechali do niej Gunilła i Lasse. Razem się modlili, potem dali jej pieniądze i zaproponowali pracę u Świętej Łucji, w chrześcijańskim ośrodku dla młodych dziewcząt znajdujących się w trudnej sytuacji. Tam jakby znalazła się pod lodowato zimnym wodospadem. Czymże były jej problemy wobec nieszczęść kilkunastoletnich dziewczyn: alkoholiczek, narkomanek, prostytutek, kryminalistek. Zazwyczaj wytrzymywały u Świętej Łucji tydzień, do dwóch, potem uciekały do swojej nędzy. Kilka jednak wytrzymało surowość reguł ośrodka i powoli wychodziło na prostą. Bodil została przywieziona przez policję prosto z sądu. Dostała wyrok za udział w napadzie na aptekę z narkotykami i brutalne pobicie starszego mężczyzny. Z przebitą gwoździem wargą, wulgarnym tatuażem na przedramieniu, z nienawiścią do świata. - Obserwuj ją uważnie - prosiła Gunilła - to jedna z tych, które kamieniem odpłacają za chleb. Bodil przez pierwszy tydzień pobytu nie sprawiała kłopotów. Wstawała, robiła wokoło siebie porządek, chodziła do ogrodu i do kurnika do pracy, zachodziła nawet na popołudniową modlitwę do kaplicy. Była zamknięta w sobie ale spokojna. Kilkakrotnie jej usta uniosły się w grymasie uśmiechu, choć błękitne oczy błyszczały zimnym blaskiem. W niedzielę, w czasie wychodnego wróciła z miasteczka i szybko się położyła. Gunilła bezbłędnie wyczuła alkohol, ale nie poinformowała policji, gdyż to właśnie Hanna poprosiła o danie dziewczynie szansy. W poniedziałek rano rozmówiła się z nastolatką. Niespodziewanie Bodil rozpłakała się. Tak, była w miasteczku i spotkała się z Tommim, jej chłopakiem. Wpa-dła z nim, była obecnie w trzecim miesiącu ciąży i musi szybko ją usunąć, żeby się Tommi nie dowiedział, bo ją na pewno rzuci. Ma zresztą jeszcze oficjalnie miesiąc, by zrobić to w klinice, potem będą potrzebowali sporo pieniędzy na skrobankę. Hanna wtedy o mało nie zemdlała. Przecież sama tyle się nacierpiała w ciąży z Bennym, miała taki ciężki poród i pewnie by nie była matką, gdyby jej Gustav kategorycznie nie zażądał od lekarzy, by ratowali ją i dziecko. A ta smarkata... ... - Czy oskarżona nie jest zainteresowana swoim własnym procesem? Adwokat szarpnął ją za ramię. Podniosła się i popatrzyła na sędzinę. Ta świdrowa ją wzrokiem, z wyrazem niechęci w kącikach opuszczonych ust. - Czy oskarżona wreszcie będzie chciała coś powiedzieć? Hanna skinęła głową. Kilkadziesiąt par oczu w małej salce skupiło się na niej. - Wiem, że dobrze postąpiłam. Mała Karin, córka Bodil, jak słyszałam znalazła dobrą rodzinę. Nie wiem, może w przyszłości zostanie także sędzią? A może odkryje lekarstwo na nieuleczalną chorobę? Myślę też, że Bodil zrozumie to w końcu, że uratowałam jej zdrowie, a może i życie. Że ona w tym czasie nie popełniła żadnego przestępstwa... A ja, cóż, wiem, że postąpiłam sprawiedliwie. Modliłam się do Boga, by poradził mi co zrobić i teraz wiem, Lasse Hanssen 17 że dobrze mi poradził. A wysoki sąd..., no cóż, jeżeli zostanę..., kiedy zostanę skazana, proszę tylko o możliwość spotykania się z moim synkiem Bennym. To czyste, niewinne dziecko, nieskażone zbrodnią... Sędzina z trudem wytrzymała do końca jej wypowiedzi. - Sąd uda się na naradę - powiedziała i - nie oglądając się na stojących w sali ludzi - wyszła. Hanna usiadła. Atmosfera wokoło rozluźniła się: ludzie rozmawiali ze sobą półgłosem, część wyszła na korytarz, by zaćmić papierosa lub dobiec do telefonu. Do siedzącej po przeciwnej stronie Bodil podeszło kilka kobiet: krótkie włosy, jaskrawy makijaż, nerwowe gesty. Wyglądały jak członkinie przedwojennej organizacji paramilitarnej lub sekty, zresztą tak się też zachowywały. Dziewczyna pochyliła się ku nim, zawzięcie coś szeptały, a jedna z kobiet odwróciła się w kierunku Hanny i rzuciła jej nienawistne spojrzenie. - Idę zadzwonić - adwokat dotknął jej ramienia. - Proszę nie oddalać się. Przynieść pani kubek kawy? Pokręciła głową. Gdy odszedł odwróciła się w stronę okna. Korona wysokiego drzewa lekko chwiała się na wietrze, strzępiaste chmury wisiały nisko nad miastem. Wróciła do wspomnień. Bodil jeszcze kilkakrotnie wymykała się, choć gdy wracała, nie było czuć od niej alkoholu. A czy brała jakieś narkotyki? Wyraźnych objawów nie było, zresztą Hanna nie znała się zbyt dobrze na tym. Którejś nocy Benny miał gorączkę. Nie mogła zasnąć w swym pokoiku na poddaszu, w końcu zawinęła małego w kocyk i wyszła na mały balkonik. Natychmiast zwrócił jej uwagę nieprzyjemny ni to zgrzyt, ni to chrobot dobiegający z niższej kondygnacji. Ostrożnie wychyliła się i omał nie krzyknęła. Na szerokim parapecie okna siedział człowiek, jego twarz rozświetlał co rusz ognik papierosa. Z okna wychylała się druga głowa, także oświetlana żarem. Hanna cofnęła się nieco i znieruchomiała. Na szczęście Benny zmęczony zamilkł. Papierosy rozjarzywszy się poszybowały lukiem ku ziemi, sylwetki ludzi zbliżyły się ku sobie. Wyraźnie słyszała przyśpieszone oddechy i mlaśnięcia pocałunków. Potem zaczęli rozmawiać. Męski głos namawiał Bodil, by wytrzymała jeszcze cztery dni, następnie on przyjedzie i zabierze ją. Pojadą prosto na robotę z jakimś Erikiem i Hennigem, potem jeszcze w nocy przedostaną się do Danii, a stamtąd do Holandii, gdzie zrobią szybki zabieg. A potem Bodil miała wybierać, gdzie się urządzą. W końcu mężczyzna cicho roześmiał się i jak małpa zszedł po piorunochronie. Bodil przez chwilę obserwowała oddalającego się, potem spojrzała w górę, w stronę okna Hanny. Dziewczyna chyba nie dostrzegła jej, gdyż powoli zamknęła swoje okno. Tej nocy Hanna nie mogła spać. Wydawało jej się przecież, że nawiązała dobry kontakt z przyszłą matką, że i Gunilla, i Lasse przekonali dziewczynę, by ustatkowała się i urodziła. Potem podejmie decyzję, będzie mogła oddać dziecko do adopcji lub je zatrzyma. 18 Sprawiedliwość zawsze zwycięży Po śniadaniu poszła z Bodil do ogrodu. Pracując, rozmawiały o przyszłości. Dziewczyna była bardziej wycofana niż poprzednio - widać wciąż myślała o rozmowie z mężczyzną. - Coś dzisiaj jesteś smutna, Bodil. Czy coś cię gnębi? - zapytała ją wprost. Dziewczyna wykręciła się ciążowym złym samopoczuciem, po czym zmieniła temat. Po południu Hanna zdecydowała się porozmawiać z Gunillą. Przytłoczona wiadomością kobieta schowała twarz w dłoniach. Co robić? Zgłosić na policję? Do sądu? Z obiema instytucjami Święta Łucja utrzymywała nie najlepsze kontakty. Tak naprawdę państwo i jego funkcjonariusze ledwie ich tolerowali. Co powiedzą urzędnikom? Przecież zamiar popełnienia przestępstwa nie był przestępstwem. Zaraz też pojawi się zazwyczaj powtarzany zarzut, że nie radzą sobie z podopiecznymi (jakby państwowe odpowiedniki Świętej Łucji miały lepsze wyniki!). - Mam nadzieję, że sczeźniesz w więzieniu, ty dewotko! - Hanna aż podskoczyła na swoim krześle. Okrągła twarz odsunęła się od niej na tyle, by mogła odetchnąć i zobaczyć kto to. Jedna z feministek, które szeptały z Bodil wpatrywała się w nią nienawistnym wzrokiem. Marchewkowe włosy prześwietlone neonowym światłem lampy przypomniały jej stwora z którejś z bajek jej synka. Ostry makijaż, wyskubane brewki, zadarty nos i pełne usta... oraz niezamaskowany trądzik. Benny takie malował z upodobaniem świecowymi kredkami. - Nic nie rozumiesz. Uratowałam ją. Mogła przecież zginąć w czasie napadu albo ucieczki... - Zabrałaś jej wolność dewoto! Zapłacisz za to. Już w więzieniu nasze siostry ci pokażą... - kobieta odsunęła się, potrząsnęła głową i odeszła. - Tłusta krowa! - mruknęła Hanna. - Raczej maciora. - poprawiła się w myślach. Nie po chrześcijańsku to, ale nie mogła powstrzymać się od dania sobie drobnej satysfakcji. - Czy to brak urody, wychowania, zaradności popycha kobiety do tworzenia takich bezsensownych organizacji? - pomyślała ze smutkiem. Rozejrzała się po sali, szukając Gunilli i Lasse. Musieli pewnie wyjść. Lasse ostatnio źle się czuł, więc pewnie to... Musi wyzdrowieć, bo przyrzekł jej, że będzie zastępował Benniemu ojca. Westchnęła. Minęło już ponad pół godziny. Pewnie narada równała się lunchowi. Tak, też była głodna. Pytanie, czy zje następny posiłek na wolności, czy znowu w więziennej stołówce? Bodil siedziała także sama. Ich spojrzenia skrzyżowały się: Hanna dostrzegła, że dziewczyna ma zaczerwienione oczy i lekko rozmazany makijaż. Płakała? Tamtego popołudnia Hanna postanowiła, że musi coś zrobić. Gunilla nie była w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji, Bodil chodziła zacięta i gniewna, więc najwidoczniej mu-siała postanowić, że weźmie udział w owej „robocie”. Wieczorem, gdy Benny usnął, Hanna wymknęła się do ogrodu, gdzie w najdalszym jego kącie, tuż przy lesie, stał zrujnowany pawilon. Wykorzystywano go jako prowizoryczny garaż na stary traktor, który odpalano zimą, by odśnieżyć zawaloną drogę do miasteczka. Była tu także rupieciarnia, lęgowisko nietoperzy i kotów, magazyn paszy dla kur oraz głęboka piwnica, w której lata temu składowano lód. Nikt poza Hanną tu nie chodził. Dziewczyny bały się myszy i przykrego, stęchłe-go zapachu, który rozsiewało to miejsce. Lasse Hanssen 19 Piwnica na lód składała się z kilku komór, każda z nich oddzielona solidnymi metalowymi lub drewnianymi drzwiami. Tego wieczora naoliwiła wszystkie zawiasy sprawdziła zamki i lufty. Trzeba było dwa z nich oczyścić z zielska i ziemi, aby uzyskać wyraźny przepływ powietrza. W kolejnych dniach zniosła ze strychu stare, sprężynowe łóżko, dwa krzesła, stolik, nawet dywanik. Metalowy piecyk przetoczyła z rupieciarni: ze dwie godziny walczyła, aby wsunąć metalową rurę do luftu. Potem „zorganizowała” jeszcze beczkę na wodę i wiadra na nieczystości. Na pewno brakowało wielu rzeczy, ale w trzy noce piwnica na lód nadawała się do zamieszkania. Tego dnia poprosiła Bodil o pomoc. Już wcześniej Gunilla prosiła, by posprzątać strych, żeby zrobić miejsca murarzom. Mieli oni poprawić i ocieplić dach, a także zrobić dwa dodatkowe pokoje. Dziewczyna bez protestu zniosła stare materace i inne „przydasie” do pawilonu. Pochłonięta własnymi myślami nie zwracała większej uwagi na to, co kazano jej wykonać. W czasie kolacji dziewczyna dwukrotnie wychodziła z jadalni do telefonu. A zatem planowała ucieczkę w piątek. - Możesz przyjść do mnie zaraz po kolacji? - Hanna poprosiła ją dyskretnie. - Coś ci chcę pokazać. Razem zeszły do ogrodu. W telewizji dawano jakiś ckliwy amerykański film, więc nikt nie zwrócił na nie uwagi. - On czeka na ciebie - powiedziała Hanna, gdy dziewczyna zawahała się. Błysk zdziwienia w oczach, że Hanna wie o nich, po czym uśmiech wdzięczności. -Jest tam - wskazała jej na wejście do piwnicy. Dziewczyna skoczyła jak piłka i zbiegła w dół, odsuwając ciężkie drzwi. Hanna zeszła za nią, drżąc z emocji. - Gdzie... Trzonek łopaty owinięty grubym gałgankiem spadł na głowę Bodil, pozbawiając ją świadomości. Podekscytowana adrenaliną Hanna sprawdziła, czy oddycha, po czym chwyciła bezwładne ciało i przeciągnęła je w głąb. Rozebrała nieprzytomną, ubrała ją w nocną koszulę i otuliwszy grubą kołdrą, położyła na łóżku. Z kieszonki wyjęła zapisaną kartkę i położyła na stoliku. Zostawiła zapaloną żarówkę w przedsionku za metalową kratą i upewniwszy się, że wszystko jest dobrze zamknięte, wyszła. Ponownie nie mogła spać. Telefon na holu kilkakrotnie dzwonił, ale gdy Gunilla podnosiła słuchawkę, odpowiadała jej cisza. Później z własnego okna widziała cień mężczyzny krążący po ogrodzie. W końcu jak małpa wspiął się po piorunochronie i zaczął pukać w okno pokoju Bodil. Już miała zapalić światło, gdy z trzaskiem otworzyło się jedno z okien poniżej i któraś z kobiet podniosła larum. Młody mężczyzna jeszcze szybciej znalazł się na ziemi i uciekł ścigany przekleństwami. Nad ranem Hanna w końcu zasnęła. Obudziło ją dobijanie się do drzwi i marudzenie Benniego. Zamroczona otworzyła drzwi: stał w nich wzburzony Lasse i jedna z dziewcząt. - Co się stało? Czemu zaspałaś? - zaczął dopytywać się. Opowiedziała mu o nocnych hałasach o marudzącym dziecku. Lasse był zaskoczony wizytą nieznajomego, po czym zdecydował się obudzić Bodil, której do tej pory nie widział. Tym bardziej, że mieli jechać do lekarza. 20 Sprawiedliwość zawsze zwycięży Po chwili odkryto nieobecność dziewczyny. Cały ranek minął na nerwowych naradach, w końcu Gunilla i Lasse zdecydowali się zawiadomić policję. Znudzony funkcjonariusz, który przyjechał rozklekotanym Volvo, przesłuchał kilka osób, w tym Hannę. - Tak, była jakaś bardziej nieobecna niż zwyczajnie, wychodziła do telefonu w czasie kolacji. Widziałam także człowieka, który uciekał przez ogród - to mógł być ojciec dziecka Bodil. Na koniec policjant dla formalności udał się pod owe okno, obejrzał zniszczone przez mężczyznę grządki, po czym odjechał. Przez jakiś czas jeszcze roztrząsali i komentowali zdarzenie, po czym każdy wrócił do swoich zajęć. W końcu takie ucieczki dziewczyn w ośrodkach pomocowych, jakim była Święta Łucja, co jakiś czas zdarzały się. Hanna wymówiła się obowiązkami i poszła doglądać drobiu. Blisko setka kur - niosek i kilkadziesiąt kaczek wymagało sporo czasu i pracy, a chętnych do brudnej roboty jakoś nie było wielu. Wśród resztek śniadaniowych dla drobiu bez trudu przemyciła jedzenie dla Bodil. Dziewczyna przywitała ją stekiem wyzwisk i gradem pocisków z przedmiotów, które znalazła w piwnicy. Hanna dzielnie to zniosła, po czym wsunęła talerze z jedzeniem pod kratą. Cudem tylko uniknęła ostrych kawałków fajansu, które Bodil roztrzaskała o stalowe pręty. - Jeżeli zniszczysz talerze, to nie będę mogła ci przynieść jedzenia - powiedziała, siląc się na spokój. Zmęczona dziewczyna zamilkła, po czym rozpłakała się. Hanna pozbierała szczątki i wyszła do zwierząt. Pojawiła się po dwóch godzinach. Bodil siedziała z opuchniętymi powiekami na łóżku, okrywszy się kołdrą. -Jak długo będziesz mnie więzić? - Aż urodzisz. - To... to jeszcze z pięć miesięcy! - chlipnęła dziewczyna. - Tak, będzie tyle. Przez ten czas będziesz dostawać jedzenie, będę cię opierać, zaczniesz wreszcie czytać, może zechcesz uzupełnić potem wykształcenie? - Tommi dowie się, że mnie tu przetrzymujecie! - A już był nocą, ale dziewczyny go spłoszyły. Była też policja. Będą cię szukali w całym kraju. -1 tak ucieknę. A policji powiem, że mnie siłą tu trzymaliście! - Nie krzycz, i tak nikt cię tu nie usłyszy. Sama to zorganizowałam, a ty pomagałaś mi przenosić sprzęty, pamiętasz? - Nie bądź taka pewna, że tutaj urodzę. Znajdę sposób, by pozbyć się tego bękarta! - Urodzisz w szpitalu, sama cię zawiozę, kiedy będzie czas. A jeżeli spróbujesz coś zrobić dziecku to... zapomnę o twoim istnieniu. Umrzesz w tej piwnicy, a ja pochowam cię wlesie. Bodil przez dłuższą chwilę wpatrywała się w twarz Hanny. Jej mentorka z ośrodka nie była przecież do tego zdolna... Ale skoro zorganizowała porwanie... - Przez ten czas będziesz się dobrze odżywiać, potem udostępnię ci jeszcze jedno pomieszczenie, gdzie będziesz mogła się gimnastykować. Nie będzie papierosów, alkoholu Lasse Hanssen 21 i oczywiście narkotyków. Nawet jeżeli nie będziesz potem chciała się zajmować swoim dzieckiem, trafi ono do adopcji zdrowe. No cóż, masz tu książkę do czytania. Wpadnę wieczorem. Tego dnia Hanna odwiedziła Bodil bardzo późno. Powodem była kolejna wizyta policji, tym razem kilku funkcjonariuszy mundurowych i po cywilnemu. W mieście będącym stolicą prowincji doszło do zuchwałego napadu na konwój przewożący utarg ze sklepów do banku. Jeden z konwojentów został ciężko ranny, drugi w czasie wymiany ognia postrzelił dwóch bandytów. Ci, uciekając, wyrzucili po drodze ciężko rannego kompana, myśląc, że ten nie żyje. Znalazł go przechodzień, po długiej operacji lekarze uratowali mężczyźnie życie. A on wyznał, że właśnie Tommi i Bodil mieli brać udział w napadzie. Ponownie więc przez kilka godzin przesłuchiwano mieszkańców Świętej Łucji, przeszukiwano też pokój dziewczyny. W sprytnie wykonanej skrytce znaleziono pusty magazynek od rosyjskiego pistoletu oraz foldery z Lazurowego Wybrzeża, rozmówki szwedzko-francuskie i szwedz-ko-włoskie. Policjanci uzyskali zgodę na założenie podsłuchu na obu telefonach w ośrodku i odjechali. Następnego popołudnia Hanna zaniosła Bodil gazetę. Na pierwszej stronie znajdowały się zdjęcia, które zrobił przypadkowy turysta: furgonetka z przestrzeloną szybą i zamazana przez redakcję głowa człowieka leżąca na kierownicy. Do tego sążnisty artykuł i cała masa komentarzy. Dziewczyna natychmiast umilkła, gdy zobaczyła tytuł. Zaczęła czytać, potem wybuchła nieopanowanym szlochem. Hanna chciała z nią porozmawiać, ale uznała, że trzeba dać jej czas. - Proszę wstać, sąd idzie. Ocknęła się z zamyślenia i powoli podniosła. Na sali znalazło się chyba więcej osób niż przed przerwą, byli także Gunilla i Lasse. Z tyłu ktoś podniósł transparent z napisanym obraźliwym hasłem, w jej stronę poleciały niezbyt głośne okrzyki. Zdecydowana większość osób była przeciwko niej. Liczyło się to, że Bodil została pozbawiona swojego niezbywalnego prawa do wolności. Wolności do czego? Zabijania niewinnych? Wolności od czego? Od odpowiedzialności za swoje czyny? - Sąd jej królewskiej mości po naradzie uznaje Hannę... Tłumaczył: Tomasz Stężała 22 Szachy Michał Majewski SZACHY Zatoka Biskajska. Wchodzili od południa i wyglądało na to, że tym razem nie będzie wielkiego rzygania. Figury na szachownicy stały spokojnie, nawet przy tych większych przechyłach, kiedy wszystko już zaczynało pojękiwać. Góra sześć, może ciut więcej w skali Beauforta. Jak będzie tak dalej, to za pięć dni powinni stać na redzie w Gdyni. Misiu wstał z fotela i podszedł do okna. Nic ciekawego. Jak to Biskaje po zachodzie słońca. Sina kipiel zmieszana z sinym nieboskłonem, z zupełnie zatartą linią horyzontu. Wrócił na fotel, żeby dalej samotnie kontemplować szachownicę. Wszystkie figury patrzyły na niego w niemej gotowości do walki, ale też z niemym pytaniem: „I co tam, Misiu? Będziesz miał w końcu z kim zagrać?” W mesie było jeszcze dwóch tylko. Siedzieli na kanapie przed telewizorem. Radiooficer nadawał film z magnetowidu. „Seksmisja” - już chyba po raz trzydziesty w tym rejsie. Jasiu Praktykant gapił się z wielkim przejęciem, jakby pierwszy raz oglądał, a Chief Połomski chyba spał, bo peruka na jego głowie wyraźnie za mocno na prawe ucho naszła, co raczej człowiekowi na jawie nie przystało. „Kurwa!” - dało się też słyszeć z wnętrza pentry. A zaraz potem mocne trzaśnięcie drzwiami lodówki i w mesie pojawiła się potężna postać Drugiego Mechanika. - Czy tego już nikt nie potrafi dopilnować?! - wrzasnął. - Sto osiem dni i dzień w dzień to samo?! Nikt nie zareagował, nawet Jasiu Praktykant. Takie retoryczne pytania zadawane przez zgłodniałych wachtowych już wszystkim zobojętniały. - Gdzie jest ten jebany steward? Ja go w końcu nauczę, że o tej porze w lodówce leżą tylko nocne porcje dla wachtowych. I co ja mam teraz...? Topiony serek wpierdalać? Jasiu Praktykant nadal był pochłonięty przez telewizor, choć widać było, że od czasu do czasu coś tam przeżuwa. Chief Połomski spał, a Misiu wpatrywał się w precyzyjną intarsję szachownicy, wciąż w nadziei, że komuś się zachce zagrać. Do wachty jeszcze trzy godziny zostały i bardzo chciał się właśnie tu zrelaksować. Ciekawe, czy w końcu... - Mały rewanż? - Z zamyślenia wytrącił go głos Doktorka. Nareszcie! Doktorek trzymając fajkę w zębach ukrył w dłoniach dwa piony. Misiu wylosował białego i musieli obrócić szachownicę. Michał Majewski 23 - No... Wychodź waść. - Doktorek trochę szelmowsko zmrużył oczy jakby dając do zrozumienia; że nie da przeciwnikowi dzisiaj pograć. Ale Misiu też nie był w ciemię bity. „Ja go tu zaraz czymś zaskoczę. Coś nietypowego mu walnę, czego się nie spodziewa... Może by tak...” - Misiu trochę pogrzebał w pamięci. - „O właśnie... Debiut Ponzianiego... On nie lubi takich otwartych; skubaniec”. I śmiało wysunął piona na e4. Doktorek odparował prawidłowo, czarnym na e5. Teraz czas na białego skoczka, na f3, lecz nagle stało się coś dziwnego. Najpierw od strony korytarza dobiegł nietypowy hałas. Coś, jakby ktoś biegł obijając się na przemian o oba szoty. Następnie do oficerskiej mesy wpadł Felek Marynarz. Kiwał się mocno i wcale nie dlatego, że statkiem kiwało. Był pijany, ale też coś jeszcze. W jego oczach widać było wielkie przerażenie, a wszystkie atletycznej budowy mięśnie drżały, jakby ktoś je do prądu podłączył. - Doktorek! - wrzasnął. - Czy jest tu Doktorek?! Doktorek flegmatycznym ruchem wyjął z ust swoja brujerkę i jeszcze wolniej zaczął się odwracać. - O... Jesteś! Ratuj, bo ze mną coś się niedobrego... - W krzyku Marynarza można było usłyszeć cierpienie wszystkich chyba wariatów z Kocborowa. Jednocześnie to wystarczyło, żeby obudzić Chiefa Połomskiego, który zerwał się nazbyt gwałtownie, zostawiając część swoich włosów na oparciu kanapy. Chief Połomski wybiegł z mesy z peruką w dłoni, a czerwień jego łysiny, porównywalna z czerwienią armatorskiego znaku na kominie była wyróżnikiem jego ogromnej wściekłości. Jasiu Praktykant nadal oglądał „Seksmisję”. Doktorek wstał z fotela i powoli zaczął zmierzać w kierunku Felka Marynarza. Misiu posmutniał, bo już wiedział, że nie będzie mu dane postawić konia na f3. - Co się dzieje? - Doktorek syknął, bo fajkę miał znowu między zębami. -Ja... Ja... Mam... Chyba... - Cała szczęka Felka Marynarza tak mocno kłapała, że nie mógł wydusić z siebie słowa. - Follow me. - Doktorek krokiem flegmatyka ruszył ku wyjściu. Felek Marynarz powlókł się za nim skulony, przypominając bardziej kundla, dopiero co wyciągniętego zza burty, z zimnej kipieli, niż marynarza. Misiu został sam w mesie. Jasiu Praktykant się nie liczył. Był tak, jakby go nie było. „Cóż... Pozostała koją. Trochę poczytam i mała drzemka...” Już prawie zaczął się podnosić z fotela, kiedy znowu wróciła nadzieja. W drzwiach pokazał się Edzio Elektryk i od razu zauważył, że Misiu sam z sobą próbuje grać w szachy. - Partyjkę? - Edzio Elektryk też miał łeb nie od parady. -Jasne... - Piony wróciły na pozycje wyjściową. - Już myślałem, że dzisiaj nie pogram. Zacząłem z Doktorkiem, ale coś mu wypadło. 24 Szachy Przez chwilę obaj milczeli. Gotowali się do burzy mózgów. - Dopiero wylazłeś? Miałeś jakąś awarię? - Misiu zapytał, bo zauważył roboczy uniform Edzia Elektryka. - Co? A... Nie... Tak sobie dłubałem. Swoje sprawy. - No...? Coś ciekawego budujesz? - Chwila ciszy bo Edziu Elektryk przyjął otwarty debiut Misia. Zaczął kombinować. - He, he... Badania naukowe przeprowadzam. - O...! To ciekawe. Rozumiem, że w swojej branży? - A nie. Wiesz... Te cholerne karaluchy mnie ciekawią. A konkretnie ich wędrówki. Dzisiaj wpadłem na genialny pomysł, jak to zaobserwować. Znowu chwila ciszy, bo tym razem Misiu skoncentrował się na czarnym gońcu przeciwnika. - No i co? - Udał trochę większe zainteresowanie. Szachów i tak nic nie przebije. Zresztą po ponad stu dniach rejsu słowa Edzia Elektryka były zupełnie normalne. Każdy próbował sobie czymś zabić nudę i tęsknotę. A takich badaczy karaluchów na każdym statku się spotyka. Misiu też się tym kiedyś zajmował. Zbierał karaluchy do słoika i wlewał lub wsypywał przeróżne świństwa, żeby zbadać, jak na co zareagują. - Przywiązałeś nitkę do karalucha? - Nie, co ty. To wszystko już było. Mam coś lepszego. - Kur...na. Zżera mnie ciekawość. - Pomalowałem kilka, wiesz? Pomalowałem kilka białą farbą. I teraz będę obserwował, gdzie się pojawią. - Aha...! - Misiu poczuł się z lekka rozbawiony. - To musiała być ciężka i precyzyjna robótka. Nie dziwię się, że w drelich wskoczyłeś. Znowu obaj zatopili się w grze, już na dłużej. Temat „karaluchy” w zasadzie został wyczerpany. Misiu był bardzo zadowolony z układu figur na szachownicy i pomału zaczął się przymierzać do krótkiej roszady. Czekał jeszcze na ruch Edzia Elektryka. I wtedy w mesie pojawił się Doktorek. Wchodząc ugniatał tytoń w fajce. Po chwili stał już nad stolikiem. - Zająłeś moje miejsce? - rzucił, ale nie wiadomo w czyją stronę, bo wpatrywał się intensywnie w układ figur. -1 co...? - Misiu podniósł głowę. - Coś poważnego? - E tam. Przestraszył się i w jakąś histerię wpadł. Zdawało mu się, że ma delirium. Musia-łem go uspokoić co nieco. - A co? Białe myszki już widział? - Nie. Właśnie nie. - Doktorek wyprostował się, żeby dobrze zaciągnąć z fajki. Po chwili mesę wypełnił przyjemny aromat Prince Alberta. - Chociaż śmieszna sprawa. On się na wszystkie świętości zaklina, że widział białego karalucha. Alina Michalik 25 Alina Michalik BEZ PTAKA ANI RUSZ W życiu, jak w klasycznej burlesce, rozbieram się i przebieram, kręcę na scenie, znienacka wskakuję na barowy blat, stukam kilka eleganckich akordów na fortepianie, a potem znikam za pluszową kurtyną. A tam ... podarte rajstopy i odklejone rzęsy. Czasem na toaletce znajduję mały liścik. Anonimowe zaproszenie na wernisaż. Taki, gdzie obrazy są mistrzem. Taka jest ta moja burleska. Grywało się wszędzie, czasem w obskurnych tancbudach albo przekopconych papierosami i fryturą klubach. Ale trafiały się też i wielkie teatry. Raz mnie nawet zapraszano na Montmartre! Role bywają różne. Jedna z nich, póki co, to wciąż jeszcze rola mojego życia i nie ma co ukrywać - ulubiona. Czasem przed takim spektaklem aż mi ciarki po zaszewkach wędrują! Ale nie muszę ćwiczyć choreografii, nie maluję sobie pieprzyka, nie wypycham staniczków chusteczkami. Obrzydliwe jest tylko imię na afiszach: „Edukator ekologiczny”. Bardzo niesceniczne! Umówiłyśmy się z dziewczynami przed premierą, by ustalić kiedy wchodzimy, obejrzeć rekwizyty i takie tam... Publiczność trzeba szanować. Nie powiem, żebym od razu entuzjastycznie przepuściła przez swój gorset pomysł zaobrączkowania kliku ptaków w trzecim akcie. Obrączkowanie kojarzy mi się przede wszystkim z rumieńcami na twarzy nieurodziwej, ale dobrej Manieczki. Tymczasem zostałam najechana przez szwadron tupiących myśli, które w rezultacie okazały się niezwykle ... lotne. Przed oczami stanął mi obraz tysięcy obrączkowanych i liczonych na całym świecie ptaków. Zobaczyłam płynące w strumieniu cyfry i statystyki, filtrowane potem przez instytuty, organizacje i nielicznych donkiszotów. Zgodnie z założeniami nadawcy albo odbiorcy, ostateczny raport wpływa do teczek prezesów, prezydentów i prefektów. Oni zdecydują, czy orzeł czy reszka. Zdarzają się małe przecieki na linii, kiedy nieoszlifowany surowiec liczbowy wraz z intencją odławiany jest w mediach. Wiadomo jednak, że preparat informacyjny w granulacie jest o wiele bardziej popularny. Dobre dusze liczą ptaki, podskakując na śniegu, dzielą się herbatą z termosu. Obrączka znowu pozwoliła uśmiechnąć się z powodu przybywającej z podróży jemiołuszki. Dobre, małe ludzkie dusze nie zrobią jednak niczego, na co nie pozwoliłyby im ich zmarznięte palce. Jako skromna gwiazda życiowej burleski mam prawo zadać śmiałe, choć niezbyt korzystne dla mojego wizerunku scenicznego pytanie: „A cóż to takiego zmienia?”. Całe 26 Bez ptaka ani rusz szczęście, że zacisze mojej garderoby chroni mnie przed intelektualnym nokautem ze strony dobrych dusz. Usłyszałabym, że statystyki nie kłamią, praca nie idzie na marne, świat otwiera oczy, mniej znaczy więcej, sto gatunków uratowanych, władza rozumie argumenty, ostrzy normy, biznes wdraża procesy, są tacy co żyją bez rąk, nie od razu Rzym zbudowano. Tak sobie patrzę, jak dryfujemy z tymi naszymi ludzkimi cyferkami i faktami po obu stronach cienkiej granicy i za chwilę dom, który był stołówką zamieni się w chlew, zupełnie jak ten w rodzinnej wsi Robin Hooda. Czas, abym w tym miejscu nawiązała do mojej mistrzyni i idolki, w pewnych kręgach znanej pod pseudonimem „Lady Natoora”. To charyzmatyczna, choć niezwykle krucha postać. Są takie sytuacje, kiedy wpadam na jej wydatny dekolt i przez chwilę czuję, że cała jest jak laboratoryjna menzurka, która nie znosi braku subtelności wśród składników. Ona się generalnie dobrze trzyma, jak na swoje lata. Ale nie jest żadną tajemnicą, że ma słabość do ptaków. Ptaków w ogóle. Jest wielką estetką. Ostatnio ogłosiła, że jeśli ptaka nie będzie, to ona na scenę nie wyjdzie i już! Nasz impresario mało nie oszalał ze wściekłości, chociaż i tak jej nie wierzy i regularnie faszeruje ją jakimiś suplementami. Nie znoszę go od dawna, ciągle mam wrażenie, że pod nami drąży. Jest perwersyjnie chciwy, ale o dziwo - też ma słabość do ptaków. A tymczasem niewzruszeni wzrokiem sówki pójdźki zdobywają kolejne przyczółki na ziemskim dekolcie, a my im na to pozwalamy, bo wciąż jeszcze wszystko mieści się w bezpiecznej, określonej w pdf normie. Kiedy norma się wykolei, dopisany zostaje nowy przepis i przesuwamy się jeszcze kawałek w stronę miedzy. - Co, nie ma już wróbelków??? Słyszałam, że nam to wynagrodzą, finansując terenową grę planszową pt. „Zasiedl wróbelka”. Ale my tam za kurtyną wiemy, że naszej Divy nie interesują kompromisy, które jej wyjdą bokiem. Dla niej milimetry to sprawa ważna! I nie chodzi o spełnianie założeń arytmetycznych, lecz o proporcje. Tak sobie myślę, że my się za te ptaszki zabieramy, jak mawia nasz ochroniarz Zenon, „od dupy strony”. Jedyne rozwiązanie, które przychodzi do mojej burleskowej głowy, to wspólny mianownik zbierający utopię, nierealną fantazję, Syzyfowy kamień, wróżbę z fu-sów i dym z kadzideł. Słowem, jeśli nie wprowadzimy natychmiast mody na pogłębioną świadomość tego, iż Lady Natoora jest naszą wspólną matką i idolką, to „cały ten burdel w końcu trafi szlag!” - jak ogłosił ostatnio pan Zenon. Wiara w dokonanie takiego przełomu w historii cywilizacji, to wątpliwa opcja szansy i perspektywy. Jedyne czego możemy się trzymać, to kursu wytyczanego przez liczby i potrzeby. Alina Michalik 27 Daleko nam do ptaków. Coraz dalej. Sami kiedyś uczyniliśmy z nich bogów powietrza i wolności. I nigdy nie udało nam się skonstruować takich skrzydeł, które pozwoliłyby nagiej małpie samodzielnie latać. Nie umiemy się poruszać w kluczach i kluczy do siebie wzajemnie nie mamy. Dzisiaj patrzę przez okno i widzę taką ciężką ludzkość, pełną zbiorów i podzbiorów, ich umysły zarzucają kotwice, a pazury trzymają się każdej grudki niepewnej ziemi. Niektórzy prędzej złotego samorodka pod stopami wywęszą, niż ślad sroczej stopki zauważą. Młodzież na przystanku często smutna, albo znudzona. Albo jedno i drugie. I hałas lubią, taki który uderza ciałem o ziemię, a im się wydaje że podskakują! Mam swój sposób, by nie przyrosnąć do podłoża i nie stać się toksycznym kominem. Raz na jakiś czas tańczę taniec, w którym latam. Wystarczy solidnie zaciągnąć się wiatrem i oderwać się od podłoża! Dryfuje się lekko po krainie, gdzie z góry obraz jest mapą. Żadnych uzależnień i upadków. Kiedyś od jednego ptaka, nauczyłam się śpiewać i cichnąć. Poważnie. Śpiewał taki droź-dzik, śpiewał przepięknie, prawie chrypkę słyszałam. Nagle ucichł, zmalał, znieruchomiał. Gotowy na wszystko, obstukiwany przez swoje maleńkie serce - przeczekał przedpołudniową wizytę myszołowa. Szybko zapomniał, jak się bał. Wydawało mi się, że widzę jak na nowo stroi gardło, kręcąc główką. Bezbłędnie wrócił do tonacji. Esej Andrzej C. Leszczyński OKRUCHY NIE ZNAM, ALE... Tomas Venclova w rozmowie poświęconej Borysowi Pasternakowi wspomina, że po przyznaniu pisarzowi literackiej nagrody Nobla (1958) w radzieckiej prasie ukazały się dziesiątki listów piętnujących renegata. Doktora Żiwago określano mianem „apologii zdrady”. W nieomal wszystkich listach powtarzał się zwrot: „Nie czytałem powieści i nie mam zamiaru czytać niczego równie ohydnego, ale...”. Cóż za nieśmiertelna fraza! Poseł Anna Sobecka wyraziła stanowczy sprzeciw wobec spektaklu Lecha Raczaka pt. Spisek smoleński, przyznając, że nie widziała go w teatrze. Całkiem niedawno słyszałem identyczne słowa wypowiadane przez osoby protestujące przeciwko czytaniu w czerwcu w teatrach i innych placówkach tekstu sztuki Rodrigo Garcii pt. Golgota Pienie. Abp Stanisław Gą-decki, wzywając w liście otwartym do czynnego przeciwstawienia się planowanej prezentacji spektaklu na festiwalu Malta, też powoływał się na „opinie wielu osób” mówiące o „wyjątkowo ordynarnym przedsięwzięciu” (czy osoby te widziały przedstawienie, nie wiadomo). Dwa lub trzy lata wcześniej protestowali przeciw wystawianiu tej sztuki Francuzi. Mówili jednak co innego: protestujemy przeciw temu, co zobaczyliśmy na scenie. Kiedy Krzysztof Mieszkowski, dyrektor wrocławskiego Teatru Polskiego, wyszedł do modlących się przed nim osób proponując im poznanie tekstu, przeciw któremu protestują, odmówili. Inna sprawa, czy warto w ogóle czytać sztuki sceniczne, bawić się w tzw. teatr przy stoliku. Mam zasadnicze wątpliwości. Zasadnicze, bo dotyczące istoty teatru, który jest czymś innym niż mównica, podest czy krzesło dla lektora. Czytanie jest dalekie od sensotwórczej konkretyzacji tekstu, to czynność neutralna o charakterze sprawozdawczym. Tekst nabiera sensu i życia dopiero podczas interpretacji, czyli rozumienia go w pewien - najlepiej: swój własny - sposób. Interpretację sceniczną, której podmiotem jest zazwyczaj reżyser, tworzą pospołu takie elementy, jak gra aktorska, kostium, scenografia, choreografia czy oprawa muzyczna. Aleksandra Konieczna - aktorka i reżyser teatralny - pisze, że teatr to coś innego niż dramat i słowo. Teatr [... ] zaczyna się chaosem, przestrzenią, muzyką, wszystkim i dopiero na końcu tego wszystkiego powstaje słowo, które niekoniecznie mówi to, co autor chciał powiedzieć. Georg Bernard Shaw zauważył, że można znaleźć pięćdziesiąt sposobów wypowiedzenia słowa „tak” i tyle samo sposobów wypowiedzenia słowa „nie” - lecz jeden jest tylko sposób ich napisania. Forma podawcza, wypracowana podczas pracy nad rolą, może nadać tekstowi sens daleki od tego, jakiego można by się spodziewać po pierwszej, pobieżnej lekturze. Jan Miodek pisał, że zakochana matka może nazywać swe dziecko łotrem w taki sposób, że będzie w tym łotrze sama czułość. Wiem oczywiście, że czytanie Pikniku na Golgocie było manifestacją, wyrazem sprzeciwu przeciw cenzurze. Podobnie jak czystą manifestacją są ostentacyjne parady równości, pochody i demonstracje uliczne organizowane przez partie polityczne, a nawet procesje religijne i nagłaśnianie na zewnątrz tego, co dzieje się w świątyni (co już chyba ociera się o grzeszną Andrzej C. Leszczyński 29 teatralizację wiary, która przecież, jak uczy Chrystus, winna być wyznawana w „izdebce, za zamkniętymi drzwiami”). Zdaniem Krystiana Lupy żarliwość religijna przedstawienia Garcii przewyższa wszystkie dzieła oficjalnie religijne, będące najczęściej pseudoreligijnym kiczem. Czytając w „Wyborczej” tekst Golgoty... (tłumaczenie Agnieszki Kwiatek) doznawałem na przemian nudy i irytacji związanej z ukazywaniem Jezusa jako prekursora wszystkiego, co lewackie. A także bolesnej zgody, gdy Jezus ujawnia swą bezsilność wobec wyjałowienia duchowego świata, wobec zła, jakim człowiek ten świat zapaskudził. Garcia - mieszkający w Hiszpanii Argentyńczyk - określa się mianem nihilisty; jednak nihilizm nie oznacza amoralności, przeciwnie, wyraża moralną pasję, ból wywołany upadkiem podstawowych wartości. Leszek Kołakowski, w wydanym dopiero co, a pisanym - i nie ukończonym -przed trzydziestu laty szkicu Jezus ośmieszony. Esej ewangeliczny i sceptyczny, pokazuje coś bardzo podobnego: Jezus ewangeliczny jest dziś zapomniany, martwy, wydaje się po prostu śmieszny; tak zresztą brzmi francuski tytuł eseju: Jesus ridicule. Najważniejsze jednak pozostaje to, że tekst Golgoty... nie został napisany do czytania. Jego słowa są możliwością, która może się aktualizować na scenie w przeróżny sposób. Na podstawie niejednego gniotą literackiego powstawały znaczące dzieła teatralne czy filmowe, a zdarzało się też, że znakomita literatura bywała doszczętnie partaczona na scenie lub na ekranie. Jako spektakl, Golgota... mogłaby stać się dla tego samego odbiorcy raz przedmiotem gniewu, innym razem najgłębszej czci. Trzeba by ją tylko oglądać, a wcześniej - wystawiać. ONOMASTYKA Na pięknej, porozrzucanej pośród pagórków i dolinek wileńskiej Rossie podniszczone, tonące w trawie, nagrobki. I tak mają szczęście, jakiego nie miały XVIII-wieczne gdańskie groby na kilkudziesięciu tutejszych cmentarzach: po nich nawet ślad nie pozostał. Splan-towano je po wojnie by zatrzeć ślady wielokulturowej przeszłości miasta. Zapisuję żeńskie imiona wyryte na postumentach: Właścimila, Scholastyka, Pawlina, Konkordyna, Ninfa, Salomea, Ksawera, Pudencjana, Anzelma, Wincentyna, Paraskiewia, Grażvyga, Alfonsyna, Miriemia, Modesta, Żelisława, Idalia (z Paplińskich ks. Massalska). Moja babcia Rufina (z Obuchowiczów Leszkiewicz, pochowana w Gliwicach) dobrze czułaby się w tym towarzystwie. NAJWYBITNIEJSZY Teksty Cezarego Wodzińskiego drukowane w „Przeglądzie Politycznym” redakcja opatruje notką o autorze, w której informuje, że książki, jakie napisał, „zjednały mu opinię najwybitniejszego polskiego filozofa”. Nie napisano: „współczesnego”, co może znaczyć, że góruje („wybija się”) nad wszystkimi, którzy pojawili się w dziejach polskiej filozofii. Zaś słowo „zjednały” wskazuje, że nie ma co do tego istotnej różnicy zdań. Ciekawe, czy - poza „zjednaną opinią” - możliwe są jakieś ogólne choćby kryteria pozwalające na tak zaszczytną kwalifikację. W dziedzinach sportowych bądź produkcyjnych uchwytne są wyniki i rekordy, w dawnych uniwersytetach organizowano filozoficzne agony pozwalające wyłonić lokalnego zwycięzcę w dziedzinie myślowo-erystycznej. Jak jednak mierzyć 30 Okruchy dzisiaj filozoficzną rangę? Ilością publikacji? Stawianiem nowych pytań? Rozstrzyganiem dotychczasowych? Spójnością budowanego systemu? Ilością uczniów i wyznawców? Czymś jeszcze innym? Cezary Wodziński najwidoczniej akceptuje powyższą nominację, skoro nie protestował przeciwko niej, gdy już wcześniej pojawiała się w „Przeglądzie...”. Przyszło mi do głowy, że jako znawca myśli Martina Heideggera winien lękać się zgodnej („zjednanej”) opinii. Zgodność opinii to cecha tzw. opinii publicznej, ta zaś, jak wskazywał Heidegger, stanowi dyktaturę Się - tego, co bezosobowe. I pomyśleć, że kiedy jakiś czas temu w Nadbałtyckim Centrum Kultury prowadziłem z Cezarym Wodzińskim publiczną rozmowę w związku z wydaniem jednej z jego książek {Między anegdotą a doświadczeniem), ani przez moment nie odniosłem wrażenia zaszczytu, jaki mnie właśnie spotyka. W niedawnym numerze „PP” z Cezarym Wodzińskim rozmawia Wojciech P. Duda. Nie wszystkie wypowiedzi Wodzińskiego są jasne, np. przytacza zdanie Martina Heideggera o nihilizmie (jest to „opuszczenie Bycia przez byt”), by za chwilę potwierdzić zasadność tego zdania mówiąc coś zgoła odwrotnego: tak, nihilizm to „opuszczenie bytu przez bycie”. Robią na mnie wrażenie analizy i dekonstrukcje językowe, pozbawione skrupułów wnikanie w ducha greczyzny i niemczyzny. Widać tu wpływ samego Heideggera, dla którego właśnie język niemiecki jest unikalnym depozytariuszem ducha greczyzny, co pokazuje łącząc potoczną niemczyznę z neologizmami. Niedaleko stąd również do Henri Bergsona, postulującego uwolnienie się [... ] od pojęć sztywnych i gotowych, by wytworzyć pojęcia [... J giętkie, ruchome, prawie płynne, skłonne towarzyszyć formom ulotnym {Wprowadzenie do metafizyki). Bliskie wydają mi się takie paralele między filozofią i filologią, wskazujące na podstawowe pokrewieństwo między „mądrością” i „słowem”. Niektórych fragmentów nie potrafiłem ogarnąć myślowo, co tym bardziej ostrzyło ciekawość. Wiele sformułowań podkreśliłem bynajmniej nie dla ich „błyskotliwości”. Kilka wynotowałem wiedząc, że będę do nich wracał. O języku: Język jest mądrzejszy i hardziej przebiegły niż się zdaje tym, którzy z pogardą odrzucają »gierki językowe«. Język jest... grą. I nie oznacza to wcale beztroskiej zabawy, choć nie są językowi obce ironiczne i komiczne podstępy. Język jest grą o poważną stawkę. Być może o bycie właśnie. Grą, której reguły nie są z góry i do końca znane. O myśleniu: [... J za błędy w myśleniu odpowiedzialność ponosi samo myślenie. O błędzie. »Błąd«, »zbłądzenie«, »pobłądzenie«, również »zludzenie«, »iluzja«... Wszystkie te terminy - podobnie jak pokrewna znaczeniowo rodzina słów: »pomyłka«, »omyłka« itd. - potrafią wprowadzić w błąd. Nie tylko z uwagi na metaforyczność. Przede wszystkim z powodu silnej sugestii, że istnieje jakaś droga, jakiś kierunek, które błędne nie są. Z których można zboczyć, zejść na manowce. Stracić orientację (czyli, ściśle: stracić rachubę, gdzie jest »orient«!, a skoro nie wiadomo, gdzie wschód, to nie wiadomo również, gdzie inne strony świata). W zaproszeniu na sopocką uroczystość wręczenia księgi honorowej prof. Karolowi To-eplitzowi napisano, że jest on „najwybitniejszym polskim znawcą” Sorena Kierkegaarda (muszę przemyśleć, dlaczego w takim razie wolę czytać innych polskich tłumaczy i komentatorów Duńczyka... ). Rzeczywistość stałaby się o wiele czytelniejsza, gdyby poinformowano nas, kto jest dziś w Polsce najwybitniejszym pisarzem, muzykiem, poetą czy politykiem; a także kucharzem, opowiadaczem dowcipów, ogrodnikiem itp. Andrzej C. Leszczyński 31 WYSPAĆ SIĘ - CZY ŚNIĆ Przesypiamy jedną trzecią, a co najmniej jedną czwartą życia. Spać musimy dlatego, gdyż kiedyś, w jakimś etapie rozwoju filogenetycznego, byliśmy zwierzętami zmienno-cieplnymi, takimi jak jaszczurki bądź salamandry. A te właśnie zwierzątka wraz z nastaniem mroku wygaszają funkcje życiowe, czego ślad i w nas pozostał. Przesypiać jedną trzecią życia, gdy żyje się raz i to niezbyt długo - wydało się to czymś bardzo nierozsądnym królowi Mykerinosowi, o którym wspomina Herodot, że nie spał sześć lat, wypełniając czas intensywnymi rozrywkami. Zmarł na gastritis, z przejedzenia. Czy jest to opowieść prawdziwa, trudno dzisiaj stwierdzić. Wiadomo natomiast, że brak snu prowadzi do zaburzeń psychicznych i somatycznych, a w dłuższym okresie - do śmierci. Sen jest koniecznością taką samą jak oddychanie. Chyba... Chyba że w tym śnie pojawiłoby się coś, co związałoby ze sobą śpiącego, uzależniło go od siebie. Co sprawiłoby, że sen nie będzie już tylko odpoczynkiem organizmu, uwolnieniem sie od życia świadomego, odlotem, nicością - lecz przeciwnie, będzie pełen treści i obrazów. Będzie nie tylko spaniem, ale i śnieniem. Śnieniem rzeczy pięknych, takich, których na jawie nie można zobaczyć. Dla Witkacego takim śnieniem był teatr czystej formy. Wychodzić ze spektaklu - mówił - to jak budzić się z dziwnego snu. W takim wypadku - gdy sen jest śnieniem - miłość do snu nie może zakończyć się ot tak, w sposób banalnie fizjologiczny, wraz z wyspaniem się. Sen jest potrzebą, a potrzeby można zaspokoić. Śnienie natomiast ma w sobie coś z pragnienia metafizycznego. Takie pragnienie wciąż narasta, szuka, nie łudzi się, że znajdzie. Tego, co upragnione - pisze Emanuel Levinas - w ogóle nie można uprzednio pomyśleć. Zmierzamy do niego po omacku, jak do czegoś absolutnie innego, nieprzewidywalnego. Tak jak do śmierci. Spanie będące śnieniem jest ratunkiem. Jest ucieczką od realności - matowej, płaskiej, nacechowanej oczywistością. Przychodzi mi do głowy film Wielkie piękno Paolo Sorren-tiniego, smutna galeria postaci martwych, sztucznych, odgrywających swe jałowe życie. Myślę też o filmie Darrena Aronofsky' ego Reąuiem dla snu. Oryginalny tytuł tego filmu - Reąuiem for a Dream - wyraźniej pokazuje kierunek tej ucieczki. Dream to pojęcie bardzo szerokie: obejmuje sen, marzenie, urojenie. Dream to stan narkotyczny. Nie darmo bogiem snu jest Morfeusz, bóg marzenia sennego. Ojcem Morfeusza jest Hypnos, syn Nocy, zaś stryjem - bratem Hypnosa - Tanatos, bóg śmierci. Tak, to może się spodobać. Może wciągnąć, uwieść. Żyć we śnie, nie na jawie. W wyobraźni. A jeśli w wyobraźni - to znaczy: żyć w sobie. W zamkniętym, bywa że opancerzonym własnym wnętrzu. Anna Swirszczyńska pisze o takim opancerzeniu w wierszu Ogniotrwały uśmiech: [... ] Oprę się o siebie.// Jak średniowieczne miasto/ jestem zamknięta,/ zwodzony most się podniósł./Możecie to miasto zabić,/ lecz nikt nie wejdzie. Muszę przyznać, że kiedy czytam te wersy, odczuwam niepokój. Nikt nie wejdzie.... Wcześniej padają słowa: Nikogo już nie poproszę,/ żeby cni położył rękę na głowie. Żyje w sobie, w swojej wyobraźni ktoś, kogo smakowicie określa łacina: homo incurvatus in se (człowiek wkrzywiony w siebie). Ktoś taki, jak Edward Sta- 32 Okruchy chura, o którym mówiono, że ma więcej świata w głowie, niż go jest na zewnątrz. Jeszcze raz chcę się odwołać do filmu, do Krótkiego filmu o miłości Krzysztofa Kieślowskiego. Tomek, grany przez Olafa Lubaszenkę, podgląda przez lornetkę Magdę, sąsiadkę z naprzeciwka (w tej roli Grażyna Szapołowska). Bezkarnie żywi się iluzją. Jest tak do czasu, gdy kobieta dekonspiruje podglądacza, przyprowadza go do swojego mieszkania, każę usiąść obok, położyć rękę na jej ciele. A potem mówi mu: Widzisz? To jest właśnie tak. Zderzenie wyobraźni z rzeczywistością okazuje się dla chłopaka tak bolesne, że próbuje popełnić samobójstwo. Pokusa zanurzenia się w sennych oparach wyobraźni niejednego człowieka dopadła i zapewne wielu jeszcze dopadnie. Paradoks polega na tym, że ucieczka z życia realnego jest, zdaniem zdumiewająco wielu autorów, niczym innym, jak ucieczką z jednego snu w drugi. Już Kartezjusz w słynnej I Medytacji stwierdził, że nie da się wyznaczyć granicy między jawą i snem. Wszystko, czego doznajemy w swym życiu, jest być może halucynacją, sennym omamem. Być może śnimy swe życie uważając je za realne, podczas gdy realne życie toczy się zupełnie gdzie indziej, gdzieś poza zasłoną, przez którą nie da się przejść świadomie. Owszem, przechodzimy przez nią, ale w samym momencie przejścia wymazujemy ze świadomości to wszystko, co było wcześniej. Sądzą tak buddyści i nie widzą w tym powodu do zmartwienie. Tak, wszystko jest snem, i dlatego wszystko jest możliwe - mówi lama Ole Nydahl. Trudno to wszystko pojąć, może dlatego, że zawsze jesteśmy tylko po jednej stronie rzeczywistości przeżywanej. Nie dowiemy się też, czy to, co właśnie przeżywamy, jest snem czy jawą. Pedro Calderon de la Barca sądzi, że wszystko i zawsze jest snem. Segismundo, bohater jego znanego dramatu, mówi: Przecież życie jest snem, tylko snem i ten, kto żyje śpi i śni siebie, pokąd nie prześni siebie. Coś podobnego usłyszymy u Szekspira: Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny. Czy rzeczywiście nie da się odróżnić snu i jawy? Podobne komplikacje obce są całkowicie dzieciom, które bez cienia wątpliwości odróżniają fikcję i realność, grę i rzeczywistość, jawę i sen. Dorośli, gdy nie są pewni, czy coś dzieje się naprawdę, szczypią się w policzek. Ból jest świadectwem realności: przecież w najgorszym nawet śnie nie odczuwa się cierpienia fizycznego. SMUTEK WIELKIEJ NOCY Odczułem to nie po raz pierwszy podczas niedzielnej mszy Wielkanocnej. Radosne słowa mówiące o zmartwychwstaniu (często są to piękne staropolskie złożenia - Król niebieski k' nam zawitał; Chrystus zmartwychstan jest, nam na przykład dan jestj śpiewane są w sposób zawodząco żałobny, jękliwy, z towarzyszeniem organów, które z niepojętą lubością zamieniają rześkie (w staropolszczyźnie: rzeźwe, czyli orzeźwiające) układy durowe na molowe biadolenia. Mają być dzwony, które biją długo i radośnie, że aż w piersiach serce rośnie, a słychać dzwony pogrzebowe. Wesoły nam dzień dziś nastał, a jakoś nie słychać tego weselenia się. Oto na ekranie przy ołtarzu pojawiają się słowa: Wszyscy w Chrystusa wierzący weselcie się, radujcie - a zawodzenia wyjawiają sam smutek. Może jednak nie zmartwychwstał ? Andrzej C. Leszczyński 33 Charles Baudelaire zauważył, że Biblia pozbawiona jest radości i wyrażającego ją śmiechu. Słowo „śmiech” w Nowym Testamencie pada jedenaście razy, w Starym zaledwie raz. Słowo „płakać” odpowiednio dziewięćdziesiąt osiem i dwadzieścia dziewięć. Syrach (Sy-racydes) pisze, że śmieje się głupiec, natomiast mędrzec ledwie się „uśmiechnie w milczeniu”. Podobnie Kohelet: Serce mędrców jest w domu żałoby, a serce głupca w domu wesela. Umberto Eco w Imieniu róży zawiązuje intrygę wokół poszukiwania w klasztornej bibliotece zaginionej, poświęconej komedii i śmiechowi, części Poetyki Arystotelesa (zachowały się tylko rozważania dotyczące poezji, tragedii i eposu). Biblioteka spłonie, wcześniej opiekujący się nią niewidomy mnich Jorge przestrzega przed śmiechem, który wstrząsa ciałem, zniekształca rysy twarzy, czyni człowieka podobnym do małpy. Fryderyk Nietzsche bohaterem znanego, stylizowanego na opowieść biblijną traktatu czyni śmiejącego się proroka, Zaratustrę, oburzonego ponurą posępnością Chrystusa. Niezdolność do śmiechu uznaje za pierworodny grzech człowieka („Wszystkie rzeczy dobre śmieją się”). Psychologowie wyliczyli, że dziecko śmieje się około trzysta razy w ciągu dnia, człowiek dorosły ledwie siedemnaście. Wspomnienia Dominika Kraska MIA OPOWIEŚĆ O DZIECIŃSTWIE MOJEJ BABCI CZĘŚĆ 2 Charlotte Brauns - przyjaciela Mii, fot. archiwum rodzinne Dominika Kraska 35 MIESZKAŃCY W naszym mieście mieszka całkiem sporo ludzi, choć papa mówi, że są na świecie miasta dużo większe i dużo bardziej zaludnione, np. Danzig, czy Berlin podobno są olbrzymie. Ciekawe, jak wygląda takie wielkie miasto. Myślę, ze bardzo łatwo się w takim mieście zgubić. Na szczęście w Stuhmie raczej się nie zgubię, a nawet jeśli, to bardzo szybko mnie odnajdą, bo u nas wszyscy się znają, jak nie osobiście, to z widzenia. Gdybym się zgubiła, na pewno zaraz by się znalazł ktoś, kto by mnie rozpoznał i stwierdził: „Przecież to Mia Bartsch! Zaraz zaprowadzę ją do domu”. Co innego w Marienburg. Tam trzeba uważać, bo tam nikogo nie znamy. Choć Stuhm jest miastem niemieckim, nie tylko Niemcy tu mieszkają, ale też Polacy i Żydzi. Ludzie Ci wyznają różne religie, w mieście muszą być więc różne kościoły. Na środku Rynku znajduje się kościół ewangelicki. Uczęszczają do niego niemieccy mieszkańcy wyznania ewangelickiego, drugi kościół znajduje się na tyłach rynku tuż nad jeziorem. Jest to kościół katolicki pod wyznaniem św. Anny. Chodzimy właśnie co niedzielę do tego kościoła, tak jak wielu innych Niemców, a także Polaków, dla których prowadzona jest specjalnie msza w języku polskim. Kiedyś weszłam do kościoła, właśnie wtedy kiedy odbywała się msza w języku polskim. Strasznie trudny jest ten język. Ludzie wydają z gardła jakieś dziwne szeleszczące dźwięki. Mam nadzieję, że nie będę się musiała nigdy uczyć polskiego. Całkiem niedawno, jeszcze pół roku temu była też w mieście Synagoga, do której chodzili modlić się Żydzi, ale pewnej nocy spłonęła. Dorośli mówią, że to był wypadek. Lecz gdy o tym sobie opowiadają, spuszczają wzrok, jakby się czegoś wstydzili i kręcą z niedowierzaniem głowami. Polaków nie znam zbyt wielu. Kojarzę tylko państwa Donimirskich, u których pracowała mama. Oni są bardzo mili. Pan Donimirski pozwala papie wypasać zwierzęta na swoich łąkach. Panią Donimirską z córkami obserwuję czasami, jak przyjeżdża z pałacu bryczką, a czasem i automobilem na zakupy do drogerii pana Samatina. Zawsze są bardzo eleganckie. Nawet jak usłyszą za swoimi plecami, jak jakieś szurki krzyczą za nimi: „Polacken nach Warschau!” nic sobie z tego nie robią. Mają wysoko uniesione głowy i patrzą ludziom prosto w oczy. Są prawdziwą arystokracją. KAMIENICZKI PEŁNE POKUS, CZYLI ODWIEDZINY W SKLEPACH dEALBRECHTG BUCH 4PAPIERHANDLUNG 2 STUHM-WPR- ę Wizytówka jedengo ze sklepów w Sztumie, fot. archiwum 36 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci Nasz Rynek pełen jest uliczek, zakamarków, zaułków. Kryją one w sobie mnóstwo tajemnic i skarbów, które tylko czekają żeby je odkryć. Tajemnice te to zachwycająca, przyprawiająca o zawrót głowy mozaika sklepów, sklepików, kawiarni i restauracji. W niemal każdej kamienicy mieści się na parterze jakiś sklep, a bajecznie kolorowe wystawy zachęcają przechodniów do zgubienia się w ich tajemniczych wnętrzach. Ja i Hilda bardzo łatwo ulegamy tej pokusie i zamiast po szkole biec do domu na obiad, z wypiekami na twarzach buszujemy wśród ulubionych sklepów i wystaw. Hilda najbardziej lubi sklep z zabawkami. Z wystawy zawsze patrzą na nas nieruchomymi, wielkimi, szklanymi oczami lalki. Ja zachwycam się wystawą u Rosenthala, którą ozdabiają eleganckie filiżanki i przepiękne porcelanowe figurki. Na szczęście są też sklepy, który obie uwielbiamy. To oczywiście sklepy ze słodyczami. Hilda mówi, że dla tych chwil warto chodzić codziennie do szkoły. Oczywiście żadna z nas niczego nie kupuje, nie mamy przecież pieniędzy, ale już samo oglądanie tych skarbów jest dla nas prawdziwą ucztą. Każda z kamieniczek ma swoją nazwę. Nazwa zależy od tego, co znajduje się w budynku. Często jest tak, że właściciele sklepów, kawiarni, czy restauracji są jednocześnie właścicielami kamienic. Najbardziej znane budynki znajdujące się przy Rynku to kamienice: Albrechta, Neumanna, Erasmusa, Samatina, Aptekarza. Opowiem teraz o moich ulubionych sklepach. SŁODKA POKUSA OD ERASMUSA Pan Erasmus prowadzi najlepszy sklep ze słodyczami i kawiarnię w mieście. Zawsze, nawet gdy jest zimno, zachęcają do wejścia do sklepu otwarte drzwi, przez które uciekają na zewnątrz kuszące przechodniów zapachy. Tworzą one przecudną mieszankę cynamonu, świeżo palonej kawy, wanilii, marcepanów i czekolady. Cały Rynek otulony jest słodyczą tego aromatu. Gdy człowiek przechodzi przez centrum, nie sposób nie wejść do sklepu pana Erasmusa. Dlatego tam jest zawsze mnóstwo klientów. My oczywiście również ulegamy słodkiej pokusie. Już samo przebywanie w sklepie ze słodyczami, to prawdziwa uczta dla zmysłów. Wnętrze cukierni zawsze oświetla słabe, ale ciepłe światło. Dookoła rozciągają się lady i półki pełne najróżniejszych słodkości. Jest tam wszystko: rozpływające się w ustach delikatne ptasie mleczko, korzenne ciasteczka, rumowe bajaderki, nugatowe, belgijskie czekoladki, luksusowe trufle, marcepany ze skórką pomarańczową, a nawet żelki Haribo we wszystkich kształtach i kolorach, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Ja najbardziej lubię żelki i marcepany. Czasami papa daje nam jakieś drobne monety w tajemnicy przed mamą i wtedy kupujemy sobie na przykład kilka żelków. Moje ulubione to lakritz, czyli czarna lukrecja i niby poziomki. Hilda woli złote misie. Pan Erasmus jest bardzo miły. Zna nas dobrze, więc czasem częstuje nas żelkami łub pralinkami.Jesteśmy wtedy w siódmym niebie. Tylko później mama dziwi się, dlaczego nie chcemy jeść obiadu. Cóż, słodka pokusa jest w nas silniejsza niż naj-pyszniejszy obiad na świecie. KSIĄŻKI SĄ MAGICZNE Jest taki sklep w miasteczku bez istnienia którego nie wyobrażam sobie życia. To „Sklep Papierniczy i Księgarnia Pana Albrechta”. Odwiedziny w tym sklepie są dla mnie niczym cudowna podróż w świat baśni i marzeń. Pan Albrecht mówi, że jestem jego najwierniejszą i najmilszą klientką. Informuje mnie zawsze, kiedy będzie dostawa nowych książek. Ten Dominika Kraska 37 dzień jest dla mnie wielkim świętem. Biegnę wtedy do księgarni tuż po szkole i z wypiekami na twarzy oglądam książki. Pan Albrecht zawsze pyta się, które książki najbardziej mnie zainteresowały. To nie jest tylko uprzejme pytanie z jego strony. Już dawno domyśliłam się, że księgarz jest w zmowie z papą, którego na bieżąco informuje, o których książkach marzę. Jestem mu za to wdzięczna. Wszystkie moje ulubione książki zostały kupione właśnie w księgarni pana Albrechta. Jestem szczęśliwa, kiedy na święta i urodziny dostaję książki. Nie znam nic lepszego, niż zatopić się w książce. Uwielbiam powieści Johanny Spyri i baśnie braci Grimm. Moje książki dzielę na letnie i zimowe. Latem lubię czytać powieści Johanny Spyri. Razem z Heidi biegam wtedy po zielonych szwajcarskich, górskich łąkach. Zima to najlepszy czas na baśnie. Moja ukochana baśń braci Grimm to „Frau Holle” (Pani Zamieć). Dzięki niej wiem, że gdy za oknem zaczyna prószyć pierwszy śnieg, to tak naprawdę Złota Maja trzepie w niebie pierzyny. To jest znak, że Gwiazdka już niedługo i czas zabrać się za świąteczne porządki. PODRÓŻE Rzadko wyjeżdżamy ze Stuhmu. Mimo że jestem bardzo ciekawa, jak wyglądają inne miasta i obce kraje, wiem, że w naszym miasteczku mamy przecież wszystko: kościoły, szkołę, pocztę, kino (możemy w nim oglądać koronki pokazujące aktualne wydarzenia na świecie i wspaniałe filmy), różne sklepy i piękną przyrodę: malownicze jeziora, parki, łąki i lasy. Tu jest nasz dom, tutaj czujemy się bezpiecznie. Lecz kiedy nadarzy się taka okazja do wyjazdu, jest to dla nas dzieci wielka frajda. W miasteczku jest dworzec, z którego można pojechać do większych miast niż nasze - do Marienwerder (Kwidzyna), do Marienburg, a stamtąd do El-bing, lub do słynnego Danzig. Najczęściej jeździmy do Marienburg. Zawozi nas tam pociąg lub Helmut, który dzielnie ciągnie bryczkę z pasażerami. Choć bardzo lubię jeździć pociągiem, najbardziej cieszę się ze wspólnych wyjazdów bryczką z papą i Hildą. Marienburg jest pięknym miastem. Nad miastem króluje wielki zamek z czerwonej cegły. Zamek był dawniej siedzibą Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego. Niedawno ze szkołą przyjechaliśmy go zwiedzić. W zamku jest mnóstwo pomieszczeń i dziedzińców. Zgodnie stwierdziliśmy, że to idealne miejsce do zabawy w chowanego. Ale dla mnie najfajniejszym miejscem w Marienburg jest Stare Miasto. Przy Rynku stoją piękne podcieniowe kamienice z arkadowymi przejściami. Tak jak w Stuhmie, w kamienicach są sklepy, tylko jest ich dużo więcej. Wejście na Stare Miasto otwiera Brama Mariacka, a zamyka królujący nad miastem Zamek. Można się tu poczuć jak w Baśniowym Królestwie. Latem na Starym Mieście odbywają się barwne parady rycerzy w strojach krzyżackich. Bardzo lubię oglądać to widowisko, więc często jeździmy obejrzeć paradę. Główna ulica Starego Miasta i Marienburga - Unter den Lauben jest najczęściej celem naszych wypraw. Jest to centrum handlowe Marienburga. Podczas gdy papa załatwia sprawy, my dzieci spędzamy czas na oglądaniu wystaw sklepowych. Wiemy, że jak wróci papa czeka nas najprzyjemniejsza chwila dnia - odwiedziny w cukierni Kastnera. Każdy ma swoje ulubione ciastko. Należą do nich pyszne drożdżówki z wiśniami, sernik wiedeński i chrupiące Lucka - Augen. Do tego pijemy z dużych szklanek cytrynową lemoniadę. Po południu, szczęśliwi z odwiedzin w wielkim mieście, wracamy na naszą Pestliner Strasse. 38 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci Dalej niż do Marienburg wyjechałam tylko raz i było to dla mnie cudowne przeżycie. Dwa lata temu papa zrobił całej rodzinie prezent i pojechaliśmy obejrzeć paradę w Elbing, która odbyła się z okazji 700-lecia miasta. Panowała uroczysta atmosfera. Mieszkańcy byli uśmiechnięci i elegancko ubrani, a wszystkie budynki były pięknie przystrojone. Nigdy wżyciu nie widziałam jeszcze tylu ludzi w jednym miejscu. Wszyscy ze wzruszeniem oglądali barwną paradę. Brali w niej udział rycerze na koniach z różnych epok, mieszkańcy przebrani w historyczne stroje, władze miasta i różne organizacje. Ale mi najbardziej podobały się koniki, które dzielnie ciągnęły platformy z makietami ślicznych kamieniczek i statków. Ta wycieczka była wspaniała. FROHLICHE WEIHNACHTEN! (WESOŁYCH ŚWIĄT!) Kiedy za oknem zaczynają tańczyć białe płatki śniegu, a mróz szczypie w uszy, wtedy wiadomo, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia. W naszym regionie nazywamy je Gwiazdką. To dlatego, że rozpoczynają się one wraz z zabłyśnięciem pierwszej gwiazdki na niebie w wigilijną noc. Bardzo lubię Gwiazdkę. Do świąt przygotowujemy się od pierwszej niedzieli Adwentu. Wtedy nasza mama, jak i większość mieszkańców miasteczka ustawia na okiennym parapecie świecznik adwentowy. Składa się on z pięciu świeczek, co tydzień zapalamy jedną z nich, aż będą świeciły się wszystkie. Wtedy wiemy, że nadeszły święta. Są jeszcze dwa bardzo łubiane przeze mnie symbole, zbliżających się świąt. To adwentowy wieniec, który mama wiesza na drzwiach naszego domku i czekoladowy kalendarz adwentowy, uwielbiany przez wszystkie dzieci. Składa się on z 24 okienek, które kryją słodką niespodziankę. Każdego dnia można otworzyć jedno okienko i tak aż do Wigilii. Zawsze dzielę się czekoladkami z rodzeństwem, choć najchętniej zjadłabym wszystkie sama. Przed świętami wychodzimy z Hildą wcześniej z domu, bo przed szkołą chodzimy jeszcze do kościoła na roraty. Choć często pada śnieg i jest bardzo zimno, lubimy chodzić do kościoła, gdy drogę do miasteczka rozświetlają nam kolorowe lampiony. Czas przed świętami, to wyjątkowy okres w naszej szkole. Lubię, gdy na lekcjach śpiewamy pieśni świąteczne i robimy gwiazdkowe ozdoby. W sklepie pana Albrechta można kupić ozdobne naklejki -gwiazdki i aniołki. Przyklejamy je w zeszytach i na szybach i drzwiach w naszych domach. Dzień przed Wigilią w szkole wszyscy składamy sobie świąteczne życzenia i częstujemy pierniczkami. Kiedy po południu wracamy do domu na Rynku lśnią już gwiazdki na pięknej choince, a z pobliskich sklepów i domów dochodzi aromat gwiazdkowych smakołyków i przypraw: piernika, goździków, pomarańczy, marcepanu i cynamonu. Cały Stuhm otula śnieżna kołderka, sprawiając, że nasze kochane miasteczko wygląda, jak sceneria „Opowieści Wigilijnej” Charlesa Dickensa. Następnego dnia zaczynamy w naszym domu przygotowania do Wigilii. Pomagamy mamie przygotowywać różne potrawy i piec ciasta. Hilda pomaga smażyć ryby i piec mięsa, a ja pilnuję, żeby moja ulubiona słodka kapusta dobrze się ugotowała. Z przyjemnością też doglądam, żeby dobrze upiekły się ciasta - sernik i jabłecznik z cynamonem. W pokoju moi bracia wraz z papą ubierają w tym czasie choinkę. Są w tym prawdziwymi mistrzami. Nasza Dominika Kraska 39 choinka jest przepiękna. Choć w Wigilię powinno się pościć, czyli powstrzymać się przed jedzeniem aż do kolacji, ja zawsze podjadam piernikowe ciasteczka, bez których nie wyobrażam sobie Gwiazdki. Już kilka tygodni przed Wigilią pieczemy z mamą ciasteczka. Bardzo lubię ten dzień. Nazywam go „ciasteczkowym dniem”. Jestem dumna z moich ciasteczek i zawsze wręczam je w prezencie przyjaciółkom, a także naszej pani w szkole i panu Albrechtowi z księgarni. Chcę mu w ten sposób podziękować, za tyle wspaniałych książek. Wiem, że niedługo przyjdzie Gwiazdor i znów przyniesie mi wymarzoną książkę, akurat tę, którą wypatrzyłam sobie w księgarni. Na Wigilii często goszczą u nas moi dziadkowie i reszta rodziny. Jest to bardzo radosny czas. Gdy już się najemy tych wszystkich pyszności, śpiewamy kolędy i tańczymy wokół choinki, a my dzieci oczywiście czekamy z niecierpliwością na prezenty od Gwiazdora. Jego przybycie zawsze zbiega się z tym, że papa musi wyjść nagle zobaczyć, co u zwierząt, a kiedy wraca z zaskoczeniem oznajmia nam, że ktoś zostawił jakiś ciężki worek pod drzwiami. Chłopcy wybiegają zobaczyć, gdzie się podział Gwiazdor i są bardzo zawiedzeni, że na śniegu nie ma nawet śladu sań. Może to są latające sanie? Nie potrafimy długo gniewać się na Gwiazdora, bo jak tu się gniewać, gdy dla wszystkich zostawił takie piękne prezenty. Wszyscy są bardzo zadowoleni. O północy z całą rodziną uczestniczymy w uroczystej Pasterce w kościele. Lubię ten moment, kiedy wszystkie światła w kościele są zgaszone, a wtedy nagle rozbłyskają światełka na choinkach i wszyscy zaczynają głośno śpiewać: „O Tannenbaum, o Tannenbaum” („O choinko, o choinko”) Czas po świętach Bożego Narodzenia to czas wypoczynku. Nie mamy wtedy zajęć w szkole, ani nie musimy pracować w polu. Jest przecież zima. Przyroda zapadła w sen zimowy. Korzystamy z tego i również wypoczywamy. Lubię ferie świąteczne. Czytam wtedy książki i pomagam mamie w pracach domowych. Czasami jeździmy z Hildą na sankach i na łyżwach. Na lodowisku - zamarzniętym jeziorku spotykamy wtedy koleżanki ze szkoły i razem ćwiczymy piruety na łyżwach. Tak nadchodzi Nowy Rok. Choć jestem tylko dzieckiem, tak samo jak dorośli zawsze zastanawiam się, co on przyniesie mojej rodzinie i naszemu miasteczku. CIASTECZKA BABCI MARYSI Składniki: 30 dkg margaryny Kasia 10 dkg cukru pudru cukier waniliowy 2 żółtka 1 jajko 34 dkg mąki krupczatki starta skórka z cytryny kakao przyprawa piernikowa/korzenna goździki, cynamon 40 MIA - Opowieść o dzieciństwie mojej babci Składniki posiekać nożem na stolnicy. Zagnieść ciasto (nie wyrabiać długo). Uformować kostkę, umieścić na godzinę w lodówce, ciasto rozwałkować, uformować ciasteczka. Piec w piekarniku, pilnować by nie wytopił się tłuszcz. Polukrować i posypać makiem lub kolorową posypką. Smacznego! WIELKANOC Gdy w naszym ogrodzie pierwsze kwiaty budzą się ze snu zimowego, wtedy wiemy, że nadchodzi wiosna, a wraz z nią słońce, cieplejsze dni i radosne, wiosenne święta - Wielkanoc. Po długiej, mroźnej i dokuczliwej zimie, wszystkich cieszą te piękne święta. Na stołach w domach pojawiają się wiosenne kwiaty, bazie i zielone gałązki. Lasy i pola zaczynają się zielenić, słońce odważniej wygląda zza chmur. Na świecie robi się weselej i bardziej kolorowo. Wielkanoc to radość z nadejścia wiosny, narodzin nowego życia i cudu zmartwychwstania Pana Jezusa. Nadejście Wielkanocy poprzedza Wielki Post. Polega to na tym, że każdy powinien w okresie Wielkiego Postu odmówić sobie czegoś, co lubi. Ja za każdym razem próbuję odmówić sobie słodyczy, ale nie bardzo mi to wychodzi. Na swoje usprawiedliwienie napi-szę, że papa też próbuje odmówić sobie palenia fajki i cygar również mało skutecznie. Post trwa czterdzieści dni. Po nim następuje radosne świętowanie. W Wielkanoc też dostaje się wspaniałe prezenty. W naszym domu każdy staje się posiadaczem ozdobnego jajka, wypełnionego najlepszymi słodyczami. Na kredensie w pokoju mama ustawia gniazdka z ozdobną, zieloną trawką, czekoladowymi kurczaczkami i zajączkami oraz kolorowymi, lukrowanymi jajeczkami. To są niektóre z naszych, wielkanocnych tradycji. Ja najbardziej lubię pierwszy dzień świąt. W ten dzień wstajemy z Hildą bardzo wcześnie rano i biegniemy do strumyka, który płynie sobie koło wsi Pestlin. Zawsze pamiętamy, że podczas wędrówki do strumyka nie można się obejrzeć za siebie. Gdy do niego przybywamy, przemywamy sobie twarze wodą. Legenda głosi, że ten rytuał zapewnia powodzenie i piękną cerę przez cały rok. Bardzo lubię tą tradycję. Magiczny strumyk z Pestlin jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Gdy wracamy do domu młodsze rodzeństwo, szuka już na dworzu „Zająca”. Natychmiast do nich dołączamy. Gdzie w tym roku zajączek ukrył dla nas koszyki ze słodyczami? W każde święta kryjówka jest inna i trudniejsza do wykrycia, ale radość z odnalezienia swojego koszyka - bezcenna! Potem jemy śniadanie i jedziemy z całą rodziną do kościoła. Po mszy odwiedza nas rodzina lub my ich odwiedzamy. Zaczyna się wspólne, radosne świętowanie ZIELONE ŚWIĄTKI (PFINGSTEN) Zielone Świątki to święto wiosny, zieleni i radości z cudu Zesłania Ducha Świętego. Bardzo lubię to święto. Na świecie jest wtedy zawsze piękna wiosna. Zielone Świątki obchodzone są pięćdziesiąt dni po Wielkanocy. Gdy jest ładna pogoda, w naszym miasteczku zawsze odbywa się msza święta na dworzu. Dużo przyjemniej jest modlić się wśród słońca i kwitnących drzew niż w zimnych murach kościoła. Na mszę zawsze przynosimy bukiety z kwiatów, ziół i zbóż, żeby ksiądz je poświęcił. Wierzymy, że poświęcony bukiecik zapewni obfite plony podczas żniw. Po mszy wracamy do domu i spotykamy się z rodziną. Z okazji Zielonych Dominika Kraska 41 Świąt mama robi pyszne ciasto z rabarbarem. Zawsze czekamy na nie z niecierpliwością, bo wiemy że jest pieczone tylko raz w roku. ŚWIĘTA RODZINNE A na koniec chcę Wam opowiedzieć o jednym bardzo wyjątkowym święcie, które niedawno obchodziliśmy w naszej rodzinie. Bohaterkami tej uroczystości byłyśmy my dziewczyny - ja i Hilda. W piękny, majowy dzień przystąpiłyśmy do Pierwszej Komunii Świętej. Byłyśmy tym bardzo podekscytowane i czułyśmy się, jak księżniczki. Na tę okazję mama uszyła nam piękne białe sukienki. Uczesane byłyśmy w warkoczyki, a na głowach miałyśmy wianki z białych kwiatków. Na naszą Komunię przyjechała do nas cała rodzina od strony mamy i papy. Z okazji naszego święta odbyło się przyjęcie w ogrodzie. Ten cudowny dzień został utrwalony na zdjęciach. Było cudownie. Byliśmy wszyscy razem. Pomyślałam, że chciałabym żeby tak było zawsze. ZAKOŃCZENIE Pewnego dnia, nasz dobry, mały świat się zmienił. Wybuchła wojna, która zmieniła cały świat i nasze ukochane miasteczko. Któregoś dnia zniknął pan Erasmus i jego przepyszne żelki. Zabrał ze sobą magiczny aromat słodyczy: marcepanu i cynamonu, który otaczał rynek w miasteczku. Odeszła też moja ukochana Lottchen w czarnych warkoczykach, nigdy jej już nie spotkałam. Mojego papę zabrali do wojska. Wtedy w naszej rodzinie zapanował strach. W moje urodziny, w lutym 1940 roku dostałam od niego kartkę z życzeniami. Papa na szczęście do nas szybko wrócił. Był to najszczęśliwszy dzień w czasie tej strasznej wojny. W 1944 roku skończyłam szkołę (za rok ta szkoła już nie istniała). Był to bardzo wzruszający dzień, wszyscy czuliśmy, że możemy się już nie spotkać. Z zakończenia szkoły zostało mi świadectwo i pewna niezwykła piosenka. Stworzyliśmy ją wszyscy przy pomocy nauczycieli. Opowiada o naszej szkole. O każdym nauczycielu i o każdym uczniu z naszej szkoły. Ta piosenka i pamiętnik to moje najdroższe pamiątki ze szkoły. Najsmutniejszy dzień dla naszego miasteczka nadszedł 25 stycznia 1945 roku. Do miasta wkroczyła bezlitosna Armia Czerwona. Żołnierze spalili nasz ukochany Stuhm i zabili wielu mieszkańców, którzy nie zdążyli uciec lub postanowili zostać. My zostaliśmy. Była wtedy mroźna zima i rodzice postanowili, że zostajemy w domu. Dobrze zrobiliśmy. Wielu uciekinierów zginęło, kiedy Rosjanie wysadzili most na rzece, inni utonęli na statku Wilhelm Gustloff. To cud, że nasza rodzina szczęśliwie ocalała. Lecz nasz świat się zmienił. Wraz z dawnym Stuhmem pożegnałam czas dzieciństwa i beztroski. Miałam dobre, bezpieczne dzieciństwo. Przypominają mi o nim moje wspomnienia i pamiątki: zdjęcia, pocztówki, nasze dziecięce niezgrabne rysunki, ukochane książki, pamiętnik i piosenka ze szkoły, w której jest zwrotka i o mnie. Moi nauczyciele i koleżanki, tak napisali o mnie: Mia Bartsch jest spokojnym dzieckiem, / które w dzisiejszych czasach tak rzadko można spotkać. / Jest dobrą koleżanką, / każdy chciałby taką koleżankę mieć. Pewnego dnia Stuhm stał się Sztumem, a Mia została Marysią — dobrą żoną, kochaną mamą i najcudowniejszą babcią na świecie, lecz zawsze pamiętała o Mii — małej dziewczynce z warkoczykami. 42 Osadnicy żuławscy Wiesław Olszewski OSADNICY ŻUŁAWSCY CZĘŚĆ 2 SZABROWNICY Patologia i plaga - pojawia się zawsze w momentach chaosu, zawieszenia, czy zaniku struktur władzy. Na terenie Polski wielki szaber pojawił się już podczas kampanii wrześniowej, gdy rozpad państwa stawał się oczywistością. Proceder ten trwał przez cały okres wojny przybierając różne rozmiary i oblicza. Najsilniejsza fala gorączki szabrowania przelała się przez tereny należące wcześniej do Rzeszy Niemieckiej, tzw. Ziemie Odzyskane. Swoje apogeum osiągnęła latem i jesienią 1945 r. Zapewne, że szabrownictwo nie jest jedynym grzechem naszego społeczeństwa - przyznawał częstochowski „Głos Narodu” w sierpniu 1945 r. - (...) ale tak powszechnej »zarazy«, tak obejmującej ogół obywateli, bez względu na wiek, zawód i przynależność socjalną danych jednostek, na szczęście nie ma. Szabrują setki ludzi, od wlokących się na Śląsk półślepych dziadów począwszy, a na przemyślnych młodzieńcach, którzy autami co tydzień suną na Zachód, skończywszy. Nie inaczej było na Żuławach: Czego nie zniszczyła wojna, zniszczyły istne hordy sza-brownicze, których namnożyło się bez liku. Dewastowały one nie tylko różny sprzęt i urządzenia, ale nawet całe budynki - zauważył Stefan Andrzejczak po przybyciu na Wyspę Sobie-szewską. Marcin Kostuś opisuje stan, jaki zastał, gdy przybył z rodziną do zajętego wcześniej gospodarstwa: W Markusach, gdy wszedłem do domu, w którym miałem się osiedlić, zobaczyłem taki widok, jakby po raz drugi toczyła się tu wojna. Od czasu zajęcia domu do wprowadzenia się okna były razem z ramami wyszabrowane, a we drzwiach nie było ani jednego zamka. Dokonali tego szabrownicy, którzy po osuszeniu terenu masowo zjawiali się na tych ziemiach i rabowali, co się dało. Stanisław Rudziński o ludziach, z którymi zaczynał pracę, pisał: Załoga składała się z kilku ludzi, którzy pracę w gospodarstwie traktowali jako zajęcie uboczne. Głównie zajmowali się szabrownictwem. Procederem tym zajmowały się wszystkie nacje. Ważną grupę szabrowników stanowili Niemcy, niemal wyłącznie kobiety, które wiedziały, gdzie szukać pożądanych przedmiotów i wymieniały je następnie na żywność. Grabieży na wielką skalę dokonywała Armia Czerwona, korzystając z wprowadzonego przez siebie prawa wojennego. Do prac przy demontażu różnych urządzeń wykorzystywali również miejscową ludność - Niemcy ci pracowali przy naprawie wałów, a później przy rozbiórce linii kolejowej Elbląg - Susz - przypomina swoje spotkanie z miejscowymi jeden z osadników. Chodzi tu o linie kolejową łączącą Elbląg z Myślicami, której nigdy nie odbudowano. Grabież prowadzili żołnierze Wiesław Olszewski 43 radzieccy działając na własną rękę, którzy każdy wartościowy przedmiot traktowali jako dobro trofiejne. Władze próbowały ukrócać przybierający ogromne rozmiary proceder. O szabrow-nicze zamiary posądzona została przez wojsko, przybyła do Mątów, grupa Franciszka Milera. Nazajutrz rano poszedłem do komendanta i wytłumaczyłem mu, że nie jesteśmy żadnymi szabrownikami, tylko tę wieś przydziełono nam do osiedłenia i chcemy się naprawdę osiedlić. Potem wspomina on jeszcze: „rabowali co się dało po wioskach, aż się dowiedziały o tym władze w Gdańsku. Przyjechali z Urzędu Bezpieczeństwa i dopiero zrobili porządek. Część aresztowali, część uciekła a reszta się przyczaiła. 44 Osadnicy żuławscy Z czasem patologia ta przybrała wyższą formę, zaczęła mieć cechy zwykłego złodziejstwa: był szabrownikiem nie tylko sprzętu opuszczonego, ale również i stanowiącego własność gospodarzy- wspomina Andrzej Głowacki. Powstały grupy gotowe, dla realizacji swych celów, posunąć się do rozboju. Plagą stały się kradzieże koni. Mieczysław Szpinek wspomina o nocnej kradzieży wszystkich koni w Lubieszewie i dodaje: W tydzień po naszej kradzieży jakaś banda zabiła osadnika w Mirowie. Był sołtysem i dobrym społecznikiem. Tam również zabrali konie. TRAGEDIA PROMU Pod koniec grudnia 1945 roku na przeprawie promowej między Mikoszewem i Świb-nem miało miejsce tragiczne zdarzenie. W samą wigilię Bożego Narodzenia, pod napo-rem kry zrywała się lina holownicza i prom znoszony prądem rzeki wypłynął na wody Zatoki Gdańskiej. Pasażerowie przeżywali długie chwilę grozy, uratowani zostali dopiero po kilku dniach, gdy sytuacja stawała się wręcz beznadziejna. Na kanwie tego zdarzenia powstała powieść Stanisława Goszczurnego „Prom”. Na jej podstawie, w 1970 roku Jerzy Afanasjew nakręcił film o tym samym tytule. Zagrało w nim wielu wybitnych aktorów. Tragedia ta odbiła się ogromnym echem w okolicy. Nie uszła też uwadze autorów wspomnień. W wigilię świąt Bożego Narodzenia 1945 roku zerwała się lina promowa na Wiśle Leniwce1 w Świbnie, na skutek czego fala wody porwała prom i uniosła go na morze. Prom ten wraz ze skostniałymi na nim ludźmi i końmi odnaleziono na Bałtyku dopiero w dniu 27 grudnia 1945 roku. Nietrudno sobie wyobrazić, jaką tragedię przeżyli ludzie w czasie świąt na dryfującym promie, miotanym przez fale morskie przy silnym mrozie i wietrze. Wypadek ten głośnym echem odbił się w całej okolicy i spowodował, że wielu ludzi przez długi czas bało się przeprawy promowej przez Wisłę - przypomina Stefan Andrzejczak. Podobnie zdarzenie to zapamiętał Franciszek Sarnik: Dnia 23 grudnia 1945 roku2 całą okolice obiegła wstrząsająca wiadomość. Prom na Wiśle na wysokości Mikoszewa, przewożący repatriantów z dziećmi i końmi, uderzony potężną krą lodową spowodował zerwanie się liny stalowej, po której był prowadzony, i prądem wody wiślanej zniesiony na Bałtyk, na pola minowe z czasu wojny. Brak łączności z Gdańskiem, brak jakichkolwiek środków, aby przyjść tym ludziom na ratunek, postawił ich, zdawało by się, na pozycji straconej. Dzięki jednak bohaterstwu paru jednostek zostali uratowani. Cała okolica z ogromną ulgą i radością przyjęła tę wiadomość. PIONIERSKIE LATA Życie pionierów na Żuławach było niezwykle prymitywne. Ani komunikacji, ani żadnych instytucji usługowych. Brak było siły pociągowej. Nie było też inwentarza i najczęściej brak ziarna na zasiew. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze akcję terrorystów, różnego rodzaju szabrowników i złodziei, a ponadto deprymujące oddziaływanie propagandy niemieckiej, dopiero wtedy zrozumiemy samozaparcie i ogromne poświęcenie osadników, szczególnie tych, którzy obejmowali gospodarstwa wśród rozciągającego się wokół rozlewiska. 1 Miało to miejsce 24 grudnia 1945 roku. 2 „Żuławiacy - Wspomnienia Osadników Żuławskich”, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1973. Wiesław Olszewski 45 Chłopi polscy, szczególnie biedota wiejska, nie mają sobie chyba równych w pracowitości i wytrwałości w całym świecie. Tu na Żuławach w nocy drżeli przed włóczącymi się bandami, w dzień pracowali w polu, byłe tylko uprawić chociażby kawałek suchszej ziemi, obsiać go, nie dać się głodowi. Znane są z tego okresu liczne wypadki, że z braku koni całe rodziny łopatami skopy-wały kawał ziemi, później zaprzęgały się do bron i uprawiały zryte pole. Był to heroiczny wysiłek. Ten wysiłek i upór pozwoliły ludziom przeżyć najtrudniejszy czas, gdy młoda władza ludowa nie była jeszcze w stanie, mimo najszczerszych chęci, udzielić większej pomocy osadnikom. Bywało jednak, że i ten nadludzki wysiłek na nic się nie przydawał. Rolnicy uprawiali ziemię, obsiewali ją, wskutek złej uprawy, zamiast zboża wyrastały chwasty, a na najbardziej podmokłych gruntach całe połacie trzciny3. Wszystkie te problemy i wiele innych było udziałem autorów wspomnień. Wielu rolników załamało się psychicznie. Opadły im ręce. Zaczęli myśleć poważnie o powrocie na ziemie centralne - relacjonuje Stefan Andrzejczak. Podobnie wspomina ten okres Jan Barabasz: (••.)na początku naszego życia na Żuławach było bardzo trudno. Zdawało się nieraz, że trzeba będzie wracać na stare śmieci i znów biedować. Tylko upór chłopów i ta straszna przedwojenna bieda sprawiły, że osadnicy, którzy tu przybyli z zamiarem osiedlenia się na stałe, nie przestraszyli się ani wody, ani ostów, ani myszy. Ciężkie były warunki pracy, ciężkie też w chwilach odpoczynku. ... Ten nasz spoczynek to tak wyglądał, że na sali kładło się początkowo dziesięciu, piętnastu traktorzystów na piętrowych łóżkach, a gdy nas przybywało, to nawet i trzydzieści osób musiało się stłoczyć w jednym pomieszczeniu. Pomiędzy tymi łóżkami były tylko wąskie przejścia. - opisuje Józef Darasz, wówczas pracownik POM w Cedrach Wielkich. Spałem z kolegą na sianie na starym strychu nad stajnią. Ponieważ był to kwiecień i było stosunkowo zimno, zakopywaliśmy się głęboko w siano - mówi o swych początkach jako fornal, późniejszy traktorzysta a potem wieloletni dyrektor PGR Nowotna Hieronim Dudek. I dodaje: - Pierwsze wrażenie w No-wotnej było nie miłe. Stała jedna stara stodoła, stajnia dla koni i dom administracyjny. W tym domu mieściły się: kancelaria, kuchnia, stołówka i mieszkanie rządcy. Budynek ten był zarazem hotelem, w którym my, traktorzyści, spaliśmy w jednej sali, stłoczeni jak śledzie w beczce. Spaliśmy na słomie rozesłanej na podłodze. O łóżkach nie było nawet mowy. Zresztą było rzeczą nie możliwą wstawić taką liczbę łóżek do małej salki o powierzchni 7x6 metrów.(...) Zimą ogrzewaliśmy barak żelaznymi piecykami. Z braku węgla rozbieraliśmy na opał stare budynki, które nie nadawały się już do remontu. W nocy jednak, gdy przychodził mróz, woda zamarzała we wiadrach, mimo że piecyk był cały czerwony. (...)Na gospodarstwie zastałem dwadzieścia cztery konie, którym w miesiącu kwietniu nie było co dac jeść, i sto dwadzieścia krów, które trzeba było już w miesiącu kwietniu wypuścić na słońce, ale prawda była taka, że i one nie miały co jeść. Osłabione konie nie mogły podołać pracy, a krowy potraciły mleko. (•••) Trudności w naszej pracy występowały bardzo długo, ponieważ długo nie posiadaliśmy bitej drogi dojazdowej do gospodarstwa. Polna droga została rozbita przez pojazdy tak, że przyczepę trzytonową ciągnęły dwa gąsiennicowe ciągniki DT 54. (...) W jesieni 1960 roku zachorowałem na zapalenie płuc. Miałem 39 stopni gorączki. Lekarz nie chciał przyjechać. żuławiacy - Wspomnienia Osadników Żuławskich”, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1973. 46 Osadnicy żuławscy Dopiero interwencja Służby Bezpieczeństwa spowodowała przyjazd lekarza i pielęgniarki. To były trudności, z którymi paraliśmy się przez wiele lat. O swoich ciężkich początkach na Żuławach pisze Andrzej Głowacki: Tragicznie zapowiadał się okres prac polowych w jednego konia na wiosnę. Wywieziony obornik chcialem przyorać, ałe koń nie mógł uciągnąć, a przywieziony mały pług nie nadawał się orki na tej ziemi. (...) Podstawa wyżywienia była krowa na obfitym pastwisku. To pastwisko nastręczało wiele kłopotów. Ponieważ brak było łańcuchów do wiązania inwentarza, gdy zwierzęta odeszły od domu, gubiły się w wysokich do trzech metrów trzcinach. Ogromne problemy z uprawą żuławskiej gleby potwierdza Marcin Kostuś osiadły w okolicach Elbląga. Pługów było dość, ale ciężkie, potrzebowały większej siły pociągowej. A tu tylko jeden koń. Na szczęście wziąłem ze sobą mały jednokonny pług i tym, choć z trudem, mogłem orać. Orka ta była prawdziwą męką (...) Pracowaliśmy usilnie, ale tu uczyliśmy się dopiero gospodarować na tej ziemi. Nikt nie miał doświadczenia, bo ludzie byli z różnych stron i różnie dotychczas uprawiali ziemię. (...) Walczyliśmy z chwastami, ale bezskutecznie. Najbardziej ze skrzypem, który niszczył doszczętnie całe plony. Nie wiedzieliśmy teraz, co myśleć o Żuławach. Kto coś posiadał w centrum kraju, to uciekał. Tylko przeważnie repatrianci i ci, co w centrali nic nie mieli, wegetowali tutaj licząc, że znów dochowają się własnych krów. Tragicznie przedstawiał się stan żuławskich dróg, szeroko opisuje to Jan Jarmulewski, dyrektor gospodarstwa w Bystrej. Na drogach i polach, po wiosennych roztopach, po każdym deszczu - błoto, i to takie, że nieraz przelewało się do gumowych butów, bez których nie można było się w ogóle ruszać. Nieraz but zostawał w błocie i, trzeba było się gimnastykować, stercząc jak bocian na jednej nodze, by go stamtąd wydobyć. (...) Dojście do obory tonęło w błocie. Kany pełne mleka trzeba było wynosić na szosę na plecach, tonąc przy dodatkowym obciążeniu bardziej niż zwykle w lepkiej, tłustej madzie, klejącej się do butów. Podeszwy robiły się z każdym krokiem grubsze, a buty coraz cięższe. (...) do mieszkań również nie było dojścia. Ludność miejscowa dzięki butom gumowym jakoś sobie z tym radziła, gorzej natomiast bywało, gdy ktoś obłożnie zachorował i trzeba było wezwać z Pruszcza lekarza lub pogotowie ratunkowe. Wówczas istniały tylko dwie możliwości: albo wynosiło się buty dla lekarza na szosę, albo wnosiło się łekarza na plecach do domu. NIEMCY 19 stycznia 1945, siedem dni po przekroczeniu Wisły przez Armię Czerwoną, władze niemieckie wydały zarządzenie o ewakuacji terenów położonych na wschód od Odry, wywołując masową ucieczkę niemieckiej ludności tych ziem na zachód. Znaczna część mieszkańców uciekła przed zbliżającą się armią sowiecką, na Żuławach także przed wdzierającą się wodą. Niektórzy pozostali na miejscu, inni powrócili po przejściu frontu. Uznani za Niemców, w procesie weryfikacji, zostali następnie w ogromnej większości wysiedleni. Podstawę międzynarodowo-prawną wysiedleń stanowiło Porozumienie Poczdamskie, zawarte pod koniec konferencji w Poczdamie, które przyzwalało na wysiedlenie Niemców z utraconych terenów w sposób „humanitarny”. Doświadczenia wojenne ludności polskiej oraz propaganda nowych władz spowodowały, że w społeczeństwie Wiesław Olszewski 47 polskim istniało przekonanie o konieczności wysiedlenia ludności niemieckiej z ziem, które zostały przejęte przez Polskę oraz „walki z Niemczyzną . Przybywający osadnicy spotykali nielicznych Niemców, tak jak Marcin Kostuś w czasie wyjazdu w okolice Malborka, na oględziny. Po drodze spotkaliśmy osiedleńców na nie-zalanych lub częściowo tylko zalanych terenach. Byli to ludzie miejscowi i Niemcy, którzy przenieśli się z terenów zalanych na wyższe. Od nich (...) dowiedzieliśmy się bardzo dużo. Twierdzili, że Żuławy to ziemia dobra, ale trzeba mieć dużo bydła. Woda zostanie na pewno niedługo usunięta(...). W tych rozmowach pewien starszy wiekiem Niemiec wcale nie brał udziału, tylko chodził koło nas. Ciężko wzdychał i nasłuchiwał rozmowy. Odniosłem wrażenie, że bardzo cierpi. Sądziłem, że żał mu gospodarki i zmiany losu. Zapytałem go, czy nie chory. Mówił, że chory nie jest, tylko „halbtot” (półumarly). Żal mu było gospodarki, którą widział dziś pod wodą; tylko po dachach ją poznał, bo tam dojść nie można. Miał trzech synów. Poszli na wojnę. Dwóch zostało zabitych, a o trzecim nie ma wiadomości. Miał dorosłe córki i żonę, które na rozkaz wysłał do Rzeszy do familii, a sam pozostał nie wiedząc dłaczego. Dowiedział się po dwóch miesiącach, że gdy ten transport, w którym jechała żona i córki odbywał podróż po lodzie, lód się załamał i wiełu ludzi utonęło. Rozpłakał się jak małe dziecko i nie mógł więcej mówić. Podszedł potem do mnie, poprosił na bok i zapytał, czy Sowieci przyłączą Polskę do siebie. Mówił, że strasznie boi się bolszewików. Oświadczyłem mu, że Polska będzie samodzielnym państwem. Wtedy rozpogodził się trochę i oświadczył, że gdyby tak było, to on by chętnie pozostał pod polską władzą. Słysząc to, czterech młodych Niemców zawołało: „ich auch”. Wtrąciłem, że życie tu niebezpieczne, że woda może w czasie sztormu zatopić ponownie Żuławy. Na to stary Niemiec powiedział: „Spędziłem tu życie i takiego niebezpieczeństwa nie było. Patrzcie - wskazał palcem na te domy - dachy już mchem porośnięte. Pobudowane tu przed co najmniej stu laty, a jeszcze dobrze stoją. Spotkanie z miejscowymi w Mątowach Wielkich wspomina Franciszek Miler . We wsi zastaliśmy sporo ludzi. Była to miejscowa ludność z dawna zasiedziała, która czuła się polska. Było też trochę Niemców. Ludność ta jednak niechętnie na nas patrzyła. Jedna tylko kobieta, nazwiskiem Polakowa, przyjęła nas z otwartym sercem. Dawała nam jeść i zachęcała do osiedlenia się w tej wsi. Jej to właśnie można zawdzięczać, że wiełu z nas pozostało, między innymi i ja. (...) Objąłem gospodarstwo po Niemcu, Rempaglu, który nie wyjechał i mieszkał w innym budynku we wsi. Później, kiedy pełnił funkcję wójta, zwołałem wszystkich autochtonów, to jest ludność n^iejscową, i zaproponowałem, żeby każdy skorzystał z okazji i wziął sobie działkę ziemi. Nie wzięli. Bali się widocznie, że Niemcy jeszcze powrócą. Później bardzo tego żałowali, ale było już za późno. Jeden tylko z miejscowych mieszkańców, Teodor Bole, odważył się i wziął sobie dziewięć hektarów ziemi... Również Bronisław Radomski, po przybyciu do majątku Sądowo stwierdził, że pracowało tu kilka rodzin niemieckich (...), ludność niemiecka w rozmowie z nami często śmiała i czyniła różne żarty, że jakże chcemy tu gospodarować w takich warunkach. (...) Pod koniec 1948 roku reszta obywateli niemieckich opuściła teren Żuław, udając się do Niemiec. 48 Osadnicy żuławscy Pracujący przy odbudowie pompy w Chłodniewie Franciszek Sarnik zauważa, że w miarę opadania wody przybywają osadnicy, ale „Powróciły też z ewakuacji nieliczne rodziny niemieckie, które nie wyjechały na zachód przed zbliżającym się frontem. Dopiero teraz szykują się do wyjazdu do Niemiec. Wspomina też o innym zjawisku. Na części osadników robi to pewne wrażenie i nawet nie tak łatwo przemijające. Tymczasem nadchodzą pierwsze listy od Niemców na adres ich byłych domów. Wyjechali na zachód przed zbliżającym się frontem, a teraz zwracają się do zamieszkałych w ich dawnych domostwach osadników, aby dbali o zajęte domy, zostaną za to odpowiednio wynagrodzeni. Nadchodzą też inne listy z pogróżkami, że prawowici właściciele po powrocie rozliczą się za zajęcie ich gospodarstw. Dalej pisze o mieszkających tu nadal Niemcach. Ci, którzy tu pozostali, to biedota. Są zdezorientowani co do swej przyszłości. Mają wprawdzie konkretny zamiar pozostania tu na stałe, nie maja jednak jeszcze definitywnie załatwionej sprawy obywatelstwa, o które się ubiegają. W Starej Kościelnicy była kaplica, a przy niej mieszkał staruszek z córką. Mówił po polsku. (...) Od nich uzyskałem sporo wiadomości dotyczących gospodarstw i ich właścicieli -opowiada Mieczysław Szpinek i kontynuuje: Po wioskach były kobiety z dziećmi, mężczyzn przeważnie nie było. Jeżeli się znalazł, to jakiś starzec. (...) Ludność pochodzenia niemieckiego zaczęła opuszczać gospodarstwa i wyjeżdżać do Niemiec. (...) Część jednak zostawała tłumacząc, że tutaj się urodzili i wychowali, że są Pomorzakami czy też Kaszubami. Ci zabierali się do gospodarowania. Nie bardzo ich lubiliśmy, ponieważ mówili po niemiecku, ale z czasem tych, co zostali na gospodarstwach, zaczęliśmy otaczać pewną opieką i nawet sympatią, mówiąc o nich, że są to nasi „polscy Niemcy". Nauczyciel, zdemobilizowany żołnierz, Aleksander Sredziński tak wspomina swój pierwszy kontakt ze szkołą na Żuławach: Szkołę otworzył mi nauczyciel Niemiec z obawą spoglądający na mundur wojskowy Polaka. Miał lat około siedemdziesięciu. Jego synowie byli na wojnie, on natomiast z żoną mieszkał u sąsiada, Niemca Rejmera, też staruszka. Oddając klucze od szkoły, zapytał, czy będzie mógł dalej uczyć. Odpowiedziałem, że szkoła ma być polska, więc musiałby nauczyć się mówić po polsku. Uwagę moją przyjął z rezygnacji. SŁUŻBA POLSCE Powszechna Organizacja Służba Polsce utworzona została przez władze komunistyczne 25 lutego 1948 r. na podstawie ustawy o powszechnym obowiązku przysposobienia zawodowego, wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego młodzieży. Organizacja politycznie kontrolowana była przez PPR (później PZPR) za pośrednictwem Związku Walki Młodych (ZWM), później ZMP, organizacyjnie powiązana z wojskiem. Organizacja prowadziła obowiązkowe przysposobienie zawodowe, wojskowe, wychowanie fizyczne oraz indoktrynację polityczno-ideologiczną. Art. 52 ustawy przewidywał, że kierownicy i instruktorzy: obowiązani są organizować naukę, pracę, ćwiczenia i spędzanie wolnego czasu młodzieży w taki sposób, by wyrobić w niej zamiłowanie do pracy nad odbudową kraju i zwiększeniem jego mocy, wpoić jej poczucie obowiązków obywatelskich i miłości Ojczyzny. Jednostkami organizacji były brygady, bataliony, hufce i dru- Wiesław Olszewski 49 żyny. Brygady SP kierowano do sztandarowych wówczas przedsięwzięć jak odbudowa Warszawy, budowy Nowej Huty, praca w kopalniach i kamieniołomach oraz przy osuszaniu Żuław i do pomocy w pracach polowych w PGR-ach. Uczestnicy bardzo różnie wspominają swój pobyt w hufach SP - dla jednych są traumatyczne chwile niewolniczej, morderczej pracy, czas demoralizacji młodzieży, inni pamiętają jako przygodę, możliwość wyrwania się z monotonnego wiejskiego życia. „Służba Polsce” została rozwiązana 17 grudnia 1955 roku, a jej następcą zostały powołane w 1958 roku Ochotnicze Hufce Pracy. Obecność hufców SP na Żuławach zauważona została także przez pierwszych osadników: Załoga liczyła wtedy trzydzieści cztery osoby. W tych warunkach trzeba było zawsze korzystać z pomocy wojska i junaków z organizacji „Służba Polsce” - wspomina Hieronim Dudek, kierownik gospodarstwa w Nowotnej. Szerzej ten aspekt opisuje JanJarmulewski z Bystrej. W tymże (1953 - przyp. aut.) roku przyjechało do Bystrej sto junaczek SP. U nas stacjonowały, a towarzysz Krawczyk rozwoził je Zetorem z przyczepą do pracy (...)Po pracy przywoził je znów do nas. Raz w tygodniu zabierał je do Gdańska do łaźni. Przybyło nam nie tylko rąk do pracy. Rozszumiała, rozśpiewała się Bystra. Młodzież umie pracować, łecz umie również się bawić. Każda okazja jest dobra, a dziewczętom nie brakowało pomysłów, by uprzyjemnić wieczory w świetlicy i uświetnić akademie i spotkania”. Tak natomiast obecność Służby Polsce zapamiętał Bronisław Radomski - „W 1949 roku sprowadzono do naszej miejscowości 19 Brygadę Służby Polsce. Stacjonowała ona w Lasowicach Wielkich. Część jej pracowała w rolnictwie w PGR-ach, większość natomiast została przekazana do prac melioracyjnych. Marian Deniziak Z KOLONII NURZEC DO ŻELICHOWA uczęszczał oceny następujące: lafematyka . . prac ręczne Publiczna Szkoła Powszechna . i otrzymał... za pierwsze półrocze język obcy ? Skala ocen: bardzo dobry, d< bry, dostateczny, niedostateczny. Świadectwo szkoły powszechnej Mariana Deniziaka z l947 roku, fot. archiwum rodzinne ŚWIADECTWO SZKOŁY POWSZECHNEJ sprawowanie urodzon gramy do klasy religia . historia ’iatu 'izyka rysi inek . geografia przyroda OpuściłO dni szkolnych śpifjfw wychowanie fizyczne . ■ ..ł....-.:...i , w tym nie usprawiedliwiono- Marian Deniziak SI Urodziłem się 30 grudnia 1932 roku w Kolonii Nurzec, powiat Biała Podlaska, województwo białostockie. Moimi rodzicami byli Józef Deniziak i Julia z domu Bogdeniuk. Tata był z zawodu cieślą i miał małe, pięciomorgowe gospodarstwo. Ziemia nie była zbyt urodzajna. Żyło się skromnie, a ludzie sobie wzajemnie pomagali. Można powiedzieć, że żywicielką całej rodziny była krowa. Najtrudniej było, gdy miała się ocielić i nie dawała mleka. Wtedy sąsiedzi dostarczali mleko potrzebującej rodzinie. Ojciec pochodził ze wsi Śledzianów. Jego starszy brat mieszkał już w Kolonii i on sprowadził ojca do tej osady. Tu poznał moją mamę i założył swoje siedlisko. Przed ożenkiem odbył służbę wojskową w Białymstoku. Kolonia Nurzec była zamieszkana przez Polaków, wieś Nurzec przez Białorusinów. Wszyscy żyli ze sobą w zgodzie. Kłopot pojawiał się, gdy miało dojść do mieszanego małżeństwa. Chodziło o to, w jakiej wierze miały być wychowywane dzieci. Zależało to w dużej mierze od porozumienia się między popem a księdzem, albo jeden ustąpił, albo drugi. W 1939 miałem ukończone siedem lat. 1 września mama zaprowadziła mnie do szkoły, oddalonej o 3 kilometry. Chciała zapisać do pierwszej klasy. Mamie powiedziano: „Dziś wybuchła wojna i rejestracji nie będzie". Wróciliśmy do domu. Przez jakiś czas nic się nie działo. Tylko w lasach było sporo uciekinierów z Warszawy, uciekali na wschód. Szukali jedzenia, dawali pierścionki, aby dostać słoninę, która cieszyła się największym wzięciem, oraz mleko i chleb. 17 września Armia Czerwona wkroczyła do Polski, do naszej wsi weszli kilka dni później. Uciekinierzy ze stolicy, kryjący się po lasach, zaczęli wracać do swoich domów. Marian Deniziak (czwarty od lewej w górnym rzędzie) z rodziną i przyjaciółmi, fot. archiwum rodzinne 52 Z Kolonii Nurzec do Żelichowa Zanim bolszewicy weszli do wsi Nurzec, jej mieszkańcy zostali powiadomieni o wkroczeniu Krasnej Armii. Białorusini zrobili bramę powitalną. Z ojcem poszliśmy zobaczyć, jak byli witani sowieci. Było to biedne wojsko, mieli stare karabiny przewiązane sznurem, porwane spodnie, zniszczone buty. Przeszli przez wieś Nurzec i udali się do miasteczka żydowskiego Milejczyce, i tam założyli swoje dowództwo. W naszej wsi ustanowili swój zarząd, wyznaczając nowego sołtysa spośród Białorusinów. Zima roku 1939/1940 była bardzo mroźna, mówiono, że przynieśli ją Ruscy. Wiosną 1940 wojska rosyjskie przystąpiły do budowy umocnień nad Bugiem. Wykorzystywano do tych prac również cywilną ludność. Później zaczęły się wywózki na Sybir: policjantów, nauczycieli, urzędników, większych gospodarzy. Dawano godzinę na zabranie najpotrzebniejszego dobytku. Jak transport został skompletowany, nocą wyruszał w podróż. Jeden Białorusin ostrzegł rodziców, że będą wywiezieni. Mama napiekła chleba, zrobiła zapas słoniny, przygotowała pierzyny. Zostaliśmy jednak na miejscu, bo wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. W jednym z transportów na Sybir znalazła się rodzina ojca. Wrócili do kraju dopiero w roku 1947 roku. Więc w czerwcu 1941 roku Niemcy uderzyli na Rosję. Wcześniej zaprosili Rosjan na zabawę. Niemcy, którzy nie balowali, ucinali linie telefoniczne, tak że rano nie było łączności i Rosjanie nie wiedzieli, gdzie mają się wycofywać i skąd oczekiwać uderzenia. Uciekali w popłochu, niektórzy tylko w kalesonach. W lasach zostawiali samochody, gdy zabrakło benzyny i uciekali dalej. Przyczepy wypełnione były grochem. Ludność okoliczna rozdzielała ten groch między siebie. Ojciec akurat pasł konia przy torach, kiedy na motorze podjechali dwaj żołnierze niemieccy i zapytali o drogę do Milejczyc. W tej miejscowości powstał urząd niemiecki. Niemcy usunęli dotychczasowych sołtysów i powołali przedwojennych. Mój tata został znowu sołtysem, bo pełnił tę funkcję przed 1939 i nie był komunistą. Sprawował ten urząd do lata 1944 roku. Chodził na zebrania sołtysów. Musiał lawirować między Niemcami, partyzantami polskimi i rosyjskimi. Z kartoflami nie było kłopotu przez wojnę, gorzej z mąką, bo zakłady młynarskie były w rękach niemieckich. Ludzie mieli jednak żarna i sami sobie mełli mąkę, był bimber, jakoś można było przeżyć. Niemcy w Milejczycach utworzyli getto. Nad most, pod którym przepływała rzeczka, spędzili mieszkańców. Musieli oglądać Żydów, przechodzących przez wodę z jednego brzegu na drugi. Tam stała kukła Stalina, którą musieli całować w tyłek, bo gorliwie współpracowali z Sowietami. Po pewnym czasie getto zostało zlikwidowane i przewieziono ich do getta w Białymstoku. Co się z nimi stało w Białymstoku nie wiem, prawdopodobnie zginęli gdy wybuchło w nim powstanie. Mieszkaliśmy 200 metrów od torów kolejowych. Latem 1944 roku Niemcy zaczęli je niszczyć. Przenieśliśmy się do Kolonii, do szwagra mojego ojca. Niemcy tak minowali tory, Marian Deniziak 53 że nawet słupy telegraficzne zostały wysadzone w powietrze. Spalił się dom szwagra ze stodołą. Nasz dom ocalał, bo był murowany. Był piękny poranek, gdy nagle pojawili się Rosjanie. Mówili, że wyzwolili wieś i należy to uczcić. Mama poszła do domu, poszukać bimbru. Ja z nią, aby nakarmić króliki. Nagle piekło. Niemcy zaatakowali wieś z dwóch stron. Kilka czołgów podeszło pod gospodarstwo szwagra. Zginęli wszyscy Rosjanie, którzy się tam znaleźli. Ojciec z siostrą uciekł do teściowej. Dom nagle zaczął się palić, bo Niemcy zaczęli go ostrzeliwać. Jeden żołnierz rosyjski próbował gasić pożar, ale wkrótce zginął. Noc spędziliśmy w piwnicy. Niemcy byli jeszcze dwa tygodnie w domu, gdzie mieszkał szwagier ojca. Zabudowania się spaliły, zginął koń i krowa, a jałówka została ranna. Myśmy się cofali za Rosjanami, a samoloty niemieckie ostrzeliwały uciekinierów. Mama powiedziała ojcu, aby poszedł ratować jałówkę. Gdy szedł przez łany żyta, zauważył rannego żołnierza rosyjskiego. Mówił, że został okradziony przez jakąś kobietę, nie miał butów. Jak tata doszedł do gospodarstwa, zatrzymali go Niemcy. Pokazał im swój ausweis i tłumaczył, że niesie zebrany podatek. Pieniądze nu zabrali i kazali wracać, aby przyprowadził żonę, bo zaraz przyjdą Iwany. Ojca szwagier poszedł do swojego gospodarstwa. W tym czasie Niemcy opuszczali Kolonię, ostrzeliwując się. I został postrzelony w płuco. Dotarł do torow i tu znaleźli go Rosjanie. Przywieźli rannego do nas, ale było za późno, wdała się gangrena, zmarł na rękach żony. Pochowany został w ogrodzie, dopiero później przeniesiono go na cmentarz. Jak czołgów niemieckich już nie było, rodzice wrócili do domu i przynieśli rannego żołnierza rosyjskiego, który przeżył w zbożu kilka dni. Okazało się, że nie był ciężko ranny, tylko były liczne odłamki w udzie i nogach. Od lata 1944 roku władzę sprawował już Rząd Lubelski. Jesień i zima minęły. Wiosną 1945 roku Państwowy Urząd Repatriacyjny zachęcał do osiedlania się na Ziemiach Zachodnich. Mój tata zdecydował się na wyjazd, aby zobaczyć, jakie są warunki do osiedlenia się. W maju przyjechał do Tczewa pociągiem. Spotkał na dworcu pana Jarosza, udającego się do Nowego Dworu. Ten powiedział: „Chcesz, to jedz ze mną". Tym, co zobaczył, był bardzo zaskoczony. Oglądał ogrody pełne zieleni i zakwitłe sady, ziemię urodzajną. Powiedział do siebie: „Jeżeli jest gdzieś raj na ziemi, to właśnie tutaj , i zdecydował się na osiedlenie. Wrócił 1 Przekonał do tego żonę. Wcześniej upatrzył sobie gospodarstwo w Żelichowie, zgłosił do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Nowym Dworze, że tu powróci w ciągu miesiąca. Ojciec szykował się do wyjazdu przygotował wóz, konia, krowę i najpotrzebniejsze rzeczy do życia. Z miasta Bielsk Podlaski, ze stacji PUR, załadował się na transport kolejowy. Ja jechałem z tatą w wagonie, który był przeznaczony dla dwóch rodzin. Jechaliśmy przez dwa Zgodnie, bo staliśmy na bocznicach. W końcu dotarliśmy do Tczewa. Po przeprawieniu si? promem przez Wisłę, pojechaliśmy wozem z dobytkiem do Nowego Dworu. Dom, jaki ojciec upatrzył sobie wcześniej, w międzyczasie został już zajęty, więc tata zajął dom obok. Mama, starszy brat Józef i siostra Lucyna byli jeszcze w Kolonii Nurzec. Przez pewien czas 54 Z Kolonii Nurzec do Żelichowa byłem sam, bo tata pojechał po resztę rodziny. Ze mną był też kuzyn, którego rodzice zdecydowali się też na osiedlenie. Cała rodzina zamieszkała w Żelichowie 15 września 1945 roku. W sadzie pełno było jabłek, śliw. Żuławy w 1945 roku były prawie całkowicie zalane, rzeka Tuga miała wał, a na nim pasły się od wiosny krowy. Niektóre zabudowania gospodarskie nie były zalane, bo domy zbudowano na pewnych wzniesieniach. Latem 1946 Żuławy były nadal zatopione, następna zima też była trudna. Na zalanych terenach mieszkała pewna grupa biednych Niemców. Sołtys wyznaczył ludzi, aby na sankach i łyżwach dojechali po lodzie do tych zalanych gospodarstw Niemców, aby przekazać im polecenie władz do zapakowania się i opuszczenia dotychczasowych domostw oraz udania się na dworzec w Nowym Dworze Gdańskim, skąd zostaną wywiezieni do Niemiec. Niektórzy Niemcy przyjęli obywatelstwo polskie i pozostali, najczęściej były to małżeństwa mieszane polsko-niemieckie. Gdy nadeszła kolejna wiosna zaczęło się wypompowywanie wody z pół. Wyrwy w rowach zostały zasypane. Pogłębiano rowy kanalizacyjne, bo były zamulone, wszystko wykonywano ręcznie. Ludzie przy tych robotach otrzymywali spore wynagrodzenie. Do tych prac przybywali robotnicy z całej Polski. Po osuszeniu i odwodnieniu pól dużo osiedleńców mogło zajmować opuszczone gospodarstwa przez dotychczasowych właścicieli Niemców. Po osuszeniu pól w roku 1948 nastąpiła tu dopiero reforma rolna. Przydzielano ziemię: gospodarz otrzymywał 7 ha, rzemieślnik 2 ha, robotnik 1 ha. Warunki życia w latach 1945-1947 bardzo trudne. Ludzie, którzy tu przybywali, mieli ze sobą przywiezioną słoninę, którą wykorzystywali do przygotowania różnych potraw. Ziemniaki były, sadzono trochę warzyw w przydomowych ogródkach. Nie udawało się zebrać zbóż, bo ziarno było wyjadane przez ptactwo i nie można było zasianego pola upilnować. Po osuszeniu pól, plony były bardzo duże, a przez dwa lata nie było nawet chwastów. Ziemia była trudna w uprawie, ale dobrze rodziła. Sporo spożywano ryb, których było bardzo dużo w kanałach i rowach. Wystarczyło wieczorem zarzucić sieć, by rano wyciągnąć z niej sporo różnych gatunków ryb. Były one w pewnego rodzaju głównym źródłem przygotowywanych posiłków przez mieszkańców Żuław. Ojciec, aby nie mieć obcego w gospodarstwie, bo często jedna gospodarska zagroda była dzielona między dwie rodziny, namówił najstarszego syna Józefa do ożenku i on zajął tę drugą połowę. Dostał również 7 ha ziemi. Jego żona też pochodziła z białostockiego, mieszkała od 1945 w miejscowości Solnica na Żuławach. Niedaleko nas w Żelichowie mieszkała Niemka Kurth z dwoma synami. Jej mąż był w wojsku niemieckim na froncie i nie wrócił. Wcześniej mieszkała na zalanych terenach i przeniosła się do innego domu. Musiała z piwnicy wyciągnąć trupa mężczyzny, który został zastrzelony przez swoich. Na ścianie domu napisali: „Zdradził wielkie Niemcy”. Aby nie doprowadzić do wybuchu zarazy, Kurth tego trupa musiała sama wyciągnąć i pochować w ogrodzie. Jeden z jej starszych synów był taki stary jak ja. Podchodził do naszego gospodarstwa i prosił nas, aby otrzymać coś do jedzenia. Ja miałem łódkę którą podpłynęliśmy Tugą Marian Deniziak 55 z młodszym jego bratem na tzw. spalenisko, zniszczone przez ogień gospodarstwo, gdzie znajdował się kierat. Ojciec chciał, aby go przewieźć do nas. Załadowaliśmy kierat na łódkę, ona przeciekała, a wody nie wylewaliśmy. Wkrótce zaczęła tonąć. Wyjścia nie było, skoczyliśmy do wody. Łódka poszła na dno. Chłopak trzymał się mnie kurczowo, zaczęliśmy się topić. Wołaliśmy o pomoc. On mnie jakoś puścił. Brat rzucił mi kloc, chwyciłem go i próbowałem drugą ręką złapać tego Niemca, ale nie udało się... Na trzeci dzień wypłynął. Przez te dni ludzie z bosakami szukali w rzece ciała, ale bez powodzenia, było bardzo głęboko w tej rzece, ponad trzy metry. Nie odnaleziono również tego kieratu. Brat tego, co się utopił, miał rodzinę w Gdańsku i pojechał do ciotki. Gdy wywożono Niemców z naszej miejscowości, jego nie było w domu. Po kilku miesiącach wrócił do Nowego Dworu. Nauczył się języka polskiego, założył rodzinę. Kalka lat temu zmarł w Nowym Dworze. Rzeką Tugą spławiano do miasta różne towary przemysłowe, spożywcze. W mieście Nowy Dwór była olejarnia. Wytłoczoną oliwę wysyłano w głąb kraju drogą wodną. W 1945 poszedłem do szkoły w Nowym Dworze. Błędnie zapisano moje nazwisko na Deoniziak. Od 1950 roku nazwisko było napisane w dokumentach już poprawnie. Zapisa-iem się do klasy trzeciej, a potem przeniosłem się do szkoły wieczorowej, była to skrócona szkoła dla dorosłych. Poszedłem uczyć się na krawca w Nowym Dworze. Szkoła była trzy-Rtnia, ale uczyłem się tylko przez półtora roku, bo szkołę zamknięto z braku uczniów. Izba Rzemieślnicza wysłała mnie do Pruszcza Gdańskiego i tam zdobyłem zawód w 1949 roku. W roku 1952 odbywałem służbę wojskową w Białymstoku jako pogranicznik. Znalazłem się w szkole podoficerskiej pełniłem funkcję szefa kompanii. Po odbyciu służby wojskowej wróciłem do Żelichowa. Aby prowadzić zakład krawiecki ^usiałem przedstawić, że odbyłem praktykę rzemieślniczą. Wojsko dało mi takie zaświadczenie, gorzej było z otrzymaniem takiego z Izby Rzemieślniczej. W końcu zdałem egzamin rzemieślniczy w Gdańsku. W roku 1957 ożeniłem się i mieszkałem z rodziną w Żelichowie aż do roku 2010. Relację Mariana Deniziaka z kwietnia 2015 r. spisał Andrzej Lubiński 56 Osadnicy elbląscy Aniceta Miszkiewicz OSADNICY ELBLĄSCY Zespół Szkół Mechanicznych w Elblągu należy do największych i najstarszych szkół w Elblągu. Jego działalność rozpoczęła się 1 listopada 1946 roku. Do placówki tej uczęszczali pierwsi mieszkańcy miasta Elbląga, którzy przybyli z różnych stron nie tylko Polski, ale i świata, zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Można przyjąć, że uczniowie ZSM mogą stanowić reprezentatywną grupę dla całego miasta w kwestii pochodzenia geograficznego mieszkańców. Powszechnie panuje przekonanie, że nowi osadnicy przybywający na tzw. Ziemie Odzyskane w pierwszych powojennych latach to przesiedleńcy z dawnych Kresów II Rzeczpospolitej, a więc terenów wcielonych do Związku Radzieckiego w następstwie decyzji konferencji jałtańskiej i poczdamskiej. W tym artykule chciałabym udowodnić, że jest to mylny stereotyp. Badania swoje oparłam na życiorysach 274 osób, które ubiegały się o przyjęcie do Zespołu Szkół Mechanicznych, a które przybyły do Elbląga w latach 1945-50. Województwa wg obecnego podziału Ilość osób ogółem 207 mazowieckie 79 kujawsko-pomorskie 38 pomorskie 16 podlaskie 14 lubelskie 11 łódzkie 11 warmińsko-mazurskie 10 Wielkopolskie 10 Podkarpackie 8 Świętokrzyskie 4 Małopolskie 3 Śląskie 3 Dolnośląskie 0 Lubuskie 0 Opolskie 0 Zachodniopomorskie 0 Tabela nr 1. Osoby urodzone na obecnym terytorium RP Aniceta Miszkiewicz 57 Kraj według obecnego podziału Ilość osób Ogółem 67 Litwa 28 Białoruś 13 Ukraina 13 Francja 7 Niemcy 4 Chiny 1 Rosja / obwód kaliningradzki 1 Tabela nr 2. Osoby urodzone poza obecnym terytorium RP Wśród badanych tylko 55 osób przybyło do Elbląga zza obecnej wschodniej granicy, co stanowi 20,1% ogółu badanych. Natomiast najliczniejszą grupę „świeżo upieczonych” elblążan stanowili mieszkańcy obecnego województwa mazowieckiego, bo aż 79 osob (28,8% ogółu badanych), a wśród nich 30 mieszkańców ze stolicy. Ze względu na czas pisania życiorysów (okres od 1946 roku do wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku) można przypuszczać z lakoniczności niektórych życiorysów, że ich autorzy nie ujawniali wszystkich faktów ze swojego życia, np. udziału w Powstaniu Warszawskim. Natomiast bardzo częstym elementem życiorysu młodych ludzi są wysiedlenia z Warszawy, nie tylko po upadku powstania do obozu w Pruszkowie, ale także wcześniejsze wywózki na przymusowe roboty na tereny III Rzeszy (Niemcy, Gdańsk, rejon Łodzi) czy Generalnego Gubernatorstwa (Żyrardów, Sochaczew, Kieleckie). Ciekawym przykładem wojennych losów jest historia młodego warszawiaka (rocznik 1926), który w wieku 15 lat rozpoczął pracę jako uczeń w warsztacie samochodowym, w 1942 roku został wywieziony przez okupanta do Niemiec, a stamtąd do pracy w niemieckich warsztatach samochodowych na terenie daw-nej Jugosławii. W 1945 roku powrócił do kraju i osiedlił się w Elblągu. Wśród pozostałych badanych, którzy urodzili się na terenie obecnego województwa mazowieckiego, dominują osoby pochodzące z terenów północnego Mazowsza (powiat mławski — 8 osób, powiat sierpecki — 7 osób, powiat ciechanowski — 5 osob). Na tym obszarze też miały miejsce wywózki na roboty, czego przykładem są losy młodego mężczyzny (rocznik 1919), który w 1941 roku został wywieziony do Królewca, skąd po roku udało mu się uciec i do końca okupacji ukrywał się w rodzinnych stronach, tj. na terenie powiatu mławskiego. Wywożenie na przymusowe roboty, szczególnie młodych ludzi, miało miejsce we wszystkich rejonach obecnej Polski. Wśród podobnych historii wyróżnia się życiorys młodego człowieka z Niepołomic (rocznik 1923), który w latach 1939-43 pracował jako mechanik samochodowy w Krakowie. W 1943 roku został wywieziony do Elbląga i pracował jako ślusarz w fabryce Schichau aż do wkroczenia Armii Radzieckiej. Po 1945 roku pozostał w Eł-blągu i pracował w „Zamechu”. Z kolei w życiorysach osób urodzonych na terenach, które w 1939 roku zostały włączone do HI Rzeszy (m.in. dzisiejsze województwa pomorskie, kujawsko-pomorskie, wielkopolskie i śląskie) pojawiają się wątki przymusowego wcielenia do wojska niemieckiego. W 2 58 Osadnicy elbląscy przypadkach na 4 była to służba w Wehrmachcie na froncie wschodnim, która zakończyła się dostaniem się do niewoli sowieckiej i wywiezieniem w głąb Związku Radzieckiego. Wśród uczniów ZSM byli także co najmniej 2 żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Jeden z nich pochodził z okolic Nowego Miasta Lubawskiego i jako dwudziestolatek został wywieziony na roboty do Niemiec, skąd uciekł do Francji. Następnie m.in. wstąpił do partyzantki, a w 1944 roku jako żołnierz Pierwszej Polskiej Kompanii Ochotniczej trafił przez Włochy i Egipt do Wielkiej Brytanii. W 1946 roku wrócił do kraju i zamieszkał w Elblągu. Natomiast drugi, pochodzący z rejonu Ostródy, w 1944 roku został wcielony do wojska niemieckiego, dostał się do niewoli (niestety brak informacji gdzie) i wstąpił do II Korpusu gen. Andersa we Włoszech. W latach 1946-47 przebywał w Anglii, skąd wrócił do kraju i zamieszkał w Elblągu. Z kilku życiorysów wynika również fakt służby ich autorów w wojsku polskim podczas Kampanii 1939 roku oraz dostania się do niewoli. W jednym wypadku udało się autorowi życiorysu uciec, w pozostałych niewola trwała do zakończenia działań wojennych. W czterech życiorysach pojawia się także wątek aresztowania i osadzenia w obozach koncentracyjnych, m.in. w Auschwitz, Buchenwaldzie, Dachau. Wyróżnia się tutaj historia chłopca spod Dąbrowy Tarnowskiej (rocznik 1925), który w 1940 roku chciał przedostać się przez Węgry do Francji, aby wstąpić do formowanej tam Armii Polskiej. Niestety, został aresztowany przez żandarmerię węgierską i oddany w ręce Gestapo. Poprzez obóz pracy w Austrii znalazł się w obozie w Dachau. Po kilku miesiącach został wysłany znowu na roboty do Austrii, skąd przedostał się do Jugosławii i wstąpił do partyzantów marszałka Broz-Tito. Jesienią 1944 roku został ranny i dostał się do niewoli niemieckiej. Ponownie odkomenderowano go do obozu w Dachau, gdzie przebywał do wyzwolenia obozu przez wojska amerykańskie. Potem przedostał się do Włoch i wstąpił do II Korpusu Polskiego, wraz z którym w 1946 roku dotarł do Wielkiej Brytanii. W następnym roku powrócił do kraju (niestety, brak informacji o dacie zamieszkania w Elblągu). Wśród uczniów ZSM byli z pewnością tzw. autochtoni, czyli osoby urodzone na terenach należących do 1945 roku do III Rzeszy, a wcielonych do Polski w 1945 roku. Dowodem na to są dwa życiorysy, niestety, bardzo lakoniczne. Z jednego wynika, że autor urodził się w Elblągu w 1930 roku w rodzinie polskiej, na co wskazują polskie imiona i nazwiska rodziców. Jeszcze przed wybuchem wojny ta rodzina przeniosła się do Gumbinnen, czyli dzisiejszego Gusiewa w obwodzie kaliningradzkim. W 1946 roku autor życiorysu rozpoczął pracę w Elblągu. Również autor drugiego życiorysu był pochodzenia polskiego. Urodził się w Sztumie w 1935 roku, gdzie rodzina mieszkała na pewno w momencie wybuchu wojny. We wrześniu 1939 roku ojciec rodziny zginął jako żołnierz armii polskiej. W 1948 roku rodzina zamieszkała w Elblągu. Równie zawiłe były losy rodzin przyszłych elblążan, którzy urodzili się poza granicami obecnej Polski. Wśród nich przeważali mieszkańcy dawnych Kresów II Rzeczypospolitej, wcielonych przez Stalina do ówczesnego Związku Radzieckiego. W grupie tej pod względem liczebności wyróżniali się dawni mieszkańcy Wilna (14 osób) oraz jego okolic (13 osób), przybyli do Elbląga w latach 1945-47 w ramach repatriacji. Droga niektórych była bardziej skomplikowana - kilku zostało w czasie niemieckiej okupacji Wileńszczyzny Aniceta Miszkiewicz S9 w latach 1941-44 wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec. Ze względu na fakt wcielenia Pomorza, Wielkopolski i rejonu Łodzi bezpośrednio do III Rzeszy w 1939 roku, niektóre z tych osób znalazły się na robotach na terytorium obecnej Polski, np. w Wąbrzeźnie. Kilka wileńskich rodzin najpierw osiedliło się w innych rejonach włączonych do Polski w 1945 roku (np. w Świebodzinie w lubuskim, w Wągrowcu w wielkopolskim), a dopiero po pewnym czasie zamieszkiwały w Elblągu. Powodem takiej migracji było najczęściej poszukiwanie pracy przez członków rodziny przyszłego ucznia ZSM. Wśród późniejszych uczniów ZSM były także osoby, które przeżyły wysiedlenia ludności polskiej w głąb Związku Radzieckiego, np. do Turkiestanu w środkowej Azji lub wcielenie do Armii Czerwonej. Najbardziej skomplikowany życiorys miał chłopak z Lidy (rocznik 1921), który naukę w Szkole Handlowej skończył w 1939 roku i za czasów okupacji sowieckiej pracował jako telegrafista na poczcie w Lidzie. W 1942 roku został aresztowany przez Niemców i wywieziony na roboty w okolice Witebska. Po roku udało mu się uciec, wrócił na Wileńszczyznę i wstąpił do oddziału Armii Krajowej. Po wkroczeniu Armii Radzieckiej na Wileńszczyznę został znowu wywieziony, tym razem przez Rosjan, w okolice Moskwy, gdzie pracował Przy wyrębie lasu. W 1946 roku powrócił do Polski i najpierw osiedlił się w Olsztynie, aby w 1948 roku zamieszkać w Elblągu. Repatriacja w latach 1945-50 dotyczyła nie tylko polskich rodzin na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego, lecz także Polaków, którzy znaleźli się na Zachodzie Europy. Stosunkowo dużą grupę (7 przypadków) stanowili uczniowie, których rodziny przybyły z Francji. Niestety życiorysy nie zawierają informacji na temat przyczyn osiedlenia się tych rodzin we Francji. Tylko jeden autor życiorysu napisał, że rodzina wyjechała do Francji w 1922 roku, aby poprawić warunki materialne życia. Podobnie wygląda kwestia czterech osób, które urodziły się przed wojną w Niemczech. Także ich życiorysy są bardzo lakoniczne. Jako ostatni przykład chciałabym przytoczyć życiorys chyba najciekawszy, najbardziej skomplikowany, na podstawie którego mógłby powstać pasjonujący film. Bohaterka tej frapującej historii urodziła się w 1935 roku w Harbinie w Chinach w rodzinie rosyjskiego lekarza i polskiej nauczycielki. Początkowo rodzina mieszkała w Szanghaju, jednak ze względu na obowiązki służbowe ojca często zmieniała kraj zamieszkania (Persja, czyli dzisiejszy Iran, Japonia, Mandżuria, Mongolia, Korea). Niestety, losy tej rodziny były bardzo Magiczne. W 1942 roku zmarła matka, a dwa lata później, podczas epidemii tyfusu, zmarł ojciec. Osierocona dziewczynka przebywała w Szanghaju pod opieką sióstr franciszkanek. Potem została wywieziona do Mandżurii, gdzie spotkała przybraną siostrę i u niej zamieszkała. Pod opieką siostry ukończyła rosyjską szkołę podstawową. W 1949 roku cała rodzina skorzystała z możliwości powrotu do kraju i zamieszkała w Elblągu. W momencie przybycia do Elbląga przyszli uczniowie ZSM byli w różnym wieku z różnym bagażem doświadczeń. Rozpiętość wieku badanych jest znaczna, ponieważ byli to również słuchacze szkół zaocznych dla dorosłych, wchodzących w skład zespołu szkół. Najstarszy z badanych urodził się w 1909 roku i przybył do Elbląga w wieku 37 lat jako ojciec rodziny, przesiedlonej ze Lwowa. Najliczniejszą grupę stanowiły dzieci i młodzież do lat 18 60 Osadnicy elbląscy (68,6% ogółu badanych), którzy przyjechali ze swoimi rodzicami i rodzeństwem. Ta grupa wiekowa przeważa wśród wszystkich przesiedleńców, bez względu na miejsce pochodzenia. Wiek badanych Skąd przyjechali Poniżej 7 lat 7-15 lat 16-18 lat 19-21 lat 22-25 lat 25-30 lat Ponad 31 lat ogółem 35 104 51 34 26 15 9 Obecna Polska 26 75 34 28 12 15 9 Kresy 8 28 11 2 13 - - Pozostałe kraje 1 1 6 4 1 - - Tabela nr 3. Podział badanych według wieku, w jakim przybyli do Elbląga Proces zasiedlania miasta w pierwszych latach po wojnie miał różne nasilenie. Najintensywniej przebiegał on w latach 1946-47. Było to spowodowane m.in. bardzo trudnymi warunkami życia w zniszczonym mieście po zakończeniu wojny, brakiem możliwości pracy i nauki, znacznymi zniszczeniami budynków mieszkalnych. Zwraca uwagę stosunkowo duża liczba przesiedleńców z Europy Zachodniej (3 z Niemiec, 4 z Francji), którzy dotarli do Elbląga dopiero w 1948 roku. To opóźnienie przyjazdu z Zachodu prawdopodobnie spowodowane było niepewnością sytuacji osób w nowej rzeczywistości ówczesnej Polski. Wiek badanego Skąd przyjechali Do 1945 1945 1946 1947 1948 1949 1950 Przed 1950 ogółem 2 40 83 46 48 25 23 6 Obecna Polska 2 31 49 37 38 23 20 6 Kresy - 9 33 8 3 1 1 - Pozostałe kraje - - 1 1 7 1 2 - Tabela nr 4. Podział badanych według daty przybycia do Elbląga Aniceta Miszkiewicz 61 Podsumowując można stwierdzić na przykładzie wybranej populacji uczniów Zespołu Szkół Mechanicznych w Elblągu, że proces zasiedlania tzw. Ziem Odzyskanych, był bardzo skomplikowany i złożony. Ludność, która przybyła na te tereny, pokonywała wiele trudności i przeciwności losu, aby znaleźć swoje nowe miejsce do życia w Elblągu. Tak jak wcześniej przypuszczałam, przekonanie o pochodzeniu mieszkańców powojennego Elbląga z Kresów Wschodnich okazało się fałszywe. Jak widać w zamieszczonych zestawieniach statystycznych nowi mieszkańcy tzw. Ziem Odzyskanych pochodzili z różnych rejonów Polski oraz Europy. 62 Wielka udręka Hans Juergen von Wilckens WIELKA UDRĘKA W 1967 r. ukazała się w Niemczech obszerna monografia Malborka zatytułowana „Neu-es Marienburger Heimatbuch" pod redakcją dr. Rainera Zachariasa, wydawnictwo VERLAG WENDT GROLL GMBH, 49 HERFORD. Książka liczy 672 strony, składa się z 95 rozdziałów ułożonych chronologicznie i napisanych przez różnych autorów. Dzieło to powstało na zamówienie Stowarzyszenia Byłych Mieszkańców Marienburga w Prusach Zachodnich. Jeden z ostatnich rozdziałów umieszczony na stronach zatytułowany „Ucieczka z Malborka” jest przedrukiem z książki „Diegrosse Not” (Wielka udręka) Hansa Juergena v. Wilckens wydanej w 1957 r. w Sarsted. To relacja radcy Zarządu Miasta Malborka Martine Deppe z ostatnich miesięcy wojny w Malborku. Wydaje mi się, że to ważny dokument opisujący oczami świadka ucieczkę niemieckich mieszkańców miasta przed nacierającymi wojskami sowieckimi. Dr Rainer Zacharias to historyk i teolog, ma 80 lat i mieszka w landzie Szlezwik-Holsztyn w Niemczech. Marek Dziedzic W ostatnich dniach lipca 1944 dotarł do Malborka z kierownictwa Okręgu Gdańsk rozkaz o ufortyfikowaniu miasta. Kilka istniejących szkół i sal, z których większa część była zajmowana przez Wehrmacht, przekształciły się wkrótce w masowe kwatery. Do kopania rowów przeciwczołgowych wokół miasta zostało tymczasowo podstawionych ponad 6000 mężczyzn. Marienburg miał być broniony jako ważne przedmoście. Od sierpnia do grudnia 1944 powstał w wyniku nieprzerwanej pracy system obronny z 10-kilometrowym rowem przeciwczołgowym, wieloma rowami łącznikowymi i prawie 180 bunkrów. Według wypowiedzi Organisation Todt, która w Malborku miała siedzibę, dla leżącego na wschód od Wisły terenu Prus Zachodnich, to dzieło krótko przed wtargnięciem Sowietów prawie -i jako jedyne- było gotowe.Malbork podlegał wojskowo dowódcy twierdzy. Wierzono więc, że wszystko zostało przygotowane w celu zatrzymania ataku. Dla bezpieczeństwa ludności cywilnej przygotowany został plan ewakuacji. Dokładnie ustalono drogi wymarszu ludności wiejskiej wraz z ich stadami bydła i ewakuację mieszkańców miasta wraz z ich bagażem. Liczono się z tym, że miasto nie zostanie okrążone, a reszta z około 4000 mieszkańców ma w nim pozostać do ochrony umocnień i wzmocnienia załogi. To, że zdarzyło się inaczej, nikt nie mógł przewidzieć. Cały plan ewakuacji musiał runąć z powodu utrzymywania ścisłej tajemnicy. Nie mógł być zrealizowany w rozstrzygającym momencie. Dnia 14 stycznia 1945 rozpoczął się sowiecki atak z łuku Narwi. Część malborskiego Volkssturmu (pospolite ruszenie) została przeniesiona w rejon Lipna i podczas ataku pancernego wroga uległa zniszczeniu. Dowódca II Armii, generał-pułkownik Weiss, przeniósł w tych dniach swoją kwaterę z Prabut do Malborka i ulokował się w Domu Gościnnym, Hans Juergen von Wilckens 63 dawnej loży masońskiej (obecnie Bank Spółdzielczy naprzeciw ILO). Podczas nagłej wizyty Himmlera postanowiono, że II Armia powinna się wycofywać nie na Królewiec, lecz na Gdańsk, żeby możliwie jak najdłużej utrzymać drogę ucieczki ludności z Prus Wschodnich i Zachodnich. W czasie tej wizyty swoje stanowisko stracił dotychczasowy dowódca twierdzy, ponieważ prawdopodobnie nie mógł dać Himmlerowi oczekiwanej odpowiedzi na jego pytanie: „Czy utrzyma pan Marienburg?” Podczas gdy z leżących napołudniu powiatów: Iławy, Susza a także już ze Sztumu, ale przede wszystkim z Prus Wschodnich, napływali tysiącami uchodźcy, oczekiwali na dworcu na pociągi, malborczycy pozostawali jeszcze spokojni, oczekując rozkazu ewakuacji. Ale kiedy nagle nadszedł meldunek: „Siedem sowieckich czołgów przejechało przez Elbląg, cztery zostały unieszkodliwione, trzy na drodze do Malborka!" - to był wtedy alarm najwyższego stopnia. Niezliczona ilość uchodźców obozowała tego dnia - 23 stycznia 1945 na terenie malborskiego dworca kolejowego. Nie było żadnego pociągu do ewakuacji, pomimo tego, jak się później okazało, stały w pogotowiu pociągi w Tczewie. Poza tym, przy przejrzystej pogodzie ogłoszono alarm lotniczy. Po godzinnej rozmowie telefonicznej z kierownictwem Okręgu w Gdańsku pozwolono tym pociągom jechać, tak że w kilka godzin perony mogły być opróżnione. Okazało się, że w Gdańsku w ogóle stracono rozeznanie. W tym też była wina malborskich władz, które rozkaz o ewakuacji wydały za późno. Musiała więc nastąpić katastrofa, której rozmiar tylko dlatego nie był tak wielki, ponieważ znaczna liczba mieszkańców opuściła miasto na własną rękę. Środa 24 stycznia pokazała, że każdy czyni, co uważa za właściwe. Tego samego dnia dokładnie w południe ukazało się ostatnie wydanie „Marienburger Zeitung”. Kilka otwartych sklepów wyprzedawało towar. Nie było przypadków plądrowania. Pogłoski o tym, gdzie Zniszczona Brama Mariacka w Malborku w 194S roku, fot. starymalbork.pl 64 Wielka udręka znajdują się Sowieci zmieniały się tak szybko, że nikt nie wiedział jaka jest sytuacja. Rano tego dnia kwatera II Armii opuściła miasto. Oddziały obrony miasta wydawały się tak dobre jak nigdy. Z ostatniej konferencji kierownictwa powiatowego NSDAP wynikało,że każdy w nadchodzącą noc musi być w pogotowiu, że będzie ona rozstrzygająca. O 22.00 miały miejsce gwałtowne detonacje, jak gdyby mosty na Żuławach Malborskich zostały wysadzone. Zakłady Lotnicze Focke-Wulf w Królewie wyleciały w powietrze. Uciekinierzy na dworcu, niekończący się strumień furmanek w mieście i ostatni jego mieszkańcy ogarnięci byli paniką. Szeptano, że mosty i lód na rzece będą wysadzone w powietrze. Ulicą Langgasse (Kościuszki) spieszyli ludzie w kierunku Nogatu, zaś ulica Neue Weg (Starościńska) w stronę mostów na Nogacie była zablokowana. Sowieci po raz pierwszy ostrzeliwali miasto. Świtem 25 stycznia na ulicach miasta leżały odłamki szkła. Jeden z granatów trafił w garaże zakładów miejskich koło schroniska młodzieżowego (obecnie Internat ZST), pozostałe spadły na Kratzhammer (jedna z uliczek Starego Miasta). Okazało się, że malborczycy nadal uciekali. We wszystkich domach poszukiwano starych ludzi. Dwa miejskie omnibusy jeździły do Kałdowa i z powrotem, stamtąd rzekomo miały jeździć pociągi. W międzyczasie huczały nad miastem „organy Stalina” (katiusze), uderzały w lód na Nogacie i filary mostów. Nie wiedziano na jak długo dane jest bezpieczeństwo. Śluzy na Nogacie zostały otwarte, woda wylała się na powierzchnię lodu, bulwar nad rzeką był niedostępny. Kiedy o 11.00 ostatni pociąg odjechał z Kałdowa, setki ludzi czekały na odtransportowanie. Później mówiono, że przybył jeszcze jeden pociąg z Malborka z rzędem krytych wagonów, tak że wszyscy znajdujący się na małym peronie mogli odjechać. To była pomyłka. Dwie lub trzy puste lory, i to było wszystko. Pomimo tego przetrwali godni współczucia starcy, dzieci i sparaliżowani. By chronić się przed 18-20-stopniowym mrozem i silnym wschodnim wiatrem zbudowano na brzegach wagonu osłonę z walizek. Dzień był krótki, słońce skryło się na zachodzie w zimnej mgle popołudnia. Ciągle jeszcze stało i czekało na małym kałdow-skim peronie około 50 ludzi. Chorzy ze szpitala na noszach, kobiety ze swoimi dziećmi, siwy ksiądz kanonik Pingel z ostatnimi siostrami ze szpitala Marienkrankenhaus. Stali tak nie chronieni przed zimnem a także ogniem Sowietów. Wtedy nadszedł telefon z Tczewa: wkrótce przybędzie pociąg osobowy z Tczewa i zabierze ostatnich uciekinierów. Była 15.30, gdy od strony Szymankowa pojawił się biały dym. To był pociąg. Zbliżył się i nagle nic nie było widać, bo pojawiły się płomienie. Pociąg ratunkowy płonął! Co się stało? Nastąpiło zderzenie z pociągiem z cysternami. Prawie zniknęła nadzieja na ewakuację pozostałych ludzi. Jednak zostali jeszcze uratowani. Wśród ostrzału Sowietów mogli się jeszcze załadować do autobusu i kilku prywatnych samochodów. W międzyczasie zrobiło się ciemno, powoli toczyły się wagony do Tczewa. Za plecami leżał płonący Malbork. Zbiorniki Miejskich Zakładów Gazowniczych wyleciały w powietrze, to był ponury widok. Malbork był stracony. Malborski Volkssturm objął straż nad mostami. W pierwszym rzędzie oba mosty powinny być tego samego dnia wysadzone w powietrze. Pierwsze czołgi wroga pokazały się już wczesnym popołudniem na ulicy Ulmenweg (Chopina) naprzeciwko dworca, przebiły się koło Nowej Wsi. Brakowało potrzebnych oddziałów do obsady linii obrony. Godne ubolewania jest zawsze w takich sytuacjach zamętu - „ratuj się kto może” - los chorych i starców. Gdy siostra Helena, kierująca malborskim do- Hans Juergen von Wilckens 65 mem starców, dn. 24.01.1945 r. zwróciła się do stacji pomocy NSV (organizacja ds. opieki socjalnej z ramienia NSDAP) o obiecany dla pensjonariuszy domu transport, zastała drzwi zamknięte. Także na policji nie mogła znaleźć pomocy. Ona i wielu pensjonariuszy domu starców musieli to przypłacić życiem. W wiejskich obwodach powiatu rozkaz o ewakuacji wydany został dopiero dnia 23 stycznia o godzinie 22.00, po tym jak Rosjanie wdarli się do Elbląga. Jako docelowe miejsce koncentracji ewakuowanych wyznaczono powiat kartuski. Wtargnięcie Sowietów na teren powiatu nastąpiło następnego dnia. W związku z tym ewakuacja musiała być przyspieszona. Wystąpiły wielkie zatory przy przekraczaniu Wisły. Pomimo tego większość kolumn osiągnęła przewidziane miejsce koncentracji w powiecie kartuskim. Ale tylko dwom kolumnom wozów udało się przez Pomorze dostać za Odrę. Wszystkie pozostałe przez 18 dni przetrzymywane były przez fanatycznego i ograniczonego (umysłowo) Kreisleitera (partyjnego lidera powiatu) powiatu kartuskiego. Tak więc droga ucieczki została odcięta przez Rosjan, którzy przebili się do wybrzeża Bałtyku. Wszyscy tłoczyli się teraz w stronę Gdyni lub Gdańska i tylko część mogła uratować się zostawiając konie, pojazdy oraz prawie całe mienie. Tłumaczył Marek Dziedzic 66 Moje wspomnienia z Kresów Feliks Bobowski MOJE WSPOMNIENIA Z KRESÓW1 Nazywam się Feliks Bobowski, urodziłem się 11 czerwca 1915 roku. Ojciec Rafał Bobowski, matka Maria z domu Gnitecka, mam pięcioro rodzeństwa: Jana, Aleksandra, Katarzynę, Anielę i Hannę. Mieszkałem wraz z rodzicami w żydowskiej Antonówce2, gmina Tu-czyn, powiat rówieński. Była to wieś leżąca osiem kilometrów od Kostopola (znajdowała się tam cerkiew). W Kostopolu była parafia, stał tam drewniany kościół, ale jakiś rok przed II wojną światową ukończono budowę kościoła murowanego, znajdował się tam także cmentarz, na którym pochowani zostali moi dziadkowie (obecnie na jego miejscu jest poligon wojskowy). Po pierwszej wojnie światowej panowała u nas wielka bieda. Wtedy miałem pięć lat. Pamiętam, jak wojsko ruskie uciekało przed Polakami. Tak my mieszkaliśmy i biedowaliśmy. Ojciec był robotnikiem leśnym i zajmował się karczowaniem lasu, wypalał także węgiel drzewny. Całymi dniami te ziemie karczował i oczyszczał. Mieliśmy jeszcze hektar ziemi, to jakoś trzeba było z tego wszystkiego wyżyć. Szkół ja żadnych nie skończyłem. Ot, zaledwie dwie klasy w Antonówce w wynajętej na potrzeby szkoły sali. Trzeba było w gospodarstwie pomagać. Ja krowy pasałem, a na pieńku lekcje odrabiałem. W tej Antonówce to mieszkali tylko Polacy i Ukraińcy. Nawet zgodnie nam się żyło, póki te bandy nie zaczęły napadać. Na początku wojny mojego starszego brata Aleksandra powołano do polskiego wojska, po wkroczeniu Sowietów zginął pod Wałczem na Wale Pomorskim i tam został pochowany. W 1937 roku ożeniłem się z Janiną Masiewicz ur. w 1916 r., pochodzącą z pobliskiej Karczemki. Poznaliśmy się w lesie Ukraińca, który miał tam kuźnię, pracował w niej mój kuzyn Gnitecki, było to miejsce spotkań młodzieży. Chodziliśmy także na zabawy, zawsze robiliśmy składki na muzykanta (skrzypka), piliśmy samogon i piwo. Ślub wzięliśmy w kościele w Tuczynie. Wesele było duże, trwało 2-3 dni, na bimber w ciągu tygodnia przerobili wóz mąki, babcia Gnitecka nawet tańczyła na stole, a była w bardzo podeszłym wieku. W 1938 r. urodził się syn Tadeusz, w 1940 r. córka Bronisława (kolejne dzieci urodziły się już w Prabutach: Adam - 1947, Aleksander - 1948, Henryk - 1950, Teresa - 1955, Agnieszka - 1957). Po ślubie poszedłem na gospodarkę do żony. Była to duża gospodarka we wsi Karczemka 2, w całości mieli 44 dziesięciny ziemi, a my od teściów dostaliśmy cztery dziesięciny. Ziemia była tam bardzo dobra, uprawialiśmy głównie zboże. W Karczemce mieszkali tylko Polacy i Niemcy. Jak wybuchła wojna, to Hitler swoich zabrał, a my dalej tam mieszkaliśmy. Na nieszczęście jeszcze się dom spalił i musieliśmy mieszkać w takiej chałupie zrobionej z chlewika. Ruskie to wszystkich wywozili. Mój szwagier Marian Dola był komendantem 1 Fragment książki Wspomnienia Prabuckich Kresowiaków 2 Antonówka - kolonia ukraińsko-polsko-niemiecka licząca 80 zagród (40 ukraińskich i po 20 polskich i niemieckich). Liczba ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich: 23 Polaków, (w: E. Siemaszko, W. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane..., s. 197). Feliks Bobowski 67 Związku Strzeleckiego w Karczemce (też należałem do tego związku), to go w lutym 1940 roku na Sybir wywieźli, a tydzień później przyjechali po jego żonę Hannę i troje dzieci. Wywieźli ich w innym kierunku niż szwagra. Tych osadników, którzy walczyli przy Piłsudskim, też wywieźli. Zostali tylko takie biedne, a tych wszystkich bogatych to na Sybir wywieźli. Jak później przyszli Niemcy, to do końca wywieźli tych Niemców, co jeszcze po rozpoczęciu wojny zostali. Wtedy sołtys przydzielił nam mieszkanie po jednym takim wywiezionym. Dom był bardzo duży. Po jednej stronie korytarza było nasze mieszkanie, a po drugiej stronie mieszkał Ukrainiec. Tyle, że spokoju też długo nie było, bo zaczęły banderowskie bandy napadać na wsie i ludzi mordować. Pewnego wieczora zachodzi do mnie ten ukraiński sąsiad i mówi, że w nocy będzie napad i że musimy uciekać. Ja mu na to: „Jak uciekać? Ja mam konia, bydło, owce.” Ten Ukrainiec powiada: „Albo dobytek, albo życie.” To był dobry człowiek i obiecał zająć się żywym dobytkiem. Ja zapakowałem żonę i dzieci na wóz i uciekłem do Kostopola. Następnego dnia ten Ukrainiec przyjechał po konia i wóz. W tym Kostopolu na początku nie było jeszcze tak źle. Ten ukraiński sąsiad zabijał moje owce i przywoził mi mięso, mleko, śmietanę. Ale po trzech miesiącach złapali go Ukraińcy, jak wiózł mi żywność i zabili go na miejscu. Te bandy nienawidziły wszystkich, którzy pomagali Polakom, nawet swoich za to ubijali. Przez dwa lata pracowałem w kamieniołomach w Janowej Dolinie3, robiłem pobruczek. Nocowałem w pobliskiej wiosce Peremence, aby nie dojeżdżać codziennie z Kostopola. Janowa Dolina była pięknym miejscem, budynki mieszkalne zostały dopiero pobudowane. Z góry roztaczał się piękny widok. Moja siostra Aniela została zamordowana przez banderowców. Mieszkała w wiosce ukraińskiej koło Kostopola. W dzień mordu pracowała z synem na łące, grabili siano, kiedy nagle z lasu wyszli banderowcy i zakłuli ich bagnetami. Jak Ruskie weszły z powrotem do Kostopola, to od razu mnie i mojego brata Janka do wojska zgarnęli i na front wysłali. Było to w roku 1944. Zabrali nas do Sum do I Armii Wojska Polskiego pod dowództwo Zygmunta Berlinga. Służyłem w piechocie między innymi z Nikorowskim. Z Sum przyjechaliśmy do Kie-wierc. Tam się organizowaliśmy. Z armią przeszedłem całą Polskę, doszedłem aż do Berlina. czasie Powstania Warszawskiego staliśmy w Pilawach, a później przeszliśmy już na Warszawę i dalej na Łódź, gdzie się dzieliliśmy. Szliśmy dalej, za Poznaniem, w Złoczowie była ciężka walka w lesie, tam oberwaliśmy, ja zostałem ranny, do dzisiaj mam niesprawny palec u ręki. Kierowaliśmy się dalej na Koszalin, Kołobrzeg, aż do niemieckiej granicy, tam zaczęło się robić bardzo ciężko. Dotarliśmy do Berlina i wałczyliśmy o jego zdobycie. Doszliśmy do Łaby i wojna się skończyła. Dzięki Bogu obaj przeżyliśmy wojnę. Żona wraz z moimi rodzicami została w Kostopolu, wynajmowali tam mieszkania, raz w jednym, raz w drugim miejscu. Janowa Dolina - powiat kostopolski. „Miejscowość ta powstała w 1928 roku jako nowoczesne osiedle robotnicze przy nowo utworzonej kopalni bazaltu. Z odległym o 16 kilometrów Kostopolem łączyła ją linia kolejowa. Janową Dolinę zamieszkiwało przed wojną około dwóch i pół tysiąca osób, ale na początku 1943 roku liczba ta zwiększyła się, ponieważ do osady napłynęły setki uciekinierów. (...) W osadzie stacjonował także garnizon niemiecki. (...) Nocą z 22 na 23 kwietnia 1943 roku nastąpił najbardziej krwawy atak UPA w Wielkim Tygodniu.” (w: G. Motyka, Od rzezi Wołyńskiej..., s- 114). „Liczba ofiar zbrodni nacjonalistów ukraińskich - 607 Polaków” (w: E. Siemaszko, W. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane..., s. 236). 68 Moje wspomnienia z Kresów Po wojnie żona przyjechała transportem z Kostopola do Iłowa, to jest koło Działdowa. Tam się osiedlili, mieszkali w małym pokoiku. Po wojnie trafiłem do Katowic, miałem dostać mieszkanie w Bytomiu, cały czas pisaliśmy do siebie z żoną, która namawiała mnie na przyjazd do Iłowa, więc dołączyłem do niej. Odwiedził nas kuzyn i powiedział, że w Prabutach jest nasza rodzina - Słowińscy, Sulikowscy, dlatego latem 1945 roku przyjechaliśmy do Prabut. Dostaliśmy domek na ulicy Kasztanowej, trochę ziemi - 18 ha (trochę dokupiłem i wziąłem w dzierżawę), najpierw ziemię obrabiałem końmi, potem kupiłem ciągnik i tak gospodarowałem. Po naszym przyjeździe do Prabut zastaliśmy ruiny, jak uczyłem się na prawo jazdy, to musiałem gruz na ulicach omijać. Powoli uprzątano miasto, cegły czyszczono i na wagonach wywożono na Warszawę. Burmistrzem był Bazyli Szafrański, Jerzy Wiśniewski z Sypanicy przewodniczył Radzie Rolniczej. Z pierwszych księży pamiętam ks. Klimuszkę oraz ks. Ber-nackiego. Przez 12 lat byłem szewcem, bo przed wojną fach zdobyłem na Wołyniu, uczyłem się od brata Aleksandra, dyplom otrzymałem po egzaminie w Iławie. W 1984 roku kupiłem dom i kawałek ogrodu przy obwodnicy. Nigdy na Wołyniu nie byłem, nie ma sensu tam jeździć. Mam żal do Ukraińców, przecież zamordowali mi siostrę, my musieliśmy uciekać, zostawiać wszystko, ale byli też dobrzy Ukraińcy, tacy, jak ten sąsiad, który uratował nam życie. W moim życiu wydarzyło się wiele i nawet nie wiadomo, kiedy człowiekowi te sto lat przeleciało. Teodor Sejka 69 Teodor Sejka JAK BYĆ HARCERZEM -TO NA CAŁE ŻYCIE CZĘŚĆ 1 Nasza pogoda, jasny wzrok Niechaj rozjaśnia ludziom mrok, Niechaj i innym szczęście da, Harcerska dola radosna. W 2011 roku minęło 100 lat od chwili, gdy na rozdartych rozbiorami ziemiach polskich rozpoczęło swe barwne dzieje harcerstwo polskie. Z utęsknieniem czekałem na tę piękną rocznicę, spodziewając się nadania jej w naszym kraju godnej i zasłużonej rangi i oprawy medialnej. Harcerstwo stało się nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu. Nawet i dziś, choć coraz rzadziej, serce rośnie na widok umundurowanych grup harcerskich wędrujących po naszych drogach. Zrodzone z marzeń, z tęsknoty i wysiłków polskich serc skierowanych na wskrzeszenie Polski z rozbiorowej niewoli, bujnie wykielkowało w 1911 roku, gdy student Politechniki Lwowskiej - Andrzej Małkowski, pod kuratelą władz polskiego „Sokoła” organizował we Lwowie pierwsze drużyny skautowe i Naczelną Komendę Skautową. Polscy skauci- harcerze ochoczo stawali do czynnej walki z zaborcą, brali udział Wbijanie pamiątkowych gwoździ w drzewce sztandaru, fot. archiwum autora 70 Jak być harcerzem - to na całe życie w wojnie polsko- bolszewickiej, byli obecni w walkach z okupantem niemieckim i sowieckim w ostatniej wojnie. Na przestrzeni 100 lat harcerstwo polskie wnosiło niekwestionowany wkład w wychowanie wielu pokoleń Polaków. Tymczasem, rocznica ta przeminęła jakoś bezbarwnie, bez większego rozgłosu, jakiego należałby się spodziewać. Fakt ten wydaje się co najmniej wyrazem braku historycznej wdzięczności władz wobec twórców harcerstwa, a także wobec ogromnej rzeszy jego społecznych działaczy, którzy przez cały wiek animowali jego działalność, służąc w ten sposób Ojczyźnie. Moje rozczarowanie obchodami minionej rocznicy posłużyło mi za pretekst do przybliżenia kilku postaci z historii harcerstwa sztumskiego. Po roku 1956 Sztumski Hufiec ZHP, co należy uczciwie przyznać, nie należał do najlepszych. Uboższy w kadrę, bez zamożniejszych protektorów, w wielu sprawach nie dorównywał innym, chociażby sąsiednim hufcom w Malborku i Kwidzynie. Jego słabością były też krótkotrwałe kadencje na funkcji hufcowego. Jakoś tak się składało, że hufcowi sztumscy nie zagrzewali tu długo miejsca. Z reguły był to rok, lub najwyżej 2 lata. Takie częste zmiany nie sprzyjały rozwojowi organizacji i tworzeniu stałych więzi i tradycji. MAŁY RYCERZ Wśród kilku lepszych okresów w historii sztumskiego harcerstwa wyróżniłbym rządy druha harcmistrza Kazimierza Dei, który w 1960 roku przybył do Sztumu z Pruszcza Gdańskiego. Młody, energiczny, odznaczał się szczególną charyzmą zjednywania sobie ludzi do współpracy. Łatwo zdobywał sobie przychylność sztumskich władz. Zawsze radosny i życzliwy, doskonały organizator, dostrzegający każdą zasługę drużynowego, wyzwalał u ludzi wciąż nowe pokłady chęci i zapału do pracy harcerskiej. Tworzył z kadry hufca zgrany organizm zespolony ideą harcerskiego braterstwa i więzami towarzyskimi. Na każdą odprawę (zbiórkę) drużynowych czekało się jak na serdeczne spotkanie przyjaciół, wypełnione szkoleniem, wymianą doświadczeń, pląsami i zabawą. Mimo niskiego wzrostu druh Kazik Harcmistrz Kazimierz Deja prowadzi defiladę zlotową w 1962 r.,fiot. archiwum autora Teodor Sejka 71 cieszył się niezwykłą sympatią i powszechnym autorytetem. Był typem małego rycerza-Wołodyjowskiego, dzielnego i zaradnego, popierającego inicjatywy swoich drużynowych. To o nim, podczas defilady na zlocie Chorągwi Gdańskiej na Biskupiej Górce sprawozdawca żartobliwie informował przez megafon: „a teraz defiluje drużyna zlotowa hufca Sztum, prowadzona przez najniższego hufcowego z naszej chorągwi”. Bardzo dobra współpraca druha Dei z władzami i doskonała praca z kadrą przyczyniła się do liczebnego i jakościowego rozkwitu pracy drużyn. Za jego kadencji w dniu 3 czerwca 1962 roku odbył się I Zlot Sztumskiego Hufca, połączony z uroczystością wręczenia sztandaru przez Powiatową Radę Przyjaciół Harcerstwa. Było to wielkie harcerskie święto. Oprócz miejscowych władz przybyły poczty sztandarowe z sąsiednich hufców oraz orkiestra harcerska ze Tczewa. Nastrój był podniosły, defilada wypadła imponująco. OPOWIADAŁA O PRZEDWOJENNYM POWIŚLU A oto sylwetki zasłużonych instruktorek sztumskiego hufca, które swoją służbą wypełniły znaczną część 100-letniego trwania harcerstwa na ziemiach polskich. Harcmistrz Maria Rajska (1915-2004) urodzona w Starym Targu koło Sztumu, córka organisty i dyrygenta Towarzystwa Śpiewaczego. O 1936 roku aktywnie działała w polskim ruchu młodzieżowym na Powiślu. Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne skierowało ją do Szkoły Gospodarstwa Domowego w Malinowie koło Działdowa, a potem na kurs pedagogiczny. latach 1934-39 prowadziła polskie przedszkole w Nowym Targu, pracowała też w szkole w Starym Targu. Współpracowała z teatrem lalek. W ramach Hufca Ziemi Malborskiej prowadziła drużyny harcerskie w Starym Targu i Waplewie. Aresztowana przez hitlerowców w sierpniu 1939 roku, była więziona w Kwidzynie, Tapiau i Grunhof. Gdy wróciła do domu (w październiku 1939) czynnie wspomagała polskich jeńców wojennych. Wywieziona na roboty przymusowe w rolnictwie znalazła się w okolicach Grudziądza. Po wojnie Współorganizowała szkołę polską w Starym Targu i przez 2 lata była jej kierowniczką. Po odnowie ZHP w 1956 roku aktywnie włączyła się do pracy harcerskiej. Wyspecjalizowała się w metodyce pracy z zuchami. Prowadziła drużynę zuchową i jednocześnie pełniła funkcję Namiestnika Zuchowego przy Sztumskim Hufcu ZHP. Prowadziła kolonie zuchowe i brała udział w kadrze obozów. Będąc na emeryturze, mimo wieku chętnie przyjeżdżała ze Starego Targu (często rowerem) na zbiórki sztumskich drużyn, by opowiadać o działalności polonijnej na Powiślu, o jej działalności harcerskiej w latach zaostrzenia reżimu hitlerowskiego. Druhna Maria bardzo ciepło wspominała swoją znajomość z hrabiną Heleną Sierakowską. Mówiła o zaletach jej charakteru, o jej trosce i wsparciu dla organizacji polskich na Powiślu. Była uosobieniem harcerskich ideałów: pogody ducha, życzliwości 1 gotowości do pełnienia służby Ojczyźnie i bliźniemu. Za swoją działalność była odznaczona Orderem Sztandaru Pracy II kk, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski 1 Krzyżem za Zasługi dla ZHP. DRUHNA WALA Harcmistrz Waleria Malinowska (1915 -2009). Ojciec Wali był ziemianinem z okolic Kalisza. Chcąc uchronić się przed powołaniem do carskiego wojska, przeniósł się na Kau- 72 Jak być harcerzem - to na całe życie kaz do miasta Baku. Tu ożenił się z Rosjanką Marią Fiodorowną Szagin. Z tego związku urodziła się Wala i troje jej rodzeństwa. Stanowisko ojca, jako głównego magazyniera w fabryce włókienniczej zapewniało rodzinie dostatnie i spokojne życie. Tę sielankę w znacznym stopniu zakłóciło opanowanie Baku przez bolszewików w 1920 roku. Bolszewickie „porządki” stwarzały poczucie niepewności i zagrożenia. Dlatego ojciec coraz częściej zaczął myśleć o powrocie do niedawno wskrzeszonej Polski, i w 1923 roku zrealizował ten zamiar, wywożąc rodzinę do swego brata, który mieszkał w Jędrzejowie koło Kielc. Ośmioletnia Wala przyjechała do Polski i najsilniej zadziwił ją biały, puszysty śnieg - czego nie widziała dotąd w swoim życiu. Matczyne wychowanie i ukończona pierwsza klasa szkoły rosyjskiej sprawiły, że musiała się od podstaw uczyć języka polskiego. Rodzina była zmuszona poszukiwać stabilizacji: Jędrzejów, Warszawa, Zawiercie w woj.katowickim. W Zawierciu kończy szkole podstawową i gimnazjum. Są to lata fascynacji harcerską służbą i przygodą. Już od 1928 roku prowadzi własny zastęp harcerek. Działalność ta pozwala w niej dojrzewać marzeniu o zawodzie nauczycielki. Żeńskie Seminarium Nauczycielskie w Zawierciu, które ukończyła w 1935 roku, było dla niej szkołą żywego patriotyzmu i przykładem prężnej działalności harcerskiej. Z dyplomem nauczycielskim w kieszeni, podbudowana silnymi inspiracjami harcerskimi i obdarzona wspaniałymi talentami plastycznymi (po matce), Wala gorączkowo rozgląda się za posadą nauczycielki. Okazało się jednak, że według obowiązującego wówczas prawa, w przypadku mieszanych małżeństw, tylko synowie dziedziczyli po ojcu polskie obywatelstwo, zaś córki - po matce. Więc Wala Urbanowska formalnie była Rosjanką, a cudzoziemców nie wolno było wówczas zatrudniać, zwłaszcza w szkole. Młoda nauczycielka chwytała się dorywczych zajęć: prywatnej nauczycielki w majątku ziemskim, w bibliotece, teatrzyku kukiełkowym w Domu Kolejarza. Ale to wciąż nie było to, do czego wzywało ją powołanie. MISJA NA KRESACH Łaskawy los uśmiechnął się do niej w 1938 roku, gdy Polska Macierz Szkolna zaczęła poszukiwać nauczycieli chętnych do pracy na Kresach Wschodnich, wśród polskich rodzin wojskowych. Z wielkim młodzieńczym entuzjazmem Wala przyjęła wtedy skierowanie do wsi Chmielnik, powiat Łuck w woj.wołyńskim. Młoda dziewczyna zastała tam iście spartańskie warunki. Była sama na cztery klasy. Nauka w klasach łączonych. U gospodarza wynajęto dwie izby - w jednej była klasa szkolna, w drugiej mieszkanie dla nauczycielki. Ale duma jej patriotycznego posłannictwa osładzała jej gorycz piętrzących się trudności i twardej egzystencji. Pełna zapału i optymizmu ochoczo zabrała się do pracy. Szybko zjednywała sobie sympatię dzieci i rodziców, a także i uznanie władz, które wkrótce awansowały ją do 7- klasowej szkoły o 3 nauczycielach. Z chwilą sowieckiej agresji na Polskę (17 września 1939 r.) życie Polaków na Kresach Wschodnich stało się koszmarem. Przez Kresy przeszły trzy fale okupacji: sowiecka, niemiecka i znów sowiecka. W 1944 roku mąż Wali, jako zawodowy wojskowy (chorąży) wstąpił do tworzącej się 1 Dywizji Kościuszkowskiej. Wala uczyła dzieci i oczekiwała powrotu męża, ale pod koniec wojny rozniosła się przerażająca pogłoska, że Rosjanie wywo- Teodor Sejka 73 żą wszystkich Polaków na Syberię. W tej sytuacji Wala z dwojgiem dzieci decyduje się na ucieczkę do Lublina. SMUTNY POWRÓT Dla samotnej matki ucieczka w tak trudnym czasie oznacza prawdziwą gehennę. Kilkudniowe koczowanie na peronach z małymi dziećmi, pilnowanie tobołków z dobytkiem. Gdy oddaliła się na chwilę w poszukiwaniu żywności, złodzieje ukradli tobołek z ich dobytkiem. Traciła już nadzieję, gdy na stacji zatrzymał się dziwny pociąg: lokomotywa ciągnęła tylko jeden wagon, i o dziwo były w nim jeszcze wolne miejsca. Ochoczo wsiadła z dziećmi do wagonu i dopiero w trakcie jazdy zagadka się wyjaśniła. Dowiedziała sie, że jest to pociąg operacyjny, który ma sprawdzić trasę, czy na torach nie ma min. Trudno powiedzieć, czy zdecydowałaby się na taką jazdę, gdyby o tym wcześniej wiedziała. No, ale szczęście im sprzyjało. Dojechali do Lublina, a stamtąd do Zawiercia. Ale tutaj, zamiast uspokojenia po trudach ucieczki, dosięga ją przerażająca wiadomość o śmierci, aż czterech najbliższych jej osób: dwie siostry zginęły na robotach w Niemczech, brat został rozstrzelany, a matka zginęła w obozie zagłady w Oświęcimiu. Tyle nieszczęścia na raz na nią spadło.Trudno jej się było podnieść pod takim ciosem. Ale cóż, była matką. Mąż Wali szczęśliwie powrócił z wojny i jako żołnierz zawodowy otrzymał przydział w rejonie Jeleniej Góry. Zamieszkali na wsi, gdzie podjęła pracę w 7-klasowej szkole o czterech nauczycielach. Wala rwała się do służby harcerskiej. W prymitywnych, powojennych warunkach organizowała obozy harcerskie. „PROTEKCJA” SEKRETARZA Gdy po kilku latach umiera jej mąż, postanawia przenieść się w inne strony. Jest w trudnej sytuacji: ma na utrzymaniu czworo dzieci, sędziwego ojca i chorego brata ojca. Poszukuje więc posady, gdzie oprócz pracy w szkole, mogłaby mieć też kawałek ziemi. Wybór padł na Ziemię Sztumską, a pomógł w tym zwykły przypadek. Wala dowiedziała się od kogoś, że jej były uczeń z kolonii wojskowej z Chmielnika, syn gospodarzy, u których mieszkała, niejaki Zyguś Jaworski jest sekretarzem partii w Sztumie. Wala wykorzystała tę znajomość i przyjechała z rodziną do Klecewa w powiecie sztumskim, by objąć kierownictwo 4-klasowej szkoły. Trwał jeszcze okres radosnej euforii gomułkowskich przemian. Harcerstwo częściowo powróciło do dawnych tradycji i metodyki. Przywrócono tradycyjne odznaki, system zastępowy, musztrę i umundurowanie. Trwało jeszcze wielkie harcerskie ożywienie. Wala czuła się znów potrzebna organizacji i jak tylko zdołała, jako takozagospodarować się w nowym rniejscu, zaraz zorganizowała drużynę zuchową i harcerską. Uczestniczyła w różnych harcerskich akcjach, obozach i koloniach. W szkole była specjalistką od nauczania w klasach początkowych, prowadziła lekcje pokazowe w ramach nauczycielskich konferencji metodycznych. Sztumska Komenda Hufca od początku rozpoznała jej wysokie kompetencje i umiejętności instruktorskie, jej gotowość, szczerą motywację do służby i pogodę ducha. Toteż, gdy w 1970 roku zamieszkała w Sztumie, chciała jeszcze bardziej być potrzebna sztumskiemu harcerstwu. Wkrótce powierzono jej funkcję zastępcy komendanta hufca. W hufcu chętnie podejmowała się odpowiedzialnych funkcji: komendantki kolonii zuchowych i zgrupowania obozów (Kaletki, Dziemiany). Kilkakrotnie była komendantką zimowisk dla zuchów w Gdańsku. 74 Jak być harcerzem - to na całe życie Dla nas instruktorów druhna Wala była ucieleśnieniem ideału harcerskiej osobowości. Skromne mieszkanko, ozdobione licznymi jej haftami było prawdziwym salonem wymiany myśli i doświadczeń życiowych i instruktorskich. Tu można było zawsze liczyć na życzliwość, dobrą radę i pomoc. W sprawach służbowych nie pobłażała nawet blisko z nią zaprzyjaźnionym. Potrafiła mocno rozgniewać się, gdy np.kadra obozu, zbyt zajęta sobą, pozostawiała dzieci bez należytej troski. Reakcja była wtedy dość piorunująca, połączona z wygłoszeniem całej prawdy o zaniedbaniach. Na zimowiskach w Gdańsku zawsze bardzo zabiegała o to, by grupa sztumska wyróżniała się subordynacją, kulturą, rozśpiewaniem, grzecznością w stosunku do personelu kuchennego. Toteż każdemu pożegnaniu zimowiska towarzyszyło serdeczne pożegnanie i zaproszenie: „Sztum - zawsze zapraszamy”. Do późnej starości chciała być potrzebna i przydatna harcerstwu. W sztumskim środowisku zapisała się jako człowiek wielkiego serca i dobroci. Harcmistrz Waleria Malinowska odeszła na Wieczną Wartę 9 marca 2009 roku w 94 roku życia. W zawodzie nauczycielskim przepracowała równe 50 lat, w czynnej służbie harcerskiej 71 lat. Urodziła się na dalekim Kaukazie, ale wszystkie siły i talenty poświęciła polskim dzieciom. W ciągu jej długiego życia zmieniały się ustroje i doktryny polityczne. Dla druhny Wali cel był zawsze ten sam - uczyć młodych, jak być dobrym człowiekiem, wrażliwym i przydatnym członkiem społeczeństwa. Konferencja sprawozdawczo-wyborcza sztumskiego hufca w 1972 r. Trzeci od lewej Ryszard Zdziebłowski, dalej Stefan Szyszka, Waleria Malinowska, Maria Rajska, fot. archiwum autora Na tropach historii Jan Chłosta PODSTĘPNE PORWANIE DWÓCH KSIĘŻY Z WARMII Wkroczenie Rosjan do Prus Wschodnich w ostatniej fazie drugiej wojny światowej zmieniło położenie pozostałych tu kobiet, starców i dzieci. Większość mieszkańców zdołała opuścić ziemie swego urodzenia i udać się na zachód. Po okrążeniu tych ziem przez czerwonoarmistów, ucieczka była jedynie możliwa przez pokryty lodem Zalew Wiślany do Gdańska lub Pilawy, a stamtąd statkami w ramach akcji „Hannibal”, podjętej przez admirała Dónitza, do zachodnich portów Niemiec bądź Danii. Tej ucieczce towarzyszyły naloty sowieckich samolotów i torpedy z łodzi podwodnych. Wielu, jak ci z zatopionego „Wilhelma Gustloffa” straciło życie. Również los pozostałej tu ludności był tragiczny. Rosjanie brali tu odwet na bezbronnych za zbrodnie Wehrmachtu w Związku Sowieckim. Na porządku dziennym były gwałty na kobietach, rozstrzeliwania, bezmyślnie wzniecone pożary, zabór mienia. Poza tym, nie tylko z Prus Wschodnich funkcjonariusze NKWD dokonywali deportacji ludności cywilnej do pracy w głąb ZSRS. Ponieważ nie było tu mężczyzn, bo każdy kto zdołał udźwignąć karabin został wcielony do wojska, to rekrutacją objęto młode kobiety, starców. Trudne warunki transportu w bydlęcych wagonach, niekiedy trwające prawie cztery tygodnie, następnie ciężka praca przy głodowych racjach żywnościowych, doprowadziły do tego, że spośród około 70 tysięcy zesłanych powróciło mniej niż połowa. Ludzie umierali z wycieńczenia. Przykładowo z 46 deportowanych księży katolickich z Prus Wschodnich, powróciło zaledwie dziesięciu1, w tym dwaj duchowni, którzy w niezwyczajnych okolicznościach znaleźli się po zakończeniu wojny w Moskwie. 1 Inaczej wyglądała deportacja, a właściwie podstępne porwanie, dwóch warmińskich urzędników kurialnych: Wikariusza Generalnego Kurii Biskupiej we Fromborku i dziekana Kapituły Katedralnej ks. dr Alojzego Marquardta i jego sekretarza ks. Johannesa Parschau. Ziemie Powiśla wówczas były częścią diecezji warmińskiej. Obaj duchowni w sierpniu 1945 roku odbyli podróż do Moskwy samolotem w towarzystwie dwóch generałów sowieckich. Przed tym jednak nie oszczędzono im upokorzeń we Fromborku, Pasłęku i Insterburgu (teraz Czerniachowsk w obwodzie kaliningradzkim). W tak zwanych „marszach śmierci” odbywali wędrówki z Fromborka do Pasłęka i powrotem, noce spędzali w piwnicach na stertach Węgla, potem zatrudniono ich przy opisywaniu zagarniętych przez Rosjan wartościowych paramentach religijnych, jak między innymi, zabytkowe kielichy i monstrancje z katedry fromborskiej i okolicznych kościołów oraz unikalnych dokumentów z archiwum biskupiego. Towarzyszył im w tej pracy oficer sowiecki w randze kapitana o nazwisku Isreilew. L. Ploetz, Vom Schicksal ermlandischer Priester 1939-1945, Kieł 1965, s. 123; Por. J. Chłosta, Deportacje ludności cywilnej Prus Wschodnich do pracy w głąb ZSSRw 1945 roku (Na podstawie wspomnień), w: Rocznik Mazurski (Szczytno), 2004, t. VIII, s. 123-167. 76 Podstępne porwanie dwóch księży z Warmii Pierwsze ich zetknięcie z czerwonoarmistami było nadzwyczaj tragiczne. Niezbyt biegły w języku niemieckim tłumacz przedstawił Wikariusza Generalnego ks. Marquardta jako generała Yolkssturmu, czyli formacji zbrojnej powołanej w ostatnie fazie wojny, a ks. Parschaua jako jego adiutanta. Chociaż przebywali w Insterburgu, skąd wysyłano liczne transporty mieszkańców tych ziem do pracy w głąb Rosji, to im wyznaczyli inne zadania. Ksiądz Marquardt nie był zdrów i kilka razy upomniał się o lekarza, w końcu na jakiś czas umieszczono go w prowizorycznym szpitaliku. Po wykonaniu pracy z opisem kościelnego mienia, 8 czerwca 1945 roku obaj zostali zwolnieni. Wtedy zdecydowali udać się do Olsztyna, który już przejął rolę siedziby władz administracji tej części Prus Wschodnich, jaka przypadła Polsce. Prawidłowo odczytali, że tu w przyszłości zostanie również przeniesiony z Fromborka, urząd ordynariusza diecezji warmińskiej. Zresztą księdzu Marquardtowi, po wywiezieniu przez gestapo przed wkroczeniem Rosjan biskupa Maksymiliana Kallera, przypadł urząd rządcy diecezji. Po przybyciu do Olsztyna obaj zameldowali się w komendanturze sowieckiej i złożyli wizytę urzędującemu w ratuszu zastępcy Pełnomocnika Rządu na Okręg Mazurski (zapewne w towarzystwie od 1924 roku proboszcza parafii św. Jakuba ks. Jana Hanowskiego (1873-1968), u którego się zatrzymali). Jerzy Burski nie ukrywał swego niezadowolenia z tej wizyty. Miał powiedzieć: - Po co mu teraz rządca w polskiej diecezji, nieznający języka polskiego? Uważał dotychczasowy stan stosunków z kościołem w diecezji pod kierunkiem członka Jan Hanowski Polskiego Komitetu Narodowościowego, którym był ks. Hanowski za dobry. Przydzielił jednak Wikariuszowi Generalnemu maszynę do pisania i papier, aby ten mógł zwrócić się do wszystkich parafii w diecezji z zapytaniem o losy proboszczów. Wyglądało na to, że ks. Marquardt będzie organizował urząd biskupi z obsadą niemiecko-polską, na co polski urzędnik nie mógł się zgodzić. Przysłowiową oliwą do ognia, decydującą o wysiedleniu Wikariusza Generalnego z Polski, stała się odmowa przyznania ks. Klemensowi Majewskiemu probostwa w Malborku, gdzie duszpasterzował przecież kanonik ks. Franciszek Pingel. Pełnomocnik Rządu RP w Olsztynie jeszcze 27 czerwca wydał księdzu Marqu-ardtowi nakaz w ciągu trzech dni opuszczenia Polski. W tym celu przydzielono mu nawet samochód, którym udał się do Warszawy, a stamtąd pociągiem do Berlina Zachodniego. Zamieszkał w domu św. Józefa, prowadzonym przez siostry szarytki. Przed wyjazdem doprowadził do spotkania 28 czerwca 1945 roku we Fromborku czterech kanoników, Jan Chłosta poza Hanowskim i Marquardtem brali w nim udział Bruno Schwark (1883-1969) i Franciszek Heyduschka (1879-1946). Spotkanie potraktowano jako posiedzenie obecnych w Polsce członków Kapituły katedralnej. Uczestniczący na nim kanonicy jednogłośnie wybrali ks. Hanowskiego wikariuszem kapitulnym diecezji warmińskiej. Ksiądz Parschau pozostał w Polsce. Objął po zmarłym jeszcze w czerwcu 1945 roku księdzu Józefie Samlandzie kościół w podolsztyńskich Dajtkach. Obaj duchowni: Marquardt i Parschau napisali obszerne wspomnienia. Zostały one wydrukowane w niemieckich kalendarzach warmińskich. Ksiądz Marqu-ardt zamieścił je jeszcze w 1957 roku,2 a ks. Parschau - w dwóch rocznikach: w 1981 i 1982 roku, spisanych 77 przez redaktora tego periodyku ks. Ernsta Lawsa.3 Obejmują one dziesięcioletni pobyt w Związku Sowieckim. Najpierw jednak pragnę przywołać to, co ks. Parschau zawarł w swojej relacji o duszpasterzowaniu ks. Hanowskiego, proboszcza dzisiejszej współkate-dry w Olsztynie. Był on od 1 lutego 1939 roku kanonikiem honorowym Kapituły katedralnej i jednym z nielicznych duchownych na południowej Warmii, którzy przed 1939 roku do samego wybuchu wojny w swoim kościele wygłaszał polskie kazania. Już wtedy mówił, że z jednakową miłością odnosił się do niemieckich jak i polskich parafian. Zdołał z datą 21 stycznia 1945 roku wyjednać pismo w języku rosyjskim od sowieckiego komendanta Olsztyna, ostrzegające, że ktokolwiek podejmie próbę podpalenia kościoła w Olsztynie, to stanie przed sądem wojennym4. Tymczasem ks. Parschau oskarżył olsztyńskiego proboszcza, że ten odmówił ostatniej posługi kobiecie w języku niemieckim, której córka rzekomo o to go prosiła, zabronił grzebania zmarłych Niemców na cmentarzu parafialnym św. Jakuba, co mija się z prawdą, bo przecież właśnie na tej metropolii zostali pochowani zabici i zmarli mieszkańcy Olsztyna w styczniu 1945 roku i później. Tam też została pochowana w 1926 roku matka księdza Hanowskiego, na grobie której umieszczono inskrypcje w języku niemieckim. Dalej napisał, że ks. Hanowski nie chciał udać się z posługą do ks. Samlanda W Dajtkach, gdzie właśnie ks. Hanowski wysłał ks. Parschau, który zresztą po śmierci Samlanda objął tam obowiązki duszpasterskie, wreszcie dalej podał, że ks. Hanowski nie chciał złożyć podpisu pod petycją domagającą się przyznania dodatkowego przydziału żywności dla niemieckich mieszkańców Olsztyna. Tymczasem Hanowski nigdy nie dzielił swoich parafian. Wcześniej urządził pogrzeb ks. kanonikowi Józefowi Steinke, śmiertelnie pobitemu przez Rosjan, był też współcelebran-sem w pogrzebie ks. Samlanda, prowadził stołówkę w parafii św. Jakuba i wspierał ogólną 2 Domdechant Prałat dr Aloes Marquardt, Zehnjahre RuBland, w: Ermlandischer Hauskaalender, 1957, s. 115-175. 3 Das schreckliche Abenteuer. Die Verschleppung des Generalsvikar dr Marquardt und des Domvikars Parschau nach Russland 1945 bis 1948. Berichtet von Pfr Johannes Parschau, aufgeschrieben von Ernst Laws noch einmal von Parschau auf sachliche Richtigkeit iiberpriift, w: Ermlandbuch 1981, s. 85-141 i Ermlandbuch 1982, s. 54-81. 4 Por. J. Chłosta, Niezwykła posługa warmińskiego kapłana, w: Studia Warmińskie, 1995, t. 32, s. 365-377. 78 Podstępne porwanie dwóch księży z Warmii stołówkę, znajdującą się w miejscu dzisiejszej siedziby Kurii Biskupiej przy ulicy Pieniężnego. Znałem księdza Hanowskiego przez ostatnie 20 lat jego życia, jako ministrant służyłem do Mszy św. przez niego odprawianych. Wiem o tym, że spowiadał do końca życia w języku niemieckim tych parafian, którzy pierwszy Sakrament Pokuty odbyli w tym języku. Jemu Kościół warmiński zawdzięczał wiele w tamtych trudnych czasach po zakończeniu działań wojennych. On po prostu nikomu nie odmawiał pomocy. Sam zresztą zapewnił schronienie obu duchownym oraz innym kapłanom w tym także biskupowi Kallerowi, kiedy ten w początkach sierpnia 1945 roku powrócił do Polski. O posłudze ks. Hanowskiego w 1945 roku nie napisał w swojej relacji ani jednego zdania ks. Marquardt, stąd może zastanawiać dlaczego takie świadectwo dał ks. Parschau, kiedy nie żyli już ani Wikariusz Generalny ani proboszcz olsztyńskiej parafii św. Jakuba. 2 Ksiądz Parschau nie ukrywał zmieszania, kiedy we wczesnych godzinach rannych 16 sierpnia 1945 roku nagle do domku w Dajtkach wtargnął kapitan Isreilow. Nie zdążył jeszcze zamknąć drzwi za sobą, a już rzucił pytanie: gdzie znajduje się ksiądz Marquardt? Jak gospodarz oznajmił mu, że władze polskie wysiedliły go z Olsztyna i może zdążył już dotrzeć do Berlina, to w tym momencie kapitan prosił księdza, aby się ubrał, zabrał najpotrzebniejsze rzeczy i pojechał z nim samochodem do Insterburga w celu opisania kolejnych historycznych materiałów archiwalnych. W drodze dowiedział się, że będą musieli udać się do Berlina, aby sprowadzić do Polski księdza Wikariusza Generalnego. Tego samego dnia w towarzystwie sowieckiego generała udali się samolotem do Berlina. Zatrzymali się krótko w strefie okupowanej przez Rosjan, a potem dotarli do Domu św. Józefa, w który został zamieniony na szpital. Przebywał w nim ks. Marquardt. Tego feralnego dnia odbył poza szpitalem ważna rozmowę w miejscowej Kurii Biskupiej w sprawie dalszego pobytu w Berlinie. W tej sytuacji kapitan Isreilow usilnie prosił o dziesięciodniowy pilny powrót do Prus Wschodnich. Następnie wydłużył ten wyjazd do dwóch tygodni i dał obu księżom honorowe przyrzeczenie oficera rosyjskiego, na jakie uwięzieni księża często się powoływali się, pytając o termin powrotu do Niemiec. Przeciwko wyjazdowi ks. Marquardta próbował oponować dyżurny lekarz szpitala o polskim nazwisku Walinski, jednak opór kapitana okazał się nie do przezwyciężenia. Siostry zapakowały niezbędne przybory toaletowe, ciepłą odzież i kilka książek. Tego samego dnia wszyscy wylecieli samolotem na wschód. Już w drodze kapitan oznajmił duchownym, że zamiast do Insterburga udadzą się od razu do Moskwy, bo tam zostały już owe archiwalia przewiezione. Na wojskowym lotnisku w Moskwie dotarli tego samego 16 sierpnia 1945 roku o 23-ciej. Powitał ich drugi generał w towarzystwie kilku oficerów. Następnie samochodem udali się w towarzystwie kapitana do letniskowej daczy, oddalonej o 50 kilometrów od Moskwy. Zamieszkali w domku letniskowym, otoczonym wysokim płotem i chronionym przez kilku żołnierzy. Obecność żołnierzy kapitan tłumaczył sprawami bezpieczeństwa wobec panujących w Związku Radzieckim po zakończeniu wojny nastrojach antyniemieckich. Inaczej byliby tu niepotrzebni, bo duchowni z Warmii - argumentował - są przecież gośćmi rządu Związku Radzieckiego. Jan Chłosta 79 Mniej więcej po miesiącu w daczy pojawił się rosyjski generał o nazwisku Georgij który zalecił księżom spisanie swoich danych osobowych: życiorysu, opisu wykonywanej pracy w przypadku ks. Marquardta jako Wikariusza Generalnego oddzielnie, i jako dziekana Kapituły katedralnej oraz opisanie akt Mikołaja Kopernika jako administratora komornictwa Kapituły w Olsztynie. Ksiądz Parschau zaś miał opisać swój pobyt na studiach we Wrocławiu i wykonywane prace w Kurii fromborskiej. Jeśli natomiast chodzi o inne materiały archiwalne z Fromborka, to one w najbliższym czasie zostaną dostarczone do miejsca ich pobytu. W rzeczywistości nigdy tam nie dotarły do księży. Po przełożeniu na rosyjski, duchowni podpisali swoje elaboraty. Potem przez dłuższy czas nie mieli żadnych kontaktów z generałem. Opiekował się nimi kapitan Isreilow. Urządzał im wycieczki samochodem do Moskwy i do pobliskich miejscowości. Pewnego dnia, jak relacjonował wyłącznie ks. Parschau, kapitan Isreilow przedstawił duchownym następującą propozycję: „Właściwie Wikariusz Generalny ks. Marquardt mógłby zostać biskupem, otrzymać do dyspozycji samochód, pensję w wysokości 100 tysięcy rubli rocznie, mieszkanie wraz z wyposażeniem, a ks. Parschau - Wikariuszem Generalnym z pensją 70 000 rubli”. Przy okazji autor podał, że jeden rubel miał wartość sześciu marek niemieckich. Duchowny nie skomentował tej propozycji, ani nie napisał, że biskupa może mianować wyłącznie papież (sic!). Czas upływał. 7 października 1945 roku ze względu na panujące zimno przeniesiono księży do bardziej ocieplonego budynku, oddalonego o 90 km od Moskwy. Dostarczono im książki religijne i słowniki rosyjsko-niemieckie, szachy oraz cieplejszą odzież. Duchowni Wiele razy indagowali swego opiekuna, kiedy pozwolą im powrócić do swoich bliskich. Na to nie było odpowiedzi. Po jakimś czasie kapitana Isreilowa zamienił młody oficer, który niewiele rozmawiał z duchownymi. Któregoś dnia zakomunikował im, że na pewno w końcu 1948 roku będą już ze swoimi najbliższymi. Odtąd zaprzestali nauki języka rosyjskiego. Ale w międzyczasie ich losy potoczyły się zupełnie inaczej. 3 Jeszcze 9 czerwca 1948 roku odwiedził ich major Nicolai i nakazał, aby obaj zabrali Wszystkie swoje rzeczy, bo zostaną przeniesieni do Moskwy. Nie ukrywali swego zdziwienia, jak nagle samochód zatrzymał się przed więzieniem Lefortowskim. Z gości rządu wielkiego Związku Radzieckiego stali się nagle jego więźniami. Umieszczono ich w niewielkiej celi. Tam przebywali do końca marca 1950 roku. Kolejnym miejscem pobytu było więzienie na Butyrkach. Tutaj czas upłynął im na przesłuchaniach i częstych rewizjach. Dla ks. Marquardta zaskoczeniem było, kiedy przesłuchujący oficer zadał mu pytanie, na które on nie znał odpowiedzi: dlaczego znalazł się w więzieniu? W trakcie przesłuchania zorientował się jednak do jakiego celu zmierzało śledztwo. Oficer wielokrotnie pytał o kontakty księdza w Rzymie. Związane to było z jego studiami w latach 1920-1921, odbywanymi dzięki fundacji Perucka, obroną doktoratu z prawa kanonicznego, następnie pytał o pobyt w 1928 r°ku, jak towarzyszył biskupowi Augustynowi Bludau w czasie jego obowiązkowej wizycie „ad limina Apostolorum”, którą każdy ordynariusz musi odbywać co pięć lat, a potem 0 cel podróży w 1935 roku, kiedy odbył podróż do Watykanu w sprawie zaangażowania 80 Podstępne porwanie dwóch księży z Warmii profesorów braniewskiej Akademii Państwowej w działalność partii hitlerowskiej. Chodziło o Karola Eschweilera i Hansa Bariona, których suspendowała Stolica Apostolska5. Były też pytania o przeszkody w pracy duszpasterskiej Kościoła w III Rzeszy, co było nawiązaniem do napisanego przez księdza elaboratu już w Moskwie. W oparciu o te założenia 9 września 1951 roku ks. Marquardtowi postawiono zarzut szpiegostwa na rzecz Watykanu. Ten powód skazania wraz z wyrokiem 15 lat osadzenia w obozie karnym na Syberii został mu odczytany 1 grudnia 1951 roku. W wyroku zaliczono minione pięć lat, które upłynęły od czasu podstępnego wywiezienia z Berlina 16 grudnia 1945 roku. Po ogłoszeniu wyroku ks. Marquardt naiwnie zapytał: czy istnieją możliwości odwołania się od wyroku do wyższej instancji. Na co otrzymał odpowiedź, że ten wyrok wydała już najwyższa instancja Związku Radzieckiego. Wobec ks. Parschau skierowano najpierw trzy zarzuty: 1. szerzenia antysowieckiej propagandy, 2. współpraca z hitlerowskim gestapo, chociaż faktycznie był inwigilowany i przesłuchiwany przez gestapo, 3. prowadzenie szpiegostwa na rzecz Watykanu. To ostatnie oskarżenie uzasadniono rzekomym listem litewskiego księdza katolickiego, który miał oświadczyć, że wszyscy wikariusze katedralni byli szpiegami. W czasie przesłuchań, jak napisał Parschau, były momenty dramatyczne i dość zabawne. Częstowano go kanapkami z kawiorem i ekskluzywnymi papierosami. W trakcie pewnego przesłuchania oficer zaproponował księdzu zrzucenie sutanny i założenie rodziny. W kilku przypadkach duchowny nie podpisał podsuniętego mu protokółu, który zawierał zdania jego zdaniem nie wypowiedziane. Nie miało to jednak wpływu na ostateczne oskarżenie i wyrok, który brzmiał: „Z powodu szpiegostwa został skazany na 15 lat pobytu w obozie karnym”. Tak jak w przypadku ks. Marquardta, również jemu zaliczono do wyroku owe 5 lat pobytu w Moskwie. Drugiego dnia Bożego Narodzenia 1951 roku, dwaj duchowni wraz z innymi skazanymi w Moskwie, zostali przewiezieni na dworzec kazański i stamtąd pociągiem przez Kujby-szew, Czelabińsk, Nowosybirsk udali się do oddalonego na Syberii Irkucka. Podróż odbyli w towarzystwie innych więźniów politycznych wywodzących się z różnych stron świata oraz zwyczajnych kryminalistów. Przez to na porządku dziennym były kradzieże i zwyczajny zabór mienia. Ich obóz znajdował się w niewielkiej wsi oddalonej o 30 kilometrów od Irkucka o nazwie Aleksandrowsk. Jako więźniowie polityczni byli zwolnieni z pracy. Ze współwięźniami trudno było jednak nawiązywać kontakty. W większości byli to ludzie obojętni religijnie. Spędzone tam trzy lata i osiem miesięcy nie należały do łatwych. Wszyscy żyli tam mimo wszystko nadzieją powrotu do najbliższych. Mówiono wciąż o zwolnieniu z obozu. Nawet ksiądz Marquardt dwukrotnie zwrócił się z prośbą do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Związku Radzieckiego i samego Berii o wcześniejsze zwolnienie z pobytu w obozie, ale jego prośba została odrzucona. Uzasadniał swe prośby głównie stanem zdrowia. Po śmierci Stalina nieco poprawiły się warunki życia. Część swego pobytu ks. Marqu-ardt spędził w obozowym szpitaliku, gdzie wyżywienie było lepsze. W połowie 1954 skazanym Niemcom zezwolono na wysłanie kart pocztowych do bliskich, a po roku, prawie przed ogłoszeniem amnestii Niemcom - wyrażono zgodę na odbiór paczek żywnościowym i z odzieżą. 5 BpJ. Wojtkowski, Dzieje Kapituły Warmińskiej 1772-1945, Studia Warmińskie, 1995, t. 32, s. 85. Jan Chłosta 81 Wolność dwóm uprowadzonym księżom z Warmii oraz innym uwięzionym Niemcom w Związku Sowieckim przyniósł kanclerz Konrad Adenauer, który 11 września 1955 roku odwiedził Moskwę. W akcję zwolnienia więźniów i jeńców wojennych włączył się wspaniałomyślnie także przywódca Niemieckiej Republiki Demokratycznej Wilhelm Pieck. Trzynastu Niemców z Aleksandrowska zostało uwolnionych 20 września tego samego 1955 roku. Ich powrót trwał jednak kilka miesięcy. Ostatecznie ks. Marquardt dotarł do Berlina Zachodniego w połowie grudnia 1955 roku, a jego towarzysz niedoli - 7 stycznia 1956 roku. Obaj jeszcze przez wiele lat byli czynni w posłudze religijnej. Ksiądz Marquardt °d 1956 roku wykonywał obowiązki wiceoficjała w sądzie arcybiskupim w Kolonii. W tym samym roku został wyróżniony przez papieża godnością protonotariusza apostolskiego, czyli infułata. W 1970 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 1 sierpnia 1972 roku w Kolonii ćwieku 81 lat.6 Wywodzący się z Reszla ks. Johannes Parschau w 1956 roku podjął krótko pracę duszpasterską Neumiinster w diecezji Osnabruck, potem duszpasterzował w Ellenz nad Mozelą w diecezji Trewirskiej, w latach 1959-1980 był proboszczem w Dernau. Zmarł 2-0 marca 1994 roku w wieku 84 lat.7 *** A swoją drogą może dzisiaj zastanawiać to osobliwe porwanie dwóch warmińskich księży. Czy przez to Rosjanie pragnęli ukryć przed światem owe zrabowane we Fromborku 1 okolicy paramenty religijne i archiwalne dokumenty z XVI wieku. A może też nosili się z zamiarem uregulowanie życia religijnego pozostałych w obwodzie kaliningradzkim mieszkańców, których zatrzymano tam jeszcze do połowy 1948 roku, a potem pozwolono im Wyjechać na Zachód. Przemawiała za tym propozycja, wyrażona przez kapitana Isreilowa. Tyle że tamte rejony dawnych Prus Wschodnich były w większości zamieszkałe przez ewangelików. Trudno więc o jednoznaczną odpowiedź: w jakim celu rosyjskim komunistom potrzebni księża katoliccy? A. Kopiczko, Duchowieństwo katolickie diecezji warmińskiej w latach 1821-1945, część 3: Słownik, Olsztyn 2003. s. 176-177. Tamże, s. 206. Adam Langowski WYPRAWA ŁOWIECKA BRACI SIERAKOWSKICH DO INDII (1906 ROK) Miasto Benares (źródło: J. Potocki, Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu. I. Indye, Warszawa 1896, s. 21.) Adam Langowski 83 Spośród wszystkich panów na Waplewie pochodzących z rodu Sierakowskich postacią ■wyróżniającą się pod względem liczby odbytych podróży był Adam Sierakowski (1846-1912). Syn Alfonsa, przez najbliższych nazywany „Brahmaputrą” odwiedził Indie i Jawę, Wędrował po górach Kaukazu, udał się także do Ziemi Świętej. Częstym celem jego wypraw były Włochy oraz Afryka Północna. Hrabia podróżnik pozostawił po sobie cenne świadectwo w postaci „Listów z podróży”, które zostały wydane w 1913 r., a więc już po śmierci autora. W ostatnim czasie ukazało się kilka artykułów poświęconych Adamowi Sierakowskiemu, co świadczy o wzroście zainteresowania wśród badaczy osobą hrabiego i jego dokonaniami1. Warto zauważyć, że również synowie Adama, Stanisław i Jan, mają w swoich biografiach udział w wielkich wyprawach. Jak dotąd ten temat nie był szerzej omawiany. W przypadku Stanisława najczęściej eksponuje się, co zrozumiałe, jego bogatą działalność narodową i tragiczną śmierć z rąk hitlerowców. Jan natomiast jest postacią niemal zupełnie zapomnianą. TYGRYS NA PIERSI I SZKLANE OKO W NAMIOCIE Obu braci dzieliła niewielka różnica wieku. Stanisław urodził się w 1881 r. w Poznaniu, rok później w Krakowie przyszedł na świat Jan. Będąc uczniami gimnazjum katolickiego w Chełmnie należeli do tajnej organizacji Towarzystwo Filomatów, a po jej wykryciu przez bładze pruskie zostali osądzeni w procesie toruńskim w 1901 r. Z dalekich wojaży przywozili liczne trofea, które zdobiły wnętrza waplewskiego pałacu. Jak wspomina Andrzej Sierakowski, zmarły w 1995 r. ostatni po mieczu przedstawiciel rodu, szczególne miejsce w zbiorach myśliwskich zajmował tygrys [... ] którego trofeum w postaci ogromnego futra, kłów i pazurów wisiało do końca nad łóżkiem w jego [Stanisława - przyp. A.L.] pokoju w lewym skrzydle przy wjeździe w Waplewie i było ulubionym trofeum2. Osobliwą Pamiątkę z wyjazdu do Azji stanowił tatuaż przedstawiający tygrysa buszującego w trawie, Wykonany przez Hindusów na piersi Stanisława, o czym w jednym z wywiadów opowiadała Izabella Sierakowska-Tomaszewska. Hindusi mieli w ten sposób podziękować jej dziadkowi za uratowanie łodzi podczas monsunu3. W tradycji rodzinnej przetrwało wiele innych anegdot, jak choćby opowieść o szklanym oku Stanisława (w dzieciństwie stracił prawe oko i używał protezy wykonanej w Berlinie), które wyjmował podczas pobytu w Afryce, aby strzegło zawartości namiotu przed zakusami tubylców. Z OSWALDEM DO INDII Ważnym źródłem do poznania wypraw myśliwskich młodych hrabiczów z Waplewa są listy i relacje zamieszczone w specjalistycznych czasopismach poświęconych łowiectwu. Na lch podstawie możemy odtworzyć przebieg interesującej ekspedycji do Indii Wschodnich Zob. A. Lubiński, Adam Sierakowski - uczony podróżnik [w:] Ród Sierakowskich na ziemi malborskiej, pod red. J. Hochle-itnera i P. Szwedowskiego, Malbork 2014, s. 141-152; J. Ryszkowski, Alfons i Adam Sierakowscy na łamach „Torunianki" [w:] Ibidem, s. 127-140. A. Sierakowski, Wspomnienia, oprać. S. Stankiewicz, „Prowincja” 2014, 1 (15), s. 59. Należy postępować, jak należy. Z Izabellą Sierakowską-Tomaszewską rozmawia Małgorzata Grzebałkowska, http://www. "^ysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/l,96856,4924397.html, data dostępu: 06.05.2015. 84 Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii (1906 rok) i na Cejlon w 1906 r. Oprócz Stanisława i Jana Sierakowskich wziął w niej udział hrabia Oswald Potocki z Piątkowa wraz z żoną Marią z Gajewskich. Oswald Potocki, urodzony 15 grudnia 1866 r. w Bursztynie w powiecie rohatyńskim, był kuzynem Sierakowskich. Wywodził się z linii Józefa, kasztelana lwowskiego. Ojciec Oswalda, Nikodem, uzyskał stopień majora wojsk austriackich. Matka, Ludwika z Jabłonowskich, była właścicielką Mariampola i Wołczkowa w powiecie stanisławowskim. Na początku lat 90. XIX w. hrabia Oswald opuścił Galicję i przybył na Pomorze. Dwudziestego szóstego października 1893 r. poślubił Marię z Gajewskich, późniejszą prezeskę Towarzystwa Ziemianek Polskich na Pomorzu, i osiadł w Piątkowie, posiadłości stanowiącej wiano żony. W 1894 r. został członkiem Towarzystwa Naukowego w Toruniu4. Związki Waplewa z Piątkowem, majątkiem położonym na północny wschód od Kowalewa, sięgają roku 1867, kiedy Klotylda Działowska z domu Sierakowska odkupiła go od Su-lerzyskich. Ciotka Adama Sierakowskiego zapłaciła poprzednim właścicielom 185 tysięcy talarów. Majątek ten miał wówczas 925,66 ha ziemi, w tym 768 ha gruntów ornych. W 1882 r. Piątkowo przeszło w ręce córki Klotyldy, Łucji Gajewskiej z domu Działowskiej, a w 1895 r. stało się własnością Marii Potockiej z domu Gajewskiej, żony Oswalda Potockiego5. - Oswald Potocki herbu Pilawa Złota był z linii prymasowskiej, zatem bardzo dalekim kuzynem Sierakowskich, których matka Potocka herbu Pilawa Srebrna była z linii hetmańskiej, gałąź krzeszowicka - wyjaśnia Maciej Kraiński, kierownik Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, i dodaje - siostra Klotyldy Sierakowskiej-Działowskiej, Helena 4 B. Osmólska-Piskorska, Potocki Oswald, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 28, z. 116, 1984, s. 116. 5 Pamiętniki Natalisa Sulerzyskiego byłego posła ziemi pruskiej na sejm berliński, oprać. Sławomir Kalembka, Warszawa 1985, s. 45- Stanisław i Jan Sierakowscy, fot. Archiwum Państwowe w Krakowie Adam Langowski 8S Marianna Sierakowska była żoną hr. Husarzewskiego. Syn narodzony z tego związku, Józef Husarzewski, miał za żonę Karolinę ks. Jabłonowską. Z tego związku urodziła się Eleonora, przyszła księżna Andrzej owa Lubomirska, której córka Helena została żoną Stanisława hr. Sierakowskiego, polującego wraz z Oswaldem Potockim i Janem Sierakowskim w Indiach. Ale to było w roku 1906, a ślub Stanisława miał miejsce w roku 1910, zatem jeszcze się nie spowinowacili. Spowinowaceni byli jednak przez matkę Oswalda, Ludwikę Jabłonowską, rodzoną siostrę Karoliny ożenionej z synem Heleny Marianny, córki Antoniego Sierakowskiego. Mówiąc bardziej zrozumiale Józef Husarzewski po matce Sierakowskiej był wujem Oswalda przez małżeństwo z siostrą jego matki. LIST Z BENARES Podróżując po Indiach, młodzi hrabiowie opisywali swoje przygody w listach słanych do Waplewa. Fragment jednego z nich, autorstwa Jana, ukazał się na łamach „Łowca Polskiego” w numerze z 1 kwietnia 1906 r.6 Relację przekazał redakcji Adam Sierakowski, ojciec podróżników. List został napisany 14 lutego w Benares, czyli dzisiejszym Waranasi - świętym mieście wyznawców buddyzmu i hinduizmu, którzy poddają się oczyszczającym kąpielom W Gangesie i dokonują kremacji zmarłych na schodach zwanych ghatami. W liście z Dalekiego Wschodu Jan Sierakowski zdał relację z dwudniowego polowania na krokodyle w północnych Indiach. Bazą wypadową myśliwych była Agra, miasto położone nad rzeką Jamuną, będącą głównym dopływem Gangesu. Pierwszego dnia uczestnicy wyprawy polowali osobno. Stanisław i Oswald wyruszyli na aligatory, a Jan, któremu towarzyszył Anglik z Kanady o nazwisku Pertwee, strzelał do antylop. Więcej powodów do zadowolenia miał Jan, ponieważ brat i kuzyn wrócili z niczym, jedynie ich przewodnik [... ] zimną krew zachował; to też uśmiercił gawialika małego, jak szczeniątko od piersi matczynej oderwane. O właścicielu Piątkowa młodszy z Sierakowskich napisał: Oswalda taka gorączka myśliwska °padła, że kładł się i czołgał wśród kolących krzaków dżungli bez zrozumiałego powodu. Drugiego dnia Sierakowscy już wspólnie polowali na krokodyle, nazywane przez miejscowych „koko”. Myśliwi, prowadzeni przez „szikari” („shikari”), czyli hinduskich strzelców, osiągnęli bardzo dobre rezultaty. Najpierw ubito po jednej sztuce - Jan trafił gawiala dziubatego, a Stanisław większego aligatora. Następnie w trakcie dwugodzinnej zasadzki Padło osiem kolejnych aligatorów. Największe emocje jednak pojawiły się pod koniec polowania: Już mieliśmy odchodzić, kiedy nam jeden z naszych Hindusów jeszcze jednego „Koko” wskazał. Prędko podbiegliśmy; Staś już nie miał naboi, a ja strzeliłem do łba ogromnego zwierza jakich 14 kroków. Ze zmęczenia chybiłem, i nagle ku naszemu zdziwieniu, ogromny aligator do brzegu przypływa i nas, stojących nad brzegiem, atakuje. Staś do niego 6 razy z rewolweru Browninga a bout portant strzela, gdy już na ląd był wypłynął. Aligator znowu do wody wraca, ale blizko lądu zostaje. Staś więc znowu nabija rewolwer i dalej do niego strzela, a ja z ostatnim nabojem mego sztućca czekam. Po chwili rozwścieklone zwierzę drugi raz się na nas rzuca, i ja n^u z karabinu Henry-Martini pakuje kulę w łeb na odległość paru kroków. Kula, z tak blizka 6 „Łowiec Polski” 1906, R. 8, nr 7, s. 106-107. 86 Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii (1906 rok) strzelana, nie przebiła mu czaszki i tylko utkwiła na wierzchu w skórze i trochę go oszołomiła. Staś tymczasem resztę naboi rewolwerowych wystrzelił, i zostaliśmy uzbrojeni tylko w ogromne kije bambusowe; z tych jeden był zaopatrzony w ogromny hak żelazny na końcu. Teraz zaczęła się strasznie zajmująca walka z rannym lekko zwierzem, któregośmy hakiem, w oko wbitym, do brzegu przyciągnęli. Zaczęliśmy go walić po łbie bambusami, wściekłi, że mu nic zrobić nie możemy; krokodyl od czasu do czasu się na nas rzucał. Ze złości, łatwo zrozumiałej, wpakowałem mu w otwartą paszczękę drąg bambusowy, a on zgryzł go jak zapałkę. Staś łomotał go po łbie, ale tylko bambusy w drzazgi poszły. Trwało to dobrych 20 minut, aż wreszcie jakiś pastuch, których się kiłku na ten widok zbiegło, podrzucił nam siekierkę, i natychmiast w panicznym strachu odbiegł. Ową siekierką Staś zwierzęciu kark rozrąbał, podczas kiedym ja go hakiem w oko, zaciśniętym przytrzymywał. Była to piękna walka i ubawiliśmy się znakomicie. Ubity aligator - krokodyl ma przeszło 3 metry długości i jest w sobie bardzo gruby. Jan Sierakowski nie ograniczał się tylko do przekazywania informacji dotyczących polowań, lecz wykazywał również zainteresowania przyrodnicze. Z uwagą obserwował miejscową florę i faunę, a opisując je, użył ciekawych epitetów, porównań i metafor. Oto jeden z przykładów: Dżungla sama, wypalona od suszy, wygląda, jak model plastyczny Alp, same wąwozy i góry miniaturowe, jak zabawki dla dzieci. Drzew, w naszem pojęciu, zupełnie na niej nie było; tyłko przeważnie kołczaste krzaki urozmaicały brunatne tło krajobrazu. W innym miejscu zanotował: Okolica była bardzo małownicza, wszędzie głębokie rozpadliny, porosłe kolczastemi krzakami o ciemno zielonym, martwym kolorze; gdzieniegdzie kępa palm, lub kaktusów. Od czasu do czasu wychylały się z dżungli domki gliniane pasterzy, podobne do kup zeschłego błota. Ponadto hrabicz z Waplewa z zachwytem stwierdził: Ptaków wszędzie było pełno, i co milsze, że się one ludzi jeszcze nie boją. Do dzikich pawi i pysznych żórawi, wiele większych od naszych i bardzo pięknie upierzonych, dochodziłem na parę kroków, a one tylko na nogach na kilka metrów się odsuwały. Warto dodać, że uczestnicy wyprawy dysponowali aparatem fotograficznym, co na początku XX w. było jeszcze rzadkością. Fotografię upolowanego aligatora, z którym stoczono zaciętą walkę, miał wykonać Stanisław. ALIGATOR NA BULOCKKARCIE Zapiski z dwumiesięcznej podróży do Indii i na Cejlon przygotował również towarzysz Sierakowskich, hrabia Oswald Potocki. Sporządzone w kwietniu 1906 r. na Oceanie Indyjskim podczas powrotnego rejsu do Europy, zostały opublikowane na łamach galicyjskiego „Łowca” we wrześniu tego samego roku7. W obszernej relacji hrabiego Oswalda, Stanisław i Jan Sierakowscy pojawiają się bardzo często, przy czym występują pod inicjałami S.S. oraz J.S. lub jako bracia S. Również autor korespondencji nie podał swojego imienia i nazwiska w pełnym brzmieniu, podpisując się O.P. 7 „Łowiec” 1906, R. 29, nr 18, s. 221-225. Adam Langowski 87 Właściciel Piątkowa dużo miejsca poświęcił przygodom łowieckim. Przedstawił walkę swoich kuzynów z potężnym aligatorem, o której pisał również Jan. Pozostawał pod wrażeniem tężyzny fizycznej starszego z Sierakowskich, stwierdzając, że był to [... ] niezwykle silny młody człowiek [... ]. Jednocześnie żałował, że tego dnia nie uczestniczył razem z kuzynami w tak emocjonującym polowaniu, które oni zapamiętają zapewne do końca życia. W dalszej części relacji hrabia Oswald przybliżył także okoliczności upolowania tygrysa przez Stanisława, chociaż sam nie był tego świadkiem, ponieważ w tym czasie zwiedzał Wraz z żoną Cejlon. Stanisław zatrzymał się u jezuitów w Rengarhi, gdzie przez osiem dni zasadzał się na grubego zwierza. Szczęście uśmiechnęło się do myśliwego ostatniego dnia, kiedy to, jak zapisał Oswald: [... ] wyszedł na mego kuzyna wspaniały tygrys. Na jakie 40 kroków S.S. strzelił do niego z expresa kaliber 577: tygrys ryknął i znikł w krzakach. Gdy nagonka wyszła, poszedł S.S. zpa-trami i ludźmi za śladem tygrysa. Na miejscu strzału śladu farby widać nie było, ale po kilkunastu krokach znaleźli trochę farby, następnie więcej a o jakie 300 kroków od miejsca strzału, leżała ^a skale ogromna bestya bez życia! Z ostrożności strzelił jej S.S. raz jeszcze za ucho, łecz tygrys już nie żył. Tygrys mierzył od pyska do końca ogona 9 stóp i 9 cali! Ważył zaś 300 kilogramów. Był to wielki młody samiec, o przepysznem futrze, które będzie wkrótce wspaniałą ozdobą zbiorów mojego kuzyna. Hrabia Oswald Potocki nie mógł pochwalić się podobnymi rezultatami. Polowania, w których uczestniczył, często nie układały się po jego myśli. Tak było nad Jamuną podczas Wypadu na aligatory ze Stanisławem Sierakowskim. Najpierw miejscowi rybacy wypłoszyli zwierzęta, a po dotarciu przez myśliwych w inne miejsce rzeki, gdzie spodziewano się je napotkać, poziom wody był za niski i aligatory przeniosły się dalej. Gdy dwaj kuzyni oddali Wreszcie strzały, okazało się, że nie wyrządziły one poważnej krzywdy aligatorom. Celnością strzału popisał się za to przewodnik, który z dużej odległości trafił niewielkiego gawia-la. Owym przewodnikiem był indyjski fabrykant z Agry, zajmujący się wyrobem mozaiki w marmurze. Przedstawicieli tej warstwy społecznej nazywano w Indiach „Babu” („Babii”). Dodajmy, że Oswald Potocki nabył od niego marmurowy stolik. Na Cejlonie hrabiemu Oswaldowi los początkowo również nie sprzyjał. W oddaniu strzałów do upatrzonych aligatorów w okolicach Anuradhapury przeszkodziły mu bawoły, a później dwaj chłopcy łowiący ryby. Ostatecznie kuzyn Sierakowskich doczekał się upragnionej zdobyczy, trafiając aligatora, którego załadowano na dwukołowy wóz ciągnięty przez dwa woły, nazywany bulockkartem, jednak w drodze doszło do zaskakującej sytuacji: [... ] aligator ku przerażeniu mojej żony ożywa i zaczyna walić ogonem i kłapać zębami, wywracając wszystko we wozie. Zawołany shikari wziął powróz i powiesił biednego aligatora tak, że ten z miejsca się już ruszać nie mógł. Z godzinę rozbijał się jeszcze z wielką siłą, aż wreszcie zdechł. Trudne warunki klimatyczne panujące w rejonie Anuradhapury wpłynęły negatywnie na zdrowie hrabiego Oswalda, który zachorował na febrę i spędził czternaście dni w szpitalu. W tym czasie Jan Sierakowski przez pięć dni z powodzeniem polował na Cejlonie i na zakończenie pobytu w Indiach zdołał ustrzelić pięknego bizona. 88 Wyprawa łowiecka braci Sierakowskich do Indii (1906 rok) Kuzyn Sierakowskich uporał się z chorobą, ale był bardzo osłabiony. Całą sprawę pod koniec swojej relacji podsumował następująco: Oj ta febra, niejednemu Europejczykowi cały pobyt w tropikalnych sferach popsuła, a niejednego też na zawsze tam zatrzymała! Warto podkreślić, że upolowany na Cejlonie aligator został zaprezentowany przez Oswalda Potockiego na pierwszej wystawie łowieckiej w Poznaniu w 1909 r., co odnotowano na łamach „Łowca Wielkopolskiego”8. Spostrzeżenia z wyprawy do Indii i na Cejlon właściciel Piątkowa wykorzystał w kolejnych latach podczas swojej działalności w towarzystwach naukowych. W 1914 r. 23 marca i 6 kwietnia w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk wygłosił wykład „O Indyach wschodnich”, w którym przedstawił historię kraju i ludności oraz scharakteryzował rozwój cywilizacyjny tego obszaru pod rządami angielskimi9. BYĆ FARMEREM LUB MYŚLIWYM Z listu Jana Sierakowskiego oraz relacji Oswalda Potockiego wyłania się obraz trzech typowych europejskich myśliwych z początku XX w., uczestników modnych wypraw do Indii. W wielu przypadkach ich postępowanie może dziś budzić wątpliwości. Przykładem jest opis brutalnej walki Stanisława i Jana z aligatorem, którego hrabicze z Waplewa po prostu zamęczyli. Kuzyn Sierakowskich, Oswald Potocki, w trakcie nieudanego wypadu na cejlońskie aligatory, wyładowywał swą frustrację na innych zwierzętach: Zły idę na kszyki, które gdym podchodził aligatory, z pod nóg mi się wyrywały i owymi 11 nabojami zabijam siedm. Trudno również zaakceptować sytuację, w której myśliwi oddawali strzały niedające gwarancji sukcesu, w wyniku czego zwierzęta odnosiły poważne rany, jak podczas polowania Jana na antylopy: Strzeliłem trzy razy: do jednej dzikiej kozy, do antylopy i do bardzo pięknego „Black-bucka” na ogromne odległości; tego ostatniego bardzo ciężko postrzeliłem, ale nie podniosłem, bo zmrok zapadł. W zapiskach z podróży pojawiają się ponadto uwagi na temat miejscowej ludności, w których zauważalne są pewne stereotypy. Przykładem posługiwania się uproszczeniami w kontaktach z ludnością Indii jest fragment listu Jana Sierakowskiego: Wypadło nam przeprawić się przez małą rzeczkę (dopływ Dżumny) na plecach naszych hindusów. Mokło się przytem i w ciągłym żyło strachu, aby jaki komarowaty „native” (krajowiec) pod nami się nie złamał. 8 „Łowiec Wielkopolski” 1909, R.2, nr 23, s. 356. 9 Sprawozdanie z czynności Towarzystwa i poszczególnych wydziałów (1914-1916), Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego, t. 43, Poznań 1916, s. 275. Adam Langowski 89 Dla Stanisława Sierakowskiego podróże myśliwskie stały się ważnym punktem odniesienia. Będąc jednym z przywódców ruchu polskiego w Niemczech, często wracał myślami do egzotycznych wypraw z młodości, co potwierdza w swoich wspomnieniach Andrzej Sierakowski. Miał on nawet usłyszeć od swego ojca, że jego marzeniem było zostać farmerem lub myśliwym na innych kontynentach. Wyprawa na Daleki Wschód w 1906 r. nie była jedyną z udziałem synów Adama Sierakowskiego. Wiadomo, że Stanisław uczestniczył w ekspedycjach do Afryki, podczas których towarzyszył mu przyjaciel z gimnazjalnych czasów, Jerzy Śląski z OrłowalO. Jest to jednak temat wymagający osobnego opracowania. GOLINO SING, RAJPOOT SHIKAREE (Hunter). © imagesof8sia.com Angielska pocztówka z serii „Native Types of India” przedstawiająca indyjskiego Strzelca „szikari" (źródło: http://www.imagesofasia.com) 90 Plebiscyt na Powiślu Justyna Liguz PLEBISCYT NA POWIŚLU* Po zakończeniu I wojny światowej, wydarzenia na Powiślu niewątpliwie zdominował jeden fakt o fundamentalnym znaczeniu dla regionu. Powiśle oraz Warmia i Mazury zostały objęte plebiscytem, który okazał się jedynym sposobem ostatecznego ustalenia podziału terytorialnego, po trwających wiele miesięcy negocjacjach pomiędzy odrodzoną Polską a Prusami, które przegrały niedawną wojnę. Wydarzenie to doczekało się już licznych opracowań, dlatego niniejszy artykuł jest przypomnieniem najważniejszych epizodów z tego okresu1. Na Powiślu, przed 1920 r., koegzystowała ludność polskiego i niemieckiego pochodzenia. Mieszkańcy Powiśla byli sąsiadami, znajomymi i żyli w typowych dla lokalnych środowisk relacjach - lubili się, bądź nie, handlowali ze sobą, udzielali sąsiedzkiej pomocy, czasem nawet zakładali mieszane rodziny. Funkcjonowały także dwie nazwy miasta: polska - Kwidzyn i niemiecka - Marienwerder, a w XVIII w. zachowany był jeszcze zwyczaj wydawania dokumentów miejskich w dwóch językach. Polacy stanowili jednak mniejszość, choć w okresie przedplebiscytowym tworzyli nieliczne acz sprawne organizacje i towarzystwa polskie (młodzieżowe, sportowe, ochronki, czy harcerstwo)2. Godny uwagi jest fakt, że polską ludność Powiśla wyróżniało znacznie wyższe poczucie świadomości narodowej niż na Warmii czy Mazurach, co hamowało postępy germanizacji i wyraźniej wyznaczało linię podziału między Polakami a Niemcami3. Kwidzyński Okręg Plebiscytowy z siedzibą w Kwidzynie, obejmował swym zasięgiem powiaty: sztumski, suski, oraz część powiatu malborskiego na wschód od Nogatu i kwidzyńskiego na wschód od Wisły, łącznie 2461 km2 z ponad 165 tys. ludności. Na obszarze plebiscytowym były 592 wsie i 10 miast. Granice ówczesnych powiatów nie zawsze pokrywały się z dzisiejszymi. Powiat kwidzyński na przykład obejmował również tereny na lewym brzegu Wisły, Ryjewo podlegało wówczas Sztumowi, zaś Prabuty znajdowały się w obrębie powiatu suskiego. Lewobrzeżne gminy powiatu kwidzyńskiego już w 1919 r. przyznano Polsce ze względu na przytłaczającą przewagę ludności polskiej. Stanowiły one aż 43% jego powierzchni i weszły w skład powiatów: tczewskiego, gniewskiego i świeckiego4. Druga strona tj. Niemcy, stanowiąca w Okręgu Kwidzyńskim większość ludności Fragmenty tekstu, opublikowanego w: Ród Sierakowskich na Ziemi Malborskiej, pod red. J. Hochleitnera i P. Szwedów -skiego, Malbork bez daty wyd., s. 39-52. 1 Z najważniejszych monografii należy wymienić prace: Plebiscyt na Powiślu - 11 Lipiec 1920 rok, „Zeszyty Kwidzyńskie” (dalej: ZK), nr 1, 2000; A. Barganowski, Plebiscyt na Powiślu, Elbląg 1989; Z. Lietz, Plebiscyt na Powiślu, Warmii i Mazurach w 1920 roku, Warszawa 1958; W. Wrzesiński, Plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu w 1920 roku, Olsztyn 1974; W. Wrzesiński, Ruch polski na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920-1939, Poznań 1963. 2 W. Odyniec, R. Wapiński, K. Podoski, dz. cyt, s. 96. 3 W. Wrzesiński, Problemy świadomości narodowej ludności polskiej na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920-1939, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” (KMW), nr 75, 1962, s. 98. 4 W. Wrzesiński, Plebiscyty..., s. 100; Z. Lietz, dz. cyt., s. 1 li 30, Art. 96 traktatu pokojowego z 28 czerwca 1919 r. głosił „Na przestrzeni obejmującej powiaty sztumski i suski oraz część powiatu malborskiego na wschód od Nogatu i kwidzyńskiego na wschód od Wisły wezwani będą do wypowiedzenia się przez głosowanie poszczególnymi gminami, czy życzą sobie, aby poszczególne gminy na tej przestrzeni leżące należały do Polski albo do Prus Wschodnich". Justyna Liguz 91 w kampanii przedplebiscytowej niewątpliwe miała ułatwione zadanie. Przede wszystkim dlatego, że mimo opuszczenia terenów plebiscytowych przez armię pozostała na nich cała niemiecka struktura administracyjna (łącznie ze szkołami, koleją, pocztą) przejawiająca postawę antypolską5. W czerwcu 1919 r., kiedy było wiadomo że tereny Prus Wschodnich objęte zostaną plebiscytem ludności, Niemcy już przygotowywali się na zwycięstwo. W Malborku utworzyli wspólnotę pracy Arbeitsgemeinscha.fi, do której to weszli przedstawiciele niemieckich partii politycznych6. Po paru miesiącach centralę Arbeitsgemeinscha.fi, przeniesiono z Malborka do Kwidzyna, by wzmocnić agitację niemiecką w tym mieście. Ponadto na terenie Okręgu Kwidzyńskiego powstawało w czasie przedplebiscytowym setki niemieckich Związków Ojczyźnianych Heimatvereine przekonanych, że ziemie Prus Wschodnich i nie tylko, były od zawsze niemieckie7. Przedplebiscytowa agitacja niemiecka była prowadzona na Powiślu z dużym rozmachem, po wsiach i miastach organizowano wiece połączone z festynami, na które dodatkowo dowożono ludzi (np. na wiec w Prabutach 11 tys.)8. Organizowano niemieckie przedstawienia teatralne, koncerty, czy wieczorki poetyckie niemieckiej poezji. Ponadto na masową skalę rozdawano antypolskie ulotki, broszury, wydawano w olbrzymich nakładach niemieckie gazety. Nauczyciele gnębili dzieci polskie za mowę, mimo zezwolenia Komisji Międzysojuszniczej na nauczenie w dwóch językach. Pastorowie niemieccy przeciwdziałali tworzeniu polskich ochronek9. W celu sprowadzenia jak największej liczby emigrantów z Rzeszy, którzy zgodnie z postanowieniami traktatu posiadali prawo udziału w głosowaniu, powołano specjalne instytucje, a rząd przeznaczył na to specjalne fundusze10. Znakomicie działała propaganda niemiecka, umiejętnie wykorzystując argumenty natury społecznej. Rozgłaszano np. informacje o różnych formach wyzysku w Polsce oraz poddawano w wątpliwość projekty reform społeczno-gospodarczych, w tym reformy rolnej.11 Polska była przedstawiana jako kraj nowy, którego przyszłość, szczególnie w ostatnich dniach przygotowań do plebiscytu, kiedy załamała się ofensywa w wojnie z Rosją Radziecką, a wojska sowieckie przeszły do kontrofensywy, była niepewna. Z drugiej strony pokazywano Niemcy jako państwo, które wprawdzie przegrało wojnę, ale weszło na drogę poważnych przeobrażeń społecznych i mogło zapewnić lepsze warunki bytu swym obywatelom12. Polacy z terenów plebiscytowych uzyskali swoją oficjalną reprezentację w sierpniu 1919 r., kiedy to decyzją Rady Ministrów powołano do życia Warmiński Komitet Plebi- 5 J- Gilas, T. Symonides, Plebiscyty na Powiślu oraz Warmii i Mazurach jako zagadnienie prawa międzynarodowego, KMW, 1966 nr 4, s. 531, określają charakter władzy Komisji jako pokojową okupację, ponieważ miała ona swobodę decydowania we wszystkich sprawach jakie wiązały się z wykonywaniem traktatu wersalskiego odnośnie plebiscytu oraz ogólną władzę administracyjną. Z. Lietz, dz. cyt., s. 33-61, Wspólnota Pracy w Malborku powstała 18 czerwca 1919 r. W jej skład weszły takie partie jak: Socjaliści Większości, Centrum, Niemieckonarodowa Partia Ludowa, Niemiecka Partia Ludowa i Niemiecka Partia Demokratyczna z powiatów plebiscytowych. Na czele tej organizacji stanął poseł parlamentu weimarskiego dr Paweł Fleischer z Centrum. W całych Prusach Wschodnich oddziały te wyposażono w broń palną. 8 Z. Lietz, dz. cyt., s. 60. 9 Tamże, s. 39; W. Wrzesiński, Plebiscyty..., s. 124. 10 W. Wrzesiński, Plebiscyty..., s. 126. 1 W Wrzesiński, Od Wersalu do Poczdamu, [w:] Warmia i Mazury. Zarys dziejów, Olsztyn 1985, s. 523. 12 Tamże, s. 527; J. Krasuski, Stosunki polsko-niemieckie 1919-1932, Poznań 1975, s. 73-84. 92 Plebiscyt na Powiślu scytowy. Podporządkowano mu wszystkie Rady Ludowe13. W powiecie sztumskim Rada Ludowa prowadziła działalność oświatową, a pomagały jej w tym Towarzystwa Ludowe. Do pracy zaangażowano prelegentów przybyłych z Pomorza Gdańskiego14. Helena Sierakowska rozpoczęła organizowanie przedszkoli dla dzieci polskich. Pierwsze takie placówki powstały w Białej Górze, Mikołajkach Pomorskich, Postolinie, Sztumskim Polu. Łącznie było ich 15, a opieką objęły 650 dzieci15. Ponadto istniały organizacje zrzeszające kobiety, nauczycieli, towarzystwa młodzieżowe oraz kółka rolnicze16. Ich największą wadą był brak łączności organizacyjnej zarówno miedzy sobą jak i na szczeblu kierowniczym. 17 lutego 1920 r. do Kwidzyna przybyła Komisja Międzysojusznicza na Okręg Kwidzyński i zainstalowała się w tamtejszym budynku landratury (obecnie budynek sądu na Placu Plebiscytowym). Przybycie wspomnianej Komisji wraz z barwnym batalionem bersalierów pod dowództwem płk. Po, oraz plutonem żołnierzy francuskich, spotkało się z gorącym przyjęciem kwidzyńskiej mniejszości polskiej, mającej nadzieję, że owa Komisja zapewni im swobodę i równouprawnienia w kampanii przedplebiscytowej. W skład Komisji weszli: włoski generał Angelo Pavia - jako przewodniczący, Anglik Henry D. Beaumont, Francuz hrabia Rene Charrisey oraz Morikazu Ida z Japonii. W komisji tej ponadto powołano 2. departamenty: Spraw Wewnętrznych w którym szefem został Włoch A. Assici, oraz Departamentem Sprawiedliwości na czele którego stanął Japończyk S. Miyake17. Z członkami Komisji, w Paryżu już w listopadzie 1919 r. zapoznał się konsul generalny RP w Kwidzynie Stanisław hr. Sierakowski (1881-1939) będący także doradcą przy delegacji polskiej na konferencji pokojowej. Otóż, opisał on w swym liście z dnia 16 listopada 1919 r. wspomnianą Komisję tak: „Anglik nazywa się Beaumont, homme du monde, wygodny, nie bardzo energiczny, zapewne nie odegra wielkiej roli. Mówił, że będzie nas popierał, o ile można i wierzę, że jest szczery. Francuz, hrabia de Cherisey jest wybitnie kleryka!, raczej realista, średnio inteligentny, wydaje się uparty i obraźliwy. Jako Francuz oczywiście dobrze dla nas usposobiony. Japończycy pp. Ida i Kato są naturalnie zagadką zupełną”18. Komisja Kwidzyńska wydała szereg zarządzeń, które miały umożliwić obu stronom prowadzenie przygotowań do plebiscytu na równych zasadach. Zarządzeniem z dnia 27 marca 1920 r. Komisja dodała pozostającym na stanowiskach niemieckim starostom polskich doradców, którzy mieli dbać o to, aby decyzje administracyjne nie godziły w interesy ludności polskiej. Wprowadziła również naukę języka polskiego i religii katolickiej po polsku do szkół, w których większość dzieci - poprzez swoich rodziców - będzie tego żądać19. W efekcie w czterdziestu szkołach Powiśla nauczano po polsku. Dnia 12 kwietnia ukazało się zarządzenie znoszące wszelkie prawa wyjątkowe, wynikające z artykułu 48 kon-stytucji weimarskiej. Zezwolono na urządzanie zebrań i propagandę plebiscytową20. 13 W. Wrzesiński, Plebiscyty..., s. 110. 14 Z. Lietz, dz. cyt., s. 91. 15 B. Koziełło-Poklewski, W. Wrzesiński, Szkolnictwo polskie na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1919-1939, Olsztyn 1980, s. 38 in., W. Odyniec, R. Wapiński, K. Podoski, dz. cyt., s. 95. 16 Z. Lietz, dz. cyt., s. 99. 17 Tamże, s. 200. 18 Tamże, s. 215. 19 ZK, nr 1, 2000, s. 59; „Gazeta Polska dla Powiatów Nadwiślańskich”, R. I, nr 12 z 25 marca 1920 r., s. 2. 20 B. Koziełło-Poklewski, Pod znakiem rodła, [w:] Kwidzyn. Z dziejów miasta i okolic, Olsztyn 1982, s. 135; B. Koziełło-Po-klewski, W. Wrzesiński, dz. cyt., s. 35-36. Justyna Liguz 93 Dużym osiągnięciem Polaków było utworzenie Konsulatu RP w Kwidzynie. Konsulem generalnym został hr. Stanisław Sierakowski, ziemianin z Waplewa (pow. Sztum). Konsulat stanowił w pewnej mierze reprezentację rządu polskiego wobec aliantów, a zarazem spełniał nieoficjalnie funkcję kierowniczą w polskich przygotowaniach do plebiscytu21. Ostateczne wyniki plebiscytu z 11 lipca 1920 r. zaskoczyły mieszkańców Powiśla. Zaledwie w kilku wsiach Polska uzyskała większość głosów, przy czym nie zawsze były to miejscowości sąsiadujące ze sobą. Wynik powyżej 50% opowiadających się za Polską mieszkańców uzyskały: Bursztych, Nowe Lignowy, Szadowo, Tychnowy, Pułkowice, Straszewo i Trzciano. W Kramrowie i Mątkach głosy rozłożyły się dokładnie po 50%, zaś w Janowie, Jerzewie, Małym Pólku i Ośnie ilość głosów za Polską przekroczyła 40%. W samym Kwidzynie wynik plebiscytu był bolesną klęską, bowiem Polska uzyskała tu zaledwie niecałe 4,5% głosów. W 56 miejscowościach Powiśla Niemcy uzyskali 100% poparcia. Ten fatalny dla Polski wynik i tak jednak przewyższał to, co stało się na Warmii i Mazurach. Źródła podają różne zestawienia ilościowe głosujących, ale we wszystkich statystykach ilość głosów za Prusami przewyższa ilość głosów za Polską o rząd wielkości. Na ponad 100 tys. głosujących zaledwie około 8 lub 9 tys. osób zadeklarowało swą polskość. Jedno ze źródeł podaje natomiast, że na niemal 150 tys. uprawnionych do głosowania, w plebiscycie nie wzięło udziału prawie 43 tys. osób, w tym niemal 42 tys. Polaków, co dobitnie pokazuje, jak słabe było przygotowanie strony polskiej22. Ostatecznie w wyniku plebiscytu Polska otrzymała na Powiślu 5 wsi, które nazwano potem „Małą Polską” i włączono do powiatu tczewskiego. Były to miejscowości: Bursztych, Kramrowo, Janowo, Nowe Lignowy i Małe Pólko. Stanowiły one jedyny przyczółek polski na prawym brzegu dolnej Wisły obok portu w Korzeniewie i dworca w Gardei23. Mimo, że tylko w dwóch z tych miejscowości Polska zyskała większość w głosowaniu, o przynależności pozostałych zadecydował kompromis, bowiem inne wsie opowiadające się za Polską były ze wszystkich stron otoczone terenami przyznanymi Prusom. Te minimalne zdobycze wywołały falę protestów, ostatecznie jednak wynik został zatwierdzony. Wydarzenia z 11 lipca 1920 r. stanowiły przełom w życiu wielu mieszkańców regionu. Odnosi się to przede wszystkim do ludności etnicznie polskiej, której część obawiając się odwetu za propolską działalność w okresie plebiscytu postanowiła sprzedać (lub zamienić na majątek w Polsce) swoje gospodarstwa i wyjechać do Polski24. Natomiast Niemcy, od początku przekonani o zwycięstwie triumfowali. Musieli jednak pogodzić się z obecnością na swym terenie mniejszości narodowej, której położenie regulowały odpowiednie akty prawne. W polskiej literaturze historycznej istnieje olbrzymia ilość publikacji naukowych, popularnonaukowych, pamiętników, wspomnień i przyczynków książkowych oraz setki artykułów omawiających w całości lub w części sprawy związane z głosowaniem w 1920 r. 21 M. Szostakowska, Konsulaty polskie w Prusach Wschodnich w latach 1920-1939, Olsztyn 1990, s. 13 i 63; J. Gilas, T. Symonides, dz. cyt., s. 538, Komisja Międzysojusznicza zatwierdziła osobę hr. Sierakowskiego na stanowisko konsula generalnego w pierwszych dniach marca 1920 r. 22 W. Wrzesiński, Plebiscyty..., s. 272. 23 Z. Lietz, dz. cyt., s. 246, Delimitacji granicy dokonała Komisja Graniczna pod przewodnictwem gen. Duponta 27 sierpnia 1921 r. 24 M. Szostakowska, dz. cyt., s. 126, podaje, że do końca kwietnia 1922 r. przeszło w ręce niemieckie na Powiślu 11318 mórg ziemi. 94 Plebiscyt na Powiślu W drobnych z pozoru szczegółach są jeszcze wydarzenia, które czekają na dokładne zbadanie. Jednym z przykładów jest pobyt na terenach plebiscytowych nuncjusza apostolskiego, komisarza kościelnego na tereny plebiscytowe - Achille Rattiego. Jego wizyta nie jest jednoznacznie do końca oceniona i zbadana. Ratti przyjechał do Kwidzyna 22 czerwca 1920 r. ok. godz. 7 wieczorem. Jak doniosła ówczesna prasa „Przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej Angelo Pavia otrzymawszy zawiadomienie o przyjeździe nuncjusza, pośpieszył natychmiast przywitać wysokiego dostojnika”25. Jedna z gazet dodatkowo ujawnia, że nie spodziewał się wizyty w tym dniu, a nawet w tym czasie... brał udział z zabawie sportowej na terenie jednostki wojskowej26. To właśnie Pavia przedstawił konsula polskiego Sierakowskiego Achille Rattiemu. Panowie razem, samochodem nuncjusza udali się do hotelu Casino, gdzie doszło do spotkania z księdzem posłem Ludwiczakiem - prezesem Komitetu Warmińskiego. Z relacji dziennikarzy można odnieść wrażenie, że cały pobyt Achille Rattiego nie był do końca dokładnie zaplanowany. W tym samym jeszcze dniu, nuncjusz wziął bowiem udział w bankiecie z okazji uroczystości bersalierów i był obecny na przedstawieniu urządzonym przez żołnierzy włoskich. 23 czerwca Jego Eminencja odprawił pierwsze nabożeństwo na terenie plebiscytowym w kościele katolickim - dziś św. Trójcy w Kwidzynie. Przed nabożeństwem w przedsionku kościelnym powitał ks. arcybiskupa przewodniczący kwidzyńskiego zjednoczenia zawodowego polskiego p. Bartkowiak, który „zapewnił o przywiązaniu tutejszych Polaków do świętej wiary katolickiej i Głowy Kościoła, a następnie podkreślił, że prawie połowę tutejszej parafii tworzą Polacy, którzy proszą i żądają, by jego eminencja zechciał zarządzić, aby co drugą niedzielę odbywała się w tym miejscu polska msza”27. Nuncjusz starał się być na każdym kroku i w każdym słowie bezstronny. Nawet oficjalnie zabierając głos czy to w Kwidzynie, czy później w Olsztynie używał języka francuskiego. Tłumaczony był więc na polski i niemiecki28. Ale podczas tego w ogóle bardzo krótkiego pobytu na obszarze plebiscytowym miało miejsce jeszcze jedno nieplanowane zdarzenie. W Olsztynie spodziewano się, że monsigniore Ratti przyjedzie do Olsztyna 24 czerwca. Tymczasem przyjął zaproszenie na specjalny bankiet, wyprawiony u hrabiego Sierakowskiego, zatrzymując się dodatkowo w Waplewie właśnie w tym dniu. Do Olsztyna dojechał dzień później - 25 czerwca29. Warto także prześledzić wydarzenia plebiscytowe analizując prasę codzienną. O plebiscycie pisały takie tytuły jak „Gazeta Polska dla Powiatów Nadwiślańskich”, „Gazeta Olsztyńska”, „Gazeta Grudziądzka”, „Gazeta Gdańska”, a nawet odleglejsze jak „Gazeta Warszawska” i „Czas”. To źródło, które świetnie uzupełnia znany już obraz wydarzeń. To z prasy codziennej można dowiedzieć się, że np. kontrolerzy list wyborczych znaleźli na listach w Biskupcu i Iławie dane dwóch nieboszczyków. Z tego powodu Komisja Międzysojusznicza zarządziła 25 Przed plebiscytami, „Gazeta Warszawska”, nr 171 z 25 czerwca 1920 r., s. 2. 26 X arcyb. Ratti w Kwidzynie, „Gazeta Gdańska”, nr 145 z 26 czerwca 1920 r., s. 3. 27 Tamże. 28 Posłuchanie u nuncjusza apostolskiego ks. arcybiskupa Rattiego, „Gazeta Olsztyńska”, nr 78 z dnia 1 lipca 1920 r., s. 2. 29 X arcyb. Ratti w Kwidzynie, „Czas”, nr 151 z dnia 28 czerwca 1920 r., s. 1; ZK, nr 1, 2000, s. 46; tylko jedna wzmianka w prasie codziennej nadmienia, że A. Ratti z Olsztyna nie pojechał prosto do Warszawy, lecz do Fromborka, gdzie spotkał się z biskupem warmińskim Augustynem Bludau, Nuncjusz Ratti u biskupa warmińskiego, „Gazeta Polska dla Powiatów Nadwiślańskich”, nr 77 z 1 lipca 1920 r., s. 3. Justyna Liguz 95 kontrolę. W jej wyniku okazało się, że 132 osoby zostały zapisane bezprawnie, 119 osób dwukrotnie, a nieboszczyków wykryto jeszcze kolejnych 1730. To prasa codzienna doniosła, że w związku z głosowaniem, począwszy od 8 lipca do 15 lipca włącznie zabroniono sprzedaży alkoholu, wina i wszystkich innych napoi wyskokowych z wyjątkiem piwa w lokalach publicznych w godz. 9 wieczorem do 9 rano. Zawieszono wszelkie pozwolenia na czas od 8 do 20 lipca w zakresie „noszenia broni palnej, siecznej i do kłócia, pałek i innych przedmiotów służących do napadu”31. Życie codzienne toczyło się także podobnie jak dziś. Handel rządził się swoimi prawami. Poprzez reklamy w prasie oferowano do sprzedaży książki, różańce, szkaplerze, modlitewniki. A jedna z firm regularnie ogłaszała do sprzedaży większą ilość orzełków narodowych, rozmaitych wzorów32. Ostatni przedstawiciele międzynarodowej komisji opuścili Kwidzyn 16 sierpnia 1922 r., „na osłodę” pozostawiając odezwę, w której generał Pavia i jego współpracownicy z Wielkiej Brytanii, Francji i Japonii zachwycali się pięknem Powiśla i wyrażali nadzieję, że Polacy i Niemcy będą potrafili zgodnie koegzystować w tej bogatej i ślicznej krainie. Wkrótce okazało się, że rzeczywistość przedstawiała się w mniej różowych barwach. 30 Rozporządzenie nr 22, „Gazeta Olsztyńska”, nr 82 z dnia 8 lipca 1920 r., s. 2. 51 Rozporządzenie nr 21, „Gazeta Olsztyńska”, nr 75 z dnia 24 czerwca 1920 r., s. 4. 52 Tamże, s. 6. 96 Czym żyli mieszkańcy regionu 100 lat temu Justyna Liguz CZYM ŻYLI MIESZKAŃCY REGIONU 100 LAT TEMU „Gazeta Olsztyńska” była polską gazetą, która ukazywała się w ówczesnych Prusach Wschodnich już od 1886 roku. Powstała na bazie powolnego rozbudzania się świadomości narodowej Warmiaków w końcu XIX w. Pierwszymi wydawcami byli Jan Liszewski, Andrzej Samulowski i Franciszek Szczepański, a po nich rodzina Pieniężnych. Ponieważ w tym roku obchodzimy 95 rocznicę plebiscytu na Powiślu Warmii i Mazurach, w niniejszym krótkim artykule proponuję cofnąć się w czasie do roku 1920. Do czasu, w którym trwała walka informacyjna, kampania agitacyjna, wzajemne przekonywanie o tym, po której stronie, a więc pod czyją administracja warto pozostać po głosowaniu 11 lipca. Jakiego typu informacje ukazywały się w tym czasie w „Gazecie Olsztyńskiej”? Właściwie zdecydowana większość artykułów zdominowana była sprawami plebiscytu. Dodać przy tym należy, że wraz z głównym tytułem olsztyńskiego periodyku drukowano również inne pisma, jak: „Gazetę Polską dla Powiatów Nadwiślańskich” z dodatkami „Dla Młodzieży” i „Wieczory Rodzinne”. Zresztą sami zobaczcie. Numer plebiscytowy. Nr. >3.________________________ __Olłrty aa 10. lipca l<2t r._______________________________kom Gazeta Olsztyńska K-.rhoun tygo.inwww . ui a. ww.r. w .. 'r'*1". '.. ćit* u an> C *ieiflimow»gr>, reklamy po Inka wW 330 mk. om Itaco 300 mk^ x i “«*)■ tnMkmowy — korpusowy. Prry dochodutu daiM praw lutowej 4,04 mk. j1 '^Oduił: tnłody, (tary, i n»*ełvtofc1 wsrelkie rabaty upadaj DtuMWh’ I ...auotai Joa^oy Fit o 11 żfta u 'a-nnawowiou ...nwmuiim. ■ Reuaaś,a i urujuuio w OorabMt&ilb’ .1. TaMaa 113. Daty nalaky frankować . adraaować wyrMnrt a*xe»» Olattyatka - Allanatefn Ostpr TeMea Ul. DzW' 7 braci ipk|cych. luiro: Felakii. rojatne . pua UwUbaria. ... . . • , _ „ . . .__ * _ - , . , 1 Dl uith ał. 3,51 aach. 8,19 Niech będrft pochwalony i e z u j Chrystus! /uuo . w • Ii Po|uu« . . 333 . 1,17 Nagłówek z 10 lipca 1920 Koniec czerwca i początek lipca 1920 roku charakteryzował się napięciem na linii Polacy - Niemcy. „Bitwa” o głosy w plebiscycie powodowały zaostrzenie sposobów prowadzenia kampanii. W większości ataki dotyczyły oczywiście strony niemieckiej, polscy mieszkańcy Powiśla starali się zachować w jak największym stopniu spokój. Ciągłe konflikty powodowały zaś, że przedstawiciele włoscy i francuscy, oddelegowani do Kwidzyna nie zaznali w mieście pracy spokojnej i przyjemnej. Justyna Liguz 97 h!^ *<*£<„*7* «s KomlM ufanie .7*m* CM- *’? z fne^t!i^^*lu»un^J*!iz He irui^**^'1”' 1 lipca 1920 sis^ts^tźig^i p^i"' • ««7 ™»:»s ®J°a '«"" iS: ^ŃSł^ .»«I: ich codtlennO^eńce M^S^eetet^ul^^1*11 7 t.„ ^nrck / ^•rwe^ ^•Unie ctWlrU n,e sUW.^®W^l£^ \ tubanstc' J^ LraUio^^^uony. D"^; unłkn«< I okr^80 \ ' P,en'S NrtWk- P's'’'^e b\*u’ .arac, *e nMcuv l : ; ’ 24 czerwca 1920 98 Czym żyli mieszkańcy regionu 100 lat temu W miejscowych gazetach drukowano na bieżąco wszelkie rozporządzenia, które dotyczyły plebiscytu. Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa w międzynarodowym składzie starała się, aby głosowanie przebiegło bez żadnych utrudnień, a nade wszystko bez konfliktu pomiędzy Polakami i Niemcami. Zarządzenia musiały więc w naturalny sposób dotyczyć takich kwestii jak spożycie napojów alkoholowych czy kwestie związane z noszeniem broni palnej. Rozporądzenie nr. -— dla AdmiBtiacp t^To^W^ i51.DcawJ i kiem w,ec£orem do 9 rano-. 0 r ot,e lipca 1920. i8 do,yczy wszelkiego rod*1’ • * solankach i butelkach. ‘Fz — się pozwolenie noszenia broni n»'° W ”dnel wolne, tajne i niezależne. Powyższe dane dostatecznie przecież udowadnia- Rysowanie stało się tylko czezą komedię i że stanowiono jedyną w tym rodzaju niesprawiedliwość oiosowante to nie może być nigdy uważane za wolny wyraz woli ludności w myśl traktatu wersalskiego. Republika I olska zakłada stanowczy protest przeci a ko ważności glosowania gdyż ludność poi* ska uważałaby to za akt gwałtu, gdyby protesty iei przebrzmieć miały bez oddźwięku. Rada Lodowa w Olsztyaie. 100 Czym żyli mieszkańcy regionu 100 lat temu Zaraz po ogłoszeniu wyników plebiscytu, w miejscowej prasie zaczęły ukazywać się ogłoszenia, dotyczące zamiany majątków polskich na niemieckie. Ci, którzy chcieli być obywatelami Niemiec często proponowali zamianę za dopłatą lub wymianę, rzadziej sprzedaż własnego gospodarstwa. Posiadłość wiejska w powiecie działdows im (Polska), 34 mórg, z tego 5 mórg torłu, 2 morgi lasu, ziemia dobra i dobre buoynki, jest # do zamiany na pociadłość taką samą lub nieco mniejszą, położoną w części Prus, która przypadnie Niemcom Kaczinski, Seeleben per Grallau pow.iDJaidów. Bliższych szczegółów udziela Baschke, Luisenberg per Alt-jablonken, pow. ostród«kt. Zamiana praktyki. Znamienita praktyka miejska i wiejska na Pomo-^zu z powiatowym lazaretem jest do zamiany na takąż w Prusach Wschodnich, najchętniej na taką, gdzie możność działalności operacyjnej. Zgłoszenia należy skierować pod »Praxis 250« do redakcji ’Bote fdr das Culmerland« w Chełmży (Culmsee). Moja posiadłość w powiecie brodnickim (w Polsce) 25 mórg wielką z dobrym żywym i martwym inwentarzem, położoną przy szosie i kolei, mam zamiar za niemiecką walutę sprzedać lub takie same gospodarstwo w Niemczech zamienić. Janz Stangenwalde p. Bischofswerder Kr. Rosenberg. Sierpień 1920 t Budynek z ogrodem i placem budowlanym w Ostródzie jest od zaraz na sprzedaż. Mieszkanie o 3 pokojach do zajęcia. Zgłoszenia pod lit J. K. do ekspedycji Gazety. Justyna Liguz 101 Po przegranej w plebiscycie już wkrótce powstała myśl, aby ludność polska otrzymała jak najszybciej pełne prawa mniejszości narodowej. Służyć temu miało powołanie nowej organizacji, broniącej interesów Polaków we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Organizacją, która miała reprezentować polskich mieszkańców Powiśla stal się Związek Polaków w Prusach Wschodnich... W grudniu 1920 roku „Gazeta Olsztyńska” donosiła... Prezentowane wycinki nie pokazują całego procesu przygotowań, przebiegu i skutków głosowania plebiscytowego. Powyższy Wybór miał jedynie zasygnalizować, że pomimo politycznych decyzji, podjętych gdzieś daleko we Francji, życie codzienne na Powiślu toczyło się normalnie. Mieszkańcy starali się dopasować do panujących realiów, tylko czasem dając się ponieść emocjom, związanym z akcją propagandową. 1918 rok przyniósł odbudowę państwa polskiego po 123 latach niewoli. Plebiscyt niestety nie zmienił granic na Powiślu na korzyść Polski. Jednak formowanie terytorium państwa polskiego rozpoczęte pod koniec 1918 r. trwało do 1922 r. i nie wszędzie Wypadło niekorzystnie dla Polaków. Kształt II Rzeczpospolitej po wielu trudnych wydarzeniach lat dwudziestych przetrwał ostatecznie do wybuchu II wojny światowej. Listy od Przyjaciół. Z pod Ełku. Z zadowoleniem przyjęli czytelnicy >Gazety* wiadomość o zjeździe delegatów polskich w Olszty-Związku Polaków na Prusy nłe, celem tworzenia ». Wschodnie*, Z referatów, które się czytało, odnioało się wrażenie, że były gruntownie przygotowana i trafiły do serca. Lud polsk? na ziemiach plebiscytowych będzie wdzięczny tym, którzy jako pierwsi wystąpili z hasłem: niech żywi nie tracą nadziei. Pomału nabierze on znowu otuchy, zwłaszcza Wedy zobaczy szczerość zamiarów w Związku. . Bardzo dodatnie wpływa na wspólne porozumienie się, że to wszyscy nasi z teienów plebiscytowych, którzy się zajęli organizacją, a nie pozamiejscowi, do których lud nasz z świeżych jeszcze czasów ś. p. plebiscytowych nie najlepsze odniósł wrażenie. Z radością zaznaczyć należy zmianę w wydawnictwie >Gazety*, która od 1-go ma wychodzić jako pismo codzienne, przynoszące najnowsze telegramy. To wszystko radosnem echem odbija się, już w ostatnich kątach mazurskich, gdzie po ostatnich smu tnych wydarzeniach — poniekąd odcięci od świata, tak bardzo wyczekujemy zmiany na lepsze. Niech mi będzie wolno- dorzucić kilka nowych myśli, które mi przechodziły przez głowę, czytając referaty zjazdu. Działalność polityczna Związku o tych wytycznych jest obliczona nie na rok ani na dwa, tylko na cały szereg lat. Czy pomyślano g wyszkoleniu działaczy na później ? Obecny skłao wybitnych sił politycznych jest już bardzo szczupły. Potrzeba będzie łudzi z akademickiem wykształceniem,i którzy ster wezmą w swe ręce. Skąd ich brać? Prusy Wschodnie, herme tycznie odcięte od Polski, nic dają nam najmniejszej gwarancji, te młodzież nasza wychowa się w duchu narodowym w ich szkołach. Dotychczas kształciła się nasza młodzież po części aa Pomorzu, w gimnazjach chociaż niemieckish, ale w otoczeniu polskim i tam zachowała swoją narodowość. Czasy się zmieniły. Tylko z gimnazji niemieckich bedzie się w przyszłości przyjmować do uniwersytetów i seminariów duchowych w Prusach Wschodnich, Odzie nasza młodzież ma nabyć ducha narodowego? O tem trzeba pomyśleć! Trzeba koniecznie stworzyć „Towarzystwo Pomocy Naukowej na Prusy Wschodnie* aby młodzież naszej umożliwić kształcenie się po zagranicami. Niech z subwencji tych kształci się rocznie tylko 2 chłopców, to już ,z» czasem będzie cały szereg działaczy polskich? Uważam to jako bardzo ważny moment i jedyny środek samopomocy. Niech żywi nie tracą nadzieji. Każdy początek trudny, ale za pomocą Boską i to da się przezwyciężyć. Obserwator. Grudzień 1920 102 Repolonizacja w Postolinie Andrzej Lubiński REPOLONIZACJA W POSTOLINIE 25 stycznia 1945 roku wkroczyły do wsi oddziały Armii Czerwonej. Budynek szkolny do końca marca zajmowała radziecka komendantura wojskowa, którą kierował oficer Łukia-now. Dowódca z miejscową niemiecką nauczycielką porozumiewał się za pomocą słownika niemiecko-rosyjskiego. Egzemplarz przesłał jej wcześniej mąż, walczący na froncie wschodnim. Gdy komendantura radziecka przestała istnieć, nauczycielka Frida Dorota Aust poszła na posterunek milicji, aby władze wyraziły zgodę na nauczanie dzieci. Tam została brutalnie pobita przez miejscowych milicjantów. Kilka miesięcy później, 6 września 1945 roku, do szkoły przyszło czterech mężczyzn: jeden cywil, jeden podporucznik, dwóch milicjantów, nie przedstawiając się kim są, weszli do mieszkania pani Aust zabrali jej własność: leżankę, dywan, chodnik, rower damski, rower dziecięcy, parę nart, gitarę, torbę do roweru, wrotki, lampę na biurko i stojącą. Nauczyciel Franciszek Leśniewski bezskutecznie zaprotestował, tłumacząc, że to mają być meble dla przyszłego kierownika szkoły. Nauka w języku polskim rozpoczęła się 5 maja 1945 roku. Zajęcia lekcyjne w budynku poniemieckiej szkoły prowadzili Franciszek Leśniewski, Anna Radtke i Franciszka Bud-nowska. Na Publiczną Szkołę Powszechną składał się zespół składający się z „budynku szkolnego”, „pawilonu” i „domu młodzieży”. Wycieczka z Postolina do Gdańska w 1947 roku, fot. archiwum autora Andrzej Lubiński 103 Sytuacja uczniów szkoły postolińskiej była ciężka. Ponad połowa wywodziła się z rodzin mających polską świadomość narodową, ale zgermanizowanych przez naukę w niemieckiej szkole podczas II wojny. Problemem była też powojenna bieda, 7 dzieci było zupełnymi sierotami, 72 półsierotami. Innym czynnikiem były błędy polityczne i społeczne popełniane przez władze, ludność napływową oraz postawa zadeklarowanych Niemców. Właściwa praca oświatowa rozpoczęła się w drugiej połowie 1945 roku, podczas letnich wakacji. W roku szkolnym 1945/1946 uczących się dzieci było 145. Ważnym problemem, jaki stanął przed oświatą, nie tylko w województwie gdańskim, była organizacja kursów repolonizacyjnych, dlatego Kuratorium Okręgu Szkolnego Gdańskiego w Sopocie 16 sierpnia wydało w tej sprawie okólnik. Informował on o tym, że niektóre powiaty należące wcześniej do Prus Wschodnich i Pomorza Zachodniego nie miały możliwości pobierania nauki w języku polskim. Młodzież w szkole niemieckiej była wychowywana w atmosferze narodowo-socjalistycznej. Nie było wprawdzie masowego analfabetyzmu, ale ludność w powojennej rzeczywistości dotkliwie odczuwała braki znajomości języka polskiego. Józef Pruszyński, Naczelnik Wydziału Ogólnego, w imieniu kuratora, zarządził zorganizowanie w każdej szkole powszechnej kursów dla ludności, która nie uczęszczała do szkoły polskiej. Były one podzielone na dwa stopnie: pierwszy dla młodzieży i dorosłych, jacy nie uczęszczali do szkoły polskiej i słabo władający nią w mowie i piśmie, drugi dla młodzieży i dorosłych, którzy drogą samokształcenia opanowali do pewnego stopnia język polski. Kurs miał obejmować język polski, historię, geografię oraz elementarne praktyczne wiadomości o Polsce współczesnej. Program miał być realizowany 6-10 godzin tygodniowo w ciągu 6 miesięcy. Liczba uczestników nie mogła przekraczać 30 osób. Należało go zorganizować, jeśli zgłosi się 10 osób. Jak pisał naczelnik Pruszyński: Nauczanie winno się odbywać wieczorami lub w porze najdogodniejszej dla uczestników. Słuchaczy należy otoczyć pełnym zrozumieniem i życzliwością. Zapisy należało ogłosić natychmiast, a zamknąć 5 września. Do szkół w powiecie sztumskim okólnik został wysłany i podpisany przez podinspektora Emila Gabańskiego dopiero 20 października: „Przez oświatę na wyższy stopień człowieczeństwa". To nasze hasło na „Dziś" i „Jutro". W okresie długich wieczorów młodzież i dorośli garną się do nauki. Patrzą na nas i czekają. Nie wolno stać bezczynnym tu na tej ziemi gdzie bracia czekali 180 lat na swobodną naukę na możność poznania języka polskiego w całej krasie. Najlepsze są kursy repolonizacyjne i początkowe dla analfabetów i półanalfabetów. Te formy winny być rozdzielnie zachowane. Repolonizacyjny ma być dla ludności miejscowej żle lub słabo władającej językiem polskim. Początkowy dla władającym polskim w mowie i piśmie ale nie umiejących czytać i pisać. Tam, gdzie z braku czasu nauczyciel nie może utworzyć obydwu typów kursu, może je połączyć w repolonizacyjno początkowy. Najlepiej poprzedzić krótką wprawę ćwiczeniem w mówieniu po polsku systemem nauki języków obcych dla najgorzej mówiących po polsku i trwają 3-4 tygodnie... 1 listopada Inspektorat Szkolny w Sztumie wysłał pismo do proboszczów następującej treści: Inspektorat w Sztumie zwraca się z prośbą o ogłoszenie przez ks. proboszcza w kościele najbliższą niedzielę, że przy szkole będzie prowadzony kurs repolonizacyjny i początkowy dla 104 Repolonizacja w Postolinie ludności miejscowej posiadającej obywatelstwo polskie i dla osadników. Zapisu dokonuje kierownictwo szkoły i udziela wszelkich informacji. Inspektorat Szkolny w Sztumie zwraca się z prośbą o zachęcenie parafian do udziału w kursach. Pierwszą imprezą zorganizowaną dla mieszkańców wsi była wieczornica ku czci św. Stanisława Kostki i poległych w walce o wolność zorganizowana 19 listopada. Już w okresie międzywojennym urządzano takową, bo Święty Stanisław Kostka był patronem młodzieży polskiej. Zaproszono do współudziału chór kościelny i młodzież szkolną. Program wieczornicy był bardzo bogaty. Wykonano sześć pieśni: „Aniele ziemski”, „My chcemy Boga”, „Witaj Kostko Stanisławie” , „Hymn Marynarki Wojennej”, „I nie ustaniem w walce”, „Hymn młodych Polaków”, „Boże coś Polskę”. Deklamacji było sześć: „Święty Stanisław”, „Nieznany żołnierz”, „Zdrajca”, „Błogosławieni”, „Przez łzy i krew do wolności”, "Braciom w szeregu”. Jedna recytacja zbiorowa „Prawdy Polaków”, inscenizacja dzieci szkolnych „Do wyższych rzeczy” oraz wprowadzenie i przemówienie .„Młodzież polska w walce o wolność” Floriana Wichła-cza, przedwojennego nauczyciela tutejszej katolickiej prywatnej szkoły polskiej, który powrócił ze obozu koncentracyjnego. W wieczornicy uczestniczyło 300 mieszkańców wsi. W listopadzie prace nad zorganizowaniem kursu repolonizacyjnego nabrały tempa. 22 listopada kierownik szkoły informował Inspektorat Szkolny w Sztumie, że ruszył pierwszy kurs wyższego stopnia. Z powodu braku opału i nafty odbywał się w godz. 14-16 we wtorki, czwartki, soboty. Uczestniczyło w nim 10 dziewcząt, którym zajęcia popołudniowe pozwa- Fublleśna Szkoła Powszechna w i o ;.* toć lnie. L.dz.kor»3o/45/46. Po | Inspektoratu Szkolnego . u a i Pod8tolin,dnia 29 listopada 1945 * Spis zgłoszonych w dniu dzisiejszym nowych uczestników kursu repolonizacyjnego: * 1* v Floriańska Małgorzata » ur. 5. 1.29 2. vSzymańska Karla 29. 4.2o 3. \/^itkowlcz Engelhard 6. 7.29 4.v0roth Leon 3. 7.3o 5.^Hahn Franciszek 14.11.3o 6.^ Laskow kl Jan * 5. 7.Jo 7. bieliński Jerzy 15. 9.31 8. Jleta Alfred : 5. 2.29 9. ^Sstajniger Jan 27. 8.3o Uczestnicy kursu repolonizacyjnego, fot. archiwum ichłacs Florian,naucz Andrzej Lubiński 105 lały na udział w kursie. Trzy dni później zwiększyła się do 15 słuchaczy, 27 listopada jest już 28 uczestników, a dwa dni później 37 kursantów. Zebranie Rodzicielskie obradowało w niedzielę, 25 listopada w „pawilonie”. Tematem była sprawa podręczników, apel o zbieranie książek polskich, aby utworzyć bibliotekę ludową, regularne uczęszczanie do szkoły, rugowanie języka niemieckiego, sprawa obywatelstwa tymczasowego i wniosków o przywrócenie praw własności. Potem był przegląd prasy z ostatnich tygodni i referat kierownika szkoły „Dlaczego świat nienawidzi Niemców”. W zebraniu uczestniczyło 160 mieszkańców. Apel o zbieranie książek przyniósł skutek, trzy dni później księgozbiór liczył 52 tomy. Z początkiem grudnia nauczycielka Stanisława Dąbrowska z Pułkowic zgodziła się na prowadzenie zajęć z geografii w wymiarze 2 godzin na kursie repolonizacyjnym. 2 grudnia w niedzielę w ramach Uniwersytetu Niedzielnego w miejscowej szkole odbył się Wieczór Sienkiewiczowski. Na program złożyła się prelekcja na temat życia i działalności literackiej Henryka Sienkiewicza oraz odczytanie fragmentów z „Krzyżaków” i „Trylogii”: „Jurand na zamku szczycieńskim”, „Jak Kmicic wysadził kolubrynę” „Zagłoba zdobywa sztandar”. Przeczytane fragmenty miały potwierdzać motto, które brzmiało „Dzielność jednostek porywa naród”. W wieczorze uczestniczyło 150 osób. Dwa dni po wieczornicy kurs repolonizacyjny miał już 55 słuchaczy. Byli to: Bazner Irma, Nather Waltraut, Bockmeier Władysława, Pawelczak Małgorzata, Chruścińska Gertruda, Porożyńska Teresa, Daniszewski Feliks, Porożyński Edmund, Floriańska Inga, Rumiński Alojzy, Floriańska Małgorzata, Radtke Hiłdegarda, Górska Elżbieta, Radtke Janina, Groth Leon, Rhoda Waleria, Gołąbiewska Stefania, Sperling Elżbieta, Hahn Franciszek, Sperling Helena, Izdepska Małgorzata, Sperling Urszula, Izdepski Alfons, Spinner Helena, Jackiewicz Wincenty, Szpruda Elżbieta, Kamiński Mieczysław, Szpruda Gertruda, Klatt Wanda, Schreiber Bernard, Knobloch Agnieszka, Schreiber Teodor, Knozowska Maria, Steiniger Jan, Knozowska Ludwika, Szymańska Maria, Kwella Józefa, Szypkowska Jadwiga, Kwella Maria, Szypniewska Stefania, Kwinta Małgorzata, Witkowicz Engelhard, Laskowski Jan, Witkowska Jadwiga, Lewandowska Aleksandra, Zalewski Horst, Lis Anna, Zalewski Jan, Lis Zofia, Zieliński Jerzy, Majerowska Maria, Ziółkowska Jadwiga, Metz Alfred. Najwięcej osób biorących udział w kursie repolonizacji było w wieku do 18 lat - 43 osoby (w tym 19 mężczyzn), w wieku do 30 lat - 20 osób (3 mężczyzn), a najmniej w wieku powyżej 30 (jedynie 3 kobiety). 9 grudnia zorganizowano dla mieszkańców „Andrzejki” i „Katarzynki”. Prelekcję wygłosił Florian Wichłacz, a „wróżby przeprowadził” Franciszek Leśniewski. Uczestniczyła młodzież - 85 osób. Tydzień później na zebraniu mieszkańców wsi wygłosił prelekcję F. Leśniewski: „Dlaczego sięgamy po Odrę”. Ostatnią imprezą jaką przygotowano w szkole był obchód gwiazdkowy 23 grudnia. Na program złożyło się przemówienie okolicznościowe kierownika szkoły, śpiew ogólny „Anioł pasterzom mówił”, deklamacja „Choinka”, wyjątek z „Chłopów” Reymonta „Wigilia u Bory-ny”, występ dzieci z przedszkola, deklamacja „Kolęda na czasie” Władysława Bełzy, deklamacja zbiorowa „Chłopcy z gwiazdą” i „Trzej królowie”, jasełka w trzech odsłonach dzieci szkol- 106 Repolonizacja w Postolinie nych, „Modlitwa w dzień Bożego Narodzenia” Stanisława Wyspiańskiego, gwiazdor, deklamacja opłatek i dzielenie się opłatkiem, kolęda „W żłobie leży”. Do zebranej publiczności przemawiał wójt Gminy Sztum-Wieś Wadowski, ks. proboszcz Paweł Mateblowski. Przybyło było 600 osób. 17 stycznia 1946 roku w świetlicy szkolnej odbyła się wieczornica muzyczna w wykonaniu zespołu ze Sztumu. Na program składało się słowo wstępne i referat nauczyciela F. Leśniewskiego „Warszawa walczy o wolność”, piosenka o Warszawie, deklamacja „Sonet o Warszawie”, „Życie i twórczość Szopena” wygłoszone przez nauczyciela, „Polonez As-dur” zagrany na fortepianie, śpiew solowy „Maki” i „Skowroneczek” oraz „Polka” na fortepian. Uczestniczyło 400 osób. 9 lutego zespół sceniczny ze Sztumu wystawił „Balladynę”, przedstawienie trwało cztery godziny, widzów było tyle co na poprzednim występie. W całym kraju uroczyście obchodzono dzień Florian Wichłacz, jeden z nauczycieli w Postolinie, fot. archiwum autora urodzin Tadeusza Kościuszki. Postolin obchodził je 12 lutego. Oddzielnie urządzono obchód dla dzieci szkolnych o godzinie 9, a dla dorosłych o 17. Podczas zebrania informacyjnego zorganizowanego przez PPR i PPS referaty wygłosili: Bolesław Woźniak - „Odrodzona demokratyczna Polska” i Zawadzki - „Perspektywy rozwoju wsi”. Na zebranie przybyło 200 mieszkańców. Ważnym wydarzeniem w życiu wsi było uruchomienie Biblioteki Ludowej w dniu 22 lutego. Księgozbiór liczył 148 pozycji. Książki zbierano wśród tutejszej ludności. Pochodziły z dawniejszych bibliotek św. Kingi i Czytelni Ludowych. Wypożyczenia odbywały się we wtorki i czwartki, liczba czytelników wynosiła 39. Od początku roku 1946 liczba uczestników kursu repolonizacyjnego wzrosła do 66, dlatego naukę prowadzono w dwu równoległych kursach. W styczniu przepracowano 48 godzin, a miesiąc później 54. W Ośrodku Kultury Wiejskiej w Postolinie został zorganizowany w lutym sześcioosobowy zespół teatralny, którym opiekował się F. Leśniewski. Przez pierwsze trzy miesiące roku prowadzono akcje dożywiania dzieci. Kierownik szkoły, pisząc sprawozdanie do Inspektoratu Szkolnego w Sztumie podał, że w szkole jest 7 sierot, 72 półsierot, na ogólna liczbę 138 uczniów. Wydano 350 litrów mleka, 8 litrów tranu, 360 jednostek obiadowych. Dziennie z dożywiania korzystało 25 dzieci. I dodawał, że powinno 30. Na kursach repolonizacyjnych w marcu i kwietniu odbyto 82 godzin zajęć. Zorganizowano dla młodzieży zabawę z występem zespołu teatralnego z Postolina, a dochód (1280 zł) przeznaczono na zakup podręczników. Andrzej Lubiński 107 18 maja z darów Polonii amerykańskiej dla placówki przedszkolnej liczącej 64 dzieci w Postolinie trafiło 5 płaszczyków, 17 czapek, 31 sukienek, 15 spódniczek, 7 ubranek dla niemowlaków, 4 większe, 46 spodenek, 30 bluzeczek, 29 różnej bielizny dziecięcej, 6 pulo-werków oraz pół worka szmat do przeprowadzenia napraw. Przy otwarciu bali uczestniczył F. Wichłacz i A. Radtke. Młodzież szkolna otrzymała 18 par butów męskich, 12 płaszczyków dziecięcych, 15 marynarek,7 kamizelek, 16 spodni, 5 czapek, 34 par butów żeńskich, 2 kurtki skórzane, 3 swetry, 18 sukni, 25 bluzek, 12 pulowerów,7 spódniczek, 8 szalików, 2 fartuchy, 2 piżamy, 4 koszule, 2 pary pończoch, 8 krawatów oraz worek szmat do reparacji bielizny. Dary Polonii wyceniono na 1000 000 złotych. Podczas lekcji chóru zespół wyćwiczył 3 pieśni na trzy głosy oraz sześć ludowych. Zajęć świetlicowych było 25 godzin, w tym zespół tańców ludowych pod kierownictwem Marii Jankowskiej miał 10. Uroczyście obchodzono święta majowe jakie przypadły na 1,2,3 i 9. Natomiast 27 maja szkoła otrzymała egzemplarze: „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, „Maraton”, Ujejskiego, „O krasnoludkach”, „ O żołnierzu tułaczu” Żeromskiego, „Pokój na poddaszu” Wasilewskiej. Państwowy Bank Rolny w Warszawie odnowił 4 kwietnia 1946 roku patronat jaki miał już przed wojną ze szkołą polską w Postolinie. Szkoła otrzymała od oddziału banku w Sopocie 10 000 zł na uzupełnienie biblioteki. Kierownictwo szkoły miało od czasu do czasu przysyłać sprawozdania z życia szkoły i ośrodka kulturalnego. W maju zajęcia na kursach repolonizacyjnych prowadzili Florian Wichłacz i Maria Jankowska. W dniach 10-11 czerwca nie mogła przybyć Jankowska, mieszkająca z rodzicami w Tulicach, ponieważ miała tam miejsce akcja wojska i UB przeciwko oddziałowi AK pod dowództwem „Żelaznego” Zdzisława Badochy. Z polecenia Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego nie mogła opuścić miejsca zamieszkania. Pierwsze dwa lata po wojnie pokazują w jak trudnych warunkach rozpoczynała się praca na niwie oświaty i kultury. Mieszkańcy Postolina chętnie włączali się w te działania, o czym świadczył liczny udział w zebraniach rodzicielskich i kulturalnych. Występowało duże zapotrzebowanie, aby obcować z polską książką. W wielu domach ukrywano książki polskie podczas wojny. Po wojnie trafiły one do miejscowej biblioteki. Kursy repolonizacyjne, z pewnością na zasadzie odreagowania wojny i „niemieckości”, cieszyły się bardzo dużym powodzeniem i mieszkańców nie trzeba było do udziału w nich zbytnio przekonywać. Dla tych, którzy czuli się bardziej Niemcami (lub „tutejszymi” bez identyfikacji narodowej), a jednak chcieli w nowej Polsce pozostać, była to jedyna szansa na stanie się Polakami. 108 Początki Milicji Obywatelskiej w Sztumie Krzysztof Ostrowski POCZĄTKI MILICJI OBYWATELSKIEJ W SZTUMIE Tekst ten jest częścią mojej pracy dyplomowej pisanej w latach 1979/1980 pt. „Udział i zadania Milicji Obywatelskiej w walce o utrwalanie władzy ludowej na terenie powiatu sztumskiego w latach 1945-1947”. Jest to pierwsza publikacja jej fragmentów, gdyż moja praca miała klauzulę tajności oraz numer ilości egzemplarzy. Materiały wykorzystane pochodzą z archiwum Wydziału C KWMO w Gdańsku (raporty sytuacyjne sygn. akt 189/45,189/46,190/46/191/47), gdzie sklasyfikowane były jako „tajne". Każdą swoją notatkę przed opuszczeniem archiwum musiałem „zarejestrować” u swego „opiekuna”, a po wykorzystaniu w pracy musiałem wszystkie notatki zdać. Dostępu do akt o klauzuli „ściśle tajne" nie miałem. Być może takie dokumenty były, ale na korzystanie z nich w tamtych latach trzeba było mieć wyjątkowe pozwolenie. Korzystałem też z materiałów publikowanych i relacji ustnych: „Sztum 1806 - 1945" J. Borzysz-kowski, M. Stażewski; Stanisław Kalinowski - relacja zawarta w broszurze KWMO w Elblągu Sztumscy milicjanci w 1946 roku, pierwszy z lewej Władysław Wierzbicki, fot. archiwum rodzinne Krzysztof Ostrowski 109 „Milicja Obywatelska i Służba Bezpieczeństwa w walce o utrwalanie Władzy Ludowej na Ziemi Elbląskiej", Elbląg 1979 r., ustna relacja kierownika Referatu Gospodarczego Wacława Pokusy z 23.08.1979 r. Moja praca to tylko przyczynek do poznania historii sztumskiej milicji, zapoznanie się z jej problemami logistycznymi,personalnymi czy lokalowymi, bez kontekstu zewnętrznego -postrzegania organów bezpieczeństwa przez społeczeństwo, czy udziału milicji w walce ze zbrojnym podziemiem. To z pewnością temat do dalszych badań i analiz. kk-k 2S stycznia 1945 r. został wyzwolony Sztum, a już w kwietniu została utworzona jednostka Milicji Obywatelskiej. Najaktywniejszym działaczem, organizatorem a jednocześnie pierwszym komendantem sztumskiej jednostki zostaje Kazimierz Derengowski. Jednostka w kwietniu 1945 r. liczyła 90 funkcjonariuszy. W czerwcu 1945 r. do Sztumu przybywa grupa funkcjonariuszy z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku, która dokonuje reorganizacji w istniejącej już jednostce, nadaje jej status Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej i Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, jednocześnie zwiększając stan osobowy obu jednostek. Pierwszym komendantem powiatowym Milicji Obywatelskiej w Sztumie zostaje porucznik Remigiusz Siła-Karpeta, a szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Wacław Złotogórski. Na podstawie relacji byłych funkcjonariuszy sztumskiej jednostki: Karola Myszki, Romualda Grosmana, Wacława Pokusy oraz niepełnych materiałów archiwalnych ustalono strukturę organizacyjną Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w której wyodrębniono: 4 referaty operacyjne, referat ewidencji operacyjnej, referat śledczy - szefem zostaje Jasiński a jego zastępcą Karol Myszka, referat personalny, referat gospodarczy - por. Wacław Pokusa. W strukturze wewnętrznej KPMO wyodrębniono: komisariat miejski, pluton operacyjny, posterunki gminne. Do grudnia 1945 r. sztumska jednostka została wzmocniona do 102 funkcjonariuszy i 24 pracowników cywilnych. Wśród nowoprzybyłych funkcjonariuszy znaleźli się: Zygmunt Goldberg (1.06.1945 r.), Ulid Słoma (1.06.1945 r.), Jadwiga Waleszkowska (8.06.1945 r.), Kunegunda Waleszkowska (8.06.1945 r.), Zofia Kasprowicz (8.06.1945 r.), Gertruda Wa-śniewska (1.07.1945 r.), Gertruda Szabelska (11.07.1945 r.), Leon Szubert (21.07.1945 r.), Franciszek Machalski, Zygmunt Klimek, Antoni Kulig, Piotr Ozimek, Tadeusz Czeladzki, Bolesław Ścira, Julian Olszewski, Benedykt Szwagrzyk, Michał Halka, Jan Laskowski, Witold Gajlewicz, Henryk Szalczyński, Jan Romaldowski, Mieczysław Grzywacz, Tadeusz Górecki, Irena Pokusa, Roman Kalinowski, Barbara Zboińska. Przynależność zawodowa przed wstąpieniem w szeregi Milicji Obywatelskiej przedstawiała się w następujący sposób: 3 oficerów trudniło się rolnictwem, 1 to oficer zawodowy z przed 1939 r., 14 milicjantów to byli rolnicy, 51 milicjantów było robotnikami, 27 milicjantów to rzemieślnicy, 8 milicjantów było biuralistami, 5 milicjantów to podoficerowie 110 Początki Milicji Obywatelskiej w Sztumie zawodowi, 3 milicjantów było szoferami, 5 milicjantów przed wstąpieniem w szeregi Milicji Obywatelskiej trudniło się handlem. W większość funkcjonariuszy sztumskiej jednostki rekrutowała się z ludności napływowej. Pochodzenie społeczne było zróżnicowane: 3 oficerów pochodzenia chłopskiego, 1 oficer pochodzenia robotniczego, 30 milicjantów pochodzenia chłopskiego, 58 milicjantów pochodzenia robotniczego, 10 milicjantów pochodzenia inteligenckiego. Jednymi z pierwszych milicjantów którzy w 1946 r. przybyli do sztumskiej jednostki byli: Władysław Wierzbicki, Świątkowski, Teofil Zwoliński, Mroczkowski, a od 6 lutego 1946 r. szeregi sztumskiej milicji wzmocnili: Jan Walkiewicz, Romuald Grosman, Bolesław Łagocki, Józef Sarna i Stanisław Kalinowski. W początkowym okresie funkcjonowania Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Sztumie upartyjnienie funkcjonariuszy było znikome: 13 milicjantów należało do Polskiej Partii Robotniczej, 9 do Polskiej Partii Socjalistycznej i 3 milicjantów do organizacji młodzieżowych. Tak mały stopień upartyjnienia milicjantów, w tym żadnego z oficerów, skłonił władze powiatowe PPR do wzmożonej akcji agitacyjno-rekrutacyjnej, która miała miejsce w grudniu 1945 r. Wykłady i pogadanki z funkcjonariuszami prowadził sam I sekretarz Komitetu Powiatowego Polskiej Partii Robotniczej Bolesław Woźniak. Na efekt akcji rekrutacyjnej nie trzeba było długo czekać. Na przełomie lipca i sierpnia 1946 r. - 1 oficer wstąpił do PPR, 2 oficerów wstąpiło do PPS, 16 milicjantów wstąpiło do PPR, 9 milicjantów wyraziło swój akces w szeregi PPS. Niezmienna pozostała liczba członków organizacji młodzieżowych. Władze powiatowe PPR w dalszym ciągu prowadziły wzmożoną rekrutację, efektem tych działań było przyjęcie w szeregi PPR 80 funkcjonariuszy, a 10 zasiliło szeregi PPS. W grudniu 1946 r. na 116 funkcjonariuszy KPMO w Sztumie 90 było członkami partii. W szeregach funkcjonariuszy KPMO w Sztumie znajdowali się tacy, którzy przed wstąpieniem w szeregi Milicji Obywatelskiej brali udział w walce z okupantem: 4 milicjantów walczyło w Batalionach Chłopskich, 1 milicjant w stopniu starszego sierżanta podchorążego był podoficerem Wojska Polskiego, 1 milicjant walczył w partyzantce jugosłowiańskiej, 111 milicjantów nie brało udziału w walkach w zorganizowanych jednostkach. Organizacja jednostek milicyjnych na terenie powiatu, jak i w samym mieście przebiegała w bardzo trudnych warunkach, przede wszystkim trudności były związane z brakiem odpowiedniej bazy lokalowej, gdyż miasta były bardzo zniszczone. Z tego też względu kilka razy przenoszono siedzibę milicji w Sztumie. Wreszcie znaleziono odpowiedni budynek przy ulicy Mickiewicza, który po krótkim remoncie we własnym zakresie zaadoptowano na potrzeby milicyjne. Dzień pracy funkcjonariuszy KPMO wynosił 10 godzin z krótkimi przerwami na posiłek. Pełniona służba była oparta na patrolach pieszych składających się przeważnie z 2 funkcjonariuszy, zdarzały się też patrole jednoosobowe. W patrolach pieszych służba była pełniona najczęściej w godzinach 22.00 - 4.00, a zasięg patroli wynosił od 4 do 12 kilometrów. Dużym utrudnieniem w wykonywaniu nocnych patroli był brak elektrycz- Krzysztof Ostrowski 111 ności, co wiązało się z brakiem oświetlenia ulicznego. Te okoliczności sprzyjały popełnianiu przestępstw o charakterze kryminalnym. W raporcie sytuacyjnym z 30.09.1946 r. Komendy Wojewódzkiej MO Gdańsk czytamy że: - Pełniona służba przez funkcjonariuszy MO z jednostek terenowych była wykonywana przykładnie. Większość funkcjonariuszy wzorowo wywiązywało się z nałożonych na nich obowiązków, była również grupa, która naruszała dyscyplinę służbową. Wobec naruszających ją i wykazujących lekceważący stosunek do pracy wyciągane były wnioski służbowe przez Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskie, aż do zwolnienia z organów włącznie. Ważnym problemem jaki nurtował kierownictwo służbowe Wydziału Szkolenia KWMO w Gdańsku było wykształcenie funkcjonariuszy i problemy ze szkoleniem nowoprzyjętych i będących już w służbie funkcjonariuszy. Większość funkcjonariuszy z KPMO posia- Wiesław Sadowski, fot. archiwum rodzinne dało wykształcenie w zakresie 2-3 klas gimnazjum ogólnokształcącego lub zawodowego. Gorsza sytuacja pod względem wykształcenia przedstawiała się w jednostkach terenowych i w plutonie operacyjnym, gdzie większość z nich posiadała wykształcenie 7 klas szkoły powszechnej. Z tej grupy 13 funkcjonariuszy posiadało wykształcenie od 4 do 7 klasy szkoły powszechnej. Chcąc poprawić tę sytuacje już w sierpniu 1945 r. skierowano 5 funkcjonariuszy na kurs zastępców komendantów do spraw polityczno-wychowawczych. W miesiącach letnich szkoleń nie przeprowadzano ze względu na małą frekwencję, która była spowodowana uczestnictwem funkcjonariuszy w akcjach żniwnych. Na przełomie sierpnia i września 1945 r. do Szkoły Oficerskiej w Słupsku został skierowany plutonowy Stanisław Zabrocki, a we wrześniu do jednostki sztumskiej powróciło 10 funkcjonariuszy z kursu dla zastępców komendanta ds. polityczno-wychowawczych. W związku z pismem Ministra Oświaty z 26 października 1945 r. na kurs podoficerski do Sopotu skierowano kolejnych 5 funkcjonariuszy. W grudniu 1945 r. szkoleniem na terenie jednostki objęto młodych funkcjonariuszy z zakresu prawa, zagadnień społeczno-politycznych, musztry i służby zewnętrznej. Na przełomie listopada i grudnia 1946 r. przeprowadzono pogadanki uświadamiające dla funkcjonariuszy i ich rodzin z związku ze zbliżającymi się wyborami do Sejmu. Czerwiec 1946 r. przyniósł dalsze szkolenia tym razem prowadzone przez sędziego Sądu Grodzkiego w Sztumie z zakresu prawa karnego materialnego i prawa karnego procesowe- 112 Początki Milicji Obywatelskiej w Sztumie go. Równolegle do szkoleń teoretycznych trwały intensywne szkolenia praktyczne z zakresu obsługi i konserwacji broni, przeprowadzano szkolenia ogniowe i taktyki wojskowej z zakresu walki zbrojnej. Kierownictwo sztumskiej jednostki miało problemy nie tylko z powodu niskiego wykształcenia funkcjonariuszy, ale przede wszystkim trudności związanych z codziennym wykonywaniem obowiązków służbowych w dziedzinie aprowizacji. Duże braki były w umundurowaniu, bieliźnie, brakowało butów, kocy, płaszczy. Dochodziło do takich sytuacji, że schodzący ze służby funkcjonariusze zmuszeni byli przekazać umundurowanie tym, którzy służbę obejmowali. Dużym wyzwaniem dla sztumskiej milicji były konwoje ze sztumskiego więzienia wykonywane do odległych miejscowości w Polsce. Konwoje były tak częste (a brakowało kadry do ich obsługi), że funkcjonariusze zmęczeni po wykonaniu konwoju, bez odpoczynku mu-sieli wykonywać kolejne konwoje. Poważnym problemem w codziennym funkcjonowaniu milicji, szczególnie w terenie, był brak broni. Przekazywana przez wojsko broń nie zawsze pokrywała istniejące zapotrzebowanie i była bardzo zróżnicowana od popularnych pepesz, drajzerów, mauzerów, poprzez pistolety, broń maszynową i granaty. Praktycznie do października 1945 r. funkcjonariuszom nie były wypłacane pobory, otrzymywali wypłaty w tak zwanej naturze. Korzystali z milicyjnej stołówki mieszczącej się w budynku komendy. Pierwsza wypłata wynosiła 450 zł i była wypłacona 7 października 1945 r. Istniejące trudności nie przeszkadzały w prowadzeniu działalności kulturalno-sporto-wej. Aktyw kulturalny KPMO liczył 6 osób. Organizowano pogadanki i wieczornice z okazji państwowych rocznic, na redagowanej gazetce można było przeczytać aktualne wiadomości z życia jednostki, powiatu czy Polski. Dużym powodzeniem cieszyła się świetlica, która w okresie letnim pustoszała na korzyść boiska sportowego. Nieliczni zagorzali czytelnicy wolne chwile spędzali nad książką. Po zakończeniu codziennej służby funkcjonariusze Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Sztumie bardzo często uczestniczyli w odbudowie i rozbudowie sztumskiego szpitala. We wrześniu 1946 r., przy znacznym wsparciu milicjantów (prace remontowo--budowlane) oddano do użytku drugi oddział zakaźny z 40 łóżkami. Sztumscy milicjanci uczestniczyli także w odbudowie miejskich wodociągów. Duży udział milicjanci mieli w niesieniu pomocy sierotom, bezdomnym i zagubionym dzieciom, które w wyniku działań wojennych straciły kontakt z najbliższymi. Dzieci te umieszczano w domach dziecka znajdujących się w Dzierzgoniu i Malborku. Do podstawowych zadań funkcjonariuszy z patroli pieszych i nie tylko, należało: zapewnienie funkcjonowania gospodarki w powiecie, ochrona majątku narodowego przed kradzieżami i pożarami, kontrola domów noclegowych i hoteli, kontrola zabezpieczeń sklepów i innych dóbr społecznych. Krzysztof Ostrowski 113 Jednakże praca funkcjonariuszy Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej nie ograniczała się tylko do pilnowania funkcjonowania gospodarki powiatu czy udział w odbudowie zniszczeń wojennych, ale przede wszystkim na walce z przestępczością kryminalną. Do najczęściej popełnianych przestępstw o podłożu kryminalnym w latach 1945 - 1947 należały: napady rabunkowe z bronią lub bez broni, przywłaszczenia, kradzieże koni, kradzieże pieniędzy, włamania. Najczęstszymi przyczynami, które prowadziły sprawców na drogę przestępstwa były: brak żywności, chęć zysku, niewłaściwe pełnienie służby na posterunkach i patrolach przez samych funkcjonariuszy, którzy stwarzali okazję do popełniania przestępstw. W początkowym okresie funkcjonowania referat śledczy zwalczający przestępczość kryminalną miał dużą ilość zdarzeń, ograniczoną liczbę funkcjonariuszy, a stan wykrywalności przestępstw był niezadowalający. Na przełomie listopada i grudnia 1945 r. ogółem popełniono 69 przestępstw kryminalnych z czego wykryto zaledwie sprawców 26 przestępstw, co stanowiło 33% wykrywalności ogólnej. Dopiero rok 1947 przyniósł znaczną poprawę W zwalczaniu przestępczości kryminalnej, w marcu stan wykrywalności przestępstw wzrósł do 90% ogólnej liczby przestępstw. Sukces ten w dużym stopniu funkcjonariusze referatów operacyjnych zawdzięczali milicjantom służb patrolowych, zwiększono nacisk na lepsze zabezpieczenia obiektów handlowych oraz dobrze rozwijającej się współpracy z miejscowym społeczeństwem. Janusz Namenanik PRÓBA REKONSTRUKCJI DZIERZGOŃSKIEJ WIEŻY WIDOKOWEJ Wieża widokowa na Górze Zamkowej w Dzierzgoniu przed 1927 okiem, autor nieznany, zdjęcie ze zbiorów autora Janusz Namenanik 115 Na pocztówkach i zdjęciach ukazujących Dzierzgoń w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku, rzuca się w oczy, stojący na Wzgórzu Zamkowym ciekawy obiekt architektoniczny, nazywany przez ówczesnych mieszkańców miasta Pavillonem. Tego rodzaju obiekty, do których zaliczała się dzierzgońska wieża widokowa, były typem budowli specyficznym dla architektury środkowej Europy z XIX i początku XX wieku. Unikalność dzierzgońskiego obiektu polegała na tym, że łączył on w sobie dwie funkcje, będąc jednocześnie ozdobną altaną ogrodową oraz wieżą widokową. Budowla ta została wzniesiona na Wzgórzu Zamkowym, ponieważ jest ono jednym z najwyżej położonych punktów miasta (47 m n.p.m). G. Podruczny1 pisze, że: Prawdziwy boom na wieże widokowe wybuchł dopiero w IIpołowie XIX wieku. Wieże powstawały wówczas masowo, choć głównie na obszarze niemieckojęzycznym. Ówczesne wieże charakteryzowały się tym, że ich fundatorami byli mieszczanie oraz zwykle zakładane przez nich towarzystwa. Najwięcej wież powstało w okresie pomiędzy 1871 a 1914 rokiem. Szacunkowy okres budowy dzierzgońskiej wieży widokowej to lata 1902 - 1903. Podstawę do takie osądu dają fakty, iż na pocztówce z 1901 roku wieża jeszcze nie występuje, a widokówka z 1904 roku już ją ukazuje. Stała ona, do momentu budowy wieży ciśnień czyli do lat 1929-30. Wieżę rozebrano, ponieważ istnienie obu obiektów jednocześnie, było z oczywistych względów nie uzasadnione. Wieża nowa, murowana i wyższa od drewnianego pawilonu widokowego, posiadała na swym szczycie taras widokowy, dający większe możliwości obserwacji otaczającego terenu, oraz dodatkowo aby uprzyjemnić czas posiadała lokal gastronomiczny. Istnienie obu blisko ze sobą sąsiadujących obiektów, nie harmonizowało z otaczającym krajobrazem. Na pocztówkach i zdjęciach Wzgórza Zamkowego z końca XIX wieku widać wyraźnie niezagospodarowany i znacznie zaniedbany teren, na którym stał mały budynek mieszkalny o wątpliwej urodzie. Na relikty tego budynku natrafił w 1998 roku AJ. Pawłowski2 w trakcie dokonywanych badań archeologicznych Wzgórza Zamkowego. Okres przełomu wieków XIX i XX to czas, w którym przeprowadzono na tym terenie Hczne prace w celu zagospodarowania wzgórza. W ostatniej dekadzie XIX wieku wywieziono reszki gruzu, jaki pozostał po stojącym tam kiedyś zamku krzyżackim, a gruz ten wykorzystano przy budowanej wówczas dzierzgońskiej linii kolejowej3. Następnie rozebrano stojący tam budynek (gdyż na pocztówkach z początku XX wieku już go tam nie ma), zniwelowano teren, zasadzono krzewy i drzewa (aleja dębowa do dzisiaj budzi zachwyt), wytyczono alejki, oraz wybudowano opisywany tu pawilon widokowy. Tym wszystkim zajęło się pewne Towarzystwo. W drugiej połowie XIX wieku na terenie Niemiec zawiązano w licznych miastach stowarzyszenia noszące nazwę Verschónerungs czyli Towarzystwa Upiększania Miasta, których Podruczny G., Wieża Kleista - jej historia, architektura i związki z bitwą pod Kunowicami, Słubice 2014, s. 2. Piepkorn O., Die Heimatchronik der westpreu^ischen Stadt Christburg und des Landes am Sorgefleufi, Detmold 1962, s. 166. Hassenstein E, Chronik der Stadt Christburg, Christburg 1920, s. 2. 116 Próba rekonstrukcji dzierzgońskiej wieży widokowej celem była estetyzacja przestrzeni miejskiej. Towarzystwa te w swoim założeniu stroniły od polityki i zrzeszały tych mieszczan, którzy chcieli zmienić miasto na lepsze. Główne fundusze towarzystwa pochodziły ze składek ich członków, organizowanych imprez, oraz przeprowadzanych zbiórek. Faktem potwierdzającym znaczną użyteczność takich Towarzystw niech będzie to, że utworzone w 1893 roku we Wrocławiu Towarzystwo prowadzi działalność do dzisiaj. Towarzystwo Upiększania Miasta istniało również w Dzierzgoniu, o czym wspomina ówczesny proboszcz miejscowej parafii ewangelickiej4 twierdząc, że w 1896 roku istniała na Wzgórzu Zamkowym w Dzierzgonia tablica z treścią zakazującą przebywania na wzgórzu, treść tego zarządzenia była podpisana przez Dzierzgońskie Towarzystwo Upiększania Miasta. Budowa wieży widokowej nie wymagała zebrania zbyt wielu środków. Konstrukcja Pavillonu była całkowicie drewniana. Jeżeli założymy, że drewno po niewielkich kosztach uzyskano z pobliskich lasów, a jego obróbką i konstrukcją zajęli się społecznie miejscowi rzemieślnicy, to bezpośrednio finansowe nakłady były niewielkie. Oglądając na starych ilustracjach efekty tych poczynań, śmiało możemy stwierdzić, że z pracami organizacyjnymi i projektowymi doskonale poradziło sobie miejscowe Towarzystwo Upiększania Miasta. Zainteresowanych mieszkańców naszego miasta zaciekawią zapewne szczegóły konstrukcyjne wieży. Jej wygląd uzmysławiają nam stare fotografie, natomiast jej rozmiary, które udało się oszacować, przedstawiają załączone ilustracje. Zapewne każdy mieszkaniec Dzierzgonia wie, że na Wzgórzu Zamkowym w sąsiedztwie wieży ciśnień znajduje się wybetonowany niewielki obszar zwany „podium do tańczenia’. W obecnym kształcie i rozmiarach powstał on w latach 70-tych ubiegłego wieku, gdy przygotowywano Wzgórze Zamkowe do mających się odbyć w Dzierzgoniu dożynek wojewódzkich. Prawdziwe jest stwierdzenie, że nie ma dwóch identycznych betonów, ponieważ każdy z nich posiada różną rozszerzalności temperaturową i w związku z tym zawsze pomiędzy nimi po pewnym czasie wystąpią ślady pęknięć. Dzięki temu niekiedy niekorzystnemu zjawisku możemy wyraźnie zaobserwować na współczesnej wylewce betonowej zarys fundamentu starej wieży widokowej. A więc rzut pionowy wieży istnieje do dzisiaj i okazuje się, że jest on ośmiobokiem, w którym odległość pomiędzy bokami naprzeciwległymi wynosi około 5,4 m, natomiast pole podstawy wieży jaki identycznego pod względem kształtu i rozmiaru tarasu widokowego posiadają powierzchnię po około 23 m2. Posiadając pomiary podstawy, dokonaliśmy ustalenia wymiaru „bazy” i na jej podstawie, oraz zdjęć obiektu oszacowaliśmy pozostałe wymiary wieży. Szczegóły tych szacunków przedstawiają załączone rysunki. Całkowita wysokość obiektu, poczynając od fundamentu, a kończąc na zakończeniu iglicy to około 14 metrów. Na ten wymiar składa się 6,2 m wysokości budynku zasadniczego, 3 m dachu, oraz około 4,8 m iglicy. Wieża posiadała konstrukcję drewnianą, której szkielet stanowiło 8 belek mających 4 Hassenstein E, Chronik der Stadt Christburg, Christburg 1920, s. 2. Janusz Namenanik 117 przekrój (20x20 cm) i długości około 6 metrów każda, były one postawione pionowo na podwalinie w miejscach łączenia się boków ośmiokąta. Ze względu na lekkość konstrukcji, belki wymagały odpowiedniego zakotwienia w fundamentach. Ich połączenie oprócz umocowania w fundamencie stanowiła platforma widokowa znajdująca się na wysokości 2,8 metra nad podstawą wieży oraz strop drewniany nad tą platformą. Wieża aby pełnić swe widokowe funkcje w znakomitej większości była przeszklona. Okna o ponad dwu metrowej wysokości całkowicie opasywały wieżę w dwóch miejscach na poszczególnych jej poziomach. Znaczne wzmocnienie stanowiły dwa pasy konstrukcji drewnianej, jeden dolny o wysokości 65 centymetrów wykonany z tarcicy i zakończony belką podokienną od góry, a drugi bardziej masywny o wysokości około 1,2 m opasujący środek konstrukcji i składający się z krzyżulców, oczepów, belek podokiennych połączonych złączami ciesielskimi, wszystko to wypełnione deskami.5 Budowla posiadała konstrukcję dachową typu krokwiowego. Powierzchnia dachu składająca się z ośmiu identycznych trójkątnych części pokryta była w różny sposób. Na ilustracjach widać w zależności od okresu papę, dachówkę, a być może pomalowane na czerwono gonty. Z środkowej części tego dość wysokiego dachu (3 metry) wystawał słup, który konstrukcyjnie był wsparty centralnie na górnym stropie i stanowił jednocześnie podstawę pod około 3 metrową metalową iglicę. Iglica ta zapewne uziemiona, pełniła oprócz swej funkcji ozdobnej, również rolę odgromnika, co wydaje się bardzo celowe, gdyż wieża stojąc w jednym z najwyższych punktów miasta, była narażona na wyładowania atmosferyczne. Ten nadspodziewanie duży dach, wystający poza ściany wieży o blisko 2,5 metra z każdej strony zakończony był blankami6, nadając w ten sposób budowli wyraźny posmak neogo-tyku. Wejście do wieży (bez drzwi) prowadziło od strony północno-zachodniej. Po przekroczeniu wejścia , należało pokonać wewnętrzne schody, aby znaleźć się na tarasie widokowym. Lekka konstrukcja drewniana jaką była wieża umieszczona na wzniesieniu, narażona była na podmuchy wiatru, które w naszym mieście następują najczęściej z zachodu i północnego zachodu, a na ogół nie występuje u nas wiatr ze wschodu i południa. Sama budowla jako ośmiobok posiadał kształt aerodynamiczny i była dość opływowa dla wiatru. Jako, że był to obiekt drewniany i dostępny publicznie pomyślano również o bezpieczeństwie przebywających tam osób. Na jednej z fotografii wieży widzimy przez okno gaśnicę umieszczona na ścianie tarasu widokowego. Nie mamy wątpliwości, że przez ponad ćwierć wieku górujący nad miastem, dzierzgoń-ski Pavillon był z daleka rozpoznawalny i stanowił w pewien sposób symbol Dzierzgonia. Być może, kiedyś ktoś stwierdzi, że należy go zrekonstruować. Takie poczynania są prowadzone w różnych miejscach naszego kraju. Wówczas to opracowanie było by przyczynkiem do tego typu działania, a zarazem być może służyło by pomocą w rekonstrukcji wieży. Szolgina W., Architektura, Warszawa 1992, s. 117 6 Blanki - zębate zwieńczenie średniowiecznych murów lub baszt obronnych, z rytmicznie rozmieszczonymi prześwitami. Blanki pełniły funkcję osłony strzelających przez prześwity łuczników. 118 Próba rekonstrukcji dzierzgońskiej wieży widokowej Widok ogólny wieży widokowej. Pomiary podane w cm, rys. J. Namenanik Rzut pionowy wieży widokowej, rys. J. Namenanik Janusz Namenanik 119 Andrzej Kasperek NAPOLEON NA ŻUŁAWACH Pewnie dla wielu muzeów w Polsce majowe otwieranie podwoi późną nocą to zło konieczne. Ktoś wymyślił tę noc muzeów i teraz trzeba tyrać. Malkontentów w naszym kraju nie brak i w tygodniku „Polityka” Piotr Szarzyński stwierdza: Wystarczyło 12 lat, by Noc Muzeów zamieniła się we własną karykaturę. Teraz jest już za późno, ałe od przyszłego roku proponuję zmienić nazwę na Noc Jarmarków. Autor narzeka, że zamiast oczekiwanego kontaktu ze sztuką wysoką mamy dziś fajerwerki, baloniki, koncerty i pogoń za atrakcjami. Ubolewa, że potężna frekwencja w tę jedyną noc praktycznie nie przekłada się na trwałe zainteresowanie bywaniem w muzeach. Szalona pogoń od placówki do placówki i wystawanie w gigantycznych kolejkach do wejścia najwyraźniej zaspokaja na kolejny rok muzeologiczne potrzeby większości rodaków. Wszystko to prawda, ale Szarzyński zapomina o tym, że dla wielu osób uczestniczących w tej imprezie i tak jest to jedyny kontakt ze sztuką. Nawet jeśli forma Europejskiej Nocy Muzeów nie zadawala wybrednych smakoszy sztuki, historii etc., to i tak uważam, że jest to impreza ważna. Dawno, dawno temu Jacek Kaczmarski poprzedził swój program „Muzeum” takim wstępem: Szturmują bramy! Kłódek trzask! Ze wszystkich stron rozgrzane twarze! Straż puszcza pod naciskiem mas! Wpadają w chłodne korytarze Wołając - Czas! Już czas! Już czas! Gną się parkiety pod naparem, Zrośnięte otwierają drzwi, Wśród rzeźb, obrazów i ubiorów Z przepisów barwna ciżba drwi I woła - Wzoru! Wzoru! Wzoru! Z pewną ironią pisał o tych, którzy w muzeach szukają: Wzoru, Treści, Walki, Czasu... Bo czy te instytucje mogą nam to dać? Dobrze jeśli dostarczą nam odrobiny wzruszeń, każą choć na chwilę zatrzymać się i zastanowić, skłonią do historycznych refleksji. Nikt nie wie, czy małe dziecko zaciągnięte siłą lub podstępem do przybytku kultury tę kulturę znienawidzi czy może pokocha. I co w tym złego, że zwiedzaniu muzeów towarzyszą koncerty, imprezy sportowe, aukcje prac plastycznych? Zgadzam się, że to wielkie materii pomieszanie, ale nie kpię z tego, bo dla wielu będzie to początek drogi do prawdziwej sztuki, czy poznawania dziejów swego kraju, małej ojczyzny czy rodzinnego miasta. W zeszłym roku ekipa Żuławskiego Parku Historycznego wspomagana przez licznych Wolontariuszy przygotowała wielką inscenizację historyczną poświęconą zdobywaniu mia- 120 Próba rekonstrukcji dzierzgońskiej wieży widokowej sta przez Armię Czerwoną oraz przybyciu pierwszych polskich osadników. Ogromny wysiłek organizacyjny dał bardzo ciekawy efekt. Nie wiem tylko, czy został należycie doceniony przez mieszkańców Nowego Dworu Gdańskiego... W tym roku było skromniej, co nie znaczy mniej ciekawie. Tegoroczna Noc Muzeów odbywająca się 23 maja została poświęcona Napoleonowi na Żuławach. Organizatorzy skupili się na epizodzie kampanii napoleońskiej - interesowała ich obecność w Delcie Wisły wojsk napoleońskich w latach 1807-1813. Teren przy Żuławskim Parku Historycznym zamienił się w obóz wojskowy, w którym stacjonowały w pełnym umundurowaniu i wyposażeniu jednostki z tego okresu. Wśród nich byli francuscy grenadierzy oraz fizylierzy z 12 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego. Prusaków reprezentowali inscenizatorzy w mundurach 2 Zachodniopruskiej Kompanii Inwalidów oraz landwery, czyli wojsk terytorialnych złożonych z rezerwy. W obozie odbywało się odlewanie kul, musztra młodego wojska, a także codzienne czynności, jak np. czyszczenie obuwia. Historycy Piotr Czerepak (gościnnie, reprezentant grupy rekonstrukcyjnej) oraz Łukasz Kępski (ŻPH) opisywali mundury, uzbrojenie oraz barwnie opowiadali o życiu ówczesnych wojaków. Ale wszyscy najbardziej czekali na inscenizację potyczki zbrojnej pomiędzy Prusakami a wojskami francusko-polskimi. Odbyła się ona pomimo wiosennego deszczu. Pamiętajmy że ówczesne karabiny były ładowane od lufy i wilgoć spowolniała (a nawet mogła uniemożliwić) oddanie strzału, bo czarny proch jest higroskopijny. Na szczęście muszkiety gromko strzelały i udało się pokonać wojska pruskie. Widzowie mieli możliwość porozmawiania i zrobienia sobie zdjęć z rekonstruktorami, spytania historyków a nawet samodzielnego Janusz Namenanik 121 strzelania z karabinów pochodzących z epoki. Taka żywa lekcja historii jest nieoceniona. Z podziwem patrzyłem na inscenizatorów, którzy z ogromną pieczołowitością zadbali o mundury ekwipunek, broń. Niektórzy podśmiewają się z nich, że starsi panowie (choć przekrój wieku jest bardzo duży - od podrostków do starych wiarusów) bawią się w wojnę. Być może, ale nie widzę w tym nic zdrożnego, ile przy tym nauczą się z historii, ile osób zarażą swą pasją. Inscenizacja historyczna „Napoleon na Żuławach” to nie jedyna atrakcja, jaka towarzyszyła tegorocznej Europejskiej Nocy Muzeów. O godzinie 16 rozpoczął się I Turniej w Bo-ule o Puchar Burmistrza Nowego Dworu Gdańskiego. Wystartowało w nim osiem dwuosobowych drużyn. Zwycięzcami zostali Ewelina Kujawska oraz Sławomir Sak, drugie miejsce zajęli Miłosz Osiński i Oskar Miniewicz, zaś trzecie - Aleksandra Frąckiewicz i Olga Szewczyk. W nagrodę oprócz pucharu i nagrody rzeczowej zwycięska para stoczyła pojedynek z Burmistrzem Nowego Dworu Gdańskiego Jackiem Michalskim i Kierownikiem Referatu ds. Organizacji, Promocji i Rozwoju Martą Dorobek. W meczu honorowym górą był zespół burmistrza. Mam nadzieję, że na terenach ŻPH powstanie tor do tej gry i chętni będą mogli oddawać się jej uprawianiu. Propagowanie popularnej we Francji gry w boule miało oczywiście związek z francuskim klimatem tegorocznej nocy. Oprócz tego odbył się koncert akordeonowy w wykonaniu Pawła Nowaka - z brawurą zagrał on największe przeboje muzyki francuskiej a także popularne walczyki. Ostatnie lata to czas odzywania popularności gry na akordeonie, instrumencie przez lata obśmiewanym jako symbol muzycznego obciachu. Cieszę się, że sukcesy 122 Gietrzwałd cudem słynący Marcina Wyrodka zmieniły nastawienie młodych ludzi i mam nadzieję, że Paweł Nowak odniesie niejeden sukces. I będzie tak, jak w piosence „Laccordeoniste” Edith Piaf: Znowu brzmi piosnka ta Akordeon ją gra Melodyjka już płynie w świat czysta Biedne serce już drży bo spełniają się sny... Nie zabrakło też degustacji francuskiej zupy cebulowej na białym winie oraz serów żuławskich. Dziś sery francuskie można prawie stale kupić w dużych sklepach, natomiast Wer-derkase, czyli ser żuławski przygotowany ściśle wedle dawnych receptur dopiero przebija się na naszym rynku. Trzeba popierać rodzimą wytwórczość! W sali szklanej Muzeum Żuławskiego można było również przejrzeć książki dotyczące okresu napoleońskiego, jakie znajdują się w zbiorach Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański. A w sali dwukolumnowej wysłuchać aż trzech wykładów. Piotr Czerepak opowiedział o dziejach wojsk Napoleona Bonaparte na Pomorzu Gdańskim. Dr Dariusz Piasek poruszył ważny temat: Napoleon a sprawa polska. Natomiast ostatni wykład - Łukasz Kępskiego - poświęcony był dziejom naszego miasta w XIX wieku. Spytałem historyków o sprawę zarekwirowania przez wojska napoleońskie łodzi w Tujsku. Tę ciekawą historię opisał w swych „Pamiętnikach starego żołnierza: (1806-1814)” Antoni Białkowski. A ja dowiedziałem się o niej od niestrudzonej propagatorki i eksploratorki historii swej wsi - Edyty Kozakiewicz. Nie do wiary, że w tej niewielkiej wiosce było dwieście lat temu kilkaset jednostek pływających. Może kiedyś przybliżę tę anegdotę czytelnikom „Prowincji”... Jest mało znana. W trakcie Europejskiej Nocy Muzeów w Nowym Dworze Gdańskim można było również bezpłatnie zwiedzać Muzeum Żuławskie, dużym zainteresowaniem wśród zwiedzających cieszyła się gra muzealna „Spacer żuławską tryftą”. Można było również poznać tajemnicze zakamarki Żuławskiego Ośrodka Kultury. Pomimo deszczowej pogody przybyło wielu gości, jak zwykle wielu spoza regionu. Cieszy, że Żuławy i ich historia stają się coraz popularniejsze. To zasługa pracy i zaangażowania członków Klubu Nowodworskiego i Żuławskiego Parku Historycznego a także coraz liczniejszych organizacji, np. Stowarzyszenia Kochamy Żuławy oraz niestrudzonej pracy wielu miłośników naszego płaskiego kraju, np. twórców świetnego fanpagu na Facebooku - Nasze Żuławy. Organizacja tak dużej imprezy była możliwa dzięki zaangażowanie wielu osób z ŻPH, m.in. kilkudziesięciu wolontariuszy oraz wsparciu żuławskich firm i instytucji oraz władz samorządowych. Prowincje bliskie i dalekie Bogumił Wiśniewski GIETRZWAŁD CUDEM SŁYNĄCY Poświęcam zmarłej w maju Natalii Różalskiej Dzwon Wielkopolski. Pismo miesięczne dla ludu i młodzieży. R.l 1878. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych. 124 Gietrzwałd cudem słynący Gietrzwałd, dawniej Dietrichswalde, to mała urokliwa wioska na Warmii. Wieś położona jest w północno-wschodniej części kraju, przy drodze krajowej nr 16 Ostróda - Olsztyn. Do Olsztyna, tylko 18 kilometrów. Na lokalne urozmaicenie rzeźby terenu wpływają, malownicze zagłębienia, wzgórza i pagórki moreny czołowej - pamiątka po ostatnim zlodowaceniu Bałtyckim. Obecnie - jak na małą wioskę, panuje tutaj duży ruch samochodowy, zwłaszcza gdy przybywają pielgrzymi z różnych stron Polski. Grupy są zorganizowane i niezorganizowane. Wszystkich jednak łączy wspólny cel, w skupieniu chcą się pomodlić w miejscu, gdzie sto trzydzieści osiem lat temu wydarzył się cud. Nie brakuje tu również wypoczywających na Warmii i Mazurach turystów. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze wiosną 1877 roku, poza Warmią, nikt prawie o Gietrzwałdzie nie słyszał. We wiosce panowało normalne życie - okoliczni chłopi i służba, krzątali się przy zagrodach z bydłem, pracowali na roli. Gleba w okolicy, była słabej klasy, więc uprawa roli kosztowała ich wiele trudu. Na wiosce przeważały rodziny wielodzietne, rodzice mieli mnóstwo pracy, ale żaden z nich nie żałował poświęcać dodatkowego czasu na wychowanie swoich dzieci. Ludzie odliczali przemijanie swojego życia od jednego do drugiego święta kościelnego - podobnie jak to miało miejsce w barwnej powieści „Chłopi” Władysława Reymonta. Ich świat był prosty, o różnorodności ciężkiej pracy na roli decydowały pory roku. Dopiero w czerwcu 1877 roku, życie mieszkańców w Gietrzwałdzie nabrało rumieńców, dokonała się radykalna zmiana dotychczasowego sposobu życia. Wieś stała się punktem zainteresowania milionów ludzi. Przyczyną tego zainteresowania było pewne wyjątkowe wydarzenie, które rozegrało się przy małym wiejskim kościele. Niepowtarzalne zjawisko, które pojawiło się we wiosce „przemeblowało do góry nogami” ludzi nie tylko na Warmii, ale również w odległych miastach i wsiach całego regionu. 27 czerwca 1877 r. na klonie, tuż przy kościele, poniżej cmentarza, trzynastoletnia dziewczynka Justyna Szafryńska, idąc z mamą w stronę Woryt - doznaje olśnienia, później widzi to samo - druga wizjonerka Barbara Samulewska. Justyna wracając z matką do domu o godzinie 21, na odgłos bijących dzwonów, odwróciła się w stronę kościoła, aby odmówić zwyczajowo paciorek. Lecz w tym momencie nie mogła tego uczynić, zabrakło jej tchu w piersiach - ponieważ z oddali w ogrodzie księdza, zauważyła na drzewie lśniącą postać. Powiadomiła o tym niezwykłym zjawisku swoją mamę. W pierwszej chwili matka nie uwierzyła córce, ponieważ we wskazanym kierunku oprócz klonu, nic nie dojrzała. Dla świętego spokoju, powiedziała o tym objawieniu księdzu proboszczowi Augustynowi Weichselowi. Justyna podczas przesłuchania, podtrzymywała swoje wcześniejsze zeznanie. Wiara i nie wiara w cud gietrzwałdzki, zaczęła przyciągać tłumy ludzi, przybywali do tego wyjątkowego miejsca łudzie wierzący, niewierzących, szukający sensacji. Młodym wizjonerkom, objawienia, które miały miejsca na klonie i przy źródełku diametralnie odmieniły życie, stały się powszechnie znane. To do nich i od nich biegł głos z nieba w stronę pielgrzymów zgromadzonych w Gietrzwałdzie. I w końcu, to przez nie, zgromadzony lud zrozumiał, że nie jest pozostawiony na łaskę losu, gdyż ma niezwykłą opiekunkę. Jednocześnie zdali sobie sprawę, że jest to coś więcej niż tylko objawienie, ponieważ Maria, Bogumił Wiśniewski 125 matka Jezusa - przemówiła do nich po polsku. To był przełom w ich myśleniu, objawienie w tym momencie nabierało wyjątkowego znaczenia, działo się to przecież w czasie - kiedy na mapie Europy nie było Polski. W tym artykule nie będę pisał sensu stricto o samym cudzie (chociaż krótko o nim wspomnę), postaram się jedynie przybliżyć czytelnikom atmosferę panującą wokół tych wyjątkowych wydarzeń, ale również przybliżyć ludzkie losy, które w przeszłości krzyżowały się na drogach Gietrzwałdzkich. Pierwszą gazetą, która zainteresowała się wydarzeniami w Gietrzwałdzie był Pielgrzym wychodzący w Pelplinie. Zamieszczona informacja na łamach gazety katolickiej, była krótka, ale zarazem intrygująca. [...] Z Warmii piszą, że w Gietrzwałdzie zaszło dnia 28 z. m. o 9 godz. Na wieczór coś zupełnie podobnego, jak owo widzenie dzieci w Marpingen, i powtarza się co dzień o tej samej godzinie. Korespondent chce później podać bliższe szczegóły. [... ]1 Późniejsze relacje z wydarzeń dziejących się w Gietrzwałdzie były pełniejsze oraz podejmowały je za Pielgrzymem inne pisma katolickie, ale i nie tylko. Wszystkie gazety, które pisały na temat objawień, przyczyniły się rozwoju kultu, powodując napływ katolików ze wszystkich stron. Stan taki - od samego początku, nie był mile widziany przez władze pruskie, niepokój narastał z chwilą pojawiania się coraz większej ilości pątników pochodzenia polskiego z zagranicy. [... ] Ludu przybywającego nie tylko na setki ale na tysiące liczyć można. Już i pan Landrat olsztyński tu był i dwóch żandarmów sprowadzono - dla czego - nie wiem. Żandarmi do ogródku pod klon nie wpuszczają nikogo, nawet dzieci - wszyscy na cmentarzu klęczą.[... ]2 1 Pielgrzym 1877, R. 9, nr 76, s. 3. 2 Pielgrzym 1877, R. 9, nr 88, s. 3. Przewodnik Katolicki. 1916 R. 22 nr 3. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych. 126 Gietrzwałd cudem słynący Na początku restrykcje władz wobec pielgrzymów nie były jednoznaczne, podejmowano jedynie drobne nieuciążliwe decyzje wobec wiernych. [...] Lud tu przybywający czerpie z pobliskich źródeł wodę i stawia w naczyniach pod klon, używając takową na rozmaite słabości; tak samo i płótno tu zawiesza i w podobnych celach używa [... p Pismo Katolik poinformował, posiłkując się relacją zamieszczoną w pelplińskim Pielgrzymie, o cudzie, które dzieci doświadczyły na klonie. Opisano, szczegółowo objawienie Matki Bożej. [...] Najprzód dwa razy się błysnęło, potem zrobiło się na klonie jasne koło obracające się wkoło siebie, potem w tem kole złote, perłami wysadzone "krzesło" (tron), potem dwóch Aniołów przynieśli Najść. Pannę i posadzili na tronie, asystując jej. Potem dwóch Aniołów przyniosło dziecinę z „bałatą" (globusem) w ręku i posadzili je na łonie Najść. Panny i zniknęli. Potem przyniosło dwóch Aniołów koronę i trzymałi takową po nad głowami; następnie jeden Anioł przyniósł „kij", taką „pykę", na której końcu był złoty kwiat (berło), i trzymał po nad tem wszystkim. Nareszcie spuścił się jasny krzyż i zawisł w obłokach [... p Wieść o tych wydarzeniach szybko rozeszła się po świecie. Nie trzeba było długo czekać, aby pojawiła się przy kościele coraz większa rzesza rozmodlonych pielgrzymów. Trzeba było nad tym zapanować. W ówczesnym czasie panowały stany. Każdy był przypisany do swojej grupy. Tak też było w Gietrzwałdzie. Na miejscu musiał panować porządek. Osoby musiały wiedzieć, z kim mają do czynienia. W artykule pt. O objawieniu Najść. Panny w Gietrzwałdzie, czytamy [...] Przybywający tu ludzie przestrzegają tu i następnego porządku. Gdy się nabożeństwo Różańcowe pod klonem na cmentarzu ma się rozpocząć, wynoszą z kościoła krzyż i 3 chorągwie. Pod krzyżem poklękną zebrane dzieci, pod chorągwią zieloną młodzieńcy, kawalerowie; pod chorągwią białą panny; pod chorągwią czerwoną matki, mężatki; pod chorągwią popielatą ojcowie, czyli małżonkowie żonaci [... P Z upływem czasu sprawy z objawieniami, zaczęły być niewygodne nie tylko dla władzy świeckiej, ale również dla władzy kościelnej. [... ] Był tu już z kancelaryi biskupiej z Fromborka ktoś na zwiady przysłany. Kręcą się też pono i jacyś inni obcy ludzie w celu wyszpiegowania rzeczy - no, niech chodzą omackiem. Przybywają też i rozmaici panowie liberałowie i niedowiarki z perspektywami, teleskopami, mikroskopami itp. szkłami, przez które na kłoń z największym wytężeniem spoglądają. [...], [... ] ( do liberalnej „Danziger Ztg" telegrafowano, że dnia 15 bm. Na stacyi żelaznej kolei przy Gietrzwałdzie sprzedano 5000 biletów.) [... P6 Jak zawsze, przy okazji tak dużej ilości zgromadzonych w jednym miejscu grup pielgrzymkowych, ludzie zaczynają przeinaczać fakty, plotkować i wprowadzać w około siebie 3 Katolik 1877, R. 10, nr 36, s. 3. 4 Katolik 1877, R.10, nr 37, s. 4. 5 Katolik 1877, R.10, nr 38, s. 3. 6 Tamże, s. 4 Bogumił Wiśniewski 127 swoistą złą psychozę. Na swój sposób prosty lud zaczął chyba, dziwnie interpretować zachodzące zjawiska, których nie widział na drzewie, a które wywierały wpływ na nich samych. Niedomówienia, przekłamania musiały się w tłumie bardzo nasilać, skoro aby temu zapobiec, dwie dziewczynki za radą starszych, postanawiają zwrócić się do Marii z pytaniem, co może się stać z kłamcami? [... ] tegoż dnia na zapytanie dziewcząt, czemu teraz ludzie tak często krzywo czyli fałszywie przysięgają, odebrały odpowiedz (od Najśw. Panny), ze krzywoprzysięzca już jest oddany djabłu, który jako „głodny lew" szuka ludzi, aby ich pożarł; krzywoprzysięzca już jest potępionym [... ]7 Pytanie miało na celu ucięcie spekulacji, które pojawiały się w czasie objawień. Odpowiedz Maryi, to swoiste „pomachanie palcem” w stronę ludu Bożego, który jest nieroztropny. [... ] Ludzie też rozsiewają wiele plotek i niedorzeczności, mianowicie o dniu jutrzejszym wiele bredni narozsiewano. Przestrzegam zatem aby wszystkim wieściom niedorzecznym nie wierzyć, tylko temu, co jest prawdą, o którą się starać trzeba. [... ]8 Ale nie tylko lud Boży wprowadzał w przestrzeń publiczną dezinformację, celowały w tym gazety niemieckojęzyczne, które naigrywały się z ciemnego ludu. [... ] Liberaliści i protestanci tak ustnie prywatnie, jak i w pismach niemieckich szydzą z tej sprawy i lżą najniegodziwiej, podając wszystko fałszywie i w sposób przekręty, a o rzeczywistej prawdzie się nie dowiadują ani jej uznać niechcą. [... ]9 Polskie gazety podejmowały ze spokojem wyzwania nieprzychylnych redakcji. Opisywano z rzetelnością wydarzenia dziejące się w Gietrzwałdzie, plotki pomijano. Redakcje pism katolickich, coraz częściej zamieszczano bezpośrednie relacje z Gietrzwałdu. W tym celu, redakcje gazet zaczęły wysyłać na miejsce kultu swoich dziennikarzy. Pelpliński Pielgrzym, należał do najbardziej zaangażowanych, który relacjonował przebieg wydarzeń. [... ] Był to więc piątek 7 go b. m. powietrze było dość przyjemne, choć chłodne, ale zanosiło się pod wieczór na deszcz. Cała góra cały cmentarz w około kościoła i wszystkie przyległe ogrody i ulice były zalane pobożnymi pielgrzymami wszelkich stanów, wieku i płci, nie brak plączących niemowląt na rękach matek [...]. [... ] Ja także późno we wieczór opuściłem to miejsce i poszedłem do powozu, aby jechać do domu. Lecz na moje nieszczęście tenże nie mogąc się mnie doczekać, poturkotał wprzód do domu, a ja wśród ciemnej nocy i rzęsistego deszczu podążyłem pieszo do domu o milę drogi odległego. [...]. [...] Nazajutrz wstałem - jeszcze padało... wybrałem się do Gietrzwałdu. ... Przybywszy na miejsce - już nie było gdzie z powozem stanąć, przeto na rozgrodzone ogrody zajeżdżano... Chmara ludu na górze cmentarnej kołysała się jak fala morska poruszana wiatrem. Śmiało liczyć można, że najmniej 50,000 było tu zgromadzonych łudzi; jest to cyfra poważna! Ale zdaje się, że było może więcej. [... ]10 Autor sprawozdania był pod wielkim wrażeniem atmosfery, która tam zapanowała. Przez cały dzień przebywał z ludźmi. Bacznie ich obserwował. Notował wydarzenia. Spotykał 7 Pielgrzym 1877, R. 9, nr 94, s. 3. 8 Tamże, s. 4. 9 Pielgrzym 1877, R.9, nr 100, s. 3. 10 Katolik 1877, R. 10, nr 39, s. 4. 128 Gietrzwałd cudem słynący znajomych z poprzedniego dnia, rozmawiał z nowo przybyłymi ludźmi. Zbierał informacje, co się wokół niego dzieje, aby później rzetelnie i poetycko je przedstawić. Pisząc relację do gazety, nie zapomniał nawet - odnotować - o zachodnim wietrze nad głowami utrudzonych ludzi. [... ] IVokoło klonu, na którym Matka Boska się zjawiała, przymocowano cztery kagańce; również wystawiono z zieleni luk tryumfalny a nad nim na klonie zawieszono wielki i piękny lampion w kształcie korony.... Na wieczór pozapalano lampiony, kaganki świece; boć niemal każdy w świece się zaopatrzył. Wiatr tylko psotnik niegrzeczny szarpał silnie od zachodu i raz po raz gasił światło, lecz takowe następnie zapalał. Był to wspaniały i zachwycający widok: Blask bowiem tyln tysięcy świateł prześlicznie złocił mury, wieżę i dach kościoła, przyległej plebanii i pobliskich zabudowań wiejskich. [... ]Ił MATKA' BOSKA GIETRZWAŁDZKA Przewodnik Katolicki 1916, R. 22, nr 3. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych. Korespondent gazety nie omieszkał opisać w swoim artykule wyjątkowego klonu, na którym objawiła się Matka Boża. Przy uświęconym drzewie narastał bezustannie krąg ciekawskich gapiów. Reporter miał świadomość, że musi przez to wszystko przejść. Koniecznie chciał pokonać trudności, po to - aby przybliżyć się do pnia i w końcu dotknąć drzewa. Ta bliskość niejako pozwalała mu na fizyczne zaznajomienie się z cudem. Robił to dla czytelników, których tu nie było, dla których pisał swój reportaż. Zamieszczony opis klonu w artykule był bardzo interesujący, ponieważ - pisze go bezpośredni świadek wydarzeń. To on, reporter rozgrzewał podzielony granicami lud polski - do pojmowania tego, co trudno pojąć. Jednym słowem rok 1877, dla Warmii, Mazur i Powiśla i nie tylko, był przełomowym dla Polaków w pojmowaniu swojej odrębności. [... ] po 10-tej, żandarmi resztę pielgrzymów wypraszali ze cmentarza. W te - o dziwo! Nagle jedna odnoga, grubości dobrego chłopa, owego klonu, na którym Najść. Panna się zjawiła, trzasła, łamie się, wpada na tuż stojącą nową kapliczkę i też ją na wpół nałamuje lecz nie wywraca - i spada z szelestem na ziemie!!. Pień wzmiankowanego klonu jest nad ziemią gruby w objęciu 8 stóp i 4 cale. Wyżej o jakie 10 stób rozchodzi się ten klon najprzód w jedną odnogę ku wschodowi pochyloną, lecz ta już dawniej uschła i ucięta została o jakiej półtory stopy od pnia właściwego. Ten więc potężny sęk, grubości szczupłego człowieka, wpróchniały sterczy niby niepozornie, a nad tym sękiem o jakie dwie stopy wyżej zjawiła się Matka Boska siedząca na złotym tronie w powietrzu. Nieco wyżej od tego sęku rozchodzi się klon jeszcze we dwie odnogi: jedna grubości dobrego chłopa, ku zachodowi, która to właśnie w sobotę o parę łokci od właściwego pnia złamała się; trzecia jeszcze grubsza odnoga, która cośkolwiek ku południowi skłoniona, a wyżej 11 Tamże, s. 4. Bogumił Wiśniewski 129 w obszerną koronę gałęzi rozrosła się bardzo wysoko - stoi dotąd poważnie. [... ] 12 Publikowano również listy do redakcji, [... ] Gietrzwałd, 12 września 1877. Wieść o nadzwyczajnej łasce nieba sprowadziła mnie z nadbrzeża Jardęgi (z pod Grudziądza) do Gietrzwałdu... Dzisiaj na miejscu świętym bardzo mało pielgrzymów, Za to lud miejscowy dąży ochotnie na modły odprawiające się na cześć Królowej Naszej. Silna wiara ludu tego w objawienie się Natki Najświętszej wiele niegodziwe domysły niszczy. Jardęga gospodarz. [... ]13 Nie obyło się przy tej okazji bez prowokacji. Antypolonizm w czasach kulturkampfu miał się mocno, a szum wywołany w prasie wokół historii z Gietrzwałdu, nie za bardzo podobał się ówczesnej władzy. Starano się ośmieszać wydarzenie w prasie lub wręcz zastraszać bezpośrednich uczestników wydarzeń. [...] Z Warmii piszą pod dniem 25 października do „Pielgrzyma”: Otóż ks. Weichsel proboszcz w Gietrzwałdzie odebrał przed kilku dniami wiadomość z wiarygodnego źródła, iż na jego osobie chciano popełnić szkaradne zabójstwo... w pewnym dniu na wieczór ks. proboszcz wyszedł na dwór, wsunął się tymczasem cichaczem jakiś zbrodzień do pokoju ks. proboszcza, potem wszedł do komory pomiędzy wiszące suknie i tam się ukrył, czekając, ażby ks. proboszcz poszedł spać. Co gdy nastąpiło i gdy myślał, że już ksiądz śpi, - wyszedł z ukrycia z komory i z długim nożem przybłiżył się do łóżka, gdzie ks. proboszcz spoczywał, aby go w łóżku nożem zamordować. [... ]14 Lud Warmiński twardy i pobożny nie lękał się represji; [... ] Parafia Gietrzwałdzka nałeży bez wątpienia do najlepszych parafii. Życie duchowe wysoko tam rozwinięte. Pobożność szczera, zdrowa-, nie spotkasz tam tak zwanych ckliwych „barbarek”, pobożnych jakich dużo, zwłaszcza po miastach, się znajduje. [... ]15 Z całych stron Polski przychodziła pomoc dla chcących się udać do Gietrzwałdu. Ujawniali się przy tej okazji dobrzy ludzie, po dzisiejszemu sponsorzy. Otóż panowie Józef Brzy-chodzki, Stanisław Durski i Chudziński, częściowo ufundowali przejazd pociągiem z Poznania do Biesalu. [... ] Cena miejsc jest bardzo zaniżona, bo za opłatę czwartej klasy, czyli za talarów cztery, pojedzie się trzecią klasą, a za opłatą trzeciej klasy, czyli za talarów sześć, pojedzie się klasą drugą. Przedsiębiorcy czynią to dla wygody publicznej chwały Boskiej, dlatego przekazują zyski, jeżeliby się jakie pozostałe, na dochód ubogich miejscowego Tow. św. Wincentego a Paulo. [... ]16 Z upływem czasu coraz więcej pielgrzymów przybywało do Gietrzwałdu. Jak podaje Katolik za Kurierem w 1878 r. było co najmniej 60 000 zebranych pątników. Nie tylko byli to chłopi, ale również na nabożeństwach pojawili się rodziny herbowe, aby zamanifestować swoją polskość. [... ] Znanych pań polskich, odznaczających się pobożnością i dobroczynnością, była hrabina 12 Tamże, s. 5. 13 Katolik 1878, R. 11, nr 36, s. 3. 14 Katolik 1877, R. 10, nr 46, s. 4. “ Katolik 1877, R. 10, nr 47, s. 3. 16 Katolik 1878, R. 11, nr 36, s. 3. 130 Gietrzwałd cudem słynący Potocka z Rymanowa w Galicyi, Działyńska z domu, która całą noc wśród ludu pod ‘błogosławionym" klonem spędziła. Prawie z wszystkich zakątków naszego Księstwa spotkałeś ziomków, dużo było z Szłąska, bardzo wielu z pod zaboru rosyjskiego, z okolic Łomży, Warszawy, z Augustowskiego. Bardzo wielu przedarło się tylko przez granicę. W jednym miejscu strzelali do nich objeżdżczyki, ale naczelnik pewnej komory puścił ich potem przez rogatkę. Od strony łomży, przynajmniej w tym pasie granicznym, miło ich przejść około 2 000. Wielu z tych biedaków cały czas nic nie jedli bo za pieniądze rosyjskie nic dostać nie moglif... ]17 [... ] Gdy się patrzyło na ten lud tłumnie z poza kordonu moskiewskiego z taką pokorą, pobożnością i ufnością ku Matce Bożej na te święte miejsce dążący, niepomny na trudności najrozmaitsze, niepogody i niewygody w podróży, o głodzie, chłodzie i pragnieniu - nawet wiele matek niemowlęta swoje przy piersi na rękach swych kilkanaście mil dźwigały, aby tylko dostać się na to święte miejsce, aby tu upaść krzyżem w błoto i uprosić pociechy. [... ]18 [...] Lud ten nie jest wybredny w pożywieniu i przyzwyczajony do grubych niewygód; bo pożywienie ich, którem się na tę pielgrzymkę zaopatrzyli, stanowiła głównie kasza mianowicie jaglana, którą sobie na noclegu gotowali i czarny chleb, którym popijając wodę się posilali. Ubiór ich jest zupełnie prosty. Ale za to serce może być daleko piękniejsze i poczciwsze. [... ]19 Lud wierzący, mimo przeszkód czynionych przez władze pruskie, był zdeterminowany, aby dotrzeć do kościoła słynącego w uzdrowień. Chcieli być koniecznie w centrum wydarzeń. Nie na uboczu. To oni byłi solą ziemi, którzy otrzymywali baty od wszystkich „przychylnych” im ludzi. Wydarzenia, które rozgrywały się pod klonem, były dla nich, w owym czasie - swoistym katharsis (oczyszczeniem) ze swojego bólu, z poniżenia, z cierpień i upokorzeń. Dopiero tu - w Gietrzwałdzie, na miejscu, lud ze wszystkich stron świata, zaczął siebie poznawać, współczuć innym i rozumieć się. Tu właśnie - uświadomili sobie, że są jednością mówiącą po polsku, podzieloną przez trzy zabory. Wędrowcy dostrzegali między sobą różnice w noszeniu się, w mówieniu, lecz to nie problem, ponieważ czuli się w końcu jedną rodziną we wierze. Pielgrzymka do Gietrzwałdu dała im szansę poznania i zaprzyjaźnienia się ze sobą, w celu szukania cech wspólnych - we wielości świata - jakby to powiedział ks. prof. Janusz St. Pasierb. Ziemia warmińska, stała się nieformalną stolicą umęczonych rodaków, iskierką nadziei dla biednych ludzi zdradzonych przez grono arystokratów i szlachtę pod koniec w XVIII wieku, którzy pomogli innym przy rozbiorze Polski. Z tymże prosty lud cierpiał biedę, a tamci nie. W Pielgrzymie 1877 roku w nr 107, znalazło się takie oto stwierdzenie: [...^Zaprawdę nasz naród Polski zginąć nie może, gdy w nim jest taka moc wiary i religii, ofiarności i pobożno-ści[... ], to mocne słowa w czasach, gdy oficjalnie nie było można przyznawać się do swojego pochodzenia. [...] Nasłuchałeś się tam rozmaitych narzeczy naszej polskiej mowy, najpiękniej mówił lud od łomży i od Warszawy, Kaszubów z pod Wejherowa trudno było rozumieć, Gdańszczanie też mówią odmiennym dialektem, najwięcej pokaleczona mowa ludu miejscowego, który po niemiec- 17 Katolik 1878, R. 11, nr 38, s. 4. 18 Pielgrzym 1877, R. 9, nr 107, s. 2. 19 Pielgrzym 1877, R. 9, nr 107, s. 2. Bogumił Wiśniewski 131 ku nie umie i niemieckie wyrażenia wplata iv swoją polską mowę [... ]20 [...] Źródełko było cały czas oblężone ludem, we dnie i w nocy, tak że nie podobna było do niego docisnąć. - Kazanie niemieckie było w kościele, a polskie na cmentarzu, (czyli wokół kościoła - autor) i po nieszporach kaznodzieja przedobiedni powiedział kilka słów pociechy i pożegnania. [... ]21 Zdarzały się przypadki, że policja nękała na wszelkie sposoby osoby związane nawet z obsługą przybywających do wsi pielgrzymów. W tamtym okresie dozór kościelny nie miał łatwego życia, został Wzięty na celownik władz. Policja skazała ich na karę 50 marek za to, że nie zameldował na posterunku policji nowych pielgrzymów. Dozór kościelny nie odpuścił policji i złożył apelację od wyroku do sądu w sprawie niesłusznie nałożonej grzywny. Sąd przychylił się do skargi i uniewinnił oskarżonych. W uzasadnieniu stwierdził, że procesje kościelne nie podlegają zakazowi zebrań.22 Przewodnik Katolicki 1927, R. 33, nr 24. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych. W roku 1878 radca ziemski powiatu olsztyńskiego nakłada obostrzenia prawne na mieszkańców i przybywających pielgrzymów do Gietrzwałdu. [... ] I. podług rozporządzeń z dnia 18 listopada 1828 i 5 lutego 1839, ogłoszonych w Dziennikach urzędowych zobowiązani tak oberżyści, jako też karczmarze i osoby prywatne w przeciągu 24 godzin pod karą 1 - 15 marek, lub pod karą odpowiedniego więzienia donieść miejscowej władzy policyjnej o osobach nocujących u nich. Do przyjmowania tych zameldowań upoważniam urząd sołecki, który winien podług załączonego szematu prowadzić listę przybywających. II. Kto u siebie przyjmował obcych i dostawił im za pieniądze żywności i napojów, ten winien się wystarać o konsens, który wydaje wydział powiatowy. Występujący przeciw temu postanowieniu podpadną karze w myśl §147 Ordynacyi procederowej z dnia 21 czerwca 1869 r. aż do 300 mrk. Lub 6 tygodni więzienia. III. W myśl ustawy z dnia 11 marca 1850 r. do odbycia publicznych zebrań pod gołym niebem potrzeba się poprzednio wystarać o piśmienne pozwolenie z strony władzy miejscowej. Do takich publicznych zebrań należą także pielgrzymki zbierające się na tamtejszym cmentarzu, tamtejszych placach publicznych, na drogach, ogrodach itp. Tylko w kościele wolno się zbierać. [... ]23 20 Katolik 1878, R.ll,nr 38, s. 4.. 21 Tamże, s. 4. 22 Katolik 1878, R.l 1, nr 41, s. 4. 23 Przyjaciel 1878, nr 26, s. 3. 132 Gietrzwałd cudem słynący Powyższe nakazy zakazy wydane przez radcę jeszcze intensywniej komplikowały i zaogniały i tak nabrzmiałe sprawy narodowościowe w Gietrzwałdzie. Trudno przecież było określić mieszkańcom wioski, ilu ludzi do nich przybędzie w konkretny dzień. Było to niezwykle trudne polecenie, wręcz niewykonalne. Ale prawo przestrzegali, aby nie otrzymać kary finansowej. W dalszych latach prześladowania katolików nie ustawały. Pewien ksiądz z Bawarii, który słuchał spowiedzi bez pozwolenia władz, został ukarany przez sąd za niesubordynację na 30 marek, prokurator żądał 60 marek lub 3 tygodnie więzienia. Aresztowano również pielgrzymów przybyłych za granicy za to, [... ] iż nie posiadali niemieckich atestów czyli świadectw, tylko polskie lub moskiewskie, których p. żandarm przeczytać nie umiał [...]. Ostatecznie Landrat przybyłych wypuścił na wolność. Inaczej działo się w odpuście św. Piotra i Pawła. Grupę ludzi w ilości trzech tysięcy jak tylko granicę przekroczyli, żandarmi pruscy rozpędzili.24 Wraz z rozwojem kultu Maryjnego, na terenie dawnej Polski - wielu handlarzy handlującymi dewocjonaliami, skuszeni szybkim zyskiem, zaczęli sprzedawać podróbki związane z objawieniami w Gietrzwałdzie. Nie podobało się to księdzu proboszczowi z Gietrzwałdu. Tym bardziej, że sprzedający podczas handlu, powoływali się na niego - mówiąc, że są to przedmioty poświęcone przez przewielebnego. [... ] Jest to fałsz i ci handlarze oszukują łatwowiernych łudzi, X. proboszcz w Gietrzwałdzie nie poświęca takim handłarzom ich towarów, które oni na ulicach, rynsztunkach i po polach rozkładają i w brzydkich i podartych miechach roznoszą i nimi handlują. Ani tez ci handlarze nie są z Gietrzwałdu - lecz my wiemy skąd. Takim więc niech nikt nie wierzyf... ]25 W tym okresie nie wszyscy ludzie mieszkający w okolicach Gietrzwałdu byli bogobojni. Zdarzały się również przestępstwa i zbrodnie, ale nie było tego dużo. [... ]Gospodarz Wagner z wybudowania tu we Worytach siedział swoim zwyczajem przy kieliszku oraz ze swym parobkiem w karczmie. Na wieczór gospodarz został jeszcze przy kieliszku, a pijany parobek wrócił do domu i wziął do ręki nabitą fuzyą, celując do osób domowych. Gospodyni Wagnerowi zawołała na parobka, aby się nie bawił flintą, bo jest nabita; parobek zaś odparł, iż dawno o tym wie. Gospodyni chcąc albo fuzyą parobkowi odebrać albo też przeszkodzić, by nie sprawił nieszczęścia, powstaje z pod kołowrotka, przy którym przędła, a tu parobek brdęc! - ugodził gospodynią całym nabojem pod prawą pachę, że upadła na ziemie.... Ksiądz prędko przybył do chorej, a później i gospodarza przyprowadzono. Po odejściu księdza tkliwy pijany mąż przystąpił do chorej żony i powiedział: „To wej masz teraz za te różańce, coś je odmawiała” [... ]26 [... ] Dnia 13b. m.jużpo raz czwarty złodziej odwiedził nasz kościół. Następnego dnia udało się go wyśledzić i do sądu okręgowego w Olsztynie odstawić. Jest to człowiek, 21 łat mający, nazywający się Józef Koza. Już poprzednio był skazany na 1 rok więzienia. Wspomnianym dniu po pacierzach różańcowych wieczorem dał się zamknąć w domu bożym i rozbił skrzyneczki do ofiar. Skradzione pieniądze znaleziono jeszcze u niego. [... ]2' 24 Pielgrzym, 1879, R. 11, nr 76, s. 3. 25 Pielgrzym, 1879, R. 11, nr 79, s. 4. 26 Przyjaciel 1881, nr 8, s. 2 i 3. 27 Przyjaciel 1881, nr 4, s. 3. Bogumił Wiśniewski 133 Nie wszyscy pielgrzymi mogli pomieścić się w kościele. Kościół byl po prostu za mały jak na taką wielką ilość odwiedzających. Postanowiono go rozbudować, z myślą - aby wierni przybywający do Gietrzwałdu, mogli w spokoju pomodlić się w świątyni. [...]Kamieni znaczną ilość nawieziono, cegła od przyszłego roku jest w robocie, zatem budowa rozpocznie się w przyszłym łub następnym miesiącu. [...] Poinformowano również, że [... ] Nadeszła tez już żełazną koleją figura N. Panny, kamienna, pięknie pomalowana, z ręką podniesioną do błogosławieństwa przeznaczona nad źródło w Gietrzwałdzie. Niezawodnie figura będzie poświęcona i na kraty mad źródłem wstawiona w dniu 27go bieżącego miesiąca, jako w rocznicę pierwszego objawienia się tutejszego w r. 1877mym.[...] Oprócz kościoła, zaczęto również wznosić dom pielgrzyma [... ] wielki dom dla pielgrzymów, zbudowany tu przez pewnego obywatela polskiego, jest na zewnątrz całkiem gotowy i już tylko wewnętrzne roboty pozostają do wykończenia. [... ]28 Chociaż już wiele lat upłynęło, od pierwszych uzdrowień w Gietrzwałdzie, nadal pojawiały się udokumentowane nowe cuda. Chorzy z nadzieją, przybywali do cudownego źródełka [... ] Niedawno niemiecka rodzina z Ameryki przybyła tu dotąd. Ci ludzie, wcale nie katolicy, słyszeli o zjawiskach, jakie się tu działy. Jeden członek tej rodziny, niewiasta, szuka tu uzdrowienia od dziwnej choroby.[... ]29 Informacje o uzdrowieniach w dalszym ciągu pojawiały się w gazetach. Miały umacniać w dalszym ciągu więzi wiernych z Gietrzwałdem. [... ] Do „Gońca wielkopolskiego” donoszą o dwóch nadzwyczajnych uzdrowieniach po modlitwach odprawianych tu w Gietrzwałdzie [... ] 28 Pielgrzym 1882, R. 14, nr 66, s. 4. 29 Pielgrzym 1882, R. 14, nr 67, s .4. 134 Gietrzwałd cudem słynący XTx.se KATOLIK Za oslownin Pismo poświęcone nauce, przemysłowi, zabawie i wiadomościom politycznym. ■u--» ROCZNIK X. 1 nt. ararkMuic jl. mm i c PotrzrbM nim M koalMsal*: „wiar* I nUW, fhm« I saska, oa>aH»»M, tneiwoM i rtowanjMeai*!" Opiece Nąjfjw. Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych Jedna z nich była Albina Dygimówna ze wsi Trapiny ze Żmudzi, a drugi przypadek uleczenia doznał Pan Tomaszewicz, dziedzic majątku Łapia również ze Żmudzi.30 Czwartym roku po objawieniach, przybył do Gietrzwałdu korespondent z pisma „Przyjaciel”. Dzięki temu zostawił pokoleniom, poetycki opis z uroczystości Narodzenia Najśw. Panny. To opis plastyczny, utrwalenie mijającej chwili, która sama bez mała kładzie się jak farba na czyste płótno artysty. Dziennikarz wyeksplikował wieś śpiącą nocą, niezwykłą -wręcz nie z tego świata, jakby unoszącą się w przestworzach. [... ] Nagromadziło się bardzo wielu pobożnych pielgrzymów do Gietrzwałdu na uroczystość Narodzenia Najświętszej Panny.... Większa część pielgrzymów rozsypała się po całym Gietrzwałdzie, tuląc się gdzie kto mógł pod strzechą na spoczynek po ciężkiej i nużącej podróży. Część zaś pielgrzymów pozostała późno w noc pod klonem na śpiewaniu pobożnych pieśni i na modlitwie. Gdy wszystko snem zmorzone porozkładało się ostatecznie gdzie bądź na trawie i zasnęło - anioł opiekuńczy rozpostarł skrzydła nad grobem Marii... Niebo piękne wypogodzone i zasiane milionami gwiazdek, które mrugając oczętami, zdają się przypatrywać się ciekawie uśpionym mieszkańcom ziemi; prześliczna tarcza pełni księżyca posuwa się zwolna i poważnie pomiędzy gwiazdami po niebie, rzucając srebrzyste swoje promienia na wieżą kościoła, liście drzew i wszystkie przedmioty, od których wysuwają się długie i ciemne naokoło cienie. Woda błogosławionego źródła mieniąc się w promieniach księżycowych, spada jako najczyściejszy sznur kryształowy z żelaznej rurki do rowu z bezprzestannym przyjemnym szelestem. Wszędzie cisza i spokój. Pielgrzymi... naczerpawszy błogosławionej wody, wracają spokojnie do domów swoich, nazbierawszy stąd liści klonowych rozmaitych kwiatów i ziół, zabierają takowe na pamiątkę ze sobą. [...]31 Jednym słowem, nic dodać - nic ująć. Jednym słowem, korespondent łapał chwilę. W 1888 roku na klon gietrzwałdzki przyszedł koniec, dla ludzi był ważnym światkiem wydarzeń z 1877 roku, wręcz drewnianą ikoną, która w słońcu czy deszczu trwała, wskazując drogę do pobliskiego kościoła. 30 Pielgrzym 1882, R. 14, nr 114, s. 3. 31 Przyjaciel 1881, nr 38, s. 2. Bogumił Wiśniewski 135 Nr. 76. Za RrMakcyn Mlpwir4*i»ty BL Kuma* w Pelplinie. Pelplin, wtorek 10 lipca 1877. Rok IX. OGŁOSZENIA k^h m «»»y, wr*« « nimi umywonO w Krymie. Tomło Mulmy i Sekundy mm. W A'rye. Jononr^o. Norm* N.Wn < IMinn nmeeoonyeh. W xi knfHla: Leemcyomn Maoryergn llonMo i lew. W Pi »y-»«m Zyxr***BtA — 1661 K«k«*ry Itnałowitiry p> Htwin Hcr*«trckń*j r»»pr«M»rm4 nnd — I6H® 3a« K^i- m«ra wy dni >» hy wwyaey heretycy wyrnnjwy ł» »«kę Aryt>st«t nirwrrnjąerj^ Trt-jcy >w., npwłnlł «*««ę p/Mca. —- 1885 m |MM«MNa III. Tr-tarty p«l.tc» pod Jaitcwemn. — 1831 bitwa p«4 MiraikucMau W 1640 hnntnwnik Chmielnicki, hrrw»t Knaalidw, ’ pr4»|y pnd Zhcrowran. — 1657 Rahnr/y pobiły pod । M^wrowcm. — 1R3I Mmkwle prwschoUs^ p«d N»® | w*wą aa lewy br»eg Wi«|y, en była »guhj| powiania 1 listopadowego. CW Z?dy mkatal, to roimtfilaj tauidy. (Syrach, 3, 27.) Tc borlawnr^ ut v<*nt»ti ttadeodnr alacriter ndUbarare p*»gan erigrmliwpM' B^irtii et ia rrlijfioen propoaito wnfiełnaadin. Ciebie wrywamy, ubył i nada) matnie i ochoero prawdą gl^t» ta*imieonych pccwwtat i w Awiątyeb tamtarach ntwwedtal. (Pm IX /^t-^ł>Wdi) Źródło - Federacja Bibliotek Cyfrowych [... ] Gietrzwałd, 7- Lipca. Dziś o godzinie 3 po południu nadciągnęły ciemne chmury z woł-nym grzmotem ze zachodu, w tern nagle zerwał się silny wicher i mgnieniu oka złamał klon, na którym się M. Boska przed 11 laty objawiła. Klon złamał się na jakie półtrzecia łokcia nad ziemią, rzucony na stojącą w bliskości lipę, którą do połowy z gałęzi obłamał, a potem runął tuż przy kaplicy, której nie naruszył. W pół godziny potem tylko znak po nim został, bo wszystko wraz z gałęziami i liśćmi ludzie rozebrali na pamiątkę. [... ]32 Zachwyt Gietrzwałdem trwa do dzisiaj. Swego czasu rozmawiałem na temat fenomenu gietrzwałdzkiego z nieżyjącym już Stanisławem Donimirskim z Czernina. Stanisław chętnie i z pewną nostalgią, wspominał niezwykłą wioskę położoną na Warmii. Potwierdził, że jego rodzice, dziadkowie, pielgrzymowali do Sanktuarium warmińskiego. W rozmowie podkreślał także, że jego rodzina, np. z Ramz Małych, również brała aktywny udział w pielgrzymce do Gietrzwałdu. Stanisław wzmiankował w swoim wspomnieniach również, że jego dziadkowie, rodzice przywozili z tego miejsca; wodę ze źródełka, nasiona i liście klonu. Pielgrzymka Wandy Donimirskiej, matki Stanisława, została opisana w książce Marii Zientary - Malewskiej. [... ] Otóż było to w roku 1923 lub 1924, kiedy to Towarzystwo Kobiet Świętej Kingi z Powiśla postanowiło przybyć z pielgrzymką do Gietrzwałdu. Na życzenie organizatorki tej pielgrzymki Emilii Chełkowskiej miałam się zaopiekować kobietami na miejscu. Oczekiwałam ich na dworcu w Biesalu, gdyż przyjechały pociągiem. Stamtąd udaliśmy się do Gietrzwałdu, a było nas około setki kobiet.[... ]33 Na zakończenie, chciałbym zacytować, fragment wiersza pt. Pieśń Warmianki, poetki Marii Zientary-Malewskiej: 32 Katolik 1888, R.21, nr 58, s. 4. 33 M. Zientara-Zalewska, Wieś nad łąkami, Wyd. Pojezierze 1988, s. 111. 136 Gietrzwałd cudem słynący [... ] O ty Warmio moja! Najdroższa ojczyzno! Tyś mi kołysanki jak matka śpiewała, Uczyła czcić głowy pokryte siwizną, Świętą wiarę ojców, mowę zachowała. Warmio! Ja cię kocham nade wszystko w świecie Bom twoją jest córką! Bom warmińskie dziecię.34 Kiedy mam sposobność jechać samochodem wraz rodziną do Olsztyna, to zatrzymuję się przy kościele w Gietrzwałdzie. To wyjątkowe dla mnie miejsce w Polsce - epatuje radością oraz panującą wewnętrzną harmonią z siłą wyższą. Materiały do napisania artykułu czerpałem z Federacji Bibliotek Cyfrowych. 34 Tamże, s. 22. Cudowne źródełko w Gietrzwałdzie, fot. Bogumił Wiśniewski Marta Chmielińska-Jamroz 137 Marta Chmielińska-Jamroz W POSZUKIWANIU WIELOKULTUROWOŚCI Niecodzienne poznawanie historii Malborka zafundowała młodym malborczykom Inicjatywa Aktywny Malbork i Stowarzyszenie Historyczne im. 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Tuż przed Dniem Dziecka odbyła się fabularna gra miejska oparta o autentyczne i zmyślone wydarzenia z historii miasta. Grę swoim patronatem objął kwartalnik „Prowincja” oraz Muzeum II Wojny Światowej. Gra nosiła nazwę „Malbork - wielokulturowo”. Akcja gry toczyła się w 1933 roku, uczestnicy podzieleni na pięć grup tuż po 11.00 przekroczyli granice Niemiec, wyciągnęli paszporty i przeszli kontrolę celną. Celnicy choć we współczesnych mundurach, ale za to w czarno-białej pruskiej budce wartowniczej. I szlaban był jak się patrzy z epoki z niemieckim herbem. A za szlabanem granicznym jak to w międzywojniu - gazeciarz z obowiązkowymi szelkami czekał z jeszcze Granicę z Wolnym Miastem Gdańsk przygotował Apoloniusz Zachara ze Spiżarni, a w rolę celników wcielili się harcerze 138 W poszukiwaniu wielokulturowości ciepłym wydaniem „Marienburger Zeitung”. Gra rozpoczęła się. Młodzież wyruszyła w różne punkty miasta - w okolice zamku, na Stare Miasto, pod pocztę... wszędzie tam, gdzie w Malborku odnaleźć można ślady dawnych kultur. Wiadomo - Malbork wielokulturowo, a więc mennonici, Żydzi, Polacy, Wołyniacy, Niemcy. Fabuła gry oparta była o historię autentycznej „Gwiazdy loży masońskiej”, która wiele lat temu funkcjonowała w Malborku. Dziś mało kto wie, że loża znajdowała się w budynku przy ul. 17 Marca, który obecnie zajmuje Bank Spółdzielczy. Malborska loża nosiła miano Wiktorii pod Trzema Ukoronowanymi Wieżami i działała w latach 1772 - 1934. Złota Gwiazda to odznaka wolnomularska, i o jej wymyśloną kradzież oparli swą grę organizatorzy. Zadaniem głównym była pomoc w odnalezieniu zguby, a droga do rozwiązania zagadki kradzieży wiodła przez różne punkty w mieście. W każdym miejscu czekało na uczestników zadanie, należało między innymi ułożyć puzzle z nieistniejącym dziś budynkiem, rozwiązać zadanie kulinarne, czy przetłumaczyć hasło na alfabet Morsea. - Nasza gra miała za zadanie pokazać uczestnikom wielokulturowość Malborka, stąd też wziął się pomysł na wykorzystanie mało znanej historii malborskiej loży masońskiej - mówią organizatorzy. - Zaprosiliśmy do udziału pięć grup, byli to uczniowie z ZS nr 2, SP nr S, harcerze z 2 Malborskiej Drużyny Harcerskiej „Watra” oraz uczniowie z Lisewa i Miłoradza. Ci ostatni reprezentowałi także mniejszość niemiecką. Kolejne zadania miały na celu przybliżyć historię miasta, niekoniecznie tę najbardziej „oklepaną” - krzyżacką, ale tę mniej eksponowaną. Organizatorzy wytypowali miejsca ciekawe, ale też odpowiadające wielokulturowym założeniom. Z tego względu pomyślano o tradycyjnej niemieckiej kuchni, ale także o domu podcieniowym znajdującym się nieopodal zamku a świadczącym o obecności mennonitów na tym terenie. Ciekawym zadaniem było tłumaczenie hasła na alfabet Morsea, czy też przygotowanie listy zakupów niezbędnych do przygotowania niemieckich klopsików mięsnych. Uczestnicy mieli za zadanie odwiedzić wszystkich łączników czekających w konkretnych miejscach, czasami dotarcie do nich wymagało podania prawidłowego hasła a czasami sprytu, gdy w pomieszczeniu znajdowało się więcej osób. Uczestnicy nie znali łączników, nie wiedzieli zatem w którym samochodzie, czy przy którym stoliku w pizzerii oczekuje ten prawdziwy. - Wymyśliliśmy intrygę polegająca na kradzieży odznaki masońskiej - mówią Karolina i Tomek z IAM. - Informację o kradzieży zamieściliśmy w gazecie, którą młodzież dostała „po przekroczeniu granicy”. Wśród autentycznych ogłoszeń w starej niemieckiej prasie znalazło się nasze, zadaniem uczestników było odnalezienie go i odczytanie. Wówczas dowiedzieli się czego szukają. Sama gwiazda jest jak najbardziej autentyczna a obecnie znajduje się w rękach prywatnych, jej właściciel przywiózł ją z Niemiec kilka lat temu i prezentował na spotkaniu w Malborku. W intrygę wmieszany został jedne ze znanych mieszkańców miasta - Arnold Flatauer, Żyd, który był jednym z najbogatszych mieszkańców miasta i właścicielem między innymi willi, w której obecnie znajduje się Malbork Welcome Center i przepięknego narożnego budynku, kiedyś domu handlowego Conitzer & Sóhne, dziś mieszczącego pizzerię Marta Chmielińska-Jamroz 139 Pepe. Arnold Flatauer okazał się kluczem do zagadki, bo to według twórców gry, właśnie on wywiózł z Malborka Złotą Gwiazdę. Rzeczywiście Flatauer zmuszony został przez nazistów do opuszczenia miasta, co uczynił właśnie w 1933 r. Zanim jednak wyjechał, na schodach swej willi, trzymając w ręku walizkę wypakowaną dobytkiem, przekazał uczestnikom gry kopertę z listem... Te koperty zawierały kartki - w czterech były czyste arkusze, w piątym list pisany ręką Flatauera i wyjaśniające co stało się z masońską odznaką. Zanim jednak uczestniczący gry poznali rozwiązanie zagadki musieli wykonać wszystkie zadania. Prawidłowe i szybkie rozwiązanie kolejnych zagadek gwarantowało wygraną, jednak zwycięzca był tylko jeden. Grupa ze SP nr 5 dosłownie wbiegła tuż przed 13.00 do Szpitala Jerozolimskiego, gdzie było zaplanowane zakończenie gry. Szybkość dotarcia nie decydowała jednak o wygranej, bo fabuła ułożona była tak, aby grę wygrała tylko jedna drużyna. - Nie wystarczyło biegać, aby szybciej pokonywać drogę - mówią Karolina i Tomek z IAM. - Tylko prawidłowe rozwiązania pozwalały na otrzymanie kolejnych zadań i ostatecznie listu, w którym mowa była o zwycięstwie. Oczywiście list trafił do grupy, która jako pierwsza wykonała zadania, kolejne drużyny otrzymywały od naszego Flatauera koperty z czystymi kartkami. Koperty otworzyliśmy, gdy wszyscy już zebrali się w Szpitalu Jerozolimskim i dopiero wtedy dzieciaki z „piątki” dowiedziały się, że wygrały. Na początek każdy uczestnik otrzymał paszport uprawniający go do przekroczenia granicy. Dokumenty były wzorowane na oryginalnym paszporcie z Wolnego Miasta Gdańska, fot. M.Chmielińska-Jamroz 140 W poszukiwaniu wielokulturowości Radość zwycięzców była ogromna, nagrody ufundowane przez Muzeum II Wojny Światowej, Muzeum Zamkowe w Malborku i Stowarzyszenie Historyczne im. 5 WBA wręczyła Karolina Manikowska z LAM. Dodatkowo swoje literackie upominki przygotował Leszek Sarnowski - redaktor naczelny kwartalnika „Prowincja”, który objął wydarzenie patronatem medialnym. - Podobały nam się wszystkie zadania - mówią zwycięzcy. - Fajny był alfabet Morsea, a z nagród najbardziej podobają nam się plecaki. - Gra dostarczyła nam wiele emocji i satysfakcji - dodaje Izabela Krotowska, nauczycielka, opiekunka grupy. - Dzieci ćwiczyły pracę w grupie i dopingowały siebie nawzajem. Poczuliśmy się niczym Pan Samochodzik rozwiązujący kolejną tajemnicę. Mamy nadzieję, że będzie więcej takich zabaw, bo oprócz tego, że bawią, to także uczą. Dzieci z pewnością zapamiętały, gdzie mieli siedzibę masoni, jak się nazywali, czy też jak wygląda dom podcieniowy. Uczniowie już zapowiedzieli, że wezmą udział w kolejnych grach miejskich Opiekunowie grup otrzymali ponadto przewodniki po powiecie malborskim, które dopiero co opuściły drukarnię. Wszyscy uczestnicy otrzymali upominki z Muzeum II Wojny Światowej i Muzeum Zamkowego w Malborku a najwięcej emocji wzbudzało losowanie dodatkowych upominków - kubków Stary Malbork i magnesów od Andrzeja Gilewskiego, kuponu na pizzę ufundowana przez pizzerię „Rotatoria” dla 6 osób oraz innych drobiazgów. Zwycięzki team walczył w składzie: Julia Kurzawa, Karolina Kończak, Dominika Do-lik, Oliwia Huzar, Bartosz Korfel i Izabela Krotowska jako opiekun. Organizatorem gry, na którą pozyskano dofinansowanie z Urzędu Miasta Malborka, była Inicjatywa Aktywny Malbork i Stowarzyszenie Historyczne im. 5 Wileńskiej Brygady AK wraz z partnerami: Muzeum II Wojny Światowej, Muzeum Zamkowym w Malborku, Malbork Welcome Center oraz Malborskim Centrum Kultury i Edukacji. Organizatorzy ogromnie dziękują nieocenionym pomocnikom z 3 Malborskiej Drużyny Starszoharcerskiej im. 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, którzy wcielili się w role celników i łączników oraz Apoloniuszowi Zacharze z Jazz Club Spiżarnia za przygotowanie przejścia granicznego. Karolina Manikowska 141 Karolina Manikowska CMENTARZ W JASIONNIE -PRZYWRACANIE PAMIĘCI Obok dużych, dostojnych wsi Żuław Malborskich, gdzie nierzadko stawiano po dwa kościoły (dla katolików i ewangelików), a przy głównych drogach można podziwiać okazałe domy podcieniowe, istnieje również wiele „ubogich krewnych”, które tworzą swoiste tło dla tych pierwszych. To niewielkie, zapomniane wioski, zdawałoby się, ukryte na końcu świata, daleko od głównych dróg, ale z własną historią, która nierzadko jest równie ciekawa, jak w przypadku tych pierwszych. Właśnie taką wsią jest Jasionno, położone ok. 2 km od Gronowa Elbląskiego, 1,4 m poniżej poziomu morza, czyli w charakterystycznej dla Żuław depresji. Jasionno, dla miejscowych do dziś Jesionna, a jeszcze wcześniej - Eschenhorst i Eichen- horst - jako wieś na prawie emfiteutycznym lokowano pod koniec XVI w. Jak podają nie- 142 Cmentarz wjasionnie - przywracanie pamięci które publikacje, tereny dzisiejszego Jasionna stanowiły część krzyżackiej domeny o nazwie Gross Winkeldorf, która w XV w. wraz z sąsiednim Gronowem i nieistniejącą wsią Klein Winkeldorf miała ponieść szkody wyrządzone przez wodę. Wydaje się więc, że wioska ma znacznie dłuższą historię osadnictwa. Od końca XVI w. tereny wioski „ożywają” za sprawą olędrów. Nazwy - wpierw Eichen-horst (w wolnym przekładzie: „Dąbrowa”) i obowiązująca do 1945 r. Eschenhorst (jw.: „Je-sionno” „Jesionowo”), wskazują na istnienie w tym miejscu zadrzewienia. Obecnie teren wsi jest w zasadzie pozbawiony skupisk drzew, nie licząc starej, częściowo zachowanej obsady alejowej przy dwóch drogach, czy charakterystycznych dla Żuław nasadzeń wierzbowych przy rowach melioracyjnych. Obszar wsi wynosił 27 włók holenderskich. Po II wojnie, kiedy ludność Żuław wymieniono z niemieckiej na polską, wieś nazwano „Jeżewo”, ale potem zmieniono na „Jesionnę”, wracając do nazewnictwa o genezie „oddrzewnej”. We wsi powstało Państwowe Gospodarstwo Rolne, co spowodowało niekorzystne zmiany i zatarcie tradycyjnego krajobrazu kulturowego. Jesionna, której nazwa ponownie została zmieniona na dzisiejsze Jasionno, stała się typową doświadczoną przez socjalistyczną gospodarkę, zmodernizowaną wioską żuławską. Próżno tu szukać domu podcieniowego (były dwa), czy kościoła. Dawno przestał istnieć tutejszy przystanek kolejowy. Nawet ocalałą zabytkową bramę przeniesiono w latach 80. Ubiegłego wieku do odległego Kmiecina, gdzie, uzupełniona elementami innej, stanęła przed budynkiem zabytkowego kościoła (wówczas mieszczącego siedzibę regionalnego muzeum). Starsze budynki dawnych zagród olęderskich, ulokowane na kolonii, jakby schowały się przed dociekliwym wzrokiem miłośników zabytków. Od strony Gronowa do wsi prowadzi kiepska droga, przechodząca za rozstajnym krzyżem w jeszcze gorszą, pełną dziur. Jadąc nią dalej, dotrze się do Tiny Górnej. Po lewej zaś stronie drogi wzrok przykuwa kilka starych drzew, rosnących równolegle do niej. To pozostałość obsady historycznego cmentarza, o którym zapomniano na długie lata. Do niedawna tylko nieliczni wiedzieli o tym miejscu, ale na Wikipedii ktoś odnotował jego istnienie, mianując go „mennonickim”. Był jednak doskonale widoczny na przedwojennych, niemieckich mapach sztabowych - do dziś nieocenionego źródła wiedzy o żuławskich wsiach. Od ładnych paru lat wraz z drugą połówką zwiedzamy Żuławy na rowerze, toteż, powziąwszy wiedzę na temat cmentarza, odwiedziliśmy Jasionno w 2010 r. Teren cmentarza byl wówczas silnie zarośnięty i wręcz niedostępny dla postronnych. Nie zniechęciło to nas i ta wytrwałość została nagrodzona, bowiem w zielonej gęstwinie dostrzegliśmy żeliwne krzyże, cudem ocalałe, nagrobek w formie surowo obrobionego głazu, tumby z lastryko. Na ziemi, pokryte mchem i porostami, zalegały elementy uszkodzonych i zniszczonych nagrobków. Pod warstwą trawy dojrzeliśmy też leżącą stelę - wydawała się w miarę dobrze zachowana. Oprócz wspomnianej, częściowo zachowanej od strony drogi obsady lipowej z jednym kasztanowcem, na cmentarzu pozostało jeszcze jedno okazałe drzewo. Jest to wspaniały, ogromny jesion, o pierśnicy przekraczającej 3 metry i rozległych, rozrośniętych w pierścień wokół pnia, wysoko osadzonych korzeniach - jakby symbol wioski, przypominający o żródłosłowie jej nazwy. Karolina Manikowska 143 Zdjęcia, które zrobiliśmy, pozwoliły nam odczytać nazwiska pochowanych osób. Głaz postawiono Margarete Mix, z domu Kalender, z Jasionna, zmarłej w 1938. Osobę tę znaleźliśmy w spisie majętnych gospodarzy wsi - posiadała w sumie ponad 68 ha ziemi. Jeden z żeliwnych krzyży wystawiła swojej matce, zmarłej w 1827 r. Henriette Wilhelminę Amelie Schmidt z domu John, córka Magdalenę. Drugi taki nagrobek ufundowano zaledwie 21-let-niemu Jonasowi Ferdinandowi Barendtowi z Markus, który zmarł w 1842 r. Jednak chyba najciekawszym odkryciem okazała się lastrykowa tumba z rosyjsko brzmiącym nazwiskiem: Iwan Nikikin Trarabuken, zmarłym w końcówce I wojny światowej, bo 22.10.1918 r. Prawdopodobnie jest to nagrobek Rosjanina, który jako żołnierz przywędrował na Żuławy, gdzie zakończył swoje życie. Być może poległ od ran, a może zabiła go hiszpanka - tego już się raczej nie dowiemy. Nie on jeden został na żuławskim cmentarzu - groby Rosjan z lat I wojny odnajdujemy w Krzyżanowie obok Starego Pola, Fiszewie (za ruiną kościoła) oraz wjeziorze. Od tego z Jasionna różni je jedynie forma, która reprezentuje typ nagrobka w formie Żelaznego Krzyża wykonanego ze zbrojonego betonu, wystawianego przez Niemców poległym niezależnie, jak widać, od narodowości. Prawdopodobne jest również to, że godność Iwana spisano ze słyszenia, stąd zniekształcenie nazwiska i otczestwa. Odkryty bok tumby z wielopoziomową inskrypcją, fot. K. Manikowska 144 Cmentarz wjasionnie - przywracanie pamięci Znaleziony fragment niewprawnie wyciętej steli jakiegoś nieznanego z nazwiska ojca sześciorga dzieci, zdobiony klasycystycznym ornamentem oraz prawdopodobny wiek jesionu pozwolił nam snuć przypuszczenia, że cmentarz powstał pod koniec XVIII lub na początku XIX w. Od czasu tej wyprawy w naszych głowach dojrzewała myśl uporządkowania tego miejsca. Gołym okiem, mimo chaszczy widać było, że ocalałe nagrobki tworzą dość regularny układ, a fragmenty pozostałych dawały nadzieję na odnalezienie innych. Ponieważ uczestniczyliśmy już w akcjach porządkowania historycznych cmentarzy: w Pordenowie (jako członkowie Stowarzyszenia Miłośników Malborka FORUM) oraz w Mirowie (jako członkowie Stowarzyszenia Inicjatywa Aktywny Malbork), postanowiliśmy podzielić się zamiarem z innymi członkami IAM oraz rodziną i znajomymi, chcąc ustalić, czy jest sens szykować akcję. Okazało się, że mimo sporej odległości od Malborka (jasionno położone jest wszak w sąsiednim powiecie i województwie), znalazło się kilkoro chętnych, by w sobotnie przedpołudnia, w roboczej odzieży oraz z bagażnikiem załadowanym sprzętem rolniczym przyjechać do porządków na niemieckim cmentarzu. Najpierw trzeba było jednak załatwić formalności: uzyskać zgodę właściciela terenu, czyli Gminy Gronowo Elbląskie, oraz poprosić ją o skierowanie wniosku w sprawie wycinki samosiewów do Starostwa Powiatowego w Elblągu. Gmina chętnie wyraziła zgodę i po dopięciu formalności ze starostwem wykonała wycinkę we własnym zakresie. Na początku marca rozpoczęliśmy więc porządkowanie. W trakcie prac wykonanych na razie podczas trzech spotkań podnieśliśmy kilka leżących nagrobków i oczyściliśmy je, wyplewiliśmy część tumb, spaliliśmy zalegające cmentarz gałązki pozostałe po wycince oraz liście. Podczas pierwszego spotkania porządkowego spotkała nas miła niespodzianka ze strony sąsiadów cmentarza - otrzymaliśmy gorącą kawę, co było bardzo przyjemnym gestem w wietrzny, nieprzyjemny dzień. Innym razem pomogły nam miejscowe dzieciaki: Julia, Łukasz i Rafał. Każde ze spotkań kończyło obowiązkowe ognisko z pieczeniem kiełbasek, co wspomnianym najmłodszym mieszkańcom Jasionna musiało się chyba spodobać, bowiem odwiedziły nas na cmentarzu raz jeszcze. Na pamiątkę otrzymały egzemplarze „Gazety Malborskiej”, która w artykule Marty Chmielińskiej-Jamroz przedstawiła akcję i udział w niej miejscowych dzieci. W pracach porządkowych dotychczas uczestniczyli: Ada Gniado-Turkowska, Martynka Rudnicka, Beata i Dominika Sawaniewskie, Robert Jamroz, Leszek Marcinkowski, Artur Raczkowski, Rafał Sawaniewski, Jacek Węgielewski, Tomek Wąsik oraz niżej podpisana. Na pewno nie powiedzieliśmy w tej sprawie ostatniego słowa. Podejrzewamy, że czekają na nas niespodzianki, jak wtedy, gdy ustawiliśmy do pionu przysypaną ziemią stelę Cornelii Pauls z Gronowa Elbląskiego, zmarłej w 1866 r., dwudziestoczteroletniej właścicielki gospodarstwa. Z braku rozdziału na nazwisko panieńskie i po mężu wynika, że młoda Cornelia zmarła jako posażna panna. Innym razem, zupełnie przypadkowo odsłoniliśmy jedną z bocznych ścianek wkopanej w ziemię tumby. Inskrypcja ujawniła, że jest to miejsce pochówku zmarłej w 1846 r. Elisabeth Bessau z domu Genzel. Nagrobek ufundował, po 47 latach od śmierci, najstarszy syn Franz wraz z żoną Berthą z domu Nickel. Karolina Manikowska 145 Nasze prace zainteresowały także redaktora „Dziennika Elbląskiego”, Arkadiusza Kolper-ta, który osobiście przyjechał przyjrzeć się pracom i opisał akcję w swojej gazecie. Jak to bywa, w tzw. międzyczasie z niemieckiej publikacji dotyczącej powiatu malbor-skiego dowiedzieliśmy się, że Jasionno (jeszcze jako Gross Winkeldorf) miało swoją kaplicę, która, zdaniem autora tekstu, prawdopodobnie zlokalizowana była w pobliżu, jak to określono, „bardzo starego cmentarza przy szkole”. Ponieważ z niemieckich map wiadomo, że przed wojną szkoła mieściła się w budynku przy porządkowanym przez nas cmentarzu, można się domyślać, że faktycznie chodzi o ten sam cmentarz. Jest on więc znacznie starszy, niż sądziliśmy. Być może założono go jeszcze w średniowieczu, wraz z budową kaplicy. Z tekstu dowiedzieliśmy się również, że wiele starych nagrobków z cmentarza posłużyło jako materiał do utwardzenia dróg, obejść... Frapującą nas zagadkę stanowi brak stel mennonickich, których zwieńczenia wydobyliśmy spod trawy i ziemi. Być może któregoś dnia odnajdziemy je i wrócą one na cmentarz; na razie, przypadkowo, odnaleźliśmy jedno miejsce, gdzie złożono destrukty stel. Podjęliśmy już działania zmierzające do odzyskania nagrobków i mamy nadzieję, że wkrótce będzie je można oglądać na cmentarzu. Oczyszczona z chwastów kwatera, fot. K. Manikowska 146 Historia żuławskiego sera Jacek Opitz HISTORIA ŻUŁAWSKIEGO SERA Delta Wisły była i jest idealnym miejscem do produkcji sera. Dzięki ciężkiej i wyjątkowo żyznej ziemi na Żuławach wyrasta soczysta, pełna składników odżywczych trawa. Krowy, które od maja do listopada pasą się na tak urodzajnych pastwiskach, dają mleko o niezwykłych walorach smakowych. Nie bez znaczenia jest też nadmorski klimat i świeże, słone powietrze, które jest niemal wyczuwalne w żuławskich serach i maśle1. Ser w Delcie Wisły z pewnością był cenionym produktem już w czasach krzyżackich. W księgach gospodarczych zakonu można znaleźć informacje, które dowodzą, że odgrywał znaczącą rolę w kuchni i handlu. Ilość sera podawano w sztukach, więc egzemplarze musiały być na tyle duże i trwałe, aby nadawały się do magazynowania. Już wówczas sortowano sery według ich jakości, rygorystycznie wyróżniano Knechteskase, czyli ser dla panów i Knabkase - ser dla pachołków. Najprawdopodobniej podstawową różnicą była zawartość tłuszczu; ser „pański” był pełnotłusty, zaś pachołków - odtłuszczony. O ożywionym handlu serem świadczyć może przemianowanie wsi Liebenwerder w 1341 roku na Kaesemark (obecnie Kieżmark), co oznacza po prostu ‘targ serowy’2. Miejscowość Kaesemark - targ serowy, obecnie Kieżmark- mapa z 1803 roku. Czas świetności żuławskiego sera miał dopiero nadejść. W połowie XVI wieku na Żuławach pojawili się osadnicy z Niderlandów i północnych Niemiec. W dużej mierze byli to mennonici, członkowie ruchu religijnego, odłamu anabaptyzmu, wywodzącego się od Men- 1 M. Rosenheyn, Reise-Skizze aus Ost und Westpreussen, 1.1, Danzig 1858, s. 284. 2 K. Schiitzler, Kurze Geschichte der Ostpreufiischen Kdserei und des Tilsiter Kdses, Hildesheim 1933, s. 11 - 12. Jacek Opitz 147 no Simonsa. W ojczystych stronach byli prześladowani, zaś w Delcie Wisły chętnie przyjmowani, ponieważ byli specjalistami od osuszania podmokłych terenów i przekształcania ich w urodzajne pola. Poza wiedzą hydrotechniczną, przynieśli na Żuławy swoje metody przetwarzania płodów rolnych, w tym produkcję serów, która znana im była z ojczystych ziem. Za mającym wkrótce nadejść sukcesem stała ciężka praca i staranność. Zagrody dla zwierząt były utrzymywane we wzorowej czystości; krowy, owce, świnie i konie przebywały pod jednym dachem, jednak w osobnych pomieszczeniach. Wszelkie nieczystości usuwano codziennie, do odprowadzania moczu służyły specjalne rynny. Zimą zwierzęta miały dostęp do wody w odpowiedniej, niezbyt niskiej, temperaturze, ponieważ studnie znajdowały się zazwyczaj wewnątrz zabudowań. Podstawową karmą było siano i słomą, nie stosowano kiszonek, co również podnosiło walory smakowe mleka. Bydło było przedniego gatunku, znakomicie utrzymane, myte i szczotkowane codziennie niczym rasowe konie. Aby zachować czystość wymion, końce krowich ogonów były schludnie zaplecione3. Mennonici byli w znacznym stopniu grupą zamkniętą, co powodowało, że duża część wytwarzanego przez nich sera, trafiała na lokalny rynek lub była konsumowana bezpośrednio przez producentów i ich liczne rodziny. Początkowo, w XVI wieku, sery produkowane przez mennonitów na Żuławach były znane w handlu pod nazwą serów holenderskich. Z czasem ich odrębność zaznaczyła się na tyle mocno, że zaczęły funkcjonować pod nazwami związanymi z regionem pochodzenia: Werderkdse (ser żuławski), Niederungkase (ser nizinny, ser z depresji), Elbingerkdse (ser elbląski). WiekXVII przyniósł menonickiemu serowi międzynarodowe uznanie, stał się on produktem cenionym przede wszystkim za doskonałą jakość. Produkcja sera odbywała się bezpośrednio w gospodarstwach. Mennonici sami wytwarzali podpuszczkę z cielęcych żołądków. Mleko prosto z udoju, gdy było jeszcze ciepłe, wlewano do dużego, kamionkowego naczynia, które ustawiano na kuchni. Dodawano niewielką ilość podpuszczki i maślanki, po czym powoli ogrzewano do uzyskania miękkiego sera. Bez ponownego podgrzewania produkt był już formowany, prasowany i odstawiany do dojrzewania. Powyższy przepis pochodzi z relacji 85-letniego serowara i został spisany na początku XX wieku. Możliwe jest jednak, że receptura była poddawana różnorakim modyfikacjom i miała wiele odmian ze względu na rozproszenie produkcji4. Żuławskie sery stały się rozpoznawalne i dzięki doskonałej jakości znajdowały swoich amatorów w promieniu wielu setek kilometrów. Były doceniane między innymi przez polską szlachtę, do której trafiały głównie za pośrednictwem gdańskich kupców. Z zachowanej listy sprawunków z 1760 r. dowiadujemy się, że z majątku Jacka Rostworskiego, kasztelani-ca wiskiego, zamówiono w Gdańsku: „Syra Holenderskiego Sztukeiedne przedniego” oraz „Syra Ordynaryinego holenderskiego lub żuławskiego sztukę 1”. Zakupu miał dopilnować Antoni Stępkowski, komisarz dóbr, odpowiedzialny za sprzedaż zboża5. Rozwój dużych serowni na Żuławach nastąpił dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Wcześniej produkcja serów była rozbita na dziesiątki, jeśli nie setki gospodarstw. To roz-3 A. von Lengerke, Beitrage Zur KenntniB Der Landwirthschaft in Den Konigl. PreuB. Staaten, t. 4, Berlin 1852, s. 423. 4 K. Schiitzler, Kurze Geschichte der Ostpreuflischen Kdserei...s. 16 - 17. 5 S. M. Rostworski, Rachunki kupców gdańskich z lat 1732 - 1768 Materiały historyczne z archiwum rodzinnego ogłosił Stefan Marian Rostworski, „Rocznik Gdański” 1935/1936, t. IX i X, s. 463. 148 Historia żuławskiego sera proszenie zainicjowało powstanie nowych profesji na Żuławach. Na tutejszych rzekach i kanałach pojawili się handlarze serem (Kasehandler) wraz z szyprami (Kaseschiffer). Miejscami, gdzie można było spotkać handlarzy, były między innymi Tujsk (Tiegenort), Nowy Dwór Gdański (Tiegenhof) i Marzęcino (Jungfer). Kupowali oni sery od rolników i, na specjalnych łodziach zwanych Kaselomme (serowych łomach), dostarczali je na rynki okolicznych miast: do Elbląga, Gdańska i Królewca. Handel serem był intratnym zajęciem, ludzie, którzy się nim zajmowali, uchodzili za zamożnych6. Ser, wyrabiany w żuławskich gospodarstwach, był stopniowo wypierany przez ser produkowany przemysłowo. Pod koniec XIX wieku, wytwarzany tradycyjnymi metodami Werderkase, stracił na znaczeniu i stał się przysmakiem o regionalnym znaczeniu. Nie został jednak całkowicie zapomniany, świadczy o tym na przykład umieszczenie jego receptury w biuletynie z 1908 r. amerykańskiego departamentu rolnictwa, gdzie występuje pod hasłem „Elbing”. „Jest to zachodniopruski twardy ser podpuszczkowy robiony z mleka krowiego, które w zimie jest częściowo odtłuszczone. W pozostałych porach roku robiony jest z pełnego mleka. Ser jest znany także pod nazwami Werderkase i Niederungkase. Podpuszczka jest dodawana w temperaturze 80°F i po 15 - 30 minutach powstaje skrzep, który następnie jest cięty i podgrzewany do 100°F. Później następuje solenie i prasowanie przez 12 godzin. Sery mają od 10 do 20 cm średnicy i grubość 3-4 cm. Dojrzewanie trwa miesiąc w temperaturze 7S°F”7. Reklama Werderkase w „Gazecie Morskiej" z 1929 r. Ser można było kupić w gdańskim sklepie Oscara Schultza przy ulicy Heil. Geist - Gasse 72, obecnie ul. Świętego Ducha. Doniosłym wydarzeniem dla żuławskiego serowarstwa było pojawienie się Szwajcarów w Delcie Wisły w drugiej połowie XIX wieku. Ich główną zasługą było wprowadzenie nowoczesnych technik masowej produkcji serów a także - nowych jego rodzajów. Przybysze przywieźli ze sobą recepturę sera ementaler oraz upowszechnili znany już wcześniej w Prusach ser tylżycki. Dzięki Szwajcarom, żuławskie serowarstwo weszło na drogę przemysłowej produkcji. 6 H. Pastor, R. Klinger, Tiegenort, „Tiegenhófer Nachrichten" 1995, nr 36, s. 62.; B. Iheuring, Aus der Geschichte von Tiegenhof, „Tiegenhófer Nachrichten" 1998, nr 39, s. 32. 7 C. F. Doane, H. W. Lawson, Varieties ofcheese: descriptions and analyses, Washington 1908, s. 19. Jacek Opitz 149 Na początku XX wieku sery produkowane na Żuławach przez Szwajcarów były popularne w całych Prusach Zachodnich, Szczecinie, Berlinie, Frankfurcie, Hamburgu. Eksportowano głównie twarde sery szwajcarskie, tylżycki oraz sery typu holenderskiego, mające w regionie wielowiekową tradycję. Znaczną część produkcji stanowiło również masło. Konkurencyjność przemysłu mlecznego w Delcie Wisły podnosiły organizacje zrzeszające producentów i sprzedawców np. Zachodniopruski Związek Producentów Sera Twardego czy Stowarzyszenie Dzierżawców Mleczarni Delty Wisły i Nogatu8. Nieodłącznym elementem, towarzyszącym przemysłowi mleczarskiemu, była hodowla świń. W procesie wytwarzania serów i masła pozostawały duże ilości serwatki, która była doskonałą paszą dla trzody. Często to właśnie produkcja wieprzowiny była najbardziej dochodową gałęzią działalności przedsiębiorstwa mleczarskiego. Zwierzęta chowane na serwatce miały smaczniejsze, bardziej jędrne mięso, dzięki temu osiągały lepszą cenę. Świnie, tuczone serwatką, kosztowały średnio o 2 marki więcej za cetnar (cetnar niemiecki w Prusach miał 51,45 kg). Dla porównania warto dodać, że litr mleka w sprzedaży detalicznej kosztował wówczas ok. 15 fenigów9. Znamienną postacią dla żuławskiego serowarstwa w „okresie szwajcarskim” był Joseph Leonhard Krieg. Przybył on do Prus Zachodnich z Altendorf w Szwajcarii po wojnie francu-sko-pruskiej w latach 1870 - 1871. Idąc na piechotę z Malborka do Elbląga, mijał wspaniałe pastwiska, widział dorodne, mleczne krowy, lecz nigdzie nie było zakładów przetwórczych, serowni. Mający wówczas 37 lat, Joseph Leonard, dostrzegł tu swoją szansę. Wydzierżawił gospodarstwo, umówił się na dostawę 1 tys. litrów mleka dziennie i zaczął wytwarzać ementaler, który znał ze swojej ojczyzny. Wkrótce produkował także ser tylżycki, popularny w Prusach Wschodnich10. Interes szedł bardzo dobrze, zadowolony Szwajcar sprowadził na Żuławy swoją rodzinę. Sukces pozwolił na szybki rozwój firmy, w 1890 r. Krieg kupił pocztową stajnię w Tiegenhof przy ulicy Rossgarten 17 i przekształcił ją w nowoczesną mleczarnię z pierwszym na wschodzie Europy systemem chłodzenia. Przedsiębiorstwo stało się największą firmą w okolicy, sery Kriega cieszyły się dobrą opinią w całej prowincji Prusy Zachodnie oraz poza jej granicami, dużą część produkcji wysyłano do Berlina. Joseph Leonhard Krieg przekazał przedsiębiorstwo swoim synom w 1895 r. i wyjechał do Szwajcarii, gdzie zmarł 4 lata później. Mieszkańcy Tiegenhof wspominali go jako niewysokiego, brodatego pana o przyjaznym usposobieniu, częstego bywalca lokalnych restauracji, Bahnhofsrestaurant i Deutsches Haus. Pod kierownictwem synów Leonharda firma wciąż się rozwijała, w latach 1912 - 1914 we wszystkich zakładach, należących do przedsiębiorstwa, przetwarzano dziennie 50 tys. litrów mleka w sezonie letnim, tuczono 6 tys. świń, a załoga liczyła 60 pracowników11. W latach dwudziestych przedsiębiorstwo stopniowo przestawiało się na produkcję sera topionego. Przed wybuchem II wojny światowej nie produkowano już tradycyjnych serów, 8 E. Joost, Die wirtschaftlichen Verhaltnisse der Weichsel - Nogat - Niederung, Erlangen 1916, s. 107. 9 Ibidem, s. 108 - 110. 10 O. H. Stobbe, Die Schweizer Kaser in Westpreufien, „Tiegenhófer Nachrichten" 2011, nr 52, s. 57 -58. 11 C. Miihleisen, J. Hinz, Tiegenhof im Kreis Grofies Werder, „Tiegenhófer Nachrichten" 2006, nr 47, s. 22-23. 150 Historia żuławskiego sera hm* ■ . fABlUKAfto^ ^mcn™alłr* ^CM^ElZŁRKASt mi «mr e- TiisłHR Kasę . 1%*$^ ^9eWp®Ufnc fur cfcn Sommcr mił ■ Kaltfcerzeugungsmaschtne wsehen Ł MoiKERDEN *n Tie&enhof FURSTtNAU.NEUlANGHORST JN0 UdERWANSEN X.